Głos Polski w sprawie ocieplenia klimatu ma coraz większe znaczenie dla UE

Kryzys sprawił, że unijne kraje zaczynają zmieniać swoje podejście do polityki energetyczno-klimatycznej. Polski rząd był uważany za hamulcowego polityki mającej przeciwdziałać ociepleniu klimatu i przestawieniu gospodarek UE na nowoczesne technologie. Dziś Unia uważniej słucha naszego głosu – mówi Marcin Korolec, szef resortu środowiska.

– W ciągu ostatniego półtora roku Polska znalazła się w mainstreamie myślenia o polityce klimatycznej w Europie. I to nie dlatego, że zreformowaliśmy czy zrewidowaliśmy nasz sposób myślenia. Wielu naszych partnerów w UE zaczęło po prostu zwracać uwagę na ten język i argumenty, które przedstawiamy. Takie jest wrażenie po ostatnich spotkaniach ministrów – tłumaczy Marcin Korolec.

W listopadzie Polska będzie po raz drugi gościła międzynarodową konferencję (COP 19), podczas której mają zapaść decyzje dotyczące dalszej polityki ochrony klimatu. Szefowie państw ONZ mają ustalić dalsze kroki, by zapobiec zmianom klimatu i niespodziewanym, nagłym zjawiskom jak huragany czy powodzie.

– Z funkcji gospodarza wynika przywilej przewodniczenia obradom. To oznacza, że to do nas należy poszukiwanie konsensusu pomiędzy różnymi grupami: z jednej strony UE, z drugiej strony Stany Zjednoczone, z trzeciej strony Chiny, z czwartej Indie, poza tym ponad 190 innych partnerów. W związku z tym będziemy odgrywać rolę szczególną, szukając pomostu między tymi różnymi stanowiskami, rożnymi pomysłami na politykę globalną – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marcin Korolec.

Szef resortu środowiska podkreśla, że przedstawiciele biznesu również dołączą do dyskusji o tym, w jaki sposób można redukować emisje CO2 i równocześnie dbać o rozwój gospodarki na świecie. Energochłonne sektory, jak przemysł papierniczy, cementowy, energetyczny alarmują, że koszty ograniczania emisji gazów cieplarnianych (jeden z elementów klimatycznej polityki) są zbyt wysokie i zabijają ich konkurencyjność.

– Wydarzeniem szczególnym w trakcie konferencji w Warszawie będzie dyskusja polityków i przedstawicieli biznesu. Takich spotkań nie było jeszcze w trakcie żadnej dotychczasowej konferencji klimatycznej. Do tej pory te dyskusje ograniczały się albo do grona negocjatorów, albo polityków z przedstawicielami organizacji pozarządowych – wyjaśnia Marcin Korolec.

Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu odbędzie się w dniach 11-22 listopada na warszawskim Stadionie Narodowym.

Komentarz indeksowy BossaFX 31 lipca 2013 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 31 lipca 2013 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Intel wyprzedza konkurencję w obszarze zaawansowania procesu produkcyjnego procesorów aż o dwa lata

Firma Intel, kojarzona dotąd raczej z procesorami do komputerów stacjonarnych i laptopów, chce podbić rynek smartfonów i tabletów. Wprowadza do sprzedaży nowe chipy, które z powodzeniem ścigają się z konkurencyjnymi procesorami firmy ARM, instalowanymi obecnie w większości urządzeń mobilnych. Zdaniem przedstawicieli firmy – prace nad kolejnymi, szybszymi i bardziej wydajnymi produktami są bardziej zaawansowane niż postępy innych producentów.

– Najnowsza architektura, która właśnie teraz w produktach wchodzi na rynek, oferuje dwa razy większą wydajność i pięć razy dłuższy czas pracy na baterii – mówi Tomasz Klekowski, dyrektor Intela na region Europy Centralnej i Wschodniej. – 8 godzin i więcej – taki czas pracy na baterii to będzie standard w ultrabookach i notebookach w najbliższych miesiącach i kwartałach.

Brian Krzanich, szef Intela, na jednej z ostatnich konferencji ujawnił, że producenci komputerów wprowadzą na rynek 50 hybryd (urządzeń będących połączeniem laptopa i tabletu), które będą opierać się na procesorach Intel Haswell. Zainstalowane w nich procesory Intel Core i5 lub i7 pozwalają na pracę na bateriach nawet powyżej 9 godzin.

– Na przestrzeni drugiej połowy tego roku będziemy skupiali się na tym, żeby umocnić pozycję w segmencie urządzeń ultramobilnych, aby wprowadzić najlepsze do tej pory skonstruowane ultrabooki, które są oparte o 4. generację procesorów Core – zapowiada Klekowski.

Intel coraz lepiej radzi sobie też na rynku smartfonów. Nowe procesory z serii Atom bardzo dobrze wypadają w testach wydajności i energooszczędności właśnie na urządzeniach mobilnych. Intel musiał w ostatnim czasie gonić innych producentów procesorów – głównie konsorcjum ARM, których urządzenia były bardziej oszczędne.

– Z całą pewnością Intel tutaj nadgania względem konkurencji, która przyszła nie z segmentu PC, ale z segmentu mniejszych urządzeń. Natomiast dzięki naszym zasobom R&D, dzięki pracy naszych inżynierów, udało nam się tę różnicę bardzo szybko zniwelować, a kolejnym krokiem jest wyznaczanie nowych standardów w tym obszarze – wyjaśnia dyrektor Intela.

Zdaniem Klekowskiego, Intel wyprzedza konkurencję w obszarze zaawansowania procesu produkcyjnego procesorów aż o dwa lata, tyle bowiem trwa przejście od jednej generacji chipów do kolejnej. Bardziej zaawansowany proces produkcyjny pozwala produkować procesory o mniejszym poborze energii i wyższej wydajności.

– Już testujemy proces, który pozwoli nam wprowadzić produkty, gdzie najmniejszy element ma 14 nanometrów. Wszystkie sprzedawane teraz produkty są produkowane w procesie, gdzie najmniejszy element ma 22 nanometry – mówi dyrektor firmy na Europę Centralną i Wschodnią. – Nasza najbardziej zaawansowana konkurencja jest w tej chwili na poziomie 28 nanometrów, czyli o jedną generację do tyłu.

W Sejmie toczą się prace nad poselskim projektem nowelizacji ustawy o nadzorze finansowym

0

Rynkiem parabanków i firm pożyczkowych zajęła się podkomisja do spraw instytucji finansowych. Nadzór nad firmami pożyczkowymi i ustawowa regulacja limitu rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania (RRSO) to główne założenia projektu, który przygotowuje Ministerstwo Finansów. Zdaniem Jakuba Szulca z PO ze względu na krótki okres kredytowania maksymalna stawka RRSO musiałaby być na „dramatycznie wysokim poziomie”. Poseł niezrzeszony Przemysław Wipler uważa, że przy takim ograniczeniu część pożyczkobiorców zacznie pożyczać za granicą lub w szarej strefie.

– Ci ludzie, którzy biorą pożyczki na wysoki procent, nie robią tego dla przyjemności, ale dlatego, że ich pozbawiono ich innej możliwości przepisami, np. ustawą antylichwiarską albo zbyt wyśrubowanymi regułami narzucanymi bankom przez KNF. Te firmy pożyczają swoje własne środki i w ramach ryzyka biznesowego powinny mieć możliwość uwzględnienia, że są klienci dużego ryzyka albo bardzo dużego ryzyka. A duże ryzyko, to duże wynagrodzenie. W tym wypadku wynagrodzeniem są odsetki – podkreśla Przemysław Wipler, poseł niezrzeszony, członek sejmowej podkomisji ds. instytucji finansowych.

Sceptyczny co do pomysłu wprowadzenia maksymalnej stawki rzeczywistej rocznej stopy procentowej jest także poseł Jakub Szulc.

– W zależności od tego, jaki jest okres kredytowania, RRSO jest bardzo różne. A więc w sytuacji, kiedy mówimy o bardzo krótkim okresie, np. tygodniowym czy dwutygodniowym, okazuje się, że uregulowanie maksymalnej stawki RRSO musiałoby być na dramatycznie wysokim poziomie. Pytanie, czy w takiej sytuacji w ogóle warto jest się zajmować, regulować te pożyczki, które opiewają na bardzo krótkie okresy, których termin zapadalności jest do pół roku – podkreśla Jakub Szulc, poseł PO, członek podkomisji ds. instytucji finansowych.

Trwają także dyskusje na temat wprowadzenia urzędowego nadzoru nad firmami pożyczkowymi. Wciąż jednak nie jest jasne, jakie firmy miałyby być objęte nadzorem i na ile taka regulacja powinna ingerować w działalność danego podmiotu. Tym bardziej, że część firm pożyczkowych udziela kredytów z własnych środków, a nie z depozytów klientów.

Dla Przemysława Wiplera, posła niezrzeszonego, jest to argument przeciw wprowadzeniu nadzoru.

– Potrzebujemy teraz minimalnej regulacji, w ramach której będziemy wymagać, by firmy pożyczkowe nie łamały prawa, żeby nie stosowały niedozwolonych klauzul w umowach z klientami, takich jak pobranie opłaty za samo rozpoznanie wniosku o udzielenie pożyczki. Zarządy tych spółek powinny być również weryfikowane pod kątem niekaralności, co jest zwykłą procedurą w tak specyficznej branży – wymienia Przemysław Wipler. – Same działania UOKiK w chwili obecnej są wystarczające, jeżeli nawet nienadmierne. UOKiK badając sposób działania tych firm, pod kątem obowiązujących już przepisów, ma możliwość reagowania, wskazywania klauzul niedopuszczalnych w obrocie konsumenckim z osobami fizycznymi, z pożyczkobiorcami.

Proponuje również wprowadzenie minimalnych wymogów kapitałowych, np. w wysokości 1 mln zł dla podmiotów, które chcą prowadzić działalność w tym zakresie.

W Sejmie toczą się prace nad poselskim projektem nowelizacji ustawy o nadzorze finansowym i innych ustaw. Nowe przepisy umożliwiłyby Komisji Nadzoru Finansowego publikowanie w środkach masowego przekazu ostrzeżeń na temat działalność parabanków. Nakładałyby też na pożyczkodawców niebędących bankami obowiązek podawania w reklamach dotyczących kredytu konsumenckiego w sposób jednoznaczny, zrozumiały i widoczny takich danych jak stopa oprocentowania kredytu, całkowita kwota kredytu czy rzeczywista roczna stopę oprocentowania. Niezamieszczenie takiej informacji w reklamie będzie wykroczeniem.

Skrócenie procedur dotyczących uzyskania patentu nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat

0

Projekt wprowadza ułatwienia w prowadzeniu elektronicznej korespondencji z Urzędem Patentowym. Nie trzeba będzie już używać certyfikowanego, kwalifikowanego podpisu elektronicznego, który jest dość drogi. W praktyce oznacza to, że zwykły podpis elektroniczny będzie równoważny z podpisem papierowym.

Istotnym ułatwieniem dla podmiotów nie mających miejsca zamieszkania w Polsce (osób fizycznych i prawnych), które będą chciały zgłosić swój patent, znak towarowy czy wzór przemysłowy w Urzędzie Patentowym będzie rezygnacja z obowiązku korzystania z usług rzecznika patentowego. Obecnie korzystanie z takiego pośrednictwa jest obowiązkowe.

Przewidywane zmiany przyczynią się do zmniejszenia korespondencji między Urzędem Patentowym a zgłaszającym o 3 proc., a także doprowadzą do mniejszej liczby postępowań odwoławczych oraz skrócenia czasu rozpatrywania zgłoszeń patentu z trzech do dwóch i pół roku.

– To będzie standard, do którego dążą wszystkie najbardziej zaangażowane i najlepiej zorganizowane urzędy patentowe innych krajów w świecie. Skrócenie procedur nastąpi w ciągu kilku najbliższych lat. Dotychczas zdarzało się, choć rzadko, nawet kilkuletnie oczekiwanie na otrzymanie patentu, co było związane z dysponowaniem określoną liczbą ekspertów w danej dziedzinie techniki, ale także z jakością samego zgłoszenia, które często wymaga uzupełnienia. To wydłuża procedurę – podkreśla Alicja Adamczak.

„Ulga w nowości”

W stosunku do znaków towarowych projekt wprowadza instytucję tzw. listów zgody, czyli systemu środków ulgowych, gdy zgłaszający lub właściciel znaku nie dotrzymał terminów procesowych.

Projekt ułatwia przywracanie terminu do dokonania czynności, jeśli uchybienie nie nastąpiło z winy strony postępowania.

Wprowadzona będzie także tzw. „ulga w nowości”. Chodzi o możliwość uzyskania patentu, mimo ujawnienia wynalazku przez osoby trzecie. Będzie to jednak możliwe pod warunkiem, że ujawnienie nastąpi nie wcześniej niż sześć miesięcy przed dokonaniem zgłoszenia i spowodowane było oczywistym nadużyciem w stosunku do zgłaszającego lub jego poprzednika prawnego.

Omawiany projekt znajduje się obecnie w konsultacjach społecznych, następnie trafi do prac w Sejmie.

W. Pawlak: tam, gdzie potrafimy tworzyć miejsca pracy, tam kierujmy środki europejskie

Polskie firmy powinny móc przeznaczyć cały zysk z działalności badawczej na swój rozwój – uważa Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki. Jego zdaniem należałoby rozszerzyć przywileje podatkowe centrów badawczo-rozwojowych na wszystkie firmy, które prowadzą taką działalność. Obecnie, aby korzystać ze zwolnień podatkowych, przedsiębiorstwo musi przynajmniej 20 proc. przychodów uzyskiwać ze sprzedaży własnych usług badawczo-rozwojowych i produktów innowacyjnych.

– Głównym mechanizmem, który pozwoli zwiększyć innowacyjność, a więc wdrożenie rewelacyjnych pomysłów do praktyki gospodarczej, może być przesunięcie tego strumienia środków europejskich w kierunku przedsiębiorców, tak aby oni kontraktowali badania, opracowania naukowe, które są potrzebne – uważa Waldemar Pawlak, były wicepremier i minister gospodarki. – Przeprowadzanie tych środków wyłącznie przez jednostki badawczo-rozwojowe czy naukowe prowadzi często do produkowania takich opracowań na półkę.

Według niego polskie firmy do inwestowania w badania i rozwój mógłby zachęcić rozszerzony mechanizm podatkowy, który obecnie wykorzystują centra badawczo rozwojowe. To firmy, w których przynajmniej 20 proc. udziału w sprzedaży pochodzi z działalności badawczo-rozwojowej. Mogą one ubiegać się o zwolnienia z podatku od nieruchomości, podatku rolnego i leśnego, mogą też odliczyć od podstawy opodatkowania wydatki na fundusz innowacyjności, nie więcej niż 20 proc. miesięcznych przychodów.

– Można się zastanowić, czy nie warto wykorzystać tego mechanizmu do stworzenia warunków dla wszystkich firm, które gotowe byłyby działać w obszarze nauki, badań i rozwoju tak, aby mogły zachować przychody z tego tytułu, bez opodatkowania – wyjaśnia Pawlak w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria. – Chodzi o generalną ulgę dla firm innowacyjnych lub specjalną strefę ekonomiczną w Polsce dla firm badawczo-rozwojowych.

Jako przykłady polskich innowacyjnych przedsiębiorstw podaje firmę Solaris, producenta autobusów – tradycyjnych i hybrydowych czy elektrycznych. Wymienia też firmę Pronar, produkującą nowoczesne ciągniki na polski rynek, która działa w oparciu o komponenty kupowane świecie.

– Myślę, że dzisiaj jest czas na „smartcom”, a więc sprytne firmy, które powinny mieć umiejętność kupowania komponentów w kooperacji globalnej, ale równocześnie wiedzę, kompetencje i doświadczenie, jak zaoferować z tego produkty dla lokalnego czy regionalnego rynku. Często wtedy nie potrzeba tak dużych kapitałów, tak dużej bazy produkcyjnej, a można mieć bardzo duże osiągnięcia – twierdzi były minister gospodarki.

Komisja Europejska poinformowała, że z pieniędzy państw członkowskich i z budżetu unijnego w ciągu siedmiu lat na badania i innowacje zostanie przeznaczonych 22 mld euro. W ramach rozszerzonego programu „Horyzont 2020” wspierane będą takie sektory jak farmaceutyka, elektronika, wykorzystanie technologii wodorowych czy rozwój lotnictwa cywilnego.

– Dlatego ważne jest, żebyśmy patrzyli na naszą obecność w ten sposób: tam, gdzie potrafimy tworzyć miejsca pracy, tam kierujmy środki europejskie – podkreśla Pawlak.

Czy Chiny pomogą warszawskiej giełdzie umocnić swoją pozycję w Europie Centralnej?

Chińskie firmy zainteresowane debiutem na Giełdzie Papierów Wartościowych. – Są to firmy bardzo sensowne, oparte na interesującym modelu wymiany Europa-Azja, Chiny-Polska – informuje Jarosław Dąbrowski, prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance. Firmy te chcą poprzez polską giełdę pozyskać kapitał, o który coraz trudniej w Chinach. Warszawski parkiet dzięki temu mógłby umocnić swoją pozycję wśród środkowoeuropejskich giełd. Warunkiem jest jednak regularny dopływ na giełdę środków z OFE.

– Jeśli nie zlikwidujemy OFE i tym samym nie zmniejszymy płynności oraz nie ograniczymy znaczenia niezwykle ważnej instytucji dystrybucji kapitału do firm, jakim jest polska giełda, to jest szansa, by GPW przyjęła kilka nowych zagranicznych debiutów – mówi Agencji Informacyjnej Newseria, Jarosław Dąbrowski, ekspert ds. rynków azjatyckich i prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance.

Jednak wiele zależy dziś od polityków i planowanych zmian w systemie emerytalnym. Polski rynek finansowy w dużej mierze opiera się dziś na transferach środków z i do otwartych funduszy emerytalnych. Wzmacnia to również strategiczne znaczenie WGPW w Europie Centralnej. Proponowane przez rząd warianty zmian wiążą się jednak z ograniczaniem wysokości składek, jakie trafiają do OFE. Konkretne plany mamy poznać dopiero za dwa miesiące.

– Oferty w normalnej sytuacji spotkałyby się z dużym odzewem inwestorów, ponieważ one eksponują inwestorów, indywidualnych, TFI, OFE na wzrosty w Azji, w szczególności w Chinach, a one na pewno będą kilka razy większe niż w Europie w ciągu najbliższych 10 lat – mówi prezes Domu Maklerskiego Dąbrowski Finance.

Wejście międzynarodowych spółek pomogłoby warszawskiej giełdzie umocnić swoją pozycję najważniejszego parkietu Europy Centralnej. Tym bardziej, że prognozowany koniec spowolnienia gospodarczego powinien przynieść ożywienie na rynkach kapitałowych.

– Warunkiem jest rozsądna przebudowa systemu emerytalnego tak, by transfery były nadal na porównywalnym poziomie, ponieważ one konstytuują istotną część kapitalizacji giełdy. Poza tym, dla międzynarodowych instytucji finansowych są one trwałym filarem rozwoju rynku kapitałowego w Polsce – przypomina Dąbrowski.

Chiński przemysł potrzebuje dziś pieniędzy na rozwój. Do tej pory firmy, zwłaszcza duże państwowe koncerny, nie miały problemów z uzyskaniem kredytu czy pozyskaniem kapitału z giełdy. Jednym z elementów nowej doktryny ekonomicznej premiera Li Keqianga jest jednak selektywny dostęp do źródeł finansowania.

– Dzisiaj dostęp do kredytu bankowego oraz do obligacji jest bardzo trudny. Chiny z jednej strony mają prawie 3,5 bln dolarów nadwyżki eksportowej, która jest inwestowana w różne instrumenty, a z drugiej strony chiński rynek finansowy ma znamiona niskiej płynności, a w niektórych obszarach występują znamiona tzw. baniek aktywowych (np. w nieruchomościach) – mówi Jarosław Dąbrowski.

To oznacza, że w poszukiwaniu nowego kapitału firmy będą wychodzić poza Chiny.

– W tym upatruję bardzo dużą szansę dla polskiej giełdy, banków inwestycyjnych oraz interesującą perspektywę dla polskiej gospodarki. Polska ma bardzo duży ujemny rachunek wymiany handlowej i kapitałowej z Chinami. Dzięki notowaniu dobrych, chińskich przedsiębiorstw na giełdzie w Warszawie stworzy się ciekawa szansa na zmianę tego deficytu. Alianse rynkowe, joint ventures, akwizycje spółek z Europy chińskie firmy będą prowadzić przez Warszawę – tłumaczy Dąbrowski.

Tym bardziej, że na innych europejskich parkietach, m.in. we Frankfurcie, Londynie, Nowym Jorku już notowanych jest już wiele chińskich spółek.

Komentarz dzienny, 30 lipca 2013

Dzisiejsza publikacja wskaźnika ESI nie powinna zaskoczyć – dalszy wzrost jest prawdopodobny nie tylko w świetle krótkoterminowych trendów, ale również w ślad za rosnącymi PMI, sygnalizującymi poprawę sentymentu w eurolandzie. Warto również odnotować minimalny spadek inflacji w Niemczech (wstępny odczyt za lipiec). Dane publikowane dziś w Stanach Zjednoczonych to raczej drugi garnitur (indeks CaseShiller za maj, wskaźnik koniunktury konsumenckiej Conference Board) i wszystkie pary oczu skierowane są już na jutrzejsze dane o PKB. 

Chevron poszukuje gazu łupkowego w Zamościu, mieszkańcy miasta protestują

Od początku czerwca mieszkańcy Żurawlowa blokują odwierty gazu łupkowego, które pod Zamościem chce przeprowadzić Chevron. Koncern szacuje straty związane z opóźnieniem prac na 10 tys. zł dziennie, dodatkowo może stracić koncesję na poszukiwania surowca.

– Zabrakło dyskusji i doprowadzono do sytuacji, w której strony bardzo zantagonizowały swoje stanowiska. Odpowiednio przygotowane prace wstępne, które polegają na dialogu z lokalną społecznością, mogłyby tego typu problemy wyeliminować – mówi Tomasz Dobrowolski, partner K&L Gates.

Protestujący przeciwko wydobywaniu gazu obawiają się, że wody gruntowe zostaną zanieczyszczone i domagają się wstrzymania działalności Chevronu w Grabowcu (na terenie tej gminy leży Żurawlów). Dodatkowo chcą uwzględnienia opinii lokalnej społeczności i możliwości wglądu we wszystkie dokumenty dotyczące poszukiwania gazu przez koncern.

Z podobnymi protestami spotykają się inwestorzy chcący postawić biogazownie czy elektrownie wiatrowe. Sprzeciwy budzi też projekt wybudowania elektrowni jądrowej.

Zdaniem przedstawiciela kancelarii prawnej, w przypadku inwestycji mogących oddziaływać na środowisko, należy prowadzić konsultacje z lokalnymi społecznościami na zasadach partnerstwa. Ważne jest przy tym rzetelne informowanie o przedsięwzięciu i zagrożeniach z nim związanych oraz znalezienie formuły zapewniającej przedstawicielom tej społeczności udziału w monitoringu prowadzonych prac.

– Teoretycznie prawo geologiczne i górnicze przewiduje rozwiązania, które pozwoliłyby inwestorowi podjąć dalej idące kroki. Ustawodawca dopuścił, bowiem w tej ustawie sytuację sui generis ograniczenia prawa własności właściciela nieruchomości. Stało się tak poprzez wprowadzenie do niej przepisów dotyczących możliwości żądania ustanowienia – w drodze sądowej – prawa do odpłatnego korzystania z cudzej nieruchomości przez oznaczony czas. W przypadku, gdy inwestor posiada koncesję wydobywczą, może nawet żądać wykupu nieruchomości lub jej części, niezbędnej do prowadzenia koncesjonowanej działalności – tłumaczy Tomasz Dobrowolski.

Taki sposób działania w opinii prawnika, nie leży w interesie inwestora, szczególnie na etapie koncesji poszukiwawczej.

– Jego dostęp do obszaru, gdzie prowadzone są prace poszukiwawcze, powinien być zapewniony na podstawie umowy cywilno-prawnej. Jej brak oznacza, że ktoś, kto działałby w sposób nieuprawniony na cudzym ternie, czyniłby to z naruszeniem prawa własności – informuje Tomasz Dobrowolski.

Mieszkańcy i władze okolicznych wsi złożyli do resortu środowiska wniosek o cofnięcia koncesji poszukiwawczej Chevrona.

– Jest to możliwe, jeśli swymi działaniami inwestor rażąco narusza jej warunki lub przepisy prawa, w tym regulacje z zakresu ochrony środowiska. Jeżeli spełnione zostaną wszelkie wymogi związane z regulacjami środowiskowymi czy wynikającymi z prawa geologicznego i górniczego, to w mojej ocenie i z zastrzeżeniem wcześniejszych uwag, mieszkańcy nie mają możliwość zablokowania w ten sposób prac poszukiwawczych – mówi partner K&L Gates. – Choć niewątpliwie mogą je opóźnić.

Branża ubezpieczeniowa obawia się nowej dyrektywy UE – Solvency II

Sektor ubezpieczeniowy boi się nowych przepisów prawnych, a szczególnie unijnej dyrektywy Solvency II. Zdaniem przedstawicieli branży, jej wprowadzanie niesie za sobą poważne ryzyko dla funkcjonowania firm ubezpieczeniowych – wynika z raportu „Insurance Banana Skins 2013”, który przygotowały wspólnie londyński Centre for the Study of Financial Innovation oraz firma doradcza PwC.

Regulacje prawne i ewentualne zmiany po raz kolejny znalazły się na pierwszym miejscu w rankingu najważniejszych ryzyk w branży ubezpieczeniowej w 2013 roku. Obawy przedstawicieli sektora budzi m.in. nowa dyrektywa Unii Europejskiej, Solvency II. Prace nad tymi rozwiązaniami trwają od ponad siedmiu lat.

– Nadal nie wiadomo jest w 100 proc., jak będzie wyglądała do końca, szczególnie w kwestii dotyczących wymagań kapitałowych i operacji zarządzania ryzykiem – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Pikula, partner PwC, lider zespołu ds. ubezpieczeń w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Pikuła podkreśla, że firmy ubezpieczeniowe, chcąc dostosować się do nowych wymagań prawnych poniosły już do tej pory ogromne koszty, a mimo to nadal nie wiadomo, jaki będzie ostateczny kształt tych rozwiązań. Wdrażanie nowych przepisów wymaga też od zarządów firm zmian w sposobie myślenia, m.in. w zakresie redefinicji ryzyka oraz odejścia od skupiania swojej uwagi wyłącznie na wynikach sprzedażowych.

– Specyficznym ryzykiem, jeśli chodzi o rejon Europy Środkowej i Wschodniej, w tym Polski jest tzw. ryzyko ingerencji politycznej – mówi Artur Pikuła. – Można to tłumaczyć takimi zjawiskami, jak choćby eliminacja prywatnego systemu emerytalnego na Węgrzech czy toczące się w Polsce rozmowy na temat zmian w systemie emerytalnym.

Chodzi tu o ograniczenie bądź likwidacje drugiego filaru czyli Otwartych Funduszy Emerytalnych. Sektor widzi w tym istotne zagrożenie, chociażby dla rynku kapitałowego, poprzez transfer środków z systemu prywatnego do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

W Polsce, podobnie jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej tzw. kwestie polityczne ulokowane są w rankingu zagrożeń, w pierwszej piątce. Globalnie, na świecie jest to problem obecny na dziesiątej pozycji.

Zarobić dziś na rynku ubezpieczeń nie jest łatwo. Wyraźnie zaobserwować można spadek koniunktury. Ludzie mają niewiele pieniędzy, które mogą przeznaczyć na dobra wyższej potrzeby, do których można zakwalifikować ubezpieczenia. Znajduje to swoje odzwierciedlenie w rankingu „Insurance Banana Skins 2013”. Wyniki inwestycyjne oraz środowisko makroekonomiczne znalazły się na – odpowiednio – drugim i trzecim miejscu w klasyfikacji.

– Kiedy coraz trudniej znaleźć klientów, można chwytać się coraz innych chwytów tak, żeby sprzedać jak największe wolumeny, niekoniecznie najlepszej jakości biznesu – tłumaczy Pikuła.

Dlatego właśnie praktyki biznesowe znalazły się w pierwszej piątce największych ryzyk w branży ubezpieczeniowej w 2013 r.

– Coraz większy nacisk kładzie się na różne komórki wśród ubezpieczycieli, w tym tzw. siły sprzedaży, na maksymalizacje swej działalności, a w związku z tym na potencjalne obniżenie jakości, słabszą transparentność i branie klienta pod uwagę, jako najważniejszego obiektu działalności – wyjaśnia ekspert PwC.

Wysokie miejsca, w pierwszej dziesiątce rankingu, przygotowanego wspólnie przez londyński Centre for the Study of Financial Innovation oraz firmę doradczą PwC znajdują kwestie, związane z ryzykiem. Jakość zarządzania nim, to miejsce nr siedem. O jedno wyżej od samego zarządzania ryzykiem. Piąta pozycja w rankingu, to katastrofy naturalne.

– W największym stopniu wiąże się to z częstotliwością zjawisk katastroficznych i to nie tylko w ujęciu globalnym, ale także w Polskim – tłumaczy Pikula. – Należy zwrócić uwagę na rozwój gradobić, huraganów, ulew, podtopień w ciągu ostatnich kilku lat i ich potencjalny wpływ na „szkodowość” w biznesie ubezpieczeniowym.

Polska nie wyróżnia się na tym tle, ani na tle świata, ani też w porównaniu do innych państw Europy Środkowo-Wschodniej. Jednakże częstotliwość zdarzeń jest relatywnie wyższa niż jeszcze kilka lat temu. Siłą rzeczy musi to znaleźć swoje odzwierciedlenie w wysokości pobieranych składek.

– Od kilku lat następują zmiany w tym zakresie, co wiąże się także z powtarzalnością szkód naturalnych – wyjaśnia Artur Pikula z PwC. – Wszyscy jesteśmy teraz bardziej świadomi jak częste i duże są te zjawiska w porównaniu z tym, jaka była nasza świadomość choćby 10 lat temu.

W pierwszej dziesiątce rankingu, którego współautorem jest PwC, wśród ryzyk znalazły się, m.in. praktyki biznesowe, gwarantowane produkty oraz długoterminowe zobowiązania.

Badanie CSFI oraz firmy doradczej PwC zostało przeprowadzone w kwietniu i maju 2013 roku. Wzięło w nim udział 600 przedstawicieli branży ubezpieczeniowej z 54 krajów Europy, Ameryki Północnej i Południowej, Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki, Dalekiego Wschodu. Respondenci reprezentowali m.in. sektory Non-Life oraz ubezpieczenie na życie.

Mimo złej sytuacji na rynku pracy, specjaliści i menedżerowie nie muszą się martwić. Pracodawcy biją sie o nich

Doświadczeni specjaliści i menedżerowie nie muszą się obawiać o pracę. Z danych firmy Antal International wynika, że mogą przebierać w ofertach pracy – najlepsi otrzymują ich 11 rocznie. W konsekwencji mają coraz większe wymagania wobec pracodawców.

– Zainteresowanie najlepszymi specjalistami zależy od branży. Przykładowo branża niszowi specjaliści z branży IT są rozchwytywani. W branży produkcyjnej trudniej jest znaleźć zatrudnienie, bo jest większa podaż kandydatów na rynku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Aleksandra Kujawa, menedżer IT z firmy Antal International.

Z 3. edycji badania „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy”, przeprowadzonego przez Antal International wynika, że specjaliści z branży IT mogą liczyć średnio na 11 ofert pracy rocznie. Pozostałe grupy zawodowe otrzymują średnio 6 takich propozycji, z wyjątkiem przedstawicieli obszaru administracji i prawa.

– Większość kandydatów poszukuje pracy biernie, co oznacza, że nie odpowiadają na ogłoszenia, nie zaznaczają na profilach społecznościowych, że są otwarci na zmianę pracy, co nie zmienia faktu, że gdy head hunter czy wewnętrzny dział personalny skontaktuje się z nimi, chętnie rozważą daną ofertę pracy. Około 30-40 proc. co roku jest takich kandydatów, którzy aktywnie szukają, ponad 50 proc. to są kandydaci biernie podchodzący do rynku pracy – zauważa Aleksandra Kujawa.

Z badania wynika, że 15% pracowników średniego i wyższego szczebla w ogóle nie poszukuje nowego zatrudnienia. Wśród specjalizacji do grupy osób nieposzukujących pracy należą najczęściej specjaliści i menedżerowie z obszaru: IT (21%), HR (20%) oraz finansów i księgowości (16%).

– Obecnie w działach personalnych, księgowości, branży IT obserwujemy niechęć do zmiany pracy. Kandydaci są zadowoleni z atmosfery w pracy, są lojalni w stosunku do swojego pracodawcy, ale też zadowoleni z wynagrodzenia. To jest bardzo ważny motywator – podkreśla Aleksandra Kujawa.

Najczęstszym czynnikiem motywującym do pozostania w obecnej firmie (54%) jest atmosfera i relacje personalne w firmie. Równie ważne jest otrzymywane wynagrodzenie (52%). Prawie co drugi badany zwraca uwagę także na brak atrakcyjnych ofert pracy na rynku.

Fakt, że specjaliści i menedżerowi nie mają większych trudności ze znalezieniem pracy nie oznacza, że nie muszą podnosić swoich kwalifikacji.

– Specjaliści i menedżerowie powinni przede wszystkim rozwijać kompetencje językowe, doszkalać się, uzyskiwać konkretne certyfikaty, które pozwolą im dostosować się do rynku i zmian w prawie w swoich branżach – podsumowuje Aleksandra Kujawa.

W Pruszkowie powstaje droga nowej technologii, będzie to asfalt z domieszką gumy

W Pruszkowie powstaje droga w nowej, eksperymentalnej technologii. Dzięki dodaniu gumy ze zużytych opon do asfaltu nawierzchnia będzie bardziej wytrzymała i odporna na powstawanie kolein oraz spękań, a także bezpieczniejsza dla kierowców. Technologia ta, choć popularna na świecie, w Polsce wciąż nie jest rozpowszechniona. Już w przyszłym roku mogą pojawić się pierwsze kontrakty na budowę dróg w tej technologii.

Nową mieszankę mineralno-asfaltową opracował należący do STRABAG-u TPA Instytut Badań Technologicznych we współpracy z Politechniką Warszawską. Eksperymentalna droga w Pruszkowie ma nieco ponad 500 m długości, a położony na niej asfalt ma pozostać w bardzo dobrym stanie przez bardzo długi czas. Na części odcinka zostanie położony zupełnie nowy rodzaj nawierzchni drogowej, tzw. długowieczna nawierzchnia, która podczas 50 lat użytkowania wymaga tylko okresowej wymiany wierzchniej warstwy ścieralnej. Technologia produkcji asfaltu z domieszką gumy ze zużytych opon to efekt kilkunastu lat prac badawczych.

– Projekt rozpoczął się w 2011 roku, natomiast badania nad tą technologią trwają na Politechnice Warszawskiej właściwie już od prawie 20 lat. Spodziewamy się, że ta nawierzchnia będzie sobie radziła lepiej z polskim klimatem, który ze względów technologicznych jest jednym z najtrudniejszych klimatów. Mamy nadzieję, że nawierzchnia będzie przede wszystkim trwała – wyjaśnia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Michał Sarnowski z Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej.

Większa trwałość mieszanki oznacza, że w zimie nie będą się na niej tak prędko pojawiać spękania, natomiast latem – koleiny. To jednak nie jedyna różnica w porównaniu ze starszymi typami nawierzchni. Dr Igor Ruttmar, prezes zarządu TPA Instytutu Badań Technicznych podkreśla, że rewolucja polega również na tym, że stare opony, które do tej pory były spalane, będą wykorzystywane w mieszankach mineralno-asfaltowych nie jako odpad, lecz jako składnik poprawiający ich właściwości. Korzyści wykraczają poza ekologię.

– Mieszanka poprzez tę zawartość gumy nadtopionej w gorącym asfalcie ma dużo lepsze właściwości. Jest trwalsza, odporniejsza na zmęczenie, na koleiny, na spękania i na starzenie, bo asfalt też się starzeje tak jak każdy inny materiał budowlany – dodaje Ruttmar. – Specjalna tekstura nawierzchni wraz z zawarta w niej guma sprawia, że mieszanka stworzona w naszych laboratoriach powoduje wyciszenie. Dzięki zawartości gumy w tej mieszance przy kontakcie z oponą droga hamowania jest także krótsza, czyli znacznie bezpieczniejsza.

Wybór odpowiednich składników do nowej mieszanki nie był prosty. Naukowcy z PW przebadali 60 rodzajów lepiszczy, by ostatecznie wybrać cztery. Około 15-18 proc. mieszanki będzie stanowił miał gumowy. Sarnowski podkreśla, że duże znaczenie ma dostępność granulatu gumowego, ponieważ na polskim rynku znajduje się wiele firm zajmujących się recyklingiem opon.

Choć technologie mieszania asfaltu z gumą istnieją już w innych krajach, np. w Szwecji, przeniesienie ich wprost na polski rynek nie było możliwe. Wynikało to ze stosowania innego rodzaju asfaltów.

– My mamy swoje asfalty ze swoich rafinerii, które powstały głównie z rop syberyjskich. Szwedzi mają swoje, mają też swoje dodatki gumowe. To wszystko powinno ze sobą współgrać. Okazuje się, że na przykład dodatki czy technologie ze Szwecji nie muszą sprawdzić się z polskimi asfaltami – mówi Sarnowski.

Budowa fragmentu drogi w Pruszkowie to na razie faza wdrożeniowej innowacyjnej technologii. Po jej zakończeniu i opracowaniu wyników, specyfikacji oraz katalogu mieszanek możliwe będzie zdobycie dla nowego pomysłu patentu. Sarnowski liczy, że dzięki temu cała branża drogowa będzie mogła korzystać z tych poprawionych mieszanek.

W ostatnim etapie projektu badawczego, dofinansowanego z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka, STRABAG sprowadził specjalną maszynę do produkcji nowego typu asfaltu. Trafiła ona do Polski w maju tego roku.

Ruttmar podkreśla, że technologie „asphalt-rubber”, czyli asfaltu z domieszką gumy, są coraz popularniejsze na całym świecie. Liczy, że już wkrótce pojawią się w Polsce drogi budowane w tej technologii i przewiduje, że pierwsze kontrakty zostaną podpisane już w przyszłym roku.

Budżet UE na lata 2014-2020 został rozplanowany także na odbudowę budynków i przestrzeni miejskiej

W obowiązującej od przyszłego roku perspektywie unijnej pojawi się nowy instrument finansowania miejskich inwestycji. – W założeniach przyszłej polityki spójności dedykowaliśmy część środków na tzw. Zintegrowane Inwestycje Terytorialne (ZIT) – mówi Marceli Niezgoda, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego. Chodzi m.in. o środki na rozbudowę infrastruktury drogowej czy rewitalizację budynków i przestrzeni miejskiej.

Wraz z wejściem w życie nowego budżetu Unii Europejskiej na lata 2014-2020 zmieni się sposób podziału środków. Decyzję o tym, komu i na co przyznane będzie dofinansowanie zapadać będą w dużej mierze na szczeblu regionalnym. Część środków, zarezerwowanych na realizację polityki spójności przeznaczona będzie na Zintegrowane Inwestycje Terytorialne , czyli na działania podejmowane na poziomie niższym niż regionalny. To nowy instrument finansowania zaplanowany przez Komisję Europejską.

– W pierwszej kolejności będą to miasta wojewódzkie i ich obszary funkcjonalne – mówi Marceli Niezgoda. – Jednak z naszych rozmów z marszałkami województw wynika, że planowane są też inwestycje terytorialne wokół miast subregionalnych, identyfikowanych według koncepcji przestrzennego zagospodarowania kraju, wielkości 50-100 tys. mieszkańców.

Celem Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych jest m.in. sprzyjanie rozwojowi współpracy i integracji na terenie obszarów metropolitalnych, przede wszystkim tam, gdzie skala problemów związania z brakiem współpracy różnych jednostek administracyjnych jest największa. Dlatego współzarządzaniem inwestycjami zajmą się nowo powołane do tego gremia. W ich skład, w zależności od ośrodka wejdą marszałkowie województw wraz z prezydentami miast, wójtami czy burmistrzami.

Z tych środków będą realizowane zintegrowane projekty, które będą odpowiedzią na potrzeby i problemy tych obszarów miejskich. Finansowana w ten sposób będzie np. rozbudowa sieci dróg. Częścią środków na ten cel tak jak dotychczas dysponował będzie resort transportu, m.in. na dokończenie budowy sieci autostrad i dróg ekspresowych w całym kraju.

– Chcemy w przyszłej perspektywie dokończyć budowę dróg ekspresowych, by wszystkie miasta wojewódzkie były między sobą, a także ze stolicą połączone siecią tych dróg. Część środków będzie przeznaczona na finansowanie Regionalnych Programów Operacyjnych, z których będą finansowane drogi wojewódzkie. Dofinansowany będzie również transport miejski – zapewnia wiceminister.

W ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych finansowane będą także działania z zakresu polityki mieszkaniowej, m.in. na rewitalizację budynków i przestrzeni miejskich.

– Należy traktować je kompleksowo. Wyobraźmy sobie teren, który potrzebuje wsparcia i rewitalizacji, ale nie tylko w znaczeniu fizycznym, ale połączonej z rewitalizacją społeczną tak, by w danym miejscu oprócz tego, że przebudowano infrastrukturę, mogły powstać nowe miejsca pracy, czyli to jest właśnie nadanie nowej funkcji terenowi – mówi Marceli Niezgoda.

Komentarz dzienny, 29 lipca 2013

Czwartkowa publikacja wskaźnika PMI w przemyśle powinna przynieść kontynuację wzrostów z ostatnich miesięcy. Tym razem czynniki krajowe (poprawa perspektyw popytu wewnętrznego) i zagraniczne (koniec recesji w strefie euro) oddziałują w tym samym kierunku, stwarzając ryzyko przekroczenia bariery 50 pkt. Co jednak w naszej opinii jeszcze nie stało się w tym tygodniu.

Polish Weekly Review, 26 lipca 2013

Sentiment on the Fixed Income market is, yet again, dominated by global moves. This week German 10year Bunds and US Treasuries suffered a lot because of speculation about faster growth and, as a result, rate hikes in the future. On PolGBs yield of Oct23 went from 3.75 on Monday up to 4.05 this Thursday. Our carry trade on PS1016 is still looking good, despite strong retail sales data that came out this Thursday. Next week we expect POLGBs auction plan for August to be announced. Market should be prepared for an auction on 15th August. Turnover is lower and lower so we keep our carry trade, but we have to watch carefully which way the global mood is going.

Najniższe ceny srebra od 2 lat, spadły z 50 do 20 dolarów za uncję

0

Ceny srebra, analogicznie do kursu złota, spadają od kilku miesięcy. Są blisko 40 proc. niższe niż na początku roku. Odbicie jest możliwe, jeśli światowa gospodarka zacznie wychodzić z kryzysu. Ze względu na to, że srebro jest szeroko wykorzystywane w przemyśle, wraz ze wzrostem zamówień i produkcji wzrośnie również popyt na ten surowiec. Eksperci twierdzą, że podobnie będzie z platyną i palladem.

– Srebro zawsze jest traktowane jak młodszy brat złota, więc jak jest długotrwały spadek na rynku złota, to niestety pociąga również za sobą cenę srebra – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Rafał Wojda, wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Podkreśla jednak, że struktura światowego popytu na srebro jest odwrotnie proporcjonalna do popytu na złoto.

– W przypadku złota możemy mówić, że prawie 75 proc. popytu to jest popyt inwestycyjny, a pozostała część to jest popyt technologiczny, przemysłowy. W przypadku srebra jest odwrotnie. Popyt inwestycyjny to około 20-25proc. światowej produkcji, a większość stanowią wyroby jubilerskie i wyroby techniczne – tłumaczy Rafał Wojda.

Obecnie cena srebra jest ponad dwukrotnie niższa wobec jej maksimum sprzed dwóch lat.

– Rekordowy dla ceny srebra był rok 2011, kiedy sięgała prawie 50 dolarów za uncję. Był to historyczny rekord. Dzisiaj przeceniliśmy się ponad dwukrotnie z tej wartości, czyli dzisiaj cena oscyluje około 20 dolarów – mówi wiceprezes Mennicy Wrocławskiej.

Jego zdaniem wzrostu ceny tego kruszcu możemy spodziewać się dopiero wtedy, gdy światowa gospodarka zacznie przyspieszać.

– Ze względu na to, że srebro jest metalem wykorzystywanym w przemyśle, najprawdopodobniej wraz z wyjściem gospodarki światowej z kryzysu, wzrośnie zapotrzebowanie na dobra konsumpcyjne i na dobra, które zawierają w sobie srebro, a to prognozuje wzrost popytu i cen – prognozuje Wojda. – Podobnie może być w przypadku platyny i palladu.

Od początku tego roku kurs srebra kontynuuje trend spadkowy, mimo że analitycy prognozowali podwojenie cen w I półroczu. W styczniu uncja kosztowała ponad 30 dolarów, dziś nieco powyżej 20 dolarów.

Spodziewany kryzys gospodarczy Chin będzie miał ogromny wpływ na koniunkturę Europy

Spowolnienie chińskiej gospodarki może utrudnić Europie wyjście z kryzysu. Nowe władze w Pekinie chcą zmniejszyć zależność kraju od inwestycji, to jednak wpływa na wolniejszy niż do tej pory wzrost gospodarczy. Mniej dynamiczny rozwój już oddziałuje negatywnie na stan gospodarki europejskiej, ale jeśli Chiny dotknie kryzys, Europa będzie miała poważniejsze problemy.

– Europejska gospodarka poradzi sobie ze spowolnieniem w Chinach, chociaż będzie to oznaczało i już oznacza wolniejsze wychodzenie z kryzysu gospodarczego na Starym Kontynencie. Ale nie poradzi sobie, jeśli będzie to twarde lądowanie. Sytuacja w Azji, szczególnie w Chinach, odgrywa teraz dla Europy bardzo istotną rolę – podkreśla w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

Kwiecień podkreśla, że chińska gospodarka spowalnia ze względu na działania rządu w Pekinie. W marcu tego roku zakończył się proces pokoleniowej zmiany na szczycie Komunistycznej Partii Chin, a nowy premier Li Keqiang i przewodniczący ChRL Xi Jingping chcą zmniejszyć zależność gospodarki od inwestycji. W tej chwili odpowiadają one za ponad połowę chińskiego PKB.

– Władze, które objęły stery w tym roku, nie tylko nie przedłużyły pewnych działań stymulacyjnych, które podejmował wcześniejszy rząd, ale też wprowadziły pewne ograniczenia, które mają zmienić strukturę gospodarki, zmniejszyć stopień ich zależności od inwestycji, które już są trochę powyżej granicy rozsądku – mówi Kwiecień.

Według niego spowolnienie w Chinach jest niewątpliwe. Choć oficjalnie wzrost gospodarczy nadal utrzymuje się na poziomie 7,5 proc. rocznie, to według ekonomisty rzeczywiste, nieoficjalne dane mogą być niższe. Kwiecień dodaje, że rząd nie jest w stanie całkowicie przewidzieć kierunku rozwoju gospodarki. Pomimo ścisłej kontroli, jaką ma rząd w Pekinie, gospodarka zawsze może zachować się inaczej niż planowano. Z uwagi na dużą zależność Chin od inwestycji łatwo może okazać się, że spowolnienie przerodzi się w kryzys gospodarczy.

– Jest ryzyko, że sprawy potoczą się inaczej, a w gospodarce, która jest w 50 proc. uzależniona od inwestycji i te inwestycje stanowią pewien mechanizm naczyń powiązanych, może to się dość szybko obrócić właśnie ze spowolnienia w twarde lądowanie – mówi Kwiecień.

Z uwagi na powiązania handlowe Unia Europejska mocno odczuwa zmiany koniunktury w Chinach. Kraj ten jest jednym z największych partnerów handlowych Wspólnoty. Zgodnie z danymi Eurostatu w 2012 r. do Chin (bez Hong Kongu) trafiło 8,5 proc. unijnego eksportu – więcej wyeksportowano jedynie do Stanów Zjednoczonych. Z kolei pod względem sprowadzania dóbr do Unii Europejskiej Chiny są zdecydowanie największym rynkiem – w 2012 r. z tego kraju pochodziło aż 16,2 proc. unijnego importu.

Urząd Patentowy odnotował o 12% wyższy wzrost składanych wniosków niż w ubiegłym roku

0

Systematycznie i zauważalnie wzrasta w Polsce liczba zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych do ochrony. W ubiegłym roku było ich o 14 proc. więcej niż w 2011 rokiem. Zdaniem prezes Urzędu Patentowego to dzięki temu, że przedsiębiorcy są bardziej świadomi korzyści płynących z opatentowania wynalazków i wzorów użytkowych. Uzyskanie patentu pozwala uzyskać przewagę konkurencyjną na rynku i na uzyskiwanie dochodów z opłat licencyjnych.

– Od około pięciu lat obserwujemy systematyczny wzrost liczby zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych do ochrony. Ta skala przyrostu liczby zgłoszeń wyraża się średnią około 15 proc. rocznie, przy czym w ostatni rok wzrost wyniósł około 14 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Alicja Adamczak, prezes Urzędu Patentowego.

W 2010 r. do Urzędu Patentowego wpłynęło 4082 zgłoszeń wynalazków i wzorów użytkowych. W 2011 roku liczba ta wzrosła do 4818, a w 2012 r. było już 5351 takich zgłoszeń.

– Jak wynika z pierwszych danych statystycznych za ten rok, przekraczamy o około 12 proc. porównywalny okres roku ubiegłego. Myślę, że te liczby na koniec roku będą jeszcze bardziej imponujące – prognozuje Alicja Adamczak. – Najwięcej zgłoszeń wynalazków i wzorów dotyczy nauki i pochodzi od szkół wyższych i jednostek naukowo badawczych. Pozostałe dzielą się na podmioty gospodarcze i osoby fizyczne. Osoby fizyczne są tą najmniejszą grupą podmiotów, które zgłaszają swoje rozwiązania do ochrony.

Jej zdaniem wzrost liczby zgłoszeń wynika z tego, że przedsiębiorcy poznają korzyści, jakie daje uzyskanie patentu.

– Nastąpił wzrost świadomości o znaczeniu praw własności przemysłowej dla rozwoju gospodarczego i dla uzyskania pozycji związanej z przewagą konkurencyjną na rynku, co wiąże się z posiadaniem wyłączności na dany wynalazek czy wzór – stwierdza prezes Urzędu Patentowego.

Patent daje także wymierne korzyści finansowe.

– Jest to również element związany z możliwością zabezpieczania kredytów. Patent pozwala wdrożyć wynalazek nie tylko we własnej firmie, ale również w innych, poprzez sprzedaż samego prawa, jak również sprzedaż licencji, czyli upoważnienie do korzystania z posiadanego patentu czy prawa ochronnego na wzór użytkowy w takim samym zakresie jak właściciel – podkreśla Alicja Adamczak.

Większe zainteresowanie zgłaszaniem rozwiązań do ochrony nie przekłada się na liczbę wdrażanych rozwiązań. Jak podkreśla Alicja Adamczak, dokładnych danych w tym zakresie żadna instytucja nie posiada, ale „nie mamy w tym zakresie szczególnych sukcesów”.

– Z naszych kontaktów z przedsiębiorcami wynika, że jednak poszukują metod, które mają tę zdolność wdrożeniową, i które budowałyby ich pozycję na rynku i dawały przewagę konkurencyjną w stosunku do podmiotów już nie tylko krajowych, ale również zagranicznych – dodaje prezes Urzędu Patentowego.

Sklepy internetowe oszukują klientów poprzez niedozwolone klauzule w regulaminach

Regulaminy sklepów internetowych pełne są niedozwolonych klauzul. To efekt tego, że e-sprzedawcy niedostatecznie znają prawo w zakresie swoich praw i obowiązków. Stosowanie przez e-sklepy niedozwolonych postanowień wykorzystuje, często nieetycznie, część kancelarii prawnych, które zarabiają krocie za reprezentację w sprawach o stosowanie klauzul niedozwolonych lub na propozycjach odstąpienia od pozwu.

Dla niektórych kancelarii prawnych i stowarzyszeń broniących konsumentów pozywanie e-sklepów stało się źródłem dużych zarobków. Wynajdują w wyszukiwarkach internetowych e-sklepy stosujące niedozwolone klauzule w umowach.

– Cały mechanizm polega na tym, że np. ja jako Kowalski występuję przeciwko sklepowi internetowemu. Nie muszę nawet dokonać w nim żadnego zakupu. Wystarczy, że złożę zawiadomienie do UOKIK-u, że ten sklep stosuje w swoim regulaminie niedozwolone zapisy, które łamią moje prawa. Wynajmuję do tego adwokata, który mnie reprezentuje. Ten adwokat dostanie zwrot kosztów z tzw. zastępstwa procesowego i jednocześnie proponuje odstąpienie od pozwu, jeżeli pokryjemy koszty obsługi prawnej. Na tym ten cały biznes polega i na tym się opiera – tłumaczy ekspert.

W rezultacie zdarza się w praktyce, że jeden e-sklep otrzymuje nawet kilkanaście pozwów od jednej lub kilku osób, które są reprezentowane przez tego samego adwokata.

– W naszej ocenie są to działania nieetyczne, gdzie wręcz całe rodziny reprezentowane przez tego samego adwokata pozywają jeden sklep internetowy składając pozwy o ten sam zapis. Proceder ten stał się na tyle uciążliwy, że nawet sam UOKiK, skierował propozycje zmian przepisów prawa w tym zakresie do Ministerstwa Sprawiedliwości w celu ukrócenia procederu. Pierwszym tego typu krokiem, który miał spowolnić trend masowego pozywania sklepów internetowych, było obniżenie stawki za zastępstwo procesowe prawie sześciokrotnie – reasumuje Rafał Stępniewski.

Najczęstszym przykładem łamania prawa przez e-sklepy jest przerzucanie kosztów wysyłki zareklamowanego towaru na klienta.

– Sklep powinien ponieść koszty wysyłki towaru w razie odstąpienia przez klienta od umowy – mówi Agencji Informacyjnej Rafał Stępniewski, prezes zarządu RzetelnyRegulamin.pl. – Ma obowiązek zwrócić klientowi zarówno kwotę jaką zapłacił za towar, jak i cenę przesyłki ze sklepu do klienta. Dodaje, że to nie jedyna niedozwolona klauzula, jaką e-sklepy mają zamieszczają w swoich regulaminach.

– E-sprzedawcy bardzo często mylą podstawowe instytucje: niezgodność towaru z umową, rękojmię, reklamację i zwrot. Wszystkie te pojęcia są bardzo mocno wymieszane w regulaminach. Przepisowe wymagania dotyczące jednego z nich implementują do całkowicie innych – stwierdza ekspert.

Przykładem jest wymaganie od klientów paragonu lub faktury przy złożeniu reklamacji.

– Nie trzeba mieć faktury lub paragonu przy reklamowaniu towaru. Wystarczy np. wydrukowany e-mail od sprzedawcy, w którym znajduje się potwierdzenie dokonania zamówienia. Kolejnym nadużyciem ze strony e-sklepów jest wymaganie oryginalnego opakowania przy składaniu reklamacji – wyjaśnia Rafał Stępniewski.

Podstawowe prawo klienta przy zakupach online to prawo odstąpienia od umowy bez podania powodu w określonym przepisami terminie.

– Przy zakupach dokonanych za pośrednictwem internetu konsument nie ma możliwości dotknięcia, czy zobaczenia towaru, stąd też wynika możliwość odstąpienia od umowy w ciągu 10 dni bez podawania żadnej przyczyny od dnia dostawy, plus 14 dni na odesłanie towaru – podkreśla prezes zarządu RzetelnyRegulamin.pl.

Klient powinien w tym czasie powiadomić dany e-sklep o chęci zwrotu, odesłać towar, a sprzedawca powinien zwrócić zapłaconą kwotę.

Rusza Program Operacyjny Polska Cyfrowa, który umożliwi jak najszerszy rozwój internetu

Rządowy Program Operacyjny Polska Cyfrowa 2014-2020 ma umożliwić jak najszerszy rozwój internetu w Polsce. Będzie on skierowany zarówno do urzędów administracji i jednostek im podległych, jak i operatorów telekomunikacyjnych. Obejmie projekty o znaczeniu ogólnopolskim w takich obszarach jak np. e-administracja, e-zdrowie, e-sądy, e-zamówienia publiczne oraz e-kultura.

W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 (PO PC) wspierane będą działania umożliwiające jak najszerszy dostęp do sieci szerokopasmowych oraz osiągnięcie największej przepustowości na obszarach, gdzie nie można zapewnić dostępu do internetu na warunkach rynkowych.

Pomoc zostanie skierowana przede wszystkim do przedsiębiorców telekomunikacyjnych i obejmie wsparcie projektów w zakresie budowy, rozbudowy lub przebudowy sieci infrastruktury telekomunikacyjnej zapewniających szerokopasmowy dostęp do internetu o parametrach 30 Mb/s i więcej. W ramach PO PC wsparcie skierowane będzie także do urzędów, które mają poprawić jakość i dostępność e-usług publicznych.

– Chcemy uzupełnić zidentyfikowane tzw. białe plamy, czyli miejsca, gdzie nie ma dostępu do szerokopasmowego internetu, gdzie występują braki, co jest związane z tym, że ta infrastruktura jest nieopłacalna ekonomicznie dla biznesu. Planujemy te luki zidentyfikować z poziomu krajowego i w tych miejscach będą realizowane inwestycje – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marceli Niezgoda, wiceminister rozwoju regionalnego.

Program Operacyjny Polska Cyfrowa ma także ułatwić dostęp do zasobów publicznych.

– Druga część tego programu to inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne. Czyli z jednej strony np. mówimy o usługach publicznych, e-edukacja, e-learning, e-zdrowie. To jest komponent krajowy. Natomiast wsparcie technologii informacyjno-komunikacyjnych w gospodarce, czyli zwiększenie obrotu gospodarczego w internecie będzie się odbywać głownie poprzez Regionalne Programy Operacyjne – wyjaśnia Marceli Niezgoda.

Budżet Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa to 2 mld euro.

– Przypomnę, że część polityki spójności, która będzie wdrażana i zarządzana przez Regionalne Programy Operacyjne, to 28 mld euro. W programach regionalnych będą wydzielone pule dla przedsiębiorców – podkreśla wiceminister rozwoju regionalnego.

W ramach PO PC wspierana będzie również e-integracja, czyli działania szkoleniowe i doradcze dotyczące budowy i rozwoju kompetencji cyfrowych skierowanych przede wszystkim do osób starszych (50+) nieaktywnych na rynku pracy, osób niepełnosprawnych, rencistów oraz emerytów, zamieszkałych zwłaszcza na terenach wiejskich i w małych miastach. Środki programu zostaną także przeznaczone na kampanie medialne, których celem jest podniesienie świadomości w społeczeństwie na temat korzyści płynących ze stosowania technologii cyfrowych.

Beneficjentami Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa 2014-2020 będą: urzędy administracji rządowej oraz jednostki im podległe, jednostki naukowe, państwowe organizacje kultury, organizacje pozarządowe oraz przedsiębiorstwa.

Rząd przeznaczył ponad 3,2 mld zł na program Mieszkanie dla Młodych

– Dzisiaj wiemy nieoficjalnie, że 10 banków przygląda się programowi Mieszkanie dla Młodych w taki sposób, aby móc zawrzeć twarde umowy realizacji tego programu w imieniu systemu bankowego – mówi wiceminister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej Piotr Styczeń. Ocenia, że to wystarczająca liczba, by instytucje mogły skutecznie konkurować o klientów. Resort szacuje, że z programu, który ma ruszyć w przyszłym roku, skorzysta 115 tysięcy osób.

– W Rodzinie na Swoim było ok. 20 banków. Ostatecznie na rynku przewodziły trzy banki i one przyczyniły się do takiego sukcesu tego programu. Tym bardziej, że część banków w trakcie programu wycofywała się z niego, część zmieniała strukturę organizacyjną – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Styczeń. – Według naszego rozeznania, liczba 10 banków lub niewiele mniejsza jest wystarczającą, żeby konkurować na rynku o klientów, którzy w liczbie około 115 tys. powinni skorzystać z programu.

Możliwa zmiana założeń

Ministerstwo Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej chce, by program ruszył od przyszłego roku. Do 2018 roku rząd przeznaczy na dopłaty do mieszkań ponad 3,2 mld zł. Zgodnie z założeniami, program ma dotyczyć tylko mieszkań z rynku pierwotnego. Ale resort dopuszcza, że dofinansowany będzie mógł być również zakup domu jednorodzinnego.

– Byłby to powrót do klasycznej definicji domu jednorodzinnego, zgodnej z prawem budowlanym, która wyraźnie mówi, że dom jednorodzinny to są dwa lokale, w tym jeden na pewno mieszkalny. My dotychczas stosowaliśmy w MDM definicję, że są to dwa lokale mieszkalne – wyjaśnia Piotr Styczeń. – Widząc nastroje, które panują na rynku, nie będziemy się sprzeciwiać takiej zmianie, ale zasada musi być jedna – dom nie może być zbyt duży i musi być nowy.

W jego ocenie górną granicę metrażu mogłoby stanowić 100 m2 powierzchni użytkowej.

– W takiej sytuacji garaż mógłby być wolno stojący. Taki metraż powinien wystarczyć młodej rozwijającej się rodzinie na co najmniej kilkanaście lat dobrego, standaryzowanego wysoko życia – tłumaczy wiceminister.

Podkreśla przy tym, że dopłacanie do większych metraży mijałoby się z celem programu.

– Większe domy nie wchodziłyby w grę. Nie jesteśmy zwolennikami kierowania pieniędzy tam, gdzie ktoś chciałby wybudować czy kupić dom 200-metrowy. To nie są już czasy, w których z budżetu państwa powinniśmy dotować tego typu zdarzenia gospodarcze – podkreśla Styczeń.

Górną granicą objęta będzie również cena metra kwadratowego kupowanego mieszkania. Tu resort również dopuszcza możliwość zmian tak, by jeszcze więcej mieszkań kwalifikowało się do programu MDM.

– Nasze stanowisko jest takie: jeżeli pula środków z budżetu państwa i wysokość dopłat zostaną utrzymane, to nie będziemy się sprzeciwiać powiększeniu oferty z rynku podażowego, czyli tej droższej lub korzystniej lokowane , która mogłaby dotrzeć do beneficjentów programu w ramach poprawki, którą ewentualnie przyjmą posłowie – tłumaczy wiceminister.

Sejm pracuje obecnie nad projektem ustawy, która wprowadzi program w życie.

Rządowy program Mieszkanie dla Młodych kierowany jest do osób do 35. roku życia, małżeństw lub singli, którzy kupują swoje pierwsze mieszkanie na kredyt.

Nadal tanieją wszystkie mieszkania na rynku wtórnym

Mieszkania z drugiej ręki nadal tanieją. W porównaniu do początku roku największe obniżki nastąpiły na Dolnym Śląskim i w Lubuskiem – wynika z raportu serwisu Dom.Gratka.pl. Odbicie może nastąpić pod koniec tego roku lub w pierwszym kwartale przyszłego. Sprzedaje się nieco więcej mieszkań starszych, ponad 12-letnich, czyli w blokach z wielkiej płyty i kamienicach.

W II kwartale mieszkania z rynku wtórnego w dalszym ciągu taniały. I to w większości województw. Największe korekty nastąpiły w woj. lubuskim i dolnośląskim. Na koniec czerwca ceny były o ok. 3 proc. niższe niż na początku roku. Na Śląsku zmieniły się o niecały 1 proc. Średnie ceny mkw mieszkania wciąż są najwyższe na Mazowszu (7,9 tys. zł) i w Małopolsce (6,5 tys. zł).

– Trend spadku cen mieszkań z rynku wtórnego hamuje. Widać też, że spadek cen mieszkań nowszych, czyli do 12 lat, zdecydowanie szybciej hamuje niż mieszkań starszych. To oznacza, że sprzedający mieszkania wybudowane między 2000 a 2012 rokiem nie są ostatnio aż tak skłonni do obniżek – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Artur Osak, analityk serwisu Dom.Gratka.pl.

Osak podkreśla jednak, że pomimo tych różnic tanieją nadal wszystkie mieszkania na rynku wtórnym. Spadki cen są już wolniejsze niż w zeszłym roku, co wskazuje na to, że wkrótce możemy spodziewać się tak zwanego punktu równowagi, po którego przekroczeniu zaczną ponownie rosnąć. Osak przewiduje, że nastąpi prawdopodobnie w pierwszym kwartale przyszłego. Początkowo odbicie cenowo będzie jednak powolne.

Dodaje, że na zahamowanie spadku cen może mieć wpływ trwający okres wakacyjny. Sprzedający mieszkania zwykle wstrzymują obniżki na lato lub nawet podwyższają w tym czasie ceny, by potem móc zaoferować duże obniżki w październiku.

– Od początku roku obserwujemy, że około 60 proc. mieszkań w Polsce z rynku wtórnego to są mieszkania starsze niż 12 lat. Niespełna 40 proc. to mieszkania wybudowane między 2000 a 2012 rokiem – dodaje Osak.

Analityk podkreśla, że proporcje starych i nowszych mieszkań na rynku wtórnym bardzo różnią się w regionach Polski. W województwach śląskim i łódzkim dominuje stara zabudowa. Mieszkania starsze niż 12-letnie stanowią nawet 80 proc. ofert na rynku wtórnym. Z kolei Małopolska znajduje się na przeciwległym krańcu skali – sprzedaje się tam mniej więcej po równo mieszkań starszych oraz nowszych niż 12-letnie.

Banki zauważają malejącą zdolność kredytową Polaków

0

Polacy mają coraz niższą zdolność kredytową. Maksymalna wysokość kredytu zaciągniętego w czerwcu przez trzyosobową rodzinę była niższa o 7 tys. zł w porównaniu do maja. Zdaniem analityków sytuacja zmieni się dopiero po wprowadzeniu w przyszłym roku Rekomendacji S, wydłużającej okres kredytowania. Zdolność kredytowa powinna wtedy wzrosnąć o 5-7 proc. – szacują analitycy Domu Kredytowego Notus.

Spadająca zdolność kredytowa to zjawisko obserwowane od kilku tygodni. Wcześniej potencjalni kredytobiorcy nie mogli narzekać, bo zdolność systematycznie rosła. W ciągu roku od kilkunastu do kilkudziesięciu procent, w zależności od oferty banku.

– Zdolność kredytowa rosła głównie za sprawą spadających stóp procentowych – tłumaczy Michał Krajkowski, główny analityk Domu Kredytowego Notus. – Dzięki obniżkom stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej spadł WIBOR, a w konsekwencji spadło oprocentowanie nowo udzielanych kredytów.

Od lipca 2012 roku WIBOR 3M, czyli wysokość oprocentowania kredytów na polskim rynku międzybankowym, spadł z poziomu 5,14 do 2,70. W praktyce oznacza to, że Polacy mogą zaciągnąć dziś o kilkadziesiąt tysięcy złotych wyższy kredyt niż przed rokiem.

– Aktualnie rodzina z jednym dzieckiem, zarabiająca dwu krotność przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw i posiadająca jedno zobowiązanie w wysokości 300 zł może uzyskać średnio kredyt na 30 lat, w wysokości koło 405 tys. zł – wylicza Krajkowski.

Wysokość dostępnego kredytu zależy od banku. Różnice między najlepszymi i najgorszymi ofertami banków mogą sięgać nawet 100 tys. zł.

Ustabilizowanie się w ostatnim czasie stawki WIBOR i zakończony cykl obniżek stóp procentowych oznaczają, że dostępne dla klientów kwoty przestały rosnąć, a nawet nieznacznie spadły.

– Krokiem do podwyższenia zdolności kredytowej może być wprowadzenie nowej Rekomendacji S – prognozuje analityk Notusa.

Dzisiaj banki są zobowiązane do obliczania zdolności kredytowej dla maksymalnie 25-letniego okresu kredytowania. Po wejściu w życie rekomendacji okres kredytowania zwiększy się o 5 lat. Według szacunków oznaczać to będzie wzrost zdolności kredytowej o 5-7 proc.

Banki mają czas do końca roku na zastosowanie się do nowych wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego, co oznacza, że od wzrost zdolności nastąpi od stycznia 2014 r. Jak podkreśla analityk, niektóre banki mogą zaostrzyć wewnętrzne kryteria i liczyć zdolność kredytową na podstawie dużo bardziej rygorystycznych wyznaczników.

W jaki sposób Orlen dywersyfikuje swoje finanse?

0

Jesienią na rynek trafi kolejna jedna lub dwie transze obligacji Orlenu – każda warta 200 mln zł. Wiceprezes ds. finansowych spółki mówi, że ostateczna decyzja zależy od sytuacji na rynku i od tego, czy zainteresowanie inwestorów będzie równie duże jak w przypadku poprzednich emisji. Zapewnia jednak, że firma – mimo gorszych wyników finansowych – nie musi szukać pieniędzy w obligacjach i traktuje ten sposób pozyskania kapitału jako „dywersyfikację finansowania.”

– Cały program emisji obligacji jest zaplanowany do maja przyszłego roku. Decyzje o emisjach kolejnych transzy zależą od apetytów inwestorów. W czerwcu był bardzo wysoki, więc jeżeli ta sytuacja powtórzy się jesienią, to nie wykluczamy, że nawet dwie transze obligacji wyemitowalibyśmy jeszcze jesienią tego roku – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes ds. finansowych PKN Orlen.

W sumie z emisji obligacji PKN Orlen chce pozyskać 1 mld zł. Dotychczasowe dwie transze – z maja i czerwca – cieszyły się dużym powodzeniem inwestorów.

– Wyemitowaliśmy 400 mln zł, planujemy jeszcze trzy transze po 200 mln zł – mówi Jędrzejczyk.

Jak podkreśla, zadłużenie brutto Orlenu na koniec czerwca wyniosło 9,8 mld zł. Kapitał pozyskany z emisji obligacji to tylko jego nieznaczna część. Spółka finansuje się głównie w sektorze bankowym, chce jednak pozyskiwać kapitał z nowych źródeł.

– Emisja pierwszych dwóch transzy to jest pierwszy sygnał, że dywersyfikujemy nasze finansowanie – wyjaśnia wiceprezes PKN Orlen. – Na razie ma to niewielki wpływ na ogólne zadłużenie, ale wierzymy, że w perspektywie kilku kwartałów czy kilku lat ten poziom będzie zdecydowanie rósł.

Orlen w drugim kwartale odnotował stratę w wysokości 207 mln zł. Wynik jest gorszy od ubiegłorocznego – wtedy firma była na poziomie -5,2 mln zł. Jak tłumaczy Jędrzejczyk, nie oznacza to jednak, że Orlen zmuszony jest szukać pieniędzy właśnie w obligacjach.

– Staramy się finansować nasz program inwestycyjny z przypływów z działalności operacyjnej. W drugim kwartale tego roku wypracowaliśmy 4,3 mld złotych wpływów operacyjnych – mówi wiceprezes spółki. – Więc środki mamy. Ta emisja obligacji służy raczej temu, żeby dywersyfikować nasze finansowanie, a nie, by szukać nowych źródeł finansowania przyszłych inwestycji.

Komentarz dzienny, 25 lipca 2013

Wczorajsza seria wstępnych odczytów PMI za lipiec w strefie euro przyniosła wyłącznie pozytywne niespodzianki: większe od oczekiwań wzrosty indeksów dla Francji i Niemiec (zarówno w usługach, jak i w przemyśle), a także dalszą poprawę na peryferiach eurolandu (ponownie, w obydwu sektorach). Co więcej, przemysłowy PMI dla strefy euro nieoczekiwanie przekroczył barierę 50 pkt., wprawdzie minimalnie, bo o jedną dziesiątą, ale jest to najlepszy wynik europejskiego przemysłu od lipca 2011 roku (sic!). 

Komentarz dzienny, 24 lipca 2013

Sprzedaż detaliczna wzrosła o 1,8% r/r, zgodnie z naszą prognozą (+1,7%) i powyżej konsensusu rynkowego (+1,0%). W kategoriach realnych wzrost sięgnął 2,6% – jest to najlepszy wynik od lipca 2012 roku. Co prawda, istotną część przyspieszenia dynamiki sprzedaży detalicznej należy przypisać korzystniejszej różnicy dni roboczych (wg naszych szacunków nawet 1 p. proc.), ale publikacja znów kryje wiele pozytywnych detali. 

MCI.PrivateVentures FIZ liderem rynku funduszy aktywów niepublicznych

0

Według serwisu gielda-inwestora.pl, niezależnego multimedialnego portalu inwestycyjnego, kategoria funduszy aktywów niepublicznych zyskuje w ostatnich miesiącach na popularności. Wyraźne ożywienie widać zarówno w przyroście ilości napływającego kapitału, jak również wycenie jednostek uczestnictwa. Czołowym funduszem w tej kategorii jest należący do Grupy MCI fundusz MCI. PrivateVentures FIZ.

MCI Capital TFI SA posiada największą liczbę funduszy w tej kategorii produktowej. Należący do niego MCI.PrivateVentures FIZ subfundusz MCI.EuroVentures 1.0 wypracował w ciągu ostatnich 12 miesięcy zysk w wysokości 42,13%, umacniając się na pozycji lidera rynku pod względem osiąganej rocznej stopy zwrotu. Dla porównania, średnio w ciągu ostatniego roku wszystkie fundusze inwestujące w aktywa niepubliczne osiągnęły zysk na poziomie 3,85%.

W miesięcznym rankingu produkty MCI zajęły miejsca od drugiego do czwartego: tuż za liderem uplasował się PrivateVenturers FIZ subfundusz MCI EuroVenturers 1.0  z wynikiem 5,03% , oraz ex-eqo PrivateVentures FIZ subfundusz MCI.TechVentures 1.0. seria A-E i PrivateVentures FIZ subfundusz MCI.TechVentures 1.0. seria P z wynikiem 4,47%. W zestawieniu zwyciężył SECUS FIZ InMedica ze stopą zwrotu w wysokości 6,54%. Średnio w ciągu ostatniego miesiąca, wszystkie fundusze inwestujące w aktywa niepubliczne wygenerowały zysk na poziomie 2,9%.

Źródło danych: Analizy Online

Dlaczego absolweci uczelni wyższych nie mogą znaleźć pracy?

Młodzi Polacy nieświadomie wybierają kierunki studiów, a ich późniejsze oczekiwania co do zatrudnienia i wynagrodzenia są niedopasowane do rynku pracy. Jak podkreśla Dominika Staniewicz, ekspert rynku pracy Business Centre Club, aż 70 proc. Polaków kończy nie ten kierunek, co trzeba. Dlatego jej zdaniem warto jest racjonalnie zastanowić się nad wyborem studiów i dalszym przebiegiem kariery zawodowej. Same studia nie gwarantują bowiem sukcesu na rynku pracy, a jedynie pomagają się na nim odnaleźć.

– Polacy nie planują bardzo wielu rzeczy, a tym bardziej wykształcenia. Idą na studia, bo rodzice to studiowali, bo znajomi poszli – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Dominika Staniewicz, ekspert rynku pracy Business Centre Club. – Zacznijmy dobierać świadomie kierunki studiów – apeluje.

Jak podkreśla, to w ostatnich latach powoli zaczyna się zmieniać i maturzyści z coraz większą rozwagą podchodzą do wyboru uczelni.

– Jeśli chodzi o wybór studentów różnych uczelni, to idzie nam dużo lepiej, bo rzeczywiście zaczynamy sprawdzać jak one się plasują w rankingach, zaczynamy sprawdzać, ile osób po tych uczelniach ma pracę, a ile ma problemy ze znalezieniem pracy – mówi Staniewicz.

Podkreśla, że to pierwszy krok do zaplanowania sobie przyszłej kariery. Nic dziwnego, że coraz więcej maturzystów chce studiować w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej, Collegium Civitas czy na politechnikach, skoro wśród absolwentów tych szkół jest najmniej bezrobotnych. Trzeba też uwzględniać fakt, że na rynku pracy jest znacznie mniejsza liczba miejsc dla badaczy z dziedziny nauk humanistycznych niż np. dla specjalistów po kierunkach technicznych.

Wybór uczelni ułatwia też rynek. Na skutek niżu demograficznego wiele z nich ma problemy z przetrwaniem na rynku. W dobrej kondycji są szkoły, które oferują studentom odpowiednią jakość kształcenia, dobrą kadrę i ciekawe kierunki.

– Uczelnie będą podlegały opinii rynku i niektóre zaczną padać, bo idzie niż demograficzny, w związku z tym nie wszystkie będą mogły zrobić tak wysoki nabór – wyjaśnia ekspertka.

W jej opinii, młodzi Polacy mają słabą świadomość co do oczekiwań pracodawców i realiów panujących na rynku pracy.

– Ktoś idzie np. na psychologię biznesu, bo mu się wydaje, że jak skończą taki kierunek, to będą pracowali w biznesie, gdzie są większe pieniądze. Tylko nie zastanawiają się na tym, że 25–ciolatek z dyplomem psychologa biznesu raczej nie będzie doradzał zarządom tam, gdzie są wysokie pieniądze – tłumaczy.

Ekspertka BCC doradza, aby zacząć racjonalnie zastanawiać się nad tym jak będzie wyglądała nasza przyszła kariera zawodowa i na jakie zarobki możemy liczyć na jej poszczególnych etapach.

– Nie oczekujmy, że zaraz po studiach będziemy mieli na kredyt na dom, na mieszkanie, na świetny samochód i wyjazd na Majorkę dlatego, że tam trzeba po prostu dojść – przekonuje Staniewicz.

Podkreśla również, że samo ukończenie studiów nie gwarantuje sukcesu na rynku pracy, a jedynie pomaga się na nim odnaleźć.

– Ten mit studiów, że dają naprawdę wysokie dochody, pochodzi jeszcze od naszych babć i dziadków, kiedy tylko 10 proc. społeczeństwa miało wyższe wykształcenie. Wykształcenie pomaga nam znaleźć się na rynku pracy, pomaga znaleźć zawód, ale niestety nadal 70 proc. z nas kończy nie ten kierunek, co trzeba – tłumaczy Staniewicz.

Specjalne powołanie Prokuratury Europejskiej ma zniwelować nadużycia przy wykorzystywaniu unijnego budżetu

Komisja Europejska chce, by od 2015 r. zaczęła działać Prokuratura Europejska. Ma ona skuteczniej ścigać nadużycia przy wykorzystywaniu środków z unijnego budżetu. Rocznie unijny budżet traci na nich pół miliarda euro. Niektóre państwa już jednak zapowiedziały, że nie wezmą udziału w nowym projekcie.

– Przede wszystkim będzie możliwość badania nadużyć pomiędzy poszczególnymi państwami członkowskimi, ponieważ niektóre projekty mają charakter transgraniczny – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Zbigniew Gniatkowski, kierownik wydziału prasowego Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Chodzi o to, by ujednolicić współpracę poszczególnych prokuratur i żeby te działania i funkcjonowanie prokuratury miały charakter federalny.

Pracami nowej instytucji ma kierować Prokurator Europejski wraz z czterema zastępcami. W każdym kraju, który przystąpi do systemu będzie działał wydelegowany prokurator europejski, niezależny od krajowych struktur organów ścigania. Koordynacją wszystkich działań ma się zająć tzw. kolegium dziesięciu – prokurator i jego zastępcy oraz pięciu prokuratorów delegowanych.

– Ta instytucja nie będzie mieć swojej siedziby, po prostu przedstawiciele Prokuratury Europejskiej będą pracować w państwach członkowskich i koordynować pracę prokuratur krajowych w tych ważniejszych sprawach, które będą dotyczyć nadużyć czy podejrzeń o nadużycia wobec budżetu unijnego – wyjaśnia Gniatkowski.

Nowa instytucja ma prowadzić ok 2,5 tys. spraw rocznie. Sprawy po zakończeniu śledztwa będą rozstrzygane przez krajowe sądy, kary będą wymierzane według przepisów danego państwa.

– W tym zakresie aż tak wiele się nie zmieni, ponieważ nie mówimy o powołaniu jednolitego systemu sądownictwa, orzecznictwa, tylko mówimy o ściganiu tych przestępstw – wyjaśnia Gniatkowski. – Natomiast sądownictwo będzie dalej funkcjonować tak, jak do tej pory. Tutaj nie ma mowy o zacieśnieniu współpracy na poziomie sądownictwa.

Dotychczasowy urząd do ścigania nadużyć OLAF będzie się zajmować postępowaniami administracyjnymi, np. wobec urzędników UE.

Działanie Prokuratury Europejskiej wymaga współpracy przynajmniej dziewięciu krajów Wspólnoty. O nieprzystąpieniu do nowej inicjatywy już poinformowały Wielka Brytania i Dania.

Projekt zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym trafił do konsultacji społecznych

Ułatwienie dostępu do studiów wyższych osobom dojrzałym, wprowadzenie co najmniej trzymiesięcznych praktyk zawodowych na kierunkach o profilu praktycznym, jak również stypendiów naukowych studentom od pierwszego roku studiów – to niektóre zmiany, zaproponowane przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Resort chce też wprowadzić zmiany, które zachęcą naukowców do komercjalizacji swoich wynalazków. Projekt zmian w przepisach trafił do konsultacji społecznych.

– Chcemy wprowadzić uwłaszczenie naukowców, co oznacza, że będą im przysługiwały nie tylko prawa autorskie, ale także prawa majątkowe do wynalazku. Jestem przekonana, że dzięki temu więcej naukowców będzie zainteresowanych tym, aby pracować nad nowymi rozwiązaniami technologicznymi i ich komercjalizacją – podkreśla prof. Barbara Kudrycka, minister nauki i szkolnictwa wyższego w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria.

Projekt nowelizacji przewiduje, że naukowcy będą właścicielami praw majątkowych do wynalazków oraz innych efektów realizowanych przez nich badań i projektów naukowych. Ma to na celu zmotywowanie naukowców do komercyjnego wdrożenia wyników badań naukowych poprzez zapewnienie im bezpośrednich korzyści finansowych.

– Obecnie wiele osób pracuje nad projektami i badaniami, ale potem traci zainteresowanie projektem, nie zawsze przedsiębiorcy są tym zainteresowani. Nam zależy na tym, żeby zmobilizować naukowców do tego, aby dane rozwiązanie technologiczne zostało w przyszłości sprzedawane – zapewnia minister nauki.

Stypendia od I roku i dualny system kształcenia

Przygotowany przez ministerstwo projekt nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym zakłada wprowadzenie stypendiów naukowych od pierwszego roku studiów. Minister zapewnia, że są na ten cel zagwarantowane środki. Stypendia naukowe od pierwszego roku otrzymają najlepsi studenci, według wyników osiągniętych na egzaminie maturalnym. Stypendia te będą przyznawane od 1 października 2014 r.

– Wprowadzamy też uznawalność kształcenia nieformalnego, czyli zaliczanie wiedzy i umiejętności praktycznych w poczet programu studiów – wyjaśnia prof. Kudrycka.

Proponowana nowelizacja umożliwi osobom dojrzałym z doświadczeniem zawodowym, wiedzą zdobytą na specjalistycznych kursach i szkoleniach, uzupełnienia wykształcenia i zdobycia dyplomu szkoły wyższej poza formalnym tokiem studiów. Uczelnie będą mogły potwierdzać efekty uczenia uzyskane poza systemem szkolnictwa wyższego np. w pracy, na kursach i szkoleniach, przez samodoskonalenie, wolontariat. To rozwiązanie korzystne zwłaszcza dla osób pracujących – będą mogły uzupełnić kwalifikacje i ukończyć studia w krótszym, indywidualnym trybie.

– Chcemy także podzielić uczelnie na akademickie i zawodowe. Zawodowe będą kształciły praktycznie do wykonywania zawodu – wyjaśnia minister.

Projekt zakłada również prowadzenie profili ogólnoakademickich oraz praktycznych, a także studiów dualnych, zapewniających kształcenie w uczelni na przemian z odbywaniem praktyk. Uczelnie będą miały obowiązek zapewnienia studentom trzymiesięcznych praktyk na studiach o profilu praktycznym.

Projekt zmian definiuje również pracę dyplomową. Uczelnie będą zobligowane do sprawdzania prac dyplomowych – przed ich obroną – z wykorzystaniem programu antyplagiatowego.

Ministerstwo nauki chce także wprowadzić listę ostrzeżeń przed uczelniami, które nie przestrzegają prawa, zwłaszcza praw studentów, co pozwoli ostrzec kandydatów na studentów. Upubliczniane listy ostrzeżeń będą zawierały informacje o uczelniach, w stosunku do których zakończono postępowania w sprawie zawieszenia i cofnięcia uprawnień do prowadzenia studiów na określonych kierunkach, poziomach i profilach kształcenia, cofnięcia pozwolenia na utworzenie uczelni niepublicznej lub jej likwidacji (prawomocne decyzje) oraz informacje o toczących się tego typu postępowaniach. Nie będzie możliwe wprowadzanie nowych opłat w trakcie studiów. Określony zostanie również termin podpisywania z kandydatami na studia (lub studentami) umów w sprawie warunków odpłatności związanych ze studiami.

Deloitte: mniejsze zarobki klubów piłkarskich przy coraz większych przychodach piłkarzy

0

W 2012 r. przychody klubów polskiej ekstraklasy wyniosły 353 mln zł. To o 3 proc. mniej niż rok wcześniej. Z raportu firmy doradczej Deloitte wynika jednak, że zarobki piłkarzy wciąż rosną. Najlepsi zarobili w zeszłym roku powyżej 1 mln zł.

W ubiegłym roku największe przychody osiągnęła Legia Warszawa – powyżej 66 mln zł. W 2011 roku było to 64 mld zł. Na drugim miejscu uplasowało się Zagłębie Lublin, które zarobiło 40 mln zł. Kolejne miejsca to Śląsk Wrocław, czyli mistrz Polski poprzedniego sezonu, oraz Lech Poznań i Wisła Kraków.

Ogólnie jednak kluby zarobiły o 3 proc. mniej niż w roku 2011. Ten spadek, zdaniem ekspertów Deloitte, którzy przygotowali najnowszy raport o przychodach polskich klubów, wynika ze słabszej w porównaniu z ubiegłym rokiem postawy piłkarzy na boiskach.

– To, czego zabrakło do utrzymania tendencji wzrostowej dla polskich klubów, to udziału w europejskich pucharach, w porównaniu do poprzednich lat – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Łukasz Buława, konsultant w dziale Konsultingu, Sports Business Group Poland w firmie Deloitte.

Pieniądze kluby pozyskują głównie od sponsorów i ze sprzedaży reklam. W 2012 r. wpływy z tych dwóch źródeł stanowiły ponad połowę wszystkich ich przychodów.

– Widać, że sponsorzy są jak najbardziej zainteresowani polskimi klubami. Rok do roku przeznaczają coraz większe kwoty na wsparcie klubów – wyjaśnia Buława. – I to było największe źródło przychodów. Około jednej trzeciej przychodów stanowiły wpływy z transmisji, kilkanaście procent to wpływy z dnia meczu.

Z tych pieniędzy coraz lepiej opłacani są piłkarze. Koszty wynagrodzeń rosły w poprzednich latach bardziej niż przychody. Zdaniem eksperta Deloitte ta tendencja będzie się jednak zmieniać i zarobki piłkarzy będą w przyszłości bardziej skorelowane z przychodami, które osiągają kluby. Obecnie największe gwiazdy polskiej ekstraklasy zarabiają rocznie powyżej 1 mln zł.

Kluby będą zarabiać więcej

Według Deloitte kluby mają szanse na zwiększenie swoich dochodów w kolejnych latach.

– Jest tu kilka czynników decydujących. Po pierwsze zmienia się nam formuła rozgrywek. W ramach nowego sezonu będzie więcej meczów. Więcej meczów oznacza sumarycznie więcej kibiców na stadionach, więc mamy szansę zwiększyć przychody z dnia meczu – wylicza Buława.

Rosną też przychody z transmisji. Na początku tego roku firma ATM System podpisała z należącą do Ekstraklasy spółką Live Park nowy kontrakt, dzięki któremu będzie transmitowała wszystkie 120 meczów. Do tej pory obsługiwała jedynie część spotkań.

– Cały czas rozwijamy infrastrukturę stadionową klubów, w związku z czym można liczyć, że po pierwsze będziemy mieli coraz więcej kibiców na stadionach, i będziemy mogli im oferować więcej pakietów, czyli pakiety dla VIPów, nie tylko bilety na pojedyncze mecze – dodaje ekspert.

Dzięki temu reklamodawcy i sponsorzy powinni być jeszcze bardziej zainteresowani finansowaniem klubów. I to mimo nie najlepszej postawy piłkarzy na boiskach.

– To na pewno wynika z popularności tej dyscypliny sportu. Piłka nożna na całym świecie cieszy się największą popularnością, przyciąga najwięcej widzów przed telewizory i na stadiony. W związku z czym reklamodawcy na pewno widzą w tym swój potencjał wśród wielu odbiorców, wielu osób, które oglądają mecze – mówi Buława.

Jak przygotować się logistycznie do podróży wakacyjnej?

Wyjeżdżając na zagraniczne wakacje, warto pomyśleć wcześniej o szczepieniu. Szczególnie, jeśli wybieramy się do Afryki, Azji czy Ameryki Południowej. Tym bardziej, że w niektórych, bardziej egzotycznych krajach potrzebne jest zaświadczenie o szczepieniu na określoną chorobę. Informacji o tym, jakiej szczepionki potrzebujemy i z jakim wyprzedzeniem należy o to zadbać, udzielą lekarze chorób zakaźnych lub specjaliści medycyny podróży.

Decyzja o tym, czy przed wyjazdem za granicę należy się szczepić, powinna zapaść w czasie konsultacji z lekarzem specjalistą. Nie można szczepić się na własną rękę, bo może to okazać się niebezpieczne dla naszego organizmu.

– Fachowcami są lekarze chorób zakaźnych, lekarze medycyny tropikalnej, ewentualnie specjaliści medycyny podróży – mówi Jan Bondar, rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego. – Sam oceni na podstawie wywiadu, rozmów z przyszłym turystą, jakie to niesie za sobą ryzyko.

Jeśli wakacje zamierzamy spędzić w egzotycznym kraju, ale wyłącznie w dobrym, pięciogwiazdkowym hotelu, szczepienie nie musi być konieczne. Jeśli jednak planujemy aktywnie zwiedzać, warto zadbać o taką konsultację.

– Kiedy zamierzamy wędrować po obszarach, o których wiemy, że występuje tam np. malaria, a to jest praktycznie połowa świata, wówczas lekarz zaleci specjalną chemio-profilaktykę, czyli leki, które trzeba brać przed wyjazdem – mówi Jan Bondar.

Przy wjeździe do niektórych krajów wymagane jest wręcz posiadanie tzw. żółtej książeczki czyli dowodu, że człowiek jest chroniony przed daną chorobą.

W zależności od rodzaju szczepienia trzeba o to zadbać odpowiednio wcześniej.

– Czasem oprócz chorób najbardziej groźnych, występują też takie, które dla nas są niezwykle rzadkie, np. wścieklizna w wielu rejonach świata ma dużo większe nasilenie niż w Polsce. Wówczas lekarz zaleci dodatkowe szczepienie. Trzeba zaufać lekarzowi, który specjalizuje się w tej dziedzinie i posłuchać jego rad – przekonuje rzecznik GIS.

Warto również zasięgnąć opinii fachowcy, kiedy wyjeżdżamy do krajów mniej egzotycznych.

– Wyjeżdżając w kraje europejskie nie ma zalecenia do szczepień – zauważa Jan Bondar – Natomiast trzeba mieć świadomość, że wbrew pozorom w wielu krajach Europy Zachodniej jest sporo chorób, które występują dużo częściej niż u nas, np. odra.

Polacy w większości są przeciw niej zaszczepieni. Nie ma więc powodu, by to powtarzać, chyba, że ktoś, do tej pory takiemu szczepieniu się nie poddał.

– Trzeba pamiętać, że kraje bloku wschodniego, to obszar występowania gruźlicy, gruźlicy wielolekoodpornej, bardzo trudnej w leczeniu – mówi rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego.

Szczepionka na tę chorobę, stosowana w Polsce jest skuteczna, ale w bardzo wąskim zakresie.

– Niezależnie od szczepień warto być dobrze przygotowanym logistycznie, tzn. mieć ze sobą np. środki przeciwko komarom. Ważne jest też nasze zachowanie w nowym środowisku: higiena, mycie rąk, unikanie ryzykownych kontaktów seksualnych. Są kraje, również blisko naszej granicy, gdzie ryzyko przeniesienia wirusa HIV i AIDS jest dużo wyższe niż u nas – mówi Bondar.

Polska odnotowuje coraz lepsze wyniki wymian handlowych z zagranicą

Sytuacja gospodarcza w Europie powoli stabilizuje się, co przekłada się na większy popyt na nasze towary eksportowe. Jak podkreśla Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE, widać to po rosnących zamówieniach ze strony naszych głównych europejskich odbiorców. Jego zdaniem eksport do Europy zacznie powoli wyciągać naszą gospodarkę z kryzysu. Słaby złoty nie będzie miał natomiast kluczowego wpływu na wyniki eksportu ogółem.

– Widzimy w tej chwili, że sytuacja u naszych głównych odbiorów, przede wszystkim w Niemczech, ale i w innych krajach strefy euro i UE stabilizuje się – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Piotr Soroczyński, główny ekonomista KUKE. – Coraz mniej mówi się o głębokiej recesji. W przypadku krajów, których sytuacja była najtrudniejsza, mówimy o stagnacji. Natomiast tam, w krajach, gdzie była stagnacja, coraz częściej mówimy o lekkich wzrostach.

Ekonomista tłumaczy, że popyt na zagraniczne towary w kraju importera zawsze rośnie 3-4 razy szybciej niż wzrost gospodarczy. Stąd też pojawia się coraz więcej zamówień z Europy.

– W tej chwili już widzimy większe zamówienia, które są składane choćby do naszych klientów. Pytają o możliwość ubezpieczenia dodatkowych obrotów – mówi Soroczyński.

Lepsze wyniki polskiej gospodarki ma przynieść już druga połowa roku. Zdaniem Piotra Soroczyńskiego eksport, zwłaszcza do Europy, zacznie stopniowo wyciągać naszą gospodarkę ze stagnacji.

– Cały czas stawiamy na to, że Europa wydźwignie się ze stagnacji, co widać już po pierwszych zamówieniach. Myślę, że one będą realizowane przede wszystkim na przestrzeni trzeciego kwartału, a czwarty kwartał już powinien być mocniejszy. To zwiększy popyt naszym wytwórcom w zakresie materiałów i półproduktów – podkreśla ekonomista.

W jego ocenie ożywienie eksportu do Europy spowoduje, że poza eksporterami, również reszta naszej gospodarki poradzi sobie ze spowolnieniem.

Słaby złoty ma drugorzędne znaczenie

Zdaniem ekonomisty słaby złoty nie będzie miał kluczowego wpływu na wyniki eksportu ogółem.

– Duża część naszych eksporterów to są zakłady należące do bardzo dużych koncernów międzynarodowych. Prawda jest taka, że nawet jeśli na kursie w Polsce można dodatkowo zarobić, to wtedy się mniej zarabia w centrali – tłumaczy Soroczyński.

W przypadku firm niepowiązanych z międzynarodowymi koncernami słaby złoty to szansa na dodatkowe zyski.

– Dla nich fakt, że złoty jest w tej chwili wyraźnie słabszy, niż zakładano to w początku roku, powoduje, że mają szansę, po pierwsze, zrealizować trochę wyższe marże niż oczekiwali, a po drugie, są w stanie oferować swoim klientom zagranicznym trochę lepsze ceny – dodaje.

A tym samym będą bardziej konkurencyjni.

Z szacunkowych danych KUKE wynika, że eksport z Polski w maju wyniósł 12,6 mld euro, czyli o 4,9 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W obliczu poprawiających się wyników wymiany handlowej z zagranicą KUKE oczekuje, że dynamika eksportu będzie rosła w kolejnych miesiącach i latach. Korporacja szacuje, że w okresie od maja do lipca tego roku eksport mierzony w euro będzie o 6,2 proc. większy niż przed rokiem, z kolei w całym 2013 roku wyniesie 158,3 mld euro i przewyższy wynik ubiegłoroczny o 8 proc. Przyszły rok ma być jeszcze lepszy – według KUKE całkowita wartość eksportu będzie ok. 10 proc. większa niż w tym roku.

Nowe przepisy w handlu towarami wrażliwymi zobligują nabywców do uregulowania niezpłaconych podatków

Ministerstwo Finansów przygotowało zmiany w przepisach, które nałożą na nabywców towarów wrażliwych (paliwa, stali czy złota) solidarną odpowiedzialność za długi podatkowe sprzedawcy. Zmiany te obejmą tylko hurtowy handel towarami wrażliwymi, których obrót jest szczególnie narażony na oszustwa podatkowe, a ich wprowadzenie ma na celu ograniczenie nadużyć w tym zakresie. Eksperci chcą uzupełnienia proponowanych przepisów o mechanizmy sprawdzenia przez uczciwych podatników swoich kontrahentów, które będą uznawane przez organy podatkowe.

Solidarna odpowiedzialność nabywcy towarów wrażliwych znajdzie się w projekcie nowelizacji Ordynacji podatkowej, przygotowanym przez resort finansów.

– Solidarna odpowiedzialność w obrocie towarami wrażliwymi oznacza, że jeżeli ktoś sprzeda mi towar wrażliwy i ta osoba nie zapłaci podatku, to ja będę musiała zapłacić podatek za tę osobę – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Irena Ożóg, doradca podatkowy, partner w Kancelarii Ożóg i Wspólnicy.

Jeżeli dostawca tych produktów nie płaci podatków lub utrudnia egzekucję ze swojego majątku, będzie możliwe zabezpieczenie realizacji obowiązków podatkowych dostawcy na majątku nabywcy. Obciążenie nabywcy odpowiedzialnością za zaległości podatkowe dostawcy nastąpi w sytuacji, jeżeli egzekucja z majątku dostawcy okaże się bezskuteczna w całości lub w części. Wówczas do nabywcy fiskus skieruje decyzję o jego solidarnej odpowiedzialności za zobowiązania dostawcy.

W ocenie Ireny Ożóg proponowane przez resort finansów rozwiązania wymagają doprecyzowania.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby taką instytucję wprowadzić, ona się sprawdza w wielu państwach Europy Zachodniej. Tylko, że tego podatnika potrzeba wyposażyć w instrumenty ochrony jego interesu – uważa Irena Ożóg.

Jej zdaniem, to powinny być przede wszystkim sposoby weryfikacji kontrahentów.

– Jeżeli podatnik podejmuje w ramach systemu prawa działania, które mają go zabezpieczyć przed kontaktem z oszustem i ma takie instrumenty, a mimo to dochodzi do transakcji z oszustami, solidarna odpowiedzialność powinna obowiązywać. Ale jeżeli nie ma on instrumentów ochrony własnych interesów, a te, które ma organy podatkowe uznają za niewystarczające, to pytam: jak ten podatnik ma sprawdzić swojego kontrahenta, kiedy różne wrażliwe informacje o nim są objęte klauzulami tajności czy tajemnicy – stwierdza Irena Ozóg.

Proponowane przez resort finansów rozwiązania mogą, w opinii ekspertki, sprawić, że oszuści zajmą się nielegalnym procederem w obrocie innymi towarami, niż paliwo, stal, czy złoto.

– To, co będzie objęte klauzulą solidarnej odpowiedzialności, za chwilę będzie niepotrzebne. Oszuści szybko się dostosują. Zrezygnują z oszustw przy obrocie prętami stalowymi, czy złotem i „przerzucą się” np. na platynę, na telefony czy elektronikę, których obrót nie jest objęty proponowaną procedurą – podsumowuje Irena Ożóg.

Przepisy dotyczące solidarnej odpowiedzialności nabywcy za niezapłacone podatki sprzedawcy w handlu towarami wrażliwymi obowiązują m.in. w Belgii, Bułgarii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, w Luksemburgu, Portugalii, Rumunii i Słowenii. Ostatnio takie rozwiązanie wprowadziły Czechy i Słowacja.

OPZZ chce, żeby rząd przede wszystkim zmienił zapisy paktu antykryzysowego

OPZZ jest gotowy do rozmów, ale potrzebna jest wola premiera i rządu – deklaruje Jan Guz, przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych. Najważniejsze kwestie sporne to płaca minimalna, zmiany w pakcie antykryzysowym oraz kształt systemu emerytalnego. Od postawy rządu i pracodawców związkowcy uzależniają przeprowadzenie ogólnopolskich protestów we wrześniu. Na dzisiejszym posiedzeniu związku podejmą decyzję o powrocie do rozmów w ramach Komisji Trójstronnej.

Podczas posiedzenia 18 lipca związki mają zdecydować o tym, czy wrócić do rozmów w Komisji Trójstronnej. Na 11 września planowane są protesty, działa już międzyzwiązkowy komitet protestacyjny, ale związkowcy podkreślają, że akcja protestacyjna nie jest jeszcze przesądzona i teraz wszystko zależy od postawy rządu i pracodawców – od tego, co zrobi premier, a nie od, jak mówią, kolejnych deklaracji.

– Wielokrotnie premier w swojej sześcioletniej kadencji deklarował rozmowę i dialog, ale niestety niewiele z tego pozostało w praktycznej realizacji – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Jan Guz, przewodniczący OPZZ. – Jest wiele problemów, o których powinniśmy rozmawiać. OPZZ jest do tego gotowy.

Związkowcy chcą, żeby rząd przede wszystkim zmienił zapisy paktu antykryzysowego, które – zdaniem Guza – dają zbyt duże prawa przedsiębiorcom i „spowodują, że to biznes będzie się bogacił”. Przedstawiciele pracowników chcą m.in. ograniczenia elastycznego czasu pracy, który ich zdaniem będzie nadużywany i prowadzi do wykorzystywania trudnej sytuacji na rynku przez pracodawców.

Drugą sprawą jest zbyt niska płaca minimalna. W 2014 roku ma wynieść 1680 zł, czyli wzrośnie o 80 zł – o 5 proc. w stosunku do obecnej. Centrale największych związków zawodowych, czyli OPZZ, NSZZ „Solidarność” i FZZ chciały, by wzrosła o 120 zł, czyli 7,5 proc.

– Nie ma 10 złotych na wzrost płacy minimalnej, ale są milionowe kwoty na opłacenie kadry menadżerskiej. Zgłosiliśmy w tym zakresie także swojej propozycje, przecież wystarczy, żeby po osiągnięciu 300 minimalnych wynagrodzeń taki przedsiębiorca płacił wyższe podatki – mówi Guz. – Dzisiaj poprzez to uszczupla się fundusz płac, uszczupla się fundusze przedsiębiorstwa, które są wyprowadzane na zewnątrz i nie przyczyniają się do rozwoju przedsiębiorstwa.

Komentarz dzienny, 23 lipca 2013

Serię publikacji danych za czerwiec wieńczy Biuletyn Statystyczny wraz z danymi o sprzedaży detalicznej i bezrobociu. Spodziewamy się przyspieszenia wzrostu sprzedaży detalicznej, co wynika głównie z korzystniejszej różnicy dni roboczych (0 r/r vs. -1 r/r w poprzednim miesiącu). W rozbiciu szczegółowym można oczekiwać kontynuacji pozytywnych trendów w sprzedaży dóbr trwałych. Nasza zgodna z konsensusem rynkowym prognoza spadku stopy bezrobocia została potwierdzona przez opublikowane na początku miesiąca szacunki MPiPS.

Komentarz dzienny, 22 lipca 2013

Koniunktura konsumencka GUS systematycznie poprawia się od II kwartału. Obecnie Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej (BWUK) plasuje się na poziomie -27,3pkt. (w kwietniu wynosił -30,2pkt.). Nie należy zrażać się minusem, wskaźnik ten znajdował się na ujemnym poziomie nawet podczas boom’u konsumpcyjnego z lata 2006-2007. Do wzrostu wskaźnika przyczyniła się przede wszystkim lepsza percepcja oczekiwanych zmian sytuacji finansowej gospodarstwa domowego w ciągu najbliższych 12 miesięcy (wzrost aż o 3,6pkt.) oraz oczekiwań odnośnie rozwoju całego kraju.

Polish Weekly Review, 19 lipca 2013

Recent data filled us with cautious optimism on the Polish economy. Real sphere data are on the mend. We link it to consumer behavior (low interest rates and incentives to spend), somewhat looser attitude of the government towards expenditures, and some symptoms of a turnaround in the euro zone economy. We think that upswing is coming and that the market consensus – as usual – has a tendency to err on the side of caution near the trough. With the real sphere improving and base effects on inflation ebbing we see a steeper CPI growth path. The momentum of data is likely to support rate hike expectations for 2014. 

Komentarz dzienny, 19 lipca 2013

EURPLN de facto stabilny wokół 4,24. Krajowe informacje o nowelizacji budżetu, dalszy ciąg generowania niepewności w sprawie losów OFE (patrz wywiad z Rostowskim) raczej neutralne dla złotego. Tego samego nie można jednak powiedzieć o informacjach płynących z NBP (Belka: ”ożywienie tuż za rogiem”, Chojna-Duch o podwyżkach stóp w pierwszej połowie 2014). Lepsze momentum danych oraz generujące się oczekiwania na podwyżki stóp procentowych prawdopodobnie wspierają Polską walutę (podobnie zresztą jak powszechnie panujące przekonanie, że Bernanke jest łagodny…). Wydaje nam się jednak, że wygaśnięcie tego drugiego czynnika przyczyni się do gradualnego osłabienia złotego w kierunku górnego ograniczenia obowiązującego obecnie range (4,20-35). Celowo nie podajemy poziomu, gdyż lepsze momentum w polskich danych na pewno ograniczy skalę osłabienia. W perspektywie końca roku złoty będzie mocniejszy niż obecnie.