Kurs euro – prognoza 2020 r.

Ubiegły rok był dość trudny dla wspólnej europejskiej waluty – koniec roku zakończyła ona osłabieniem w parze z dolarem amerykańskim, kilkakrotnie w jego trakcie schodząc też poniżej psychologicznego poziomu 1,10. Jaki dla euro będzie ten rok?

W 2019 roku amerykańska Rezerwa Federalna dokonała dość agresywnych cięć stóp procentowych. Również Europejski Bank Centralny rozluźnił politykę monetarną, ogłaszając we wrześniu szereg działań mających wesprzeć spowalniającą gospodarkę strefy euro. Gołębi EBC oraz rozczarowujące dane makro sprawiły, że wspólna waluta zakończyła rok na poziomie o ok. 2% niższym w parze z dolarem amerykańskim. I to pomimo tego, że w końcówce roku pomogła jej m.in. dematerializacja ryzyka związanego z Brexitem. Ponadto euro osłabiło się także o ok. 1,5% na poziomie nominalnego, efektywnego kursu walutowego (czyli kursu ważonego handlem) obliczanego przez EBC. W parze z polskim złotym na koniec 2019 roku kurs euro znalazł się na nieznacznie niższym poziomie niż na tym na którym rozpoczął rok. Zachowanie pary EUR/PLN więcej niż o zachowaniu wspólnej europejskiej waluty mówi jednak o zachowaniu polskiego złotego (Wykres 1).

Wykres 1: Kurs EUR/USD & EUR/PLN (01/01/19 – 17/01/20)

Kurs EUR
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

W kontekście zachowania euro w minionym roku, warto przyjrzeć się działaniom Europejskiego Banku Centralnego. Na wrześniowym spotkaniu EBC postanowił obniżyć stopę depozytową o 10 pb. w celu stymulacji dynamiki cen i zabezpieczenia gospodarek wspólnego bloku przed ryzykami związanymi z napiętą globalną sytuacją w handlu. Tym samym ta jedna z kluczowych stóp znalazła się na rekordowo niskim poziomie -0,5%. To o tyle istotne, że ujemne stopy procentowe mogą wiązać się ze skutkami ubocznymi. W celu ograniczenia związanej z ujemnymi stopami presji na banki komercyjne, EBC zdecydował się na wprowadzenie dwupoziomowego systemu różnicowania depozytów. Decydenci ogłosili również zmiany w programie kwartalnych ukierunkowanych dłuższych operacji refinansujących (TLTRO III), dostarczając bankom jeszcze tańsze źródło finansowania.

Kluczową częścią działań Europejskiego Banku Centralnego z zakresu polityki pieniężnej było ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego (ang. quantitative easing, QE). Program, polegający na skupowaniu aktywów przez bank centralny, powrócił niecały rok po jego wygaszeniu. Rozpoczęcie nowej rundy programu, w ramach której EBC skupuje aktywa o wartości 20 mld euro miesięcznie, nastąpiło w listopadzie (Wykres 2). Nie określono przy tym daty jego zakończenia. Otwarta natura programu QE wskazuje na zobowiązanie banku centralnego do wspierania inflacji w ponownym jej wzroście do celu inflacyjnego.

Wykres 2: Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBC w ramach programu QE (2014 – 2019)

Miesięczna wartość aktywów skupowanych przez EBC w ramach programu QE
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Były prezes EBC, Mario Draghi, w swoich ostatnich wypowiedziach na stanowisku przewodniczącego banku centralnego utrzymywał “gołębią” retorykę. Podkreślał obawy banku centralnego związane z niepewnością w handlu międzynarodowym, wskazując na “uporczywe” ryzyka oraz “przytłumioną” presję inflacyjną. Zgodnie z najnowszymi komunikatami EBC “Rada Prezesów oczekuje, że podstawowe stopy procentowe EBC pozostaną na obecnym lub niższym poziomie, dopóki Rada nie stwierdzi, że perspektywy inflacji w horyzoncie czasowym jej projekcji zdecydowanie zbliżają się do poziomu, który jest wystarczająco blisko, ale poniżej 2%, oraz że zbliżenie to konsekwentnie odzwierciedla się w dynamice inflacji bazowej.”. Nowa prezes EBC, Christine Lagarde, również podkreślała wolę banku centralnego do zwiększenia skali działań, jeśli zajdzie taka potrzeba. Jej ton podczas spotkania w grudniu był jednak bardziej optymistyczny. Określiła wówczas ryzyka dla perspektyw gospodarki strefy euro jako “nieco mniej wyraźne” i zasugerowała, że wzrost gospodarczy we wspólnym bloku wykazuje oznaki stabilizacji.

Od dłuższego czasu reprezentowaliśmy pogląd, że Europejski Bank Centralny będzie utrzymywać akomodatywną politykę pieniężną, dopóki inflacja w strefie euro pozostanie znacznie poniżej celu inflacyjnego EBC określanego jako “poniżej, ale w okolicy 2%”. W październiku ubiegłego roku inflacja konsumencka spadła do poziomu 0,7%, co było najniższym odczytem od listopada 2016 roku. W końcówce roku inflacja odbiła, dochodząc w grudniu do poziomu 1,3%, jednak nadal jest on daleki od tego, jakiego życzyłby sobie Europejski Bank Centralny. Z zasady bardziej istotny wskaźnik dla banku centralnego, jakim jest inflacja bazowa, od kilku lat niezmiennie utrzymuje się w okolicy 1%. W ostatnim czasie wskaźnik ten zaczął nieco rosnąć, osiągając w listopadzie i grudniu poziom 1,3% (Wykres 3). Nadal jest on jednak odległy od celu inflacyjnego. Dobra sytuacja na rynku pracy w strefie euro powinna przełożyć się na wyższą dynamikę cen, aczkolwiek zajmuje to zdecydowanie więcej czasu niż oczekiwał i bank centralny, i my.

Wykres 3: Inflacja w strefie euro (2013 – 2019)

Inflacja w strefie euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego przez EBC w części można powiązać również z dość słabymi danymi o aktywności w strefie euro. Dynamika PKB w bloku walutowym w trzecim kwartale ubiegłego roku (ostatnim okresie pomiarów) wyniosła zaledwie 0,2% w ujęciu kwartalnym. Tak samo było kwartał wcześniej. Niemiecka gospodarka zdołała uniknąć recesji, aczkolwiek wzrost w trzecim kwartale na poziomie 0,5% w ujęciu rocznym w przypadku największej gospodarki strefy euro trudno określić inaczej niż mianem anemicznego. W grudniu Christine Lagarde nawoływała rządy państw strefy euro, które mogą sobie na to pozwolić, do rozluźnienia polityki fiskalnej w celu stymulowania gospodarek. Niemniej jednak, ze względu na to, że Niemcy uniknęły technicznej recesji, tamtejsi decydenci mogą być mniej skorzy do wsparcia gospodarki poprzez wzrost wydatków. Niewykluczone więc, że bez zewnętrznego kryzysu nie dojdzie do istotniejszego rozluźnienia niemieckiej polityki fiskalnej. Co prawda kierownictwo SPD wydaje się zmieniać dotychczasowy tor partii i wyrażać poparcie dla stymulacji fiskalnej, ale zarówno kanclerz Angela Merkel, jak i minister finansów, Olaf Scholz, dotychczas byli niechętni do zmiany obecnej polityki zerowego deficytu. Obecnie nie zakładamy, że w Niemczech dojdzie do istotniejszego rozluźnienia polityki fiskalnej, tego typu możliwości nie można jednak wykluczyć.

W czwartym kwartale 2019 roku ekspansja gospodarcza w strefie euro najpewniej pozostała niska. Niemniej warto zwrócić uwagę na ostatnią stabilizację odczytów indeksów aktywności biznesowej PMI, którą należy odbierać pozytywnie. Z drugiej strony, patrząc na dane dla sektora przemysłu, aktywność w niemal wszystkich państwach bloku walutowego, w których jest ona mierzona, pozostaje słaba. Indeks dla strefy euro znajduje się na poziomie 46,3 pkt, czyli głęboko poniżej poziomu 50, który oddziela ekspansję od kurczenia się danego sektora (Wykres 4). Mimo to warto wspomnieć, że zbiorczy wskaźnik uwzględniający aktywność zarówno w przemyśle, jak i usługach, wzrósł do poziomu 50,9 pkt, w czym najpewniej pomogła poprawa nastrojów w kontekście wojny handlowej USA i Chin. O ile obecny poziom tego indeksu jest daleki od pożądanego, to poprawę jego odczytów w ostatnich miesiącach należy uznać za krok w dobrą stronę. Niemniej w kontekście samego wzrostu gospodarczego oczekiwania rynku i Europejskiego Banku Centralnego są stonowane. Zgodnie z ostatnią projekcją EBC z grudnia, wzrost PKB w 2020 r. powinien wynieść zaledwie 1,1%.

Wykres 4: Indeksy PMI w strefie euro (2017 – 2019)

Indeksy PMI w strefie euro
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Tak jak wspominaliśmy, sądzimy, że mianowanie Christine Lagarde prezesem Europejskiego Banku Centralnego zapewni kontynuację prowadzonej dotychczas polityki monetarnej. Dotyczy to szczególnie utrzymania ekstremalnie niskich stóp procentowych, jak i znacznej stymulacji monetarnej. Jednocześnie nadal spodziewamy się umocnienia euro w relacji do dolara amerykańskiego w 2020 roku. Z uwagi na to, że stopy procentowe w strefie euro znajdują się na niezwykle niskich poziomach, sądzimy, że bank centralny ma bardzo ograniczone pole do ich dalszych obniżek bez generowania większych negatywnych konsekwencji dla sektora bankowego. W tym kontekście należy zaznaczyć, że EBC ma możliwość zwiększenia programu skupu aktywów, jednak sygnały płynące z Rady Prezesów sugerują, że decydenci są podzieleni w kontekście stosowania tego instrumentu.

Ryzyka dla naszej prognozy kursu EUR/USD to m.in. pogorszenie danych ekonomicznych ze strefy euro oraz wiążące się z tym potencjalne zwiększenie programu QE. Przy stabilnej lub jeszcze bardziej akomodatywnej polityce EBC, na główną parę niekorzystnie mógłby wpływać też potencjalny wzrost stóp procentowych w USA. Z drugiej strony, ryzyka te powinna balansować możliwość stymulacji fiskalnej ze strony Niemiec. Nasza prognoza rozwoju sytuacji gospodarczej strefy euro pozostaje bardziej optymistyczna od konsensusu.

Nasza prognoza EUR/PLN zakłada lekkie umocnienie złotego w relacji do euro. Spodziewamy się tego przede wszystkim w kontekście oczekiwanej poprawy nastawienia inwestorów do walut rynków wschodzących. Mimo ostatnich sygnałów wskazujących na spowolnienie polskiej gospodarki, jesteśmy dość pozytywnie nastawieni do rozwoju sytuacji gospodarczej w Polsce.

Tak jak oczekiwaliśmy, rynek wycofał się z częściowego oczekiwania obniżek stóp procentowych w Polsce. W kontekście ostatniego istotnego wzrostu inflacji wzrost oczekiwań względem podniesienia stóp procentowych nie jest zaskakujący. Sądzimy, że wzrostu stóp nie można wykluczyć, a taki ruch jest bardziej prawdopodobny niż ich obniżka. RPP utrzymuje jednak, że stopy powinny pozostać stabilne. Sugeruje to, że nawet ewentualny ruch w górę byłby raczej symboliczny. W tym kontekście zakładamy, że umocnienie złotego w kolejnych kwartałach będzie ograniczone.

  EUR/USD EUR/PLN
Q1-2020 1,14 4,23
Q2-2020 1,16 4,22
Q3-2020 1,17 4,21
E-2020 1,18 4,20
E-2021 1,20 4,20

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Díaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Kompensata a biała lista

Czy zapłata w drodze kompensaty (potrącenia) niesie za sobą obostrzenia określone w art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych?

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej w interpretacji wydanej 21 listopada 2019 roku potwierdził, iż obostrzenia określone w art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych nie będą miały zastosowania do zobowiązań realizowanych w ramach kompensaty.

We wspomnianej interpretacji organ zgodził się z Wnioskodawcą, że art. 19 ustawy prawo przedsiębiorców, jak również odnoszący się do niego art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, mówi o płatnościach – a w konsekwencji przyjmuje się najczęściej, że odnosi się wyłącznie do spełnienia świadczeń w formie rozliczeń pieniężnych (dla przykładu wyrok NSA z dnia 2 czerwca 2011 r., I FSK 1075/10).

W konsekwencji oznacza to, że w części w jakiej zobowiązania są regulowane w drodze potrącenia (kompensaty) obowiązek dokonywania i przyjmowania płatności za pośrednictwem rachunku płatniczego nie obowiązuje, a co za tym idzie takie płatności nie będą wyłączone z kosztów podatkowych na podstawie art. 15d ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych.

– Agnieszka Piętak, ekspert ds. podatków MDDP Outsourcing

Wzrost wynagrodzeń w Polsce. Słabe dane z polskiej budowlanki

Grudzień zwyczajowo jest miesiącem, kiedy średnie wynagrodzenie notuje kolejne maksima. Jest to związane między innymi z premiami końcoworocznymi. Dla przedsiębiorstw zatrudniających ponad 9 pracowników, średnia płaca wyniosła już 5600 zł brutto, to o ponad 6% więcej niż rok temu. Zatrudnienie nadal rośnie w tempie 2,6% w skali roku. Może to powodować, że w kolejnym roku będziemy obserwować rekordy na polskim rynku pracy. Dane te są zgodne z oczekiwaniami.

Słabe dane z polskiej budowlanki

Poznaliśmy dane z GUS na temat dynamiki produkcji budowlano-montażowej w grudniu 2019 r. oraz informacje o budownictwie mieszkaniowym w okresie styczeń-grudzień 2019. Dane te, o ile nie są niespodzianką dla analityków, to wśród osób postronnych mogą budzić wątpliwości. Porównując dane z grudniem 2018 trzeba zaznaczyć, że zmniejszeniu uległa wartość produkcji budowlano-montażowej dla jednostek zajmujących się budową budynków i wykonujących roboty budowlane specjalistyczne. Wartość tej produkcji była natomiast większa w jednostkach zajmujących się budownictwem obiektów inżynierii lądowej i wodnej. Ogólnie w okresie styczeń-grudzień 2019 r. produkcja budowlano-montażowa wzrosła tylko o 2,6%. w porównaniu do tego samego okresu w 2018 r., kiedy odnotowano wzrost o 17,9%. Grudzień to trzeci miesiąc z kolei, w którym roczna dynamika produkcji budowlano-montażowej uzyskała wartość ujemną. Z drugiej informacji GUS wynika, że w 2019 roku oddano więcej mieszkań do użytku niż w 2018 roku – wzrosła liczba mieszkań zarówno tych, których budowę już rozpoczęto, jak i tych, dla których wydano pozwolenia na budowę lub zgłoszono projekt budowlany.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Kraje UE tracą 170 mld euro rocznie przez unijne raje podatkowe

Niemal 960 miliardów euro – to wielkość obecnego budżetu Unii Europejskiej. Ta astronomiczna kwota, jest jednak o 1/5 mniejsza niż 7 lat skumulowanych strat podatków uciekających między granicami państw UE. Sama likwidacja sztucznego transferowania zysków przez międzynarodowe korporacje między różnymi jurysdykcjami doprowadziłaby do odzyskania 420 miliardów euro – to z kolei więcej niż kwota przeznaczana przez Unię na politykę spójności. Największe straty na CIT, związane z funkcjonowaniem rajów podatkowych występują w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Francji. Najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania.”, pokazuje, że wiele problemów w Europie udałoby się rozwiązać zmniejszając skalę transgranicznego unikania płacenia podatków.

Analizując dane dotyczące unikania podatków w Europie, można dojść do smutnego wniosku, że solidarność jest tylko deklaratywną wartością w Unii Europejskiej. Straty wynikające z wykorzystywania międzynarodowych transakcji do oszustw podatkowych oraz unikania płacenia podatków zmniejszają dochody państw członkowskich UE o około 170 mld EUR rocznie. Unia powinna podjąć zintegrowane działania na rzecz uszczelnienia systemu podatkowego, co mogłoby stać się dodatkowym źródłem finansowania dla nowego budżetu, konstruowanego już bez ważnego płatnika w postaci Wielkiej Brytanii. Te środki mogłyby również zasilić budżet Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej lub Green Deal – podkreśla Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Nieliczni zyskują dużo kosztem wszystkich

Efektywne opodatkowanie korporacji w państwach UE spadło w ostatnich dwóch dekadach o 8 punktów procentowych (z 24 proc. na 16 proc.). Międzynarodowe firmy swobodnie przenoszą zyski z krajów, w których działają, do państw z łagodniejszymi systemami podatkowymi w UE. Dane za 2016 r. pokazują, że kraje najbardziej dotknięte stratami wynikającymi ze sztucznego transferowania zysków przez korporacje to Niemcy (18 mld EUR), Wielka Brytania (14 mld EUR) i Francja (11 mld EUR) . Rezultatem jest poważny ubytek dochodów publicznych, który musi być uzupełniany innymi źródłami finansowania.

Sześć państw członkowskich zyskuje na konkurencji podatkowej w UE. Komisja Europejska określiła je wewnętrznymi rajami podatkowymi. Są to Belgia, Cypr, Holandia, Irlandia, Luksemburg i Malta. Kraje te celowo wdrażają takie regulacje prawne, które sprzyjają sztucznemu transferowaniu do nich zysków. Co więcej, kraje te często są także wykorzystywane przez międzynarodowe korporacje jako państwa pośredniczące w dalszym transferowaniu zysków do tradycyjnych rajów podatkowych, takich jak Kajmany czy Wyspy Dziewicze. Jeśli UE nie podejmie skutecznych działań w walce z rajami podatkowymi, to doprowadzi do podważenia zaufania i solidarności między państwami.Kraje UE tracą 170 mld euro rocznie przez unijne raje podatkowe 2 Kraje UE tracą 170 mld euro rocznie przez unijne raje podatkowe

Unikanie podatków kosztuje Unię Europejską jako wspólnotę 170 miliardów euro rocznie. W tej kwocie mieszczą się zarówno środki wyprowadzane przez wielkie korporacje (60 miliardów euro), jak i przez osoby zamożne (46 miliardów euro). Istotny wpływ na skalę zjawiska ma również olbrzymia luka VAT, wynosząca w krajach UE średnio 12 proc. dochodów z tego podatku. Znaczna część luki wynika z wykorzystywania przez firmy i grupy przestępcze transakcji transgranicznych do wyłudzania VAT. Ten proceder przekłada się na kolejne 64 miliardy euro strat każdego roku.

– Osoby zamożne trzymają w rajach podatkowych majątek o wartości 10 proc. PKB całej Unii Europejskiej, z czego około 75 proc. w ogóle nie jest zgłaszane organom podatkowym. Tracimy ogromne pieniądze, a jednocześnie tniemy budżet polityki spójności dzięki, któremu UE mogła się szybciej rozwijać w poprzednich dekadach. Tymczasem wystarczy powstrzymać wyciek pieniędzy do rajów. Zyskują na tym nieliczni, a tracimy wszyscy – mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Co musi zrobić UE, żeby poprawić sytuację?

Istnieje kilka sposobów rozwiązania problemu unikania opodatkowania. Jednym z nich jest stworzenie czarnej listy państw członkowskich będących rajami podatkowymi i przyznanie Komisji Europejskiej uprawnień do nakładania sankcji na państwa, które nie współpracują w zwalczaniu procederu. Środkiem zaradczym może być także ustanowienie minimalnej stawki podatku od osób prawnych w całej UE, obliczanej z wyłączeniem z podstawy opodatkowania płatności najczęściej wykorzystywanych do unikania podatków, takich jak odsetki czy opłaty licencyjne.

Polska aktywnie działa na forum unijnym w kwestiach związanych z unikaniem opodatkowania i walką z tym zjawiskiem. W szczególności ważne jest dążenie do opodatkowania zysków w miejscu ich generowania i do przejrzystości przepływów podatkowych w całej UE. Dlatego 22 stycznia, podczas World Economic Forum w Davos odbędzie się debata z udziałem Premiera RP Mateusza Morawieckiego, Sekretarza Generalnego OECD Angela Gurii oraz ministra finansów Republiki Francuskiej Bruno le Maire’a. Światowi przywódcy i decydenci będą dyskutować nad tym, w jaki sposób można wspólnie wyeliminować zjawisko unikania płacenia podatków. Jest to jeden z podstawowych warunków sprostania globalnym wyzwaniom, przed jakimi staje społeczność międzynarodowa.

W USA potwierdzono pierwszy przypadek zakażenia nowym typem wirusa z Chin. Chiński Nowy Rok może zwiększyć ryzyko jego rozprzestrzeniania

W środę odbędzie się posiedzenie sztabu kryzysowego Światowej Organizacji Zdrowia, który ma zdecydować, czy w związku z rozprzestrzenianiem się nowego typu koronawirusa z Chin należy wprowadzić stan globalnego zagrożenia dla zdrowia publicznego. Jak dotąd stwierdzono 300 przypadków zakażenia i sześć zgonów, a wczoraj oficjalnie potwierdzono pierwszy przypadek zachorowania na 2019-nCoV w Stanach Zjednoczonych. Samoloty z Polski wciąż jednak latają do Chin, a Główny Inspektor Sanitarny zapewnia, że sytuacja jest pod kontrolą, a wszystkie europejskie instytucje na bieżąco ze sobą współpracują. Europa jest dobrze przygotowana na rozpoznanie i leczenie wirusa, który pod wieloma względami przypomina SARS.

– W tej chwili analizujemy sytuację w Chinach, gdzie mają miejsce przypadki zachorowań na wirus wywołujący zapalenie płuc. Istnieje podejrzenie, że może być on transmitowany między ludźmi. Na razie jest to tylko podejrzenie, aczkolwiek trwają istotne badania prowadzone przez różne ośrodki naukowe. Analizujemy to, co dzieje się w całej Europie, jesteśmy powiązani z europejskimi i amerykańskimi instytucjami zajmującymi się kontrolą chorób – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Pinkas, Główny Inspektor Sanitarny.

W środę ma się odbyć posiedzenie sztabu kryzysowego Światowej Organizacji Zdrowia, zwołane przez dyrektora generalnego Tedrosa Adhanoma Ghebreyesusa w celu omówienia sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się nowego typu koronawirusa 2019-nCoV (koronawirusy to gatunki wirusów wywołujące m.in. przeziębienia, zapalenia oskrzeli i płuc). Pod koniec grudnia zaatakował w Chinach i do tej pory stwierdzono już 300 przypadków zakażenia i sześć zgonów. Kilkunastu pracowników personelu medycznego zaraziło się nim od pacjentów.

Większość zakażeń miała miejsce w kilkunastomilionowym mieście Wuhan, ale kilkadziesiąt osób zachorowało również m.in. w Pekinie, Szanghaju i Shenzhenie. Władze wprowadziły już specjalne środki zapobiegawcze, m.in. kontrole temperatury ciała na dworcach i lotniskach, ale wirus rozprzestrzenił się poza Chiny na cztery inne kraje. Pojedyncze przypadki stwierdzono już w Japonii, Tajlandii, Korei Południowej i na Tajwanie. W Australii kwarantannie poddano mężczyznę, który wrócił z podróży do Chin z objawami grypy.

Z kolei we wtorek stwierdzono pierwszy przypadek osoby zarażonej nowym rodzajem koronawirusa poza Azją. Za pośrednictwem stacji CNN amerykańskie Centrum Zapobiegania i Kontroli Chorób poinformowało, że stwierdzono go u jednego z mieszkańców Waszyngtonu.

– Europa jest dobrze przygotowana przede wszystkim na rozpoznanie i późniejsze skuteczne leczenie chorób wywołanych przez tego wirusa – zapewnia Jarosław Pinkas. – Wydajemy na bieżąco komunikaty dotyczące tego, jak należy się zachowywać. Na razie zachowujemy daleko idący spokój. Wciąż latamy do Chin, ale szkolimy załogi latające i nasze stacje graniczne w rozpoznawaniu tej choroby. Na razie nie ma wzmożonego nadzoru na żadnym hubowym lotnisku w Europie. 

Zarówno personel latający, jak i stacja graniczna Inspekcji Sanitarnej na Okęciu przeszły już specjalne przeszkolenia dotyczące rozpoznawania 2019-nCoV. GIS rekomenduje, żeby w miarę możliwości przełożyć podróż do Chin – zwłaszcza osobom, które mają obniżoną odporność, są w podeszłym wieku bądź w trakcie leczenia, np. chemioterapeutykami.

– Najlepiej, żeby takie osoby nie podróżowały w tej chwili do Chin. Oczywiście odpowiednia higiena, mycie rąk i unikanie skupisk ludzkich także mogą przeciwdziałać epidemii – mówi Główny Inspektor Sanitarny.

Jak zauważa Jarosław Pinkas, problem może stanowić fakt, że w Chinach rozpoczyna się właśnie największy okres migracji ludności związany z chińskim Nowym Rokiem, co może ułatwić rozprzestrzenianie się koronawirusa.

Liczymy się z tym, że i w Europie może pojawić się istotny problem związany z tą chorobą – mówi Jarosław Pinkas.

Wciąż nie wiadomo, co jest źródłem zakażenia nowym typem koronawirusa, choć badacze ustalili, że epidemia rozpoczęła się od jednego z targów owoców morza w mieście Wuhan, a 2019-nCoV przypomina wirusa SARS, który na początku lat dwutysięcznych wywołał globalną pandemię – zaraziło się nim wówczas ok. 8 tys. osób. Objawy wywoływane przez oba typy wirusów są podobne: gorączka, trudności w oddychaniu i zmiany w płucach.

Większe wsparcie finansowe dla zielonych projektów. Banki i sektor finansowy będą coraz aktywniej walczyć ze zmianami klimatu

Zmiany klimatyczne wyłoniły nową kategorię ryzyka finansowego i stanowią dziś jedno z głównych zagrożeń dla światowej gospodarki. Według szacunków IPCC do końca stulecia mogą kosztować ją nawet 69 bln dol. Aby je spowolnić i wypełnić swoje zobowiązania klimatyczne do 2030 roku, Unia Europejska musi wypełnić lukę inwestycyjną sięgającą 260 mld euro rocznie. W sfinansowaniu inwestycji zapobiegających globalnym zmianom klimatu dużą rolę ma do odegrania sektor bankowy, który już odczuwa rosnącą presję na tzw. zielone finansowanie. Odzwierciedla to m.in. gwałtownie rosnąca popularność zielonych obligacji i listów zastawnych.

– Zielone finanse właściwie są już w tej chwili priorytetem Komisji Europejskiej, wytyczną dla polityki na kolejnych pięć lat i będą coraz bardziej rozpowszechniane w sektorze finansowym. Wiąże się to z faktem, że w sektorze finansowym istnieje duża przestrzeń dla wspierania walki ze zmianami klimatu i transformacji gospodarek w stronę niskoemisyjności – mówi agencji Newseria Biznes Ludwik Kotecki, były wiceminister finansów, ekspert Instytutu Odpowiedzialnych Finansów – Centrum Myśli Strategicznych. – Wydaje się więc, że oprócz tego, że w sektorze finansów pojawiają się nowe ryzyka związane z klimatem, to też są tam duże szanse.

Zmiany klimatyczne w długiej perspektywie stanowią dziś jedno z największych zagrożeń dla światowej gospodarki. Moody’s, powołując się na raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), wskazuje, że konsekwencje globalnego ocieplenia o 2°C będą kosztować globalną gospodarkę 69 bln dol. do 2100 roku.

Finansowy aspekt zmian klimatu dostrzegły już organizacje nadzoru i banki centralne, które analizują ekspozycję poszczególnych sektorów, głównie ubezpieczeniowego, na ich skutki. Wzrost liczby klęsk żywiołowych oznacza, że ubezpieczyciele muszą być gotowi na wyższe koszty, ale na straty i niższą rentowność będą narażone również banki i przedsiębiorstwa, które muszą liczyć się m.in. z zakłóceniami łańcuchów dostaw czy wzrostem cen energii.

Dane przytaczane przez KE pokazują, że w latach 2000–2016 częstotliwość występowania klęsk pogodowych w globalnej skali wzrosła o 46 proc., a w latach 2007–2016 spowodowane nimi straty ekonomiczne zwiększyły się o 86 proc. (117 mld euro w 2016 roku). To istotne o tyle, że – jak podkreśla KE – blisko 50 proc. ekspozycji na ryzyko banków strefy euro jest bezpośrednio lub pośrednio związane z zagrożeniami wynikającymi ze zmian klimatu. Dlatego też Komisja chce, aby m.in. międzynarodowe agencje ratingowe uwzględniały kwestie środowiskowe i związane z nimi ryzyka w swoich ocenach kredytowych.

Tych ryzyk jest bardzo wiele, szczególnie dla banków. Są to ryzyka kredytowe, bo pewne modele biznesowe przestaną mieć rację bytu ze względu na regulacje środowiskowe, część przedsiębiorstw po prostu przestanie być zyskowna. Jeżeli są kredytowane przez sektor finansowy, to ryzyko wzrośnie. Po drugie, pojawia się ryzyko płynnościowe oraz ryzyko zmiany preferencji klientów. Klienci, dla których ważne jest środowisko naturalne, będą zwracać uwagę, czy ich bank wspiera transformację klimatyczną i walkę ze zmianami klimatu. Jest też kwestia ryzyka dla renomy takiego banku czy ubezpieczyciela, którzy muszą dostosować się do zmian. One wydają się może odległe, ale za chwilę okażą się bardzo ważne dla stabilności całego sektora finansowego – mówi Ludwik Kotecki.

Coraz więcej globalnych firm z sektora finansowego zaczyna wspierać zielone projekty i wycofuje się z tych nieekologicznych.

Sektor finansowy z natury rzeczy dostarcza finansowanie dla różnych projektów inwestycyjnych. Dlatego będzie w coraz większym stopniu uwzględniał ich wpływ na środowisko w swoich decyzjach kredytowych – ocenia Ludwik Kotecki. – Dla sektora finansowego to duża odpowiedzialność i duże pole do wspierania tych projektów, które nie niszczą środowiska i przyczyniają się do transformacji gospodarek w stronę niskoemisyjności. Również regulacje obejmujące sektor finansowy będą w coraz większym stopniu kierunkowały go w tę stronę.

Działająca w ramach G20 Rada Stabilności Finansowej (FSB), która wydaje zalecenia dla globalnego sektora finansowego, powołała już kilka lat temu grupę zadaniową ds. ujawniania informacji finansowych związanych z klimatem (TCFD, Task Force on Climate-related Financial Disclosures). Jej sformułowane w połowie 2017 roku rekomendacje mają przygotować przedsiębiorstwa na skutki, jakie zmiany klimatyczne wywrą na ich modele biznesowe.

Polski sektor finansowy podlega unijnym regulacjom. Te w coraz większym stopniu będą wymagały od banków, ubezpieczycieli czy funduszy inwestowania w zielone, prośrodowiskowe inwestycje. W związku z tym także w Polsce ta zielona rewolucja nastąpi prędzej czy później. Lepiej przygotować się do tego procesu wcześniej i przeprowadzić go w sposób płynny, łagodny – mówi Ludwik Kotecki.

Zgodnie z projektem Europejskiego Zielonego Ładu przejście na zrównoważoną gospodarkę oznacza konieczność inwestycji we wszystkich sektorach w wysokości 260 mld euro rocznie do 2030 roku. Konieczne będą też inwestycje m.in. w infrastrukturę mieszkaniową i przemysłową, a dużą ich część będą musiały ponieść samorządy. Jednym ze sposobów finansowania takich projektów są dla nich tzw. green bonds, czyli zielone obligacje, z których środki muszą zostać w całości przeznaczone właśnie na projekty prośrodowiskowe.

Bitcoin pnie się w górę. W tym roku inwestorów czekają duże zmiany

Wycena bitcoina oscyluje w tej chwili wokół 8,6 tys. dol., co oznacza, że „złoto internetu” zyskało na wartości przeszło 1000 dol. w ciągu niecałego miesiąca. Część analityków prognozuje, że w tym roku w wyniku planowanego na maj tzw. halvingu, czyli zmniejszenia nagrody za wykopanie pojedynczego bloku BTC, cena poszybuje do rekordowego poziomu 100 tys. dol. Ma się do tego przyczynić także ograniczona podaż i rosnąca adopcja kryptowaluty. Co istotne, mimo bardzo dużej zmienności popularność bitcoina wśród inwestorów nie słabnie.

Rynek bitcoina w Polsce cały czas się rozwija, podobnie jak przez ostatnie trzy lata. W tym momencie mamy dosyć duże zainteresowanie zarówno ze strony inwestorów, jak i biznesu, ale też ludzi, którzy chcieliby się po prostu dowiedzieć, czym są kryptowaluty – mówi agencji Newseria Biznes Filip Pawczyński, prezes Polskiego Stowarzyszenia Bitcoin.

Najpopularniejsza z kryptowalut ma za sobą bardzo udany początek roku. Podczas gdy jeszcze w końcówce grudnia była warta ok. 7,2 tys. dol., teraz kurs przekroczył najwyższy od listopada poziom 8,6 tys. dol. W ubiegłym roku szczyt notowań przypadł na wakacje – na przełomie czerwca i lipca bitcoin był wart ok. 13 tys. dol.

Prognoz dotyczących tego, jak zachowa się bitcoin w 2020 roku, jest wiele, a przewidywania wahają się od radykalnych spadków wartości kursu kryptowaluty aż po osiągnięcie przez nią poziomu 100 tys. dol. To szacunek m.in. anonimowego inwestora i analityka PlanB, który w obliczeniach wykorzystuje własny model S2F. Jak przekonuje PlanB, do tej pory model ten okazywał się niezawodny. Podobnego zdania był też prezes Blockchain Development Foundation, Kamil Gancarz, który ocenił, że kurs wywinduje do poziomu 100 tys. dol. planowany na maj tego roku tzw. halving, czyli podział nagrody dla górników za wykopanie bloku bitcoina (w wyniku którego spadnie liczba bitcoinów trafiających na rynek).

Mamy co cztery lata taki event, w wyniku którego nagroda za wydobywanie bloków bitcoina się zmniejsza, a jego możliwa do wydobycia ilość na rynku maleje. Dlatego też zakładamy, że wartość będzie rosła. W tej chwili jest wiele różnych możliwości używania bitcoinów w porównaniu do stanu sprzed kilku lat, więc liczymy, że ten rynek nie będzie tylko spekulacyjny, ale bitcoin stanie się medium płatności – mówi Filip Pawczyński.

Nowe bitcoiny są wydobywane w blokach co 10 minut i stanowią nagrodę za pracę górników biorących udział w tzw. miningu, udostępniających moc obliczeniową swoich komputerów. Pierwsza nagroda wynosiła 50 BTC na blok. Ta wartość zmniejsza się o połowę średnio co cztery lata – to właśnie tzw. halving. Pierwszy odbył się w 2012 roku, a nagroda spadła do 25 bitcoinów, kolejny nastąpił w 2016 roku i nagroda spadła do 12,5 bitcoinów. W maju 2020 roku będzie miał miejsce kolejny podział nagrody, w którego wyniku liczba BTC zmniejszy się do 6,25. Dane Bloomberga przytaczane przez branżowy Comparic.pl wskazują, że po dwóch poprzednich halvingach cena kryptowaluty skoczyła odpowiednio o 8 tys. proc. i ok. 2 tys. proc. cztery lata temu.

Dodatkowy czynnik, który może przyczynić się do wzrostu wartości, to ograniczona podaż bitcoina, która oznacza niemal pewny wzrost popytu. BTC będzie docelowo dokładnie 21 mln sztuk, a w tej chwili wykopano już około 85 proc. Szacuje się, że ostatni pojawi się około 2140 roku.

Mimo dużej zmienności bitcoin stał się już pełnoprawnym aktywem w portfelach inwestycyjnych. Jego popularność nie słabnie – liczba aktywnych adresów BTC rośnie nieprzerwanie.

Kryptowaluty dają dosyć duży zwrot z inwestycji w ciągu ostatnich pięciu lat czy nawet dłużej. Zainteresowanie jest na pewno większe niż jeszcze kilka lat temu – mówi Filip Pawczyński.

Jak podkreśla, rynek bitcoina jest dosyć hermetyczny i tworzą go głównie ludzie, którzy już sprawdzili tę technologię. Niemniej nie są to wyłącznie inwestorzy i spekulanci, ale i biznes, który coraz częściej używa kryptowalut do tego, żeby wyróżnić się na rynku albo móc świadczyć swoje usługi w innych krajach ze względu na możliwość płatności w tej formie.

Ten rynek inwestorski, bardziej spekulacyjny, jest o wiele większy, ponieważ głównym medium do wymiany bitcoina jest dolar i euro. Polski złoty kiedyś plasował się w pierwszej piątce walut najczęściej wymienianych na bitcoina, w tym momencie jest poza pierwszą dziesiątką. Jednak zainteresowanie polskich inwestorów wciąż jest duże – ocenia Pawczyński.

Część ekspertów podkreśla, że w tym roku do wzrostu wartości bitcoina będzie przyczyniać się też coraz większa adopcja kryptowaluty. Jest ona coraz częściej akceptowana jako powszechny środek płatniczy (w ubiegłym roku Nowa Zelandia jako pierwsza na świecie zalegalizowała wypłacanie pensji w BTC), a „złoto internetu” będzie też zyskiwać na postępującej regulacji rynku.

Według aktualnych danych CoinMarketCap łączna kapitalizacja rynku przekracza w tej chwili 230 mld dol. Bitcoin – z kapitalizacją na poziomie 156 mld dol. – odpowiada za ok. 2/3 wartości tego rynku.

Polska na piątym miejscu w UE pod względem rozwoju fotowoltaiki. Ten rok może być rekordowy dla branży

Ubiegły rok przyniósł prawdziwy boom w fotowoltaice, a moc w instalacjach PV przekroczyła próg 1 GW. Pod względem przyrostu nowych mocy znajdujemy się już na piątym miejscu w Europie. Rozwój sektora mocno przyspieszył m.in. dzięki rządowym programom, takim jak Energia Plus, Czyste Powietrze czy Mój Prąd. W ramach ostatniego dofinansowano ponad 27 tys. instalacji PV. Dodatkowym bodźcem dla rynku może być obowiązująca od listopada ujednolicona stawka VAT na instalacje fotowoltaiczne montowane również w innych miejscach niż dachy budynków mieszkalnych.

– Rynek fotowoltaiki w Polsce jest zróżnicowany. Zaczęło się na południu Polski, od miejsc lepiej nasłonecznionych, gdzie powstawały pierwsze duże farmy i projekty parasolowe (takie, gdzie beneficjentami unijnego wsparcia dla jednostek samorządu terytorialnego są osoby fizyczne red.), kiedy wiele wsi po kilkaset domków jednorodzinnych uczestniczyło w pilotażowych projektach wdrażania fotowoltaiki na masową skalę. Potem kolejne wsie i miasteczka przekonywały się, że warto. Teraz powoli ten trend z południowej i wschodniej części Polski postępuje na północ i zachód – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Cycoń, prezes ML System.

Fotowoltaika to jeden z najszybciej rosnących sektorów OZE w Polsce i na świecie, a ubiegły rok przyniósł prawdziwy boom. Podczas gdy jeszcze w 2016 roku moc zainstalowana w źródłach PV wynosiła 100 MW, na koniec 2018 roku sięgnęła już 500 MW, a w październiku ubiegłego roku – według informacji PSE – przekroczyła próg 1 GW. Tempo przyrostu nowych mocy instalacji fotowoltaicznych wynosi ok. 150 proc. rocznie, a Instytut Energii Odnawialnej prognozuje, że w 2020 roku fotowoltaika może stać się drugą najważniejszą mocą w Polsce („Rynek fotowoltaiki w Polsce 2019”).

– Rok do roku rynek fotowoltaiki rośnie. Już 2019 rok okazał się rekordowy pod względem liczby  instalacji PV i mocy zainstalowanych. Spodziewamy się, że rok 2020 jeszcze ten rekord pobije. Mam nadzieję, że kolejne lata napędzane zaistniałą modą też okażą się bardzo dobre dla branży – mówi Dawid Cycoń.

Według przytaczanego przez IEO raportu SolarPower Europe w ubiegłym roku Polska znalazła się już na piątym miejscu w Europie pod względem rocznego przyrostu nowych mocy w fotowoltaice. Ubiegły rok był zresztą pod tym względem rekordowy: w Europie zainstalowano 16,7 GW, co oznacza ponad 100-proc. wzrost w porównaniu z 8,2 GW na koniec 2018 roku. Prym wiodły Hiszpania (wzrost o 4,7 GW), Niemcy (4 GW), Holandia (2,5 GW), Francja (1,1 GW). Jak podaje IEO, w Polsce potencjał fotowoltaiki wciąż jest co najmniej 100 razy większy od obecnego wykorzystania.

– Na tle rynków światowych Polska jest w środku stawki pod względem mocy zainstalowanych w fotowoltaice. Jednak w ostatnim czasie program Mój Prąd i inne systemy wsparcia, projekty parasolowe, projekty wsparcia w ramach regionalnych programów operacyjnych powodują, że szybko nadrabiamy dystans do krajów wysoko rozwiniętych. Upłyną jeszcze lata, zanim dogonimy kraje rozwinięte, takie jak Włochy, Hiszpanię, Niemcy czy Francję – mówi Dawid Cycoń.

Rosnąca popularność fotowoltaiki w Europie to m.in. efekt spadających kosztów technologii i faktu, że energia ze słońca jest tańsza niż z innych źródeł. Rozwój napędzają także unijne cele klimatyczne.

W Polsce instalacje domowe, w małym biznesie i samorządach powstawały do tej pory dzięki dotacjom z regionalnych programów operacyjnych, a dzięki aukcyjnemu systemowi wsparcia od trzech lat rozwijają się też farmy fotowoltaiczne. Rozwój sektora mocno przyspieszył również dzięki programom Energia Plus, Czyste Powietrze czy Mój Prąd. Ten ostatni – z budżetem wynoszącym 1 mld zł – to jeden z największych w Europie programów finansowania mikroinstalacji fotowoltaicznych dla osób fizycznych, które wytwarzają energię elektryczną na własne potrzeby. Do wykorzystania pozostało jeszcze ponad 90 proc. budżetu. Bilans pierwszej edycji to – jak podaje NFOŚiGW – 131,9 mln zł dotacji na 27 tys. instalacji PV.

Dodatkowym bodźcem dla rynku ma być ujednolicenie stawki podatku VAT na instalacje fotowoltaiczne funkcjonalnie związane z budynkiem. Ta zmiana weszła w życie pod koniec listopada ubiegłego roku.

– Obniżka VAT-u do 8 proc. dla wszystkich instalacji związanych z budynkiem, nie tylko tych na dachach, zwiększy zapotrzebowanie. Dużo bardziej opłacalna może okazać się instalacja fotowoltaiki na tarasie, na zadaszeniu dla samochodów czy w przypadku rolników na stodole – mówi prezes ML System.

Do tej pory 8-proc. stawka podatku VAT obowiązywała tylko dla instalacji na dachach budynków, w pozostałych przypadkach wynosiła 23 proc. Po nowelizacji stawka dla wszystkich mikroinstalacji do 50 kW została ujednolicona do 8 proc. (wyłączone są domy o powierzchni użytkowej przekraczającej 300 mkw. i mieszkania powyżej 150 mkw.).

– Skorzystają na tym przykładowo właściciele domów jednorodzinnych, którzy mają problem z przegrzewającym się tarasem. Będą mogli zbudować sobie zadaszenie tarasu, które jednocześnie będzie pełnić funkcję generatora energii. Dzięki zmianom na fotowoltaikę mogą też zdecydować się rolnicy, którzy najczęściej mają dużo wolnej powierzchni obok budynków – mówi Dawid Cycoń.

Mateusz Szczurek: Spowolnienie gospodarcze jest już faktem. Powtórki z wielkiego kryzysu sprzed dekady jednak nie będzie

W trzecim kwartale 2019 roku gospodarka Unii Europejskiej wzrosła o 0,3 proc. kwartał do kwartału, natomiast kraje strefy euro odnotowały wzrost o 0,2 proc. Dane Eurostatu wskazują, że kwartał wcześniej oba obszary powiększyły swój PKB również o 0,2 proc. Choć to wyraźnie mniej niż w 2016 czy 2017 roku, Europa ciągle odnotowuje wzrost. Zdaniem byłego ministra finansów Mateusza Szczurka sytuacja w niemieckim przemyśle samochodowym się ustabilizowała, a polska gospodarka ma się na tyle dobrze, że nie należy oczekiwać dramatycznych wydarzeń.

Spowolnienie gospodarcze właściwie już nastąpiło. W drugiej połowie 2019 roku wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej był znacząco wolniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Szczurek, ekonomista regionalny Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, były minister finansów. – Chociaż trzeba przyznać, że sytuacja gospodarcza w całym 2019 roku zakończyła się właściwie w zbliżony sposób do tego, co było oczekiwane rok wcześniej. Po bardzo dużej fali optymizmu z początku roku przyszła fala pesymizmu. Wygląda na to, że załamanie produkcji przemysłowej, szczególnie w sektorze samochodowym w Niemczech, się ustabilizowało.

O nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym ekonomiści mówią od miesięcy. Rzeczywiście gospodarka z kwartału na kwartał rośnie coraz wolniej. Polska wciąż jednak jest prymusem na tle innych europejskich krajów, i to pomimo silnych powiązań z gospodarką niemiecką, której zaszkodziła wojna handlowa między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Jednak żaden kraj w Unii nie odnotował spadku PKB.

Z danych Eurostatu wynika, że w trzecim kwartale 2019 roku to właśnie polska gospodarka rosła najszybciej w Unii – o 1,3 proc. w ujęciu kwartalnym (dane odsezonowane). Na drugim miejscu były Węgry (1,1 proc.), a na trzecim Estonia (1,0 proc.). W ujęciu rocznym liderem wzrostu były Węgry (4,8 proc.), zaś Polska i Estonia ex aequo zajmowały drugą pozycję (4,1 proc.).

To spowolnienie w Europie w bardzo niewielkim stopniu przekładało się na sytuację gospodarczą w Polsce, która ciągle jest bardzo dobra: niezwykle niskie bezrobocie, łatwość znalezienia pracy – mówi Mateusz Szczurek. – Jest właściwie najlepiej w historii posttransformacyjnej i trudno oczekiwać, że aż tak dobrze będzie zawsze. Pewne pogorszenie sytuacji na rynku pracy już następuje i pewnie nastąpi w trochę większym stopniu, ale nie mamy do czynienia z takimi nierównowagami, które kazałyby oczekiwać dramatycznego kryzysu. Dzisiaj nie ma nierównowagi zewnętrznej, czyli zależności od finansowania z zagranicy, nadmiernego importu czy konieczności ciągłego napływu kapitału zagranicznego, żeby utrzymać bieżącą sytuację, a tak było przed wielkim kryzysem.

Odwilż między Stanami Zjednoczonymi a Chinami w ponaddwuletniej wojnie handlowej, do której zmusił prezydenta Donalda Trumpa spadek eksportu amerykańskich produktów rolnych do Chin, poprawiła globalne nastroje. Nawet wskaźnik PMI dla sektora przemysłowego, choć już od 14 miesięcy znajduje się poniżej poziomu 50 punktów (co oznacza, że liczba zamówień i produkcja się kurczą), odnotował pewien wzrost i daje szansę na poprawę. Tempo spadku nowych zamówień oraz produkcji zwolniło, a prognozy odnośnie do przyszłej aktywności poprawiły się po rekordowo słabych wynikach zarejestrowanych w listopadzie. Jedynym kłopotem może być najwyższa od przeszło siedmiu lat inflacja, która w grudniu wyniosła 3,4 proc. rok do roku. Jednak ekonomiści spodziewają się, że po I kwartale powróci ona do dopuszczalnego pasma wahań.

Nie ma nadmiernego wzrostu kredytów. Pojawia się inflacja i to jest niewątpliwie pewien problem, więc kredytobiorcy na pewno muszą liczyć się z możliwością podwyżek stóp procentowych. Ale to jest normalny cykl koniunkturalny, a nie powtórka z kryzysu z 2009 roku, nie bez powodu nazywanego wielkim – ocenia ekonomista EBOiR. – Ekonomiści i instytucje międzynarodowe nigdy nie przewidują kryzysu, on w pewnej mierze zawsze jest zaskoczeniem. Jednak na horyzoncie nie widać znaczących zagrożeń wewnątrz Polski, poza zagrożeniami z zewnątrz związanymi z wojnami handlowymi czy ewentualnym pojawieniem się recesji w Unii Europejskiej.

Polscy naukowcy opracowali nową metodę wytwarzania stopów wolframu. Pozwoli ona opracować tańsze ogniwa paliwowe i wytrzymalsze narzędzia

Naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego wykorzystali technologię galwanizacji do opracowania niespotykanych dotychczas stopów wolframu. Nowe materiały mogą wyprzeć ich kancerogenne odpowiedniki, przyczynić się do powstania innowacyjnych ogniw paliwowych oraz narzędzi nowej generacji o zwiększonej wytrzymałości, przystosowanych do pracy w ekstremalnych warunkach.

– Wolfram jest ciekawym przypadkiem metalu, którego nie da się wydzielić jako czystego metalu, można wytwarzać tylko jego stopy. Zanim zacząłem się zajmować swoimi badaniami, wydawało się, że istnieją trzy dwuskładnikowe stopy, a w trakcie badań udało się udowodnić występowanie czwartej klasy. Te materiały nie powstają w procesach hutniczych, da się je wytworzyć jako powłoki w procesie elektroosadzania – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Bącal, założyciel Inelco.

Za odnalezienie nowego stopu wolframu odpowiadają naukowcy z Wydziału Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, którzy odkryli go podczas eksperymentów z technologią galwanizacji powłok metalowych. W trakcie badań laboratoryjnych dowiedziono, że stop wolframowy można uzyskać nie tylko w wyniku reakcji z cząsteczkami niklu, żelaza bądź kobaltu, lecz także przy obecności miedzi.

Odkrycie zaowocowało powołaniem do życia spółki spin-off Inelco wyspecjalizowanej w produkcji nowatorskich stopów metali. Start-up pokłada duże nadzieje w wykorzystaniu galwanizowanego wolframu do produkcji ogniw paliwowych nowych generacji, które nie będą bazowały na metalach szlachetnych. Dzięki temu koszt ich produkcji znacząco spadnie, a co za tym idzie, ich wdrożenie na rynek będzie znacznie przystępniejsze.

– Powłoki wolframowe były pomyślane jako powłoki antykorozyjne i dekoracyjne, a teraz wygląda na to, że będą świetną platformą do stworzenia materiałów do ogniw paliwowych, zarówno do wydzielania gazów, jak i do zbierania prądu do kolektorów ładunku. Cechują się wysoką odpornością na agresywne warunki, w których będą pracowały ogniwa do kontaktów elektrycznych. Czyli do miejsca, gdzie będzie następowała zmiana z energii chemicznej na energię elektryczną – wyjaśnia ekspert.

Warto zauważyć, że nie tylko Inelco doceniło potencjał wolframu w branży energetycznej. Amerykańska firma Xtalic Corporation wykorzystała ten pierwiastek w roli stabilizatora w procesie elektroosadzania stopów niklu (Xtronic) oraz srebra (Luna). Korporacja chce wykorzystywać autorskie stopy do produkcji przyłączy o zwiększonej żywotności na potrzeby produkcji systemów ładowania pojazdów elektrycznych.

Stopy od Inelco pozwolą również upowszechnić produkcję galwanizowanych powłok ochronnych, które będą bardziej przyjazne dla środowiska niż te stosowane dotychczas. Eksperymenty ze stopami wolframu uzyskanymi metodą elektroosadzania pozwoliły opracować ekologiczną alternatywę dla chromu. Nowy materiał ma podobne właściwości fizyczne, ale do jego produkcji nie są wykorzystywane toksyczne odczynniki, a co za tym idzie – są mniej szkodliwe dla środowiska.

Inżynierowie z Uniwersytetu Warszawskiego pracują także nad nowatorskimi narzędziami przeznaczonymi do pracy w trudnych warunkach. Dzięki procesowi galwanizacji zespołowi naukowców udało się wypracować stop do utwardzania powierzchni narzędzi narażonych m.in. na duże naprężenia.

– Nie istnieje nowoczesna branża przemysłu, w której nie wykorzystuje się materiałów wytwarzanych na drodze elektroosadzania. Znajdują one zastosowanie praktycznie wszędzie, ale nie możemy dłużej stosować wszystkich rozwiązań, które były znane od początku tych technik. Część z nich wiąże się z produkcją dużej ilości odpadów, kancerogenów albo z dużą konsumpcją energii. Takich procesów nie możemy dłużej prowadzić, musimy szukać alternatyw. I tutaj pojawiają się elektroosadzane stopy wolframu, które nie ustępują właściwościami mechanicznymi i wyglądem takim powłokom, a nie zawierają w swoim składzie komponentów, o których wiemy, że mogą wpływać na nasze życie – podsumowuje Paweł Bącal.

Według firmy badawczej KBV Research wartość globalnego rynku powłok ze stopów metali do 2025 roku wzrośnie do 13,6 mld dol. W najbliższych latach ma  się rozwijać w tempie 5,13 proc. w skali roku.

Eksperci: To nasi sąsiedzi często odpowiadają za zanieczyszczenie powietrza w okolicy. Mobilne laboratorium sprawdzi, czym palą w piecach

Dzięki mobilnemu laboratorium jakości powietrza strażnicy miejscy i gminni będą mogli szybko zbadać, czy dane gospodarstwo pali w piecu odpowiednim paliwem. Bez takiego urządzenia reakcja na zgłaszane interwencje byłaby właściwie niemożliwa. Tymczasem okazuje się, że średnio aż przez jedną trzecią dni w roku Polacy oddychają powietrzem, w którym przekroczone są normy zawartości szkodliwych substancji. Za ich emisję odpowiadają w większości gospodarstwa domowe.

– Mobilne laboratorium jakości powietrza składa się z jednostki głównej, będącej przyczepą pomiarową, stanowiącą jednocześnie miejsce startu dronów. One umożliwiają pomiary w kominach czy w konkretnych paleniskach. Sama przyczepa ustawiona w jakimś miejscu może zbierać informacje o wpływie czy jakości powietrza w danej lokalizacji. Oprócz rozwiązania technicznego jest tutaj także know-how związane z kalibracją. Dzięki temu wiem, że dane, które są zbierane przez tę przyczepę, są wiarygodne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Arkadiusz Kurek z firmy Zdrochem.

Laboratorium zbudowane przez spółkę spin-out Uniwersytetu Warszawskiego służy do badań na skalę lokalną. Jego działanie skupione jest więc na konkretnym budynku, palenisku czy ognisku, w którym ktoś pali śmieci. Urządzenie może stanowić rozwiązanie problemu, jakim dla wielu strażników miejskich jest brak możliwości skutecznego zareagowania na zgłaszaną interwencję.

– Dzięki temu, że mamy takie laboratorium mobilne, możemy podjechać i nasze centrum pomiarowe działa tam, gdzie jest najbardziej potrzebne, gdzie jest potrzebna interwencja. Można zdecydować, czy w danym miejscu dochodzi do nielegalnego spalania śmieci, czy to jest po prostu normalne ogrzewanie bytowe węglem gorszej jakości, czy też czymś, co zawiera zbyt dużo wilgoci. To też jesteśmy w stanie wykryć – zapewnia Arkadiusz Kurek.

Z danych Krajowego Ośrodka Bilansowania i Zarządzania Emisjami wynika, że niska emisja, za którą w większości odpowiadają spaliny pochodzące z przydomowych pieców na paliwa stałe, była w 2017 roku źródłem 46 proc. zanieczyszczeń powietrza pyłami zawieszonymi PM10. W 84 proc. odpowiadała natomiast za emisję rakotwórczego benzoalfapirenu. Głównie na właścicielach domów jednorodzinnych spoczywa więc odpowiedzialność za jakość powietrza w ich najbliższym otoczeniu.

– W większości przypadków trują nas najbliżsi sąsiedzi, czyli ktoś, kogo możemy zidentyfikować. Często jest tak, że idąc ulicą, widzimy jeden budynek, który na całą okolicę emituje taką chmurę gryzącego dymu, że wiadomo, że to on truje. Jeżeli nie będziemy o tym mówić, jeżeli nie będziemy dawali możliwości pomiaru tego, to świadomość ekologiczna nie będzie rosła – przestrzega ekspert.

Grupami szczególnie narażonymi na działanie niskiej emisji są osoby starsze, kobiety w ciąży i dzieci. Najdrobniejsze cząstki pyłu zwieszonego w powietrzu są w stanie nie tylko przenikać wraz z tlenem poprzez płuca do krwioobiegu, lecz także mają zdolność przenikania błony łożyska, przez co mogą negatywnie oddziaływać na płód. Z kolei osoby starsze i dzieci to grupy szczególnego ryzyka z uwagi na obniżoną odporność.

– Nasze rozwiązania kierujemy też do szkół i przedszkoli. System, który pokazuje jakość powietrza w najbliższej okolicy, ostrzeże osoby przebywające w przedszkolu, jeśli w okolicy znajduje się np. komin, który może zanieczyszczać powietrze w miejscu zabaw dzieci – mówi Arkadiusz Kurek.

Rekordowe zanieczyszczenie powietrza zostało zarejestrowane w Polsce w połowie stycznia. Według danych Airly 17 stycznia normy WHO w Warszawie zostały przekroczone o 400 proc., we Wrocławiu o ponad 500 proc., w Kielcach o ponad 1000 proc,. a na Śląsku niemal o 1000 proc. Z raportu sporządzonego przez firmę wraz z Onetem wynika, że w okresie od 1 sierpnia 2017 roku do 1 sierpnia 2019 roku przez 226 dni w Polsce notowane były przekroczenia norm zanieczyszczeń. Stanowi to niemal 31 proc.

Spada liczba aktywnych zawodowo 50 i 60-latków. Pracodawcy nie mogą sprostać ich wymaganiom?

Kursy, szkolenia i benefity pozapłacowe – to trzy oczekiwania wobec pracodawcy najczęściej wymieniane przez 50-latków i 60-latków szukających pracy, wynika z badania Grupy Progres*. Osoby, które przekroczyły 50 r.ż. dokładnie wiedzą, co powinien oferować przyszły przełożony, żeby zachęcić ich do podjęcia pracy. Niestety wielu z nich nie znajduje wymarzonego szefa, a liczba pracowników po 50-tce i 60-tce spada, mimo że mają w sobie spory i w dużej mierze niewykorzystany potencjał.

W naszym kraju pracuje jedynie 34 proc. osób między 50 a 64 r.ż. (dane GUS). Niestety większość Polaków z tej grupy wiekowej, mimo swojego dorobku i doświadczenia zawodowego, często pozostaje bez etatu. Niską aktywność zawodową zarówno 50-latków jak i 60-latków potwierdzają też najnowsze badania Grupy Progres, z których wynika, że w 2019 r. liczba pracowników powyżej 50-tego i 60-tego r.ż. spadła o 15 proc. w porównaniu do 2018 r. Przed firmami borykającymi się z brakami kadrowymi i pokładającymi nadzieję w bezrobotnych z grupy 50-60+ stoi nie lada wyzwanie. Muszą wykazać się dużą otwartością na ich potrzeby i oczekiwania mogące zaskoczyć przedsiębiorców, szczególnie tych, którzy do tej pory unikali inwestowania w rozwój zawodowy pracowników po 50-tce.

Perspektywa rozwoju zawodowego, a nie emerytury

Bezrobotni z grupy 50-60+ mają sprecyzowane oczekiwania względem przyszłego pracodawcy – 57 proc. chce zagwarantowania im benefitów, 21 proc. nie ma takich wymagań, a dla 22 proc. kwestia dodatków pozapłacowych jest obojętna. Pytani o to jakie możliwości rozwoju powinna zapewniać pracownikom firma, najczęściej wymieniają kursy i szkolenia (73 proc. badanych). Pożądana jest też możliwość podnoszenia kwalifikacji zawodowych wskazywana przez 43 proc. ankietowanych. 14 proc. respondentów oczekuje zapewnienia udziału w konferencjach i wydarzeniach branżowych, tyle samo badanych chce by pracodawca finansował lub przynajmniej współfinansował ich kursy językowe oraz studia podyplomowe. Podejście do swojej pozycji na rynku pracy wśród bezrobotnych obecnie 50-latków i 60-latków nie powinno dziwić, tym bardziej że aż 86 proc. z nich oczekuje od pracodawcy wsparcia przy pokierowaniu rozwojem zawodowym i ścieżką kariery zanim przejdą na emeryturę.

Kwalifikacje i doświadczenie, rzadziej znajomości

Badani uważają, że wspomniany rozwój zawodowy jest istotny i w znaczący sposób może przyczynić się do znalezienia pracy. Twierdzą bowiem, że o zatrudnieniu decydują kwalifikacje (86 proc. wskazań), doświadczenie (43 proc. odpowiedzi), wykształcenie (36 proc. wskazań), rzadziej kompetencje twarde i miękkie (21 proc. odpowiedzi) czy znajomości (14 proc. wskazań). Z badania Grupy Progres* wynika też, że rekrutowani kandydaci w wieku 50-60+, gdy dostaną pracę nie odchodzą z niej z dnia na dzień. Pytani o to, ile razy zmieniali pracodawcę w ciągu całego zawodowego życia najczęściej odpowiadają, że raz lub dwa razy (36 proc.), tyle samo ankietowanych deklarowało, że ok. 5 razy (36 proc.) Przez kilkadziesiąt lat w jednym miejscu zatrudnionych było 14 proc. osób 50-60+, podobną grupę stanowią te zmieniające przełożonego 3 lub 4 razy.

Na obecnym rynku pracy jest wiele różnych pokoleń pracowników aktywnych zawodowo. A każde z nich reprezentuje różne cechy i postawy. Lekcją do odrobienia dla wielu firm jest otwartość na osoby po 50-tym i 60-tym r.ż. Tej grupy nie można bagatelizować, należy jej się szacunek i zrozumienie. Przedsiębiorstwa, które postawią na dywersyfikację procesów zatrudniania mają przed sobą perspektywiczną przyszłość.

* Raport Rynek Pracy 360 ° – to najnowszy projekt Grupy Progres, który pokazuje perspektywy zarówno pracodawców, pracowników jak i bezrobotnych. W badaniu uczestniczyło w sumie 1 000 respondentów – osób aktywnych zawodowo i tych szukających zatrudnienia z całej Polski. Celem było zgłębienie zależnych od siebie obszarów jakim są rekrutacja, rozwój, a także utrzymanie pracowników (obecnych i potencjalnych). Autorom zależało także na poznaniu doświadczeń, postaw, motywacji i planów każdej ze stron – pracodawców, osób aktywnych zawodowo oraz bezrobotnych.

Partnerami badania zostały osoby, organizacje i instytucje, którym sektor rynku pracy jest bardzo bliski – Gdański Urząd Pracy, Konfederacja Lewiatan, Pomorska Specjalna Strefa Ekonomiczna, Strateg Biznesowy Anna Stachniuk oraz Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia.

Jak działali cyberprzestępcy w 2019 roku

Motywy i metody działania cyberprzestępców są zróżnicowane. Niektórzy dokładnie wiedzą kogo chcą zaatakować, jakiego rodzaju narzędzia powinni użyć oraz na jakiego rodzaju korzyści mogą liczyć. Starannie dobierają ofiary – organizacje lub użytkowników i niejednokrotnie tworzą złośliwe oprogramowanie „szyte na miarę”. Inni chcą zaatakować możliwie jak największą liczbę osób. Ich celem jest szeroka dystrybucja złośliwego oprgoramowania i splendor wśród innych cyberprzestępców. Eksperci Cisco przeanalizowali cyberincydenty, które miały miejsce w ubiegłym roku i przygotowali zestawienie technik oraz metod najczęściej wykorzystywanych przez cyberprzestępców.

Główne sposoby działania cyberprzestępców w 2019 roku to:

  1. Ataki na DNS
  2. Remote Access Trojans (RATs)
  3. Ukrywanie ataków w szyfrowanym ruchu sieciowym
  4. Media społecznościowe jako platforma do komunikacji dla cyberprzestępców

Żółw morski wypływa na szerokie wody – ataki na DNS

Jedną z najczęściej wykorzystywanych przez cyberprzestępców metod były ataki na System Nazw Domenowych (ang. Domain Name System). Za każdym razem gdy użytkownik wpisuje nazwę określonej domeny, DNS przeformatowuje go na zrozumiały dla maszyny adres IP składający się z ciągu cyfr.

Jaki może być przykładowy scenariusz ataku? Załóżmy, że pracownik przychodzi do biura i przed rozpoczęciem pracy postanawia umilić sobie poranną kawę lekturą newsów w Internecie, klikając na którąś z zakładek w przeglądarce. Nie jest świadomy, że system przekierowuje go na inną, podobnie wyglądającą stroną zawierającą złośliwe oprogramowanie, które może być wykorzystane do pozyskania loginów i haseł wpisywanych na często odwiedzanych stronach internetowych, kradzieży tożsamości i poufnych informacji czy nawet szantażu. Ataki na DNS są niezwykle trudne do wykrycia, gdyż użytkownicy mogą nawet nie zdawać sobie sprawy, że korzystają z zainfekowanej strony www. Przykładem kampanii mającej na celu ataki na DNS jest Sea Turtle. Była ona skierowana przeciwko organizacjom zarządzającym domenami najwyższego poziomu TLD (ang. top-level domains). Mimo, że zespół ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa Cisco Talos ujawinił działanie „morskiego żółwia”, zdaniem specjalistów Cisco, w roku 2020 możemy spodziewać się kolejnych ataków.

Szczury (RATs) wykradające dane i kontrolujące komputery ofiar

RATs (ang. Remote Access Trojans) są trojanami umożliwiającymi zdalny dostęp do urządzeń. Służą cyberprzestępcom do uzyskiwania informacji  i kontrolowania komputerów swoich ofiar. Oznacza to, że po zainstalowaniu złośliwego oprogramowania mogą oni m.in. pozyskać dane, w tym loginy i hasła zapisane w pamięci podręcznej, usunąć informacje z komputera, podglądać użytkownika za pomocą kamery zamontowanej w komputerze, podsłuchiwać użytkownika włączając mikrofon w komputerze, uzyskać dostęp do serwera współdzielonego, a nawet zainstalować dodatkowy malware np. keyloger, który zapisuje teksty napisane na klawiaturze komputera.

Według chińskiego horoskopu, 2020 będzie rokiem szczura. Podobnie sądzą, choć z innego powodu, specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa Cisco. Biorąc pod uwagę aktywność cyberprzestępców w roku 2019 i przykłady trojanów takich jak Orcus RAT czy RevengeRAT możemy sądzić, że programy umożliwiające uzyskanie zdalnego dostępu do zasobów wciąż będą stanowiły poważne zagrożenie.

Szyfrowany ruch sieciowy – broń obusieczna

Pierwotnie szyfrowanie ruchu sieciowego miało uniemożliwić uzyskanie dostępu do danych osobom niepowołanym. Niestety technologia ta stała się narzędziem w rękach cyberprzestępców, którzy w ten sposób kamuflują swoje działania. Jak wynika z danych Cisco, 63% wszystkich incydentów wykrytych za pomocą Cisco Stealthwatch, systemu do analizy ruchu sieciowego, było ukrytych w ruchu szyfrowanym. Chcąc zwalczać ten proceder organizacje powinny stale monitorować szyfrowane pakiety danych przemierzające sieć, aby odkryć wzorce wskazujące na działalność cyberprzestępców. Eksperci Cisco podkreślają jednak, że dopiero wykorzystanie algorytmów uczenia maszynowego pozwoli na wykrycie bardziej złożonych złośliwych połączeń. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż cyberprzestępcy oprócz zainfekowanych, umieszczają w ruchu sieciowym również przypadkowe pakiety danych, aby zmylić specjalistów ds. cyberbezpieczeństwa.

Media społecznościowe – targowisko dla cyberprzestępców

Działalność cyberprzestępców kojarzy się z najciemniejszymi odmętami Internetu. Nic bardziej mylnego. Osoby zajmujące się tworzeniem i dystrybucją złośliwego oprogramowania wykorzystują powszechnie dostępne portale społecznościowe, takie jak np. Facebook do wymiany informacji o wykorzystywanych technikach, sprzedaży narzędzi hakerskich czy wykradzionych danych. Brian Krebs, badacz zajmujący się cyberbezpieczeństwem, zaprezentował niedawno zestawienie 120 grup w mediach społecznościowych zrzeszających nawet 300 tys. tzw. hakerów. Mimo, że zostały one zgłoszone i usunięte przez administratorów, na ich miejsce wciąż pojawiają się nowe.

Cisco radzi jak chronić się przed powyższymi zagrożeniami

·         Monitoruj rekordy DNS i blokuj złośliwe domeny. Platforma Umbrella Investigate daje całościowy obraz zależoności i zmian jakie zachodzą w domenach internetowych, numerach IP i plikach. Dzięki temu można wskazać źródła ataku, przewidywać przyszłe zagrożenia i szybko lokalizować zmiany w rekordach DNS.

·         Wdróż odpowiednie rozwiązanie do ochrony punktów końcowych. Gdy coraz więcej urządzeń podłącza się do Twojej sieci, niezwykle ważne jest zrozumienie, jakie ataki mogą być na nie skierowane. Należy je proaktywnie blokować i szybko odpowiadać na wszystkie zagrożenia, które przedarły się przez system zabezpieczeń. Rozwiązanie Cisco AMP dla Punktów Końcowych blokuje złośliwe oprogramowanie już podczas pierwszego kontaktu z infrstrukturą IT, następnie lokalizuje i zapobiega rozprzestrzenianiu bardziej złożonych zagrożeń.

  • Wykorzystuj uwierzytelnianie wielopoziomowe. Rozwiązania MFA (ang. multi-factor authentication), takie jak Cisco Duo, pozwalają weryfikować tożsamożć użytkowników, zyskiwać wgląd w każde urządzenie, a także egzekwować zasady polityki bezpieczeństwa, aby zabezpieczyć dostęp do każdej aplikacji. Uwierzytelnianie wielopoziomowe może także uniemożliwić cyberprzestępcom logowanie do systemu, jeżeli uda im się uzyskać dane do logowania.
  • Monitoruj ruch sieciowy. Cisco Stealthwatch jest najbardziej kompleksowym narzędziem zapewniającym przejrzystość i analizę bezpieczeństwa ruchu sieciowego, wykorzystującym telemterię z istniejącej infrastruktury sieciowej. Stealthwatch zawiera także narzędzie Encrypted Traffic Analytics, które umożliwia lokalizowanie zagrożeń w szyfrowanym ruchu sieciowym.

·         Bezpieczeństwo poczty elektronicznej. Poza podstawowymi zabezpieczeniami przed spamem, wirusami i złośliwym orpogramowaniem warto rozważyć bardziej zaawansowane rozwiązania z zakresu bezpieczeństwa poczty elektornicznej, wykorzystujące uczenie maszynowe do potwierdzania tożsamości nadawców i rozpoznawania powiązań behawioralne, aby blokować ataki phishingowe.

·         Identyfikuj złośliwe zachowanie plików. Rozwiązanie Cisco Threat Grid wyszukuje zainfekowane pliki i automatycznie informuje o tym cały ekosystem produktów bezpieczeństwa Cisco. Threat Grid łączy możliwość izolacji określonych programów od reszty systemu z wiedzą z zakresu threat intelligence.

·         Podejście platformowe. Całościowo blokuj nowe ataki, zapobiegaj rozpowszechnianiu naruszeń wykorzystujących różne wektory ataku i ograniczaj ich wpływ na systemy. Przykładem rozwiązania platfromowego jest Cisco Threat Response (CTR). CTR pozwala automatyzować i przyśpieszać podstawowe funkcje operacyjne: wykrywanie, prowadzenie śledztw oraz naprawianie. Stanowi główny filar zintegrowanej architektury bezpieczeństwa Cisco.

·         Reakcja na incydenty. Zwiększ gotowość i usparwnij reakację na cyberataki. Zespół specjalistów Talos Incident Response pomoże Twojej organizacji przygotować się na atak, zareagować i przywrócić działenie systemów poprzez bezpośredni dostęp do wiedzy, którą dysponuje Cisco.

Jak odzyskać wkład ze spółdzielni na mieszkanie lokatorskie?

Można odzyskać wkład ze spółdzielni (dotyczący spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu) i wykorzystać go przy kredycie. Wyjaśniamy, jak to zrobić.

Spółdzielcze lokatorskie prawo do mieszkania wzbudza mniejsze zainteresowanie niż jego własnościowy odpowiednik i pozostaje niejako w cieniu. Zapewne wynika to z faktu, że lokatorskie prawo jest mniej pożądane niż prawo własnościowe i okazuje się bardziej zbliżone do najmu. Nie można jednak lekceważyć wspomnianego prawa lokatorskiego. Wynika to z dwóch względów. Po pierwsze, spółdzielcze lokatorskie prawo do mieszkania wciąż jest stosunkowo popularne w Polsce. Po drugie, wspomniane prawo pomimo swojej niezbywalności przedstawia istotną wartość. W tym kontekście warto przypomnieć, że posiadacz lokatorskiego prawa może odzyskać wniesiony wcześniej wkład ze spółdzielni (wkład mieszkaniowy). Postanowiliśmy wyjaśnić, jak można to zrobić. W drugiej części naszego artykułu pokrótce tłumaczymy zasady odzyskiwania partycypacji z TBS-u. Tę kwotę również można wykorzystać do zaciągnięcia kredytu bankowego na własne „M”.

Po zmianach nadal można zrzec się lokatorskiego prawa

Informacji o tym, jak można odzyskać wkład ze spółdzielni, powinniśmy szukać w ustawie z dnia 15 grudnia 2000 r. (Dz.U. 2001 nr 4 poz. 27). Wspomniana ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych informuje, że spółdzielcze lokatorskie prawo do lokalu mieszkalnego wygasa wraz z chwilą ustania członkostwa w spółdzielni. Możliwe są także inne (szczególne) przyczyny wygaśnięcia opisywanego prawa. „Przykładowo spółdzielnia może domagać się, aby sąd w trybie procesowym orzekł o wygaśnięciu spółdzielczego prawa lokatorskiego jeśli lokator zalega z opłatami eksploatacyjnymi za co najmniej 6 miesięcy, rażąco lub uporczywie wykracza przeciwko porządkowi domowemu lub utrudnia korzystanie z innych lokali albo nieruchomości wspólnej” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Warto podkreślić, że znowelizowania ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych nie przewiduje możliwości dobrowolnego zrzeczenie się członkostwa w spółdzielni oraz spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania. Sąd Okręgowy w Piotrkowie Trybunalskim niedawno wskazał jednak, że nadal możliwie jest zrzeczenie się spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania oraz członkostwa w spółdzielni mieszkaniowej (zobacz wyrok z dnia 23 stycznia 2019 r. o sygnaturze akt I C 959/18). „Oznacza to, że osoba zamierzająca pozbyć się wspomnianego prawa i odzyskać wkład ze spółdzielni, nie będzie musiała prowokować spółdzielni do wszczęcia postępowania sądowego (np. na wskutek utrzymywania zaległości w opłatach eksploatacyjnych dłuższych niż 6 miesięcy)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Spółdzielnia oddaje pieniądze wedle relacji rynkowych

Możliwość zrzeczenia się spółdzielczego lokatorskiego prawa do mieszkania jest korzystna w świetle obecnych przepisów. Wygaśnięcie wspomnianego prawa będzie bowiem skutkowało:

  • wypłatą wartości rynkowej lokalu pomniejszonej: o przypadającą na dany lokal część zobowiązań spółdzielni związanych z budową i nominalną kwotę umorzenia kredytu lub dotacji oraz ewentualne zaległości z tytułu opłat eksploatacyjnych i koszty określenia wartości rynkowej lokalu – wariant rozliczenia stosowany jeśli mieszkanie spółdzielcze po wygaśnięciu lokatorskiego prawa trafiło na przetarg
  • zwrotem wkładu mieszkaniowego zwaloryzowanego według wartości rynkowej lokalu i pomniejszonego o ewentualne zaległości z tytułu opłat eksploatacyjnych oraz koszty określenia wartości rynkowej lokalu – wariant rozliczenia stosowany jeśli mieszkanie spółdzielcze po wygaśnięciu lokatorskiego prawa nie trafiło na przetarg i znalazła się inna osoba chętna na prawo lokatorskie

Trzeba także podkreślić, że wkład ze spółdzielni zostanie zwrócony wedle jednej z powyższych zasad pod warunkiem opróżnienia mieszkania przez osobę, która wcześniej wykorzystywała je na podstawie spółdzielczego lokatorskiego prawa” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Swoje środki będzie można odzyskać również od TBS-u

Można przypuszczać, że wiele osób zamierzających odzyskać wkład ze spółdzielni, później będzie chciało użyć tych pieniędzy do zaciągnięcia kredytu na własne „M”. Podobne zastosowanie może mieć również odzyskana partycypacja, którą wcześniej wniesiono do towarzystwa budownictwa społecznego (TBS). O zasadach działania TBS-ów pisaliśmy już wcześniej w jednym z naszych artykułów. „Warto jednak pokrótce przypomnieć, że wpłata partycypacji stanowiącej do 30% kosztów budowy „M” jest warunkiem rozpoczęcia najmu w systemie budownictwa społecznego. Pieniądze wpłacone do TBS-u można odzyskać na dwa sposoby” – tłumaczy Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Pierwszy wariant wynika wprost z przepisów regulujących zasady działania towarzystw budownictwa społecznego. Te przepisy mówią, że po wygaśnięciu umowy najmu TBS zwraca partycypację zwaloryzowaną o zmiany wskaźnika ceny 1 mkw. powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego (podawane przez GUS). „Nie można również zapominać, że istnieje możliwość zbycia (cesji) prawa do najmu mieszkania w TBS-ie. Pieniądze pozyskane w ten sposób, także mogą posłużyć do sfinansowania własnego lokum” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Jak nie wojna, to zaraza

Wraz z podpisaniem wstępnej umowy handlowej kwestia ta schodzi na drugi plan wraz z zejściem rozmów na poziom techniczny. Optymizm, że dojdzie do sygnowania dokumentu to wyczerpane źródło apetytu na ryzyko. Pozostały cła na chińskie towary o wartości 360 mld USD oraz słabość globalnej koniunktury. Zagraża to wygenerowaniu korekty w notowaniach indeksów a na rynku walutowym zwiastuje m.in. umocnienie jena.

Bezpośrednim zapalnikiem do nerwowego startu tygodnia są informacje o tajemniczym wirusie, który w Chinach uśmiercił już kilka osób. Zainfekowany został również personel medyczny i rośnie obawa, że wirus jest bardzo zaraźliwy. Nie spodziewamy się, żeby był to temat, który na długi czas przykuje uwagę rynków, ale dostarcza on pretekstu do zapoczątkowania korekty, która zacznie żyć swoim życiem.

Nie należy spodziewać się natychmiastowego wpływu wstępnego porozumienia na kondycję światowej gospodarki. Po pierwsze, stawka celna na towary o wartości 240 mld USD nadal wynosi 15 proc. Do 7,5 proc. obniżona została taryfa jedynie na 120 mld USD. Wiemy już, że do listopadowych wyborów Stany Zjednoczone nie wycofają się z ceł. Po drugie, kilkanaście miesięcy niepewności i obaw sprawiło, że dynamika globalnego PKB jest najmizerniejsza od kryzysu finansowego. Wzrost zacznie z czasem przyśpieszać, ale załamanie w przemyśle, inwestycjach i handlu międzynarodowym nie zniknie z dnia na dzień. Po trzecie, kompleksowa umowa ma regulować między inny politykę przemysłową Chin, co oznaczać musi rezygnację z pozataryfowych instrumentów polityki handlowej ograniczających dostęp do rynku Państwa Środka. Liberalizacji miałby podlegać także cały sektor usług ze szczególnym uwzględnieniem branży nowych technologii i internetu. Hasło wolnej konkurencji pomiędzy chińskimi i amerykańskimi firmami brzmi wręcz utopijnie. Dodatkowo Pekin musiałby przystać na stworzenie mechanizmu kontroli i gwarantowania przestrzegania ustaleń. Kwestie sporne będą naprawdę liczne, wicepremier Liu zapowiedział przecież w połowie ubiegłego roku, że 20 proc. postulatów USA jest nie do zaakceptowania. Można mieć też wątpliwości, czy zapisy zawarte na 86 stronach sygnowanej w Waszyngtonie umowy będą respektowane. Temperatura negocjacji będzie zależna od wyników sondaży poparcia dla Trumpa. Jeśli będzie ono niskie nie będzie ryzykował pogorzenia nastrojów przedsiębiorców i inwestorów. W takiej sytuacji mógłby zostać otwarty drugi front: cła na europejskie auta mogą być traktowane jako panaceum na niskie poparcie w stanie Michigan, kolebce amerykańskiej motoryzacji.

Wśród rynków akcji gospodarek rozwiniętych wyróżnilibyśmy dwa szczególnie zagrożone korektą. W Azji jest to tokijski parkiet. Główny indeks nie ustanawiał nowych szczytów mimo rekordów w USA, czy Europie. Relatywna słabość grozi głębokim odreagowaniem. Tym bardziej, że na papierze wycenie japońskich spółek powinna sprzyjać słabość jena. Naszym zdaniem dobiega ona końca, Uważamy, że USD/JPY wyczerpał potencjał wzrostowy i będzie osuwać się na niższe pułapy. Katalizatorem byłoby zejście kursu pod 109,70. Drugim rynkiem jest rynek francuski Akcje notowanych w Paryżu firm są drogie zarówno na historycznym tle, jak również w porównaniu z innymi rynkami. Wskaźniki wyceny fundamentalnej skorygowane o wahania cykliczne przyjmują skrajne wartości, wyższe nawet niż dla podlegającego wieloletniej hossie rynku amerykańskiego.

Poza spadkami USD/JPY widzimy również potencjał do umiarkowanego osłabienia złotego i innych walut emerging markets. Zakładamy jednocześnie, że dolar może tracić względem euro i funta, który staje się odporny na przesądzoną już obniżkę stóp na styczniowym posiedzeniu Banku Anglii. Sceptycznie podchodzimy do perspektyw walut surowcowych, zwłaszcza dolara nowozelandzkiego.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Najważniejsze wydarzenia tygodnia

Prezydent USA Donald Trump podpisał dokument będący „pierwszą fazą” układu handlowego między Stanami Zjednoczonymi a Republiką Ludową Chin. Na mocy uzgodnionych ustaleń Chiny zobowiązały się zwiększyć import z USA o 200 mld dolarów w porównaniu do wartości z 2017 roku. Porozumienie to z jednej strony spowodowało spadek ryzyka na rynkach finansowych, z drugiej zaś wywołało wiele spekulacji na temat jego wpływu na globalną gospodarkę.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 0,52%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zakończyły tydzień z nieco słabszym wzrostem – o 0,37%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek wzmocniły się o: 2,00% dla sWIG80 oraz 0,71% dla mWIG40.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z Polski. We wtorek (21.01.2020) poznamy dane o zatrudnieniu oraz wynagrodzeniu. Z kolei w środę (22.01.2020) poznamy dotyczące produkcji przemysłowej. W czwartek (23.01.2020) będą opublikowane dane dotyczące sprzedaży detalicznej.

Jednak najważniejszym wydarzeniem tygodnia będzie posiedzenie rady ECB pod przywództwem nowego prezesa – Christine Lagarde. W czwartek (23.01.2020) o 14:30 odbędzie się konferencja prasowa po posiedzeniu, na której poznamy więcej szczegółów dotyczących polityki monetarnej w eurolandzie. Poza tym, w piątek (24.01.2020) poznamy odczyty wskaźników PMI w europejskich gospodarkach Francji oraz Niemiec, co może mieć kluczowe znaczenie dla rynkowego sentymentu w najbliższym czasie.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Japonia deklaruje współpracę z Polską w sprawie Centralnego Portu Komunikacyjnego

Podczas oficjalnej wizyty premiera RP w Tokio przedstawiciele japońskiego rządu zapewnili o chęci współpracy przy strategicznym polskim projekcie. Jutro rusza kolejny etap dialogu technicznego CPK z Lotniskiem Narita w Tokio w ramach procesu wyboru doradcy strategicznego.

Do licznych rozmów na temat Centralnego Portu Komunikacyjnego doszło przy okazji oficjalnej wizyty premiera RP Mateusza Morawieckiego w Japonii, w której biorą też udział przedstawiciele CPK.

– CPK jako inwestycja strategiczna cieszy się wsparciem polskiego rządu. We współpracy z Japonią liczymy na pozyskanie najnowocześniejszych technologii oraz dostęp do wiedzy z zakresu organizacji i zarządzania dużymi projektami. Polska ma do zaoferowania stronie japońskiej możliwości prowadzenia biznesu na skalę, która jest dziś nie do uzyskania w żadnym innym europejskim kraju – powiedział Marcin Horała, wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. CPK.

Tokijskie lotnisko Narita jest jednym z najnowocześniejszych portów przesiadkowych na świecie, które jest kandydatem do roli doradcy strategicznego CPK i z którym spółka prowadzi rozmowy w sprawie udziału w projekcie. Jutro obie strony spotkają się w Tokio w ramach drugiego etapu trwającego dialogu technicznego. Poprzedni miał miejsce w grudniu w Warszawie.

Podczas wizyty w Japonii wiceminister infrastruktury Marcin Horała i prezes CPK Mikołaj Wild spotkali się z wiceministrem transportu Japonii Naoki Fujii i prezesem spółki zarządzającej lotniskiem Narita Akihiko Tamurą. Tematem była potencjalna współpraca przy inwestycjach lotniskowych oraz wsparcie przy projektowaniu i budowie w Polsce Kolei Dużych Prędkości, które są elementem inwestycji CPK.

Wiceszef ministerstwa infrastruktury Japonii Naoki Fujii zapewnił, że jego kraj będzie współpracował z Polską w realizacji CPK.

To już kolejna w ciągu ostatnich dni inicjatywa międzynarodowa CPK. W ubiegłym tygodniu Ministerstwo Infrastruktury ogłosiło, że Komisja Europejska w ramach Programu Wspierania Reform Strukturalnych przyznała spółce CPK 3 mln zł dofinansowania na współpracę z Francją. Koleje Francuskie SNCF, do których należą m.in. pociągi TGV, będą doradzać Polsce w sprawie standardów technicznych szybkich kolei.

Inwestycje lotniskowe i kolejowe CPK są elementem rządowych dokumentów: Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju i Strategii Zrównoważonego Rozwoju Transportu do 2030 r. W kwietniu ub. roku rząd przyjął rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

W lipcu ub. roku decyzją premiera RP Mateusza Morawieckiego CPK został dofinansowany kwotą 300 mln zł. Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za inwestycję o wysokiej stopie zwrotu. Według raportu PwC z kwietnia ub. roku, polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według raportu Baker McKenzie i Polityki Insight z maja ub. roku, powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.

Czy wyższa stawka podatku od nieruchomości zrekompensuje gminom niższe przychody?

W związku z ostatnimi i planowanymi zmianami legislacyjnymi, przychody Jednostek Samorządów Terytorialnych znacznie zmaleją. W jakim stopniu uderzy to w gminy? Kraków oszacował, że wprowadzone zmiany będą kosztować miasto 200 mln zł, w Szczecinie zabraknie 90 mln zł, a dochody Częstochowy mogą zmniejszyć się o około 70 mln zł. Gminy próbują pokryć dziurę budżetową, m.in. zwiększając wpływy z podatku od nieruchomości.

17 lipca 2019 r. ukazał się Raport dla Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego pokazujący strukturę dochodów Jednostek Samorządów Terytorialnych. Czytamy w nim, że udział dochodów własnych spadł z 31 do 25,2 proc. w okresie od 2003 do 2018 r. Jako przyczynę można wskazać przede wszystkim
trzy kwestie:

  • zmiany w ustawie o podatkach i opłatach lokalnych (nowe ulgi i zwolnienia z podatku, np. zwolnienie z opodatkowania infrastruktury kolejowej) oraz niewielką waloryzację stawek maksymalnych;
  • kolejną fazę przekształceń prawa użytkowania wieczystego w prawo własności, co spowodowało spadek dochodów z majątku;
  • ulgi i zwolnienia w podatkach lokalnych, udzielane przez właściwe gminy w ramach lokalnej polityki podatkowej (głównie płatnikom, którzy nie byli w stanie ich zapłacić).

Dodatkowo, w połowie 2019 r. weszły w życie zmiany w podatku PIT (obniżenie stawki z 18 do 17 proc.), które wpłyną na pogorszenie kondycji finansowej gmin. Oprócz tego na przyszły rok zaplanowano zwiększenie wydatków na edukację (podwyżki dla nauczycieli) i ochronę zdrowia oraz wzrost cen energii elektrycznej, co przełoży się na zmniejszenie budżetów jednostek samorządowych. W konsekwencji może dojść do zahamowania planowanych inwestycji, a w skrajnych przypadkach – do redukcji zatrudnienia. W tej sytuacji  gminy szukają sposobów na złagodzenie skutków mniejszych wpływów do lokalnej kasy. Jednym z rozwiązań jest zwiększenie wpływów z podatku od nieruchomości poprzez podniesienie stawek lub wyegzekwowanie niedopłat od podatników.

Nowe stawki, wyższe koszty

15 października 2019 r. ogłoszono maksymalne stawki podatku od nieruchomości. Najbardziej zauważalne zmiany, dotyczące głównych kategorii opodatkowania (budynki, budowle i grunty), kształtują się następująco:

  • grunty związane z prowadzeniem działalności gospodarczej – 0,95 zł od 1 m kw. (wzrost o 15,7 proc.
    w porównaniu z rokiem 2019)
  • budynki związane z prowadzeniem działalności gospodarczej – 23,90 zł od 1 m kw. (wzrost o 8,3 proc. w porównaniu z rokiem 2019)

Załóżmy, że przedsiębiorstwo posiada następujący majątek wykorzystywany do prowadzenia działalności gospodarczej: grunty o powierzchni 200 000 m kw. oraz budynki o powierzchni 100 000 m kw. Jeśli płatnik odprowadza maksymalne stawki za podatek od nieruchomości, w 2019 r. przekazał gminie daninę w wysokości 2 533 000 zł, zaś w 2020 r. wyniesie ona 2 580 000 zł, czyli o 47 000 zł więcej. Na utrzymanie maksymalnych stawek zdecydowały się nie tylko duże aglomeracje, jak Warszawa czy Gdańsk, ale również mniejsze miasta (np. Słupsk, Terespol, Mszczonów czy Starachowice), dla których każdy ubytek w budżecie ma znaczenie. Co ciekawe, trzy najbogatsze gminy w Polsce, czyli Kleszczów, Rząśnia i Jerzmanowa, także zdecydowały o utrzymaniu najwyższych stawek.

Gminy kontrolują przedsiębiorców

Podwyższenie stawek podatku od nieruchomości nie jest jedynym sposobem na zwiększenie budżetu przez gminy. Jednostki samorządowe przeprowadzają także więcej kontroli wśród płatników. Podczas takiej weryfikacji sprawdzają przede wszystkim, czy podatnik wywiązuje się z obowiązków wynikających z przepisów ustawy o podatkach i opłatach lokalnych oraz czy poprawnie deklaruje podstawę opodatkowania. Organy podatkowe najczęściej najpierw wzywają do samodzielnego sprawdzenia składanych deklaracji. Jednak zdarza się, że przedsiębiorca otrzymuje pismo z urzędu gminy, z którego dowiaduje się o wszczęciu kontroli czy postępowania w zakresie weryfikacji poprawności rozliczeń w podatku od nieruchomości.

Z raportu Ayming wynika, że 65 proc. firm w Polsce odprowadza podatek w niewłaściwej wysokości. Organy podatkowe głównie koncentrują się na weryfikacji ewentualnych niedopłat, więc podatnik sam musi sprawdzić, czy nie wpłaca do gminy za dużo. W przypadku zidentyfikowania niedopłaty w podatku od nieruchomości, przedsiębiorca jest zobowiązany nie tylko uregulować różnicę, ale również zostaną mu naliczone odsetki ustawowe– tłumaczy Małgorzata Pałys, Kierownik Projektu w Dziale podatków i opłat lokalnych w Ayming Polska.

Pragma przejmuje fintech Brutto

Pragma Faktoring poinformowała dziś o przejęciu większościowego pakietu udziałów w fintechu Brutto.pl.

Brutto to fintech specjalizujący się we współpracy z platformami umożliwiającymi wystawianie faktur online i księgowość online polegającej  na onlinowym dostarczaniu usług finansowych do Klientów platform. Spółka współpracuje m.in. z fakturownia.pl, ifirma.pl, afaktury.pl, szybkafaktura.pl, favato.pl.

PragmaGO® zapewni Brutto szeroką gamę produktów finansowych online, technologię do ich wdrożenia oraz finansowanie, co pozwoli Brutto zaoferować Klientom platform dodatkowe usługi o wysokiej jakości. Współpraca ta będzie realizowana w modelu white label, pod marką Brutto (pozyskanie i obsługa Klienta) na książki PragmaGO®.  Brutto będzie też sprzedawać komplementarne usługi innych podmiotów, dostosowując ofertę do potrzeb danego Klienta.

Założyciele spółki będą wchodzić w skład jej organów: Piotr Strzelecki będzie nadal Prezesem Zarządu a Rafał Agnieszczak wejdzie w skład Rady Nadzorczej spółki.

Za 99 % udziałów w Brutto Pragma zapłaciła 1,6 mln zł. Cena może być w przyszłości podwyższona stosownie do wyników finansowych osiąganych przez Brutto oraz przez Pragma z transakcji dostarczonych przez Brutto.

Ta transakcja jest dla nas niezwykle ciekawa. Dzięki Brutto będziemy mogli onlinowo zaoferować nasze usługi przeszło 100 tys. przedsiębiorcom korzystającym z platform współpracujących z naszym nowym fintechem. Co równie ważne, zaczynamy współpracę z Piotrem i Rafałem, których kompetencje i doświadczenie są dla nas niezwykle cennym aktywem.” – podsumowuje Tomasz Boduszek, prezes Pragma.

„Pragma jest dla nas idealnym partnerem, dzięki któremu będziemy mogli istotnie zwiększyć skalę naszej działalności. Dostęp do szerokiej gamy produktów oferowanych przez Pragmę, technologii oraz doświadczenia przybliży nas do celu, jakim jest zostanie serwisem pierwszego wyboru dla przedsiębiorców szukających finansowania jak i dla platform B2B, chcących zaoferować produkty finansowe swoim klientom.” – dodaje Piotr Strzelecki, prezes Brutto.

Organy stosują klauzulę obejścia prawa, choć nie potrafią powiedzieć dlaczego

Osiągająca w Polsce dochody spółka maltańska chciała zaliczyć ponoszone na wynagrodzenia dyrektorskie wydatki do kosztów uzyskania przychodu. Wystąpiła do fiskusa z wnioskiem o udzielenie informacji co do prawidłowości dokonywanych przez nią w tym zakresie rozliczeń. Fiskus odmówił jednak przeprowadzenia postępowania w przedmiocie wydania interpretacji, powołując się na klauzulę obejścia prawa podatkowego. Spółka zaskarżyła takie rozstrzygnięcie organu, a sąd przychylił się do jej skargi. Wskazał, że rozstrzygnięcie organu nie spełnia wymogów prawa i brak w nim wykazania nawet uzasadnionego przypuszczenia, że opisane przez spółkę zdarzenie może podlegać klauzuli przeciw unikaniu opodatkowania (wyrok WSA w Warszawie z 9 listopada 2019 r., sygn. akt III SA/Wa 838/18).

„Czynność dokonana przede wszystkim w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej w danych okolicznościach z przedmiotem i celem przepisu ustawy podatkowej, nie skutkuje osiągnięciem korzyści podatkowej, jeżeli sposób działania był sztuczny” – to zawarta w art. 119a § 1 Ordynacji podatkowej (Dz.U. 2019 poz. 900, dalej: O.p.) treść klauzuli obejścia prawa, zwanej również klauzulą przeciw unikaniu opodatkowania. To właśnie na nią powołują się organy podatkowe, odmawiając zgodności z prawem podejmowanych przez podatników działań, zwłaszcza gdy ci ostatni przy prowadzeniu swojej działalności gospodarczej wykorzystują zagraniczne struktury organizacyjne.

Zgodnie z art. 3 ust. 2 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21 poz. 86, ze zm.) przedsiębiorcy niemający w Polsce siedziby lub zarządu podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów, które osiągają na jej terytorium. Umowa między rządem Rzeczypospolitej Polskiej a rządem Malty w sprawie unikania podwójnego opodatkowania i zapobiegania uchylaniu się od opodatkowania w zakresie podatków od dochodu, sporządzona w La Valetta dnia 7 stycznia 1994 r. (Dz.U. z 1995 r. nr 49, poz. 256, ze zm.), w art. 16 stanowi, że wynagrodzenie dyrektora mającego miejsce zamieszkania w Polsce, zasiadającego w organie spółki mającej siedzibę na Malcie, może być opodatkowane na Malcie. W art. 23 ust. 1 lit. a) precyzuje zaś, że „…jeżeli osoba mająca miejsce zamieszkania lub siedzibę w Polsce osiąga dochód, który zgodnie z postanowieniami niniejszej Umowy może być opodatkowany na Malcie, Polska zwolni taki dochód z opodatkowania”.

Zakład spółki maltańskiej w Polsce

25 listopada 2019 r. Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej po ponownym rozpoznaniu zażalenia w związku z wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 9 listopada 2018 r. (sygn. akt III SA/Wa 838/18) uchylił postanowienie z 25 października 2017 r. o odmowie wydania interpretacji przepisów prawa podatkowego dotyczącej podatku dochodowego od osób prawnych w zakresie przypisania wynagrodzeń dyrektorów maltańskiej spółki do kosztów uzyskania przychodów tej spółki.

Jak wynika z wyroku sądu, „spółka maltańska będąca rezydentem podatkowym Malty występuje w charakterze komplementariusza w spółce komandytowej prawa polskiego i uzyskuje dochód z tytułu uczestnictwa w polskiej spółce komandytowej na podstawie umowy tej spółki. Z racji uzyskiwania dochodów w Polsce objęta jest ograniczonym obowiązkiem podatkowym na jej terytorium. Polska spółka komandytowa prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą na terenie RP. Spółka maltańska, która nie wykonuje żadnej innej działalności na Malcie, będzie zatrudniać dyrektorów na terytorium Polski”.

Wynagrodzenie dyrektorskie w kosztach uzyskania przychodu

Spółka maltańska w sierpniu 2017 r. wystąpiła do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnej i potwierdzenie, że wydatki ponoszone na wynagrodzenia dyrektorów będzie mogła w całości przypisać do kosztów uzyskania przychodów swojego zakładu. Jak argumentowała, zezwala na to umowa w sprawie unikania podwójnego opodatkowania zawarta między Polską i Maltą. Jak stanowi m.in. art. 7 ust. 3 tej umowy: „Przy ustalaniu zysków zakładu dopuszcza się odliczenie nakładów ponoszonych dla tego zakładu (włącznie z kosztami zarządzania i ogólnymi kosztami administracyjnymi) i które podlegałyby odliczeniu, gdyby zakład, który poniósł wydatki, był niezależną jednostką, niezależnie od tego, czy koszty powstały w tym Państwie, w którym położony jest zakład, czy gdzie indziej” (Dz.U. 1995 nr 49 poz. 256). Również mocą samych przepisów ustawy o CIT do kosztów uzyskania przychodów należy zaliczyć koszty pośrednie, związane z zarządzaniem spółką, takie jak wynagrodzenia jej dyrektorów.

Przypuszczenia organu

Organ tłumaczył, że nie mógł rozpoznać wniosku, albowiem przedstawione w nim czynności odpowiadają zagadnieniu stanowiącemu przedmiot opinii wydanej przez Szefa KAS i przypuszczalnie spełniają ustawowe kryteria unikania opodatkowania. Organ po usunięciu danych identyfikacyjnych podmiotu, w sprawie którego Szef KAS wydał opinię, dołączył ją do akt sprawy. Postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania ws. wniosku o wydanie interpretacji organ uzasadnił więc powzięciem przypuszczenia, że wskazane w nim elementy zdarzenia przyszłego mogą być przedmiotem decyzji wydanej z zastosowaniem art. 119a Ordynacji podatkowej.

Organ zastosował klauzulę, choć nie uzasadnił dlaczego

Pismem z 9 listopada 2017 r. spółka wniosła zażalenie na postanowienie Dyrektora KIS o odmowie wydania interpretacji. Organ odwoławczy – Dyrektor Izby Skarbowej w Warszawie w imieniu Ministra Finansów w styczniu 2018 r. utrzymał w mocy to postanowienie. Miesiąc później reprezentujący spółkę radca prawny Robert Nogacki, właściciel Kancelarii Prawnej Skarbiec, wniósł skargę do WSA w Warszawie. Jak się okazało, skuteczną, bo 9 listopada 2018 r. sąd uchylił zaskarżone postanowienia organów obu instancji.

Jak orzekł sąd, uzasadnienie odmowy wydania interpretacji nie wskazuje istnienia uzasadnionego przypuszczenia, że opisane przez spółkę działania mogą stanowić przesłankę do uruchomienia klauzuli unikania opodatkowania, a zatem stanowią próbę obejścia prawa podatkowego, tj. zostały dokonane w sposób sztuczny w celu osiągnięcia korzyści podatkowej, sprzecznej z celem i przedmiotem przepisu ustawy podatkowej.

„Skarga zasługuje na uwzględnienie. Uzasadnienie zaskarżonego postanowienia jest ogólnikowe i przez to nie spełnia wymogów prawa. Organ nie wykazał w nim istnienia uzasadnionego przypuszczenia, że opisane we wniosku zdarzenie przyszłe może być przedmiotem decyzji wydanej z zastosowaniem art. 119a O.p. (…) W niniejszej sprawie organ, uzasadniając postanowienie, nie odnosi się, nawet w minimalnym stopniu, do opisanego we wniosku o wydanie interpretacji zdarzenia przyszłego” (wyrok WSA w Warszawie z 9 listopada 2018 r., sygn. akt III SA/Wa 838/18).

Przedsiębiorcy korzystają i mogą korzystać z zagranicznych spółek

Fiskus wykorzystuje nadaną mu prawem klauzulę przeciw unikaniu opodatkowania przeciw przedsiębiorcom, którzy dla zabezpieczenia i zapewnienia ochrony majątku swojego i firmy, w sposób przemyślany korzystają z innych regulacji tego samego prawa. Co więcej, w braku argumentów odsuwają w czasie, najdłużej jak to możliwe, wydanie korzystnego dla podatnika rozstrzygnięcia.

W obliczu wyroku sądu Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej uchylił zaskarżone postanowienie i zobowiązał się, że wniosek o wydanie interpretacji indywidualnej z 11 sierpnia 2017 r. zostanie rozpatrzony niezwłocznie. Uchylił je 25 listopada 2019 r., a więc 2 lata i 3 miesiące po złożeniu wniosku przez spółkę i aż rok po wydaniu wyroku przez WSA. Nie zmieni to jednak faktu, że tak jak zagraniczni przedsiębiorcy mogą prowadzić na terytorium Polski legalną działalność z wykorzystaniem położonych na tym terytorium zakładów, tak i polskie spółki mogą rozszerzać swoją działalność o zagraniczne struktury.

Zalety maltańskich spółek

Zgodnie z polsko-maltańską umową o unikaniu podwójnego opodatkowania dochód polskiego rezydenta podatkowego pełniącego funkcję dyrektora zarządzającego w spółce maltańskiej jest zwolniony z opodatkowania w Polsce. Z kolei na Malcie wynagrodzenie to, przy spełnieniu określonych warunków, również jest zwolnione z opodatkowania. Tym sposobem wynagrodzenie polskiego dyrektora zarządzającego maltańską spółką posiadającą zakład w Polsce nie podlega opodatkowaniu ani na Malcie, ani w Polsce.

Co więcej, minimalne ciężary podatkowe ponosi sama spółka. Bo mimo iż podlega wyższym zobowiązaniom podatkowym z tytułu opodatkowania dochodów uzyskiwanych przez swój zakład w Polsce, kompensuje to właśnie zaliczeniem wypłat pensji dyrektorskich do kosztów uzyskania przychodu.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Surowce dadzą zarobić w 2020 roku. W centrum uwagi inwestorów m.in. miedź i pallad

Złoto, ropa naftowa czy pallad to surowce, które mocno zdrożały w 2019 roku. Zdaniem Doroty Sierakowskiej, analityczki surowcowej w DM BOŚ, wciąż mają potencjał wzrostu. Ich notowania będą zależeć od popytu i podaży, ale też polityki i skali spodziewanego globalnego spowolnienia gospodarczego. Inwestorzy uważnie śledzą również rynek towarów rolnych, bo mimo dużej dynamiki niektóre surowce dają zarobić doświadczonym graczom.

 2020 rok może być ciekawym okresem na rynku surowcowym, przede wszystkim dlatego, że spora część inwestorów wciąż uznaje tę grupę aktywów za niedowartościowaną, zwłaszcza w stosunku do wieloletniego trendu wzrostowego na rynkach akcji, np. w Stanach Zjednoczonych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dorota Sierakowska, analityk surowcowy Domu Maklerskiego BOŚ. – W centrum uwagi z pewnością pozostaną  najpopularniejsze surowce, wśród nich ropa naftowa. Inwestorzy na pewno będą śledzić sytuację na Bliskim Wschodzie pod kątem politycznym, ale również działania OPEC. Najprawdopodobniej jakieś zmiany w porozumieniu naftowym nastąpią w 2020 roku.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy europejska ropa brent podrożała o ok. 4 proc., a teksańska WTI – o ok. 10 proc. W ciągu roku zdarzały się jednak duże wahania notowań. Początek roku przyniósł niewielkie spadki, jednak ogólny trend sprzyja wzrostowi cen czarnego złota, bo co najmniej do marca trwa porozumienie OPEC i kilkunastu producentów spoza kartelu, z których najważniejszym jest Rosja. Nie brakuje jednak głosów, że 2020 rok może zakończyć ten układ. Zasygnalizował to nawet minister energii Rosji Aleksander Novak, zapowiadając, że jego kraj rozważa wycofanie się z porozumienia.

Z kolei od początku grudnia 2019 roku drożeje miedź, która wcześniej miała nie najlepszą passę. Ten surowiec również będzie w centrum uwagi inwestorów, podobnie jak metale szlachetne.

Inwestorzy obawiają się spowolnienia gospodarczego na świecie i tego, jak może ono wpłynąć na notowania metali przemysłowych – zwraca uwagę Dorota Sierakowska. – Złoto w ostatnich miesiącach definitywnie było gwiazdą na globalnych rynkach surowcowych. W tym roku notowania mogą kontynuować wzrosty i to może być jeden z najmocniej zyskujących surowców. Notowania srebra na ogół podążają za złotem. Notowania platyny w ostatnich latach radziły sobie słabo w porównaniu do złota i srebra, ale istnieją pewne fundamentalne przesłanki za ich wzrostami. Z kolei ceny palladu radzą sobie zdecydowanie najlepiej na tle innych metali szlachetnych w ciągu ostatnich kilku lat.

Złoto zdecydowanie zaczęło iść w górę na przełomie maja i czerwca 2019 roku i zdrożało o ponad 20 proc. Także początek nowego roku nie przynosi jego spadków. Za uncję kruszcu trzeba płacić ponad 1550 dolarów, najwięcej od siedmiu lat. Srebro zaliczyło trend wzrostowy – podobnie jak złoto – w końcówce pierwszej połowy roku 2019, jednak zatrzymało się na poziomach z 2017 roku. Platyna także jest najdroższa od dwóch lat. Z kolei ceny palladu pną się w górę nieprzerwanie od początku 2016 roku – metal ten jest cztery i pół razy droższy niż cztery lata temu.

Bardziej kapryśnie kształtują się ceny surowców rolnych, uzależnionych od mocno nieprzewidywalnych warunków pogodowych.

W 2020 roku sytuacja na rynku towarów rolnych prawdopodobnie pozostanie zróżnicowana, niektóre z nich mają szansę na zwyżki, inne raczej pozostaną pod presją podaży. Dużo zależy od fundamentów, ale również od polityki. Dla przykładu notowania soi prawdopodobnie będą ściśle uzależnione od tego, co się będzie działo na linii Stany Zjednoczone – Chiny – tłumaczy analityczka DM BOŚ. – W ostatnich latach bardzo często pojawiały się informacje o suszach albo wręcz przeciwnie – o bardzo dużej produkcji w niektórych częściach świata, co mocno przekładało się na ceny, niekoniecznie w ujęciu całorocznym. Bardzo często są to nerwowe ruchy, trwające kilka tygodni czy miesięcy, a więc inwestorzy powinni się na nie przygotować.

Podobnym mechanizmom podlegają surowce rolne poza zbożami, takie jak kawa, cukier, kakao czy bawełna. Notowania bawełny mają potencjał wzrostowy, pod warunkiem że Chiny i Stany Zjednoczone będą kontynuować kompromis handlowy. Na rynkach kawy, cukru czy kakao analitycy spodziewają się wysokiej produkcji w 2020 roku, co może ograniczać ich potencjał wzrostowy, choć warto pamiętać, że właśnie te surowce potrafią w ciągu kilku tygodni czy paru miesięcy wypracować bardzo spektakularne ruchy cenowe. Jednak by umieć na tym zarobić, potrzebne jest doświadczenie i uważne śledzenie zmian na rynku.

Na rynkach surowcowych panuje duża zmienność, co przyciąga wielu inwestorów, dlatego że jest to szansą na duże zyski. Jest to też kluczowy czynnik ryzyka, więc na pewno na tych rynkach warto inwestować, ale raczej niewielką część kapitału i stopniowo zwiększać to zaangażowanie. Plusem dla wielu inwestorów jest to, że w ostatnich latach na rynkach surowców rozwinęło się bardzo wiele różnych form inwestowania, krótko-, jak i długoterminowych. To, jakie stopy zwrotu są wypracowywane, wynika w dużej mierze z tego, na jaki zdecydujemy się instrument finansowy – wskazuje Dorota Sierakowska.

Polskim firmom będzie trudniej o projekty z Europejskiej Agencji Kosmicznej. Koniec mechanizmu wsparcia napędzi konkurencję z innymi państwami

Po siedmioletnim okresie przejściowym zakończył się specjalny program wsparcia dla polskich firm, który miał za zadanie ułatwić im budowanie kompetencji w sektorze kosmicznym. Tym samym Polska weszła w etap dojrzałego członkostwa w Europejskiej Agencji Kosmicznej, a krajowe przedsiębiorstwa będą teraz mierzyć się w otwartych przetargach z zagraniczną konkurencją. Jak podkreśla dr Aleksandra Bukała z Polskiej Agencji Kosmicznej, zainteresowanie tą branżą jest duże i rośnie. Siłą polskiego sektora kosmicznego jest to, że tworzą go głównie podmioty MŚP, które cechują się dużą kreatywnością i elastycznością. Z kolei brak doświadczenia, zaplecza i kapitału to obszary, które wciąż wymagają nadgonienia w stosunku do innych państw.

– Sektor kosmiczny w Polsce rozwija się coraz lepiej, a polskie firmy wykazują duże zainteresowanie udziałem w programach kosmicznych. Pomaga nam też koniunktura światowa, ponieważ sektor kosmiczny na świecie gwałtownie rośnie i zmienia się z branży sterowanej przez wydatki rządowe lub międzyrządowe, jak w przypadku Europy, w kierunku bardziej komercyjnym. Tę szansę zauważyły polskie firmy, które starają się aktywnie w tym wyścigu uczestniczyć – mówi agencji Newseria Biznes dr Aleksandra Bukała, dyrektor Departamentu Strategii i Współpracy Międzynarodowej w Polskiej Agencji Kosmicznej.

Jak podkreśla, polski sektor kosmiczny jest teraz w specyficznym momencie, ponieważ z końcem roku zakończył się specjalny program Polish Industry Incentive Scheme (PLIIS). Miał on za zadanie ułatwić polskim firmom budowanie kompetencji w sektorze kosmicznym i dostosować ich możliwości do udziału w projektach i programach Europejskiej Agencji Kosmicznej. W ramach PLIIS 45 proc. obowiązkowej składki Polski do ESA (ok. 8 mln euro rocznie) było dotąd przeznaczane wyłącznie na kontrakty dla krajowych firm i instytutów naukowo-badawczych. Z podobnego mechanizmu wsparcia stosowanego w początkowym okresie członkostwa w ESA skorzystały też m.in. Czechy, Rumunia, Węgry czy Estonia.

– Ten program kończy się po siedmiu latach naszego członkostwa w Europejskiej Agencji Kosmicznej. Teraz nasze firmy będą musiały zmierzyć się w otwartych przetargach z partnerami z zagranicy – mówi dr Aleksandra Bukała. – Polski rząd przez ostatnie lata pracował nad mapą drogową, która miała przygotować na to polskie firmy. Jednak na pewno 2020 rok będzie dla nich wyzwaniem w obszarze instytucjonalnym. Wszyscy jesteśmy ciekawi, co się wydarzy w obszarze komercyjnym, tzw. New Space, ponieważ ten sektor jest niesłychanie prężny, ale też dosyć zaskakujący.

Szybki rozwój krajowego sektora kosmicznego rozpoczął się wraz z przystąpieniem Polski do ESA w 2012 roku. Od tego czasu polskie przedsiębiorstwa i instytuty naukowo-badawcze zrealizowały lub realizują dla europejskiej agencji około 330 kontraktów o łącznej wartości przekraczającej 100 mln euro. Biorą udział w prestiżowych misjach kosmicznych ESA, jak: Rosetta (na kometę 67P/Czuriumow-Gierasimienko), Cassini-Huygens (na Tytana, księżyc Saturna), ExoMars2016 czy JUICE – do księżyców Jowisza. Szybki rozwój branży odzwierciedla też rosnąca liczba podmiotów zarejestrowanych na EMITS – portalu przetargowym ESA.

 Mamy ogromne zainteresowanie sektorem kosmicznym ze strony polskich firm. Świadczy o tym ponad 300 zgłoszeń na portalu przetargowym Europejskiej Agencji Kosmicznej. Oceniamy, że realnie w branży działa w tej chwili około 20 podmiotów, które z sukcesem nie tylko aplikowały o projekty kosmiczne, ale i od kilku lat skutecznie je realizują – mówi dr Aleksandra Bukała.

Według danych Polskiej Agencji Kosmicznej w krajowej branży kosmicznej działa obecnie w sumie około 50 podmiotów – w większości z sektora MŚP – których działalność koncentruje się na obszarze technologii satelitarnych i kosmicznych. Dla kolejnych ok. 100 podmiotów projekty z tego obszaru stanowią tylko fragment prowadzonej aktywności. W Polsce dynamicznie rozwijają się kosmiczne specjalizacje, takie jak robotyka, optoelektronika, systemy mikrosatelitarne i integracja małych satelitów czy rakiety suborbitalne.

– Polski sektor kosmiczny jest specyficzny i trochę różni się od innych krajów, które od dziesięcioleci rozwijają się w tej branży. W nich sektor kosmiczny jest zdominowany przez wielkie firmy, które budowały swoją pozycję przez dziesięciolecia. Nasz tworzą głównie małe i średnie przedsiębiorstwa, w tym bardzo wiele start-upów – mówi dr Aleksandra Bukała. – Polskie firmy wyróżniają się kreatywnością i dynamiką, ponieważ mniejsze podmioty są dużo bardziej elastyczne w reagowaniu na zmiany rynkowe. W tym upatrujemy siły naszego sektora, oczywiście przy wielu słabościach – braku doświadczenia, zaplecza i kapitału, ale  mam nadzieję, że to wszystko powoli zbudujemy.

W końcówce listopada ub.r. państwa członkowskie ESA uchwaliły budżet i zadecydowały, jakie programy kosmiczne realizowane przez tę agencję będą objęte wsparciem w nadchodzących latach. ESA realizuje dwa rodzaje programów: obowiązkowy program naukowy (w którym uczestniczą wszystkie kraje) oraz dobrowolne programy opcjonalne (finansowane przez państwa, które biorą w nich udział).

Na programy opcjonalne Polska przeznaczyła łączną kwotę 39 mln euro, angażując się w siedem projektów (European Exploration Envelope Programme – E3P, Space Safety Programme, Earth Observation, Programme of Advanced Research in Telecommunication Systems – ARTES 4.0, Navigation – NAVISP, General Support Technology Programme – GSTP oraz PRODEX).

Według danych przytaczanych przez POLSA obecnie w podbój kosmosu inwestuje blisko 50 państw, z których dziewięć dysponuje na ten cel kwotą przekraczającą 1 mld dol., a prawie 20 z nich – ok. 100 mln dol. rocznie. Swoje satelity posiada obecnie 80 państw. W Europie rynek usług kosmicznych zanotował w 2017 roku sprzedaż o wartości 8,76 mld euro (wzrastając o 6,2 proc.), a zatrudnienie zwiększyło się o 3,2 proc.

Co istotne, sektor kosmiczny ma duże przełożenie na rozwój i innowacyjność innych gałęzi gospodarki. Na technologiach kosmicznych opiera się m.in. telekomunikacja i nawigacja, a dzięki systemom satelitarnym funkcjonuje m.in. internet, telefonia komórkowa, systemy bankowe, sieci kablowe i telewizyjne platformy cyfrowe. Nowoczesne rozwiązania opracowane na potrzeby misji kosmicznych znajdują również zastosowanie w wielu dziedzinach przemysłu, związanych np. z lotnictwem, obronnością czy motoryzacją.

– Sektor kosmiczny to dwa główne obszary: upstream – związany z budową infrastruktury na orbicie i w przestrzeni międzyplanetarnej, oraz downstream, który jest znacznie większy i wiąże się z wykorzystaniem danych spływających do nas z kosmosu. Firmy spoza branży, które mogłyby spróbować swoich sił w sektorze upstream, to m.in. branża lotnicza i zbrojeniowa, bo tu występuje największa synergia. Obie te branże wymagają podobnego podejścia do projektowania, duży nacisk jest położony na jakość, dokumentację, właściwe śledzenie etapów projektu i dużą dokładność wykonania komponentów. Branża upstream może też korzystać z doświadczenia sektora motoryzacyjnego, który również podlega bardzo wyśrubowanym reżimom jakościowym. Z kolei obszar downstream to głównie firmy informatyczne i te, które umieją sobie radzić z przetwarzaniem dużych ilości danych – mówi dyrektor Departamentu Strategii i Współpracy Międzynarodowej w Polskiej Agencji Kosmicznej.

W Polsce jest zbyt mało stacji do tankowania pojazdów LNG. To hamuje rozwój rynku tego paliwa

Udział LNG w transporcie morskim i drogowym będzie rósł. – To paliwo przyszłości: ekologiczne, bardziej ekonomiczne, cichsze i jednocześnie szeroko dostępne – ocenia Marcin Płocharski z Polskiej Platformy LNG. Skroplony gaz ziemny sprawdzi się w transporcie drogowym pod warunkiem rozwoju odpowiedniej infrastruktury. W Polsce działają zaledwie cztery punkty ładowania, a pojazdów napędzanych LNG jest nieco ponad pół tysiąca. Na podobną barierę napotyka wykorzystanie LNG jako paliwa w transporcie morskim.

 Udział LNG w transporcie morskim i drogowym będzie rósł. Przede wszystkim jest to paliwo bardziej ekologiczne i ekonomiczne, ale także szeroko dostępne. Może w dużym stopniu zastąpić diesla, dlatego że w Europie mamy kilkadziesiąt terminali LNG, skąd możemy sprowadzać paliwo i dostarczać je dla pojazdów ciężarowych. W przypadku innych alternatywnych źródeł zasilania tej infrastruktury nie ma – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Płocharski z Polskiej Platformy LNG.

Skroplony gaz ziemny jest nazywany paliwem przyszłości. Przede wszystkim ze względu na walory ekologiczne – pojazdy gazowe emitują o 99 proc. mniej cząstek stałych (PM) i 90 proc. mniej dwutlenku azotu (NO2). Do tego niskie ceny gazu ziemnego na europejskich giełdach i zerowa stawka podatku akcyzowego powodują, że pojazdy zasilane LNG mogą być atrakcyjną alternatywą dla diesla. W Polsce udział skroplonego gazu w transporcie jest jeszcze stosunkowo niewielki, jednak stopniowo rośnie.

Na rynek transportowy i drogowy wpływ mają trzy sprawy: przede wszystkim cena gazu, dostępność pojazdów i dostępność infrastruktury. W  kwestii ceny mamy już pierwszych graczy na rynku, którzy oferują bardzo konkurencyjne ceny w stosunku do diesla – wskazuje Marcin Płocharski.

Z opracowania DUON wynika, że obecnie w Polsce zarejestrowanych jest 520 pojazdów ciężarowych zasilanych LNG. W 2020 roku może być ich już tysiąc. Rozwój tego segmentu jest możliwy m.in. dzięki coraz większej dostępności LNG za sprawą terminalu w Świnoujściu. Jak podaje Instytut Studiów Energetycznych w analizie na cire.pl, w 2019 roku PGNiG odebrał w terminalu w Świnoujściu 31 transporty o łącznym wolumenie około 2,5 mln ton skroplonego gazu ziemnego. DUON prognozuje, że w 2020 roku konsumpcja LNG do napędu w Polsce może zbliżyć się do poziomu 25 tys. ton. Problemem jednak jest niewielka liczba stacji tankowania.

 Na razie mamy cztery stacje ładowania w Polsce. To kropla w morzu w porównaniu do standardowego diesla – ocenia ekspert Polskiej Platformy LNG.

Według Krajowych ram polityki rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych do 2025 roku ma powstać 14 stacji rozlokowanych wzdłuż sieci TEN-T (Transeuropejskiej Sieci Transportowej).

 W przyszłym roku na pewno powstanie w Polsce kilka lub kilkanaście dodatkowych stacji tankowania LNG w Polsce. To będzie miało decydujący wpływ na decyzje zakupowe firm transportowych – wskazuje Marcin Płocharski.

LNG zyskuje też na znaczeniu w transporcie morskim, w dużej mierze ze względu na tzw. dyrektywę siarkową, zgodnie z którą Komisja Europejska chce do 2050 roku całkowicie wyeliminować emisje pochodzące z transportu morskiego. Już teraz na świecie w budowie jest ok. 100 statków na LNG. W Polsce rynek ten dopiero raczkuje. W marcu ubiegłego roku odbyły się pierwsze w portach w Gdańsku i Gdyni komercyjne bunkrowania statków morskich skroplonym gazem ziemnym LNG.

– W przypadku transportu morskiego trudno oszacować, jak szybko powstaną punkty bunkrowania. Wiemy natomiast, że Polskie LNG rozważa już kwestię wejścia w bunkrowanie LNG na morzu czy tankowanie statków w formule ship-to-ship. Miejmy nadzieję, że ich plany do 2022 roku wejdą w życie – mówi Marcin Płocharski.

Cyberataki wśród najpoważniejszych zagrożeń dla biznesu. Ściganie hakerów wciąż pozostaje dużym wyzwaniem

Prawie 40 proc. firm uznaje incydenty cybernetyczne za najważniejsze ryzyko biznesowe na świecie – wynika z Barometru Ryzyk Allianz 2020. Globalnie zajmują one pierwsze miejsce, a w Polsce trzecie wśród największych zagrożeń dla przedsiębiorców. Chociaż walka z hakerami jest coraz bardziej zacięta, to wciąż pozostaje dużym wyzwaniem. Ostatnie lata były bardzo aktywne pod względem tworzenia nowych regulacji, zarówno na forum unijnym, jak i krajowym. Jak podkreśla prezes ISSA Polska Tomasz Wodziński, w polskim systemie wciąż brakuje jednak edukacji, która przyczyniłaby się do większej świadomości zagrożeń wśród internautów, a z drugiej – regulacji poprawiających ściganie cyberprzestępstw.

Potrzebujemy dużego wzmocnienia w obszarze cyber w życiu społecznym, uruchomienia programów uświadamiających obywateli, w jakim stopniu powinni czuć się zagrożeni. Podczas korzystania na co dzień z internetu, portali aukcyjnych czy sklepów internetowych często dotykają ich różnego rodzaju cyberzagrożenia. Dziś w zasadzie nie otrzymują żadnego wsparcia ze strony państwa. Być może dobrym pomysłem byłoby przerzucenie na sklepy i dostawców usług internetowych obowiązku edukowania swoich użytkowników w obszarze cyber – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Wodziński, prezes zarządu ISSA Polska.

Jak podkreśla, w ostatnich latach w systemie prawnym zaszło wiele zmian dotyczących cyberbezpieczeństwa. W 2018 roku zaczęła obowiązywać ustawa wdrażająca RODO. W życie weszła również ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa – pierwszy w Polsce akt prawny dotyczący tego obszaru, wdrażający do polskiego prawa dyrektywę NIS. Stworzyła ona ramy dla całego krajowego ekosystemu cyberbezpieczeństwa i objęła m.in. sektor telekomunikacyjny, finansowy i administrację publiczną, na które zostały nałożone nowe obowiązki raportowania do CSIRT-ów incydentów naruszenia bezpieczeństwa w ciągu 24 godzin.

Trwają natomiast prace nad implementacją Cybersecurity Act – drugiej po dyrektywie NIS regulacji prawnej w zakresie cyberbezpieczeństwa na poziomie europejskim. Jej cel to budowa silnego systemu cyberbezpieczeństwa i wzmocnienie jednolitego rynku cyfrowego. Cybersecurity Act składa się z dwóch części: z jednej strony wzmacnia rolę Europejskiej Agencji ds. Bezpieczeństwa Sieci i Informacji (ENISA), z drugiej – tworzy ramy wspólnego europejskiego systemu certyfikacji cyberbezpieczeństwa dla produktów i usług ICT. Rozporządzenie weszło w życie w czerwcu 2019 roku, a Polska ma czas na jego implementację do 2021 roku.

Ministerstwo Cyfryzacji realizuje szereg działań, które mają zaimplementować tzw. Cybersecurity Act. Jednak dotyczy to głównie infrastruktury państwa, nie dotyka w żaden sposób obywateli. Ten akt ma za zadanie głównie wesprzeć działania kontrolne i koordynację w ramach państw Unii Europejskiej – mówi Tomasz Wodziński.

Prezes ISSA Polska podkreśla, że w polskim systemie wciąż brakuje z jednej strony działań edukacyjnych, które przyczyniłyby się do większej świadomości zagrożeń, a z drugiej – regulacji wzmacniających bezpieczeństwo konsumentów i poprawiających możliwości wykrywania cyberprzestępstw.

Policji, prokuraturze i sądom trudno jest dziś ścigać przestępców cyfrowych. Tutaj prawodawstwo powinno w jakiś sposób pomóc. Potrzebna jest też edukacja sądów, prokuratorów, policji, która pomogłaby im lepiej zrozumieć zagrożenia niesione przez cyberprzestrzeń – mówi prezes zarządu ISSA Polska.

Z raportu CERT Polska „Krajobraz bezpieczeństwa polskiego internetu” wynika, że skala cyberzagrożeń rośnie. W 2018 roku CERT wykrył 3739 incydentów naruszenia bezpieczeństwa, co stanowiło wzrost aż o 17,5 proc. r/r, a trzy czwarte z nich dotyczyło osób fizycznych lub podmiotów prywatnych. Trzy najczęściej występujące typy incydentów to phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i spam, ale CERT odnotował też prawie trzykrotny wzrost incydentów związanych z fałszywymi sklepami internetowymi. Podszywanie się pod pośredników płatności było w 2018 roku najpopularniejszym atakiem na użytkowników bankowości elektronicznej, który powodował znaczące straty finansowe.

Ściganie cyberprzestępstw jest trudne, gdyż mechanizmy stosowane przez hakerów i przestępców są coraz bardziej skomplikowane, a policja dysponuje ograniczonymi zasobami. Na dodatek w wielu przypadkach prawo wciąż nie nadąża za coraz bardziej skomplikowanymi technikami.

Ustawowo trudno jest nałożyć jakieś wymogi na obywateli. W tej chwili Kodeks karny definiuje przestępstwa cyfrowe i odpowiedzialność atakujących, natomiast policja nie jest w stanie ich ścigać. Być może nowelizacja Prawa telekomunikacyjnego pozwoliłaby w większym stopniu wesprzeć organy rządowe w uzyskiwaniu informacji, ale często większym problemem są np. banki zasłaniające się informacją bankową, które utrudniają prokuraturze i policji szybkie dotarcie do przestępców działających zza adresów IP – mówi Tomasz Wodziński.

W Komendzie Głównej Policji działa Biuro do Walki z Cyberprzestępczością, a liczba koordynowanych przez nie spraw z roku na rok rośnie. W 2017 roku biuro koordynowało 1,6 tys. spraw, natomiast rok później było ich już blisko 2,2 tys. W 2018 roku policjanci biura ustalili 749 podejrzanych, a areszty zastosowano wobec 148.

1,3 mln gospodarstw domowych w Polsce jest dotkniętych ubóstwem energetycznym. Brakuje rozwiązań dla tego problemu

Niskie dochody, wysokie koszty energii i niedostateczna efektywność energetyczna budynków to główne przyczyny ubóstwa energetycznego. W Polsce boryka się z tym problemem ok. 10 proc. gospodarstw domowych, czyli 3,35 mln osób. Największe ryzyko związane z zapewnieniem ciepła dotyczy rodzin zamieszkujących domy jednorodzinne na wsi. – Liczymy, że Europejski Zielony Ład da impuls polskim władzom, aby zajęły się tym tematem – zakładają analitycy Forum Energii.

Ubóstwo energetyczne występuje wtedy, gdy koszty związane z ogrzewaniem oraz energią elektryczną mają bardzo duży udział we wszystkich kosztach ponoszonych przez gospodarstwa domowe i są bardzo wysokie w stosunku do uzyskiwanych dochodów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Joanna Maćkowiak-Pandera, prezes zarządu Forum Energii.

Z analiz Instytutu Badań Strukturalnych, na które powołuje się Forum Energii, wynika, że w 2017 roku 1,3 mln z 13,57 mln polskich gospodarstw domowych było dotkniętych wielowymiarowym ubóstwem energetycznym (9,8 proc). W przeliczeniu na liczbę ludności to 3,35 mln z 38 mln osób mieszkających w Polsce.

Instytut podaje, że ryzyko wielowymiarowego ubóstwa energetycznego jest znacznie wyższe wśród gospodarstw domowych utrzymujących się ze świadczeń socjalnych niż wśród innych grup społeczno-ekonomicznych. Relatywnie wysokim ryzykiem objęci są rolnicy, emeryci i renciści oraz pracownicy fizyczni. 78 proc. wszystkich gospodarstw domowych ubogich energetycznie należy do jednej z tych grup.

 Największym problemem w Polsce są koszty ciepła, szczególnie w budynkach jednorodzinnych na wsi. Często starsze osoby mieszkają w stosunkowo dużych domach jednorodzinnych i mają duży problem z ich ogrzewaniem – mówi Joanna Maćkowiak-Pandera.

Ryzyko ubóstwa energetycznego w Polsce jest silnie związane z charakterystyką budynku – częściej dotyczy gospodarstw domowych mieszkających w domach jednorodzinnych niż w budynkach wielorodzinnych.

Obecnie w Polsce nie rozwiązuje się problemu ubóstwa energetycznego – uważa Joanna Maćkowiak-Pandera. – Wprawdzie istnieją dodatki energetyczne, ale dotyczą one tylko osób mieszkających w blokach. Są one przyznawane tym, którzy pobierają dodatek mieszkaniowy. Strategia walki z ubóstwem energetycznym powinna opierać się na bardzo dobrym zdefiniowaniu grupy docelowej, a to bardzo rzadko pojawia się w państwowych analizach. Następnie należy opracować plan pomocy tym osobom.

Zdaniem prezes Forum Energii powinno się to wiązać z dopłatami do czystego paliwa oraz wsparciem na rzecz poprawy efektywności energetycznej budynków.

Wiele jest do zrobienia na tym polu i liczymy, że Europejski Zielony Ład przyjęty przez Komisję Europejską, o którym ostatnio bardzo dużo się mówi, odniesie się do kwestii ubóstwa energetycznego i da impuls polskim władzom, aby zajęły się tym tematem – zakłada Joanna Maćkowiak-Pandera.

Raport IBS pokazał, że ryzyko ubóstwa energetycznego jest najwyższe w północnych i zachodnich regionach Polski, a najniższe we wschodniej części kraju. Mogłoby się wydawać inaczej, bo to wschodnie województwa są mniej zurbanizowane, a ludność uzyskuje niższe średnie dochody. Jednak znaczenie ma tutaj wiek budynków – domy na wschodzie Polski są nowsze i ryzyko subiektywnej oceny niewystarczającego komfortu cieplnego jest mniejsze.

Polacy opracowali rewolucyjne akumulatory. Przechowają o 50 proc. więcej energii i do 10 razy dłużej niż tradycyjne

W 2050 roku nawet połowa energii na świecie będzie pochodzić ze źródeł odnawialnych – przede wszystkim słońca i wiatru. Taki poziom będzie jednak trudno uzyskać bez postępu w technologii magazynowania energii. Akumulatory litowo-jonowe mają liczne ograniczenia, dlatego na świecie trwają prace nad stworzeniem wydajnych systemów magazynowania energii. Polacy opracowali kompozytowy akumulator kwasowy, który potrafi zakumulować o 50 proc. więcej energii, a czas jej przechowywania jest 10-krotnie dłuższy w stosunku do tradycyjnej metody.

– Magazynowanie energii jest rynkiem młodym, ale intensywnie się rozwijającym. Rośnie liczba małych wytwórców energii, przydomowych, jak również zapotrzebowanie na energię. Ładowarki do samochodów elektrycznych nie będą mogły zaopatrzyć aut bezpośrednio z elektrowni w krótkim czasie, potrzebują magazynów energii, które zakumulują ją wcześniej – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Podsadni, współtwórca KLAB i przedstawiciel zespołu wynalazców Uniwersytetu Warszawskiego.

Analizy Bloomberg New Energy Finance wskazują, że już w 2050 roku nawet połowa światowej energii będzie pochodzić z energii słonecznej i wiatru. Bez postępu w technologii magazynowania energii będzie to jednak trudne do osiągnięcia. Dlatego też na świecie naukowcy rozwijają kolejne sposoby magazynowania energii.

Austriacy opracowali metodę opartą na grawitacji, przy wykorzystaniu różnicy poziomów górskich wzniesień. Szwajcarski start-up wykorzystuje nadwyżkę energii elektrycznej zebranej w wietrzne dni do układania cegieł, a gdy spadają na ziemię – odzyskuje energię kinetyczną. Gravitricity z Edynburga opracował podobne rozwiązanie. Przechowuje energię grawitacyjną, a „zieloną” energię wykorzystuje do podniesienia ładunku o ciężarze ok. 3 tys. ton.

Polacy opracowali z kolei rewolucyjne akumulatory, które jeśli wejdą do użycia, przyspieszą rozwój rynku samochodów elektrycznych.

– W stosunku do istniejących już technologii jesteśmy w stanie zakumulować o 50 proc. więcej energii, jak również użyć mniej toksycznych materiałów typu ołów. Z kolei czas jej przechowywania jest wydłużony przynajmniej 10 razy w stosunku do konwencjonalnej metody – przekonuje Piotr Podsadni.

Akumulatory KLAB mogą być stosowane w szerokim zakresie temperatur w odróżnieniu od niektórych innych typów baterii, np. litowo-jonowych. Przy produkcji wymagają stosunkowo niskich nakładów, są zaś bezpieczne w użytkowaniu. Szacuje się, że koszt produkcji 1 kWh wynosi 130–140 zł, wyprodukowanie 12-woltowego akumulatora o pojemności 50 Ah będzie zaś kosztować ok. 80 zł. Z kolei magazyn KLAB o pojemności 14 kWh ma kosztować ok. 6 tys. zł.

– Naszym celem jest w pierwszej kolejności zastosowanie naszego produktu w magazynach energii przemysłowych czy nawet przydomowych. Każdy będzie mógł sobie postawić bank energii i z niego korzystać. Jesteśmy też ukierunkowani na wytwórców OZE, jak również tych, którzy handlują energią – wymienia ekspert.

Jak mówi współtwórca KLAB, aby zwiększyć produkcję, konieczne jest wsparcie inwestorów. Obecnie własnym nakładem naukowcy są w stanie wyprodukować niewielkie liczby akumulatorów.

– Jeżeli pozyskamy dofinansowanie lub partnera, jesteśmy w stanie wytworzyć działające magazyny energii, przetestować je, a następnie rozpocząć konstruowanie linii produkcyjnej. W  Polsce mamy zarówno technologię, jak i specjalistów, wszystko będzie ułatwione. Koszt wytworzenia takiej linii to 5–10 mln zł, w przeciwieństwie do kosztu np. akumulatorów litowych, gdzie jest to liczone już w miliardach dolarów – ocenia Piotr Podsadni.

Rolnictwo potrzebuje innowacji. Najnowsze technologie pozwalają efektywnie wykorzystać każdy fragment pól z uprawami i oszczędzać wodę

Zmiany klimatyczne wpływają na rolnictwo, wymuszając przekształcenia w technologiach uprawnych. Wspierane przez najnowsze technologie rolnictwo precyzyjne pozwala osiągnąć maksymalne możliwe plony z każdego fragmentu pola, a przy tym oszczędzać wodę. Przyszłość uprawy ziemi wiąże się z zarządzaniem całym gospodarstwem z poziomu platformy internetowej. Rynek inteligentnego rolnictwa podwoi wartość do 2023 roku.

– Zmiany klimatyczne wpływają na przekształcenia w technologiach uprawnych. Nie sprawdza się już klasyczna technologia uprawy, czyli późna uprawa gleby oraz szereg zabiegów, które sprawdzały się w momencie, gdy mieliśmy dostatecznie dużo opadów. Opadów jest praktycznie o połowę mniej niż jeszcze kilka–kilkanaście lat temu. Zabiegi, które wyparowują wodę z gleby, powodują, że nie ma wody do wzejścia rośliny, którą chcemy uprawiać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Różniak, właściciel firmy Mzuri.

W rolnictwie potrzebne są innowacje, które pozwolą efektywniej zarządzać glebą. Jedną z nich jest technologia uprawy pasowej. Polega na uprawie tylko wąskich pasów roli. Wysiewa się w nich nasiona, z których wzrastają rośliny. Dzięki pozostawianiu resztek pożniwnych przedplonu w nieuprawianych międzyrzędziach zatrzymuje się natomiast wilgoć i ogranicza straty materii organicznej. Poprawia to strukturę, żyzność i urodzajność gleby.

– Technologia uprawy pasowej Mzuri Pro-Til jest technologią jednego przejazdu. Po zbiorze plonu głównego wjeżdżamy na pole i jednym przejazdem głęboko uprawiamy glebę, zasiewamy nawozy przedsiewne pozycjonowane pod roślinę uprawną i siejemy roślinę plonu głównego. Z jednej strony oszczędzamy wodę, a z drugiej strony zmniejszamy zużycie paliwa, nawozów i materiału siewnego – wymienia Marek Różniak.

Kolejną technologią pozwalającą poprawić efektywność upraw jest rolnictwo precyzyjne, będące jednym z elementów tak zwanego rolnictwa inteligentnego. Polega ono na zbieraniu danych na temat konkretnego pola. Badane są np. wielkości plonów w poszczególnych jego częściach. Informacje te, uzupełnione satelitarną technologią różnicowego systemu globalnego pozycjonowania (DGPS), pozwalają stworzyć precyzyjną „mapę plonów”. Dysponując takim narzędziem, rolnik może tak nawozić pole i i rozpylać środki ochrony roślin, by było to możliwie jak najbardziej efektywne.

– W Polsce mamy w większości, w 80–90 proc., gleby mozaikowate. Na jednym polu spotykamy się z różnymi rodzajami gleb, mało tego, z różnymi klasami gleb i o różnym potencjale produkcyjnym. Dlatego też rolnictwo precyzyjne pozwala na to, żeby aplikować nawozy i ewentualnie zmieniać normy wysiewów tam, gdzie potencjał jest mniejszy lub większy. To jest świadome wykorzystywanie technologii przyszłości w dzisiejszej uprawie ziemi. W rolnictwie tradycyjnym możemy po prostu wykorzystywać rzeczy, które daje nam nauka do właściwego, świadomego wykorzystania środków do produkcji – wskazuje ekspert.

Współcześni rolnicy wspierani są przez narzędzia takie jak aplikacje mobilne. 365FarmNet to platforma, za pośrednictwem której można obsługiwać mapy aplikacyjne, monitorować rozwój roślin, a także kontrolować działanie maszyn. Wszystko to pozwala optymalizować działanie gospodarstwa rolnego.

Coraz więcej krajów decyduje się na wspieranie procesu wdrażania innowacji w rolnictwie. Pod koniec grudnia 2019 roku Korea Południowa zapowiedziała uruchomienie w 2020 roku zestawu programów mających na celu rozwój inteligentnego rolnictwa. W realizację inteligentnych projektów badawczo-rozwojowych związanych z uprawą ziemi kraj ma zainwestować w latach 20212027 332 mln dol., co pozwoli eksportować pakiety inteligentnego rolnictwa premium. Korea chce stać się jednym z największych światowych eksporterów w tym sektorze.

– Wprowadzenie innowacji to jest jedyna droga do właściwych zmian w rolnictwie. Innowacja polega na przeniesieniu nauki na rynek rolny czy na sam proces produkcji żywności – twierdzi Marek Różniak.

Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek inteligentnego rolnictwa osiągnie do 2023 roku wartość 13,5 mld dol. Dla porównania w roku 2017 było to 6,3 mld dol.

Kodeks pracy ma regulować kwestię ujawniania wysokości płacy w ofertach pracy

  • Poselski projekt nowelizacji Kodeksu pracy, który jest teraz w konsultacjach, ma na celu zobowiązanie pracodawców do ujawniania w ogłoszeniach o pracę wysokości proponowanego wynagrodzenia.
  • Wątpliwości budzi natomiast próba uregulowania tej praktyki w prawie i wprowadzenie sankcji karnych za niedopełnienie tego obowiązku.

– W pełni popieramy publikowanie wysokości wynagrodzenia w ofertach pracy. Wiele firm, które należą do Lewiatana, tak właśnie robi. Wspieramy działania wzmacniające transparentność informacji o wynagrodzeń, tworzenie przyjaznego środowiska pracy, które zapewnia równe traktowanie pracowników czy zapobiega negatywnym praktykom. Mamy jednak zastrzeżenia do ujęcia w ramy prawne tego obowiązku oraz wprowadzania sankcji karnych za jego niedopełnienie. Wątpliwości są podyktowane złożonością zagadnienia wynagrodzenia, zróżnicowaniem systemów wynagradzania u poszczególnych pracodawców – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy Konfederacji Lewiatan.

W praktyce często niemożliwe będzie podanie w ogłoszeniu konkretnej kwoty, a odniesienie się tylko do pewnych wskaźników, bądź przyjęcie średniej kwoty. Mamy bowiem do czynienia z różnymi systemami wynagradzania. Płaca często składa się z wielu elementów – stałych, ruchomych, dodatkowych, wypłacanych z różną częstotliwością. Tym bardziej niezrozumiałe jest wprowadzanie sankcji karnych przy tak niejasno sformułowanym przepisie. Brak możliwości zmiany ogłoszonego wynagrodzenia, przekroczenia „widełek” płacy opublikowanych w ogłoszeniu może ograniczyć swobodę negocjacji przyszłej umowy między pracodawcą i pracownikiem.

– Naszym zdaniem w obecnej sytuacji należy szczególny nacisk położyć na dobre praktyki. Natomiast problem dotyczący nierzetelnych informacji w ofertach pracy powinien być rozwiązywany w pierwszej kolejności z wykorzystaniem dostępnych instrumentów prawnych – dodaje Robert Lisicki.

Badanie Fortinet: cyberbezpieczeństwo w firmach przemysłowych

Fortinet zaprezentował wyniki przeprowadzonego przez Forrester Consulting badania dotyczącego poziomu zabezpieczeń rozwiązań technicznych w firmach przemysłowych, które – ze względu na coraz bardziej postępującą cyfryzację – jak nigdy wcześniej są narażone na cyberzagrożenia. Ponadto, brak współpracy między zespołami ds. technologii informatycznych (IT) i operacyjnych (OT) stanowi kolejną barierę w kontekście bezpieczeństwa w przedsiębiorstwach, które chcą w pełni wykorzystać konwergencję IT/OT w celu zwiększenia korzyści biznesowych.

Firmy przemysłowe kontynuują cyfryzację hal produkcyjnych w celu poprawy swojej wydajności oraz zdolności do gromadzenia danych, które zapewnią lepszy wgląd w przebieg procesów produkcyjnych. 66% respondentów stwierdziło, że ich fabryki są podłączone do sieci IP i wykorzystują dane do podejmowania decyzji biznesowych w czasie rzeczywistym. Fakt ten jednak wpływa na rozszerzenie przestrzeni możliwego cyberataku – tak twierdzi aż 73% ankietowanych. Tymczasem tylko połowa osób przyznała, że maszyny w ich fabryce są dobrze przygotowane do walki z zagrożeniami. Natomiast 55% nie ma planów wdrożenia narzędzi ochronnych w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Wyniki badania ujawniły też informację, że przemysłowe systemy sterujące (Industrial Control Systems, ICS) są zagrożone z powodu braku współpracy między środowiskami IT i OT. 51% respondentów twierdzi, że rozwiązania te działają w silosach, co oznacza, że ​​zespół OT zarządza ochroną krytycznego sprzętu przemysłowego, podczas gdy dział IT odpowiada za bezpieczeństwo narzędzi teleinformatycznych. Niemal jedna trzecia ankietowanych nie wiedziała kto ponosi główną odpowiedzialność za rozwiązania w zakresie cyberbezpieczeństwa procesów, systemów kontroli i automatyzacji, a nawet planowania biznesowego i logistyki. Jednak 91% osób stwierdziło, że za bezpieczeństwo maszyn w fabryce powinny wspólnie odpowiadać działy IT i OT, a także mieć ustalone przejrzyste procesy komunikacyjne na temat wizji konwergencji środowisk IT/OT (tak twierdzi 58% ankietowanych).

Przedsiębiorstwa mogą wiele zyskać na bliskiej współpracy między zespołami OT i IT, przy czym największą korzyścią jest dostęp do danych z procesów produkcyjnych w czasie rzeczywistym (66%), a następnie możliwość zarabiania i rozwoju biznesu dzięki lepszemu wglądowi w dane produkcyjne (59%). Natomiast, według 43% respondentów, dzięki ograniczeniu powielania procesów i zadań pomiędzy oddziałami firmy, a także lepszej widoczności w zakresie eliminacji cyberzagrożeń, można uzyskać dodatkowy przyrost wydajności.

Joe Sarno, VP International Emerging & Operational Technology & Critical Infrastructure EMEA, Fortinet: „Firmy przemysłowe muszą dokonać zmian na poziomie operacyjnym, aby zniwelować przepaść między środowiskami IT i OT oraz wypracować zaufanie między tymi zespołami, aby zapewnić pomyślną konwergencję. W miarę rozszerzania się przestrzeni możliwych ataków, zespoły IT i OT muszą współpracować w celu poprawy widoczności własnych procesów i środowisk, a także obrony przed cyberzagrożeniami. Dlatego w Fortinet inwestujemy wiele czasu oraz zasobów w badania i rozwój w zakresie ochrony rozwiązań ICS”.

W ankiecie online, przeprowadzonej przez Forrester Consulting na zlecenie Fortinetu, wzięło udział 459 decydentów IT i OT odpowiedzialnych za przemysłowe systemy sterujące w przedsiębiorstwach zatrudniających tysiąc lub więcej pracowników (motoryzacja, transport, produkcja, inżynieria morska i lotnictwo) z takich krajów jak Indie, Turcja, Wielka Brytania, Hiszpania, Polska, Niemcy, Słowacja, Włochy, Francja, Czechy i Holandia.

Alarmujące rezultaty innowacyjności polskiej gospodarki

Każda innowacja jest zmianą a nie da się efektywnie rozwijać przedsiębiorstw, kiedy tylko niecała jedna na trzy wdrażane zmiany w pełni osiąga zakładane cele.

Nie można włączyć się w nurt nowoczesnej gospodarki (Gospodarka 4.0), kiedy dramatycznie niski jest poziom skuteczności wdrażania przedsięwzięć związanych z przeprojektowaniem procesów (ok.24%) i wdrożeń technologii 16%.  

Właśnie opublikowano raport z V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą. Autorzy przebadali prawie 200 organizacji, w większości dużych firm. To największy tego typu raport w Polsce opisujący stan zmian. Daje też rekomendacje, jak można zwiększyć efektywność wdrażanych przedsięwzięć i innowacji.

Z raportu przygotowanego przez Szkołę Zarządzania Zmianą wynika, że polskie firmy wciąż podejmują wiele ważnych zmian, ale nie osiągają w pełni zakładanych celów (w pełni osiągnięto cele jedynie w prawie 30% przypadków).

Patrząc na metodyki stosowane przez wdrażających zmiany widzimy stały spadek korzystania z podejścia kaskadowego  – mówi dr Jarosław Rubin, Założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, trener biznesu i konsultant procesów zmian  w firmach. Rośnie znaczenie innych metodyk w tym zwinnych. Najbardziej skuteczną okazała się rzadko stosowana metoda 8 kroków Kotter’a. Metodyki zwinne kuszą swoją prostotą (prosty cykl zarządzania zmianą) oraz lekkością, ale ich skuteczność zależy od doboru i umiejętności stosowania właściwych narzędzi oraz od konsekwentnego wyciągania wniosków z rezultatów prowadzonych eksperymentów.

Co firmy zmieniają i dlaczego? Kto kieruje zmianami?

Największa liczba respondentów – 36% – wskazała, że głównym celem zmian była zmiana struktury organizacyjne, Druga na liście była zmiana strategii wskazywania przez prawie tylu samo respondentów i ten cel był na najwyższym stopniu podium przez dwa ubiegłe lata. Niemal tyle samo zmian miało na celu zmianę kultury organizacyjnej. Co czwarta opisywana zmiana była związana ze zmianą oprogramowania lub systemu IT. 84% wszystkich zmian trwało nie dłużej niż 12 miesięcy. Zmiany trwające nie dłużej niż 18 miesięcy w wyższym stopniu osiągały cele biznesowe.

Ponad 3/4 zmian było kierowanych zespołowo – przez koalicję liderów. Zmiany w organizacji były najczęściej kierowane przez zarządy (28%) lub zespół projektowy złożony menedżerów i pracowników (22%). Zespoły złożone z menedżerów i pracowników były wyraźnie skuteczniejsze i dlatego martwi, że nie wzrasta liczba tak kierowanych zmian.

Efekty wdrażania zmian kierowanych przez zarząd nie zachwycają. W przypadku wdrażania zmian, za które był odpowiedzialny zarząd, pełną realizację celów zmiany osiągnięto w 29%, a w przypadku jednoosobowego kierownictwa – jedynie w 23%. – mówi dr Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach – Dla porównania, kiedy zmianą kierował zespół złożony z menedżerów i pracowników, to w 41% przypadków zmiana kończyła się pełnym sukcesem.

Z jakim efektem wdrażano zmiany? Jaka branża radziła sobie najlepiej

Tylko niecałe 30% respondentów stwierdziło, że rozpatrywana zmiana osiągnęła w pełni zakładane cele. Inaczej mówiąc 70% zmian wprowadzanych w polskich organizacjach nie osiągnęło celów na poziomie w pełni zadowalającym inicjatorów zmian.

W różnych branżach osiągano różne poziomy skuteczności, i tak lepiej od średniej radziła sobie z wdrażaniem zmian branża finansowa (banki, firmy ubezpieczeniowe oraz usługi finansowe), gdzie poziom realizacji celów na poziomie zadawalającym sięgnął 64% (pełna realizacja 29%).

Na drugim końcu stawki znalazła się branża FMCG ze skutecznością 38% ocen zadawalających i 13% pełnego osiągnięcia celów. Branża „Nauka i szkolnictwo” ma identyczny odsetek ocen zadawalających i pełnego sukcesu, i wynosi on 40%, a branża IT – osiągnęła wyniki satysfakcjonujące w połowie przypadków, a całkowity sukces w 15%.

Respondenci z branży produkcji przemysłowej sprawili, że powróciła ona na podium i zajęli 2 miejsce pod względem skuteczności oceniając poziom sukcesu zmian w branży na zadawalający 54% przypadków oraz w 23% przypadków jako na pełen sukces. Co nam to mówi o gotowości do Gospodarki 4.0?

Naprzód, wszyscy razem, ucząc się z doświadczenia!

W tegorocznych wynikach najważniejszym wskazywanym przez respondentów (87%) czynnikiem sukcesu jest „Zaangażowanie pracowników w proces zmian”. Jest to najwyższy wynik od 5 lat. Co ciekawe w tym roku mamy też najwyższy poziom zadowolenia z osiągniętych celów (54,7%). Kolejnym co do ważności jest „Wizja i kierunek zmian” z wynikiem 82% wskazań ( oceny 4 i 5)  a „praca zespołowa” jest na trzecim miejscu uzyskując o 2 p.p  mniej

– komentuje Wiesław Grabowski, Partner Szkoły Zarządzania Zmianą, trener ,coach biznesu i konsultant procesów zmian  w firmach .

Budowanie zaangażowania, pracowanie w zespole i jakość postrzeganej wizji i kierunku zmian zależy od komunikacji.  To dzięki niej ludzie: widzą sens i powód samej zmiany, znają jej zakres i ryzyka. Mogą się wypowiedzieć przez co czują się ważni i mają poczucie wpływu na to co się dzieje w organizacji. Wiedzą na jakim etapie znajduje się zmiana i jaki ma priorytet. –dodaje Marek Naumiuk, partner Szkoły Zarządzania Zmianą, trener, konsultant, interim manager.

Dobra komunikacja, to komunikacja różnorodna i posługująca się wieloma narzędziami, dostosowanymi do różnorodności potrzeb ludzi. – tłumaczy Anetta Wróblewska, właścicielka firmy konsultingowo – szkoleniowej Team Focus – Praktyk wdrażania zmian w firmach.

W tym roku najczęściej wykorzystywanym narzędziem komunikacji było informowanie o zmianie z wykorzystaniem poczty elektronicznej, a w następnej kolejności spotkanie informacyjne dla wszystkich pracowników i spotkania menedżerów liniowych z podwładnymi, ale najskuteczniejszym narzędziem komunikacji okazały się seminaria dla nowozatrudnionych.

Po raz kolejny najczęściej, bo w 64% przypadków (spadek o 16p.p z poziomu 80% w ubiegłym roku), wykorzystywanym narzędziem budowy zaangażowania jest danie możliwości pracownikom wyrażenia swojej opinii dotyczącej wdrażanej zmiany.  Wynika badania pokazują, że bardziej istotne jest aktywne wspieranie pracowników poprzez np. szkolenia, oraz coaching i mentoring.  Rzadkie wykorzystywanie szkoleń z metodyki zarządzania zmianą może dziwić w zestawieniu z ich efektywnością. Prawie 60% organizacji sięgających po szkolenia z zarządzania zmianą osiągnęło satysfakcjonujący poziom realizacji celów zmiany. To najlepszy wynik spośród wszystkich rozpatrywanych metod i narzędzi. – zauważa dr Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach.

Co ma (może mieć) największy negatywny wpływ na wdrażanie zmiany? Ankietowani najczęściej wskazywali sabotowanie procesu zmian przez niektórych pracowników (48%) choć znacząco rzadziej niż w ubiegłym roku(spadek o 12p.p).

Jakie czynniki miały najsilniejszy pozytywny wpływ na proces przeprowadzania zmiany? Tu ankietowani wskazywali te same 3 czynniki co przed rokiem przede wszystkim na zaangażowanie pracowników w proces zmian (87%), wizję i kierunek zmian (82%) oraz pracę zespołową (80%).

Odpowiedź na pytanie: jak zwiększyć efektywność zarządzania zmianą, nie jest oczywista. Wyniki i wnioski z V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą dowodzą, że bez rozpoczęcia procesu uczenia się z doświadczeń i oparcia na dowodach podejścia do zarządzania zmianami trudno będzie podejmować wyzwania stojące przed firmami i osiągnąć zwiększenie innowacyjności naszej gospodarki.

* Raport powstał na bazie V Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą, przeprowadzonego w listopadzie i grudniu 2019 r. przez Szkołę Zarządzania Zmianą. W badaniu wzięło udział 174 respondentów. Co czwarty z respondentów należał do kadry zarządzającej organizacją, a połowa z nich kierowała wdrożeniem opisywanej zmiany.

Polska zaliczyła spadek w rankingu. Lider bez zmian

Polska zajęła 22. miejsce w tegorocznej edycji rankingu najbardziej innowacyjnych krajów świata (Bloomberg Innovation Index). To spadek o jedno miejsce w porównaniu z rokiem ubiegłym[1]

[1] fragment artykułu sprzed roku ze strony https://tvn24bis.pl/ze-swiata,75/bloomberg-innovation-index-ranking-najbardziej-innowacyjnych-panstw,903020.html.

Jak tanio stworzyć koszulki z nadrukiem?

Koszulki z nadrukiem to niezwykle modny i zawsze aktualny element garderoby. Niejednokrotnie jednak ich cena nie jest adekwatna do jakości, a pomysłowość projektantów nie zawsze będzie współgrać z twoim gustem. W tym momencie wiele osób zaczyna myśleć o samodzielnym tworzeniu ubrań na własne potrzeby.

Powiedzmy, że masz już w głowie pewien zamysł w postaci zabawnego napisu, czy perfekcyjnej grafiki. Siadasz więc do komputera i wyszukujesz informacje na temat tego, jak umieścić swój projekt na dzianinie, z której wykonane są t-shirty. Po kilkunastu minutach czujesz się przytłoczony nadmiarem wiedzy. Mimo dalszego wertowania internetu nie masz pojęcia, jaką technikę wybrać. W tym artykule prezentujemy wady i zalety poszczególnych opcji, co oszczędzi wiele z twojego cennego czasu.

Nadruki na koszulki do naprasowania nie są wystarczająco trwałe.

Naprasowanki były popularne już w ubiegłym wieku. Chyba każdy z nas miał wśród swoich znajomych kogoś, kogo rodzice wykazali się niezwykłą kreatywnością przy tworzeniu oryginalnych wzorów, umieszczanych później na ubraniach za pomocą żelazka. Do stworzenia nadruku w tej postaci wystarczy drukarka atramentowa i dobrej jakości papier transferowy. Można również kupić gotowe naprasowanki, które nie wymagają drukowania.

Zadanie wydaje się więc banalne. Jednak w rzeczywistości efekt nader często znacznie odbiega od wymarzonej wizji. Zdarza się, że wzór nie nanosi się na koszulkę lub też jego kolorystyka znacznie odbiega od oczekiwanej. Jeśli nawet udaje się osiągnąć zamierzony rezultat, okazuje się on mało trwały, nadruk kruszy się i w krótkim czasie nie nadaje się do pokazania. Jeśli więc planujemy założyć koszulkę z nadrukiem więcej niż jeden raz, musimy rozejrzeć się za innymi technikami.

Farby do malowania na tkaninach pozwolą stworzyć proste koszulki z napisem.

Farby tego rodzaju pozwalają tworzyć prawdziwe arcydzieła. Oczywiście pod pewnymi warunkami. Po pierwsze musimy mieć talent plastyczny. Nawet umieszczenie na koszulce prostego logo, które wymaga jedynie odwzorowania, może się dla większości z nas okazać sporym wyzwaniem. Istnieją osoby, które mają do czynienia ze sztuką na co dzień. Być może i ty należysz do grona wybrańców, którzy w wolnych chwilach szkicują portrety lub rozkładają sztalugi i poświęcają swój czas na malowanie przepięknych, bogatych w barwy pejzaży. W takim wypadku farbki do tkanin to opcja, która pozwoli ci stworzyć ciekawe ubrania, choć będzie to wymagać sporo pracy. Dodatkowo musisz pamiętać o tym, że popularne t-shirty wykonane są z rozciągliwej dzianiny. Koniecznie wyszukaj więc sprawdzone farby, które po zaschnięciu okażą się trwałe i nie będą powodować powstawania w wybranym wzorze mało estetycznych zniekształceń.

Jeśli zaś nie uważasz się za artystę na miarę Salvadora Dali nie przejmuj się tym – mamy dla ciebie rozwiązanie.

Koszulki z nadrukiem stworzone przez profesjonalistów nie muszą być drogie.

Co odróżnia profesjonalnie przygotowane koszulki z nadrukiem od tych wykonanych domowymi metodami? Bynajmniej nie jest to cena. Sklepy, zajmujące się szeroką dystrybucją wszelkiego rodzaju gadżetów z nadrukiem mogą sobie bowiem pozwolić na utrzymanie cen przystępnych dla każdej kieszeni. Dzięki temu koszt wykonania drukowanej koszulki będzie porównywalny z sumarycznym kosztem narzędzi i materiałów potrzebnych do uzyskania gorszego efektu domowymi sposobami.

Profesjonalne akcesoria z nadrukiem różni od rzeczy DIY (ang. “do it yourself”, czyli “zrób to sam”) przede wszystkim doświadczenie osób, które je tworzą oraz zaplecze maszynowe, jakim dysponują. To właśnie dzięki tym dwóm czynnikom możliwe jest tworzenie ubrań z odpornym na częste pranie nadrukiem o bogatej kolorystyce, który nie wyblaknie i nie zmieni swojego wyglądu pod wpływem czasu.

Dodatkowo producenci na miarę IdeaShirt posiadają szeroką wiedzę o sprzedawanych przez siebie produktach bazowych, dzięki czemu mogą idealnie dobrać technikę nadruku do materiału, na którym zostanie on umieszczony. Co więcej, niezależnie od tego, czy zamówimy w ich sklepie kubki z nadrukiem, czy zapinane na zamek bluzy, możemy mieć pewność, że zostały one wykonane z wysokiej jakości materiału, który stanowi świetny podkład dla maszyn drukarskich. koszulki z nadrukiem ideashirt

Jeśli więc zależy ci na świetnym efekcie, oddaj swój projekt w ręce specjalistów.

Ile kosztuje wynajem biura w Warszawie – Styczeń 2020

Koszty wynajmu biura w Warszawie mogą być zróżnicowane. Zależą one od wielu czynników, m.in. od powierzchni, standardu wykończenia i wyposażenia. Najważniejszą kwestią jest jednak lokalizacja i to od niej w głównej mierze zależy koszt wynajęcia biura. Chodzi tu nie tylko o fakt, czy biuro znajduje się w mieście, czy poza jego granicami. Kluczowe znaczenie ma także dzielnica miasta, w jakiej znajduje się biuro. Jak kształtują się ceny wynajmu biur w Warszawie w 2020 roku? Poniżej można zapoznać się z kosztem wynajmu w poszczególnych dzielnicach.

Koszty wynajmu biura w Warszawie mogą być zróżnicowane. Zależą one od wielu czynników, m.in. od powierzchni, standardu wykończenia i wyposażenia. Najważniejszą kwestią jest jednak lokalizacja i to od niej w głównej mierze zależy koszt wynajęcia biura. Chodzi tu nie tylko o fakt, czy biuro znajduje się w mieście, czy poza jego granicami.

Kluczowe znaczenie ma także dzielnica miasta, w jakiej znajduje się biuro. Ceny wynajmu powierzchni biurowej w Warszawie w 2020 roku kształtują się w granicach 10-24 EUR w zależności od dzielnicy. Poniżej można zapoznać się z kosztem wynajmu w poszczególnych dzielnicach.

Aktualne Oferty Biur do wynajęcia w Warszawie: https://www.axiimmo.com/biura/region-warszawa/warszawa/

Warszawa Bemowo

Bemowo do jedna z zachodnich dzielnic Warszawy. Znajduje się ona raczej na uboczu miasta, ale dalej jest miejscem dobrze połączonym z centrum i innymi dzielnicami stolicy. Firmy wynajmujące biura w tym obszarze będą zadowolone z połączenia dobrej lokalizacji i spokojnej okolicy. Koszt wynajęcia biura w Warszawie w tym rejonie wynosi około 15-17 euro/m2.

Warszawa Białołęka

Średnia cena za wynajem biura na Białołęce wynosi ok. 10 euro/m2. Ta dzielnica jest najbardziej wysuniętą na północ częścią Warszawy. Powoduje to, że koszty wynajmu są niższe niż w dzielnicach znajdujących się blisko centrum. Okolica jest spokojna. Znajdują się w niej tanie lokale mieszkalne oraz miejsca, gdzie rozwija się działalność gospodarcza. Przykładem takiego miejsca może być Annopol Business Park I.

Warszawa Mokotów

Mokotów jest jedną z prestiżowych części miasta. Z jednej strony znajduje się tu wiele zieleni, a okolica jest spokojna. Z drugiej zaś lokalizacja Mokotowa pozwala na dobrą komunikację z centrum i innymi częściami Warszawy. W tym obszarze łatwo można znaleźć lokale biurowe do wynajęcia, a ich cena jest zróżnicowana i waha się od 10 do 17 euro/m2.

Warszawa Ochota

Ochota to bardzo ciekawa dzielnica Warszawy. Znana jest z tego, że jest obecnie najgęściej zaludnionym obszarem stolicy. Z kolei jej budownictwo jest bardzo zróżnicowane. Występują tu bloki z lat 60., kamienice i wille, ale też praktyczne przestrzenie biurowe jak Blue Office i Jerozolimskie Business Park. Wynajem biura w Warszawie w tym rejonie uważa się za dobry wybór, a cena za niego wynosi ok. 14-18 euro/m2.

Warszawa Praga-Północ

To dzielnica często niedoceniana, jeśli chodzi o powierzchnie biurowe, a szkoda. Dojazd do centrum jest bardzo dobry, a lokale biurowe w Warszawie znajdujące się w klimatycznych kamienicach mogą oczarować niejednego klienta. Cena za biura na Pradze-Północ wynosi około 11-18 euro/m2. Przykładem idealnego miejsca na biuro w Warszawie może być Mazovia Plaza.

Warszawa Praga-Południe

Jest równie dobrą lokalizacją do wynajęcia biura, co Praga-Północ. Ceny są bardzo zbliżone i także wahają się pomiędzy 11 a 18 euro/m2 powierzchni biurowej. Przykładem korzystnego miejsca na urządzenie biura może być lokal na Saskiej Kępie, dobrze skomunikowany z centrum, przestronny i wygodny.

Warszawa Śródmieście

Śródmieście jest niewątpliwie prawdziwą dzielnicą biznesową Warszawy. Za dnia tętni w niej dynamicznie rozwijające się życie zawodowe. O komunikacji nie trzeba wspominać, bo jest idealna z innymi dzielnicami, ale też innymi miastami Polski. Na śródmieściu biur do wynajęcia jest dużo, a ich ceny są najwyższe w Warszawie – 19-24 euro/m2.

Warszawa Targówek

Targówek jest dzielnicą Warszawy leżącą w jej północnej części. Okolica jest spokojna, a sam obszar można podzielić na część przemysłową i mieszkaniową. W związku z tym na pewno można znaleźć tam lokal, który sprawdzi się jako biuro. Średnie ceny za wynajem biura na Targówku to ok. 13-16 euro/m2.

Warszawa Ursynów

Lokalizacja biura na Ursynowie może okazać się strzałem w dziesiątkę. Ceny są przystępne, bo koszt wynajęcia 1m2 biura w tym rejonie wynosi od 9 do 13,5 euro. Dzielnica ma dużo terenów zielonych, które docenią pracownicy. Plusem jest także wysoko rozwinięta infrastruktura i dobra komunikacja, którą gwarantuje metro. Inwestorzy zatem chętnie budują w tej okolicy lokale biurowe, np. Viking House, Light House, czy też Poleczki Business Park II.

Warszawa Wilanów

Choć Wilanów kojarzy się głównie z prywatnymi lokalami mieszkalnymi, to na tym obszarze można znaleźć ciekawe oferty biur do wynajęcia. Trzeba się jednak nastawiać, że najlepiej w roli komunikacji z Wilanowem sprawdzi się samochód. Jeśli interesuje nas zatem wynajem biura w Warszawie, w pięknej, spokojnej i prestiżowej okolicy, Wilanów będzie idealnym miejscem. Średni koszt wynajmu będzie wynosił ok. 12-15 euro/m2.

Warszawa Włochy

Włochy to dzielnica terenów zielonych, ale też nowych dynamicznie rozwijających się inwestycji. Warto wykorzystać ten moment i wynająć biuro w dobrej cenie (około 11-14 euro /m2). Może okazać się, że przestrzeń biurowa w Libra Business Centre B będzie szansą na dynamiczny rozwój.

Warszawa Wola

Jeśli priorytetem podczas wynajmu biura jest dobre połączenie z centrum i rozsądna cena, warto zdecydować się na wynajem biura na Woli. Ceny wynajmu wahają się w granicach 14-21 euro/m2, ale rekompensuje je dobre połączenie z centrum i wygodne przestrzenie, jak te dostępne np. w Warsaw UNIT przy Rondzie Daszyńskiego.

Warszawa Żoliborz

Żoliborz kojarzy się głównie z przyjemnymi, niewielkimi osiedlami mieszkalnymi dobrze skomunikowanymi z centrum. Jednak może być on idealnym miejscem na biuro w spokojnej okolicy, ale blisko centrum. Ceny też znajdują się raczej w połowie stawki, gdyż ich średnia wynosi ok. 13-18 euro/m2.

Od czego zależy koszt wynajmu biura w Warszawie?

Jak już można było przeczytać wcześniej, koszt wynajmu biura w stolicy zależy przede wszystkim od jego lokalizacji, czyli przede wszystkim od tego, w jakiej dzielnicy się znajduje. Są jednak także inne czynniki mające wpływ na cenę wynajmu. Należą do nich:

  • lokalizacja w stosunku do punktów komunikacji, np. stacji metra, przystanku itp.
  • stan i wiek budynku, w jakim znajduje się biuro,
  • poziom wykończenia budynku, czyli standard wnętrza,
  • obecność wyposażenia w biurze oraz jego poziom,
  • dostępność zaplecza socjalnego oraz jego poziom,
  • powierzchnia biura.

Przeczytaj również artykuł: Jak wynająć biuro?

Podsumowując, koszt wynajmu biura zależy przede wszystkim od jego lokalizacji. Jednak nie można zapomnieć, że inne czynniki także mają wpływ na cenę.

Ludzie na liście gatunków zagrożonych. 2050 r. to koniec homo sapiens

Nasz dom, czyli Ziemia liczy sobie 4,5 mld lat. My, ludzie, zamieszkaliśmy w nim około 300 tysięcy lat temu, ale jak tak dalej pójdzie, to nie dalej jak za 3 dekady czeka nas eksmisja! Dlaczego? Bo jako  dotychczasowi lokatorzy okazaliśmy się wandalami, którzy zrujnowali dom idealny. Cały problem w tym, że to jedyny, jaki mamy. Czy to scenariusz do drugiej części filmu Armageddon? Niestety to wizja najbliższej przyszłości. Jak twierdzą naukowcy z Narodowego Centrum Odbudowy Klimatu w Melbourne – rok 2050 to prawdopodobny koniec historii homo sapiens.

Ziemia – jedyna znana nam planeta, na której istnieje życie. Przynajmniej na razie. Czy to znaczy, że lada chwila odkryjemy kolejne? Wręcz przeciwnie – już za moment staniemy się gatunkiem zagrożonym. Mimo że jesteśmy “tu” stosunkowo krótko, to efekty naszych działań są zarówno imponujące, jak i przerażające. Według analizy Narodowego Centrum Odbudowy Klimatu w Melbourne grozi nam katastrofa! Jak ocenili naukowcy: jeżeli w najbliższym czasie nie zostaną podjęte poważne działania, łagodzące wpływ człowieka na środowisko, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ludzkość nie przetrwa dłużej niż do 2050 r.!

Decydująca dekada?

Według artykułu opublikowanego przez niezależny think tank skupiony na polityce klimatycznej – Narodowe Centrum Przywrócenia Klimatu w Melbourne zmiana klimatu stanowi „zagrożenie egzystencjalne dla ludzkości”. Według wspomnianej instytucji istnieje duże prawdopodobieństwo, że społeczeństwo może upaść już w 2050 r., o ile w ciągu dekad, która zacznie się w przyszłym roku nie zostaną podjęte poważne działania łagodzące wpływ człowieka na środowisko.

Topniejące lodowce, śmierć raf koralowych, tonące w wodzie przybrzeżne doliny, a nawet powstanie hiperpustyni to tylko niektóre z prognoz naukowców. Okazuje się, że sytuacja jest bardziej pesymistyczna niż mogło nam się pierwotnie wydawać. Nie jest to pierwsza tak negatywna prognoza, natomiast to pierwsza, która zapowiada tak rychły upadek cywilizacji ludzkiej.” – zauważa Marcin Kotarski, Manager Produktu z Purmo Group, które jest największym producentem branży grzewczej na świecie i dodaje: – „Proekologiczne inicjatywy zyskują na popularności, szczególnie w zakresie nowoczesnego budownictwa, ale skala tych zmian jest niewystarczająca. A przecież takie rozwiązania, wspierane technologią smart home pozwalają nie tylko zmniejszyć dług środowiskowy człowieka, ale również wysokość rachunków – jak podaje Point Central, nawet o 10% miesięcznie. Jeżeli więc nie z troski o otoczenie to chociaż o portfele, warto stosować nowoczesne rozwiązania budowlane.” – apeluje ekspert.

30 lat na odkupienie

Jak przewidują autorzy raportu, Ziemia pogrąży się w globalnym chaosie, który będzie rozprzestrzeniał się niczym pożar w suchym lesie, a głównym punktem zapalnym ma być jeden, szczególnie ponury scenariusz. Naukowcy twierdzą, że do 2050 temperatura na całym świecie wzrośnie o 3 stopnie Celsjusza. Wskazali też winnych – to przedstawiciele rządów światowych, którzy ignorują ich rady oraz zdają się nie dostrzegać społecznej presji dekarbonizacji gospodarki (np. poprzez znalezienie i eksploatację alternatywnych źródeł energii).

Już w tym momencie pokrywy lodowe świata znikają, co powoduje wzrost poziomu wody i skutkuje powstaniem nieodwracalnych zmian w faunie i florze. Planeta zaczyna sobie nie radzić z stresem który jej nadajemy, i pogrąża się w pętli cieplejszych i bardziej śmiercionośnych warunków. Kataklizmy takie jak te które teraz trwają w Australii mogą niedługo ogarnąć inne części świata. Dla pocieszenia Ziemia sobie poradzi bez nas- miliony lat po tym jak znikniemy ustabilizuje się i osiągnie nową równowagę….bez nas ” – zauważa Wojciech Stramski, CEO Deep Change Ventures – funduszu, który inwestuje w “zielone” startupy wpisujące się w Cele Zrównoważonego Rozwoju (SDG) określone przez ONZ.

Według autorów raportu 2050 r. to swoista “godzina zero” dla ludzkości i Ziemi jaką znamy. Dlaczego? Ich zdaniem w połowie XXI wieku 35% globalnego obszaru lądowego i 55% całej populacji stanie się narażona rocznie na ponad 20 dni śmiertelnych upałów, które przekraczają fizyczne możliwości przetrwania człowieka. Prawie ⅓ powierzchni Ziemi zmieni się w pustynię. Działalność człowieka powoduje, że zaburzona jest równowaga całego środowiska naturalnego, poczynając od raf koralowych, przez lasy deszczowe, po arktyczne pokrywy lodowe. Ekstremalne warunki klimatyczne zrujnują rolnictwo i zmienią ponad 1 mld ludzi w uchodźców, którzy wyruszą w poszukiwaniu stabilizacji i bezpieczeństwa.

Ten masowy ruch – w połączeniu z kurczącymi się liniami brzegowymi i spadkiem dostępności żywności i wody pitnej – rozpocznie wielki kryzys ludzkości i spowoduje powstanie wielu konfliktów globalnych mocarstw, w tym Stanów Zjednoczonych. Prawdopodobne są konflikty zbrojne o zasoby, co może być przyczyną wojny nuklearnej.

Ostatnie godziny przed zmierzchem

Szykuje się piękny koniec świata. Czy można mu zapobiec? – “Tak, ale tylko pod warunkiem, że podejmiemy natychmiastowe kroki. Przede wszystkim potrzebujemy powszechnej edukacji i akceptacji – wciąż wiele osób bagatelizuje problem zmiany klimatu. Z badań przeprowadzonych przez Pew Research Center wynika, że na całym świecie średnio 9% ludzi nie dostrzega w ogóle problemu, jakim są zmiany klimatu, zaś 20% twierdzi, że to niewielkie zagrożenie.” – mówi Stramski i dodaje – “Następne lata będą decydujące. Wciśniemy hamulec i zmienimy kierunek jazdy albo dodamy gazu i ruszymy wprost w przepaść.” – podsumowuje CEO Deep Change Ventures.

Tego samego zdania co Wojciech Stramski są autorzy badań, zdaniem ekspertów jeszcze nie wszystko stracone. Ludzkość ma nie więcej niż dekadę, by dokonać globalnego przekształcenia światowej gospodarki w system zeroemisyjny. Wysiłki wymagane do tego by to osiągnąć „byłyby podobne do skali mobilizacji w sytuacjach kryzysowych podczas II wojny światowej” – napisali naukowcy.

Bankructwo sposobem amerykańskiego Kościoła katolickiego na unikanie zadośćuczynienia ofiarom pedofilii

Bankructwo jednej diecezji stanowi swoisty kierunkowskaz dla innych, a jednocześnie zapowiada, co może się wydarzyć w przyszłości. Przypadek archidiecezji w Santa Fe pokazuje, jaki przyjęto modus operandi. Archidiecezja, stojąc w obliczu kilkudziesięciu pozwów przeciwko swoim duchownym, w grudniu 2018 r. złożyła wniosek upadłościowy. Jak stwierdziła, jest zbyt biedna, aby sprostać roszczeniom. Liczba pozwów do czerwca 2019 r., czyli do terminu, jaki sąd upadłościowy wyznaczył ofiarom na składanie roszczeń, wzrosła do około 375. Stan Nowy Meksyk nie wdrożył nowych przepisów, więc obowiązuje tu przedawnienie.

W dokumentach sądowych archidiecezja wykazała majątek o wartości 49 mln dolarów w nieruchomościach, gotówce i inwestycjach. Kwota uwzględniała siedzibę w Albuquerque, obligacje korporacyjne i komunalne, pół tuzina samochodów i pickupów oraz nieokreśloną ilość złota i srebra. Tymczasem dokumenty założycielskie kościoła z 1951 r. szacowały jego wartość na 40 mln dolarów, czyli obecne 396 mln. Skąd więc tylko 49 mln dolarów? Otóż dostojnicy kościelni uznali, że co najmniej 178 mln dolarów w gotówce i nieruchomościach jest własnością parafii, funduszu powierniczego lub fundacji, a zatem nie jest to własność archidiecezji. Prawnicy ofiar protestują, bowiem ich zdaniem nie może być mowy o prawdziwej separacji między archidiecezją i jej parafiami. Stąd też 178 mln dolarów powinno zostać włączone do dostępnych funduszy, co podniosłoby wartość puli do rozliczeń do kwoty 227 mln dolarów.

Kościół w Santa Fe zaczął się reorganizować już w 2012 r. Wypracowano wówczas nowe zasady przyłączania parafii do archidiecezji. Następowało to na mocy odrębnego aktu. Każda parafia przystępowała indywidualnie, zachowując formalnie niezależność organizacyjną i własnościową. Jak wynika z zapisów, w tym samym czasie zwierzchnicy kościelni utworzyli archidiecezję Santa Fe Real Estate Corp., przenosząc do niej setki nieruchomości. Codzienne funkcjonowanie parafii nie uległo zmianie. Był to jedynie ruch ochronny przed procesami pedofilskimi i roszczeniami finansowymi.

Reforma pozwoliła archidiecezji wyprowadzić z ksiąg około 91 mln dolarów. Część z nich, 34 mln dolarów, pochodziło z przeniesienia 120 nieruchomości w Santa Fe, Taos i z innych obszarów w depozyt, utrzymywany w imieniu parafii. Rzeczywista wartość nieruchomości jest prawdopodobnie znacznie wyższa. Archidiecezja zaniżyła znacznie ich wartość – zamiast rynkowej podała kwotę, od której odprowadzony jest podatek ustalany przez władze lokalne. Kolejne nieruchomości o wartości 57 mln dolarów będące własnością parafii, w tym cmentarze w Santa Fe, przekazano do osobnego funduszu powierniczego. Prawnicy ofiar alarmują, że przeniesienia zostały dokonane z zamiarem „utrudnienia, opóźnienia lub oszustwa”. Kościół z kolei uważa, że bankructwo jest najlepszym rozwiązaniem dla częściowego zaspokojenia dużej liczby roszczeń, ponieważ zapewnia sprawiedliwszą dystrybucję – wszystkie ofiary dzielą się pieniędzmi w uporządkowany sposób.

Urzędnicy kościelni przekazali również blisko 37 mln dolarów w gotówce i inwestycjach na konto Wells Fargo, które archidiecezja kontroluje, ale nie jest jego właścicielem. Kolejna pula pieniędzy znajduje się w Fundacji Katolickiej, która przyjmuje darowizny na rzecz archidiecezji. Fundacja ma prawie 50 mln dolarów, a około 1,8 mln przeznaczyła w 2019 r. na cele katolickie, w tym szkolenie nowych księży i na emeryturę starszych. Prawnicy kościelni twierdzą, że fundacja nie jest częścią masy upadłościowej. Z kolei prawnicy ofiar wskazują, że fundacja jest wymieniona jako „podległa organizacja” archidiecezji przez amerykańskiego fiskusa, czyli Internal Revenue Service, co oznacza, że należy ją zwolnić z podatków federalnych, ale jej udziały powinny zostać włączone do masy upadłościowej.

Dokumenty inkorporacyjne czterech parafii, które przejrzał Businessweek, pokazują, że archidiecezja zachowała nad nimi ścisłą kontrolę. Połowa zarządów niektórych parafii to personel archidiecezji. Statut parafii nie może zostać zmieniony bez zgody arcybiskupa, a parafie nadal oddają archidiecezji 12,5% swoich niedzielnych zbiórek. Płatności parafialne stanowią lwią część 6-milionowego rocznego dochodu archidiecezji.

Gdy w 2015 r. archidiecezja św. Pawła w Minneapolis ogłosiła upadłość, nie wykazała w aktywach parafii szkół ani 10 cmentarzy znajdujących się na jej terytorium. Zwierzchnicy kościelni przed sądem upadłościowym ujawnili aktywa, których wartość nie przekraczała 50 mln dolarów, podczas gdy prawnicy ofiar majątek ten szacowali na blisko 1,7 mld dolarów. Sąd nie wypracował konsensusu, ale około 450 ofiar otrzymało w sumie 210 mln dolarów – średnio około 467 tys. dolarów na osobę. Część tej kwoty pochodziła z majątku kościelnego, a część z ubezpieczenia. W Milwaukee w 2017 r. ówczesny arcybiskup Timothy Dolan wysłał list do Watykanu z prośbą o zgodę na przeniesienie prawie 57 mln dolarów na fundusz powierniczy przeznaczony na utrzymanie cmentarzy. List potwierdzał, że celem tego zabiegu jest ochrona aktywów przed roszczeniami. Mimo to Watykan zatwierdził to przesunięcie. Kiedy cztery lata później zwierzchnicy kościelni Milwaukee ogłosili bankructwo, prawnicy ofiar wywalczyli włączenie cmentarza do majątku roszczeniowego. Po prawie pięcioletnich zmaganiach, w których archidiecezja Milwaukee próbowała odrzucić praktycznie wszystkie roszczenia, około 350 ofiar otrzymało średnio po 60 tys. dolarów.

Wypracowany przewodnik bankructwa pozwala archidiecezji w Santa Fe zaspokoić roszczenia ofiar tylko połową swojego majątku. Oznacza to, że każdy z poszkodowanych może otrzymać ok. 65 tys. dolarów, czyli tylko 1/5 sumy, jaka zostałaby zasądzona, gdyby archidiecezja nie wyprowadziła ze swoich ksiąg 176 mln dolarów. To znacząca różnica, jeśli wziąć pod uwagę, że wykorzystywane seksualnie dzieci stoją potem w obliczu zwiększonych problemów psychicznych i fizycznych oraz zazwyczaj trudniejszej sytuacji materialnej. Wysoki wskaźnik ubóstwa, niska świadomość i tradycyjne pobożne posłuszeństwo miejscowym kapłanom spowodowało, że wiele dzieci z Nowego Meksyku było szczególnie narażonych na molestowanie seksualne z ich strony.

Czy kościelne bankructwa mają przyszłość?

Archidiecezja Santa Fe i prawnicy ofiar rozpoczęli we wrześniu ubiegłego roku mediację sądową. Cały Kościół amerykański bacznie śledzi te negocjacje, aby wypracować własną strategię w przypadku potencjalnych bankructw. Każde dotychczasowe bankructwo Kościoła kończyło się ugodą, ale ostentacyjne ukrywanie aktywów, którego się dopuszcza, zwiększa prawdopodobieństwo, że tym razem takiej ugody nie będzie. Jeśli archidiecezja nadal będzie się upierać przy wykazanym, okrojonym majątku jako puli do zaspokajania roszczeń, ofiary mogą odmówić porozumienia. W takim przypadku istnieje ryzyko, że sędzia może usunąć tarczę ochronną roztoczoną nad archidiecezją i kierować sprawy do „normalnych” postępowań sądowych. Ofiary mogłyby otrzymać odszkodowania arbitralnie zasądzone, a nie wynikające z ugody. W innym scenariuszu archidiecezja może przeciągać spór, licząc, iż wyczerpane ofiary zgodzą się na niższe odszkodowania, jak to miało miejsce w Milwaukee. Ewentualnie sędzia ma prawo powołać zewnętrznego eksperta ds. finansów w celu prześwietlenia księgowości archidiecezji, co może wymusić na zwierzchnikach kościelnych bardziej hojne świadczenia, jak to miało miejsce w San Diego.

Tymczasem walka ofiar molestowania przez księży z Kościołem w stanie Nowy Meksyk dobiega końca, ponieważ utrzymano tu instytucję przedawnienia. Oznacza to, że nikt nie może wnieść nowych spraw przeciwko archidiecezji za nadużycia, które popełniono przed bankructwem. Nie można jednak powiedzieć, że problem archidiecezji definitywnie się skończył. Prokurator generalny Nowego Meksyku jest zaniepokojony postawą archidiecezji dotyczącą spłacania ofiar i wymuszania tajemnicy. Pod koniec 2018 r. jego biuro zażądało danych osobowych i finansowych związanych z nadużyciami duchowieństwa, a jego funkcjonariusze dokonali przeszukania w siedzibie archidiecezji. Śledztwo nadal trwa, a jego celem jest ustalenie przejrzystości procedur bankructwa. Kodeks upadłościowy zdaniem prokuratora generalnego nie powinien być wykorzystywany do krzywdzenia ofiar.

Pod koniec grudnia ubiegłego roku, w imię większej otwartości, papież Franciszek zniósł zasadę „tajemnicy papieskiej”, którą urzędnicy kościelni zasłaniali się, aby ukrywać przed władzami cywilnymi informacje o wykorzystywaniu seksualnym. Ma to ogromne znaczenie dla toczących się postępowań. Z drugiej jednak strony prawnicy ofiar twierdzą, że to Watykan bezpośrednio kieruje zarówno reorganizacjami finansowymi diecezji, jak i procesami zaspokajania roszczeń. Ich zdaniem wszystkie decyzje finansowe i strategiczne są podejmowane przez Stolicę Apostolską. Pomimo to rzeczniczka Konferencji Episkopatu USA twierdzi, iż decyzja o tym, czy szukać ochrony przed roszczeniami, posiłkując się bankructwem, należy do diecezji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W 2020 r. po raz kolejny rosną limity na IKE, IKZE oraz PPE

2020 to kolejny rok, kiedy rosną maksymalne limity wpłat do IKE, IKZE oraz PPE. Będą one wynosiły odpowiednio 15 681 zł dla IKE, 6 272,40 zł dla IKZE oraz 23 521,50 zł jeśli chodzi o wpłatę dodatkową do PPE. Wraz ze wzrostem limitów rośnie atrakcyjność oszczędzania na cele emerytalne, zwłaszcza że przepisy pozwalają równocześnie korzystać ze wszystkich trzech rozwiązań, zwiększając tym samym możliwą korzyść podatkową.

IKE i IKZE pozwalają na indywidualne oszczędzanie, natomiast PPE to forma grupowego oszczędzania na emeryturę w zakładzie pracy. Każdemu z wymienionych rozwiązań towarzyszy szereg unikalnych przywilejów podatkowych, w tym m.in. zwolnienie z 19% „podatku Belki” oraz możliwość dziedziczenia środków bez konieczności odprowadzania podatku od spadków i darowizn.

Prywatne oszczędności emerytalne to jedyny sposób na powiększenie przyszłej emerytury. Warto pamiętać o preferencyjnych warunkach. Rozwiązania dedykowane emeryturze pod względem ułatwień i korzyści mają zdecydowaną przewagę np. nad kontem oszczędnościowym. Przykładowo, wpłacając w 2020 r. maksymalną kwotę na IKZE, możemy uzyskać nawet 2007 zł ulgi podatkowej, jeśli wpadamy w 32% próg podatkowy. W całym procesie oszczędzania kluczowa jest systematyczność, bowiem pozwala budować kapitał przy mniejszym wysiłku finansowym” – wyjaśnia Jacek Treumann, członek zarządu Esaliens TFI.

Zgodnie z ostatnimi dostępnymi raportami KNF, na koniec czerwca 2019 r. posiadaczy IKE jest już ponad milion (1 010 400 osób), natomiast IKZE posiada 690 886 osób[1]. Wartość aktywów zgromadzonych w ramach obu kont wyniosła 12,2 mld PLN, rosnąc w ciągu roku o niemal 2,1 mld PLN.

[1] https://www.knf.gov.pl/knf/pl/komponenty/img/Oprac_IKE_IKZE_2019_67694.pdf

ZPP: Poważne oznaki spowolnienia gospodarki. Rekordowo niski wskaźnik w obszarze inwestycji

Indeks nastrojów przedsiębiorców „Busometr” na pierwsze półrocze 2020 – wyniósł 44,5 punktu (spadek z 48,8 punktów w poprzednim półroczu), co oznacza, że nastroje przedsiębiorców w dalszym ciągu się pogarszają. Spadek nastrojów w firmach wystąpił we wszystkich badanych komponentach (koniunktura gospodarcza, rynek pracy, inwestycje). Poziom nastrojów w zakresie inwestycji osiągnął poziom najniższy w historii badania. Pomimo spadków, przedsiębiorcy wykazują relatywny optymizm odnośnie sytuacji na rynku pracy.

Od trzech półroczy notuje się spadek nastrojów w badaniu przedsiębiorców. W pierwszym półroczu 2020 roku najbardziej pesymistyczne pozostają mikrofirmy (indeks 41,3). Nastroje poprawiają się wraz ze wzrostem wielkości badanego przedsiębiorstwa. Wyższy wskaźnik optymizmu cechuje także młodsze firmy, działające na rynku nie dłużej niż 5 lat. Najgorsze nastroje wykazują podmioty w Polsce centralnej. Najbardziej pozytywnie patrzą w przyszłość firmy w północnej części Kraju.

– Po rekordowo optymistycznym II półroczu 2018 roku, od trzech edycji badania widzimy konsekwentny spadek nastrojów wśród przedsiębiorców. Są to bez wątpienia oznaki osłabienia koniunktury gospodarczej w Polsce. W obszarze inwestycji płacimy cenę chaosu komunikacyjnego generowanego przez rząd oraz pośpiesznych, dokonywanych znienacka regulacji – komentuje wyniki badania Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP.

Najlepsze nastroje ciągle cechuje branża produkcyjna (wskaźnik 49,3). Gorsza atmosfera panuje w handlu (45,4) oraz usługach (43,2). Należy zaznaczyć, że dopiero wskaźnik powyżej 50 pkt. świadczy o pozytywnej tendencji w ocenie danego komponentu.

W dalszym ciągu polskie firmy pozytywnie oceniają sytuację na rynku pracy. Wartość indeksu w tym komponencie wyniosła 55,8 pkt. i zanotowała nieznaczny 1,3 pkt. spadek w odniesieniu do poprzedniego półrocza. Co ciekawe, wzrósł odsetek zarówno firm planujących podwyżki (29% wobec 25% w poprzednim półroczu), jak i tych, które wynagrodzenia planują obniżyć (6%, podczas gdy w II półroczu 2019 roku było to jedynie 2% firm).

Rekordowo niski poziom nastrojów panuje w obszarze inwestycji. Busometr w tym komponencie zanotował najniższy wynik w 9 letniej historii badania (indeks 33 pkt.). Aż 61% przedsiębiorców zadeklarowało, że nie planuje inwestycji w najbliższych miesiącach.

***
Busometr ZPP – Indeks Nastrojów Gospodarczych MSP, jest wskaźnikiem pokazującym stopień optymizmu małych i średnich przedsiębiorców i ich planowane działania w perspektywie najbliższego półrocza.

Na wartość Indeksu Busometr wpływ mają trzy komponenty: (1) koniunktury gospodarczej, (2) rynku pracy (płace i zatrudnianie) oraz (3) inwestycji.

Wartość każdego z komponentów mieści się w przedziale od 0 do 100.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz firma Maison&Partners prowadzą badania wśród przedsiębiorców w oparciu o próbę zróżnicowaną ze względu na liczbę zatrudnianych pracowników, próby małych i średnich firm w Polsce (do 250 zatrudnionych).

Busometr ZPP jest publikowany co pół roku. Badanie jest realizowane od 2011 roku.

Czy czeka nas wzrost cen ropy?

Ugoda w konflikcie handlowym USA i Chin powoduje, że jeden z ważnych czynników hamujących dotychczasowy wzrost cen ropy znika. To właśnie cła miały spowalniać globalny wzrost gospodarczy, a tym samym prognozy wzrostu cen czarnego złota.

Japonia dalej zwalnia

W nocy poznaliśmy dane na temat japońskiej gospodarki. Produkcja przemysłowa spada w skali roku o 8,2%, co jest zaledwie 0,1% powyżej oczekiwań. Dane te nie zrobiły większego wrażenia na inwestorach, ale ich reakcje mogą być dzisiaj znacznie spokojniejsze ze względu na dzień wolny w USA. Dane makroekonomiczne z Japonii to zresztą specyficzny temat. Kraj ten od wielu lat pokazuje raczej słabe dane makroekonomiczne, ale pomimo tego powoli się rozwija.

Wygaszanie wojny handlowej pomaga ropie

Czarne złoto po podpisaniu umowy handlowej między Chinami a USA powoli odzyskuje siły. Widać też większe oczekiwania na temat przyszłego popytu. Dobrym dowodem na to jest rosnąca ilość wież wiertniczych w USA. Ropa nie jest co prawda tak droga, jak podczas konfliktu na linii Iran-USA, ale surowiec ten w przeddzień wybuchów konfliktów zbrojnych zwyczajowo idzie istotnie w górę.

Amerykanie budują

W piątek poznaliśmy dane z USA na temat budownictwa. O ile zgód na budowy domów było mniej, niż oczekiwano, o tyle rozpoczęto ich znacznie więcej, niż sądzono. Zamiast spodziewanych 1,38 mln domów, rozpoczęto budowę 1,6 mln domów. Oprócz tego poznaliśmy odczyty produkcji przemysłowej oraz wstępne dane na temat Raportu Uniwersytetu Michigan. Pomimo tego, że były one słabsze od oczekiwań, nie były tak złe, aby wpłynąć na optymizm inwestorów po odczytach z rynku budowlanego. W rezultacie dolar był najsilniejszy względem euro od początku roku.

Dzisiaj dzień wolny w USA z okazji dnia Martina Luthera Kinga, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Rzecznik MŚP proponuje zmiany w przepisach dotyczących informowania pracodawców o terminach pełnienia służby wojskowej przez ich pracowników

Rzecznik MŚP proponuje zmiany w przepisach dotyczących informowania pracodawców o terminach pełnienia służby wojskowej przez ich pracowników. Zgodnie z wnioskiem legislacyjnym do Ministra Obrony Narodowej, o wezwaniu pracownika do pełnienia służby w wyznaczonych dniach pracodawcy powinni dowiadywać się z urzędu od właściwych władz wojskowych.

Obecnie obowiązujące przepisy ustawy z dnia 21 listopada 1967 r. o powszechnym obowiązku obrony Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. z 2019 r. poz. 1541, ze zm.) zawierają niejednolite rozwiązania w zakresie informowania pracodawców o konieczności udzielania dni wolnych pracownikom oraz umożliwienia im stawienia się do pełnienia służby wojskowej (w tym terytorialnej). Co do zasady, o wezwaniu pracownika do pełnienia tej służby w wyznaczonych dniach pracodawcy powinni dowiadywać się z urzędu od właściwych władz wojskowych.

Jednakże zgodnie z art. 101c ust. 5 ww. ustawy, w przypadku ćwiczeń wojskowych rotacyjnych żołnierz rezerwy ma obowiązek niezwłocznego poinformowania swojego pracodawcy o dniach, w których będzie odbywał te ćwiczenia, oraz o zmianach w tym zakresie, a także powiadamiać pracodawcę o powołaniu na te ćwiczenia. W takim przypadku jedynym źródłem informacji dla pracodawcy jest sam pracownik.

Do Rzecznika MŚP dotarły sygnały od przedsiębiorców o istotnych utrudnieniach w prowadzeniu działalności gospodarczej dla pracodawców, którzy nie zostali poinformowani przez swoich pracowników o dniach odbywania przez nich ćwiczeń wojskowych rotacyjnych oraz powołaniu ich na te ćwiczenia. Pomimo bowiem braku stosownej informacji pracodawcy Ci mają obowiązek umożliwić tym pracownikom stawienie się na te ćwiczenia. Natomiast brak wywiązania się przez pracowników z obowiązku niezwłocznego poinformowania pracodawców o ww. ćwiczeniach lub powołaniu na nie może skutkować co najwyżej ewentualną odpowiedzialności porządkową. Powyższe wnioski zostały potwierdzone stanowiskiem Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego zawartym w piśmie z dnia 16 grudnia 2019 r. stanowiącym odpowiedź na wystąpienie Rzecznika MŚP.

W ocenie Rzecznika MŚP, w czasie pokoju, w sytuacjach, gdy nie zaistniała konieczność natychmiastowego stawiennictwa do służby wojskowej, pracodawcy powinni być informowani nie tylko niezwłocznie przez swoich pracowników, lecz przede wszystkim urzędowo o zaplanowanych terminach służby wojskowej pracowników, jak również o zmianie tych terminów. W związku z powyższym, pismem z 17 stycznia 2020 r. Rzecznik MŚP zawnioskował do Ministra Obrony Narodowej o podjęcie działań legislacyjnych, mających na celu zmianę ww. ustawy w taki sposób by w czasie pokoju pracodawcy byli zawiadamiani z urzędu o zaplanowanych terminach oraz ich zmianach, w których pracownicy będą pełnili służbę wojskową (w tym terytorialną).

Rynki czekają na kolejne informacje

W tym tygodniu poznamy istotne dane o aktywności biznesowej w kluczowych gospodarkach. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na spotkanie EBC i konferencję w Davos.

Waluty G10, w sporej części, zakończyły ubiegły tydzień na niemal niezmienionych poziomach w porównaniu z tymi, na jakich go rozpoczęły. Istotnym wyjątkiem był japoński jen, który doświadczył osłabienia w  obliczu rosnącego apetytu na ryzyko, który nie sprzyja bezpiecznym aktywom. Rynki akcji i papierów dłużnych kontynuowały wzrosty, niejako świętując podpisanie przez USA i Chiny tzw. umowy “pierwszej fazy” – do czego doszło w środę. Zachowanie walut rynków wschodzących było zróżnicowane, jednak od początku roku w większości radzą one sobie całkiem nieźle.

Spodziewamy się, że za sprawą kluczowych odczytów PMI dla Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i strefy euro w tym tygodniu na rynek walutowy powróci zmienność. Liczymy na pozytywny odczyt dla wspólnego bloku walutowego, który powinien wesprzeć euro. Warto też wspomnieć, że w czwartek odbędzie się spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego. W jego kontekście nie spodziewamy się jednak zmian parametrów polityki monetarnej ani istotnych zmian retoryki w kwestii perspektyw gospodarczych wspólnego bloku.

PLN

Na początku zeszłego tygodnia polski złoty umocnił się w parze z euro do najwyższego poziomu od kwietnia 2018 roku. Ostatecznie jednak zakończył tydzień lekkim osłabieniem w relacji do głównych walut. W ostatnich dniach poznaliśmy odczyty inflacji, które potwierdziły wyraźny wzrost dynamiki cen w grudniu – inflacja CPI znalazła się tuż poniżej górnych widełek celu inflacyjnego, a bazowa dynamika była najwyższa od ośmiu lat i mało brakowało, żeby nie przekroczyła tego poziomu. Nie musi to jednak oznaczać, że w najbliższym czasie RPP podniesie stopy procentowe. Wprawdzie Eugeniusz Gatnar, reprezentant “jastrzębi” w Radzie, stwierdził ostatnio, że zasadnym byłoby podniesienie stóp o 15-25 pb., jednak obecnie nie jest to dominujący głos w RPP. Pomimo silnego wzrostu inflacji, Rada skłania się ku stabilizacji stóp procentowych.

W tym tygodniu poznamy kilka istotnych odczytów z Polski, w tym dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w grudniu. Będą one w stanie powiedzieć więcej o tym, jak wyglądała sytuacja gospodarcza Polski pod koniec minionego roku.

GBP

Odporność funta brytyjskiego na szereg zdecydowanie słabych odczytów makroekonomicznych, które poznaliśmy ostatnio, jest godna podziwu. W ubiegłym tygodniu poniżej oczekiwań konsensusu wypadły m.in. dane o produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej, jak również odczyt dynamiki cen. W konsekwencji publikacji oraz gołębich komentarzy ze strony kilku członków Banku Anglii, wyraźnie wzrosła rynkowa wycena obniżek stóp procentowych. Implikowane rynkowe prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych podczas najbliższego spotkania Banku Anglii w końcówce stycznia wynosi ok. 70%.

Mimo że w kontekście powyższych informacji naturalną reakcją waluty byłaby wyprzedaż, funt brytyjski zakończył ubiegły tydzień na niemal niezmienionym poziomie – zarówno w relacji do dolara amerykańskiego, jak i do euro. Jeśli  odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI i raport opisujący sytuację na brytyjskim rynku pracy, które poznamy w tym tygodniu, nie zawiodą, może dojść do złagodzenia negatywnego sentymentu względem fundamentów gospodarczych Wielkiej Brytanii. Taki obrót spraw powinien sprzyjać brytyjskiej walucie.

EUR

Nasze oczekiwania, zakładające, że dane gospodarcze ze strefy euro będą lepsze od oczekiwań konsensusu, zostaną poddane próbie w tym tygodniu. W piątek poznamy bowiem wstępne styczniowe odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI w bloku walutowym. W kontekście poprawy nastrojów i ogólnego poczucia optymizmu – widocznego chociażby w ostatnim zachowaniu światowego rynku akcji – spodziewamy się, że lepszy od oczekiwań okaże się zarówno odczyt dla przemysłu, jak i usług. Pozytywne zaskoczenie w danych powinno wzmocnić wspólną europejską walutę w relacji do głównych walut.

Czwartkowe spotkanie EBC nie powinno przynieść informacji o zmianach parametrów polityki monetarnej. Niemniej warto będzie zwrócić uwagę na informacje dotyczące rozpoczęcia “przeglądu strategii” banku centralnego, którego przeprowadzenie ogłosiła Christine Lagarde po objęciu funkcji prezesa EBC. Będzie to pierwsze tego typu działanie od 2003 roku.

USD

Abstrahując od podpisania umowy “pierwszej fazy” między USA a Chinami, w minionym tygodniu kluczowymi wieściami z USA były dane o inflacji. Nie przyniosły one przełomu, jednak część odczytów znalazła się na poziomach nieco niższych od oczekiwanych przez konsensus. W USA nie obserwujemy obecnie istotnej presji inflacyjnej, natomiast inflacja znajduje się w okolicy celu Fed-u. Sugeruje to, że w najbliższym czasie nie powinniśmy spodziewać się ruchu stóp procentowych w USA w żadną stronę.

W tym tygodniu kluczową publikacją dla inwestorów będą piątkowe wstępne dane PMI dla USA za styczeń. Oprócz tego, w kolejnych dniach warto będzie obserwować Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, w trakcie którego przemawiać będzie m.in. prezydent Trump.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Przemysł: w 2020 r. największym wyzwaniem będą ludzie a nie technologia

Największe możliwości wzrostu i poprawy wyników w polskim sektorze produkcyjnym daje praca nad rozwojem potencjału pracowniczego a nie tylko cyfryzacja czy automatyzacja procesów – wynika z analiz firmy konsultingowo-wdrożeniowej 4Results. Firma opiera swoje wnioski na podstawie projektów reorganizacji działania przedsiębiorstw produkcyjnych z ostatnich trzech lat. Przed jakimi zatem wyzwaniami stoją polscy producenci i gdzie mogą oni przede wszystkim szukać metod poprawy swoich wyników?

To nie cyfryzacja, nie robotyzacja i nie nowe metody zastosowania sztucznej inteligencji są obecnie największymi wyzwaniami dla polskiego przemysłu. Znacznie większe znaczenie dla poprawy wyników finansowych i wzrostu firm produkcyjnych ma odpowiednie wykorzystanie dostępnych w organizacjach zasobów ludzkich, jak również utrzymanie w firmach pracowników i ich właściwy rozwój. Tak twierdzą eksperci, którzy na co dzień zajmują się restrukturyzowaniem i poprawą efektywności przedsiębiorstw.

„Na podstawie doświadczeń z kilkudziesięciu projektów reorganizacji sposobu działania przedsiębiorstw zrealizowanych w ciągu ostatnich trzech lat można zaryzykować tezę, że dziś żadna z firm produkcyjnych pracujących w Polsce nie prowadzi produkcji w pełni efektywnie. Można nawet pójść dalej i powiedzieć, że ponad 90% przedsiębiorstw działa w sposób niedoskonały, ponosząc w różnych punktach działania straty istotnie wpływające na całościowe wyniki finansowe. Główne powody uszczuplenia marży nie wynikają z braku rozwiązań informatycznych czy nowoczesnych technologii, ale z niewykorzystania potencjału pracowników i kadr zarządzających oraz ze złej organizacji pracy– mówi Izabela Starnawska, partner zarządzający w 4Results.

W opinii 4Results uwolnienie potencjału drzemiącego w ludziach na wszystkich szczeblach organizacji, daje przedsiębiorstwom większe korzyści w porównaniu z nadmiarową koncentracją na wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań. Co więcej – aby firmy mogły w pełni odczuć korzyści z nowoczesnych technologii i cyfryzacji, najpierw trzeba do tego odpowiednio przygotować pracowników.

W jaki sposób firmy produkcyjne tracą pieniądze?

4Results zaznacza, że sektor przemysłowy składa się z odmiennych branż, w których firmy działają w różnych modelach i skali. Dlatego odnoszenie danych statystycznych zebranych w poszczególnych branżach do szerokiego sektora może być mylące. Z całą pewnością można natomiast powiedzieć, że w polskich firmach produkcyjnych powszechnie występują zjawiska przyczyniające się do powstawania strat i obniżania efektywności. Poczynając od najczęściej spotykanych, są to:

  • zbyt długi czas przezbrojenia maszyn i przygotowania parku maszynowego do realizacji nowych zleceń;
  • niewłaściwe harmonogramowanie produkcji, niosące szkodliwe i groźne konsekwencje, po pierwsze w postaci nadprodukcji zbędnych SKU, co przyczynia się do zamrażania kapitału firmy i nadmiarowego obciążania magazynu, po drugie w postaci niepotrzebnie wydłużanego czasu realizacji zamówień klientów, co w licznych sytuacjach prowadzi do permanentnego przeciążania parku maszynowego i załogi oraz pogorszenia satysfakcji klientów;
  • nieumiejętność organizacji stanowisk pracy lub brak konsekwencji w panowaniu nad efektywnością na stanowisku – poczynając od tego rozumianego fizycznie, objawiającego się ustandaryzowanym ułożeniem w hali produkcyjnej czy działach utrzymania ruchu maszyn, urządzeń, części i narzędzi oraz potrzebnych do pracy informacji czy oznaczeń, przez sposób ulokowania półproduktów i wyrobów gotowych w magazynach, aż po porządek rozumiany jako przepływ pracy, zleceń oraz informacji w całej organizacji (w zespołach, między liderami a grupami roboczymi, wśród liderów, pomiędzy wydziałami produkcyjnymi, w procesie produkcyjnym, między kadrą kierowniczą a pracownikami itd.);
  • zbyt długie czasy realizacji zamówień – najczęściej problem polega na nieoptymalnym przepływie w procesie wytwarzania (np. niepotrzebnym ruchu półproduktów do kompletowania, niewłaściwej alokacji stanowisk przy taśmach produkcyjnych, czy niepraktycznej organizacji pracy wydziałów montujących wyrób gotowy składający się z różnych półproduktów). To pociąga za sobą straty będące sumą niepotrzebnie wykonanych czynności, nadmiaru czynnika ludzkiego w procesie, zajętej przestrzeni magazynowej, czasu realizacji zleceń itd.;
  • nieumiejętność trwałego wdrażania pożądanych zmian – to, że większość firm działa nieefektywnie, nie oznacza, że ich kierownictwo jest niekompetentne. Gdy zarząd jest zaangażowany w firmę, zazwyczaj doskonale wie, jakie zmiany są pożądane. Problem jednak tkwi w braku umiejętności ich przeprowadzenia: albo zawodzą metody, albo kierownictwo średniego szczebla nie ma odpowiedniego przygotowania, albo po prostu brakuje czasu, by konsekwentnie przeprowadzić zmianę do końca;
  • rosnące ilości reklamacji oraz zbyt duże ilości odpadów generowanych w trakcie produkcji w odniesieniu do potencjału i jakości wykorzystywanych maszyn oraz zatrudnionych ludzi. Wynika to m.in. z rosnącej ilości błędów popełnianych przez pracowników a spowodowanych nieefektywnym wdrażaniem do pracy nowych pracowników (nierzadko obcokrajowców), długiego procesu rozwoju pracowników, co pozwala uzyskać zastępowalność pracowników na różnych stanowiskach produkcyjnych oraz braku modelu kompetencji w wydziałach produkcyjnych. Model taki powinien służyć nie tylko właściwemu rozwojowi umiejętności, ale wpływać na składniki wynagrodzeń (model kompetencji, jako element motywowania i premiowania pracowników);
  • niewłaściwa komunikacja w organizacji – w firmach produkcyjnych komunikacja między działami ma silny wpływ na efektywność. Najczęstsze problemy w niewłaściwym harmonogramowaniu produkcji biorą się z zakłóconego przepływ informacji między działami rynkowymi (sprzedaż, obsługa klienta) a produkcją. Poza tym negatywny wpływ mają też: silosowe przetwarzanie danych i planowanie pracy odrębnie w poszczególnych wydziałach produkcyjnych oraz niedostateczne komunikowanie przez zarząd i liderów grup celów firmy. Dodatkowe problemy może stwarzać brak spotkań operacyjnych liderów zespołów lub niewłaściwe ich prowadzenie.

Jakie są ścieżki i scenariusze rozwoju przedsiębiorstw produkcyjnych?

Na wszystkie wyżej wymienione zjawiska największy wpływ ma to, w jaki sposób w danej firmie została zorganizowana praca, w jaką wiedzę zostali wyposażeni ludzie na poszczególnych stanowiskach oraz według jakich metod na co dzień działają pracownicy.

„Z prowadzonych projektów optymalizacji przedsiębiorstw wynika, że przeciętna firma produkcyjna w Polsce w zasięgu ręki ma duże możliwości poprawy wyników w oparciu o te zasoby, które już posiada. Mam na myśli takie rezultaty jak np. 30% wzrost efektywności, kilkuprocentowy wzrost marży, skrócenie o połowę czasu realizacji zamówień czy uwolnienie z magazynu kilkunastu procent zamrożonego w nim kapitału. Tego rodzaju rezultaty wypracowywane są dzięki wdrażaniu konkretnych zmian w metodach i stylu zarządzania, a także zmian postaw pracowników i wdrażania zasad działania w grupach i między zespołami. Co warto podkreślić, tego rodzaju wyniki firmy wypracowują bez większych inwestycji w sprzęt czy nowe technologie” – dodaje Izabela Starnawska.

Firmy produkcyjne mają do wyboru co najmniej kilka koncepcji ukierunkowanych na poprawę wyników, wzrost efektywności czy zmianę organizacji pracy. Puntem wyjścia zazwyczaj jest identyfikacja problemu lub wyzwania, która często jest wynikiem analizy przedsiębiorstwa. Zdefiniowany problem pomaga dobrać odpowiednie podejście i metodę jego rozwiązania.

Spośród najczęściej wybieranych metod można wymienić:

  • Lean Manufacturing – podejście, które koncentruje się na eliminacji start i marnotrawstwa istniejącego w procesie produkcyjnym poprzez zaangażowanie metod ciągłego doskonalenia, a pozwalających na wdrożenie długoterminowych rozwiązań
  • Training Within Industry (TWI) – działania ugruntowujące zarządzanie wiedzą o procesach produkcyjnych, zasadach i regułach pracy w danym przedsiębiorstwie. Po jego wdrożeniu liderzy grup i pracownicy uczą się nawzajem standardów, a organizacja jest zdolna do szybkiego wdrażania pracowników do pracy;
  • Total Productive Maintenance (TPM) – działania ukierunkowane na optymalne wykorzystanie parku maszynowego, nie tylko pod kątem czasu pracy i wydajności maszyn, ale też redukcji ich awarii, zwiększenia bezpieczeństwa pracy, zapewnienia długiego okresu eksploatacji.
  • Proces Sales & Operations Planning (S&OP) – zapewnienie przepływu informacji od działów rynkowych firmy (sprzedaż, marketing, obsługa klienta) do działów odpowiadających za produkcję i zakupy w celu zapewnienia optymalnego przepływu pracy w obszarze produkcji, redukcji zapasów i kosztu surowców, utrzymania ciągłości dostaw, skrócenia czasu realizacji zamówień oraz poprawy satysfakcji klientów.
  • Quick Response Manufacturing – działania reorganizujące sposób pracy wewnętrznych struktur firmy, dzięki którym jest ona w stanie znacznie szybciej realizować zamówienia. Strategia QRM adresowana jest przede wszystkim do firm wytwarzających krótkie serie lub produkujące w długich cyklach, wytwarzających złożone wyroby lub produkty dostosowywane do indywidualnych zamówień;
  • Różnego rodzaju inne programy Doskonałości Operacyjnej ukierunkowane na rozwiązanie problemów w obszarze produkcji, zakupów, magazynowania, jakości, sprzedaży czy dystrybucji.

Niezależnie od tego na czym koncentruje się projekt, wspólnym mianownikiem jest jednak praca z ludźmi – i dotyczy to zazwyczaj wszystkich szczebli organizacji, od członków zarządu, po operatorów maszyn czy magazynierów. „Bez uprzedniego wykonania pracy u podstaw z ludźmi żadna nowoczesna technologia czy specjalistyczny system informatyczny nie wpłynie znacząco na poprawę rezultatów przedsiębiorstwa. Firmy powinny sięgać po nowoczesne technologie dopiero po osiągnięciu statusu organizacji zdolnej do samodoskonalenia i umiejącej kształtować pożądane postawy wśród swoich pracowników” – mówi Izabela Starnawska. Chodzi o to, by w oparciu o własny kapitał ludzki mieć zdolność identyfikowania zachowań pracowniczych w firmie, które można ukształtować poprzez wdrożenie firmowych zasad i norm postępowania. Następnie wspólnymi siłami, w zespołach zasady te są utrwalane, by uzyskać lepsze i powtarzalne wyniki. Dzięki temu organizacje zmieniają swoją kulturę działania – uwzględniają szacunek wobec każdego człowieka i lepiej rozumieją potrzeby klientów. Firmy, które podążają tą drogą, stają się coraz bardziej konkurencyjne.

Polski przemysł może być bezkonkurencyjny!

Eksperci z 4Results zwracają uwagę, że pomimo niewykorzystanego w pełni potencjału, polskie firmy produkcyjne nadal dobrze sobie radzą. Przychody największych firm z sektora produkcyjnego rosną średnio trzykrotnie szybciej niż PKB. Na uwagę zasługuje rekordowy 15% wzrost CIT w 2019 r. (po części wynika on z uszczelnienia systemu podatkowego), jak również najwyższe w historii dodatnie saldo w wymianie towarowej Polski z zagranicą. Co ciekawe, udało się to zrobić pomimo kłopotów gospodarczych Niemiec, naszego największego zagranicznego odbiorcy. Mimo tego, że w 2019 r. sprzedaż do Niemiec rosła zaledwie w tempie 1,8%, polskie firmy znacznie powiększyły eksport na inne rynki (głównie Czech, Wielkiej Brytanii i USA). To pokazuje, że niezależnie od warunków u największego odbiorcy, rodzimi producenci umieją działać na różnych rynkach zagranicznych.

Według 4Results uwolnienie potencjału tkwiącego w zasobach ludzkich polskich przedsiębiorstw może przyczynić się do tego, że w niektórych branżach firmy produkcyjne staną się bezkonkurencyjne.