2010-2019: dekada zmian na rynku pracy

Minione dziesięć lat zmieniło na stałe sposoby rekrutacji kadr, a także relacje między pracownikami i pracodawcami. W latach 2010-2019 rynek HR przeszedł rewolucję, której jednym z symboli jest dynamiczny rozwój rynku rekrutacji online. W ciągu 10 lat ponad dwukrotnie wzrosła liczba ogłoszeń zamieszczanych na Pracuj.pl, a o niewiele mniej – liczba użytkowników portalu. Zapraszamy na krótkie podsumowanie dekady.

Polski rynek pracy i gospodarka przeszły w latach 2010-2019 istotną transformację – czego dowodzą dane. Według GUS w grudniu 2010 stopa bezrobocia w Polsce wyniosła ponad 12%. W trzech następnych latach w tym okresie była ona nieco wyższa, ale już od 2014 roku systematycznie spadała. Pod koniec dekady, według analiz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, bezrobocie wynosiło zaledwie 5,2%. Rozwojowi rynku pracy sprzyjał także wysoki wzrost PKB – utrzymujący Polskę w tym czasie w czołówce europejskiego rankingu rosnących gospodarek, znacznie powyżej średniej dla Unii Europejskiej.

Dwukrotny wzrost w ciągu 10 lat

Ostatnia dekada to okres ważnych zmian w świecie pracy. Wśród nich są m.in. bezprecedensowy wzrost technologii wspierających HR, spadek bezrobocia, wzrost liczby stanowisk o dużej specjalizacji, a przede wszystkim stale rosnąca liczba ofert zatrudnienia. 2019 rok zakończył więc ważny okres bardzo intensywnych zmian w zakresie zarówno szukania pracy, jak i rekrutacji w Polsce. W ostatnich 12 miesiącach rynek wyraźnie się uspokoił. W obliczu wyzwań 2020 roku warto pamiętać, że to stabilizacja na bardzo wysokim poziomie, o którym 10 lat temu wielu ekspertów nawet nie marzyło
-– mówi Rafał Nachyna, Dyrektor Zarządzający Pracuj.pl.

Rosnącej roli rekrutacji online w Polsce dowodzą liczby dotyczące Pracuj.pl – zdecydowanego lidera dekady na tym rynku. W 2010 roku na serwisie zamieszczono 240 029 ogłoszeń, a miesięczna liczba jego realnych użytkowników oscylowała wokół 1,5 mln. Dziesięć lat później na portal zaglądało co miesiąc około 3 mln osób, a pracodawcy zamieścili aż 556 548 ofert zatrudnienia. Oznacza to, że w ciągu dekady liczba ogłoszeń publikowanych na Pracuj.pl urosła ponad dwukrotnie – aż o 132%. Średni roczny wzrost liczby ofert na portalu wyniósł tym samym kilkanaście procent. Ponadto już w 2017 roku Pracuj.pl przekroczył barierę pół miliona ogłoszeń zamieszczonych w ciągu 12 miesięcy.2010-2019 dekada zmian na rynku pracy 2

Nowe sposoby szukania pracy

Jak w ciągu ostatnich 10 lat zmienił się cyfrowy HR? W 2010 roku portale z ofertami pracy miały już stosunkowo silną pozycję w świecie rekrutacji. Ich znaczenie było jednak wyraźnie mniejsze, niż obecnie. Znacznie różniły się także doświadczenia użytkowników.

Trudno było wówczas mówić o zaawansowanej personalizacji ofert w dzisiejszym rozumieniu. Strony z ogłoszeniami o pracę były znacznie mniej responsywne i intuicyjne. Sporą zmianę widzimy także w obszarze urządzeń przenośnych. Kiedy w 2010 i 2011 roku wprowadzaliśmy aplikację mobilną Pracuj.pl dla urządzeń z systemami iOS i Android, byliśmy pionierami na polskim rynku. Użytkownicy dopiero się do nich przekonywali. Obecnie za pośrednictwem aplikacji Pracuj.pl wysyłanych jest co roku kilka milionów CV. Tylko między sierpniem 2017, a majem 2019 liczba CV przekazywanych w ten sposób wzrosła o 50% – mówi Rafał Nachyna.

Jak dowodzi Rafał Nachyna, ostatnie lata przyniosły szereg nowych rozwiązań wspierających rekrutację online. Przykładem są choćby chatboty – Pracuj.pl w 2019 roku ruszył z Radzimiłem, działającym na Messengerze i prowadzącym obecnie miesięcznie średnio 4500 rozmów z użytkownikami. Ponadto na rynku pojawia się coraz więcej interesujących rozwiązań z zakresu HRtech i EDUtech, wspierających zarządzanie kadrami, m.in. planowanie czasu pracy, prowadzenie projektów, szkolenia czy wykorzystanie potencjału pomysłów zespołu firmy. W Polsce inwestuje w nie uruchomiony także w 2019 roku fundusz Pracuj Ventures.

2020: co dalej?

Jak zauważają eksperci Pracuj.pl, w 2020 roku jeszcze ważniejsze, niż wcześniej będzie wykorzystanie technologii do celów HR, a także efektywność działów kadr. Rekruterzy i HR-owcy będą mierzyć się z rosnącymi wymaganiami ze strony kierownictwa w zakresie elastyczności działania, mierzenia efektów czy wykorzystywania różnorodnych narzędzi.

Zjawisko to napędzane jest m.in. przez coraz większą rywalizację między pracodawcami o najbardziej poszukiwanych ekspertów czy też prognozowane lekkie osłabienie koniunktury gospodarczej. Rekrutacja, podobnie jak i inne dziedziny biznesu, muszą wspierać jego wzrost efektywności w obliczu potencjalnych zmian.

Pamiętajmy jednak, że polski rynek pracy w ostatnich latach bardzo się rozpędził. To spory kapitał, który zebraliśmy na najbliższy czas. Nawet, jeśli dynamika rekrutacji nie będzie tak wysoka, jak ta obserwowana w minionych kilkunastu czy kilkudziesięciu miesiącach. W dobie sporej rotacji kadr nawet utrzymanie obecnego poziomu kadrowego wymaga intensywnej polityki rekrutacyjnej
-– podsumowuje Rafał Nachyna.

Czym jest pożyczka leasingowa i na co warto ją przeznaczyć?

Pożyczka leasingowa to produkt przeznaczony dla osób, które chcą sfinansować aktywa trwałe. Stanowi połączenie kredytu dla firm i tradycyjnego leasingu. Jak działa pożyczka leasingowa, kto może się o nią ubiegać i jakie niesie korzyści?

Co to jest pożyczka leasingowa?

Pożyczka leasingowa to alternatywa dla tradycyjnej pożyczki dostępnej np. w https://pankredyt.pl/. Jest połączeniem kredytu bankowego i leasingu. Udzielana jest przez leasingodawcę. Kluczowa do jej otrzymania jest pozytywna zdolność leasingowa. Co ważne, pożyczkobiorca sięgający po pożyczkę leasingową nie musi być płatnikiem. Aby mógł on uzyskać pożyczkę, musi wykazać pozytywną zdolność kredytową. Ponadto może, ale nie musi wnieść wkład własny. Wszystko zależy od oferty firmy, z której usług korzystamy. Okres kredytowania pożyczki leasingowej wynosi od 6 do 120 miesięcy. Zainteresowanie pożyczkami leasingowymi stale rośnie. W ciągu ostatniego roku wartość udzielonych pożyczek leasingowych wzrosła o 14 proc. Największymi leasingowcami udzielającymi pożyczek są Getin Leasing, PKO Leasing czy EFL.

Leasing a zdolność kredytowa

Aby ubiegać się o pożyczkę leasingową, należy spełniać warunki podobne do tych, które narzuca pożyczkobiorcom bank. Niezbędne jest posiadanie pozytywnej zdolności kredytowej, czyli możliwości terminowej spłaty zobowiązania. Bardzo ważne jest również to, aby nie mieć zaległości w spłacie rachunków, abonamentów czy innych zobowiązań finansowych. Pożyczka leasingowa może trafić wyłącznie w ręce osoby pełnoletniej, która wykaże dochód pozwalający na spłatę zadłużenia. Musimy pamiętać, że obowiązkiem osoby wnioskującej o ten rodzaj finansowania jest wskazanie jego celu. Pieniądze uzyskane z pożyczki leasingowej mogą zostać przeznaczone na zakup środka trwałego, wykorzystywanego na potrzeby prowadzonej działalności gospodarczej.

Dla kogo pożyczka leasingowa?

O pożyczkę leasingową mogą ubiegać się wszystkie firmy, które potrzebują kredytu na start albo rozwój swojej firmy. Pożyczką w leasingu powinni zainteresować się przede wszystkim:

  • rolnicy (bez względu na to, czy prowadzą działalność gospodarczą);
  • osoby ubiegające się o dotacje unijne dla swoich firm;
  • przedsiębiorstwa, które nie są płatnikami VAT;
  • firmy, które potrzebują finansowania środka trwałego;
  • osoby wykonujące wolne zawody;
  • przedstawiciele zawodów zwolnionych z podatku VAT.

Z pożyczki leasingowej możemy sfinansować aktywa trwałe. Nie możemy jednak zainwestować w bieżące wydatki. Cel pożyczki może być jednak różny w zależności od polityki firmy leasingowej. Istnieje możliwość sfinansowania z pożyczki:

  • samochodów osobowych i dostawczych;
  • pojazdów ciężarowych;
  • sprzętu rolniczego, medycznego czy IT;
  • nieruchomości.

Pożyczka leasingowa traktowana jest jako usługa, może więc być wpisana w koszt prowadzenia działalności gospodarczej. Nie musi być objęta podatkiem od towarów i usług.

Pożyczka leasingowa a leasing – różnice

Leasing stanowi zamiennik kredytu dla firm czy pożyczki na rozwój działalności. Polega na przekazaniu usługobiorcy prawa do użytkowaniu określonego towaru, w zamian za wniesienie comiesięcznej opłaty. W ten sposób spłacana jest wartość użytkowa sprzętu. Czas trwania leasingu określany jest w umowie usługi. Warto jednak pamiętać, że okresem, który jest opłacalny przy tym rodzaju transakcji, są dwa lata. Jeśli zamierzamy zrezygnować z umowy wcześniej, możemy ponieść straty finansowe. Zapobiec temu może jedynie przeniesienie umowy na inny podmiot. Może się to odbyć wyłącznie za zgodą leasingodawcy. Pożyczka leasingowa i leasing mogą być wykorzystane tylko do finansowania środków trwałych. Różnią się jednak okresem kredytowania. W przypadku tradycyjnego leasingu wynosi on 2-3 lata. Pożyczka leasingowa udzielana jest na dłuższy czas. Może on sięgać nawet 10 lat. Leasing nie ma żadnego wpływu na zdolność kredytową przedsiębiorstwa. Pożyczka leasingowa działa jak kredyt. Obniża znacząco zdolność kredytową. Jednak jeśli spłacimy ją w odpowiednim terminie, pozytywnie wpłynie na naszą historię płatności.

Ile kosztuje pożyczka leasingowa?

Koszt pożyczki leasingowej możemy porównać do kosztu kredytu na inwestycję. Kluczową rolę odgrywają tutaj odsetki, a także amortyzacja środka trwałego. Oba te elementy możemy wliczyć w koszt prowadzenia działalności. Co ważne, możemy również jeden raz odliczyć podatek VAT od transakcji. Musimy jednak wcześniej spełnić określone warunki. Jeśli zdecydujemy się na pożyczkę leasingową, która będzie wymagała wniesienia wkładu własnego, musimy liczyć się z tym, że wkład własny będzie wyższy, niż w przypadku zwykłego leasingu. Pozbędziemy się jednak kosztów wykupu sprzętu na własność. Istnieje możliwość zabezpieczenia pożyczki leasingowej poprzez:

  • weksel;
  • cesję z ubezpieczenia na rzecz firmy leasingowej;
  • zastaw rejestrowy na finansowanym środku trwałym.

Zdolność kredytowa klienta ubiegającego się o pożyczkę leasingową weryfikowana jest na podstawie deklaracji podatkowych, zabezpieczenia spłaty, a także innych dokumentów potwierdzających naszą płynność finansową.

Wady i zalety pożyczki leasingowej

Pożyczka leasingowa staje się coraz bardziej popularna. Doceniane są jej zalety, takie jak:

  • długi okres kredytowania – nawet 10 lat;
  • możliwość uzyskania dużego finansowania;
  • błyskawiczna weryfikacja klienta;
  • zerowy lub niski wkład własny;
  • posiadanie środka trwałego na własność;
  • możliwość wzięcia pożyczki w innej walucie;
  • różne rodzaje rat do wyboru;
  • rata pożyczki zwolniona z VAT.

Do wad pożyczki leasingowej zaliczymy:

  • możliwość finansowania wyłącznie aktywów trwałych;
  • brak możliwości finansowania bieżących wydatków;
  • brak możliwości zainwestowania otrzymanych pieniędzy;
  • pożyczka obniża zdolność kredytową.

Zanim zdecydujemy się na pożyczkę leasingową, warto poznać jej wady i zalety. Może się okazać, że na rynku finansowym istnieje inne rozwiązanie, które sprosta naszym oczekiwaniom i przyniesie więcej korzyści.

Trzeci poniedziałek stycznia jest uważany za najbardziej depresyjny dzień w roku. Według psychologów Blue Monday to szkodliwy mit

20 stycznia przypada Blue Monday, czyli najbardziej depresyjny dzień w roku, datowany zwykle na trzeci poniedziałek stycznia. Psychologowie walczą z tym powszechnym mitem. Wskazują, że w ten sposób sami wywołujemy negatywne myśli, a dodatkowo bagatelizujemy problemy ze zdrowiem psychicznym, sugerując, że stresu-nerwicy/”>depresja jest niewinnym, krótkotrwałym zaburzeniem nastroju. Sam twórca tego terminu zaangażował się w kampanię HASHstopbluemonday. Z drugiej strony psychologowie podkreślają, że w okresie zimowym, kiedy niesprzyjająca aura powoduje spadki nastroju i energii, warto jednak zadbać o swój komfort psychiczny i odpowiednią dawkę odpoczynku.

– Blue Monday, który przypada w trzeci poniedziałek stycznia, zyskuje ostatnio ogromną popularność, głównie dlatego, że jest to trend, o którym wiele się mówi. Jednak nie ma to nic wspólnego z nauką – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Karolina Oleksa-Marewska, psycholog o specjalności klinicznej i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Ten pseudonaukowy termin, który budzi wiele kontrowersji, stworzył w 2004 roku Cliff Arnall z Cardiff University. Brytyjski psycholog wyznaczył tę datę na podstawie wzoru matematycznego, który uwzględnia m.in. czynniki pogodowe, psychologiczne i ekonomiczne.

– Nachodzą się trzy czynniki: meteorologia, czyli brak światła i zimno, psychologia, czyli zaczynamy rozumieć, że nie spełnimy swoich postanowień noworocznych, nie uda nam się pewnych rzeczy dokończyć, a po trzecie, czynnik ekonomiczny, bo po świętach czasem brakuje nam zasobów. Uwzględniając te kwestie, Cliff Arnall stwierdził, że właśnie w trzeci poniedziałek stycznia wypada najbardziej depresyjny dzień w roku, i zaczął tę nazwę popularyzować – wskazuje dr Karolina Oleksa-Marewska.

Większość naukowców i psychologów uważa termin Blue Monday i wzór, zgodnie z którym powstał, za niedorzeczny i opierający się na zmiennych, nienaukowych podstawach. Co istotne, sam jego twórca po latach przyznał, że wyznaczył tę datę na zlecenie biura podróży Sky Travel, które poprosiło Arnalla o wskazanie najlepszego terminu na rezerwację letniej wycieczki. Z kolei w 2018 roku – znowu we współpracy z biurem podróży Virgin Holidays – Arnall zaczął kampanię HASHstopbluemonday, aby obalić własny mit.

– Blue Monday nie ma naukowej podstawy. Psychologowie twierdzą, że nie istnieje, ale z drugiej strony – zjawisko jest o tyle ciekawe, że wiele osób naprawdę twierdzi, że tego dnia odczuwa depresję. To działa jak samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli słyszymy, że ten dzień jest depresyjny, zaczynamy w to wierzyć i faktycznie czujemy się gorzej, nakręcamy się negatywnie, a spadek energii tłumaczymy sobie właśnie Blue Monday – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Jak podkreśla, spadki energii i obniżenie nastroju są w okresie zimowym naturalne, bo odpowiada za to niesprzyjająca aura: zimno, krótkie dni, brak światła słonecznego i niedobory witaminy D. Jednak równie duże znaczenie mają: odpowiednie podejście, aktywność, zadbanie o własny komfort psychiczny i odpowiednią dawkę odpoczynku.

– Jeżeli sami sobie wmawiamy, że jest nam smutno i źle, to trudno jest z tego stanu wyjść. Trzeba myśleć pozytywnie, przełamać się, wyjść na spacer, basen czy do kina. Aktywność automatycznie powoduje, że zaczynamy inaczej się czuć i myśleć – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska. – Bardzo lubię duńską filozofię hygge, w której chodzi o relaks, błogość, nicnierobienie. Duńczycy są uważani za bardzo szczęśliwy naród, ale oni robią proste rzeczy. Zapalają sobie świeczkę zapachową, odpoczywają pod ciepłym kocem, dają sobie przestrzeń na to, żeby się nie przesilać, nie zmuszać do aktywności, kiedy są zmęczeni – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Długotrwałe zmęczenie może bowiem prowadzić do poważniejszych problemów ze zdrowiem czy chociażby depresji.

– depresja jest terminem, którego dziś albo nadużywamy, albo go bagatelizujemy. Występuje, kiedy mamy spadek energii, obniżony nastrój, ale również spowolnienie psychoruchowe, mniejsze zainteresowanie przyjemnościami, które do tej pory nas cieszyły, problem ze snem, spadek masy ciała. Według klasyfikacji chorób ICD-10 ten stan musi się utrzymywać przynajmniej dwa tygodnie. Jeżeli czujemy, że coś takiego się z nami dzieje, nie powinniśmy tego bagatelizować. Wiele osób przeczekuje ten okres, myśląc, że to chwilowe. Tymczasem przeczekanie powoduje rozwój tego zaburzenia i wtedy potrzebujemy już poważniejszej pomocy. Dlatego warto zgłosić się do specjalisty – podkreśla dr Karolina Oleksa-Marewska.

depresja jest przez WHO określana mianem epidemii XXI wieku. Na całym świecie z jej powodu cierpi ok. 350 mln ludzi, z czego w Polsce – około 1,5 mln. Wiele osób może być niezdiagnozowanych, bo nie wszyscy widzą potrzebę wizyty u specjalisty. Zgodnie z prognozami WHO do 2030 roku depresja stanie się pierwszą, najczęściej występującą chorobą psychiczną.

– Skąd tak duże natężenie depresji? Czynników jest wiele – część osób ma problemy z neuroprzekaźnictwem, choruje na tarczycę albo ma inne problemy biologiczne, które powodują objawy depresji. Oczywiście jest cała grupa bodźców egzogennych, czyli bolesnych wydarzeń, które nas dotykają: kryzysy rozwojowe, utrata partnera, śmierć kogoś bliskiego. Wśród młodych osób zauważa się dosyć dużą presję ze strony środowiska, rodziców. Mówimy o kryzysach klimatycznych, problemach rynku pracy – nie ma się co dziwić, że żyjąc w takim środowisku i pod taką presją, częściej odczuwamy lęk, przeciążenie, a to może doprowadzić do depresji – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Ekspertka poznańskiej WSB podkreśla, że pozytywem jest coraz większa społeczna świadomość dotycząca depresji, co powoduje, że w efekcie coraz więcej osób potrafi rozpoznać jej pierwsze symptomy i zgłasza się po pomoc do specjalistów.

– Powstają kampanie społeczne i fora, które wspierają osoby z depresją. Zwłaszcza młodsze pokolenia są bardziej otwarte na pomoc psychologiczną – mówi dr Karolina Oleksa-Marewska.

Konsumenci czekają na uruchomienie dopłat do elektrycznych aut. Rozszerzenie ich na firmy mogłoby trzy razy mocniej rozpędzić rynek

Dopłaty do zakupu samochodów elektrycznych finansowane z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu mają stymulować rozwój elektromobilności w Polsce. W najbliższych miesiącach z rządowego wsparcia będą mogły skorzystać jedynie osoby fizyczne, które nie prowadzą działalności gospodarczej. Nabór wniosków, który zaplanowano na pierwszy kwartał 2020 roku, nie uwzględnia rynku flotowego. Wprawdzie rozporządzenie obejmujące przedsiębiorców już zostało przyjęte, ale warunki proponowanego wsparcia będą raczej zniechęcać firmy do korzystania z dopłat, a to właśnie one realizują 70 proc. zakupów nowych aut.

– Elektromobilność w naszym kraju rozwija się dość wolno – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Domański, prezes CarSmile, firmy oferującej samochody w abonamencie. – Rynek upatruje dużych szans w dotacjach rządowych, jednak będą one dotyczyły jedynie konsumentów, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej, co jest dość dużą dyskryminacją przedsiębiorców. W szczególności że 70 proc. zakupów nowych samochodów w Polsce realizują klienci firmowi. Wydaje mi się, że gdyby równolegle funkcjonował taki sam program skierowany również do przedsiębiorców, elektromobilność mogłaby się rozwijać przynajmniej trzy razy szybciej.

Kilka dni temu weszło wprawdzie w życie rozporządzenie ministra aktywów państwowych regulujące zasady udzielania wsparcia z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu przedsiębiorcom, ale uniemożliwiono w nim finansowanie elektryków leasingiem, który jest podstawowym sposobem zakupu aut przez przedsiębiorców. W praktyce może to więc oznaczać, że nie będą oni po prostu zainteresowani korzystaniem z pomocy państwa.

Rozporządzenie ministra energii w sprawie dopłat do samochodów elektrycznych dla konsumentów weszło z kolei w życie jako pierwsze – pod koniec listopada 2019 roku. Od tego momentu osoby zainteresowane uzyskaniem dopłat czekają na ogłoszenie pierwszego naboru wniosków. Zgodnie z zapowiedziami rządu ma to nastąpić w pierwszym kwartale 2020 roku. Dopiero po ogłoszeniu naboru będzie można podpisać umowę zakupu auta. Zgodnie z rozporządzeniem dofinansowanie wynosi 30 proc. ceny zakupu elektryka, jednak nie więcej niż 37,5 tys. zł, a cena samochodu nie może przekroczyć 125 tys. zł. Opóźnienie w ogłoszeniu naboru wynika z konieczności nowelizacji ustaw podatkowych, aby dotacje do zakupu aut elektrycznych były zwolnione z podatku dochodowego.

Gdyby przyjąć, że fundusz zrezygnowałby z jakiejkolwiek innej swojej aktywności i przeznaczyłby całą posiadaną kwotę 310,92 mln zł (według planu finansowego) na dofinansowanie elektryków, mógłby wesprzeć w 2020 roku zakup około 8291 elektryków. Taką liczbę otrzymamy, dzieląc kwotę do dyspozycji funduszu przez maksymalną wartość dotacji, tj. 37,5 tys. zł.

– Osiem tysięcy aut to tyle samochodów, ile sprzedaje największa marka w Polsce w ciągu jednego miesiąca – uściśla Łukasz Domański.

To oznaczałoby podwojenie liczby aut elektrycznych na polskich drogach. Flota takich samochodów aut według licznika elektromobilności PSPA i PZPM to 8637, z czego tylko 59 proc. to pojazdy w pełni elektryczne, a pozostała część to hybrydy typu plug-in (dane na koniec grudnia 2019 roku). Jak przypomina Carsmile w dokumencie „Krajowe ramy polityki rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych”, opublikowanym przez Ministerstwo Energii w 2017 roku, założono, że w 2020 roku w Polsce zostanie zarejestrowanych 44,6 tys. aut elektrycznych, a ich łączna liczba na polskich drogach zbliży się do 77 tys. W 2025 roku miał być osiągnięty cel miliona aut elektrycznych w Polsce, choć z tej projekcji rząd już dawno się wycofał. Gdyby elektryków miało przybywać w tempie ok. 8 tysięcy rocznie, osiągnięcie jednego miliona zajęłoby 125 lat.

– Samochody elektryczne są relatywnie drogie, natomiast zapowiadane dopłaty mogą sprawić, że ich ceny staną się atrakcyjniejsze – podkreśla Łukasz Domański. – Z drugiej strony wydaje mi się, że wyzwaniem będą ułatwienia dla osób korzystających z aut elektrycznych i rozwój infrastruktury.

Jak podkreśla, obecna liczba punktów ładowania w całym kraju to zbyt mało, żeby planować dynamiczny rozwój elektromobilności. Z danych PSPA i PZPM wynika, że na koniec grudnia było ich nieco ponad tysiąc.

– Przy ok. 8 tys. stacji benzynowych widać, że jest potrzeba rozwoju infrastruktury dla elektryków. Dodatkowo zdecydowanie częściej musimy doładować samochód elektryczny, niż zatankować auto z silnikiem benzynowym czy diesla. Sposobem na to, aby samochody elektryczne pojawiały się częściej na drogach, jest przede wszystkim dostęp do infrastruktury i mam tutaj na myśli kwestie związane z możliwością ich doładowania w mieście, ale przede wszystkim, by można to zrobić w miejscu, w którym mieszkamy – podkreśla prezes Carsmile.

Zdaniem Łukasza Domańskiego samochód elektryczny jest dobrym rozwiązaniem i może się sprawdzić w przypadku osób bardziej zamożnych i mieszkających w domu, który może być wyposażony w punkt do jego ładowania.

Dla mieszkańców bloku, którym zarządza wspólnota, z zainstalowaniem ładowarki na użytek właścicieli aut elektrycznych wciąż wiążą się dość duże trudności – zauważa ekspert.

Jak wynika z listopadowej analizy Carsmile, przeprowadzonej na modelu Peugeot 208 w różnych wersjach, różnica w cenie zakupu auta elektrycznego w zestawieniu z benzynowym (porównując koszty użytkowania) zwróci się po 11 latach, a w przypadku diesla – po niemal 10 latach.

Inwestowanie społecznościowe zdobywa w Polsce rosnącą popularność. Warszawska giełda widzi w nim potencjał

Crowdinvesting – odmiana crowdfundingu – to forma inwestowania społecznościowego, w której w zamian za wsparcie inwestor otrzymuje określone prawa majątkowe czy własnościowe spółki. Jest szczególnie atrakcyjnym sposobem na pozyskiwanie kapitału dla małych spółek i start-upów. W Polsce zdobywa coraz większą popularność, choć wciąż daleko nam do rozwiniętych rynków, takich jak Wielka Brytania czy Skandynawia. Potencjał w crowdinvestingu dostrzega jednak warszawska giełda, która chce rozwijać ten rynek i uruchomiła dedykowany mu program.

Crowdfunding jest fenomenem, który dobrze rozwija się także w Polsce. W zeszłym roku mieliśmy około 50 kampanii crowdfundingowych, a więc proporcjonalnie do PKB wciąż jest ich mniej niż np. w Wielkiej Brytanii czy Skandynawii, ale plasujemy się już niedaleko krajów południa Europy. Mieścimy się w europejskiej średniej – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Dietl, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe, to coraz popularniejsza forma pozyskiwania kapitału, z której chętnie korzystają zwłaszcza małe spółki, start-upy i rozwijające się projekty. Jak podaje branżowy Comparic.pl, ubiegły rok był dla polskiego crowdfundingu rekordowy, tylko w jego pierwszej połowie 20 największych projektów zgromadziło prawie 40 mln zł. Jedną z największych była przeprowadzona w lutym ub.r. akcja społecznościowego finansowania Wisły Kraków. Na platformie Beesfund klub, który borykał się z poważnymi problemami finansowymi, zaoferował 40 tys. akcji po 100 zł. Wszystkie zostały sprzedane w ciągu zaledwie 24 godzin, a sprzedaż akcji pozwoliła Wiśle uniknąć bankructwa i usunięcia z polskiej Ekstraklasy. W efekcie crowdfundingowej akcji około 9 tys. kibiców-inwestorów przejęło ok. 5 proc. akcji klubu, który w dobę pozyskał 4 mln zł.

W Polsce w takich kampaniach, gdzie na platformie crowdfundingowej można wygodnie zapisać się na akcje spółki, przeważnie zbierany jest milion złotych. Zwykle inwestujemy w te przedsiębiorstwa czy produkty, które wydają nam się ciekawe. W Skandynawii dużo środków po bardzo atrakcyjnej wycenie pozyskała firma, która zaprojektowała plecak odporny na kradzieże ze strony kieszonkowców. To okazało się dużym sukcesem, bo ludzie chcieli się zaangażować. W Polsce też pojawia się coraz więcej ofert, które mają właśnie taki podtekst emocjonalny – mówi dr Marek Dietl. – GPW z partnerami crowdfundingowymi, czyli biurami maklerskimi, które mogą w pełni legalnie przeprowadzać profesjonalnie tego typu kampanie, koncentruje się na crowdinvestingu. Ten zakłada, że inwestujemy w spółkę po to, żeby na niej zarobić. Oczywiście dobrze jest, jeśli produkt nas przekonuje, ale przede wszystkim patrzymy na parametry ekonomiczne.

W przypadku crowdfundingu, np. akcji charytatywnych czy projektów artystycznych, inwestor w zamian za wsparcie finansowe w postaci jednorazowej darowizny dostaje potwierdzenie wpłaty bądź inne świadczenia niefinansowe. Natomiast w przypadku crowdfundingu inwestycyjnego (crowdinvestingu) otrzymuje określone prawa majątkowe czy własnościowe (akcje, udział w zyskach etc.).

– To pewien fenomen w świecie inwestycyjnym, szczególnie na rynkach rozwiniętych, jak Wielka Brytania czy Skandynawia, gdzie świętowane są tysięczne transakcje. W skrócie jest to sposób na uczestnictwo w debiucie spółki czy w pozyskiwaniu przez spółkę kapitału w sposób zderegulowany. To rozwiązanie szczególnie atrakcyjne dla małych firm, które pozyskują relatywnie mniejsze pieniądze – w Polsce ten limit wynosi 1 mln euro, w Unii Europejskiej maksimum do 8 mln euro – mówi dr Marek Dietl.

Crowdinvesting jest skierowany do inwestorów indywidualnych, a emisje do 1 mln euro mogą odbywać się na zasadach uproszczonych. Jego zaletą jest zwiększenie dostępu do finansowania dla MŚP, a eksperci prognozują, że w związku z ograniczeniami dla małych ofert obligacji i rosnącym popytem na finansowanie pozabankowe ten segment będzie się rozwijał. Potencjał dostrzegła w nim też warszawska giełda.

Dla GPW jest to o tyle ważny kierunek, że przyciąga nowy typ inwestorów, którzy do tej pory uważali, że inwestowanie na giełdzie jest zbyt skomplikowane, bądź nie znajdowali spółek dostatecznie dla nich ciekawych – mówi dr Marek Dietl. – To jest nowy segment spółek i docelowo część z nich odniesie spektakularny sukces i zadebiutuje na Głównym Rynku GPW.

W październiku GPW uruchomiła specjalny program dedykowany rozwojowi crowdfundingu i crowdinvestingu. Jest on przeznaczony dla domów maklerskich, które oferują usługi w zakresie finansowania i inwestowania społecznościowego. Jako pierwszy przystąpił do niego Dom Maklerski INC, który prowadzi platformę crowdinvestingu CrowdConnect.pl.

Wierzymy, że, po pierwsze, ten rynek zostanie „ucywilizowany” dzięki temu, że zaangażowaliśmy się w niego instytucjonalnie, po drugie, że coraz więcej spółek będzie chciało skorzystać z tej metody pozyskiwania środków i zaadresowania swojej oferty do zdywersyfikowanej bazy akcjonariuszy – mówi dr Marek Dietl.

Pełną ścieżkę w ramach Programu Crowdfundingowego GPW przeszła już spółka Plantwear – producent lifestyle’owych akcesoriów drewnianych. W ubiegłym roku w kampanii crowdinvestingowej na CrowdConnect.pl i prywatnej emisji akcji spółka pozyskała łącznie 1 mln zł, a na początku stycznia tego roku zadebiutowała na rynku NewConnect.

Według szacunków platformy Crowdway rynek crowdfundingu w Polsce wart jest ponad 500 mln zł (to wyliczenie dotyczy wszystkich form). Crowdfunding dłużny i udziałowy stanowią wciąż niewielki udział w tej kwocie, choć liczba kampanii equity crowdfundingowych dynamicznie rośnie.

Spory między Skarbem Państwa a inwestorami coraz częściej kończą się ugodą. W zdecydowanej większości wygrywa jednak państwo

0

Spory publiczno-prywatne najczęściej pojawiają się przy okazji inwestycji infrastrukturalnych i są efektem opóźnień w realizacji kontraktu albo nieprecyzyjnej umowy. Co roku jest ich ok. 3 tys., a w 90 proc. przypadków kończą się sądową wygraną Skarbu Państwa. Rośnie jednak liczba sporów rozwiązywanych w drodze ugody – w ubiegłym roku było ich 84, o łącznej wartości roszczeń sięgającej 1,5 mld zł. Zarówno urzędnicy, jak i przedsiębiorcy coraz częściej widzą korzyść w mediacjach i zawieraniu ugód – zwłaszcza że prawo temu sprzyja, a jeszcze większe możliwości w tym zakresie stworzy od 2021 roku nowe Prawo zamówień publicznych. Barierą pozostaje jednak wciąż pokutujące, zwłaszcza wśród urzędników, przekonanie, że bezpieczniej iść do sądu.

 Spory na linii wykonawca prywatny – inwestor publiczny są w zasadzie immanentną cechą procesów inwestycyjnych. Najwięcej tego typu sporów powstaje na gruncie inwestycji infrastrukturalnych. Nie mówimy tylko o drogach i GDDKiA, ale szerzej, również o budowie budynków użyteczności publicznej – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Haładyj, prezes Prokuratorii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej.

Rokrocznie do Prokuratorii Generalnej RP, która reprezentuje Skarb Państwa przed sądami powszechnymi i polubownymi, trafia około 3 tys. spraw o łącznej wartości roszczeń sięgającej ok. 15 mld zł.

– Najczęstszą przyczyną takich sporów są opóźnienia. Wtedy inwestor zazwyczaj żąda zapłacenia kar umownych, a wykonawca nie zgadza się z ich zasadnością i wysokością, wówczas dochodzi do sporu. Oceniamy stopień zawinienia i skutki, jakie te opóźnienia spowodowały – mówi Mariusz Haładyj. – Inną przyczyną bywa brak precyzji postanowień umownych. Dlatego często zwracamy uwagę na to, żeby na etapie konstruowania umów poświęcić temu jak najwięcej czasu. Im lepiej przygotujemy umowę, im ona będzie bardziej precyzyjna, tym mniejsze ryzyko późniejszych sporów na gruncie interpretacji postanowień umownych.

Niemal 90 proc. sporów kończy się ostatecznie wygraną państwa przed sądem.

 W ostatnich latach liczba sporów utrzymuje się na podobnym poziomie. Natomiast częściej dochodzi do rozwiązania sytuacji spornych w sposób polubowny. Strona publiczna i prywatna częściej podpisują ugodę – potwierdza Mariusz Haładyj.

Według danych Prokuratorii Generalnej, w 2018 roku wartość roszczeń w sporach zakończonych ugodą wyniosła 1,2 mld zł, a rok później – niemal 1,5 mld zł. Spośród spraw zamkniętych w 2019 roku zawarto 84 ugody, podczas gdy rok wcześniej jedynie 22. To znaczący przyrost, a do tego dochodzą jeszcze inne sprawy w tym sektorze, w których ugodę zawierały inne jednostki z sektora finansów publicznych.

Statystyki dotyczące pozasądowego rozstrzygania sporów publiczno-prywatnych wciąż jednak nie są imponujące – większość spraw trafia na długie lata do sądu, ze szkodą dla gospodarki. Zarówno urzędnicy, jak i przedsiębiorcy coraz częściej widzą jednak korzyść w mediacjach i zawieraniu ugód, mimo że proces ten nie jest łatwy i nie wszystkie sprawy się do tego nadają.

– Zaletą mediacji jest obniżenie kosztów postępowania i skrócenie jego czasu. Tam, gdzie nie opłaca się prowadzić długoletnich sporów, które mogą być przegrane, należałoby z tej formy korzystać, jeżeli w opinii prawników prawdopodobieństwo zakończenia sporu z niższymi kosztami jest większe na drodze mediacji – mówi Zbigniew Wrona, radca prezesa Najwyższej Izby Kontroli.

Jedną z barier dla mediacji i zawierania ugód jest pokutujące, szczególnie wśród urzędników, przekonanie, że bezpieczniej iść do sądu. Firmy z sektora publicznego korzystają z mediacji, ale nadal boją się odpowiedzialności i tego, czy postępują zgodnie z prawem. Tymczasem bezzasadne odrzucenie racjonalnej propozycji ugodowej, które prowadzi do przegrania procesu i wydatkowania większych kwot, może wręcz budzić wątpliwości w zakresie gospodarności.

Eksperci zwracają też uwagę, że barierą dla polubownego zakończenia sporów jest też brak umiejętnego zastosowania istniejących rozwiązań prawnych. Wprowadzone w 2016 i 2017 roku rozwiązania legislacyjne znacząco usprawniły prowadzenie mediacji pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym, a artykuł 54 a ustawy o finansach publicznych stwarza duże możliwości zawierania ugód w sporach publiczno-prywatnych. Jeszcze większe zapewni nowe Prawo zamówień publicznych, które ma wejść w życie w 2021 roku.

Oferuje ono paletę rozwiązań, które zmniejszają ryzyko zaistnienia konfliktów i sytuacji spornych, natomiast w sytuacji, kiedy one powstają, stwarza mechanizmy do tego, żeby spróbować rozwiązać je w sposób koncyliacyjny. To np. obowiązek współpracy zamawiającego i wykonawcy przy realizacji umowy. To również określone rozwiązania przewidziane w umowach, a więc płatności częściowe, zaliczkowanie, określone formuły związane z akceptowaniem bądź brakiem akceptacji podwykonawców – wymienia Hubert Nowak, prezes Urzędu Zamówień Publicznych.

Eksperci zgodnie twierdzą, że już w tej chwili prawo sprzyja ugodom i pozasądowemu rozstrzyganiu sporów pomiędzy sektorem publicznym a prywatnym. Ważna jest zmiana nastawienia, nawyków i pozbycie się obaw.

– Wdrożenie każdego rozwiązania prawnego wymaga czasu, dobrych praktyk i liderów, a więc podmiotów, które pokażą, że rzeczywiście zaistniały problemy i dało się je rozwiązać w ten sposób. To sprawi, że liczba sporów rozwiązywanych ugodowo będzie rosła, bo każdy spór ma negatywny wpływ na realizowaną inwestycję, np. wpływ kosztowy, terminowy, społeczny, ale także wpływ na kolejne postępowania prowadzone przez inwestorów, ponieważ konflikty mogą być interpretowane jako nienależyte wykonanie umowy przez danego wykonawcę i blokować mu możliwość udziału w kolejnych postępowaniach – podkreśla Hubert Nowak.

Utraty danych doświadczyło co piąte małe i średnie przedsiębiorstwo. To dla firmy ryzyko przestoju, a nawet bankructwa

Dane i ich analiza są dziś dla wielu firm podstawą działalności. Ich utrata może oznaczać wysokie koszty, osłabienie zaufania klientów i partnerów oraz niemożność kontynuowania działalności, prowadząc nawet do bankructwa. W Polsce w ubiegłym roku doświadczyło tego 18 proc. małych i średnich firm. Ryzyko utraty danych minimalizuje regularny backup, czyli tworzenie kopii zapasowej, przechowywanej w bezpiecznym miejscu. W razie utraty plików, e-maili czy innych danych kopia zapasowa pozwala przywrócić je w oryginalnej formie. Pojawiają się na rynku nowe, inteligentne modele tworzenia kopii zapasowej, pozwalające odzyskać dane w ciągu kilku minut.

W realiach cyfrowej transformacji dane są motorem napędowym dla biznesu i całej gospodarki. Jak podaje Polski Instytut Ekonomiczny, wartość gospodarki opartej na danych jest w Polsce szacowana na 6,2 mld euro, a w 2025 roku może to już być między 7,9 mld a nawet 12 mld euro. Znaczenie danych jako głównego zasobu przyszłości podkreślają Komisja Europejska i OECD, a brytyjski „The Economist” uznał je za najważniejszy surowiec XXI wieku.

Dla przedsiębiorstw dane i ich analiza stanowią dziś filar działalności, są wykorzystywane m.in. do poprawy procesów biznesowych, w celach reklamowych, marketingowych, do zarządzania wydajnością produkcji czy podejmowania decyzji inwestycyjnych. Według McKinsey Global Institute firmy napędzane przez dane mają o 23 razy większą szansę na pozyskiwanie nowych klientów i sześciokrotnie większą na ich późniejsze zatrzymanie. IDC szacuje z kolei, że na koniec ubiegłego roku światowe przychody z rozwiązań Big Data i analityki biznesowej (BDA) przekroczyły  189 mld dol. (wzrost o 12 proc. r/r), a do 2022 roku sięgną już 274,3 mld dol.

Branże, które najwięcej inwestują w duże zbiory danych i rozwiązania analityki biznesowej, to m.in. bankowość, produkcja i usługi profesjonalne, ale wykorzystanie danych warunkuje także konkurencyjność całego sektora MŚP.

– Dla wielu małych przedsiębiorstw dane są dziś najważniejszym elementem ich działalności. Potrzebują ich, żeby się rozwijać i prowadzić interesy. W przypadku utraty danych, niezależnie od przyczyny, ich odzyskanie może zająć miesiące, a wtedy może być już za późno – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Elijah Rhyne, specjalista ds. PR i marketingu w Synology.

Jak wynika z badań One System („Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP”), koszt przestoju średniej wielkości firmy w Polsce to około 10 tys. zł netto za godzinę, co przy ośmiogodzinnym dniu przekłada się na kwotę 80 tys. zł netto. Taka strata może skutkować nawet utratą płynności finansowej. Szkody nie ograniczają się tylko do sfery finansowej – awarie mogą zaszkodzić reputacji firmy, osłabić lojalność jej klientów i wpłynąć na relacje z dostawcami oraz partnerami biznesowymi (np. jeżeli na komputerach firmowych są przechowywane wrażliwe dane o pracownikach czy klientach).

Tymczasem w Polsce w ubiegłym roku utraty danych doświadczyło 18 proc. małych i średnich firm. Z badań na zlecenie One System wynika też, że firmy są nieprzygotowane na zagrożenia: blisko co piąta przechowuje dane na komputerach pracowników, co stanowi duże zagrożenie dla ochrony wrażliwych informacji. Największe ryzyko stwarzają awarie sprzętowe (65 proc.), błędy pracowników (59 proc.) i ataki hakerskie (40 proc.).

– Coraz więcej firm zaczyna sobie uświadamiać znaczenie właściwego zarządzania danymi. W miarę jak technologia staje się coraz bardziej rozpowszechniona, ludzie zdają sobie sprawę z tego, że wszystkie istotne dane można stracić na wiele różnych sposobów. Można zaobserwować coraz większe potrzeby i świadomość w tej dziedzinie – mówi ekspert Synology.

Powodów utraty danych może być wiele. Według statystyk firmy Kroll Ontrack, największego laboratorium odzyskiwania danych, w 56 proc. przypadków ich utrata jest wynikiem awarii sprzętu, a 26 proc. – błędu człowieka. Pozostałe przyczyny to błędy oprogramowania (9 proc.), wirusy (4 proc.) oraz katastrofy naturalne, jak powodzie czy pożary (2 proc.). W ciągu ostatnich 25 lat najtrudniejsze przypadki dotyczące odzyskiwania danych były związane z fizycznym uszkodzeniem sprzętu, spaleniem bądź zalaniem nośników danych.

Ryzyko utraty danych minimalizuje regularny backup, czyli tworzenie kopii zapasowej danych, przechowywanej w bezpiecznym miejscu. W razie utraty plików, e-maili czy innych danych kopia zapasowa pozwala przywrócić je w oryginalnej formie.

– Jest wiele technologii tworzenia kopii zapasowych. Duże znaczenie ma teraz wydajność i szybkość. Synology oferuje oprogramowanie do deduplikacji danych. W skrócie pozwala ono uniknąć tworzenia wielu kopii zapasowych tych samych danych. Na przykład, gdy edytujemy plik roboczy, musimy ponownie wykonać jego kopię zapasową. Oprogramowanie zapisze tylko zmiany, bez zbędnych elementów – mówi Elijah Rhyne.

Badanie Kroll Ontrack pokazuje, że większość użytkowników prywatnych i biznesowych (67 proc.) wykonuje kopie zapasowe – 58 proc. badanych przyznało, że robi to codziennie, natomiast 30 proc. tworzy backup raz w tygodniu lub raz w miesiącu. Z drugiej strony duża liczba użytkowników sprzętu elektronicznego, bo aż 33 proc., wciąż nie tworzy backupu. Większość tłumaczy to tym, że jest to czasochłonne i żmudne. Jedna z podstawowych reguł to 3-2-1, zgodnie z którą należy zawsze mieć trzy backupy na dwóch różnych nośnikach i przynajmniej jeden z nich poza domem lub firmą.

Tworzenie kopii firmowych danych ułatwiają jednak technologie. Na odbywającym się w Las Vegas wydarzeniu Pepcom Synology prezentuje m.in. bezlicencyjne aplikacje do backupu całej infrastruktury IT – Active Backup for Business oraz Active Backup for Office 365 i G Suite, które umożliwiają scentralizowane tworzenie kopii zapasowych dla systemów i usług VMware, Hyper-V, Windows, Office 365 i G Suite oraz pozwalają na zarządzanie nimi z jednej prostej konsoli.

– Active Backup to nasz program do tworzenia kopii zapasowych dla firm. Jest stale aktywny i działa natychmiastowo. Jeżeli firma potrzebuje wykonać całą serię aktualizacji serwera albo całego systemu, Active Backup dopilnuje, aby wszystko zostało wcześniej zapisane, a w przypadku poważnej awarii dane zostaną przywrócone w kilka minut – wyjaśnia Elijah Rhyne. – To oprogramowanie jest bezlicencyjne oraz obsługiwane w pełnym zakresie przez większość modeli Synology NAS.

Prezes ULC: Coraz większa liczba dronów i podniebnych taksówek wymaga zapewnienia bezpieczeństwa. Wkrótce w życie wejdą nowe unijne przepisy

Firma konsultingowa Roland Berger  szacuje, że do 2050 roku w użyciu może być nawet 100 tys. dronów pasażerskich. Uber z kolei chce do 2023 roku obsługiwać latające taksówki. Niemiecki Volocopter niedawno zaprezentował zaś pierwszy na świecie port powietrznych taksówek. Szersze wykorzystanie podniebnego transportu może stanowić zagrożenie dla ruchu lotniczego. – Potrzebny jest system kontroli ruchu powietrznego działający wspólnie ze służbami publicznymi oraz większa świadomość społeczna – ocenia Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

– Jeśli chodzi o drony, nowych użytkowników przestrzeni powietrznej, muszą być one tak samo bezpieczne jak dotychczasowe lotnictwo. Przewidujemy, że ten ruch zacznie się na małych wysokościach nad miastami, nie będzie bezpośrednio kolidował z dużym ruchem lotniczym. Natomiast ważna jest kwestia  elementu przejściowego, czyli wysokości 120–150 metrów nad miastem, i szczególnie w obszarze lotnisk, aby tutaj nie było konfliktu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Piotr Samson, prezes Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

Dla większości osób mobilność w mieście kojarzy się z elektrycznymi i autonomicznymi samochodami poruszającymi się po coraz bardziej zatłoczonych ulicach. Postępy w dziedzinie napędu elektrycznego, technologii autonomicznych lotów i sieci komunikacyjnych 5G sprawiają jednak, że już wkrótce pojawią się komercyjne usługi dronów pasażerskich. Wkrótce mają być uruchomione projekty pilotażowe pasażerskich dronów w Dubaju, Singapurze, Los Angeles czy Dallas. Firma konsultingowa Roland Berger ocenia, że do 2025 roku w użyciu będzie ok. 3 tys. dronów pasażerskich. W 2050 roku może ich być nawet 100 tys. i będą służyć jako taksówki lotnicze.

Uber chce stać się platformą do połączenia usług taksówek powietrznych. Wyznaczył harmonogram obsługi pierwszych komercyjnych miejskich taksówek lotniczych do 2023 roku. Volocopter, niemiecka firma urban air mobility (UAM), niedawno zaprezentowała pierwszy na świecie port taksówek powietrznych do całkowicie autonomicznych lotów. Airbus zainwestował ogromne środki w projekty UAM, w tym w Vahanę – platformę e-VTOL (electric Vertical Take-Off and Landing) dla jednego pasażera, Voom – platformę rezerwacji helikopterów na żądanie – i City Airbus, czyli platformę e-VTOL dla czterech pasażerów. Wszystko to sprawia, że konieczny jest system do kontroli ruchu powietrznego.

– Policja nie będzie zabezpieczać ruchu lotniczego. Mogą latać drony policyjne, natomiast wszystko będzie się opierać na zarządzaniu z ziemi. To jest dość skomplikowany system, ale będzie dostępny również dla obywateli. Docelowo obywatel będzie mógł telefonem komórkowym zrobić zdjęcie drona, który nad nim przelatuje, i dostanie informację, kto jest jego właścicielem, dokąd on leci i czy powinien być w tym miejscu – mówi Piotr Samson.

W tym roku mają wejść w życie unijne przepisy, które kompleksowo uregulują rynek dronów i ujednolicą zasady we wszystkich krajach UE. Jedną z większych zmian będzie obowiązek rejestracji operatorów dronów – pilotów wykonujących loty bezzałogowymi statkami powietrznymi o masie większej niż 250 g. Rejestracja będzie prowadzona w systemie elektronicznym, a dostęp do informacji będą mieć nadzór lotniczy i policja. Kolejną zmianą ma być obowiązek certyfikacji dronów. W Polsce rynek jest już w dużej mierze uregulowany – loty poza zasięgiem wzroku są np. dopuszczone po poinformowaniu Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej o ich zamiarze co najmniej siedem dni przed ich wykonaniem.

– Żeby ruch powietrzny taksówkami powietrznymi i dronami był bezpieczniejszy, mamy trzy elementy: technologiczny, czyli musimy mieć system, który będzie kontrolował ten ruch – i będzie to ruch autonomiczny. Po drugie, służby publiczne takie jak policja muszą być ścisłym elementem systemu i wszyscy muszą wiedzieć, że policja będzie uprawniona do wręczania mandatów za wykonywanie nieuprawnionych lotów. Trzeci element to ogólna świadomość społeczna – wymienia Piotr Samson.

W ciągu pięciu lat w Polsce pojawią się superszybkie lewitujące pociągi. Polacy opracowują pojazdy mogące poruszać się z prędkością 415 km/h po obecnej infrastrukturze

Pociągi bez maszynisty czy napędzane wodorem mogą być przyszłością transportu kolejowego. Innym rozwiązaniem, testowanym już w części krajów, mogą być pociągi-pociski. Nie jeżdżą, a raczej lewitują nad torami, i rozwijają prędkość kilkuset kilometrów na godzinę. Innowacyjna kolej magnetyczna wykorzystuje korytarze transportowe kolei konwencjonalnych. Polacy opracowali również nowatorski projekt pociągu Magrail, który będzie mógł poruszać się po istniejącej już infrastrukturze z prędkością nawet do 415 km/h.

– Skupiamy się na systemie Magrail, który jest inspirowany Hyperloopem. Docelowo ma doprowadzić do kolei próżniowej, natomiast polega najpierw na modernizacji istniejącej infrastruktury kolejowej do standardu kolei magnetycznej bez potrzeby budowania zupełnie nowych tras. Po jednej zmodyfikowanej linii kolejowej mogą na zmianę jeździć konwencjonalne pociągi na kołach i pociągi na pasywnej poduszce magnetycznej, które są znacznie szybsze, zużywają mniej energii i mogą znacznie częściej kursować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Przemysław Pączek, prezes Hyper Poland.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy Elon Musk ogłosił konkurs na projekt nowego środka transportu – Hyperloop. Swój projekt zaprezentowali także studenci Politechniki Warszawskiej, a prototyp maszyny przetestowali w SpaceX. Naukowcy opracowali nie tylko Hyperloop, czyli projekt lewitującej kapsuły napędzanej przez pozbawioną ciśnienia, szczelnie zamkniętą rurę, ale też projekt pojazdu typu Magrail. Wykorzystuje on koła tylko do przyspieszania i hamowania, a gdy osiąga docelową prędkość, zaczyna lewitować.

– Polega to na domontowaniu pomiędzy szynami konwencjonalnymi silnika liniowego, czyli takiej trzeciej szyny, która zapewnia napęd, hamowanie, i po bokach toru magnetycznego, czyli specjalnie wyprofilowanych płyt, które pozwalają na unoszenie się pojazdu powyżej 50 km/h. To wszystko jest mocowane do klasycznych podkładów kolejowych – tłumaczy Przemysław Pączek.

Pociągi działają na zasadzie odpychania magnetycznego między wagonami a torem. Lewitacja magnetyczna jest możliwa dzięki elektrodynamicznemu układowi zawieszenia. Szyny lub prowadnice zawierają dwa zestawy połączonych krzyżowo cewek, które tworzą elektromagnesy. W samym pociągu znajdują się elektromagnesy nadprzewodzące. Kiedy pociąg powoli się porusza na kołach kolejowych, dochodzi do interakcji między magnesami spod pociągu z tymi z prowadnicy. Gdy pociąg osiągnie określoną prędkość, siła magnetyczna jest wystarczająco silna, aby podnieść go z ziemi, eliminuje tarcie, aby umożliwić coraz większe prędkości.

– W systemie Magrail na torach konwencjonalnych, takich, które w Polsce modernizujemy do 160 km/h, będą mogły jeździć 300 km/h, a na szybszych liniach, takich jak Polska Centralna Magistrala Kolejowa czy we Francji linie dużych prędkości TGV, do 415 km/h, zużywając tyle energii, co obecnie pociągi konwencjonalne zużywają przy 300 km/h – przekonuje ekspert.

Tego typu pociągi są już testowane na świecie, przede wszystkim w Azji. Już w 2015 roku pociąg Maglev pobił dwa poprzednie rekordy prędkości lądowej dla pojazdów szynowych i osiągnął 603 km/h. Działające już pociągi Maglev w Szanghaju, Chinach i Korei Południowej jeżdżą z prędkością odpowiednio od 68 do 268 mil na godzinę. Same Chiny mają ponad 27 tys. kilometrów szybkich torów kolejowych. W 2009 roku system Maglev został zatwierdzony i wszedł do budowy komercyjnej.

Japońska linia Chuo Shinkansen ma połączyć Tokio z Nagoją do 2027 roku, a podróż zajmie tylko 40 minut, czyli krócej niż przelot między dwoma miastami. W ubiegłym roku także Chiny zaprezentowały prototypowy pociąg Maglev, który może poruszać się z prędkością 600 km/h, a pojazd przejdzie do produkcji komercyjnej w 2021 roku.

– W pierwszej połowie 2021 roku planujemy oddać już pełnoskalowy tor testowy i tam już będzie można zobaczyć, jak taki pojazd będzie jeździł. Potem potrzebujemy jeszcze około półtora roku na badania, testy i kolejne dwa lata na pilotaż już na dłuższej linii, kilkanaście kilometrów lub więcej. Na rynek ten produkt powinien trafić za około pięć lat – zapowiada Przemysław Pączek.

Jak zaznacza prezes Hyper Poland, polskim projektem zainteresowały się już inne kraje, nie tylko europejskie, ale też m.in. Indie czy Brazylia.

– W najbliższych tygodniach będziemy uruchamiać kampanię equity crowdfunding na brytyjskiej platformie Seedrs. Od około 20 euro w górę będzie można inwestować w nasz projekt. Finansowanie społecznościowe oznacza dużą liczbę inwestorów, ostatnim razem to było 470 inwestorów z 30 krajów. Liczymy, że tym razem będzie ich znacznie więcej – mówi Przemysław Pączek.

Odrobina nieuwagi i ferie mogą kosztować krocie

Ponad 4,6 mln uczniów uda się niebawem na zasłużony wypoczynek*. Duża część ferie zimowe spędzi na stokach, także zagranicznych. Taki wyjazd wiąże się jednak z możliwością wystąpienia nieprzewidzianych zdarzeń. Jak się do niego przygotować, aby po powrocie zamiast dziury w budżecie pozostały jedynie dobre wspomnienia?

Problemy mogą zacząć się już w drodze

Ferie zimowe często stają się okazją do wyjazdu na urlop dla całej rodziny. Obecność w Polsce i w niedalekim sąsiedztwie wysokiej jakości kurortów i ośrodków narciarskich sprawia, że chętnie wybieranym środkiem transportu na wypoczynek jest samochód. Nie zapominajmy jednak, że przepisy obowiązujące na polskich drogach różnią się od tych za granicą i nawet nieznacznie przekroczona prędkość może skończyć się wysokim mandatem. Przed wyjazdem, oprócz poziomu oleju i płynu do spryskiwaczy, warto także sprawdzić, czy w naszym bagażniku znajdują się wymagane, niezbędne akcesoria. Należy także pamiętać o nieprzewidzianych sytuacjach, jakie mogą nas spotkać w trakcie podróży.

Problemy z akumulatorem czy przebita opona to tylko niektóre zdarzenia, jakie mogą nas spotkać podczas zimowych podróży. Tego typu sytuacje są bardzo stresujące, zwłaszcza gdy jesteśmy w obcym kraju. Warto więc zawczasu wykupić polisę assistance, która zapewni nam pomoc w postaci odholowania do najbliższego warsztatu, wymianę opony czy nawet pokrycie kosztów noclegu na czas naprawy. Jeśli natomiast zamiast samochodu wybierzemy samolot, to pomyślmy o ubezpieczeniu bagażu. Utrata drogiego sprzętu narciarskiego może skutecznie popsuć nam resztę wyjazdu, jeśli nie jesteśmy odpowiednio zabezpieczeni – mówi Karolina Trzeciakiewicz z ANG Spółdzielni.

Jeden wypadek, podwójne koszty

Jazda na nartach czy snowboardzie wymagają odpowiedniego przygotowania. Dopasowany kask, gogle i odblaski to absolutne minimum, jakie musimy spełnić przed wejściem na stok. Niestety, nawet tak zabezpieczeni musimy liczyć się z możliwością wypadku. Coraz więcej Polaków nie rusza się już za granicę bez karty EKUZ, jednak nie zapewnia ona darmowej pomocy w każdej sytuacji. Jeżeli do wypadku dojdzie w wysokiej partii gór, to oprócz kosztów związanych z ratownictwem – samo wystartowanie helikoptera to nawet 5000 euro, nie mówiąc już o wykorzystaniu specjalistycznego sprzętu czy wykfalifikowanych ratowników – możemy być obciążeni także tymi za udzielenie pomocy w miejscowym szpitalu. Nie wszystkie bowiem mają podpisane umowy o współpracy z polskim NFZ, nie każdy zabieg, badanie czy inne świadczenie będzie tak samo bezpłatne za granicą, jak i w Polsce – przepisy odnośnie publicznej służby zdrowia obowiązują w zależności od danego kraju, w którym aktualnie przebywamy. Przede wszystkim jednak karta EKUZ nie zapewnia kosztów transportu do kraju.

Musimy także pamiętać, że przy zderzeniu z innym użytkownikiem stoku, to my jesteśmy odpowiedzialni za pokrycie kosztów jego leczenia i ewentualnego odszkodowania. W przypadku sportów zimowych warto więc pomyśleć o polisie, która zapewni nie tylko nam pomoc medyczną wraz z transportem do kraju oraz NNW – szczególnie pomocne na etapie późniejszej rehabilitacji, ale także OC w życiu prywatnym, dzięki któremu to towarzystwo ubezpieczeniowe pokryje wydatki ciążące na sprawcy – związane np. z nieumyślnym wjechaniem w kogoś na stoku  – dodaje Karolina Trzeciakiewicz.

Koszty udzielenia pomocy za granicą mogą wynieść nawet tysiące zł – dzień pobytu w szpitalu we Włoszech, Austrii czy Szwajcarii może kosztować od 1500 zł do 3500 zł. Do tego dochodzą te związane z organizacją transportu do Polski, które w przypadku samolotu oznaczają wydatek rzędu nawet kilkudziesięciu tysięcy zł. Jeżeli podczas wypadku poturbowaliśmy dodatkowo inną osobę, to całe zdarzenie, oprócz cierpień związanych z uszczerbkiem na zdrowiu, może uszczuplić domowy budżet o niemałą fortunę. Warto więc zawczasu zabezpieczyć się przed tego typu zdarzeniami. Koszt dobrze przygotowanej polisy turystycznej to zaledwie kilka, kilkanaście zł dziennie. Pamiętajmy, aby przy podpisywaniu umowy ubezpieczeniowej zwrócić uwagę m.in. na to, czy polisa jest rozszerzona o uprawianie sportów zimowych albo np. jazdę poza wyznaczonymi szlakami.

* Dane Ministerstwa Edukacji Narodowej

Źródło: ANG Spółdzielnia

Nowa strona www dla firmy. Inwestycja, która się opłaca

Strony internetowe w przypadku firm stanowią ich wizytówkę w sieci. Jeśli jako przedsiębiorstwo nie zadbasz o własną, profesjonalną witrynę w sieci, zostawiasz pole do popisu nie tylko autorom negatywnych opinii, ale także konkurencji, która prześciga cię o kilka kroków. Zobacz dlaczego warto zainwestować w stronę internetową swojej firmy.

Dlaczego posiadanie profesjonalnej strony www jest ważne?

Współcześnie informacji na temat produktów i usług szukamy w internecie. Swoje pierwsze kroki kierujemy do Google, która jest największą wyszukiwarką na świecie. Mówi się, że jeśli nie ma cię w Google, to nie istniejesz i dużo w tym prawdy. Dlatego każda firma, która na poważnie chce działać w Internecie i stać się rozchwytywaną firmą w swojej branży, powinna zainwestować w stronę internetową.

Budowa stron internetowych to branża sama w sobie. Wpisując np. zapytanie „budowa stron internetowych warszawa” do wyszukiwarki, natrafisz na wiele firm, które oferują tworzenie stron. Prawdopodobnie klikniesz kilka pierwszych wyników i zdecydujesz się na jedną z firm z TOP5. Zanim jednak podpiszesz umowę z daną firmą, dobrze abyś zrozumiał, że tak jak w każdej branży, także w tej firmy mogą oferować ci różny zakres usług z różnej półki cenowej.

Profesjonalne tworzenie stron w Warszawie. Czym kierować się wybierając wykonawcę?

Dobrze jest zdecydować się na skorzystanie z usług agencji, która specjalizuje się w wykonywaniu stron dla firm z Twojej kategorii, czyli np. sklepów internetowych lub małych i średnich przedsiębiorstw. W przypadku Warszawy taką firmą jest np. WaWMedia (https://wawmedia.pl/budowa-stron-internetowych-warszawa.html). Jest to firma specjalizująca się w stronach internetowych dla średnich firm. W ich przypadku nowa witryna firmowa ma przede wszystkim pomóc zaistnieć w Internecie. Tak, aby potencjalni klienci szukając usługodawcy decydowali się właśnie na tego, a nie innego przedsiębiorcę. W tym celu strona tworzone przez specjalistów z WawMedia są:

  • przystosowane do wygodnego korzystania na smartfonach,
  • szybko się ładują i mają intuicyjne menu,
  • pozwalają na szybki kontakt z firmą, np. za pomocą formularza kontaktowego lub chatu online (tzw. LiveChat),
  • posiadają ładną i nowoczesną szatę graficzną,
  • umieszony na nich oferty jest przejrzysty i łatwo do niego dotrzeć (strony są budowane zgodnie z ideą tzw. Usex Experience).

Poza witryną dobrze jest zainwestować w SEO i online marketing

Sama nowa strona www, która będzie wykonana w profesjonalny sposób, zachęci klientów do korzystania z usług firmy. Jednak to nie wszystko. Jeśli będzie zoptymalizowana pod kątem wymagań Google, znajdzie się wyżej na liście wyników wyszukiwania. Dzięki temu więcej osób będzie na nią wchodziło i decydowało się na współpracę. Bardzo dobrze wie to agencja WawMedia. Dlatego poza tworzeniem stron www, oferuje działania SEO, prowadzenie kampanii Google Ads, hostingi, opiekę informatyczną, grafikę i fotografię reklamową. Trzeba bowiem mieć świadomość, że najlepsze rezultaty dają kompleksowe i spójne działania. Wówczas efekty przyjdą na 100%. Więcej na temat oferty WawMedia w Warszawie znajdziesz na https://wawmedia.pl/.

Jeżeli nie lokata, to co? Alternatywy dla inwestowania w lokaty bankowe

Aktualne oprocentowanie trzymiesięcznych lokat bankowych waha się od 2 do 3% w stosunku rocznym. Jednocześnie według danych podanych przez GUS w grudniu 2019, aktualna stopa inflacji wynosi 3,4%. W dodatku ekonomiści prognozują jej dalszy wzrost. Wyższe będą między innymi ceny energii, a napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie zawsze skutkowała wzrostem cen paliw. Na razie otwarte pozostaje pytanie, czy NBP odpowie na wzrost inflacji podwyższeniem stóp procentowych. To mogłoby doprowadzić do podwyższenia oprocentowania lokat. Póki co, wygląda jednak na to, że po uwzględnieniu inflacji, na lokatach bankowych w Polsce raczej można stracić, a nie zarobić.

Inwestorzy nie mają wyjścia, muszą poszukać innych form lokowania kapitału. A nie jest to takie proste, szczególnie dla inwestorów detalicznych. W przypadku inwestycji innych niż lokaty bankowe pojawia się coś, czego detaliczni inwestorzy boją się jak ognia – ryzyko. Radzenie sobie z ryzykiem wymaga przede wszystkim wiedzy. Jest jeszcze jeden czynnik powstrzymujący inwestorów przed inwestycjami innymi niż lokaty bankowe – to konieczność przyjęcia aktywnej postawy. Poszukanie atrakcyjnej okazji inwestycyjnej wymaga zaangażowania i czasu. Jednak, jeżeli chcemy zrezygnować z lokat bankowych, nie mamy innego wyjścia.

Opcja dla mniej doświadczonych – lokaty inwestycyjne i fundusze inwestycyjne

Instytucje finansowe oferują takie produkty jak lokaty inwestycyjne lub fundusze z lokatą. Gwarantują one zwrot kapitału i bardzo niewielkie odsetki, dodatkowo są powiązane z inwestycją w aktywa finansowe, na przykład indeks giełdowy, kurs walutowy lub złoto. Ta inwestycja jest źródłem drugiej części odsetek, ale nie są one gwarantowane. Całkowity dochód z inwestycji zależy od wyceny instrumentu finansowego powiązanego z lokatą.

Kolejną opcją dostępną dla indywidualnych inwestorów z niewielkim kapitałem są fundusze inwestycyjne. Na inwestycjach w nie można już stracić pieniądze, lecz w przypadku tych mniej ryzykownych zdarza się to bardzo rzadko. Na rynku działa bardzo dużo funduszy inwestycyjnych, różnią się między sobą rodzajem aktywów, w które inwestują. Na funduszach można zarobić znacznie więcej niż na lokacie, pod warunkiem, że ma się szczęście.

Za najbezpieczniejsze uważane są fundusze rynku pieniężnego. Inwestują one w instrumenty o bardzo wysokim stopniu płynności, takie jak bony skarbowe, czy certyfikaty depozytowe NBP lub banków komercyjnych. Dochód z takiej inwestycji z reguły nie przekracza oprocentowania lokat i dodatkowo jest pomniejszany o prowizję instytucji finansowej. Większe dochody mogą przynieść bardziej ryzykowne fundusze, inwestujące w obligacje lub akcje. Ale na nich można też więcej stracić.

Jak wybrać fundusz inwestycyjny? Specjaliści radzą, aby bardziej niż na dochody funduszy w poprzednich okresach patrzeć na prowizje i opłaty. Mogą być one wyższe dla funduszy, które poprzednio dobrze zarabiały. Obecnie w polskich rankingach przodują te działające na rynku złota. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że ta tendencja się utrzyma w najbliższej przyszłości.

Opcja ambitna – platformy inwestycyjne

Platformy inwestycyjne dają dostęp nawet do setek instrumentów finansowych. Za ich pośrednictwem możemy kupować akcje, towary, indeksy giełdowe, waluty czy opcje. W tym wypadku żadna instytucja finansowa nie bierze odpowiedzialności za nasze działania. Inwestycje powinny być przemyślane i najlepiej długoterminowe. Inwestor powinien rozumieć podejmowane ryzyko. Pomagają w tym tryby demo dostępne na większości platform. W żadnym wypadku nie należy inwestować poważnych środków, jeżeli wyniki inwestycji w trybie demo nie są zadowalające.

Największe zalety inwestycji za pomocą platform to bardzo niskie koszty transakcji oraz łatwa dostępność ogromnej ilości instrumentów finansowych. Podobnie jak w przypadku funduszy inwestycyjnych należy uważać na opłaty i prowizje.

Co to są inwestycje alternatywne

Ten termin dotyczy inwestycji w inne instrumenty niż klasyczne produkty finansowe. Mogą to być nieruchomości, działa sztuki, antyki, monety, znaczki pocztowe. Do tej grupy zaliczają się też inwestycje w młode przedsiębiorstwa, mające duże szanse na rozwój, czyli tak zwane startupy.

Właśnie w inwestycjach alternatywnych leży przyszłość branży funduszy inwestycyjnych. Ten rodzaj inwestycji wymaga od inwestora ogromnej wiedzy, której często nie ma. Ma ją natomiast fundusz i przekazując ją, oferuje konkretną wartość ograniczając ryzyko inwestycyjne klienta.

Aktualny model działania tradycyjnych funduszy polegający na zbieraniu wpłat od inwestorów tylko po to, aby zainwestować je w złoto, indeks giełdowy, czy portfel spółek traci rację bytu w dobie powszechnej dostępności detalicznych platform inwestycyjnych. Takie fundusze niewystarczająco ograniczają ryzyko, a opłaty i prowizje wielokrotnie przewyższają koszty transakcji wykonanej za pomocą platformy. W przyszłości fundusze będą musiały oferować inwestorom znacznie więcej, aby zarobić na swoją prowizję.

Od 2016 roku w Polsce obowiązuje ustawa pozwalająca na działanie alternatywnych spółek inwestycyjnych. Spółki te mają prawo przyjmować środki od inwestorów oraz inwestować je zgodnie ze swoją polityką inwestycyjną. Wszystko odbywa się pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego. Choć inwestycje poprzez ASI też bywają ryzykowne, dają inwestorom ogromne możliwości.

Pojęcie utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów KAS

Od niemalże trzech lat na gruncie Ordynacji podatkowej obowiązuje instytucja utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów Krajowej Administracji Skarbowej (wcześniej Ministra Finansów). Pomimo to wciąż niewielu podatników ma świadomość, w jakim stopniu utrwalona praktyka może wpłynąć na zwiększenie bezpieczeństwa prawnego firmy w trakcie sporu z organem podatkowym. Warto zatem przybliżyć założenia tej instytucji i zwrócić uwagę na jej walor ochronny w procesie stosowania przepisów prawa podatkowego w przedsiębiorstwie.

Cel wprowadzenia

Po pierwsze należy przypomnieć, w jakich okolicznościach zostały uchwalone przepisy dotyczące utrwalonej praktyki interpretacyjnej. Otóż pod koniec 2016 r. Ustawodawca uchwalił ustawę o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego przedsiębiorców (Dz. U. z 2016 r., poz. 2255), wprowadzając tym samym z początkiem 2017 r. pakiet przepisów mających ułatwić prowadzenie biznesu, zwłaszcza w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw. Jednym z filarów tych zmian było objęcie ochroną prawną tych podmiotów gospodarczych, które nie decydując się na wystąpienie o własną interpretację indywidualną przepisów prawa podatkowego, mogły powołać się na utrwaloną praktykę interpretacyjną organów KAS.

W wymiarze praktycznym Ustawodawca uznał, że w wyniku zmian podatnik stosujący się do utrwalonej praktyki nie będzie obarczony ryzykiem poniesienia dodatkowego obciążenia fiskalnego w przypadku niekorzystnej zmiany wykładni przepisów. Jak wynika bowiem z art. 14n § 4 w związku z art. 14k-14m O.p., w przypadku zastosowania się przez podatnika w danym okresie rozliczeniowym do utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów KAS odpowiednio stosuje się przepisy dotyczące wydawanych interpretacji podatkowych. Innymi słowy, do podatnika, który powoła się na utrwaloną praktykę interpretacyjną, znajdzie zastosowanie typowa dla interpretacji indywidualnych zasada nieszkodzenia podatnikom.

Definicja i warunki ochrony

Zgodnie z art. 14n § 5 O.p. przez utrwaloną praktykę interpretacyjną organów KAS rozumie się wyjaśnienia zakresu i sposobu stosowania przepisów prawa podatkowego, dominujące w interpretacjach indywidualnych wydawanych w takich samych stanach faktycznych lub w odniesieniu do takich samych zdarzeń przyszłych oraz w takim samym stanie prawnym, w trakcie okresu rozliczeniowego oraz w okresie 12 miesięcy przed rozpoczęciem tego okresu rozliczeniowego.

„Parasol ochronny” utrwalonej praktyki interpretacyjnej dopełnia art. 14n § 6 O.p., zgodnie z którym w przypadku, gdy do okresu rozliczeniowego oraz okresu 12 miesięcy przed rozpoczęciem tego okresu rozliczeniowego zastosowanie mają wydane w odniesieniu do takiego samego zagadnienia interpretacja ogólna lub objaśnienia podatkowe, wydane w takim samym stanie prawnym przed rozpoczęciem lub w trakcie okresu rozliczeniowego, począwszy od dnia opublikowania takiej interpretacji ogólnej lub zamieszczenia takich objaśnień podatkowych, przez utrwaloną praktykę interpretacyjną należy rozumieć odpowiednio wyjaśnienie zakresu i sposobu stosowania przepisów prawa podatkowego wynikające z interpretacji ogólnej lub wyjaśnienia przepisów prawa podatkowego dotyczące stosowania tych przepisów zawarte w objaśnieniach podatkowych.

Jak już wspomniano wcześniej, zastosowanie się do utrwalonej praktyki interpretacyjnej nie może szkodzić temu, kto się do niej zastosował (art. 14k § 1 i § 2 O.p.). Jednocześnie na podstawie § 3 wskazanego artykułu, w przypadku zmiany lub wygaśnięcia interpretacji, na które powołał się podatnik, stosując utrwaloną praktykę interpretacyjną, w stosunku do takiego podatnika nie wszczyna się postępowania karno-skarbowego lub umarza się uprzednio wszczęte postępowanie oraz nie nalicza się odsetek za zwłokę. Podobnie powołanie się na utrwaloną praktykę po spełnieniu warunków określonych w art. 14m § 1-4 O.p. powoduje zwolnienie z obowiązku zapłaty podatku, jeżeli zobowiązanie nie zostało prawidłowo wykonane w wyniku zastosowania się do wyjaśnień organów KAS dominujących w wydawanych interpretacjach.

Należy jednak dodać, że celem uchwalenia utrwalonej praktyki było zapewnienie każdemu przedsiębiorcy możliwości bezpiecznego stosowania się do wcześniej wydanych interpretacji indywidualnych. Jak to jednak w podatkach bywa, każde odstępstwo od powszechności opodatkowania jest zwykle obwarowane licznymi ograniczeniami. Warto zatem przyjrzeć się omawianym przepisom od strony praktycznej.

Dominujące stanowisko fiskusa

Przede wszystkim podstawową trudność w zdefiniowaniu utrwalonej praktyki interpretacyjnej organów KAS może stanowić ustalenie dominującego stanowiska organów podatkowych w konkretnym obszarze podatkowym i w ściśle określonym przedziale czasu. Dokładne ustalenie dominującego stanowiska fiskusa może być niezwykle trudne, gdyż wiąże się z gruntownym przeglądem urzędowej bazy wydanych interpretacji, która nie należy do szczególnie przyjaznych dla jej użytkowników. Tym samym decyzja o skorzystaniu z utrwalonej praktyki interpretacyjnej powinna być poprzedzona dokonaniem precyzyjnej selekcji wydanych interpretacji pod kątem ich zastosowania do konkretnego stanu faktycznego (zdarzenia przyszłego) w firmie. W przypadku, gdy w konkretnej kwestii podatkowej wykształciła się już jednolita linia interpretacyjna organów KAS, znalezienie kilku lub kilkunastu zbieżnych interpretacji nie powinno stanowić większego problemu.

Zdarza się jednak, że znalezienie tożsamych interpretacji wydanych w tym samym okresie rozliczeniowym oraz w terminie 12 miesięcy poprzedzających ten okres może okazać się niemożliwe. Nadal bowiem występują takie obszary, w których skarbówka odmiennie interpretuje przepisy podatkowe pomimo braku zmian w ich treści. Kluczowe jest zatem, aby dokonana analiza wydanych interpretacji została przeprowadzona w sposób kompleksowy i uwzględniający ewentualne odstępstwa od dominującego stanowiska fiskusa. W przypadku stwierdzenia, że rezultaty wykładni zastosowane w interpretacjach odnoszących się do takich samych stanów faktycznych i w tym samym stanie prawnym znacząco się różnią, możliwość zastosowania utrwalonej praktyki interpretacyjnej będzie co najmniej wątpliwa i może okazać się bardzo ryzykowna dla firmy.

Na co zwrócić uwagę?

W praktyce gospodarczej stosowanie się do praktyki interpretacyjnej jest na porządku dziennym. Należy jednak mieć na uwadze, że nie każdy przypadek powołania się na akt interpretacyjny wydany w indywidualnej sprawie będzie chronił w równym stopniu innego przedsiębiorcę. Wyłącznie bowiem spełnienie warunków określonych wyraźnie w Ordynacji podatkowej może uchronić przedsiębiorcę przed ewentualnym widmem zmiany wykładni przepisów przez fiskusa na niekorzyść podatnika.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyberprzestępczość po raz pierwszy na czele globalnych zagrożeń dla firm

Po raz pierwszy incydenty cybernetyczne (39%) wskazywane są jako najważniejsze ryzyko biznesowe na świecie – tak wynika z dziewiątej edycji Barometru Ryzyk Allianz 2020. Cyberprzestępczość wyprzedza tym samym do tej pory najczęściej wskazywane ryzyko jakim są przerwy w działalności gospodarczej (BI) (37% ). W Polsce, przerwy w działalności nadal znajdują się na pierwszym miejscu zestawienia (54%)

W ostatnich latach świadomość zagrożenia cybernetycznego gwałtownie wzrosła, co wynika z rosnącego uzależnienia firm od danych i systemów informatycznych oraz szeregu dużych  incydentów. Jeszcze siedem lat temu ryzyko cyber znajdowało się na 15. miejscu z zaledwie 6% odpowiedzi. Z kolei zmiany w przepisach i regulacjach (#3 z 27%) oraz zmiany klimatu (#7 z 17%) dynamicznie pną się w rankingu ryzyk biznesowych. Wynikać to może m.in. z wojny handlowej USA-Chiny, Brexitu a także postępującego globalnego ocieplenia. Wszystkie te czynniki mają swoje odzwierciedlenie w rosnących obawach firm i narodów z tym związanych. Ankieta na temat globalnego ryzyka biznesowego przeprowadzona przez Allianz Global Corporate & Speciality (AGCS) obejmuje opinie 2718 ekspertów z ponad 100 krajów. Udział w badaniu wzięli m.in. prezesi, dyrektorzy generalni, menedżerowie ryzyka, brokerzy i eksperci ubezpieczeniowi.

Wyniki Barometru Ryzyk Allianz 2020 wskazują, że ryzyko cybernetyczne i zmiany klimatu to dwa istotne wyzwania, które firmy muszą uważnie obserwować w nowej dekadzie – mówi Joachim Müller, dyrektor generalny AGCS. – Oczywiście istnieje wiele innych scenariuszy szkód i zakłóceń, ale jeśli zarządy i menedżerowie ds. ryzyka nie poradzą sobie z zagrożeniami związanymi z cyberprzestępczością i zmianami klimatu, prawdopodobnie będzie to miało decydujący wpływ na wyniki operacyjne, wyniki finansowe i reputację ich firm – dodaje.

Największe ryzyka w Polsce

Nastąpiły zaskakujące zmiany w rankingu największych ryzyk biznesowych wskazanych przed polskich ekspertów. W dalszym ciągu eksperci wskazują, że przerwy w działalności stanowią najważniejsze ryzyko biznesowe dla firm (54%). Na drugim miejscu znalazło się ryzyko związane z pożarami i eksplozjami (42%), awansując z miejsca 5. w 2019 roku. Obawa przed cyberatakami zajmuje 3. miejsce (38%) spadając o jedną pozycję względem wyników raportu z ubiegłego roku. Eksperci w Polsce wskazali także dwa nowe ryzyka, które nie były uwzględnione jako kluczowe w ubiegłych latach. W tym roku w pierwszej dziesiątce największych ryzyk znalazły się obawy związane ze skutkami zmian klimatu (15%) oraz rozwoju sytuacji markoekonomicznej (15%). Co ciekawe na znaczeniu zyskało także ryzyko związane z utratą reputacji i wartości marki. W 2019 roku jako istotne wskazywało na nie jedynie 12% ankietowanych. W tym roku wskazało na nie już 23% respondentów. Podobnie w rankingu wzrosła pozycja ryzyka związanego z katastrofami naturalnymi. To ryzyko awansowało na pozycję 6 (19%) z miejsca 10. (8%) w 2019 roku.

Widać wyraźnie dynamiczne zmiany we wskazaniach polskich ekspertów. W dalszym ciągu przerwy w działalności są wskazywane jako największe ryzyko biznesowe dla przedsiębiorców. Co istotne, wpływ na takie przerwy mogą mieć zarówno ataki cybernetycza jak i katastrofy naturalne czy zmiany klimatu. W dzisiejszych czasach, odpowiednie szacowanie ryzyka dla przedsiębiorstwa i opracowanie scenariuszy postępowania jest kluczowe. Dzięki temu, nawet w przypadku wystąpienia zdarzenia możliwe jest szybkie wznowienie działalności firmy – mówi Tomasz Kryłowicz, dyrektor ds. zarządzania ryzykiem, Allianz Polska

Ryzyko cybernetyczne ewoluuje

Oprócz tego, że są najważniejszym ryzykiem na świecie, incydenty cybernetyczne należą do trzech głównych zagrożeń w wielu badanych krajach: m.in. w Austrii, Belgii, Francji, Indiach, Afryce Południowej, Korei Południowej, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych gdzie są także największym ryzykiem biznesowym. Firmy stają przed wyzwaniem związanym z większymi i droższymi naruszeniami danych, wzrostem liczby oprogramowania ransomware i incydentami fałszowania, a także perspektywą kar pieniężnych związanych
z prywatnością oraz udziałem w sporach po wystąpieniu wydarzenia. Ogromne naruszenie danych ─ obejmujące ponad milion rekordów ─ kosztuje obecnie średnio 42 mln USD[1], co stanowi wzrost o 8% rok do roku. – Incydenty stają się coraz bardziej szkodliwe, coraz częściej atakując duże firmy wyrafinowanymi metodami i wymuszeniami. Pięć lat temu typowy popyt na oprogramowanie ransomware wyniósłby dziesiątki tysięcy dolarów. Teraz można to liczyć w milionach – mówi Severin Gettinger, ekspert ds. cybernetycznych, AGCS, Europa Wschodnia.

Wymuszenia to tylko jedna część obrazu: firmy mogą ponieść poważne straty BI z powodu niedostępności krytycznych danych, systemów lub technologii, zarówno z powodu usterki technicznej, jak i cyberataku. – Wiele incydentów jest skutkiem błędu ludzkiego i można je złagodzić poprzez szkolenia uświadamiające pracowników, jednak nie są one jeszcze rutynową praktyką w firmach – mówi Marek Stanisławski, Deputy Global Head of Cyber, AGCS.

Przerwy w działalności gospodarczej – niesłabnące zagrożenie z nowymi przyczynami

Po siedmiu latach na szczycie, BI spada na drugą pozycję w Barometrze Ryzyka Allianz. Jednak tendencja do większych i bardziej złożonych strat BI nadal trwa. Przyczyny stają się coraz bardziej różnorodne, od pożaru, eksplozji lub katastrof naturalnych po cyfrowe łańcuchy dostaw, a nawet przemoc polityczną. – Cyfrowe łańcuchy dostaw i dedykowane platformy pozwalają dziś na pełną przejrzystość i identyfikowalność towarów, ale pożar w centrum danych, usterka techniczna lub włamanie mogą przynieść duże straty BI dla wielu firm, które w większości polegają na tym samym systemie i nie ma możliwości jego przestawienia na procesy ręczne – mówi Stefanie Thiem, CEO Allianz Global Corporate & Speciality (AGCS) w Europie Wschodniej.

Przedsiębiorstwa są również coraz bardziej narażone na bezpośredni lub pośredni wpływ zamieszek, niepokojów społecznych oraz ataków terrorystycznych. W ubiegłym roku nasilały się niepokoje społeczne m.in. w Hongkongu, Chile, Boliwii, Kolumbii i Francji, powodując zniszczenia mienia, BI i ogólną utratę dochodów zarówno dla lokalnych, jak i międzynarodowych firm. Sklepy były zamknięte od miesięcy, klienci i turyści byli nieobecni a pracownicy nie mogli uzyskać dostępu do miejsca pracy ze względów bezpieczeństwa.

Zmiany w przepisach i regulacjach zajmują trzecie miejsce w Barometrze Ryzyka Allianz, zyskując na znaczeniu (4 miejsce w 2019 r.) Taryfy, sankcje, Brexit i protekcjonizm zostały wskazane przez ekspertów jako kluczowe obawy. W samym 2019 r. wdrożono około 1300 nowych barier handlowych. Spór handlowy między USA a Chinami zbliżył średnią amerykańską taryfę do poziomów ostatnio obserwowanych w latach siedemdziesiątych. – Polityka handlowa staje się kolejnym narzędziem politycznym dla wielu różnych celów, takich jak dyplomacja gospodarcza, wpływy geopolityczne lub polityka środowiskowa – wyjaśnia Ludovic Subran, główny ekonomista Allianz. – Ten aktywizm nie ogranicza się do Stanów Zjednoczonych: rozprzestrzenił się także na Japonię i Koreę Południową, Indie i UE – dodaje.

Nowe wyzwania regulacyjne w następnej dekadzie będą koncentrować się na wpływie na środowisko, dekarbonizacji i zmianach klimatu. – Unijne rozporządzenie w sprawie zrównoważonego rozwoju jest niczym innym jak „game changerem”. Wpływ na przedsiębiorstwa będzie tak szeroki, jak w przeszłości nowe zasady dotyczące rachunkowości i ochrony danych – mówi Subran.

Zmiana klimatu powoduje dodatkową złożoność ryzyka

Zmiany klimatu osiągają najwyższą w historii pozycję w Barometrze Ryzyka Allianz (#7) i znajdują się już w pierwszej trójce najważniejszych ryzyk biznesowych dla regionu Azji i Pacyfiku. Na wzrost strat fizycznych są najbardziej narażone przedsiębiorstwa (49%), ponieważ podnoszące się morza, dotkliwsze susze, gwałtowniejsze burze i masowe powodzie stanowią zagrożenie dla fabryk i innych aktywów przedsiębiorstw, a także powiązań transportowych i energetycznych, które łączą łańcuchy dostaw. Ponadto przedsiębiorstwa są zaniepokojone skutkami operacyjnymi (37%), takimi jak przeniesienie obiektów oraz potencjalnymi skutkami rynkowymi i regulacyjnymi (35% i 33%). Firmy mogą być zmuszone do przygotowania się także na dalsze spory sądowe w przyszłości – sprawy sądowe skierowane przede wszystkim do największych firm, których działalność związana jest z emisją dwutlenku węgla zostały już wniesione w 30 krajach na całym świecie, przy czym większość spraw dotyczy przedsiębiorstw z USA.

– Wśród firm rośnie świadomość, że negatywne skutki globalnego ocieplenia, powyżej dwóch stopni Celsjusza, będą miały dramatyczny wpływ także na biznes – mówi Chris Bonnet, szef ESG Business Services w AGCS. – Brak aktywności spowoduje podjęcie działań regulacyjnych i wpłynie na decyzje klientów, akcjonariuszy i partnerów biznesowych. Ignorowanie ryzyka klimatycznego jest bardziej kosztowne niż zmaganie się z nim. Dlatego każda firma musi określić swoją rolę, stanowisko i tempo działań odnoszących się do zmiany klimatu a menedżerowie ryzyka muszą odgrywać kluczową rolę w tym procesie – dodaje.

[1] [1] IBM Security, Ponemon, Cost Of A Data Breach Report 2019

Cudzoziemcy w Polsce – podsumowanie 2019 r.

Na początku tego roku ważne zezwolenia na pobyt w Polsce posiadało prawie 423 tys. cudzoziemców. W ciągu 2019 roku liczba ta wzrosła o nieco ponad 50 tys. osób. Głównie za sprawą obywateli Ukrainy ale także coraz liczniej osiedlającymi się w kraju Białorusinami oraz Gruzinami.

Z 423 tys. cudzoziemców, którzy 1 stycznia 2020 r. posiadali ważne dokumenty pobytowe, największe grupy stanowili obywatele: Ukrainy – 214,7 tys. osób, Białorusi – 25,6 tys., Niemiec – 21,3 tys., Rosji – 12,5 tys., Wietnamu – 12,1 tys., Indii – 9,9 tys., Włoch – 8,5 tys., Chin – 8,5 tys., Wielkiej Brytanii – 6,3 tys. oraz Hiszpanii – 5,9 tys.

Z danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że w 2019 r. największy wzrost wśród obcokrajowców osiedlających się w Polsce dotyczył obywateli:

  • Ukrainy – o 35,6 tys. do 214,7 tys. osób
  • Białorusi – o 5,5 tys. do 25,6 tys.
  • Gruzji – o 2,7 tys. do 5,5 tys.
  • Indii – o 1,1 tys. do 9,9 tys.
  • Mołdawii – o 1,1 tys. do 2,4 tys.

Na uwagę zasługuje także rekordowa liczba Brytyjczyków, którzy zarejestrowali swój pobyt lub uzyskali potwierdzenie prawa stałego pobytu. W ubiegłym roku było to prawie 1,4 tys. osób – o 120 proc. więcej niż w 2018 r. Miało to związek z niepewną sytuacją odnośnie warunków wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej.

Niezmiennie najwięcej cudzoziemców posiada zezwolenia na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat). W ubiegłym roku liczba osób z tego typu dokumentami wzrosła z 202,7 tys. do 241,6 tys. Grupa obcokrajowców uprawnionych do pobytu stałego zwiększyła się natomiast z 69,3 tys. do 78,4 tys. osób.

Około 57 proc. cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce to osoby w przedziale wiekowym 20 – 39 lat, prawie 26 proc. w przedziale 40 – 59 lat, a 12 proc. poniżej 20. roku życia. Najbardziej popularnymi regionami są województwa: mazowieckie – 117 tys. osób, małopolskie – 45 tys. os., dolnośląskie – 34 tys. os. oraz wielkopolskie – 33,5 tys. os.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz.

Komentarz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców dot. „podatku cukrowego”

Już od wielu miesięcy na łamach różnego rodzaju mediów toczyła się dyskusja poświęcona zasadności wprowadzenia w Polsce jakiegoś odpowiednika „podatku cukrowego” obowiązującego w niektórych państwach świata. W opublikowanym na początku grudnia 2019 roku projekcie Narodowej Strategii Onkologicznej, w sekcji poświęconej wdrożeniu regulacji prawnych wspierających zdrowe odżywianie, umieszczono punkt zapowiadający wprowadzenie w 2022 roku podatku „od nadmiernej ilości cukrów w produkcie spożywczym”. Tymczasem, już 20 grudnia, w ostatni piątek przed Świętami Bożego Narodzenia, na stronie Rządowego Centrum Legislacji opublikowany został projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów. Projekt zawiera propozycje wprowadzenia trzech nowych podatków (nazywanych przez projektodawcę „opłatami”) – od napojów zawierających cukier lub inne substancje słodzące lub aktywne, od sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkiej pojemności oraz od reklamy suplementów diety.

Abstrahując od merytorycznej oceny rozwiązań zawartych w projekcie ustawy, trzeba stwierdzić że tryb procedowania go zasługuje na zdecydowaną krytykę. Przede wszystkim, projektodawca nie dochował zapowiedzi złożonej zaledwie kilka tygodni wcześniej – na początku grudnia przedsiębiorcy z branży spożywczej byli zapewniani, że ewentualne wprowadzenie podatku cukrowego zaplanowane jest na 2022 rok. Pod koniec miesiąca okazało się, że jest już gotowy projekt zakładający wejście daniny w życie już od kwietnia 2020 roku. W ten sposób nie da się budować zaufania do państwa – wszelkiego rodzaju zapowiedzi ustawodawcy co do jego planów na przyszłość stają się w kontekście omawianego przypadku całkowicie niewiarygodne.

Dodatkowo, wbrew nazwie, omawiany projekt wydaje się mieć wyłącznie cel fiskalny, o czym świadczyć może fakt iż umieszczono w nim – poza propozycją wprowadzenia „podatku cukrowego” – również przepisy dotyczące dwóch innych danin. Szybka lektura uzasadnienia nie pozostawia wątpliwości – „opłaty” (podatki) od sprzedaży reklam i napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkich pojemnościach zostały dodane do projektu ustawy nagle, bez głębszej refleksji.

Ostatecznie, projekt został opublikowany na chwilę przed długą przerwą świąteczną, z krótkim, 21-dniowym terminem na zgłaszanie uwag, w trakcie którego mieścił się jeszcze Nowy Rok oraz święto Trzech Króli. Przekazywanie projektu do konsultacji w międzyrocznym okresie urlopowym wskazuje na to, że intencją projektodawcy nie było, by wszyscy zainteresowani mogli złożyć swoje stanowisko.

Partnerzy społeczni są gotowi do poważnej dyskusji na temat rozwiązań ukierunkowanych na poprawę stanu zdrowia Polaków. Zaproponowane przez projektodawcę warunki tej dyskusji (projekt pojawiający się nagle, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, krótki termin konsultacji, brak spójności pomiędzy zawartymi w projekcie rozwiązaniami etc.) są niemożliwe do zaakceptowania.

Hakerzy tworzą armię botnetów oraz kradną dane z kart kredytowych

Złośliwe botnety wielofunkcyjne dotknęły 28% wszystkich organizacji na całym świecie, natomiast o 20% wzrosły statystyki ukierunkowanych ataków ransomware – wynika z Raportu Bezpieczeństwa Cybernetycznego 2020 firmy Check Point. Raport wskazuje na główne taktyki stosowane przez cyberprzestępców do atakowania organizacji na całym świecie we wszystkich branżach, a także zapewnia specjalistom ds. bezpieczeństwa cybernetycznego i kadrze kierowniczej na poziomie C informacje potrzebne do ochrony ich organizacji przed współczesnymi zagrożeniami.scan

Raport bezpieczeństwa na rok 2020 ujawnia kluczowe wektory i techniki ataków zaobserwowane przez badaczy Check Point w ubiegłym roku. Najważniejsze z nich to:

  • Kryptominery nadal dominują w środowisku złośliwego oprogramowania – mimo że w 2019 r. spadła powszechność kopania kryptowalut, związana ze spadkiem ich wartości i zamknięciem działalności malware’u Coinhive, 38% firm na całym świecie zostało dotkniętych przez koparki kryptowalut, w porównaniu do 37% w 2018. Wynika to z faktu, że ataki za pomocą kryptominerów pozostają przestępstwem o niskim ryzyku i wciąż relatywnie wysokim zyskiem.
  • Wzrost liczby armii botnetów – aktywność botnetów dotknęła 28% organizacji na całym świecie, co stanowi wzrost o ponad 50% w porównaniu z 2018 rokiem. Emotet był najczęściej wykorzystywanym złośliwym oprogramowaniem, przede wszystkim ze względu na jego wszechstronność w zakresie usług dystrybucji złośliwego oprogramowania i spamu. Inne działania botnetów, takie jak aktywność sekstoracyjna i ataki DDoS, również gwałtownie wzrosły.
  • Ukierunkowane oprogramowanie ransomware uderza z dużą siłą – chociaż liczba atakowanych organizacji jest stosunkowo niska, dotkliwość ataku jest znacznie wyższa – jak widać w szkodliwych atakach na administrację miast w USA w 2019 r. Przestępcy ostrożnie wybierają swoje cele związane z oprogramowaniem ransomware w celu wyłudzenia maksymalnego możliwego dochodu.
  • Spadek ataków na urządzenia mobilne – 27% organizacji na całym świecie zostało dotkniętych cyberatakami, które dotyczyły urządzeń mobilnych w 2019 r., w porównaniu z 33% w 2018 r. Podczas gdy krajobraz zagrożeń mobilnych dojrzewa, organizacje są coraz bardziej świadome zagrożenia i wdrażają rozwiązania bezpieczeństwa dla urządzeń mobilnych.
  • Rok, w którym ataki Magecart stały się epidemią – ataki, które wstrzykują złośliwy kod do witryn handlu elektronicznego w celu kradzieży danych o płatnościach klientów, przeprowadzone były na setki witryn w 2019 r., Zagrożenie dotyczyło głównie sieci hotelowych przez gigantów handlowych, aż po małe i średnie firmy działające na wszystkich platformach.
  • Wzrost liczby ataków w chmurze – obecnie ponad 90% przedsiębiorstw korzysta z usług w chmurze, a jednak 67% zespołów ds. bezpieczeństwa skarży się na brak wglądu w infrastrukturę chmury, bezpieczeństwo i zgodność. Skala ataków i naruszeń w chmurze nadal rośnie. Błędna konfiguracja zasobów w chmurze jest nadal główną przyczyną ataków, jednak teraz obserwujemy również rosnącą liczbę ataków skierowanych bezpośrednio do dostawców tych usług.

Rok 2019 przedstawił złożony krajobraz zagrożeń, w którym państwa narodowe, organizacje zajmujące się cyberprzestępczością i prywatni kontrahenci przyspieszyli wyścig zbrojeń cybernetycznych – powiedział Lotem Finkelsteen, główny oficer wywiadu, Check Point Software Technologie. – Nawet jeśli organizacja jest wyposażona w najbardziej kompleksowe, najnowocześniejsze produkty bezpieczeństwa, nie można całkowicie wyeliminować ryzyka naruszeń. Poza wykrywaniem i naprawą organizacje muszą przyjąć proaktywny plan, aby wyprzedzać cyberprzestępców i zapobiegać atakom. Wykrywanie i automatyczne blokowanie ataku na wczesnym etapie może zapobiec wielu zagrożeniom. W raporcie bezpieczeństwa Check Point 2020 wskazano, na co organizacje muszą zwracać uwagę i jak wygrać wojnę z cyberatakami dzięki dobrym praktykom.

Raport bezpieczeństwa Check Point 2020 opiera się na danych z wywiadu ThreatCloud Check Point, największej sieci współpracy do walki z cyberprzestępczością, która dostarcza dane o zagrożeniach i trendy ataków z globalnej sieci czujników zagrożeń; z badań prowadzonych przez Check Point w ciągu ostatnich 12 miesięcy oraz informacji uzyskanych od specjalistów IT i kadry kierowniczej na poziomie C, oceniających ich gotowość na dzisiejsze zagrożenia. Raport analizuje najnowsze pojawiające się zagrożenia dla różnych sektorów przemysłu i zawiera kompleksowy przegląd trendów zaobserwowanych w krajobrazie złośliwego oprogramowania, pojawiających się wektorów naruszających dane oraz cyberataków.

Pierwsza Faza umowy handlowej między USA i Chinami stała się faktem

Tak dużo wcześniej powiedziano o szczegółach umowy handlowej między USA i Chinami, że samo uroczyste podpisanie nie przyniosło większej reakcji rynku. Pozostaje ostrożny optymizm ze świadomością, że wciąż jest wiele nierozwiązanych kwestii, które mogą doprowadzić do pogorszenia stosunków między krajami. Podwyższona premia za ryzyko nie zginie, a w międzyczasie rynki czekają na świeży impuls.

Pierwsza Faza umowy handlowej między USA i Chinami stała się faktem, ale już za późno na fanfary. Porozumienie przynosi krótkoterminową ulgę, ale niewiele gwarantuje w kwestii przyszłych postanowień. Główny pozytywny skutek to zatrzymanie wyścigu na podwyżki ceł i deeskalacja konfliktu. To powinno znieść część niepewności wokół perspektywy globalnego ożywienia i w pośrednio wesprzeć odbudowę popytu inwestycyjnego. Mimo to najbardziej sporne tematy dotyczące ochrony własności intelektualnej, kopiowania rozwiązań technologicznych czy otwartości chińskiego rynku dla zagranicznych firm dalej pozostają otwarte. Prezydent Trump obiecuje, że rozmowy na temat Fazy Drugiej rozpoczną się bardzo szybko, ale ich finisz jest mało prawdopodobny przed wyborami prezydenckimi w USA. A potem, jeśli Trump wygra, będzie miał kolejne cztery lata na wywieranie presji na Chiny. Nie można zapominać, że konflikt między mocarstwami nie rozchodzi się wyłącznie o sprawy handlu, a USA ma wiele powodów, by szkodzić globalnej ekspansji Chin.

Z perspektywy rynków istotne jest też, na ile Trump będzie zadowolony z postępów w realizacji umowy i czy nie będzie potrzebował krytyki Pekinu w swojej kampanii wyborczej. Chiny zobowiązały się do zwiększenia zakupów amerykańskich towarów i usług o 200 miliardów dolarów w ciągu dwóch lat, ale w oparciu o aktualne zapotrzebowanie. Wiemy też, że ociąganie się Chin z zakupami może prowadzić do przywrócenia wyższych ceł. Te niuanse powodują, że podwyższona premia za ryzyko pogorszenia relacji między krajami pozostanie i w niedalekiej przyszłości może być źródłem nasilenie zmienności na rynkach.

Na razie jednak nikt nie chce psuć panującego optymizmu, choć do euforii daleko, za to inwestorzy ostrożnie wyczekują kolejnego impulsu. I lepiej żeby jakiś prędko się pojawił, bo rynek nie lubi próżni i, z braku paliw do wzrostów, wątpliwości mogą przynieść korekcyjne odreagowanie. Jakkolwiek z niczego nie da się wywołać totalnego załamania rynków, tak każdy balon opada, kiedy powietrze w nim stygnie. Możliwe, że fundamenty ponownie będą zyskiwać na znaczeniu, więc warto obserwować kluczowe dane makro z głównych gospodarek. Dziś mamy sprzedaż detaliczną z USA, a w nocy PKB z Chin. Oba odczyty dotyczą przeszłości, więc prawdopodobnie większe znaczenie będzie miała kolejna seria wskaźników wyprzedzających, jakimi są indeksy PMI w przyszłym tygodniu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Największe sklepy internetowe reklamowały noworoczne obniżki na poziomie do 70 proc. W rzeczywistości sięgnęły one średnio 9-12 proc.

Noworoczne wyprzedaże na dobre wpisały się w kalendarz polskich handlowców. Jeszcze przed Sylwestrem sklepy stacjonarne i internetowe kusiły nas ogromnymi obniżkami. Tymczasem, jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ceny w największych sklepach online w pierwszej połowie stycznia 2020 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2019 roku, prawie nie uległy zmianie. Przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że wbrew intensywnej komunikacji reklamowej, klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione. Tradycyjnie potaniała elektronika i gry komputerowe, za to w górę poszły ceny zabawek oraz kosmetyków i perfum.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 22 listopada 2019 (tydzień przed Black Friday) a 10 stycznia 2020 roku analizowali ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy świąteczne 2019” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych wyprzedażach.

Podobnie jak w innych krajach Polacy tłumnie udają się do sklepów, by skorzystać z atrakcyjnych obniżek. Dotyczy to także sklepów internetowych, które równie intensywnie promują wyprzedaże swoich produktów jak detaliści tradycyjni – mówi Agnieszka Szapiel, Menadżer w zespole strategii, Deloitte.

Do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, czekolady, DIY, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, okulary VR, perfumy, planszówki, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices wyszukano konkretne oferty tych produktów, które poddano codziennemu monitoringowi w zakresie cen. Łącznie przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 1 000 sklepów online i przeanalizowano około 8 tys. cen.

Wirtualne obniżki

Jak wynika z analizy pięciu dużych i znanych sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami (nawet do 70 proc.), prowadzone kampanie marketingowe nie pokrywały się z dużymi obniżkami cen. Przede wszystkim promocje obejmowały ceny zaledwie około jednej trzeciej monitorowanych produktów, które dany sklep ma w swojej ofercie.

Podobnie jak rok temu obniżki te, wbrew temu co słyszeliśmy w reklamach, na pewno nie sięgały 70 proc., przynajmniej w popularnych kategoriach, które analizowaliśmy. Maksymalne obniżki pojedynczych produktów wynosiły 45 proc. Średnio było to jednak od 9 do 12 proc. W wielu przypadkach ceny poszły do góry, co spowodowało, że średnie ruchy cenowe oscylowały wokół 1-2 proc., czyli na poziomie raczej niezauważonym przez klientów
– mówi Agnieszka Szapiel.

Po zestawieniu cen produktów z noworocznych wyprzedaży z tymi z okresu przed Black Friday, 46 proc. z nich zostało obniżonych. Średni spadek wyniósł 4,7 proc.

Nasze analizy pokazały, że jedynie 16 proc. z tych produktów miały ceny obniżone więcej niż 5 proc. Dotyczyło to szczególnie elektroniki i gier komputerowych – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

Z kolei ceny ponad połowy produktów (52 proc.) wzrosły. Średni wzrost wynosił 6,2 proc., a w przypadku około 17 proc. produktów ceny poszły w górę więcej niż 5 proc. Podwyżki dotknęły przede wszystkim kosmetyków, perfum i zabawek.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 8 tys. cen i porównywali ich ruchy w okresie przed Black Friday i w czasie noworocznych wyprzedaży. Okazało się, że wzrost dotyczył 28 proc. z nich, a spadek niemal tylu samo, bo 29 proc. Z kolei 43 proc. cen pozostał bez zmian.

Po wzięciu pod uwagę ponad 5,6 tys. cen tych samych produktów w analizowanym okresie, to w porównaniu do tygodnia po 20 listopada, w styczniu 37 proc. sklepów obniżyło ceny, nieco ponad jedna czwarta (27 proc.) zdecydowała się na wzrost, a w przypadku 36 proc. nie odnotowano różnic.

Tańsze gry, droższe kosmetyki i zabawki

Analizy Deloitte z ostatnich lat pokazują, że opłaca się poczekać z zakupem sprzętu elektronicznego lub gier do noworocznych wyprzedaży. Podobnie było również w tym roku. Aż 56 proc. gier największe obniżki osiągnęło w pierwszej dekadzie stycznia. Największe spadki zanotowano w przypadku gier Assassin’s Creed: Odyssey (PS4) i Red Dead Redempation 2 (PS4). W obu przypadkach była to obniżka o średnio 22 proc. Warto było również czekać z zakupem konsoli. Jak pokazuje analiza Deloitte cena niemal dwóch trzecich z nich (63 proc.) poszła w dół.

Z kolei na klientki, które liczyły na to, że po świętach uda się im kupić tańsze kosmetyki i perfumy, czekało rozczarowanie. Ceny aż 77 proc. kosmetyków wzrosły w porównaniu z okresem przed Black Friday. Podobnie było z drobnym AGD (wzrost dotyczył 71 proc. analizowanych produktów) i zabawkami, gdzie 55 proc. produktów podrożało. Zabawki są jedną z ciekawszych analizowanych kategorii.

Obserwowaliśmy niemal ciągły wzrost cen w tym segmencie w ciągu ostatnich kilku tygodni. W porównaniu do tygodnia przed Black Friday ich ceny poszybowały w górę o kilka procent. W zależności od kategorii było to nawet 7-8 proc. Jednym słowem, zabawki opłaca się kupować zanim na dobre ruszy przedświąteczna machina reklamowa – mówi Mateusz Mańkowski, konsultant w zespole strategii Deloitte.

Eksperci Deloitte porównali tegoroczny okres wyprzedaży z okazji Black Friday i Nowego Roku z analogicznym okresem z przełomu 2018/2019 roku. W 2018 roku na tydzień przed Black Friday 41,6 proc. produktów miało najniższą cenę. W 2019 roku, czyli podczas ostatniego BF było to 30,8 proc.

Podobnie jest z pierwszą dekadą stycznia. W czasie ubiegłorocznych poświątecznych wyprzedaży 41,6 proc. produktów osiągnęło najniższy poziom cen. W tym roku jest to jedynie 26,1 proc. produktów, co pokazuje, że klienci mieli niewiele okazji, by cieszyć się naprawdę niższymi cenami
– dodaje Mateusz Mańkowski.

Prognoza dla branży DIY w górę

Rynek produktów „dom i ogród” w Niemczech, zaopatrywany przez wielu polskich producentów, ma się lepiej niż oczekiwano. BHB, organizacja zrzeszająca firmy z branży DIY z Niemiec, Austrii i Szwajcarii, podniosła ostatnio prognozę sprzedażową za rok 2019 – z 1,5% do 3%. Pozytywny trend na polskim rynku DIY obserwuje też Dachser, operator logistyczny, który w Polsce specjalizuje się w obsłudze eksporterów. Firma odnotowała dwucyfrowy wzrost liczby przesyłek od polskich producentów do niemieckich sklepów typu „dom i ogród” w 2019 r.

Analizy BHB świadczą o tym, że branża DIY w Niemczech rośnie szybciej niż tamtejsza gospodarka. Rządowa prognoza dla dynamiki PKB tego kraju na 2019 r. to 0,5%. Jednocześnie z danych stowarzyszenia BHB wynika, że sprzedaż produktów budowlanych i ogrodniczych po dziewięciu miesiącach 2019 r. wyniosła w Niemczech 15,05 mld euro, co oznacza wzrost o 4,5% r/r.

„Branża DIY to znacząca dziedzina niemieckiego handlu, więc poprawa sytuacji i lepsze prognozy za 2019 r. to bardzo dobre wieści także dla firm z Polski. Wiele z nich jest dostawcą tamtejszych sklepów typu „ogród i dom”. Z naszego kraju do Niemiec trafiają m.in. produkty budowlane, takie jak meble, ceramika, elektronarzędzia czy asortyment związany z ogrodem. Dane pokazują, że duża część tych kategorii, składających się na zewnętrzny wizerunek domu, okazała się odporna na spadek ogólnej koniunktury w Niemczech. Nasze obserwacje i wyniki również potwierdzają te trendy” – komentuje Juliusz Pakuński, Kierownik Rozwoju Biznesu Dachser DIY-Logistics w Polsce.

Polski eksport nadal rośnie mimo osłabienia gospodarczego u głównych partnerów handlowych

Eksport wzrósł w okresie styczeń-listopad 2019 r. o 4,8% (w ujęciu w euro), import zaś o 2,3 proc. Dodatnie saldo obrotów wyniosło 1,9 mld euro (8 mld PLN). Odnotowano dodatnie saldo w obrotach z wszystkimi grupami krajów, z wyjątkiem krajów rozwijających się (minus 41,9 mld euro) i krajów Europy Środkowo-Wschodniej (minus 3,7 mld euro) – podał GUS.

Opublikowane przez GUS dane statystyczne wskazują na silną pozycję polskich eksporterów na rynkach krajów wysoko rozwiniętych oraz na nieznaczny wzrost ekspansji na rynki krajów rozwijających się oraz na rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej, Na rynki krajów wysoko rozwiniętych kierowane jest aż 86,7 proc. polskiego eksportu – wśród tych krajów największą grupę stanowią kraje Unii Europejskiej (79,9 proc.) a wśród nich – kraje strefy euro (57,5 proc.). Taka struktura geograficzna polskiego eksportu pozwala postawić tezę, że polskie towary są nadal konkurencyjne na wymagających rynkach krajów wysoko rozwiniętych, na których polscy eksporterzy napotykają sporą konkurencję.

Importujemy także głównie z krajów wysoko rozwiniętych (65,5 proc.), w tym z krajów Unii Europejskiej (57,8 proc.) i z krajów strefy euro (45,9 proc.). Z krajów rozwijających się pochodziło 26,7 proc. importu (wzrost o 1,6 punktu procentowego r/r) i z krajów Europy Środkowo-Wschodniej (7,8 proc.).

Nadal, jak w porównywalnym okresie roku poprzedniego, najważniejszymi partnerami polskich eksporterów są firmy niemieckie – eksport na rynek niemiecki wzrósł o 2,7 proc. r/r i wyniósł 60,1 mld euro. Mimo to udział gospodarki niemieckiej w wartości polskiego eksportu ogółem spadł o pół punktu procentowego. To efekt wzrostu eksportu na inne rynki, co jest dobrą wiadomością – potwierdza stale wysoką pozycję polskich eksporterów na rynku niemieckim oraz wzrost eksportu do innych krajów i regionów.

Dostawcy niemieccy byli także największymi partnerami polskich importerów – w wyrażeniu wartościowym import z Niemiec wyniósł w okresie styczeń-listopad 2019 r. 47,1 mld euro, co stanowiło 21,9 proc. importu ogółem, tj. o 0,7 punktu procentowego mniej, niż rok temu (przy wzroście wartości importu ogółem).

W handlu z Niemcami polscy partnerzy odnotowali dodatnie saldo obrotów w wysokości 13 mld euro wobec 10,9 mld euro w analogicznym okresie roku poprzedniego.

Wzrósł eksport do wszystkich pozostałych partnerów handlowych z pierwszej dziesiątki – Czech, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch, Holandii, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Szwecji i Węgier. Ich łączny udział w eksporcie (włącznie z Niemcami) wynosił 66,35 proc.

Wzrósł import ze Stanów Zjednoczonych, Chin, Hiszpanii, Francji, Włoch oraz Niemiec. Udział dziesięciu największych pod względem wartości importu krajów w imporcie ogółem stanowił 63,8 proc.

Odnotowano spadek udziału importu z Rosji (trzeciej na liście największych dostawców) w imporcie ogółem o 1 punkt procentowy w porównaniu z rokiem poprzednim – z 7,1 proc. do 6,1 proc.

Struktura towarowa eksportu odpowiada strukturze eksportu krajów wysoko rozwiniętych – polscy producenci eksportują głównie maszyny, urządzenia i wyroby transportowe (38 proc. eksportu ogółem) i różne wyroby przemysłowe (35,4 proc. eksportu ogółem). Żywność i zwierzęta stanowiły 10,7 proc. eksportu ogółem.

Głównymi towarami w imporcie były także maszyny, urządzenia i środki transportu (36,3 proc.), różne wyroby przemysłowe (31,1 proc.), chemikalia (13,6 proc.). Paliwa mineralne i materiały pochodne stanowiły 7,6 proc. importu ogółem.

Kontakt do autora: Ewa Sadowska-Cieślak, Członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Spicy Mobile inwestuje 10 mln zł w platformę reklamy programmatic, dopasowującą reklamę do cech osobowości

Agencja marketingu mobilnego i sieć reklamowa Spicy Mobile inwestuje ponad 10 mln złotych w budowę platformy emisji reklam. Stworzone narzędzie będzie automatycznie dopasowywać komunikat reklamowy do cech osobowościowych użytkownika w oparciu o technologię „machine learning”. Będzie również odpowiadało za wycenę i zakup emisji odpowiedniej kreacji reklamowej do najbardziej zainteresowanego produktem lub usługą użytkownika.

Projekt jest wspófinansowany przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBiR) w ramach programu „Ścieżka dla Mazowsza”, którego celem jest wsparcie innowacyjnych rozwiązań i technologii prowadzących do zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki w oparciu o prace rozwojowo-badawcze. W ramach grantu Spicy Mobile otrzymała wsparcie w wysokości ok. 7,8 mln. Pozostałą kwotę spółka przeznaczy z własnych środków. Łączny koszt inwestycji to ponad 10,1 mln zł.

Przy realizacji projektu agencja Spicy Mobile będzie współpracować z zespołem naukowców z Uniwersytetu SWPS i Uniwersytetu Warszawskiego. To pierwszy tak duży program naukowo-badawczy w branży reklamy mobilnej w Polsce, a pod względem tematu – unikalny w skali międzynarodowej.

„Od lat pracujemy nad rozwojem reklamy mobilnej oferując rozwiązania technologiczne i badawcze, które wyprzedzają oczekiwania rynku” – podkreśla Artur Zawadzki, członek zarządu i współwłaściciel Spicy Mobile. – „Tak było z badaniem Mobience, pierwszym pasywnym pomiarem aktywności użytkowników na smartfonach i tabletach. Tym razem mamy szansę zmienić oblicze reklamy cyfrowej wyznaczając nową jakość emisji oraz profilowania użytkowników i samych kreacji, a także przyczynić się do rozwoju i promocji polskiej myśli naukowej na arenie międzynarodowej. Przegląd dostępnych prac teoretycznych wskazuje, że podjęty przez nas kierunek ma charakter pionierski”.

Głównym celem projektu jest ograniczenie liczby emitowanych reklam w aplikacjach mobilnych dzięki poprawie ich jakości. Zadanie zrealizowane będzie poprzez stworzenie automatycznych i samouczących się mechanizmów profilowania użytkowników urządzeń mobilnych i emitowanych im kreacji reklamowych. Profilowanie będzie się odbywać na bazie informacji o użytkownikach aplikacji mobilnych oraz pięcioczynnikowego modelu osobowości (model Wielkiej Piątki). Dzięki temu możliwe będzie podniesienie trafności wyświetlanej reklamy na urządzeniu mobilnym poprzez lepszy dobór miejsca, czasu emisji oraz dopasowanie kreacji reklamowej do konsumenta.

Według modelu Wielkiej Piątki autorstwa Paula Costy i Roberta McCrae osobowość można podzielić na pięć niezależnych cech, jak otwartość na doświadczenie, sumienność, ekstrawersję, ugodowość i neurotyczność. Wiedza o tym, jak każda z tych cech przejawia się w jednostce, pozwala zrozumieć jej osobowość. Ta uniwersalna struktura osobowości jest wspólna dla ludzi różnych kultur i grup językowych. Od lat znajduje zastosowanie w obszarze badań naukowych, poradnictwie zawodowym oraz badaniach klinicznych. Tym razem zostanie wykorzystana do precyzyjnego profilowania reklam w aplikacjach mobilnych, tzw. mikrotargetowania.

„Mikrotargetowanie, czyli precyzyjne dobieranie przekazów reklamowych do potrzeb i zachowań indywidualnych konsumentów, to proces, który na rynku jest stosunkowo nowy. Dotychczas większość badań nad spersonalizowanymi komunikatami była prowadzona na podstawie danych pochodzących z Facebooka. Unikalność naszych badań polega na tym, że będziemy mogli wnioskować o potrzebach konsumentów na podstawie ich aktywności na urządzeniach mobilnych (dane z aplikacji badawczej Mobience)” – wyjaśnia prof. Alicja Grochowska, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS. – „Dostęp do tego rodzaju danych, w połączeniu z badaniami cech osobowości użytkowników, pozwoli na kierowanie komunikatów reklamowych przyjaznych i »chcianych« przez konsumentów dużo bardziej precyzyjnie niż dotychczas”.

Na początku projektu zostanie zrealizowane badanie użytkowników internetu pod kątem cech osobowościowych – według Małgorzaty Wołejko, dyrektora ds. badań w Spicy Mobile, będzie to najprawdopodobniej największe tego typu badanie profili osobowościowych z dziedziny psychologii w Polsce. Następnie dane zostaną powiązane z aktywnością użytkowników na urządzeniach mobilnych pochodzącą z aplikacji badawczej Mobience i wykorzystane do stworzenia mechanizmów profilujących. Na tym etapie projektu zostanie wykorzystana technologia „machine learning” – odpowiednie algorytmy pozwolą oprogramowaniu na zautomatyzowanie procesu analizy danych i wykrywanie zależności między zmiennymi, tak aby każdorazowo móc dostosowywać reklamę do profilu osobowościowego użytkownika. Spicy Mobile rozpoczęła już realizację projektu, aktualnie prowadzi prace nad systemem klasyfikacji reklam. Każdą z reklam można opisać pod kątem wielu zmiennych, np. dominującego koloru, możliwości interakcji, intruzywności.

„Reklamy są wszędzie i wszędzie nie są lubiane – szczególnie w aplikacjach mobilnych. Chcemy zmienić ten stan rzeczy poprzez stworzenie narzędzi pozwalających na idealne dobranie reklamy do użytkownika” – podkreśla prof. Piotr Sankowski z Wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki UW. – „Przewidując jego potrzeby, będziemy mogli skierować do niego odpowiednią reklamę w kluczowym momencie. Nasze narzędzia będą bazowały na nowatorskich badaniach psychologicznych oraz najnowocześniejszych algorytmach uczenia maszynowego”.

Realizowany przez Spicy Mobile projekt jest ważny także z innego względu. Wraz z blokowaniem przez przeglądarki tzw. „third-party cookies” polski i światowy rynek reklamy internetowej czekają duże zmiany. Część wydatków reklamowych może zostać przeniesiona ze stron internetowych do aplikacji mobilnych. W walce o ograniczoną przestrzeń emisji dotychczasowe możliwości targetowania reklam mogą nie być wystarczające dla zapewnienia efektywnej alokacji budżetów. Według Artura Zawadzkiego rynek będzie potrzebował dużej zmiany jakościowej, reklamy personalizowanej pod każdym względem.

W pierwszym półroczu 2019 r. wydatki na reklamę cyfrową wyniosły 2,4 mld zł. Niemal 28% tej kwoty – jak podaje IAB Polska – przypadło na reklamę mobilną, która odnotowała wzrost na poziomie 24% rok do roku.

Grupa CDRL po IV kwartale 2019 r.

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik, podsumowała wyniki sprzedaży w czwartym kwartale 2019 roku, które były najwyższe w historii. Jednostkowe przychody ze sprzedaży CDRL S.A. wyniosły 62,0 mln zł. W tym okresie białoruska sieć sklepów Buslik wypracowała 67,4 mln zł przychodów w sieci stacjonarnej, natomiast sklep internetowy wygenerował 2,6 mln zł przychodów, czyli o 94 proc. więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

– Wyniki sprzedaży Grupy CDRL w czwartym kwartale utrzymują się na wysokim poziomie i z naszej perspektywy są zadowalające. Okres od października do grudnia był najlepszym czasem w minionym roku pod względem wysokości obrotów. Niewielkie spadki wyników jednostkowych względem odnotowanych w ubiegłym roku są spowodowane anomaliami pogodowymi i w konsekwencji niższą sprzedażą odzieży zimowej. Dzięki skutecznym działaniom optymalizacji kosztów i oferty podnieśliśmy marżę brutto w sklepach Buslik, jednak wciąż widzimy tam potencjał do wzrostu. – komentuje Marek Dworczak, prezes CDRL

W okresie od stycznia do grudnia, przychody wygenerowane przez CDRL wyniosły 251 mln zł, co oznacza wzrost o 6 proc. r/r. Sieć sklepów Buslik odnotowała 247,1 mln zł przychodów, co jest wynikiem o 1 proc. lepszym niż w roku poprzednim. Znaczące wzrosty odnotowuje sklep internetowy białoruskiej sieci. W ciągu czterech kwartałów sprzedaż wyniosła 7,8 mln zł, co oznacza wzrost względem 2018 roku o 93 proc.

Pragma Faktoring publikuje wyniki za 2019 rok

Pragma Faktoring pochwaliła się inwestorom wynikami sprzedażowymi za ubiegły rok. Dane obejmują obroty oraz liczbę pozyskanych klientów.

Wartość sfinansowanych faktur wzrosła od 142.173 tys. zł w pierwszym do 163.147 tys. zł w ostatnim kwartale. Średnia dynamika wzrostu wartości kwartał do kwartału wyniosła prawie 10%. W całym roku Pragma odnotowała obroty faktoringowe na poziomie 566,384 tys. zł.

W zakresie produktów online pod marką PragmaGO® spółka osiągnęła średnią dynamikę wzrostu obrotów 14% w skali kwartału. W sumie dzięki produktom online (produkty faktoringowe oraz finansowanie zakupów) spółka udzieliła Klientom finansowania na kwotę 370.700 tys. zł.

Jeszcze szybsze tempo ma przyrost liczby obsługiwanych klientów, który osiąga 25%
w skali kwartału. W pierwszym kwartale spółka finansowała 515 klientów, a w ostatnim już 975. Łącznie z usług Pragma w 2019 r. skorzystało 1 641 Klientów wobec 845 rok wcześniej (wzrost o 94 % r/r).

Zarząd Pragma Faktoring komentuje  te wyniki stwierdzając, że są one dowodem skutecznej realizacji wyznaczonej 2 lata temu strategii.

Naszym celem jest pozyskiwanie i obsługa klientów z sektora MSP w procesach
w 100% onlinowych. Chcemy zwiększyć liczbę klientów, dając im wygodną, atrakcyjną rynkowo i cenowo usługę finansowania dostępną z każdego miejsca, w którym przebywają. Jak pokazują liczby, przedsiębiorcy doceniają nasze starania wiążąc się
z Pragma
.” – cieszy się Daniel Mączyński, Wiceprezes ds. rozwoju w Pragma Faktoring SA.

Faktycznie Pragma Faktoring zaczynając 20 lat temu jako tradycyjny faktor pozabankowy, w ostatnich latach przestawiła swoje tory na fintech i w 2019 roku już ponad 65% sprzedaży generują produkty online PragmaGO®, a spółka zapowiada utrzymanie tego kierunku.

Bezpieczeństwo, ochrona danych – praca zdalna wymaga regulacji prawnych

Coraz więcej pracowników korzysta z możliwości pracy zdalnej. Dzieje się tak dzięki dostępności technologii cyfrowej i Internetu – ale praca zdalna odpowiada także na zmieniające się potrzeby pracowników i rosnącą konkurencję na rynku pracy. Gdy poszukiwany przez przedsiębiorcę pracownik opiekuje się dziećmi, daleko mieszka, lub inny czynnik społeczno-ekonomiczny powstrzymuje go przed przyjazdem do biura – pracodawcy często decydują się na zatrudnienie zdalne. Taka forma pracy ma wiele dobrych stron – pozwala pracownikowi na ustalanie własnego grafiku, przez co polepsza się jego wydajność i zwiększa się możliwość połączenia życia zawodowego z prywatnym. Tak elastyczne podejście do zatrudnienia pozwala realizować się na rynku pracy wielu osobom, które z różnych względów nie chcą lub nie mogą pracować w tradycyjny sposób. Praca zdalna niesie jednak za sobą pewne niebezpieczeństwa.

– Problemy rodzi brak regulacji prawnych. W Polsce nie ma przepisów, które dokładnie regulowałyby zasady świadczenia pracy zdalnej. Najbliższe temu przepisy dotyczą telepracy, jest to jednak zupełnie inna forma zatrudnienia – powiedziała serwisowi eNewsroom Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Praca zdalna musi zostać uregulowana – podczas świadczenia usług przez pracownika pojawiają się wątpliwości co do kwestii ochrony danych, powierzenia sprzętu i odpowiedzialności za niego, a także wypadków w miejscu pracy. Takie aspekty pracy zdalnej powinny zostać uregulowane przepisami. Pracodawcy oczekują więc, że nastąpią zmiany w prawie pracy. Potrzebujemy wprowadzenia pojęcia pracy zdalnej i określenia jej podstawowych zasad – tak, żeby mogła być powszechnie stosowana w sposób legalny i przewidziany w przepisach kodeksu pracy – apeluje Spytek-Bandurska.

60 proc. pracowników chce skorzystać z oferty ubezpieczeń od pracodawcy. Najczęściej są to grupowe polisy na życie

Grupowe ubezpieczenia to atrakcyjny i pożądany przez osoby zatrudnione benefit. W realiach niskiego bezrobocia pomagają firmom walczyć o pracowników. Dlatego 46 proc. pracodawców oferuje grupowe ubezpieczenia na życie, a im większa firma, tym częściej pojawia się to świadczenie pozapłacowe – wynika z nowego badania Unum Insight. Sondaż pokazuje też, że wszystkie dodatkowe ubezpieczenia oferowane w firmach wzbudzają duże zainteresowanie – ok. 60 proc. ankietowanych pracowników jest chętnych, by z nich skorzystać.

– Ubezpieczenia są benefitem, którego pracownicy często oczekują od swoich pracodawców. Jak wynika z naszych badań, najczęściej oferowanym typem jest grupowe ubezpieczenie na życie. Podstawową zaletą takiej polisy jest szeroki zakres ochrony przy relatywnie niskiej składce. Pracownik objęty jest ochroną nie tylko na wypadek śmierci, ale również poważnej choroby, pobytu w szpitalu, operacji, inwalidztwa czy uszczerbku na zdrowiu. Może również otrzymać świadczenie w przypadku śmierci bliskiej osoby: małżonka, partnera, rodzica bądź teścia – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Grudnik, dyrektor operacyjny ds. ubezpieczeń grupowych w Unum Życie TUiR.

Grupowe polisy w miejscu pracy są w Polsce najpowszechniejszą formą ubezpieczeń na życie. Jak wynika z danych przytaczanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń, na indywidualną ochronę decyduje się raptem 26 proc. osób między 20. a 50. rokiem życia, co w praktyce przekłada się na 1/10 populacji, podczas gdy grupowym ubezpieczeniem na życie w miejscu pracy jest objęta blisko połowa.

– Pracodawcy mogą wybierać z szerokiej oferty ubezpieczeń. Najczęściej jest to grupowe ubezpieczenie na życie (46 proc. firm – red.), ale poza tym firmy oferują również ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków (19 proc. – red.), ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne (po 18 proc. – red.) – wymienia Joanna Grudnik.

Z danych PIU wynika, że na koniec III kwartału ub.r. prywatne ubezpieczenie zdrowotne miało ponad 2,8 mln Polaków (wzrost o 15 proc. r/r), a największy udział w tym rynku mają niezmiennie polisy oferowane przez firmy pracownikom jako element pakietu socjalnego. W realiach niskiego bezrobocia i dużej konkurencji o talenty grupowe ubezpieczenia są dla firm elementem, który pomaga budować ich employer branding i pozycjonować się jako atrakcyjny pracodawca.

Jak wynika z grudniowego badania Ipsos dla Unum Życie TUiR, im większa firma, tym częściej pojawia się to świadczenie pozapłacowe.

– W przypadku programów dobrowolnych składka najczęściej opłacana jest ze środków pracownika bądź współfinansowana przez pracodawcę (odpowiednio 46 proc. i 31 proc. – red.). Natomiast największe firmy, zatrudniające powyżej 250 pracowników, często bezpłatnie oferują im ten benefit – podkreśla Joanna Grudnik.

Badanie Ipsos pokazuje, że wszystkie dodatkowe ubezpieczenia w firmach wzbudzają dość duże zainteresowanie – około 60 proc. ankietowanych pracowników byłoby chętnych z nich skorzystać.

– Największą popularnością cieszy się ubezpieczenie następstw nieszczęśliwych wypadków (65 proc. – red.). Na drugim miejscu plasuje się długotrwała niezdolność do pracy, a dalej – ubezpieczenie na wypadek choroby onkologicznej czy innych poważnych zachorowań (odpowiednio 64 proc. i 60 proc. – red.) – mówi Joanna Grudnik.

Ubezpieczeniem na wypadek choroby nowotworowej nieco częściej są zainteresowani pracownicy firm średnich (67 proc.), nieco rzadziej dużych (53 proc.). Wyróżnikiem firm zatrudniających 51–250 pracowników jest natomiast częstsze oferowanie ubezpieczenia zdrowotnego (28 vs. 18 proc. wśród ogółu).

Dla pracownika podejmującego decyzję o przystąpieniu do ubezpieczenia oferowanego przez pracodawcę najważniejsze są trzy kryteria: wysokość składki (55 proc.), wysokość sumy ubezpieczenia (48 proc.) oraz zakres ochrony (46 proc.).

– Duże znaczenie ma również czytelność, klarowność warunków ubezpieczenia oraz szybkość wypłaty świadczenia – mówi Joanna Grudnik. – Ponad połowa ankietowanych przez nas pracowników najchętniej poznałaby ofertę świadczeń pracowniczych drogą elektroniczną, za pośrednictwem internetu, intranetu, aplikacji czy materiałów przesyłanych pocztą elektroniczną. Nowe technologie są niezwykle pomocne – przyspieszają i upraszczają proces przystąpienia do ubezpieczenia. To bardzo dobra informacja dla tych ubezpieczycieli, którzy idą z duchem czasu.

Zaletą grupowego ubezpieczenia jest szeroki zakres ochrony przy relatywnie niskiej składce, ale i ograniczone do minimum formalności związane z zawarciem umowy. Pracownik wypełnia formularz przystąpienia do ubezpieczenia i nie musi robić nic więcej – składka jest co miesiąc ściągana automatycznie z konta (jeżeli pracodawca nie opłaca jej w całości).

– Trzeba też pamiętać, że kwoty wypłaconych świadczeń nie podlegają opodatkowaniu. Dzięki tym wszystkim elementom oraz prostej formie przystąpienia do takiego programu ubezpieczenia grupowe są popularnym, ale i jednym z najbardziej pożądanych benefitów pracowniczych – podkreśla dyrektor operacyjny ds. ubezpieczeń grupowych w Unum Życie TUiR.

43 proc. badanych jako najatrakcyjniejszy benefit pozapłacowy wskazało abonament medyczny, co trzeci pracownik – dodatkowy płatny urlop, a co czwarty – możliwości rozwoju zawodowego. Zatrudnieni doceniają także bezpłatne zdrowe posiłki w pracy oraz elastyczne godziny pracy.

E-papierosy pod lupą naukowców. W Wielkiej Brytanii i Kanadzie są rekomendowaną alternatywą dla papierosów

E-papierosy pod lupą naukowców. W Wielkiej Brytanii i Kanadzie są rekomendowaną alternatywą dla papierosów 1

Branża tytoniowa od kilku lat stawia mocny akcent na rozwijanie alternatywnych produktów nikotynowych, do których zaliczają się e-papierosy. Część dotychczasowych badań potwierdza, że ich palenie – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – powoduje mniej szkód niż tradycyjne wyroby tytoniowe. Niektóre państwa, jak Wielka Brytania, Nowa Zelandia czy Kanada, rekomendują palaczom przejście na papierosy elektroniczne, zakładając, że dzięki niższej toksyczności mogą ograniczyć szkody społeczne związane z aktywnym i biernym paleniem oraz m.in. ograniczyć koszty ponoszone przez system ochrony zdrowia.

 E-papierosy są kategorią produktów o potencjalnie obniżonym ryzyku. Kiedy porównamy ich zastosowanie i działanie ze zwykłymi papierosami tytoniowymi, widzimy, że zawierają mniej substancji szkodliwych – mówi agencji Newseria Biznes dr Marianna Gaca, kierownik oceny przedklinicznej w centrum badawczo-rozwojowym British American Tobacco w Southampton w Wielkiej Brytanii.

W tradycyjnych papierosach tytoń jest spalany, a dym powstający w wyniku tej reakcji zawiera blisko 7 tys. związków chemicznych, toksycznych pierwiastków, metali ciężkich i substancji smolistych. To one odpowiadają za nowotwory, choroby płuc i układu krążenia, które wywołuje palenie papierosów. Dlatego tez branża tytoniowa od kilku lat rozwija innowacyjne produkty nikotynowe. Zaliczają się do nich e-papierosy, w których reakcja spalania tytoniu w ogóle nie zachodzi.

 E-papieros to produkt bardzo prosty w budowie i działaniu. Jest podzielony na dwie główne części. Zawiera e-liquid, czyli płyn z glikolem propylenowym, glicerolem, nikotyną, dodatkiem smakowym i wodą. Dużą uwagę poświęcamy zarządzaniu tymi produktami – znamy składniki, z których robione są płyny, zatrudniamy 50 toksykologów, którzy badają ich skład. Kontrolujemy również łańcuch dostaw surowców potrzebnych do wyrobu płynów przeznaczonych na rynek UE – podkreśla dr Marianna Gaca. – Część z e-liquidem jest przyłączona do urządzenia, które obejmuje akumulator i atomizer. Za ich sprawą płyn się podgrzewa i zostaje zamieniony w parę. 

Jak podkreśla, w centrum badawczo-rozwojowym BAT w Southampton zatrudnionych jest ponad 500 naukowców, którzy nie tylko pracują nad innowacjami w tej dziedzinie, lecz także badają skład i właściwości e-papierosów oraz samych płynów.

– Badamy substancje w aerozolach uwalniane w momencie, kiedy e-papieros zostaje uruchomiony i jest w użyciu. Przeprowadzamy ponad 100 analiz chemicznych i ponad 35 testów biologicznych, dzięki czemu możemy przyjrzeć się temu, jak niższa liczba substancji szkodliwych wpływa na komórki  – mówi dr Marianna Gaca.

Temat e-papierosów nadal pozostaje przedmiotem sporów środowiska naukowego. Część dotychczasowych badań potwierdza koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą ich palenie, nawet jeśli nie są całkowicie nieszkodliwe, powoduje mniej szkód niż tradycyjne wyroby tytoniowe. Wynika to z faktu, że w przypadku e-papierosów płyn zawierający nikotynę i związki aromatyzujące jest podgrzewany do temperatury 200–250°C. Dzięki temu ilość szkodliwych związków wdychanych przez e-palaczy ma być mniejsza.

Badania nad szkodliwością e-papierosów prowadzi m.in. zespół naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego pod kierownictwem toksykologa prof. Andrzeja Sobczaka, który – nie opowiadając się za żadną formą palenia wyrobów tytoniowych – sprawdził zawartość kadmu i ołowiu w dymie z tradycyjnych i elektronicznych papierosów. Dotychczasowe wyniki opublikowane na łamach wydawanego przez Oxford University Press „Nicotine & Tobacco Research” pokazują, że całkowite przestawienie się z papierosów konwencjonalnych na elektroniczne prowadzi do mniejszej ekspozycji palaczy na szkodliwe substancje.

 Prowadzimy długoterminowe badania, żeby lepiej zrozumieć skutki biologiczne palenia e-papierosów. Ich wyniki są dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Wyniki badań innych niezależnych podmiotów, które analizują e-papierosy albo dotyczą produktów Vype, są zbliżone do naszych i potwierdzają znaczną redukcję substancji szkodliwych i zdecydowanie mniejsze ryzyko biologiczne – mówi dr Marianna Gaca.

Co istotne, wiele państw bierze pod uwagę zmianę podejścia regulacyjnego do e-papierosów, zakładając, że dzięki niższej toksyczności mogłyby ograniczyć szkody społeczne związane z aktywnym i biernym paleniem. W Wielkiej Brytanii rządowa agencja do spraw zdrowia publicznego – Public Health England – wyemitowała w 2018 roku specjalny spot porównujący wpływ zwykłych papierosów i e-papierosów, wskazując, że szkodliwość tych drugich może być nawet o 95 proc. niższa.

– Wiele rządów i agencji państwowych zaczyna dochodzić do przekonania, że e-papierosy mają duży potencjał, aby stać się mniej szkodliwą dla zdrowia alternatywą dla tradycyjnych wyrobów tytoniowych. Brytyjskie organizacje, takie jak agencja wykonawcza Ministerstwa Zdrowia Public Health England oraz Królewskie Kolegium Lekarskie, podzielają pogląd, że właściwie używane e-papierosy są w 95 proc. mniej szkodliwe od tradycyjnych papierosów – mówi dr Marianna Gaca. – Również Kanada i Nowa Zelandia przyznają, że są one o wiele bezpieczniejsze i mniej szkodliwe dla zdrowia od tradycyjnych papierosów. 

W Polsce, podobnie jak w innych krajach rozwiniętych, liczba osób palących papierosy systematycznie się zmniejsza. Wyniki ubiegłorocznego badania Kantar Polska na zlecenie GIS pokazują, że wśród Polaków odsetek palaczy spadł z 31 proc. 2011 roku do 21 proc. w 2019 roku. Palenie tytoniu nadal stanowi jednak poważny problem społeczny, odpowiadając za około 90 proc. przypadków zachorowań na raka płuc.

Miasta, powiaty i gminy szukają nowych źródeł dochodów. Bez zmian w zasadach finansowania samorządów zagrożone będą inwestycje

Samorządy domagają się od rządu rekompensat za wyższe koszty po reformie oświaty oraz większego udziału w dochodach z obniżonego podatku PIT i z likwidacji OFE. W obecnej sytuacji może im bowiem zabraknąć pieniędzy na inwestycje. Zdaniem dr. Jarosława Górskiego ze Związku Miast Polskich potrzebne oczekiwanie władz lokalnych w tym zakresie jest uzasadnione. Dla poprawy ich kondycji finansowej potrzebne są również współpraca obu stron nad długoletnim planowaniem i uruchomienie przez samorządy wewnętrznych źródeł rozwoju.

Włądze lokalne w tej chwili cierpią przede wszystkim z powodu tego, że duża część kosztów wprowadzenia reformy oświatowej została przerzucona na budżety samorządowe, czyli oświatowa część subwencji ogólnej jest niewystarczająca na pokrycie wzrostu wynagrodzeń nauczycieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jarosław Górski, adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, doradca miast w Związku Miast Polskich. – To może spowodować np. pogorszenie zdolności samorządów finansowania projektów rozwojowych. Szkół być może nie będzie stać na ważne remonty, modernizacje czy doskonalenie programów kształcenia i tworzenie dodatkowej oferty dla uczniów.

Według raportu Najwyższej Izby Kontroli opublikowanego w maju 2019 roku minister edukacji narodowej Anna Zalewska przygotowując reformę edukacji, nie przeanalizowała rzetelnie finansowych i organizacyjnych skutków projektowanych zmian. Przewidywano, że reforma będzie sfinansowana z części oświatowej subwencji ogólnej oraz oszczędności samorządów. W latach 2014–2017 wydatki organów prowadzących na zadania oświatowe wzrosły o ponad 12 proc. przy wzroście subwencji tylko o 6 proc. W tym czasie udział środków subwencji w tych wydatkach spadł z 63 proc. do 60 proc.

Ponadto z powodu dwukrotnych podwyżek wynagrodzeń dla nauczycieli wzrosły koszty kształcenia w przeliczeniu na ucznia i w 2018 roku były one o ponad 6 proc. wyższe niż dwa lata wcześniej. Nie uzyskano także spodziewanych oszczędności w dowożeniu dzieci do szkół – jak wyliczył NIK, gminy musiały wydać o ponad 67 mln zł więcej, zamiast zyskać założone 82 mln zł. Tymczasem z rezerwy części oświatowej subwencji ogólnej przekazano tylko 38,5 proc. kwoty, na którą samorządy złożyły wnioski.

Do tego koszty podnosi rekordowy wzrost płacy minimalnej, a obniżenie podatków zmniejszy przychody lokalnych budżetów.

Powinniśmy bardzo mocno pracować nad szerokim porozumieniem strony samorządowej i rządowej nad długofalowym planowaniem rozkładu sił i środków po obu stronach w realizacji najważniejszych zadań publicznych – mówi dr Jarosław Górski. – Oczekiwałbym tego, żeby strona samorządowa była częściej wysłuchiwana przez stronę rządową, kiedy są planowane duże reformy mające wpływ na zadania lokalne. W tej chwili mam wrażenie, że strona samorządowa obarczana jest wieloma obowiązkami, za którymi nie idzie dostateczny strumień finansowania.

W związku z tym samorządowcy domagają się dopłat na realizację powierzonych im przez rząd zadań i większego udziału w podatku PIT. Z raportu o stanie finansów JST wynika, że w ostatnich latach wyraźnie wzrosły wydatki bieżące samorządów, ale wzrost wpływów z podatków tego nie pokrywał. Rośnie też zadłużenie lokalnych władz, które muszą dofinansowywać m.in. także szpitale. W tej sytuacji władzom lokalnym może nie wystarczyć pieniędzy na finansowanie zwłaszcza wieloletnich inwestycji.

 Samorządy często odwlekają podjęcie decyzji o dużych inwestycjach infrastrukturalnych – w drogi, oświatę czy infrastrukturę komunalną – bo obawiają się zmiany sytuacji budżetowej z roku na rok, m.in. z powodu niestabilnego otoczenia polityczno-prawnego – tłumaczy Jarosław Górski. – W związku z tym niektóre z tych inwestycji, chociaż być może dałoby się je zrealizować, są odkładane w czasie albo realizowane są w znacznie mniejszym wymiarze, niż można byłoby to zrobić, gdybyśmy mieli dużo bardziej stabilne otoczenie polityczno-prawne.

Związek Miast Polskich alarmuje, że dalsze niezrekompensowane ubytki w dochodach JST przy wzroście kosztów ich funkcjonowania będą oznaczać faktyczną likwidację zdolności rozwojowych, zwłaszcza miast na prawach powiatu (prognozowana nadwyżka operacyjna netto w 2019 roku wynosi tylko 675 mln zł), jednej trzeciej powiatów i bardzo wielu gmin.

– Do tej pory większość samorządów upatrywała szansę w pozyskiwaniu np. inwestorów zewnętrznych czy w sprzedaży terenów inwestycyjnych, czy w tworzeniu miejsc pracy – wyjaśnia przedstawiciel Związku Miast Polskich. – Władze lokalne zaczynają powoli odkrywać, że sytuacja budżetowa może się poprawić, kiedy zaczną uruchamiać wewnętrzne źródła rozwoju.

Szansą może być np. aktywizacja lokalnej społeczności, ale na to również potrzeba środków.

– Dzisiaj zauważamy, że można uzyskać znaczącą poprawę sytuacji budżetowej gminy i zdolności do finansowania projektów rozwojowych przez to, że inwestuje się w kapitał społeczny, aktywizuje się mieszkańców, wspiera się lokalne inicjatywy obywatelskie, inwestuje się w kulturę czy kształcenie ustawiczne, pracuje się nad tym, żeby mieszkańcy się zakorzeniali, czuli się dobrze w swoim miejscu zamieszkania i chcieli tam wydawać pieniądze – podkreśla doradca miast w ZMP.

W I kwartale inflacja konsumencka może przekroczyć 4 proc. Najmocniej podrożeją transport, energia, usługi i żywność

W grudniu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych niespodziewanie wyskoczył do poziomów niewidzianych od przeszło siedmiu lat. Z wtorkowych danych GUS wynika, że przyczyniły się do tego wzrosty cen żywności, m.in. mięsa wieprzowego, ale też kategorii transport. Ekonomiści są zgodni, że w I kwartale mocno będziemy odczuwać skutki podwyżek, ale w kolejnych kwartałach inflacja pozostanie w górnym paśmie dopuszczalnych odchyleń od celu NBP. Wszystko przez zwyżkę cen regulowanych i płac oraz niepewność związaną z cenami żywności.

W ujęciu miesięcznym mamy bardzo wysoki wzrost cen mięsa wieprzowego. To jest związane z wykrytym ASF-em – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Mamy sporą podwyżkę cen w ubezpieczeniach i to jest prawdopodobnie ruch wyprzedzający przed nowym rokiem, oraz w kategorii transport. Tu prócz wzrostu cen paliw mieliśmy również podniesienie opłat za usługi transportowe, więc też można przypuszczać, że był to ruch wyprzedzający w stosunku do stycznia.

W grudniu generalnie usługi podrożały bardziej niż towary – odpowiednio o 6,1 proc. oraz 2,4 proc. rok do roku. W szczegółowym ujęciu najbardziej, bo o niemal jedną trzecią, skoczyły ceny wywozu śmieci. Zaraz po tej usłudze uplasowały się ceny mięsa wieprzowego, gdyż w ostatnich trzech tygodniach grudnia wykryto ponad 200 nowych ognisk afrykańskiego pomoru świń w siedmiu województwach. Do tego dochodzi nagłaśniany już od miesięcy problem występowania ASF w Chinach i globalnie zwiększonego popytu na ten produkt. Za wieprzowinę w grudniu trzeba było zapłacić o niemal jedną czwartą więcej niż rok wcześniej (23,6 proc.).

Mięso będzie dalej drożało, bo zaraz po Nowym Roku Główny Inspektorat Weterynarii podał informacje o powrocie po 2,5 roku na terytorium Polski grypy ptaków. Do tej pory wykryto już osiem ognisk, a wiele krajów wstrzymało bądź ograniczyło z trudem wznowiony import tego mięsa z naszego kraju. To m.in. RPA, Białoruś, Japonia, Korea Południowa, Kazachstan, Armenia czy Zjednoczone Emiraty Arabskie.

– W kolejnych miesiącach inflacja będzie niestety jeszcze wyższa. Przemawia za tym szereg czynników, m.in. dalsze podwyżki cen regulowanych, akcyza na alkohol i papierosy czy ceny energii dla gospodarstw domowych. Rosną ceny usług, które są pochodną m.in. wzrostu płac, w tym płacy minimalnej od 1 stycznia – wylicza Monika Kurtek. – Drożeje też żywność, w tej chwili ponosimy skutki zeszłorocznej suszy i przymrozków, a obecna pogoda też budzi niepewność o to, jak będą wyglądały kolejne miesiące.

W ciągu całego 2019 roku najbardziej – poza wspomnianym już wywozem śmieci – podrożały właśnie produkty spożywcze: warzywa i cukier (o 19,8 proc. oraz 16,9 proc.), wyraźnie droższa była też wieprzowina (9,6 proc.), pieczywo (8,6 proc.) i mąka (8,0 proc.). Ta kolejność będzie się zmieniać, ponieważ niektóre produkty i zwłaszcza usługi odnotowały skok właśnie w grudniu. Dobrym przykładem są tu usługi transportowe, które wobec listopada zdrożały o 29,4 proc., czy ubezpieczenia, których ceny poszły w górę dokładnie o tyle samo rok do roku, co miesiąc do miesiąca – o 7,8 proc.

To wszystko skumuluje się i spowoduje, że inflacja w I kwartale będzie przekraczać nawet 4 proc. – prognozuje główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Dalsza perspektywa jest trochę bardziej optymistyczna. W kolejnych kwartałach inflacja zacznie wracać na trochę niższe poziomy, ale musimy być raczej przygotowani na to, że będzie ona w okolicach 3 proc. i wyżej, a nie poniżej 2 proc.

Pacjent przyszłości będzie kontaktował się z lekarzem tylko w wyjątkowych sytuacjach. Na co dzień personel medyczny będą wspierać sztuczna inteligencja i aplikacje mobilne

– Pacjent przyszłości dzięki spersonalizowanym informacjom będzie lepiej zarządzać swoim własnym zdrowiem, a z lekarzami będzie komunikować się tylko w razie potrzeby – ocenia Jeroen Tas, Chief Innovation & Strategy Officer w Philips. Inteligentne urządzenia same diagnozują już pacjentów, wyniki przesyłają lekarzom i alarmują, kiedy stan zdrowia znacząco się pogorszy. Ponad połowa pacjentów przyznaje, że jest gotowa na to, by zaawansowane technologie odciążały lekarzy.

 Dziś opieka zdrowotna jest skupiona wokół sytuacji, gdy stan pacjentów jest na tyle zły, że trafiają do szpitala. W przyszłości odpowiednie narzędzia pozwolą im uniknąć hospitalizacji i zapobiec pogorszeniu się stanu zdrowia, który wymagałby szybkiej interwencji. To nie oznacza, że taka pomoc nie będzie nigdy potrzebna, ale będziemy mieli znacznie więcej informacji o pacjencie, dzięki którym możliwe będzie postawienie o wiele bardziej precyzyjnej diagnozy i lepsze dopasowanie leczenia – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes podczas targów CES 2020 w Las Vegas Jeroen Tas, Chief Innovation & Strategy Officer w Philips.

Sztuczna inteligencja i nowe technologie coraz częściej wspierają lekarzy podczas diagnozy. Już w 2018 roku urządzenie BioMind oparte na AI okazało się skuteczne w diagnozowaniu chorób neurologicznych. Z kolei algorytm opracowany przez naukowców ze Stanford University w ciągu dwóch miesięcy nauczył się rozpoznawać 14 chorób na podstawie zdjęć RTG. Tego typu urządzenia coraz częściej trafiają do szpitali i gabinetów lekarskich. Również pacjenci chętniej korzystają ze zdobyczy technologicznych do monitorowania swojego stanu zdrowia w domu, m.in. swojej aktywności fizycznej, diety, ciśnienia krwi czy dawkowania leków. Połączone ze specjalną aplikacją urządzenia dają znać, kiedy parametry zdrowotne stają się niewłaściwe i alarmują, kiedy potrzebna okazuje się wizyta u specjalisty.

 Pacjent przyszłości to konsument, który dzięki spersonalizowanym informacjom lepiej zarządza swoim własnym zdrowiem i komunikuje się z lekarzami tylko w razie potrzeby. Ci z kolei będą częściej pełnić rolę przewodników. W nagłych sytuacjach będą mogli skorzystać z posiadanych informacji o pacjencie, żeby mu pomóc lub skierować go do odpowiedniego specjalisty. Co ważne, dane te będą na bieżąco zbierane i analizowane w pogłębiony sposób – wskazuje Jeroen Tas.

Z badania PwC „Dlaczego sztuczna inteligencja i roboty na nowo zdefiniują opiekę zdrowotną” wynika, że ponad połowa pacjentów (55 proc.) chciałaby korzystać z nowych technologii i urządzeń opartych na sztucznej inteligencji, które mogłyby stawiać wstępną diagnozę i zalecać sposób leczenia. Także „Future Health Index 2019” wskazuje, że personel medyczny oraz pacjenci będą się dostosowywać do nowych technologii. Już 77 proc. personelu medycznego korzysta z co najmniej jednego typu cyfrowego rozwiązania, w tym z aplikacji mobilnych. Co trzeci pacjent jest skłonny odbywać zdalne konsultacje w przypadkach niewymagających pilnego kontaktu z lekarzem.

 Niezbędną technologią do rozwoju takich urządzeń jest sztuczna inteligencja, ponieważ mamy do czynienia z ogromną ilością danych przesyłanych na bieżąco. Są to dane medyczne, ale również kontekstowe, dotyczące zachowań zdrowotnych. Kiedy mamy do dyspozycji tak ogromną ilość danych, bardzo trudno jest samodzielnie wyciągnąć z nich jakiekolwiek wnioski – ocenia ekspert.

Dzięki sztucznej inteligencji gromadzone dane są odpowiednio grupowane w zależności od schorzenia, analizowane i porównywane z tymi uzyskanymi wcześniej. Szybko więc widać, jak np. zmieniał się stan zdrowia danego pacjenta na przestrzeni czasu. Połowa przedstawicieli personelu medycznego zgłasza, że dane  z wywiadu chorobowego uzyskiwanego przy użyciu cyfrowych rozwiązań mają korzystny wpływ na jakość zapewnianej opieki (62 proc.) i wyniki pacjentów (56 proc.). Podobny odsetek przyznaje, że zaleca pacjentom korzystanie z technologii cyfrowych do monitorowania ich stanu zdrowia, jednak dotychczas rzadko dane te były przekazywane zwrotnie w formie cyfrowej do lekarzy.

Można zakładać, że sytuacja dotycząca gromadzenia i przetwarzania danych medycznych w różnych krajach stopniowo będzie ewoluować w kierunku ich powszechnego, ale i bezpiecznego wykorzystania, a zbiory danych będą coraz lepiej ustrukturyzowane i pełniejsze. Philips jako lider cyfrowych rozwiązań coraz silniej współpracuje z czołowymi polskimi ośrodkami badawczymi, aby wspólnie digitalizować ochronę zdrowia oraz dostarczać wartości, na których zależy pacjentom oraz leczącym ich specjalistom – mówi Jeroen Tas.

Raport „Future Health Index 2019” pokazuje, że personel medyczny w Polsce nie ma jeszcze pełnego zaufania do sztucznej inteligencji, bo zaledwie 14 proc. z nich używa AI do poprawy trafności diagnozy i 16 proc. do wykrywania nieprawidłowości w stanie zdrowia. Jednak już dziś znacząca część tej grupy dostrzega przydatność i czułaby się komfortowo, używając AI do monitorowania zdrowia pacjenta (70 proc.).

Targi CES 2020 w Las Vegas pokazują, że rynek innowacyjnych rozwiązań medycznych wciąż się rozwija. Philips zaprezentował na nich m.in. rozwiązania nakierowane na poprawę snu, w tym leczenie obturacyjnego bezdechu sennego, a także rozwiązanie Philips Pregnancy+ pozwalające młodym rodzicom kontrolować rozwój dziecka przez dziewięć miesięcy ciąży.

ESA zbuduje europejski system do monitorowania pogody kosmicznej. Polacy szansę widzą przede wszystkim w usuwaniu kosmicznych śmieci

Do 2030 roku Europa powinna być w stanie chronić infrastrukturę w przestrzeni kosmicznej i na Ziemi przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Do tego czasu będzie też zdolna do wczesnego ostrzegania o niebezpiecznych asteroidach większych niż 40 m i odbije od atmosfery ziemskiej asteroidy mniejsze niż te o średnicy 1 km. ESA rozwija też program eksploracyjny. Polska może aktywnie uczestniczyć w większości kosmicznych programów. Obecnie w naszym kraju istnieje ponad 350 firm, które działają w przemyśle kosmicznym.

– W portfolio projektów ESA znajdują się dwa nowe albo znacząco przedefiniowane obszary. Space Safety ma służyć bezpieczeństwu operacji kosmicznych, zarówno związanemu z obserwowaniem kosmosu z Ziemi i śledzeniem obiektów, w tym śmieci kosmicznych na orbicie, jak i z zapobieganiem dzięki temu kolizjom, również na orbicie, poprzez np. serwisowanie uszkodzonych satelitów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Aleksandra Bukała, dyrektor Departamentu Strategii i Współpracy Międzynarodowej w Polskiej Agencji Kosmicznej.

Jak podaje ESA, od 2019 roku po naszej atmosferze krąży ponad 1,5 tys. aktywnych satelitów. Ich bezpieczeństwo jest kluczowe i obejmuje nie tylko ochronę infrastruktury kosmicznej przed zagrożeniami płynącymi z kosmosu, lecz także związanymi z cyberbezpieczeństwem. Infiltrowane były już systemy kontroli naziemnej satelitów, także stacja naziemna ESA doświadczyła ataku, którego celem było uniemożliwienie przekazywania danych. To tylko przykłady, które pokazują, jak istotna jest ochrona kosmicznej infrastruktury.

ESA opracowuje również europejski system monitorowania pogody kosmicznej. W efekcie do 2030 roku Europa powinna być w stanie chronić niezbędną infrastrukturę w przestrzeni kosmicznej i na Ziemi przed ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Ma to być możliwe dzięki specjalnemu statkowi kosmicznemu monitorującemu pogodę kosmiczną czy małe satelity z ładunkami do monitorowania pogody kosmicznej.

Do 2030 roku Europa ma zyskać zdolność do wczesnego ostrzegania o niebezpiecznych asteroidach większych niż 40 m, odbije też asteroidy mniejsze niż 1 km. Dodatkowo  ESA angażuje się w usuwanie kosmicznych śmieci i inwestuje we flotę odporną na zagrożenia związane z odpadami kosmicznymi. Przygotowuje się też do wykorzystania uczenia maszynowego do ochrony satelitów przed rosnącym zagrożeniem ze strony kosmicznych śmieci.

– Postrzegamy w tym dużą szansę dla Polski. To program nowy, w związku z czym nowi gracze ze świeżymi pomysłami mają potencjalnie łatwiejszy dostęp. Do tego w naszej opinii program ten ma duży potencjał komercjalizacyjny, ponieważ to jest realny problem, a liczba prywatnych obiektów na orbicie rośnie, w związku z czym będzie też rosło zapotrzebowanie na ich bezpieczne usuwanie – ocenia dr Aleksandra Bukała.

ESA rozwija też program eksploracyjny. Przygotowana strategia obejmuje trzy miejsca docelowe, w których ludzie mają współpracować z robotami: orbitę nisko-ziemską na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, Księżyc i Mars. Dzięki robotom będzie można z wyprzedzeniem przygotowywać miejsca lądowania, maszyny udadzą się też w miejsca zbyt niebezpieczne dla ludzi. Tym samym przyspieszy eksploracja kosmosu.

– Program eksploracyjny jest ogromny, będzie wymagał globalnego wysiłku. Uważamy, że powrót na Księżyc i ewentualnie misje robotyczne i załogowe na Marsa też są szansą dla naszej branży – zaznacza ekspertka.

Obecnie w przestrzeni kosmicznej działa ok. 350 polskich firm. Od czasu przystąpienia Polski do ESA jesteśmy coraz mocniej liczącym się graczem w przemyśle kosmicznym. Nasze firmy mają też na koncie wiele sukcesów. To w Polsce opracowano oraz wyprodukowano czujnik do pomiaru temperatury i przewodnictwa cieplnego, który sprawdził się na pokładzie lądownika Huygens (w 2005 roku wylądował na powierzchni jednego z księżyców Saturna). Polscy inżynierowie opracowali system zasilania dla Planetarnego Spektrometru Fourierowskiego, a w CBK PAN powstały kluczowe elementy lokalnego oscylatora dla heterodynowego spektrometru dalekiej podczerwieni. Wiadomo też, że polski SENER ma wyprodukować urządzenia do montażu paneli słonecznych dla satelity JUICE, który w 2022 poleci w kierunku Jowisza. Mamy też istotny wkład w analizę danych spływających z satelitów.

– Z kosmosu spływa ogromna ilość danych do obserwacji Ziemi, które w formie surowej są trudne do obrobienia. Dlatego wiele firm widzi swój biznes w obróbce tych danych i oferowaniu usług na bazie tej imponującej infrastruktury, którą już ESA zbudowała. W tym są też przykłady sukcesu polskich firm i trzymamy kciuki, żeby dalej rozwijały się z takimi sukcesami – mówi dr Aleksandra Bukała.

W 2020 roku możemy być świadkami krytycznego ataku na infrastruktury państwowe, w tym elektrownie jądrowe. Ich skutki mogą być katastrofalne

W 2020 roku możemy być świadkami krytycznego ataku na infrastruktury państwowe, w tym elektrownie jądrowe. Ich skutki mogą być katastrofalne 2

Już ponad 77 proc. ekspertów ds. bezpieczeństwa przewiduje, że w 2020 roku może dojść do krytycznego naruszenia infrastruktury, które może mieć poważne konsekwencje. Napięcie na linii USA – Iran spowodowało, że wielu amerykańskich ekspertów zaczęło przygotowywać się do cyberataku na systemy rządowe w USA lub na infrastrukturę kluczową dla bezpieczeństwa kraju. Szkody powstałe wskutek cyberataku na przemysłowe  systemy sterowania mogą być trudne do wyobrażenia, dlatego rozwijają się nowe systemy ochrony przed nimi.

– Liczba cyberataków gwałtownie rośnie. Wszystkie dane światowe to rejestrują i to zagrożenie wydaje się być coraz większe, tym bardziej że świat robi się coraz bardziej niespokojny. Dzisiaj w zasadzie prowadzenie tradycyjnej wojny byłoby nieracjonalne. Raczej rozwiązania wojny cybernetycznej będą właśnie bardziej prawdopodobne niż wojna w tradycyjnym wydaniu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Jan Maciej Kościelny z Wydziału Mechatroniki Politechniki Warszawskiej.

Zgodnie ze sprawozdaniem ESG/ISSA 2019 już ponad 90 proc. organizacji ocenia, że grozi im cyberatak. Raport Black Hat 2019 wskazuje, że 77 proc. liderów bezpieczeństwa przewiduje krytyczne naruszenie infrastruktury, które może mieć niebezpieczne konsekwencje. Globalny koszt cyberprzestępczości osiągnie 6 bilionów dolarów do 2021 roku, czyli dwukrotnie więcej niż w 2015 roku.

O tym, że cyberataki są poważnym zagrożeniem, może świadczyć chociażby fakt, że po zabiciu przez armię USA głównego dowódcy wojskowego Iranu, Ghasema Solejmaniego, zaczęto przygotowywać się do cyberataku na prywatne firmy, a przede wszystkim systemy rządowe w USA. To ataki w kluczową infrastrukturę kraju mogłyby być najbardziej bolesne.

– Ataki na przemysłowe systemy sterowania mogą być bardzo różnorodne, może być atakowany obwód regulacji, mogą być atakowane urządzenia pomiarowe, wykonawcze, same sterowniki, system wizualizacji procesu. Każdy atak oczywiście może być przeprowadzony. On jest z reguły tak prowadzony, żeby wprowadzić jakąś destrukcję w systemie sterowania – tłumaczy Jan Maciej Kościelny.

W 2019 roku hakerzy z powodzeniem zaatakowali duże miasta, rządy, firmy, szpitale i szkoły na całym świecie. W marcu zeszłego roku oprogramowanie ransomware, LockerGoga, zainfekowało jednego z największych producentów aluminium na świecie, Norsk Hydro. Atak skutecznie wyłączył automatyzację na kilka dni i zmusił firmę do zakupu setek nowych komputerów. W maju miasto Baltimore zostało zaatakowane przez hakerów, którzy zamrozili tysiące miejskich komputerów. Atak kosztował miasto 18 mln dol. i wpłynął na wiele ich krytycznych systemów. Z kolei na początku października ujawniono, że wiele szpitali w stanie Arkansas zostało dotkniętych masowym cyberatakiem.

To jednak ataki na kluczowe instytucje mogą doprowadzić do całkowitego paraliżu państwa.

– Jeśli zostanie skutecznie zaatakowana elektrownia jądrowa, możemy sobie wyobrazić katastrofę na miarę Czarnobyla, więc skala tu jest olbrzymia. Znane dotychczas przykłady cyberataków to np. ropociąg Baku–Ceyhan, gdzie doszło do poważnych strat ekonomicznych, a dodatkowo praktycznie wojny, bo Turcy zaatakowali Kurdów – mówi ekspert.

Hinduscy urzędnicy przyznali w październiku, że doszło do cyberataku w elektrowni jądrowej w Kudankulam, największej w Indiach, wyposażonej w dwa reaktory wodne. To sygnał, że przemysł energetyki jądrowej musi poważniej potraktować cyberbezpieczeństwo. Tymczasem raport brytyjskiego think tanku Chatham House wskazuje na wszechobecne niedociągnięcia w podejściu energetyki jądrowej do cyberbezpieczeństwa. Zagrożenie jest olbrzymie, np. w 2018 roku pojawiła się nowa wersja wirusa Shamoon, który w 2012 roku zniszczył 30 tys. komputerów w spółce naftowej Arabii Saudyjskiej, Saudi Aramco. Teraz wirus mógłby doprowadzić przynajmniej do tak samo poważnych strat. Jeśli jednak hakerzy zaatakowaliby elektrownię jądrową, skutki byłyby katastrofalne.

– To zawsze sieć jest tym miejscem, gdzie wprowadzany jest cyberatak. Mamy już bardzo wiele metod zabezpieczenia, jest taka znana strategia obrony w głąb opracowana przez Departament Stanu USA, która jest powszechnie stosowana. Zawiera ona sześć warstw, zarówno organizacyjnych, jak i technicznych, które prowadzą do zwiększenia bezpieczeństwa. To jednak nie gwarantuje w stu procentach tego, że atak zostanie w porę rozpoznany i unicestwiony – ocenia Kościelny.

Departament Obrony USA wydał niedawno nowy projekt standardów bezpieczeństwa cybernetycznego, który zaostrza zasady, jakich muszą przestrzegać kontrahenci rządowi, aby odpierać ataki hakerskie.

–  Jest też dodatkowa warstwa, która bazuje na metodach diagnostyki online, rozpoznawania ataku, jeżeli on już wniknie do systemu sterowania. Chodzi o jego szybkie rozpoznanie w systemie sterowania i podjęcie skutecznych akcji zabezpieczających – wskazuje prof. dr hab. Jan Maciej Kościelny.

Konfederacja Lewiatan: Przewidujemy głębsze spowolnienie gospodarcze niż większość analityków

Spowolnienie gospodarcze w Polsce nie będzie tak łagodne i mało dotkliwe jak mogło się to wydawać jeszcze w połowie ubiegłego roku.

Konfederacja Lewiatan w swej prognozie przewiduje, że w 2020 r. wzrost gospodarczy wyniesie 3,1 proc., zaś inflacja średnioroczna 3,5 proc. Dynamika konsumpcji prywatnej osiągnie 3,2 proc., a inwestycji 2,8 proc. Stopa bezrobocia wzrośnie do 5,6-5,7 proc.

– Przewidujemy głębsze spowolnienie gospodarcze niż większość analityków – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Zasadnicze powody są dwa. Pierwszy, związany jest ze spowolnieniem gospodarczym na świecie. Drugi powód wynika z wyjątkowej sytuacji właśnie w Polsce.

Jak ocenia Konfederacja Lewiatan „Fundamentalnym problemem jest sprzeczność w polityce publicznej, która z jednej strony deklaruje chęć wspierania przedsiębiorczości, a z drugiej zmiennością prawa i przesadną opresyjnością w jego interpretacji tłumi ją, podnosząc koszty transakcyjne funkcjonowania firm małych i średnich”.

– Niepewności i nieprzewidywalności, dużej liczby zmian w przepisach, także podatkowych obawiają się przedsiębiorcy w tym roku. Apelujemy o spowolnienie procesu stanowienia prawa i tworzenie regulacji w dialogu z firmami – mówi M.Witucki z Konfederacji Lewiatan.

Elektroniczna baza danych o odpadach wejdzie w życie 6 miesięcy później

• Komisja ochrony środowiska w Senacie jednogłośnie opowiedziała się za przesunięciem terminu pełnego wejścia w życie elektronicznej bazy danych o odpadach (BDO).
• Po apelach Konfederacji Lewiatan senatorowie zgodzili się, aby stało się to 6 miesięcy później.

– Elektroniczna baza danych o odpadach jest bardzo potrzebna, ale nie do końca dopracowana na poziomie technicznym. Brak możliwości wygenerowania określonych dokumentów, bądź wykonania pewnych obowiązków rejestracyjnych w przypadku awarii lub niepełnej funkcjonalności BDO, mogłoby spowodować negatywne konsekwencje nie tylko dla przedsiębiorców gospodarujących odpadami, ale również dla funkcjonowania całego systemu – mówi Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

W Senacie wprowadzono poprawki postulowane przez Konfederację Lewiatan, a dotyczące sprawozdawczości za 2019 r. Ustawa trafi teraz z powrotem do Sejmu, który powinien zaakceptować poprawki Senatu.

Lewiatan popiera wszystkie działania, które usprawniają gospodarowanie odpadami, w szczególności te, które mają ograniczyć szarą strefę. Jest też zwolennikiem bazy danych o produktach i opakowaniach oraz gospodarce odpadami (BDO). Dzięki temu systemowi możliwe będzie gromadzenie danych związanych z gospodarką odpadami. BDO będzie istotnym elementem systemu Rozszerzonej Odpowiedzialności Producentów.

Polska otrzyma środki na transformację regionów pogórniczych

Komisja Europejska przekaże większość środków Funduszu Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej ze względu na kryteria. Środki te będą mogły trafić także do sektora gazowego.

Polska otrzyma środki na transformację regionów pogórniczych, które są głównym adresatem tego Funduszu. Udział Polski w funduszu wartym 7,5 mld euro może osiągnąć nawet 25-27 procent. Środki te mają posłużyć „budowie nowych biznesów i usług”.

Przejście od węgla do gazu jest naturalnym krokiem i nie do uniknięcia w krajach jak Polska, Niemczy czy Grecja.

Komisja ma weryfikować wsparcie z całego mechanizmu sprawiedliwej transformacji, pod kątem realizacji celu neutralności klimatycznej, ale nie zapewni z jego pomocą bezpośredniego finansowania projektowego, jak było ze środkami unijnymi w przeszłości.

– Polska ma duże szanse, aby stać się największym beneficjentem programu, a to powinno okazać się napędem do nowego skoku rozwojowego ku nowym dziedzinom gospodarki i nie chodzi tu tylko o odnawialne źródła energii – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl.

Inflacja jeszcze przyspieszy. Duży wzrost cen mięsa wieprzowego i warzyw

Ważne dla firm: Za duży wzrost inflacji w grudniu 2019 roku odpowiadają szybko rosnące ceny mięsa wieprzowego, warzyw, ubezpieczeń i gazu LPG. Przedsiębiorcy powoli uwzględniają wyższą inflację w cenach produktów i usług.

Dzisiejsze pełne dane GUS o inflacji w grudniu 2019 roku ujawniają, czemu zawdzięczamy wzrosty cen towarów i usług konsumpcyjnych na poziomie 3,4% w skali roku i 0,8% w skali miesiąca, które niewątpliwie wstrząsnęły opinią publiczną.

Okazuje się, że za ten wystrzał odpowiada tylko kilka kategorii produktów:

• mięso wieprzowe – duży wzrost cen (23,6% r/r, 6,8% m/m) przy relatywnie znacznym udziale w koszyku konsumenckim. Wzrost cen mięsa tego gatunku naturalnie przekłada się również na znaczący wzrost cen wędlin (11,9% r/r, 2% m/m). Problem ASF jest nierozwiązany, a perspektywy poprawy w najbliższych miesiącach bardzo ograniczone. Skala redukcji pogłowia globalnie jest nieporównywalnie duża w stosunku do polskiej podaży. To skutkuje rzadkością dóbr i wzrostem ich cen. Szczęśliwie jednak na tym tle pozostałe gatunki mięs nie zdrożały, a ograniczenia eksportowe wynikające z ognisk ptasiej grypy będą pomocne w utrzymaniu lub spadku cen drobiu czy jaj;

• warzywa (12,3% r/r, 3,6% m/m) – zmiany klimatyczne wzmocnione przez efekty sezonowe, grudniowe święta nie pomogły klientom. Sztywna lista zakupowa nie sprzyja ewentualnej obniżce cen przez producentów i sprzedawców;

• ubezpieczenia (7,8% r/r i m/m), u podłoża których leży wzrost szkodowości i zaniechanie praktyk dumpingowych;

• gaz LPG (14,3% m/m), usługi transportowe (7,5% r/r, 29,4% m/m) – tu prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z korektą w najbliższych miesiącach – oraz turystyczne (8,7% r/r, 1,2% m/m).

Szykujmy się na znaczący wzrost cen. Bardziej usług niż towarów. Spowodowany rosnącym skokowo wynagrodzeniem minimalnym i dostosowaniami w rozkładzie płac. Nie jest niespodzianką, że przedsiębiorcy, antycypując skalę zmian, dostosowują ceny powoli, aby nie szokować klientów. Należy jednak przypomnieć, że nie jest to jedyne źródło inflacji w przyszłych miesiącach: wyższa akcyza przełoży się na ceny alkoholi, napięcia na Bliskim Wschodzie podniosą ceny ropy, nie wspominając o cenach energii.

Komentarz dr Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

InnoEnergy startuje z 6. edycją PowerUp! Challenge

Firma poszukuje najlepszych startupów, scaleupów oraz małych i średnich przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej, oferując możliwość inwestycji liczonych w milionach euro.

  • Europejski fundusz EIT InnoEnergy poszukuje możliwości inwestycji w przełomowe rozwiązania technologiczne z Europy Środkowo-Wschodniej.
  • Najlepsze firmy mogą liczyć na inwestycje finansowe nawet do kilku milionów euro oraz dostęp do rynków europejskich, a startupy również na wiedzę i wsparcie ekspertów biznesowych.
  • Szwedzka firma Northvolt, założona przez menadżerów pełniących uprzednio funkcje zarządcze w Tesli, która otrzymała wsparcie InnoEnergy, obecnie wyceniana jest na 1,6 mld euro.
  • Termin składania wniosków mija 5 marca 2020.

Program PowerUp! Challenge to szansa dla firm z Europy Środkowo-Wschodniej, które potrzebują zarówno inwestycji finansowej, jak i wsparcia biznesowego. Konkurs jest otwarty dla przedsiębiorstw na każdym etapie rozwoju, a najlepsi będą mogli korzystać z dostępu do europejskiej sieci partnerów InnoEnergy.

– Nie ma znaczenia, czy masz tylko innowacyjny pomysł, szukasz kolejnych klientów, czy planujesz ekspansję rynkową. W centrum naszego zainteresowania są projekty związane z magazynowaniem energii, dekarbonizacją przemysłu i zrównoważonym rozwojem miast, ale zapraszamy też wszystkich posiadających niekonwencjonalne pomysły technologiczne – mówi Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe.

Specjalnie dla startupów, w ramach PowerUp! Challenge, InnoEnergy organizuje konkurs, w którym do wygrania są nagrody finansowe o łącznej wartości 65 000 euro i tytuł „Start-up of the Year”. Najlepsi będą mieli możliwość uczestnictwa w Business Bootcamps©, które koncentrują się na merytorycznym wsparciu młodych przedsiębiorców przez międzynarodowych ekspertów.

InnoEnergy to fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart. Poprzez wiedzę, finansowanie oraz sieć kontaktów wspiera komercjalizację produktów i ich wprowadzenie na rynki międzynarodowe.

Jedną z przełomowych inwestycji InnoEnergy jest Northvolt, największy w Europie producent baterii litowo-jonowych, wyceniany obecnie na 1,6 mld euro. Na czele założonej w 2016 roku spółki stanęło dwóch byłych wiceprezesów Tesli – Peter Carlsson oraz Paolo Cerutti. Kilka miesięcy temu firma Northvolt uzyskała 350 mln euro dofinansowania z Europejskiego Banku Inwestycyjnego i obecnie buduje dwie fabryki akumulatorów zasilane „zieloną” energią: Northvolt Ett w Skellefteá, w pobliżu koła podbiegunowego, oraz Northvolt Zwei w Dolnej Saksonii w Niemczech. Co ciekawe, w Gdańsku od połowy ubiegłego roku działa nowoczesna linia montażu baterii i systemu magazynowania energii – Northvolt Battery Systems Jeden.

Wnioski o uczestnictwo w PowerUp! Challenge należy składać do 5 marca 2020 za pośrednictwem strony: https://powerup.innoenergy.com 

2020 w branży druku: grafiki wewnętrzne i rozwój AI

Zapewnienie bezpieczeństwa danych, postępująca automatyzacja oraz wdrażanie sztucznej inteligencji – to główne wyzwania, przed którymi stanie branża druku w 2020 r. Z  prognozy ekspertów Canon wynika też, że coraz prężniej będą się rozwijały techniki wykorzystywane do dekoracji wnętrz i wystroju miejsc publicznych.

– 2019 rok potwierdził, że rynek rozwiązań dla druku biurowego jest rynkiem dojrzałym – zauważa Dariusz Szwed, MPS Business Development Manager w Canon Polska. – Klienci wiedzą, czego powinni oczekiwać. Coraz większy nacisk kładzie się na niskie koszty eksploatacji, wysoką niezawodność oraz bezpieczeństwo urządzeń w sieci. Nie mniej istotna jest także intuicyjność i szybkość użycia urządzenia. Te trendy będą się pogłębiać w przyszłym roku – przewiduje ekspert.

Coraz większe znaczenie, zdaniem specjalisty, będą odgrywać także procesy wydajnej cyfrowej transformacji dokumentu. – Urządzenia, które pojawią się na rynku w 2020 roku, umożliwią wykonanie do 270 wysokojakościowych skanów na minutę. Standardem stanie się także umieszczone w chmurze, w pełni polskojęzyczne oprogramowanie do zarządzania jakością druku. Nowe serie oprogramowania oferować będą jeszcze szerszy zakres funkcji, wysoki poziom bezpieczeństwa oraz nowe narzędzia do digitalizacji dokumentów – zapowiada Dariusz Szwed.

Grafiki wewnętrzne w 2020 r.  przebojem na rynku

Zdaniem Tomasza Miękusa, Product Business Developera w Canon Polska, 2020 rok przyniesie znaczny wzrost segmentu druku w branży wnętrzarskiej. 2020 to w naszych prognozach kolejny rok wzrostu popularności grafik wewnętrznych, takich jak fototapety, szkło dekoracyjne, czy grafika podłogowa. Wzrośnie także wykorzystanie tekstyliów w dekoracji wnętrz. Coraz częściej z takich rozwiązań będą korzystać firmy dla ozdoby biur, sal konferencyjnych, czy wnętrza sklepów i restauracji mówi Miękus. I dodaje: Spodziewamy się także coraz większego wykorzystania technik druku dla wystroju miejsc publicznych, takich jak szkoły, szpitale, urzędy. Oczywiście nie mniej ważni są klienci indywidualni, którzy coraz bardziej będą zainteresowani wykorzystaniem druku wielkoformatowego dla ozdoby prywatnych przestrzeni.

FESPA (Federacja Europejskich Związków Sitodrukarzy) oraz firma konsultingowa InfoTrends uznały światowy rynek tekstyliów ozdobnych za najbardziej obiecujący segment branży druku wielkoformatowego. Jego wartość szacuje się obecnie na 165 mld USD.

Dla wielu firm z branży drukarskiej istotną szansą na dołączenie do tej dynamicznie rozrastającej się gałęzi gospodarki będą czerwcowe targi DRUPA 2020. Wydarzenie, odbywające się co cztery lata w niemieckim Düsseldorfie, uznane jest za najważniejsze na świecie specjalistyczne targi przemysłu poligraficznego. W 2020 roku będzie miało miejsce między 16 a 26 czerwca.

AI w każdym biurze

Specjaliści przewidują również, że w następnej dekadzie, a być może już w rozpoczynającym się roku, najważniejszym wyzwaniem dla biznesu będzie robotyzacja i techniczne usprawnienie stosowanych rozwiązań. W ciągu ostatnich dziesięciu lat powszechna automatyzacja branży zmieniła się z niejasnej koncepcji w rzeczywistość, a w 2020 roku coraz bardziej pozwoli odciążyć pracowników oraz zwiększyć ich wydajność i satysfakcję z pracy.

Jednym z przejawów automatyzacji jest także wdrażanie coraz dojrzalszych form sztucznej inteligencji. Według ocen ekspertów, w 2020 roku przedsiębiorstwa uważniej zaczną przyglądać się detalom organizacyjnym pod kątem wdrożenia w nie rozwiązań z dziedziny AI.

– Dopóki nie potrafimy wytworzyć w pełni niezależnych inteligentnych systemów, sztuczna inteligencja sprawdza się najlepiej, gdy jest używana w celu poprawy zadań wykonywanych przez ludzi. W przestrzeni biurowej można mówić chociażby o lepszym zarządzaniu obiegiem dokumentów oraz ich wydajniejszej archiwizacji – komentuje Dariusz Szwed.

Ogromne znaczenie w 2020 roku będzie też miała konieczność zapewnienia użytkownikom cyfrowego bezpieczeństwa, szczególnie w przypadku systemów obsługujących wrażliwe dane. – Klienci są coraz bardziej świadomi zagrożeń, czyhających na nich w cyfrowym świecie. To kwestia istotna także w dziedzinie druku, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z dokumentami o poufnej treści. Zagrożenia cały czas ewoluują, dlatego nieustannie musimy trzymać rękę na pulsie – zauważa ekspert Canon Polska.

Świat w obliczu zmian klimatycznych i konfliktów politycznych – Global Risks Report 2020

  • Zagrożenia klimatyczne znalazły się wśród długoterminowych ryzyk, podczas gdy „konflikty gospodarcze” i „krajowa polaryzacja polityczna” uznano za najpoważniejsze ryzyka krótkoterminowe w 2020 roku – wynika z najnowszego raportu Global Risks Report 2020.
  • Raport przestrzega przed turbulencjami geopolitycznymi i odejściem od multilateralizmu, które utrudniają przeciwstawianie się wspólnym, krytycznym zagrożeniom globalnym.
  • Bez dążenia do naprawy podziałów społecznych i pobudzenia zrównoważonego wzrostu gospodarczego, światowi liderzy nie mogą reagować w odpowiedni sposób na kryzysy spowodowane zmianami klimatycznymi czy utratą bioróżnorodności.

Jak wynika z opublikowanego przez World Economic Forum raportu „Global Risks Report 2020”, w tym roku przewiduje się wzrost polaryzacji gospodarczej i politycznej. Współpraca światowych liderów, przedsiębiorstw oraz decydentów politycznych jest potrzebna bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, aby powstrzymać poważne zagrożenia dla naszego klimatu, środowiska, zdrowia publicznego i systemów technologicznych. Podkreśla to wyraźną potrzebę wielostronnego podejścia, by zapewnić ograniczenie ryzyka w czasach, gdy świat nie może doczekać się osłabienia niepokoi geopolitycznych.

Według prognoz zawartych w raporcie, w 2020 roku będziemy obserwować widoczne podziały krajowe i międzynarodowe oraz spowolnienie gospodarcze. Geopolityczne turbulencje popychają nas w kierunku „niestabilnego” jednostronnego świata rywalizacji o władzę w czasach, gdy liderzy biznesu oraz rządy państw powinni skoncentrować się na współpracy w celu rozwiązania wspólnych ryzyk.

Wśród 750 światowych ekspertów i decydentów politycznych – respondentów badania, 78% spodziewa się wzrostu ryzyka „konfliktów gospodarczych” i „krajowej polaryzacji politycznej” w 2020 roku.

Wspomniane ryzyka mogłyby okazać się katastrofalne w skutkach, szczególnie w sytuacji przeciwdziałania poważnym zagrożeniom, takim jak kryzys klimatyczny, utrata bioróżnorodności oraz zanik gatunków. Raport wskazuje na potrzebę dopasowania przez decydentów politycznych celów związanych z ochroną Ziemi do planów pobudzenia wzrostu gospodarczego – a firmom na uniknięcie potencjonalnych, katastrofalnych strat poprzez dostosowanie się do celów naukowych.

Po raz pierwszy w 10-letniej historii raportu Global Risks Report, 5 największych globalnych zagrożeń pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia dotyczą środowiska:

  1. Ekstremalne zjawiska pogodowe i spowodowane przez nie uszkodzenia mienia, infrastruktury czy utrata ludzkiego życia.
  2. Słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych przez rządy oraz firmy.
  3. Szkody i katastrofy środowiskowe spowodowane działalnością człowieka, w tym przestępstwa przeciwko środowisku, takie jak wycieki ropy naftowej i skażenia radioaktywne.
  4. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu (lądowego lub morskiego) z nieodwracalnymi konsekwencjami dla środowiska, skutkującymi wyczerpaniem się zasobów dla ludzkości i przemysłu.
  5. Katastrofy naturalne, takie jak trzęsienia ziemi, tsunami, erupcje wulkanów oraz burze geomagnetyczne.

Raport zwraca uwagę, że jeśli zainteresowane strony nie dostosują się do „dzisiejszej epokowej zmiany władzy” i turbulencji geopolitycznych, skończy się czas na sprostanie najpilniejszym gospodarczym, środowiskowym i technologicznym wyzwaniom. Sygnalizuje to również, że odpowiednie działania decydentów politycznych oraz przedsiębiorstw są bardzo potrzebne.

„Krajobraz polityczny stoi w obliczu podnoszenia się poziomu mórz i wybuchów pożarów. Jest to rok, w którym światowi liderzy muszą podjąć wspólne działania, aby naprawić oraz wzmocnić współpracę, nie tylko dla osiągnięcia krótkoterminowych korzyści, ale przede wszystkim stawienia czoła głęboko zakorzenionym zagrożeniom” – zauważa Břrge Brende, President of the World Economic Forum.

Raport Global Risks Report jest częścią inicjatywy Global Risks Initiative, która zrzesza interesariuszy w celu opracowania zrównoważonych oraz zintegrowanych rozwiązań dla najważniejszych wyzwań we współczesnym świecie.

W materiale podkreślono, że myślenie systemowe jest konieczne, aby przeciwstawić się nadciągającym zagrożeniom geopolitycznym i środowiskowym, w innym wypadku mogą zostać one niezauważone. Tegoroczna publikacja koncentruje się wyraźnie na skutkach rosnącej nierówności społecznej, lukach w zarządzaniu technologią czy w systemie opieki zdrowotnej.

John Drzik, Chairman of Marsh & McLennan Insights, zwraca uwagę, że: „Na firmach spoczywa coraz większa presja ze strony inwestorów, organów regulacyjnych, klientów i pracowników, wykazania się odpornością na postępujące zmiany klimatyczne. Postęp naukowy sprawił, że obecnie zagrożenia klimatyczne można modelować z większą dokładnością i włączyć do zarządzania ryzykiem i tworzenia biznesplanów. Ostatnie głośne wydarzenia, jak niedawne pożary w Australii i Kalifornii zwiększają presję wiszącą nad przedsiębiorstwami, aby reagowały na widoczne zmiany klimatyczne, jednocześnie zmagając się z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi i cyberbezpieczeństwa”.

Dla młodego pokolenia stan planety budzi coraz większy niepokój. W raporcie przedstawiono, w jaki sposób osoby urodzone po 1980 roku postrzegają różne zagrożenia. Dla osób z tej grupy wiekowej ryzyka środowiskowe stanowią poważne zagrożenia zarówno w krótkiej, jak i długiej perspektywie. Blisko 90% z nich jest zdania, że „ekstremalne fale upałów”, „niszczenie ekosystemów” czy „wpływ zanieczyszczeń powietrza na zdrowie człowieka” ulegną pogorszeniu w 2020 roku, w porównaniu do odpowiednio 77%, 76% i 67% wśród pozostałych grup wiekowych respondentów. Uważają ponadto, że wpływ zagrożeń środowiskowych do 2030 roku będzie coraz bardziej katastrofalny w skutkach.

Działalność człowieka spowodowały już utratę 83% wszystkich gatunków dzikich ssaków i połowy roślin. Peter Giger, Group Chief Risk Officer, Zurich Insurance Group podkreśla pilną potrzebę szybkiego dostosowania się, aby uniknąć najgorszych oraz nieodwracalnych w skutkach zmian klimatycznych oraz podjęcia działań mających na celu ochronę różnorodności biologicznej naszej planety:

„Zróżnicowane biologicznie ekosystemy wychwytują ogromne ilości dwutlenku węgla i zapewniają ogromne korzyści ekonomiczne, które szacuje się na 33 bilionów dolarów rocznie, czyli równowartość łącznego PKB Stanów Zjednoczonych i Chin. Istotnym jest, aby firmy i decydenci polityczni przeprowadzali szybsze przejście na gospodarkę niskoemisyjną oraz bardziej zrównoważone modele biznesowe. Już teraz obserwujemy upadające firmy w wyniku niedostosowania ich strategii do zmieniających się preferencji klientów. Ryzyko przejścia jest realne i każdy musi w tym uczestniczyć, aby je złagodzić. To nie jest tylko imperatyw gospodarczy, to po prostu właściwe podejście”.

Artur Grześkowiak – Prezes Marsh Polska dodaje: „Biznes musi być czujny wobec najpilniejszych problemów globalnych i związanych z nimi pojawiających się zagrożeń. Firmy powinny przewidywać ryzyko – m.in. operacyjne czy w zakresie utraty reputacji, które nasilają się w związku z rosnącymi niepokojami społecznymi na świecie. Istotne jest także rozpoznanie prawdopodobieństwa zmian strukturalnych w otoczeniu handlowym i inwestycjach technologicznych – i odpowiednie dostosowanie do tego prowadzonych działalności. Przepisy dotyczące ochrony danych i inwestycji zagranicznych w technologie krytyczne prawdopodobnie zostaną jeszcze bardziej zaostrzone – widzieliśmy już te trendy w UE, USA, Chinach i Japonii.

Do kluczowych wyzwań dla polskich przedsiębiorstw warto dodać konieczność wdrażania nowych regulacji, zmieniający się rynek pracy, ale też rozwój nowych technologii. Zmiany klimatyczne, które obserwujemy już od kilku lat wymagają odpowiedniego podejścia również ze strony biznesu – firmy intensyfikują swoje strategie w zakresie społecznej odpowiedzialności, promując zachowania wspierające m.in. ochronę i dbanie o środowisko, czy też organizując dedykowane akcje i wolontariat pracowniczy w tym obszarze. Oczywiście do zrobienia jest dużo więcej..

Biorąc pod uwagę nowe wyzwania, przedsiębiorstwa będą musiały znaleźć właściwe podejście na poziomie zarządów – omówić złożone, strategiczne zagrożenia i włączyć je do swojego procesu decyzyjnego”.

Raport Global Risks Report 2020 został opracowany dzięki wsparciu rady World Economic Forum’s Global Risks Advisory Board, a także stałej współpracy z partnerami strategicznymi: Marsh & McLennan Companies, Zurich Insurance Group i autorytetami akademickimi z Oxford Martin School (University of Oxford), the National University of Singapore, oraz Wharton Risk Management and Decision Processes Center (University of Pennsylvania).

Aneks

Respondenci badania zostali poproszeni o ocenę (1) prawdopodobieństwa wystąpienia zagrożenia w ciągu następnych 10 lat oraz (2) stopień dotkliwości jego skutków na poziomie globalnym, gdyby wystąpiły.

TOP 5 ZAGROŻEŃ pod względem prawdopodobieństwa wystąpienia w ciągu następnych 10 lat:

  1. Ekstremalne zjawiska pogodowe (np. powodzie, burze, etc.)
  2. Słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  3. Katastrofy naturalne (np. trzęsienia ziemi, tsunami, erupcje wulkanów, burze geomagnetyczne)
  4. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu
  5. Szkody i katastrofy środowiskowe spowodowane działalnością

TOP 5 ZAGROŻEŃ z uwagi na dotkliwość skutków przez następne 10 lat:

  1. Słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  2. Broń masowego rażenia
  3. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu
  4. Ekstremalne zjawiska pogodowe (np. powodzie, burze, etc.)
  5. Kryzys wodny

Respondenci zostali także poproszeni o ocenę wzajemnych powiązań między parami globalnych zagrożeń:

TOP 5 ZAGROŻEŃ pod względem współzależności

  1. Ekstremalne zjawiska pogodowe + słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  2. Cyberataki + zakłócenia działania krytycznej infrastruktury IT
  3. Wysokie bezrobocie strukturalne lub niedozatrudnienie + dotkliwe konsekwencje postępu technologicznego
  4. Utrata bioróżnorodności oraz załamanie ekosystemu + słabe dostosowanie się do zmian klimatycznych
  5. Kryzys żywnościowy + ekstremalne zjawiska pogodowe

Zagrożenia krótkoterminowe: odsetek respondentów, którzy uważają, że poniższe ryzyka przybiorą na sile
w 2020 r.:

  1. Konflikty gospodarcze = 78.5%
  2. Krajowa polaryzacja polityczna = 78.4%
  3. Ekstremalne fale upałów = 77.1%
  4. Niszczenie zasobów naturalnych = 76.2%
  5. Cyberataki: infrastruktura = 76.1%
  • Pełny raport jest dostępny na stronie: https://www.marsh.com/content/dam/marsh/Documents/PDF/pl/Global%20Risk%202020-FullReport-DIGITAL-LowRes-SpreadsWithCovers.pdf

Większa ostrożność i mniejszy optymizm inwestorów private equity w Europie Środkowej

Pogarszają się nastroje gospodarcze, a co za tym idzie zaufanie inwestorów funduszy private equity do rynku. Niemal połowa z nich spodziewa się osłabienia sytuacji gospodarczej w najbliższych miesiącach. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Private Equity Confidence Survey ”, przedstawiającego opinie inwestorów z Europy Środkowej, te prognozy w połączeniu z wysokimi wycenami transakcji zwiększyły apetyt na sprzedaż. Aż 25 proc. respondentów planuje skupić się na niej w najbliższym czasie. Na tym tle większość gospodarek w regionie, w tym Polska, wydaje się być oazą ekonomicznego bezpieczeństwa. Według prognoz będą się one rozwijać nawet trzy razy szybciej niż gospodarki w Europie Zachodniej.

Pogorszenie nastrojów na rynku jest coraz silniej odczuwalne. Odzwierciedla to tzw. indeks optymizmu, który znalazł się na najniższym poziomie od siedmiu lat. Aż 46 proc. przedstawicieli funduszy private equity spodziewa się pogorszenia sytuacji gospodarczej w nadchodzących miesiącach. To spory wzrost w porównaniu do 17 proc. w ostatnim badaniu. Żaden z ankietowanych nie uważa natomiast, że ulegnie ona poprawie. Co ciekawe, te nastroje zdają się nie mieć większego wpływu na Europę Środkową, gdzie większość gospodarek rozwija się 2-3 razy szybciej niż w Europie Zachodniej. Polska i Rumunia mają rosnąć w 2020 roku odpowiednio o 3,5 proc. i 3,1 proc. wobec 1 proc. dla strefy euro.

Kupić czy sprzedać?

Jedna czwarta respondentów funduszy private equity skupi się na rynku zbytu. To wzrost z 19 proc. w ostatnim badaniu i największy wynik od czasu badania przeprowadzonego wiosną 2015 r., kiedy to 40 proc. ankietowanych deklarowało zamiar sprzedaży. Kolejne 27 proc. inwestorów chce po równo skupić się na kupnie i sprzedaży, a 48 proc. planuje więcej kupić niż sprzedać, czyli sprzedaż aktywów o niskiej produktywności albo tych, które uzna za zbędne. To spadek o 7 pp. w porównaniu z poprzednią edycją badania.

Prawdopodobnie powodem zmiany nastawienia są wysokie ceny, choć 65 proc. respondentów uważa, że nie zmieniły się one w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. Z badania Deloitte wynika, że wyceny mogą spaść, czego w najbliższym roku spodziewa się bezprecedensowa, bo aż 48 proc., liczba ankietowanych. Tylko 15 proc. prognozuje wzrost, a 37 proc. spodziewa się utrzymania obecnego poziomu.

W ciągu ostatnich kilku lat poziom cen wspierał szereg lukratywnych wyjść dla funduszy private equity w regionie, co z kolei pomogło przyciągnąć inwestorów. Chociaż wydaje się, że obecny poziom cen obniży się, może to napędzać wzrost liczby transakcji, ponieważ fundusze ze świeżo pozyskanym kapitałem są w stanie spełnić oczekiwania sprzedawców
– mówi Mark Jung, Partner w dziale doradztwa finansowego, Lider Private Equity w Europie Środkowej, Deloitte.

Liderzy rynkowi coraz mocniejsi

Z badania Deloitte wynika, że liderzy rynkowi umocnią swoją pozycję i ponownie są uznawani za najbardziej konkurencyjnych. 62 proc. ankietowanych oczekuje, że największe firmy będą cieszyć się największym zainteresowaniem inwestorów w Europie Środkowej. To spora różnica w stosunku do poprzedniego badania, w którym uważała tak mniej niż połowa respondentów (47 proc.). Tę zmianę odczują średnie firmy, ponieważ to ich kosztem nastąpił wzrost. Uzyskały one tylko 29 proc. głosów, w porównaniu do 40 proc. w ostatnim badaniu.

Powodami tej zmiany są również wysokie ceny i niepewna sytuacja gospodarcza w Europie. Mogą one prowadzić do zawierania większych transakcji, co przecież zazwyczaj dzieje się w przypadku graczy globalnych. Ci mają stabilniejsze przychody, co daje pewność kredytodawcom, a cele inwestycyjne czyni bezpieczniejszymi
– mówi Michał Tokarski, Partner w dziale doradztwa finansowego, Lider zespołu Corporate Finance, Deloitte.

Wolniej, znaczy bezpieczniej

Respondenci badania Deloitte prognozują, że stłumione tempo aktywności rynkowej w Europie Środkowej utrzyma się na obecnym poziomie lub zwolni jeszcze bardziej. Większość ankietowanych (58 proc.) oczekuje utrzymania obecnego poziomu, jednak trzeba odnotować prawie dwukrotne zwiększenie liczby respondentów spodziewających się spadku aktywności w najbliższych miesiącach z 15 proc. w ostatnim badaniu do 27 proc. Najprawdopodobniej jest to spowodowane chęcią utrzymania przez inwestorów dyscypliny na rynku w regionie w związku z brakiem pewności co do globalnej sytuacji gospodarczej i wysokimi cenami. W Europie wpływ na to ma między innymi niepewność związana z Brexitem.

Podobne warunki sprawiają, że inwestorzy chcą zawierać tylko „najlepsze” transakcje, o które zresztą wszyscy konkurują. Jak łatwo się domyślić, powoduje to presję na wzrost cen. W naszym regionie i w ogóle w Europie, dzieje się tak już od pewnego czasu – mówi Mark Jung.

Większość, bo aż 60 proc. respondentów uważa, że efektywność inwestycji finansowych w regionie pozostanie na tym samym poziomie. Z kolei 35 proc. oczekuje wzrostu wydajności, a jedynie 6 proc. uważa, że efektywność finansowa będzie spadać. Choć jest to wzrost w porównaniu z ostatnią ankietą, kiedy nikt nie spodziewał się spadków, nadal jest to wynik mniejszy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy spadku spodziewało się aż 9 proc. respondentów Deloitte.

Informacja o raporcie

Wyniki 34. edycji regionalnego badania Deloitte z cyklu „Central Europe Private Equity Confidence Survey” stanowią wnioski z ankiety skierowanej do inwestorów Private Equity działających w krajach Europy Środkowej. Badanie ukazuje się cyklicznie dwa razy w roku począwszy od 2003 r. Przeprowadzona ankieta miała na celu zbadanie nastrojów i oczekiwań funduszy PE odnośnie m.in: rynku transakcyjnego, spodziewanych parametrów transakcyjnych oraz aktywności w ciągu kolejnych 6 miesięcy. Indeks optymizmu jest średnią z 7 indeksów uzyskanych z pierwszych 7 pytań ankietowych. Wskaźnik przestawia zmianę odczuć pozytywnych w stosunku do łącznej liczy odpowiedzi pozytywnych i negatywnych (odpowiedzi neutralnie nie były brane pod uwagę) w porównaniu do pierwszej edycji badania z wiosny 2003 r. Im wskaźnik wyższy, tym większy optymizm przedstawicieli funduszy.