Europejski przemysł w stagnacji

Na początku tygodnia zostały opublikowane grudniowe wyniki produkcji przemysłowej w Niemczech. Dane pokazują, że sektor ten znajduje się obecnie w stanie stagnacji. W ujęciu miesiąc do miesiąca jej wyniki pozostały bez zmian. W ujęciu rok do roku spadła o 1% i tego też spodziewali się analitycy.

W podobnej sytuacji są również Czechy. Tutaj przemysł praktycznie się zatrzymał, rosnąc o 0,5% rok do roku. Sytuacja w sektorze wytwórczym jest zatem daleka od ideału, ale w porównaniu z sektorem usług, w przemyśle nie odnotowano większych problemów.

Na tle innych krajów polski przemysł ma się dość dobrze. Wynika to jednak prawdopodobnie z faktu, że w Polsce zastosowano łagodniejsze obostrzenia przeciwko koronawirusowi, niż w krajach sąsiednich. Obecnie sektor produkcyjny pozostaje stosunkowo odporny na pandemię.

Kurs złotego do euro nie utrzymywał się długo poniżej 4,50 PLN/EUR. Choć w ostatnich dniach oscylował na poziomie 4,47, to na koniec tygodnia kurs wzrósł do 4,51 PLN/EUR. W tym tygodniu eurodolar wzrósł i w piątek rano osiągnął poziom 1,211 USD/EUR.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

NBP pomoże bankom przewalutować CHF

Narodowy Bank Polski zaangażował się właśnie w proces przewalutowania kredytów frankowych. Patrząc na brak sukcesów na tym polu nie można mieć wielkich oczekiwań, z drugiej strony prezes NBP myśli o reelekcji, a sukces jest potrzebny.

NBP wkracza do gry

Temat kredytów frankowych niespodziewanie wraca na pierwsze strony gazet. Rozważany jest wariant powrotu do punktu startowego i zmiany waluty na PLN z CHF ze wszystkimi konsekwencjami tego, jakby wtedy brany był kredyt złotowy. Jest to oczywiście manewr korzystniejszy dla frankowiczów niż pozostanie w obecnej sytuacji. Pytanie pozostaje tylko, czy kredytobiorcy podbudowani niektórymi wyrokami sądów nie będą chcieli dla siebie jeszcze więcej, tym samym nie zgadzając się na ugodę. Kto pokryje straty banków, bo skoro przewalutowanie jest dobrowolne, to wątpliwe, że bank nie straci na procesie? Wygląda na to, że pomocną dłoń wyciąga NBP.

Dobre dane z Wysp

Wielka Brytania pokazuje po raz kolejny, że analitycy w zbyt czarnych barwach widzieli konsekwencje brexitu. Wyniki gospodarki nie powalają, ale regularnie okazują się lepsze od oczekiwań. Dzisiejszy pakiet tylko potwierdza tę obserwację. PKB w czwartym kwartale wzrosło o 1%, a nie jak oczekiwano o 0,5%. Przełożyło się to na mniejszy roczny spadek w grudniu, wynoszący 6,5%. Produkcja przemysłowa w ciągu roku spada o 3,3%, to również 0,5% mniejszy spadek niż oczekiwali analitycy. Nie może zatem dziwić, że funt wyraźnie zyskuje na wartości od wyjścia z Unii Europejskiej.

Bezrobocie w USA spada wolniej, niż sądzono

Wczorajsze dane z USA na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych niby spadły względem zeszłego tygodnia, jednak spadek był znacznie mniejszy niż oczekiwania analityków. Problemem jest istniejąca obecnie stabilizacja w okolicach 800 tysięcy wniosków tygodniowo, czyli trzykrotnie wyższym poziomie niż obserwowany przed pandemią. To właśnie problem z powrotem rynku pracy na stare tory jest jednym z problemów, z którymi obecnie boryka się gospodarka USA. W rezultacie dolar słabnie ostatnimi czasy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Korona norweska najsilniejszą walutą

Norwegia, jako jedna z nielicznych w Europie, uniknęła spadku PKB w ostatnim kwartale 2020 r. W tym samym okresie gospodarka Polski skurczyła się o 0,7 proc. w porównaniu z poprzednim kwartałem, a strefa euro najprawdopodobniej zanotowała spadek PKB przekraczający 0,5 proc. Nie powinno zatem specjalnie zaskakiwać, że to właśnie korona norweska wiedzie prym w notowaniach głównych walut – pisze Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Korona norweska zepchnęła z tronu inną walutę skandynawską – koronę szwedzką. W tym roku pogorszenie sytuacji epidemicznej i bardziej sformalizowane restrykcje przekładają się na jej osłabienie, ale wciąż za szwedzką walutę płacimy 10 proc. więcej niż przed rokiem i ma ona przed sobą dobre perspektywy ze względu na relatywnie wysokie wartości barometrów koniunktury. Wracając do korony norweskiej, swoją siłę zawdzięcza m.in. stosunkowo łagodnemu przejściu Norwegii przez drugą falę pandemii oraz odporności koniunktury. W całym 2020 r. norweska gospodarka skurczyła się o ok. 3 proc., a w tym roku ma szansę odbić o nawet 5 proc. Ścieżka wzrostu przez koronakryzys jest zatem bliźniacza do polskiej i, podobnie jak w przypadku złotego, jednoznacznie przemawia na korzyść waluty – analizuje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Norweska gospodarka znacznie szybciej niż Euroland ma powróci do punktu sprzed wybuchu pandemii. Z szoku szybko otrząśnie się również rynek pracy i już w przyszłym roku bezrobocie ponownie ma spaść poniżej 4 proc. Duża w tym zasługa potężnego bodźca fiskalnego. Rząd głęboko sięgnął do kieszeni: pierwszy raz od pierwszej połowy lat 90. poprzedniego wieku zanotowano deficyt budżetowy. Rządzący nie bali się przy tym wykorzystać również potężne kwoty (odpowiadające kilku procentom PKB) z funduszu naftowego. Doszło do sytuacji bezprecedensowej: pierwszy raz w historii wydatki Norwegii przewyższały przychody. Kondycja gospodarki to zatem atut korony norweskiej, ale sprzyjających jej czynników jest znacznie więcej.

Norwegia pierwsza podniesie stopyCinkciarz.pl_Norwegia pierwsza podniesie stopy

W kryzysowym 2020 r. banki centralne maksymalnie zredukowały koszt pieniądza. Nie inaczej było w przypadku Norwegii, gdzie stopy zredukowano do zera z 1,50 proc. W gronie walut gospodarek rozwiniętych norweski bank centralny jest jednak jedynym, który już teraz sposobi się do podwyżek stóp procentowych.

Stanowisko władz monetarnych mocno kontrastuje m.in. z nastawieniem Europejskiego Banku Centralnego, ale też Narodowego Banku Polskiego, którym znacznie bliżej jest przecież do rozważania kolejnych cięć, niż szykowania się do porzucenia pandemicznego, ratunkowego kształtu polityki. Obecnie inwestorzy wycenili już, że w najbliższych dwunastu miesiącach stopy w Norwegii zostaną podwyższone o 20 punktów bazowych, co w przestrzeni walut G-10 jest ewenementem. Jednocześnie jest to jednoznacznie pozytywny wyróżnik, a pamiętajmy, że rozbieżności w drogach obranych przez banki centralne to uniwersalny i najważniejszy czynnik wpływający na kurs walutowy.

Co stoi za takim nastawieniem Norges Bank? Oczywiście ważna jest stosunkowo dobra koniunktura oraz wysokie dynamiki inflacji. W przypadku najważniejszego w oczach decydentów wskaźnika bazowego roczny wzrost wynosił w 2020 r. nawet 4 proc. rok do roku, co przy celu inflacyjnym na poziomie 2 proc. musiało podnieść alarm w banku centralnym. Wprawdzie dynamika kluczowych cen mniej zmiennych kategorii dóbr zaczęła hamować, to proces ten zachodzi wolniej, niż można było zakładać. Dobra koniunktura i szybka poprawa na rynku pracy sugerują, że uporczywa inflacja będzie nie do zaakceptowania przez władze monetarne Norwegii. Co kluczowe, nie mają one obecnie najmniejszych obiekcji wobec siły waluty. Wręcz odwrotnie: załamanie kursu w pandemicznym kryzysie mocno wywindowało ceny importowanych towarów, a umocnienie korony ma odegrać rolę ważnego elementu w walce z presją cenową – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

O podwyżkach stóp nie byłoby jednak pewnie mowy, gdyby nie zaniepokojenie, że rozgrzany do czerwoności rynek nieruchomości może w przyszłości zagrażać stabilności finansowej. Oczywiście zerowe stopy procentowe to woda na młyn dla tej tendencji – ogólnokrajowy wskaźnik cen domów bije rekordy, a w czasie pandemii poszybował o ok. 7 proc. W parze z bańką pęczniejącą na tym rynku idzie wzrost zadłużenia gospodarstw domowych. To właśnie ta kombinacja sprawia, że Norges Bank za konieczne uznaje wycofanie się z poluzowania dokonanego w 2020 r.

Inwestycyjne mody sprzyjają koronieCinkciarz.pl_korona norweska najsilniejszą walutą

Głównym motywem inwestycyjnym na 2021 r. jest tzw. trend reflacyjny. Jest to oczekiwanie, że odbicie gospodarek z pandemicznego dołka napędzane gigantycznym, ogólnoświatowym wsparciem bodźca fiskalnego oraz ekstremalnie łagodną polityką banków centralnych będą skutkować globalnym nasileniem się presji inflacyjnej. Potężne łagodzenie fiskalne i monetarne pod postacią pęcznienia bilansów banków centralnych to prosty przepis na silny wzrost podaży pieniądza. W takim otoczeniu, którego podstawową cechą są jednoznacznie ujemne realne stopy procentowe (rosnąca inflacja przy zerowych stopach banków centralnych), uczestnicy rynku stawiają na wysokie stopy zwrotu na rynkach akcji, surowców oraz napływy kapitału na rynki wschodzące.

Profil korony norweskiej, która tradycyjnie silnie powiązana jest z globalną koniunkturą, nastrojami inwestycyjnymi oraz przede wszystkim z rynkiem surowców energetycznych, stawia tę skandynawską walutę w pierwszym rzędzie beneficjentów rynkowego otoczenia w 2021 r. Już teraz poprawiająca się sytuacja epidemiczna w USA i postępujące programy szczepień budzą nadzieje na szybkie nasilenie się popytu na paliwa. W połączeniu z ogólnoświatowym spadkiem aktywności wydobywczej oraz zarządzaniem przez kartel OPEC i jego sojuszników poziomem produkcji skutkuje to silnymi zwyżkami cen ropy na światowych giełdach. Baryłka Brent w Londynie wyceniana była w tym tygodniu na ponad 61 dolarów. Kosztowała zatem najwięcej od roku, drożejąc w minionych tygodniach o niemal 20 proc. – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.Cinkciarz.pl_drożejąca ropa winduje kurs korony

Ulubieniec inwestorów mimo skaz

Tendencja ta istotnie przyczyniła się do tego, że korona norweska w ostatnich dniach wymazała całość pandemicznego osłabienia względem euro. Doszło do tego nawet pomimo przejściowego pogorszenia sytuacji epidemicznej, skutkującego ostrym lockdownem w rejonie stolicy kraju. Inwestorom niespecjalnie przeszkadza też wolny przebieg programu szczepień. W Norwegii, podobnie jak w Unii Europejskiej, zaszczepionych jest 5 proc. mieszkańców kraju. Jest to wynik znacznie gorszy niż w USA czy w Wielkiej Brytanii, gdzie 20 proc. populacji jest już po szczepieniach. Dodajmy, że w tym roku funt szterling właśnie z tego powodu jest jedyną z najważniejszych walut, która koronie norweskiej dotrzymuje kroku.

Kurs EUR/NOK obrał kierunek na 10,00, a prognozy walutowe Cinkciarz.pl zakładają, że poziom ten zostanie osiągnięty w kolejnych miesiącach. Polityka pieniężna, globalne odbicie wzrostu i dobra koniunktura na rynku surowców energetycznych pozwolą koronie zachować siłę także w szerszym horyzoncie. Kurs NOK/PLN dotarł w styczniu do ponad 0,44 i przyjmował wartości najwyższe od 2019 r. Nie widać potencjału do tego, żeby złoty w najbliższych tygodniach umacniał się, przede wszystkim ze względu na nastawienie NBP. W rezultacie, kurs korony, który w ostatnich miesiącach wystrzelił o 10 proc. i obecnie przybiera wartość mieszczącą się w 3 proc. najwyższych w ostatnim roku, powinien utrzymywać się na wysokich pułapach. Nawet, gdy złoty zacznie wyraźniej się umacniać, co może mieć miejsce w drugim kwartale, korona norweska powinna być w gronie najmniej taniejących walut – podsumowuje Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Urzędy skarbowe wykorzystują COVID jako wymówkę do wstrzymywania firmom zwrotów VAT

Postanowieniem z kwietnia 2020 r. naczelnik urzędu skarbowego przedłużył do 30 września 2020 r. termin zwrotu spółce nadwyżki zapłaconego przez nią VAT. W uzasadnieniu konieczności dłuższego przetrzymania należnych przedsiębiorcy pieniędzy powołał się m.in. na panującą w Polsce pandemię koronawirusa, wpływającą na tok czynności weryfikacyjnych. Postanowienie to uchylił sąd, podnosząc, że organ w żaden sposób nie wyjaśnił, dlaczego i jak COVID wpływa na spowolnienie kontroli podatkowej i czynności sprawdzających w spółce.

Polska spółka w ramach świadczenia kompleksowych usług wspierających prowadzenie biznesu oferuje wykonanie niezbędnych czynności związanych z organizacją i wsparciem działalności gospodarczej, powiązanych z usługami outsourcingu dla polskich i zagranicznych klientów. Jednym z głównych odbiorców zagranicznych jej usług jest maltańska spółka Ltd. Współpraca ta nie spodobała się jednak polskim organom skarbowym – fiskus zanegował wystawioną Maltańczykom fakturę na 280 tys. zł netto.

Organ musiał dodatkowo zweryfikować zagraniczne transakcje spółki

W lipcu 2019 r. naczelnik urzędu skarbowego wszczął wobec spółki kontrolę podatkową w zakresie jej rozliczeń w podatku VAT za okres od kwietnia 2018 r. do marca 2019 r. W marcu 2020 r. spółka złożyła deklarację VAT-7 za luty 2020 r. z wykazaną do zwrotu kwotą blisko 39 tys. zł nadwyżki podatku naliczonego nad należnym, w 60-dniowym ustawowym terminie – do 25 maja 2020 r.

Po analizie deklaracji organ stwierdził, że w objętym nią okresie spółka dokonywała analogicznych jak w okresie objętym ww. kontrolą transakcji z maltańską spółką Ltd. Polska firma świadczyła na rzecz maltańskiej spółki kompleksowe usługi wspierające prowadzenie biznesu poprzez organizację i wsparcie działalności gospodarczej wraz z usługami outsourcingu. Polegały one m.in. na: bieżącej obsłudze księgowej, prowadzeniu ewidencji dokumentów, obsłudze zawieranych umów, organizacji usług doradztwa podatkowego i doradztwa prawnego.

Ze złożonego przez firmę pliku JPK za luty 2020 r. wynika, że wystawiła ona maltańskiej spółce fakturę sprzedaży z tytułu tych usług na kwotę 280 tys. zł netto. Ponieważ również w poddanym aktualnie toczącej się kontroli podatkowej okresie kwiecień 2018 r. – marzec 2019 r. organ ujawnił analogiczne transakcje z przedsiębiorcą z Malty, naczelnik urzędu skarbowego stwierdził konieczność przeprowadzenia wobec polskiej spółki dodatkowej weryfikacji zasadności zwrotu VAT za luty 2020 r.

Przedsiębiorca nie rozumiał przesłanek dalszego wstrzymywania zwrotu VAT

Spółka wniosła od tego postanowienia odwołanie, podnosząc m.in., że nie zawiera ono uzasadnienia, które wskazywałoby przyczynę i uwiarygodniałoby konieczność dalszego przetrzymywania zwrotu VAT, a przede wszystkim brak w nim wskazania ku temu podstaw prawnych. Przedsiębiorca podkreślił, że naczelnik urzędu skarbowego nie wyjaśnił przesłanek, jakimi kierował się, załatwiając tę sprawę.

Na straży budżetu państwa

Dyrektor izby administracji skarbowej jako organ odwoławczy w lipcu 2020 r. utrzymał w mocy postanowienie naczelnika. Jak wyjaśnił, świadczenie przez przedsiębiorcę tego typu usług o charakterze niematerialnym uzasadnia słuszność podjęcia przez organ I instancji decyzji o konieczności głębszej weryfikacji powstałych w ramach tych usług rozliczeń. Co więcej, w toku prowadzonej przez ten organ kontroli stwierdzono liczne transakcje z podmiotami powiązanymi ze sobą osobowo lub kapitałowo, co budzi uzasadnione wątpliwości co do rzeczywistego celu ich zawierania, jak i obawy o możliwość wystąpienia w ich wyniku negatywnych skutków dla skarbu państwa. Aby uchronić go przed ewentualnym nienależnym uszczupleniem w podatku VAT, organy muszą sprawdzić, czy wykazane przez firmę w deklaracji informacje odzwierciedlają rzeczywisty stan faktyczny.

Działania organów naruszają podstawowe reguły postępowania

Sąd, do którego skargę na takie rozstrzygnięcie organu odwoławczego wniosła spółka, uchylając postanowienie dyrektora izby administracji skarbowej, utrzymujące w mocy postanowienie organu I instancji przedłużające spółce termin zwrotu, zauważył, że nie wskazuje ono wątpliwości, jakie stanowiły podstawę do tego przedłużenia, a jego uzasadnienie jest lakoniczne i nieprzekonujące. Brak w nim wykazania, które z czynności weryfikacyjnych pozostają w toku i co jest ich przedmiotem.

Jak zauważył sąd, dodatkowe weryfikowanie zasadności zwrotu VAT jest odstępstwem od zasady neutralności tego podatku. Dlatego też dopuszczalne jest tylko wówczas, gdy występują uzasadnione wątpliwości co do jego zasadności. Organ, podejmując decyzję o przedłużeniu terminu zwrotu VAT przedsiębiorcy, musi więc wykazać, że istnieją okoliczności, które tłumaczą potrzebę dodatkowej weryfikacji. Dodatkowo każdorazowo zobligowany jest wskazać, dlaczego uważa, że te właśnie okoliczności tłumaczą konieczność dalszego wstrzymywania zwrotu. A spełnienia tych wymogów prawnych postanowienia organów obu instancji nie spełniają.

„Powodem niedokonania zwrotu nie może być tylko sam fakt wydania postanowienia i powołanie się na ogólne powody dalszej weryfikacji, zwłaszcza gdy te same ogólnie jedynie nakreślone przyczyny stanowią podstawę kolejnego przedłużenia terminu dokonania zwrotu. (…) Takie postępowanie narusza podstawowe zasady procedury podatkowej (…): działania organu na podstawie przepisów prawa, prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów oraz wyjaśnienia zasadności przesłanek, którymi kieruje się organ przy załatwieniu sprawy” (wyrok WSA w Warszawie z 3 grudnia 2020 r., sygn. akt III SA/Wa 1721/20).

Epidemia COVID-19 jako nowa wymówka fiskusa dla niezwracania VAT przedsiębiorcom

To, że organy skarbowe w sprawach przedsiębiorców naruszają podstawowe reguły prawne prowadzenia postępowań podatkowych, nie jest żadną nowością. Novum jest to, że urzędnicy, którzy na co dzień prześladują podejmowane przez firmy działania tzw. agresywnej, nielegalnej optymalizacji podatkowej, sami optymalizują swoje działania wobec tych firm. Jak się bowiem okazuje, w dobie panującej pandemii koronawirusa, w braku wykazania argumentów prawnych uzasadniających dalsze wstrzymywanie zwrotu VAT, tłumaczą swoje działania trudnościami spowodowanymi tą pandemią, co również w niniejszej sprawie potępił sąd, stwierdzając:

„Uzasadnienie skarżonego postanowienia zawiera wyjaśnienie w zakresie regulacji dotyczących zawieszenia terminów procesowych związanych z COVID-19. Nie wiadomo jednak, w jakim celu organ czyni te wywody oraz, czy i w jaki sposób przekłada się to na tok kontroli podatkowej i czynności sprawdzających w spółce” (sygn. akt III SA/Wa 1721/20).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zmiana we władzach Domu Maklerskiego Banku BPS – Daniel Ścigała nowym p.o. Prezesa Zarządu

11 lutego br. Daniel Ścigała, aktualny Wiceprezes i CFO w mPay S.A., został powołany do zarządu Domu Maklerskiego Banku Polskiej Spółdzielczości S.A. Jako p.o. Prezesa Zarządu jest odpowiedzialny za całościową koordynację działalności brokera. Zmiana we władzach to kolejny etap realizacji umowy podpisanej z końcem stycznia z Bankiem Polskiej Spółdzielczości.

Nowe otwarcie w perspektywicznym projekcie

Zgodnie z umową z Bankiem Polskiej Spółdzielczości, zawartą 29 stycznia br., spółka mPay przejmie Dom Maklerski Banku BPS. Transakcja zakupu ma charakter warunkowy i wymaga zatwierdzenia przez Komisję Nadzoru Finansowego. Równolegle do tego procesu trwają prace nad przygotowaniem rozwiązań technicznych, które umożliwią dostęp do wybranych opcji inwestycyjnych za pośrednictwem jednej z czołowych na rynku aplikacji do płatności mobilnych.

Pan Daniel Ścigała został powołany do Zarządu spółki DM BPS pod warunkiem zawieszającym w postaci uzyskania ostatecznej decyzji KNF (wymagana zgoda na powołanie na stanowisko Prezesa Zarządu DM BPS). Do czasu spełnienia warunku zawieszającego Rada Nadzorcza DM BPS powierzyła Panu Danielowi Ścigale funkcję pełniącego obowiązki Prezesa Zarządu DM BPS ze skutkiem od dnia 12 lutego br.

Dostrzegam ogromną wartość biznesową nie tylko w połączeniu doświadczenia dwóch firm, ale i w samym domu maklerskim. Przejęcie tego podmiotu jest bez wątpienia ważnym ogniwem w procesie strategicznego rozwoju mPay, ale liczymy również na rozwój współpracy z Bankiem BPS i bankami spółdzielczymi. Odpowiedzialność za całościową koordynację działalności domu maklerskiego pozwala na mocniejsze wykorzystanie potencjału naszej współpracy, by przygotować unikalną ofertę, której w mojej ocenie obecnie brakuje na rynku. – mówi Daniel Ścigała, p.o. Prezesa Zarządu w Domu Maklerskim Banku BPS. – Do czasu pozyskania formalnej zgody ze strony KNF na przejęcie będziemy koncentrować się na pracach przygotowawczych do planowanych wdrożeń i konsekwentnego wzmacniania pozycji rynkowej obu podmiotów – zarówno domu maklerskiego, jak i mPay. – dodaje.

Daniel Ścigała jest związany z szeroko pojętym rynkiem finansowym od ponad 20 lat. Od 2000 do 2010 roku pracował w mBanku, gdzie odpowiadał m.in. za bankowość prywatną i usługi zarządzania aktywami dedykowane zamożnym klientom. Następnie związał się z Grupą BNP Paribas, w ramach której tworzył bankowość prywatną, a potem kierował biurem maklerskim. W swojej karierze pełnił również funkcję prezesa TFI BNP Paribas. W latach 2013-2015 był szefem Biura Maklerskiego Banku BGŻ. Od 2015 roku był zaangażowany w projekty start-up’owe, w tym m.in. w Ipopema Securities. Bezpośrednio przed objęciem obowiązków Wiceprezesa
i CFO w mPay, pełnił funkcję Członka Zarządu odpowiedzialnego za sprzedaż i marketing
w G-Rock Ltd z siedzibą na Gibraltarze, gdzie pod marką Golden Sand Bank współtworzył nowoczesną bankowość mobilną w powiązaniu z usługami inwestycyjnymi.

Rozwój innowacyjnych usług w aplikacji mobilnej mPay

Na stanowisko Wiceprezesa Zarządu i CFO w mPay S.A. Daniel Ścigała został powołany we wrześniu 2020 roku. Od tego czasu jest odpowiedzialny za m.in. za obszar relacji inwestorskich, jak również za strategiczne wsparcie procesu dywersyfikacji działalność spółki.

– Rozbudowa części finansowej o produkty inwestycyjne, a wcześniej o pożyczki w ramach pierwszej na rynku platformy w aplikacji mobilnej, to wypadkowa naszej długofalowej strategii rozwoju. Mamy odpowiednie zaplecze technologiczne, know-how i apetyt na to, żeby zapewniać klientom dostęp do usług, których nie znajdą nigdzie indziej. – mówi Andrzej Basiak, Prezes Zarządu w mPay S.A. Nasza wielofunkcyjna aplikacja stwarza wiele możliwości by mPay mógł rozwijać się dynamicznie w długoterminowej perspektywie. Cieszy nas, że wdrażane przez nas, niejednokrotnie pionierskie, rozwiązania spotykają się również z szerokim zainteresowaniem finalnych ich odbiorców. Na koniec stycznia z aplikacji mPay korzystało już ponad 470 tys. użytkowników, co oznacza wzrost o 80 proc. w ujęciu rocznym.

W ub.r. produkty i usługi zostały pogrupowane w dwóch osobnych zakładkach (Moje finanse, Produkty i usługi), by jeszcze mocniej wyeksponować korzyści z posiadania aplikacji dla użytkowników i zwiększyć intuicyjność jej obsługi.

Komentarz PIE do danych nt. PKB – Umiarkowany spadek na tle Europy

Polska gospodarka w skutek pandemii skurczyła się o niecałe 3% względem ubiegłego roku. Odbudowa strat rozpocznie się w II kwartale 2021.

Wstępne dane sugerują, że PKB w IV kwartale spadł o 2,8%r/r. Wynik ten jest nieco lepszy od wartości sugerowanej przez opublikowany wcześniej roczny wskaźnik. Według szacunków Komisji Europejskiej, Polska jest trzecią gospodarką z najniższym spadkiem PKB w 2020 roku – po Irlandii i Litwie.

Wydatki konsumenckie gospodarstw domowych obniżyły się w IV kwartale w podobnej skali do PKB. To oczywiście w największym stopniu efekt braku możliwości korzystania ze stacjonarnych usług rekreacyjnych czy turystycznych – podobnie jak w przypadku II kwartału straty w tych gałęziach gospodarki mogły sięgać 60-80% obrotów.

Dalej obserwujemy też dwucyfrowy spadek inwestycji – szacujemy, że w IV kwartale skurczyły się one o 10,8%, głównie z uwagi na redukcję nakładów przedsiębiorstw. Listopadowe prognozy Komisji Europejskiej wskazują jednak, że skala redukcji projektów bezpośrednio związanych z produkcją tj. sprzętu transportowego i maszyn, także jest jedną z niższych w Unii Europejskiej. Wspomniane dane sugerują, że Polska gospodarka szybko zacznie odrabiać straty

Bieżący kwartał najprawdopodobniej przyniesie umiarkowane odbicie – dalej spodziewamy się 2% spadku PKB w ujęciu rocznym, głownie z uwagi na brak dostępu do usług. Tendencja wzrostowa widoczna będzie począwszy od drugiego kwartału. W całym 2021 roku PKB wzrośnie o 4,2%.PKB 2020

Dane
Total Investments (%YoY) Construction (%YoY) Equipment (%YoY) Public Investments (%GDP)
Belgium -13,7 -14,0 -15,4 2,7
Germany -3,8 2,9 -15,7 2,8
Estonia -12,3 -8,4 -18,9 5,5
Ireland -41,3 -7,1 -67,6 2,6
Greece -8,0 5,0 -15,4 3,2
Spain -17,3 -18,4 -23,4 2,6
France -10,9 -11,9 -17,6 3,9
Italy -13,6 -14,1 -18,8 2,6
Cyprus -11,1 -11,3 -17,0 1,9
Latvia -0,8 1,6 -4,0 5,7
Lithuania -8,5 -1,0 -13,1 3,9
Luxembourg -15,5 -15,8 -15,6 5,2
Malta -10,1 -6,6 : 4,9
Metherlands -6,3 -2,5 -14,2 3,7
Austria -6,0 -3,6 -14,8 3,3
Portugal -10,2 2,9 -30,7 2,5
Slovenia -11,5 -10,2 -16,0 4,5
Slovakia -12,6 -6,0 -20,0 3,9
Finland -5,1 -0,5 -14,7 4,8
Euro Area -11,2 -6,7 -19,1 3,1
Bulgaria -11,5 -10,7 -12,8 4,2
Czechia -7,5 -1,1 -15,2 4,8
Denmark -4,4 -0,5 -12,3 3,5
Croatia -8,2 : : 5,2
Hungary -10,4 -4,2 -16,4 6,3
Poland -6,2 -3,7 -9,8 4,6
Romania 2,5 3,6 2,0 4,4
Sweden -3,4 0,4 -11,5 5,1
UE -10,3 -5,9 -17,6 3,4
United Kingdom -13,7 -17,4 -15,6 3,0
Japan -1,3 : : 4,3
United States -3,6 -0,4 -10,7 3,8

Grupa Recykl – w 2020 roku najwyższe w historii działalności wyniki finansowe

Grupa Recykl mimo powstałej sytuacji pandemicznej w 2020 roku osiągnęła najwyższe w swojej kilkunastoletniej historii wyniki finansowe. Spółka w ciągu ubiegłego roku uzyskała 67 mln zł przychodów ze sprzedaży (+29 proc. r/r), przy 17,8 mln zł EBITDA (+78 proc. r/r) i zysku netto na poziomie 5,2 mln zł (+361 proc. r/r). Na wypracowane rezultaty wpłynęło osiągnięcie pełnej zdolności produkcyjnej w zakładzie w Chełmie, rosnąca pozycja konkurencyjna w regionie oraz wzrosty sprzedaży zagranicznej czystych granulatów gumowych.

W IV kwartale 2020 roku sprzedaż  ukształtowała się na poziomie 18,1 mln zł (wobec 13,2 mln zł rok wcześniej, EBITDA wyniosła 3,9 mln zł (+84 proc.), a wynik netto: -101,9 tys. zł (+737 tys. zł r/r). Koniec roku dla Grupy Recykl tradycyjnie charakteryzuje się niższymi zyskami, na które w okresie październik-grudzień dodatkowo in minus wpłynęły wyższe koszty finansowe wywołane wzrostem kursu walut (wycena zobowiązań w EUR) oraz rozliczeniem w grudniu całorocznego podatku dochodowego (intencją spółki w 2021 roku jest częściowe rozłożenie płatności podatku na poszczególne kwartały).

– Systematycznie poprawiamy skalę przychodów i wyniki finansowe. Jesteśmy zadowoleni
z operacyjnych i finansowych rezultatów 2020 roku. Chcemy dalej się rozwijać i analizujemy kolejne przedsięwzięcia budujące wartość Grupy. Jednym z nich może być pozytywnie zakończony w IV kwartale jeden z projektów B+R, w którym opracowaliśmy własną technologię dewulkanizacji gumy pochodzącej ze zużytych opon
 – mówi Maciej Jasiewicz, Wiceprezes Grupy Recykl S.A.

W 2020 roku łączny wolumen sprzedanych produktów z przerobu zużytych opon wyniósł 85,6 tys. ton (+42,6 proc. r/r), co wynika m.in. ze skokowego wzrostu sprzedaży kluczowego produktu – granulatów SBR rzędu+51,7 proc. r/r do 35 tys. ton. W ujęciu przychodowym, największe pozycje stanowiły następujące kategorie: „Produkty z przerobu opon”: 37,5 mln zł (+32,7 proc. r/r), „Wykonywanie usług odzysku i recyklingu”: 12,3 mln zł (+94,2 proc. r/r), „Pozostała sprzedaż”: 9,6 mln zł (+53,6% proc. r/r).

– W minionym roku osiągnęliśmy satysfakcjonujące efekty zakończonej inwestycji w Chełmie owocującej wzrostem skali biznesu. Dzięki efektywnej i przemyślanej strategii rozwoju jesteśmy w stanie dalej umacniać naszą pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej.  Sprzyja nam sytuacja rynkowa i trendy  związane z odzyskiwaniem i recyklingiem surowców. Oczekujemy wejścia w życie nowej dyrektywy odpadowej UE, która zobowiązuje wszystkie kraje członkowskie do rozwijania gospodarki opartej
na obiegu zamkniętym
– dodaje Maciej Jasiewicz.

W połowie 2020 roku spółka zakończyła prace związane z montażem linii technologicznej do produkcji mieszanek mineralno-asfaltowych SMA w nowym zakładzie produkcyjnym w Chełmie. W II połowie roku produkowane były pierwsze partie dodatku do mieszanek mineralno-asfaltowych SMA, kierowane testowo do wybranych klientów oraz w trybie bieżącym certyfikowane. SMAPOL –  innowacyjny produkt Grupy w najbliższych miesiącach wejdzie do regularnej oferty handlowej.

W 2020 roku Grupa Recykl odnotowała przepływy pieniężne z działalności  operacyjnej w wys. 17,5 mln zł (w IV kwartale 8,4 mln zł), Wydatki inwestycyjne wyniosły w minionych 12 miesiącach niemal 10 mln zł. Firma na koniec 2020 roku zmniejszyła dług finansowy netto do 43,8 mln zł (relacja do EBITDA w wys. 2,5 wobec 4,9 przed rokiem) z poziomu 48,6 mln zł na 31.12.2019.

Mocne i słabe strony funta

Umiarkowanie pozytywne nastroje utrzymują się na rynkach, ale liczne święta w Azji wyciszyły w nocy zmienność. Brak przekonania do obrania zdecydowanego kierunku może utrzymywać się do końca dnia, biorąc pod uwagę, że przed USA długi weekend (Dzień Prezydenta w poniedziałek). W międzyczasie dane powinny mieć ograniczony wpływ na notowania.

Dziś rano funt nie zareagował na paczkę danych z Wielkiej Brytanii, gdzie mogliśmy znaleźć lepsze i gorsze liczby. Przerwanie lockdownu przed świętami Bożego Narodzenia pomogło w odbiciu gospodarki w grudniu, szczególnie usług. Ale też dane (1 proc. k/k, prog. 0,5 proc.) przekłamują prawdziwy obraz gospodarki. Istotna części wzrostu PKB pod koniec roku jest skutkiem gromadzenia zapasów przez firmy przed brexitem na wypadek zamknięcia granic. Do umowy handlowej ostatecznie doszło, ale handel z UE wciąż natrafia na zakłócenia i problemy biurokratyczne. W połączeniu z powrotem lockdownu w styczniu i zahamowaniem konsumpcji – co widać w załamaniu PMI dla usług i spadku – wyraźnie negatywnie odbije się na dynamice PKB w I kw. Dodatkowo dzisiejsze dane pokazały utrzymywanie się głębokiego deficytu handlowego. Zależność Wielkiej Brytanii od dóbr z zagranicy oznacza, że te figury szybko się nie poprawią, szczególnie po brexicie. A jednak funt pozostaje mocny, gdyż inwestorzy są przede wszystkim skupieni na postępach w zaczepianiu społeczeństwa i pod tym kątem Wielka Brytanii radzi sobie znacznie lepiej niż reszta Europy. W Wielkiej Brytanii już 20 osób na 100 otrzymało szczepionkę, podczas gdy w UE współczynnik ten wynosi 4,2. To daje nadzieję na szybszy restart gospodarki po zniesieniu restrykcji, jednak w średnim terminie UE dogoni Wielką Brytanię z tempem zaszczepień, a Londyn dalej będzie borykał się z negatywnymi konsekwencjami ekonomicznymi brexitu. Dni silnego funta są policzone.

W Polsce także przyszedł czas na wstępne szacunki PKB za IV kw. Po tym, jak GUS już podał szacunki PKB dla całego 2020 r. (-2,8 proc. r/r) można szacować, że w IV kw. dynamika wyniosła -2,8 proc. Restrykcje związane z epidemia koronawirusa ponownie osłabiły konsumpcje, podczas gdy dalej utrzymywała się zapaść w inwestycjach. Dane nie powinny być istotnym czynnikiem dla rynku złotego. Zakładamy, że EUR/PLN pod 4,51 wyznacza górne ograniczenie dla krótkoterminowego dryfu bocznego przed kolejną falą spadkową. Pozytywne fundamenty stojące za złotym nie uległy zmianie i tylko kwestią czasu jest ponowny retest 4,47.

Na rynkach zewnętrznych bez zmian. Dolar zmierza do zaliczenia najsłabszego tygodnia od dwóch miesięcy względem koszyka głównych walut. Nawet jeśli przed długim weekendem dojdzie do technicznej korekty, w szerszym ujęciu nie ma zmian w podstawowym trendzie sprzedaży dolara, gdyż ultra-łagodna postawa Fed, postęp w dystrybucji szczepionek przeciwko COVID-19 i perspektywy ogromnego bodźca fiskalnego ze strony USA generują pozytywne nastawienie do ryzyka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Frankowicze czekają na stanowisko Sądu Najwyższego. Później może nastąpić szturm z nowymi pozwami

Dotychczas niespełna 10% frankowiczów dochodziło swoich praw w postępowaniach sądowych. Jednak po wyznaczonym na marzec br. posiedzeniu Izby Cywilnej Sądu Najwyższego może nastąpić duży szturm na sądy. Dlatego bankom zaczęło zależeć na opracowaniu faktycznego kompromisu. Proponowane dotąd ugody były niekorzystne. Eksperci podkreślają, że sami klienci są już świadomi tego, co mogą uzyskać w wyniku procesu. I dodają, że z uwagi na przewlekłość postępowań kredytobiorcom może zależeć na wcześniejszym porozumieniu się z bankiem, jednak nie za wszelką cenę. Jeżeli nie otrzymają zadowalających ich warunków, to spory sądowe zapewne będą się toczyły jeszcze przez długie lata.

Banki pod ścianą

25 marca br. zbierze się Izba Cywilna Sądu Najwyższego w celu rozstrzygnięcia rozbieżności w orzecznictwie dotyczącym spraw frankowych. Według doniesień medialnych, do tego czasu banki planują przedstawić własny kształt ugód, bowiem ww. kwestia może otworzyć nową drogę kredytobiorcom. Bariera niepewności o rozstrzygniecie całkowicie zniknie. Wygląda na to, że po wyznaczeniu terminu przez naczelny organ władzy sądowniczej bankowcy uświadomili sobie, że w ich interesie jest opracowanie ugód, które będą satysfakcjonowały klientów.

– Przede wszystkim banki powinny przygotować propozycje korzystnych ugód dla tych kredytobiorców, których terminy sądowe są wyznaczane na koniec 2022 roku oraz początek 2023 roku. Rozstrzygnięcie najważniejszych rozbieżności orzeczniczych przez Sąd Najwyższy na korzyść frankowiczów może bowiem doprowadzić do poważnych skutków w funkcjonowaniu instytucji finansowych – komentuje adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal.

Banki musiały zrozumieć, że ich sytuacja jest już niezwykle trudna. Biorąc pod uwagę, że dotychczas z roszczeniami wystąpiło mniej niż 10% frankowiczów, to dalsze utrzymywanie stanowiska, że umowy są ważne, a wszystkie postanowienia w nich zawarte prawidłowe, może doprowadzić do kryzysu finansowego oraz upadłości niektórych podmiotów.
– Zainteresowanie tego typu postępowaniami mocno rośnie od zeszłego roku. Wówczas liczba nowych spraw kredytowych w niektórych kancelariach zwiększyła się kilkukrotnie. Na tej podstawie już wtedy można było przewidywać, że w 2021 roku 15-18% kredytobiorców zacznie dochodzić swoich praw. Jednak ten odsetek może okazać się zdecydowanie większy, jeśli po 25 marca br. wszystkie dotychczasowe obawy frankowiczów zostaną rozwiane. Wówczas może nastąpić prawdziwy szturm z roszczeniami, którego już nie będzie można zatrzymać – mówi mec. Mikołajonek.

Dodatkowo o przyszłości spraw frankowych może zadecydować gospodarka. Jeśli spłata rat okaże się zbyt trudna, to zapewne jeszcze więcej osób będzie chciało przeciwdziałać rosnącym zobowiązaniom, występując przeciwko bankom lub zaprzestając spłaty kredytu. Pogorszenie się sytuacji materialnej w wyniku pandemii może zmotywować wielu ludzi do pozbycia się tych obciążeń.

– Już w zeszłym roku słychać było nawoływanie do przedstawiania kredytobiorcom propozycji ugodowych. Niemniej należało wnioskować, że bankom wcale nie zależało na ugodach. Można było raczej spodziewać się, że będą próbowały wymóc na Skarbie Państwa ustępstwa dla siebie. Jednak teraz banki ewidentnie stanęły pod ścianą – dodaje adwokat.

Dziwne strategie

W odpowiedzi na korzystne dla frankowiczów rozstrzygnięcia, polegające na unieważnianiu umów bądź eliminowaniu z nich niedozwolonych postanowień, niektóre banki stosowały dotychczas politykę „zastraszania”. Informowały kredytobiorców o możliwych przyszłych roszczeniach z tytułu korzystania z kapitału banku w przypadku uznania umowy za nieważną. Jednak nie miały do tego skutecznych podstaw prawnych, co potwierdzały kolejne orzeczenia sądów w pierwszych tego typu sprawach.

– Należy wskazać, że niektóre banki proponują kredytobiorcom zawarcie ugody przedsądowej, zachęcając ich do spłaty dalszego zobowiązania po niższym niż obecnie kursie franka szwajcarskiego. Zapewne takie ugody są zawierane. Jednak są one niekorzystne dla kredytobiorców, bo muszą oni zrzec się innych, dalszych roszczeń związanych z umową, które są znacznie wyższe aniżeli korzyści wynikające z proponowanej ugody – wyjaśnia ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Na rynku nie brakuje opinii, że jeżeli do 25 marca br. banki wypracują jakiś model ugód dla swoich klientów, to stanowczo nie należy oczekiwać, że przedstawią go osobie, która na co dzień spłaca kredyt i nie wykonuje żadnych czynności zmierzających do zakwestionowania ważności umowy lub jej postanowień. Nie jest to w interesie jakiejkolwiek instytucji, aby szeroko promować, że od konkretnego dnia zaprasza wszystkich do podpisywania ugód.

– Trzeba podkreślić, że jakakolwiek forma ugody, którą kredytobiorcy powinni analizować pod względem opłacalności, pojawi się dla nich dopiero, kiedy bank otrzyma pozew z sądu. Zatem to jest najlepszy czas, aby odważyć się i zrozumieć, że kredytodawca nie ma prawa wypowiedzieć kredytu, jeżeli kredytobiorca złoży pozew do sądu. Osobiście mam bowiem przeświadczenie, że opór większości osób w zakresie dochodzenia swoich roszczeń wynika z takiej właśnie obawy – podkreśla adwokat.

Zniecierpliwieni frankowicze

– Kredytobiorcy czują się oszukani, bo zostały im udzielone kredyty w walucie obcej bez przedstawienia możliwych konsekwencji. Są źli, że przez lata nikt nie chciał im pomóc. Czują się rozgoryczeni, że muszą dochodzić swoich praw i z tego tytułu ponosić dodatkowe koszty. Wreszcie są zniesmaczeni tym, że prawomocne rozstrzygnięcia sądowe mogą nastąpić nawet za 5 lat, a sądy niechętnie wydają postanowienia o zabezpieczeniu poprzez wstrzymanie płatności rat. Dlatego uważam, że będą zainteresowani szybkim zakończeniem batalii, jeżeli propozycje banków będą dla nich korzystne w perspektywie tego, co mogą uzyskać w procesie sądowym – stwierdza Jacek Mikołajonek.

Z pewnością frankowicze nie będą lawinowo podpisywać ugód tylko dlatego, że bank im je zaproponuje. Muszą one być tak skonstruowane, żeby im się to opłacało, biorąc pod uwagę, że proces może jeszcze trwać bardzo długi czas.

– Warto w tym miejscu przypomnieć, że poważnym problemem, który jeszcze długo może pozostać nierozwiązany, jest przewlekłość postępowań. Główną przyczyną tego są braki kadrowe. Wprawdzie w Sądzie Okręgowym w Warszawie powstaje nowy wydział przeznaczony tylko do orzekania w sprawach frankowych. Jednak Ministerstwo nie widzi możliwości powołania dodatkowych etatów dla sędziów mających tam orzekać. Dlatego kredytobiorcy wciąż mogą czekać latami na rozstrzygnięcia – ostrzega ekspert z Kancelarii MBM Legal.

Do tego trzeba dodać, że tylko nieliczni sędziowie mają już wypracowane podejście w tego typu sprawach. Większość przesłuchuje wszystkich zgłaszanych przez banki świadków, także tych, którzy nigdy nie mieli styczności z kredytobiorcami.

– Procesy hamuje sceptyczne podejście samych sędziów do szybkiego wydawania wyroków i oddalania bezzasadnych wniosków dowodowych składanych przez banki. Opóźnienia generuje też powoływanie biegłych, którzy sporządzają swoje opinie średnio przez 6-8 miesięcy. Następnie banki składają do nich zastrzeżenia i zadają kolejne pytania, a to wiąże się z koniecznością wydania opinii uzupełniających. Tymczasem w przypadku wyroków ustalających, że umowa kredytu jest nieważna, wyrok powinien zapaść po jednej rozprawie, bez udziału biegłego – zaznacza mec. Mikołajonek.

Frankowicze często oczekują jedynie gwarancji, że sądy będą respektowały prawo, szczególnie unijne. Jednak w Polsce nigdy nie było jednolitego orzecznictwa. I zdaniem ekspertów, nie zmieni tego nawet oczekiwana uchwała Sądu Najwyższego, mająca na celu ujednolicenie stanowiska sądów w zakresie rozliczeń stron w sytuacji stwierdzenia nieważności umowy. Dlatego prezesi bądź przewodniczący wydziałów powinni zacząć kontrolować to, czy sędziowie, których wyroki są uchylane przez sądy odwoławcze, w kolejnych sprawach wyciągają z tego jakiekolwiek wnioski. Inaczej spory będą się toczyły tak długo, jak długo będą obowiązywały umowy kredytowe.

Finanse w związkach Polaków – wspólne życie, osobne portfele

Osoby, które znalazły swoją drugą połowę, oprócz uczucia często dzielą także finanse. Wspólne życie nie zawsze oznacza jednak wspólny portfel. 51 proc. Polaków będących w związku uważa, że osobiste wydatki każdy partner powinien pokrywać z własnej kieszeni – pokazuje badanie „Finanse w parze” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Sondaż KRD przeprowadzony przez IMAS International w styczniu i lutym 2021 r. zbadał podejście Polaków do zarządzania finansami w związkach. Pokazał on, że kobiety są bardziej terminowe w pilnowaniu spłat zobowiązań, zaś mężczyźni chętniej biorą na siebie większe wydatki. I o ile domowymi kosztami dzielą się raczej po równo, o tyle nie ma wśród nich zgodności co do tego, kto powinien pokrywać bardziej osobiste wydatki.

W polskim społeczeństwie można spotkać odmienne podejście par do korzystania ze wspólnych pieniędzy. Nieco ponad połowa (51 proc.) uważa, że każdy partner powinien pokrywać z własnej kieszeni osobiste wydatki, na przykład na ubrania czy wizyty u fryzjera. Odmiennego zdania jest podobna grupa osób (49 proc.). Co więcej, w tych wskazaniach płeć nie grała roli, gdyż podobnie oceniały to i kobiety, i mężczyźni. Widać więc, że korzystanie ze wspólnego portfela jest indywidualną decyzją w każdym związku – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Kobiety na straży domowego budżetu

Są jednak sfery, w których jedna płeć wyróżnia się na tle drugiej. To kobiety (67 proc.) częściej niż mężczyźni (60 proc.) deklarują odpowiedzialność za pilnowanie terminów spłat zaciągniętych zobowiązań. Kobiety również częściej trzymają pieczę nad codziennymi wydatkami w prawie co czwartym związku. Wskazało tak dwie trzecie pań (65 proc.) i blisko połowa panów (47 proc.).finanse w związkach polaków

Zarządzanie budżetem gospodarstwa domowego to duża odpowiedzialność. W jego planowaniu trzeba wziąć pod uwagę zarówno codzienne wydatki, bieżące rachunki, jak i terminy spłaty stałych zobowiązań, na przykład kredytu, czynszu i tym podobnych. Należy to robić tak, aby w domowym budżecie zabezpieczyć środki na nieprzewidziane sytuacje, czy odłożyć na przyszłość. Niezależnie od tego, kto w danym związku trzyma nad tym wszystkim pieczę, warto aby oboje partnerów wspierało się w tych obowiązkach. W końcu co dwie głowy to nie jedna – wskazuje Adam Łącki.

Pomocne męskie ramię

Jeśli trzeba ponieść większe wydatki, jak np. zakup telewizora czy wyjazd wakacyjny, w połowie związków partnerzy deklarują, że dzielą się takimi kosztami w równym stopniu. W pozostałych przypadkach obciążenie to częściej biorą na siebie mężczyźni (37 proc.).

Podobnie sytuacja wygląda przy zaciąganiu kredytów czy pożyczek na wspólne potrzeby. Nieco ponad połowa partnerów bierze na siebie taką samą odpowiedzialność. W jednym na trzy związki osobą, która przyjmuje to na swoje barki, jest mężczyzna. Dodatkowo, panowie zdecydowanie częściej niż panie zgadzają się ze stwierdzeniem, że to oni powinni brać na siebie większe zobowiązania finansowe w imieniu rodziny. Uważa tak 51 proc. mężczyzn i 29 proc. kobiet. Częściej też mają oni większe długi. Wskazuje tak 30 proc. osób żyjących z drugą osobą. Nadal jednak większość (55 proc.) badanych deklaruje, że w ich związku zadłużenie rozkłada się w równym stopniu.zadłużenie w związku

Wyniki badania pokazują, że współcześnie w Polsce model tradycyjny, gdzie to na mężczyźnie spoczywa większa odpowiedzialność za finanse, ustępuje modelowi równego dzielenia się ciężarem dbania o pieniądze. Oba z nich mogą się sprawdzić pod warunkiem, że jest to wspólna decyzja obojga partnerów. Łatwo bowiem wpaść w pułapkę „ukrytych oczekiwań”, gdzie np. mężczyzna myśli, że jego partnerka  chce od niego większego wkładu w rodzinny budżet, podczas gdy w rzeczywistości wcale  nie musi tak być. Otwarta rozmowa na temat finansów w związku pozwala wyjaśnić sytuację i wybrać model, który pasuje konkretnej parze. Proste pytanie „Jak chcesz, żebyśmy dbali o nasz wspólny budżet?” może uchronić nas przed przyszłymi frustracjami – mówi Matylda Eddles, psycholog, ekspertka merytoryczna Pairbuilding.pl.

Wspólny wydatek, osobny kredyt

Kobiety i mężczyźni w podobnym stopniu przeznaczają pożyczki na remont, wyposażenie domu, zakup mieszkania czy regulowanie stałych rachunków, np. za telefon. Natomiast mężczyźni częściej niż kobiety finansują w ten sposób wydatki na samochód czy sprzęt IT. Kobiety pożyczają za to częściej na spłatę długów.

Niezależnie od płci zdecydowana większość respondentów uważa, że zadłużanie się w dzisiejszych czasach to zwyczajna sprawa, ale jednocześnie dziewięć na dziesięć osób jest zdania, że należy unikać zaciągania kredytów lub pożyczek, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Nieco więcej kobiet (68 proc.) niż mężczyzn (61 proc.) twierdzi, że bycie osobą nadmiernie zadłużoną jest powodem do wstydu. Dodatkowo osiem na dziesięć kobiet jest zdania, że pożyczki powinny być traktowane jedynie jako koło ratunkowe. Takiego zdania jest trzy czwarte mężczyzn.

Badanie „Finanse w parze” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów w styczniu i lutym 2021 r. metodą CAWI na reprezentatywnej grupie 600 Polaków, będących w związkach, którzy kiedykolwiek skorzystali z kredytów lub pożyczek albo kupili coś na raty.

Kryzys gospodarczy na Ukrainie stabilnie trwa

Z ostatnich doniesień Państwowej Służby Statystyki na Ukrainie wskaźnik zaufania biznesowego do przemysłu w pierwszym kwartale 2021 roku, wzrósł o 0,5 punktu procentowego w porównaniu do czwartego kwartału ubiegłego roku i wynosi – 8,4%. W przemyśle przetwórczym wskaźnik ten spadł o 2,0 p. proc. i wynosi – 11,4%. Najwięcej obywateli Ukrainy pracuje w przetwórstwie, dlatego wynik ten spowoduje kolejny napływ imigrantów do krajów UE w tym głównie do Polski.

Według ukraińskiego resortu statystyki wskaźnik koniunktury nie zmienił się w stosunku do IV kwartału 2020 r. I wyniósł w przemyśle ogółem 0,2%, a w przetwórstwie minus 0,2%.

Wskaźniki zaufania i klimatu biznesowego zostały wyliczone zgodnie z metodyką obliczania wskaźników oczekiwań biznesowych zgodnie z wymogami rozszerzonego Specjalnego Standardu Upowszechniania Danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Łącznie przebadano 1483 przedsiębiorstwa z Ukrainy.

Bezpośrednie inwestycje zagraniczne, zamiast rosnąć, spadają, a inwestorzy coraz częściej uciekają z Ukrainy. W 2015 r. inwestorzy włożyli w gospodarkę Ukrainy 2,96 mld dol., w 2016 r. odnotowano rekordowe 3,28 mld dol., potem było już słabiej – w 2017 r. 2,2 mld dol., w 2018 r. 2,35 mld dol., a w 2019 r. 2,5 mld dol. W sumie zaledwie 13,29 mld dol. W dodatku, według danych ukraińskiego banku centralnego NBU, w pierwszym kwartale 2020 r.  inwestycje, zamiast rosnąć zmalały o 1,6 mld dol.

Rząd ukraiński szuka sposobu na sprowadzenie swoich obywateli do domu. Tym, którzy zainwestują, obiecuje się dotacje na założenie własnej firmy. Taka inicjatywa legislacyjna została poparta przez przedstawicieli rządu na posiedzeniu Rady Ministrów 27 stycznia br.

Patrząc na powyższe dane w odniesieniu do trudnej sytuacji gospodarczo – przemysłowej na całym świecie powstałej w wyniku pandemii, Centrum analityczne Gremi Personal prognozuje, iż najbardziej ucierpi branża przetwórcza na Ukrainie. Spowoduje to napływ imigrantów z Ukrainy do krajów UE w poszukiwaniu  pracy w swojej branży w tym głównie do Polski, która ma najmniej skomplikowane obostrzenia związane z przekraczaniem granicy.

Bez pensji, napiwków i perspektyw na poprawę sytuacji. Pogrom wśród pracowników gastronomii

O pracownikach gastronomii się zapomina, a to grupa, która na obostrzeniach związanych z koronawirusem traci najwięcej. Hotele i instytucje kultury mogą być czynne od 12 lutego. Handel powoli się rozpędza. Gastronomia jak stoi w miejscu tak stała, a do naszego stowarzyszenia docierają dramatyczne listy zwalnianych pracowników oraz wiadomości od osób, które np. Nie otrzymują wynagrodzeń, bo pracodawcy nie mają już skąd brać pieniędzy. – Gastronomia w tej chwili jest największą ofiarą pandemii. Apelujemy o szybkie działanie mające albo doprowadzić do otwarcia restauracji w reżimie sanitarnym albo o pakiet pomocowy dla lokali, których obrót spadł o więcej niż 50% – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Ponad 110 dni zamkniętej gastronomii. „Jesteśmy świadkami pacyfikacji branży”

Zadłużenie branży gastronomicznej liczone jest już w setkach milionów złotych. Od połowy października gastronomia może być czynna tylko na wynos lub na dowóz, co w przypadku większości lokali jest skazaniem ich na zamknięcie lub działanie poniżej progu opłacalności. Jak mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska sytuacja jest bardzo poważna, bo dostajemy mnóstwo wiadomości od pracowników i restauratorów, którzy nie wiedzą już jak się ratować.

– Gastronomia jest nieczynna od prawie 110 dni. Proszę sobie wyobrazić kogo jest stać na to, żeby   cztery miesiące dokładać do interesu. Jesteśmy świadkami prawdziwej pacyfikacji branży, za chwilę nie będzie już czego otwierać. Z mojego doświadczenia jako windykatora wynika, że gastronomia jest jedną z najbardziej zadłużonych branż. To odbija się na sytuacji pracowników, dostawców, kucharzy, ogólnie całego gospodarczego ekosystemu, który dotychczas w tej branży dobrze funkcjonował – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Przedsiębiorcy mają coraz poważniejsze problemy w bieżącym opłacaniu pracowników. Otrzymujemy informacje o masowych zwolnieniach lub zmianach warunków pracy: – Restauratorzy zmieniają umowę o pracę na umowy cywilnoprawne. Luźniejszy stosunek pracy pozwala im elastyczniej reagować na zwiększony lub zmniejszony ruch na wynos w ich lokalach. Oczywiście nie jesteśmy zaskoczeni tym, że zwolnienia są. Mamy jednak wrażenie, że o pracownikach gastronomii i branż pokrewnych zupełnie się nie pamięta. Kelnerzy, barmani, kucharze. Oni wszyscy dzisiaj żyją na skraju ubóstwa. Gastronomia to nie tylko Pan Restaurator. Za jego plecami stoją ludzie, których los jest dzisiaj bardzo niepewny – mówi Małgorzata Marczulewska.

Brak napiwków, zwolnienia, ograniczenie etatu. Ciężki los pracowników gastronomii

Otrzymujemy dramatyczne listy od zwalnianych pracowników oraz od pracodawców, którzy usprawiedliwiają brak wynagrodzeń dla zespołu tym, że po prostu nie mają za co płacić.

– Napisał do nas młody chłopak, który otrzymał w styczniu zwolnienie z pracy w jednej z restauracji. Pytał czy przysługuje mu jakaś odprawa, bo wie, że nie znajdzie żadnej pracy w najbliższym czasie, a jednocześnie nie chce wracać do domu w małej miejscowości. Pisali także pracownicy restauracji, którym obniżono etat do połowy i do najniższej krajowej. Mało kto zdaje sobie sprawę, że przecież znaczna część przychodu pracowników gastronomii to napiwki. Teraz ich nie ma. Nie brakuje także informacji o dużych zaległościach. W niektórych restauracjach ostatnie wynagrodzenie wypłacono w listopadzie czy w grudniu, w jeszcze innych zaległości sięgają nawet sezonu letniego. To prawdziwy koszmar – mówi Prezes Małgorzata Marczulewska.

Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom apeluje o odmrożenie branży gastronomicznej i umożliwienie przedsiębiorcom pracy w trybie stacjonarnym. Postulujemy także o objęcie wsparciem restauratorów, których obroty spadły powyżej 50%.

Immersion VR autorem innowacyjnej aplikacji MISSION TO MARS AR

Immersion VR prezentuje innowacyjny projekt w rozszerzonej rzeczywistości (AR), umożliwiający eksplorację Marsa. Aplikacja spółki – MISSION TO MARS AR – jest częścią promocji filmu dokumentalnego wyprodukowanego przez Smithsonian Channel, dotyczącego lądowania Perseverance na Czerwonej Planecie. Łazik zakończy swoją międzyplanetarną podróż 18 lutego. Kilka dni wcześniej premierę będzie miał telewizyjny dokument – MAKING TRACKS ON MARS.

– Głównym elementem stworzonej przez nas aplikacji są interaktywne doświadczenia wykorzystujące technologię rozszerzonej rzeczywistości. Każde z nich przedstawia inny element tegorocznej misji na Marsa – od startu, poprzez lądowanie, aż po wizję przyszłej kolonizacji planety. Aplikację uzupełniają ciekawe informacje dotyczące historii wypraw na Marsa wraz ze zdjęciami i materiałami video dostarczonymi przez Smithsonian Channel – mówi Piotr Baczyński, prezes zarządu spółki Immersion VR.

Łazik Perseverance wystartował na Marsa w lipcu 2020 r. Wyczekiwane przez cały świat lądowanie pojazdu zostało zaplanowane na 18 lutego. Celem lotu jest eksploracja geologicznego zróżnicowania Czerwonej Planety, poszukiwanie oznak dawnego życia marsjańskiego oraz zebranie próbek skał. Łazik prześle też na Ziemię informacje o składzie mineralogicznym powierzchni Marsa. 14 lutego na Smithsonian Channel, premierę będzie miał telewizyjny dokument – MAKING TRACKS ON MARS, klip video z filmu dostępny będzie także w aplikacji Immersion VR.

–  Prace nad konceptem aplikacji rozpoczęły się we wrześniu ub. roku. To drugi projekt, który robimy we współpracy ze Smithsonian Channel – poprzedni, poświęcony misjom na Księżyc Apollo’ s Moon Shot AR został nominowany do nagrody EMMY, Webby czy SXSW. Każdy z elementów aplikacji był konsultowany z NASA oraz ze Smithsonian Institute – państwową organizacja ze Stanów zrzeszającą najbardziej rozpoznawalne Muzea na świecie, w tym Air and Space Museum w Waszyngtonie – informuje Bartosz Rosłoński, członek zarządu Immersion VR.

Od 12 lutego aplikację MISSION TO MARS AR można pobrać bezpłatnie w sklepach Apple App Store i Google Play.

– Smithsonian Channel z założenia tworzy dużo treści edukacyjnych i popularnonaukowych, chce docierać do ludzi, którzy interesują się historią i otaczającym nas światem. Sama aplikacja ma również promować film dokumentalny i ma być celebracją tego dużego i przełomowego pod kątem technologicznym wydarzenia – dodaje Bartosz Rosłoński.

Branża kulturalna, a ma już 35 mln zł zaległości

Od dziś, 12 lutego kina, teatry, filharmonie i opery znów mogą sprzedawać bilety, ale fakt, że jest to na razie opcja tylko na dwa tygodnie, mocno utrudnia podjęcie decyzji, czy uruchomić działalność. Zresztą już wiadomo, że nie wszyscy się otworzą. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że pandemia mocno daje się we znaki kulturze i rozrywce. W 2020 r. liczba firm z nieuregulowanymi zobowiązaniami wzrosła o ponad 100 do niemal 1000, a ich zaległości podwyższyły się o 29 proc. do 35 mln zł. Jeszcze bardziej, o 80 proc., spiętrzyły się przeterminowane zobowiązania kin, choć tu akurat chodzi o znacznie niższą kwotę 0,4 mln zł. Wcale nie łatwiej jest widzom. Obostrzenia w dostępie do różnego rodzaju usług i rozrywek w tym m.in. do placówek kulturalnych irytują co czwartą osobę w Polsce, niezależnie od płci czy wieku – wynika z badań.

Wynikające z pandemii ograniczenia w dostępie do placówek kulturalnych i rożnego rodzaju usług dokuczają co czwartej osobie w Polsce i to niezależnie od wieku, płci czy miejsca zamieszkania. Na liście kilkunastu największych frustracji gnębiących rodaków w minionym roku, właśnie te restrykcje zostały wymienione wysoko, bo na piątym miejscu. Utrudnienia w dostępie do usług i rozrywki doskwierały 24 proc. ankietowanych i znalazły się tuż obok lęku o zdrowie i irytacji z powodu braku kontaktu z ludźmi. Niemożność wyjścia z domu do kina, teatru, na siłownię, na koncert czy do restauracji frustruje nawet częściej niż obawy o finanse (18 proc.) czy zbyt niskie zarobki (15 proc.) – wynika z badania Maison&Partners dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Świat kultury: teatry, kina, filharmonie, opery w wersji tradycyjnej są niedostępne już od ponad trzech miesięcy, wcześniej przez kilka tygodni zmuszone były działać w ograniczeniu do 25 proc. widowni. Tym razem warunkiem uruchomienia placówek kultury jest sprzedaż biletów na maksymalnie połowę dostępnych miejsc, zasłanianie przez widzów nosa i ust oraz niesprzedawanie przekąsek i napojów.

Nie każdy zdąży i chce się otworzyć na dwa tygodnie

Otwarcie, od 12 lutego, teatrów, filharmonii, kin i oper, a wcześniej, od 1 lutego muzeów, ma szansę poprawić samopoczucie bardzo wielu osób. Dobrze by było, gdyby udało się to również w przypadku właścicieli i pracowników branży kultury i rozrywki. Czy faktycznie tak się stanie? Sporym problemem okazuje się zastrzeżenie, że zniesienie lockdownu ma charakter testowy i na razie dotyczy okresu dwóch tygodni od 12 do 25 lutego. Jak zapowiada rząd, obostrzenia powrócą, jeśli liczba dziennych zachorowań na Covid-19 wzrośnie do 10 tys. M.in. z powodu warunkowego zniesienia ograniczeń, największe sieci kin Helios, Multikino i Cinema City już zapowiedziały, że nie zaproszą widzów. Zaznaczają, że by się do tego przygotować potrzebują miesiąca, a poza tym otwarcie się na dwa tygodnie, by potem znów zamknąć biznes, zwiększy straty zamiast je ograniczyć. Gotowe do wyświetlania filmów są natomiast kina studyjne. Zamierzają pokazywać głównie polskie filmy, bo pozwoli to uzyskać dofinansowanie z PISF. Jeśli chodzi o teatry, to większość już czeka na widzów. Niektóre sceny optymistycznie opublikowały nawet repertuar do końca marca.

Bardziej niż zaległości aktorów i piosenkarzy, wzrosły długi pisarzy, malarzy i rysowników

Miesiące ograniczeń nie pozostały bez wpływu na sytuację kin, teatrów, artystów i specjalistów pomagających w realizacji przedstawień. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, wynika, że działalność związana z kulturą i rozrywką (PKD R90) w ciągu ostatniego roku zwiększyła swoje zaległości (min. 500 zł, opóźnione o co najmniej 30 dni) o 29 proc., a kina o 82 proc. – W jak trudnej rzeczywistości zmuszony jest funkcjonować świat kultury i rozrywki, najlepiej pokazuje fakt, że w tym samym czasie przeterminowane zobowiązania ogółu przedsiębiorstw podwyższyły się o 4 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Liczba firm zajmujących się kulturą i rozrywką z problemami w rozliczeniach z bankami i dostawcami wzrosła w minionym roku z 875 do 981, a ich zaległości z 27 do 35 mln zł. W przypadku kin, przeterminowane zobowiązania zwiększyły się z 0,21 do 0,39 mln zł.

zaległości
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Oceniając po przyroście zaległości, poza działalnością związaną z projekcją filmów, w branży kulturalnej największym stopniu ucierpieli w minionym roku reprezentanci działalności artystycznej i literackiej, czyli m.in. pisarze, rzeźbiarze, malarze, niezależni dziennikarze czy rysownicy. Ich przeterminowane zobowiązania podwyższyły się o dwie trzecie, do 9 mln zł. Nie znaleźli się oni jednak na liście przewidzianych do przyznania pomocy z Tarczy finansowej 2.0. Na wsparcie państwa mogą liczyć natomiast kina oraz działalność związana z wystawianiem przedstawień artystycznych i działalność wspomagająca wystawianie przedstawień.

zaległości kin
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK

Zaległości tej pierwszej grupy, czyli artystów, aktorów, muzyków, zespołów muzycznych, tancerzy, piosenkarzy, lektorów i prezenterów podniosły się w ciągu roku o jedną czwartą, do 17,5 mln zł, a reżyserów, producentów, scenografów, projektantów i wykonawców teatralnych dekoracji scenicznych, maszynistów sceny, specjalistów od oświetlenia sceny oraz producentów przedstawień artystycznych o jedną szóstą, do 6,2 mln zł.

Czy wreszcie nadszedł czas, by zacząć odpracowywać straty i spłacać przeterminowane zobowiązania? – Zniesienia ograniczeń z pewnością oczekiwali i konsumenci kultury, i instytucje ją oferujące. Ale możliwość otwarcia tylko na próbne dwa tygodnie, z ograniczeniem zapełnienia dostępnych miejsc do połowy oraz z zakazem sprzedaży przekąsek i napojów, w części przypadków może się okazać większym wyzwaniem niż rzeczywistą szansą na odrobienie utraconych przez pandemię przychodów – mówi Sławomir Grzelczak. – Trudno jednak mówić o powrocie do normalnej aktywności, pandemia przecież wciąż trwa – dodaje.

Badanie zostało zrealizowane przez Maison&Partners, metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna w dniach 11-15 grudnia 2020 r., na ogólnopolskiej, reprezentatywnej pod względem płci, wieku oraz wielkości miejsca zamieszkania próbie Polaków 18+. W badaniu wzięło udział N=1106 osób.

Co dalej z regulacją pracy zdalnej w kodeksie pracy?

Działania antykryzysowe podczas pandemii sprawiły, że pierwszy raz praca zdalna może stać się oficjalną formą zatrudnienia. Chociaż już wcześniej wielu pracowników korzystało z takiej formy wykonywania obowiązków służbowych, nie była ona ujęta w Kodeksie pracy. Teraz – gdy ze względu na ryzyko zakażenia koronawirusem większość biur pracuje w systemie zdalnym lub hybrydowym – pojawiła się paląca potrzeba legislacji tak zwanego “home office”. Prace nad regulacjami, zainicjowane zapisem w jednej z tarcz antykryzysowych, są już w toku. Eksperci wskazują jednak zarówno na pozytywne, jak i negatywne skutki tego procesu. Z danych GUS-u wynika, że w 2020 roku z pracy zdalnej skorzystało tylko około ¼ polskiego rynku pracy. To oznacza, że aż ¾ pracujących Polaków nie może stosować tego mechanizmu – a co za tym idzie, jest bardziej narażone na konsekwencje pandemii, takie jak obniżenie zarobków, bezrobocie i zarażenie koronawirusem.

– Praca zdalna niesie ze sobą wiele konsekwencji. Część z nich została już naukowo zweryfikowana. Wiemy na przykład, że praca zdalna jest ogromnym pożeraczem czasu. W home office pracujemy więcej, mamy więcej spotkań i mniej czasu wolnego – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Okazuje się również, żę praca zdalna pogłębia nierówności społeczne. Analizy Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazały, że ci, którzy mogą pracować na pracy zdalnej, dużo rzadziej tracą zatrudnienie. Z pracy zdalnej mogą bowiem korzystać osoby o dosyć dobrym statusie społecznym – lepiej zarabiające, o lepszym wykształceniu i poziomie życia. Podział społeczny ze względu na możliwość wykonywania pracy zdalnej widać często nawet w pojedynczych firmach – lepiej płatne, kierownicze, kadrowe i administracyjne stanowiska mogą zostać przeniesione do pracy zdalnej, podczas gdy pracownicy produkcji, magazynierzy i dostarczyciele nie mogą sobie na to pozwolić. Praca zdalna ma też swoje dobre strony. Jej upowszechnienie może spowodować rozluźnienie się “baniek” wokół wielkich miast. Osoby mieszkające w mniejszych miejscowościach będą mogły ubiegać się o lepiej płatne stanowiska w dużych firmach, które teraz zarezerwowane są prawie w całości dla mieszkańców metropolii. Możliwość pracy zdalnej pozwoli też młodym rodzicom na skuteczniejszy i mniej skomplikowany powrót do pracy. To rozwiązanie ma więc zarówno dobre, jak i złe strony. Trzeba je dostrzec i odpowiednio uregulować, dlatego niezbędne są przepisy na poziomie Kodeksu pracy – podkreśla Kubisiak.

Deloitte: Podczas noworocznych wyprzedaży najtańsze oferty czekały na klientów pod koniec stycznia

Noworoczne wyprzedaże w większości przypadków skończyły się wraz z końcem stycznia. Sprzedawcy wprowadzają teraz do sklepów nowy asortyment na wiosnę i lato. Jak wynika z najnowszej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ruch cenowy w największych sklepach online w ostatnich dniach stycznia 2021 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2020 roku, wyniósł 2,5 proc., podczas gdy na początku miesiąca było to 3,7 proc. Oznacza to, że wraz z upływem miesiąca obniżki się pogłębiały, a sklepy chciały pozbyć się zalegającego towaru. Jednocześnie przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 20 listopada 2020 (tydzień przed Black Friday) a 29 stycznia 2021 roku analizowali ceny produktów w kategoriach, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy Świąteczne 2020” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e‑commerce noworocznych obniżkach. – W związku z tym, że w tym roku centra handlowe mogły otworzyć się dopiero 1 lutego, o noworocznych wyprzedażach mówiliśmy przede wszystkim w kontekście sklepów internetowych. Z punktu widzenia handlowców jest to bardzo ważny okres w ich kalendarzu, który pozwala na uwolnienie miejsca w magazynach przed wiosennymi i letnimi kolekcjami – mówi Anna Winnicka, menadżer w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki świątecznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Dlatego do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, akcesoria elektroniczne, czekolady, DIY, drony, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, perfumy, planszówki, smart speakers, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Łącznie przeanalizowano około 3,5 tys. cen i przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad tysiąca sklepów online.

Im później, tym taniej

Jak wynika z analizy oferty sklepów internetowych, im dalej od świąt Bożego Narodzenia, tym obniżki były głębsze. I tak 7 i 15 stycznia ok. 30 proc. produktów miało cenę niższą niż w listopadzie, 22 stycznia było to 34 proc., a 29 stycznia już 37 proc. Zwiększał się również udział produktów, których cena spadła o więcej niż 5 proc. – pod koniec stycznia było to 16 proc. produktów, podczas gdy na początku stycznia – 11 proc.

Jednocześnie malał udział produktów, których cena wzrosła. – Na początku stycznia aż 66 proc. produktów było droższych niż w listopadzie. Pod koniec miesiąca wartość ta spadła do 60 proc. Średni ruch cenowy, czyli wzrost cen w porównaniu do cen z listopada, także zmalał – wyniósł 2,5 proc. w porównaniu do 3,7 proc. na początku stycznia – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W całym analizowanym okresie średnie obniżki cen były najwyższe w ostatnich dniach tego miesiąca. 29 stycznia wyniosły one średnio -6,3 proc., w porównaniu do -5,3 proc. na początku stycznia, -4,8 proc. przed świętami i -3,2 proc. podczas Black Friday.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 3,5 tys. cen i porównali ich ruch w okresie przed Black Friday do tego pod koniec stycznia. W ostatnich dniach tego miesiąca 36 proc. z nich było wyższe niż w listopadzie, podczas gdy na początku stycznia było to 34 proc., przed świętami 30 proc., a w Black Friday tylko 15 proc. Jednak – porównując tylko ceny, które obniżono – średnia obniżka pogłębiała się pod koniec stycznia i wyniosła wtedy -8,1 proc., podczas gdy na początku roku było to 7 proc.

Zabawki trzymają poziom cenowy

Podobnie jak w pierwszych dniach nowego roku klienci musieli prześledzić dużo ofert, by znaleźć te naprawdę atrakcyjne. Dotyczy to ponad połowy analizowanych zabawek, których ceny pod koniec stycznia zostały podniesione. I tak zestaw Lego Friends Domek Na drzewie Mii był droższy 29 stycznia niż 20 listopada średnio aż o 71 proc., Lego Friends Letni Basen Heartlake o 26 proc., a Lego 41367 Friends Skoki przez przeszkody Stephanie o 21 proc. Podobnie było z Barbie z tęczowymi włosami, której cena także wzrosła o 21 proc. – Przez cały styczeń ceny zabawek konstrukcyjnych, w tym między innymi klocków, notowały wzrosty. Z kolei z upływem stycznia o 1-2 proc. w dół szły ceny dronów i produktów z kategorii muzyka – mówi Mateusz Mańkowski, konsultant w zespole strategii Deloitte. Eksperci zaobserwowali też podobne ruchy cenowe w kategorii akcesoriów elektronicznych.

Tak samo jak we wcześniejszych edycjach Barometru Świątecznego, kategorie, w których pod koniec stycznia występowały największe różnice w cenach minimalnych i maksymalnych to: gry (122 proc.), akcesoria elektroniczne (114 proc.), akcesoria do smartfonów (108 proc.), perfumy (99 proc.) i planszówki (87 proc.). – Dla klientów oznacza to konieczność dogłębnego zapoznania się z ofertą sklepów, by znaleźć produkt, który u innego sprzedawcy może kosztować dwukrotnie więcej – mówi Mateusz Mańkowski.

Innowacyjne laboratorium zbada przyczepność opon na śniegu. W Polsce 1/3 kierowców jeździ cały rok na letnich

6 milionów Polaków nie zmienia opon na zimowe – wynika z szacunków Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. Czujność kierowców w ostatnich latach uśpiły niezbyt mroźne i suche zimy. Tymczasem Polska charakteryzuje się największą liczbą ofiar na drogach w całej Unii Europejskiej. Zmusić kierowców do zmiany opon z letnich na zimowe może tylko wprowadzenie takiego obowiązku, co zresztą popiera 82 proc. poruszających się po drogach Polaków. Jednocześnie firmy oponiarskie pracują nad coraz lepszą przyczepnością swoich opon w najtrudniejszych warunkach. Służy temu m.in. zaawansowane laboratorium badań nad śniegiem, w którym Goodyear wytwarza modele 3D śniegu i bada je, korzystając z najnowszych technologii.

Badanie nad śniegiem odgrywa istotną rolę w rozwoju technologii oponiarskich. Producenci opon badają właściwości śniegu po to, aby zastosować jeszcze lepsze technologie i rozwiązania. Wszystko to przekłada się na lepsze właściwości jezdne opon, co z kolei istotnie wpływa na komfort jazdy, bezpieczeństwo i zachowanie opony w trudnych warunkach zimowych – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jezierski, kierownik ds. komunikacji w regionie Europy Wschodniej-Północ w Goodyear.

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego w Polsce mamy największą w Unii Europejskiej liczbę ofiar na drogach. Od kilkudziesięciu lat na polskich drogach każdego roku dochodzi do niemal pół miliona wypadków oraz kolizji, w których ginie ponad 3 tys. osób. Jedną z przyczyn tych niechlubnych statystyk może być brak wymiany opon z letnich na zimowe.

Z badań przytaczanych przez PZPO wynika, że aż 1/3 polskich kierowców (6 mln) zimą jeździ na oponach nieprzystosowanych do zimowych warunków. Eksperci podkreślają, że konieczne jest wprowadzenie przepisów nakazujących zmianę opon w zimie. Oczekują tego również sami kierowcy. Według ubiegłorocznych badań Moto Data „Badanie użytkowników samochodów” przytaczanych przez PZPO 82 proc. zmotoryzowanych popiera taki obowiązek.

Raport Komisji Europejskiej wskazuje, że w krajach, w których wprowadzono taki wymóg, średnio o 46 proc. zmalało prawdopodobieństwo wystąpienia wypadków w porównaniu z jazdą na letnich oponach w warunkach zimowych. Liczba śmiertelnych wypadków spadła średnio o 3 proc., ale w niektórych krajach nawet o 20 proc. Testy Auto Express i RAC przytaczane przez PZPO pokazują, że na ośnieżonej drodze przy prędkości 48 km/h auto na oponach zimowych zahamuje o 31 metrów wcześniej niż pojazd na letnich.

– Tylko dobra opona zimowa będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo i komfort prowadzenia samochodu w trudnych warunkach zimowych na zaśnieżonych drogach – podkreśla Paweł Jezierski.

Dlatego najwięksi producenci opon inwestują w badania nad interakcją śniegu i różnego rodzaju mieszanki gum. Goodyear uruchomił  zaawansowane laboratorium badań nad śniegiem, które mieści się w Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.

– W warunkach laboratoryjnych wytwarzamy śnieg o różnych właściwościach i badamy jego tarcie na oponę. Wszystkie wnioski płynące z badań, przy których też stosujemy nowoczesne technologie takie jak modelowanie 3D, sprawiają, że możemy stosować innowacyjne rozwiązania, dopasowywać kształt bieżnika oraz rodzaj mieszanki do właściwości danego śniegu – tłumaczy ekspert Goodyeara.

Choć wydaje się, że śnieg jest zawsze taki sam, to jednak ciągle zmienia swój stan. Poszczególne kryształki zrastają się w punktach styku (tzw. spiekanie), co powoduje przyleganie śniegu do opony. W zależności od warunków śnieg przykleja się do bieżnika w mniejszym lub większym stopniu. O ile suchy puch waży około 30 kg/m³, o tyle ubity śnieg na ziemi już 500 kg/m³, a twardy nawet 800 kg/m³. Na interakcję śniegu i opony wpływają również inne czynniki, m.in. temperatura powietrza czy prędkość, najważniejsze znaczenie ma jednak struktura śniegu.

 Zwarty śnieg pozostaje w rowkach bieżnika, świeży puch niemal całkowicie przykrywa oponę, natomiast twardy i ubity śnieg niemal nie przywiera do opony, stwarza jednak również trudne warunki na drodze – wskazuje Paweł Jezierski. – W praktyce opona zimowa sprawdza się bardzo dobrze, kiedy ma odsłonięte wszystkie krawędzie chwytne, kiedy śnieg nie przywiera do niej. Wtedy liczba rowków ma znaczenie i sprawia, że samochód ma jeszcze lepszą przyczepność.

Im więcej odsłoniętych rowków na oponie, tym bezpieczniej. Istotne znaczenie ma także liczba lameli, czyli nacięć klocków bieżnika, które zwiększają przyczepność. W oponach klasy premium, np. Goodyear UltraGrip 9+, znajduje się 2,5 tys. specjalnie zaprojektowanych lameli.

– O jakości opony zimowej świadczą głównie trzy elementy: specjalna mieszanka bieżnika, dopasowany zimowy bieżnik oraz dodatkowe żłobienia zwane lamelami, które gwarantują dodatkową przyczepność – wymienia ekspert Goodyeara.

Inżynierowie z laboratorium badań nad śniegiem produkują kryształki śniegu w różnych formach. Analizują je za pomocą tomografii mikrokomputerowej i następnie tworzą modele 3D próbek śniegu. W laboratoriach miesza się też różne rodzaje śniegu tak, by odtworzyć warunki panujące na ośnieżonych drogach. W ten sposób sprawdzają tarcie opony, dopasowując mieszanki gumowe, profile i ułożenie lameli. Wyniki badań testowane są przez zawodowych kierowców na zimowych torach Szwajcarii, Skandynawii i Nowej Zelandii.

COVID-19 cofnął postępy w walce z głodem i ubóstwem nawet o 10 lat. Liczba głodujących osób na świecie może drastycznie wzrosnąć

Najbiedniejsze kraje Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej – ze względu na konflikty, kryzysy humanitarne oraz utrudnienia w międzynarodowej wymianie handlowej spowodowane pandemią COVID-19 – pogrążają się w coraz większym ubóstwie. W wielu państwach brakuje podstawowej żywności, a także leków. – Pandemia spowodowała również utratę pracy przez setki milionów ludzi, którzy żyją poniżej granicy ubóstwa, co napędza ruchy migracyjne – mówi dr Wojciech Wilk, prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Eksperci ostrzegają, że ten rok może przynieść największy kryzys humanitarny od kilku dekad.

Z raportu UNICEF na temat stanu bezpieczeństwa żywnościowego i żywienia na świecie wynika, że w 2019 roku niemal 690 mln ludzi cierpiało głód. Problem pogłębia się z roku na rok m.in. na skutek katastrof naturalnych, które niszczą plony, czy konfliktów zbrojnych. W ostatnich 12 miesiącach doszły do tego również skutki pandemii, ograniczeń w handlu i problemów gospodarek na całym świecie. Prognozy autorów raportu mówiły o możliwym wzroście o 130 mln liczby osób niedożywionych. Największa ich liczba mieszka w Azji i Afryce.

Wszystkie kraje na świecie są dotknięte skutkami gospodarczymi pandemii koronawirusa. Setki milionów ludzi zostało z powrotem zepchniętych poniżej granicy ubóstwa. Mówiąc bardziej obrazowo, postęp, który miał miejsce w zakresie zwalczania ubóstwa na świecie, został cofnięty o 5–10 lat ze względu na pandemię. Mamy nadzieję, że sytuacja szybko wróci do normy, ale obecnie setki milionów ludzi znowu potrzebują pomocy żywnościowej i walczą o przetrwanie – informuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Wojciech Wilk.

Pandemia niesie za sobą ogromne niebezpieczeństwo nie tylko większych kryzysów żywnościowych, humanitarnych, ale także coraz większego ubóstwa, które może stać się motorem nowych wojen, konfliktów wewnętrznych i migracji. Jak podaje ONZ, w 2021 roku 235 mln ludzi na całym świecie będzie potrzebowało ochrony i pomocy humanitarnej, co oznacza wzrost o 20 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Z kolei Światowy Program Żywnościowy (WFP) ocenia, że 2021 rok może przynieść największy kryzys humanitarny od czasu powstania ONZ.

Wiele z krajów Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej importuje 50–60 proc., a czasami nawet 80 proc. żywności. Przykładowo Syria sprowadza ponad połowę zboża, które potrzebuje do wypieku chleba. Takie kraje ze względu na konflikty, kryzysy humanitarne oraz gospodarcze spowodowane pandemią COVID-19 już nie mają pieniędzy, żeby importować artykuły spożywcze. Z kolei kraje Afryki, które produkują żywność, mają ogromny problem z eksportem z uwagi na utrudnienia w międzynarodowej wymianie handlowej – wyjaśnia prezes Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej.

ONZ szacuje, że ponad 100 mln ludzi w regionie pasa Sahelu, czyli południowych obrzeży Sahary, rozciągających się od Oceanu Atlantyckiego aż po Morze Czerwone, potrzebuje pomocy żywnościowej. Głód zagraża m.in. mieszkańcom Syrii i Jemenu. Sytuacja gospodarcza w Syrii jest tak zła, że dzieci, zamiast się uczyć, stoją w kilometrowych kolejkach po chleb. Z kolei w Libanie kryzys polityczny i gospodarczy spowodował spadek dochodów rodzin o 80 proc., stąd coraz więcej osób nie stać nawet na zakup żywności.

Pandemia spowodowała, że setki milionów ludzi straciły pracę. Dodatkowo w Afryce Zachodniej funkcjonuje plotka mówiąca o tym, że ze względu na liczbę zmarłych na COVID-19 w Europie Zachodniej są tu wolne miejsca pracy, które czekają na migrantów z Afryki. Ta plotka napędza kolejny ruch migracyjny, rodzący się w bardzo gęsto zaludnionej Afryce Zachodniej – w kierunku Europy. Ze względu na blokady na szlakach migracyjnych postawionych przez Algierię i Maroko bardzo wielu migrantów dociera obecnie na Wyspy Kanaryjskie, gdyż szuka szansy na lepsze życie w Europie – tłumaczy dr Wojciech Wilk.

Eksperci przewidują, że drugi ruch migracyjny ruszy z krajów Bliskiego Wschodu. Coraz więcej osób z Libanu i Syrii dociera do wybrzeży Cypru, który dotychczas nie doświadczył kryzysu migracyjnego. Trzeci ruch migracyjny możliwy jest z Afryki Wschodniej. Sudan znajduje się w stanie rewolucji oraz w bardzo poważnym kryzysie gospodarczym. Mieszkańcy przemieszczają się z Chartumu do Libii i dalej do Włoch. Natomiast z Etiopii napływają informacje o walkach zbrojnych oraz masakrach ludności cywilnej, często w odległych zakątkach kraju.

Kraje dotknięte głodem potrzebują motoru wzrostu, aby gospodarka mogła funkcjonować jak dobrze pracujący silnik – generować dodatkowe środki, pracę i dobrobyt dla ludności. Jeżeli coś w ich gospodarce zaczyna szwankować, a np. pojawiają się wielotygodniowe lockdowny, wszystko się psuje, ludzie tracą pracę i funkcjonują poniżej granicy ubóstwa – komentuje prezes PCPM.

To problem także dla krajów, które w dużej mierze zależą od turystyki. Przez ograniczenia w podróżowaniu problemy dotkliwie odczuwają m.in. Egipt, Jordania czy Kenia. W wyniku pandemii straciły one turystów, setki milionów dolarów dochodu oraz ogromną liczbę miejsc pracy.

W wielu krajach Azji, Afryki czy Bliskiego Wschodu z jednej osoby pracującej w turystyce żyły czasami całe rodziny. Nie mówimy więc tylko o pojedynczych osobach zatrudnionych w turystyce, które straciły dochód, ale mówimy o ich większych rodzinach, czasami idących w dziesiątki osób – wyjaśnia dr Wojciech Wilk.

Reforma Kodeksu spółek handlowych jeszcze w tym kwartale może trafić do Sejmu. To największy od 20 lat projekt zmian w prawie gospodarczym

0

– Jeszcze w tym kwartale do Sejmu powinien trafić projekt największej jak dotąd reformy Kodeksu spółek handlowych – informuje Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych. Dokument został skierowany na Komitet Stały przy Radzie Ministrów. Największa od 20 lat nowelizacja prawa gospodarczego ma m.in. ułatwić działalność spółkom kapitałowym i zapewnić radom nadzorczym nowe narzędzia kontrolne. Po jej uchwaleniu największe polskie grupy zyskają też nowe instrumenty do bardziej efektywnego zarządzania swoimi spółkami zależnymi.

– Podstawowym celem reformy Kodeksu spółek handlowych jest uproszczenie prawa i zmiana otoczenia regulacyjnego tak, aby służył on ponad 400 tys. polskich spółek kapitałowych, a więc spółek z ograniczoną odpowiedzialnością i akcyjnych. Jasne i czytelne prawo gospodarcze to jest dobry partner dla polskiego biznesu. Chodzi o to, żeby przedsiębiorcy nie marnowali pieniędzy i czasu na interpretację przepisów prawnych, ale mogli się rozwijać – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych, pełnomocnik rządu ds. reformy nadzoru właścicielskiego nad spółkami Skarbu Państwa.

Jak ocenia, projekt największej od 20 lat reformy Kodeksu spółek handlowych powinien trafić do Sejmu jeszcze przed końcem tego kwartału. Ministerstwo poinformowało, że równo rok po rozpoczęciu prac nad zmianami i powołaniem Komisji ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego dokument trafił już na Komitet Stały przy Radzie Ministrów.

– Reforma po raz pierwszy wprowadzi do polskiego porządku prawnego przepisy dotyczące zgrupowania spółek, tzw. prawa koncernowego, holdingowego. Sprawne zarządzanie holdingami – zarówno kierowanymi przez Skarb Państwa, jak i holdingami prywatnymi czy np. zespołami spółek start-upowych i gamingowych – jest ważne szczególnie w pandemii koronawirusa, kiedy mamy do czynienia z wieloma akwizycjami na rynku kapitałowym – mówi wiceminister aktywów państwowych. – To są nowoczesne przepisy znane z innych państw Unii Europejskiej, które pozwolą jeszcze szybciej rozwijać się polskim holdingom, ale również przyciągną być może nowych inwestorów ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Holandii czy Niemiec.

Reforma KSH wprowadzi po raz pierwszy definicję grupy spółek, którą będą tworzyć spółka dominująca oraz spółki od niej zależne, kierujące się wspólną strategią gospodarczą i wspólnym interesem. Do tej pory ujęte w KSH stosunki wzajemne zależności i dominacji stanowiły bowiem utrudnienie w bieżącej działalności grup kapitałowych.

 Dotąd realizowanie wspólnej strategii biznesowej w ramach całego holdingu niosło ze sobą ryzyka prawne, ponieważ zgodnie z prawem zarządy i rady nadzorcze spółek kapitałowych muszą pracować wyłącznie na rzecz swojego podmiotu. Tymczasem nie zawsze spółki córki czy spółki wnuczki będą realizować to, co jest dobre dla całej grupy. Dlatego aby móc realizować wspólną strategię biznesową, potrzebne jest oprzyrządowanie i bezpieczeństwo prawne. W praktyce jeżeli grupa zechce integrować np. kwestie dotyczące zakupów, projektów IT albo flot samochodowych, wówczas spółka matka będzie mogła wydać tzw. polecenie wiążące wszystkim innym spółkom z grupy, które będą zobowiązane realizować jej strategię – wyjaśnia Janusz Kowalski.

Reforma KSH ma m.in. wzmocnić pozycję rad nadzorczych. Zyskają one nowe uprawnienia, np. możliwość powoływania własnych, niezależnych ekspertów, którzy pomogą jej ocenić sytuację spółki i efekty strategii przyjętej przez zarząd.

– Chcemy wprowadzić do polskiego KSH instytucję doradcy, a więc osoby lub podmiotu wynajętego dla oszacowania określonej, bardzo specjalistycznej kwestii w kontekście nadzoru rady nadzorczej nad zarządem spółki kapitałowej. Przykładowo w przypadku akwizycji realizowanej na rynku międzynarodowym rada nadzorcza – wynajmując swojego doradcę – będzie mogła ocenić, czy działanie zarządu w tym obszarze jest prawidłowe. Podobnie realizując jakiś specjalistyczny projekt związany z IT, rada nadzorcza będzie mogła zakontraktować doradcę, który oceni, czy jego założenia są dobre dla spółki kapitałowej – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Podkreśla też, że rząd wyciągnął wnioski z głośnej afery GetBacku sprzed blisko trzech lat, w której blisko 10 tys. poszkodowanych mogło stracić nawet 2,5 mld zł. Reforma Kodeksu spółek handlowych ma zawierać rozwiązania, które pozwolą na lepszy nadzór i zapobiegnięcie takim sytuacjom na przyszłość.

Zarząd będzie zobowiązany przekazywać na bieżąco informacje o swojej działalności i planach do rady nadzorczej, która nie będzie mogła się już zasłonić tym, że czegoś nie wiedziała, o czymś nie była poinformowana. Takie działanie na pewno zwiększy efektywność nadzorów i dla inwestorów prywatnych, i dla Skarbu Państwa – mówi Janusz Kowalski.

Prace nad reformą KSH były prowadzone od lutego ubiegłego roku w ramach Komisji ds. Reformy Nadzoru Właścicielskiego we współpracy z ekspertami i przedsiębiorcami. W wyniku konsultacji publicznych do MAP spłynęło ponad 800 uwag i komentarzy. Zespoły eksperckie nadal pracują nad dalszymi zmianami, np. dotyczącymi reformy obowiązków informacyjnych spółek kapitałowych czy wykorzystania nowych technologii  w prawie handlowym.

– Kiedy zapytamy przedsiębiorców i potencjalnych inwestorów o to, jakie warunki muszą być spełnione, żeby zainwestować w Polsce, to większość z nich na pierwszym miejscu wymienia jasne regulacje prawne i stabilność prawa – mówi wiceminister aktywów państwowych. – Wszelkiego rodzaju zmiany, które są korzystne dla biznesu, zostaną dobrze przyjęte przez polskich przedsiębiorców. Po konsultacjach publicznych zmieniliśmy wiele pierwotnie projektowanych zapisów. Chcemy, aby nasz Kodeks spółek handlowych był najlepszym i najnowocześniejszym tego typu dokumentem w Europie.

Hotele wznawiają działalność. Turyści masowo rezerwują pobyty weekendowe, ale muszą się liczyć ze wzrostem cen

– Proszę się nie dziwić, że czasami ceny mogą być wygórowane. Hotelarze chcą w jakiś sposób odrobić straty, naturalnie zdroworozsądkowo – mówi Adam Latek, członek Polskiej Izby Hotelarzy. Otwarcie hoteli i pensjonatów od 12 lutego już w pierwszy weekend przyciągnie osoby świętujące walentynki, a w góry ruszą fani zimowych sportów, bo stoki również wznawiają działalność. Hotelarze widzą już zwiększoną liczbę rezerwacji także na kolejne weekendy, również na Dzień Kobiet czy Święta Wielkanocne. Już w tej chwili turyści wybierający się w najbliższych dniach w góry mogą mieć kłopot ze znalezieniem wolnych kwater.

Od 28 grudnia ub.r. hotele i inne miejsca noclegowe pozostają zamknięte nawet dla gości podróżujących służbowo. Decyzją rządu od piątku 12 lutego mogą wznowić działalność, ale tylko do 50 proc. obłożenia miejsc noclegowych i z zachowaniem ścisłego reżimu sanitarnego.

– Jesteśmy z tej decyzji zadowoleni, ale czekamy na otwarcie gastronomii. Bez niej cała gastronomia hotelowa będzie odbywać się na zasadzie room service’u, czyli każde zamówienie, śniadania, obiadokolacje czy lunche będą serwowane wyłącznie do pokojów. To będzie niesamowita operacja logistyczna, żeby 50, 90 czy 110 takich zamówień dostarczyć na czas. Na szczęście goście wiedzą i są na tyle wyrozumiali, że na śniadanie mogą dłużej poczekać – mówi agencji Newseria Biznes Adam Latek, członek Polskiej Izby Hotelarzy, właściciel Latek Hotels.

Hotelarze podkreślają, że są przygotowani na nowy reżim sanitarny, ale liczą, że rząd pozwoli także na otwarcie gastronomii i hotelowych restauracji, z których czerpią też istotną część przychodów.

 Wszystkie procedury są przez hotelarzy ściśle przestrzegane, czyli m.in. dezynfekcja, maseczki, dystans i odległość między stolikami, bo mamy nadzieję, że z początkiem marca otworzy się też gastronomia. Na ten krok też jesteśmy przygotowani – zapewnia Adam Latek. – Pokoje po każdym gościu są dezynfekowane, każda osoba pracująca w obiekcie hotelowym jest przeszkolona i podczas serwisu, opieki nad gościem zachowuje pełny reżim sanitarny. Pod tym względem można dziś śmiało przyrównać hotele do szpitali, bo jeśli chodzi o czystość sanitariatów, pokoi, odkurzanie, odświeżanie etc., wszystko jest na takim samym poziomie. 

Zgodnie z danymi GUS w połowie ubiegłego roku baza noclegowa w Polsce wynosiła 10 291 obiektów, z których większość (2149) stanowiły właśnie hotele. W obiektach noclegowych w Polsce funkcjonuje około 7195 placówek gastronomicznych (pomiędzy lipcem 2019 a lipcem 2020 roku ubyło ich aż 774), z których prawie połowę stanowią właśnie hotelowe restauracje (3134), a następnie bary i kawiarnie (1979).

Rentowność hoteli przy 50-proc. obłożeniu zależy od tego, jak duży jest obiekt. Jeśli przy stu pokojach połowa jest zajęta, to wystarczy na pokrycie kosztów stałych i poniekąd odrobienie strat – mówi członek Polskiej Izby Hotelarzy. – Te 50 proc. to takie minimum, które pozwoli nam w miarę funkcjonować.

Jak wskazuje, otwarcie hoteli i pensjonatów przypadające tuż przez wypadającymi 14 lutego walentynkami spowodowało zwiększone zainteresowanie podróżnych.

 Z racji weekendu walentynkowego ta aktywność rezerwacyjna rzeczywiście była bardzo zauważalna. Ale turyści rezerwują również późniejsze terminy na pakiety romantyczne, rehabilitacyjne czy pobyty seniora. Wiele osób będzie mogło wyjechać z dziećmi i skorzystać wreszcie z bonu turystycznego – mówi Adam Latek.

Na szybką rezerwację pobytu w hotelu powinni zdecydować się zwłaszcza ci, którzy planują wyjazd w góry. Śnieżna zima i ponowne otwarcie stoków narciarskich sprawiły bowiem, że hotele w górskich kurortach cieszą się w tej chwili sporym zainteresowaniem.

– W innych regionach Polski z dostępem nie ma na razie problemu, choć kolejne weekendy też są już w jakimś procencie pozajmowane. Na pewno turystom, którzy chcą mieć wybór i rezerwować następne weekendy – przypadające w Dzień Kobiet czy Wielkanoc – sugerowałbym podejmowanie decyzji już teraz. Nie ukrywamy, że zainteresowanie rezerwacjami weekendowymi jest dość spore – mówi właściciel Latek Hotels.

Jak wskazuje, turyści muszą liczyć się jednak ze wzrostem cen, bo po miesiącach lockdownu i zamrożenia działalności hotelarze będą chcieli odrobić choć część poniesionych strat.

– Proszę się nie dziwić, że czasami te ceny mogą być wygórowane. Hotelarze w jakiś sposób chcą odrobić straty, ale naturalnie zdroworozsądkowo. Aczkolwiek z drugiej strony nie oczekujmy, że obiekt hotelowy będzie wynajmował za pół ceny, bo to już naprawdę byłoby dla hotelarzy gwoździem do trumny – mówi Adam Latek.

Branża hotelowa, podobnie jak cała HoReCa, jest jedną z tych, które na pandemii COVID-19 ucierpiały najdotkliwiej. Już w połowie roku przedstawiciele Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego prognozowali, że do końca roku obostrzeń może nie przetrwać 20 proc. hoteli. Także tegoroczne ferie zimowe okazały się dla nich straconym sezonem. Z danych KRD wynika, że w całym ubiegłym roku zadłużenie branży HoReCa zwiększyło się aż o 33 proc.

Ubezpieczyciele coraz chętniej sięgają po sztuczną inteligencję czy blockchain. Pandemia koronawirusa przyspieszyła rozwój branży insurtech

Polska branża ubezpieczeń staje się coraz bardziej innowacyjna. W porównaniu z pozostałymi krajami UE nasz rynek nie tylko nie odstaje od nich, ale też często jest pionierem, podobnie jak ma to miejsce w bankowości. Obecnie wykorzystuje się praktycznie wszystkie nowoczesne technologie związane z przetwarzaniem danych i komunikacją, takie jak sztuczna inteligencja czy blockchain. Dzięki wprowadzaniu cyfrowych rozwiązań firmy ubezpieczeniowe uzyskują możliwość całkowitej zmiany swojego modelu biznesowego, a także doświadczeń klientów, partnerów czy pracowników. Mogą również ograniczać swoje koszty poprzez optymalizację procesów związanych z likwidacją szkód czy sprzedażą ubezpieczeń.

– Branża ubezpieczeniowa wydaje się stosunkowo innowacyjnym rynkiem. Patrząc na to, jak wyglądały zmiany na rynku finansowym w ostatnich latach, widać, że podąża tym samym tropem, co bankowość. Natomiast z drugiej strony technologie, które są wykorzystywane przy wprowadzaniu innowacji, obecnie są znacznie dojrzalsze. Dotyczy to zarówno sztucznej inteligencji i blockchainu, jak również technologii związanych z kanałami dystrybucji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Romuald Paprzycki, prezes zarządu i współzałożyciel Minte.ai.

Jak wynika z raportu Polskiej Izby Ubezpieczeń i firmy Accenture, już w 2018 roku aż 62 proc. konsumentów było zadowolonych z przebiegu procesów wspieranych przez sztuczną inteligencję i doceniało korzyści płynące z nowoczesnych technologii. W ciągu ostatnich dwóch lat świat ubezpieczeń jeszcze bardziej zainwestował w tę warstwę technologiczną.

Jednym z głównych celów wykorzystania technologii i budowania insurtechów przez firmy ubezpieczeniowe jest zmniejszenie dystansu pomiędzy nimi a klientem. Zanim ubezpieczyciele zaczęli korzystać z innowacyjnych rozwiązań, zakres interakcji ograniczał się wyłącznie do dwóch aspektów – podpisania umowy, a następnie w przypadku zaistnienia szkody do realizacji zapisów zakupionej przez klienta polisy. To czasem nie pozwalało na długotrwałą współpracę czy choćby pozostawienie u klienta pozytywnych doświadczeń z tej interakcji. Zmienić to mogą właśnie nowoczesne technologie.

– Branża ubezpieczeniowa wykorzystuje praktycznie wszystkie nowoczesne rozwiązania związane z przetwarzaniem danych i komunikacją. W ramach sztucznej inteligencji mogą one dotyczyć komunikacji z klientem, rozpoznawania wniosków, również analizy szkodowości czy przeciwdziałania nadużyciom. Blockchain pozwala na bezpieczną wymianę danych lub stworzenie np. sejfu czy miejsca, gdzie mamy zebrane wszystkie swoje polisy ubezpieczeniowe, łącznie z dokumentacją medyczną. Inne technologie, takie jak telematyka oraz internet rzeczy, pozwalają na dokładniejsze dostosowanie oferty firm ubezpieczeniowych do potrzeb ich klientów, a w szczególności na pokonanie bariery sprzedaży ubezpieczeń, kiedy firma ubezpieczeniowa ma kontakt ze swoim klientem dwukrotnie – wymienia ekspert.

Dzięki nowym technologiom firmy ubezpieczeniowe mogą ograniczać swoje koszty poprzez optymalizację procesów związanych zarówno z likwidacją szkód, jak i sprzedażą ubezpieczeń. Wykorzystywane są tam również narzędzia z obszaru robotyki, gdzie zadania standardowe wykonywane przez pracowników firm mogą być zautomatyzowane za pośrednictwem np. Robotic Process Automation. Także w Polsce zaczynają działać insurtechy ułatwiające ocenę merytoryczną szkody samochodowej czy osobowej. Ponadto sztuczną inteligencję wykorzystuje się do szacowania ryzyka. Dotychczas to zadanie wykonywali w firmach ubezpieczeniowych specjaliści zwani aktuariuszami.

Pandemia koronawirusa przyspieszyła i jeszcze bardziej ustandaryzowała te procesy.

– Wiele technologii było dostępnych już wcześniej, takich jak identyfikacja biometryczna czy telemedycyna. Natomiast pandemia pozwoliła firmom pokonać barierę mentalną przed wprowadzaniem i wykorzystaniem tych technologii. Można np. spojrzeć na to, co się dzieje przy wykorzystaniu chmury obliczeniowej, dużych zbiorów danych czy zawieraniu polisy na odległość – wskazuje Romuald Paprzycki.

Polski skaner 3D pozwoli wyjątkowo precyzyjnie odwzorować sylwetkę człowieka. Dzięki mobilności może znaleźć zastosowanie w wielu branżach

Skanery 3D ciała człowieka znalazły już zastosowanie w przemyśle odzieżowym, medycznym czy branży fitness. Stają się kluczowym narzędziem do uzyskiwania cennego wglądu w ludzkie ciało – od niestandardowych protez czy drukowanych figurek po doskonale dopasowane ubrania i realistyczne awatary z gier. Opracowany przez Polaków skaner sylwetki człowieka HUBO, dzięki fotogrametrii i technologii lidarowej, pozwala uzyskać obraz z dokładnością nie gorszą niż 1,5 mm. W przyszłości znajdzie zastosowanie nie tylko w przemyśle, będzie też alternatywą dla tradycyjnej fotobudki.

– Skaner sylwetki człowieka HUBO to zautomatyzowane rozwiązanie, które umożliwia w stosunkowo krótkim czasie uzyskanie dokładnego modelu sylwetki człowieka. Jest to rozwiązanie mobilne, co ułatwia transport – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Maciej Trojnacki, pomysłodawca skanera i prezes EDUROCO. – HUBO pozwala zebrać serię zdjęć bądź dane z lidara i na tej podstawie jest tworzona chmura punktów i bryłowy model 3D sylwetki człowieka.

Skanery 3D stają się kluczowym narzędziem do uzyskiwania cennego wglądu w ludzkie ciało. Pojawienie się technologii otworzyło nowe możliwości w wielu branżach, m.in. w opiece zdrowotnej, fitness czy odzieżowej. Skaner pozwala szybko i dokładnie uchwycić ludzkie ciało w trzech wymiarach i uzyskać dane o kształcie czy proporcjach. Początkowo technologia została wprowadzona w odpowiedzi na rosnące potrzeby przemysłu odzieżowego, ale obecnie jest szeroko stosowana w wielu dziedzinach.

Częstym problemem są jednak niezbyt dokładne skany. Opracowany przez Polaków skaner HUBO skalę błędów zmniejsza do minimum.

– Mamy losowo wybranych 100 punktów pomiarowych na naszej sylwetce i liczymy dla nich błąd względem wzorca. Tym wzorcem jest bardzo dokładny skan sylwetki i mając błędy policzone dla 100 punktów, liczymy odchylenie standardowe. Ostatecznie błąd to wartość średnia tych błędów i odchylenie standardowe. W projekcie jako wymóg przyjęliśmy, że musimy uzyskać dokładność 1,5 mm, natomiast na etapie demonstratora udało nam się uzyskać znacznie lepszy wynik. Będziemy pracować nad dalszym zwiększeniem dokładności oraz czasu skanowania, jak i przetwarzania danych – podkreśla Maciej Trojnacki.

Dostępnych jest wiele skanerów 3D, które wykorzystują technologię laserową lub światło strukturalne do tworzenia pliku 3D. Niektóre skanery lepiej nadają się do określonych zastosowań, np. część nadaje się do digitalizacji małych obiektów z bliskiej odległości, podczas gdy inne lepiej digitalizują duże obiekty ze średniej i dużej odległości. Skanery różnią się rozdzielczością i dokładnością, mogą wykorzystywać własne zastrzeżone oprogramowanie i typy plików.

Większość skanerów 3D jest laserowych. Wykorzystują proces triangulacji trygonometrycznej, gdzie co najmniej dwa lasery są oświetlane w punkcie obiektu, po czym kąty odbitych wiązek są rejestrowane przez jeden lub więcej czujników. W ten sposób można stworzyć mapę powierzchni skanowanego obiektu. Po zakończeniu skanowania 3D pobiera się wymiary, takie jak odległość czy kąt.

– Na tę chwilę dokładnie przetestowaliśmy fotogrametrię i teraz testujemy technologie lidarowe. Mamy już za sobą ponad rok prac nad projektem, zwłaszcza prace konstrukcyjne, nad oprogramowaniem. Udało nam się pozytywnie zweryfikować tę technologię w badaniach laboratoryjnych z udziałem ludzi – zaznacza ekspert.

Urządzenie sprawdzi się w branży fitness, gdzie pozwoli szybko i dokładnie zmierzyć postępy w ćwiczeniach, może je też stosować branża modowa – dzięki skanowi nie trzeba będzie mierzyć ubrań, sztuczna inteligencja sama oceni kształt ciała i dobierze odpowiednie ubrania. Zastosowań jest jednak znacznie więcej.

– Z marszu możemy wdrożyć to rozwiązanie w branży edukacyjnej i rozrywkowej oraz jako ogólnodostępną usługę skanowania i druku 3D. Planujemy także opracować skanobudkę, czyli alternatywę dla fotobudek, co byłoby ogólnodostępną usługą, w pełni zautomatyzowaną. Natomiast wdrożenie tego rozwiązania w branży odzieżowej czy fitness wymaga opracowania dedykowanego oprogramowania – ocenia Maciej Trojnacki.

Skaner polskiej firmy może wejść do użytku już we wrześniu 2021 roku.

– W grudniu zakończyliśmy badania laboratoryjne oraz z udziałem ludzi. W tym momencie prowadzimy prace nad prototypem, są one związane przede wszystkim ze zwiększeniem szybkości przetwarzania tak, żeby uzyskać jak najszybciej model 3D sylwetki człowieka. Pracujemy też nad testowaniem i implementacją alternatywnych czujników, w szczególności lidarów – mówi prezes EDUROCO.

PE o social mediach: samoregulacja to za mało, potrzebne są przepisy

Media społecznościowe wymagają ram prawnych ograniczających ich potencjalnie negatywny wpływ na funkcjonowanie demokracji i zachodzące w Europie procesy społeczne. Przepisy te muszą jednak gwarantować poszanowanie wolności wypowiedzi oraz innych praw podstawowych i nie mogą prowadzić do ustanowienia cenzury – mówili europarlamentarzyści w trakcie środowej debaty w PE na temat social mediów.
Debata na temat platform mediów społecznościowych w europarlamencie była istotnym punktem trwającej od wielu miesięcy wewnątrzunijnej debaty o potrzebie wypracowania przejrzystych regulacji dotyczących cyfrowych koncernów. W UE trwają prace nad dwoma fundamentalnymi dla tego rynku aktami prawnymi: ustawą o usługach cyfrowych (DSA) i ustawą o rynkach cyfrowych (DMA). Mają one zdefiniować zasady dotyczące platform oraz zapewnić rozwiązania służące zwalczaniu szkodliwych lub nielegalnych treści w internecie, takich jak dezinformacja.

Uczestniczący w dyskusji europosłowie zgodzili się co do zasady, że przestrzeń cyfrowa nie może być regulowana wyłącznie poprzez wewnętrzne wytyczne komercyjnych platform i wymaga przejrzystych ram prawnych, które z jednej strony będą umożliwiały walkę z wszelkimi nadużyciami, w tym dezinformacją czy mową nienawiści, z drugiej zaś zagwarantują poszanowanie praw podstawowych.

Dragoş Tudorache (Rumunia) stwierdził, że rozróżnienie pomiędzy światem wirtualnym i realnym jest niezasadne, ponieważ istnieje „tylko jeden świat, w którym musimy chronić prawa naszych obywateli w takim samym stopniu online jak offline”. Podkreślił przy tym konieczność bliższej współpracy pomiędzy państwami demokratycznymi a platformami mediów społecznościowych w tym względzie, a także zwrócił uwagę na potrzebę przeciwstawienia się agresywnym działaniom Chin i Rosji w cyberprzestrzeni. „Musimy wykorzystać cały potencjał naszego dyplomatycznego arsenału, by chronić prawa naszych obywateli i nasz styl życia”.

Marina Kaljurand z Estonii zwracała uwagę, że obecne możliwości zwalczania dezinformacji i mowy nienawiści w sieci są dalece niewystarczające, „by zapobiegać atakom na naszą demokrację”. Argumentowała, że „po zamieszkach na Kapitolu cena niereagowania na dezinformację i mowę nienawiści w internecie jest jasna dla nas wszystkich”.

Również Annalisa Tardino (Włochy) podkreślała potrzebę stworzenia jasnych reguł wobec internetowych gigantów, których działania „mają wpływ na świat realny”. Jej zdaniem decyzji dotyczących tego, co można, a czego nie można publikować w internecie nie należy pozostawiać w gestii komercyjnych platform i stosowanych przez nie arbitralnie zasad. „To jest zadanie dla prawodawców (…) UE musi chronić wolną i demokratyczną debatę w mediach społecznościowych” – stwierdziła.

Według Alexandry Geese (Niemcy) pozostawienie w rękach gigantów rynku cyfrowego prawa do arbitralnego podejmowania decyzji dotyczących potencjalnie szkodliwych treści „nie jest (właściwą – PAP) opcją dla demokracji”. Jej zdaniem rozwiązaniem problemów wynikających z obracania przez wielkie firmy rynku cyfrowego danymi osobowymi setek milionów osób jest „zakazanie inwigilacyjnego modelu biznesu”. Jako pierwszy krok w tym kierunku Geese wskazała wprowadzenie zakazu profilowania (targetowania) reklam.

„Musimy położyć kres cyfrowemu Dzikiemu Zachodowi” – powiedziała wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova.

Zabierający głos w debacie europosłowie zwracali również uwagę na zagrożenia dla wolności słowa wynikające z aktualnego modelu funkcjonowania mediów społecznościowych.

„W internecie wolność (…) nie może się kończyć tam, gdzie postanowią szefowie wielkich platform (…). Treści nie mogą być cenzurowane bez decyzji sędziów… Cenzura nigdy nie jest rozwiązaniem” – podkreślała Anne-Sophie Pelletier (Francja).

Z kolei Geert Bourgeois (Belgia) mówił, że „wolność słowa musi być naszym punktem wyjścia (…) Są państwa, w których zakaz cenzury jest wpisany do konstytucji – niech tak będzie również w UE”.

„Oczekujemy od platform internetowych wzięcia udziału we wspólnej walce, ale to demokratyczne instytucje, nasze prawodawstwo, nasze sądy powinny ustalić reguły gry, zdefiniować, co jest legalne, a co nie, co powinno zostać usunięte (z sieci – PAP), a co nie” – stwierdziła przemawiająca w imieniu portugalskiej prezydencji Rady Unii Europejskiej Ana Paula Zacarias.

Polsko-amerykański startup AI Clearing pozyskał finansowanie na rozwój technologii do nadzoru prac budowlanych

– AI Clearing, polsko-amerykański startup oferujący oparte na sztucznej inteligencji rozwiązania do monitorowania prac budowlanych, pozyskał 2 mln dolarów finansowania od funduszy venture capital. Nowe środki przeznaczy na dalszy rozwój technologii i ekspansję rynkową.

W rundzie finansowania typu seed liderem był Tera Ventures, globalny fundusz VC inwestujący w cyfrowe startupy. Uczestniczyły w niej także fundusze Inovo Venture Partners oraz Innovation Nest.

Polscy inżynierowie z AI Clearing opracowali narzędzie, które przy użyciu sztucznej inteligencji analizuje materiał zdjęciowy i wideo, na przykład pozyskany z dronów, i porównuje go z dokumentacją projektową z programów CAD i BIM. Dzięki temu menedżerowie zarządzający dużymi projektami infrastrukturalnymi takimi jak drogi na bieżąco mają wgląd w przebieg prac i mogą ocenić ich zgodność z projektem i założonym harmonogramem.

Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z nawet najmniejszym projektem budowlanym, wie, jak łatwo o błąd i niezgodność z projektem. W przypadku dużych projektów infrastrukturalnych ryzyko, że coś pójdzie nie tak jest jeszcze większe i zdecydowanie bardziej kosztowne – powiedział Michał Mazur, prezes i współtwórca AI Clearing.

Wartość globalnego rynku monitorowania prac budowlanych szacuje się na 49 mld dolarów rocznie. Obecnie większość czynności związanych z kontrolowaniem, czy prace przebiegają zgodnie z planem odbywa się ręcznie. Jest to żmudny i czasochłonny proces, obarczony dużym ryzykiem pomyłki. Błędy wykonawcze i opóźnienia wynikające z konieczności wykonania napraw powodują, że jedna czwarta projektów budownictwa infrastrukturalnego kończy się sporami sądowymi. To zwiększa koszt projektu infrastrukturalnego o średnio 43 mln dolarów.

Nasza platforma analityczna pozwala klientom wykrywać błędy wykonawcze na wczesnym etapie i od razu je korygować. To duża oszczędność czasu i mniejsze koszty – powiedział Adam Wiśniewski, CTO i współtwórca AI Clearing. – Biorąc pod uwagę, że usuwanie błędów wykonawczych pochłania około 4-8 proc. budżetu projektu budowlanego, pole do redukcji kosztów jest naprawdę duże – dodał.

Z rozwiązań opracowanych przez AI Clearing korzystają już największe na świecie firmy budowlane. Wśród nich jest PCL Construction, jeden z dziesięciu największych wykonawców budowlanych w USA, oraz największa na świecie grupa budowlana Vinci.

AI Clearing działa w obszarze, który jest wręcz idealny do zastosowania sztucznej inteligencji i w sektorze, który pozostaje w tyle, jeśli chodzi o wykorzystanie zautomatyzowanych rozwiązań do zarządzania złożonymi projektami – powiedział James McDougall, partner w Tera Ventures. – AI Clearing jest liderem rozwiązań w tym obszarze i wierzymy, że pozyskane od nas środki pomogą mu umocnić tę pozycję – dodał.

W ostatnich latach sektor budowlany gromadzi coraz większe ilości cyfrowych danych przestrzennych, które wykorzystywane są w zarządzaniu procesem projektowym i inwestycyjnym. Rozwiązania opracowane przez AI Clearing pozwalają w większym stopniu wykorzystywać potencjał dostępnych już danych. O ile człowiek jest w stanie przeanalizować zaledwie część informacji, platforma AI Clearing niemal w 100 proc. wykorzystuje ich potencjał. Analiza jest też znacznie szybsza. To, co ekspertowi zajęłoby około trzech tygodni, narzędzie AI Clearing jest w stanie przeanalizować w ciągu trzech godzin.

W opublikowanym ostatnio raporcie „Rise of the platform era: The next chapter in construction technology” firma konsultingowa McKinsey napisała, że dynamiczny rozwój firmy technologicznych działających w branży budowlanej napędzają inwestorzy finansowi i strategiczni, a pandemia tylko przyśpieszyła ten proces. Zdaniem ekspertów z McKinsey platformy analityczne to jeden z najbardziej interesujących obszarów w ConstructionTech.

W przeciwieństwie do innych rozwiązań, którym się przyglądaliśmy, AI Clearing oferuje analizę danych właściwie w czasie rzeczywistym i bez udziału człowieka. I to są te przewagi, które zadecydowały, że zdecydowaliśmy się zainwestować – powiedział Maciej Małysz, partner w Inovo Venture Partners. – Klienci nie muszą poświęcać ani chwili na analitykę. Otrzymują gotowy raport – dodał.

Przedsiębiorcy korzystają z uproszczeń przepisów. Firmy stawiają na restrukturyzację

Coraz większą popularnością cieszy się wprowadzona przez tarczę antykryzysową procedura uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu. Przedsiębiorcy jednak mają coraz mniej czasu, aby z niej  skorzystać. Według obowiązującego stanu prawnego jest to możliwe tylko do końca czerwca tego roku. Krajowe spółki decydują się więc na dynamiczny proces restrukturyzacji.

Opublikowany 1 lutego br. raport MGW CCG „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych” pokazuje, że w dobie koronawirusa polskie przedsiębiorstwa coraz chętniej korzystają z narzędzi, jakie zapewniają im obowiązujące przepisy prawa restrukturyzacyjnego.

W ciągu ostatnich lat zainteresowanie przedsiębiorców postępowaniami układowymi kształtowało się na stałym poziomie. Od początku 2018 do połowy 2020 roku liczba kwartalnie otwieranych postępowań cały czas utrzymywała się w przedziale między 100 a 130. Sytuacja uległa zmianie dopiero w III kwartale 2020 roku, gdy odnotowano wzrost do 215 postępowań. Tendencja umocniła się z kolei w IV kwartale, kiedy otwarto ich aż 305.

Początek wzrostu ilości postępowań restrukturyzacyjnych zbiegł się z dwoma wydarzeniami. Pierwsze z nich to wprowadzenie w II kwartale 2020 roku poważnych ograniczeń działalności gospodarczej związanych z epidemią, drugim jest wprowadzenie możliwości otwierania przez przedsiębiorców uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu. Trudno przesądzić, który czynnik miał większy wpływ na zwiększenie ilości postępowań, jednak niezaprzeczalnym faktem jest, że zarówno wzrosła ilość podmiotów gospodarczych w trudnej sytuacji finansowej, jak i wzrosły ich możliwości ochrony przed wierzycielami.

Jakie rodzaje postępowań wybierają przedsiębiorcy?

Zgodnie z obecnie obowiązującym prawem restrukturyzacyjnym, przedsiębiorca chcący zrestrukturyzować swoje zadłużenie ma do wyboru cztery możliwości: postępowanie układowe, postępowanie sanacyjne, przyspieszone postępowanie układowe oraz postępowanie o zatwierdzenie układu. Wprowadzone przez tarczę antykryzysową uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu (UPOZU) jest formą przejściową, która obowiązywać ma jedynie czasowo, a została głównie wprowadzona jako instrument umożliwiający lepsze wykorzystanie instytucji restrukturyzacji w dobie pandemii. Dane zawarte w raporcie MGW CCG wyraźnie wskazują na to, że nowy rodzaj postępowania, czyli uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu, od razu po jego wprowadzeniu, stał się dominującym narzędziem restrukturyzacyjnym stosowanym przez przedsiębiorców.

 

Spośród 742 postępowań restrukturyzacyjnych otwartych w 2020 roku, UPOZU stanowią aż 386 (52 proc.). Drugą najpopularniejszą procedurą jest przyspieszone postępowanie układowe – 210 otwartych postępowań – czyli 28 proc. Otwarto również 116 postępowań sanacyjnych i 30 postępowań układowych, co stanowi odpowiednio 16 proc. i 4 proc. Dominacja uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu bardzo się nasiliła w IV kwartale, kiedy stanowiły one 245 z 305 otartych postępowań, a więc aż 80 proc.

Dla wielu analityków zaskakujący jest stosunkowo niewielki udział firm młodszych niż 5 lat w ogólnej ilości podmiotów otwierających postępowania restrukturyzacyjne. Stanowią one zaledwie 14 proc. ogółu, z kolei dominującą – 30-proc. grupę stanowią przedsiębiorstwa starsze niż 5 i młodsze niż 10 lat. W pozostałych grupach również skłonność do otwierania postępowania układowego wzrasta wraz z wiekiem przedsiębiorstwa. Firmy w przedziale między 10 a 15 lat stanowią 16 proc., w przedziale między 15 a 20 lat 18 proc. a starsze niż 20 lat 22 proc. ogółu. Może to oznaczać, że firmy otwarte niedawno mają niższe zobowiązania. Nie sposób również nie odbierać tego zjawiska jako efektu wzrastającego poziomu innowacyjności gospodarki, dzięki któremu nowo otwierane przedsiębiorstwa są coraz lepiej przystosowane do zmian w otoczeniu rynkowym i technologicznym.

Kryzys najbardziej dotyka branżę usługową

Analizując geograficzną strukturę otwartych postępowań, wyraźnie widać, że koncentrują się one w dużych miastach, gdzie zarejestrowanych jest najwięcej podmiotów gospodarczych. Aż 22 proc. postępowań restrukturyzacyjnych jest otwieranych w województwie mazowieckim, 11 proc. w wielkopolskim i śląskim, a 9 proc. w dolnośląskim. Jednak proporcje te zmieniają się, gdy weźmiemy pod uwagę stosunek ilości otwieranych postępowań do liczby podmiotów gospodarczych zarejestrowanych w danym województwie. Wtedy zaczynają dominować województwa podlaskie, warmińsko-mazurskie i kujawsko-pomorskie. Z kolei najmniej postępowań, w stosunku do ilości zarejestrowanych firm jest otwieranych w województwach: podkarpackim, pomorskim i małopolskim.

Dane zawarte w raporcie wyraźnie wskazują, że kryzys najbardziej dotyka branżę usługową. Firmy z sektora usług stanowią aż 57 proc. wszystkich podmiotów szukających ochrony przed wierzycielami. Wśród nich największą grupę stanowią przedsiębiorstwa klasyfikowane jako „pozostałe usługi” – 28 proc. ogółu, z kolei firmy handlowe to 19 proc., a transportowe 9,5 proc. Ponad 17 proc. ogółu postępowań jest otwieranych przez grupę klasyfikowaną jako rolnictwo i górnictwo, niecałe 16 proc. to firmy przemysłowe, a 10 proc. to spółki budowlane.

Ponad połowę postępowań otwierają osoby fizyczne

Postępowania otwierane przez osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą stanowią 52,4 proc. w grupie uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu i 54,8 proc. wśród przyspieszonych postępowań restrukturyzacyjnych. Co ważne, na pierwszą możliwość zdecydowało się prawie dwukrotnie więcej przedsiębiorców indywidualnych, a więc wyraźnie widać, że „UPOZU” jest rozwiązaniem bardzo dobrze odpowiadającym na potrzeby małych i średnich przedsiębiorstw. Jest to prawdopodobnie związane z niskimi kosztami, szybką i sprawną procedurą realizacji oraz możliwością łatwego uzyskania ochrony przed wierzycielami na okres czterech miesięcy.

Niestety, te korzystne rozwiązania będą obowiązywać tylko do końca czerwca 2021 roku, a więc przedsiębiorcy mający problemy finansowe wynikające z pandemii mają coraz mniej czasu. Wiadomo po prawdzie iż szykują się zmiany w przepisach prawa restrukturyzacyjnego, które mogą spowodować wykorzystanie doświadczeń zebranych przy realizacji postępowań opartych o UPOZU do modyfikacji niektórych form restrukturyzacji, ale nie wiadomo kiedy one będą miały miejsce.  Kto będzie wielkim wygranym, a kto wielkim przegranym nowego przetasowania w dobie covidu? Sporo nadziei już teraz można pokładać w coraz bardziej elastycznych spółkach kategorii MŚP.

Autor: Mariusz Grajda, partner zarządzający, członek zarządu MGW Corporate Consulting Group Sp. z o.o.

Beyond.pl członkiem Climate Neutral Data Centre Pact

Przyśpieszona cyfryzacja sprawia, że szacowane zużycie energii przez centra danych wzrośnie do 2030 roku o 18%. Pakt Neutralności Klimatycznej Centrów Danych ma pomóc ograniczyć emisję CO2 przez operatorów i dostawców chmury do zera. Beyond.pl jako pierwszy polski dostawca usług data center i cloud computing dołącza do inicjatywy.

Pakt na rzecz Neutralności Klimatycznej Centrów Danych jest oddolną inicjatywą europejskich dostawców usług data center i platform chmurowych, która opiera się o zasady samoregulacji. Jest to odpowiedź największych firm z branży na potrzebę ochrony środowiska oraz projekt Europejskiego Zielonego Ładu, inicjatywę Komisji Europejskiej, dzięki której Europa ma osiągnąć neutralność klimatyczną w 2050 roku. Pakt ma pomóc w ograniczaniu śladu węglowego generowanego przez sektor data center oraz wesprzeć działania w zakresie budowy ekologicznej i neutralnej klimatycznie infrastruktury. Do tej pory przyjęło go już 29 firm i 20 stowarzyszeń.

Pierwszym polskim członkiem Paktu został Beyond.pl, zarządzający jednym z najbardziej energooszczędnych obiektów przetwarzania danych w Polsce. Wysoka efektywność energetyczna pozwala osiągnąć w poznańskim Data Center 2 PUE na poziomie 1.2, podczas gdy średnia rynkowa w Polsce wynosi 1.4-1.6. Obiekt jest w całości zasilany zieloną energią i wykorzystuje szereg ekologicznych rozwiązań. Jako pierwszy w polskiej branży posiada adiabatyczny system chłodzenia serwerów, który eliminuje klasyczne szafy wentylacyjne na rzecz schładzania powietrza wodą. Dodatkowo, energię cieplną pozyskaną z urządzeń w komorach serwerowych Beyond.pl wykorzystuje do ogrzania budynku biurowego na terenie kampusu.

Przystąpienie do inicjatywy jest dla nas naturalnym krokiem, ponieważ zrównoważony rozwój jest wartością wpisaną w nasze DNA. Przez lata inwestowaliśmy w zielone rozwiązania. Dziś standardy ekologicznie Beyond.pl nie odbiegają od europejskich, a wręcz je przewyższają. Wyróżnia nas adiabatyka i PUE, korzystamy w 100% z czystej energii. Podejmujemy świadome decyzje biznesowe, by wdrażać w praktyce ideę green data center. Zależy nam jednak na kolejnych usprawnieniach, stąd decyzja o dołączeniu do inicjatywy. Cieszę się, że Beyond.pl reprezentuje polski sektor w tym przedsięwzięciu” – podkreśla Wojciech Stramski, CEO Beyond.pl.

Ambitne cele Paktu

Wg. badań Mordor Intelligence w 2020 roku w samych Stanach Zjednoczonych sektor centrów danych mógł zużyć nawet 139 mld kilowatogodzin energii elektrycznej i wyemitować do atmosfery nawet 147 mln ton CO2. Pokazuje to jakie znaczenie centra danych mają dla globalnego klimatu i jak ważna jest ich efektywność energetyczna.

Uczestnicy paktu chcą ograniczyć wpływ na środowisko i zmniejszyć zużycie energii ustanawiając nowe, wysokie standardy energetyczne, a także kładąc nacisk na wykorzystanie odnawialnych źródeł energii. Pakt zakłada, że:

  • do 2025 roku centra danych mają korzystać w 75% z odnawialnych źródeł energii;
  • do roku 2030 wartość ta ma wzrosnąć do 100%;
  • do 2025 nowo powstałe centra danych w zimnym klimacie muszą osiągnąć efektywność PUE na poziomie 1.3, a w ciepłym 1.4.;
  • do 2030 te standardy mają wdrożyć już istniejące centra danych;
  • centra danych będą przetwarzać i recyklingować swój sprzęt i komponenty.

Zielona Europa

Cele i postępy Paktu na rzecz Neutralności Klimatycznej Centrów Danych będą weryfikowane przez Komisję Europejską co najmniej 2 razy w roku. Według badań Komisji zapotrzebowanie na energię centrów danych od 2018 do 2030 roku wzrośnie o ponad 18%, co będzie stanowiło aż 3,2% ogólnego zapotrzebowania krajów członkowskich. Żeby neutralność klimatyczna Europy stała się możliwa, niezbędne jest wspieranie nowych rozwiązań technicznych takich jak bardziej efektywne systemy chłodzenia, wykorzystanie wytworzonego już ciepła lub rozwój źródeł energii odnawialnej.

Europejski Zielony Ład ma sprawić, by Europa stała się pierwszym, neutralnie klimatycznym kontynentem do roku 2050. Z tego powodu nie możemy lekceważyć naszego zużycia prądu oraz tego w jaki sposób jest produkowany. Pod tym względem nowoczesne i bardziej ekologiczne technologie cyfrowe są kluczowe dla osiągnięcia ambitnych celów Europy – mówi Margrethe Vestager, Europejska Wicekomisarz odpowiedzialna za strategię Europa na miarę ery cyfrowej.

QUIOSQUE działa w obronie franczyzobiorców

Od 1 lutego 2021 centra handlowe działają ponownie w najwyższym reżimie sanitarnym. Nie oznacza to jednak końca problemów dla przedsiębiorców, którzy skupiają się teraz na ratowaniu miejsc pracy i wyrównaniu ogromnych strat, jakie ponieśli z powodu pandemii. Właściciel marki odzieżowej QUIOSQUE – której sieć sprzedaży w połowie opiera się o system franczyzowy – wspiera swoich partnerów biznesowych i walczy o poprawę ich sytuacji.

Wraz  z otwarciem sklepów, nie zamknął się  niestety rozdział dotyczący problemów przedsiębiorców. Franczyzobiorcy nadal borykają się w ogromnymi trudnościami. Kluczowym problemem jest nieugięta postawa przedstawicieli większości galerii handlowych, którzy nie chcą dostosować zasad współpracy z najemcami do nowej rzeczywistości. Kolejną bolączką jest spadek liczby wejść do salonów wynikający z obaw klientów przed zarażeniem koronawirusem, a także uciążliwe obostrzenia wynikające z reżimu sanitarnego.

„Nie ma mowy o porównywaniu rzeczywistości handlowej 2019 roku do tej w roku 2021. Pandemia zmieniła diametralnie warunki w jakich funkcjonujemy, centra handlowe nie wyglądają tak, jak kiedyś, a klienci zmienili zwyczaje zakupowe” – komentuje Zarząd ZPPHiU.

QUIOSQUE – stając w obronie swych franczyzobiorców – aktywnie działa w Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU) oraz Polskim Stowarzyszeniu Najemców Powierzchni Handlowych (PSNPH). Obecnie działania są skoncentrowane głównie na negocjacjach z centrami handlowymi i walce o zmianę art. 15ze tzw. Tarczy Antykryzysowej.

Zgodnie z ust. 1 tego artykułu, w okresie obowiązywania zakazu prowadzenia działalności wygasają wzajemne zobowiązania stron umów najmu. Art. 15ze przewiduje również procedurę składania przez najemców lokali w galeriach ofert dotyczących przedłużenia umowy najmu na dotychczasowych warunkach, o okres obowiązywania zakazu przedłużony o sześć miesięcy; oferta powinna być złożona w okresie trzech miesięcy od dnia zniesienia zakazu.

Tym samym złożenie takiej oferty z zachowaniem terminu wynikającego z Tarczy Antykryzysowej jest warunkiem koniecznym dla wygaśnięcia zobowiązań najemcy do zapłaty czynszu, a brak złożenia oferty w tym terminie skutkuje obowiązkiem zapłaty.

„W obecnej sytuacji, gdy walczymy o przetrwanie – mając gigantyczne straty spowodowane pandemią –  nie wiemy co przyniesie jutro. Trudno nam zobowiązywać się do deklarowania obecności w galeriach handlowych i płacenia czynszów na dotychczasowych zasadach. Pandemia zmieniła wszystko, dlatego apelujemy o dostosowanie umów do nowej rzeczywistości.” – mówi Piotr Żabicki, franczyzobiorca QUIOSQUE

Mimo licznych protestów artykuł 15ze 1-3  Tarczy Antykryzysowej nie został doprecyzowany przez legislatora. Przewidziane w nim rozwiązanie – czyli brak opłat za czas kiedy nie można prowadzić działalności  oraz warunkująca możliwość konieczność złożenia oferty  przedłużenia najmu o czas zamknięcia i sześć miesięcy każdorazowo – także obowiązują bez wyjątków.

„Obarczanie przedsiębiorców zobowiązaniem  do przedłużenia umowy na 21 miesięcy z powodu 3 miesięcy lockdownu to absurd. Budzi to nasze głębokie oburzenie i sprzeciw, w związku z czym domagamy się stanowczo natychmiastowego doprecyzowania legislacyjnego  art. 15.” – konkluduje Zarząd ZPPHiU.

Sfinks ze zgodą wierzycieli na układ

Sfinks Polska, spółka zarządzająca m.in. sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki czy Chłopskie Jadło, otrzymała zgodę wierzycieli na zawarcie układu zaproponowanego w ramach Uproszczonego Postępowania Restrukturyzacyjnego. To jeden ze sposobów, za pomocą którego gastronomiczna spółka chce ustabilizować trudną sytuację finansową wynikającą w dużej mierze z pandemii i wielomiesięcznego lockdown. Równolegle Sfinks ubiega się o wsparcie dla przedsiębiorstw w restrukturyzacji, czyli o pożyczkę z Agencji Rozwoju Przemysłu w ramach programu Polityka Nowej Szansy, by móc przetrwać okres zamrożenia branży. Jednak do dziś spółka nie otrzymała decyzji w sprawie wniosku przesłanego do ARP jeszcze 30 października 2020 r.

Przyjęty właśnie układ reguluje sposób spłaty wierzytelności Sfinksa i ma zapewnić spółce wsparcie w procesie zmian w biznesie oraz odzyskanie stabilności utraconej wskutek zamknięcia branży gastronomicznej spowodowanego pandemią. Na bazie układu nastąpi m.in. przesunięcie spłaty w czasie części wierzytelności, rozłożenie na raty, zmiana sposobu naliczania odsetek, zamiana części długu na akcje oraz częściowe umorzenie wierzytelności. Do układu przystąpił także główny wierzyciel Sfinksa, czyli BOŚ Bank.

– Bardzo doceniamy postawę banku i innych partnerów biznesowych, którzy poparli nasz plan wychodzenia z obecnego kryzysu. Przyjęte rozwiązanie układowe stabilizuje sytuację spółki i pozwala na obniżenie kosztów kredytu. W każdej grupie układowej poparcie dla zaproponowanego planu znacznie przekroczyło wymogi ustawy. Zaakceptowanie układu to zatem bardzo dobra wiadomość dla spółki, bo oznacza ułożenie relacji z wierzycielami i możliwość zaplanowania przepływów dla nas i naszych partnerów. Powodzenie układu nie będzie jednak możliwe bez otrzymania wsparcia z ARP na pokrycie luki płynnościowej w związku z trwającym już prawie cztery miesiące zamrożeniem naszej działalności i brakiem widoków na otwarcie branży w następnych tygodniach. W kilka dni po jesiennym zamknięciu lokali złożyliśmy wniosek do Agencji Rozwoju Przemysłu o zwrotną pożyczkę, ale procedury trwają prawie tyle co lockdown, a decyzji niestety nadal nie ma. Bez tego wsparcia wobec zamknięcia branży nie będziemy mogli uregulować należności powstałych po otwarciu postępowania układowego, a to jest jednym z warunków zatwierdzenia układu przez sąd   – mówi Sylwester Cacek, prezes Sfinks Polska.

Kolejnym etapem prowadzonego przez Sfinksa postępowania restrukturyzacyjnego jest wniosek do sądu o zatwierdzenie układu. Zostanie on złożony do końca lutego. Po uprawomocnieniu się postanowienia sądu, rozpocznie się realizacja układu.

Restauracje sieci Sfinks Polska w wyniku decyzji rządu są zamknięte dla gości od 24 października 2020 r. Większość lokali prowadzi sprzedaż dań w dostawie lub na wynos, a jednocześnie spółka rozwija sieć restauracji i marek wirtualnych (The Burgers, YOLO Chicken, Da Mamma, Och!PIT i in.), starając się w ten sposób zwiększyć zasięg. Dania można zamawiać m.in. poprzez własny serwis Sfinksa smacznieiszybko.pl oraz inne znane platformy online. Oprócz tego spółka rozwija inne źródła przychodów – w połowie stycznia w Delikatesach Centrum ruszyła sprzedaż dań gotowych pod marką Sphinx.

Zdrowie za miliard dolarów – branża fitness w Polsce i jej znaczenie dla ducha, ciała i PKB

Sport to zdrowie. Mimo to w trakcie pierwszego lockdownu, wprowadzonego w Polsce w marcu 2020 r., ustanowiono de facto zakaz uprawiania aktywności fizycznej poprzez zakaz funkcjonowania związanych ze sportem branż (i to bez głębszej analizy/badań). Działania te podjęto bez uwzględnienia ich kosztów gospodarczych oraz społecznych, a także bez uwzględnienia tych ich aspektów zdrowotnych, które nie są związane z koronawirusem. Dzisiaj – na podstawie dostępnych już danych empirycznych – można domniemywać, że zamykanie obiektów sportowych przyniosło więcej szkody niż pożytku. Niestety, sektor rekreacyjno-sportowy został jesienią 2020 r. dotknięty drugim lockdownem i w ten sposób narażony na bardzo poważne straty.

Dlatego też w raporcie ”Zdrowie za miliard dolarów – branża fitness w Polsce i jej znaczenie dla ducha, ciała i PKB” przyjrzeliśmy się wartej ponad 4 mld zł branży rekreacyjno-sportowej i jej oddziaływaniu na gospodarkę. Okazuje się ono znacznie szersze i głębsze niż mogą sugerować roczne notowane przez nią przychody. Branża fitness generuje efekty zewnętrze w postaci ograniczonej zachorowalności na choroby przewlekłe, co przekłada się na wielomiliardowe oszczędności dla pracodawców i budżetu państwa. Stymuluje także rozwój branż pokrewnych – odzieżowej oraz spożywczej. Lockdown jest równoznaczny z ograniczeniem tych pozytywnych efektów i dodatkowymi kosztami długoterminowymi dla całego środowiska gospodarczego.

W raporcie postulujemy jak najszybsze otwarcie klubów fitness, pływalni i innych obiektów sportowych przy zachowaniu następującego reżimu sanitarnego:

– 12 m2 na jednego ćwiczącego w strefach czerwonych, 7 m2 w żółtych, a w zielonych 4m2,
– dystans społeczny: 2 metry odległości,
– obowiązkowe maseczki w trakcie pobytu w lokalu,
– zwiększona częstotliwość serwisu sprzątającego,
– regularne wietrzenie pomieszczeń,
– zwiększona liczba stacji z płynami do dezynfekcji rąk i sprzętu sportowego,
– obowiązek dezynfekcji sprzętu sportowego po każdorazowym jego użyciu.

W związku z tym, że branża rekreacyjno-sportowa, w tym fitness ma duży wpływ na zdrowie publiczne i działanie gospodarki jako całości, przedstawiamy następujące rekomendacje:

Krótkoterminowe:

1. Uszczelnienie tarczy antykryzysowej tak, by każdy z podmiotów branży fitness mógł z niej w pełni skorzystać. Jednocześnie, zważywszy na zakładany rychły powrót do normalnego działania branży, należy zachęcić banki do otwarcia linii płynnościowych dla przedsiębiorców.

2. Całkowite odmrożenie działalności branży fitness w reżimie sanitarnym, uzgodnionym pomiędzy przedstawicielami branży a rządem i ekspertami medycznymi, połączone z gwarancją, że nie zostanie ona zamrożona ponownie.

3. Pakiet tymczasowych ułatwień podatkowych obowiązujących także po zakończeniu lockdownu przez dokładnie taki okres, ile trwało w sumie zamrożenie branży (obecnie to dodatkowe 5 miesięcy; stan na 20.01.2021).

Długoterminowe:

1. Stałe zachęty podatkowe do kultywowania aktywności fizycznej:

– Podniesienie limitu zwolnienia podatkowego dla kart typu Multisport z 1000 zł do 2000 zł.
– Wprowadzenie ulgi podatkowej na wydatki na korzystanie z obiektów sportowych (dowolnych) w wysokości nieprzekraczającej 10 proc. dochodu. Ulga taka funkcjonowała już w Polsce w roku 2006 r.
– Wprowadzenie stałego VAT-u w wysokości 8 proc. na zakup sprzętu sportowego.

2. Prowadzenie regularnych kampanii społecznych promujących aktywność fizyczną z naciskiem na aktywizację seniorów; kampanie powinny mieć jasno oznaczony target oraz mierzalne cele.

3. Wprowadzenie sportu jako metody leczenia. Włączenie w program kształcenia przyszłych medyków wiedzy nt. użyteczności aktywności fizycznej w leczeniu chorób cywilizacyjnych oraz uruchomienie zachęt systemowych, by w ramach profilaktyki i leczenia „przepisywali” pacjentom konkretne aktywności. Taki system „recept sportowych” funkcjonuje we Francji.

4. Współpraca systemu edukacji z placówkami fitness. Zajęcia sportowe w polskich szkołach nie zawsze mogą odbywać się z użyciem najnowszego i profesjonalnego sprzętu, czy w odpowiednich warunkach przestrzennych. Należy zachęcać władze samorządowe oraz same szkoły do podejmowania współpracy z okolicznymi placówkami fitness, które te braki mogą zrekompensować. Programy kształcenia powinny jednocześnie uwzględniać tematykę wpływu regularnej aktywności fizycznej na zdrowie i zachęcać młodzież do jej podejmowania.

Rozbieżności między podażą a popytem na transport morski powodują wzrost cen

Kryzys związany z koronawirusem odbił się również na transporcie morskim. Ograniczone możliwości przewozowe, rosnące stawki i cyfryzacja firm spedycyjnych sprawiają, że rynek jest bardziej złożony i zmienny niż kiedykolwiek wcześniej – powiedział Rolf Mertins, Head of Global Ocean Freight w DACHSER Air & Sea Logistics.

Jaka jest obecna sytuacja na rynku frachtu morskiego?

W ubiegłym roku wszystko wyglądało inaczej. Dotychczas mogliśmy planować zakupy przestrzeni ładunkowej na podstawie doświadczeń i danych z poprzedniego roku. W związku z pandemią koronawirusa musieliśmy dosłownie wyrzucić te założenia za burtę.

W czwartym kwartale 2020 r. produkcja w Azji wróciła do pełnej sprawności, a popyt na przewozy kontenerowe gwałtownie wzrósł. Zdolności transportowe były jednak znacznie niższe niż w roku poprzednim. Poza brakiem pustych kontenerów w zakładach produkcyjnych w Azji, w wyniku lockdownu zmieniły się również harmonogramy dostaw, a tym samym możliwości przewozowe. Niedobór kontenerów wpływa przede wszystkim na dostawy do Stanów Zjednoczonych, ale także do Europy. Należy zaznaczyć, że transport powrotny pustych kontenerów z USA trwa co najmniej sześć do dziesięciu dni dłużej niż w okresie przed wybuchem pandemii. Wynika to głównie z ograniczeń związanych z COVID-19 obowiązujących w terminalach portowych oraz z braków kadrowych, np. pracowników portów czy kierowców ciężarówek. Ma to wpływ także na opóźnienia w rozładunku statków. Zdarza się, że wśród załogi diagnozowany jest COVID, część personelu poddana jest kwarantannie, a w konsekwencji statek musi stać na kotwicy.

Ponadto, wiele frachtowców jest czasowo wyłączanych z eksploatacji w celu zamontowania w silnikach katalizatorów zmniejszających emisję spalin. Wszystko to oznacza, że przestrzeń ładunkowa staje się towarem deficytowym, a rozbieżność między popytem a podażą powoduje „astronomiczny” wzrost cen przewozu ładunków.

Czy widzą Państwo jakieś oznaki ożywienia? Jaka przyszłość czeka rynek kontenerowców?

Zakładamy, że obecna sytuacja utrzyma się do końca lutego, a nawet przez cały pierwszy kwartał 2021 roku. Według prognoz wolumen przesyłek nie powinien się zmniejszyć aż do końca lutego 2021 r. Chiński Nowy Rok rozpocznie się w lutym i będzie kolejnym impulsem do dalszego wzrostu popytu na transport kontenerowy. Stawki mogą jeszcze wzrosnąć, a na pewno nie spadną. Później – po odrobieniu znacznych zaległości – być może problemy z przestrzenią ładunkową, a także z dostępnością kontenerów, zaczną się zmniejszać. Jednak jeszcze przez długi czas ani zdolności przewozowe, ani poziom stawek nie powrócą do poziomu sprzed pandemii.

Obecnie europejskie firmy spedycyjne intensywnie pracują nad digitalizacją procesów logistycznych. Oznacza to, że jeśli chcemy się rozwijać i zabezpieczyć przyszłość usług transportu pełnokontenerowego (FCL) musimy dokonać rewizji dotychczasowego systemu obsługi zamówień oraz rezerwacji i dostosować go do nowej rzeczywistości.

W ramach usług LCL DACHSER oferuje skuteczne rozwiązania logistyczne dla globalnych, skonsolidowanych przesyłek drobnicowych. Jakie są korzyści dla klientów, zwłaszcza w trudnych czasach?

Usługi LCL są rodzajem transportu morskiego oraz niezawodnym i przejrzystym rozwiązaniem dla firm, które chcą dostarczać przesyłki drobnicowe pomiędzy oraz wewnątrz Azji, Europy, Południowej Afryki oraz w obu Amerykach. Jest to szczególnie ważne w czasach kryzysu np. trwającej pandemii, gdy z powodu przestojów w produkcji lub zamknięcia krajów docelowych nie ma tak wielu pełnych kontenerów do przewiezienia.

Kluczowymi zaletami naszych usług LCL są regularne, cotygodniowe rejsy realizowane na stałych trasach i szybka dostawa, co czyni je ważnym elementem utrzymania międzynarodowego łańcucha dostaw. Przede wszystkim są mniej podatne na kryzysy. Dzięki temu stanowią bezpieczne rozwiązanie dla każdej branży, nawet w porównaniu z transportem lotniczym, jeśli można zaplanować zlecenia z dużym wyprzedzeniem. Dlatego w przyszłości będziemy jeszcze intensywniej rozbudowywać nasze portfolio LCL oraz uruchamiać kolejne połączenia.

Rząd zapowiada wsparcie dla kolejnych branż

– Do tej pory pomoc otrzymało 48 branż, które ucierpiały wskutek pandemii Covid-9. Wkrótce wsparciem zostaną objęte kolejne. Wydłużony zostanie też okres udzielanej pomocy. Trwają rozmowy na ten temat – poinformowała Iwona Michałek, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, w czasie konferencji „Praca 4.0. Zawirowanie czy nowa era”, którą zorganizowała Konfederacja Lewiatan.

Zdaniem Iwony Michałek stosunkowo dobra sytuacja na rynku pracy i niewielki wzrost bezrobocia, to efekt ogromnej pomocy państwa dla przedsiębiorstw. Skala pomocy udzielonej firmom stawia nas w europejskiej czołówce.

– Nadal część branż jest jednak zamknięta. Chcemy je stopniowo otwierać, ale w reżimie sanitarnym, bo boimy się wzrostu zachorowań na koronawirusa. Kryzys pokazał, że pracownicy i pracodawcy, mimo rozbieżnych interesów, potrafią współpracować – dodała Iwona Michałek.

Anna Wicha, prezes Polskiego Forum HR uczestnicząca w panelu „Trendy na rynku pracy” podkreśliła, że w czasie pandemii ucierpiało tylko ok. 5 proc. branż i to ma wpływ na dobrą kondycję naszego rynku pracy.

– Z badań przeprowadzonych w styczniu br. wynika, że 51 proc. firm nie tylko chce utrzymać, ale i zwiększyć zatrudnienie, a 57 proc. planuje w tym roku podwyżki.

– Ewa Flaszyńska, dyrektor departamentu rynku pracy w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, poinformowała, że jeszcze w tym półroczu gotowy będzie projekt ustawy dotyczącej rynku pracy.

Prezydent Konfederacji Lewiatan Maciej Witucki zwrócił uwagę, że koronawirus zmienił rzeczywistość, stworzył nowe wyzwania przed którymi stanęli pracownicy i pracodawcy. Jednym z nich jest praca zdalna.

– Trwają prace nad jej uregulowaniem w prawie. Nie jest to zadanie łatwe, ponieważ są rozbieżne opinie dotyczące efektywności tej formy pracy, jej wpływu na produktywność gospodarki. Poszukujemy kompromisu, który byłby do zaakceptowania dla pracowników i pracodawców – powiedział Maciej Witucki.

W czasie konferencji „Praca 4.0, Zawirowanie czy nowa era”, odbywają się m.in. panele dotyczące przygotowania przedsiębiorstw do transformacji cyfrowej, czy wyzwań w prawie pracy.

W najbliższy piątek i poniedziałek odbędą się natomiast zamknięte warsztaty równoległe. Przygotowane zostały dwie ścieżki tematyczne: Wyzwania działów HR w dobie pandemii oraz Prawo pracy w nowej rzeczywistości.

Sprawdź, która z nich jest dla Ciebie i zarejestruj się http://bit.ly/39iHNbN

Patronem konferencji jest Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii oraz PARP Grupa PFR.

Serwisowanie elektryka jest drogie i skomplikowane?

Nowoczesne rozwiązania i wszelkie innowacje kojarzą się ze skomplikowaną konstrukcją i wysokim stopniem zaawansowania technicznego. Stąd pewnie przekonanie o tym, że samochód elektryczny musi być trudny w obsłudze i kosztowny w serwisowaniu. Nic bardziej mylnego! Choć napęd EV to rewolucyjne rozwiązanie w motoryzacji, bazuje on na prostym silniku elektrycznym wraz z zestawem baterii i kilku sterowników.

Inżynierowie wskazują, że przeciętnie samochody w pełni elektryczne (BEV) mają pięcio- lub nawet sześciokrotnie mniej części niż pojazd o napędzie konwencjonalnym. To oznacza zdecydowanie mniejszą liczbę podzespołów, które mogą ulec awarii. Przy właściwym użytkowaniu pojazdu, będziemy więc znacznie rzadziej odwiedzać warsztat samochodowy, co wiąże się też z niższymi kosztami eksploatacji.

Czego nie musisz naprawiać?

W przeciwieństwie do współczesnych silników benzynowych czy wysokoprężnych, pojazdy o napędzie elektrycznym nie posiadają m.in. wtryskiwaczy paliwa, turbosprężarki, kompresora, filtra cząstek stałych, koła dwumasowego, zaworu EGR, a nawet rozrusznika czy chociażby alternatora!

W przypadku poważnych usterek silnika spalinowego za naprawę lub wymianę tych elementów w trakcie całego okresu użytkowania samochodu, kierowca może zapłacić, lekko licząc, od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. To zatem kwota realnej oszczędności, którą niesie za sobą wybór elektryka.

Jakie prace serwisowe będą konieczne?

Oczywiście auto elektryczne także wymaga wizyt w warsztacie, lecz wiele prac serwisowych odbywa się z mniejszą częstotliwością niż w pojazdach z napędem konwencjonalnym. Oto podstawowe czynności, które trzeba będzie cyklicznie realizować:

  • wymiana płynu chłodzącego baterie – zazwyczaj co 4 lata
  • regularna wymiana oleju w przekładni napędowej mniej więcej co 150-160 tys. km lub co 3-4 lata
  • wymiana filtra kabinowego
  • wymiana klocków i tarcz hamulcowych jest znacznie rzadsza niż w przypadku tradycyjnych aut, ze względu na systemy odzyskiwania energii kinetycznej podczas zwalniania. Układ napędowy w pojazdach elektrycznych może redukować prędkość i produkować energię. W efekcie wystarczy zdjąć nogę z gazu i pojazd zwalnia, a kierowca znacznie rzadziej musi używać hamulca. To oznacza wydłużenie okresu żywotności klocków i tarcz hamulcowych. Ważne jest jednak, by nie rezygnować ze standardowego hamowania, ponieważ nieużywany układ może… zardzewieć.

Radosław Kitala – Consultant & Arval Mobility Observatory Manager

Burzliwe czasy na giełdach

Tesla w grze o Bitcoiny, ceny srebra mocno w górę i zamieszanie z akcjami GameStop – tak zaczął się 2021 rok. Jak interpretować dotychczasowe wydarzenia? Co przyniesie przyszłość? Sytuacje na giełdach opisuje ekspert firmy Tavex.

Początek 2021 roku można nazwać kontynuacją wśród inwestorów renesansu metali szlachetnych. Ceny srebra skoczyły do najwyższego poziomu od kilku miesięcy. Może to być wynik „buntu” drobnych inwestorów, nawołujących – m.in. na platformie Reddit – do zakupu tego metalu.

Już wcześniej mieliśmy do czynienia z podobnym działaniem. Wówczas mali inwestorzy komunikujący się na platformie Reddit zainicjowali kampanię wykupu akcji sieci sklepów GameStop. Było to działanie wymierzone w firmy z Wall Street, które grały na spadek wartości tych aktywów. Działania te spowodowały, że fundusze, które grały na spadek notowań GameStop, poniosły spore straty, gdy kurs (notowań GameStop) wzrósł – mówi Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Rosnąca społeczna frustracja wywołana różnymi manipulacjami największych firm finansowych, którą wszyscy widzieliśmy ostatnio na akcjach spółki GameStop, przenosi się teraz na inne rynki. Co istotne, dotyczy to również sektora metali szlachetnych. Mimo, że wszystkie znaczące mennice na świecie pracują na pełnych obrotach i przerabiają rekordowe ilości złota oraz srebra, to ich cena spada. Ten brak reakcji na realny rynek przyczynił się do niezadowolenia branży – dodaje.

Warto wiedzieć, że obecnie możemy również obserwować inne kampanie wykupu m.in. akcji sieci kin AMC i Nokii, które – w ostatnich tygodniach – również notowały znaczne wzrosty.

Jesteśmy także świadkami dołączenia się Tesli do gry o bitcoiny. Spółka Elona Muska w styczniu tego roku zakupiła bitcoiny za 1,5 mld USD. Kurs BTC/PLN urósł do ponad 170 tys. zł.

Przesunięcie około 15% wolnej gotówki Tesli w Bitcoiny jest potwierdzeniem braku wiary w pozycję USD. Warto podkreślić, że Rada Nadzorcza Tesli upoważniła zarząd nie tylko do otwarcia ekspozycji na kryptowalutę, ale również na złoto. Pokazuje to jednoznacznie, że największe korporacje również są zainteresowane zabezpieczeniem swojego kapitału, którego w danej chwili nie potrzebują. W naturalny sposób wygrywają na tym zarówno metale szlachetne jak i kryptowaluty. Warto wiedzieć, że aktualne wahania na cenie Bitcoina w skali kwartału przewyższają wyniki operacyjne z produkcji samochodów. To notowania Bitcoina w tej chwili determinują wyniki Tesli bardziej niż główny przedmiot jej działalności – podsumowuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Wspólny posiłek w domu lub maraton filmowy we dwoje – tak Polacy spędzą Walentynki

  • Wydatki Polaków z okazji Walentynek wzrosły prawie czterokrotnie w ciągu ostatniej dekady
  • W tym roku królują zakupy prezentów przez internet – w ciągu ostatnich 10 lat liczba transakcji w sieci w okresie walentynkowym wzrosła 17-krotnie
  • Pandemia nie zniechęca nas do celebrowania – sprawiła, że jesteśmy bardziej kreatywni, planując tegoroczne święto zakochanych
  • Wspólny posiłek w domu przygotowany we własnej kuchni lub zamówiony z restauracji, a także maraton filmowy we dwoje – to najpopularniejsze pomysły na romantyczne Walentynki 

Mastercard opublikował wyniki najnowszej edycji badania Mastercard Love Index. Tegoroczne zestawienie jest wyjątkowe – nie tylko ze względu na sytuację na świecie, która wpływa na zwyczaje zakupowe konsumentów, ale również dlatego, że porównane zostały dane z roku 2020 i 2011. Można więc zaobserwować, jak zmieniały się trendy w walentynkowych zakupach przez ostatnią dekadę. Wydatki Polaków z okazji Dnia Zakochanych wzrosły w tym czasie o 388%.

Zakupy dyktowane sercem

Na co najwięcej wydają Polacy? Do tej pory największą popularnością cieszyła się romantyczna kolacja w restauracji. I tego, zgodnie z badaniem, będzie Polakom najbardziej brakowało. Ale brak możliwości wyjścia do lokalu nie zniechęca do świętowania. 56% badanych twierdzi, że wykazało się większą kreatywnością, planując tegoroczne Walentynki.

Popularnymi prezentami dla drugiej połówki niezmiennie są kwiaty – wydatki na nie wzrosły niemal 13-krotnie (1284%) w porównaniu do 2011 r. Coraz częściej wręczamy też biżuterię – w ciągu dekady na wyroby jubilerskie wydawaliśmy coraz więcej (wzrost w porównaniu roku 2011 do 2020 o 260%). Co ciekawe, prawie połowa Polaków (48%) w najbliższe święto zakochanych podaruje ukochanej osobie także tradycyjną kartkę walentynkową.

Widocznym trendem są coraz częstsze zakupy prezentów walentynkowych w sieci. W ciągu ostatnich 10 lat ich liczba wzrosła 17-krotnie. W 2021 roku nieco ponad połowa Polaków (51%) również planuje zakup podarunku w e-commerce. Jednocześnie połowa badanych zapowiedziała wsparcie lokalnych biznesów, decydując się na zakup bukietu lub innego upominku w okolicznym sklepie.

Walentynki inne niż wszystkie

Pandemia utrudniła ludziom spotykanie się z bliskimi, ale nie powstrzymała ich przed szukaniem miłości. Prawie co piąta osoba (18%) odnalazła w minionym roku partnera lub partnerkę przez internet. Popularne stają się także spotkania online – 19% badanych było w ciągu ostatnich 12 miesięcy na wirtualnej randce, a 22% założyło konto na portalu randkowym.

Obostrzenia związane z koronawirusem wpłynęły również na plany par związane z obchodami Dnia Zakochanych. W tym roku 45% zakochanych spędzi ten dzień w domu, przygotowując wspólnie posiłek Prawie tyle samo ankietowanych (42%) planuje zamówienie jedzenia z dostawą. Popularnym pomysłem jest również maraton filmowy we dwoje (33%).

Plany Polaków na Walentynki 2021:

  1. Wspólny posiłek przygotowany w domu – 45%
  2. Zamówienie jedzenia z dostawą do domu – 42%
  3. Maraton filmowy we dwoje – 33%
  4. Spacer w parku – 28%
  5. Spacer po rodzinnym mieście – 19%
  6. Piknik pod dachem – 16%
  7. Domowe spa – 15%
  8. Wieczór gier – 11%
  9. Piknik na świeżym powietrzu – 4%
  10. Wirtualna randka (np. Zoom, Facetime) – 4%

Inne ciekawe wyniki Mastercard Love Index w Europie:

  • Włosi lubią „błyskotki”: najwyższe wydatki na biżuterię w poprzednim roku zanotowano we Włoszech i wyniosły one prawie 33 mln dolarów.
  • Ukraińcy są najhojniejsi: na Ukrainie odnotowano 9-krotny wzrost wydatków związanych z obchodami Walentynek w ciągu ostatniej dekady.
  • Holendrzy dają kwiaty: ponad 23-krotny wzrost wydatków Holendrów na kwiaty w ciągu ostatnich 10 lat.

 

FPP: Wybiórcze zwiększanie akcyzy w kryzysie gospodarczym to zła propozycja

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę, że obecny system akcyzy powinien pozostać nienaruszony – zwłaszcza, że dopiero co (w październiku 2020 roku) wszedł podatek na nowe kategorie wyrobów akcyzowych. Jeżeli zaś rozważano by zmiany w akcyzie w celu zwiększenia dochodów budżetowych – to należałoby wówczas zmienić strukturę sposobu obliczania tego podatku, szczególnie na wyroby tytoniowe i podnieść stawki dla wyrobów najbardziej szkodliwych (czyli np. dla tradycyjnych papierosów i dla mocnych alkoholi), utrzymując bądź zmniejszając stawki dla wyrobów mniej szkodliwych (nowatorskich wyrobów tytoniowych, płynów do papierosów elektronicznych produkowanych przez polskie MŚP oraz dla alkoholi słabych, typu piwo). Podwyższanie podatków płaconych wprost z kieszeni obywatela w czasie pandemii i wywołanego nią kryzysu gospodarczego jest nierozsądne i szkodliwe dla całej gospodarki, szczególnie jeśli dotyczyć miałoby tylko produktów ekologicznych lub mniej szkodliwych dla zdrowia. Należy przede wszystkim uszczelnić system obliczania i poboru podatku CIT!  Brak podwyżek akcyzy i VAT w 2021 roku jest racjonalną i uzasadnioną polityką rządu.

Akcyza – podatek pośredni doliczany do ceny produktu i płacony w rzeczywistości przez konsumenta – jest nazywana podatkiem ‘od grzechu’. Oznacza to, że różne wyroby są opodatkowane różnymi stawkami akcyzy – zgodnie z zasadą: grzechy najcięższe powinny być najbardziej opodatkowane, a grzechy lżejsze mniej. Państwo za pomocą zróżnicowanych stawek akcyzy realizuje także politykę prośrodowiskową (np. niższe stawki na samochody hybrydowe czy elektryczne) czy prozdrowotną (np. niższe stawki na tytoń do podgrzewania, napoje niskoalkoholowe). Obecna polityka akcyzowa Polski jest efektywna zarówno fiskalnie jak i prospołecznie, z sukcesami realizuje cele zmierzające do zmniejszenia szarej strefy, właściwie stymuluje zachowania konsumentów, zapewnia satysfakcjonujące wpływy do budżetu państwa i jest zgodna z wymogami Unii Europejskiej. W niektórych obszarach polskie regulacje już gwarantują wpływy z tytułu akcyzy, chociaż nie ma takich wymogów europejskich – przykładem jest akcyza na samochody czy nowatorskie wyroby tytoniowe, która w tym ostatnim przypadku dzięki różnicy w stosunku do akcyzy na najbardziej szkodliwe dla zdrowia wyroby tj. papierosy wspiera tym samym cele polityki zdrowotnej” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Należy stymulować popyt wewnętrzny i bardzo ostrożnie podchodzić do podnoszenia podatków, które wprost przekładają się na ceny i inflację oraz są odczuwalne przez konsumentów. Dzisiejszego konsumenta nie stać na zaakceptowanie wzrostu cen, szczególnie na wyroby eko lub mniej szkodliwe – podnoszenie podatków może więc przynieść odwrotny skutek czyli spadek konsumpcji i wpływów z podatków. Takie niekorzystne rozwiązania – poza negatywnymi skutkami dla środowiska czy zdrowia – mogą też zwiększać szarą strefę, gdyż są prostą zachętą do przemytu tanich wyrobów zza wschodniej granicy, gdzie wskutek niższych kosztów pracy i produkcji są one znacząco tańsze niż w Polsce.

„Stawki akcyzy w Polsce są oparte na dyrektywach unijnych tworzących spójny i logiczny system pozwalający państwom członkowskim na osiągnięcie zarówno celów fiskalnych jak i pozafiskalnych. W państwach UE nie stosuje się jednakowych stawek akcyz na poszczególne kategorie wyrobów alkoholowych i tytoniowych – właśnie dlatego, że akcyzy służą – oprócz celów fiskalnych – także jako instrument polityki prozdrowotnej, czy – w wypadku akcyz od wyrobów energetycznych – prośrodowiskowej. Unia Europejska między innymi dlatego przeprowadziła ograniczoną jedynie harmonizację akcyz, aby państwa członkowskie mogły za ich pomocą realizować funkcje pozafiskalne. W części korzystanie z pozafiskalnych funkcji akcyz jest prawnym obowiązkiem państw członkowskich UE (np. w stosunku do papierosów na mocy ramowej konwencji WHO o ograniczeniu użycia tytoniu). Warto zauważyć, że chociaż tytoń do podgrzewania i wyroby nowatorskie nie podlegają akcyzie na mocy dyrektyw UE, Polska i 19 innych państw UE wprowadziła na nie akcyzę, zabezpieczając wpływy do budżetu państwa. Spośród tych 20 państw 14 (w tym Polska) nakłada akcyzę na poziomie równym lub niższym 30% stawki na tradycyjne papierosy. Ponadto w najbliższej przyszłości można spodziewać się zmian dyrektywy tytoniowej – UE przyjmie ogólne zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich, płynu do e-papierosów i innych wyrobów alternatywnych. Należy poczekać na te regulacje, aby uniknąć kolejnych zmian zasad opodatkowania, w tym stawek” – dodaje prof. UMK, dr hab. Krzysztof Lasiński-Sulecki, profesor Uniwersytetu, Katedra Prawa Finansów Publicznych, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Wydział Prawa i Administracji.

„Pojawiające się w ostatnim czasie apele o rzekome „urealnienie stawek akcyzy” czy też „usunięcie luki akcyzowej” są po prostu nietrafione. Są to najczęściej tezy firm zagranicznych, które mimo wysokich obrotów deklarują relatywnie niski podatek dochodowy w Polsce, a całość podatków próbują przerzucić na polskich konsumentów – i to w ramach ceny wyrobów ich rynkowych konkurentów. Padające w przestrzeni medialnej kwoty i liczby również opierają się na nierealnych założeniach, jakoby cena produktów nie miała wpływu na ich popyt, a więc że można dowolnie zwiększyć opodatkowanie akcyzą, a społeczeństwo kupi tyle samo produktów jest to po prostu nieprawda. Zwiększenie akcyzy na jedną grupę wyrobów raczej przeniesie konsumpcję na inną kategorię wyrobów – np. zwiększenie akcyzy i wzrost cen piwa, skłoni społeczeństwo do picia wódki, a wzrost akcyzy na mniej szkodliwy tzw. podgrzewany tytoń spowoduje powrót do bardziej szkodliwych tradycyjnych papierosów. Akcyza jest obecnie podatkiem dość szczelnym, zaś same różnice w stawkach akcyzy – np. w motoryzacji, wyrobach alkoholowych czy tytoniu – nie mają nic wspólnego z rzekomą „luką”. Samo posługiwanie się pojęciem „luki” sugeruje, że w systemie podatkowym jest jakaś nieszczelność, że system nie funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem różnice w stawce akcyzy pomiędzy poszczególnymi kategoriami produktów akcyzowych nie są żadną „luką”, lecz uzasadnionym elementem polityki państwa. Tak jest w całej Europie w odniesieniu do różnego rodzajów dóbr – takich jak zielona energia, samochody, paliwa, alkohol, tytoń, itd. Chwytliwe hasła dotyczące rzekomego „manipulowania” akcyzą przy najniższym w historii poziomie szarej strefy są w mojej ocenie po prostu elementem gry lobbingowej na rzecz wyrobów konkurencyjnych (substytutów) względem tych, o których podniesienie akcyzy te głosy postulują– wyjaśnia Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy, partner, Kancelaria Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy sp. z o.o.

Warto sprostować nieprawdziwe informacje pojawiające się w odniesieniu do akcyzy – rynek wyrobów tytoniowych to 70 mld sztuk (papierosy, tytoń do palenia, cygara i cygaretki, płyny do e-papierosów, wyroby nowatorskie i wyroby nielegalne). Wyroby nowatorskie to nadal bardzo niewielka część rynku – nie więcej niż 3,4%. Stąd nie ma możliwości, aby opodatkowanie wyrobów nowatorskich wyższą akcyzą przyniosło 1,5 mld zł czy też 5 mld zł z piwa poprzez zrównanie opodatkowania z wódką. Takie obliczenia są całkowicie błędne – konsumenci zrezygnują z zakupu lub kupią tańsze, ale bardziej szkodliwe wyroby albo tak jak w przypadku piwa przeniosą swoje preferencje na inne napoje w tym wódkę. Według takiej logiki można podnieść akcyzę o 100% na wszystko i wyliczyć dziesiątki miliardów w budżecie. Potężnym nadużyciem jest porównywanie luki w VAT do rzekomej luki w akcyzie. Podczas gdy ta pierwsza wynikała z działań przestępczych, to ta druga to nie luka tylko świadoma prozdrowotna polityka rządu. W rzeczywistości system akcyzy ze swoją różnorodnością stawek jest spójny, szczelny i logiczny – analizuje Wojciech Bronicki – Doradca Podatkowy, wieloletni dyrektor Departamentu Podatku Akcyzowego w Ministerstwie Finansów, obecnie Partner w BBGTAX. Kancelarii Podatkowej.

„Stawki akcyzy powinny wspierać politykę państwa w zakresie ograniczania użycia towarów zagrażających zdrowiu na rzecz tych, które mają mniejszą szkodliwość. Podnoszenie obciążeń wpływa na wzrost szarej strefy, zwłaszcza w czasie kryzysu. Trudno zrozumieć zerowe obciążenie akcyzową zastosowane wobec zawierającego nikotynę tytoniu do żucia przy jednoczesnych planach podwyższenia akcyzy na wyroby nowatorskie” – wskazuje Agnieszka Durlik, ekspert prawno-gospodarczy Krajowej Izby Gospodarczej, dyrektor generalny w Sądzie Arbitrażowym, Krajowa Izba Gospodarcza (KIG).

„Polityka zdrowotna nie jest tylko kwestią wspierania palaczy w wychodzeniu z nałogu, ale też ograniczaniem możliwości jego inicjacji. Jednoznaczne w tym względzie są badania Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny. Ponad połowa Polaków (52,4%) wpada w nałóg od zapalenia papierosa. Nie powodują tego nowatorskie wyroby tytoniowe, czyli podgrzewacze tytoniu, bo tylko 0,2% badanych zaczyna od nich swój nałóg. Inne badanie, autorstwa Biura ds. Substancji Chemicznych działającego pod Ministerstwem Zdrowia, wykazało, że podgrzewacze tytoniu pomogły 86% palaczy rzucić tradycyjne papierosy, a e-papierosy pomogły 20%. Trzeba również mieć na uwadze olbrzymie koszty leczenia palaczy, które ponosi budżet w związku z tym nałogiem. W takiej sytuacji wyroby alternatywne dla papierosów, jako mniej od nich szkodliwe, stwarzają szansę na ograniczenie i zmniejszenie kosztów takiego leczenia w przyszłości” – podsumowuje Andrzej Sadowski – Prezydent Centrum im. Adama Smitha.

Nagła słabość złotego. Kurs euro znów powyżej 4,50 zł

Niedługo cieszyliśmy się euro poniżej granicy 4,50 zł. Do ponownego powrotu powyżej tej bariery niepotrzebne były żadne sygnały z Polski. Wystarczyło pogorszenie nastrojów na rynkach światowych.

Dane z USA bez niespodzianek

Informacje zza oceanu nie wywołały wczoraj specjalnego poruszenia na rynku. Spadająca nieznacznie liczba kredytów hipotecznych mogłaby budzić niepokój, ale wiemy, jaką mamy sytuację. Inflacja w skali roku wynosi przyzwoite 1,4%, ale nawet symbolicznie nie wzrosła, jak oczekiwali analitycy. Jest to poziom uważany przez wielu analityków za niższy od optymalnego i przyspieszenie wzrostu cen o dodatkowe 0,5% do nawet 1% byłoby jeszcze dobrze widziane przez rynki. Wczoraj doszło do stabilizacji na parze EURUSD, nie można jednak zakładać, że ten stan utrzyma się na dłużej, szczególnie biorąc pod uwagę dzisiejsze odczyty.

Rosnące ceny ropy

Od początku roku jesteśmy świadkami wyraźnego wzrostu cen ropy naftowej. Rok rozpoczął się w okolicach 51 dolarów za baryłkę, dzisiaj oglądamy już ponad 61 dolarów i nie widać, gdzie ten ruch miałby się skończyć. Dodatkowo warto zwrócić uwagę na wczorajsze dane z USA, które pokazały istotny spadek zapasów ropy naftowej, część pojawiła się, co prawda, w zwiększonych zapasach benzyny, ale widać, że popyt wciąż jest wysoki, a to powinno pchać ceny w górę. Z drugiej strony mamy najwyższy poziom od początku pandemii, co może sugerować pewną korektę.

Nagła słabość złotego

Wczoraj dość niespodziewanie złoty zaczął tracić na wartości. Tylko wczoraj euro podrożało o 2 grosze. Dzisiaj od rana podrożało kolejny grosz i znów jesteśmy powyżej granicy 4,50 zł za 1 euro. Ruch ten wynika jednak z czynników zewnętrznych. Ogólny wzrost ryzyk na rynku potwierdza para EURCHF, która przeważnie gdy przechyla się na korzyść franka, oznacza to problemy walut krajów rozwijających się.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. 

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Gdy chodzi o finanse, coraz częściej ufamy technologii, nie ludziom

Pandemia bardzo mocno wpłynęła na nasze poczucie bezpieczeństwa – wynika z globalnych badań, z których raport opublikowała właśnie firma Oracle. Blisko połowa badanych nie może spokojnie spać, odwróciliśmy się od gotówki, a w kwestiach finansowych coraz bardziej preferujemy współpracę z… cyfrowymi asystentami. Dotyczy to zarówno konsumentów, jak i środowiska biznesu.  

Ubiegły rok diametralnie zmienił nasz stosunek do pieniędzy i otaczającej rzeczywistości. Tam, gdzie w grę wchodzi zarządzanie osobistymi finansami, ludzie dużo bardziej niż sobie ufają wspieranym przez sztuczną inteligencję botom. Takie wnioski przynosi najnowszy raport opracowany przez firmę Oracle. O preferencje finansowe zapytano ponad 9000 konsumentów i przedstawicieli biznesu z 14 krajów.

Nie mogę zmrużyć oka

Wyniki badania nie pozostawiają wątpliwości – pandemia COVID-19 zwiększyła finansowe obawy ludzi na całym świecie. Zmieniła też ich opinie na temat tego, komu i czemu mogą zaufać w kwestii zarządzania pieniędzmi. W grupie konsumentów w ciągu roku od jej wybuchu, poziom stresu związanego z finansami podwoił się. Obawy o finansową przyszłość odczuwa aż 87%  konsumentów. Pytani o najważniejsze powody takiego stanu rzeczy na pierwszym miejscu wymieniają oni strach przed możliwą utratą pracy. Przyczynę tę wskazało blisko czterech na dziesięciu biorących udział w badaniu ankietowanych (39%). Na podium znalazły się też możliwość utraty oszczędności (38% wskazań) oraz ewentualne poważne problemy z wyjściem z długów (26%).

Powyższe obawy są na tyle silne, że 41% ankietowanych konsumentów przyznaje, iż spędzają im one sen z powiek. – Niepewność związana z sytuacją epidemiczną i gospodarczą sprawia, że ludzie podchodzą do kwestii finansowych inaczej niż do tej pory. Poszukują nowych sposobów zarządzania pieniędzmi. Jednocześnie przeniesienie pracy, edukacji do świata online, przyśpieszona cyfryzacja z którą mieliśmy do czynienia, zmieniła nasze podejście do technologii – komentuje Tomasz Bochenek, Dyrektor Generalny Oracle Polska.

Boty pomogą napełnić portfele

Obserwowana niepewność finansowa wpłynęła na to komu i czemu ufamy, gdy w grę wchodzą nasze pieniądze. Zarówno konsumenci, jak i przedstawiciele firm biorący udział w badaniu, coraz mocniej wierzą w to, że dziś to raczej technologia, a nie ludzie, pomoże im w poruszaniu się po zawiłościach świata finansów. W kwestiach finansowych 52% respondentów z grupy konsumenckiej bardziej niż sobie ufa technologii. Prawie dwie trzecie (63%) ma większe zaufanie do cyfrowych asystentów niż do osobistych doradców finansowych. Zdaniem ankietowanych, boty mogą być pomocne m.in. w wykrywaniu oszustw (33%), ograniczaniu wydatków (22%) czy dokonywaniu inwestycji giełdowych (15%). Co ważne, 76% klientów indywidualnych chce, aby to właśnie cyfrowi asystenci pomagali im w zarządzaniu finansami, natomiast zdaniem 32% procent z nich, już w ciągu najbliższych pięciu lat sztuczna inteligencja może zastąpić osobistych doradców finansowych.

Z punktu widzenia potencjalnych klientów, cyfrowi asystenci mają szereg zalet. Są zawsze dostępni i gotowi do pomocy. Nie tylko doskonale radzą sobie z liczbami, ale też brak ich emocjonalnego stosunku do pieniędzy klienta sprawia, że mogą być cennym wsparciem. Oczywiście upłynie jeszcze sporo czasu zanim boty będą powszechnie stosowane w finansach, niemniej obszar ten szybko zmienia się na naszych oczach – tłumaczy Tomasz Bochenek. Mimo, że wciąż chcemy, by osobiści doradcy finansowi udzielali nam wskazówek m.in. przy podejmowaniu ważnych decyzji dotyczących zakupu domu (45%), kupna samochodu (41%) czy planowania emerytury (38%), to liczymy na pomoc cyfrowych asystentów w ograniczeniu zbędnych wydatków (31%), czy poprawie terminowości płatności.

Gotówka? Nie, dziękuję!

Wydarzenia z ubiegłego roku radykalnie zmieniły sposób myślenia konsumentów o pieniądzach. Jak pokazuje raport Oracle, klienci odwracają się od gotówki. W związku z pandemią ludzie coraz mniej chętnie korzystają z banknotów i monet, zwracając się w stronę elektronicznych metod płatności. Aż 72% badanych konsumentów przyznało, że w porównaniu z ubiegłym rokiem ich stosunek do posługiwania się gotówką uległ diametralnej zmianie. Pytani o powody takiego stanu rzeczy, wymieniają m.in. niepokój związany z korzystaniem z banknotów (26%), które mogą być brudne (19% wskazań), a tym samym przenosić np. wirusy. Co więcej, ponad jedna czwarta (29%) pytanych konsumentów twierdzi, że stosowanie w rozliczeniach wyłącznie gotówki uniemożliwia prowadzenie interesów. Oczywiście zmiana postrzegania fizycznego pieniądza przez klientów spotkała się z szybką reakcją przedsiębiorców. 69% pytanych liderów biznesowych przyznało, że zainwestowało w zwiększenie możliwości płatności cyfrowych, a 64% stworzyło nowe formy angażowania klientów lub zmieniło modele biznesowe w odpowiedzi na pandemię COVID-19.

Biznes stawia na sztuczną inteligencję

Zmiana podejścia do pieniądza obserwowana jest również środowisku biznesowym. Podobnie do klientów indywidualnych, także decydenci biznesowi coraz chętniej powierzają kwestie finansowe opiece cyfrowych asystentów. Aż 73% ankietowanych menedżerów przyznaje, że w tym obszarze ufa im bardziej, niż sobie. Z kolei niemal ośmiu na dziesięciu z nich (77%) ma większe zaufanie do technologii, niż do własnych zespołów finansowych. Zdaniem 89% badanych liderów biznesowych, wspierani przez sztuczną inteligencję asystenci cyfrowi mogą usprawnić ich pracę poprzez wykrywanie oszustw (34%), generowanie faktur (25%) czy przeprowadzanie analizy kosztów i korzyści (23%). Pytani o to, jakiej pomocy oczekiwaliby od cyfrowych asystentów, 85% decydentów przyznaje, że chce wsparcia botów w realizacji zadań finansowych, w tym w zatwierdzaniu finansów (43%), budżetowaniu i prognozowaniu (39%), raportowaniu (38%) oraz zarządzaniu zgodnością z przepisami i ryzykiem (38%).

Zmiana podejścia nie pozostaje bez wpływu na sytuację doradców finansowych. Powinni oni skupić się na rozwijaniu dodatkowych umiejętności miękkich, ponieważ ich rola ewoluuje. Decydenci biznesowi pragną, by specjaliści ds. finansów korporacyjnych skupili się na komunikacji z klientami (40%), negocjowaniu rabatów (37%) i zatwierdzaniu transakcji (31%). – Procesy finansowe w naszym osobistym i zawodowym świecie od wielu lat stają się coraz bardziej cyfrowe, a wydarzenia ubiegłego roku przyspieszyły ten trend – komentuje Juergen Lindner, wiceprezes Oracle i szef działu globalnego marketingu – Cyfrowość to nowa norma. Technologie, takie jak sztuczna inteligencja i chatboty odgrywają istotną rolę w zarządzaniu finansami. Organizacje które nie przyjmą tych zmian ryzykują, że pozostaną w tyle za swoimi równolatkami i konkurencją. Ucierpieć może na tym produktywność, morale i samopoczucie pracowników. Konsekwencją mogą być też trudności z przyciągnięciem następnej generacji utalentowanych finansistów wykorzystujących AI – podsumowuje wiceprezes Oracle.

Wyniki badania opierają się na ankiecie przeprowadzonej przez firmę Savanta Inc. w okresie od 10 listopada do 8 grudnia 2020 r. Wzięło w niej udział 9001 respondentów z 14 krajów. W badaniu sprawdzano opinie i zachowania konsumentów i liderów biznesowych dotyczące pieniędzy, finansów i budżetów oraz roli sztucznej inteligencji i botów oraz oczekiwań wobec tych technologii w dziedzinie finansów i zarządzania.

Polska siódmą gospodarką na świecie pod względem perspektyw rozwoju eksportu

Eksport był jednym z głównych czynników szybkiego wzrostu gospodarczego Polski po 1989 r. Do 2003 firmy z kapitałem zagranicznym generowały 74 proc. przyrostu eksportu towarów z Polski i aż 90 proc. przyrostu eksportu wyrobów bardziej zaawansowanych technicznie. Do 2018 r. już tylko 41 proc. przyrostu eksportu towarów ogółem i 49 proc. przyrostu eksportu towarów wysokiej i średnio-wysokiej techniki pochodziło z działalności firm zagranicznych. Do naszych „hitów eksportowych” należą nie tylko produkty tradycyjne, ale również te z grupy tzw. wysokiej techniki. Jednocześnie, spośród przeanalizowanych 1236 grup produktów, Polska posiada przewagi komparatywne w aż 451, co daje 7. miejsce na świecie. Takie wnioski płyną z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Transformacja polskiego eksportu – 30 lat wzrostu i co dalej?”.

W początkach transformacji gospodarczej wartość polskiego eksportu w relacji do PKB wynosiła 15 proc., a wpływy pokrywały tylko 60 proc. wydatków na import. Już w 2015 r. Polska osiągnęła nadwyżkę obrotów towarowych, zaś wartość polskiego eksportu
w relacji do PKB wzrosła w 2019 r. do 45 proc. Było to możliwe przede wszystkim dzięki zwiększeniu zaangażowania krajowych przedsiębiorstw w globalne łańcuchy wartości – dzisiaj niemal 60 proc. polskiego eksportu towarów i usług jest rezultatem integracji ze światowym systemem produkcji. Przełomowym momentem było przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. W okresie członkostwa w UE, wartość polskiego eksportu wzrosła 5-krotnie. Najważniejszym rynkiem zagranicznym dla polskich eksporterów są Niemcy –
w 2019 r. na rynek niemiecki kierowano 27,5 proc. polskich produktów eksportowych.Polska siódmą gospodarką na świecie pod względem perspektyw rozwoju eksportu

Dywersyfikacja kluczem do sukcesu

Pomimo znaczących zmian, jakie dokonały się w strukturze polskiego eksportu na przestrzeni ostatnich 30 lat, jego dalszy rozwój jest uzależniony przede wszystkim od zwiększenia wolumenu zaawansowanej technologicznie produkcji kierowanej na rynki zagraniczne.

Analiza PIE pokazała, że udział dóbr wysokiej techniki w polskim eksporcie w latach 1996-2019 wzrósł z poziomu 4,5 proc. do 11,3 proc. To zauważalny postęp, aczkolwiek dobra stosunkowo mało zaawansowane technologicznie wciąż przeważają. Transformacja polskiego eksportu wymaga zmiany jego struktury w kierunku wzmocnienia tych specjalizacji, które wpłyną na zwiększenie wartości krajowego koszyka eksportowego. Należy tu wymienić przede wszystkim te branże, które z jednej strony stanowią najbardziej wartościowe grupy produktów w światowym handlu, a jednocześnie leżą stosunkowo najbliżej specjalizacji już obecnych w polskim eksporcie  –  powiedział Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu zagranicznego w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Wśród 23 wyróżnionych przez analityków PIE jako najbardziej perspektywiczne grup produktowych znajdują się m.in.: maszyny przemysłowe i urządzenia produkcyjne, chemia przemysłowa, chemia organiczna, wyroby farmaceutyczne oraz urządzenia specjalistyczne.

Katalog polskich hitów eksportowych rośnie

Polska dysponuje dobrami podbijającymi światowe rynki w różnych grupach produktów. Jeżeli chodzi o wyroby zaawansowane technologicznie, to pierwsze miejsce pod względem wartości w polskim eksporcie zajmuje aparatura odbiorcza dla telewizji kolorowej. W 2019 r. Polska wyeksportowała w ramach tej pozycji towarowej wyroby
o wartości 3,7 mld EUR. Hitem są także bramownice drogowe i wozy okraczające podsiębierne oraz aparaty słuchowe. W przypadku tych produktów udział polskich produktów w eksporcie światowym wynosi odpowiednio 42 proc. oraz 20,7 proc. Polska jest także europejskim liderem w produkcji i eksporcie sprzętu AGD. Udział polskich zmywarek do naczyń w światowym eksporcie to 18,8 proc., zaś pralek automatycznych 15,6 proc. Istotny udział w europejskim i światowym eksporcie mają także wyprodukowane w Polsce leki zawierające hormony (30,6 proc. w eksporcie UE i 12,4 proc. w światowym). Co więcej, eksport produktów z tej kategorii w latach 2012-2019 wzrósł aż o 3530 proc. Rośnie rola eksportu autobusów elektrycznych oraz akumulatorów litowo-jonowych. W latach 2012-2019 eksport akumulatorów wzrósł o 2268 proc. do wartości 2 mld EUR, co przekłada się na 2,4 proc. udziału w światowym eksporcie. Jeżeli chodzi o wyroby tradycyjne, wciąż silnym punktem na mapie polskiego eksportu jest sektor rolno-spożywczy – wartość krajowego eksportu produktów z tego sektora wyniosła w 2019 r. 31 mld EUR.

Wartość stanowiąca podstawę opodatkowania podatkiem od spadków i darowizn

W przypadku nabycia przez osoby fizyczne rzeczy oraz praw majątkowych w związku z dokonanym dziedziczeniem, zapisem windykacyjnym, poleceniem testamentowym, zapisem zwykłym, dalszym zapisem czy darowizną, poleceniem darczyńcy, zasiedzeniem, nieodpłatnym zniesieniem współwłasności, zachowkiem, nieodpłatną rentą, użytkowaniem oraz służebnością powstaje konieczność rozliczenia podatku od spadków i darowizn. Niezmiernie istotne jest prawidłowe określenie podstawy opodatkowania, co z uwagi na skomplikowanie przepisów nie w każdym przypadku jest proste.

Podstawa opodatkowania

Zgodnie z art. 7 ust. 1 ustawy z dnia 28 lipca 1983 r. o podatku od spadków i darowizn podstawę opodatkowania podatkiem od spadków i darowizn stanowi różnica pomiędzy wartością nabytych praw i rzeczy a wartością długów i ciężarów. Powyższe ustala się na podstawie stanu praw majątkowych i rzeczy w dniu nabycia i cen rynkowych z dnia powstania obowiązku podatkowego. Jeżeli przed dokonaniem wymiaru podatku dojdzie na skutek siły wyższej do ubytku wartości, wtedy ustala się ją na dzień dokonania wymiaru, a wartość odszkodowania za ubytek wynikającą z ubezpieczenia wlicza się do podstawy wymiaru.

Problematyczne jest określenie podstawy opodatkowania w przypadku odziedziczenia roszczeń o odszkodowanie, które w dacie powstania obowiązku podatkowego nie zostało określone. W ocenie sądów administracyjnych inna jest sytuacja nabywcy dziedziczącego same roszczenie o wypłatę odszkodowania od sytuacji podmiotu, którego roszczenie zostało zmaterializowane (wyrok NSA z dnia 19 lutego 2020 r., sygn. II FSK 735/18).

Co zalicza się do długów i ciężarów

Podstawę opodatkowania pomniejszają długi i ciężary. Pierwszą taką kategorią jest obciążenie spadku lub darowizny koniecznością wykonania polecenia, co wlicza się do wartości ciężarów.

Kolejną kategorią zaliczaną do długów i ciężarów są koszty leczenia i opieki w czasie ostatniej choroby spadkodawcy, jeżeli nie zostały wydatkowane za jego życia z jego majątku. Ponadto do takich ciężarów zalicza się także koszty pogrzebu oraz nagrobka, ponad wartość pokrytą z zasiłku pogrzebowego lub z innego źródła, wynagrodzenie wykonawcy testamentu, wypłatę zachowku oraz inne zapisy i polecenia wynikające z testamentu. Warto zwrócić uwagę, że nie każde polecenie darczyńcy może być zaliczone do ciężarów, a jedynie takie, którymi obdarowany został „obciążony” (wyrok WSA Łódź z dnia 10 września 2020 r., sygn. I SA/Łd 188/20). Istotne jest zatem wykonanie polecenia darczyńcy, a nie samo wskazanie takiego polecenia.

Zgodnie z art. 7 ust. 3a długi oraz ciężary związane z prowadzonym przedsiębiorstwem nie mogą być odliczone, jeżeli obciążają to przedsiębiorstwo.

Dodatkowo w przypadku zasiedzenia z podstawy opodatkowania wyłącza się nakłady dokonane przez nabywcę w czasie biegu zasiedzenia. Podobnie jest w przypadku budynku zbudowanego na gruncie będącym przedmiotem zasiedzenia, tj. wartość tego budynku wyłącza się z podstawy opodatkowania.

Określenie wartości rzeczy i praw

Kluczowe dla prawidłowego wyliczenia podstawy opodatkowania w podatku od spadków i darowizn jest prawidłowe określenie wartości rzeczy i praw. Ustawodawca przyjął, że wartość ta powinna zostać określona przez nabywcę w wartości rynkowej tych rzeczy i praw na podstawie przeciętnych cen stosowanych w obrocie gospodarczym tymi towarami lub prawami, w zależności od rodzaju i gatunku, miejsca położenia oraz czasu, a także stanu i stopnia zużycia.

Właściwy naczelnik urzędu skarbowego może sam określić wartość rzeczy lub praw w sytuacji, gdy wartość ta nie została wskazana przez nabywcę albo została wskazana w wartości nieodpowiadającej wartości rynkowej. Przed dokonaniem samodzielnego określenia wartości naczelnik powinien wezwać nabywcę do jej wskazania, ewentualnie podwyższenia lub obniżenia, w terminie nie krótszym niż 14 dni. W takiej sytuacji naczelnik powinien podać także własną wartość wynikającą ze wstępnej oceny. Do określenia wartości można także posłużyć się opinią biegłego. Przy czym, jeżeli wartość określona przez biegłego różni się o ponad 33% od wartości wskazanej przez nabywcę, koszty opinii biegłego ponosi nabywca.

Kwoty wolne

Niezmiernie istotnym elementem prawidłowego określenia podstawy opodatkowania są kwoty wolne od podatku. Co do zasady zależą one od kwalifikacji do nabywcy do określonej grupy podatkowej. Grupy podatkowe są trzy i zależą one od stopnia pokrewieństwa stron transakcji. Kwoty wolne dla tych grup wynoszą odpowiednio: dla pierwszej grupy 9 637 zł, dla drugiej grupy 7 276 zł i dla trzeciej grupy 4 902 zł. W przypadku więcej niż jednej transakcji nabycia rzeczy i praw majątkowych od tej samej osoby w okresie pięciu lat wartości nabyć należy ze sobą zsumować, a kwota wolna ma zastosowanie do zsumowanej wartości.

Innymi słowy, jeżeli w okresie ostatnich pięciu lat przed nabyciem kwota nabyć praw i rzeczy nie przekroczyła kwot wolnych, nie dochodzi do opodatkowania transakcji. W przypadku przekroczenia kwot wolnych podstawę opodatkowania stanowi różnica pomiędzy kwotą nabycia a kwotą wolną od podatku.

Świadczenia powtarzające się

W przypadku świadczeń powtarzających się, gdzie wartość prawa nie może być ustalona wcześniej co do zasady jako podstawę przyjmuje się wartość rzeczy lub praw w miarę wykonywania tych świadczeń. Naczelnik urzędu skarbowego może jednak w tej kwestii dogadać się z podatnikiem i przyjąć za podstawę opodatkowania prawdopodobną wartość tych świadczeń za cały okres. W takiej sytuacji za wartość świadczenia powtarzającego się przyjmuje się wartość rocznego świadczenia pomnożonego przez liczbę lat jego trwania lub w przypadku świadczeń na czas nieokreślony, pomnożona przez 10 lat.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wycinka Lex Szyszko w Łodzi – dane Uniwersytetu Łódzkiego szokują

Badacze z Zakładu Analiz Systemów Społeczno-Ekologicznych Uniwersytetu Łódzkiego sprawdzili straty w miejskim drzewostanie Łodzi na przestrzeni lat 2010–2019. Skutki liberalizacji ustawy o ochronie przyrody, popularnie nazywanej Lex Szyszko (od nazwiska ówczesnego ministra środowiska) okazały się u nas katostrofalne! Wyniki zostały przedstawione w artykule opublikowanym w Landscape and Urban Planning. Szefem zespołu badaczy jest Prof. Jakub Kronenberg z EkSoc UŁ.

Wycinka dekady

Analizy ubytków drzew przeprowadzone zostały na podstawie porównań zdjęć satelitarnych na powierzchniach próbnych w Łodzi (pokrywających łącznie 8,5% powierzchni miasta, reprezentatywnych dla różnych struktur urbanistycznych charakterystycznych dla tego miasta). Wyniki te pokazują szerszą skalę i charakterystykę wycinek przeprowadzonych w efekcie funkcjonowania przez pierwszą połowę roku 2017 zliberalizowanej ustawy o ochronie przyrody.

W ciągu całej dekady z analizowanych powierzchni usunięto drzewa, których korony pokrywały 0,73 km2, co odpowiadało niemal 3% analizowanej powierzchni miasta i 5,6% powierzchni pokrytej zielenią tylko na analizowanym terenie. Łącznie odpowiada to ok. 20 700 drzew.

40% tych drzew usunięto tylko w czasie obowiązywania Lex Szyszko, a zatem – innymi słowy – w ciągu obowiązywania zliberalizowanych przepisów usunięto niemal tyle samo drzew, ile usunięto w ciągu dziewięciu pozostałych lat (przed i po tej liberalizacji).
W przypadku naszego badania korzystaliśmy z dostępnych za darmo zdjęć satelitarnych dostarczonych przez Google Earth, mapując je ręcznie. Nawet jeśli ta procedura jest praco- i czasochłonna, jest relatywnie łatwa do przeprowadzenia i można ją wykorzystać do szerszych analiz efektów wdrażania Lex Szyszko i innych postępujących ubytków zieleni w polskich miastach (jak i poza nimi). – Prof. Jakub Kronenberg , EkSoc UŁWycinka Lex Szyszko w Łodzi – dane UŁ szokują

Korzyść prywatna…

W czasie obowiązywania zliberalizowanych przepisów najwięcej drzew usunięto z terenów prywatnych (ok. 80%), co jednoznacznie potwierdza, że prywatni właściciele wykorzystali okazję, a wielu z nich zrobiło to „na wszelki wypadek” – na wypadek, gdyby przepisy znów miały się zmienić, a raczej nie z powodu nagłej potrzeby uporządkowania swojego ogrodu.

Zdecydowaną większość drzew usunięto nie z prywatnych ogrodów, ale z nieformalnych terenów zieleni, nieużytków, terenów leżących odłogiem, ale pozostających prywatną własnością. Prawdopodobnym wyjaśnieniem może być chęć sprzedaży tych działek w dłuższej perspektywie oraz przekonanie, że łatwiej będzie je sprzedać, jeśli nie będą porośnięte drzewami.

Tak zresztą zaczyna się przecież większość procesów budowlanych w Polsce – od wycięcia drzew, które porastają daną działkę. Tego typu działania są zaskakujące w świetle często przytaczanych w literaturze wyników badań wskazujących na potrzebę bliskości zieleni i pozytywny wpływ zieleni na jakość życia człowieka.

Potwierdzają to także wyniki badań dotyczących rynku nieruchomości, konsekwentnie wskazujących (tak w Polsce, jak i za granicą), że ceny nieruchomości w otoczeniu zieleni są wyższe od cen porównywalnych nieruchomości pozbawionych otoczenia zieleni. Tak jak o tym zjawisku mówi się jako o głosowaniu za zielenią za pomocą portfela (zakup lub wynajem nieruchomości), tak w przypadku Lex Szyszko mogliśmy zaobserwować „głosowanie za pomocą pił spalinowych” – przeciwko zieleni.

Niedoceniana zieleń

Wyniki badań pokazują, że zieleń w miastach wcale nie jest jednoznacznie doceniana przez ich mieszkańców – jest raczej areną różnego rodzaju konfliktów między jej zwolennikami i przeciwnikami. W przypadku Lex Szyszko tłem dla tych sporów były dyskusje nt. domniemanej wolności właścicieli nieruchomości do dysponowania znajdującymi się tam drzewami, egzekwowania przez nich „świętego prawa własności”, którego znaczenie w zdominowanych przez neoliberalny dyskurs krajach postsocjalistycznych wydaje się wypaczone.

Nawet jeśli drzewa rosną na terenach prywatnych, świadczone przez nie usługi (korzyści) mają znacznie szerszy charakter dóbr publicznych, co uzasadnia kontrolę organów samorządowych nad procesem usuwania drzew nawet z terenów prywatnych. Ma więc miejsce konflikt między interesem publicznym związanym z zachowaniem dostępu do usług ekosystemów (drzew), a prywatnymi interesami związanymi z zarządzaniem prywatnymi nieruchomościami (ewentualnym sprzątaniem liści, zapewnieniem bezpieczeństwa itp.).

Oczywiście korzyści uzyskiwane przez innych mieszkańców miasta mogą być traktowane jako pozytywne efekty zewnętrzne utrzymania tych drzew przez prywatnych właścicieli nieruchomości. Liberalizacja stworzyła możliwości do wyjścia z systemu zarządzania wspólnym dobrem (usługami ekosystemów) opartym na wcześniej przyjętych rozwiązaniach prawnych i normach społecznych.

Konieczne są szersze dyskusje na ten temat, ale ekonomicznie i politycznie nieuzasadnione jest pozostawianie pełnej swobody gospodarowania drzewami prywatnym właścicielom nieruchomości. – Prof. Jakub Kronenberg, EkSoc UŁ

Ochrona dla „prywatnej” zieleni

Konieczne jest także znacznie szersze spojrzenie na problem zarządzania terenami zieleni w mieście, z których zdecydowaną większość stanowi właśnie tzw. zieleń nieformalna, często znajdująca się na gruntach prywatnych (była o tym mowa w komunikacie z naszych wcześniejszych badań).

Zieleń w mieście powinna być postrzegana w kategoriach zielonej infrastruktury – która, podobnie jak każdy inna infrastruktura, do efektywnego funkcjonowania wymaga postrzegania jej jako systemu połączonych elementów.

W sytuacji braku kontroli nad tym, co dzieje się z większością terenów porośniętych roślinnością w polskich miastach (dodatkowo pogarszanej przez „eksperymenty” takie jak Lex Szyszko), istnieje duże ryzyko utraty kluczowych elementów takiego systemu zanim zdamy sobie sprawę z ich znaczenia.

Konieczna jest więc inwentaryzacja i waloryzacja takich terenów, tak aby wskazać te, które kategorycznie muszą zostać zachowane, aby system nie stracił swojego potencjału do dostarczania korzyści mieszkańcom.

Inwentaryzacja drzew (czy kompleksowa inwentaryzacja terenów zieleni w ogóle) ułatwiłaby również ocenę efektów liberalizacji przepisów w ramach Lex Szyszko. Dotychczas – poza prezentowanym tu badaniem – nie zostały one ocenione, co jest w głównej mierze związane z brakiem danych nt. drzew w polskich miastach, a także uchylonym w ramach liberalizacji obowiązkiem zgłaszania usuwanych drzew.