Mniejsze wydatki na marketing nie są problemem – rośnie wydajność

Najnowsze wyniki ankiety przeprowadzonej przez firmę analityczną Gartner „CMO Spend Survey” uwidoczniły ciekawą zależność, jaką? Chociaż budżety marketingowe spadły pierwszy raz od 5 lat poniżej granicy 11% wysokości przychodów to jednocześnie wydatki na digital rosną, a nastroje są optymistyczne. Marketerzy pozostają dobrej myśli – prawie dwie trzecie (61%) spodziewa się, że ich budżety wzrosną w 2020 r.

Firma analityczna Gartner wydała właśnie swój coroczny raport „CMO Spend Survey” do udziału w którym zaproszono 350 specjalistów z branży marketingu z Europy i Stanów Zjednoczonych. Najważniejsze wnioski? Po pierwsze spadają wydatki na działania marketingowe z 11,2% do 10,5% przychodów firm. Drugim wnioskiem jest rosnący udział wydatków ukierunkowanych na kanały cyfrowe. Mówiąc wprost – digital zaczyna konsumować coraz większą część budżetów marketingowych. Dziś jest to 16%.

  • Przez lata rosły wydatki na tradycyjny marketing, ale niekoniecznie wiązało się to z efektywnością, dopiero cyfrowa transformacja marketingu i postęp technologiczny umożliwił mierzenie skuteczności tych działań. Wiele firm ogranicza się obecnie do działania wyłącznie w sieci, a promocja cyfrowa staje się kluczowym sposobem komunikacji marki z odbiorcami. Wszystko ze względu na możliwości jakie oferuje – precyzyjny pomiar zaangażowania, możliwość personalizacji czy optymalizacja budżetu reklamowego.” – komentuje Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, warszawskiej spółki specjalizującej się w Big Data marketingu.

Internetowa forma promowania cieszy się dużą popularnością i zaufaniem. Dowód? Aż ośmiu na dziesięciu (78%) CMO spodziewa się zwiększenia inwestycji w tym zakresie w 2020.

Technologia coraz tańsza?

Jak pokazała dalsza analiza raportu, zmniejszyły się nie tylko ogólne wydatki na to ile firmy przeznaczają na promowanie, ale również wartości, jakie biznes inwestuje w marketing technologiczny – czyli zaawansowane rozwiązania z zakresu IT, wspomagające organizację w realizacji strategii marketingowych. W porównaniu z ubiegłym rokiem procentowy udział spadł o 3 p.p. do poziomu 26% całkowitych wydatków na marketing, co jednak wciąż stanowi dużą wartość.

  • Warto wspomnieć o jeszcze jednej, istotnej statystyce. Blisko co czwarty z szefów działu marketingu ujawnia, że jego zdaniem to brak odpowiedniej strategii, wdrożenia i wykorzystania narzędzi martech jest przyczyną niepowodzenia w pozyskiwaniu nowych klientów, bądź budowania lojalności już posiadanych.” – zauważa Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Jednocześnie specjaliści z Gartnera odnotowali wzrost w wydatkach na paid media, czyli tradycyjne reklamy, za których ekspozycję marka musi zapłacić. Działania te, wciąż pochłaniają znaczną część budżetu marketingowego i w porównaniu z rokiem poprzednim, zaobserwowano w tej dziedzinie wzrost o 3 p. p. rdr do poziomu 26% ogólnych wydatków.

Analityka i Big Data sposobem na recesję

Analitycy Gartnera w swoim raporcie zwracają uwagę na to, że – “Znaczna większość pracowników ze wszystkich branż przemysłu uważa, że ich organizacje prawdopodobnie dokonają cięć w ciągu następnych 12 miesięcy, a 28% twierdzi, że ich firmy już aktywnie obniżają koszty.”. Ma to prawdopodobny wpływ na redukcję wydatków związanych z marketingiem w organizacjach. W tym przypadku w grę wchodzi obawa przed recesją, która skłania do realizacji polityki zaciskania pasa.

Lekarstwem na mniejsze budżety może okazać się poprawiony ROI (współczynnik zwrotu z podjętej inwestycji), wynikający z wyższej wydajności realizowanych kampanii. Taki efekt można osiągnąć stosując zaawansowaną analitykę marketingową i wielkie zbiory danych. Te podejście zdają się potwierdzać ankietowani marketerzy, których poproszono o to by wskazali kluczowe zagadnienia, jakie chcą zrealizować w ramach budżetu. Na szczycie listy znalazły się następujące działania: badania rynku i informacje o konkurencji i analityka marketingowa (wszystkie trzy – 32%), handel cyfrowy (31%); oraz operacje marketingowe (30%).

Analiza rynku i analityka pojawiają się na liście priorytetów CMO od wielu lat, nie bez powodu – jak podaje Gartner 76% liderów marketingu twierdzi, że wykorzystuje dane i analizy do podejmowania kluczowych decyzji. Gdzie więc należy upatrywać przyczyny tego, że pierwszy raz od 5 lat branża odnotowała słabszy wynik? Czy czynnik ekonomiczny to jedyny powód słabszego rezultatu w 2019?

  • W obliczu zwiększonych wydatków na IT czy badania i rozwój, wielu prezesów oczekuje wymiernych zwrotów z inwestycji w postaci lepszej wydajności z podejmowanych działań promocyjnych. To dlatego analityka danych staje się kluczowym aspektem budowania strategii marketingowych co wymaga zarówno odpowiednich kompetencji członków zespołów, jak również dostępu do narzędzi analitycznych np. DMP.” – tłumaczy Marcin Filipowicz, ekspert agencji Audience Network specjalizującej się w data consultingu oraz realizacji kampanii digital.

To jak CMO wydają swoje budżety to ważny wyznacznik tego, gdzie pokładają największe nadzieje i które zagadnienia będą traktowane priorytetowo w najbliższej przyszłości. Ciągłe zaangażowanie finansowe marketingu w kanały cyfrowe oraz w dane i analitykę jasno pokazuje, że marketerzy zamierzają kontynuować strategię rozwoju i działania opartą o digitalizację i eksploatację najnowocześniejszych rozwiązań ze świata IT – sztuczna inteligencja, uczenie maszynowe i budowanie modeli predykcyjnych.

Sprzedaż mieszkań w Warszawie pobiła rekord?

Warszawa jest największym rynkiem mieszkaniowym w Polsce, co nie wzbudza absolutnie żadnych wątpliwości. Bez dokładnych informacji nie możemy jednak sprawdzić, czy ubiegłoroczna sprzedaż mieszkań w Warszawie pobiła wcześniejsze rekordy. Doniesienia ze stołecznego rynku mogą sugerować, że historyczny rekord rzeczywiście padł w minionym roku. Po sprawdzeniu informacji opublikowanych niedawno przez Główny Urząd Statystyczny okazuje się jednak, że mieliśmy do czynienia ze stabilizacją sprzedażowych wyników. Bardzo ważna była zmiana struktury dotyczącej sprzedaży mieszkań w Warszawie. Miniony rok przyniósł wyraźny wzrost znaczenia stołecznego rynku wtórnego.

Spadek sprzedaży względem 2017 r. był tylko minimalny …

Warto wspomnieć, że GUS dopiero niedawno opublikował informacje na temat ubiegłorocznej sprzedaży lokali mieszkalnych we wszystkich powiatach oraz miastach na prawach powiatu. Takie dane wydają się bardzo wartościowe pomimo sporego opóźnienia w ich publikacji (względem końca 2018 r.). Trzeba podkreślić, że najnowsze informacje Głównego Urzędu Statystycznego dotyczące liczby sprzedanych mieszkań, podobnie jak wcześniej opierają się na aktach notarialnych. „To gwarantuje wiarygodność danych o poziomie, jaki osiągnęła sprzedaż mieszkań w Warszawie oraz innych miastach” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Informacje z poniższej tabeli wskazują, że w 2018 r. na terenie Warszawy nowych właścicieli znalazły 23 192 mieszkania (nowe oraz używane). Wbrew oczekiwaniom niektórych analityków, łączna sprzedaż mieszkań w Warszawie okazała się o 0,4% mniejsza od wyniku z 2017 r. Swój sprzedażowy dystans do stolicy zredukowało natomiast wiele innych miast. Jako przykład można wymienić Wrocław (wynik sprzedażowy: 12 425 lokali/+3,2% względem 2017 r.), Kraków (11 585 lokali/+10,3%), Gdańsk (9 682 lokale/+12,9%), Poznań (7 538 lokali/+15,6%) oraz Łódź (7 029/+32,0%). Prawdziwy szał sprzedażowy miał miejsce na terenie Rzeszowa (+136,4%) oraz Zielonej Góry (+59,9%). „Warto podkreślić, że znaczące spadki łącznej liczby sprzedanych „M” (względem 2017 r.) odnotowano tylko w Białymstoku i Olsztynie” – zwraca uwagę Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zmiany liczby mieszkań sprzedanych na największych polskich rynkach (2017 r./2018 r.)
Nazwa miasta Łączna liczba sprzedanych lokali mieszkalnych: Zmiana wyniku względem 2017 r.
2017 r. 2018 r.
Warszawa 23 289 23 192 -0,4%
Wrocław 12 045 12 425 +3,2%
Kraków 10 502 11 585 +10,3%
Gdańsk 8 573 9 682 +12,9%
Poznań 6 518 7 538 +15,6%
Łódź 5 323 7 029 +32,0%
Lublin 3 487 4 630 +32,8%
Szczecin 4 178 4 244 +1,6%
Bydgoszcz 3 075 3 484 +13,3%
Białystok 3 146 2 992 -4,9%
Gdynia 2 913 2 978 +2,2%
Rzeszów 1 094 2 586 +136,4%
Olsztyn 2 042 1 984 -2,8%
Katowice 1 610 1 876 +16,5%
Zielona Góra 1 167 1 866 +59,9%
Toruń 1 430 1 596 +11,6%
Opole 1 025 1 331 +29,9%

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS

Rynek wtórny skompensował gorsze wyniki deweloperów

Wróćmy do sytuacji stołecznego rynku mieszkaniowego, który w tym momencie interesuje nas najbardziej. Po sprawdzeniu dokładnych danych GUS-u można stwierdzić, że sprzedaż mieszkań w Warszawie z podziałem na stołeczny rynek pierwotny i wtórny zmieniała się następująco:

  • 2015 r. – 21 912 lokali mieszkalnych/10 571 nowych mieszkań/11 341 używanych mieszkań
  • 2016 r. – 24 731 lokali mieszkalnych/12 632 nowe mieszkania/12 099 używanych mieszkań
  • 2017 r. – 23 289 lokali mieszkalnych/9 523 nowe mieszkania/13 766 używanych mieszkań
  • 2018 r. – 23 192 lokale mieszkalne/7 618 nowych mieszkań/15 574 używane mieszkania

Jak nietrudno zauważyć, miniony rok przyniósł kolejny spadek sprzedaży notowanej przez stołecznych deweloperów (tym razem o 20%). Liczba nowych mieszkań z Warszawy, które w 2018 r. znalazły swojego właściciela, niestety była aż o 40% mniejsza od rekordu odnotowanego w 2016 r. Ubiegłoroczny wynik sprzedażowy (obliczony dla całego warszawskiego rynku) uratowała tylko sytuacja dotycząca używanych lokali. Sprzedaż używanych mieszkań w Warszawie wzrosła bowiem aż o 13% względem 2017 r. „Ten wzrost potwierdza, że stołeczny rynek wtórny może być bardzo konkurencyjny względem oferty deweloperskiej” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Co ciekawe, ilościowy udział rynku wtórnego w łącznej sprzedaży warszawskich „M” zwiększył się z 49% (2016 r.) do 67% (2018 r.). Można wskazać kilka przyczyn tego bardzo ciekawego zjawiska, które mocno wpłynęło na sprzedaż mieszkań w Warszawie. Wydaje się, że wzrost cen nowych lokali mógł skierować większą uwagę warszawiaków na rynek wtórny. Pewne znaczenie miał także finisz programu Mieszkanie dla Młodych, który w stolicy działał tylko na rynku pierwotnym (ze względu na bardzo niskie limity dla rynku wtórnego). „Wydaje się również, że na sprzedaż nowych lokali deweloperskich negatywnie wpłynęła decyzja stołecznych inwestorów o rozbudowie bardziej zyskownego segmentu mieszkań premium” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Nowa generacja samochodów elektrycznych wspomagana przez technologię blockchain

Recykling stał się globalną koniecznością, ponieważ pozwala pozyskiwać cenne zasoby oraz ograniczać odpady. Wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że można poddawać recyklingowi gazety, szkło, plastikowe butelki czy aluminiowe puszki, ale co z większymi rzeczami takimi jak części samochodowe, metale i surowce?

Jednym z przedmiotów, który dobrze się nadaje do ponownego przetworzenia, są baterie litowe. Mimo to szacuje się, że każdego roku 1,8 mln zużytych baterii nie zostaje poddanych odpowiedzialnemu recyklingowi[1]. Chociaż wskaźnik recyklingu znacznie wzrósł od poziomu 5% obliczonego przez organizację Friends of the Earth w 2010 r., wciąż pozostało jeszcze wiele do zrobienia.

Po raz pierwszy w branży: zrównoważone pozyskiwanie surowców przez Volvo Cars

Firma Volvo Cars od dawna stosuje najwyższe standardy bezpieczeństwa, odpowiedzialnego pozyskiwania surowców oraz zrównoważonego rozwoju. Firma postanowiła zaangażować się w odpowiedzialne działania na obszarze recyklingu akumulatorów oraz innych materiałów samochodowych. Volvo Cars była pierwszą spośród marek samochodowych premium, która zobowiązała się do stosowania hybrydowego lub w pełni elektrycznego układu napędowego we wszystkich swoich modelach, z myślą o napędzaniu rozwoju branży motoryzacyjnej i poprawie jakości powietrza w naszych miastach.

Obecnie — również po raz pierwszy na świecie — wprowadziła system śledzenia oparty na technologii blockchain, służący do śledzenia kobaltu używanego w jej akumulatorach w pojazdach elektrycznych. Proces śledzenia zaczyna się od złomowanych baterii litowych z wyrzuconych telefonów i laptopów, z których odzyskiwane są surowce. Są one następnie śledzone przez cały łańcuch dostaw, aż do producenta baterii CATL, a następnie do Volvo Cars. Baterie pochodzące z recyklingu to jeden z najważniejszych niewykorzystanych jeszcze zasobów. Wkrótce będą one stanowić większą część materiałów zastosowanych w akumulatorach w samochodach, ciężarówkach i autobusach, ponieważ ilości wydobywanego litu i kobaltu są skromne w porównaniu z prognozowanym całkowitym światowym zapotrzebowaniem na te metale. Proces ich pozyskiwania jest skomplikowany, a firmy z całego łańcucha dostaw — od surowców do nowych akumulatorów — są rozproszone po całym świecie.

Circulor i Oracle: Recykling kobaltu z użyciem technologii blockchain

Duże zapotrzebowanie na kobalt wymaga recyklingu baterii, ponieważ ilości nowo wydobywanego kobaltu są niewystarczające. W związku z tym konieczne jest odpowiedzialne wykorzystywanie i ponowne przetwarzanie dotychczasowych zasobów tego metalu. Dostawcy akumulatorów w ramach inicjatywy Volvo Cars w dziedzinie elektryfikacji muszą zapewnić możliwość śledzenia pochodzenia surowców zastosowanych w tych akumulatorach. Firma Volvo Cars poszukiwała rozwiązania, które pomoże jej sprawnie śledzić materiały zastosowane w akumulatorach samochodów elektrycznych, weryfikować możliwość recyklingu tych materiałów oraz zapewniać zgodność z przepisami. Wybrała Circulor — brytyjskie przedsiębiorstwo specjalizujące się w zastosowaniu technologii blockchain do śledzenia surowców w łańcuchach dostaw.

Circulor opracował platformę wykorzystującą technologię blockchain Oracle do stworzenia łańcucha dowodowego w łańcuchu dostaw. Jest on połączony z algorytmami sztucznej inteligencji, aby wspomagać procesy due diligence i identyfikować anomalie w danych, a dzięki temu pomagać w skutecznym prowadzeniu dochodzeń i zapewnianiu zgodności z przepisami. Platforma została już przetestowana w warunkach rzeczywistych i jest stosowana w odniesieniu do tantalu wydobywanego w Ruandzie (tantal jest jednym z „krwawych minerałów” [ang. conflict minerals] używanych w naszych telefonach i laptopach), a obecnie również w odniesieniu do kobaltu wykorzystywanego w akumulatorach pojazdów elektrycznych Volvo Cars.

Korzyści z wykorzystania technologii Oracle Blockchain do śledzenia łańcucha dostaw

Fabrycznie skonfigurowana platforma blockchain Oracle pozwoliła firmie Circulor skupić się na jej obszarze specjalizacji — czyli na śledzeniu minerałów — zamiast poświęcać dużo czasu i wysiłku na budowę infrastruktury blockchain. Platforma Oracle Blockchain umożliwia łatwą konfigurację bezpiecznego łańcucha bloków już w wersji fabrycznej:

  • W pełni zarządzana platforma chmurowa do szybkiego udostępniania sieci blockchain i uproszczonego zarządzania tymi sieciami
  • Obejmuje komponenty takie jak: zależności w zakresie infrastruktury, komponenty Hyperledger Fabric, interfejs REST proxy oraz konsola operacyjna
  • Łatwe wdrażanie partnerów dzięki wstępnie zintegrowanym, wbudowanym funkcjom weryfikacji tożsamości

Według dyrektora generalnego firmy Circulor Douglasa Johnsona-Poensgena zastosowanie technologii Oracle Blockchain do śledzenia surowców i części samochodowych przynosi wiele korzyści. „Stworzyliśmy warstwę merytoryczną, interfejsy użytkownika i algorytmy do weryfikacji danych, ale nie musieliśmy się martwić o to, czy nasze rozwiązanie będzie rozwiązaniem klasy korporacyjnej, ponieważ Oracle Blockchain zapewnia wydajność, bezpieczeństwo i skalowalność klasy korporacyjnej już w wersji fabrycznej”.

Dzięki śledzeniu i weryfikowaniu łańcucha dostaw przez technologię blockchain zarówno firma Volvo Cars, jak i jej klienci mają pewność, że części samochodowe pochodzą z legalnych źródeł oraz są zgodne z przepisami i pozyskiwane w sposób odpowiedzialny.

„Choć wiele osób nadal uważa, że blockchain to tylko buzzword, Volvo Cars wraz z Oracle udowadniają, że ta opinia to przebrzmiała historia” – komentuje Maciej Tomkiewicz, Senior Sales z Oracle Polska. „Jako liderzy innowacji w swoich branżach, nie oglądając się na fale bezpodstawnej krytyki obie firmy pokazują, jak w praktyce należy traktować blockchain, implementując go do swoich rozwiązań. Wszystko jest przemyślane i uszyte na miarę, nie ma tutaj nadmiarowych coinów, ICO czy Proof of Work niepotrzebnie zużywających energię. Właściwe klocki do właściwej układanki, o takich implementacjach chcemy słyszeć częściej”.

Mary Hall, dyrektor działu Oracle Blockchain Product Marketing

[1] Źródło: Johnson Controls Power Solutions via MyBatteryRecyling.com

Opracowanie artykułu: Maciej Tomkiewicz, Oracle Polska

Pozytywne sygnały po wznowieniu rozmów handlowych na linii USA – Chiny

Rozmowy handlowe na linii USA – Chiny zostały wznowione zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami w czwartek (10.10.2019). W ocenie Donalda Trumpa pierwszy dzień negocjacji przebiegł pomyślnie, co przyczyniło się do poprawy sentymentu na rynkach.

Według wyników sondażu late poll oraz wstępnych danych PKW, zwycięzcą wyborów parlamentarnych w Polsce zostało rządzące dotychczas ugrupowanie Prawo i Sprawiedliwość – Zjednoczona Prawica, które według tych wyników uzyskało około 44% głosów, co prawdopodobnie zapewnia samodzielną większość w Sejmie. Rezultat ten nie stanowi dla inwestorów większego zaskoczenia, gdyż sondaże od dłuższego czasu wskazywały na wysokie prawdopodobieństwo właśnie takiego scenariuszu.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 1,63%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zyskały 1,83%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z nieco skromniejszym wzrostem: o 0,38% dla sWIG80 oraz o 0,87% dla mWIG40. Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne zarówno w Polsce, jak i w USA. W środę (16.10.2019) poznamy dane o sprzedaży detalicznej w USA. Z kolei w czwartek (17.10.2019) nadejdą dane o produkcji przemysłowej, liczbie wydanych pozwoleń na budowę domów oraz dane o złożonych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych. W piątek (18.10.2019) poznamy wartość indeksu wskaźników wyprzedzających Conference Board.

Interesujące dane będą również napływały z Polski. We wtorek (15.10.2019) poznamy finalny odczyt wrześniowej inflacji CPI. W środę (16.10.2019) zostaną upublicznione dane o inflacji bazowej, cen administrowanych oraz cen żywności i energii. W czwartek (17.10.2019) oczekuje się odczytu danych o zatrudnieniu oraz wynagrodzeniach. Natomiast w piątek (18.10.2019) poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

77 proc. millenialsów krytykuje współczesne firmy

  • 77 proc. młodych ludzi skrytykowało firmy za koncentrowanie się na własnych potrzebach (zwłaszcza finansowych), a nie na społeczeństwie.
  • Współczesny konsument potrzebuje szybkich usług, sprawnej obsługi, ale oczekują też wysokiego poziomu ‘customer experience’.
  • 42 proc. millenialsów pogłębiło relacje z firmami, ponieważ postrzegają ich produkty lub usługi jako mające pozytywny wpływ na społeczeństwo i/lub środowisko.

“Klient w centrum uwagi” czy “orientacja na klienta” to częste hasła wygłaszane przy okazji prezentacji celów większości firmy. Niestety, badania na przestrzeni lat pokazywały, że uwaga przedsiębiorców najczęściej skupiona była na aspektach wewnętrznych firmy, optymalizacji kosztów i maksymalizacji zysków pozostawiając obsługę klienta na drugim planie. To jeden z powodów, który doprowadził do dynamicznego wzrostu upadłości wśród firm handlowych, które nie dostosowały się do wymagań współczesnych konsumentów. W konsekwencji aż 33 proc. wszystkich upadłości w pierwszej połowie 2019 roku stanowiły bankructwa firm z tego sektora.[1]

Millenialsi i pokolenie Z są wymagający i nie boją się dyktować swoich warunków i stylu wymagających zmiany relacji między klientem a firmą. Tegoroczne badanie wśród młodych ludzi pokazało, że nie postrzegają przedsiębiorców w pozytywny sposób. Według 77 proc. respondentów firmy za bardzo koncentrują się na własnych celach, a nie na potrzebach społeczeństwa. Co więcej ich zdaniem nie mają one innych ambicji poza zarabianiem pieniędzy (64 proc.)[2]. Wśród celów stawianych przedsiębiorcom przez młodych ludzi pojawiły się: oferowanie produktów i usług wysokiej jakości (36 proc), tworzenie miejsc pracy (35 proc.), podniesienie stopy życia pracowników (33 proc.) oraz zaangażowanie społeczne (np. w edukację, zmniejszanie nierówności społecznych i inicjatywy na rzecz różnorodności – 32 proc.)[3].

Nowe pokolenie wprowadza nowe wymagania i przedsiębiorcy chcący rozwijać się na rynku muszą dobrze poznać swojego, już nie przyszłego, ale obecnego klienta. Badania na pokoleniu Z i millenialsach pokazała, że obie grupy stanowią dużą siłę nabywczą, ponieważ wcześnie rozpoczynają karierę zawodową oraz dużo wydają. Prawie 40 proc. badanych wydaje więcej niż 200 zł miesięcznie na modę[4].

Liczy się czas

Najnowsze badania nad czasem Polaków pokazały, że 12 proc. traci czas na drogę do/z pracy oraz 33 proc. na stanie w korkach[5]. Średnia podróż do miejsca zatrudnienia zajmuje 41 min[6], w skali miesiąca a nawet roku to ogromne marnotrawstwo zasobów. Współczesny konsument potrzebuje szybkich usług, sprawnej obsługi, ale oczekują też wysokiego poziomu  ‘customer experience’.

Przyspieszenie czasu obsługi nie jest bardzo skomplikowanym zadaniem, z pomocą przychodzą nowoczesne technologie. Ministerstwo Finansów przygotowuje projekt umożliwiający instalację aplikacji na smartfonie zastępującą stacjonarną kasę fiskalną, z kolei Fundacja Polska Bezgotówkowa oferuje wyposażenie punktów handlowych, gastronomicznych i usługowych w bezpłatne terminale płatnicze.

W ramach współpracy z fundacją Polska Bezgotówkowa dostarczyliśmy najwięcej terminali do polskich przedsiębiorców. Bardzo dużą popularnością cieszą się terminale przenośne, komunikujące się w sieci komórkowej 3G, które wykazują się wysoką jakością użytkowania, bowiem przeciętna transakcja może być nawet do 5 sekund szybsza w porównaniu do technologii 2G, a w skali miesiąca jest to już realna oszczędność czasu – komentuje Piotr Waś, dyrektor zarządzający na Europę Wschodnią w Ingenico Group.

Badania wśród millenialsów i pokolenia Z pokazują, że lubią odwiedzać sklepy jako sposób spędzenia wolnego czasu (odpowiednio 60 i 67 proc. respondentów). Niestety bezpośrednia obsługa klienta już nie wystarczy ponieważ młodzi ludzie w większości unikają rozmów ze sprzedawcami – o wiele pewniej czują się w kontaktach poprzez media społecznościowe. Wyniki pokazują, że szukają w nich najczęściej promocji, informacji o trendach i konkretnych produktach[7].

Liczę się “ja”

O młodych pokoleniach istnieje już wiele skrajnie różnych opinii: są bardzo pozytywni, ale nieodpowiedzialni, z dużymi oczekiwaniami i lekko zadufani. Najczęściej jednak podkreślany jest ich egoizm i skupienie na sobie, co z kolei wpłynęło na pogłębienie trendu personalizacji produktów i usług. Dotychczasowe założenie dostosowywania towarów pod hasłem “my jako grupa społeczna” zmienia się w hiper-personalizację, tzn. liczę się tylko “ja, jednostka”. Eksperci przewidują, że w najbliższej przyszłości również proces zakupowy będzie opierać się na spersonalizowanych doświadczeniach, wzmacnianych przez autentyczną komunikację, zaś sama transakcja będzie odbywać się w tle.

Same produkty już niedługo nie będą postrzegane w większości przez pryzmat swojej funkcji użytkowej – mają stać się urzeczywistnieniem wartości bliskich klientowi. Ważniejsze dla konsumentów stanie się poszanowanie zasad etycznej produkcji oraz wcześniej wspomniana zdolność oferowania indywidualnie dopasowanych idei, a także realizacja szybkiej dostawy.

Liczy się społeczeństwo i autentyczność

Millenialsi i Zetki mimo dużego skupienia na swoich potrzebach i aspiracjach otwarcie manifestują swoje wartości i to, ze chcą uczynić ten świat lepszym miejscem. Te grupy są w stanie więcej zapłacić za produkty firm wspierających lokalne społeczności i inicjatywy, jak również produktu wytworzonego zgodnie z ideą sprawiedliwego handlu (ang. fair trade)[8]. Co więcej, jedną z najpopularniejszych ambicji wśród młodych ludzi jest wywarcie pozytywnego wpływu na społeczności – ok. 46% wskazań[9].

Dla firm chcących dotrzeć do młodych pokoleń podstawowym słowem-kluczem jest „autentyczność”. Oprócz np. kodeksów postępowań wolą realne działania, chcą usłyszeć autentyczne historie z życia, bez kurtyny. Millenialsi nie ufają obrazom. Te mogą być ‘sfotoszopowane’, mogą zawierać zniekształcające filtry, a młodzi ludzie są podejrzliwi i nie ufają sprzedawcom, którzy korzystają ze skryptów. Sprawdzają i szukają informacji na forach, w aplikacjach lub wśród przyjaciół i influencerów. Chcą autentycznych doznań i wiarygodnych informacji.

Młodsze pokolenia rozmawiają poprzez swoje portfele w sposób, który wydaje się być innym, niż robiły to poprzednie pokolenia. Wszechobecna reklama, zła obsługa i tracące na jakości towary frustrują. Jednak pokolenie millenialsów i generacji Z ma naturalną skłonność nawiązywania i utrzymywania relacji z firmami z bardzo osobistych powodów, często związanych z pozytywnym lub negatywnym wpływem firmy na społeczeństwo.

Aby dotrzeć do młodych ludzi przedsiębiorcy powinni zrozumieć, że za decyzjami zakupowymi młodych ludzi nie stoją tylko cechy fizyczne produktu lub marketing. Najnowsze raporty pokazują, że 42 proc. millenialsów stwierdziło, że pogłębiło relacje z firmami, ponieważ postrzegają ich produkty lub usługi jako mające pozytywny wpływ na społeczeństwo i/lub środowisko. Ponadto 37 proc. stwierdziło, że odeszli od przedsiębiorstw z powodu nieetycznego zachowania firmy.[10]

[1] CEIDG Monitor Sądowy i Gospodarczy

[2] Ibidem.

[3] Ibidem.

[4] Accenture, Jak Kupuje Generacja Z?, Raport 2019

[5] Raport Lorus, Czas ma znaczenia, Zymetria, sierpień 2019

[6] Dojazdy Polaków do pracy, Commute Survey, PageGroup 2016

[7] Accenture, Jak Kupuje Generacja Z?, Raport 2019

[8] Ibidem.

[9] The Deloitte Global Millennial Survey 2019

[10] The Deloitte Global Millennial Survey 2019

Od dziś małe i średnie firmy mogą się ubiegać o unijne dofinansowania z BGK. Warunkiem wysoka innowacyjność projektów

Od dziś małe i średnie firmy mogą się ubiegać o unijne dofinansowania z BGK. Warunkiem wysoka innowacyjność projektów 1

Premia technologiczna to jedna z flagowych form wsparcia dla firm z sektora MŚP, które mają pomysł na innowacyjny produkt bądź usługę. Dotacja z unijnych środków może sięgnąć aż 6 mln zł. Do tej pory skorzystało z niej ponad 500 firm, a kwota udzielonego im wsparcia zbliża się do 970 mln zł. Kolejne wnioski o dofinansowanie premią technologiczną innowacyjni przedsiębiorcy z sektora MŚP mogą składać od 15 października. Bank Gospodarstwa Krajowego uruchamia dziś kolejny, szósty już konkurs.

– Przedsiębiorcy z sektora MŚP bardzo często rozważają kredyt na innowacje technologiczne jako źródło finansowania innowacyjnych pomysłów. W dotychczasowych pięciu naborach do BGK wpłynęło blisko 1,9 tys. wniosków o dofinansowanie. Co więcej, są to tylko wnioski składane przez mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa, dla których górną granicą jest zatrudnienie maksymalnie 250 pracowników – mówi Mateusz Szulc z Departamentu Programów Europejskich Banku Gospodarstwa Krajowego.

Kredyt na innowacje technologiczne (inaczej premia technologiczna) to flagowy program wsparcia Banku Gospodarstwa Krajowego, skierowany do mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw. Jest finansowany z unijnego Programu Inteligentny Rozwój. Firma, która chce ubiegać się o dotację, musi przede wszystkim mieć pomysł na innowacyjny biznes, gdzie – w wyniku wdrożenia nowej technologii – powstanie całkiem nowy bądź znacząco ulepszony produkt czy usługa.

– O dofinansowanie mogą się ubiegać firmy, które rzeczywiście mają wysoki poziom innowacyjności. Eksperci oceniający taki projekt będą rozpatrywać, czy produkt bądź usługa – które powstaną w wyniku jego realizacji – będą innowacyjne na skalę ogólnokrajową. Innowacyjność ograniczająca się jedynie do obszaru przedsiębiorstwa to za mało, żeby skorzystać z tego dofinansowania – mówi  Mateusz Szulc.

Premią technologiczną z BGK firma może sfinansować między innymi zakup środków trwałych, czyli maszyn i urządzeń niezbędnych do wdrożenia nowej technologii (zarówno nowych, jak i używanych). Dofinansowanie obejmuje jednak dużo szerszy katalog kosztów kwalifikowanych.

– Premia technologiczna może również dofinansować wydatki związane z budową lub rozbudową budynku. W tym przypadku dofinansowanie obejmie tylko tę powierzchnię, która jest wykorzystywana bezpośrednio do produkcji. Dofinansowanie może również objąć zakup patentu, know-how, licencji, która ma być wdrożona w ramach takiego projektu, koszt dzierżawy lub nabycia nieruchomości oraz wydatki towarzyszące, czyli studia, ekspertyzy, koncepcje opracowywane przez doradców zewnętrznych – precyzuje Mateusz Szulc.

Aby ubiegać się o premię technologiczną z unijnych środków, firma musi mieć zdolność kredytową i uzyskać najpierw promesę udzielenia kredytu technologicznego w jednym z 20 banków komercyjnych, które współpracują z BGK.

– Pierwsze kroki przedsiębiorca powinien skierować do jednego z banków komercyjnych, które z nami współpracują. Jest to 20 banków, w tym również banki spółdzielcze. Przedsiębiorca powinien zgłosić doradcy kredytowemu, że potrzebuje promesę kredytu technologicznego lub warunkową umowę kredytu technologicznego. Kładziemy bardzo duży nacisk na to, aby szkolić pracowników banków komercyjnych w zakresie prawidłowej obsługi klientów zainteresowanych tym dofinansowaniem, dlatego oni już wtedy wiedzą, co dalej zrobić. Muszą ocenić zdolność finansową tego przedsiębiorcy i wystawiają mu dokument, który to potwierdza – tłumaczy Mateusz Szulc.

Mając już promesę kredytu technologicznego wystawioną przez bank komercyjny, przedsiębiorca może złożyć do BGK wniosek o dofinansowanie. Ten podlega ocenie zewnętrznych ekspertów branżowych, którzy sprawdzają przede wszystkim poziom innowacyjności projektu.

Kwota pojedynczej dotacji może sięgnąć 6 mln zł. Jeżeli dofinansowanie zostanie przyznane, wówczas BGK spłaci część kredytu zaciągniętego przez firmę w banku komercyjnym. Oznacza to, że premia technologiczna nie trafia do firmy, ale bezpośrednio na rachunek banku i pomniejsza kwotę zobowiązania.

– Jest to nietypowa dotacja, ponieważ przedsiębiorca nie otrzymuje dofinansowania bezpośrednio na swój rachunek, do własnego rozporządzania. Natomiast BGK spłaca za niego część kredytu, który zaciągnął w banku komercyjnym na sfinansowanie inwestycji – mówi Mateusz Szulc.

W dotychczasowych pięciu naborach do Banku Gospodarstwa Krajowego wpłynęły dokładnie 1 883 wnioski o dofinansowanie premią technologiczną, z których 771 zostało ocenionych pozytywnie. W tej chwili BGK ma podpisanych z przedsiębiorstwami MŚP ponad 500 umów o dofinansowanie, a kwota wypłaconego wsparcia sięga już prawie 970 mln zł (od grudnia 2016 roku).

Jedną z firm, które skorzystały z tej formy wsparcia, jest producent odzieży termoaktywnej Filati, na rynku znany głównie pod marką Brubeck. Korzystają z niej profesjonalni sportowcy, m.in. członkowie Polskiego Związku Alpinizmu, a marka wspiera też biegaczy, lekkoatletów czy zawodników motocross. Jej fabryka w Zduńskiej Woli pracuje na najnowocześniejszych maszynach, a rozwiązania produkcyjne bazują na badaniach naukowych i chronionej tajemnicą wiedzy o składzie i właściwościach użytych surowców i ich odpowiednim łączeniu.

– Technologia, którą Brubeck tworzy na bazie najnowocześniejszych maszyn, jakie są produkowane na świecie, daje możliwości stworzenia zupełnie nowego, nieistniejącego jeszcze na rynku produktu. Jest to produkt mocno spersonalizowny, przeznaczony dla indywidualnego klienta – mówi Mirosław Kubiak, właściciel Filati.

Firma przy wsparciu BGK – korzystała z unijnych dotacji już trzykrotnie. W 2005 roku otrzymała dotację na wdrożenie nowoczesnej technologii produkcji w ramach Programu Innowacyjna Gospodarka. Zaowocowało to ekspansją na rynki zagraniczne i produkcją na zlecenie znanych marek, takich jak Helly Hansen. Z kolei dwa lata temu Filati uzyskała premię technologiczną z BGK na opracowanie i wdrożenie do produkcji innowacyjnej dzianiny dla bielizny EMS (Electrical Muscle Stimulation, elektrostymulacja mięśni).

– We współpracy z BGK realizujemy już trzeci projekt unijny. Pierwszym było wdrożenie naturalnych włókien wełny w technologii seamless, drugim – bielizna tekstroniczna. Trzeci projekt to antybakteryjne, antykleszczowe dzianiny, ale w ramach tej współpracy zrealizowaliśmy również projekt laboratorium technologicznego dla produktów firmy – mówi Mirosław Kubiak.

Kolejne wnioski o dofinansowanie premią technologiczną innowacyjni przedsiębiorcy z sektora MŚP mogą składać od 15 października. To już szósty konkurs uruchomiony przez BGK.

– Od tego dnia jest aktywny generator wniosków o dofinansowanie, czyli narzędzie działające w przeglądarce internetowej, za pośrednictwem którego można przygotować wniosek i złożyć go w wersji elektronicznej. Wnioski o dofinansowanie można składać aż do 27 lutego przyszłego roku, do rozdysponowania w tym naborze mamy około 350 mln zł – mówi Mateusz Szulc z Departamentu Programów Europejskich Banku Gospodarstwa Krajowego.

Enea wybuduje wielkoobszarowe farmy fotowoltaiczne na terenach rolnych. Powstaną głównie na Dolnym Śląsku, w województwie lubuskim i zachodniopomorskim

Enea wybuduje wielkoobszarowe farmy fotowoltaiczne na terenach rolnych. Powstaną głównie na Dolnym Śląsku, w województwie lubuskim i zachodniopomorskim 2

Polska już w tym roku ma się szansę znaleźć na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych – szacuje Instytut Energetyki Odnawialnej. Według ekspertów to właśnie technologia PV i morskie instalacje wiatrowe będą dominować w polskim OZE w perspektywie nadchodzących lat. Dlatego właśnie Grupa Enea chce budować wielkoobszarowe farmy fotowoltaiczne na nieruchomościach rolnych, należących do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. KOWR dysponuje ponad 1,5 mln ha gruntów, spośród których zostaną wybrane te o niskiej przydatności rolniczej. Oba podmioty podpisały umowę o współpracy i zawiążą spółkę celową, a wspólny projekt może docelowo objąć tereny położone w całym kraju.

Fotowoltaika jest topowym rozwiązaniem związanym z produkcją energii elektrycznej bez emisji dwutlenku węgla. W naszym planie strategicznym uwzględniamy znaczny potencjał fotowoltaiki. Oczywiście występują bariery, natomiast są one związane głównie z pozyskiwaniem gruntów. Stąd chcemy zinwentaryzować potencjał tych gruntów, które nie mogą być wykorzystywane przez rolników i głównie na tej bazie planujemy rozwijać strategię OZE – mówi Jarosław Ołowski, wiceprezes Enei ds. finansowych.

Fotowoltaika jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów OZE – zarówno w Polsce, jak i na świecie. Według raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej („Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019”) już w tym roku Polska ma szansę znaleźć się na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych. Przyrost nowych instalacji PV jest bardzo dynamiczny – na koniec ubiegłego roku łączna moc zainstalowana w źródłach fotowoltaicznych wyniosła ok. 500 MW, natomiast w maju tego roku przekroczyła już 700 MW. Eksperci IEO szacują, że w tym roku przybędzie nawet 1 GW nowych instalacji PV, a moc skumulowana instalacji fotowoltaicznych w Polsce na koniec roku wyniesie około 1,5 GW.

Grupa Enea ocenia, że to właśnie fotowoltaika i morskie instalacje wiatrowe będą dominować w polskim OZE. Dlatego rozwija kolejne projekty z zakresu zielonej energii i sukcesywnie zwiększa produkcję ze źródeł odnawialnych – w I półroczu br. ten wzrost wyniósł ponad 12 proc. Na terenach należącej do Enei kopalni LW Bogdanka są już planowane farmy fotowoltaiczne o łącznej mocy do 30 MW, które będą zasilać lubelski zakład. W Pile powstanie z kolei nowe, niskoemisyjne, kogeneracyjne źródło ciepła współpracujące z instalacją OZE, które zmniejszy zapotrzebowanie na energię ze źródeł konwencjonalnych i ograniczy emisję dwutlenku węgla.

Teraz Grupa Enea idzie krok dalej – chce budować wielkoobszarowe farmy fotowoltaiczne na nieruchomościach rolnych należących do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. Oba podmioty podpisały właśnie list intencyjny dotyczący przyszłej współpracy.

Podpisaliśmy umowę, której intencją jest powołanie spółki prawa handlowego. KOWR aportem wniesie do niej nieruchomości rolne. Będą to grunty, które w wielu przypadkach są już w studiach i planach zagospodarowania przestrzennego przeznaczone właśnie na odnawialne źródła energii. Chodzi o to, żeby przyspieszyć działania. Zebraliśmy już informacje – są to są grunty kilkusethektarowe na Dolnym Śląsku, w województwie lubuskim i zachodniopomorskim – mówi Grzegorz Pięta, dyrektor generalny Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Jak ocenia, kilka miesięcy potrwa teraz dopięcie procedur sądowo-administracyjnych i wycena udziałów w spółce celowej, do której KOWR wniesie grunty. – Chcemy dopiąć to jak najszybciej i wpisać się w politykę rządu, a zarazem pakietu klimatycznego. Chcielibyśmy, żeby ta zielona energia funkcjonowała w jak największym zakresie – mówi Grzegorz Pięta.

Wspólny projekt budowy wielkoobszarowych farm fotowoltaicznych na terenach należących do KOWR może docelowo objąć tereny położone w całej Polsce. Instalacje PV będą powstawać na terenach o niskiej przydatności rolniczej.

Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa posiada około 1,5 mln ha gruntów. Nawet jeżeli to będzie 1 proc. z nich, to będzie już zasób na tyle duży, że będziemy w stanie zbudować źródła dostarczające energię elektryczną nie tylko mieszkańcom wsi, lecz także mieszkańcom każdego zakątka Polski – mówi Jarosław Ołowski, wiceprezes Enei ds. finansowych.

Inicjatywa ma się przyczynić do promocji odnawialnych źródeł energii na terenach wiejskich i – jak podkreślają oba podmioty – wpisuje się w założenia państwowej polityki energetycznej do 2040 roku, która zakłada rozwój OZE i obniżanie emisyjności sektora energetycznego.

To jest projekt idący w kierunku nowoczesnej gospodarki energetycznej, dedykowany energetyce rozproszonej na wsi. To właśnie wieś miała najczęściej problemy z dostawami energii, a w tym przypadku położenie instalacji blisko terenów wiejskich będzie też powodować oszczędności na przesyle – mówi Marek Suski, szef Gabinetu Politycznego Prezesa Rady Ministrów. – Umowa została podpisana pomiędzy KOWR i Grupą Enea, ale jest to oczywiście porozumienie otwarte. Jeżeli inne spółki energetyczne również będą chciały iść w tym kierunku, to KOWR posiada dziesiątki tysięcy hektarów, które można w ten sposób wykorzystać.

Cyberprzestępcy podszywają się pod Netfliksa czy PayPal, by wyłudzić pieniądze. Polacy potrzebują edukacji związanej z cyberbezpieczeństwem

Cyberprzestępcy podszywają się pod Netfliksa czy PayPal, by wyłudzić pieniądze. Polacy potrzebują edukacji związanej z cyberbezpieczeństwem 3

Rośnie liczba cyberataków. Tylko w 2018 roku CERT Polska zanotował ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. To przede wszystkim phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i spam. W ciągu roku trzykrotnie wzrosła liczba fałszywych sklepów internetowych. Cyberprzestępcy stale poszukują nowych historii, które uwiarygodnią ich przed odbiorcami wiadomości. Zagrożenia w sieci przybliży kampania edukacyjna „CyberLiga”, która w stylistyce znanych produkcji takich jak „Gra o Tron” czy „Avengers”, pokazuje, że w cyberprzestrzeni cały czas toczy się niebezpieczna gra.

– Użytkownicy internetu natrafiają najczęściej na zagrożenia, które wyłudzają od nich dane. To są zagrożenia zwane phishingiem. Poprzez eksploatację takich metod ataków można stracić pieniądze na swoim koncie bankowości elektronicznej lub paść ofiarą innych wyłudzeń. Druga grupa to ransomware, czyli zagrożenia polegające na tym, że dane na dysku zostają zaszyfrowane przez atakującego. Żeby odzyskać dostęp do danych, należy zapłacić okup – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora NASK, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji.

Według raportu CERT Polska w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa (wzrost o 17,5 proc. rdr.). Najwięcej było ataków phishingu (ok. 44 proc.), dystrybucji złośliwego oprogramowania (23 proc.) i spamu (11 proc.). Najczęściej zgłaszanymi incydentami phishingowymi były fałszywe strony zagranicznych serwisów, takich jak Netflix lub PayPal, zamieszczone na polskich serwerach. Motywem była przede wszystkim chęć pozyskania danych uwierzytelniających do serwisów, także banków.

– Cyberprzestępcy wykorzystują pocztę elektroniczną, żeby się podszywać pod różne instytucje, jak banki czy firmy kurierskie. Należy być bardzo czujnym i ostrożnym. Najlepiej nie klikać w nieznane linki, bo to prowadzi do stron zarażonych, zainfekowanych – tłumaczy Krzysztof Silicki. – Jeśli nie spodziewamy się jakiegoś e-maila i nie znamy nadawcy, to nie otwierajmy bezkrytycznie takiej wiadomości. Warto sprawdzić, czy ta instytucja, która się do nas zwraca, ma telefon, na który można zadzwonić i zweryfikować jej tożsamość.

Często obserwowanym atakiem były również e-maile z fakturą lub dokumentem rozsyłane w imieniu znanej firmy. Takie wiadomości zawierają złośliwe załączniki czy linki odsyłające do pobrania złośliwego oprogramowania. Przestępcy wykorzystywali oprogramowania typu ransomware oraz tzw. bankery, ukierunkowane na klientów bankowości elektronicznej i mobilnej. Do ataków coraz częściej wykorzystywane są też wiadomości SMS.

– Metody wykorzystywane przez przestępców są coraz trudniejsze w detekcji. Pojawiają się ataki, które polegają na tym, że nasza karta SIM jest duplikowana i nagle tracimy informacje. To może być sygnał, że ktoś może czyhać na naszą komunikację, którą prowadzimy np. z bankiem – tłumaczy Krzysztof Silicki.

Hakerzy próbują nowych ataków, wykorzystują przy tym popularność wydarzeń sportowych, seriali czy filmów. Chętnie sięgają też po chwytliwe tytuły i nagłówki, które mogą zainteresować szerokie grono internautów.

– Cyberprzestępcy stale poszukują nowych historii, nowych scenariuszy, które uwiarygodnią ich przed odbiorcami ich wiadomości. Albo muszą sami wymyślać historie, jak np. porwanie dziecka w centrum handlowym, albo bardzo chętnie podpinają się pod jakieś wydarzenia, które już są napędzane przez media: wypadek, katastrofa – wskazuje Przemysław Jaroszewski, kierownik CERT Polska w NASK.

Cyberprzestępcy coraz chętniej wykorzystują także elementy i ikony popkultury. Dlatego NASK, posługując się językiem popkultury, chce przybliżyć zagrożenia w sieci. Kampania „CyberLiga” posługuje się podobną estetyką, co serial „Gra o tron” czy seria „Avengers”. Cyberbohaterowie, czyli Kapitan Antyvir i Lady Antyspam, będą się zmagać z czarnymi charakterami – PhishingManem i RansomWoman, aby pokazać, że w cyberprzestrzeni toczy się niebezpieczna gra, której celem są nasze dane i pieniądze.

– W „CyberLidze” chodzi przede wszystkim o to, aby pewne abstrakcyjne i trudne do zrozumienia dla przeciętnego użytkownika pojęcia jak ransomware czy phishing spersonifikować, pokazać je właśnie w formie antybohatera, któremu przeciwstawieni są pozytywni bohaterowie ligi. Chcemy pokazać, jakie są atrybuty, jak to zagrożenie funkcjonuje, w jaki sposób można z nim walczyć – tłumaczy Przemysław Jaroszewski.

Twórcy kampanii chcą w ten sposób dotrzeć nie tylko do najmłodszych, lecz także do dorosłych, którzy często nie rozumieją, czym są ataki phishingowe czy ransomware. Nie wiedzą, jak się przed nimi chronić, nie korzystają z aktualnych programów antywirusowych. W kampanii z RansomWoman i PhishingManem skutecznie walczą Kapitan Antyvir i Lady Antyspam.

– Edukacja i budowanie świadomości o zagrożeniach to podstawa. To nie jest coś, co wyeliminuje te zagrożenia w stu procentach, ale bez tego, tak jak bez uczenia dzieci o bezpiecznym korzystaniu z drogi, nie ma mowy o skutecznej walce z zagrożeniami. Próbujemy w nowatorski sposób przeprowadzić tę edukację – mówi Przemysław Jaroszewski.

Kampania „CyberLiga” powstała w ramach Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa. Więcej informacji dostępnych jest na stronie bezpiecznymiesiac.pl.

Do 2028 roku polskie lotniska mają obsłużyć 74 mln pasażerów. Rolę hubów mogą spełnić lotniska regionalne, nie tylko Centralny Port Komunikacyjny

Do 2028 roku polskie lotniska mają obsłużyć 74 mln pasażerów. Rolę hubów mogą spełnić lotniska regionalne, nie tylko Centralny Port Komunikacyjny 4

Polskie porty lotnicze notują dwukrotnie wyższą dynamikę wzrostu niż europejska średnia. W I półroczu 2019 roku obsłużyły 22,3 mln pasażerów, z czego lotniska regionalne – 62 proc. Tym samym było to dotychczas najlepsze półrocze w historii polskich portów regionalnych. Powstanie Centralnego Portu Komunikacyjnego może stanowić zagrożenie dla lokalnych lotnisk, zwłaszcza tych położonych blisko CPK, czyli w Łodzi, Bydgoszczy i Lublinie.

Centralny Port Komunikacyjny to projekt jeszcze dosyć odległy. Trudno przewidywać, co się stanie za 10, 15, może 20 lat. Projekt jest planowany na 2027 rok, ale wydaje mi się, że to są dosyć optymistyczne założenia. Wpływ CPK na lotniska regionalne, te położone blisko, może być bardzo duży, jeśli chodzi o całą infrastrukturę – mówi agencji Newseria Biznes Anna Midera, prezes Portu Lotniczego im. Władysława Reymonta w Łodzi.

Centralny Port Komunikacyjny „Solidarność” ma powstać 40 km na zachód od Warszawy. W pierwszym etapie może przyjąć 45 mln, a docelowo – nawet 100 mln pasażerów rocznie. CPK ma być odpowiedzią na szybko rosnący ruch pasażerów na polskich lotniskach, zwłaszcza w warszawskim porcie i jego ograniczonej przepustowości. Tylko przez pierwsze osiem miesięcy 2019 roku Lotnisko im. Fryderyka Chopina obsłużyło ok. 12,5 mln pasażerów.

Niewątpliwie nie byłoby projektu CPK, gdyby nie było myślenia o tym, że trzeba zamknąć Warszawę. Centralny Port Lotniczy nigdy nie wygeneruje planowanej liczby pasażerów, a ten pierwszy etap zakłada 45 mln, jeżeli nie zostanie zamknięta Warszawa – ocenia Midera.

CPK może mieć ogromny wpływ na wszystkie lotniska regionalne, zwłaszcza te położone najbliżej, czyli w Łodzi, Lublinie i Bydgoszczy, ale skutki mogą odczuć porty w całej Polsce. Raport „Centralny Port Komunikacyjny – analiza koncepcji”, opracowany przez Port Lotniczy Lublin wskazuje, że dużo będzie zależeć od inwestycji w infrastrukturę. Teoretycznie do 2030 roku z każdego większego miasta w Polsce będzie można dojechać do CPK w dwie godziny. Jeśli tak się stanie, mniejsze lotniska mogą ucierpieć.

Lotnisko w Łodzi rozwija się dynamicznie od dwóch lat. Szybsze tempo jest widoczne w sferze ruchu czarterowego i to jest naprawdę duża dynamika, więc być może taka będzie rola tego portu w momencie, kiedy powstanie Centralny Port Lotniczy. Widzimy też duże zainteresowanie i duże wzrosty general aviation, więc też trudno wyrokować, czy np. za 10 lat nie będzie potrzeba funkcjonowania takiego lotniska w centralnej Polsce, które będzie obsługiwało tego typu biznes lotniczy – mówi prezes Portu Lotniczego w Łodzi.

Na ruch lotniczy w centralnej Polsce duży wpływ ma także blokowany rozwój inwestycji w port w Modlinie (m.in. konflikt Przedsiębiorstwa Państwowego „Porty Lotnicze” z Mazowieckim Portem Lotniczym Warszawa-Modlin). Przy braku zwiększenia przepustowości lotniska CPK może być jedynym rozwiązaniem na większy ruch pasażerów. Prognoza ruchu lotniczego Urzędu Lotnictwa Cywilnego z 2017 roku zakłada, że w 2028 roku polskie lotniska obsłużą 74 mln podróżnych. Eksperci PwC zwracają z kolei uwagę na to, że spośród dużych unijnych krajów tylko Polska i Rumunia nie mają dużego hubu lotniczego. Konieczne jest więc zwiększenie przepustowości portów obsługujących Warszawę, stąd pomysł na CPK.

Są jednak w tej chwili świetnie funkcjonujące porty regionalne dookoła. Mam na myśli Łódź, która ma potencjał i cały czas walczymy o przewoźników i rozwój pasażerski. Jesteśmy w stanie w tej chwili przyjąć 2 mln pasażerów bez dodatkowych inwestycji, a także mamy perspektywy rozwojowe, gdyby ten przyrost nastąpił szybciej. Jest też Modlin, więc to jest kwestia kosztów, wyliczenia i spojrzenia na cały biznes lotniczy. Potrzebna jest strategia dla lotnictwa – przekonuje Anna Midera.

W 2018 roku port lotniczy w Łodzi obsłużył ponad 217 tys. pasażerów.  W tym roku – według prognoz – ma ich być ćwierć miliona. Do statystyk z 2012 roku (ponad 462 tys.) sporo brakuje, jednak jak podkreśla Midera, podróżnych ma być coraz więcej. W 2020 roku wzrost ma sięgnąć przynajmniej 14 proc.

To, o czym mogę na pewno powiedzieć, to rosnący rynek czarterowy. W przyszłym roku będziemy mieć do zaproponowania poza Bułgarią, Turcją i Zakynthos kolejne wyspy greckie: Korfu, Rodos, Kretę. W związku z tym większa będzie częstotliwość tych wyjazdów i pojawią się nowe kierunki, ale także nowe propozycje dla naszych i nie tylko naszych mieszkańców – zapowiada Anna Midera.

Lepsze wyniki w leczeniu cukrzycy możliwe dzięki nowoczesnym metodom pomiaru glikemii. Dostęp do systemu skanowania na razie ograniczony do dzieci i młodzieży w wieku 4–18 lat

Lepsze wyniki w leczeniu cukrzycy możliwe dzięki nowoczesnym metodom pomiaru glikemii. Dostęp do systemu skanowania na razie ograniczony do dzieci i młodzieży w wieku 4–18 lat 5

Nie ma skutecznej walki z cukrzycą bez systematycznej samokontroli pacjentów. Regularne monitorowanie poziomu glikemii sprzyja wyrównaniu metabolicznemu i redukuje ryzyko wystąpienia groźnych powikłań. Jest jednak czasochłonne, bolesne i inwazyjne, dlatego wielu chorych rezygnuje z jego wykonywania. Rozwiązaniem są nowoczesne systemy monitorowania, niewymagające kilkakrotnego nakłuwania palca w ciągu dnia, a jednocześnie dające lepsze wyniki: ciągły zapis poziomu glukozy oraz możliwe kierunki jego zmian. W Polsce dostępne są jednak wyłącznie dla niewielkiej grupy pacjentów.

Cukrzyca to przewlekła choroba metaboliczna, której przyczynę stanowią zaburzenia wydzielania hormonu produkowanego przez trzustkę, czyli insuliny. Schorzenie to nazywane jest epidemią XXI wieku, a liczba pacjentów stale rośnie – z danych WHO wynika, że obecnie na całym świecie choruje ponad 420 mln osób, czyli czterokrotnie więcej niż w latach 80. XX wieku. W Polsce z cukrzycą boryka się natomiast ok. 3 mln pacjentów. Celem leczenia jest nie tylko stabilizowanie poziomu cukru we krwi, lecz także zapobieganie powikłaniom, często prowadzącym do przedwczesnej śmierci lub trwałego kalectwa, m.in. zawałowi serca, udarowi mózgu, utracie wzroku czy hipoglikemii. Istotnym elementem terapii, zwłaszcza u chorych leczonych intensywnie insuliną, jest samokontrola.

Bez monitorowania poziomu glukozy nie ma dobrego leczenia cukrzycy. Są grupy pacjentów, które muszą monitorować się bardzo intensywnie, mierzyć codziennie poziom glukozy co najmniej kilkakrotnie. To są pacjenci z cukrzycą typu 1., to jest także kilkaset tysięcy pacjentów z cukrzycą typu 2. – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Maciej Małecki, kierownik Katedry i Kliniki Chorób Metabolicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum.

Intensywne monitorowanie poziomu glukozy istotnie wpływa na wyrównanie metaboliczne u pacjentów, a także redukuje częstotliwość występowania zaawansowanych powikłań cukrzycy. Samokontrola polega na wykonywaniu przez pacjenta regularnych oznaczeń stężenia glukozy we krwi przy użyciu glukometru oraz właściwej interpretacji uzyskanych wyników. Na ich podstawie chory musi codziennie modyfikować dietę, rodzaj i czas aktywności fizycznej oraz dawki insuliny. Aby cukrzyca była leczona prawidłowo, pomiary muszą być właściwie dokonane, procedury samokontroli są jednak czasochłonne, inwazyjne i bolesne, wymagają też systematyczności i ciągłej edukacji.

– Wielu pacjentów nie dokonuje pomiarów stosownie często, przyczyny tego są różne. Badanie poziomu cukru w tradycyjny sposób glukometrem wiąże się z nakłuciem opuszka palca. Jest to bolesne, ponadto wiemy też, że nie w każdej sytuacji można to wykonać, sytuacje są różne, to nie jest metoda dyskretna i nie zawsze po prostu możemy taki pomiar wykonać – mówi Anna Śliwińska, prezes zarządu Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków.

Nowoczesne systemy monitorowania glikemii uwalniają pacjenta od dyskomfortu związanego z koniecznością wielokrotnego nakłuwania opuszek palców, dając jednocześnie znacznie lepsze rezultaty. Wyniki nie stanowią już średniej kilku pomiarów, mogącej fałszować rzeczywisty stan pacjenta, lecz pozwalają na ciągły zapis poziomu glukozy. Nie tylko wskazują aktualny wynik glikemii, lecz także dostarczają dodatkowych danych, m.in. odnośnie do całodobowego wykresu glikemii oraz możliwego kierunku jej zmian w najbliższej przyszłości.

– Chory może wziąć pod uwagę te pomiary, żeby zapobiegać niedocukrzeniom, może np. przystanąć, kiedy prowadzi auto, żeby ustrzec się, zarówno przed górką, jak i przed dołkiem w takim monitorowaniu glikemii, i to jest prawdziwy przełom. Lekarz dostaje dużo więcej informacji niż do tej pory. To już nie są wyrywkowe pomiary glikemii kilka na dobę, tylko ciągły zapis, który sięga wstecz tydzień, dwa tygodnie czy kilka miesięcy – mówi prof. Maciej Małecki.

Osoby chore widzą trendy, czy ich cukry będą wzrastały, czy malały, czy będą mniej więcej bez zmian. A co za tym idzie, można wyciągać wnioski i stosownie reagować do sytuacji, zanim coś złego się wydarzy, czyli zanim nastąpi hipoglikemia czy hiperglikemia. Również mogą tego pomiaru dokonać w bezbolesny i bardzo dyskretny sposób – uzupełnia Anna Śliwińska.

Innowacyjne rozwiązania zwiększają świadomość pacjentów w zakresie ryzyka niedocukrzeń wpływają także na większe poczucie bezpieczeństwa i komfortu w codziennym życiu. W Polsce refundacja nowoczesnych systemów monitorowania glikemii ograniczona jest jednak do pacjentów z cukrzycą typu 1., w wąskim przedziale wiekowym oraz przy spełnieniu określonych kryteriów klinicznych. Resort zdrowia planuje poszerzenie grupy pacjentów o  dzieci i młodzież od 4 do 18 roku życia, jako najbardziej potrzebującej. Decyzja ta wyklucza z refundacji znaczną część pacjentów, zarówno z cukrzycą typu 1., jak i typu 2.

– Zawsze jest tak, że te terapie, które są istotnie droższe od aktualnych, wprowadzamy w grupie najbardziej potrzebujących. Uzgodniliśmy, że tą grupą będzie populacja dziecięca i o nią się bardzo mocno staramy. W tej grupie jesteśmy na światowym poziomie. W związku z tym dla tej grupy finansujemy na wstępie – mówi Maciej Miłkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia. – Później będziemy starać się poszerzać tę grupę w zależności od najważniejszych czynników. Analizujemy pierwsze dane dotyczące na przykład tego, gdzie pacjenci najbardziej używają pasków, ponieważ to jest ekwiwalent pasków refundacyjnych – dodaje.

Nowoczesna diabetologia obejmuje także, obok stosowania innowacyjnych technologii, wykorzystywanie rozwiązań informatycznych. Zdaniem Polskiego Towarzystwa Diabetologicznego telemedycyna to istotny element optymalizacji kontroli cukrzycy. Obecnie wiele glukometrów oraz większość systemów stałego monitorowania glikemii ma możliwość przesyłania danych do chmury internetowej za pomocą aplikacji mobilnych oraz programów komputerowych. Dzięki temu lekarz jest w stanie dokonać zdalnej analizy wyników samokontroli, wirtualnie przeprowadzić rozmowę z pacjentem oraz zmodyfikować terapię.

Rynek fintechów ewoluuje w stronę inteligentnego przetwarzania danych. Celem jest skuteczniejsze dotarcie do klienta

Rynek fintechów ewoluuje w stronę inteligentnego przetwarzania danych. Celem jest skuteczniejsze dotarcie do klienta 6

Współczesne branże content marketingu oraz fintechów w ogromnej mierze polegają na informacjach pozyskanych i przetwarzanych w ramach zbiorów big data. Inteligentne zarządzanie rozproszonymi danymi pozwala w spersonalizowany sposób podejść do klienta, a przy wykorzystaniu w ramach ich analizy technologii blockchain – zwiększyć bezpieczeństwo poufnych informacji. Celem jest przede wszystkim skuteczniejsze dotarcie do konkretnego klienta, a przy tym minimalizowanie efektów RODO, w tym m.in. nadużywania prawa do bycia zapomnianym.

– Smart data wspierają zarówno biznes, bo pomagają podejmować lepsze decyzje, jak i klienta, który czuje się lepiej zaopiekowany. Klient nie chce trafić do firmy, która np. będzie później wykonywała na nim działania marketingowe albo retencyjne, wciskając mu produkt, którego nie potrzebuje, bo oferuje wszystkim to samo i nigdy nie badała, czego klient tak naprawdę potrzebuje. Danych jest bardzo dużo. Sprytne podejście do nich to selekcja tych najważniejszych – mówi agencji Newseria Innowacje Krzysztof Kowalski, ekspert ds. rynku fintech.

Spersonalizowane kampanie reklamowe funkcjonujące w oparciu o analizę dużych zbiorów rozproszonych informacji o użytkownikach pozwalają stworzyć precyzyjne profile osobowe klientów. Dzięki narzędziom z sektora big data przedstawiciele biznesu wiedzą, w jaki sposób skonstruować komunikat, aby dotrzeć do konkretnego grona odbiorców, potencjalnie zainteresowanych daną usługą, serwisem bądź produktem.

Jednym z ciekawszych przykładów wykorzystania zasobów big data na rynku fintechowym jest platforma Leadorium od LeadsMansion stworzona z myślą o inteligentnym zarządzaniu leadami finansowymi. Platforma ma ułatwić wydawcom treści dotarcie do klientów biznesowych zainteresowanych rozpowszechnianiem informacji o produktach bankowych i pozyskiwaniem nowych leadów. Choć od początku wykorzystywała zasoby big data do optymalizowania zasięgu materiałów promocyjnych, wkrótce zostanie wzbogacona o nowe, innowacyjne narzędzia. Firma wdroży m.in. technologię blockchain oraz system inteligentnych kontaktów, które z jednej strony pozwolą zwiększyć bezpieczeństwo danych przesyłanych między klientami, z drugiej zaś zautomatyzują proces egzekwowania transakcji.

Na personalizację przekazu stawia także platforma BigDataCMP, która pozwala tworzyć profile behawioralne użytkowników internetu. W tym celu firma analizuje pliki cookies zebrane podczas kampanii reklamowej, które są zestawiane z 89 mln profili behawioralnych wypracowanych na podstawie rynku polskiego oraz 27 mld profili z całego świata. Tak szerokie pole analizy pozwala precyzyjnie określić potrzeby klientów, a co za tym idzie – zauważalnie zwiększyć konwersję sprzedaży.

– Wyzwaniem na przyszłość jest to, w jaki sposób będziemy zbierali i przetwarzali dane. Czasami nie zdając sobie z tego sprawy, zostawiamy je w przeróżnych źródłach. Technologie śledzą, po jakich stronach poruszają się użytkownicy i jakie mają preferencje. Na tej podstawie budowane są ich profile społeczne. To jest coś, co powoduje, że dostęp do danych jest większy. Jeśli firma wykorzysta to w mądry sposób, to jest w stanie dać klientowi lepszą ofertę, bardziej dopasowaną do jego potrzeb – wyjaśnia ekspert.

Ogromny wpływ na branżę big data wywarło wprowadzenie przepisów RODO. Według raportu EY Polska, co trzecia ankietowana firma musiała zakupić nowe oprogramowanie, które pozwoli bezpiecznie zarządzać danymi klientów. 56 proc. badanych przyznało także, że RODO będzie miało zauważalny wpływ na procesy marketingowe i sprzedażowe. Sporym wyzwaniem dla przedsiębiorców będzie przeciwdziałanie nadużywaniu przez klientów prawa do zapomnienia.

Profilowanie klientów w oparciu o zasoby big data ma być odpowiedzią na wyzwania, jakie przed firmami stawiają przepisy RODO. Narzędzia profilujące mają zminimalizować ryzyko dotarcia do klienta, który nie jest zainteresowany danym produktem.

– Z perspektywy klienta wiele z tych przepisów ułatwia życie. Natomiast dla rynku i dla konsumenta najtrudniejszy jest moment, kiedy dostęp do tych danych i możliwość zarządzania nimi przekraczają granicę, gdzie klient traci wartość, którą ma z tego przetwarzania. Przetwarzamy dane po to, żeby klientowi lepiej dopasować ofertę. Skoro on nie chce, żeby do niego dzwonić z informacją o produkcie długoterminowym, to dobrze gdybyśmy potrafili mu taki profil zbudować – mówi Krzysztof Kowalski.

Według analityków z firmy International Data Corporation wartość globalnego rynku big data w 2018 roku przekroczyła 189 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do przeszło 274 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie powyżej 13 proc.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość rewolucjonizują fabryki motoryzacyjne. Technologią zainteresowani są także dealerzy aut

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość rewolucjonizują fabryki motoryzacyjne. Technologią zainteresowani są także dealerzy aut 7

Procesy projektowania, montażu i sprzedaży samochodów przenoszą się do wirtualnej rzeczywistości. Dzięki wykorzystaniu gogli wirtualnej, rozszerzonej i mieszanej rzeczywistości koncerny mogą zwirtualizować większość prac wykonywanych zarówno w fabrykach, jak i salonach firmowych. Gogle ułatwiają projektantom modelowanie prototypów nowych pojazdów, przyspieszają proces wdrażania nowych pracowników na linie montażowe i zwiększają immersyjność prezentacji sprzedażowej.  

– Nakładając okulary wirtualnej rzeczywistości, użytkownik widzi tylko obraz, który jest wirtualnie wykreowany w jego przestrzeni. Za pomocą różnych manipulatorów może on np. w procesie projektowania obracać, widzieć szczegóły, rzeczy, które normalnie na rysunkach technicznych mogą nie być widoczne w płaskim odniesieniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr inż. Krzysztof Lalik z Wydziału Inżynierii Mechanicznej i Robotyki Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Wirtualna i rozszerzona rzeczywistość są coraz chętniej wykorzystywane w motoryzacji. Duże nadzieje w tej technologii pokłada m.in. grupa Volkswagen, która planuje wykorzystać je na szeroką skalę w fabryce SAIC w Szanghaju wyspecjalizowanej w produkcji elektrycznych samochodów. Zakład zaprojektowano w taki sposób, aby spełniał założenia Przemysłu 4.0. Z tego powodu duży nacisk położono na wykorzystanie technologii usprawniających i automatyzujących produkcję – obok maszyn inteligentnych przewidziano w niej miejsce dla pracowników wyposażonych w gogle VR oraz AR.

Przedstawiciele niemieckiego koncernu wdrożą innowacyjne procesy szkoleniowe dla pracowników linii produkcyjnych oraz działu logistyki odbywające się w wirtualnej rzeczywistości. Firma przygotowała kilkadziesiąt symulatorów, z których skorzysta 10 tys. pracowników. Koncern liczy na to, że dzięki goglom VR uda się poprawić efektywność szkoleń wewnętrznych, gdyż pracownicy będą mogli się bezpośrednio zmierzyć z konkretnymi problemami.

 Okulary VR i AR mają kluczowe znaczenie dla operatora linii technologicznych, która zawsze towarzyszy branży automotive w wytwarzaniu samochodów na kilku różnych szczeblach. Pierwszym szczeblem jest wspomaganie, tzw. guideline dla niego, co musi zrobić w kolejnych krokach. To skraca szkolenia, więc nowy pracownik może szybciej, lepiej i bardziej elastycznie produkować element czy system, za który jest odpowiedzialny – mówi Krzystof Lalik.

Potencjał VR w branży motoryzacyjnej dostrzegł również zespół Unity Technologies odpowiedzialny za stworzenie silnika graficznego 3D dla branży gier komputerowych. Korporacja powołała do życia oddzielny dział, który zajmuje się wyłącznie opracowywaniem rozwiązań na potrzeby projektantów i producentów samochodów. Jednym z najważniejszych narzędzi wykorzystywanych w ich pracy są gogle VR oraz AR.

Koncern Toyota korzysta z Unity w dziale projektowym, aby umożliwić designerom przyjrzenie się prototypowym modelom w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, w skali naturalnej. Oprogramowanie pozwala bowiem błyskawicznie przenieść gotowy model do świata VR i sprawdzić, jak prezentuje się w docelowym rozmiarze. Technologia VR pozwala także przetestować prototypy na wirtualnym torze, zanim w ogóle zleci wykonanie ich fizycznej wersji. Z kolei pracownicy linii produkcyjnych i serwisowych wykorzystują gogle do pozyskiwania wiedzy na temat tego, jak złożyć bądź naprawić dane elementy samochodu.

– W okularach rozszerzonej lub mieszanej rzeczywistości na rzeczywisty obraz nakłada się za pomocą specjalnej optyki wirtualne przedmioty. Już na etapie prototypowania te okulary pozwalają na wpasowanie jeszcze nieistniejącego produktu w ciąg technologiczny. Dzięki temu już na wczesnym etapie możemy przewidzieć jakieś problemy, nieścisłości uniemożliwiające dalszą produkcję. To znacząco obniża koszty wprowadzenia nowego produktu do produkcji twierdzi ekspert.

Potencjał wirtualnej rzeczywistości docenili również dealerzy odpowiedzialni za sprzedaż bezpośrednią. Firmy Intel, HP oraz Rewind stworzyły oprogramowanie Salesdrive do tworzenia trójwymiarowych, wirtualnych prezentacji sprzedażowych. Za jego pośrednictwem dealer może prezentować, jak będzie zmieniało się auto po wykupieniu konkretnych opcji dodatkowych czy ile miejsca na przechowywanie bagaży zyskamy po złożeniu tylnych foteli.

Po wirtualną rzeczywistość sięgnęła także firma Qarson oferująca auta na wynajem, która stworzyła w warszawskiej Galerii Młociny Cyfrowy Salon Samochodowy. Dzięki niemu klienci mogą sprawdzić, jak prezentują się auta takich marek, jak Nissan, Renault, Suzuki, Tesla, Toyota czy Volkswagen, nie ruszając się z fotela – wszystkie pojazdy dostępne w ofercie firmy prezentowane są bowiem za pośrednictwem gogli VR.

– Większość tych okularów ma możliwość mapowania przestrzeni. Prostym gestem można w jednym momencie całą np. salę czy cały ciąg technologiczny zmapować jako chmurę punktów i stworzyć wirtualny obiekt bez wielogodzinnych prac inżynieryjnych nad tym, żeby zdefiniować każdy pojedynczy element takiej układanki – tłumaczy Krzysztof Lalik.

Według Allied Market Research rynek wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości w segmencie automotive ma rosnąć w najbliższych latach w tempie prawie 176 proc. średniorocznie.

Bezpieczny Parking: lotnisko Okęcie

Boisz się o swoje auto? Jeśli parkujesz w miejscach publicznych i ogólnodostępnych parkingach, nic dziwnego, że martwisz się, czy ktoś nie uszkodzi lakieru, elementów blacharskich, lusterek, szyb lub kół. Chociaż kradzieże są obecnie rzadkością, nie można tego powiedzieć o uszkodzeniach mechanicznych spowodowanych nieuwagą innych. Czasem wystarczy zbyt szybko otworzyć drzwi, by okazało się, że na drugim samochodzie pojawiło się zarówno zarysowanie, jak i wgniecenie.

Jadąc na wakacje, najprawdopodobniej chcesz odpocząć fizycznie i psychicznie. Nie możesz więc przejmować się obowiązkami służbowymi i samochodem. Jak zabezpieczyć pojazd na ten okres? Korzystając z Parkos. Dzięki ofercie portalu nie tylko zarezerwujesz wcześniej miejsca parkingowe, ale także będziesz mieć pewność, że auto jest w dobrych rękach i sprawdzonym miejscu.

Ochrona obiektu

Informacje na temat zabezpieczeń oferowanych przez konkretnych dostawców znajdziesz m.in. w karcie usługodawcy na stronie Parkos. Każdy obiekt jest ogrodzony, lecz dodatkowo dysponuje całodobową ochroną pracowników lub monitoringiem. Oczywiście najbardziej profesjonalni dostawcy zagwarantują Ci zarówno jedno, jak i drugie rozwiązanie. Nie musisz więc obawiać się, że ktokolwiek niepowołany będzie miał dostęp do Twojego samochodu.

Warto zaznaczyć, że Parkos nie dysponuje własnymi obiektami. Jest on jedynie pośrednikiem między klientem i dostawcą, lecz sama firma poddaje posesje i usługi regularnej weryfikacji. Dzięki temu wiadomo, że oferta zgodna jest z informacjami znajdującymi się na stronie. W razie jakichkolwiek uniedogodnień lub nieprzyjemnych sytuacji Parkos zawsze stara się rozwiązać polubownie problem i pomóc w znalezieniu najlepszych propozycji. Można więc uznać, że korzystanie z takich usług jest bezpieczne i satysfakcjonujące.

Transfer na lotnisko i usługa parkingowa – depozyt kluczy

Wybierając transfer na lotnisko, możesz zabrać ze sobą kluczę do auta. Jeśli jednak decydujesz się na skorzystanie z opcji usługi parkingowej, siłą rzeczy musisz przekazać je pracownikowi parkingu, gdyż dzięki temu będzie on w stanie odstawić pojazd na zarezerwowane miejsce.

Gdzie i w jaki sposób przechowywane są klucze do samochodu? Kto ma do nich dostęp? Są to najczęściej pojawiające się pytania wśród klientów portalu Parkos. Otóż zaraz po zaparkowaniu auta na określonym miejscu lub po przekazaniu ich specjaliście, są one deponowane w bezpiecznym sejfie. Oczywiście sam fakt skorzystania z takiego wariantu jest wyszczególniony, dlatego w razie jakichkolwiek nieścisłości, od razu wiadomo kto i kiedy miał dostęp do pojazdu.

Jak znaleźć odpowiedni parking? Lotnisko Okęcie jest jednym z największych i najpopularniejszych portów lotniskowych w Polsce. W okolicy usytuowane są zazwyczaj bardzo popularne i nowoczesne obiekty handlowo-usługowe, dlatego nie należy obawiać się problemów związanych ze znalezieniem satysfakcjonujących usługodawców. Gdy wykorzystujesz do pomocy zaawansowane technologicznie systemy rezerwacji, zadanie staje się jeszcze prostsze, ponieważ wszystkie renomowane firmy i obiekty masz szczegółowo wyselekcjonowane. Jak widać, wybierając parking lotnisko Okęcie z Parkos, nie musisz się martwić o swoje zadowolenie.

Optymizm związany z Brexitem wsparł funta

Ostatnie dni przyniosły umocnienie polskiego złotego oraz pozostałych walut rynków wschodzących. Jakie czynniki w najbliższym czasie mogą mieć wpływ na zachowanie rynku walutowego?

Przez ostatni tydzień z perspektywy rynków finansowych publikacje makroekonomiczne musiały ustąpić pierwszeństwa wydarzeniem politycznym. Na dwóch kluczowych frontach pojawiły się bowiem oznaki optymizmu: miniony tydzień przyniósł poprawę nastrojów w kontekście negocjacji dotyczących Brexitu oraz w kontekście konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. Lepsze nastroje doprowadziły do umocnienia aktywów postrzeganych za ryzykowne. Na rynku walutowym manifestowało się to w postaci aprecjacji funta brytyjskiego oraz walut rynków wschodzących. W przypadku grona walut emerging markets negatywnie odznaczała się jednak lira turecka. Waluta Turcji doświadczyła wyprzedaży w reakcji na turecką ofensywę w Syrii.

W tym tygodniu dla rynków kluczowym będzie to, jak rozwinie się sytuacja w kontekście Brexitu. W czwartek i piątek odbędzie się szczyt Rady Europejskiej, podczas którego mogłoby dojść do akceptacji porozumienia z Wielką Brytanią przed 31 października, czyli obecnym terminem Brexitu. Niemniej, w kontekście wyjścia Wielkiej Brytanii z UE spodziewamy się, że nie obędzie się bez przedłużenia terminu Brexitu, a także przeprowadzenia nowych wyborów parlamentarnych.

PLN

Polski złoty jako jedna z walut rynków wschodzących zyskał na poprawie sentymentu i zakończył miniony tydzień na plusie. Informacje dotyczące Polski nie miały większego znaczenia. Ani piątkowa rewizja ratingu kraju ze strony agencji S&P (agencja Moody’s nie dokonała rewizji) ani wybory parlamentarne (zgodnie z naszymi oczekiwaniami) w istotny sposób nie przełożyły się na zachowanie polskiej waluty. Najbliższe dni przyniosą dość dużo danych z Polski. Złoty najpewniej nadal będzie jednak reagował przede wszystkim na zmiany nastrojów na rynku.

GBP

Informacja o prawdopodobnym przełomie w negocjacjach związanych z Brexitem pod koniec ubiegłego tygodnia przyniosła na rynek walutowy sporą dawkę optymizmu, w wyniku czego inwestorzy zaczęli zamykać krótkie pozycje na funcie. W obliczu informacji politycznych, dość mieszane dane ekonomiczne (słaba sprzedaż detaliczna przy jednocześnie lepszej niż oczekiwano miesięcznej dynamice PKB) dla Wielkiej Brytanii zostały w znacznym stopniu zignorowane.

Przez weekend źródła z Unii Europejskiej próbowały studzić oczekiwania rynków; mimo to wyceny prawdopodobieństwa Brexitu bez umowy u bukmacherów spadły do okolic 12%. Nadal uważamy, że konieczne będzie przedłużenie terminu Brexitu oraz przeprowadzenie wyborów parlamentarnych, aczkolwiek sądzimy również, że samo ograniczenie ryzyka „no dealu” uzasadnia dalsze umocnienie funta, w konsekwencji czego kurs GBPUSD może zbliżyć się do poziomu 1,28.

EUR

W ubiegłym tygodniu odczyty danych makro z Francji oraz Niemiec nie miały zauważalnego wpływu na wspólną europejską walutę. Optymizm, który został wywołany przez pozorny przełom w negocjacjach między Stanami Zjednoczonymi a Chinami okazał się dość korzystny dla euro, które zdołało się nieco umocnić w parze z dolarem amerykańskim.

Poza dzisiejszymi danymi o produkcji przemysłowej w strefie euro, które pokazały lekki wzrost we wrześniu w relacji do poprzedniego miesiąca, w tym tygodniu czeka nas kilka przemówień reprezentantów Europejskiego Banku Centralnego. Wypowiedzi członków banku centralnego strefy euro mogą rzucić jeszcze więcej światła na podziały między decydentami dotyczące ostatniej rundy luzowania polityki monetarnej EBC.

USD

Mieszane dane ekonomiczne z ubiegłego tygodnia okazały się mieć niewielkie znaczenie w kontekście zachowania dolara amerykańskiego. Inflacja CPI we wrześniu była wprawdzie nieco słabsza niż oczekiwał konsensus, aczkolwiek pozytywnie zaskoczyły dane dotyczące nastrojów konsumentów. Z kolei „minutki” z ostatniego spotkania FOMC nie obfitowały w nowe informacje.

Wygląda na to, że w obliczu rozluźnienia napięć na linii USA-Chiny, dolar amerykański powinien znaleźć spokój, przynajmniej do najbliższego spotkania Rezerwy Federalnej, które odbędzie się 30 października.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

13 października 2019 r. zaczął funkcjonować Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych

13 października 2019 roku weszły w życie przepisy ustawy o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy (Ustawa AML), na podstawie których zaczął działać Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych.

Obok dotychczasowych obowiązków ciążących na instytucjach obowiązanych (w tym np. spółek świadczących usługi prowadzenia ksiąg dla innych spółek z grupy – o czym poniżej), wprowadzony zostaje nowy obowiązek w postaci konieczności zidentyfikowania oraz zgłoszenia do nowo utworzonego Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych, danych dotyczących beneficjenta rzeczywistego każdej spółki.

Beneficjentem rzeczywistym jest osoba fizyczna sprawująca bezpośrednio lub pośrednio (tj. przez spółki dominujące) kontrolę nad spółką w Polsce. Począwszy od 13 października każda spółka handlowa (poza notowanymi na giełdzie i spółkami partnerskimi) będzie miała 6 miesięcy na ustalenie i przekazanie informacji o swoich beneficjentach rzeczywistych.

Informacja o beneficjencie rzeczywistym musi zawierać:

  • imię i nazwisko,
  • obywatelstwo,
  • państwo zamieszkania,
  • numer PESEL albo datę urodzenia – w przypadku osób nieposiadających numeru PESEL,
  • informację o wielkości i charakterze udziału lub uprawnieniach przysługujących beneficjentowi rzeczywistemu.

Te same dane trzeba będzie również podać o wszystkich członkach organów lub o wspólnikach upoważnionych do reprezentowania spółki.

Każda spółka powinna zatem ustalić kto jest jej beneficjentem rzeczywistym, zebrać dowody potwierdzające to ustalenie oraz dokonać elektronicznego zgłoszenia, najpóźniej do 13 kwietnia 2020. Powinna zaplanować też sposób aktualizacji tych danych bo każda zmiana w tym zakresie powinna być zgłaszana do Rejestru w ciągu 7 dni.

Do dokonania zgłoszenia zobowiązana będzie osoba uprawniona do reprezentowania spółki, która składać je będzie wraz z oświadczeniem o prawdziwości zgłaszanych danych (pod rygorem odpowiedzialności karnej). Osoba dokonująca zgłoszenia ponosić będzie również odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną zgłoszeniem do Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych nieprawdziwych danych, a także niezgłoszeniem w ustawowym terminie danych. Sama spółka za niezgłoszenie danych lub zgłoszenie nieprawdziwych danych może zostać ukarana karą finansową do 1.000.000 zł.

Przypominamy również, że Ustawa AML nakłada szereg innych obowiązków na tzw. instytucje zobowiązane. Instytucjami tymi nie są jedynie banki, fundusze inwestycyjne czy pośrednicy ubezpieczeniowi ale również m.in. spółki świadczące usługi prowadzenia ksiąg rachunkowych (dotyczy to także sytuacji, gdy usługi księgowe są świadczone jedynie dla innych spółek z grupy kapitałowej lub gdy usługowe prowadzenie ksiąg rachunkowych jest tylko jednym z licznych obszarów działalności spółki) albo spółki świadczące usługi polegające na zapewnianiu siedziby, adresu prowadzenia działalności lub adresu korespondencyjnego.

Ustawa AML nakłada na ww. spółki wiele obowiązków obejmujących między innymi:

  1. opracowanie i wdrożenie wewnętrznej procedury przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu,
  2. sporządzenie procedury anonimowego zgłaszania naruszeń przepisów Ustawy AML;
  3. przeprowadzenie i udokumentowanie oceny ryzyka związanej z praniem pieniędzy odnoszącej się do działalności instytucji obowiązanej;
  4. stosowanie środków bezpieczeństwa finansowego w zakresie i z intensywnością uwzględniającymi rozpoznane ryzyko prania pieniędzy;
  5. archiwizacja dokumentów i informacji uzyskanych w wyniku stosowania środków bezpieczeństwa finansowego;
  6. współpraca z Generalnym Inspektorem Informacji Finansowej (GIIF), w tym zawiadamiania GIIF o okolicznościach, które mogą wskazywać na podejrzenie przestępstwa prania pieniędzy lub finansowania terroryzmu;
  7. wyznaczenie osób odpowiedzialnych za wykonywanie obowiązków na gruncie Ustawy AML;
  8. zapewnienie pracownikom szkoleń z zakresu przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

Nieprzestrzeganie obowiązków określonych w ustawie może wiązać się z wysokimi karami zarówno dla spółki (np. kara pieniężna w wysokości nawet 1.000.000 Euro czy nakaz zaprzestania określonych czynności), jak również dla osób zarządzających odpowiedzialnych za przestrzeganie ustawy (np. zakaz pełnienia obowiązków na stanowisku kierowniczym czy kary pieniężne w wysokości nawet 1.000.000 PLN).

Autor/Źródło: Deloitte Legal

Fotowoltaika nie podzieli losu wiatraków

  • Aukcje URE ustabilizowały zysk z instalacji OZE.
  • Rynek ponownie nabiera rozpędu i budzi zainteresowanie inwestorów.
  • Na czoło sektora wysunęła się fotowoltaika, która spotyka się z mniejszą liczbą barier niż energetyka wiatrowa.

Nowe przepisy, które weszły w życie w ostatnich latach, całkowicie zmieniły obraz energetyki odnawialnej w Polsce. Największy wpływ na jego kształt miało wprowadzenie systemu aukcyjnego sprzedaży zielonej energii. Przyczynił się on przede wszystkim do ustabilizowania zysku osiąganego przez jej wytwórców.

Zastąpienie obrotu certyfikatami pochodzenia coroczną aukcją ułatwiło inwestorom uzyskanie stabilnego przychodu z instalacji, na zapewnionym z góry poziomie.. Wcześniej był on zależny od wielu warunków rynkowych jak podaż świadectw, ceny energii czy udział OZE w rynku wytwarzania energii. Obecnie głównym czynnikiem wpływającym na zysk z instalacji jest wygrana aukcja i zaproponowana w niej cena. Dzięki temu można w bezpieczny sposób obliczyć czas zwrotu inwestycji. Sprawiło to, że branża OZE, a zwłaszcza sektor fotowoltaiki ponownie nabiera rozpędu. Przedstawiciele rynku finansowego zaczęli więc ponownie rozważać lokowanie kapitału w zielonych instalacjach – zauważa Małgorzata Gil, Dyrektor Działu Projektów w PCWO Energy S.A.

O rosnącej dynamice sektora PV świadczą m.in. dane gromadzone przez Międzynarodową Agencję Energetyki Odnawialnej. Od 2016 r., kiedy wprowadzono system aukcyjny, łączna moc funkcjonujących w Polsce instalacji fotowoltaicznych wzrosła 2,6 krotnie. Zwiększa się też roczny jej przyrost. W 2017 r. uruchomione instalacje powiększyły pulę dostępnej mocy o 100 MW, a inwestycje zrealizowane w 2018 r. dołożyły kolejne 200 MW. Z kolei łączna moc generowana przez turbiny wiatrowe wzrosła od 2016 r. tylko o 28 MW[1].

W jaki sposób aukcje ustabilizowały rynek?

Należy zauważyć, że w poprzednim systemie przedsiębiorstwa energetyczne mogły zamiast nabywania certyfikatów, wnosić opłatę zastępczą, której cena została określona na bardzo niskim poziomie. Doprowadziło to do nadpodaży certyfikatów i załamania ich cen. Inwestorzy i właściciele instalacji nie mieli żadnej gwarancji zysku ani zwrotu kapitału włożonego w budowę. Zwłaszcza że wartość certyfikatów mogła zmienić się w ciągu kilku miesięcy o kilkaset procent. W skrajnych sytuacjach groziło to bankructwem inwestora, ponieważ w przypadku ukończonej inwestycji nie ma praktycznie żadnej możliwości redukcji kosztów produkcji. Odczuł to również sektor finansowy – rosło ryzyko niewypłacalności podmiotów, które zaciągnęły kredyty na budowę. System aukcyjny wprowadza zatem zasadnicze zmiany w funkcjonowaniu rynku i stabilizuje sytuację wytwórców.

W ramach ogłaszanych co roku aukcji sprzedawana jest wyłącznie z góry określona ilość energii, nie mamy zatem zjawiska nadpodaży. Co więcej, zwycięzcy aukcji mają gwarancję utrzymania ceny na takim samym poziomie przez 15 lat, z uwzględnieniem wskaźnika inflacji – wskazuje Małgorzata Gil z PCWO Energy S.A.

3 główne zalety aukcji URE:

  1. Stabilizacja cen
  2. Długofalowa gwarancja przychodu
  3. Brak nadpodaży

Za inwestowaniem w fotowoltaikę przemawiają łagodniejsze przepisy

Inną istotną zmianą wpływającą na energetykę odnawialną w Polsce jest też zaostrzenie w ostatnich latach regulacji dotyczących farm wiatrowych. Na prawie całkowity zanik nowych inwestycji w sektorze turbin wiatrowych wpłynęła przede wszystkim regulacja stanowiąca, że odległość wiatraka od najbliższych zabudowań nie może być mniejsza niż 10-krotność jego wysokości. Przez to liczba miejsc, gdzie można je postawić drastycznie spadła. Ponadto zmieniły się przepisy podatkowe dotyczące wiatraków. Do tej pory podatek od nieruchomości płacono wyłącznie od fundamentu i wieży, a teraz objęte nim są również elementy konstrukcyjne turbiny, m.in. łopaty. To drastycznie zwiększa koszt wytworzenia energii. Biorąc jeszcze pod uwagę fakt, że energia wytworzona z wiatru jest niżej wyceniana w aukcjach URE od energii ze słońca, to inwestycja w turbiny przestaje być atrakcyjnym rozwiązaniem. W efekcie główną osią rozwoju rynku stały się instalacje fotowoltaiczne.

Instalacje PV nie spotykają się z podobnymi obostrzeniami. Z racji na charakter konstrukcji nie wymagają też wielu pozwoleń budowlanych. Ponadto, można je stawiać w miejscach nieprzeznaczonych pod inną zabudowę, np. na terenach rekultywowanych. To wszystko wpływa pozytywnie na ostateczny koszt realizacji i utrzymania inwestycji oraz czas zwrotu kapitału – dodaje Małgorzata Gil z PCWO Energy S.A.

Na atrakcyjność i opłacalność inwestycji fotowoltaicznych wpłynie też zapewne ujednolicenie stawki VAT. Do tej pory tylko instalacje przydomowe na dachu objęte były 8% stawką, a od prądu wytworzonego w pozostałych płacono 23% VAT. Teraz będzie ona wynosiła 8%, niezależnie od miejsca montażu.

Źródło: PCWO Energy S.A.

[1]   IRENA (2019), Renewable Energy Statistics 2019, The International Renewable Energy Agency, Abu Dhabi.

Napływ azjatyckich inwestycji do krajów Europy Środkowo-Wschodniej stale rośnie

Wyższe stopy zwrotu i mniejsza konkurencja ze strony podmiotów krajowych, w porównaniu z głównymi rynkami europejskimi, skłoniły azjatyckich inwestorów do zainwestowania 9,5% całego kapitału w regionie CEE w 2019 r.

Z najnowszego raportu opublikowanego przez Skanska, Colliers International oraz międzynarodową kancelarię prawną Dentons wynika, że wartość kapitału azjatyckiego (pochodzącego z Singapuru, Filipin, Chin, Korei Południowej i Malezji) zainwestowanego bezpośrednio w Europie Środkowo-Wschodniej od 2013 r. osiągnęła poziom 7,7 mld euro, w porównaniu z 8,6 mld euro zainwestowanego w Niemczech. W raporcie inwestycyjnym pod tytułem “Thriving Metropolitan Cities” przeanalizowano sytuację miast z regionu CEE oraz podkreślono ich rosnące znaczenie w gospodarce światowej oraz potencjał inwestycyjny dla zagranicznych inwestorów. Raport zawiera również opinie inwestorów azjatyckich na temat znaczenia Europy Środkowo-Wschodniej w ich strategiach inwestycyjnych.

Adrian Karczewicz, dyrektor ds. transakcji w spółce biurowej Skanska w Europie Środkowo-Wschodniej: – Jako największy deweloper przestrzeni biurowej w Europie przyglądamy się napływowi inwestorów azjatyckich z wielkim zainteresowaniem. Poszukują oni obiektów komercyjnych objętych długoterminowym wynajmem z najemcami o silnej pozycji rynkowej. Takie okazje inwestycyjne dostępne są w Europie Zachodniej, ale region CEE nie pozostaje w tyle. Istotne jest to, że nasz region proponuje produkt tej samej jakości, jednak przy  bardziej atrakcyjnych stopach zwrotu – a tego właśnie szukają inwestorzy. Jeżeli tylko mogą liczyć na wysoki zwrot z inwestycji, nie ma dla nich znaczenia, czy lokują kapitał w Paryżu, czy w Budapeszcie – kraj to kwestia drugorzędna. Z naszego doświadczenia we współpracy z azjatyckimi inwestorami wynika, że albo inwestują oni bezpośrednio w Europie, albo – jak inwestorzy koreańscy – na rynkach europejskich za pośrednictwem koreańskich firm zarządzających aktywami lub lokalnych podmiotów, takich jak CBRE GI, która była stroną naszej transakcji w Pradze. Warto podkreślić, że choć inwestorzy z Azji mogą obrać różne podejścia inwestycyjne, to wszyscy raczej przyjmują strategie dotyczące konkretnych miast, a nie krajów w naszym regionie. 

Europa Środkowo-Wschodnia jest jednym z kluczowych rynków inwestycyjnych w sektorze nieruchomości w Europie. Polska może poszczycić się ponad 50% udziałem w rynku, największą różnorodnością produktów oraz płynnością, którą zawdzięcza inwestorom pochodzącym z różnych krajów. Coraz lepsze wyniki w regionie są rezultatem połączenia stabilnej sytuacji politycznej, dynamicznego rozwoju gospodarczego i dojrzałego rynku najmu, a także wciąż atrakcyjnych cen w porównaniu z Europą Zachodnią.

Dawson, dyrektor zarządzający i kierownik ds. rynków kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej w Colliers International
Dawson, dyrektor zarządzający i kierownik ds. rynków kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej w Colliers International

Luke Dawson, dyrektor zarządzający i kierownik ds. rynków kapitałowych w Europie Środkowo-Wschodniej w Colliers International, dodaje: – W regionie obserwujemy bezprecedensowy napływ kapitału zagranicznego z wielu źródeł – od RPA po Azję. Inwestorzy z rynków azjatyckich już dokonali zakupów w Polsce, Czechach, na Słowacji i na Węgrzech, a w kręgu ich zainteresowań pozostają potencjalnie także inne rynki. Zorientowani na długoterminowy zysk, stali się oni ważnymi konkurentami dla funduszy zlokalizowanych w Niemczech, które od lat dominowały w regionie.

Najważniejsze wnioski płynące z raportu:

Wyraźna aktywność inwestorów z Korei Południowej

Inwestorzy z Korei Południowej, głównie przy wsparciu koreańskich funduszy emerytalnych, chętnie wykorzystują możliwości pojawiające się w regionie CEE. Dwa najważniejsze czynniki leżące u podstaw tego trendu to korzystne kursy wymiany walut np. w porównaniu do wyższych kosztów hedgingu w USA oraz możliwość uzyskania wyższych stóp zwrotu. Większy zwrot z inwestycji można uzyskać jedynie godząc się na (pozornie) wyższe ryzyko w regionie CEE, zamiast inwestować na rynkach, na których trudno już o wysoki zwrot, takich jak Niemcy. Oczywiście, jak każdy inwestor, oni również poszukują wzrostu czynszów.

W przeciwieństwie do kapitału pochodzącego z Hongkongu, który lokowany jest prawie wyłącznie w biurowce w centrum Londynu, inwestorzy południowokoreańscy pokazują, że gotowi są inwestować w szerszy wachlarz nieruchomości. Dla przykładu, w 2019 r. zainwestowali oni 670 mln euro w Wiedniu, 544 mln euro w biurowce w Pradze i blisko 400 mln euro w obiekty biurowe oraz przemysłowe w Polsce. Spółka Real Capital Analytics odnotowała także pierwsze bezpośrednie inwestycje graczy z Korei Południowej na Słowacji i na Węgrzech.

Hyon Suk Jan, dyrektor zarządzający JR AMC w Korei, mówi: – Stopy zwrotu w Europie Zachodniej biją historyczne rekordy, a region CEE staje się bardzo atrakcyjnym zamiennikiem, jako rynek, na którym można wciąż liczyć na duży zwrot z inwestycji, a przy tym nie trzeba iść na kompromis jeżeli chodzi o jakość obiektów oraz profil ryzyka makroekonomicznego. Jednocześnie największe miasta Europy Środkowo-Wschodniej, takie jak Warszawa, Budapeszt czy Praga, szybko się rozwijają, stając się poważną konkurencją dla miast Europy Zachodniej o uznanej pozycji. Nasza strategia inwestycyjna dla regionu CEE w perspektywie krótkoterminowej polega na nabyciu większej liczby wysokiej jakości obiektów biurowych na poszczególnych, dobrze ugruntowanych rynkach lokalnych.

Chińska inicjatywa „Pas i szlak”

Chińska inicjatywa „Pas i szlak” miała niezaprzeczalnie korzystny wpływ na region CEE, w którym chińscy inwestorzy instytucjonalni uważnie przyglądają się najlepszym możliwościom inwestycyjnym. Te same czynniki gospodarcze, które kierowały inwestorami z Korei Południowej oraz innych państw azjatyckich, motywują także graczy chińskich, choć w przypadku tych ostatnich mamy też do czynienia z innym wydźwiękiem politycznym.

Jest to zarazem pozytywne, jak i negatywne zjawisko, co obrazują najnowsze tendencje dotyczące chińskich inwestycji w regionie CEE. Chińscy inwestorzy przyjmują postawę wyczekującą, obserwując, jak wojna handlowa ze Stanami Zjednoczonymi zaczyna odciskać piętno na najwyższych szczeblach chińskiej administracji państwowej.

Japońscy inwestorzy instytucjonalni wciąż czekają

W przeciwieństwie do kapitału południowokoreańskiego, chińskiego i singapurskiego, lokowanego w regionie CEE oraz w całej Europie, instytucje japońskie niechętnie decydują się na inwestycje zagraniczne. Może się to w przyszłości zmienić, ale analitycy spodziewają się raczej, że Japończycy będą grać zachowawczo i koncentrować się na inwestycjach pośrednich, a ich zasadniczym celem będą główne amerykańskie otwarte fundusze inwestycyjne.

Inwestorzy azjatyccy na rynku nieruchomości w regionie CEE, w mln euro (1. połowa 2019 r.):

Napływ azjatyckich inwestycji do krajów Europy Środkowo-Wschodniej stale rośnieStruktura inwestycji azjatyckich

Inwestycje azjatyckie wkraczają do regionu CEE głównie przez struktury luksemburskie i holenderskie. Motywuje ich zaufanie do przetartych wcześniej szlaków w połączeniu z wydajnym systemem podatkowym. Jak ta sytuacja zmieni się w przyszłości? Struktury holdingowe z Unii Europejskiej oferują korzyści biznesowe, ale także umożliwiają skuteczną repatriację zysków w formie dywidendy lub odsetek. Zgodnie z unijnymi dyrektywami podatkowymi dywidendy, odsetki oraz opłaty licencyjne wypłacane firmom z UE mogą w pewnych okolicznościach zostać objęte ulgami podatkowymi.

W ostatnim czasie można było zaobserwować większe zainteresowanie bardziej bezpośrednimi strukturami inwestycyjnymi, poprzez które inwestorzy azjatyccy nabywali udziały w spółkach działających na rynku nieruchomości bezpośrednio z Azji. Struktury takie również mogą być dość wydajne, choć jest to uzależnione od inwestora oraz odpowiedniego planowania.

David Dixon, partner w kancelarii Dentons w Warszawie specjalizujący się w międzynarodowych transakcjach na rynku nieruchomości stwierdza: – W zeszłym roku inwestorzy z Azji wyraźnie zaznaczyli swoją obecność na rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Dotyczy to szczególnie kapitału południowokoreańskiego. Również silnie reprezentowany jest kapitał singapurski, a Chińczycy, choć musieli nieco ograniczyć swoją aktywność w następstwie wojny handlowej z USA, wciąż zmierzają do realizacji swojej polityki „Pas i szlak”, która zapowiada się obiecująco z punktu widzenia przyszłych inwestycji. Korzystny kurs wymiany walut oraz wyższe stopy zwrotu w regionie CEE, w połączeniu z dostępnością obiektów biurowych najwyższej klasy, a także z rozwojem logistycznym, powinny w najbliższych miesiącach w dalszym ciągu motywować azjatyckich inwestorów do lokowania kapitału w regionie.

Maciej Kamiński dyrektorem ds. zarządzania nieruchomościami w Globalworth Poland

Maciej Kamiński od października kieruje pracą zespołu zarządców budynków z portfela Globalworth. Dodatkowo objął on również funkcję członka zarządu w spółce GPRE Property Management Sp. z o.o. i będzie odpowiedzialny za dalsze wdrażanie strategii związanej z zarządzaniem właścicielskim w polskim portfolio nieruchomości Globalworth.

Model zarządzania właścicielskiego pozwala nam być bliżej firm, które działają w naszych budynkach, a bezpośredni kontakt z najemcami to fundament filozofii Globalworth. Długofalowe zarządzanie tak dużym portfelem nieruchomości wymaga jednak odpowiednio dobranej strategii, właściwego doboru narzędzi oraz przemyślanych działań marketingowych. Siłą Globalworth jest zespół świetnych specjalistów z dużym doświadczeniem obszarze property management, co pozwoli nam sprostać potrzebom nawet najbardziej wymagających najemców. – Maciej Kamiński, Dyrektor ds. Zarządzania Nieruchomościami w Globalworth Poland

Aktualnie Globalworth przejął w zarządzanie właścicielskie prawie 80% swojego polskiego portfolio, w tym Lumen i Skylight, Spektrum Tower i Halę Koszyki w Warszawie, West Gate, West Link, Retro Office House i Renomę we Wrocławiu, a także Tryton Business House w Gdańsku.

Od momentu wejścia na polski rynek sukcesywnie przejmujemy w zarządzanie właścicielskie swoje nieruchomości, co jest jednym ze strategicznych celów biznesowych firmy. Dziś obejmuje ono większość naszego portfela, dlatego odpowiednia strategia zarządcza i podejmowanie działań dopasowanych do potrzeb danego obiektu i jego użytkowników są dla nas niezwykle ważne. Wierzę, że sukcesy i bogate doświadczenie Macieja pozwolą nam budować długofalowe i silne relacje z naszymi najemcami. – Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth, Dyrektor Generalny Globalworth Poland

Maciej Kamiński od ponad 15 lat związany jest zawodowo z zarządzaniem budynkami komercyjnymi. W latach 2003 – 2014 pełnił funkcję Facility oraz Property Managera obiektów biurowych. W 2014 roku objął funkcję szefa 20-osobowego zespołu zarządzającego łączną powierzchnią ponad 350 000 mkw. (Kraków, Wrocław, Warszawa). Od 2017 roku sprawował funkcję wiceprezesa Buma Service sp. z o.o. i był odpowiedzialny za bieżące funkcjonowanie spółki.

Działalność spółki w specjalnej strefie ekonomicznej a koszty podmiotów powiązanych

Od 1 stycznia 2018 r. podatnicy nie mogą zaliczać do kosztów uzyskania przychodu wszystkich wskazanych w ustawie o CIT kosztów poniesionych na rzecz podmiotów powiązanych. Muszą poddać je limitowaniu do kwoty 3 mln zł w roku podatkowym. W rozstrzygniętym 10 lipca 2019 r. przed WSA w Krakowie sporze z fiskusem wygrał przedsiębiorca, któremu sąd przyznał rację, że przy ustalaniu podlegających limitowaniu kosztów nie uwzględnia się kosztów poniesionych w związku z prowadzeniem działalności w specjalnej strefie ekonomicznej (sygn. akt I SA/Kr 577/19).

Zgodnie z art. 15e ust. 1 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86, ze zm.) podatnicy są zobowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty m.in. usług doradczych, reklamowych, licencyjnych poniesionych bezpośrednio lub pośrednio na rzecz podmiotów powiązanych. Ustęp 12 tego artykułu stanowi, że przepis ust. 1 stosuje się do nadwyżki wartości kosztów przekraczającej w roku podatkowym łącznie kwotę 3 000 000 zł.

Działalność spółki w specjalnej strefie ekonomicznej i poza nią

Polska spółka posiadająca na terytorium RP trzy zakłady produkcyjne prowadziła za ich pośrednictwem swoją działalność. Dwa z nich znajdują się na terenie specjalnej strefy ekonomicznej (dalej: SSE). Spółka korzysta z usług świadczonych przez podmioty powiązane, z których część służy wsparciu działalności konkretnego zakładu położonego na terenie SSE, stąd potrafi dokonać alokacji kosztów tych usług na działalność prowadzoną w SSE i poza nią. Działalność w SSE jest zwolniona z podatku dochodowego od osób prawnych.

Spółka wystąpiła do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o potwierdzenie, czy obliczając nadwyżkę kosztów, o której mowa w art. 15e ust. 12 ustawy o CIT, nie będzie w tych obliczeniach ujmować kosztów alokowanych do działalności zwolnionej z CIT.

Limitowanie kosztów alokowanych wyłącznie do działalności opodatkowanej

Wnioskodawczyni była przekonana, że na mocy zawartego w art. 15e ust. 4 odniesienia koszty te są wyłączone z ww. kalkulacji. Stanowi on bowiem, że do przychodów i kosztów, o których mowa w art. 15e ust. 1 stosuje się odpowiednio art. 7 ust. 3 tej samej ustawy, zgodnie z którym przy ustalaniu dochodu stanowiącego podstawę opodatkowania CIT nie uwzględnia się przychodów ze źródeł przychodów położonych na terytorium RP lub za granicą, jeżeli dochody z tych źródeł nie podlegają opodatkowaniu podatkiem dochodowym albo są wolne od podatku oraz kosztów uzyskania przychodu, jeżeli dochody z tych źródeł nie podlegają opodatkowaniu CIT albo są wolne od podatku. Następnie spółka wskazała na treść art. 17 ust. 1 pkt 34: „Wolne od podatku są dochody, z zastrzeżeniem ust. 4–6d, uzyskane z działalności gospodarczej prowadzonej na terenie specjalnej strefy ekonomicznej…” (Dz.U. 1992 nr 21, poz. 86, ze zm.).

Spółka stała więc na stanowisku, że wykładni przepisów art. 15e ust. 1 i 12 należy dokonywać przez pryzmat art. 7 ust. 3, czyli że przy ustalaniu kwoty nadwyżki kosztów ponad limit nie wlicza się kosztów alokowanych do działalności zwolnionej z opodatkowania, prowadzonej w SSE, a jedynie alokowanych do działalności opodatkowanej, prowadzonej poza SSE.

Inne rozumienie organu

Dyrektor KIS uznał taką interpretację przepisów za nieprawidłową. Jak poinformował, w jego ocenie z treści przepisów art. 15e ust. 4, jak i art. 15e ust. 2, zawierających odesłanie do art. 7 ust. 3, nie wynika, by koszty wymienione w art. 15e nie podlegały ograniczeniom w przypadku przedsiębiorców prowadzących działalność w SSE.

„Podatnicy prowadzący działalność w specjalnych strefach ekonomicznych ustalają przychody i koszty uzyskania przychodów na takich samych zasadach jak inne podmioty. Dopiero uzyskany przez nich dochód, jeśli zostaną spełnione określone warunki, może podlegać zwolnieniu z opodatkowania. Aby dochód ten wyliczyć, konieczne jest ustalenie kosztów uzyskania przychodów z uwzględnieniem ograniczeń wynikających z art. 15e updop” (interpretacja indywidualna z 1 marca 2019 r., sygn. 0114-KDIP2-2.4010.655.2018.2.AM).

Można założyć, że ustawodawcy tworzącemu przepisy przyświeca jakiś cel

Rozpoznający wniesioną przez spółkę na interpretację organu skargę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie stanął po jej stronie, uznając, że to organ dokonał błędnej wykładni przepisów ustawy o CIT. Zarówno proste rozumienie językowe, jak i wskazana przez ustawodawcę w uzasadnieniu wprowadzenia przepisu art. 15e argumentacja uzasadniają celowość wyłączenia z limitowania kosztów związanych z działalnością prowadzoną w ramach SSE. Zatem przy ustalaniu kwoty kosztów limitowanych można brać pod uwagę jedynie te, poniesione przez spółkę w związku z prowadzeniem działalności poza SSE.

„…w odniesieniu do kosztów uzyskania przychodów alokowanych do przychodów z działalności na terenie SSE, z których dochód jest zwolniony z podatku CIT, nie znajdzie zastosowanie regulacja zawarta w art. 15e ust. 1 updop, wszak ustalając koszty podlegające limitowaniu, należy odpowiednio stosować art. 7 ust. 3 updop. (…) Dokonując wykładni przez pryzmat zasady racjonalności ustawodawcy, należy uznać, że skoro ten w treści art. 15e ust. 4 updop nakazuje odpowiednie stosowanie art. 7 ust. 3 updop, to uczynił to w konkretnym celu; w przeciwnym razie odesłanie do odpowiedniego stosowania tego przepisu byłoby pozbawione jakiegokolwiek sensu” (sygn. akt I SA/Kr 577/19).

Ochrona majątku przed ignorancją organów

W uzasadnieniu swojego wyroku WSA dodał: „Zgodzić zatem wypada się ze skarżącą, że zarówno wykładnia słownikowa, jak i celowościowa prowadzi do wniosku, że stanowisko w tym zakresie przedstawione w interpretacji jest błędne” (sygn. akt I SA/Kr 577/19). Organy podatkowe nie rozumieją własnych przepisów, czyli przepisów prawa podatkowego, na podstawie których działają. Nie rozumieją ustawodawcy, który przepisy te ustanawia. Mało tego, nie potrafią nawet rozkodować ich sensu na podstawie słownikowego, językowego znaczenia. Dobrze więc, w obliczu tej ignorancji, że przedsiębiorcy mogą posiłkować się wsparciem prawników, zwłaszcza doradców podatkowych, którzy pomogą im ustrzec majątek firmy przed negatywnymi skutkami takiej niewiedzy organów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wybory nie szokują rynków

Wynik wyborów parlamentarnych w Polsce to oczywiście ważna informacja, ale z punktu widzenia rynku walutowego nie jest aż tak istotna. Tym bardziej że wszystko wskazuje na to, iż ostateczny rezultat będzie bliski przewidywaniom. Oczywiście dla polskich mediów będzie to dziś temat nr 1, ale złoty przyjmuje to wszystko znacznie spokojniej niż dziennikarze.

Wybory a rynki walutowe

Po analizie medialnych doniesień można stwierdzić, że wszystkie komitety są zadowolone z rezultatów i każdy z osobna ogłasza swój sukces. Patrząc na entuzjazm spowodowany własnym wynikiem, a równocześnie przerażenie wywołane osiągnięciami przeciwników, można odnieść wrażenie, że wszystkie partie uzyskały ponadprzeciętnie dobry rezultat, a w parlamencie w jakiś magiczny sposób pojawiły się dodatkowe miejsca. Jednak to, co emocjonuje dziennikarzy politycznych, nie powoduje większego entuzjazmu u analityków ekonomicznych. Wyniki są zgodne z przedwyborczymi sondażami i trudno mówić o jakimkolwiek zaskoczeniu. W tej chwili partia rządząca znajduje się delikatnie powyżej samodzielnej większości w Sejmie. O tym, jak bardzo rynki oczekiwały właśnie takiego finału, świadczą reakcje inwestorów. Polski złoty, wbrew apokaliptycznym wizjom części mediów, wcale nie zanurkował, a od rana nawet lekko się umacnia. Powód jest prosty – inwestorzy nie lubią niespodzianek, ale za to uwielbiają znane oraz pewne zasady gry i właśnie to otrzymali w tych wyborach.

Korekta na funcie

Na koniec zeszłego tygodnia obserwowaliśmy rajd GBP w górę, ale od poniedziałkowego porannego otwarcia brytyjska waluta niezmiennie traci (ok. godz. 12 próbuje przebić poziom 4,89 zł). Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że od dołka w czwartek (4,79 zł) do górki w piątek (4,94 zł) zakres ruchu wyniósł aż 15 groszy. Po tak dynamicznej zmianie kilkugroszowa korekta nie powinna dziwić. Od rana funt spadł o 3 grosze i jest to prawdopodobnie wynik zarówno owej korekty, jak i dobrej kondycji złotego po wyborczej niedzieli. Przypomnijmy, że brytyjska waluta w ostatnim czasie mocno zyskała, a było to związane z informacjami o możliwym porozumieniu w sprawie granicy lądowej pomiędzy Irlandią Północną (czyli częścią Zjednoczonego Królestwa) a Republiką Irlandii. Jest to jeden z głównych problemów w brexitowych negocjacjach, więc jego rozwiązanie może oddalić widmo wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez umowy.

Kolejne agencje ratingowe o Polsce

Mamy za sobą kolejne przeglądy ratingu Polski. Wszystkie trzy główne agencje podtrzymały swoje oceny polskiej gospodarki. W Moody’s mamy zwyczajowo o jedną notę lepiej niż w przypadku S&P i Fitch. We wszystkich przypadkach perspektywa jest stabilna, ale spodziewają się one spowolnienia w gospodarce w najbliższych kwartałach.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Równowartość tysiąca dolarów za odszyfrowanie plików – uwaga na nowe oprogramowanie ransomware

Nemty – taką nazwę nosi nowe, szybko rozprzestrzeniające się złośliwe oprogramowanie typu ransomware, które szyfruje pliki na urządzeniu ofiary ataku i następnie żąda okupu za ich przywrócenie. Może być ono dostępne także w modelu usługowym (Ransomware-as-a-Service), a prawdopodobnie stoją za nim cyberprzestępcy pochodzący z Rosji.

Pierwsza próbka Nemty, którą przeanalizowali analitycy z laboratorium FortiGuard firmy Fortinet, pochodziła z linku udostępnionego na Twitterze na koncie @BotySrt. Wcześniej pojawiały się tam linki do skryptów umieszczonych w serwisie Pastebin, zawierających złośliwy kod z rodzin Sodinokibi i Buran. Tym razem jednak link prowadził do skryptu Powershell, który uruchamiał osadzony malware z użyciem metody Reflective PE Injection. Materiał pobrany przez specjalistów Fortinet spod linku oznaczonego jako Sodinokibi nie zawierał jednak oczekiwanego, znanego już ransomware’u, lecz prowadził do nowego rodzaju kodu, zidentyfikowanego później jako Nemty.

Chociaż analitycy Fortinet znaleźli kilka nieprawidłowości w kodzie Nemty, to wskazują, że w obecnej postaci może ono być niebezpieczne, ponieważ potrafi zaszyfrować pliki w systemie ofiary.

Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet

Co ciekawe, podczas analizy tego złośliwego kodu odnaleziono pewne elementy używane także przez ransomware GandCrab, który jeszcze niedawno był jednym z najniebezpieczniejszych programów tego typu – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – W dodatku Nemty jest dystrybuowane tą samą metodą co Sodinokibi, które również ma wiele podobieństw do GandCraba. Trudno jednak orzec, czy istnieje jakakolwiek rzeczywista relacja między nimi.

Jak działa Nemty?

Strona płatności okupu jest hostowana w sieci TOR, co jest standardową praktyką stosowaną w celu zachowania anonimowości w przypadku oprogramowania wyłudzającego okup. Aby przejść do strony głównej płatności, ofiara musiała przesłać zaszyfrowany plik konfiguracyjny oraz zaszyfrowany plik do testu deszyfrowania. W momencie powstania tego artykułu cyberprzestępcy żądali równowartości tysiąca dolarów w Bitcoinach w zamian za odzyskanie plików.

nota okupuNota okupu

Strona płatności dostępna jest w języku angielskim i rosyjskim, co – jak wskazują analitycy Fortinet – może być nietypowe i mylące. Biorąc pod uwagę osadzone w kodzie oprogramowania oświadczenie w języku rosyjskim, łatwo założyć, że twórcy Nemty pochodzą z Rosji. Zazwyczaj cyberprzestępcy z tego kraju unikają ataków na swoich rodaków, aby nie przyciągać uwagi władz.

Zdaniem ekspertów Fortinet Nemty może być kolejnym przykładem dystrybucji złośliwego oprogramowania w modelu usługowym (RaaS – Ransomware-as-a-Service). Oznacza to, że będzie ono wkrótce dystrybuowane za pomocą innych narzędzi.

Znikomy wpływ rządowych programów mieszkaniowych na rynek

Czy deweloperzy zauważają wpływ programu Mieszkanie Plus lub Funduszu Mieszkań na Wynajem na rynek w lokalizacjach, w których realizują inwestycje? Czy rządowe propozycje rzutują na decyzje nabywców mieszkań? Czy stanowią konkurencję dla rynku wynajmu komercyjnego i wpływają na wybory osób kupujących w celach inwestycyjnych? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Wpływ rządowych programów Mieszkanie Plus czy Fundusz Mieszkań na Wynajem na rynek jest znikomy, a wręcz żaden. Przynajmniej w zakresie poprawy warunków lokalowych. Jak dotąd w ramach programu Mieszkanie Plus powstało niespełna 1000 mieszkań, kolejne 700 jest w budowie. Dla porównania w ubiegłym roku, tylko w 6 największych miastach Polski sprzedanych zostało 63 tys. mieszkań i nie był to najwyższy wynik w historii rynku pierwotnego. Pojawił się natomiast inny, negatywny efekt. Spora część gruntów należących do Skarbu Państwa została „zamrożona” i nie trafiła na rynek.

Podobnie sytuacja ma się w przypadku Funduszu Mieszkań na Wynajem, który dysponuje około 2 tys. mieszkań, a którego oferta, wbrew pierwotnym założeniom, nie trafiła na rynek w niższych cenach od komercyjnych. W przypadku tego programu, pojawił się jednak korzystny efekt, ponieważ przetarł szlaki inwestorom instytucjonalnym, inwestującym w mieszkania, jak w obiekty biurowe.

Potrzeby mieszkaniowe w Polsce są ogromne i trzeba dekady, aby wyrównać wskaźniki w Polsce ze średnimi UE. Jest to wyzwanie dla całej branży. Jeden podmiot, choćby z uwagi na ograniczenia organizacyjne, nie jest w stanie w istotny sposób wpłynąć na poprawę warunków mieszkaniowych w naszym kraju.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Programy Mieszkanie Plus i Fundusz Mieszkań na Wynajem nie wpłyną na spadek zainteresowania naszą ofertą, bo są skierowane do innej grupy klientów, tj. osób, których nie stać na zakup własnego lokalu. Nasi klienci to osoby z gotówką lub zdolnością kredytową, z określonymi wymaganiami i preferencjami. Zwracają uwagę na lokalizację, standard wykończenia mieszkania, jak też całej inwestycji. Przywiązują wagę do jakości materiałów i ważna jest dla nich infrastruktura osiedla. Zakup mieszkania w inwestycji premium, jak Bliska Wola, niezależnie, czy na własne potrzeby, czy na wynajem jest inwestycją w przyszłość, bo wartość nieruchomości w dłuższej perspektywie będzie rosła. Natomiast w programie Mieszkanie Plus z założenia inwestycje premium nie mogą się pojawić.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Program Mieszkanie Plus został stworzony z myślą o innym segmencie rynku mieszkaniowego. Nie stanowi zatem konkurencji dla działalności deweloperów. Jego beneficjenci nie są bowiem zainteresowani nabywaniem mieszkań na własność. Ponadto mieszkania w rządowych systemie Mieszkanie Plus mają powstawać przede wszystkim w mniejszych miejscowościach, tymczasem nasza działalność skupia się wokół największych aglomeracji w kraju. Z naszych obserwacji wynika również, że Fundusz Mieszkań na Wynajem pozostaje bez wpływu na działalność spółki. Dostępnych w programie lokali na wynajem komercyjny jest relatywnie niewiele, a ich cena nie odbiega od rynkowej, trudno zatem doszukiwać się przełożenia na decyzje podejmowane przez nabywców zainteresowanych zakupem inwestycyjnym.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Wspomniane programy rządowe skierowane są do innego segmentu rynku i zaspokajają odmienne potrzeby klientów. W związku z tym nie rzutują na naszą działalność. Nie odczuwamy słabszego zainteresowania naszą ofertą mieszkaniową, ani ze strony nabywców prywatnych, ani inwestycyjnych.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Nie zauważamy praktycznie żadnego wpływu rządowych programów na rynek deweloperskich inwestycji mieszkaniowych. Jest to spowodowane przede wszystkim niewielką ilością mieszkań oferowanych w tych programach oraz znacznie gorszą lokalizacją takich inwestycji.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Nie zaobserwowaliśmy wpływu programu Mieszkanie Plus i Funduszu Mieszkań na Wynajem na rynek w lokalizacjach, w którym realizujemy nasze inwestycje. Nie rzutuje to także na inne aspekty, w tym decyzje zakupowe klientów w obecnej sytuacji rynkowej. Popyt na mieszkania wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, co przekłada się na dobre wyniki sprzedażowe.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Nie zauważyliśmy wpływu programu Mieszkanie Plus na decyzje zakupowe klientów. Propozycje rządowe skierowane są do wybranej grupy osób, spełniających odpowiednie wymagania. Jednocześnie takie inwestycje realizowane są w określonych lokalizacjach. Kupujący chcą mieć natomiast możliwość wyboru, jaką zapewniają deweloperzy ze swoją szeroką ofertą we wszystkich częściach miast. Oczywiście wszelkie rządowe programy dofinansowania zakupu mieszkań jak najbardziej są wskazane i stymulują popyt. Potrzeby lokalowe w naszym kraju są nadal duże, a wzrost wynagrodzeń, spadek bezrobocia, czy utrzymujące się niskie oprocentowanie kredytów pomagają w realizacji zakupu nowego mieszkania przez osoby znajdujące się w różnych sytuacjach materialnych.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Niemała część naszych klientów to inwestorzy, kupujący kolejne mieszkania z przeznaczeniem na wynajem. To grupa, która podlega wpływom rządowych programów w znacznie mniejszym stopniu niż osoby kupujące swoje pierwsze mieszkania, ponieważ w zasadzie ich nie dotyczą. W programie Mieszkanie Plus nie widzimy bezpośredniej konkurencji dla naszej oferty skierowanej do inwestorów, ze względu na to, że mieszkania budowane w ramach tej inicjatywy niemal bez wyjątku zlokalizowane są na obrzeżach miast, podczas gdy nasze inwestycje, jak Fyrtel Wilda w Poznaniu albo Diasfera Łódzka, usytuowane są w ścisłym centrum albo jego pobliżu. To propozycje adresowane do zupełnie innych grup odbiorców.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Właściwie żadna z inwestycji powstających w ramach programu Mieszkanie Plus lub będących w portfelu Funduszu Mieszkań na Wynajem nie znajduje się w sąsiedztwie projektów realizowanych przez Ronson Development. Dlatego nie odczuwamy istotnego wpływu któregokolwiek z tych programów na sytuację w tych lokalizacjach. Biorąc pod uwagę, że kolejne zapowiedziane inwestycje, które mają powstawać w ramach programu Mieszkanie Plus, również nie pokrywają się z naszymi lokalizacjami, nie spodziewamy się, aby miał on jakikolwiek większy wpływ na naszą działalności także w najbliższej przyszłości.

Autor: Dompress.pl

Strategia Lean zwiększa efektywność nawet o 20%

Znaczna część przedsiębiorstw zarządzana jest wciąż w tradycyjny sposób – w zamkniętym gronie dyrektorów najwyższego szczebla tworzone są wizjonerskie plany, narzucane następnie całej organizacji. Bardzo często jednak nie przynoszą one zamierzonych efektów lub wręcz generują dodatkowe kryzysy. – Każdą firmę tworzą powiązane ze sobą procesy oraz pracownicy, od których efektywności i umiejętności zależy rozwój danej organizacji. Dlatego zamiast archaicznego podejścia (szalenie ambitne plany, a następnie próby wcielenia ich w życie), w Strategii Lean rekomendujemy ocenę potencjału serca każdej firmy – tzw. Gemby, czyli miejsca gdzie wykonywana jest praca, dodawana wartość dla klienta. Dopiero na tej podstawie możliwe jest zaplanowanie dalszego rozwoju przedsiębiorstwa przy pełnym zaangażowaniu wszystkich jego pracowników – przekonuje Michael Balle*. Światowej sławy ekspert z zarządzania współpracujący z największymi, globalnymi markami będzie gościem specjalnym konferencji „Bliżej doskonałości”, organizowanej 17 października w Warszawie. 

Strategia Lean, innowacyjna wówczas metoda zarządzania, zastosowana została po raz pierwszy po II wojnie światowej w niewielkiej, japońskiej firmie Toyota. Konsekwentna realizacja Strategii Lean rozwinęła ją w globalny koncern motoryzacyjny. Obecnie, w przededniu trzeciej dekady XXI wieku, z narzędzi leanowych korzystają przedsiębiorstwa różnej wielkości na całym świecie, zaś rozwiązania sprawdzające się w produkcji z powodzeniem znajdują zastosowanie w innych sektorach – usługach, logistyce, transporcie, opiece medycznej.

Sukces tkwi w uczeniu się

Strategia Lean doczekała się szeregu publikacji naukowych, opisujących konkretne metody minimalizacji marnotrawstwa i zwiększania efektywności przedsiębiorstw przy jednoczesnym zaangażowaniu pracowników wszystkich szczebli i umożliwieniu im ciągłego doskonalenia swoich umiejętności. Autorem najbardziej znanych tytułów – „Kopalnia złota” i „Dyrektor firmy jako Lean Manager”, jest Michael Balle, założyciel Institut Lean France, konsultant globalnych matek takich jak: Renault, Faurecia, Alstom, BNP Paribas, doradca dyrektorów generalnych największych międzynarodowych przedsiębiorstw.17 października w Warszawie, na konferencji „Bliżej doskonałości”, odbędzie się premiera jego najnowszej książki – „Strategia Lean”. Przy tej okazji wygłosi on również prelekcję pt.: „Kultura uczenia się sposobem na budowanie przewagi konkurencyjnej”.

Michael Balle
Michael Balle

A uczyć się, jak przekonuje Michael Balle, powinniśmy nieustannie – niezależnie od zajmowanego stanowiska. – Podstawą Strategii Lean jest umożliwienie każdemu członkowi zespołu doskonalenia swych talentów i umiejętności, chociażby poprzez kursy czy szkolenia, jak i angażowanie go we wszystkie etapy wdrażanych zmian. Wyzwala to kreatywność i umożliwia silniejszą identyfikację z daną organizacją – a jest to istotne w kontekście wysokiego poziomu rotacji kadr. To wszystko bezpośrednio wpływa na efektywność całego przedsiębiorstwa, pomaga szybciej i sprawniej rozwiązywać problemy. Ma to rzecz jasna przełożenie na wyniki finansowe przedsiębiorstwa. Firmy sprawnie operujące narzędziami leanowymi notują roczny wzrost swej efektywności na poziomie nawet 20% – ale nie kosztem pracowników, lecz dzięki zaangażowaniu ich w ciągłe ulepszanie procesów – mówi Michael Balle.

Zaangażowanie się opłaca

Już ponad połowa polskich firm ma kłopoty z wakatami. W przypadku dużych przedsiębiorstw (ponad 250 osób) problemy rekrutacyjne zgłasza 60% podmiotów. Według raportu Work Service, najtrudniej o pracowników niższego i średniego szczebla (odpowiednio 25 i 15 procent) oraz pracowników fizycznych. Szczególnie dotkliwe jest to na budowach, a zaraz potem w warsztatach, montowniach i fabrykach. Ale znalezienie i zatrudnienie odpowiednich fachowców to jedynie połowa sukcesu. Trzeba jeszcze obudzić w nich entuzjazm. Optymizmem nie napawa raport Instytutu Gallupa: tylko 30% zatrudnionych rzeczywiście wykazuje zaangażowanie. Na domiar złego – 20% pracowników wyróżnia czynny brak zaangażowania – sabotują projekty, obniżają morale koleżanek i kolegów oraz wprowadzają w swoim zawodowym otoczeniu chaos. – Taki stan rzeczy generuje olbrzymie straty finansowe dla pracodawców, obniża produktywność i stale podnosi poziom marnotrawstwa, rozumianego jako wszystkie zbędne czynności które nie przynoszą organizacji konkretnej wartości. Gdy rozpoczynamy współpracę z nowym klientem i badamy, jaką część godzin pracy zatrudnieni poświęcają na niepotrzebne działania – każdy wynik poniżej 15% jest świetnym punktem wyjściowym – zapewnia Tomasz Bereźnicki, prezes DPC Polska, najbardziej doświadczonej firmy wdrożeniowej na polskim rynku i organizatora konferencji „Bliżej doskonałości”. Działania w ramach Strategii Lean m.in. ocena potencjału danej firmy, stałe mierzenie osiąganych wyników w celu szybkiego identyfikowania problemów, warsztaty strategiczne, treningi dla menadżerów i kadry zarządzającej, cotygodniowe spotkania ze wszystkimi pracownikami, budowa nowej kultury organizacji – to wszystko ma przede wszystkim służyć minimalizacji poziomu marnotrawstwa. Dzięki temu sprawniej funkcjonująca firma zaczyna szybko osiągać coraz lepsze wyniki, skutkujące umocnieniem pozycji na rynku, możliwością inwestowania w jakość i bezpieczeństwo pracy, pozyskiwaniem nowych partnerów oraz klientów. – Lean jest metodą „pojednawczą”. Pozwala pogodzić firmę z klientami, kierownictwo z pracownikami, odbiorców z dostawcami. Korzyścią, poza satysfakcją z wyników, jest również większe zaangażowanie pracowników, którzy uzyskując podmiotowość dzięki opartej na zaufaniu kierownictwa autonomii, czują się współodpowiedzialni za osiągane efekty. Firma staje się bardziej rentowna, ponieważ pozyskuje więcej klientów przy jednoczesnym obniżeniu kosztów całkowitych i eliminacji marnotrawstwa. Jest to strategia rozwoju, która sprawia, że każdy, od członka zarządu po pracownika operacyjnego, czuje się wygranym – dodaje Michael Balle.

Kluczowa rola Gemby

W ocenie autora „Strategii Lean”, istotnym problemem w funkcjonowaniu przedsiębiorstw jest również niewłaściwa postawa ich decydentów, często posługujących się sztampowymi i nieco archaicznymi technikami zarządzania. Dotyczy to przede wszystkim nawyku podejmowania kluczowych decyzji w zamkniętym gronie członków zarządu bądź dyrektorów najwyższego szczebla w oderwaniu od realiów organizacji: efektywności procesów wewnętrznych, zaangażowania pracowników, rzeczywistego potencjału firmy. – Często pracodawcy koncentrują się na tworzeniu wizjonerskich planów, których realizacja okazuje się z różnych powodów (technicznych, materialnych, kadrowych) niemożliwa. Strategia Lean z kolei podpowiada, że prawdziwym sercem każdego przedsiębiorstwa jest tzw. Gemba – miejsce wykonywania rzeczywistej pracy przynoszącej konkretną wartość dla klienta. W produkcji to hala produkcyjna, w usługach – punkt ich świadczenia. To właśnie ono powinno kształtować ramy w jakich funkcjonuje i rozwija się dana organizacja. Dlatego zamiast tradycyjnego podejścia (szalenie ambitne plany, a następnie próby wcielenia ich w życie), Strategia Lean rekomenduje trafną identyfikację możliwości i potencjału Gemby i na tej bazie planowanie dalszego rozwoju przedsiębiorstwa – tłumaczy Michael Balle.

Ekspert zaznacza, że nie można odnieść sukcesu, jeśli pracodawcy nie są naprawdę gotowi na zmiany, których wymagają od swoich podwładnych i współpracowników. – Większość niepowodzeń w zakresie wdrażania Strategii Lean związana jest z błędną postawą menedżerów wyższego szczebla. Traktują oni Lean jak każdy inny program: wynająć firmę konsultingową, znaleźć luki w wydajności, zorganizować warsztaty i szkolenia wprowadzające, odnaleźć oszczędności – a następnie powrócić do poprzednich, złych nawyków. Jest to dobrze udokumentowana prawidłowość skutkująca ostatecznym niepowodzeniem. W Strategii Lean nie ma miejsca na półśrodki – aby uzyskać długofalowe korzyści, musimy raz na zawsze zmienić filozofię prowadzenia i funkcjonowania przedsiębiorstwa – przekonuje Michael Balle.

* Michael Balle – światowej sławy ekspert w dziedzinie transformacji Lean, założyciel Institut Lean France, konsultant globalnych matek takich jak: Renault, Faurecia, Alstom, BNP Paribas, doradca dyrektorów generalnych największych międzynarodowych przedsiębiorstw i współautor bestsellerowych powieści biznesowych poświęconych transformacjom Lean – „Kopalnia złota” i „Dyrektor firmy jako Lean Manager”. 17 października w Warszawie na konferencji „Bliżej doskonałości” promować będzie swoją najnowszą książkę – „Strategia Lean”.

Uczelnie otwierają się na cudzoziemców

W ciągu ostatnich lat kilkukrotnie zwiększyła się liczba pozwoleń na pracę i pobyt wydawanych obcokrajowcom w Polsce. Najczęściej zezwolenia wydawane są obywatelom Ukrainy, którzy stanowią 73 – 76% legalnie zatrudnionych obcokrajowców. Według danych z początku 2019 r. ubezpieczonych w ZUS było ponad 420 tys. osób[1]. Na każdym kroku widoczne są udogodnienia dla przyjezdnych, m.in. banki oferują obsługę klienta w języku ukraińskim. Jak z napływem naszych wschodnich sąsiadów radzą sobie uczelnie wyższe?

Studentów z Ukrainy stale przybywa. Pod koniec ubiegłego roku było ich ponad 39,2 tys. Według najnowszych danych stanowią ponad połowę wszystkich obcokrajowców[2]. Najbardziej atrakcyjnym aspektem są dla nich koszty życia, znacznie niższe niż w krajach Europy Zachodniej. Jest to o tyle istotne, że duża część z nich zmuszona jest pracować na własne utrzymanie. Obcokrajowcy cenią sobie także perspektywę znalezienia pracy i wysoki poziom nauczania.

Kogo kształcą polskie uczelnie?

– W Bydgoskiej Szkole Wyższej naukę rozpoczęli studenci pochodzący zza granicy, są to głównie osoby narodowości ukraińskiej – mówi dr Justyna Ozóg, Kierownik Działu Dydaktyki Bydgoskiej Szkoły Wyższej – Szczególnym zainteresowaniem wśród obcokrajowców cieszą się takie kierunki jak pielęgniarstwo, kosmetologia, czy zarządzanie i inżynieria produkcji. W tym zakresie przeważa jednak wybór kierunków medycznych.

Otwierając się na wschodnią granicę, Polska może zapewnić sobie napływ odpowiednio wykształconych specjalistów, ponieważ duża część ze studiujących w Polsce obywateli Ukrainy deklaruje chęć pozostania w naszym kraju i podjęcia pracy po ukończeniu edukacji[3].

Uczelnie wspierają cudzoziemców

W związku z dużym zainteresowaniem ze strony zagranicznych studentów, polskie uczelnie coraz częściej oferują różne formy wsparcia dla przyjezdnych.

– Szkoły wyższe mogą pomóc obcokrajowcom rozpoczynającym kształcenie w adaptacji po przyjeździe ułatwiając znalezienie zakwaterowania, organizując w formie zwiedzania możliwość poznania miasta – komentuje dr Justyna Ozóg, Kierownik Działu Dydaktyki Bydgoskiej Szkoły Wyższej.

Wielu przyjezdnych musi zmierzyć się z używaniem na co dzień innego języka niż ojczysty.

– Istotne dla obcokrajowców, zwłaszcza narodowości ukraińskiej jest umożliwienie im odbycia kursu językowego, który ułatwia studiowanie i pozwala na szybsze zaklimatyzowanie w Polsce – kontynuuje specjalistka.

Koszt takiego kursu zależy od szkoły wyższej oraz od programu zajęć. Za naukę samego języka trzeba zapłacić około 3000 zł za semestr, ale cena pełnego rocznego kursu przygotowawczego to już 2000 euro. Wielu młodych ludzi nie może sobie pozwolić na taki wydatek.

Nie tylko uczelnie, ale też dostawcy oprogramowania dla szkół wyższych i autorzy stron internetowych stają przed wyzwaniem językowym.

Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft
Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft

– Podobnie jak banki, kina i inni dostawcy usług, staramy się iść z duchem czasu i wyszliśmy z inicjatywą wprowadzenia dodatkowych wersji językowych – mówi Grzegorz Kaliński, Prezes Kalasoft Sp. z o.o. – Duża część obcokrajowców, szczególnie ze wschodu, nie porozumiewa się aż tak dobrze w języku polskim czy angielskim, dlatego dostosowaliśmy system eHMS, który dostępny jest nie tylko po polsku i angielsku, ale również po rosyjsku i ukraińsku. W zasadzie rozwiązuje to problem komunikacji studentów ze wschodu z administracją uczelni.

Uniwersytet Polsko-Ukraiński

W obecnej sytuacji być może zostanie przywrócony pomysł utworzenia Uniwersytetu Polsko-Ukraińskiego, o którym pierwsze wzmianki pojawiały się już po roku 2000. Pierwotnie współpracować miały UMCS, KUL, Instytut Europy Środkowo-Wschodniej, dwa uniwersytety z Kijowa i jeden ze Lwowa.

Obecnie, do potrzeb studentów zza wschodniej granicy dostosowały się: Katolicki Uniwersytet Lubelski, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica w Krakowie, Wyższa Szkoła Bankowa w Poznaniu, Akademia Techniczno-Humanistyczna w Bielsku-Białej, Bydgoska Szkoła Wyższa i Wyższa Szkoła Zdrowia i Urody w Poznaniu.

[1] https://polskieradio24.pl/42/275/Artykul/2261512,Rynek-pracy-po-raz-pierwszy-spadla-liczba-ubezpieczonych-w-ZUS-pracownikow-z-Ukrainy

[2] https://www.forbes.pl/wiadomosci/studenci-wola-zagranice-na-uczelniach-ue-studiuje-coraz-wiecej-obcokrajowcow/9256lt0

 [3] http://naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news%2C31145%2Craport-przybywa-studentow-z-ukrainy.html

Drożyzna dotyka emerytów. Ceny rosną szybciej niż emerytury

Według Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) ceny produktów i usług w lipcu 2019 r. były o 2,9 proc. wyższe niż rok wcześniej, a ceny samej żywności skoczyły o 7,3 proc.  Jest gorzej niż w 2018 roku – wtedy, w stosunku do 2017 żywność zdrożała o 2,7 proc. Rosną nie tylko ceny produktów, ale również usług. W górę poszły m.in. koszty wywozu śmieci, usługi transportowe, leczenie w prywatnych klinikach, czy ceny wycieczek. Tymczasem wg ZUS przeciętne miesięczne świadczenie emerytalno-rentowe w pierwszym półroczu 2019 roku wynosiło 2236,84 zł brutto. Jak polscy emeryci, którzy dysponują jednymi z najniższych emerytur w Europie, radzą sobie ze wzrostem cen?

Aby uświadomić sobie skalę zjawiska, trzeba sięgnąć po konkretne przykłady. Według badań portalu dlahandlu.pl za kilogram schabu w lipcu 2019 r. płaciliśmy o 17 proc. więcej niż rok wcześniej. Ziemniaki kosztują dwa razy więcej niż przed rokiem, a biała kapusta podrożała pięciokrotnie. Podskoczyła nawet cena cebuli – kupujemy ją za cenę trzykrotnie wyższą niż rok temu. Nie inaczej jest w przypadku owoców sezonowych – malin, czereśni, czy wiśni. Pieczywo podrożało prawie o 10 proc. Nie tylko żywność drożeje. W górę poszły również ceny usług i to o wiele szybciej, niż wynosi ogólny wskaźnik inflacji (tj. 2,9 proc.). Z danych GUS wynika, że wywóz śmieci jest przeciętne o 27 proc. droższy niż rok temu. Zagraniczne wycieczki zdrożały o 10 proc., usługi transportowe o 6 proc. Za wizytę u fryzjera zapłacimy o 5 proc. więcej niż w 2018 r. Podobnie z wizytami u prywatnych lekarzy – musimy za nie zapłacić ok. 6 proc. więcej, niż gdybyśmy odwiedzili ich gabinety w roku ubiegłym. Jedną z grup społecznych, która najbardziej odczuwa wzrost cen są emeryci.

– Z najświeższych badań, które we wrześniu tego roku przeprowadziła firma Inquiry Market Research wynika, że w obliczu rosnących cen Polacy najczęściej skupiają się wyszukiwaniu tańszych okazji (tak odpowiedziało 50 proc. respondentów) oraz tańszych sklepów (52 proc.). Aż 42 proc. ankietowanych przyznało, że zrezygnowało z niektórych usług, 37 proc. odmawia sobie luksusów, a 34 proc. – niektórych przyjemności. Jedynie 9 proc. szczęśliwców twierdzi, że wzrost cen nie wpłynął na zmianę nawyków zakupowych – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

– Niestety, odnosząc powyższe wnioski do życia seniorów, można wysnuć przypuszczenie, że całe życie emeryckie składa się z „odmawiania sobie czegoś” i szukania tańszych alternatyw. Często jest to życie na granicy ubóstwa – dodaje Robert Majkowski. s

Jak dotrwać do pierwszego?

Polacy, którzy przekroczyli 60. rok życia, stanowią już ponad 25 proc. społeczeństwa, a w roku 2021 ich liczba przekroczy 10 milionów obywateli Polski. Z danych ZUS wynika, że przeciętne miesięczne świadczenie emerytalno-rentowe w pierwszym półroczu 2019 r. wyniosło 2236,84 zł brutto. GUS podaje również, że największy odsetek miesięcznych zarobków emeryci przeznaczają na zakup jedzenia – 26,7 proc. Niewiele mniej na opłacenie kosztów związanych z użytkowaniem mieszkania, jak np. czynsz czy rachunki za prąd – 22,8 proc. Na kolejnym  miejscu znalazły się wydatki związane z ochroną zdrowia, czyli zakupy leków i wizyty u lekarzy. – Powyższe wnioski są spójne z wynikami naszych badań. Większość seniorów przeznacza swoje środki na opłaty mieszkaniowe, abonament telefoniczny, internet, leczenie i leki. Na bieżące wydatki zostaje im niewielka część emerytury, nie mówiąc o nagłych, niespodziewanych wydatkach lub przyjemnościach – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Instytut Badawczy ABR SESTA na zlecenie „Gazety Wyborczej” i serwisu agencyjnego MondayNews obliczył natomiast, że senior za pojedyncze zakupy w dyskoncie płaci o 5 proc. więcej niż dwa lata temu, a – zdaniem ekonomistów – ceny na początku przyszłego roku skoczą w górę jeszcze bardziej. Na większy wzrost cen mogą wpłynąć plany rządu: m.in. skokowa podwyżka płacy minimalnej, zniesienie limitu 30-krotności składek, czy podatek handlowy.

Emeryci mają długi

Z badania „Dlaczego Polacy się zadłużają” przeprowadzonego na zlecenie Krajowego Rejestru Długów przez IMAS International wynika, że w ciągu ostatnich sześciu lat zadłużenie polskich seniorów wzrosło pięciokrotnie. W 2013 r. wynosiło ono 1,1 mld zł, a na początku 2019 r. skoczyło do 5,6 mld zł. Co ważne, emeryci zadłużali się znacznie częściej, niż osoby pracujące. Aż 41 proc. emerytów przyznało, że brało pożyczkę wiele razy. Wśród osób pracujących odsetek ten wynosił 35 proc. Z danych KDR wynika również, że częściej w tym przedziale wiekowym zadłużają się kobiety (59 proc.), niż mężczyźni (41 proc).

– To przygnębiające, bo emerytura, która miała być dla nich wytchnieniem po latach pracy generuje kolejne problemy. To właśnie dlatego warto skupiać się na tym, by na emeryturze mieć kilka źródeł finansowania, nie tylko świadczenia od państwa, które są niskie. Rozwiązań jest dużo. Można podjąć pracę, wynajmować pokój w mieszkaniu lub domu lub zdecydować się na rentę dożywotnią wypłacaną co miesiąc aż do śmierci – podsumowuje Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Licencje Open Source w wykorzystaniu komercyjnym nie zawsze bezpieczne

Twórcy oprogramowania, w tym nawet duże software house’y chętnie i często korzystają z programów dostępnych na otwartych licencjach. Często jednak nie wiedzą, na co tak naprawdę dana otwarta licencja zezwala. Tymczasem niewłaściwe wykorzystanie kodu Open Source, z naruszeniem zasad jego licencjonowania, może być bardzo kosztowne. Nie chodzi tu wyłącznie o odpowiedzialność względem autorów otwartego kodu: na polskim rynku znacznie częściej jest to odpowiedzialność wobec zamawiającego, mogąca skutkować nawet odmową zapłaty wynagrodzenia.

Nie wszystkie otwarte licencje są bezpieczne

Mimo że popularne licencje takie jak MIT (licencja X11) czy Apache 2.0 są raczej liberalne i ich użycie w ramach wytwarzanego komercyjnego oprogramowania nie wiąże się z istotnymi uciążliwościami, użycie choćby fragmentu kodu opartego np. na licencji GNU AGPL powoduje konieczność ujawnienia całego kodu źródłowego wytworzonego oprogramowania. W praktyce więc licencja AGPL z tego powodu niemal nie nadaje się do zastosowań biznesowych.

Software house często nie wie, z czego korzysta deweloper

W wielu software house’ach czy agencjach interaktywnych poszczególni deweloperzy bądź zespoły projektowe mają wolną rękę w doborze rozwiązań technologicznych, w tym wykorzystaniu np. gotowych bibliotek. Programiści często ulegają pokusie, aby wykorzystać już funkcjonujące rozwiązania, które znajdą np. na GitHubie. O ile w niektórych przypadkach faktycznie nie ma potrzeby wyważania otwartych drzwi i wykorzystanie kodu Open Source ma racjonalne uzasadnienie, o tyle zawsze powinno być zgodne z wewnętrzną polityką firmy w tym zakresie, a ta zaś powinna być spójna z zawieranymi umowami. Project Manager czy Zarząd zawsze powinni mieć wiedzę o tym, że deweloper korzysta z kodu na licencji np. X11 i zadbać o odzwierciedlenie tego w ustaleniach z zamawiającymi.

Korzystanie w projektach komercyjnych z bibliotek dostarczanych w oparciu o tzw. licencje Open Source często pozostaje w sprzeczności z treścią umów, jakie dostawcy IT zawierają ze swoimi klientami. Umowy te niejednokrotnie wymagają choćby, aby twórca dysponował całością praw autorskich majątkowych do wytwarzanego oprogramowania, a tego warunku nie da się spełnić w przypadku korzystania z rozwiązań Open Source. Z drugiej strony korzystanie choćby z frameworków takich jak Struts czy Laravel jest bardzo powszechne. Wykorzystanie Open Source w IT to przecież nie tylko poszczególne biblioteki, ale także gotowe frameworki, które mocno przyspieszają pracę i zmniejszają finalne koszty produktu.

– Ważne jest, aby software house zadbał o właściwe uregulowanie otwartych licencji (w tym kwestii korzystania z frameworków) w swoich umowach zarówno z zamawiającymi, ale też z kontraktorami – mówi Tomasz Klecor, partner w kancelarii Legal Geek, specjalizującej się w obsłudze IT.

Co grozi za niedozwolone użycie oprogramowania Open Source?

Nieprawidłowe wykorzystanie oprogramowania Open Source może rodzić wiele konsekwencji. Będą to zarówno skutki wynikające bezpośrednio z przepisów prawa (w skrajnych przypadkach mogą to być teoretycznie nawet sankcje karne), jak i występująca częściej konieczność zapłaty odszkodowania. Mogą to być również konsekwencje umowne – wynikające z umowy z podmiotem, dla którego tworzymy oprogramowanie. W zależności od umowy może on domagać się np. zapłaty kary umownej czy zmniejszenia ceny.

– W praktyce bolesne i realne będą konsekwencje względem zamawiających oprogramowanie od software house’u, który nieprawidłowo użył kodu Open Source. Znamy bowiem sytuacje, w których przy okazji audytu oprogramowania (w związku z pozyskaniem inwestora) zamawiający odkrył, że w jego oprogramowaniu wykorzystano kod na licencji Open Source i doszło do jej naruszenia. Koszty usunięcia wady oprogramowania, które software house poniósł w następstwie roszczeń zamawiającego, niemal dorównały otrzymanemu wcześniej wynagrodzeniu. Co istotne, zarząd wykonawcy nie miał świadomości złego użycia kodu, a decyzja o wykorzystaniu konkretnego rozwiązania była samodzielną inicjatywą programisty – wyjaśnia prawnik z kancelarii Legal Geek.

Polak co roku wyrzuca do śmieci 54 kg odpadów spożywczych

Bioodpady stanowią 40 proc. odpadów komunalnych. Recyklingowi zostaje poddanych zaledwie 30 proc. tej masy. Największy problem ze zbiórką frakcji bio mają duże miasta, w których jest ona zanieczyszczana przez inne nieprawidłowo segregowane odpady. Przed przypadającym w najbliższą środę Światowym Dniem Żywności eksperci firmy doradczej Deloitte przypominają, że ograniczenie marnowania żywności może być pierwszym krokiem jednostek samorządu terytorialnego na drodze do gospodarki o obiegu zamkniętym oraz strategii zero waste.

W skali globalnej, corocznie ponad 30 proc. wyprodukowanej żywności jest marnowane. Stanowi to masę równą 1,3 mld ton. Według wyliczeń agendy Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), koszty ekonomiczne związane z marnowaniem żywności w Europie szacowane są na 1 bln dolarów rocznie, koszty środowiskowe na 700 mld dolarów, a społeczne na 900 mld. Tak wysokie kwoty wynikają z tego, że kiedy wyrzucamy ziemniaki, w koszu lądują nie tylko warzywa i 2 zł, które straciliśmy na ich zakupie. Wyrzucamy jednocześnie całą wodę zużytą do uprawy każdego ziemniaka. Marnujemy energię i paliwo potrzebne do ich zasiewu, pielęgnacji, zbioru, transportu i magazynowania. Finalnie generujemy więc odpady, które zalegają na składowiskach, gdzie emitują szkodliwe gazy cieplarniane.

Na poziomie globalnym czy europejskim ten problem jest coraz bardziej widoczny i zauważany. Niestety niewiele uwagi poświęca się mu na poziomie lokalnym, gdzie marnuje się najwięcej. To gospodarstwa domowe odpowiadają za 53 proc. odpadów żywnościowych. Szacuje się, że przeciętny Polak generuje rocznie 54 kg odpadów spożywczych1 – mówi Dominika Paca, ekspert w zespole analiz ekonomicznych i zrównoważonego rozwoju, Deloitte.

Łącznie z ulegającymi biodegradacji odpadami ogrodowymi, potencjał bioodpadów w odpadach komunalnych to około 4,8 mln ton, co w przybliżeniu stanowi 40 proc. całości2 . Wykorzystany potencjał frakcji bio to jedynie około 30 proc. tej masy3.

Pierwszy krok do zero waste

Ze względu na swój charakter odpady biodegradowalne stanowią najbardziej problematyczną frakcję odpadów. Ich zbiórka i zagospodarowanie generują ogromne koszty, które pośrednio ponoszone są przez jednostki samorządu terytorialnego, a finalnie przez mieszkańców gmin.

Nowelizacja ustawy o czystości i porządku w gminach, która weszła w życie 6 września br., wprowadziła możliwość obniżenia stawek za odbiór odpadów dla gospodarstw domowych, które nie oddają bioodpadów, a prowadzą przydomowe kompostowniki. Zgodnie z artykułem 4 ww. ustawy rada gminy może określić wymagania dotyczące kompostowania bioodpadów na terenie zabudowy jednorodzinnej oraz zwolnić właścicieli takich nieruchomości, z całości lub z części opłaty za odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Pomimo, że obniżki, które wynikają z realizacji obowiązku zagospodarowania bioodpadów we własnym zakresie mogą być nieznaczne, mają potencjał być pierwszym krokiem na drodze do obniżania masy generowanych w gminach odpadów. Do ustalenia obniżki, która będzie realną zachętą dla mieszkańców potrzebna będzie analiza morfologii odpadów oraz kosztów, które ponosi gmina. Nieoceniona też jest edukacja mieszkańców, zarówno w zakresie kompostowania, jak i jego wpływu na poprawę stanu środowiska naturalnego – mówi Julia Patorska, Dyrektor w zespole analiz ekonomicznych i zrównoważonego rozwoju, Deloitte.

Niektóre, bardziej świadome gminy decydują się na dodatkowe działania, jak na przykład nieodpłatne przekazanie mieszkańcom kompostowników. Takie rozwiązanie zastosowano m.in. w Izabelinie czy Radzyniu Podlaskim.

Duże miasta, duży problem

Problemem jest zbiórka frakcji bio w dużych miastach, które ustawa omija, a w których nieprawidłowo segregowane odpady bio zanieczyszczają inne frakcje. W tym wypadku niezwykle istotne będzie podjęcie wielopłaszczyznowych działań, których ramą mogą być polityka w zakresie gospodarki o obiegu zamkniętym czy strategia zero waste. Tego typu działania już są podejmowane. Londyn, Glasgow, Amsterdam, Paryż czy Berlin dostrzegły potencjał gospodarki o obiegu zamkniętym i wdrażają strategie w tym zakresie. Bardziej odważne miasta, takie jak np. Capannori, Lublana czy Vancouver zdecydowały się na wprowadzenie wizjonerskiej i pragmatycznej strategii zero waste służącej eliminowaniu powstawania odpadów. Efektem podejmowanych działań są zmiany kulturowe, wzrost zaangażowania społeczeństwa, a także inwestycje infrastrukturalne.

Wdrażanie innowacyjnych sposobów gospodarowania odpadami, ukierunkowanych na znaczne, ale stopniowe ograniczenie wielkości poszczególnych strumieni odpadów jest możliwe. Trzeba jednak zauważyć, że realizacja takich strategii gospodarowania odpadami wymaga zasadniczej zmiany dotychczasowego podejścia w wielu fundamentalnych sprawach. Poprzez właściwie zaplanowaną i wdrożoną strategię możliwe będzie osiągnięcie wielowymiarowych korzyści – ekonomicznych, środowiskowych i społecznych – dodaje Dominika Paca.

1 BIOIS, European Commission (DG ENV). Preparatory Study on Food Waste Across EU 27, 2010
2 Krajowy Plan Gospodarki Odpadami, 2022
3 GUS, Ochrona środowiska 2018 roku

Niemiecki przemysł pierwszy raz na plusie od marca

Największym znakiem zapytania w ubiegłym tygodniu pozostawała kwestia utrzymującej się od kilku miesięcy recesji w niemieckiej produkcji przemysłowej. Rynki europejskie oczekiwały więc jej wyników z niepokojem. Z jednej strony obawy się nie potwierdziły, ponieważ w sierpniu przemysł u naszych zachodnich sąsiadów zanotował skok o 0,3%. Choć mamy do czynienia z pierwszym wzrostem od marca tego roku, to jednak nie ma powodów do większego entuzjazmu. W porównaniu międzyrocznym, przemysł zanotował bowiem spadek o 4% i  o 7,4% bez korekty sezonowej. Co więcej, biorąc pod uwagę fakt mniejszej liczby zamówień przemysłowych, można powiedzieć, że niemiecki przemysł ma nadal duże problemy. Pierwsze negatywne sygnały spływają również z rynku pracy. Bezrobocie w Niemczech jest niskie (5%), ale rośnie liczba firm stosujących tzw. kurzarbeit. System ten polega na przejściowym zredukowaniu regularnego czasu pracy, aby  ustrzec zatrudnionych przed zwolnieniem w trakcie gorszego okresu dla przedsiębiorstwa. Część straty ponoszonej na wynagrodzeniu pokrywa wówczas Federalny Urząd Pracy. Należy podkreślić, że trudna sytuacja u naszych zachodnich sąsiadów będzie miała wpływ także na gospodarkę Polski oraz na Polaków pracujących w Niemczech.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Pragma Faktoring obrała kurs na fintech. PragmaGO® ze świetnymi wynikami

Zarząd Pragma Faktoring SA poinformował dziś o wynikach spółki za 3 kwartał 2019 r. Całkowite obroty wzrosły o 14%, ale najbardziej dynamiczny skok odnotowała fintechowa linia spółki PragmaGO®.

PragmaGO® jako linia biznesowa Pragma Faktoring została wyodrębniona we wrześniu 2017 r. i od tamtej pory stanowi główny napęd rozwoju spółki. Obroty wygenerowane przez obszar PragmaGO® wyniosły w 3. kwartale 98.787 tys. zł, podczas gdy rok wcześniej wynosiły 59.900 tys. zł. PragmaGO® urosła więc rok do roku o 65%, a w porównaniu do poprzedniego – drugiego kwartału br. o 14%. Również sam portfel należności PragmaGO® wzrósł r/r o 62% do 51.688 tys. zł. Dzięki onlinowym procesom sprzedaży i obsługi fintech udzielił w trzecim kwartale finansowania ponad 900 klientom, czyli dwukrotnie więcej niż w 2018. Od początku roku z usług Pragmy skorzystało 1240 klientów.

Pragma Faktoring SA rozwija produkty i procesy obsługi klientów online od ponad 3 lat wprowadzając na rynek kolejne produkty, w tym: finansowanie faktur, elastyczne abonamenty faktoringowe oraz limity zakupowe w segmencie B2B. Spółka zmierza do dywersyfikacji portfela i zwiększenia jego rentowności oraz wzrostu skali, a nowoczesne produkty dla MSP są narzędziem realizacji tych celów.

Po satysfakcjonującej sprzedaży udziałów w LeaseLink zyskaliśmy kolejne środki na rozwój technologii wykorzystywanych w PragmaGO®. Naszym celem jest zwielokrotnienie skali działania i portfela przy rozproszonym ryzyku wspieranym autorskimi algorytmami i atrakcyjnymi z punktu widzenia klienta user experience i cen produktami dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. Dzięki temu klienci związują się z nami na dłużej” – komentuje Prezes Zarządu, Tomasz Boduszek.

Na początku roku Pragma Faktoring SA informowała o sprzedaży 71,5 % udziałów w spółce w LeaseLink Sp. z o.o., pierwszego fintechowego leasingodawcy na polskim rynku, na rzecz  MLeasing Sp. z o.o.  (grupa mBank).

Częściowa umowa pomiędzy USA a Chinami, euforia chwilowa

Rynek musi przetrawić znaczenie porozumienia handlowego pomiędzy USA a Chinami. Naszym zdaniem rozmowa jest fasadowa i nie rozwiązuje zasadniczym problemów i nie pomoże zejść globalnej gospodarce ze ścieżki spowolnienia. Weekendowe doniesienia są też mniej korzystne dla funta niż informacje z czwartku i piątku. Światełko w tunelu, które nagle się pojawiło nie zgasło, ale wydaje się bardziej odległe, co stwarza ryzyko wymazania wystrzału funta.

Efekt 13. rundy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami jest konstruktywny jedynie w tym sensie, że obie strony w końcu, po półtorarocznym zaostrzającym się i łagodzonym konflikcie, były w stanie odnaleźć jakiekolwiek porozumienie. Chociażby było one fasadowe i niepełne to odsuwa ono nieco ryzyko ponownej, gwałtownej eskalacji wojen handlowych.

Chiny gwarantują zakupy amerykańskich płodów rolnych, zwiększają dostęp do swojego rynku, zobowiązują się do poszanowania własności intelektualnej oraz deklarują, że nie będą celowo osłabiać CNY. W zamian USA nie podniosą 15 października ceł na towary o wartości 250 mld USD. Wszystkie obecnie obowiązujące taryfy pozostają w życiu. Umowa dotyczy najmniej kontrowersyjnych kwestii dzielących oba mocarstwa. Nietrudno jest wyobrazić sobie sytuację, w której strony nie będą w stanie uczynić postępu na innych płaszczyznach a napięcia będą się nasilać. Strona chińska już teraz studzi nastroje i sugeruje, że przesadny optymizm dotyczący kolejnej fazy negocjacji jest nieuzasadniony.

Efekt waszyngtońskich spotkań na najwyższym szczycie zmniejsza strach przed nasilaniem się handlowego sporu, ale jest jedynie pierwszym krokiem do kompleksowej umowy handlowej. Jednocześnie nie będzie on prawdopodobnie wystarczający by poprawić sytuację hamującej globalnej gospodarki. Małym zimnym prysznicem przypominjącym o wpływie wojen handlowych są dane o chińskim handlu zagranicznym za wrzesień, które rozczarowały na poziomie importu i eksportu. Widzimy wysokie prawdopodobieństwo, że ubiegłotygodniowa euforia nie zostanie utrzymana, co oznaczać będzie schłodzenie nastrojów na giełdach, osłabienie AUD i NZD oraz umocnienie jena. EUR/USD trzyma się na razie nad 1,10, ale testem wiary we wspólną walutę będą napływające dane: dzisiejsza produkcja przemysłowa i jutrzejszy odczyt ZEW. Zakładamy rwaną, chimeryczną aprecjację euro i dojście kursu w okolice 1,13 na koniec roku.

Należy także pamiętać, że w ostatnich dniach trwała 13. runda negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami i pojawiło się światełko w tunelu jeśli chodzi o możliwość porozumienie ws. brexitu. Przy zgodnym z oczekiwaniami wyniku wyborów to czynniki o globalnym, zewnętrznym charakterze będą wyznaczać siłę złotego. EUR/PLN na fali poprawy nastrojów (silny wzrost indeksów giełdowych, umocnienie walut ryzykownych) zbliżył się do 4,30. Nie widzimy znacznego pola do dalszych spadków kursu – w naszej ocenie obecne pułapy korespondują ze średnioterminową wartością godziwą.

Dla porządku w oczekiwaniu na oficjalne wyniki dodajmy, że gdyby PiS miał możliwość odrzucania prezydenckiego weta, to interpretacja takiego wyniku przez inwestorów byłaby bardzo podobna. Dopiero uzyskanie większości konstytucyjnej mogłoby tworzyć przejściową presję na złotego, ponieważ groziłoby potencjalną intensyfikacją napięć w relacjach z Brukselą. Podobnie: konieczność szukania koalicjanta – z punktu widzenia krajowej waluty i aktywów – byłoby mniej korzystne ze względu na większą niepewność polityczną. W zakresie kursu w polityce gospodarczej, społecznej i budżetowej różnica byłaby jednak niewielka.

W całym tygodniu pierwszoplanowym odczytem będzie dynamika PKB Chin, która została wypracowana w III kwartale. Publikacja będzie miała miejsce w piątek. Dotychczas dane o wzrośnie nie straszyły jego drastycznym spowolnieniem. Spodziewane jest wyhamowanie dynamiki PKB z 6,2 do 6,1 proc. rok do roku. Słabość jest niezaprzeczalna i lepiej obrazowana przez szereg innych wskaźników. Spodziewamy się prób intensyfikacji wysiłków na rzecz poprawy koniunktury w Państwie Środka, ale po dokonanych w tym roku cięciach podatków i luzowaniu monetarnym przy inflacji u celu pewnie nie padnie na środki kompleksowe. W takim układzie presja na dalsze wzrosty USD/CNY będzie zachowana a to woda na młyn ponownej eskalacji konfliktu handlowego.

W przypadku Wielkiej Brytanii i funta na świeczniku pozostanie brexit a nawet tak istotne dane jak informacje z rynku pracy (wtorek), wskaźniki inflacyjne (środa), czy sprzedaż detaliczna (czwartek) pozostaną na drugim planie. Warto natomiast zwrócić uwagę na wystąpienia władz monetarnych, ponieważ ryzyko cięć stóp zostało wymazane z rynkowej wyceny podczas ostatniego wystrzału kursu. EUR/USD wzrósł ponad 1,10 i teraz stanie w obliczu kolejnych, potencjalnie fatalnych danych. Dotyczy to przede wszystkim produkcji przemysłowej, ale rynek zwróci uwagę w pierwszym rzędzie na publikację ZEW. Bez ugruntowanej wiary, że europejska gospodarka najgorsze ma za sobą, wspólna waluta będzie mieć problem ze zbudowaniem trwałego trendu. Naszym scenariuszem bazowym jest rwana, szarpana aprecjacja i wzrost kursu do 1,13 w IV kwartale. W USA na świeczniku znajdą się ostatni wystąpienia członków Fed przed okresem ciszy medialnej oraz dane o sprzedaży detalicznej (środa) i produkcji przemysłowej (czwartek). W tym drugim przypadku dane będą pod silnym negatywnym wpływem strajku w General Motors. Po fatalnych odczytach wskaźników ISM za wrzesień, warto też śledzić pierwsze odczyty barometrów koniunktury za październik. Oczywiście będą to NY Empire State (wtorek) oraz Philly Fed (czwartek). Pierwszy z tych odczytów tradycyjnie przypada na poniedziałek, ale został przesunięty ze względu na Dzień Kolumba.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Co wygrana PiS oznacza dla rynków i gospodarki?

W świetle wszystkich dostępnych informacji Prawo i Sprawiedliwość utrzymuje samodzielną większość w Sejmie. Z punktu widzenia rynków finansowych, wyceny złotego i obligacji skarbowych jest to wynik najbardziej neutralny z możliwych – od wiosennych wyborów do Parlamentu Europejskiego był w końcu postrzegany jako scenariusz bazowy.

Dla porządku w oczekiwaniu na oficjalne wyniki dodajmy, że gdyby PiS miał możliwość odrzucania prezydenckiego weta, to interpretacja takiego wyniku przez inwestorów byłaby bardzo podobna. Dopiero uzyskanie większości konstytucyjnej mogłoby tworzyć przejściową presję na złotego, ponieważ groziłoby potencjalną intensyfikacją napięć w relacjach z Brukselą. Podobnie: konieczność szukania koalicjanta – z punktu widzenia krajowej waluty i aktywów – byłoby mniej korzystne ze względu na większą niepewność polityczną. W zakresie kursu w polityce gospodarczej, społecznej i budżetowej różnica byłaby jednak niewielka.

Co wygrana PiS oznacza dla rynków i gospodarki? Przede wszystkim kontynuację kursu obranego w poprzedniej kadencji i realizację najświeższych zapowiedzi. M.in. stopniowego podnoszenia płacy minimalnej, zniesienia limitu trzydziestokrotności składek na ZUS, wypłat dodatkowych emerytur. Nowelizacja budżetu na 2020 rok powinna zawierać jedynie kosmetyczne zmiany w zakresie kluczowych wskaźników fiskalnych.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Roszkowski: Wybory to nie koniec partyjnych kampanii w tym roku

W niedzielę odbyły się wybory parlamentarne. Nie jest to jednak koniec kampanijnych starań partii z różnych stron politycznego spektrum. Możemy spodziewać się trwającej kampanii politycznej, przygotowującej grunt pod przyszłoroczne wybory prezydenckie. Ta bowiem partia, która zdobędzie większość parlamentarną, będzie chciała postarać się również o swojego prezydenta. Jednolitość tych dwóch instancji rządzących bardzo ułatwia wprowadzanie reform i nowych ustaw, zaś opozycyjny prezydent będzie na rękę parlamentarnej mniejszości. Możemy się więc spodziewać wzmożonej pracy kampanijnej, niezależnie od wyniku wyborów. Jednak to, co będzie dziać się w sejmie, bardzo zależy od programu wygranej partii.

– W przypadku swojej wygranej, Prawo i Sprawiedliwość będzie z pewnością kontynuowało politykę społeczną – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – W przeciwieństwie do opozycji, którą po wygranych wyborach czeka trudna praca w stworzeniu działającej koalicji, PiS najpewniej od razu weźmie się do wprowadzania kolejnych reform. Spodziewamy się nowych rozwiązań dla przedsiębiorców i kolejnych projektów społecznych. Mamy również nadzieję, że obok reform energetycznych i cybernetycznych, pojawi się projekt reformy systemu podatkowego – przewiduje Roszkowski.

Ministerstwo Energii obniża akcyzę i opłaty przejściowe. Eksperci: Ceny i tak pójdą w górę

Akcyza i opłata przejściowa wkrótce będą niższe, co przyniesie Polakom oszczędności. Jednak eksperci zwracają uwagę na wzrost kursów na Towarowej Giełdzie Energii. Wiele wskazuje na to, że prąd podrożeje, pomimo ww. działań. Z kolei resort energii stwierdza, że dopiero pod koniec grudnia przyjdzie czas na wiarygodne prognozy. Dodaje też, że niedawne zamrożenie stawek dotyczyło ponad 17 milionów nabywców i trzeba było znaleźć na to wiele miliardów złotych. Obecnie trwa identyfikowane potencjalnych rozwiązań możliwych do zastosowania w przyszłym roku. Wtedy również okaże się, czy ceny spadną lub pójdą w górę.

W dół czy w górę?

W 2020 roku pozostanie obniżona akcyza z 20 zł/MWh na 5 zł/MWh oraz opłata przejściowa o 95%, o czym informuje Ministerstwo Energii. Już same te dwie zmiany powodują, że w kieszeniach odbiorców w przyszłym roku zostanie ponad 4 mld zł.

– Rząd nakładał bardzo dużo rozmaitych opłat na energię elektryczną. To, czy ceny dla konsumenta zostaną obniżone lub utrzymane na obecnym poziomie, zależy od sytuacji w budżecie państwa. Jeżeli będzie ona dobra, np. dzięki dużej ściągalności VAT-u, to rządzący mogą sobie pozwolić na zmniejszenie różnych opłat, które są parapodatkami – mówi prof. Krystyna Bobińska, ekspert Instytutu Sobieskiego w dziedzinie gospodarki, transportu i energetyki.

Z kolei dr Aleksandra Gawlikowska-Fyk, która kieruje projektem Elektroenergetyka w Forum Energii, zwraca uwagę na sytuację na Towarowej Giełdzie Energii. Na początku października megawatogodzina kosztuje ok. 230 zł. To o kilkadziesiąt złotych więcej w porównaniu z czerwcem 2018 roku, kiedy ceny zostały zamrożone. Natomiast w kontraktach na przyszły rok ceny hurtowe kształtują się na poziomie powyżej 260 zł. Jak podkreśla ekspertka, zastopowanie cen nie oznacza, że realnie uda się odwrócić tendencje wzrostowe.

– Nie widzę trwałego sposobu ograniczenia cen energii. Proces odwlekania podwyżek odbije się dużą czkawką, jak nie za rok, to za 2 lata. Kiedyś to będzie musiało odreagować. Dziś jeszcze trudno mówić o konkretnych liczbach i procentach, bo zbyt wiele różnych czynników o tym decyduje. Bardziej mam na myśli pokazanie nieuniknionej tendencji – przekonuje Szymon Liszka, prezes zarządu Fundacji na rzecz Efektywnego Wykorzystania Energii.

Jak zaznacza dr Gawlikowska-Fyk, wiele wskazuje na to, że ceny energii elektrycznej będą wzrastać. Na ich wysokość wpływają coraz droższe surowce, zwłaszcza węgiel, a także rosnące koszty uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Natomiast prof. Bobińska podkreśla, że inne są stawki dla producentów, a inne – dla konsumentów. Dla tych ostatnich pozostają ustalane przez Urząd Regulacji i Energii i mogą wzrosnąć niewiele.

– Największa kontraktacja energii elektrycznej na giełdzie na rok 2020 nastąpi w czwartym kwartale br. Pod koniec tego okresu będzie można wiarygodnie prognozować ewentualne wzrosty cen energii elektrycznej dla odbiorców końcowych – informuje Ministerstwo Energii.

Pod napięciem

Kilka miesięcy temu została podpisana nowela zamrażającą ceny prądu przez cały 2019 rok. To rozwiązanie m.in. dla  gospodarstw domowych, mikroprzedsiębiorstw i małych firm, szpitali, jednostek sektora finansów publicznych, w tym samorządów. Jak wskazuje resort, zatrzymanie wzrostów cen było bardzo dużym przedsięwzięciem legislacyjnym, które dotyczyło 17,5 mln odbiorców. I dodaje, że na jego realizację dodatkowo należało znaleźć kwoty liczone w miliardach złotych. W 2019 r. rekompensaty finansowane są ze sprzedaży wcześniej niewykorzystanych uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

– Utrzymywanie poziomu cen w jakimś stopniu polega również na zamknięciu rynku krajowego. Dookoła prąd jest tańszy, a my go utrzymujemy na trochę wyższym poziomie, tylko dlatego, że mamy ograniczenia w stosunku do rynku europejskiego. Jeżeli otworzymy się na niego, a presja z zewnątrz jest duża, to takie działanie może wywołać impuls obniżający ceny. Jednak rząd deklaruje potrzebę wzrostu bezpieczeństwa poprzez zapewnienie trwałości dostaw z własnych źródeł – komentuje prezes Fundacji na rzecz Efektywnego Wykorzystania Energii.

Obecnie w Ministerstwie Energii trwa identyfikowanie potencjalnych rozwiązań możliwych do zastosowania na rynku w 2020 roku. Uwzględniają one kwestię rozwoju gospodarki, oczekiwań i uwarunkowań społecznych oraz obowiązujących regulacji w UE. Konkluzje z przeprowadzanych analiz będą możliwe do sformułowania po spełnieniu dwóch warunków. Pierwszy to zakończenie kontraktacji na rynku energii głównej części wolumenu na przyszły rok. Drugim jest rozpoczęcie przez prezesa URE procesu zatwierdzania taryf dla gospodarstw domowych na przyszły rok.

– Żeby ocenić wpływ na ceny dla gospodarstw domowych, czy też zgodność z prawem unijnym, musimy poczekać na konkretne propozycje – przyznaje dr Gawlikowska-Fyk.

Z kolei ekspert z Instytutu Sobieskiego zwraca uwagę na specyfikę rynku. Wszystkie przedsiębiorstwa produkujące energię elektryczną mają tego samego właściciela, tj. państwo. W pewnym sensie mamy do czynienia z monopolem. Prof. Bobińska dodaje, że jakakolwiek konkurencja praktycznie nie istnieje. A jeżeli wzrasta wydajność pracy w tym sektorze, to firmy odprowadzają większe podatki do budżetu.

– Patrząc na doświadczenia z transformacji energetyki, to największym obciążeniem dla przemysłu i dla indywidualnych konsumentów było urealnianie cen. Ten proces był bardzo boleśnie przeprowadzony przez gospodarkę. Teraz ponownie wchodzimy na ścieżkę sztucznego utrzymywania poziomu tych wartości. Przy podejmowaniu takich działań, wiele zależy od wydolności budżetu i od ogólnej sytuacji ekonomicznej. Jeśli pojawi się jakiś kryzys, to zdolność do utrzymywania niskich cen będzie mniejsza – podsumowuje prezes Liszka.

Miliard dolarów rocznie – na tyle okradają nas cyberprzestępcy dzięki ransomware

Cyberprzestępczość niestety to nadal dochodowy biznes. Z badań przeprowadzonych przez Bromium wynika, że oprogramowanie typu ransomware generuje przestępcom nielegalne zyski w wysokości 1 miliarda dolarów rocznie. To potężne kwota, która nie obejmuje dodatkowych, często bardzo wysokich kosztów po stronie poszkodowanych firm i osób. Wpływy z cyberprzestępczości są dziś wyższe, niż te uzyskiwane z handlu narkotykami. Nic dziwnego zatem, że ransomware nazywane jest już oficjalnie nowym modelem biznesowym hakerów. Warto o tym przypomnieć podczas Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa, który obchodzimy w październiku.

Andrzej_Niziolek_Veeam
Andrzej Niziołek, starszy menedżer regionalny Veeam Software w północnej i południowej części Europy Wschodniej

Nie istnieje złoty środek, jeśli chodzi o zapewnienie ochrony przed cyberzagrożeniami takimi jak ransomware. Niestety w ostatnich latach przedsiębiorstwa przekonały się o tym z całą mocą. Cyberprzestępcy znakomicie wykorzystują luki zabezpieczeń korporacyjnych systemów informatycznych. Podobnie jak wystarczy jedna dziura, by zatopić statek, tak jeden słaby punkt zabezpieczeń może narazić przedsiębiorstwo na fatalne w skutkach cyberataki – komentuje Andrzej Niziołek, Dyrektor Regionalny w Veeam, firmie zajmującej się zawansowanymi rozwiązaniami z zakresu bezpieczeństwa i backupu.

Skutki ataków bywają często bardzo poważne. Z badań przeprowadzonych przez Malwarebytes wynika, że aż 22 proc. firm z sektora małych przedsiębiorstw było zmuszonych zakończyć swoją działalność natychmiast po ich zaatakowaniu. Pomimo, że wiele działów IT wdraża nierzadko zaawansowane systemy zabezpiecze , to właśnie przedsiębiorstwa są najczęstszym celem hakerów. Według Symantec zaledwie 19 proc. ataków dotyczy osób prywatnych, a aż 81 proc. z nich skierowanych jest przeciwko firmom i organizacjom publicznym.

– Oprogramowanie ransomware może wyrządzić przedsiębiorstwu bardzo poważne szkody. Firmy, które uważają, że nie mają innego wyboru, jak tylko zapłacić cyberprzestępcom, by odblokować swoje dane, nie tylko ryzykują swoje pieniądze, ponieważ nie ma żadnej gwarancji, że dane zostaną zwrócone, lecz także narażają na szwank swoją reputację dając do zrozumienia innym hakerom, że są łatwym celem– komentuje Andrzej Niziołek z Veeam.

Niestety, wciąż wiele firm decyduje się zapłacić okup. Stosują tutaj kalkulację, że zapłacenie za odblokowanie systemu i dostęp do danych będzie tańsze, niż straty, które powstaną w wyniku paraliżu działania firmy. Jak łatwo się domyślić, nie dysponują one najczęściej bezpiecznymi kopiami zapasowymi danych, które mogą w łatwy, szybki i zautomatyzowany przywrócić. Nawet jeśli kopia zapasowa została utworzona w chmurze, to nie oznacza, że jest tam bezpieczna. Ochrona danych w organizacjach jest wielowymiarowe i wymaga dywersyfikacji działań.

– Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kopie zapasowe tworzone offline i poza środowiskiem lokalnym nie tylko łagodzą skutki ataków ransomware, lecz także, w połączeniu z odpowiednim pakietem zabezpieczeń i szkoleniem pracowników, mogą zapobiec wystąpieniu problemu. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo i kopie zapasowe danych, rozdźwięk pomiędzy tym, co być powinno, a tym, co jest naprawdę, jest ogromny. Istnieje wiele różnych sposobów zewnętrznego tworzenia kopii zapasowej, od dysków systemowych i wymiennych dysków twardych po urządzenia taśmowe działające offline i kopie zapasowe w chmurze. Niezależnie od tego, którą opcję wybierze dane przedsiębiorstwo, repozytorium kopii zapasowych musi być chronione przed atakiem – dodaje Andrzej Niziołek z Veeam.

Pocieszeniem jest fakt, że liczba zaawansowanych rozwiązań do zabezpieczania danych stale rośnie, a rozsądne zarządzanie kopiami zapasowymi pozwala przedsiębiorcom działać płynnie, nawet w sytuacji poważnego ataku cyberprzestępców. Najlepsze rozwiązania tego typu samodzielnie, na bieżąco wykonują kopie zapasowe oraz automatycznie przywracają utracone dane w zaledwie kilka minut.  Podczas Europejskiego Miesiąca Cyberbezpieczeństwa warto przypomnieć sobie metodach tworzenia backupu i zadać sobie pytanie, czy oferuje wystarczający poziom bezpieczeństwa. Utrata zdjęć z wakacji, narodzin dziecka czy pracy magisterskiej jest bolesna i przykra, jednak utrata danych firmowych może mieć daleko głębsze konsekwencje, a skutki mogą sięgać milionów złotych.

Czego polskie firmy mogą nauczyć się od Amazona?

W zeszłym roku Amazon pochwalił się obrotami rzędu 277 mld dolarów brutto. eBay to „tylko” 89,83 mld dolarów. Skoro popełniono już błędy, wyciągnięto wnioski, wydano bajońskie sumy na rozwój, to warto z tych doświadczeń skorzystać. W czym należy naśladować amerykańskiego króla sprzedaży internetowej, doradza Sascha Stockem, założyciel i prezes firmy Nethansa, która zajmuje się wprowadzaniem polskich przedsiębiorstw na Amazona oraz kompleksowym wsparciem sprzedaży.

„Naśladownictwo to najszczersza forma pochlebstwa” – pisze Jeaniene Frost w książce W pół drogi do grobu. Postawmy sprawę jasno: jedną nogą w grobie są sklepy internetowe, które spoczęły na laurach i nie robią już nic poza odcinaniem kuponów. Bez nieustannego rozwoju utrzymanie się na rynku na dłuższą metę graniczy z cudem. Jeśli Twój e-commerce zaczyna przypominać zombie, to jego czas jest już policzony. Na szczęście, żeby go uratować, nie musisz wymyślać koła na nowo. Wystarczy podpatrzeć, jak rozwijają się najlepsi. W tym gronie prym nieprzerwanie wiedzie Amazon.

Firma Jeffa Bezosa najwięcej zawdzięcza kompleksowemu podejściu do sprzedaży. Klient może czuć się zaopiekowany od momentu pojawienia się potrzeby zakupu do odebrania zakupionego produktu, sprawdzenia go, a nawet zwrotu czy reklamacji. Amazon ułatwia kupującemu przejście przez każdy etap tego procesu. Jest prosto, szybko, bezpiecznie. Tych procedur i tego typu myślenia – maksymalnie skupionego na zadowoleniu – z pewnością mogą nauczyć się sklepy internetowe w Polsce. U nas pod tym względem nie jest źle, ale zawsze może być lepiej. Fakt, że Amazon nie posiada jeszcze platformy dedykowanej polskiemu rynkowi, może być zaletą. Rodzime e-sklepy mają czas, aby przygotować się na ekspansję hegemona sprzedaży internetowej, wprowadzając rozwiązania, które pomogą im zachować konkurencyjność.

Każdy klient jest ważny

Amazon nie tylko pracuje nad dotarciem do nowych klientów poprzez przemyślaną strategię marketingową, lecz również robi wszystko, aby zatrzymać bieżących użytkowników. Amazon stawia na lojalność. Zatrzymuje klientów na dłużej, nie pozwala im odejść, a dokładniej – sprawia, że nie chcą. Klient ma dostać to, czego potrzebuje. Stąd ciągłe prace nad poszerzaniem asortymentu, systemem podpowiedzi i funkcjonowaniem samej wyszukiwarki. Jeśli użytkownik poczuje się zmęczony poszukiwaniami, wprowadzony w błąd lub zdezorientowany, to już raczej nie wróci. Dlatego Amazon stawia na przejrzystość i szybkość użytkowania serwisu. Strona nie jest „przesadzona”. Korzystanie z niej ma być po prostu szybkie i intuicyjne. I to jest najważniejsze. Na Amazonie nie znajdziemy zbędnych ozdobników i innych elementów, które mogłyby przeszkadzać, zwodzić lub powodować, że użytkowanie platformy byłoby trudniejsze czy zajmowało więcej czasu. Kupujący ma wykonać tylko tyle pracy, ile potrzeba – nie więcej. A najlepiej mniej. Odpowiedni design jest tu na wagę złota. Potwierdza to badanie McKinsey Design Index, z którego wynika, że firmy, które do perfekcji opanowały projektowanie swoich usług i produktów, cieszą się średnio o 32 proc. szybszym wzrostem przychodów niż konkurencja.

Projektowanie takiego serwisu jak Amazon wymaga wyjątkowej wrażliwości na potrzeby użytkownika końcowego. Trzeba wejść w jego buty i spróbować zrozumieć, dlaczego np. nie finalizuje rozpoczętych zakupów. Z badania przeprowadzonego przez Izbę Gospodarki Elektronicznej na grupie 1130 polskich internautów wynika, że co trzeci Polak przerywa swoje zakupy w Internecie. Za granicą nie jest lepiej. Z raportu SaleCycle wynika, że na świecie porzucanych jest aż 75,6% koszyków zakupów. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy są koszty wysyłki. Amazon doskonale to rozumie i dokłada wszelkich starań, żeby były one jak najniższe. Podobnie jest z trudnym lub drogim procesem zwrotu i reklamacji. Tu Amazon jest dla swoich partnerów – sprzedawców – bezlitosny. Najmniejsze złamanie regulaminu w tym obszarze może skutkować zawieszeniem konta. Ten rygor jest kolejnym przejawem konsekwentnej klientocentryczności. Konsument na Amazonie może czuć się bezpiecznie jak u siebie w domu i to działa na niego jak magnes.

Bezpieczeństwo sprzedaży jest w Amazonie najważniejsze. Ten aspekt jest istotny zwłaszcza w sklepie, który sprzedaje produkty używane – w tym przypadku kupujący boją się zakupu najbardziej. Dlatego trzeba zminimalizować możliwość zwrotów, doskonale opisać produkt i jego ewentualne wady lub zużycie, aby dać klientowi poczucie, że nie kupuje kota w worku.

Nie znajdziesz tu kota w worku

W internetowym sklepie Jeffa Bezosa panuje jedna prosta zasada: produkt musi być świetnie opisany, aby kupujący miał jak najmniej wątpliwości. Na Amazonie internauta znajdzie wszystkie informacje o produkcie, nawet najdrobniejsze szczegóły. Tu także warto wspomnieć o nowościach ze świata sztucznej inteligencji, czyli np. o Amazon Echo Look, Alexie w roli stylistki i narzędziu Style Check. Są one nie tylko skarbnicą wiedzy o poszczególnych elementach asortymentu, lecz również dopasowują je do klienta i podpowiadają, co powinien kupić. Znów – łatwo, szybko i przyjemnie. Lepiej dopasowany produkt to również mniej zwrotów i związanych z tym kosztów.

Informacje o produkcie nie kończą się na tych przygotowanych przez producentów czy resellerów. Należą do nich również opinie konsumentów. Amazon umożliwia pozostawienie opinii w różnych formatach – także przez dodanie zdjęć czy video. Z badania przeprowadzonego w Stanach Zjednoczonych wynika, że ponad 60 proc. konsumentów chciałoby poznać opinię o produkcie w formie video, a tylko 15 proc. w postaci tekstowej.

Siła podpowiedzi

Warto zastosować na swojej stronie system publikacji rankingów bestsellerów – wyniki sprzedaży ogólnej lub różnych działów. Takie rankingi w Amazonie są aktualizowane co godzinę, ale myślę, że ranking raz na dzień lub – w przypadku mniejszych sklepów – raz na tydzień i tak będzie dużą zaletą. Klienci czują się poinformowani, sprzedawcy czują się docenieni, a sprzedaż wzrasta, ponieważ ludzie chcą być na bieżąco i, jak dowodzą badania socjologiczne, chętnie wzorują się na innych.

Podobnie jak rankingi bestsellerów działają podpowiedzi. Wiele sklepów internetowych stosuje tę funkcję – są to podpowiedzi typu: „ktoś inny do zakupionego produktu dokupił także…” – i tu link do kolejnej pozycji ze sklepowego asortymentu.

Taki zabieg zwalnia nas od myślenia, skracając czas spędzony na poszukiwaniu produktów. W przypadku zakupów online to duży plus. Sklepy internetowe powinny zrozumieć, że łatwość, szybkość, społeczne potwierdzenie odpowiedniego zakupu (kupujemy to, co wybrali inni) to podstawa funkcjonowania dobrego biznesu.

Warto uczyć się od Amazona. Wiele lat doświadczeń, setki milionów klientów, wiele analiz – to są rzeczy, o których większość sklepów może tylko pomarzyć. Dobra wiadomość jest taka, że nie trzeba wyważać otwartych drzwi. Wystarczy wziąć pod lupę działania Amazona i wyciągnąć wnioski. Warto rozważyć również wejście za jego pośrednictwem na zagraniczne rynki. Taki krok, podobnie jak nauka na błędach i sukcesach firmy Jeffa Bezosa, może przynieść spore zyski.

O autorze

Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansa
Sascha Stockem, prezes zarządu Nethansa

Sascha Stockem to założyciel i CEO firmy Nethansa (dawniej Webbiz), świadczącej usługi zwiększające sprzedaż na Amazonie. Ma ponad sześć lat doświadczenia w profesjonalnej sprzedaży na Amazonie. Wraz ze swoim zespołem w sumie wygenerował ponad 100 mln zł obrotu w sprzedaży na tej platformie. Przedsiębiorca, ekspert branży e-commerce, pomysłodawca systemu Clipperon, stworzonego na własne potrzeby. Wcześniej przez blisko osiem lat rozwijał własną sieć detaliczną. Ma także dużą praktykę w handlu hurtowym z takimi sieciami, jak: TK Maxx, ObiI, Kik, Tedi, Orlen, Jawoll & Woolworth. Obecnie wprowadza polskie firmy na nowe, perspektywiczne rynki. Prelegent na wielu europejskich konferencjach, ekspert branżowy.

Polska wspiera firmy w ekspansji zagranicznej. Oprócz finansów największym hamulcem jest nieznajomość rynków

Polska wspiera firmy w ekspansji zagranicznej. Oprócz finansów największym hamulcem jest nieznajomość rynków 8

Polskich przedsiębiorców, którzy planują wejść na zagraniczne rynki ze swoimi produktami i usługami, wspiera Polska Agencja Inwestycji i Handlu, m.in. poprzez sieć Zagranicznych Biur Handlu (ZBH). Powstało już 70 biur, przede wszystkim w krajach o największym potencjale. Polskie firmy mogą też liczyć na pomoc z Funduszu Ekspansji Zagranicznej. Polega ona na współinwestowaniu razem z polskim przedsiębiorcą.

Firmy potrzebują wsparcia na wielu poziomach, można ukłuć taki akronim 3 razy K, tzn. kapitał, kontakty i kompleksowa wiedza. Wiadomo, że kapitał jest dopiero ostatnim elementem układanki, istotna jest kompleksowa wiedza, czyli na co te firmy mogą liczyć, do których krajów należy skierować swoje inwestycje zagraniczne i kontakt z podwykonawcami, z poddostawcami, ze wszystkimi partnerami na miejscu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Oleszczuk, manager w zespole ds. sektora publicznego i infrastruktury w PwC Advisory.

Polskie przedsiębiorstwa chętnie decydują się na zagraniczną ekspansję i bezpośrednie inwestycje. Istotny jest jednak system zachęt dla firm, które nie planują wyjścia na zagraniczne rynki. Takie firmy stanowią niewykorzystany potencjał, który mógłby wpłynąć na wzrost polskiego PKB.

Podstawową barierą bezpośrednich inwestycji zagranicznych realizowanych przez polskie przedsiębiorstwa jest oczywiście bariera kapitału. Żeby móc ekspandować za granicą, trzeba zdobyć czy zbudować odpowiedni kapitał, żeby danego przedsiębiorcę było stać na przejęcie zagranicznego konkurenta czy na zbudowanie od zera nowej fabryki – przekonuje Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI.

Dla firm barierą w wejściu na zagraniczne rynki są biurokracja i skomplikowane regulacje. Firmy obawiają się też niepokojów politycznych, konkurencji na obcych rynkach, barier kulturowych i braku kontaktu. Kwestie finansowe są nieco mniej istotne (badanie Grant Thornton „Bariery przedsiębiorstw w ekspansji na rynki zagraniczne”).

Rządy poszczególnych gospodarek już dawno zdały sobie sprawę z tego, że powinny wspierać ekspansję zagraniczną lokalnych przedsiębiorców, czy to poprzez instrumenty dedykowane na miejscu, czy to przez instrumenty, które pomagają przedsiębiorcom inwestować za granicą – tłumaczy Paweł Oleszczuk.

Raport przygotowany przez PwC Advisory we współpracy z PFR TFI „Polskie inwestycje zagraniczne. Skala, kierunki i specyfika branży e-commerce” wskazuje, że w wielu krajach działają wyspecjalizowane instytucje finansowe, których zadaniem jest wsparcie rozwoju przedsiębiorstw. W Europie są one zrzeszone w ramach Związku Europejskich Instytucji Finansowania Rozwoju (EDFI). Łączne inwestycje firm zrzeszonych w EDFI na koniec 2018 roku wyniosły 41,2 mld euro.

Przedsiębiorcy mogą przede wszystkim liczyć na wsparcie kapitałowe czy inwestowanie equity, jeżeli chodzi o wchodzenie na rynki zagraniczne. Ale też oczywiście w przypadku chociażby tych polskich instytucji, mogą liczyć na rozeznanie rynku, chociażby przez agencje biura handlu, które są tutaj koordynowane przez PAIH – wymienia Oleszczuk.

Wsparcie polskim przedsiębiorcom w finansowaniu eksportu i inwestycji zapewniają instytucje z Grupy PFR – Bank Gospodarstwa Krajowego, Polska Agencja Inwestycji i Handlu, Korporacja Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych, Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości czy Agencja Rozwoju Przemysłu.

Polskie firmy planujące realizacje bezpośrednich inwestycji zagranicznych mogą liczyć na pomoc realizowaną przez Fundusz Ekspansji Zagranicznej polegającą na współinwestowaniu razem z polskim przedsiębiorcą. Do każdego euro wyasygnowanego przez polskiego przedsiębiorcę na przejęcia zagraniczne Fundusz Ekspansji Zagranicznej dokłada drugie euro tak, żeby zwiększyć siłę finansowania i żeby możliwości nabycia czy sfinansowania zakupu zagranicznego przedsiębiorstwa były większe – tłumaczy Piotr Kuba.

W wejściu na zagraniczne rynki pomocne są Zagraniczne Biura Handlowe. Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH) ma placówki w 70 krajach, gdzie można znaleźć pomoc dotyczącą konkretnego rynku w zakresie budowy kontaktów, wprowadzaniu towarów na rynek czy tworzeniu odpowiedniej kampanii uwzględniającej specyfikę danego rynku. Polskie firmy mogą liczyć na podobną pomoc, co przedsiębiorstwa zachodnie. Dlatego inwestują coraz chętniej, także na egzotycznych rynkach. Potrzeba jednak czasu, zanim osiągną poziom firm z krajów zachodnich.

Podmioty w gospodarkach rozwijających się zaczęły inwestycje zagraniczne odpowiednio później niż podmioty z gospodarek już rozwiniętych. My doganiamy te europejskie kraje, aczkolwiek polskie BIZ są wciąż na relatywnie niskim poziomie – mówi Paweł Oleszczuk.

Na nowoczesne tabory, dworce i nowe połączenia trafią dziesiątki miliardów złotych. Kolej 4.0 ma spełnić oczekiwania pasażerów

Na nowoczesne tabory, dworce i nowe połączenia trafią dziesiątki miliardów złotych. Kolej 4.0 ma spełnić oczekiwania pasażerów 9

Polska kolej staje się coraz bardziej nowoczesna. Inwestycje w infrastrukturę, system połączeń i nowych technologii przemysłu 4.0 sprawiają, że kolej ma spełnić oczekiwania wszystkich pasażerów. Tabory mają być nowoczesne, do 2023 roku modernizację przejdzie niemal 200 dworców. Przywracane mają być połączenia lokalne, a dzięki Wspólnemu Biletowi można w jednym miejscu kupić bilet na całą podróż. Na unowocześnienie taborów i dworców trafią dziesiątki miliardów złotych.

– Kolej 4.0 spełnia wszystkie wymagania klienta pasażerskiego i towarowego. To kolej, która ma nowoczesną infrastrukturę, nowoczesne dworce kolejowe, znakomity tabor pasażerski i towarowy, która jest obsługiwana w sposób zdigitalizowany, zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i dostępności – w kontekstach kupowania biletu czy zamawiania przewozu. To kolej, która współpracuje z innymi środkami transportu zbiorowego, a w aspekcie cargo czy przewozów towarowych świadczy usługę logistyczną od drzwi do drzwi – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Bittel, wiceminister infrastruktury.

Przyjęta w 2018 roku Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada utworzenie Polskiej Platformy Przemysłu 4.0, która będzie koncentrować na dostosowaniu polskiej gospodarki do wyzwań wynikających z czwartej rewolucji przemysłowej. Nowe rozwiązania wprowadzane są także na kolei. Z Krajowego Programu Kolejowego do 2023 roku na inwestycje na kolei trafi 76 mld zł. Łącznie w tym roku realizowanych jest 220 inwestycji. Program utrzymaniowy, na którego realizację do 2023 roku trafi 24 mld zł, ma zwiększyć prędkość pociągów, zwłaszcza towarowych (z 30 do 45 km/h). Do 2023 roku modernizację przejdzie blisko 189 dworców – na ten cel trafi 1,6 mld zł.

– Inny element to modernizacja taboru, która też się toczy, program taborowy w PKP Intercity – 7 mld zł. W produkcje zaangażowane jest już 4 mld zł, niedawno była podpisana umowa na 10 griffinów. To jest tabor, który w przyszłym roku trafi na polskie tory. To także inwestycje w dworce – wymienia Bittel.

PKP Intercity przeznaczy 7 mld zł na modernizację taboru. Docelowo 80 proc. mają stanowić nowe pojazdy, a w blisko 80 proc. pociągów ma być dostępny internet. Program Kolej Plus ma z kolei na celu reaktywację połączeń kolejowych, przede wszystkim tych lokalnych. Przewoźnicy regionalni będą mieć obowiązek, aby doprowadzić połączenie do stacji przesiadkowej w sąsiednim województwie, zamiast – jak obecnie – do najbliższej stacji.

– Program Kolej+ lada moment wejdzie w fazę faktów. Po przyjęciu przez rząd ustawy mamy zabezpieczenie finansowania i będziemy do dyskusji z partnerami przedstawiali rozwiązania, które pozwolą nam wspólnie z organizatorami transportu zbiorowego, z samorządem odtwarzać te linie kolejowe, które nie działają, zostały zlikwidowane albo ich nigdy nie było, a są potrzebne – przekonuje wiceminister infrastruktury.

Dzięki Europejskiemu Systemowi Zarządzania Transportem kolej ma być zsynchronizowana. ETCS pomoże w automatyzacji procesu prowadzenia pociągów. GSM-R, czyli kolejowa odmiana cyfrowej łączności komórkowej GSM, ma być wykorzystywana m.in. w lokalizacji i telemetyce. Także dzięki ECTS możliwe jest wprowadzenie Wspólnego Biletu. Już teraz pasażerowie mogą w jednym miejscu kupić bilet na całą podróż. Obecnie w systemie działa ośmiu przewoźników, wkrótce dołączą kolejni.

– Dzięki pieniądzom w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, z programu CEF, dzięki pieniądzom zaangażowanym w Programie Operacyjnym Polska Wschodnia możemy realizować takie przedsięwzięcia. Choć udział pieniędzy krajowych jest oczywiście też ogromny, to warto podkreślać, że infrastruktura kolejowa zmienia się również dzięki temu, że potrafimy pozyskiwać i wykorzystywać fundusze europejskie. Jesteśmy liderem w CEF-ie i niech tak pozostanie – podkreśla Andrzej Bittel.

Polskiemu rynkowi pracy doskwiera zbyt niski stopień robotyzacji i wskaźnik zatrudnienia. Jedno i drugie będzie się jednak musiało zmienić

Polskiemu rynkowi pracy doskwiera zbyt niski stopień robotyzacji i wskaźnik zatrudnienia. Jedno i drugie będzie się jednak musiało zmienić 10

Choć gospodarka i wynagrodzenia rosną w szybkim tempie, inflacja ciągle pozostaje w okolicach celu inflacyjnego. To efekt mnogości dóbr w sklepach i problemów z ich sprzedaniem. Natomiast płace będą wzrastać ze względu na zbyt małą liczbę rąk do pracy. Według prof. Elżbiety Mączyńskiej, szefowej Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, konieczna jest aktywizacja osób biernych zawodowo i większe wykorzystanie sztucznej inteligencji w firmach.

– Niektórzy ekonomiści prognozowali, że inflacja będzie oscylowała wokół 3 proc., w budżecie jest zapisane 2,5 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Jeżeli będzie wyższa, to w gruncie rzeczy będzie to korzystne dla budżetu, chociażby dlatego, że podatek VAT jest wyższy, jeżeli cena jest wyższa. Ale inflacja ma trochę wybite zęby w obecnych warunkach ze względu na to, że w krajach wysoko rozwiniętych mamy do czynienia z gospodarką nadmiaru, tzn. półki się uginają, a najpoważniejszym problemem jest znalezienie nabywców. Producenci mają do czynienia ze wzrostem kosztów, bo rosną płace, ale nie mogą ich tak łatwo przerzucić na ceny, bo jest konkurencja, a przy wysokich cenach mogą nie znaleźć nabywców. Czyli inflacja nie jest czymś takim groźnym, jak to bywało w przeszłości.

We wrześniu według wstępnego szacunku GUS tempo wzrostu cen spadło z 2,9 proc. w lipcu i sierpniu do 2,6 proc. Mimo wzrostu wynagrodzeń, dochodów i napędzającej gospodarkę konsumpcji to wciąż poziom mieszczący się w paśmie wahań celu inflacyjnego. Choć niektóre produkty, takie jak warzywa (+34 proc. rdr. w sierpniu), mięso wieprzowe (12,8 proc.) czy pieczywo (9,4 proc.) mocno podrożały ze względu na zmiany klimatyczne czy afrykański pomór świń w Chinach, to jednocześnie potaniały inne towary i usługi: odzież i obuwie, sprzęt AGD czy gaz ciekły i inne paliwa do środków transportu. Poza tym nawet na droższą żywność wciąż stać konsumentów zaopatrzonych w 500+ i rosnące płace.

– Płace na pewno będą rosły ze względu na sytuację na rynku pracy, czyli na niedobór pracowników. Ale też to tempo wzrostu płac będzie zależało od tempa wzrostu nakładów przedsiębiorstw na robotyzację i na sztuczną inteligencję. Już to się dzieje, specjaliści od spraw programowania sygnalizują, że jest coraz większe zainteresowanie przedsiębiorstw sztuczną inteligencją i rozwiązaniami, które umożliwiają nam technologie cyfrowe – informuje prof. Elżbieta Mączyńska. – Polska słabo wykorzystuje te możliwości, jesteśmy w ogonie krajów europejskich pod względem robotyzacji, ale to się poprawia.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w gospodarce narodowej w I półroczu 2019 roku wyniosło według GUS 4 895,58 zł brutto i było o 7,1 proc. wyższe niż w takim samym okresie przed rokiem. W sektorze publicznym było wyższe – 5 415,05 zł (wzrost do analogicznego okresu ubiegłego roku o 7,4 proc.), a w sektorze prywatnym – 4 698,84 zł (wzrost o 7,1 proc.). Na wyższą dynamikę wynagrodzeń ogółem wpłynął wysoki wzrost płac w sferze budżetowej, który wyniósł 5,9 proc. wobec wzrostu o 4,7 proc. w analogicznym okresie 2018 roku oraz w sektorze przedsiębiorstw, który wyniósł 6,8 proc.

Siła nabywcza przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej była o 5,2 proc. większa niż przed rokiem, kiedy to wzrosła z kolei o 5,1 proc. rok do roku. Jednocześnie pracodawcy maja problemy ze znalezieniem pracowników nawet na stanowiska niewymagające szczególnych umiejętności, jak kasjerów w sklepach. Stąd widoczny wzrost liczby kas samoobsługowych w sklepach takich jak np. Rossmann czy Decathlon, ale też rosnąca – i to w skali światowej – liczba sklepów w ogóle pozbawionych obsługi kasjerów.

– Do niedawna jeszcze było niewiarygodne, że jest największe na świecie przedsiębiorstwo handlu detalicznego, Alibaba, które nie ma ani własnych sklepów, ani własnych zasobów, nie mówiąc o Uberze i innych przedsiębiorstwach – mówi prezes PTE. – Więc to się zmienia pod wpływem cyfryzacji i ta radość z tego, że sytuacja na rynku pracy poprawia się na korzyść pracowników, powinna być traktowana jako radość przejściowa, bo generalnie my mamy problem z rynkiem pracy. Na razie rzeczywiście brakuje fachowców, ale przede wszystkim mamy niski stopień zatrudnienia, o kilkanaście punktów procentowych niższy niż inne kraje, np. kraje skandynawskie.

Mimo że bezrobocie jest obecnie rekordowo niskie i praktycznie co miesiąc bije kolejne rekordy (w lipcu i sierpniu stopa bezrobocia była na poziomie 5,2 proc., najniższym od września 1990 roku), a imigranci częściowo wypełniają lukę na rynku pracy, wciąż zbyt wielu Polaków nie pracuje i zatrudnienia nie szuka. W połowie 2019 roku czynnych zawodowo było niecałe 16,5 mln osób. To co prawda o ponad milion więcej niż przed dekadą, ale w I kwartale br. populacja osób biernych zawodowo w wieku powyżej 15 lat wzrosła do prawie 13,4 mln osób. Oznacza to, że na każdy tysiąc pracujących przypadały 862 osoby bezrobotne lub bierne zawodowo.

– Na rynku pracy jest wiele do zrobienia, wyzwania zarówno dla pracodawców, jak i dla państwa, żeby zaktywizować tych ludzi, którzy nie pracują – mówi prof. Elżbieta Mączyńska. – Niewątpliwie, jeżeli by nas dotknęło znaczne spowolnienie gospodarcze, to przełożyłoby się to na rynek, bo oznaczałoby to, że np. pracodawcy mniej osób zatrudniają albo też nie poszukują nowych osób do pracy, i tu też jest rola państwa, żeby nie dopuszczać do niezagospodarowania najcenniejszego potencjału, jakim jest potencjał ludzki poprzez zwiększanie nakładów na różnego rodzaju usługi publiczne. Niestety, my mamy tutaj zaniedbania i zaniechania, mamy duży stopień analfabetyzmu cyfrowego wśród niektórych grup społecznych, np. wśród seniorów. I to jest wyzwanie dla państwa, żeby promować zdobycze rewolucji cyfrowej poprzez odpowiedni system edukacyjny, odpowiednie wzorce postępowania, np. pokazywania rozwiązań, które mogą zachęcić przedsiębiorców do działań inwestycyjnych.

Utrata danych może dla firm oznaczać bankructwo. Obecnie coraz częściej rozwiązania backupowe trafiają do chmury

Nawet 2/3 firm z sektora średnich i małych przedsiębiorstw, które nie miały żadnych rozwiązań do backupu, po utracie danych zbankrutowało. Według ostatnich badań przeprowadzonych przez Google średnio 8,6 proc. twardych dysków ulega awarii w przeciągu trzech lat. Bez stworzenia kopii zapasowej firma praktycznie przestaje działać. Polacy stają się jednak bardziej świadomi. Coraz więcej istotnych infrastruktur przenosimy do chmur. Zabezpieczenie wszystkich infrastruktur krytycznych w chmurze to przyszłość backupu.

– Statystyki mówią, że około 2/3 firm z sektora średnich i małych przedsiębiorstw, które nie miały żadnych rozwiązań do backupu, po utracie danych po prostu zbankrutowało, nie byli w stanie kontynuować swojej działalności. Musimy też pamiętać o tym, żeby objąć backupem nie tylko wszystkie krytyczne systemy, lecz także te pomocnicze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Bąk z firmy Xopero Software.

Małe firmy, podobnie jak wielkie przedsiębiorstwa, są uzależnione od przechowywanych danych. Dane, w tym te niezbędne do funkcjonowania, często są przechowywane na serwerach plików. W przypadku awarii systemu czy cyberataku może to oznaczać całkowity paraliż. Backup, czyli kopia zapasowa danych przechowywanych na twardym dysku, która służy do ich przywracania, może takiej awarii zapobiec.

Jak jednak podkreśla ekspert, istotne by stworzyć kopie wszystkich systemów. Przykładem może być lotnisko w Bristolu, gdzie atak szyfrujący zablokował systemy kontrolujące elektroniczne tablice informacyjne. W efekcie personel musiał ręcznie aktualizować wszystkie godziny przylotów i odlotów.

– Na przestrzeni 8 lat, kiedy mam możliwość obserwowania tego rynku do backupu, mogę stwierdzić, że stajemy się coraz bardziej świadomi. Coraz więcej użytkowników ma świadomość zarówno istoty danych, które przechowują, jak i tego, że tak naprawdę mogą utracić je praktycznie w każdej chwili. Rośnie również świadomość użytkowników co do chmury, zatem coraz mniej ludzi obawia się przechowywania danych w chmurach publicznych czy prywatnych – ocenia Grzegorz Bąk.

Z badań przeprowadzonych przez Google wynika, że 1,7 proc. twardych dysków ulega awarii w ciągu roku, a w ciągu trzech lat – blisko 9 proc. Do utraty danych dochodzi też z powodu ataków hakerskich. Tymczasem backup to gwarancja ciągłości działania systemów firmy, jest też antidotum na większość ataków szyfrujących.

– Ostatnie trendy pokazują, że tak naprawdę wszystko idzie w kierunku chmury, czyli coraz więcej danych, ale też coraz więcej istotnych infrastruktur przenosimy w kierunku chmur. To również kierunek wyznaczany backupowi, czyli zabezpieczenie tych wszystkich infrastruktur krytycznych w chmurze, ale jednocześnie też budowanie rozwiązań odtwarzania awaryjnego w chmurze – wskazuje ekspert.

Z danych Eurostatu wynika, że w Unii Europejskiej z usług chmurowych korzysta ponad 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. W Polsce to 11,5 proc., z czego jedną trzecią stanowią duże firmy. Backup w chmurze pozwala pracować nawet wówczas, gdy w firmie dojdzie do poważnej awarii.

– Mamy coraz to większe ilości danych, nie zawsze te dane są aż tak krytyczne, więc również ten rynek backupu lokalnego przechowywanego w infrastrukturze klienta się znacząco się rozrasta i idzie w kierunku takiego mocno świadomego klienta. Coraz częściej spotykamy się z profesjonalnie przygotowanymi pomieszczeniami pod serwery związane z backupem i to też jest kolejny z trendów, którym podążają rozwiązania do backupu – mówi Grzegorz Bąk.

Eksperci: Nagrodę Nobla dla Grety Thunberg trudno byłoby uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju

0

Eksperci: Nagrodę Nobla dla Grety Thunberg trudno byłoby uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju 11

Decyzją Norweskiego Komitetu Noblowskiego tegorocznym laureatem Pokojowej Nagrody Nobla został premier Etiopii Abiy Ahmed. Do tej pory spośród ponad 300 nominowanych za najmocniejszą kandydatkę uważana była sławna, 16-letnia szwedzka aktywistka klimatyczna Greta Thunberg. – Komitet Noblowski przekonał się już, że przyznanie pokojowego Nobla za budzenie świadomości, a nie za rzeczywiste osiągnięcia nie jest wystarczające. Poza tym nagroda, którą trudno uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju, niekoniecznie przysłużyłaby się sprawie klimatu. Skutek mógłby być odwrotny do pożądanego – komentuje prof. Szymon Malinowski z Uniwersytetu Warszawskiego, ekspert od zmian klimatycznych.

Spodziewaliśmy się trochę innego kalibru tej nagrody, to znaczy bardziej związanej z kwestiami klimatycznymi i ochroną środowiska. Ale pokojowy Nobel ma być nagrodą dla kogoś, kto rzeczywiście przyczynił się do pokoju. Więc byliśmy zaskoczeni, choć nie powinniśmy – mówi prof. Paweł Łuków z Zakładu Etyki Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego.

Premier Etiopii Abiy Ahmed został wyróżniony za doprowadzenie do zakończenia trwającej od blisko dwóch dekad wojny z sąsiednią Erytreą oraz wprowadzanie demokratycznych zmian w swoim kraju. „Odkąd Abiy Ahmed objął polityczne przywództwo w kwietniu 2018 roku, z pokoju, wybaczania i pojednania uczynił kluczowe elementy polityki realizowanej przez swój rząd” – uzasadnił swoją decyzję Norweski Komitet Noblowski. 

– Myślę, że przesłanie wiąże się zarówno z pochodzeniem premiera Etiopii – urodził się w rodzinie muzułmańsko-chrześcijańskiej – jak i z tym, że był w stanie doprowadzić do porozumienia pomiędzy zwaśnionymi narodami. Nie chodzi o proces pokojowy, który ma się obywać wyłącznie za pomocą instrumentów politycznych, ale dotyczyć też zmiany mentalnościmówi prof. Paweł Łuków.

43-letni Abiy Ahmed jest najmłodszym premierem w Afryce, urząd objął w kwietniu ubiegłego roku. Bywa porównywany do byłego prezydenta USA Baracka Obamy. Wywodzi się z najliczebniejszej w kraju grupy plemion Oromo, z rodziny muzłumańsko-chrześcijańskiej. Sam jest gorliwym zielonoświątkowcem, ma żonę i czworo dzieci.

Komitet Noblowski podkreślił, że premier Etiopii m.in. uwolnił z więzień dziesiątki tysięcy więźniów politycznych, ogłosił amnestię dla mediów i partii politycznych, aby mogły pokojowo włączyć się w życie publiczne kraju, przyczynił się do pojednania między rywalizującymi grupami wyznaniowymi, zapowiedział przeprowadzenie w przyszłym roku wolnych wyborów i zapoczątkował w Etiopii proces głębokich reform na rzecz praw człowieka.

Jego największym osiągnięciem jest jednak podpisanie w połowie ubiegłego roku porozumienia pokojowego z Erytreą, po blisko 20 latach zbrojnego konfliktu. Dzięki temu oba kraje m.in. wznowiły połączenia lotnicze oraz zapoczątkowały współpracę gospodarczą i polityczną, co przełożyło się na większą stabilność i bezpieczeństwo w tym regionie Afryki.

Gratulacje premierowi Etiopii złożyli m.in. Szef NATO Jens Stoltenberg, sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres oraz sekretarz generalny Amnesty International Kumi Naidoo, który podkreślił że „praca Abiya Ahmeda jest daleka od ukończenia” i Pokojowa Nagroda Nobla powinna zmotywować go do dalszych działań na rzecz zaprowadzania pokoju.

Pokojowa Nagroda Nobla jest ważna właśnie dlatego, że ona wykracza w przyszłość, tzn. wskazuje, że powinniśmy myśleć nie tylko o tym, co już zostało osiągnięte, lecz także o tym, jak wiele jeszcze zostało do zrobienia – mówi prof. Paweł Łuków.

100. Pokojowa Nagroda Nobla dla premiera Etiopii zostanie oficjalnie wręczona podczas ceremonii w Oslo 10 grudnia. Wraz z wyróżnieniem Abiy Ahmed otrzyma także 9 mln koron szwedzkich.

Do tegorocznej nagrody nominowanych było w sumie ponad 300 kandydatów. Zarówno w ocenie komentatorów, jak i zakładów bukmacherskich najmocniejszą kandydatką była 16-letnia szwedzka aktywistka Greta Thunberg przestrzegająca przed zmianami klimatycznymi.

Mnóstwo osób spodziewało się, że będzie to Greta Thunberg. Bardzo się cieszę, że Nagrodę Nobla dostała osoba, która ma rzeczywiste osiągnięcia na polu rozwiązywania krwawego konfliktu i proponuje prawdziwe, lokalne rozwiązania. To jest idea Pokojowej Nagrody Nobla – komentuje Szymon Malinowski, fizyk atmosfery z Uniwersytetu Warszawskiego – Komitet Noblowski przekonał się już, że przyznanie pokojowego Nobla za budzenie świadomości, a nie za rzeczywiste osiągnięcia nie jest wystarczające.

Według eksperta nagroda ta mogłaby się spotkać z dużymi kontrowersjami, co nie pomogłoby dalszym działaniom na rzecz poprawy klimatu.

– Nagroda, którą trudno uzasadnić rzeczywistymi osiągnięciami na polu zaprowadzania pokoju, niekoniecznie przysłużyłaby się sprawie klimatu. Zamiast próbować rozwiązywać ten problem klimatyczny, ludzie zaczęliby dyskutować, czy została przyznana słusznie czy niesłusznie. Skutek mógłby być odwrotny do pożądanego – komentuje Szymon Malinowski. – Już poprzednia Nagroda Nobla dla IPCC i wiceprezydenta USA Ala Gore’a prawdopodobnie przyczyniła się do tego, że nie podpisaliśmy porozumienia klimatycznego w Kopenhadze w 2009 roku właśnie ze względu na to odwrócenie uwagi. Natomiast poparcie dla premiera Etiopii pozwoli mu, jako przywódcy, jeszcze silniej wpływać na ten proces pokojowy i myślę, że to był dobry wybór.