Prezes UKE: Polskie normy promieniowania elektromagnetycznego ze stacji bazowych telefonii komórkowej zbyt rygorystyczne. Wprowadzenie sieci 5G będzie wymagało ich zmniejszenia

Prezes UKE: Polskie normy promieniowania elektromagnetycznego ze stacji bazowych telefonii komórkowej zbyt rygorystyczne. Wprowadzenie sieci 5G będzie wymagało ich zmniejszenia 1

Liberalizacja norm PEM i wprowadzenie zachęt inwestycyjnych dla operatorów to zdaniem prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej najpilniejsze, niezbędne elementy do wdrożenia na polskim rynku technologii 5G. – Przy obecnych normach PEM-ów nie ma mowy nie tylko o 5G. Nie ma również mowy o tym, żebyśmy w 2020 roku byli w stanie wypełnić zapotrzebowanie na obecnie istniejące sieci LTE. Szacuje się, że będzie brakowało nam około 70 proc. sieci – mówi Marcin Cichy. Uruchomienie sieci piątej generacji będzie wymagać także nowych częstotliwości i ogromnych inwestycji w infrastrukturę, które resort cyfryzacji oszacował na 11,3–20,3 mld zł.

– Czekamy na wejście w życie ustawy Prawo telekomunikacyjne, ponieważ my nie jesteśmy w stanie przeprowadzić rolloutu częstotliwości, nie jesteśmy w stanie ich przydzielić w momencie, kiedy nie mamy odpowiednich narzędzi. To jest główny powód, dla którego w tej chwili jeszcze nie jesteśmy w stanie ruszyć z działaniami po stronie UKE czy rozpocząć procesów e-farmingowowych, migracyjnych dotyczących przygotowania odpowiednich szerokości bloków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Cichy, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

To się wkrótce zmieni, ponieważ 25 marca br. prezydent Andrzej Duda podpisał nowelizację ustawy Prawo telekomunikacyjne, która zmienia przepisy w zakresie gospodarowania częstotliwościami i wprowadza cały szereg zmian, które mają w praktyce ułatwić wdrożenie na polskim rynku technologii 5G.

– Czekamy też na megaustawę, która w zamyśle ma spełnić oczekiwania przedsiębiorców w zakresie zachęt do inwestycji. Pamiętajmy, że 5G to nie tylko częstotliwości, lecz przede wszystkim zachęty dla przedsiębiorców i zwiększanie efektywności procesów inwestycyjnych – mówi Marcin Cichy – Mamy szereg problemów związanych z opłatami za zajętość pasa drogowego, przewlekłymi postępowaniami, procesami inwestycyjnymi. Mamy też problem ze znalezieniem pieniędzy na to, żeby migrować tych przedsiębiorców, którzy korzystają z pasma w inne miejsca. W ramach konsultacji urząd zgłosił poprawkę do ustawy szerokopasmowej, ażeby przedsiębiorcy telefonii ruchomej także mogli korzystać z funduszu szerokopasmowego, który rząd przewiduje właśnie na zaspokojenie tych potrzeb rozwoju sieci. Wierzymy, że to jest punkt zwrotny w tych procesach inwestycyjnych i przedsiębiorcy będą mogli z tego korzystać.

Uruchomienie sieci 5G będzie wymagać nie tylko nowych częstotliwości, lecz także ogromnych inwestycji w infrastrukturę, które resort cyfryzacji oszacował na 11,3–20,3 mld zł. Problemem są też tzw. PEM-y. Polska ma obecnie jedne z najbardziej wyśrubowanych w Europie norm poziomów pól elektromagnetycznych (PEM), obowiązujące od prawie 40 lat. Dopuszczalne 0,1 W/mkw. to gęstość mocy nadajników nawet stukrotnie mniejsza niż w wielu innych krajach UE, gdzie limity dosięgają 10 W/mkw. To powoduje trudności w zaprojektowaniu sieci 5G.

– Przy obecnych normach PEM-ów ma mowy nie tylko o 5G. Nie ma również mowy, żebyśmy w 2020 roku byli w stanie wypełnić zapotrzebowanie na sieci obecnie istniejące, czyli sieci LTE. Szacuje się, że będzie brakowało nam około 70 proc. sieci. Obecnie zużycie sieci, zużycie transmisji danych w Polsce to około 3 petabajtów i jest to sześciokrotnie więcej niż jeszcze 5 lat temu. Ono rośnie wykładniczo i Polacy oczekują po prostu coraz większych pojemności sieci – mówi Marcin Cichy.

Zmiana regulacji dotyczących norm PEM to jedna z najpilniejszych potrzeb. Prezes UKE podkreśla, że obecne standardy są zdecydowanie zbyt rygorystyczne i wprowadzenie zmian leży w gestii Ministerstwa Cyfryzacji. Zarówno regulator, jak i przedsiębiorcy telekomunikacyjni postulują wprowadzenie zmian w tym zakresie już od dwóch lat.

– Mamy nadzieję, że to się stanie jak najszybciej. Nawet, jeżeli zostaną przydzielone częstotliwości, żaden operator nie zbuduje sieci przy obecnym modelu gęstości mocy nadajników, ponieważ jest to nierealne. Trzeba by stawiać maszt na każdym budynku – a to z kolei jest nieakceptowane dla wspólnot, zarządców czy użytkowników wieczystych. Trzeba jak najszybciej podejść do tematu norm i nie można go unikać, również po to, żeby uniknąć tych konfliktów na poziomie lokalnym – podkreśla prezes UKE Marcin Cichy.

Propozycję liberalizacji norm PEM zawiera już przygotowany przez resort cyfryzacji projekt tzw. megaustawy, który przewiduje też szereg innych ułatwień dla wdrożenia sieci 5G oraz m.in. obniżenie opłat dla operatorów za zajęcie pasa drogowego na czas robót i budowy nowych nadajników. Z uzasadnienia resortu wynika, że obecnie z tego tytułu do budżetu państwa wpływa ok. 140–160 mln zł rocznie, a wysokość opłat jest zależna od woli samorządów. Megaustawa wprowadzi sztywne stawki. Kolejną propozycją jest utworzenie tzw. funduszu szerokopasmowego z budżetem 150–200 mln zł rocznie, zasilanym przez kary i grzywny płacone przez operatorów. Jego celem ma być wsparcie rozwoju rynku szerokopasmowego i podłączenie ok. 60 tys. gospodarstw domowych rocznie.

Wdrożenie sieci 5G ma zapoczątkować kolejny etap rewolucji technologicznej. W porównaniu do LTE stworzy ona rewolucyjne możliwości, oferując ultraszybką komunikację i większą pojemność sieci. Podczas gdy 4G LTE pozwala na dostęp do internetu z przepustowością liczoną w megabajtach, sieć 5G stworzy możliwość przesyłania danych z prędkością sięgającą kilku Gb/s, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund. Dzięki temu możliwe będzie upowszechnienie usług takich, jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy rozwiązań z obszaru smart cities. Jak podaje resort cyfryzacji, sieć 5G, która powinna być dostępna od końca 2020 roku, umożliwi powstanie nowych innowacyjnych usług, które przekształcą takie sektory, jak produkcja, energia, przemysł samochodowy i zdrowie, wprowadzając je w erę internetu rzeczy. Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do 2020 roku kraje członkowskie UE powinny uruchomić technologię 5G w co najmniej jednym dużym mieście, natomiast do 2025 roku – zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G.

Royal Baby będzie jednym z najbogatszych książąt świata. Ma szansę odziedziczyć część fortuny wycenianej na 400 mln funtów i imponującą kolekcję diamentów

0

Royal Baby będzie jednym z najbogatszych książąt świata. Ma szansę odziedziczyć część fortuny wycenianej na 400 mln funtów i imponującą kolekcję diamentów 2

Za niespełna trzy tygodnie Elżbieta II po raz kolejny zostanie prababcią. Nie wiadomo, czy czwarte Royal Baby w przyszłości założy koronę królewską, z pewnością może jednak liczyć na odziedziczenie części rodzinnej biżuterii. Brytyjska kolekcja licząca kilkanaście tysięcy diamentów, m.in. słynny pochodzący z Indii kamień Koh-i-noor, nie ma sobie równej na całym świecie.

Dziecko Meghan Markle i księcia Harry’ego ma przyjść na świat pod koniec kwietnia. Niezależnie od płci, jako czwarty prawnuk Elżbiety II, będzie miało niewielkie prawa do korony królewskiej, niewątpliwie będzie jednak partycypowało w spadku po brytyjskiej królowej. Wartość majątku jego słynnej prababci szacowana jest na ponad 400 mln dol., a w jego skład wchodzi m.in. kolekcja biżuterii, której istotną część stanowią diamenty. Kilka lat temu zaprezentowano na wystawie część kolekcji, liczącą 10 tys. diamentów, które pomagała wybierać sama królowa.

– Kolekcja diamentów brytyjskiej rodziny królewskiej jest imponująca. Pewnie dlatego, że diamenty były zbierane przez całe lata, kiedy to imperium brytyjskie rządziło niemal połową świata – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Marcok, ekspert rynku kamieni szlachetnych.

Część klejnotów należy do królowej tylko tytularnie, stanowią bowiem bezpośrednią własność monarchii. Oznacza to, że gdyby brytyjski tron przejęła inna dynastia, Windsorowie utraciliby do tych klejnotów wszelkie prawa. W grupie tej znajduje się m.in. berło i korona. Część prywatna kolekcji zawiera precjoza, którymi Elżbieta II ma prawo samodzielnie dysponować. Całkowita wartość biżuterii należącej do brytyjskiej monarchini jest niemożliwa do oszacowania. Sama korona warta jest prawie 12 mld dol. Znajduje się w niej ponad 8 tys. diamentów, w tym jeden z najsłynniejszych kamieni szlachetnych świata, czyli Koh-i-noor.

– To kamień pochodzący z Indii, o którego zwrot stara się dzisiaj rząd indyjski. W swojej pierwotnej masie według podań ważył 600 karatów, podobno znaleziono go na czole dziecka, które zostało wyłowione ze świętej rzeki. Był to syn boga Słońca – mówi Marcin Marcok.

Koh-i-noor był własnością wielu lokalnych władców z terenu subkontynentu indyjskiego, w 1850 roku, po upadku powstania sipajów, został jednak skonfiskowany przez wojska Kompanii Wschodnioindyjskiej. Następnie został przeszlifowany, w wyniku czego jego masa zmniejszyła się ze 190 do 105 karatów. W nowej, piękniejszej formie Koh-i-noor został podarowany królowej Wiktorii z okazji 250-lecia istnienia Kompanii Wschodnioindyjskiej. Na początku XX wieku kamień znalazł się w koronie królowej brytyjskiej – umiejscowiony jest w zdobiącym ją krzyżu.

– Drugim sławnym kamieniem jest Cullinan – część największego kamienia, jaki został znaleziony, o wadze 3106 karatów w formie surowej. Ten kamień znaleziony w 1905 roku w kopalni w RPA został podarowany królowi Wielkiej Brytanii. Król wspaniałomyślnie przyjął ten kamień, wysłał go do Amsterdamu do oszlifowania do najlepszego w ówczesnych czasach szlifierza, Josepha Asschera, który ten kamień podzielił na 9 dużych części i 96 mniejszych – mówi Marcin Marcok.

Wartość największej, liczącej 530 karatów, części Cullinana szacowana jest na 2 mld dol. Dla dziecka księżnej Sussex wartość, głównie emocjonalną, będą mieć z pewnością klejnoty pochodzące z prywatnej kolekcji księżnej Diany. Żona księcia Karola podzieliła należącą do niej biżuterię – 25 proc. kolekcji przeznaczyła na cele charytatywne, 75 proc. przekazała dla swoich synów, z zastrzeżeniem, że dwa konkretne pierścionki mają być przekazane jej przyszłym synowym. Przywiązanie rodziny królewskiej do diamentów jest charakterystyczne dla Brytyjczyków, którzy cenią te kamienie zarówno w biżuterii – żaden Brytyjczyk nie oświadczy się wybranej kobiecie nie wręczając jej pierścionka z diamentem, jak i jako formę inwestycji kapitału.

– Londyn swego czasu był uważany za jedno z ważniejszych miejsc na mapie każdej osoby, która zajmowała się handlem diamentami. Także społeczeństwo doskonale zdawało sobie sprawę, że diamenty to jest coś absolutnie wyjątkowego i każdy starał się mieć przynajmniej jeden mały kamyk, który był łatwym sposobem na zabezpieczenie przyszłości – mówi Marcin Marcok.

W tym zakresie dzisiejsza polityka banków w Wielkiej Brytanii niczym nie odbiega od sposobu ich działania przed stu laty. Nadal możliwe jest zaciągnięcie kredytu, np. na dom, pod zastaw certyfikowanych diamentów.

Roczne dziecko potrzebuje kilkukrotnie więcej witaminy D i wapnia niż dorosły człowiek. W tej grupie wiekowej często występują niedobory żywieniowe

Okres między 1 a 3 rokiem życia to czas szczególnie intensywnego rozwoju młodego organizmu. Dostarczanie wszystkich niezbędnych składników odżywczych jest więc szczególnie ważne. Roczne dziecko potrzebuje kilka razy więcej witaminy D i wapnia niż dorosły1. Z badań Instytutu Matki i Dziecka wynika, że wiele z nich ma niedobory w tym zakresie2. Z tego względu istotnym elementem diety rocznego dziecka powinno być mleko modyfikowane, wzbogacone m.in. w wapń i witaminę D.

Pierwsze lata życia to dla dziecka okres niezwykle intensywnego rozwoju – maluch rośnie i zdobywa nowe umiejętności. Roczne dziecko zazwyczaj potrafi już samodzielnie się poruszać, stabilnie siadać i próbuje coraz więcej pokarmów innych niż mleko mamy, wypowiada też pierwsze słowa. Tak dynamiczny rozwój stanowi duży wysiłek dla jego organizmu, dlatego zapotrzebowanie na składniki odżywcze jest wtedy wyjątkowo wysokie. Jednocześnie układ pokarmowy roczniaka jeszcze dojrzewa i jest delikatny, dieta dziecka po 1. roku życia powinna być więc komponowana wyjątkowo uważnie. Dla rodziców często jest to duże wyzwanie – wielu z nich popełnia błąd, wprowadzając do jadłospisu swojej pociechy potrawy z własnego stołu. Dieta malucha, mimo że coraz bardziej urozmaicona, nie powinna jednak przypominać diety osoby dorosłej.

 Jeżeli będziemy dostarczać dziecku tego samego pożywienia, które spożywają inni domownicy, możemy nie pokryć jego zapotrzebowania na kluczowe składniki odżywcze, a należy pamiętać, że w przypadku małego organizmu jest ono wyższe niż u osoby dorosłej – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Rabenda, ekspert BebiKlub.pl.

Podawanie dziecku posiłków przeznaczonych dla dorosłych może prowadzić do zbyt niskiej podaży niezbędnych dla jego rozwoju wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, witamin oraz składników mineralnych, przy jednoczesnym nadmiernym dostarczaniu cukru i soli. Warto też pamiętać o tym, że organizm rocznego dziecka potrzebuje nawet sześciokrotnie więcej witaminy D i cztery razy więcej wapnia niż osoba dorosła (w przeliczeniu na kilogram masy ciała3. Jak pokazują badania Instytutu Matki i Dziecka, 94 proc. dzieci po 1 roku życia otrzymuje zbyt małą ilość witaminy D z pokarmami, 42 proc. natomiast ma niedobory wapnia w diecie4. W codziennym jadłospisie rocznego dziecka powinny się znaleźć warzywa, produkty zbożowe, owoce, delikatne mięso, a także mleko i produkty mleczne w tym mleko modyfikowane.

– Mleko mamy po 1 roku życia nadal jest wskazane, bardzo ważne i cenne. Światowa Organizacja Zdrowia zaleca wyłączne karmienie mlekiem mamy przez pierwszych 6 miesięcy, a potem kontynuowanie tego sposobu żywienia wraz z wprowadzeniem pokarmów uzupełniających, co najmniej do 2 roku życia lub dłużej – mówi Katarzyna Rabenda.

Roczne dziecko powinno spożywać dwie porcje mleka dziennie. Jedną z nich może stanowić mleko modyfikowane, drugą natomiast produkt mleczny, taki jak twaróg, jogurt naturalny, kefir lub żółty ser5. Mleko krowie może być elementem diety malucha, jego dzienne spożycie nie powinno jednak przekraczać 500 ml6. W porównaniu do mleka modyfikowanego zawiera ono bowiem niewystarczającą ilość m.in. żelaza. Jest natomiast bogate w białko, które w takiej ilości może obciążać niedojrzałe jeszcze nerki malucha.

– Badania pokazują, że dzieci po 1 roku życia mają niedobory wapnia, witaminy D, żelaza. Te składniki znajdziemy w mleku modyfikowanym. Podawanie pokarmów wzbogaconych o witaminę D, takich właśnie jak mleko modyfikowane, pozwala uzupełniać te niedobory w diecie, a przy okazji uzupełnia również inne składniki – mówi Katarzyna Rabenda.

Ważne informacje: Karmienie piersią jest najwłaściwszym i najtańszym sposobem żywienia niemowląt oraz rekomendowane dla małych dzieci wraz z urozmaiconą dietą. Mleko matki zawiera składniki odżywcze niezbędne do prawidłowego rozwoju dziecka oraz chroni je przed chorobami i infekcjami. Karmienie piersią daje najlepsze efekty, gdy matka prawidłowo odżywia się w ciąży i w czasie laktacji oraz gdy nie ma miejsca nieuzasadnione dokarmianie dziecka. Przed podjęciem decyzji o zmianie sposobu karmienia matka powinna zasięgnąć porady lekarza.

1 W przeliczeniu na kg masy ciała zgodnie z: Normy żywienia dla populacji Polski, pod red. M. Jarosza, IZZ, Warszawa 2017.

2 Raport z badania „Kompleksowa ocena sposobu żywienia dzieci w wieku od 5. do 36. miesiąca życia – badanie ogólnopolskie 2016 rok”, Weker H., Socha P., wsp., Instytut Matki i Dziecka, Warszawa 2017.

3 W przeliczeniu na kg masy ciała zgodnie z: Normy żywienia dla populacji Polski, pod red. M. Jarosza, IZZ, Warszawa 2017.

4 Raport z badania „Kompleksowa ocena sposobu żywienia dzieci w wieku od 5. do 36. miesiąca życia – badanie ogólnopolskie 2016 rok”, Weker H., Socha P., wsp., Instytut Matki i Dziecka, Warszawa 2017.

5 Weker H., Barańska M., Strucińska M., Poradnik żywienia dziecka w wieku od 1. do 3. roku życia, Instytut Matki i Dziecka, 2012.

6 Weker H., Barańska M., Strucińska M., Poradnik żywienia dziecka w wieku od 1. do 3. roku życia, Instytut Matki i Dziecka, 2012.

Stworzono technologię pozwalającą błyskawicznie naprawić zbity wyświetlacz. Naukowcy opracowują już ekrany ze zdolnością do samodzielnej regeneracji

Stworzono technologię pozwalającą błyskawicznie naprawić zbity wyświetlacz. Naukowcy opracowują już ekrany ze zdolnością do samodzielnej regeneracji 3

Pęknięty ekran to jedna z najpowszechniejszych awarii, z jaką muszą się zmagać posiadacze smartfonów. W ubiegłym roku tylko w USA uszkodzeniu ulegało niemal 6 tys. wyświetlaczy w ciągu godziny. Aż w 65 proc. przypadków badani odwlekali naprawę urządzenia, a 38 proc. nigdy nie wymieniło wyświetlacza. Firmy technologiczne szukają sposobów na zapobieganie pękania ekranów oraz ograniczenie kosztów jego ewentualnej naprawy. Opracowano technologię, która pozwoli na szybką i tanią wymianę szybki ochronnej wyświetlacza. Niemal we wszystkich przypadkach uszkodzeniu ulega właśnie szklana powłoka, a nie sam ekran. 

– Udało nam się opracować rozwiązanie poważnego problemu w zakresie naprawy uszkodzonych ekranów w telefonach komórkowych. Opracowana przez nas technologia wykorzystuje opatentowane rozwiązania bazujące na częstotliwości, zamrażaniu i ciśnieniu próżniowym. Rozwiązanie umożliwia zakładom serwisowym usunięcie szkła na oczach klienta i założenie nowego szkła. Możliwa jest zatem naprawa ekranu przy zachowaniu oryginalnego wyświetlacza za niższą cenę niż dotychczasowa wymiana wyświetlacza na zamiennik – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Harry Kalyvas z firmy BlackRock Mobile.

Firma BlackRock Mobile znalazła sposób, aby znacząco zredukować koszty naprawy poprzez wymianę wyłącznie digitizera, bez usuwania samego wyświetlacza, który jest do niego przyklejony. Wykorzystuje do tego opatentowany proces zamrażania urządzenia w warunkach próżniowych. Proces jest na tyle szybki i prosty, że można wykonać go na oczach klienta. Do wykonania całego procesu potrzebne są dwa specjalne urządzenia do zamrożenia wyświetlacza i oddzielenia zbitego szkła oraz do sklejenia nowego szkła z ekranem.

– Pierwsze urządzenie wykorzystuje technologię opartą na częstotliwości i zamrażaniu, i oddziela szkło od wyświetlacza. Rozbite i oddzielone szkło wyrzucamy, czyścimy wyświetlacz za pomocą specjalnego płynu, zakładamy nową szybkę, wykorzystując stworzoną przez nas formę, i wkładamy telefon do drugiego urządzenia, gdzie zostaje poddany działaniu ciśnienia próżniowego. Po upływie czterech do pięciu minut wyjmujemy telefon i mamy nową szybkę, zachowując oryginalny wyświetlacz – tłumaczy Harry Kalyvas.

Rozwiązanie już wkrótce ma trafić do oferty jednego z największych operatorów komórkowych na świecie. Tymczasem nad technologiami ochraniającymi wyświetlacze nieustannie pracuje firma Corning. W tym roku zawiązała współpracę z producentem obudów oraz szkieł ochronnych Otterbox w celu stworzenia specjalnej nakładki, która znacząco zwiększy odporność wyświetlaczy i zabezpieczy je przed zarysowaniem oraz stłuczeniem.

Inżynierowie Motoroli z kolei nawiązali partnerstwo z firmą iFixit, specjalizującą się w naprawie urządzeń elektronicznych. W ramach tej współpracy na rynek trafią oficjalne zestawy, które pozwolą własnoręcznie wymienić np. uszkodzony wyświetlacz przy wykorzystaniu licencjonowanych narzędzi, bez konieczności wysyłania telefonu do serwisu.

– Znakomita większość przypadków uszkodzenia ekranu, nawet do 99 proc., sprowadza się do stłuczonego szkła, zaś sam wyświetlacz LCD czy OLED, czyli kosztowny element urządzenia, dalej działa. Niestety, zakłady zajmujące się naprawą ekranów nie są w stanie usunąć stłuczonego szkła z powierzchni wyświetlacza. Klient jest więc zmuszony zakupić oryginalny ekran, który jest bardzo kosztowny, lub zamiennik, który jest tańszy, ale nie gwarantuje równie wysokiej jakości wyświetlania jak oryginał. Tymczasem popularność smartfonów ciągle rośnie, a z nią liczba rozbitych ekranów – mówi ekspert.

Przyszłością branży mobilnej są natomiast szkła zdolne do samodzielnej regeneracji. Samsung opatentował już technologię pozwalającą na stworzenie powłoki ochronnej leczącej niewielkie zarysowania, a to dopiero pierwszy krok na drodze do stworzenia niemal niezniszczalnych ekranów. Naukowcy z MIT eksperymentują z materiałami węglowymi wykorzystującymi dwutlenek węgla obecny w atmosferze do samoczynnej naprawy. Choć na razie istnieją wyłącznie w warunkach laboratoryjnych, w przyszłości mogą posłużyć do stworzenia ekranów, które po pęknięciu same zasklepią pęknięcia.

Według Credence Research globalna wartość branży ekranów smartfonowych w 2017 roku wynosiła 50,29 mld dol. Szacuje się, że do 2026 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie na poziomie 7,5 proc.

Sztuczna inteligencja ułatwi badanie Kosmosu. Autonomiczne pojazdy sprawdzą się w kosmicznym górnictwie oraz w procesie monitoringu zmian klimatycznych na Ziemi

Sztuczna inteligencja ułatwi badanie Kosmosu. Autonomiczne pojazdy sprawdzą się w kosmicznym górnictwie oraz w procesie monitoringu zmian klimatycznych na Ziemi 4

Branża kosmiczna coraz częściej sięga po zagadnienia związane z technologią sieci neuronowych czy uczenia maszynowego. Inteligentne sondy automatycznie wykonują szereg precyzyjnych czynności, dzięki czemu mogą wykonywać misje, które jeszcze kilka lat temu były poza zasięgiem naukowców. Powstaną pierwsze sondy wyspecjalizowane w procesach górnictwa kosmicznego czy sondy wykorzystujące sieci neuronowe do analizy ziemskiej atmosfery bądź badania dotychczas niedostępnych obszarów Kosmosu.

– Nasza cywilizacja boryka się z różnymi problemami typu zmiana klimatu, globalne ocieplenie. Nanosatelity i obserwacja Ziemi pozwalają na bardzo precyzyjny i globalny monitoring stanu środowiska. W ten sposób można zobaczyć, co się dzieje z pokrywami lodowymi na biegunach, można analizować zmiany w poziomie oceanów, można monitorować stan gleby, który też zmienia się w związku z globalnym ociepleniem. Tego typu badania są bardzo potrzebne, żeby znać stan dzisiejszy i przeciwdziałać postępującym zmianom klimatu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Marek Krawczyk, manager ds. rozwoju biznesu w firmie KP Labs.

Satelita Intuition-1 został zaprojektowany do prowadzenia obserwacji Ziemi z wykorzystaniem instrumentu hiperspektralnego. Satelita wykorzystuje głębokie sieci neuronowe do przetwarzania oraz segmentacji obrazów wykonanych w świetle widzialnym oraz podczerwieni już na orbicie okołoziemskiej. Dzięki zastosowaniu systemów sztucznej inteligencji komputer pokładowy znacząco ogranicza liczbę danych wysyłanych do naukowców – na Ziemię przesyłane są wyłącznie wstępnie przetworzone informacje. Zdjęcia pozyskane przez Intuition-1 mają się sprawdzić m.in. w branży rolnictwa precyzyjnego czy do monitoringu jakości powietrza.

– Jedna sprawa to zdobycie danych z orbity, a druga sprawa to odpowiednie obrobienie tych danych, wyciągnięcie z tych danych wiedzy, nie tylko informacji, ale już wiedzy, którą my możemy się posłużyć. W tym przypadku bardzo pomocne są głębokie sieci neuronowe i generalnie deep learning, który pozwala wyciągnąć bardzo głębokie i ciekawe wnioski z danych. Nawet wnioski, których ludzie sami nie byliby w stanie wyciągnąć, maszyny są w stanie nam podpowiedzieć – twierdzi dr Marek Krawczyk.

Zastosowanie systemów inteligentnych w przemyśle kosmicznym pozwala także planować wysoce precyzyjne misje w głębi Kosmosu, których realizacja nie byłaby możliwa przy wykorzystaniu sterowania manualnego.

Misja Hera planowana na 2023 r. wykorzysta autonomiczną nawigację do dotarcia na asteroidę 65803 Didymos oraz do jej niewielkiego satelity Didymoon. Za proces naprowadzania sondy odpowiada sztuczna inteligencja. Autonomiczna nawigacja ma podejmować decyzje dotyczące korekty kursu satelity w czasie rzeczywistym, bez kontaktowania się z komputerami na Ziemi. Przedstawiciele Europejskiej Agencji Kosmicznej liczą na to, że w przyszłości tego typu satelity ułatwią i przyspieszą badanie głębokiego Kosmosu oraz docieranie do najmniejszych asteroid.

Tymczasem już dziś naukowcy są w stanie badać powierzchnię niewielkich obiektów w Układzie Słonecznym. Japońska Agencja Badań Kosmicznych stworzyła na przykład satelitę Hayabusa 2, która ma przeanalizować skład asteroidy Ryugu o kilometrowej średnicy. W pierwszej fazie misji sonda wysłała na Ryugu niewielkie lądowniki do zbadania powierzchni obiektu. Następnie Hayabusa 2 zbombardowała asteroidę miedzianym pociskiem, aby dotrzeć do jej głębszych pokładów skalnych. Wykonanie tak precyzyjnych zadań na tak małym obiekcie wymagało zaprojektowania systemów nawigacyjnych wykorzystujących technologie autonomiczne.

Badania prowadzone przez japońską agencję mogą się przyczynić zarówno do lepszego poznania początków Układu Słonecznego, jak i do rozwoju branży górnictwa kosmicznego.

– Ludzie mają naturalną potrzebę eksploracji. Kosmos jest nowym terenem do eksploracji. Dzięki zobrazowaniom satelitarnym wszystkie wyspy na świecie zostały już odkryte, więc idziemy dalej, żeby odkrywać więcej – zapowiada ekspert.

Według analityków z firmy Research and Markets wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniosła 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

Dlaczego taksówkarze walczą o taksometry, skoro używają aplikacji?

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że Rząd przygotował bardzo dobry projekt ustawy o transporcie drogowym, zrównujący warunki konkurencyjne na rynku przewozów osób. Uwzględniono postulaty wielu stron – w tym liczne wymagania stawiane przez środowiska taksówkarskie. Niezrozumiałe jest postulowanie zakazu aplikacji – skoro większość kierowców taxi z nich korzysta. Podobnie jest z nawigacją – każdy kierowca dziś jej używa. Tworzenie sztucznych barier dla zabetonowania rynku nie ma sensu. FPP w pełni popiera projekt rządowy, który jest kompromisowym rozwiązaniem – wspieranym również przez mytaxi i iTaxi.

Warto podkreślić, że wszystkie postulaty środowiska taksówkarskiego zostały uwzględnione w proponowanym projekcie ustawy:

  • Uregulowanie kwestii pośrednictwa przy przewozie osób
  • Wymóg licencji dla wszystkich świadczących usługi przewozu
  • Równe warunki dla wszystkich świadczących usługi przewozu – sprawdzanie niekaralności, badania lekarskie
  • Realne kary za naruszenie przepisów
  • Obniżenie kosztów licencji
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Używanie taksometru lub aplikacji jest dużo uczciwsze dla klientów. Mam nadzieję, że Rząd nie ugnie się przed garstką – zaledwie 1500 na 120.000 zarejestrowanych w Polsce – taksówkarzy z dużych korporacji. Chcą oni wepchnąć przewóz osób w XXI wieku do czasu słusznie minionej epoki PRL-u. Szkoda też, że niektórzy kierowcy są zmuszani do udziału w strajku – a odmawiający spotykają się z agresją czy niszczeniem samochodów. To absolutnie nieakceptowalna forma i argumenty. Naprawdę nie ma żadnego sensownego uzasadnienia, by blokować aplikacje czy korzystanie z nawigacji. Zwłaszcza, że to rozwiązania korzystne także dla kierowców taksówek. Opcja ustalenia ceny kursu z góry to kwestia bardzo ważna dla klientów – w przypadku taksometru wsiadając do taksówki nigdy nie wiem, ile zapłacę za kurs. Dzięki aplikacji mam ten komfort, że mam wybór – przed decyzją o kursie akceptuję bądź nie kwotę, jaką zapłacę. Jestem przekonany, że kierowcy taksówek wcale nie chcą zabetonowania starego rynku korproacji” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Dlaczego bardziej ufać egzaminom z topografii – podczas gdy aplikacja wskazuje drogę i wybiera tak, żeby była ona najkrótsza? Pozwala ominąć prace drogowe, korki spowodowane wypadkami i wiele innych niemożliwych do przewidzenia zjawisk – nawet przy najlepszej znajomości miasta. Egzaminy z topografii są reliktem przeszłości – zwłaszcza przy tak dynamicznej urbanizacji miast. Taksówkarze – mimo że zdali egzamin z topografii – przewożąc klientów też korzystają z nawigacji.

PZPO: Minister Infrastruktury został wprowadzony w błąd

Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego jest zaniepokojony faktem, że urzędnicy zajmujący się drogami – którzy przygotowali odpowiedź na interpelację poselską dla Ministra Infrastruktury – nie znają obszernej biblioteki rzetelnych badań na temat bezpieczeństwa, jakie zapewniają opony z homologacją zimową (zimowe i całoroczne) w warunkach jesienno-zimowych. Minister najwyraźniej został wprowadzony w błąd, jakoby brak było jednoznacznych wyników badań dotyczących zachowania opon zimowych i całorocznych w różnych warunkach atmosferycznych.

Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego
Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego

– Od pierwszych dni swojego istnienia Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) uświadamia, jak duże znaczenie dla bezpieczeństwa drogowego mają opony. Mity i nieuzasadnione przekonania na temat ogumienia są jednymi z najpoważniejszych problemów, z jakimi PZPO się mierzy. Odpowiedź Ministerstwa Infrastruktury na poselską interpelację udowadnia, że intensywne zmagania o poprawę świadomości Polaków w obszarze bezpieczeństwa ruchu drogowego muszą nadal trwać – mówi Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

Komisja Europejska, w studium wybranych aspektów korzystania z opon związanych z bezpieczeństwem wskazuje1, że w 27 europejskich krajach – w których wprowadzono wymóg jazdy na homologacją zimową (zimowe i całoroczne) – nastąpiła 46% redukcja prawdopodobieństwa wystąpienia wypadku drogowego w warunkach zimowych – w porównaniu z jazdą na oponach letnich w tych samych warunkach. Ten sam raport dowodzi, że wprowadzenie prawnego wymogu jazdy na oponach posiadających homologację zimową zmniejsza liczbę śmiertelnych wypadków o 3 proc. Jest to uśredniona wartość – są kraje, które odnotowały spadek liczby wypadków o 20 proc.

Także eksperci ds. bezpieczeństwa drogowego rekomendują sezonową zmianę opon. W naszym klimacie – przy gorącym lecie i mroźnej zimie – jest to jedna z gwarancji bezpiecznej jazdy. Niemieckie niezależne i rzetelnie przeprowadzone badania pokazują wyraźnie, że ryzyko wypadków drogowych i kolizji jest 6 razy większe w zimie niż w lecie2. Ponadto, droga hamowania pojazdu na mokrej powierzchni przy oponach zimowych jest o 20% krótsza niż przy oponach letnich3. Właśnie te brakujące kilka metrów do zahamowania decyduje bardzo często o liczbie ofiar wypadków drogowych.

Wartości te znajdują potwierdzenie także w badaniu naukowców z Politechniki Świętokrzyskiej4 – na ośnieżonej nawierzchni przy prędkości raptem 20 km/h różnica w drodze hamowania między oponami letnimi i zimowymi wyniosła 16 metrów. Badanie było prowadzone zarówno z udziałem układu ABS, który zapobiega blokowaniu kół, jak i bez niego.

Co więcej, badania przeprowadzone przez Politechnikę Poznańską w marcu 20145 na dwóch typach opon letnich i zimowych (2 komplety klasy premium i 2 komplety klasy budżetowej) pokazują, że także na suchej nawierzchni, przy temperaturze wahającej się trakcie testu między +7,5°C a 10°C – porównując najbardziej zbliżone prędkości początkowe hamowania – opony zimowe i letnie mają bardzo zbliżone parametry. Przy tej samej prędkości wykazują różnicę w drodze hamowania jedynie rzędu 0,5-1,5 metra.

Badania sfinansowane przez Narodowe Centrum Nauki w 2012 r. pokazują, że twardość gumy bieżnika opony letniej wyraźnie wzrasta w okresie zimowym – co może powodować gorsze warunki przylegania opony do nawierzchni oraz zmniejszenie zdolności do przekazywania momentu napędowego na nawierzchnię drogi6.

Potwierdzają to także testy dziennikarskie, choćby redakcji brytyjskiego Auto Express przeprowadzone wspólnie z Automobilklubem Królewskim (RAC), przeprowadzane przy temperaturze dodatniej 5,9°C na mokrej nawierzchni. Wskazały one przewagę opon zimowych w takich warunkach – droga hamowania opon zimowych wyniosła 35,5 m, zaś droga hamowania opon letnich segmentu premium to ponad 42 metry7.

Z kolei belgijska organizacja Pneuband wskazuje, że jadąc po mokrej nawierzchni z prędkością 90 km/h przy temperaturze 2ºC, droga hamowania na oponach zimowych jest o 11 metrów krótsza niż na letnim ogumieniu – to ponad dwie długości samochodu klasy premium.

Co ważne, wszystkie powyższe i zacytowane badania zostały przeprowadzone w rzeczywistych warunkach za pomocą samochodów wyposażonych w system ABS oraz starszych modeli, bez tego systemu.

Badania i testy udowadniają w jak szerokim zakresie warunków pogodowych i temperatury, charakterystycznych dla okresu późnej jesieni i zimy, opony zimowe lub całoroczne zwiększają bezpieczeństwo drogowe. Dla statystycznego kierowcy w tym okresie będą dużo bardziej uniwersalnym i bezpieczniejszym wyborem, niż jazda na oponach letnich i czekanie na pierwszy śnieg.

– Polska jest jedynym krajem Unii Europejskiej z takim klimatem, gdzie przepisy nie przewidują wymogu jazdy na oponach zimowych lub całorocznych w warunkach jesienno-zimowych. Według badań Moto Data z 2017 i 2018 roku, 78% polskich kierowców opowiada się za wprowadzeniem wymogu jazdy na oponach zimowych lub całorocznych w zimowych miesiącach roku. Ustawodawcy brakiem działań w tym obszarze sprawiają, że Polska nie tylko nie jest w stanie dogonić Europy pod względem bezpieczeństwa drogowego, ale także, że Europa stale nam ucieka – podkreśla Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. –Co roku od kilkudziesięciu lat na drogach ginie ponad 3000 osób. To tyle, ile pracuje w dużej fabryce. Bezpieczeństwo na drogach, którymi codziennie poruszają się miliony z nas, jest tak samo ważne jak podatki, emerytury czy edukacja dzieci – dodaje Sarnecki.

Nagrania z testów Auto Express i RAC nt. opon zimowych8 pokazują, jak bardzo ogumienie adekwatne do temperatury, wilgotności i śliskości nawierzchni pomaga kierowcy w kontroli nad pojazdem i potwierdzają różnicę pomiędzy oponami zimowymi a letnimi, nie tylko na oblodzonej czy ośnieżonej, ale i na mokrej drodze w chłodnych jesiennych temperaturach:

  • Na oblodzonej drodze podczas jazdy z prędkością 32 km/h droga hamowania na oponach zimowych jest krótsza o 11 metrów w porównaniu z oponami letnimi, co odpowiada trzykrotnej długości samochodu!
  • Na ośnieżonej drodze przy prędkości 48 km/h samochód na oponach zimowych zahamuje wcześniej niż samochód na oponach letnich aż o 31 metrów!
  • Na mokrej nawierzchni przy temperaturze +6°droga hamowania samochodu jadącego na oponach letnich była dłuższa aż o 7 metrów niż samochodu na oponach zimowych. Najpopularniejsze samochody mają długość nieco ponad 4 metry. Gdy samochód na oponach zimowych bezpiecznie się już zatrzymał, maszyna na ogumieniu letnim jechała jeszcze z prędkością ponad 32 km/h.
  • Na mokrej nawierzchni przy temperaturze +2°droga hamowania samochodu jadącego na oponach letnich była dłuższa aż o 11 metrów niż samochodu na oponach zimowych.

Wszystkie powyższe dane były wielokrotnie prezentowane przedstawicielom Ministerstwa Infrastruktury oraz posłom. Są ogólnie dostępne po sygnaturach ISBN. Ich kwerendą jest też ostatni raport Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego z listopada 2018 „Wpływ opon na bezpieczeństwo drogowe”, który również został przekazany rządowi i parlamentarzystom.

– Rozmawiajmy, analizujmy i decydujmy, ale nie wprowadzajmy społeczeństwa i ministrów w błąd informacją o braku rzetelnych i jednoznacznych wyników badań nt. poprawy bezpieczeństwa dzięki używaniu opon zimowych oraz całorocznych w okresie jesienno-zimowym – apeluje Piotr Sarnecki.


1 Komisja Europejska, Study on some safety-related aspects of tyre use, https://ec.europa.eu/transport/road_safety/sites/roadsafety/files/pdf/vehicles/study_tyres_2014.pdf

2 ADAC, Pro-winterreifen

3 Cortina. A dynamic simulation test when temperature at 5°C

4 R. Jurecki, E. Szumska, D. Mlodzińska „Porównanie skuteczności hamowania opon letnich i śniegowych na zaśnieżonej nawierzchni”, Logistyka 4/2015 – Załącznik 2

5 F. Markiewicz, KJ. Waluś, J. Polasik – „Badanie doświadczalne cech kinematycznych ruchu pojazdu z wykorzystaniem opon zimowych i letnich” – Logistyka 5/2014 – Załącznik 3

6 K. Waluś – „Badania doświadczalne twardości letnich opon samochodowych w rzeczywistych temperaturach otoczenia” – Mechanik 12/2013 – Załącznik 4

7 Badanie Auto Express i RAC – publ. 17/11/2011

Winter Tyres v Summer Tyres: the Truth! – Auto Express, https://www.youtube.com/watch?v=elP_34ltdWI

OSE GDAŃSK 2019 – relacja z wydarzenia

W dniach 8-9 kwietnia 2019 r. w Gdańsku w Europejskim Centrum Solidarności odbyła się VII edycja Ogólnopolskiego Szczytu Energetycznego – OSE GDAŃSK 2019, poświęconego wyzwaniom stojącym przed polską energetyką. Szczyt objęty został Patronatem Honorowym przez Stanisława Karczewskiego,  Marszałka Senatu RP, Marka Kuchcińskiego, Marszałka Sejmu RP, Jarosława Gowina, Wiceprezesa Rady Ministrów, Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Krzysztofa Tchórzewskiego,  Ministra Energii, Henryka Kowalczyka, Ministra Środowiska, Andrzeja Adamczyka,  Ministra Infrastruktury, Marka Gróbarczyka, Ministra Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Alicję Adamczak,  Prezes Urzędu Patentowego RP, Macieja Bando, Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, Edytę Bielak-Jomaa,  Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych, Pawła Solocha, Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Alvina Gajadhura,  Głównego Inspektora Transportu Drogowego, Artura Chojeckiego, Wojewodę Warmińsko-Mazurskiego, Władysława Dajczaka, Wojewodę Lubuskiego, Dariusza Drelicha, Wojewodę Pomorskiego, Tomasza Hinca, Wojewodę Zachodniopomorskiego, Zbigniewa Hoffmanna, Wojewodę Wielkopolskiego, Agatę Wojtyszek, Wojewodę Świętokrzyskiego, Andrzeja Bętkowskiego, Marszałka Województwa Świętokrzyskiego, Artura Kosickiego, Marszałka Województwa Podlaskiego, Władysława Ortyla, Marszałka Województwa Podkarpackiego, Jarosława Stawiarskiego, Marszałka Województwa Lubelskiego, Mieczysława Struka, Marszałka Województwa Pomorskiego, Aleksandrę Dulkiewicz, Prezydent Miasta Gdańsk, Piotra Grzymowicza, Prezydenta Miasta Olsztyna, Jacka Jaśkowiaka, Prezydenta Miasta Poznania, Lucjusza Nadbereżnego, Prezydenta Miasta Stalowa Wola, Tadeusza Truskolaskiego, Prezydenta Miasta Białegostoku, Bogdana Wentę, Prezydenta Miasta Kielce, Hannę Zdanowską, Prezydent Miasta Łodzi.

Szczyt objęty został także Patronatem Honorowym przez: Komisję Gospodarki Narodowej i Innowacyjności, Komisję Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, Parlamentarny Zespół ds. Morskiej Energetyki Wiatrowej, Parlamentarny Zespół ds. Energetycznego Pakietu Zimowego, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu, Główny Instytut Górnictwa, Górniczą Izbę Przemysłowo-Handlową, Instytut Ochrony Środowiska-Państwowy Instytut Badawczy, Izbę Gospodarczą Ciepłownictwo Polskie, Krajową Izbę Biopaliw, Krajową Izbę Gospodarczą, Krajowy Instytut Energii Rozproszonej, Narodową Agencję Poszanowania Energii, Politechnikę Gdańską, Polską Izbę Gospodarczą Zaawansowanych Technologii, Polską Organizację Przemysłu i Handlu Naftowego, Polską Izbę Magazynowania Energii, Polski Komitet Energii Elektrycznej, Polski Związek Pracodawców Budownictwa, Polskie Stowarzyszenie Elektromobilności, Polskie Stowarzyszenie Energetyki Słonecznej, Polskie Towarzystwo Certyfikacji Energii, Pracodawców Pomorza, Polskie Towarzystwo Elektrociepłowni Zawodowych, Polskie Towarzystwo Morskiej Energetyki Wiatrowej, Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych, Stowarzyszenie Energii Odnawialnej, Unię Producentów i Pracodawców Przemysłu Biogazowego, Skandynawsko-Polską Izbę Gospodarczą i Związek Powiatów Polskich.

Szczyt oficjalnie zainaugurował Piotr Naimski – Sekretarz Stanu KPRM, Pełnomocnik Rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, który zwracając się do uczestników podkreślił, że Polska stoi obecnie przed kluczowymi wyzwaniami w obszarze energetyki – z jednej strony związanymi z rosnącymi potrzebami energetycznymi i surowcowymi krajowej gospodarki. Z drugiej: koniecznością dywersyfikacji dostaw, dzięki którym będą one nie tylko ciągłe i stabilne, ale także ekonomicznie racjonalne. Pan Minister w swoim wystąpieniu określił także kluczowe obszary rozwoju energetyki na najbliższe lata oraz w perspektywie do roku 2050.

Po wystąpieniu inauguracyjnym odbyła się prezentacja podróżnika Marka Kamińskiego, który dokonał oficjalnego ogłoszenia najnowszej wyprawy AI No Trace Expedition 2019. W ramach wyprawy Marek Kamiński pokona 30 tyś. km bezemisyjnym samochodem elektrycznym,  do Japonii i z powrotem przez 9 krajów świata. Wyprawa realizowana w duchu No Trace – bez pozostawiania śladów. Marek Kamiński podróżując samochodem elektrycznym, stworzonym z myślą o miastach, chce nam uświadomić, że w taki sposób można przemierzać dalekie i trudne dystanse, a jednocześnie pozytywnie wpływać na otoczenie, chroniąc je przed szkodliwymi śladami ludzkiej działalności. Podróżnikowi w wyprawie towarzyszyć będzie Noa – humanoidalna sztuczna inteligencja, która podczas podróży będzie m.in. dokumentować wyprawę, rejestrować poziomy emisji zanieczyszczeń w poszczególnych krajach,  blogować na mediach społecznościowych oraz rozmawiać z napotkanymi ludźmi na tematy związane z ochroną środowiska.

Debatą otwierającą OSE GDAŃSK 2019 była Sesja Plenarna pt. „Polska polityka energetyczna – priorytety unijne vs polskie cele strategiczne”. Moderatorem debaty był Andrzej Błach – Counsel, Kancelaria CMS, zaś udział w niej wzięli: Henryk Kowalczyk – Minister Środowiska, Piotr Naimski – Sekretarz Stanu w KPRM, Pełnomocnik Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej, Tomasz Dąbrowski – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Energii, Małgorzata Jarosińska-Jedynak – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, Karin Anderman – Radca Minister, Zastępca Szefa Misji, Ambasada Królestwa Szwecji w Polsce, Juha Ottman – Ambasador Republiki Finlandii w Polsce, Ole Egberg Mikkelsen – Ambasador Królestwa Danii w Polsce,  Olav Myklebust – Ambasador Królestwa Norwegii w Polsce, Maciej Bando – Prezes Urzędu Regulacji Energetyki, dr Edyta Bielak–Jomaa – Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Początek debaty dotyczył polityki energetycznej Polski do 2040 roku, z perspektywy kluczowych kierunków zmian. W szczególności zastanawiano się nad nowym polskim mixem energetycznym zwłaszcza w odniesieniu do roli paliw kopalnych. W tym kontekście prelegenci poproszeni zostali o odniesienie się do kwestii uwarunkowań płynących z pakietu „zimowego” oraz COP24. W dalszej części przeanalizowano perspektywy rozwoju sektora OZE, jak i również miejsca energetyki jądrowej w nowej polityce energetycznej. Zastanawiano się także, czy dywersyfikacja dostaw zwiększających bezpieczeństwo, pozwoli na tańsze pozyskiwanie surowców. Druga część dyskusji dotyczyła kontekstu międzynarodowego, jeżeli chodzi o sektor energii. Odniesiono się więc do priorytetów współpracy w basenie Morza Bałtyckiego (gaz, off-shore, elektroenergetyka, ciepłownictwo, kogeneracja, wzrost efektywności energetycznej), przyszłym kształtem wspólnego rynku energii i gazu po Brexicie, zapoznano także uczestników Szczytu z doświadczeniami krajów UE w zakresie przeciwdziałania negatywnym skutkom wzrostu cen nośników energii.

Po Sesji Plenarnej odbyła się Debata Oksfordzka pt. „Współpraca energetyczna państw basenu Morza Bałtyckiego”. Moderatorem debaty była Agnieszka Łakoma – Dziennikarka, Ekspert Energetyczny, zaś do debaty zasiedli: Marcin Bruszewski – Członek Zarządu Sekcji Fińskiej (FTG) SPCC, Skandynawsko-Polska Izba Gospodarcza, Maciej Brzozowski – Manager, Hafen Hamburg Marketing e.V., prof. Waldemar Kamrat – Politechnika Gdańska, Daniel Larsson – Radca Handlowy, Ambasada Szwecji w Polsce, Maciej Stryjecki – Prezes Zarządu, Fundacja na Rzecz Energetyki Zrównoważonej, Marcin Wiśniewski – Starszy Doradca Handlowy ds. Energetyki i Środowiska, Ambasada Królestwa Danii w Polsce.

Prelegenci debaty dyskutowali o alternatywnych i sprawdzonych modelach rozwoju rynków energii, paliw, gazu i OZE w krajach ościennych. Starano się także nakreślić potencjalne obszary współpracy pomiędzy krajami basenu Morza Bałtyckiego oraz ewentualne wspólne projekty i efekty synergii. Zaproszeni goście dyskutowali również o Nord Stream 2 w kontekście możliwych sojuszy dyplomatycznych przeciw temu projektowi, na koniec zaś zastanawiano się nad dalszymi etapami rozwoju off-shore.

Po Debacie Oksfordzkiej dyskusja podczas Szczytu podzielona została na dwie, równolegle trwające Sesje. W ramach Sesji I odbyły się debaty pt. „Strategie dostosowawcze grup energetycznych do nowych trendów rynkowych i zmian technologicznych”, „Nowe regulacje dla ciepłownictwa i kogeneracji. Program Czyste powietrze” oraz „Nowe trendy rozwojowe na rynkach energii elektrycznej, paliw płynnych oraz gazu”.

Panel „Strategie dostosowawcze grup energetycznych do nowych trendów rynkowych i zmian technologicznych” był moderowany przez Piotra Ciołkowskiego – Partnera w Kancelarii CMS, zaś w dyskusji wzięli udział: Ryszard Biernacki – Dyrektor Naczelny ds. Inżynierii Produkcji, KGHM Polska Miedź S.A., Mateusz Aleksander Bonca – Prezes Zarządu, Grupa LOTOS S.A., Jarosław Dybowski – Dyrektor Wykonawczy ds. Energetyki, PKN ORLEN S.A., Mirosław Kowalik – Prezes Zarządu, Enea S.A., Marcin Lewandowski – Członek Zarządu, Grupa GPEC, Artur Różycki – Dyrektor Departamentu Zarządzania Strategicznego, Grupa ENERGA, Mariusz Samordak – Dyrektor Sektora Energetycznego w Departamencie Projektów Sektorowych, Bank Gospodarstwa Krajowego, Magda Taczanowska – Dyrektor Segmentu Enterprise, Microsoft Polska, Ryszard Wasiłek – Wiceprezes Zarządu ds. Operacyjnych, PGE Polska Grupa Energetyczna S.A., Piotr Woźniak – Prezes Zarządu, PGNiG S.A., Robert Zasina – Prezes Zarządu, TAURON Dystrybucja S.A. Uczestnicy debaty odnosili się do zmian strategii grup energetycznych oraz kierunków zmian i tempa ich implementacji. Zastanawiano się także, czy jesteśmy obecnie świadkami kresu dotychczasowego modelu gospodarki paliwowej w Polsce. W dalszej części debaty goście panelu analizowali, czy możliwe jest wyważenie potrzeb związanych z bezpieczeństwem energetycznym oraz interesem akcjonariuszy grup energetycznych. Odniesiono się również do zagadnienia innowacji technologicznych, wspierających zrównoważony rozwój i ich wpływ na modele rynkowe w poszczególnych podsektorach energetyki. Druga część dyskusji zdominowana została przez temat przyszłych programów inwestycyjnych oraz ich sposobów finansowania. Nakreślono potencjalne synergie energetyki z sektorem wydobywczym, transportem i energochłonnymi gałęziami przemysłu. W tym kontekście nie bez znaczenia był problem uzależnienia polskiej energetyki od systemów wsparcia oraz kwestii Polskiej elektrowni jądrowej (pod kątem dostępnych technologii i kluczowych graczy). Na koniec zapoznano gości Szczytu z najnowszymi rozwiązaniami organizacyjnymi w polskiej energetyce.

Następny panel nosił tytuł „Nowe regulacje dla ciepłownictwa i kogeneracji. Program Czyste powietrze” i  poprowadzony został przez Rafała Hajduka – Partnera w Kancelarii Domański Zakrzewski Palinka. Gośćmi biorącymi udział się w debacie byli: Jarosław Głowacki – Prezes Zarządu, PGNiG Termika S.A.; Piotr Górnik – Prezes Zarządu, Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o.; Anna Jakób – Członek Zarządu, Grupa GPEC; Artur Michalski – Zastępca Prezesa Zarządu, NFOŚiGW; Bogusław Regulski – Wiceprezes Zarządu, Izba Gospodarcza Ciepłownictwo Polskie; dr inż. Krzysztof Zborowski – Wiceprezes Zarządu, Radomskie Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej „RADPEC” S.A.  Zaproszeni goście w pierwszej kolejności omówili nowy system wsparcia kogeneracji z perspektywy oczekiwań i szans rozwoju. W tym kontekście postawiono przed prelegentami nieco kontrowersyjne pytanie: czy współcześnie mamy do czynienia ze schyłkiem kogeneracji węglowej. Chodziło z jednej strony o zainicjowanie dyskusji o efektywnych energetycznie systemach ciepłowniczych, z drugiej miało stanowić wstęp do debaty nad Programem „Czyste powietrze”. Dalsza część panelu poświęcona została m.in. inwestycjom w ciepłownictwie oraz miejscom samorządów w rozwoju polskiego ciepłownictwa. Ważnym tematem było także wykorzystanie OZE w ciepłownictwie systemowym oraz zmiany w otoczeniu regulacyjnym ciepłownictwa. Na koniec uczestnicy panelu odnieśli się do wpływu programu „Czyste powietrze” na działalność firm sektora ciepłowniczego oraz szans na rozwój ciepłownictwa w mniejszych ośrodkach miejskich i ciepłowniach lokalnych.

Ostatni panel tej sesji nosił tytuł „Nowe trendy rozwojowe na rynkach energii elektrycznej, paliw płynnych oraz gazu”. Moderatorem debaty był Marek Kulesa – Dyrektor Biura, Towarzystwo Obrotu Energią, zaś w roli panelistów wystąpili: Wioletta Czemiel-Grzybowska – Członek Zarządu, Polska Spółka Gazownictwa Sp. z o.o.; Piotr Kasprzak – Członek Zarządu ds. Operacyjnych, Hermes Energy Group S.A.; Jarosław Kawula – Wiceprezes Zarządu ds. Produkcji i Handlu, Grupa LOTOS S.A.; Andrzej Modzelewski – Członek Zarządu, innogy Polska S.A.; Andrzej Sikora – Prezes Zarządu Instytutu Studiów Energetycznych; Leszek Wieciech – Prezes, Polska Organizacja Przemysłu i Handlu Naftowego; dr Przemysław Zaleski – Wiceprezes Zarządu ds. Rozwoju, ORLEN Centrum Serwisowe Sp. z o.o.; Robert Zasina – Prezes Zarządu, TAURON Dystrybucja S.A. Prelegenci na początku podzielili się swoimi  wrażeniami i doświadczeniami w związku z wdrożeniem rynku mocy. Podzielono się także opinią na temat przyszłości rynku energii elektrycznej po wprowadzeniu obliga giełdowego.  Goście debaty podjęli też temat wzmocnienia pozycji konsumentów energii elektrycznej oraz ochrony konkurencyjności przemysłu energochłonnego. Ponadto, dyskutowano nad taryfami antysmogowymi i taryfami dynamicznymi. W dalszej części dużo uwagi poświęcono nowym / nowatorskim produktom i usługom implementowanym przez poszczególne spółki w odpowiedzi na roznące zapotrzebowanie rynku, stopień liberalizacji polskiego rynku gazu oraz rozwój rynku giełdowego gazu ziemnego. Równie kluczową kwestią w dyskusji była dywersyfikacja źródeł i kierunków dostaw gazu, ropy naftowej oraz paliw płynnych. Koniec panelu zdominowany został przez zagadnienia rozwoju nowych segmentów rynku paliw płynnych (elektromobilność, paliwa alternatywne), a także zmian w zakresie utrzymania zapasów obowiązkowych.

W ramach Sesji II odbyły się panele: „Gospodarka 4.0 – przemysł i środowisko”, „Rozwój infrastruktury sieciowej – kluczowe projekty, nowe wyzwania”, „Rozbudowa, modernizacja i utrzymanie infrastruktury energetycznej i energii – zagrożenia i szanse”. Panel pt. „Gospodarka 4.0 – przemysł i środowisko”, moderowany był przez Marka Króla – Radcę Prawnego i Partnera w Kancelarii MAGNUSSON, zaś w dyskusji wzięli udział: dr Alicja Adamczak – Prezes Urzędu Patentowego RP; Krzysztof Figat – Prezes Zarządu, Polimex-Mostostal S.A.; Adam Gawęda – Senator RP, Zastępca Przewodniczącego Komisji Gospodarki Narodowej i Innowacyjności; Tomasz Kozar – Cloud Technology Strategist, Microsoft Polska; Maciej Martyniuk – Dyrektor Działu Rozwoju Innowacyjnych Metod Zarządzania Programami, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju; Roman Masek – Dyrektor Techniczny, BELSE Sp. z o.o.; Mateusz Wodejko – Wiceprezes Zarządu, PERN S.A.; Andrzej Ziółkowski – Prezes Zarządu, Urząd Dozoru Technicznego. Początek debaty otworzyło pytanie o skalę zaawansowania programu Gospodarka 4.0 po trzech latach jego trwania. Stanowiło to wstęp do nakreślenia pojęcia innowacyjności – jako rozwiązań o charakterze przełomowym, czy raczej jako rozwój przez optymalizację. Następnie zastanawiano się nad możliwościami budowania innowacyjności w Polsce: w kontekście dynamiki otoczenia regulacyjnego i bezpieczeństwa projektów inwestycyjnych oraz roli Państwa w kreowaniu, wspieraniu i regulowaniu nowych modeli biznesowych. Uczestnicy debaty odnieśli się także do problemu funkcjonowania gospodarek narodowych w czasach globalnej konkurencji oraz czynnika środowiskowego, jako istotnego elementu gospodarki przyszłości.

Kolejny panel, zatytułowany „Rozwój infrastruktury sieciowej – kluczowe projekty, nowe wyzwania” moderowany był przez dr hab. Jakuba Pokrzywniaka – Partnera w Kancelarii WKB Wierciński Kwieciński Baehr. Natomiast ekspertami  biorącymi udział w debacie byli: Daniel Betke – Wiceprezes Zarządu, BSiPE „ENERGOPROJEKT POZNAŃ” S.A.; Norbert Grudzień – Wiceprezes Zarządu ds. Inwestycji i Zarządzania Majątkiem, PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna S.A.; Andrzej Kojro – Prezes Zarządu, ENEA Operator Sp. z o.o.; Włodzimierz Mucha – Wiceprezes Zarządu, Polskie Sieci Elektroenergetyczne S.A.; Beata Wittmann – Członek Zarządu, Gas Storage Poland; Mateusz Wodejko – Wiceprezes Zarządu, PERN S.A.;  Marian Żołyniak – p.o. Prezes Zarządu, Polska Spółka Gazownictwa Sp. z o.o. Zaproszeni paneliści omówili na początku programy inwestycyjne Operatorów Systemu Przesyłowego gazowego i elektroenergetycznego z perspektywy kluczowych projektów i stanów ich zaawansowania. Jednocześnie odniesiono się do transgranicznych projektów sieciowych, kluczowych dla bezpieczeństwa energetycznego państwa. Kolejnym elementem dyskusji, był temat inwestycji sieciowych realizowanych przez OSD. Jednym z ciekawszych projektów, na jaki zwrócili uwagę prelegenci były te dotyczące magazynowania gazu ziemnego, infrastruktury magazynowej energii elektrycznej oraz inwestycji w zakresie rozbudowy infrastruktury przesyłowej ropy naftowej oraz paliw ciekłych (w tym zwiększenie zdolności magazynowych ropy i paliw ciekłych). Na koniec odniesiono się do zagadnienia finansowania inwestycji infrastrukturalnych i modeli prowadzenia procesu inwestycyjnego.

Ostatni panel drugiej Sesji był zatytułowany: „Rozbudowa, modernizacja i utrzymanie infrastruktury energetycznej i energii – zagrożenia i szanse”. Kazimierz Krupa – Niezależny publicysta był moderatorem debaty, zaś jako prelegenci wystąpili: Patryk Darowski – Dyrektor Departamentu Projektów Sektorowych, sektor Budowlany, Medyczny i PPP, Bank Gospodarstwa Krajowego; Przemysław Janiszewski – Wiceprezes Zarządu, Polimex-Mostostal S.A.; Rafał Kaszubowski – Prezes Zarządu, EIB; Andrzej Wach – Doradca Zarządu, PORR Polska S.A.; Grzegorz Mendelowski – Wiceprezes Zarządu, ELBUD Katowice; Jan Piotrowski – Prezes Zarządu, Eltel Networks Energetyka S.A. Prelegenci rozpoczęli dyskusję od omówienia stanu infrastruktury energetycznej z uwzględnieniem potrzeb, szans i zagrożeń. Ponadto odniesiono się do problemu zaburzenia płynności finansowej w trakcie realizacji kontraktów oraz nieprzewidywalnego wzrostu kosztów i waloryzacji wynagrodzeń. Następnie przeanalizowano nowe Prawo Zamówień Publicznych w odniesieniu do sektora energetycznego, przedyskutowano również temat Partnerstwa Publiczno-Prywatnego w obszarze energii. Na koniec prelegenci omówili szeroko rozumianą rolę banków i firm ubezpieczeniowych w procesie realizacji inwestycji energetycznych i środowiskowych.

Na zakończenie pierwszego dnia debat odbyła się uroczysta Gala Wręczenia statuetek „Bursztyn Polskiej Energetyki 2019”. Statuetka „Bursztyn Polskiej Energetyki” jest nagrodą przyznawaną osobom, instytucjom bądź firmom za szczególne działania w zakresie rozwoju i bezpieczeństwa polskiej gospodarki i energetyki w kraju i zagranicą. Laureaci w/w statuetki dzięki tej nagrodzie zostali uhonorowani za determinację oraz konsekwencję w realizacji podjętych zobowiązań lub wyzwań stawianych przed nimi z tytułu pełnionego stanowiska lub przyjętej strategii firmy. W tym roku statuetka została wręczona Michałowi Kurtyce, Sekretarzowi Stanu w Ministerstwie Środowiska za skuteczne przewodzenie polskiej prezydencji podczas COP24 oraz osobiste zaangażowanie w finalizację porozumień międzynarodowych zobowiązujących wszystkie państwa świata do działań na rzecz ochrony klimatu, Mieczysławowi Strukowi, Marszałkowi Województwa Pomorskiego za konsekwencję w działaniach w zakresie zrównoważonego rozwoju energetyki na terenie województwa pomorskiego, poprawy efektywności energetycznej oraz bezpieczeństwa ekologicznego regionu, także poprzez rozwój kolejowego transportu publicznego, Filipowi Grzegorczykowi, Prezesowi Zarządu TAURON Polska Energia S.A. Za konsekwentne i skuteczne reprezentowanie interesów branży energetycznej w zakresie polityki energetycznej i bezpieczeństwa energetycznego Polski na arenie międzynarodowej, Ministerstwu Energii, Użyteczności Publicznej i Klimatu Królestwa Danii za podpisanie umowy międzyrządowej w sprawie realizacji gazociągu Baltic Pipe, a także zacieśnienie współpracy w obszarze energii i transformacji energetycznej pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Królestwem Danii, GAZ-SYSTEM S.A. za konsekwentne i skuteczne działania zwiększające bezpieczeństwo i niezależność energetyczną Polski poprzez realizację projektu Baltic Pipe, PKN ORLEN S.A. za konsekwentne i skuteczne działania na rzecz bezpieczeństwa energetycznego Państwa poprzez dywersyfikację źródeł zakupu ropy naftowej oraz rozwój segmentu upstream.

W drugim dniu OSE GDAŃSK 2019 odbyły się trzy panele dyskusyjne: „Status inwestycji infrastrukturalnych, energetycznych i pochodnych (z)realizowanych przez samorządy do 2019 r.”, „Polska energetyka na drodze do energetyki niskoemisyjnej”, „Morska Energetyka Wiatrowa elementem strategii energetycznej i gospodarczej kraju”.  Debatę „Status inwestycji infrastrukturalnych, energetycznych i pochodnych (z)realizowanych przez samorządy do 2019 r.” poprowadził Zbigniew Canowiecki – Prezydent, Pracodawcy Pomorza, zaś do debaty zostali zaproszeni: Piotr Borawski – Zastępca Prezydenta ds. przedsiębiorczości i ochrony klimatu, Miasto Gdańsk; Ryszard Kuć – Wiceprezydent Olsztyna; Józef Neterowicz – Ekspert, Związek Powiatów Polskich; Jolanta Sobierańska-Grenda – Prezes Szpitali Pomorskich; Krzysztof Szymański – Dyrektor Biura Public Relations, Agencja Promocji Inwestycji Sp. z o.o.; Robert Wróbel – Starosta Powiatu Legionowskiego. Uczestnicy panelu rozpoczęli od omówienia tematu współpracy i wsparcia samorządów przy realizacji projektów infrastrukturalnych. Następnie odniesiono się do zagadnienia komunikacji w projektach infrastrukturalnych – syndrom NIMBY w polskich realiach społecznych i prawnych (mający wpływ na realizację projektów inwestycyjnych szczególnie w świetle współpracy z mieszkańcami i samorządowcami). Nie bez znaczenia był także temat energetyki rozproszonej i skutków nowej polityki energetycznej dla samorządów, w tym podłączenia OZE do sieci  w kontekście konkurencji i bezpieczeństwa systemu. W dalszej kolejności omówiono przyszłość projektów dotyczących spalarni odpadów oraz biogazowi, bazując na doświadczeniach Gdańska. Na koniec podjęto zagadnienie inwestycji w służbie zdrowia na przykładzie szpitali w trójmieście. W konkluzji uczestnicy podkreślali nie tylko konieczność bliskiej współpracy pomiędzy wykonawcami inwestycji i samorządami ale również pomiędzy władzami centralnymi a samorządami.

Kolejny panel, zatytułowany „Polska energetyka na drodze do energetyki niskoemisyjnej” poprowadzony został przez Macieja Stryjeckiego – Prezesa Zarządu Fundacji na Rzecz Energetyki Zrównoważonej, zaś w roli prelegentów wystąpili: Andrzej Czerwiński – Poseł na Sejm RP, Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Energetycznego Pakietu Zimowego; Tomasz Dąbrowski – Podsekretarz Stanu, Ministerstwo Energii; Włodzimierz Ehrenhalt – Wiceprezes Zarządu, Stowarzyszenie Energii Odnawialnej; Krzysztof Kochanowski – Prezes Zarządu, PIME; Ewa Malicka – Prezes Zarządu, Towarzystwo Rozwoju Małych Elektrowni Wodnych; Adam Mikołajczyk – Dyrektor Departamentu Rozwoju Gospodarczego, Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego; Arnold Rabiega – Prezes Zarządu, Krajowy Instytut Energetyki Rozproszonej; Mariusz Wójcik – Koordynator Projektu, Fundacja na Rzecz Energetyki Zrównoważonej. Uczestnicy dyskusji starali się w pierwszej kolejności nakreślić miejsce energetyki w zapewnieniu zrównoważonego rozwoju. Następnie odniesiono się do kwestii przyszłości sektora wydobywczego i jego aliansu z energetyką konwencjonalną. Prelegenci zwrócili także uwagę na elektromobilność, która staje się coraz ważniejszym elementem rozwoju rynku OZE. W drugiej części panelu starano się nakreślić potencjał rynkowy energetyki wiatrowej i fotowoltaiki, odniesiono się także do szans rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Uczestnicy podkreślali także konieczność wprowadzenie jednej spójnej i perspektywicznej polityki energetycznej Państwa, która nie zmieniała by się z każdym nowym rządem i stanowiła spójną, długoterminową i niezmienną bazę dla projektów inwestycyjnych.

Ostatni panel nosił tytuł „Morska Energetyka Wiatrowa elementem strategii energetycznej i gospodarczej kraju” i  moderowany był również przez Macieja Stryjeckiego, w roli prelegentów zaś wystąpili: Jarosław Dybowski – Dyrektor Wykonawczy ds. Energetyki, PKN ORLEN S.A.; Dominik Gajewski – Ekspert ds. Energii i Klimatu, Konfederacja Lewiatan; Maciej Grajewski – Dyrektor Komunikacji i PR , GSG Towers Sp. z o.o. & Stocznia Gdańsk S.A.; Zbigniew Gryglas – Poseł na Sejm RP, Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Morskiej Energetyki Wiatrowej; Marcin Horała – Poseł na Sejm RP, Wiceprzewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Morskiej Energetyki Wiatrowej; Anna Wiosna – Dyrektor ds. Rozwoju Rynku i współpracy z Klientami Strategicznymi, Pion Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej, Bank Pekao S.A. Debata rozpoczęła się od omówienia miejsca MFW w planie zagospodarowania obszarów morskich. Rozpatrywano także kluczowe bariery w rozwoju projektów morskich farm wiatrowych oraz możliwości przyłączeniowych, jeżeli chodzi o sieci morskie. Na koniec dyskutowano na temat łańcucha dostaw i local content oraz systemów wsparcia dla morskich farm wiatrowych. Uczestnicy zgodnie doszli do konkluzji że off-shore stanowi wielką szansę zarówno dla polskiej energetyki i polskich producentów poszczególnych komponentów turbin lecz również dla całej polskiej gospodarki (w kontekście rozwoju  know-how, zatrudnienia oraz wpływów do budżetu Państwa).

Interesująca dyskusja, zarówno pomiędzy uczestnikami paneli, jak i dzięki licznym pytaniom z sali świadczy o dużym zainteresowaniu poruszonymi tematami i stanowi punkt wyjścia do debaty w kolejnej edycji Ogólnopolskiego Szczytu Energetycznego, który odbędzie się już na wiosnę przyszłego roku. Więcej szczegółów można znaleźć na stronie internetowej www.osegdansk.pl.

Ogólnopolski Szczyt Energetyczny był wspierany przez liczne grono firm partnerskich oraz partnerów medialnych, które angażowały się w przygotowania wspomnianego przedsięwzięcia.

Europejskie Centrum Biznesu główny organizator OSE GDAŃSK 2019 pragnie szczególnie podziękować Partnerom Głównym: TAURON Polska Energia S.A. oraz Polskiemu Koncernowi Naftowemu ORLEN S.A., Partnerom: Agencji Promocji Inwestycji Sp z o.o., Bankowi Gospodarstwa Krajowego, BELSE Sp. z o.o., ENEA S.A., Fortum Power and Heat Polska Sp. z o.o., Gaz-System S.A., Grupie GPEC, KGHM Polska Miedź S.A., Grupie LOTOS S.A., Microsoft Polska, PERN S.A., Polskiemu Górnictwu Naftowemu i Gazownictwu S.A., Polskim Sieciom Elektroenergetycznym S.A., Urzędowi Dozoru Technicznego, Kancelarii WKB Wierciński, Kwieciński, Baehr Spółka komandytowa, Gospodarzowi Gali Bursztyn Polskiej Energetyki Miastu Gdańsk, Sponsorom: Bankowi Ochrony Środowiska S.A., Grupie ENERGA, Energoprojekt Poznań S.A., innogy Polska S.A. Pragniemy także podziękować za współpracę Samorządowi Województwa Pomorskiego, Kancelarii CMS, Fundacji na Rzecz Energetyki Zrównoważonej, Pracodawcom Pomorza, Związkowi Miast Bałtyckich, Związkowi Miast i Gmin Morskich oraz firmie UpLive.

Podziękowania należą się także Patronom Medialnym: TVP 3 Gdańsk, Portalowi BiznesAlert, Magazynowi Biomasa, Centrum Informacji o Rynku Energii CIRE.PL, Portalowi CEO.com.pl, Portalom z Grupy Xtech: energetykacieplna.pl. elektroinzynieria.pl, srodowisko.pl, Czasopismu Energetyka Wodna, Portalowi Energetykon.pl, Portalowi ESCO w Polsce, Portalowi Investing.com, Portalowi Inzynieria.com, Magazynowi Law Business Quality, Czasopismu Nowa Energia, Magazynowi Nowoczesne Technologie w Przemyśle, Portalowi Nuclear.pl, Magazynowi OZEON, Portalowi Polish Market Online, Polskiemu Radiu 24, Radiu Gdańsk, Magazynowi Smart Grids Polska, Portalowi Teraz Środowisko, Portalowi Trendy w Energetyce, Warsaw Business Journal, Wiadomościom Naftowym i Gazowniczym, Portalowi WysokieNapiecie.pl.

Rynek przygotowuje się do istotnych wydarzeń

Środa jest ważna zarówno dla funta brytyjskiego, jak i głównej pary walutowej. Informacje z zakresu polityki, polityki monetarnej oraz odczyty makro nie pozostaną bez wpływu również na wycenę polskiego złotego, który w ostatnim czasie radzi sobie dość dobrze.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,28-4,29. Dziś uwaga rynku skupi się na spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego. O ile inwestorzy nie oczekują żadnych przełomowych decyzji – ani w kwestii stóp procentowych, ani innych parametrów polityki monetarnej – spotkanie będzie istotne. Warto obserwować, w jaki sposób ostatnie, bardzo nierówne, dane makroekonomiczne wpłyną na ton komunikacji Banku. Istotne będą również informacje ws. kolejnej rundy TLTRO, ogłoszonej ostatnio. A także to, w jaki sposób Draghi zareaguje na spekulacje dotyczące potencjalnego wprowadzenia tzw. systemu poziomowania stóp, które poprzez wyłączenie części depozytów bankowych spod ujemnych stóp procentowych mogłyby ograniczyć niektóre negatywne efekty stosowania ujemnych stóp procentowych.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,95-4,99. Kluczowym wydarzeniem środy będzie spotkanie Rady Europejskiej, podczas którego kraje UE27 będą decydować w kwestii wydłużenia artykułu 50. Relatywnie wysoki kurs GBP/PLN sugeruje, że rynek spodziewa się wydłużenia. Istotne jednak, jaki będzie jego horyzont. Premier May wnosi o przedłużenie procesu do końca czerwca, z kolei przewodniczący Rady Europejskiej, Donald Tusk, ma sugerować roczne „elastyczne” wydłużenie. Roczne wydłużenie jawi się jako bardziej prawdopodobne. W przypadku realizacji tego scenariusza, Wielka Brytania mogłaby wyjść z UE po akceptacji przez brytyjski parlament porozumienia ws. Brexitu w którymkolwiek momencie przed końcem rocznego okresu.

Oprócz Brexitu, dziś warto spojrzeć również na dane makroekonomiczne, które nastrajają dość optymistycznie. W lutym wyraźnie wyższa od oczekiwań była dynamika produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, pozytywnie zaskoczyła również dynamika PKB w lutym, która wyniosła 0,2% w ujęciu miesięcznym wobec oczekiwanego zerowego wzrostu. W przypadku wspomnianych danych o PKB sytuacja nie jest jednak aż tak dobra, jak sugerowałyby dane – za wzrost w istotnym stopniu odpowiadało gromadzenie zapasów przed Brexitem.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,80-3,81. Dolar amerykański wczoraj nie umocnił się również w relacji do głównych walut. Walucie nie sprzyja wyhamowanie spadków na euro. Wczorajsze dane makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych również nie były zbyt dobre.

Raport JOLTS z amerykańskiego rynku pracy rozczarował. Kluczowa liczba dostępnych ofert pracy spadła do najniższego poziomu od 11 miesięcy, sugerując, że potencjał do dalszej poprawy sytuacji na rynku pracy jest ograniczony.

Dziś poznamy odczyty inflacji w USA w marcu. Zgodnie z oczekiwaniami wskaźnik CPI ma wzrosnąć z poziomu 1,5% w lutym do 1,8% w marcu, bazowy indeks ma z kolei pozostać w okolicy poziomu 2,1% w ujęciu rocznym. O ile wyniki nie będą się istotnie różnić od oczekiwań, prawdopodobnie nie wpłyną one istotnie na zachowanie rynku, ewentualne rozczarowanie mogłoby jednak niekorzystnie przełożyć się na wycenę dolara amerykańskiego, gdyż sugerowałoby, iż obawy rynku materializują się.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:45 – spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego
  • 14:30 – konferencja prasowa Europejskiego Banku Centralnego
  • 14:30 – dane o dynamice cen w USA w marcu
  • 17:50 – przemawia Randal Quarles z FOMC
  • 20:00 – przemawia Benoit Coeure z EBC
  • 20:00 – “minutki” z ostatniego spotkania FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Konsumenci nie chcą monopolu taksówek

Warszawa, 10 kwietnia 2019 r. – W dyskusji o regulacji przewozów osobowych najwyższy czas dopuścić do głosu najbardziej zainteresowanych – pasażerów. To według źródeł ponad kilka milionów Polaków. Ich stanowisko i opinie poznajemy w najnowszym badaniu przeprowadzonym przez Forum Konsumentów. Pasażerowie chcą wolności wyboru usługi. Przewozy zamawiane przez aplikację są tańsze i szybsze, a zdaniem klientów bardziej przewidywalne jeśli chodzi o ceną i komfortowe niż te konwencjonalnymi taksówkami.

Dyskusję na temat regulacji przewozów osobowych zdominowało stanowisko tradycyjnych taksówkarzy, najgłośniej artykułujących swoje interesy. Bardzo słabo słyszalny jest natomiast głos grupy znacznie liczniejszej: klientów. Choć z usług przewozowych korzysta codziennie kilka milionów Polaków, to w debacie, dotyczącej tak istotnego aspektu ich codziennego życia, nie mają oni swojej zorganizowanej reprezentacji. Teraz ich głos można jednak usłyszeć. Pozwala na to opublikowane dziś badanie przewozów osobowych, przeprowadzone pod koniec marca przez firmę Quality Watch na zlecenie fundacji Forum Konsumentów.

– Z badania wynika, że konsumenci chcą wygody, użyteczności i prostoty korzystania z usług i produktów. Stawiają na jakość i dostępność „tu i teraz”. A nowoczesne rozwiązania to dla nich w tym przypadku przejazdy zamawiane przez aplikację. – mówi Agnieszka Plencler, prezes Forum Konsumentów.

Klienci chcą wolności wyboru

Pierwszą częścią badania był sondaż pasażerów korzystających z przewozów w największych miastach w Polsce. Drugą – audyt przejazdów. Audytorzy przejechali ponad 800 km pojazdami korporacji taksówkowych oraz autami nowoczesnych przewozów osobowych dostępnych poprzez aplikacje (w sumie 72 kursy w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie). Sprawdzano m.in. czas zamówienia i dotarcia samochodu, łatwość zamówienia, zachowanie kierowcy, ceny czy sposoby płatności.

Wyniki? Usługi oparte na aplikacji działają lepiej i są wyżej oceniane przez klientów. Dzieje się tak, ponieważ:

● Aplikacje okazują się najszybszym sposobem wezwania przejazdu (Taxi telefoniczne: 1:51 min, Taxi aplikacja 1:32 min, Przewozy z aplikacji 1:12 min.
● Na pojazd zamawiany w ten sposób krócej się czeka (taksówka zamawiana przez telefon dojeżdża średnio 9 min, a auto z aplikacji 6 min)
● Klienci z góry znają cenę i nie obawiają się nieprzyjemnych niespodzianek (W przypadku taxi telefonicznego w 18% przypadku znana była oszacowana cena, w przypadku taxi z aplikacji w 83%, natomiast w przewozie z aplikacji w 100%. Szacunek ceny był prawidłowy w 100% w przypadku taxi telefonicznego oraz przewozu z aplikacji, natomiast w przypadku taxi z aplikacji w 90%).
● Kurs jest tańszy niż w taksówką na telefon. Ta ostatnia kosztuje średnio 3,91 zł/km, podczas gdy taxi z aplikacji, Uber czy Bolti: 3,23 zł/km. To ok. 20 proc. różnicy
● W przejazdach „aplikacyjnych” rozliczenie jest automatyczne i nie zabiera czasu po dojechaniu na miejsce. Czas potrzebny na rozliczenie to 0:27 min w przypadku aplikacji, 1:04 min jeśli chodzi o gotówkę, natomiast 1:36 min karta płatniczą.

Mitem jest rzekomo wyższy poziom usług w taksówkach na telefon. Przeciwnie, to przejazdy z aplikacją oceniano lepiej: średnia ocena zadowolenia z przejazdu to 4,45 dla taksówek na telefon vs 4,71 dla tych z aplikacji. Kierowcę motywuje bowiem opcja recenzji w aplikacji, którą może mu wystawić pasażer. W taksówce zamawianej telefonicznie klient jest na podrzędnej pozycji – w razie problemów pozostaje mu kłopotliwe składanie reklamacji.

Audyt potwierdził, że przy przejazdach Uberem lub Boltem występuje niekiedy bariera językowa między klientem a obcojęzycznym kierowcą. Ale, jak wskazuje prezes Forum Konsumentów, dla niektórych pasażerów brak presji na prowadzenie rozmowy okazuje się zaletą, bo w tym czasie wolą spokojnie odpocząć lub wykorzystać go na pracę.

Starsi wolą zwykłe taxi

Są osoby, którzy preferują tradycyjne taksówki na telefon. To ludzie starsi, w wieku powyżej 50 lat. 75% respondentów z grupy wiekowej 51-64 lata korzysta z częściej z taksówek. W przypadku grupy wiekowej 65+ ten odsetek wynosi 94%. Nie mają zaufania do aplikacji w smartfonach, nie podoba im się konieczność podawania danych osobowych i numerów kart w aplikacji.

– Niech pasażerowie sami zdecydują, jakie usługi będą przodowały na tle innych. Dostęp do szerokiej oferty usług przejazdu taksówkami i przewozami osobowymi to respektowanie jednego z podstawowych praw konsumenta, czyli do wolności wyboru. Ważne, aby im nie ograniczać dostępu do różnych opcji. – apeluje Agnieszka Plencler.

Konsumenci nie chcą monopolu taksówek

Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR, zwraca uwagę na to, że aplikacje taksówkowe oraz przewozy autami prywatnymi ułatwiają przemieszczanie się osobom, dla których zwykłe taksówki są za drogie. Ale to bynajmniej nie eliminuje z rynku taksówkarzy. TOR badał to zjawisko w latach 2013 – 2016. Z wydanego w 2017 r. raportu wynika, że miastach, w których pojawił się Uber, nie spadła liczba taksówek. Przeciwnie, liczba wydawanych licencji wzrastała: w Krakowie o ponad 8 proc, a we Wrocławiu i Warszawie o ok. 15 proc. Nie zanotowano pogorszenia sytuacji kredytowej kierowców ani zachwiania w regulowaniu rat leasingowych.

Mimo to taksówkarze walczą z poszerzaniem dostępu do rynku. W 2013 r. protestowali przeciwko temu, by w gminach powyżej 100 tys. mieszkańców kierowcy nie musieli zdawać egzaminów z topografii i prawa miejscowego (Trójmiasto zliberalizowało ten przepis, nic złego się nie stało). Protestowali też gdy pojawił się w Polsce Uber – oficjalnie w trosce o bezpieczeństwo klientów.

Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR
Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR

– Taksówkarze, a przynajmniej spora ich część, nigdy nie będą zadowoleni. Teraz protestują nadal, mimo że przyjęty przez Rząd projekt ustawy, nakazuje kierowcom Ubera licencje taksówkarza uzyskać, przy czym warunki jej zdobycia będą znacznie łatwiejsze dla wszystkich. – wskazuje Adrian Furgalski.

Badania opublikowane przez Forum Konsumentów pokazują, że planowana nowelizacja przepisów transportowych idzie w parze z naturalnymi oczekiwaniami milinów Polaków. Pasażerowie chcą od tych usług przewidywalności, pewności trasy, znajomości opłaty z góry i szerokiego wyboru opcji. Chcą mieć możliwość korzystania także z przewozów z aplikacji.

– Klient ma większe zaufanie do takiej formy przejazdu, bo ma po prostu większe panowanie nad zamówioną usługą. – podsumowuje wiceprezes TOR.

****
O badaniu:

W dniach 27-29 marca 2019 r. firma Quality Watch na zlecenie Fundacji Forum Konsumentów wykonała badanie dotyczące przewozów osobowych w największych miastach w Polsce. Badanie składało się z dwóch części. Badanie internetowe CAWI na próbie 500 dorosłych osób, uczestników panelu Ariadna, mieszkańców największych polskich miast (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Gdańsk, Szczecin, Bydgoszcz, Lublin), aktywnie korzystających z przejazdów osobowych i taksówek. Badania opinii klientów po odbyciu przejazdów taksówkami i pojazdami przewozów osobowych dostępnych poprzez aplikacje w: Warszawie, Krakowie i Wrocławiu – próba 72 przejazdy

Prognozy wzrostu PKB dla Polski

Większość obserwatorów jest zgodna, że 12 kwietnia Brexitu nie będzie. Nadal nie wiadomo jednak kiedy zostanie wyznaczony kolejny termin. Znaczące różnice pomiędzy prognozami NBP a MFW dla wzrostu PKB w Polsce.

Czy UE zaproponuje grudniowy termin Brexitu?

Media donoszą, że w Brukseli proponowany przez premier Theresę May termin 30 czerwca nie cieszy się popularnością. Nikt nie chce kolejnych krótkich skoków, gdzie od razu wszyscy są pod ścianą i nie ma czasu na negocjacje. W grze zdaniem informatorów jest jeszcze termin marcowy, ale ten ma swoich przeciwników. Nawet gdyby ustalono wersję grudniową, ma ona zawierać klauzulę pozwalającą na wcześniejsze opuszczenie struktur unijnych.

Jeżeli Wielka Brytania nie porozumie się z UE w sprawie terminu, już w piątek opuści struktury unijne. Scenariuszem tym jest zainteresowane właściwie tylko skrajne skrzydło Partii Konserwatywnej, więc jest on raczej mało prawdopodobny. Patrząc na brak sukcesów premier Theresy May w Izbie Gmin musi ona ponownie usiąść do negocjacji. Bez zmiany istotnych elementów nie uda się jej przeprowadzić przez izbę wersji, która mogłaby uzyskać większość. Doskonałym komentarzem do całej sytuacji są notowania funta, który powoli oddaje ostatnie umocnienia. Optymizm inwestorów względem wysp wyraźnie spada.

Prognozy PKB dla Polski

Polska ostatnimi laty regularnie przekracza prognozy instytucji międzynarodowych jeżeli chodzi o tempo wzrostu PKB. Powodem jest między innymi niedoszacowanie pozytywnego krótkookresowego wpływu na gospodarkę znacznych transferów socjalnych. Dobrym przykładem rozbieżności są różnice w prognozach pomiędzy Narodowym Bankiem Polskim a Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Obie instytucje są zgodne, że w kolejnych latach nie uda się w Polsce utrzymać 5% tempa wzrostu PKB.

Fundusz prognozuje, że do 2021 roku tempo spowolni do 2,8%. Prognozy NBP dają nam z kolei nadzieję na 3,6%. Do tego czasu będzie miało miejsce co prawda jeszcze kilka ważnych wydarzeń jak wybory w Polsce i być może Brexit. Gdyby prognozy NBP się sprawdzały byłby to dobry sygnał dla złotego. Szybciej rosnąca gospodarka jest atrakcyjniejsza dla inwestorów. Kupując naszą walutę będą oni zwiększać jej cenę, a tym samym mniej będziemy płacić za inne waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – Strefa Euro – konferencja prasowa po decyzji EBC w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – inflacja konsumencka,
  • 20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Moonlit S.A. gamingowy software house z Krakowa zadebiutuje na NewConnect

Gaming jest dziś najszybciej rozwijającym się sektorem branży rozrywkowej. Polskie firmy nie tylko produkują gry, ale też coraz częściej tworzą innowacyjne technologie, sprzedawane w Polsce i za granicą. Przykładem może być Angular Light, rewolucyjna technologia oświetlenia czy mechanizm zachowania wody – Ultimate Water System autorstwa firmy Moonlit S.A.

Światło, jakiego jeszcze nie było

Angular Light to technologia oświetlenia, dedykowana w całości do gier 2D, stworzona w pełni przez Moonlit S.A. – polski gamingowy software house z Krakowa. Na rynku obecne są jeszcze dwie inne technologie (forward rendering i deferred rendering), które są domyślnie zintegrowane z większością silników gier i są uniwersalne, czyli nadają się do gier 2D i 3D.

Rozwiązanie krakowskiej spółki gwarantuje emisję światła z obiektów o różnym kształcie (zamiast jak w innych dynamicznych technologiach – z konkretnego punktu). Rozwiązanie charakteryzuje się też znacznie wyższą wydajnością na wszystkich platformach. To cecha szczególnie pożądana na urządzeniach mobilnych.

Angular Light kierowane jest głównie do twórców zaawansowanych graficznie gier 2D, którzy szukają nowych rozwiązań w zakresie symulacji oświetlenia. W pierwszej kolejności będzie   to rozwiązanie dla firm, które chcą wyprzedzić konkurencję. W kolejnym kroku planujemy wydanie technologii jako plug-inu – dodatku i rozszerzenia do silnika gier Unity. Plug-in będzie dostępny do kupienia za pośrednictwem platformy Asset Store. Nie wykluczamy też sprzedania całej technologii na wyłączność. Postrzegamy to jako ważne ogniwo w strategii finansowania i rozwoju spółki – przyznaje Michał Gardeła, CEO Moonlit S.A.

Moonlit, w ramach grantu udzielonego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, planuje przygotowanie platformy testowej, którą będzie gra komputerowa na platformę PC (Steam). W tej chwili trwają prace nad projektem gry. Dostarczenie Angular Light na rynek planowane jest na koniec 2019 roku.

Woda z czwartego wymiaru

Moonlit stworzył też Ultimate Water System – mechanizm zachowania wody, który wykorzystuje możliwości fotorealistycznej grafiki, czy zaimplementowanego cyklu dnia i nocy.

Ultimate Water System umożliwia graczom rzut oka pod powierzchnię wody, by przyjrzeli się mieszkającym tam rybom i morskiej florze. Mechanizm pierwotnie stworzony został z myślą  o symulatorze wędkarstwa Ultimate Fishing Simulator spółki Ultimate Games.

Możliwości Ultimate Water System wykorzystane zostały też w grze Deadliest Catch: The Game, przygotowanej na licencji Discovery Channel. To symulator poławiania krabów, w którym gracze – jako kapitanowie statku – wyruszają na Morze Beringa. Doświadczenie trudnej profesji oparte jest na kanwie programu „Najniebezpieczniejszy zawód świata”. Premiera tytułu na PC planowana jest na 2019 rok.

Cyberprzestępcy polują na małe i średnie firmy

Według danych należącego do firmy Fortinet laboratorium FortiGuard, tylko w trzecim kwartale 2018 r. liczba unikalnych wariantów złośliwego oprogramowania wzrosła aż o 43 proc. Odnotowano także zwiększenie o 32 proc. liczby rodzin tych szkodliwych narzędzi[1]. Wzrost zagrożenia dla firm z sektora MŚP wynika z faktu, że cyberprzestępcy koncentrują się na skutecznych, przystępnych cenowo i gwarantujących wysoką „stopę zwrotu” atakach.

Zarządy w małych i średnich przedsiębiorstwach przywykły myśleć, że ze względu na swoją wielkość nie są atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców. Niestety dzieje się inaczej. Przechowują bowiem takie same dane osobowe i finansowe jak wielkie firmy, a zazwyczaj mają słabsze zabezpieczenia.

Jednym z głównych źródeł zagrożeń dla bezpieczeństwa danych w małych i średnich firmach są niewystarczająco zabezpieczone telefony komórkowe oraz urządzenia z kategorii IoT (internetu rzeczy, ang. Internet of Things). W miarę jak przedsiębiorstwa przechodzą cyfrową transformację, niezliczone urządzenia są podłączane do firmowej sieci. Jeśli nie zostaną objęte odpowiednimi procedurami ochronnymi, będą stwarzały możliwości, które cyberprzestępcy chętnie wykorzystają.

Mając to na uwadze, eksperci Fortinet wskazują następujące kluczowe problemy związane z bezpieczeństwem danych w małych i średnich firmach:

  • Niedobór umiejętności w zakresie cyberbezpieczeństwa. Małe i średnie przedsiębiorstwa są szczególnie dotknięte problemem luki kompetencyjnej w obszarze cyberbezpieczeństwa. W przeciwieństwie do największych firm, często brakuje im zasobów (głównie finansowych) niezbędnych do zatrudnienia zespołu ds. bezpieczeństwa sieci. W rezultacie specjaliści IT często zwracają uwagę na oferty pracy w większych organizacjach, które mogą zapewnić im znacznie lepsze warunki.
  • Niewystarczające rozwiązania ochronne. Przy ograniczonych możliwościach finansowych i personalnych, wiele małych i średnich firm jest zmuszonych do korzystania z niedostatecznych zabezpieczeń. Ułatwia to cyberprzestępcom ominięcie kontroli i uzyskanie dostępu do sieci.
  • Brak szkoleń i polityki bezpieczeństwa. Osoby decyzyjne w małych i średnich przedsiębiorstwach często zakładają, że ich firmy są mniej narażone na cyberatak. W rezultacie niewiele z nich inwestuje w odpowiednie szkolenia. Jednak, według raportu firmy Verizon z 2018 r. (Data Breach Investigation Report), 58 proc. ofiar złośliwego oprogramowania zaliczanych jest do kategorii małych firm. Podczas gdy większe organizacje posiadają odpowiednie zasoby do szkolenia specjalistów IT, wiele mniejszych nie może sobie na to pozwolić. Sprawia to, że są bardziej narażone na ataki z wykorzystaniem socjotechnik, takich jak np. phishing.

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w PolsceBiorąc pod uwagę obecny krajobraz zagrożeń, udane naruszenie bezpieczeństwa sieci może być dla małego i średniego biznesu szczególnie trudne i doprowadzić do zatrzymania działania firmy nawet na kilka tygodni – mówi Jolanta Malak, dyrektor polskiego oddziału Fortinet.

Firmy z tego sektora powinny inwestować przede wszystkim w rozwiązania umożliwiające rozpoznawanie cyberprzestępczej aktywności. Najskuteczniejsza będzie analiza na bazie informacji gromadzonych lokalnie, uwzględniająca następnie globalne źródła danych o zagrożeniach. Pozwoli to zidentyfikować słabe punkty we własnych sieciach przedsiębiorstw i uniknąć katastrofalnych w skutkach naruszeń bezpieczeństwa.

[1] https://www.fortinet.com/content/dam/fortinet/assets/threat-reports/threat-report-q3-2018.pdf

Czym jest reworking?

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Popularny outsourcing, który polega na oddaniu zewnętrznemu przedsiębiorstwu zadań niezwiązanych bezpośrednio z podstawową działalnością, pozwala firmom na skupienie się na biznesie, a także optymalizuje liczbę zatrudnionych osób. Do podobnych systemów współpracy należy reworking, o którym opowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Powierzenie kompleksowej obsługi zewnętrznym podmiotom pozwala na redukcję kosztów utrzymania kadry, która wykonuje pewne czynności tylko w określonych okolicznościach. W ten sposób działa coraz popularniejszy w Polce reworking, czyli zlecanie wykonania szeregu czynności – najczęściej na wyrobach niezgodnych – w celu przywrócenia ich do pierwotnej, odpowiedniej specyfikacji.

Poprawić, przerobić lub stworzyć

Reworking zapewnia kompleksową obsługę w obszarze kontroli jakości, segregacji, modyfikacji lub naprawy produktów dostarczanych przez klientów-dostawców. Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes Grupy Smart Work: „Współpraca na tym polu gwarantuje odpowiednią selekcję, sortowanie i montaż wyrobów, modyfikację lub naprawę produktów nie spełniających wymagań jakościowych oraz późniejsze pakowanie i transport pełnowartościowych towarów. Dzięki reworkingowi producenci nie muszą zatrudniać stałych i dodatkowych zasobów ludzkich na terenie swojego przedsiębiorstwa. W przypadku reworkingu nie ma również konieczności dysponowania nieruchomością i infrastrukturą techniczną do realizacji danego zlecenia.”.

Usługa reworkingu wpływa na poprawę jakości produktu, który cechuje konkretna wada wymagająca korekty. Korekta ta przeprowadzana jest przez przeszkolonych do tego pracowników przy użyciu specjalnych narzędzi. Wszystkie części lub produkty dostarczone klientowi po przeprowadzeniu reworkingu są zgodne ze specyfikacją jakościową oraz odpowiadają wymaganiom użytkowania końcowego. Należy jednak wiedzieć, że reworkingowi może być poddana każda usługa, produkt czy operacja – nie musi być to wyłącznie kontrola jakości.

Reworking – gdzie go szukać?

Reworking redukuje koszty związane z zatrudnieniem i utrzymaniem stałej kadry specjalistów. Zlecenie grupy zadań podwykonawcom umożliwia modyfikację niepełnowartościowych partii wyrobów, przy jednoczesnym zachowaniu najwyższych standardów procesu oraz jakości ostatecznego produktu. W przypadku samodzielnego pozyskiwania pracowników wyszkolonych w tym zakresie, proces ten może okazać się dla wielu przedsiębiorców problematyczny. Jak się okazuje, rosnący problem z zapełnianiem braków kadrowych doprowadza do sytuacji, w której przedsiębiorca narażony jest na wydłużenie czasu poszukiwania, pozyskanie gorszej jakości pracownika oraz brak opłacalności samego przedsięwzięcia.

Wielu producentów nie posiada wystarczającej ilości wyspecjalizowanych pracowników, którzy mogliby przeprowadzić diagnostykę oraz naprawę. Dlatego w tym wypadku ratunkiem są wyspecjalizowane firmy, które na życzenie klientów sprawdzają, modyfikują lub naprawiają wyroby, a następnie zwracają gotowy towar lub półprodukt. Dzięki temu w sytuacjach awaryjnych przedsiębiorcy nie muszą zatrudniać dodatkowych osób, ponieważ przypadki, w których produkty są niezgodne z przyjętymi normami są często jednorazowe.” – mówi prezes Smart Work.

Pracodawca decydujący się więc na usługi reworkingu świadczone przez firmy takie jak Smart Work, może skorzystać z wyspecjalizowanych centrów serwisowych, gdzie na zlecenie wykonywane są zadania z zakresu przebudowy, pakowania, sortowania, kontroli jakości, modyfikacji, korekty, montażu oraz naprawy. W ramach współpracy oferowany jest również własny transport produktów objętych umową oraz badania jakościowe. „Dzięki wykonywaniu określonych zadań przez naszych wyspecjalizowanych pracowników, przedsiębiorcy decydujący się na reworking zyskują możliwość realizacji każdego projektu, nawet tego najbardziej wymagającego. W tym czasie klient może skupić się na głównych obszarach działania firmy, bez przymusu organizacji nowych stanowisk pracy.” – podsumowuje Mariusz Hoszowski.

Mikołaj Pertek objął stanowisko dyrektora FIBARO na Europę Centralną

Mikołaj Pertek, zarządzający od ponad dwóch lat polskim oddziałem FIBARO, awansował na stanowisko dyrektora na Europę Centralną. Poza Polską odpowiadać będzie za rozwój FIBARO w Niemczech, Czechach, Słowacji, Austrii
i Szwajcarii.

Mikołaj Pertek - dyrektor FIBARO na Europę Centralną
Mikołaj Pertek – dyrektor FIBARO na Europę Centralną

Z firmą FIBARO, jedną z wiodących światowych marek systemów smart home z siedzibą w Poznaniu, Mikołaj Pertek jest związany od 2015 roku. Karierę rozpoczął jako manager ds. rozwoju sprzedaży. Pod koniec 2016 roku awansował na stanowisko country managera. Przez cały ten czas zajmował się w firmie rozwojem i intensywną popularyzacją rozwiązań z dziedziny smart home na terenie całej Polski. Swoje zdolności managerskie Mikołaj Pertek rozwija od 2009 roku. Jest absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i MBA w ramach programu Franklin University.

Zadaniem nowego dyrektora FIBARO na Europę Centralną będzie powtórzenie w większej skali świetnych wyników, które jako country manager wspólnie z zespołem osiągnął na terenie Polski. Pod jego kierownictwem w 2018 roku wartość sprzedaży systemów smart home FIBARO wzrosła o 47% w stosunku do roku poprzedniego. Tym samym liczba sprzedanych produktów zwiększyła się o 28% w porównaniu z 2017 rokiem.

Osiągnięcie tak dobrych efektów było rezultatem odpowiedniego zdiagnozowania potrzeb klientów i ich rosnącej świadomości. Trendy wzrostowe widać zresztą nie tylko na rynku krajowym, ale też w całym obszarze Środkowej i Wschodniej Europy. Przykładowo w Serbii było to 162%, na Węgrzech 231%, na Słowacji 830%, a w Rosji aż 976%.

Zwiększanie popytu i sprzedaży systemów smart home nie byłoby możliwe bez systematycznej dywersyfikacji kanałów, którymi FIBARO dociera do klientów detalicznych. Chociaż kluczowym kanałem dotarcia jest rozwinięta sieć instalatorska i współpraca
z deweloperami, to mocny nacisk kładzie się na jak największe zwiększanie dostępności – dlatego poznański system smart home można nabyć także u dostawców energii, firm telekomunikacyjnych, a także w wiodących sklepach technologicznych i sieciach DIY.

Przychody branży fitness w Polsce w 2018 roku wyniosły ponad 4 mld zł

W Europie wciąż trwa moda na bycie fit. Beneficjentami tego trendu są nie tylko osoby prowadzące zdrowy tryb życia, ale także przedsiębiorstwa działające
w sektorze. Obecnie do europejskich klubów fitness uczęszcza już 62,2 mln osób, czyli o 3,5 proc. więcej niż rok temu. Przychody klubów wyniosły w 2018 roku 27,2 mld euro. Jak wynika z szóstej edycji raportu „The European Health & Fitness Market 2019”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte we współpracy z organizacją EuropeActive polski rynek usług fitness
w kolejnych latach nadal będzie się rozwijał. Do klubów, których liczba na koniec ub. roku wyniosła ponad 2,5 tys., uczęszcza blisko 3 mln Polaków. Z usług klubów fitness korzysta jednak zaledwie 8 proc. mieszkańców Polski, co pokazuje jak duże perspektywy rozwoju ma przed sobą ta branża.  
 

Wartość europejskiego rynku fitness w 2018 roku wyniosła 27,2 mld euro, czyli o 3,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Niemal dwie trzecie tej liczby stanowią przychody wygenerowane w pięciu krajach: Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech oraz Hiszpanii. – Niemcy umocniły swoją pozycję jako kraj z największymi przychodami w sektorze, a na drugim miejscu utrzymała się Wielka Brytania. Oba kraje łącznie odpowiadają za wygenerowanie prawie 40 proc. przychodów w Europie – mówi Przemysław Zawadzki, Partner, Lider Grupy Sportowej w Deloitte. Pierwsza dziesiątka największych rynków fitness w rankingu, z Polską na siódmym miejscu, ma ponad 80 proc. udział w całości ubiegłorocznych przychodów. Łącznie w 2018 roku z ofert klubów fitness korzystało 62,2 mln Europejczyków w porównaniu z 60 mln osób w 2017 roku.

Niemcy największym graczem

Wielkość rynku fitness największych 18 krajów europejskich wzrosła o 3,3 proc. od 2017 roku, osiągając w roku 2018 przychody w wysokości 25,6 mld euro, w tym 23,3 mld euro z opłat członkowskich. W Europie największe przychody generuje rynek niemiecki, który osiągnął w 2018 roku 5,33 mld euro. Tuż za nimi znajduje się Wielka Brytania z 5,25 mld euro. Pod względem liczby członków klubów fitness Niemcy również przodują w rankingu, z 11 mln klubowiczów w analizowanym roku. W wielu krajach europejskich, m.in. w Niemczech, Francji, Hiszpanii czy Polsce można zaobserwować trend polegający na rosnącej liczbie klientów klubów fitness przy jednocześnie malejących opłatach członkowskich.

Biorąc pod uwagę wskaźnik penetracji, czyli relację liczby klubowiczów do całkowitej ludności danego kraju, państwa skandynawskie i Holandia pozostają liderami na arenie europejskiej, osiągając odpowiednio 20,5 proc. (średnia dla Szwecji, Norwegii i Danii) i 17,1 proc. Taka sytuacja jest wynikiem dużej aktywności fizycznej mieszkańców, wysokiego wskaźnika urbanizacji oraz obecności dużych sieci fitness w tych krajach. Jednocześnie istotny potencjał rozwoju dostrzega się w Turcji, gdzie wskaźnik penetracji wyniósł w 2018 roku zaledwie 2,6 proc. W Polsce jego wartość nieznacznie wzrosła i osiągnęła 7,9 proc., czyli minimalnie lepiej niż średnia dla całej Europy (7,8 proc.).

Niskokosztowe kluby wabią klientów

Liderem w Europie pod względem liczby członków pozostaje niemiecka sieć McFit. W 2018 roku było to aż 1,95 mln osób, o ponad 200 tys. więcej niż w roku poprzednim. Na drugiej pozycji znalazł się holenderski Basic-Fit z 1,84 mln klubowiczów, a tuż za nim brytyjski PureGym z ponad 1 mln osób.

– To głównie nisko kosztowe sieci fitness odpowiadają za przyrost klubowiczów w Europie. Klienci oczekują od dużych sieci coraz wyższej jakości przy zachowaniu istotnej presji na obniżkę cen. Pod koniec 2018 roku trzydziestu graczy rynku siłowni z największą liczbą członków zebrało łącznie 15,4 mln osób, czyli o 1,5 mln więcej niż w roku poprzednim. Na szczycie listy dominują właśnie sieci niskobudżetowe – mówi Szymon Pankowski, Menedżer, Ekspert Grupy Sportowej Deloitte. Jednak jeśli brać pod uwagę wysokość przychodów, liderem w rankingu pozostaje David Lloyd Leisure – sieć premium z Wielkiej Brytanii, która w 2018 roku wygenerowała 545 mln euro. Na drugiej pozycji znalazł się Basic-Fit (402 mln euro), a tuż za nim Migros Group (383 mln euro), która jako jedyna sieć na podium odnotowała spadek przychodów względem 2017 roku.

Polski rynek fitness się konsoliduje

W Polsce działa około 2,7 tys. klubów fitness, a suma ich przychodów na koniec 2018 roku wyniosła 985 mln euro, czyli około 4,2 mld zł. Średnia wysokość miesięcznej opłaty członkowskiej w klubie zmalała o 3,4 proc. względem roku 2017 i wynosi 27 euro, znacznie mniej niż średnia europejska (40 euro).

W porównaniu z innymi krajami europejskimi, polski rynek fitness jest bardzo rozdrobniony. Poza kilkoma większymi graczami na terenie kraju funkcjonuje bardzo wiele mikrosieci. Najwięcej, bo aż 113 własnych placówek, posiada Benefit Systems, który prowadzi kluby fitness w Polsce pod takimi markami jak Zdrofit czy Fabryka Formy. Benefit Systems jest także największym w kraju pośrednikiem fitness zapewniającym dostęp do sieci siłowni, klubów fitness i innych obiektów sportowych bezpośrednio klientowi lub przez pracodawcę. Takie rozwiązanie oferuje także OK System Polska.  – Spotyka się to nie tylko z dużym zainteresowaniem Polaków, ale również przyczynia się do zwiększenia aktywności klientów w sektorze. Na razie nic nie wskazuje, by tendencja ta miała się zmienić – mówi Przemysław Zawadzki . Tuż za Benefit Systems w rankingu w 2018 roku znajdowała się sieć Calypso która dysponowała 59 klubami. 14 z nich zmieniło właściciela na Benefit Systems ale w 2018 funkcjonowały jeszcze pod marką Calypso.

Rok 2018 obfitował w liczne zmiany na rynku fitness. W Polsce najaktywniejszym graczem była wspomniana wcześniej spółka Benefit Systems, która dokonała czterech istotnych transakcji w Polsce i kilka poza jej granicami. Grupa nabyła, m.in. większościowy pakiet w FitnessClub S4 oraz Fit Fabric, a także dodała do swojego czeskiego portfolio kilka klubów zagranicznych, głównie w Czechach. – Nadal możemy spodziewać się istotnej aktywności w obszarze fuzji i przejęć na rynku operatorów fitness oraz rynkach pokrewnych, np. pośredników – agregatorów ofert rynkowych. Duże sieci fitness chcą się rozwijać i prowadzić ekspansję na rynki zagraniczne. Rynkiem fitness akwizycyjnie zainteresowani są także gracze finansowi, czyli fundusze typu private equity i venture capial. Może to oznaczać, że biznes fitness pozwala otrzymywać satysfakcjonujące zyski i ciekawe stopy zwrotu z inwestycji. W 2017 roku w Europie zrealizowano 20 istotnych transakcji, a w 2018 roku mieliśmy ich już 24 – mówi Szymon Pankowski.

Zdaniem autorów raportu w najbliższym czasie na rynek fitness duży wpływ będą miały nowoczesne technologie. Innowacyjne rozwiązania wciąż są rozwijane i pozwalają na alternatywne formy aktywności fizycznej poza siłownią, parametryzowanie i śledzenie własnej aktywności fizycznej, dzielenie się wynikami/ osiągnięciami sportowymi i wiedzą za pośrednictwem sieci społecznościowych oraz treningi na inteligentnych systemach sprzętowych. Klienci mają już możliwość wykonywania treningów w domu przy pomocy instruktaży online, mogą korzystać z licznych aplikacji na smartfony, czy dosłownie „nosić” technologie w postaci specjalnego sprzętu monitorującego postępy. W 2018 roku globalne dostawy takiego sprzętu sięgnęły 125 mln sztuk, a przewiduje się, że do 2022 roku mają wynieść 189 mln. Coraz więcej osób wybiera także aktywność fizyczną na zewnątrz, w formie organizowanych treningów grupowych lub personalnych na świeżym powietrzu. Istotnego znaczenia nabierają także treningi w ramach klubów butikowych, treningi funkcjonalne typu cross-fit, zajęcia celowane np. dla kobiet lub osób starszych.

Doręczanie pism w sprawie podatkowej i ustanowienie pełnomocników

Formularz pełnomocnictwa szczególnego do sprawy podatkowej zawiera rubrykę „pełnomocnik do doręczeń w sprawie”. Co się stanie, jeśli nie zaznaczymy tej rubryki?

Zasady doręczania pism pełnomocnikowi

Ustanawiając pełnomocnika do reprezentacji w konkretnej sprawie, należy skorzystać z formularza PPS-1, tj. pełnomocnictwa szczególnego, zawierającego dość znaczną liczbę pól do wypełnienia. Zgodnie z art. 145 § 2 Ordynacji podatkowej pisma doręcza się stronie, a jeśli w sprawie został ustanowiony pełnomocnik, to temu pełnomocnikowi. Oznacza to, że jeżeli podatnik ustanowi w swej sprawie pełnomocnika, to o wszystkich pismach i czynnościach organu dowie się on od swego pełnomocnika, bowiem w takiej sytuacji organ nie doręcza już pism jemu, ale pełnomocnikowi. Osoba będąca stroną danej procedury może zatem przestać obawiać się, że nie odbierze jakiegoś ważnego pisma – obowiązek taki spoczywa na jej pełnomocniku. Podkreślić trzeba jeszcze, że w procedurze podatkowej istnieje zakaz pomijania pełnomocnika. Zatem nawet jeśli organ wyśle pismo na adres podatnika, to dopóki to samo pismo nie zostanie doręczone pełnomocnikowi, nie wywiera skutków prawnych (np. nie biegnie termin do złożenia odwołania od decyzji podatkowej).

Istotne jest także to, że podatnik może ustanowić kilku pełnomocników. Dlatego właśnie, wyznaczając więcej niż jednego pełnomocnika w tej samej sprawie, podatnik ma obowiązek wskazać organowi jednego z nich, jako pełnomocnika do doręczeń. Wynika z tego, że ustanawiając tylko jednego pełnomocnika, nie istnieje ustawowy obowiązek wyznaczania go, jako pełnomocnika do doręczeń, gdyż prawo odbierania korespondencji wynika z samego pełnomocnictwa. Zatem niezaznaczenie „TAK” w polu nr 46 pełnomocnictwa szczególnego nie powinno mieć żadnego znaczenia w takiej sytuacji i organ w dalszym ciągu musi doręczyć pismo pełnomocnikowi.

Jedyny pełnomocnik

Często jednak organy podatkowe są odmiennego zdania, w związku z czym pomijają (celowo bądź w wyniku niewiedzy) tego jedynego pełnomocnika i nie doręczają mu pism z uwagi na dość powszechne przyjęcie założenia, że ustanowienie pełnomocnika do reprezentacji w sprawie nie powoduje, iż jest on również wyznaczony do doręczeń. Implikacji podatkowych w takim przypadku może być wiele. Dla przykładu podatnik wraz ze swym pełnomocnikiem nie dowiedzą się o wydanej decyzji wymiarowej albo organ wysyła ową decyzję na adres podatnika, który nie podejmuje korespondencji i następuje tzw. fikcja doręczenia. Teoretycznie termin na złożenie odwołania od decyzji mija, zaś sama decyzja staje się – również teoretycznie – ostateczna i wszczynane jest postępowanie egzekucyjne oraz karne skarbowe.

W praktyce jednak termin na złożenie środka zaskarżenia nie upłynął, gdyż w ogóle nie rozpoczął swego biegu, o czym należy zawsze pamiętać.

Kilku pełnomocników

Jakkolwiek ustanawiając jednego pełnomocnika, nie mamy obowiązku wskazywania, że jest on również „do doręczeń”, to już w sytuacji ustanowienia kilku pełnomocników taki obowiązek występuje (art. 138g Ordynacji podatkowej). Co jednak w sytuacji, jeśli podatnik zapomni o wyznaczeniu jednego z nich do doręczeń?

Otóż nawet w takiej sytuacji organ ma obowiązek sam podjąć decyzję, któremu z tych pełnomocników doręczy pismo. Nie ma on jednak prawnej możliwości doręczenia pisma bezpośrednio na adres podatnika.

Reasumując, organy podatkowe często nie działają zgodnie z procedurą podatkową. To w gestii pełnomocnika leży obowiązek wykrywania takich sytuacji i ich wyjaśnianie, choć zdecydowanie lepszą metodą jest zapobieganie takim właśnie przypadkom. Niestety, nie zawsze pełnomocnik ma na to wpływ, ale zawsze pomoże, gdy podatnik znajdzie się w takim położeniu. Dlatego właśnie warto zastanowić się nad ustanowieniem pełnomocnika, który będzie czuwał nad tokiem postępowania i patrzył organom „na ręce”.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Skanowanie i fotografowanie w sklepach nadal nie jest mile widziane

Sklepy częściej zezwalają na skanowanie niż na fotografowanie cen i etykiet. Na jedno i drugie najbardziej otwarte są dyskonty. Następne za nimi są hipermarkety. Z kolei robienie zdjęć jest najmniej akceptowane w supermarketach, a skanowanie – w drogeriach. Natomiast format RTV AGD ma środkowe miejsca w zestawieniach. Klientom, którzy łamią wewnętrzne zakazy, najczęściej grozi wyproszenie ze sklepu. Jednak przed wejściem do placówek, a także w ich wnętrzach zwykle nie widać informacji dot. zakazu robienia zdjęć – 76%. Regulaminy widnieją tylko w 63% sklepów. Badacze porównali też obecne wyniki z uzyskanymi w 2017 roku. Poziom akceptacji skanowania podniósł się o 28 p.p. W przypadku fotografowania nastąpił wzrost o 24 p.p.

Łatwiej skanować czy fotografować?

Z badania przeprowadzonego przez agentów platformy TakeTask wynika, że pracownicy sklepów częściej zezwalają na skanowanie niż na fotografowanie – 78% vs 74% cen, etykiet i innych elementów produktowych. Jak stwierdza Łukasz Stefański, Business Development Manager w Hiper-Com Poland, różnica wynika z tego, że robienie zdjęć pozwala na ewentualne odtwarzanie konkretnych ekspozycji w innych placówkach. Skanowanie etykiet lub metek w tym nie pomaga. I tutaj wyraźnie widać, że sprzedawcy nie chcą, żeby ich pomysły na rozkładanie produktów były powielane przez konkurencję. Traktują je jako własność intelektualną i dlatego są bardziej uprzedzeni do fotografii.

Sebastian Starzyński, prezes zarządu instytutu badawczego ABR SESTA
Sebastian Starzyński, prezes zarządu instytutu badawczego ABR SESTA

– Dla mnie zaskoczeniem jest wysoki odsetek akceptacji robienia zdjęć. Pod koniec 2017 roku 50% badanych nie zgadzało się na fotografowanie i tyle samo nie zezwalało na skanowanie. Dziś więcej konsumentów korzysta ze smartfonów i mniej osób pracuje w handlu. Ganianie klientów po sklepach za uwiecznianie produktów wydaje się więc coraz mniej prawdopodobne. Pracownikom brakuje czasu na ważniejsze obowiązki – zauważa Sebastian Starzyński, prezes zarządu platformy TakeTask.

Najbardziej otwarte na fotografowanie są dyskonty – 87%. Za nimi są hipermarkety – 83%, sklepy RTV AGD – 75%, a także drogerie – 70%. Na końcu zestawienia znalazły się supermarkety – 66%. Łukasz Stefański tłumaczy, że liderzy rankingu dążą do oferowania najniższych cen na rynku. Nie boją się porównania ich z konkurencją. Czują się bezpiecznie, gdy klienci robią u nich zdjęcia etykiet. Z kolei hipermarkety, ze względu na skalę działania, mogą sprzedawać tańsze produkty niż mniejsze powierzchniowo supermarkety. I dlatego je wyprzedzają.

– Z badania wynika, że na skanowanie również najczęściej zezwalają dyskonty – 87%. I następne znów są hipermarkety – 83%. Jednak tym razem na 3. miejscu są supermarkety – 82%, a dopiero za nimi sklepy RTV AGD – 75%, a także drogerie – 60%. Dwa ostatnie formaty walczą z showroomingiem, czyli z odwiedzaniem ich sklepów w celu wyboru produktów kupowanych potem taniej w sieci. Dlatego są najbardziej uprzedzone – wyjaśnia dr Paweł Jurowczyk, Product Development Manager w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Porównując wyniki sprzed dwóch lat, widać, że dyskonty najbardziej zmieniły swoje podejście do ww. czynności. Poziom aprobaty zarówno dla skanowania, jaki i fotografowania podniósł się o 72 p.p. W hipermarketach nastąpił wzrost o 56 p.p. w obu przypadkach. W RTV AGD odnotowano plus 20 p.p. W supermarketach przyzwolenie na robienie zdjęć wzrosło o 28 p.p. Skanowanie zyskało 61 p.p. Tylko w drogeriach nastąpił spadek akceptacji dla tego ostatniego działania – o 7 p.p. A fotografowanie jest tam lepiej widziane niż w 2017 roku. Zdaniem prezesa Starzyńskiego, przychylność dla zachowań klientów będzie rosła we wszystkich formatach, bo ich zadowolenie najbardziej służy sieciom.

Informowanie konsumentów

– Przed wejściem do sklepu bądź w jego wnętrzu zwykle nie znajdują się oddzielne informacje dot. robienia zdjęć – 76%. Może to świadczyć o tym, że osoby zarządzające placówkami zdają sobie sprawę z obowiązujących regulacji prawnych. Konsumenci mają pełne prawo do porównywania cen i właściwości produktów w każdy możliwy sposób, także za pomocą smartfonów. Nie zmienia to jednak faktu, że klienci są bacznie obserwowani przez ochronę. Wykonując ww. czynności, mogą być podejrzewani np. o szpiegostwo gospodarcze – komentuje ekspert z Hiper-Com Poland.

W hipermarketach prawie w ogóle nie ma ww. informacji – 96%. W supermarketach też raczej się ich nie stosuje – 76%. Podobnie jest w dyskontach – 73%. Częściej umieszcza się je w drogeriach i w sklepach RTV AGD – odpowiednio 40% i 29%. W ocenie Karola Kamińskiego, Dyrektora Zarządzającego Grupy AdRetail, jest to skorelowane z tym, że dwa ostatnie formaty szczególnie chcą ograniczać wizyty klientów zainteresowanych jedynie oglądaniem produktów i porównywaniem cen. Zarówno kosmetyki z wyższej półki, jak i sprzęty elektroniczne należą do art. często kupowanych online.

– Nasi agenci stwierdzili też, że w 63% sklepów są obecne regulaminy, a w 37% ich nie widać. Braki raczej wynikają z zaniedbań występujących w poszczególnych placówkach. Generalnie pracownicy mają problemy z egzekwowaniem centralnych decyzji, bo wykonują na co dzień wiele obowiązków. Przyjmują towar, dbają o jakość ekspozycji, obsługują klientów, dokładają brakujące produkty na półki, a także aktualizują ceny i promocje. Weryfikowanie, czy regulamin sklepu jest odpowiednio widoczny, z punktu widzenia biznesu, wydaje się być daleko na liście priorytetów – uważa prezes Starzyński.

Sytuacja najlepiej wygląda w sklepach RTV AGD. Aż 100% ma wywieszone regulaminy. Potem są hipermarkety i supermarkety – po 61%, a następne drogerie – 50%. Na ostatnim miejscu są dyskonty – 33%. Jak podsumowuje Łukasz Stefański, placówki, w których sprzedawany jest sprzęt elektroniczny, dbają o pełną transparentność panujących zasad ze względu na bardzo cenny asortyment. Ma on służyć konsumentom przez lata i trzeba ostrożnie się z nim obchodzić. Pracownicy dyskontów mają najmniejszą potrzebę informowania klientów o ich prawach i obowiązkach, bo nie obawiają się tak bardzo reklamacji.

Co grozi klientom?

– W sklepach zabraniających fotografowania lub skanowania produktów zapytano dodatkowo pracowników, jakby zareagowali, gdyby klient nie zastosował się do zakazu. Pod tym kątem zbadano łącznie 26% placówek. Nie prowokowano tego typu sytuacji, tylko przewidywano je, jak ewentualnie mogłyby wyglądać w praktyce – informuje dr Jurowczyk.

Na pytanie, co zrobi obsługa sklepu po złamaniu zakazu robienia zdjęć lub skanowania produktów, najczęściej, odpowiadano, że wyprosi klienta – 74%. Rzadziej wskazywano, że poprosi go o zaprzestanie tych czynności – 29%, jak również o usunięcie zdjęć bądź skanów – 10%. Na końcu wspominano, że zostanie wezwana policja – 6%. Łukasz Stefański przypomina, że każde z ww. działań jest bezprawne. Gdyby interwencja pracowników sieci była bardzo natarczywa, klient może złożyć zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.

– Wszelkiego rodzaju interwencja w takich przypadkach jest rzadko stosowana. Raczej chodzi o zniechęcenie klientów do robienia zdjęć i skanów niż o faktyczne interweniowanie. Jednak to i tak staroświeckie podejście. W dzisiejszym zdigitalizowanym świecie fotografowanie jest dla większości ludzi codzienną czynnością, wykonywaną nie tylko w sklepach, ale też w restauracjach czy w parkach. Incydent polegający na wyproszeniu klienta ze sklepu może natychmiast pojawić się w sieci w postaci nagrania. I wówczas dla takiej sieci jest to realny problem wizerunkowy – przekonuje prezes Starzyński.

Zdaniem Karola Kamińskiego, centrale sklepów powinny wyciągnąć wnioski z zebranych wyników i przeprowadzić poważne rozmowy z pracownikami. Jeżeli większość badanych jest gotowa wypraszać klientów za drzwi z powodu skanowania lub fotografowania produktów, to znaczy, że brakuje również zrozumienia dla podstawowych potrzeb konsumentów. W obecnych czasach to najprostsze sposoby na porównywanie cen, ale także na zbieranie opinii o upatrzonych artykułach. Rozsyłane zdjęcia do znajomych mogą tak naprawdę przyciągnąć do sieci wielu zainteresowanych. Złe traktowanie klientów jest niedopuszczalne i nieopłacalne.

W IV kwartale 2017 roku agenci platformy TakeTask ankietowali pracowników 98 sklepów. Wśród nich było 12 drogerii, 14 dyskontów, 12 sklepów RTV AGD, 15 hipermarketów i 11 placówek convenience. Ponadto zbadano 34 supermarkety. Natomiast w I kwartale 2019 roku analizą objęto 120 sklepów, w tym 20 drogerii, 15 dyskontów, 23 hipermarkety, 24 sklepy RTV AGD i 38 supermarketów. W każdym miejscu rozmawiano tylko z 1 pracownikiem. Następnie Instytut Badawczy ABR SESTA porównał dane uzyskane w ww. latach.

Cisco ponownie najlepszym miejscem do pracy w Polsce

Jak wynika z badania Great Place To Work, Cisco jest najlepszym miejscem pracy w Polsce. Firma znalazła się na pierwszym miejscu drugi rok z rzędu.

Cisco_Great Place to Work 2019Największy wpływ na pozycję Cisco miały opinie pracowników, którzy stwierdzili, że firma jest zarządzana w sposób etyczny i sprawiedliwy, a każdy pracownik traktowany równo niezależnie od stanowiska jakie zajmuje. Menedżerowie wspierają swoje zespoły, są opiekuńczy, a dostęp do nich nie jest ograniczony, gdyż firma nie tworzy sztucznych barier. Ponadto osoby zatrudnione w Cisco twierdzą, że organizacja stworzyła najlepsze środowisko pracy, w którym ludzie czują się swobodnie i mogą realizować swoje cele zawodowe. Nagrodę Great Place to Work 9 kwietnia w Warszawie odebrał Ramon Tancinco, szef oddziału Cisco w Krakowie.

Cisco Polska posiada dwa oddziały, zatrudniające łącznie prawie 2000 osób: biuro odpowiedzialne za sprzedaż w Warszawie i centrum w Krakowie, w której specjaliści firmy zajmują się usługami z zakresu monitoringu sieci, cyberbezpieczeństwa i obsługi klienta. Cisco Global Services Center w Krakowie to obecnie największe centrum zaawansowanych usług technicznych i biznesowych Cisco w Europie. W stolicy małopolski znajduje się również jedno z trzech, po Stanach Zjednoczonych i Japonii,
Cisco Security Operations Center (SOC). Firma jest także aktywna na płaszczyźnie społecznej odpowiedzialności biznesu. Od lat realizuje program Cisco Networking Academy mający na celu podniesienie poziomu edukacji informatycznej oraz umożliwienie uczniom i studentom rozwoju kariery zawodowej w branży IT, co w związku z dynamicznym rozwojem technologii bezpośrednio przekłada się na konkurencyjność polskiej gospodarki.

„Jesteśmy niezwykle dumni, że Cisco Polska drugi rok z rzędu zajęło pierwsze miejsce w rankingu Great Place To Work! To wyróżnienie jest dla nas szczególnie ważne i wartościowe, ponieważ o jego przyznaniu decydują pracownicy. Traktujemy tę nagrodę jako impuls do jeszcze bardziej uważnego wsłuchania się w głos naszego zespołu, aby praca w Cisco była jeszcze przyjemniejsza. Razem bierzemy udział w rozwoju usług internetowych, które stanowią motor napędowy współczesnej gospodarki” – powiedział Ramon Tancinco, Dyrektor Cisco Kraków.

Emocje na trzech frontach

Po dwóch dniach flauty przyszedł czas na wstrząsy, a przynajmniej takie są rynkowe nadzieje w obliczu wydarzeń, które są przed nami. EUR czeka na wynik posiedzenia EBC, USD ma inflację CPI i minutki FOMC, a GBP obserwuje nadzwyczajny szczyt UE ws. brexitu. Oczekiwania są zbudowane, więc w teorii powinno się obyć bez zaskoczeń.

Ostatnim razem w marcu prezes EBC Mario Draghi zaprezentował wyraźne gołębi przekaz, który zaskoczył rynek i przyniósł przecenę euro o ponad 1 proc. Bank nie tylko poinformował o przedłużeniu programu tanich pożyczek dla banków komercyjnych (TLTRO), ale także przedłużył forward guidance o 3 miesiące i teraz deklaruje utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie co najmniej do końca 2019 r. Jednocześnie mocno zostały ścięte prognozy inflacji i wzrostu. Od czasu marcowego posiedzenia dane z europejskiej gospodarki pozostawały co najwyżej mieszane, zatem Radzie Zarządzającej EBC pozostaje strategia wait-and-see. Potencjalnym ryzykiem jest, czy presji inflacyjnej może być kwestią palącą dla decydentów na tyle, że nie będą chcieli zwlekać z łagodzeniem nastawienia, nawet jeśli ma się to tylko ograniczać do werbalnych ostrzeżeń. Jeśli do komunikatu wróci stwierdzenie, że „stopy procentowe pozostaną na obecnym poziomie lub niżej” (nawet jeśli EBC nie będzie się kwapić do faktycznej obniżki), byłoby to mocne zaskoczenie, które wyraźnie uderzyłoby w EUR. Draghi w marcu zaskoczył i zbił EUR o ponad 1 proc. To pokazuje, jaka jest wrażliwość nieprzygotowanego rynku.

Pytaniem jest, czy EBC ma interes w potęgowaniu swojej gołębiości i czy rynek faktycznie uwierzy w gotowość banku do obniżek? Jakkolwiek w pierwszej reakcji nie będzie miało sensu walczyć z rynkiem sprzedającym euro, tak w końcowym rozrachunku może być to fałszywy ruch. Nie jest tajemnicą, że arsenał EBC jest mocno ograniczony i dalsze obniżki mocno uwierałyby jastrzębich członków Rady, szczególnie że w kolejnych miesiącach zaczną oni mieć decydujące zdanie (dla głównego ekonomisty Praeta kwietniowe posiedzenie jest ostatnim; kadencja Draghiego kończy się w październiku). Z drugiej strony dla dobra oczekiwań inflacyjnych EBC może zaryzykować złagodzenie komunikatu, z którego potem się wycofa. Zdaje się, że taką strategię przyjął RBA i RBNZ i to pomaga utrzymać AUD i NZD w ryzach. Moim zdaniem EUR/USD nie ma dużo miejsca do osłabienia i może być szybko ratowany jeszcze przed 1,12.

Dodatkowym elementem dla huśtawki EUR/USD są CPI z USA i minutki z FOMC. Wokół danych występuje asymetria reakcji: wyższy odczyt nie przekona inwestorów, że Fed nagle wróci do podwyżek, ale niższe figury będą wodą na młyn dla wieszczących obniżki jeszcze przed końcem roku. Możliwe też, że w protokole z marcowego posiedzenia FOMC uczestnicy rynku będą bardziej wrażliwi na dyskusję o warunkach koniecznych dla Fed do przejścia do obniżek. W sytuacji słabszych od prognoz danych o inflacji, oczekiwania na gołębi przekaz Fed zaczną się budować jeszcze przed wieczorem.

Wreszcie dziś spełnione mogą być nadzieje, by na kilka miesięcy uda zapomnieć o ryzyku bezumownego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. O 12:00 startuje nadzwyczajny szczyt przywódców państw członkowskich, gdzie najbardziej prawdopodobna jest zgoda na przedłużenie procesu negocjacyjnego do 1 kwietnia 2020 r., ale w elastycznej formie, tzw. FLEXtension – Wielka Brytania będzie mogła starać się o skrócenie tego terminu, jak tylko Izba Gmin zaakceptuje porozumienie ws. wyjścia z Unii. Rynek GBP czeka na ostateczną decyzję (gdy w sprawie brexitu nic nigdy do końca nie jest pewne), ale odsunięcie wizji bezumownego brexitu powinno przynieść rajd ulgi. Do czasu, aż znowu coś się nie skomplikuje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Problem frankowiczów powoli rozwiązuje się sam

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy frank szwajcarski podrożał o prawie 10 procent. Wbrew niedawnym zapowiedziom, nie zanosi się jednak, by Sejm zajął się tą kwestią w obecnej kadencji. W odróżnieniu od wielu innych, problem powoli rozwiązuje się sam.

Pod koniec kwietnia ubiegłego roku zakończyła się dobra passa posiadaczy kredytów w szwajcarskiej walucie. Od pierwszych dni grudnia 2016 r. do końca kwietnia 2018 r. potaniała ona z niemal 4,17 do 3,48 zł, a więc aż o 69 groszy, czyli o 16,5 proc., przynosząc podwójną ulgę, raz w postaci niższych rat, i dwa, w postaci obniżenia się poziomu zadłużenia w przeliczeniu na złote. Efekt kursowy, w połączeniu ze spłatami, spowodował spadek wartości kredytów frankowych ze 162,5 do 126 mld zł, czyli o ponad 22 proc., do poziomu najniższego od ponad dziesięciu lat i o ponad 36 proc. (o 72 mld zł) niższego niż pod koniec 2011 r., gdy wartość kredytów frankowych osiągnęła poziom najwyższy w historii. Jednak w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy kurs franka szwajcarskiego wzrósł z 3,48 do 3,8 zł., czyli o 9,1 proc. W górę poszły więc znów raty i wartość zadłużenia, ale tylko w przypadku poszczególnych kredytobiorców, bowiem całkowita wartość frankowego zadłużenia na koniec lutego 2019 r. wynosiła niecałe 126 mld zł, a więc niemal się nie zmieniła w porównaniu do kwietnia 2018 r. Ten przykład pokazuje dlaczego, poza samym zadłużonym, nikomu nie spieszy się do systemowego rozwiązywania problemu kredytów walutowych. Tym bardziej, że ich spłacalność nie stanowi z punktu widzenia banków większego kłopotu, a społeczne poparcie dla ewentualnej pomocy „frankowiczom” jest niewielkie. Spośród wielu pojawiających się w ciągu ostatnich lat propozycji, Sejm miałby zająć się stosunkowo prostym, niezbyt kosztownym, adresowanym do faktycznie potrzebujących wsparcia zadłużonych, projektem modyfikującym i rozszerzającym zasady działania Funduszu Wsparcia Kredytobiorców. Stworzyłby on możliwość dobrowolnego porozumiewania się banków i zadłużonych w sprawie ewentualnego przewalutowania kredytów frankowych. Mimo tego, że problem powoli sam się rozwiązuje, wraz ze zmniejszaniem się łącznej wartości kredytów walutowych, to jednak kwota 126 mld zł wciąż jest dość poważna, a ryzyko związane ze wzrostem kursu franka pozostaje aktualne.

Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Debiut certyfikatów strukturyzowanych na indeks WIG.GAMES

  • Na GPW zadebiutowały pierwsze certyfikaty strukturyzowane bazujące na indeksie WIG.GAMES
  • Emitentem jest Raiffeisen Centrobank AG (RCB) z Wiednia

Od 9 kwietnia tego roku po raz pierwszy w obrocie giełdowym dostępne są certyfikaty strukturyzowane, dla których instrumentem bazowym będzie skupiający producentów gier indeks WIG.GAMES. Emitentem jest austriacki Raiffeisen Centrobank (RCB).

– Niespełna miesiąc od uruchomienia WIG.GAMES mamy już pierwszego emitenta certyfikatów strukturyzowanych bazującego na tym nowym indeksie. Koncentrowaliśmy wysiłki na tym, by nowe indeksy były jak najatrakcyjniejszymi instrumentami bazowymi dla całej gamy produktów dostępnych w obrocie na GPW. Cieszymy się, że emitent RCB wychodzi naprzeciw oczekiwaniom inwestorów szukających zróżnicowanych produktów inwestycyjnych. Zarząd GPW zamierza dalej rozwijać rynek produktów strukturyzowanych, z którymi wiążemy duże nadzieje mówi Izabela Olszewska, członek zarządu GPW.

Do obrotu trafiły dwa certyfikaty strukturyzowane typu FAKTOR long z dźwignią 3 i 4. Raiffeisen Centrobank wprowadził do obrotu także certyfikaty bazujące na indeksach WIG40.

– To pokazuje, że indeksy obliczane przez GPW są atrakcyjnymi instrumentami bazowymi dla różnorodnych produktów inwestycyjnych. Giełda rozwija systematycznie ten zakres swojej działalności – dodaje Izabela Olszewska.

Austriacki emitent jest największym emitentem certyfikatów strukturyzowanych na GPW.

– Obecnie na warszawskiej giełdzie notowanych jest ponad 750 certyfikatów strukturyzowanych, których emitentem jest Raiffeisen Centrobank AG (RCB). Jesteśmy dumni, że emitując nowe certyfikaty oparte o nowe instrumenty bazowe możemy odpowiadać na potrzeby inwestorów w Polsce. Cieszymy się, że jesteśmy pierwszym emitentem, który stworzył produkty umożliwiające handel na nowym indeksie WIG.Games jednocześnie zapewniając płynność. Mamy nadzieje, ze certyfikaty strukturyzowane Raiffeisen Centrobank będą cieszyć się coraz większym zainteresowaniem inwestorów w Polsce dając jednocześnie możliwość odpowiedniej dywersyfikacji portfela – mówi Anna Kujawska, manager RCB na region CEE.

Na GPW notowanych jest łącznie ponad 1200 produktów strukturyzowanych. Inwestorzy mają duży wybór zróżnicowanych instrumentów bazowych: akcji, koszyków akcji, indeksów czy produktów rolnych. Ponadto produkty strukturyzowane umożliwiają wybór instrumentu bazowego zgodnego z preferowanym poziomem ryzyka inwestycyjnego, a także możliwość zarabiania na wzrostach i spadkach cen instrumentów bazowych.

Dynamika zmiany wartości kredytów mieszkaniowych oraz cen na rynku nieruchomości

Analitycy Biura Informacji Kredytowej zbadali, czy wzrost cen na rynku nieruchomości może mieć wpływ na dynamikę wartości udzielanych kredytów mieszkaniowych. W tym celu zestawiono dane o wartości mieszkaniowych zobowiązań kredytowych z BIK oraz ceny nieruchomości, pochodzące z Bazy Cen Nieruchomości Cenatorium, dotyczące 8 miast Polski z IV kwartałów lat 2014–2018. Z danych BIK wynika, że średnia wartość udzielonych w IV kw. 2018 r. kredytów mieszkaniowych w ośmiu miastach Polski: Warszawa, Wrocław, Poznań, Kraków, Gdańsk oraz Lublin, Łódź, Olsztyn wynosiła 341,08 tys. zł.

Najwyższe zobowiązanie udzielone było w Warszawie na wartość 397,55 tys. zł, a najniższe – w Olsztynie na kwotę 261,97 tys. zł. W ślad za Olsztynem uplasował się Lublin (277,1 tys. zł) oraz Łódź (269,65 zł). W pozostałych pięciu miastach średnia wartość zaciągniętego kredytu przekraczała 300 tys. zł. Przyjmując 20% wkład własny, średnia wartość kupionej nieruchomości w Warszawie, z wykorzystaniem kredytu mieszkaniowego, wynosiła w IV kw. 2018 r. 477 tys. zł.Dynamika zmiany wartości kredytów mieszkaniowych

Dynamika zmiany wartości kredytów mieszkaniowych

Na wykresie prezentujemy dynamikę zmiany wartości kredytów mieszkaniowych udzielonych w latach 2014–2018 w 8 miastach. Z tych ośmiu miast najniższą dynamikę średniej wartości udzielonego kredytu mieszkaniowego w IV kw. 2018r. do IV kw. 2017r. odnotowaliśmy w Warszawie – tylko 3,5%. Najwyższą zaś w Łodzi 17,8%.

Dynamika wzrostu wysokości cen nieruchomości

W oparciu o dane Bazy Cen Nieruchomości Cenatorium porównano dynamiki wzrostu cen w tych miastach w okresie IV kw. 2018 r. do IV kw. 2017 r. W Warszawie najwyższą dynamikę zmiany ceny odnotowały mieszkania do 35 m2 (+14%) a najniższą – o metrażu 70-80 m2 (+4%). Natomiast w Łodzi najniższą dynamikę wzrostu odnotowały mieszkania o metrażu 80–100 m2 – 8,01%. Najwyższą ponad 20% łódzkie mieszkania o powierzchni 35–40 m2 oraz powyżej 100 m2.

Na dynamikę wartości średniej kwoty udzielanego kredytu mieszkaniowego, poza wzrostem cen nieruchomości, wpływają również inne czynniki, do których należą m.in posiadanie oszczędności oraz sprzedaż innych aktywów nieruchomościowych które zwiększają wkład własny. Nie dotyczy to zazwyczaj osób młodych kupujących pierwsze mieszkanie, w przypadku których wkład własny jest zazwyczaj na poziomie 10 -20%.

Elektroniczny Sąd Polubowny „Ultima Ratio” będzie korzystać z Profilu Zaufanego

Stowarzyszenie Notariuszy Rzeczypospolitej Polskiej podpisało porozumienie z Ministrem Cyfryzacji dotyczące Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego „Ultima Ratio”. W ramach umowy sąd tworzony przy stowarzyszeniu, będzie mógł korzystać z profilu zaufanego, podpisu kwalifikowanego oraz e-dowodów tożsamości. Ułatwi to identyfikacje tożsamości użytkowników, którzy będą występować przed sądem  w charakterze stron. Ultima Ratio, który zostanie uruchomiony pod koniec kwietnia tego roku, będzie pierwszą instytucją prowadzącą arbitraż gospodarczy korzystającą z tego rozwiązania. Wyroki przez notariuszy będą wydawane w ciągu 3 tygodni, czyli ponad 20 razy szybciej niż w sądzie tradycyjnym.

Profil zaufany to bezpłatna metoda potwierdzania tożsamości obywatela w systemach elektronicznej administracji publicznej. Profil zaufany działa jak odręczny podpis. Można dzięki niemu wysyłać przez internet dokumenty i wnioski do różnych urzędów (np. wnieść podanie, odwołanie, skargę). Profil zaufany potwierdza tożsamość obywatela, podobnie jak kwalifikowany podpis elektroniczny, skutecznie zastępuje w kontaktach z podmiotami publicznymi podpis własnoręczny.  Korzystając z podpisu można złożyć wniosek o dowód, zameldować się, zgłosić narodziny dziecka, potwierdzić e-PIT, uzyskać Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego i sprawdzić liczbę pkt karnych. Już ponad 3,3 miliona Polaków korzysta z profilu zaufanego.

Zgodnie z założeniami Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, przyjętej w 2017 roku, działaniem zmierzającym do zwiększenia sprawności funkcjonowania instytucji Państwa, w tym administracji, jest podjęcie działań mających na celu usprawnienie funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, w tym upowszechniania pozasądowych metod rozstrzygania sporów gospodarczych. Projektem strategicznym w powyższym zakresie jest zapewnienie dostępu obywateli do właściwie zorganizowanego wymiaru sprawiedliwości. Tak ważna więc jest poprawa funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości i instytucji wpływających na jego kształt m. in poprzez sprawne i szybkie rozstrzyganie sporów, a więc w sposób umożliwiający realizację w większym stopniu postulatu dostępu obywateli do wymiaru sprawiedliwości. Dlatego zdecydowaliśmy się udostępnić Stowarzyszeniu Notariuszy Rzeczypospolitej Polskiej możliwość podłączenia Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego „Ultima Ratio”  do Węzła Krajowego i wykorzystania środków identyfikacji, w tym Profilu Zaufanego , wspierając w ten sposób pozasądowe metody rozwiązywania sporów.”- komentuje Anna Weber, Zastępca Dyrektora Departamentu Systemów Państwowych z Ministerstwa Cyfryzacji.

Ultima Ratio będzie rozstrzygał spory gospodarcze między przedsiębiorcami. W Polsce co roku sądy powszechne rozpatrują ponad 300 tysięcy takich spraw w tradycyjnych salach sądowych. Ultima Ratio jest arbitrażowym sądem nowej generacji. Jest on wyłącznie internetowy – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać. Pozew składa się w ciągu kilku minut po zalogowaniu się do systemu informatycznego. Wyrok zaś ma być co do zasady wydany w 3 tygodnie czyli ponad 20 razy szybciej niż w sądzie tradycyjnym.  Już od samego początku działalności Ultima Ratio jego arbitrzy będą gotowi do rozstrzygania kilku tysięcy spraw miesięcznie. Arbitrami Pierwszego Elektronicznego Sądu Polubownego są notariusze ze Stowarzyszenia Notariuszy RP.

„Działalność Ultima Ratio wymaga najwyższej staranności przy identyfikacji oraz uwierzytelnianiu tożsamości stron, zarówno powoda jak i pozwanego. Dzięki porozumieniu z Ministerstwem Cyfryzacji arbitrzy rozpoznający sprawy gospodarcze będą mieć możliwość upewnienia się, że zarejestrowany w systemie użytkownik jest rzeczywiście istniejącą osobą fizyczną, za którą się podaje. Jestem pewna, że korzystanie ze środków identyfikacji Węzła Krajowego, w tym Profilu Zaufanego ułatwi i przyśpieszy przebieg spraw rozpatrywanych przez Ultima Ratio”.- komentuje Anna Ewa Dańko-Roesler, Prezes Stowarzyszenia RP.

Stowarzyszenie Notariuszy RP sprawuje kompleksowy nadzór nad procesem orzeczniczym. Jest także odpowiedzialne za proces szkolenia arbitrów oraz za zapewnienie panelu eksperckiego do rozpoznawania spraw o szczególnie zawiłym charakterze. Korporacja notarialna liczy ponad 4.000 czynnych zawodowo notariuszy.

46 narodowości aktywnych zawodowo w Polsce

Wyłączając Ukraińców, liczba obcokrajowców pracujących w Polsce w ubiegłym roku, wzrosła trzykrotnie w porównaniu do 2017 r. wynika z raportu Grupy Progres. Mimo napływu do naszego kraju osób pochodzących m.in. z Białorusi, Mołdawii, Kazachstanu, Chin czy Rosji nadal są one mniejszością i stanowią ok. 10 proc. wszystkich pracowników tymczasowych. Pracodawcy są otwarci na emigrantów zarobkowych, z innych niż Ukraina kierunków, jednak ich zatrudnienie to nie tylko czasochłonne formalności, ale też spory wydatek.

Polskie firmy są coraz lepiej przygotowane do zatrudniania obcokrajowców różnych narodowości. Otwartość na nowe kierunki jest szczególnie widoczna w przedsiębiorstwach świadomych sytuacji panującej na globalnym rynku. Dlatego organizacje funkcjonujące w Polsce coraz częściej zmieniają kulturę organizacji i starają się stworzyć warunki pracy, które sprostają wyzwaniu, jakim jest wielonarodowościowa kadra. Niestety ich działania hamują przedłużające się procedury – nawet rok muszą czekać obcokrajowcy starający się o zezwolenie na pobyt czasowy i pracę w Polsce. Do tego dochodzą spore wydatki, jakie trzeba ponieść zatrudniając obcokrajowca.

Zakwaterowanie, transport, dokumenty, oświadczenia rejestrowe to tylko niektóre z obszarów generujących koszty, do pokrycia których zobowiązani są pracodawcy zatrudniający obcokrajowców – mówi Cezary Maciołek, Wiceprezes Grupy Progres. – Przyjęcie do zespołu osoby pochodzącej z Europy Wschodniej jest dla firmy kosztem większym o ok. 20 – 30 proc. niż przy zatrudnieniu Polaka. Natomiast w przypadku obywateli z dalszych kierunków np. Azji lub Ameryki Środkowej i Południowej koszty są jeszcze większe i wzrastają o ok. 30 – 40 proc. Z biznesowego punktu widzenia taka inwestycja może się opłacać, jednak na jej zwrot trzeba trochę dłużej poczekać – zaznacza Cezary Maciołek.

Narodowości aktywne zawodowo w Polsce

Według danych Grupy Progres obcokrajowcy zatrudnieni tymczasowo w Polsce pochodzą z 45 krajów (46 biorąc pod uwagę Ukrainę) i stanowią oni ok. 10 proc. wszystkich pracowników. Ich liczba wzrasta, jednak nie tak szybko jak miało to miejsce w przypadku Ukraińców. Polscy przedsiębiorcy najchętniej przyjmują do pracy obywateli z krajów z uproszczoną procedurą zatrudnienia, czyli naszych bliskich sąsiadów – są to Białorusini, Mołdawianie, Gruzini, Kazachowie, Azerowie czy Rosjanie. W przypadku cudzoziemców z Azji i Dalekiego Wschodu procedury są o wiele bardziej skomplikowane i często trwają zbyt długo. – W Polsce nadal napotykamy na dwie bariery zatrudniania obywateli z Azji i Dalekiego Wschodu. Pierwsza występuje na poziomie urzędów wojewódzkich – terminy wydawania zezwoleń na pobyt czy pracę są w dalszym ciągu odległe przez co proces zatrudniania m.in. Azjatów jest zbyt długi. Drugą z nich jest zauważalna niewydolność wydziałów konsularnych Ambasad RP przyjmujących wnioski wizowe – mówi Cezary Maciołek. – Czy sytuacja w najbliższym czasie ulegnie zmianie? Moim zdaniem stworzenie lepiej funkcjonującego systemu oraz odgruzowanie przeszłości będzie trwało i jest to proces, który należy z uwagą obserwować – podkreśla.

Koniec boomu emigracji zarobkowej?

Cudzoziemiec wjeżdżający do Polski na okres pobytu do 4 dni powinien posiadać minimum 300 PLN. Jeśli trwa on powyżej 4 dni trzeba dysponować środkami na pokrycie kosztów zakwaterowania, wyżywienia, tranzytu i powrotu do państwa pochodzenia w wysokości co najmniej 75 złotych na każdy dzień planowanego pobytu albo równowartość tej kwoty w walutach obcych. Dodatkowo przyjezdny powinien też posiadać bilet powrotny do kraju pochodzenia albo środki finansowe na zakup takiego biletu w wysokości – 200 złotych, jeżeli przybył z państwa sąsiadującego z Polską, 500 złotych w przypadku emigranta z państwa należącego do UE i nie sąsiadującego z Polską, około 2500 złotych, jeżeli cudzoziemiec przybył z innego państwa niż określone w powyższych punktach. Mimo tych wymogów dla rosnącej liczby obcokrajowców Polska nadal jest atrakcyjnym kierunkiem emigracji zarobkowej.

Chętni do przyjazdu i podjęcia pracy tymczasowej w Polsce są zarówno panowie, jak i panie. W styczniu 2019 r. liczba godzin przepracowanych przez obcokrajowców (wyłączając Ukraińców) wynosiła średnio 147 RBH. Przykładowo obywatele Białorusi (58 proc. kobiet, 42 proc. mężczyzn) na pracę poświęcili wtedy 161 RBH, Gruzini (34 proc. kobiet, 66 proc. mężczyzn) 150 RBH, a obywatele Mołdawii (44 proc. kobiet, 56 proc. mężczyzn) 129 RBH.

Według Cezarego Maciołka, polscy przedsiębiorcy chcą zatrudniać nie tylko Ukraińców, ale też pracowników pochodzących z innych krajów. Jednak naturalną ścieżką są dla nich narodowości bliskie geograficznie i kulturowo tj. Białorusini, Mołdawianie czy Gruzini. Liczba obcokrajowców pracujących tymczasowo w Polsce rośnie lawinowo, jednak ta dynamika już niebawem może wyhamować i to znacznie. Polska gospodarka osiągnęła apogeum i powoli wchodzi w etap spowolnienia gospodarczego. Sytuacja na rynku krajowym i światowym oraz niepokój firm co do przyszłości powodują, że przeznaczanie środków na sprowadzenie pracowników z odległych kierunków, może wiązać się z ryzykiem, którego firmy już wkrótce nie będą chciały podejmować.

W informacji wykorzystano dane Grupy Progres za 2017 r., 2018 r. i 2019 r.  analizujące 47 228 pracowników tymczasowych.

Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami zaprasza na April Consumer Credit Days 2019

25 i 26 kwietnia w Hotelu Warszawianka pod Serockiem odbędzie się kolejna, IV już edycja April Consumer Credit Days. Konferencja współorganizowana przez Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami (PZZW) tradycyjnie będzie poświęcona aktualnym kwestiom dotyczącym zarządzania należnościami w instytucjach z sektora Business to Consumer. Najważniejsze zmiany prawne mające obecnie największy wpływ na rynek kredytów konsumenckich i branżę windykacji czy nowoczesne technologie wspierające biznes i kontakt
z klientem – to tylko początek listy zagadnień, które zostaną poruszone podczas wydarzenia, na które ruszyła już rejestracja.

Wśród firm windykacyjnych, banków, firm pożyczkowych, platform cyfrowych i dostawców nowych technologii, kancelarii prawnych i innych podmiotów działających na rynku finansów konsumenckich lub świadczących usługi dla sektora B2C, April Consumer Credit Days (ACCD) jest już doskonale rozpoznawalną marką. Na konferencji, wzorem ubiegłorocznych edycji, także i w tym roku nie zabraknie aktualnych zagadnień związanych z zarządzaniem ryzykiem kredytowym. Wydarzenie jest platformą wymiany doświadczeń dla podmiotów, dla których wspomniany temat jest najistotniejszy w codziennym działaniu oraz bazą wiedzy dla firm zarządzającymi należnościami konsumentów.  Konferencja jest również okazją do wysłuchania ekspertów, którzy podzielą się z uczestnikami swoim know-how i najlepszymi praktykami.

Piotr Badowski, Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami
Piotr Badowski, Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami

Liderzy rynku w trakcie debat podsumują najważniejsze zmiany prawne, np. I kwartał obowiązywania znowelizowanej ustawy o komornikach sądowych, to jak nowe przepisy wpłynęły na rynek zarządzania wierzytelnościami i jak obecnie wygląda współpraca windykatorów i egzekutorów. Będziemy również poruszać temat kolejnych zmian w ustawodawstwie, które mają znaczenie dla całego środowiska. Chodzi o nowelizację Kodeksu Karnego, w tym o projekt antychlichwiarski i pomysł karania m.in. firmy windykacyjne za „uporczywe nękanie” osób zadłużonych oraz niezwykle ważną nowelizację Kodeksu Postępowania Cywilnego. Będziemy starali się odpowiedzieć na pytanie, w jakiej mierze szykowane akty prawne w praktyce wpłyną na funkcjonowanie firm pożyczkowych i windykatorów i czy, aby na pewno są ukłonem w stronę konsumenta i próbą uregulowania rynku oraz utrudnieniem działalności nieuczciwym przedsiębiorcom – komentuje Piotr Badowski, Prezes PZZW, współorganizator April Consumer Credit Days 2019.

W ciągu dwóch dni poszczególne panele będą skupiać się na takich zagadnieniach, jak: etyka zawodu windykatora, ochrona tożsamości konsumenta czy perspektywa rozwoju sektora consumer credit, przyszłość branży pożyczkowej i zarządzania wierzytelnościami. Pierwsze z wymienionych zagadnień jest szczególnie bliskie organizatorom wydarzenia. – Bycie drogowskazem dla firm z branży, wskazywanie im najlepszych praktyk, czyli postępowania, które jest zgodne z przepisami prawa i z zachowaniem jak najwyższych standardów etycznych, jest na stałe wpisane w misję naszej organizacji. Przygotowujemy nowelizację Kodeksu Postępowania i Etyki Rynku Zarządzania Wierzytelnościami PZZW i podczas ACCD omówimy postępy prac Grupy Roboczej – dodaje Krzysztof Sołkiewicz, Przewodniczący Grupy Roboczej ds. Kodeksu Etyki.

Harmonogram wydarzenia obejmie także tematy związane z branżą IT, m.in. sztuczną inteligencją i nowoczesnymi rozwiązaniami, które są wsparciem, chociażby w obsłudze płatności konsumenckich, scoringiem oraz skip tracingiem, oceniając tym samym skuteczność tych ostatnich w kontekście windykacji. – W programie ACCD znalazł się panel poświęcony nowoczesnym rozwiązaniom informatycznym, ponieważ wiemy, jak ta kwestia jest istotna dla branży zarządzania wierzytelnościami i podmiotów z sektora Business to Consumer świadczących usługi dla swoich klientów. W lutym powołaliśmy do życia nową inicjatywę, cykl śniadań technologicznych, które są odpowiedzią na potrzeby zgłaszane m.in. przez firmy windykacyjne w obszarze IT. Wprowadzenie odpowiednich rozwiązań informatycznych jest obecnie jednym z największych wyzwań dla branży, decyduje często o sukcesie firmy. Dlatego również podczas kwietniowej konferencji wraz z zaproszonymi ekspertami i uczestnikami zastanowimy się nad tym, jak wykorzystać nowoczesne technologie w zarządzaniu wierzytelnościami, ponieważ takie wsparcie służy również interesom osób zadłużonych – zauważa Piotr Badowski, PZZW.

Uczestnictwo w konferencji to również niepowtarzalna okazja do poszerzenia bazy kontaktów biznesowych oraz szansa na spotkanie z przedstawicielami wielu segmentów rynku usług finansowych w Polsce. April Consumer Credit Days dają możliwość skonfrontowania swojej wiedzy z doświadczeniami ekspertów oraz praktyków, którzy zdobywali swoje know-how nie tylko w naszym kraju, ale i za granicą. – Doskonała frekwencja podczas poprzednich trzech edycji i bardzo pozytywne reakcje uczestników są dowodem na to, że takie spotkania są potrzebne i pozwalają nam przypuszczać, że i w tym roku wydarzenie przyciągnie wielu uczestników – mówi Piotr Badowski, Prezes PZZW.

BNP Paribas Real Estate Poland wzmacnia linie biznesowe

BNP Paribas Real Estate Poland wzmacnia linie biznesowe w ramach usług agencji najmu oraz zarządzania nieruchomościami.

Anna Pływacz od marca pełni funkcję Zastępcy Dyrektora w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych.

Anna Pływacz
Anna Pływacz

Anna poszerzać będzie usługi doradztwa i reprezentacji najemców, zarówno tych obecnych na polskim rynku, jaki i marek debiutujących w regionie CEE. Związana jest zawodowo z rynkiem nieruchomości handlowych od ponad 11 lat, w tym od czterech lat w szeregach BNP Paribas Real Estate Poland, doradzając m.in. takim markom jak AmRest czy Notino. Specjalizuje się w negocjowaniu długoterminowych umów najmu, doradztwie w doborze efektywnej strategii rozwoju i optymalizacji sieci handlowych oraz pozycjonowaniu i repozycjonowaniu obiektów handlowych. Ma również doświadczenie w opracowywaniu koncepcji zagospodarowania gruntów z przeznaczeniem pod handel.

Wcześniej pracowała w międzynarodowych firmach deweloperskich oraz w funduszu nieruchomościowym, gdzie była odpowiedzialna, m. in. za koordynację procesu wynajmu galerii i parków handlowych na terenie całej Polski.

Anna jest absolwentką Studiów Podyplomowych „Zarządzanie Nieruchomościami” na Politechnice Warszawskiej oraz praktyk zawodowych z zakresu zarządzania nieruchomościami organizowanych przez Stowarzyszenie Przedsiębiorczości w Nieruchomościach. Tytuł magistra uzyskała na Uniwersytecie Warszawskim

Monika Wakulska
Monika Wakulska

Monika Wakulska zajmie stanowisko zastępcy Dyrektora Działu Reprezentacji Najemcy w Dziale Powierzchni Biurowych. Monika związana jest z BNP Paribas Real Estate od początku 2015 roku, pracując zarówno po stronie reprezentacji najemcy jak i wynajmującego.

Wcześniej, przed ponad 8 lat zdobywała doświadczenie w branży ICT i teletechnicznej obsługi budynków komercyjnych, działałając w imieniu właścicieli nieruchomości takich jak: CH Złote Tarasy, Lumen, Skylight, CH Galeria Mokotów, CH Wola Park, kompleks EMPARK, Warsaw Trade Tower, Europlex, North Gate.

Monika ukończyła Wydział Marketingu i Zarządzania na Wyższej Szkole Menedżerskiej, jak również podyplomowe studia w obszarze zarządzania nieruchomościami na Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie, uzyskując jednocześnie licencję Zarządcy Nieruchomości.

Joanna Wiczyńska
Joanna Wiczyńska

Joanna Wiczyńska objęła stanowisko Starszego Zarządcy Nieruchomości w Dziale Zarządzania Nieruchomościami. Joanna związana jest z BNP Paribas Real Estate Poland od dwóch lat. Wcześniej przez 5 lat zajmowała się zarządzaniem budynkami komercyjnymi w Colliers International, pracując m.in. dla takich klientów jak Tristan Capital Partners czy Allianz.

Joanna jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej oraz Podyplomowych Studiów Wyceny Nieruchomości na Politechnice Warszawskiej. Posiada licencję zarządcy nieruchomości,

Wiktor Kordowski
Wiktor Kordowski

W Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych stanowisko Konsultanta objął Wiktor Kordowski. Wiktor jest absolwentem Wydziału Geodezji i Kartografii Politechniki Warszawskiej. Z BNP Paribas Real Estate Poland związany jest od 2017 roku.

Marcin Gomoła, prezes zarządu Polnord o inwestycji na trójmiejskich Stogach

Na trójmiejskich Stogach, dzielnicy Gdańska, powstanie nowa ekologiczna inwestycja mieszkaniowa. Wykupiony przez Polnord pas ziemi, o wielkości czterech hektarów bezpośrednio sąsiaduje z plażą i przylega do działek mieszkalnych – będących także własnością firmy. Wykonawca planuje, by pierwsze mieszkania w nowych budynkach zostały oddane do użytku w 2021 roku, po zakończeniu pierwszego etapu budowy. Wtedy inwestycja stanie się wizytówką firmy, która ma ambicje urosnąć na rynku polskim jako pionier ekologicznych rozwiązań.

– W inwestycji na Stogach zastosowaliśmy rozwiązanie „ogrody zamiast kominów” – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Gomoła, prezes zarządu Polnord – Budynki postawione na działce w Stogach stworzą jeden z najbardziej proekologicznych kompleksów w Polsce. Jego ekologiczny profil będzie oznaczał, że tylko część energii doprowadzanej do budynków pochodzić będzie z miejskiej sieci. Dużą część zapotrzebowania na prąd i ogrzewanie pokryją źródła odnawialne i pompy ciepła. Na dachu nie będzie już kominów, ale będą ogrody. Dom, który jest domem z segmentu eko-premium, nie będzie się już kojarzył z dymiącym kominem, ale z zielenią na dachu i naokoło budynku – zapewnia Gomoła.

Będą zmiany w przepisach o uwłaszczaniu gruntów. Niektóre samorządy blokują wydawanie zaświadczeń nowym właścicielom

Będą zmiany w przepisach o uwłaszczaniu gruntów. Niektóre samorządy blokują wydawanie zaświadczeń nowym właścicielom 5

Tylko kilka procent osób uprawnionych uzyskało zaświadczenie o przekształceniu wieczystego użytkowania w prawo własności. Samorządy mają na to 12 miesięcy, ale już teraz widać, że niektóre z nich blokują przekształcenia, jeśli pojawiają się jakieś wątpliwości. Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju zapowiada nowelizację przepisów. Zmiany są już praktycznie gotowe. – Wprowadzimy też z pewnością ustawowo bonifikaty dla określonych grup społecznych, także na gruntach samorządowych – zapowiada wiceminister Artur Soboń.

W znakomitej większości samorządów jest pełna determinacja, aby wydawać zaświadczenia o przekształceniu użytkowania wieczystego we własność. Potwierdza ono opłatę i sam fakt przekształcenia, który potem będzie odnotowany w księgach wieczystych. Samorządy mają na to 12 miesięcy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Zgodnie z przepisami, od stycznia 2019 roku użytkowanie wieczyste gruntów przestało istnieć i zostało zamienione w przypadku lokali mieszkalnych na własność. Co do zasady użytkownicy wieczyści stali się z mocy prawa właścicielami takich gruntów bez konieczności dokonywania jakichkolwiek czynności prawnych. Urzędy gmin muszą jednak wydać zaświadczenia potwierdzające przekształcenie, a z tym – jak pokazują dane po trzech miesiącach obowiązywania nowych przepisów – jest jednak problem.

Wiemy już, że są takie samorządy, z którymi prowadzimy dialog na temat pewnych rozwiązań, ponieważ blokują przekształcenie w sytuacji, w której pojawiają się wątpliwości, np. konieczność podziału na gruncie czy kwestia oceny pomocy publicznej – ocenia Artur Soboń.

Dla części miast liczba koniecznych do wydania zaświadczeń przekracza ich możliwości, np. w Warszawie do wydania jest ok. 600 tys. decyzji, czyli ok. 2 tys. w ciągu dnia. Zarząd Unii Metropolii Polskich już zaapelował o wydłużenie terminu wydawania zaświadczeń o przekształceniu użytkowania wieczystego w prawo własności do roku 2023. Samorządy mają problemy z nieaktualnymi adresami do korespondencji, czy niejasnym prawem.

Są pewne kwestie, które wymagają interpretacji. Jeśli okaże się, że ta swoboda przy ocenie sytuacji jest zbyt duża i ona nie służy powszechnemu przekształceniu, to będą zmiany legislacyjne. Nie obawiamy się tych zmian przeprowadzić tak, aby jeszcze bardziej przyspieszyć wydawanie tych zaświadczeń – wskazuje sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Problemy z wydaniem zaświadczeń oznaczają kłopoty dla blisko 2,5 mln nowych właścicieli. Muszą oni zapłacić 20-krotność dotychczasowej stawki opłaty od użytkowania wieczystego. W razie jednorazowej spłaty mogą jednak liczyć na bonifikatę – na terenach państwowych do 60 proc., a na samorządowych – wedle ustalonej przez dany samorząd stawki. Konieczny jest jednak warunek, aby płatność jednorazowa została wniesiona w pierwszym roku od przekształcenia. W Polsce jest ok. 500 tys. właścicieli nieruchomości na gruntach Skarbu Państwa, a 2 mln właścicieli mieszkań i domów ma umowy użytkowania ustanowione na gruntach samorządowych.

Zmiany mamy praktycznie gotowe. One doprecyzowują pewne kwestie, ograniczają swobodę w interpretowaniu poszczególnych sytuacji przez samorządy. Wprowadzają także element społeczny, bo nie wszystkie samorządy przyjęły bonifikaty dla swoich mieszkańców z tytułu likwidacji użytkowania wieczystego. Wprowadzimy ustawowo bonifikaty dla określonych grup społecznych, np. dla rodzin z osobami niepełnosprawnymi, także na gruntach samorządowych, nie tylko na gruntach Skarbu Państwa – zapowiada Artur Soboń.

Pakiet zmian prawnych HASHGruntToWłasność przewiduje m.in. wyeliminowanie blokowania przekształcenia koniecznością dokonania podziału nieruchomości zabudowanej na cel mieszkaniowy, na której są dodatkowo inne obiekty, a także wprowadzenie „uproszczonego” trybu dokonania podziału nieruchomości, w przypadkach gdy taki podział będzie niezbędny.

– Nie będziemy z tymi zmianami zwlekać. Myślę, że na najbliższych posiedzeniach Sejmu, być może w kwietniu, a pewnie w maju będziemy już nad nimi pracować – zapowiada Artur Soboń.

Trwają prace nad rozwojem w Polsce kredytów hipotecznych ze stałą stopą procentową. Takie rozwiązanie zdejmuje ryzyko z klientów

Trwają prace nad rozwojem w Polsce kredytów hipotecznych ze stałą stopą procentową. Takie rozwiązanie zdejmuje ryzyko z klientów 6

Hipoteki ze stałą stopą oprocentowania oferuje w Polsce raptem kilka banków. Są bezpieczniejsze dla klientów, ale droższe, przez co nie cieszą się dużą popularnością. Prezes ING Banku Hipotecznego ocenia, że przeszkodą w ich wdrożeniu jest na razie brak rynku długoterminowego pieniądza. Jak podkreśla Mirosław Boda, banki powinny oferować proste i jasne warunki kredytów na mieszkanie. Ich konstrukcja powinna być taka jak wynajem długoterminowy z zamrożonym czynszem, po którego spłaceniu mieszkanie przechodziłoby na własność klienta. To znacznie bezpieczniejsze rozwiązanie niż kredyty ze zmienną stopą procentową, i to dla obydwu stron.

Żeby zaoferować klientom kredyty ze stałą stopą procentową, musielibyśmy wytworzyć rynek stopy długoterminowej, który w Polsce nie istnieje. To nie jest możliwe bez udziału regulatorów. Sektor finansowy sam nie jest w stanie w krótkim czasie wytworzyć takiego rynku. Chodzi o to, żeby obejmował on nie tylko rynek pierwotny, lecz także wtórny, żeby te papiery były płynne, żeby można nimi było obracać, a wtedy będzie więcej nabywców i będzie lepsza cena. Powstanie rynku długoterminowego łączy się z obniżeniem ceny finansowania, które jesteśmy w stanie zaoferować klientom w sposób bezpieczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mirosław Boda, prezes zarządu ING Banku Hipotecznego.

Większość dostępnych obecnie na rynku kredytów hipotecznych to kredyty ze zmienną stopą procentową. Na oprocentowanie takiego kredytu składa się stała marża banku i zmienna stawka WIBOR. Jej wysokość jest uzależniona od decyzji Rady Polityki Pieniężnej dotyczących stóp procentowych. Jeżeli RPP podnosi ich wysokość, klienci muszą się liczyć ze wzrostem oprocentowania kredytu i wyższą ratą. Ostatni raz mieli do czynienia z taką sytuacją w 2012 roku, bo RPP już po raz 49. z rzędu zdecydowała się utrzymać stopy na niezmienionym poziomie. Zdaniem większości analityków pierwszej podwyżki można spodziewać się dopiero w 2020 roku.

Przed takim scenariuszem chce zabezpieczyć klientów Komisja Nadzoru Finansowego. W projekcie nowelizacji Rekomendacji S, nad którą już od kilku miesięcy trwają konsultacje w sektorze bankowym, KNF umieściła zapis, który ma zobligować banki do oferowania klientom kredytów hipotecznych oprocentowanych na stałą stopą procentową i okresowo stałą stopą procentową. W takim przypadku kredytobiorca płaci stałą niezmienną ratę przez cały okres kredytowania lub przez określony okres, co jest bezpieczniejsze. Z drugiej strony – musi się liczyć z wyższym oprocentowaniem takiego kredytu. W tej chwili takie produkty ma w ofercie tylko pięć banków.

Prezes ING Banku Hipotecznego zaznacza, że kredyty mieszkaniowe ze stałą stopą procentową traktuje jak ekwiwalent wynajmu z zamrożonym czynszem, co jest obecnie rozwiązaniem najbardziej bezpiecznym z punktu widzenia klientów.

Propozycja banków musi być jasna i prosta: w ciągu 10 lat płacisz co miesiąc np. tysiąc złotych jako zamrożony stały czynsz wynajmu mieszkania i w ramach tego czynszu własność mieszkania przechodzi na ciebie i po 10 latach ono jest twoje – mówi prezes ING Banku Hipotecznego. – Biorę taki kredyt. Jeszcze nie spotkałem nikogo, kto by powiedział: a nie, to ja pospekuluję sobie na zmiennej stopie.

Jego zdaniem, to rozwiązanie powinno być podstawową ofertą banków skierowaną do 80–90 proc. polskich klientów. Skorzystałyby na tym także instytucje kredytujące.

– Dla banków oznacza to mniejsze ryzyko. W tej chwili ryzyko wzrostu stóp procentowych spoczywa na klientach i sytuacja jest porównywalna do tej z kredytami frankowymi. W interesie banków jest, żeby to ryzyko stopy procentowej z klientów zdjąć – mówi Mirosław Boda. – Na świecie są różne rozwiązania i trzeba wybrać takie, które uważamy za najlepsze, najbezpieczniejsze i najbardziej pasujące do Polski, a potem dostosować do niego regulacje.

Hipoteki spłaca około 3 mln Polaków. Ze względu na niskie stopy procentowe, które utrzymują się na niezmiennym poziomie od kilku lat, kredyty mieszkaniowe były w ostatnich latach tanie i biły rekordy popularności. Według indeksu BIK tylko w marcu br. popyt na kredyty mieszkaniowe wzrósł o 26,7 proc., a zawnioskowało o niego 45 tys. osób (prawie 9 proc. więcej niż przed rokiem).

– Stopa procentowa i kredyt hipoteczny są tylko jednym z narzędzi, które mają umożliwić finansowanie mieszkalnictwa czy budownictwa w Polsce. Największą potrzebą klientów jest potrzeba posiadania mieszkania. Tych mieszkań brakuje według różnych szacunków od 2,5 do 4 mln, w związku z czym mówimy tutaj o potrzebie finansowania wielkości około 500 mld do 1 bln zł. Zadanie, które stoi przed sektorem, to ściągnięcie z rynku tych kwot po jak najniższym koszcie oraz udostępnienie ich klientom w sposób jak najtańszy i jak najbardziej bezpieczny – podkreśla Mirosław Boda.

Zapobieganie padaczce i jej skutkom jest możliwe. Pokazały to międzynarodowe badania koordynowane przez polskich naukowców

Zapobieganie padaczce i jej skutkom jest możliwe. Pokazały to międzynarodowe badania koordynowane przez polskich naukowców 7

Padaczka rozpoczynająca się u niemowląt, może prowadzić do ciężkiego upośledzenia ich rozwoju, a w efekcie niepełnosprawności intelektualnej. Naukowcy z 16 zespołów z uczelni wyższych i szpitali z Europy, Australii i USA w ramach projektu EPISTOP udowodnili, że możliwe jest zapobieganie tym dysfunkcjom u większości małych dzieci. Konsorcjum badawcze wykazało również, że wdrożenie profilaktyki i leczenia przeciwpadaczkowego jeszcze przed wystąpieniem pierwszych drgawek może zapewnić prawidłowy rozwój dziecka.

Padaczka to schorzenie o podłożu neurologicznym, w którego przebiegu dochodzi do zaburzenia aktywności komórek mózgu. Choroba ta objawia się drgawkami, skurczami mięśni, a nawet utratą świadomości. Padaczka jest jednym z najczęściej występujących schorzeń neurologicznych na świecie. Na powtarzalne napady padaczkowe cierpi 1–1,5 proc. całej populacji, czyli ok. 50 mln ludzi. W Polsce jest to prawie 400 tys. osób. Padaczka występująca u niemowląt niejednokrotnie prowadzi do upośledzenia rozwoju, a w konsekwencji powstania niepełnosprawności intelektualnej.

 Jeżeli napady padaczkowe u niemowlęcia są leczone dopiero po ich widocznym wystąpieniu, to ponad połowa pacjentów jest zagrożona niepełnosprawnością intelektualną, zaburzeniami ze spektrum autyzmu, czasami o bardzo głębokim nasileniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak, koordynatorka części klinicznej badania EPISTOP, kierownik Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Poznanie mechanizmów powstawania napadów padaczkowych oraz jej niekorzystnego wpływu na rozwój dzieci było celem trwającego 5 lat programu EPISTOP, zainicjowanego przez polski ośrodek – Instytut „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” (IPCZD). To pierwszy i jeden z największych tego typu projektów na świecie, w którym badana była padaczka od etapu powstawania pierwszych zmian w mózgu, zanim jeszcze widoczne są napady drgawek.

– Projekt dotyczy grupy chorych ze stwardnieniem guzowatym, u których padaczka występuje w bardzo wysokim odsetku, ponad 90 proc. Ujawnia się ona u 70 proc. małych dzieci, w efekcie powodując opóźnienie, zahamowanie rozwoju psychoruchowego, cechy autystyczne – mówi prof. Sergiusz Jóźwiak, Koordynator badania EPISTOP z Kliniki Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

Według dotychczas obowiązujących zasad postępowania w padaczce, leczenie rozpoczynało się w momencie powtarzających się napadów drgawek. U małych dzieci jednak im dłuższy jest czas między pierwszymi napadami a włączeniem leczenia, tym większe ryzyko zaburzeń rozwoju. W 2006 roku w IPCZD rozpoczęto pilotażowe badanie, w ramach którego pacjentom ze stwardnieniem guzowatym podano leczenie przeciwpadaczkowe przed wystąpieniem drgawek, ale po stwierdzeniu u nich wyładowań w mózgu. Aż u połowy uczestniczących w badaniu pacjentów udało się zapobiec padaczce, a u żadnego pacjenta w 2. roku życia nie pojawiły się ciężkie opóźnienia rozwoju.

 Wyniki projektu potwierdzają, że leczenie przed pierwszymi napadami padaczkowymi u małych dzieci ma ogromne znaczenie dla ich rozwoju. Zarówno w grupie obserwacyjnej, leczonej prewencyjnie, jak i grupie kontrolnej – nie mieliśmy żadnych form upośledzenia, zahamowania rozwoju w stopniu znacznym – mówi prof. Sergiusz Jóźwiak.

W projekcie uczestniczyło 101 dzieci ze stwardnieniem guzowatym. Rozpoczynały one badanie przed ukończeniem 4. miesiąca życia, zanim wystąpiły u nich napady padaczki. Badanie kontynuowane było do momentu ukończenia przez dzieci 2 roku życia. Początkowo co 4 tygodnie, a następnie co 6 tygodni wykonywano badanie EEG w celu wykrycia wyładowań przed napadami padaczkowymi. Wyniki badania EPISTOP pokazały, że mali pacjenci leczeni profilaktycznie są w większości wolni od napadów padaczki. U połowy dzieci można było odstawić leczenie, a rozwój 80 proc. z nich jest zupełnie prawidłowy, mogą chodzić do szkoły razem ze zdrowymi rówieśnikami. Jest to ogromna zmiana w porównaniu do grupy leczonej po napadach, wśród której tylko 20 proc. dzieci rozwija się prawidłowo w wieku szkolnym.

W projekcie wykorzystano szeroki wachlarz badań, od podstawowych ocen klinicznych, przez analizy sygnałów elektrycznych pochodzących z mózgu (EEG) i obrazów uzyskanych w rezonansie magnetycznym, do zaawansowanych metod molekularnych badań genów.

 Sekwencjonowaliśmy cały genom dzieci, a następnie analizowaliśmy również białka, czyli finalny produkt tłumaczenia genów. Badaliśmy czynniki zapalne w bardzo zaawansowanych metodach. I wreszcie, na sam koniec, do analizy tych terabajtów danych wykorzystujemy sztuczną inteligencję i techniki bardzo zaawansowanej analizy statystycznej – mówi prof. Katarzyna Kotulska-Jóźwiak.

Badania te wykazały, że możliwe jest zapobieganie padaczce u niemowląt dzięki wykorzystaniu EEG jako markera rozpoczynających się zmian padaczkowych w mózgu. Od początku programu wiele ośrodków na całym świecie wprowadziło EEG i próbuje leczenia zapobiegawczego u niemowląt ze stwardnieniem guzowatym.

– Po raz pierwszy pokazano, że można zapobiec padaczce, szczególnie tym ciężkim postaciom, które zaburzają rozwój małego dziecka. Już w tej chwili wiemy, że pewne leki mogą odegrać tutaj znaczącą rolę. Przełożenie praktyczne będzie dość szybkie, ale projekt na pewno wymaga jeszcze wielu innych badań. Mam nadzieję, że uzyska też dalsze finansowanie – mówi prof. Piotr Socha, zastępca dyrektora ds. nauki w Instytucie „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka”.

*EPISTOP to międzynarodowy program, który jest realizacją polskiej koncepcji naukowej zmierzającej do wyjaśnienia mechanizmów powstawania padaczki oraz do znalezienia sposobów jej zapobiegania u dzieci. To dotychczas największy w medycynie projekt zainicjowany i koordynowany przez polski ośrodek – Klinikę Neurologii i Epileptologii Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” z dofinansowaniem z Unii Europejskiej. W ramach projektu naukowo-badawczego EPISTOP współpracowało 16 zespołów ekspertów z uczelni wyższych i szpitali z Europy, Australii i USA.

Polacy eksportują jaja na potęgę. Ich największą konkurencją są tańsze produkty z Ukrainy

Polacy eksportują jaja na potęgę. Ich największą konkurencją są tańsze produkty z Ukrainy 8

30 proc. polskiej produkcji jaj trafia za granicę, nie tylko na rynki europejskie, lecz także na bardziej egzotyczne, jak Bliski Wschód czy nawet Antarktyda. Zagrożeniem dla pozycji krajowych producentów jest jednak ostra konkurencja ze strony ukraińskich czy amerykańskich firm. Dodatkowo obawiają się oni także tendencji do odstępowania sieci handlowych i konsumentów od jaj klatkowych. Udział tych z chowu alternatywnego będzie się zwiększał, chociaż na polskim rynku powinno to następować bardzo powoli.

– Rynek jaj jest dość trudny z dwóch powodów. Po pierwsze, w Polsce panuje bardzo duża konkurencja wewnętrzna, mamy wielu producentów, którzy konkurują ze sobą, budując swoje własne marki ceną i kosztami produkcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Szymyślik, dyrektor Krajowej Izby Producentów Drobiu i Pasz. – Z drugiej strony coraz większym problemem jest import jaj, proszku jajecznego i przetworów z jaj z Ukrainy czy Stanów Zjednoczonych do Unii Europejskiej. To jest ogromne zagrożenie dla producentów jaj.

Jak podaje Izba, w 2018 roku główni gracze ukraińskiego sektora jajecznego mieli uprawnienia do wysyłek na teren UE zarówno przetworów, jak i jaj konsumpcyjnych klasy A. Co więcej, w ubiegłym roku kraj ten był największym dostawcą tych produktów do UE z wszystkich krajów trzecich. Rywalizuje też z Polską w eksporcie na rynki pozaunijne, np. bliskowschodnie. Tylko w samym styczniu 2019 roku z Ukrainy wyeksportowano 12,7 tys. ton jaj w skorupkach o wartości 11,6  mln dol., co oznacza wzrost aż o 62 proc. rdr. Kluczowymi odbiorcami były Zjednoczone Emiraty Arabskie (2,84 mln dol.), Irak (2,21 mln dol.) i Turcja (1,5 mln dol.).

– Polska prawie nie importuje jaj, a branża jajeczna jest nastawiona na eksport. Około 30 proc. polskiej produkcji jest eksportowana: na Bliski Wschód, do Azji, a nawet w tak egzotyczne zakątki kuli ziemskiej, jak Antarktyda – wyjaśnia Mariusz Szymyślik. – Zjawiska na rynkach europejskich przekładają się bardzo mocno na rynek polski. Gdy niektóre kraje miały problem, kiedy okazało się, że jeden ze środków, którymi dezynfekowano kurniki, był niedozwolony, powstała bardzo duża luka w podaży w UE. Wtedy polscy producenci zarobili bardzo dużo pieniędzy, bo jaja w krótkim okresie podrożały o kilkaset procent. Niestety na ich niekorzyść działają inne zjawiska.

Afera z fipronilem wykrytym w holenderskich, belgijskich i niemieckich jajach w sierpniu 2017 roku spowodowała konieczność wycofania jaj na unijnych rynkach, a tańsze jaja z Polski wypełniały lukę na tych rynkach. W efekcie w polskich sklepach zaczęło brakować tych produktów, a ich ceny poszybowały w górę. Jeszcze w ciągu 2017 roku podrożały o 12,9 proc., a w 2018 roku o 19,4 proc.

Dodatkowo ceny podbija tendencja do zwiększania produkcji jaj alternatywnych, czyli głównie z chowu ściółkowego, a także wolnowybiegowego i ekologicznego. Choć to ciągle mniejsza część rynku, to jednak rośnie. Coraz więcej firm, zarówno producenckich, jak i dużych sieci handlowych deklaruje, że w ciągu najbliższych kilku lat zrezygnuje z korzystania z jaj z chowu klatkowego. To preferuje dużych dostawców, których stać zarówno na inwestycje i na regularne dostawy dużych partii towaru o powtarzalnej jakości.

– Szacujemy, że około 85 proc. jaj sprzedawanych w Polsce pochodzi od kur trzymanych w klatkach. Reszta to są jaja alternatywne, wśród których najwięcej sprzedaje się jaj ściółkowych, nieco mniej wolnowybiegowych i zupełnie śladowa ilość to są jaja ekologiczne. To ok. 1 proc. w skali całego rynku – ocenia dyrektor KIPDiP. – Polska pod tym względem jest podobna np. do Hiszpanii czy krajów bałtyckich, ale też Stanów Zjednoczonych, natomiast jesteśmy kompletnie różni od Wielkiej Brytanii, Niemiec, Austrii, gdzie większość sprzedaży to jaja alternatywne. W Niemczech około 80 proc. jaj pochodzi z chowu ściółkowego, a w Wielkiej Brytanii około 50 proc. – od kur na wolnych wybiegach.

W Wielkiej Brytanii nadpodaż jaj z wolnego wybiegu spowodowała spadek ich cen, a zarazem opłacalności. Produkcja jaj z wolnych wybiegów rośnie tam o 10 proc. rocznie, podczas gdy popyt na nie zwiększa się co roku jedynie o 3–4 proc. Producenci jaj z wolnego wybiegu w Wielkiej Brytanii twierdzą, że przestali być już rynkową niszą, a stali się mainstreamem.

– Wydaje się, że polski sektor jaj będzie zmierzał w kierunku, w jakim zmierza cały świat, czyli będą w sprzedaży zwiększały swój udział jaja z alternatywnych chowów – przewiduje Mariusz Szymyślik. – Natomiast sądzimy, że to będzie się odbywało bardzo powoli i mozolnie. W krajach bogatych, gdzie PKB na głowę mieszkańca jest wysokie, bardzo szybko zmieniają się proporcje między jajami alternatywnymi a jajami klatkowymi na korzyść tych pierwszych. Natomiast w takich krajach, gdzie PKB na głowę mieszkańca nie jest wysokie, idzie to bardzo wolno.

Według danych z grudnia 2018 roku potencjał produkcji w kategorii jaj alternatywnych w Polsce, wliczając w to ściółkę, wolny wybieg i produkcję ekologiczną, wynosił 7,2 mln stanowisk dla kur niosek (15,1 proc. rynku). To ponad 3,5 razy tyle co dekadę wcześniej.

Dobre perspektywy przed polską branżą autokarową. Rośnie rola dalekobieżnych i międzynarodowych połączeń

Dobre perspektywy przed polską branżą autokarową. Rośnie rola dalekobieżnych i międzynarodowych połączeń 9

Przewozy autokarowe mogą stanowić konkurencję dla transportu lotniczego czy pociągów. Już teraz autokary turystyczne są wykorzystywane na trasach międzymiastowych częściej niż autobusy – mówi Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad. Połączenia autokarowe pozwalają dobrze dostosować plan podróży i choć podróż trwa dłużej niż samolotem czy pociągiem, to przewoźnicy autokarowi konkurują wygodą i oferują przewozy do centrów miast. Standardem jest też dostęp do internetu na pokładach autokarów na całej trasie.

W 2018 roku sprzedaż autokarów turystycznych w Polsce była na poziomie 370 sztuk, to dość duża liczba autokarów. Tendencje, które widzimy, idą w kierunku wykorzystywania autokarów turystycznych na trasach międzymiastowych. Dużo mniej sprzedaje się autobusów międzymiastowych na połączenia wewnątrz kraju, a więcej autokarów turystycznych, które są bardziej komfortowe i mają większe bagażniki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bogdan Kurys, wiceprezes firmy Sindbad.

Jak wynika z danych PZPM (na podstawie Centralnej Ewidencji Pojazdów), 2018 rok przyniósł rekord w rejestracji nowych autobusów. W sumie zarejestrowano ponad 2,7 tys. takich pojazdów. Największy udział w rynku (71,5 proc.) mają autobusy miejskie. Autobusy turystyczne z wynikiem 368 rejestracji stanowią blisko 1/4 rynku, podczas gdy autobusy międzymiastowe zaledwie 4,4 proc. (70 rejestracji).

W miejscach, gdzie nie ma połączeń kolejowych, a na mapie Polski jest takich miejsc trochę, autokary odgrywają dość dużą rolę. Natomiast kiedy mamy do czynienia z konkurencją kolei, przede wszystkich tych szybkich, trudniej jest się przebić z autokarowym połączeniem dalekobieżnym, które trwa dużo dłużej i jest mniej komfortowe niż kolej – mówi Bogdan Kurys.

Jak podkreśla, optymalne dla połączeń autobusowych są trasy o długości 150–200 km. Jak jednak pokazują doświadczenia firmy Sindbad, klienci podróżują również na dużo dłuższych odcinkach, również zagranicznych.

Zwłaszcza tam, gdzie nie ma połączeń samolotowych albo gdzie dojazd na lotnisko jest dość skomplikowany, czy to w Polsce, czy za granicą, klienci często wykorzystują autokary na połączeniach dalekobieżnych międzynarodowych – przekonuje Bogdan Kurys. – To wygoda, że wsiadamy do autobusu w swojej miejscowości na dworcu czy na przystanku i wysiadamy w docelowej miejscowości za granicą. Możemy zabrać więcej bagażu i on jest wliczony w cenę biletu. W porównaniu z połączeniem lotniczym jest to duża korzyść.

Połączenia autokarowe pozwalają dobrze dostosować plan podróży. Chociaż czasy przejazdów są dłuższe niż w przypadku przelotów i pociągów, to rekompensują to niższe ceny. Dodatkowo większość dworców autokarowych jest zlokalizowana w centrach miast lub w punktach przesiadkowych.

Autokary Sindbad co roku przewożą ok. miliona pasażerów. Ok. 60 proc. ogólnej liczby pasażerów podróżujących autokarami korzysta z połączeń do Niemiec. Łącznie autokary firmy jeżdżą do 28 krajów z ponad 200 miast Polski. Dużą popularnością, oprócz Niemiec, cieszą się połączenia do Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji oraz na Ukrainę. Na plus autokarów działa coraz wyższy standard podróży.

Klimatyzacja, toaleta, minibarek, system audio-video to już standard, podobnie jak bezpłatny internet, czyli Wi-Fi na pokładzie autokaru, gniazdka 230 V, żeby doładować smartfony, tablety i laptopy. Firma, która kupuje nowy autokar, bez tego wyposażenia nie pozyska klienta – wskazuje Kurys.

Pasażerowie doceniają też szybkie i wygodne sposoby zakupu biletów. Największe firmy branży notują duży wzrost sprzedaży internetowej i mobilnej, choć te tradycyjne, jak sprzedaż u kierowców czy w kasach, także trzymają się mocno.

Na połączenia dalekobieżne, zwłaszcza międzynarodowe, klient planuje podróż dużo wcześniej, co najmniej z kilku- lub kilkunastodniowym wyprzedzeniem. Może przejrzeć oferty w internecie, zastanowić się nad odpowiednią formą podróży i zarezerwować albo zakupić bilet czy to przez internet, czy w aplikacji – mówi Bogdan Kurys.

W Polsce branża przewozów autobusowych jest mocno rozdrobniona i – zdaniem wiceprezesa firmy Sindbad – w najbliższym czasie nie powinno się to zmienić. To inaczej niż na europejskim rynku, który jest zdominowany przez kilku dużych graczy.

Rynek w Polsce stanowi bardzo dużo małych, rodzinnych firm, które realizują połączenia na swoim terenie, znają oczekiwania pasażerów co do godzin i dni podróży na poszczególnych trasach. Jest kilku koordynatorów firm transportowych, którzy starają się przygotować ofertę globalną, natomiast są plusy i minusy takiej współpracy – mówi Bogdan Kurys. – Nakłada ona pewne obowiązki, standardy, których trzeba się trzymać, głównie dotyczące regulaminu przewozu. W przypadku firmy małej, która realizuje połączenia lokalnie, właściciel sam może decydować o tym, jak ten rynek wygląda i odpowiedzieć na potrzeby pasażerów, które często są rozbieżne od tych, które stosowane są w dużych firmach.

Znaczące rozdrobnienie rynku nie oznacza jednak bardzo dużej konkurencji. Firmy działają bowiem w różnych regionach kraju, czasem na bardzo lokalnych rynkach.

Firmy, które wykonują połączenia dalekobieżne, bardzo często ze sobą współpracują. My realizując nasze linie, mamy około 30 podwykonawców, czyli firm, które mają własne autokary, wykonują inne połączenia, ale również świadczą usługi dla nas. W okresach świąt, wakacji, kiedy tych podróży jest bardzo dużo, nasz tabor nie wystarcza, więc musimy korzystać z usług podwykonawców – zaznacza Bogdan Kurys.

Laureat nagrody Nobla: Nasze oczekiwania odnośnie do grafenu były zbyt wygórowane. Jestem jednak zadowolony z tempa rozwoju tej technologii

Laureat nagrody Nobla: Nasze oczekiwania odnośnie do grafenu były zbyt wygórowane. Jestem jednak zadowolony z tempa rozwoju tej technologii 10

Produkty oparte na grafenie zmieniają już niemal każdą dziedzinę życia. Jest używany w produkcji smartfonów, superszybkich procesorów, supersamochodów, a nawet sprzętu sportowego. Urządzenia oparte na grafenie sprawdzą poziom nawodnienia podczas wysiłku, wykryją choćby minimalne zanieczyszczenie powietrza, zdiagnozują choroby na wczesnym etapie, mogą też być stosowane w implantach mózgowych. Biorąc pod uwagę obecne tempo rozwoju, bardzo możliwe jest, że grafen już bardzo niedługo będzie stosowany w bardzo zaawansowanych rozwiązaniach – ocenia Kostya Novoselov, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki.

Mieliśmy takie marzenie, że pewnego dnia obudzimy się i wszystko dookoła będzie wykonane z grafenu. Teraz przyszło nam zdjąć różowe okulary, bo zdaliśmy sobie sprawę, że tak się nie stanie. To, co nas czeka w najbliższym czasie, to stopniowe wdrażanie produktów z grafenem. Ten właśnie etap obserwujemy obecnie. Każdego miesiąca możemy zaobserwować pojawienie się nowych, coraz bardziej zaawansowanych produktów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Kostya Novoselov, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki i profesor fizyki na Uniwersytecie Manchesterskim.

Nad wykorzystaniem grafenu pracują już niemal wszystkie branże. Wyjątkowa wytrzymałość mechaniczna wraz z doskonałymi właściwościami przewodzenia prądu i elektryczności, sprawiają, że to materiał atrakcyjny w wielu zastosowaniach. Pierwsza fala produktów opartych na grafenie już jest wykorzystywana w świecie smartfonów, urządzeń do noszenia na ciele, baterii, wirtualnej rzeczywistości, sprzętu sportowego, superkondensatorów i supersamochodów.

Elastyczny i wyjątkowo wrażliwy na zmiany ciepła i światła materiał ma wielką przyszłość w urządzeniach wearables – do noszenia na ciele. Może też wyznaczyć nowy kierunek rozwoju inteligentnych ubrań. Jest ultracienki i świetnie przewodzi, nadaje się do stworzenia superwytrzymałych ekranów w smartfonach. Zyska także branża budowlana. Cement z dodatkiem grafenu rozprasza ciepło, co może sprawić, że dom stanie się chłodniejszy, bez potrzeby stosowania klimatyzacji.

Grafen może też pomóc w określeniu optymalnego czasu ekspozycji na słońce. Cienki plaster grafenowy naklejany bezpośrednio na skórę lub kostium kąpielowy mierzy wskaźnik UV i wysyła alarm do telefonu, gdy trzeba zejść ze słońca. Materiał rewolucjonizuje także szeroko rozumianą branżę sportową i rozrywkową. Materiał już znalazł zastosowanie w nartach, butach narciarskich czy kaskach. W 2013 roku Novak Djokovic wygrał z kolei tenisowy turniej wielkoszlemowy Australian Open, grając grafenową rakietą – lżejszą, a jednocześnie bardziej wytrzymałą niż te tradycyjne.

Myślę, że grafen znajdzie zastosowanie w nowoczesnych technologiach; mam nadzieję, że również w optoelektronice. Technologie membranowe i bio też oferują obiecujący wachlarz zastosowań. Biorąc pod uwagę obecne tempo rozwoju, bardzo możliwe jest, że grafen już bardzo niedługo będzie stosowany w bardzo zaawansowanych rozwiązaniach – przekonuje noblista.

Amerykańscy naukowcy odkryli, że fotodetektor wykonany na bazie grafenu może być stosowany w układach optoelektronicznych o wysokiej integracji, w tzw. czipach optoelektronicznych. Te zaś mogłyby pomóc w stworzeniu komputerów o niskim zużyciu energii, które generowałyby znacznie mniej ciepła niż te obecnie stosowane, nawet najbardziej nowoczesne.

Grafen jest także czuły na światło o szerokim zakresie spektralnym. O ile przez tradycyjne fotodetektory światło przechodzi, to fotodetektor grafenowy absorbuje światło i zamieni na sygnał elektryczny.

Zaczęliśmy od podstawowych czy wręcz nudnych zastosowań, takich jak użycie grafenu w materiałach kompozytowych, ale obecnie przechodzimy do bardziej zaawansowanych rozwiązań, m.in. baterii. Mam ogromną nadzieję, że wkrótce przejdziemy do elektroniki i optoelektroniki – podkreśla Kostya Novoselov. – Cały proces odbywa się w podobnym tempie, jak miało to miejsce w przypadku wielu innych zaawansowanych technologicznie materiałów, a może nawet nieco szybciej. Dlatego jestem zadowolony z tempa wprowadzania grafenu na rynek – mówi ekspert.

Polscy naukowcy także opracowali możliwe zastosowanie grafenu, jednak rozwój technologii opartej na grafenie w Polsce ostatnio przyhamował – warto chociażby wspomnieć o druzgocącym raporcie NIK z początku 2019 roku o spółce Nano Carbon. Firma, która miała odpowiadać za przemysłową produkcję grafenu, dopuściła się licznych nieprawidłowości. Nie oznacza to jednak, że Polska przespała swoją szansę.

– Istnieje kilka bardzo dobrych podmiotów, w tym również firm z Polski, które znalazły dla siebie rynkową niszę i zajmują się produkcją kompletnych zestawów czujnikowych i tym podobnych urządzeń, więc Polacy niezaprzeczalnie są wśród aktywnych członków społeczności promujących rozwój tego rodzaju produktów – ocenia Kostya Novoselov.

ReportsnReports szacuje, że globalna wartość rynku grafenu wzrośnie z 200 mln dol. w 2018 do 1 mld dol. w 2023 r. Prognozowane przez Market Research Engine tempo wzrostu w najbliższych latach wyniesie niemal 40 proc. średniorocznie.

Wynalazek polskiego licealisty zrewolucjonizuje sposób analizowania gleby na polach uprawnych. Badanie będzie niemal bezkosztowe i zajmie zaledwie kilka minut

Wynalazek polskiego licealisty zrewolucjonizuje sposób analizowania gleby na polach uprawnych. Badanie będzie niemal bezkosztowe i zajmie zaledwie kilka minut 11

Już nie dwa miesiące, tylko dwie minuty będą potrzebne na zbadanie składu gleby na polu uprawnym. Wszystko za sprawą autonomicznego pojazdu badawczego, którego prototyp opracował polski licealista. Tego typu technologie rozwijane są jak na razie w przemyśle kosmicznym, ale coraz pilniejsze staje się ich zastosowanie na Ziemi. Do 2050 r. światowa populacja może osiągnąć 10 mld ludzi, co zaś może się przełożyć nawet na podwojenie zapotrzebowania na produkty rolne. Technologie służące zapobieganiu stratom w rolnictwie są więc jednym z najważniejszych wyzwań ludzkości.

– Na całym świecie pola uprawne są nieustannie narażane na negatywny wpływ czynników zewnętrznych. Duże zmiany w stężeniu jonów w glebie spowodowane wpływem środowiska mogą mieć drastyczny wpływ na jej właściwości, a tym samym prowadzić do ogromnych strat na polach uprawnych. Opracowałem prototyp autonomicznego pojazdu do prewencyjnej analizy stanu gleby na polach uprawnych. Jest to po prostu lekarz pierwszego kontaktu dla gleby – mówi agencji Newseria Innowacje Piotr Lazarek, uczeń Liceum Ogólnokształcącego „Filomata” z Gliwic.

Pola uprawne stale są narażone na działanie czynników zewnętrznych, co skutkuje zmianami w stężeniach jonów. To z kolei może prowadzić do ogromnych strat. Licealista z Gliwic zbudował nowatorski i zaawansowany technologicznie pojazd autonomiczny, który może mieć ogromne znaczenie dla przemysłu rolniczego. Urządzenie wyposażone jest w system wymiennych elektrod jonoselektywnych, które podczas przejazdu badają stężenie konkretnych jonów, a dzięki systemowi GPS dokładnie lokalizują, gdzie stężenie jest zbyt wysokie.

– Do tej pory rolnicy wysyłali swoje próbki w celu analizy do okręgowych stacji chemiczno-rolniczych. Taki sposób był bardzo wydajny, bardzo precyzyjny, jednak czas oczekiwania na wyniki analizy w tego typu placówkach to około 2 miesiące i wiąże się z dość sporymi kosztami. Mój prototyp pojazdu radzi sobie z analizą jednej próbki nie w 2 miesiące, a w 3 minuty – przekonuje Piotr Lazarek.

Pojazd, jadąc po polu uprawnym, pobiera próbkę gleby, którą następnie miesza z wodą destylowaną i poddaje ją analizie poprzez wymienny system elektrod jonoselektywnych. Rozwiązanie proponowane przez młodego naukowca może zrewolucjonizować podejście do przeprowadzania analiz gleby na polach uprawnych.

– Dzięki wymiennemu systemowi elektrod jonoselektywnych moje urządzenie można w bardzo prosty sposób dopasować do potrzeb konkretnego rolnika bądź instytucji. I dzięki temu moje rozwiązanie może znaleźć szerokie zastosowanie m.in. w analizie wpływu środowiska na pola uprawne, np. na Śląsku, analizując stężenie jonów metali ciężkich. Do wdrożenia tego rozwiązania potrzeba jednak finansowania i wsparcia – mówi młody naukowiec.

Autonomiczne pojazdy o charakterze badawczym są technologią rozwijaną przede wszystkim w łazikach marsjańskich. Zaledwie kilka miesięcy temu brytyjscy naukowcy skończyli testowanie takiego pojazdu w warunkach zbliżonych do marsjańskich. Rozpoczęcie jego misji jest planowane przez Europejską Agencję Kosmiczną oraz Roskosmos dopiero na 2020 rok. Tymczasem potrzeba wykonywania analiz z użyciem autonomicznych pojazdów zdolnych szybko i precyzyjnie pracować jest sprawą pilną zwłaszcza na Ziemi.

– Dzięki wykorzystaniu tego typu rozwiązań rolnik otrzyma po całej analizie plan najbardziej optymalnego nawożenia gleby pod konkretne rośliny uprawne. Analiza pól uprawnych jest jednym z najważniejszych wyzwań XXI wieku – przekonuje Piotr Lazarek.

Prognozy Organizacji Narodów Zjednoczonych wskazują, że do 2050 roku zaludnienie naszej planety sięgnie 10 mld. To może doprowadzić do podwojenia popytu na produkty rolne. W ciągu najbliższych lat zrodzi się więc na świecie pilna potrzeba opracowywania rozwiązań ograniczających straty w plonach.

– Precyzyjne technologie rolnicze są odpowiedzią na ten problem, są rozwiązaniem, ponieważ z badań wynika, że zastosowanie tych technologii może wiązać się nawet z 15-proc. oszczędnością na nasionach, nawozach oraz chemikaliach. Ponadto oszacowano, że wykorzystanie takich technologii może zwiększyć zyski światowej produkcji roślin nawet o 20 mld dolarów rocznie – twierdzi Piotr Lazarek.

Analitycy z Allied Market Research szacują, że światowy rynek wszelkiego typu pojazdów autonomicznych osiągnie do 2026 roku wartość 557 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu utrzyma się na poziomie 39,5 proc.

Polsce grozi unijna procedura nadmiernego deficytu?

Międzynarodowy Fundusz Walutowy dostrzega problem w polskim sektorze finansów publicznych. Według Funduszu w 2020 r. deficyt w tym sektorze wzrośnie w naszym kraju do 3,1 proc. PKB. Pozostałe szacunki dla Polski w porównaniu do innych krajów rozwijających się wyglądają stosunkowo dobrze – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W środę po południu Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) opublikował nowe szacunki gospodarcze dla świata. Globalny wzrost PKB został zrewidowany w dół o 0,2 pkt proc. w porównaniu do prognoz z początku roku i ma wynieść 3,3 proc. W światowej skali nie jest to nadzwyczajnie duża rewizja. Pozytywnie można też odebrać fakt, że dla Chin perspektywę wzrostu podniesiono o 0,1 pkt proc. – do 6,3 proc. na 2019 r.

Szacunki dla niektórych regionów czy krajów obniżono jednak bardzo istotnie. Do nich można zaliczyć m.in. Włochy i Niemcy, gdzie zaledwie w trzy miesiące perspektywy wzrostu PKB zostały zrewidowane o 0,5 pkt proc. – odpowiednio do 0,8 proc. oraz 0,1 proc. Gospodarka Italii będzie w tym roku praktycznie w stagnacji, a dodatkowo zostanie obciążona problemami fiskalnymi. MFW oczekuje deficytu budżetowego na poziomie 2,7 proc. PKB w tym roku oraz aż 3,4 proc. w przyszłym.

Fatalne perspektywy dla Turcji oraz Rumunii

Wręcz dramatycznie w szacunkach MFW wypada Turcja, która jeszcze w 2017 r. rosła w tempie przekraczającym 7 proc. Teraz waszyngtońska instytucja oczekuje, że gospodarka kraju nad Bosforem będzie się kurczyć aż o 2,5 proc. Recesji ma towarzyszyć olbrzymia, jak na obecne czasy, 17,5-procentowa inflacja oraz deficyt sektora finansów publicznym przekraczający 3 proc.

W Turcji poza bardzo słabymi perspektywami gospodarczymi dominuje również niepewność polityczna. Partia AKP prezydenta Recepa Erdogana poniosła porażkę w lokalnych wyborach (straciła władzę w stolicy kraju Ankarze), a niekorzystny dla niej wynik w głównym mieście kraju, czyli Stambule, powoduje, że prawdopodobnie zażąda powtórki głosowania.

Ręczne sterowanie gospodarką, a zwłaszcza bankiem centralnym przez Recepa Erdogana, zwiększa ryzyka, że już niezależnie od finalnych wyników głosowania w Stambule władze będą chciały obniżać stopy procentowe i stymulować fiskalnie gospodarkę, by utrzymać władzę, zapobiegając np. ryzyku przedterminowych wyborów. To, przy bardzo wysokiej inflacji i recesji, może doprowadzić ponownie do problemów liry, a nawet powtórki z kryzysu lokalnej waluty, jakiego byliśmy świadkami w zeszłym roku.

Czarnym punktem na mapie perspektyw gospodarczych jest Rumunia. Kraj co prawda według MFW ma się rozwijać w tempie ok. 3 proc. w bieżącym oraz w przyszłym roku, ale ten rozwój będzie obarczony olbrzymią nierównowagą zewnętrzną. Rumunia ma mieć według MFW średni deficyt rachunku obrotów bieżących w latach 2019-2020 na poziomie 5 proc. PKB rocznie. Również inflacja ma być stosunkowo wysoka – ponad 3 proc. każdego roku.

Sytuacja Rumunii, której ofiarą może paść także lokalna waluta, jest konsekwencją wręcz szaleńczego wzrostu wynagrodzeń w sektorze publicznym w ostatnich trzech latach. Lewicowe władze, by utrzymać władzę mimo masowych protestów, podniosły realnie (z uwzględnieniem inflacji) wynagrodzenia w sektorze publicznym o ok. 50 proc. w ciągu ostatnich trzech lat.

Budżet po ostatnio zapowiedzianych zmianach fiskalnych po prostu się nie spina

Patrząc na sam główny raport MFW, sytuacja Polski wygląda bardzo dobrze. Wzrost został zrewidowany w górę w porównaniu do wcześniejszych projekcji – z 3,5 proc. do 3,8 proc., co prawdopodobnie jest rezultatem stymulacji fiskalnej (500 plus na każde dziecko, trzynasta emerytura). Inflacja również ma być umiarkowana i w najbliższych dwóch latach nie przekroczy wg Funduszu 2 proc. rocznie.

Nieco niepokoju może wywoływać rosnący deficyt obrotów bieżących, ale te wartości nie są też dramatyczne – 1,1 proc. w tym roku oraz 1,5 w przyszłym.

Prawdziwy niepokój jednak może budzić to, co nie znalazło się w głównym, liczącym ponad 200 stron globalnym raporcie, ale jest dostępne w zrewidowanych bazach danych MFW (IMF DataMapper).

Według tego narzędzia deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku 2,2 proc., a w przyszłym sięgnie 3,1 proc. PKB. To oznacza, że budżet po ostatnio zapowiedzianych zmianach fiskalnych po prostu się nie spina. Polsce groziłaby też unijna procedura nadmiernego deficytu, gdyby szacunki MFW się zmaterializowały.

Warto także zauważyć, że te oczekiwania wysokiego deficytu są przygotowane przy stosunkowo dobrej koniunkturze budżetowej innych państw w naszym regionie. W 2020 r. zarówno Czechy, jak i Słowacją mają mieć nadwyżkę sektora finansów publicznych, a deficyt Węgier, mimo dodatkowych wydatków państwa, będzie wynosił tylko 1,9 proc. PKB. Polska przy dziurze na poziomie 3,1 proc. PKB (ponad 60 mld zł) wypada w tym gronie zdecydowanie najsłabiej.

Samoocena umiejętności pracowników. Chcą uczyć się języków i programowania

Dogadają się wszędzie i z każdym, ale w 85 proc. tylko po polsku, bo ze znajomością języków obcych jest gorzej. Do tego boją się, że wkrótce maszyny zastąpią ich w pracy, bo znają tylko podstawy zagadnień związanych z IT. Polscy pracownicy poddali się krytycznej ocenie i wskazali obszary, w których muszą zdobyć nowe umiejętności, aby rozwinąć się na rynku pracy. Zobacz wnioski z badania.

Zgodnie z prognozami World Economic Forum w ciągu najbliższych trzech lat na świecie powstaną 133 miliony nowych miejsc pracy. Według firmy doradczej Deloitte, jednym z najważniejszych determinantów takiego stanu rzeczy mają być zmiany technologiczne związane z rozwojem automatyzacji oraz sztucznej inteligencji. To z jednej strony ma spowodować zniknięcie z rynku pewnych profesji, a z drugiej – powstanie zupełnie nowych zawodów.

Jeszcze 10 lat temu nie wiedzieliśmy, kim jest coolhunter, trendsetter czy UX Designer. Nie były też możliwe takie rozwiązania, jak agencje pracy robotów. Dziś to robot i algorytm mogą zastąpić podstawowe czynności wykonywane wcześniej przez pracownika, pozwalając mu skupić się na bardziej konstruktywnych działaniach. To jednocześnie impuls do powstawania zupełnie nowych stanowisk i nowych miejsc pracy – tłumaczy Monika Kiliańska, headhunter IT w firmie rekrutacyjnej Antal.

Polacy świadomi zmian na rynku pracy

Z badania przeprowadzonego przez Deloitte na grupie 15 tys. respondentów z 10 krajów Europy, w tym z Polski, wynika że już co piąty Polak ma świadomość zmian technologicznych i wiążącego się z nimi ryzyka likwidacji stanowiska pracy.

Polscy pracownicy wiedzą, że dobra koniunktura, niskie bezrobocie, relatywnie wysoka dynamika płac to wartości zmienne, które w najbliższych latach mogą tracić na sile. Dlatego coraz więcej z nich czuje potrzebę zdobywania nowych czy rozwoju posiadanych kompetencji, które podniosą szanse zawodowe i pozwolą sprostać wyzwaniom nadchodzącej transformacji cyfrowej. Jednymi z kluczowych są i oczywiście będą umiejętności IT – mówi Marcin Kosedowski, ekspert ds. rynku szkoleniowego w szkole programowania online Kodilla.com.

W tym czujemy się słabi, a w tym mocni

Trend na samokształcenie potwierdza się w raporcie Deloitte, w którym znalazła się m.in. samoocena kompetencji polskich pracowników. Zapytani o obszary, w których odczuwają największą potrzebę zdobywania nowych umiejętności, wskazali przede wszystkim na IT, wiedzę techniczną i języki obce. Z kolei dość wysoko ocenili posiadane kompetencje miękkie, jak np. umiejętność pracy zespołowej czy umiejętności komunikacyjne.

infografika
Źródło: materiały prasowe Deloitte

Blisko połowa pracowników chce zwiększyć umiejętności IT

Z badania Deloitte wynika, że tylko 16 proc. polskich pracowników posiada kompetencje IT na poziomie zaawansowanym. Niemniej niemal połowa (46 proc.) chciałaby te umiejętności rozwinąć, a 23 proc. – poznać je od nowa.

Podobnie przedstawia się potrzeba zdobywania wiedzy technicznej. Dobrze oceniło się w tym zakresie 30 proc. badanych. 47 proc. chciałoby się doszkolić, a 14 proc. – nabyć wiedzę techniczną od podstaw.

Podstawy IT zna dziś 47 proc. pracowników, a więc sporo, niemniej 35 proc. chciałoby zwiększyć swoje umiejętności w tej dziedzinie, a 10 proc. – pozyskać je od podstaw.

Powyższe dane nie zaskakują, skoro IT to branża, w której zarobki rosną najszybciej – zgodnie z najnowszym raportem płacowym Antal – średnio o 4 tys. zł rocznie.

Poza tym, obok umiejętności IT, polscy pracownicy chcieliby podszkolić się w znajomości języków obcych – okazuje się bowiem, że tylko 15 proc. przebadanych czuje się w tej materii dobrze. Ponad połowa (56 proc.) przyznała, że chciałaby tę kompetencję poprawić, a 21 proc. – rozpocząć naukę od podstaw.

W których dziedzinach Polacy oceniają się dobrze?

Wysoko oceniamy się z kolei pod kątem umiejętności miękkich. Aż 62 proc. ankietowanych uznało, że ma wysoko rozwiniętą zdolność pracy w grupie, a 55 proc. jest zadowolona ze swoich zdolności komunikacyjnych i rozwiązywania problemów. Zdaniem Marcina Kosedowskiego z Kodilla.com, to bardzo dobry sygnał.

O ile przy odpowiednim poświęceniu czasu i energii umiejętności techniczne mogą zdobyć nawet osoby bez żadnego doświadczenia w IT, o tyle umiejętności miękkich nie jest się tak łatwo nauczyć. Tak wysoka samoocena to dowód na to, że Polacy mają wysokie kwalifikacje interpersonalne i pod kierunkiem osób doświadczonych technologicznie są w stanie przygotować się do zbliżającej się transformacji cyfrowej – tłumaczy ekspert.

A jak pracownicy pozyskują nowe umiejętności?

Dane Deloitte wskazują na jeszcze jedną ciekawą kwestię, a mianowicie rosnącą popularność i skuteczność alternatywnych (do studiów wyższych) metod nauczania. Wśród odpowiedzi znalazły się szkolenia w obecnym miejscu pracy oraz kursy online, które jako skuteczny sposób pozyskiwania nowych umiejętności wskazała połowa respondentów z grupy poniżej 35. roku życia i prawie połowa osób w wieku 35-44 lat.

Po co komu nowe umiejętności?

Ryzyko likwidacji stanowiska pracy na pewno motywuje do samokształcenia, ale nie jest jedynym determinantem zmiany zawodu. Z opublikowanego pod koniec marca br. “Barometru rynku pracy” Work Service dowiadujemy się, że aż 43 proc. Polaków, którzy zamierzają zmienić posadę lub obawiają się zwolnienia, rozważa przebranżowienie się do innego zawodu. Najczęściej podawaną przyczyną (48,3 proc.) są zbyt niskie zarobki (większość badanych chciałaby zarabiać co najmniej o 25 proc. więcej). Inne powody to brak perspektyw awansu (29 proc.) i chęć samorealizacji (27,6 proc.).

W związku z niedoborem specjalistów IT pracodawcy zaczęli bardzo mocno otwierać się na pracowników, szczególnie programistów Java oraz JavaScript, nawet bez doświadczenia komercyjnego, po bootcampach programistycznych czy specjalistycznych lub darmowych kursach online – mówi Monika Kiliańska, team lider IT w Antal.

Trend jest mocno widoczny również w danych udostępnionych przez Kodilla.com. Wynika z nich, że z bootcampów skorzystało już ok. 6-7 tys. osób, które obrały ten kierunek chcąc rozpocząć karierę w IT. Oczywiście, wobec 50-tysięcznego niedoboru programistów na polskim rynku to wciąż niewiele, niemniej nowoczesne formy edukacji rozwijają się u nas dopiero od kilku lat i z pewnością do nich będzie należała przyszłość.

Źródło: Kodilla.com

Jak doceniać i motywować kreatywnych pracowników?

Dzięki uzdolnionym pracownikom firmy zarabiają i odnoszą sukcesy. Ich zdolności pozwalają zdobywać przewagę nad konkurencją, a nawet mogą ją wznieść
na wyższy poziom. Jak dbać o tych najbardziej utalentowanych i wydajnych,
by jak najdłużej chcieli być częścią naszego zespołu?

Badania pokazują, że utalentowani pracownicy generują 80% ogólnych dochodów firmy. Solidnie zaprojektowany proces utrzymania i rozwoju tzw. talentów umożliwia wykazanie ich pełnego potencjału i zaangażowania, a także pozwoli na zatrzymanie ich w naszej organizacji na dłuższy czas. – tłumaczy Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

W każdej firmie są ludzie, których niezwykłe pomysły pozwalają na wprowadzenie nowych produktów i usług, tym samym zapewniając znaczące miejsce firmy w danej branży.
By takie osoby mogły rozwijać swój potencjał potrzebują odpowiedniej kultury organizacyjnej oraz wsparcia w postaci odpowiedniego przełożonego. Podpowiadamy jakie cechy powinno mieć środowisko pracy, które sprzyja rozwijaniu zdolności najbardziej utalentowanych pracowników:

Siła zespołu

Aby stworzyć dobry zespół należy znać czynniki, które wpływają na jego dynamikę pracy, by jego członkowie mieli możliwość zarówno indywidualnego rozwijania umiejętności,
jak i skutecznego działania w grupie. Dobry zespół na podstawie innowacyjnego pomysłu jest w stanie stworzyć i wdrożyć każdy produkt, czy usługę, a w przypadku napotkanych
po drodze problemów są w stanie razem wypracować właściwie rozwiązanie.

Przydzielanie właściwych zadań i stawianie wyzwań

Przy kreatywnych osobach istotną rolę odgrywa przełożony. Zadania, które przydziela powinny być właściwie dopasowane do predyspozycji pracownika. Warto pamiętać,
że osoby o wysokim potencjale szybko nudzą monotonne, powtarzalne zadania.
Nie znoszą rutyny. Projekty powierzone takim pracownikom powinny być angażujące, zgodne z ich predyspozycjami, ale także ważne w znaczeniu całej organizacji. Pamiętajmy również, że kreatywni potrzebują swobody. Nie  czują sią komfortowo, gdy są ciągle kontrolowani i sprawdzani. To jedyna droga do ich dalszego rozwoju i chęci pozostania
w danym miejscu pracy.

Akceptacja niektórych aspektów tzw. „ciemnej strony osobowości”

Osoby o dużej kreatywności często irytują się i okazują emocje. Przełożony w pewnych sytuacjach może przymykać na to oko pod warunkiem, że nie ma to wpływu na innych pracowników.

Każdy z nas posiada obszary dysfunkcyjne i czynniki, które mogą ujawniać się
w sytuacjach stresowych. Takie zachowania wpływają na efektywność naszej pracy,
a także mogą utrudniać awans, czy budowanie i utrzymanie relacji interpersonalnych. Wczesne rozpoznanie behawioralnych czynników pozwala na ograniczenie ich wpływu poprzez odpowiedni coaching i szkolenia rozwojowe
. Pamiętajmy również, że w neutralnych warunkach tzw. „wykolejacze” przy niektórych cechach osobowości mogą stanowić o jej mocnych stronach, ale kiedy osoba jest zmęczona, czy zestresowana wówczas czynniki ryzyka mogą ograniczać efektywność i stawać na drodze do osiągania sukcesu w karierze i relacjach międzyludzkich.– mówi Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

Rola przełożonego w kierowaniu kreatywnymi pracownikami

Odpowiednie kierowanie utalentowanymi osobami sprzyja ich rozwojowi. Przede wszystkim warto pamiętać, że przy tego typu pracownikach nie sprawdza się mikrozarządzanie. Tzw. „pokorne przywództwo” wydaje się być najodpowiedniejsze przy kierowaniu osobami o wysokim potencjale. Badania potwierdzają, że tylko mangerowie, którzy posiadają wewnętrzną pokorę potrafią ze zrozumieniem słuchać swoich podwładnych, pozyskiwać potrzebne dane, a także przyjmować krytykę i być gotowym na zmianę planów, gdy sugerowane wcześniej rozwiązanie nie przynosi efektów. Posiadanie tej cechy gwarantuje skuteczne przywództwo, bo pozwala managerowi przyciągnąć
do swojego zespołu osoby o wysokich kwalifikacjach i osiągać nadzwyczajne, zawodowe sukcesy.

Większość z nas uważa, że przywódca wykazujący pokorę nie zyska dużej popularności w dzisiejszych czasach, gdzie wielu chce osiągnąć status celebryty. Niesłusznie, bo ta cecha pomaga właściwe wyczuć swoje mocne i słabe strony, a także obiektywnie zauważyć jakie cechy dominują w zespole. Prawdziwy lider jest skromny, rozważny
i refleksyjny a wszystkie sukcesy zawodowe przypisuje pracy zespołowej.
– wyjaśnia Magdalena Giryn, Country Manager, Assessment Systems Polska.

Nowe zasady opodatkowania zbycia nieruchomości

Nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, prawnych oraz Ordynacji podatkowej wprowadziła nowe zasady opodatkowania sprzedaży i innych form zbycia nieruchomości. Do końca 2018 r. zbywcy byli obciążeni podatkiem za odpłatne pozbycie się nieruchomości przed upływem 5 lat od jej zakupu. Jak wygląda ich sytuacja po 1 stycznia 2019 r.?

Jaki podatek w 2019 r.?

Stawka podatku od zbycia nieruchomości przed upływem 5 lat od jego nabycia nie zmieniła się i wciąż wynosi 19%. Zmianie uległ natomiast okres trwania tzw. ulgi mieszkaniowej, która dawała zbywcom możliwość uniknięcia obowiązku zapłaty podatku pod jednym warunkiem. W okresie 2 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym doszło do zbycia, musieli przeznaczyć uzyskane z tego tytułu środki na własne cele mieszkaniowe. W przeciwnym razie byli zobowiązani do dokonania korekty swoich zeznań podatkowych oraz zapłaty zaległego podatku wraz z odsetkami.

Od 1 stycznia 2019 r. okres trwania ulgi mieszkaniowej nieznacznie się wydłużył – z 2 do 3 lat liczonych od końca roku kalendarzowego, w którym doszło do zbycia. Zbywcy zyskują więc dodatkowy rok na znalezienie sposobu wykorzystania uzyskanych środków ze sprzedaży lub zbycia nieruchomości na własne cele mieszkaniowe i uniknięcia w ten sposób konieczności zapłaty podatku powiększonego o wartość odsetek.

Co to są wydatki poniesione na własne cele mieszkaniowe?

Podatnik może zwolnić się od zapłaty podatku, gdy przeznaczy środki uzyskane ze zbycia nieruchomości na własne cele mieszkaniowe, których katalog ustawodawca sformułował w art. 21 ust. 25-30 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Katalog ma charakter zamknięty, co oznacza, że tylko wymienione w nim przypadki można uznać za własne cele mieszkaniowe.

Do końca 2018 r. wydatki te obejmowały m.in.:

  • nabycie budynku, lokalu mieszkalnego, gruntu lub prawa użytkowania wieczystego albo części lub udziału w tych obiektach lub prawa,
  • nabycie spółdzielczego własnościowego prawa do lokalu mieszkalnego lub udziału w tym prawie,
  • spłatę kredytu lub pożyczki albo odsetek od nich, jeśli były zaciągnięte przed uzyskaniem dochodu z odpłatnego zbycia na cele związane z nabyciem, adaptacją lub remontem budynków lub lokali mieszkaniowych albo ich części.

W 2019 r. katalog ten rozszerzył się o wydatki poniesione na budowę, rozbudowę, nadbudowę, przebudowę lub remont, a także adaptację własnego budynku, jego części albo własnego lokalu mieszkalnego.

Katalog wydatków pomija wszelkie obiekty oraz prawa do budynków, które nie mają celu mieszkaniowego. Wyjątkiem jest tylko adaptacja budynków lub lokali rekreacyjnych na mieszkalne. Ponadto cele mieszkaniowe muszą charakteryzować się osobistym związkiem ze zbywcą, co oznacza, że wydatki np. na nabycie mieszkania pod wynajem nie będą uznane za poniesione na własne cele mieszkaniowe.

Wszelkie wydatki na cele mieszkaniowe powinny zostać udokumentowane umową, fakturą albo dokumentem administracyjnym, który potwierdza ich poniesienie.

Nowe zasady rozliczania odziedziczonych nieruchomości

Nowe przepisy przyniosły zmianę w terminie naliczania 5-letniego okresu istnienia obowiązku zapłaty podatku od sprzedaży nieruchomości. Do końca ubiegłego roku termin ten naliczano od momentu śmierci spadkodawcy, który przekazał nieruchomość spadkobiercy. Natomiast z początkiem nowego roku termin ten nalicza się już od momentu kupna nieruchomości przez spadkodawcę.

Tym samym podatnicy zyskali szansę na całkowite uniknięcie obowiązku zapłaty podatku, jeśli zechcą sprzedać odziedziczoną nieruchomość, którą spadkodawca nabył na więcej niż 5 lat przed swoją śmiercią. Ponadto, jeśli spadkodawca był właścicielem nieruchomości przez krótszy okres przed śmiercią, jego długość również wlicza się do ogólnego rachunku. Przykładowo, jeśli umarł 2 lata po zakupie nieruchomości, spadkobierca powinien odczekać jedynie 3 lata od nabycia, aby uniknąć obowiązku płacenia podatku.

Spadkobierca może także włączyć w koszty uzyskania przychodu nakłady, jakie poczynił spadkodawca na nieruchomość będącą przedmiotem dziedziczenia, takie jak koszty wybudowania lub jej nabycia. Do kosztów można także doliczyć ciężary z nią związane, w tym długi.

Co zyskają rozwodnicy?

Analogiczne zasady liczenia terminu istnienia obowiązku podatkowego w przypadku zbycia nieruchomości dotyczą rozwiedzionych małżonków. W ich sytuacji ważny jest również termin nabycia albo wybudowania budynku lub lokalu mieszkalnego. Jeśli po rozwodzie powstanie potrzeba pozbycia się nieruchomości, termin istnienia obowiązku liczy się od końca roku kalendarzowego, w którym doszło do nabycia lub oddania budynku do użytku, a nie od momentu podziału wspólnej masy majątkowej.

Kto skorzysta na nowych przepisach?

Znowelizowane przepisy ustaw o podatku dochodowym oraz Ordynacji podatkowej weszły w życie z dniem 1 stycznia 2019 r. Nie oznacza to jednak, że objęły wszystkie przypadki zbycia nieruchomości. Korzystne zmiany odczują tylko Ci podatnicy, którzy dokonali zbycia po tej dacie. Przy czym bez znaczenia pozostaje to, czy nieruchomość została nabyta lub odziedziczona jeszcze za rządów starych reguł.

Zmiany w opodatkowaniu zbycia nieruchomości wpływają pozytywnie na sytuację podatników, którzy nabywają nieruchomość w drodze dziedziczenia. Jednak zmiana w uldze mieszkaniowej, która dotyczy innych form nabycia, nie poprawia istotnie ich położenia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dlaczego Polacy mają trudności ze spłatą zobowiązań?

Powodów, dla których Polacy nie spłacają terminowo rat kredytów, pożyczek, rachunków za telefon, alimentów i innych zobowiązań jest wiele. Okazuje się, że jednymi z najczęściej wymienianych nie są już tylko zdarzenia losowe czy utrata pracy, ale również lekkomyślność, niefrasobliwość, gapiostwo lub nieumiejętne zarządzanie domowym budżetem. Co piąty Polak przyznaje, że zaciągając zobowiązanie był przekonany, że „jakoś to będzie” lub nie miał świadomości ile kosztuje kredyt. Oddzielną grupę osób stanowią rodacy posiadający „świadome długi”, a więc nie zamierzający ich spłacać. Wielu konsumentów nie zdaje sobie sprawy, że nieuregulowane zobowiązania są dużym problemem nie tylko dla banków, ale również dla całej gospodarki i sektora przedsiębiorstw.

Z raportu „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce”, przygotowanego przez NBP, wynika, że ponad 40 proc. gospodarstw jest zadłużonych. Najczęściej są to zobowiązania z tytułu zabezpieczonych kredytów mieszkaniowych oraz kredyty konsumpcyjne. Niestety – jak wykazują różne badania – Polacy coraz częściej spóźniają się ze spłatą swoich zobowiązań. Kontrahenci również bywają nieterminowi, niezależnie od tego, czy prowadzą duże przedsiębiorstwo, czy małą firmę. W tym samym czasie młodzi ludzie, którzy zaczynają uczyć się jak gospodarować własnym budżetem, zadłużają się na potęgę. Często finansują w ten sposób drogie zachcianki, tracą pieniądze na hazard, nie mają pojęcia kto jest ich wierzycielem i niechętnie idą do pracy, by móc zapracować na oddanie długu. Czy Polacy przestali kierować się moralnością w regulowaniu swoich zobowiązań?

Niespłacone zobowiązania to duży ciężar dla całej gospodarki

Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

– Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że niespłacone w terminie zobowiązania uruchamiają machinę zdarzeń, które mają negatywny wpływ na całą gospodarkę. Wielu dłużników sądzi, że niespłacone należności dotyczą ich samych lub ich domowych budżetów. Nic bardziej mylnego – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która wraz z firmami windykacyjnymi zrzeszonymi w organizacji edukuje w jaki sposób zaciągać mądrze zobowiązania, ale również jak je terminowo spłacać. – Przykład? Jeżeli kredytobiorcy nie będą zwracać zobowiązań bankom, to muszą liczyć się z tym, że te zaczną podnosić ceny kredytów udzielanych w przyszłości lub np. obniżać oprocentowanie lokat. Oznacza to, że przysłowiowy Kowalski szybko odczuje skutki tego, iż jego sąsiad, brat lub kolega nieterminowo reguluje zobowiązania kredytowe. W długiej perspektywie czasu skutki te odczujemy wszyscy – dodaje A. Roter.

Podobnie jest z przedsiębiorcami, którzy wydają średnio ok. 5-6 proc. wszystkich swoich kosztów na to, by radzić sobie z kwestią niewywiązywania się kontrahentów z zobowiązań. W skali całej gospodarki to ok. 150-180 mld zł rocznie.

– Wyobraźmy sobie, jak pozytywnym impulsem dla gospodarki byłoby to, gdyby przedsiębiorcy nie musieli ponosić takich kosztów. Jeżeli te kwoty pozostawałyby w ich rękach, to przedsiębiorcy mieliby większe dochody, mogliby rozwijać się i inwestować. PKB rósłby znacznie szybciej, a budżet państwa notowałby wpływy z podatków, finansujących przecież programy społeczne – mówi Andrzej Roter.

Na szczęście ok. 600 tys. małych i średnich przedsiębiorstw zleca odzyskanie zaległych należności firmom, które profesjonalnie zajmują się zarządzaniem wierzytelnościami. Dzięki ich wysiłkom udaje się odzyskać ok. 20 mld zł rocznie. Co z resztą zobowiązań? Niestety, pozostają nieodzyskane i obciążają negatywnie finanse przedsiębiorstw, budżetu, pośrednio zaś są obciążeniem dla każdego konsumenta, płacącego większe ceny, czy uzyskującego mniejsze wynagrodzenie za lokaty w bankach. Dlatego tak ważna jest edukacja ekonomiczna i finansowa oraz zmiana sposobu myślenia na temat zarządzania wierzytelnościami – zaczynając od własnego budżetu domowego oraz świadomości powszechnych konsekwencji nieterminowego spłacania tych zobowiązań.

Lekkomyślność i brak planowania

Zachowania Polaków w sytuacjach kryzysowych, dotyczących terminowego spłacania zobowiązań, są różne. Z badania „Sytuacja na rynku consumer finance”, przeprowadzonego przez KPF oraz Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH wynika, że rośnie liczba gospodarstw, które z powodu lekkomyślności przy zaciąganiu kredytu mają trudności z ich terminową obsługą oraz braku planowania wydatków w stosunku do otrzymywanych przychodów. W badaniu z 2018 roku taką odpowiedź wskazało 56,5 proc. respondentów, a to oznaczało 20 proc. wzrost w porównaniu do sytuacji sprzed czterech lat. Tylko 14,5 proc. ankietowanych przyznało, że problemy z regulowaniem zobowiązań są podyktowane wypadkami losowymi. Wielu ankietowanych (7,6 proc.) zwróciło również uwagę na „gapiostwo”, „spóźnialstwo” czy też ogólną niedbałość w rzetelnym i terminowym regulowaniu rozliczeń finansowych.

– Pamiętajmy, że najważniejsze jest podejście do niespłaconego w terminie zobowiązania – zarówno konsumenta, jak i wierzyciela.  W ostatnich latach branża windykacyjna zmieniła filozofię kontaktu z dłużnikami, a sam proces egzekwowania należności przypomina bardziej proces negocjacji. Firmy windykacyjne chcą dojść do porozumienia z dłużnikiem, a ich celem jest ustalenie takiego harmonogramu spłat, który osoba zadłużona będzie mogła unieść. Z kolei konsumenci powinni zaniechać unikania kontaktu, czy to z wierzycielem pierwotnym, czy wtórnym. Jeżeli nie mają środków na uregulowanie zobowiązania w danym momencie, warto ustalić nowe warunki. Wierzyciel może zaproponować dogodne raty, wydłużenie terminu spłaty lub indywidualne ustalić z osobą zadłużoną inne działania – podkreśla Andrzej Roter.

Czy to hazard moralny?

W badaniu dotyczącym moralności finansowej Polaków, realizowanym cyklicznie przez KPF, zdecydowana większość z nas deklaruje, że należy spłacać swoje zobowiązania finansowe. Z jednej strony Polacy chcą być moralni, zaś z drugiej rośnie ich akceptacja dla zachowań, które pozwalają uniknąć spłaty, m.in. przepisania majątku na rodzinę, by uciec przed wierzycielem, zmiany rachunku bankowego albo „pracy na czarno”, żeby nie dopuścić do zajęcia komorniczego lub ściągania środków pieniężnych na uiszczenie zobowiązania z pensji.

Wiele osób posiadających niespłacone należności sądzi, że kwota zobowiązania jest zbyt niska, by dług trafił do firmy windykacyjnej, albo zbyt wysoka, by mogli go w tej chwili spłacić. W rzeczywistości czekają na „większą gotówkę”, by móc uregulować należności lub „lepszy moment”, w którym akurat będą mieć środki. Tymczasem lepszy moment nie nadchodzi, gdyż pojawiają się wydatki związane ze świętami, komunią, weselem, wyprawką dla noworodka lub wyprawką szkolną itp. Tylko świadome i mądre zarządzanie domowym budżetem oraz spłacanie swoich zobowiązań krok po kroku, nawet w małych ratach, może uwolnić nas od zadłużenia.

– Niespłacone w terminie zobowiązania powodują, że nie tylko sam dłużnik, ale wszyscy konsumenci ponoszą koszty społeczne, ekonomiczne czy gospodarcze. Dlatego tak ważna jest skuteczna edukacja finansowa oraz zmiana sposobu myślenia, zarówno o własnym budżecie domowym, swoich możliwościach finansowych, jak i zaciąganiu zobowiązań kredytowych oraz ich terminowym spłacaniu – podsumowuje Andrzej Roter.

Główne preteksty dotyczące niespłacania zobowiązań to m.in.:

  1. Nie stać mnie, ponieważ pieniędzy ledwo starcza na życie
  2. Dług jest zbyt wysoki, spłacę go jak będę mieć większą gotówkę, teraz nie dam rady
  3. Z firmą windykacyjną i tak nie można się dogadać
  4. Zabiorę się za to kiedy indziej, bo znów mam duże wydatki (w każdym miesiącu coś innego: Sylwester, święta, komunia, majówka, wakacje, nowy rok szkolny etc.).
  5. Nie będę spłacać, bo inni też nie spłacają
  6. Nie będę oddawać, bo kredyt był dla ojca, brata lub kolegi. To nie mój dług