Rynek obligacji w Polsce jest zdominowany przez państwo. Znaczenie papierów korporacyjnych i samorządowych będzie jednak rosło

CEO Magazyn Polska

Wartość transakcji na rynku wtórnym obligacji rządowych wyniosła w maju nieco ponad 850 mld zł, a na rynku obligacji nieskarbowych Catalyst – zaledwie 150 mln zł. Według prezesa BondSpot, Catalyst ma duży potencjał rozwoju, bo wciąż jeszcze jest w fazie początkowej. Dzięki temu firmy znacząco obniżą koszty pozyskania kapitału. Rynek obligacji skarbowych jest bardzo płynny i efektywny, co sprzyja obniżeniu kosztów zadłużania się przez rząd.

Rynek obligacji w Polsce nie jest jednorodny. Mamy rynek obligacji skarbowych i w takim zakresie, w jakim my to prowadzimy, jest to głównie rynek międzybankowy, na którym graczami są największe banki krajowe i międzynarodowe. Nasza platforma elektroniczna jest jednym z największych rynków pod względem wartości obrotu w Europie. Jest też największą platformą w naszym regionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Fotek, prezes zarządu BondSpot SA.

Wartość transakcji na rynku wtórnym skarbowych papierów wartościowych (SPW) wyniosła w maju br. 850,7 mld zł. Większość obrotu (93,2 proc.) przypadła na nieregulowany rynek międzybankowy, natomiast udział Treasury BondSpot Poland (TBS) wyniósł blisko 7 proc. Marginalne znaczenie miał obrót obligacjami rządowymi na GPW. Według danych Ministerstwa Finansów jego udział nie przekroczył 0,006 proc. 

Rynek TBS Poland jest hurtowym rynkiem obrotu obligacjami rządowymi, dlatego jego uczestnikami są głównie instytucje finansowe. Przedmiotem transakcji są pakiety papierów dłużnych, których wartość nominalna wynosi co najmniej 5 mld zł. Ponadto wartość nominalna jednej obligacji skarbowej na rynku hurtowym wynosi zwyczajowo 1000 zł. Rynek SPW – ze względu na wielkość i płynność – pozostaje najważniejszym dla BondSpot, ale spółka liczy na dynamiczny rozwój rynku obligacji korporacyjnych.

BondSpot prowadzi w ramach Catalyst system rynków wspólnie ze swoim dominującym akcjonariuszem – Giełdą Papierów Wartościowych SA. Dwie z czterech platform obrotu na rynku Catalyst są prowadzone bezpośrednio przez GPW, a pozostałe przez BondSpot. Jest to Regulowany Rynek Pozagiełdowy wraz z Alternatywnym Systemem Obrotu.

W porównaniu z rynkiem SPW rynek obligacji korporacyjnych i samorządowych na Catalyst jest bardzo mały. W maju 2014 r. wartość obrotów sesyjnych wyniosła nieco ponad 150 mln zł, czyli niewielki odsetek wartości wszystkich transakcji na rynku obligacji skarbowych. Według Jacka Fotka rynek Catalyst jest dopiero w fazie rozwojowej.

On ma dopiero cztery lata. Potrzeba kilku istotnych zmian, które będą w stanie w dłuższym terminie tę płynność wspomóc. Tutaj też rosną obroty, pojawia się bardzo dużo emitentów. W tej chwili mamy już blisko 500 serii notowanych i około 130 emitentów. Ten rynek się rozwija, ale jesteśmy świadomi wyzwań przed nim stojących – uważa prezes BondSpot.

Zdaniem Jacka Fotka rozwojowi Catalyst sprzyjałoby m.in. upowszechnienie emisji obligacji o stałym oprocentowaniu.

Po drugie, bardzo istotnym elementem jest umożliwienie bankom, jako głównym graczom rynku obligacji, bezpośredniego dostępu do rynków zorganizowanych, czyli do rynku regulowanego, do Alternatywnego Systemu Obrotu. Po trzecie wreszcie, bardzo potrzebna jest popularyzacja i wzrost poziomu pokrycia ratingami emisji w Polsce – wskazuje.

Obecnie niewielka część wyemitowanego długu ma ocenę ratingową, co może zmniejszać zainteresowanie inwestorów ze względu na trudności w szacowaniu ryzyka. Może to zmienić powołany 20 czerwca Instytut Analiz i Ratingu. Zdaniem ekspertów na pełne uruchomienie jego działalności powinien wystarczyć rok.

Rynek obligacji korporacyjnych jest bardzo zróżnicowany – zarówno po stronie emitentów, jak i inwestorów, co musi być odzwierciedlone w oferowanych instrumentach. Z tego względu jednostką transakcyjną na platformach prowadzonych prze BondSpot jest 100 tys. zł lub 100 tys. jednostek danej waluty obcej, a na prowadzonych przez GPW – jedna obligacja. Ta segmentacja rynku to tylko jedno z wielu działań, które są niezbędne do dalszego rozwoju rynku Catalyst.

Najwięksi emitenci wciąż narzekają, że polski rynek jest relatywnie płytki i że nie są w stanie wyemitować w takiej skali instrumentów dłużnych, jakie są potrzebne im do inherentnego rozwoju. Z kolei mniejsi emitenci, którzy odpowiadają za gros emisji w Polsce, czyli ci rzędu 10 mln zł i poniżej, narzekają na relatywnie wysoki koszt pozyskania kapitału na tym rynku i dosyć skomplikowane i kosztowne procesy przygotowawcze w tym zakresie – uważa Jacek Fotek.

Według prezesa BondSpot istnieje duży potencjał do obniżenia kosztów pozyskania kapitału, co byłoby silnym impulsem rozwojowym dla polskich firm. Szczególnie dla tych, które nie mogą finansować się poprzez kredyt bankowy. Zmiany strukturalne w gospodarce również mogą wymusić wzrost znaczenia alternatywnych form finansowania wobec kredytu bankowego. 

Coraz większy procent finansowania długoterminowego polskiej gospodarki będzie musiał się odbywać poprzez rynek kapitałowy, a nie w sposób tradycyjny, wyłącznie w sektorze bankowym – twierdzi prezes BondSpot.

Ceny mieszkań w tym roku nie wzrosną gwałtownie. Możliwe raczej niewielkie odbicie

Na rynku mieszkaniowym ceny przestają spadać, ale nie można jeszcze mówić o istotnej zmianie trendu w tym roku – wynika z raportu firmy Emmerson Evaluation. Drożeć będą lokale w największych metropoliach, ale nieznacznie, poza tym wciąż są rynki, gdzie ceny będą w tym roku spadać. Program Mieszkanie dla Młodych będzie miał niewielki wpływ na rynek, choć są miejsca, gdzie rządowy limit jest aż o 20 proc. wyższy od cen rynkowych.

 Ceny mieszkań, które pozostawały przez ostatnich kilka lat w trendzie spadkowym, doszły do punktu przełamania i w części miast obserwujemy już odbicie cen i delikatne wzrosty – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation.  Stąd też prognozujemy kontynuację tego trendu w miastach, gdzie wzrosty już się rozpoczęły. A w miastach, w których jeszcze ceny spadają, prognozujemy stabilizację albo odbicie cen w końcówce roku.

Według E-VALUER INDEX 2014 na pewno jednak nie można mówić, że 2014 to rok zdecydowanej zmiany trendów cenowych na rynku mieszkań. A już na pewno nie można takiej tezy uogólniać na cały kraj, bo w każdym z przebadanych przez Emmersona miast wojewódzkich sytuacja wygląda inaczej.

 Jako liderów wzrostu cen mieszkań na koniec roku upatrujemy między innymi Kraków i Trójmiasto. Natomiast co do miast, w których ceny będą jeszcze spadać, wciąż ten trend się nie odwróci, bo on trwa de facto od kilku lat to dotyczy na przykład Łodzi – mówi Książak.

W Warszawie w I kwartale tego roku średnia cena mieszkania wyniosła 6 986 zł/mkw. dla rynku wtórnego i 7 197 zł/mkw. dla pierwotnego. Emmerson przewiduje, że do końca roku sytuacja w stolicy znacząco się nie zmieni. Stabilnie ma być też w Białymstoku (tu na rynku wtórnym możliwy jest nawet niewielki spadek), Olsztynie, Toruniu, Bydgoszczy, Rzeszowie czy Szczecinie. Niewielkie wzrosty cen mają nastąpić w Krakowie czy Lublinie, a tylko na rynku wtórnym także we Wrocławiu, Trójmieście, Poznaniu i Katowicach. Ceny spaść mogą w Kielcach i Łodzi; na rynku wtórnym także w Gorzowie Wielkopolskim i Zielonej Górze. W Opolu spadek spodziewany jest na rynku pierwotnym, podczas gdy na wtórnym nastąpi stabilizacja.

 Co do zasady rynek pierwotny jest nieco droższy i to dotyczy praktycznie wszystkich aglomeracji – mówi prezes Emmerson Evaluation.  Aczkolwiek obserwowaliśmy taką tendencję, że w miastach, gdzie w ostatnich latach dostarczono na rynek dosyć dużo mieszkań i one aktualnie trafiają do obrotu wtórnego, to różnica między cenami na rynku pierwotnym a  na rynku wtórnym jest mniejsza niż w tych miastach, gdzie aktywność deweloperska była znacznie bardziej ograniczona. Tam w obrocie na rynku wtórnym są głównie stare mieszkania i ich ceny są wyraźnie niższe niż mieszkań nowych.

W cenie są wciąż mieszkania małe, na nabycie których klienci są w stanie zaciągnąć kredyt w bankach. Wciąż najchętniej kupowane są takie lokale, gdzie na małej powierzchni jest możliwie dużo pokoi.

W większości miast im większe mieszkanie, tym niższa cena za mkw. Jednak prawidłowość ta nie dotyczy największych (ok. 100 mkw.) mieszkań, apartamentów w takich miastach, jak Warszawa, Kraków, Poznań, Trójmiasto czy Wrocław.

 Wynika to z faktu, że w najbogatszych miastach rozwinął się rynek dosyć drogich apartamentów, które mają dużą powierzchnię i wysoką cenę i później średnia cena dla tego segmentu rynku wychodzi wyższa niż dla mieszkań małych – wyjaśnia Książak.

Zgodnie z raportem na rynek nie ma wielkiego wpływu rządowy program Mieszkanie dla Młodych. Ma on znaczenie jedynie w nielicznych miejscowościach, gdzie rządowe limity przewyższają średnią cenę lokali na rynku. Tak jest na przykład w Olsztynie, gdzie limit to 4 859 zł, a średnia cena – 4 407 zł. To 9 proc. różnicy. Szanse na zakup z pomocą państwa mają też klienci w Łodzi (cena średnia niższa o ponad 6 proc. od limitu) oraz w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim (tu ceny są aż o 20 proc. poniżej limitu). Natomiast na takich rynkach, jak Warszawa, Kraków czy Wrocław ceny transakcyjne są zdecydowanie wyższe od ustalonych limitów.

W najbliższych latach Polacy będą dokonywać większości transakcji za pomocą bankowości mobilnej

Prawie 3 mln Polaków ma już dostęp do bankowości mobilnej. Większość z nich używa smartfonów do typowych operacji, takich jak sprawdzanie salda i zlecanie przelewów. Nowoczesne aplikacje oferują jednak znacznie więcej – przykładowo, dzięki geolokalizacji pomagają znaleźć promocje w okolicznych sklepach. W kolejnych latach bankowość mobilna stanie się głównym kanałem bankowości transakcyjnej – oceniają eksperci Meritum Banku. Nie zastąpi ona jednak bankowości internetowej, która z kolei zyska wiele nowych funkcjonalności, np. usługi doradcze wideo.

Myślę, że bankowość mobilna nie wyprze bankowości internetowej, aczkolwiek stanie się głównym kanałem bankowości transakcyjnej, i to już w niedalekiej przyszłości. Jest w stanie zastąpić w tym obszarze bankowość internetową. Natomiast bankowość internetowa będzie rozbudowywana o nowe narzędzia komunikacji, takie jak chociażby wideo. Umożliwi to np. zdalne wsparcie klientów z różnych miejsc na świecie poprzez wyspecjalizowanych pracowników banków i innych instytucji finansowych – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Adamczyk, dyrektor departamentu bankowości internetowej w Meritum Bank.

W ostatnich latach wszystkie banki stawiają na rozwój elektronicznych kanałów komunikacji. Wynika to przede wszystkim z ogromnego przyrostu liczby użytkowników internetu i zmieniających się potrzeb klientów – użytkownicy poznają nowe możliwości, jakie daje im bankowość internetowa, i chcą z nich korzystać.

Dostęp do bankowości elektronicznej ma już 22,4 mln Polaków – wynika z danych Związku Banków Polskich za I kwartał 2014 roku. Wśród nich aktywni użytkownicy bankowości internetowej i mobilnej stanowią 56 proc., czyli ponad 12,5 mln osób. Dostęp do bankowości mobilnej, czyli poprzez smartfon lub tablet, jest znacznie mniejszy. Dostęp do tych usług w Polsce ma blisko 2,8 mln osób – wynika z danych PRNews.pl i Bankier.pl. Jeszcze kilka lat temu ich znaczenie było marginalne, a obecnie zaczynają zwiększać swój udział kosztem tradycyjnej bankowości internetowej (dostępnej poprzez komputer).

Powody ekspansji bankowości mobilnej są podobne do tych, jakie stały za upowszechnieniem kanałów dostępu przez internet. To przede wszystkim niższe koszty transakcyjne i oszczędność czasu, zarówno dla banków, jak i ich klientów.

Dzisiaj bardzo ważnym atrybutem usług finansowych, nie tylko bankowych, jest szybkość i prostota procesów operacyjnych i tego oczekują użytkownicy internetu od instytucji finansowych. Dlatego też banki, instytucje finansowe kładą bardzo duży nacisk na stworzenie praktycznie całkowicie nowego środowiska online, środowiska, które jest oparte na sprawnych procesach obsługi sprzedażowej, jak i posprzedażowej – twierdzi Adamczyk.

Bankowość internetowa oraz mobilna umożliwia bankom poszerzenie i zwiększenie atrakcyjności swoich produktów. Usługi mobilne są szczególnie atrakcyjne dla inwestorów indywidualnych, którzy mogą w kilka minut przez smartfon lub tablet dokonać transakcji na rynku akcji lub instrumentów pochodnych.

Do tej pory klienci mogli skorzystać i kupić online tylko proste produkty bankowe, dziś gama dostępnych produktów i usług znacznie się poszerzyła. Mogą oni skorzystać zarówno z usług kredytowych, ubezpieczeniowych, usług i produktów inwestycyjnych, jak i praktycznie wszystkich produktów oszczędnościowych – wymienia dyrektor w Meritum Bank.

Elektroniczny dostęp do usług finansowych pozwala też wykorzystać nowe narzędzia marketingowe, które ułatwiają identyfikację potrzeb klientów i pomagają w budowaniu z nimi trwałych relacji. Jednocześnie koszty takiego marketingu są znacząco niższe w porównaniu z obsługą w tradycyjnych oddziałach bankowych.

Banki poprzez rozwój kanałów elektronicznych mogą poświęcić więcej uwagi na rozwój usług doradczych, szczególnie w placówkach bankowych.  Moim zdaniem bankowość internetowa zostanie z czasem uzbrojona w narzędzia oparte na nowoczesnych kanałach, np. wideo. Dzięki rozwojowi usług wideo klient w niedalekiej przyszłości będzie mógł o każdej porze skorzystać ze wsparcia specjalistów. Siedząc w domu, będzie mógł połączyć się z bankiem i uzyskać poradę specjalistów bankowych o określonych kompetencjach – uważa Małgorzata Adamczyk.

Obok banków i klientów na rozwoju mobilnych usług korzystają także restauracje, centra rozrywki czy sklepy odzieżowe, bo upowszechniają się programy partnerskie i lojalnościowe. Banki konkurują w oferowaniu coraz bardziej atrakcyjnych programów, które oferują dostęp do promocji lub gwarantują zwrot określonej sumy wydanych pieniędzy. Konkurencja jest także na polu wielofunkcyjnych aplikacji, które np. pomagają znaleźć sklepy z promocjami dzięki usłudze geolokalizacji.

Widzimy znaczny postęp w rozwoju usług płatniczych. Coraz bardziej popularne są chociażby przelewy natychmiastowe, płatności zbliżeniowe czy mobilne, co w znacznym stopniu skraca podejmowanie przez klientów decyzji zakupowych oraz przepływ środków finansowych. Dzisiaj realizacja przelewu z jednego banku do drugiego zajmuje mniej niż 10 minut, w związku z tym ten postęp jest bardzo zauważalny – ocenia dyrektor departamentu bankowości internetowej w Meritum Bank.

Rośnie grupa najbogatszych ludzi świata. Już niedługo najwięcej będzie ich w regionie Azji i Pacyfiku, a nie w Ameryce Północnej

Rośnie liczba najbogatszych ludzi świata, których majątek przekracza milion dolarów. Jest ich już prawie 14 mln. Grupa ta powiększyła się w ciągu roku o 15 procent, wzrosła też wartość ich aktywów – o 14 procent. Choć Ameryka Północna pozostaje najbogatszym regionem świata, to dogania ją Azja i region Pacyfiku – najbogatszych ludzi jest tam tylko o 10 tys. mniej. 

Rynek ludzi bogatych, czyli takich, którzy posiadają aktywa nieobejmujące miejsca zamieszkania i przedmiotów kolekcjonerskich o wartości większej niż milion dolarów, jest jeszcze tradycyjny. Najwięcej jest ich w rejonie Ameryki Północnej, natomiast na drugim miejscu jest Azja i region Pacyfiku. Tam obserwujemy największą dynamikę wzrostu liczby ludzi bogatych – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Mazurek, dyrektor zarządzający w Capgemini Polska, firmy, która wspólnie z RBC Wealth Management opublikowała Światowy Raport Zamożności 2014.

W 2013 roku do grona najbogatszych ludzi świata dołączyło 1,76 mln osób (obecnie jest ich już prawie 14 mln). To wynik dobrej sytuacji na rynku ekonomicznym i rynku akcji. Najbardziej dynamiczny wzrost liczby ludzi bogatych, bo o 17 procent, miał miejsce w regionie Azji i Pacyfiku – jest ich tam 4,32 mln. To zaledwie o 10 tys. mniej niż w Ameryce Północnej, zdaniem Mazurka jednak jeszcze w tym roku Azja i Pacyfik staną się najważniejszym regionem pod względem liczby najbogatszych osób, a w 2015 roku – pod względem wysokości majątku.

– Równolegle do rozwijania się potencjału rynków finansowych, rynku akcji, widzimy, że to napędza tempo wzrostu grupy ludzi bogatych oraz wartość ich majątku. W 2013 roku tempo wzrostu liczby ludzi bogatych było nieco większe niż tempo wzrostu wartości. To oznacza, że mamy sporą liczbę nowych bogaczy, którzy bogacą się trochę szybciej niż ci, którzy już wcześniejsi należeli do tej grupy – zaznacza Dariusz Mazurek.

Jak pokazuje Światowy Raport Zamożności 2014, wartość aktywów najbogatszych osób wzrosła niemal o 14 procent, co pozwoliło osiągnąć rekordową wysokość 52,62 bln dolarów. 2013 rok był dla nich kolejnym bardzo korzystnym rokiem, a eksperci zauważają, że blisko 40 procent obecnego majątku najbogatszych osób zostało wypracowane w ciągu pięciu ostatnich lat. Prognozy na najbliższe lata są równie dobre – do 2016 roku tempo wzrostu ma wynieść 22 procent.

– Te oczekiwania wynikają z sytuacji gospodarczej rynków globalnych. Na to mogą wpłynąć turbulencje natury geopolitycznej. Sytuacja na Ukrainie czy rynek rosyjski również w dużym stopniu wpływają na to, jak wygląda globalny rynek najbogatszych ludzi. Oczywiście wszyscy też patrzą na rozwój sytuacji w Chinach, czy będzie oczekiwana stabilizacja, gdyż tam powstają w tej chwili największe kapitały – ocenia Mazurek.

Rośnie liczba globalnych inwestycji – blisko 40 procent swoich zasobów najbogatsi lokowali poza swoim regionem (wzrost o 12 procent względem ubiegłego roku). Eksperci zauważają, że wzmocniło się zaufanie najbogatszych do branży odpowiedzialnej za zarządzanie ich majątkiem, ale wzrosły też ich oczekiwania.

Ludzie bogaci, i to niezależnie od wieku, coraz więcej oczekują od swoich doradców, że będą ich obsługiwać z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Oczywiście ta część młodego społeczeństwa bogaczy jest bardziej zaawansowana technologicznie i tam około 70-80 procent ludzi mówi o tym, że zmieniłoby doradcę, gdyby w najbliższym czasie nie zaoferował im komunikacji przez kanały cyfrowe. W przypadku ludzi bogatych powyżej 40. roku życia już tylko 50-60 procent zmieniłoby w tym wypadku doradcę – podkreśla Mazurek.

Choć wzrósł poziom zaufania, to najbogatsi niżej oceniają swoich doradców – oceny pozytywne spadły do 63 procent (spadek o 4 procent). Ponad 30 procent oczekuje profesjonalnego doradztwa, częściej stawia się także na współpracę z jedną firmą. Pomimo że większość osób należących do grupy najbogatszych wciąż wybiera bezpośredni kontakt z doradcą, to coraz widoczniejsza staje się popularność kanałów cyfrowych. Blisko 65 procent oczekuje, że w ciągu najbliższych pięciu lat będzie mogło zarządzać swoim majątkiem za pośrednictwem takich usług.

Tradycyjny model doradcy, który wszędzie chodzi z teczką, będzie wypierany doradcy, z którym będzie można komunikować się za pomocą kanałów cyfrowych: wideokonferencji, smartfonów, tabletów, a także przez media społecznościowe. Najbogatsi chcą, żeby ich wkład w tworzenie majątku był widoczny i również od swoich doradców oczekują pomocy w znalezieniu efektywnych metod wspierania akcji społecznych w taki sposób, jaki sobie zażyczą – mówi Dariusz Mazurek.

Rośnie sprzedaż samochodów luksusowych. To najszybciej rosnący segment rynku

CEO Magazyn Polska

Sprzedawcy aut premium spodziewają się znaleźć w tym roku około 30 tys. nabywców na swoje samochody. To segment rynku motoryzacyjnego, który w Polsce rośnie najszybciej – w tym roku może to być wzrost ponad 20-procentowy. Klienci wciąż większą wagę przywiązują do marki i wielkości samochodu niż do jego wyposażenia – inaczej niż na rynkach rozwiniętych, jak w Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Włoszech.

To jest rynek, który najbardziej dynamicznie rośnie pod względem liczby sprzedanych samochodów w Polsce – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Dąbrowski, dyrektor generalny Jaguar Land Rover Polska. – Już początek roku był bardzo dobry. To w dużej mierze zasługa obowiązującej ulgi podatkowej, która umożliwiała odliczenie pełnego VAT-u od samochodów kupowanych na firmę. Dla segmentu aut premium istotne było to, że przepisy nie wymagały montowania w aucie kratki, która ogranicza funkcjonalność samochodu i psuje jego wygląd. Kolejne miesiące były jednak równie udane.

Jaguar i Land Rover spodziewają się wzrostu sprzedaży o około 20-25 proc. Dynamika całego rynku aut premium sięga ok. 20 proc. rocznie.

Jeżeli tylko uda nam się zrealizować wszystkie zamówienia od polskich klientów, tegoroczny wzrost sprzedaży może sięgnąć nawet 30 proc. – zapowiada Marcin Dąbrowski. – W przeciągu najbliższych 18 miesięcy planujemy podwoić sprzedaż Jaguara i Land Rovera z około 1-1,1 tys. sztuk rocznie do nawet 2,5 tys. sztuk na koniec roku 2016.

Przedstawiciele Jaguara i Land Rovera liczą na to, że utrzymaniu wysokiej sprzedaży sprzyjać będzie wprowadzenie w tym roku do sprzedaży nowych modeli – kolejnej wersji Discovery oraz najmniejszego Jaguara XE – oraz odnowienie w kolejnych latach całej gamy produktowej obu marek.

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się auta zaliczane do kategorii samochodów ultraluksusowych. To pojazdy warte ponad 600-700 tys. zł. Wielkość tego rynku w Polsce kształtuje się w granicach 100-150 aut rocznie – są to zarówno kupione w Polsce nowe samochody, jak i importowane z zagranicy.

Jak podkreśla Marcin Dąbrowski, rynek aut luksusowych i ultraluksusowych to segmenty odporne na wahania koniunktury gospodarczej. Przykładem jest kryzysowy dla branży motoryzacyjnej rok 2008, kiedy Jaguar i Land Rover notowały wzrosty sprzedaży.

Z rozmów z naszymi klientami, a często są to właściciele biznesów, wynika, że oni odkładają wówczas decyzje zakupowe w swoich firmach, wstrzymują się z wymianą floty, natomiast niekoniecznie oszczędzają na własnych zakupach. Niezależnie od tego, czy jest to kryzys, czy dobra koniunktura, są gotowi kupić samochód luksusowy – podkreśla dyrektor generalny Jaguar Land Rover Polska.

Klienci marki coraz częściej poszukują aut wyposażonych w większą gamę gadżetów, które – jak wyjaśnia Dąbrowski – zwiększają przyjemność użytkowania samochodu. Zwracają również szczególną uwagę na obsługę gwarancyjną – dlatego Jaguar Land Rover proponuje pięcioletni okres gwarancyjny dla swoich aut. Jednak ogólny trend na rynku jest taki, że częściej dla klientów liczy się wielkość samochodu i sama marka, a niekoniecznie wyposażenie.

To odwrotnie niż na rynkach dojrzałych, jak Niemcy, Wielka Brytania czy Włochy. Czyli klient wybiera wyższy model z dużo bardziej ubogim wyposażeniem lub z mniejszym silnikiem zamiast samochód o model niżej w gamie produktowej z bogatszym wyposażeniem czy z dobrym silnikiem – wyjaśnia Marcin Dąbrowski. – Często jest tak, że kiedy widzimy na ulicy samochód, który nie ma na tylnej klapie oznaczenia modelu i wielkości silnika, to znaczy, że to jest najtańszy samochód z danego modelu, z najmniejszym silnikiem. W Polsce cały czas mamy do czynienia z sytuacją, kiedy samochód jest symbolem statusu, w związku z tym trzeba mieć samochód duży, a niekoniecznie dobrze wyposażony, z dobrym, dużym silnikiem.

Szara strefa i przepisy akcyzowe doprowadziły do spadku sprzedaży olejów silnikowych

CEO Magazyn Polska

Pomimo rosnącej liczby samochodów poruszających się po polskich drogach, rynek olejów silnikowych systematycznie się kurczy. Z jednej strony to efekt wprowadzania bardziej nowoczesnych produktów, które nie wymagają tak częstej wymiany. Z drugiej strony problemem są przepisy akcyzowe i związana z tym szara strefa oraz wzrost nielegalnego obrotu olejami.

Oleje silnikowe stanowią niemal połowę wszystkich produktów smarowych oferowanych w naszym kraju. W ubiegłym roku sprzedano ok. 95 tys. ton olejów do silników, z czego mniej więcej połowa przypadła na produkty przeznaczone do pojazdów osobowych.

– Duży wpływ na rynek olejów ma aktualny stan gospodarki oraz legislacja, przede wszystkim unijna – uważa Marcin Szponder, ekspert Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego. – Coraz bardziej restrykcyjne przepisy zmuszają producentów aut do tworzenia silników przyjaźniejszych dla środowiska. W naturalny sposób rosną więc też wymagania stawiane olejom silnikowym.

Obecnie odchodzi się od mineralnych olejów, zastępując je produktami semisyntetycznymi i syntetycznymi. Udział tych bardziej nowoczesnych produktów w rynku rośnie ok. 3 punkty procentowe rocznie. Oleje syntetyczne mają już blisko połowę rynku olejów dla aut osobowych, a jeszcze w 2007 roku ich udział wynosił 27 proc. Sprzedaż olejów jednosezonowych zmniejszyła się w ciągu ostatnich siedmiu lat o 39 proc. (udział na poziomie 25 proc.).

Produkty semisyntetyczne i syntetyczne utrzymują dłużej optymalne parametry, umożliwiając wydłużenie okresu ich stosowania, co wpływa na ogólny poziom sprzedaży olejów.

Równocześnie jednak w ostatnich latach rośnie liczba rejestrowanych w Polsce samochodów, mamy ich dziś blisko 19 milionów – mówi Szponder. – Zapotrzebowanie na oleje silnikowe powinno więc rosnąć lub utrzymywać się chociaż na stałym poziomie. Tymczasem rynek wyraźnie się kurczy.

W ubiegłym roku sprzedaż olejów silnikowych spadła o ponad 3,5 proc. (do nieco ponad 95 tys. ton), co jest najsłabszym wynikiem w ciągu ostatnich siedmiu lat. W 2009 roku sprzedano blisko 98,5 tys. ton, zaś w rekordowym dotychczas 2007 roku rynek osiągnął 107,7 tys. ton.

Specjaliści uważają, że trend ten wynika ze wzrostu szarej strefy.

Oleje silnikowe są w Polsce objęte podatkiem akcyzowym – mówi Marcin Szponder. – I jest to ewenement na skalę Europy, podobne rozwiązanie mają Włosi, gdzie rynek również przeżywa problemy. Naszym zdaniem akcyza ma wpływ na spadek sprzedaży, ponieważ podatek mocno zawyża cenę olejów. Opłacalne jest więc kupowanie ich za granicą i przywożenie do Polski.

W przypadku niewielkiego opakowania różnica w cenach jest symboliczna, o większych oszczędnościach można mówić przy dużych zakupach. Sprowadzenie cysterny oleju z kraju, w którym nie obowiązuje podatek akcyzowy, może dać zysk rzędu 20 tys. zł (stawka akcyzy w Polsce wynosi 1,18 tys. zł za tonę oleju smarowego).

Podatek na oleje silnikowe został u nas wprowadzony w celu ochrony rynku krajowego przed tanimi olejami sprowadzanymi zza wschodniej granicy jako surowiec do produkcji olejów właściwych – mówi Szponder. – Jego rola jest więc istotna. W naszej ocenie wystarczającym zabezpieczeniem byłoby jednak objęcie olejów jedynie systemem kontroli przemieszczania produktów akcyzowych, co ma zresztą już miejsce i dobrze się sprawdza, oraz wprowadzenie zerowej stawki akcyzowej.

Klienci przy zakupie kierują się głównie marką

CEO Magazyn Polska

Polski rynek handlu elektronicznego jest jednym z najszybciej rozwijających się w Europie. Jego popularności sprzyja rozwój nowych technologii i coraz większe obycie klientów w korzystaniu z różnych kanałów sprzedaży. Jednym z najsilniejszych trendów na rynku jest kierowanie się przy zakupie produktu marką.

Dla klientów przestało być istotne, czy kupuje się w sklepie stacjonarnym, internecie, czy korzystając z aplikacji mobilnych. Kupujący sprawnie korzystają z każdego kanału sprzedaży, a dokonując wyborów, kierują się przede wszystkim marką – uważa Tomasz Lis z firmy Brand Distribution.

Podstawowym zadaniem handlowców jest więc przygotowanie oferty tak, by była ona dostępna w każdym możliwym kanale sprzedaży.

 Wszystkie metody sprzedaży powinny się wzajemnie uzupełniać – uważa Tomasz Lis. – Dla sklepu nie jest istotne, który kanał wykorzysta klient, ważne jest, by go zainteresować ofertą. To kupujący wybiera sposób dokonania zakupów, decyzja leży po jego stronie, a handlowcy muszą mu ten wybór umożliwić.

Istotny udział w rynku e-commerce mają także platformy Business-to-Business (B2B).

– Dziś firmy, które mają sklepy internetowe niekoniecznie skierowane do konsumentów indywidualnych, wykorzystują platformy B2B w handlu z klientami biznesowymi – mówi Lis. – Okazuje się bowiem, że klienci biznesowi zaczynają zachowywać się jak klienci indywidualni, przenosząc na platformy B2B nawyki z zakupów B2C (Business-to-Consumer).

Rozwój sektora e-commerce w polskim handlu wspierany jest przez udział nowoczesnych technologii.

– Przykładowo w biurach turystycznych nowoczesne rozwiązania mogą towarzyszyć klientowi na każdym etapie kontaktu z firmą: od kupna wycieczki, poprzez podróż, aż po pobyt w danym miejscu – tłumaczy Tomasz Lis. – Wszystkie jego potrzeby można spełnić dzięki aplikacjom mobilnym. Obecność rezydenta na placówce za granicą przestaje być potrzebna.

Coraz większe znaczenie ma także personalizacja oferty. Istnieją nawet rozwiązania i są one nadal testowane, które pozwalają rozpoznać klienta w momencie wejścia do sklepu w celu zaproponowania mu np. zniżki na dany towar.

– To nie jest lokalizacja tylko na zasadzie: „wiemy, że wszedłeś do tego sklepu”, ale: „wiemy, co zechciałeś obejrzeć w naszym sklepie, wybierając tzw. wishlistę” – mówi Tomasz Lis. – W ten sposób można nawet dotrzeć do osób, które przeglądały w sieci ofertę sklepu, powiedzmy ubrania, a teraz przychodzą do stacjonarnej placówki, by je obejrzeć. Sprzedawca, korzystając na przykład z Google Glass, identyfikuje takiego klienta i może mu od razu pokazać produkty, które go interesują. Technologia już na to pozwala i tego typu rozwiązania zaczynają pojawiać się na polskim rynku.

Zdaniem Tomasza Lisa zarówno klienci, jak i firmy nie chcą dziś dostosowywać się do technologii, to ona ma dostosowywać się do ich potrzeb. Rozwiązania pozwalające skierować ofertę bezpośrednio do nich będą więc rozwijać się coraz bardziej, zyskując coraz większy udział w handlu.

Specjaliści od marketingu stawiają na mniej agresywną reklamę

CEO Magazyn Polska

Reklama natywna zdobywa coraz więcej zwolenników wśród marketerów. To nowa jakość w marketingu internetowym. Z założenia nie powinna przekonywać klienta, że dany produkt jest dobry, tylko udowodnić, że tak jest i dlaczego. Przekaz powinien być rzetelny i dostosowany do oczekiwań odbiorów, a nie oparty na pustych frazesach. Platformy do zbierania i analizowania danych o internautach pozwalają w dodatku kierować reklamę do określonego odbiorcy, który jest potencjalnym klientem.

Native advertising jest nowym trendem w reklamie i polega na tym, że reklama nie powinna się zbytnio rzucać w oczy, nie powinna być bardzo oczywista i agresywna. Reklamodawcy już zrozumieli, że produkt powinien bronić się swoimi wartościami, czyli nie powinniśmy atakować klienta ogromną liczbą banerów, sugerując, że nasze makarony są najlepsze, tylko powinniśmy wytłumaczyć, dlaczego są najlepsze i jakie będziemy mieć korzyści z ich kupowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Oleksy z firmy Spark Media.

Jako rodzaj native advertisingu traktowany jest również product placement, czyli lokowanie produktu, np. w serialach lub programach. W zależności od tego, w jakim miejscu reklama się pojawia, może mieć różne formy.

Tu mamy dwa poziomy wtajemniczenia: proste formy reklamowe, które imitują artykuł czy baner, i bardziej zaawansowane – to są całe strony i całe specjalnie redagowane treści pod kątem wprowadzenia klienta w nowy produkt i na samym końcu pokazanie mu tego produktu w formie graficznej na banerze czy na filmie na YouTube. Ścieżka pozyskania klienta polega teraz na podkreślaniu atrybutów danego produktu – tłumaczy Jakub Oleksy.

Reklama natywna pozwala kierować dany komunikat do określonego odbiorcy, który może być zainteresowany treścią. Z tego powodu powinna być tak sformułowana i skonstruowana, by do niego jak najbardziej przemówić.

Mamy do czynienia z nowym trendem w internecie: DMP, czyli Data Management Platforms. To są systemy, które zbierają dane o użytkownikach, śledzą, co oni czytają i na jakich portalach, i w ten sposób budują ich profil behawioralny. Na podstawie tego profilu dostarczają informacje do systemów wyświetlających reklamę – wyjaśnia Jakub Oleksy.

W ten sposób dla użytkownika, który np. interesuje się motoryzacją i spędza dużo czasu na stronach dotyczących tej tematyki, będą widoczne reklamy związane z motoryzacją – również na stronach poświęconych innej tematyce. Jest on bowiem potencjalnym klientem danego produktu lub usługi.

Reklama natywna swoją formą często przypomina advertorial, czyli artykuł sponsorowany uzupełniony materiałami graficznymi.

Na samym początku native advertising miał na celu to, żeby skryć się pośród innych treści, szczególnie jeśli chodzi o portale. Ponieważ mamy teraz do czynienia w internecie z takim zjawiskiem jak banner blindness, czyli że nauczyliśmy się nie zauważać reklamy banerowej, reklamodawcy próbują przemycić ten komunikat w artykułach, tudzież w linkach sponsorowanych imitujących normalną treść, do których chcemy zajrzeć na danym portalu, czy na danej stronie, którą czytamy – dodaje Jakub Oleksy.

Towarowa Giełda Energii w tym roku uruchomi rynek finansowy. Myśli również o giełdzie rolno-spożywczej

CEO Magazyn Polska

Towarowa Giełda Energii chce jeszcze w tym roku uruchomić rynek finansowy oparty o kontrakty na indeks cen energii elektrycznej, a w przyszłości także gazu. W ciągu kolejnych 3-5 lat planuje osiągnąć poziom z innych rynków, np. z krajów skandynawskich, gdzie rynek energetycznych instrumentów finansowych jest kilka razy większy niż wartość konsumpcji energii. Spółka zastanawia się też nad uruchomieniem giełdy rolno-spożywczej, ale na razie czeka na zgodę Ministerstwa Finansów.

Chcielibyśmy stworzyć rynek, który bazowałby na energii elektrycznej, a w dalszej przyszłości również na gazie. Bardzo duży sukces funkcjonowania towarowego rynku terminowego z fizyczną dostawą predysponuje już go do stworzenia rynku finansowego. Chcielibyśmy to uruchomić jeszcze w tym roku. Patrząc na doświadczenia innych rynków, chociażby rynku skandynawskiego, gdzie wolumen obrotu to jest 5-6 razy rynek spotowy, chcielibyśmy za jakiś czas dojść do tej wielkości – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Ireneusz Łazor, prezes zarządu Towarowej Giełdy Energii.

W ubiegłym roku wolumen obrotu energią elektryczną na TGE przekroczył 176 TWh. W tym, jak mówi Łazor, tendencja jest podobna z niewielkim wzrostem i może przekroczyć 200 TWh. Na giełdzie handluje się nawet 70 proc. zużywanego w Polsce prądu. Zdecydowaną większość wolumenu TGE generują kontrakty spotowe (rozliczane w ciągu dwóch dni) na energię elektryczną. W maju tego roku wolumen obrotu energią elektryczną na rynku terminowym wyniósł 9,7 TWh, a wolumen kontraktów terminowych na gaz tylko 1,2 TWh.

Łazor podkreśla, że wyniki osiągane na TGE w proporcji do skali kraju dają giełdzie 3-4 miejsce wśród rynków tego typu w Europie. Jednak rynek finansowy może kilkukrotnie zwiększyć wolumen obrotu. Łazor podkreśla, że decyzja o rozwoju wynika nie tylko z dotychczasowych wolumenów, lecz także z dobrej płynności rynku i zadowalającej liczby uczestników na nim obecnych.

Oczywiście jesteśmy realistami bez edukacji, promocji tego rynku, dobrych produktów, czyli takich, na które czeka rynek, nie osiągniemy naszego celu pierwszego dnia. Ale mamy przygotowany do tego cały program, instrumenty, chcemy prowadzić zaraz po uzyskaniu licencji konsultacje z rynkiem tak, aby w jakimś czasie, w ciągu 3-5 lat, dojść do poziomów innych rynków finansowych – zapowiada Łazor.

TGE już w maju złożyła wniosek do Komisji Nadzoru Finansowego o zgodę na uruchomieniu rynku finansowego. Instrumenty finansowe mają bazować na energii elektrycznej i opierać się o indeksy jej cen.

Giełda planuje już kolejne poszerzenie oferty – tym razem o rynek rolno-spożywczy. Na razie Łazor nie chce jednak zdradzać szczegółów tego planu, bo TGE czeka na zgodę resortu finansów. Dodaje, że to plan w dłuższej perspektywie czasowej.

To jest już kolejna próba stworzenia w Polsce giełdowego rynku rolno-spożywczego. Produkty i procedury mamy przygotowane, natomiast nie chcielibyśmy ich ujawniać czy też nawet prowadzić konsultacji z rynkiem, dlatego że czekamy na zgodę Ministerstwa Finansów na prowadzenie takiego rynku. Zaraz następnego dnia z taką propozycją i konsultacjami wystąpimy do uczestników – mówi Łazor.

W Warszawie do 2025 r. przybędzie nawet 170 tys. mieszkań

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych 11 lat w Warszawie może przybyć aż 170 tys. mieszkań. Stolica jest najlepszym rynkiem dla deweloperów w kraju, a przyszłe tempo wzrostu ma być wyższe od średniej z ostatniej dekady. Mieszkań będzie przybywać m.in. na Woli, Białołęce, Wilanowie, Ursynowie i Mokotowie. Lokalizacje wyznacza nie tylko infrastruktura drogowa i kolejowa, lecz także wydajność sieci kanalizacyjnej i wodnej.

Do 2017 r. w Warszawie powstanie około 60 tys. mieszkań, nie tylko deweloperskich i spółdzielczych, lecz także indywidualnego budownictwa, a w kolejnych latach aż do 2025 roku około 110 tys. Perspektywa 10-11 lat to jest łącznie 170 tys. mieszkań dla miasta, w którym średnia liczba oddawanych mieszkań z ostatnich 10 lat jest między 13 a 14 tys. – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Kuniewicz, dyrektor działu badań i analizy rynku w REAS Sp. z o.o.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez REAS wspólnie z JLL i GfK Polonia, warszawski rynek mieszkaniowy po krótkim kryzysie wrócił do fazy stabilnego wzrostu. W 2011 r. oddano najmniej mieszkań w ciągu ostatniej dekady – według danych warszawskiego Urzędu Statystycznego niecałe 10 tys. Był to wynik kryzysu z 2009 r., bo jak podkreśla Kuniewicz, cykliczność rynku mieszkaniowego przejawia się z opóźnieniem w stosunku do całej gospodarki.

Już w 2012 i 2013 r. liczba mieszkań planowanych do oddania była wyższa. W tym roku ich liczba może przekroczyć 14 tys., z czego zdecydowaną większość będzie stanowiło budownictwo deweloperskie i spółdzielcze. REAS prognozuje szczyt liczby oddawanych mieszkań na lata 2016–2019.

Nie zakończyliśmy jeszcze wszystkich monitoringów dla miast, ale wiele wskazuje na to, że to był ostatni moment z najniższą ofertą i że w tej chwili oferta będzie rosła. To jest spowodowane przebudzeniem się deweloperów. Będą wprowadzali nowe projekty i Warszawa będzie rynkiem wiodącym. Ze świetną sprzedażą z ostatniego półrocza i dużą liczbą mieszkań wprowadzanych do oferty widzimy Warszawę jako rynek rosnący – ocenia Kuniewicz.

Kuniewicz podkreśla, że rozwój mógłby być nawet szybszy, gdyby istniała lepsza infrastruktura. Na przykład brak dogodnego połączenia drogowego pomiędzy Ursynowem a Wilanowem hamuje rozwój tej drugiej dzielnicy. Istotna jest też infrastruktura wodna i kanalizacyjna – problemy z jej przepustowością wystąpiły podczas rozbudowy dzielnicy Białołęka.

To właśnie Białołęka ma być najszybciej rozwijającą się dzielnicą w stolicy. Do 2025 r. ma zgodnie z analizą firmy REAS przybyć tam ponad 20 tys. mieszkań. W każdej z trzech dzielnic: na Bemowie, Woli i Mokotowie (w skład którego wchodzi dynamicznie rosnący Służewiec) powstanie między 15 a 20 tys. mieszkań, a w Wilanowie – ponad 10 tys.

Cały czas w rezerwie pozostają okolice huty na Bielanach, miasteczko Ursus, które może się rozwinąć. Chrzanów – to jest miejsce, które w tej chwili jest hitem – wylicza Kuniewicz.

Na ofertę deweloperów wpływ ma też rządowy program wsparcia Mieszkanie dla Młodych. Jak podkreśla Katarzyna Kuniewicz, deweloperzy przygotowali ofertę jeszcze przed uruchomieniem programu na początku tego roku. Początkowo jednak niskie limity cenowe dla dofinansowania ograniczały dostępność mieszkań w ramach MdM. W pierwszym kwartale tego roku pułap ustalono na niecałe 5,9 tys. zł za 1 metr kw., ale w drugim kwartale został on podniesiony do ponad 6,1 tys. zł.

To powoduje zmiany. Mamy przykłady projektów, które w zasadzie w całości na program MdM się łapią. Natomiast znacznie częściej deweloperzy stosują praktykę wydzielania puli mieszkań do tego programu. Co ciekawe, mieszkania w cenie MdM wówczas kupują nie tylko ci, którzy biorą kredyt i dostają dopłatę MdM, lecz także ci, którzy po prostu zainteresowali się projektem i korzystają z nieco niższej ceny – tłumaczy Kuniewicz.

Podkreśla, że puli mieszkań objętych programem MdM należy szukać na Białołęce, Chrzanowie (cześć Bemowa), choć był także projekt deweloperski na pograniczu Ursynowa i Mokotowa. W droższych dzielnicach bliższych centrum Warszawy nie można jednak liczyć na takie ceny.

Polscy inżynierowie robią karierę w Niemczech

CEO Magazyn Polska

Polscy inżynierowie cieszą się dobrą opinią wśród pracodawców niemieckich. Cenią ich za fachowość, zaangażowanie i umiejętność wychodzenia poza schematy. Poza tym potrafią oni dobrze zarządzać dużymi grupami ludzi. Ich piętą achillesową jest znajomość języków obcych i kompetencje miękkie, do których polscy pracodawcy przykładają mniejszą wagę, np. umiejętność współpracy w zespole czy komunikatywność. Średnie wynagrodzenie inżyniera w Niemczech to 4400 euro.

Niemieckie firmy mają duży problem z rekrutacją odpowiednio wykwalifikowanych pracowników – średnio co czwarta firma ma kłopot ze znalezieniem inżynierów. Dlatego coraz częściej szukają ich wśród Polaków. Niemiecki rynek pracy jest dla inżynierów otwarty od kilkunastu lat, więc Polacy znają oczekiwania pracodawców zza zachodniej granicy. Te są podobne do oczekiwań polskich firm.

Oczekują przede wszystkim doświadczenia zawodowego w danej dziedzinie i branży. To dotyczy 70 proc. ogłoszeń, które się pojawiają na polskim rynku. Drugie oczekiwanie to wykształcenie kierunkowe. Trzecie, bardzo ważne oczekiwanie to oczywiście znajomość języka i to, niestety, jest piętą achillesową polskich inżynierów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Kardymowicz, menadżer działu doradztwa personalnego w Polsko-Niemieckiej Izbie Przemysłowo-Handlowej.

Jak wynika z doświadczeń Izby, mniej niż 80 proc. inżynierów zna jakikolwiek język obcy. Zdecydowana większość posługuje się językiem angielskim. Problemem pozostaje znajomość języków obcych na poziomie technicznym.

Zaledwie kilkanaście procent deklaruje znajomość języka niemieckiego i czasami zdarzają się inżynierowie znający języki szwedzki, norweski lub inne – podkreśla przedstawicielka Polsko-Niemieckiej Izby Przemysłowo-Handlowej. – Co do pozostałych oczekiwań w krajach niemieckojęzycznych, bardzo ważne są oczekiwania dotyczące kompetencji miękkich: umiejętności współpracy w zespole, współpracy projektowej, komunikatywności. Te warunki w przypadku Polski mają nieco mniejsze znaczenie.

Jak podkreśla Kardymowicz, piętą achillesową polskich specjalistów jest też uporządkowanie i systematyczność.

Co ciekawe nie tylko Polacy szukają pracy u zachodnich sąsiadów. Niemieccy inżynierowie starają się też niekiedy o zatrudnienie w Polsce.

Oczywiście nie jest to taka skala, jak w przypadku Polaków pracujących za granicą, ale niemieccy inżynierowie przyjeżdżają zarówno samodzielnie, szukając pracy, jak i w ramach dużych organizacji – mówi Kardymowicz. – Poszukują zatrudnienia m.in. w firmach z branży motoryzacyjnej. Uczestniczą w otwieraniu nowych lokalizacji, fabryk, szkolą polskich inżynierów, którzy później wyjeżdżają za granicę i szkolą ludzi z innych krajów.

Największe zapotrzebowanie na inżynierów w Niemczech jest w takich branżach, jak samochodowa, energetyczna, nowe technologie, infrastruktura oraz w gas&oil. Najlepiej zarabiają tam specjaliści od elektroniki, inżynierowie maszyn budowlanych i branży chemicznej. Polscy inżynierowie chętnie wybierają oprócz Niemiec także Wielką Brytanię i Skandynawię. Poszukują pracy w centrach dużych miast i stref ekonomicznych, w których globalne firmy umiejscawiają swoje ośrodki badań i rozwoju.

Merlin.pl, należący do Grupy Czerwona Torebka, planuje sprzedaż produktów spożywczych przez internet

Grupa Czerwona Torebka prognozuje, że do końca roku sieć sklepów Małpka Express będzie liczyła około 430 placówek. Z kolei liczba dyskontów Czerwona Torebka wzrośnie o kolejnych kilkadziesiąt. Spółka zamierza także wprowadzić internetową sprzedaż produktów spożywczych w ramach Merlin.pl.

Do Czerwonej Torebki należą sieć dyskontów pod tą samą nazwą, sklepy convenience Małpka Express oraz sklep internetowy Merlin.pl. Władze spółki podkreślają, że posiadanie takiego portfolio pozwala skutecznie wykorzystywać synergię między poszczególnymi sieciami. To m.in. synergie zakupowe, przy których można obniżyć cenę kupowanego towaru od dostawcy, lub możliwość odbioru paczek zamówionych w Merlin.pl w sklepach Małpka Express. W tym zakresie spółka ma kolejne, ambitne plany.

Planujemy wejście w sprzedaż internetową artykułów spożywczych za pośrednictwem sklepu Merlin.pl. Klient będzie mógł w Merlinie zamówić chleb, bułki i tę paczkę odebrać po drodze z pracy do domu w najbliższej Małpce – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Schmidt, członek rady nadzorczej Czerwonej Torebki.

W tej chwili działa 260 sklepów Małpka Express. Do końca roku ma być ich ok. 430. Zdaniem Schmidta sieć Małpka Express jest dla grupy jednym z ważniejszych biznesów ze względu na swoją skalę.

– Rozwijamy Małpkę, korzystając z tych doświadczeń, jakie zdobyliśmy przy budowie Żabki. Małpka jest bardzo udaną siecią. Można w niej kupić nie tylko to, co normalnie występuje w sklepach convenience, ale już w niektórych miejscach można w tej chwili – a do końca roku będzie można wszędzie – kupować również produkty Merlina – mówi Przemysław Schmidt.

Grupa dąży do uruchamiania od 300 do 400 sklepów sieci Małpka rocznie, czyli około jednego sklepu dziennie – podobnie jak miało to miejsce w przypadku Żabki. Jej rozwój oznacza także większą liczbę punktów odbioru produktów zakupionych w sklepie internetowym Merlin.pl.

– Merlin.pl ma już pełną, szeroką ofertę, a wkrótce będzie można kupować za jego pośrednictwem także AGD, kosmetyki czy artykuły sportowe. Widzimy, że jest bardzo silna korelacja między istnieniem punktów odbioru i sukcesem sklepu internetowego – mówi Przemysław Schmidt. – Dajemy do dyspozycji naszym klientom dużą, dogodną sieć, która pozwala im płacić za produkty kartą kredytową czy gotówką, odebrać paczkę z Merlina oraz złożyć zamówienie.

Spółka stawia również na rozwój sieci Dyskontów Czerwona Torebka. Na razie działa 13 tego typu sklepów, ale 100 kolejnych jest już na różnych etapach budowy.

W I kwartale skonsolidowane przychody Czerwonej Torebki SA wzrosły do 64 mln zł z 18 mln zł w analogicznym okresie. Z kolei strata netto wyniosła 38,4 mln zł wobec 0,2 mln zł zysku rok temu. Przemysław Schmidt wyjaśnia, że wynika to przede wszystkich z szeroko prowadzonych inwestycji. Pieniądze na inwestycje pochodzą między innymi ze sprzedaży lokali w posiadanych przez spółkę nieruchomościach.

Z sukcesem realizujemy projekt inwestycyjny 8% polegający na sprzedaży lokali handlowo-usługowych w pasażach Czerwona Torebka i z tego między innymi finansujemy rozwój naszych biznesów handlowych – wylicza Przemysław Schmidt.

Czerwona Torebka od 2012 roku notowana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. W roku 2013 Grupa Czerwona Torebka rozszerzyła działalność w sektorze handlowym, uruchamiając autorską sieć sklepów ogólnospożywczo-przemysłowych pod nazwą Dyskont Czerwona Torebka. W ubiegłym roku w portfelu Grupy znalazł się wiodący w segmencie e-commerce sklep internetowy Merlin.pl oraz dynamicznie rozwijająca się sieć sklepów typu convenience Małpka Express.

Komentarz indeksowy BossaFX 2 lipca 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 2 lipca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Rośnie sprzedaż samochodów. Od początku roku aż o jedną piątą

CEO Magazyn Polska

Od początku roku do końca maja liczba nowych rejestracji samochodów wzrosła o nieco ponad 20 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem. Duży wzrost sprzedaży w I kwartale związany był przede wszystkim z możliwością pełnego odliczenia VAT-u przy zakupie auta z kratką. W maju mimo pewnego wyhamowania wzrostu rejestracji nowych samochodów i tak sprzedaż była zdecydowanie wyższa niż przed rokiem. 

Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że wzrost rejestracji w maju nieco wyhamował w porównaniu z poprzednimi miesiącami – był o ponad 10 proc. niższy niż w kwietniu. Mimo to są to zdecydowanie wyższe poziomy niż przed rokiem – o 8,9 proc. W ciągu pięciu miesięcy roku liczba rejestracji wzrosła o 20,8 proc.

– Polski rynek motoryzacyjny przeżywa ożywienie, w I kwartale wzrósł o 26 procent – podkreśla Jacek Trojanowski, dyrektor generalny Citroen Polska.

Sprzedaż dynamicznie rosła szczególnie w I kwartale, kiedy obowiązywała ulga podatkowa, która umożliwiała przedsiębiorcom pełne odliczenie VAT-u przy zakupie auta dla firmy.

– Sprzedaż ruszyła na dobre już na początku roku, ale utrzymywała się na dobrym poziomie także w kolejnych miesiącach  marcu, kwietniu i maju. To pokazuje, że poprawa na rynku nie wynika jedynie z przepisów podatkowych lub wyprzedaży poprzedniego rocznika. Myślę, że możemy patrzeć z lekkim optymizmem na przyszłość motoryzacji w Polsce – podkreśla dyrektor generalny Citroen Polska.

Sprzedaż Citroena wygląda lepiej niż średnia sprzedaż na rynku – wzrosła o 36 proc. Przedstawiciele firmy podkreślają, że efekty przynosi rozdzielenie oferty producenta na dwie niezależne marki: Citroen i DS. Spore nadzieje koncern wiąże też z wprowadzeniem nowych modeli.

– Modele Citroena cieszą się zainteresowaniem osób szukających samochodu o ciekawym designie, odpowiednim komforcie i technologiach ułatwiających codzienną eksploatację. Równocześnie to oferta skierowana do klientów, którzy biorą też pod uwagę koszty zakupu i użytkowania auta. Drugą grupą klientów, na której potrzeby odpowiada marka DS, są kierowcy oczekujący od samochodu wysokiego wyrafinowania estetycznego, zaawansowanych technologii oraz bardzo wysokiej jakości wykończenia – wyjaśnia Trojanowski.

Utrzymaniu wysokiej sprzedaży modeli obu marek ma sprzyjać tegoroczna ofensywa produktowa. Największym przebojem – mimo nierozpoczęcia jeszcze oficjalnej sprzedaży – jest Citroen C4 Cactus, cieszący się dużym zainteresowaniem klientów i prasy motoryzacyjnej. Jesienią w salonach pojawi się nowy Citroen C1. Marka DS chce natomiast zdobyć uwagę kierowców, proponując model DS3 po liftingu, wyposażony m.in. w nową technologię świetlną Full LED.

Coraz więcej Polaków kupuje polisy turystyczne

CEO Magazyn Polska

W tym roku ubezpieczenie turystyczne planuje wykupić dwie trzecie wyjeżdżających. Najczęściej nabywane są polisy, które mają pokryć wszystkie koszty związane z nieszczęśliwym wypadkiem i leczeniem za granicą. Niektóre produkty gwarantują również odszkodowanie w przypadku opóźnienia lub zaginięcia bagażu. Eksperci podkreślają, by przy wyborze polisy zwrócić uwagę na kwoty poręczanych świadczeń, a osoby wybierające się do Stanów Zjednoczonych i Kanady powinny zastanowić się nad wykupieniem ubezpieczenia obejmującego również odpowiedzialność cywilną.

Ubezpieczenia turystyczne mają na celu zabezpieczyć podróżnego przed finansowymi skutkami nieszczęśliwego wypadku czy nagłego zachorowania. Część posiada także element wypłaty odszkodowania, jeśli nastąpi trwały uszczerbek na zdrowiu – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Konopka, wiceprezes zarządu w Polskiej Izbie Pośredników Ubezpieczeniowych i Finansowych oraz w firmie Gras Savoye Polska.

Jak zaznacza ekspert, rośnie świadomość konieczności wykupienia ubezpieczenia przy samodzielnych wyjazdach. W przypadku wyjazdów zorganizowanych obowiązek ubezpieczenia spoczywa na organizatorze wycieczki, przy samodzielnych wyprawach podróżnik musi o to zadbać sam. Badanie planów wakacyjnych Polaków opublikowane przez Mondial Assistance pokazuje, że blisko 70 procent wyjeżdżających planuje wykupić dodatkowe ubezpieczenie (wzrost o 10 procent względem ubiegłego roku).

Polisy mają pokryć wszystkie koszty związane z nieszczęśliwym wypadkiem i zachorowaniem – od pobytu w szpitalu, leczenia, po powrót do domu, a w przypadku zgonu – z transportem zwłok.

Polisy obejmują dodatkowe elementy, takie jak ubezpieczenie utraty bagażu, a nawet opóźnienia bagażu. Ubezpieczyciel wypłaci nam odszkodowanie na odtworzenie częściowo lub całkowicie zagubionej czy opóźnionej garderoby – tłumaczy Konopka.

Ekspert podkreśla, że nad wykupieniem ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej powinny zastanowić się osoby, które podczas wyjazdu decydują się uprawiać sport, gdzie każdy wypadek może okazać się bolesny również finansowo. Szczególnie przy wyjazdach do Stanów Zjednoczonych i Kanady, gdzie społeczeństwo jest nastawione bardzo roszczeniowo, przyda się OC.

Elementy, na które trzeba zwrócić uwagę przy zakupie ubezpieczenia, to suma ubezpieczenia i limit na zdarzenie, jeżeli chodzi o koszty leczenia. Jeżeli mamy do czynienia z małą sumą, jaką możemy znaleźć w większości biur podróży – najczęściej 10 000 euro, w przypadku poważniejszego wypadku może okazać się niewystarczająca. Trzeba również zwrócić uwagę na sumę gwarancyjną w OC – to są dwie najważniejsze rzeczy, dwa najważniejsze ryzyka. Cała reszta to dodatki służące temu, aby pomóc nam w momencie, kiedy znajdziemy się w potrzebie – mówi Przemysław Konopka.

Najtańsze polisy oznaczają dzienny wydatek w granicach 5–10 zł, w przypadku pokrycia kosztów leczenia chorób przewlekłych koszt może sięgać 25 zł, a już za około 10–12 zł można znaleźć na dobrych stronach internetowych polisy z nielimitowaną sumą ubezpieczenia, co oznacza między innymi, że ubezpieczyciel zwróci nam wszystkie poniesione przez nas i uzasadnione koszty leczenia, niezależnie od ich wysokości.

Można również dokupić ubezpieczenie od odwołania wyjazdu, które przydają się w sytuacjach, gdy są już zakupione bilety lotnicze, a wyjazd z różnych względów należy odwołać.

Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego pozwala na leczenie się w Europie, jak jednak zaznacza Konopka, gwarantuje wyłącznie pokrycie kosztów leczenia w ramach ogólnodostępnych świadczeń zdrowotnych w danym kraju. Dlatego przy niespodziewanym zdarzeniu posiadacze EKUZ muszą liczyć się z dodatkowymi kosztami.

Karta EKUZ nie pokrywa kosztów akcji ratowniczych, zwiezienia ze stoku, helikoptera, wszystkich kwestii związanych ze świadczeniami assistance, podstawieniem samochodu, który będzie nas potem transportował. Na wszystko musi być odrębne ubezpieczenie, a z karty mogą być pokryte tylko koszty leczenia dostępne w ramach gwarantowanych w danym kraju świadczeń – podsumowuje Przemysław Konopka. 
 

Idą niepewne czasy dla branży mlecznej. Producenci obawiają się zniesienia kwot

CEO Magazyn Polska

Ten rok nie należy do łatwych dla producentów mleka. Światowe spadki cen odbijają się także na polskich mleczarzach. Wielu przedstawicieli branży niepokoi też sytuacja, która nastąpi po planowanym na 2015 r. zniesieniu kwot mlecznych, czyli odgórnie ustalonego górnego pułapu produkcji mleka, skupowanego po cenach gwarantowanych.

Rok 2013 był bardzo dobry pod względem rynkowym i spieniężenia produktów. Bieżący jest trochę bardziej skomplikowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edmund Borawski, prezes zarządu Spółdzielni Mleczarskiej Mlekpol.

Od początku 2014 roku spadają ceny gotowych przetworów mlecznych, rosną natomiast ceny skupu mleka. Produkcja w branży stała się więc mniej opłacalna niż ubiegłym roku.

Bardzo pozytywny jest natomiast wzrost skupu mleka – mówi Borawski. – Nasi producenci produkują ponad 300 tys. litrów dziennie, podobnie jak w roku ubiegłym. Spółdzielnia zaś przerabia 4 550 tys. litrów mleka dziennie. Staramy się utrzymywać wysokie ceny, ale rynek jest trudny i światowe spadki nam to utrudniają

Mleczarze z niepokojem patrzą też w przyszłość. W 2015 roku nastąpić ma wynikające z decyzji UE zniesienie kwot mlecznych, czyli odgórnie ustalonego górnego pułapu produkcji mleka, skupowanego po cenach gwarantowanych. Zostaną one zastąpione przez pakiet mleczny, przyjęty w 2012 r., który pozwala organizacjom producentów mleka na negocjowanie cen surowego mleka. Zezwala też państwom członkowskim na stosowanie w pewnych sytuacjach dodatkowych form ochrony rolnika. Należące do UE kraje będą mogły ponadto ustanowić nakaz zawierania umów między producentami i przetwórcami mleka. Zmiany te są szeroko dyskutowane w branży mleczarskiej.

Większość producentów mleka jest za utrzymaniem kwot, gdyż stabilizowały one współpracę i dawały im pewność zwrotu z inwestycji – mówi Borawski. – Trudno prorokować, co będzie po zniesieniu kwot. Niektórzy twierdzą, że dynamika produkcji będzie bardzo duża, a ceny spadną. Inni uważają, że żadne zmiany nie nastąpią.

Około 25 proc. mleka skupionego przez Mlekpol jest eksportowane na rynki zewnętrzne.

W Unii Europejskiej sprzedajemy około 15 proc., a poza Unię 10 proc. – mówi Borawski. – Na rynku chińskim zaistnieliśmy na dobre w 2012 i 2013 r. Biorąc pod uwagę odległości, rynek chiński zakupuje u nas głównie produkty o długim terminie przydatności do spożycia. Są to mleko w proszku pełne, odtłuszczone, serwatka w proszku czy wyroby UHT.

Mlekpol prowadzi także inwestycje na terenie Polski. Przykładem jest ruszająca w najbliższym czasie warta 150 mln zł inwestycja w Mrągowie. Zakład przetwórstwa mleka i serwatki, który tam powstanie, da zatrudnienie setce osób.

Cały czas modernizujemy park maszynowy, wprowadzamy nowe technologie, ponieważ konkurencja na rynku jest ogromna i bez inwestycji nie ma szans, żeby jej sprostać – zauważa Borawski.

Polska firma chce zdominować rynek rękawic medycznych w regionie. Planuje też zwiększyć sprzedaż na świecie

CEO Magazyn Polska

Mercator Medical, producent i dystrybutor rękawic medycznych, chce zwiększyć swój udział w rynku globalnym i stać się wiodącym dystrybutorem w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W fabryce w Tajlandii została uruchomiona jedna z czterech nowych linii, które mają zwiększyć moce produkcyjne – z 40 do 100 mln rękawic lateksowych miesięcznie. Spadek cen lateksu naturalnego i w związku z tym również cen sprzedaży oraz sytuacja na Wschodzie spowodowały spadek zysku EBITDA ze sprzedaży w I kwartale tego roku, wedle oceny firmy sytuacja w drugim półroczu ma się jednak poprawić.

Mamy międzynarodowe aspiracje. W tej chwili mamy około 1-2 procent rynku globalnego rękawic medycznych, chcielibyśmy go zwiększyć i mieć poważne miejsce w światowym biznesie – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Żyznowski, prezes zarządu Mercator Medical.

W Polsce firma ma blisko 25 procent udziału w rynku. Jak podkreśla Żyznowski, po osiągnięciu pozycji lidera spółka postanowiła wejść na rynki zagraniczne. Firma dostarcza rękawice medyczne do 40 krajów na świecie. Obecnie wysokie udziały notowane są w krajach Europy Środkowo-Wschodniej (m.in. Ukraina – ok. 18 procent, w Rumunii – 10 procent, na Węgrzech – 6 procent). Spółka chce zwiększyć dynamikę sprzedażową także w Rosji, Czechach, na Słowacji oraz w krajach bałtyckich. Nie planuje natomiast w najbliższym czasie wejść szerzej na rynki Europy Zachodniej – obecnie eksportuje towar tylko do Francji i Hiszpanii. Spółka obecna jest także na rynkach Bliskiego Wschodu (przede wszystkim w Arabii Saudyjskiej), Stanów Zjednoczonych czy Ameryki Południowej.

Żyznowski podkreśla, że Mercator decyduje się nie tylko na rozwój organiczny.

Gdyby się zdarzyła dobra okazja do przejęcia, akwizycji, zrobilibyśmy to. Natomiast nie widząc teraz dobrych, czyli tanich możliwości, stawiamy na rozwój organiczny i dobrze nam to wychodzi. Mamy prosty cel – chcemy mieć silną pozycję w światowym biznesie, kilka procent rynku globalnego – podkreśla prezes zarządu Mercator Medical.

Spółka realizuje strategię, która ma jej pozwolić na większy udział w globalnym rynku. Przede wszystkim rozbudowywana jest fabryka w Tajlandii – została uruchomiona nowa linia, dzięki której poprawiły się możliwości produkcyjne, remontowane są również stare linie produkcyjne. Obecnie fabryka produkuje ok. 48 milionów sztuk rękawic miesięcznie (wzrost o 8 mln wobec końca 2013 roku), docelowo jednak ma być to blisko 100 milionów sztuk. Rozbudowywane jest także centrum logistyczne w Brześciu Kujawskim, obsługujące zarówno Polskę, jak i sąsiednie kraje. Wdrażany jest także nowy system IT – na razie w Polsce. Następnie zostanie on także wprowadzony w innych krajach.

Mimo zmian w I kwartale tego roku przychody ze sprzedaży produktów uległy obniżeniu.

Zaobserwowaliśmy w rachunku wyników dewaluację hrywny. Natomiast, paradoksalnie, pod względem obrotów, marży i zysku nasz biznes na Ukrainie się umacnia, jest odporny na kryzys. Myślę, że w związku naszą kilkunasto- , prawie 20-procentową ekspozycją na rynku rosyjskim i ukraińskim zredukowana została także cena akcji – mówi Żyznowski.

Podwyższeniu w związku ze wzrostem skali działalności uległy koszty, spadła także marża w sprzedaży, gdyż konkurencja się zwiększyła. Spadły też znacząco ceny lateksu naturalnego, z których produkowane są rękawice, a co się z tym wiąże, niższe są też ceny sprzedaży produktów.

Nasz plan sprzedaży i rentowności w tym roku nie jest liniowy. Od początku zakładaliśmy, że drugie półrocze miało i ma być lepsze niż pierwsze – podkreśla Wiesław Żyznowski.

Muzea szukają niekonwencjonalnych sposobów na przyciągnięcie odwiedzających. Modne stają się mobilne muzea

Instytucje związane z rozpowszechnianiem kultury coraz częściej odchodzą od tradycyjnego modelu komunikacji z odbiorcą. Mobilne muzea, teatry czy kina to nowa, interaktywna forma edukacji kulturalnej, docierająca do mieszkańców małych miejscowości, którzy często mają utrudniony dostęp do tego typu instytucji.

Pomysł, by dzielić się dobrami kultury nie tylko w tradycyjny, stacjonarny sposób, wykorzystywany jest przez różnego rodzaju instytucje do promocji polskiej sztuki za granicą oraz w małych miejscowościach. Duże zainteresowanie ze strony mieszkańców pokazuje, że tego typu inicjatywy mają spory potencjał. Mogą one również zmienić negatywne nastawienie do muzeów, które wielu osobom wciąż kojarzą się z mało interaktywnym miejscem, nastawionym raczej na bierną kontemplację niż aktywne uczestnictwo.

Obecnie po Polsce jeździ interaktywna wystawa „Muzeum na kółkach”, która do kwietnia przyszłego roku odwiedzi 47 miejscowości związanych z działalnością Żydów. Założeniem wystawy jest promocja wiedzy związanej z 1000-letnim współistnieniem kultury żydowskiej i polskiej.

 

W projekty mobilnego muzeum zaangażowani są koordynatorzy lokalni, wybrani w ramach otwartych rekrutacji, i to oni decydują o tym, jak w danym mieście będzie wyglądała konkretna wystawa i projekt. Wystawa jest stała, ale tak naprawdę program wydarzeń towarzyszących jest indywidualnie tworzony przed każdym wyjazdem do konkretnej miejscowości. Wszystko zależy od inicjatywy i możliwości lokalnej społeczności, a także od historii miejscowości, bo na jej podstawie tworzone są projekty – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Tomczewski z Muzeum Historii Żydów Polskich, które zaangażowało się w projekt interaktywnej wystawy „Muzeum na kółkach”.

Objazdowe muzeum dostosowuje program do wybranej miejscowości, wzbogacając tradycyjną ofertę placówki o warsztaty, wykłady i koncerty. Oferta indywidualnie dobrana do potrzeb odbiorcy sprawia, że lokalna społeczność chętnie angażuje się w działalność muzeów i aktywnie uczestniczy w kulturze.

Wydaje nam się, że edukacja w kontekście tematyki żydowskiej w mniejszych miastach Polski dopiero raczkuje, stąd nasz projekt. Wysyłamy mobilną wystawę do polskich miast, docieramy do ludzi, dla których ta wiedza jest często niedostępna, i staramy się pogłębić, odkrywać te historie, pokazywać, że tak naprawdę Polacy i Żydzi żyli razem przez tysiąc lat i to jest nasza wspólna historia, więc warto o niej pamiętać. Pokazujemy ludziom w telegraficznym skrócie historię ich własnych miast – mówi Tomczewski.

Projekt realizowany jest w ramach programu „Żydowskie dziedzictwo kulturowe” dzięki wsparciu udzielonemu z funduszy norweskich i EOG przez Islandię, Liechtenstein i Norwegię.

PwC informuje, że z dniem 1 lipca 2014 r. do grona partnerów firmy PwC w Polsce dołączyły 4 osoby

W dziale doradztwa prawno-podatkowego –Tomasz Kassel i Jan Wacławek oraz w dziale Doradztwa Biznesowego –Damian Kalinowski i Michał Mazur. Wraz z nowo mianowanymi firma PwC w Polsce od 1 lipca br. liczy 52 partnerów.

Nowi partnerzy PwC w dziale prawno-podatkowym:

Tomasz Kassel z kilkunastoletnim doświadczeniem w zakresie podatku VAT oraz podatku akcyzowym, w nowej roli będzie zajmował się doradztwem w zakresie podatków pośrednich odpowiadając także za współpracę z sektorem publicznym. Tomasz specjalizuje się w tworzeniu rozwiązań usprawniających procedury podatkowe i minimalizujących ryzyko podatkowe. Ponadto, zajmuje się tworzeniem i realizacją strategii postępowania w przypadku sporów dotyczących obowiązujących przepisów prawa.

Dodatkowo, jako partner Tomasz będzie odpowiedzialny za doradztwo podatkowe dla firm z sektora paliwowego i metalurgicznego. W ostatnich latach w ramach swojej specjalizacji technicznej współpracował m.in. z firmami z sektora paliwowego, poznając szczegółowo specyfikę ich działalności. Zajmował się kwestiami podatkowymi dotyczącymi prywatyzacji i połączenia wiodących polskich firm produkujących i sprzedających produkty naftowe. Tomasz współpracuje także z firmami z sektora FMCG, doradzając im przy m.in. różnego rodzaju akcjach marketingowych. W PwC pracuje od 2000 r., jest absolwentem Finansów i Bankowości na Uniwersytecie Łódzkim, jest także licencjonowanym doradcą podatkowym.

Jan Wacławek jako partner w dalszym ciągu będzie rozwijał usługi sprawozdawczości podatkowej oraz outsourcing usług księgowych i płacowych.

Jan posiada ponad 14-letnie doświadczenie w doradztwie podatkowym, a jego głównym obszarem specjalizacji jest podatek dochodowy od osób prawnych oraz podatek odroczony. Do swoich priorytetów w nowej roli zalicza rozwój oferty firmy w zakresie rozliczeń podatku od nieruchomości oraz dalszy rozwój usług księgowych i płacowych z wykorzystaniem nowoczesnych rozwiązań informatycznych. Z PwC związany jest 11 lat, w tym prawie 2 lata z kalifornijskim biurem firmy.

Uzyskał tytuł MBA na Politechnice Warszawskiej i magistra prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Jest licencjonowanym doradcą podatkowym w Polsce.

Nowi partnerzy w dziale Doradztwa Biznesowego:

Damian Kalinowski posiada ponad 10-letnie doświadczenie w świadczeniu usług doradczych dla sektora finansowego w Polsce, Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii. Obejmując stanowisko partnera ds. regulacji, Damian będzie wspierał klientów przechodzących przez złożone zmiany regulacyjne głównie związane z przeciwdziałaniem praniu pieniędzy (anti money laundering) oraz FATCA w Polsce oraz w regionie. Z PwC związany jest od 10 lat, w ostatnim okresie jako lider grupy zajmującej się doradztwem w obszarze regulacji dla klientów z sektora finansowego w Polsce. Grupa ta stworzona ok. 3 lat temu, obecnie dzięki swoim wysokim kompetencjom służy wsparciem innym zespołom PwC na świecie. Damian uzyskał tytuł MBA na Uniwersytecie Missouri – Columbia, jest również certyfikowanym specjalistą ds. przeciwdziałania praniu pieniędzy.

Michał Mazur w ostatnich latach w PwC był dyrektorem w zespole ds. Strategii i Operacji w Dziale Doradztwa Biznesowego. Jako partner w dalszym ciągu będzie rozwijał zespół i portfolio usług PwC w obszarze Operacji, ze szczególnym uwzględnieniem takich zagadnień jak efektywność kosztowa, global sourcing, zarządzanie łańcuchem dostaw i rozwój nowych produktów.

Michał dołączył do PwC ponad 7 lat temu i przez ten czas kierował przede wszystkim projektami optymalizacyjnymi i transformacyjnymi prowadzonymi dla klientów z różnych sektorów gospodarki w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Wcześniej zajmował stanowiska menedżerskie w przedsiębiorstwach sektora telekomunikacyjnego, pracując w Polsce i we Francji.

Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie na kierunku Finanse i Bankowość oraz European Institute of Purchasing Management w Genewie.

Pozostałe zmiany w kierownictwie firmy
Od początku lipca br. PwC będzie działało na polskim rynku pod kierownictwem Adama Krasonia, a dotychczasowa prezes firmy Olga Grygier – Siddons przejmuje zarządzanie PwC w Europie Środkowo- Wschodniej. Na czele działu Assurance (obejmującego audyt, zarządzanie ryzykiem, doradztwo księgowe oraz usługi doradcze z zakresu sprawozdawczości finansowej i rachunkowości) w Polsce 1 lipca br. staje Krzysztof Szułdrzyński.

Spadek poziomu bezrobocia młodych to efekt zaangażowania firm w edukację praktyczną młodego pokolenia

Zgodnie z danymi Eurostatu bezrobocie młodych w maju wyniosło w Polsce 24 proc., co w porównaniu z kwietniem oznacza spadek o 0,5 proc. Tendencja spadkowa poziomu bezrobocia utrzymuje się od października 2013 roku. Sukcesywna poprawa sytuacji młodego pokolenia na rynku pracy jest według ekspertów rezultatem zwiększonej skali działań firm na rzecz systemu edukacji.

Bezrobocie wśród młodych (<25 r.ż.) w Polsce w maju wyniosło 24 proc. W porównaniu z kwietniem oznacza to spadek o 0,5 proc., a z marcem – 1 proc. Z kolei, w zestawieniu z tym samym okresem z roku 2013, poziom bezrobocia młodych spadł o 3,3 proc. Coraz bardziej optymistyczne dane dotyczące osób młodych to według ekspertów efekt zwiększonej aktywności pracodawców wobec uczniów i studentów. – Młodym ludziom brakuje kompetencji odpowiadających wymaganiom pracodawców. Luki kompetencyjne i niedopasowanie podaży do popytu na rynku pracy są przyczyną bezrobocia młodych. Działania firm na rzecz sektora edukacji mają na celu ograniczenie tego zjawiska – komentuje Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami. Firmy coraz częściej stawiają na samodzielne kształcenie praktyczne przyszłych kadr.

– Pracodawcy coraz bardziej świadomie inwestują w kształcenie praktyczne młodego pokolenia, ponieważ mają na uwadze to, że inwestują w potencjalną, przyszłą kadrę firmy. Współpraca ze szkołami i uczelniami, czy też organizowanie rzetelnych programów staży i praktyk sprawia, że młode osoby w większym stopniu spełniają wymagania rynku pracy, co przekłada się na uzupełnianie luk kompetencyjnych tak powszechnych u młodych osób oraz ograniczanie bezrobocia wśród tej grupy – komentuje Mariola Raudo, Kierownik Działu Rekrutacji i HR Business Partner z Nestlé Polska – firmy, która w ramach projektu Europejskiej Inicjatywy na Rzecz Zatrudniania Ludzi Młodych (The Nestlé European Youth Employment Initiative )planuje stworzyć do 2016 roku 20 tys. ofert pracy, praktyk i staży dla młodych ludzi przed 30 rokiem życia .

Dlaczego w Polsce jest tak dużo ekranów akustycznych?

W czasie boomu drogowego przed Euro 2012 w Polsce obowiązywały bardziej rygorystyczne normy hałasu niż w niektórych państwach UE np. Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Sprzyjało to wybudowaniu dużej liczby ekranów akustycznych przy drogach. Tym bardziej, że w polskim prawie budowa ekranów była preferowanym zabezpieczeniem przed hałasem. W październiku 2012 roku w reakcji na krytykę dotyczącą budowy ekranów, zamiast zastosowania alternatywnych sposobów ograniczenia hałasu – budowy wałów, zakładania pasów zieleni, czy obniżenia dopuszczalnej prędkości w porze nocnej – podwyższone zostały dopuszczalne normy hałasu do poziomu, który według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) może zagrażać zdrowiu ludzi, zwłaszcza mieszkających w dużych miastach.

Budowa autostrady A2 z Warszawy do Łodzi była jedną z flagowych inwestycji drogowych na Euro 2012. Na 91 km odcinku autostrady A2 – od węzła Stryków do węzła Konotopa – zainstalowano po obu stronach trasy 107 km ekranów akustycznych. W celu ochrony przed hałasem wybudowano też ponad 9 km wałów ziemnych. Łączny koszt budowy ekranów wyniósł prawie 200 mln zł co stanowiło niecałe 7 proc. kosztów całej inwestycji (2 mld 986 mln zł). Na kontrolowanym odcinku A2 wybudowano 113 przejść dla zwierząt i 42 przepusty dla płazów (na ten cel wydano 366 mln zł). Właściwe nadleśnictwa oraz kontrolerzy NIK potwierdzili ich właściwe rozlokowanie. Większość przejść służyła także innym celom (tzw. przejścia zespolone): np. jako droga lokalna czy odwodnienie dróg.

Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej oraz Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie analizowały możliwości wprowadzenia innych, często tańszych niż ekrany, rozwiązań technicznych i organizacyjnych, które ograniczałyby hałas (budowę wałów ziemnych, zakładanie pasów zieleni, budowę nawierzchni o niskim poziomie emisji hałasu, prowadzenie konsekwentnych kontroli wagowych ciężarówek, wprowadzenie ograniczeń prędkości w nocy – takie rozwiązania stosuje się w wielu krajach UE). Nie rozważano też wykupu samotnie stojących nieruchomości podlegających ochronie akustycznej. Byłoby to korzystne rozwiązanie, gdy wartość wielu nieruchomości była znacznie niższa niż koszt budowy ekranów akustycznych.

NIK ujawniła następujące nieprawidłowości przy budowie ekranów akustycznych:

w kilku miejscach A2 – na odcinku 4,1 km – wybudowano ekrany akustyczne równolegle do wałów ziemnych. Stosowanie podwójnych zabezpieczeń (koszt ekranów wyniósł ok. 12 mln zł) nie miało uzasadnienia zarówno technicznego, jak i ekonomicznego.
na A2 niepotrzebnie zaplanowano i wybudowano ekrany na odcinku 600 m dla ochrony siedliska, które faktycznie od 15 lat było pustostanem (koszt budowy 1 mln zł).
w kilku przypadkach na A2 nie zachowano ciągłości ekranów pod wiaduktami i przy wyjazdach z MOP, tak by skutecznie chroniły domy przed hałasem.
ekrany akustyczne niepotrzebnie wybudowano dla ochrony terenów, które były niezabudowane, a jedynie przeznaczone w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego pod przyszłą zabudowę mieszkaniową (odcinek drogi nr 786 i A1 – łącznie 6,2 km). Stawianie ekranów, które swoją funkcję mają spełnić dopiero za kilkanaście lat naraża inwestora na niepotrzebne koszty, bo trwałość elementów ekranów (paneli) nierzadko jest znacznie krótsza od zakładanego czasu ich eksploatacji. Ekrany postawiono w miejscach niezabudowanych, ponieważ Minister Środowiska nie doprecyzował jednoznacznie sformułowania „tereny przeznaczone” użytego w art. 113 ust. 1 pkt Prawo ochrony środowiska. Zdaniem NIK dopuszczalne poziomy hałasu powinno się odnosić do terenów faktycznie zagospodarowanych na wskazane w ustawie cele, a nie dopiero przeznaczonych w planach zagospodarowania przestrzennego pod zabudowę nawet w odległej przyszłości. GDDKiA oraz niektóre organy odpowiedzialne za ochronę środowiska błędnie interpretowały ten przepis.
Świętokrzyski Zarząd Dróg Wojewódzkich nie ograniczył budowy ekranów dźwiękochłonnych na drogach wojewódzkich nr 728 i 786, choć pozwalały na to podwyższone już dopuszczalne poziomy hałasu. Na drodze nr 728 mogło być mniej ekranów o prawie 3 km (5,3 km zamiast 8,2 km), z kolei na drodze nr 786 różnica byłaby jeszcze bardziej widoczna (0,7 km zamiast 4,7 km). Oszczędności z tego tytułu mogły wynieść blisko 21,5 mln zł.
Regulacje prawne dotyczące ochrony środowiska przed hałasem

W polskim prawie ekrany akustyczne były preferowanym zabezpieczeniem przed hałasem. Uznawano je za podstawowe urządzenie ochrony obiektów i obszarów przed hałasem (§ 179 rozporządzenia Ministra TBiGM z 1999 r. w sprawie warunków technicznych jakim powinny odpowiadać drogi publiczne i ich usytuowanie). Dopiero w styczniu 2013 r. minister transportu uchylił ten przepis. Daje to większą swobodę zarządcom dróg i organom zajmującym się środowiskiem w wyborze urządzeń ochrony przed hałasem, ale nie spowoduje, że ekrany znikną.

W czasie boomu drogowego przed Euro 2012 w Polsce obowiązywały bardziej rygorystyczne normy hałasu niż w niektórych bogatych państwach europejskich np. Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Wykonawcy w trakcie budowy dróg dla zabezpieczenia przed hałasem najczęściej stawiali ekrany akustyczne. Minister Środowiska chcąc ograniczyć koszty robót drogowych wybrał najprostsze rozwiązanie problemu. Podwyższył dopuszczalne normy hałasu, nie uwzględniając opinii Ministra Zdrowia i jednostek naukowo-badawczych o negatywnych skutkach tej decyzji.

W październiku 2012 r. Minister Środowiska w ekspresowym tempie wydał rozporządzenie o podwyższeniu dopuszczalnych norm dobowego hałasu drogowego od 3 do 6 dB. Dla terenów zabudowy jednorodzinnej limity po zmianach wyniosły 61 i 56 dB (odpowiednio dla pory dziennej nocnej), dla zabudowy wielorodzinnej i zagrodowej oraz terenów rekreacyjno-wypoczynkowych 65 i 56 dB, W centrach miast powyżej 100 tys. mieszkańców limity zwiększyły się do 68 i 60 dB. Według WHO niekorzystne objawy zdrowotne – zmęczenie, bóle głowy, brzucha, mięśni – obserwowane są już u ludzi narażonych na długotrwały hałas o sile 55 dB. Z kolei u osób stykających się z hałasem w przedziale 60-75 dB znacznie wzrasta ryzyko zawału.

Podniesienie dopuszczalnych poziomów hałasu skutkowało tym, że na mapach akustycznych (narzędzie obrazujące zagrożenia hałasem na terenie aglomeracji) radykalnie zmniejszyła się w dużych miastach liczba mieszkańców do objęcia ochroną przed hałasem, którego poziom WHO uznaje za szkodliwy dla zdrowia. W Warszawie liczba mieszkańców zagrożonych hałasem zmniejszyła się przez to prawie dwukrotnie (z 12 proc. do 7 proc.), a np. w Gorzowie Wielkopolskim aż 10-krotnie (z 19,5 proc. do niecałych 2 proc.).

Minister Środowiska zobowiązał się, że do końca 2012 r. przejrzy przepisy prawa w zakresie ochrony przed hałasem i opracuje propozycje zmian legislacyjnych, które wprowadziłyby inne sposoby ochrony. Nie zrobił tego jednak do czasu zakończeni kontroli.

Rozmowy za granicą znowu tańsze. Kolejna obniżka stawek w roamingu

Od dzisiaj roaming znowu tańszy. Komisja Europejska po raz kolejny wymogła na operatorach obniżenie kosztów połączeń międzynarodowych w ramach Unii. Za półtora roku instytucja roamingu może w ogóle przestać istnieć, ale zmiany po wyborach w Brukseli i kontrowersje wynikające ze zniesienia opłat mogą opóźnić cały proces.

To już ósma obniżka kosztów roamingu od 2007 roku, kiedy Komisja Europejska zdecydowała się zająć tą sprawą.

 W tym roku obniżka będzie rzeczywiście bardzo widoczna, ponieważ za połączenia przychodzące będziemy płacić maksymalnie 25 groszy, za wychodzące maksymalnie 97 groszy, za SMS-a maksymalnie 31 groszy, a za transfer danych 1 megabajta około złotówki – wylicza Magdalena Gaj, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. – Mówię o cenach maksymalnych, ponieważ to są pułapy ustanowione rozporządzeniem, a zawsze przedsiębiorcy telekomunikacyjni mogą oferować jakieś dodatkowe promocje czy upusty.

Od chwili, gdy KE zaczęła działać w sprawie roamingu, koszty połączeń głosowych, SMS-ów i internetu zmalały już o ponad 80 proc. Teraz największa obniżka dotyczy internetu – koszty transmisji danych spadają o ponad połowę.

 Obniżki od lat wpływają bardzo dobrze na naszą chęć, jako użytkowników końcowych, do częstszego korzystania z usług telekomunikacyjnych, i to zarówno zwykłych połączeń głosowych, jak i przysyłania np. zdjęć z wakacji – tłumaczy prezes UKE. – Dzięki temu liczba osób korzystających z tych nowoczesnych, zaawansowanych usług telekomunikacyjnych z roku na rok wzrasta. To oczywiście przekłada się na przychody przedsiębiorców telekomunikacyjnych. Pomimo tego, że opłaty spadają, to w związku ze wzrostem wolumenu ruchu, oni na tym też zarabiają.

Według raportu Komisji Europejskiej 40 proc. użytkowników telefonii komórkowej wciąż nie korzysta z internetu podczas pobytu za granicą, a jedna czwarta po prostu wyłącza wtedy telefon. Dlatego Komisja pracuje nad całkowitym zniesieniem roamingu. Taki ruch to – według Brukseli – nawet 300 milionów nowych klientów dla firm telekomunikacyjnych.

 W tej chwili rozporządzenie jest po pracach w Parlamencie Europejskim i teraz Komisja Europejska wspólnie z Radą, czyli ze wszystkimi państwami członkowskimi, pracuje nad swoją częścią, nad swoimi poprawkami do tego rozporządzenia  mówi prezes UKE agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Rozporządzenie ma – według wstępnych planów – wejść w życie w grudniu 2015 roku.

 Czy tak będzie? To się okaże, bo prace są jeszcze niezakończone. Nie wiem, czy uda się to zrobić jeszcze w tym składzie Komisji Europejskiej, czy te prace zostaną przesunięte na jesień, w związku z ostatnimi wyborami do Parlamentu i zmianami, które na pewno nastąpią – mówi Gaj.

Polska zapowiedziała, że poprze zniesienie roamingu, ale wiele krajów ma do tego zastrzeżenia, pytając, kto za to zapłaci. Teraz – jak argumentują przedstawiciele koncernów telekomunikacyjnych – z opłat roamingowych finansowane są inwestycje w infrastrukturę. Po zniesieniu roamingu te koszty będą pokrywane z połączeń lokalnych. Problemem są też różnice w kosztach w poszczególnych krajach, dlatego konieczne będzie wprowadzenie mechanizmu, który wyeliminuje możliwość zakupienia usługi w najtańszym kraju, a potem korzystanie z niej na co dzień w innym, gdzie koszty połączeń są dużo wyższe (np. w Niemczech).

Przedłużają się prace nad podatkiem węglowodorowym. Powodem są liczne wątpliwości dotyczące obciążeń dla firm poszukiwawczych

CEO Magazyn Polska

Przedłużają się prace w Sejmie nad ustawą wprowadzającą podatek węglowodorowy. Posłowie nie spieszą się, bo podatek i tak będzie pobierany dopiero od 2020 r. Do tego eksperci zwracają uwagę, że nowe obciążenia mogą zniechęcić firmy, w tym państwowe PGNiG, do poszukiwania i wydobycia gazu łupkowego, a do tego za sześć lat system podatkowy może być bardzo skomplikowany.

W Sejmie trwają obecnie prace nad trzema ustawami regulującymi opodatkowanie wydobycia węglowodorów. Jednym z nich jest rozszerzenie podatku od przychodu z kopalin. Z kolei przyjęta na początku czerwca przez Sejm nowelizacja Prawa geologicznego i górniczego rozszerza podatek od wydobycia gazu ziemnego i ropy naftowej na gaz i ropę z łupków. Prace nad tą ostatnią ustawą przebiegały bardzo szybko, a na początku lipca zajmie się nią Senat.

Nowelizacja ustawy Prawo geologiczne i górnicze została przyjęta dość szybko dzięki temu, że posłowie wszystkich klubów potraktowali ją bardzo poważnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Czerwiński, poseł Platformy Obywatelskiej. – Te zapisy mają wyjść i wychodzą naprzeciw oczekiwaniom firm poszukiwawczych. Przypomnę, że jedna koncesja będzie obowiązywała na poszukiwanie, rozpoznanie i wydobycie. Do tej pory nikt nie dostawał koncesji na wydobycie gazu czy ropy z łupków.

Firmy poszukiwawcze krytykują jednak nowy sposób opodatkowania wydobycia. Szczególnie szkodliwy dla spółek, w tym państwowego PGNiG, może być podatek węglowodorowy. Prace nad nim przebiegają znacznie wolniej niż nad nowelizacją Prawa geologicznego i górniczego, choć projekty trafiły do Sejmu w tym samym czasie.

Choć przepisy o podatkach miałyby zacząć obowiązywać już w 2015 r., to same podatki będą pobierane od 2020 r. Prace spowalniają również liczne wątpliwości, zgłaszane nie tylko przez przedstawicieli firm, lecz także różnych ekspertów, np. Konfederację Lewiatan.

Każdy się może już spodziewać, w jakiej wysokości podatek będzie obowiązywał, ale wprowadzony będzie dopiero od stycznia 2020 roku. Opłaty eksploatacyjne, górnicze, to, co bezpośrednio obciąża firmę, też są już jasne, wyliczalne i według symulacji ekspertów nie będą przekraczały tych opłat, które w tej chwili płacą przedsiębiorstwa – zapewnia Czerwiński.

Branża nie jest jednak co do tego przekonana, bo obciążenia podatkowe według nowych zasad mogą wynieść co najmniej 40 proc., a być może nawet więcej. Do tego Konfederacja Lewiatan zauważa, że podatek węglowodorowy może być sprzeczny z prawem unijnym. Duże obciążenie fiskalne może wręcz doprowadzić do nieopłacalności poszukiwania i wydobywania gazu łupkowego.

Czerwiński przyznaje, że każdy podatek stanowi obciążenie dla przedsiębiorców, przekonuje jednak, że z punktu widzenia ustawodawcy nie będzie ono nadmierne. Zauważa, że z początkowej euforii związanej z gazem łupkowym niewiele zostało.

– Gdy dostaliśmy informację o tym, że w Polsce może być sporo gazu łupkowego, wielu ludzi liczyło, co z tym potencjalnym przyszłym zyskiem będzie robić. Po pierwszej euforii przyszło życie. Szukanie gazu trwa, pokłady nie są tak korzystne jak na przykład w Stanach Zjednoczonych i firmy też chciałyby mieć już pewność tego, co ich czeka w przyszłości. Z tej euforii trzeba zejść do realiów codziennego życia i stąd też podatek węglowodorowy – wyjaśnia poseł.

Credit Agricole: We wrześniu możliwa obniżka stóp procentowych. RPP skłoni do tego deflacja i troska o wiarygodność

CEO Magazyn Polska

Rekordowo niska inflacja w Polsce od kilku miesięcy zaskakuje ekonomistów. Stanowi ona także problem dla Rady Polityki Pieniężnej, która zapowiadała wcześniej, że nie zmieni stóp procentowych do końca roku. Jednak w III kwartale ma pojawić się po raz pierwszy w historii deflacja w ujęciu rocznym, czyli spadek cen, co może we wrześniu skłonić RPP do cięcia stóp – uważa Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska. Dziś rozpoczyna się dwudniowe posiedzenie RPP, na którym zostaną opublikowane najnowsze prognozy NBP.

To będzie bardzo ważne posiedzenie, dlatego że poznamy wyniki następnej projekcji inflacji, która startuje z bardzo niskiego poziomu. Inflacja zaskoczyła wszystkich w Polsce, w tym bank centralny. W krótkim okresie będzie znacząco niższa niż spodziewał się tego NBP – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

W maju 2014 r. ceny wzrosły zaledwie o 0,2 proc. w ujęciu rocznym. Ekonomiści Credit Agricole Bank Polska prognozują, że w czerwcu inflacja CPI wyniesie 0 proc., czyli ceny dóbr konsumpcyjnych będą na takim samym poziomie, co rok wcześniej. W III kwartale ma pojawić się deflacja, czyli spadek cen o 0,1 proc. rok do roku. Najnowsze wskaźniki pokazują także, że produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna rosną wolniej, niż prognozowali analitycy. Te tendencje będą widoczne w najnowszej prognozie inflacji i PKB, którą opublikuje Rada Polityki Pieniężnej na najbliższym posiedzeniu, jednak zdaniem Borowskiego RPP na razie wstrzyma się ze zmianą polityki.

Sądzę, że te wyniki nie skłonią Rady Polityki Pieniężnej do obniżki stóp procentowych. Myślę, że skłonią ją do tego dane o inflacji w miesiącach letnich, kiedy odnotujemy spadek cen w ujęciu rocznym po raz pierwszy w historii. Natomiast sądzę, że to wpłynie na ton komunikatu po posiedzeniu, który będzie bardziej gołębi – uważa ekonomista.

To oznacza, że RPP w większym niż do tej pory stopniu będzie dopuszczać możliwość obniżki stóp procentowych na jednym z najbliższych posiedzeń. Według głównego ekonomisty Credit Agricole Bank Polska, nie nastąpi to jednak jeszcze na najbliższym spotkaniu, lecz na kolejnym (w sierpniu nie ma posiedzenia decyzyjnego). Wskazywały na to ostatnie wypowiedzi członków RPP, którzy zapowiadali kontynuację dotychczasowej polityki.

Spodziewam się obniżki stóp procentowych o 25 punktów bazowych we wrześniu. Uważam, że to będzie jednorazowa korekta parametrów polityki pieniężnej, będąca odpowiedzią na to, co dzieje się przede wszystkim z inflacją. Jest ona bardzo niska i będzie jeszcze niższa – twierdzi Jakub Borowski.

Bardziej łagodne nastawienie RPP może być impulsem do wzrostu cen obligacji, zwłaszcza krótkoterminowych, ponieważ perspektywa obniżki stóp procentowych NBP przekłada się na spadek rentowności obligacji. Ruch może być jednak niewielki, jeśli inwestorzy już wcześniej kupowali polskie papiery skarbowe, zakładając, że bank centralny będzie zmuszony łagodzić politykę pieniężną. W tym kontekście wysokie ceny długoterminowych obligacji (10-letnich) także mogą wywołać presję na wzrost cen papierów o krótszej zapadalności. To – przynajmniej w krótkim terminie – przełoży się także na rynek walutowy.

Z tego punktu widzenia projekcja inflacji, komunikat po posiedzeniu, ewentualnie wypowiedzi Marka Belki mogą być czynnikami, które przyczynią się do lekkiego osłabienia kursu złotego – uważa główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

Niewielka obniżka stóp procentowych (o 0,25 punktu proc.) będzie miała bardzo niewielki wpływ na wzrost gospodarczy, ponadto efekt może wystąpić dopiero po kilku kwartałach. Wzrost gospodarczy w Polsce na razie pozostaje relatywnie wysoki, zwłaszcza w porównaniu z tym w strefie euro, dlatego RPP nie musi prowadzić luźnej polityki pieniężnej. Bank centralny musi jednak dbać o wiarygodność swojej polityki, czyli podejmować działanie, które mają  pomóc inflacji powrócić jak najbliżej celu NBP, czyli 2,5 proc.

To będzie bardziej zabieg komunikacyjny niż wspierający wzrost gospodarczy. To będzie miało jednorazowy charakter i moim zdaniem celem będzie podkreślenie, że ten cel inflacyjny jest dla Rady Polityki Pieniężnej ważny i że inflacja nie będzie taka niska bez końca – mówi Borowski.

Maleje liczba SKOK-ów na rynku. Części grozi bankructwo, inne zostaną przejęte

CEO Magazyn Polska

Maleje liczba SKOK-ów na rynku – przyszłość mają jedynie stabilne i silne kasy. Dla części z nich fuzja z większymi partnerami to szansa na wyjście z kłopotów finansowych. Drugi największy podmiot w tej branży – SKOK Wołomin – nie wyklucza przejmowania mniejszych kas spółdzielczych. I apeluje do ustawodawców o wprowadzenie rozwiązań, które będą wspierać polski kapitał.

Kiedy powstawał SKOK Wołomin, było ponad 260 kas spółdzielczych, teraz jest ponad 50 i część z nich nie jest w najlepszej kondycji finansowej, szczególnie gdy spojrzy się na kapitały własne. Można byłoby więc te słabsze podmioty w jakiś sposób wspierać – tak, by one nie straciły swojej dynamiki, nie straciły swojego terenu i zainteresowania ludzi, których obsługują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Wojciech Ciechomski, przewodniczący rady nadzorczej SKOK Wołomin.

Według raportu Komisji Nadzoru Finansowego, pod koniec 2013 r. niedobór kapitału własnego w sektorze SKOK-ów sięgnął 1,37 mld zł. Współczynnik wypłacalności według sprawozdawczości kas spółdzielczych wyniósł 0,85 proc., jednak po korekcie dokonanej przez KNF – spadł do poziomu -2,85 proc. Według przedstawicieli branży, SKOK-i czeka dalsza konsolidacja. W przeciwnym wypadku grozi im upadłość, bo banki komercyjne nie są zainteresowane aktywami kas spółdzielczych.

SKOK w Wołominie, druga największa kasa spółdzielcza pod względem aktywów, nie wyklucza przejmowania mniejszych SKOK-ów.

Jesteśmy w stanie rozszerzać naszą działalność czy nawet przejmować mniejsze SKOK-i i działać na ich terenie. Szkoda po prostu stracić tę strukturę i to zaangażowanie na rzecz tego, że one zostałyby przejęte przez sektor stricte bankowy – uważa Ciechomski.

Przedstawiciele SKOK-ów zwracają uwagę, że nie mają możliwości konkurowania na równych zasadach z bankami komercyjnymi lub spółdzielczymi, choć także podlegają pod nadzór KNF. Prezes SKOK Wołomin Mariusz Gazda w niedawnej rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes zwracał uwagę na to, że ustawodawca „nie traktuje SKOK-ów jako pełnoprawnego uczestnika rynku finansowego, ale próbuje je wtłoczyć w pewną niszę, gdzie miałyby uzupełniać ofertę banków spółdzielczych”. Gazda zwracał przy tym uwagę na rozwiązania prawne w USA, gdzie mniejsze kasy spółdzielcze nie muszą podlegać pod federalny nadzór finansowy. Jest on obowiązkowy jedynie dla większych podmiotów lub planujących przekształcić się w bank. W rezultacie, w przeciwieństwie do polskich regulacji, nie ogranicza to rozwoju małych, lokalnych kas.

Nowe przepisy to w większości te, które mają banki, i to trochę nam wiąże ręce. I dlatego mówimy, że jesteśmy na zakręcie. Ale robimy wszystko, żeby się dostosować i żeby nie stracić tej głównej idei samopomocy. Sądzę, że jest olbrzymia społeczna potrzeba, ponieważ jest to mobilizowanie ludzi w różnego rodzaju wspólnotach, w środowiskach małych miast i na wsiach. I to jest chyba największa rola. Uważam, że to jest jeden z najbardziej demokratycznych ruchów biznesowych, ponieważ tam nie decydują pieniądze, a decyduje członkostwo – wskazuje przewodniczący rady nadzorczej SKOK Wołomin.

Dynamiczny rozwój sektora w poprzednich latach doprowadził jednak do nadmiernej koncentracji ryzyka i spadku jakości kredytów. Według KNF większość kas niedostatecznie kontrolowała ryzyko kredytowe. W efekcie, pod koniec 2013 r. 44 SKOK-i były objęte postępowaniami naprawczymi. Ciechomski zwraca uwagę na to, że trudna sytuacja SKOK-ów utrudnia im prowadzenia działalności społecznej, która jest ich podstawowym celem. Natomiast te kasy, których kondycja jest dobra – jak SKOK Wołomin – zwiększają swoje zaangażowanie w tym obszarze.

Swoją działalność rozszerzamy nie tylko w sferze finansowej, lecz także pozafinansowej. Angażujemy się w działalność kulturalną, wspieramy aktywność sportową i szczególnie działania charytatywne. Sądzę, że w chwili, kiedy społeczeństwo ubożeje, to jest jedna z najważniejszych spraw – twierdzi Wojciech Ciechomski.

Wśród klientów SKOK-ów dominują osoby fizyczne, ponieważ do października 2012 r. (kiedy weszła w życie Ustawa o SKOK-ach z 2009 r.) członkami kas mogły być wyłącznie osoby fizyczne. W rezultacie według danych KNF-u pod koniec 2013 r. należności od osób fizycznych stanowiły ponad 98 proc. wartości portfela kredytowego SKOK-ów. Reszta przypadała na małe i średnie przedsiębiorstwa oraz rolników indywidualnych. Obok działalności społecznej na rzecz lokalnych społeczności popularność kas spółdzielczych wynika także stąd, że jest to polski kapitał – tłumaczy członek rady nadzorczej SKOK Wołomin.

Ta forma powinna być bardziej popularyzowana, tym bardziej że – jak wynika z naszego doświadczenia – cieszy się dużym zaufaniem. Ponieważ to jest utożsamiane, co bardzo często słyszę od naszych członków, z polskim kapitałem. Nasze społeczeństwo jest bardzo uwrażliwione na ten aspekt. Sądzę, że warto byłoby to wykorzystać i wszelkimi możliwymi środkami prawnymi i organizacyjnymi ten ruch wspierać – uważa Ciechomski.

Rząd chce przyspieszyć inwestycje kolejowe. Dziś zajmie się zmianami w prawie o transporcie kolejowym

CEO Magazyn Polska

Dziś Rada Ministrów zajmie się projektem założeń do nowelizacji ustawy o transporcie kolejowym, która ma ułatwić prowadzenie inwestycji torowych. Choć poszczególne zmiany są niewielkie, razem powinny znacznie uprościć przygotowanie prac. Łatwiej będzie m.in. uzyskać zgody i pozyskać grunty, zarówno państwowe, jak i prywatne.

 – Ta nowelizacja jest prowadzona, aby jak najszybciej wdrożyć cały pakiet usprawnień proceduralnych w prowadzeniu i przygotowaniu inwestycji kolejowych. To są rzeczy drobne i każda z nich nie ma aż tak istotnego znaczenia. Natomiast w całości rzeczywiście dają pewną wartość dodaną polegającą na przyspieszeniu inwestycji – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Projekt założeń autorstwa Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju zakłada m.in. skrócenie terminu na wydanie pozwolenia na budowę przy inwestycjach kolejowych do maksymalnie 45 dni. Nowelizacja ma też wprowadzić możliwość nieodpłatnego zajęcia terenu wód, lasów państwowych oraz pasów drogowych, ale i obowiązek wypłaty odszkodowań za ewentualne szkody.

Łatwiej ma też być koordynować inwestycje kolejowe z innymi projektami liniowymi, dotyczącymi np. linii energetycznych lub telefonicznych. Kowalski podkreśla, że wszystkie te zmiany ułatwią prace wykonawcom.

Administracja rządowa bazuje na doświadczeniach z drogami. Jakiś czas temu wprowadzono podobne rozwiązania w prawie dotyczącym inwestycji drogowych i one rzeczywiście nieco usprawniły ten proces – przypomina Kowalski. – Można liczyć na usprawnienie, ale nie spodziewajmy się rewolucji. To są drobne rzeczy, które trzeba zrobić i bardzo dobrze, że one są prostowane, korygowane, natomiast to nie spowoduje przełomu.

Kowalski podkreśla, że zmiany nie tyle przyspieszą same prace budowlane, co ułatwią ich przygotowanie. To jednak ważne, bo uzyskanie niezbędnych zgód i wypełnienie wszystkich procedur administracyjnych, w tym związanych z ochroną środowiska, może czasem trwać nawet dłużej niż faktyczna realizacja inwestycji.

Ekspert zauważa jednak, że zmiany nie rozwiążą problemów z opóźnionymi inwestycjami, takimi jak ciągnąca się już od siedmiu lat modernizacja linii Warszawa – Gdynia. Dodaje, że choć wielkie inwestycje kolejowe trwają już od kilku lat, wcześniej zmiany nie były możliwe.

Jest pewnie poczucie, że są to decyzje spóźnione. Ale też trzeba pamiętać o tym, że to jest zawsze powiązane z otoczeniem prawnym. To otoczenie prawne też się zmienia, chociażby prawo w zakresie ochrony środowiska czy przepisy związane z gospodarowaniem mieniem publicznym. Tutaj pojawiają się nowe rozstrzygnięcia i pewne rzeczy, które dzisiaj są wprowadzone, jakiś czas temu nie zawsze były możliwe – mówi Kowalski.

Zastrzega, że na razie MIR przedstawił jedynie projekt założeń, który dopiero dziś trafi pod obrady Rady Ministrów.

Reklamowa ofensywa biur podróży. W I połowie roku wydały one na promocję dwa razy więcej niż przed rokiem

CEO Magazyn Polska

Od początku roku do 25 czerwca br. biura podróży przeznaczyły na reklamę w prasie, telewizji i radiu ponad 37 mln zł. To ponad dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Z badania Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że 32 mln zł pochodzi z budżetu największych dziesięciu touroperatorów na rynku. W czołówce znalazły się biura TUI, Rainbow Tours i Grecos Holiday.

Najczęściej reklamy pojawiały się w telewizji (na ponad 13 tysięcy spotów wydano 21 mln zł), głównie w stacjach TVN, Polsat i TVP1. W radiu wyemitowano 7,7 tys. reklam operatorów wycieczek, które kosztowały 7,7 mln zł. Z kolei w prasie reklam tych było ponad 500, ale wydatki (ponad 8 mln zł) okazały się nieco wyższe niż na promocję w stacjach radiowych.

Wśród mediów o profilu turystycznym i podróżniczym reklamodawcy najchętniej wybierali stację telewizyjną „National Geographic” oraz czasopisma „National Geographic Travel”, „Podróże” i „Voyage”.

W okresie od 1 stycznia 2014 roku do 25 czerwca biura podróży łącznie wydały na reklamy ponad 37 mln złotych. To dużo, szczególnie jeżeli porównamy te wydatki z analogicznym okresem roku ubiegłego, kiedy biura wydały na ten cel ok. 17 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów.

Z raportu IMM wynika, że z całkowitej kwoty 37 mln zł, którą cała branża wydała na promocję, 32 mln to wydatki dziesięciu czołowych reklamodawców. Lider zestawienia, czyli biuro TUI, na reklamę przeznaczył 9,2 mln zł, Rainbow Tours – 8,8 mln zł, a Grecos Holiday – 6,1 mln zł. TUI i Rainbow Tours są jednocześnie biurami, które notują najwyższe obroty – jak wynika z corocznego raportu dwutygodnika „Wiadomości Turystyczne”. Z kolei Grecos Holiday, który znacząco zwiększył swoje wydatki na reklamę, zwiększył obroty o niemal 85 mln zł. Co ciekawe, mająca największe obroty Itaka obniżyła swoje nakłady na promocję i zajęła dopiero czwarte miejsce wśród reklamodawców (z kwotą 3,7 mln zł).

Wydatki biura podróży TUI przełożyły się na zainteresowanie internautów ofertą, gdyż właśnie o tym biurze podróży w mediach społecznościowych rozmawiano w badanym okresie najczęściej – mówi Łukasz Jadaś.  

Największe dyskusje w sieci od początku roku wśród państw wskazanych przez Mondial Assistance jako najpopularniejsze w tym sezonie wywołuje temat wycieczek zorganizowanych do Egiptu – głównie z powodu pojawiających się nadal obaw związanych z bezpieczeństwem turystów i sytuacją polityczną kraju.

Istnieje duża różnica w wyborze miejsca wakacyjnego wypoczynku, uzależniona od tego, kto organizuje wyjazd. Jeżeli są to wyjazdy z biur podróży i inne wyjazdy zorganizowane, najczęściej mówi się o Egipcie, Turcji i Tunezji, zaś jeżeli są to wyjazdy bez biur podróży, to najczęściej mówimy o krajach Unii Europejskiej – Francji, Włoszech i Hiszpanii. Czyli można przypuszczać, że są to wyjazdy organizowane na własną rękę – twierdzi Jadaś.

Instytut Monitorowania Mediów przeanalizował (za pomocą aplikacji AMI) wzmianki dotyczące biur podróży i państw turystycznych w internecie oraz w mediach społecznościowych, w których pojawiały się nazwy czołowych dziesięciu reklamodawców z tej branży. Natomiast wydatki na reklamę zostały przeanalizowane przy użyciu aplikacji Admonit w 30 stacjach telewizyjnych, 65 radiowych oraz w 470 tytułach prasowych.

Ostateczny koniec kredytów walutowych dla zarabiających w złotych

CEO Magazyn Polska

Od dziś w pełni obowiązuje Rekomendacja S, zgodnie z którą waluta kredytu musi być zgodna z walutą największej części dochodu. W praktyce oznacza to, że kredyt w euro czy we frankach dostaną tylko ci, którzy w tych walutach zarabiają. Ze względu na niewielką ofertę banków i mniej korzystne warunki kredytowania osoby zarabiające w walutach mniej popularnych niż euro mogą mieć problem z dostępem do kredytu w Polsce. Nie będzie to jednak miało dużego wpływu na akcję kredytową, bo takich osób nie jest dużo, a poza tym większość banków te rozwiązania wdrożyła już kilka miesięcy temu i pożycza właściwie tylko złotówki.

1 lipca tego roku wszystkie banki muszą wdrożyć m.in. rekomendację szóstą z Rekomendacji S Komisji Nadzoru Finansowego. Zgodnie z nią osoby osiągające dochody w innej walucie niż złoty nie będą mogły zadłużyć się w krajowej walucie. I vice versa: zarabiający w złotych nie będzie mógł zaciągnąć kredytu np. w euro. Rekomendacja stanowi, że waluta kredytu musi być zgoda z walutą najwyższego dochodu jeśli kredytobiorca osiąga dochody w różnych walutach.

 Jeżeli najwięcej zarabiamy w euro, to kredyt musimy zaciągnąć w euro. Jeżeli natomiast zarabiamy w funcie, to kredyt musimy zaciągnąć w funcie – tłumaczy Michał Krajkowski, analityk DK Notus.

Problem w tym, że o ile kredyty w złotych są powszechnie dostępne, o tyle kredyty w euro ma w ofercie tylko kilka banków, a do tego są one udzielane na mniej korzystnych dla kredytobiorców warunkach, z wysokimi marżami. Jeszcze większy problem mają osoby zarabiające w innych niż euro walutach.

– Kredyt w funtach ma w swojej ofercie tylko jeden bank na polskim rynku. Kredytów w koronach norweskich nie ma, więc osoby pracujące w Norwegii, zarabiające w koronach norweskich, kredytów w Polsce w tej walucie nie zaciągną – mówi Michał Krajkowski agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Dotyczy to nie tylko osób, które pracują i mieszkają za granicą – dotyczy to też Polaków mieszkających w Polsce, ale zarabiających w obcych walutach – jak na przykład marynarze. Te osoby będą miały praktycznie uniemożliwiony dostęp do kredytów hipotecznych. Zdaniem analityka DK Notus nie powinno to wpłynąć znacząco na rynek kredytów.

 W pewnym stopniu oczywiście wpłynie to na ograniczenie akcji kredytowej. Ale te osoby nie stanowią bardzo dużej części rynku. Poza tym pamiętajmy, że część banków tę rekomendację wdrożyła już dawno. To nie jest tak, że wszystkie banki czekały z tym do końca czerwca – wyjaśnia analityk DK Notus.

KNF nowe rozwiązania tłumaczy ryzykiem kursowym. Jej zdaniem po wprowadzeniu zmian nie będzie już dochodzić do sytuacji, w której rata kredytu – ze względu na zmianę kursu  gwałtownie wzrośnie dla kredytobiorcy, który na przykład zarabia w złotych, a ma kredyt w euro.

Koszty przyjmowania kart płatniczych niższe 2,5-krotnie. Komisja Europejska już rozważa dalsze obniżki

CEO Magazyn Polska

Od 1 lipca zaczną obowiązywać nowe, obniżone stawki interchange w wysokości 0,5 proc. To ulga dla polskich przedsiębiorców, którzy ponosili dwa razy wyższe koszty akceptacji kart płatniczych niż ich konkurenci z UE. W efekcie część firm, na czele z Biedronką, teraz już decyduje się przyjmować karty. Możliwe, że będą następne obniżki, bo Komisja Europejska bada możliwość ich wprowadzenia. Niższe koszty interchange przyczynią się do zwiększenia skali obrotu bezgotówkowego, co będzie korzystne dla całej gospodarki.
 
Maksymalne opłaty interchange będą wynosiły od 1 lipca 0,5 proc. Stawka ta dla nowych umów zacznie obowiązywać od 1 stycznia. Jest to ogromna ulga dla polskich przedsiębiorców, którzy od kilkunastu lat ponosili koszty nadmiernie wysokiej akceptacji przyjmowania kart płatniczych. Jest to ruch w bardzo dobrym kierunku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Łaniewski, prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego.
 
Dzięki wejściu w życie nowelizacji ustawy o usługach płatniczych, stawki interchange spadną 2,5-krotnie. Do tej pory polscy przedsiębiorcy płacili za możliwość akceptacji płatności kartami ponad 2 razy więcej niż średnio w Unii Europejskiej.

Dzisiaj zbliżamy się do stawek średnio europejskich. Po tym, jak w Polsce będzie obowiązywała ta niższa stawka, również ta unijna średnio ważona będzie niższa. To 0,5 proc. wpłynie bardzo pozytywnie na finanse przedsiębiorstw, które do tej pory przyjmowały płatności kartą – uważa Łaniewski.
 
Obniżka stawki interchange powinna zwiększyć skalę obrotu bezgotówkowego, ponieważ wielu przedsiębiorców ze względu na wysokie koszty akceptowało dotąd jedynie gotówkę.
 
Redukcja opłaty interchange, a zarazem zmniejszenie kosztów akceptacji kart na pewno będą bodźcem do rozwoju sieci akceptacji. Największy polski detalista jest tego bardzo dobrym przykładem, kiedy to przez kilka ostatnich lat mówił jasno: jeśli koszty akceptacji kart płatniczych będą tak wysokie, to nie wprowadzimy takiej dogodności dla naszych klientów – wskazuje prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego.

Biedronka posiada w całym kraju 2,4 tys. sklepów, dużą część w małych i średnich miastach, gdzie zajmuje silną pozycję na lokalnych rynkach. Jednocześnie są to często obszary, gdzie trudniej jest znaleźć punkty akceptujące płatności bezgotówkowe. Decyzja największego detalisty na polskim rynku może sprawić, że konkurencja także w większym stopniu zacznie akceptować transakcje kartą.

Ustawa regulując wielkości stawki interchange, nie wprowadza ograniczeń dotyczących marży, jaką pobierają agenci rozliczeniowi. Jej wielkość będzie kształtowana poprzez konkurencję między agentami oraz w drodze negocjacji z przedsiębiorstwami przyjmującymi płatności kartą.

Opłata interchange jest głównym składnikiem prowizji całkowitej płaconej przez przedsiębiorcę na rzecz agenta rozliczeniowego. Pozostałe dwa elementy to są opłaty systemowe i marża agenta rozliczeniowego. Ten ostatni element jest elementem negocjowalnym, czyli im większy podmiot, tym większą ma siłę negocjacyjną i będzie mógł próbować redukować całkowity koszt z tym związany – twierdzi Robert Łaniewski.
 
Obniżka opłat interchange prawdopodobnie nie doprowadzi do spadku cen w sklepach. Nie było to jednak celem ustawodawcy.
 
Tylko co piąty punkt handlowo-usługowy przyjmował płatności kartowe, więc nie możemy mówić o tym, że próbowano tą ustawą regulować ceny ostateczne oferowane przez naszych handlowców. Przede wszystkim chciano zrównoważyć rynek, czyli ten element, który był do tej pory nienegocjowalny, czyli opłata interchange, która jest ustanawiana przez organizacje płatnicze, a jest przychodem banku wydawcy, to ten element ulega redukcji – wskazuje prezes Fundacji Rozwoju Obrotu Bezgotówkowego.
 
Zdaniem Roberta Łaniewskiego, banki nie będą masowo podnosić opłat i prowizji z tytułu wydawania i utrzymywania kart płatniczych, aby zrekompensować sobie spadek stawek interchange. To dlatego, że w ich interesie jest rozwój obrotu bezgotówkowego, a wzrost kosztów posługiwania się kartami płatniczymi mógłby zahamować ten rozwój.
 
To by doprowadziło do pewnego załamania na rynku kart płatniczych. Należy upatrywać szansy w tym, że rozwijająca się sieć akceptacji będzie powodowała, że obrót bezgotówkowy będzie w Polsce znacznie większy. Przy niższych stawkach procentowych banki będą mogły zarabiać, osiągać przychody z opłaty interchange na podobnym poziomie – uważa Łaniewski.
 
Nie można wykluczyć, że będą kolejne obniżki stawki interchange. Komisja Europejska dostrzega taką możliwość, zwłaszcza w porównaniu z opłatami transgranicznymi, które kształtują się na poziomie 0,2 proc. dla kart debetowych i 0,3 proc. dla kart kredytowych. Byłby to kolejny krok wspierający rozwój obrotu bezgotówkowego, który jest tańszym i mniej ryzykownym sposobem regulowania płatności. W skali całej gospodarki, to oszczędność czasu i pieniędzy dla wszystkich stron – konsumentów, przedsiębiorstw oraz banków.

Przedwakacyjny przegląd samochodu można wykonać samodzielnie

CEO Magazyn Polska

Trzy czwarte Polaków, którzy planują wakacyjny urlop w Polsce, uda się na niego samochodem. Za granicę własnym autem pojedzie co trzeci turysta – wynika z badania Mondial Assistance. Eksperci radzą, by przed długimi podróżami sprawdzić dokładnie sprawność pojazdu. Poddawany regularnym przeglądom samochód powinien być w dobrym stanie technicznym, a ewentualne niedostatki wynikające z eksploatacji można wyłapać samodzielnie, dokonując podstawowej kontroli auta.

Zacznijmy od sprawdzenia opon. Zwróćmy uwagę na stan gumy, czy nie jest popękana lub zużyta, jaka jest głębokość bieżnika. Koniecznie uzupełnijmy braki ciśnienia, a jeżeli jeszcze nie wymieniliśmy opon na letnie, zróbmy to teraz. Dzięki temu zmniejszymy zużycie paliwa i uchronimy ogumienie przed nadmiernym zużyciem – radzi mgr inż. Marcin Kiełczewski, product manager w firmie Bosch.

Specjaliści podkreślają, że należy zwrócić uwagę na stan układu hamulcowego – przede wszystkim klocków i tarcz. Do decyzji o ich wymianie powinny skłonić ślady pęknięć lub nadmiernego zużycia komponentów. Tarcze hamulcowe nie powinny być zardzewiałe ani porysowane. Powodem do niepokoju są też wycieki lub silne zawilgocenie podzespołu hydraulicznego.

Ważnym elementem jest też układ rozrządu, który steruje całym silnikiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Kiełczewski. – Producenci samochodów podają maksymalne okresy eksploatacji, po których musi być on wymieniony. Zerwanie paska rozrządu jest poważną awarią, skutkującą zwykle potrzebą generalnego remontu silnika. Lepiej więc skontrolować przed wyjazdem, czy nie należy wymienić elementów rozrządu. Wystarczy sprawdzić w instrukcji, po jakim przebiegu producent ją zaleca.

Przed wyruszeniem w podróż warto także poświęcić trochę czasu na sprawdzenie klimatyzacji – filtra kabinowego i temperatury w nawiewach – oraz reflektorów i lamp pojazdu. Żarówki reflektorów najlepiej wymieniać parami, unikając w ten sposób ich kolejnego przepalenia się w  niedługim czasie.

W wielu krajach istnieje obowiązek posiadania w samochodzie kompletu żarówek zapasowych – mówi Marcin Kiełczewski. – Sprawdźmy więc przepisy obowiązujące w miejscu, do którego się wybieramy, by uniknąć kosztownych niespodzianek w postaci mandatu.

Samodzielnie skontrolować można też – i ewentualnie uzupełnić – poziom wszystkich płynów: hamulcowego, chłodzenia, płynu do spryskiwaczy oraz oleju silnikowego.

Większa ingerencja w silnik lub podzespoły auta jest dziś utrudniona, samochody są coraz bardziej zaawansowane technicznie i przeciętny kierowca ma ograniczone możliwości dokonywania napraw we własnym zakresie. Warto jednak, szczególnie przed wakacyjnymi wyjazdami, zwrócić uwagę na wszystkie niepokojące objawy, pukanie, stukanie czy nietypowe dźwięki i uczulić na nie mechanika podczas wizyty w serwisie – radzi Marcin Kiełczewski.

Prospekt emisyjny Private Equity Managers już w KNF

0

Private Equity Managers S.A. („PEManagers”, „Spółka”) złożyła prospekt emisyjny w Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) i podtrzymuje plany przeprowadzenia pierwszej oferty publicznej sprzedaży akcji („Oferta”) w IV kwartale tego roku. Sprzedającymi akcje PEManagers w ramach Oferty są MCI Management S.A. i fundusz inwestycyjny, w którym MCI Management S.A. posiada pośrednio większość certyfikatów inwestycyjnych. Wartość Oferty wyniesie kilkadziesiąt milionów złotych.

Private Equity Managers S.A., spółka dominująca w grupie kapitałowej wyspecjalizowanej w zarządzaniu różnymi klasami aktywów w funduszach alternatywnych private equity, w tym w funduszach venture capital, złożyła w dniu 27 czerwca br. prospekt emisyjny w KNF w związku z zamiarem przeprowadzenia pierwszej oferty publicznej akcji i dopuszczenia akcji Spółki do obrotu na rynku głównym prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. Oferta dotyczyć będzie sprzedaży istniejących akcji Spółki stanowiących ok. 15 proc. w kapitale zakładowym Spółki. Skierowana będzie do inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, Oferta planowana jest na IV kwartał 2014 r., w zależności od warunków rynkowych. Oferta zostanie przeprowadzona wyłącznie na terytorium Polski.

– Po zamknięciu procesu pre-IPO przystąpiliśmy do realizacji kolejnego kroku na drodze do upublicznienia Spółki na GPW. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, złożenie prospektu w I półroczu oznacza, że debiut giełdowy PEManagers w IV kwartale jest możliwy, pod warunkiem występowania sprzyjających warunków rynkowych – mówi Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A. odpowiedzialny za projekt IPO Private Equity Managers S.A.

– Wydzielenie PEManagers z Grupy MCI, a następnie wprowadzenie Spółki na GPW pozwoli zidentyfikować wartość bardzo atrakcyjnej działalności zarządzania aktywami alternatywnymi typu private equity i uzyskać jej  rynkową wycenę – skomentował Tomasz Czechowicz, Prezes Zarządu Private Equity Managers S.A.

Doradcami Spółki w procesie upublicznienia są: Noble Securities S.A. (oferujący), Art Capital Sp. z o.o. (doradca finansowy) oraz Dubiński Fabrycki Jeleński i Wspólnicy Kancelaria Prawna Sp. k. (doradca prawny). Audytorem Spółki jest PKF Consult.

Złożenie prospektu emisyjnego w KNF poprzedzone było zamknięciem dwóch etapów procesu pre-IPO, w ramach których blisko 65 proc. akcji Spółki zostało nabytych m.in. przez osoby powiązane z grupą kapitałową MCI, przez instytucje finansowe będące akcjonariuszami MCI oraz osoby fizyczne (kadra zarządzająca oraz partnerzy i osoby współpracujące z MCI).

Kto i kiedy musi dokonać odpisów na Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych

Do 31 maja podmioty zobligowane do stworzenia Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych musiały przekazać pierwszą transzę przeznaczonej na ten cel opłaty. Kto i na jakich zasadach podlega tym obciążeniom? Kogo ominą? – odpowiada Katarzyna Mietz, konsultant w Baker Tilly Poland.

Celem funduszu jest sfinansowanie działalności socjalnej na rzecz obecnych pracowników i ich rodzin, byłych pracowników (emerytów i rencistów) i ich najbliższych oraz na rzecz innych osób, które uznaje się za beneficjentów ZFŚS. Dokładną listę grup uprawnionych do pobierania świadczeń określa regulamin ustalany zgodnie z art. 27 ust. 1 albo z art. 30 ust. 5 ustawy o związkach zawodowych. Ponadto, fundusz powinien służyć też dofinansowaniu zakładowych obiektów socjalnych i tworzeniu zakładowych żłobków, klubów dziecięcych, przedszkoli oraz innych form wychowania przedszkolnego.

Dla kogo obowiązkowy ZFŚS?

Fundusz tworzą pracodawcy, którzy w przeliczeniu na pełne etaty zatrudniają co najmniej 20 pracowników. Stan zatrudnienia określany jest z pierwszym dniem stycznia danego roku.
Warto wiedzieć, że w przypadku jednostek budżetowych i samorządowych ZFŚS jest tworzony obowiązkowo, niezależnie od liczby zatrudnianych pracowników. Zakłady o liczbie zatrudnionych mniejszej niż 20 mogą, lecz nie muszą zakładać Funduszu. Alternatywą dla jego stworzenia jest wypłacanie odpowiednich świadczeń urlopowych.

Jak i kiedy stworzyć fundusz?

Fundusz tworzy się z corocznego odpisu podstawowego, naliczanego w stosunku do przeciętnej liczby zatrudnionych. Wysokość odpisu podstawowego jest natomiast uzależniona od wieku pracownika oraz od warunków i charakteru jego pracy. I tak, odpis podstawowy na jednego zatrudnionego stanowi wyższą z kwot:

  • 37,5% przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce narodowej w roku poprzednim lub
  • 37,5% przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce narodowej w drugim półroczu roku poprzedniego.
  • Jeżeli pracownik jest młodociany, to odpis ten wynosi w pierwszym roku nauki 5%, w drugim – 6% a w trzecim – 7% przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia, o którym wspomniano powyżej. Gdy pracownik wykonuje prace o szczególnym charakterze lub w szczególnych warunkach (w rozumieniu przepisów o emeryturach pomostowych), odpis wynosi 50% ww. przeciętnego, miesięcznego wynagrodzenia.

Ponadto, wysokość odpisu podstawowego można jeszcze zwiększyć o 6,25% ww. wynagrodzenia na każdą zatrudnioną osobę, w stosunku do której orzeczono znaczny lub umiarkowany stopień niepełnosprawności oraz na każdego emeryta i rencistę, jeśli pracodawca sprawuje opiekę socjalną nad nimi.

Pracodawcy, którzy utworzyli zakładowy żłobek lub klub dziecięcy mogą zwiększyć ZFŚS na każdą zatrudnioną osobę o 7,5% przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego, pod warunkiem przeznaczenia całości tego zwiększenia na prowadzenie żłobka lub klubu dziecięcego.

WAŻNE! Wysokość przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego jest ogłaszana przez Prezesa GUS w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej „Monitor Polski” nie później niż do 20 lutego każdego roku.

W 2014 roku do wyliczeń podstawowego odpisu przyjmuje się wysokość przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej z drugiego półrocza 2010 roku.

Równowartość dokonywanych odpisów i ich zwiększeń pracodawca przekazuje na osobny rachunek bankowy w terminie do dnia 30 września każdego roku kalendarzowego, przy czym do 31 maja tegoż roku musi przekazać kwotę, która stanowi przynajmniej 75% wartości odpisu.

I tutaj dobra informacja dla pracodawców, którzy dopiero rozpoczynają działalność – w ich przypadku środki na ZFŚS przelewać należy od kolejnego roku kalendarzowego następującego po roku, w którym działalność rozpoczęli.

Administratorem pieniędzy ulokowanych w ZFŚS jest pracodawca, zaś same środki nie mogą być przeznaczone na cele inne niż określa to prawo i regulamin funduszu. Nie podlegają one także egzekucji (z wyjątkiem przypadków, gdy jest ona prowadzona w związku z zobowiązaniami funduszu). Niewykorzystane w danym roku kalendarzowym środki ZFŚS przechodzą na rok następny.

Co zrobić, żeby nie tworzyć ZFŚS?

Jak się okazuje, kwestia ta nie nastręcza wcale wielu problemów. W większości przypadków należy po prostu zakomunikować pracownikom, że fundusz nie zostanie utworzony. Toteż pracodawcy zatrudniający według stanu na dzień 1 stycznia danego roku mniej niż 20 pracowników w przeliczeniu na pełne etaty i nieobjęci układem zbiorowym pracy oraz niezobowiązani do wydania regulaminu wynagradzania, informacje w sprawie nietworzenia funduszu i niewypłacania świadczenia urlopowego przekazują pracownikom w pierwszym miesiącu danego roku kalendarzowego. Dzieje się to w sposób przyjęty u danego pracodawcy.

Jeżeli podmiot zatrudnia co najmniej 20 osób objętych układem zbiorowym pracy, postanowienia w sprawie nietworzenia funduszu i niewypłacania świadczenia urlopowego zawiera się w tymże układzie. Jeżeli pracodawców pracownicy danej firmy nie zostali nim objęci, postanowienia w sprawie nietworzenia funduszu i niewypłacania świadczenia urlopowego zawiera się w regulaminie wynagradzania.

(Podstawa prawna: ustawa z dn. 4marca 1994r. o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych, Dz. U. z 2013r. poz. 747, 1645)

Aż 62% uczniów szkół średnich deklaruje, że ma już sprecyzowane plany zawodowe

Przy wyborze studiów ważniejsza od renomy uczelni jest dla nich perspektywa znalezienia pracy, stawiają też na swoje pasje. Wraz z wiekiem rośnie niezadowolenie z poziomu edukacji – ponad połowa absolwentów ma poczucie, że szkoła/uczelnia nie przygotowała ich odpowiednio do pracy – wynika z raportu PwC „(Nie)świadome wybory zawodowe” podsumowującego pierwsze na rynku badanie młodych ludzi – od licealistów do absolwentów szkół wyższych.

Jak pokazuje raport PwC młodzi ludzie obecnie coraz wcześniej zderzają się z rynkiem pracy.
Aż 62% uczniów szkół średnich (licea i technika) uważa, że ma już sprecyzowane plany zawodowe. Blisko 1/3 z nich decyzję o dalszej karierze podjęła w trakcie nauki w szkole średniej, a 27% wskazuje na wcześniejszy etap swojej edukacji. Z kolei, w przypadku studentów tylko 17% twierdzi, że nie ma jeszcze planów zawodowych. Po ukończeniu studiów pewność ta zanika. Odsetek niezdecydowanych wśród absolwentów jest wyższy i wynosi 25%.

Najważniejszym czynnikami decydującymi o wyborze studiów dla wszystkich grup respondentów okazały się ambicje i pasje (uczniowie szkół średnich 58%, studenci 61%, absolwenci 56%). Na drugim miejscu jako uplasowała się perspektywa znalezienia pracy po studiach, jednak ten czynnik największe znaczenie ma dla najmłodszych badanych, wskazało na niego 55% uczniów szkół średnich. Dla studentów (42%) i absolwentów (32%) jest on co prawda także drugim co do ważności aspektem, ale jego waga zdecydowania spada wraz z wiekiem. Dopiero na trzeciej pozycji znalazła się renoma uczelni, którą nisko ocenili uczniowie szkół średnich (17% wskazań). To kryterium jest najważniejsze dla samych studentów (34%), ale już po zakończeniu studiów jego wartość maleje (absolwenci 31%).

52% absolwentów wskazało, że uczelnia, w której studiowali nie przygotowała ich do pracy. Studenci są mniej srodzy w ocenie (ponad 30%), ale także potwierdzają, że szkoły wyższe nie przygotowują dostatecznie dobrze do starcia z rynkiem pracy. Choć opinie uczniów liceów i techników były bardziej optymistyczne około 30% zadeklarowało, że szkoła/uczelnia może odpowiednio przygotować ich do zawodu, to także tutaj odsetek pesymistów był znaczny (28%). Ponad 40% wskazało na brak przygotowania zawodowego w ramach nauki.

„Po raz pierwszy przeprowadziliśmy tak szeroko zakrojone badanie analizujące podejście do ścieżki zawodowej młodych ludzi na przestrzeni kilku kluczowych lat z ich życia. Wyniki raportu potwierdzają, że moment zetknięcia się z rynkiem pracy np. w formie stażu, jest kluczowy dla dalszych perspektyw zawodowych. Dobry start gwarantuje, że młodzi ludzie pozostaną w kraju, będą mogli się rozwijać i działać na korzyść społeczno-gospodarczego rozwoju Polski” – komentuje Tomasz Miłosz, Dyrektor Działu Kapitału Ludzkiego PwC.

Niemal dwa razy więcej absolwentów niż uczniów szkół średnich uważa, że rozwój osobisty jest ważniejszy od wynagrodzenia w pracy. Prawdopodobnie rozbieżności te wynikają z rosnącej, wraz z wiekiem, dojrzałości młodych ludzi. Są też zgodne z wynikami prezentowanymi w raporcie „Młodzi 2011”, według którego wynagrodzenie ważniejsze jest dla osób z niższym wykształceniem, a rozwój dla osób lepiej wykształconych.

Rekomendacje

Dla pracodawców:

Organizujmy staże zawodowe wysokiej jakości. Pamiętajmy, że potrzebą młodych ludzi jest, aby praca była zgodna z ich aspiracjami i przyczyniała się do rozwoju zawodowego.

Dla przedstawicieli szkół /uczelni wyższych:

Uczmy logicznego myślenia, przygotujmy młodych do konieczności ciągłego uczenia się i otwartości na zmiany (także zawodu). Kształtujmy postawy, a nie konkretne umiejętności zawodowe. Jeżeli uczelnie będą wymagały jakościowych staży, to pracodawcy będą musieli je oferować.

Dla młodych ludzi:

Weźcie ster kariery w swoje ręce, wykażcie inicjatywę, nie bójcie się wybierać zawodu zgodnego z Waszymi zainteresowaniami.

Informacje o raporcie

Raport PwC „(Nie) świadome wybory zawodowe” powstał w oparciu o ogólnopolskie badanie internetowe przeprowadzone w okresie luty – maj 2014 r. W badaniu wzięło udział łącznie 2474 respondentów, a wśród nich: uczniowie szkół średnich (liceum/technikum ) – 581 ankietowanych, studenci – 1188 ankietowanych i absolwenci – 378 ankietowanych.

PwC – wyniki rankingu TOP 100 największych światowych spółek

Najnowszy raport firmy doradczej PwC przedstawia ranking 100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej. Analiza uwzględnia zmiany kapitalizacji przedsiębiorstw w okresie od marca 2009 roku do marca 2014 roku, w tym dynamikę i trendy w ujęciu globalnym, krajowym i sektorowym.

Łączna kapitalizacja spółek z TOP 100 w analizowanym okresie uległa niemal podwojeniu – z 8,4 biliona dolarów do ponad 15 bilionów dolarów. Próg wejścia w skład TOP 100 również wzrósł prawie dwukrotnie – w 2009 roku aby znaleźć się na liście wystarczyła kapitalizacja na poziomie 40 mld dolarów, z kolei w 2014 roku wartość graniczna to 81 mld dolarów. Spółką o najwyższej wartości na świecie – niezmiennie od 2012 roku – pozostaje Apple, którego kapitalizacja w marcu 2014 roku wynosiła aż 469 mld dolarów.

Dominację w globalnym zestawieniu potwierdziły spółki amerykańskie – w pierwszej dziesiątce znalazło się aż osiem firm pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, a w całym zestawieniu 47. Z kolei na liście TOP 100 mamy w tym roku mniej spółek z gospodarek wschodzących regionu BRIC – już tylko 11 w porównaniu do 17 w 2009 roku. Stabilna pozostaje sytuacja spółek europejskich – podobnie jak w 2009 roku do TOP 100 zakwalifikowało się 18 firm ze strefy euro, w tym 8 z Wielkiej Brytanii.

„Szczególną uwagę zwraca coraz silniejsza dominacja w TOP 100 spółek amerykańskich. Obecnie niemal połowa ze 100 największych przedsiębiorstw pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i sytuacja ta najprawdopodobniej nie ulegnie zmianie w najbliższych latach. Bez odpowiedniej siły finansowej i wysokiego poziomu innowacyjności, firmy z innych części świata nie są w stanie konkurować z amerykańskimi gigantami. Podobnie należy tłumaczyć spadek znaczenia spółek z krajów BRIC w rankingu. Warto jednak zaznaczyć, że spodziewana w tym roku oferta publiczna spółki Alibaba może zwiastować ponowną próbę rzucenia wyzwania firmom ze Stanów Zjednoczonych przez spółki chińskie – podkreśla Filip Gorczyca, starszy menedżer w zespole ds. rynków kapitałowych PwC. „Miejmy nadzieję, że doczekamy się czasów, kiedy polska firma znajdzie się na liście TOP 100, choć na razie cel ten wydaje się bardzo odległy. Największa spółka notowana na warszawskiej giełdzie – PKO BP – ma kapitalizację rzędu 16 mld dolarów, a zatem aby wejść na listę, musiałaby zwiększyć swoją wartość aż pięciokrotnie” – dodaje.

Ogółem w ciągu ostatnich 5 lat z TOP 100 wypadły 32 przedsiębiorstwa. Jeśli chodzi o spółki, które zajęły ich miejsce i weszły do indeksu, w przypadku 29 jest to efektem wzrostu, natomiast 3 trafiły na listę w wyniku IPO (np. Facebook czy Agricultural Bank of China) lub wydzielenia (np. wydzielenie AbbVie z Abbott). Patrząc w przyszłość, oczekujemy, że po przeprowadzeniu pierwszej oferty publicznej w późniejszym okresie bieżącego roku, także Alibaba znajdzie się w rankingu 100 największych przedsiębiorstw.

Wyraźny kierunek działań w ciągu ostatnich 5 lat wyznacza sektor technologii, którego pozycja pod względem kapitalizacji rynkowej wzrosła z 6. do 2. w klasyfikacji branżowej. W roku 2009 łączna wartość 9 firm z sektora technologii wynosiła 997 mld dolarów, natomiast w roku 2014 kapitalizacja rynkowa 13 spółek z tego sektora osiągnęła wartość 2,5 bln dolarów.

Wiedza vs. zarobki – analiza zachowań Polaków „MoneyTrack 2014”

Aż 54% osób twierdzi, że nie ma wystarczająco dużych dochodów, aby oszczędzać nawet drobne sumy pieniędzy – wynika z badania „MoneyTrack 2014” przeprowadzonego przez Dom Badawczy Maison. Czy to jedyny powód biernej postawy Polaków w zakresie dbania o własne finanse?

Okazuje się, że nie. Wysokość dochodów najczęściej jest bowiem wymówką, a nie rzeczywistą przyczyną. – To, czy jesteśmy skłonni oszczędzać, inwestować czy ubezpieczać się, wynika nie z tego, ile mamy w portfelu, ale co myślimy o pieniądzach – mówi autora badania, dr hab. Dominika Maison, prof. Uniwersytetu Warszawskiego.

Potwierdzają to liczby. Zbadana przez Dom Badawczy Maison różnica w łatwości wydawania pieniędzy pomiędzy osobami o najwyższych (więcej niż 1340 zł) i najniższych (mniej niż 750 zł) dochodach jest minimalna. Kluczową zmienną, która determinuje, na ile swobodnie dysponujemy naszymi środkami – niezależnie czy konsumujemy, czy inwestujemy – jest subiektywne postrzeganie swojej sytuacji materialnej. Im lepiej ją oceniamy, tym bardziej jesteśmy skłonni wydać zarobione pieniądze.

Na tę psychologiczną zależność, która dość często powstrzymuje nas przed oszczędzaniem, nakłada się brak dostatecznej edukacji ekonomicznej. – Tylko znajomość podstawowych praw ekonomii pozwala na podejmowanie rozważnych decyzji finansowych. Dlatego tak ważne jest uświadomienie sobie m.in., że wysoki zysk wiąże się z wysokim ryzykiem, a ceną za bezpieczeństwo jest mniejszy zysk. Niestety, jak dowodzą choćby badania Narodowego Banku Polskiego, wiedza finansowa Polaków wciąż jest bardzo niska – mówi Piotr Minkina, dyrektor ds. produktów inwestycyjnych Union Investment TFI.

Z danych NBP wynika, że aż 51 proc. Polaków ma problemy z wyliczaniem procentów, a 72 proc. posiada znaczne braki w podstawowej edukacji ekonomicznej. Zaledwie 4 proc. Polaków wykazuje się wysokimi kompetencjami w tej dziedzinie. To powoduje, że trudno jest nam ocenić, która z ofert proponowanych nam przez instytucje finansowe jest dla nas najlepsza i czy zysk, jaki obiecuje reklama jest rzeczywiście możliwy do osiągnięcia.

Z niedostatecznej wiedzy rodzą się obawy i niechęć do pomnażania posiadanego kapitału. – Polacy cały czas są negatywnie nastawieni do inwestowania, a dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że nie rozumieją jego zasad – wyjaśnia Dominika Maison.

Z przytaczanego już badania „MoneyTrack 2014”, analizującego postawy Polaków wobec pieniędzy oraz instytucji finansowych, wynika, że aż 61% Polaków uważa inwestowanie za zbyt skomplikowane. To o tyle interesujące, że pomnażanie kapitału wcale nie musi być trudne. Oprócz np. bezpośredniej inwestycji na giełdzie (która wymaga wiedzy i doświadczenia), mamy przecież do dyspozycji wiele rozwiązań finansowych, z których można skorzystać równie łatwo, jak z lokaty bankowej. Jak widać – stereotypy związane z inwestowaniem wciąż są silne.

Kult gotówki
Interesującym zjawiskiem psychologicznym, na które zwraca uwagę Dominika Maison, a które tłumaczy niski stan naszego konta bankowego, jest również tzw. „kult gotówki”. Jak to się przekłada na realne zachowania finansowe?

Im silniejszy kult gotówki, tym rzadsze korzystanie z produktów finansowych oraz – paradoksalnie – mniejsza skłonność do oszczędzania. Dla przykładu, wśród osób o niskim kulcie gotówki aż 89% ma konto bankowe, a 45% posiada oszczędności. Wśród osób, u których kult gotówki jest wysoki, konto posiada niespełna 45%, a oszczędności jedynie 16%. Co więcej, odsetek korzystających z lokaty bankowej wynosi w tej grupie zaledwie 5%.

– W kontekście najnowszych badań psychologicznych nasuwa się wniosek, że aby mądrze i efektywnie zarządzać swoimi pieniędzmi, wcale nie trzeba bardzo dużo zarabiać. Zazwyczaj wystarczy zmienić przyzwyczajenia i nieco inaczej spojrzeć na pieniądze. Tym bardziej, że najefektywniejszą, a jednocześnie najmniej obciążającą domowy budżet, metodą jest systematyczne odkładanie nawet drobnych kwot – mówi Piotr Minkina.

Jego zdaniem, jeśli powierzymy swoje pieniądze uczciwej, profesjonalnej, komunikującej się w sposób jasny i przejrzysty instytucji finansowej, która pomoże nam wybrać produkt dopasowany do naszego „profilu inwestycyjnego”, pozostanie nam tylko czekać, aż praca zarządzających oraz efekt procentu składanego w kolejnych latach pomnoży nasze oszczędności.

– Jednocześnie warto mieć w pamięci, że na dłuższą metę ważne jest przyswojenie podstawowej, wcale nie tak trudnej, wiedzy ekonomicznej. Pomoże nam ona racjonalnie oceniać ofertę rynkową i z jeszcze większą świadomością zarządzać posiadanym kapitałem – podkreśla ekspert.

Będzie deregulacja rynku usług internetowych. Ma ona zwiększyć inwestycje w sieć, przedsiębiorczość i zatrudnienie

Urząd Komunikacji Elektronicznej zakończył konsultacje w sprawie projektu uwolnienia rynku usług internetowych w 76 gminach. Wprowadzana kilka lat temu regulacja, mająca przeciwdziałać dominującej pozycji TP SA (obecnie Orange Polska), nie jest już potrzebna. Eksperci z branży oceniają, że obecnie szkodzi ona rozwojowi rynku i całej gospodarki, hamując inwestycje w sieci internetowe.

Jesteśmy po zakończeniu konsultacji w sprawie projektu decyzji prezesa UKE w zakresie uwolnienia internetu. To jest rzadki przykład deregulacji tego segmentu rynku podejmowany przez urząd z własnej inicjatywy. Jest to jak najbardziej godne pochwały – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Pączka, ekspert organizacji Pracodawcy RP.

Przedmiotem konsultacji prowadzonych przez UKE był projekt zniesienia regulacji dotyczących świadczenia hurtowych usług dostępu do internetu szerokopasmowego. Inicjatywę urzędu poparły firmy z sektora IT, organizacje pracodawców (Business Center Club oraz Pracodawcy RP) oraz związek zawodowy NSZZ Solidarność. Łącznie projekt poparło 16 organizacji biorących udział w konsultacjach, cztery wyraziły częściowe poparcie i tyle samo opowiedziało się przeciw. Zdaniem Arkadiusza Pączki, jeżeli zgodę na uwolnienie rynku wyrazi także Komisja Europejska, będzie to istotny impuls dla branży oraz gospodarki.

W szczególności mówimy o potencjalnych inwestycjach głównych graczy na rynku, rozbudowie i modernizacji sieci. Pamiętajmy, jak w tym zakresie wygląda nasz kraj na tle innych państw członkowskich Unii Europejskiej. To jest kluczowe w zakresie dostępu do usług i dostępu do internetu. Potencjalna pozytywna decyzja po przeprowadzonych konsultacjach ma kluczowe znaczenie dla całej gospodarki – podkreśla Pączka.

Korzyścią z uwolnienia rynku ma być spadek cen dla klientów, co zwiększy popyt na usługi internetowe oraz dostarczane przez internet. To z kolei może wygenerować nowe miejsca pracy, zwłaszcza poprzez rozwój przedsiębiorczości. Poprawa dostępu do internetu pozytywnie wpływa na mobilność i aktywność społeczną oraz pozwala obniżyć koszty prowadzenia biznesu.

Pamiętajmy o tym, że istniejąca u nas w Polsce przedsiębiorczość ludzi młodych jest oparta w głównej mierze na usługach internetu. Nowe pokolenie, o którym mówimy, jest mocno nasiąknięte duchem przedsiębiorczości, w dużej mierze swoje przyszłe start-upy tworzy na bazie dostępu do sieci, stąd ten aspekt ma duże znaczenie – wyjaśnia ekspert Pracodawców RP.

Obecnie nie ma już ryzyka, że liberalizacja rynku pozwoli byłemu monopoliście osiągać nadzwyczajne zyski kosztem klientów. Potwierdziły to analizy UKE, w których stwierdzono, że obecna pozycja rynkowa Orange Polska w 76 gminach nie grozi już ograniczaniem konkurencji.

W 2006 r., kiedy UKE zdecydowało się uregulować rynek usług internetowych w 76 gminach, TP SA miała w nim ponad 80 proc. udział. Teraz średni udział Orange Polska na tych lokalnych rynkach nie przekracza 30 proc., co jest m.in. zasługą dynamicznego rozwoju operatorów sieci kablowych. Przedstawiciel Pracodawców RP uważa, że deregulacja powinna mieć szerszy zasięg.

W projekcie decyzji mamy pomysł na uwolnienie internetu w tych 76 gminach. Pytanie, dlaczego nie więcej, gdyż można spodziewać się wielu pozytywnych konsekwencji tej decyzji. W pierwszej kolejności należy się spodziewać inwestycji: w jakość sieci, modernizację, a to w szczególności pobudza całą branżę i generuje nowe miejsca pracy – wymienia Andrzej Pączka.

Z powodu obecnie obowiązujących regulacji Orange Polska nie ma motywacji do inwestowania w infrastrukturę, ponieważ jest zmuszony udostępniać ją innym operatorom po cenach hurtowych, a nie rynkowych. Zamiast tego spółka koncentruje się na sprzedaży klientom indywidualnym tej samej usługi po cenach rynkowych. Uwolnienie rynku może przełożyć się na poszerzenie oferty dla klientów poprzez modernizację i rozbudowę sieci.

Oczywiście jest to długa perspektywa i są podmioty na rynku, dla których ta decyzja może być mniej korzystna. Natomiast w dłuższej perspektywie myślę, że będzie miało znaczenie pozytywne dla całego sektora – uważa ekspert Pracodawców RP.

Ropa może dalej drożeć. Rebelianci blisko zajęcia stolicy Iraku

Ceny na stacjach benzynowych w Polsce są najwyższe od ponad pół roku. To efekt zaostrzających się walk w Iraku, gdzie radykalni bojownicy zajmują kolejne miasta na północy kraju. Rządowe wojska wciąż nie są w stanie zahamować ich ofensywy, choć eksport ropy naftowej nie jest jeszcze zagrożony. Surowiec jednak mocno podrożał, a złoty nie umacnia się do dolara, co powoduje, że na początku wakacji mamy wysokie ceny na stacjach.

Rebelianci zajmują kolejne miasta, to już nie jest Mosul i Kirkuk, lecz przedmieścia Bagdadu. W takiej atmosferze trudno oczekiwać niskich cen ropy naftowej. Ropa brent [europejska  red.] pobiła kolejne lokalne rekordy, wybijając się do poziomu 115 dolarów za baryłkę. W tej chwili sytuacja jest trochę spokojniejsza, ale pamiętajmy, że to nie jest koniec. Jeśli sytuacja militarna w Iraku nie ulegnie poprawie, nie należy się spodziewać spadków cen tego surowca – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Jędrzejak, dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska.

Podrożała też amerykańska ropa crude. W porównaniu z ubiegłym rokiem ceny obu surowców wzrosły o mniej więcej 10 proc.

Między 11 a 14 czerwca sunniccy bojownicy z ugrupowania Islamskie Państwo Iraku i Lewantu (ISIL) zabili ok. 160-190 mężczyzn w Tikricie – wynika z informacji organizacji Human Rights Watch. Radykalni dżihadyści, którzy od kilkunastu dni walczą z szyickim rządem Nuriego al-Malikiego, atakują również infrastrukturę wydobywczą oraz rafinerie na północy kraju, ale nie przeszkodzili jeszcze w eksporcie ropy naftowej. To dlatego, że surowiec trafiający na zagraniczne rynki jest pozyskiwany w południowej części kraju, co nieco uspokaja inwestorów. W krótkim terminie konflikt w Iraku pozostanie jednak decydującym czynnikiem dla rynku ropy.

Elementów, które wpływają na ceny jest więcej, natomiast w momencie, kiedy jest ryzyko geopolityczne na Bliskim Wschodzie, bo tak eufemistycznie określa się sytuację, kiedy leje się krew, te pozostałe elementy są po prostu mniej istotne. To, co dzieje się w Iraku, jest główną determinantą dla cen ropy uważa Jędrzejak.

Ma to tym większe znaczenie, że w ostatnich latach wydobycie ropy w Iraku znacząco wzrosło. W porównaniu z 2005 r. produkcja surowca wzrosła ponad dwukrotnie. Irak jest obecnie szóstym największym producentem na świecie, ustępując jedynie Arabii Saudyjskiej, USA, Rosji, Chinom i Kanadzie. OPEC, czyli kartel zrzeszający producentów i eksporterów ropy naftowej, uspokajał, że w przypadku pogorszenia sytuacji podejmie odpowiednie działania. Na razie destabilizacja się pogłębia.

Rebelianci zdobywają kolejne miasta, więc pod znakiem zapytania stoi stabilność rządu w Iraku, a w konsekwencji stabilność polityczna całego systemu. Nie chciałbym dramatyzować, na tym etapie jest na to za wcześnie, natomiast teraz bezpieczniejszymi pozycjami są pozycje długie na ropie. Również biorąc pod uwagę spodziewany wzrost gospodarki światowej, który w naturalny sposób wspiera cenę ropy ocenia dyrektor zarządzający Saxo Bank Polska.

Do tej pory notowaniom ropy naftowej sprzyjała również polityka monetarna Rezerwy Federalnej (Fed), ponieważ skup aktywów sprzyjał osłabianiu się dolara, który jest podstawową rozliczeniową walutą dla rynku ropy. Choć Fed nie rozpoczął jeszcze wprost cyklu zaostrzania swojej polityki, to konsekwentnie ogranicza tempo skupu aktywów, czyli stymulacji rynków. Niedługo podaż łatwego pieniądza na światowych rynkach może się zwiększyć za sprawą EBC, który planuje przeprowadzić analogiczną do Fed operację w strefie euro. To wraz z napięciami geopolitycznymi będzie wspierać wzrost cen surowców, w tym ropy brent, której notowania od połowy 2012 r. wahają się w przedziale 95-115 dolarów za baryłkę.

Na razie rynek będzie pracował nad wybiciem się ponad 115 dolarów, natomiast należy patrzeć w kierunku północnym, czyli oczekiwać dalszych wzrostów i przebicia się przez te 115 dolarów prognozuje Jędrzejak.

Według analityków BM Reflex, benzyna i olej napędowy podrożały w ostatnim tygodniu średnio o 6-7 groszy na litrze. W efekcie ceny na stacjach benzynowych są najwyższe od początku roku. Obok walk w Iraku, paliwo drożeje również z powodu osłabienia się złotego. 9 czerwca kurs dolara chwilowo spadł poniżej bariery 3 zł, by następnie umocnić się o 5-6 groszy. W stosunku do euro polska waluta osłabiła się w podobnej skali.

Wzrost cen ropy w cenach hurtowych już jest widoczny. Jeżeli nałożymy na to osłabienie polskiego złotego wywołane po trosze naszą lokalną aferą taśmową, po trosze też realizacją zysków na papierach skarbowych, to rachunek jest jeden: w postaci spodziewanego wzrostu cen paliw. A to w oczywisty sposób będzie wpływało na rentowność naszych polskich przedsiębiorców tłumaczy Maciej Jędrzejak.

Mieszkańcy Krakowa zgłosili 600 projektów do sfinansowania przez miasto w ramach budżetu obywatelskiego

Warszawa kończy dziś głosowanie nad budżetem partycypacyjnym, krakowianie będą mieli na to czas na przełomie września i października. Wiele z 600 propozycji złożonych w ramach budżetu obywatelskiego potwierdziło priorytety władz Krakowa. Zbieżność oczekiwań mieszkańców i planów miasta widać było już w wynikach przeprowadzonego w maju referendum, w którym mieszkańcy – poza organizacją igrzysk olimpijskich – poparli inne propozycje inwestycyjne miasta. Największym wyzwaniem inwestycyjnym pozostaje budowa metra, która może kosztować nawet 11 mld zł.

Większość z ponad 600 pomysłów złożonych do 16 czerwca w ramach budżetu obywatelskiego wpisywało się w priorytety Urzędu Miasta. Finałowa lista projektów zostanie ogłoszona 1 września, a głosowanie mieszkańców będzie odbywać się od 27 września do 5 października.

Baliśmy się, że nie będzie zainteresowania udziałem obywateli w tworzeniu budżetu, krojeniu tego budżetowego tortu. Okazało się, że jest 600 projektów. Oczywiście większość z nich dotyczy rzeczy najbliżej mieszkańców Krakowa, tych, które widzimy na co dzień dziur w chodniku, niewłaściwej infrastruktury komunikacyjnej, źle wykonanej drogi itd. Większość jest zbieżna z planami miasta – przekonuje Filip Szatanik, kierownik biura prasowego w Urzędzie Miasta Krakowa.

Podkreśla, że jeszcze w tym roku część z inwestycji zaproponowanych przez mieszkańców zostanie zrealizowana. Pojawiły się jednak i takie pomysły, które zaskoczyły urzędników, jak na przykład pomysł rozdawania darmowych soków owocowych na ulicach Krakowa. W budżecie na przyszły rok na inicjatywy obywateli zarezerwowano 4,5 mln zł, z czego 2,7 mln zł trafi na zadania ogólnomiejskie, a reszta na dzielnicowe. Szatanik przyznaje, że wielu mieszkańców proponowało projekty dzielnicowe, bo te w największym stopniu dotyczą ich codziennego życia.

Taką samą kwotę – 4,5 mln zł – Kraków chce jeszcze w tym roku przeznaczyć na rozbudowę sieci dróg rowerowych, która już teraz jest trzecią najdłuższą w kraju. Szatanik podkreśla, że wśród krakowian widać coraz większy entuzjazm do rowerów.

Zarząd Infrastruktury Komunalnej i Transportu, jednostka, która się tym zadaniem zajmuje, znalazła jeszcze dodatkowe pieniądze na to, aby ścieżek rowerowych było więcej. Zdajemy sobie sprawę z tego, że krakowianie coraz częściej siadają na rowery, że jest to bardzo popularny środek komunikacji. W związku z tym od wielu lat zgodnie z tymi postulatami idziemy – mówi Szatanik.

Budowa ścieżek rowerowych była jedną z czterech kwestii, o które władze miasta zapytały mieszkańców w majowym referendum. Krakowianie zagłosowali przeciwko organizacji zimowych igrzysk olimpijskich, ale za pozostałymi trzema inwestycjami – poza budową ścieżek rowerowych, były to budowa metra oraz instalacja monitoringu miejskiego. Szatanik podkreśla, że wyrażona przez mieszkańców miasta wola jest zgodna z zamiarami urzędników.

We wszystkich tych aspektach miasto już wcześniej prowadziło działania. Oczywiście zdanie mieszkańców wyrażone w referendum umocni jeszcze nasze starania o to, aby uruchomić w Krakowie w przyszłości pierwszą linię metra, czy aby powiększyć ilość środków budżetowych na budowę ścieżek rowerowych – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Filip Szatanik.

Największym wyzwaniem inwestycyjnym w Krakowie będzie budowa metra, którą miasto planuje, a którą w referendum wsparło ok. 55 proc. głosujących. Koszty tej inwestycji mogą sięgnąć nawet 11 mld zł, więc jak zauważa Szatanik, nie ma mowy o finansowaniu wyłącznie z środków własnych Krakowa. Taka kwota to równowartość trzech rocznych budżetów miasta.

Wystąpiliśmy o środki do ministerstwa o wykonanie studium wykonalności, pierwszego dokumentu, który będzie określał, w jakich wariantach, gdzie i jak będzie przebiegała pierwsza linia metra. Taka możliwość już została przewidziana dużo wcześniej niż referendum zostało ogłoszone i zapowiedziane. Zdajemy sobie sprawę z tego, że w 2030 roku liczba krakowian może przekroczyć 1 mln 200 tys. Bez środków zewnętrznych, bez działania w trybie partnerstwa publiczno-prywatnego trudno sobie wyobrazić realizację tej inwestycji – przyznaje Szatanik.

Miasta potrzebują inteligentnych rozwiązań. Inwestycja w nowoczesne systemy oświetleniowe może dać oszczędności rzędu 70 proc.

CEO Magazyn Polska

Polskie miasta szukają innowacyjnych rozwiązań, które pozwolą im stawać się bardziej smart. Coraz częściej w tym celu nawiązują współpracę z prywatnymi firmami. Przykładem może być partnerstwo holenderskiego koncernu Philips i Warszawy oraz Wrocławia. Dzięki temu w stolicy Polski mogą powstać m.in. nowe rozwiązania lokalizacyjne oraz związane ze służbą zdrowia. Wrocław stawia z kolei na łączenie innowacji i piękna miasta. Efekty współpracy będą widoczne za 2-3 lata.

Do 2050 roku 70-75 procent populacji będzie żyło w miastach. Z racji tego, że żyjemy w coraz gęściej zaludnionych skupiskach, musimy zacząć zachowywać się w inny sposób. Jako społeczność prywatnego sektora nie możemy żyć w przekonaniu, że zdołamy sami uporać się z tymi wyzwaniami, musimy więc współpracować z innymi stronami – mówi Joost Leeflang, prezes Philips na region Europy Środkowo-Wschodniej.

Ze względu na prognozy, które mówią o przyroście liczby mieszkańców w miastach, metropolie muszą stawać się coraz bardziej innowacyjne i przyjazne, a to wymaga współpracy biznesu i administracji. Nowoczesne technologie, takie jak diodowe oświetlenie ulic, w połączeniu z inteligentnymi systemami miejskimi mogą dać oszczędność rzędu 70 proc. To niebagatelna kwota, bo oświetlenie to nawet 20 proc. całej miejskiej konsumpcji energii.

W czasie Polsko-Holenderskiego Forum Gospodarczego Philips podpisał z przedstawicielami miast dwa porozumienia, które powołują Otwartą Platformę Innowacji. Jeden list intencyjny został zawarty z Warszawą, a drugi z rumuńskim miastem Kluż-Napoka. Natomiast z Wrocławiem holenderski koncern będzie działał w ramach przygotowania stolicy Dolnego Śląska do roli Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r. i gospodarza światowych igrzysk sportowych rok później.

Nasza współpraca doprowadzi do skonstruowania wspólnego projektu w ramach instrumentu Horizon 2020. Jest to nowy instrument Komisji Europejskiej, który dotyczy projektów demonstracyjnych między innymi w zakresie inteligentnych miast – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy. – Efektów spodziewamy się w ciągu najbliższych dwóch lat, nie wcześniej, z tego względu, że wszystkie projekty realizowane w ramach Horizon 2020 muszą mieć przeprowadzoną fazę badawczo-rozwojowa.

Porozumienie z Warszawą ma pozwolić m.in. na rozwój małych i średnich przedsiębiorstw oraz włączanie do projektu innych miast. Z kolei Wrocław ma stać się liderem innowacyjności na skalę europejską. Olszewski przypomina, że w stolicy przeprowadzono już pierwsze działania wspólnie z Philipsem.

Pierwszy przedsięwzięcie już za nami, ponieważ na COP 19 [szczyt klimatyczny ONZ, który odbył się w listopadzie 2013 roku – red.] zostało zrealizowane kompleksowe oświetlenie na moście Poniatowskiego z zastosowaniem technologii LED. Ten projekt finansowany z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju pozwoli nam dzisiaj pokazać bardzo dużą oszczędność, jaką daje zastosowanie technologii LED w oświetleniu – podkreśla Olszewski.

Dodaje, że Warszawa widzi możliwości współpracy z Philipsem nie tylko w zakresie oświetlenia, lecz także w zakresie rozwoju inteligentnych miast, czyli takich, w których usługi oparte są  na mikrolokalizacji w technologii Bluetooth oraz monitorowaniu zdrowia osób starszych i niepełnosprawnych.

Z dotychczasowych doświadczeń wiemy, że kiedy miasto współpracuje z firmami prywatnymi, a nawet, kiedy robi to wspólnie wiele miast, powstaje znacznie więcej synergii, rodzi się więcej nowych pomysłów, a w przyszłości kolejne problemy rozwiązywane są coraz szybciej – przekonuje Joost Leeflang. – Otwarta Platforma Innowacji oznacza, że łączymy różne miasta i możliwości różnych ośrodków badawczych z możliwościami ośrodków badawczych Philipsa.

Na takiej współpracy skorzystać chce także Wrocław, który w rozwoju stawia na innowacyjność i nowoczesną gospodarkę opartą na badaniach naukowych. Mogą na tym zyskać nie tylko mieszkańcy, lecz także wrocławscy przedsiębiorcy i naukowcy.

Szukamy partnerów do tej współpracy, chcemy korzystać z doświadczeń innych firm, ale chcemy je łączyć z firmami wrocławskimi. Uważamy, że są one kreatywne, szukają nowych obszarów swojej aktywności. Mamy parki technologiczne, Wrocławskie Centrum Badań EIT+, mamy miasto, które się zmienia, i to są obszary naszej współpracy. Chcemy łączyć innowacyjność z pięknem, więc szukamy dobrych partnerów dla realizacji naszych planów – wyjaśnia Adam Grehl, wiceprezydent Wrocławia.

E-podręczniki, urządzenia mobilne i komunikowanie się online staną się standardem w edukacji

Zgodnie z rządowym programem „E-podręczniki do kształcenia ogólnego” w 2015 roku uczniowie i nauczyciele powinni mieć dostęp do kompletu 62 podręczników i 2,5 tys. innych materiałów w wersji elektronicznej. Ale to tylko jeden element zmiany technologicznej w polskich szkołach. Dzięki nowoczesnym platformom edukacyjnym możliwe będzie również komunikowanie się online między nauczycielami a rodzicami, ocenianie przez nauczycieli postępów w nauce danego ucznia i tworzenie zindywidualizowanych programów nauczania oraz e-learning.

Niedawne zmiany w ustawie o systemie oświaty zrównały podręczniki tradycyjne z podręcznikami elektronicznymi. W ramach rządowego projektu „E-podręczniki do kształcenia ogólnego” mają powstać 62 darmowe e-podręczniki i 2500 uzupełniających je zasobów edukacyjnych do większości przedmiotów ogólnokształcących dla wszystkich szkół. Treści z tradycyjnych podręczników będą więc dostępne na wszystkich urządzeniach mobilnych i komputerach.

Najnowsze pokolenie, które wchodzi teraz w swoje życie szkolne, na co dzień spotyka się z różnego rodzaju urządzeniami mobilnymi, wykorzystując je do zabawy. Nowe rozwiązania pozwolą im korzystać z nich w szkole do nauki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Majewski, dyrektor działu oprogramowania w IBM Polska.

Do zmieniających się trendów w edukacji dostosowują się zarówno dostawcy treści, czyli wydawcy i autorzy podręczników, jak i firmy odpowiadające za rozwiązania IT. IBM Polska we współpracy z firmą Wydawnictwa Cyfrowe tworzy platformę podrecznik.edu.pl w modelu chmury obliczeniowej IBM SoftLayer, która ułatwi wydawcom dystrybucję e-podręczników, a uczniom i nauczycielom oparte o nowe technologie formy edukacji.

Platforma pozwoli przenieść to, co dziś uczniowie mają w tradycyjnych podręcznikach, żeby mogli korzystać ze wszystkich najnowszych możliwości technologicznych – komentuje Marek Majewski. – Założenie jest takie, że zgodnie z najnowszą ustawą, która zrównuje podręczniki tradycyjne z podręcznikami elektronicznymi i z programem rządowym udostępniania podręczników dla każdego ucznia, te podręczniki będą po kolei wprowadzane dla kolejnych poziomów nauczania, łącznie z popularnym e-learningiem w szkołach wyższych.

Rozwiązanie łączy treści w chmurze obliczeniowej udostępnione na urządzenia mobilne z komunikacją w mediach społecznościowych. Istotne innowacje dotyczą rozwiązań dla nauczycieli, którzy będą mogli analizować tempo nauki i postępów poszczególnych uczniów.

Uzyskają w ten sposób dane umożliwiające tworzenie zindywidualizowanych programów nauczania, wyłapywanie uczniów utalentowanych i pomaganie tym, którzy radzą sobie słabiej – mówi Marek Majewski. – To pozwoli w skali szkoły, gminy, powiatu, a nawet całego rynku edukacyjnego oceniać postępy w nauczaniu i poziom edukacji w Polsce.

Jak podkreśla, nowe technologie w edukacji to według prognozy IBM „next 5 in 5” jedna z pięciu najważniejszych innowacji, które zmienią nasze życie w najbliższych pięciu latach. Przedstawiciele koncernu zapewniają, że w skali globalnej lepsze narzędzia do oceny danego ucznia – a co za tym idzie również odpowiednio dobrane dla niego programy nauczania – pozwolą poprawić statystyki, zgodnie z którymi dwie trzecie dorosłej populacji na świecie nie ukończyło szkoły na szczeblu średnim.

W wielu krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, testowane i udostępniane są podobne projekty związane z udostępnianiem platformy edukacyjnej, czyli nie tylko e-podręcznika, lecz także całego systemu związanego ze stworzeniem indywidualnego toku nauczania, śledzeniem, z analizą wyników. Na rynku amerykańskim, gdzie tego typu projekty IBM udostępnia od paru lat, są one na wszystkich poziomach nauczania, czyli nie tylko w szkołach podstawowych i liceach, lecz także na poziomie szkół wyższych – mówi Marek Majewski.