Polskie porty biją rekordy. Baltic Hub zbliża się do pełnej przepustowości

Z perspektywy rynku polskiego rok 2025 przynosi względną stabilizację w transporcie morskim, zwłaszcza w porównaniu z ostatnimi latami, gdy wahania stawek sięgały nawet dziesięciokrotności w skali roku. Na głównym kierunku importowym – z Chin – ostatnie miesiące upłynęły spokojnie, z wyjątkiem krótkiego, dwumiesięcznego okresu w czerwcu i lipcu, kiedy stawki wzrosły dwukrotnie. Przyczyną tego piku była sytuacja po drugiej stronie globu – na szlakach transpacyficznych. Administracja amerykańska ogłosiła czasowe zawieszenie wzrostu ceł na wybrane towary z Państwa Środka, co w ciągu tygodnia przełożyło się na wzrost wolumenów z Chin do USA o około 200%. To spowodowało spiętrzenia w głównych azjatyckich hubach, takich jak chińskie Qingdao czy porty w Azji Południowo-Wschodniej, głównie w Singapurze, a w konsekwencji przełożyło się na opóźnienia w obsłudze ładunków kierowanych do Europy. Początkowo wydawało się, że skutki będą długotrwałe, jednak rynek ustabilizował się stosunkowo szybko.

Z kolei na kierunku USA – czyli głównym kierunku eksportowym dla polskiego transportu morskiego – od dłuższego czasu utrzymuje się stabilna sytuacja. Mimo dynamicznej i zmiennej polityki celnej, notujemy stabilność zarówno cen frachtów, jak i obsługiwanych wolumenów z rynku europejskiego. Widać, że dla biznesu USA – mimo wyzwań – pozostają ważnym rynkiem. Firmy uważnie śledzą sytuację, ale nie podejmują gwałtownych decyzji, takich jak wycofywanie się z tego kierunku. Dotyczy to również branży automotive, szczególnie wrażliwej na zmiany w polityce celnej. W SUUS monitorujemy sytuację celną na bieżąco, wspierając klientów w odprawach, doradztwie i planowaniu strategii transportowej.

Niezależnie od sytuacji na poszczególnych kierunkach, wyzwaniem pozostają operacje w największych portach Europy Zachodniej, co przekłada się efektywność i terminowość przewozów. Kongestia w Hamburgu, Le Havre czy Rotterdamie wynika zarówno z czynników społecznych, takich jak strajki pracowników, jak i z modernizacji infrastruktury – przykładem może być niedawne, czasowe zamknięcie torów dojazdowych we wspomnianym niemieckim terminalu.

Polska jako regionalny hub dystrybucyjny

Polskie porty już dawno przekroczyły poziomy obsługiwanych wolumenów sprzed pandemii. Baltic Hub w 2024 roku osiągnął rekordowy wynik przeładunków, a dane z pierwszego półrocza 2025 wskazują, że ten rezultat zostanie poprawiony. Jednocześnie przepustowość portów zapełnia się szybciej, niż zakładano – nowy terminal T3 o mocy 3,5 mln TEU już w pierwszym roku działalności pracuje na poziomie około 80% wykorzystania.

Rozwój polskich portów ma znaczenie nie tylko dla obsługi krajowego rynku, ale także dla tranzytu towarów do państw Europy Środkowej i Wschodniej, często bez dostępu do morza – Czech, Słowacji, Węgier, Austrii czy Ukrainy. Polska, jako jeden z liderów gospodarczych UE, zaczyna coraz bardziej pełnić rolę regionalnego hubu dystrybucyjnego. Porty są w tym kluczowe – jako „okna na świat” globalnego handlu. W końcu 80–90% globalnej wymiany towarowej odbywa się właśnie frachtem morskim.

Aby wzmacniać tę pozycję, niezbędny jest dalszy rozwój infrastruktury – zarówno stricte portowej, jak i odwozowej – terminali przeładunkowych i linii kolejowych. Ma to kluczowe znaczenie dla skrócenia czasu transportu i zwiększenia konkurencyjności wobec portów niemieckich (które nadal przyciągają np. rynek czeski dzięki sprawnym połączeniom kolejowym) czy południowych, takich jak Koper, Triest czy Rijeka. Widać, że dzisiejsze inwestycje są planowane z myślą o całym systemie logistycznym – logistyka to system naczyń połączonych, a łańcuch dostaw nie kończy się na dostawie do portu.

Transport morski „od drzwi do drzwi”

Klienci oczekują dziś nie tylko przewiezienia kontenera z punktu A do B, ale kompleksowej obsługi całego procesu. W SUUS oferujemy różne gałęzie transportu – morski, kolejowy, lotniczy, drogowy czy rozwiązania intermodalne – tak, aby dopasować usługę do priorytetów klienta: czasu, kosztu lub wymogów branżowych. Na przykład w przypadku przewozu z Chin zapewniamy wiele opcji: serwis morski, kolejowy, lotniczy, a także rozwiązania łączone, np. koleją z Chin do Kazachstanu, a następnie przewóz samolotem.

W transporcie morskim realizujemy zarówno własne konsolidacje drobnicowe na kierunkach Azja i USA, jak również przewozy pełnokontenerowe. Ponadto w przewozach z Azji realizujemy także konsolidacje buyer, które polegają na łączeniu ładunków od wielu dostawców jednego importera (klienta) w jednym kontenerze, aby obniżyć koszty frachtu i usprawnić dostawy. Posiadamy również naszych lokalnych polskojęzycznych przedstawicieli w USA i Chinach, którzy wspierają firmy w operacjach na tych rynkach. Takie holistyczne podejście pozwala nam zachować elastyczność względem potrzeb klientów.

Zapewniamy także pełne wsparcie celne, które w dobie zawirowań w polityce celnej ma duże znaczenie. W ramach uruchomionej jakiś czas temu usługi Customs Control Tower oferujemy kompleksowe wsparcie w odprawach celnych zarówno w kraju nadania, jak i na rynku docelowym. Tego typu rozwiązania mają istotne znaczenie w globalnym handlu.

Kluczowe jest także doradztwo – pomagamy klientowi wybrać opcję, która w danym momencie najlepiej odpowiada jego strategii i sytuacji rynkowej. To podejście pozwala budować długoterminowe relacje i odporne łańcuchy dostaw, co w realiach globalnej zmienności, z którą mamy do czynienia, jest wartością samą w sobie.

Autor: Przemysław Komar, Seafreight Product Director CEE w Rohlig SUUS Logistics

Social media a koncentracja: mózg nastolatka na dopaminowej huśtawce

U osób nadużywających smartfonów – podobnie jak w uzależnieniach od internetu i gier wideo – występuje wspólny mechanizm neurobiologiczny polegający na osłabieniu „centrum dowodzenia” w mózgu.

Media społecznościowe stały się wszechobecnym elementem życia młodzieży. W 2024 roku liczba użytkowników mediów społecznościowych na świecie przekroczyła 5 miliardów, a do 2028 r. może wzrosnąć do 6 miliardów. Szczególnie intensywnie korzystają z nich ludzie młodzi – szacuje się, że 93–97% nastolatków (13–17 lat) używa co najmniej jednej platformy społecznościowej. Przeciętna dziewczyna w wieku 16–24 lat spędza tam ponad 3 godziny dziennie (chłopcy ok. 2,5 godz.)[1]. Tak powszechne i intensywne korzystanie budzi niepokój o wpływ tych platform na rozwijający się mózg. Jako neurochirurg obserwujący zjawiska neurologiczne dostrzegam zjawisko neuropsychologiczne – media społecznościowe mogą kształtować neurobiologię młodego człowieka wpływając na zdolność koncentracji, kontrolę impulsów oraz równowagę między układem limbicznym (emocje, nagroda), a kontrolującą go korą przedczołową.

Dynamicznie rozwijający się mózg nastolatka jest szczególnie wrażliwy na bodźce społeczne i nagradzające. Badania wskazują, że w okresie dojrzewania występuje podwyższona wrażliwość na nagrody – przy równocześnie nie w pełni dojrzałych mechanizmach hamujących w korze czołowej. Innymi słowy, układ nagrody młodego mózgu jest bardzo „podatny na bodźce” – podczas, gdy „hamulec” w postaci kory przedczołowej dopiero się kształtuje. To właśnie może tłumaczyć, dlaczego nastolatkowie są bardziej narażeni na kompulsywne korzystanie z mediów cyfrowych. Koncepcyjne modele neurobiologiczne oraz badania fMRI potwierdzają, że uzależnienia behawioralne (np. od internetu czy mediów społecznościowych) łączą się z uwrażliwieniem na sygnały nagrody (silniejsza reakcja emocjonalna na bodźce, np. „lajki”) przy jednoczesnym osłabieniu kontroli hamującej sprawowanej przez korę przedczołową[2]. Niniejszy artykuł – w formie opinii eksperckiej – omawia najnowsze odkrycia naukowe na ten temat, ze szczególnym uwzględnieniem zaburzeń koncentracji oraz zaburzeń kontroli układu limbicznego przez korę (przed)czołową.

Układ nagrody a ryzyko uzależnienia

Media społecznościowe aktywują układ nagrody w mózgu w sposób podobny do innych nawykowych czynników. Serwisy takie, jak Facebook, Instagram czy TikTok są zaprojektowane tak, by dostarczać użytkownikom natychmiastowych „mikronagród” – np. polubień, powiadomień, nowych postów – co pobudza wyrzut dopaminy w tzw. mezolimbicznym układzie nagrody. Dopamina pełni kluczową rolę w odczuwaniu przyjemności i motywacji; jest uwalniana w mózgu zawsze, gdy doświadczamy czegoś nagradzającego (jedzenie, sukces, interakcje społeczne). Platformy społecznościowe sprytnie to wykorzystują, personalizując treści i stosując algorytmy wzmacniające zaangażowanie użytkownika. W efekcie każde przewinięcie ekranu czy nowy „lajk” dostarcza małą dawkę nagrody, utrwalając nawyk ciągłego sprawdzania telefonu. Jak ujęli to badacze, systemy social mediów zwiększają wyrzut dopaminy poprzez spersonalizowane treści, co silnie wzmacnia zachowanie – użytkownikom coraz trudniej „odłożyć telefon”, oczekując kolejnej nagrody. [3]

Nadmierne pobudzanie układu nagrody może prowadzić do zmian neuroplastycznych podobnych do tych obserwowanych w uzależnieniach od substancji. Częste korzystanie z social mediów zmienia szlaki dopaminowe – pojawia się zjawisko tolerancji i potrzeba coraz większej stymulacji, co sprzyja rozwojowi uzależnienia w sposób analogiczny do nałogu. W istocie obrazowe badania mózgu wykazały, że uzależnienie od mediów społecznościowych wywołuje niektóre zmiany spotykane przy uzależnieniach od narkotyków czy hazardu. Przykładowo, u osób przejawiających objawy “SNS addiction” (uzależnienia od serwisów społecznościowych) stwierdzono zmniejszenie objętości ciała migdałowatego obustronnie – czyli kluczowej struktury limbicznej odpowiadającej za emocje – co jest zmianą analogiczną do obserwowanej w innych uzależnieniach. Jednocześnie nie stwierdzono istotnych ubytków objętości jądra półleżącego (ośrodka nagrody) – co może wskazywać, że w tym typie uzależnienia większą rolę odgrywają mechanizmy impulsywności i reaktywności emocjonalnej (amygdala) niż klasyczne „głód narkotykowy” związany z układem nagrody. [4]

Z perspektywy neurochirurga szczególnie niepokojące jest to, że zmiany neurofizjologiczne towarzyszące nadmiernemu korzystaniu z social mediów mogą utrwalać błędne koło uzależnienia. Każda dawka dopaminowej nagrody online wzmacnia połączenia synaptyczne w obwodach nawyku, podczas gdy obwody kontrolne nie nadążają z hamowaniem impulsu. W miarę upływu czasu obserwujemy więc wzrost pobudliwości układu limbicznego przy jednoczesnym osłabieniu „hamulców” z kory przedczołowej. Taki obraz potwierdzają badania – częste używanie mediów społecznościowych prowadzi do zmian aktywności mózgu: obserwuje się wzmożoną aktywność ciała migdałowatego i innych ośrodków emocji, a także zmiany w aktywności kory czołowej odpowiedzialnej za racjonalną ocenę i kontrolę emocji. Konsekwencją jest podwyższona reaktywność emocjonalna oraz osłabiona zdolność podejmowania decyzji u młodych nałogowych użytkowników social mediów

Innymi słowy, młody człowiek staje się bardziej podatny na bodźce (np. wahania nastroju pod wpływem treści online) i ma trudność z przerwaniem ciągu przyjemnych doznań cyfrowych, mimo iż zdaje sobie sprawę z upływającego czasu czy zaniedbywania obowiązków. [5]

Koncentracja, uwaga i funkcje wykonawcze

Jednym z najczęściej obserwowanych skutków ubocznych intensywnego korzystania z mediów społecznościowych są problemy z koncentracją i uwagą. Młodzi ludzie przeskakujący między powiadomieniami, wiadomościami a strumieniem nowych postów często mają trudność ze skupieniem się na jednej czynności przez dłuższy czas. Badania potwierdzają związek między wysoką aktywnością w mediach cyfrowych a objawami ADHD (zespołu nadpobudliwości z deficytem uwagi). Przełomowe badanie kohortowe opublikowane w JAMA (2018) objęło ponad 2500 nastolatków bez zdiagnozowanego ADHD na początku – wykazało ono, że młodzież korzystająca bardzo często z wielu platform cyfrowych miała istotnie wyższe ryzyko wystąpienia objawów ADHD w ciągu kolejnych 2 lat[6]. Młodzi, którzy w ogóle nie używali często mediów cyfrowych, doświadczali objawów zaburzeń uwagi z częstością ok. 4,6%, podczas gdy w grupie najbardziej aktywnych online (kilka różnych typów aktywności codziennie) odsetek ten wzrósł do ~10%. Autorzy zaobserwowali statystycznie istotną zależność – im więcej czasu i rodzajów aktywności w mediach (social media, gry, video itp.) – tym większe prawdopodobieństwo rozwoju symptomów typu nieuwaga, problemy z utrzymaniem koncentracji czy nadmierna impulsywność. Choć efekt ten był umiarkowany, pozostaje on niepokojący – sugeruje, że nadmiar bodźców cyfrowych może przyczyniać się do trudności szkolnych i behawioralnych typowych dla ADHD.

Dlaczego media społecznościowe mogą zaburzać koncentrację? Po pierwsze, ich konstrukcja sprzyja ciągłemu przełączaniu uwagi. Aplikacje bombardują użytkownika powiadomieniami, aktualizacjami i nieskończonym „feedem” treści. Taki strumień rozpraszaczy odciąga uwagę od zadań wymagających skupienia i wprowadza mózg w stan ciągłego czuwania na nowe bodźce kosztem głębokiej koncentracji.

W literaturze pojawia się nawet pojęcie “ciągłej częściowej uwagi” – użytkownik niby robi różne rzeczy jednocześnie, ale żadnej nie poświęca pełnej uwagi. Współczesne media cyfrowe uczą młodych podzielności uwagi, lecz nie sustained attention (utrzymanej koncentracji) – stąd coraz częstsze skargi nauczycieli i rodziców, że nastolatkowie mają trudność z czytaniem dłuższych tekstów czy wykonywaniem długotrwałych projektów. [7].

Po drugie, chroniczne pobudzanie się wieloma mediami może prowadzić do przeciążenia poznawczego. Mózg młodej osoby, zasypywany setkami informacji dziennie, zaczyna działać bardziej powierzchownie. Uwagę przyciągają ciągle nowe bodźce kosztem pamięci operacyjnej i głębszego przetwarzania informacji. Badania wykazały, że intensywni użytkownicy smartfonów (które stanowią główne narzędzie dostępu do social mediów) prezentują mierzalne deficyty uwagi i kontroli poznawczej. Przykładowo, u młodzieży nadużywającej smartfonów stwierdzono gorsze hamowanie impulsów w testach neuropsychologicznych – w zadaniu typu Go/No-Go wykazywali trudności z powstrzymaniem reakcji na bodziec, czemu towarzyszyły zmiany w zapisie EEG świadczące o słabszej kontroli wykonawczej. Inne analizy potwierdzają obniżoną zdolność skupienia, gorszą pamięć roboczą oraz zwiększoną impulsywność i nadaktywność u osób bardzo intensywnie korzystających z urządzeń cyfrowych[8]. Co ciekawe, wielozadaniowość medialna (jednoczesne korzystanie z kilku mediów) koreluje z większą podatnością na dystraktory – heavy multitaskers notorycznie gorzej wypadają w testach uwagi selektywnej w porównaniu z osobami wykonującymi zadania sekwencyjnie.

Warto podkreślić, że związek mediów społecznościowych z uwagą jest dwukierunkowy. Nadmierne korzystanie może wywoływać objawy deficytu uwagi, ale też osoby z istniejącymi problemami uwagowymi (np. ADHD) częściej popadają w problematyczne używanie mediów online. Najnowsze przeglądy sugerują, że ADHD i uzależnienie od internetu/social mediów współwystępują częściej niż by to wynikało z przypadku – ADHD jest jednym z czynników ryzyka uzależnienia cyfrowego i odwrotnie, przewlekłe stymulowanie się mediami pogarsza koncentrację. Powstaje błędne koło, w którym młody człowiek szukając szybkich bodźców (bo nuży go zwykła nauka) pogłębia jeszcze swoją niezdolność do skupienia się na dłużej.

Kora przedczołowa a kontrola impulsów (układ limbiczny pod nadzorem)

Najbardziej “odroczoną w rozwoju” częścią ludzkiego mózgu jest kora przedczołowa – jej dojrzewanie trwa do około 25. roku życia. To właśnie w płatach czołowych mieszczą się ośrodki funkcji wykonawczych: planowania, przewidywania konsekwencji, hamowania niepożądanych zachowań, kontrolowania impulsów i regulacji emocji. U nastolatków te struktury dopiero się mielinizują i wzmacniają swoje połączenia z resztą mózgu. Układ limbiczny (m.in. ciało migdałowate, prążkowie) odpowiedzialny za popędy i emocje ma zatem u młodych nie do końca sprawny „hamulec” w postaci kory czołowej. Media społecznościowe, z ich atrakcyjnością i natychmiastowością, mogą ten delikatny balans zaburzyć. W normalnych warunkach, gdy doświadczamy czegoś kuszącego (np. tabliczka czekolady, czy kolejny filmik na TikToku), kora przedczołowa potrafi nakazać wstrzymanie się – przypominając o długofalowych celach („ucz się, bo jutro sprawdzian”) lub normach („to już niezdrowe”). Jeśli jednak bodźce nagrody są zbyt częste i intensywne, młody mózg może przyzwyczaić się do ignorowania głosu rozsądku.

Badania neurobiologiczne dostarczają dowodów na osłabienie działania kory przedczołowej u osób nadużywających smartfonów i social mediów. Po pierwsze, zaobserwowano zmiany strukturalne świadczące o możliwym regresie lub zahamowaniu rozwoju tych obszarów. Przykładowo, u młodych dorosłych z tzw. problematic smartphone use stwierdzono zmniejszenie objętości istoty szarej w bocznej korze orbitofrontalnej – części płata czołowego odpowiadającej za ocenę wartości bodźców i hamowanie reakcji. Co więcej, im mniejsza objętość tej okolicy, tym wyższy wynik osoby w skali uzależnienia od smartfona (istniała korelacja ujemna). Podobne zmiany wykazano w przedniej części zakrętu obręczy (ACC), która wchodzi w skład sieci hamowania reakcji i regulacji emocjonalnej – nadmierne korzystanie z telefonu wiązało się z redukcją objętości również i tej struktury. Innymi słowy, mózgi „uzależnionych” od urządzeń cyfrowych wykazywały cechy zbliżone do obserwowanych u osób z uzależnieniami od substancji: osłabienie fizycznych substratów kontroli (mniej istoty szarej w kluczowych rejonach czołowych). Potwierdzają to też badania funkcjonalne – u nałogowych użytkowników smartfonów obserwuje się niższą aktywność przedniego zakrętu obręczy oraz zaburzone wzorce połączeń w sieci czołowo-wyspowej (insula) podczas zadań wymagających kontroli emocji. Co ważne, redukcja objętości ACC u osób nadużywających smartfonów jest podobna do zmian opisywanych w uzależnieniach od internetu i gier wideo – sugeruje to wspólny mechanizm neurobiologiczny polegający na osłabieniu „centrum dowodzenia” w mózgu. [9]

Po drugie długotrwałe, intensywne korzystanie z mediów cyfrowych może zmieniać organizację połączeń między korą przedczołową a strukturami limbicznymi. W badaniu obejmującym nastolatków przeanalizowano dane z dużego projektu rozwojowego (ABCD Study) i wykazano, że większa ilość czasu spędzana w social media koreluje z mniejszą objętością kluczowych struktur podkorowych oraz z osłabioną łącznością funkcjonalną między korą a ośrodkami podkorowymi. Dokładniej, u młodzieży częściej używającej social mediów zaobserwowano mniejszy hipokamp, prążkowie (jądro ogoniaste) oraz wzgórze w porównaniu z rówieśnikami stroniącymi od tych mediów. Hipokamp odpowiada m.in. za pamięć i regulację stresu, zaś prążkowie i wzgórze uczestniczą w kontroli motywacji oraz filtrowaniu informacji czuciowych – ich pomniejszenie może więc odzwierciedlać negatywny wpływ nadmiernej stymulacji cyfrowej na rozwój tych funkcji. Ponadto, wysokie wykorzystanie ekranów wiązało się z redukcją spoczynkowej łączności funkcjonalnej pomiędzy korowymi sieciami poznawczymi a licznymi strukturami podkorowymi[10]. Tłumacząc z języka nauki: u „cyfrowo przeciążonych” nastolatków obwody komunikacji między ośrodkami kontroli w korze a układem limbicznym były słabiej zsynchronizowane. Można to interpretować jako osłabienie top-down control, czyli kontroli „z góry na dół” – kora przedczołowa gorzej komunikuje się z układem limbicznym, przez co trudniej jej hamować impulsy i regulować emocje generowane w tych prymitywniejszych rejonach mózgu. Jest to dokładnie ten mechanizm, którego zaburzenia obawiamy się u młodych nałogowych użytkowników mediów społecznościowych: emocje zaczynają brać górę nad rozsądkiem.

Warto zauważyć, że nie wszystkie badania wskazują na strukturalne uszkodzenie kory czołowej – niektóre sugerują wręcz pewną nadaktywność kompensacyjną tych obszarów. Przykładowo, długofalowe badanie fMRI nastolatków wykazało, że u młodych nałogowo sprawdzających social media (kilkanaście razy dziennie Facebook/Instagram/Snapchat) z czasem wzrastała aktywność kory przedczołowej (DLPFC) w odpowiedzi na oczekiwanie bodźca społecznego. Być może jest to próba kompensacji – kora próbuje intensywniej pracować, by okiełznać silnie pobudliwy układ nagrody reagujący na sygnały społeczne. Równocześnie u tych osób wzrastała aktywność ciała migdałowatego i prążkowia podczas oczekiwania na nagrodę społeczną, tymczasem u rówieśników nieuzależnionych reakcje te malały z wiekiem (co jest prawdopodobnie zdrową adaptacją). To longitudinalne badanie sugeruje zatem, że stałe „podsycanie” mózgu bodźcami z mediów społecznościowych może zmieniać trajektorię rozwojową połączeń między korą a układem limbicznym. Nastolatek nieuzależniony z wiekiem uczy się coraz lepiej kontrolować emocje (mniej reakcji amygdali na bodźce społeczne), podczas gdy nastolatek uzależniony idzie w odwrotnym kierunku – jego mózg staje się coraz bardziej wyczulony na nagrody społeczne, a kora musi pracować ponadnormatywnie, by nadążyć za rosnącą stymulacją.[11]

Reasumując, z perspektywy neurochirurga i neurobiologa wpływ mediów społecznościowych na układ kontroli poznawczej jest realny. Widzimy dowody zarówno strukturalne – zmiany w objętości kory czołowej i połączeń z limbicznymi strukturami, jak i funkcjonalne – zmieniona aktywność podczas zadań wymagających kontroli. Oznacza to, że nadmierne korzystanie z tych mediów w okresie dojrzewania może zmieniać rozwój mózgu, potencjalnie skutkując dorosłym osobnikiem bardziej impulsywnym, mniej odpornym na rozproszenie i silniej uzależnionym od szybkich nagród. Choć mózg nastolatka cechuje się ogromną neuroplastycznością – czyli zdolnością do zmian pod wpływem doświadczeń – co jest zjawiskiem pozytywnym (uczenie się, adaptacja), to ta sama plastyczność oznacza również podatność na czynniki szkodliwe. Jeżeli środowisko dostarcza głównie chaotycznych, krótkotrwałych bodźców i nie wymaga długiego skupienia – mózg dostosuje się do takich warunków. Jak ujął to jeden z autorów: „Neurony ludzkiej kory i struktur podkorowych są wysoce plastyczne; różne formy używania mediów cyfrowych mogą wpływać na różne aspekty mózgu… np. używanie ekranów dotykowych przeobraża korę czuciową palców, a media społecznościowe potrafią zmienić anatomię i funkcje mózgu w obszarach przetwarzania emocji i interakcji społecznych, zwłaszcza u nastolatków**”.[12]

Rekomendacje i wnioski

Jak zatem chronić młody mózg w dobie wszechobecnych mediów społecznościowych? Mając świadomość opisanych powyżej zagrożeń zarówno młodzi użytkownicy, rodzice, jak i decydenci mogą podjąć szereg działań prewencyjnych. Oto kilka rekomendacji z perspektywy eksperta neurochirurga:

  • Ustal ograniczenia czasowe: Nadmierna ekspozycja jest głównym problemem, dlatego limituj dzienny czas spędzany na social media. Badania sugerują, że im więcej godzin online, tym większe ryzyko negatywnych skutków (np. każda dodatkowa godzina powiązana jest ze wzrostem objawów depresyjnych o 13%).[13] Rozsądnym limitem dla nastolatka może być np. maksymalnie 1–2 godziny dziennie aktywności rekreacyjnej w social mediach. Pomocne bywa korzystanie z aplikacji monitorujących czas użycia lub wbudowanych narzędzi kontroli rodzicielskiej.
  • Planuj przerwy i higienę cyfrową: Nawet podczas dozwolonego korzystania rób regularne przerwy. Na przykład zasada „15 minut przerwy po każdej godzinie online” pozwala mózgowi odpocząć od ciągłej stymulacji. Unikaj używania telefonu tuż przed snem – niebieskie światło i ciągłe powiadomienia zaburzają rytm dobowy i pogarszają sen, który jest kluczowy dla konsolidacji pamięci i regeneracji mózgu. Warto wprowadzić zasadę odkładania urządzeń na noc (np. na godzinę przed snem żadnych ekranów) oraz braku telefonu przy łóżku w nocy. Rano mózg odwdzięczy się lepszą koncentracją.
  • Wyłącz powiadomienia „push”: Ciągłe dźwięki, wibracje i bannery na ekranie to wrogowie skupienia. Zaleca się wyciszenie zbędnych powiadomień (np. z mediów społecznościowych, które nie są pilne) lub ustawienie telefonu w tryb Nie przeszkadzać na czas nauki, czy spotkań rodzinnych. W ten sposób młody człowiek uczy się, że to on panuje nad technologią, a nie odwrotnie. Można też korzystać z trybu czarno-białego ekranu lub aplikacji blokujących na pewien czas dostęp do rozpraszających serwisów, co zmniejsza atrakcyjność bodźców.
  • Wzmacniaj inne aktywności nagradzające: Aby zrównoważyć „dietę dopaminową” młodego mózgu, zachęcaj do aktywności poza siecią, które również dają satysfakcję. Sport, sztuka, spotkania towarzyskie offline, hobby wymagające skupienia (np. modelarstwo, gra na instrumencie) – wszystkie one pozwalają doświadczać nagrody i przyjemności w zdrowszy sposób, rozwijając jednocześnie cierpliwość i samokontrolę. Regularny wysiłek fizyczny ma dodatkową zaletę: obniża poziom stresu i korzystnie wpływa na neurochemię mózgu, pomagając „spalić” nadmiar napięcia nagromadzonego przez ciągłe korzystanie z elektroniki.
  • Edukacja i świadomość: Warto, by młodzi ludzie zrozumieli mechanizmy rządzące mediami społecznościowymi. Włączaj w szkołach i domach rozmowy o tym, jak działają algorytmy – że platformy celowo personalizują treści, by przykuć naszą uwagę dla zysku reklamodawców. Taka media literacy (edukacja medialna) już od szkoły podstawowej może wykształcić bardziej krytyczne podejście: nastolatek będzie świadomy, że ciągłe przewijanie nie wynika z jego „słabości charakteru”, tylko jest efektem celowego designu aplikacji. Świadomość ta bywa pierwszym krokiem do bardziej kontrolowanego użycia. Wprowadzanie warsztatów z higieny cyfrowej i psychologicznych skutków social mediów do programów szkolnych jest mocno rekomendowane przez ekspertów. [14]
  • Zaangażowanie rodziców i opiekunów: Rodzina powinna ustalić jasne zasady korzystania z urządzeń. Dobrą praktyką jest np. używanie internetu tylko we wspólnych przestrzeniach domu, a nie w izolacji (żadnych telefonów w sypialni nastolatka późno w nocy). Wspólne posiłki i wieczory bez telefonów (odkładamy je do koszyka przed kolacją) pomogą odbudować nawyk głębszych rozmów i koncentracji na tu i teraz. Rodzice powinni też być wyrozumiali – zamiast wyłącznie zakazów, lepiej rozmawiać o balansie między życiem online i offline. Ważne jest, by nie dopuszczać do izolacji społecznej młodej osoby – jeśli zauważamy, że nastolatek zamyka się w świecie wirtualnym, trzeba podjąć działania: zachęcić do wyjścia z rówieśnikami „na żywo”, zainteresować jakąś aktywnością grupową poza internetem. [15]
  • Wzajemne wsparcie i profesjonalna pomoc: W szkołach i społecznościach warto tworzyć grupy wsparcia rówieśników dotyczące rozsądnego korzystania z mediów społecznościowych. Młodzież chętnie dyskutuje między sobą – stworzenie przestrzeni, gdzie mogą dzielić się strategiami (np. „co mi pomaga ograniczyć scrollowanie przed snem”) bardzo ułatwia zmianę nawyków. Jeśli natomiast problem jest poważny – nastolatek przejawia objawy uzależnienia (niemożność ograniczenia mimo konsekwencji, wycofanie społeczne, zaniedbywanie obowiązków, objawy abstynencyjne jak niepokój bez telefonu) – warto skorzystać z pomocy specjalisty. Psycholog czy psychiatra dziecięcy znający się na uzależnieniach behawioralnych może pomóc wypracować plan działania, a w razie potrzeby wdrożyć terapię (np. poznawczobehawioralną) ukierunkowaną na trening samokontroli, regulację emocji i budowanie zdrowszych nawyków.
  • Odpowiedzialność platform i polityka publiczna: Na szerszym poziomie, konieczne są działania systemowe. Eksperci podkreślają, że firmy technologiczne powinny brać odpowiedzialność za dobrostan użytkowników – np. implementować mechanizmy zachęcające do przerw (niektóre aplikacje już oferują przypomnienia „zrób przerwę” po długim czasie przewijania). Regulacje prawne mogą wymagać większej transparentności algorytmów oraz ochrony nieletnich przed szkodliwymi treściami. Dobrym krokiem są inicjatywy w rodzaju pozwów przeciw korporacjom technologicznym za celowe projektowanie uzależniających funkcji dla dzieci. Społeczeństwo musi wypracować standardy, które przedkładają dobro użytkownika nad zysk – analogicznie, jak uregulowano rynek żywności czy używek w trosce o zdrowie publiczne. [16]

Podsumowując, wpływ mediów społecznościowych na mózg młodego człowieka jest złożony i wielowymiarowy. Z perspektywy neurochirurgicznej i neuropsychologicznej widzimy wyraźnie, że „życie online” kształtuje plastyczny nastoletni mózg: wzmacnia połączenia nagrody, ćwiczy szybkie przerzucanie uwagi kosztem jej głębi, a jednocześnie może opóźniać rozwój mechanizmów samokontroli. Objawiać się to może problemami z koncentracją, impulsywnością, skłonnością do uzależniających zachowań, a nawet zmianami strukturalnymi (np. mniejsza objętość niektórych struktur). Nie oznacza to jednak, że technologia jest wyłącznie złem – umiarkowane korzystanie, świadome i zbalansowane innymi aktywnościami, prawdopodobnie nie wyrządzi szkód, a może przynieść korzyści (np. kontakt z wiedzą, możliwość wsparcia społecznego online). Klucz tkwi w umiarze i edukacji. Mózg nastolatka ma ogromne zdolności adaptacyjne – jeśli stworzymy mu zdrowe warunki, potrafi wykształcić odporność na rozproszenia i nauczyć się rozsądnego korzystania z nowoczesnych narzędzi. Jako neurochirurg apeluję zatem: traktujmy higienę cyfrową jako element dbania o zdrowie mózgu młodego pokolenia. Rozumiejąc mechanizmy neurobiologiczne opisane powyżej, możemy lepiej kształtować nawyki i polityki, które pozwolą cieszyć się osiągnięciami technologii bez utraty kontroli nad własnym umysłem.

dr Łukasz Rakasz, Ordynator Oddziału Neurochirurgii Dziecięcej w Szpitalu Dziecięcym przy ul. Niekłańskiej, Forum Ekspertów Ad Rem

Źródła: Badania i publikacje naukowe wykorzystane w tekście pochodzą m.in. z baz PubMed i PMC, w tym najnowsze prace (2023–2025) oraz kluczowe wcześniejsze studia dla kontekstu. Wszystkie cytowane fragmenty oznaczono odnośnikami zgodnie z podanym numerem (np. 8, 36 itp.), co pozwala zainteresowanym czytelnikom sięgnąć do oryginalnych opracowań. Łącznie malują one spójny obraz – media społecznościowe to potężny bodziec dla nastoletniego mózgu, który przy braku ograniczeń może zaburzyć rozwój funkcji poznawczych i emocjonalnych 8 22 . Pamiętajmy jednak, że odpowiednie działania profilaktyczne i świadome użytkowanie mogą zminimalizować te negatywne wpływy, pozwalając młodym czerpać z cyfrowego świata to, co najlepsze, bez nadmiernego kosztu dla ich zdrowia neurologicznego.

[1] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[2] Brain anatomy alterations associated with Social Networking Site (SNS) addiction | Scientific Reports

https://www.nature.com/articles/srep45064?error=cookies_not_supported&code=e1817e60-4a12-43d9-b3de-c67980f9542c

[3] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[4] Brain anatomy alterations associated with Social Networking Site (SNS) addiction | Scientific Reports

https://www.nature.com/articles/srep45064?error=cookies_not_supported&code=e1817e60-4a12-43d9-b3de-c67980f9542c

[5] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[6] Association of Digital Media Use With Subsequent Symptoms of Attention-Deficit/Hyperactivity

Disorder Among Adolescents – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC6553065/

[7] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[8] Excessive Smartphone Use Is Associated With Health Problems in Adolescents and Young Adults – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8204720/

[9] Excessive Smartphone Use Is Associated With Health Problems in Adolescents and Young Adults – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC8204720/

[10] Screen Media Use Affects Subcortical Structures, Resting-State Functional Connectivity, and Mental Health Problems in Early Adolescence https://www.mdpi.com/2076-3425/13/10/1452

[11] Association of Habitual Checking Behaviors on Social Media With Longitudinal Functional Brain Development – PubMed https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/36595277/

[12] Screen Media Use Affects Subcortical Structures, Resting-State Functional Connectivity, and Mental Health Problems in Early Adolescence https://www.mdpi.com/2076-3425/13/10/1452

[13] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[14] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[15] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

[16] Social Media Algorithms and Teen Addiction: Neurophysiological Impact and Ethical Considerations – PMC https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC11804976/

Salesforce: 70% CFO było konserwatywnych wobec AI pięć lat temu, dziś tylko 4%

Najnowsze badania Salesforce pokazują, że dyrektorzy finansowi zasadniczo zmienili swoje podejście do sztucznej inteligencji (AI), przechodząc od „ostrożnych inwestorów” do „strategicznych beneficjentów”, którzy stawiają na AI nie tylko w celu redukcji kosztów, lecz także jako kluczowy motor długoterminowego wzrostu przychodów. 

Aż 70% z 261 przebadanych globalnych dyrektorów finansowych deklarowało, że w roku 2020 stosowało konserwatywną strategię AI. W obecnych czasach ten odsetek spadł do zaledwie 4%. Ta szybka transformacja podkreśla powszechne uznanie wśród liderów finansowych, że AI to już nie tylko rozwijająca się technologia, lecz kluczowe narzędzie służące zwiększeniu efektywności, optymalizacji operacji i wspieraniu kluczowego, długoterminowego wzrostu.

Zmiana podejścia dyrektorów finansowych względem oceny zwrotu z inwestycji (ROI), wynikająca z wprowadzenia „agentów AI” (AI agents), czyli „cyfrowej siły roboczej” zdolnej do autonomicznego wykonywania zadań, stanowi wyjaśnienie tej transformacji. Ponad połowa (61%) dyrektorów finansowych przypisuje tej technologii zmianę kryteriów oceny ROI — wykraczających poza tradycyjne miary na rzecz szerszego zakresu wyników biznesowych.

„Wprowadzenie cyfrowej siły roboczej to nie tylko ulepszenie techniczne — to zdecydowany i strategiczny zwrot dla dyrektorów finansowych,” powiedziała Robin Washington, prezes i dyrektor finansowy operacyjny w Salesforce. „Dzięki agentom AI nie tylko przekształcamy modele biznesowe — zasadniczo zmieniamy całą funkcję CFO. To wymaga nowego sposobu myślenia, rozszerzającego rolę od strażników finansów do architektów warto-ści przedsiębiorstwa opartej na agentach.”

W zeszłym roku 65% dyrektorów finansowych odczuwało presję przyspieszenia zwrotu z inwestycji w technologię. Obecnie dostrzegają oni, że wartość AI to nie tylko krótkoterminowa redukcja kosztów, lecz także długofalowe efekty biznesowe — takie jak generowanie przychodów, wzrost produktywności i poprawa podejmowania decyzji — obszary, w których agenci AI są szczególnie efektywni.

Jeden z respondentów badania stwierdził: „Zwrot z inwestycji w starsze technologie zazwyczaj zależał od natychmiastowych, mierzalnych rezultatów, podczas gdy zyski z AI mogą kumulować się w dłuższym okresie dzięki trwającemu procesowi i tworzeniu nowych modeli biznesowych.”

Dane liczbowe:

  • Zmiana strategii AI:
  • pięć lat temu 70% dyrektorów finansowych stosowało konserwatywne podejście do AI;
  • dwa lata temu było to 34%.
  • Obecnie tylko 4% utrzymuje konserwatywną strategię, a jedna trzecia przyjęła oficjalnie agresywne podejście.
  • Budżet AI:
    • Średnio dyrektorzy finansowi przeznaczają 25% obecnego całkowitego budżetu AI na agentów AI.
    • 61% CFO uważa agentów AI (cyfrową siłę roboczą) za istotne i uważa, że będą oni kluczowi do konkurowania w obecnym środowisku ekonomicznym.
    • 64% CFO twierdzi, że agenci AI zmieniają sposób, w jaki przedsiębiorstwa wydają pieniądze, zaś 35% z nich mówi, że wymaga to bardziej ryzykownego podejścia do inwestycji technologicznych.
  • Wpływ agentów AI:
    • 74% CFO uważa, że agenci AI nie tylko obniżą koszty, ale także zwiększą przychody.
    • CFO implementujący agentów AI oczekują, że zwiększą one przychody firmy o niemal 20%.
    • 72% CFO twierdzi, że agenci AI przekształcą model biznesowy ich organizacji.
    • 55% CFO uważa, że agenci AI przejmą więcej zadań strategicznych niż rutynowych.

Redefinicja ROI:

  • 61% CFO mówi, że agenci AI zmieniają sposób oceny ROI; ocena technologii przesunęła się od skupienia na natychmiastowych zwrotach finansowych do korzyści długoterminowych, opartych na wynikach biznesowych.
  • Najważniejsze czynniki oceny ROI w kontekście AI:
    • Oszczędności kosztów, poprawa bezpieczeństwa i zgodności, oraz wzrost przychodów (łącznie na pierwszym miejscu).
    • Poprawa produktywności lub efektywności (drugie miejsce).
    • Lepsze podejmowanie decyzji (trzecie miejsce).
  • CFO postrzegają AI jako cenne narzędzie poprawiające kontrolę finansową — dzięki śledzeniu budżetu w czasie rzeczywistym, zwiększa się dokładność prognozowania i ochrona ROI przed nadmiernymi wydatkami.

Obawy CFO:

  • Główne źródła niepokoju to:
    • Zagrożenia związane z bezpieczeństwem lub prywatnością (66%).
    • Długi okres, w jakim można oczekiwać zwrotu z inwestycji (56%).

Euvic na NewConnect po przejęciu EO Networks – druga największa spółka rynku z wyceną 700 mln zł

  • Jedna z największych grup technologicznych w Polsce chce wkrótce sfinalizować odwrotne przejęcie notowanego na NewConnect EO Networks SA.
  • W efekcie Euvic SA na NewConnect ma być notowany jako 2. największa spółka pod kątem kapitalizacji.
  • Spółki, których Euvic SA jest akcjonariuszem zatrudniają niemal 6 tys. osób. Zarząd  Grupy zapowiada, że teraz czas na konsolidację i profesjonalizację Grupy oraz kolejne akwizycje

Wobec ogłoszonego planu odwrotnego przejęcia poprzez połączenie notowanego na NewConnect EO Networks SA i Euvic SA, pozostającego dotąd poza giełdą, notowana spółka zmieni nazwę na Euvic SA. Jednocześnie na parkiecie powstanie podmiot z drugą największą (po PGM SA) kapitalizacją na NewConnect o rynkowej wycenie sięgającej niemal 700 mln zł i skonsolidowanych przychodach przekraczających 750 mln zł rocznie*. Dla Euvic SA ogłoszony plan odwrotnego przejęcia to początek szerszej, konsolidacji spółek w ramach Grupy, ale także plan na nowe akwizycje. To także sygnał dla rynku, że jeden z liderów polskiej sceny technologicznej zaczyna kolejną fazę rozwoju.

– Nasze wcześniejsze zapowiedzi oraz plany nabierają realnych kształtów, choć nieco innych niż pierwotnie zakładałem. Prowadzimy fundamentalnie zdrowy, rosnący i nowoczesny biznes ze sporym udziałem eksportu. Poznaliśmy się dobrze w ramach Grupy i teraz przychodzi czas na prawdziwą konsolidację. Formuła spółki z notowanymi akcjami z pewnością ułatwi ten proces. Myślimy przy tym już o przenosinach na główny parkiet GPW i pozyskaniu dodatkowego kapitału podkreśla Wojciech Wolny, prezes zarządu Euvic SA.

Zarząd Euvic SA zapowiada dalszą konsolidację polskiego rynku, ale i patrzy dużo dalej. Już po pojawieniu się na giełdzie chce pozyskać kapitał na dużą akwizycję zagraniczną. Jak twierdzi Łukasz Czernecki – wiceprezes zarządu, rozmowy z potencjalnym podmiotem zaczynają nabierać konkretnych kształtów. Obecność na giełdzie to dla Euvic SA także możliwość budowy programu opcji na akcje dla kluczowych pracowników Grupy, a także większa wiarygodność w oczach kontrahentów i nowe możliwości dla części akcjonariuszy.

W transakcji odwrotnego przejęcia na wycenę Euvic SA złożyły się pakiety akcji i udziałów w szeregu szybkorosnących spółkach z Grupy. Główną składową jest biznes Euvic SA, oszacowany na ponad 200 mln zł. Do tego, do wyceny 688 mln zł dokładają się również inne, wartościowe spółki technologiczne, generujące dobre wyniki finansowe i mające perspektywy wzrostu w najbliższych latach. To m.in. Euvic IT SA (wycena na poziomie 97 mln zł), E1S (70 mln zł), Sirocco Mobile (28 mln zł), Softiq (23 mln zł) czy Speednet (21 mln zł). Na wartość giełdowego Euvica pracują również udziały w oddziałach międzynarodowych czyli w Euvic Szwecja (16 mln zł), Euvic USA (12 mln zł) i spółkach w Ukrainie (ich wartość oszacowano na 28 mln zł). Euvic SA, zgodnie z umową, przejmie też wkrótce 50,1% akcji w Senetic SA, generującym ponad 600 mln przychodu i 15 mln zł zysku.

Sophos: luki w zabezpieczeniach główną przyczyną ataków ransomware

Jak pokazuje globalne badanie firmy Sophos, w ostatnim roku do ataków ransomware na firmy najczęściej dochodziło z powodu nieuświadomionych podatności w zabezpieczeniach (40% wskazań), znanych, lecz zignorowanych słabych punktów infrastruktury IT (38%) oraz zawodnych narzędzi ochronnych, które nie były w stanie powstrzymać ataku (37%). Respondenci z różnych branż wskazywali odmienne czynniki stojące za naruszeniami systemów w ich przedsiębiorstwach, co odzwierciedla specyficzne wyzwania dotyczące cyberbezpieczeństwa w poszczególnych obszarach działalności. Jednak niezależnie od branży, brak proaktywnej strategii ochrony zostawia cyberprzestępcom przestrzeń do działania.

Atakujący aktywnie korzystają z możliwości wchodzenia do systemów swoich ofiar poprzez luki w zabezpieczeniach, których obecności administratorzy IT w firmach nie są świadomi. Na ten czynnik jako główny powód incydentów wskazali respondenci badania pracujący w szkolnictwie wyższym (49%), usługach profesjonalnych i handlu detalicznym (po 46%) oraz w finansach i ubezpieczeniach (44%). Zapewnienie pełnej widoczności i szybkiego wykrywania takich podatności, szczególnie gdy infrastruktura jest rozproszona i ma wiele punktów dostępu do sieci, stanowi niemałe wyzwanie.

Drugą stroną problemu z lukami w zabezpieczeniach jest bagatelizowanie znanych podatności. Na to źródło ataków ransomware wskazało 45% respondentów pracujących w administracji rządowej, 42% z branży IT i telekomunikacji oraz 41% w budownictwie i nieruchomościach. Powody takiego stanu rzeczy mogą być różne: od zwykłej prokrastynacji i przesuwania priorytetów biznesowych, przez ograniczenia budżetowe oraz kadrowe, po brak akceptacji dla przerw serwisowych. Niezależnie od przyczyny, skutek jest ten sam: pozostawione otwarte drzwi, z których cyberprzestępcy chętnie korzystają.

Nigdy nie można zakładać, że luka, która dziś nie sprawia problemu, nie zostanie wykorzystana przez cyberprzestępców jutro. Każda podatność może stać się punktem wejścia ataku, zagrażając nie tylko pojedynczemu urządzeniu, ale całemu systemowi IT w firmie. Regularne skanowanie sieci pod kątem niezałatanych luk w zabezpieczeniach, natychmiastowe wdrażanie poprawek oraz okresowe testy penetracyjne powinny być standardem, a nie wyjątkiem w polityce bezpieczeństwa. Narzędzia, które nie są poddawane testom, stanowią jedynie iluzję ochrony – podkreśla Chester Wisniewski, dyrektor ds. technologii w firmie Sophos.

Gdy brakuje ludzi i umiejętności…

Nawet najbardziej zaawansowane systemy zabezpieczeń tracą skuteczność, jeśli nie korzystają z nich odpowiednio wyszkoleni specjaliści. Ponad 40% respondentów z branży energetycznej, przemysłowej oraz budowlanej wskazało, że najczęstszą przyczyną udanego ataku ransomware w ich przedsiębiorstwach był brak wystarczającej wiedzy lub umiejętności, które pozwoliłyby wykryć i zatrzymać atak ransomware na czas. W ochronie zdrowia oraz szkolnictwie główną słabością, która doprowadziła do ataku, okazał się niedobór personelu odpowiedzialnego za stałe monitorowanie infrastruktury IT. Wspólnym mianownikiem w obu przypadkach był brak zdolności do szybkiego wykrycia i neutralizacji zagrożenia w momencie, gdy jest ono jeszcze możliwe do opanowania.

Stały monitoring bezpieczeństwa systemów IT jest krytycznym elementem utrzymania ciągłości ich działania oraz ochrony przed atakami. Firmy, które nie mają własnych zespołów odpowiedzialnych za wykrywanie incydentów i reagowanie na nie, mogą skorzystać z zewnętrznych ekspertów, zyskując w ten sposób całodobową ochronę swojej sieci. Do zabezpieczenia złożonych środowisk warto rozważyć wdrożenie takich systemów jak EDR (Endpoint Detection Response) czy XDR (Extended Detection Response), które gromadzą dane z różnych źródeł, zapewniają analizę podatności w szerokiej skali oraz umożliwiają automatyczne reagowanie na incydenty – wskazuje Chester Wisniewski.

Wielowarstwowe zabezpieczenia w walce z ransomware

Jak wykazało badanie Sophos, istnieją również branże, w których zagrożenie atakami ransomware wynika przede wszystkim z braku wdrożenia niezbędnych zabezpieczeń. W podmiotach świadczących usługi finansowe aż 44% respondentów przyznało, że nie posiadało wymaganych narzędzi ochronnych, a w samorządach lokalnych odsetek ten wyniósł 40%. W niektórych przypadkach to właśnie zawodne zabezpieczenia nie były w stanie powstrzymać ataku. Z takim problemem najczęściej mierzyły się firmy z branży medialnej i rozrywkowej (41%) oraz transportu i logistyki (41%).

Skuteczna obrona przed ransomware zaczyna się dużo wcześniej niż moment ataku. Połączenie proaktywnej ochrony urządzeń, stałego monitoringu i pracy posiadającego odpowiednie kompetencje zespołu pozwala wykrywać zagrożenia i reagować, zanim wyrządzą one szkody. W środowisku, w którym cyberprzestępcy stale szukają najsłabszego punktu zabezpieczeń, taka wielowarstwowa architektura pozwala na utrzymanie szczelności cyfrowej ochrony.

O raporcie

Dane z raportu „State of Ransomware 2025” pochodzą z badania przeprowadzonego wśród 3,4 tys. liderów IT oraz cyberbezpieczeństwa w okresie od stycznia do marca 2025 roku. Badanych pytano o ich doświadczenia związane z ransomware w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Respondenci pochodzili z 17 krajów z obu Ameryk, Europy, Azji i rejonu Pacyfiku. Badane firmy zatrudniały od 100 do 5 tys. pracowników, a ich roczne przychody wahały się od 5 milionów dolarów do ponad 50 miliardów dolarów.

Jak obniżyć koszty pakowania produktów spożywczych do wysyłki? Sprawdź 5 konkretnych sposobów optymalizacji!

Rynek e-grocery w Polsce, czyli segment sprzedaży artykułów spożywczych online, choć stanowi obecnie niewielką część całego handlu detalicznego, bo zaledwie około 2% całkowitej sprzedaży produktów spożywczych – wykazuje niezwykle wysoką dynamikę wzrostu i znaczący potencjał rozwoju. Jest to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów w polskim e-commerce, co widać również na bardziej rozwiniętych rynkach, takich jak Wielka Brytania, gdzie udział e-grocery sięga już 12%.

Wyzwania rynku e-grocery

Pomimo obiecujących perspektyw, rynek supermarketów internetowych w Polsce jest niezwykle wymagający i kapitałochłonny. Bariera wejścia jest wysoka, a branża zmaga się z wieloma wyzwaniami, takimi jak:

  • niska jednostkowa wartość produktów, co wymaga sprzedaży ogromnych wolumenów, aby osiągnąć rentowność;
  • komplikowana logistyka, w tym zarządzanie szerokim asortymentem (od mrożonek, przez produkty wymagające chłodzenia, po chemię domową), kontrola jakości i dat ważności oraz optymalizacja dostaw „ostatniej mili”;
  • specyficzne nawyki polskich konsumentów, którzy są przyzwyczajeni do częstych wizyt w sklepach stacjonarnych (nawet 2-3 razy w tygodniu) i preferują samodzielny wybór świeżych produktów;
  • wyśrubowane oczekiwania klientów dotyczące kompletności zamówienia i terminowości dostaw, wynikające z bardzo konkurencyjnego rynku tradycyjnego.

W Polsce funkcjonują różne modele e-grocery, od tradycyjnych sieci handlowych wykorzystujących swoje sklepy jako magazyny, przez tzw. „Quick Commerce” (szybkie dostawy małego asortymentu), po „pure playerów” – firmy takie jak Frisco czy Mamyito, które koncentrują się wyłącznie na sprzedaży online.

Zoptymalizuj koszty pakowania żywności w swoim e-commerce

Niezależnie od wybranego modelu działania, utrzymanie rentowności wymaga optymalizacji kosztów, a tymi są także materiały opakowaniowe. Warto przyjrzeć się tej pozycji w budżecie i przeanalizować system pakowania, ponieważ często proste zmiany mogą przyspieszyć pracę w magazynie i zredukować koszty biznesu. Poniżej znajdziesz 5 konkretnych sposobów rekomendowanych przez ekspertów PakujTo, które możesz wdrożyć u siebie już dziś.

Sposób 1 – Folia stretch – kupujesz netto czy brutto?

Folia stretch to jeden z najczęściej stosowanych materiałów do paletyzacji w branży spożywczej. Przy zakupie nie wystarczy porównać ceny za rolkę. Kluczowe jest to, czy cena dotyczy wagi brutto (z gilzą), czy netto (samej folii). Różnica 0,25 kg na gilzie przy 100 rolkach to już 25 kg, za które płacisz, ale nie wykorzystujesz do pakowania.

Rozwiązanie? Rozważ zakup folii bezgilzowej, która eliminuje ten problem. Płacisz tylko za materiał, który faktycznie wykorzystujesz. Dodatkowo pozbywasz się problemu utylizacji gilz i oszczędzasz miejsce w magazynie.

Sposób 2 – Folia bąbelkowa i pianka PE w arkuszach – bez docinania

Jeśli pakujesz przetwory, napoje lub inne produkty w powtarzalnych rozmiarach, możesz zyskać czas i ograniczyć zużycie materiału dzięki perforacji wprowadzonej na rolkę o zadanych przez Ciebie wymiarach. Zamiast docinać folię czy piankę z rolki, pracownik odrywa gotowy arkusz, a wielkość arkuszy ustalasz indywidualnie przy składaniu zamówienia. Takie rozwiązanie oznacza:

  • szybszy proces pakowania,
  • mniej odpadów,
  • standaryzację ilości zużywanego materiału.

Dzięki temu łatwiej przewidzisz, jakich zapasów opakowań potrzebujesz i zwiększysz liczbę paczek pakowanych w jednostce czasu.

Sposób 3 – Zbyt duże kartony to więcej wypełniacza i wyższy koszt transportu

Nadmiar pustej przestrzeni w paczce to nie tylko dodatkowy koszt materiałów opakowaniowych (wypełniacze), ale też wyższe koszty transportu (większa objętość = wyższa stawka).

Rozwiązanie:

  • analiza SKU i najczęstszych konfiguracji koszyków zakupowych,
  • optymalizacja rozmiarów kartonów do tych kombinacji,
  • wykorzystanie kartonów z automatycznym dnem dla przyspieszenia procesu.

W praktyce nawet 10 zoptymalizowanych rozmiarów kartonów może pokryć większość zamówień, ograniczając overpackaging.

Jeśli do wypełniania pustych przestrzeni wykorzystujesz folię bąbelkową, to zamiast klasycznej folii z małymi bąblami (średnica ok. 0,9 cm) zastosuj folię FILL&WRAP z dużymi bąblami (średnica ok. 3 cm) – dzięki temu tym samym odcinkiem materiału wypełnisz efektywniej więcej przestrzeni.

W sklepach internetowych wysyłających produkty delikatne jak przetwory, miody, soki w szklanych butelkach, dobry wypełniacz jest fundamentem procesu pakowania. Wówczas rekomenduję klientom stosowanie folii z dużymi bąblami, bo nada się ona zarówno do owijania każdego z produktów, jak i wypełnienia pustych przestrzeni – to spora oszczędność w składowaniu materiałów i ich zamawianiu. Wyjątkiem są sytuacje, w których produkt jest niewielki – wówczas łatwiej jest owinąć go folią z małymi bąblami – wskazuje Wojciech Szafranek – doradca z PakujTo.pl.

Mały i duży bąbel - folia bąbelkowaSposób 4 – Zmiana formy materiału = mniej operacji = więcej oszczędności

Pakujesz słoiki w folię bąbelkową, a potem zabezpieczasz je taśmą? Rozważ zamianę klasycznej folii bąbelkowej w rolce na gotowe woreczki z folii bąbelkowej z paskiem kleju prosto od producenta. Wkładasz produkt, zaklejasz i gotowe!

Korzyści z takiej zmiany to:

  • skrócenie czasu pakowania,
  • standaryzacja procesu,
  • mniej materiału zużywanego przez pracowników,
  • bardziej przewidywalne zużycie opakowań,
  • mniejsze ryzyko reklamacji (każdy produkt zabezpieczony jest w ten sam sposób).

woreczki z folii bąbelkowej - pakujto

Sposób 5 – Ciężkie produkty? Postaw na taśmy spinające i wzmacniane kartony

Pakowanie butelek z olejem, zgrzewek napojów czy puszek wymaga szczególnej uwagi. Klasyczne kartony mogą nie wytrzymać dużego ciężaru, a dodatkowe warstwy folii stretch podnoszą koszty procesu. W takiej sytuacji warto:

  • zastosować kartony wzmacniane (5-warstwowe),
  • wykorzystać taśmy spinające (PP lub PET), które stabilizują paczki bez potrzeby wielokrotnego owijania,
  • w przypadku produktów suchych, które mogą ulec przemoczeniu – dodać wzmocnienie w postaci pianki PE na spodzie kartonu, by uniknąć zawilgoceniu przy paletyzacji.

Taśma PP lub PET dodatkowo będzie ułatwieniem dla kuriera i klienta, którym łatwiej będzie paczkę przenosić.

Warto również zweryfikować, czy przy stosowaniu taśm bandujących niezbędne jest używanie kartonów wzmacnianych – czasem bowiem taśmy na tyle zabezpieczają przesyłkę, że możesz zoptymalizować koszt kartonów, stawiając na te nieco cieńsze.

Podsumowanie

Każdy niepotrzebny centymetr folii, zbyt duży karton czy dodatkowa warstwa materiału to nie tylko złotówki, które uciekają z marży, ale też potencjalne opóźnienia, reklamacje i nadmiar odpadów.

Jak pokazują opisane przykłady, optymalizacja nie oznacza rewolucji. To często kilka prostych zmian – przejście z klasycznych rolek na te z perforacją, dopasowanie kartonów do najczęstszych zamówień, czy zastosowanie taśm spinających przy ciężkich produktach.

Dla sklepów online z żywnością, gdzie tempo jest wysokie, a błędy kosztowne, dobrze dobrany system pakowania to przewaga konkurencyjna. Przynosi szybsze pakowanie, mniej reklamacji i niższy koszt operacyjny per paczka. A w świecie, gdzie liczy się każda sekunda i każdy grosz — to przewaga, której nie warto lekceważyć. Jeśli zastanawiasz się, jakie jeszcze zmiany możesz wprowadzić w swojej firmie, aby obniżyć koszty, skontaktuj się z doradcami PakujTo – pomogą Ci, wykorzystując ponad 30-letnie doświadczenie firmy w pracy z organizacjami z wielu branż.

Pilotaż czterodniowego dnia pracy. Przedsiębiorcy są sceptyczni

Od 14 sierpnia firmy chcące wziąć udział w pilotażu zmian w strukturze godzin pracy, mogą starać się o dofinansowanie z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Testowane są dwa rozwiązania: czterodniowy tydzień pracy lub skrócenie dnia pracy z 8 do 6 godzin. Program jest dobrowolny, ale od zainteresowania nim oraz wniosków z pilotażu zależy przyszłość zmian w strukturze godzin pracy w Polsce. – Program jest dobrowolny, więc spodziewam się, że firmy biorące w nim udział są świadome konsekwencji zmian w firmach i chcą po prostu sprawdzić, jak taki inny tydzień pracy wpłynie na efektywność pracowników, wykonywane zadania czy sprawność operacyjną firmy. Moje rozmowy z przedsiębiorcami wskazują jednak dość jednoznacznie, że większość jest sceptyczna. Polska gospodarka na takie zmiany nie jest gotowa – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Przedsiębiorcy obawiają się kosztów i chaosu”

W opinii Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej pilotaż ma charakter eksperymentalny i ma na celu zbadanie wpływu skróconego czasu pracy na różne aspekty funkcjonowania przedsiębiorstw i pracowników.

– Eksperymenty mają to do siebie, że kończą się albo dobrze albo źle. Czy przedsiębiorcy mają czas i są gotowi na eksperymenty w strukturze pracy? Czy ich pracownicy zaakceptują zmiany, a potem ewentualne powroty do starych metod działania, gdy pilotaż się nie sprawdzi? Czy ekwiwalent przygotowany przez ministerstwo jest wystarczający, by pokryć straty wynikające z innego tempa operacyjnego? Pytań jest wiele – przyznaje Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Przedsiębiorcy do pilotażu podchodzą sceptycznie z prostego powodu: nie jesteśmy w stanie ocenić, jak zmiana w trybie pracy, czyli np. wolne piątki, wpłynie długofalowo na operacyjną efektywność przedsiębiorstwa. Problemem może być także kadrowe zapełnienie luk powstałych w wyniku skrócenia tygodnia pracy, bo oczywiście nie wszystkie branże mogą pozwolić sobie na „wolny piątek”. Pracę więc w innym trybie wykona ktoś inny. W niektórych branżach braki kadrowe są dotkliwe. Opanowanie takiego harmonogramu pracy w wielu firmach będzie wyzwaniem, które spowoduje chaos, a w efekcie może odbić się na relacjach w firmie, wynikach przedsiębiorstwie i jakości obsługi klienta – mówi Hanna Mojsiuk.

– Jestem bardzo ciekawa wniosków z pilotażu. Być może to właśnie będzie najlepszy sondaż dla tego pomysłu. Empiryczne doświadczenie firm – przyznaje prezes Mojsiuk.

Eksperci rynku pracy o branżach, które mogą wdrożyć zmiany

Eksperci rynku pracy przyznają, że pilotaż Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki społecznej nie musi być złym pomysłem i na pewno jest lepszym rozwiązaniem niż wdrażania rozwiązań we wszystkich firmach.

– Czterodniowy tydzień pracy czy skrócenie dziennego czasu pracy w Polsce nie jest możliwe we wszystkich branżach. Trudno wyobrazić sobie jak np. przemysł, górnictwo, przetwórstwo, transport, logistyka czy handel nagle przechodzą w taki tryb. Nie ma szans, by w cztery dni wyrobić pięciodniową normę bez straty operacyjnej. Oczywiście wiele zależy od motywacji pracowników i sprawności kadry menadżerskiej i zarządzającej, ale taki tryb pracy po prostu nie sprawdzi się w każdej branży – mówi Anna Sudolska, ekspertka rynku pracy Idea HR Group.

– Krótszy tydzień pracy bez straty efektywności może sprawdzić się np. w marketingu, administracji, pracach kreatywnych czy w urzędach – dodaje ekspertka.

– Pilotaż nie jest złym pomysłem i sam zastanawiam się nad jego zastosowaniem w swojej firmie. Jego popularność będzie świetną wykładnią tego, czy przedsiębiorcy są tematem zainteresowani i czy będzie to dla nich rozwiązanie optymalne, czy nie ma szans na jego zastosowanie. Rynek pracy się zmienia, a oferta dla pracowników coraz częściej obejmuje np. możliwość pracy zdalnej czy właśnie elastyczne dni pracy – przyznaje Kamil Zieliński, ekspert rynku pracy z firmy 7HR.

Do 15 października 2025 roku nastąpi rozstrzygnięcie naboru oraz publikacja listy pracodawców, którzy zakwalifikowali się do pilotażu. Po opublikowaniu listy projektów pilotażowych rekomendowanych do realizacji nastąpi etap podpisywania umów.

Sezonowość na stacjach paliw: najwięcej klientów w lipcu, sierpniu i październiku, najmniej w lutym

0

Analiza zachowań 1,4 mln konsumentów, którzy w ciągu roku odwiedzili 5,1 tys. stacji paliw w całym kraju, wykazała, że największy ruch występował w lipcu i sierpniu, a także w październiku 2024 roku. Od listopada ub.r. wizyt znacząco ubywało aż do lutego br. W przypadku liczby unikalnych klientów widać identyczną sezonowość, tylko skala zmian jest mniejsza. Najwyższe wartości odnotowano w lipcu, sierpniu i październiku 2024 roku, a najniższe – w lutym 2025 roku. Z raportu wiadomo też, że na przestrzeni 12 miesięcy średni czas przebywania klientów na stacjach wahał się od 5 min. i 52 sek. w listopadzie ub.r. do 6 min. i 23 sek. w lutym tego roku. Najmocniejsze natężenie ruchu obserwowano w piątki – 16,2% wszystkich wizyt, a najsłabsze w niedziele – 11,7%. Najmniej odwiedzin było od północy do godz. 4.00. Z kolei ich szczyt przypadał na 15:00 – 7,6%.

Raport firmy technologicznej Proxi.cloud i platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH, obejmujący dane z okresu od lipca 2024 roku do czerwca 2025 roku, pokazuje wyraźną sezonowość w zachowaniach konsumentów na stacjach paliw. W okresie 12 analizowanych miesięcy największy ruch odnotowano w wakacje, tj. w lipcu (o 15% więcej wizyt niż średnio w badanym okresie) i sierpniu (o 18% więcej wizyt), a następnie w październiku ub.r. (o 17% więcej wizyt). Od listopada 2024 roku liczba wizyt znacząco spadała, osiągając najniższy poziom w lutym 2025 roku (o 13% mniej wizyt niż średnio w badanym okresie). W czerwcu 2025 roku nastąpił początek kolejnego sezonowego wzrostu (o 6% mniej wizyt).

– Jest to typowe dla sezonu wakacyjnego oraz okresu zwiększonej mobilności w październiku. Wrzesień to dla wielu osób miesiąc przejściowy. Nie wszyscy konsumenci wracają już w pełni do regularnych nawyków. Natomiast w październiku studenci powracają na uczelnie, a niektórzy aktywni zawodowo konsumenci – do pracy po urlopach. Z kolei najzimniejsze miesiące to czas wyraźnego spadku aktywności na stacjach, co może być związane z mniej sprzyjającymi warunkami pogodowymi oraz mniejszą liczbą wyjazdów. Po lutym następuje stopniowe odbudowanie ruchu, jednak wartości utrzymują się poniżej średniej – komentuje Weronika Piekarska, współautorka raportu z Proxi.cloud.

Jak wynika z raportu, w przypadku liczby unikalnych klientów również widoczna jest sezonowość. Jednak skala zmian jest wyraźnie mniejsza niż w kwestii wizyt. Najwyższe wartości wskaźnika odnotowano w miesiącach letnich – w lipcu (o 5% więcej klientów niż średnia dla badanego okresu) i w sierpniu (o 7% więcej) 2024 roku, a także w październiku (o 4% więcej). Spadek liczby unikalnych klientów nastąpił w okresie zimowym, osiągając najniższy poziom w lutym 2025 roku (o 6% mniej klientów niż średnia). W kolejnych miesiącach liczba odwiedzających stopniowo rosła, by w maju osiągnąć wartość równą średniej.

– Populacja klientów odwiedzających stacje paliw pozostaje relatywnie stała. Zmienia się natomiast częstotliwość wizyt, czyli ci sami konsumenci odwiedzają je częściej latem i rzadziej zimą. Z perspektywy biznesowej to cenna informacja. Stabilna grupa klientów daje możliwość budowania lojalności i dopasowywania oferty do sezonowych zachowań. W praktyce oznacza to, że stacje paliw mogą latem koncentrować się na sprzedaży impulsowej i kampaniach promujących produkty „na drogę”, a zimą utrzymywać kontakt z klientem, np. przez oferty łączone, które zachęcają do częstszych wizyt na stacji, mimo mniejszej mobilności – analizuje Mateusz Nowak, współautor raportu z Proxi.cloud.

Choć dane obejmują tylko jeden pełny sezon wakacyjny, tj. zeszłe lato, autorzy raportu zauważają, że zarówno liczba klientów, jak i częstotliwość ich wizyt (np. 3,97 wizyty na osobę w sierpniu) są wysokie. – Jeśli obecne trendy mobilności, turystyki krajowej i zachowań zakupowych utrzymają się lub nasilą, np. ze względu na pogodę, ceny paliw i działania marketingowe, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że ruch w tym sezonie wakacyjnym może być równie duży lub większy niż rok temu – szczególnie w sierpniu – uważa Weronika Piekarska.

Z kolei średni czas przebywania klientów na stacjach paliw w analizowanym okresie utrzymywał się na dość stabilnym poziomie. Wahał się między 5 minutami i 52 sekundami (listopad 2024 r.) a 6 minutami i 23 sekundami (luty 2025 r.). – Oznacza to, że różnice w długości wizyt są relatywnie niewielkie, co wskazuje na ugruntowane i powtarzalne wzorce zachowań zakupowych. Najkrótszy czas wizyt przypadał od października do grudnia 2024 roku, kiedy to średnia długość pobytu na stacji spadła poniżej 6 minut – informuje Weronika Piekarska.

W analizowanym okresie największe natężenie ruchu, odpowiadające za 16,2% wszystkich wizyt, zaobserwowano w piątki. Od poniedziałku do czwartku rozkład był dość równomierny (od 14,4% do 14,9%), co wskazuje na stabilny ruch w dni robocze. Sobota (13,7%) zanotowała nieco niższą aktywność. Natomiast niedziela (11,7%) była dniem o najmniejszym ruchu na stacjach.

– Piątkowy wzrost ruchu można tłumaczyć kilkoma czynnikami. Kierowcy przygotowują się do weekendu. Tankują przed wyjazdami. Unikają zakupów w sobotę i niedzielę. Planują też z wyprzedzeniem dojazdy do pracy w nadchodzącym tygodniu. To sprawia, że piątek staje się dniem o największym potencjale sprzedażowym – nie tylko w zakresie paliwa, ale również produktów dodatkowych. Warto w tym czasie wzmacniać ofertę handlową, zwiększać zatowarowanie i wprowadzać atrakcyjne promocje, które zwiększą wartość koszyka zakupowego – zwraca uwagę Mateusz Nowak.

Ponadto raport wykazał, że w ciągu całego roku ruch na stacjach paliw zaczynał wyraźnie wzrastać od godziny 5:00, osiągając pierwszy szczyt między 7:00 a 9:00 (6,2% i 6,3%). – Moim zdaniem, to pokrywało się z porannymi dojazdami wielu osób do pracy. Tankowanie rano jest dla nich naturalnym elementem logistyki dnia, podobnie jak kawa na wynos czy zakupy na śniadanie – wyjaśnia Weronika Piekarska.

Po lekkim spadku w godzinach okołopołudniowych, druga fala wzmożonych wizyt przypadała od 15:00 do 16:00. W tych godzinach zanotowano najwyższe wartości (7,6% i 7,5%). – Może to sugerować powroty z pracy oraz zakupy popołudniowe. Po godzinie 17:00 ruch stopniowo spadał, a od 21:00 zaczynał wyraźnie się wygaszać. Najmniejsza liczba wizyt przypadała na godziny nocne, tj. 0:00-4:00. To typowe dla działalności tego typu obiektów – stwierdza analityk Maciej Kamiński z UCE RESEARCH.

Dane pokazują też, z jakiej odległości względem stacji paliw przyjeżdżają klienci. W analizowanym okresie największą grupę – aż 33,4% wszystkich wizyt – stanowiły osoby pokonujące dystans ponad 20 km. Znaczący udział miały również wizyty klientów przyjeżdżających z bliższych stref, tj. poniżej 1 km (16,1%) oraz 2-5 km (15,9%).

– To zestawienie jasno pokazuje, że stacje paliw obsługują dwa różne typy klientów – lokalnych mieszkańców i osoby będące w trasie. Każda z tych grup ma inne potrzeby. Klient z sąsiedztwa wraca regularnie. Można go angażować np. poprzez programy lojalnościowe, promocje śniadaniowe czy rabaty na myjnię. Klient „z trasy” często kupuje paliwo i coś na szybko. Stąd warto mieć zawsze gotowe do sprzedaży zestawy podróżne, napoje i przekąski – przekonuje Weronika Piekarska.

Jak podsumowuje Mateusz Nowak, wielu klientów to mieszkańcy bezpośredniego sąsiedztwa lub okolicznych dzielnic. Tak wysoki udział klientów przyjeżdżających z większych odległości wynika z faktu, że wiele stacji paliw znajduje się przy głównych trasach przelotowych, autostradach, drogach ekspresowych oraz węzłach komunikacyjnych, a nie wyłącznie w sąsiedztwie osiedli mieszkaniowych. Dlatego przy planowaniu ofert promocyjnych i działań marketingowych kluczowe jest uwzględnienie charakteru i lokalizacji konkretnej stacji. Inne potrzeby mają kierowcy tranzytowi, a inne klienci lokalni.


***
Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone w oparciu o dane zbierane od lipca 2024 roku do czerwca 2025 roku. Obserwowano zachowania 1,4 mln konsumentów odwiedzających stacje paliw. Obecność była interpretowana jako wizyta klienta, gdy trwała co najmniej 30 sekund i nie więcej niż 1 godzinę. Zbadano ruch w ponad 5,1 tys. placówek, których lokalizacje zostały pozyskane ze stron internetowych oraz z Google Maps. Badaniem objęto stacje takich sieci, jak Orlen, BP, Circle K, AS 24, Huzar, Amic, MOL, Shell, Avia, Moya, Slovnaft Partner oraz IDS. Dane zostały zgromadzone poprzez sieć aplikacji mobilnych wykorzystujących autorską technologię opartą o geofencing – metodę identyfikacji wejść i wyjść z wyznaczonych stref, wykorzystującą usługi lokalizacji urządzeń mobilnych. Rozwiązanie pozwala zbierać dane pasywnie oraz cechuje się dużą dokładnością lokalizowania użytkownika (od 2 do 20 metrów, w zależności od metody ustalania pozycji przez urządzenie mobilne). Technologia ta zapewnia pełną kontrolę nad dokładnością lokalizacji, a promień każdego geofencingu dostosowany jest do wielkości poszczególnych budynków. Ponadto, znany jest czas przebywania użytkowników w danej lokalizacji, co stanowi dodatkowy poziom ochrony przed zliczaniem okolicznego ruchu pieszego czy ruchu pracowników badanych POS.

Twardy kurs Australii wobec social mediów dla dzieci

Australia wprowadza unikalne i surowe w skali globalnej przepisy, które teoretycznie mogą uniemożliwić osobom poniżej 16. roku życia zakładanie kont na platformach takich jak Facebook, Instagram, TikTok, Snapchat, X, a od grudnia 2025 także YouTube. Choć młodzież nadal będzie mogła oglądać materiały, platformom zabronione będzie tworzenie kont przez nieletnich. To nowa odpowiedź na narastające wyzwania związane z cyfrowym dobrostanem dzieci, jednak jak pokazuje praktyka, zakazy nie są najbardziej efektywnym rozwiązaniem.

Decyzja australijskiego rządu jest reakcją na rosnącą liczbę sygnałów o szkodliwym wpływie mediów społecznościowych na zdrowie psychiczne najmłodszych. W raporcie tamtejszego regulatora eSafety Commissioner aż 37% dzieci przyznało, że zetknęło się z treściami szkodliwymi na YouTube. Rozszerzenie zakazu na tę platformę, pierwotnie postrzeganą jako edukacyjną, tylko potwierdza, jak złożony i niejednoznaczny stał się dziś cyfrowy krajobraz. Platformy, które nie wdrożą skutecznych mechanizmów weryfikacji wieku, będą musiały liczyć się z karami sięgającymi niemal 50 mln dolarów australijskich. To jedno z pierwszych tak zdecydowanych działań na świecie, mające na celu „odcięcie dzieci od algorytmów” – jak tłumaczą to przedstawiciele australijskiego rządu.

Czy inne kraje pójdą w ślad Australii? Część obserwatorów wskazuje na podobne tendencje w USA i Wielkiej Brytanii. W Europie jednak przeważa inne podejście. Zamiast systemowych zakazów – stawia się na edukację cyfrową, odpowiedzialność rodziców i rozwój technologii wspierających świadome korzystanie z Internetu. Na znaczeniu zyskują rozwiązania, które nie tyle ograniczają dostęp, co pomagają wychwycić pierwsze symptomy ryzykownych zachowań — hejtu, uwodzenia, wycofania emocjonalnego — bez naruszania prywatności dziecka. Zakazy jako takie nie są natomiast skutecznym rozwiązaniem. Bez wsparcia i czasu poświęconego przez najbliższe osoby na dialog oraz zrozumienie, długofalowe efekty nie zostaną osiągnięte. Chwilowy wstrząs wywołany przez zakazy to jedynie kolejne wyzwanie, które najmłodsi bez kłopotu będą w stanie obejść.

Zaawansowane narzędzia, coraz częściej oparte na analizie behawioralnej i sztucznej inteligencji, działają na zasadzie dyskretnego systemu wczesnego ostrzegania. Nie ingerują w treść rozmów, nie przechwytują danych — jedynie wysyłają sygnał, że coś może wymagać uwagi rodzica. To subtelna, ale skuteczna alternatywa wobec odgórnych zakazów. Co więcej, pomagają zbudować pomost między pokoleniami — wspierając rozmowę i zaufanie zamiast pełnej kontroli. Nie sposób pominąć roli relacji rodzinnych. Technologia może być tym „cyfrowym uchem”, które zauważy zmianę rytmu dnia, niepokojące frazy czy kontakt z obcym numerem — zanim problem przybierze realną formę. Europa w tym modelu nie eliminuje obecności dzieci w sieci, ale wzmacnia kompetencje dorosłych i udostępnia im narzędzia, które pozwalają reagować z wyprzedzeniem – mówi Paweł Biadała, CEO Locon, który rozwija funkcję opartą na analizie kontekstu zachowań online w ramach aplikacji Bezpieczna Rodzina.

Australia obrała twardy kurs. Europa stawia na zrównoważenie technologii, edukacji i odpowiedzialnego rodzicielstwa. Obie ścieżki mają wspólny cel — ochronę dziecka. Pytanie nie brzmi więc: zakazywać czy nie zakazywać, ale jak skutecznie wspierać dzieci w świecie, w którym codzienność i technologia są nierozerwalnie splecione. W tym kontekście to właśnie odpowiedzialne wsparcie – nie zawsze widoczne, ale obecne – może okazać się najbardziej skuteczną formą cyfrowej opieki.

Immersion Games ogłasza nową strategię Crypto Treasury i stawia na Bitcoina

Immersion Games na początku sierpnia ogłosiło nową Strategię Crypto Treasury, zgodnie z którą chce się koncentrować na aktywach cyfrowych, w tym zarządzaniu rezerwami finansowymi poprzez inwestycje w Bitcoin. Zgodnie z listem intencyjnym, spółka będzie mogła pozyskać 4 mln zł w ramach emisji akcji oraz do 502 mln zł w ramach emisji obligacji zamiennych na akcje.

– Podpisanie listu intencyjnego z doradcą inwestycyjnym jest dla nas strategicznym krokiem w kierunku realizacji nowej strategii, zapewniając finansowanie w dwóch etapach – zgodnie z jej założeniami. Naszym celem jest transparentna i długoterminowa budowa wartości, dlatego tak elastyczne i oparte o mechanizmy rynkowe finansowanie, jest jej idealnym dopełnieniem. – komentuje Piotr Sobiś, członek zarządu Immersion Games.

Podpisanie listu intencyjnego z ABO Securities Alpha Blue Ocean Transaction Advisory Services Holding Ltd. w zakresie zaangażowania kapitałowego inwestora zewnętrznego będzie wymagać zawarcia odrębnej umowy inwestycyjnej. Zgodnie z ustalonymi warunkami, finansowanie oparte o obligacje zamienne na akcje będzie transzowane, a wartość pojedynczej transzy wyniesie od 2,5 mln zł do 5 mln zł. Zostanie ono poprzedzone bezpośrednią inwestycją kapitałową w nowo emitowane akcje o wartości 4 mln zł.

W najbliższych tygodniach Zarząd planuje zwołanie Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy, podczas którego Akcjonariusze zdecydują o zmianie nazwy spółki oraz emisji obligacji i akcji wynikających z listu intencyjnego. Przy czym emisje będą mogły zostać przeprowadzone dopiero po zawarciu wspomnianej umowy inwestycyjnej.

Spółka prowadzi rozmowy z kolejnymi podmiotami, które są zainteresowane inwestycją w spółkę w modelu „equity for crypto”, co pozwoli na dalsze wzmocnienie pozycji finansowej spółki. Równolegle spółka pozyskuje partnerów technologicznych w obszarze blockchain oraz kryptowalut.

– Rozmowy są na zaawansowanym etapie i wkrótce będziemy ogłaszać strategiczne partnerstwa technologiczne, umożliwiające realizację nowej strategii. Jednocześnie intensywnie pracujemy nad polityką inwestycyjną, którą będziemy chcieli ogłosić jeszcze przed Walnym Zgromadzeniem. Będzie ona precyzować zasady bezpieczeństwa, przechowywania i raportowania alokacji środków pieniężnych w Bitcoin.  Chcemy być maksymalnie transparentni. – komentuje Jakub Bartoszek, Chief Crypto Officer.

Jakub Bartoszek to przedsiębiorca i innowator związany z branżą nowych technologii, blockchain oraz Web3. Doświadczenie zdobywał budując serwerownie wysokiej mocy obliczeniowej w Polsce, Ukrainie, Iranie i na Syberii. Jest twórcą sieci kantorów kryptowalut i metali szlachetnych Cashify oraz kampanii edukacyjnej „Kryptoscamy: nie daj się oszustom!”

Immersion Games jest pierwszą tak innowacyjną spółką notowaną na NewConnect, która działa w obszarze technologii, finansów oraz kryptoaktywów, która wykorzystuje potencjał Bitcoina jako globalnego i zdecentralizowanego aktywa i buduje długoterminową wartość dla akcjonariuszy.

Ostatni dzwonek na import z Chin w 2025 roku – zdąż przed sezonem świątecznym

Import z Chin od lat jest fundamentem biznesu dla wielu polskich przedsiębiorców. To właśnie w Państwie Środka powstają produkty, które zapełniają półki europejskich sklepów przed najważniejszym okresem sprzedażowym – świętami Bożego Narodzenia. Jednak rok 2025 stawia przed importerami szczególne wyzwania. Dlaczego? Bo właśnie teraz wchodzimy w kluczowy sezon produkcyjny przed świętami, a dodatkowo światowa logistyka wciąż zmaga się z problemami. Statki zamiast korzystać z Kanału Sueskiego często zmuszone są do opływania Afryki, co wydłuża czas dostawy nawet o kilka tygodni i podnosi koszty transportu. To oznacza jedno: jeśli planujesz import z Chin na rok 2025 – teraz jest ostatni moment, by zdążyć przed szczytem sezonu.

1. Sezon produkcyjny w Chinach – dlaczego to „ostatni dzwonek”?

Chiny funkcjonują w cyklach produkcyjnych ściśle powiązanych z globalnym kalendarzem sprzedaży. Najważniejszy z nich to okres przygotowań przed Bożym Narodzeniem, który zaczyna się już latem i trwa do jesieni.

Dlaczego ma to tak duże znaczenie?

  • Wzrost liczby zamówień – fabryki są przeciążone i priorytetowo traktują największych klientów. Mniejsze firmy często muszą liczyć się z wydłużonym czasem realizacji.

  • Kolejki w produkcji – czas realizacji zamówienia, który poza sezonem wynosi 30–40 dni, może się wydłużyć nawet do 60–90 dni.

  • Niedobory materiałów – przy wzmożonym popycie rośnie ryzyko opóźnień w dostawach komponentów i półproduktów.

? To właśnie dlatego importerzy, którzy składają zamówienia w sierpniu, wrześniu czy październiku, często nie zdążają z dostawą na czas. W 2025 roku to ryzyko jest jeszcze większe przez problemy transportowe.

2. Problemy w logistyce – transport coraz dłuższy i droższy

Od końca 2023 roku globalny transport morski boryka się z kryzysem. Ataki na statki w rejonie Morza Czerwonego sprawiły, że wielu armatorów unika Kanału Sueskiego i kieruje swoje statki dłuższą trasą – opływając Afrykę.

Co to oznacza dla importu z Chin?

  • Wydłużenie trasy o 2–4 tygodnie – fracht morski, który wcześniej trwał ok. 30–35 dni, dziś może zająć nawet 50 dni.

  • Wyższe koszty transportu – dłuższa trasa to wyższe opłaty paliwowe i mniejsza dostępność kontenerów.

  • Ryzyko spiętrzenia w portach europejskich – kiedy statki docierają z opóźnieniem, porty są przeciążone i dochodzi do dodatkowych przestojów w przeładunkach.

? Jeśli dodamy do tego sezonowe spiętrzenie zamówień przed świętami, okazuje się, że import z Chin w 2025 roku wymaga dużo wcześniejszego planowania niż jeszcze kilka lat temu.

3. Dlaczego teraz musisz działać?

Jeśli planujesz sprowadzać towar na okres świąteczny, to musisz uwzględnić:

  1. Czas produkcji w Chinach – średnio 30–60 dni, w sezonie nawet dłużej.

  2. Transport morski – obecnie ok. 45–55 dni zamiast standardowych 30–35 dni.

  3. Odprawa celna i dystrybucja w Europie – minimum 7–14 dni.

Podsumowując: od momentu złożenia zamówienia do pojawienia się towaru w Twoim magazynie może minąć nawet 3–4 miesiące. To oznacza, że sierpień i wrzesień 2025 to absolutnie ostatni moment, by zamówić towary na sezon bożonarodzeniowy.

4. Najczęstsze błędy importerów w sezonie

Początkujący przedsiębiorcy często nie doceniają skali sezonowych wyzwań. Oto najczęstsze błędy:

  • Zbyt późne składanie zamówień – zamówienie złożone w październiku rzadko zdąży na grudniową sprzedaż.

  • Brak kontroli jakości – presja czasu sprawia, że niektórzy rezygnują z inspekcji towaru. Efekt? Wadliwy produkt w szczycie sprzedaży.

  • Nieprzewidziane koszty transportu – brak kalkulacji przy wydłużonych trasach i dodatkowych opłatach.

  • Brak zabezpieczenia dokumentacji – w pośpiechu importerzy pomijają kwestie certyfikatów i zgodności z normami UE, co grozi zatrzymaniem towaru na granicy.

5. Jak przygotować się do importu w 2025 roku?

a) Planuj z wyprzedzeniem

Złóż zamówienia odpowiednio wcześnie – najlepiej już teraz, jeśli chcesz zdążyć przed świętami.

b) Zadbaj o logistykę

Sprawdź dostępne opcje transportu: fracht morski, kolejowy lub lotniczy. Czasem warto zapłacić więcej za szybszą opcję, by uniknąć braku towaru na półkach w grudniu.

c) Weryfikuj dostawców

W sezonie rośnie liczba oszustw i ofert od niesprawdzonych fabryk. Dokładna weryfikacja to konieczność.

d) Nie oszczędzaj na jakości i dokumentacji

To Ty odpowiadasz przed prawem UE za zgodność produktu. Brak odpowiednich certyfikatów może zniweczyć cały import.

6. Dlaczego warto się szkolić przed pierwszym importem?

Import w 2025 roku wymaga jeszcze większej wiedzy niż wcześniej. Problemy logistyczne, dłuższe terminy produkcji i zaostrzone przepisy sprawiają, że amatorskie podejście szybko kończy się stratą pieniędzy.

? Dlatego warto postawić na kursy online omawiające temat: import z Chin, które w prosty i praktyczny sposób przeprowadzają przez cały proces:

  • jak znaleźć i zweryfikować dostawcę,

  • jak policzyć wszystkie koszty (produkcja, transport, cło, VAT),

  • jak przygotować się do odprawy celnej,

  • jak negocjować i kontrolować jakość,

  • jak uniknąć pułapek sezonowych.

Na stronie MountainBusiness.eu znajdziesz kursy online stworzone z myślą o osobach, które chcą bezpiecznie wejść w import i zdążyć przed sezonem świątecznym.

Podsumowanie

Rok 2025 to wyjątkowy czas dla importerów. Z jednej strony wchodzimy w najważniejszy sezon sprzedażowy przed Bożym Narodzeniem, z drugiej – logistyka na świecie pozostaje nieprzewidywalna, a transport morski trwa znacznie dłużej niż kiedyś.

Dlatego właśnie teraz jest ostatni dzwonek na import z Chin, jeśli chcesz, by Twój towar trafił na polski rynek przed końcem roku.

? Zamiast ryzykować, zainwestuj w wiedzę i przygotuj się profesjonalnie. Sprawdź kursy na MountainBusiness.eu i dowiedz się, jak krok po kroku przeprowadzić import z Chin w 2025 roku – bez opóźnień i bez kosztownych błędów.

Elastyczne godziny pracy ważniejsze dla Polaków niż 4-dniowy tydzień

0

Niedługo wystartuje pilotażowy program skróconego czasu pracy, ale czy zatrudnieni w Polsce faktycznie chcą pracować krócej? Okazuje się, że skrócony czas pracy nie tylko nie jest najważniejszy, ale nawet nie jest w TOP 3 preferowanej elastycznej formy pracy. Najistotniejsze są bowiem elastyczny czas pracy (38,2 proc.), praca hybrydowa (32,6 proc.) i praca zdalna (23,4 proc.). To wnioski z najnowszego międzynarodowego badania przeprowadzonego przez SD Worx, wiodącego europejskiego dostawcę rozwiązań HR, wśród 5 625 menedżerów HR i 16 000 pracowników z 16 krajów Europy.

Pilotaż skróconego czasu pracy w Polsce startuje już 14 sierpnia, a wybrane organizacje będą go testować od 2026 roku. Jego ideą jest poprawa jakości życia pracowników, wzrost efektywności i przygotowanie rynku pracy na zmiany technologiczne. Głównym motywatorem proponowanych zmian jest poprawa równowagi między życiem prywatnym a zawodowym pracowników, ale też stworzenie im większych możliwości samorozwoju, zachęcenie do dłuższej aktywności zawodowej i przeciwdziałanie ryzyku wypalenia zawodowego. Rozwiązanie to może mieć ogromny wpływ na kulturę pracy w firmach, bowiem według danych Eurostatu Polacy znajdują się w czołówce najbardziej zapracowanych narodów. Tygodniowy wymiar czasu pracy w 2024 r. wyniósł aż 38,9 godziny wobec unijnej średniej 36 godzin. Ale czy faktycznie zaproponowany program jest odpowiedzią na potrzeby pracowników?

„Przed pracodawcami, którzy rozważają udział w ministerialnym programie skróconego czasu pracy, stoją trudne decyzje biznesowe. Sam program zaproponowany przez MRPiPS jest bardziej elastyczny, niż się o nim mówi, jednak pracodawcy powinni skupić się na dwóch niezwykle ważnych kwestiach. Pierwsza to prawidłowe zaplanowanie programu, który ma być wdrożony w danej organizacji. Ministerstwo będzie oczekiwać konkretów, dlatego firmy powinny podejść do programu ze świadomością, że nie jest to projekt miękki i nie powinno się składać wniosków ogólnych, opartych o wzory. Powinno sporządzać się je w oparciu o bardzo rzetelnie przygotowany szkielet prawno-payrollowy, który jednocześnie pozwoli uniknąć beneficjentom projektu wielu niepotrzebnych ryzyk. Drugą priorytetową kwestią jest zarządzanie oczekiwaniami pracowników. Tu kluczowa będzie właściwa komunikacja. Przed aplikacją do pilotażu, warto w przystępny sposób – np. poprzez zapisy w porozumieniach – zakomunikować pracownikom dlaczego przystępujemy do projektu, jak będzie wyglądał, ale również poinformować, że po zakończeniu możemy wrócić do poprzedniej formy pracy, jeśli testowany system nie sprawdzi się w naszej organizacjitłumaczy Marcin Sanetra, radca prawny, partner w kancelarii PCS I choć przepisy Kodeksu Pracy są dość elastyczne w kontekście tego projektu, to jednak należy pamiętać, że mimo uczestnictwa w pilotażu, system nie zwalnia pracodawców z odpowiedzialności prawnej wobec pracowników.”

„Ogromną zaletą pilotażowego programu skróconego czasu pracy jest fakt, że firmy zaczęły przyglądać się swoim organizacjom, aby świadomie mierzyć siły na zamiary, nim przystąpią do projektu” komentuje Paulina Zasempa, People Country Lead w SD Worx Poland.

Najnowsze badanie „HR & Payroll Pulse Europe 2025” przeprowadzone przez SD Worx pokazuje, że skrócony czas pracy wcale nie jest na podium preferencji polskich pracowników. Na pytanie o preferowaną elastyczną formę zatrudnienia największy odsetek zatrudnionych nad Wisłą wskazał elastyczne godziny pracy (38,2 proc.). Na podium znalazły się również możliwość pracy hybrydowej (32,6 proc.) i praca zdalna (23,4 proc.). Co ciekawe, podobnie kształtuje się średnia ze wszystkich 16 badanych krajów – Europejczycy również na pierwszym miejscu wskazali elastyczny czas pracy (41,5 proc.), pracę hybrydową (33,7 proc.) i pracę zdalną (24,8 proc.).

Jednak problematyka, na którą odpowiada pilotaż jest jak najbardziej realna. Według najnowszych danych zgromadzonych przez SD Worx ponad połowa polskich pracowników (53,2 proc.) uważa że ich praca jest wymagająca psychicznie lub stresująca. Również niemal co trzeci pracownik (29,8 proc.) twierdzi, że praca w jego organizacji negatywnie wpływa na jego zdrowie psychiczne. A to może prowadzić do przedwczesnego wypalenia zawodowego. Co więcej, tylko połowa Polaków (52,4 proc.) uważa, że udaje im się zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.

„Talenty niezależnie od wieku czy płci najbardziej cenią sobie elastyczność pracy. Zmiana widoczna jest również w podejściu firm – jak pokazuje nasze najnowsze badanie aż 64,7 proc. polskich pracodawców wspiera elastyczne ścieżki kariery. Zmiana jest nieunikniona – już dziś niemal połowa (43,6 proc.) polskich pracodawców obawia się, że w najbliższych latach problem niedoboru talentów będzie coraz bardziej odczuwalny. Pracodawcy decydujący się na skrócenie tygodnia pracy muszą wziąć pod uwagę wiele składowych, aby zaproponować pracownikom najbardziej korzystną formę, zarazem najbardziej dopasowaną do swojego biznesu. W wielu przypadkach może się bowiem okazać, że samo skrócenie dnia pracy nie będzie korzystne ani dla firmy, ani dla zatrudnionych w niej osób. Elastyczność powinna więc dotyczyć nie tylko formy świadczenia pracy, ale też podejścia do nowych możliwości dbania o dobrostan talentów”– komentuje Paulina Zasempa, People Country Lead w SD Worx Poland.

Zgodnie z pierwszą oficjalną próbą wdrożenia na szeroką skalę skróconego tygodnia wykonywania działań zarobkowych, pracodawcy będą mogli na różne sposoby skrócić tydzień pracy na przykład poprzez: wprowadzenie 4-dniowego tygodnia pracy z 8 lub 10 godzinnym dniem pracy (w takim przypadku to nie będzie skrócenie czasu pracy, tylko zmiana systemu, bowiem wymiar etatu to wciąż 40 h), redukcje godzin pracy do 6 godzin dziennie, zaoferowanie pracownikom więcej dni urlopu w skali roku lub zaproponować autorski model skróconego tygodnia pracy, dopasowany do specyfiki firmy. W badaniu przeprowadzonym przez SD Worx pracownicy wskazali również preferowane formy skróconego czasu pracy. Poza wymienionym wyżej podium wśród preferowanych przez Polaków elastycznych form pracy znalazły się kolejno: 6-godzinny dzień pracy, czyli skrócony czas pracy dziennie przy zachowaniu pełnego etatu (22,3 proc.), 4-dniowy tydzień pracy, czyli praca w pełnym wymiarze godzin przez cztery dni (18,9 proc.) oraz skompresowane tygodnie pracy (mniej dni roboczych z większą liczbą godzin pracy dziennie) (13,8 proc.).

Analizując zainteresowanie poszczególnymi rozwiązaniami wśród 16 krajów Europy okazuje się, że Europejczycy wybierali najczęściej kolejno: 4-dniowy tydzień pracy (24,7 proc.), 6-godzinny dzień pracy (22,9 proc.) i skompresowany tydzień pracy (18,9 proc.). Najbardziej otwarci na skompresowany tydzień pracy są Francuzi – już co czwarty francuski pracownik (27,6 proc.) optował za tą opcją elastycznej formy pracy. A najmniej przekonani do tego pomysłu na tle całej Europy byli Polacy. Z kolei idea 6-godzinnego dnia pracy miała najwięcej zwolenników w Szwecji (42,2 proc.), a najmniej podobała się Francuzom (10 proc.). Natomiast opcje 4-dniowego tygodnia pracy wybierali najczęściej mieszkańcy Szwecji (31,6 proc.), Wielkiej Brytanii (29 proc.), Chorwacji (29,3 proc.) i Finlandii (29,2 proc.).

Przedsiębiorcy apelują o konstruktywną współpracę prezydenta z rządem

Podczas kampanii wyborczej Karol Nawrocki składał wiele obietnic związanych z gospodarką. Wśród nich znalazły się m.in. PIT 0 dla rodzin wychowujących co najmniej dwoje dzieci, obniżenie stawki VAT do 22 proc. czy redukcja cen energii. Business Centre Club podkreśla jednak, że przedsiębiorcy patrzą szerzej niż tylko na konkretne obietnice wyborcze. Liczą przede wszystkim na konstruktywną współpracę nowego prezydenta z rządem, unikanie blokowania kluczowych ustaw oraz poprawę jakości dialogu ze środowiskiem biznesu w duchu ponadpartyjnej współpracy.

Stabilność to fundament rozwoju

Jak podkreśla BCC, biznes funkcjonuje najgorzej w warunkach niestabilności, braku spójności i przewidywalności. Gospodarka potrzebuje jasnych i trwałych reguł gry. Przedsiębiorcy oczekują stabilnego otoczenia prawnego, prostych i przejrzystych przepisów podatkowych, partnerskiego podejścia administracji skarbowej i urzędów, a także realnego słuchania i konsultowania zmian z organizacjami reprezentującymi pracodawców. Niezbędne jest odejście od wprowadzania prawa w sposób nagły i krótkowzroczny, bez analizy długofalowych skutków dla gospodarki.

– Biznes nie oczekuje od prezydenta Nawrockiego cudów, lecz otwartości na dobre propozycje, niezależnie z której strony politycznej one pochodzą Nie stać nas na „wojnę na górze” –  podkreśla Jacek Goliszewski, prezes BCC.

Rozwiązania ponad podziałami

BCC ma doświadczenie we współpracy z różnymi rządami i prezydentami, reprezentującymi każdą opcję polityczną. Pomysły korzystne dla gospodarki – takie jak uregulowanie naliczania składki zdrowotnej dla przedsiębiorców, obniżka VAT czy uproszczenie systemu podatkowego – mogą pojawić się w programach wszystkich partii.

Jak dodaje, prezes ZP BCC Łukasz Bernatowicz:

Rolą głowy państwa jest ich dostrzeżenie i wspieranie, a nie automatyczne odrzucanie. Jak zauważa prezes organizacji, długopis może nie jest najgroźniejszą bronią, ale niewłaściwie użyty potrafi wyrządzić poważne szkody.

Rada Dialogu Społecznego – niewykorzystany potencjał

BCC podobnie jak całe środowisko pracodawców oczekują także większego wsparcia dla Rady Dialogu Społecznego, której prezydent patronuje. Wzmocnienie kompetencji Rady oraz wprowadzenie obowiązku przeprowadzania konsultacji w określonym terminie przed uchwaleniem ustaw dotyczących prawa pracy, podatków czy gospodarki, pozwoliłoby na wdrażanie rozwiązań po rzetelnych analizach i w oparciu o opinie ekspertów. Taki model działania ante factum, a nie dopiero post factum, sprzyjałby jakości stanowionego prawa.

Priorytet: gospodarka ponad podziałami

Z perspektywy przedsiębiorców, jednym z największych problemów jest nadal niestabilność otoczenia prawnego, szczególnie w obszarze prawa gospodarczego i podatkowego.  Dlatego prezes organizacji podkreślają:

–  Mamy szczerą nadzieję, że prezydent elekt i rząd podejmą konstruktywną współpracę ponad podziałami politycznymi, której nadrzędnym celem będzie interes polskiej gospodarki.

Czy nowa prezydentura to szansa na odbudowanie zaufania pomiędzy władzą publiczną a środowiskiem biznesowym – na tym etapie pozostaje otwartym.

Wspólnym mianownikiem wszystkich działań powinny być: stabilność, przewidywalność i otwartość na dialog. – podsumowuje Sandra Żywicka-Sztul, dyrektor ds. Analiz i Inicjatyw Gospodarczych BCC.

Tylko w takich warunkach polscy przedsiębiorcy mogą budować konkurencyjność, inwestować, tworzyć nowe miejsca pracy i realnie przyczyniać się do wzrostu gospodarczego kraju i tym samym do sukcesu Polski.

Liczba niewypłacalności w Polsce najwyższa w historii – dominuje sektor usług

0

W pierwszej połowie 2025 roku w Polsce niewypłacalność ogłosiło 3 745 firm. Stanowi to wzrost o 17,7% w porównaniu z analogicznym okresem w roku 2024. Jak wskazują eksperci z firmy Coface, która co kwartał przygotowuje raport dotyczący niewypłacalności, po raz kolejny padł rekord. Co więcej, do końca czerwca płynność finansową utraciło więcej przedsiębiorstw niż w ciągu całego 2022 roku. Która branża ucierpiała najbardziej i z czego wynika ta dynamika wzrostu?

Rozwój gospodarczy w Polsce w pierwszej połowie 2025 roku pozostał stabilny, nawet pomimo napięć handlowych oraz konfliktu na Bliskim Wschodzie. Szacowany wzrost PKB plasuje się na poziomie 3%, inflacja się obniżyła, a większa siła nabywcza oraz wyższe zaufanie konsumenckie pozwoliło na mocniejszą dynamikę sprzedaży detalicznej. Pomimo tego sytuacja polskich przedsiębiorstw nadal jest trudna.

Eksperci z Coface podkreślają, że zjawisko rosnącej niewypłacalności i restrukturyzacji to naturalny proces gospodarczy. Właśnie dzięki niemu zasoby trafiają do firm, które są lepiej zarządzane. Wybór restrukturyzacji zamiast likwidacji pomaga także zachować miejsca pracy. Zainteresowanie przedsiębiorstw tą opcją widać również w danych – w drugim kwartale 2025 roku aż 3545 z 3745 postępowań dotyczyło właśnie restrukturyzacji, co stanowi ponad 94% wszystkich przypadków. To tzw. kreatywna destrukcja w praktyce. Nie można jednak zapominać o innych czynnikach wpływających na rekordową liczbę niewypłacalności.

– Rosnące koszty, w tym wysoki udział płac w strukturze wydatków, w połączeniu z trudnościami w przenoszeniu tych kosztów na ceny produktów i usług, skutkują rekordowo niską rentownością. Inflacja producencka utrzymuje się na zerowym poziomie, a ceny konsumenckie (CPI) również nie wskazują na łatwość w przenoszeniu rosnących kosztów – mówi dr Mateusz Dadej, Główny Ekonomista Coface w Polsce i Regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – Dodatkowo niepewność gospodarcza, wynikająca m.in. z wojen handlowych, osiągnęła poziomy porównywalne z początkiem pandemii COVID-19 – blisko 8% przedsiębiorstw badanych przez Narodowy Bank Polski wskazuje ją jako kluczową barierę rozwoju. Wysokie stopy procentowe oraz zmienność cen surowców energetycznych, napędzana m.in. konfliktem na Bliskim Wschodzie i wzrostem detalicznych cen paliw o około 8%, dodatkowo pogarszają nastroje wśród firm prywatnych oraz zwiększają koszty operacyjne – wyjaśnia ekspert.

Niewypłacalność w poszczególnych branżach

Sektor usług znalazł się na czele zestawienia branż z największą liczbą niewypłacalności w pierwszym półroczu 2025 roku. Niewypłacalność ogłosiło tu 1065 przedsiębiorstw, co stanowi 28% całej liczby niewypłacalności. Na drugim miejscu znalazł się handel (744 firmy – 20% całej liczby niewypłacalności). Branża ta korzysta z rosnącej siły nabywczej polskich gospodarstw domowych oraz z ich zmniejszonej skłonności do oszczędzania, w związku z czym odnotowała spadek niewypłacalności w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2024. Z kolei sektor budowlany (643 firmy – 17%) wykazał się najwyższą dynamiką wzrostu niewypłacalności. Branża ta jest zduszona niskim popytem. Nie pomaga jej również wolny napływ funduszy europejskich.

– Co szóste odnotowane postępowanie insolwencyjne dotyczy branży budowlanej. To prawie 30-procentowy wzrost liczby postępowań w stosunku do analogicznego okresu w 2024 roku. Ta wysoka dynamika wskazuje, że sytuację w tym obszarze – mimo raportowanego w czerwcu odbicia po słabszych miesiącach – nadal należy uznać za złożoną – mówi Paweł Tobis, Wiceprezes Zarządu do Spraw Operacyjnych i Oceny Ryzyka Coface. – Skarżąca się na spadek wykorzystania mocy produkcyjnej branża nadal oczekuje na ożywienie, w tym szczególnie w inwestycjach publicznych, takich jak budownictwo drogowe, kolejowe, energetyka czy sektor obronny.

Jedyną branżą, w której liczba niewypłacalności spadła, tak jak to było w roku 2024, okazało się rolnictwo.

Co czeka nas w nadchodzących miesiącach?

Eksperci z Coface wskazują, że pod koniec 2025 roku prawdopodobnie padnie kolejny rekord liczby niewypłacalnych firm. Trend wzrostowy może się utrzymać również w 2026 roku, zbliżając się do poziomu 6 000 przypadków rocznie. Ekonomiści uspokajają jednak, że prognozy dotyczące nadchodzących miesięcy są raczej pozytywne.

– Perspektywy na drugą połowę 2025 roku wskazują na stopniową poprawę kondycji przedsiębiorstw, ale ich sytuacja pozostanie wymagająca. Coraz mniej firm planuje podwyżki wynagrodzeń, a porozumienie handlowe między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi może zwiększyć przewidywalność globalnej polityki handlowej, choć jej efekty mogą być widoczne z opóźnieniem. Dotychczasowe oraz oczekiwane obniżki stóp procentowych powinny również ułatwić przedsiębiorcom dostęp do finansowania oraz zwiększyć atrakcyjność inwestycji – mówi dr Mateusz Dadej. – Co więcej, chociaż wysoki poziom niewypłacalności może na pierwszy rzut oka budzić niepokój, to, z punktu widzenia efektywności gospodarki, jest to raczej zjawisko pożądane. Szczególnie jeśli nie wynika z wahań koniunkturalnych. Sprawne wchodzenie firm na rynek jest równie istotne, co ich wychodzenie lub restrukturyzacja w momencie, gdy nie są w stanie sprostać zmieniającym się warunkom gospodarczym – podsumowuje ekspert.

Dane z pierwszej połowy 2025 roku pokazują, że odporność firm na presję kosztową, niestabilność otoczenia i zmieniające się warunki rynkowe staje się kluczowym czynnikiem przetrwania. Wysoka liczba restrukturyzacji sugeruje, że zamiast biernie znikać z rynku, wiele przedsiębiorstw aktywnie szuka nowych ścieżek adaptacji – nawet jeśli oznacza to trudne decyzje.

Polska druga w Europie Środkowej pod względem liczby cyberataków

W ostatnich tygodniach na świecie – także w Polsce – odnotowano gwałtowny wzrost liczby cyberataków. Średnio jest ich o 10 proc. więcej niż w 2024 roku. Szczególnie niepokojące dane płyną z raportu firmy Check Point Software Technologies, który alarmuje o skokowym wzroście ataków ransomware w Europie.  

Choć ogólny wolumen ataków w Europie był nieco niższy niż w niektórych innych regionach świata, to właśnie tutaj odnotowano największy wzrost rok do roku – aż o 15%. Czyni to Europę najszybciej rosnącym celem cyberprzestępców. Jednocześnie udział naszego regionu w globalnej liczbie ataków ransomware (dla okupu) wyniósł 25%, co wyraźnie pokazuje rosnące zainteresowanie grup wymuszających okup tym rynkiem.

Jak zauważyli analitycy Check Point ofiarami ataków dla okupu są najczęściej usługi biznesowe – 10,5%, instytucje opieki zdrowotnej – 9,7%, produkcja przemysłowa – 9,4%, budownictwo i inżynieria – 9,2% a także firmy z sektora dóbr konsumpcyjnych i usługi – 7,2%.

Wzrost zainteresowania atakami ransomware, wynika przede wszystkim z pobudek finansowych. – Lipcowe dane pokazują, że ransomware rozwija się w błyskawicznym tempie. Grupy takie jak Qilin rozszerzają działalność na cele o najwyższym potencjale zarobku. Ataki te dotykają każdej branży i każdego regionu. Jedyną skuteczną odpowiedzią są strategie prewencyjne oparte na sztucznej inteligencji – komentuje Lotem Finkelstein, dyrektor ds. wywiadu i badań nad zagrożeniami w Check Point Software Technologies.

Niepokojące dane nt. liczby cyberataków dotyczą również Europy Środkowej. Polska zajmuje drugie miejsce wśród państw tego regionu. Najwięcej ataków odnotowano w Czechach (2198 tygodniowo), następnie w Polsce (1848), na Węgrzech (1760) i Słowacji (1748). Dla porównania, Niemcy odpierają średnio 1 164 ataki tygodniowo. Polska doświadcza więc niemal 60% ataków więcej niż nasi zachodni sąsiedzi.

Liczba cyberataków (tygodniowo/organizację) w krajach regionu Europy Środkowej

Liczba cyberataków

  • Czechy – 2198
  • Polska – 1848
  • Węgry – 1760
  • Słowacja – 1748
  • Niemcy – 1164

Jak ustalili analitycy Check Pointa, w Polsce do najbardziej zagrożonych (i najczęściej atakowanych) sektorów należy energetyka (2383 ataki tygodniowo), instytucje finansowe (2.104) i administracja publiczna (2101). W Czechach to instytucje finansowe (2.581) i administracja publiczna (2344). W Niemczech hakerzy najczęściej atakują sektor edukacji (2.711) i energetyczny (2145).

UODO: wyrok TSUE może doprecyzować polskie przepisy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), Mirosław Wróblewski, rekomenduje udział Polski w postępowaniu przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) w sprawie dotyczącej przetwarzania danych osobowych przez estońską jednostkę analityki finansowej. Jego zdaniem rozstrzygnięcie tej sprawy może mieć istotne znaczenie dla doprecyzowania polskich przepisów ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu oraz ustalenia, które przepisy o ochronie danych mają w takich sytuacjach zastosowanie.

Sprawa C-222/25 – tło postępowania

Postępowanie przed TSUE zostało wszczęte na wniosek sądu estońskiego w ramach sprawy C-222/25 Rahapesu Andmebüroo. Dotyczy ono pytań prejudycjalnych w zakresie stosowania przepisów RODO oraz dyrektywy policyjnej 2016/680 w kontekście działalności podmiotów zajmujących się analizą transakcji finansowych.

Sprawę zainicjował obywatel Estonii, który zwrócił się do jednostki analityki finansowej Rahapesu Andmebüroo (RAB) o informację, czy przekazywała ona jego dane instytucjom kredytowym w Estonii lub za granicą, a także zagranicznym organom. Pytał również o istnienie dokumentacji kontrolnej dotyczącej jego osoby z lat 2012–2015 oraz o ewentualne zapytania kierowane do władz Stanów Zjednoczonych. RAB odmówiła udzielenia odpowiedzi, argumentując, że w walce z praniem pieniędzy i finansowaniem terroryzmu kluczowe jest utrzymywanie w tajemnicy gromadzonych i przekazywanych danych.

Estoński organ nadzorczy Andmekaitse Inspektsioon (AKI) uznał skargę obywatela i nakazał ponowne rozpatrzenie wniosku, a następnie – po kolejnej odmowie – wydał decyzję zobowiązującą RAB do przekazania danych. Organ powołał się na prawa wynikające z RODO. Mimo to jednostka analityki finansowej nie ujawniła informacji. Sprawa trafiła do estońskich sądów administracyjnych i Sądu Najwyższego, który skierował pytania do TSUE.

Znaczenie sprawy dla Polski

Prezes UODO podkreśla, że sprawa może mieć bezpośredni wpływ na interpretację polskich przepisów dotyczących jednostek analityki finansowej. W jego ocenie nie można przyjąć, że całość działań takich instytucji jest regulowana wyłącznie przez przepisy dyrektywy policyjnej. Powinny one podlegać także RODO, które w art. 15 gwarantuje osobie, której dane dotyczą, prawo dostępu do informacji o ich przetwarzaniu. Prawo to znajduje odzwierciedlenie również w art. 8 ust. 2 Karty Praw Podstawowych UE.

Zgodnie z art. 23 RODO możliwe jest ograniczenie prawa dostępu, jeśli wymaga tego ważny interes publiczny – np. bezpieczeństwo państwa czy ochrona gospodarki. Jednak ograniczenia muszą wynikać z jasnych przepisów, które określają m.in. zakres danych, okres ich przetwarzania i podmioty uprawnione do ich przetwarzania.

Konieczność doprecyzowania polskich regulacji

UODO wskazuje, że obecne brzmienie ustawy z 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu nie precyzuje jednoznacznie, czy osoba, której dane były przetwarzane przez instytucję finansową, może korzystać z prawa dostępu do informacji na podstawie RODO, czy też obowiązują ją przepisy wdrażające dyrektywę policyjną 2016/680. Rozstrzygnięcie TSUE może pomóc w wyjaśnieniu tej kwestii.

MCI Capital pozyskuje 70 mln zł z emisji obligacji – większość objęta przez inwestorów instytucjonalnych

0

MCI Capital uplasowało emisję obligacji o łącznej wartości 70 mln zł. Głównym celem emisji była budowa rynku instytucji dla obligacji funduszu oraz wydłużenie zapadalności istniejącego długu obligacyjnego.

Historycznie wyemitowane obligacje MCI miały termin wykupu w grudniu 2026 r. oraz w styczniu 2027 r. Uwzględniając profil działalności spółka podjęła decyzję o przygotowaniu nowej emisji skierowanej przede wszystkim do inwestorów instytucjonalnych. – Zakończona sukcesem emisja o wartości 70 mln zł pozwoli dokonać wcześniejszego wykupu istniejących obligacji i pozostać z 3-letnim tenorem długu, z którym, tak jak komunikowaliśmy Inwestorom w trakcie prac na tą emisją, jako zarząd spółki czujemy się komfortowo – mówi Ewa Ogryczak, wiceprezes MCI Capital. Pełen wykup obligacji serii T1 i T2 zostanie zrealizowany w dnia 18 sierpnia 2025 r.

Spółka zrealizowała także główny cel budowy rynku instytucjonalnego jako stabilnej bazy finansowania. Większość tej emisji (ponad 50 mln PLN) zostało objęte przez Inwestorów instytucjonalnych. MCI była historycznie aktywna na rynku obligacji instytucjonalnych, natomiast ostatnie lata wysokich stóp procentowych spowodowały, że spółka skupiła się na pozyskiwaniu bardziej elastycznego i tańszego długu bankowego.

– Poprzez realizację tej emisji chcemy też pokazać, że nadal pragniemy być aktywni na rynku obligacji i rozwijać ten kanał jako adekwatny dla profilu działalności MCI oraz zapewniający nam większe bezpieczeństwo i dywersyfikację źródeł finansowania – dodaje Ewa Ogryczak. W przyszłości MCI nie wyklucza kolejnych emisji prospektowych, w których celem będzie przed wszystkim zwiększenie zainteresowania naszą emisją dużych inwestorów instytucjonalnych oraz wydłużanie tenoru papierów.

– Chcielibyśmy bardzo serdecznie podziękować wszystkim Inwestorom za zaufanie wyrażone objęciem naszych obligacji i naszym doradcom w tym projekcie, zespołowi Noble Securities oraz kancelarii Dubiński Jeleński Masiarz za profesjonalną obsługę transakcji – podsumowuje Ewa Ogryczak.

Spotkanie Trump–Putin może wpłynąć na ceny ropy, złoto i kurs złotego

Inflacja w Polsce za lipiec na poziomie 3,1%. Czy to oznacza większy ruch na stopach we wrześniu? Wysyp danych z brytyjskiej gospodarki, niemal wszystkie z pozytywnym akcentem. Piątkowe spotkanie Trump-Putin ważne dla rynku ropy naftowej, ale i dla złotego. 

Inflacja w Polsce w końcu w celu

Niespodzianki nie było, a dynamika cen mierzona wskaźnikiem CPI utrzymała się na poziomie wstępnych szacunków, czyli 3,1%. To znacznie niższa wartość niż w czerwcu (4,1%). W końcu więc poziom inflacji znalazł się w celu inflacyjnym, który wynosi 2,5% +/- 1%. W teorii taki wynik otwiera szeroko drzwi do kontynuacji obniżek przez RPP. Coraz szersze grono analityków oczekuje więc, że we wrześniu może pojawić się głębszy ruch, czyli obniżka o 50 pkt bazowych. Do końca roku rynek zakłada zejście do poziomu 4% na stopie procentowej, co nie jest niemożliwe, tym bardziej jeśli inflacja utrzyma się w ryzach. Nie jest to informacja dobra dla PLN, który może być pod presją podażową do końca roku.

Dobre wieści dla Banku Anglii

Dzisiaj w kalendarzu spora dawka danych makro z brytyjskiej gospodarki. Trzeba przyznać, że wypadły one zaskakująco dobrze. Wartość PKB za czerwiec wyniosła 0,4%, przy prognozie 0,2%. Pozytywnie wypadła też produkcja przemysłowa za czerwiec, która zakotwiczyła na poziomie 0,7% i znacznie przekroczyła oczekiwania analityków (0,3%). Funt w relacji do większości głównych walut zyskuje dzisiaj na wartości, z wyjątkiem jena japońskiego, który jest dzisiaj najmocniejszą walutą w koszyku G10. Poprawa wskaźników gospodarczych może skłonić Bank Anglii do wstrzymania się z obniżkami stóp. Tym bardziej że już poprzednie posiedzenie zakończyło się na ostrzu noża – minimalną większością głosów koszt pieniądza został zmniejszony o 25 pkt bazowych.

Jedno spotkanie – lawina zmienności?

W piątek czeka nas ważne spotkanie na najwyższym szczeblu między Trumpem i Putinem, a głównym tematem będzie wojna w Ukrainie. Jak wspominaliśmy już w tym tygodniu, oczekiwania nie są duże, a jednak decyzje, które mogą tam zapaść wywołają zamieszanie, choćby na notowaniach ropy naftowej. Brak zapowiedzi zaostrzenia sankcji lub wprowadzenia nowych ceł na rosyjskie produkty ropopochodne może sprzyjać spadkom cen tego surowca. Również na złocie możemy oczekiwać reakcji rynków. Jeśli zmniejszy się napięcie geopolityczne, inwestorzy wrócą do kupowania ryzykownych aktywów, a złoto takowym nie jest. Dla złotego ewentualne zakończenie konfliktu to dobra informacja, bo oznacza zniknięcie potencjalnego ryzyka eskalacji konfliktu. Dzisiaj w kalendarzu jeszcze odczyt PPI z USA, a także liczba nowych zasiłków dla bezrobotnych, również z tego zakątka świata.

Autor: Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Walutomat.pl

Gdzie najtaniej naładować auto elektryczne w Polsce? Porównanie operatorów sierpień 2025

Wakacje to czas wzmożonego ruchu na drogach. Kierowcy samochodów elektrycznych wybierający się w podróż po Polsce, chcąc zaplanować swoją trasę, powinni przeanalizować, u którego operatora ładowanie będzie najbardziej korzystne dla ich portfela. Aktualizowany co miesiąc przez EV Klub Polska i elektromobilni.pl ranking cen ładowania pokazuje, że część firm reaguje na sygnały rynkowe, wprowadzając promocje i nowe modele taryfowe. Inne natomiast konsekwentnie podnoszą swoje stawki za ładowanie. Którego operatora powinni wybrać użytkownicy samochodów elektrycznych, aby ładowanie było jak najtańsze?

Po ogłoszeniu w lipcu wakacyjnych promocji przez wybranych operatorów, kilku z kolejnych jeszcze na koniec miesiąca dokonało zmian w swoich cennikach, dlatego w sierpniowym zestawieniu cen mamy kolejne duże zmiany.

Nowym aktywnym graczem na polskim rynku staje się ChargeIn. Operator oferuje zarówno stacje AC, jak i DC z atrakcyjnymi promocjami czasowymi. Firma posiada atrakcyjny cennik weekendowy oraz nocny (22:00-6:00): 1,69 zł/kWh na stacjach AC (standardowo 1,89 zł/kWh) oraz 1,99 zł/kWh na stacjach DC (standardowo 2,49 zł/kWh). Dodatkowo firma oferuje preferencyjną cenę 1,99 zł/kWh na nowo otwartych stacjach DC przez pierwsze trzy miesiące oraz 20% rabatu dla członków EV Klub Polska.

Enefit Polska wprowadził promocję na wybranych stacjach, obniżając ceny na stacjach DC i HPC do końca wakacji do poziomu 1,69 zł/kWh, co czyni go jednym z najtańszych publicznych operatorów stacji ładowania. Również Eleport zdecydował się na wprowadzenie promocji obowiązującej do końca września. Nowa stawka wynosi 2,39 zł/kWh za ładowanie DC. Oznacza to obniżkę o 4% (0,10 zł/kWh) w przypadku szybkiego ładowania w porównaniu z lipcowymi cenami, podczas gdy stawki AC pozostały na tym samym poziomie (1,99 zł/kWh).

Zupełnie inną politykę przyjął Shell Recharge, który w lipcu wprowadził podwyżkę cen do 3,30 zł/kWh na wszystkich stacjach DC w Polsce. Z kolei w sierpniu zdecydował się na segmentację cenową w zależności od lokalizacji. Nowy model taryfowy przewiduje koszty kilowatogodziny od 2,99 zł (jedna stacja w Polsce) przez przedziały 3,19-3,29-3,39 zł, aż do maksymalnej kwoty 3,59 zł w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach z najwyższą mocą.

Ekoen, jako operator stosujący dynamiczne stawki ładowania, wykorzystuje okresy wysokiej produkcji energii odnawialnej (OZE) w polskim systemie elektroenergetycznym, oferując ceny spadające nawet do 0,99 zł/kWh. Tak atrakcyjna stawka powoduje, że pod hubami Ekoen tworzą się kolejki. Aby usprawnić rotację na swoich stacjach, firma wprowadziła dodatkową opłatę 0,5 zł/min, która naliczana jest do rachunku, gdy sesja ładowania trwa powyżej 50 minut. Co więcej, Ekoen obniżył stałe stawki na Miejscach Obsługi Podróżnych (MOP) z 2,99 na 2,19 zł/kWh, co może nie tylko istotnie zredukować koszty ładowania podczas dalekich podróży, ale również zwiększyć atrakcyjność tych lokalizacji.

Nie można pominąć również sierpniowych zmian w sieci Supercharger (Tesla). Na stacjach do 150 kW minimalna stawka spadła z 1,2 na 1 zł/kWh (w wybranych godzinach pozaszczytowych), jednak standardowa cena wzrosła z 1,5 na 1,6 zł/kWh, a maksymalna z 1,6 na 1,9 zł/kWh. Największa obniżka ceny ma miejsce w Lublinie na stacjach powyżej 150 kW, gdzie w wybranych godzinach koszt kilowatogodziny wynosi zaledwie 0,9 zł za ładowanie mocą do 250 kW. To obecnie najtańsza opcja ultraszybkiego ładowania (HPC) w Polsce, choć dostępna wyłącznie dla użytkowników pojazdów Tesla. Podobnie jak przy stacjach do 150 kW, standardowa cena wzrosła z 1,5 na 1,6 zł/kWh, a maksymalna z 1,8 do 1,9 zł/kWh.

Sierpniowe zmiany w cennikach operatorów potwierdzają, że polski rynek ładowania pojazdów elektrycznych znajduje się w fazie intensywnej konkurencji i różnicowania strategii operacyjnych. Od wprowadzania promocji czasowych i rabatów dla członków EV Klub Polska, przez segmentację geograficzną, po dynamiczne ceny reagujące na warunki w systemie energetycznym – operatorzy testują różne modele biznesowe w poszukiwaniu optymalnej formuły.

„Okres wakacyjny to czas wzmożonych dalekich podróży, a wraz z nimi – zwiększonego ruchu na stacjach ładowania. Większe potencjalne obłożenie sprawia, że operatorzy, aby zwiększyć swoje zyski, muszą jeszcze aktywniej zabiegać o uwagę kierowców, reagując elastycznie na to, co dzieje się na rynku. Sierpniowe korekty cenowe pokazują, że rynek ładowania EV w Polsce zaczyna wchodzić w fazę dojrzałości strategicznej. Operatorzy nie tylko inwestują w rozwój infrastruktury, ale też coraz aktywniej zarządzają polityką cenową, odpowiadając na sygnały płynące od klientów i konkurencji. Coraz częściej pojawiają się modele hybrydowe – od cen dynamicznych po promocje czasowe – co pokazuje, że sektor ewoluuje i może przełożyć się na korzystniejsze stawki ładowania dla użytkowników aut elektrycznych” – komentuje Łukasz Lewandowski, CEO EV Klub Polska.

„Brak stabilizacji na rynku cen ładowania bez wątpienia jest problemem. Rozpiętość cenowa od 0,90 zł/kWh do nawet 3,59 zł/kWh to różnica prawie 300%. Dodatkowo rosnąca złożoność modeli taryfowych – ceny dynamiczne, promocje czasowe, segmentacja geograficzna oraz brak jasnych przekazów cenowych na etapie planowania podróży – może skutecznie zniechęcać obecnych oraz przyszłych użytkowników pojazdów elektrycznych. Zamiast transparentności mamy labirynt cenowy, w którym nawet doświadczony kierowca EV może się pogubić. Z tego względu kluczowe jest wprowadzenie standardów przejrzystości cenowej. Takie rozwiązanie pozwoliłoby nie tylko na jasne określenie kosztów, ale też ułatwiłoby planowanie podróży” – wskazuje Maciej Gis, Kierownik Kampanii elektromobilni.pl.

Ranking cen ładowania, przygotowany przez Fundację EV Klub Polska oraz portal użytkowników samochodów elektrycznych elektromobilni.pl aktualizowany jest cyklicznie, co miesiąc. Ranking publikowany jest na stronach evklub.pl, elektromobilni.pl, w aplikacji EV Klub Polska oraz na profilach mediów społecznościowych. Przytoczone dane pochodzą od operatorów. W rankingu można znaleźć stawki następujących operatorów: Greenway Polska, Ekoen, Ionity, Tesla, Shell Recharge, ORLEN Charge, Polenergia eMobility, Tauron, Powerdot, Lidl, Eleport, Horyzont EV, GO+EAuto, Budimex Mobility, Enefit, Charge Europa, MOYA energia, NOXO, ChargeIn, Enefit.

Raport WASDE prognozuje rekordowe zbiory kukurydzy, ograniczoną podaż soi oraz presję cenową na rynku pszenicy

  • USDA prognozuje rekordową produkcję kukurydzy w USA oraz wyższe zapasy końcowe, co powoduje spadek cen kukurydzy.
  • Ceny soi są wspierane ze względu na niższe niż oczekiwano zbiory i bardziej ograniczone zapasy, co pomaga utrzymać wyższe ceny.
  • Ceny pszenicy spadają razem z kukurydzą w reakcji na dużą podaż na rynku światowym.
    Najnowszy raport USDA World Agricultural Supply and Demand Estimates (WASDE) wstrząsnął we wtorek amerykańskimi rynkami zbóż, wywołując gwałtowne zmiany cen kukurydzy, soi i pszenicy. Największym zaskoczeniem okazały się prognozy dla kukurydzy, wskazujące na jeszcze większe zbiory niż oczekiwali inwestorzy. Soja natomiast odnotowała korektę w dół ze względu na mniejsze zbiory i ograniczoną podaż. Ceny pszenicy spadają razem z kukurydzą ponieważ globalna nadwyżka utrzymywała presję na rynku.

W przypadku kukurydzy USDA podniosło prognozę produkcji do rekordowych 16,742 mld buszli, czyli o blisko 5% powyżej średnich oczekiwań rynkowych, przy plonie wynoszącym 188,8 buszla z akra i zwiększonym areale zasiewów. Przełożyło się to na gwałtowny wzrost prognozowanych zapasów końcowych na przyszły rok do 2,117 mld buszli – powyżej zarówno oczekiwań, jak i prognozy z poprzedniego miesiąca. Reakcja rynku była natychmiastowa: grudniowe kontrakty futures na kukurydzę spadły o 3,3% do poziomu 3,92 USD za buszel, ustanawiając nowy kontraktowy dołek.

Ogromne zbiory pogłębiły strukturę contango na rynku, gdzie terminowe kontrakty futures są notowane powyżej cen spot, co odzwierciedla koszty magazynowania i finansowania. W warunkach nadpodaży ta różnica może się dodatkowo zwiększać, co stanowi dodatkową przewagę dla spekulantów utrzymujących pozycje krótkie. Przy rolowaniu kontraktów na późniejsze terminy ich wyższe ceny stopniowo zbliżają się do niższej ceny rynkowej (spot), co daje inwestorowi dodatkowy zysk z tytułu rolowania (roll yield), który może częściowo kompensować spadki cen bazowych. Przykładowo kontrakt na grudzień 2026 kosztuje obecnie o 49 centów więcej niż kontrakt na grudzień 2025, co przekłada się na roczny dodatkowy zysk z rolowania na pozycji krótkiej rzędu około 12%.

Ole Hansen, dyrektor ds. strategii surowców w Saxo konkluduje, że wielomiesięczne osłabienie cen doprowadziło sektor do wieloletnich minimów, co wspiera wspomniane strategie krótkiej sprzedaży realizowane przez spekulantów – nie tylko na rynku kukurydzy, ale czasami także na soi i przede wszystkim na rynku pszenicy, gdzie fundusze hedgingowe utrzymują krótką pozycję netto od rekordowych 37 miesięcy.

Rynek soi wykazał odmienną dynamikę. Prognozy produkcji obniżono do 4,292 mld buszli, czyli o blisko 2% poniżej oczekiwań, ponieważ spadek areału zasiewów przeważył nad niewielkim wzrostem plonów do 53,6 buszla z akra. Zapasy końcowe zredukowano do 290 mln buszli – prawie o 15% poniżej prognoz rynkowych. Bardziej napięty bilans podaży i popytu podbił notowania listopadowych kontraktów na soję, które tego dnia wzrosły o 2,1%, odwracając wcześniejsze spadki.

W bilansie pszenicy w USA obyło się bez większych niespodzianek – produkcja pozostała niemal bez zmian na poziomie 1,927 mld buszli, a zapasy końcowe były jedynie nieznacznie niższe od prognoz. Na rynku globalnym podaż wciąż jest wysoka – światowe zapasy końcowe, zgodne z oczekiwaniami, wynoszą 261,6 mln ton. Grudniowe kontrakty futures na pszenicę w Chicago spadły o 1,8% do 5,2375 USD za buszel, osiągając również nowy dołek kontraktowy, co podkreśla silny wpływ międzynarodowych przepływów podaży z rejonu Morza Czarnego, Europy i Australii.

Ole Hansen, patrząc w przyszłość, uważa, że kilka czynników wciąż może zmienić obraz sytuacji po raporcie WASDE. Kluczowe będą zasiewy i warunki pogodowe na początku sezonu w Ameryce Południowej – zwłaszcza w Brazylii i Argentynie, gdzie niekorzystna aura mogłaby ograniczyć globalną podaż soi i pośrednio wspierać ceny kukurydzy. W USA wyniki żniw mogą podważyć lub potwierdzić optymistyczne prognozy plonów USDA, szczególnie w przypadku kukurydzy. Istotne będą także zmiany w chińskich wzorcach zakupowych lub polityce handlowej, które mogą szybko zmodyfikować oczekiwania popytowe. Innymi niewiadomymi pozostają marże na biopaliwa, które wpływają zarówno na popyt na kukurydzę, jak i na soję.

Na ten moment raport WASDE wyznaczył jasny kierunek: jeszcze większe zbiory kukurydzy w USA wywierają presję na ceny, soja zyskuje wsparcie dzięki napiętemu bilansowi podaży, a pszenica pozostaje pod presją globalnej nadpodaży. Struktura contango na rynku zbóż odzwierciedla przekonanie inwestorów o stabilnych dostawach w krótkim terminie – jednak ze względu na wielkość żniw i zmiany warunków pogodowych ta pewność może zostać wystawiona na próbę.

– W obecnej sytuacji rynkowej inwestorzy mogą rozważyć różne strategie inwestycyjne oparte na rynku zbóż, uwzględniając zróżnicowane tendencje podaży i popytu. Rekordowe zbiory kukurydzy w USA oraz struktura contango na rynku futures stwarzają możliwości dla inwestorów preferujących strategie krótkiej sprzedaży. Z kolei ograniczona podaż soi, wynikająca z mniejszych zbiorów i zapasów, może sprzyjać moze sprzyjać długoterminowym inwestycjom. Presja cenowa na pszenicę, spowodowana obfitymi globalnymi dostawami, może skłaniać do ostrożności lub stosowania strategii hedgingowych. Wykorzystanie instrumentów takich jak kontrakty futures, opcje czy ETF-y może pomóc w implementacji tych strategii. Dywersyfikacja portfela pozwala na lepsze zarządzanie ryzykiem i wykorzystanie różnych okazji rynkowych wynikających z różnorodnych trendów podaży i popytu na rynku zbóż – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Prognozy rynkowe i wyniki sierpniowego raportu WASDE

Prognozy rynkowe i wyniki sierpniowego raportu WASDE

Kukurydza na CBOT, kontrakt grudzień 2025

Kukurydza na CBOT, kontrakt grudzień 2025
Soja na CBOT, kontrakt listopad 2025

Soja na CBOT, kontrakt listopad 2025
Pszenica na CBOT, kontrakt grudzień 2025

Pszenica na CBOT, kontrakt grudzień 2025
Pozycje długie, krótkie i netto funduszy spekulacyjnych w trzech kluczowych kontraktach terminowych na zbożaPozycje długie, krótkie i netto funduszy spekulacyjnych w trzech kluczowych kontraktach terminowych na zboża

Prognozy dla chińskiego juana

Juan chiński znacznie odbił z minimów notowanych po „dniu wyzwolenia” i w ostatnich miesiącach wykazuje się wyjątkową odpornością względem dolara.

Kluczowe punkty:

  • CNY umocnił się od „dnia wyzwolenia”.
  • W ujęciu ważonym handlem CNY mocno spada.
  • Cła USA odroczone do 10.11.
  • Wpływ ceł na gospodarkę jest dotąd ograniczony.
  • Kryzys na rynku nieruchomości i słaby popyt wciąż stanowią ryzyka.
  • Rewidujemy w górę prognozy dla CNY.

Para USD/CNY jest obecnie blisko najniższego poziomu od listopada. W ujęciu ważonym handlem juan stracił jednak istotnie po wyprzedaży dolara względem większości walut. Indeks CFETS RMB sięgnął w lipcu najniższego poziomu od pierwszych tygodni 2021 r., a od początku roku stracił ok 6%. To najgorsze wyniki indeksu w jego 9-letniej historii.

Wykres 1: Kurs USD/CNY (sierpień 2024 – sierpień 2025)Wojna handlowa między USA i Chinami weszła w nową fazę, gdy na początku drugiej kadencji Trump zaprezentował najwyższe od przeszło stu lat stawki ceł. Chińskie produkty zostały w szczytowym momencie objęte stawką 145% – obniżono ją jednak znacznie po rozmowach w Genewie i Londynie, podczas których zabezpieczono również porozumienie o dostarczaniu przez Chiny metali ziem rzadkich i magnesów do USA. Choć ustalono ramową umowę handlową, napięcie jest wciąż obecne, szczególnie że administracja Trumpa podjęła kroki mające na celu ograniczenie reeksportu chińskich produktów przez inne kraje.

USA i Chiny oskarżają się wzajemnie o łamanie rozejmu handlowego i nie rozwiązano wszystkich kwestii spornych. Ostateczny termin na osiągnięcie porozumienia odsunięty został o kolejne 90 dni, do 10 listopada. Niemniej oczekuje się, że relacje między Stanami Zjednoczonymi i Chinami pozostaną napięte, a na Państwo Środka zostaną nałożone jedne z wyższych, jeśli nie najwyższe cła spośród partnerów handlowych USA. Podejrzliwość wobec Chin jest wysoka i zgodnie z niedawnym badaniem ankietowym Pew Research Center obie strony amerykańskiej sceny politycznej postrzegają je jako rywala, przy czym Republikanie patrzą na nie mniej przychylnie.

Wpływ ceł na chińską gospodarkę jest na razie stosunkowo ograniczony – przyspieszenie i zmiana ścieżek eksportu pomagały ją dotąd chronić. Spodziewamy się, że w przyszłości cła znajdą odzwierciedlenie w słabszym wzroście Chin, ponieważ restrykcje handlowe prawdopodobnie obniżą eksport, stłumią inwestycje i będą ciążyć zaufaniu konsumentów. Skala osłabienia jest jednak trudna do oszacowania i będzie zależeć w dużym stopniu od warunków ostatecznego porozumienia i tego, na ile Chiny zdołają złagodzić cios poprzez dywersyfikację handlu.

Do intensyfikacji napięć ze Stanami Zjednoczonymi doszło w wyjątkowo wymagającym dla Chin czasie, kiedy ich gospodarka jest wciąż chwiejna przez efekty kryzysu na rynku nieruchomości i słabszy krajowy popyt. Przyszłość rynku nieruchomości mieszkalnych nie napawa optymizmem: populacja kurczy się, a ceny domów wciąż spadają. Ostatnie odczyty były mieszane. W pierwszej połowie 2025 r. dynamika PKB przekroczyła oczekiwania, wzrost eksportu z II kwartału jednak raczej się nie utrzyma, a sprzedaż detaliczna odzwierciedla kiepski popyt wewnętrzny. Wskaźniki PMI dla aktywności biznesowej są bliskie stagnacji, zaś zyski w sektorze przemysłowym obniżyły się, co wzmacnia dezinflacyjne obawy. Najwięcej mówi zapewne spadek cen – inflacja PPI jest ujemna od niemal trzech lat, a CPI pozostaje bliska zera (w lipcu dokładnie 0,0%).

Wykres 2: Inflacja w Chinach (2015 – 2025)

Chiny kontynuują starania stymulacyjne, które mają wspierać gospodarkę na tej długiej i wyboistej drodze. W maju Bank Ludowy Chin (PBoC) ogłosił szereg działań, w tym obniżenie o 50 pb. stopy rezerw obowiązkowych (reserve requirement ratio) dla instytucji finansowych i o 10 pb. 7-dniowej stopy reverse repo. Później podobnie postąpił z 1-roczną i 5-letnią stopą LPR (loan prime rates), które po cięciu o 10 pb. wynoszą odpowiednio 3,0% i 3,5%. Dalsze rozluźnianie polityki monetarnej jest możliwe, przy czym PBoC nie wydaje się spieszyć. Władze w dalszym stopniu podkreślają skupienie się na konsumpcji, a program sprzedaży z odkupem (trade-in) odniósł sukces. Potrzebne będzie jednak więcej długoterminowych działań, szczególnie przez wzgląd na wciąż słaby sektor nieruchomości.

Wykres 3: 1-roczna i 5-letnia stopa LPR w Chinach (2020 – 2025)

Zachowanie juana oraz sygnały z PBOC sugerują, że chińskie władze są zadowolone ze stosunkowo stabilnego kursu waluty. Podczas ostatnich miesięcy poruszał się właściwie zgodnie z dolarem, osłabiając się tym samym względem wielu innych walut. Uważamy, że chińskie władze prawdopodobnie skupią się na zachowaniu tej względnej stabilności. W połączeniu z naszym pesymistycznym poglądem na dolara w dłuższym terminie sprawia to, że w horyzoncie naszej prognozy spodziewamy się dość stabilnego kursu USD/CNY zbliżonego do obecnego poziomu.

  USD/CNY EUR/CNY CNY/PLN
Q3-2025 7,30 8,20 0,51
E-2025 7,35 8,30 0,50
Q1-2026 7,40 8,35 0,50
Q2-2026 7,42 8,40 0,49
E-2026 7,50 8,50 0,48

Autor: Roman Ziruk – analityk Ebury

Smartlink Partners inwestuje 17 mln zł i zapowiada nowy fundusz o wartości 100 mln zł

Smartlink Partners, fundusz venture capital skoncentrowany na inwestycjach w spółki technologiczne głównie w rundach seed, zamyka pierwsze półrocze 2025 roku z pięcioma nowymi spółkami w portfelu, z których cztery mają siedziby poza Polską. Łączna wartość zaangażowanego kapitału w tym okresie wyniosła ponad 17 mln złotych, a całkowita suma inwestycji od początku działalności zbliżyła sie do 40 mln złotych.

Fundusz systematycznie rozwija ekosystem inwestycyjny, oparty na doświadczeniu zespołu JRH ASI S.A., przedsiębiorców zrzeszonych m.in. w Corporate Connections, menedżerów i inwestorów oraz Bartłomieja Kurylaka i Pawła Szydłowskiego współzałożycieli i współzarządzających funduszu. Nowy fundusz planowany jest przy współpracy z diasporą polską w USA skupiona wokół „60 Million Congress” i jego organizatora Zbigniewa Klonowskiego. Łącząc kapitał z międzynarodową siecią kontaktów, Smartlink wspiera rozwój spółek technologicznych, które odpowiadają na realne wyzwania biznesowe i społeczne, dysponują silnymi zespołami oraz mają potencjał do skalowania swoich pomysłów na rynkach zagranicznych.

Dzięki modelowi „przedsiębiorcy dla przedsiębiorców” Smartlink angażuje się nie tylko finansowo, ale również operacyjnie, wspierając startupy od rund seedowych, przez ekspansję, aż po przygotowania do wejścia na rynek publiczny.

Nowe inwestycje z globalnym potencjałem

W pierwszym kwartale Smartlink koncentrował się na projektach o wyraźnym potencjale międzynarodowym i ambitnym zapleczu technologicznym. Do portfela funduszu dołączyła m.in. Prosoma, z siedzibą w Holandii, rozwijająca cyfrową terapię wspierającą pacjentów onkologicznych w procesie leczenia i rekonwalescencji. W Stanach Zjednoczonych fundusz zainwestował w District.org, czyli właściciela Campus AI, który buduje globalną platformę szkoleniową opartą na generatywnej sztucznej inteligencji.

Smartlink oferuje wsparcie w wielu obszarach – w sektorze SaaS otrzymała je czeska spółka Choice, dostarczająca rozwiązania cyfrowe dla branży gastronomicznej i dynamicznie rozwijająca działalność w Europie, natomiast w obszarze sport-tech firma zaangażowała się w rozwój ReSpo Vision — spółki tworzącej zaawansowane systemy AI do analizy wideo i danych sportowych dla profesjonalnych lig i mediów. Z kolei w segmencie biotechnologii fundusz postawił na brytyjskie Nanovery, rozwijające nanoroboty RNA wspierające diagnostykę i rozwój terapii genowych.

Budujemy fundusz, który realnie wspiera rozwój — zarówno inwestorów szukających ambitnych projektów, jak i founderów budujących firmy o globalnym potencjale. Inwestujemy w spółki z klarowną wizją, dopasowanym do rynku produktem, mocnym zespołem i wyraźną strategią międzynarodowego skalowania. Kluczowe znaczenie ma dla nas połączenie doświadczenia operacyjnego, dostępu do kapitału oraz szerokiej sieci kontaktów, które pomagają startupom szybciej rosnąć i skuteczniej zdobywać nowe rynki – mówi Bartłomiej Kurylak, Partner Zarządzający w Smartlink Partners.

Z kolei Paweł Szydłowski, Partner Zarządzający w Smartlink Partners, podkreśla – Od początku naszym celem było budowanie mostów między Europą Środkowo-Wschodnią a rynkami globalnymi. Dziś widzimy, jak te założenia się realizują: większość spółek w naszym portfelu prowadzi działalność międzynarodową, a dla ponad połowy rynki zagraniczne – nie Polska – są głównym priorytetem biznesowym. To dla nas najlepszy dowód, że można budować globalne firmy, startując z regionu CEE.

Nowy fundusz na horyzoncie – Smartlink Partners 2

Równolegle z realizacją bieżących inwestycji, Smartlink przygotowuje się do uruchomienia drugiego wehikułu inwestycyjnego – Smartlink Partners 2. Nowy fundusz powstanie przy wsparciu inwestycyjnym JRH ASI S.A., we współpracy z siecią organizacji The Company oraz środowiskiem polskiej diaspory biznesowej w USA, skupionej wokół  „60 Million Congress”. Planowany kapitał funduszu to co najmniej 100 mln złotych. Zakończenie procesu fundraisingowego przewidziano  na początek 2026 roku, a rozpoczęcie działalności operacyjnej na drugi kwartał przyszłego roku.

Po niespełna dwóch latach obecności na rynku, Smartlink Partners umacnia pozycję aktywnego inwestora w Europie Środkowo-Wschodniej, konsekwentnie zwiększając także zaangażowanie na rynku amerykańskim, gdzie w niedługim czasie zostanie otwarte nowe biuro dzięki współpracy z przedstawicielami Polonii skupionymi wokół 60 Million Congress.

W USA planujemy skoncentrować się na projektach na nieco wcześniejszym etapie rozwoju niż w Europie. Już teraz budujemy tam solidną sieć kontaktów — przede wszystkim w Bay Area, ale także w Miami, Chicago i Nowym Jorku. Mocno angażujemy się też w rozwój Vistula Valley Club — inicjatywy, która tworzy pomost między Polską a USA i wspiera Polaków — przedsiębiorców, inżynierów i naukowców — w stawianiu pierwszych kroków na amerykańskim rynku – dodaje Bartłomiej Kurylak.

Spadek inflacji potwierdzony

Finalny odczyt inflacji w lipcu wyniósł 3,1 proc. rok do roku oraz 0,3 proc. w ujęciu miesięcznym, co jest zgodne z wcześniejszym szacunkiem GUS.

Największe wzrosty cen w skali roku odnotowano w kategoriach: edukacja (+8,6 proc.), napoje alkoholowe i wyroby tytoniowe (+6,5 proc), restauracje i hotele (+5,8 proc.) oraz żywność i napoje bezalkoholowe (+4,9 proc.). Z kolei największe spadki cen zanotowano w transporcie (–4,6 proc.) oraz w odzieży i obuwiu (–1,3 proc.).

Po wielu miesiącach inflacja powróciła w okolice celu NBP, mieszcząc się w górnym paśmie dopuszczalnych odchyleń (2,5 proc. ± 1 p.p.). Zarówno lipcowa projekcja banku centralnego, jak i oczekiwania rynkowe wskazują, że inflacja powinna utrzymać się w tym przedziale przez najbliższe kwartały.

Z wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej wynika, że wśród głównych czynników proinflacyjnych pozostaje wciąż silna presja płacowa. W czerwcu wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wzrosły o 9,0 proc. r/r, wobec oczekiwań na poziomie 8,6 proc. Dane za lipiec poznamy w przyszłym tygodniu. Ekonomiści spodziewają się dalszych obniżek stóp procentowych – łącznie o ok. 50 punktów bazowych do końca bieżącego roku.

Autor: Jan Karczewski, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski

5 rzeczy, których nie wiedziałeś o dyskach serwerowych

Dyski serwerowe różnią się od konsumenckich nie tylko ceną i oznaczeniami, ale także budową, sposobem działania i przeznaczeniem. Choć na pierwszy rzut oka mogą wyglądać identycznie jak dyski montowane w zwykłych komputerach, to ich zastosowanie w serwerze sprawia, że muszą sprostać znacznie większym wymaganiom. Poniżej zebrano 5 faktów, które z perspektywy codziennego użytkowania serwera bywają zaskakujące – i które warto znać, zanim wybierze się dysk do zastosowań profesjonalnych.

1. Dyski serwerowe pracują 24/7 – i są do tego stworzone

Podstawowa różnica między dyskami serwerowymi a domowymi to tryb pracy. Podczas gdy przeciętny użytkownik komputera uruchamia sprzęt na kilka godzin dziennie, serwer działa nieprzerwanie przez całą dobę, 7 dni w tygodniu, często bez restartu przez wiele miesięcy. Z tego powodu dyski serwerowe projektuje się z myślą o ciągłym obciążeniu, dużej odporności na wibracje, wyższych temperaturach pracy i znacznie wydłużonym czasie bezawaryjnej eksploatacji (MTBF). Użytkowanie zwykłego dysku w serwerze może doprowadzić do szybszego zużycia i nieprzewidzianych awarii.

2. SSD do serwera to zupełnie inna liga niż SSD do laptopa

Choć wszystkie dyski SSD bazują na pamięci flash, to serwerowe konstrukcje cechują się inną architekturą. Najważniejszym parametrem nie jest wyłącznie prędkość odczytu, ale trwałość, liczba możliwych zapisów (TBW) i zachowanie pod obciążeniem wielowątkowym. Serwerowe SSD często korzystają z technologii SLC lub eMLC, podczas gdy konsumenckie modele opierają się na tańszych, mniej trwałych kościach TLC lub QLC. Dodatkowo serwerowe dyski są wyposażone w kondensatory podtrzymujące dane w razie zaniku zasilania i w zaawansowane systemy kontroli błędów. To właśnie te cechy decydują o ich niezawodności w środowiskach produkcyjnych.

3. Nie każdy interfejs oznacza taką samą wydajność

Na rynku dostępne są dyski SATA, SAS oraz NVMe – wszystkie te standardy występują także w wersjach serwerowych. SATA oferuje podstawową przepustowość (do 6 Gb/s), wystarczającą do mniej wymagających zadań. SAS (Serial Attached SCSI) to już interfejs dedykowany do zastosowań profesjonalnych – zapewnia lepsze osiągi, większą niezawodność, a także obsługę wielu połączeń jednocześnie. Natomiast NVMe to obecnie najszybsze rozwiązanie – komunikujące się bezpośrednio z procesorem przez magistralę PCIe, zapewniające nawet kilkunastokrotnie wyższe prędkości odczytu i zapisu niż SATA. W serwerach różnice te przekładają się bezpośrednio na czas odpowiedzi aplikacji, stabilność działania systemu i ogólną wydajność infrastruktury.

4. Zużycie dysku można dokładnie przewidzieć – jeśli wiadomo, gdzie patrzeć

W przypadku serwerowych SSD bardzo ważnym parametrem jest TBW (Total Bytes Written), czyli łączna ilość danych, jaką można bezpiecznie zapisać na dysku w czasie jego życia. To właśnie ten wskaźnik pokazuje realną trwałość urządzenia, a nie deklarowana pojemność czy prędkość. W środowisku serwerowym można też korzystać z narzędzi do monitorowania stanu dysku – np. SMART, Dell OMSA, HPE Smart Storage Administrator czy open-source’owych rozwiązań typu smartctl. Dzięki temu da się przewidzieć potencjalną awarię z wyprzedzeniem i zaplanować wymianę nośnika bez ryzyka utraty danych.

5. Źle dobrany dysk może zablokować cały serwer

Wielu użytkowników nie zdaje sobie sprawy, że nie wszystkie dyski będą działać z każdą platformą serwerową. Niektóre serwery (szczególnie od producentów takich jak Dell, HPE czy Lenovo) korzystają z tzw. dysków kwalifikowanych – czyli zatwierdzonych przez producenta i często opatrzonych specjalnym firmware’em. Włożenie zwykłego dysku może skutkować brakiem rozruchu, ograniczeniem prędkości lub brakiem dostępu do narzędzi zarządzania RAID-em. Dlatego przy zakupie warto upewnić się, czy dany dysk jest kompatybilny z serwerem – najlepiej skonsultować się ze specjalistą lub skorzystać z oferty sprawdzonych dostawców serwerowych, takich jak np. Bizserver.

Podsumowanie

Dyski serwerowe to komponenty zaprojektowane z myślą o niezawodności, stabilności i długotrwałej eksploatacji. Różnią się od domowych odpowiedników nie tylko parametrami, ale także konstrukcją i zgodnością z systemami serwerowymi. Wybór właściwego nośnika ma bezpośredni wpływ na wydajność i bezpieczeństwo danych. Przed zakupem warto wziąć pod uwagę nie tylko pojemność czy cenę, ale przede wszystkim standard pracy, interfejs, typ kości pamięci i zgodność z platformą. Dobrze dobrany dysk serwerowy to gwarancja spokoju, zaś źle dobrany może stać się początkiem poważnych problemów.

Jaka drukarka do domu? Atramentowa czy laserowa?

Wybór odpowiedniej drukarki do domu to decyzja, która wymaga rozważenia kilku kluczowych aspektów. Na rynku dostępne są dwa główne rodzaje drukarek: atramentowe i laserowe. Każda z nich ma swoje wady i zalety, a decyzja o tym, która będzie lepsza do Twojego użytku, zależy od tego, jak często zamierzasz drukować, jaki rodzaj dokumentów chcesz drukować i, oczywiście, jakie masz wymagania dotyczące kosztów eksploatacji.

W tym artykule pomożemy Ci wybrać odpowiednią drukarkę, porównując oba typy urządzeń, a także wskazując, jak tusz oraz toner do drukarki i nne materiały eksploatacyjne mogą wpłynąć na koszty eksploatacji.

Koszty eksploatacji – co bardziej się opłaca?

Koszty materiałów eksploatacyjnych, takich jak tusz czy toner, to jeden z najważniejszych czynników przy wyborze drukarki.

  • Drukarka atramentowa: W przypadku drukarek atramentowych koszty wymiany tuszu mogą być dość wysokie, zwłaszcza przy intensywnym użytkowaniu. Choć same drukarki są często tańsze w zakupie, regularna wymiana tuszy – jak tusz do drukarki Brother – może znacząco podnieść koszty druku w dłuższej perspektywie. Jednak wybór zamienników, takich jak tusz Print.ink, pozwala na obniżenie kosztów druku bez utraty jakości. 
  • Drukarka laserowa: Drukarki laserowe charakteryzują się wyższymi kosztami początkowymi, ale ich tonery są bardziej wydajne. Dzięki temu koszty na stronę są znacznie niższe. Wybór tonerów Estio jest doskonałym rozwiązaniem, ponieważ zapewnia wysoką jakość przy niższej cenie, co czyni drukarki laserowe bardziej ekonomicznymi w przypadku dużych nakładów druku. 

Wskazówka: Jeśli zależy Ci na oszczędnościach przy dużej liczbie wydruków, wybierz drukarkę laserową z tonerami Estio.

Jakość druku – co wybrać, aby uzyskać najlepsze efekty?

Jakość druku to kwestia, którą warto dokładnie przemyśleć, zwłaszcza jeśli zależy Ci na wyrazistych kolorach lub wysokiej jakości druku zdjęć.

  • Drukarka atramentowa: Drukarki atramentowe oferują świetną jakość kolorowego druku, co sprawia, że są idealne do drukowania zdjęć, grafik i innych materiałów kolorowych. Dzięki drukarce atramentowej, uzyskasz żywe, intensywne kolory, a także szczegóły, które będą wyraźne i dokładne. 
  • Drukarka laserowa: Drukarki laserowe oferują doskonałą jakość druku tekstu, jednak w przypadku kolorowych wydruków ich jakość może być nieco gorsza w porównaniu do drukarek atramentowych. Wydruki kolorowe będą wystarczającej jakości do prostych dokumentów graficznych, ale nie będą tak precyzyjne jak te uzyskane z drukarek atramentowych. 

Wskazówka: Jeśli zależy Ci na wysokiej jakości kolorowych wydrukach, takich jak zdjęcia i grafiki, lepszym rozwiązaniem będzie drukarka atramentowa.

Szybkość druku – co wybrać, aby zaoszczędzić czas?

Szybkość druku to kluczowy aspekt, jeśli drukujesz dużo dokumentów.

  • Drukarka atramentowa: Drukarki atramentowe są zazwyczaj wolniejsze w porównaniu do drukarek laserowych, zwłaszcza przy dużych nakładach druku. Jeśli drukujesz głównie dokumenty tekstowe, może to być uciążliwe. 
  • Drukarka laserowa: Drukarki laserowe oferują znacznie wyższą szybkość druku. Dzięki technologii tonera, są w stanie szybko wydrukować dużą liczbę stron, co czyni je idealnym rozwiązaniem do biura lub dla osób, które drukują często i w dużych ilościach. 

Wskazówka: Jeśli zależy Ci na szybkości druku i wydajności, drukarka laserowa będzie lepszym wyborem.

Wydajność – co wybrać na długie lata?

Jeśli zależy Ci na długotrwałej wydajności, warto wybrać odpowiednią technologię.

  • Drukarka atramentowa: Choć drukarki atramentowe są tańsze w zakupie, ich tusze zużywają się szybciej i częściej wymagają wymiany, co zwiększa koszty eksploatacji w dłuższym czasie.  
  • Drukarka laserowa: Drukarki laserowe są bardziej wydajne w dłuższym okresie, zwłaszcza przy dużym wolumenie druku. Tonery laserowe wystarczają na większą liczbę stron, co oznacza, że rzadziej będziesz musiał wymieniać materiał eksploatacyjny. 

Wskazówka: Jeśli planujesz dużo drukować przez długi czas, drukarka laserowa będzie bardziej opłacalna, szczególnie przy użyciu tonerów Estio.

Atramentowa czy laserowa?

Wybór między drukarką atramentową a laserową zależy głównie od tego, jakie masz potrzeby. Jeśli zależy Ci na wysokiej jakości kolorowych wydrukach (np. zdjęcia, obrazy), najlepszym wyborem będzie drukarka atramentowa. Jeśli natomiast drukujesz dużo dokumentów tekstowych i zależy Ci na szybkości i wydajności, lepszym wyborem będzie drukarka laserowa.

W obu przypadkach wybór zamienników Estio i Print.ink pozwala zaoszczędzić na kosztach eksploatacji, nie rezygnując z jakości wydruków.

White Stone Development – Inwestycje mieszkaniowe w Warszawie i Szczecinie oraz plany dalszej ekspansji

White Stone Development (WSD), dynamicznie rozwijająca się firma deweloperska specjalizująca się w projektach mieszkaniowych i komercyjnych, przyspiesza tempo rozwoju, realizując nowe inwestycje w Warszawie i Szczecinie. Firma, której działalność od lat koncentruje się na realizacji projektów dla funduszy zagranicznych, planuje również dalszą ekspansję, poszukując nowych gruntów pod inwestycje mieszkaniowe oraz Co-Living.

Jednym z kluczowych projektów, które firma zamierza wprowadzić na rynek, jest budowa osiedla Bukovo w Szczecinie, którego przedsprzedaż rozpocznie się już w sierpniu 2025 roku. W ramach inwestycji powstanie 113 lokali mieszkalnych w trzech nowoczesnych budynkach, które zostaną zrealizowane do końca 2026 roku. Projekt architektoniczny przygotowała pracownia CITY Architekci, która posiada duże doświadczenie w realizacji projektów mieszkaniowych i komercyjnych, takich jak Baltic Business Park czy Cascade Residence. – „Chcemy zwiększyć naszą obecność na rynku nieruchomości mieszkaniowych i komercyjnych, realizując projekty o większej skali, uwzględniając przy tym zmieniające się oczekiwania rynkowe i potrzeby klientów” – mówi Anna Suchodolska, co-CEO White Stone Development.

Projekt Bukovo to odpowiedź na rosnący popyt na mieszkania w Szczecinie, który – jak wskazują analizy rynku – nie zmniejszy się w najbliższych latach. Szczególny nacisk w realizacji projektu kładziony będzie na wysoki standard wykończenia oraz rozwiązania proekologiczne, które zyskują na znaczeniu wśród klientów.

Równocześnie, firma rozpoczyna realizację inwestycji w Warszawie – Piniova Apartamenty, które powstaną w jednej z najbardziej prestiżowych lokalizacji stolicy – na Mokotowie, w otoczeniu zieleni i blisko Wisły. W ramach projektu wybudowane zostaną dwa trzykondygnacyjne budynki z 74 mieszkaniami. Architektonicznie projekt Piniova Apartamenty stworzyła warszawska pracownia ZOA Architekci, znana z realizacji na rynku mieszkaniowym i komercyjnym.

Odpowiedź na zmieniające się potrzeby rynku

Nowe inwestycje White Stone Development to reakcja na rosnący popyt na mieszkania oraz zmieniające się oczekiwania klientów. Zgodnie z najnowszym raportem Alior Banku, na polskim rynku nadal brakuje około 300–400 tys. mieszkań, a klienci stają się coraz bardziej wymagający. Wzrost znaczenia lokalizacji, większy metraż, wyższy standard wykończenia oraz proekologiczne rozwiązania to cechy, które w przyszłości będą determinować wybór mieszkań.

– „Chcemy, aby nasze inwestycje nie tylko spełniały oczekiwania klientów, ale również wprowadzały nowoczesne rozwiązania technologiczne i ekologiczne. Zmieniające się potrzeby rynku są dla nas wskazówką, jak kształtować przyszłość naszych projektów” – podkreśla Katarzyna Szymborska, Co-CEO odpowiedzialna za marketing i sprzedaż w WSD.

Strategia poszerzania portfela gruntów

White Stone Development nie zamierza spoczywać na laurach i już teraz intensywnie poszukuje nowych terenów inwestycyjnych. Anna Suchodolska wskazuje, że firma jest przygotowana na zakup kolejnych gruntów pod inwestycje mieszkaniowe, a także plany rozwoju Co-Living, które cieszą się rosnącym zainteresowaniem, zwłaszcza w dużych miastach.

„Prowadzimy intensywne analizy ofert rynkowych, by rozbudować nasz dotychczasowy portfel gruntów. Jesteśmy także otwarci na finansowanie kolejnych projektów za pomocą emisji obligacji, jeśli pojawią się atrakcyjne oferty inwestycyjne” – mówi Anna Suchodolska.

Warto dodać, że firma z sukcesem realizuje swoje projekty finansowe, pozyskując fundusze na rozwój działalności. Według danych z portalu Obligacje.pl, 80% emisji długów korporacyjnych w 2025 roku trafiło do deweloperów, co wskazuje na duże zaufanie inwestorów do sektora nieruchomości.

Dalsza ekspansja i współpraca z zagranicznymi funduszami

Plany White Stone Development obejmują nie tylko inwestycje w Warszawie i Szczecinie, ale również dalszą ekspansję na inne rynki lokalne. Firma planuje kontynuować współpracę z zagranicznymi funduszami, a także rozwijać projekty o większej skali, zarówno dla klientów indywidualnych, jak i w modelu wykonawczym dla dużych firm. – „Nasza strategia rozwoju zakłada większą obecność na rynku deweloperskim, realizację projektów o większej skali oraz wzrost naszej pozycji na rynku mieszkaniowym w Polsce” – podsumowuje Anna Suchodolska.

Do tej pory, od 2015 roku, White Stone Development sprzedała ponad 2100 mieszkań o łącznej wartości blisko 700 mln zł, a realizacja kolejnych projektów tylko umocni pozycję firmy jako lidera na rynku deweloperskim w Polsce.

Wellbeing pracowników – dlaczego 2025 to czas na strategiczne podejście

Jeszcze kilka lat temu działania wellbeingowe w firmach kojarzyły się głównie z pojedynczymi inicjatywami. Na przykład okazjonalne warsztaty o zdrowym odżywianiu, sesja masaży relaksacyjnych z okazji Dnia Kobiet, czy jednorazowe zajęcia jogi. Dziś widać wyraźną zmianę. Wellbeing pracowników ewoluuje i przestaje być dodatkiem, a staje się elementem strategii organizacyjnej.

Według raportu SD Worx, dobrostan pracowników jest największym wyzwaniem, przed jakim stoją firmy w 2025 roku.  Wskazało go aż 28% przedsiębiorstw w Polsce i Europie. Choć w porównaniu z 2024 r. odsetek ten spadł, nadal utrzymuje się na najwyższych pozycjach listy priorytetów. Nie bez powodu 53% Polaków przyznaje, że praca jest dla nich źródłem stresu i psychicznego obciążenia, a niemal połowa nie czuje się „w pełni zdrowo i komfortowo” w swoim miejscu pracy.

Dlaczego wellbeing pracowników się opłaca?

Inwestowanie w wellbeing w miejscu pracy to nie tylko odpowiedź na oczekiwania pracowników, ale również realne korzyści biznesowe. Firmy, które dbają o zdrowie fizyczne i psychiczne zespołu, obserwują m.in.:

  • niższą rotację i absencję,
  • większe zaangażowanie pracowników,
  • lepszą atmosferę w miejscu pracy,
  • wzrost produktywności i kreatywności.

Co istotne, pracownicy coraz częściej wybierają pracodawców, którzy w swojej kulturze organizacyjnej stawiają na człowieka. Wellbeing pracowników jest dziś elementem employer brandingu, który przyciąga talenty.

Od akcji ad hoc do strategii

Polskie firmy dojrzewają. Zamiast działań w stylu „zróbmy coś na Dzień Zdrowia”, coraz częściej wdrażają długofalowe przemyślane programy wellbeingowe. Mają one jasno określone cele, harmonogram, spójny przekaz, a czasem również mierniki sukcesu. Co najważniejsze jednak, są dopasowane do realnych potrzeb pracowników.

To odejście od „checklisty benefitów” na rzecz przemyślanej polityki, w której wellbeing staje się integralną częścią kultury organizacyjnej. Dzięki temu łatwiej jest uzyskać długotrwałe efekty. Od poprawy zdrowia pracowników po zwiększenie ich satysfakcji zawodowej.

Gotowe rozwiązania czy program szyty na miarę?

Na rynku dostępne są dwa główne podejścia.
Pierwsze to gotowe pakiety usług wellbeingowych – często oparte na platformach. Takie platformy dają pracownikom dostęp do całej biblioteki usług i treści. W tym cykli webinarów prowadzonych przez ekspertów, czy konsultacji z ekspertami. Warto jednak, aby narzędzie oferowało także możliwość monitorowania faktycznego wykorzystania. Pracodawca powinien wiedzieć ilu pracowników realnie korzysta z dostępnych zasobów i które z nich cieszą się największym zainteresowaniem. To pozwala ocenić efektywność inwestycji i pozwala podejmować decyzje odnośnie kontynuacji współpracy.

Drugie podejście to programy dedykowane, tworzone od podstaw w oparciu o analizę potrzeb zespołu, specyfikę branży i indywidualne wyzwania firmy. Tutaj każdy element, od tematyki warsztatów, przez harmonogram działań, po kanały komunikacji, jest projektowany z myślą o konkretnych pracownikach i celach organizacji. Takie rozwiązania wymagają większego zaangażowania, ale zwykle przy dobrej organizacji pozwalają osiągnąć lepsze, długofalowe efekty, bo są ściśle dopasowane do realnych potrzeb i kultury firmy.

Dlaczego teraz?

Wysoki poziom stresu, rosnące oczekiwania pracowników i coraz większa konkurencja o talenty sprawiają, że 2025 rok jest momentem, w którym wellbeing przestaje być opcją, a staje się koniecznością. Firmy, które zbudują spójny, strategiczny program, zyskają przewagę rynkową i lojalność pracowników.

Warto pamiętać, że wellbeing pracowników to nie wydatek, a inwestycja. Dobrze zaprojektowany program potrafi przełożyć się na twarde wskaźniki biznesowe – od mniejszej liczby zwolnień lekarskich po lepsze wyniki zespołów projektowych.

Dbanie o wellbeing pracowników to inwestycja w przyszłość firmy.
Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak stworzyć program dopasowany do specyfiki Twojej branży i potrzeb Twojego zespołu, sprawdź rozwiązania Wellbeing Ideas . W naszej pracy łączymy sprawdzone metody z indywidualnym podejściem, aby Twoja firma mogła zrobić krok w stronę zdrowej i zintegrowanej organizacji.

Geopolityczne napięcia zwiększają zmienność na giełdach

Prezydent Stanów Zjednoczonych, Donald Trump, zapowiedział stanowcze działania wobec Władimira Putina, jeśli ten nie zgodzi się na zawieszenie broni w czasie nadchodzącego szczytu w Anchorage na Alasce. Trump stwierdził, że brak gotowości ze strony Moskwy spotka się z „bardzo surowymi konsekwencjami”, co jest jasnym sygnałem, że Biały Dom oczekuje konkretów, a nie kolejnych pozorowanych gestów ze strony Rosji.

Zanim doszło do tej deklaracji, Trump odbył szereg rozmów telefonicznych z europejskimi przywódcami – w tym z Emmanuelem Macronem, Friedrichem Merzem oraz Ursulą von der Leyen – którzy naciskali, by podjął bardziej zdecydowaną próbę mediacji pomiędzy Rosją a Ukrainą. W wyniku tych konsultacji prezydent USA zadeklarował możliwość zorganizowania kolejnego, bardziej konstruktywnego spotkania z Wołodymyrem Zełenskim. Celem miałoby być omówienie perspektyw zawieszenia broni oraz wypracowanie wspólnych gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy.

Zarówno Trump, jak i jego europejscy partnerzy, wykluczają możliwość jakichkolwiek negocjacji dotyczących ukraińskiego terytorium. Macron jednoznacznie podkreślił, że decyzje w tej sprawie należą wyłącznie do władz w Kijowie i obecnie nie istnieją żadne poważne propozycje wymiany terytoriów. Stanowisko to pozostaje w sprzeczności z żądaniami Moskwy, która jako warunek rozpoczęcia negocjacji stawia uznanie aneksji Donbasu i Krymu. Prezydent Zełenski kategorycznie odrzuca tę możliwość, podkreślając, że integralność terytorialna Ukrainy nie podlega dyskusji.

Jednym z rozważanych scenariuszy jest organizacja trójstronnego szczytu z udziałem Trumpa, Putina i Zełenskiego w Turcji. Choć pomysł ten spotkał się z ostrożnym zainteresowaniem, brak jest na razie jednoznacznych sygnałów, że do takiego spotkania rzeczywiście dojdzie. Trump zaznaczył jednak, że jeśli nie uzyska od Putina jasnych deklaracji w sprawie zawieszenia broni, zrezygnuje z dalszych rozmów. Mimo wcześniejszych ostrzeżeń nie zdecydował się dotąd na wprowadzenie nowych sankcji wobec Rosji. Zamiast tego podjął działania gospodarcze wobec Indii, podnosząc cła na towary importowane z tego kraju w odpowiedzi na zakupy rosyjskiej ropy.

Choć Trump stara się przedstawiać jako kluczowy mediator w konflikcie, jego ostrożność i brak konkretnych działań budzą wątpliwości co do skuteczności tej strategii. Europa pozostaje zdeterminowana, by nie dopuścić do kompromisów odbywających się kosztem Ukrainy, jasno opowiadając się za jej suwerennością i potrzebą międzynarodowych gwarancji bezpieczeństwa. W tym kontekście los przyszłych rozmów zależeć będzie nie tylko od postawy Putina, lecz także od gotowości Trumpa do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków w imię pokoju.

W zależności od dalszego rozwoju sytuacji politycznej, możliwe są istotne skutki dla rynków finansowych. Scenariusz zawarcia porozumienia i ogłoszenia trwałego zawieszenia broni prawdopodobnie wywołałby pozytywną reakcję na światowych giełdach. Z kolei brak porozumienia, a zwłaszcza eskalacja napięcia między USA a Rosją, mogłaby wywołać reakcję odwrotną. Rynki akcji mogłyby gwałtownie spaść, a inwestorzy poszukiwaliby bezpiecznych aktywów – złoto mogłoby wyraźnie zyskać na wartości. Ropa naftowa, szczególnie Brent, mogłaby znów osiągać wysokie poziomy cenowe, jeśli wzrośnie ryzyko dalszych zakłóceń w dostawach surowców energetycznych. Od początku sierpnia Brent straciło ponad 8,5% na wartości, a WTI aż 9,7%.. Wczorajsze dane o zapasach ropy wskazały na zwiększenie się zeszłotygodniowych zapasów czarnego złota o 3 mln baryłek. Dodatkowo Międzynarodowa Agencja Energetyczna (IEA) prognozuje, że do 2026 roku globalna podaż ropy naftowej przewyższy popyt, co może doprowadzić do znacznej nadpodaży na rynku. Fundamenty póki co wskazują na to, że w najbliższym czasie ropa mogłaby dalej tracić na wartości. Natomiast zagrożeniem dla tego jest właśnie niepewność.

Niepewność związana z decyzjami Trumpa – który balansuje pomiędzy presją dyplomatyczną a brakiem realnych działań ekonomicznych – zwiększa zmienność na rynkach. Inwestorzy będą uważnie śledzić nie tylko przebieg szczytu w Anchorage, ale również ewentualne deklaracje dotyczące trójstronnego spotkania z udziałem Putina i Zełenskiego. W krótkim okresie przewaga emocji nad fundamentami może zwiększyć wahania cen aktywów, ale długofalowo to kierunek polityki USA i stanowisko Europy będą kluczowe dla stabilizacji otoczenia geopolitycznego i gospodarki światowej.

Autor: Krzysztof Kamiński – OANDA TMS

NBP liderem zakupów złota – popyt banków centralnych najwyższy od dekady

0

Złoto w czasach geopolitycznego napięcia i powracającej wojny celnej – odzyskuje swoją pozycję jako filar stabilności. W ciągu ostatnich 12 miesięcy zyskało ponad 37%, a od początku roku niemal 28% (XAU/USD). Cena uncji nadal wysoko, a popyt – zarówno ze strony inwestorów indywidualnych, jak i banków centralnych – osiągnął najwyższy poziom od dekady. Eksperci Tavex podkreślają: złoto nie tylko chroni kapitał, ale daje coś znacznie cenniejszego – poczucie stabilności. Jak inwestować w nie z głową? I czy to wciąż dobry moment na zakup? Tavex odpowiada na pytania, które dziś zadają sobie zarówno doświadczeni gracze, jak i ostrożni debiutanci.

Złoto znów na celowniku inwestorów. Co napędza popyt na metal, który nie zna granic?

W drugim kwartale 2025 roku popyt na złoto osiągnął wartość 132 miliardów dolarów – najwyższą w historii. Choć mogłoby się wydawać, że na fali są dziś kryptowaluty, sztuczna inteligencja i nowe technologie, inwestorzy masowo wracają do najstarszego znanego sposobu ochrony kapitału. Złoto – w formie sztabek, monet i rezerw banków centralnych – przeżywa renesans, potwierdzając swoją rolę jako globalnej waluty pozbawionej ryzyka kredytowego.

Z raportu Światowej Rady Złota wynika, że całkowity popyt na złoto wzrósł o 45% r/r w ujęciu wartościowym. Szczególnie silny był segment inwestycji fizycznych – globalna sprzedaż sztabek i monet osiągnęła 307 ton, co daje 11-procentowy wzrost względem ubiegłego roku. To najmocniejsze pierwsze półrocze od 2013 roku. Równolegle swoją pozycję wzmacniają banki centralne. Choć ich zakupy spowolniły względem I kwartału, wciąż były istotne – 166 ton w Q2 2025. Liderem pozostaje Narodowy Bank Polski. Ponadto, według badania Światowej Rady Złota aż 95% instytucji bankowych na świecie spodziewa się dalszego wzrostu rezerw złota w ciągu najbliższego roku.

Złoto nie generuje bieżących dochodów, ale jego siła tkwi w odporności na zawirowania rynku. Właśnie dlatego zarówno doświadczeni gracze, jak i ostrożni debiutanci coraz częściej włączają je do swojego portfela – komentuje Tomasz Gessner, główny analityk Tavex.

Czemu cały świat zwraca się ku temu królewskiemu kruszcowi? Czy chodzi jedynie o zalety zabezpieczenia przed geopolitycznymi zawirowaniami?

Walory inwestycji w złoto

Korzyści płynące z inwestowania w złoto możemy rozpocząć od kluczowej cechy — zachowanie siły nabywczej, na tle innych aktywów. Na dłuższą metę, złoto zabezpiecza kapitał przed utratą wartości na skutek wysokiego poziomu inflacji. Jednak, co dla nas – Polaków – jest największą przewagą złota ponad innymi formami lokaty? Fakt, że w Polsce złoto inwestycyjne nie podlega podatkom VAT, czyli najprościej jest z niego zwolnione, a po pół roku od zakupu jest zwolnione także z podatku dochodowego. Złoto można łatwo spieniężyć – niezależnie od wartości inwestycji, co daje mu przewagę nad nieruchomościami czy przedmiotami kolekcjonerskimi. Mimo wysokiej płynności, jest to jednak narzędzie przede wszystkim długoterminowe – jego siła ujawnia się w czasie.

Złoto ma ograniczoną podaż i to jest jedna z jego zalet. Co więcej, w odróżnieniu do akcji czy obligacji złoto nie jest narażone na ryzyko niewypłacalności emitenta. Żadna firma czy spółka, realnie nie posiada wpływu na naszą inwestycję. Fizyczne posiadanie złota daje nam poczucie bezpieczeństwa oraz niezależności. Ten metal szlachetny nie jest podporządkowany żadnemu konkretnemu systemowi finansowemu czy polityce monetarnej, dlatego też przez wielu jest nazywany przysłowiową ostoją stabilności — szczególnie w okresach kryzysu – podkreśla Grzegorz Nowakowski, Public Affairs Manager w Tavex.

Z czym trzeba się liczyć, inwestując w złoto?

Patrząc obiektywnie, należy również wspomnieć o istniejących niedogodnościach związanych ze złotem. Na początku wspomnijmy o czymś kluczowym dla większości osób, czyli brak bieżących dochodów. Kruszec ten nie generuje przepływów pieniężnych, zatem korzyści z jego posiadania mają prawo pojawić się jedynie z tytułu wzrostu wyceny. Jest to więc sposób dla cierpliwych inwestorów, którzy mogą sobie pozwolić na „zamrożenie” inwestowanej kwoty.

Dla osób liczących na szybkie zyski nie jest to odpowiednia droga. Zmienność rynku kruszców oraz wahania cen złota, częste obracanie aktywem może powodować straty. Kolejnym z minusów jest forma bezpiecznego przechowywania dóbr. Gdy już za zainwestowane pieniądze otrzymamy sztabkę złota, trzeba strategicznie przemyśleć miejsce skrytki. Dla osób, które nie chcą się martwić posiadaniem złota w domu, banki lub inne podmioty oferują odpłatne skrytki, gdzie możemy przechowywać naszą inwestycję pod odpowiednią ochroną. Jest też inny sposób, lecz on również wiąże się z istotnym wydatkiem — zakup specjalistycznego sejfu do naszego domu. Wtedy wszystko mamy pod ręką, nawet w sytuacji, kiedy musimy działać szybko.

Choć złoto wciąż nie jest wyborem masowym, jego znaczenie systematycznie rośnie. W ubiegłym roku zdecydowało się na nie 13% Polaków – głównie z myślą o długoterminowej ochronie kapitału (46%) i zabezpieczeniu przed inflacją (28%). Co istotne, dla 17% badanych atutem była dostępność inwestycji już od niewielkich kwot. To pokazuje, że złoto – mimo elitarnej reputacji – staje się narzędziem dostępnym dla szerokiego grona inwestorów. W czasach, gdy wartość pieniądza potrafi znikać szybciej niż zaufanie do rynków, warto rozważyć ten sprawdzony od wieków sposób przechowywania wartości.

Historyczne szczyty i gwałtowna korekta – tydzień silnych wahań na rynku złota

Poniedziałek przyniósł spadek ceny złota o 2,5 proc. po deklaracji prezydenta Donalda Trumpa, że złoto nie będzie objęte amerykańskimi cłami. Jeszcze w piątek notowania kruszcu przekroczyły poziom 3 500 dolarów za uncję po tym, jak Amerykańska Służba Celna ogłosiła, że sztabki złota importowane ze Szwajcarii zostaną objęte 39-procentowym cłem. Gdyby Stany Zjednoczone faktycznie zaczęły nakładać cła na fizyczne złoto, oznaczałoby to poważne konsekwencje dla całego globalnego rynku. To segment, w którym Polska pozostaje jednym z aktywnych graczy. Według danych Światowej Rady Złota, w II kwartale Narodowy Bank Polski był największym nabywcą złota spośród wszystkich banków centralnych.

W piątek złoto osiągnęło historyczny rekord cenowy. Cena uncji na rynku terminowym wzrosła do poziomu przekraczającego 3 500 dolarów. Była to reakcja na niespodziewaną decyzję Amerykańskiej Służby Celnej, która zakwalifikowała sztabki złota o masie 1 kilograma i 100 uncji importowane ze Szwajcarii jako towar podlegający 39-proc. cłu. Informacja ta błyskawicznie poruszyła rynki, ponieważ inwestorzy zaczęli kalkulować możliwe skutki ograniczenia podaży fizycznego złota na rynek amerykański. Napięcie nie trwało jednak długo. W poniedziałek prezydent Trump wycofał się z tej interpretacji, co natychmiast przełożyło się na korektę cen. Notowania kontraktów terminowych na złoto spadły o 2,5 proc., a sesja zakończyła się nieznacznie powyżej poziomu 3400 dolarów za uncję. Rynek odreagował równie gwałtownie, jak zareagował wcześniej, choć poziom cen nadal pozostaje wysoki. Cena złota wyrażona w dolarach wzrosła w ciągu ostatnich 12 miesięcy o 36 proc. Złoto, jak wcześniej, potwierdziło swoją pozycję bezpiecznej przystani w czasach niepewności, a popyt inwestycyjny poszybował w obliczu niestabilnej polityki handlowej, napięć geopolitycznych i silnego wzrostu cen.

Ważnym źródłem popytu na złoto pozostają banki centralne. Według danych Światowej Rady Złota za II kwartał najwięcej, bo 19 ton kruszcu zakupił Narodowy Bank Polski. Fundusz Naftowy Azerbejdżanu kupił 16 ton, a do grona głównych nabywców należały też banki centralne Turcji, Kazachstanu i Chin. W sumie banki centralne kupiły w II kwartale 166 ton złota, co oznacza spowolnienie w porównaniu z I kwartałem.

W II kwartale 2025 roku globalny popyt na złoto wzrósł o 3 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2024 roku, osiągając poziom 1 249 ton. Jednocześnie, licząc według wartości, popyt wzrósł aż o 45 proc., do 132 miliardów dolarów, co odzwierciedla rosnące ceny kruszcu. Kluczową rolę odgrywał popyt inwestycyjny, który wzrósł aż o 78 proc., oraz wspomniane już, nieco słabsze niż w I kwartale, zakupy banków centralnych. Najwięcej złota inwestycyjnego kupowano w Chinach i Europie. Za wzrostem stała niepewność gospodarcza, rosnące ceny złota i brak atrakcyjnych alternatyw.

Zakupy złota w postaci sztabek i monet wzrosły globalnie o 11 proc., osiągając najwyższy poziom od 2013 roku. Największy popyt na fizyczne złoto odnotowano w Chinach i Indiach. W USA natomiast nastąpił gwałtowny spadek – zarówno w porównaniu z poprzednim kwartałem, jak i z 2024 rokiem. Popyt na sztabki i monety spadł tam do zaledwie 9 ton, co oznacza najniższy poziom od IV kwartału 2019 roku. W Europie natomiast popyt na złoto jako bezpieczną przystań odbudował się. Wzrost wyniósł 6 proc. wobec poprzedniego kwartału i aż 156 proc. r/r. Fundusze ETF zwiększyły swoje globalne zasoby o kolejne 170 ton, choć to mniej niż w I kwartale, kiedy zakupiły 227 ton.

Silnie spadł natomiast popyt na złotą biżuterię. Spadek o 14 proc. rok do roku, do poziomu 341 ton, to jeden z najniższych wyników od czasu pandemii w 2020 roku. Spadek popytu na całym świecie wynika głównie z rekordowo wysokich cen, które ograniczyły dostępność złota dla konsumentów.

Popyt na złoto w sektorze technologicznym spadł o 2 proc. rok do roku, co wiąże się z niepewnością związaną z taryfami, uderzającą w producentów elektroniki. Mimo to raport Światowej Rady Złota zwraca uwagę na rosnące wykorzystanie złota w mikroprocesorach i serwerach obsługujących rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, co wspiera ten segment mimo ogólnego spadku.

Podaż złota wzrosła o 3 proc. rok do roku co było efektem wzrostu wydobycia (909 ton) oraz recyklingu (347 ton). Największy przyrost produkcji odnotowano w Ghanie, Brazylii, Kanadzie i Uzbekistanie. Spadki miały miejsce w Indonezji i Mali.

W perspektywie kolejnych miesięcy raport zakłada, że wzrost zainteresowania funduszami ETF może się utrzymać, a inwestycje w sztabki i monety pozostaną silne. Inwestycje detaliczne mają pozostać na solidnym poziomie, choć możliwe jest lekkie osłabienie w drugiej połowie roku. Zakupy banków centralnych również mają być kontynuowane, mimo ostatniego spowolnienia. Popyt na biżuterię najprawdopodobniej pozostanie niski ze względu na wysokie ceny, a podaż z recyklingu utrzyma się na stabilnym poziomie, chyba że sytuacja gospodarcza gwałtownie się pogorszy. Wysokie ceny i globalna niepewność mogą nadal wspierać silny rynek złota w 2025 roku.

Autor: Paweł Majtkowski, analityk rynków eToro

Nvidia i AMD wracają do Chin – w zamian oddadzą 15% przychodów USA

  • Nvidia i AMD odzyskały dostęp do rynku chińskiego, zgadzając się na przekazanie USA opłaty w wysokości 15% od sprzedaży – jest to bezprecedensowy warunek licencyjny.
  • Umowa podnosi przychody w krótkim okresie, ale obniża marże i powoduje, że firmy są narażone na ryzyko związane ze zmiennością w relacjach handlowych między USA a Chinami.
  • Dla inwestorów ryzyko polityczne staje się teraz czynnikiem napędzającym zyski w strategicznych sektorach, takich jak chipy AI.

Nvidia i AMD zabezpieczyły sobie drogę powrotną do chińskiego rynku chipów AI – jednak nie bez poniesienia kosztów. Bezprecedensowo obie firmy zgodziły się przekazać rządowi USA 15% przychodów ze sprzedaży wybranych chipów do Chin w zamian za licencje eksportowe niezbędne do prowadzenia tam działalności.

Jacob Falkencrone, główny strateg inwestycyjny w Saxo podkreśla, że dla Wall Street to nie tylko nietypowa umowa handlowa – to wzorzec pokazujący, jak geopolityka, wyniki finansowe oraz pozycja rynkowa są dziś nierozerwalnie powiązane. Dla inwestorów to rzadka okazja, by na żywo obserwować, jak ryzyko polityczne może przekształcać się zarówno w szansę, jak i w zagrożenie.

Umowa – po części dyplomacja, po części transakcja

Porozumienie pozwala firmie Nvidia sprzedawać swój chip AI H20 oraz AMD swój MI308 w Chinach – produkty specjalnie zaprojektowane tak, aby ominąć wcześniejsze amerykańskie ograniczenia eksportowe. W zamian obie spółki zgodziły się przekazywać Waszyngtonowi 15% przychodów ze wszystkich powiązanych z tym sprzedaży. Żadna amerykańska firma wcześniej nie zgodziła się oddawać części przychodów jako warunku uzyskania licencji eksportowej.

Dla Nvidia stawka jest ogromna. W ostatnim roku fiskalnym spółka wygenerowała w Chinach około 17 miliardów USD – co stanowiło 13% jej globalnych przychodów, natomiast AMD osiągnęło tam przychody w wysokości około 6,2 miliarda USD, czyli 24% swojej sprzedaży. Po zamrożeniu eksportu w kwietniu, umowa pozwala firmom wrócić na chiński rynek. Dla Białego Domu to sposób na kontrolowanie kluczowej technologii i bezpośrednie czerpanie zysków z tej kontroli.

To uderzający przykład, jak globalny dostęp do rynku może dziś wiązać się z opłatą – a poborcą opłaty często bywa rząd, a nie konkurent” – komentuje Jacob Falkencrone.

Umowa została zawarta zaledwie kilka dni po spotkaniu CEO Nvidii, Jensena Huanga, z prezydentem Donaldem Trumpem, co podkreśla transakcyjny charakter polityki handlowej USA. W takim otoczeniu dostęp do rynku nie jest negocjowany tylko w ministerstwach handlu – jest ustalany w Gabinecie Owalnym.

Implikacje dla Nvidii i AMD

Umowa daje natychmiastowy dostęp do rynku, na którym krajowe chińskie chipy AI pozostają w tyle pod względem wydajności. Analitycy szacują, że Nvidia sama może odzyskać około 8 miliardów USD kwartalnie z przychodów, które wcześniej były poza jej zasięgiem.

Jednak cena tej umowy to nie tylko 15% prowizji. Marże ulegną obniżeniu, a ryzyko polityczne nie zniknęło – zyskało po prostu nową cenę. Pekin nadal może wprowadzić własne ograniczenia, a polityka USA może ulec zmianie po kolejnych wyborach. Chińskie media państwowe już oskarżyły chipy Nvidii o potencjalne luki w zabezpieczeniach, ale firma zdecydowanie temu zaprzecza.

Odzyskanie przychodów to nie to samo, co odzyskanie kontroli – zwłaszcza gdy zarówno klient, jak i twój własny rząd mogą w każdej chwili zmienić warunki współpracy” – dodaje Jacob Falkencrone.

Od ryzyka do szansy – perspektywa inwestora

W najbardziej optymistycznym scenariuszu, popyt chiński na chipy H20 i MI308 utrzyma się na wysokim poziomie po 2026 roku, opłata zostanie wchłonięta przez cenę, a rosnące globalne wydatki na infrastrukturę AI utrzymają dynamikę zysków. Bardziej prawdopodobny jest scenariusz pośredni: sprzedaż odbudowuje się w nadchodzącym roku, ale Pekin przyspiesza produkcję lokalnych chipów, co zawęża okno dochodowe do końca tej dekady.

Jednak prawdziwe ryzyko to nowe napięcia geopolityczne – nowe ograniczenia eksportowe ze strony Waszyngtonu lub odwetowy zakaz Pekinu mogłyby sprawić, że 15% prowizja stanie się nieistotna z dnia na dzień, bo sprzedaż zniknie. To umowa, która kupuje czas, a nie pewność. Zapewnia ona obu firmom krótkoterminowy wzrost przychodów oraz utrzymanie chińskich klientów w swoim ekosystemie, ale jednocześnie powoduje, że polityka rządowa wlicza się w bezpośredni koszt prowadzenia biznesu.

Obecnie nie chodzi wyłącznie o sprzedaż najlepszego chipa – chodzi o umiejętność poruszania się po najbardziej grząskim gruncie politycznym we współczesnym handlu” – mówi Jacob Falkencrone.

Szerszy kontekst – zmieniająca się strategia handlowa

Stworzenie precedensu ma znaczenie. Jeśli Waszyngton uzna tę strategię za udaną, model może zostać zastosowany w innych kluczowych sektorach. W kontekście półprzewodników rentowność i strategiczna autonomia są teraz ściśle związane z klimatem politycznym. Dla inwestorów indywidualnych to przypomnienie, że w przypadku AI i zaawansowanych technologii prognozy zysków są tak samo wrażliwe na negocjacje handlowe, jak na plany rozwoju produktów.

Perspektywy na przyszłość

To, czy stanie się to jednorazowym kompromisem, czy standardowym narzędziem w polityce handlowej USA, określi jego długoterminowy wpływ. Jeśli Chiny odpowiedzą własnymi warunkami lub przyspieszą krajową produkcję chipów, obecna szansa może szybko zniknąć. Oto możliwe scenariusze, które warto rozważyć:

  • Oficjalna reakcja polityczna Pekinu, w szczególności działania na rzecz subsydiowania krajowej produkcji chipów AI.
  • Testowanie tego modelu współpracy przez Biały Dom w innych sektorach opartych na eksporcie.
  • Szerokie czynniki rynkowe, takie jak dane o inflacji z sierpnia i polityka Fed, które mogą wpłynąć na wyceny w dużych firmach technologicznych.

Krótkoterminowe zwycięstwa, choć długoterminowe zasady wciąż są nieustalone

Ta umowa to więcej niż opowieść o wynikach finansowych firm – to obraz nowej globalnej rzeczywistości handlowej, w której granice pełnią funkcję punktów kontrolnych z możliwością negocjacji opłat. Dla Nvidii i AMD krótkoterminowe zwycięstwo jest oczywiste: powrót na kluczowy rynek. Jednak zabezpieczając ten dostęp, sygnalizują, że nawet najbardziej innowacyjne firmy mogą zostać wciągnięte w polityczne spory.

Dla inwestorów kluczową lekcją jest uwzględnianie polityki jako części równania zysków. Przewaga konkurencyjna w tej erze może nie polegać tylko na szybszych chipach, ale na szybszej adaptacji do rzeczywistości politycznej. Firmy, które to opanują, będą tymi, które przetrwają, gdy zasady nieuchronnie znowu się zmienią.

Umowa między Nvidią, AMD a USA podkreśla wagę dywersyfikacji portfela inwestycyjnego, zwłaszcza w kontekście ryzyka politycznego. Sektor AI oferuje ogromny potencjał, ale jest podatny na międzynarodowe napięcia. Inwestując w AI, warto wybierać firmy, które elastycznie adaptują się do zmieniających się warunków. Dodatkowo, warto zainwestować w przedsiębiorstwa działające na różnych rynkach geograficznych oraz w różnych obszarach technologii, takich jak przetwarzanie danych, chmurowe rozwiązania AI czy infrastruktura –  mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Popyt na biura w Krakowie rośnie o 85% – spadek pustostanów do 17,3% i ograniczona podaż

W pierwszej połowie 2025 roku krakowski rynek biurowy wyróżnił się na tle regionów największym wzrostem aktywności najemców. Miasto odnotowało popyt na poziomie 172 000 m kw. – to aż 85% więcej niż rok wcześniej. Z kolei wskaźnik pustostanów spadł do 17,3%, czyli o 2,9 p.p w porównaniu do końca 1 poł. 2024 roku. Na koniec czerwca całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Krakowie wynosiły 1,83 mln kw., przy czym w pierwszym półroczu nie oddano do użytku żadnego nowego biurowca, co wpisuje się w ogólnopolski trend ograniczonej podaży na rynkach regionalnych.

Blisko jedna czwarta całkowitej podaży znajduje się w strefie Centrum (434 700 m kw.), natomiast największa aktywność deweloperów skupia się obecnie w strefie Południowy Zachód oraz Centrum, gdzie powstaje odpowiednio 31 700 m kw. i 24 000 m kw. nowoczesnych powierzchni. Eksperci Savills wskazują, że do końca 2027 roku rynek biurowy w mieście może urosnąć nawet o ok. 100 000 m kw. nowych biur, ale obecnie w trakcie budowy jest 65 200 m kw., a rozpoczęcie budowy kolejnych projektów deweloperzy uzależniają od sytuacji rynkowej.

Największy wpływ na strukturę popytu w I półroczu miały duże renegocjacje umów najmu – odpowiadały one aż za 71% całości transakcji, podczas gdy nowe umowy stanowiły 21%, ekspansje 7%, a pre-lety pozostają marginalne z 1% udziałem. Średni wolumen renegocjowanych powierzchni osiągnął prawie 3000 m kw., co odzwierciedla niski poziom nowej podaży oraz ostrożność najemców połączoną z kalkulacją kosztów na urządzanie nowego biura.

Na koniec czerwca w Krakowie dostępnych było 317 500 m kw. wolnej powierzchni, co daje współczynnik pustostanów na poziomie 17,3%. Najniższy poziom pustostanów utrzymuje się w centralnej części miasta (jedynie 7%), natomiast w pozostałych strefach wskaźnik ten dochodzi nawet do 25%. Warto dodać, że niemal jedna czwarta wolnej powierzchni, pochodzi z budynków oddanych na rynek po 2020 roku.

Stawki czynszów za najlepsze biura w Krakowie znajdują się w przedziale 14-17 EUR/m kw./miesiąc, a w najbardziej prestiżowych projektach sięgają nawet 19,50 EUR/m kw./miesiąc. Wzrost czynszów w najatrakcyjniejszych projektach jest równoważony najemcom w postaci bogatszych pakietów zachęt, takich jak zwolnienia z czynszu, czy większe budżety na aranżacje.

Z perspektywy najemców, krakowski rynek oferuje dziś bardzo ograniczony wybór w najwyższej klasie biurowców, zwłaszcza w ścisłym centrum. W wyniku niskiej nowej podaży oraz coraz większej świadomości najemców co do kosztów urządzania nowego biura, obserwujemy wysoki udział renegocjacji. Stopniowy spadek pustostanów wywołuje presję na wzrost czynszów, który częściowo kompensowany jest dla najemców przez bogatsze pakiety zachęt. Najemcy w Krakowie, zwłaszcza z sektorów usług biznesowych czy nowych technologii, coraz większą wagę przywiązują do jakości powierzchni, elastyczności umów oraz możliwości długoterminowej ekspansji w jednym obiekcie. To czynniki, które będą kształtowały konkurencję między właścicielami w kolejnych latach – mówi Jarosław Pilch, Head of Tenant Representation, Savills.

Ograniczona nowa podaż przy stabilnym popycie w nadchodzących kwartałach, najprawdopodobniej będzie prowadzić do dalszego spadku pustostanów i stopniowego wzrostu czynszów, zwłaszcza w projektach zlokalizowanych w centrum i najlepiej skomunikowanych z resztą miasta.

Kraków utrzymuje status lidera rynku biurowego wśród polskich miast regionalnych. Tak silny wzrost popytu, przy zerowej nowej podaży w I półroczu i ograniczonej aktywności deweloperskiej w całym 2025 roku sprzyja właścicielom i już teraz przekłada się na spadek pustostanów oraz rosnące czynsze. Kluczowe transakcje to duże renegocjacje, które wskazują na szczególną zdolność miasta do utrzymywania obecnych najemców i są prognostykiem długoterminowej stabilizacji rynku. Skutkiem tej sytuacji będzie najprawdopodobniej wzrost aktywności deweloperów w kolejnych latach – dodaje Wojciech Mazur, Associate Kraków Region, Savills.

Popyt na biura w Trójmieście rośnie o 5% w pierwszej połowie 2025 r.

Pomimo chwilowego wyhamowania nowej podaży, fundamenty trójmiejskiego rynku biurowego pozostają mocne, o czym świadczy wzrost aktywności deweloperskiej o 40% rok do roku. Pierwsze półrocze 2025 roku zdefiniowała zmiana w strukturze popytu, w której kluczową siłą stały się renegocjacje umów, potwierdzając przywiązanie najemców do Trójmiasta. Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w regionie na koniec czerwca wyniosły 1,07 mln m kw.

Zgodnie z najnowszym raportem międzynarodowej firmy doradczej Savills, w pierwszej połowie roku popyt na biura w Trójmieście wyniósł 53 400 m kw., co stanowi wzrost o 5% w porównaniu z analogicznym okresem w 2024 roku. Aktywność najemców była stabilna i równomiernie rozłożona pomiędzy kwartałami – 26 400 m kw. wynajęto w I kwartale i 27 000 m kw. w II.

Kluczowa zmiana zaszła w strukturze zawieranych transakcji, gdzie renegocjacje zdominowały popyt, stanowiąc aż 55% jego wolumenu. Jest to odwrócenie trendu z pierwszej połowy 2024 roku, kiedy to nowe umowy odpowiadały za 54% popytu. Co więcej, renegocjowane umowy w 1 poł. 2025 roku dotyczyły znacznie większych powierzchni – średnio 2400 m kw. – podczas gdy nowe umowy opiewały na średnio 830 m kw.

Fakt, że ponad połowa wszystkich transakcji to renegocjacje, pokazuje, że firmy stawiają dziś na bezpieczeństwo i przewidywalność, odkładając na później kosztowne przeprowadzki. Część najemców nie tylko zostaje w swoich biurach, ale przy okazji optymalizuje zajmowaną powierzchnię. Choć obecnie daje to firmom silną kartę w negocjacjach z właścicielami, rynek najemcy nie będzie trwał wiecznie. Cisza po stronie nowej podaży to zapowiedź przyszłych wyzwań, zwłaszcza dla dużych najemców poszukujących nowoczesnej przestrzeni do rozwoju – komentuje Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska.

W okresie od stycznia do końca czerwca na trójmiejski rynek nie dostarczono żadnego nowego budynku biurowego. Mimo to, aktywność deweloperska rośnie – na koniec czerwca w budowie znajdowało się 32 200 m kw. powierzchni, co oznacza wzrost o 40% rok do roku. Wszystkie realizowane obecnie inwestycje zlokalizowane są w Gdańsku, a największą z nich jest projekt PUNKT firmy Torus (12 000 m kw.). Należy jednak zaznaczyć, że ze względu na wyzwania związane z komercjalizacją i finansowaniem, część planowanych projektów biurowych została wstrzymana. Gdyby wszystkie plany deweloperów doszły do skutku, do końca 2027 roku rynek w Gdańsku, Gdyni i Sopocie urósłby nawet o 80 000 m kw. nowoczesnej powierzchni.

Trójmiejski rynek biurowy zdaje się stabilizować po okresie dynamicznego rozwoju. Choć w pierwszym półroczu nie oddano żadnych nowych budynków, to potencjał rozwojowy pozostaje duży, o czym świadczy wzrost o 40% wolumenu powierzchni w budowie. Kluczowe jest zróżnicowanie rynku. Podczas gdy Gdynia mierzy się z wysokim wskaźnikiem pustostanów na poziomie 23,6%, Gdańsk z wynikiem 9,2% pozostaje zdrowym i chłonnym rynkiem. To właśnie tam koncentruje się nowa aktywność deweloperska i niemal cały popyt. Przewidujemy, że w najbliższych latach ograniczona nowa podaż, w połączeniu ze stabilnym popytem, doprowadzi do spadku wskaźnika pustostanów i stworzy presję na wzrost czynszów, szczególnie w najlepiej zlokalizowanych i nowoczesnych budynkach w Gdańsku – mówi Piotr Skuza, Associate Director w dziale powierzchni biurowych Savills w Trójmieście.

Na koniec czerwca w Trójmieście dostępnych do wynajęcia było 135 100 m kw. biur, co przełożyło się na wskaźnik pustostanów na poziomie 12,7%, czyli o 20 punktów bazowych wyższym niż rok wcześniej. Widać jednak wyraźne zróżnicowanie między miastami – w Gdańsku wskaźnik pustostanów wynosi 9,2% (74 100 m kw. wakatów), podczas gdy w Gdyni sięga on 23,6% (54 500 m kw.). Pozytywnym sygnałem dla najemców jest stabilizacja czynszów, które w budynkach klasy A utrzymują się na poziomie 13,00-15,00 EUR za m kw. miesięcznie.

Rynek biurowy w Poznaniu w pierwszej połowie 2025 roku

0

Łączna powierzchnia nowoczesnych biur w Poznaniu przekracza już 678 000 m kw. i w pierwszej połowie roku minimalnie wzrosła. Poznań był jedynym regionalnym miastem w Polsce, w którym odnotowano nową podaż, która w dodatku była wyjątkowo skromna i wyniosła zaledwie 2400 m kw. Aktywność najemców utrzymuje się na wysokim poziomie – do końca czerwca wynajęto ponad 32 000 m kw., co oznacza wzrost popytu o 4% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego.

Zasoby biurowe w Poznaniu koncentrują się przede wszystkim w trzech głównych strefach: Centrum (44% podaży), Zachód (30%) i Wschód (14%). W pierwszych dwóch obszarach znajduje się także większość dostępnej powierzchni – te dwie lokalizacje skupiają aż 85% pustostanów miasta, a wskaźnik pustostanów w Poznaniu wyniósł 14,8%, co oznacza wzrost o 0,9 p.p r/r.

Aktualnie w stolicy Wielkopolski w budowie jest ponad 52 000 m kw. powierzchni, z czego 5500 m kw. zostanie oddane jeszcze w tym roku. Pozostała powierzchnia pojawi się na rynku w 2026 roku, w tym planowane ukończenie projektu AND2 (37 800 m kw.). To pozwala z optymizmem patrzeć na przyszłość rynku oraz oczekiwać stopniowej równowagi między popytem a podażą, która może być odzwierciedlona w spadku dostępnej powierzchni w przyszłości.

Czynsze dla powierzchni klasy A utrzymują się na stabilnym poziomie 13-17 EUR/m kw./miesiąc, przy czym w najlepszych projektach i lokalizacjach sięgają wartości nawet do 19 EUR. Najemcy ponoszą również koszty eksploatacyjne na poziomie 20–35 PLN/m kw./miesiąc.

Stolica Wielkopolski umacnia pozycję jako ważny regionalny rynek biurowy. Stabilna aktywność najemców potwierdza, że Poznań postrzegany jest jako miasto o znaczącym potencjale rozwoju. Choć obecnie nowa podaż pozostaje umiarkowana, perspektywa najbliższych 2 lat napawa optymizmem. Coraz większy wybór powierzchni w nowoczesnych projektach daje najemcom komfort i możliwości optymalizacji przestrzeni, co jest kluczowe w dobie dynamicznych zmian na rynku – mówi Mateusz Jakubowicz, Regional Manager Poznań w Savills.

Z perspektywy najemców, sytuacja na poznańskim rynku biurowym również wygląda obiecująco. Jarosław Pilch, Head of Tenant Representation w Savills, podkreśla:

W Poznaniu widzimy rosnącą selektywność najemców. Firmy coraz większą wagę przywiązują do zaawansowanych technologicznie budynków, które zapewniają wysoki standard wykończenia oraz możliwość elastycznej aranżacji przestrzeni. Wzrost kosztów związanych z aranżacją biur oraz presja czynszowa powodują z kolei, że proces negocjacji staje się bardzo istotny dla efektywnego zarządzania budżetem. Poznań pozostaje atrakcyjną lokalizacją zarówno dla firm krajowych, jak i międzynarodowych.

Wrocławski rynek biurowy H1 2025: wysoka aktywność najemców i rosnące pustostany

Wrocławski rynek biurowy w pierwszej połowie 2025 roku odnotował wyjątkowo wysoką aktywność najemców, którzy najczęściej przedłużali umowy najmu. Pomimo braku nowej podaży, odnotowany został wzrost pustostanów. Łączne zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej wynoszą 1,35 mln m kw., z czego aż 36% przypada na strefę centralną miasta. W budowie pozostaje mniej niż 20 000 m kw., co stanowi aż 52% spadek r/r.

W pierwszym półroczu popyt najemców wzrósł o ponad 50% r/r i osiągnął poziom 80 700 m kw., co odpowiada 21% całkowitej aktywności na regionalnych rynkach biurowych w Polsce. Największy wolumen transakcji odnotowano w strefie Zachód (44%), następnie w Centrum (30%) i Południe (21%).

Struktura transakcji potwierdza wysoki poziom renegocjacji (51% wolumenu), podczas gdy nowe umowy stanowiły 34%, ekspansje 9%, a umowy przednajmu w projektach w budowie 6%. Coraz więcej firm decyduje się na mniejsze powierzchnie – ponad 20 nowych najemców wybrało moduły o powierzchni 100-500 m kw., a średnia wielkość nowej transakcji wyniosła nieco poniżej 800 m kw.

Na koniec czerwca wrocławski rynek oferował 277 700 m kw. wolnej powierzchni, co przekłada się na wskaźnik pustostanów sięgający 20,5% – to wzrost o 2,3 p.p r/r, który oznacza jeden z najwyższych poziomów w kraju. Najwięcej dostępnej powierzchni znajduje się w strefie Centrum, gdzie wskaźnik pustostanów wynosi aż 23% oraz w strefie Zachód (21,5%). Najniższe poziomy obserwowano w strefach Południe (16,8%) i Północny Wschód. (15,8%).

Czynsze za powierzchnię biurową klasy A na rynku wrocławskim wahają się w przedziale 14-16,5 EUR/m kw./miesiąc. Dodatkowo, w nowych inwestycjach rośnie skala pakietów zachęt dla najemców, co pozwala zniwelować skutki wzrostu oczekiwań właścicieli w kwestii czynszów. Koszty eksploatacyjne utrzymują się na poziomie 19-30 PLN/m kw./miesiąc.

Wrocław niezmiennie potwierdza rolę jednego z filarów regionalnych rynków biurowych. Aktywność najemców w pierwszej połowie roku skupiła się na przedłużaniu umów najmu oraz ich renegocjacjach. Mimo braku nowej podaży zanotowaliśmy jednak wyraźny wzrost pustostanów. Najemcy coraz większą wagę przykładają do jakości budynków, elastyczności wynajmowanej przestrzeni i efektywności kosztowej. Obserwujemy także większą aktywność firm z sektora nowoczesnych usług biznesowych i IT, które szukają kompaktowych, energooszczędnych powierzchni w dobrze skomunikowanych lokalizacjach. Przed nami okres optymalizacji portfeli przez właścicieli i dalsza koncentracja rynku wokół najlepiej zarządzanych obiektówWioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska.

Eksperci Savills prognozują, że w najbliższych kwartałach na wrocławskim rynku popyt pozostanie na wysokim poziomie i będzie można zaobserwować więcej nowych najmów. To w połączeniu z ograniczoną podażą, zwłaszcza w 2026 roku, spowoduje spadek dostępnej powierzchni. Najemcy zainteresowani biurami najwyższej klasy będą musieli podejmować szybkie i zdecydowane kroki w celu zabezpieczenia swoich planów.

Dla najemców obecna sytuacja na rynku wrocławskim przynosi szereg nowych możliwości. Szeroki wybór powierzchni, pakiety zachęt ze strony właścicieli oraz presja na jak najwyższą jakość biura sprawiają, że mają dziś oni silną pozycję przetargową. Jednocześnie coraz większym wyzwaniem staje się zarówno efektywne zaplanowanie nowego biura, z uwzględnieniem kosztów fit-outu i oczekiwań pracowników, jak i elastyczność umów pozwalająca optymalnie zarządzać przestrzenią w szybko zmieniającym się otoczeniu biznesowym. Nowe kontrakty na mniejsze, lepiej dopasowane moduły biurowe to wyraźny trend, który zyskuje na znaczeniuJarosław Pilch, Head of Tenant Representation, Savills.

Spadek deficytu handlowego USA. Indyjska rupia pod presją

Sukces amerykańskiej polityki widać, chociaż w danych o deficycie handlowym. Nie wiadomo jednak, czy jest to zasługa ceł, czy słabości dolara. Rupia indyjska znajduje się pod presją w związku z ultimatum Trumpa na Rosję, a izraelska szekla ma przed sobą słabsze perspektywy.

Polityka Trumpa skuteczna

Poznaliśmy wczoraj dane na temat wymiany handlowej USA. Bilans handlu zagranicznego wypadł słabiej, niż prognozowano i wyniósł w czerwcu 60,2 mld USD. Oznacza to, że był niższy nie tylko od oczekiwań, ale przede wszystkim najniższy od sierpnia 2023. Pokazuje to skuteczność obecnych działań. Z drugiej strony można też spojrzeć na dane cząstkowe. W czerwcu eksport wcale nie rósł. Po prostu import spadł znacznie bardziej. Wielu obserwatorów wskazuje na fakt, że firmy zmniejszyły dostawy do minimum, by optymalizować stawki ceł. Może to oznaczać, że więcej towaru trafi do USA po podpisaniu umów handlowych i wynik po raz kolejny się pogorszy. Nie brakuje również głosów, że za równoważeniem handlowym stoją nie tylko działania administracji, ale przede wszystkim bardzo duży spadek wartości dolara. Przy tak słabej walucie import stał się relatywnie bardzo drogi, co z pewnością go ogranicza. Z drugiej strony tani dolar wspiera amerykańskich eksporterów.

Indie nie zmieniają stóp procentowych

Indyjska rupia jest ostatnio pod sporą presją. Wczorajszy brak obniżek stóp procentowych pomimo silnie spadającej inflacji nie zmienił tej sytuacji. Główny wskaźnik ma wartość 5,5%, z kolei poziom wzrostu cen wynosi zaledwie 2,1%. Oznacza to, że główna stopa procentowa jest niemal 3,5% wyższa od inflacji. Jest to wyjątkowo wysoki parametr w porównaniu do innych państw. Porównywalny wynik mają z głównych gospodarek tylko Chiny, w których spowolnienie gospodarcze powoduje, że inflacja niemal nie istnieje. Indie jednak są pod silną polityczną presją obecnie z USA. Kraj ten jest bardzo zaangażowany w reeksportowanie rosyjskich surowców energetycznych. Wygląda na to, że jeżeli Rosja nie wstrzyma działań wojennych do końca tygodnia, sankcjami zostaną objęte również państwa, które reeksportują towary z tego kraju. Byłby to bardzo bolesny cios dla tamtejszej gospodarki. Rezygnacja z rosyjskiej ropy też nie będzie łatwa.

Słabość izraelskiej szekli

Ostatnie dni nie są łaskawe dla izraelskiej szekli. Dla tamtejszej giełdy również nie. Powoli dochodzimy do etapu, gdzie wydarzenia geopolityczne zaczynają wpływać na gospodarkę. Warto w tym miejscu również dodać 15% cła na eksport towarów do USA, które dodatkowo pogarszają sprawę. W przypadku szekli izraelskiej należy zwrócić również uwagę na sytuację na stopach procentowych. Główny wskaźnik wynosi bowiem 4,5%, a inflacja pomimo lekkiego wzrostu w lipcu wynosi 3,3%. Oznacza to, że jest przestrzeń na cięcia stóp. Gdyby do nich doszło, szekla izraelska, która od początku miesiąca staniała z 1,10 zł na 1,07 zł może tracić dalej na wartości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Autor: Maciej Przygórzewskigłówny analityk w InternetowyKantor.pl

Akcje, obligacje, złoto – co wybrać przy oczekiwanych cięciach stóp w USA?

  • Osłabienie danych z rynku pracy może skłonić Fed do zmiany stanowiska, a rynki obecnie czekają na obniżki stóp procentowych we wrześniu. Taki scenariusz może istotnie przedefiniować makroekonomiczne podejście do alokacji kapitału w różnych klasach aktywów.
  • Spadające stopy procentowe zazwyczaj wspierają spółki wzrostowe, obligacje, złoto oraz strategie dochodowe. Jednak utrzymujące się ryzyko inflacyjne sprawia, że selektywność w doborze aktywów pozostaje kluczowa.
  • To może być rzadka okazja do repozycjonowania portfeli – z uwzględnieniem równowagi między dochodowością, defensywnością a wrażliwością na zmiany stóp, w przededniu nowego cyklu polityki pieniężnej.

Jak podsumowuje Charu Chanana, Główna Strateg Inwestycyjna w Saxo,  po długim okresie podwyższonych stóp procentowych, mających na celu opanowanie inflacji, pojawiające się oznaki spowolnienia gospodarczego oraz słabsze dane z rynku pracy powodują zmianę oczekiwań. Inwestorzy coraz bardziej wierzą, że Federalny Komitet ds. Operacji Otwartego Rynku (FOMC) przygotowuje się do złagodzenia polityki – potencjalnie już we wrześniu.

Kontrakty terminowe na fundusze Fed wskazują obecnie na ponad dwie obniżki stóp procentowych w nadchodzących kwartałach. Dochodowość obligacji rządowych spadła, rynki akcji się dostosowują, a amerykański dolar zaczął tracić na wartości. Dla inwestorów to już nie tylko kwestia tego, czy dojdzie do obniżek stóp, ale jak dostosować portfele inwestycyjne do zmieniającego się cyklu.

Akcje: co posiadać, gdy stopy procentowe spadają

Spadające stopy procentowe zwykle wspierają wyceny akcji, jednak efekt ten nie rozkłada się równomiernie. W kontekście zmiany kierunku polityki pieniężnej na znaczeniu zyskują selekcja sektorów, styl inwestycyjny oraz jakość aktywów

Oto strategiczne podejście do inwestowania w akcje:

Zwiększ udział spółek wzrostowych – ale selektywnie

Sektor technologiczny, a także inne sektory z długim okresem wzrostu zazwyczaj zyskują najwięcej przy niższych stopach procentowych, które zwiększają wartość przyszłych zysków, co sprzyja firmom o wysokim potencjale wzrostu. Inwestorzy muszą jednak być selektywni: niektóre duże spółki technologiczne mają już w wycenach bardzo optymistyczne założenia co do wyników.

Ruch w kierunku opóźnionych spółek cyklicznych

Jeśli cięcia stóp procentowych przyczynią się do skutecznego ustabilizowania oczekiwań dotyczących wzrostu gospodarczego, sektory bardziej wrażliwe na warunki ekonomiczne, takie jak małe spółki czy sektor finansowy i przemysłowy, mogą odnotować lepsze wyniki. Pozostawały w tyle za szerszym rajdem i mogą skorzystać na poprawie warunków finansowych.

Malejące stopy procentowe zwykle wspierają wyceny akcji, ale ich wpływ nie jest jednolity. W miarę jak polityka pieniężna zmienia kierunek, coraz większe znaczenie mają sektor, styl inwestycyjny i jakość spółek.

Postaw na dochód z akcji

Gdy dochodowość obligacji spada, rentowność dywidend staje się bardziej atrakcyjna, ponieważ inwestorzy szukają alternatywnych źródeł dochodu. Sektory takie jak, przedsiębiorstwa użyteczności publicznej, infrastruktura i spółki dywidendowe mogą przyciągnąć kapitał nastawiony na dochód. Warto rozważyć rotację do sektorów oferujących zarówno stabilność, jak i zrównoważone wskaźniki wypłat.

Taktyczne wykorzystanie wrażliwości na stopy procentowe w realnych aktywach

REIT-y i deweloperzy mieszkaniowi to jedne z najbardziej wrażliwych na zmiany stóp procentowych segmenty rynku akcji. REIT-y logistyczne zyskują na znaczeniu w związku z przekształceniami globalnych łańcuchów dostaw, a REIT-y centrów danych odpowiadają na rosnący popyt związany z infrastrukturą dla AI. Spółki skoncentrowane na rynku mieszkaniowym oraz deweloperzy mogą dodatkowo zyskać na malejących stopach kredytów hipotecznych i dostępności mieszkań.

Podkreślenie defensywności marży

Cła i ograniczenia po stronie podaży mogą utrzymywać inflację na wysokim poziomie, co zwiększa ryzyko stagflacji. W takim przypadku siła cenowa i jakość operacyjna stają się kluczowymi czynnikami konkurencyjności.

W warunkach spowolnienia gospodarczego firmy w dobrej kondycji finansowej, z siłą cenową i dyscypliną operacyjną, są lepiej przygotowane do przetrwania. Defensywne sektory, takie jak opieka zdrowotna i podstawowe produkty konsumpcyjne, a także wybrane sektory przemysłowe, mogą oferować kombinację odporności na zmienność rynkową oraz potencjału wzrostowego. Jednak ryzyko związane z polityką pozostaje – na przykład, cła mogą wywierać presję na ceny konsumenckie, a potencjalne obniżki cen leków mogą stanowić wyzwanie dla perspektyw zysków firm farmaceutycznych.

Rozważenie wpływu kursu walut na globalne portfele

Cięcia stóp procentowych przez Fed często prowadzą do osłabienia USD, ale przy rosnącym poziomie długu USA oraz nadchodzącej niepewności politycznej, osłabienie USD może być w tym cyklu bardziej strukturalne. Dla inwestorów bez ekspozycji na USD, może to wpłynąć na zwroty z amerykańskich akcji. Strategie zabezpieczania walutowego mogą pomóc w zarządzaniu tą ekspozycją.

Obligacje: od dochodowości do całkowitej stopy zwrotu

Redukcje stóp procentowych historycznie stanowiły pozytywny katalizator dla obligacji, szczególnie tych o średnim i długim okresie zapadalności. Gdy dochodowość spada, ceny obligacji rosną, oprócz dochodu generując zyski kapitałowe. Gdzie warto ulokować kapitał:

Wybór optymalny: obligacje średnioterminowe (5–10 lat)

Obligacje te zapewniają równowagę między wrażliwością na malejące stopy procentowe a odpornością na zmienność na końcu krzywej. Inwestorzy często wykorzystują ETF-y obligacji rządowych lub korporacyjnych o średnim terminie zapadalności jako część swojej podstawowej ekspozycji na obligacje.

Szukanie bezpiecznego zysku: obligacje o ratingu inwestycyjnym

Obligacje korporacyjne o ratingu inwestycyjnym wciąż oferują atrakcyjne dochody przy stosunkowo niskim ryzyku kredytowym. Mogą one zwiększyć potencjał dochodowy i poprawić jakość alokacji w instrumenty o stałym dochodzie, zwłaszcza w okresie malejących stóp procentowych.

Zwiększenie dochodu w ujęciu taktycznym: krótkoterminowe obligacje wysokodochodowe

Obligacje wysokodochodowe o krótkiej zapadalności mogą oferować wyższe dochody bez ryzyka długoterminowych zmian stóp procentowych. Mogą służyć jako taktyczne uzupełnienie portfeli dla inwestorów poszukujących lepszego dochodu przy jednoczesnym utrzymywaniu krótkiej zapadalności.

Pozycjonowanie się na odbicie krzywej dochodowości: strategie typu „steepener”

Gdy Rezerwa Federalna zaczyna obniżać stopy procentowe, krótkoterminowe stopy procentowe zazwyczaj maleją szybciej niż długoterminowe. Może to spowodować, że krzywa dochodowości – czyli różnica między rentownościami obligacji krótkoterminowych i długoterminowych – zacznie się „wypiętrzać” w kierunku bardziej normalnego kształtu. Inwestorzy mogą się na to przygotować poprzez:

  • ETF-y typu steepener, które korzystają na zwiększającej się różnicy między rentownościami obligacji krótkoterminowych i długoterminowych;
  • Drabiny obligacyjne (bond ladders), czyli strategię polegającą na zakupie obligacji o zróżnicowanych terminach zapadalności (np. 1, 3, 5 i 10 lat), co pozwala zarządzać ryzykiem reinwestycji i potencjalnie korzystać na wypiętrzaniu się krzywej.

Te strategie mają na celu nie tylko zyskiwanie na malejących stopach procentowych, ale także na tym, jak różne części rynku obligacji reagują z różną prędkością.

Podsumowując, przy dochodowościach wciąż na wysokim poziomie oraz rosnącym wsparciu politycznym, obligacje stają się coraz bardziej atrakcyjne jako narzędzie nie tylko ochrony kapitału, ale również jako źródło istotnego całkowitego zwrotu.

Rzeczowe aktywa trwałe: zabezpieczenie z potencjałem wzrostu

Rzeczowe aktywa trwałe mogą skutecznie uzupełniać tradycyjne portfele podczas cykli łagodzenia polityki monetarnej, szczególnie w kontekście ryzyka inflacyjnego i walutowego. Oto, jak warto rozważyć ich pozycjonowanie:

Przeznaczenie środków na złoto jako zabezpieczenie

Złoto zazwyczaj dobrze sobie radzi, gdy realne stopy procentowe spadają, a dolar się osłabia. Według Charu Chanana złoto może stanowić bezpieczną przystań dla kapitału oraz pełnić funkcję zabezpieczenia przed ryzykiem błędów w polityce gospodarczej, nagłymi wzrostami inflacji czy napięciami geopolitycznymi. Dla inwestorów akceptujących wyższą zmienność, srebro może być alternatywą, ponieważ często porusza się w tym samym kierunku co złoto, ale z większymi wahaniami. Ze względu na mieszane zapotrzebowanie na metale przemysłowe i szlachetne, srebro może zyskać więcej, jeśli globalny wzrost utrzyma się.

Infrastruktura dla dochodu i odporności

Aktywa infrastrukturalne – zwłaszcza te powiązane z regulowanymi przedsiębiorstwami użyteczności publicznej lub generujące dochody indeksowane do inflacji – mogą zyskiwać na niższych stopach procentowych, przyciągając kapitał poszukujący stabilnego, długoterminowego dochodu. Notowane na giełdzie fundusze i ETF-y infrastrukturalne oferują zdywersyfikowaną ekspozycję na ten segment rynku.

Te strategie dotyczące aktywów rzeczowych mogą poprawić dywersyfikację portfela, jednocześnie oferując zabezpieczenie przed inflacją i zmiennością, gdy cykl gospodarczy się zmienia.

Podsumowanie

Choć Fed jeszcze nie obniżył stóp procentowych, reakcja rynków wyprzedza działania banku centralnego. Dla inwestorów okazja leży w odpowiednim pozycjonowaniu się przed przewidywaną zmianą: równoważeniu ekspozycji na różne klasy aktywów, koncentrowaniu się na jakości w obrębie segmentu akcji, selektywnym wydłużaniu okresu zapadalności obligacji oraz rozważeniu aktywów rzeczowych zarówno jako elementów dywersyfikacji, jak i zabezpieczeń.

– Spodziewane obniżki stóp procentowych przez Fed otwierają nowe możliwości w obszarze obligacji, zwłaszcza tych o średnim terminie zapadalności. W środowisku zmieniającej się polityki monetarnej dywersyfikacja portfela nabiera jeszcze większego znaczenia – nie tylko dla ochrony kapitału, ale też dla wykorzystania potencjału różnych klas aktywów. Inwestorzy, którzy chcą odpowiednio ustawić się na ten cykl, powinni rozważyć większy udział instrumentów dłużnych, surowców defensywnych oraz ETF-ów tematycznych. Warto zwrócić szczególną uwagę na strategie i narzędzia, które pomagają podejmować trafne decyzje inwestycyjne w dynamicznych warunkach rynkowych. W tym czasie kluczowe staje się świadome zarządzanie ryzykiem i bieżące monitorowanie sygnałów płynących z banków centralnych – mówi Marcin Ciechoński, odpowiedzialny za rozwój Saxo Banku w Polsce.

Rynek luksusowych nieruchomości w Warszawie: lokalni milionerzy napędzają popyt

Warszawa coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność na mapie miast, w których luksus staje się realnym i dostrzegalnym zjawiskiem. Jak pokazuje raport Henley & Partners, Polska – z Warszawą na czele – znajduje się w gronie najszybciej rozwijających się rynków klientów premium na świecie, notując wzrost liczby osób zamożnych o 83% w ciągu ostatniej dekady.

Eksperci CBRE wskazują, że popyt na luksusowe nieruchomości w Warszawie napędzany jest głównie przez lokalnych przedsiębiorców i osoby zamożne, a nie przez kapitał zagraniczny. To odróżnia stolicę Polski od zachodnioeuropejskich metropolii, gdzie rynek luksusowy często opiera się na międzynarodowych inwestorach i globalnych trendach. W Warszawie luksus dopiero się kształtuje – nie obserwujemy jeszcze zjawisk typowych dla bardziej rozwiniętych rynków, takich jak nieruchomości sygnowane przez znane marki modowe czy posiadanie rezydencji w kilku miastach świata, w których prowadzi się działalność biznesową. Pod tym względem bliżej nam dziś do Pragi czy Budapesztu niż do Paryża czy Londynu. Rynki luksusowe w Europie Środkowo-Wschodniej rozwijają się w podobnym tempie i wciąż są zdominowane przez lokalny kapitał. Choć każda z tych stolic ma swoją specyfikę, łączy je fakt, że luksus nie jest jeszcze zjawiskiem masowym, a raczej niszowym segmentem rynku, który dopiero buduje swoją tożsamość i prestiż.

Mimo to, w stolicy można już wskazać konkretne lokalizacje, które spełniają kryteria rynku premium. Śródmieście, okolice Łazienek Królewskich oraz najbardziej prestiżowe części Powiśla to miejsca, gdzie luksusowe inwestycje stają się coraz bardziej widoczne. Ceny ofertowe w tych lokalizacjach mogą sięgać nawet powyżej 20 milionów złotych za największe lokale, a stawki za metr kwadratowy w jednostkowych przypadkach przekraczają 70–80 tysięcy złotych. Co istotne, w najbardziej eleganckich budynkach w Warszawie odnotowujemy nadal wiele transakcji, w których powierzchnia apartamentów jest znacznie mniejsza niż w analogicznych inwestycjach zagranicznych – często nie przekracza 50 m² – przy wysokiej cenie za metr kwadratowy. Ewidentny jest więc wzrost znaczenia klasy średniej, która jest w stanie zainwestować dużą sumę w nieduże mieszkanie – mówi Katarzyna Borkowska, Head of Residential Sales and Letting, Signature Estates, CBRE.

Warszawa ma przed sobą długą drogę, by dołączyć do grona globalnych centrów luksusu, jednak kierunek rozwoju jest wyraźny. Wzrost liczby milionerów, rosnące aspiracje osób o wysokim statusie majątkowym oraz zmieniające się oczekiwania co do jakości życia i przestrzeni mieszkaniowej sprawiają, że stolica Polski staje się coraz bardziej atrakcyjna dla segmentu premium. Warszawa nie konkuruje jeszcze z Mediolanem czy Zurychem, ale buduje własną definicję luksusu – bardziej lokalną, świadomą i osadzoną w realiach dynamicznie rozwijającego się rynku.

Jak uniknąć błędów przy obsadzaniu stanowisk menedżerskich

Promować pracownika z wewnątrz organizacji czy zatrudnić specjalistę z rynku – to pytanie, które zadaje sobie wiele firm, zwłaszcza gdy chodzi o obsadzenie stanowiska o strategicznym znaczeniu. Eksperci Gi Group Holding podkreślają, że nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi – decyzja zależy od dostępnych w firmie kompetencji, dynamiki zespołu, celów biznesowych, a także od kosztów, nie tylko finansowych.

Nowe kompetencje, nowe pomysły – siła rekrutacji zewnętrznej

Rekrutacja osoby z zewnątrz daje dostęp do szerszego grona kandydatów i umożliwia pozyskanie unikalnych kompetencji, których brakuje wewnątrz organizacji, szczególnie w obszarach wymagających specjalistycznej wiedzy lub doświadczenia. Często oznacza również pozyskanie nowej energii, inspiracji oraz gotowości do zmiany dotychczasowych sposobów działania – zatrudnienie osoby z zewnątrz może przyczynić się do przyspieszenia procesów transformacyjnych oraz wzrostu innowacyjności zespołu. W wielu przypadkach pozwala to także uniknąć napięć związanych z awansami wewnętrznymi – zwłaszcza gdy o stanowisko ubiega się kilku równie dobrze ocenianych pracowników.

Z perspektywy długofalowej strategii HR, zewnętrzna rekrutacja to nie tylko sposób na uzupełnianie luk kompetencyjnych, lecz także skuteczne narzędzie budowania kultury organizacyjnej otwartej na zmianę, różnorodność doświadczeń i ciągłe doskonalenie.

Osoby pozyskane z rynku często potrafią dostrzec obszary wymagające usprawnień, które dla osób od lat pracujących w danej firmie mogą być niewidoczne. To właśnie oni najczęściej inicjują zmiany, kwestionują utarte schematy i wnoszą nowe pomysły. Z zewnątrz łatwiej zauważyć, co można zrobić lepiej. Warto jednak pamiętać, że skuteczna rekrutacja zewnętrzna wymaga nie tylko trafnego dopasowania kompetencyjnego, ale również kulturowego – podkreśla Michał Piernik, rekruter i trener w Grafton Recruitment oraz prowadzący podcast Stacja HR.

Docenić potencjał – siła rekrutacji wewnętrznej

Rekrutacja wewnętrzna pozwala na bardziej świadomą i trafną ocenę dopasowania danej osoby do nowej roli. Organizacja zna już potencjał kandydata, jego dotychczasowe osiągnięcia, styl pracy, kompetencje oraz zgodność z kulturą firmy. Taki awans skraca czas wdrożenia na nowym stanowisku, tym samym zwiększa efektywność operacyjną. Dodatkowo działa motywująco na pozostałych pracowników – stanowi czytelny sygnał, że firma dostrzega zaangażowanie i inwestuje w rozwój zatrudnionych.

Wewnętrzne awanse budują pozytywną atmosferę, wzmacniają poczucie sprawczości oraz tworzą jasne ścieżki kariery, co jest szczególnie istotne w kontekście długofalowego zarządzania ludźmi. Pracownicy widzą, że ich wysiłek, rozwój i inicjatywa są zauważane i realnie przekładają się na możliwości rozwoju kariery. To z kolei buduje trwałe relacje z organizacją i znacząco zmniejsza poziom rotacji – mówi Tomasz Tarabuła, Dyrektor Regionalny Gi Group.

Potwierdzają to badania. Z tegorocznego „Barometru Rynku Pracy” Gi Group Holding wynika, że jednym z kluczowych czynników skłaniających pracowników do zmiany pracy jest ograniczona ścieżka rozwoju zawodowego. Wśród najczęściej wskazywanych powodów znalazły się: niesatysfakcjonujące wynagrodzenie (37%), chęć zmiany lub znudzenie obecną pracą (27%), brak możliwości rozwoju kompetencji (26%) oraz brak realnych szans na awans (24%). Warto przy tym podkreślić, że 43,6% badanych planuje zmianę pracy w ciągu najbliższych dwóch lat, a rotacja pracowników jest jednym z głównych wyzwań dla firm – 47,1% organizacji deklaruje, że w ostatnich miesiącach zmagało się z odejściami przynajmniej jednej grupy pracowników.

Powody chęci zmiany pracy

Wielu pracowników rozważających zmianę pracy motywuje swoją decyzję brakiem perspektyw na awans w najbliższym czasie. W praktyce oznacza to, że organizacje nie zawsze doceniają lub wykorzystują ich potencjał. Tymczasem utrata takich osób wiąże się z realnymi kosztami – firma traci doświadczonych pracowników oraz efekty ich długoletniego zaangażowania i relacji, które budowali zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz organizacji – wyjaśnia Tomasz Tarabuła, Dyrektor Regionalny Gi Group.

Pracodawcy, choć coraz częściej podejmują działania mające zapobiegać rotacji, nie zawsze stawiają na rozwój kadr. Tylko 18% firm wskazuje rozwój kompetencji jako element strategii zatrzymywania pracowników, wynika z „Barometru Rynku Pracy” Gi Group Holding.

Dobry specjalista to jeszcze nie lider

Jednym z najczęstszych popełnianych błędów popełnianych podczas rekrutacji jest założenie, że świetny ekspert automatycznie sprawdzi się w roli lidera. Tymczasem kompetencje wymagane do skutecznego zarządzania znacząco różnią się od tych, które decydują o efektywności nawet najlepszego eksperta w określonej dziedzinie. Dlatego firmy, które rozważają awanse wewnętrzne stają przed wyzwaniem właściwego dopasowania profilu kompetencyjnego pracownika do wymagań stanowiska menedżerskiego – nie tylko pod kątem wiedzy merytorycznej, ale również umiejętności przywódczych.

– W procesie rekrutacji kluczowe jest rozróżnienie predyspozycji i konkretnych wymagań wynikających z nowej roli. Kompetencje takie jak umiejętność podejmowania decyzji w warunkach niepewności, zarządzania zespołem, w tym budowania relacji są fundamentem efektywnego przywództwa. Niezbędne jest jednak także doświadczenie w strategicznym planowaniu, zdolność do inspirowania i komunikowania wizji – komentuje Karolina Popiel, Associate Partner W Wyser Executive Search.

Tymczasem zgodnie z dostępnymi danymi, zdecydowana większość osób obejmujących stanowiska kierownicze nie ma do tego wcześniejszego przygotowania, głównie w zakresie i praktycznych narzędzi przywódczych. Skutkuje to często trudnościami w adaptacji do nowej roli, błędami decyzyjnymi oraz spadkiem efektywności zespołów.

Aby awanse wewnętrzne były skuteczne i długofalowo wspierały rozwój organizacji, firmy powinny proaktywnie identyfikować potencjał pracowników i inwestować w ich rozwój jeszcze przed objęciem nowej roli. Odpowiednio zaplanowane programy mentoringowe, coachingowe i rozwojowe nie tylko minimalizują ryzyko nieudanego awansu, lecz także wzmacniają zaangażowanie i zwiększają retencję kluczowych talentów. Takie podejście pozwala ograniczyć ryzyko niepowodzenia oraz uniknąć sytuacji, w której awans – zamiast być szansą – staje się pułapką – dodaje Karolina Popiel.

Inwestycja w transfer czy w rozwój pracownika?

Zarówno rekrutacja wewnętrzna, jak i zewnętrzna mają swoje miejsce w strategii zarządzania talentami. Kluczem jest diagnoza: jakie kompetencje są naprawdę niezbędne, czego potrzebuje zespół i czy organizacja jest gotowa na zmianę.

Jednym z najczęstszych błędów przy obsadzaniu stanowiska jest opieranie decyzji na schematach – czy to poprzez automatyczne promowanie wewnętrznych kandydatów z założenia, że „zawsze tak było”, czy też poleganie wyłącznie na potencjale „nowej energii”. Tymczasem każda decyzja rekrutacyjna powinna wynikać z rzetelnej analizy aktualnych potrzeb biznesowych oraz dostępnych zasobów. Czasem to rekrutacja zewnętrzna – mimo wyższych kosztów i dłuższego procesu wdrożenia – okazuje się najlepszą inwestycją. Z kolei awans wewnętrzny jest dużą szansą zarówno dla firmy, jak i pracownika, jednak tylko wtedy, gdy firma przygotuje go do nowej roli i zapewni wsparcie w dalszym rozwoju podsumowuje Michał Piernik, rekruter i trener w Grafton Recruitment oraz prowadzący podcast Stacja HR.

Pandora padła ofiarą cyberataku – dane klientów zagrożone przez zewnętrzną platformę

Pandora, znana na całym świecie marka biżuterii, padła ofiarą cyberataku, który umożliwił nieautoryzowany dostęp do danych osobowych części klientów. Firma poinformowała o incydencie za pośrednictwem wiadomości e-mail, zaznaczając, że naruszenie bezpieczeństwa miało miejsce na zewnętrznej platformie trzeciej strony, a nie w jej wewnętrznych systemach.       

Mark Weir, ekspert firmy Check Point, uważa, że to dopiero początek problemów dla klientów sieci. – Detaliści tacy jak Pandora to łakome kąski dla cyberprzestępców. Konsumenci ufają znanym markom i bez wahania przekazują im swoje dane osobowe. To zaufanie obniża czujność i przestępcy doskonale o tym wiedzą. 

Chociaż według oświadczenia Pandora nie doszło do wycieku informacji finansowych ani szczególnie wrażliwych danych, atak objął takie dane, jak imiona i nazwiska, numery telefonów oraz adresy e-mail. Marka zapewniła, że incydent został opanowany, a systemy bezpieczeństwa zostały wzmocnione, by zapobiec podobnym sytuacjom w przyszłości.

Według Weira, choć wyciek dotyczy jedynie podstawowych danych, takich jak imię, e-mail czy data urodzenia, to wystarczy, by cyberprzestępcy rozpoczęli działania phishingowe, przeprowadzali ataki typu credential stuffing (czyli wykorzystywanie tych samych haseł na różnych serwisach), a nawet tworzyli fałszywe tożsamości. W cyberprzestrzeni to solidny punkt wyjścia do znacznie poważniejszych ataków – dodaje ekspert.

Słabe ogniwo: zewnętrzne integracje

Cyberatak miał miejsce przez zewnętrzną platformę – co, jak zauważa Weir, nie jest niczym wyjątkowym w branży detalicznej. – Integracje z systemami trzecimi to częsty, ale niedostatecznie monitorowany element infrastruktury. Gdy dochodzi do naruszenia w takim miejscu, nie zawsze wszystkie osoby dotknięte incydentem są o tym informowane.

Według danych raportu „Worldwide Wish List. The Most-wanted Luxury Brands and Items Around the World” („Światowa lista życzeń. Najbardziej pożądane marki i wyroby luksusowe na świecie”), Pandora znajdowała się na szczycie najbardziej wyszukiwanych marek biżuterii w Czechach i w Polsce w Internecie. Polacy z wynikiem ponad 166,6 milionów wyszukań, zajęli 2 miejsce na świecie, a za tą marką rozglądaliśmy się około 23,3 milionów razy (Rzeczpospolita, 14.12.2023)

Krytyka komunikacji Pandory

Mimo że Pandora spełniła formalny obowiązek poinformowania klientów, jej działania spotkały się z krytyką za brak przejrzystości. – Reakcja firmy była niejasna i pozbawiona szczegółów. Według przepisów ICO (brytyjskiego urzędu ds. ochrony danych osobowych) zgłoszenie naruszenia powinno nastąpić w ciągu 72 godzin od wykrycia incydentu – zauważa Weir. – Tymczasem Pandora nie podała żadnej osi czasu ani nie ujawniła, kiedy zawiadomiono odpowiednie organy.

Klienci zostali odesłani do ogólnej strony pomocy, bez konkretnej instrukcji, jak chronić swoje dane. Zdaniem eksperta, komunikacja z poszkodowanymi powinna zawierać wyraźne wskazówki i odnośniki do wsparcia np. ze strony NCSC (National Cyber Security Centre).

Niska wrażliwość danych nie oznacza niskiego ryzyka. Nawet podstawowe informacje, jeśli trafią w niepowołane ręce, mogą mieć długofalowe konsekwencje dla bezpieczeństwa i zaufania klientów.

Co dalej?

Pandora stoi teraz przed wyzwaniem odbudowy zaufania klientów oraz dopracowania procedur bezpieczeństwa i komunikacji w sytuacjach kryzysowych. W dobie rosnącej liczby cyberzagrożeń, nawet największe globalne marki nie mogą sobie pozwolić na niedopatrzenia.

Klienci powinni zachować czujność szczególnie wobec wiadomości e-mail i SMS-ów z nieznanych źródeł – i rozważyć zmianę haseł oraz aktywację uwierzytelniania dwuskładnikowego tam, gdzie to możliwe.