Kolejna inwestycja MCI w sektorze e-travel

0

Travelata.ru, rosyjska spółka z segmentu online travel pozyskała 7 mln USD z drugiej rundy finansowania. Kapitał pochodzi od nowego inwestora jakim jest fundusz Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju (ang. EBRD) oraz funduszu MCI.TechVentures (TV) i Mezzanine Management (MM), dotychczasowych inwestorów, będących jednocześnie akcjonariuszami spółki portfelowej Invia. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na rozwój działalności i umocnienie pozycji lidera w sprzedaży internetowych pakietów wakacyjnych na rynku rosyjskim. Ponadto, fundusze TV oraz MM  odkupią część udziałów Travelata od Invia.cz.

Będąc spółką na wczesnym etapie rozwoju,  Travelata była inkubowana w ramach grupy Invia, korzystając ze wsparcia kapitałowego i merytorycznego całej grupy. Poprzez kolejną rundę finansowania z udziałem inwestorów międzynarodowych, spółka będzie realizowała kolejny etap wzrostu, przy zachowaniu współpracy poprzez wymianę doświadczeń i najlepszych praktyk – mówi Tomasz Danis, Investment Partner w MCI Management.

Według analiz rynkowych sprzedaż wycieczek online to jeden z najlepiej rozwijających się segmentów e-commerce. MCI zaangażował się w ten segment w 2000 r., nabywając pakiet akcji w Travelplanet, a następnie  Invia.cz. W drugiej połowie 2012 roku MCI, poprzez Invia, rozpoczął ekspansję na rynek rosyjski, gdzie został inwestorem Travelata.

– Jesteśmy przekonani co do dużego potencjału wzrostu zarówno rosyjskiego sektora e-travel jak i  Travelata, dlatego postanowiliśmy dokapitalizować tę spółkę. Zespół funduszu TV posiada znaczące doświadczenie w tym segmencie, zdobyte w ostatnich 10 latach w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Inwestycja w Travelata opiera się więc na modelu, w którym fundusz wnosi kapitał oraz kompetencje w zakresie sprawdzonego modelu biznesowego, co pozwoli na szybsze zbudowanie wartości spółki. W naszej ocenie jest to jednocześnie optymalny model inwestycji funduszu na rynku rosyjskim, gdyż doświadczenie funduszu zdobyte w regionie pozwala na lepszą ocenę możliwości inwestycyjnych oraz znaczące wsparcie przedsiębiorców – komentuje Sylwester Janik, Zarządzający MCI. TechVentures. – Cieszę się, że w kolejnej rundzie inwestycyjnej wzięli udział wszyscy dotychczasowi inwestorzy, a to grono powiększyło się jeszcze o nowy fundusz  EBOiR, posiadający doświadczenie w inwestycjach na rynku rosyjskim. To istotne wzmocnienie struktury kapitałowej Spółki – dodaje.

Cieszymy się z możliwości wsparcia wzrostu Travelata w segmencie sprzedaży internetowych pakietów wakacyjnych, obszarze w naszej ocenie posiadającym największy potencjał wzrostu na rynku rosyjskim. Kluczowe znaczenie dla naszej decyzji inwestycyjnej miała jakość ludzi zaangażowanych w rozwój spółki od środka i z jej bliskiego otoczenia – dodaje Izzet Guney, Director of Information and Communication Technologies w EBOIR.

Coraz więcej firm produkcyjnych sięga po technologie mobilne

Przedsiębiorstwa produkcyjne coraz częściej sięgają po rozwiązania mobilne – podkreślają analitycy firmy ASTOR. Technologie stosowane wcześniej głównie przez firmy usługowe, dostosowane do potrzeb fabryk pozwalają m.in. na uzyskanie dostępu do informacji na temat produkcji z dowolnego miejsca o dowolnym czasie, czy szybką reakcję w razie awarii. Odpowiednio skonfigurowany system mobilnego zarządzania może umożliwić przeprowadzanie ważnych zmian na linii produkcyjnej zdalnie, za pośrednictwem smartfona, na przykład wprost z bałtyckiej plaży.

Smartfon, tablet, komputer, a nawet telewizor – to urządzenia, które po zainstalowaniu specjalistycznego oprogramowania mogą stać się ważnymi elementami procesu produkcji w dużym zakładzie przemysłowym. W praktyce oznacza to, że za pomocą m.in. telefonu komórkowego można nie tylko uzyskać dostęp do bieżących wizualizacji trwających w firmie procesów, ale także do ustawień pozwalających na generowanie raportów, zmianę parametrów urządzeń oraz do zaawansowanych funkcji związanych z całym procesem produkcyjnym. Wymagania techniczne nie są przy tym specjalnie skomplikowane, np. w przypadku popularnego oprogramowania InTouch Access Anywhere zarządzanie produkcją jest możliwe z poziomu dowolnego urządzenia wyposażonego w przeglądarkę internetową obsługującą HTML5.

Polskie firmy coraz częściej decydują się na podobne rozwiązania. W minionym półroczu wdrażająca mobilne systemy zarządzania przedsiębiorstwem firma ASTOR zanotowała wzrost zapotrzebowania na tego typu aplikacje wśród przedsiębiorstw przemysłowych m.in. z branży spożywczej, motoryzacyjnej czy energetycznej. Ogólnoświatowa tendencja jest bardzo wyraźna – jak wynika z badania Symantec 2013 State of Mobility Survey, wdrażanie technologii mobilnych uważa za istotne aż 84 procent innowacyjnych firm, a ich główną motywację w tej kwestii stanowią czynniki biznesowe.

– Ogólnoświatowy wzrost zainteresowania technologiami mobilnymi w produkcji jest bardzo duży. Na rynku polskim liczba zainteresowanych jest jeszcze umiarkowana, ale coraz więcej użytkowników zdaje sobie sprawę z korzyści, jakie mobilne narzędzia niosą ze sobą w przypadku przedsiębiorstw produkcyjnych – komentuje Stefan Życzkowski, prezes firmy ASTOR.

W firmach usługowych i handlowych rozwiązania mobilne stosowane są m.in. w celu usprawnienia pracy biurowej, skrócenia czasu obiegu dokumentów, usprawnienia komunikacji z klientem czy procesów dostawy towarów. Systemy przygotowane z myślą o firmach produkcyjnych mają z kolei na celu przede wszystkim przyspieszenie i ułatwienie dostępu do informacji produkcyjnych oraz umożliwienie szybkiej reakcji na sytuacje awaryjne. Operatorzy stają się dzięki nim bardziej elastyczni, a pracownicy produkcyjni zyskują płynny dostęp do kluczowych danych. Technologie mobilne umożliwiają także m.in. zwiększenie świadomości na temat funkcjonowania przedsiębiorstwa wśród zespołu – m.in. dzięki prezentacji raportów na urządzeniach oddalonych od hali produkcyjnej, takich jak np. ekrany na stołówkach.

Wdrożenie systemu mobilnego zarzadzania w firmie produkcyjnej wiąże się z zainstalowaniem oprogramowania wizualizacyjnego, pozwalającego na monitorowanie wybranych procesów. Kolejnym etapem jest wgranie odpowiedniej licencji i prosta konfiguracja serwera terminalowego. Eksperci podkreślają, że w czasie wyboru konkretnego rozwiązania warto brać pod uwagę te systemy, które gwarantują możliwość konfiguracji i dostosowania do indywidualnych potrzeb przedsiębiorstwa.

Ranking najbardziej zaufanych Polaków

Bronisław Komorowski, Kamil Durczok, Janusz Gajos, Adam Małysz, Krzysztof Penderecki oraz Jan Kulczyk – to ich Polacy darzą największym zaufaniem. Każdy z wymienionych otrzymał w badaniu najwyższe noty w swojej kategorii.

Kamil Durczok, prezenter Faktów w TVN, jest dziennikarzem telewizyjnym, któremu Polacy ufają najbardziej. Ceniony redaktor, komentator i publicysta, a także laureat kilku Telekamer, Wiktorów, nagrody Mediator oraz Grand Press, w badaniu European Trusted Brands zdobył głos co czwartego Polaka. Jest to wynik zbliżony do ubiegłorocznego – wówczas Kamil Durczok otrzymał 26% głosów. Wśród osób godnych zaufania w kategorii Dziennikarz telewizyjny często wymieniani byli również: Piotr Kraśko (11%), Krzysztof Ziemiec (8%) i Tomasz Lis, którego wybrało 7% respondentów.

Najbardziej godnym zaufania aktorem został Janusz Gajos, który w porównaniu do poprzedniej edycji badania zdobył niemal dwa razy więcej głosów (9%). Artysta już od 50 lat występuje zarówno na deskach teatrów, jak i w telewizji, a jego ubiegłoroczna główna rola w filmie „Układ zamknięty” spotkała się z ogromnym uznaniem publiczności. Aktorami często wskazywanymi przez badanych byli również: Marek Kondrat, którego wybrało 7% ankietowanych oraz Artur Żmijewski (6%).

Wzrosło również zaufanie Polaków do polskiego kompozytora i dyrygenta – Krzysztofa Pendereckiego (8%), który został tegorocznym laureatem w kategorii Muzyk. Artysta otrzymał więcej głosów niż w roku ubiegłym (6%), przeważnie wybierały go osoby w wieku powyżej 50 lat. Kolejne miejsca w rankingu zajęli: były członek zespołu Piersi, Paweł Kukiz (4%), który najczęściej wybierany był przez mężczyzn, ubiegłoroczny zwycięzca plebiscytu – kompozytor Piotr Rubik (3%), darzony największym zaufaniem wśród kobiet, oraz wskazani przez identyczny procent badanych: Kazik Staszewski, Zbigniew Wodecki, Grzegorz Markowski i Kamil Bednarek.

W sondażu Polacy zostali poproszeni także o wskazanie najbardziej zaufanych polityków. Zwycięzcą został prezydent RP Bronisław Komorowski, którego wybrało 14% respondentów. Niemal równie często wymieniani byli: Ryszard Kalisz (13%) oraz premier Donald Tusk (12%). Jarosław Kaczyński to najbardziej zaufany polityk w opinii 8% ankietowanych.

Respondenci 14. edycji badania European Trusted Brands wybierali również najbardziej zaufane osoby w świecie sportu i biznesu. Wśród sportowców największe zaufanie wzbudzają polscy medaliści: Adam Małysz (18%), Justyna Kowalczyk (16%) oraz Tomasz Majewski (8%). Najbardziej zaufanym polskim przedsiębiorcą, podobnie jak w roku ubiegłym, okazał się Jan Kulczyk, wskazany przez 24% badanych. Zdeklasował on drugiego na podium Romana Kluskę, którego wybrało 8% Polaków. W dalszej kolejności wymieniani byli Zygmunt Solorz-Żak (7%) oraz Leszek Czarnecki (4%).

Akcje Baltic Ceramics Investments wkrótce w obrocie giełdowym

Baltic Ceramics Investments S.A., spółka specjalizująca się w produkcji proppantów ceramicznych, otrzymała zgodę na rejestrację akcji serii M w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. 1.594.203 akcji zwykłych na okaziciela o wartości nominalnej 0,10 zł każda, oznaczono kodem PLINPNT00013. Akcje spółki były przedmiotem emisji zakończonej 29 maja 2014 r.

W wyniku przeprowadzonej oferty spółka pozyskała od inwestorów 4,5 mln zł. W zapisach wzięło udział 518 inwestorów, którzy objęli walory po cenie emisyjnej w wysokości 2,80 zł.

– Uchwała Zarządu KDPW przybliża nas do wprowadzenia akcji serii M do obrotu na rynku NewConnect. Liczymy na to, że w ciągu najbliższych tygodni zostanie wyznaczony pierwszy dzień notowania walorów Baltic Ceramics Investments, co pozwoli nam zakończyć proces rejestracji i umożliwi inwestorom obrót akcjami nowej serii na giełdzie – mówi Dariusz Janus, Prezes Zarządu Baltic Ceramics Investments S.A.

Pozyskane z emisji środki spółka przeznaczy na budowę pierwszego na terenie Unii Europejskiej zakładu produkującego proppanty ceramiczne. Inwestycja powstająca w Lubsku (woj. lubuskie) jest realizowana z dotacji w wysokości 33,1 mln zł, przyznanej spółce zależnej Baltic Ceramics Investments.

– Bardzo cieszy nas zainteresowanie ze strony inwestorów indywidualnych, którzy licznie zapisali się na nasze akcje w trudnym dla rynku kapitałowego okresie. Jest to dowód na to, że projekt Baltic Ceramics Investments zdobył uznanie w oczach osób prywatnych. Dlatego będziemy dążyć do tego, aby akcje nowej emisji możliwie szybko stały się przedmiotem obrotu giełdowego – dodaje Dariusz Janus.

Proppanty ceramiczne są materiałem wykorzystywanym w procesie szczelinowania hydraulicznego. Pozytywnie wpływają na zwiększenie efektywności poszukiwania i wydobycia węglowodorów, w tym gazu łupkowego w trudnych warunkach geologicznych.

Powstający w Lubsku (woj. lubuskie), jedyny w Unii Europejskiej ośrodek rozwoju technologii produkcji proppantów ceramicznych docelowo będzie produkował 135 tys. ton proppantów rocznie, odpowiadając na ok. 5% światowego zapotrzebowania.

Oferującym akcje serii M było Biuro Maklerskie BGŻ S.A. W konsorcjum przyjmujących zapisy uczestniczył również Dom Maklerski mBanku S.A.

Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2013 r.

Maleje różnica pomiędzy poziomem płac w spółkach państwowych a prywatnych. Płace w coraz większym stopniu powiązane są z wynikami firmy. Najbardziej atrakcyjne wynagrodzenia zapewnia wciąż branża mediowa i sektor bankowy, choć odnotowały one spadek uposażeń. Rośnie popularność długoterminowych systemów motywacyjnych i akcji fantomowych.

Prezesi zarządów największych spółek giełdowych zarobili średnio w 2013 roku po 1,5 mln złotych czyli ok. 1% mniej niż rok wcześniej – wynika z najnowszego badania PwC „Wynagrodzenia zarządów największych spółek giełdowych w 2013 r.” Przeciętne wynagrodzenie pozostałych członków zarządu wyniosło w 2013 r. ok. 1,1 mln zł, tj. o ok. 2% mniej niż w roku poprzednim. Oznacza to, że wraz z sytuacją gospodarczą stabilizuje się również poziom wynagrodzeń najwyższej kadry zarządzającej. Zahamowanie tempa wzrostu wynagrodzeń zarządów spółek z GPW widoczne jest w tym roku szczególnie w odniesieniu do premii – była ona o 9% niższa niż w roku ubiegłym, co jest ściśle związane z sytuacją gospodarczą i wynikami finansowymi przedsiębiorstw.

W ostatnim roku wyraźnie zmalała różnica pomiędzy poziomem płac w spółkach państwowych a prywatnych, w przypadku spółek z WIG20 praktycznie przestała istnieć, a dla WIG40 zmniejszyła się do 20%.

„Patrząc całościowo na spółki z GPW możemy mówić o stabilizacji wynagrodzeń kadry zarządzającej. Widać także wyraźnie, że w coraz większym stopniu płace idą w parze z wynikami spółek, co jest bardzo korzystną tendencją. Świadczy to bowiem o dobrej elastyczności systemów płac, która pozwala na dostosowywanie poziomów wynagrodzeń zmiennych do wyników uzyskiwanych przez spółkę. Również możliwość kształtowania wynagrodzeń w spółkach Skarbu Państwa na zasadach rynkowych – lub możliwie zbliżonych do rynkowych – pozwala na lepsze powiązanie poziomu płacy z wynikami przedsiębiorstwa. Wszystko to przybliża nasz rynek do bardziej zaawansowanych rynków finansowych” – podkreśla Barbara Mierzejewska, menedżer w zespole Human Resources Services w PwC.

Tradycyjnie większe spółki oferują wyższe wynagrodzenia – podmioty z WIG20 przeciętnie płacą swoim zarządzającym ok. 1,78 mln zł rocznie, czyli prawie 1,4 razy więcej niż spółki z mWIG40 i dwa razy więcej niż z sWIG80.
Udział premii w całkowitym pakiecie wynagrodzeń krótkoterminowych kształtował się w 2013 roku na poziomie średnio 32%, czyli w zakresie, który obserwujemy jako stały dla polskiego runku od trzech lat (30-40%).

„Na wielu bardziej rozwiniętych rynkach część zmienna wynagrodzenia jest znacznie większa niż w Polsce. Stosunkowo mało agresywne kształtowanie pakietu jest jednak charakterystyczne dla krajów naszego regionu i wpisuje się w nurt ograniczania ryzyka w odniesieniu do wynagrodzeń osób zarządzających spółkami publicznymi”– podkreśla Dominika Jędrzejewska, starszy konsultant w zespole Human Resources Services w PwC. „Także Unia Europejska zaleca dla sektora bankowego ograniczanie wynagrodzenia zmiennego do wartości płacy zasadniczej, choć w naszej rzeczywistości ustawienie tak wysokiego limitu pozostaje często tylko teoretycznym ograniczeniem” – kontynuuje.

Mało agresywne kształtowanie pakietu jest także spójne z oczekiwaniami samych zarządzających, którzy w odniesieniu do wynagrodzeń nie są skłonni do podejmowania ryzyka. W tej sytuacji zwiększanie udziału płacy zmiennej, której wypłata jest obarczona ryzykiem, niekoniecznie musi prowadzić do zwiększenia motywacji kadry zarządzającej. Podejście polskich menedżerów nie odstaje od postaw reprezentowanych przez większość światowej kadry zarządzającej – jedynie około 30% byłoby skłonne zaryzykować, by otrzymać potencjalnie wyższą wypłatę.

Mimo regulacji UE jedynie lekki wzrost popularności długookresowych programów motywacyjnych

Jak wynika z tegorocznego badania wciąż zaledwie mniej niż połowa spółek oferuje mechanizmy długoterminowej motywacji kadry zarządzającej, choć w porównaniu do 2012 r. odnotowujemy 3% wzrost zainteresowania motywatorami długookresowymi.

Pod względem wyboru formy długoterminowych programów motywacyjnych polskie spółki zdecydowanie odbiegają od rynków zachodnich. W Polsce wciąż najczęściej stosowaną formą wypłaty w tego typu programach są opcje na akcje, które obecnie stosuje ok. 60% spółek, podczas gdy na świecie najbardziej popularne są akcje za wyniki.

Rok 2013 przyniósł zmianę jeżeli chodzi o formę wypłacanego wynagrodzenia długoterminowego. W kontekście regulacji wprowadzonych przez KNF w 2011 roku, banki zrezygnowały z wynagradzania swoich menedżerów w akcjach spółki matki, przeważnie na rzecz programów fantomowych opartych na akcjach własnych. Przełożyło się to na wzrost popularności fantomów wśród 140 największych spółek notowanych na GPW – w 2013 r. programy fantomowe były już stosowane przez 15% firm (w porównaniu do 2% w 2012 r.).

„Biorąc pod uwagę rosnące zainteresowanie kwestiami Corporate Governace, w zarządzaniu wynagrodzeniami członków zarządu może niepokoić relatywnie niska popularności długoterminowych systemów motywacyjnych. Na rynkach rozwiniętych tego typu mechanizmy stosowane są praktycznie przez wszystkie spółki publiczne. Dobrze skonstruowany plan długoterminowy ogranicza bowiem ryzyka, które rodzi motywacja krótkookresowa – np. ryzyko skoncentrowania się na bieżącym roku kosztem stabilnego rozwoju w długim okresie” – podkreśla Barbara Mierzejewska.

Wykres 4. Częstotliwość stosowania długoterminowych programów motywacyjnych w latach 2012 i 2013 oraz popularność form nagrody. Opracowanie własne PwC

Spółki z dużym udziałem Skarbu Państwa gonią sektor prywatny
Jak wynika z tegorocznego badania, różnica pomiędzy poziomem wynagrodzenia w spółkach z udziałem Skarbu Państwa (powyżej 25% akcjonariatu) a sektorem prywatnym w przypadku spółek z WIG20 praktycznie przestała istnieć, a dla WIG40 zmniejszyła się do 20%.

„Kształtowanie wynagrodzeń kadry zarządzającej na zasadach zbliżonych do rynkowych stwarza korzystne warunki do zatrudniania najlepszych specjalistów z rynku i rozwoju przedsiębiorstw kluczowych z punktu widzenia polskiej gospodarki. Zmniejszenie dysproporcji w płacach pomiędzy spółkami z istotnym udziałem Skarbu Państwa a sektorem prywatnym wynika z jednej strony z coraz większej popularności kontraktów menedżerskich, z drugiej zaś jest efektem zastępowania systemów uznaniowych programami motywacyjnymi opartymi na kryteriach efektywnościowych. Nadal jednak spółki z udziałem Skarbu Państwa podlegają znacznej presji opinii publicznej jeżeli chodzi o wysokość wypłacanych wynagrodzeń” – podkreśla Dominika Jędrzejewska.

Wykres 3. Porównanie zmian przeciętnego wynagrodzenia osób zarządzających spółkami z indeksu WIG20i mWIG40 w latach 2012 i 2013 w kontekście udziału Skarbu Państwa w akcjonariacie spółki. Opracowanie własne PwC
W której branży zarabia się najwięcej?
Najbardziej atrakcyjne wynagrodzenia od kilku lat oferuje branża mediowa, pomimo 16% spadku płac najwyższej kadry zarządzającej w tym sektorze – w tym roku formalnie na 2 miejscu za branżą ubezpieczeniową, reprezentowaną jednak jedynie przez jedną spółkę. W czołówce najlepiej płacących sektorów znalazł się także ponownie sektor bankowy – w tym roku na czwartym miejscu ze względu na awans przemysłu drzewnego (2 spółki na GPW). Uwagę zwraca branża paliwowa, która w roku 2013 odnotowała jeden z wyższych wzrostów wynagrodzeń w stosunku do roku 2012 (ok. 32%). Jest to związane z wypłatą premii w sektorze związaną z poprawą wyników. Największy spadek poziomu wynagrodzeń odnotował w roku 2013 sektor metalowy, w którym płace członków zarządów spadły o ok. 47% w stosunku do roku 2012. Spore spadki wynagrodzeń obserwowaliśmy także w przypadku energetyki i sektora spożywczego.

„Pierwsza dziesiątka najlepiej płacących branż pozostaje bardzo podobna od kilku lat. Wysoki poziom wynagrodzeń w sektorze mediowym wynika w dużej mierze ze znacznego stopnia skomplikowania tego biznesu i jego tempa wzrostu. Z kolei, w przypadku bankowości i ubezpieczeń relatywnie wysoki poziom płac jest uzasadniony wielkością spółki mierzoną kapitalizacją i wartością aktywów” – wyjaśnia Barbara Mierzejewska.

Z badania PwC wynika, że przeciętne wynagrodzenie zagranicznych członków zarządu jest o ok. 45% wyższe niż ich polskich kolegów zasiadających w zarządzie tych samych spółek.

Nie jest to jednak regułą, gdyż zdarza się, że w spółkach o „mieszanych” składach ekspaci zarabiają mniej niż Polacy, ale może to wynikać z pobierania przez nich wynagrodzenia ze spółek matek.

„Należy zauważyć, że wynagrodzenia zagranicznych członków zarządu zawierają często dodatek zagraniczny, a także pakiet świadczeń relokacyjnych, obejmujący np. wynajem mieszkania, przeloty międzynarodowe, koszt edukacji dzieci, co skutkuje przeciętnie 3-krotnie wyższym wynagrodzeniem z tytułu świadczeń dodatkowych niż w przypadku polskich menedżerów” – komentuje Katarzyna Serwińska, dyrektor w zespole Human Resourse Services.

Niskie wpływy z CIT. Rząd chce zmniejszyć możliwość transferowania zysków za granicę

Sejm pracuje nad nowelizacją ustawy o CIT i PIT. Ma ona ukrócić praktyki firm polegające na transferowaniu zysków do rajów podatkowych w celu uniknięcia lub obniżenia podatku. Międzynarodowe korporacje powszechnie stosują ceny transferowe, które pomagają im wykazywać niższe niż faktycznie osiągnięte dochody w kraju o wyższych podatkach. Choć trudno oszacować skalę tego problemu w Polsce, to coraz więcej ekspertów zwraca uwagę na niskie wpływy do budżetu, jakie trafiają z zysków firm.

Najwięcej płacą wielkie firmy przemysłowe, przede wszystkim z obszaru górnictwa. KGHM tradycyjnie zajmuje pierwsze miejsce, dalej jest Orlen, wielkie grupy energetyczne, ale też na piątym miejscu mamy właściciela sieci Biedronka, Jeronimo Martins Polska, czyli największą sieć handlową w Polsce, która odprowadza do Skarbu Państwa bardzo duże środki – komentuje ranking „Pulsu Biznesu” oparty na danych Bisnode Polska Andrzej Arendarski, prezes zarządu Krajowej Izby Gospodarczej.

Od 2007 r. PKB Polski zwiększył się o blisko 20 proc., co w połączeniu z niskim wzrostem wynagrodzeń w ostatnich latach wskazuje na duży wzrost dochodów z kapitału. Mimo to w 2007 r. należny CIT wyniósł 31 mld zł, natomiast w 2012 r. – tylko 28,4 mld zł. Deklarowane koszty uzyskania przychodu w latach 2007–2009 rosły szybciej od przychodów, podobnie w 2012 r. Choć w 2012 r. wpływy z CIT były niższe niż w 2007 r. (po uwzględnieniu inflacji różnica na niekorzyść 2012 r. jest jeszcze większa), to liczba podatników wykazywała stały coroczny wzrost. W efekcie pod koniec 2012 r. formalnie płacących CIT było o 31,5 proc. więcej niż w 2007 r. (wzrost z ok. 288,3 tys. do 379 tys.).

Nominalna stawka podatku dochodowego od zysków przedsiębiorstw wynosi od 2004 r. 19 proc. Efektywna stawka podatku CIT jest niższa i w 2012 r. wyniosła 17,3 proc. Różnica wynika z podstawy opodatkowania, którą obniżają ulgi, preferencje itp. Efektywna stawka obniża się jednak od początku kryzysu w 2008 r. Część ekspertów zwraca uwagę na to, że ustawa o CIT zawiera wiele luk, które pozwalają firmom – także zagranicznym – płacić niższe podatki niż należne.

Myślę, że to jest taka prawda obiegowa, że np. sieci handlowe wykorzystują wszelkie sposoby, żeby nie płacić podatku. Przykład Jeronimo Martins Polska pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie, że jednak te podatki są płacone tutaj – mówi Arendarski agencji Newseria Biznes.

W 2012 r. portugalski właściciel sieci Biedronka zapłacił ponad 295,7 mln zł podatku CIT. Wśród spółek będących pod kontrolą zagranicznych właścicieli, największy podatek zapłacił Bank Pekao – 670,7 mln zł, a po nim BZ WBK – 336,4 mln zł – wynika z danych zebranych przez „Puls Biznesu”. Na liście 10 największych płatników CIT będących częścią międzynarodowych koncernów znalazł się jeszcze jeden przedstawiciel branży handlowej – Rossmann, w gronie 100 – także Castorama Polska i Auchan Polska.

Powszechnie jednak wiadomo, że międzynarodowe koncerny w celu minimalizacji wartości płaconych podatków stosują ceny transferowe. Są to ceny ustalane wewnątrz korporacji, na podstawie których wyceniane są przepływy dóbr i usług, np. między spółką matką a spółką córką, które działają w różnych krajach. Firmy mogą w ten sposób manipulować osiągniętą w rzeczywistości rentownością w danych oddziałach lub spółkach zależnych i transferować zyski ponad granicami państw.

Na rosnącą skalę tego problemu w globalnej gospodarce zwróciła rok temu uwagę Organizacja ds. Rozwoju i Współpracy Gospodarczej (OECD). Według raportu organizacji potrzebne są zmiany w regulacjach dotyczących cen transferowych, opodatkowania wartości niematerialnych i prawnych oraz zapobiegania nadużyciom.

Z drugiej jednak strony, dzięki minimalizacji kosztów (w tym płaconych podatków) globalne firmy mogą oferować swoje produkty i usługi po atrakcyjnych cenach, na czym zyskują miliony konsumentów. Zbyt restrykcyjne regulacje mogą zmniejszyć te korzyści z globalizacji, a także zahamować napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. W przypadku krajów o niskim zasobie własnego kapitału, takich jak Polska, mogłoby to spowolnić wzrost gospodarczy.

To są przecież miejsca pracy i oprócz dochodowego podatku jest jeszcze szereg innych podatków. Więc to są firmy, które mają niepolskich właścicieli, ale funkcjonują tak jak inne polskie firmy – wskazuje Andrzej Arendarski.

Wartość ulokowanych w Polsce bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) w Polsce wyniosła w 2007 r. 442 mld zł, by zwiększyć się do 611,6 mld zł w 2012 r. – wynika z danych NBP. W 2007 r. zagraniczni właściciele wypłacili 52 mld zł zysków z zainwestowanego kapitału w formie BIZ, natomiast 5 lat później – 59,1 mld zł. Choć transfery zysków – w przeciwieństwie do wpływów CIT – wzrosły w latach 2007–2012, to wzrosła równocześnie wartość ulokowanych BIZ. Dlatego trudno na podstawie tych danych ocenić, jak duża jest skala unikania podatków przez zagraniczne firmy w Polsce.

Sądy cywilne i komornicy nie mają uprawnień, by żądać dostępu do danych objętych tajemnicą telekomunikacyjną

CEO Magazyn Polska

Choć polskie prawo zezwala na udostępnianie danych objętych tajemnicą telekomunikacyjną jedynie określonym służbom i tylko w przypadku przestępstw, to po te dane zwracają się często do operatorów telekomunikacyjnych instytucje niepowołane. Najczęściej są to komornicy i sądy cywilne. Udostępnianiu im danych stanowczo sprzeciwia się Urząd Komunikacji Elektronicznej.

– Tajemnica telekomunikacyjna dotycząca tego, kto do kogo i z jakiej lokalizacji wykonywał połączenia, jest prawnie chroniona przez prawo telekomunikacyjne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Może być udostępniana, czyli przestać być chroniona, tylko w enumeratywnie wymienionych w prawie przypadkach.

Przypadki te określone są w Prawie telekomunikacyjnym i kilku innych aktach prawnych, m.in. ustawach kompetencyjnych służb specjalnych czy prokuratury. Według opublikowanego w czerwcu stanowiska prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej w sprawie udostępniania danych objętych tajemnicą telekomunikacyjną, ochrona tej tajemnicy to jedno z podstawowych praw i wolności człowieka, które są chronione Konstytucją RP. W dokumencie zwrócono uwagę na to, że dane objęte tzw. retencją (obowiązek gromadzenia danych przez operatorów) mogą być udostępniane wyłącznie w przypadku poważnych przestępstw. Wątpliwości budzi natomiast możliwość udostępniania przez operatorów takich danych na podstawie przepisów Kodeksu postępowania cywilnego, o co wnosiły m.in. sądy cywilne czy komornicy.

Dane objęte tajemnicą nie mogą być udostępniane nikomu, za wyjątkiem konkretnych przypadków wymienionych w prawie – podkreśla Magdalena Gaj.

Prezes UKE stoi na stanowisku, że sądy cywilne ani komornicy nie mają uprawnień, by żądać dostępu do danych i informacji objętych tajemnicą telekomunikacyjną, a przepisy kodeksu postępowania cywilnego nie są wystarczającą podstawą do ingerowania w prawa i wolności obywatelskie i dane takie nie powinny być przez operatorów na ich podstawie udostępniane.

Co więcej, samo gromadzenie danych przez operatorów nie jest już wymogiem Unii Europejskiej. 8 kwietnia 2014 r. Trybunał Sprawiedliwości UE uznał za nieważną dyrektywę retencyjną z 2006 r. Dyrektywa ta obligowała dostawców usług komunikacji elektronicznej i publicznych sieci łączności do zatrzymywania danych o ruchu oraz lokalizacji. Umożliwienie identyfikacji abonenta miało na celu walkę z poważnymi przestępstwami, a zwłaszcza terroryzmem. Unieważnienie dyrektywy nie unieważnia ustaw w krajach członkowskich (m.in. w Polsce), które zostały uchwalone w ramach dostosowania się do dyrektywy.

Pamiętajmy jednak, że w naszych przepisach mowa jest o przestępstwach i konkretnych służbach, które mają prawo do tych informacji – mówi Gaj. – Skatalogowanie i zapisanie takich spraw w prawie jest o wiele lepsze niż nieposiadanie żadnych regulacji, bo wtedy każdy próbuje robić, co tylko mu przyjdzie do głowy.

Chiny: od taniej produkcji do luksusowej konsumpcji

Bogaci Chińczycy stanowią dużą część klienteli kasyn w Las Vegas oraz luksusowych sklepów w Paryżu czy Londynie. Dzięki dynamicznemu rozwojowi gospodarki miejscowa klasa średnia liczy już nawet 300 mln osób. To sprawia, że zagraniczne firmy coraz rzadziej widzą w Chinach zagłębie produkcyjne, a coraz częściej ogromny rynek konsumencki.

Rynek chiński się zmienia. Chiny już nie są takim tanim zagłębiem produkcyjnym, tylko są miejscem, w którym można skutecznie sprzedawać swoje produkty – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Domagalski, prezes zarządu Magellan Trading Shanghai, firmy z siedzibą w Szanghaju, zajmującej się m.in. importem drewnianych podłóg z Polski i ich sprzedażą w Chinach, a także produkcją akcesoriów łazienkowym w Chinach.

W ostatnich 10 latach zarobki przeciętnego Chińczyka zwiększyły się ponad dwukrotnie. PKB na osobę według parytetu siły nabywczej w dolarach wyniósł w 2003 r. 3 108 dolarów, a w 2013 r. – 7 957 dolarów. Szczególnie szybki wzrost PKB miał miejsce do 2007 r., kiedy osiągał wartości dwucyfrowe. To zaowocowało powstaniem ogromnej klasy średniej, której wielkość szacuje się (w zależności od przyjętych kryteriów) na 150-300 mln osób.

 – To jeden z największych rynków konsumenckich, który w dodatku cały czas rośnie, dlatego że klasa średnia w Chinach też cały czas rośnie. Każdego roku kilkadziesiąt milionów ludzi wchodzi w tę strefę konsumpcyjną. To szansa dla wszystkich firm, również europejskich, żeby tam być i rozwijać się pod  kątem rynku lokalnego  – podkreśla prezes Magellan Trading Shanghai.

Obok imponującego rozwoju ostatnia dekada w Chinach to ogromny wzrost nierówności pod względem dochodów. Poza wąską grupą bardzo zamożnych oraz klasą średnią Kraj Środka to także 1 miliard biednych, z których 150 milionów żyje w skrajnej nędzy, wydając poniżej 1 dolara dziennie – wynika z danych portalu chiny24.com. To pokazuje z jednej strony skalę wyzwań, jakie stoją przed władzami w Pekinie, a z drugiej – wciąż ogromny potencjał, jaki ma ta gospodarka. Szansą na zmniejszenie rozwarstwienia społecznego i bardziej zrównoważony wzrost gospodarczy jest polityka prezydenta ChRL Xi Jinpinga. Zapowiadał on przesunięcie punktu ciężkości z eksportu na wzrost konsumpcji wewnętrznej.

Dynamicznie rośnie rynek dóbr  konsumenckich, a zwłaszcza luksusowych. Domagalski uważa, że silna konkurencja sprawia jednak, że wejście na chiński rynek nie jest już tak łatwe jak kiedyś.

Pojawiają się coraz to nowe usługi, nowe produkty, bardziej zaawansowane, bardziej luksusowe, bo ludzi stać na kupowanie droższych produktów, chociaż jest trudniej niż było. Z drugiej strony zmieniła się kultura biznesu w Chinach administracja lokalna nauczyła się już współpracować z zagranicznymi inwestorami, więc przy tak chłonnym rynku myślę, że szanse są cały czas – ocenia Radosław Domagalski.

Mimo to, ze względu na dużą konkurencję, zagraniczne korporacje coraz częściej przenoszą produkcję do sąsiednich krajów Azji Wschodniej.

Pozostałe kraje Dalekiego Wschodu, również Wietnam, Tajlandia, Indonezja, są bardzo ciekawym obszarem. Tam zachodzą dokładnie te same zjawiska i kraje takie jak Wietnam są mniej więcej w takiej sytuacji, w której Chiny były 10 lat temu, czyli można jeszcze tanio wejść na te rynki. Nam się to udało i myślę, że innym przedsiębiorcom też się uda, jeżeli racjonalnie przeanalizują ryzyko – uważa Radosław Domagalski.

Szacowanie ryzyka działalności gospodarczej w Chinach jest trudne, jeśli nie ma się doświadczenia lub fachowego doradztwa. Chińscy przedsiębiorcy skarżą się na wysoką niepewność, której źródłem są niejasne i słabo egzekwowane prawa oraz arbitralne decyzje urzędników dotyczące podatków. To sprawia, że plagą Państwa Środka jest wszechobecna korupcja, dzięki której firmy „zarządzają ryzykiem” i gwarantują sobie kontrakty. Ponadto Chiny są bardzo niejednorodnym obszarem pod względem gospodarczym. Szybki rozwój powiększył kontrast między ubogimi, wewnętrznymi prowincjami i admorskimi regionami, gdzie koncentruje się produkcja i handel.

To jest ogromny geograficznie region, bardzo zróżnicowany wewnętrznie, jeżeli chodzi o preferencje klientów, nawet o nastawienie urzędników lokalnych. Nie należy porywać się na całe Chiny, tylko trzeba wybrać sobie region, który sprzyja inwestycjom, jest rozwinięty, jeżeli chodzi o dystrybucję, jest pozytywnie nastawiony do inwestycji zagranicznych, a potem małymi kroczkami rozwijać tę działalność – wymienia prezes zarządu Magellan Trading Shanghai.

Biorąc pod uwagę te kryteria jako najmniej ryzykowne postrzegane są regiony nadmorskie. Dzięki prognozowanemu dalszemu napływowi ludności z obszarów wiejskich, nie powinny one mocno odczuć negatywnych skutków starzenia się społeczeństwa. Część z wysoko rozwiniętych obszarów może być relatywnie ryzykowna, ze względu na bańkę na rynku nieruchomości. Jej pęknięcie może mieć podobne następstwa, co załamanie w USA, Irlandii czy Hiszpanii. Na razie jednak wzrost cen nieruchomości, napędzany łatwo dostępnym kredytem, zwiększa majątki zamożnych Chińczyków.

Światowy lider w produkcji opakowań szklanych zlokalizuje dużą inwestycję w Polsce

CEO Magazyn Polska

Światowy lider na rynku opakowań szklanych – firma Owens-Illinois – wybrał Polskę na miejsce kolejnej inwestycji: obok dwóch zakładów produkcyjnych i centrum serwisowego maszyn otwiera centrum usług wspólnych, które będzie obsługiwać cały rynek europejski. To perspektywiczny dla producenta rynek. Sprzyja temu m.in. rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństw. W Polsce na razie szkło stanowi nieco ponad 13 proc. rynku opakowań, ale jego popularność rośnie.

Polska jest dla nas ważnym rynkiem, z perspektywy Europy stanowi 5-10 procent wartości produkcji w skali całego kontynentu. Ważniejsze są jednak możliwości rozwoju rynku. Widzimy duże szanse wzrostu gospodarczego w Polsce, a także w całej Europie Wschodniej i Północnej – mówi agencji Newseria Biznes Erik Bouts, prezes O-I Europe.

Według Polskiej Izby Opakowań na razie opakowania szklane stanowią nieco ponad 13 proc. rynku, ale ich popularność rośnie. Polska jest atrakcyjna również dla branży przemysłu szklarskiego ze względu m.in. na dobrej jakości surowce. Firma O-I zdecydowała również o przeniesieniu innych działalności do kraju.

Polska jest dla nas nie tylko rynkiem zbytu, lecz także jest centrum wielu naszych aktywności biznesowych. Posiadamy tu centrum usług wspólnych, centrum serwisowe maszyn, ale jest to także siedziba na kraje Europy północno-wschodniej. Pracujący tu ludzie są odpowiedzialni za rozwój w całym regionie, nie tylko na rynku polskim, lecz także w krajach na północ i na wschód od Polski. Mamy duże ambicje związane z tym regionem i wiarę, że będzie on się szybko rozwijać – podkreśla Erik Bouts.

Polska jest bardzo dynamicznym rynkiem i szukamy różnych możliwości rozwoju i inwestycji – zapowiada Viivika Remmel, dyrektor zarządzająca O-I na kraje Europy Północnej i Wschodniej.

O-I posiada w Polsce dwie huty – w Jarosławiu i Antoninku (część Poznania). Łącznie zatrudnia w Polsce ponad 800 osób. Do tego dołączy grono 50 pracowników, którzy znajdą zatrudnienie w nowo otwartym w Poznaniu centrum usług wspólnych (BSC). Główny zadaniem centrum będzie zarządzanie scentralizowanymi usługami administracyjnymi dla Europy, w tym rozliczanie należności i płatności, zarządzanie danymi, a także raportowanie.

Poznań jest miastem dynamicznie się rozwijającym pod względem zasobów kadrowych i infrastruktury. Poza tym jeden z naszych zakładów produkcyjnych znajduje się w Antoninku, kilka kilometrów od Jeziora Maltańskiego, gdzie znajduje się nasze nowe centrum usług wspólnych – wyjaśnia Viivika Remmel.

W Europie O-I ma 35 zakładów produkcyjnych w 11 różnych krajach, m.in. w Hiszpanii, Portugalii i na Węgrzech. Jak wynika z raportu Transparency Market Research, Europa to drugi po Azji i Pacyfiku rynek opakowań szklanych. Roczne zapotrzebowanie wyniosło w 2012 roku ponad 13 mln ton, podczas gdy na całym świecie przekroczyło 45 mln. Sprzyja temu rosnąca świadomość ekologiczna społeczeństw.

Jak podkreśla prezes O-I Europe, w porównaniu ze Stanami Zjednoczonymi Europa jest nie tylko większym, lecz także bardziej różnorodnym rynkiem – opakowania szklane są stosowane w każdym segmencie przemysłu spożywczego i napojów.

Mamy do czynienia z opakowaniami dla wytwórców wina, piwa, napojów bezalkoholowych, jedzenia i napojów wysokoprocentowych. W Europie szkło jest preferowanym materiałem opakowania, a świadomość zrównoważonego rozwoju i świadomość zdrowotna są na bardzo wysokim poziomie wśród europejskich konsumentów. Szkło bardzo dobrze wpisuje się w ten trend, jako zdrowy materiał opakowań – wymienia Bouts.

Dlatego O-I na inwestycje w europejskie zakłady już drugi rok z rzędu przeznacza 140 mln euro. Zostaną one przeznaczone m.in. na modernizację pieców, nowe technologie z nimi związane, a także unowocześnianie maszyn i zakup sprzętu.

Chcemy zwiększyć nasze możliwości produkcyjne i zaoferować je naszym klientom. Po drugie, chcemy zwiększyć elastyczność naszej produkcji. Ze względu na różnorodność naszych klientów musimy łatwo przestawiać się z produkcji jednego opakowania na drugie – wyjaśnia Erik Bouts. – Innowacje są bardzo ważne dla naszego sukcesu w Europie, dlatego wiele naszych inwestycji ma służyć szybkiemu wdrażaniu ich na rynek.

Jak podkreśla, O-I w każdym roku wprowadza na rynek światowy ponad 600 nowych produktów.

Instytucje finansowe walczą o odzyskanie zaufania klientów, prowadząc działalność odpowiedzialną społecznie

CEO Magazyn Polska

Instytucje finansowe coraz aktywniej podchodzą do społecznej odpowiedzialności biznesu (CSR). Są wśród nich zarówno duże, międzynarodowe banki, jak i mniejsze banki spółdzielcze czy kasy oszczędnościowo-kredytowe. Choć skala i zakres działalności CSR różnią się w zależności od wielkości danej instytucji, to większości z nich przyświeca jeden główny cel, jakim jest odbudowanie zaufania klientów.

Wiarygodność w biznesie jest podstawą, a w przypadku instytucji finansowych jest jeszcze ważniejsza, ponieważ pieniądz opiera się na wierze. Instytucje finansowe, szczególnie po kryzysie finansowym i spadku poparcia, próbują odbudować swoją pozycję. Banki spółdzielcze i SKOK-i także bardzo intensywnie, mimo kryzysu finansowego, zaangażowały się w przestrzeń publiczną – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego, który opublikował raport „Dobre partnerstwo – teoria a praktyka: jak instytucje finansowe budują partnerstwo na korzyść lokalnych społeczności”.

Zgodnie z badaniem firmy EY, przeprowadzonym w okresie od lipca do października ubiegłego roku, 14 proc. Polaków zadeklarowało, że ufa bankom bardziej niż rok wcześniej. Zaufanie zmalało jednak w przypadku 26 proc. ankietowanych. Co trzeci Polak deklaruje, że umiarkowanie ufa instytucjom finansowym. To i tak lepszy wynik niż w kilku unijnych krajach.

Jak podkreśla Roszkowski, społeczna odpowiedzialność biznesu (CSR) w Polsce dopiero się rozwija. Rodzaj i skala podejmowanych przez instytucje działań w dużej mierze zależy od ich wielkości. Duże banki przede wszystkim angażują się w globalne projekty – w lokalnych społecznościach działają przede wszystkim fundacje czy stowarzyszenia wspierane przez banki. Spółdzielcze instytucje finansowe – banki spółdzielcze i SKOK-i – są szczególnie aktywne na polu społecznej odpowiedzialności biznesu w wymiarze lokalnym, wspierają przedsięwzięcia kulturalno-sportowe czy edukację młodzieży.

Im bliżej lokalnej społeczności, tym oddziaływanie CSR na lokalne społeczności jest silniejsze i skuteczniejsze – zauważa Roszkowski. – To są czasem proste rzeczy, jak bankomat w małej miejscowości, który nie opłaca się lokalnemu bankowi spółdzielczemu albo SKOK-owi, ale istnieje, ponieważ lokalna społeczność tego potrzebuje. Tak samo niektóre oddziały, które w mniejszych społecznościach też ekonomicznie się nie opłacają, a mimo to są utrzymywane – podkreśla.

Eksperci Instytutu Jagiellońskiego uważają, że prospołeczny wizerunek marki budowany dzięki konsekwentnym działaniom może wpłynąć na preferencje klientów oraz na ich satysfakcję. Z cytowanego przez IJ raportu  „Barometr CSR 2013” wynika, że trzy czwarte respondentów wolałoby kupić produkty firmy, która działa w obszarze CSR. Dość powszechne jest przekonanie, że oferowane przez takie przedsiębiorstwa produkty i usługi są lepszej jakości niż pozostałych firm. 70 proc. badanych zadeklarowało nawet większą lojalność wobec takich instytucji.

Aktywność w lokalnych społecznościach z punktu widzenia instytucji jest ważna – wpływa na wizerunek firmy, buduje zaufanie, a co za tym idzie – przekłada się także na wyższą sprzedaż. Zyskuje także lokalna społeczność. Relacje z lokalnymi społecznościami przekładają się również na sposób zarządzania bankami.

Zarówno SKOK-i, jak i banki spółdzielcze mają wyższe poziomy pokrycia kapitału niż duże banki, które lewarują, czyli inwestują środki przekraczające własne zasoby. Ryzykowność tych działań podejmowanych przez SKOK-i i banki spółdzielcze jako ryzykowność biznesowa też jest dużo niższa – podkreśla Marcin Roszkowski. 

Dwie trzecie francuskich firm w Polsce chce zwiększyć inwestycje

Francuskie firmy ulokowały już w Polsce ponad 100 mld zł w postaci inwestycji bezpośrednich. 87 proc. z nich jest zadowolona z efektów działalności na polskim rynku, a jeszcze więcej bo 97 proc. poleciłoby Polskę jako lokalizację do rozwoju biznesu. Choć francuscy przedsiębiorcy dostrzegają bariery w postaci przerośniętej biurokracji i niestabilnego prawa, to blisko dwie trzecie z nich planuje zwiększyć swoje zaangażowanie nad Wisłą – wynika z raportu „20 lat francuskich inwestycji w Polsce”.

Stosunki gospodarcze między Polską i Francją były bardzo silne nie tylko w latach 90., kiedy wiele dużych francuskich firm pojawiało się w Polsce, ale one po raz drugi przyspieszyły po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Mamy 20-30-proc. wzrost liczby firm po 2006 r., czyli nawet okres kryzysu gospodarczego na świecie nie spowolnił tego trendu zwiększania francuskich inwestycji w Polsce. Łącznie to jest już około 100 mld zł – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Witucki, prezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce i przewodniczący rady nadzorczej Orange Polska.

Według danych NBP Francja zajmuje trzecie miejsce pod względem ulokowanych inwestycji bezpośrednich (BIZ) w Polsce. W 2012 r. ich wartość wyniosła 89,7 mld zł. Te dane nie uwzględniają jednak inwestycji francuskich spółek poprzez spółki działające w Holandii czy Luksemburgu, gdzie istnieją korzystne regulacje podatkowe. Doliczenie tych pośrednich inwestycji francuskich firm zwiększa wartość ulokowanych BIZ w Polsce do 103 mld zł – wynika z raportu „20 lat francuskich inwestycji w Polsce”, opracowanego przez KPMG i Francuską Izbę Przemysłowo-Handlową w Polsce.

Obecnie na terenie Polski działa blisko 1400 firm z francuskim kapitałem, które zatrudniają około 200 tys. osób. Niemal dwie trzecie wartości wszystkich francuskich inwestycji skupia się w trzech branżach: przetwórstwie przemysłowym – 28,4 mld zł (32 proc. ogólnej wartości), handlu hurtowym i detalicznym oraz naprawie pojazdów – 15,1 mld zł (17 proc.), a także w branży związanej z informacją i komunikacją – 11,5 mld zł (13 proc.). Istotne są także branże związane z obsługą rynku nieruchomości, działalnością profesjonalną, naukową i techniczną oraz finanse i ubezpieczenia – łącznie skupiają około 25 proc. wartości francuskich BIZ w Polsce. Mimo ponad 100 mld zł zainwestowanego kapitału francuskie firmy nie inwestują zbyt wiele w badania i rozwój.

Badania i rozwój są w ogóle słabością polskiej gospodarki. Wydajemy na ten cel zbyt mało, a wiele z wydawanych pieniędzy to są środki publiczne, które pozostają w uczelniach akademickich, a nie środki z biznesu. Nie inaczej jest niestety w przypadku firm francuskich. Kiedy pytamy o intencje przedsiębiorców francuskich, którzy w większości chcą reinwestować w Polsce, o badaniach i rozwoju mówi ok. 2 proc. pytanych – mówi Maciej Witucki.

Niski wkład francuskich firm w wydatki na B+R po części wynika z faktu, że statystyki nie klasyfikują wszystkich innowacji, jakie polscy pracownicy tworzą wewnątrz francuskich firm.

Doskonałym przykładem jest jeden z inżynierów firmy Alstom w Polsce, który doprowadził do 20-30-proc. wzrostu efektywności procesu produkcji łopat do turbin. Nie sądzę, żeby to było zapisane w inwestycjach badań i rozwoju, a pomogło przecież całemu koncernowi – uważa prezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce.

Wzrost zaawansowania technologicznego u konkurencji oraz nasycenia rynków w polskiej gospodarce prędzej czy później będzie wymagał wzrostu nakładów na B+R u francuskich firm. Według Wituckiego pierwszym silnym impulsem mogą być zamówienia publiczne, zwłaszcza kontrakty w zbrojeniówce oraz budowa elektrowni atomowej.

Wzrost wydatków na innowacyjność ze strony francuskich firm w Polsce jest tym bardziej prawdopodobny, że aż 64 proc. z nich planuje zwiększyć skalę dotychczasowych inwestycji. Jak wynika z badań KPMG i Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce, 26 proc. francuskich przedsiębiorców zamierza otworzyć nowy oddział lub biuro, a 12 proc. – nowy zakład produkcyjny. Chęci rozwoju nad Wisłą sprzyjają przede wszystkim stabilna i rosnąca gospodarka oraz ambitni i dobrze wykształceni pracownicy. To sprawia, że francuskie firmy bardzo dobrze oceniają Polskę jako miejsce do inwestowania, mimo pewnych barier, jakie tworzy ciągle niedorozwinięta infrastruktura oraz mało efektywny sektor publiczny.

– 97 proc. ankietowanych przedsiębiorców powiedziało, że poleciłoby Polskę jako miejsce inwestycji dla innych firm francuskich. Ta dynamika jest bardzo pozytywna. Wśród pytanych znowu tylko 3 proc. stwierdziło, że chciałoby zmniejszyć swój poziom zaangażowania. Nikt nie powiedział o tym, że chciałby wyjść z Polski – wskazuje Maciej Witucki.

Duży potencjał we wzajemnej współpracy gospodarczej wynika także z faktu, że wśród inwestorów niewiele jest małych i średnich przedsiębiorstw. Dla części z nich bariery i ryzyko inwestycyjne mogą być wciąż zbyt duże, choć zdaniem Wituckiego niekiedy inicjatywę hamują głównie stereotypy.

Jeszcze jest zbyt duża obawa po obydwu stronach, z jednej Francuzów, którzy boją się wiecznej zmarzliny, z drugiej Polaków, którzy boją się, że będą żywieni tylko ostrygami po francuskiej stronie. Te stereotypy musimy przełamywać po to, żeby wymiana gospodarcza była jeszcze większa, żeby Polacy nie bali się jeździć do Francji, a małe i średnie firmy francuskie chciały się częściej pojawiać nad Wisłą – twierdzi prezes Francuskiej Izby Przemysłowo-Handlowej w Polsce.

Sprzedaż chemii budowlanej w górę. Wzrosty sięgają kilkudziesięciu procent

CEO Magazyn Polska

Rynek materiałów budowlanych w Polsce w I połowie roku rósł bardzo dynamicznie. Tylko w Polskich Składach Budowlanych sprzedaż po pierwszych pięciu miesiącach roku była o jedną czwartą wyższa niż przed rokiem. Producent chemii budowlanej firma Selena FM zanotowała w Polsce największe wzrosty spośród 70 różnych rynków, na których jest obecna. Inne perspektywiczne dla spółki rynki to m.in. Turcja, Rumunia i Brazylia, choć przedstawiciele firmy deklarują, że teraz koncentruje się ona głównie na rynku na europejskim.

Dobra kondycja polskiej branży chemicznej to efekt m.in. uporządkowania struktury własnościowej, które dokonało się w ostatniej dekadzie.

Na polskim rynku chemicznym w ciągu ostatnich 10 lat uporządkowano strukturę własnościową, dzięki czemu obecnie zarządy praktycznie wszystkich spółek dość intensywnie pracują nad realizacją różnego rodzaju strategii rozwojowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Domarecki, przewodniczący rady nadzorczej Selena FM SA.

Szansą dla polskich producentów są też odbiorcy za granicą. W ubiegłym roku wartość wyeksportowanych wyrobów przemysłu chemicznego wzrosła o 8,2 proc. – do ponad 21,7 mld zł euro. Dobrze na zagranicznych rynkach radzą sobie zarówno producenci chemii budowlanej, jak i nawozów rolniczych.

Zdaniem przedstawiciela Seleny zarówno obecną kondycję branży, jak i perspektywy rozwoju można ocenić pozytywnie.

W tym roku największe wzrosty obserwujemy na rynku polskim. Polski rynek materiałów budowlanych pięknie odżył. Jest to częściowo zasługa łagodnej zimy, ale również mimo wszystko tego, że jest coraz więcej nowych inwestycji budowlanych i tutaj widzimy szansę na umocnienie naszej pozycji – mówi Krzysztof Domarecki.

Na rynku polskim spółka realizuje ok. 30 proc. sprzedaży. Reszta trafia na zagraniczne rynki – firma jest już obecna w 70 krajach.

Oprócz Polski bardzo dobry rozwój mamy w Turcji, również w krajach Azji Centralnej, które nie zostały dotknięte takim kryzysem ekonomicznym, jak Rosja czy Ukraina. Przed chwilą wróciłem z Brazylii i cieszę się, bo jest to rynek, który dostarcza nam co roku dwucyfrowych wzrostów, w tym roku też tak będzie – zapewnia Krzysztof Domarecki.

Selena FM zamierza w najbliższym czasie koncentrować się raczej na rynkach europejskich. Najbardziej perspektywiczne kraje na Starym Kontynencie to Czechy, Rumunia i Turcja. Wyraźne odbicie widać też w Hiszpanii, która odpowiada za 10 proc. sprzedaży spółki na zagranicznych rynkach.

Domarecki podkreśla, że na razie spółka nie ma planów wejścia na nowe rynki ani też nie planuje przejęć.

Koncentrujemy się na spółkach, w których dotychczas działaliśmy, działamy i chcemy rozwijać. Liczymy na to, że w tym roku będziemy mieli wzrost pomiędzy 6 a 8 proc. – zapowiada przewodniczący rady nadzorczej Seleny.

W Polsce działalność firmy Selena koncentruje się na kanale tradycyjnym, a więc składach i hurtowniach materiałów budowlanych. Firma jest też obecna w sieciach handlowych. Te ostatnie w większości krajów poza Europą Zachodnią mają ponad 10–15 procent udziałów w lokalnych rynkach dystrybucji materiałów budowlanych.

Polskie kempingi najtańsze w Europie. Co roku korzysta z nich 800 tys. zagranicznych turystów

CEO Magazyn Polska

Nawet 800 tysięcy turystów zagranicznych rocznie korzysta z polskich kempingów. Ich popularność rośnie nie tylko dzięki najniższym w Europie cenom. Turystów głównie z Niemiec i Holandii zachęca także coraz wyższy standard polskich kempingów, które często oferują warunki na poziomie czterogwiazdkowego hotelu.

Już po raz drugi z rzędu badania Eurostatu wykazały, że w Polsce są najtańsze kempingi w całej Europie, a przy tym ich standard jest wysoki. Polskie kempingi odwiedza od 600 do 800 tys. turystów zagranicznych. Co roku liczba turystów minimalnie wzrasta i to nas cieszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Szeftel, prezes Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu.

Jak podkreśla Szeftel, koszt pobytu statystycznej załogi, czyli grupy dwóch dorosłych osób, dziecka i samochodu z przyczepą lub motokarawanu wraz z przyłączem do prądu, na kempingu w naszym kraju kosztuje średnio 15-17 euro za dobę. W Europie Zachodniej taki sam pobyt będzie kosztował od 23 do nawet 35 euro za dobę.

Choć cena pobytu na kempingu zależy przede wszystkim od jego popularności i lokalizacji, a nie bezpośrednio od standardu, to w Polsce poprawia się także ich jakość. Szeftel podkreśla, że standard polskich kempingów nie odbiega już od Europy Zachodniej. Ponad 60 proc. wszystkich kempingów zrzeszonych w Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu spełnia wszystkie europejskie wymogi sanitarne, a ich standard czasem przekracza poziom hoteli czterogwiazdkowych.

Zdecydowana większość turystów krajowych i zagranicznych korzysta właśnie z tych kempingów, które mają oznakowanie, mają określoną kategorię. Dla przykładu powiem, że kemping w Warszawie został uznany przez sieć kontrolerów międzynarodowych za jeden z najlepszych kempingów umieszczonych w stolicy Europy – mówi Szeftel.

Polska Federacja Campingu i Caravaningu promuje najlepsze kempingi m.in. poprzez konkurs Mister Camping. Konkurs jest organizowany od 48 lat i podzielony na cztery kategorie wielkości. PFCC bierze pod uwagę zagospodarowanie terenu, czystość kempingu, ofertę i program dla turystów oraz opinie odwiedzających. W ubiegłym roku tytuł Mister Camping 2013 otrzymało łącznie 20 kempingów. Wśród nagrodzonych znalazły się m.in. aż trzy obiekty w Łebie oraz dwa w Dziwnówku.

Szeftel podkreśla, że co roku wśród nagrodzonych i wyróżnionych kempingów znajduje się nawet jedna trzecia wszystkich obiektów w kraju. W Polsce łącznie działa 250 kempingów. Federacja proponuje turystom także trasy łączące najlepsze miejsca.

Kempingom dzisiaj w dobie konkurencji zależy bardzo na tym, żeby przyciągnąć turystę. Jak turysta będzie zadowolony, to w następnym roku nie tylko on przyjedzie, ale sprowadzi również znajomych i sąsiadów – podkreśla Szeftel.

W ubiegłym roku na polskie kempingi przyjechali turyści z 38 państw. Ponad 30 proc. z nich stanowili Niemcy i Holendrzy, ale coraz więcej jest też Rosjan. Polacy z kolei najczęściej jeżdżą do krajów Beneluksu i Niemiec, a także do Hiszpanii. Mocno rozwinięta sieć kempingów jest też w basenie Morza Śródziemnego – przede wszystkim w południowej Francji, Włoszech i Chorwacji.

Polacy nie segregują odpadów z tworzyw sztucznych. Wiele z nich ląduje w jeziorach i rzekach

CEO Magazyn Polska

Polskie gospodarstwa domowe wytwarzają rocznie 1,5 mln ton odpadów tworzyw sztucznych. Według danych Fundacji PlasticsEurope Polska 60 proc. z nich nie jest poddawanych ponownemu przetworzeniu. Trafia przede wszystkim na wysypiska śmieci, ale też, niestety, do jezior i rzek.
 
Około 900 tys. ton śmieci jest bezpowrotnie traconych. Reszta jest odzyskiwana, czy to w recyklingu – 24 proc., czy przez odzysk energii – około 17 proc. Na tle Unii Europejskiej te wyniki nie są najlepsze. Unia Europejska składuje tylko ok. 30 proc., dużo więcej odzyskuje w procesie odzysku energii – 37 proc. i w recyklingu 26 proc. – mówi Kazimierz Borkowski, dyrektor zarządzający Fundacji PlasticsEurope Polska.

Plastikowa butelka rozkłada się ok. 500 lat, foliowa torba – ok. 300 lat, a aluminiowa puszka – od 200 do 400 lat. Na świecie produkuje się jednak coraz więcej opakowań z tworzyw sztucznych. Od 1988 r. do 2010 r. światowa produkcja wzrosła o 170 mln ton.

 
Szczególnie narażone na tego typu odpady jest środowisko wodne. Cierpią również przez to mieszkające w akwenach zwierzęta. Według ONZ co roku z powodu śmieci ginie ok. 1 mln morskich zwierząt. W ubiegłym roku Komisja Europejska stwierdziła, że gromadzące się w wodach i na lądzie odpady tworzyw sztucznych to największy ekologiczny problem mieszkańców Ziemi, który należy jak najszybciej rozwiązać.

W Polsce edukacja na temat segregowania odpadów tworzyw sztucznych do ponownego użytku i niezaśmiecania wód jest wciąż niska.

Od 25 lat jakość wody w Polsce się poprawia. Jest bardzo dużo inwestycji w oczyszczalnie ścieków. Na przykład Warszawa od 1,5 roku ma nową oczyszczalnię ścieków, dzięki której to, co powstaje w Warszawie, nie spływa do rzeki. Problemem są jednak opakowania z tworzyw sztucznych. Jeżeli turyści czy spacerowicze spędzają czas nad rzeką, to ważne jest, żeby nie zostawiali śmieci na brzegu, bo prędzej czy później spłyną one do rzeki – mówi Kazimierz Borkowski.

Fundacja PlasticsEurope Polska w tym roku po raz czwarty zorganizowała akcję „Recykling Rejs – odzyskuj tworzywa sztuczne” z podróżnikiem Dominikiem Dobrowolskim. Od 27 czerwca do 12 lipca grupa osób pokonuje kajakiem trasę, która liczy 1000 km. Spływ rozpoczął się na Wiśle, a zakończy w jeziorze Beetzsee za Berlinem. Podczas spływu na poszczególnych postojach organizowane są wykłady, które mają na celu edukację na temat odzysku i recyklingu tworzyw sztucznych.

Wakacyjna praca szansą na stałe zatrudnienie

Posiadając wykształcenie i znając języki obce, bez problemu możemy znaleźć zatrudnienie. Obecny rynek pracy jest otwarty na młodych ludzi, a wakacje są czasem, który powinniśmy wykorzystać na rozwój kariery zawodowej.

Wiele firm w okresie wakacji oferuje praktyki czy staże. „Przykładem takiego rynku są sektory SSC i BPO, czyli centra usług wspólnych i usługi dla biznesu, które skupiają różne procesy międzynarodowe” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Nosek z Antal International. Dla wielu młodych ludzi jest to szansa na rozpoczęcie swojej kariery w międzynarodowej organizacji. Zdarza się, że najtrwalsze, okazują się rozwiązania tymczasowe. Warto więc dobrze przygotować się do pracy wakacyjnej. A zdaniem Krzysztofa Inglota, rzecznika prasowego agencji Work Service „[…] Jeśli pokażemy się z dobrej strony, wakacyjną pracę możemy dostać już na stałe”.

Znajomość języka angielskiego, nie robi już na pracodawcach w Polsce większego wrażenia. „Język angielski jest jak dowód – każdy powinien go mieć” – uważa Małgorzata Nosek i dodaje „[…] dodatkowy język jest naszym paszportem, który otwiera możliwości do rozpoczęcia nowej pracy”.

Wakacje są jednak okresem, w którym przede wszystkim możemy liczyć na znalezienie pracy typowo dorywczej. Obecnie jest dużo ofert pracy na zastępstwo. „Pracodawcy szukają kogoś, kto przez 2-3 tygodnie wypełni obowiązki osoby nieobecnej” – uważa Krzysztof Inglot.

Oprócz typowych zajęć takich jak pomoc w restauracji, reklama produktów i instytucji, praca w hotelu czy sprzedawanie miejscowych pamiątek, na szczególną uwagę zasługuje praca jako skiper, czyli dowódca jachtu. „[…] Jest to dochodowe zajęcie dla osób, które posiadają odpowiednie uprawnienia” – twierdzi Krzysztof Inglot. Skiperzy z doświadczeniem, na największe zarobki, mogą jednak liczyć za granicą. „Tygodniowe wynagrodzenie skipera morskiego w Chorwacji, jest na poziomie 700-1500 euro” – dodaje Krzystof Inglot.

Szukając zatrudnienia, można korzystać z usług agencji pośrednictwa pracy. „Taka firma, niezależnie od stanu finansowego pracodawcy, gwarantuje nam wynagrodzenie” – uważa Krzysztof Inglot. Pracę należy wykonywać tylko w oparciu o umowę i to taką podpisaną przed, a nie w trakcie, czy po wykonaniu usługi. „[…] Należy sprawdzić wynagrodzenie i zakres obowiązków, jak również regulamin i ewentualne kary – apeluje Krzysztof Inglot. Trzymając się tych zasad, unikniemy niemiłych niespodzianek.

Sezon wakacyjnych rekomendacji

Zadowolony klient to prawdziwa reklama. Analogicznie, ten którego oczekiwań nie spełnił nasz produkt czy usługa, staje się naprawdę dużym zagrożeniem dla reputacji. Szczególnie w czasach, gdy internet pozwala szybko i łatwo dzielić się opiniami. Doskonałym tego przykładem jest branża turystyczna.

Sezon wakacyjno- urlopowy w pełni. Turyści planują, kupują, ale najpierw… czytają. Internet to medium, które swobodnie można określić mianem przełomowego właśnie dla branży turystycznej. Nie chodzi tu tylko o dominację internetu w procesie samego zakupu usługi turystycznej, chociaż rzeczywiście ma on w tym zakresie znaczenie niebagatelne. Bez wychodzenia z domu, siedząc przed komputerem możemy bowiem wykupić wycieczkę do najbardziej odległego zakątka świata. To także internet daje nam sporą szansę na znalezienie oferty szczególnie atrakcyjnej, a więc last minute: okazja, decyzja, przelew, walizki i wylot z najbliższego lotniska za kilka, kilkanaście godzin. Także tym, którzy z wyjazdów zorganizowanych korzystać nie lubią, internet daje szansę wyszukania, rezerwacji i zakupu poszczególnych elementów samodzielnie zaplanowanej wyprawy. Jest kilka czynników, którym przypisać można rolę kluczową w decyzji o zakupie tej, a nie innej usługi turystycznej. Wśród nich znajduje się oczywiście cena, ogromne znaczenie odgrywa też jednak właśnie reputacja, jaką dane biuro turystyczne, hotel czy linie lotnicze mają w sieci.

Z punktu widzenia na przykład właścicieli obiektu noclegowego, śledzenie opinii w sieci i reagowanie na nie jest jednym z kluczy do sukcesu. Zapewne niewiele osób chętnie wybierze się do hotelu, który w internecie ma opinię miejsca brudnego, głośnego czy z nieuprzejmą obsługą. Relacje dotyczące pobytów i wrażeń względem właściwie każdego znaczącego dziś obiektu, można znaleźć na przykład na forach, blogach czy w wyspecjalizowanych w tym zakresie serwisach turystycznych. Szansą dla miejsc noclegowych jest też obecność w social media, wymaga ona jednak profesjonalnego prowadzenia i monitoringu. Obserwacja tego co może nie odpowiadać gościom w realizowanej przez nas usłudze, pozwala projektować i wdrażać ulepszenia, zwraca uwagę na kwestie, które najłatwiej dostrzegalne są właśnie z punktu widzenia klienta. Serwisy społecznościowe mogą ponadto znacząco wpłynąć na motywację i zaangażowanie samych pracowników naszego obiektu. Ryzyko pojawienia się w sieci negatywnych opinii ze wskazaniem na konkretnego pracownika, rodzi bowiem konieczność większego zaangażowania w obsługę klienta, staranność w przypadku ewentualnych skarg i reklamacji, a przede wszystkim przeciwdziałanie im.

Spójna strategia marketingowa w zakresie obecności w internecie, to w wypadku podmiotów z branży turystycznej konieczność – mówi Katarzyna Kołodziejczyk, Key Account Manager GRUPA 365 NET – Narzędzia reklamy i promocji dostępne w sieci pozwalają skutecznie i w ramach optymalnego budżetu dotrzeć do właściwych osób, co w wypadku turystyki jest szczególnie trudne, ale też niezwyle istotne – dodaje.

Polacy wydają ponad 100 mld zł rocznie na ochronę zdrowia

W 2012 roku na ochronę zdrowia wydaliśmy 107,8 mld zł. Z tego 74,5 mld zł stanowiły wydatki publiczne, a 24,5 mld zł bezpośrednie wydatki gospodarstw domowych w sektorze prywatnym. Wydatki na ochronę zdrowia stanowią ponad 6,5% PKB.

Pieniędzy na ten cel wydajemy dużo, ale nie najwięcej. Wydatki te stanowią nieco ponad 6,5% PKB. W Portugalii jest to prawie 10%, a w Niemczech – 11,3%. Spośród 34 krajów monitorowanych przez OECD tylko Estonia i Meksyk mają mniejszy udział wydatków na ochronę zdrowia niż Polska, bo niecałe 6% PKB.

Polacy coraz częściej korzystają z prywatnych klinik i usług medycznych. W 2012 roku gospodarstwa domowe bezpośrednio wydały na ten cel 24,5 mld zł – przeciętnie 1900 zł na jedno gospodarstwo domowe. Koszty prywatne wzrosły o 2,5 mld zł od 2010 roku – 185 zł w przeliczeniu na rodzinę.

Działalność szpitalna kosztuje nas ok. 24 mld zł. Koszty te stanowią 34% wydatków bieżących. Świadczenia ambulatoryjne pochłaniają ok. 20 mld zł. Co roku w Polsce hospitalizowanych jest ok. 6,5 mln osób. Z tego 3,5 mln stanowią kobiety. Ok. 16% pacjentów trafia do szpitali w związku z chorobami układu krążeniowo-oddechowego. Osoby, które doznały urazów i zatruć, stanowią mniej niż 10% hospitalizowanych pacjentów.

Coraz więcej ludzi ubezpiecza się prywatnie

– Państwowa służba zdrowia finansowana jest ze składek na ubezpieczenie społeczne oraz z budżetu państwa. Z różnych przyczyn ten sposób finansowania jest niewystarczający, by pokryć koszty usług oczekiwanych przez pacjentów. Między innymi Stąd bierze się wzrost zainteresowania prywatnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi, które stanowią popularne świadczenie socjalne oferowane przez pracodawców. Niemniej, to nie rozwiązuje problemu – stwierdza Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Polski sektor medyczny – pomimo ogromu wydatków – wciąż jest niewydolny i nie da się tego problemu rozwiązać tylko zwiększaniem dochodów NFZ. Składka na ubezpieczenie zdrowotne jest ściśle związana z naliczaniem zaliczki na podatek dochodowy.

– Między innymi z tego powodu zwiększanie kwoty wolnej od podatku równocześnie utrudniałoby odliczenie części składki zdrowotnej. Pod tym względem zasadne byłoby jej zryczałtowanie lub znalezienie innego sposobu naliczania, który nie byłby związany z podatkiem dochodowym – dodaje Piechowiak.

20-lat minęło! Rintal Polska obchodzi swój jubileusz

Powstała jako firma trzech udziałowców zatrudniających osiem osób. Dziś to jeden z najbardziej uznanych graczy wśród polskich producentów schodów do wnętrz działających na skalę przemysłową. 11 salonów sprzedaży w kraju, ponad 100 punktów partnerskich, rozbudowana sieć handlowa, własne biuro projektowe, wzornicze oraz linia produkcyjna – to osiągnięcia zrealizowane przez Rintal Polska przez ostatnie 20 lat.

Firma Rintal Polska z siedzibą w Tczewie (województwo pomorskie) powstała w lipcu 1994 roku jako wynik ekspansji włoskiego producenta Rintal na rynki europejskie. Przedsiębiorstwo stanowi część Grupy Rintal International posiadającej przedstawicielstwa na całym świecie, zatrudniającej łącznie ponad 500 pracowników obsługujących 15 tysięcy zamówień rocznie.

Rintal Polska to najbardziej rozbudowana sieć dystrybucji wśród krajowych firm z branży – przedsiębiorstwo zatrudniające ponad 100 pracowników, posiadające 11 salonów firmowych znajdujących się w największych miastach w Polsce (Warszawie, Krakowie, Szczecinie, Poznaniu, Łodzi, Wrocławiu, Gdańsku, Katowicach, Bydgoszczy, Olsztynie, Lublinie). To ponad 100 punktów partnerskich rozmieszczonych we wszystkich województwach oraz sieć mobilnych doradców technicznych zajmujących się bezpłatnymi pomiarami oraz dostosowywaniem wybranych przez klientów projektów do posiadanych możliwości technologicznych. Wysokie udziały w rynku Rintal Polska zawdzięcza inwestycjom we własne biuro projektowe oraz wzornicze dzięki którym firma zajmuje się nie tylko produkcją włoskich projektów, ale również – realizacją własnych, autorskich rozwiązań.

„Made in Poland”

Projekty, które można znaleźć w portfolio Rinal Polska to połączenie szyku, dynamicznej formy oraz walorów funkcjonalnych zachowanych na najwyższym poziomie. Katalog produktowy to schody drewniane ,metalowe, zabiegowe, kręcone, spiralne, a także poręcze i obicia schodów betonowych. To zarówno modele o klasycznych liniach opartych na tradycyjnych konstrukcjach, jak i nowoczesne propozycje wykorzystujące elementy stalowe, szkła czy oświetlenie ledowe.

Projekty Rintal trudno nazwać masową produkcją, nie bez powodu producent wprowadza nie więcej niż dwie-trzy nowości rocznie. Nierzadko to modele dostępne wyłącznie na indywidualne zamówienie, co stanowi w Polsce 75% produkcji. Mimo że większość propozycji jest wynikiem twórczości włoskich architektów, w tym współpracy z jednym z największych biur projektowych na świecie – Giugiaro Architettura, na rynku pojawiają się także modele „made in Poland”. Przykładem są schody dywanowe Otto o finezyjnej konstrukcji opierającej się na stopniach i podstopniach. Propozycja ta najczęściej wykonywana jest z mozaiki bukowej oraz wzbogacana o wyrafinowane elementy wykończeniowe, jak balustrada ze szkła hartowanego czy stali nierdzewnej. Model realizowany jest na indywidualne zamówienie jako schody proste lub zabiegowe.

Aż trudno uwierzyć, że od momentu powstania Rintal Polska minęło 20 lat. Z firmy zatrudniającej kilka osób przekształciła się w przedsiębiorstwo wspierające zatrudnienie nie tylko w lokalnym Tczewie, ale także w innych regionach Polski, w których posiada oddziały firmowe i przedstawicielstwa handlowe.

Najważniejsze daty 40-letniej historii Grupy Rintal:

1974 – powstanie firmy Rintal we Włoszech
1980 – Rintal osiąga pozycję lidera w sektorze schodów zabiegowych oraz stalowych schodów spiralnych
1987 – powstanie modelu Knock opartego na opatentowanym systemie powtarzalnych modułów wykonanych ze stali nierdzewnej
1990 – powstanie modelu Araya, pierwszych zabiegowych schodów modułowych opartych na drewnianej konstrukcji
1994 – powstanie Rintal Polska z siedzibą w Tczewie, firma tworzy pierwszy oddział w Sopocie
2008 – powstanie modeli Prima Executive Line oraz Knock Wood jako wynik współpracy z Giugiaro Architettura
2011 – Rintal Polska organizuje ogólnopolski konkurs dla młodych architektów na projekt schodów do wnętrz
2014 – Rintal Polska świętuje 20-lecie istnienia, organizuje promocję „20 lat gwarancji na 20-lecie firmy”

Źródło: www.rintal.pl

Afera podsłuchowa obciążeniem dla polskich obligacji?

O ostatnich wydarzeniach w gospodarce i na rynkach obligacji rozmawiamy z Dariuszem Laskiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

Jak można ocenić wpływ afery podsłuchowej na polski rynek obligacji?
W ostatecznym rozrachunku był on znikomy. Zaraz po ujawnieniu nagrań obserwowaliśmy chwilowe załamanie na rynku długu, ale po tym, jak inwestorzy wysłuchali całego nagrania z rozmowy z udziałem prezesa NBP, wszystko wróciło do normy. Jedynie polska waluta nieco ucierpiała.

Czy zatem z punktu widzenia inwestorów całą sprawę można uznać za zamkniętą?
Niezupełnie, ponieważ w dalszym ciągu znaczna część taśm nie została ujawniona i nie sposób przewidzieć, jakie inne „fakty” ujrzą jeszcze światło dzienne. To z kolei oznacza, że w Polsce pojawiło się ryzyko polityczne, które wcześniej nie istniało. Ma znaczenie natomiast to, że na chwilę obecną jest ono na tyle niewielkie, że nie wpływa na przecenę polskich obligacji.

Czy nowelizacja ustawy o NBP zmieni w jakimś stopniu funkcjonowanie rynku obligacji w Polsce?
Nie sądzę, gdyż zmiany w ustawie są w gruncie rzeczy kosmetyczne. Przecież już obecnie istniejące prawo pozwala NBP przeprowadzać m.in. operacje otwartego rynku, polegające na zakupie lub sprzedaży obligacji skarbowych na rynku. Operacje tego typu, które po publikacji taśm znalazły się w zainteresowaniu wielu osób, to jedno z podstawowych narzędzi pozwalających bankowi centralnemu na elastyczne prowadzenie polityki pieniężnej państwa, szczególnie w trudniejszych czasach. Weźmy na przykład lata 2008–2010 po upadku banku Lehman Brothers, kiedy to banki komercyjne w wyniku spadku wzajemnego zaufania przestały pożyczać sobie środki. Gdyby nie interwencja NBP, skutki dla polskiej gospodarki mogłyby być dużo poważniejsze.

A zatem obawy niektórych osób o nowy kształt ustawy są bezpodstawne?
Absolutnie tak. Zwróćmy też uwagę, że polski bank centralny jest wyjątkowo rozważny
i konserwatywny. Jako jeden z nielicznych NBP nie korzystał do tej pory z narzędzi, które w Europie, Stanach Zjednoczonych czy Japonii od lat są na porządku dziennym. Oczywiście również dlatego, że nie było takiej potrzeby.

Co będzie determinowało zachowanie obligacji skarbowych w najbliższym czasie?
Przede wszystkim najbliższe decyzje Rady Polityki Pieniężnej. Dotąd rada twardo obstawała przy pozostawieniu stóp procentowych na obecnym poziomie, jednak wśród jej członków coraz częściej pojawiają się głosy, że obniżenie stóp zostanie poddane pod głosowanie na jednym z najbliższych posiedzeń. Mimo wszystko ta nagła zmiana stanowiska RPP nie jest wielkim zaskoczeniem.

Dlaczego?
Obniżki stóp procentowych w Polsce byłyby w pełni uzasadnione spływającymi
z gospodarki danymi, w tym niską, znacznie niższą od celu zakładanego przez NBP, inflacją. Dodajmy do tego otoczenie na świecie – rozczarowujące odczyty PKB w Stanach Zjednoczonych i wciąż niesatysfakcjonujący wzrost gospodarczy w strefie euro. Większość banków centralnych w wielu krajach obniża stopy, starając się stymulować koniunkturę. Co ciekawe, obecny poziom stóp procentowych w Polsce jest wyższy niż na Węgrzech. Kiedyś było to nie do pomyślenia. W tym kontekście uważam, że cięcie stóp przez RPP jest jak najbardziej realne.

Po II kwartale 2014 roku Pragma Faktoring notuje 24 proc. wzrost kontraktacji w zakresie usługi faktoringu

Pragma Faktoring opublikowała dane dotyczące sprzedaży w II kwartale 2014 r. Z opublikowanych danych wynika, że Spółka zanotowała 24-procentowy wzrost kontraktacji w zakresie usługi faktoringu r/r. Całkowita kontraktacja była wyższa o 32 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2013 r. i wyniosła 122,3 mln zł. Usługa faktoringu stanowiła 88 proc. wartości całości kontraktacji. Pragma Faktoring S.A. na dzień 30.06.2014 r. posiadała wierzytelności o łącznej wartości 93,5 mln zł. W opublikowanych danych widoczny jest również wzrost wartości portfela o 24 proc. w tym usługi faktoringu o ponad 41 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.

„Zdecydowany wzrost r/r kontraktacji usługi faktoringu (o 24 %) oraz wartości portfela (o 24%) jest efektem realizacji strategii Spółki zakładającej budowę płynnego i szybko rotującego portfela faktoringowego, zapewniającego Spółce regularne i powtarzalne przychody i przepływy” – komentuje Tomasz Boduszek Prezes Zarządu Pragma Faktoring SA.

W II kwartale 2014 roku Pragma Faktoring S.A. podpisała umowy z 26 nowymi Klientami.
„Zarząd pozytywnie ocenia pierwsze sześć miesięcy tego roku. Zdywersyfikowany portfel należności faktoringowych generuje powtarzalne przychody i przepływy oraz cechuje się wysoką płynnością i rozproszeniem. Wysoka kontraktacja przełoży się pozytywnie na generowane przez Pragma Faktoring przychody i wyniki w kolejnych kwartałach” – zauważa Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu Pragma Faktoring S.A.

Zespół musi znać kierunek. Czyli strategia vs. działania operacyjne.

Strategię firmy powinien znać i rozumieć każdy jej pracownik. W ten sposób może być ona realizowana na każdej płaszczyźnie funkcjonowania przedsiębiorstwa – od dozorcy po dyrektora zarządzającego. Nie zawsze jednak z uwagi na skalę działania, strukturę zarządzania, rotacyjny charakter zatrudnienia czy ilość pracowników możliwe jest wytłumaczenie każdemu, w którą stronę firma zmierza i w jaki sposób działa. Sytuacja może się jeszcze bardziej skomplikować, gdy do spółki wchodzi inwestor.

Dlatego tak ważne jest wskazanie jasnego i czytelnego kierunku – głównej zasady, na bazie której funkcjonuje strategia rozwoju firmy. Zasady, z którą każdy może się utożsamić i w myśl, której podejmować decyzje. Tak, aby wszyscy pracownicy grali do jednej bramki. I w tej jedności wygrywali. Jest to szczególnie ważne, gdy w firmie zachodzą zmiany, takie jak np. wejście do spółki inwestora. Zespół w każdej sytuacji musi czuć się pewnie. Musi wiedzieć, jak podejmować decyzje nawet, gdy nie może ich skonsultować. A to jest możliwe tylko wtedy, kiedy każdy zna i działa zgodnie z myślą przewodnią będącą esencją strategii – tłumaczy Krzysztof Wiśniewski, Partner Zarządzający WSI Capital.

Takie podejście pozwala na elastyczne podejmowanie decyzji w każdej sytuacji. Zarządzający z większym zaufaniem mogą delegować zadania swoim pracownikom. Pracownicy z kolei mają większą pewność, że ich decyzje są słuszne i sprzyjają rozwojowi firmy. Są więc bardziej aktywni, wydajniej działają, są lepiej zmotywowani. Znają bowiem kierunek, regułę pozwalającą działać efektywnie.

– Jedni nazwą to esencją czy podstawą strategii, inni kierunkowskazem, hasłem przewodnim, mottem firmy. Nie ważne jednak jak nazwana – główna zasada funkcjonowania przedsiębiorstwa powinna być dla każdego pracownika czytelna i łatwa do zrozumienia, np. „zawsze działamy fair play”, „jakość jest najważniejsza”, „w każdej sytuacji dążymy do znalezienia się w pierwszej trójce”. Powinna wskazywać na priorytety, określać pewne granice oraz utwierdzać w słuszności podejmowanego działania, a przy tym odzwierciedlać główne cele przedsiębiorstwa oraz być czymś naturalnym i w pewnym stopniu uniwersalnym. Elementem, który pozwala w płynny oraz prosty sposób realizować strategię przedsiębiorstwa w codziennych obowiązkach, ale też w sytuacjach trudnych, stresujących, kiedy jesteśmy zdani sami na siebie i musimy szybko dokonywać wyboru – dodaje Krzysztof Wiśniewski.

Dzięki ekologicznym innowacjom Europa może zaoszczędzić nawet pół biliona euro

Od 250 do 500 mld euro może zyskać europejska gospodarka, jeśli będzie się rozwijać w sposób zrównoważony, czyli taki, który nie pogorszy jakości życia przyszłym pokoleniom. Zmiana modelu rozwoju gospodarczego staje się koniecznością, ponieważ w 2050 roku na świecie będzie blisko 9 mld ludzi. Mimo to ekologiczne innowacje często są postrzegane jedynie jako element strategii PR lub modne politycznie hasło. Tymczasem zielone produkty stają się podstawą biznesu wielu dużych firm.

Zrównoważony rozwój to nie kwestia PR, tylko coś, co daje realne korzyści. Każdy widzi, że kiedy mamy kreatywny koncept, kiedy używamy wszystkich dostępnych rozwiązań, by stworzyć nowy produkt, kiedy naprawdę przemyślimy sposób wykorzystania różnych produktów, możemy znacząco zaoszczędzić zapotrzebowanie na energię, a tym samym ograniczyć emisję dwutlenku węgla. To nie tylko poprawi komfort życia, lecz także przyniesie korzyści finansowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joost Leeflang, prezes Phillipsa na region Europy Środkowo-Wschodniej.

Eksperci z różnych dziedzin nauki coraz częściej postulują zmianę modelu wykorzystywania zasobów naturalnych. Większość gospodarek na świecie znajduje się wciąż w fazie industrialnej. To system, w którym zdecydowana większość zasobów przyrody przepływa w sposób liniowy, według schematu „pozyskaj, przerób, wyrzuć”. Zdaniem ekspertów prowadzi to do niepotrzebnych, szeroko rozumianych kosztów społecznych, czyli ekonomicznych, zdrowotnych itp. Dlatego zalecają oni zmianę modelu liniowego na okrężny, w którym produkty bądź ich elementy będą biodegradowalne lub możliwe do wykorzystania po recyklingu.

W 2050 roku świat będzie liczył około 9 miliardów ludzi, z czego zdecydowana większość będzie mieszkała w miastach. Komfort życia w wielu aglomeracjach, jak Meksyk, São Paulo czy Mumbaj, już teraz jest niski, a dalsza presja demograficzna może ten problem zaostrzać. Dlatego dla globalnych firm, takich jak Phillips, zaspokojenie tych potrzeb jest priorytetem, co odzwierciedlają już dane sprzedażowe.

Koncentrujemy się na programie, który zapewnia ekologiczność naszych produktów. Dziś 50 procent produktów znajdujących się w naszym portfolio to produkty ekologiczne. Naszym zdaniem część z nich może mieć pozytywny wpływ na życie ponad trzech miliardów ludzi na świecie i wokół tego stworzyliśmy wizję rozwoju. Dziś nasza działalność obejmuje ok. 1,8 miliarda osób – twierdzi Joost Leeflang.

Najnowsze badania prowadzone na rzecz gospodarki UE szacują korzyści z przejścia na model zrównoważonego rozwoju (okrężny przepływ dóbr) na 250-500 mld euro rocznie. Podobne wnioski płyną z raportu „Towards the circular economy: accelerating the scale-up across global supply chains”, opracowanego pod patronatem Światowego Forum Ekonomicznego. Autorzy twierdzą, że tylko dzięki recyklingowi stworzono do tej pory w UE blisko 500 tys. miejsc pracy. Obok zatrudnienia korzyści dla społeczeństwa z przyjęcia okrężnego modelu powstają na każdym z jego etapów: projektowania i produkcji, handlu, konsumpcji, naprawy i modernizacji oraz recyklingu.

Przykładowo, zmiana sposobu montowania telefonów komórkowych może zredukować o połowę koszty ich recyklingu i wyprodukowania nowych urządzeń – twierdzą autorzy cytowanego wyżej raportu. Phillips koncentruje się na innowacyjnych rozwiązaniach na rynku ochrony zdrowia, produktów konsumenckich oraz oświetlenia i wyposażenia domów.

W opiece zdrowotnej tworzymy urządzenia, które nie tylko wykorzystują mniej energii, lecz także są bardziej przyjazne dla pacjenta. W ten sposób korzyści z takiego działania będą odczuwać wszyscy – wskazuje prezes Phillipsa na region Europy Środkowo-Wschodniej.

Zwolennicy koncepcji zrównoważonego rozwoju zwracają uwagę na to, że rynki nie są w stanie właściwie wycenić niektórych rodzajów kosztów, np. związanych ze zniszczeniem środowiska naturalnego. Ponadto w biedniejszych społeczeństwach często nie ma wystarczających informacji o kosztach, jakie generuje tradycyjny model industrialnej gospodarki. Rozwiązaniem tych problemów mogą być właśnie innowacje i kompleksowa ocena wpływu produktów na środowisko naturalne w całym ich cyklu życia.

Myślę, że dla gospodarki szukanie różnego rodzaju możliwości współpracy, przy uwzględnieniu potrzeby zrównoważonego rozwoju, może być punktem zwrotnym. W przeszłości zostawialiśmy nasze produkty, usługi i pomysły na pastwę losu i patrzyliśmy, co się z nimi dzieje. Teraz tworzymy kompletne środowisko i mamy dokładnie przemyślane, jak nim zarządzać – uważa Joost Leeflang.

Resort gospodarki przygotowuje kolejne e-ułatwienia dla przedsiębiorców

Ministerstwo Gospodarki pracuje nad kolejnymi propozycjami dotyczącymi elektronizacji procedur administracyjnych. Dzięki nim dokumenty, które mocą ustaw zostaną ujednolicone w skali całego kraju, będą mogły być składane przez internet. Według przedsiębiorców najbardziej przydatną formą deregulacji jest właśnie elektronizacja procedur, dzięki której nie muszą załatwiać spraw osobiście w urzędzie.

 – Planujemy projekt ustawy, który będzie kontynuacją ustawy przyjętej przez parlament dotyczącej elektronizacji procedur administracyjnych – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Haładyj, wiceminister gospodarki. – Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będziemy wychodzili z propozycją drugiej transzy tych procedur, które chcemy zelektronizować i uprościć.

25 grudnia tego roku wejdą w życie przepisy, które wprowadzą standaryzację pism i udostępnienie ich w formie elektronicznej. Dokumenty mają być jednakowe w całym kraju. To pierwszy krok do przeprowadzenia pełnej elektronizacji; dzięki temu procedura administracyjna, którą przedsiębiorca obecnie musi załatwiać w urzędzie, wypełniając papierowe formularze lub – w najlepszym razie – drukując je z internetu, będzie mogła być wykonana w całości elektronicznie.

 Chodzi o to, żeby za pośrednictwem ePUAP-u można było całą tę procedurę przejść, od złożenia wniosku przez przedsiębiorcę – tłumaczy Mariusz.  To jest odpowiedź na postulaty przedsiębiorców, którzy mówią, że dla nich często elektronizacja jest najlepszą formą deregulacji, bo to ogranicza papierologię i konieczność załatwiania spraw osobiście w urzędzie.

W najbliższym czasie Sejm zajmie się również czwartą transzą deregulacji, której celem jest ułatwienie przedsiębiorcom prowadzenie biznesu, również poprzez uproszczenie procedur administracyjnych.

 Mamy projekt ustawy dotyczący ułatwienia wykonywania działalności gospodarczej, czyli tzw. czwarta ustawa deregulacyjna. Została ona kilka tygodni temu przyjęta przez Radę Ministrów, więc w najbliższym czasie rozpoczniemy proces parlamentarny  mówi Mariusz Haładyj.

Nowa ustawa zawiera m.in. uproszczenia dla portów morskich, np. wydłużenie terminu rozliczania podatku VAT dla podmiotów wiarygodnych dla służb celnych czy ułatwienia procedur celnych. Rozwiązania mają zwiększyć konkurencyjność polskich portów. Ustawa ograniczy również obowiązki informacyjne przedsiębiorców i zredukuje niektóre koszty związane z prowadzeniem działalności, np. przedsiębiorca, który rozpoczyna działalność, nie będzie potrzebował potwierdzenia dokonania zgłoszenia rejestracyjnego VAT-R, co kosztowało 170 zł. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać od stycznia 2015 r.

Giełda potrzebuje oszczędności Polaków, by wzmocnić swoją pozycję

GPW ma ambitną strategię rozwoju, która zakłada utworzenie regionalnego centrum finansowego Warsaw Capital City. Do tego potrzebna jest jednak silna baza kapitałowa, a ta może pochodzić z oszczędności gospodarstw domowych. Na razie lokowanie pieniędzy na giełdzie nie jest powszechnym sposobem na inwestowanie, ale to może się zmieniać. Udział wartościowy inwestorów indywidualnych na GPW będzie rósł wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa.

Na pewno powinno być silniejsza baza kapitałowa na warszawskiej giełdzie. To znaczy, że powinniśmy wspierać na wszelkie możliwe sposoby akumulację kapitałów. Obecnie kapitał pochodzi przede wszystkim z oszczędności gospodarstw domowych, więc ta akumulacja kapitału musi być albo wykorzystywana przez inwestorów indywidualnych w bezpośrednich inwestycjach na giełdzie, albo poprzez fundusze inwestycyjne czy emerytalne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Leszek Koziorowski, partner, radca prawny w Kancelarii Gessel.

Stopa oszczędności brutto w polskiej gospodarce należy do relatywnie niskich. Definiuje się ją jako różnicę między PKB a wydatkami na konsumpcję w danym roku. Według danych MFW w 2013 r. wyniosła 16,8 proc. PKB, podczas gdy w Czechach było to 21,3 proc., na Węgrzech – 20,7 proc., na Słowacji – 20,6 proc., a w Rumunii – 22,2 proc. W III kwartale 2013 r. gospodarstwa domowe zaoszczędziły równowartość 4,9 proc. PKB, reszta przypadła na oszczędności w sektorze firm i instytucji finansowych – wynika z danych NBP.

Wielkość stopy oszczędności w całej gospodarce i poszczególnych sektorach ma duże znaczenie, gdyż determinuje szybkość, z jaką przyrastają aktywa, a więc zakumulowany kapitał. Pod koniec III kwartału 2013 r. gospodarstwa domowe posiadały oszczędności w formie aktywów finansowych o wartości 1512,3 mld zł – wynika z danych NBP. Blisko 36 proc. tej sumy stanowiły pieniądze odłożone na depozytach bankowych, a 27 proc. aktywa w postaci akcji i innych udziałów kapitałowych. Niewiele mniej, bo 26 proc., stanowiły aktywa zgromadzone w funduszach emerytalnych oraz rezerwy ubezpieczeniowe. W III kwartale 2013 r. zadłużenie gospodarstw domowych wyniosło 589,8 mld zł, wobec czego ich majątek finansowy netto sięgnął 922,5 mld zł (różnica między aktywami a zobowiązaniami). To wyznacza maksymalną wielkość, jaką gospodarstwa domowe mogą przekazać na finansowanie inwestycji w gospodarce, także poprzez giełdę.

Jeżeli ta baza kapitałowa będzie coraz większa, to będziemy mieli silny rynek kapitałowy, który będzie w stanie współpracować z sąsiednimi rynkami, a tym samym zbierać również ciekawe projekty inwestycyjne w Warszawie. Czy to będą projekty z Litwy, Ukrainy, południa Europy czy może już z Wiednia – to nie jest ważne, ale podstawą do tego jest właśnie baza kapitałowa, która musi być stworzona – uważa Koziorowski.

Budowa w Warszawie centrum kapitałowego – Warsaw Capital City – jest jednym z celów strategii GPW.2020 przygotowanej pod kierownictwem byłego już prezesa Adama Maciejewskiego. Podstawowym założeniem tego projektu jest stworzenie skutecznej platformy do mobilizacji i transferu kapitału w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Maciejewski podkreślał także w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes, że: „Nie wszystko zależy od rynku, jest to kwestia także odpowiednich programów legislacyjnych”.

Na pewno nie służą temu zmiany związane z tak zwaną reformą emerytalną, z którą mamy obecnie do czynienia – twierdzi partner w Kancelarii Gessel.

Wielu ekspertów uznało zmiany w systemie emerytalnym jako szkodliwe z punktu widzenia rozwoju rynku kapitałowego. To dlatego, że zmniejszenie składki trafiającej do OFE i późniejsza marginalizacja funduszy zahamuje przyrost prywatnych oszczędności w postaci akcji i innych papierów wartościowych. Zamiast tego zwiększy się wartość zapisów na kontach emerytalnych w ZUS, które jednak nie są instrumentami finansowymi i nie mają wartości rynkowej. W dłuższym terminie giełda ma jednak szansę na zwiększenie dopływu prywatnych oszczędności.

Udział wartościowy inwestorów indywidualnych w obrotach giełdy na pewno będzie rósł wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa. Postrzegam inwestorów indywidualnych jako bardzo silne osoby, bardzo silnych uczestników rynku kapitałowego w Warszawie – mówi Leszek Koziorowski.

Wzrost zamożności społeczeństwa może prowadzić do szybszego niż proporcjonalny wzrostu lokowanych środków na giełdzie, ponieważ bogaci mają większą skłonność do inwestowania w ryzykowne aktywa, takie jak akcje. Popularność giełdy jako sposobu na pomnażanie oszczędności może wzrosnąć także z powodu systemu emerytalnego, w którym stopa zastąpienia (relacja między emeryturą a pensją) będzie bardzo niska. Według prognoz sięgnie ona od 25 do 35 proc.

Większy dopływ stabilnego, długoterminowego kapitału przeznaczonego na finansowanie emerytur byłby bardzo korzystny dla przedsiębiorstw notowanych na giełdzie, gdyż pozwoliłby stabilizować rynkowe wahania. Na razie jednak oszczędności w III filarze emerytalnym są bardzo niewielkie.

Mówi się, że udział procentowy inwestorów indywidualnych w łącznych obrotach giełdy będzie spadał. Szczerze mówiąc, nie wierzę w to. W związku ze zmianami na rynku kapitałowym uważam, że udział inwestorów indywidualnych, rozumianych jako inwestycje bezpośrednie gospodarstw domowych na giełdzie, będzie rósł. Nawet jestem w stanie sobie wyobrazić, że ten udział procentowy może dochodzić momentami do 50 proc. – ocenia Koziorowski.

Część Polaków wciąż nie ma dostępu do kanałów telewizji cyfrowej. Rozwiązaniem problemu może być sygnał satelitarny

CEO Magazyn Polska

Proces cyfryzacji telewizji naziemnej został przeprowadzony bardzo sprawnie i szybko – oceniają eksperci. Jedynym problemem jest niepełne pokrycie kraju sygnałem naziemnym.  Białe plamy dotyczą jednak stosunkowo niedużej liczby osób, dlatego tym łatwiejsze powinno być rozwiązanie tej kwestii.

W Polsce cyfryzacji telewizji, czyli zamiany modelu analogowego na cyfrowy, dokonano w sposób bardzo sprawny. Jedno, czego nie zrobiono, to nie pokryto całego obszaru. To nie jest aż tak wielki obszar – chodzi o kilkaset tysięcy osób, które nie mogą odbierać sygnału, ale to wcale nie zwalnia państwa z obowiązku udostępnienia im programu – mówi Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.

Eksperci podkreślają, że jest to zadanie resortu administracji i cyfryzacji. Rozwiązanie tej kwestii jest istotne ze względu na plany wprowadzenia powszechnej opłaty audiowizualnej.

Dostęp do podstawowych kanałów telewizyjnych, a w szczególności do telewizji państwowej, jest prawem każdego obywatela. Tym bardziej że wkrótce będziemy płacili podatek audiowizualny i wszyscy obywatele musieliby się z niego wywiązywać, niezależnie od tego, czy dociera do nich sygnał – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Arendarski.

Technika nadawania analogowego została zastąpiona techniką cyfrową w lipcu ubiegłego roku. Zdaniem ekspertów proces ten został przeprowadzony sprawnie i szybko, wciąż jednak są regiony kraju, do których z przyczyn technicznych sygnał nie dociera. Są to przede wszystkim obszary wschodnie i tereny górzyste. Brak dostępu do sygnału cyfrowej telewizji naziemnej dotyczy w zależności od multipleksu od 0,5 mln do 1 mln osób. Z informacji resortu administracji i cyfryzacji z końca kwietnia wynikało, że w przypadku MUX-1 i MUX-2 problemy z sygnałem miało ok. 1,5 proc. populacji kraju, a w przypadku MUX-3, na którym dostępne są kanały telewizji publicznej, 0,5 proc.

Nad wprowadzeniem opłaty audiowizualnej pracuje jeszcze resort kultury. Zgodnie ze wstępnymi założeniami, ma ona zacząć obowiązywać w 2015 roku.

W sukurs może przyjść kanał satelitarny, z którego sygnał będzie emitowany właśnie na te obszary, które są w tej chwili białymi plamami – podkreśla Arendarski. 

To jeden ze sposób na uzupełnienie sygnału naziemnego, który – jak podkreślają eksperci – jest z sukcesem wykorzystywany w innych krajach europejskich. Inne to np. telewizja kablowa i telewizja przez internet. Przy wyborze odpowiedniego sposobu powinien być brany pod uwagę koszt jego wdrożenia.

Ferro szuka spółek do przejęcia. Chce zdobywać rynki w Europie Zachodniej, nawet kosztem Chin

Po sukcesach w Polsce i innych krajach regionu producent armatury Ferro planuje ekspansję na rynki w Europie Zachodniej. Jedną z rozważanych opcji zaistnienia na nowych rynkach jest zakup lokalnych spółek z ugruntowaną pozycją rynkową. Tym planom ma służyć także przeniesienie części produkcji z Chin do Czech oraz rozwój ekologicznych produktów.

Na rynkach Polski, Czech, Rumunii i Słowacji, które odpowiadają za ok. 90 proc. przychodów Grupy Ferro, koniunktura jest wyraźnie lepsza niż np. w Europie Zachodniej. Spółka stara się zwiększyć swoją obecność na zachodzie kontynentu, bo widzi tam dużą możliwość poprawy pozycji rynkowej.

W Czechach mamy bardzo stabilną pozycję, mamy spółkę dystrybucyjną w Rumunii, na Słowacji i nowo otwartą na Węgrzech, która będzie rozwijała swoją sieć dystrybucji. Myślimy o zaistnieniu w kolejnych krajach Europy Zachodniej poprzez rozwój organiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Raczek, prezes zarządu Ferro SA, producenta armatury sanitarnej i instalacyjnej.

Spółka bierze pod uwagę także możliwość przejęć.

Takie rozmowy na razie się nie toczą, ale gdyby pojawiła się taka okazja, jak dwa lata temu w przypadku Novaservis [przejęta przez Ferro czeska spółka – red.], to na pewno będziemy rozważać takie możliwości. To jest bardziej kosztowne, ale mniej czasochłonne, bo wtedy kupujemy sobie dostęp do nowego rynku – twierdzi Aneta Raczek.

Polski producent armatury sanitarnej i instalacyjnej jest obecny także w Chinach. W 2002 r. Ferro utworzyło spółkę joint venture po kilku latach typowego outsourcingu produkcyjnego. Celem było zagwarantowanie wysokiej jakości produktów przy zachowaniu relatywnie niskich kosztów. Zmiana technologii pozwoliła zmniejszyć zatrudnienie w chińskiej fabryce z około 800 do 370 osób. Ferro zdecydowało się także przenieść część z produkcji z Chin do Czech, co ma związek z planowaną ekspansją w Europie Zachodniej.

Chiny to ogromny rynek, wielki potencjał, ale na pewno nie jest to rynek dla wszystkich. Nadal będzie to jeden z naszych głównych rynków zaopatrzenia, natomiast nie jest to dla nas strategiczny rynek sprzedaży i dystrybucji. Zdecydowaliśmy, że dużo większe szanse i możliwości, obarczone zdecydowanie mniejszym ryzykiem daje nam rynek europejski, na którym nasze udziały jeszcze są na tyle małe, że to tu będziemy zwiększać nasze działania i kłaść nacisk na rozwój – wskazuje Raczek.

Najważniejszą spółką w Grupie jest działająca w Polsce spółka matka Ferro. Dwa lata temu Grupa przejęła spółkę o profilu produkcyjnym Novaservis Czechy, która jest jednym z liderów w branży armatury sanitarnej. Ze względów strategicznych zdecydowano o rozwijaniu równolegle dwóch marek: Ferro i Novaservis.

To dlatego, że rynek czeski jest specyficzny. Novaservis była bardzo znanym producentem rodzimym i na rynku jest bardzo duży sentyment do tego brandu, więc wszędzie staramy się zostawiać te dwie marki, które mają ugruntowaną pozycję. Nasze główne marki to Ferro i Novaservis, natomiast mamy też i dystrybuujemy kilka innych brandów, których jesteśmy właścicielem, chociażby Weberman, Metalia czy Titania na rynku czeskim – mówi prezes zarządu Ferro.

Grupa Ferro pracuje nad rozwojem portfela produktów, w którym coraz większą rolę będą grać produkty ekologiczne. Spółka spodziewa się dalszego zainteresowania rozwiązaniami przyjaznymi środowisku, co ma związek zarówno ze zwiększającą się świadomością społeczną, jak i rosnącymi kosztami mediów, np. wody.

Mamy kilka serii baterii, które oszczędzają wodę, które zostały kilkukrotnie wyróżnione różnymi certyfikatami. Jesteśmy chyba pierwszą firmą w naszej branży, której przyznano certyfikat EU Ecolabel dla jednej z naszych serii baterii. Spełnia ona wszystkie wymogi, które są istotne dla tego typu produktów  jest przyjazna środowisku, oszczędzająca wodę oraz ma istotny wpływ na środowisko – uważa Aneta Raczek.

Jak podkreśla prezes zarządu Ferro SA Aneta Raczek, ubiegły rok i pierwsze miesiące tego roku były dla firmy bardzo korzystne – nie tylko pod względem rosnących przychodów, lecz także poprawy marż i zysków. Zysk netto Ferro w ujęciu jednostkowym wyniósł w 2013 r. 8,8 mln zł, podczas gdy rok wcześniej spółka miała 4,22 mln zł straty. Skonsolidowany zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 21,8 mln zł w ubiegłym roku, wobec 17,41 mln zł w 2012 r. W tym roku spółka spodziewa się dalszej poprawy zysku netto, co będzie wynikało przede wszystkim z dynamiki przychodów.

Zakładamy, że przychody powinny być o kilka procent wyższe od tych, które udało nam się osiągnąć w ubiegłym roku. Celem jest utrzymanie rentowności na poziomie ubiegłorocznym – uważa Raczek.

Polscy kierowcy najchętniej wybierają opony tańszego typu. Rośnie jednak segment rynku premium

CEO Magazyn Polska

Polski rynek opon (do samochodów osobowych, vanów i SUV-ów) – z rocznym zapotrzebowaniem na poziomie ok. 10 mln sztuk – ma 6-procentowy udział w europejskim rynku. W sprzedaży dominuje klasa economy, czyli tańsze produkty, choć – jak podkreślają przedstawiciele branży – Polacy są świadomymi konsumentami i w ramach najniższej ceny szukają najlepszych jakościowo opon.

Polski rynek jest specyficzny, ponieważ 40-procentowy udział mają w nim opony klasy economy, podczas gdy w innych krajach jest on o połowę mniejszy. Mamy też większy udział w rynku opon zimowych – stanowi on prawie 60 procent rynku – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Armand Dahi, dyrektor zarządzający na region Europy Wschodniej w Bridgestone.

Jego zdaniem Polska jest silnym krajem w regionie, ale w porównaniu z innymi krajami europejskimi rynek wciąż nie jest rozwinięty. Udział Polski w europejskim rynku opon wynosi 6 procent. Popyt kształtuje się na poziomie 10 milionów opon do samochodów osobowych, vanów i SUV-ów. Dla porównania w Europie wynosi on 195 mln sztuk.

Mimo że w sprzedaży dominują tańsze opony, to polscy kierowcy zdaniem dyrektora Bridgestone coraz większą wagę przywiązują do jakości kupowanych produktów.

– Polscy klienci są dość dobrze wyedukowani. Lubią wiedzieć, co kupują. Zanim podejmą jakikolwiek wybór, czytają opinie w internecie lub poszukują informacji w magazynach motoryzacyjnych. Wiedzą, czego chcą. Dzięki temu wybierają najlepszy produkt w stosunku do danej ceny – to oznacza, że wciąż szukają najbardziej atrakcyjnej cenowo oferty, ale za tę cenę chcą mieć opony jak najlepszej jakości – uważa przedstawiciel Bridgestone.

Według niego segment premium rośnie każdego roku coraz szybciej, podobnie jak segment średni, ale również w segmencie economy Polacy mają do wyboru bardzo silne marki.

Bridgestone jest największym producentem opon na świecie. Koncern pracuje z największymi producentami samochodów w Europie oraz na innych kontynentach, m.in. z  BMW, Volvo, Toyotą czy GM.

Kooperacja z tymi koncernami wyznacza drogi rozwoju naszej firmy. Musimy zaprojektować odpowiednie opony dla poszczególnych modeli samochodów, a sposób, w jaki to zrobimy, jest ściśle związany z projektem i wykonaniem danego auta. Oznacza to, że pracując nad daną oponą, musimy brać pod uwagę wiele zmiennych wynikających z konstrukcji auta, musimy przeprowadzać szereg symulacji z konkretnymi modelami i dopiero wtedy auto może być wyprodukowane – wyjaśnia Armand Dahi.

Wyjaśnia, że udziały spółki w polskim rynku i innych rynkach naszego regionu są porównywalne z udziałami w Europie Zachodniej – wynoszą w zależności od kraju 10-15 proc. 

Od początku roku wartość spłacanych kredytów hipotecznych w złotych wzrosła o 9 mld zł

CEO Magazyn Polska

W pierwszych pięciu miesiącach roku pula złotowych kredytów na zakup nieruchomości spłacanych przez osoby prywatne wzrosła o 9 mld zł – do poziomu 182,1 mld zł – wynika z analizy Open Finance. To wynik lepszy niż w tym samym okresie w ostatnich dwóch latach. Na rozwój rynku wpływają nie tylko utrzymujące się niskie stopy procentowe, lecz także program Mieszkanie dla Młodych. Mimo to I kwartał roku był słabszy niż ostatni kwartał 2013 roku.

Rynek hipoteczny w pierwszym kwartale był słabszy niż w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Według raportu AMRON-SARFiN Związku Banków Polskich (ZBP) liczba udzielonych kredytów spadła o 7,65 proc., a ich wartość – o 9,35 proc. W porównaniu z I kwartałem 2013 roku akcja kredytowa się zwiększyła. W pierwszym kwartale 2014 r. udzielono 41,9 tys. kredytów hipotecznych o wartości 8,854 mld zł. Rok wcześniej w tym samym okresie zawarto umowy na 41,6 tys. kredytów o wartości 8 mld zł. Cały ubiegły rok był bardzo słaby – udzielono 176 tys. kredytów na kwotę 46,5 mld zł. To najsłabszy wynik od 2005 roku. Tegoroczny pierwszy kwartał daje nadzieję na minimalną poprawę sytuacji.

Początek roku zawsze jest najsłabszy na rynku kredytów hipotecznych. Tym razem na akcję kredytową wpłynęło wdrożenie Rekomendacji S oraz wprowadzenie obowiązkowego wkładu własnego – komentuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Krajkowski, analityk Domu Kredytowego Notus.

W ramach Rekomendacji S w 2014 roku trzeba mieć wkład własny stanowiący co najmniej 5 proc. wartości nieruchomości. Progi będą co roku podwyższane i w 2017 r. będzie obowiązywać wkład własny na poziomie 20 proc. Kredytobiorcy ubiegający się o kredyty mieszkaniowe bez własnych środków musieli zdążyć z wnioskami do końca roku 2013 – stąd zwiększona liczba wniosków kredytowych.

Jeżeli złożyliśmy wniosek pod koniec grudnia, to sam kredyt był uruchamiany już w roku 2014. To jedna z przyczyn zwiększenia akcji kredytowej – tłumaczy Michał Krajkowski.

Drugi impuls wiązał się z programem Mieszkanie dla Młodych, który ruszył na początku roku. Część kredytobiorców czekała z wnioskiem właśnie na uruchomienie programu. Według danych ZBP w I kwartale 10 proc. kredytów udzielono w ramach MdM.

Na rozwój rynku wpływają też niskie stopy procentowe.

Dzięki nim raty są niższe, a zdolność kredytowa kredytobiorców wyższa – informuje Michał Krajkowski.

Z analiz Open Finance wynika, że dla trzyosobowej rodziny, w której każdy z małżonków zarabia przeciętną pensję w przedsiębiorstwach (ponad 3,8 tys. zł), możliwości kredytowe oscylują wokół 500 tys. zł. Jeszcze dwa lata temu taka rodzina mogła pożyczyć ok. 410 tys. zł.

Analityk DK Notus podkreśla, że rynek powoli odbija, a kolejne kwartały powinny być lepsze w porównaniu z poprzednimi kwartałami roku 2013.

Na niektórych uczelniach rekrutacja dobiega końca. Przyszli studenci muszą liczyć się z dużymi kosztami studiowania

CEO Magazyn Polska

W tym tygodniu pierwsze państwowe uczelnie podadzą wyniki rekrutacji, na innych zapisy jeszcze trwają. Przyszli studenci muszą pamiętać, że choć studia na nich są bezpłatne, to samo studiowanie generuje spore koszty. Poza wydatkami na podręczniki i pomoce naukowe należy wziąć pod uwagę koszty wynajęcia mieszkania lub akademika oraz pieniądze na życie. Wielu studentów decyduje się więc na dorywczą pracę lub studia zaoczne, które można połączyć z pracą w pełnym wymiarze godzin. Innym rozwiązaniem są nisko oprocentowane kredyty studenckie.

Wysokość kosztów studiowania zależy przede wszystkim od miasta, do którego przeprowadza się przyszły student. Najdrożej jest w Warszawie, gdzie wynajem pokoju może wynosić miesięcznie nawet do 1 tys. zł za osobę. Osoby bardziej zamożne decydują się często nawet na wynajem całego mieszkania.

Wszystko zależy od tego, czy wynajmujemy pokój jednoosobowy, czy dzielimy go z kimś innym. Jeśli chcielibyśmy liczyć na trochę większy komfort i wynająć sobie kawalerkę, to już musimy się liczyć z wydatkiem rzędu 1,3–1,5 tys. zł miesięcznie. Jeśli dodamy do tego koszt utrzymania na studiach, to może się okazać, że uzbiera się blisko 3 tys. zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Michał Sadrak, analityk z Open Finance.

Alternatywą dla mieszkania jest akademik, który jest znacznie tańszy. Mimo że pokój w akademiku zwykle oznacza mniejszy komfort niż w mieszkaniu, wielu studentów wybiera tę formę mieszkania ze względu na możliwość integracji z innymi studentami oraz niższe koszty. Pokój w akademiku kosztuje około 400 zł miesięcznie. 

Z pewnością łatwiej będzie utrzymać się na studiach osobom, które zdecydują się na studia zaoczne i pracę w pełnym wymiarze godzin. Dobre uczelnie dysponują atrakcyjną ofertą studiów zaocznych, które zapewniają absolwentom solidny start w życie zawodowe.

To szybsze wejście w dorosłość. Nie musimy przez pięć lat liczyć na pieniądze od rodziców, ale jesteśmy w stanie dużo wcześniej zacząć samodzielnie funkcjonować. Oczywiście zauważą to też pracodawcy, którzy cenią sobie nie tylko osoby, które ukończyły 2-3 kierunki, lecz przede wszystkim takie, które już na studiach zaczęły pracować i są znacznie bardziej samodzielne na rynku pracy – ocenia Sadrak.

Wiele osób znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej decyduje się również na wzięcie kredytu studenckiego. Z zebranych przez banki danych wynika, że w ciągu jedenastu lat funkcjonowania systemu kredytów studenckich z tego rodzaju wsparcia skorzystało ponad 316 tysięcy studentów.

To najtańszy kredyt na rynku, jego oprocentowanie wynosi mniej niż 1,4 proc. Żaden inny kredyt na rynku nie jest tak nisko oprocentowany. Mówimy tutaj o kwocie rzędu 600 zł każdego miesiąca przez cały semestr, czyli przez 10 miesięcy w roku jesteśmy w stanie otrzymywać transze po 600 zł – tłumaczy Sadrak.

Warto zaznaczyć, że kredyt studencki nie jest rozwiązaniem dla każdego, ponieważ przy rozpatrywaniu wniosku uwzględnia się wysokość dochodów w rodzinie. W ubiegłym roku górną granicą była kwota 2,3 tys. zł na osobę w rodzinie. Żeby uzyskać kredyt studencki, należy do połowy listopada zgłosić się do jednego z czterech banków, które oferują tego typu kredyty.

Zaletą takiego kredytu jest to, że jest to pewna motywacja do nauki, ponieważ okazuje się, że garstka najlepszych studentów na koniec może liczyć na umorzenie części długu. Jeśli zaciągniemy dług na początku studiów, spłatę zaczynamy dopiero dwa lata po studiach i spłacamy go dwa razy dłużej niż pobieraliśmy – tłumaczy Sadrak.

Jeżeli pożyczka będzie pobierana przez studenta przez całe studia II stopnia, przez dwa lata otrzyma on w tym przypadku 12 tys. zł. Pobierany przez 20 miesięcy kredyt będzie spłacany przez 40 kolejnych miesięcy. To niewielkie obciążenie dla budżetu, nawet w przypadku osoby, która dopiero po ukończeniu studiów rozpoczyna karierę zawodową.

Nawet 30 tys. zł kary dla pracodawcy, który nie zapewni pracownikowi odpowiednich warunków pracy podczas upałów

CEO Magazyn Polska

Pracodawca ma obowiązek zniwelować negatywne skutki, jakie niesie ze sobą praca w upale. Jeśli temperatura przekroczy dopuszczalną normę, musi zapewnić pracownikom dostęp do zimnych napojów. W niektórych sytuacjach pracownik może odstąpić od wykonywania pracy, a jeśli dojdzie do sporów na tym tle, sprawę rozstrzygnie sąd pracy. Za nieprzestrzeganie przepisów Państwowa Inspekcja Pracy może nałożyć na pracodawcę karę lub skierować sprawę do sądu. 

Upał stwarza bardzo uciążliwe warunki pracy, co nakłada konkretne obowiązki na pracodawców. Jeżeli w pomieszczeniu zamkniętym wykonywana jest praca lekka, na przykład biurowa, temperatura w pomieszczeniu powyżej 28 stopni Celsjusza nakłada obowiązek zapewnienia zimnych napojów dla pracowników. Pracodawca ma wtedy obowiązek zapewnić nieodpłatnie wszystkim pracownikom zimne napoje w takiej ilości, jaka odpowiada ich potrzebom. Nie jest to ilość limitowana – mówi agencji Newseria Biznes Danuta Rutkowska, rzecznik prasowy Głównego Inspektora Pracy.

W pomieszczeniach, w których nie ma klimatyzacji, pracodawca powinien zaopatrzyć pracowników w wiatraki, a okna zasłonić, tak, by uchronić pomieszczenie przed nagrzaniem. Na otwartej przestrzeni praca w warunkach podwyższonej temperatury ma miejsce przy co najmniej 25 stopniach Celsjusza. Wówczas pracodawca ma obowiązek dostarczyć nieodpłatnie napoje. Przepisy w żaden sposób nie regulują ani w jakiej ilości, ani w jaki sposób ma to zrobić. Rodzaj napoju powinien zostać wcześniej skonsultowany ze związkami zawodowymi. Pracownicy, którzy wykonują tzw. pracę brudzącą na otwartej przestrzeni przy wysokiej temperaturze, mogą liczyć na około 90 litrów wody dziennie na każdego do celów higienicznych.

Za niezapewnienie pracownikom odpowiednich warunków pracy grozi kara grzywny w wysokości od tysiąca nawet do 30 tys. zł.

Inspektor pracy, jeżeli stwierdzi tego rodzaju nieprawidłowość i naruszenie przepisów, może nałożyć grzywnę w postaci mandatu karnego od 1 tys. do 2 tys. zł, a w przypadku tak zwanej recydywy – do 5 tys. zł. Można też skierować wniosek do sądu o ukaranie i wówczas sąd dysponuje wyższą grzywną, do 30 tys. zł – tłumaczy Rutkowska.

Jak zaznacza rzeczniczka, w wyjątkowo niekorzystnych warunkach pracownik może podjąć decyzję o odejściu od stanowiska pracy.

Musi poinformować pracodawcę o takim zamiarze. Jeżeli dojdzie do sporów w takiej sytuacji, rozstrzygają je sądy pracy – dodaje Rutkowska.

Także pracodawca może podjąć decyzję o zwolnieniu pracownika do domu – wówczas także za ten dzień przysługuje wynagrodzenie. Przy wysokich temperaturach zalecane są częstsze przerwy. W ekstremalnych warunkach, kiedy temperatura znacznie utrudnia wykonywanie pracy, można ją zaczynać i kończyć wcześniej.

Pamiętam przypadek pracownika, który zasłabł podczas pracy wysoko w kabinie żurawia. Sytuacja stała się groźna dla życia i pomoc przyszła w ostatniej chwili. Jeżeli warunki są trudne, pracownicy dalej tkwią na posterunku, a czują się źle i nie wytrzymują pracy w tych temperaturach, powinni zadbać o zdrowie, skontaktować się z pracodawcą i przekazać mu informację o swoim samopoczuciu. Myślę, że na pewno pracodawca ich wesprze w takiej sytuacji – podsumowuje Danuta Rutkowska. 

Polacy zarobią więcej w Niemczech

Od 1 stycznia 2015 r. płaca minimalna w Niemczech będzie wynosiła 8,5 euro za godzinę pracy. Zwiększenie wynagrodzeń w najmniej interesujących zawodach wpłynie na wzrost atrakcyjności rynku niemieckiego. Może się również przełożyć na częstsze wyjazdy Polaków do Niemiec, zarówno do prac sezonowych, jak i na stałe.

Decyzja parlamentu niemieckiego o wprowadzeniu płacy minimalnej na poziomie 8,5 euro za godzinę pracy to ważna wiadomość dla wszystkich emigrantów zarobkowych. Ta grupa pracowników była dotychczas dyskryminowana na niemieckim rynku pracy poprzez otrzymywanie niższych wynagrodzeń niż obywatele Niemiec. Oficjalnym powodem niższych płac, na przykład dla Polaków, były nieznajomość języka niemieckiego, czy brak doświadczenia zawodowego. W praktyce oferowane przyjezdnym zarobki i tak były wyższe niż wynagrodzenie, które uzyskaliby, pracując w kraju pochodzenia. W wielu miejscach pracy, gdzie zatrudniani byli Polacy, dochodziło do nawarstwiania się zjawisk dyskryminacji. Teraz ta sytuacja ma szanse ulec zmianie.

Płaca minimalna a prace sezonowe

Rynek prac sezonowych w Niemczech rozwija się głównie dzięki przyjezdnym. Niskie płace zwiększające konkurencyjność dość przeregulowanej niemieckiej gospodarki to dotychczasowy niewątpliwy atut zatrudniania obcokrajowców. Wiele obaw związanych z wprowadzeniem płacy minimalnej jest dziś trudno zweryfikować. Część ekspertów rynku niemieckiego uważa, że wzrost minimalnej stawki za godzinę pracy doprowadzi do wzrostu szarej strefy. Czy są to obawy uzasadnione dowiemy się już w przyszłym roku. Z pewnością wzrośnie liczba Polaków, którzy dostaną od niemieckich pracodawców propozycję otrzymywania wynagrodzenia „pod stołem”. Dla wielu firm i gospodarstw rolno-ogrodniczych takie rozwiązanie będzie bardziej opłacalne, bo pozwoli utrzymać koszty pracy i cen na niskim poziomie – mówi
Tomasz Hanczarek, prezes Zarządu Work Service SA.

Zmiany związane z podniesieniem minimalnej stawki godzinowej najbardziej dotkną branże typowe dla sezonowych ofert pracy: rolnictwo, sadownictwo, czy gastronomia. W tych sektorach płace były najniższe, ale wciąż na tyle atrakcyjne by Polacy chętnie podejmowali pracę. Polacy, którzy do tej pory pracowali na stanowisku kelnera czy sprzątaczki, otrzymując najniższe możliwie wynagrodzenie, od przyszłego roku zarobią znacznie więcej. Praca w Niemczech jest szczególnie atrakcyjna dla osób, które nie chcą na stałe wyjeżdżać z Polski. Bliskość geograficzna umożliwia stały kontakt z rodziną i częste wizyty w kraju. Obecnie wśród najliczniejszych ofert prac sezonowych w Niemczech znajdują się zajęcia w rolnictwie, budownictwie, czy też w produkcji przemysłowej. Zarobki w zależności od stanowiska wahają się w granicach od 1000-2400 euro za miesiąc pracy. Dla długookresowych emigrantów podniesiecie
minimalnej stawki płac również jest korzystne. Przy wysokich kosztach akomodacji w Niemczech, wzrost wynagrodzenia ułatwi szybsze osiedlenie się na stałe i zysk z tej decyzji.

Kolejna fala emigracji

Spodziewamy się kolejnej fali emigracji wśród Polaków. Jednym z docelowych kierunków wyjazdu będą Niemcy. Barierą, którą muszą pokonać polscy pracownicy przed wyjazdem do Niemiec są trudności językowe. Bardzo niewiele osób aplikujących na stanowiska nie wymagające wysokich kompetencji zna niemiecki choćby w stopniu podstawowym – dodaje Tomasz Hanczarek.

Niemcy są najpopularniejszym kierunkiem emigracji zarobkowej Polaków. 21% Polaków deklaruje, że zdecydowałoby się na pracę w tym kraju. Odsetek ten według naszych analiz jeszcze się zwiększy w ciągu najbliższych 12 miesięcy – prognozuje Krzysztof Inglot, dyrektor działu rozwoju rynków w Work Service. Niesłabnące zainteresowanie zarabianiem w Niemczech widać także na podstawie danych NBP, wedle których w roku 2013 Polacy pracujący za granicą przesłali do Polski 4,071 mln euro, z czego aż 1,351 mln euro pochodziło od osób pracujących w Niemczech. Dużą część tych środków stanowią wynagrodzenia zdobywane na zasadzie pracy sezonowej. Kolejna fala emigracji to w dużej części wyjazdy rodzin lub partnerów do naszych rodaków, którzy osiedlili się już na stałe w Europie. Dlatego też mimo
rosnącej liczby wyjeżdżających, ilość transferowanych pieniędzy do kraju będzie malała – dodaje Krzysztof
Inglot.

O 1,33 mld zł wzrosły aktywa funduszy Union Investment TFI w pierwszym półroczu 2014

W pierwszym półroczu 2014 wartość aktywów netto w funduszach Union Investment TFI wzrosła o 1,33 mld zł, do 8,54 mld zł. Zarówno inwestorzy detaliczni, jak i instytucjonalni najchętniej wybierali fundusze pieniężne. Ci ostatni nie tylko w PLN, ale także w EUR i USD.

W samym czerwcu, podobnie jak w poprzednich miesiącach, niekwestionowanym liderem sprzedaży pozostał subfundusz UniKorona Pieniężny (UniFundusze FIO). Pozyskał on w tym okresie ponad 192 mln zł świeżego kapitału, a jego aktywa zbliżyły się do 3 mld zł. Przyczyną tak dużego zainteresowania klientów indywidualnych, jak i korporacyjnych jest m.in. środowisko niskich stóp procentowych oraz stosunkowo wysoka nadpłynność banków prowadząca do niskiego oprocentowania lokat bankowych.

– Klienci instytucjonalni, dysponujący nawet krótkimi nadwyżkami finansowymi, decydują się na wybór funduszy pieniężnych jako rozwiązań oferujących wyższą stopę zwrotu z zainwestowanego kapitału – mówi Tomasz Michalak, Dyrektor ds. Klientów Instytucjonalnych Union Investment TFI. W ciągu ostatnich 12 miesięcy subfundusz UniKorona Pieniężny zarobił 5,41%, a od początku roku 2,46% (dane na 02.07.2014).

Jak podkreśla Tomasz Mirek, Dyrektor ds. Sprzedaży Detalicznej Union Investment TFI, wyniki funduszu są czynnikiem decydującym również dla inwestorów indywidualnych. – Przy oprocentowaniu lokat bankowych na poziomie ok. 2-3% w skali roku, takie stopy zwrotu z funduszu pieniężnego stanowią dla wielu klientów dobrą alternatywę – mówi.

„Aktywne” obligacje i akcje również w polu zainteresowań
W segmencie detalicznym powodzeniem w czerwcu cieszyły się nadal fundusze obligacyjne, szczególnie te o aktywnej strategii inwestycyjnej, jak UniObligacje Aktywny (UniFundusze SFIO). – Wielu inwestorów kieruje się tutaj zaufaniem do instrumentu bazowego, jakim są obligacje skarbowe, ale i atrakcyjnymi historycznymi stopami zwrotu. Najwyższe zyski przyniosły te fundusze obligacyjne, które są aktywnie zarządzane, oraz mają możliwość inwestowania w krajach Europy Środkowo-Wschodniej – ocenia Tomasz Mirek.

Szans na większe zyski wiele osób upatruje w Turcji. – W naszej ocenie, mimo ostatniej korekty, rynek turecki nadal jest bardzo atrakcyjny inwestycyjnie. Jak widać po wynikach sprzedaży brutto, pogląd ten podziela wielu spośród naszych inwestorów – mówi Tomasz Mirek. Zainteresowaniem klientów cieszy się także polski rynek akcji, co odzwierciedlają wyniki sprzedażowe UniKorona Akcje. – Na pewno nie bez znaczenia pozostaje tutaj ponad 17-letnia historia subfunduszu UniKorona Akcje, jak i jego dobre, stabilne w czasie wyniki inwestycyjne – dodaje.

Inwestorzy instytucjonalni preferują fundusze pieniężne

Dział klientów instytucjonalnych Union Investment TFI notuje znaczne napływy przede wszystkim do funduszy pieniężnych – zarówno złotowych, jak i denominowanych w walutach obcych (euro i dolar).

– Wielu z naszych klientów prowadzących bieżące inwestycje w zakresie swojej podstawowej działalności, z racji dużej rotacji środków decyduje się na wybór funduszu. Takie rozwiązanie jest dla nich wygodniejsze, jako że nie wymaga deklarowania długości powierzenia środków, tak jak ma to miejsce w przypadku zakładania lokat terminowych – tłumaczy Tomasz Michalak.

Oprócz subfunduszu UniKorona Pieniężny, w kręgu zainteresowań inwestorów instytucjonalnych jest także UniWIBID Plus (UniFundusze SFIO), którego aktywa zbliżają się do 800 mln zł. – Cieszy nas również fakt, iż inwestorzy dostrzegają zalety naszego funduszu pieniężnego w euro, UniEURIBOR – mówi Michalak. Stopa zwrotu z tego subfunduszu za ostatnie 12 miesięcy wyniosła 1,47% (dane na 2.07.2014).

Tomasz Michalak ocenia, że ze względu na możliwe kolejne obniżki stóp procentowych fundusze pieniężne denominowane w PLN, EUR, jak i USD, dedykowane klientom instytucjonalnym, powinny w dalszym ciągu przynosić wymierne korzyści w relacji do średniej lokat bankowych.

Udane IPO w środku sezonu ogórkowego

O sytuacji na rynkach akcji rozmawiamy z Ryszardem Rusakiem, dyrektorem inwestycyjnym ds. akcji Union Investment TFI

Co słychać na GPW?
Na warszawskiej giełdzie sezon ogórkowy w pełni. Najwyraźniej inwestorzy rozpoczęli już wakacje, na co wskazują niewielkie obroty. Dużo więcej dzieje się na rynku pierwotnym. W ostatnim czasie miało miejsce kilka mniejszych i średniej wielkości emisji akcji, m.in. Altus TFI i Torpol. Wartość każdej z tych ofert wyniosła ok. 200 mln zł. Na parkiecie zadebiutowała również chemiczna spółka PCC Rokita.

Czy w obecnej sytuacji rynkowej IPO to dobry pomysł?
Jak widać, na rynku w dalszym ciągu jest popyt na akcje, a dobre spółki, posiadające ciekawy model biznesowy, nie mają problemów z uplasowaniem swoich ofert. Problemy z wprowadzeniem akcji do obrotu tradycyjnie mają jedynie firmy budzące fundamentalne wątpliwości inwestorów, np. Multimedia Polska.

Czy zmiana na stanowisku prezesa GPW może pomóc warszawskiej giełdzie?
Nie oczekiwałbym spektakularnej poprawy, gdyż wszystkie poważniejsze zmiany wymagają czasu. Nowy prezes może np. obniżyć opłaty giełdowe, ale nie przyczyni się to do gwałtownego zwiększenia obrotów. Wszystko będzie zależało od otoczenia – liczby i atrakcyjności nowych emitentów, sentymentu inwestorów oraz oczywiście ich kapitału. Ograniczenie znaczenia OFE spowoduje, że strumień świeżego kapitału zostanie zmniejszony, co będzie wymagało od zarządu GPW podjęcia działań w celu znalezienia alternatywnego źródła.
Czy widzi Pan takie źródło?
Ważnym ogniwem rynku kapitałowego w Polsce powinni być inwestorzy indywidualni, którzy albo samodzielnie, albo poprzez fundusze inwestycyjne inwestowaliby na giełdzie. Obecnie jednak stanowią oni niewielką grupę, co wynika z wciąż niedostatecznej wiedzy finansowej Polaków. A że edukacja jest procesem długotrwałym, minie sporo czasu, zanim osiągniemy w aspekcie inwestycji w akcje spółek poziom Zachodu. Bodźcem wspierającym mogłyby być również większe ulgi podatkowe.

Przejdźmy jeszcze do Turcji. Mieliśmy tam ostatnio do czynienia ze spadkami na rynku akcji. Czy to coś poważnego?
Moim zdaniem nie. Była to raczej zasłużona korekta. Weźmy pod uwagę, że w pierwszej części roku ceny tureckich akcji, m.in. banków, mocno urosły i musiał w końcu nadejść moment osłabienia dynamiki wzrostu.

A jak w perspektywy tego rynku wpisuje się ostatnia obniżka głównej stopy procentowej?
Generalnie obniżka stóp procentowych jest czynnikiem wspierającym rynek akcji, gdyż zmniejsza koszt kredytu, przyczyniając się do pobudzenia koniunktury gospodarczej. W przypadku Turcji musimy jednak wziąć pod uwagę wydźwięk i okoliczności tej decyzji. Nie dość, że cięcie stóp było większe, niż oczekiwali inwestorzy i niż wskazywałaby na to sytuacja makroekonomiczna, to może ono być odczytywane jako ugięcie się banku centralnego przed naciskami ze strony premiera Erdoğana.

Jak zareagował turecki rynek?
Inaczej niż wskazywałaby na to teoria. Dobitnie świadczy o tym fakt, że rentowności obligacji tureckich zamiast spadać, rosły. W tym kontekście należy pamiętać, że wysokie stopy procentowe bywają pożądane, gdyż pełnią rolę stabilizującą, m.in. dla waluty. Zważywszy na reakcję rynków, niewykluczone, że bank centralny Turcji trochę się pospieszył.

Sytuacja na Bliskim Wschodzie (Irak, Syria) staje się coraz bardziej napięta. Czy może to mieć negatywne przełożenie na Turcję?

Rzeczywiście, potencjalna eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie może być istotnym czynnikiem ryzyka, jednak nie tyle dla samej Turcji, co dla światowych rynków w ogóle. Uwagę inwestorów zwraca przede wszystkim destabilizacja w Iraku oraz ewentualna groźba zbrojnego zatargu pomiędzy Iranem a Arabią Saudyjską, która jest potentatem, jeśli chodzi o wydobycie i system transportu ropy naftowej. Eskalacja na Bliskim Wschodzie mogłaby spowodować wzrost cen ropy, co zdecydowanie negatywnie wpłynęłoby na globalną gospodarkę i mogłoby zakończyć trwającą od kilku lat hossę. Na szczęście tymczasem ten czarny scenariusz jest mało prawdopodobny.

Prawo geologiczne i górnicze po poprawkach Senatu wraca do Sejmu. Eksperci apelują o przyspieszenie prac

CEO Magazyn Polska

Senatorowie zaproponowali kilka poprawek do Prawa geologicznego i górniczego. Chodzi między innymi o ustalenie terminu wejścia w życie przepisów na 1 stycznia 2015 r. i złagodzenie sankcji wobec firm naruszających harmonogram prac. Teraz ustawa wróci do Sejmu. Janusz Steinhoff, były minister gospodarki, podkreśla, że przedłużające się dyskusje o nowych przepisach dotyczących łupków i obciążeniach podatkowych szkodzą całemu przedsięwzięciu.

Polska zachowuje się nieporadnie w tej materii: mamy długotrwałe dyskusje o nowelizacji Prawa geologicznego i górniczego, niesamowicie długie dyskusje o podatku węglowodorowym, zdecydowanie nadmierny fiskalizm państwa, np. jeśli chodzi o wydobywanie miedzi i srebra, krytycznie oceniony przez przedsiębiorców, i utratę zaufania do państwa – wymienia Janusz Steinhoff,  były wicepremier i minister gospodarki.

Jak podkreśla, dla inwestorów najważniejsze są stabilne warunki funkcjonowania: racjonalne przepisy prawne, przekładające się na pracę administracji, i system podatkowy bez nadmiernego fiskalizmu.

Trzeba mieć świadomość, że brak regulacji i zapowiedź opodatkowania wypłoszyła z Polski co najmniej kilku potencjalnych inwestorów – zapewnia Steinhoff.

Według Ministerstwa Środowiska do tej pory na poszukiwanie złóż w Polsce wydano 2 mld zł. Jak wylicza Organizacja Polskiego Przemysłu Poszukiwawczo-Wydobywczego do 2021 r. inwestycje związane z gazem łupkowym sięgnąć mogą ok. 14 mld zł. To ogromne ryzyko dla firm, które nie wiedzą wciąż, jak będzie wyglądało opodatkowanie wydobycia tych kopalin.

Na to trzeba patrzeć trochę szerzej: wydobywanie kopalin to są bardzo kapitałochłonne inwestycje, jeden otwór to jest kilkanaście milionów, ryzyko w tym biznesie też jest bardzo duże, szczególnie w tej początkowej fazie, z którą mamy do czynienia w Polsce – wylicza Steinhoff.

Choć na ocenę ostatecznego kształtu nowych podatków jest jeszcze za wcześnie, bo nad regulacjami wciąż pracuje Sejm, to ekspert przestrzega przed konsekwencjami nadmiernych obciążeń.

Na razie wiadomo, że propozycja jest taka, aby od 2020 r. przedsiębiorcy wydobywający paliwa kopalne, w tym gaz łupkowy, płacili od 0 do 25 proc. nowego podatku węglowodorowego od zysków. Jeśli ich zyski będą niewielkie lub nie będzie ich wcale, firmy nie zapłacą tej daniny. Na gaz i ropę rozszerzony zostanie też podatek od kopalin, którego wysokość wyniesie w zależności od rodzaju surowca 1,5 lub 3 proc. wartości wydobycia. Przedsiębiorcy będą również obciążeni podatkiem CIT, opłatą eksploatacyjną czy podatkiem od nieruchomości. Propozycje rządowe zakładają, że podatki i opłaty mają wynosić nie więcej niż 40 proc., choć branża podkreśla, że w rzeczywistości mogą okazać się znacznie wyższe.

Problem z gazem łupkowym ma cała Europa, a memorandum na jego wydobycie ogłoszono nawet w niektórych częściach USA, które są potęgą w wydobywaniu tego surowca i dzięki niemu utrzymują niezależność energetyczną oraz niskie ceny energii. Sprawa rozbija się o ocenę wpływu na środowisko tej metody wydobycia. Steinhoff stoi na stanowisku, że obawy są niepotrzebne.

Pamiętajmy o tym, że każde wydobywanie kopaliny ze złoża jest naruszeniem stanu środowiska, a powinnością człowieka jest minimalizować te skutki środowiskowe. Ale jeżeli porównamy skutki środowiskowe przy wydobyciu węgla brunatnego w górnictwie odkrywkowym czy węgla kamiennego w górnictwie podziemnym, to wydaje mi się, że ich ocena wskazuje na mniejszą dolegliwość wydobycia gazu w górnictwie otworowym – tłumaczy rozmówca Newserii Biznes.

Ostatnie dni konsultacji w sprawie dopłat bezpośrednich dla rolników. Średnia dopłata przekroczy 200 euro na hektar

CEO Magazyn Polska

Na ponad 40 mld euro mogą liczyć polscy rolnicy w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich oraz dopłat bezpośrednich do 2020 r. Średnia dopłata bezpośrednia ma wynieść 246 euro na hektar. Dokładny kształt systemu dopłat zależy od tego, który z trzech wariantów wybierze po kończących się 11 lipca konsultacjach Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Rolnicy mogą liczyć na kwotę podstawową 184 euro na hektar, ale średnio jest to 246 euro po uwzględnieniu dopłat dodatkowych w jednym z wariantów. Gospodarstwa korzystające z premii dla młodego rolnika na płatności bezpośrednie czy z dopłat na te pierwsze hektary będą mogły uzyskać płatności nawet powyżej 500 euro do hektara. Te wyższe płatności uzyskają ci, którzy rzeczywiście aktywnie zajmują się produkcją w rolnictwie – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Zgodnie projektem do polskich rolników do roku 2020 trafi łącznie 43,4 mld euro. Znaczna większość tych środków będzie pochodzić z budżetu UE. Polska dołoży tylko 4,9 mld euro w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (drugi filar Wspólnej Polityki Rolnej). Dopłaty bezpośrednio będą finansowane przez Brukselę z wyjątkiem dopłat do produkcji tytoniu. Te ostatnie wyniosą 180 mln euro, a środki będą pochodzić z budżetu krajowego.

Sawicki podkreśla, że te kwoty to więcej niż polscy rolnicy dostali od 2004 r. Do tej pory wsparcie dla nich wyniosło niecałe 40 mld euro. Wsparcie zostało tak zaprojektowane, by przygotować polskich rolników do przejścia na pełne urynkowienie po roku 2020.

System dopłat bezpośrednich, czyli pierwszy filar WPR, został wzmocniony dzięki przesunięciu przez Polskę ponad 25 proc. środków z PROW.

Zasada jest bardzo prosta: te 25 proc. musi być skierowane do gospodarstw produkcyjnych rozwijających się, dających szansę na uzyskanie pełnego urynkowienia po roku 2020. Oprócz wsparcia określonych kierunków produkcji proponujemy także nieco większe dopłaty, dodatkowe dopłaty do hektara dla gospodarstw małych i średnich, żeby zwiększyć ich potencjał rozwojowy, ich możliwości inwestowania i budowania pozycji na rynku – wylicza Sawicki.

Trwającym do 11 lipca konsultacjom społecznym ministerstwo poddało trzy warianty dopłat dodatkowych. Ich średnia wysokość niezależnie od przyjętego systemu wyniesie 205 euro na hektar. Jednolite płatności obszarowe wraz ze stawką za zazielenianie wyniosą w dwóch z nich 184 euro na hektar, a w wariancie bez dopłat dodatkowych – 205 euro na hektar. Dopłaty dodatkowe, które są elementem nieobowiązkowym WPR, będą najwyższe w przypadku gospodarstw o wielkości od 10 do 30 hektarów i wyniosą w zależności od wariantu 62 lub 80 euro na hektar. Dzięki temu najbardziej skorzystają gospodarstwa o łącznej powierzchni, w zależności od wariantu, między 12 a 83 hektarów lub między 11 a 69 hektarów.

Sawicki przyznaje, że nowy system nie wyeliminuje całkowicie problemu pobierania dopłat na grunty rolne przez osoby, które niczego na nich nie uprawiają. Zminimalizować ten problem ma jednak wypracowana definicja „rolnika aktywnego”.

Ci, którzy nie zajmują się rolnictwem, wcale nie muszą uzyskiwać takiego poziomu dopłat jak rolnicy produkcyjni. Stąd ta zmiana i nowe podejście, które daje szansę autentycznym rolnikom – podkreśla Sawicki. – Dodatkowo w ramach środków unijnych na rolnictwo mamy jeszcze 5,2 mld euro w polityce spójności.

Przesunięcie środków z drugiego do pierwszego filara WPR sfinansuje także płatności związane z produkcją. To maksymalnie 15 proc. środków krajowych, z czego 2 proc. trafi na rośliny wysokobiałkowe, przede wszystkim paszowe. Sawicki podkreśla, że będą także dopłaty do produkcji truskawek i malin, chmielu, skrobi i cukru, a także do hodowli zwierząt – zwłaszcza bydła mlecznego i mięsnego, owiec i kóz. Resort przewidział także wsparcie dla produkcji proekologicznej –  najwyższe dla najmniejszych gospodarstw do 50 hektarów.

Później redukcja o 50 proc. w obszarze 50-100 hektarów i tylko 25 proc. w gospodarstwach od 100 do 150 hektarów. W ramach grup producenckich, w ramach ustawy o organizacjach grup i producentów chcemy również zastosować pewne preferencje, z jednej strony, dla produkcji żywności podwyższonej jakości, z drugiej strony, preferencje dla gospodarstw chcących przetwarzać w gospodarstwach produkty i prowadzić sprzedaż bezpośrednią – zapowiada Sawicki.

Sytuacja na rynku pracy w USA nieoczekiwanie się poprawiła. Gospodarka powoli się ożywia

CEO Magazyn Polska

Amerykanie mogą w nieco lepszych nastrojach świętować dzisiejszy Dzień Niepodległości. Dane dotyczące rynku pracy w czerwcu pozytywnie zaskoczyły analityków. Stopa bezrobocia w ubiegłym miesiącu wyniosła w Stanach 6,1 proc., podczas gdy prognozowano 6,3 proc. Utworzono też o kilkadziesiąt tysięcy nowych miejsc pracy więcej niż oczekiwano. Jednak analitycy zwracają uwagę na to, że przy innej metodologii okazałoby się, że bezrobocie jest znacznie wyższe.

W amerykańskim sektorze pozarolniczym stworzono w czerwcu 288 tys. nowych miejsc pracy, a w sektorze prywatnym – 262 tys. Prognozowano zaś odpowiednio 212 tys. i 210 tys.

– Pamiętajmy jednak, że gdyby mierzono bezrobocie według kategorii z lat 30. ubiegłego wieku, to okazałoby się, że jest na poziomie kilkunastu procent – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Mnóstwo ludzi w ogóle nie stara się o pracę, bo wiedzą, że jej i tak nie zdobędą. Oni nie są uwzględniani w zbiorze bezrobotnych. Jest wiele osób zatrudnionych czasowo i w niepełnym wymiarze godzin, którzy także nie liczą się jako bezrobotni.

Zdaniem Piotra Kuczyńskiego mimo teoretycznie niskiego bezrobocia amerykański rynek pracy wciąż jest w nie najlepszej kondycji. Świadczy o tym np. wskaźnik zaufania konsumentów Conference Board, który znajduje się poniżej 90 punktów (w czerwcu – 85,2 pkt).

– O dobrych nastrojach można mówić na poziomie powyżej 90 punktów, a tak naprawdę to powinno być nawet 140 punktów – mówi Kuczyński. – Obecne nastroje są złe właśnie dlatego, że nie ma pracy, a jeśli jest, to bardzo nisko płatna, z której trudno się utrzymać.  

Trudna sytuacja na rynku pracy utrzymuje się pomimo polityki Fed pompowania (co prawda powoli wygaszanego) dolarów w rynek.

– Stopy są w dalszym ciągu w okolicach zera i nadal trwa luzowanie ilościowe – przypomina Kuczyński. – Fed co miesiąc skupuje aktywa za 35 mld dolarów. W październiku może zaprzestanie skupu, ale nie będzie też sprzedawał, a stopy pozostaną niskie.

Zgodnie z zapowiedziami członków amerykańskiego banku centralnego wzrost stóp procentowych nastąpi prawdopodobnie na początku przyszłego roku.

– James Bullard, szef Fed z St. Louis, mówi, że do końca przyszłego roku wyniosą one 1,25 proc. To nadal niewiele przy naszych 2,5 proc. Przedstawiciele Fed mówią, że wszystko zależy od sytuacji gospodarczej. Jeśli będzie ona zła, to stopy pozostaną na ultraniskim poziomie – mówi Kuczyński. – Problem banków centralnych polega na tym, że jeżeli stopy zostaną za szybko podniesione, to zduszą gospodarkę i wróci recesja, a jeżeli za wolno  to uderzy inflacja.  

Podane ostatnio przez Departament Handlu USA dane o wzroście gospodarczym nie napawają optymizmem. W I kwartale roku PKB spadł o 2,9 proc. w ujęciu zanualizowanym kwartał do kwartału. Ekonomiści spodziewali się wprawdzie spadku po srogiej zimie, jaka dotknęła Amerykę w tym roku, ale nie w aż takiej skali.

O tyle PKB by spadł w całym roku, gdyby gospodarka rozwijała się jak w I kw. To wygląda bardzo niedobrze, choć nie do końca wiadomo, z czego to wynika – mówi główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Myślę, że to chwilowe, bo dane makro za II kwartał już wyglądały nieco lepiej. Nie było widać procesów stagnacyjno-recesyjnych. Niewątpliwie PKB w Stanach wzrośnie w tym roku, prawdopodobne jest, że między 2 a 3 proc. Na pewno wzrośnie więcej niż gospodarka europejska.

Media Markt walczy o klientów w mniejszych miejscowościach, gdzie nie ma sklepów sieci

CEO Magazyn Polska

Media Markt chce zdobywać klientów również w miejscowościach, w których nie ma sklepów stacjonarnych. Sieć ma blisko 50 sklepów, głównie w większych miastach. Liczy jednak, że dzięki sprzedaży internetowej zakupy w Media Markt będą robić również mieszkańcy mniejszych miast i miejscowości. Zachęcić klientów ma ogólnokrajowa akcja Media Markt Tour 2014 – do października przedstawiciele sieci odwiedzą blisko 70 miejscowości w całej Polsce, promując w interaktywnym miasteczku nowoczesne technologie z oferty sklepów.

Plan ekspansji na pewno zakłada rozwój w Polsce, mamy jeszcze spory niewykorzystany potencjał. Rozwijamy się głównie z naszymi partnerami deweloperskimi, którzy otwierają nowe galerie handlowe lub nowe parki handlowe. Nasza kampania odpowiada też na oczekiwania klientów z małych miejscowości  od 18 miesięcy mamy uruchomioną sprzedaż internetową. W związku z tym nasze produkty i usługi są dostępne z każdego miejsca w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Sobolik, dyrektor zarządzający Media Markt Polska.

Właśnie promocja sklepu internetowego jest jednym z celów ogólnopolskiej kampanii sieci Media Markt. W trakcie Media Markt Tour 2014 pracownicy spółki odwiedzą niemal 70 miejscowości. W każdej z nich zbudowane zostanie niewielkie miasteczko promocyjne, w którym spółka będzie demonstrowała najnowsze technologie ze swojej oferty. Będzie można także m.in. skorzystać z gier oraz wygrać nagrody w konkursach. Interaktywne miasteczko odwiedziło już ponad 40 tys. osób.

Sobolik podkreśla, że dzięki sklepowi internetowemu Polacy mogą kupować w Media Markt niezależnie od tego, czy mieszkają w pobliżu sklepu. Markety spółki znajdują się w 39 miejscowościach, w tym również w mniejszych, takich jak Czeladź, Głogów czy Piotrków Trybunalski.

Odwiedzamy małe miejscowości w celu zasygnalizowania tego, że w naszej ofercie dostępne są najnowocześniejsze technologie, innowacje, jak również tego, że jesteśmy sprzedawcą produktów elektroniki użytkowej w internecie, co czyni nas liderem na rynku elektroniki w Polsce – tłumaczy Sobolik.

Ważnym elementem kampanii promocyjnej jest wykorzystanie znanej z reklam Media Markt czerwonej ciężarówki. Wydarzenia promocyjne odbyły się już w ponad 20 miastach, a uczestniczyło w nich ponad 42 tys. osób. Kampania wystartowała w maju i potrwa do października tego roku. W pierwszej połowie lipca Media Markt Tour odwiedzi Turek, Wrześnię, Leszno, Głogów oraz Nową Sól.

W miesiącach wakacyjnych rośnie sprzedaż ubezpieczeń mieszkań i domów. Polacy zabezpieczają się przed wyjazdem

CEO Magazyn Polska

W pierwszym kwartale tego roku składka z ubezpieczeń majątkowych była o ponad 6 procent wyższa niż rok wcześniej, a znaczący udział w składce mają ubezpieczenia od ognia i innych żywiołów. Sprzedaż tego typu polis rośnie w miesiącach wakacyjnych. Znajduje to też odzwierciedlenie w większej liczbie szkód wywołanych przez zjawiska przyrodnicze. Eksperci radzą, by wybierać jak najpełniejsze ubezpieczenie oraz zwrócić uwagę na jego zakres i ewentualne wyłączenia.

Obserwujemy, że nasi klienci w lipcu częściej interesują się ubezpieczeniem mieszkania, jest zwiększona sprzedaż. Ale notujemy też wówczas większą liczbę szkód związanych ze zjawiskami przyrodniczymi, takimi jak deszcze nawalne, powodzie czy huragany – mówi agencji Newseria Biznes Anna Dyga, ekspert ds. ubezpieczeń majątkowych w PZU SA i PZU Życie SA.

Również z danych TUiR Warta wynika, że w miesiącach wakacyjnych odsetek szkód w ubezpieczeniach mieszkaniowych spowodowanych przez żywioły jest bardzo wysoki – 83 proc. ubiegłorocznych szkód wywołanych opadami deszczu przypada na okres od czerwca do sierpnia, 90 proc. szkód spowodowanych powodzią przypada na okres od maja do sierpnia. Podobnie jest w przypadku szkód spowodowanych gradem (98 proc. przypada na ten okres) i uderzeniem pioruna (78 proc.).

Jeżeli wracamy po wakacjach do domu i widzimy, że mamy np. szkodę na skutek zalania, nasz dom stoi w wodzie, przede wszystkim musimy dążyć do zabezpieczenia mienia, żeby szkoda się nie powiększała, czyli musimy zakręcić dopływ wody. W drugiej kolejności dzwonimy do swojego ubezpieczyciela, który nas poinstruuje, co dalej musimy zrobić, jak zgłosić szkodę i jakie czynności musimy wykonać. Natomiast w przypadku kradzieży oczywiście dodatkowo musimy poinformować policję o przestępstwie – radzi Anna Dyga.

Sprzedaż ubezpieczeń majątkowych utrzymuje się w Polsce na wysokim poziomie. Jak wskazują analizy Polskiej Izby Ubezpieczeń, w pierwszym kwartale tego roku składka z ubezpieczeń majątkowych wyniosła 3,7 mld zł i była o ponad 6 procent wyższa niż rok wcześniej. Wciąż jednak niewiele ponad 30 procent Polaków decyduje się na zakup ubezpieczenia (dla porównania w Niemczech wskaźnik ten wynosi prawie 90 procent). Przeważają w tej grupie ci, którzy już doświadczyli kradzieży czy działania żywiołów.

Na polskim rynku dominują ubezpieczenia w formie pakietów – są to różne ubezpieczenia powiązane z posiadanym majątkiem. Zwykle obejmują ryzyko kradzieży, rabunku, wystąpienia zdarzeń losowych i odpowiedzialności cywilnej. Coraz częściej dołączane są usługi związane z ubezpieczeniem domowników od nieszczęśliwych wypadków.

Bardzo często nasi klienci mają już ubezpieczenie murów domu, mieszkania pod kredyt hipoteczny, ale zawsze warto zadbać o to, żeby mieć ubezpieczenie dla siebie i ubezpieczenie wyposażenia. Mowa zarówno o stałych elementach, takich jak podłogi, armatura łazienkowa, okna, drzwi, jak i mieniu ruchomym – biżuterii, sprzęcie komputerowym, elektronicznym czy ogrodniczym – zaznacza ekspertka PZU.

Jak podkreśla ekspertka, przy wyborze należy kierować się zakresem polisy, czyli za co, do jakiej wysokości i w jakich sytuacjach można liczyć na ubezpieczenie. W ofercie można także znaleźć katalog wyłączeń ochrony, czyli przypadków, w których ubezpieczyciel nie będzie odpowiadał.

Firmy ubezpieczeniowe różnie budują swoją ofertę. Jedne proponują konkretne warianty, inne proponują ubezpieczenie od podstawowych ryzyk, do których można dokupić dodatkowe, na przykład przepięcie, kradzież, dewastacja. Jeszcze inne oferują najszerszy zakres ochrony z możliwością wyłączenia ryzyka, którego się nie obawiamy – mówi Anna Dyga.

Wysokość składki ubezpieczeniowej zależy m.in. od wartości, na jaką ubezpiecza się mienie (częściowe lub całkowite), dużo też zależy od terenu, na którym znajduje się nieruchomość. Część instytucji nie ubezpieczy mienia od powodzi, jeśli budynek znajduje się na terenie zalewowym, na którym w ciągu dwóch ostatnich lat występowały powodzie.

Dyga podkreśla, że już za składkę w wysokości 360 zł miesięcznie można ubezpieczyć nieruchomość na wartość 400 tys. zł i ruchomości – do 20 tys. zł.

SKOK-i i banki spółdzielcze pracują nad umacnianiem pozytywnego wizerunku wśród lokalnych społeczności

Instytucje finansowe coraz częściej włączają się w działania związane z obszarem społecznej odpowiedzialności biznesu. Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe realizują politykę CSR głównie lokalnie. W przeciwieństwie do dużych banków nie mają wypracowanych mechanizmów wspierania projektów ogólnokrajowych. Podobnie robią banki spółdzielcze, chociaż oba te rodzaje instytucji bankowości społecznej nie wykorzystują swoich możliwości działań ponadregionalnych. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego podkreślają, że w Polsce brakuje spójnego systemu CSR i wymiany doświadczeń, a to pozwoliłoby na większą efektywność działań.

– Prowadzimy różnego rodzaju projekty z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu, bo takie są nasze cele statutowe – to zostało zapisane przez członków założycieli, więc zaangażowanie w CSR jest dla nas naturalnym działaniem, które stale rozwijamy – mówi Mariusz Gazda, prezes zarządu SKOK Wołomin. – Są to wszelkiego typu działania wspierające polską kulturę czy sport, głównie w wydaniu młodzieżowym, dziecięcym, ale także wydawnictwa historyczne, również wspieraliśmy produkcję filmów historycznych. Wspieramy wszystko, co polskie, co nasze, co lokalne.

Na tego typu wsparciu koncentrują się SKOK-i – wynika z raportu przygotowanego przez Instytut Jagielloński „Dobre partnerstwo – teoria a praktyka: jak instytucje finansowe budują partnerstwo na korzyść lokalnych społeczności”. Eksperci podzielili badane instytucje na trzy kategorie – banki komercyjne, banki spółdzielcze i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. Wnioski są takie, że banki, szczególnie te duże, jak Pekao SA, chętnie angażują się w przedsięwzięcia ponadregionalne, a działalność lokalna realizowana jest przez wspierane przez bank fundacje czy stowarzyszenia.

Banki spółdzielcze zwykle wspierają lokalne działania, jak na przykład działalność na rzecz edukacji dzieci i młodzieży – tak robi BS w Brańsku. SKOK Wołomin, druga co do wielkości kasa w Polsce, zrzeszająca 80 tys. członków – angażuje się głównie w przedsięwzięcia kulturalno-sportowe, także koncentrując się na swoim regionie.

To wszystko jest naturalne. Pozytywne, dobre działanie dla drugiego człowieka, który jest najbliżej, czyli w tej społeczności lokalnej – tłumaczy Gazda. – To nasz obowiązek, ponieważ to te społeczności lokalne nas tworzą i to są nasi klienci. Niejednokrotnie prezydenci miast, burmistrzowie osobiście angażują się na rzecz jakichś lokalnych społeczności, czy to są stowarzyszenia, ośrodki kultury czy ośrodki sportu – podkreśla Gazda.

SKOK-i i banki spółdzielcze mają jednak możliwość działania ponadregionalnego – zauważają autorzy raportu. Mogłyby to realizować za pośrednictwem Kasy Krajowej SKOK czy Rady Banków Spółdzielczych. Instytut Jagielloński w raporcie wskazał, że brakuje ogólnopolskich mechanizmów komunikacji i koordynacji projektów, a te mogłyby znacznie zwiększyć efektywność działań. Nie ma też platformy, która mogłaby służyć jako miejsce do wymiany informacji i doświadczeń, z której mogłyby skorzystać przede wszystkim mniejsze instytucje. I nie chodzi tu o ingerowanie w poszczególne lokalne projekty. To o tyle istotne, że działania związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu wpływają pozytywnie na wizerunek.

– Przekładają się na wizerunek, znajomość, postrzeganie i rozróżnianie danych podmiotów. Natomiast nie przekładają się wprost na sprzedaż – tłumaczy Mariusz Gazda.

Na pewno jednak CSR SKOK-ów i banków spółdzielczych daje mocne argumenty w dyskusji na temat szans na utrzymanie polskiego charakteru instytucji finansowych w kontekście przekształceń na rynku i Unii Bankowej – podkreślili eksperci Instytutu Jagiellońskiego. Dodają, że mocna więź z lokalnymi społecznościami sprzyja utrzymaniu polskiego oblicza tego sektora finansowego.

Ericpol chce wzmocnić swoją pozycję na polskim rynku. Wzrośnie zatrudnienie w Łodzi i Krakowie

CEO Magazyn Polska

Ericpol jest największym polskim eksporterem z branży teleinformatycznej. Blisko 90 proc. przychodów spółki pochodzi z zagranicznych rynków, ale udział polskiego ma się w najbliższym czasie zwiększać. Mają to zapewnić m.in. projekty dla administracji oraz rozwiązania dla biznesu, również dla branży medycznej, logistycznej i automotive. Firma zapowiada poszukiwania inżynierów do pracy w Łodzi i Krakowie oraz w oddziałach zagranicznych.

Ericpol jest jedna z największych firm informatycznych w Polsce: z ponad 300 mln zł obrotu i 2 tys. pracowników w czterech krajach.

Od wielu lat jesteśmy czołowym eksporterem rozwiązań informatycznych, zawsze w pierwszej piątce, a od kilku lat umacniamy naszą pozycję na rynku polskim – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Szczerkowski, dyrektor generalny i wiceprezes zarządu Ericpol.

Po ponad 20 latach istnienia w 2013 r. Ericpol wszedł na rynek zamówień publicznych w Polsce. Firma planuje zwiększać udział rodzimego rynku w generowanych przychodach. Na razie pozostaje on niewielki – około 10 proc. Równolegle Ericpol chce dalej umacniać swoją pozycję na zagranicznych rynkach, szczególnie w segmencie outsourcingu i konsultingu.

Teraz koncentrujemy się na rynku niemieckim. Otworzyły się też ciekawe perspektywy, jeżeli chodzi o rynek północnoamerykański. Klientom w Stanach Zjednoczonych będziemy oferować głównie usługi outsourcingowe, natomiast naszym europejskim klientom bardziej zaawansowane produkty i usługi informatyczne – mówi Szczerkowski.

Dotychczas Ericpol zrealizował ponad 800 projektów w 75 krajach. Firma posiada biura w Łodzi, Krakowie i Warszawie oraz spółki zależne na Białorusi, Ukrainie i w Szwecji. Specjalizuje się w usługach outsourcingu i konsultingu IT, dostarcza też rozwiązania m.in. dla firm telekomunikacyjnych, sektora ochrony zdrowia czy też banków.

– W najbliższym roku będziemy przede wszystkim inwestować w rozwój naszych własnych rozwiązań. Chodzi o produkty dla logistyki, medycyny, oraz workflow, czyli rozwiązania dla przedsiębiorstw i urzędów państwowych. Poszukujemy także klientów z obszaru automotive, zajmujemy się dostarczaniem rozwiązań i systemów embedded [systemów wbudowanych – red.]. To jest to, co znajduje się w konsoli środkowej w samochodzie, czyli coraz więcej elektroniki i software’u. To są rzeczy, które nas interesują – wymienia wiceprezes Ericpola.

Ericpol ogłosił w maju, że chce zatrudnić 250 nowych pracowników w Krakowie i Łodzi, przede wszystkim osoby z wykształceniem technicznym lub ścisłym.

Będziemy inwestować w nabywanie coraz większych kompetencji, ciągle poszukujemy dobrych inżynierów w Łodzi, Krakowie, również w naszych lokalnych sekcjach za granicą. Inwestujemy też w infrastrukturę, właśnie kończymy inwestycję w powierzchnie biurowe w Łodzi – to jeden z ciekawszych budynków, który tam powstanie – ocenia Paweł Szczerkowski.

Wśród partnerów biznesowych Ericpolu dominują duże, dojrzałe firmy. Współpraca z nimi pozwala spółce oferować bardziej konkurencyjne produkty w porównaniu z firmami z Dalekiego Wschodu, których atutem są niskie koszty. Według Szczerkowskiego efektywna i elastyczna współpraca z partnerami jest podstawą ekspansji na zagranicznych rynkach.

Dziś bardzo mało jest firm, które samodzielnie dostarczają wszystkie elementy rozwiązania. Potrzebny jest sprzęt i licencje. Dzięki partnerstwu z dużymi firmami jesteśmy w stanie efektywnie startować i wygrywać tego typu kontrakty. A bycie partnerem powoduje, że ma się dostęp do lepszej wiedzy, współpraca pozwala lepiej kształtować rozwiązania dla klientów – wskazuje wiceprezes Ericpola.

Kolejnym, bardzo istotnym źródłem przewagi konkurencyjnej firm teleinformatycznych jest współpraca ze środowiskiem naukowym. Ericpol wspiera zacieśnianie kontaktów między sferą biznesu i nauki w ramach platformy współpracy z uczelniami wyższymi „Ericpol Science Ecosystem”. Firma stale współpracuje z Politechniką Łódzką, Uniwersytetem Jagiellońskim, Uniwersytetem Łódzkim oraz Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Pracownicy Ericpolu prowadzą zajęcia dla studentów telekomunikacji, matematyki stosowanej i informatyki.