Rynek e-commerce w Polsce staje się coraz bardziej nasycony. Obecnie na 1 tys. mieszkańców przypada średnio 1 sklep internetowy, podczas gdy trzy lata temu było to 0,5 sklepu. Pomimo szybko rosnącej konkurencji, wciąż jednak jest na nim miejsce dla nowych sprzedawców, którzy mogą zawalczyć o swój kawałek tortu wartego według szacunków 100 mld złotych.
Już ponad 20 mln Polaków kupuje online i liczba ta systematycznie rośnie. Z powodu wielomiesięcznego zamknięcia sklepów tradycyjnych 27 proc. internautów zaczęło robić zakupy w sieci nawet częściej niż dotychczas – informuje Izba Gospodarki Elektronicznej w jednym ze swoich raportów. Odpowiedzią na coraz częstszą obecność konsumentów w wirtualnym świecie jest rosnący trend przenoszenia tam biznesu – e-commerce stał się tym samym siłą napędową dla małych i średnich przedsiębiorstw.
Aby skutecznie konkurować na rynku, nowo powstające e-sklepy muszą od razu sprostać rosnącym oczekiwaniom kupujących. Zapewnienie szybkich, bezproblemowych i bezpiecznych zakupów w internecie to kwestia podstawowa. Jednym z kluczy do sukcesu, który każda firma sprzedająca w internecie powinna zastosować, jest wdrożenie elektronicznych kanałów płatności.
Maksymalnie uproszczenie procesu płacenia za zakupy przekłada się na większą satysfakcję kupujących. Z kolei zakres oferowanych kanałów płatności może decydować o tym, czy konsument dokona zakupu, czy jednak z niego zrezygnuje, np. ze względu na brak możliwości zapłacenia z poziomu telefonu komórkowego lub niewystarczające środki na rachunku bankowym. Dlatego też tak ważne w budowaniu pozytywnego doświadczenia zakupowego jest dostosowanie płatności do urządzeń mobilnych, udostępnienie szerokiego wachlarza metod płatniczych, a także wprowadzenie rozwiązań one-click’owych.
– Zapewniamy odpowiednie rozwiązania płatnicze dla każdego modelu biznesowego funkcjonującego w e-handlu, a dla początkujących sprzedawców oferujemy preferencyjne warunki na start – mówi Joanna Pieńkowska-Olczak, Prezes PayU S.A. i dodaje: Rozumiemy jak ważna w przypadku małych i średnich sklepów może być szybkość nawiązania współpracy. Dlatego też od strony sklepu proces ten jest w pełni zautomatyzowany: przedsiębiorca otwiera stronę PayU i wypełnia formularz, który kończy się wygenerowaniem i podpisaniem umowy elektronicznej. Firmy te mogą liczyć także na preferencyjne warunki finansowe i do 28 lutego w prosty sposób ustawić bramkę płatności dla swojego e-sklepu, ponosząc jedynie połowę standardowej prowizji.
Obserwując dużą liczbę ofert na rynku oraz tempo powstawania nowych podmiotów sprzedających w internecie, część kupujących może nie być od razu w pełni przekonana do nowej formy zakupów. Ważne jest zatem, aby przedsiębiorca zadbał o rozpoznawalność sklepu i dobre opinie dotychczasowych klientów, które będą pochodną przyjaznego procesu zakupowego. Skorzystanie z usług najbardziej rozpoznawalnych i cenionych na rynku operatorów płatności może w tym bardzo pomóc.
Dostawcą płatności wybieranym najczęściej przez małe i średnie firmy działające w branży e-commerce w Polsce jest PayU – wynika z badania e-Gazele Biznesu. Korzystanie z usług operatora potwierdziło 54 proc. badanych firm. PayU jest również pierwszym wyborem dla większości e-konsumentów, aż 53% kupujących online wskazuje, że korzysta z tego systemu płatności (raport eCommerce 2020, Izba Gospodarki Elektronicznej).
– W 2020 roku niemal każda osoba kupująca online w Polsce przynajmniej raz skorzystała z płatności PayU. Zaufanie naszych użytkowników i bezpieczeństwo ich środków jest dla nas najważniejsze. Podczas gdy konsumenci mogą wybierać z coraz szerszego wachlarza udostępnianych przez nas kanałów płatności, my pracujemy również nad tym, aby zapewnić odpowiedni sposób ich uwierzytelniania, mając jednocześnie na uwadze zwiększanie konwersji w sklepie – podsumowuje Joanna Pieńkowska-Olczak.
W najbliższych dziesięcioleciach czeka nas ogromna zmiana związana z reformą całych gospodarek tak, aby były bardziej „zielone”. Unia Europejska dąży w stronę zeroemisyjności, w tym celu zaproponowano nową strategię wspólnoty „Europejski Zielony Ład”. Zakłada ona wdrożenie działań związanych z ochroną środowiska oraz przeciwdziałaniem zmianom klimatycznym, aby w 2050 roku Europa była kontynentem neutralnym klimatycznie.
„Europejski Zielony Ład” zakłada m.in. transformację energetyczną – redukcję emisji CO2 i przejście z „brudnej” energetyki na odnawialne źródła energii. Ważnymi punktami strategii są także: zrównoważony transport, oparty na paliwach alternatywnych oraz efektywne energetycznie budownictwo i gospodarowanie odpadami w zamkniętym obiegu. Dla niektórych krajów wspólnoty zaproponowane działania będą ewolucją i przyspieszą zmiany wprowadzane już od dłuższego czasu. Jednak dla wielu krajów Unii, w tym dla Polski, strategia i jej ambitne cele niosą za sobą rewolucyjne zmiany. Dostosowanie się do nich będzie szczególnie dużym wyzwaniem dla naszego sektora energetycznego, który w Polsce w ponad 75 proc. jest oparty na węglu.
– Firmy energetyczne funkcjonujące w Polsce już teraz podejmują działania mające na celu redukcję CO2 i przejście na OZE. Wiele z nich widzi, że od tego trendu nie ma odwrotu i bycie bardziej „zielonym” jest koniecznością. Obecnie szczególnie dynamicznie rozwija się segment fotowoltaiki, której moc zainstalowana w Polsce wzrosła w ciągu ostatniego roku prawie trzykrotnie, osiągając 3,7 GW. Kolejnym etapem będą morskie farmy wiatrowe. Santander Bank Polska jest zaangażowany w ten proces, oferując jako pierwsza instytucja finansowa w kraju, rozwiązania finansowe oparte na zasadach ESG (Environmental, Social, Governance) czy SDG (Sustainable Development Goals). Są to m.in. zielone obligacje, kredyty ESG-linked czy transakcje zabezpieczające ryzyko zmienności stóp procentowych oparte na zasadach zrównoważonego rozwoju, czyli zielone IRS. Jesteśmy też zaangażowani w finansowanie największych w kraju farm wiatrowych i solarnych – wyjaśnia Maciej Tarnawski, dyrektor departamentu rynków kredytowych w Pionie Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej Santander Bank Polska.
Jak zauważają eksperci S&P Global Ratings, zainteresowanie międzynarodowych inwestorów pozyskiwaniem szczegółowych i rzetelnych informacji dotyczących zagadnień związanych z kwestiami ochrony środowiska naturalnego, relacjami społecznymi oraz kształtem ładu korporacyjnego przedsiębiorstw, gwałtownie rośnie. Obecnie, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, doceniają oni wartość uwzględniania czynników ESG w podejmowanych przez siebie decyzjach inwestycyjnych, zarówno w celu ograniczenia potencjalnego ryzyka, jak i odkrywania nowych możliwości biznesowych. Jednocześnie, dla dalszego rozwoju rynku instrumentów finansowych opartych o kryteria ESG, niezwykle istotna jest odpowiednia komunikacja oraz transparentność – inwestorzy coraz częściej chcą wiedzieć czy instrumenty oferowane im jako „zielone” lub „społecznie odpowiedzialne” są takimi w rzeczywistości, dlatego też pełna przejrzystość w tym zakresie jest niezbędna.
– Narzędziem wspierającym dynamiczny rozwój rynku jest Ocena ESG stworzona przez S&P Global Ratings. Jej celem jest zwiększenie transparentności poprzez przeprowadzenie szczegółowej analizy przedsiębiorstw pod kątem ewaluacji czynników ryzyka związanych z ochroną środowiska naturalnego, społecznej odpowiedzialności oraz zarządzania organizacją. Ocena ESG wykorzystywana jest zarówno przez inwestorów dla określenia akceptowalnego przez nich ryzyka, jak i firmy, które za jej pośrednictwem wzmacniają swoją reputację oraz wiarygodność wśród kluczowych interesariuszy – podkreśla Łukasz Olszewski, Dyrektor Generalny Oddziału w Polsce oraz Dyrektor Rozwoju Biznesu na Europę Środkową i Wschodnią, Turcję, Grecję i Ukrainę w S&P Global Ratings.
Energetyka to nie jedyna gałąź gospodarki, która dynamicznie się zmienia i w której aspekty środowiskowe stają się kluczowym tematem. Także w branży produkcyjnej, transporcie, handlu czy usługach, zasady zrównoważonego rozwoju i ograniczenie negatywnego wpływu na środowisko są coraz poważniej traktowane. Zmiany, które są wdrażane dotyczą oszczędności poprzez poprawienie efektywności energetycznej, wykorzystywania w większym stopniu energii z OZE, redukcji ilości śmieci i lepszego ich recyklingu, zmiany opakowań na bardziej ekologiczne, czy zmiany floty samochodowej na auta z napędem alternatywnym. O tym, że „zielona transformacja” nie jest chwilowym trendem a trwałą zmianą przekonani są uczestnicy debaty eksperckiej „Zielona transformacja okiem przedsiębiorców i inwestorów”. Zdaniem przedstawicieli sektora finansowego, którzy brali udział w dyskusji, już teraz można powiedzieć, że duże inwestycje nie spełniające kryteriów ESG, są trudne do sfinansowania, bo wiele instytucji finansowych wymaga, aby firmy realizowały „zielone” kryteria.
– Finansując projekty firm z przeróżnych branż widzimy, że coraz ważniejszym aspektem jest dążenie do zminimalizowania wpływu na środowisko. Większość dużych firm już teraz planuje wdrażanie ambitnych projektów ekologicznych, które są rozłożone na lata i pozyskuje na nie finansowanie. Liderzy zmian w tym zakresie kompletnie przestawili swój sposób myślenia i nie traktują takich działań jako kosztu a raczej jako inwestycję, która w przyszłości da wymierne oszczędności finansowe oraz zysk w postaci ochrony środowiska. Bycie nie ekologicznym w najbliższych latach będzie wiązało się z coraz większym kosztem, dlatego niezależnie od branży warto już teraz myśleć o tym w jaki sposób zredukować wpływ na środowisko – dodaje Maciej Tarnawski, dyrektor departamentu rynków kredytowych w Pionie Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej Santander Bank Polska.
Cele „Zielonego ładu” zakładają redukcję zużycia węgla 0 60-80 proc do roku 2030, a w roku 2050 ma on całkowicie zniknąć z europejskiego rynku energii. W ciągu ostatnich prawie trzydziestu lat emisja gazów cieplarnianych w Polsce zmalała z 447 megaton ekwiwalentu dwutlenku węgla do 380 w 2017 roku. Aby do 2050 nasza gospodarka stała się zeroemisyjna, redukcja emisji musiałaby przyspieszyć czterokrotnie. Zdaniem analityków firmy McKinsey dekarbonizacja polskiej gospodarki w ciągu 30 lat będzie kosztowała 380 mld euro. Przyniesie też spadek kosztów operacyjnych, rozwój nowych branż oraz 300 000 nowych miejsc pracy[1].
[1] Raport McKinsey „Neutralna emisyjnie Polska 2050”, czerwiec 2020
Wstrząsy na środowym otwarciu Wall Street uderzyły w aktywa ryzykowne po całej szerokości, skutkując konkursem na najlepsze wyjaśnienie zjawiska. Ale im więcej pojawia się teorii, tym większe szanse, że przyczyna tąpnięcia jest bardziej prozaiczna. Stabilizacja nastrojów po półgodzinnej huśtawce jest tego najlepszym dowodem.
Wczoraj zaraz po rozpoczęciu handlu kasowego na nowojorskiej giełdzie główne indeksy zaczęły nurkować, co zaraz rozlało się po wszystkich klasach aktywów. Na tamten moment jedyną informacją wartą uwagi były dane o inflacji z USA, które wypadły poniżej oczekiwań – w styczniu inflacja bazowa spowolniła do 1,4 proc. r/r z 1,6 proc., o 0,1 pkt proc. mniej niż prognozowano. Wstępnie dane odebrano jako pozytywne dla trendu reflacyjnego – bez przyspieszenia inflacji nie ma presji na Fed, by szybciej normalizował politykę pieniężną, więc słabość dolara z korzyścią dla aktywów ryzykownych może trwać. Ale gdy Wall Street na otwarciu zaczęło spadać, zaczęto „szyć” nowe wytłumaczenie – skoro ekspansja monetarna i fiskalna nie generują inflacji, to gospodarka jeszcze długo nie stanie na równe nogi. Celowo użyłem określenia „szyć”, ponieważ uważam taką hipotezę za mocno naciąganą i powstałą w wyniku konieczności znalezienia jakiegokolwiek uzasadnienia. Z drugiej strony chyba trzeba się cieszyć, że preteksty do korekty nie znajdują się poważniejsze. Osobiście jestem zdania, że przesz Wall Street przeszedł efekt kuli śnieżnej w związku z realizacją zysków po ostatnich wzrostach. Fakt, że handel szybko się ustabilizował, przemawia za tym, że powód musiał być bardziej techniczny niż fundamentalny. Nie bez znaczenia jest też zamknięcie na kilka dni głównych ośrodków finansowych w Azji z powodu świąt, przez co ewentualny rajd reflacyjny nie będzie miał punktu zaczepienia przez jedną trzecią doby. Naprawdę, czasami nie ma sensu szukać bardziej wymyślnych wytłumaczeń.
Prezes Fed Powell nie zaskoczył podczas środowego wystąpienia w Nowym Jorku. Podtrzymany został przekaz ze styczniowego komunikatu FOMC. Stwierdził, że potrzebne jest cierpliwe podtrzymywanie akomodacyjnej polityki pieniężnej i poczekanie na faktyczne efekty gospodarcze. Dodał, że kondycja rynku pracy jest daleka od silnej. Nawet jeśli inflacja zacznie rosnąć, nie będzie to miało większego znaczenia, gdyż odczyty podbiją efekty bazy niż strukturalne zmiany. Dlatego też Fed poczeka na materializację stabilnego trendu inflacyjnego niż będzie polegać na zmianach oczekiwań inflacyjnych. Powell jasno daje do zrozumienia, aby rynek nie rozpędzał się w dyskontowaniu normalizacji polityki w oparciu o odbicie inflacji. Jeśli inflacja zacznie rosnąć, a stopy procentowe zostaną nisko, będzie to ciążyć na wycenie USD w średnim terminie. Ale inwestorzy pozostaną inwestorami i zapewne Fed będzie musiał cyklicznie przypominać, że przez dobre kilka miesięcy nic się w jego polityce nie zmieni.
Złoty ucierpiał na wczorajszym skoku awersji do ryzyka i dziś rano EUR/PLN zahacza o 4,50. Nie widzimy fundamentalnych podstaw za zmianą trendu i w osłabieniu złotego widzimy techniczne odreagowanie ostatniego umocnienia po zatrzymaniu spadków EUR/PLN na 4,47. NBP wyraźnie trzyma się na uboczu i nawet ostatnia opinia banku centralnego w temacie przewalutowania kredytów frankowych jest pośrednio pozytywna dla waluty. Rynek złotego wyznacza nową półkę dla bocznego dryfu w przedziale 4,47-4,5050 w oczekiwaniu na kolejny zryw globalnego apetytu na ryzyko. W horyzoncie następnych kilkunastu dni spodziewam się wznowienia aprecjacja złotego w kierunku 4,45.
Blisko 76% Polaków nie chce kar dla gastronomii za otwieranie lokali pomimo rządowych obostrzeń. Niecałe 70% uważa, że rząd popełnił błąd.
Z najnowszego sondażu opinii społecznej wynika, że blisko 70% Polaków źle ocenia ponowne przedłużenie obostrzeń w gastronomii. Do tego niecałe 76% stwierdza, że nie należy bezwzględnie karać właścicieli lokali, które są otwierane mimo zakazu. Za lockdownem w tej branży częściej opowiadają się mężczyźni niż kobiety. Z kolei za stanowczym egzekwowaniem przepisów wobec przedsiębiorców jest prawie 22% badanych. Głównie są to osoby z wykształceniem zawodowym, podstawowym i gimnazjalnym.
Jak wynika z ogólnopolskiego badania UCE RESEARCH i SYNO Poland, 68,5% Polaków uważa, że rząd podjął złą decyzję, przedłużając lockdown w gastronomii. Natomiast 23,4% jest przeciwnego zdania, a 8,1% nie ma wyrobionej opinii w tej kwestii. Widać więc wyraźnie, że społeczeństwo chce otwarcia tej branży, co podkreśla Krzysztof Zych, główny analityk UCE RESEARCH. I dodaje, że ludzie mają już dość ograniczeń. Chcieliby swobodnie spotykać się w restauracjach, kawiarniach i pubach.
Prof. Witold Orłowski
– Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy dzisiaj należy otwierać lokale gastronomiczne. Z jednej strony są potrzeby i oczekiwania ludzi, ale z drugiej jest też pandemia. Być może rząd nie ma dzisiaj innego wyjścia, jak tylko przedłużać obostrzenia. Ale przecież był czas na to, by ustalić zasady bezpiecznego korzystania z takich miejsc, przynajmniej od pół roku istniała możliwość wypracowania procedur, w ramach których restauracje mogłyby dziś działać – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.
Wśród osób, które twierdzą, że rząd podjął dobrą decyzję, większy odsetek stanowią mężczyźni niż kobiety. Najwięcej zwolenników jest w przedziale wiekowym 56-80 lat i w grupie rodaków z wykształceniem podstawowym i gimnazjalnym. Natomiast uwzględniając miejsce zamieszkania, widać, że największe poparcie dla restrykcji jest w miastach mających powyżej 500 tys. ludności, a także w miejscowościach liczących od 20 tys. do 49 tys. mieszkańców.
– Zdrowie i życie jest zawsze na pierwszym miejscu, ale państwo powinno lepiej pomagać przedsiębiorcom. Przecież gastronomia to dla niego przede wszystkim podatnik. A przy braku obrotów, raczej nie odprowadzi danin. Ucierpią też ludzie, którzy pracują w tej branży. Już słychać, że windykatorzy i prawnicy zacierają ręce, bo w dłuższej perspektywie będą mieli mnóstwo klientów – dodaje główny analityk UCE RESEARCH.
75,7% Polaków uważa, że restauracje, puby i kawiarnie, otwierające się pomimo rządowych obostrzeń, nie powinny być bezwzględnie karane. Przeciwnego zdania jest 21,6% badanych, a 2,7% nie ma opinii w tej kwestii. Jak podkreśla Krzysztof Zych, Polacy nie chcą stosowania represji wobec tej grupy przedsiębiorców. W opinii eksperta, rządzący powinni to wziąć pod uwagę. Zamiast karać, należy podjąć realną próbę wyjścia z tej trudnej sytuacji.
– Takie przyzwolenie na działanie mimo zakazów oznacza po prostu brak zaufania do tego, co robi rząd. To również przekonanie, że pewne rzeczy są robione niewłaściwie, niepotrzebnie albo nie wiadomo dlaczego. Myślę, że te wyniki nie oznaczają solidarności z przedsiębiorcami, choć oni i osoby z nimi związane tak twierdzą. To po prostu wyraz coraz bardziej powszechnego przekonania, że zarządzanie pandemią w Polsce jest dość nieudolne – mówi prof. Orłowski.
Więcej zwolenników bezwzględnego karania ww. przedsiębiorców jest wśród mężczyzn niż kobiet. Głównie za takim rozwiązaniem opowiadają się osoby w wieku 36-55 oraz 56-80 lat, a także z wyksztalceniem zawodowym. Ponadto orędownicy kar w dużej mierze zamieszkują miasta od 50 tys. do 99 tys. mieszkańców oraz wsie i miejscowości do 5 tys. mieszkańców.
– W tym przypadku kierowanie się nadrzędnością prawa, niezależnie od uciążliwości oraz konsekwencji przepisów, może przynieść więcej szkody niż pożytku. Tu nie chodzi o dobry PR, tylko o zwykłą ludzką solidarność i zrozumienie dramatu przedsiębiorców. Niestety, w tej sytuacji pat może się pogłębiać. I jeżeli nic się nie zmieni, to będzie skutkowało dalszą eskalacją problemu i niepotrzebnymi napięciami – podsumowuje Krzysztof Zych.
Badanie zostało przeprowadzone w dniach 05-07.02.2021 r. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Gazety Wyborczej na reprezentatywnej próbie 1017 dorosłych Polaków.
Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała rok 2020 na polskim rynku nieruchomości magazynowych.
W 2020 roku popyt całkowity osiągnął rekordowy poziom prawie 5 mln mkw.
Prawie 70% całkowitego wolumenu transakcji stanowiły nowe umowy i ekspansje.
W czwartym kwartale ilość dostępnej do wynajęcia powierzchni magazynowej zmalała o prawie 300 000 mkw.
Aktywność deweloperska utrzymuje się na wysokim poziomie.
W 2020 roku popyt całkowity osiągnął rekordowy poziom prawie 5 mln mkw.
W 2020 roku całkowity popyt na nowoczesną powierzchnię magazynową pierwszy raz w historii sięgnął prawie 5 mln mkw. i wzrósł znacząco o 24% w ujęciu rocznym. Około 3,45 mln mkw. tj. prawie 70% całkowitego wolumenu transakcji stanowiły nowe umowy i ekspansje.
Na tak wysoki wynik aktywności najemców wpływ miały zarówno realizacje decyzji inwestycyjnych podjętych jeszcze w 2019 roku i na początku ubiegłego roku, tj. w okresie poprzedzającym pandemię koronawirusa, jak i gwałtowny wzrost dynamiki rozwoju branży e-commerce spowodowany ograniczeniami handlu stacjonarnego w kolejnych miesiącach 2020 roku. Przedłużenia umów najmu dotyczyły pozostałych 1,54 mln mkw., co również świadczy o swoistej, wysokiej odporności firm z sektora magazynowego w trudnych warunkach rynkowych – mówi Joanna Sinkiewicz, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych w Cushman & Wakefield.
W strukturze popytu, podobnie jak przed rokiem, największy udział miały dwie branże tj. logistyczna/KEP (34%) oraz handlowa (17%), napędzane przez rosnący popyt konsumentów na produkty szybko zbywalne (FMCG), elektronikę/AGD oraz meble/artykuły wyposażenia wnętrz.
Czynsze: w ubiegłym roku nie zaobserwowaliśmy istotnych zmian w poziomie czynszów magazynowych.
Nie zaobserwowaliśmy istotnych zmian w poziomie czynszów magazynowych, choć na niektórych rynkach widoczny był nieznaczny trend spadkowy w związku z dużym poziomem podaży i wzrostem pustostanów. Czynsze bazowe wahają się od 2,50-3,80 €/mkw/miesiąc w przypadku obiektów typu BIG-BOX do 4,00-5,25 €/mkw/miesiąc w przypadku obiektów typu SBU (Small Business Units) w obszarach miejskich na kluczowych rynkach. Zachęty finansowe oferowane przez deweloperów sięgają zazwyczaj 10-30% stawki bazowej czynszu, w zależności od warunków najmu. Składają się na nie okresy bezczynszowe wynoszące od jednego do dwóch miesięcy za każdy rok najmu oraz kontrybucja finansowa na wybrane prace wykończeniowe, czy koszty potencjalnej relokacji najemcy.
W czwartym kwartale ilość dostępnej do wynajęcia powierzchni magazynowej zmalała o prawie 300 000 mkw.
Pod koniec IV kwartału 2020 roku na rynku magazynowym dostępne do wynajęcia było ok. 1,42 mln mkw., co stanowiło 6,8% całkowitej podaży w Polsce. Silny wzrost popytu w IV kw. 2020 roku oraz relatywnie niski poziom nowej podaży w porównaniu do poprzednich kwartałów przyczyniły się do znaczącego spadku poziomu pustostanów o ponad 300 tys. mkw. Mniejsza dostępność powierzchni magazynowej oraz wysoki poziom zabezpieczenia umowami przednajmu projektów w budowie, może wskazywać na prawdopodobne, nieznaczne ograniczenie skali zachęt finansowych oferowanych najemcom w 2021 roku na niektórych rynkach regionalnych.
Podaż: aktywność deweloperska utrzymuje się na wysokim poziomie
W 2020 roku na rynku magazynowym ukończono prawie 2 miliony mkw. powierzchni magazynowej, a całkowite jej zasoby w Polsce wzrosły o 11 % r/r. W porównaniu do rekordowego 2019 roku, wolumen nowej podaży spadł o 27% (lub 0,74 mln mkw.). Pomimo podobnej liczby ukończonych inwestycji zauważalny był znacznie niższy udział dużych projektów o powierzchni przekraczającej 50 tys. mkw. W 2020 roku wyniósł on 370 tys. mkw. w porównaniu do 1 mln mkw. w 2019 roku, gdy finalizowano kolejne duże inwestycje dla firm takich jak Amazon, Zalando, Leroy Merlin, Castorama i Carrefour. Natomiast pod koniec ubiegłego roku w budowie znajdowało się ponad 2 miliony mkw., o około 100 000 mkw. więcej niż rok wcześniej. Około 73% wolumenu inwestycji w budowie zostało już zabezpieczone umowami przednajmu (pre-let), co stanowi znaczący wzrost tego wskaźnika o 23 pp. r/r wynikający zarówno z wysokiego popytu oraz tendencji do ograniczania inwestycji spekulacyjnych w związku z wyższym ryzykiem rynkowym w czasie pandemii COVID-19.
W 2021 roku planowane jest rozpoczęcie wielu nowych projektów deweloperskich, w tym dużych jak np. Wrocław CAMPUS 39 firmy Panattoni Europe (180 000 mkw., Wrocław), 7R Park Gdańsk-Port (123 000 mkw., Trójmiasto), Hillwood Rokitno (110 000 mkw., Polska Zachodnia) czy DL Invest Park Teresin (100 000 mkw., okolice Warszawy).
Oprócz parków magazynowych oferujących większe moduły magazynowe (BIG-BOX) oraz inwestycji typu BTS (build to suit), deweloperzy aktywnie rozwijają inwestycje w ramach nabierającego rozpędu trendu rozwoju logistyki „ostatniej mili”. Dobrym przykładem jest Warszawa, gdzie deweloperzy realizują kolejne projekty tego typu na Okęciu, w rejonie Żerania, Targówka Przemysłowego i Bielan. Na celowniku deweloperów są także inne miasta w Polsce jak np. Poznań, Wrocław, Łódź, Kraków, Gdańsk, Gdynia czy Rzeszów. Zmianie ulega standard obiektów magazynowych oferując dogodne rozwiązania dla realizacji specyficznych operacji związanych z logistyką pod e-commerce czy lekką produkcją. Silny wpływ na standard nowych obiektów ma również trend ekologiczny i automatyzacja. Deweloperzy i najemcy coraz chętniej inwestują w nowe technologie IT, automatykę przemysłową, energię odnawialną i przyjazne środowisko pracy – mówi Adrian Semaan, Senior Research Consultant, Cushman & Wakefield
Prognoza
Podczas gdy wiele branż przeżywa ogromne trudności w związku z pandemią, rynek magazynowy odnotował silny wzrost. To głównie zasługa długofalowego rozwoju napędzanego w dużej mierze wysoką dynamiką rozwoju sektora e-commerce, który w warunkach ograniczeń handlu stacjonarnego dodatkowo zyskał na znaczeniu. Strategiczna lokalizacja Polski na przecięciu głównych szlaków handlowych, a także dalsze inwestycje w infrastrukturę transportową w powiązaniu z rozwojem logistyki miejskiej i transgranicznej, pozwalają z optymizmem patrzeć na kondycję rynku w 2021 roku. Długofalowy wzrost przewidują również inwestorzy, którzy na projekty przemysłowe wydali w 2020 roku rekordowe 2,6 mld euro – dodaje Joanna Sinkiewicz.
Pełna treść raportu dostępna pod linkiem: https://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2021-02-11/3gprfx
Według opublikowanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń danych liczba osób korzystających z dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych na koniec III kwartału 2020 roku wynosiła ponad 3,1 mln. To o 10,6% więcej niż rok wcześniej. Wydaliśmy na nie łącznie 665 mln zł, czyli 4,3% więcej niż w tym samym okresie 2019 r.
Ostatni rok zdecydowanie zmienił podejście ubezpieczających i ubezpieczonych do polis zdrowotnych, zarówno grupowych, jak i indywidualnych. Po pierwsze, zaczęły być one jeszcze bardziej pożądanym benefitem pracowniczym niż rok temu. Po drugie, zmieniło się podejście kupujących do zakresu polis – świadczenia wcześniej marginalizowane i uważane za dodatki są teraz jednymi z najistotniejszych, jak telemedycyna.
Na co zwracamy uwagę wybierając polisę w 2021 r.?
Dotychczas dla ubezpieczających najważniejsza była jak najdłuższa lista świadczeń dostępnych w ramach polisy. Nie analizowali oni jednak aż tak dokładnie, co ona zawierała. A krótsza lista wcale nie musi oznaczać słabszej ochrony. Kluczem, według którego powinno wybierać się świadczenia, są:
– problemy zdrowotne, z jakimi borykają się ubezpieczeni,
– choroby zawodowe, które im grożą,
– wiek ubezpieczonych i wynikające z niego zagrożenia dla zdrowia.
Obecnie świadczeniami, które są szczególnie „w cenie”, są ochrona przed chorobami zakaźnymi, zwłaszcza COVID-19, pomoc zdalna oraz wsparcie w walce z problemami psychicznymi. Pandemia i spowodowana nią izolacja odcisnęły piętno na naszym zdrowiu – zarówno fizycznym, jak i psychicznym.
W ofertach ubezpieczycieli, zwłaszcza tych dotyczących polis grupowych, pojawiła się więc możliwość organizacji testów przesiewowych na koronawirusa wśród pracowników. Ponadto, część towarzystw przygotowuje się do włączenia do akcji szczepień przeciw COVID-19 w ramach mobilnych punktów szczepień, które będzie można zorganizować w firmie. Co więcej, nieustająco rozwijane są usługi z zakresu telemedycyny, ponieważ ta forma kontaktu nie straci na popularności przez długi czas. Jestem wręcz zdania, że zostanie z nami na stałe. Trzeba też zaopiekować się rosnącą liczbą osób z problemami natury psychicznej, do czego przyczyniły się ograniczenia spowodowane lockdownem. Na szczęście coraz bardziej otwarcie mówimy o tych schorzeniach i coraz chętniej zwracamy się po pomoc. Dlatego coraz więcej osób wybierając ubezpieczenie, dba o to, żeby obejmowało również konsultacje psychiatryczne i psychologiczne.
Pracodawcy powinni zachęcać do korzystania z polis grupowych
Biorąc pod uwagę fakt, że przez pandemię zdecydowanie pogorszyła się nasza dbałość o odpowiednią profilaktykę zdrowotną, poza ochroną przed COVID-19, ubezpieczający w ramach polis grupowych (pracodawcy) powinni pełnić nie tylko rolę dostawcy ochrony, ale też aktywnie zachęcać do korzystania ze świadczeń. Przedsiębiorcy powinni przede wszystkim wyjść poza schemat obowiązkowych badań okresowych i zachęcać pracowników do częstszego sprawdzania swojego stanu zdrowia. Zwłaszcza że pojęcie medycyny pracy jest bardzo pojemne i można w jej ramach całościowo zadbać o zdrowie, tworząc np. pracownicze programy profilaktyczne, pomagające kompleksowo diagnozować i leczyć najpowszechniej występujące wśród pracowników schorzenia.
Ubezpieczenie zdrowotne ma już ponad 3,1 mln Polaków – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń po III kw. 2020 r. To o 10,6 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2019 r. Wartość składki wzrosła o 4,3 proc. i przekroczyła łącznie 665 mln zł. Zainteresowanie prywatnymi polisami zdrowotnymi w Polsce ciągle rośnie.
– Prywatne ubezpieczenia stały się ważnym elementem ochrony zdrowia dla Polaków, ponieważ zapewniają szybki dostęp do wysokiej jakości opieki medycznej. Pomimo niepewności wywołanej spowolnieniem gospodarczym, pracodawcy nie rezygnują z polis zdrowotnych. Co więcej, kolejne firmy decydują się na zakup takiego ubezpieczenia w ramach benefitów pracowniczych. Ponadto zwiększyła się liczba posiadaczy indywidualnych polis zdrowotnych. Wzrost jest tu prawie trzykrotnie wyższy niż w przypadku ubezpieczeń grupowych. Wpływ na to może mieć trudna sytuacja w publicznej opiece zdrowotnej, obciążonej walką z SARS CoV-2 – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu PIU.
Coraz większe możliwości dla ubezpieczonych
W 2020 r. duża część opieki medycznej była świadczona zdalnie. Szczególnie w początkowej fazie pandemii bardzo wielu pacjentów korzystało z e-konsultacji z lekarzami. Ubezpieczyciele rozszerzyli w związku z tym zakres usług telemedycznych. Wzmocniona została obsługa w call center, a dodatkowo pacjenci oraz lekarze zyskali lepszy dostęp do wyników badań przekazywanych zdalnie.
– Oferta zakładów ubezpieczeń została w wielu przypadkach wzbogacona także o usługi podstawowej opieki zdrowotnej (POZ). Przed wybuchem pandemii dla ubezpieczonych ważny był przede wszystkim dostęp do specjalistów. W sytuacji epidemicznej wzrosło natomiast zainteresowanie konsultacjami z internistami i pediatrami. Wiele firm ubezpieczeniowych włączyło też w zakres polisy opiekę psychologa, ponieważ w warunkach izolacji, wprowadzonych obostrzeń i dużej niepewności gospodarczej zwiększyło się zapotrzebowanie na usługi psychologiczne. Dodatkowo ubezpieczyciele zaoferowali organizację testów na COVID-19 – dodaje Dorota M. Fal.
W III kwartale 2020 r. wielu Polaków wróciło do wizyt stacjonarnych, co przełożyło się na wzrost ogólnej liczby badań i konsultacji medycznych. Wracają też powoli badania profilaktyczne. Telemedycyna nadal cieszy się jednak dużą popularnością, a wizyty zdalne pozostaną w ofercie ubezpieczycieli na stałe.
W dyskusji o systemie podatkowym w Polsce pojawia się propozycja, by zwiększyć podatek akcyzowy nałożony na nowatorskie wyroby tytoniowe. Aktualnie wyroby nowatorskie, czyli produkty takie jak papierosy bezdymne, płyny i olejki do e-papierosów, są objęte dosyć niską stawką akcyzową. Propozycja podniesienia tej stawki ma na celu zwiększenie wpływów do budżetu państwa. Czy to dobry pomysł?Warto sprostować nieprawdziwe informacje pojawiające się w odniesieniu do akcyzy – rynek wyrobów tytoniowych to 70 mld sztuk (papierosy, tytoń do palenia, cygara i cygaretki, płyny do e-papierosów, wyroby nowatorskie i wyroby nielegalne). Wyroby nowatorskie to nadal bardzo niewielka część rynku – nie więcej niż 3,4%. Stąd nie ma możliwości, aby opodatkowanie wyrobów nowatorskich wyższą akcyzą przyniosło 1,5 mld zł czy też 5 mld zł z piwa poprzez zrównanie opodatkowania z wódką. Takie obliczenia są całkowicie błędne – konsumenci zrezygnują z zakupu lub kupią tańsze, ale bardziej szkodliwe wyroby albo tak jak w przypadku piwa przeniosą swoje preferencje na inne napoje w tym wódkę. Według takiej logiki można podnieść akcyzę o 100% na wszystko i wyliczyć dziesiątki miliardów w budżecie. Potężnym nadużyciem jest porównywanie luki w VAT do rzekomej luki w akcyzie. Podczas gdy ta pierwsza wynikała z działań przestępczych, to ta druga to nie luka tylko świadoma prozdrowotna polityka rządu. W rzeczywistości system akcyzy ze swoją różnorodnością stawek jest spójny, szczelny i logiczny.
– Zwolennicy tej propozycji postulują, by określić stawkę akcyzową na wyroby nowatorskie na około połowę stawki, którą obciążone są papierosy. To podwyższyło by cenę tych produktów o około 150%. W takiej sytuacji ten rynek by się załamał – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Bronicki, doradca podatkowy w BBGTAX. – Rynek wyrobów nowatorskich stanowi około 3,4% rynku wszystkich wyrobów tytoniowych. Twierdzenie, że z większego opodatkowania tego sektora można wycisnąć dodatkowe półtora miliarda złotych jest niepoważne. Takie pieniądze można wziąć za to z papierosów, i to bez konieczności wprowadzania podwyżek podatku akcyzowego. Wystarczyłoby zmienić strukturę stawki podatku akcyzowego, zmniejszając część procentową, a zwiększając część kwotową. Przeprowadziliśmy takie ćwiczenie w 2009 roku. W 10 miesięcy uzyskaliśmy około 2,6 miliarda złotych. Dzisiaj ten efekt mógłby być jeszcze większy – mamy bowiem większy rynek najtańszych papierosów, płacących minimalną stawkę podatku akcyzowego. Gdybyśmy zmniejszyli część procentową stawki o około 10 punktów procentowych i przenieśli ją w kwotę tego podatku, zyskalibyśmy około 3 miliardy złotych – wskazuje Bronicki.
Na elewacji warszawskiego pubu „Świetlicy Wolności” pojawiły się ekrany wyświetlające Licznik Strat Lockdownowych. W sumie od marca 2020 r. polska gospodarka w wyniku wprowadzenia lockdownu straciła już ponad 30 mld zł.
Odmrożenie gospodarki zaplanowane na 12 lutego jest tylko częściowe (dotyczy kin, hoteli, teatrów i stoków) i tymczasowe (po dwóch tygodniach możliwy jest powrót do obostrzeń). Oznacza to, że polska gospodarka wciąż ma do czynienia z pełzającym lockdownem. Licznik Strat Lockdownowych wskazuje w czasie rzeczywistym skumulowaną stratę gospodarczą w rozumieniu utraconego dochodu od pierwszego, wiosennego lockdownu – oraz wyszczególnia straty czterech najważniejszych branż, które były lub są zamrożone (gastronomia, fitness, rozrywka, hotele). Będzie też aktualizowany w zależności od bieżących zmian reżimu sanitarnego. Twórcy licznika, Warsaw Enterprise Institute oraz Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, stoją na stanowisku, że straty poniesione w wyniku lockdownu nie były koniecznością. Gospodarka powinna funkcjonować w sposób ciągły – pod warunkiem zachowania zaostrzonego rygoru sanitarnego.
Wyliczenia WEI i ZPP wskazują, że największe szkody uczynił w gospodarce wiosenny lockdown. Wówczas PKB Polski skurczyło się o 0.74%. Do spadku przyczyniły się w największym stopniu ograniczenia w handlu detalicznym i związane z nim zamknięcie galerii oraz targowisk rolno-spożywczych. Spadek wartości dodanej generowanej przez sektor handlu detalicznego sięgnął 5.47 mld zł. Jako efekt pośredni spadki wystąpiły również w sektorach powiązanych z sektorem sprzedaży detalicznej tj. handle hurtowy 4.10 mld zł, przemysł 0,45 mld zł, energia 0.17 mld zł, transport 0,21 mld zł. W usługach indywidualnych tj. fryzjerzy i kosmetyczki straty wynikające z wiosennego lockdownu wyniosły 1,03 mld zł. Wysokie spadki odnotowały również branża rozrywkowa i kulturalna, turystyczna, sport i rekreacja, transport lotniczy, hotelarska.
Według wstępnego szacunku GUS produkt krajowy brutto (PKB) w 2020 roku był realnie niższy o 2,8% w porównaniu z 2019 r. Do tego spadku przyczyniły się, oczywiście, nie tylko obostrzenia gospodarcze, lecz także spadek popytu zagranicznego oraz obniżenie się nastrojów konsumenckich i zwiększona ostrożność sanitarna. Licznik – oparty na modelu input-output – odsiewa jednak te zjawiska, koncentrując się wyłącznie na stratach wywołanych lockdownem. Bierze pod uwagę nie tylko utracone dochody w branżach zamrożonych, lecz także rezultaty pośrednie jakie ich zamrożenie miało dla innych sektorów.
Licznik dostępny jest także w Internecie pod adresem: http://licznik.wei.org.pl/
Zniknie wraz z odmrożeniem ostatniej zamrożonej branży i ostateczną rezygnacją z polityki lockdownowej.
W 2020 r. przedsiębiorcy zostali odcięci od kredytów – zaciągnęli ich o prawie 1/3 mniej niż rok wcześniej (dane BIK).
Dostęp do finansowania był jednak ważny jak nigdy – wg danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego w grudniu 79 proc. firm utrzymało w ujęciu miesięcznym poziom finansowania bieżącej działalności środkami zewnętrznymi.
Biznes w pandemii potrzebuje dopływu gotówki, ale to nie banki, a usługi faktoringowe leczyły i utrzymywały przy życiu firmy dotknięte Covidem. W tym roku będzie podobnie.
Wg danych Biura Informacji Kredytowej (BIK) w 2020 r. przedsiębiorcy zaciągnęli o prawie jedną trzecią kredytów mniej niż rok wcześniej. Od stycznia do listopada 2020 r. banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom 119,5 tys. kredytów, czyli o 32,2 proc. mniej niż w 2019 r. Ich łączna wartość wyniosła 15,8 mld zł, o 27 proc. mniej niż przed rokiem.
W stabilnej gospodarczo sytuacji pierwszym adresem, pod który firmy udają się po pieniądze są banki. Wg Związku Banków Polskich (ZBP) w czasach dobrej koniunktury gospodarczej kredyt w banku wymieniany jest jako najbardziej powszechne zewnętrzne źródło finansowania działalności biznesu. Tak twierdzi 53% średnich firm oraz 43% mikro- i małych przedsiębiorstw (badania z 2018 roku). W pandemii to się zmienia. Pod koniec sierpnia 2020 roku wg Polskiego Instytutu Ekonomicznego z kredytu korzystało już tylko 35 proc. badanych firm.
Nowy model finansowania w pandemii
Spadła dostępność kredytów, a pozyskiwanie środków było dla firm ważne jak nigdy wcześniej. Pod koniec 2020 roku aż 79 proc. firm utrzymało w ujęciu miesięcznym poziom finansowania bieżącej działalności środkami zewnętrznymi. Tak wynika z badania PIE oraz Banku Gospodarstwa Krajowego przeprowadzonego na początku stycznia 2021. Przedsiębiorcy zaciekle walczą o utrzymanie swoich firm, o zachowanie stanu zatrudnienia i pozycji rynkowej. Do tego potrzebna jest wysoka płynność i obieg pieniądza.
– Trafiają do nas setki przedsiębiorców, którzy w bankach usłyszeli odmowę. Ci, którzy wcześniej mogli liczyć na finansowanie bankowe, teraz również otrzymują brak zgody na zwiększenie obecnego finansowania lub zostaje ono ograniczone. W pewnym sensie faktoring staje się szpitalem dla firm, miejscem, gdzie znajdują tlen, czyli finansowanie. Faktoringiem w pandemii interesuje się coraz większa grupa firm – ilość zgłoszeń wzrosła u nas w ubiegłym roku o kilkadziesiąt procent. Ta forma finansowania sprawdza się w trudnych czasach lepiej niż kredyt, bo przy ocenie ryzyka najważniejsze są perspektywy biznesowe, a nie zdolność kredytowa firmy. W ostatnich miesiącach to się potwierdziło – przedsiębiorcy podejmowali przemyślane i odpowiedzialne decyzje, a mimo to stali się zbyt ryzykowni dla systemu bankowego. Zmieniają więc adresata i idą po pomoc do faktorów. Skrócenie cyklu rotacji należności otwiera przed nimi nowe możliwości, np. udziału w przetargach czy inwestowania w rozwój firmy, a także regulowania swoich bieżących zobowiązań – Marek Sikorski, Dyrektor Sprzedaży Finea.
Przedsiębiorcy muszą przetrwać pierwszy kwartał
Po wybuchu pandemii banki ograniczyły akcję kredytową. Zapowiedziały, że uruchomią ją ponownie jesienią zeszłego roku. Druga fala pandemii rozbiła w pył te zapewnienia. W dodatku szef Związku Banków Polskich spodziewa się w tym roku wzrostu liczby tzw. złych kredytów, na które banki muszą uważać. Nie wróży to dobrze firmom, które będą szukać finansowania.
Przedsiębiorstwa weszły w 2021 rok w dość trudnych warunkach – w grudniu 2020 r. 48 proc. firm odnotowało niższą wartość sprzedaży w porównaniu do listopada. Spadku w styczniu spodziewa się jeszcze więcej firm (52 proc. – dane PIE). Początek tego roku będzie obfitował w sytuacje kryzysowe. Na wyraźne polepszenie się sytuacji gospodarczej trzeba poczekać do drugiej połowy roku.
– Problem w tym, że przedsiębiorcy tego czasu już nie mają. Podczas ubiegłorocznego zamrożenia gospodarki wielu z nich wykorzystało rezerwowe środki, więc nie mogą w nieskończoność czekać aż sytuacja się poprawi. Szukają więc finansowania poprzez faktoring. Oczywiście, aby móc skorzystać z faktoringu, firma musi sprzedawać. Faktur w obrocie jest mniej, ale te, które są obecnie wystawiane mają jeszcze większe znaczenie – Marek Sikorski z Finea.
Faktoring oparł się niekorzystnym dla biznesu tendencjom ograniczania finansowania. Dodatkowy napęd w postaci gwarancji wartych 11,5 mld zł. otrzymał w połowie zeszłego roku od Banku Gospodarstwa Krajowego. Ten model pozwala firmom zachować płynność i łagodzi konsekwencje nawarstwiających się w gospodarce zatorów płatniczych. Nie obciąża przy tym zdolności kredytowej, a niektórzy faktorzy przyjmują do finansowania nawet pojedyncze faktury (zamiast pakietów).
Kurs korony czeskiej wobec złotego od prawie dziesięciu lat nie był tak korzystny dla importerów z Czech jak obecnie. To dla nich wymarzone warunki do handlu z polskimi producentami. Tymczasem czescy politycy chcą ograniczyć ilość sprowadzanej, głównie z Polski, żywności. Jeśli nowe prawo wejdzie w życie, stracą na tym nie tylko firmy po obu stronach granicy, ale i czescy konsumenci.
– Kiedy pijecie kawę, najpewniej wlewacie do niej niemieckie mleko – tego argumentu użył czeski minister rolnictwa Miroslav Toman, przekonując parlamentarzystów do wprowadzenia nowego prawa, które teoretycznie ma zapewnić ochronę rynku wewnętrznego w Czechach.
Rzeczywiście, niemieckiego mleka z importu jest w Czechach najwięcej. Ale niepokój mogą czuć również polscy producenci, od których Czesi kupują mleko za około 30 mln zł rocznie (wyliczenie na podstawie danych The Observatory of Economic Complexity: 7,78 mld dol.).
W czeskim parlamencie trwają właśnie prace nad przepisami, które mają zobowiązać duże sklepy (powyżej 400 m kw.) do tego, by od początku 2022 r. co najmniej 55 proc. udziału w oferowanej w nich żywności stanowiły towary wyprodukowane w Czechach. Do 2028 r. ten odsetek ma wzrosnąć do 73 proc. Nowymi ograniczeniami mogą zostać objęte podstawowe artykuły spożywcze importowane przez Czechy, m.in. mięso, warzywa i owoce oraz nabiał. Obecnie ustawą zajmuje się Senat, później będzie ona wymagała jeszcze podpisu prezydenta.
Czesi cenią polską żywność
Czechy są bardzo ważnym rynkiem dla polskich eksporterów żywności. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, tylko w okresie I–XI 2020 r. polskie firmy sprzedały do Czech produkty pochodzenia zwierzęcego o wartości prawie 2 mld zł, produkty roślinne za ponad 780 mln zł oraz gotowe artykuły spożywcze warte ponad 3 mld zł.
Na sklepowych półkach wśród produktów pochodzenia zwierzęcego można znaleźć przede wszystkim polskie mięso: drób, wieprzowinę oraz wołowinę. Jeżeli chodzi o importowane z Polski towary roślinne, to dominują jabłka i gruszki, kapusta, ale też kukurydza i banany.
To wszystko produkty, za które Czesi bardzo cenią polskich producentów. Jeżeli przepisy wejdą w życie, stracą na tym przede wszystkim czescy konsumenci. Będą musieli liczyć się z mniejszym wyborem produktów często gorszej jakości i z wyższymi cenami, bo rodzimi producenci nie będą w stanie w wystarczającym stopniu zaspokoić popytu.
Polskie artykuły pochodzenia zwierzęcego w czeskim imporcie
Źródło: OEC
Czescy importerzy bardzo cenią sobie współpracę z polskimi partnerami handlowymi. Z rozmów z nimi wiemy, że chcą rozwijać te kontakty. W żaden sposób nie odczuwają, by polska żywność mogła być jakimkolwiek zagrożeniem dla lokalnych producentów.
Przedstawicieli biznesu nie przekonuje też argument o konieczności ochrony czeskiego rynku. Dlaczego? Po pierwsze, to konsument powinien decydować o tym, jakie produkty chce kupować. Po drugie zaś, Czechy są w Unii Europejskiej, a żaden kraj, który do niej należy, w odwecie nie zamyka się na współpracę handlową z Czechami. Gdyby tak się stało, skutki mogłyby okazać się groźne dla czeskiego eksportu i PKB.
Tymczasem czeska gospodarka już teraz mocno odczuwa skutki pandemii i kryzysu w Europie – jak podaje tamtejszy urząd statystyczny (Czech Statistical Office), w 2020 r. PKB Czech spadł o 5,6 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. To najgorszy wynik od lat.
Kurs walutowy korzystny dla czeskich importerów
W tym samym czasie, gdy w czeskim parlamencie trwają prace nad nowymi przepisami, sytuacja na rynku walutowym wręcz zachęca do tego, by czescy importerzy kupowali towary od polskich partnerów. Sprzyja im kurs korony czeskiej do złotego – w tych walutach rozliczana jest zdecydowana większość transakcji w handlu na linii Polska–Czechy.
Jeden złoty kosztuje obecnie około 5,75 korony. To najniższy kurs od prawie 10 lat. Korona czeska umacnia się wobec polskiej waluty systematycznie od wiosny 2015 r. Od tamtej pory kurs PLN/CZK spadł o ok. 15 proc.
Źródło: Investing.com
Czescy importerzy korzystają więc teraz z doskonałego dla nich układu sił na rynku walutowym – bowiem im mocniejsza korona, tym niższy koszt polskich towarów wyrażony w czeskiej walucie. W tej sytuacji rozsądnym krokiem z punktu widzenia importerów wydaje się zabezpieczenie kursu wymiany, by można było używać go w rozliczeniach z polskimi kontrahentami w przyszłości.
Warto budować handlowe mosty, nie mury
Chociaż nowelizacja prawa, nad którą pracuje czeski parlament, dotyczy żywności, warto pamiętać, że relacje handlowe między Polską a Czechami zostały zbudowane na wymianie szeregu innych produktów.
Czechy są drugim, po Niemczech, partnerem eksportowym Polski. Według ostatnich danych GUS w okresie I–XI 2020 r. polskie firmy sprzedały do Czech towary o wartości 56,2 mld zł. Wypracowały w ten sposób nadwyżkę nad importem z Czech na poziomie 27,2 mld zł.
Tak dużą nadwyżkę eksportu w bilansie handlowym z Czechami Polska wypracowała nie tylko w sprzedaży produktów pochodzenia zwierzęcego (eksport: 2 mld zł; import: 377 mln zł), ale także m.in.: maszyn i urządzeń (eksport: 11,4 mld zł; import: 5,7 mld zł), tworzyw sztucznych (eksport: 4 mld zł; import: 2,2 mld zł) czy artykułów włókienniczych (eksport: 1,9 mld zł; import: 669 mln zł).
Biura Ebury zlokalizowane i w Warszawie, i w Ostrawie wspierają na co dzień eksporterów i importerów działających po obu stronach granicy. Z licznych, wieloletnich kontaktów wiemy, że zarówno firmy z Polski, jak i Czech chcą przede wszystkim nawiązywać nowe kontakty handlowe i rozwijać biznes bez sztucznych barier stwarzanych przez polityków.
Polska dołączyła do grupy europejskich krajów, które na szczeblu unijnym zaprotestowały przeciwko planowanym ograniczeniom na czeskim rynku. Pozostaje mieć nadzieję, że czescy politycy postawią na budowanie mostów w handlu międzynarodowym oraz wsparcie małych i średnich przedsiębiorców. Spory, niepewność i budowanie murów nigdy nie są dobre dla żadnej ze stron.
Autorzy: Jakub Łańcucki, Dyrektor Zarządzający Ebury Polska
Tomáš Kudla, Dyrektor Zarządzający Ebury Czech Republic
Czytanie maili w piżamie w łóżku, wideokonferencja w dresie, zakładanie do pracy codziennych ciuchów, które nigdy nie widziały biura… Większość z osób, które wykonywały pracę zdalną z domu, zna podobne sytuacje z autopsji. Według badań Pracuj.pl aż 2 na 3 Polaków ubiera się na tzw. home office mniej formalnie, niż do siedziby firmy. Ponadto blisko połowie zdarzyło się usiąść do takiej pracy w piżamie czy dresie. Czy wzrost popularności pracy zdalnej na stałe zmieni nasz modowy zawodowy savoir vivre? Sprawdzamy to razem z badaczami.
Czego dowiesz się z tekstu:
Praca z domu ma ogromny wpływ na zawodową garderobę Polaków.
2 na 3 badanych ubiera się do pracy zdalnej mniej formalnie, niż do biura.
Blisko połowie zdarzyło się pracować na home office w piżamie czy dresie.
7 na 10 nie uważa, że praca w takim stroju jest czymś nagannym.
Tylko co trzeci uważa, że ubiór na home office ma wpływ na efekty pracy.
Zamieszanie w modowym tyglu
Garnitur, żakiet, krawat, ale też ciuchy robocze, firmowy kombinezon czy specjalistyczna odzież – strój do pracy niejedno ma imię. Jego charakter różni się w zależności od specjalizacji, kultury firmowej czy poziomu stanowiska, które zajmujemy. Jakby tego było mało – ogromny wzrost popularności tzw. home office dodatkowo namieszał w zawodowej garderobie, zacierając granice między czasem pracy i czasem prywatnym.
Jak zmiany z ostatnich kilkunastu miesięcy wpłynęły na styl ubioru? Nasza garderoba na home office to kolejny temat, któremu przyjrzeliśmy się w badaniu Pracuj.pl „Polacy w środowisku pracy”. Jak się okazuje – większość z nas jest tolerancyjna w sprawie domowo-zawodowego ubioru, a wielu ma na koncie własne modowe „grzeszki” związane z pracą zdalną. Praca w piżamie z łóżka czy elegancka koszula założona do dresu na rozmowę wideo – to coraz rzadziej wyłącznie oryginalna anegdota.
Zdalna szafa – inna od biurowej
Jak wynika z badań Pracuj.pl, 56% Polaków deklaruje, że ma za sobą doświadczenia pracy zdalnej, a więcej niż co trzeci (35%) pracuje w tym modelu obecnie – w pełni lub hybrydowo. Innymi słowy tzw. home office to zjawisko znane w praktyce ponad połowie respondentów. Niewątpliwie grono to jest tak duże w wyniku zmian z ostatnich kilkunastu miesięcy – w okresie pandemii COVID-19 wiele firm wyniosło działalność poza siedziby i biura.
Jak sytuacja ta wpływa na naszą zawodową garderobę?
Więcej niż 2/3 badanych przyznaje, że do pracy zdalnej ubiera się mniej formalnie, niż do pracy w biurze czy siedzibie firmy – przy czym aż 42% „zdecydowanie” mniej. Jak zauważa Michał Kędziora, ekspert mody męskiej i autor bloga Mr Vintage, sytuacja długotrwałej popularności pracy zdalnej przekłada się bezpośrednio na zainteresowanie odzieżą domową.
W ostatnich miesiącach bardzo mocno wzrosła sprzedaż takich produktów, jak dresy, piżamy, kapcie i szlafroki. Wiele marek wprowadziło lub poszerzyło ten asortyment w swoich kolekcjach zdając sobie sprawę, żę to nie chwilowy trend lecz coś, co zostanie z nami na dłużej. Ubieramy się mniej elegancko, bo wiele osób nie chodzi codziennie do biura, w warunkach domowych motywacja do strojenia się spada. Czy to dobrze? Jeśli taki rodzaj stroju nie wpływa negatywnie na naszą motywację, to nie ma w tym nic złego. Oczywiście wyjątkiem są sytuacje, w których trzeba i wypada ubrać się bardziej elegancko, np. rozmowy kwalifikacyjne, ważne negocjacje czy spotkania – komentuje Michał Kędziora (Mr Vintage).
Opowiadania o pracy z domu w dresie czy piżamie to nie mit. Jak się okazuje blisko połowa badanych przyznaje, że podczas home office zdarzało im się siadać do zadań w takim właśnie stroju. Co wolno w domu – nie zawsze przeszłoby oczywiście w firmie. Ponad połowa respondentów potwierdza bowiem, że do pracy w biurze nie ubraliby się w ten sam sposób, co podczas wykonywania obowiązków zdalnie.
W dresie nie gorzej niż w koszuli?
Czy jednak praca w domu wolna od „tradycyjnego” biurowego stroju jest właściwie czymś nagannym? Niekoniecznie – uważa tak tylko 27% badanych, a 43% wyraźnie się z tą opinią nie zgadza. Co więcej, tylko co trzeci respondent (33%) wyraża opinię, że ubiór wybierany podczas pracy w domu ma przełożenie na efektywność wykonywania zadań.
Choć jednak badani wykazują się dość dużą tolerancją dotyczącą zasad zawodowego dress code w domu, według ekspertów często może on naprawdę znacząco wpływać na osiągane wyniki. Już nawet częściowe odtworzenie „biurowych” warunków pracy w domu może poprawiać np. naszą koncentrację. Ważnym elementem tego procesu jest dobór stroju.
Każdy z pracujących z domu przeżył swoje momenty modowej słabości i nie ma w tym nic złego. Zauważmy jednak, że podczas pracy zdalnej zacierają się granice między przestrzenią prywatną i służbową. Dlatego tak ważne jest, by umieć wyznaczyć między nimi odpowiedni dystans. Z pomocą przychodzą pewne rytuały, znane nam z biur czy zakładów pracy. Strój, na który się decydujemy, to też ważny element tej układanki, mogący jasno sygnalizować otoczeniu i nam samym, na co poświęcamy obecnie uwagę. Warto nie lekceważyć wpływu takich pozornie drobnych elementów na to, jak myślimy o pracy. Oczywiście wiele zależy tu od osobistych predyspozycji. Jedni lepiej znoszą rozluźnienie zasad sprzed pandemii, innym ich brak realnie zaburza efektywność pracy – komentuje Łukasz Marciniak, Dyrektor Sprzedaży w eRecruiter, ekspert Pracuj.pl.
Elegancko – na specjalne okazje
Na jakie okazje wybieramy bardziej formalny strój podczas wykonywania pracy zdalnej? Według badań zazwyczaj są one związane z kontaktem z osobami na wyższych stanowiskach od naszego lub pochodzącymi spoza naszej organizacji. Najwięcej, bo połowa respondentów wskazuje na trzy sytuacje, w których ubierają się bardziej elegancko na home office: rozmowy kwalifikacyjne wideo i wirtualne spotkania z przełożonym lub menedżerem (po 53%), a także konferencje z klientem lub kontrahentem (50%). Zdecydowanie rzadziej jesteśmy gotowi wybierać bardziej formalny strój na spotkania ze współpracownikami tego samego szczebla (35%) czy webinaria oraz konferencje biznesowe (31%).
Casual nie tylko na home office
Praca zdalna poluzowuje zasady zawodowego dress code. Czy jednak aby to wyłącznie zjawisko zrodzone związane ze zmianami po wybuchu pandemii COVID-19? Według badań Pracuj.pl przeprowadzonych w połowie 2019 roku już wówczas aż 7 na 10 Polaków uważało, że w idealnym miejscu pracy powinna istnieć swoboda ubioru, przy zachowaniu odpowiednich granic i zasad. Jak komentował wówczas Michał Kędziora, poluzowywanie zasad ubioru jest zjawiskiem zachodzącym stopniowo od wielu lat, a moda „casualowa” coraz mocniej wpływa także na ubiór w branżach kojarzonych dotychczas z bardziej formalną garderobą.
Coraz więcej ekspertów zastanawia się, jak będzie wyglądać nasza rzeczywistość zawodowa i biurowa po opanowaniu pandemii. Ubiór to także jedna z dziedzin, które warto pod tym względem obserwować. Na odpowiedź na pytanie czy uda nam się wrócić do dawnych, bardziej rygorystycznych zasad stroju, czy też czekają nas kolejne zmiany w biznesowym stylu ubioru – trzeba jeszcze poczekać.
Z raportu DNB Bank Polska i Deloitte „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19” wynika, że Polska będzie jednym z największych beneficjentów Planu Odbudowy Europy.
Już w 2022 r. środki unijne spowodują wzrost polskiego PKB o 66,7 mld zł.
Obszary priorytetowe, na których skupia się UE to cyfryzacja i ochrona środowiska – aspekty, w których Polska ma luki inwestycyjne. Dla polskich firm to szansa naintensywniejsze niż dotychczas działanie.
Najpopularniejszym obecnie sposobem na wykorzystanie technologii w przedsiębiorstwach jest praca zdalna (97 proc.). Jednak jak wynika z zestawienia DESI Index, Polacy mają wiele do nadrobienia w zakresie podstawowych umiejętności cyfrowych, tak niezbędnych na rynku pracy.
Aż 70 proc. firm podjęło inicjatywy mające na celu bardziej efektywne zużycie energii, ale dane z SDG Index wskazują, że kluczowym wyzwaniem dla Polski nadal są działania w dziedzinie klimatu.
Choć przed wybuchem pandemii polska gospodarka nie miała istotnych nierówności makroekonomicznych, doświadczyła wyraźnego spowolnienia po dynamicznym wzroście w poprzednich latach. W drugim kwartale 2020 r. PKB w Polsce obniżył się o 8,2 proc. r/r. Dla porównania w I kwartale poprzedniego roku PKB wzrósł o 2 proc. Spadek wynikał głównie z obniżenia konsumpcji gospodarstw domowych, ale także niższych inwestycji i redukcji zapasów. Dodatni wkład do zmiany PKB miała konsumpcja publiczna oraz eksport netto.
– Mimo gwałtownego rozwoju pandemii COVID-19 w Polsce oraz wielu innych krajach jesienią, krótkoterminowa sytuacja w gospodarce wyglądała lepiej niż w drugim kwartale br. Spadek PKB w Polsce w trzecim kwartale 2020 r. był relatywnie niski w porównaniu z krajami UE. Znamy jednak pierwsze wyliczenia dotyczące stanu gospodarki za cały ubiegły rok. To pierwszy raz od 28 lat, kiedy Polska przeszła recesję. Chociaż spadek PKB był niższy niż przewidywano, musimy skorzystać ze wsparcia zewnętrznego, by zminimalizować skutki kryzysu – mówi Julia Patorska, Partner Associate, Liderka Zespołu Analiz Ekonomicznych, Deloitte Advisory.
Unijna finansowa szczepionka
Dwa kluczowe w najbliższych latach programy to nowy budżet UE, prawidłowo nazywany Wieloletnimi Ramami Finansowymi (WRF) na lata 2021-2027 oraz antykryzysowy Plan Odbudowy Europy – Next Generation EU (NGEU), porównywany do Planu Marshalla. W sumie dysponują one kwotą przekraczającą 1,8 biliona euro, co stanowi niemal 13 proc. PKB Unii Europejskiej.
Co istotne, mniejsza skala budżetu ogłoszona w 2018 roku była istotnym ryzykiem dla wielu gospodarek, w tym polskiej, dla których fundusze unijne stanowiły ważny impuls inwestycyjny. Tym samym ogłoszenie nowych WRF rozszerzonych o antykryzysowy program NGEU rozwiało obawy o istotny spadek wysokości napływających funduszy europejskich po 2020 r., zwłaszcza w Polsce, która ma szansę stać się jednym z głównych beneficjentów nowych programów.
– NGEU został podzielony na trzy główne filary. Pierwszy z nich to inwestycje i reformy, którego elementem jest Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności stanowiący 90 proc. całego NGEU. Drugi filar to pobudzenie gospodarki UE poprzez zachęcanie do inwestycji prywatnych. Mieszczą się w nim głównie programy oparte na pożyczkach i gwarancjach. Ostatni obszar to wyciągnięcie wniosków z kryzysu, w tym 13,5 mld euro na program „Horyzont Europa”. Skala pomocy, którą oferuje Unia Europejska jest ogromna.Naszym zadaniem jest podjęcie starań,by wykorzystać ją jak najlepiej – mówi Artur Tomaszewski, Prezes Zarządu, DNB Bank Polska S.A.
Pierwsze pozytywne skutki programu widoczne będą już w 2022 roku. To wtedy polskie PKB wzrośnie dzięki niemu o 66,7 mld zł. W latach 2022-2023 wpływ funduszy NGEU odpowiadać będzie za ponad połowę całkowitego wzrostu PKB w tym okresie, a w kolejnych latach udział ten będzie utrzymywał się na znaczącym poziomie. Środki unijne wpłyną również na strukturę zatrudnienia. W 2022 r. środki NGEU i finansowane nimi projekty inwestycyjne pozwolą utworzyć i utrzymać ponad 155 tys. stanowisk pracy. Szczególnie zyskają na tym usługi oraz przemysł przetwórczy. Po 2025 r. corocznie projekty z NGEU będą utrzymywać ponad 30 tys. miejsc pracy.
Wsparcie tam, gdzie jest najbardziej potrzebne
– Przyszłość jest tam, gdzie cyfrowa i ekologiczna rewolucja. Wzrost wydajności w tych obszarach jest konieczny do dalszego rozwoju gospodarczego. Dla wielu polskich firm oznacza to konieczność dostosowania swoich modeli biznesowych. Przedsiębiorstwa będą też potrzebowały odpowiednich instrukcji i wsparcia. Celem Unii Europejskiej jest pobudzenie przyszłych inwestycji, które pozwolą Polsce na odrobienie zaległości w różnych obszarach, co przełoży się na dalszą konkurencyjność kraju w przyszłości. Raport Kierunki 2021 zachęca do refleksji i działania – mówi Herman Van Rompuy, były Przewodniczący Rady Europejskiej.
Odbudowa po pandemicznym kryzysie nie może być mierzona tylko kryteriami ekonomicznymi. W swoich projektach Unia Europejska zobowiązuje państwa członkowskie do działania w obszarach cyfryzacji i ochrony środowiska, czyli tam, gdzie Polska ma obecnie znaczne luki inwestycyjne.
W przypadku transformacji cyfrowej miarą postępu poszczególnych państw UE może być DESI Index. To zestaw wskaźników, który obejmuje pięć głównych kategorii: łączność, kapitał ludzki, wykorzystanie Internetu, integracja technologii cyfrowych oraz cyfrowe usługi publiczne. W 2020 roku Polska znalazła się na niechlubnym 26. miejscu w dziedzinie umiejętności – tak istotnych w dobie upowszechnienia użycia komputerów i Internetu na każdej płaszczyźnie życia.
Druga kluczowa kategoria, w której Polska wypada słabo na tle UE (25. miejsce) to integracja technologii w biznesie. Na wynik wpływa głównie niski stopień wykorzystania usług w chmurze, big data czy elektronicznej wymiany dokumentów, ale również sprzedaży online.
Z kolei w kontekście inicjatyw środowiskowych odpowiednim punktem odniesienia jest SDG Index, mierzony po przyjęciu przez państwa członkowskie ONZ 17 celów, które muszą być osiągnięte do 2030 roku. Polska ma wynik na poziomie 78,1 proc., określający odsetek wykonania założeń i zajmuje 23. miejsce na 193 badane kraje. Kluczowe wyzwania, które nadal stoją przed Polską to: czysta i dostępna energia, działania w dziedzinie klimatu, życie pod wodą oraz partnerstwo na rzecz celów.
Plan Odbudowy – górnolotna obietnica czy realna pomoc?
Na potrzeby raportu „Kierunki 2021. Nowy Plan Marshalla. Odbudowa polskiej gospodarki po COVID-19” przeprowadzono ankietę, w którym wzięli udział klienci DNB Bank Polska, czyli przede wszystkim duże przedsiębiorstwa i korporacje z wybranych sektorów gospodarki. Wśród nich wyraźny jest sceptycyzm dotyczący Planu Odbudowy dla Europy. Jedynie w przypadku inicjatywy „Zwiększenie mocy“ więcej niż połowa ankietowanych przedsiębiorstw wskazała, że może się ona przyczynić do rozwoju firmy. Priorytet ten zakłada rozwój czystych technologii, a więc wykorzystanie odnawialnych źródeł energii, w tym promowany przez Unię Europejską wodór.
– Przedsiębiorstwa postrzegają Plan Odbudowy jako deklaracje o dużym stopniu ogólności, których przełożenie na praktyczne działania i inwestycje nie jest jeszcze pewne. Również w swoich strategiach na najbliższe lata pomijają scenariusze, w których otrzymaliby dodatkowe środki unijne. Oznacza to, że w Polsce potrzebna jest kampania informacyjna, która mówiłaby o korzyściach płynących ze środków zaproponowanych przez UE. Symulacje przeprowadzone na potrzeby raportu pokazały, że wpływ na gospodarkę będzie realny, a z kryzysu wyjdziemy dużo szybciej, niż gdybyśmy walczyli z nim samodzielnie – tłumaczy Julia Patorska.
Co czeka firmy po pandemii?
Z raportu wynika, że 62 proc. firm nieznacznie odczuło skutki kryzysu, 26 proc. wskazało na poważne konsekwencje pandemii, a 5 proc. na takie, które zagrażają stabilności firmy. Tylko 7 proc. badanych nie doświadczyło żadnych negatywnych skutków.
Firmy, które odczuły poważne skutki niestabilnej sytuacji gospodarczej w najbliższym czasie skupią się na odbudowaniu popytu, wejściu na nowe rynki, digitalizacji oraz redukcji kosztów związanych z zatrudnieniem. Przedsiębiorstwa nie zamierzają z kolei szukać nowych dostawców oraz wykwalifikowanych pracowników. Oznacza to, że w pierwszej kolejności chcą ustabilizować funkcjonowanie biznesu, a nie go rozwijać.
Natomiast grupa przedsiębiorstw, która doświadczyła nieznacznych niedogodności związanych z pandemią, najczęściej wskazywała na konieczność wdrażania nowych innowacji i odkrywania nowych rynków. Wśród priorytetów znalazła się również digitalizacja i ekspansja poprzez przejęcia.
– Plany firm odpornych na kryzys pokazują, że wydarzenia ostatniego roku nie wpłynęły znacząco na ich strategie, a ich celem jest unowocześnienie działalności. Wiele z nich zrobi to poprzez systematyczne wdrażanie technologii i inicjatyw środowiskowych. Z raportu wynika jednak, że dla wielu przedsiębiorstw takie innowacje to zarówno szansa, jak i bariera rozwoju. Z naszych doświadczeń wynika jednak, że aktywność w obszarze technologii i klimatu przekłada się na rozwój firmy. Pozytywnie postrzegają go zarówno klienci, jak i pracownicy czy inwestorzy – mówi Artur Tomaszewski.
W przypadku wykorzystania technologii cyfrowych najbardziej popularna jest praca zdalna (97 proc.), a najmniej powszechne – robotyzacja i automatyzacja procesów biznesowych (35 proc.). Z kolei w przypadku inicjatyw środowiskowych, aż 70 proc. przedsiębiorstw podjęło już działania mające na celu bardziej efektywne zużycie energii.
Jeśli chodzi o plany firm, to 48 proc. z nich planuje wdrożenie robotyzacji i automatyzacji procesów biznesowych, a także big data (28 proc.). Połowa badanych zamierza skorzystać z odnawialnych źródeł energii oraz rozwijać produkty i usługi bardziej przyjazne środowisku. Wyniki pokazują, że polskie przedsiębiorstwa chcą wzmacniać się w obszarach, które zostały wskazane jako zaniedbane w indeksach DESI i SDG.
Spółdzielnia Mleczarska Mlekpol – lider rodzimego rynku nabiału w Polsce podsumował miniony rok i przedstawił plany na kolejne miesiące. A wśród nich zwiększenie przychodów do 5 mld zł pod koniec 2021 r., wejście na nowe, zagraniczne rynki zbytu oraz szeroki rozwój oferty produktowej dostosowany do obecnej sytuacji pandemicznej i wymogów konsumentów. Co więcej, SM Mlekpol właśnie obchodzi 40-lecie istnienia. Zdobycie mocnej pozycji na rynku było możliwe dzięki zbudowaniu i rozwojowi własnej bazy surowcowej, modernizacji przejmowanych zakładów oraz zaangażowaniu pracowników.
Spółdzielnia Mleczarska Mlekpol podsumowała wyniki finansowe za 2020 rok, przedstawiła plany na kolejne miesiące. Podczas spotkania prasowego Prezes Zarządu Edmund Borawski podkreślił, że SM Mlekpol obchodzi właśnie jubileusz – 40-lecie istnienia na polskim rynku.
Trudna droga do pozycji lidera
W momencie powstania Mlekpolu, spółdzielnia skupowała 35 mln litrów mleka rocznie. 40 lat później ta liczba zwiększyła się do 2 mld litrów rocznie.
– Mlekpol swoją działalność rozpoczął w trudnym okresie poprzedzającym tzw. transformację ustrojową. Wówczas nastąpił gwałtowny kryzys gospodarczy, który dotknął również branżę mleczarską. Musieliśmy dołożyć wszelkich starań, aby sprostać wymaganiom rynku, uzyskać jak najwyższą jakość surowca i zintensyfikować produkcję mleka i innych przetworów nabiałowych – mówi Edmund Borawski, Prezes Zarządu SM Mlekpol.
Dzisiaj spółdzielnię tworzy 2800 wykwalifikowanych pracowników zatrudnionych w 13 zakładach produkcyjnych, w których przetwarzanych jest ok. 5,5 milionów litrów mleka dziennie od 9 tys. dostawców oraz 4 miliony płynnej serwatki.
– Poprzedni rok zamknęliśmy przychodem na poziomie 4,5 miliarda złotych. Skupiliśmy od rolników blisko 2 mld litrów mleka, a w roku 2021 przewidujemy dalszy wzrost o 3-5 proc. – dodał prezes Borawski.
Silna ekspansja poza UE
Polska jest znaczącym graczem na rynku europejskiego mleczarstwa. Udział eksportu w sprzedaży SM Mlekpol wyniósł ponad 25 procent i spodziewa się dalszego wzrostu w 2021 roku.
– Zagraniczni konsumenci doceniają jakość i walory smakowe naszych produktów. W ubiegłym roku wyeksportowaliśmy o 50 procent więcej produktów mleczarskich do Chin niż w analogicznym okresie – wyjaśnia Małgorzata Cebelińska, Dyrektor Handlowy SM Mlekpol. – Aktualnie, oprócz krajów UE, współpracujemy bardzo ściśle z większością krajów Azji południowo-wschodniej, krajami Afryki i Bliskiego Wschodu, a nawet Dominikaną.
Zapotrzebowanie na świecie na produkty mleczarskie z Polski jest duże. W rozwoju eksportu pomaga nowo wybudowany Zakład Produkcji Sproszkowanych Wyrobów Mleczarskich. To największa inwestycja w historii SM Mlekpol i jeden z najnowocześniejszych tego typu zakładów w Europie. Umożliwia on wyprodukowanie blisko 220 ton sproszkowanego mleka i serwatki w ciągu doby.
Optymalizacja procesów produkcyjnych w SM Mlekpol
Cztery dekady na rynku wiele zmieniły w procesie produkcyjnym w SM Mlekpol.
– Postęp techniczny wdrażany jest we wszystkich zakładach z wykorzystaniem najnowocześniejszych technologii dostępnych na rynku. Automatyzacja procesów produkcyjnych ma za zadanie ograniczenie uciążliwości pracy oraz zwiększenie wydajności i efektywności realizowanych procesów. Jedną z niezwykle proekologicznych metod optymalizacji funkcjonowania Spółdzielni jest również system kogeneracji – mówi Zbigniew Groszyk, Wiceprezes Zarządu SM Mlekpol ds. Produkcji – Oznacza ona możliwość wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej z niskoemisyjnych źródeł. Metoda ta z powodzeniem została wdrożona w Zakładzie Produkcji Sproszkowanych Wyrobów Mleczarskich w Mrągowie. Technologia ta zdecydowanie obniża koszty czynników energetycznych. Planujemy, aby w najbliższym czasie rozwiązanie to zostało wdrożone m.in. w zakładach w Zambrowie i Radomiu – dodaje.
Jakie są trendy na 2021 rok?
– W 2021 roku konsument będzie szczególnie zainteresowany bezpieczeństwem, jakością i polskim pochodzeniem produktu. Coraz częściej doceniane są znane, lokalne marki i produkty wytworzone w naszym kraju, z polskiego surowca i w procesie zrównoważonego rozwoju. W dobie pogarszającej się sytuacji ekonomicznej wielu rodzin ważna jest również cena podstawowych produktów spożywczych. Dlatego dbamy, żeby mieć w swojej ofercie również ekonomiczne rozwiązania ich produkcji i pakowania. Konsument w 2021 znowu będzie zainteresowany nowościami produktowymi. Zdecydowanie przeważać będą trendy prozdrowotne w tym dodatek składników mających wpływ na odporność organizmu czy mniejsza ilość cukru w jogurtach czy deserach mlecznych. A marki, które traktują kwestie środowiskowe i społeczne poważnie, będą konsumentom o wiele bliższe – kończy Małgorzata Cebelińska, Dyrektor Handlowy SM Mlekpol.
Notowana na rynku głównym GPW firma kosmetyczna Miraculum w styczniu 2021 roku osiągnęła 2,7 mln zł przychodów. W minionym miesiącu spółka przeprowadziła największą w historii akcję marketingową z drogerią Rossmann – flagowa marka Pani Walewska znalazła się w ponad 1400 placówkach tej sieci i została bardzo dobrze odebrana przez klientów.
– Jesteśmy zadowoleni z poziomu przychodów w styczniu. Choć są one niższe o 13 proc. r/r., to należy pamiętać, że styczeń 2020 r, był rekordowy dla spółki m.in. ze względu na pierwsze zatowarowanie nowych partnerów w krajach arabskich o wartości prawie 1 mln zł. Wyłączając powyższe, to drugi najlepszy miesięczny wynik osiągnięty na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy – komentuje Sławomir Ziemski, członek zarządu Miraculum.
Spółka konsekwentnie rozwija sieć sprzedaży i poszerza dostępność swoich marek między innymi w największych drogeriach, o czym świadczy przeprowadzona w styczniu współpraca z siecią Rossmann z okazji 50-lecia flagowej marki Pani Walewska.
– Jubileuszowe standy z produktami Pani Walewska w drogeriach Rossmann, była to jak do tej pory największa akcja przeprowadzona z tą siecią. Jej efekty mają swoje odzwierciedlenie w wynikach sprzedaży, ale także bardzo pozytywnie wpłynęły na zwiększenie rozpoznawalności marki wśród młodszego pokolenia odbiorców – dodaje Ziemski.
W związku z dynamicznym rozwojem, Miraculum rozpoczęło zapowiadaną w grudniu 2020 r. emisję akcji. Celem spółki jest pozyskanie około 2 mln zł w wyniku emisji 1,4 mln akcji w cenie 1,40 zł za jedną akcję. Pozyskany kapitał zostanie przeznaczony na zwiększenia kapitału obrotowego, a docelowo wpłynie na zwiększenie przychodów i sfinansowanie nowych wdrożeń m.in. w marce Miraculum, JOKO, CHOPIN czy Pani Walewska. W tym roku planowany jest również rebranding marek WARS i Paloma.
Miraculum to polska firma kosmetyczna z prawie 100-letnią tradycją. Kosmetyki Miraculum powstają w oparciu o własne, oryginalne receptury, bazujące na nowoczesnych składnikach pochodzenia naturalnego. Spółka skupia w swoim portfolio 11 marek, w tym m.in. Pani Walewska, Joko, Chopin i Tanita. Cały proces produkcyjny odbywa się z dbałością o środowisko naturalne.
Niespełna 2 mln zł przychodów wypracował Vivid Games w styczniu bieżącego roku, wynika ze wstępnych wyników finansowych opublikowanych przez spółkę. Jarosław Wojczakowski, nowy prezes Vivid Games zapowiada, że bieżący rok to kontynuacja stabilnego wzrostu. W kalendarzu premier na 2021 rok znajdują się już 3 nowe tytuły i kilka gier, które będą wydane na konsoli Nintendo Switch, w tym kultowy Real Boxing 2.
Nowy rok zaczął się dla Vivid Games zmianą u steru. Jarosław Wojczakowski – nowy prezes zarządu – zapowiada, że spółka będzie kontynuowała stabilny wzrost przychodów, wykorzystując do tego doświadczenia w zakresie pozyskiwania użytkowników zdobyte w 2020 roku. – Biorąc pod uwagę, że historycznie styczeń to jeden z najsłabszych miesięcy w całym roku, jesteśmy zadowoleni z wypracowanych wyników i spodziewamy się stabilnego wzrostu w kolejnych okresach. Składową przyszłych wyników będą zarówno przychody z nowych tytułów i platform jak i w dużej mierze właściwie prowadzone działania z zakresu płatnego pozyskiwania użytkowników. Planujemy wzmocnić metodę pozyskiwania użytkowników dzięki zaangażowaniu do predykcji przychodów uczenia maszynowego już pod koniec obecnego kwartału – podkreśla.
Płatne pozyskiwanie użytkowników to jedna z kluczowych składowych strategii bydgoskiej spółki. Arnaud Benefice odpowiedzialny w Vivid Games za realizację strategii User Acquisition jest przekonany o ogromnym potencjale tego rodzaju działań. Inwestycja w płatne pozyskiwanie użytkowników w ciągu ostatnich 12 miesięcy zapewniła nam ponad 7,5 mln nowych pobrań oraz średni zwrot z inwestycji na poziomie ok. 110% dla Real Boxing 2. Dodatkowo zwiększenie liczby użytkowników zapewnia nam wysokie miejsca w rankingach, co przekłada się na wzrost pobrań organicznych – podkreśla Benefice.
Spółka potwierdziła, że na 2021 rok zaplanowane są premiery m.in. Right Swipes (Q2), gry akcji The Cash (Q2/Q3) oraz rozbudowanej gry RPG Mythical Showdown (Q2/Q3). Dzięki współpracy z QubicGames do dystrybucji na Nintendo Switch trafi m.in. największy hit Studia – Real Boxing 2.
Grupa Muszkieterów w 2020 roku wypracowała obroty na poziomie blisko 7,8 miliarda złotych. Nie licząc stacji paliw, Muszkieterowie wypracowali obroty wyższe o 223 miliony złotych w stosunku do poprzedniego roku, ze wzrostem na sklepach porównywalnych o prawie 3,5 proc. Grupa ma ambitne plany rozwoju na 2021 rok względem zarządzanych sieci – Intermarché i Bricomarché. Wyznaczone cele to m.in. otwieranie nowych supermarketów, rozwijanie usług z zakresu e-commerce czy intensyfikacja działań marketingowych.
– Z uwagi na pandemię COVID-19 i wynikające z niej obostrzenia, które wpłynęły na obroty wypracowane przez nasze supermarkety zlokalizowane w galeriach handlowych czy na terenach przygranicznych, zakończyliśmy rok 2020 o krok od naszego celu – 8 miliardów złotych obrotu. Oczywiście rok 2020 dla wolumenu sprzedawanego na stacjach paliw pozostanie rokiem trudnym, co nie odbiega od obserwowanego trendu na rynku paliw – mówi Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce i nadmienia – Rok 2021 nie będzie łatwy, gdyż jeszcze przez wiele miesięcy będziemy odczuwać skutki trwającej pandemii koronawirusa. Szczególnie zauważalne jest niepewne otoczenie gospodarcze, spadający optymizm konsumentów oraz ich duża ostrożność w zakresie wydatków. Nie możemy także wykluczyć stopniowego spowolnienia na rynku budowlanym i wyhamowania sprzedaży w sektorze DIY. Niemniej bogatsi o wiedzę zdobytą w ubiegłym roku, jesteśmy pełni zapału i ambicji, by rozwijać nasze szyldy i jak najlepiej dostosowywać ofertę do zmieniającego się rynku i oczekiwań klientów.
Intermarché – intensywny rozwój usługi click&collect w kolejnych miastach
Rok 2020 obfitował w intensywny rozwój usługi click&collect – Intermarché Drive, prezentację nowego konceptu sklepu – Power, otwarcia kolejnych stacji paliw, a także liczne akcje marketingowe. W 2020 roku Muszkieterowie wprowadzili ofertę zakupów online do kolejnych 43 lokalizacji i obecnie jest ona dostępna w ponad 50 placówkach. W kolejnych latach sieć planuje rozwój tej usługi, aby była ona dostępna wszędzie gdzie będzie to możliwe. Rozwiązanie umożliwia klientom zamawianie produktów przez stronę internetową oraz ich odbiór w specjalnie wyznaczonej do tego strefie, znajdującej się przed lub wewnątrz supermarketu.
Innym przykładem działań podjętych przez Intermarché w 2020 roku było wprowadzenie nowego konceptu supermarketu. W pilotażowej placówce w Pabianicach zmieniono układ sklepu, poszerzono wybrane gamy produktowe, zastosowano dłuższe taśmy kasowe oraz odświeżono szatę graficzną wnętrza i elewacji. Koncept spotkał się z pozytywnym odbiorem klientów, dlatego obecnie trwa proces remodelingu kolejnych sklepów. Dodatkowo nowe supermarkety Intermarché w Poznaniu oraz Miliczu, które sieć planuje otworzyć do końca kwietnia 2021 roku, będą już w nowym koncepcie. Otwarcia nowych placówek handlowych świadczą o powracaniu sieci na ścieżkę rozwoju. Do Intermarché na zasadach partnerstwa mogą także przyłączyć się właściciele sklepów z produktami spożywczymi zlokalizowanymi w dowolnym mieście w Polsce.
Dzięki otwarciom kolejnych przymarketowych stacji paliw, Intermarché wzmocniło pozycję lidera w tym segmencie. Nowe obiekty pojawiały się w Śremie i Skierniewicach. W obu część gastronomiczna została zaprezentowana w nowej odsłonie – „Café Marché” ze świeżo parzoną kawą oraz posiłkami z rozszerzonej oferty. Dodatkowo kierowcy korzystający z usług stacji w Skierniewicach mogą zatankować paliwo, ale również naładować swój pojazd elektryczny.
Do działań marketingowych zrealizowanych w 2020 roku zaliczyć można m.in. kampanię „Sprawdzony sposób na własny biznes”, której celem było dotarcie do nowych przedsiębiorców chcących dołączyć do sieci Intermarché. Z kolei kampania edukacyjna pod hasłem „Nie marnuj. Żywność traktuj z szacunkiem” była skierowana zarówno do klientów, właścicieli i pracowników sklepów, a także centrali Grupy Muszkieterów w Polsce. Jej celem było zachęcenie do rozsądnego gospodarowania żywnością oraz jej właściwego przechowywania zarówno w domach, jak i w sklepach.
Sieć Intermarché, wraz z przymarketowymi stacjami paliw w 2020 roku wypracowała obroty na poziomie ponad 4,91 miliarda złotych. Co szczególnie istotne w ubiegłym roku sieć zakończyła proces restrukturyzacji. Na wyniki wypracowane w 2020 roku wpływ miała także zmiana nawyków Polaków, którzy np. ograniczyli podróże prywatnymi samochodami, a tym samym rzadziej korzystali z usług stacji paliw.
– Ostatnie trzy lata były czasem głębokiej transformacji sieci Intermarché. Rok 2020, mimo że był trudny, pozwolił nam wrócić na właściwe tory. Mamy jeszcze dużo do zrobienia, aby znaleźć się w miejscu, do którego dążymy. Naszym celem w bieżącym roku jest powrót sieci Intermarché w Polsce na ścieżkę rozwoju. Wszelkie kroki w tym kierunku zostały już podjęte i zaowocują w ciągu paru najbliższych miesięcy otwarciami nowych sklepów. Prowadzimy również rozmowy w zakresie przyłączenia do naszej sieci kolejnych placówek – komentuje Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce i dodaje – Na liście naszych tegorocznych planów i ambicji znajduje się także m.in. wprowadzenie nowego konceptu Power w kolejnych placówkach, rozwijanie udogodnień z zakresu e-commerce, a także intensyfikacja działań marketingowych.
Bricomarché – 2020 rok upłynął pod hasłem dalszego rozwoju e-commerce
W 2020 roku sieć Bricomarché dynamicznie rozwinęła udogodnienia z zakresu e-commerce. W momencie pojawienia się pierwszych obostrzeń związanych z pandemią, sieć udostępniła klientom wszystkich sklepów możliwość złożenia zamówienia online i opcję dostawy za pośrednictwem firmy kurierskiej. Innym udogodnieniem jest odbiór zamówionych produktów w Bricomatach. Jest to autorskie rozwiązanie sieci – boksy działają w systemie 24/7, a klienci mogą z nich odbierać także wielkogabarytowe artykuły. Portfolio Bricomatów w 2020 roku wzrosło o 30 kolejnych maszyn i obecnie dostępnych jest ich łącznie ponad 40.
Poza Bricomatami sieć zwiększyła także liczbę sklepów w Polsce otwierając kolejne dziewięć placówek – w Babicach, Bytomiu, Bytowie, Gostyninie, Koszalinie, Oświęcimiu, Staszowie, Środzie Śląskiej i Świnoujściu. Tym samym liczba supermarketów działających w Polsce pod szyldem Bricomarché wzrosła do 171. W trzecim kwartale 2020 roku sieć przeprowadziła także relokację supermarketu w Nowej Soli, a w czwartym kwartale 2020 roku przyłączyła na zasadach partnerstwa sklep w Łasku. To ostatnie otwarcie było jednocześnie efektem realizacji strategii Grupy Muszkieterów w zakresie dotarcia do przedsiębiorców prowadzących już sklepy pod innymi szyldami. Grupa Muszkieterów proponuje trzy, elastyczne formy współpracy, które zapewniają właścicielom sklepów zachowanie niezależności biznesowej oraz dostosowany do ich potrzeb pakiet wsparcia.
Innym przykładem aktywności na rzecz wsparcia przedsiębiorców Bricomarché jest organizacja targów dwa razy do roku. Podczas wydarzenia mogą oni bezpośrednio poznać dostawców i skorzystać ze specjalnej, targowej oferty. W wiosennej edycji poświęconej materiałom budowlanym oraz majsterkowaniu, wzięła udział rekordowa liczba wystawców – 180 oraz uczestników – 4 000. Z kolei jesienna edycja wyróżniła się tym, że jako pierwsza odbyła się online. Na trzech wirtualnych halach targowych właściciele i pracownicy sklepów Bricomarché poznali oferty blisko 100 dostawców oferujących produkty z działów: ogród i dekoracje.
Ubiegły rok był kolejnym, w którym Bricomarché wypracowało znaczące wzrosty. Obroty sieci były rekordowo wysokie i wyniosły ponad 2,88 miliarda złotych.
– Kolejny rok z rzędu sieć Bricomarché wypracowała wzrost obrotów powyżej dynamiki rynkowej, co oznacza pozyskiwanie przez nią kolejnych udziałów w rynku DIY.Jesteśmy zadowoleni, że strategia, którą realizuje zespół Bricomarché zapewnia systematyczny wzrost obrotów rok do roku na tak wysokim poziomie. Jest to dla nas także symboliczne, dlatego, że w 2020 roku sieć świętowała 20-lecie swojej obecności na polskim rynku – mówi Marc Dherment, Dyrektor Generalny Grupy Muszkieterów w Polsce i podsumowuje – Nie zwalniamy tempa i mamy ambitne plany na 2021 rok, w którym powinniśmy przekroczyć próg 3 miliardów złotych obrotów. Będzie to możliwe zarówno dzięki intensyfikacji otwarć kolejnych placówek, jak i wzrostowi like-for-like.
W Tłusty Czwartek przed cukierniami ustawiają się kolejki chętnych i nie odstraszają ich ani pogoda, ani trochę wyższe ceny tego dnia. Tradycja powoduje, że Polak z tej okazji potrafi w jeden dzień zjeść kilka pączków – w minionym roku było to średnio 2,5 na osobę, czyli 100 mln w skali kraju. Nawet ten dodatkowy popyt może jednak nie wystarczyć, by poprawić sytuację branży piekarniczo-cukierniczej. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, w ubiegłym roku przeterminowane zadłużenie producentów wyrobów piekarniczych i ciastkarskich przekroczyło 118 mln zł. Oznacza to wzrost o 10 proc. w sytuacji, gdy zaległości ogółu firm podwyższyły się o 4 proc.
Porównanie tegorocznych statystyk liczby zjedzonych pączków z danymi za zeszły rok pokaże, jak bardzo zależy nam na odzyskaniu wagi sprzed pandemii, bo z informacji zgromadzonych przez Narodowy Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny jasno wynika, że w czasie koronawirusa mocno sobie pofolgowaliśmy. Od wiosny do jesieni 2020 r. 28 proc. Polaków w wieku 20 lat lub więcej (28 proc. mężczyzn i 29 proc. kobiet) stwierdziło, że zwiększyło masę ciała. Na pewno nie sprzyja to zakupom ciastek i pieczywa, choć z drugiej strony uczucie znudzenia wynikające z licznych ograniczeń wywołanych Covidem sprawia, że jemy po prostu więcej.
Firmom piekarniczo-cukierniczym nie jest łatwo. Jeszcze przed wybuchem pandemii nie sprzyjały im zmieniające się trendy dietetyczne. W ich wyniku z roku na rok maleje spożycie chleba i bułek, które coraz częściej i nie zawsze słusznie postrzegane są jako produkty wysoko przetworzone, kaloryczne i źle wpływające na wagę konsumentów. Według ostatnich danych GUS w 2019 r. zjadaliśmy 2,98 kg wyrobów piekarniczych na osobę w ciągu miesiąca, podczas gdy w 2018 r. było to 3,15 kg, a jeszcze w 2014 r. 3,94 kg. Z drugiej strony, na tle producentów wielu innych towarów, których sprzedaż ze względu na koronawirusa gwałtownie spadła, pieczywo jako jeden z podstawowych produktów spożywczych nie zniknęło z list zakupów.
– Mimo to, po danych na temat zaległości, można wnioskować, że miniony rok nie należał dla branży piekarniczej do łatwych. Z danych zawartych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie BIK wynika, że przeterminowane zobowiązania producentów pieczywa i świeżych wyrobów ciastkarskich i ciastek, wobec dostawców i banków, wzrosły o 10 proc., podczas gdy w całej gospodarce zaległości podwyższyły się o 4 proc. – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor. – Negatywną zmianę sytuacji w 2020 r. jeszcze dobitniej widać na tle tego, co działo się w 2019 r. Wówczas zaległości branży spadły o ponad 3 proc., mimo że wszystkie firmy podwyższyły zaległości o 9 proc. – dodaje.
Rosły ceny, strach przed koronawirusem i zaległości
Bezpośredniego uderzenia w branżę piekarską obostrzeń i lockdownów nie było, ale pandemia nie okazała się obojętna. Według szacunków w czasie kwietniowej kwarantanny 2020 r. sprzedaż pieczywa spadła o ok. 10-15 proc. A cukiernie skutki trudnej sytuacji odczuły jeszcze bardziej, bo sprzedawały nawet 30-40 proc. mniej wyrobów. Jednocześnie część osób niepewnych sytuacji, z którą będą musieli się zmierzyć, kupowała pieczywo na zapas, a inni zaczęli też wypiekać chleb w domu. Jednym z powodów, by zostać domowym piekarzem, poza obawami o zarażenie się Covid-19 w kolejce, czy strachem, że wirus znajdzie się na kupionych produktach, mógł być również wzrost cen.
Według GUS przy średniej inflacji za zeszły rok wynoszącej 3,4 proc., pieczywo należało do produktów spożywczych, których ceny po owocach – 17,6 proc. i wędlinach – 9,5 proc. wzrosły w 2020 r. najbardziej – o 8,1 proc. Z pewnością wpływ na to miały wyższe koszty składników i mediów, np. mąka zdrożała o 5,5 proc., cukier o 6,2 proc., a energia elektryczna aż o prawie 12 proc.
Jak pokazują dane zebrane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, zaległości piekarni wzrosły z 107,6 mln zł w 2019 r. do 118,1 mln zł na koniec 2020 r. Ale jednocześnie nieznacznie ubyło firm, które miały kłopoty i ostatecznie udział niesolidnych płatników, wynosi w tej branży 6 proc., czyli podobnie jak w całej gospodarce. Jest też zbliżony do odsetka ryzykownych przedsiębiorstw wśród sprzedawców wyrobów piekarniczych i cukierniczych. Choć jeśli chodzi o zadłużenie, to w przypadku punktów handlowych w minionym roku podniosło się ono mniej, bo o 5 proc., do 12,7 mln zł. Średnia kwota przeterminowanych o min. 30 dni zobowiązań przekracza tu 40 tys. zł, a w przypadku producentów pieczywa i ciastek 122 tys. zł.
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK
Najtrudniej piekarniom z Górnego i Dolnego Śląska oraz Pomorza
Kłopoty z regulowaniem zaległych zobowiązań rozkładają się bardzo nierówno między regionami. Najbardziej zadłużeni są piekarze i cukiernicy z woj. śląskiego, którzy mają 14,2 mln zł zaległości, tam też jest najwięcej firm z problemami – 132. Niewiele mniej niespłacanych zobowiązań przypada na woj. pomorskie (13,6 mln zł) i dolnośląskie (13 mln zł). Największy odsetek zadłużonych piekarni jest natomiast w woj. kujawsko-pomorskim, gdzie kłopoty z regulowaniem faktur i rat kredytowych ma niemal 9 proc. firm. Najsumienniej finansami zarządzali natomiast w 2020 r. piekarze podlascy (3,8 proc.), świętokrzyscy (3,9 proc.) i małopolscy (4 proc.).
Zaległości producentów pieczywa oraz świeżych wyrobów ciastkarskich
Województwo
Liczba firm
Odsetek firm
Kwota zaległości w mln zł
ŚLĄSKIE
132
6,22%
14,3
POMORSKIE
66
7,86%
13,6
DOLNOŚLĄSKIE
96
6,87%
13,0
MAZOWIECKIE
130
5,66%
11,0
MAŁOPOLSKIE
65
3,97%
10,4
LUBELSKIE
49
6,59%
9,9
KUJAWSKO-POMORSKIE
57
8,66%
7,4
WIELKOPOLSKIE
65
5,15%
6,8
WARMIŃSKO-MAZURSKIE
28
6,56%
6,5
ŁÓDZKIE
78
6,23%
6,3
LUBUSKIE
32
7,80%
3,6
ZACHODNIOPOMORSKIE
44
5,94%
3,3
PODKARPACKIE
46
5,91%
3,1
ŚWIĘTOKRZYSKIE
19
3,89%
1,8
OPOLSKIE
36
6,98%
1,7
PODLASKIE
14
3,77%
1,3
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK
W przypadku sprzedawców pieczywa i ciast najwięcej firm z kłopotami z regulowaniem zaległych zobowiązań zlokalizowanych jest na Mazowszu (61), mają one też najwyższą kwotę niezapłaconych w terminie zobowiązań (3,4 mln zł).
W II kw. br. obrotowego spółka zanotowała kolejny raz z rzędu dwucyfrowy wzrost sprzedaży i skokową poprawę marży, co przełożyło się na zyski. Obecny portfel zleceń gwarantuje stabilny rozwój spółki w perspektywie najbliższych kwartałów. W negocjacjach mamy nowe interesujące projekty z obszaru poprawy efektywności energetycznej przemysłu, co jest dobrym prognostykiem dla wyników finansowych spółki w następnym roku, podsumowuje Krzysztof Piontek, Prezes DB Energy SA.
I-II kw. roku obrotowego 2020/2021 – rok obrotowy trwa od 1 lipca 2020 r. do 30 czerwca 2021 r.
w tys. zł
01.10.2020- 31.12.2020
01.10.2019-31.12.2019
Zmiany %
01.07.2020-31.12.2020
01.07.2019-31.12.2019
Zmiana %
Przychody ze sprzedaży
4 586,14
3 159,01
+45%
9 931,45
9 585,85
+4%
EBIT
1 021,3
93,24
+995%
1 256,99
1 159,62
+8%
Marża EBIT
22,3%
3,0%
–
12,7%
12,1%
EBITDA
1 178,71
113,31
+940%
1 563,78
1 223,74
+28%
Marża EBITDA
25,7%
3,6%
–
15,7%
12,8%
–
Zysk netto
889,21
35,86
2380%
1 010,49
870,79
+16%
Sprzedaż przyśpiesza
W II kw. 2020/2021 r. sprzedaż DB Energy wyniosła 4 586,14 tys. zł, tj. 45% wzrostu rdr, co daje narastająco w okresie I-II kw. br. obrotowego 9 931,45 tys. zł przychodów. Wpływ na przychody spółki w II kw. miało głównie rozliczenie kolejnych etapów prac z 14 projektów, w tym projektu dla Schumacher Packaging. Zgodnie z przyjętym modelem działalności, spółka realizuje coraz więcej projektów inwestycyjnych. W strukturze sprzedaży spółki, w I-II kw br. obrotowego, projekty inwestycyjne, w tym w modelu ESCO stanowiły 87% całości sprzedaży, segment doradczy (audyty efektywności energetycznej, pozyskiwanie Białych Certyfikatów oraz audyty energetyczne przedsiębiorstw itp.) stanowił 8% przychodów, podczas gdy pozostałe usługi stanowiły 5%.
Rosną zyski i marże
EBITDA spółki w II kw. 2020/2021 r. wyniosła 1 178,71 tys. zł wobec 113,31 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku; a marża skoczyła do poziomu 25,7%. Narastająco w I-II kw. br wynik EBITDA był na poziomie 1 563,78 tys. zł, tj. 28% wzrostu rdr. Marża EBITDA wyniosła 15,7% wobec 12,8% w analogicznym okresie ubiegłego roku. W II kw. 2020/2021 r. spółka odnotowała 1 021,3 tys. zł zysku operacyjnego (wobec 93,24 tys zł w II kw. 2019/2020 r.), a w I-II kw. 1 256,99 tys. zł, co dało narastająco 8% wzrostu rdr. Marża EBIT wyniosła narastająco 12,7% wobec 12,1% w analogicznym okresie ubiegłego roku.
Koszty operacyjne w II kw. br. wyniosły 4,19 mln zł, tj. 36% wzrostu rdr, w tym 68% stanowiły koszty usług obcych, pochodna skali realizowanych projektów. Narastająco koszty operacyjne wyniosły 9,31 mln zł, tj. 10% wzrostu rdr, z czego koszty usług obcych stanowiły 74% całości kosztów.
Zysk netto na koniec II kw. 2020/2021 r. wyniósł 889,21 tys. zł wobec 35,86 tys. zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Narastająco spółka zanotowała 1 010,49 tys. zł zysku, tj. 16% wzrostu rdr. Na koniec II kw. spółka dysponowała gotówką w kwocie 5,67 mln zł wobec 2,84 mln zł w analogiczym okresie ubiegłego roku.
Perspektywy dalszego rozwoju
Stosownie do przyjętej strategii rozwoju oraz w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku, spółka sfinalizowała ramową umowę z międzynarodową instytucją finansową SUSI Partners, która w ramach funduszu Efficiency Solutions II SV S. à r. l. zapewni DB Energy finansowanie inwestycji z zakresu efektywności energetycznej w modelu ESCO. SUSI Partners AG jest jedną z wiodących instytucji finansowych w Europie w zakresie finansowania projektów dotyczących odnawialnych źródeł energii, efektywności energetycznej oraz magazynowania energii.
Porozumienie umożliwi DB Energy finansowanie projektów o łącznej wartości co najmniej 20 mln euro do 2023 roku. Dotychczas spółka zidentyfikowała ponad 30 projektów inwestycyjnych o szacowanej wartości blisko 40 mln euro, które mogą zostać objęte finansowaniem w modelu ESCO w ramach współpracy z SUSI Partners. Spółka jest zaangażowana w kilka procesów negocjacyjnych, które mogą skutkować zawarciem umów na realizację projektów ESCO w kolejnych kwartałach. Obecnie spółka realizuje i rozlicza 4 projekty w modelu ESCO, których nakłady inwestycyjne na realizację wynoszą łącznie 34,75 mln zł (nakłady poniesione oraz przyszłe).
W okresie od października 2020 roku do grudnia 2020 roku widoczny był wzrost cen certyfikatów do poziomu 1933,86 PLN/toe z blisko 1 800 PLN/toe[1]. Kolejni klienci oczekują na decyzje w zakresie przyznania certyfikatów przez Urząd Regulacji Energetyki. Spółka posiada ponad 70 umów na rozliczenie Białych Certyfikatów i pracuje nad pozyskaniem nowych klientów tym obszarze.
W omawianym okresie działalność spółki zależnej Willbee Energy była ograniczona ze względu na pandemię. Spółka wdraża obecnie rozwiązania umożliwiające świadczenie usług audytowych w formie zdalnej, jak również kontynuuje działania promocyjne.
W II pół. 2021 r. spółka planuje zakończenie projektu B+R DiagSys. Stan zaawansowania prac nad realizacją projektu Zarząd szacuje na 90%.
Ostatnie miesiące dla wielu przedsiębiorstw były czasem próby i egzaminem z umiejętności zarządzania sytuacją kryzysową. Pracodawcy stanęli przed wieloma trudnymi decyzjami dotyczącymi m.in. redukcji etatów czy optymalizacji kosztów. Jak wynika z najnowszego raportu Nationale-Nederlanden „Benefity pracownicze w dobie pandemii” co drugi polski przedsiębiorca przyznaje, że pandemia miała negatywny wpływ na kondycję finansową jego firmy. Pomimo ewentualnych trudności blisko osiem na dziesięć firm deklaruje, że oferuje swoim pracownikom pozapłacowe korzyści. W tym niepewnym czasie na znaczeniu najbardziej zyskała możliwość pracy zdalnej – na taką odpowiedź wskazuje ponad jedna trzecia respondentów.
Bolesne skutki pandemii
Wśród przedsiębiorców uczestniczących w badaniu Nationale-Nederlanden blisko 60 proc. przyznaje, że pandemia miała negatywny wpływ na sytuację finansową ich firmy. W tej grupie największe problemy zgłaszają przedsiębiorstwa z sektora handlowo-usługowego. Aż dwie trzecie przedstawicieli firm handlowych potwierdza, że w wyniku trwającej pandemii ich sytuacja finansowa uległa pogorszeniu. W przypadku ponad jednej trzeciej firm, pandemia nie spowodowała zmian sytuacji finansowej. Natomiast pozytywne oddziaływanie nowej sytuacji na firmowy budżet zauważa zaledwie 5 proc. ankietowanych przedsiębiorców.
Zdalnie, czyli korzystniej
Pomimo trudnej sytuacji rynkowej niewiele jest dziś firm, które nie oferowałyby swoim pracownikom pozapłacowych korzyści. Blisko 80 proc. przepytanych przedsiębiorców potwierdza, że osoby zatrudnione w ich organizacji mogą skorzystać z różnego rodzaju benefitów. Ankietowani potwierdzają, że wśród oferowanych przez nich świadczeń pozapłacowych, często znajdują się szkolenia zawodowe (49 proc.) oraz możliwość pracy zdalnej (43 proc.). Ze względu na wprowadzone obostrzenia ta ostatnia korzyść cieszy się coraz większą popularnością. I choć praca zdalna już wcześniej miała całkiem spore grono zwolenników, to właśnie w czasie pandemii najbardziej zyskała na znaczeniu. Tak przynajmniej uważa 38 proc. badanych przedsiębiorców.
– Praca realizowana zdalnie jest naturalną konsekwencją wydarzeń ostatnich miesięcy. Już teraz widzimy, że przestaje być ona postrzegana jako benefit, a staje się zwyczajną formą wykonywania obowiązków zawodowych. Nasze wcześniejsze badania pokazały, że wielu pracowników chciałoby już na stałe działać w takim modelu. Rolą mądrego i odpowiedzialnego pracodawcy jest zapewnienie osobom zatrudnionym bezpiecznych warunków pracy – niezależnie od tego, czy pracują w biurze czy we własnym domu. Jednym z elementów ochrony może być właśnie grupowe ubezpieczenie na życie. Niezbędne w tym zakresie jest także uregulowanie kwestii związanych z pracą zdalną – mówi Ewa Dąbrowska, Dyrektor Pionu Klienta Korporacyjnego w Nationale-Nederlanden.
Raport pokazuje również, że w ciągu ostatniego roku, ze względu na pandemię i wprowadzone obostrzenia na znaczeniu straciły przede wszystkim takie benefity jak karta umożliwiająca korzystanie z obiektów sportowych, a także szkolenia zawodowe i rozwojowe. Na takie odpowiedzi wskazało odpowiednio 45 i 30 proc. przedsiębiorców.
Polisa na życie stałym elementem oferty benefitowej
Choć badanie Nationale-Nederlanden wyraźnie pokazuje, że w czasie pandemii doszło do przetasowań w ofercie świadczeń pozapłacowych, to jedna rzecz nie ulega zmianie – grupowa polisa na życie pozostaje najpopularniejszym benefitem oferowanym przez firmy. Potwierdza to aż sześciu na dziesięciu ankietowanych pracodawców. Zdecydowana większość respondentów, bo aż 94 proc., wskazuje, że udostępnianie pracownikom ubezpieczenia na życie jest świadczeniem oferowanym od kilku lat. Jedynie nieliczne przedsiębiorstwa wprowadziły ten benefit dopiero w ubiegłym roku wraz z pojawieniem się zagrożenia epidemiologicznego.
Duże zainteresowanie firm grupowymi polisami na życie potwierdza również ostatni raport Komisji Nadzoru Finansowego. Z udostępnionych danych wynika, że zakłady ubezpieczeń na koniec III kwartałów 2020 roku zebrały z tytułu ubezpieczeń grupowych składkę brutto w wysokości 6,42 mld zł. To wzrost o 0,1 mld zł w stosunku do analogicznego okresu w 2019 r.
– Warto podkreślić, że dziś ubezpieczenie grupowe na życie to nie tylko świadczenie na wypadek najgorszego. Produkty te coraz częściej rozwijane są jako element ochrony zdrowia i wsparcia w razie ciężkich zachorowań czy niezdolności do pracy. Te komponenty są często odpowiedzią na największe wyzwania i ryzyka, jakie wiążą się np. z chorobami cywilizacyjnymi ¬¬– mówi Ewa Dąbrowska.
Pracodawcy angażują się w składki
Wśród organizacji, które oferują pracownikom grupowe ubezpieczenie na życie, ponad połowa pracodawców deklaruje, że finansuje im składki. Ponad jedna czwarta przedsiębiorców (27 proc.) wskazuje, że pokrywa ich koszt w całości, natomiast 28 proc., że partycypuje w nich częściowo. Zazwyczaj wysokość składki jest kwotą stałą i według co drugiego przedsiębiorcy wynosi około 50 zł na osobę.
– Te deklaracje wydają się zbyt optymistyczne. Zgodnie z danymi rynkowymi na udział w finansowaniu ubezpieczenia decyduje się dziś około 15 proc. firm. Widzimy tu jednak potencjał do zmiany. Z myślą o zdrowiu i bezpieczeństwie osób zatrudnionych wiele firm zaczyna interesować się tym rozwiązaniem i coraz chętniej zgłaszają też gotowość do włączania się w składkę. Kryzys zdrowotny związany z koronawirusem tylko potwierdził, jak opłacalna i ważna jest inwestycja w profilaktykę i zdrowie pracowników. Dlatego sądzę, że coraz więcej pracodawców będzie decydować się na partycypację w kosztach związanych z tym świadczeniem – dodaje Ewa Dąbrowska.
Co ciekawe, firmy deklarujące sponsorowanie pracownikom grupowej polisy na życie, jako główny powód wskazują na chęć budowania lojalności pracowników (55 proc. wskazań), a następnie politykę wizerunkową firmy (41 proc. wskazań). Mniejsze znaczenie mają dla nich zachęty podatkowe i kwestia odprawy pośmiertnej.
Pracodawcy chcą dbać o dobrostan pracowników
Co druga firma biorąca udział w badaniu Nationale-Nederlanden byłaby zainteresowania dodatkowymi benefitami dla swoich pracowników. W tej grupie ponad jedna czwarta rozważa rozszerzenie pakietu korzyści pozapłacowych o takie, które dbałyby o dobrostan pracownika m.in. mental wellness i work-life balance. Natomiast blisko jedna piąta pracodawców deklaruje zainteresowanie benefitami wokół profilaktyki onkologicznej.
– Z naszych obserwacji wynika, że tematy związane z well-being są dziś bardzo istotne dla pracujących Polaków. Pandemia tylko zwiększyła ich obawy o zdrowie i bezpieczeństwo. Nic dziwnego, że część firm rozważa wprowadzenie świadczeń dopasowanych do obecnej sytuacji. Nie mam wątpliwości, że oferta benefitowa firm będzie się zmieniać i stanie się bardziej różnorodna i dostosowana do indywidualnych potrzeb pracownika oraz jego stylu życia – podsumowuje ekspertka Nationale-Nederlanden.
Firma InPost jeszcze w tym roku wprowadzi się do warszawskiego biurowca X20, zlokalizowanego przy ulicy Czerniakowskiej 87a. W budynku zajmie około 3 800 m kw. W procesie najmu InPost doradzała międzynarodowa firma doradcza Knight Frank. Budynek X20 został zrealizowany przez White Star Real Estate i AIG Global Real Estate.
InPost lider wśród platform dostaw dla e-commerce w Europie. Firma jest pionierem i liderem na rynku automatyzacji dostaw przesyłek – wyznacza niedościgniony standard w szybkości i elastyczności doręczeń. Obecnie tylko w Polsce posiada ponad 10 000 Paczkomatów. Ciągły rozwój organizacji oraz liczne udogodnienia, w tym możliwość dostarczenia przesyłki pod wskazany adres, brak konieczności drukowania etykiet czy prosta nawigacja w dedykowanej aplikacji, sprawiają że według badań Gemius Paczkomaty® są najczęściej wybieraną formą dostawy.
Biurowiec X20 to nowoczesny budynek klasy A, zlokalizowany na warszawskim Dolnym Mokotowie, którego budowa zakończyła się w 2020 roku. Powierzchnia biurowa tego sześciokondygnacyjnego budynku biurowego wynosi 16 000 m kw.
„Jesteśmy jedną z najszybciej rozwijających się firm technologicznych w Polsce i Europie, ostatnio zadebiutowaliśmy na giełdzie EURONEXT Amsterdam. W związku z tym rośnie także liczebność naszego zespołu w Warszawie. Nowoczesna powierzchnia biurowa przy ulicy Czerniakowskiej ma zapewnić naszym pracownikom przyjazne i zrównoważone warunki pracy,” – skomentował Marcin Pulchny, Wiceprezes Zarządu InPost.
„Dziękujemy całemu zespołowi InPost za zaufanie, jakim obdarzyli nas w procesie poszukiwania biura i na etapie negocjowania umowy. Wierzymy, że budynek X20 w całości spełni wymagania naszego klienta w zakresie tworzenia przyjaznego i nowoczesnego środowiska pracy,” – skomentował Jakub Denus, Senior Associate, Dział Reprezentacji Najemcy w Knight Frank.
“Niezmiernie cieszymy się, że firma InPost dołączy do grona wyjątkowych najemców w naszym budynku. Transakcja z InPost jest dla nas sygnałem, iż mimo trudnego dla wszystkich roku 2020, najemcy finalizują założone plany. Bazując na naszym wieloletnim doświadczeniu, nie tylko w zakresie realizowania projektów biurowych, lecz również w zarządzaniu nimi, dołożymy wszelkich starań, aby stworzyć firmie InPost najlepsze warunki do pracy i dalszego rozwoju, w środowisku rozpoznawalnych i dynamicznie rozwijających się firm, które tworzą najemcy X20. Dziękujemy również Knight Frank za profesjonalną obsługę procesu najemcy, na najwyższym poziomie doradztwa,” – skomentował Bartosz Prytuła, Partner Zarządzający w Polsce, White Star Real Estate.
InPost – uruchomił Paczkomat® nr 11.000, który stanął w Zakopanem przy ulicy Walkosze 4C. InPost planuje dalszy rozwój swojej sieci w Wielkiej Brytanii, a także w innych krajach w Europie. W styczniu 2021 InPost z sukcesem zadebiutował na giełdzie EURONEXT Amsterdam.
„Chcemy, aby każdy nasz klient – niezależnie, czy mieszka w jednym z największych miast w Polsce, średnim czy małym miasteczku lub na wsi – miał do swojego Paczkomatu® jak najbliżej. Nie ma tygodnia, żeby nie trafiały do nas prośby od lokalnych społeczności o Paczkomat® w nowej dzielnicy, na kolejnej ulicy, czy też w kolejnej gminie. Dlatego nie zwalniamy i realizujemy nasz plan rozwoju sieci – planując stawianie w 2021 roku 100 nowych maszyn tygodniowo. Warto podkreślić, że kluczowi gracze na rynku FMCG i e-commerce widzą przyszłość w Paczkomatach® i podpisują z nami kolejne umowy. To pokazuje, że nasza strategia, którą realizujemy od ponad 11 lat, sprawdza się i ma nadal duży potencjał. Jako pionier i lider tego rynku chcemy rozwijać się także w Europie – działamy w Wielkiej Brytanii, do której w tylko w tym roku trafi od 1 do 2 tys. nowych maszyn. Widzimy, że kolejne kraje szukają takich rozwiązań, zwłaszcza po doświadczeniach związanych z pandemią koronawirusa” – podkreśla Rafał Brzoska, prezes InPost.
Kalkulator śladu węglowego wskazuje, że gdyby tradycyjne dostawy kurierem do domu były zastąpione dostawą do Paczkomatu®, redukcja emisji CO2 sięgnęłaby nawet 75%[1]. Dostarczenie paczki do maszyny InPost oznacza co najmniej 0,35 kg mniej emisji CO2 do atmosfery na każdą przesyłkę. Tym samym InPost jest najbardziej neutralnym dla środowiska dostawcą usług logistycznych.
W 2020 roku InPost wdrożył nową, rewolucyjną usługę nadawania przesyłek przez aplikację. Nadaje się je w Paczkomatach® InPost – do innego Paczkomatu® lub na wskazany adres domowy. Na paczce nie trzeba naklejać żadnych etykiet – wystarczy wygenerowany elektronicznie QR kod lub kod nadania w aplikacji. Za paczkę można zapłacić kodem BLIK. Kolejne możliwości płatności pojawią się w aplikacji na początku 2021 roku: karta płatnicza, szybkie przelewy (pay-by-link), Apple Pay, Google Pay. Status nadanej paczki można śledzić oczywiście w aplikacji, ale także na stronie inpost.pl w sekcji „Śledzenie paczki” oraz przez chatbota, wpisując 24 cyfrowy numer przesyłki. Dzięki aplikacji, przy jednym Paczkomacie® przesyłki może odbierać kilka osób jednocześnie, bez konieczności stania w kolejce. Aplikację InPost Mobile można pobrać ze sklepów Google Play, App Store i Huawei AppGallery. Aplikacja InPost Mobile ma już 5,7 mln aktywnych użytkowników.
Z InPost można skontaktować się także za pomocą Google Asystenta. Rozmowę zaczyna się od wywołania bota o nazwie ChatBot Mat frazą „Porozmawiaj z InPost”. Klienci mogą zapytać m.in. o status przesyłki, najbliższy Paczkomat®, a także nowość – numer do kuriera. Ten sam Bot jest dostępny także na Messengerze, wraz ze wszystkimi swoimi funkcjonalnościami.
InPost wprowadził też usługę „Paczka w Weekend” – z uwagi na rosnące zapotrzebowanie na usługi paczkomatowe. Umożliwia ona dostawy do Paczkomatów® także w soboty i niedziele – koszt usługi to 4,99 zł brutto. W ramach „Paczki w weekend” przesyłki są dostarczane do klientów w weekend, jeśli nadanie (czyli przekazanie paczki do Paczkomatu® lub POP albo złożenie zlecenia na odbiór przez kuriera), nastąpi do soboty do godziny 13:00.
Liczba Paczkomatów® (11.000 urządzeń w Polsce) ponad dwukrotnie przekroczyła skalę placówek własnych Poczty Polskiej (4600[2]). Paczkomaty® InPost dostępne są w Polsce także przy sklepach: Dino, Lidl, Kaufland, sieci sklepów Delikatesy Centrum organizowanych przez Grupę Eurocash, a także w Centrach Handlowych Auchan. InPost podpisał również umowę z siecią sklepów Auchan na dostawę Lodówkomatów. Funkcjonalności maszyn lodówkowych InPost pozwalają na bezpieczne przechowanie i odbiór żywności, napojów oraz mrożonek zamówionych przez Internet w Auchan Direct. Według badań Kantar TNS aż 40% kupujących w sieci chce odbierać zakupy spożywcze w Paczkomatach® InPost.
Ponadto InPost – odpowiadając na zapotrzebowanie rynku – uruchomił Paczkomaty® InDoor, przeznaczone specjalnie do instalacji wewnątrz budynków. Dzięki Paczkomatom® InDoor właściciele nieruchomości zapewniają swoim mieszkańcom i najemcom najkorzystniejszą i najpopularniejszą opcję odbioru zakupów. Jednocześnie przyciągają okolicznych mieszkańców do danej lokalizacji – co pozwala generować dodatkowe zyski sklepom i punktom usługowym.
Według raportu Gemius[3] Paczkomaty® są najczęściej wybieraną formą dostawy – wyprzedziły kurierów. Taki typ dostawy towaru preferuje aż 61% kupujących w Internecie. Oznacza to wzrost popularności usługi wśród internatów aż o 9 punktów procentowych w porównaniu do wyników raportu za 2019 rok. Po raz pierwszy w historii Paczkomaty® pobiły w popularności dostawy kurierem, które wybiera 55% badanych – jest to pierwszy tego typu wynik na świecie. Ponadto, aż 68% badanych deklaruje, że możliwość odbioru zakupów przez urządzenia InPost motywują ich do zakupów w konkretnym sklepie internetowym – jest to wzrost o 7 punktów procentowych więcej z roku na rok.
InPost od 2019 roku jest liderem w wynajmie powierzchni magazynowych w Polsce. W zeszłym roku firma wynajęła łącznie 107 950 m² – to 4% całkowitego popytu netto w kraju[4]. InPost był także liderem w branży KEP w zakresie powierzchni oddanej do użytku w 2019 r – w sumie 57 863 m² – wyprzedzając tym samym na podium DHL oraz Pocztę Polską. Lokalizacje uruchomione przez InPost w 2019 roku pozycjonują spółkę w Top 3 najbardziej aktywnych podmiotów e-commerce na rynku logistyki magazynowej – InPost ustępuje pod tym względem jedynie Amazon i Zalando, globalnym gigantom e-sprzedaży.
InPost inwestuje także w ekologiczny transport. Firma rozszerzyła swoją flotę samochodów elektrycznych o 40 nowych Nissanów e-NV200 XL Voltia i zapowiada zakup kolejnych. Samochody zapewniają zasięg do 200 km w mieście, 8m³ przestrzeni ładunkowej oraz ładowność 580 kg.
InPost wprowadza systematycznie nowe usługi – w 2020 roku uruchomił specjalistyczne Paczkomaty® Urząd 24, które przekazał na potrzeby Urzędów Miast, m.in. w Krakowie, Gorzowie Wielkopolskim, Nowym Targu, Wołominie, Brodnicy, Wolsztynie oraz Koszalinie. Pozwalają one mieszkańcom załatwiać sprawy urzędowe bez potrzeby wchodzenia do budynku i bezpośredniego kontaktu z urzędnikami. Planowane są kolejne instalacje maszyn przy urzędach w całej Polsce – InPost prowadzi rozmowy z kilkudziesięcioma kolejnymi miastami.
InPost wprowadził także usługę logistyczną InPost Fullfilment, dedykowaną klientom biznesowym. Firma udostępnia infrastrukturę oraz know-how i wspiera klientów na każdym etapie procesów magazynowych. InPost jako partner logistyczny oferuje najwyższą jakość usług i automatyzację całego procesu logistycznego w oparciu o własne doświadczenie. Dzięki usłudze InPost Fulfillment przedsiębiorcy e-commerce mogą się skupić na rozwoju własnego biznesu i nie martwić się o kwestie związane z zapleczem magazynowym, pakowaniem towaru i wysyłką.
[1] Źródło: Kalkulator śladu węglowego InPost B2B, dane własne InPost
W trakcie pandemii 41 proc. aktywnych Polaków łagodzi negatywne skutki stresu za pomocą aktywności fizycznej, zaś dla 79 proc. z nich regularny ruch jest skuteczną metodą poprawy samopoczucia i zwiększenia efektywności w pracy – wynika z badania MultiSport Index 2020. Obecnie aż 3/4 ćwiczących Polaków deklaruje, że niezależnie od rozwoju sytuacji epidemiologicznej nie rezygnuje z aktywności fizycznej. Jednak jej poziom, jak pokazują badania, w dużej mierze zależny jest od dostępu do obiektów sportowych.
Przed pandemią 65 proc. Polaków podejmowało aktywność fizyczną przynajmniej raz w miesiącu. Niestety wraz z wiosennym lockdownem blisko połowa z nas znacznie ograniczyła treningi, głównie z powodu utrudnionego dostępu do obiektów sportowych. Ogólny poziom aktywności fizycznej społeczeństwa spadł w tym okresie do 61 proc. – wynika z badania MultiSport Index 2020, przeprowadzonego przez Kantar na zlecenie Benefit Systems.
– Pandemia koronawirusa, a przede wszystkim przedłużające się zamknięcie obiektów sportowych, dobitnie pokazało, że aktywność fizyczna polskiego społeczeństwa zależy przede wszystkim od dostępności infrastruktury sportowej. Co ciekawe, aż 94 proc. osób, które wróciły latem do klubów fitness po ich ponownym otwarciu, deklarowało poczucie całkowitego bezpieczeństwa podczas treningów. To bardzo dobry prognostyk – mówi Bartosz Józefiak, członek zarządu Benefit Systems SA.
Polacy dostrzegają niekorzystne efekty braku aktywności fizycznej. W badaniu Kantar ¾ osób, które ograniczyły ruch, zadeklarowało pogorszenie samopoczucia, 65 proc. zauważyło negatywny wpływ bezruchu na zdrowie, a 61 proc. na sylwetkę.
– Przedłużająca się pandemia negatywnie wpłynęła na zdrowie, samopoczucie i wagę Polaków. Dlatego mieszkańcy Polski doceniają korzystny wpływ uprawiania sportu na ich codzienne funkcjonowanie, a największą motywacją do podejmowania aktywności jest troska o swoje zdrowie fizyczne i psychiczne. 41 proc. aktywnych Polaków zauważa, że wysiłek fizyczny łagodzi stres związany z pandemią i przedłużającym się poczuciem niepewności – mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.
Aktywność fizyczna ma także ogromne znaczenie dla pracujących Polaków – zdecydowana większość społeczeństwa (79 proc.) deklaruje, że regularny ruch poprawia samopoczucie i efektywność w pracy. – 3/4 osób aktywnych fizycznie nie chce rezygnować ze sportu bez względu na dalszy rozwój pandemii – dodaje Mateusz Banaszkiewicz.
– Pamiętajmy, że głównym problemem zdrowotnym naszego społeczeństwa są choroby cywilizacyjne związane z niedoborem ruchu, takie jak cukrzyca, choroba niedokrwienna serca, nadwaga i otyłość. Cały czas główną przyczyną zgonów nie jest nowy koronawirus, ale choroby serca i nowotwory. Dzięki zwiększonej aktywności fizycznej możemy przeciwdziałać rozwojowi chorób cywilizacyjnych i pośrednio przeciwdziałać zgonom z ich powodu – mówi dr hab. n. med. Ernest Kuchar, specjalista medycyny sportowej i chorób zakaźnych z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Niedobór ruchu jest o tyle niepokojącym zjawiskiem, że właśnie aktywność fizyczna stanowi jeden z kluczowych czynników warunkujących odporność organizmu. To oznacza, że jest również częścią profilaktyki przed zakażeniem koronawirusem.
– Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) zwiększyła zalecaną dawkę ruchu ze 150 minut aktywności o umiarkowanej intensywności do aż 300 tygodniowo oraz z 75 do 150 minut tygodniowo w przypadku aktywności intensywnej. WHO, zdając sobie sprawę z niekorzystnego wpływu niedoboru ruchu na stan zdrowia, w tym także na odporność, zachęca do kontynuowania aktywności fizycznej również w trakcie pandemii. Dlatego niesłychanie ważne jest zwiększenie dostępności obiektów sportowych, ponieważ w naszych warunkach klimatycznych bardzo trudno jest zachować aktywność ruchową bez dostępu do odpowiedniej infrastruktury – mówi dr Ernest Kuchar.
Statystyki Instytutu Badań Strukturalnych wskazują, że gdyby co drugi nieaktywny Polak zaczął ćwiczyć, koszty systemu opieki zdrowotnej spadłyby o 440 mln zł. Liczba hospitalizacji również zmniejszyłaby się w skali roku, np. o 14 proc. w związku z chorobami układu krążenia czy cukrzycą. Spadłyby też wskaźniki zwolnień lekarskich z tytułu choroby własnej, a koszty absencji chorobowej byłyby mniejsze o 3 mld zł.
– W tym momencie najważniejsze jest zachęcanie Polaków do aktywności fizycznej, a przede wszystkim jak najszybsze umożliwienie im powrotu do obiektów sportowych takich jak kluby fitness czy siłownie. Polacy powinni mieć dostęp do całej infrastruktury sportowej, by wznowić regularne treningi poprawiające kondycję i budujące odporność. Takie działanie będzie miało pozytywny wpływ w krótkim okresie na ich zdrowie psychofizyczne, a długofalowo także na stan zdrowia publicznego w naszym kraju oraz na gospodarkę – podkreśla Bartosz Józefiak.
Obecnie, w związku z decyzjami rządu, większość obiektów sportowych nadal pozostaje zamknięta. Nie podano też informacji o terminie ponownego odmrożenia tego sektora gospodarki. Eksperci z niepokojem obserwują zmiany zachodzące w zdrowiu Polaków, którzy bez regularnego ruchu już teraz cierpią na liczne schorzenia związane z siedzącym trybem życia i izolacją społeczną.
– Ponowne otwarcie obiektów sportowo-rekreacyjnych jest niezwykle ważne. Tak samo istotne jest zachęcanie Polaków do uprawiania sportu, ponieważ przynosi to liczne pozytywne rezultaty. Z badania MultiSport Index 2020 wynika, że pracownicy posiadający benefity pozapłacowe związane ze sportem i rekreacją są bardziej aktywni. W czasie pandemii utrzymują aktywność fizyczną na wyższym poziomie niż pozostała część społeczeństwa – wskazuje członek zarządu Benefit Systems SA. – Elementem aktywizacji sportowej w czasie lockdownu były też ćwiczenia w domu, z wykorzystaniem rozwiązań takich jak treningi online. ¾ użytkowników karty MultiSport podczas wiosennej izolacji korzystało z możliwości ćwiczeń w warunkach domowych i jest to wynik dwukrotnie wyższy od średniej dla tych pracowników, którzy takiego benefitu nie posiadają.
W październiku ubiegłego roku – kiedy działalność wielu obiektów sportowych została ponownie ograniczona – popularność treningów online wśród użytkowników Programu MultiSport wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem tego roku. Obecnie w ramach karty MultiSport dostępne są m.in. treningi Yes2move.com oraz partnerskich obiektów sportowych, kurs jogi online oraz kurs mindfulness, a także porady ekspertów czy kreator diet.
Federacja Przedsiębiorców Polskich opracowała dla rządu szereg rekomendacji dotyczących polityki fiskalnej na najbliższe lata. Odpowiednie zmiany w tym zakresie mogą zapewnić gospodarce impuls do wzrostu po koronakryzysie – i to bez sięgania do kieszeni Polaków. Według ekspertów zamiast zmieniać stawki akcyzy jeszcze przed nowymi rekomendacjami Unii Europejskiej, rząd powinien skupić się na realnym uszczelnieniu podatku CIT dla wielkich, zagranicznych korporacji.
– Polityka fiskalna powinna być odpowiedzialna. Zwłaszcza w czasie pandemii ma to duże znaczenie zarówno dla przedsiębiorców, jak i dla przeciętnego Kowalskiego. Dlatego należałoby się zastanowić, czy konieczne jest właśnie w tym czasie podnoszenie podatków pośrednich, które tak czy inaczej na końcu zapłaci konsument. Podatki takie jak VAT czy akcyza przynajmniej w tym czasie powinny być wstrzymane, ewentualnie należy zastanowić się nad poszukaniem innych wpływów do budżetu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Kowalski, prezes Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Polityka fiskalna zapewnia nie tylko wpływy do państwowej kasy, ale ma też duży wpływ na stymulowanie gospodarki, szarą strefę czy nawyki konsumenckie. Właściwie ukształtowana, może zapewnić odbicie gospodarcze po koronakryzysie i wesprzeć branże, które najbardziej ucierpiały w czasie pandemii COVID-19. Co istotne, bez konieczności nakładów ze strony budżetu państwa ani przenoszenia kosztów podatkowych na konsumentów.
Według ekspertów rząd musi też mieć na względzie fakt, że podatek akcyzowy wpływa na wielkość szarej strefy, jak również jest narzędziem kształtowania polityki prozdrowotnej państwa. Dobrze oddaje to przykład niższego opodatkowania akcyzą tzw. nowatorskich wyrobów tytoniowych (podgrzewaczy tytoniu i e-papierosów), które – ze względu na potencjalnie niższą szkodliwość dla zdrowia – mogą ograniczyć np. koszty związane z leczeniem chorób odtytoniowych.
– Wyroby nowatorskie na dzisiaj są w Polsce łagodniej opodatkowane, dlatego że są po prostu mniej szkodliwe i zawierają mniej nikotyny. Gros produktów nowatorskich zostało już przebadanych i są nawet zalecenia amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków, według których rzeczywiście mają one mniejszy wpływ na zachorowania na raka. Dlatego uważamy, że wyroby nowatorskie powinny być traktowane jednak trochę lepiej niż tradycyjne wyroby tytoniowe – podkreśla prezes Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Jak wskazuje, od stycznia ubiegłego roku branża i konsumenci w Polsce musieli już zmierzyć się z podwyżką akcyzy na wyroby tytoniowe o 10 proc. Z kolei w tej chwili na poziomie Komisji Europejskiej trwają też prace nad przygotowaniem nowej dyrektywy tytoniowej. Dlatego kolejna podwyżka stawek obecnie byłaby bezcelowa i mogłaby zaszkodzić stabilności rynku.
Według FPP pojawiające się w ostatnim czasie apele o rzekome „urealnienie stawek akcyzy” czy też „usunięcie luki akcyzowej” są całkowicie nietrafione. Jak twierdzi federacja, stoją za nimi zachodnie korporacje, które nie chcą płacić podatków dochodowych i próbują przerzucić koszt walki z pandemią na konsumentów. Tezy te więc nie tylko opierają się na nieprawdziwych danych i błędnych wyliczeniach – ale są też szkodliwe dla obywateli i budżetu państwa. Akcyza jest bowiem podatkiem dość szczelnym, zaś same różnice w jej stawkach – np. w motoryzacji, napojach alkoholowych czy tytoniu – nie mają nic wspólnego z rzekomą „luką” i w żadnej mierze z niej nie wynikają. Samo pojęcie „luki” sugeruje, że w systemie podatkowym jest jakaś nieszczelność, że system nie funkcjonuje prawidłowo. Tymczasem różnice w stawce akcyzy pomiędzy poszczególnymi kategoriami produktów akcyzowych nie są „luką”, lecz uzasadnionym elementem polityki państwa. Tak jest w całej Europie w odniesieniu do różnego rodzajów dóbr – takich jak zielona energia, samochody, paliwa, alkohol, tytoń itd. Według FPP chwytliwe hasła dotyczące rzekomego „manipulowania” akcyzą przy najniższym w historii poziomie szarej strefy są czystą grą lobbingową na rzecz jednej kategorii kosztem innej i wątpliwe z punktu widzenia uczciwej konkurencji.
Dlatego według Federacji Przedsiębiorców Polskich obecny system akcyzy powinien pozostać nienaruszony – zwłaszcza że dopiero co (w październiku 2020 roku) opodatkowano nowe kategorie wyrobów. Jeżeli zaś rozważano by zmiany w akcyzie w celu zwiększenia dochodów budżetowych, to należałoby wówczas zmienić strukturę sposobu obliczania tego podatku na np. wyroby tytoniowe i podnieść stawki dla wyrobów najbardziej szkodliwych (czyli np. dla tradycyjnych papierosów i dla mocnych alkoholi), utrzymując bądź zmniejszając stawki dla wyrobów mniej szkodliwych (nowatorskich wyrobów tytoniowych, płynów do papierosów elektronicznych produkowanych przez polskie MŚP oraz dla alkoholi słabych, typu piwo) – można przeczytać w komunikacie FPP
Według federacji aktualna polityka akcyzowa jest efektywna zarówno od strony fiskalnej, jak i prospołecznej, dlatego na razie nie należy jej zmieniać. Zmiany powinny jednak zajść w podatku VAT, który efektywnie skonstruowany może być dla rządu efektywnym narzędziem stymulowania całej gospodarki po koronakryzysie. Przykładem jest wysunięta przez FPP propozycja wprowadzenia zwolnionych z PIT i ZUS bonów o wartości 560 zł miesięcznie na posiłki dla pracowników, które byłyby dobrowolnie finansowane przez pracodawców.
Federacja Przedsiębiorców Polskich przygotowała w tym celu zbiór rekomendacji dla rządu obejmujących VAT, akcyzę i CIT, rozumiany jako odpowiedzialność dużych przedsiębiorców za wpływy budżetowe. Według FPP wyeliminowanie agresywnej optymalizacji w celu uniknięcia CIT-u przyniosłoby znaczące wpływy, stawiając ten podatek na drugim miejscu największych źródeł dochodów budżetowych.
– CIT to trzeci co do wielkości podatek, który wpływa do budżetu, i uszczelnienie go jest bardzo ważne. Natomiast ta kwestia jest złożona. Wszyscy powinniśmy płacić podatek CIT i nie unikać go, bo na tym opiera się zwiększenie wpływów do budżetu państwa i dalsza redystrybucja tych wpływów. Należy się jednak nad nim mocno zastanowić – wskazuje Marek Kowalski.
Według FPP zagraniczne firmy, które prowadzą działalność w Polsce, powinny bezwzględnie odprowadzać CIT na tutejszym rynku. Wpływy z tego tytułu byłyby porównywalne do całej odprowadzanej akcyzy. Ta jest jednak podatkiem płaconym realnie z kieszeni Polaków. Dlatego podniesienie jej stawek – w czasie kryzysu i szalejącej pandemii – obniżyłoby ich siłę nabywczą i odbiło się na sprzedaży wszystkich towarów i usług, nie tylko tych objętych akcyzą.
Eksperci wyliczyli, że wprowadzenie takiego rozwiązania już w pierwszym roku przyniosłoby wpłaty z tytułu VAT i CIT sięgające 500 mln zł, a do 2025 roku przekroczyłyby one 1 mld zł rocznie. Efektem byłoby także nawet 7,6 mld zł dodatkowego PKB, wzrost przychodów rolników o 560 mln zł rocznie i wzrost obrotów gastronomii nawet o 4,1 mld zł, co z kolei uratowałoby zatrudnienie nawet 100 tys. pracowników tej branży.
Do zespołu Golden Star Group, globalnej firmy inwestycyjnej, dołączyła Katarzyna Pankiewicz. Korzystając z ponad 25-letniego doświadczenia na międzynarodowych rynkach nieruchomości, odpowiada za wynajem nieruchomości biurowych znajdujących się w portfolio firmy w Polsce, ze szczególnym uwzględnieniem kompleksu Oxygen Park w Warszawie.
– Jest nam niezmiernie miło powitać Katarzynę jako Senior Leasing Managera w naszym zespole w Polsce. Katarzyna będzie koordynowała strategię komercjalizacji projektów biurowych, znajdujących się w naszym polskim portfelu. Jesteśmy przekonani, że jej wiedza, doskonała znajomość lokalnego rynku oraz oczekiwań najemców, przełożą się na sukcesy w komercjalizacji poszczególnych projektów i rozwój całego naszego portfolio – powiedział Gal Peleg, CEO Golden Star Group.
Katarzyna Pankiewicz posiada 25-letnie doświadczenie zawodowe, zdobyte w międzynarodowych firmach o profilu deweloperskim i inwestycyjnym. Przed dołączeniem do Golden Star Group, przez 7 lat pełniła funkcję Dyrektora ds. Wynajmu i Sprzedaży powierzchni biurowych w firmie Yareal. Wcześniej, przez ponad 16 lat pracowała w GTC, gdzie zajmowała stanowisko Dyrektora Komercyjnego, odpowiedzialnego za leasing wszystkich budynków znajdujących się w portfelu firmy.
– Niezwykle cieszę się z podjęcia nowej roli, w której będę miała przyjemność pracować w Golden Star Group i koordynować działania komercjalizacyjne dla nieruchomości biurowych, charakteryzujących się najwyższą jakością, dogodną lokalizacją oraz licznymi rozwiązaniami, przekładającymi się na komfort i bezpieczeństwo najemców. Moje działania będą koncentrowały się w pierwszej kolejności na warszawskim rynku biurowym i przygotowaniu nowoczesnych rozwiązań przestrzennych, które w pełni odpowiedzą na dynamicznie zmieniające się potrzeby naszych Klientów – skomentowała Katarzyna Pankiewicz, Senior Leasing Manager w Golden Star Group.
Oxygen Park, którego komercjalizację koordynuje Katarzyna Pankiewicz, to nowoczesny kompleks biurowy, zlokalizowany bezpośrednio przy Alejach Jerozolimskich w biznesowym obszarze Warszawy. Projekt składa się z dwóch sześciokondygnacyjnych budynków o łącznej powierzchni najmu ponad
18 000 m kw. Oxygen Park został zaprojektowany, aby zapewnić jak najlepsze i najbardziej komfortowe środowisko pracy. Całkowicie przeszklona fasada gwarantuje maksymalne doświetlenie światłem dziennym, a otwierane okna umożliwiają wentylację pomieszczeń świeżym powietrzem. Oprócz najwyższej jakości powierzchni biurowych, do dyspozycji najemców Oxygen Park są również zielone patio ze strefą relaksu oraz punkty handlowo-usługowe, obejmujące m.in. kantynę i piekarnię. W kompleksie przygotowano również 162 miejsca parkingowe w garażu podziemnym, stojaki rowerowe oraz szatnie z prysznicami. Projekt architektoniczny Oxygen Park powstał w renomowanej pracowni JEMS Architekci, a inwestycja została oddana do użytku w 2013 r.
Pandemia zmieniła oblicze biznesu oraz firm z branży IT. Według styczniowego raportu Banku Pekao sektor oprogramowania i usług IT rozwijał się w ostatnich latach dwukrotnie szybciej niż średnio cała polska gospodarka. Dane za I półrocze 2020 roku wskazują co prawda na niższą dynamikę tego sektora, jednak notowany jest wzrost, podczas gdy niemal cała gospodarka zaliczyła znaczące spadki. Branżę napędzać będzie nie tylko potrzeba cyfryzacji biznesu, lecz także wykorzystanie najnowszych technologii, takich jak sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe. Zmieniające się środowisko to jednak także wyzwanie dla firm i działów IT.
– Pandemia znacząco przyspieszyła zmiany, które były wprowadzane przez działy IT. W ciągu kilku dni, tygodni trzeba było się przestawić z pracy biurowej na pracę zdalną, a w takich branżach jak finanse, ubezpieczenia czy administracja publiczna to nie były oczywiste sposoby pracy, było dużo ograniczeń, regulacji, które trzeba było bardzo szybko dostosować do zmieniającego się świata. I na pewno przyspieszyły wszystkie zmiany, które były zaplanowane, przechodzenie do cyfryzacji wszystkich procesów tak, żeby każdy mógł z dowolnego miejsca zrealizować to, co wcześniej było wykonywane często ręcznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Biegun, członek zarządu firmy RevDeBug.
W czasie kryzysu wywołanego przez pandemię COVID-19 branża oprogramowania i usług IT okazała się być jednym z sektorów najbardziej odpornych na załamanie gospodarcze. Z raportu przygotowanego przez ekonomistów Banku Pekao „Oprogramowanie i usługi IT. Charakterystyka branży, perspektywy rozwojowe, główne obszary” wynika, że nagłe przeniesienie części życia zawodowego i prywatnego do kanałów zdalnych przyspieszyło proces transformacji cyfrowej, a istotną rolę odegrał w tym również wzmożony popyt na rozrywkę domową.
Według styczniowego raportu Pekao SA cała branża IT w Polsce osiąga przychody rzędu 85 mld zł, nie licząc obrotów mikrofirm. Sektor oprogramowania i usług IT generuje ok. 55 mld zł, czyli ok. 2/3 całej branży informatycznej, a zdaniem ekspertów udział ten systematycznie rośnie i zmierza do wartości powyżej 70 proc. Dane za I półrocze 2020 roku wskazują co prawda na niższą dynamikę tego sektora (wzrost o 6 proc. r/r), jednak to bardzo dobry wynik na tle całej gospodarki, w której większość branż zaliczyła znaczące spadki.
Nie oznacza to jednak, że branża przez pandemię nie odczuła żadnych kłopotów.
– Obecnie pracownicy działów IT borykają się najczęściej z problemami braku zasobów, ponieważ trzeba dostarczać oprogramowanie szybciej, trzeba więcej rzeczy cyfryzować, wdrażać nowe rozwiązania. I to, czego zawsze brakuje, to jest czas i zasoby. I oczywiście pojawiają się rzeczy specyficzne dla poszczególnych firm, czyli zmiany prawne, ale to zawsze kończy się tym samym, po prostu jest za mało zasobów. Obecnie według badań w Polsce brakuje około 200 tys. programistów, prawdopodobnie ta liczba jeszcze bardziej wzrośnie – wskazuje Piotr Biegun.
Krajobraz branży IT po pandemii powinien być bardzo pozytywny. Większość raportów branżowych mówi o tym, że wydatki w obszarze IT będą dynamicznie wzrastać. Ich wzrost powiązany jest z zapotrzebowaniem biznesu na nowe rozwiązania, oprogramowanie czy funkcjonalności i to powoduje, że firmy będą zatrudniać coraz więcej pracowników do działów IT i wydawać coraz więcej środków na nowe rozwiązania z tego obszaru.
– Rzeczą, która się mocno zmieni w świecie IT, jest to, że będziemy dużo rzeczy automatyzowali, będzie się pojawiało coraz więcej sztucznej inteligencji, machine learningu i to będzie powodowało nowe utrudnienia, z którymi będziemy musieli sobie poradzić. Z jednej strony będziemy mogli szybciej rozwiązywać bardziej skomplikowane problemy, ale w momencie, kiedy utracimy kontrolę nad tym, jak pewne rzeczy działają, będzie to też wymagało dostosowania się działów IT do nowej sytuacji – wskazuje ekspert.
Jak podkreśla, po ustaniu pandemii cały czas będzie dynamicznie wzrastać zapotrzebowanie na usługi działów IT.
– Będziemy mieli potrzebę cyfryzacji istniejących procesów, wdrażania nowych rozwiązań. Ciekawsze wydaje się to, co się dzieje w poszczególnych segmentach w samym IT, ponieważ wydatki w IT będą rosły po kilka procent rok do roku, natomiast obszary takie jak np. sztuczna inteligencja, machine learning będą rosły kilka razy szybciej – podkreśla członek zarządu firmy RevDeBug.
Dzięki platformom sprzedaży łączącym bezpośrednio dostawców energii z konsumentami będzie można dokonywać transakcji po dużo niższych niż dotychczas cenach. Taki model już dziś sprawdza się m.in. w USA czy Niemczech, jednak w Polsce nie został jeszcze wdrożony z uwagi na obowiązujące prawo. Wprowadzenie go może przyspieszyć dynamiczny wzrost popularności energii odnawialnej, w tym paneli fotowoltaicznych. W skutecznych i bezpiecznych transakcjach pomoże natomiast technologia blockchain.
– Jest bardzo duży potencjał w digitalizacji energetyki – wszystkich spraw związanych z transakcją czy ułatwieniem procesu zmiany sprzedawcy bądź procesu zawarcia umowy na instalację fotowoltaiczną. To rynek, który jest związany z bardzo dużą biurokracją, która nie zawsze jest potrzebna i są sposoby, żeby to rozwiązać inaczej. Będziemy zaskoczeni postępem pod tym względem – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Emmanuel Lickel-Skiba, założyciel portalu dobryprad.pl.
Na świecie coraz mocniej odczuwalny jest trend decentralizacji sprzedaży energii elektrycznej. Na popularności zyskują platformy P2P, które bezpośrednio łączą dostawców i odbiorców prądu. Według autorów raportu, sporządzonego przez Międzynarodową Agencję Energii Odnawialnej, taki model sprzedaży sprawdzi się przede wszystkim w energetyce odnawialnej – dzięki bezpośredniej sprzedaży umożliwia wzmocnienie pozycji konsumentów, a także pozwala lepiej zarządzać energią poprzez równoważenie jej popytu i podaży.
– W Nowym Jorku właściciele dachów mieli możliwość zainstalować panele i handlować energią z sąsiadami, którzy nie mieli dostępu do paneli. Oczywiście ten sprawdzian miał charakter pilotażowy, ale okazał się prawidłowy, funkcjonujący. Powinniśmy wziąć przykład z USA i wdrożyć własne pilotaże na przykład w sektorze energetycznym w Polsce – wskazuje ekspert.
Według Technavio rynek obrotu energią elektryczną będzie rósł w średniorocznym tempie sięgającym 10 proc. Jednym z głównych czynników napędzających będzie wdrożenie technologii blockchain w procesie sprzedaży. Platformy wymiany działają już m.in. w USA, Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Według raportu IRENA dzięki decentralizacji procesu sprzedaży australijska platforma Power Ledger pozwoliła odbiorcom energii zaoszczędzić na rachunkach średnio około 420 dol.
W Polsce taka wymiana handlowa nie jest na razie możliwa z uwagi na obowiązujące prawo. W najbliższych latach może jednak stać się rzeczywistością. Sprzyjać temu będzie przede wszystkim większa dostępność paneli fotowoltaicznych, których ceny będą spadać. W efekcie coraz więcej gospodarstw zacznie produkować energię, co będzie sprzyjało tworzeniu rynku łączącego dostawców i odbiorców.
– W związku z uwolnieniem tego rynku, ale też z decentralizacją rynku energii będziemy stopniowo widzieć odpowiednie rozwiązania prawne, które pozwolą odbiorcy indywidualnemu, który generuje dużo energii elektrycznej, np. z paneli fotowoltaicznych, odsprzedać tę energię swoim sąsiadom. Takie rozwiązania jeszcze nie istnieją w Polsce, ale będą powoli wdrażane, bo jest to w interesie każdego państwa, odbiorców, ale też operatorów sieci dystrybucyjnych, żeby każdy z nas był w stanie w ramach swoich możliwości generować energię – przekonuje Emmanuel Lickel-Skiba.
Tymczasem w skali światowej obserwowany jest duży wzrost zainteresowania technologią blockchain na rynku energetycznym. Według raportu sporządzonego przez QY Research rynek ten do 2025 roku przekroczy wartość miliarda dolarów. Dla porównania w 2019 roku było to 430 mln dol.
W czasach kryzysu naturalne jest to, że rząd poszukuje nowych źródeł wpływów do skarbu państwa. Wiele propozycji mających podratować państwowy budżet obraca się wokół podatku akcyzowego i podatku VAT. Jedna z nich dotyczy podniesienia stawki podatku akcyzowego na wyroby alkoholowe, a w szczególności na piwo. Autorzy projektu chcą, by stawka akcyzy na piwo została zrównana ze stawką, która teraz nałożona jest na alkohole spirytusowe – takie jak wódki. Propozycja ta spotyka się ze zdecydowanym sprzeciwem browarników, dla których zmiana stawek może oznaczać utracenie konkurencyjności na rynku alkoholi.
– Projekt zrównania stawek na wódkę i piwo należy odebrać jako chęć przejęcia rynku piwa przez wyroby spirytusowe – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Bronicki, doradca podatkowy w BBGTAX. – Gdyby projekt ten został wprowadzony w życie, zagrożone byłoby istnienie wiele browarów – szczególnie tych małych. Zrównanie stawek akcyzowych w dużym stopniu uderzyłoby by w duże browary, które straciłyby dużą część rynku – ale przede wszystkim w browary małe. Mali przedsiębiorcy produkujący piwo korzystają co prawda z ulgi, w postaci połowy stawki podatku akcyzowego. Jednak zastosowanie stawki akcyzowej używanej przy wódce sprawiłoby, że opodatkowanie piwa wzrosłoby nawet czterokrotnie. To bardzo odciążyłoby rynek browarniczy – przestrzega Bronicki.
Rozmowa o systemie podatkowym często prowadzi do użycia sformułowania “luka prawna”. Luki w systemie podatkowym służą firmom i osobom fizycznym do omijania płacenia danin. Jednak w przypadku niektórych podatków powinniśmy być bardzo ostrożni z używaniem tego sformułowania. Jednym z nich jest akcyza. Apele o rzekome „urealnienie stawek akcyzy” czy też „usunięcie luki akcyzowej” są po prostu nietrafione. Są to najczęściej tezy firm zagranicznych, które mimo wysokich obrotów deklarują relatywnie niski podatek dochodowy w Polsce – a całość podatków próbują przerzucić na polskich konsumentów – i to w ramach ceny wyrobów ich rynkowych konkurentów. Padające w przestrzeni medialnej kwoty i liczby również opierają się na nierealnych założeniach, jakoby cena produktów nie miała wpływu na ich popyt, a więc że można dowolnie zwiększyć opodatkowanie akcyzą, a społeczeństwo kupi tyle samo produktów.
– To, że mamy różne stawki akcyzy na różne produkty absolutnie nie oznacza, że mamy do czynienia z lukami prawnymi. Nałożenie różnej wysokości akcyzy jest świadomą decyzją ustawodawcy – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy i partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy sp. z o.o. – Jeśli ustawodawca zdecydował się opodatkować niżej auta elektryczne i auta hybrydowe od starych diesli, nie jest to żadna luka prawna – tylko świadoma decyzja. To samo dotyczy nowatorskich wyrobów tytoniowych, gdy porównujemy je do papierosów. Nie można mówić o żadnej luce: jest to świadoma decyzja ustawodawcy, podyktowana względami zdrowia publicznego i kosztu produkcji konkretnych wyrobów Zwiększenie akcyzy na jedną grupę wyrobów raczej przeniesie konsumpcję na inną kategorię wyrobów – np. zwiększenie akcyzy i wzrost cen piwa, skłoni społeczeństwo do picia wódki, a wzrost akcyzy na mniej szkodliwy tzw. podgrzewany tytoń spowoduje powrót do bardziej szkodliwych tradycyjnych papierosów. Akcyza jest obecnie podatkiem dość szczelnym, zaś same różnice w stawkach akcyzy – np. w motoryzacji, wyrobach alkoholowych czy tytoniu – nie mają nic wspólnego z rzekomą „luką” – wyjaśnia Rutkowski.
Ten rok może być dla banków trudniejszy niż ubiegły pod względem liczby pozwów oraz unieważnionych umów kredytowych. Obecnie ok. 8% frankowiczów dochodzi swoich praw. Wkrótce drugie tyle może się na to zdecydować. Banki będą chciały złagodzić skutki tej walki, ale nie należy oczekiwać, że zaczną zawierać masowe ugody. Raczej zwrócą się o pomoc do państwa. Niemniej trudno uwierzyć, że taka sytuacja nastąpi w tym roku. Z kolei brak zmian spowoduje, że spory sądowe będą się ciągnęły aż do czasu wygaśnięcia umów. To w praktyce oznacza, że temat nie zniknie z przestrzeni publicznej jeszcze przez co najmniej kilkanaście lat.
Więcej pozwów
Dotychczas dopiero ok. 8% frankowiczów rozpoczęło starania w zakresie dochodzenia swoich roszczeń. Wyraźnie odczuwalny jest jednak wzrost zainteresowania tego typu postępowaniami. W zeszłym roku liczba nowych spraw kredytowych w niektórych kancelariach podwoiła się. Można zatem przewidywać, że w tym roku kolejne kilka bądź kilkanaście procent kredytobiorców złoży swoje pozwy. Patrząc zatem na sytuację, ostrożnie można szacować, że w całym kraju nawet 15-18% frankowiczów zacznie dochodzić swoich praw w procesach sądowych.
O przyszłości spraw frankowych w dużej mierze decydować będzie też sytuacja gospodarcza. Jeśli frank zdrożeje lub z powodów ekonomicznych, wynikających np. bezpośrednio z lockdownu, spłata rat okaże się zbyt trudna, to zapewne jeszcze więcej osób będzie chciało przeciwdziałać rosnącym zobowiązaniom, występując przeciwko bankom lub zaprzestając spłaty kredytu. Pogorszenie się sytuacji materialnej w wyniku pandemii może zmotywować wielu ludzi do pozbycia się wieloletnich obciążeń.
Dlatego rok 2021 będzie wyjątkowy pod względem kierowanych roszczeń. Odsetek wygranych spraw jest coraz wyższy. Kredytobiorcy właściwie codziennie mają możliwość zapoznania się z kolejnymi uzasadnieniami wyroków związanych z tożsamymi umowami kredytowymi jak te, które będą ich wiązać jeszcze przez kilka lub kilkanaście lat. To bardzo zachęca do dochodzenia swoich praw.
Banki walczą o swoje
Już pod koniec ub.r. przedstawiciele sektora bankowego zorientowali się, że ogromny przyrost nowych spraw może doprowadzić do poważnego kryzysu finansowego i upadłości wielu banków. Coraz głośniej słychać więc nawoływanie do przedstawiania kredytobiorcom propozycji ugodowych, które złagodzą poważne skutki toczącej się walki. Jednak na podstawie dotychczasowych obserwacji można wnioskować, że bankom wcale nie zależy na ugodach. Pod pretekstem starań o nie zapewne będą chciały w tym roku wymóc na Skarbie Państwa ustępstwa dla siebie. Trudno się jednak spodziewać, że NBP zgodzi się np. na dopłaty do każdego kredytu.
Podmioty rynku finansowego rozpoczęły rozmowy zmierzające do rozwiązania problemu frankowego. Jednak na ten moment nie wynika z nich nic, co realnie można by było wprowadzić. Banki raczej nie uzyskają pomocy państwa w formie ustawowej regulacji, choć to pewnie byłoby dla nich obecnie najlepszym rozwiązaniem.
Banki są już pod ścianą. W odpowiedzi na korzystne dla frankowiczów rozstrzygnięcia, polegające na unieważnianiu umów bądź eliminowaniu z nich niedozwolonych postanowień, zaczęły stosować politykę „zastraszania”. Polega ona na informowaniu kredytobiorców o możliwych przyszłych roszczeniach z tytułu korzystania z kapitału banku w przypadku uznania umowy za nieważną. Jednak nie ma do nich skutecznych podstaw prawnych, co potwierdzają orzeczenia sądów w pierwszych tego typu sprawach. Niewykluczone jest więc, że w tym roku banki będą szukały nowych pomysłów na zniechęcanie kredytobiorców do prowadzenia postępowań sądowych.
Zapchane sądy
Nie należy się spodziewać, że w tym roku zostanie rozwiązany problemem przewlekłości postępowań. Jest on bardzo złożony i wynika przede wszystkim z braków kadrowych. Wprawdzie w Sądzie Okręgowym w Warszawie powstaje nowy wydział przeznaczony tylko i wyłącznie do orzekania w sprawach frankowych. Jednak to niestety może sprawić, że kredytobiorcy będą jeszcze dłużej czekali na rozstrzygnięcia. Ministerstwo Sprawiedliwości nie widzi bowiem możliwości powołania dodatkowych etatów dla sędziów mających orzekać w tym wydziale.
Obecnie sprawy frankowe są rozpoznawane przez sześć wydziałów Sądu Okręgowego w Warszawie. Gdy powstanie nowa jednostka, wszystkie nowe postępowania będą kierowane do „wydziału kredytów frankowych”, w którym to jednak będzie orzekać tylko siedmiu lub ośmiu sędziów. Tym samym szybciej będą wydawane wyroki w innych sprawach rzeczowo właściwych dla tego sądu. Istnieje więc obawa, że dla kredytobiorców powstanie dedykowanego wydziału nic nie zmieni. Dalej na rozstrzygnięcie będą czekać latami.
Tylko nieliczni sędziowie mają już wypracowane podejście w sprawach kredytowych. Niestety większość z nich w dalszym ciągu błądzi, przesłuchując wszystkich zgłaszanych przez banki świadków, także tych, którzy nigdy nie mieli styczności z kredytobiorcami. Dotychczas średni czas oczekiwania na nieprawomocne rozstrzygniecie wynosił dwa lata. W Gdańsku czy w Warszawie proces w pierwszej instancji trwał około trzech lat. Natomiast w mniejszych miastach, takich jak np. Olsztyn, Białystok czy Toruń, postępowania kończą się już po roku.
Można stwierdzić, że procesy hamuje sceptyczne podejście samych sędziów do szybkiego wydawania wyroków i oddalania bezzasadnych wniosków dowodowych składanych przez banki. Opóźnienia generuje również powoływanie biegłych, którzy sporządzają swoje opinie średnio przez 6-8 miesięcy. Następnie banki składają do nich zastrzeżenia i zadają kolejne pytania, a to wiąże się z koniecznością wydania opinii uzupełniających w okresie kolejnych kilku miesięcy. Trudno przewidywać, że w tym roku tego typu praktyki samoistnie się zmienią.
Problem do rozwiązania
Sędzia, który na co dzień wydaje wyroki w tego typu sprawach, mając dostęp do orzeczeń bazujących na tożsamych wzorcach umów kredytowych, powinien pomijać wnioski dowodowe zgłaszane przez strony, które nie mają znaczenia w zakresie dochodzonego roszczenia. W przypadku wyroków ustalających, że umowa kredytu jest nieważna nie ma potrzeby przesłuchiwania świadków ani sporządzania opinii przez biegłego. W takiej sytuacji czas rozpoznania sprawy skraca się do minimum, tj. właściwie do jednej rozprawy, po której zapadałby wyrok. Ocenie podlega bowiem wyłącznie treść umowy. Jednak w praktyce to się prawie nie zdarza.
Jeszcze bardziej niezrozumiałym zjawiskiem jest niestosowanie przez sędziów art. 1561 k.p.c. Dzięki nowelizacji procedury cywilnej z dnia 4 lipca 2019 r. możliwe jest pouczenie stron o prawdopodobnym rozstrzygnięciu sprawy. To pozwalałoby na zawarcie większej liczby ugód. Wysyłając pozew do banku, sąd powinien poinformować o prawdopodobnym rozstrzygnięciu, a wtedy bank mógłby sam zainicjować rozmowy ugodowe i zaproponować korzystną dla obu stron ugodę. Bez tak jednoznacznych działań ze strony orzekających, będziemy mieli w 2021 roku kolejne informacje prasowe o rekordowych referatach sędziów i brakach miejsc na akta w sądowych szafach.
Można też z dużym prawdopodobieństwem przewidywać, że sprawy frankowiczów będą się toczyły jeszcze przez dobrych kilkanaście lat, czyli dopóki będą obowiązywały umowy kredytowe. Po spłaceniu zobowiązań więcej osób będzie zainteresowanych pójściem do sądów w celu dochodzenia roszczeń finansowych, bo znikną ich obawy np. przed egzekucją wynikającą z zabezpieczeń, tj. przejęcia nieruchomości przez bank. Niestety, ale w dalszym ciągu bardzo często kredytobiorcy przychodzący do kancelarii mając tego typu obawy.
Frankowicze często oczekują jedynie gwarancji, że sądy w Polsce będą respektowały obecne prawo, szczególnie to unijne. Jednak niestety sądy w Polsce nigdy nie zapewniały jednolitego orzecznictwa. Nie zmieni tego nawet oczekiwana uchwała Sądu Najwyższego, mająca na celu ujednolicenie stanowiska sądów w zakresie rozliczeń stron w sytuacji stwierdzenia nieważności umowy. Prezesi bądź przewodniczący wydziałów powinni zacząć kontrolować to, czy sędziowie, których wyroki są uchylane przez sądy odwoławcze, w kolejnych sprawach wyciągają z tego jakiekolwiek wnioski.
Oczywiście każda sprawa frankowa może w jakimś stopniu różnić się od poprzedniej. Do tego przegrana nie musi być wcale „winą” sędziego nierespektującego prawa oraz orzekającego wbrew orzecznictwu TSUE. Może być np. konsekwencją błędów procesowych, nieprawidłowego sformułowania roszczeń, braku prawidłowej argumentacji, nierzetelności dokonanych wyliczeń, a także nieprzedstawienia stosownych dokumentów pozwalających udowodnić dochodzone roszczenie. Banki wyolbrzymiają znaczenie nieistotnych okoliczności i wytkną każdy zauważony błąd.
Autorem publikacji jest adwokat Jacek Mikołajonek z Kancelarii MBM Legal
W połowie stycznia ruszył ogólnopolski program szczepień przeciw COVID-19. Analitycy Gemius i PBI sprawdzili, w jaki sposób przełożyło się to na zainteresowanie internautów stronami rządowym. Analizę uzupełniono o dane dotyczące kampanii Ministerstwa Zdrowia pod hasłem „#Szczepimy się”, zachęcającej do szczepień.
Możliwość zgłoszenia chęci szczepienia, a także rejestracji na nie, została udostępniona 15 stycznia za pośrednictwem witryny https://szczepimysie.pacjent.gov.pl/, stanowiącej część serwisu Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia – www.pacjent.gov.pl. Dużą porcję informacji znaleźć też można na stronie https://www.gov.pl/web/szczepimysie (część serwisu www.gov.pl), do której kieruje kampania promocyjna „Szczepimy się”, a także na witrynie NFZ – https://www.nfz.gov.pl/, dlatego też analiza objęła wszystkie te serwisy.
Jak wynika z danych, 15 stycznia, a więc w dniu uruchomienia rejestracji online, na wszystkich analizowanych stronach nastąpił wzrost liczby użytkowników (RU), przy czym największy skok zaobserwować można było w przypadku witryn www.gov.pl (1,9 mln RU) oraz www.pacjent.gov.pl (1,8 mln RU). Stronę Narodowego Funduszu Zdrowia także odwiedziło więcej internautów niż zwykle (254 tys. RU), chociaż różnica nie była tu tak znacząca, jak w przypadku dwóch wcześniej wymienionych serwisów. 22 stycznia, a więc w dniu udostępnienia rejestracji pacjentom powyżej 70 r.ż., również dało się zauważyć wzrost liczby internautów na witrynie www.pacjent.gov.pl (859,9 tys. RU), jednak mniej spektakularny niż tydzień wcześniej. Na wszystkich omawianych stronach liczba internautów wzrosła też 25 stycznia, w dniu startu szczepień seniorów, przy czym najbardziej widoczne jest to w przypadku www.gov.pl (973,3 tys.).
Zwiększona aktywność internautów na omawianych witrynach odzwierciedlona jest również w liczbie wygenerowanych odsłon. Szczególnie duży wzrost widoczny jest w przypadku strony www.pacjent.gov.pl, na której 15 stycznia odnotowano aż 14,2 mln odsłon – o 10,9 mln więcej niż dzień wcześniej. Skok liczby odsłon na stronie www.gov.pl był znacznie mniejszy, choć również zauważalny – z 3,5 na 8,1 mln (14 vs 15 stycznia 2021). W dniu uruchomienia rejestracji dla pacjentów 70+ nastąpił wzrost liczby odsłon na obu stronach (3,7 mln na www.gov.pl i 6,2 mln na www.pacjent.gov.pl). Na uwagę ponownie zasługuje 25 stycznia – liczba generowanych odsłon wzrosła wówczas na wszystkich analizowanych witrynach (2,3 mln na www.nfz.gov.pl, 3,7 mln na www.gov.pl oraz 5,9 mln na www.pacjent.gov.pl).
Źródło: Mediapanel, styczeń 2021
Uruchomieniu programu szczepień towarzyszyły też szeroko zakrojone działania promocyjne w ramach ogólnopolskiej kampanii „#Szczepimy się”. Tylko w styczniu reklamy emitowane w ramach kampanii – zarówno w kanałach digital, jak i radiu i telewizji – dotarły do 31,4 mln użytkowników, przy łącznej liczbie kontaktów reklamowych na poziomie 1,2 mld.
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów
Szczególnie intensywne działania reklamowe prowadzono w radiu – to właśnie w tym medium wolumen wygenerowanych kontaktów reklamowych był w styczniu największy i osiągnął 640,1 tys.
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów
Jednocześnie warto zauważyć, że największy zasięg udało się osiągnąć w przypadku telewizji – spoty emitowane w tym kanale dotarły do 28,8 mln odbiorców (88,13%). Natomiast łączny zasięg kampanii w styczniu to 95,9%.
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów
Warto zwrócić też uwagę na intensyfikację działań reklamowych (wyrażoną poprzez liczbę wskaźnika Ad Contacts) począwszy od 12 stycznia, a więc tuż przed uruchomieniem rejestracji na szczepienia.
Źródło: gemiusAdReal, styczeń 2021, wszystkie typy mediów
Największy zasięg, spośród wszystkich działań reklamowych, osiągnął 15-sekundowy spot telewizyjny:
Dotarł on do 83,14% odbiorców, co przekłada się na 27,2 mln RU, 216,7 mln kontaktów reklamowych oraz 662 GRP. Czas kontaktu z reklamą wyniósł w tym przypadku 13,4 s na użytkownika. Warto jednak podkreślić, że działania realizowane w kanałach digital cechowały się dużą efektywnością – reklamy na PC oraz Mobile dotarły do 21,1 mln RU przy jedynie 189,5 mln kontaktów reklamowych.
Parlament Europejski zatwierdził w środę Instrument na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności, który ma pomóc państwom Unii radzić sobie ze skutkami pandemii. 672,5 mld euro będzie skierowane na dotacje i pożyczki dla krajów członkowskich. Warunek – przestrzeganie praworządności.
Rozporządzenie dotyczące celów, finansowania i zasad dostępu do Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności przyjęto 582 głosami za, przy 40 głosach przeciw i 69 wstrzymujących się. Instrument ten jest najważniejszym elementem pakietu na rzecz odbudowy Next Generation EU o wartości 750 mld euro.
Kwota 672,5 mld euro będzie dostępna w postaci dotacji i pożyczek, z których będzie można finansować krajowe środki mające złagodzić gospodarcze i społeczne skutki pandemii. Z instrumentu można finansować również pokrewne projekty, których realizacja rozpoczęła się 1 lutego 2020 roku lub później. Środki finansowe będą dostępne przez trzy lata. Rządy państw członkowskich UE będą mogły zwracać się o zaliczki w wysokości maksymalnie 13 proc. na realizację swoich planów odbudowy i zwiększania odporności.
Do finansowania kwalifikują się krajowe plany odbudowy i zwiększania odporności, które dotyczą najważniejszych dziedzin polityki UE, tj. zielonej transformacji (z uwzględnieniem bioróżnorodności), transformacji cyfrowej, spójności gospodarczej i konkurencyjności, a także spójności społecznej i terytorialnej. Finansowanie można także otrzymać na realizację projektów, które dotyczą instytucjonalnej reakcji na kryzys i zapewniają wsparcie w przygotowaniu się do niego, oraz projektów dotyczących polityki względem dzieci i młodzieży, w tym kształcenia i umiejętności.
W każdym planie krajowym co najmniej 37 proc. budżetu należy przeznaczyć na klimat, a co najmniej 20 proc. – na działania w dziedzinie cyfryzacji. Plany muszą również mieć trwałe skutki społeczne i gospodarcze, mają obejmować kompleksowe reformy i solidne pakiety inwestycyjne i nie mogą znacząco utrudniać realizacji celów środowiskowych.
Rozporządzenie stanowi także, że fundusze z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności przysługują tylko tym państwom członkowskim, które przestrzegają praworządności i szanują podstawowe prawa Unii Europejskiej.
Właściwe komisje Parlamentu mogą zwrócić się do Komisji Europejskiej, która jest odpowiedzialna za nadzór nad wdrażaniem Instrumentu, by raz na dwa miesiące zaprezentowała stan odbudowy Unii Europejskiej i sposób realizacji przez państwa członkowskie celów pośrednich i końcowych. Komisja ma ponadto udostępnić państwom członkowskim zintegrowany system informowania i monitorowania, w którym znajdą one porównywalne informacje na temat sposobu wykorzystywania środków.
Zadowolenie z przyjęcia przez PE Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększania Odporności wyraziła Komisja Europejska. Jak podkreśliła, Instrument odegra decydującą rolę, pomagając Europie w przezwyciężeniu gospodarczo-społecznych skutków pandemii.
Po formalnym zatwierdzeniu rozporządzenia przez Radę UE, dokument wejdzie w życie po opublikowaniu w Dzienniku Urzędowym UE.
SpeedUp Energy Innovation ogłosił swoją najnowszą zagraniczną inwestycję. Fundusz zainwestował w HEPTA Airborne, spółkę technologiczną z Estonii, opracowującą pierwszy autonomiczny system inspekcji sieci elektroenergetycznej. W transakcji uczestniczą także EIT InnoEnergy oraz pozostali, wcześniejsi inwestorzy spółki – fundusze z Litwy (Contrarian Ventures), Łotwy (Expansion Capital), Estonii (ThorGateVentures) oraz Markku Jääskelainen. Łączna wartość inwestycji to 2 miliony Euro.
HEPTA to już dziś uznana w Estonii firma. Obecnie najważniejszym produktem w jej portfolio jest hybrydowy dron inspekcyjny, z silnikiem spalinowo-elektrycznym. Inwestycja, której przewodzi Speedup Energy Innovation, zostanie przeznaczona na poszerzenie oferty o sprzedawaną w modelu SaaS platformę uBird zapewniającą cyfrowy sposób kontroli infrastruktury sieci poprzez automatyzację inspekcji, a także analizę danych. HEPTA planuje też dywersyfikację swojego modelu biznesowego i wejście na kolejne rynki geograficzne. W pierwszym etapie firma chce skupić się na Polsce, krajach skandynawskich i bałtyckich oraz na Ukrainie.
Widzimy duży trend wzrostowy w obszarze automatyzacji inspekcji linii energetycznych w najbliższych latach, którego Hepta już teraz jest liderem. Kiedy pojawia się temat „transformacji energetycznej”, można pomyśleć, że dotyczy on głównie odnawialnych źródeł energii. Jest w tym oczywiście racja, ale to stwierdzenie niewystarczająco obrazujące temat. Pomimo nowych metod produkcyjnych, istnieje duży obszar dotyczący cyfryzacji innych aspektów energetyki. Na całym świecie istnieje 100 milionów kilometrów linii energetycznych a 97% z nich jest dziś sprawdzanych ręcznie. Jest to spora przestrzeń dla cyfrowych rewolucji i jest to obszar specjalizacji Hepta. Dzięki inwestycji możliwy stanie się proces automatyzacji inspekcji linii energetycznych i analizy danych w oparciu o uczenie maszynowe. – mówi Bartłomiej Gola, partner zarządzający funduszu Speedup Energy Innovation.
Obecnie na świecie analiza sieci energetycznych przeprowadzana jest często niedokładnymi i czasochłonnymi metodami „na piechotę” lub za pomocą oblotów helikopterami. Hepta Airborne, sprawia, że proces inspekcji jest bezpieczniejszy, bardziej wygodny i po prostu szybszy. Dzięki wykorzystaniu narzędzi opartych o sztuczną inteligencję, firma automatyzuje kontrolę stanu linii energetycznych i ich otoczenia, wykorzystując analizę danych pozyskiwanych za pomocą dronów, helikopterów oraz satelity. System HEPTA oparty jest na automatycznej analizie dużych zbiorów danych, z wykorzystaniem opartej o Machine Learning technologii Image Recognition umożliwiającej monitoring otoczenia sieci energetycznej – w szczególności przyrostów roślinności. Pozwala również między innymi na wykorzystanie danych ze zmodyfikowanych inteligentnych czujników pomiarowych i bezzałogowych śmigłowców (UAV). Hepta oferuje pełną obsługę, od gromadzenia danych po ich analizę. Wszystkie dane są dostarczane do „uBird”, które na ich podstawie automatycznie wykrywa uszkodzone linie energetyczne i inne wady infrastruktury.
Jak informuje CEO firmy Hepta, Henri Klemmer, rozwiązania Hepta zwiększają dokładność wyników końcowych o ponad 33% w porównaniu z metodami konwencjonalnymi. Oznacza to, że oprogramowanie „uBird” wykrywa więcej błędów niż obecnie stosowane metody – w ciągu 5 minut jest w stanie zebrać dane z ponad 250 km linii elektroenergetycznych i zamienić je w przydatne wyniki końcowe. Jeden inżynier na wykonanie tego zadania potrzebuje ok. 30 dni. Osiągnęliśmy już nawet 400% większą dokładność, znajdując setki więcej usterek na pojedynczą linię energetyczną, niż w przypadku metod konwencjonalnych. – komentuje Henri Klemmer.
Kolejnym dużym problemem w tym obszarze, którego szybsze i bardziej wydajne rozwiązanie próbują znaleźć firmy energetyczne, są przerwy w dostawie prądu wywołane np. nagłymi zjawiskami atmosferycznymi. Drony Hepta mogą latać przy silnym wietrze – osiągającym 20 metrów na sekundę i więcej. Drony Hepta mogą latać bez przerwy do trzech godzin.
Plany na rozwój
Plany rozwojowe Hepta obejmują budowę tzw. digital twins, czyli cyfrowych bliźniaków tradycyjnych procesów dla różnych infrastruktur i gałęzi przemysłu – sieci gazociągowych, kolejnictwa czy sektora telekomunikacyjnego. W 2021 roku firma planuje wprowadzić algorytmy, które będą zbierały i uwzględniały w analizie informacje o wilgotności, glebie i pogodzie. Pozwoli to symulować rzeczywiste warunki w środowisku cyfrowym i przewidywać przyszłe scenariusze i potencjalne wypadki. Możliwe będzie uzyskanie symulacji wegetacji drzew wokół sieci, czy burzy przechodzącej przez dany obszar w oparciu o prognozy pogody. Ma to pozwolić na przykład na identyfikację miejsc potencjalnie narażonych na uszkodzenia.
Hepta stworzyła innowacyjną i zrównoważoną technologię monitorowania infrastruktury, która jest realizowana za pomocą dronów. Zgodnie z naszymi prognozami i badaniami rynku uważamy, że istnieje ogromna potrzeba rozwiązań technologicznych i biznesowych Hepta Airborne nie tylko w Europie, ale również w innych częściach świata. W samej tylko Unii Europejskiej mamy ponad 11 milionów kilometrów linii energetycznych, których inspekcje prowadzone są w 90% przez tradycyjne patrole. Wierzymy w technologię Hepta, dlatego oprócz inwestycji finansowej staramy się wspierać spółkę w rozwoju modelu biznesowego i dotarciu do nowych rynków i klientów. – komentuje Łukasz Skarka, zarządzający portfelem inwestycyjnym EIT InnoEnergy Central Europe.
Jest to pierwsza w tym roku inwestycja cross borderowa funduszu SpeedUp Energy Innovation, zarządzanego przez SpeedUp Management, spółkę rozwijaną przez Bartłomieja Golę, Tomasza Czaplińskiego, Marcina Fejfera, Kubę Dudka i Monikę Synoradzką, specjalizującą się w zarządzaniu funduszami typu VC i CVC. SpeedUp Energy Innovation planuje w najbliższych latach rozwój i koncentrację działań inwestycyjnych w obszarze transakcji międzynarodowych. Inwestycja w HEPTA Airborne przeprowadzona została w popularnej wśród amerykańskich funduszy venture formie convertible bond – finalna wycena ustalona zostanie ustalana przy kolejnej rundzie inwestycyjnej. Zespół SpeedUp Energy Innovation nie zwalnia tempa i pracuje nad kolejnymi inwestycjami w spółki działające w obszarze energetyki, które zostaną ogłoszone w najbliższym czasie.
Efektywność transportu decyduje o rozwoju gospodarek, wpływa na projektowane naszego otoczenia, kształtuje styl życia, nawyki, kulturę. Według ekspertów, automatyzacja transportu może przyczynić się m.in. do zwiększenia bezpieczeństwa, poprawy jakości środowiska czy rozwoju nowych gałęzi gospodarki oraz oszczędności. Dzięki niej koszty samej tylko emisjiCO2 w przypadku Polski mogłyby spaść o ponad 600 mln zł rocznie. Transport autonomiczny to jeden z trendów opisanych w 9. edycji raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pt. „Monitoring trendów w innowacyjności”.
Efektywność transportu jest niezwykle ważna dla rozwoju gospodarek, wpływa na projektowanie naszego otoczenia, kształtuje styl życia, nawyki i kulturę. Autonomia transportu byłaby rozwiązaniem wielu problemów współczesności, w tym związanych z wielozadaniowością i starzeniem się społeczeństwa.
Autorzy raportu „Autonomiczny transport przyszłości” (2020 r.), przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny wspólnie z Ministerstwem Infrastruktury, wskazują, że do 2040 r. automatyzacja pozwoli na obniżenie zapotrzebowania na kierowców o 10 proc., jednocześnie podniesie znacząco komfort pracy kierowcy, zmniejszy jego odpowiedzialność i stres. Dodatkowo koszty pracy w branży transportowej po wprowadzeniu autonomicznych ciężarówek mogłyby spaść nawet o 10 proc. (ok. 2 mld zł), a koszty zużycia paliwa i materiałów w transporcie o 5 proc. (1,7 mld zł).
Zyska na tym również środowisko. Wdrożenie rozwiązań opartych na automatyzacji, takich jak np. platooning (zestawianie konwojów z pojazdów ciężarowych) daje szansę na zmniejszenie zużycia paliwa przez samochody ciężarowe o 4 proc., a emisji CO2 o 10 proc. W przypadku Polski oznaczałoby to obniżenie kosztów emisji o ponad 600 mln zł rocznie.
– Już teraz korzystamy z mniej lub bardziej zautomatyzowanych pojazdów. W pociągach, samolotach i statkach automatyczne systemy sterowania rozwijają się od lat. Lecz najistotniejszy z punktu zarówno globalnej gospodarki, jak i przeciętnego człowieka jest transport drogowy – zauważa Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.
Wśród licznych korzyści wynikających z rozwoju tej dziedziny technologii warto wyróżnić poprawę bezpieczeństwa (głównie na drogach) i związane z nią oszczędności – według wyliczeń amerykańskiego biura Roland Berger z 2016 r., prognozowano że w 2040 r. dzięki zastosowaniu rozwiązań automatycznych liczba wypadków może być niższa nawet o 90 proc. Przy powyższym założeniu, eliminacja kosztów związanych z kolizjami drogowymi dałaby oszczędności rzędu ponad 50 mld zł rocznie.
Podczas pandemii prace nabrały tempa
Jeśli chodzi o automatyzację aut, pionierem jest Japonia, która jako pierwsza na świecie oficjalnie dopuściła do ruchu po drogach publicznych auta seryjnie wyposażone w tryb jazdy autonomicznej poziomu 3 (warunkowo zautomatyzowane – pojazd wyposażony w zautomatyzowany system prowadzenia we wszystkich aspektach jazdy). Z pierwszej homologacji skorzystała Honda. Pierwszym modelem przystosowanym do jazdy automatycznej ma być Honda Legend.
– Wybuch epidemii koronawirusa sprawił, że wiele projektów samojezdnych robotów czy dronów znacznie przyspieszyło. Z fazy badań i testów weszły do etapu pilotażu i faktycznych wdrożeń. Przykładów jest wiele: od robo-taksówek Google po BSP (bezzałogowe statki powietrzne) dostarczające próbki medyczne do szpitali m.in. w Polsce – wymienia Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.
Joint venture Hyundaia i firmy Aptiv uruchomiło specjalną usługę dostaw żywności pojazdami autonomicznymi dla mieszkańców Las Vegas. To samo robi Cruise w San Francisco, a TuSimple (w firmę zainwestował kurierski UPS) – przy wykorzystaniu 40 samojezdnych ciężarówek – obsługuje w czasie kryzysu bank żywności w Teksasie. Startup Beep wozi próbki pobrane od pacjentów potencjalnie chorych na COVID-19 na terenie kampusu Mayo Clinic na Florydzie, Neolix środki medyczne w Pekinie, zaś JD.com w Wuhan. Te technologie właśnie teraz świetnie się sprawdzają, ograniczając kontakty między ludźmi. Przykłady można mnożyć.
Automatyzacja ratunkiem dla przyszłych pokoleń?
Choć w tej chwili rozwój autonomicznego transportu drogowego, hamują m.in. koszty (niezbędna jest m.in. odpowiednia infrastruktura), czy aspekty prawne (kto ponosi odpowiedzialność w razie wypadku z udziałem autonomicznego pojazdu), to nie ma wątpliwości, że jest naszą przyszłością.
Inwestowanie w mobilność autonomiczną spowoduje spadek liczby pojazdów, zwiększenie przepustowości dróg i mniejsze zapotrzebowania na miejsca parkingowe. Odzyskanie części przestrzeni miejskiej, zajętej obecnie przez parkingi stanowiłoby szansę rozwojową dla miast. W pełni autonomiczny transport podniesie także jakość życia starszych i niepełnosprawnych osób, które nie są w stanie prowadzić.
W związku pandemią COVID-19 oraz obostrzeniami związanymi z zakazem handlu spółki zarządzające marką GATTA rozpoczęły postępowanie sanacyjne. Dzięki temu utrzymana zostanie ciągłość produkcji i sprzedaży. Wszystkie placówki oferujące produkty GATTA mają gwarancję stałego zatowarowania, ochronione zostaną także miejsca pracy.
dr Patryk Filipiak, zarządca restrukturyzacyjny spółek, prezes zarządu ZFR S.A. „Postępowanie restrukturyzacyjne to najlepsze rozwiązanie, chroniące przedsiębiorstwo w obliczu pandemii COVID-19. Pozwala na prowadzenie rozmów z kontrahentami bez uszczerbku dla ciągłości biznesu i bez zmian w zarządzie spółki. Dzięki temu można uniknąć upadłości i ochronić miejsca pracy. Dla naszych partnerów to szansa na uzyskanie wyższego poziomu spłaty: układ i kontynuacja działalności są korzystniejsze niż likwidacja firmy. Wtedy na uprzywilejowanej pozycji stoją w zasadzie wyłącznie wierzyciele hipoteczni i zastawnicy. W ramach postępowania spółka musi prowadzić bardzo konserwatywną politykę płynnościową – wszystkie bieżące płatności powinny być regulowane na bieżąco. Dla firm handlowych obecnie największym wyzwaniem są czynsze za lokale. Choć państwo narzuciło model, w ramach którego centra handlowe nie pobierają czynszów za okres, gdy sklepy są zamknięte, to wymagane były aneksy korzystne dla wynajmujących Zazwyczaj wiązały się ze zrzeczeniem się przez najemcę dochodzenia w przyszłości roszczeń odszkodowawczych z tytułu pandemii. Obniżka czynszu była możliwa na kilka miesięcy w zamian za wydłużenie umowy najmu na warunkach sprzed lockdownu o kilkanaście, kilkadziesiąt miesięcy. Było to de facto przesunięcie płatności w czasie, a nie obniżka. Najemcy nie mogą wycofać się z lokalizacji i muszą trwać do czasu zakończenia umowy. Za wyjście z lokalu przed końcem umowy grożą im bardzo wysokie kary umowne. Wyjątkiem jest postępowanie sanacyjne, które daje możliwość najemcy odstąpienia – za zgodą sądu – od każdej umowy najmu” – wyjaśnia dr Patryk Filipiak, zarządca restrukturyzacyjny spółek, prezes zarządu ZFR S.A.
„Zarówno sklepy stacjonarne, jak i sklep internetowy działają płynnie, codzienna sprzedaż oraz wysyłki są realizowane zgodnie z zamówieniami, konsumenci mają stały i swobodny dostęp do pełnej oferty produktowej, a także bez przeszkód mogą korzystać m.in. z prawa do reklamacji czy zwrotu zakupionego towaru. Naszym celem jest utrzymanie pozycji lidera w produkcji wyrobów pończoszniczych w Polsce. Nie chcemy zmniejszać naszej sieci sprzedaży – jednak zweryfikujemy swoją obecność w galeriach handlowych. To obecnie najmniej efektywny i bardzo kosztochłonny kanał sprzedaży ze względu na długotrwałe zamknięcia i zmianę przyzwyczajeń konsumentów. Każdą lokalizację zbadamy pod kątem rentowności i wyników. Jeśli wynajmujący wyrażą chęć renegocjacji czynszów, będziemy otwarci na rozmowy. Jednak jeśli nie uda się osiągnąć oczekiwanej rentowności konkretnych salonów, będziemy niestety musieli odstąpić od tych umów najmu – na co pozwala nam postępowanie sanacyjne.” – mówi adw. Tomasz Henclewski, pełnomocnik spółki FERAX, Kancelaria Henclewski & Wyjatek.
Sąd Rejonowy dla Łodzi – Śródmieścia w Łodzi, XIV Wydział Gospodarczy do Spraw Upadłościowych i Restrukturyzacyjnych wyraził zgodę na rozpoczęcie procesu sanacyjnego wobec spółek FERAX Sp. z o.o. oraz Wola Sp. z o.o.
Pandemia Covid-19 zmieniła rynek pracy. Można sobie zadać pytanie, czy te zmiany to rewolucja, po której już nic nie będzie takie samo, czy po prostu przyspieszenie procesów, które przebiegały powoli, a teraz po prostu nasiliły się pod wpływem okoliczności zewnętrznych.
– Jednym z pierwszych widocznych trendów jest upowszechnienie się pracy zdalnej. Krokiem milowym było na pewno pojawienie się tego pojęcia w prawie. Wcześniej mieliśmy tylko telepracę. Przeregulowaną, nieco z innego świata, a tym samym rzadko stosowaną. Jeden przepis z tzw. ustawy antycovidowowej wystarczył, aby to co było rzeczywistością wielu pracowników nagle stało się zauważonym faktem prawnym – mówi Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Wraz z upowszechnieniem pracy zdalnej wzrosło znaczenie takich kompetencji pracowniczych jak: organizacja pracy własnej, szczególnie w sytuacji, kiedy czasowo brak jest bezpośredniego nadzoru, umiejętne łączenie obowiązków zawodowych i pozazawodowych w tym samym czasie, co było zadaniem szczególnie rodziców mających pod opieką dzieci, które nie mogły w tym czasie korzystać z żłobków i przedszkoli, a także – co wcześniej było wielokrotnie podnoszone – kompetencje cyfrowe.
Właściwie każdy pracownik, który z dnia na dzień trafił z realizacją własnych zadań w zacisze swojego domu, musiał zmierzyć się z koniecznością nauki (często samodzielnej) programów, które umożliwiały na przykład wirtualne spotkania. Warto również podkreślić, że od osobistych cech charakteru zależało i zależy to, jak pracownicy radzą sobie z pracą zdalną – dla jednych jest to rozwiązanie sprzyjające skupieniu, a tym samym efektywności, dla innych – wzmaga poczucie odosobnienia, oderwania od firmy, a tym samym obniża ich efektywność i poziom kreatywności. Oczywiście można sobie zadać pytanie, czy dalekosiężnym skutkiem upowszechnienia pracy zdalnej nie będzie migracja części pracowników, również – a może przede wszystkim – wysokowykwalifikowanych i dobrze zarabiających do mniejszych miejscowości w Polsce, oferujących możliwość innego stylu życia.
– Pandemia przyspieszyła procesy automatyzacji, które już obserwowaliśmy w 2019 i na początku 2020 r. Główną przyczyną decyzji firm o zastąpieniu pracy ludzkiej rozwiązaniami technologicznymi była coraz mniejsza dostępność pracowników (to efekt trendów demograficznych) i rosnących kosztów pracy (za sprawą znacznego wzrostu płacy minimalnej, ale też zwiększania się oczekiwań płacowych pracowników). Kalkulacje ekonomiczne i trudności w rekrutacji powodowały decyzje o inwestycjach w bazę techniczną – podkreśla Monika Fedorczuk.
Od marca ubiegłego roku doszła do tego obawa przed zarażeniem i przenoszeniem wirusa. Początek pandemii to również bardzo restrykcyjne zalecenia dotyczące kwarantanny pracowników w przypadku stwierdzenia zakażenia. Na to nałożyły się rozwiązania pozwalające rodzicom korzystać z zasiłku opiekuńczego, co w części firm znacznie zmniejszyło liczbę pracujących. Przed poważnym problemem stanęły sieci handlowe, produkcja i wszystkie te branże, gdzie trudno jest wyeliminować bezpośredni kontakt. Tam gdzie było to możliwe i gdzie istniały środki na takie inwestycje, widoczny jest postęp automatyzacji. Ich wskaźnikiem może być choćby proporcja pomiędzy kasami samoobsługowymi a tymi tradycyjnymi.
– Zmiany, które zachodzą na rynku pracy mogą nasilić zjawisko bezrobocia technologicznego, o czym stosunkowo rzadko wspominano w ostatnich latach. Osoby bez umiejętności pozwalających na odnalezienie się w zakładzie pracy o wyższym stopniu zautomatyzowania czy gorzej radzące sobie w świecie zdominowanym przez spotkania on-line są zagrożone utratą pracy lub wykonywaniem pracy poniżej ich rzeczywistych kwalifikacji (rozumianych jako sumę wszystkich umiejętności i wiedzy), a tym samym gorzej opłacane. Dlatego też nie możemy ulec przekonaniu, że niskie bezrobocie rejestrowane i to według BAEL jest dowodem na dobrą sytuację na rynku pracy. Jeśli nadal wskaźniki będą utrzymywały się na stosunkowo niskim poziomie, to oznacza, że mamy darowany ekstra czas na zajęcie się realnymi problemami rynku pracy. Jeśli prześpimy ten moment, plan wyjścia z pułapki niskiego dochodu może pozostać tylko ambitnym zamierzeniem – dodaje Monika Fedorczuk.
Sprawnie funkcjonujący rynek pracy będzie ważnym elementem odbudowy gospodarki w okresie wychodzenia z pandemii. Proces definiowania celów i środków, jakie mają służyć wsparciu rynku pracy, został już rozpoczęty.
PGE Polska Grupa Energetyczna i Ørsted podpisały umowę o utworzeniu spółki joint venture 50/50, której celem będzie rozwój, budowa i eksploatacja dwóch morskich projektów wiatrowych na Morzu Bałtyckim o łącznej mocy do 2,5 GW.
Ørsted obejmie nowe udziały stanowiące 50% kapitału zakładowego w dwóch projektach morskich elektrowni wiatrowych PGE: Elektrownia Wiatrowa Baltica-3 sp. z o.o. („Baltica 3”) o mocy ok. 1 GW oraz Elektrownia Wiatrowa Baltica-2 sp z o.o. („Baltica 2) o mocy ok. 1,5 GW za kwotę 657 mln zł.
Oba projekty PGE kwalifikują się do uczestnictwa w 2021 r. w pierwszej fazie działania systemu wsparcia dla morskiej energetyki wiatrowej w Polsce dla farm o łącznej mocy wynoszącej 5,9 GW. Najbardziej zaawansowanym z projektów jest projekt Baltica 3, który może zacząć produkować energię elektryczną w 2026 roku.
Zamknięcie transakcji jest przewidywane w I kwartale 2021 r., pod warunkiem uzyskania zgody organu regulacyjnego.
Morska energetyka wiatrowa to ogromna szansa dla polskiej gospodarki i polskich przedsiębiorców. Szacuje się, że ponad 100 krajowych podmiotów z powodzeniem może zostać włączonych w procesy przygotowania, budowy i eksploatacji farm wiatrowych w polskiej części Morza Bałtyckiego. Potencjał morskiej energetyki na Bałtyku oceniany jest na ok. 11 GW do 2040 r., a szacowana łączna wartość inwestycji w morskie projekty wiatrowe to nawet 160 mld zł. Potencjał Morza Bałtyckiego w kontekście pozyskiwania energii z morskich farm wiatrowych jest ogromny. Dlatego też, liczymy, że nasza współpraca przyczyni się do wykorzystania posiadanych doświadczeń i sprawnego przygotowania obu projektów do etapu eksploatacji. Szczególnie, że plany PGE w zakresie rozwoju morskiej energetyki wiatrowej są ambitne. Do 2040 roku chcemy posiadać co najmniej 6,5 GW zainstalowanej mocy offshore – powiedział Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Polska staje się liderem w dziedzinie morskiej energetyki wiatrowej na Morzu Bałtyckim i z niecierpliwością czekamy na wejście na polski rynek w ramach spółki joint venture z PGE. Transakcja ta stanowi połączenie osiągnięć firmy Ørsted w zakresie rozwoju i budowy wielkoskalowych morskich elektrowni wiatrowych z rozległą wiedzą i doświadczeniem PGE na temat polskiego rynku energetycznego i jego regulacji. Nasza nowa spółka joint venture jest mocno zdeterminowana do realizacji ambitnych planów polskiego rządu w zakresie rozwoju morskiej energetyki wiatrowej – powiedział Martin Neubert, wiceprezes Ørsted Offshore.
Z niecierpliwością czekamy na rozpoczęcie wspólnego projektu budowy morskich farm wiatrowych Baltica-2 i Baltica-3 wraz z firmą Ørsted. Dwa projekty, które wspólnie zrealizujemy, należą do jednych z najbardziej zaawansowanych projektów offshore w Polsce. Zapewnią zieloną energię 4 milionom gospodarstw domowych i pozwolą uniknąć emisji ponad 8 milionów ton CO2 rocznie. Udział PGE w nakładach inwestycyjnych na realizację projektu Baltica 2 i 3 stanowi nasz bardzo ważny wkład w transformację energetyczną Polski – dodała Monika Morawiecka, prezes zarządu PGE Baltica.
Decyzja polskiego rządu, o wsparciu 11 GW mocy w morskiej energetyce wiatrowej do 2027 r. jest doskonałym punktem wyjścia do transformacji energetyki. Jest to również kamień węgielny pod budowę nowego ośrodka przemysłowego dla morskiej energetyki wiatrowej w regionie Morza Bałtyckiego. Wiążemy duże nadzieje ze współpracą z PGE. Wspólnie będziemy inwestować w rozwój odnawialnych źródeł energii na Morzu Bałtyckim, wspierać działalność biznesową wokół tworzącego się sektora oraz wzmacniać lokalny łańcuch dostaw i tworzyć w Polsce przemysł, który może wygenerować tysiące miejsc pracy w obszarze produkcji, eksploatacji i konserwacji morskich farm wiatrowych – dodaje Rasmus Errboe, wiceprezes Ørsted Offshore, odpowiedzialny za Europę kontynentalną.
W ramach porozumienia, Ørsted i PGE wspólnie ustanowią ramy działania, które umożliwią skuteczną integrację oraz wykorzystanie mocnych stron i wiedzy obu partnerów. Połączenie światowej klasy doświadczenia Ørsted w obszarze morskiej energetyki wiatrowej z wiedzą i doświadczeniem PGE na polskim rynku energetycznym stworzy solidne podstawy do skutecznej realizacji największego portfela projektów morskich farm wiatrowych w I rundzie alokacji w 2021 r.
Raiffeisen Bank domaga się od państwa Dziubaków, którzy wygrali sprawę przed TSUE, zwrotu zwaloryzowanego o inflację kapitału oraz kosztów poniesionych w związku z bezumownym korzystaniem z pieniędzy, po stwierdzeniu nieważności umowy o kredyt we frankach – podaje serwis Prawo.pl. Umowa opiewała na 400 tys. złotych, bank żąda blisko dwa razy tyle.
Raiffeisen Bank wyjaśnił serwisowi Prawo.pl, że koszty obejmują równowartość użyczonego kapitału w złotówkach wraz z jego waloryzacją o wskaźnik inflacji (zgodnie z danymi GUS), a także poniesiony przez bank koszt obsługi kredytu, wyliczony w oparciu o dane ze sprawozdań finansowych banku. „Bank podkreśla, że nie ubiega się o wynagrodzenie za bezumowne korzystanie z kapitału. I zaznacza, że decyzja o pozwie była konieczna ze względu na ochronę interesu wszystkich klientów banku – m.in. depozytariuszy, akcjonariuszy” – tłumaczy bank.
„Będziemy walczyć do końca, bo to roszczenie jest bezprawne” – mówi serwisowi Prawo.pl Agnieszka Plejewska, adwokat i pełnomocnik państwa Dziubaków. Prawnicy broniący frankowiczów zwracają uwagę, że choć bank mówi o kosztach poniesionych w związku z bezumownym korzystaniem z kapitału, to ma na myśli wynagrodzenie.
Jak informuje portal, o tym, że bankom nie powinno przysługiwać wynagrodzenie za korzystanie z ich kapitału po unieważnieniu umowy, przekonani są: Rzecznik Praw Obywatelskich, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, a także Rzecznik Finansowy. 25 marca głos w tej sprawie ma zabrać Sąd Najwyższy.
Słaba passa dolara trwająca od piątku jest wciąż kontynuowana. Euro w tym czasie podrożało już niemal 2 centy, a patrząc na reakcje rynków na dane makroekonomiczne dolar może być nadal pod presją.
Wzrost cen w Niemczech
Nad ranem poznaliśmy poziom wzrostu cen u naszego zachodniego sąsiada. W ciągu roku wzrósł on do 1,0%, co dokładnie pokryło się z oczekiwaniami analityków. Jest to w dalszym ciągu relatywnie niski poziom, aczkolwiek patrząc na sytuację ekonomiczną widać powody ograniczające wzrost cen. Dane te zostały jednak dobrze odebrane przez rynki i euro kontynuowało swój marsz w górę względem dolara.
Rosnące bezrobocie w Turcji
Dzisiaj nad ranem poznaliśmy dane na temat bezrobocia w Turcji. Wzrosło ono do 12,9% wobec oczekiwanego poziomu 12,7%. W tym miejscu należy przypomnieć, że 12,7% to najniższy poziom od końca 2018 roku. W związku z czym trudno obecny poziom uznać za wysoki, pomimo tego, że w wielu państwach byłaby to tragedia. Waluta zareagowała na tę decyzję spokojnie. Lira turecka w dalszym ciągu kontynuuje dobrą passę wywołaną podwyżką stóp procentowych. Kraj ten podobnie jak inne państwa na początku pandemii ciął stopy procentowe, jednakże w związku z gwałtowną utratą wartości waluty i rosnącą inflacją pod koniec roku gwałtownie je podniósł. Ruch ten nie tylko ustabilizował lirę, ale spowodował odzyskanie sporej części strat, od początku listopada lira zyskała imponujące 15% względem euro.
Szwecja nie zmienia stóp procentowych
Dzisiaj poznaliśmy decyzję centralnego banku Szwecji w sprawie stóp procentowych. Zgodnie z oczekiwaniami analityków utrzymano poziom 0% na głównej stopie procentowej. Patrząc na reakcję rynków w tym silne umocnienie korony szwedzkiej względem euro po publikacji widać, że nie wszyscy inwestorzy byli zgodni co do kierunku zmian.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:00 – USA – wnioski o kredyt hipoteczny,
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
20:00 – USA – budżet federalny.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Ul, który dba o życie pszczół, cyfrowy mechanizm dla baletnicy, która przeszła amputację nogi czy też elektroniczna proteza ręki – w zakończonej, 8. edycji Koła Naukowego ABB młodzi ludzie pokazali, że chcą łączyć technologię z odpowiedzialnością społeczną. Nic nie wskazuje na to, aby ten trend się zmienił. Właśnie ruszył nabór do kolejnej edycji.
Pani Karolina od dziecka marzyła o balecie. Na lekcje uczęszczała kilka razy w tygodniu, jeszcze na krótko przed urodzeniem córki była bardzo aktywną osobą. Jednak nieszczęśliwy wypadek wywrócił jej życie do góry nogami. Historia pani Karoliny – baletnicy, której lekarze musieli amputować nogę, zainspirowała studentki do stworzenia prototypu elastycznej protezy. Z mięśnia czworogłowego uda pobierane są impulsy nerwowe, sygnał biegnie do mikrokontrolera, który steruje serwomechanizmem. Ten z kolei porusza syntetyczną stopą. Test prototypu, przeprowadzony przez panią Karolinę na sali baletowej, wypadł pomyślnie.
– Największym wyzwaniem, jakie napotkałyśmy po drodze, było napisanie programu sterującego – mówi Anna Wątek, jedna z dwóch autorek projektu. W tym jednak pomogli specjaliści z ABB.
– Studenci mają w sobie zapał, żeby zmieniać świat. Nie ograniczają ich formalne bariery, bo często po prostu nie zdają sobie z nich sprawy. Ma to swoje duże plusy, bo młodzi ludzie nie widzą przeciwności, które zauważyliby ich starsi koledzy, więc prą naprzód. Wkładają w te projekty swoją pasję i czas, a my dajemy im wsparcie merytoryczne i finansowe, żeby pomóc im wprowadzać oryginalne pomysły w życie – wyjaśnia Robert Fiołek, pracownik Korporacyjnego Centrum Technologicznego ABB w Krakowie i jeden z opiekunów Koła Naukowego.
To właśnie jednostka badawczo-rozwojowa ABB stoi za inicjatywą, w ramach której studenci i uczniowie szkół technicznych mogą wcielać w życie swoje pomysły (również te na pierwszy rzut oka dość awangardowe) z zakresu mechatroniki, elektroniki, energetyki, inżynierii materiałowej, informatyki oraz innych pokrewnych dziedzin. Co istotne, zawodowi naukowcy z międzynarodowej korporacji nie wyręczają młodszych kolegów w realizacji, ale dają narzędzia i przede wszystkim bezcenny „know-how”. Uczestnicy Koła rozwijają swoje pomysły przez 10 miesięcy – samodzielnie lub zespołowo. Pracują nad nimi we własnym zakresie, a eksperci ABB monitorują postępy, wspierając młodych ludzi również w kwestiach technicznych i organizacyjnych.
– W tym roku zespoły uczestników Koła rozwijały cztery projekty: robota o nazwie Kanalia przeznaczonego do badania systemów kanalizacyjnych, specjalistycznej protezy nogi dla baletnicy, systemu walczącego z roztoczami zagrażającymi pszczelim rodzinom oraz elektronicznej protezy ręki. Tematyka tych przedsięwzięć pokazuje, że młodzi ludzie coraz chętniej łączą technologie z odpowiedzialnością społeczną. Chcą zmieniać rzeczywistość na lepsze i wydaje mi się, że tego typu projekty są dla nich najbardziej satysfakcjonujące – mówi Przemysław Zakrzewski, dyrektor Korporacyjnego Centrum Technologicznego ABB w Krakowie.
Jak dodaje, Koło Naukowe ma pokazywać, że nauka jest dla wszystkich, a w realizacji dobrych pomysłów można liczyć na wsparcie osób, które mają już za sobą drogę, jaką młodzi dopiero rozpoczynają. W ciągu ostatnich ośmiu lat w inicjatywie wzięło udział kilkudziesięciu studentów i uczniów. Bilans jest imponujący. Samouczący się robot „Julia”, inteligentny kosz na śmieci, elektroniczny układ do wykrywania i powiadamiania o wystąpieniu padaczki, maszyna do robienia pierogów czy automatyczny transporter dla górnictwa – to tylko co bardziej oryginale projekty, jakie rozwijali uczestnicy poprzednich edycji.
Jak pokazała historia, udział w Kole to nie tylko poszerzanie wiedzy z zakresu technologii i realizacji projektów. Uczestnicy rozwijają swoje umiejętności miękkie i inne kompetencje, które później ułatwiają im odnalezienie się w rzeczywistości, gdzie nauka musi przenikać się z biznesem. Niektórzy z nich otrzymują możliwość dalszego rozwijania skrzydeł podczas stażu w ABB. Dla innych udział w Kole to furtka do komercjalizacji projektu lub pokazania go większej społeczności. Tak było m.in. w przypadku zeszłorocznej uczestniczki, Agnieszki Tkaczyk, której pomysł na elektroniczną protezę dłoni, sterowaną impulsami mięśniowymi zdobył pierwszą nagrodę w kategorii „Studencki projekt roku” w prestiżowym, ogólnopolskim konkursie Pro Juvenes.
Korporacyjne Centrum Technologiczne ABB od lat angażuje się we współpracę z polskimi uczelniami oraz organizację inicjatyw dla studentów. Oprócz Koła Naukowego jest m.in. pomysłodawcą wydarzenia „Piękna płeć, piękny umysł”, Akademii Centrum Technologicznego ABB czy Konkursu o Nagrodę ABB. Realizuje także indywidualne projekty, m.in. z Akademią Górniczo-Hutniczą, Politechniką Warszawską, Gdańską, Łódzką czy Krakowską – od badań nad materiałami funkcjonalnymi po wykorzystanie sztucznej inteligencji w muzyce.
– Uważamy, że wspieranie takich inicjatyw oraz lokalnych społeczności to nasza odpowiedzialność. Chcemy dzielić się wiedzą i pomagać uczelniom w tworzeniu nieszablonowych projektów, a także w docieraniu z nimi do młodych naukowców. Dodatkowo, w ramach naszych inicjatyw, takich jak choćby Koło Naukowe, szukamy pasjonatów, którzy chcą zrobić coś nowego, mają świeże spojrzenie na problem, który jest im bliski. Pokazujemy im, że chcieć to móc – dodaje Przemysław Zakrzewski.
Nabór do kolejnej edycji Koła Naukowego ABB już się rozpoczął. Aby zgłosić swój projekt, należy wypełnić formularz dostępny na stronie internetowej abb.pl/kolonaukowe. Zgłoszenia przyjmowane są do 12 marca.