Rośnie Baza Danych Odpadowych

Od 1 stycznia 2020 r. ewidencja odpadów prowadzona jest za pośrednictwem systemu BDO, stworzonego przez Instytut Ochrony Środowiska – Państwowy Instytut Badawczy na zlecenie Ministerstwa Klimatu.

W pierwszych tygodniach uruchomienia nowych funkcjonalności systemu BDO, w systemie zarejestrowanych jest 200 000 podmiotów. To oznacza, że w ostatnich miesiącach grudnia do Rejestru-BDO trafiło około 30 000 przedsiębiorstw. W systemie już pracuje 114 779 użytkowników głównych do których przypisane jest 56 637 podmiotów oraz 35 978 użytkowników. A każdego dnia liczby te się zwiększają.

W Systemie BDO w ciągu doby wystawianych jest około 32 000 kart przekazania odpadów (KPO) oraz blisko 20 000 kart przekazania odpadów komunalnych (KPOK).
Baza Danych Odpadowych to wielkie przedsięwzięcie i mamy świadomość, że użytkownicy mają na razie zróżnicowany stosunek do jej funkcjonowania. Analizujemy wszystkie zgłaszane uwagi. Z tego powodu w systemie została udostępniona funkcja samodzielnego dodawania miejsc prowadzenia działalności. – Krystian Szczepański, dyrektor Instytutu Ochrony Środowiska.

W sytuacji, gdy podmiot rozpocznie działalność w nowym miejscu lub stwierdzi brak takich danych w systemie, ma możliwość ich samodzielnego dodania z poziomu konta użytkownika głównego. Podmiot, dodając nowe miejsce prowadzenia działalności, automatycznie uzyskuje możliwość wystawiania kart przekazania odpadów, kart przekazania odpadów komunalnych oraz prowadzenia ewidencji w tym miejscu. Należy jednak pamiętać, że po dodaniu nowego miejsca, podmiot jest zobowiązany do złożenia wniosku aktualizacyjnego do właściwego Urzędu Marszałkowskiego w terminie 30 dni od wystąpienia zmiany.

W Dzienniku Ustaw 30 grudnia 2019 r.* opublikowano nowe rozporządzenie ministra klimatu w sprawie rodzajów odpadów i ilości odpadów, dla których nie ma obowiązku prowadzenia ewidencji (Dz.U. poz. 2531). W ten sposób znacząco poszerzyła się grupa podmiotów, które nie mają obowiązku wpisywania się do rejestru, a więc i prowadzenia ewidencji i sprawozdawczości. Zmiana dotyczy przede wszystkim właścicieli małych punktów handlowych i wytwarzanych przez nich odpadów opakowaniowych do ilości określonej w rozporządzeniu. Również przeterminowana lub nieprzydatna do spożycia żywność nie musi podlegać ewidencji. Także świetlówki i baterie, które powstają w ramach zwykłej eksploatacji w biurach, sklepach czy punktach użyteczności publicznej nie podlegają wpisowi do bazy. To samo dotyczy niewielkich, określonych w rozporządzeniu ilości odpadów budowlanych powstających w wyniku prowadzonych prac w domach jednorodzinnych i mieszkaniach.

Historyczne wzrosty na Wall Street spełnieniem American dream? Legenda wyrywa ze snu

Kolejna sesja na Wall Street zakończyła się znaczącymi wzrostami, a indeksy są blisko historycznych szczytów. Hossa trwa niemal od dekady, a ostatnie zwyżki to efekt poprawy nastrojów po podpisaniu wstępnej umowy handlowej USA-Chiny. Passa dobrych danych jest ciągle przedłużana, ale rynek nie reaguje na te informacje większym ruchem. Motoryzacyjne giganty – takie jak – Harley Davidson wyrywają z utopijnego snu o potędze.

Rekordowa passa za oceanem, która zaczęła napędzać rynki akcji po zapowiedziach amerykańsko-chińskiej umowy handlowej trwa w najlepsze. Do dobrych wieści dołączyły dane o sprzedaży detalicznej oraz indeks Fed z Filadelfii. Odczyty makro z USA potwierdzają świetną kondycję gospodarki USA. Pokazują, że konsumenci wciąż stanowią silny fundament wzrostu gospodarczego oraz to, że amerykańskie przedsiębiorstwa są silniejsze od tych z innych części świata.

Trzy główne indeksy wspięły się po raz kolejny na najwyższe poziomy w historii przy prymie spółek z sektora technologicznego i finansowego (Dow Jones Industrial Average oraz S&P500 są blisko historycznych rekordów). Mocno zyskiwały również banki oraz producenci chipów po publikacji solidnych wyników przez Taiwan Semiconductor Manufacturing Co. oraz Morgan Stanley. Wszystko wygląda różowo, zwłaszcza że od strony fundamentów nie napływają niepokojące sygnały mogące zaburzyć optymizm rynkowy. Czy aby na pewno spełnia się amerykański sen o kapitalistycznej potędze?

American dream

Sprawdzamy. Sprzedaż detaliczna wskazała na wciąż silną postawę konsumentów jako fundamentu wzrostu gospodarczego, podczas gdy dane o aktywności biznesowej wskazują na zdecydowanie mocniejszą pozycję przedsiębiorstw z USA niż w innych częściach świata. To przede wszystkim daje świeży podmuch wiatru w żagle dla wzrostów indeksów na Wall Street, ale też pośrednio wzmacnia USD. Zawsze jest trudno wyważyć wpływ dobrych danych z USA na walutę: albo jest pozytywny, bo oddala wizję luzowania polityki Fed; albo negatywny, bo wzmacnia apetyt na ryzykowne aktywa kosztem dolara. Aktualnie wahadło przechyla się mocniej w stronę pierwszego.

Dolar jest zdecydowanie mocny. – Jest silniejszy po danych, ale raczej nie przez dane – ocenia Konrad Białas, główny ekonomista TMS Brokers i autor raportu „7 prognoz inwestycyjnych na 2020”.

Sen o potędze

Zdaniem eksperta bardziej istotne są dane mówiące o możliwości poprawy sentymentu w przemyśle. A to on leży u podstaw amerykańskiego snu, który został de facto zbudowany na fundamencie potęgi motoryzacyjnej. Jej symbolem stał się m.in. legendarny Harley-Davidson, który znajduje się w bardzo trudnym położeniu.

Popyt na motocykle w ostatnich latach obniża się w tempie ponad 5 proc. W ujęciu rok do roku kwartalne dynamiki zamówień właściwie nieprzerwanie notują wartości ujemne. Popyt na produkty firmy od ponad dwóch lat jest na poziomach poniżej globalnego kryzysu finansowego i recesji lat 2008-2009 pomimo fantastycznych nastrojów konsumentów, rozgrzanego rynku pracy i szybkiego tempa wzrostu gospodarczego.

Produkcja jest o ponad połowę niższa niż pięć lat temu. Spółka nie jest w stanie odwrócić negatywnego trendu w popycie na swoje flagowe pojazdy o wysokiej pojemności silnika. Zwyczajowo amerykańscy dealerzy budują zapasy w pierwszym kwartale, przed startem sezonu. W ostatnich pięciu latach zgłaszali oni zawsze zapotrzebowanie niższe niż w poprzednim roku, a mimo to zapasy pozostają wysokie, co negatywnie działa na marże.

wykres
Pomimo świetnej koniunktury w USA popyt na duże motocykle nieprzerwanie słabnie. Roczna dynamika kwartalnych zamówień na nowe motocykle. Źródło: Bloomberg, Harley Davidson

Zarząd spółki za cel stawia sobie pozyskanie dwóch milionów nowych klientów do 2027 roku. Ostatnio te prognozy obniżono o połowę. Wyjściem z sytuacji może być silniejsza dywersyfikacja geograficzna sprzedaży lub próba pozyskania młodszych kierowców. Wprawdzie w ostatnim zaraportowanym kwartale sprzedaż motocykli Harley-Davidson poza USA była dla spółki najwyższa w historii, ale anemiczna dynamika rynków eksportowych pokazuje, że nie są one w stanie zrekompensować problemów na krajowym podwórku.

Zagrożenia dla spełnienia marzeń

Zagrożenie nadal stanowią wojny handlowe i spowolnienie światowej gospodarki. – Osiągnięcie porozumienia od tygodni wspierało nastroje na światowych giełdach, jego sygnowanie nie wzbudziło już entuzjazmu. Nie należy spodziewać się też natychmiastowego wpływu na kondycję światowej gospodarki – wyjaśnia Białas.

Dodatkowo, w krajach z największym wzrostowym potencjałem jednoślady Harley–Davidson nie wpisują się w zapotrzebowanie ze względu na zbyt dużą pojemność silnika i cenę. Próba oferowania motocykli o niższej pojemności, a nawet pojazdów elektrycznych to niebezpieczny zwrot w strategii marketingowej, gdyż wymaga znacznych nakładów, zmiany wizerunku marki i zagraża utratą tradycyjnej klienteli.

Skala wyzwań znajduje odzwierciedlenie w przebiegu notowań na nowojorskiej giełdzie. W 2019 roku indeks S&P500 wzrósł około 30 proc. i seryjnie bił rekordy wszechczasów. Kurs Harley–Davidson wprawdzie podniósł się kilkanaście procent, ale pozostaje w długoterminowej tendencji spadkowej. Jego notowania w połowie ubiegłego roku runęły na dziesięcioletnie minima i znalazły się niemal 60 proc. poniżej szczytów z ostatniej dekady. Zdaniem analityków TMS Brokers słabość relatywna zostanie utrzymana i kurs instrumentu nadal podlegać będzie trendowi spadkowemu.

Branża mięsna o wieprzowinie: W I kw. 2020 r. będzie drożej nawet o 20%

Według analityków z Hiper-Com Poland, w latach 2018-2019 średnie ceny promocyjne wieprzowiny wzrosły o niecałe 13%. Najbardziej zdrożało podgardle, bo aż o blisko 32%. Koszt zakupu łopatki zwiększył się o ponad 22%, boczku – o ok. 18%, a szynki – o 16%. W ub.r. było też o prawie 17% mniej promocji niż rok wcześniej. Spadek był widoczny w supermarketach – o ok. 27%, w hipermarketach – o przeszło 24%, a także w sieciach cash&carry – o ponad 13%. W dyskontach przybyło promocji o niespełna 10%, a w convenience – o 8%. Z kolei branża zapowiada, że regularne ceny tylko w I kwartale mogą iść w górę nawet o 20%. Ponadto w sklepach może być dużo trudniej o dobre rabaty. 

Jak zauważa Janusz Rodziewicz, Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy Rzeczypospolitej Polskiej, przez 15 lat regularne ceny wieprzowiny prawie w ogóle się nie zmieniały. Aż nagle w ub.r. nastąpiła rewolucja cenowa, wywołana oczywiście wirusem ASF. Mięso, którego mocno ubyło na rynku, podrożało o ok. 50-60%. Ekspert dodaje, że zakłady dostarczały je do sklepów poniżej kosztów produkcji, bo były do tego zobowiązane wcześniejszymi umowami. I dlatego produkt w promocji zdrożał o blisko 13%, co wykazała szczegółowa analiza gazetek promocyjnych z lat 2018-2019.

– Rynek mięsa wieprzowego już od dłuższego czasu przeżywa turbulencje. Były one spowodowane afrykańskim pomorem świń, zmniejszeniem pogłowia i wzrastającym deficytem w Chinach. Z naszej analizy wynika, że na przestrzeni roku najbardziej zdrożało podgardle w promocji – o prawie 32%. Ceny łopatki poszły w górę o ponad 22%, boczku – o ok. 18%, a szynki – o 16%. Wszystko wskazuje na to, iż wzrostowa tendencja utrzyma się w tym roku. W najlepszym wypadku wartości rabatowe pozostaną na obecnym poziomie – mówi Julita Pryzmont z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland.

Natomiast Witold Choiński, Prezes Zarządu Związku Polskie Mięso, podkreśla, że prognozy na 2020 rok są dość niepewne. Oczekuje się, że do końca br. chińska produkcja spadnie o ponad 35% w porównaniu do ub.r. Wynikająca z tego luka podażowa podwoi światowy popyt na wieprzowinę. Natomiast wytwarzanie tego rodzaju mięsa w UE jest ograniczane z powodów środowiskowych. Dlatego ceny w tym roku prawdopodobnie jeszcze wzrosną. Stabilizacja może nadejść dopiero w kolejnych latach, jeśli Chińczycy powstrzymają ASF.

– Wyrównanie cen według nowych umów pomiędzy dostawcami i sprzedawcami spowoduje podwyżki w sklepach rzędu 20% w I kwartale br. Sytuacja na rynku jest dość skomplikowana i napięta. Dlatego nikt nie będzie chciał inwestować pieniędzy w promocje. Trudno przewidzieć ich wysokość w tym roku. Klienci powinni raczej spodziewać się zdecydowanie mniejszych rabatów niż dotychczas – przekonuje Prezes Rodziewicz.

Z analizy Hiper-Com Poland wynika też, że w 2019 roku było o blisko 17% mniej promocji wieprzowiny w sklepach niż dwa lata temu. Zdaniem Witolda Choińskiego, tak duża różnica może wynikać z bardzo wysokich cen surowca w ub.r. Po wybuchu ASF w Chinach wzrost w Europie wynosił blisko 30%. Zarówno zakłady mięsne, jak i sieci handlowe nie były zainteresowane pogłębianiem spadku uzyskiwanej marży i prawdopodobnie ograniczały sprzedaż produktu w promocji.

– Supermarkety ograniczyły promocje wieprzowiny o prawie 27%, hipermarkety – o ponad 24%, a sieci cash&carry – o przeszło 13%. Z kolei dyskonty i sklepy typu convenience zwiększyły udział mięsa wieprzowego w gazetkach – odpowiednio o ok. 10% i 8%. Oznacza to, że dwa ostatnie formaty chętnie je wykorzystują jako produkt mający skłonić konsumentów do zakupów. Bieżący rok pokaże, czy będą w stanie utrzymać ten poziom aktywności promocyjnej, pomimo tendencji wzrostowej cen – podsumowuje Julita Pryzmont.

Analizę wykonał zespół ekspertów z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland. Porównano średnie ceny promocyjne wieprzowiny (sprzedawanej luzem na wagę), jakie sieci handlowe oferowały w całym 2018 i 2019 roku. Sprawdzano gazetki z rabatami, wydawane przez wszystkie dostępne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry. Łącznie przeanalizowano blisko 13,5 tys. akcji promocyjnych.

Jak zatrzymać Ukraińców?

W 2020 roku polski rynek pracy skupi się przede wszystkim na poszukiwaniu pracowników. Według różnych prognoz pracodawcy będą potrzebować ponad miliona osób. Jest to spore wyzwanie, nie tylko dla przedsiębiorców, ale też dla rządu. Przedsiębiorcy apelują o wsparcie w tym zakresie i wprowadzenie odpowiednich rozwiązań prawnych.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, prezes zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Według prognoz w perspektywie kolejnych 5-ciu lat na polskim rynku pracy będzie brakować nawet 1,5 mln osób. Dziś z takim niedoborem zmagają się nasi zachodni sąsiedzi. Jeśli nie chcemy powtarzać błędów Niemiec, to ostatnia szansa, aby przedsiębiorcy we współpracy z rządem zastanowili się, jak zachęcić pracowników z zagranicy do przyjazdu do Polski, a co ważniejsze do pozostania w naszym kraju na dłużej. Według badań ok. 60% pracowników z Ukrainy przyjeżdża na krócej niż 3 miesiące. Praca jaką podejmują jest de facto pracą dorywczą, a taka nie gwarantuje przedsiębiorcom stabilizacji, jeśli chodzi zasoby kadrowe. Rząd we współpracy z przedstawicielami pracodawców, a być może również z agencjami pracy i organizacjami pozarządowymi, powinien opracować długofalowy i realny plan mający na celu zatrzymanie w Polsce pracowników. Polityka migracyjna zainicjowana w 2017 roku była nastawiona na integrację, ułatwienia dla imigrantów i ich rodzin.  Te założenia zeszły jednak na dalszy plan i nie są efektywnie wdrażane.

Założenia dobre, wykonanie niekoniecznie

Założenia z 2017 roku opierały się na 3 podstawowych aspektach: ukierunkowaniu młodych, dopasowaniu emigracji od zapotrzebowania na rynku pracy oraz zagwarantowaniu szeregu ułatwień imigrantom i ich rodzinom. Wszystkie te działania miały w sposób szczególny zachęcić do przyjazdu i osiedlenia się w Polsce osób młodych, z odpowiednimi kwalifikacjami. Osoby, które chciałyby osiedlić się w Polsce miały mieć uproszczoną ścieżkę, jeśli chodzi o potwierdzenie kwalifikacji zawodowych czy nostryfikację dokumentów, zniesiono też obowiązek pracy u jednego, wskazanego pracodawcy. Dodatkowo, deklarowano szeroki dostęp do edukacji, ułatwienia w staraniu się o obywatelstwo i wszelkie świadczenia socjalne. Jeżeli polityka migracyjna byłaby prowadzona w ten sposób, osoby, które do nas przyjeżdżają byłyby bardziej skłonne do pozostania. Tymczasem Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zakłada, że polityka imigracyjna powinna skupić się na chwilowych potrzebach rynku pracy. Jest to sprzeczne z potrzebami pracodawców, ponad 66% z nich chciałoby, żeby ukraińscy pracownicy mogli pracować w Polsce przynajmniej pół roku. Nie wprowadzono również zapowiadanych ułatwień w zakresie zalegalizowania ich pobytu w kraju.

Taka polityka imigracyjna w dłuższej perspektywie negatywnie przełoży się nie tylko na sektor prywatny, ale również na inwestycje publiczne, jak chociażby budowa dróg. Już teraz wykonawcy zmagają się z problemami, a biorąc pod uwagę ilość planowanych inwestycji zapotrzebowanie na pracowników, głównie z wykształceniem technicznym będzie rosło. Rząd powinien więc zweryfikować polityką imigracyjną, a przede wszystkim wziąć pod uwagę opinię pracodawców w tym zakresie, jeśli nie chce, aby w perspektywie kilku lat polska gospodarka zmagała się z problemem braku ponad miliona pracowników.

Już dziś mija termin zapłaty zaliczki za podatek dochodowy według nowych zasad

Podatnicy powinni pamiętać, że niedawno zostały zmienione zasady wpłaty zaliczek na podatek dochodowy za ostatni okres rozliczeniowy 2019 roku. Ustawodawca zlikwidował bowiem zapis o tym, że „podatnik nie wpłaca zaliczki za ostatni miesiąc lub odpowiednio kwartał, jeżeli przed upływem terminu do jej wpłaty złoży zeznanie i dokona zapłaty podatku (…)”.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt
Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Z przepisu wynikało, że złożenie zeznania rocznego do dnia, kiedy należy wpłacić zaliczkę za ostatni okres, powoduje, że zaliczka ta przekształcała się w zobowiązanie z tytułu zeznania rocznego. Dawało to podatnikom możliwość rozliczenia ulg, które mogły powodować np. zmniejszenie podatku lub nawet wystąpienie nadpłaty.

Podatnicy niejednokrotnie korzystali z tego przepisu, co przynosiło konkretne korzyści. Przykładem może być podatnik, który korzysta z ulgi na dzieci. Przypuśćmy, że Jan Kowalski miał do zapłaty za IV kwartał 2018 r. podatek w kwocie 5 000 zł. Pan Jan ma trójkę dzieci i skorzystał z ulgi prorodzinnej. Złożył zeznanie przed 20 stycznia 2019 r., w którym to wykazał tę ulgę i tym samym pomniejszył swój podatek o 4 224 zł. Tym samym pan Jan zapłacił zaliczkę do 20 stycznia w kwocie 776 zł. Korzyść była wyraźna.

Natomiast obecnie podatnik musi bezwzględnie zapłacić zaliczkę na podatek, a więc np. wyżej wskazane 5 000 zł, do 20 stycznia za ostatni okres rozliczeniowy, z uwagi na to, że zeznania podatkowe składane są pomiędzy 15 lutego a 30 kwietnia.

Zeznania złożone przed 15 lutego będą uznawane za złożone dopiero 15 lutego. Pan Jan, składając zeznanie, wykaże teraz nadpłatę, którą urząd zwróci mu na konto. W związku z tym pan Jan będzie na około 2 miesiące pozbawiony kwoty 4 224 zł.

Przegląd najważniejszych wydarzeń tego tygodnia

Kolejny wyskok cen ropy przez napięcia na Bliskim Wschodzie ma bardzo ograniczone pole rażenia, nie zakłócając ostrożnego optymizmu na rynku akcji, podczas gdy FX dryfuje bez kierunku. Perspektywa święta w USA paraliżuje handel także w Europie. Nie liczmy dziś na zbyt wiele.

Ceny ropy naftowej skoczyły mocniej po doniesieniach o wstrzymaniu wydobycia na polach naftowych w Libii i Iraku, jednak wewnętrzna walka o władzę (Libia) i zamieszki społeczne (Irak) nie są nowymi tematami, więc poza przebudzeniem inwestorów polujących na okazje i wskazujących w kontrakty na ropę, w pozostałych zakątkach rynków finansowych tydzień rozpoczął się jak zwykle. Nie odpuszcza wrażenie, że od strony makroekonomicznej rok 2020 zapowiada się na solidniejszy niż jego poprzednik, banki centralne nie rezygnują z dostarczania płynności a czynniki ryzyka (jak np. wojna handlowa) przynajmniej nie eskalują. To pozwala podtrzymać ostrożny optymizm na rynkach akcji z raportowaniem o świeżych rekordach. Na FX jest zdecydowanie mniej akcji, gdyż ten rynek preferuje zmienność opartą o kontrasty. Ale gdy większość gospodarek w podobnym stylu walczy o wypracowanie nawet wątłego ożywienia, a banki centralne mają związane ręce (nie ma amunicji do dalszego luzowania, ani warunków do powrotu do zacieśniania), różnice między walutami się zacierają. Obawy są większe o popsucie aktualnej sielanki, ale póki nie ma namacalnych powodów do rozterek, nikt się nie martwi na zapas.

Dziś raczej nic ciekawego się nie wydarzy w związku ze świętem w USA, które tradycyjnie dławi zmienność nie tylko na Wall Street, ale na rynkach dookoła globu. Ogólnie zapowiada się nudny tydzień po stronie danych z USA – uwagę zwraca tylko PMI w piątek, który prawdopodobnie potwierdzi wyjątkowość ożywienia gospodarczego względem reszty świata.

Jutro poznamy decyzję Banku Japonii, który jednak nie ma powodów, by zmieniać parametry polityki pieniężnej. W ocenie perspektyw gospodarczych jest miejsce na bardziej pozytywny wydźwięk przy uwzględnieniu wpływu programów fiskalnych i generalnej poprawie otoczenia makroekonomicznego. Dla JPY wydźwięk powinien być neutralny.

Niemiecki ZEW (wt) prawdopodobnie wzrośnie w styczniu, ale to styczniowe wskazania indeksów aktywności z Eurolandu (pt) są kluczowe, by ocenić potencjał gospodarki do odbicia po zeszłorocznym spowolnieniu i wydają się warunkiem koniecznym dla ruchu wzrostowego EUR. W tym samym kontekście EBC w ostatnich tygodniach nie otrzymało żadnych nowych informacji, które zmuszałyby go to zmiany nastawienia, stąd nie oczekujemy rewelacji w komunikacie EBC (czw).

W Wielkiej Brytanii wóz albo przewóz przy wstępnych odczytach indeksów PMI z przemysłu i usług (pt). Decydenci w Banku Anglii liczą na wyraźną poprawę nastrojów przedsiębiorców po wysokiej wygranej torysów w wyborach do parlamentu i usunięcia sporej części niepewności wokół procesu brexitu. Jeśli dane pozostaną niezadowalające i podkreślą głębsze problemy gospodarki, obniżka stopy procentowej BoE na koniec miesiąca będzie przesądzona. A z nią krótkoterminowy los GBP. Przyszły tydzień przynosi też raport z rynku pracy (wt), który również będzie ważny.

Dużo danych z Polski, ale prawdopodobnie z nikłym wpływem na złotego. W minutach RPP (czw) ciekawa może być dyskusja obozów jastrzębi i gołębi w reakcji na ostatni skok inflacji. Złoty pozostanie głównie pod wpływem nastrojów na rynkach zewnętrznych, choć odnosimy wrażenie, że niewykorzystana szansa na umocnienie w stronę 4,20 EUR zaczyna się mścić i rośnie presja na przełamanie 4,25.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Seniorzy wciąż z dystansem do bankowości internetowej

Osoby powyżej 60 roku życia stanowią już jedną piątą wszystkich Polaków. W związku z tym, że z roku na rok grupa ta będzie rosnąć, banki nie mogą być obojętne wobec ich potrzeb oraz preferencji. Z badania przygotowanego na zlecenie Alior Banku wynika, że blisko jedna trzecia osób będących po sześćdziesiątce jako największą barierę w korzystaniu z bankowości internetowej wymienia brak wiedzy. Seniorzy zdecydowanie bardziej przekonani są do bankowania za pomocą komputera (49 proc. wskazań) niż przez aplikację w smartfonie (16 proc.). Osoby starsze wciąż preferują osobisty kontakt z bankierem – aż 8 na 10 seniorów przynajmniej raz w ciągu ostatniego roku odwiedziło swój oddział bankowy.

Dynamiczny rozwój nowych technologii oraz jednoczesne starzenie się społeczeństwa to zjawiska, które w najbliższych latach mogą prowadzić do wykluczenia wielu starszych Polaków. Jednym z segmentów usług, gdzie postępuje szybka cyfryzacja jest bankowość. Według danych Narodowego Banku Polskiego rachunek w banku posiada 57 proc. osób po 59. roku życia, a jedna trzecia z nich korzysta ze zdalnych kanałów bankowych. Z okazji zbliżających się Dni Babci i Dziadka Alior Bank postanowił sprawdzić bankowe zwyczaje Polaków 60 plus.Seniorzy a bankowość elektroniczna

Z dystansem do nowoczesnych technologii

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Alior Banku wynika, że osoby powyżej 60. roku życia zdecydowanie chętniej korzystają z bankowości internetowej niż mobilnej. Logowanie na konto przez stronę internetową banku zadeklarowało 49 proc. badanych, natomiast przez aplikację w telefonie zaledwie 16 proc. Bankowość internetowa najczęściej jest wykorzystywana do realizacji przelewów (96 proc. wskazań) oraz sprawdzania salda (90 proc.). Trzecią najpopularniejszą czynnością jest bezpośrednie płacenie za produkty i usługi przez internet m.in. za pomocą szybkich płatności typu pay-by-link (53 proc.).

Chociaż najstarsi uczestnicy badania najczęściej używają bankowości elektronicznej do nieskomplikowanych czynności, to i tak widać ku temu bariery. Wśród przeszkód respondenci wskazywali najczęściej brak wiedzy (29 proc.) oraz własne przyzwyczajenia i brak potrzeby korzystania z kanałów cyfrowych (21 proc.).  Osoby starsze zniechęcają także obawy o bezpieczeństwo (23 proc.)

Dostrzegamy te ograniczenia również w rozmowach z naszymi klientami. Wciąż wśród wielu z nich istnieje pewna nieśmiałość w korzystaniu z nowych technologii. Rozumiemy te argumenty i chcemy na nie odpowiadać. Dlatego jednym z celów bankowego projektu „cyfryzacja” jest wspieranie i edukowanie w zakresie korzystania z bankowości internetowej i mobilnej. W naszych oddziałach wprowadzamy strefy, w których bankierzy wytłumaczą, a przede wszystkim pokażą, jak działają nowoczesne formy bankowości – mówi Dorota Mielewczyk, Menedżer ds. Badań Marketingowych i Rozwoju Alior Banku, odpowiedzialna za projekt „cyfryzacji”.

Seniorzy w oddziale bankuAktywność „w realu”

Sześćdziesięciolatkowie wolą osobiście załatwiać swoje sprawy. Wyniki badania pokazują, że aż 83 proc. respondentów w tym wieku odwiedziło oddział swojego banku przynajmniej raz w roku. Jednocześnie 39 proc. ankietowanych przyznało, że takie wizyty miały miejsce więcej niż pięć razy w ciągu dwunastu miesięcy. Zaledwie 17 proc. z tej grupy nie było w placówce banku ani razu. Najczęściej polscy seniorzy w oddziałach wypłacają pieniądze (40 proc. wskazań), a 26 proc. zdobywa w ten sposób informacje na temat produktów finansowych. Ponad jedna piąta (22 proc.) Polaków po 60 roku życia wpłaca pieniądze w oddziale banku.

Co ciekawe, płacenie gotówką i kartą w sklepach stacjonarnych są wśród Polaków 60+ tak samo popularne. Te metody zyskały odpowiednio 78 proc. i 76 proc. wskazań. To zdecydowanie najchętniej wybierane sposoby rozliczania płatności za zakupy, które w przypadku tej grupy wiekowej utrzymują dużą przewagę nad różnego rodzaju płatnościami mobilnymi.  Jest to dobra informacja potwierdzająca, że osoby starsze nie boją się korzystać z karty płatniczej.

Wśród najstarszych ankietowanych tylko niewielka część jest otwarta na nowoczesne rozwiązania i usprawnienia, jakie umożliwia cyfrowa bankowość. Blisko połowa zgadza się ze stwierdzeniem, że chętnie załatwialiby sprawy urzędowe na stronie internetowej swojego banku. Jednocześnie tyle samo osób nie chciałoby w ten sposób kupować ubezpieczenia.

***

O badaniu:

Badanie zrealizowane na zlecenie Alior Banku przez Kantar Polska na przełomie listopada i grudnia 2019 roku. Badanie miało charakter ilościowy, w ramach którego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CATI, na reprezentatywnej próbie ubankowionych Polaków 18+.

Kolejne pytania do TSUE w sprawie frankowiczów

Sąd Okręgowy w Gdańsku skierował pytania prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w celu rozwiązania kilku problemów pojawiających się w orzecznictwie sądów powszechnych na gruncie kredytów frankowych. Z pięciu pytań, większość dotyczy kwestii, które zostały już rozstrzygnięte przez TSUE. Być może nie były wystarczająco uwypuklone w poszczególnych orzeczeniach. Niemniej dotychczasowa linia orzecznicza organu nie powinna się zmienić, a odpowiedzi będą zapewne korzystne dla kredytobiorców, w szczególności klientów byłego GE Money Bank – którzy nie mogą doczekać się prawomocnego rozstrzygnięcia w apelacji gdańskiej.

– Pierwsza kwestia dotyczy sytuacji, w której strony zmieniły postanowienia nieuczciwe przez wprowadzenie aneksów. W dacie orzekania umowa wiąże więc w innej formule niż pierwotnie, w momencie jej zawarcia. Pojawia się wątpliwość, czy sąd krajowy ma zatem obowiązek stwierdzenia nieuczciwości pierwotnego warunku, gdyby prowadziło to do upadku umowy. W tej kwestii Trybunał, jak i Sąd Najwyższy, udzielały już odpowiedzi. Chociażby w uchwale z 20 czerwca 2018 roku zaznaczono, że nieuczciwość warunków należy stwierdzać na datę zawarcia dokumentu – powiedziała eNewsroom Barbara Garlacz, radczyni prawna – Wątpliwości budzą także umowy kredytowe byłego GE Money Bank. Dotyczą one nieuczciwości postanowień odsyłających do tabel kursowych banku. Według sądu możliwe byłoby wyłącznie odcięcie marży kupna i sprzedaży i pozostawienie w umowie kursu średniego NBP. W tym przypadku kontrakty miały specyficzną konstrukcję. Sąd Okręgowy bazuje jednak na błędnym założeniu, że nieuczciwy nie jest sam mechanizm indeksacji – ale odesłania do tabel kursowych, w związku z tym że bank posługuje się swoimi marżami. W pytaniu zaznaczono, że samo ich odcięcie istotnie modyfikuje wspomniane odesłania. Tutaj także znaleźć można odpowiedź TSUE. W sprawie Santo, C-70/17 wskazał, że usuwanie elementu nieuczciwego z warunku umownego, który razem z nim stanowi nierozerwalną całość, co powoduje merytoryczną zmianę – nie jest dopuszczalne. Kolejne pytanie sądu dotyczy sytuacji, gdy w prawie krajowym obowiązuje już ustawa antyspreadowa. Z punktu widzenia radców prawych, wykazania wymaga to, że długofalowy, odstraszający efekt dyrektywy wynika z warunków umownych, które nie wiążą na przyszłość. Nie chodzi tu jedynie o tych przedsiębiorców, którzy zawarli z konsumentami takie umowy kredytów, ale i globalny efekt odstraszający na gruncie dyrektywy. Sąd Okręgowy w Gdańsku pyta również, jaki skutek ma stwierdzenie nieuczciwości warunku umownego w kontekście upadku umowy. Niejasne jest, od którego momentu należy wtedy liczyć termin wymagalności roszczeń banków, jak i kredytobiorców. TSUE rozwiał jednak wątpliwości w tej sprawie przy okazji art. 6., ust. 1. dyrektywy 93/13. Wskazano wówczas, że w przypadku stwierdzenia nieważności umowy z powodu zamieszczonych w niej nieuczciwych warunków, obowiązują sankcje przewidziane w prawie krajowym. W polskim porządku prawnym jest to sankcja bezwzględnej nieważności umowy (art. 58. Kodeksu Cywilnego). Komisja Europejska odpowiedziała już na to 20 lat temu, w sprawozdaniu stosowania dyrektywy 93/13. Ostatnią kwestią pozostaje temat powielany w tego typu sprawach. Chodzi o zakres, w jakim sądy powinny informować kredytobiorców o skutkach nieważności umowy. Czy powinno to obejmować wszelkie możliwe do przewidzenia roszczenia, w tym też te o odsetki? Postawienie tego pytania cieszy, bo da możliwość przedstawienia poglądu kredytobiorców, co do tego, że nie są one należne bankom. Trybunał powinien określić, czy na gruncie wyroku w sprawie Kasler, gdzie jest mowa tylko o natychmiastowym zwrocie wartości kredytu, oraz na podstawie art. 7. dyrektywy 93/13, możliwe jest stwierdzenie, że bankom nie należy się wynagrodzenie za korzystanie z kapitału. W konsekwencji rozwiane powinny zostać wątpliwości, czy o takim skutku, możliwym do przewidzenia przez sąd krajowy w razie stwierdzania nieważności umowy, sądy powinny informować kredytobiorców – dodała Garlacz.

Branża futrzarska w coraz większym kryzysie. Już ponad 1000 marek zrezygnowało z używania futer naturalnych

73 proc. Polaków chce zamknięcia ferm futrzarskich – wynika z badania opinii publicznej dokonanego przez Biostat na zlecenie Stowarzyszenia Otwarte Klatki. Branża znajduje się w ogromnym kryzysie. Jej wartość stale spada. Światowe marki i domy mody coraz częściej rezygnują z naturalnych futer na rzecz ekologicznych zamienników. Katarzyna Piekarska, przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt i posłanka Koalicji Obywatelskiej, zapowiedziała wniesienie do Sejmu projektu, który będzie zakładać całkowity zakaz hodowli zwierząt na futra.

– Projekt zakazu hodowli zwierząt na futra pojawił się w Sejmie w 2017 roku. W poprzedniej kadencji interes zwierząt przegrał jednak z interesem lobby futrzarskiego. Wierzymy, że tym razem dojdzie do wprowadzenia zakazu – mówi agencji Newseria Biznes Anna Iżyńska ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki. – Warunki są wyjątkowo sprzyjające, bo branża znajduje się w ogromnym kryzysie. Liczba zwierząt hodowanych na futro spadła prawie o połowę – z 10 mln [w latach 2014–2015 – red.] do 5,2 mln [w 2018 roku – red.]. Oprócz tego poparcie społeczne dla zakazu hodowli zwierząt na futra nigdy nie było tak wysokie. Wierzymy, że tym razem głos cierpiących zwierząt zostanie wysłuchany przez polityków.

Eksperci tłumaczą, że zakaz hodowli zwierząt na futro to obecnie priorytetowy temat z punktu widzenia prawnej ochrony zwierząt w Polsce. W procedowaniu projektu zakazującego hodowli zwierząt na futra nie może być miejsca na polityczne przepychanki, ponieważ cierpią na tym zwierzęta.

– Zwierzęta futerkowe męczą się w zamknięciu, niezależnie od tego, jakiej wielkości klatki im zapewnimy. W naturalnym środowisku przemierzają dziesiątki kilometrów. Trzymanie ich w klatkach skutkuje licznymi problemami: agresją, autoagresją, a nawet problemami psychicznymi – tłumaczy Anna Iżyńska. – Powszechnym problemem na fermach jest stereotypia, czyli wykonywanie przez zwierzęta w kółko tych samych, bezsensownych czynności, takich jak przemieszczanie się z jednego końca klatki na drugi czy gryzienie prętów. Często występują również zachowania apatyczne. Podczas interwencji widzieliśmy lisy, które przez kilka tygodni nie ruszyły się z miejsca.

Noszenie naturalnego futra coraz częściej utożsamiane jest z modową wpadką. Znane osoby głośno sprzeciwiają się zabijaniu niewinnych zwierząt i trzymaniu ich w niegodziwych warunkach. Gwiazdy takie jak Ariana Grande czy Beyoncé decydują się na sztuczne futra, które w doskonały sposób imitują ich naturalne odpowiedniki. Różnica jest właściwie niezauważalna.

– Zdarza się, że sami hodowcy nie odróżniają futer sztucznych od naturalnych. Na twitterowym profilu Polskiego Przemysłu Futrzarskiego jakiś czas temu opublikowano post, w którym chwalono futra Ariany Grande i Beyoncé. Okazało się jednak, że okrycia były sztuczne, a obydwie panie aktywnie walczą o prawa zwierząt. Mało tego, królowa Elżbieta II ogłosiła niedawno, że nie będzie już kupować naturalnych futer – tłumaczy ekspertka Stowarzyszenia Otwarte Klatki.

Branża modowa w ostatnim czasie także zaczyna przywiązywać coraz większą wagę do ekologii. Z danych Fur Free Alliance wynika, że już ponad 1000 marek zrezygnowało z używania futer naturalnych.

– Od naturalnych futer odchodzą największe domy mody i marki: Armani, Gucci, Versace, Michael Kors, Prada czy Chanel. Z kolei Stella McCartney wprowadziła innowacyjne futro, które jest w pełni biodegradowalne i pochodzi z surowców roślinnych – zauważa Anna Iżyńska.

W ślad za największymi domami mody idą małe lokalne przedsiębiorstwa. Chociaż futra kiedyś kojarzyły się z luksusem i były oznaką bogactwa, dziś są jednoznacznie utożsamiane z okrucieństwem wobec zwierząt. Popularnością cieszą się ich zamienniki.

Pracownicze plany kapitałowe to szansa dla polskiej giełdy. Dzięki nim mogą na niej zadebiutować nowe spółki

Programy emerytalne, które zakładają inwestowanie środków przyszłych emerytów, mogą być szansą na rozwój rynku giełdowego. Większa liczba długoterminowych inwestorów powinna skłonić kolejne podmioty do debiutu na warszawskim parkiecie. – Projekty infrastrukturalne, ekologiczne czy technologiczne wymagają długoterminowego kapitału, a PPK są idealnym narzędziem, żeby go zbudować – ocenia Marcin Obroniecki z Ministerstwa Finansów.

– Pracownicze plany kapitałowe są szansą na rozwój giełdy i generalnie całej gospodarki. Celem PPK jest zbudowanie i wzmocnienie długoterminowego kapitału poprzez zachęcenie Polaków do tego, żeby odkładać, czy to na emeryturę, czy generalnie na długie lata. Z kolei długoterminowy kapitał zachęca emitentów do tego, żeby wchodzić na giełdę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Obroniecki, zastępca dyrektora Departamentu Rozwoju Rynku Finansowego w Ministerstwie Finansów.

Dziś na głównym rynku GPW jest obecnie 449 spółek (dane z 13 stycznia 2020 roku), a jeszcze dwa lata temu było ich niemal 490. Rozwój polskiego rynku kapitałowego będzie możliwy, jeśli napłynie kapitał długoterminowy. Rząd szacował, że dzięki uruchomieniu PPK na warszawską giełdę będzie napływać 2–6 mld zł, a od 2021 roku nawet do 15 mld zł, przy odpowiednio wysokim poziomie partycypacji zatrudnionych w programie.

– Taki emitent wie, że na giełdzie znajdzie kapitał i inwestorów, którzy będą patrzyli długoterminowo na jego plany. Będą potrafili mu zaufać w perspektywie nie tygodni, miesięcy, tylko kilku albo kilkunastu lat. To z punktu widzenia rozwoju gospodarki jest fundamentalne. Projekty infrastrukturalne, ekologiczne i innowacyjne, związane z nowymi technologiami, wymagają długoterminowego kapitału, więc musimy go zbudować i PPK jest do tego idealnym narzędziem – tłumaczy Marcin Obroniecki.

Ogólnopolskie Badanie Inwestorów z 2019 roku wskazuje, że po raz pierwszy w historii badania ponad połowa (52,4 proc.) inwestorów deklaruje, że swoje środki lokuje na warszawskiej giełdzie długoterminowo. Jednak – co ciekawe – tylko co trzeci badany zdecyduje się wziąć udział w PPK. Najczęściej niechęć do tego instrumentu tłumaczą tym, że sami oszczędzają na swoją emeryturę, nie ufają państwowym rozwiązaniom i zawiedli się na OFE (odpowiednio 58,8 proc., 50 proc. i 33,4 proc.).

W Ministerstwie Finansów pracujemy nad tym, żeby zwiększać zaufanie do rynku kapitałowego. Chcemy, żeby rynek finansowy coraz bardziej kojarzył się z bezpieczeństwem, inwestowaniem długoterminowym i atrakcyjną alternatywą dla lokowania środków na depozytach bankowych. Wydaje mi się, że w perspektywie kilku lat jest to bardzo dobry początek – mówi Obroniecki.

Pracownicze plany kapitałowe zaczęły obowiązywać w lipcu 2019 roku. Początkowo zostały wprowadzone w największych spółkach, które zatrudniają powyżej 250 pracowników. W styczniu 2020 roku PPK objęły spółki zatrudniające od 50 do 249 pracowników. Od 1 lipca br. zostaną wprowadzone w przedsiębiorstwach zatrudniających od 20 do 49 osób, a 1 stycznia 2021 roku – pozostałe firmy i instytucje publiczne. Obecnie poziom partycypacji w PPK i pracowniczych programach emerytalnych (utworzonych po wejściu w życie ustawy o PPK) szacuje się na ponad 40 proc. Rządowym celem jest 75 proc.

 PPK to jest nowy produkt, który daje możliwości inwestycyjne. Udało się go dobrze zaprezentować Polakom, jest duże zainteresowanie, może to nie jest szczyt marzeń w zestawieniu z najbardziej optymistycznymi prognozami, ale z każdym rokiem będzie lepiej – ocenia Marcin Obroniecki.

Gruzja dąży do zwiększenia eksportu na polski rynek. Tamtejsze firmy chcą w ten sposób poprawić swoją sprzedaż w Europie

0

Uruchomienie nowych rynków eksportowych w Europie jest jednym z celów polityki gospodarczej Gruzji. Temu ma służyć m.in. większa wymiana handlowa z Polską, którą Tbilisi traktuje jak bramę na rynki europejskie. Gruzja liczy także na wsparcie polskich firm przy realizacji dużych inwestycji w kraju. Polacy doceniają także walory turystyczne tego kraju.

Polskie produkty coraz częściej znajdują nabywców i cieszą się coraz większym zainteresowaniem – mówi agencji Newseria Biznes Stanisław Raźniewski, prezes Polsko-Gruzińskiej Izby Przemysłowo-Handlowej. – Uznawane są za produkty europejskie bardzo dobrej jakości. Blisko 23 proc. w strukturze ogólnej wymiany handlowej Gruzji ze światem stanowią produkty europejskie, co jest bardzo pozytywnym trendem.

Sztandarowy produkt eksportowy Gruzji to wino. Rocznie sprzedaje się za granicę ponad 85 mln butelek tego trunku. W 2013 roku tradycyjna metoda wyrobu wina w glinianych naczyniach kwewri została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego ludzkości UNESCO.

Dodatkowo wśród eksportowych produktów spożywczych Gruzji można wymienić napoje bezalkoholowe, np. wody mineralne czy oranżady – dodaje Stanisław Raźniewski.

Ważnymi partnerami handlowymi tego państwa pozostają Rosja oraz inne kraje sąsiedzkie – Azerbejdżan, Armenia czy Turcja. Wynika to zarówno z bliskiego położenia oraz stałych, historycznych kontaktów, które powodują łatwość nawiązywania relacji, prowadzenia transakcji handlowych oraz niższe koszty transportu. Nie oznacza to jednak, że inne kraje europejskie, w tym Polska, są na straconej pozycji w handlu z Gruzją.

– Naszym głównym aspektem działania i główną intencją jest dywersyfikacja gruzińskiego eksportu na rynek polski i poprzez Polskę na rynki europejskie. Chcemy, aby Polska była pomostem dla firm i przedsiębiorstw gruzińskich, które poprzez nasz rynek i osadzenie swoich produktów tutaj będą mogły z sukcesami dokonywać dalszych działań na rynku europejskim – mówi Raźniewski.

Jak podkreśla, kondycja gruzińskiej gospodarki w ostatnich trzech latach była dobra i takie są też perspektywy na 2020 rok.

– Wzrost na poziomie blisko 5 proc. w 2018 roku, podobna tendencja w roku 2019 i planowany wzrost na 2020 rok pokazują, że gruzińska gospodarka pomimo wielu regionalnych i globalnych wyzwań rozwija się względnie stabilnie  – ocenia Stanisław Raźniewski.

Według raportu „Doing Business 2020” Banku Światowego Gruzja znajduje się na siódmym miejscu z 83,7 pkt pod względem ułatwień w prowadzeniu biznesu. Czynników pozytywnie wpływających na tamtejszą gospodarkę jest kilka – stale bogacące się społeczeństwo i znaczna liczba inwestycji prywatnych, również dużych zagranicznych koncernów, które widzą w Gruzji potencjał i atrakcyjne miejsce do prowadzenia biznesu. Kolejny czynnik to duże inwestycje publiczne w infrastrukturę drogową, kolejową i portową.

Gruzja jest hubem komunikacyjnym łączącym Wschód z Zachodem i bezpośrednio jest beneficjentem ruchu tranzytowego. Również współpraca z dużymi instytucjami i rozwój instytucji lokalnych powodują pewne pozytywne tendencje, które jednoznacznie wskazują, że warto być w Gruzji, warto się Gruzją zainteresować – zapewnia Stanisław Raźniewski.

Jak podkreśla, to, co może spowalniać rozwój gruzińskiej gospodarki, to m.in. deficyt  specjalistycznej wiedzy, know-how związanego z realizacją zadań z zakresu budownictwa czy zarządzania projektami.

W tym zakresie firmy z Polski, za którymi lobbujemy i które polecamy, mogą być partnerami Gruzji. Wyzwaniem dla gruzińskich przedsiębiorstw jest kwestia dostępności do kapitału i koszty pozyskiwania kapitału przez podmioty lokalne – zaznacza Stanisław Raźniewski.

Ważnym elementem w strukturze gruzińskiego PKB jest turystyka. Gruzja notuje stały trend wzrostowy w ruchu turystycznym – blisko 10-proc. wzrost rok do roku liczby odwiedzających. W 2017 roku kraj ten odwiedziło około 7,5 mln turystów, a w 2018 roku było już ich ponad 8 mln.

Farmaceuci będą odgrywać ważniejszą rolę w opiece szpitalnej. Ma to przynieść placówkom oszczędności

W szpitalach pracuje 1,8 tys. farmaceutów. Dziś głównie zajmują się zamawianiem leków i ich dostarczaniem na oddziały, ale ich zadania mogą zostać rozszerzone na podstawie procedowanych przepisów ustawy o zawodzie farmaceuty. Jak podkreśla wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej Michał Byliniak, włączenie farmaceutów w proces kliniczny, jak ma to miejsce w wielu krajach rozwiniętych, przełoży się na oszczędności dla szpitali i lepszą opiekę nad pacjentami. Ten proces wymaga jednak inwestycji i uświadomienia dyrektorom placówek, z jakimi korzyściami będą się one wiązać.

– Jesteśmy przed wdrożeniem w polskich szpitalach modelu, który zwiększa zaangażowanie farmaceutów w opiekę farmaceutyczną, włącza ich w proces kliniczny. Przykładowo, w Hiszpanii czy niektórych polskich szpitalach farmaceuci pracują już w zespołach interdyscyplinarnych razem z lekarzami i pielęgniarkami – mówi agencji Newseria Biznes Michał Byliniak, prezydent Europejskiej Organizacji Farmaceutów, prezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Warszawie i wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej.

Farmaceutów szpitalnych w Polsce jest zaledwie 1,7 tys. (dane kampanii „Po pierwsze farmaceuta” pod patronatem Ministerstwa Zdrowia). Pracują w szpitalnych aptekach albo działach farmacji szpitalnej, dbając o jakość i bezpieczeństwo leków. Odpowiadają m.in. za kompleksowe wsparcie farmakologiczne, zaopatrzenie szpitala w leki i wyroby medyczne, zamawianie i dystrybucję leków na poszczególne oddziały. Wykonują leki dla pacjentów i czuwają nad ciągłością terapii farmakologicznej.

– Liczba farmaceutów w szpitalach mogłaby być trochę wyższa, ale dopiero włączenie ich w proces kliniczny spowoduje, że będzie ich potrzebnych o wiele więcej. Wszędzie tam, gdzie przeprowadzono pilotażowe badania wpływu farmaceutów na poprawę procesu leczenia, optymalizację farmakoterapii i procesu zarządzania lekami w zakresie farmakoekonomii, okazywało się, że ich liczba szybko wzrosła. Przykładem jest szpital wojewódzki w Ostrołęce, gdzie rola farmaceutów została zwiększona, a w krótkim czasie ich liczba wzrosła z dwóch do ośmiu – podkreśla Michał Byliniak.

W końcówce grudnia Rządowe Centrum Legislacyjne opublikowało nowy projekt ustawy o zawodzie farmaceuty, nad którą prace toczą się od roku. Ten akt znacznie wzmocni rolę szpitalnych farmaceutów i nada im szereg nowych uprawnień, m.in. w zakresie uczestniczenia w badaniach klinicznych, prowadzenia terapii monitorowanej stężeniami leków, sprawowania nadzoru nad gospodarką produktami leczniczymi oraz wyrobami medycznymi w szpitalu oraz przeprowadzania analiz farmakoekonomicznych. Jak uzasadnił wiceminister zdrowia Maciej Miłkowski, większe uprawnienia dla farmaceutów mają przełożyć się na korzyści ekonomiczne dla szpitali, podnieść innowacyjność farmakoterapii oraz zapobiec nieprawidłowościom w realizacji usług farmaceutycznych i zadań aptek szpitalnych.

Takich nieprawidłowości – jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli – w latach 2015–2017 było całkiem sporo. Żaden z 24 szpitali skontrolowanych przez izbę nie prowadził działalności w sposób zapewniający bezpieczeństwo farmakoterapii, a zaniedbania dotyczące gospodarki lekami były na tyle poważne, że mogły zagrażać zdrowiu i życiu pacjentów. W dziewięciu z nich sposób postępowania z lekami nie gwarantował, że pacjent otrzyma pełnowartościowe medykamenty. NIK ujawnił też przypadki przechowywania na oddziałach szpitalnych lekarstw przeterminowanych lub o nieustalonym pochodzeniu. W niemal 80 proc. skontrolowanych szpitali stwierdzono niezgodności pomiędzy faktycznym stanem magazynowym leków a ewidencjami.

– Raport NIK-u wskazał pewne słabości szpitali w zakresie farmakoterapii i zarządzania lekami. Wnioski zostały wyciągnięte. Dziś kluczem jest trafienie do tych szpitali, które nie mają problemu z finansowaniem, i rozwijanie w nich idei włączania farmaceutów w procesy leczenia – mówi Michał Byliniak.

Jak podkreśla, zwiększenie roli i nadanie nowych uprawnień farmaceutom to proces, który wymaga przeniesienia dobrych wzorców z zagranicy i uświadomienia dyrektorom szpitali, z jakimi korzyściami będą się one wiązać.

– Konieczne są też pewne inwestycje – dostosowanie oprogramowania w szpitalach, wdrożenie innowacyjnych rozwiązań technologicznych, takich jak systemy Unit Dose czy szaf lekowych na oddziałach. Nie można tego pominąć. W ciągu kilku lat takie inwestycje się zwracają, a potem zaczynają już przynosić bardzo konkretne oszczędności – mówi Michał Byliniak.

Wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej zaznacza też, że wprowadzenie w szpitalach interdyscyplinarnych zespołów złożonych z lekarzy, pielęgniarek, farmaceutów, dietetyków czy terapeutów przede wszystkim przełoży się na korzyści dla pacjentów – lepszą, holistyczną opiekę i większą skuteczność terapii. Taki model sprawdza się już w wielu krajach.

– Farmaceuci są ekspertami od leków, ich łączenia, działań niepożądanych i farmakokinetyki, czyli wszystkiego, co decyduje o tym, czy farmakoterapia zaordynowana przez lekarza zakończy się sukcesem ­– podkreśla Byliniak. – Trzeba pamiętać, że przyjmowanie leków to nie tylko połknięcie tabletki, ale też inhalatory, peny do podawania leków domięśniowo i bardziej skomplikowane procedury. Wiele leków należy stosować w odpowiednich porach dnia, nie można ich łączyć z innymi lekami bądź pożywieniem. To skomplikowane dla pacjentów, zwłaszcza dla tych, którzy dopiero dowiadują się o chorobie, cierpią na chorobę przewlekłą lub zagrażającą życiu.

W ciągu najbliższych pięciu lat spodziewany jest bardzo szybki rozwój rynku inteligentnych domów. Wyzwaniami pozostają bezpieczeństwo systemu i lepsza komunikacja między urządzeniami

Rozwój nowych technologii, nacisk na oszczędność czasu i kosztów oraz popularyzacja dostępu do usług na żądanie napędzają rynek smart home. Rozwiązania pozwalające zdalnie sterować oświetleniem czy klimatyzacją cieszą się coraz większą popularnością, więc rynek na świecie rośnie. Urządzenia te są coraz wygodniejsze w obsłudze, a dzięki sztucznej inteligencji także coraz lepiej dopasowane do nawyków i preferencji użytkownika. – Przyszłość w sektorze inteligentnych domów zapowiada się obiecująco – podkreślają przedstawiciele firmy Yale, jednej z najstarszych międzynarodowych marek na świecie i najbardziej znana nazwa w branży zamków domowych.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu „Smart living”, opracowanego przez Infuture Hatalska Foresight Institute, do głównych czynników napędzających kategorię smart home należą m.in. rozwój nowych technologii (m.in. IoT, AI i 5G), większy nacisk konsumentów na oszczędność i popularyzacja dostępu do usług na żądanie (on demand) wśród szerokiego grona odbiorców.

– Przyszłość w sektorze inteligentnych domów zapowiada się obiecująco i opiera się na łączności. Znajdzie w nich zastosowanie także sztuczna inteligencja. Każde urządzenie w domu będzie połączone ze wszystkimi innymi, począwszy od drzwi wejściowych. Wszystko to wydarzy się w ciągu najbliższych pięciu lat – prognozuje Markus Henkelmann, Product Unit Director, Smart Residential Access w Yale EMEA.

W nadchodzących latach to właśnie kategoria smart home może być najszybciej rosnącym segmentem technologicznego rynku, do czego przyczyni się upowszechnienie sieci 5G, która umożliwi bezproblemową łączność pomiędzy urządzeniami. Już w tej chwili duża liczba domowych sprzętów jest wyposażona w funkcję „smart and connected”. Z analiz GfK wynika, że w Europie 26 proc. z 255 mld euro wydanych w I połowie ub.r. na kategorię tzw. technical consumer goods stanowiły wydatki na inteligentne urządzenia, takie jak domowe systemy audio, roboty odkurzające czy inteligentne diody LED. GfK szacuje, że w całym ubiegłym roku globalny rynek urządzeń inteligentnych (z wyłączeniem smartfonów i inteligentnych zegarków) wzrósł o ok. 9 proc. – ze 122 mld do 133 mld euro.

Rozwiązania, które pozwalają zdalnie sterować oświetleniem, ogrzewaniem, klimatyzacją, monitoringiem i wszystkimi domowymi urządzeniami, cieszą się coraz większą popularnością oraz coraz częściej są wspierane przez technologię uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji. Algorytmy zapamiętują i analizują nawyki użytkownika, dzięki czemu system automatycznie dopasowuje się do jego potrzeb i wyprzedza jego ruchy. Badania GfK Consumer Life wskazują, że 24 proc. ankietowanych rodzin podoba się pomysł technologii, która „zna” ich preferencje i potrafi rekomendować konkretne rozwiązania albo działać automatycznie zgodnie z nimi.

 Przykładowo, inteligentny dom może zaproponować playlistę w zależności od nastroju domownika. Będzie wiedział, kiedy idzie on do łazienki, i wtedy ustawi ulubioną temperaturę wody pod prysznicem. Natomiast inteligentne zamki znają plan dnia domowników i po ich wyjściu automatycznie się zablokują – mówi Markus Henkelmann.

Problemem tego segmentu rynku wciąż pozostaje cyberbezpieczeństwo urządzeń podłączonych do sieci i ich kompatybilność. Obok stosunkowo popularnych systemów do zarządzania oświetleniem czy ogrzewaniem wciąż pojawiają się nowe inteligentne urządzenia, które można podłączyć do sieci, ale wyzwaniem dla producentów jest połączenie ich w spójny system, sterowany np. z poziomu jednej aplikacji w smartfonie.

– W obszarze interoperacyjności z pewnością mamy dużo do zrobienia, aby różne urządzenia w inteligentnym domu współpracowały między sobą – zarówno w obrębie jednej, jak i różnych marek. Ten aspekt staje się coraz ważniejszy. Jest też zapotrzebowanie na standardy. Istnieją protokoły komunikacyjne i normy bezpieczeństwa, które powinny być obowiązujące w Europie również dla tej kategorii. Nad tym także obecnie pracujemy – mówi Markus Henkelmann.

Z czerwcowego badania GfK Polonia wynika, że wzrost w kategorii smart home będzie w dużej mierze determinowany przez edukację konsumentów, bo obecnie aż 42 proc. Polaków (w wielkościach bezwzględnych to niemal 14 mln osób) deklaruje brak zainteresowania tego typu urządzeniami. Jednak po zapoznaniu się z korzyściami wynikającymi z użytkowania technologii smart home wskaźnik niezainteresowanych spada już do 26 proc. Wśród głównych zalet konsumenci doceniają oszczędność czasu (33 proc.), poprawę komfortu/standardu życia/mieszkania (23 proc.), umożliwienie odpoczynku (20 proc.), oszczędność pieniędzy (20 proc.), oszczędność energii i postawy ekologiczne (18 proc.), dostarczanie rozrywki (16 proc.), uproszczenie codziennych domowych obowiązków, np. sprzątania i prania (16 proc.), możliwość bycia nowoczesnym i postępowym (16 proc.) oraz zapewnienie bezpieczeństwa domu i rodziny (13 proc.).

Badania Yale EMEA pokazały z kolei, że już 2/3 konsumentów jest świadomych istnienia na rynku urządzeń z kategorii inteligentnego domu, ale dotąd tylko 1/3 zdecydowała się na taki zakup bądź planuje go w ciągu najbliższego roku.

 Luka między tymi dwiema grupami to dla Yale – jako jednej z największych marek na rynku – wyzwanie. Chcemy pokazać naszym klientom, na czym polegają korzyści z tych rozwiązań, jaka jest ich dodatkowa wartość. W połączeniu z inwestowaniem w nowe rozwiązania powoli będziemy mogli tę lukę zapełnić – mówi Markus Henkelmann. – W roku 2020 wprowadzimy na rynek nowe produkty dla inteligentnego domu. Będziemy również skupiać się na usługach. Współpracujemy w tym zakresie z partnerami zajmującymi się integracją systemów. Prowadzimy wspólne projekty pilotażowe, np. z firmą Assa Abloy i Stilia albo Posti w Finlandii. Ważne jest wprowadzenie usług do domów i mieszkań naszych klientów, ale w bezpieczny sposób, a ekosystem dostępu Yale pomoże nam to osiągnąć.

Marka Yale była obecna na CES 2020 w Las Vegas – prestiżowych, największych na świecie targach elektronicznych. Jednym z prezentowanych tam flagowych produktów firmy był inteligentny zamek Linus – zupełnie nowy, zmotoryzowany zamek, który zapewni konsumentom nowy poziom bezpieczeństwa oparty na zaawansowanym oprogramowaniu i przyjaznej dla użytkownika aplikacji Yale Access. Umożliwi on użytkownikom blokowanie i odblokowywanie drzwi telefonem, udzielanie dostępu bezkluczykowego i śledzenie wszystkich działań dzięki całodobowemu dostępowi do aktywności, która pozwoli im dowiedzieć się, kiedy drzwi były otwierane lub zamykane.

– Konstrukcja inteligentnego zamka daje możliwość dopasowania. Do jego instalacji można wykorzystać dotychczasową wkładkę albo nabyć u nas nową. Montuje się go po wewnętrznej stronie drzwi i działa on poprzez napęd. W przypadku drzwi bez klamki na zewnątrz również można użyć zamka inteligentnego. Aby wejść, można je bez problemu otworzyć za pomocą kliknięcia w aplikacji – mówi Markus Henkelmann.

Ponadto ekspert w dziedzinie inteligentnych rozwiązań dostępowych ogłosił nową rangę produktów do bezpiecznego przechowywania obejmującą Inteligentny Zamek Meblowy i Sejf. Te dwa nowe produkty będą również kompatybilne z aplikacją Yale Access i mostem Wi-Fi Yale Connect, które umożliwią użytkownikom zdalny dostęp i możliwość zarządzania produktami.

Polska branża ciepłownicza potrzebuje pilnych zmian. Pierwsze firmy zaczynają wykorzystywać najnowsze technologie w systemie zarządzania energią

Z raportu „Ciepłownictwo w Polsce. Edycja 2019” opracowanego przez analityków Forum Energii wynika, że polscy odbiorcy odpowiadają za spalanie aż 87 proc. węgla w gospodarstwach domowych Unii Europejskiej. Szacuje się, że 47 proc. polskich gospodarstw jest ogrzewanych za pomocą paliw stałych, co przyczynia się do emisji 68 mln ton dwutlenku węgla w skali roku. Krajowa branża ciepłownicza w obliczu rosnących kosztów emisji będzie zmuszona do przeprowadzenia modernizacji systemów grzewczych oraz zmiany struktury miksu energetycznego.

Polskie ciepłownictwo jest silnie uzależnieni od paliw kopalnych. Aż 74 proc. rodzimych ciepłowni zasilanych jest węglem kamiennym, a w skład miksu energetycznego wchodzi zaledwie ok. 7 proc. gazu oraz tyle samo energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. Zmiana struktury ciepłowniczego miksu energetycznego jest nieunikniona i wiąże się m.in. z rosnącymi cenami uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Wraz z modernizacją źródeł energii mogą zostać wdrożone systemy inteligentnego zarządzania infrastrukturą ciepłowniczą, które usprawnią funkcjonowanie firm z tej branży.

– Nowatorskie ciepłownictwo zaczyna przypominać rozproszoną energetykę. W niedalekiej przyszłości domy będą bardzo efektywne energetycznie i zostaną źródłami ciepła, a nowoczesne systemy ciepłownicze staną się systemami dwukierunkowymi. Dzisiaj ciepło płynie od elektrociepłowni do odbiorcy, w przyszłości kierunek przepływu będzie dwustronny. Budynek będzie oddawał do sieci ciepłowniczej nadwyżki ciepła – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Andrzej Rubczyński, dyrektor ds. strategii ciepłownictwa, Forum Energii.

Projekt inteligentnej sieci ciepłowniczej rozwija m.in. warszawska firma Veolia, która wykorzystuje moduły zdalnego sterowania oraz czujniki rozmieszczone w strategicznych węzłach cieplnych. Dzięki nim przedsiębiorstwo może optymalizować pracę przepompowni w czasie rzeczywistym, a dzięki wykorzystaniu algorytmów uczenia maszynowego system nieustannie przeprowadza proces samodoskonalenia się, aby lepiej odpowiadać na zapotrzebowanie ze strony klientów.

Warszawska Veolia to wyjątek w skali kraju. Eksperci uczestniczący w dyskusji panelowej podczas 29. Forum Ekonomicznego uważają, że branża ciepłownicza w Polsce powinna przejść szereg zmian systemowych, które nie tylko uniezależnią ją od węgla – aby zmniejszyć koszty emisji dwutlenku węgla – lecz także umożliwią wdrożenie nowych, wydajniejszych technologii grzewczych.

– W Polsce nigdy nie zdefiniowano, co ciepłownictwo ma osiągnąć, oprócz tego, że ma dostarczać ciepło w jak najniższej cenie. Cała polityka organów administracji krajowej była nakierowana na obniżanie i utrzymywanie ceny ciepła na racjonalnym poziomie, nie koncentrowano się na modernizacji sektora ciepłownictwa. Powinniśmy doczekać się strategii, która określi konkretne cele. Oznacza to nie tylko dostawę ciepła w atrakcyjnej dla odbiorcy cenie, ale ciepłownictwo powinno także wpłynąć na poprawę jakości powietrza – przekonuje ekspert.

Urząd Regulacji Energetyki wykazał w raporcie „Energetyka cieplna w liczbach – 2018”, że rentowność firm ciepłowniczych spadła w 2018 roku do poziomu 1,88 proc. z 6,71 proc. w 2017 roku. Głównymi powodami spadku rentowności są gwałtowny wzrost kosztów zakupu węgla kamiennego oraz rosnące ceny uprawnień emisji dwutlenku węgla. W związku z tym sytuacja rynkowa wymusi przeprowadzenie inwestycji prowadzących do zmiany struktury miksu energetycznego.

Na konieczność przeprowadzenia gruntownych zmian w branży zwraca uwagę m.in. Tauron Polska Energia. Firma powołała do życia radę naukową, która pomoże wyznaczyć długoterminowe cele i kierunki rozwoju dla Grupy Tauron. Nowa jednostka badawcza będzie odpowiedzialna za wdrażanie nowych technologii oraz systemów, które pozwolą unowocześnić i usprawnić sieci ciepłownicze. Z kolei PGE Energia Ciepła planuje realizować proekologiczne programy energetyczne, które zmniejszą wpływ branży na nasz klimat oraz zdrowie m.in. poprzez zwiększenie efektywności energetycznej produkcji i przesyłu ciepła. Jedną z najważniejszych inwestycji tego typu jest projekt elektrociepłowni Nowa Czechnica wyposażonej w blok gazowo-parowy, która rozpocznie funkcjonowanie w 2022 roku i zastąpi obecnie działającą elektrownię węglową w Siechnicach.

– Do ceny ciepła nie włączono kosztów zdrowotnych i środowiskowych. Jeżeli do ciepłownictwa indywidualnego wprowadzimy zasadę „zanieczyszczający płaci”, która obowiązuje w przemyśle, to wyzwoli to bodźce rynkowe. Technologie wymagają wydatków inwestycyjnych, pompa ciepła to jest wydatek kilkunastu tysięcy złotych lub więcej, w zależności od domu. Najtańszy jest kocioł do spalania węgla, ale ten powoduje zanieczyszczenie środowiska i ciągnie dodatkowe koszty zdrowotne, których akurat właściciel tego kotła nie widzi – podsumowuje Andrzej Rubczyński.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku sieci ciepłowniczych w 2018 roku wyniosła 170,1 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie do 203 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 3,5 proc.

Sztuczna inteligencja będzie walczyć z atakami socjotechnicznymi i ransomware. To obecnie największe cyberzagrożenia dla internautów

Cybersecurity Ventures przewiduje, że szkody w cyberprzestępczości będą kosztować świat 6 bln dol. rocznie do 2021 roku. Hakerzy atakują co 39 sekund, średnio 2244 razy dziennie. Ponad 90 proc. szkodliwego oprogramowania przychodzi pocztą mailową. Hakerzy chętnie wykorzystują też elementy socjotechniki, a ataki najczęściej wykrywa się dopiero po kilku miesiącach. Nowe strategie walki z zaawansowanym złośliwym oprogramowaniem muszą wykraczać poza istniejące metody. Pomagają w tym oparte na sztucznej inteligencji usługi threat intelligence.

– Głównym zagrożeniem, z którym my konsumenci cały czas będziemy niestety musieli się zmierzyć, są zagrożenia polegające na socjotechnice, np. maile phishingowe, podszywające się pod jakąś instytucję, kiedy ktoś wysyła do nas maila z prośbą o kliknięcie, próbuje na nas wymusić jakąś akcję, np. otworzenie pliku, otworzenie złośliwego linku. Na takie podejrzane wiadomości w internecie poprzez pocztę elektroniczną czy social media trzeba zwrócić dużą uwagę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Hakerzy atakują coraz częściej – według University of Maryland co 39 sekund dochodzi do ataku, średnio do nieco ponad 2 tys. dziennie. Według IBM w 2019 roku średni czas wykrycia naruszenia wynosił 206 dni. Każdego dnia wykrywa się nowe złośliwe oprogramowanie i wirusy. Hakerzy bazują też na łatwowierności internautów, gdyż to wciąż człowiek jest najsłabszym ogniwem. Niesprawdzone maile i informacje w mediach społecznościowych, kliknięcie w link, który prowadzi do zainfekowanej strony – takich ataków jest coraz więcej.

– Zwykli konsumenci muszą uważać na ponowne pojawienie się złośliwego oprogramowania typu ransomware, które szyfruje stacje robocze i wymusza okup na ofierze. Przez pewien czas było trochę ciszej o tego typu incydentach, natomiast w 2019 roku było kilka poważnych przypadków w Stanach Zjednoczonych, gdzie doszło do szyfrowania dysków instytucji publicznych, samorządowych, a także zwykłych użytkowników. Taki trend będzie się utrzymywał – ocenia Kamil Gapiński.

Ransomware zostało uznane za jedno z największych zagrożeń szkodliwym oprogramowaniem w 2018 roku i wciąż zakłóca działalność firm oraz codzienne życie internautów. Tylko w 2019 roku 10 ofiar ataków tego typu w USA zapłaciło okup na łączną kwotę 2,3 mln dol. Ataki dotknęły gminy, miasta, szpitale czy szkoły. Do 1 grudnia 2019 roku w sumie 72 okręgi szkolne w USA padły ofiarą oprogramowania ransomware, które dotknęło 867 pojedynczych szkół i ponad 10 tys. uczniów. Ich ofiarami padają też zwykli internauci, choć okup, jaki płacą oni hakerom, jest znacznie mniejszy niż w przypadku instytucji publicznych.

– Pod koniec listopada 2019 roku mieliśmy incydent w urzędzie gminy w Kościerzynie, gdzie zaszyfrowano aktywa informacyjne urzędu i przez kilkanaście dni praca urzędników była całkowicie utrudniona. Budowa systemu cyberbezpieczeństwa w małej instytucji nie jest prosta i wymaga wielu kompetencji i dużego budżetu, ale zjawisko szyfrowania dysków może dzisiaj dotyczyć właściwie każdego – mówi ekspert.

Choć ataki trudno jest wykryć, a zwłaszcza przewidzieć, pomocne mogą okazać się nowe technologie. Analiza zagrożeń może pomóc w zdobyciu cennej wiedzy na temat tych zagrożeń, zbudowaniu skutecznych mechanizmów obronnych i zmniejszeniu ryzyka ataku. Rozwiązania do analizy zagrożeń gromadzą dane na temat pojawiających się lub istniejących podmiotów i zagrożeń z wielu źródeł. Dane te są następnie analizowane i filtrowane, w ten sposób generuje się informacje o zagrożeniach i raporty zarządzania, które mogą być wykorzystane przez rozwiązania do automatycznej kontroli bezpieczeństwa.

– W 2020 roku na pewno będziemy mieli do czynienia z dalszą automatyzacją procesów wykrywania, monitorowania i obsługi incydentów. Oprócz tego z pewnością będziemy bardziej wykorzystywać usługi typu threat intelligence polegające na tym, że zbieramy różne dane czy informacje, także surowe, i analizujemy je pod kątem budowania naszej świadomości sytuacyjnej dotyczącej cyberzagrożeń – wskazuje Kamil Gapiński.

W jakie firmowe torby papierowe warto zainwestować w 2020 roku?

Jeśli twoja firma chce pozostać na czasie i działać zgodnie z obowiązującymi w biznesie trendami, zapewne nie ma wielkich trudności z inwestowaniem w gadżety promocyjne. Jako osoba decyzyjna zdajesz sobie z pewnością sprawę, jak istotne dla funkcjonowania przedsiębiorstwa jest nawiązanie pozytywnej relacji z kontrahentami. Metoda obdarowywania ich drobiazgami opakowanymi w torebki papierowe z logiem firmy okazuje się dawać przy tym całkiem niezłe efekty marketingowe. Przed zakupem odpowiedniej papierowej torby trzeba jednak zatrzymać się na chwilę, by później osiągnąć zamierzone cele w najskuteczniejszy z możliwych sposobów.

Torby papierowe od producenta to gwarancja niskiej ceny.

Składając zamówienie hurtowe musisz poszukać dostawcy, który będzie w stanie je zrealizować. Właśnie dlatego w celu zaspokojenia potrzeb firmowych najlepiej zwracać się bezpośrednio do producenta. Nie każdy dostawca toreb papierowych może jednocześnie wykonać na nich profesjonalny nadruk. AllBag cechuje ogromne doświadczenie nie tylko w dziedzinie produkcji, ale i technologii drukarskich, które pozwalają osiągać niesamowite efekty. Ponieważ dysponujemy szeroką ofertą produktów bazowych, możesz u nas złożyć zamówienie na torebki prezentowe w różnych kształtach i rozmiarach i oszczędzić czas potrzebny na wyszukanie dobrego opakowania do każdego z twoich gadżetów.

torby papierowePapierowe torebki AllBag świetnie nadają się do profesjonalnych zastosowań.

Zadbaliśmy o to, by stylistykę naszych toreb papierowych można było dobrać do profilu sprzedażowego twojej firmy. Wśród naszych produktów znajdziesz torby z uchwytem skręcanym, płaskim i sznurkowym, dzięki czemu masz szansę wybrać spośród nich model, który najlepiej nawiąże do znajdującej się w nich zawartości. Do celów biznesowych szczególnie polecamy torby papierowe klasy premium oraz torby laminowane. Prezentują się one szczególnie elegancko, co z pewnością zostanie zauważone przez twoich klientów. Produkujemy także papierowe torebki klockowe, świetnie sprawdzające się jako opakowanie prezentowe do produktów sypkich. Warto wykorzystać je kreatywnie. Dla przykładu umieszczając na nich swoje logo możesz sprezentować swoim klientom paczkę firmowej kawy.

Tworzymy także torby materiałowe z nadrukiem dostosowane do potrzeb zmieniającego się świata.

Będąc przedsiębiorcą zdajesz sobie zapewne sprawę, że dobrym pomysłem w 2020 roku będzie inwestowanie w produkty ściśle powiązane z ekologią. Wychodzimy naprzeciw twoim oczekiwaniom. Zamiast popularnej torby papierowej możesz u nas zamówić torbę materiałową, którą twoi klienci będą mogli wykorzystać przy codziennych zakupach. Gest tego rodzaju powiąże twoją firmę w świadomości twoich kontrahentów z dbałością o szczegóły i pełnym przygotowaniem do sprostania wymaganiom współczesnego świata. W ten sposób prosta decyzja może cię wspomóc w budowaniu wizerunku profesjonalisty i w krótkim czasie przyciągnąć do ciebie wiele korzystnych okazji biznesowych.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 20-24/01/2020

Jak wysoko jeszcze mogą pójść indeksy? Pozytywne nastroje zbudowane na Pierwszej Fazie umowy handlowej USA-Chiny i globalnej ekspansji monetarnej nieustannie wspierają ryzykowne aktywa. Nawet jeśli wyceny są już wysokie, póki co nikt nie kwestionuje, że nie mogą być wyższe. Jednak wrażliwość na negatywne sygnały jest teraz większa, choć w przyszłym tygodniu testem mogą być dopiero odczyty PMI w piątek.

Przyszły tydzień: PMI z USA/EZ/Wlk. Bryt., ZEW z Niemiec, EBC, Norges Bank, produkcja/minutki RPP z Polski, BoJ, rynek pracy z Australii, CPI z NZ, BoC

USA

Spokojny tydzień w USA zaczyna się od święta w poniedziałek. Spośród danych styczniowe indeksy PMI (pt) raczej utrzymają relatywnie wysokie poziomy, podkreślając wyjątkowość ożywienia gospodarczego względem reszty świata. Cisza zapanuje w temacie wypowiedzi członków Fed w związku z okresem zamkniętym przed posiedzeniem FOMC w następnym tygodniu. Nawet pomimo trybu risk-on na rynkach nie widać odpływu kapitału z USD w stronę ryzykownych walut i nie sądzimy, aby nagle miało się to wyraźnie odmienić, o ile nie wystąpią pozytywne impulsy dla innych walut.

Strefa euro

Niemiecki ZEW (wt) prawdopodobnie wzrośnie w styczniu, na co wskazują opublikowany już Sentix oraz zachęcające odczyty nowych zamówień w grudniowych PMI. Ale to styczniowe wskazania indeksów aktywności z Eurolandu (pt) są kluczowe, by ocenić potencjał gospodarki do odbicia po zeszłorocznym spowolnieniu i wydają się warunkiem koniecznym dla ruchu wzrostowego EUR. W tym samym kontekście EBC w ostatnich tygodniach nie otrzymało żadnych nowych informacji, które zmuszałyby go to zmiany nastawienia. Na konferencji prasowej po posiedzeniu (czw) bardziej niż ocena przez bank gospodarki będą interesować założenia szykowanego przeglądu strategii EBC.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii wóz albo przewóz przy wstępnych odczytach indeksów PMI z przemysłu i usług (pt). Decydenci w Banku Anglii liczą na wyraźną poprawę nastrojów przedsiębiorców po wysokiej wygranej torysów w wyborach do parlamentu i usunięcia sporej części niepewności wokół procesu brexitu. Jeśli dane pozostaną niezadowalające i podkreślą głębsze problemy gospodarki, obniżka stopy procentowej BoE na koniec miesiąca będzie przesądzona. A z nią krótkoterminowy los GBP. Przyszły tydzień przynosi też raport z rynku pracy (wt), który również będzie ważny.

Norwegia

Norges Bank (czw) powinien utrzymać stopę procentową bez zmian. Styczeń przynosi międzyokresowe posiedzenie bez aktualizacji prognoz gospodarczych, więc służy zmianom w polityce tylko w nagłych przypadkach. Od posiedzenia w grudniu z Norwegii napłynęły mieszane dane, ale co najważniejsze, bez jednorazowego przechylenia szali za zmianą nastawienia w którymkolwiek kierunku. To powinno pozwolić NB do utrzymania stanowiska, że „stopa procentowa najprawdopodobniej pozostanie na tym poziomie w nadchodzącym okresie”.

Polska

Bogaty kalendarz z Polski z najciekawszymi produkcją przemysłową (śr) i minutkami RPP (czw). Pierwsze może ucierpieć przez niekorzystne efekty sezonowe, ale pod powierzchnią interesujące będzie, czy aktywność przedsiębiorstw odbija od dołka. W protokole z posiedzenia RPP ciekawa może być dyskusja obozów jastrzębi i gołębi w reakcji na ostatni skok inflacji. Jakkolwiek można się ekscytować powyższymi wydarzeniami, jest bardziej realne, że złoty pozostanie głównie pod wpływem nastrojów na rynkach zewnętrznych.

Japonia

Bank Japonii (pon-wt) nie ma powodów, by zmieniać parametry polityki pieniężnej. W ocenie perspektyw gospodarczych jest miejsce na bardziej pozytywny wydźwięk przy uwzględnieniu wpływu programów fiskalnych i generalnej poprawie otoczenia makroekonomicznego. Dla JPY wydźwięk powinien być neutralny. Risk-on na rynkach finansowych oferuje presję na osłabienie waluty.

Australia i Nowa Zelandia

Raport z australijskiego rynku pracy (czw) będzie tym razem wyjątkowo istotny, kiedy ważą się losy luzowania polityki monetarnej RBA na następnym posiedzeniu w lutym. Silne dane uciszą gołębie głosy na rynku i w obliczu ulgi po porozumieniu handlowym USA-Chiny otworzą drogę na mocniejszy rajd AUD. Aktualnie rynek jest podzielony mniej więcej po równo, więc rozczarowujące dane także wywołają reakcję. W Nowej Zelandii silniejsza inflacja CPI (czw) pozwoli RBNZ na zyskanie czasu w ocenie sytuacji gospodarczej bez konieczności zmiany polityki. Dla NZD byłby to świeży sygnał do umocnienia.

Odbicie w zmianie zatrudnienia w grudniu i pozytywny wydźwięk ostatniego badania Business Outlook powinny wystarczyć, by Bank Kanady (śr) utrzymał neutralne nastawienie. Na oczekiwaniach pozytywnego przekazu CAD może zyskiwać poniżej 1,30 USD/CAD jeszcze przed decyzją, ale potem tradycją jest sprzedaż faktów, więc uwaga na odwrót.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Niemiecka gospodarka rozwija się najwolniej od 2013 r.

Zeszły rok nie sprzyjał niemieckiej gospodarce. Z powodu problemów w przemyśle, PKB wzrósł w ubiegłym roku o zaledwie 0,6%, co jest najgorszym wynikiem od 2013 r.Jednak według prognoz, niemiecka gospodarka najgorsze ma już za sobą.Zmniejszenie ryzyka związanego z Brexitem, jak i podpisana w tym tygodniu wstępna umowa handlowa między USA a Chinami potwierdzają, że perspektywa pesymistycznego scenariusza recesji coraz bardziej się oddala. Wskaźnik klimatu biznesowego IFO w Niemczech nadal utrzymuje się jednak poniżej 100, a wskaźnik menedżerów logistyki i zakupów pozostaje na poziomie poniżej 50. Może to oznaczać, że problemy niemieckiej gospodarki raczej szybko nie znikną, choć z drugiej strony cieszy fakt, że wiodące wskaźniki odbiły się od dna. Daje to nadzieję, że również gospodarka światowa powinna najgorsze mieć już za sobą.

Kurs złotego w piątek rano wynosił 4,24 EUR/PLN. Na kurs złotego nie wpłynęło również stanowisko jednego z członków Zarządu Banku NBP, który z powodu rosnącej inflacji stanowczo odrzucił propozycję podwyżek stóp procentowych w Polsce. Kurs eurodolara, podobnie jak polskiego złotego, nie uległ w tym tygodniu większym zmianom. W piątek rano wynosił 1,114 EUR/USD.Rynki czekają na silny impuls makroekonomiczny, który spowoduje większe wahania kursów walut lub rozpocznie nowe trendy na parach walutowych.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY

Kurs dolara – prognoza 2020 r.

W 2019 roku dość agresywne tempo łagodzenia polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną nie doprowadziło do osłabienia dolara amerykańskiego w parze ze złotym. Jaki dla dolara będzie ten rok?

Przez większą część 2019 roku dolar amerykański pozostawał na dość wysokich poziomach względem polskiego złotego i głównych walut. Siła waluty miała związek z wzrostem awersji do ryzyka na rynku, a także z faktem, że większość banków centralnych G10 zaczęła przyjmować bardziej akomodatywne stanowisko w kontekście polityki monetarnej. W październiku kurs USD/PLN wzrósł do najwyższego poziomu od ponad dwóch lat jednak zakończył rok na poziomie niewiele wyższym od tego na jakim go rozpoczął (Wykres 1).

Wykres 1: Indeks USD & kurs USD/PLN (01/01/19 – 17/01/20)

Indeks USDŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Od połowy ubiegłego roku amerykańscy decydenci trzykrotnie ścięli stopy procentowe. Jest to dość nagły zwrot w porównaniu do sytuacji z 2018 roku, kiedy Fed podniósł stopy cztery razy. Ostatnia obniżka stóp w USA nastąpiła w październiku – stopy poszły wówczas w dół o kolejne 25 punktów bazowych, w konsekwencji czego znalazły się na poziomie 1,50-1,75%. Ton Jerome’a Powella w grudniu był jednak dość optymistyczny. Prezes Fed stwierdził, że perspektywy gospodarcze Stanów Zjednoczonych „pozostają korzystne”, a warunki na rynku pracy określił mianem „solidnych”. Zgodnie ze słowami Powella, polityka monetarna jest w „dobrym miejscu”, a ostatnie cięcia stóp procentowych to tzw. „insurance cuts”, a nie część trwałego cyklu łagodzenia polityki pieniężnej.

Co istotne, w komunikatach banku z października i grudnia nie zobaczyliśmy fragmentu mówiącego o tym, że będzie on „działał w odpowiedni sposób w celu utrzymania ekspansji”, które były zawarte w komunikatach publikowanych przy okazji kilku poprzednich spotkań decyzyjnych FOMC. Naszym zdaniem, zmiana języka oznacza, że nie zobaczymy obniżek stóp procentowych w USA w najbliższej przyszłości, a przynajmniej w pierwszej połowie 2020 roku. Sądzimy, że na tym etapie bank centralny będzie chciał wstrzymać się z działaniami, aby ocenić wpływ ostatnich obniżek stóp na sytuację gospodarczą USA przed podjęciem decyzji względem kierunku dalszych działań z zakresu polityki monetarnej. Brak apetytu na podjęcie działań wyraźnie widać w „dot plocie” opublikowanym po ostatnim spotkaniu decyzyjnym banku centralnego. W grudniu zaledwie czterech decydentów FOMC oczekiwało wyższych niż obecne 1,50-1,75% stóp procentowych w USA w tym roku, podczas gdy we wrześniu spodziewało się tego aż dziewięciu z nich.

Wykres 2: Dot plot FOMC (grudzień 2019)

Dot plot FOMCŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Zdaniem Rezerwy Federalnej, niższe stopy procentowe stanowią bezpośrednią konsekwencję słabszych odczytów inflacji w Stanach Zjednoczonych. Odzwierciedlają również pewien niepokój, który zapanował wśród decydentów FOMC w związku z eskalacją konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. W przypadku wojny handlowej ostatnie doniesienia miały umiarkowanie optymistyczne nacechowanie. Obie strony negocjacji uzgodniły porozumienie „pierwszej fazy” w październiku, a jego oficjalne podpisanie odbyło się w środę, 15 grudnia. Sądzimy, że podpisanie porozumienia „pierwszej fazy”, które wprowadza kilka ustępstw z obu stron konfliktu handlowego, łagodząc jego obraz, jest pozytywnym sygnałem sugerującym, że USA i Chiny zmierzają do osiągnięcia kompleksowego porozumienia w handlu.

Wielokrotnie podkreślaliśmy, że naszym zdaniem rozwiązanie konfliktu jest bardziej prawdopodobne niż przeciwny scenariusz. Nadal uważamy też, że protekcjonistyczna retoryka Donalda Trumpa jest przede wszystkim techniką negocjacyjną. Sądzimy, że Trump będzie chciał osiągnąć porozumienie przed wyborami prezydenckimi, które odbędą się w listopadzie br. Mimo to, nie sposób nie wspomnieć, że rozwiązanie konfliktu zajmuje znacznie więcej czasu niż oczekiwaliśmy – zarówno my, jak i rynek.

W kontekście informacji z USA warto zwrócić uwagę, że w ostatnim roku inflacja CPI w USA utrzymywała się poniżej poziomu 2%. W listopadzie przekroczyła jednak poziom 2,1% aby w grudniu wzrosnąć do 2,3%. Preferowana przez Fed miara dynamiki cen, czyli inflacja PCE w ostatnim czasie pozostawała jednak niższa, w ostatnim miesiącu pomiarów, listopadzie, znalazła się na poziomie 1,5%, a jej bazowa miara była nieznacznie wyższa (Wykres 3). Wysoka natomiast pozostaje bazowa inflacja CPI, która od marca 2018 r. utrzymuje się na poziomie lub powyżej 2-procentowego celu inflacyjnego Fed-u. Utrzymująca się dobra sytuacja na amerykańskim rynku pracy – a szczególnie względnie wysoka dynamika płac – powinna wspierać utrzymanie względnie wysokiej dynamiki cen w 2020 roku.

Wykres 3: Inflacja w USA (2014 – 2019)

Inflacja w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Powell stwierdził, że w jego opinii musiałby wystąpić „naprawdę znaczący wzrost inflacji, który utrzymywałby się, zanim rozważylibyśmy możliwość podwyżek stóp procentowych w celu zaadresowania obaw dotyczących inflacji”. Sugeruje to, że poprzeczka, po przekroczeniu której Rezerwa Federalna zdecydowałaby się na podwyżki stóp, jest dość wysoka, a decydenci przed głosowaniem za podwyżkami musieliby zaobserwować trwały wzrost inflacji powyżej 2%.

Jak już wspominaliśmy, Fed utrzymuje jednak optymistyczny pogląd co do perspektyw amerykańskiej gospodarki. Musimy też stwierdzić, że FOMC ma całkiem sporo argumentów za tym, żeby z optymizmem patrzeć w przyszłość. Mimo oznak spowolnienia w gospodarce, sytuacja amerykańskiego rynku pracy jest dobra. Ostatnie dane o zmianie zatrudnienia w sektorach pozarolniczych nie były imponujące, jednak średnia krocząca z ostatnich 12 miesięcy oscyluje obecnie w okolicy względnie wysokiego poziomu 175 tysięcy (Wykres 4). Dynamika wzrostu płac w USA utrzymuje się w okolicy 3% w ujęciu rocznym, co oznacza, że realny wzrost wynagrodzeń w Stanach Zjednoczonych pozostaje dodatni.

Wykres 4: Zatrudnienie w sektorach pozarolniczych w USA (2010 – 2019)

Zatrudnienie w sektorach pozarolniczych w USAŹródło: Refinitiv Datastream Data: 17/01/20

Na dobrej sytuacji amerykańskiego rynku pracy korzystają również amerykańscy konsumenci, co wspiera wzrost gospodarczy. W trzecim kwartale 2019 roku amerykańskie PKB w ujęciu zanualizowanym wzrosło o 2,1%. Konsumpcja, mająca największe znaczenie dla gospodarki najpewniej w podobny sposób wspierała wzrost gospodarczy w ostatnim kwartale ubiegłego roku.

W następstwie grudniowego spotkania FOMC sądzimy, że bank centralny nie będzie spieszył się ze zmianami w polityce monetarnej i powinien utrzymać obecny poziom stóp procentowych w dającej się przewidzieć przyszłości. Zważywszy na brak presji inflacyjnej w Stanach Zjednoczonych, jest bardzo mało argumentów, które mogłyby skłonić decydentów do podnoszenia stóp procentowych. O ile sądzimy, że poprzeczka, której przekroczenie oznaczałoby cięcie stóp procentowych, jest zawieszona niżej niż ta, po której przekroczeniu mielibyśmy do czynienia ze wzrostem stóp procentowych w USA, o tyle ostatnie dane z amerykańskiej gospodarki, naszym zdaniem, nie wspierają obaw względem możliwości wystąpienia recesji w Stanach Zjednoczonych. Postęp w negocjacjach handlowych między USA i Chinami sugeruje również, że dalsze obniżki stóp procentowych poniżej obecnych poziomów raczej nie będą uzasadnione. Rynki obecnie nie wyceniają obniżki stóp procentowych w USA aż do czwartego kwartału 2020 roku.

Podtrzymujemy naszą dotychczasową prognozę zakładającą stopniową aprecjację euro w parze z dolarem amerykańskim. W związku z tym, że w naszej ocenie banki centralne po obu stronach Atlantyku powinny nie dokonywać zmian w polityce monetarnej w 2020 roku, sądzimy, że główna para powinna reagować na zmiany oczekiwań względem sytuacji gospodarczej. Wzrost w USA powinien, w naszej ocenie, kształtować się mniej więcej zgodnie z oczekiwaniami. Sądzimy jednak, że pesymizm względem perspektyw gospodarki strefy euro jest nadmierny. Pozytywne zaskoczenie danymi gospodarczymi ze strefy euro naszym zdaniem powinno wesprzeć wspólną walutę w parze z USD. W związku z tym, że spodziewamy się lekkiego spadku kursu EUR/PLN na przestrzeni tego roku, oczekujemy też nieznacznie głębszego osłabienia dolara amerykańskiego w parze z polskim złotym.

EUR/USD USD/PLN
Q1-2020 1,14 3,70
Q2-2020 1,16 3,65
Q3-2020 1,17 3,60
E-2020 1,18 3,55
E-2021 1,20 3,50

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk, Ebury

Jak wybrać najlepszego forex brokera? 10 wskazówek

W jaki sposób porównać brokerów forex i jak wybrać takiego, który będzie Ci najbardziej odpowiadał? Porównaliśmy szeroką gamę brokerów pod względem wielu aspektów. Od opłat, przez spready, aż po platformy handlowe oraz możliwości grafów i analizy – po prostu wszystko, co jest u brokerów ważne i ma wpływ na sukces każdego tradera.

„Najlepszy“ brokter to zazwyczaj kwestia indywidualnych preferencji. Może to zależeć od par, którymi najczęściej handlujesz, od platformy, od tego czy handel odbywa się natychmiastowo czy na podstawie jakiegoś future kontraktu, dla niektórych równie ważym aspektem może być także łatwość używania dostarczanych narzędzi.

Jak więc wybrać tego najlepszego forex brokera?

Wspomnieliśmy już o czynnikach, które powinny wpłynąć na twój wybór. Wielu TOP brokerów prawdopodobnie spełni te parametry. Polecamy przeczytać ten ranking forex brokerów, gdzie możesz porównać brokerów według większości tych parametrów.

Co uwzględnić podczas wyboru brokera?

  • Regulacje – Kiedy pojawi się problem, przepisy prawne są Twoją pierwszą (i w zasadzie jedyną) nadzieją rozwiązania problemów, które mogą się pojawić podczas współpracy z brokerem. Odpowiednie ramy regulacyjne mają charakter zapobiegawczy. To oznacza, że mają na celu przedewszystkim zapobieganie problemów. Każdy broker pownien być na danym rynku w jakiś sposób regulowany, jest to jego obowiązek. W Polsce regulatorem jest KNF. W Polsce wystarczy jeśli broker jest regulowany przez jakiegokolwiek regulatora w UE. Najczęściej możemy się spotkać z borkerami regulowanymi przez cypryjski urząd Cysec.
  • Reputacja – Bardzo ważne są także opinie innych traderów, którzy mają z danym brokerem jakieś doświadczenie. Ich opinie pomogą Ci stworzyć własny obraz o tym czego się można od brokera spodziewać.
  • Warunki handlu / opłaty – Jest to najważniejsza część Twojej globalnej oceny brokerów Forex. Nie ma sposobu, aby to obejść. Jeden broker Forex może pobierać opłatę 10 razy mniejszą za tę samą transakcję niż inny. Zwróć uwagę na „ukryte” opłaty, takie jak opłaty za wypłaty lub opłaty za brak aktywności.
  • Pokrycie rynku – Musisz być w stanie handlować wybraną przez siebie parą walutową lub produktem.
  • Wysokość wpłaty minimalnej – Początkujący i mali forexowi traderzy nie mają łatwo. Dobry broker nie powinienen zmuszać Cię do wpłaty minimalnej w wysokości, na której stratę nie możesz sobie pozwolić. Na przykład u XTB możesz handlować z dowolnym kapitałem, ale większość brokerów stara się ustawić wysokość wpłaty minimalnej. A to dlatego, że wpłata w wysokości 100 zł nie ma sensu. Lepiej założyć konto demo i poczekać aż nabierzesz więcej pewności w swoje umiętnośći.
  • Platformy handlowe – Platforma handlowa forex i narzędzia, które oferuje, to twoja podstawowa broń w osobistej wojnie o zyski. Wybierz ten, który najbardziej Ci odpowiada. Pamiętaj, że wiele platform jest konfigurowalnych, więc mogą być dostosowane do Twoich potrzeb. Najbardziej popularna platforma to MataTrader 4. Jest to jednak stosunkowo przestarzała aplikacja, więc lepiej się rozejrzeć za czymś bardziej nowoczesnym.
  • Aplikacje do tradingu mobilnego – Możliwość handlu w drodze może być ważna. Niektóre aplikacje mobilne są lepsze od innych. Idealna platforma mobilna będzie działać tak samo jak wersja internetowa.
  • Depozyty i wypłaty – Musisz w jakiś sposób przenieść środki do i od brokera, szybko i najlepiej tanio. Metody wpłat/wypłat obsługiwane przez brokera forex określają, czy można to osiągnąć, czy też nie. Finansowanie konta może również wymagać określonej metody płatności.
  • Obsługa klienta – Potrzebujesz kogoś, z kim możesz porozmawiać, gdy napotkasz problemy z depozytami, rzeczywistym handlem lub wypłatami. Kompetentne wsparcie jest koniecznością.
  • Edukacja – Nigdy nie zaszkodzi lepsze zrozumienie, w jaki sposób działają rynki forex i jak można w pełni wykorzystać ich możliwości. Niektórzy brokerzy oferują obszerne narzędzia edukacyjne.

Rynek handlowy zmierza w stronę nowych formatów

Niższe tempo przyrostu nowej powierzchni w centrach handlowych, rosnąca popularność segmentu convenience i projektów mixed-use, a także dalsza synergia handlu tradycyjnego i technologii – tak przedstawia się sytuacja na rynku obiektów handlowych w Polsce.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec 2019 roku.

Podaż – deweloperzy dywersyfikują portfolio

Choć centra handlowe pozostają najpopularniejszym formatem na polskim rynku, to aktywność deweloperów w tym segmencie systematycznie spada. W 2019 r. do użytku oddano 169 000 mkw. w centrach handlowych, a to o 100 000 mkw. mniej niż jeszcze rok wcześniej. Taki rezultat pokazuje dywersyfikację oraz dojrzałość polskiego rynku. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

Największe nowo otwarte projekty w ubiegłym roku to Galeria Młociny w Warszawie (78 500 mkw. powierzchni handlowej) oraz Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu (25 300 mkw.). Jednocześnie 56 000 mkw. wycofano z podaży z powodu zamknięcia kilku centrów handlowych Tesco. W rezultacie, powierzchnia handlowa w Polsce, obejmująca wielkopowierzchniowe formaty, osiągnęła poziom 14,6 miliona mkw. z czego za 10,2 mln mkw. odpowiadają 422 centra handlowe, przekładając się na nasycenie na poziomie 266 mkw. na 1 000 mieszkańców.

Aktualnie w budowie pozostaje około 217 000 mkw. w ramach centrów handlowych z terminem oddania do końca 2021 roku. Jednocześnie rosnąca liczba deweloperów dywersyfikuje swoje portfolio celując w inne formaty. W minionym roku na rynek trafiło blisko 210 000 mkw. w ramach parków handlowych i wolnostojących magazynów handlowych, o 29% więcej niż w roku poprzednim. 2019 był także owocny dla mniejszych formatów, w tym centrów convenience, w którym łącznie do użytku oddano blisko 138 000 mkw. – najwięcej w historii. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

Cyfryzacja decyduje o handlowym „być albo nie być”

Szybsze tempo życia, zapotrzebowanie na wysokiej jakości produkty, wyższa świadomość, a także rosnące znaczenie technologii, cyfryzacji i sprzedaży internetowej wymuszają na sieciach handlowych przyjęcie nowych strategii. Widać to już nie tylko wśród sieci modowych, ale szczególnie w segmencie spożywczym, gdzie operatorzy na potęgę inwestują w nowatorskie rozwiązania. Należą do nich m.in. sklepy typu „kliknij i odbierz”, sklepy internetowe, formaty promujące produkty bio czy kasy samoobsługowe. – Anna Wysocka. Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Przykładem jest Biedronka, która testuje formaty premium w niektórych lokalizacjach po zamkniętych sklepach Piotr i Paweł, i wprowadza kasy samoobsługowe. Z kolei Lidl, w celu zminimalizowania skutków zakazu handlu w niedzielę, uruchomił sklep internetowy i przeprowadził kampanię marketingową zachęcającą do robienia zakupów w soboty. Żabka natomiast rozwija koncept sklepu jutra, wykorzystując elementy sztucznej inteligencji i zaawansowane algorytmy, a sieć Carrefour uruchomiła swój pierwszy w Polsce, całodobowy sklep Carrefour Express w formacie samoobsługowym i rozpoczęła testowanie nowych formatów Carrefour Bio i Supeco. Tak konkurencyjny rynek to spore wyzwanie dla centrów handlowych, które muszą proponować coś więcej niż tylko punkty sprzedaży.

Rozwój sprzedaży wielokanałowej („omnichannel”) powoduje, że galerie handlowe coraz częściej stają się uczestnikami handlu elektronicznego poprzez coraz bardziej rozbudowane strony internetowe, cyfrowe interfejsy oraz komunikację mobilną z klientami w budynku i poza nim. Przykładem może być Unibail-Rodamco Labs, jednostka firmy odpowiedzialna za innowacje cyfrowe, mające na celu ułatwienie zakupów i korzystanie z oferty gastronomicznej w obiektach handlowych z portfolio firmy. – Anna Wysocka. Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Debiuty i czynsze pod kontrolą

Popyt na nowoczesne powierzchnie handlowe w Polsce jest generowany przede wszystkim przez największe sieci handlowe poszukujące atrakcyjnych lokalizacji. Grupa ta reprezentuje stabilną strategię ekspansji, jednak bez presji ilościowej kolejnych otwarć. Ma to odzwierciedlenie w stabilnej liczbie debiutów międzynarodowych marek. W 2019 roku pierwsze sklepy w Polsce otworzyło 20 nowych zagranicznych brandów, m.in. kultowy Hermes z Francji, modowi giganci, tacy jak Monki i Weekday należący do Grupy H&M, czy amerykański Under Armour. – Anna Wysocka. Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Czynsze “prime” w Polsce w ubiegłym roku pozostały względnie stabilne, osiągając najwyższy poziom w Warszawie, do 135 EUR / mkw. / miesiąc (maksymalnie 60 EUR w lokalizacjach „sub-prime”), podczas gdy w miastach regionalnych oscylują między 45 a 60 EUR / mkw. / miesiąc.

Czynsze prime odnoszą się do najlepszych lokali handlowych o powierzchni około 100 mkw. przeznaczonych dla branży moda i dodatki, w wiodących centrach handlowych.

Rynek inwestycyjny

Wartość transakcji inwestycyjnych na polskim rynku nieruchomości handlowych przekroczyła w 2019 roku 2 mld EUR. To wynik znacznie powyżej rocznej średniej na poziomie ok. 1,5 mld EUR, odnotowanej w latach 2009 – 2018. W odróżnieniu od 2018, kiedy 75% ogólnej wartości przypadło na transakcje sfinalizowane w pierwszym półroczu, w 2019 największą aktywność inwestorów notowaliśmy w ostatnim kwartale roku, kiedy sfinalizowano umowy kupna/sprzedaży obiektów handlowych o wartości 1,14 mld EUR.- Andrzej Bzowski, Starszy Analityk, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych, JLL

W ubiegłym roku na rynku dominowały transakcje portfelowe, m. in. zrealizowanie przez Cromwell prawa pierwokupu do portfela centrów handlowych, sprzedaż Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin do ECE European Prime Shopping Centre Fund II przez Atrium (298 mln EUR) czy nabycie drugiej transzy centrów handlowych M1 przez EPP.
Stopy kapitalizacji za najlepsze centra handlowe w Polsce pozostają na poziomie 4,9%. Najlepsze parki handlowe osiągają stopy kapitalizacji ok. 6,8%.

Wraca temat podwyżek stóp procentowych w Polsce

Rosnąca inflacja powoduje, że temat podwyżek stóp procentowych wraca. Sam fakt, że pojedynczy członkowie RPP o tym mówią, nie znaczy to, że od razu uzyskają oni większość na głosowaniu Rady.

Czy stopy procentowe wzrosną

Członkowie Rady Polityki Pieniężnej wyraźnie zmieniają retorykę pod wpływem danych o inflacji. Ci bardziej jastrzębi wskazują nawet na możliwość podwyżki stóp procentowych. Przykładem może być Eugeniusz Gatnar. Co ciekawe wskazuje on na wiele zalet tego rozwiązania, na to, że gospodarka rozwija się powyżej potencjału tworząc bańki spekulacyjne. Nawet mimo tego zwraca on uwagę, na negatywny wpływ takiej decyzji na wzrost stóp procentowych. Co ciekawe rozważa on mniejszą podwyżkę niż zwykle, zamiast 0,25% podnieść o 0,15%.

Dane z Chin

Chińskie PKB rośnie zgodnie z oczekiwaniami o równe 6% w skali roku i 1,5% w skali kwartału. Dokładność danych chińskich zawsze budzi pewne podejrzenia wśród analityków. Są one znacznie bardziej wygładzone niż większość odpowiadających im danych. Nie zmienia to faktu, że gospodarka rośnie w dalszym ciągu w bardzo imponującym tempie.

Lepsze dane zza oceanu

Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych znów spada. Są to dane tygodniowe zatem warto podejść do nich z pewnym dystansem i poczekać na potwierdzenie w kolejnych tygodniach. Lepiej natomiast wypadły również dane na temat sprzedaży detalicznej. Pewnym problemem jest natomiast sprzedaż samochodów, która wyraźnie ciąży na wynikach. Dolar przyjął te dane bardzo dobrze umacniając się względem głównych walut.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Czas na radykalne uproszczenia w podatkach, bo toniemy w absurdach

W ubiegłym roku nie było zbyt wielu korzystnych zmian podatkowych dla przedsiębiorców. Ministerstwo Finansów podejmowało przede wszystkim działania związane ze zwiększaniem restrykcji oraz z rozbudową systemu kontroli. Eksperci wystawiają skrajne oceny m.in. za wdrożenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności. Zróżnicowane opinie pojawiają się też w kwestii białej księgi podatników VAT, tzw. podatku u źródła, a także obowiązku raportowania schematów podatkowych (MDR). Pozytywne głosy dotyczą np. Wiążącej Informacji Stawkowej (WIS), ulgi IP BOX czy CIT-u. Natomiast zgoła odmiennie postrzegane są poprawki nowelizowanych wcześniej przepisów czy częste zmiany dot. VAT-u. 

Zmiany na plus…

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– Zdecydowanym pozytywem było wprowadzenie obowiązkowej podzielonej płatności na grupę towarów i usług, które w dużej części były objęte tzw. odwróconym VAT-em. Zlikwidowano patologię, bo odwrócony VAT był inną nazwą stawki zerowej. To spowoduje skokowy wzrost efektywności fiskalnej systemu. Korzystna jest też nowa koncepcja podatku u źródła, choć po raz kolejny odroczona. Pozytywnie oceniam również obowiązek raportowania schematów podatkowych, co oznacza ujawnianie wszelkich działań mających na celu legalne unikanie opodatkowania – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Z kolei Roman Namysłowski, ekspert BCC ds. podatków, zaznacza, że wśród korzystnych zmian mógłby na siłę wskazać wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności. I dodaje, że nie jest to rozwiązanie, którego wdrożenie nic nie kosztowało firm. Jednak jego stosowanie daje większą pewność przedsiębiorcom, że nie zostaną wplątani w karuzelę VAT-owską. A w takim przypadku organy podatkowe nie mają litości.

Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan

– Niestety, w ub.r. nie było zbyt wielu korzystnych zmian dla przedsiębiorców. W podatku VAT jest nią Wiążąca Informacja Stawkowa. Do tej pory stosowanie stawek obniżonych wiązało się z ryzykiem sporu ze skarbówką. Preferencje w VAT oparte były w większości na klasyfikacjach statystycznych, co do których fiskus w swoich interpretacjach indywidualnych nie chciał zajmować wiążącego stanowiska. WIS daje podatnikom takie zabezpieczenie, stanowi „urzędowe” poświadczenie prawidłowości stosowania stawki do danego towaru czy usługi – wskazuje Jerzy Martini, doradca podatkowy.

Według Przemysława Pruszyńskiego, eksperta ds. podatków i doradcy podatkowego z Konfederacji Lewiatan, pozytywną zmianą było wprowadzenie ulgi IP BOX. Jednak odczują to tylko przedsiębiorstwa, które chcą podejmować trudną i ryzykowną działalność, a więc inwestują w badania i rozwój. Ekspert dodaje, że w 2019 roku zmieniono regulacje dot. podatku CIT. Firmy z obrotem do 1,2 mln euro mogły skorzystać z niższej stawki, wynoszącej 9%. Natomiast od 2020 roku prawo to przysługuje przedsiębiorstwom z obrotem do 2 mln euro.

Jakub Bińkowski, analityk i sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców
Jakub Bińkowski, analityk i sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

– Wśród pozytywnych działań trzeba wymienić przede wszystkim zmniejszenie klina podatkowego, tj. obniżenie podstawowej stawki PIT z 18 do 17% oraz podniesienie kosztów uzyskania przychodu. Podatkowo-składkowe obciążenie wynagrodzeń jest w Polsce zbyt wysokie, ale został poczyniony pewien krok w kierunku ich zmniejszenia. Ponadto, należy wyróżnić uchwalenie nowej matrycy VAT, znacznie upraszczającej przyporządkowanie poszczególnych stawek do rodzajów towarów i usług – mówi Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z kolei Paweł Mazurkiewicz, doradca podatkowy i partner w MDDP, zaznacza, że generalnie fiskus idzie w kierunku zwiększenia restrykcji i wprowadzania rozbudowanych mechanizmów kontrolnych. Niemniej jednak można wskazać też pozytywne zmiany. Do takich należy m.in. wprowadzenie 9% stawki podatku CIT i 5% stawki dot. dochodów z wartości intelektualnych – tzw. Innovation Box. Ekspert podkreśla, że doszło też do uproszczenia w zakresie dokumentacji cen transferowych, zwłaszcza w odniesieniu do transakcji pomiędzy polskimi podatnikami. Ponadto nastąpiło skrócenie do 90 dni terminu umożliwiającego skorzystanie z ulgi na złe długi w VAT, co trzeba uznać za korzystny ruch dla przedsiębiorców.

Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
Wojciech Kotowski, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski

– Było sporo zmian, które trudno jest przyporządkować do kategorii korzystnych lub niekorzystnych. One idą w kierunku, który pozwoli na eliminację oszustw podatkowych. Przykładowo tzw. biała lista podatników VAT jest narzędziem, które umożliwia uzyskanie informacji nt. kontrahenta. Naruszenie tych przepisów obarczone jest sankcjami. Jednak podatnikom pozostawiono niewiele czasu na wdrożenie rozwiązań, które pozwalałyby na stosowanie nowych przepisów – stwierdza Wojciech Kotowski, doradca podatkowy z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

… i na minus

Jak podkreśla prof. Witold Modzelewski, część wprowadzanych zmian zawsze będzie mieć wiernych krytyków. Dotyczy to zwłaszcza osób, które oferują pomoc w kwestii unikania opodatkowania. Jednak ekspert dostrzega, że zdarzały się bardzo często tzw. wpadki, polegające na nowelizacji dokonanych nowelizacji. Czyli poprawiano to, co już wcześniej zmieniono. Ponadto podatnicy są przytłoczeni liczbą modyfikacji. W ciągu roku były aż 4 duże zmiany dot. podatku VAT, a wcześniej zazwyczaj jedna lub dwie. Jeszcze więcej nowelizacji przygotowano w zakresie podatku dochodowego.

– W 2019 roku było dużo propozycji uszczelniających system podatkowy, jak nazywa to MF. Została wprowadzona podzielona płatność w podatku VAT. Ona jest kłopotliwa dla firm działających w tzw. wrażliwych branżach, czyli tam gdzie mamy m.in. obrót złomem, stalą lub paliwami. Po pierwsze, to rozwiązanie oznacza obowiązki administracyjne. Po drugie, pojawia się dodatkowe zagrożenie sankcjami, czyli wzrost ryzyka prowadzenia działalności – tłumaczy Przemysław Pruszyński.

Zdaniem Jakuba Bińkowskiego, bardziej kontrowersyjnych zmian raczej unikano. Za jedną z nich część przedsiębiorców może uznawać obowiązkowy split payment. Jednak ZPP do tej pory nie odnotował generalnych skarg na to rozwiązanie. Ekspert podkreśla również, że od 2019 roku przedsiębiorcy zobowiązani są do raportowania schematów podatkowych, z czym związany jest szereg problemów. Jednak jest to rezultat przepisów uchwalonych w 2018 roku.

– Szczególnie niekorzystne są dwie zmiany. Pierwsza dot. nowego obowiązku raportowania tzw. schematów podatkowych. Przepisy szalenie skomplikowane, niejasne i dalej idące niż wymagania UE, a dodatkowo wprowadzone rok wcześniej niż wynikało to z zobowiązań. Mam wrażenie, że sami projektodawcy tego rozwiązania mają kłopot z interpretacją i prawidłowym stosowaniem tych przepisów. Natomiast drugi temat to zmiana zasad poboru podatku u źródła przy płatnościach za granicę trzech kategorii, tj. dywidend, odsetek i należności za tzw. usługi niematerialne – wylicza Roman Namysłowski.

Ekspert z MDDP uznaje obowiązek raportowania schematów podatkowych i przepisy dot. tzw. podatku u źródła za niekorzystne zmiany. Te ostatnie zostały wprowadzone mimo zastrzeżeń przedstawicieli nauki prawa podatkowego i organizacji przedsiębiorców. Wprawdzie nie zwiększyły obciążenia finansowego, ale jednak nałożyły na przedsiębiorców dodatkowe, trudne do wykonania obowiązki administracyjne. I dodaje, że resort finansów zdecydował się w trybie nadzwyczajnym na zawieszenie części z tych przepisów. Co pół roku przedłużana jest taka „abolicja”, ostatnio do 30 czerwca 2020 roku.

– Zmianą, która budzi bardzo wiele kontrowersji, jest tzw. MDR. Jednocześnie mam wrażenie, że podatnicy bardzo mało o tym wiedzą. Tymczasem obowiązek raportowania schematu podatkowego może wystąpić również wówczas, gdy zamiarem podatnika nie jest odniesienie korzyści podatkowej. Sankcje z tytułu niezaraportowania są absurdalnie wysokie i zupełnie nieproporcjonalne do zakresu wykroczenia, jakim jest nieprzesłanie danego raportu do Ministerstwa Finansów. Dla wielu podmiotów to może być zupełnie nieakceptowalny fakt – podkreśla Wojciech Kotowski.

Jak przekonuje Jerzy Martini, absolutnie skandaliczny charakter mają przepisy o tzw. białej liście podatników VAT. Pewne elementy są słuszne, bo podatnicy mogą sprawnie zweryfikować swoich kontrahentów. Jednak jako całość przepisy te są mocno niedopracowane. Przykładem jest zamieszanie z rachunkami technicznymi, szybkimi przelewami, kartami debetowymi etc. Ustawodawca chyba zapomniał, że przedsiębiorcy rozliczają się również w innej formie, niż za pośrednictwem tradycyjnych przelewów na rachunek firmowy.

– Cały czas czekamy na daleko idącą, rzeczywistą reformę systemu podatkowego, ukierunkowaną na jego radykalne uproszczenie. Bez tego przedsiębiorcy będą w dalszym ciągu poświęcać nieproporcjonalnie dużo czasu oraz energii na wypełnianie wszelkich obowiązków związanych z rozliczaniem danin, zamiast – na prowadzenie swojej podstawowej działalności – podsumowuje dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

W 2020 roku spadnie liczba ofert pracy. Głównie przez wizję spowolnienia i wyższe koszty pracy

Według branży rekrutacyjnej, w nadchodzących miesiącach zdobycie pracy stanie się trudniejsze. Wprawdzie ofert na rynku wciąż będzie sporo, ale jednak mniej niż w 2019 roku. Wizja spowolnienia gospodarczego oraz wyższe koszty pracy mocno wpłyną na politykę kadrową pracodawców. Część firm już zadeklarowała redukcję zatrudnienia. Najtrudniej o angaż będzie m.in. pracownikom firm usługowych, obszarów produkcyjnych oraz okołoprodukcyjnych, a także ekonomistom. Z kolei w najlepszej sytuacji znajdą się kandydaci z branży budowlanej, magazynowej i logistycznej, jak również informatycy.

2019 vs. 2020

Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews postanowili sprawdzić, czy w 2020 roku będzie trudniej zdobyć pracę niż w ostatnich miesiącach. Swoje prognozy przedstawili eksperci z branży HR. Wskazali też zawody, w których będzie najtrudniej i najłatwiej znaleźć zatrudnienie.

– Mimo że ofert będzie nadal sporo, to pracodawcy ostrożnie zwiększają zatrudnienie, odczuwając spowolnienie gospodarcze na Zachodzie. Szacuję, że w 2020 roku niemal w każdej branży będzie mniej ofert pracy, a co za tym idzie, trudniej będzie o nową posadę – stwierdza Szymon Rudnicki, dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Jak zaznacza Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny Trenkwalder, już w III kwartale 2019 roku raport GUS odnotował spadek wolnych miejsc pracy. Ten trend w dostępności wakatów będzie się utrzymywał, co utrudni i spowolni proces zmiany lub znalezienia nowego zajęcia. Ponadto, postępująca robotyzacja i automatyzacja procesów produkcyjnych obniży dostępność wolnych stanowisk.

– Dla przedsiębiorstw dodatkowym argumentem za większą wstrzemięźliwością w zakresie tworzenia nowych miejsc pracy są także kolejne obciążenia związane z kosztami zatrudnienia. W części firm ruszyły Pracownicze Plany Kapitałowe, a dodatkowo mamy niespotykany dotąd skokowy wzrost płacy minimalnej ¬– 350 złotych wobec dotychczasowych 100-150 – wyjaśnia Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy z Randstad Polska.

Polska gospodarka rośnie, ale coraz wolniej, co podkreśla Joanna Przemyślańska-Włosek z Work Service. Z danych Barometru Rynku Pracy wynika, że pracodawcy planują zatrudniać przede wszystkim pracowników niższego szczebla (68,6%), a potem – średniego (39,2%). Najmniejsze szanse na nową posadę mają reprezentanci kadry zarządzającej (6,2%). Z kolei Mateusz Żydek informuje, że w badaniach Randstad Polska po raz pierwszy od pięciu lat odnotowano wzrost firm deklarujących redukcję zatrudnienia. Takie plany ma 11% pracodawców. Według eksperta, ten wynik nie jest bardzo niepokojący, ale warta odnotowania jest tendencja, szczególnie w branży budowlanej, przemyśle i handlu.

– 2019 rok zakończył dekadę intensywnego wzrostu całej branży rekrutacyjnej. Dotyczy to zarówno planów naborów w firmach, zapotrzebowania na pracowników, jak i rosnącego zaawansowania strategii HR w Polsce. 2019 to trzeci rok z rzędu, w którym liczba ogłoszeń zamieszczonych na Pracuj.pl znacząco przekroczyła pół miliona. W 2020 roku trudno oczekiwać kolejnych spektakularnych wzrostów, porównywalnych do tych z ostatnich lat – mówi Rafał Nachyna, dyrektor zarządzający w Pracuj.pl.

Najtrudniej będzie…

W opinii Mateusza Żydka, tworzenie nowych miejsc pracy w największym stopniu będą ograniczać firmy usługowe. Te przedsiębiorstwa bardzo często oferowały pracownikom wynagrodzenie na poziomie płacy minimalnej lub tylko nieco wyższe. One właśnie najmocniej odczują wzrost najniższej krajowej.

– Najtrudniej znaleźć pracę będzie pracownikom z obszaru finansów i ekonomistom, których zatrudnienie w Polsce ma charakter nadwyżkowy. Z powodu dotychczasowych utrudnień w pozyskiwaniu kandydatów, rosnących kosztów kadrowych, wielu pracodawców otworzyło się na automatyzację i robotyzację procesów. Widzimy to w kasach, w sklepach spożywczych. Ten proces będzie postępował – przewiduje Joanna Przemyślańska-Włosek.

Na podstawie badań Randstad Polska można spodziewać się mniejszej liczby ofert dla sprzedawców i pracowników obsługi klienta. Jak podkreśla Mateusz Żydek, branża handlowa mocno ogranicza plany w zakresie zatrudnienia. Obawia się potencjalnego wzrostu obciążeń, np. podatkowych. Jednocześnie przygotowuje się do zmniejszenia liczby niedziel handlowych – z 15 w ub.r. do 7 w bieżącym roku.

– Obserwując strategie klientów oraz rosnące koszty pracy, prognozujemy rozwój automatyzacji w obszarach produkcyjnych i okołoprodukcyjnych. To w perspektywie długofalowej będzie wpływać na liczbę dostępnych miejsc w tych sektorach. Nadal w strefie niskiej podaży wakatów pozostają zawody ściśle związane ze zmianami natury polityczno-gospodarczej, jak górnik czy nauczyciel – dodaje  dyrektor operacyjny Trenkwalder.

Natomiast zdaniem Szymona Rudnickiego, w porównaniu do 2019 roku trudniej będzie o pracę w transporcie i logistyce oraz w produkcji przemysłowej. Według Agnieszki Put, eksperta z Hays Poland, są grupy pracowników, którym zmiana pracy może zająć więcej czasu niż ostatnio. Dotyczy to menedżerów, ponieważ dla nich jest mniej stanowisk niż dla specjalistów. Z trudnościami mogą się też borykać osoby zajmujące się bardzo niszowymi specjalizacjami, np. pracujące w bardzo rzadkich technologiach, których używają 2-3 firmy w Polsce.

… i najłatwiej

– Największe szanse na znalezienie nowej pracy w przyszłym roku będą mieli kandydaci z branży budowlanej. Pracodawcy zgłaszają zapotrzebowanie na inżynierów budowy, techników budownictwa oraz osoby wykwalifikowane, w tym murarzy, tynkarzy czy zbrojarzy. Wiąże się to z dynamicznie rozwijającym się rynkiem mieszkaniowym i zamówieniami na obiekty biurowe – tłumaczy dyrektor z agencji rekrutacyjnej Manpower.

Według Eweliny Glińskiej-Kołodziej, na brak pracy w 2020 roku nie będą narzekać tacy specjaliści jak cieśla, zbrojarz, operator maszyn CNC, ślusarz, spawacz czy operator wózka widłowego. Zdaniem dyrektora operacyjnego Trenkwalder, dają tu o sobie znać wieloletnie zaniedbania w szkolnictwie zawodowym. W ostatnich latach odpowiedzią na braki kadrowe byli pracownicy z zagranicy, w głównej mierze z Ukrainy. Jednak wypełniali oni luki w prostych pracach produkcyjnych i okołoprodukcyjnych.

– Rok 2020 pod względem zatrudnienia przyniesie natomiast wciąż duże możliwości pracowników magazynów i centrów logistycznych na wszystkich szczeblach, od stanowisk podstawowych, operatorów wózków widłowych, kierowców, poprzez techników logistyki czy kierowników – przekonuje ekspert rynku pracy w Randstad Polska.

Duże szanse na znalezienie nowej pracy będą mieli też technicy urządzeń i systemów energetyki odnawialnej, o czym informuje dyrektor Rudnicki. Ma to związek z inwestycjami w branży energetycznej i gazownictwie. Ekspert stwierdza, że nadal występuje zapotrzebowanie na pracowników z branży IT. Szacuje się, że do końca 2020 roku zabraknie około 50 tysięcy osób specjalizujących się w tym obszarze.

– Polska jest jednym z wiodących rynków, jeżeli chodzi o „produkcję” talentów IT i programistów. Dlatego spodziewam się, że osoby z takimi umiejętnościami będą miały chyba największą łatwość zmiany pracy. Przy czym wcześniej byli to zwykle programiści. Natomiast ostatnio obserwujemy bardzo duże zainteresowanie specjalistami od wdrożeń systemów informatycznych, a także osobami zajmującymi się bazami danych czy wizualizacją danych – opisuje Agnieszka Put.

W Polsce mamy do czynienia z dynamicznym rozwojem sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Jak zaznacza Mateusz Żydek, w związku z tym duże zainteresowanie pracodawców wzbudzają kandydaci ze znajomością języków obcych, szczególnie tych mniej popularnych. Natomiast Agnieszka Put dodaje, że wizja spowolnienia spowoduje, że firmy zajmą się zwiększaniem produktywności. Tym samym wszystkie osoby zajmujące się zarządzaniem i usprawnieniem projektów będą w cenie. Ponadto przedsiębiorstwa zechcą zwiększyć swoje siły sprzedażowe, żeby podnieść konkurencyjność. To stworzy szanse na zatrudnienie dla handlowców.

– Polski rynek pracy w ostatnich latach bardzo się rozpędził. To spory kapitał, który zebraliśmy na najbliższy czas. Nawet jeśli dynamika rekrutacji nie będzie tak wysoka jak ta obserwowana w minionych kilkunastu czy kilkudziesięciu miesiącach. Z deklaracji firm wynika, że zwiększanie zatrudnienia planuje mniejszość z nich, ale też tylko bardzo niewielki ułamek planuje zwolnienia – podsumowuje dyrektor Nachyna.

Dla kogo będzie ZUS+, ile można dzięki niemu oszczędzić?

Jak wskazało 70% przedsiębiorców w Badaniu Polskiej Mikroprzedsiębiorczości firmy inFakt, wysokość składek ZUS jest jednym z największych obciążeń w prowadzeniu działalności gospodarczej. Z tego powodu wszelkie preferencyjne możliwości rozliczania się ze składek cieszą się dużą popularnością. Od lutego 2020 roku będzie dostępne kolejne nowe rozwiązanie dla chętnych, którzy spełnią odpowiednie wymogi. Eksperci inFakt wyjaśniają, czym jest ZUS+ i kto może z niego skorzystać.

Zaproponowane przez ustawodawcę rozwiązanie jest rozszerzeniem obecnie funkcjonującego ZUS od przychodu. Z ZUS+ mogą skorzystać przedsiębiorcy, którzy osiągnęli w poprzednim roku kalendarzowym przychód nie wyższy niż 120 tysięcy złotych brutto.

W tej sytuacji podstawa wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne będzie wyliczana zgodnie z wysokością przeciętnego miesięcznego dochodu osiągniętego w poprzednim roku kalendarzowym, ale nie będzie z nim zgodna – tłumaczy Piotr Ciszewski, ekspert podatkowy w firmie inFakt.

Z rozwiązania ZUS+ mogą też korzystać przedsiębiorcy, którzy rozliczają się według karty podatkowej lub na ryczałcie. W ich przypadku jako dochód będzie rozumiana połowa przychodu z pozarolniczej działalności gospodarczej lub połowa sprzedaży podlegającej opodatkowaniu od towarów i usług (VAT), bez kwoty tego podatku.

Jest to także rozwiązanie przeznaczone do tych, którzy nie mają już prawa do ulgi na start i tzw. preferencyjnego ZUS. – Jeżeli przedsiębiorca miałby prawo do skorzystania z tych ulg, to powinien wybrać je w pierwszej kolejności – podpowiada Piotr Ciszewski.

Ponadto przedsiębiorca, aby skorzystać z ZUS+, musi w poprzednim roku podatkowym prowadzić działalność przez minimum 60 dni. Z kolei podstawa wymiaru składek nie może być niższa niż 30% kwoty minimalnego wynagrodzenia oraz nie może przekraczać 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia.

Jak wyliczyć ZUS+?

Przeciętny miesięczny dochód z działalności gospodarczej należy wyliczyć według następującego wzoru: Rd/Ld x 30 – gdzie Rd to roczny dochód z pozarolniczej działalności gospodarczej uzyskany w poprzednim roku kalendarzowym, a Ld to liczba dni kalendarzowych jej prowadzenia w poprzednim roku.

Przykładowo: w 2019 roku przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą osiągnął przychód 110 tysięcy zł. Dochód z działalności wyniósł 43 tysięcy zł. Przedsiębiorca zastanawia się nad przejściem na ZUS+ od 2020 roku. Aby poznać wysokość składek w takim modelu, przedsiębiorca wylicza podstawę na ubezpieczenie społeczne:

  • przeciętny miesięczny dochód z działalności:

43 000 zł / 365 *30 = 3 534 zł

  • podstawa wymiaru składek:

3 534 zł * 0,5 = 1 767 zł

A zatem korzystając z ZUS+, przedsiębiorca w 2020 zapłaci (łącznie z dobrowolnym ubezpieczeniem chorobowym) 559,11 zł, czyli w porównaniu do „dużego ZUS” o 433,19 zł mniej.

Taka różnica może być kusząca – ocenia Piotr Ciszewski. – Z możliwości rozliczania ZUS od przychodu w ubiegłym roku skorzystało 186 tysięcy przedsiębiorców, więc można się spodziewać, że także nowe rozwiązanie będzie cieszyło się dużym zainteresowaniem. Ustawodawca spodziewa się nawet 320 tysięcy chętnych na nie przedsiębiorców. Warto również dodać, że istnieją plany, aby w kolejnych latach zwiększyć limit przychodu, dzięki czemu z tego rozwiązania skorzysta znacznie więcej przedsiębiorców.

Jak będzie wyglądało przetwarzanie danych w 2020 roku?

Szybkość wdrażania hybrydowych środowisk IT staje się coraz ważniejszym czynnikiem wyróżniającym producentów rozwiązań dla centrów danych.

W miarę jak świat wkracza w 2020 r., zarządy przedsiębiorstw rzadko już rozważają czy postawić na infrastrukturę IT wdrażaną lokalnie czy też w chmurze. Rezultatem tych debat coraz częściej jest decyzja o skorzystaniu z modelu hybrydowego, będącego połączeniem chmury publicznej i prywatnej, oraz wdrożenie rozbudowanych zasobów na brzegu sieci, wokół jej zmodyfikowanego rdzenia. Ten ewoluujący sposób podejścia do zarządzania danymi i zasobami obliczeniowymi jest jednym z pięciu zyskujących popularność trendów w centrach danych w 2020 r., które zostały zidentyfikowane i opisane przez ekspertów z firmy Vertiv, globalnego dostawcy rozwiązań z zakresu infrastruktury IT, zapewniających ciągłość biznesową.

Zyskująca popularność architektura hybrydowa umożliwia firmom zachowanie kontroli nad danymi wrażliwymi, a jednocześnie sprostanie rosnącym wymaganiom dotyczącym ich objętości oraz konieczności przetwarzania bliżej konsumenta. Ponieważ gwarancja łączności środowiska IT i dostępności informacji staje się kluczowa w tym nowym ekosystemie danych, konieczne jest położenie nacisku na bezproblemową komunikację między rdzeniem sieci, jej brzegiem i chmurą.

Rob Johnson, dyrektor generalny Vertiv
Rob Johnson, dyrektor generalny Vertiv

W związku z rosnącymi oczekiwaniami wobec wydajności i pojemności rozwiązań stosowanych w centrach danych, koniecznych do zapewnienia poprawnej pracy coraz bardziej zaawansowanych aplikacji, zmiany będą wprowadzane w obiektach data center każdej wielkości – mówi Rob Johnson, dyrektor generalny Vertiv. – Jednocześnie szybkość wdrażania nowych rozwiązań staje się coraz bardziej kluczowa przy podejmowaniu decyzji dotyczących wybieranych technologii i prawdopodobnie będzie wpływać na inwestycje i innowacyjność w centrach danych w 2020 r. Przejawi się to na wiele sposobów, ale główne przesłanie dla dostawców sprzętu do centrów danych jest jasne: status quo jest nie do zaakceptowania.

Poniżej przedstawiono dodatkowe informacje na temat hybrydowego przetwarzania danych oraz innych trendów zidentyfikowanych przez ekspertów Vertiv.

  1. Architektura hybrydowa będzie dominująca. Mimo że przetwarzanie w chmurze nadal pozostaje ważną częścią strategii IT większości przedsiębiorstw, widać postępującą powoli zmianę ich podejścia. Organizacje starają się dostosować swoje środowisko IT i wydatki do potrzeb swoich aplikacji. Jako że można zaobserwować pojawianie się coraz większej liczby środowisk hybrydowych, staje się jasne, że centra danych w przedsiębiorstwach ewoluują i mają się dobrze, zaś ich zmieniająca się rola odzwierciedla potrzeby nowoczesnych firm.
  2. Szybkość wdrażania staje się coraz bardziej kluczowa. Jako że funkcjonalność oferowanych w branży IT rozwiązań i systemów coraz bardziej się zrównuje, menedżerowie IT dokonują ich wyboru na podstawie innych kryteriów. Koszt zawsze będzie jednym z nich, ale coraz więcej decyzji będzie zależeć od tego, jak szybko można wdrożyć nowe zasoby i aktywować je. Ma to szczególne znaczenie w kontekście faktu, że przetwarzanie danych coraz częściej odbywa się na brzegu rozproszonych sieci, gdzie opóźnienia w transferze danych oznaczają brak dostępu do usług i ryzyko utraty przychodów.
  3. Środowiska sztucznej inteligencji wymagają specjalnego traktowania. Chociaż średnia ilość sprzętu w szafach serwerowych zwiększa się tylko minimalnie, obserwujemy gwałtowny wzrost liczby zaawansowanych aplikacji i zadań obliczeniowych wymagających wysokiej wydajności, związanych ze sztuczną inteligencją (AI), takich jak uczenie maszynowe i głębokie uczenie. Według ekspertów Vertiv w 2020 r. z tego typu rozwiązań korzystać zaczną placówki z branży obronnej, firmy analityczne oraz produkcyjne, zaś intensywność zainteresowania takimi systemami znacznie wzrośnie w 2021 r. i latach kolejnych. Obsługujący je sprzęt na początku nie będzie stanowił dużego odsetka wszystkich rozwiązań wdrożonych w centrum danych, ale i tak będzie miał szczególne wymagania dotyczące zasilania i chłodzenia, z którymi dział IT będzie musiał się zmierzyć. Nagły wzrost mocy obliczeniowej serwerów może wymusić konieczność ich chłodzenia cieczą.
  4. Baterie przyniosą korzyści. W 2016 r. eksperci Vertiv przewidzieli, że akumulatory litowo-jonowe zaczną być powszechnie stosowane w centrach danych, co okazało się prawdą, bo mają dziś znaczny i ciągle rosnący udział na rynku UPS-ów. Ich popularność rośnie także w rozwiązaniach wdrażanych na brzegu sieci, gdzie doceniane są ich zmniejszone rozmiary i brak konieczności częstej konserwacji. Kolejnym krokiem może być także wykorzystanie innych alternatywnych akumulatorów, np. zbudowanych z cienkich warstw czystego ołowiu (Thin Plate Pure Lead, TPPL), co wpłynie na obniżenie kosztów. W wielu krajach w 2020 r. firmy zaczną odsprzedawać zgromadzoną energię z powrotem do zakładów energetycznych, aby wspomóc je w momencie szczytowego zapotrzebowania przez innych klientów. Temat ten będzie pojawiał się coraz częściej w rozmowach na temat wpływu na środowisko w branży centrów danych.
  5. Globalne zależności. Stany Zjednoczone, a zwłaszcza Dolina Krzemowa, od lat są centrum obecnej generacji rozwiązań dla centrów danych, ale innowacyjność obecna jest wszędzie. Równoległy, ale znacznie różniący się ekosystem cyfrowy powstaje w Chinach. Menedżerowie centrów danych w Europie oraz na innych rynkach Azji i Południowego Pacyfiku, takich jak Australia, Nowa Zelandia czy Singapur, odchodzą od tradycyjnych praktyk bazujących na konkretnym ustawodawstwie związanym z prywatnością danych, regulacjami prawnymi oraz wpływem na środowisko. Na przykład konieczność zapewnienia zgodności z ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych (RODO) utrudnia podejmowanie decyzji dotyczących zarządzania danymi na całym świecie. Kwestie te, a także coraz większa presja związana z kontrolą wpływu na środowisko, prowadzą do nowego stylu myślenia o architekturze hybrydowej oraz o wartości danych przetwarzanych i przechowywanych lokalnie. Dla przykładu, w niektórych centrach danych w Chinach serwery są modyfikowane i zasilane napięciem stałym 240 V, aby poprawić ich wydajność i obniżyć koszty obsługi. Zasilanie prądem stałym od dawna jest rozważane także w USA i trzeba założyć, że wkrótce inne kraje także mogą przyjąć takie rozwiązanie.

ZPP: Podatek od napojów słodzonych ma na celu wyłącznie zebranie kilku dodatkowych miliardów do budżetu

Nie od 2022 roku, jak zapowiedziano w Narodowej Strategii Onkologicznej, lecz już od kwietnia 2020 ma w Polsce obowiązywać tzw. podatek cukrowy. Zmian w stosunku do pierwotnie zapowiadanej regulacji jest więcej – opodatkowana ma nie być już „nadmierna ilość cukru” w produkcie, lecz jakakolwiek zawartość cukru lub innych substancji słodzących w napoju. Niezmienny pozostaje cel regulacji, który jest oczywiście fiskalny. To podstawowe konkluzje ze stanowiska Związku Przedsiębiorców i Pracodawców ws. podatku cukrowego, przedstawionego podczas konferencji prasowej w dniu 17 stycznia 2020 roku.

– Tytuł projektu jest mylący, bo sugeruje że wspiera on jakkolwiek prozdrowotne wybory konsumentów – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes ZPP – Tymczasem oczywiste jest, że chodzi tylko o zebranie kilku dodatkowych miliardów złotych wpływów do budżetu. Używanie w treści projektu słowa „opłata” nie zmienia faktu, że zakłada on wprowadzenie do polskiego systemu trzech nowych podatków, i to trzeba z całą mocą podkreślić. Podatki powinny bowiem wchodzić w życie 1 stycznia, a więc w tym przypadku najwcześniej 1 stycznia 2021 roku.

Przedstawiony przez Ministerstwo Zdrowia projekt ustawy przewiduje wprowadzenie dodatkowych obciążeń na sprzedaż napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub substancje aktywne, reklamę suplementów diety oraz sprzedaż napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności. Najwięcej kontrowersji budzi pierwsza z propozycji. Eksperci wskazują, że analogiczne rozwiązania zastosowane w innych państwach nie przyniosły oczekiwanego efektu w postaci poprawy stanu zdrowia społeczeństwa, w tym w szczególności zredukowaniu odsetka osób otyłych.

– Podobne podatki wprowadzono w niektórych państwach europejskich, takich jak Wielka Brytania, a także na przykład w niektórych miastach w Stanach Zjednoczonych – mówi Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności – Są badania wskazujące na minimalne zmniejszenie spożycia opodatkowanych produktów, jednak regulacje okazują się nieskuteczne w sensie ich wpływu na zdrowie publiczne. W Wielkiej Brytanii spożycie cukru wzrosło, mimo wprowadzenia daniny, nie ma też udowodnionego wpływu regulacji na zmniejszenie skali otyłości.

Niezależnie od merytorycznej oceny zawartości projektu, wątpliwości budzi również tryb jego procedowania. Przedsiębiorcy zwracają uwagę m.in. na krótki czas konsultacji, a także zaskakującą treść projektu.

– Tekst projektu został opublikowany zaraz przed Bożym Narodzeniem, mimo że jeszcze kilka tygodni wcześniej zapowiedziano wprowadzenie podatku cukrowego na 2022 rok – podkreśla Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Na konsultacje przeznaczono tylko 21 dni, obejmujących tradycyjnie urlopowy okres świąteczny i noworoczny. Zakres regulacji również różni się znacznie od tego, który był komunikowany jeszcze na początku grudnia. Ostatecznie, wydaje się że projekt zawiera przepisy techniczne podlegające obowiązkowi notyfikacji. Przedsiębiorcy mają pełne prawo czuć się zaskoczeni tak gwałtownym działaniem ustawodawcy.

Przedstawiciele ZPP i PFPŻ odnosząc się do najnowszych zapowiedzi medialnych Ministerstwa Zdrowia, podkreślili gotowość przedsiębiorców do współpracy z resortem w celu wypracowania rozwiązań, które faktycznie będą wspierały promocje zdrowego stylu życia i racjonalnego żywienia.

Stwierdzili jednocześnie, że wbrew twierdzeniom Ministerstwa Zdrowia nie ma konsensusu, co do zaproponowanych nowych rozwiązań, gdyż utrzymają one nieproporcjonalnie w stosunku do siły nabywczej polskiego konsumenta wysoki poziom podatku oraz nie wspierają prozdrowotnych reformulacji i innowacji produktowych.

Przedsiębiorcy wskazują, że nie ma żadnych dowodów na prozdrowotne skutki wprowadzania podatków dyskryminujących i stoją na stanowisku, że tylko kompleksowe podejście oparte na reformulacji składów, innowacyjności i szerokiej edukacji może być właściwym wsparciem dla polityki prozdrowotnej Państwa.

Podatek cukrowy ma wyjść Polakom na zdrowie

Prawdopodobnie dojdzie do zmian w ustawie wprowadzającej opłaty za napoje słodzone, tzw. małpki i reklamy suplementów diety. Niższa wysokość opłaty od producentów napojów zmniejszy wpływy do budżetu państwa o ok. 40 proc., a więc o prawie 1 mld zł.

– Podatek od cukru będzie korzystny dla gospodarki pod warunkiem, że wpływy z tego podatku przeznaczone zostaną na system ochrony zdrowia – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Lachowicz, główny analityk Instytutu Jagiellońskiego, współzałożyciel PolishBrief.

W analizie ekspertów Instytutu Jagiellońskiego można przeczytać, że otyłość jest coraz poważniejszym problemem zdrowotnym, społecznym i ekonomicznym. Jej skutki w postaci obciążonego systemu ochrony zdrowia i strat w wyniku spadku produktywności kosztują Polskę ok. 24 mld zł rocznie. Wśród Polaków w wieku 20 lat i więcej, 53% kobiet i 68% mężczyzn miało nadwagę, a 23% kobiet i 25% mężczyzn było otyłych (dane: 2016 r.) Nadwaga i otyłość są narastającym problemem także wśród dzieci i młodzieży, dotykającym 1 na 5 uczniów w wieku 11-15 lat.

Jednak doświadczenia innych krajów pokazują niską skuteczność rozwiązań podatkowych w walce z otyłością. Wg OECD nie ma dowodów potwierdzających, że podatek od cukru długofalowo przyczynia się do poprawy zdrowia obywateli.

Natomiast regresywny charakter podatku od konsumpcji spowoduje relatywnie większą utratę dobrobytu mniej zamożnych gospodarstw domowych, gdzie żywność ma większy udział w koszyku wydatków. Wprowadzenie podatku spowoduje także wzrost popytu na tańsze produkty gorszej jakości.

– Producentom będzie łatwo przerzucić koszty tego podatku na konsumentów – komentuje ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Natomiast w ustawie wprowadzającej podatek powinien koniecznie znaleźć się zapis, że wpływy do budżetu przekazane zostaną na system ochrony zdrowia, bo istnieje ryzyko, że będą z niego finansowane także inne wydatki.

Jaki jest dzisiejszy inwestor? Co łączy tradera rynku OTC/CFD z inwestorem z GPW?

Jeszcze kilka lat temu inwestor forex i kontraktów CFD był kojarzony głównie z młodym człowiekiem szukającym szybkiego zysku i dreszczyku emocji. Dziś widać, że rynek jest bardziej regulowany, a przeciętny polski trader to mężczyzna, najczęściej po 30-stce, z wyższym wykształceniem, który ceni sobie samodzielne podejmowanie decyzji finansowych. To coraz bardziej aktywny mobilnie człowiek, któremu podoba się idea wolności handlu różnorodnymi instrumentami finansowymi na zdecentralizowanym rynku. Bacznie obserwuje technologiczne nowinki, mobilny trading to bowiem obowiązujący trend jeśli chodzi o ten sposób handlu.

– To co się nie zmienia na rynku forex, to fakt, że głównie inwestują na nim mężczyźni. Często z dużych aglomeracji, jednakże niekoniecznie z wielkich miast. Widzimy, że wielu klientów to osoby które osiągnęły sukces zawodowy i albo wyprowadziły się na obrzeża, albo mieszkają w średnich czy małych miejscowościach. Dzięki procesowi przenikania się świata inwestycji i technologii mobilnych obniża się jednak przeciętny wiek inwestora działającego na rynku forex i kontaktów CFD. Obecnie coraz większą grupę stanowią ludzie młodzi, jednak cały czas większość inwestorów to osoby w wieku 30-50 lat. Są to m.in. ludzie pracujący na stanowiskach managerskich, przedsiębiorcy oraz osoby wykonujące wolne zawody. Inwestują w wolnym czasie, coraz częściej przez aplikacje mobilne.  Obecnie już ponad połowa traderów korzysta z tego rodzaju rozwiązań – mówi Piotr Adamczak, Dyrektor Departamentu Sprzedaży w TMS Brokers i dodaje: „osoby żyjące wyłącznie z tradingu nie stanowią więcej niż 5 procent wszystkich inwestorów”.

Wyjątkowo mobilny rynek

Profil polskiego tradera zmienia się na przestrzeni lat nie tylko z powodu zmian technologicznych i tego, że nowoczesne inwestowanie to w dużej mierze mobilny trading czy handel akcjami w aplikacji, ale również z powodu regulacji rynkowych i powoli rosnącej świadomości konsumenckiej, że w ten sposób można lokować swoje wolne środki.

Co pokazują statystyki domów maklerskich? Marta Klepka, Dyrektor Marketingu TMS Brokers: – Z aplikacji mobilnej TMS Brokers od początku roku 2019 korzystali w miażdżącej większości mężczyźni (82%). Dzięki dostępności wersji testowej konta maklerskiego i możliwości spróbowania swoich sił na wirtualnym kapitale decydują się na to coraz młodsi. Obniża się wiek początkujących – na wersji testowej grają już osoby z grupy wiekowej 18-24 lata. Najbardziej aktywni na aplikacji są jednak ci, którzy dysponują już własnymi środkami i zarabiają zawodowo, czyli mężczyźni w wieku 25-45 lat. Stanowią oni mniej więcej połowę wszystkich użytkowników. Ciekawe jest jednak to, że rośnie liczba inwestorów mobilnych po 50-tce. Marketerzy nie bez powodu zauważyli siłę tej grupy docelowej. Starsi inwestorzy, ze względu na większą średnią długość życia i aktywność zawodową, z jednej strony dysponują większym kapitałem, z drugiej są coraz bardziej świadomi nowych technologii i nie boją się korzystać z komputerów i urządzeń mobilnych, czego nie można już powiedzieć o ich rodzicach.

– Analizując dane z systemów, które są w stanie przyporządkować profilom użytkowników naszej aplikacji prawdopodobne zainteresowania (na podstawie aktywności online oraz mobile), widzimy, że mobilni inwestorzy to w większości osoby zainteresowane nowymi technologiami oraz klienci e-commerce. Więcej niż połowa z nich interesuje się jednocześnie rozrywką – korzystają bowiem np. z aplikacji z grami lub lekkimi treściami lifestylowymi, z drugiej strony – śledzi kluczowe z punktu widzenia inwestora wydarzenia polityczne i rynkowe – dodaje Klepka.

Trading coraz bardziej popularny

Dziś trading to nie tylko inwestowanie na forex. Na przestrzeni ostatnich lat rynek ten bardzo się zmienił pod względem oferty produktowej. Obecnie dobre domy maklerskie oferują setki produktów, gdzie waluty stanowią istotną część obrotów, ale nie tak kluczową jak jeszcze kilka lat temu. Wielu inwestorów handluje na kontraktach na różnice kursowe (CFD) na DAX, S&P 500 czy innych indeksach z giełd światowych. Bardzo popularne są instrumenty oparte na zmianach cen kruszców takich jak złoto, srebro, widać także duże zainteresowanie handlem na ropie, gazie ziemnym czy innych surowcach. Tradycyjni brokerzy forex swoim klientom proponują również kontrakty na różnicę kursową akcji (amerykańskich, niemieckich, polskich i innych) czy CFD na kryptowaluty, głównie Bitcoina. Wchodzą tym samym w inne segmenty rynku zarezerwowane dotychczas np. dla giełd kryptowalut.

Mnogość oferty oraz dobre kanały mobilne powodują, że pomimo zmian na rynku w zakresie dźwigni, wspomniany handel kontraktami na różnice kursowe jest interesujący dla inwestorów. Polski regulator zadbał o to, by traderzy nie szukali alternatyw poza jurysdykcją europejską. W sierpniu 2018 Komisja Nadzoru Finansowego wprowadziła status klienta doświadczonego, o jaki mogą ubiegać się klienci detaliczni spełniający warunki wiedzy i praktyki na rynku (w tym dotyczące obrotu). To powoduje, że wyższa dźwignia jest dostępna dla tych, którzy umiejętnie potrafią się nią posługiwać i zarządzać swoim kapitałem oraz ryzykiem. To pozytywna zmiana dla klientów i lokalnych domów maklerskich.

– Widać duże zainteresowanie statusem klienta doświadczonego, który jest unikalny na skalę europejską – mówi Adamczak.

Jakie inne zmiany widać na rynku kontaktów CFD? Z zestawienia Komisji Nadzoru Finansowego opublikowanego 2 kwietnia 2019 roku wynika między innymi, że w 2018 roku wzrósł odsetek klientów osiągających zysk przy inwestowaniu w „pozagiełdowe instrumenty pochodne”. Zmalała natomiast, w porównaniu z 2017 r., łączna wartość́ zrealizowanej straty klientów oraz średnia strata per klient. Wyniki dotyczą domów maklerskich regulowanych przez tę instytucję, takich jak TMS Brokers.

Liczba aktywnych klientów, którzy zamknęli rok na plusie, zwiększyła się z roku 2018 w stosunku do 2017 o ponad 1000 osób. To jednak spowodowało pogorszenie statystyk  dotyczących średniego zysku przypadającego na klienta o prawie 3 tys. zł. O podobną wartość zmniejszyła się także średnia strata przypadająca na jednego tradera, ale i takich klientów przybyło – o ponad 2400 osób. To znaczy, że aktywnych traderów u brokerów regulowanych przez KNF było więcej o ok. 3400 osób względem roku wcześniejszego. To pokazuje, że popularność tego rynku rośnie. Zestawienie KNF nie uwzględniło grupy klientów, która nie wykazała ani straty, ani zysku.

Czy Polacy znają rynek forex?

Jak wynika z raportu agencji Kantar Public wykonanego na zlecenie Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikowanego pod koniec września 2019 roku – jedynie 29 procent Polaków wie co oznacza termin forex. Jednocześnie 51 proc. uważa, że jest to rynek ryzykowny. Zaledwie 5% ankietowanych twierdzi, że zna i wie jak działają inwestycje na rynku walutowym. Taki obraz malowany jest więc na tle niepewności co do ryzyka i niewielkiej wiedzy teoretycznej oraz praktyki na tym rynku.

Brak praktycznej edukacji finansowej oraz pojawianie się w przeciągu ostatnich kilku lat w Polsce firm, które nie podlegając regulacjom, składały klientom obietnice szybkich zysków szybko znikając z rynku, nie pomaga w budowaniu zaufania do branży. Może to budzić zdziwienie, gdyż walutowe domy maklerskie są na polskim rynku od ponad 20 lat. Pierwszym indywidualnym graczem na tym rynku był TMS Brokers.

– Na stopień znajomości produktów finansowych ma wpływ wiek oraz poziom wykształcenia badanych. Osoby młodsze i najstarsze (60+) znają produkty najsłabiej, częściej również mimo znajomości niektórych produktów, nie rozumieją na czym polegają. Także osoby gorzej wykształcone nie posiadają wiedzy o produktach finansowych – komentują autorzy cytowanego raportu. Potwierdza to profil klienta domu maklerskiego zarysowany powyżej.

Podobny profil inwestora, niezależnie od rynku

Wyniki Polskiego Badania Inwestorów prowadzonego corocznie przez SII (Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych), które zbiera dane zarówno od inwestorów giełdowych jaki i z rynku OTC/CFD, również pokazują, że statystyczny polski inwestor to mężczyzna (85,8% w 2018, 90,8% w 2019 roku) w wieku około 36-45 lat, z wyższym wykształceniem, inwestujący samodzielnie, po godzinach pracy.

Od 2002 roku, czyli od momentu gdy Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych zaczęło prowadzić cykliczne badania do roku 2017, przeciętny polski inwestor nieznacznie „starzał się”. Rósł odsetek respondentów w wieku 46 lat i więcej, a kurczył się udział inwestorów 25-45 lat. Wyglądało na to, że wraz z rozwojem rynku, ci, którzy na nim zostawali, nabierali doświadczenia. Jednak w 2018 widać odwrócenie trendu – największy wzrost zanotowała grupa w wieku 36-45 lat (z 27,6% do 32,3% wszystkich biorących udział w badaniu), z kolei w 2019 roku najbardziej dynamicznie urosła grupa inwestorów w wieku 25-35 lat (stanowili już 1/3 badanych).

Ogólnopolskie Badanie Inwestorów w 2018 roku wskazało, że wraz z wiekiem rośnie też wartość portfeli. Wśród osób najmłodszych dominują portfele inwestycyjne do 10 tys. zł. Najwięcej inwestują mężczyźni powyżej 36. roku życia. SII nie opublikowało takich danych dla poszczególnych grup wiekowych na 2019 rok. Interesujący jest natomiast inny wynik z 2019 roku, który pokazał, że prawie połowa inwestorów (47,3% badanych) poświęca na handel stosunkowo niewiele czasu – od kilku godzin w tygodniu do godziny miesięcznie. W celu zwiększenia skuteczności swoich działań najczęściej analizują oni instrumenty za pomocą zarówno analizy fundamentalnej, jak i technicznej. Jednakże co 10-ty badany deklaruje, że nie potrafi analizować instrumentów finansowych i, co ciekawe, ten odsetek niewiele się zmniejsza w grupie osób dysponujących kapitałem powyżej 500 tysięcy złotych. Kolejnym ciekawym wnioskiem z badania SII jest motywacja współczesnych inwestorów – coraz częściej inwestują oni długoterminowo i w coraz większym stopniu w celu budowy kapitału emerytalnego (aż 23,2 proc wskazało, że to ich główna motywacja).

Wyniki badań i analiz wskazują jak dynamicznie zmienia się profil inwestora w Polsce, niezależnie od tego czym handluje oraz jak ewoluuje rola domów maklerskich. Skupiając się na najatrakcyjniejszej grupie klientów, domy maklerskie muszą jednocześnie pracować nad ofertą dla młodych, wkraczających na rynek z mniejszymi środkami, lecz z większym potencjałem szybkiego wdrożenia się w mobilny trading. Ten ostatni pozwala na śledzenie rynku i sentymentu inwestorów. Daje możliwość wygodnego tradingu za pomocą jednego narzędzia, w którym – dzięki rekomendacjom i powiadomieniom typu push – sygnały inwestycyjne mogą docierać do klientów dokładnie w tym momencie, gdy nadarza się okazja. To odpowiedź na bolączkę braku czasu na analizę, przy jednoczesnej chęci trzymania ręki na pulsie i samodzielnego wybierania czy typ ekspertów jest czymś, w co chcemy zainwestować własne pieniądze.

Sądy prostują zawiłości interpretacyjne fiskusa

Liczba skarg kasacyjnych związanych z postępowaniami dotyczącymi podatków stale rośnie – można przeczytać w „Informacji o działalności sądów administracyjnych w 2018 roku” wydawanej przez Naczelny Sąd Administracyjny. W 2018 r. zostało złożonych 4409 skarg kasacyjnych dotyczących przepisów podatkowych VAT, PIT oraz CIT, z czego 1541 to skargi na interpretacje podatkowe. Dla porównania w 2017 r. było to 1315 spraw, a w 2016 – 1195 spraw. Powyższe pokazuje, że podatnicy coraz częściej podejmują spór z fiskusem. Sytuację potęgują zmieniające się przepisy oraz często mało praktyczne czy wręcz nielogiczne stanowisko organów podatkowych w niektórych sprawach. Dobrym przykładem jest chociażby zastosowanie różnych stawek opodatkowania VAT wafli, w zależności od zawartości w nich wody. Pomimo tego, że na pierwszy rzut oka sprawa wydaje się banalna, trafiła ona ostatecznie do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który wydał w tym zakresie wyrok.

Stanowisko fiskusa

Dyrektor Izby Skarbowej w interpretacji z 31 grudnia 2015 r. nr IPPP2/4512-995/15-2/KOM, uznając stanowisko podatnika za nieprawidłowe, wskazał, że wafle, w których zawartość wody nie przekracza 10% masy, nie znajdowały się w załączniku nr 3 do ustawy, w konsekwencji czego podatnik nie mógł stosować stawki obniżonej 8%, lecz powinien stosować stawkę 23%. W pozycji 34 załącznika nr 3 do ustawy obowiązującego w dacie wydawania interpretacji podatkowej wymieniono jedynie pozycję PKWiU 2008 – 10.72.12.0 – Piernik i podobne wyroby; słodkie herbatniki; gofry i wafle – wyłącznie wafle i opłatki o zawartości wody przekraczającej 10% masy. Dlatego w tej samej interpretacji organ potwierdził, że wafle, w przypadku których woda stanowi powyżej 10% masy, zostały wymienione w tym załączniku i mogą skorzystać z preferencji. W efekcie podobny produkt różniący się zawartością wody został opodatkowany raz według stawki 23%, a raz 8%. Mimo iż zdaniem organu nie są to produkty ani konkurencyjne, ani podobne, zostało wprowadzone różne ich opodatkowanie. W ocenie organu różny jest portfel klientów decydujących się na zakup tych towarów, co zostało podsumowane stwierdzeniem: „Jeżeli nie miałoby znaczenia, jakie konsument kupuje wafle, to w sprzedaży mógłby być dostępny tylko jeden rodzaj wafli”.

Weryfikacja podejścia fiskusa przez sądy administracyjne

Podatnik nie zgodził się z interpretacją fiskusa i zaskarżył ją do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie. WSA, analizując sprawę, wskazał na pragmatyczne podejście do wafli z różną zawartością wody, uznając, że walory smakowe wafli są zbliżone, niezależnie od zawartości wody. WSA wskazał, że: „…dla przeciętnego konsumenta, niezależnie od niepoznawalności zawartości wody w waflu, nie ma żadnego znaczenia fakt, czy spożywa produkt zwany „waflem” z zawartością poniżej 10% wody, czy też spożywa produkt o zawartości wody powyżej 10%. Znaczenie natomiast mogą mieć wtórne dodatki smakowe, które są uniezależnione bezpośrednio od zawartości wody”. W konsekwencji WSA uznał, że różnicowanie stawek ze względu na zawartość wody w tym przypadku jest nieuzasadnione i narusza przepisy ustawy o VAT. Stanowisko to zostało potwierdzone w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 30 października 2019 r. (sygn. akt I FSK 1140/17).

Podobne sprawy

Przykład wafli dobitnie pokazuje, że podejście fiskusa jest często mało praktyczne i sprzeczne z podstawowymi zasadami podatkowymi. Podobne sprawy toczą się jednak także w innych przypadkach. Przykładowo podatnicy przez lata borykają się z różnym podejściem fiskusa w zakresie robót budowlanych mających na celu adaptację pomieszczeń leczniczych. Zasadniczo wśród podatników powszechne jest stanowisko, że takie usługi są traktowane jako kompleksowe z dostawą sprzętu medycznego i jako takie korzystają z 8% stawki. W tym przypadku jednak sądy nie zawsze potwierdzają stanowisko podatników. Podobne przypadki dotyczą opodatkowania dostaw betonu, wyrobów medycznych i innych towarów. Być może wprowadzone 1 listopada 2019 r. przepisy dotyczące wiążącej informacji stawkowej rozwiążą część tych problemów, a może staną się kolejną kością niezgody pomiędzy podatnikami a fiskusem.

Podsumowanie

Mało praktyczne i często sprzeczne z zasadami logicznego rozumowania podejście fiskusa może prowadzić do wielu sporów i komplikacji dla podatników. W przypadku wafli podatnik, stosując stawkę podstawową na produkty, gdzie zawartość wody nie przekraczałaby 10%, obniżał ich konkurencyjność i sprzedaż, z uwagi na większą cenę w porównaniu do podobnych wafli z większą zawartością wody. „Na szczęście” po stronie podatnika opowiedziały się sądy administracyjne, które sprostowały nieprawidłowe stanowisko fiskusa. Zatem zasadniczo podatnik mógłby cieszyć się z „wygranej” oraz z tego, że jego stanowisko było od początku prawidłowe, gdyby nie fakt, iż sprawa trwała prawie 4 lata, a po drodze zmieniły się przepisy. Być może takie wafle nie są już nawet produkowane. Warto więc w przypadku wprowadzania nowych produktów zabezpieczyć ryzyko podatkowe, wykorzystując dostępne narzędzia oraz argumentację. Biorąc pod uwagę także zmianę w zakresie podejścia sądów administracyjnych, należy wiedzieć, w jakim momencie składać wniosek, a następnie ocenić szanse powodzenia sprawy w oparciu o orzecznictwo.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak długo musimy pracować na mieszkanie?

Skrócił się szacunkowy czas oszczędzania na mieszkanie przez Polaków z różnych grup zawodowych. Wyniki dotyczące większości pracowników, nadal nie wyglądają jednak dobrze.

Dość rzadko mamy okazję do sprawdzenia, jak różnią się pensje naszych rodaków należących do poszczególnych grup zawodowych. Właśnie dlatego informacje niedawno podane przez GUS zasługują na uwagę. Wspomniana instytucja poinformowała bowiem, jak w październiku 2018 r. wyglądał przeciętny poziom płac Polaków należących do tzw. wielkich grup zawodów. Na podstawie „GUS-owskich” danych, eksperci RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy przedstawiciele różnych profesji musieli pracować na typowe mieszkanie krócej niż w 2016 roku. Czas pracy mieszkanie zawody 2020 wyk.1

Niewykwalifikowani pracownicy nadal są w złej sytuacji

Przed prezentacją wyników analizy przeprowadzonej przez ekspertów RynekPierwotny.pl warto podkreślić, że opiera się ona na dość specyficznych założeniach. Analitycy wspomnianego portalu obliczyli, jak długo trzeba by pracować na mieszkanie o powierzchni 55 mkw. i średnim koszcie zakupu 1 mkw. z całej Polski. Dalsze założenia mówią, że przeciętny pracownik co miesiąc oszczędza na cele mieszkaniowe 20% swojego dochodu netto i wpłaca środki na rachunek oszczędnościowy z oprocentowaniem wynoszącym średnio 1,00 punkt procentowy powyżej inflacji. Analiza RynekPierwotny.pl zakłada również, że długoterminowy wzrost ceny przykładowego mieszkania jest równy inflacji.

Poniższy wykres przedstawia wyniki bazujące na powyższych założeniach oraz na danych GUS o przeciętnym poziomie wynagrodzeń i cen mieszkań. Informacje z wykresu mówią, że w październiku 2018 r. czas pracy na mieszkanie w zależności od grupy zawodowej wyglądał następująco:

  • przedstawiciele władz publicznych, wyżsi urzędnicy i kierownicy – 15,4 roku
  • specjaliści – 23,4 roku
  • technicy i inny średni personel – 28,3 roku
  • robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy – 33,0 roku
  • operatorzy i monterzy maszyn oraz urządzeń – 33,3 roku
  • pracownicy biurowi – 33,7 roku
  • rolnicy, ogrodnicy, leśnicy i rybacy – 39,3 roku
  • pracownicy usług i sprzedawcy – 42,1 roku
  • pracownicy wykonujący prace proste – 43,6 roku

Prawie wszystkie powyższe wyniki przedstawiają się kiepsko. Zaniepokojenie budzi między innymi bardzo długi czas pracy na przeciętne „M” dotyczący niewykwalifikowanych pracowników i osób zatrudnionych w handlu oraz usługach.Czas pracy mieszkanie zawody 2020 tab.1

Najbardziej poprawiły się wyniki dotyczące robotników

Porównanie wyników z października 2016 roku oraz października 2018 roku wprowadza bardziej optymistyczny akcent do analizy przeprowadzonej przez portal RynekPierwotny.pl. Okazuje się bowiem, że przez dwa lata spadł szacunkowy czas pracy na przeciętne mieszkanie (mimo wzrostu ceny takiego „M”). Największa poprawa (skrócenie czasu pracy na lokal o 11%) dotyczyła robotników przemysłowych oraz rzemieślników. W ujęciu statystycznym, najmniejszy wzrost dostępności mieszkań mogły odczuć dobrze wynagradzane osoby z grupy przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników oraz kierowników.

W przypadku lokali z metropolii sytuacja wygląda gorzej

Niestety nie mamy informacji o tym, jak wyglądały i zmieniały się przeciętne wynagrodzenia przedstawicieli różnych grup zawodowych w największych miastach Polski. Można jednak przypuszczać, że na terenie takich metropolii jak Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań i Gdańsk pozytywne zmiany dostępności mieszkań były o wiele mniejsze albo nawet niewidoczne. Wynika to z faktu, że w analizowanym okresie (IV kw. 2016 r. – IV kw. 2018 r.) mieszkania z sześciu największych rynków drożały w tempie dwa razy szybszym od krajowej średniej.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Turcja dalej obniża stopy procentowe, Putin konserwuje władze

U naszego wschodniego sąsiada kolejne zmiany. Wygląda na to, że pomimo prawie 68 lat życia, Putin nie zamierza za szybko oddawać władzy. Rekonstrukcja rządu jest tylko jednym z elementów działań konserwujących władze.

Zmiany polityczne w Rosji

Wczoraj prezydent Putin przyjął dymisję rządu Miedwiediewa. Poprosił również ministrów o pozostanie na stanowiskach, a jak Putin prosi, to są chętni. Komentatorzy nie są zgodni co do powodów wydarzeń. Duet Putin-Miedwiediew rządził Rosją 12 lat. Patrząc na zmiany w konstytucji (które wydłużyły kadencje) układ ten powinien być stabilny do 2024 roku, kiedy to minie druga z kolei kadencja prezydenta (wydłużona z 4 do 6 lat w ramach poprzednich reform). Prezydent, zgodnie z konstytucją, nie może na razie jednak zasiadać na stanowisku na trzecią kadencję z rzędu. “Z rzędu” jest tu istotne, gdyż ogólnie jest to dla Putina już 4 kadencja, ale podzielona pomiędzy dwie prezydentury (Putin był 2 a obecnie jest 4 prezydentem Federacji Rosyjskiej). W tle zmian znajdują się też zmiany konstytucji. Wielu komentatorów zwraca uwagę na tworzenie odpowiednika polskiego IPN, który ma dbać o rosyjską wersję historii. Ważniejsze jednak są zmiany w sprawie wymagań dla kandydatów na urząd prezydenta eliminujące z wyborów niemal wszystkich kandydatów opozycyjnych. Waluty przyjmują na razie te informacje relatywnie spokojnie, ale rubel słabnie.

Turcja dalej obniża stopy procentowe

Po tym, jak w 2018 roku ratując walutę, dwukrotnie skokowo podniesiono stopy procentowe w Turcji, aby stabilizować gospodarkę i walutę, od połowy zeszłego roku trwa normalizacja polityki monetarnej. Lira turecka traci na wartości, co prawda w tym czasie, ale wciąż nie wróciła do szczytów z 2018 roku. Na spadki wartości liry oprócz sytuacji gospodarczej ma też wpływ geopolityka i rozwiązywanie historycznych sporów z Kurdami w sposób nieakceptowalny w cywilizowanych regionach świata. Dzisiaj odbędzie się posiedzenie, na którym stopy procentowe spadną z 12% do 11,5%. Jest to o tyle istotny poziom, że będziemy znajdować się już poniżej połowy wartości 24%, do której stopy wzrosły. W wyniku obniżek stóp, co prawda ponownie rośnie inflacja, ale patrząc na historyczne poziomy, wciąż jest w normie.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Ekonomiści KIG prognozują co czeka polską gospodarkę w 2020 roku

Tempo wzrostu gospodarczego spadnie, ale ekonomiści pozostają optymistyczni. Zapowiadają, że rok 2020 będzie dla nas w miarę pomyślny gospodarczo. Przez dwa ostatnie lata tempo wzrostu gospodarczego wychodziło poza naturalne 3,5%. W tym roku nie powinno się to zdarzyć – ale ekonomiści uspokajają, że wzrost na poziomie 3% jest dla naszej gospodarki pozytywnym wynikiem. Powodem ciągłego wzrostu gospodarczego będzie duża dynamika konsumpcji, która powinna utrzymać się w nadchodzącym roku na dosyć wysokim poziomie. Liczba inwestycji najprawdopodobniej spadnie – ale nie zmniejszy się na tyle, żeby gospodarka zauważalnie spowolniła. Kłopoty mogą się zacząć, gdy coś niepokojącego zdarzy się u naszych głównych partnerów handlowych. A to uzależnione jest od rozgrywek na scenie polityki światowej.

– Na świecie może zdarzyć się wiele niespodzianek. Polskiej gospodarce najbardziej zaszkodziłaby głębsza recesja na rynku niemieckim. Dodatkowo od jakiegoś czasu obserwujemy zaostrzenie relacji handlowych na linii USA-Chiny. Gdyby okazało się, że rozwinie się to w wojnę handlową, cała gospodarka światowa będzie mieć kłopoty – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Jednak nie do końca wiemy, jak wyglądają kulisy tej gry. Niektórzy twierdzą, że USA i Chiny toczą ostrą walkę – wypychając się z rynku. Inni specjaliści uważają jednak, że panuje między nimi umowa mająca na celu zwiększenie wpływu z ceł dla obu państw. Nie wiemy, jak rozwinie się sytuacja. Gdyby doszło do ostrej wojny handlowej – na pewno odbije się to na gospodarkach europejskich, w tym niemieckiej i polskiej. Istnieje również obawa, że po zakończeniu spraw z Chinami, USA zaostrzy relacje handlowe z Europą. Stanom Zjednoczonym trudno byłoby prowadzić wojnę na kilku frontach. Ale jeśli przestaną zajmować się Chinami, może przyjść kolej na nas – ostrzega Soroczyński.

Rynek pod wpływem danych makro

Odczyty makro z USA potwierdzają wyjątkowość kondycji gospodarki USA, podczas gdy wskaźniki z Chin sugerują odbicie na koniec burzliwego 2019 r. Od strony fundamentów nie napływają niepokojące sygnały mogące zaburzyć optymizm rynkowy. Dane w nadchodzących godzinach będą już mniej ekscytujące, choć mogą pokazać, że Europa ciągnie się w ogonie.

Najważniejszy w piątek odczyt PKB z Chin nie przyniósł niespodzianek. Wzrost o 6 proc. w IV kw. i 6,1 proc. w całym 2019 r. były zgodne z oczekiwaniami. Wynik za ostatnie trzy miesiące były najsłabszym tempem wzrostu od niemal 30 lat, jednak pokrzepiająco powinny wybrzmiewać grudniowe wskaźniki ze sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej i inwestycji w aglomeracjach miejskich. aktywność gospodarcza już zaczęła odbijać, a przy porozumieniu Pierwszej Fazy można liczyć na mniejszą niepewność po stronie biznesu i konsumentów, co da moment rozruchowy na starcie 2020 r. Razem z decyzjami luzowania polityki pieniężnej na początku stycznia można oczekiwać, że w najbliższym czasie z Chin nie powinny napływać niepokojące sygnały.

Dane z Chin posłużyły bardziej jako stabilizator nastrojów niż istotny impuls d o rajdu ryzykownych aktywów. Zdecydowanie większy wpływ miały wczorajsze odczyty z USA – sprzedaż detaliczna i indeks Fed z Filadelfii. Sprzedaż wskazała na wciąż silną postawę konsumentów jako fundamentu wzrostu gospodarczego, podczas gdy dane o aktywności biznesowej wskazują na zdecydowanie mocniejszą pozycję przedsiębiorstw z USA niż w innych częściach świata. To przede wszystkim daje świeży wiatr w żagle dla wzrostów indeksów na Wall Street, ale też pośrednio wzmacnia USD. Zawsze jest trudno wyważyć wpływ dobrych danych z USA na walutę: albo jest pozytywny, bo oddala wizję luzowania polityki Fed; albo negatywny, bo wzmacnia apetyt na ryzykowne aktywa kosztem dolara. Aktualnie wahadło przechyla się mocniej w stronę pierwszego.

Mimo to nie obserwujemy mocniejszych ruchów, gdyż na rynkach rośnie asekuracyjne czuwanie, co może być nowym paliwem (i czy w ogóle) dla rajdu ryzykownych aktywów. Negocjacje handlowe USA-Chiny schodzą na dalszy plan, póki coś więcej nie ruszy się w temacie Drugiej Fazy. Pomijając za zaskakujące zwroty geopolityczne, pozostajemy na pastwie danych makro. Dziś lokalnie funt może być wrażliwy na sprzedaż detaliczną z Wielkiej Brytanii, biorąc pod uwagę, że nie milknie dyskusja wokół decyzji BoE na posiedzeniu 30 stycznia. Rozczarowanie wzmocni obóz gołębi, choć ważniejsze będzie czy zorientowane na przyszłość wskaźniki (jak PMI w przyszłym tygodniu) zasygnalizują odbicie po pełnym brexitowej niepewności 2019 r. W strefie euro inflacja potwierdzi, dlaczego EBC jest w nastawieniu wait-and-see. Presja inflacyjna jest słaba i nie ma mowy, aby w przyszłym tygodniu bank centralny zasygnalizował wycofywanie się z ekspansji monetarnej. Dopóki dane mocno nie wskażą poprawy perspektyw, EUR/USD będzie miał duże problemy z wyrwaniem się z marazmu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

To koniec internetu jaki znamy? Nadchodzi kwantokaplisa?

Po tym jak Alphabet (firma matka Google) poinformowała opinię publiczną, że udało się jej osiągnąć “kwantową supremację” , cały świat zapiał z zachwytu, a serwisy informacyjne jednym głosem obwieściły początek nowej ery. Nie wszyscy jednak podzielają ten optymizm. Komputery kwantowe mają bowiem potencjał, aby rozłożyć na łopatki większość współczesnych metod kryptografii. Oznacza to, że nasze bezpieczeństwo w sieci może być zagrożone.

Na świecie żyje około 7,7 mld ludzi, z czego — jak podaje portal Statista — około 1,8 mld robi zakupy w sieci.  Oznacza to, że ponad 20% światowej populacji kupuje online, a szacuje się, że już w 2021 r. liczba ta wzrośnie do 2,14 mld. Z danych portalu dowiadujemy się, że w 2019 r. e-commerce odpowiadać będzie za 14% całej sprzedaży detalicznej na świecie.

Istnieje niewiele scenariuszy, które mogłyby powstrzymać dalszy rozwój handlu w internecie. Obok zabójczej epidemii, konfliktów zbrojnych czy kryzysu finansowego coraz częściej mówi się o zagrożeniu, jakie niesie ze sobą rozwój i popularyzacja komputerów kwantowych. Według niektórych opinii, przynajmniej w najbliższych latach taki rozwój wydarzeń posiada dużo wyższy rachunek prawdopodobieństwa niż inne czarne wizje analityków. Takiego ciosu współczesny konsumpcjonizm nigdy jeszcze nie przyjął i kto wie, czy kwantowy blackout brutalnie nie powalił by go na deski.

— Jak wykazały badania Bronto Software, około ¼ ludzi robiących zakupy w sieci, zamawia coś przynajmniej raz w tygodniu. Dlatego nie można ignorować tego, jak wielki wpływ mają zakupy online na nasze funkcjonowanie. Digitalizacja skostniałych i staroświeckich sektorów, które długo opierały się cyfrowej rewolucji, np. sektora bankowości i systemów płatności, sprawia, że e-shopping staje się coraz prostszy, a w efekcie i popularniejszy. Handel online eksplodował w momencie, gdy powstały globalne platformy handlu, takie jak Amazon, które zlikwidowały kolejny problem, z jakim borykają się klienci. Mamy na myśli fragmentację i rozproszenie internetowych punktów sprzedaży. Nic więc dziwnego, że konsumenci obawiają się scenariusza, w którym utracili by nie tylko dostęp do ulubionych platform, lecz również możliwość realizowania jakichkolwiek transakcji w internecie. Szybko przyzwyczajamy się do przywilejów i udogodnień i niechętnie z nich rezygnujemy — uważa Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu wprowadzającego polskie i niemieckie firmy na platformę handlową Amazon, gdzie zarządza sprzedażą produktów pomocy sztucznej inteligencji.

Do roku 2021 r. rynek ecommerce ma być odpowiedzialny za 17,5% sprzedaży detalicznej na całym świecie. To ogromna pula potencjalnych nabywców, ale i również ponad dwa miliardy osób bardziej lub mniej podatnych na zagrożenia wynikające z kupowania w sieci. Czy do zbioru dobrze nam już znanych metod, którymi posługują się e-rabusie, dołączyła właśnie kolejna i to nieporównywalnie lepsza? Komputery kwantowe radzące sobie z zabezpieczeniami stosowanymi przez banki czy sklepy internetowe mogą doprowadzić do kryzysu gospodarczego, przy którym pęknięcie bańki internetowej czy zapaść na rynku pożyczek hipotecznych wysokiego ryzyka wyglądać będą jak niewielkie wahania.

Rośnie strach przed kwantową apokalipsą

W październiku 2019 trio Google, NASA i Oak Ridge National Laboratory zademonstrowało zdolność wykonania obliczeń, które nawet największym i najbardziej zaawansowanym współczesnym superkomputerom zajęłyby tysiące lat.

Informacja o kwantowych zdolnościach giganta z Mountain View wywołała wiele emocji — w większości pozytywnych. Komentatorzy skupili się głównie na tym, jak bardzo komputery kwantowe przewyższają swoich  binarnych protoplastów. Szum oklasków zagłuszył głos kwantowych alarmistów, w który warto się wsłuchać, aby odpowiednio przygotować się na nadchodzącą rewolucję.

Powody do niepokoju nie są urojone. Kryptografia stanowiąca podstawę nowoczesnej komunikacji internetowej i handlu elektronicznego może pewnego dnia ugiąć się pod mocą komputerów kwantowych. Na razie jednak nie ma się czego obawiać — twierdzi Sascha Stochem. Swoją opinię założyciel Nethansy podpiera podpiera badaniem zrealizowanym przez National Academies of Sciences, z którego wynika, że działające dotychczas prototypy komputerów kwantowych dysponują niedostateczną mocą obliczeniową i są zbyt podatne na błędy, aby zagrozić cyberbezpieczeństwu. Według autorów raportu, zdolne do tego komputery kwantowe musiałby posiadać 100 tys. razy większą moc obliczeniową i 100 razy mniejszy wskaźnik błędów. W raporcie zabrakło konkretnej prognozy dotyczącej czasu dzielącego nas od takiego postępu, lecz nie spodziewajmy się, że nastąpi on w ciągu najbliższej dekady.

Inny punkt widzenia reprezentują przedstawiciele ReRez Research, firmy, która zrealizowała badanie na grupie 400 liderów organizacji IT. Dowiadujemy się z niego, że 71% respondentów postrzega pojawienie się komputerów kwantowych jako realne zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa. Co więcej, większość z nich jest przekonana, że komputery kwantowe zostaną zaangażowane do łamania kodów szyfrujących w ciągu najbliższych trzech lat.

Otuchy dodaje fakt, że aż 95% liderów IT pracuje już nad co najmniej jedną taktyką, która pomoże w przygotowaniu strategii kryptografii post kwantowej, podczas gdy jedna trzecia ustanowiła budżet na taką kryptografię, a 56% prowadzi już prace nad takim budżetem.

Silna kryptografia ma zasadnicze znaczenie dla ogólnego bezpieczeństwa cybernetycznego instytucji państwowych, biznesu i całego społeczeństwa. Stanowi podstawę bezpiecznej transmisji i przechowywania danych oraz uwierzytelniania zaufanych połączeń między ludźmi i systemami. W ten sposób funkcjonują banki, sklepy online, a nawet komunikatory internetowe, takie jak chociażby Whatsapp czy bardziej zaawansowany — Telegram.

Rozwój i popularyzacja urządzeń, zdolnych do łamania zaawansowanych szyfrów postawi nas w obliczu dużego zagrożenia. Zagrożenia dla bezpieczeństwa całego świata, nie tylko handlu. — Na szczęście wiele wskazuje na to, że ewolucja komputerów kwantowych potrwa jeszcze bardzo długo — uspokaja prezes zarządu Nethansy. — Należy również pamiętać, że funkcjonowanie takich firm jak Aphabet, które pracują nad rozwojem nowego rodzaju komputerów, uzależnione jest od wysokiego poziomu bezpieczeństwa w sieci. Nie jest więc tak, że kopią one pod sobą dołek, lecz opracowują rozwiązania, chroniące przed kwantowymi zagrożeniami — kwituje Stochem.

Ruszył nabór do 3. edycji MIT Enterprise Forum CEE

Od 16 stycznia 2020 roku można aplikować do 3. edycji MIT Enterprise Forum CEE – programu akceleracji dla młodych przedsiębiorców z Polski oraz z 14 krajów Europy Środkowo Wschodniej, którzy marzą, by ich „american dream” się spełnił.

Celem akceleratora jest stworzenie biznesowej przestrzeni do skalowania startupów, zapewniając innowatorom z rozwiązaniami B2B, B2C oraz B2B2C pomoc w rozwoju i wyskalowaniu ich biznesu na rynki zagraniczne regionu Europy Środkowo-Wschodniej oraz na rynek amerykański. Aplikacje można składać do 1 marca 2020 roku za pośrednictwem strony internetowej www.mitefcee.org.

Co oferuje akcelerator

Nadrzędnym celem MIT Enterprise Forum CEE jest wsparcie innowacyjnych startupów naukowo-technologicznych zarówno z Polski, jak i Europy Środkowo Wschodniej w rozwoju ich modeli biznesowych i łączenie ich z potencjalnymi inwestorami, partnerami biznesowymi i przyszłymi klientami w Polsce, regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz w Stanach Zjednoczonych.

Akceleracja MIT Enterprise Forum CEE jest realizowana pod patronatem prestiżowego ośrodka naukowego i amerykańskiej kuźni unicorn-ów – Massachussets Institute of Technology (MIT). Już sama kwalifikacja do udziału w programie akceleracji afiliowanym przy MIT, to krok milowy w rozwoju każdego przedsiębiorstwa myślącego o ekspansji czy wejściu na rynek w USA.

Startupy, które dostaną się do 3. edycji programu MIT Enterprise Forum CEE, uzyskają dostęp do zespołu ponad 120 polskich i międzynarodowych ekspertów rynku, unikalnego know-how rodem z uniwersytetu MIT, przekazywanego w oparciu o model 24 kroków przedsiębiorczości zdyscyplinowanej autorstwa Billa Auleta – prof. na MIT, a także zaplecza technicznego i technologicznego partnerów programu.

Co więcej, każdy z przedsiębiorców otrzymuje szansę na pilotażowe wdrożenie swojego projektu sfinansowane w kwocie do 200 tysięcy złotych. Gra toczy się więc o wielką stawkę.

W 2020 roku, do grona partnerów programu dołączyły dwie kolejne marki. Partnerem głównym programu, obok MCX oraz Grupy Adamed została firma Coca-Cola – poszukująca innowacji z obszarów marketingu i nowych technologii (MarTech), oraz zrównoważonego rozwoju (Sustainability). Lista partnerów wspierających program wzbogaciła się natomiast o firmę Sabre – szczególnie zainteresowaną obszarami Travel & Logistics. Dołączenie Coca-Cola i Sabre dopełniło już i tak bogate portfolio firm i organizacji wspierających startupy w trakcie 3-miesięcznego procesu akceleracji.

Top Startupy

Do 3. edycji programu MIT Enterprise Forum CEE zostanie zaproszonych finalnie do 25 startupów. Przedsiębiorcy przez kilka miesięcy będą współpracować z polskimi i międzynarodowymi ekspertami oraz mentorami nad weryfikacją swoich modeli biznesowych, zdobywaniem wiedzy i umiejętności niezbędnych do dalszego rozwoju firmy oraz rozwojem sieci kontaktów biznesowych. Wszystko po to, by w przyszłości mogli odnaleźć się w rynkowej rzeczywistości, skutecznie skomercjalizować swoje rozwiązania oraz efektywnie pozyskiwać kolejne rundy finansowania.

„Program akceleracyjny MIT ENTERPRISE FORUM CEE od lat stawia na nieszablonowe rozwiązania, początkowo wyłącznie na rynku polskim, a od trzech edycji także w regionie CEE. Wśród aplikujących staramy się znaleźć najbardziej innowacyjne technologie, które maja największy potencjał na globalny rozwój. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu w pracy z najlepszymi polskimi startupami, a także wsparciu ekspertów od lat zaangażowanych we wsparcie amerykańskiego ekosystemu startupowego, oferujemy uczestnikom jedyne w swoim rodzaju wsparcie na poziomie akceleratorów zza wielkiej wody” powiedział Łukasz Owczarek Head of Acceleration MIT Enterprise Forum CEE

USA marzeniem młodych przedsiębiorców

MIT Enterprise Forum CEE jako jedyny akcelerator w tej części Europy, dla 5 najbardziej obiecujących startupów z każdej z edycji programu, organizuje wyjazd na tygodniowy bootcamp w Bostonie. To niebywała okazja by tam, za „wielką wodą”, zdobyć praktyczną wiedzę na temat tego, w jaki sposób rozwija się biznes na trudnym, amerykańskim rynku. Udział w bootcampie akceleratora MIT Enterprise Forum CEE to także szansa na zaprezentowanie swoich technologii przed inwestorami i potencjalnymi klientami z USA. Wizyta szkoleniowa w Bostonie to również czas na osobiste poznanie jednego z największych na świecie ekosystemów innowacji.

Dodatkowe 100 000 złotych dla rozwiązania użytecznego społecznie

Po raz trzeci program MIT Enterprise Forum CEE zostanie rozszerzony o międzynarodowy konkurs CVC Young Innovator Awards. Na zwycięzcę czekać będzie nagroda w wysokości 100 000 zł. W rywalizacji wezmą udział startupy, które zakwalifikują się do programu MIT Enterprise Forum CEE i spełnią wymogi regulaminowe konkursu. Nagroda zostanie przyznana za innowacyjne przedsięwzięcie zaprezentowane przez młodego przedsiębiorcę (poniżej 30 roku życia), które – prócz potencjału technologicznego cechować się będzie wysoką użytecznością społeczną.

„MIT Enterprise Forum CEE imponuje jakością przygotowania i doborem partnerów w skali całego regionu CEE. To zaszczyt i satysfakcja, że konkurs CVC Young Innovator może po raz kolejny być jego częścią, wspierając startupy tworzone przez młodych przedsiębiorców i naukowców. Doskonałym przykładem osób, które chcemy wyróżniać i wspierać jest Miron Tokarski, założyciel Genomtecu – zwycięzca wcześniejszej edycji CVC Young Innovator Awards. Wrocławski startup rozwija przełomowe, mobilne laboratorium do diagnostyki genetycznej wirusów i bakterii, i jest na dobrej drodze do osiągnięcia międzynarodowego sukcesu. powiedział Krzysztof Krawczyk – Partner CVC Capital Partners

Partnerzy

Partnerami głównymi programu są trzy organizacje. Adamed – firma farmaceutyczno-biotechnologiczna, która powstała na bazie polskiej myśli naukowej i własnych patentów. System firm Coca-Cola w Polsce – lider rynku napojów bezalkoholowych, a także firma MCX – trzon silnej grupy wyspecjalizowanych spółek, będących dostawcą kompleksowych rozwiązań teleinformatycznych, softwarowych oraz energii odnawialnej.

Partnerami wspierającymi są CVC Capital Partners, HubHub, Nationale-Nederlanden, Sabre, Sollers Consulting i PZU. Realizacja programu dofinansowana jest grantem przyznanym Fundacji Przedsiębiorczości Technologicznej przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Działania 2.5 POIR Programy Akceleracyjne.

Urlop sabbatical – kilkumiesięczny odpoczynek i jego prawne aspekty

Pracujemy coraz więcej. Coraz częściej jesteśmy przemęczeni i bywamy przytłoczeni zawodowymi obowiązkami, szczególnie jeśli zajmujemy wysokie, odpowiedzialne stanowiska. Odczuwamy więc potrzebę odpoczynku i idziemy na urlop. Czasem to jednak za mało. A gdyby tak wyjechać na pół roku? Z pomocą może przyjść urlop sabbatical. Prawo pracy w Polsce gwarantuje każdemu pracownikowi co do zasady odpowiednio 20 lub 26 dni urlopu wypoczynkowego, jednak obecne warunki aktywności zawodowej, wywołują potrzebę znacznie dłuższej przerwy od obowiązków służbowych. Coraz częściej staje się to konieczne, by uniknąć wypalenia zawodowego oraz znaczącego spadku zaangażowania w pracę zespołu, co w sposób bezpośredni odbija się na wynikach i stanie całej organizacji. Urlop regeneracyjny, nazywany właśnie sabbatical jest coraz częściej spotykany w korporacjach na całym świcie. Czym jest taki urlop i kto może sobie na niego pozwolić tłumaczy aplikant radcowski Agata Majewska z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy.

Czym jest urlop sabbatical?

Urlop regeneracyjny, powszechnie nazywany urlopem sabbatical lub urlopem sabatycznym, określany jest jako forma motywacji, w szczególności doświadczonych pracowników, polegająca na długim, kilkutygodniowym, a nawet kilkumiesięcznym urlopie, przy zachowaniu dotychczasowego miejsca pracy. W praktyce z długiego urlopu regeneracyjnego korzystają najczęściej pracownicy międzynarodowych korporacji oraz osoby zajmujące najbardziej odpowiedzialne stanowiska w organizacji.

Pomimo długotrwałej i najczęściej odpłatnej przerwy w pracy, udzielenie takiego zwolnienia oceniane jest jako leżące w interesie przedsiębiorstw. Pozwala bowiem na utrzymanie kluczowych pracowników w jak najlepszej formie, co przekłada się na kondycję całej firmy.

Z uwagi na swoją specyficzną istotę, urlop sabbatical wiąże się najczęściej z uzgodnionym z pracodawcą podnoszeniem kwalifikacji lub umiejętności w określonej dziedzinie. Potwierdza to jego charakter – długotrwała przerwa w pracy ma wywoływać pozytywne efekty nie tylko dla pracownika, ale i pracodawcy. Zdarza się, że urlop regeneracyjny wykorzystywany jest na działalność w wolontariacie, co również odgrywa istotną rolę pod kątem działań CSR firmy. Rynkiem pracy, na którym najbardziej rozpowszechnione jest korzystanie z urlopu sabatycznego są Stany Zjednoczone, gdzie gwarantuje go ok. 1/5 pracodawców. Urlop tego typu uregulowany został również m.in. w Austrii, Niemczech, Włoszech, Danii i Francji. W Wielkiej Brytanii prawo do niego może zostać zapewnione w umowie o pracę.

Jak reguluje to polskie prawo?

Dłuższy urlop regeneracyjny nie został jak na razie uregulowany w polskich przepisach prawa pracy. Jedyną ujętą wprost w Kodeksie Pracy instytucją (pomijając przepisy sektorowe, jak np. Karta Nauczyciela) – czasowego, dłuższego zwolnienia pracownika z obowiązku pracy jest urlop bezpłatny. Jednak jego istota i cel jest odmienny od urlopu sabatycznego. Przede wszystkim urlop bezpłatny wiąże się z zaprzestaniem wypłaty wynagrodzenia, a jego okres nie zalicza się do stażu pracy. Nadto, nie służy on regeneracji pracownika, co jest podstawowym założeniem urlopu sabbatical.

Polscy pracownicy, borykający się wypaleniem zawodowym, korzystają więc najczęściej ze zwolnień lekarskich. To jednak wiąże się z ryzykiem utraty zatrudnienia – zwłaszcza, jeśli nieobecność w zakładzie pracy jest długotrwała. Taka okoliczność nie sprzyja więc szybkiemu powrotowi do pełnej efektywności zawodowej.

Patrząc szeroko na podstawy udzielenia urlopu o takim charakterze również w polskich warunkach, należy mieć na uwadze, że zapewnienie prawa do wypoczynku – którego pojmowania obecnie nie sposób już ograniczać do dwutygodniowego urlopu wypoczynkowego – jest jednym z podstawowych obowiązków każdego pracodawcy wyrażonym w Kodeksie Pracy.

Decydujący głos należy do pracodawcy

Kodeks pracy i przepisy szczególne określają jedynie ustawowe minimum gwarantowanego urlopu wypoczynkowego poszczególnym grupom pracowników.

Nie oznacza to jednak, że jest to maksymalny wymiar odpłatnego zwolnienia od pracy, na jaki mogą liczyć. W obecnych warunkach rynku pracy, pracodawcy coraz częściej stawiają bowiem na działania mające na celu podniesienie zadowolenia i komfortu pracy, co niesie za sobą wzrost efektywności zespołu.

Takim działaniem może być w szczególności dodatkowy wymiar urlopu, jaki pracodawca może zagwarantować w zakładowych źródłach prawa pracy, nie wyłączając w tym samej umowy o pracę z poszczególnymi pracownikami lub uzgodnienia z poszczególnymi pracownikami. Rozwiązanie takie może polegać na wprowadzeniu dodatkowych dni wolnych w regulaminie pracy, czy wewnętrznym zarządzeniu. Może być w szczególności uzależnione od stażu pracy (w tym zakładowego), znaczenia, jakie dany pracownik ma dla organizacji, jego wkładu w pozycję firmy. Ważne jedynie, by ustalając kryteria przyznawania prawa do takiego benefitu, kierować się zasadą niedyskryminacji, która zabrania nieuzasadnionego różnicowania sytuacji pracowników w jakikolwiek, bezpośredni lub pośredni sposób – w tym udzielania benefitu w postaci dodatkowego urlopu wyłącznie w oparciu o nieuzasadnione, subiektywne kryteria.

Widać więc, że brak sztywnej regulacji polskich przepisów w tym zakresie nie oznacza, że w warunkach polskiego prawa pracy, urlop sabbatical nie jest możliwy. Jego hybrydowa forma pozwala na daleko idące i elastyczne uzgodnienie zarówno jego dokładnej długości, odpłatności jak i warunków odbywania (w tym poprzez zawarcie umowy lojalnościowej) z poszczególnymi pracownikami.

Komisja Europejska dała zielone światło dla Programu Kolejowego CPK

Komisja Europejska przyznała wsparcie dla współpracy z Francją w przygotowaniach do planowania, projektowania i budowy Kolei Dużych Prędkości. Koleje Francuskie SNCF będą doradzać m.in. w sprawie standardów technicznych dla budowy KDP w Polsce.

Unia Europejska wesprze Polskę w ramach Programu Wspierania Reform Strukturalnych. Umowa zostanie zawarta na półtora roku, a wartość dofinansowania ze strony Brukseli wyniesie od 2,1 do 3 mln zł. Wynagrodzenie za usługę konsultacyjną na rzecz naszego kraju Koleje Francuskie SNCF otrzymają od Komisji Europejskiej.

– Projekt CPK i Ministerstwa Infrastruktury dotyczy wymiany know-how i wspierania zdolności instytucjonalnej do budowy KDP w Polsce. Nasza współpraca będzie obejmowała konsultacje, w ramach których SNCF przedstawi m.in. rozwiązania i regulacje dotyczące KDP, uwzględniające specyfikę rynku polskiego – mówi wiceminister infrastruktury, pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała.

Bezpośrednim beneficjentem tej współpracy zostanie spółka CPK, ale pośrednio skorzystają też PKP Intercity, PKP Polskie Linie Kolejowe, Instytut Kolejnictwa, Urząd Transportu Kolejowego i Ministerstwo Infrastruktury.

– Współpraca z partnerem zagranicznym jest wskazana, ponieważ dotychczas w Polsce nie budowano KDP. Francja to ojczyzna TGV, czyli najszybszych kolei w Europie. Dla spółki CPK ma to znaczenie pierwszorzędne – podkreśla Piotr Malepszak, członek zarządu CPK ds. części kolejowej inwestycji. – Zależy nam na tym, żeby doprowadzić do uruchomienia systemu KDP we współpracy z najlepszymi w Europie – dodaje.

Unijne dofinansowanie pozwoli na wymianę doświadczeń między krajami i wsparcie Polski w zakresie standardów technicznych i organizacyjnych stosowanych przy projektowaniu i budowie KDP. Umożliwi to np. przygotowanie przyszłych przetargów kolejowych uwzględniających tę technologię.

Komisja Europejska dofinansuje konsultacje w sprawie KDP, ponieważ Program Kolejowy CPK wpisuje się w europejskie strategie ekologiczne, takie jak Europejski Zielony Ład (The European Green Deal) oraz założenia europejskiej polityki transportowej, np. promowanie transportu niskoemisyjnego i optymalizację zużycia energii, a także inne unijne inicjatywy KDP, jak np. linia V4 Warszawa-Budapeszt.

– Zakładamy, że współpraca polsko-francuska pod parasolem Brukseli będzie miała charakter „win-win”, czyli że korzyści będą obustronne. Ponadto za sprawą otwarcia się Polski na francuskie doradztwo, polskie firmy kolejowe zostaną włączone w łańcuch dostaw na rzecz projektu i uzyskają łatwiejszy dostęp do wspólnego rynku – podsumowuje wiceminister Marcin Horała.

Z Polski wybrano w konkursie 9 wniosków na 27 (z puli 609 złożonych przez wszystkie kraje UE). Nasz kraj otrzymał wstępne dofinansowania o łącznej wartości ponad 17 mln zł. Oprócz wniosku CPK i Ministerstwa Infrastruktury dofinansowanie z KE otrzymały również projekty z ministerstw m.in. Rozwoju, Finansów, Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

W skład programu budowy CPK wchodzą inwestycje w nowe lotnisko przesiadkowe dla Polski i Europy Środkowo-Wschodniej oraz sieć 1600 km nowych linii kolejowych (w tym odcinków o standardzie KDP), mających połączyć Warszawę i CPK z większością największych miast Polski w czasie nie dłuższym niż 2-2,5 godz. Podróż pociągiem ze stolicy do nowego Portu Lotniczego Solidarność zajmie 15 minut.

Każda z 10 szprych prowadzących do CPK składać się będzie z nowych odcinków torów i wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Za budowę tych pierwszych będzie odpowiadać spółka CPK, a modernizację drugich – PKP Polskie Linie Kolejowe.

Jesienią został rozstrzygnięty pierwszy duży przetarg kolejowy na inwentaryzacje przyrodnicze dla nowych linii kolejowych prowadzących do lotniska. Szacowana wartość zamówienia to ponad 26 mln zł. Inwentaryzacje są niezbędne na etapie pozyskiwania decyzji środowiskowych, które poprzedzają uzyskanie decyzji lokalizacyjnej i pozwolenia na budowę. Pierwsze umowy na inwentaryzacje spółka będzie zlecać w pierwszej połowie roku.

Ugody w sporach z sektorem publicznym – konieczna zmiana mentalności.

Eksperci zgodnie twierdzą, że pozasądowe rozwiązywanie sporów pomiędzy sektorem publicznym i prywatnym jest możliwe, a prawo temu sprzyja. Ważna jest zmiana nastawienia, nawyków i pozbycie się lęku.

Jak wynika z danych Prokuratorii Generalnej RP, wartość roszczeń w sporach zakończonych ugodą w 2018 r. wyniosła 1,2 mld złotych, a w 2019 r. już 1,5 mld. Spośród spraw zamkniętych w roku 2019 zawarto 84 ugody podczas, gdy rok wcześniej jedynie 22. To znaczący przyrost, a do tego dochodzą jeszcze inne sprawy w tym sektorze, w których ugodę zawierały inne jednostki z sektora finansów publicznych. Liczy się też czas, bo sprawa w sądzie trwa często przez wiele lat. Nic dziwnego zatem, że zarówno sektor publiczny, jak i prywatny szukają optymalnych rozwiązań efektywnego rozwiązywania sporów.

– Rocznie trafia do nas ok. 3 tys. spraw o łącznej wartości roszczeń w wysokości ok. 15 mld zł i niemal 90 proc. z nich wygrywamy przed sądami. Kluczową kwestią jest ocena zasadności roszczenia. Bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej prowadzące do przegrania procesu i wydatkowania większych kwot niż proponowane może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności. Ponadto od sierpnia 2019 r. Sąd Polubowny przy Prokuratorii może prowadzić mediacje w sprawach, w których jedną ze stron jest Skarb Państwa, jednostka samorządu terytorialnego, państwowa osoba prawna lub inny podmiot z elementem publicznym – mówi Mariusz Haładyj, Prezes Prokuratorii Generalnej.

Eksperci zarówno z sektora prywatnego, jak i publicznego twierdzą, że nadal jednak nie ma spektakularnych wyników w kwestii pozasądowego rozwiązywania sporów publiczno-prywatnych. Większość spraw trafia na długie lata do sądu, ze szkodą dla gospodarki. Przedsiębiorcy widzą dużą korzyść w mediacji i zawieraniu ugód, mimo, że proces nie jest łatwy i nie wszystkie sprawy się do tego nadają. Napotykają jednak bariery – szczególnie wśród urzędników – nadal pokutuje bowiem ich przekonanie, że bezpieczniej iść do sądu.

Jakie bariery napotykają strony?

Firmy z sektora publicznego korzystają z mediacji, ale nadal boją się odpowiedzialności i tego, czy postępują zgodnie z prawem. Brak śmiałości, pewności i przeświadczenia, że ugoda jest czymś dobrym sprawiają, że statystki nie są imponujące.

– Moim zdaniem największą barierą dla polubownego zakończenia sporów jest brak umiejętnego zastosowania istniejących rozwiązań prawnych, ale przede wszystkim mentalność przedstawicieli strony publicznej. Obawy przed odpowiedzialnością prawną, intensyfikacją kontroli organów czy służb państwowych powodują, iż wielu publicznych zamawiających w ogóle nie przystępuje do mediacji, a jeśli nawet dochodzi do rozmów ugodowych, to następuje to dopiero w przypadku, gdy pozycja procesowa strony pozwanej jest już przegrana. Istotnym jest uświadomienie, że nie zawarcie ugody w sytuacji, gdy zachodzą przesłanki do jej zawarcia, jest naruszeniem przepisów w zakresie dyscypliny finansów publicznych. Rynek wykonawców oczekuje dalszego upowszechnienia stosowania koncyliacyjnych form rozwiązywania sporów, szczególnie w perspektywie wejścia w życie od 2021 r. nowej ustawy PZP – tłumaczy Kamil Furman, Dyrektor Działu Prawnego, Eurovia.

Jak to jest w samorządach?

Miasto Łódź wprowadziło szereg innowacyjnych rozwiązań w sądach, aby zachęcić do stosowania mediacji, jak na przykład stałe dyżury mediatorów. W innych miastach bywa różnie. Urzędnicy instytucji samorządowych często obawiają się podejmowania decyzji o ugodzie z uwagi na ich odpowiedzialność za środki publiczne, którymi dysponują w ramach danej sprawy.

Dokonując analizy czy rozwiązanie polubowne jest korzystne dla miasta, musimy brać pod uwagę nie tylko interes ekonomiczny, ale w przypadku miast równoważny jest interes społeczny, a gdzieś na końcu także interes polityczny – mówi Piotr Paradowski, Naczelnik wydziału współpracy z inwestorami Urzędu Miasta St. Warszawy.

Prawo sprzyja mediacji

Wprowadzone w 2016 oraz 2017 roku rozwiązania legislacyjne znacząco usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym. Zmiana ta zyskała szczególne znaczenie w obliczu stale rosnącej liczby celów publicznych delegowanych do sektora prywatnego w formie konkursów i przetargów, potencjalnie zwiększając tym samym ryzyko powstania sporów pomiędzy stronami.

Artykuł 54 a. Ustawy o finansach publicznych daje duże możliwości zawierania ugód. Eksperci uważają, że jest jednak ogólny i daje duże pole do interpretacji. Stanowi on spore wyzwanie dla kontrolerów, którzy muszą ocenić, czy art. 54 a. został prawidłowo zastosowany, czy opinia i procedury są kompletne i rzetelne, a potencjalna korzyść związana z zawarciem ugody przewyższa koszty związane z postępowaniem sądowym lub arbitrażowym.

– Jednostki, które mają taki instrument jak mediacja, powinny z niego korzystać, jeśli wszystkie przesłanki na to pozwalają. Wcześniej również istniała możliwość zawierania ugody, lecz teraz ramy działania są określone – powiedział Zbigniew Wrona, Radca Prezesa, Najwyższa Izba Kontroli.

Według ekspertów z sektora prywatnego, zamawiający – strona publiczna często nie jest do mediacji przygotowana, w dodatku często też rozważa ugodę dopiero w momencie, gdy zostaje pozwana. Mediacje nie zaczynają się zatem na etapie, w którym powinny, tj. poprzedzając eskalację problemu. Brak jest rozmów między stronami, zanim pójdą do sądu. Brak też protokołu z tych rozmów zawierającego informację o tym, dlaczego strony nie zawarły ugody. Eksperci postulują, że należałoby oceniać, czy pominięcie przez urzędników procedury wszczęcia mediacji, było uzasadnione, gospodarne i rzetelne.

Mimo wygrywania większości procesów sądowych, Prokuratoria jest ogromnym orędownikiem pozasądowych rozwiązań.

– Dla Prokuratorii Generalnej ugoda jest jednym z równorzędnych wariantów rozwiązania sporu. Coroczny wzrost liczby zawieranych ugód wskazuje na to, że instytucje publiczne coraz częściej podchodzą do badania swoich interesów przez pryzmat możliwych do osiągnięcia korzyści – w 2019 r., przy udziale Prokuratorii, zawarto ugody w sprawach, w których łączna wartość roszczeń wynosiła 1,5 mld zł. Jednocześnie pozostajemy wymagającym przeciwnikiem procesowym i ugodę doradzamy wyłącznie tam, gdzie mamy głębokie przekonanie, że jej skutki będą korzystniejsze niż potencjalny wyrok sądu – podsumowuje Haładyj.

Dialog stron i wspólne wnioski

14 stycznia br. w siedzibie Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej odbyła się konferencja „Mediacje gospodarcze z sektorem publicznym” zorganizowana przez Międzynarodowe Centrum Mediacji, objęta patronatem Prezesa Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej.

– Takie spotkania jak dzisiejsza debata pokazują jak ważny jest dialog pomiędzy stroną publiczną i prywatną. Rozmowa i wsłuchanie się w argumenty drugiej strony, pomagają zrozumieć, z jakimi wyzwaniami musi się ona zmierzyć. Jeśli niestety dojdzie do konfliktu, dialog na wczesnym etapie sporu, który uwzględni zaangażowanie osób decyzyjnych, zdecydowanie zracjonalizuje oczekiwania stron, dzięki czemu zawarcie ugody będzie bardziej prawdopodobne. Wzajemne zrozumienie niewątpliwie zwiększa szansę na polubowne rozwiązanie każdego sporu – podkreśla Joanna Jaroch-Pszeniczna, Przewodnicząca Rady MCM, Wicedyrektor Francusko-Polskiej Izby Gospodarczej.

W dyskusji wzięli udział:

  • Mariusz Haładyj, Prezes, Prokuratoria Generalna
  • Kamila Strzelczak, Dyrektor ds. Kontroli i Wsparcia Operacyjnego, SAFEGE Oddział w Polsce (SUEZ)
  • Agnieszka Wickel, GDDKiA, Dyrektor, Departament Prawny i Zamówień Publicznych.
  • Kamil Furman, Dyrektor Działu Prawnego, Eurovia
  • Piotr Paradowski, Naczelnik Wydziału współpracy z inwestorami Urzędu Miasta ast. Warszawy
  • Hubert Nowak, Prezes Urząd Zamówień Publicznych
  • Robert Proczko, Dyrektor Biura Eksperckiego, Warbud
  • Zbigniew Wrona, Radca Prezesa, Najwyższa Izba Kontroli
  • Tomasz Latawiec, Prezes, SIDIR
  • Małgorzata Gołyńska-Minkiewicz, Departament PPP, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej

Moderatorami dyskusji byli dr Ewelina Stobiecka, koordynator i mediator Międzynarodowego Centrum Mediacji, partner zarządzający w Taylor Wessing oraz Jakub Świtluk, mediator Międzynarodowego Centrum Mediacji.

Mediacje w sporach pomiędzy sektorem prywatnym i publicznym są niezwykle ważne.
O wykorzystaniu zaś mediacji w tych sporach powinny decydować względy nie tylko ekonomiczne (choć te są na pewno rozstrzygające w podejmowaniu przez obie strony decyzji o mediacji) ale i względy społeczne, czy nawet szerzej wszelkie aspekty związane z budowaniem dialogu i współpracy pomiędzy przedsiębiorcami, a tym samym obywatelami a sektorem publicznym
– podsumowuje Ewelina Stobiecka.

Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli

16 stycznia w Stalowej Woli odbyła się wystawa „Od Centralnego Okręgu Przemysłowego do Gospodarki 4.0” z udziałem prezydenta RP Andrzeja Dudy. Wydarzeniu towarzyszyła prezentacja blisko 70 wystawców Polskiej Wystawy Gospodarczej, których produkty wyróżniają się innowacyjnością, nowoczesnymi rozwiązaniami i nawiązują do tradycji polskich producentów. Swoją ofertę pokazała m.in. firma LiuGong Dressta Machinery, która podczas wydarzenia została oficjalnie mianowana członkiem Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa.

Podczas wydarzenia Prezydent RP Andrzej Duda odwiedził stoisko LiuGong Dressta Machinery – największego chińskiego inwestora w Polsce. Podczas targów firma zaprezentowała trzy maszyny: spycharkę DRESSTA TD-25, ładowarkę kołową LiuGong 835H oraz koparkę gąsienicową LiuGong 925E.

Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli (2) Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli (3) Prezydent Andrzej Duda o chińskiej inwestycji w Stalowej Woli (4)LiuGong Machinery, największy producent ładowarek na świecie, działa w Polsce już od 20 lat, a w roku 2012 oficjalnie nabył cywilną część Huty Stalowa Wola. Na Podkarpaciu rozwija globalną sieć sprzedaży maszyn budowlanych, a sprzęt poprzez dystrybutorów sprzedaje w 148 krajach na całym świecie.

Bardzo dobrze widać tu w Stalowej Woli i na Podkarpaciu, jak wielkiego skoku to miasto, ten region dokonały na przestrzeni ostatnich lat. Jak bardzo wiele nowoczesnych i innowacyjnych przedsiębiorstw się tu pojawiło, jak wiele nowoczesnej myśli technicznej powstaje tutaj każdego dnia. (…) Przestaliśmy być montownią, a staliśmy się państwem o nowoczesnej własnej gospodarce, w której powstają i wykorzystywane są nowe technologie, w której produkuje się skomplikowane urządzenia, maszyny, wszystko to, co dzisiaj tak ważne dla rozwoju silnego przemysłu. Jeśli mówimy o silnej Polsce, to to jest przede wszystkim państwo oparte na mocnej gospodarce. To musi być jej fundament. (…) My absolutnie nie mamy powodów do kompleksów wobec każdego innego nowoczesnego miejsca na świecie. Umiemy budować nowoczesną gospodarkę nie korzystając z cudzych pomysłów tylko realizując swoje idee – powiedział Andrzej Duda, Prezydent RP.

Na Podkarpaciu kontynuujemy nie tylko polską tradycję produkcji ciężkich maszyn, jak spycharki i ładowarki pod marką Dressta, ale również wprowadzamy krok po kroku nowoczesne koncepcje, rozwiązania i metody zarządzania. Nasz rozwój nie byłby tak dynamiczny, gdyby nie ponad 1000 lokalnych pracowników, dzięki którym czujemy się obywatelami Stalowej Woli. Tym bardziej jesteśmy szczęśliwi, że nasze starania docenił dziś osobiście Prezydent Andrzej Duda. Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości otrzymamy jeszcze więcej wsparcia od najwyższych władz Polski. Przy tak ambitnym polskim programie budowy infrastruktury możemy dostarczać jeszcze więcej maszyn budowlanych zaprojektowanych przez polskich inżynierów i wyprodukowanych w Polsce – powiedział Howard Dale, Prezes LiuGong Dressta Machinery.

W trakcie wizyty na stoisku LiuGong Dressta Machinery Prezydent Duda wspomniał o tym, że planuje w tym roku odwiedzić z wizytą gospodarczą Chiny.

Pan Prezydent mógł zobaczyć, jak Stalowa Wola się zmienia. Zakłady, które są tutaj z nami obecne wykorzystują szansę nowoczesnych technologii, wiedzę, zachwycają tym, co i jak produkują. Zmieniło się wiele, ale od 80 lat nie zmieniło się tylko jedno. Serce ludzi o stalowej woli. Ludzi, którzy są uczciwi, pracowici, którzy mają w sobie wielką wiarę, patriotyzm i to wszystko przekłada się na naszą siłę, również siłę gospodarczą – powiedział Lucjusz Nadbereżny, Prezydent Miasta Stalowej Woli.

Podczas wystawy Prezes LiuGong Dressta Machinery, Howard Dale otrzymał z rąk Jana Stylińskiego, prezesa Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa certyfikat przystąpienia firmy do PZPB. Związek to ogólnopolska organizacja zrzeszająca firmy z branży infrastruktury i budownictwa, które wspólnie reprezentują ponad 70 proc. potencjału rynku generalnego wykonawstwa inwestycji w Polsce. Członkostwo daje firmie możliwość bezpośredniego uczestniczenia w kształtowaniu i tworzeniu rozwiązań systemowych dotyczących sektora infrastruktury i budownictwa oraz zgłaszania postulatów i wniosków mających istotne znaczenie dla kreowania rzeczywistości gospodarczej Polski.

W 2017 roku, blisko rok po wizycie państwowej Prezydenta Chin Xi Jinpinga w Polsce, LiuGong Machinery przeniosło Europejską Główną Siedzibę z Amsterdamu do Warszawy. Razem z globalnym centrum dystrybucji części oraz centrum badawczo-rozwojowym w Stalowej Woli, LiuGong Dressta zatrudnia w Polsce obecnie około tysiąca pracowników, eksportując 80 procent produkcji do 52 krajów na całym świecie.

Naszych pracowników łączy wspólne zobowiązanie, by każdy produkt, który wyjedzie z fabryki, zachwycał klientów i godnie reprezentował marki LiuGong i Dressta. Za cel stawiamy sobie nieustanne doskonalenie jakości naszych produktów, tworzenie wymagającego i satysfakcjonującego miejsca pracy, a także podtrzymanie obywatelskiej postawy w naszej społeczności lokalnej. Wierzę, że dzięki takiej strategii zyskuje Stalowa Wola, nasi partnerzy biznesowi oraz klienci – dodał Howard Dale.

Zakład produkcji maszyn LiuGong Dressta Machinery w Polsce jest gotowy, by do 2023 roku dwukrotnie zwiększyć swoją wydajność dzięki nowym inwestycjom w produkcję, działalność badawczo-rozwojową i wprowadzenie nowych modeli kolejnej generacji sprzętu budowlanego na łączną kwotę 10 milionów euro. W fabryce w Stalowej Woli powstają spycharki i układarki rur Dressta, koparki i ładowacze kołowe LiuGong, a oddział ZZN dostarcza światowej klasy części do zespołów napędowych ogólnoświatowym producentom oryginalnego wyposażenia (OEM). Firma, razem z lokalnymi władzami, szkołami i instytucjami, prowadzi także działania społeczne, przyznając stypendia studentom i prowadząc program stażowy. LiuGong Dressta Machinery działa również jako pomost między narodem chińskim i polskim. Dzięki jej pomocy, województwo podkarpackie nawiązało stosunki partnerskie z Regionem Guangxi, gdzie firma ma swoją główną siedzibę w Chinach. Nawiązane zostały także bliskie stosunki między miastem Liuzhou i Stalową Wolą.

Podczas Polskiej Wystawy Gospodarczej wśród firm z całej Polski, tworzących rodzimy potencjał gospodarczy, znaleźli się wystawcy przemysłu ciężkiego, innowacyjnego, aż po branże lekkie, spożywcze, czy nawet start-upy. Na stalowowolskim i podkarpackim stoisku swoją ofertę pokazały także lokalne przedsiębiorstwa, przedstawiciele miejscowej kultury i sportu, a także podmioty zewnętrzne, które razem z samorządem tworzą siłę Stalowej Woli i całego województwa podkarpackiego. Była to okazja do pokazania efektów transformacji gospodarczej, która zaczynała się w Centralnym Okręgu Przemysłowym, w dzisiejszą gospodarkę miasta, regionu oraz całej Polski.

Polska Wystawa Gospodarcza to powrót do tradycji Powszechnych Wystaw Krajowych, które miały miejsce we Lwowie, w Krakowie, a ostatnia odbyła się w 1929 roku w Poznaniu. W ramach obchodów 100-lecia Niepodległości Prezydent Andrzej Duda postanowił wskrzesić tę ideę. Organizatorami wydarzenia „Od Centralnego Okręgu Przemysłowego do gospodarki 4.0” byli: Lucjusz Nadbereżny – Prezydent Miasta Stalowej Woli, Kancelaria Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Władysław Ortyl – marszałek województwa podkarpackiego oraz Agencja Rozwoju Przemysłu S.A.