Ile w 2020 r. zarobi kierowca ciężarówki?

W 2020 roku wzrost płacy minimalnej w Polsce jest najwyższy od 10 lat. Pensja minimum wynosi teraz 2600 złotych brutto, czyli 49,7 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia. Wraz z tą zmianą rośnie także wartość za pracę w nocy oraz za nadgodziny i dyżury kierowców. Ile więc może zarobić kierujący ciężarówką i na co przedsiębiorcy powinni zwrócić szczególną uwagę? Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) wyjaśniają, o czym będzie się mówić w kwestii zarobków w 2020 roku.

Wynagrodzenie minimalne – jego wzrost i prawidłowe rozliczanie – to jedno. Sprawa płacy minimalnej i znaczne zwiększenie kosztów pracowniczych skomplikuje się, kiedy w życie wejdzie unijna dyrektywa o delegowaniu pracowników. Pakiet mobilności, przed którym, wydaje się, że nie ma już odwrotu, podbije tylko stawki i jeszcze bardziej utrudni funkcjonowanie polskim przewoźnikom na rynku międzynarodowym, między innymi przez, wzrost zarobków kierowców i powroty bez załadunku. 2020 rok jest dla transportowców zapowiedzią niepewnych czasów – mówi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Wynagrodzenie minimalne po nowemu

Pensja minimum rośnie nieprzerwanie od 20 lat. Co więcej, nowe stawki mają zastosowanie do wszystkich zawodów i branż, niezależnie od wielkości przedsiębiorstwa, regionu czy wyników finansowych, a pracodawca, który wypłaca wynagrodzenie niższe niż zakłada ustawa podlega karze sięgającej nawet 30 tysięcy złotych. Kwota minimalna to nie tylko dochód netto pracownika. Wliczają się w nią również wszystkie składki i świadczenia wynikające ze stosunku pracy w tym między innymi ZUS. W 2020 roku w Polsce miesięczna stawka minimalna to 2600 PLN brutto, czyli 1920,62 na rękę, a plany polskiego ustawodawcy idą jeszcze dalej, gdyż w 2023 roku najniższe, proponowane wynagrodzenie ma osiągnąć pułap 4000 złotych. Pozostaje pytanie, jak tegoroczne podwyżki odczują transportowcy?

Warto zwrócić uwagę, że w branży transportowej częstym zjawiskiem jest określanie w pensji kierowcy wynagrodzenia zasadniczego, czyli tak zwanej podstawy, w kwotach niższych niż wynagrodzenie minimalne. Na taką praktykę pozwala polskie prawo, które wlicza w skład ustawowego minimum m.in. dyżur i premie. Przedsiębiorcy, których kierowcy w umowach o pracę mają wprowadzone niższe wynagrodzenie zasadnicze niż płaca minimalna w danym roku, także odczują podwyżkę poprzez wyższą wartość nadgodzin – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak, ekspert OCRK. – Nadgodzina składa się z podstawy i dodatku. Podstawa do nadgodziny, jeżeli wynagrodzenie zasadnicze nie osiąga ustawowego minimum, obliczana jest z obwiązującej płacy minimalnej.

Wartość podstawy do jednej nadgodziny (przy założeniu planu 160h
i wynagrodzeniu zasadniczym niższym niż wynagrodzenie minimalne)
Wynagrodzenie minimalne   2 250,00 zł                  14,06 zł
  2 600,00 zł                  16,25 zł
Ile więcej?                    2,19 zł
                15,56%

 

Tabela 1. Opracowanie własne na podstawie danych z programu 4trans od Inelo.

Wyższa stawka wynagrodzenia minimalnego wpływa na zmianę dodatku do pensji. Na przykład dla miesiąca, w którym wymiar czasu pracy wynosi 160 godzin stawka godzinowa za czas pracy w nocy wzrośnie z 2,81 do 3,25 złotychinformuje ekspert OCRK.Zmiany w przepisach powodują konieczność wprowadzenia nowych stawek do wielu umów o pracę. Tym samym przy modyfikacji wartości tak zwanej podstawy warto przyjrzeć się między innymi wysokości ryczałtów. Podniesienie stawek może być także okazją do zweryfikowania pełnej struktury wynagrodzenia tak, aby rozliczenia po nowemu były jak najmniej odczuwalne dla przedsiębiorcy.

Ile zarabia kierowca tira w Polsce?

Poniższe dane z programu 4trans prezentują przykładowe przeliczenie polskiego wynagrodzenia z uwzględnieniem należnych dodatków kierowcy, pracującego cały miesiąc w transporcie międzynarodowym.

Ile zarabia kierowca tira w Polsce
Tabela 2. Opracowanie własne na podstawie danych z programu Inelo.

Najwyższe zarobki odnotowują kierowcy na trasach międzynarodowych. Warto zauważyć, że wraz ze wzrostem pensji minimum w Polsce dopłaty do zagranicznych płac minimalnych będą niższe. Wynika to z większego wynagrodzenia zasadniczego. W symulacji OCRK zostało ono podwyższone o 350 złotych. W przykładowym rozliczeniu czasu pracy kierowcy, pracującego w danym miesiącu rozliczeniowym we Francji i w Niemczech, widoczny jest spadek wartości dopłat nawet o 40 proc. – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak.

Ile zarabia kierowca tira
Tabela 3. Opracowanie własne na podstawie danych z programu Inelo.

W transporcie międzynarodowym pracodawca może wybrać stawkę diety zagranicznej. Minimalna kwota dobowa w takiej podróży to 30 złotych, a maksymalna może wynieść przykładowo we Francji 50 euro, a w Niemczech 49 euro. W operacjach transgranicznych istotny też jest zwrot kosztów za noclegi i najczęściej wypłacany jest w formie ryczałtu za nocleg. Według niemieckich stawek będzie to równowartość 37,5 euro, a według francuskich przepisów aż 45 euro.

Delegowanie pracownika wiąże się przestrzeganiem prawa międzynarodowego, które zmieni się w lipcu 2020 roku wraz z wejściem w życie unijnej dyrektywy o pracownikach delegowanych. W sektorze transportu, po wejściu w życie pakietu mobilności, będziemy mieć 18 miesięcy na to, by przygotować się na te zmiany. Jeśli nie będzie aktualizacji w polskich przepisach, koszty pracownicze dla rodzimych przedsiębiorców mogą wzrosnąć nawet o 40 proc. W czym dokładnie tkwi problem?

Zarobki kierowcy tira według Unii Europejskiej

Jeżeli do tej pory kierowca otrzymywał wypłatę na poziomie na przykład 6500 złotych na rękę z uwzględnieniem diet i ryczałtów za noclegi, to przewoźnik ponosił całkowity koszt zatrudnienia około 8500 złotych w zależności od przyjętej podstawy wynagrodzenia. Sytuacja może się diametralnie zmienić, gdyż Unia Europejska chce, by wprowadzić nowe przepisy o delegowaniu również dla kierowców. Może zatem dojść do sytuacji, w której przedsiębiorca będzie zobowiązany wypłacić kierowcy polskie diety wraz z ryczałtem noclegowym i równocześnie pełne sektorowe wynagrodzenie naliczane według prawa państwa, w którym pracownik przebywał, wykonując obowiązki służbowe – informuje Łukasz Włoch z OCRK

Wyjściem może okazać się zmiana w rodzimych przepisach. Istnieją już propozycje rozwiązań, które pozwolą zaliczać całe wynagrodzenie pracownika na poczet zagranicznej płacy minimalnej, niezależnie od tego, jaka jego część podlega obowiązkowemu odprowadzaniu składek. W takiej sytuacji wzrost kosztów pracowniczych dla przedsiębiorcy może wynieść 15 proc., a nie jak w najgorszym scenariuszu aż 40 proc. Czy tak się stanie w 2020 roku? Tego nie wiemy, a czasu na dostosowanie przepisów jest coraz mniej.

Jedno jest pewne transportowców czeka teraz trudny czas. Pakiet mobilności zachwieje międzynarodowym systemem drogowym, bo odnalezienie się w skomplikowanych regulacjach i dostosowanie do nowego otoczenia biznesowego, w którym przewoźnicy będą zmuszeni funkcjonować, może sprawić problem w szczególności mniejszym i średnim firmom. Zagrożeniem są nieprzewidziane wzrosty kosztów pracowniczych, nieadekwatne stawki operacji transportowych, częste powroty bez załadunków, niezamierzone błędy w rozliczaniu czasu pracy i płacy według zmienionych zasad, a w konsekwencji niewydolność finansowa i wypadnięcie z rynku na rzecz zachodnich przewoźników – podsumowuje Łukasz Włoch, OCRK.

Osiem trendów, które odmienią polski rynek powierzchni biurowych w 2020 roku

1) Wzrośnie popyt na biura swing space

Z roku na rok dla tradycyjnego biurowca coraz większą wartością staje się przestrzeń elastyczna, która może służyć za miejsce przejściowe (swing space), ułatwiające przeprowadzkę lub – w szczególności – ułatwiające proces rozwoju na nowym rynku poprzez ofertę biurową rosnącą wraz z oczekiwaniami i wymaganiami klienta. Rośnie więc liczba potrzeb i zastosowań elastycznych powierzchni biurowych na rynku, do których operatorzy biurowi na bieżąco muszą dostosowywać swoje oferty. Operatorzy, którzy nie dysponują przestrzenią typu swing mogą tracić na konkurencyjności w tym bardzo rozwojowym segmencie rynku.

2) Korporacje napędzą portfele operatorów

W branży znacząco rośnie zaufanie dużych firm oraz korporacji do konceptu biur flex. W 2019 roku Business Link odnotował ponad 130% wzrost udziału dużych firm (od 50 do 249 osób, oraz większych niż 250 osób) w puli wszystkich klientów. Jednym z powodów rosnącego zaufania dużych podmiotów do tego modelu najmu powierzchni jest większa wiarygodność, podparta również dobrymi doświadczeniami firm, które już wcześniej przetarły szlaki jako najemcy. W pozyskiwaniu klientów korporacyjnych najłatwiej będzie operatorom z silnymi właścicielami, mogącymi się pochwali ugruntowaną i stabilną pozycją na rynku.

3) Rosnąć będą powierzchnie, a nie liczba biur

Operatorzy biurowi coraz częściej dostrzegają, że optymalizacja kosztów oparta na efekcie skali nie polega już wyłącznie na zwiększaniu liczby placówek, a raczej na zwiększaniu dostępnego metrażu w zajmowanych już lokalizacjach. Takie podejście wpisuje się w znaną już diagnozę, wskazująca, że przyszłość coworkingu zależeć będzie nie od pojedynczych klientów, a od silnych, dużych korporacji. Operatorzy potrafią także doskonale liczyć. Wiedzą, że bardziej opłaca im się zatrudnić 4 osoby do obsługi 2 tysięcy metrów kwadratowych w jednej lokalizacji, niż 4 osoby do obsługi 4 różnych biur po 500 m2.

4) „Jedno biurko” usprawni działalność mobilnych zespołów

Na rynku zmienia się podejście do pracy zdalnej. Pracownicy coraz mniej chętnie pracują w przestrzeni publicznej, a nie zawsze mają możliwość pracy z domu. W niektóre zawody wpisana jest konieczność pracy rotacyjnej lub realizacji części zadań w domach klientów. Dla takich zespołów powstają oferty wynajmu biur elastycznych, gdzie jedno biurko może służyć całemu zespołowi. Nowoczesne systemy rezerwacji pozwalają na efektywne i optymalne finansowo wykorzystanie przestrzeni biurowej i właśnie do takich rozwiązań należeć będzie przyszłość.

5) Wzrośnie znaczenie dostępu do biur

Duże powierzchnie biurowe stały się w Polsce wartością deficytową. Pustostan biurowy w Warszawie jest najniższy od 7 lat, co znacząco zmienia układ sił na polu negocjacji cenowych pomiędzy deweloperami i operatorami biurowymi. Silna pozycja dewelopera (a w szczególności działów leasingu) sprawia, że wielkoformatowy najemca musi mieć dziś doskonale udokumentowaną kondycję finansową, wiarygodność i wypracowaną pozycję na rynku. Operatorom biurowym sytuacji nie ułatwiają także niedawne problemy WeWorka związane z nieudanym debiutem giełdowym, które mogą wpłynąć na zaufania deweloperów do konceptu coworkingowego. Dlatego coraz większego znaczenia nabierać będzie stały dostęp do dużej puli powierzchni biurowych, który dziś gwarantuje już niemal tylko i wyłącznie synergia deweloperów i operatorów.

6) Slow-work stanie się równie ważny jak high-tech

Oczekiwania najemców powierzchni elastycznych z segmentu premium zmieniają się błyskawicznie. Klienci coraz mocniej doceniają najwyższej jakości materiały wykończeniowe, wyjątkowe wzornictwo, obecność roślinności, a także – w proporcji do biur zamykanych – większe niż dotąd przestrzenie wspólne służące do wypoczynku. Te elementy  składają się na biuro, które powinno budować poczucie prestiżu i być coraz bardziej elastyczne nie tylko procesowo, z punktu widzenia decydenta, ale też funkcjonalnie – z punktu widzenia pracownika. Trendem będzie zatem tworzenie przestrzeni przyjaznych i funkcjonalnych, sprzyjających komfortowi, prywatności. Pracownik nie oczekuje już nowoczesności przeładowanej rozwiązaniami technologicznymi ani open space’u z rozrywkami rodem z kampusu Google. Zamiast tego na topie będą np. biura z pokojami do drzemek oraz wszystkie rozwiązania zgodne z duchem slow-work i eko.

7) Biura komplementarne przyciągną firmy

Elastyczny najem już dziś pozwala dynamicznie dopasowywać rozmiar i strukturę wynajmowanej powierzchni do aktualnych potrzeb najemcy. Firma płaci za produkt szyty na miarę, a nie zbyt mały lub nieproporcjonalnie duży do jej charakterystyki. Na takie biuro, w ramach komplementarnego rozwiązania, coraz częściej decydować będą się firmy, posiadające już główną siedzibę o klasycznym charakterze. Elastyczne powierzchnie biurowe gwarantują im alternatywne rozwiązania, a to wpływa bezpośrednio na efektywność pracy. Dobrze zaplanowane biuro, mające charakter holistyczny lub uzupełniający względem głównej siedziby, staję się źródłem oszczędności czasu i pieniędzy, będąc jednocześnie skutecznym elementem employer brandingu. Po biura na wynajem coraz częściej będą więc sięgać firmy, które mają już swoją główną, dużą i nowoczesną siedzibę. W obliczu wyczekiwanego spowolnienia koniunktury coraz istotniejszą rolę odgrywać będzie również elastyczna, krótkoterminowa umowa i możliwość proporcjonalnego zredukowania wynajmowanej przestrzeni.

8) Deweloperzy odegrają ważniejszą rolę na rynku

Na rynkach dojrzewających, takich jak polski, wyraźnym trendem staje się akumulowanie powierzchni biurowych w rękach deweloperów. Firmy z branży nieruchomości, kojarzące się dotychczas z konserwatywnym podejściem i tendencją do minimalizacji ryzyka, coraz chętniej inwestują w koncept biur elastycznych. Najwięksi gracze tworzą także własne brandy operatorów biurowych i coraz mocniej wykorzystuję efekt synergii, dzięki czemu szybko umacniają swoją pozycję w branży. I to właśnie do takich firm będzie należeć przyszłość rynku powierzchni biurowych na wynajem.

Business Link

Ransomware, chmury, 5G, uczenie maszynowe. Gdzie spodziewać się cyberzagrożeń w 2020 roku?

Najnowszy „2020 Threat Report” z SophosLabs ukazuje przewidywania dotyczące zagrożeń czekających w cyberprzestrzeni w nadchodzącym roku. Eksperci Sophos wyróżnili cztery główne zagrożenia: przestępcy będą rozwijać ransomware, wykorzystywać luki w zabezpieczeniach chmury i 5G, a także oszukiwać modele uczenia maszynowego. To na te potencjalne punkty zapalne będą musieli zwrócić uwagę specjaliści odpowiedzialni za ochronę infrastruktury informatycznej na początku nowego dziesięciolecia.

Ransomware wciąż w natarciu – ale z podwyższoną poprzeczką

Mark Loman, Director of Engineering for Next-Generation Tech: O wiele łatwiej jest zmienić „wygląd” złośliwego oprogramowania niż jego cel lub zachowania. Z tego względu działanie nowoczesnego ransomware opiera się na tzw. „zaciemnianiu kodu” – wprowadzania w kodzie zmian, które nie zmieniają sposobu działania samego oprogramowania, ale znacznie utrudniają jego zrozumienie. Inne sposoby na uniknięcie wykrycia przez systemy zabezpieczające, które hakerzy zastosują w 2020 roku, to również szyfrowanie tylko stosunkowo niewielkiej części danego pliku lub doprowadzenie do uruchomienia systemu operacyjnego w trybie awaryjnym. Coraz częściej również trzeba będzie odpierać ataki wykorzystujące automatyzację do jak najszybszego przełamania zabezpieczeń.

Ransomware będzie tak długo popularne, jak długo docieranie do ofiar będzie łatwe. Niezabezpieczone usługi, niezałatane systemy i wycieki danych uwierzytelniających – to gwarancja bogatych żniw zarówno dla weteranów cyberprzestępczości, jak i osób, które dopiero zaczynają działania w tym zakresie. Dlatego niezbędne staje się wprowadzenie solidnych mechanizmów kontroli bezpieczeństwa, monitorowania i reagowania, które obejmą wszystkie punkty końcowe, sieci oraz systemy. Równie istotne są regularne aktualizacje oprogramowania.

Małe błędy, duże luki – otwarte drzwi do chmury

Andy Miller, Senior Director of Global Public Cloud: Cała idea działania w chmurze opiera się na elastyczności. Jeden klik umożliwia zwiększenie lub zmniejszenie zasobów – w ten sposób przedsiębiorstwa mogą dostosowywać niezbędną moc obliczeniową do potrzeb swoich klientów. Jednak z punktu widzenia bezpieczeństwa informatycznego, w długofalowej perspektywie elastyczność i prostota obsługi chmury mogą obrócić się na jej niekorzyść – narażając klientów na zagrożenie wyciekiem danych.

W 2020 roku drobne błędy w zabezpieczeniach chmury, które zostaną wykryte przez cyberprzestępców, mogą doprowadzić do wycieków dużych zbiorów danych. Największe luki są rezultatem prostych błędów popełnionych w trakcie konfiguracji architektury chmurowej. A rosnąca złożoność i elastyczność systemów opartych na tej technologii prowadzi do zwiększenia ryzyka popełnienia błędu przez operatora danej chmury. Problematyczny jest również brak możliwości dokładnego monitorowania działań, które zachodzą na maszynach organizacji.

Przestępcy doskonale sobie zdają sprawę ze wszystkich tych problemów i będą skrupulatnie wykorzystywać luki w chmurach dla własnej korzyści, szczególnie wiedząc o tym, że ochrona danych przechowywanych w taki sposób wymaga zupełnie innego zestawu narzędzi niż w przypadku serwerów czy zwykłych stacji roboczych.

Machine learning solą w oku cyberprzestępców

Joe Levy, CTO: Machine learning stał się fundamentem strategii bezpieczeństwa w większości współczesnych organizacji. Cyberprzestępcy również mają tego świadomość, dlatego coraz częściej w swoich działaniach w przyszłym roku będą uwzględniać rolę tych systemów, czy to starając się je osłabić, czy unikając bycia wykrytym przez nie. Niektórzy z nich mogą jednak próbować współpracować z tą technologią, w ten sposób tworząc fałszywe treści, które będą bardzo przekonujące dla odbiorcy i posłużą jako podstawa ataku socjotechnicznego.

W najbliższych latach tempo eksperymentów w branży będzie nieustannie rosło – systemy zabezpieczające będą nieustannie się uczyły, co umożliwi im podejmowanie częściowo lub nawet w pełni autonomicznych decyzji, aby chronić infrastrukturę informatyczną oraz jej użytkowników. Nowe techniki obrony generują jednak jeszcze nowsze techniki ataku. Tym razem będziemy mieli do czynienia z tzw. „wetware” – atak łączący automatyczne tworzenie treści z manualnymi działaniami człowieka. To umożliwia spersonalizowanie działań cyberprzestępcy i omijanie zabezpieczeń obecnej generacji.

Firmy powinny postawić na ochronę, która umożliwi zapobieganie atakom, zanim jeszcze się wydarzą. Połączenie specjalistów ds. bezpieczeństwa wyszukujących zagrożenia z wiodącą technologią w tym zakresie umożliwia organizacjom szybsze wykrywanie i powstrzymywanie nawet najbardziej wyrafinowanych ataków.

5G to nowe szanse, ale również niespotykane wcześniej zagrożenia

Dan Schiappa, Chief Product Officer: 5G będzie technologią, która zmieni sposób działania branży – obiecuje połączyć niemal wszystkie aspekty życia za pośrednictwem sieci. Taka obietnica oznacza szybsze działania, mniejsze opóźnienia, ale również nowe zagrożenia oraz potencjalne punkty zapalne. Wprowadzenie niedostępnych do tej pory częstotliwości radiowych będzie wymagać jeszcze większej pracy nad bezpieczeństwem naszych połączeń, urządzeń oraz aplikacji.

Radia wbudowane w urządzenia 5G nie wymagają już komunikacji z siecią korporacyjną, co oznacza większe problemy z identyfikacją zagrożeń. W takiej sytuacji rozwiązaniem jest wielowarstwowe podejście do bezpieczeństwa, w ramach którego zabezpieczenia poszczególnych aspektów działania organizacji tworzą jeden wspólny system, łącząc się ze sobą i dzieląc się informacjami. Działanie razem umożliwia łatwiejsze odpieranie ataków, niż gdyby każdy produkt działał samodzielnie.

Wydatek poniesiony za kogoś a koszty podatkowe

W praktyce biznesowej dochodzi do sytuacji, gdy koszty są ponoszone przez inny podmiot niż ten, którego faktycznie dotyczą. Przykładowo mogą to być wydatki na wyjazdy pracowników kontrahenta, na sfinansowanie czyjejś inwestycji czy dofinansowanie działalności partnera biznesowego lub zwyczajne darowizny. Przykłady można mnożyć, w zależności od potrzeb biznesowych mogą one być różne. Kolejna kategoria obejmuje wydatki na prywatne cele pracowników oraz sytuację odmienną tj. finansowanie działalności podatnika przez pracowników (np. zarząd).

Związek z przychodami

Jedną z najważniejszych kwestii przy zaliczeniu wydatku do kosztów uzyskania przychodów jest jego cel oraz związek z przychodami. Jak zauważył Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 7 lutego 2019 r. (sygn. II FSK 318/17): „użycie w art. 15 ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych zwrotu „w celu” oznacza, że nie zawsze wydatek przynieść musi skutek w postaci osiągnięcia przychodu, zachowania lub zabezpieczenia jego źródła. Dla oceny, czy dany wydatek został poczyniony w celu zachowania lub zabezpieczenia źródła przychodu należy mieć na względzie charakter związku przyczynowo-skutkowego między kosztem a przychodem”. Wyrok ten oznacza, że podatnik powinien analizować nie tylko celowość ponoszonych wydatków, ale także ich związek z przychodami, który może być bezpośredni albo pośredni.

W przypadku kosztów bezpośrednio związanych z przychodami nie ma problemu z ich przyporządkowaniem. Kwestia prawidłowej kwalifikacji jest natomiast dużo bardziej istotna w przypadku kosztów pośrednich, gdzie podatnik powinien potrafić wykazać ich związek z przychodami. Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 30 listopada 2018 r. (sygn. II FSK 3420/16) wskazał, że przy interpretacji związku i celu poniesionego wydatku należy zawsze odwoływać się do wykładni gospodarczej, tj. należy założyć, że podatnik działa jak racjonalny przedsiębiorca kierujący się chęcią osiągnięcia zysku. Dopiero organ podatkowy powinien wykazać, że intencje podatnika były inne.

Poniesienie wydatku z własnych zasobów

Kolejną bardzo istotną przesłanką kwalifikacji wydatku do kosztów podatkowych jest poniesienie go z własnych środków. Kwestię tę idealnie obrazuje stanowisko Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej wyrażone w interpretacji indywidualnej z dnia 1 września 2017 r. nr 0111-KDIB2-1.4010.131.2017.2.MJ. gdzie organ wskazał, że sfinansowanie wydatków przez prezesa firmy z jego prywatnych środków powoduje, że wydatki te nie mogą zostać zaliczone do kosztów podatkowych spółki.

Podobna sytuacja miała miejsce w sprawie rozstrzygniętej wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 31 października 2019 r. (sygn. akt III SA/Wa 576/19). Sprawa, rozpatrywana przez WSA, dotyczyła osoby fizycznej będącej wspólnikiem kilku spółek deweloperskich, która po wybudowaniu osiedla z własnych środków wybudowała za miasto drogi dojazdowe. Wydatki związane z tym przedsięwzięciem chciała zaliczyć do kosztów podatkowych związanych z prowadzoną działalnością deweloperską i budową osiedla. Organ podatkowy nie zgodził się z takim podejściem, gdyż nie znalazł związku pomiędzy poniesionym wydatkiem a przychodami z prowadzonej działalności gospodarczej. Jego stanowisko potwierdził WSA w Warszawie.

W takich sytuacjach przesłankę poniesienia kosztu z własnych środków można w prosty sposób wypełnić poprzez zrefakturowanie kosztów poniesionych z prywatnych pieniędzy na firmę w oparciu o umowę/porozumienie. W tym celu należy zadbać o odpowiednie procedury oraz weryfikację ich przestrzegania w przedsiębiorstwie.

Kwalifikacja w zależności od sytuacji

Na zakończenie warto wskazać, że dany wydatek może być różnie klasyfikowany, w zależności od sytuacji. Dobrym przykładem jest wydatek na „finansowanie wycieczki dla pracowników kontrahenta”. Zasadniczo w sytuacji, gdy chcemy po prostu sfinansować pracownikom kontrahenta wycieczkę, biorąc pod uwagę powyższe przesłanki, koszty takiej wycieczki należałoby uznać za niepodatkowe, gdyż nie są one związane z przychodami podatnika.

Jednakże, jeżeli taki wydatek będzie połączony np. z akcją konkursową dla pracowników kontrahenta mającą na celu mobilizację do większej sprzedaży, a nagrodę otrzymają najlepsi sprzedawcy, istnieją wówczas przesłanki dla uznania nagród w postaci wycieczek za koszty podatkowe. Podobna sytuacja będzie miała miejsce w przypadku organizacji zagranicznego szkolenia, choć tu mogą pojawić się spory z fiskusem odnośnie do zasadności kosztów.

Podsumowanie

Kwestia kwalifikacji podatkowej wydatków ponoszonych za inne podmioty powinna być w każdej sytuacji analizowana indywidualnie. W artykule przedstawione zostały najczęstsze sytuacje, w ramach których podatnik powinien zmierzyć się z tematem finansowania wydatków za inny podmiot. Konsekwencje podatkowe wadliwej kwalifikacji wydatków są dotkliwe, gdyż poza koniecznością korekty deklaracji i zapłaty zobowiązania dochodzą dodatkowo odsetki oraz potencjalnie odpowiedzialność z kodeksu karno-skarbowego. Dlatego każdorazowo pozycja podatnika co do kwalifikacji takich wydatków powinna być oparta o przepisy podatkowe i orzecznictwo.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Inflacja w grudniu bez korekty, czyli o 0,1% poniżej górnej granicy celu inflacyjnego

Dzisiaj o 17:30 czasu polskiego ma dojść do podpisania umowy handlowej pomiędzy USA a Chinami. Będzie to wedle wszelkiego prawdopodobieństwa domknięcie ważnego rozdziału w gospodarczej historii świata.

Finalne dane na temat inflacji bez korekty

Zgodnie z oczekiwaniami GUS nie aktualizował swoich wyliczeń inflacyjnych. Wzrost cen w grudniu, podobnie jak we wstępnych danych, wyniósł 3,4%, czyli o 0,1% poniżej górnej granicy celu inflacyjnego. To problematyczna sytuacja dla RPP. Można uznać to za sygnał wskazujący, że warto rozważyć podwyżkę stóp procentowych, szczególnie biorąc pod uwagę wzrost cen prądu. Taki ruch jednak nie byłby mile widziany przez partię rządzącą. Wyższe stopy to droższe kredyty zarówno dla przedsiębiorców, jak również droższe finansowanie zadłużenia.

Czy umowa handlowa zostanie podpisana?

Dzisiaj ma nastąpić podpisanie umowy handlowej pomiędzy USA a Chinami. Nadwyżka handlowa wynosi obecnie niemal 300 mld dolarów, ale mówimy o nadwyżce towarowej. To tego parametru używają Amerykanie, aby podkreślić krzywdę, jaka się dzieje. W ramach ugody Chińczycy mają kupować w USA około 200 mld dolarów towarów więcej, między innymi dóbr przemysłowych, surowców energetycznych, płodów rolnych i usług. Co ciekawe, pomimo podpisywania tego typu umów pomiędzy państwami, nadal nazywamy to wolnym rynkiem. O ile strona chińska jest wyraźnie kontrolowana, to nawet tam może być problem z nabywaniem takiej ilości dodatkowych dóbr. Atrakcyjność cen przy wzroście popytu też może być dyskusyjna, mowa tutaj zarówno o cenach eksportu, jak i tych na rynku krajowym. Najważniejsze jest jednak, że konflikt nie będzie na razie eskalował.

14 emerytura ma trafić pod obrady

Projekt ten może budzić zdziwienie, biorąc pod uwagę ilość miesięcy w roku, ale rząd zamiast podnosić emerytury woli okazjonalnie wypłacać dodatkowe świadczenia. Jest to prawdopodobnie lepsze wizerunkowo, aczkolwiek to także zaleta dla budżetu. Jednorazowych świadczeń można teoretycznie nie ponowić, a podwyżki emerytur to stały koszt.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Emocjonujące metry. Dlaczego jest (i będzie) drożej?

Ceny nowych mieszkań w większości polskich aglomeracji osiągnęły już poziom hossy z 2007 roku lub go przekroczyły. Sprowokowało to tezy o bańce spekulacyjnej i nadchodzącym kryzysie w branży. Tymczasem, polski rynek nieruchomości jest daleki od przegrzania, a najbardziej prawdopodobny scenariusz na przyszłe lata to dalszy wzrost cen mieszkań i domów.

wykres3-1Co warto śledzić prognozując ceny nieruchomości? Poza doniesieniami z rynku pieniądza, w postaci stóp procentowych, jest jeszcze jeden, bardzo ważny trop – średnie krajowe wynagrodzenie. Istnieje wyraźna korelacja pomiędzy  poziomem płac a cenami nieruchomości. Co więcej, w ujęciu długoterminowym nasze pensje stanowią najważniejszą (żeby nie powiedzieć jedyną) zmienną wpływającą na przeciętny koszt mieszkania lub domu.

Poddajmy analizie europejskie metropolie, najlepiej podobne pod względem liczby mieszkańców – przykładowo od 400 tys. do 1 mln. Porównując kształtowanie się wynagrodzeń i cen metra kwadratowego na przestrzeni ostatnich 9 lat, w większości przypadków otrzymamy stosunek od 0,6 do 0,7. Warto dodać, że korelacja ta występuje zarówno w Kownie oraz Sarajewie, jak i Walencji, Edynburgu czy Trójmieście. Prowadzi to do dość zaskakującego wniosku, że ceny nieruchomości w europejskich metropoliach – niezależnie od lokalizacji – w ujęciu relatywnym plasują się na zbliżonym do siebie poziomie.wykres3-1

Spróbujmy teraz spojrzeć w przyszłość i weźmy pod lupę wspomniane Trójmiasto. W przypadku województwa pomorskiego współzależność dochody – ceny nieruchomości jest niezwykle wysoka i historycznie wynosi aż 97%, biorąc pod uwagę dane od 2010 roku. Pozwala to przypuszczać, że ceny mieszkań i domów do 2022 roku będą rosnąć w tempie 6-7% w skali roku, gdyż taki wzrost płac prognozuje Narodowy Bank Polski.

Oczywiście, dla powyższego scenariusza istnieje szereg krótkoterminowych zagrożeń, jak ryzyko znacznego pogorszenia koniunktury, nadmierne nasycenie rynku nieruchomości czy zaostrzenie przepisów dotyczących przyznawania kredytów hipotecznych. W tych sytuacjach, deweloperzy będą jednak zmuszeni ograniczać podaż, przez co ceny wzrosną jeszcze bardziej, niż wynikałoby to z tempa wzrostu wynagrodzeń.

Beznazwy-1W przypadku rynku premium, który jest szczególnie odporny na wahania koniunktury, na ograniczenie podaży duży wpływ ma limit najlepszych lokalizacji. We wspomnianym Trójmieście już teraz zaczyna brakować atrakcyjnych działek. Nieruchomości, które są lub będą zrealizowane na tego typu terenach dają największe możliwości zysku. W Gdyni wśród takich perełek można wymienić luksusową Villę Nova w prestiżowej dzielnicy Orłowo – to ponad 200 metrowy apartament zlokalizowany przy nadmorskiej plaży i klifie. W Gdańsku – Tarasy Bałtyku – nowoczesny apartamentowiec ze świetnym dostępem do miejskiej infrastruktury, widokiem na park, morze, zielone wzgórza lub panoramę miasta. Inwestycja wyróżnia się nie tylko dobrą lokalizacją, ciekawą bryłą i pięknymi wnętrzami, ale też długą listą udogodnień i najnowszych rozwiązań technologicznych.

W odpowiedzi na pnące się w górę kwoty mieszkań i domów, pojawia się pytanie – czy to już bańka? Z pomocą przychodzą dane Związku Banków Polskich. W II kwartale 2019 roku odnotowano rekord dekady, jeśli chodzi o podpisane umowy kredytowe. Przyczyną są wyjątkowo niskie stopy procentowe, które zwiększyły dostępność kredytów. Nieopłacalność oszczędzania na lokatach, obligacjach i kontach oszczędnościowych zachęciła też do inwestowania w nieruchomości. Liczba zaciągniętych zobowiązań jest jednak o ponad 30% mniejsza niż w szczycie bańki z lat 2007/8. Do diagnozy sytuacji może też posłużyć aktualny wskaźnik zawieranych transakcji. Eurostat szacuje wzrost obrotów o ok. 6-8% w ujęciu rocznym. Dla porównania, w 2007 roku liczba nabywanych nieruchomości rosła od 40% do prawie 80%. Dane mówią więc same za siebie. Na rynku panuje duży popyt, nie mamy jednak do czynienia z bańką.

Autorem tekstu jest Piotr Tarkowski

Analitycy TMS: Wstępne porozumienie USA-Chiny to sukces, ale nie koniec problemów

Półtora roku od wybuchu wojen handlowych, po kilkunastu miesiącach burzliwych negocjacji, dziś popołudniu wicepremier Liu w błysku fleszy podpisze 86-stronnicowy dokument wstępnej umowy handlowej USA–Chiny. Biały Dom będzie piał nad nią z zachwytu, ale zdaniem analityków TMS Brokers jest ona fasadowa, niepełna i nie kończy definitywnie sporu handlowego. Tym bardziej nie będzie panaceum na bolączki światowej gospodarki, która rośnie w tempie najwolniejszym od kryzysu finansowego.

Chiny zobowiążą się m.in. do zmian w polityce kursowej, lepszej ochrony własności intelektualnej, liberalizacji systemu finansowego. To wszystkie kwestie, których ocena nie jest zero-jedynkowa. Państwo Środka do końca 2021 roku ma też dokonać dodatkowych zakupów amerykańskich dóbr o wartości 200 mld USD, z czego ponad 30 mld USD mają stanowić płody rolne. W zamian USA obniżą stawki celne na katalog produktów o wartości 120 mld USD (z 15 do 7,5 proc.) Dodajmy, że cła na pozostałą część dóbr obłożonych taryfami (240 mld) pozostają na dotychczasowym poziomie.

Wstępna umowa bez kontrowersji

Samo podpisanie dokumentu nie będzie budzić euforii inwestorów. Upublicznienie niektórych zapisów może wręcz prowadzić do rozczarowania. Tak było wczoraj, gdy sentyment zepsuła informacja, że Stany Zjednoczone nie zrezygnują z ceł przed wyborami prezydenckimi. Uwaga szybko przeniesie się na prace nad kompleksowym porozumieniem. Donald Trump zapowiedział, że odwiedzi w tym celu Pekin, ale oczywiście data wizyty nie jest znana. Sekretarz Skarbu USA Steven Mnuchin sugerował z kolei, że druga faza rozmów może zostać dodatkowo podzielona na etapy. Ma to ułatwić trudne negocjacje.

Nie ma jednak wątpliwości, że we wstępnej umowie pomijano drażliwe kwestie. W maju strona chińska oznajmiła, że 20 proc. amerykańskich postulatów jest nie do przyjęcia. O porozumienie w zakresie usunięcia pozataryfowych instrumentów polityki handlowej, ustępstw w zakresie dostępu do rynku nowoczesnych technologii, usług finansowych, czy zmian w polityce przemysłowej nie będzie łatwo. A przecież należy też wypracować odpowiednie mechanizmy kontrolne i gwarantujące przestrzeganie uzgodnień…

Chiny mogą ustąpić?

Jak intensywne będą kolejne rozmowy? Ich zakończenia nie spodziewamy się w najbliższym półroczu, ani przed wyborami. Nastawienie Trumpa będzie dyktowane przez sondaże poparcia. A te wypadają dla prezydenta fatalnie w stanach o rolniczym charakterze (Iowa, Ohio, Wisconsin) oraz w Michigan, gdzie skoncentrowany jest przemysł motoryzacyjny. Przebieg kampanii może zatem warunkować jej retorykę i zagrażać np. europejskim producentom aut (w końcu cła są zawieszone do maja). Strona chińska może być bardziej skłonna do ustępstw, ponieważ cła na towary o wartości 360 mld USD nadal obowiązują i ciążą gospodarce.

To nie koniec problemów

Wygląda na to, że najbardziej burzliwa faza wojen handlowych jest za nami. Eksperci TMS Brokers oceniają, że skala niepewności uderzająca w światowy przemysł i inwestycje firm będzie w kolejnych kwartałach mniejsza. Jednocześnie wpływ dotychczasowego konfliktu dopiero w drugiej części roku osiągnie apogeum. Oznacza to, że problemy globalnej gospodarki nie znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki, a droga do ożywienia będzie długa i wyboista. Dlatego analitycy TMS Brokers uważają, że optymizm inwestorów może zostać wystawiony na ciężką próbę.

– Widzimy duże prawdopodobieństwo schłodzenia nastrojów inwestycyjnych. Powinno to przełożyć się m.in. na odrabianie strat przez słabego ostatnio jena, czy wzrosty EUR/PLN z obecnych, nielicujących z fundamentami poziomów. EUR/USD w szerszym horyzoncie powinien kontynuować rozpoczętą w czwartym kwartale mozolną wspinaczkę na wyższe pułapy. Zakładamy, że funt wznowi rajd z końcówki roku. Na razie walucie ciąży wysokie prawdopodobieństwo cięcia stóp przez Bank Anglii, ale jeśli dojdzie do tego w styczniu, to furtka do wznowienia będzie szeroko otwarta – ocenia Bartosz Sawicki, kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers.

Taki będzie rok 2020 w handlu internetowym. Personalizacja, szybkie płatności i rozwój voice commerce

sprzedawców online korzysta z interaktywnych form komunikacji, takich jak quizy czy ankiety, co pomaga im w tworzeniu całkowicie spersonalizowanych produktów. Konsumenci, odpowiadając na zadane pytania, dobrowolnie przekazują informacje na temat swoich preferencji, a to bezcenna wiedza dla specjalistów, którzy są odpowiedzialni za komunikację, tworzenie i realizację projektów, które mają być dopasowane do konsumenckich preferencji.

Zakupy nad Wisłą

Jak podaje GUS, w 2018 roku 84 proc. gospodarstw domowych i 96 proc. firm miało dostęp do internetu. Biorąc pod uwagę populację o liczebności ponad 38 mln, taki odsetek to potężna baza potencjalnych nabywców. Nic więc dziwnego, że wraz z końcem roku 2019 polski rynek e-commerce miał osiągnąć wartość 13.5 mld USD, co stanowi wzrost o 16 proc. w porównaniu z rokiem 2018. Obecnie Polska, wśród najszybciej rozwijających się rynków e-commerce na świecie, zajmuje szczęśliwe, 13. miejsce.

Co zaś przyniesie nam rok 2020? W świecie rodzimego e-commerce będzie to przede wszystkim rozwój nowych form płatności, opartych głównie na błyskawicznych płatnościach mobilnych, takich jak Apple Pay czy Google Pay. Jeżeli zaś chodzi o platformy zakupowe, to na popularności będzie zyskiwał międzynarodowy portal handlowy Amazon, dzięki któremu polskie firmy mają możliwość dotarcia niskim nakładem środków finansowych i pracy do grupy blisko 100 mln potencjalnych klientów, których zgromadził serwis Jeffa Bezosa w Europie. Wejście na międzynarodowy rynek nigdy nie było tak proste. To olbrzymia szansa, zarówno dla producentów, jak i resellerów, którzy w swoich dłoniach mają kolejny oręż, który pomoże im zawalczyć o uwagę konsumentów. Nie są zmuszeni do tego, by polegać tylko i wyłącznie na rodzimym Allegro, które ogranicza się do nadwiślańskiego rynku i ma o wiele mniejszą bazę odbiorców.

Mobile wciąż king

Nie dalej jak trzy lata temu, zaledwie co trzeci Polak korzystał z telefonu do zakupów online. Dziś robi to prawie połowa. Handel mobilny jest jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się trendów, nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. W skali globalnej ten segment rośnie o około 15 proc. rocznie. Według szacunków opublikowanych przez portal Statista, do 2020 r. zakupy mobilne miały pokryć 45% wszystkich globalnych przychodów z handlu elektronicznego.

Długo oczekiwane uruchomienie zaawansowanego asystenta głosowego od Google zaczyna zbierać swoje żniwa i na pewno wpłynie na popularyzację Voice Commerce. Już dziś za pośrednictwem smartfona i poleceń głosowych Polacy mogą zamawiać bilet na Flixbus lub pizzę z Pyszne.pl, a to dopiero początek. W końcu mamy w Polsce ponad 12 tys. sklepów internetowych.

Mimo że powstają coraz bardziej wyszukane narzędzia, które mają wspomóc e-commerce w realizacji podstawowej misji każdego przedsiębiorstwa, czyli w generowaniu zysków, nie możemy zapominać o tym, co najważniejsze. Gwarantem sukcesu nie jest sama otwartość na nowe technologie, lecz korzystanie z nich tak, aby maksymalnie ułatwić życie klientowi. Klientocentryzm, personalizacja, customer experience nie przyniosą efektu, jeśli znajdziemy je tylko na slajdach w PowerPoincie.

Aleksandra Szarmach – Chief Marketing & Sales Officer w Nethansie, wiodącej polskiej agencji specjalizującej się we wsparciu i automatyzacji sprzedaży na Amazonie. Aleksandra jest absolwentką Uniwersytetu Gdańskiego. Obecnie kończy studia MBA. Karierę zawodową rozpoczęła w Apella, największej agencji marketingowej w Polsce północnej, gdzie odpowiadała za komunikację w mediach społecznościowych. Następnie w sieci sklepów detalicznych Stokki podjęła się budowania marki oraz tworzenia i implementacji strategii marketingowej. Realizowała również projekty marketingowe dla Mercedes Benz czy Porsche (Lellek Group).

Skąd nadejdą kryzysy wizerunkowe 2020 roku?

Problemy związane z ekologią oraz cyberbezpieczeństwem wizerunkowym – to główne zagrożenia kryzysowe, jakich w 2020 roku spodziewają się specjaliści ds. wizerunku. Aż ponad połowa rzeczników, dyrektorów i managerów public relations przewiduje, że w obecnym roku kryzys wizerunkowy dotknie ich organizację. Takie są wyniki badania Kryzysometr 2020, przeprowadzonego przez agencję Alert Media Communications wśród ponad stu wysoko wykwalifikowanych przedstawicieli branży PR, odpowiadających za komunikację w wiodących polskich firmach, instytucjach państwowych i samorządowych oraz organizacjach pozarządowych[1].

To, że kryzys nadejdzie, jest bardziej prawdopodobne niż spokój. Taki wniosek ogólny płynie z badania przeprowadzonego przez Alert Media Communications – warszawską agencję PR, specjalizującą się w komunikacji kryzysowej i strategicznym PR. W ostatnich dniach grudnia 2019 roku agencja po raz pierwszy przeprowadziła badanie Kryzysometr, w wyniku którego co roku będzie publikować wskaźnik określający ocenę specjalistów od komunikacji możliwości wystąpienia kryzysu wizerunkowego w ich organizacjach w kolejnym się roku. Prawdopodobieństwo oceniane jest w skali od 1 do 100. W aktualnym badaniu ze średniej opinii wszystkich jego uczestników powstał Kryzysometr 2020, który wyniósł aż 52%. Oznacza to, że więcej ankietowanych spodziewa się kryzysu w swojej firmie niż tego, że problemy wizerunkowe nie nastąpią.

Większe obawy przed kryzysem mają przedstawiciele instytucji publicznych, którzy prawdopodobieństwo wystąpienia negatywnych zdarzeń w ich organizacjach oceniają aż na 61%. Bardziej optymistycznie na rozpoczynający się rok patrzą przedstawiciele biznesu – w tym gronie prawdopodobieństwo wystąpienia kryzysu oceniane jest na 46%.

„Kryzysometr to wskaźnik, który stworzyliśmy na wzór indeksów badających nastroje inwestorów giełdowych. Sprawdza on skalę optymizmu lub obaw, z jakimi specjaliści od komunikacji wchodzą w kolejny rok. Obecnie widzimy, że prognozy są dość pesymistyczne, a ponadto ankietowani wskazują na szereg nowych zagrożeń, z jakimi będą musiały mierzyć się ich organizacje” – powiedział Krzysztof Tomczyński, Partner i Account Director w Alert Media Communications.Firmy boja sie internetu Kryzysometr 2020 Prognozowane Przyczyny kryzysu

Gdzie licho się czai, czyli lista prognozowanych zagrożeń

W badaniu spytano o prognozowane źródła kryzysów wizerunkowych na 2020 rok. Na pierwszym miejscu ankietowani wskazali ryzyko oskarżeń o zanieczyszczanie środowiska (61% wskazań). Pokazuje to, że temat ekologii – coraz powszechniej obecny w debacie publicznej – przekłada się na podwyższenie oczekiwań w tym obszarze wobec firm i instytucji. Specjaliści od wizerunku zdają sobie sprawę, że brak odpowiedzi na to społeczne zapotrzebowanie tworzy dzisiaj bardzo wysokie ryzyko reputacyjne.

Jako drugi z obszarów potencjalnych kryzysów wizerunkowych wymieniono różnego rodzaju zagrożenia związane z rozwojem internetu i mediów społecznościowych, takie jak fake news i deep fake (48% wskazań), cyberataki i wycieki danych (43%) czy „hejtostrofy” i fale negatywnych komentarzy w sieciach społecznościowych (28%).

„Cyberprzestrzeń to coraz częściej obszar wybuchu i rozgrywania się kryzysów. Choć kryzysy od dawna upodobały sobie sieć, to właśnie w 2019 roku odnotowaliśmy w Alert Media znaczący wzrost projektów, w których klienci zwracali się do nas o pomoc w kwestiach cyberbezpieczeństwa wizerunkowego. Trend ten zapewne będzie rósł w 2020 roku – nie dziwi zatem, że na zagrożenia w tym obszarze zwracają również uwagę nasi ankietowani praktycy PR” – oceniła Beata Łaszyn, Wiceprezes Zarządu Alert Media Communications.

To, co w zestawieniu zaskakuje, to relatywnie niska pozycja tradycyjnych przyczyn występowania kryzysów, czyli zdarzeń, od których większość firm zaczynała dotychczas tworzenie swoich instrukcji zarządzania komunikacją w sytuacjach kryzysowych. Na końcu stawki znalazły się takie zdarzenia, jak np.: niewłaściwa obsługa Klienta (7% wskazań), problemy z produktami i jakością (6%) czy wypadki i katastrofy (6%).

„Nasza praktyka wskazuje, że wciąż wiele kryzysów dotyczy produktów, ale rzeczywiście nowe zagrożenia rosną w cyberprzestrzeni i sferze wrażliwości społecznej. Ankietowani specjaliści PR dobrze to czują. Oznacza to, że wchodzimy merytorycznie w nową erę zarządzania komunikacją kryzysową. Charakteryzować się ona będzie całą gamą nowych, wciąż nie całkiem znanych i zdiagnozowanych zagrożeń, którymi trzeba zarządzać według nowych metodologii. Właśnie dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie oraz odpowiednie przygotowanie firm i organizacji – szkolenia, symulacje, właściwe procedury i manuale dostosowane do nowych wyzwań” – podsumował Adam Łaszyn, Prezes Zarządu Alert Media Communications.

W badaniu Kryzysometr 2020, przeprowadzonym przez agencję Alert Media Communications, wzięło udział 108 rzeczników, dyrektorów i managerów PR z wiodących polskich firm, instytucji państwowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych. Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie grudnia 2019 roku.

[1] W badaniu respondentami byli wyłącznie specjaliści PR tzw. in house, czyli zatrudnieni w korporacjach lub instytucjach. Nie brali w nim udziału usługodawcy PR, czyli pracownicy agencji PR.

Zamieszanie z Bazą Danych Odpadowych – komentarz ZPP

Od 1 stycznia 2020 roku miał zacząć funkcjonować nowe moduły Bazy Danych Odpadowych, tj. moduł ewidencji i moduł sprawozdawczości, agregujące informacje o przedsiębiorcach wytwarzających odpady. W założeniu, BDO ma usprawnić kontrolę nad gospodarką odpadami oraz ułatwić podmiotom wytwarzającym odpady realizację wszelkiego rodzaju obowiązków rejestrowych, ewidencyjnych i sprawozdawczych, poprzez całkowitą elektronizację tych procesów. Na potrzebę ograniczenia szarej strefy i udoskonalenia mechanizmów kontrolnych zwraca uwagę większość komentatorów. Niestety, wprowadzenie tej – wydawałoby się – technicznej zmiany, wiąże się w Polsce z szeregiem komplikacji i utrudnień.

Przedsiębiorcy wytwarzający odpady i spełniający kryteria określone w ustawie o odpadach, powinni zarejestrować się w bazie BDO najpóźniej 31 grudnia 2019 roku, tak by od początku 2020 roku móc operować elektronicznymi dokumentami ewidencyjnymi i sprawozdawczymi, takimi jak elektroniczne karty ewidencji odpadów, elektroniczne karty przekazania odpadów, czy też roczne sprawozdania. Niestety, bardzo duża część przedsiębiorców nie była świadoma obowiązku rejestracji w bazie BDO. Nie pomagały w tym również stosunkowo skomplikowane przepisy ustawy o odpadach, które utrudniały jednoznaczne wskazanie przedsiębiorców objętych obowiązkiem rejestracji w bazie. O tym, jak powszechny jest to problem może świadczyć fakt, że podczas gdy niektóre szacunki wskazują, iż w bazie znajdować powinno się nawet pół miliona podmiotów funkcjonujących na rynku, pod koniec 2019 roku było w niej jedynie ponad 160 tysięcy firm. W ciągu ostatnich tygodni urzędy marszałkowskie nie nadążały z rozpatrywaniem napływających wniosków o rejestrację. Jeszcze na początku stycznia przedstawiciele Ministerstwa Klimatu zachęcali do rejestracji w bazie.

Od 1 stycznia 2020 roku, w związku z uruchomieniem dwóch nowych modułów BDO, system ewidencji i sprawozdawczości w zakresie odpadów stał się całkowicie zelektronizowany. W konsekwencji, niestety, podmioty gospodarujące odpadami nie mogą od tego dnia przyjmować odpadów od firm, które nie uzyskały wpisu do rejestru, ponieważ nie mogą one wypełnić elektronicznych kart przekazania odpadów.

W reakcji na chaos, posłowie Prawa i Sprawiedliwości złożyli projekt nowelizacji ustawy o odpadach, zakładający półroczny okres przejściowy, w którym warunkowo możliwe będzie dalsze korzystanie z papierowej ewidencji. Przepisy mają być stosowane ze skutkiem wstecznym od dnia 1 stycznia 2020 roku.

Omawiany przypadek to najlepszy przykład na to, jak natłok nowych regulacji oraz nieprzejrzysty sposób ich formułowania może wygenerować istotne problemy dla funkcjonowania całego segmentu gospodarki oraz wywołać chaos legislacyjny, w którym konieczne staje się uchwalanie poprawek z mocą wsteczną. Teoretycznie przedsiębiorcy powinni być zarejestrowani w BDO już od ponad roku. Skoro jednak nie dopełniła tego obowiązku 1/3 firm, świadczy to o tym, że opóźnienia nie są rezultatem pojedynczych niedopatrzeń i pomyłek. Przedsiębiorcy zwyczajnie albo o obowiązku nie wiedzieli, albo wywnioskowali błędnie ze skomplikowanych przepisów, że mu nie podlegają. Dobre rządzenie to tworzenie przewidywalnych i czytelnych dla adresatów regulacji. Będziemy wciąż apelować o to, by prawo dla przedsiębiorców było zrozumiałe, a liczba nowych obowiązków formalnych umiarkowana i ograniczona do tych absolutnie niezbędnych.

USA i Chiny podpisują umowę handlową. Najbardziej burzliwa faza wojen handlowych jest za nami

Półtora roku od wybuchu wojen handlowych, po kilkunastu miesiącach burzliwych negocjacji, dziś popołudniu wicepremier Liu w błysku fleszy podpisze 86 – stronnicowy dokument wstępnej umowy handlowej USA – Chiny. Biały Dom będzie piał z zachwytu nad umową, ale naszym zdaniem jest ona fasadowa, niepełna i nie kończy definitywnie sporu handlowego. Tym bardziej nie będzie panaceum na bolączki światowej gospodarki, która rośnie w tempie najwolniejszym od kryzysu finansowego.

Chiny zobowiążą się m.in. do zmian w polityce kursowej, lepszej ochrony własności intelektualnej, liberalizacji systemu finansowego. To wszystkie kwestie, których ocena nie jest zero – jedynkowa. Państwo Środka do końca 2021 roku ma też dokonać dodatkowych zakupów amerykańskich dóbr o wartości 200 mld USD, z czego ponad 30 mld USD mają stanowić płody rolne. W zamian USA obniżą stawki celne na katalog produktów o wartości 120 mld USD (z 15 do 7,5 proc.) Dodajmy, że cła na pozostałą część dóbr obłożonych taryfami (240 mld) pozostają na dotychczasowym poziomie.

Samo podpisanie dokumentu nie będzie budzić euforii inwestorów. Upublicznienie niektórych zapisów może wręcz prowadzić do rozczarowania. Tak było wczoraj, gdy sentyment zepsuła informacja, że Stany Zjednoczone nie zrezygnują z ceł przed wyborami prezydenckimi. Uwaga szybko przeniesie, się na prace nad kompleksowym porozumieniem. Donald Trump zapowiedział, że odwiedzi w tym celu Pekin, ale oczywiście data wizyty nie jest znana. Sekretarz Skarbu Mnuchin sugerował z kolei, że druga faza rozmów może zostać dodatkowo podzielona na etapy. Ma to ułatwić rozmowy, które będą trudne. Nie ma wątpliwości, że we wstępnej umowie pomijano drażliwe kwestie. W maju strona chińska oznajmiła, że 20 proc. amerykańskich postulatów jest nie do przyjęcia. O porozumienie w zakresie usunięcia pozataryfowych instrumentów polityki handlowej, ustępstw w zakresie dostępu do rynku nowoczesnych technologii, usług finansowych, czy zmian w polityce przemysłowej nie będzie łatwo. A przecież należy też wypracować odpowiednie mechanizmy kontrolne i gwarantujące przestrzeganie uzgodnień…

Jak intensywne będą kolejne rozmowy? Ich zakończenia nie spodziewamy się w najbliższym półroczu a zapewne także nie przed wyborami. Nastawienie Trumpa będzie dyktowane przez sondaże poparcia. A te wypadają dla prezydenta fatalnie w stanach o rolniczym charakterze (Iowa, Ohio, Wisonsin) oraz w Michigan, gdzie skoncentrowany jest przemysł motoryzacyjny. Przebieg kampanii może zatem warunkować retorykę i zagraża np. europejskim producentom aut (w końcu cła są zawieszone do maja). Strona chińska może być bardziej skłonna, w końcu cła na towary o wartości 360 mld USD nadal obowiązują i ciążą gospodarce.

Wszystko wygląda na to, że najbardziej burzliwa faza wojen handlowych jest za nami. Skala niepewności uderzająca w światowy przemysł i inwestycje firm będzie w kolejnych kwartałach mniejsza. Jednocześnie wpływ dotychczasowego konfliktu dopiero w drugiej części roku osiągnie apogeum. Oznacza to, że problemy globalnej gospodarki nie znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki a droga do ożywienia będzie długa i wyboista. W rezultacie uważamy, że optymizm inwestorów może zostać wystawiony na ciężką próbę.
Widzimy duże prawdopodobieństwo schłodzenia nastrojów inwestycyjnych. Powinno to przełożyć się m.in. na odrabianie strat przez słabego ostatnio jena czy wzrosty EUR/PLN z obecnych, nielicujących z fundamentami poziomów. EUR/USD w szerszym horyzoncie powinien kontynuować rozpoczętą w czwartym kwartale mozolną wspinaczkę na wyższe pułapy. Zakładamy, że funt wznowi rajd z końcówki roku. Na razie walucie ciąży wysokie prawdopodobieństwo cięcia stóp przez Bank Anglii, ale jeśli dojdzie do tego w styczniu, to furtka do wznowienia będzie szeroko otwarta.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sztuczna inteligencja osiągnie dojrzałość i co dalej? Oto prognozy technologiczne VMware na lata 2020-2025

Ostanie kilka lat przyniosło nam wiele ciekawych zjawisk w świecie cyfrowego biznesu i równie dużo ciekawych, nowatorskich technologii. Popularyzacja chmury, intensywny rozwój uczenia maszynowego, przyrost aplikacji mobilnych czy pierwsze sieci 5G – to tylko część tej historii. A co czeka nas w nadchodzących latach? Na to pytanie odpowiadają eksperci firmy VMware.

Wielka rewolucja przemysłowa zaczęła się w XVIII wieku. Trwała kolejne 150 lat, skutecznie zmieniając otaczający nas świat. Teraz, na naszych oczach, odbywa się kolejna rewolucja technologiczna i choć nie przypomina tej rodem z filmów science fiction, rok 2020 i kolejnych kilka lat zapowiadają się bardzo ciekawie. Dojrzałe SI, inteligentne cyberbezpieczeństwo, nowe spojrzenie na chmurę i skupienie na cyfrowych doświadczeniach – to tylko niektóre trendy, które będą determinować technologiczny krajobraz nadchodzących lat. Część z analizowanych trendów to oczywiście kontynuacja zjawisk, które obserwujemy od dawna, ale dzisiaj wkraczamy w czasy, gdy technologie nie mogą działać samodzielnie. Wszystkie wzajemnie zaczną się przenikać i wpływać jedne na drugie, tworząc nowy cyfrowy krajobraz. Eksperci VMware prezentują pięć innowacji i technologii, na które należy szczególnie zwrócić uwagę w latach 2020-2025.

  1. Sztuczna inteligencja osiągnie biznesową dojrzałość

Sztuczna inteligencja po latach dziecięcych w końcu osiągnie swoją dojrzałość i przejdzie tzw. test Turinga. Oznacza to, że w wielu obszarach zbliży się do inteligencji ludzkiej. Nie oznacza to jednak, że już w tym, albo następnym roku SI szturmem podbije świat biznesu.

Jak dotąd mechanizmy takie jak uczenie maszynowe (ML) wymagały ogromnych ilości danych do działania, co często było i nadal jest poza zasięgiem firm spoza wąsko rozumianej branży technologicznej. Przykładowo, małą firmę e-commerce nie stać na zatrudnienie własnego zespołu analityków umiejących obsłużyć systemy oparte na uczeniu maszynowym. To się jednak zmieni. Już wkrótce zobaczymy wysyp gotowych usług typu SI/ML, opracowanych przez dostawców chmurowych lub społeczności open source – mówi Chris Wolf, wiceprezes ds. nowych technologii w firmie VMware. Sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe staną się tym samym bardziej dostępne dla organizacji, które nie posiadają wiedzy w tym zakresie. Firmy, którym uda się oswoić SI dla klientów biznesowych spoza głównego nurtu w 99 procentach staną się dominującymi graczami na rynku – dodaje.

Jednocześnie, Bask Iyer, dyrektor generalny ds. IT w VMware podkreśla, że sprzedawcy usług IT już chwalą się, że wiele ich usług posiada mechanizmy SI, ale firmy muszą być ostrożne w ich ocenie. Biznes będzie musiał wycałować wiele żab, zanim znajdzie prawdziwego mechanicznego księcia lub księżniczkę – puentuje.  

  1. Większa orientacja na cyfrowe doświadczenia pracowników

W nadchodzących latach, cyfrowe doświadczenia w firmie staną się ważnym czynnikiem przyciągających nowych pracowników. Współczesne środowisko pracy to już bowiem nie tylko biurko z komputerem. Korzystamy ze smartfonów, tabletów, laptopów i coraz częściej pracujmy w drodze. Nie dziwi więc, że według badań VMware ponad 75 proc. polskich pracowników uzależnia decyzję o podjęciu pracy u danego przedsiębiorcy od swobody wyboru cyfrowych narzędzi.

Choć bezpłatne jedzenie czy biurowe strefy komfortu są czymś co wyróżnia pracodawców, pracownicy po prostu chcą mieć swobodny dostęp do odpowiednich narzędzi, aby wykonać swoją pracę. IT musi współpracować z działami HR i sprzedaży, aby poprawić doświadczenia cyfrowe pracowników przez cały czas ich zatrudnienia. Tym bardziej, że w ciągu kilku następnych lat doświadczenia pracowników staną się takim samym priorytetem biznesowym, jak skierowany do klientów customer experience – komentuje Bask Iyer z VMware.

  1. Technologia Edge wchodzi na biznesowe salony

Edge computing stanie się technologią kluczową dla rozwoju nowoczesnego IT. Dopełni możliwości jakie oferują centra danych i platformy chmurowe, umożliwiając tworzenie nowych aplikacji i dostarczając zupełni inny rodzaj cyfrowych doświadczeń. Sama technologia się nie zmieni. Zmieni się jednak sposób wykorzystania tych rozwiązań w różnych branżach. To wymaga jednak dużo pracy i zdaniem Baska Iyer’a wiele w tym obszarze będą musiały zrobić startupy.

Firmy poszukują technologicznych partnerów, którzy pomogą im przyspieszyć inwestycje w rozwiązania typu edge. Wiele wskazuje, że na rynku pojawi się więc dużo nowych kompleksowych usług bazujących na tej technologii – prognozuje Wolf. Ich celem będzie obniżenie kosztów oraz konsolidacja infrastruktury, którą obejmie przetwarzania brzegowe. Przede wszystkim jednak firmy potrzebuje rozwiązania, które pozwoli dostarczać innowacyjne usług do firmowych biur rozsianych po kraju w całości w formie oprogramowania – dodaje.

  1. Chmura wraca do fizycznych źródeł

W ostatnich latach firmy inwestowały w rozwój chmur obliczeniowych głównie pod kątem disaster recovery i środowisk do budowania nowych aplikacji. Coraz więcej przedsiębiorstw zmienia to podejście i w następnych latach inwestycje chmurowe pójdą w rozwój środowisk hybrydowych oraz technologii Kubernetes w celu rozwoju bieżących procesów i aplikacji. W wielu przypadkach migracja danych w całości do chmury publicznej nie jest praktycznym rozwiązaniem. Wiele firm będzie więc zadawać sobie pytanie – czemu nie przenieść chmury do miejsca gdzie dane już są, czyli lokalnego centrum danych.

Wiele wskazuje, że dyskusje jaką chmurę wybrać przestaną mieć rację bytu. Dzisiaj najlepszym rozwiązaniem dla biznesu jest multicloud i chmura hybrydowa. To naturalny wybór dla firm, które operują zróżnicowanymi zasobami danych. Mając moc możliwości nie trzeba od razu wszystkich krytycznych biznesowych danych wrzucać do jednej określonej chmury. Można swoje dane posegmentować i wypróbować na nich kilku różnych rozwiązań. VMware od kilku lat prowadził działania realizujące tę wizję. Jest ona nie tylko korzystna dla firmy, która decyduje się na chmurę, ale i dla całego rynku. Niesie bowiem nadzieję, że firmy jeszcze odważniej wejdą do świata chmur obliczeniowych, jeśli zrozumieją, że wcale nie muszą rezygnować z infrastruktury, w którą już wcześniej zainwestowały czas i pieniądze – mówi Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska.

  1. Wbudowane, inteligentne cyberbezpieczeństwo

Zagrożenia cybernetyczne stają coraz bardziej dojrzałe, skomplikowane i co gorsza, stale się zmieniają. Przed nami coraz więcej ataków na urządzenia IoT, rozwój technologii deepfake czy wzmacnianie sztuczną inteligencją ataki typu phishing i ransomware. By mierzyć się z tym wyzwaniem, zabezpieczenia muszą być „dynamiczne, a firmowe strategie stać się bardziej proaktywne, niż reaktywne. Nadchodzące lata to czas, gdy organizację zrozumieją, że nastał czas całkowitej zmiany obecnego modelu cyberbezpieczeństwa. Musi ono być na stałe wbudowane w systemy i aplikacje, które biznes wykorzystuje w codziennej działalności.

Znaleźliśmy się w punkcie, w którym polityki bezpieczeństwa, zabezpieczenia sieciowe i zapory typu firewall są integralnym elementem dowolnej aplikacji. Poszczególne mechanizmy działają cały czas. Przestają tylko wtedy, gdy aplikacja zostaje wycofana z użycia – tłumaczy Wolf z VMware. W tym w nowym świecie, gdzie aplikacje, obieg danych i mechanizmy bezpieczeństwa stale ewoluują, eksperci dostrzegają jednak pewne poważne zagrożenie – brak odpowiednio wykwalifikowanych kadr. Jest jednak na to sposób. Nowych mechanizmów nie trzeba wpisywać w strukturę całej firmy. Zacznijmy małymi kroczkami. Stwórzmy aplikację kontenerową, poddajmy ją testom w odpowiednim środowisku wirtualnym i zabezpieczmy odpowiednimi narzędziami. Wewnętrzny zespół IT w oparciu o te podejście może stopniowo uczyć się nowych narzędzi i metod, by dopiero z czasem wdrożyć je w całym przedsiębiorstwie – konkluduje Wolf z VMware.

Koncentracja na przychodach z najmu długoterminowego – rekomenduje Savills Investment Management

  • Savills IM dostrzega perspektywy inwestycyjne w nowoczesnych, doskonale skomunikowanych biurach, sprawdzonych formatach handlowych i nowoczesnych centrach dystrybucyjnych oraz miejskich obiektach logistycznych w wielu europejskich lokalizacjach.
  • Zdaniem Savills IM, oczekiwania dotyczące utrzymania niskich stóp procentowych
    w dłuższym okresie, prawdopodobnie wydłużą cykl inwestycyjny.

W rekomendacji na 2020 rok Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości, sugeruje skoncentrowanie się na przychodach z najmu długoterminowego. Zdaniem Savills IM, bardziej ryzykowne strategie wartości dodanej i oportunistyczne są w większym stopniu zależne od warunków ekonomicznych oraz korzystnych perspektyw zatrudnienia.

Na obecnym, późnym etapie cyklu inwestycyjnego perspektywy dla ogólnoeuropejskich rynków najemców są mniej optymistyczne niż w ostatnich latach. Według prognoz, w ciągu najbliższych 12-18 miesięcy wzrost gospodarczy będzie się utrzymywać na niskim poziomie. Jest to związane ze spadkiem dynamiki globalnego popytu i utrzymującymi się  zagrożeniami geopolitycznymi. Mimo tych czynników, w raporcie „Outlook 2020”, Savills IM spodziewa się okazji inwestycyjnych w sektorach biurowym, handlowym i logistycznym. Inwestorzy muszą jednak pamiętać o znaczeniu lokalizacji aktywów, zmian strukturalnych na rynkach nieruchomości oraz inwestowaniu w sprawdzone formaty.

Andreas Trumpp, Head of Research, Europe, w Savills IMM, skomentował:

W tym momencie cyklu gospodarczego, szukamy długoterminowych strumieni przychodów. Preferujemy centralne dzielnice biznesowe (CBD), ich obrzeża oraz centralne lokalizacje miejskie, które gwarantują dostęp do dobrze rozwiniętej infrastruktury komunikacyjnej. Rynki charakteryzujące się niedoborem nowoczesnej powierzchni biurowej również stwarzają interesujące okazje inwestycyjne. Obiekty typu multi-let o krótkich okresach najmu, ale usytuowane w centralnych lokalizacjach, oferują możliwości wzrostu czynszów poprzez aktywne zarządzanie.

Naszą uwagę przykuwają również obiekty handlowe, które zaspokajają potrzeby zakupowe
– centra outletowe lub formaty convenience, np. parki handlowe, pod warunkiem, że mają ograniczoną konkurencję i są łatwo dostępne dla dużych skupisk ludności.

Dostęp do głównych sieci komunikacyjnych i pracowników, to z kolei kluczowe elementy
w branży logistycznej. W związku z tym jesteśmy zainteresowani dużymi i nowoczesnymi magazynami dystrybucyjnymi, zlokalizowanymi w pobliżu głównych sieci komunikacyjnych, jak również mniejszymi obiektami miejskimi, usytuowanymi w obrębie lub w pobliżu dużych
i gęsto zaludnionych miast
”.

Do kluczowych tematów poruszonych w raporcie „Outlook 2020” należą:

Rynek biurowy

Z uwagi na niedobór nowoczesnej powierzchni klasy A, w średnim okresie można spodziewać się ograniczonego wzrostu poziomu czynszów, niższego niż miało to miejsce w poprzednich latach. W dłuższym okresie środowisko niskich stóp procentowych przełoży się na wydłużenie okresu spadków stóp kapitalizacji, co wpłynie na wydłużenie całego procesu inwestycyjnego. Dzięki temu atrakcyjna różnica między rentownością inwestycji biurowych a rentownością „wolnych od ryzyka” obligacji skarbowych powinna pomóc
w utrzymaniu wysokiego wolumenu inwestycji w nieruchomości. Wysokiej jakości aktywa o stabilnych najmach mogą stanowić bezpieczną przystań, natomiast regionalne rynki charakteryzujące się niedoborem powierzchni biurowej, wydają się atrakcyjne
z perspektywy cenowej.

Kluczowe kierunki:

  • nowoczesne budynki biurowe w dobrze skomunikowanych dzielnicach Brukseli, Luksemburga, na obrzeżach centralnych dzielnic biznesowych w siedmiu największych miastach Niemiec, a także w Paryżu, Lyonie, Mediolanie, Helsinkach, Oslo, Sztokholmie, Lizbonie, Madrycie, Barcelonie, Londynie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście.
  • budynki biurowe o profilu core/core-plus w Kopenhadze, Sztokholmie, Wiedniu
    i Warszawie oraz w siedmiu największych miastach Niemiec (Berlinie, Kolonii, Düsseldorfie, Frankfurcie, Hamburgu, Monachium i Stuttgarcie).

Rynek handlowy

Rozwój technologiczny, wyzwania demograficzne i zmieniające się zachowania konsumentów, wywołują ogromne zmiany w całym europejskim sektorze handlowym. Formaty typu convenience oraz centra handlowe, które oferują konsumentom najciekawsze doznania zakupowe, lepiej poradzą sobie z zawirowaniami spowodowanymi zmianami w nawykach konsumentów. Atrakcyjne stopy zwrotu są nadal dostępne dla inwestorów, którzy wybiorą aktywa zdolne do przetrwania zmian strukturalnych, a nawet skorzystania na nich. Dla tego rodzaju projektów kluczowe znaczenie ma aktywne zarządzanie.

Kluczowe kierunki:

  • najlepsze parki handlowe na obszarach z dobrymi perspektywami długofalowego popytu w Holandii, Francji, Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemczech, Włoszech
    i Szwecji, zwłaszcza te bazujące na branży spożywczej i uwzględniające szeroką ofertę usług.
  • najlepsze aktywa przy głównych ulicach handlowych we Francji, w siedmiu największych miastach Niemiec, Londynie oraz w dużych miastach we Włoszech, a także w Kopenhadze, Aarhus, Sztokholmie, Lizbonie, Madrycie i Barcelonie.

Rynek logistyczny

Czynniki pobudzające popyt wśród najemców są ograniczone ze względu na słabe perspektywy gospodarcze w Europie i rosnące koszty operacyjne. Sektor logistyczny powinien jednak skorzystać na zmianach strukturalnych, takich, jak: wdrażanie nowych technologii, automatyzacja, zmiany w przyzwyczajeniach konsumentów i inicjatywy rozwoju transportu, np. stworzenie Nowego Jedwabnego Szlaku z Chin do Europy. Rosnąca liczba gotowych inwestycji nie sprzyja wzrostowi poziomu czynszów, jednak
w 2020 roku sektor utrzyma dobrą kondycję ze względu na dużą ilość dostępnego kapitału i atrakcyjne stopy zwrotu w porównaniu z innymi sektorami.

Kluczowe kierunki:

  • nowoczesne centra dystrybucyjne wzdłuż głównych korytarzy transportowych
    w pobliżu Wiednia, Paryża, Lyonu, Marsylii, w Irlandii (M50), północnych Włoszech, w okolicach głównych niemieckich klastrów logistycznych, Sjaelland w Danii, Helsinek, szwedzkiego trójkąta logistycznego, węzłów w Polsce (np. Warszawa i Wrocław), wzdłuż głównych korytarzy transportowych oraz w pobliżu głównych portów w Portugalii, Madrycie i Barcelonie.
  • logistyka miejska oraz mniejsze i średnie magazyny w Holandii (Bleiswijk), Wielkiej Brytanii, głównych konurbacjach niemieckich, Kopenhadze, Sztokholmie, Helsinkach, Norwegii oraz selektywne możliwości w Austrii.

Polska

Polska należy do najszybciej rozwijających się gospodarek w całej Europie. Jak wskazują prognozy Oxford Economics, w 2020 roku wzrost PKB wyniesie 3,2%, a krajowe czynniki wzrostu powinny pozostać stabilne. Stwarza to bardzo dobre warunki do inwestowania
w różnych sektorach nieruchomości. Ożywienie warszawskiego rynku biurowego jest napędzane popytem ze strony sektora technologicznego, finansowego i usługowego. Według Savills Research, w 2020 roku czynsze za powierzchnie biurowe powinny nadal wzrastać. Będzie to skorelowane ze spadkiem wskaźnika pustostanów, szczególnie
w centralnych lokalizacjach. Stopy zwrotu z najlepszych inwestycji biurowych będą kształtowały się na poziomie 4,5%, co stanowi atrakcyjną alternatywę względem rozwiniętych rynków Europy Zachodniej.

Z kolei, rozwój rynku powierzchni logistycznych i jego dywersyfikacja geograficzna są napędzane popytem ze strony najemców logistycznych i rozwijającego się sektora
e-commerce. Szybkie tempo wzrostu czynszów w ostatnim czasie wyhamowało. Mimo tego w kolejnych miesiącach należy spodziewać się dalszego wzrostu poziomu stawek efektywnych, m.in. ze względu na rosnące koszty budowy.

Pomimo dużych wydatków konsumenckich dojrzały sektor handlowy w Polsce staje się bardziej spolaryzowany. Według BNPPRE (BNP Paribas Real Estate) najnowocześniejsze centra handlowe cieszą się dużym popytem i wysokim poziomem komercjalizacji, ale starsze aktywa są coraz bardziej narażone na konkurencję ze strony branży e-commerce
i negatywne zmiany w modelach najmu.

Kluczowe kierunki:

  • atrakcyjne aktywa biurowe w Warszawie, które poprzez swoją lokalizację i dogodny dostęp do infrastruktury komunikacyjnej, gwarantują stabilność przychodów. Wyselekcjonowane projekty biurowe na rynkach regionalnych: w Krakowie,
    we Wrocławiu oraz w Trójmieście.
  • nowoczesne centra dystrybucyjne o dużym potencjale wzrostu wartości, zlokalizowane wzdłuż głównych korytarzy komunikacyjnych, wspierających transport intermodalny. Aktywa w pobliżu obszarów miejskich oraz w nowo powstających klastrach logistycznych.

Andreas Trumpp dodał: „Niezależnie od tego, jaką strategię przyjmą inwestorzy, doradzamy im współpracę z podmiotami specjalizującymi się w zarządzaniu aktywami, posiadającymi wiedzę i doświadczenie na rynku lokalnym, podmiotami, które są w stanie wskazać i zapewnić najlepsze możliwości na coraz bardziej wymagających rynkach”.

Vivid Games zrealizował prognozy na 2019 r.

Vivid Games zrealizował prognozy na 2019 r., wynika z opublikowanych dziś wstępnych wyników finansowych. Na poziomie skonsolidowanym bydgoski developer gier wypracował 12,3 mln zł przychodów ze sprzedaży i 0,56 mln zł zysku netto, wobec 11,6 mln zł i 0,24 mln zł prognozowanych. Oznacza to, że w czwartym kwartale Vivid Games zarobił ok. 1 mln zł.

Osiągnęliśmy lepsze wyniki w stosunku do prognoz, zarówno w ujęciu sprzedaży, jak i zysku netto. Miniony rok był dużo lepszy niż poprzedni. W spółce bardzo dużo się dzieje – dywersyfikujemy portfolio, wprowadzamy do sprzedaży nowe gry, rozpoczęliśmy dystrybucję na Nintendo Switch, wprowadziliśmy subskrypcje, a w najbliższym czasie również nowe formaty reklamowe. Działania w tym zakresie będą przekładały się na coraz lepsze wyniki finansowe – zapowiada Remigiusz Kościelny, prezes Vivid Games.

Po trzech kwartałach Vivid Games wypracował 8,1 mln zł przychodów, przy stracie netto na poziomie 0,4 mln zł. Oznacza to, że w IV kwartale sprzedaż wyniosła 4,2 mln zł, a zysk netto ok. 1 mln zł. – Dobre wyniki to efekt m.in. wprowadzenia do sprzedaży nowych gier w tym Zombie Blast Crew, działań marketingowych w zakresie user-acquisition, jak również coraz bardziej wydajnej monetyzacji całego portfolio gier. W 2019 pobranych zostało 25 mln naszych gier, co oznacza blisko 30% wzrost r-d-r. W I kwartale 2020 spodziewamy się 5 premier gier mobilnych i co najmniej 4 gier na Nintendo Switch – kontynuuje Kościelny.

Strategia Vivid Games zakłada m.in. rozwój i dywersyfikację portfela produktów, rozbudowę sieci dystrybucji o nowe kanały i platformy sprzętowe, oraz rozwój nowych linii biznesowych w tym innowacyjnej platformy automatyzacji testów Quasu (www.quasu.io). W 2020 roku na rynek trafi 15 nowych gier mobilnych, i około 10 gier na Nintendo Switch w tym Real Boxing 2, Mayhem Combat oraz Godfire: Rise of Prometheus. Prognozy na 2020 roku zakładają 19 mln zł przychodów ze sprzedaży i 3 mln zł zysku netto.

Euler Hermes: W 2020 roku w aż 4 na 5 krajów wzrośnie liczba niewypłacalnych firm

  • Tendencja wzrostu liczby niewypłacalnych firm utrzymała się w 2019 roku po raz trzeci z rzędu i – według Globalnego Indeksu Niewypłacalności Euler Hermes, obejmującego 44 kraje wytwarzające 87% światowego PKB – wyniosła +9% w ujęciu rocznym
  • Bieżący, 2020 rok będzie czwartym z rzędu, w którym liczba upadających podmiotów wzrośnie ponownie, tym razem o +6% w ujęciu rocznym
  • Największy wkład we wzrost liczby upadłości będzie miała Azja, natomiast w Europie Zachodniej ze wzrostem ich liczby będziemy mieli do czynienia w większości państw. W USA i Kanadzie już w ubiegłym roku rosła liczba niewypłacalności – po raz pierwszy od wielu lat. W 2020 przewidujemy dalszy ich wzrost o odpowiednio +4% i +5% r/r
  • Upadłości dużych firm – osiągających obroty na poziomie przekraczającym 50 mln EUR – utrzymują się na stałym i niepokojąco wysokim poziomie

Wciąż rośnie liczba upadłości firm na całym świecie, co wiąże się ze wzrostem ryzyka w eksporcie: taki wniosek płynie z najnowszego Raportu o niewypłacalnościach firm na świecie [Global Insolvency Report] opracowanego przez Euler Hermes, obejmującego 44 kraje oraz 87% światowego PKB. Liczba niewypłacalnych podmiotów zwiększyła się w 2019 roku o +9%, głównie z powodu przedłużającego się wzrostu w tym zakresie w Chinach (+20%) oraz w pewnym zakresie z powodu odwrócenia dotychczasowych tendencji występujących w Europie Zachodniej (+2%) i Ameryce Północnej (+3%).

Utrzymująca się słabość gospodarki, niepewność polityczna i niepokoje społeczne

Specjaliści Euler Hermes uważają, że ta niepokojąca tendencja wynika z połączenia obniżonej od dłuższego czasu dynamiki gospodarczej, występującej w szczególności w gospodarkach rozwiniętych, w sektorze przemysłowym, a także wciąż widocznych skutków sporów handlowych, niepewności politycznej i napięć społecznych.

Nawet wsparcie wynikające ze stosowanych polityk pieniężnych nie wystarczy w 2020 do zrównoważenia spadku popytu, ostrzejszej konkurencji cenowej oraz wzrostu kosztów produkcji, w tym w szczególności wynagrodzeń.

Wzrost ryzyka eksportowego – praktycznie wszędzie

Przewiduje się, że na skutek powyższego liczba niewypłacalności firm powinna znów wzrosnąć w tym roku na całym świecie o +6%, przy czym największy wkład w jej wzrost będzie miała Azja (+8% w ujęciu rocznym), a w szczególności Chiny (+10%) oraz Indie (+11%). Wzrost gospodarczy w Europie Zachodniej utrzyma się poniżej historycznego progu, który zwykle stabilizuje liczbę niewypłacalności (+1,7%), co doprowadzi do wzrostu ich liczby i ryzyka w większości krajów. Ogółem, cztery na pięć krajów wykażą w 2020 roku wzrost liczby upadłości, a najważniejszymi wyjątkami będą w tym zakresie Brazylia (-3% w ujęciu rocznym) i Francja (0%).

W 2019 roku wzrost niewypłacalności – jego tempo był większe, jednak zwiększenie liczby upadłości nie było aż tak powszechne, dotknęło bowiem „zaledwie” dwa na trzy kraje. Obecnie ryzyko eksportowe wzrasta niemalże wszędzie: brak już „bezpiecznych przystani”.

Polska – problem z rentownością rodzimych firm w sytuacji wolniejszego wzrostu

W Polsce utrzyma się zwiększona liczba upadłości, nieco powyżej poprzedniego ich szczytu z lat 2012-2013. Najistotniejszy jest strukturalny problem niskiej rentowności polskich firm, który zaostrzy się przy słabszym wzroście gospodarczym – mówi Maxime Lemerle, Szef Działu Analiz Sektorów i Niewypłacalności w Euler Hermes.

Poważny efekt domina powodowany przez upadłości dużych firm

Liczba upadłości dużych firm w okresie od 1-3 kwartał 2019 roku była dość stabilna w ujęciu rocznym (upadło 249 dużych firm), jednak większy był ich negatywny efekt ze względu na większe obroty niewypłacalnych podmiotów (o +39,1 mld EUR r/r, do poziomu 145,2 mld EUR), co może powodować poważny efekt domina odczuwalny przez podmioty na wszystkich poziomach łańcucha dostaw. Im wyższe są obroty upadających firm, tym większe są szkody dla poszczególnych dostawców. Gorącym obszarem pod tym względem był sektor budownictwa w Azji, energetyki i handlu detalicznego w Ameryce Północnej, a także handlu detalicznego i usług w Europie Zachodniej.

Prognozy w zakresie niewypłacalności wymagają ogólnie rzecz biorąc ścisłej kontroli sporów handlowych, a także innych rodzajów ryzyka politycznego i związanego z wdrażanymi politykami, ponieważ poziom niepewności gospodarczej utrzyma się na wysokim poziomie w całym 2020 roku. Aby uniknąć rosnących strat potrzebne będzie stosowanie nie tylko większej selektywności, ale także prewencyjnych działań w zakresie zarządzania kredytem w transakcjach handlowych”, mówi Maxime Lemerle, Szef Działu Analiz Sektorów i Niewypłacalności w Euler Hermes.

Ile domów jest sprzedawanych w Warszawie i okolicach?

Aglomeracja warszawska to obszar ważny z punktu widzenia budownictwa jednorodzinnego. Sprawdzamy, jak często kupowane są domy pod Warszawą.

Aglomeracja warszawska na pewno jest jedną z najbardziej perspektywicznych w całym kraju. Potwierdzenie stanowi szybki rozwój stolicy i otaczających ją powiatów. Miarą tego rozwoju może być liczba budowanych oraz sprzedawanych domów jednorodzinnych. Domy pod Warszawą wzbudzają spore zainteresowanie nawet jeśli są nieco bardziej oddalone od stołecznej metropolii. Opublikowane dopiero niedawno przez GUS informacje o sprzedaży domów na terenie Warszawy i okolic, stanowią dobrą okazję do tego, aby sprawdzić wielkość lokalnego rynku. Dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają, że domy pod Warszawą (np. w powiecie legionowskim oraz piaseczyńskim) wciąż są atrakcyjne dla kupujących.

GUS bierze pod uwagę tylko zakończone transakcje

Osoby bliżej zainteresowane „mieszkaniówką” mogą wiedzieć, że Główny Urząd Statystyczny co roku publikuje szczegółowe dane na temat obrotu nieruchomościami. Na takie roczne informacje czasem trzeba poczekać nawet 11 miesięcy. „Są one jednak bardzo wartościowe, ponieważ opierają się na faktycznych transakcjach z aktów notarialnych” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Główny Urząd Statystyczny w połowie listopada 2019 r. opublikował informacje o obrocie nieruchomościami za okres styczeń – grudzień 2018 r. Wspomniane statystyki dotyczą m.in. lokali mieszkalnych, działek zabudowanych domami oraz działek budowlanych. Poniższa tabela prezentuje informacje o tym, jak sprzedawały się domy pod Warszawą w 2018 r. Warto zwrócić uwagę, że przygotowane przez nas zestawienie uwzględnia nie tylko stolicę oraz pobliskie powiaty. „Ta tabela prezentuje informacje o wszystkich powiatach oraz miastach na prawach powiatu, w których przez rok (styczeń – grudzień 2018 r.) odnotowano najwięcej transakcji dotyczących działek zabudowanych różnymi domami (nie tylko całorocznymi)” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Warszawę wyprzedziły dwa miasta i okolice Poznania

Przygotowana przez nas tabela przedstawia dwadzieścia najbardziej popularnych lokalizacji, czyli miast na prawach powiatu oraz powiatów. Warto zwrócić uwagę, że na czwartym miejscu uplasowała się Warszawa z wynikiem wynoszącym 1248 domów (nowych i używanych oraz całorocznych i letniskowych). Polską stolicę wyprzedziły dwa inne duże miasta. Mowa o Wrocławiu (3084 sprzedane domy) oraz Katowicach (1936 sprzedanych domów). „Przed Warszawą uplasował się także powiat poznański (1543 domy sprzedane w 2018 r.). Domy pod Warszawą (np. koło Legionowa) były o wiele mniej popularne
– wylicza Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Uwagę może zwracać zarówno bardzo duża liczba domów sprzedanych na terenie Wrocławia, jak i niska jednostkowa cena jednego domu (ok. 208 tys. zł). Ten drugi wynik mocno odróżnia się na tle średniej ceny rynkowej domów sprzedawanych w Warszawie (niemal 992 tys. zł). Na podstawie dostępnych danych GUS-u, dość trudno jest wyjaśnić tę dysproporcję cenową. „Wydaje się jednak, że na terenie dolnośląskiej metropolii częściej mogły sprzedawać się stare domy do remontu lub całkowitego wyburzenia, domy letniskowe albo małe budynki pełniące rolę „drugiego domu”. Podobna sytuacja mogła dotyczyć również Katowic” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Dużo domów sprzedało się też pod Legionowem …

W krajowej czołówce pod względem sprzedaży domów z 2018 r. uplasowały się także inne części aglomeracji warszawskiej. Mowa o następujących powiatach:

  • legionowski – 876 sprzedanych domów/średnia cena domu – 315,2 tys. zł
  • piaseczyński – 674 sprzedane domy pod Warszawą/średnia cena domu – 508,2 tys. zł
  • warszawski zachodni – 445 sprzedanych domów/średnia cena domu – 587,8 tys. zł

Poza wyżej wymienionymi powiatami, żaden inny powiat spod Warszawy nie zakwalifikował się do grupy trzydziestu najbardziej popularnych lokalizacji w Polsce. Ta sytuacja wskazuje, że obrót domami na terenie aglomeracji warszawskiej koncentruje się w samej stolicy, na zachód od niej, a także pod Legionowem i Piasecznem. Informacje zaprezentowane w poniższej tabeli sugerują również, że pod względem cenowym najbardziej atrakcyjny jest powiat legionowski. „Warto jednak pamiętać, że ten wniosek obejmuje wszystkie domy pod Warszawą (również takie nie posiadające charakteru całorocznego)” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Domy pod Warszawą NieruchomosciSzybko tab.1

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

W 2050 roku potrzebne będzie o 50 proc. więcej żywności niż obecnie. Jej pozyskanie stanie się możliwe dzięki innowacyjnym technologiom w rolnictwie

Z powodu głodu i niedożywienia co roku na świecie umiera ok. 3,1 mln ludzi. Do 2050 roku będziemy musieli wyprodukować co najmniej 50 proc. więcej żywności niż obecnie, aby wyżywić 10 miliardów ludzi. Ponad połowa zasobów ziemi na świecie jest już jednak wykorzystywana do produkcji jedzenia, a rolnictwo negatywnie wpływa na środowisko. Potrzebne są innowacje, które nie tylko pomogą osiągnąć wymaganą wielkość produkcji, lecz także umożliwią wytwarzanie żywności w sposób zrównoważony. Centrum Badawczo-Rozwojowe w Śmielinie, którego działalność ma ruszyć 16 stycznia, ma pomóc w opracowaniu innowacyjnych rozwiązań dla rolnictwa.

– Rolnictwo w Polsce boryka się z szeregiem problemów. Jednym z nich jest zmieniający się klimat, czyli od kilku lat panująca susza. Kolejną trudnością jest kwestia opłacalności gospodarstw, brak siły roboczej, która szczególnie dotyka większe gospodarstwa. Problemem jest również szereg wycofywanych środków ochrony roślin – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Różniak, właściciel firm Mzuri – Agro i Agro-Land Group, które otworzą Centrum Badawczo-Rozwojowe Agro–Środki–Technika–Technologia.

Już teraz, jak wynika z danych Międzynarodowego Instytutu Badań nad Polityką Żywnościową, na które powołuje się raport „Wpływ klimatu na zdrowie”, niedożywienie i głód dotyka ok. 815 mln ludzi na świecie. Co roku z tego powodu umiera 3,1 mln osób, a problem może narastać. World Resources Institute podaje, że do 2050 roku, żeby wykarmić 10 mld ludzi, trzeba będzie wyprodukować o ok. 50 proc. więcej żywności niż obecnie.

– Oczywiście jest jeszcze pewien potencjał w rolnictwie, niemniej ponad 40 proc. gleb na świecie jest zdegradowanych. Jeżeli nie zaczniemy jako rolnicy i świat nauki zastanawiać się nad tym, co trzeba zmienić, co innowacyjnego wprowadzić, to staniemy przed bardzo wielkim problemem wyżywienia liczniejszej o 3 mld osób ludzkości – ocenia Marek Różniak.

Już ponad połowa ziemi na świecie jest wykorzystywana do produkcji żywności. Zmiany klimatu przyspieszają degradację gleby, brakuje także wody. Potrzebne są więc innowacyjne rozwiązania, które pozwolą wyprodukować wystarczającą ilość żywności w zrównoważony sposób.

– Powinny zostać wprowadzone nie tylko same innowacje, lecz również mechanizmy – czy to finansowe, czy prawne – które pozwolą je wprowadzić i przyspieszą ten proces. Nie należy zapominać, że rolnik jest tradycjonalistą i zmiana myślenia czy podejścia do samej uprawy czy stosowania środków do produkcji to bardzo długotrwały proces – podkreśla Marek Różniak.

To właśnie z potrzeby wprowadzania innowacji na rynek w Śmielinie w województwie kujawsko-pomorskim w połowie stycznia rozpocznie działalność Centrum Badawczo-Rozwojowe. Ośrodek ma pomóc dostosować technologię i metody uprawy roślin do aktualnych warunków klimatycznych i agrarnych. Badania będą skupiały się w trzech obszarach: technologii strip-till, zabiegach nalistnych oraz poprawie żyzności gleby.

System uprawy pasowej w technologii Mzuri Pro-Til pomaga zapewnić optymalne środowisko dla wzrostu roślin i wysokich zbiorów. Maszyna ta umożliwia także spulchnianie i optymalne zagęszczanie wąskich pasów gleby, a także precyzyjną aplikację nasion i nawozów na nich.

– Pierwszą gałęzią centrum będą laboratoria konstruktorskie, które będą zajmowały się maszyną Mzuri Pro-Til, czyli badaniem jej pod względem mechanicznym i przystosowywaniem jej do różnych warunków środowiskowych w Polsce i na świecie – wskazuje właściciel Mzuri – Agro i Agro-Land Group.

Jak tłumaczy Różniak, dzięki technologii będzie można wprowadzić na rynek nowoczesne rozwiązania, które połączą maksymalną wydajność produkcyjną z ekologią.

– Dzisiaj z naszymi maszynami jesteśmy obecni w 27 krajach na czterech kontynentach, w Europie, Azji, Afryce i Australii. Osiągane wyniki, o których mówią nasi klienci i dystrybutorzy, są na tyle obiecujące, że chcemy zbadać to w bardzo szerokim aspekcie – zapowiada Marek Róźniak.

Drugi obszar obejmie prace nad preparatami zmieniającymi właściwości wody do zabiegów agrochemicznych, nawozów dolistnych i biostymulatorów. W ten sposób będzie można zwiększyć wydajność roślin i poprawić jakość plonów.

Trzecią gałęzią centrum będą laboratoria gleby, laboratoria roślinne, m.in. komora fitotronowa, która pozwoli badać rzeczy wymyślone przez konstruktorów i chemików, zarówno w aspekcie laboratoryjnym, jak również w szerokich doświadczeniach polowych. Dzięki temu naukowcy będą mogli wyciągać właściwe wnioski, a opracowane technologie przenosić na grunt typowo biznesowy – tłumaczy Marek Różniak.

Jak zaznacza właściciel Mzuri – Agro i Agro-Land Group, centrum będzie prowadzić badania nie tylko pod konkretną technologię, ale tak, by opracować nowe, skuteczne metody produkcji w rolnictwie.

W Centrum Badawczo-Rozwojowym będzie można zlecić badania. Jeżeli ktoś będzie miał pomysł, jesteśmy otwarci na różnego rodzaju wspólne projekty. Do współpracy zaprosiliśmy praktycznie wszystkie uniwersytety technologiczne i przyrodnicze z całej Polski – mówi Marek Różniak.

Ruszył drugi nabór wniosków w ramach programu Mój Prąd na dofinansowanie przydomowych instalacji fotowoltaicznych. To wydatek najczęściej 20–25 tys. zł i zwraca się po ok. pięciu latach

13 stycznia 2020 r. ruszył kolejny nabór wniosków w ramach programu Mój Prąd. Zakłada on dofinansowanie inwestycji w instalację fotowoltaiczną w kwocie do 5 tys. zł. Pierwszy nabór pokazał, że zainteresowanie jest bardzo duże. – Instalacja dla domu jednorodzinnego to koszt średnio 20–25 tys. zł. Zwrot z tego typu instalacji to pięć lat, natomiast przy dużo większych wydatkach wydłuża się do góra 10 lat – mówi Dawid Cycoń, prezes firmy ML System.

W pierwszym etapie, zgodnie z danymi Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), wsparto 17,5 tys. instalacji PV na łączną kwotę 90 mln zł (dotacje wypłacone oraz zatwierdzone do wypłaty). Pozwoli to wygenerować 100 GWh energii w ciągu roku. Drugi nabór ruszył 13 stycznia. W jego ramach można uzyskać dofinansowanie na instalacje podłączone do sieci i opłacone nie wcześniej niż 23 lipca 2019 roku.

– Wsparcie ma formę dotacji do 50 proc. kosztów kwalifikowanych mikroinstalacji, ale nie więcej niż 5 tys. zł na jedno przedsięwzięcie. Każdy dostosowuje instalację do potrzeb własnego zużycia prądu i najczęściej są one warte 20–25 tys. zł. To jest średnia wartość instalacji sprzedawanych mieszkańcom domów jednorodzinnych – mówi agencji Newseria Biznes Dawid Cycoń, prezes firmy ML System.

Dofinansowanie mogą otrzymać osoby fizyczne, które zdecydują się na wytwarzanie energii elektrycznej na własne potrzeby z wykorzystaniem mikroinstalacji fotowoltaicznej. Konieczne jest również zawarcie umowy kompleksowej z operatorem, regulującej kwestie związane z wprowadzeniem energii elektrycznej do sieci.

– Instalację można dobrać w taki sposób, aby miesięczny rachunek wynosił zero, czyli żeby była lekka nadprodukcja w skali półrocznej czy rocznej w rozliczeniach z zakładem energetycznym – podkreśla Dawid Cycoń.

Dzięki temu inwestorzy mogą oczekiwać szybkiego zwrotu z takiej inwestycji.

– Zwrot z tych najtańszych instalacji występuje już po pięciu latach, natomiast przy dużo większych wydatkach – są bowiem dostępne dużo większe instalacje, warte np. 60 tys. zł, połączone z zadaszeniami tarasu czy miejsc parkingowych – jest to osiem–dziewięć, góra dziesięć lat – podkreśla prezes ML System.

Do wypłaty z programu Mój Prąd zostało jeszcze ponad 900 mln zł, bo jego łączny budżet opiewa na 1 mld zł. Eksperci liczą, że mocno pobudzi on rynek fotowoltaiki, który w ostatnich latach i tak znacząco przyspieszył.

– Program przewiduje dotacje dla 200 tys. gospodarstw domowych, a to wygeneruje popyt na rynku warty co najmniej 3–4 mld zł, w zależności od tego, jaką przyjmiemy średnią cenę instalacji. Myślę, że to może być nawet 4–5 mld zł – przewiduje Dawid Cycoń. – Rząd zapowiedział już, że po zakończeniu programu Mój Prąd uruchomi następne systemy wsparcia dla energetyki prosumenckiej.

Rządowa inicjatywa ma także przyczynić się do spełnienia międzynarodowych zobowiązań Polski w zakresie rozwoju energetyki odnawialnej, poprawy jakości powietrza na obszarach słabo zurbanizowanych oraz zwiększenia bezpieczeństwa energetycznego.

– Nie da się zbudować niezależności energetycznej opartej tylko na jednym źródle odnawialnym – ocenia Dawid Cycoń. – Niemcy są krajem dużo bardziej zaawansowanym w tej dziedzinie, który dużo wcześniej inwestował w energię odnawialną, i tam miks energetyczny jest dobrany w taki sposób, aby równoważył pewne niedobory. W zimie, kiedy częściej wieje, elektrownie wiatrowe uzupełniają braki energii fotowoltaicznej z uwagi na krótszy dzień i mniejsze wykorzystanie słońca. Należy budować miks energetyczny tak, aby był on zrównoważony, a około 40 proc. powinna stanowić fotowoltaika.

Jak podkreśla ekspert, dziś w Europie budynki odpowiadają aż za 40 proc. zużycia energii. Szukając oszczędności, powinniśmy dążyć do tego, by w miarę możliwości budynki same dla siebie produkowały tę energię. Moda na ekologię jest tu ważnym czynnikiem, który skłania gospodarstwa domowe
do inwestycji, ale największe znaczenie mają jednak rządowe programy wsparcia oraz wymogi regulacyjne.

– Należy wprowadzić rozwiązania legislacyjne, które wyegzekwują wymagania dotyczące efektywności energetycznej budynków – dodaje prezes ML System. – Obecnie takie wymogi zawiera rozporządzenie ministra budownictwa, ale dotyczą one przede wszystkim izolacyjności termicznej budynków, a nie aktywności energetycznej. Budynek sam powinien stanowić generator energii, pożytkowanej głównie na własne potrzeby.

Firmom opłaca się inwestować w zdrowie pracowników. W 100-osobowym przedsiębiorstwie oszczędności mogą przekraczać 100 tys. zł rocznie

Firmom opłaca się inwestować w zdrowie pracowników. W 100-osobowym przedsiębiorstwie oszczędności mogą przekraczać 100 tys. zł rocznie 1

Prywatna opieka medyczna to najbardziej popularny i pożądany przez pracowników benefit. Zmniejsza także koszty związane z ich absencją i poprawia wizerunek firmy. W przedsiębiorstwie zatrudniającym ok. 100 osób  oszczędności mogą przekroczyć nawet 100 tys. zł rocznie – wynika z analiz Medicover. Część firm idzie o krok dalej i otwiera przyzakładowe centra medyczne, w których pracownicy i ich rodziny mogą we właściwym czasie odbyć wizytę lekarską i rozpocząć leczenie. Największe w Polsce przyzakładowe centrum Medicover zostało właśnie otwarte w Zawierciu przy hucie CMC Poland Sp z o.o.

Opieka zdrowotna, jaką pracodawca zapewnia swoim pracownikom, jest nieoceniona. Pozwala na łatwiejszy dostęp do lekarzy, więc pacjent szybciej otrzymuje pomoc i dzięki temu szybciej zdrowieje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Bożena Walewska-Zielecka, dyrektor departamentu medycznego i członek zarządu Medicover Sp. z o. o.

Prywatna opieka medyczna to najczęściej oferowany przez pracodawców element pakietu benefitów – pokazuje raport Sedlak & Sedlak „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników 2019”. W ubiegłym roku odsetek zatrudnionych otrzymujących ten benefit wyniósł 70,6 proc. Z kolei 48,5 proc. wskazało dodatkową opiekę medyczną jako najbardziej atrakcyjny i pożądany dodatek do wynagrodzenia.

Takie świadczenie wzmacnia employer branding i poprawia wizerunek firmy, ale z drugiej strony przynosi też wymierne finansowe korzyści. Pozwala zmniejszyć skalę absencji chorobowych i związanych z nimi kosztów, które ponosi przedsiębiorstwo. Z danych ZUS wynika, że tylko w pierwszym kwartale ubiegłego roku Polacy spędzili na zwolnieniach lekarskich łącznie 102,9 mln dni, a lekarze wystawili 9,2 mln zaświadczeń o czasowej niezdolności do pracy, najczęściej dla osób w wieku 30–39 lat, a przeciętna długość takiego zwolnienia przekroczyła 11 dni.

Najczęstszą dolegliwością, z którą zgłaszają się pacjenci, są bóle w układzie ruchu, w tym bóle kręgosłupa, bóle pleców. Kolejnymi najczęściej występującymi chorobami dotykającymi pracowników są: otyłość brzuszna, nadciśnienie tętnicze oraz nieprawidłowe wyniki badań cholesterolu i trójglicerydów we krwi. Są to tzw. choroby cywilizacyjne, które wynikają głównie z nieprawidłowego stylu życia, złej diety i ograniczonej aktywności fizycznej – wyjaśnia prof. dr hab. n. med. Bożena Walewska-Zielecka.

Koszty absencji i prezenteizmu pracowników (spadku produktywności w czasie choroby), jakie ponosi firma, są uzależnione m.in. od rodzaju schorzenia, nasilenia dolegliwości, powikłań, dostępu do diagnostyki i możliwości szybkiego skorzystania z konsultacji lekarskiej.

Części z nich firma może uniknąć. Raport Medicover („Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2013–2017”) pokazuje, że obejmując pracowników dodatkową opieką medyczną, firma może zaoszczędzić ponad 1 tys. zł na jednego zatrudnionego rocznie. Ta kwota została obliczona na podstawie siedmiu najczęstszych przyczyn zwolnień lekarskich wśród polskich pracowników i obejmuje zarówno koszty nieobecności w pracy, jak i obniżonej efektywności związanej z chorobą. Oznacza to, że firma zatrudniająca około 100 osób jest w stanie wygenerować roczne oszczędności przekraczające 100 tys. zł (uwzględniając średnią płacę w sektorze przedsiębiorstw). Inwestycja w dodatkową opiekę medyczną jest więc dla firm opłacalna, stąd rokrocznie coraz więcej z nich decyduje się na objęcie nią swoich pracowników.

Wyzwania zdrowotne to temat, z którym pracodawcy muszą się zmierzyć. Wszyscy nasi pracownicy mają pakiety medyczne już od 2016 roku, natomiast teraz zdecydowaliśmy się rozszerzyć współpracę z Medicover. Otworzyliśmy największą przyzakładową placówkę medyczną, która podniesie jakość opieki dla naszych pracowników i ich rodzin oraz skróci czas oczekiwania na konsultację lekarską – mówi Jerzy Kozicz, prezes zarządu CMC Poland Sp. z o.o.

CMC Poland Sp. z o.o. to drugi pod względem nakładów amerykański inwestor w Polsce i największy pracodawca w regionie zawierciańskim. Zajmuje się recyklingiem, produkcją i przetwórstwem stali. Pod względem wielkości produkcji huta CMC Poland Sp. z o.o. jest drugą największą w kraju. W ciągu ostatnich lat firma zainwestowała w Polsce ponad 2 mld zł i planuje kolejne inwestycje za ponad 300 mln zł. Huta jest też największym lokalnym pracodawcą. Od czterech lat współpracuje z Medicover, zapewniając pracownikom i członkom ich rodzin możliwość korzystania z prywatnej opieki medycznej.

– Do tej pory Medicover nie miał swojej placówki w Zawierciu. Stwierdziliśmy, że dobrze byłoby, aby taka powstała przy naszej hucie i żeby pracownicy i ich rodziny mogli z niej korzystać – mówi Barbara Kaleta, dyrektor personalny i członek zarządu CMC Poland Sp. z o.o. – Zależy nam, żeby pracownicy byli zdrowi, mieli szybki dostęp do specjalistów, możliwość zdiagnozowania, podjęcia leczenia i szybszego powrotu do pracy. Z naszej perspektywy ta placówka nie jest więc kosztem, ale inwestycją.

– W samym Zawierciu pracuje prawie 1,8 tys. pracowników. Doliczając ich rodziny, mamy znaczącą liczbę osób, które będą miały dostęp do nowoczesnej opieki zdrowotnej  dodaje Jerzy Kozicz.

W przyzakładowym centrum medycznym Medicover dostępnych będzie dziewięć gabinetów lekarskich, gabinet zabiegowy, aparatura RTG i USG. Pracownicy będą wykonywać w niej zarówno kompleksowe badania medycyny pracy, jak i korzystać z usług medycznych i konsultacji specjalistów, w tym m.in. internisty, laryngologa, kardiologa, dermatologa, okulisty, urologa i ortopedy.

– Zakres usług medycznych realizowanych w placówkach przyzakładowych każdorazowo dostosowywany jest do indywidualnych potrzeb i możliwości firm. W przyzakładowym centrum medycznym opieka jest blisko pacjenta. Zapewni m.in. szybki i wygodny sposób na zrealizowanie badań medycyny pracy, minimalizację czasu spędzonego poza stanowiskiem pracy, a przede wszystkim wyraźne skrócenie czasu absencji pracowników – mówi prof. Bożena Walewska-Zielecka.

Co istotne, pacjenci mogą skorzystać z porady lekarza stacjonarnie, ale także nadal zdalnie – przez telefon, za pośrednictwem czatu albo wideorozmowy. W Medicover konsultacje telemedyczne stanowią już blisko 40 proc. wszystkich wizyt lekarskich. W 2019 roku udzielono ponad 3 mln porad i usług telemedycznych. Pacjenci otrzymują też elektroniczne zwolnienia i e-recepty, co przekłada się na dodatkową oszczędność czasu i wygodę pacjentów.

Polska szybko i skutecznie wydaje unijne fundusze. W nowej perspektywie potrzebne są zmiany w organizacji konkursów i rozliczaniu projektów

Obecnie z unijnym dofinansowaniem jest realizowanych prawie 58,5 tys. inwestycji o wartości blisko 448 mld zł. Udział funduszy europejskich wynosi ponad 83 proc. Rok 2019 zakończył się z ponad 80-proc. wykorzystaniem puli środków dostępnych w obecnej perspektywie finansowej UE i Polska jest pod tym względem w czołówce państw członkowskich. Wydatkowanie i rozliczanie projektów będzie trwało do 2023 roku, a jednocześnie trwają prace nad nowym rozdaniem. – Jest wiele elementów, które powinniśmy systematycznie poprawiać, szczególnie w organizacji konkursów i rozliczaniu projektów – podkreśla Krzysztof Brysiewicz, wspólnik w kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

 Mamy kilka lat na zamknięcie rozliczeń z perspektywy finansowej Unii Europejskiej na lata 2014–2020, natomiast wydatkowanie środków będzie trwało aż do 2023 roku. Do 2020 roku odbywa się kontraktacja, czyli wyłanianie nowych beneficjentów, zawieranie umów, kontraktowanie środków, natomiast po tym okresie powinniśmy zamknąć rozliczenia maksymalnie do 2023 roku – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Brysiewicz, radca prawny, wspólnik w kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Z danych Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej na dzień 6 stycznia wynika, że z unijnym dofinansowaniem jest realizowanych 58 426 inwestycji. Ich łączna wartość to 447,6 mld zł, z czego 272,2 mld to fundusze UE.  Złożono w sumie ponad 126 tys. wniosków o dofinansowanie na całkowitą kwotę 725,5 mld zł. Na poziomie krajowym rozliczono już wydatki w wysokości 183,9 mld zł z udziałem środków unijnych na poziomie 124,6 mld zł, co stanowi 38,1 proc. alokacji.

Środki UE wsparły projekty infrastrukturalne i ochronę środowiska, projekty wspierające rozwój cyfrowy oraz edukację czy programy regionalne dla poszczególnych województw.

Przed nami jeszcze kilka lat w obecnej perspektywie finansowej, chociaż w międzyczasie pojawi się nowe rozdanie środków unijnych. To będzie na pewno intensywny czas dla urzędników, przedsiębiorców i wszystkich beneficjentów, ponieważ to ostatnie okazje, żeby ubiegać się o te środki. Teraz natomiast będziemy musieli skupić się na rozliczeniu tych projektów, które już zostały dofinansowane, i utrzymaniu ich trwałości – zapowiada Krzysztof Brysiewicz.

Polska jest jednym z największych beneficjentów środków z Unii Europejskiej. W latach 2004–2018 (do czerwca) na jej konto wpłynęło ponad 163,6 mld euro – ponad 44 mld euro z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego, 30,3 mld euro z Funduszu Spójności i 59,9 mld euro z innych funduszy strukturalnych. W tym samym czasie do Brukseli odprowadziliśmy nieco ponad 53,6 mld euro.

– Jesteśmy prymusem pod względem ilości przyjętych środków. Efekty finansowania unijnych projektów widać gołym okiem, np. w liczbie dróg czy taboru. Widać je też w polskich przedsiębiorstwach i samorządach. Jednak jest też wiele elementów, które powinniśmy poprawiać, np. organizację konkursów i rozliczanie projektów – przekonuje ekspert kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Wiadomo już, że przyszły unijny budżet nie będzie dla Polski tak korzystny jak te w poprzednich latach. Przede wszystkim dlatego, że coraz szybciej doganiamy Europę. W latach 2004–2018 dystans pomiędzy Polską a UE-28 mierzony w PKB na mieszkańca zmalał o prawie 21 pkt proc., co w znacznej mierze jest zasługą unijnej polityki spójności. Jak podkreśla Krzysztof Brysiewicz, przyszła perspektywa przyniesie nie tylko mniejsze kwoty wsparcia, ale też zmianę sposobu finansowania projektów.

 Większy nacisk zostanie położony m.in. na projekty badawcze, gospodarkę niskoemisyjną, smart cities, a trochę mniejszy strumień pieniędzy będzie skierowany na cele związane z polityką spójności, czyli inwestycje w infrastrukturę przedsiębiorstw czy infrastrukturę transportową – wskazuje radca prawny.

W zaabsorbowaniu nowych środków pomoże fakt, że w Polsce po jesiennych wyborach parlamentarnych wyodrębniono Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, które zajmuje się koordynacją wydawania pieniędzy z UE.

 Przed nowym ministerstwem stoi wielkie wyzwanie zakończenia negocjacji z Unią Europejską dotyczących nowej perspektywy i przygotowania takich ram prawnych, które pozwolą te środki zaabsorbować w sposób efektywny i nieszkodzący wszystkim uczestnikom tego systemu – mówi Krzysztof Brysiewicz.

Kolejne 12 miesięcy będzie trudne dla firm. Doskwierają im ciągłe zmiany prawa i sytuacja na rynku pracy

Największą bolączką dla firm są ciągłe zmiany regulacyjne i podatkowe – podkreśla Konfederacja Lewiatan. W tym roku wyzwaniem będą m.in.: split payment, nowa matryca VAT, obowiązek wymiany kas fiskalnych czy podatek od sprzedaży detalicznej, który dotknie branżę handlową. W połączeniu ze skokowym wzrostem płacy minimalnej ciągłe zmiany prawa podnoszą koszty funkcjonowania przedsiębiorstw i powodują niepewność, która hamuje inwestycje. Eksperci apelują, by w związku z tym rząd spowolnił proces stanowienia prawa i stworzył nowe regulacje w dialogu z przedsiębiorcami, żeby pomóc im przetrwać kryzys.

W 2020 roku czeka nas spowolnienie. Z jednej strony zejście poniżej 4 proc. wzrostu PKB, a z drugiej – wzrost inflacji do poziomu 3–3,5 proc. Firmy już to przetrawiły, więc trudniejsza jest dla nich nieustająca kumulacja rozwiązań prawnych, podatkowych i regulacyjnych, które powodują, że prowadzenie biznesu wcale nie staje się łatwiejsze – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Witucki, prezydent Konfederacji Lewiatan.

Od początku tego roku przedsiębiorcy mierzą się z długą listą zmian w prawie podatkowym. Część z nich wiąże się z wprowadzoną w drugiej połowie ub.r. białą listą podatników VAT i obowiązkowym split paymentem. Od 1 stycznia obowiązują sankcje w podatkach dochodowych PIT i CIT za dokonanie płatności (na kwotę powyżej 15 tys. zł) na rachunek bankowy przedsiębiorcy, który nie znajduje się w wykazie podatników VAT, albo kiedy dokonana płatność odbyła się z pominięciem obowiązkowego mechanizmu podzielonej płatności.

Część przedsiębiorców od nowego roku musi też stosować kasy fiskalne online, które zapewniają połączenie z systemami informatycznymi Ministerstwa Finansów (np. świadczący usługi naprawy samochodów, wymiany opon albo prowadzący sprzedaż paliw). W kolejnych miesiącach obowiązek wymiany kas fiskalnych obejmie inne branże (od 1 lipca np. usługi związane w wyżywieniem lub krótkotrwałego zakwaterowania). Natomiast wszyscy przedsiębiorcy od stycznia muszą brać pod uwagę brak możliwości wystawienia faktury do paragonu bez numeru NIP nabywcy – wymaga to zmian w kasach fiskalnych, systemach księgowych i w procesie sprzedaży.

Nawet jeśli rząd wprowadza różne pomysły stymulujące rozwój gospodarki, to nagromadzenie regulacji powoduje sytuacje takie jak „strajk” dużej części kas fiskalnych z początkiem stycznia – mówi Maciej Witucki.

W nadchodzących miesiącach będzie więcej zmian, które wymuszą zmiany w systemach i sposobach rozliczeń. Od 1 kwietnia wchodzi w życie nowa matryca stawek VAT, co zbiegnie się w czasie z nałożeniem na duże przedsiębiorstwa obowiązku przekazywania nowych plików JPK VAT (małych i średnich przedsiębiorców ta zmiana obejmie od 1 lipca). Wiele wskazuje też na to, że w połowie roku branża handlowa zostanie dodatkowo obciążona podatkiem od sprzedaży detalicznej (na razie zawieszonym), który dodatkowo wprowadzi nowe obowiązki związane z ewidencjonowaniem, obliczaniem i zapłatą tej daniny. Branża hotelarska i turystyczna z kolei musi liczyć się z wprowadzeniem podatku minimalnego, który miał przeciwdziałać agresywnej optymalizacji podatkowej stosowanej w branży wynajmu nieruchomości komercyjnych.

Dla dużych firm, które mogą sobie pozwolić na wsparcie w interpretacjach podatkowych i regulacyjnych, głównym tematem jest dziś rynek pracy. Dla średnich barierą jest niepewność systemu regulacyjnego – nowe regulacje, pomysły, podatki i systemy raportowania. W przypadku tych najmniejszych znów wraca kwestia pracowników i pensji minimalnych. Wspólnym mianownikiem dla nich wszystkich jest jednak niestabilność systemu prawno-podatkowego, który może w każdej chwili dorzucić nowe obciążenie – dodaje Maciej Witucki.

Konfederacja Lewiatan ocenia, że w tym roku pracodawcy nadal będą borykać się z coraz większym niedoborem pracowników i niedopasowaniem ich kompetencji do potrzeb firm. Konkurencja o pracowników zaostrzy się zarówno na rynku krajowym, jak i unijnym. Z drugiej strony skokowy wzrost płacy minimalnej mocno wpłynie na rachunek kosztów i rentowność przedsiębiorstw, co może zachwiać zwłaszcza kondycją MŚP.

W tym roku firmy doświadczyły bardzo wyraźnego wzrostu płacy minimalnej, powyżej 15 proc. Wiele osób, które zarabiały więcej, również oczekuje dostosowania swoich płac do nowych warunków. To bardzo istotnie wpływa na rachunek kosztów firm – mówi Sonia Buchholtz, ekspertka ekonomiczna z Konfederacji Lewiatan. – Spowolnienie gospodarcze co do zasady weryfikuje rachunki kosztów, ponieważ wiąże się z mniejszym popytem, a konkurencja pozostaje taka sama. Firmy, które będą konfrontowały się z tymi wyższymi kosztami, przynajmniej część z nich będą musiały przenieść na klientów w postaci wyższych cen. Niektóre być może będą zamykane.

Wzrost gospodarczy na poziomie 3,1 proc. PKB przy średniorocznej inflacji 3,5 proc. i bezrobociu wynoszącym 5,6–5,7 proc. – to prognozy Konfederacji Lewiatan na 2020 rok. Eksperci szacują, że dynamika konsumpcji prywatnej osiągnie 3,2 proc., natomiast inwestycji – 2,8 proc.

Wiemy, że inwestycje publiczne są silnie związane z cyklem unijnym, a te środki będą wygasały. Inwestycje samorządowe również nie będą w stanie podbić tego wyniku – ocenia Sonia Buchholtz.

Jak podkreśla, barierą dla inwestycji przedsiębiorstw będzie właśnie niepewność otoczenia prawnego i instytucjonalnego.

– Gros firm deklaruje, że taką niepewność odczuwa, więc nie ma powodów, żeby liczyć na odbicie inwestycji przedsiębiorstw – mówi Sonia Buchholtz. – Odrębną kwestią są też ryzyka związane z brexitem. Dla przedsiębiorstw oznacza to zmniejszenie jednolitego rynku. Zmieniają się zasady prowadzenia biznesu z podmiotami w Wielkiej Brytanii, ale i koszty transakcyjne tych przedsięwzięć prawdopodobnie będą większe. Do tego dochodzi ogromna niepewność polityczna, bo nie wiemy, jak ostatecznie brexit będzie wyglądać.

Eksperci Konfederacji Lewiatan podkreślają, że aby pomóc firmom przejść przez spowolnienie gospodarcze, zapewnić większy komfort prowadzenia działalności i pobudzić inwestycje, rząd musi przede wszystkim spowolnić proces stanowienia prawa i tworzyć nowe regulacje w dialogu z przedsiębiorcami.

W Polsce powstają kosmiczne laboratoria bazujące na nanosatelitach. Pozwolą mniejszym ośrodkom naukowym prowadzić badania w kosmosie

Wzrost zainteresowania laboratoriami kosmicznymi opartymi na nanosatelitach to szansa na zaistnienie dla małych ośrodków naukowych i firm technologicznych z krajów, które nie dysponują budżetem potrzebnym do prowadzenia własnych programów kosmicznych. Korzystają na tym m.in. polscy naukowcy oraz inżynierowie, którzy zaangażowali się w prace nad nanosatelitą OPS-Sat w ramach współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną.

– To mały satelita w kategorii nanosatelitów. Jego zadaniem jest przetestowanie kluczowych technologii, które później będą miały zastosowanie dla większych satelitów. Jest to satelita o wadze 3 kg, który będzie miał za zadanie przeprowadzić kilkanaście eksperymentów na różnych modułach elektroniki pod kątem przyszłych misji kosmicznych Europejskiej Agencji Kosmicznej – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Kosiec, prezes zarządu Creotech Instruments.

W proces powstawania nanosatelity OPS-Sat zaangażowano trzy polskie firmy oraz ośrodki naukowe: Creotech Instruments, GMV Polska oraz Centrum Badań Kosmicznych PAN. Ich zadaniem było zaprojektowanie modułu łączności bezprzewodowej, który zapewni komunikację nanosatelity z ziemskimi odbiornikami. Nadrzędnym celem wysłania OPS-Sat na orbitę okołoziemską było stworzenie warunków do testowania nowych technologii kosmicznych.

Przedstawiciele Europejskiej Agencji Kosmicznej liczą na to, że dzięki zastosowaniu satelitów CubeSat możliwe będzie przyspieszenie prac nad innowacyjnymi technologiami na potrzeby większych misji. OPS-Sat ma pełnić rolę inkubatora technologicznego i umożliwić przeprowadzenie testów środowiskowych nowych narzędzi na mniejszą skalę niż w przypadku wielkoformatowych laboratoriów kosmicznych.

– Zadaniem tego satelity jest przetestowanie jak największej liczby takich modułów, które są dostępne z półki, a więc nie były specjalnie projektowane dla satelitów, ale np. były wykorzystywane w przemyśle samochodowym. W kosmosie są specjalne wymagania, przede wszystkim związane z radiacją, i sprawdzamy na satelicie OPS-Sat, czy tego rodzaju moduły mogą mieć zastosowanie w kosmosie – wyjaśnia Jacek Kosiec.

Nie jest to jedyny nanosatelita wykorzystywany w roli kosmicznego laboratorium. Polska firma SatRevolution we współpracy z naukowcami z Politechniki Wrocławskiej stworzy nanosatelitę z układem lab-on-chip, który pozwoli przeprowadzić w przestrzeni kosmicznej szereg eksperymentów z zakresu biologii i biomedycyny. Zespół odpowiedzialny za pracę nad tym projektem pomoże zbadać model rozwoju komórek rakowych w warunkach mikrograwitacji jako element prac nad lekami onkologicznymi nowej generacji.

Tego typu firm w Polsce może przybywać.

– OPS-Sat to mały krok dla takich firm jak nasza, ale wielki krok dla ludzkości. Nie sądzę, żebyśmy mieli Elona Muska w Polsce, bo działamy w innych warunkach i nie dysponujemy tak wielkimi zasobami, w szczególności finansowymi. Bazując na projektach, które jesteśmy w stanie zdobyć w Europejskiej Agencji Kosmicznej, możemy się rozwijać, a to daje już bardzo mocne podstawy do tego, żeby przygotować produkty komercyjne. A kosmos się komercjalizuje i w związku z tym rosną szanse dla takich firm jak nasza – przewiduje Jacek Kosiec.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku nanosatelitów w 2019 roku wyniosła 1,5 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 3,6 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 19,8 proc.

Polski przemysł gier komputerowych rośnie w siłę. Już ok. 300 firm działa na tym rynku

Polski przemysł gier komputerowych rośnie w siłę. Już ok. 300 firm działa na tym rynku 2

Raport PwC „Entertainment and Media Outlook 2018–2022” uplasował Polskę na trzecim miejscu największych rynków gamingowych Europy Środkowo-Wschodniej. Według danych Kancelarii Premiera ten sektor gospodarki wart jest obecnie 26,2 mld dol. i rośnie w tempie 10 proc. w skali roku. Polscy deweloperzy cenieni są przez międzynarodową opinię publiczną i odgrywają coraz większą rolę na światowym rynku gier komputerowych.

– Mamy bardzo rozwinięty przemysł gier, jest około 300 firm specjalizujących się w tej dziedzinie. Obecnie w samej Małopolsce planuje się zatrudnienie kolejnych tysięcy osób, w 2021 roku będzie tych specjalistów około 40 tys. Ci specjaliści pracują w Polsce, ale specjalizację zdobywali nie tylko w naszym kraju, ale również w zagranicznych firmach. Zdobywają ogromne doświadczenie międzynarodowe i przenoszą je na rynek polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Mogiła, country manager Playtechu.

Na wysoką pozycję polskiej branży gier komputerowych kolosalny wpływ miał sukces gry Wiedźmin 3: Dziki Gon od CDP Red, która została sprzedana w liczbie przeszło 20 mln egzemplarzy, oraz rosnące zainteresowanie nową grą studia, Cyberpunk 2077, która zadebiutuje na rynku w tym roku. O rosnącej pozycji polskiej branży gier najlepiej świadczą dane giełdowe – od początku 2019 roku wysokość akcji CD Projekt Red wzrosła niemal dwukrotnie (ze 148 do 290 zł). Brytyjska firma Games Workshop z kolei zleciła polskiemu zespołowi Carbon Studio produkcję gry VR z uniwersum Warhammer: Age of Sigmar, jednej z największych marek bitewnych gier fantasy na świecie. Na realizację projektu studio przeznaczyło 2,1 mln zł.

– Mamy świetnych specjalistów, którzy wyprodukowali już niesamowite produkcje typu Wiedźmin czy niedługo wchodzący na rynek Cyberpunk 2077. Z tego możemy być dumni i z całą pewnością są producenci, którzy zaistnieli nie tylko na rynku polskim, lecz także na rynku światowym – mówi Tomasz Mogiła.

Polska branża gamingowa odgrywa istotną rolę na giełdzie. W trakcie konferencji „Wielka Gra – Rynek gamingu w Polsce” zorganizowanej przez Fantasyexpo oraz Google przekazano obiecujące dane płynące z Giełdy Papierów Wartościowych. Z najnowszych badań wynika, że twórcy gier obecni na giełdzie stanowią 2,2 proc. parkietu, ale ich udział kapitałowy jest zauważalnie wyższy i wynosi 2,6 proc. Na giełdzie NewConnect firmy gamingowe stanowią 6,6 proc. parkietu, ale odpowiadają już za 10 proc. kapitału.

Polscy deweloperzy zostali docenieni także w wąskiej branży VR, o czym świadczy m.in. sukces gry Superhot VR, która w ostatnich tygodniach grudnia, w okresie świątecznym, zarobiła dla wydawcy 2 mln dol. i łącznie rozeszła się w liczbie ok. 1 mln egzemplarzy.

Polscy producenci eksperymentują także z innymi rozwiązaniami w zakresie wirtualnej rzeczywistości.

– W zeszłym roku pojawiliśmy się na targach w Londynie z naszym wirtualnym kasynem. Inni producenci gier również robią to samo, ponieważ gracze oczekują coraz lepszej immersji odczuć i wrażeń, które można osiągnąć za pośrednictwem gier VR. Gdy ta technologia się rozwinie, to pokaże przyszłość. Mam nadzieję, że pójdzie w pozytywną stronę, musimy jednak poczekać, jak rynek zareaguje na tego typu rozrywkę – twierdzi ekspert.

Kolejną przełomową technologią, która w najbliższych latach może zrewolucjonizować rynek gier, jest sztuczna inteligencja. Systemy uczenia maszynowego testowane są m.in. przez twórców z Bloober Team, którzy chcą tworzyć interaktywne horrory dopasowujące treści do gracza.

Eksperymentalne gry w czasie rzeczywistym mierzą puls oraz położenie gałek ocznych gracza, aby rozpoznać, jakie elementy wywołują u niego reakcję lękową. Dzięki temu system jest w stanie na bieżąco modyfikować to, co dzieje się na ekranie, aby maksymalnie zintensyfikować rozgrywkę.

– Uczenie maszynowe jest jedną z ciekawszych nowych technologii. Z naszej perspektywy staramy się uczyć zachowań graczy, wiedzieć i przewidywać kolejne zdarzenie, żeby dostarczyć im jak najszerszą rozrywkę. Kolejnym elementem jest grywalizacja, interakcja z graczem, która przewiduje możliwość brania przez niego udziału w fabule, zdobywania nagród. Te wszystkie elementy w najbliższym czasie wejdą szeroko do branży e-commerce – przewiduje Tomasz Mogiła.

Według analityków z firmy Market Watch wartość globalnego rynku gamingowego w 2019 roku wyniosła 138 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 286,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 11 proc.

Marcin Nieplowicz, EFL: W 2020 rynek leasingu powróci na ścieżkę wzrostów

Po 9 lat wzrostów, w 2019 roku rynek leasingu wyhamuje. W 2020 powrócimy na ścieżkę wzrostów.

W 2019 roku Polska odnotowała łagodne wyhamowanie tempa rozwoju gospodarki. Trudniejsze otoczenie zewnętrzne obniżyło nasz wzrost gospodarczy, jednak wciąż pozostajemy relatywnie odporni na niższą dynamikę PKB w strefie euro oraz problemy niemieckiego przemysłu. Odczuł to rynek leasingu, który zakończył ubiegły rok na kilkuprocentowym minusie. 2020 rok przyniesie odbicie w sektorze leasingu, jednak prognozowana dynamika w wysokości 6,2 proc. będzie istotnie poniżej uzyskanej w latach 2013-2018.

Osobówki na minusie

Koniec 2019 roku na rynku leasingu stał pod znakiem istotnych spadków finansowania pojazdów i dotyczyło to zarówno pojazdów lekkich, jak i ciężarowych. Szacujemy, że ujemna dynamika finansowania aut osobowych i dostawczych przekroczy 20% r/r, co będzie głównie wynikało z bardzo wysokiej bazy ub. roku. Zmiany fiskalne w rozliczaniu umów leasingu na samochody osobowe, które obowiązują od 1 stycznia 2019 roku, przesunęły zakupy przedsiębiorców z 2019 roku na IV kwartał 2018 roku. Górny limit wydatków na raty leasingowe, które mogą być rozpoznane jako koszty uzyskania przychodów, spowodował, że przedsiębiorcy ruszyli do salonów, aby leasingowane auta (głównie z segmentu premium) rozliczać jeszcze według „starych”, bardziej korzystnych przepisów. W efekcie, końcówka 2018 roku przyniosła boom na finansowanie aut osobowych, a dynamika rynku leasingu w tym segmencie wyniosła 57,6% r/r w IV kw. 18.

Ciężarówki pod presją

Sektor finansowania pojazdów ciężarowych pozostaje wciąż pod presją wdrażanych przez Unię Europejską zmian prawnych, które są niekorzystne dla polskich firm transportowych (przepisy o Pakiecie Mobilności oraz o pracownikach delegowanych). Przekładają się one na istotne obniżenie nastrojów firm transportowych i ograniczenie inwestycji. Szacujemy, że w związku z tym dynamika finansowania pojazdów ciężkich pozostanie ujemna i w IV kw. 2019 spadki przekroczą 8 proc. r/r.

Maszyny pracują w najlepsze

Na wyraźnym plusie pozostanie natomiast sektor finansowania maszyn (ok. 9 proc. r/r w IV kw. 2019). To odzwierciedla bardzo dobre wyniki produkcji przemysłowej, solidny wzrost gospodarczy oparty o popyt krajowy oraz wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w polskich firmach.

Łącznie oczekujemy, że IV kwartał 2019 obniży całoroczny wynik branży do ok. -5 proc. r/r.

Odbijamy w 2020

2020 rok przyniesie odbicie na rynku leasingu, jednak prognozowana dynamika w wysokości 6,2 proc. będzie istotnie poniżej uzyskanej w latach 2013-2018. Prognozowany przez EFL scenariusz gospodarczy będzie wspierał finansowanie pojazdów lekkich – na poziomie +7,6 proc., oraz maszyn – na poziomie +6,7 proc. Natomiast wynik finansowania sektora transportu ciężkiego będzie pod presją niekorzystnych zmian prawnych wdrażanych przez Unię Europejską oraz wciąż niskiego wzrostu gospodarczego w strefie euro. Dalszy rozwój rynku leasingu będzie bazował na stosunkowo wysokim popycie krajowym, z wciąż mocnymi wydatkami konsumpcyjnymi. Jednocześnie, bazowym wariantem pozostaje uniknięcie recesji gospodarczej w Eurolandzie, co pozytywnie przełoży się na sektor leasingowy.

Przerwanie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego w świetle przepisów Ordynacji podatkowej

Przedawnienie zobowiązania podatkowego jest instytucją, która wyznacza organom podatkowym ramy czasowe kontroli podatkowych i weryfikacji przedsiębiorców. Podatnikom daje natomiast pewność, że do pewnych okresów fiskus nie będzie już wracał. Zasadniczo termin przedawnienia zobowiązań podatkowych wynosi 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku. Po upływie tego terminu organy podatkowe nie mogą już kwestionować rozliczeń podatkowych. Innymi słowy, przedsiębiorcy mogą uznać te okresy za „zamknięte”. Ordynacja podatkowa przewiduje jednak szereg sytuacji, po nastąpieniu których ten okres może zostać przedłużony.

Zawieszenie a przerwanie

Okres przedawnienia może zostać wydłużony wskutek zawieszenia albo przerwania biegu terminu przedawnienia. Różnicą są nie tylko przesłanki powodujące powstanie tych sytuacji, ale także sposób liczenia terminu po ich ustąpieniu. W uproszczeniu w przypadku zawieszenia można stwierdzić, że okres przedawnienia „wydłuża się” o okres biegu zawieszenia. Przy przerwaniu biegu terminu przedawnienia terminy liczy się od nowa od daty ustąpienia przesłanek wymienionych w przepisach.

Z powyższego wynika zatem, że w przypadku przerwania konsekwencje dla podatnika mogą być dużo bardziej dotkliwe niż w przypadku zawieszania. Należy jednak pamiętać, że inne są przesłanki zaistnienia każdej z tych sytuacji. W związku z tym przerwanie biegu terminu przedawnienia jest częstą przyczyną sporów pomiędzy podatnikami a fiskusem.

Ogłoszenie upadłości

Jedną z przesłanek przerwania biegu terminu przedawnienia wynikającą z art. 70 § 3 oraz 3a O.p. jest ogłoszenie upadłości. Termin ten biegnie na nowo po dniu uprawomocnienia się postanowienia o zakończeniu lub umorzeniu postępowania upadłościowego.

W tym przypadku warto wskazać na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach z dnia 6 czerwca 2018 r. (sygn. I SA/Gl 47/18), w którym WSA wskazał, że: „…ustawodawca nie uzależnił przerwania biegu terminu przedawnienia od stanu upadłości, ale jej ogłoszenia, czyli konkretnego zdarzenia, jakim jest wydanie w tym przedmiocie postanowienia przez sąd powszechny”. Postępowanie dotyczyło tzw. upadłości konsumenckiej. Sąd zaznaczył, że sytuacja taka dotyczyć może jedynie zobowiązań podatkowych, które istnieją i są wymagalne w dacie postanowienia o upadłości. Tylko wtedy bieg terminu może zostać przerwany. Sama trudna sytuacja finansowa firmy nie jest powodem do zastosowania instytucji przerwania biegu terminu przedawnienia.

Wniesienie środka egzekucyjnego

Kolejną sytuacją, kiedy bieg terminu przedawnienia zostaje przerwany, jest w myśl art. 70 § 4 O.p. zastosowanie środka egzekucyjnego, pod warunkiem, że podatnik został o nim poinformowany. W tych sytuacjach termin biegnie na nowo od dnia następującego po dniu, w którym zastosowano środek egzekucyjny.

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 11 czerwca 2019 r. (sygn. II FSK 2184/17) zwrócił uwagę, że zasadniczo zawiadomienie dłużnika może nastąpić w dowolny sposób, o ile umożliwia przekazanie wszelkich niezbędnych danych. Z kolei dłużnik nie ma obowiązku sam dokonywać jakichkolwiek ustaleń w tym zakresie. Dodatkowo NSA potwierdził w tym wyroku, że ustanowienie hipoteki przymusowej na nieruchomości nie wyklucza przedawnienia zobowiązania podatkowego zabezpieczonego tę hipoteką. Innymi słowy, jeżeli zobowiązanie nie jest wymagalne, to ustanowienie hipoteki niewiele wniesie, gdyż w tej sytuacji nie będzie spełniona podstawowa przesłanka do przerwania biegu terminu.

W innej sprawie WSA w Gliwicach (wyrok z dnia 22 maja 2019 r., sygn. I SA/Gl 1207/18) wskazał, że umorzenie postępowania egzekucyjnego wskutek uchylenia postanowienia o nadaniu decyzji rygoru natychmiastowej wykonalności powoduje unicestwienie materialnoprawnych warunków zastosowania przerwania biegu terminu przedawnienia. Innymi słowy, w takich sytuacjach uznaje się, że do przerwania biegu przedawnienia w rozumieniu przepisów O.p. nie doszło.

Podsumowanie

Podsumowując, przerwanie biegu terminu przedawnienia ma poważniejsze skutki dla podatników niż zawieszenie terminu przedawnienia. Główną konsekwencją przerwania biegu terminu przedawnienia jest rozpoczęcie na nowo jego biegu. Ordynacja podatkowa przewiduje dwa przypadki, kiedy dochodzi do przerwania biegu terminu przedawniania oraz określa przesłanki dla każdej z nich. Pięcioletni termin przedawnienia zobowiązania podatkowego zaczyna biec na nowo, poczynając od dnia następującego po dniu uprawomocnienia się postanowienia o zakończeniu lub umorzeniu postępowania upadłościowego lub po dniu zastosowania środka egzekucyjnego. Z powyższego wynika zatem, że przerwanie biegu terminu przedawnienia wydłuża jego okres, a w konsekwencji także czas trwania odpowiedzialności podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jaki będzie rok 2020 w nieruchomościach?

Zarówno inwestorzy, jak i deweloperzy mieli powód do świętowania Sylwestra 2019 r. Z punktu widzenia uczestników rynku nieruchomości, ubiegły rok był niezwykle udany. Czy rok 2020 będzie równie korzystny?

Nowych mieszkań buduje się dużo i jest na nie popyt. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w okresie od stycznia do listopada deweloperzy rozpoczęli budowy ponad 220 tys. mieszkań. Po ostatecznym zsumowaniu wyników za cały 2019 rok liczba ta może wzrosnąć nawet do 240 tys. nowych lokali mieszkalnych. Większość z nich zostanie oddana do użytkowania w 2020 r.

Młodzi szukają droższych mieszkań

Trwa dobra passa dla osób, które wcześniej zainwestowały w mieszkanie na wynajem i które mają dobry „produkt”, czyli atrakcyjnie zaaranżowaną nieruchomość w dobrej lokalizacji. Ceny najmu w takich miejscach wzrastają, a jednocześnie nie ma problemów z popytem.

Warszawa i inne duże miasta wciąż przyciągają młodych ludzi. Mogą tam oni liczyć na ciekawą, dobrze płatną pracę. Atrakcyjne zarobki sprawiają z kolei, że poszukując mieszkań na wynajem, nie wybierają wcale tych najtańszych.

Ponieważ dużo czasu spędzają w pracy, najczęściej szukają mieszkań w jej pobliżu lub z bardzo dobrą komunikacją, tak by na dojazdy nie marnować dwóch, czy tym bardziej trzech godzin dziennie.

Rynek w dużych miastach dojrzewa

Analizując warszawski rynek nieruchomości w 2019 r. można zauważyć, że staje się on coraz bardziej dojrzały – ustalają się pewne normy, dzięki którym rośnie jego przewidywalność. Ma to jednak pewną wadę. Rok 2019, ze względu na wysokie ceny mieszkań, przyniósł obniżenie stóp zwrotu dla inwestorów dopiero wkraczających na rynek.

– Pomimo, iż opłacalność najmu nieco spadła, jest on nadal bardzo atrakcyjny jeśli chodzi o rentowność. Średnie stopy zwrotu oscylują w okolicach 6%. To nadal dużo, szczególnie jeśli porównamy z innymi dostępnymi na rynku możliwościami inwestycyjnymi – mówi Barta Bocheńska-Pachuta z firmy Baransu, przygotowującej na zlecenie inwestorów mieszkania na wynajem.

Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ceny mieszkań, szczególnie w dużych aglomeracjach miejskich, w 2020 roku będą nadal rosły. Wciąż jednak nie są one jeszcze tak wysokie, jak w innych europejskich miastach. Z drugiej strony – duże miasta, z Warszawą na czele, coraz częściej oferują zarobki podobne do tych, na jakie mogą liczyć pracownicy korporacji w bogatszych krajach Unii Europejskiej. Biorąc to wszystko pod uwagę, ryzyko inwestycyjne w przypadku nieruchomości można uznać za niskie.

Rynek lubi małe mieszkania

Najlepiej wynajmują się mieszkania niewielkie. Jak wskazuje raport „Barometr Metrohouse i Gold Finance”, w Warszawie w minionym roku największym powodzeniem cieszyły się mieszkania o powierzchni od 35 do 50 m kw. Zakup mieszkań o tej powierzchni stanowił aż 38% wszystkich transakcji.

W III kwartale 2019 r. w stolicy chętnie kupowano mieszkania o powierzchni 50-65 m kw. – stanowiły one 27% zakupów na tym rynku. Około 17% wszystkich transakcji, tak samo w stolicy, jak i w innych dużych miastach, dotyczyło zakupów mieszkań od 65 do 80 m kw. Najrzadziej kupowane były mieszkania o powierzchni powyżej 120 m kw. Takie transakcje stanowiły zaledwie 1% całej sprzedaży. Według szacunków NBP w II kwartale 2019 r. aż 42% nowych mieszkań w największych miastach zostało kupionych na cele inwestycyjne.

Jak te dane przekładają się na rynkową praktykę? Kawalerki, jako powszechnie dostępne i atrakcyjne inwestycyjnie, są obecnie dużo droższe (w przeliczeniu na m. kw.) od innych mieszkań. Dzieje się tak dlatego, że potencjalna korzyść z najmu jest już uwzględniona w cenie takiego lokum. W związku z tym stopy zwrotu uzyskiwane z wynajmu kawalerek nie są już dużo wyższe niż w przypadku większych mieszkań. Co w takim razie możemy zrobić?

Zarabianie wymaga kreatywności

– Jeżeli chcemy osiągnąć wyższe stopy zwrotu z inwestycji w mieszkanie, trzeba być elastycznym i kreatywnym, co oznacza szukanie mniejszych mieszkań, podział większych lokali na mniejsze lub inwestycję w mieszkania na pokoje. Takie rozwiązania umożliwiają wygenerowanie lepszych stóp zwrotu, w granicach 7-8% – wyjaśnia Marta Bocheńska-Pachuta.

Szukając mieszkań mniejszych, warto zainteresować się rynkiem wtórnym. Jego wielką zaletą jest duży wybór nieruchomości w każdej klasie, spora rozpiętość cenowa, i przede wszystkim dostępność mieszkań „od ręki”. Na mieszkanie nie trzeba czekać aż do wybudowania nieruchomości, a zarabiać na nim można praktycznie od zaraz.

Najatrakcyjniejsze są i pozostaną mieszkania z segmentu popularnego – coraz częściej są one tańsze od tych na rynku pierwotnym (uwzględniając niezbędne koszty wykończenia nieruchomości). To właśnie mieszkania starsze mają świetną lokalizację z całą dostępną infrastrukturą, na której brak narzekają nabywcy mieszkań od deweloperów.

Mieszkania stają się ładniejsze

Wyraźnie widać rosnącą konkurencję na rynku nieruchomości przeznaczonych na wynajem. Jako że znacząco wzrasta liczba inwestorów, automatycznie zwiększa się podaż. Skutkiem będzie zapewne to, że osoby, które są właścicielami niezbyt atrakcyjnych obiektów, już wkrótce zaczną odczuwać przestoje w wynajmie lub będą musiały liczyć się ze zmniejszeniem czynszu.

Inwestorzy, którzy dopiero przygotowują się do zakupu nieruchomości na wynajem, muszą liczyć się ze sporą konkurencją. Dlatego dziś nie wystarczy już mieć jakiekolwiek mieszkanie do zaoferowania. Aby szybko zdobyć klienta, ważna jest zarówno atrakcyjna lokalizacja, jak i przemyślana aranżacja wnętrza. Meblościanka, ściany w kolorze jagodowym czy gumoleum na podłodze nie zwiększą atrakcyjności nieruchomości, nawet najkorzystniej położonej, tym bardziej, że klient bardzo często ma już do wyboru w konkretnej lokalizacji co najmniej kilka ofert.

– Inwestorzy chcący realnie zarabiać na mieszkaniu, w planowanych wydatkach powinni uwzględnić koszty  home stagingu i nie zapominać o marketingu nieruchomości. Dobrze przygotowane ogłoszenie z zachęcającym opisem i ładnymi zdjęciami zwiększą szansę na zarobek – podpowiada przedstawicielka Baransu.

Na szczęście daje się już odczuć wyraźnie postępującą profesjonalizację i cywilizację rynku – coraz więcej osób decyduje się na powierzenie mieszkania firmom, które przygotowują lokale na wynajem, a następnie zajmują się pozyskaniem lokatorów.

Trzeba również zauważyć, że dojrzewanie rynku ma pozytywny wpływ na bezpieczeństwo obrotu prawnego. Powoli zanika czarny rynek najmu (czyli wynajem bez umowy), gdzie dwie strony czuły się niepewnie. Właściciel – bo mógł odebrać zdewastowane mieszkanie i nie zobaczyć więcej najemcy oraz najemca, który w każdej chwili mógł dowiedzieć się o konieczności wyprowadzki, a także nie mógł być pewny standardu wynajmowanego lokum. Obecnie nową normą staje się umowa najmu w formie aktu notarialnego.

Jaki będzie 2020 rok?

– W 2020 nastąpi kontynuacja trendów z poprzedniego roku – przewiduje Marta Bocheńska-Pachuta. – Wielu Polaków ma zgromadzone oszczędności, które zapewne będą lokować w mieszkaniach. Ułatwieniem jest fakt, że dużą część zakupu można sfinansować tanim i stosunkowo łatwo dostępnym kredytem hipotecznym. Coraz częściej mówi się o nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym, ale w mojej opinii nie będzie ono miało większego wpływu na ceny mieszkań. Jeśli sytuacja faktycznie się pogorszy, wtedy inwestorzy zaczną wycofywać środki z giełdy, w związku z czym tym bardziej będą kupowali nieruchomości, które były, są i będą najbezpieczniejszą, a zarazem najbardziej opłacalną formą inwestycji – podkreśla.

Niemniej jednak coraz uważniej trzeba się przyglądać kupowanym mieszkaniom. Dziś za pożądaną stopę zwrotu z inwestycji z nieruchomości można uznać poziom 5-6%. Aby jednak taką uzyskać, przy rosnącej konkurencji trzeba dysponować atrakcyjnym wizualnie mieszkaniem w bardzo dobrej lokalizacji. A takich lokali może być na rynku coraz mniej.

Wysoka nadwyżka handlowa w Polsce. Rekordowa nadwyżka budżetowa Niemiec

Polska pokazała nadwyżkę handlową a Niemcy budżetową. Patrząc na plany rządu, wyraźnie pozazdrościliśmy naszym zachodnim sąsiadom tej drugiej. Problem w tym, że nie została ona uzyskana sztuczkami księgowymi tylko realnym zrównoważeniem budżetu.

Nadwyżka handlowa w Polsce

Silnie trzymający się eksport i słabnący import doprowadziły do powstania wyjątkowo wysokiej nadwyżki handlowej. Z jednej strony można interpretować to jako sukces. Coraz więcej towarów produkcji polskiej konsumujemy, co przekłada się na generowanie zysku w kraju. Z drugiej strony analitycy wskazują, że powodem słabego importu jest brak inwestycji, za to nasi partnerzy w dalszym ciągu rozwijając się, nie zmniejszyli importu z Polski. Ta interpretacja nie stawia nas już w dobrym świetle.

Złoty przebija minima

Dzisiaj niespodziewanie złotówka zyskała na wartości względem głównych walut około dwóch groszy, po czym odbiła grosz w górę. Powodem były najprawdopodobniej duże transakcje, które uruchomiły zlecenia automatyczne. Obecnie znajdujemy się trochę powyżej poziomu 4,22 zł względem euro, czyli najniżej od kwietnia 2018 roku. Spadku nie było widać na franku szwajcarskim, gdyż w tym samym czasie wyraźnie na wartości względem euro zyskiwał frank. Spadki były natomiast widoczne zarówno na funcie jak i dolarze.

Niemcy z kolejnym rekordem nadwyżki budżetowej

Nadwyżka budżetowa Niemiec osiągnęła rekordowy poziom, warto także przypomnieć, że to 6 rok z rzędu, kiedy budżet wykazuje przewagę wpływów nad wydatkami. Odbija się to, co prawda, negatywnie na koniunkturze, gdyż w gospodarce czuć brak napędzania na kredyt. Z drugiej strony ujemne stopy procentowe i znakomita wiarygodność kredytowa pozwoliły Niemcom jeszcze bardziej obniżać koszt kredytowania.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Specjaliści do spraw zamówień publicznych poszukiwani

Rynek zamówień publicznych przeżywa swój rozkwit. Elektronizacja, konieczność wprowadzenia narzędzi informatycznych oraz obowiązki nałożone przez ustawę Prawo zamówień publicznych sprawiają, że pracy w tej branży jest coraz więcej. Brakuje jednak specjalistów, gotowych sprostać nowym wymaganiom.

Z najnowszego raportu na temat rynku pracy w zamówieniach publicznych, przygotowanego przez Polskie Stowarzyszenie Zamówień Publicznych oraz dwumiesięcznik „Zamawiający. Zamówienia Publiczne w Praktyce”, wynika, że 61% instytucji organizujących przetargi publiczne w Polsce potrzebuje dodatkowych specjalistów w tej dziedzinie.

Takie deklaracje nie dziwią, gdy spojrzy się na zmiany, jakie czekają zamawiających w związku z wejściem w życie elektronizacji przetargów oraz nowej ustawy Pzp.

Technologiczne wyzwania

Nowe przepisy wprowadzają poważne modyfikacje w codziennej pracy specjalistów ds. zamówień publicznych. Sama elektronizacja, która w przypadku zamówień o wartości powyżej progów unijnych obowiązuje od października 2018 r., a postępowania o udzielenie zamówienia publicznego o wartości mniejszej niż progi unijne obejmie 1 stycznia 2021 r., wymusiła na działach zakupów publicznych konieczność pracy z narzędziami informatycznymi, takimi jak m.in. portale e-Usług.

Pracownicy od lat przyzwyczajeni do analogowej formy organizowania przetargów, do gromadzenia papierowych ofert i publicznego ich otwierania, dostali do rąk systemy, których muszą się nauczyć. Wysiłek włożony w edukację technologiczną jednak w tym przypadku bardzo się opłaca.

– Zmiany technologiczne wymuszone przez elektronizację wcale nie muszą utrudniać życia pracownikom działów zamówień publicznych. Przeciwnie – dobrze zaprojektowane narzędzia informatyczne pomagają w codziennych obowiązkach, przeprowadzają bezproblemowo przez proces e-przetargu, wspierają w tworzeniu postępowania, dbają o bezpieczeństwo danych i dostarczają niezbędnych raportów w przypadku urzędowych kontroli. My, jako twórca platformy wspierającej elektronizację zamówień publicznych, stale dostosowujemy nasz system nie tylko do oczekiwań tysięcy użytkowników, ale także do wszelkich nowości i zmian w prawie. Wszystko po to, aby technologia nie przeszkadzała, a ułatwiała codzienne działania – tłumaczy Magdalena Szmalec, Business Director w Marketplanet, firmie dostarczającej platformę eZamawiający.

Nowe przepisy, nowe działy?

Zmian w prawie jest naprawdę dużo. Część z nich sprawi, że na specjalistów ds. zamówień publicznych spadną nowe obowiązki. Jednym z takich obowiązków będzie udostępnianie złożonych przez wykonawców ofert na stronie zamawiającego oraz przekazywanie do Biuletynu Zamówień Publicznych informacji na temat złożonych ofert tuż po ich otwarciu. W Biuletynie Zamówień Publicznych oraz na stronie zamawiającego będzie musiał znaleźć się również plan zamówień publicznych oraz jego aktualizacje.

Największe zmiany poza obowiązkową elektronizacją zamówień poniżej progów unijnych wiążą się jednak z objęciem obowiązkiem publikacji w Biuletynie Zamówień Publicznych i na stronach zamawiającego ogłoszeń o zamówieniu dotyczących przetargów o wartości już powyżej 50 tysięcy.

– To duża zmiana, dotykająca większości „dużych” zamawiających, którzy dotychczas udzielanie zamówień nieobjętych ustawą Pzp powierzali komórkom merytorycznym i którzy udzielają wiele zamówień o wartości powyżej 50 tysięcy a mniejszej niż 130 tysięcy. W sytuacji, w której dla tych zamówień wymagane jest generowanie sformalizowanego ogłoszenia o zamówieniu w Biuletynie Zamówień Publicznych i stosowanie regulacji, rozwiązań i zasad z postępowań przetargowych, trudno będzie pozostawić udzielanie tego typu zamówień w różnych komórkach. Konieczne będzie wprowadzenie rozwiązań zapewniających zamawiającym udzielanie przedmiotowych zamówień na ujednoliconych dokumentach przez specjalistów obeznanych z prawiem i technologiami. Wyodrębnienie osobnych działów zajmujących się przeprowadzaniem procedur dla zamówień o wartości 50-130 tysięcy w takiej sytuacji wydaje się jednym z lepszych rozwiązań, ale to już jest indywidualna kwestia każdego zamawiającego – mówi Marcin Stańczak, st. specjalista ds. zamówień publicznych w Centrum Nauki Kopernik.

Jedno jest pewne – pracy w takich działach nie zabraknie. Tym bardziej że nowe prawo wymaga także tego, aby przed przystąpieniem do przetargu przygotować ocenę opłacalności konkretnego zakupu.

– Obowiązek dotyczy zamówień o wartości powyżej tzw. progów unijnych, ale reguła efektywności dotyczy wszystkich zamówień. Zamawiający przed udzieleniem zamówienia powinien dokonać m.in. oceny opłacalności, zasadności wydatkowania środków publicznych. Z dokonanej oceny może np. wynikać, że bardziej opłacalne ekonomicznie, ale i jakościowo będzie nabycie np. nowego urządzenia, aplikacji lub oprogramowania, niż naprawianie bądź aktualizacja już posiadanego. W mojej ocenie zaproponowane rozwiązania w nowej ustawie to pozytywne zmiany – dodaje Marcin Stańczak.

Specjaliści do zadań specjalnych?

Pracowników działów zamówień publicznych czeka zatem wiele nowości. Jak się do nich przygotować? Na pewno pomogą szkolenia oraz wprowadzenie nowych wewnętrznych procedur i regulaminów, które określą zasady pracy przy organizacji przetargów oraz odpowiedzialności poszczególnych jednostek.

Ważne są też umiejętności samych specjalistów. Ankietowani cytowani w raporcie na temat rynku pracy w zamówieniach publicznych przyznają, że najwyżej cenionymi kompetencjami w działach zakupów są te prawnicze, a także organizacyjne i technologiczne.

– Regularnie prowadzimy praktyczne warsztaty dla organizacji publicznych, przybliżające zagadnienia nowego prawa oraz możliwości narzędzi informatycznych. Widzimy, że wprowadzane przepisy budzą bardzo wiele pytań i wątpliwości. Zaplecze prawnicze natomiast sprawia, że zamawiającym łatwiej zrozumieć zawiłości ustawy i dostrzec korzyści, jakie płyną z jej wprowadzenia – komentuje Magdalena Szmalec z Marketplanet.

Zmiany czekające organizacje publiczne oraz firmy biorące udział w przetargach publicznych otwierają nowe możliwości pracy dla specjalistów w tej dziedzinie. A tych już teraz brakuje. Według wspomnianego raportu aż 59% zamawiających i 35% wykonawców ma problem z rekrutacją pracowników i jednocześnie potrzeby powiększenia zespołów zajmujących się przetargami. Ta tendencja zapewne pogłębi się w 2020 roku.

Zachętą dla kandydatów do pracy mogą być ciekawe możliwości, jakie niesie ze sobą uczestniczenie w ważnym procesie cyfryzacji przetargów – poznanie narzędzi technologicznych oraz szansa na współtworzenie nowej organizacji pracy działów. To istotne kompetencje, które mogą zaprocentować w przyszłości i wpłynąć pozytywnie na całą ścieżkę kariery.

VII Międzynarodowy Kongres Firm Rodzinnych 16-17 marca 2020, Poznań

Firmy rodzinne to ostatnia ostoja kapitału prywatnego w Polsce! Dlatego STAWKA jest ogromna w obliczu trwającej masowo zmiany pokoleniowej biznesu. Mija 30 lat od przemian ustrojowych, w wielu firmach dochodzi do przekazywania rodzinnego biznesu w ręce młodego pokolenia. W niejednym przedsiębiorstwie pada pytanie: „Co dalej?’’ – mówi dr Adrianna Lewandowska, Prezes Instytutu Biznesu Rodzinnego, inicjatorka Kongresu.

Jak sprostać odpowiedzialności stojącej przed każdą rodziną biznesową? Jak przygotować firmę rodzinną na nowe wyzwania w 2020 roku? Odpowiedzi na te pytania udzielą WŁAŚCICIELE znanych firm rodzinnych z Polski i zagranicy, 16 i 17 marca podczas VII Międzynarodowego Kongresu Firm Rodzinnych w Poznaniu.

Wśród prelegentów znajdują się uznani przedsiębiorcy i eksperci zagraniczni tacy jak m.in.: Carl Elsener Junior (CEO Victorinox AG) i jego żona Veronica Elsener (dyrektor Marketingu, Członek Zarządu Victorinox AG) oraz prof. Alfredo de Massis z Lancaster University, a także przedstawiciele znanych polskich firm rodzinnych Justyna Frankowska (członek Zarządu ds. Handlu i Marketingu, Grupa Kapitałowa Graal S.A.), Bogusław Kowalski (Prezes Zarządu Grupy Kapitałowej Graal S.A.), Barbara Woźniak (Prezes Ovotek, pełnomocnik Zarządu Fermy Drobiu Woźniak), Michał Kreczmar (dyrektor w zespole ds. Transformacji cyfrowej PwC), Izabela Wisłocka (manager w zespole ds. Transformacji cyfrowej PwC).

Wśród podejmowanych tematów pojawią się:

  • Balans elementów ekonomicznych i emocjonalnych jako grunt pod budowę konkurencyjności przedsiębiorstw rodzinnych.
  • Droga rozwoju firmy rodzinnej i rodziny biznesowej. Czy musi być trudna i zawiła?
  • Dlaczego cele rodzin właścicielskich nie ograniczają się do ekonomii? Wspólne wartości jako spoiwo łączące pokolenia, czyli zarządzanie przez wartości.
  • Przedsiębiorcy sadzą drzewa, które żyją dłużej niż oni – jak przekazać sukcesorowi to, co najważniejsze w biznesie rodzinnym?
  • Rodzinny charakter firmy i jego wpływ na jej zrównoważony rozwój.
  • Wieloaspektowa współodpowiedzialność rodziny właścicielskiej. Stawka jest większa niż biznes!

Ponadto na uczestników czekają inspirujące dyskusje i spotkania z ekspertami. Okazja do nawiązywania ciekawych biznesowych relacji.

Decyzje i wybory dzisiejszych przedsiębiorców wpływają nie tylko na rodzinę, lecz również na samą firmę, a poprzez nią na społeczeństwo. Wartości i cele większości rodzin właścicielskich nie ograniczają się do ekonomii. A jak jest w Twoim przypadku? Czy bierzesz odpowiedzialność za więcej niż tylko Twój biznes?

Dołącz do grona przedsiębiorczych rodzin i skorzystaj z wiedzy doświadczonych ekspertów. Poznaj zagraniczne trendy i znajdź inspiracje do dalszego rozwoju Twojej firmy rodzinnej. Zapisy na Kongres trwają:  www.kongresfirmrodzinnych.pl

FC Barcelona pobija rekord. W sezonie 2018/2019 wygrywa „Football Money League”

FC Barcelona po raz pierwszy w historii stanęła na czele klubów piłkarskich o największych przychodach na świecie. W sezonie 2018/2019 przychody hiszpańskiego giganta były rekordowe i wyniosły prawie 841 mln euro. Na drugim miejscu znalazł się ubiegłoroczny zwycięzca, czyli Real Madryt, a na trzecim Manchester United. Przychody dwudziestki największych futbolowych potęg wyniosły 9,3 mld euro, o 11 procent więcej niż rok wcześniej. To najważniejsze wnioski z 23. edycji raportu „Football Money League”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.

Aby znaleźć się w zestawieniu trzeba było przekroczyć poziom przychodów co najmniej 207 mln euro. Największy udział w tej kwocie mają przychody z transmisji, stanowiące 44 proc. Umiejętność wzbudzenia zainteresowania reklamodawców jest czynnikiem wyróżniającym czołówkę rankingu (kluby tradycyjnie współzawodniczące w Lidze Mistrzów UEFA). Co ciekawe, choć przedłużająca się nieobecność w rozgrywkach UEFA, a zwłaszcza w Lidze Mistrzów, może znacząco wpłynąć na stan finansów, kluby z czołówki są mniej niż pozostałe uzależnione od przychodów z transmisji.

Wzrost branży piłkarskiej wciąż wyprzedza inne sektory, a jak przewidujemy w niedalekiej przyszłości 20 najlepszych klubów Money League będzie  w stanie wygenerować ponad 10 mld euro łącznego przychodu – mówi Dan Jones, Partner w Sports Business Group w Deloitte. – Co więcej, w tej edycji Money League wyraźnie widać kontynuację wyodrębnienia naszego rankingu na „podrankingi”, w miarę jak rośnie przepaść między klubami z czołówki a resztą – dodaje. Pierwsza piątka zestawienia, czyli: FC Barcelona (840,8 mln euro), Real Madryt (757,3 mln euro), Manchester United (711,5 mln euro), Bayern Monachium (660,1 mln euro) oraz Paris Saint-Germain (635,9 mln euro) ma wyższe łączne przychody niż 11 klubów, które zajęły miejsca od 10 do 20 razem wziętych.

Hiszpańskie kluby znowu bezkonkurencyjne

Na pierwszym miejscu po raz pierwszy w historii zestawienia znalazła się FC Barcelona. „Duma Katalonii” jest jednocześnie pierwszym klubem, który złamał barierę 800 mln euro przychodów. Od drugiego w kolejności Realu Madryt dzieli ją aż 83,5 mln euro, co jest największą różnicą w historii Football Money League.

Wzrost przychodów FC Barcelony można w dużej mierze przypisać zmianie podejścia klubu do swojej działalności, przy czym głównym czynnikiem jest decyzja o przejęciu od partnerów zewnętrznych działań handlowych i licencyjnych. Dało to klubowi dodatkową kontrolę nad promocją i sprzedażą jego produktów oraz możliwością raportowania tych przychodów w ujęciu brutto, a nie netto.  – Barca jest wyraźnym przykładem klubu dostosowującego się do zmieniających się warunków rynkowych, zmniejszającego zależność od przychodów z transmisji i skupiającego się na rosnących dochodach pozostających pod jego kontrolą. Działalność komercyjna klubu wygenerowała 383,5 mln euro przychodów, co stanowi więcej niż całkowity przychód klubu z 12. miejsca – mówi Dan Jones. – Biorąc pod uwagę, że w sezonie 2019/20 klub spodziewa się dalszego wzrostu przychodów komercyjnych o 30 mln euro i całkowitych przychodów w wysokości prawie 880 mln euro, oczekujemy, że utrzyma najwyższe miejsce w przyszłorocznej edycji. FC Barcelona jest na dobrej drodze, aby zostać pierwszym klubem Money League o wartości 1 mld euro w nadchodzących latach – dodaje.

Osłabiony Manchester United

Premier League tradycyjnie ma największą reprezentację w Deloitte Money League. W tym roku w zestawieniu znalazło się osiem angielskich klubów.

Najwyżej, bo na trzecim miejscu znalazł się Manchester United z przychodami w wysokości 721,5 mln euro, ale ze względu na brak kwalifikacji do Ligi Mistrzów, klub prognozuje przychody w wysokości 560–580 mln funtów w sezonie 2019/20. Spowoduje to prawdopodobnie, że „Czerwone Diabły” nie obronią tegorocznej pozycji. Najbliżsi krajowi rywale Manchester United, czyli Manchester City i Liverpool, osiągnęli przychody w wysokości odpowiednio 610,6 mln euro i 604,7 mln euro. Długofalowe ambicje Liverpoolu dotyczące znalezienia się w pierwszej piątce zestawienia w przyszłych edycjach nie są nierealne, szczególnie jeśli klub może czerpać z ostatnich sukcesów na boisku w Premier League i wygrać Ligę Mistrzów UEFA 2019.

Z kolei Tottenham Hotspur zajmuje ósme miejsce w tegorocznej Money League. Jest to najwyższa pozycja drużyny, która wyprzedziła Arsenal i Chelsea. Przychody Spurs wzrosły o 21 proc. do 521,1 mln euro, co w dużej mierze można przypisać zwiększonym przychodom od nadawców i źródeł komercyjnych po sezonie, w którym klub awansował do finału Ligi Mistrzów i przeniósł się na stadion Tottenham Hotspur.

Arsenal spadł z 9. na 11. miejsce, co jest efektem nieobecności klubu w Lidze Mistrzów drugi sezon z rzędu. W rezultacie liczba drużyn Premier League w pierwszej dziesiątce spadła do pięciu w tym roku, z rekordowej liczby sześciu w poprzednim roku. – Wpływ uczestnictwa w rozgrywkach UEFA na przychody wyraźnie widać w przypadku Londynu i North West. Dzięki wejściu do rozgrywek pucharowych Ligi Mistrzów w górę idą Liverpool, Manchester City i Spurs. Spadek Arsenalu wynika z nieobecności klubu w rozgrywkach już drugi sezon z rzędu. Być może ten sam los czeka Manchester United – mówi Sam Boor, starszy menedżer w Sports Business Group w Deloitte.

Reszta świata

Poza Premier League kluby z innych „wielkich pięciu” lig piłkarskich – francuskiej Ligue 1, hiszpańskiej La Ligi, niemieckiej Bundesligi i włoskiej Serie A również znajdują się w pierwszej dwudziestce. Sezon 2018/19 przyniósł imponujący dwucyfrowy wzrost we wszystkich kanałach przychodów dla Paris Saint-Germain. Francuski klub awansował na piąte miejsce w Money League i jest to najwyższa pozycja od sezonu 2014/15. Klub wygenerował 363,4 mln euro przychodów komercyjnych, drugi najwyższy wynik w historii Money League. Ma to związek z podpisaniem umów z pięcioma nowymi partnerami i przedłużeniem umów z sześcioma światowymi markami.

Juventus Turyn odzyskał 10. miejsce w tegorocznym rankingu, ponieważ jego przychody wzrosły o 17 proc. do 459,7 mln euro. Pojawienie się w drużynie Cristiano Ronaldo, który jako jedyny ma więcej obserwujących na Instagramie niż Real Madryt i FC Barcelona łącznie, zwiększył komercyjny urok włoskiego klubu. W rezultacie Juve odnotowało wzrost przychodów komercyjnych częściowo ze względu na wzrost widoczności marki w sezonie 2018/19. – Skład 20 najlepszych klubów pozostaje stosunkowo stabilny. W tegorocznej edycji pojawiły się dwie nowe drużyny – Olympique Lyonnais na 17. miejscu, a SSC Napoli na 20. miejscu. Oba kluby poczyniły postępy w rozgrywkach klubowych UEFA i skorzystały z nowej i bardziej lukratywnej dystrybucji funduszy UEFA, która weszła w życie w 2018/19. Po raz pierwszy każdy klub w naszej pierwszej dwudziestce osiągnął przychody w wysokości ponad 200 milionów euro – mówi Sam Boor.

Jedynymi klubami spoza „wielkiej piątki” w pierwszej 30. są Ajax na 23. pozycji (199,4 mln euro), Benfica na 24. (197,6 mln euro), Zenit Saint Petersburg na 28. (180,4 mln EUR) i FC Porto 29. (176,2 mln EUR) , co dodatkowo odzwierciedla znaczący wpływ udziału w rozgrywkach klubowych UEFA na generowanie przychodów na tych rynkach.

Przyszłość pod znakiem zapytania

W ciągu ostatnich pięciu lat łączne przychody z transmisji 20 najlepszych klubów wzrosły o 11 proc., co stanowi najwięcej ze wszystkich źródeł przychodów. Nie jest całkiem pewne, czy największe ligi piłkarskie świata osiągnęły już maksimum wartości przychodów z praw transmisji, gdyż zasadniczo kluby nie są w stanie kontrolować ich wysokości. Aby móc nadal zwiększać poziom przychodów, kluby muszą skupić się na maksymalizacji wpływów z tych źródeł, nad którymi mają największą kontrolę.  Problem polega na tym, jak to zrobić w sytuacji, kiedy rynek piłkarski robi się coraz bardziej nieprzewidywalny.

Szesnastka, wylosowana w Lidze Mistrzów w sezonie 2019/20, składa się, podobnie jak Money League, wyłącznie z zespołów z „wielkiej piątki” lig europejskich.  W tej grze kluczowi interesariusze będą świadomi ciągłej nieprzewidywalności wyników jako najważniejszego czynnika, decydującego o długoterminowej, trwałej wartości – podsumowuje Sam Boor.

Po interwencji Rzecznika MŚP Naczelnik Urzędu Skarbowego w Białymstoku wycofał się z egzekucji z domu rodzinnego przedsiębiorcy

Egzekucja z domu rodzinnego przedsiębiorcy, w sytuacji gdy wskazał on inny majątek, z którego może zaspokoić się wierzyciel jest sprzeczna z zasadą proporcjonalności i budzenia zaufania do organów administracji publicznej wyrażonymi w Konstytucji Biznesu.

Naczelnik Urzędu Skarbowego w Białymstoku po skutecznej interwencji Rzecznika MŚP, Biuro w Białymstoku, wydał korzystne dla przedsiębiorcy postanowienie w przedmiocie zwolnienia  z egzekucji domu rodzinnego zamieszkałego przez wielopokoleniową, dziesięcioosobową rodzinę.

Sprawa dotyczyła wszczęcia i prowadzenia egzekucji z domu przedsiębiorcy, będącego jednocześnie wspólnikiem spółki jawnej, w sytuacji gdy dysponował on łącznie z innymi zobowiązanymi solidarnie wspólnikami majątkiem komercyjnym, służącym do prowadzenia działalności gospodarczej o wartości kilkukrotnie przewyższającej kwotę należną wierzycielowi. Zadłużenie przedsiębiorcy wynikło z niepowodzenia biznesowego przedsięwzięcia, a w konsekwencji konieczności zwrotu pozyskanego dofinansowania ze środków pomocowych.

Organ egzekucyjny, na skutek złożonego wniosku o zwolnienie z egzekucji  domu, wydał postanowienie o odmowie zwolnienia. Przedsiębiorca zaskarżył to postanowienie, jednak także organ drugiej instancji oraz WSA nie dopatrzyły się przesłanek do zwolnienia domu z egzekucji, tj. ważnego interesu zobowiązanego i wykazania przez przedsiębiorcę innego majątku. Organ dokonał zajęcia, opisu i oszacowania domu przedsiębiorcy, nie podejmując żadnych czynności względem pozostałego majątku ujawnionego w oświadczeniach.

Rzecznik MŚP przystąpił do postępowania wszczętego na skutek ponownego wniosku o zwolnienie z egzekucji domu. Rzecznik MŚP wskazał  na naruszenie zasady proporcjonalności i budzenia zaufania do organów administracji publicznej, ponieważ przedsiębiorca w złożonych oświadczeniach podał, iż jest współwłaścicielem kilku innych nieruchomości związanych z prowadzoną przez niego działalnością. Organ  nie rozważył możliwości zaspokojenia z 3 nieruchomości o charakterze komercyjnym, których współwłaścicielami są wspólnicy pierwotnie zobowiązanej spółki jawnej. Rzecznik w swoim stanowisku wskazał ponadto, że wybrany przez organ środek egzekucyjny charakteryzuje się najwyższym stopniem uciążliwości, a mimo to z sumy uzyskanej z licytacji  wierzyciel nie będzie mógł zaspokoić się w całości.

W dniu 13 grudnia 2019 r. organ wydał postanowienie, w którym uwzględnił stanowisko Rzecznika MŚP o konieczności doboru takiego środka egzekucyjnego, który pozwoli na zaspokojenie wierzyciela a jednocześnie będzie charakteryzował się najniższą uciążliwością dla zobowiązanego. Organ postanowił o zwolnieniu domu rodzinnego przedsiębiorcy z egzekucji do czasu przeprowadzenia czynności egzekucyjnych z wskazanej  nieruchomości komercyjnej.

Takie rozstrzygnięcie stanowi o poszanowaniu nie tylko Konstytucji Biznesu, ale też podstawowych praw obywatela, tj. prawa do poszanowania prywatności i prawa  przedsiębiorcy do niezakłóconego życia rodzinnego.

Jak prawidłowo przygotować PIT-11 dla pracownika? Zmiany i nowe druki dla pracodawcy

Do końca stycznia pracodawcy mają czas na dostarczenie w formie elektronicznej PIT-11 do urzędu skarbowego. Duża część przedsiębiorców pozostawia zwykle dopełnienie obowiązku przekazania informacji o dochodach pracownikom na ostatni moment. W tym roku duża ilość zmian w przepisach powinna skłonić do wcześniejszego wypełnienia PIT-11. Jak podkreślają eksperci z firmy e-file, złożenie wymaganych dokumentów dopiero w lutym może skończyć się dla firmy karą grzywny.

PIT-11 za 2019 r. w pigułce:

  • PIT-11 do urzędu skarbowego tylko elektronicznie – do 31.01.2019!
  • zmiany w PIT-11: ulga dla młodych
  • udostępnienie PIT-11 pracownikowi w intranecie – tylko za zgodą pracownika
  • czynny żal może uchronić pracodawcę od kary grzywny za przekroczenie terminu

E-podpis potrzebny do PIT-11?

Pracodawcy, podobnie jak w zeszłym roku, mają czas do końca stycznia na dostarczenie PIT-11 za pracowników do urzędu skarbowego wyłącznie w wersji elektronicznej. Dotyczy do wszystkich firm – małych, zatrudniających do pięciu pracowników, jak i korporacji. – Płatnik będący osobą fizyczną, który wysyła tę informację do urzędu skarbowego, nie musi korzystać z e-podpisu wystarczającym jest dla niego zestaw danych autoryzujących. Pozostali płatnicy (np. spółka z o.o.) muszą nabyć w tym celu e-podpis – wyjaśnia Artur Kaczmarek, ekspert z firmy e-file, twórcy aplikacji „e-pity Płatnika” do wypełniania deklaracji podatkowych.

W minionym roku, miesiąc przed upływem ostatecznego terminu składania informacji PIT-11, co druga firma nie była gotowa na jej elektroniczne dostarczenie do urzędu skarbowego*. Dziś świadomość pracodawców jest o wiele większa, jednak firmy stoją przed nowymi wyzwaniami:

  • rozliczenie ulgi dla młodych, która zaczęła obowiązywać od 1 sierpnia 2019 r.
  • krótki czas na wypełnienie wszystkich dokumentów – minister finansów udostępnił nowe wzory formularzy PIT w połowie grudnia 2019 r.

Ulga dla młodych – tylko w wersji 25

W PIT-11 znajdują się informacje dotyczące dochodów uzyskanych w minionym roku oraz o zaliczkach na podatek, które pracodawca (płatnik) wpłacił do skarbówki. Każdej osobie fizycznej taka informacja jest potrzebna, by do końca kwietnia br. rozliczyć się z fiskusem. Istotne jest również, by informacje o dochodach zamieścić w najnowszej wersji PIT-11 udostępnionej przez Ministerstwo Finansów. – Tylko nowa wersja druku PIT-11 (wersja 25 za 2019/2020) dostępna na stronie podatki.gov.pl lub platnik.e-pity.pl uwzględnia wprowadzone od 1 sierpnia 2019 roku zwolnienie z PIT dla osób do ukończenia 26 lat. W prawym dolnym rogu każdego formularza można sprawdzić, czy wypełniamy właściwą wersję tegoroczna aktualizacja ma numer 25. Jeśli pracodawca użyje zeszłorocznego formularza, jego młody pracownik może mieć problem z właściwym rozliczeniem swojego PIT-a – wyjaśnia Artur Kaczmarek, ekspert z firmy e-file.

Informacja PIT-11 powinna zostać przekazana do urzędu skarbowego właściwego dla miejsca zamieszkania pracownika. Pracodawca ma obowiązek przekazania PIT-11 zarówno do urzędu skarbowego, jak i do pracownika. Podwładnemu można ją przekazać elektronicznie lub wydrukowaną w terminie do 2 marca 2020 roku. To pracodawca, a nie pracownik, decyduje o formie elektronicznej lub papierowej przekazania PIT-11.

PIT-11 w intranecie – tylko za zgodą pracownika

Wybierając elektroniczną formę przekazania PIT-a, pracodawca zazwyczaj przesyła dokument na e-mail pracownika. Coraz więcej firm decyduje się udostępniać PIT-11 w intranecie, czyli na służbowych platformach elektronicznych, do których dostęp ma tylko zalogowany pracownik. – Aktualnie organy urzędów skarbowych stoją na stanowisku, że udostępnianie  informacji PIT-11 przez intranet jest dopuszczalne, ale tylko za zgodą pracownika. To dlatego proces ten może wydawać się bardziej skomplikowany i czasochłonny dla pracodawcy. Wygodniejszą i bezpieczniejszą formą jest stworzenie profilu w systemie do odbierania deklaracji PIT na odbierz-pit.pl. System automatycznie wysyła pracownikom mailem lub na numer telefonu PIT-y, a pracodawca otrzymuje potwierdzenie odbioru deklaracji – wyjaśnia Artur Kaczmarek.

Czynny żal uchroni firmę od grzywny

Należy pamiętać, że złożenie informacji PIT-11 przez pracodawcę po terminie jest wykroczeniem skarbowym. Grozi za nie grzywna, którą orzeka sąd lub uprawniony urzędnik skarbowy w postępowaniu mandatowym. W przypadku, gdy informacja PIT-11 nie została dostarczona do urzędu skarbowego w wyznaczonym terminie, należy tego dokonać niezwłocznie, a do informacji pracodawca może dołączyć czynny żal. Jednak jest on skuteczny tylko w przypadku, gdy dopełniono czynności będącej czynem karalnym iw chwili złożenia wniosku organ skarbowy nie mógł być świadomy popełnionego czynu. Zaniedbanie należy zatem uzupełnić jak najszybciej.

* Badanie zostało zrealizowane metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel na zlecenie e-file – twórcy aplikacji e-pity Płatnika. W ramach badania przeprowadzono 506 ankiet pracodawców.

Stanowisko ZPP ws. projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyrobów konsumentów

Nie ulega wątpliwości, że nadwaga i będąca jej konsekwencją otyłość stanowi problem, z którym rozwinięte społeczeństwa muszą się zmierzyć. Jak wynika z dostępnych badań, kłopoty z wagą dotyczą ponad połowy dorosłych i co ósmego dziecka w Polsce, zaś skala tego negatywnego zjawiska rośnie. Wydaje się, że nie istnieje żadna instytucja obecna w debacie publicznej, która podważałaby konieczność prowadzenia działań profilaktycznych, uświadamiających konsumentów i stymulujących ich zwrot w stronę zdrowego stylu życia i racjonalnej diety. Takie podejście jest jednak z gruntu sprzeczne z dużo bardziej inwazyjną możliwością, jaką jest podejmowanie próby wywierania ekonomicznego nacisku na społeczeństwo w celu zniechęcenia go do produktów uznanych za „niezdrowe”. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców opowiada się za zdrowym rozsądkiem i prowadzeniem wszelakiego rodzaju akcji promocyjnych i profilaktycznych. Uważamy również, że słusznym kierunkiem jest np. reformulacja składów poszczególnych produktów w celu zredukowania zawartości cukru. Zdecydowanie jednak sprzeciwiamy się próbom wykorzystywania narzędzi podatkowych do kształtowania nawyków żywieniowych Polaków. Jesteśmy przekonani, że tego rodzaju działania są nieskuteczne i uderzają w najmniej zamożne grupy konsumentów, które wskutek ich realizacji będą prawdopodobnie wybierać w sklepie tańsze produkty gorszej jakości. Między innymi z tego powodu projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w związku z promocją prozdrowotnych wyborów konsumentów oceniamy zdecydowanie negatywnie.

W pierwszej kolejności należy zaznaczyć, że w naszym przekonaniu rozwiązania zaproponowane w projekcie mają w istocie cele wyłącznie fiskalne. Projektodawca nie zaproponował żadnego spójnego podejścia do promowania zdrowego trybu życia i zrównoważonej diety, choćby za pomocą „twardszych” środków, niż byśmy sobie tego życzyli. To, co znajduje się w dokumencie, to propozycja punktowego wprowadzania dodatkowych obciążeń w odniesieniu do trzech kategorii produktów i usług: napojów zawierających cukier lub substancje słodzące, napojów alkoholowych sprzedawanych w opakowaniach o pojemności mniejszej niż 300 ml, oraz reklam suplementów diety. Każdy z tych trzech obszarów, jeśli miałby być przedmiotem jakiejkolwiek regulacji, powinien być traktowany indywidualnie i stać się przedmiotem osobnych procesów legislacyjnych. Trudno jest bowiem znaleźć racjonalny wspólny mianownik, który by je łączył. O koncepcji „podatku cukrowego” mówiono już od dłuższego czasu. Teoretycznie zatem pojawienie się ostatecznie projektu, który zawiera tę propozycję, nie jest dużym zaskoczeniem. Wziąwszy jednak pod uwagę fakt, że w Narodowej Strategii Onkologicznej termin wprowadzenia podatku określony został na rok 2022, tego rodzaju pośpiech może budzić zdziwienie. Szczególnie, jeżeli projekt pojawia się nagle 20 grudnia, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, i jest wzbogacony o regulacje odnoszące się do sprzedaży alkoholu sprzedawanego w opakowaniach o niewielkich pojemnościach („małpek”), czy też reklam suplementów diety, sprowadzone de facto do opodatkowania tej sprzedaży i tych reklam, to trudno nie dostrzegać w tym logiki szukania dodatkowych źródeł wpływów do budżetu. Wygląda bowiem na to, że do przygotowywanego od jakiegoś czasu projektu ustawy wprowadzającego podatek cukrowy „doklejono” naprędce podatek od reklam suplementów diety i sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o niewielkich pojemnościach. Świadczyć może o tym choćby lektura uzasadnienia do projektu, w którym na 23 strony analizy kwestii opodatkowania napojów słodzonych cukrem i/lub innymi substancjami słodzącymi, przypada 3,5 strony wyjaśnień dotyczących podatku od reklamy suplementów diety oraz zaledwie jedna strona poświęcona podatkowi od sprzedaży „małpek”.

Co istotne, trudno jest na tych 4,5 strony znaleźć jakiekolwiek argumenty uzasadniające wprowadzenia tych podatków. W sekcji dotyczącej podatku od reklam suplementów diety stwierdzono w istocie, że największym problemem związanym z tym rynkiem jest niewystarczający poziom wiedzy i świadomości konsumentów, którzy próbują zastąpić suplementami zrównoważoną dietę. Nietrudno jest dojść do wniosku, że wprowadzanie nowego podatku w żaden sposób tego problemu nie rozwiązuje. W praktyce, jedyną konsekwencją wprowadzenia podatku od reklam suplementów diety będzie wzrost cen tych produktów – również dla ludzi, którzy suplementacji faktycznie potrzebują z uwagi na indywidualne uwarunkowania zdrowotne. W projekcie nie ma mowy o wprowadzeniu jakichkolwiek mechanizmów zwiększających poziom wiedzy Polaków dotyczących suplementów diety i ich prawidłowego stosowania. Przedstawiony dokument zakłada proste obciążenie podatkowe arbitralnie wybranej, wąskiej grupy usług i w tym zakresie jest oczywiście nieakceptowalny. Fakt, iż projektodawca zidentyfikował w uzasadnieniu do projektu określoną grupę deficytów dotyczących rynku suplementów, a następnie w ogóle jej nie zaadresował, musi budzić zdziwienie. W rezultacie, projektowana regulacja w tym zakresie uderzy w dwie kategorie podmiotów – pacjentów, którzy więcej zapłacą w aptekach, oraz producentów z sektora MSP, którzy skutki podwyżek cen usług reklamowych odczują wyjątkowo dotkliwie.

W sekcji poświęconej podatkowi od „małpek” twierdzi się, że ograniczenie dostępności ekonomicznej napojów alkoholowych może być jedną z najskuteczniejszych metod ograniczania nadmiernego spożywania alkoholu. Nie przedstawiono żadnych analiz uzasadniających wprowadzenie obciążenia na poziomie akurat 1 zł za jedno sprzedane opakowanie, nie podniesiono kwestii odpowiedniej profilaktyki, działań ukierunkowanych na poprawę kultury picia alkoholu etc. Z powyższego wynika wniosek, że nawet pobieżna lektura uzasadnienia do projektu każe przypuszczać, że jego cele są przede wszystkim fiskalne.

Tymczasem zarówno projektodawca, jak i przedstawiciele innych instytucji, popierający zawarte w nim rozwiązania, starają się podkreślać, że celu fiskalnego nie ma, ponieważ środki z tytułu podatku od napojów będą trafiać bezpośrednio do Narodowego Funduszu Zdrowia. Taka argumentacja ma kilka słabości. Pierwsza z nich wynika z faktu, iż projekt zakłada wprowadzenie nie tylko podatku od napojów słodzonych cukrem i/lub innymi substancjami słodzącymi, lecz również dwóch pozostałych wymienionych wyżej podatków. Z tytułu zatem podatku od sprzedaży napojów alkoholowych w opakowaniach o pojemności mniejszej niż 300 ml, wpływy trafiać będą po 50% do NFZ i do budżetów samorządów. Wpływy z tytułu dwóch pozostałych podatków faktycznie mają trafiać do Funduszu, jednak nie wyklucza to w żadnym stopniu fiskalnego celu projektu. W 2018 roku Fundusz uzyskał 1,8 mld zł dotacji z budżetu państwa. W grudniu 2017 roku przyznano 1 mld zł dotacji, zaś zaledwie kilka dni po opublikowaniu omawianego projektu ustawy podano do informacji publicznej wiadomość, że do Funduszu trafiło niemal 2,7 mld zł dotacji budżetowej. Do NFZ trafia zatem rokrocznie strumień pieniędzy pochodzący bezpośrednio z budżetu państwa. Tłumaczenie zatem, że projekt nie ma celu fiskalnego, ponieważ środki zasilą Fundusz, jest zatem tyleż sprytne, co bałamutne, ponieważ ruch taki może spowodować po prostu brak konieczności dodatkowego wspierania NFZ przez budżet państwa, ergo – niższe wydatki.

Podkreślenia wymaga, że pomimo konsekwentnego stosowania przez projektodawcę określenia „opłata”, proponowane daniny są w istocie podatkami. Opłatę z podatkiem różni kilka cech, m.in. fakt, że są to świadczenia pieniężne, przymusowe i bezzwrotne, jednak różni je jeden kluczowy przymiot – o ile podatek jest świadczeniem nieodpłatnym, o tyle opłata przeciwnie, stanowi świadczenie odpłatne. Oznacza to, że konsekwencją uiszczenia opłaty jest realizacja jakiegoś świadczenia ekwiwalentnego, podczas gdy z opłaceniem podatku nie wiąże się obowiązek żadnego konkretnego świadczenia po stronie związku publicznoprawnego. W żadnym fragmencie projektu nie zwrócono uwagi na żadne świadczenie zwrotne, które mogłoby wynikać z opłacenia opłaty (trudno zresztą sobie takie świadczenie wyobrazić, skoro płatnikami mają być podmioty sprzedające towary objęte „opłatami”, oraz świadczące usługę reklamy suplementów diety, podczas gdy regulacja ma kształtować zachowania konsumentów, ponoszących jednakże finansowy ciężar proponowanych rozwiązań). Z punktu widzenia formalnego zatem, przedmiotem omawianego projektu jest wprowadzenie nowych podatków, a nie opłat, tym samym teoretycznie jego „gospodarzem” powinien być Minister Finansów, a nie Minister Zdrowia. Ten szczegół nie stanowi jednak kluczowego problemu związanego z proponowanymi rozwiązaniami – tym jest bowiem potencjalny brak ich skuteczności, przy jednoczesnym szerokim zakresie negatywnych skutków.

Kluczowym elementem projektu jest wprowadzenie przytoczonego już „podatku cukrowego”, czyli w polskiej wersji podatku od napojów z zawartością cukru bądź substancji słodzących. Zgodnie z zaproponowanymi przepisami, przedmiotem opodatkowania zostać ma produkcja, import lub dokonanie wewnątrzwspólnotowego nabycia napojów z dodatkiem substancji o właściwościach słodzących (monosacharydy, disacharydy, oligosacharydy, środki spożywcze zawierające te substancje oraz substancje słodzące, o których mowa w rozporządzeniu PE i Rady (WE) nr 1333/2008 w sprawie dodatków do żywności) lub aktywnych (kofeiny, tauryny oraz guarany). Trudno określić, z jakiego powodu ustawodawca zdecydował się obciążyć nową daniną również dodatki w postaci substancji aktywnych – w uzasadnieniu nie zawarto w tym zakresie przekonujących argumentów.

Stawka podatku uzależniona jest od liczby substancji słodzących – w przypadku dodatku jednej substancji wynosi ona 0,70 zł za litr napoju, zaś w przypadku dodatku więcej niż jednej substancji wynosi 0,80 zł za litr. Podatek obciążający napoje zawierające substancje o właściwościach aktywnych wynosi 0,20 zł za litr napoju. Taka konstrukcja podatku budzić musi wiele wątpliwości. Przede wszystkim, podatkiem obciążone są nie tylko napoje zawierające cukier, lecz również napoje zawierające inne substancje słodzące (słodziki). Jest to rozwiązanie o tyle zaskakujące, że skoro celem projektu ma być zmniejszenie ilości spożywanego przez Polaków cukru, to dostępność alternatywy w postaci zawierających niskokaloryczne substancje słodzące napojów pozbawionych cukru i wartości energetycznej wydaje się być zjawiskiem całkowicie korzystnym i pożądanym. Tymczasem projekt zakłada nie tylko opodatkowanie napojów niezawierających cukru, a zawierających słodziki, lecz również faktyczne opodatkowanie ich wyższą stawką, ponieważ z reguły do napojów tych dodawana jest więcej niż jedna substancja słodząca.

Dodatkowe opodatkowanie napojów niskokalorycznych stanowiących alternatywę dla tych zawierających cukier może rodzić negatywne skutki dwojakiego rodzaju. Po pierwsze, zmniejszy ich dostępność cenową w stopniu wyższym, niż napojów słodzonych cukrem. W rezultacie, alternatywa ułatwiająca zredukowanie ilości cukru w diecie stanie się droższa niż napoje zawierające cukier, co utrudni ograniczanie spożycia tej substancji przede wszystkim konsumentom uboższym. Po drugie zaś, reformulacja składów napojów ukierunkowana na zmniejszanie zawartości cukru (a przez to i kaloryczności) straci jakikolwiek ekonomiczny sens. Tymczasem reformulacja składów jest uznawana za jedną ze skuteczniejszych metod walki z otyłością i stanowi jedną z rekomendacji zawartych w dokumencie Roadmap for Action on Food Product Improvement przygotowanym na potrzeby konferencji zorganizowanej w ramach niderlandzkiej prezydencji w Radzie UE i zatwierdzonym przez organizacje pozarządowe, zrzeszenia branżowe oraz większość państw członkowskich UE, w tym Polskę. Reformulację składów stosuje coraz więcej firm – według danych z raportu „Health&Wellness Progress Report” przygotowanego przez The Consumer Goods Forum i Deloitte, w samym 2017 roku zmieniono na świecie składy niemal 34 tysięcy produktów, tak by miały lepszy wpływ na zdrowie konsumentów. Wziąwszy pod uwagę powyższe, obejmowanie nowym podatkiem napojów zawierających popularne, obniżające kaloryczność zamienniki cukru, takie jak aspartam, acesulfan, czy cyklaminian, jest całkowicie nieuzasadnione.

Analiza treści projektu sugeruje dodatkowo, że był on przygotowywany w pośpiechu, przez co projektodawcy nie udało się wziąć pod uwagę powszechnie występujących stanów faktycznych. Za napój podlegający opodatkowaniu rozumie się bowiem napój oferowany konsumentowi „w postaci gotowej do spożycia”, w którego składzie znajduje się co najmniej jedna z wymienionych w projekcie substancji, z wyłączeniem tych występujących w produkcie naturalnie. Z tego punktu widzenia problematyczny staje się status napojów podawanych konsumentom jako syrop (nieopodatkowany, jako że nie stanowi napoju w postaci gotowej do spożycia) zmieszany z wodą. Zasadne wydaje się pytanie, czy gotowy do spożycia napój sprzedany w takiej formie będzie podlegał opodatkowaniu? Jeżeli tak, to kto zostanie uznany za producenta, na którym ciąży obowiązek uiszczenia daniny – producent syropu, czy np. przedsiębiorca prowadzący punkt gastronomiczny, w którym przygotowano gotowy do spożycia napój? Niezależnie od tego, która wykładnia zostałaby uznana za właściwą, rezultat będzie absurdalny. W jednym bowiem wariancie producent syropu, co do zasady niepodlegającego opodatkowaniu, jako produkt niebędący napojem gotowym do spożycia, byłby zobowiązany do uiszczania daniny, jeśli syrop tenże będzie następnie wymieszany z wodą i sprzedany konsumentowi. W drugim, producentem napoju stałby się punkt gastronomiczny. W związku z powyższymi wątpliwościami, dotyczącymi zresztą dużo szerszej grupy produktów, apelujemy do projektodawcy o dopracowanie treści przepisów w taki sposób, by wyeliminować tego rodzaju trudności interpretacyjne.

Abstrahując od powyższego, poważne wątpliwości budzi sama koncepcja kształtowania nawyków zdrowotnych społeczeństwa za pomocą instrumentów podatkowych. W konkretnym kontekście ograniczania spożycia cukru, warto spojrzeć na doświadczenia innych państw oraz porównać osiągnięte w nich rezultaty do zakładanych przez projektodawcę skutków wprowadzenia nowych regulacji. Rezultatem wprowadzenia podatku we Francji (o konstrukcji analogicznej do proponowanej przez polskiego projektodawcę – obejmującej zarówno napoje słodzone cukrem, jak i te zawierające słodziki) było marginalne zmniejszenie spożycia napojów słodzonych – ok. 40 ml miesięcznie na mieszkańca (S. Capacci, O. Allais, C. Bonnet, M. Mazzocchi, The impact of the French soda tax on prices and purchases. An ex post evaluation). Według badań Public Health England, pomimo wprowadzenia w Wielkiej Brytanii podatku od napojów słodzonych cukrem, spożycie tej substancji ogółem wzrosło w okresie od 2015 do 2018 roku o 2,6 proc. Badania przytaczane przez zwolenników projektowanej regulacji i wskazujące na zmniejszenie sprzedaży opodatkowanych grup napojów wskutek wprowadzenia nowej daniny, całkowicie nie uwzględniają mechanizmu substytucji (tj. pozyskiwania cukru z innych źródeł, niż objęte podatkiem napoje). Jest to o tyle istotne, że występowanie tego mechanizmu odnotowano w państwach, które wprowadziły „podatek cukrowy” – m.in. w Chile, czy niektórych miastach Stanów Zjednoczonych (Institute for Fiscal Studies, The evidence on the effects of soft drink taxes). Ponadto, zarówno w USA, jak i np. w Norwegii dostrzegalne jest zjawisko „turystyki cukrowej”, w ramach której konsumenci kupują słodzone napoje w miastach, w których nie są one objęte podatkiem, lub wręcz są skłonni dokonać tego rodzaju zakupów w sąsiednim państwie (por. https://www.theguardian.com/world/2019/nov/23/n…).

Przytaczane przez zwolenników podatku badania nie wskazują też na żaden konkretny pozytywny wpływ tego rodzaju przepisów na stan zdrowia ludności. Dostępne są wręcz badania, z których wynika że w tym momencie wpływ podatku cukrowego na poprawę nawyków żywieniowych oraz stanu zdrowia ludności, szczególnie w kontekście problemu otyłości, jest niejasny (M. A. Fernandez, K. D. Raine, Insights on the Influence of Sugar Taxes on Obesity Prevention Efforts). Dostępne dane z niektórych państw wskazują na brak istotnego związku między wprowadzeniem podatku cukrowego, a odsetkiem ludzi otyłych w społeczeństwie. Meksyk wprowadził podatek od słodkich napojów w 2012 roku, gdy otyłe było 32,4 proc. populacji. Pięć lat później, wskaźnik ten wynosił już 33,3 proc (OECD). Reasumując, nie ma dowodów świadczących o tym, że instrumenty zaproponowane przez Ministerstwo Zdrowia są odpowiednie do osiągnięcia zakładanych przez projektodawcę celów. Jednocześnie, skala potencjalnych zagrożeń związanych z wprowadzeniem nowego podatku wydaje się być bardzo istotna. Niezależnie bowiem od tego, na które badanie dotyczące rezultatów wprowadzenia podatku cukrowego spojrzymy, z każdego wynika że bezpośrednim skutkiem nowej regulacji był wzrost cen produktów. Wszystkie podatki są w pewien sposób przerzucalne, a więc koszty i tej daniny ponoszą konsumenci.

W tym miejscu należy stwierdzić, że zaproponowane przez polskiego projektodawcę stawki są wyjątkowo wysokie, na co wskazuje przegląd stawek stosowanych w innych państwach europejskich. Przykładowo – w Belgii napoje bezalkoholowe zawierające cukier lub substancje słodzące opodatkowane są w przeliczeniu na złotówki stawką 0,50 zł za litr napoju, we Francji – 0,32 zł, zaś na Węgrzech – 0,19 zł. W Polsce, jak już wspomniano, stawka wynosi – w zależności od liczby wykorzystanych substancji słodzących – 0,70 lub 0,80 zł za litr napoju. Wyższe stawki podatku niż w Polsce obowiązują jedynie w Norwegii, Irlandii i Wielkiej Brytanii, jednak wziąwszy pod uwagę siłę nabywczą polskiego konsumenta (według badań GFK – niższą niż średnia w Unii Europejskiej) możemy stwierdzić, że to właśnie u nas planowana stawka podatku jest najwyższa w Europie. Dodatkowo, z uwagi na konstrukcję podatku, stosunkowo największa podwyżka cen dotyczyć będzie najtańszych napojów, co w oczywisty sposób uderzy w uboższych konsumentów, którzy nie zmienią swoich nawyków żywieniowo-zakupowych. Z badań przeprowadzonych przez IPSOS wynika, że zdecydowana większość (77 proc.) przedstawicieli tej grupy jest gotowa szukać tańszych, gorszych jakościowo zamienników, jeżeli cena żywności wzrośnie.

Dodatkowo, należy zwrócić uwagę na szereg innych gospodarczych skutków wprowadzenia nowego podatku. Według niektórych szacunków, wprowadzenie daniny – mimo, iż projektodawca planuje uzyskać z jej tytułu ponad 2 mld zł – może negatywnie odbić się na sektorze finansów publicznych, poprzez zmniejszenie wpływów z tytułu podatków CIT, PIT i VAT. Dodatkowo, należy również uwzględniać negatywny wpływ na liczbę miejsc pracy w całym łańcuchu wartości wokół sektora – projektodawca nie zrobił tego w ramach Oceny Skutków Regulacji, co należy uznać za istotny błąd. Pozostając przy samym OSR i Uzasadnieniu do projektu, trzeba zauważyć, że ustawodawca przyjął całkowicie niespójne podejście do tworzonych regulacji, co wydaje się potwierdzać tezę o fiskalnych celach omawianego projektu. Z jednej bowiem strony proponuje się ograniczenie konsumpcji alkoholu sprzedawanego w opakowaniach o niewielkich pojemnościach, z drugiej zaś opodatkowuje dodatkowo m.in. piwa bezalkoholowe, które stanowią coraz dynamiczniej rozwijający się segment rynku. Świadczy to o tym, że Polacy z własnej woli przyjmują odpowiedzialne postawy wobec korzystania z tej używki. Wpływ proponowanego podatku na rynki poszczególnych rodzajów napojów i związane z nim konsekwencje zdrowotne nie są w ogóle przedmiotem analizy w ramach Oceny Skutków Regulacji. Jest to sytuacja wyjątkowo niepożądana, ponieważ dodatkowe obciążenia mogą w rozmaity sposób dotykać konkretnych segmentów rynku, a konsekwencje wprowadzenia opłaty w obecnie zaproponowanym kształcie mogą przybierać bardzo szczegółowy i specyficzny charakter (dla przykładu – o ile opodatkowaniu nie podlega, wg projektu, żywność specjalnego przeznaczenia medycznego, o tyle opodatkowane będą już gotowe produkty na bazie mleka przeznaczone dla najmłodszych dzieci, które często stosowane są w szpitalach). Wydaje się wobec tego, że analiza w ramach OSR została sporządzona w sposób ogólnikowy i wybiórczy.

Ostatecznie, na wyrazy krytyki zasługuje wyjątkowo krótki okres vacatio legis. Projektodawca proponuje bowiem, by nowy podatek zaczął obowiązywać już od 1 kwietnia 2020 roku. Wziąwszy pod uwagę fakt, iż proces konsultacji społecznych zostanie zakończony niemal w połowie stycznia, a także uwzględniwszy potencjalną dynamikę dalszego procesu legislacyjnego, sytuacja w której przedsiębiorcy dowiadują się o ostatecznym kształcie nowych regulacji nie wcześniej, niż na kilka tygodni przed ich wejściem w życie, wydaje się być bardzo prawdopodobnym wariantem. Szczególnie w sytuacji, kiedy nowy rok fiskalny i budżetowy już się rozpoczął, a wszelkie plany biznesowe i umowy zostały dawno zatwierdzone. Z uwagi na wagę proponowanych zmian i ich wpływ na rynek, jest to niemożliwe do zaakceptowania.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla swój negatywny stosunek do zaprezentowanych w projekcie idei. Przedsiębiorcy są jednak otwarci i gotowi do dialogu ukierunkowanego na wypracowanie rozwiązań służących ograniczeniu skali problemu nadwagi i otyłości w Polsce. Liczymy na konstruktywną dyskusję i analogiczną gotowość po stronie projektodawcy do weryfikacji przyjętych założeń w oparciu o przedstawione przez partnerów społecznych fakty i argumenty.

Visa kupuje Plaid za 5,3 mld dolarów

Koncern Visa kupi za 5,3 mld dolarów start-up Plaid. Wycena przedsiębiorstwa wzrosła dwukrotnie od zeszłorocznej rundy finansowania.

Plaid był pierwszą firmą, która tworzyła rozwiązania łączące API różnych banków. Do tej pory był głównym graczem na tym rynku. Jego przejęcie przez Visa to znak, że najwięksi globalni gracze widzą potencjał w otwartej bankowości i upraszczających ją rozwiązaniach. Wyspecjalizowane, innowacyjne usługi B2B znacząco powiększają portfolio firmy i mogą stanowić o potencjale biznesowym nawet tych największych podmiotów.

Takie zagranie Visy świadczy przede wszystkim o tym, że rynek rozwiązań API zaczyna się konsolidować. Oczywiście w przejęciu pomogło to, że Plaid stworzono w Dolinie Krzemowej, ale i europejskie rozwiązania mają szansę nie tylko na sukces finansowy, ale także na korzystne akwizycje.

Nadspodziewanie dobre wyniki sprzedaży deweloperów giełdowych w 2019 r.

Tradycyjnie z początkiem nowego roku notowane na GPW spółki deweloperskie publikują raporty ze sprzedaży mieszkań za ostatni kwartał oraz cały miniony rok. Tym razem zaprezentowane statystyki bardzo pozytywnie zaskakują wynikami sprzedaży giełdowych tuzów, stawiając pod znakiem zapytania kontynuację trwającej od dwóch lat korekty kontraktacji lokali deweloperskich.

Nieoczekiwane odwrócenie tendencji spadkowej

Zaprezentowana osiemnastka czołowych firm krajowej branży deweloperskiej o profilu mieszkaniowym, spółek notowanych na rynku podstawowym oraz Catalyst warszawskiej GPW, w ostatnim kwartale ub. roku zakontraktowała w sumie 7252 lokale, co jest wynikiem o ponad 18 proc. lepszym od osiągniętego w analogicznym okresie 2018 roku, jednocześnie zaledwie o 8 procent gorszym od rekordowego IV kw. 2017 r.

Jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl dwie trzecie spółek pokazało wyniki znacznie lepsze licząc rok do roku, natomiast w siedmiu przypadkach (Atal, Develia, Echo, Robyg, Ronson, Vantage i Victoria Dom) można wręcz mówić o rewelacyjnej dynamice i świetnych wolumenach sprzedaży, które z powodzeniem korespondują z rekordowymi wynikami kwartalnymi tych spółek. Z drugiej strony tylko w jednym przypadku – Lokum Deweloper, zakomunikowano ponadprzeciętny spadek sprzedaży rzędu 85 proc.

Roczna dynamika także na plusie

Faktem, który z jednej strony stanowi sporą niespodziankę, z drugiej jest bardzo optymistycznym sygnałem, jest wyjście na plus danych za cały rok 2019 w stosunku do roku 2018. Wszelkie możliwe znaki i prognozy wskazywały raczej na umiarkowany, kilkuprocentowy spadek rocznej kontraktacji zarówno na całym mieszkaniowym rynku pierwotnym, jak i na jego zasadniczym fragmencie grupującym deweloperów giełdowych.

Tymczasem wynik 26264 sprzedanych w ubiegłym roku lokali okazał się dodatni, choć w raczej symbolicznym wymiarze 3,7 proc. Na ten niewątpliwy sukces złożyły się w pierwszym rzędzie roczne wyniki sprzedażowe pięciu spółek, które okazały się rekordowe w ich dotychczasowej historii. Do tego elitarnego grona w 2019 roku zaliczają się Archicom, Atal, Budimex Nieruchomości, Marvipol Development i Victoria Dom.

Z kolei na rynkowym podium miejsca zajęły Dom Development, Atal i Murapol (wynik bez umów rezerwacyjnych – 2868), co oznacza zmianę tylko na trzeciej pozycji, którą poprzednio, w 2018 roku i wcześniej dzierżył Robyg.

Spółka 4Q2019 4Q2018 zmiana r/r 2019 2018 zmiana r/r
Archicom 295 361 -18,3% 1462 1370 6,7%
Atal 894 633 41,2% 3196 2420 32,1%
Budimex Nieruchomości 369 398 -7,3% 1655 1208 37,0%
CNT 53 40 32,5% 296 315 -6,0%
Develia 582 313 85,9% 1510 1710 -11,7%
Dom Development 962 1006 -4,4% 3661 3602 1,6%
Echo Investment 418 270 54,8% 1357 986 37,6%
Inpro 185 163 13,5% 769 801 -4,0%
J.W. Construction* 289 280 3,2% 1026 1248 -17,8%
Lokum Deweloper 33 227 -85,5% 268 1011 -73,5%
Marvipol Development 217 239 -9,2% 942 843 11,7%
Murapol* 1034 869 19,0% 3674 3560 3,2%
Polnord 116 83 39,8% 323 836 -61,4%
Robyg 717 504 42,3% 2570 2520 2,0%
Ronson Development 256 134 91,0% 761 773 -1,5%
Vantage Development 336 202 66,3% 941 824 14,2%
Victoria Dom 441 348 26,7% 1570 1055 48,8%
Wikana 55 68 -19,1% 283 234 20,9%
Suma 7252 6138 18,1% 26264 25316 3,7%

Zestawienie sprzedaży mieszkaniowych deweloperów giełdowych (rynek główny i Catalyst)
w IV kw. oraz całym 2019r. vs. IV kw. oraz 2018r.
* razem umowy deweloperskie, przedwstępne umowy sprzedaży oraz płatne rezerwacje
Opracowanie: RynekPierwotny.pl na podst. raportów spółek

Jakie perspektywy na rok bieżący?

Przy okazji warto podkreślić, że rok 2019 był na pierwotnym rynku mieszkaniowym rekordowy pod względem inwestycyjnym w każdej z trzech kategorii przedmiotowych statystyk: mieszkań oddanych, rozpoczętych i uzyskanych pozwoleń. W sumie mamy więc obraz wciąż mocno rozgrzanego pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki. Czy tak wysoką temperaturę obowiązującej koniunktury uda się utrzymać również w roku bieżącym?

Wg portalu RynekPierwotny.pl trwająca od blisko dwóch lat umiarkowana korekta wolumenu sprzedaży mieszkań deweloperskich, w świetle zaprezentowanych wyników stanęła pod dużym znakiem zapytania. Z drugiej strony bardzo trudno oczekiwać jej zakończenia i ponownego, trwałego wzrostu kontraktacji. W sytuacji spowalniającej gospodarki i pogarszających się jej głównych wskaźników, w efekcie postępującej drożyzny nie tylko mieszkań ale przede wszystkim kosztów utrzymania w Polsce, optymizm konsumencki prawdopodobnie ulegnie w bieżącym roku odczuwalnemu osłabieniu także na rynku mieszkaniowym. Kwestią jest tylko jego skala i skutki dla parametrów sprzedaży nowych lokali.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

ZAW-NR w praktyce

Od 1 stycznia 2020 r. podatnicy, aby zwolnić się od odpowiedzialności i konsekwencji jakie niesie za sobą zapłata na rachunek spoza białej listy składają specjalne  Zawiadomienie o zapłacie należności na rachunek bankowy inny niż zawarty na dzień zlecenia przelewu w Wykazie podatników VAT.

Poniżej przedstawiamy kilka aspektów praktycznych związanych ze złożeniem zawiadomienia.

Co powinnam zrobić w sytuacji gdy formularz zawiera tylko 2 sekcje dotyczące informacji o zgłaszanej płatności, podczas gdy ja muszę zgłosić 5 płatności.

Odpowiedź

Zgodnie ze stanowiskiem prezentowanym przez Krajową Informację Skarbową zastosowanie mogą znaleźć 2 następujące rozwiązania:

  1. Podatnik dokonuje zawiadomienia tylko w odniesieniu do pierwszej płatności dokonanej na rzecz danego kontrahenta;

Jak wyjaśniła nam Krajowa Informacja Skarbowa „ratio legis” wprowadzenia tego zawiadomienia jest przesłanie organom podatkowym informacji o rachunkach bankowych, które uczestniczą w transakcji, stąd dokonanie zgłoszenia tylko pierwszej płatności na dany rachunek wydaje się najbardziej uzasadnione i efektywne.

Jednak jeśli podatnik chce zgłosić wszystkie płatności dla danego rachunku, organy podatkowe nie będą kwestionować tego typu zgłoszeń. Zgłoszenia wszystkich płatności dokonuje się w sposób opisany w punkcie 2.

  1. Podatnik dokonuje zawiadomienia wszystkich płatności, wówczas wypełnia dwie sekcje tj. D1 i D2 bezpośrednio na druku zawiadomienia, natomiast pozostałe płatności zamieszcza na odrębnym samodzielnie sporządzonym piśmie, które będzie stanowiło integralny załącznik do Zawiadomienia;

Należy zwrócić uwagę, iż rozwiązanie 2 nie będzie miało zastosowania gdy podatnik skorzysta z elektronicznej opcji złożenia zawiadomienia udostępnionej na Portalu Podatkowym pod poniższym linkiem.

https://www.podatki.gov.pl/zawiadomienie-zaw-nr/

Jakie pełnomocnictwo należy złożyć w sytuacji, gdy chcemy złożyć ZAW-NR dla dwóch płatności dokonanych na dwa różne rachunki bankowe dokonane na rzecz jednego kontrahenta?

Oba rachunki nie są widoczne na białej liście.

Odpowiedź

Zgodnie ze stanowiskiem Krajowej Informacji Skarbowej w takiej sytuacji należy złożyć dwa odrębne pełnomocnictwa PPS-1. Każdy rachunek bankowy jest w niniejszej sprawie traktowany jak odrębna sprawa.

Możliwe jest również złożenie pełnomocnictwa ogólnego, wówczas będzie ono uprawniało nie tylko do złożenia ZAW-NR  w tej konkretnej sprawie, ale również w odniesieniu do innych płatności. Należy mieć jednak na względzie szereg innych uprawnień, które osoba upoważniona posiada po udzieleniu takiego pełnomocnictwa.

Czy jeśli podmiot zaliczył koszt wynikający z faktury za usługi obce do kosztów podatkowych w roku 2019, a płatność została dokonana w 2020 r. na rachunek spoza białej listy i nie zostało złożone zawiadomienie w odniesieniu do tej płatności – to należy wyłączyć taki wydatek z kosztów uzyskania przychodu?

Odpowiedź:

Nie. Taki wydatek pozostaje kosztem uzyskania przychodu.

Zgodnie z art. 10 ust. 2 ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych ustaw

przepisów dotyczących białej listy nie stosuje się do płatności dotyczących kosztów zaliczonych do KUP przed dniem 1 stycznia 2020 r.

Art.  10.

  1.             Przepisy art. 14 ust. 2h i 2i oraz art. 22p ust. 1, 2 i 4 ustawy zmienianej w art. 2, w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą, oraz art. 12 ust. 4i i 4j oraz art. 15d ust. 1, 2 i 4 ustawy zmienianej w art. 3, w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą, mają zastosowanie do zapłaty należności w roku podatkowym rozpoczynającym się po dniu 31 grudnia 2019 r.
  2.             Przepisów art. 22p ust. 1, 2 i 4 ustawy zmienianej w art. 2, w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą, oraz art. 15d ust. 1, 2 i 4 ustawy zmienianej w art. 3, w brzmieniu nadanym niniejszą ustawą, nie stosuje się do płatności dotyczących kosztów zaliczonych do kosztów uzyskania przychodów przed dniem 1 stycznia 2020 r.

Jak mam ocenić właściwość urzędu skarbowego dla wystawcy faktury?

Odpowiedź:

Podatnik musi samodzielnie ocenić właściwość urzędu skarbowego w oparciu o przepisy ordynacji podatkowej.

Dla przypomnienia:

Zgodnie z art. 17 § 1 ustawy Ordynacja podatkowa, jeżeli ustawy podatkowe nie stanowią inaczej, właściwość miejscową organów podatkowych ustala się według miejsca zamieszkania albo adresu siedziby podatnika, płatnika, inkasenta.

Warto dodać, iż w przypadku korzystania z wersji elektronicznej dokumentu ZAW-NR nie ma potrzeby wyszukiwania właściwego urzędu na własną rękę, gdyż formularz sam uzupełnia taką informację po uzupełnieniu danych wystawcy faktury. Zatem jest to kolejna przewaga korzystania z wersji elektronicznej formularza.

Główna Księgowa posiada profil zaufany. Czy będzie w stanie wysłać ZAW-NR przy użyciu swojego profilu zaufanego?

Odpowiedź:

W takim przypadku Główna Księgowa będzie w stanie złożyć ZAW-NR przy użyciu swojego profilu zaufanego. Z tym, że jeżeli nie jest uprawniona do reprezentacji spółki, to do złożenia skutecznego zawiadomienia ZAW-NR będzie wymagane złożenie pełnomocnictwa ogólnego lub szczególnego.

Czy przy wypełnianiu zawiadomienia ZAW-NR powinienem zaznaczyć jednocześnie kwadrat numer 7 i jeden z kwadratów 8 lub 9?

Odpowiedź:

W zależności od celu w jakim składane jest zawiadomienie należy zaznaczyć odpowiedni kwadrat. Nie zawsze będzie to kwadr numer 7 i 8 lub 9.

Należy mieć na uwadze, iż kwadrat numer 7 przywołuje art. 117ba ustawy z 29.08.1997 r. – Ordynacja podatkowa – czyli dotyczy odpowiedzialności solidarnej za zobowiązanie VAT.

Natomiast pozostałe dwa (8 i 9) dotyczą możliwości uniknięcia sankcji w zakresie rozliczania kosztów.

Co do zasady podatnicy będą zaznaczali zatem kwadrat 7 i odpowiednio 8 (osoby fizyczne) lub 9 (osoby prawne).

dane płatnika

– Agnieszka Piętak, ekspertka MDDP Outsourcing

Najważniejsze trendy w architekturze w nowej dekadzie. Jak będą wyglądały budynki i biurowce?

Jaki będzie nowy rok w architekturze? Na czym skoncentrują się projektanci? Jak będą wyglądały budynki mieszkalne i biurowe? Nagradzani architekci z Wrocławia przybliżają współczesne podejście do architektury oraz rozwiązania, które są i będą na czasie.

Wzór, motyw, deseń lub z angielskiego: pattern – powtarzalność na elewacji porządkuje przestrzeń.  Jednorodne i wyraźne wzory niegdyś były znakiem rozpoznawczym architektury biurowej, dziś coraz częściej pojawiają się na budynkach mieszkalnych, ponieważ stały się modne. Jednym z pierwszych miast w Polsce, w którym zrobiło się o nich głośno, jest Wrocław. Można powiedzieć, że trend rozwija się tam najbardziej dynamicznie. – Patterny były popularne w latach sześćdziesiątych, teraz wracają w wielkim stylu. My przywiązujemy do nich niezwykłą wagę, podobnie jak do wcięć w bryle i nadwieszeń – przyznaje Artur Szczepaniak, współzałożyciel i projektant główny renomowanej i wielokrotnie nagradzanej wrocławskiej pracowni AP Szczepaniak.

Oszczędność formy

Kolejnym ważnym aspektem są materiały najwyższej jakości, dzięki którym architekci mogą projektować budynki oszczędne w formie, o imponującym wyglądzie. – Takie obiekty wyglądają wspaniale niezależnie od upływu lat i trendów, jakie aktualnie panują – podkreśla Artur Szczepaniak. Ponadczasowość to niezmiennie znak rozpoznawczy dobrej architektury. – W naszych projektach zawsze będziemy powracać do modernizmu i oszczędności formy, dzięki którym budynki są wiecznie młode – dodaje architekt. Czasy, w których tynk kojarzył się z tanią architekturą, już dawno odeszły. Nowoczesne, nieskomplikowane obiekty wykonane z prostych materiałów także są wyznacznikiem architektury z górnej półki.

Coraz wyżej

W trendzie są i będą duże przeszklenia. Dla wielu Polaków coraz większego znaczenia nabierają dobrze doświetlone wnętrza i widoki. Projektuje się zatem budynki zwrócone ku rzekom i terenom zielonym, zwłaszcza w centrach miast.

Nie każdy może mieszkać nad rzeką lub obok parku. Panoramiczny widok w pełni to jednak rekompensuje. Nieograniczoną perspektywę zapewniają wysokie budynki, których w Polsce projektuje się coraz więcej. Po pierwsze, dlatego że rosną ceny gruntów, a inwestorzy i mieszkańcy cenią sobie dobre lokalizacje. Po drugie, ponieważ dają inne możliwości architektom. – Mamy do zagospodarowania więcej przestrzeni pomiędzy i wokół budynków niż w przypadku niskiej zabudowy – tłumaczy Artur Szczepaniak.

Przestrzeń dla wszystkich

Przyszłością nowoczesnej architektury są także pomieszczenia wspólne. – Widać tendencje związane ze zmianami stylu życia i pracy. Np. w aparthotelach, których w ostatnim czasie projektujemy dużo, powstają przestrzenie coworkingowe. Być może w przyszłości podobne będą funkcjonować również w zwykłych budynkach mieszkaniowych – zastanawia się Artur Szczepaniak.

Architekci projektują nie tylko przestrzenie do pracy, ale także coraz ciekawsze miejsca rekreacji, zielone elementy, kluby sportowe lub sąsiedzkie miejsca spotkań, które powstają nawet na dachach. Artur Szczepaniak tłumaczy, że ten trend wynika z potrzeby budowania relacji społecznych i z coraz większej otwartości mieszkańców. – Świadoma, nowoczesna architektura uwzględnia te aspekty – zauważa. – Wprowadzanie takich społecznych elementów jest integralnym elementem modernistycznej architektury i to dobrze, że pojawia się w Polsce coraz więcej tego typu realizacji – dodaje.

Co jeszcze czeka nas w przyszłości? Architekci przewidują, że mogą być to małe ogródki do uprawiania warzyw lub owoców. – Pierwsze nieśmiałe próby w tym kierunku już się pojawiają – zwraca uwagę Artur Szczepaniak. Wszystko wskazuje na to, że, podobnie jak w przypadku biurowców, taki i w architekturze mieszkalnej coraz większą rolę w przyszłości odegrają kwestie związane ze zmianą klimatu. – Już teraz coraz częściej projektujemy zielone dachy i ściany, dużo tarasów, a zabudowę kształtujemy w taki sposób, aby dawała cień – mówi Artur Szczepaniak.

Biurowce 2020

Zmienia się także podejście do architektury budynków biurowych, które przede wszystkim mają być komfortowym miejscem pracy. Ten trend jest widoczny od jakiegoś czasu i na pewno będzie rozwijał się w 2020 roku. – Teraz wszystko zmierza w stronę osiągnięcia równowagi pomiędzy funkcjonalnością a estetyką, choć wygląd zszedł na drugi plan, ustępując miejsca rozwiązaniom proekologicznym i zwiększającym komfort pracowników – mówi Paweł Szczepak, drugi ze współzałożycieli i głównych architektów pracowni AP Szczepaniak.

Wyraźnym trendem, widocznym szczególnie w największych miastach Polski, jest tworzenie samowystarczalnych biurowców i obiektów użyteczności publicznej – zużywających coraz mniej energii. Niektóre z nich są zasilane energią słoneczną pobieraną pasywnie. Panele słoneczne pojawiają się na dachach i elewacjach, w niektórych przypadkach są one praktycznie niewidoczne, co wzmacnia walor estetyczny.

Budynki inteligentne

W dobie rozwoju technologicznego biurowce stają się coraz bardziej inteligentne i wyposażone w nowe technologie. – Dzięki najnowszym rozwiązaniom w budynku mamy czyste powietrze, odpowiednią wilgotność, a światło reaguje na obecność człowieka i warunki na zewnątrz – podaje przykłady architekt. Dodaje, że architektura takich obiektów zmierza do tworzenia wyspecjalizowanych pomieszczeń pracy, wyciszonych, odizolowanych i umożliwiających korzystanie z odpowiednich narzędzi np. teleinformatycznych. Wokół budynków projektuje się natomiast zieleń, elementy związane z wodą, tarasy oraz miejsca relaksu sprzyjające integracji.

Czy zatem w 2020 roku częściej będziemy słyszeć o funkcjonalności czy wyglądzie? – Biurowce stają się maszynami, żywymi organizmami, ale bynajmniej nie muszą być przez to brzydkie. Wciąż są kombinacją cegieł, stali, betonu i szkła. Dzięki tym najpopularniejszym obecnie materiałom fasadowym architekci ukrywają mniej estetyczne rozwiązania takie jak panele słoneczne. Co więcej, budynki są optymalnie zwracane w stronę słońca i w tym tkwi ich piękno – odpowiada Paweł Szczepaniak.

Dlaczego transformacja cyfrowa powinna utrzymać dotychczasową dynamikę w 2020 r.?

Jonathan Curtis z Franklin Equity Group tłumaczy, dlaczego wszystkie przedsiębiorstwa będą, według niego, w najbliższych latach zmuszone do znacznie większych inwestycji w technologie cyfrowe, które pozwolą im lepiej rozumieć i obsługiwać swoich klientów oraz obniżać koszty.

U progu 2020 r. wyceny akcji spółek technologicznych najwyraźniej budzą obawy niektórych inwestorów działających na rynkach akcji. Niepokój ten jest zrozumiały, zważywszy, że sektor technologii informatycznych zapewniał najlepszy profil wzrostu w całym indeksie S&P 500 Index na przestrzeni ostatnich trzech lat i miał zdecydowaną przewagę nad dziesięcioma pozostałymi sektorami rynku akcji w 2019 r.

W sektorze IT zawsze będą przeszacowane i niedoszacowane segmenty, jednak nie sądzimy, byśmy mieli do czynienia z bańką podobną do tej z lat 1999–2000. Uważamy, że sektor technologii informatycznych ogółem jest odpowiednio wyceniany pod względem solidnego wzrostu i jakości, jaką oferuje. W tym sektorze można znaleźć, według nas, wiele znakomitych, uznanych przedsiębiorstw generujących duże ilości gotówki i wysokie zyski. Należy także zauważyć, że mamy obecnie okres przejściowy, zważywszy na pojawiające się nowe siły napędowe wzrostu tego sektora, takie jak „Internet rzeczy”, technologie umożliwiające analizy dużych ilości danych czy sztuczna inteligencja.

W ciągu najbliższej dekady spodziewamy się wprowadzenia do użytku miliardów urządzeń zapewniających dostęp do sieci, generowania potężnych ilości danych oraz pojawienia się nowych rozwiązań informatycznych umożliwiających zrównoważone przetwarzanie wszystkich dostępnych danych i wykorzystywanie ich do budowania wartości.

W związku z powyższym, nasze długoterminowe prognozy dla niektórych spółek z sektora technologii informatycznych są bardziej optymistyczne niż prognozy dla przedsiębiorstw z innych sektorów. Naszą szczególną ekscytację budzą perspektywy rysujące się przed spółkami mającymi wkład w cyfrową transformację, która ma miejsce w innych branżach.

Oswojenie transformacji cyfrowej

Uważamy, że wybrane spółki mające wkład w proces transformacji cyfrowej mogą osiągać lepsze wyniki na tle przedsiębiorstw konkurencyjnych w nadchodzących latach. Według prognoz spółki analitycznej IDC, ogólnoświatowe inwestycje w transformację cyfrową mają się zbliżyć do 7,1 bln USD przy skumulowanym rocznym wzroście o 17,5% w okresie czterech lat do 2023 r.[1]

Kluczowym elementem transformacji cyfrowej jest zdolność do gromadzenia i wykorzystywania danych w celu lepszego zrozumienia klientów, a następnie do wykorzystywania oprogramowania i chmur obliczeniowych do tańszej obsługi klientów. Choć istnieje ryzyko, że możliwości niektórych dużych platform internetowych w zakresie gromadzenia i wykorzystywanych danych zostaną ograniczone przez odpowiednie regulacje, sądzimy, że te spółki wciąż będą w stanie prowadzić swoją działalność w oparciu o bardziej umiarkowane zasoby danych, jeżeli będzie to konieczne.

Co więcej, działalność tych przedsiębiorstw nie opiera się wyłącznie na gromadzonych przez nie danych, ale także na przyciąganiu uwagi użytkowników przy pomocy atrakcyjnych usług związanych z wyszukiwaniem informacji, nawiązywaniem kontaktów czy rozrywką. Następnie gromadzone dane są wykorzystywane do segmentacji bazy użytkowników i generowania wiedzy na ich temat, a także na udostępnianiu takiej bazy użytkowników reklamodawcom w sposób anonimowy. Spółki te dobrze prosperują nie tylko dlatego, że zbierają i kompilują dane, ale także dlatego, że dobrze rozumieją pełny łańcuch wartości.

Tematy technologiczne poza transformacją cyfrową

Przyszłość rysuje się, według nas, w nieco mniej optymistycznych barwach w przypadku spółek zajmujących się dobrze znanymi już technologiami, takimi jak komputery osobiste czy „stacjonarna” infrastruktura centrów danych. Niektóre spośród tych spółek mogą wprawdzie oferować niższe wskaźniki wyceny, jednak mają mniejszy potencjał wzrostowy i mogą zmagać się z trudnościami w erze transformacji cyfrowej.

Kolejnym źródłem obaw są większe oczekiwania inwestorów co do niektórych segmentów rynku oprogramowania. Wyceny wielu dostawców oprogramowania znacząco wzrosły w 2019 r., pomimo nasilających się sygnałów osłabienia gospodarki europejskiej oraz ogólnego spadku wydatków tradycyjnych spółek informatycznych po wyjątkowo dobrym 2018 roku.

Choć skorygowaliśmy naszą ekspozycję na rynek oprogramowania w związku z wątpliwościami co do wyceny spółek z tego rynku, długofalowe prognozy dla tej branży wciąż budzą nasz optymizm. Coraz lepsze perspektywy rysują się, według nas, przed branżą półprzewodników oraz amerykańskimi i chińskimi spółkami internetowymi, których wyceny stały się dla nas bardziej atrakcyjne.

Potencjalne źródła ryzyka dla słuszności naszych prognoz

W dłuższej perspektywie, w sektorze technologii informatycznych zdarzają się fale krótkotrwałych wzmożonych wahań. W przyszłości spodziewamy się ciągłej zmienności w branży półprzewodników, szczególnie jeżeli konflikt handlowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami nie zostanie rozwiązany.

Choć Amerykanie i Chińczycy zdołali doprowadzić do pierwszej fazy porozumienia handlowego, przewidujemy możliwe trudności w obszarze polityki celnej dla amerykańskich dostawców sprzętu komputerowego, z których część korzysta z urządzeń produkowanych w Chinach. Uważnie monitorujemy także możliwe zmiany krajobrazu regulacyjnego dla wielu dużych amerykańskich spółek internetowych.

Uważamy, że spółka technologiczna mająca solidny model biznesowy uwzględniający nieodłączne lewarowanie, kompetentne zarządzanie oraz uzasadnioną i znaczącą przewagę nad konkurencją może notować zrównoważony wzrost w dłuższym horyzoncie czasowym, o ile działa na dostatecznie dużym rynku.

Jeżeli chodzi o wycenę jako długoterminowi inwestorzy w naszej pracy zawsze koncentrujemy się na przewidywanej sytuacji spółki po osiągnięciu dojrzałości, a nie na rynkowej wycenie bieżących zysków, przepływów pieniężnych lub przychodów. Uważamy, że procesy inwestycyjne skoncentrowane wyłącznie na wskaźnikach krótkoterminowych nie zapewniają istotnych korzyści wynikających ze zrównoważonego skumulowanego wzrostu przychodów i lewarowania operacyjnego.

Kto zmieni pracę w 2020 roku? Co drugi pracownik, który nie dostał podwyżki

Nie dałeś pracownikowi podwyżki? To musisz liczyć się z groźbą jego odejścia. Aż 61% osób wśród tych, którym nie podniesiono w ubiegłym roku wynagrodzenia, dziś aktywnie szuka nowej pracy.

Wysokość wynagrodzenia i możliwość rozwoju zawodowego to dwa najważniejsze czynniki, motywujące do pozostania w obecnej pracy lub zmiany pracodawcy na innego – tak twierdzi niemal 70% pracowników w Polsce. Dlatego dziś, aby utrzymać aktualne kadry i walczyć o nowe talenty, firmy coraz powszechniej sięgają po argumenty finansowe oraz ofertę dodatkowych szkoleń i kursów zawodowych. W efekcie tego trendu, tylko w ciągu ostatniego roku podwyżkę otrzymała niemal połowa pracowników w Polsce (49%). Wśród pozostałych, którym wynagrodzenia nie podniesiono, aż 61% osób chce zmienić pracę i aktywnie jej szuka – wynika z najnowszego raportu firmy rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire, „Rynek Zmiany Pracy”.

W tych branżach zarobki rosną najszybciej

Co ciekawe, to nie pracownicy branży IT, o których zarobkach krążą legendy, zajęli najwyższe miejsce na podium, jeśli chodzi o skalę podwyżek w 2019 roku. Największa presja płacowa dała o sobie znać w branży SSC/BPO, w której w ciągu ostatnich trzech lat dziennie tworzonych było średnio 85 nowych miejsc pracy. W tym sektorze, w stosunku do poprzedniego roku, całkowite zatrudnienie wzrosło aż o 10% – do 307 tys. osób. Nie dziwi więc, że 78% pracowników branży SSC/BPO otrzymało w ubiegłym roku motywującą podwyżkę, a 44% zdecydowało się na zmianę pracodawcy na tego, który zaoferował wyższy poziom wynagrodzenia.

Drugie miejsce na podium zajęły motoryzacja i lotnictwo, które od lat doświadczają trudności w pozyskaniu inżynierów oraz wykwalifikowanych pracowników produkcyjnych. – W tym przypadku wysokość wynagrodzenia i skala podwyżek często wiążą się z koniecznością pozyskania inżynierów o wąskich i specjalistycznych kwalifikacjach. Mam na myśli zwłaszcza specjalistów związanych z obszarem IT, rozwojem oprogramowania wbudowanego, bezpieczeństwem i funkcjonalnością systemów – ocenia Łukasz Dłuski, dyrektor pionu rekrutacji stałej w Devire. W ubiegłym roku podwyżkę otrzymało więc 61% pracowników tej branży. Z kolei 39% osób pracujących w sektorze motoryzacja i lotnictwo zdecydowała się na zmianę miejsca pracy na lepiej opłacane.

IT zajęło 3. miejsce, choć pod uwagę należy wziąć fakt, że to sektor który od lat oferuje najwyższe w Polsce zarobki. Jak tłumaczy Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania online Kodilla.com, dobre stawki w tej branży utrzymują się już od 2017 roku, kiedy miały miejsce nawet 20% wzrosty wynagrodzenia względem lat poprzednich. Choć dynamika dalszych podwyżek zaczęła się więc stabilizować, nadal sporo, bo 59% pracowników IT otrzymało benefity płacowe w 2019 roku. Mimo tego ponad połowa przedstawicieli branży (59%) zdecydowała się na zmianę pracodawcy na tego, który zaoferował wyższe wynagrodzenie. Poza tym IT to nadal jeden z tych sektorów, w których kandydaci otrzymują najwięcej ofert pracy.

Co drugi pracownik, który nie dostał podwyżki, w 2020 roku zmieni pracę (2)
Źródło: Devire, raport „Rynek Zmiany Pracy”

Kto zmieni pracę w 2020 roku?

Z analizy danych Devire wynika, że o ile najbardziej zadowoleni ze swojej obecnej pracy są programiści (76%), pracownicy marketingu i reklamy (74%) oraz inżynierowie (74%), to zdecydowanie gorsze nastroje panują w handlu detalicznym i retail (33%), kancelariach prawnych (30%) oraz w transporcie, spedycji i logistyce (29%). Dlaczego tak się dzieje?

Dla 66% polskich pracowników liczy się możliwość rozwoju zawodowego w ramach programów oferowanych przez pracodawców. Dla 65% główną motywacją do pracy jest poziom oferowanego wynagrodzenia. Są branże, jak SSC/BPO, motoryzacja i lotnictwa czy IT, w których można liczyć na takie benefity, a są organizacje, w których brakuje jasno wytyczonych ścieżek rozwoju zawodowego i możliwości awansów, co przekłada się na gorsze nastroje wśród pracowników – tłumaczy Łukasz Dłuski.

Co drugi pracownik, który nie dostał podwyżki, w 2020 roku zmieni pracę (3)
Źródło: Devire, raport „Rynek Zmiany Pracy”

Pracodawcę lub zawód najchętniej zmieniliby jednak przedstawiciele nie tylko tych, ale także innych branż, takich jak m.in.: ubezpieczenia, bankowość czy administracja. Na pytanie o potrzebę wprowadzenia zmian w swoim życiu zawodowym odpowiedzi twierdzących udzieliło ponad 70% pracowników tych sektorów! Chętni do zmiany są także pracujący w sprzedaży (67%), branży FMCG (60%), handlu detalicznym (57%), nieruchomościach (54%) i produkcji przemysłowej (53%).

Co czeka pracowników w 2020 roku?

Eksperci prognozują, że w 2020 roku nadal rozwijać się będą branże: SSC/BPO, IT oraz szeroko pojęta inżynieria i produkcja. W tych sektorach będzie można liczyć na kolejne wzrosty płac – szacowane średnio na 10%. – Rzeczywiste zmiany pokażą najbliższe miesiące, ale na pewno nie są to branże zagrożone nagłym spadkiem kondycji – tłumaczy Łukasz Dłuski. Poza tym praca będzie czekać na przedstawicieli najbardziej rotujących branż – zgodnie z badaniami osoby, które są najbardziej chętne do zmiany pracodawcy, otrzymują najwięcej zaproszeń do udziału w procesach rekrutacyjnych. Najczęściej na rozmowę o pracę zapraszani będą więc specjaliści z branż FMCG, ubezpieczeń, handlu detalicznego oraz IT.

Co drugi pracownik, który nie dostał podwyżki, w 2020 roku zmieni pracę (1)
Źródło: Devire, raport „Rynek Zmiany Pracy”

Doświadczeni specjaliści z dłuższym stażem są witani z otwartymi rękami praktycznie w każdej branży. Właściwie to nie oni szukają pracy, a praca szuka ich. Jednocześnie widzimy, jak dynamicznie zmienia się rynek pracy, stając się coraz bardziej otwartym także na osoby z mniejszymi kwalifikacjami. Dzieje się to za sprawą pracodawców, którzy coraz częściej widzą, że kształcenie nowych talentów to jedyny sposób, by zapełnić luki kompetencyjne. To też sposób, aby firmy z różnych sektorów, nie tylko z IT, mogły zabezpieczyć się na najbliższe lata, a zarazem sygnał dla wszystkich tych, którzy poważnie myślą nad przekwalifikowaniem się do innego, poszukiwanego na rynku zawodu – podsumowuje Magdalena Rogóż z Kodilla.com.

Departament Skarbu USA usunął Chiny z listy manipulatorów kursowych

Chiny przestały być manipulatorem kursowym w oczach USA, co jest miłym dodatkiem do planowanej na jutro uroczystości podpisania pierwszej fazy umowy handlowej. Implikacje płynące z decyzji są głównie PR-owe, ale rynki i tak cieszą się z przewagi pozytywnych informacji. Nowe rekordy Wall Street mówią same za siebie, USD/JPY atakuje 110, złoto w odwrocie.

Departament Skarbu USA wypuścił w nocy raport, w którym usunął Chiny z listy manipulatorów kursowych. Decyzja potwierdza wcześniejsze plotki, według których była to cześć porozumienia handlowego. Nie jest to wielka rzecz, gdyż Chiny w pierwszej kolejności znalazły się na liście (trafiły tam w sierpniu ub.r.) bez większego powodu. Manipulatorem jest kraj, który celowo osłabia swoją walutę dla poprawy konkurencyjności gospodarki. Tymczasem w ostatnich miesiącach Pekin nawet próbował zahamować deprecjację juana, który znalazł się pod presją w związku z eskalacją wojny handlowej z USA. Zatem widać tutaj tylko strategiczne wycofywanie się USA z wcześniejszych nacisków, ale dla rynków liczy się, że każda informacja jest w pozytywną stronę. Jakkolwiek wcale to nie oznacza, że decyzja administracji USA nie może być odwrócona, na razie liczy się, że deeskalacja postępuje. Pomaga to podtrzymać apetyt na ryzyko – głównie na rynku akcji (nowe rekordy na Wall Street), co pośrednio przekłada się na wzrosty USD/JPY i spadki cen złota. Reszta FX stanęła jednak w miejscu. Czy jesteśmy za wysoko?

Wierni czytelnicy Komentarzy Porannych wiedza, że z rezerwą podchodzę do ostatniej fali optymizmu na rynkach – moim zdaniem jesteśmy za wysoko i za wcześnie. Ale też akceptuję aktualny sentyment rynkowy i nie zamierzam z nim walczyć. Rynki zawsze potrzebują katalizatora do zmiany nastawienia i póki takiego nie widać, apetyt na ryzyko jest niezagrożoną. Warto jednak być czujnym odnośnie spraw, które mogą być takim katalizatorem. Popularność zyskuje temat deklaracji Chin do zakupu towarów z USA. W ciągu dwóch lat dodatkowy import ma wynieść 200 mld USD, począwszy do towarów rolnych, przez maszyny i usługi. Pojawiają się już pierwsze wątpliwości czy Chiny faktycznie mają rynek zbytu na te dobra. Co będzie, gdy Chiny będą zwlekać z kolejnymi zamówieniami? W szczególności niezrealizowane zakupy towarów rolnych mogą złościć amerykańskich farmerów, a Trump walcząc o ich głosy może wrócić do zaostrzenia ceł. Praktycznie taki scenariusz może się urealnić dopiero za parę miesięcy. Teoretycznie jednak już teraz może zacząć się dyskusja, co faktycznie dała Umowa Pierwszej Fazy i jakie szanse są na sensowne postępy w drugiej fazie negocjacji. Rynki mogą być łatwo przewrażliwione pod wpływem obaw, o ile zrobią z tego temat przewodni. Ale jeszcze nie dziś.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.