Droższe „małpki” w małych sklepach nadal lądują w co trzynastym koszyku

Opłata od „małpek” przyczyniła się do wzrostu cen detalicznych wódek o pojemnościach 100 i 200 mililitrów w handlu tradycyjnym. Od początku stycznia 2021 wyraźnie widoczny był stopniowy wzrost cen „małpek”. Do początku lutego wzrosty sięgnęły nawet 26% dla najpopularniejszych wódek czystych i 22% dla kolorowych. Województwa podkarpackie i lubelskie wyróżniły się znacznie niższym wzrostem cen niż reszta kraju. Natomiast liczba „małpek” sprzedanych w całym kraju nie spadła aż tak znacząco jak można byłoby się spodziewać – wynika z danych M/platform zrzeszającej 12 tysięcy małych sklepów detalicznych.

Obok kilku innych podatków z dniem 1 stycznia 2021 roku weszła w życie opłata od tzw. „małpek”, czyli napojów alkoholowych o pojemności mniejszej niż 300 mililitrów, a konsumenci i analitycy przystąpili do porównywania cen obecnych do ubiegłorocznych. Analiza danych tygodniowych z M/platform potwierdza, iż w sklepach handlu tradycyjnego, zgodnie z przewidywaniami, ciężar nowej opłaty został w praktyce przeniesiony na konsumenta i od początku stycznia widoczny był stopniowy wzrost cen tego typu produktów. W analizie na uwagę zasługują jednak wyniki dotyczące liczby sprzedanych „małpek” – pomimo wzrostu cen, rotacja nie spadła aż tak znacząco jak można byłoby się spodziewać – oraz różnice regionalne, najwyraźniej widoczne w województwach wschodnich.

W jednej z największych pod względem wartości sprzedaży kategorii w Polsce – kategorii wódki – największe zmiany odczuwalne w portfelach konsumentów zaobserwować można było w ostatnim tygodniu stycznia 2021 roku, kiedy w stosunku do średnich cen z okresu listopad-grudzień 2020 zapłaciliśmy za najmniejsze pojemności wódek nawet do 22% więcej w przypadku wódek czystych oraz do 18% więcej w przypadku wódek kolorowych.

Wzrosty cen najpopularniejszych wódek czystych w opakowaniach 100 i 200 mililitrów widoczne były w zdecydowanej większości województw i wahały się od kilkunastu do nawet 26%. Bardzo podobny trend zaobserwować można było w przypadku wódek kolorowych w małych opakowaniach, przy czym w ich przypadku były to głównie wzrosty w przedziale od kilku do kilkunastu procent. Zarówno w przypadku wódek czystych, jak i kolorowych szczególnie wyraźnie wzrosły ceny produktów będących liderami sprzedaży w swoich segmentach.

Ceny w górę, ale popyt nie spada aż tak znacząco

Podwyżkom cen nie towarzyszył jednak znaczący spadek rotacji małych opakowań tego trunku. W styczniu 2021 roku rotacja „małpek” w przypadku wódki czystej była jedynie o 1,3% niższa niż średnia w ostatnich dwóch miesiącach poprzedniego roku. Nieco większy spadek rotacji, bo blisko 4%, towarzyszył małym opakowaniom wódki kolorowej. Płacimy zatem więcej, ale tymczasem wyższe ceny ograniczają nasze zakupy „małpek” w nie aż tak wielkim stopniu i każdego dnia pojawiają się one na co trzynastym paragonie pochodzącym z tradycyjnego sklepu.

Opłata od „małpek” jest już widoczna w małych sklepach. Ceny wódek o pojemnościach 100 i 200 mililitrów rosną, choć nie wszędzie tak samo szybko. Średnia podwyżka dla segmentu wódek białych to obecnie 26% względem okresu listopad-grudzień 2020, a dla kolorowych odpowiednio 22%. „Stare” ceny zniknęły szybko wraz z wyczerpaniem się zapasów z 2020 roku. Są to produkty o tradycyjnie wysokiej rotacji, które pomimo istotnej zmiany cen, odnotowały spadek średniej rotacji o 1,3% dla wódek białych oraz 4% dla kolorowych, chociaż na poziomie poszczególnych produktów można było zaobserwować zmiany o silniejszym charakterze. „Małpki” nadal pojawiają się na co trzynastym paragonie pochodzącym z tradycyjnego sklepu – mówi Ewa Rybołowicz, dyrektor ds. analiz rynkowych w Comp Centrum Innowacji, dostawcy technologii stojącej za M/platform.

Na wschodzie taniej

Zauważalną różnicę w stosunku do pozostałych województw można było natomiast zaobserwować w województwach graniczących z Ukrainą. W województwie podkarpackim wzrosty cen w segmencie wódek czystych nie przekroczyły 15-17% dla kilku najchętniej wybieranych produktów, a dla większości zmieniły się o 6-8%. W przypadku wódek kolorowych, znacząco niższe podwyżki cen w stosunku do pozostałych rejonów Polski widoczne były w województwie podkarpackim, ale także lubelskim.


Badaniami objęto próbkę n = 8629 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród ponad 12 tysięcy sklepów, które przystąpiły do M/platform.

Atak na CD Projekt – komentarz Check Pointa

CD Projekt RED, stojący za hitami Cyberpunk 2077 oraz Wiedźmin, poinformował o poważnym naruszeniu bezpieczeństwa swojej sieci.

Cyberprzestępcy świętują Dzień Bezpiecznego Internetu (przypadający na 9 lutego) na swój, specyficzny sposób. Ataki ransomware są zagrożeniem dla każdej firmy, a w ostatnich tygodniach zaobserwowaliśmy dramatyczny ich wzrost. W ciągu ostatniego roku oprogramowanie ransomware miało wpływ na około 1% organizacji na świecie, ale 2021 może okazać się rokiem ransomware: w styczniu aż 7% europejskich organizacji spotkało się z atakami ransomware. Nasze badania pokazują, że w ujęciu globalnym średnio co 10 sekund organizacja staje się ofiarą oprogramowania ransomware.

Konsekwencją tego typu ataków może być bardzo wysoki okup za uwolnienie danych, a wytropienie napastników w przypadku płatności bitcoinem jest praktycznie niemożliwe.

Jak na razie nie posiadamy precyzyjnych informacji na temat tego konkretnego przypadku (ataku na CD Projekt – przyp. red), ale z dostępnych informacji wynika, że nie był to tradycyjny atak ransomware, a tzw. podwójne wymuszenie, w którym hakerzy najpierw wydobywają duże ilości poufnych informacji, zanim zaszyfrują bazy danych ofiary, a następnie grożą, że je opublikują, jeśli nie zostaną spełnione żądania okupu. W trzecim kwartale 2020 roku prawie połowa wszystkich incydentów z udziałem ransomware posiadała właśnie taki schemat.

Jest to trend, który będzie się nadal rozwijał, ponieważ wywierana jest tu dodatkowa presja na organizacje, aby opłaciły okup. W innym przypadku ryzykują np. nałożenie poważnych grzywn ze strony organów nadzorujących dane osobowe.

Zalecamy by wszystkie organizacje broniły się przed rosnącym zagrożeniem ransomware za pomocą rozwiązań, które mogą zapobiegać takim atakom i wyciekom danych, a także rekomendujemy by szkolić pracowników w zakresie zagrożeń związanych z wiadomościami typu phishing. To właśnie za pomocą ataków phishingowych uruchamianych jest wiele exploitów ransomware.

– w imieniu firmy Check Point w Polsce wypowiada się Wojciech Głażewski, Country Manager.

Związek Cyfrowa Polska powołał Komitet ds. Cyberbezpieczeństwa

W Związku Cyfrowa Polska powstał nowy Komitet, który będzie zajmować się kwestiami dotyczącymi cyberbezpieczeństwa. – To odpowiedź na dzisiejsze potrzeby, z którymi mierzy się rynek cyfrowy i nowoczesnych technologii. Zwłaszcza, że na horyzoncie mamy sieć piątej generacji – mówi prezes Związku Michał Kanownik.

Firmy, które weszły w skład Komitetu ds. Cyberbezpieczeństwa to: Asseco, Ericsson, HP, HPE, IS-Wireless oraz Samsung. Do jego zadań będzie należało m.in. monitorowanie i opiniowanie projektów ustaw oraz innych regulacji prawnych z zakresu cyberbezpieczeństwa, doradzanie w kwestiach związanych z bezpiecznym prowadzeniem biznesu, podnoszenie świadomości dot. cyberbezpieczeństwa wśród przedsiębiorców i administracji publicznej.

Najróżniejsze ekspertyzy pokazują, że w Polsce cały czas niestety brakuje wiedzy, jak bezpiecznie korzystać z narzędzi cyfrowych. Dlatego bardzo ważnym wyzwaniem jest budowanie takiej świadomości – ocenia Michał Kanownik. I podkreśla, że w perspektywie uruchomienia 5G cyberbezpieczeństwo staje się kluczowe dla funkcjonowania całego państwa. – Sieć piątej generacji przyniesie nam wiele nowych usług i narzędzi na nieznaną dotąd skalę. Zapewnienie bezpieczeństwa cybernetycznego będzie miało fundamentalne znaczenie do rozwoju wszystkich sektorów gospodarki – dodaje Michał Kanownik.

Sektor nowoczesnego handlu przechodzi ciężki test, fundamentalne zmiany stają się faktem

Rok 2020 na rynku nieruchomości handlowych w Polsce, ale również w skali globalnej, został zdominowany przez pandemię COVID-19. Branża modowa oraz rozrywkowo-gastronomiczna w największym stopniu odczuły skutki kilkukrotnych „lockdownów” oraz obostrzeń sanitarnych.

W ciągu ostatnich kilku lat segment nowoczesnego handlu w Polsce wszedł w fazę dojrzałości, tempo przyrostu nowej powierzchni wyraźnie zwolniło, a rynek kształtują raczej zmiany jakościowe, niż ilościowe. Jeszcze na początku 2020 r. prognozy dotyczące kondycji sektora obiektów handlowych były optymistyczne, nawet pomimo coraz wyraźniej postępujących zmian w trendach konsumenckich, rosnącej roli e-handlu czy narastającej tendencji klientów do zakupów w małych, lokalnych „centrach zakupów”. Po wybuchu pandemii COVID-19 zarówno właściciele centrów handlowych, jak i najemcy , zwłaszcza z sektora rozrywki, ale również pozostałych branż, zamiast planować dalsze etapy rozwoju zaczęli walczyć o przetrwanie w niepewnych warunkach rynkowych – kolejnych ograniczeń działalności i funkcjonowania w dobie surowych reżimów sanitarnych. Polska Rada Centrów Handlowych szacuje utracone obroty najemców z powodu trzykrotnego ograniczenia funkcjonowania obiektów handlowych w Polsce na kwotę ok. 30 mld zł. Wiosenny „lockdown” skutkował spadkiem przychodów na ponad 17,5 mld zł. Listopadowe zamknięcia w galeriach przyniosły ok. 8 mld zł strat w obrotach, a konsekwencją wprowadzenia kolejnych ograniczeń w handlu od 28 grudnia 2020 roku będzie dziura w obrotach branży na poziomie ponad 4 mld zł. Branża rozrywkowa, która nawet w czasie otwarcia obiektów handlowych pozostawała zamknięta albo działała w bardzo ograniczonym zakresie, poniesie największe straty.

W 2020 r. wolumen nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce przyrósł jedynie o ok. 330 tys. m kw. Od kilkunastu kwartałów najszybsze tempo wzrostu notują rynki handlowe miast o liczbie mieszkańców do 100 tys. W minionym roku właśnie w miastach tej wielkości dostarczono ponad 50% podaży nowej powierzchni, zazwyczaj w formacie małych parków lub centrów handlowych. Segment takich obiektów pełniących funkcję lokalnych centrów zakupów wciąż notuje dynamiczne wskaźniki wzrostu, do czego przyczynia się kombinacja kilku sprzyjających czynników. Obecna praktyka pokazuje, że to właśnie obiekty typu „convenience” obsługujące lokalne społeczności, z rozbudowaną ofertą „codziennych zakupów”, zlokalizowane blisko domu, a także z racji niedużych rozmiarów zapewniające lepsze poczucie bezpieczeństwa, mogą pochwalić się najlepszą kondycją w obecnych, pełnych niespodziewanych wyzwań czasach ograniczenia życia społecznego. Rok 2020 zdecydowanie należał do tego sektora.

Na rynki największych aglomeracji przypadło jedynie ok. 24% nowej powierzchni handlowej. W minionym roku żaden z nowych obiektów handlowych oddanych do użytkowania nie przekroczył 25 tys. m kw. powierzchni. W formacie centrów handlowych największe otwarcia 2020 r. to Galeria Wiślanka w Żorach (20 tys. m kw.) i Dekada w Nysie (19 tys. m kw.).

Na koniec grudnia 2020 r. w budowie było ok. 352 tys. m kw. powierzchni najmu, z planowanym terminem ukończenia do końca 2021 r. W dłuższej perspektywie spodziewamy się jeszcze większego ograniczenia wolumenu nowej podaży, gdyż pandemia spowodowała wstrzymanie decyzji dotyczących dużej ilości planowanych inwestycji, co spowoduje znaczne opóźnienia ich realizacji.

Z wolumenu budowanej obecnie powierzchni największa część – ok. 67% – przypadnie miastom o liczbie mieszkańców do 100 tys. Warto podkreślić wysoki udział formatu parków handlowych, który stanowi około 34% realizowanej obecnie nowej powierzchni. Dominują projekty małe, o powierzchni najmu 5-10 tys. m kw., ulokowane w miastach o liczbie mieszkańców poniżej 100 tys. Format ten, generujący zarówno niższe koszty budowy, jak i działalności operacyjnej, wciąż cieszy się stabilnym poziomem zainteresowania ze strony najemców. Tylko około 13% budowanej obecnie powierzchni zasili rynki największych metropolii, o liczbie mieszkańców przekraczającej 400 tys.

Pandemia i wszystkie związane z nią obostrzenia nakładane na segment handlu stacjonarnego przyspieszyły wzrost sektora e-commerce w Polsce. Według różnych szacunków, wartość sprzedaży przez internet powiększyła się w 2020 r. o 25-30%, czyli uzyskała tempo rozwoju nienotowane od kilku lat. Zgodnie z danymi GUS podczas pierwszego „lockdownu” udział sprzedaży e-commerce w wartości sprzedaży detalicznej w kwietniu osiągnął rekordową wartość 11,9%. W kolejnych miesiącach, w związku z luzowaniem obostrzeń i otwarciem branży handlu stacjonarnego, udział ten stabilizował się stopniowo do poziomu ok. 6%-7% w okresie wakacyjnym. Kolejne ograniczenia nałożone na centra handlowe w listopadzie ponownie spowodowały wzrost udział e-handlu do poziomu 11,4%. Tak wysoki udział sprzedaży przez internet w wartości sprzedaży detalicznej jest efektem nie tylko ograniczeń w działalności tradycyjnych obiektów handlowych, ale i coraz szybciej postępujących zmian w zachowaniach zakupowych polskiego konsumenta. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na rosnącą grupę klientów starszego pokolenia, z których niektórzy po raz pierwszy dokonali e-zakapów w czasie pandemii, oraz rosnącej popularności zakupów spożywczych on-line. Dynamicznie rosnący udział e-commerce i szansa, jaką daje „omnichannel” na kontynuowanie działalności w dobie surowych ograniczeń pandemicznych, skłoniły wiele sieci handlowych do zwiększenia inwestycji w technologie umożliwiające sprzedaż online. W kolejnych latach spodziewamy się wzmocnienia tego trendu, zwłaszcza w kontekście spodziewanego wejścia na polski rynek globalnych platform zakupowych takich jak Amazon czy Alibaba.

Chociaż w obecnej pandemicznej rzeczywistości rynkowej częściej docierają głosy o zamykaniu niż otwieraniu lokalizacji handlowych, w 2020 roku odnotowano jednak wejście na polski rynek nowych marek, które są ważnym aspektem dla rozwoju sektora handlowego w Polsce. Najbardziej spektakularnym i długo oczekiwanym debiutem było otwarcie sklepu Primark w warszawskiej Galerii Młociny oraz Urban Outfitters w Elektrowni Powiśle. Sukcesywnie ogłaszane są kolejne lokalizacje tego giganta w wiodących centrach handlowych.

Jaki będzie rok 2021 w sektorze handlowym?

Fundamentalne zmiany w obrazie nowoczesnego handlu w Polsce mogą jeszcze przyspieszyć. Wraz ze zmianą zachowań konsumenta trend związany z „lokalnością” życia został dostrzeżony przez wielu najemców, którzy do tej pory zazwyczaj lokowali swoje sklepy w galeriach handlowych. Przyszłość przyniesie dalszy wzrost inwestycji w małe centra i parki handlowe o profilu zakupów codziennych. Ekspansja operatorów handlowych z ofertą o profilu „ekonomicznym” nie będzie zwalniać tempa. Z kolei najbardziej dotknięte pandemią sektory – gastronomiczny i rozrywkowy będą poszukiwać nowych modeli funkcjonowania. Nasileniu ulegnie również tendencja do zastępowania starych formatów handlowych, których formuła już się wyczerpała, nowymi rozwiązaniami łączącymi kilka różnorodnych funkcjonalności. Niebagatelna będzie też waga nowoczesnych technologii i ich implementacja w działalności sieci handlowych, która może zadecydować o zajęciu najlepszych pozycji w walce o portfel konsumenta w czasach zmian strukturalnych – Fabrice Paumelle, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych, Europa Środkowa i Wschodnia, BNP Paribas Real Estate Poland

Początek roku trudny dla firm

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) wyniósł w lutym 77,8 pkt., co oznacza spadek o 8,1 pkt. w porównaniu do wyniku ze stycznia. Odzwierciedleniem pogarszającej się koniunktury są zmniejszone przychody, które zanotowało 60 proc. badanych firm. Najtrudniejszą sytuację obserwujemy w sektorze MMSP, w którym aż 70 proc. przedsiębiorstw odnotowało spadki sprzedaży. Najlepiej  swoją sytuację  oceniły firmy produkcyjne, w których lutowy odczyt wyniósł 111,2 pkt. – jak wynika z drugiego notowania wskaźnika opracowanego  przez Polski Instytut Ekonomiczny we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego.

Lutowy niski poziom MIK jest przede wszystkim efektem spadku sprzedaży, który zgłosiło 60 proc badanych firm. Wzrostu przychodów doświadczyła co dwunasta firma (8 proc.). Najczęściej spadek wartości sprzedaży deklarowały mikro- i małe firmy oraz branże: budownictwo, handel i produkcja. Wyjątkiem jest logistyka i transport (TSL), w których odsetek firm ze spadkiem sprzedaży zmniejszył się o 6 pkt. proc. m/m.

Miesięczny Indeks Koniunktury według branżMiesięczny Indeks Koniunktury według branż

Miesięczny Indeks Koniunktury według wielkości przedsiębiorstwMiesięczny Indeks Koniunktury luty

Koniunktura dla polskich przedsiębiorstw znalazła się pod presją trwającej pandemii
i związanych z nią restrykcji. W lutym obserwujemy dalszy negatywny wpływ koniunktury na sytuację firm, szczególnie mikro, małych i średnich. Niższy poziom MIK w lutym spowodowany był głównie spadkami wartości sprzedaży obserwowanymi przede wszystkim w budownictwie i usługach. Wśród pozytywnych czynników należy wymienić ocenę płynności finansowej przedsiębiorstw. Większość ma wystarczające środki finansowe pozwalające na funkcjonowanie na rynku ponad 3 miesiące, choć w handlu o 11 pkt. proc. zmalała pula tych przedsiębiorstw w relacji m/m. Na rynku pracy widoczny jest również mniejszy entuzjazm, zarówno pod względem potencjalnych rekrutacji, jak
i podwyżek, choć bilans nadal jest pozytywny i potwierdza stabilizację w tym wymiarze
powiedziała Katarzyna Dębkowska, kierownik Zespołu Foresightu Gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Sytuacja finansowa firm

Odsetek firm deklarujących płynność finansową pozwalającą na prowadzenie działalności dłużej niż trzy miesiące zmniejszył się z 57 proc. w styczniu do 55 proc. w lutym. Jednocześnie zwiększył się udział firm nieposiadających płynności finansowej (z 6 do 8 proc.). Istotne różnice w zakresie posiadanej płynności finansowej występują ze względu na wielkość firmy. O ile płynność wystarczającą na funkcjonowanie firmy dłużej niż trzy miesiące wykazuje ok. 3/4 firm średnich i dużych, to w przypadku mikro i małych jest to mniej niż połowa. Brak płynności sygnalizuje najwięcej jednostek produkcyjnych i usługowych (odpowiednio 15 proc. i 12 proc.). W porównaniu z poprzednim miesiącem wyraźnie wzrósł odsetek firm produkcyjnych sygnalizujących niedostateczną płynność (o 12 pkt. proc.), głównie za sprawą mikro- i małych przedsiębiorstw produkcyjnych. Zaobserwowano też niewielkie pogorszenie w zakresie dostępu do finansowania zewnętrznego. Na trudności w tym obszarze wskazało 33 proc. firm (w styczniu 27 proc.). Wydatki inwestycyjne na wyższym lub takim samym poziomie, jak w poprzednich trzech miesiącach, wskazało 38 proc. przedsiębiorstw, o 5 pkt. proc. mniej niż miesiąc temu.
W blisko co piątej firmie (19 proc.) wydatki inwestycyjne wzrosły. Są to najczęściej przedsiębiorstwa średniej wielkości (23 proc.) oraz branży handlowej i TSL (po 21 proc.).

Wyniki MIK luty 2021 r.  potwierdzają silne zróżnicowanie oddziaływania kryzysu na firmy w zależności od ich wielkości i branży. Zdecydowanie najlepiej swoją sytuację oceniają duże firmy przemysłowe i budowlane, a zdecydowanie najgorzej mikro- i małe przedsiębiorstwa z branż usługowych i handlowych. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że szczególnie w tym drugim przypadku występuje bardzo silne zróżnicowanie wewnętrzne – nie tylko między poszczególnymi branżami, ale także konkretnymi specjalizacjami czy wręcz lokalizacjami, w których działają firmy. Zróżnicowanie to jest wyzwaniem dla polityki gospodarczej, gdyż utrudnia dobre dopasowanie rozwiązań antykryzysowych.  Jest też wyzwaniem dla instytucji finansujących, ponieważ zwiększa poziom ryzyka ich działalności. Firmy, szczególnie mniejsze, odczuwają to w postaci utrudnienia w dostępie do finansowania zewnętrznego oraz zaniechania lub redukowania wydatków inwestycyjnych. Jako bank rozwoju dostarczamy rozwiązania rynkowe ułatwiające firmom dostęp do finansowania powiedział Mateusz Walewski, Główny Ekonomista BGK.

Brak wydatków inwestycyjnych w ostatnich trzech miesiącach deklaruje ponad połowa firm (51 proc.), wśród nich blisko co druga nie inwestowała z powodu braku możliwości finansowych. Ten powód wskazywały głównie firmy małe (31 proc.) oraz usługowe
i handlowe (po 29 proc.).

Perspektywy na kolejne miesiące

Indeks diagnostyczny wyznaczony na podstawie aktualnej wartości sprzedaży, liczby nowych zamówień, mocy produkcyjnych oraz poziomu inwestycji wskazuje na dość negatywną ocenę koniunktury gospodarczej. Mniej pesymistyczna jest ocena przyszłości. Indeks prognostyczny wyznaczony na podstawie ocen przedsiębiorców dotyczących planowanej wielkości sprzedaży, planów dotyczących zatrudnienia i wynagrodzeń pracowników oraz oceny płynności finansowej wskazuje jednak nadal na dość negatywną ocenę przyszłości i plasuje się poniżej ustalonego na 100 pkt. poziomu neutralnego.

Miesięczny Indeks Koniunktury diagnostyczny i prognostycznyMiesięczny Indeks Koniunktury diagnostyczny i prognostyczny

Nota metodologiczna

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) jest narzędziem badającym nastroje gospodarcze przedsiębiorstw w Polsce opracowanym przez Polski Instytut Ekonomiczny oraz Bank Gospodarstwa Krajowego. MIK powstaje co miesiąc na podstawie pomiarów dokonanych w siedmiu kluczowych obszarach działalności przedsiębiorstw: wartość sprzedaży, nowe zamówienia, zatrudnienie, wynagrodzenia, moce produkcyjne, wydatki inwestycyjne, sytuacja finansowa. Poziomy liczbowe MIK obliczamy na podstawie wyników badań ankietowych przeprowadzanych na reprezentatywnej próbie 500 przedsiębiorstw w czterech kategoriach wielkościowych i pięciu branżowych. Poziomy MIK przyjmują wartości z przedziału <0;200>, a punkt odniesienia wskaźnika stanowi odczyt 100, który jest poziomem neutralnym.

Łódzki rynek powierzchni biurowych z wysokim popytem w 2020 r.

Łódzki rynek powierzchni biurowych, w trudnym 2020 roku zanotował bardzo dobry wynik, bliski rekordu popytu z 2016 roku. Według danych Colliers podpisano umowy na łącznie 62,4 tys. mkw. – prawie o 10 tys. mkw. więcej niż w 2019 i jedynie niecałe 5 tys. mkw. mniej niż w najlepszym pod względem popytu roku 2016. W strukturze popytu dominowały nowe umowy.

Na ten wynik złożyły się przede wszystkim bardzo dobre pierwsze dwa kwartały 2020 r. W I kw. wynajęto aż 36 tys. mkw. powierzchni biurowej, ponad 20 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2019. Główny udział w kształtowaniu zeszłorocznego popytu miała jedna z największych transakcji najmu w Polsce, czyli przednajem 16,3 tys. mkw. firmy Fujitsu w kompleksie Fuzja – nowym projekcie mixed-use budowanym przez firmę Echo Investment, do którego firma wprowadzi się już w maju 2022 roku. Najemcę w tej transakcji reprezentowała firma Colliers.

— Łącznie w 2020 roku wspieraliśmy najemców w 10 transakcjach na prawie 27 tys. mkw., a wynajmującym doradzaliśmy w 3 transakcjach na sumę ponad 4,2 tys. mkw. Jest to szczególnie ważny dla nas rok, bo mierzyliśmy się ze świadomością wyzwań, jakie stanęły przed zarządami naszych klientów. Te doświadczenia pomogły nam świadomie określić, czego teraz poszukują: elastyczności, oszczędności, bezpieczeństwa i nowych technologii — mówi Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny łódzkiego biura Colliers.

Nowe punkty na mapie biurowej

Wysokiemu popytowi towarzyszy w tym roku relatywnie wysoka nowa podaż. W 2020 do użytku oddano 50,8 tys. mkw. nowej powierzchni, co stanowiło 16% spadek w porównaniu do 2019 r. Zakończone zostały największe, długo wyczekiwane projekty, w tym realizowany przez firmę Skanska drugi z budynków kompleksu Brama Miasta, o powierzchni biurowej 14,1 tys. mkw., zlokalizowany tuż przy dworcu kolejowym Łódź Fabryczna oraz Hi Piotrkowska – wielofunkcyjny kompleks firmy MMG przy centrum przesiadkowym zwanym Stajnią Jednorożców, o łącznej powierzchni biurowej 21 tys. mkw. W 2020 r. do użytkowania oddano również obiekty Cross Point C (5,3 tys. mkw., Mermaid), Łódź.Work (4,5 tys. mkw., Okam) oraz Zielony by Synergia (4,4 tys. mkw., Synergia). Około 1/3 tej powierzchni została już wynajęta.

Do najważniejszych projektów typu mixed-use na rynku łódzkim zalicza się centrum Monopolis – miejsce, w którym biznes spotyka się ze sztuką, dobrą kuchnią i rozrywką. Przestrzeń powstała w budynku Monopolu Wódczanego, wchodzącego w skład kompleksu fabrycznego wybudowanego w roku 1902, który swoją pierwotną działalność zakończył w 2008 r. Teraz przemysłowy charakter fabryki odzyskał dawny blask, czego potwierdzeniem jest otrzymanie prestiżowej nagrody MIPIM Awards.

— Nowe inwestycje dostarczają na rynek unikatową w skali miasta jakość pracy i łączą nowoczesność z prawdziwie łódzkim charakterem. W planach na najbliższe dwa lata jest oddanie blisko 45 tys. mkw. powierzchni biurowej będącej obecnie w budowie, która może stanowić atrakcyjny wybór dla rozwijającego się intensywnie sektora nowoczesnych usług dla biznesu, a także firm z branży IT czy produkcyjnej. Zauważamy również zainteresowanie Łodzią zagranicznych firm, szukających optymalizacji kosztów poprzez relokację niektórych funkcji do krajów takich jak Polska — mówi Marcin Włodarczyk.

Więcej wolnej powierzchni

Wysoka podaż w 2020 r. przyczyniła się do wzrostu wskaźnika pustostanów. Obecnie do wynajęcia jest ponad 94 tys. mkw. co stanowi 16,4% całej powierzchni biurowej w mieście, o 5,2 punktów procentowych więcej niż w 2019 r. Jest to najwyższy wskaźnik pustostanów od 2013 r. Na jego zwiększenie w następnych kilkunastu miesiącach może wpłynąć zakończenie budowy II fazy Monopolis (8,6 tys. mkw.), React (15 tys. mkw.) i Fuzji (ok. 20 tys. mkw.), planowane na lata 2021-2022. Część tych obiektów została już jednak skomercjalizowana.

Na wzrost wskaźnika pustostanów wpływa również to, że wiele firm nie zdecydowało się jeszcze na powrót do biur z pracy zdalnej lub pozostało przy modelu hybrydowym. Eksperci Colliers szacują, że z przestrzeni biurowej korzysta obecnie ok. 8-15% pracowników, w zależności m.in. od wielkości i struktury działania firmy. W większości to duże korporacje decydują się na pozostawienie swojego zespołu w domu – odsetek osób przychodzących do biura spada tu nawet do 3-7%. Natomiast małe firmy, 5-10-osobowe, często całkowicie powróciły do stacjonarnego modelu pracy.

— Przewidujemy, że wraz z wychodzeniem z obostrzeń pandemicznych sytuacja na rynku nieruchomości zacznie się normalizować — mówi Andrzej Szczepanik, ekspert z łódzkiego biura Colliers.

— Spodziewamy się, że w 2021 r. wskaźnik pustostanów będzie jednak dalej rosnąć. Będzie to częściowo wynik utrzymania się trendu podnajmowania niewykorzystanej powierzchni – na krok ten decyduje się wiele firm, poszukujących dodatkowych oszczędności. Jesteśmy obecnie świadkami przeobrażania się modelu pracy i weryfikacji przez organizacje ich potrzeb lokalowych. Rozluźnianie obostrzeń może spowodować, że firmy będą bardziej skłonne podejmować wiążące decyzje w odniesieniu do zapotrzebowania na powierzchnię biurową w przyszłości. Pierwsze kwartały 2021 r. są dobrym momentem na rozpoczęcie procesu zmiany i zaplanowania, w jaki sposób dostosować powierzchnię biurową do nowych modeli pracy i wyzwań przyszłości — podsumowuje Andrzej Szczepanik.

Złoty pozostaje mocny, a NBP tym razem wspiera walutę

W ciągu ostatniej doby nic konkretnego nie aspirowało do miana katalizatora zmian rynkowych, ale w tle dominuje pozytywny sentyment, który pomaga ryzykownym aktywom. Dolar traci czwarty dzień z rzędu przy powrocie strategii reflacyjnej, a dziś dodatkowe impulsy mogą pojawić się po odczycie inflacji CPI z USA i przemówieniu prezesa Powella. Złoty pozostaje mocny, a NBP tym razem wspiera walutę.

Wiadomości takie, jak np. o zaszczepieniu przeciw COVID-19 co dziesiątej osoby w USA pomagają przywrócić oczekiwania na odbicie globalnego ożywienia i skłaniają do odnowienia pozycji w aktywach ryzykownych. Podobnie każda kolejna informacja o postępach w uchwalaniu planu fiskalnego w USA utrzymuje indeksy na Wall Street wysoko, co daje sygnał dla wzrostów giełd dookoła świata. Mimo że gospodarka USA ma się mieć lepiej, ma to większe znaczenie dla generalnego apetytu na ryzyko niż miałoby wspierać USD. Silne odbicie notują waluty surowcowe, jak NOK, NZD i AUD. EUR/USD wrócił powyżej 1,21 i daje sygnał dla innych crossów z USD, że jest potencjał na ruch wyżej. Pod warunkiem, że dzisiejsze wydarzenia w tym nie przeszkodzą. Uwaga jest na styczniowym odczycie inflacji CPI oraz wieczornym wystąpieniu prezesa Fed Powella. Główna dyskusja w odniesieniu do polityki Fed krąży wokół tego, czy napędzana przyspieszającym ożywieniem inflacja nie zmusi Fed do szybszego ograniczania luzowania. Wyższy odczyt CPI mógłby wspierać te spekulacje, ciągnąc w górę rentowności obligacji skarbowych i dolara. Sądzę jednak, że Fed jest bardziej cierpliwy w reagowaniu na wzrost inflacji i oczekiwań inflacyjnych, niż rynek aktualnie szacuje. Skutkiem tego realne stopy procentowe (nominalne oprocentowanie skorygowane o inflację) powinny pozostać nisko, co w średnim terminie będzie negatywnie odbijać się na wycenie dolara. Bardzo możliwe, że dziś wieczorem prezes Fed przypomni, że dyskusja o ograniczaniu QE czy podwyżkach stóp procentowych nie pojawi się na posiedzeniach FOMC jeszcze przez wiele miesięcy. W takim układzie ewentualny podskok USD dziś po południu (gdyby CPI wypadło powyżej prognoz) może być krótkotrwały.

Zewnętrzny klimat inwestycyjny pozostają sprzyjający dla walut rynków wschodzących, co widać też po notowaniach złotego. EUR/PLN ociera się o 4,47 i jest coraz bliżej technicznego wsparcia na 4,45. Ale aprecjacja polskiej waluty nie postępuje szybko, na co zapewne wpływ ma ostrożna postawa inwestorów przy niezerowym ryzyko interwencji NBP. Tymczasem bank centralny zabrał głos w sprawie swojego udziału w przewalutowaniu bankowych kredytów we franku szwajcarskim. W ostatnich dniach rozpoczęła się dyskusja, jak na złotego wpłynęłaby konieczność przewalutowania kredytów przez banki, jeśli zostałyby do tego prawnie zmuszone. Jeśli jednak franki pochodziłyby z rezerw NBP, a nie z rynku, zniknęłoby zagrożenie nagłego osłabienia złotego. Wczoraj NBP poinformował, że jest gotowy do ewentualnego zaangażowania w proces przewalutowania, ale postawił warunki, m.in. udział dużej ilości instytucji i kredytobiorców, a także wyeliminowanie wątpliwości prawnych. Stanowisko NBP jest bardzo ważne i gotowość pomocy powinna hamować przed tworzeniem się negatywnej premii za ryzyko w wycenie złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Oceniając transakcje między podmiotami powiązanymi, organy nie mogą stracić z pola widzenia racjonalności gospodarczej

W wyniku kontroli podatkowej fiskus stwierdził, że firma zaniżyła o blisko pół miliona złotych wykazany w roku podatkowym przychód, niedopuszczalnie pomniejszając wysokość prowizji za poręczenia kredytów bankowych wobec swoich podmiotów powiązanych. Po stronie przedsiębiorcy stanął Naczelny Sąd Administracyjny, orzekając, że organy podatkowe nie wykazały, jakoby powiązania między spółkami miały wpływ na narzucenie warunków przeprowadzonych transakcji, a które to warunki miałyby odbiegać od tych, jakie przyjęłyby podmioty od siebie niezależne, zwłaszcza gdy ustalona wysokość marży mieściła się w rynkowych normach.

Organ stwierdził zaniżenie wysokości prowizji za poręczenie kredytowe

Spółka z o.o. działająca na rynku sprzedaży używanych pojazdów ciężarowych należała do grupy spółek. W 2011 r. udzieliła innym przedsiębiorcom z grupy poręczeń kredytów bankowych, za co pobierała prowizję w wysokości 0,25% kwartalnie od salda poręczanego kredytu. Spółka wykazała z tego tytułu roczny przychód w wysokości 359 793,29 zł. Ale naczelnik urzędu skarbowego po przeprowadzeniu kontroli podatkowej oszacował, że przychód ten powinien wynosić 849 209,51 zł. Stąd w opinii organu przedsiębiorca zaniżył wykazany przychód o 489 318,97 zł.

Dyrektor izby administracji skarbowej jako organ odwoławczy podtrzymał w mocy rozstrzygnięcie naczelnika, stwierdzając, że spółka przy ustalaniu stawki wynagrodzenia za poręczenie kredytów porównała cenę przedmiotu transakcji między podmiotami powiązanymi z ceną przedmiotu transakcji stosowaną w porównywalnych transakcjach przez podmioty niepowiązane. Wysokość swojej prowizji ustaliła natomiast w oparciu o informacje uzyskane tylko z jednego banku. Z kolei według organu podatkowego spółka powinna zastosować metodę porównywalnej ceny niekontrolowanej w oparciu o porównanie zewnętrzne. Pozyskując informacje z czterech innych banków, które wskazywały wyższe wartości prowizji, fiskus stwierdził, że spółka powinna przy ustalaniu swojej marży wziąć pod uwagę przedział wartości rynkowych, a nie jedno wskazanie od jednego banku.

Spółka jest sama sobie winna, że organ musiał przystąpić do oszacowania jej dochodu

Za niezasadne dyrektor uznał zarzuty odwołania, jakoby przyjęte przez organy do porównania informacje z innych banków nie uwzględniają indywidualnej sytuacji finansowej podmiotów, ich ratingów, wiarygodności finansowej, wskaźników finansowych oraz innych danych wpływających na wiarygodność podmiotu. W opinii organu ustalanie dochodu w drodze szacowania obarczone jest ryzykiem, że ustalenie to nie będzie dokładnie takie samo, jak dochód rzeczywisty. Ale ryzyko to obarcza podatnika, który prowadzi swoją ewidencję przychodów w sposób nierzetelny.

Organ zauważył również, że wskazana przez spółkę wysokość prowizji 0,25% została ustalona w oparciu o indywidualne negocjacje stawki z bankiem, a do tego nie w 2011 r., a w 2016 r., czyli dopiero w związku z przeprowadzoną w spółce kontrolą podatkową. Dokumentacja podatkowa za 2011 r., uwzględniająca przychód z tytułu udzielenia poręczeń, nie była więc prowadzona na bieżąco, a przyjęty przez spółkę wskaźnik prowizji nie był wskaźnikiem rynkowym, obowiązującym w 2011 r.

Fiskus wyliczył stawkę prowizji na podstawie rynkowej średniej arytmetycznej

Spółka wniosła skargę na decyzję fiskusa. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Olsztynie stanął jednak po stronie organów podatkowych, stwierdzając, że w sposób przekonujący wykazały, iż przy dokonaniu przedmiotowych transakcji poręczenia spółka z o.o. nie stosowała cen rynkowych. Zgodził się również, że istniejące pomiędzy spółkami grupy powiązania miały wpływ na poziom marży ustalonej przez skarżącą spółkę za poręczenie kredytu. Stwierdził ponadto, że naczelnik urzędu skarbowego, występując do większej liczby banków trudniących się profesjonalnym udzielaniem poręczeń kredytowych o udzielenie informacji w zakresie wysokości prowizji i opłat stosowanych w 2011 r., słusznie ustalił, w oparciu o dane z 5 banków (wliczając ten wskazany przez spółkę), które pobierały wynagrodzenie w przedziale od 0,25% do 0,75% kwartalnie, marżę za takie poręczenia na poziomie 0,59% kwartalnie.

Pytanie o racjonalność

Od tego wyroku spółka wniosła skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Podniosła w niej, że ustaliła wysokość prowizji za swoje poręczenie kredytowe w oparciu o poziom rynkowy takich prowizji. Natomiast organy błędnie uznały, że słusznie ustalają ją na poziomie rynkowym, czyniąc to jedynie w oparciu o ceny ofertowe. Spółka nie rozumiała też, dlaczego organy ustalają wartość marży poprzez wyliczenie średniej arytmetycznej marży wykazanych przez wybrane banki, a nie przyjmują, że uzasadnionym w tym przypadku było po prostu przyjęcie najniższej opłaty, jaką spółka powiązana musiałaby zapłacić podmiotowi spoza grupy spółek.

Arm’s length principle

NSA wskazał na przepis art. 11 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych w brzmieniu z 2011 r., regulujący zagadnienie cen transferowych stosowanych między podmiotami powiązanymi. W przepisie tym zawarta jest reguła stosowania ceny rynkowej, z ang. arm’s length principle, a więc wymagająca ustalania pomiędzy takimi podmiotami cen w sposób, w jaki ustaliłyby je między sobą podmioty od siebie niezależne, działając w warunkach rynkowych i podobnych okolicznościach faktycznych. Natomiast jeśli w takich podobnych warunkach rynkowych i faktycznych podmioty powiązane postanowią zawrzeć transakcję odbiegającą od tych, jakie zawierają podmioty niepowiązane, a i wystąpią inne okoliczności, o których mowa w art. 11 ustawy o CIT, wówczas urząd skarbowy może domagać się od przedsiębiorców korekty.

Sąd zwrócił uwagę, że przy dokonywaniu oceny co do wpływu powiązań między podmiotami na ustalenie lub narzucenie warunków, różniących się od warunków, które ustaliłyby między sobą niezależne podmioty, nie wolno stracić z pola widzenia gospodarczej racjonalności przeprowadzanej transakcji, w tym racjonalności uzgodnionej w jej ramach ceny. Jak przypomniał NSA, organy na podstawie zebranych ofert z 5 banków ustaliły, że kwestionowana stawka prowizji od salda poręczanego kredytu wahała się w granicach od 0,25% do 0,75% kwartalnie, i na tej podstawie wyliczyły średnią wynoszącą 0,59%. Naczelny Sąd Administracyjny w listopadzie 2020 r. uchylił zaskarżony przez spółkę wyrok WSA w Olsztynie, wydany na korzyść fiskusa, bo jak orzekł:

„…dokonana analiza przez organy podatkowe zebranego w sprawie materiału dowodowego nie wykazuje bezspornie, że istniejące powiązania między spółkami miały wpływ na ustalenie lub narzucenie warunków, różniących się od warunków, które ustaliłyby między sobą niezależne podmioty w sytuacji, gdy ustalona przez skarżącą wysokość wynagrodzenia za udzielenie poręczenia podmiotom powiązanym mieściła się w przedziale cen stosowanych za tego typu usługi przez podmioty niezależne (0,25%)” (wyrok z 18 listopada 2020 r., sygn. akt II FSK 1949/18).

Podsumowanie

To kolejny, zresztą jeden z wielu przykładów potwierdzających, że przedsiębiorcy mogą skutecznie walczyć z urzędniczym bezprawiem, i zwycięsko kończyć spór z organami w ochronie swojego majątku. A spoglądając na takie, skierowane przeciwko firmom działania organów, można odnieść wrażenie, że dla obrony interesów fiskusa urzędnicy niejako z automatu podejmują niekorzystne wobec przedsiębiorcy rozstrzygnięcia, być może licząc, że nie podejmie on sądowej walki w obronie swoich interesów. A nawet jeśli, to co fiskus ma do stracenia…

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

2021 rok oczami deweloperów. Co przyniesie przyszłość?

2020 rok na długo zapadnie w pamięci jako jeden z najbardziej nieprzewidywalnych okresów w światowej gospodarce. Branża deweloperska w Polsce poradziła sobie jednak nad wyraz dobrze z kryzysem. Portal RynekPierwotny.pl postanowił więc zadać pytanie liderom rynku deweloperskiego czego spodziewają się i na co przygotowują w 2021 roku.

W nadchodzącym roku możemy liczyć na kontynuację trendu zakupu nieruchomości w celach inwestycyjnych – jako ochrona kapitału przed inflacją, a także długoterminowa lokata. Nieruchomości od dawna są postrzegane jako jedna z najbardziej bezpiecznych form lokowania środków – nie tylko generują przypływy w postaci dochodów z najmu, ale w długoterminowej perspektywie mieszkanie w dobrej lokalizacji może przynieść zysk ze sprzedaży. Natomiast wśród klientów zainteresowanych zakupem nieruchomości pod własne cele mieszkaniowe, rosnącą popularnością cieszą się przestronne balkony, loggie, tarasy oraz ogródki stanowiące dodatkową przestrzeń życiową.

Jednym z najbardziej docenianych atutów mieszkania staje się elastyczna przestrzeń, którą można przearanżować w zależności od aktualnych potrzeb. Nabywcy coraz częściej oczekują także korzystnej oferty programów wykończeniowych, które umożliwiają dopasowanie projektu mieszkania do indywidualnych potrzeb. Potwierdza to fakt, że blisko połowa klientów ATAL decyduje się na zakup mieszkania wykończonego pod klucz w programie ATAL Design.

W przyszłym roku zapewne jeszcze większego znaczenia nabierać będzie marka dewelopera. Z naszych obserwacji wynika, że klienci zwracają obecnie większą uwagę na to, które firmy są odporne na ewentualne trudności i rynkowe perturbacje. Istotne stają się gwarancja bezpieczeństwa zakupu, stabilność finansowa oraz brak opóźnień na budowach i przy oddawaniu mieszkań.

2020 był też rokiem przełomowym, jeśli chodzi o digitalizację procesu sprzedaży. Widzimy, jak chętnie klienci korzystają ze zdalnych form kontaktu i porównania oferty, które rozszerzyliśmy w tym roku o możliwość podpisania umów rezerwacyjnych. Takie możliwości na stałe zostaną na rynku mieszkaniowym. I choć nadal wiele osób preferuje kontakt osobisty w biurze sprzedaży, to sądzimy, że kanał online będzie systematycznie zyskiwał na znaczeniu.

ZBIGNIEW JUROSZEK, PREZES ZARZĄDU ATAL S.A.

Ostatnie miesiące pokazały, że branża deweloperska jest stosunkowo stabilna, nawet w niepewnym otoczeniu. Dotyczy to szczególnie segmentu popularnego, w którym działa Develia, i w którym popyt na mieszkania jest największy, a ceny stabilne. Oczywiście sytuacja wciąż jest dynamiczna, dlatego deweloperzy nadal powinni uważnie obserwować rynek i się dostosowywać.

Spodziewam się, że jeszcze przez dłuższy czas gospodarka będzie odczuwać skutki lockdownu, co może w pewnym stopniu przełożyć się na sprzedaż mieszkań. Jednak prognozując sytuację, należy wziąć pod uwagę, że już od sześciu kwartałów liczba inwestycji wprowadzanych na rynek systematycznie spada. Jest to konsekwencja głównie mniejszej liczby wydanych decyzji o pozwoleniu na budowę, ale także ograniczonej ilości gruntów. W związku z mniejszą podażą mieszkań, tempo ich sprzedaży utrzyma się i deweloperzy nie będą mieli przesłanek do obniżki cen.

Ponadto można spodziewać się, że nieruchomości nadal będą dla inwestorów atrakcyjną formą lokowania środków, a po wygaśnięciu pandemii, osoby, które wstrzymywały się z zakupem mieszkania ze względu na niepewność, wrócą do biur sprzedaży. Ich potrzeby mieszkaniowe nadal są aktualne i jest to kwestia czasu, kiedy zdecydują się na zakup. W związku z tym Develia przygotowuje kolejne inwestycje deweloperskie do realizacji. Bank gruntów grupy Develia to 7550 lokali. W zależności od sytuacji na rynku, będziemy uruchamiać nowe inwestycje w następnych miesiącach.

MIROSŁAW KUJAWSKI, CZŁONEK ZARZĄDU DEVELIA S.A.

Określenie kondycji polskiej gospodarki w najbliższych miesiącach jest w tej chwili niezwykle trudne. Jednak wydaje się, że sam rynek mieszkaniowy będzie odporny na zawirowania związane z pandemią, podobnie jak to miało miejsce w 2020 roku.

Kluczowa jest obserwacja czynników, które dotychczas wspierały popyt na mieszkania: rynek pracy, stopy procentowe oraz dostępność kredytów. Jednocześnie zyskowność deweloperów mieszkaniowych nadal będzie pozostawać pod silnym wpływem cen gruntów i kosztów realizacji inwestycji. W obecnej sytuacji rynkowej istotne jest posiadanie pewnych i stabilnych źródeł finansowania.

GRZEGORZ SMOLIŃSKI, DYREKTOR DZIAŁU SPRZEDAŻY,

PROKURENT W DOM DEVELOPMENT S.A.

W 2021 roku zakładamy, że sytuacja na świecie, jak i w polskiej gospodarce zacznie się stabilizować. Możliwość szczepienia na COVID-19 oraz bezpieczniejsza sytuacja na rynku pracy przełoży się na wzrost popytu wśród osób szukających pierwszego mieszkania, które w 2020 r. zawiesiły swoje plany ze względu na niepewność sytuacji zdrowotnej czy zatrudnienia.

Jesteśmy przekonani, że niezależnie od finalnych konsekwencji epidemii, nadal będzie istniał duży, naturalny popyt na mieszkania – przede wszystkim w miastach o najsilniejszej gospodarce i rynku pracy. Dodatkowo przewidujemy, że w związku ze zmianą modelu życia i łączenia pracy z czasem prywatnym pojawi się duża grupa klientów, która będzie chciała zmienić swoje mieszkanie na bardziej dopasowane do swoich potrzeb. Powyższe zmiany, a także stały niedobór mieszkań w Polsce powoduje, że popyt na mieszkania jest niezmiennie wysoki.

Dodatkowo uważamy, że utrzyma się wysoki popyt na mieszkania ze strony inwestorów indywidualnych, ponieważ w długiej perspektywie nieruchomości wciąż są jedną z najbezpieczniejszych klas aktywów, a działek pod świetne lokalizacje na rynku jest bardzo mało.

DAWID WRONA,

DYREKTOR SPRZEDAŻY W DZIALE PROJEKTÓW

MIESZKANIOWYCH W ECHO INVESTMENT S.A.

Jeśli chodzi o rok 2021, zakładamy stopniowe obniżanie ryzyka i niepewności będących pochodną sytuacji pandemicznej w kraju oraz zrównoważony rozwój rynku deweloperskiego.

Czynniki takie, jak wciąż niezaspokojone potrzeby mieszkaniowe Polaków oraz fakt, że nieruchomości są jedną z najbardziej atrakcyjnych form inwestowania kapitału, zwłaszcza w czasach turbulencji gospodarczych, niskich stóp procentowych i stosunkowo wysokiego ryzyka utraty wartości pieniądza w czasie, pozwalają sądzić, że sytuacja w branży w rozpoczynającym się roku pozostanie dobra. W kolejnych miesiącach liczba mieszkań oddawanych do użytkowania powinna wzrastać z podobną dynamiką, jak w ostatnim czasie, wraz z postępem rozpoczętych jeszcze przed pandemią inwestycji. Wprawdzie w minionym roku branża mieszkaniowa odnotowała spadek liczby nowo rozpoczynanych budów, ale prognozujemy, że w br. sytuacja powinna się unormować.

Z dniem 1 stycznia weszła w życie nowelizacja prawa budowlanego, której zapowiedź wywołała kumulację wniosków o pozwolenia na budowę jeszcze w końcówce grudnia. Ich wydanie nastąpi już w bieżącym kwartale 2021 r. i da początek nowym inwestycjom nieruchomościowych, a powstające w nich mieszkania będą odpowiadać na niesłabnące zainteresowanie zakupem ze strony klientów zarówno podstawowych, jak i inwestycyjnych.

NIKODEM ISKRA,

PREZES ZARZĄDU MURAPOL S.A.

W branży nieruchomości mieszkaniowych na 2021 rok zakładamy wzrost popytu inwestycyjnego – zwłaszcza, że WIBOR jest rekordowo niski, co może zachęcać do inwestycji w nieruchomości. Lokowanie kapitału w nieruchomości daje obecnie znacznie wyższe stopy zwrotu niż lokaty bankowe czy na rynku kapitałowym. Jako dobrą lokatę klienci będą coraz częściej postrzegać mikroapartamenty. Nieduże metraże i promocyjne ceny lokali pozwalają na szeroki wybór dla każdego. Taka inwestycja jest jeszcze bardziej opłacalna w przypadku skorzystania z opcji odliczenia podatku VAT.

Sądzimy, że ceny mieszkań w 2021 roku nie będą spadać – w niektórych lokalizacjach nawet wzrosną. Spodziewamy się raczej ustabilizowania cen, ale nie ich spadku. Klienci szukają coraz lepszych projektów, z balkonami i tarasami – w dobrych lokalizacjach. Doceniają też wsparcie w obszarze procedur kredytowych – przyspieszenia i ułatwienia możliwości otrzymania kredytu. Dlatego mamy specjalne umowy z bankami, aby zrealizować te oczekiwania.

Grupa ROBYG ma obszerny bank ziemi, który zabezpiecza naszą działalność na kolejne 3-4 lata. W latach 2019-2020 roku sfinalizowaliśmy znaczące zakupy gruntów na łącznie ponad 10 tys. mieszkań. W Warszawie i Gdańsku mamy ugruntowaną pozycję na rynku inwestycji mieszkaniowych, rozwijamy się także intensywnie we Wrocławiu i Poznaniu. W ofercie zapewniamy klientom atrakcyjne lokalizacje, ale nie spoczywamy na laurach.

Mamy zabezpieczone środki na zakupy gruntów i kolejne inwestycje. Naszym celem jest utrzymanie dotychczasowego poziomu działalności – co oznacza sprawne uruchamianie kolejnych projektów osiedli. W 2021 roku będziemy kontynuować dotychczasową strategię i rozwijać się zgodnie z założeniami. Wierzymy, że rynek nieruchomości mieszkaniowych będzie odporny na koronawirusa.

JOANNA CHOJECKA,

DYREKTOR DS. SPRZEDAŻY I MARKETINGU

NA WARSZAWĘ I WROCŁAW W ROBYG S.A.

Prognozowanie 2021 roku przypomina obecnie wróżenie z fusów. Dużo zależy od tego, jak inne branże wybronią się z pandemii i jak sama pandemia będzie się rozwijać. Według mojej oceny rynek skurczy się o ok. 10-20%, jeśli chodzi o wolumen sprzedaży. Mniejsza będzie też skala uruchomień ze strony deweloperów. Ceny pozostaną stabilne, z lekką tendencją zwyżkową.

Styczeń i luty 2021 roku będą raczej miesiącami słabszymi. Natomiast informacje o szczepionce dają nadzieję, że od wiosny wrócimy na dobre tory. My w RONSONIE założyliśmy oczywiście pozytywny scenariusz, który przewiduje uruchamianie kolejnych etapów naszych inwestycji, kończenie już rozpoczętych i powiększanie banku ziemi.

ANDRZEJ GUTOWSKI,

WICEPREZES ZARZĄDU, RONSON DEVELOPMENT S.A.

W 2021 roku będziemy kontynuować i rozwijać wszystkie rozwiązania, nad którymi pracujemy już od dawna. Wiemy, że klienci w dalszym ciągu chcą lokować pieniądze w nieruchomościach – zakup mieszkania wciąż postrzegany jest jako bezpieczna forma inwestycji. Dlatego też w Skanska zamierzamy nadal stosować rozwiązania wpływające na komfort życia i bezpieczeństwo mieszkańców, które w 2020 roku stały się dla klientów niezwykle istotne: zieleń na terenie osiedla; podział osiedli na strefę publiczną, półprywatną i prywatną; oddzielne balkony, duże okna, zapewniające światło dzienne w mieszkaniach i wiele, wiele innych. Widzimy duży potencjał w tego typu podejściu do funkcjonalności i jakości w przestrzeniach mieszkalnych.

Planujemy również konsekwentnie rozwijać zielone rozwiązania Skanska. Zamierzamy przystąpić do kolejnych certyfikacji środowiskowych w systemie BREEAM, które zyskają jeszcze większe znaczenie w 2021 roku. Zatem istotne będzie dla nas stosowanie w inwestycjach mieszkaniowych, m.in.: paneli fotowoltaicznych; filtrów antysmogowych; systemów, które ułatwią zarządzanie energią w mieszkaniach i pozwolą mieszkańcom poczynić oszczędności na rachunkach za jej zużycie. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że klienci doceniają naszą jakość, świadomość środowiskową oraz innowacyjne rozwiązania, które wprowadzamy na naszych inwestycjach, a te wpisane są na stałe w filozofię Skanska.

Co więcej, wszystkie proekologiczne praktyki i działania, które podejmiemy w 2021 roku, pozwolą nam również przybliżyć się do zrealizowania naszego zobowiązania środowiskowego – ograniczenia emisji dwutlenku węgla o 50 proc. do 2030 roku, a w konsekwencji osiągnięcie zerowej emisji netto do roku 2045.

ALEKSANDRA GOLLER,

DYREKTOR DS. SPRZEDAŻY I MARKETINGU W SPÓŁCE MIESZKANIOWE SKANSKA

Jak działają promocje bankowe i jak z nich skorzystać?

Nowoczesne banki robią wszystko by zdobyć klientów. Reklama typu ulotki i banery wiszące w miastach nie wywierają na klientach już praktycznie żadnego wrażenia. Dobry bank pozwoli klientom bawić się zarabianiem na swoich produktach. Pozwala również generować oszczędności na opłatach bankowych.

Wyścig o klienta trwa w każdej branży. Banki starają się zdobywać klientów w rozmaity sposób. To co sprawdzało się dawniej, dzisiaj może wcale nie działać. Marketing skuteczny w XX wieku w ogóle nie musi sprawdzać się współcześnie. Czasy, w których klienci nie mieli zbyt dużego wyboru dotyczącego banków, przeszły już do historii. Dzisiaj przeciętny klient oczekuje od banku zaangażowania – to bank ma kusić klientów i rywalizować w promocjach bankowych z innymi bankami. Nowoczesny klient doskonale wie, że bank, który nie oferuje żadnych korzyści, nie jest bankiem godnym wieloletniej współpracy.

Firma a dobry rachunek bankowy

Klienci nie powinni się godzić na sytuacje, w których to gołym okiem widać, że ze współpracy z bankiem może nic nie wynikać. Czyli otwierają firmowe konto i nie dostają za to nic w zamian. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: zazwyczaj generują spore obroty na koncie, przechowują środki pieniężne, korzystają z rozmaitych opcji kredytowania bieżącej działalności gospodarczej. Z powodu stanu epidemii w Polsce banki zmieniły opłaty, zatem raczej nie można spodziewać się bezpłatnego prowadzenia rachunku bankowego. Wyjątkiem mogą być konta dla jednoosobowej działalności gospodarczej, gdzie faktycznie funkcjonują oferty prowadzenia rachunku za zero zł. Najnowszy ranking kont firmowych 2021 ułatwi znalezienie najkorzystniejszej oferty na prowadzenie konta dla biznesu.

Które banki najlepiej rozumieją potrzeby klientów?

Banki XXI-go wieku doskonale wiedzą, że klienci szukają dobrych okazji – w tym przypadku idealne są promocje finansowe. Czasy pandemii to znakomity moment by zastanowić się nad własnymi finansami osobistymi i dokonać zmiany banku lub firmy ubezpieczeniowej. Zwolnienie stylu życia pozwala mieć czas na dokonywanie analiz dotyczących własnych potrzeb finansowych. Jest to moment dobry na zmiany – jeśli do tej pory ktoś nie miał satysfakcji ze współpracy z bankiem, to ma teraz czas by bank zmienić na inny. Przy zmianie można uzyskać na przykład dodatkowe środki na rachunku bankowym przy spełnieniu warunków obowiązującej promocji, można otrzymać środki na zakupy do sklepu współpracującego z bankiem w ramach akcji promocyjnej lub skorzystać na najniższej w Polsce bankowej tabeli opłat związanych z prowadzeniem konta. 

Czy rzeczywiście można zarobić na bankach?

Ludzie często słyszą od swoich znajomych: „zarabiaj na bankach„. Niektórzy podchodzą do tematu z niedowierzaniem, ale przecież przykładem mogą być kreatywne promocje niektórych banków, które dawały możliwość odzyskania jakiegoś procentu z zakupów. Nie jest więc to hasło – reklama, ale fakt autentyczny. Na bankach można zarobić, kwoty zależą od skali zaangażowania. Obecnie banki bardzo chętnie oferują dodatkową gotówkę dla nowych klientów w zamian za założenie rachunku bankowego. Mogą oferować też inne rozwiązania typu vouchery do sklepów partnerskich. By zarobić na banku trzeba zapoznać się z regulaminem promocji – bez spełnienia warunków nie będzie zysku. Jeśli dopilnuje się zasad i terminów, to należy spodziewać się obiecanego przez bank wpływu na konto. 

Rynek biurowy w Warszawie – podsumowanie 2020 r. i trendy na 2021

Na zmagającym się ze skutkami pandemii rynku biurowym w Warszawie w 2020 r., pomimo pobicia rekordu pod względem wielkości pojedynczej transakcji najmu, odnotowano najniższy od dziesięciu lat popyt, przy jednej z najwyższych w historii podaży nowej powierzchni, podaje firma doradcza Savills. Presji nie poddają się czynsze, które póki co utrzymują się na stabilnym poziomie, a stopa pustostanów nadal nie osiągnęła poziomów z czasów ostatniej górki podażowej sprzed pięciu lat.

Jak wynika z najnowszego raportu firmy doradczej Savills, w 2020 roku Warszawa wzbogaciła się o 314 000 m kw. nowej powierzchni biurowej, co zwiększyło jej całkowite zasoby do 5,9 mln m kw. Do tej pory w stolicy tylko raz, w 2016 r., przybyło więcej powierzchni biurowej. Około połowę nowej podaży stanowiły obiekty oddane do użytku w okolicy ronda Daszyńskiego. Niewątpliwie był to również rok dużych inwestycji, gdyż na tak wysoki wolumen złożyło się zaledwie 12 projektów. Największe z nich to: The Warsaw HUB B i C (88 900 m kw.), Mennica Legacy Tower (47 900 m kw., wieża) oraz Varso I i II (46 600 m kw.). Na koniec grudnia 2020 r. w budowie pozostawało ok. 559 000 (wliczając Skyliner, oddany do użytku w styczniu 2021 r.), czyli najmniej od 10 lat. Ponad 90% tej powierzchni to projekty rozpoczęte jeszcze przed pandemią.

Zgodnie z danymi Savills, w 2020 r. w Warszawie podpisano umowy najmu na 602 000 m kw. powierzchni biurowej, co oznacza spadek o 31 p.p. rdr i stanowi najniższy wynik od 2011 r. Pomimo bardzo ostrożnej postawy przyjętej w wyniku pandemii przez większość najemców, wielu z nich zdecydowało się na zwiększenie powierzchni w ramach aktualnie zajmowanego biura. Udział ekspansji (8,7%) był w 2020 r. wyższy niż rok wcześniej (6,5%).

Zgodnie z prognozami, w drugiej połowie roku, w następstwie pandemii, wzrósł udział renegocjacji, jednakże aktywność na rynku najmu, wbrew obawom, nie ograniczyła się jedynie do przedłużeń umów. W tym okresie najemcy niemal tak samo często decydowali się pozostać w obecnej siedzibie, jak przenieść się do nowej lokalizacji. W skali całego roku przedłużenia aktualnych umów stanowiły 37% wszystkich transakcji, a więc o zaledwie 3 p.p. więcej niż rok temu.

Na rynku odnotowano również znaczący wzrost ofert biur dostępny w formie podnajmu. Szacuje się, że na koniec grudnia 2020 r. w tej formule w Warszawie dostępnych było ponad 110 000 m kw. Całkowita powierzchnia, jaką udało się wynająć w tej formule w całym zeszłym roku, to jednak zaledwie ok. 15 000 m kw.

„W 2020 r. aktywność na rynku najmu powierzchni biurowej w Warszawie była zauważalnie niższa, niż rok wcześniej, co jest jednak zrozumiałe w obliczu wyzwań, z jakimi przyszło się mierzyć firmom w obliczu pandemii. Popyt na poziomie ponad 600 000 m kw. pokazuje jednak, że rynek się nie zatrzymał. Zdecydowaną większość wolumenu transakcji najmu stanowiły przy tym nowe umowy, w tym umowy przednajmu. Wielu najemców odłożyło w czasie decyzje dotyczące biur, ale nie mogą być one odwlekane w nieskończoność. W 2021 r. coraz więcej firm będzie wybierać gdzie i w jakim trybie chciałyby, by w przyszłości pracowali ich pracownicy” – mówi Daniel Czarnecki, dyrektor działu powierzchni biurowych, reprezentacja właściciela, Savills.

W 2020 r., pomimo pandemii, podpisano największą umowę najmu w historii warszawskiego rynku biurowego. Nowa siedziba główna PZU o powierzchni 46 500 m kw. mieścić się będzie w budynku wieżowym Generation Park Y. Drugą pod względem wielkości (20 000 m kw.) umowę najmu podpisała firma DSV w nowo wybudowanej siedzibie na warszawskim Służewcu. Mokotów był drugą najpopularniejszą lokalizacją pod względem ilości wynajętej powierzchni biurowej w 2020 r., co pokazuje, że ta część Warszawy nadal potrafi przyciągać najemców. Trzecia na podium transakcja, czyli renegocjacja i ekspansja Poczty Polskiej w Domaniewska Office Hub (19 800 m kw.), to potwierdzenie, że spółki z udziałem Skarbu Państwa zadomowiły się już w nowoczesnych obiektach biurowych.

 

„Po fali podnajmów, która zalała rynek biurowy w 2020 r. kolejnym etapem optymalizacji kosztów najmu może być chęć poszukiwania alternatywnych lokalizacji. Zyskać na tym mogą starsze biurowce, zwłaszcza te w lokalizacjach pozacentralnych o niższym czynszu oraz obiekty, które w czasie pandemii przeszły modernizację i oferują obecnie zbliżoną jakość do nowych projektów. Jeśli ostrożne podejście deweloperów do rozpoczynania nowych inwestycji utrzymałoby się w dłuższej perspektywie, to za kilka lat tendencja powrotów najemców do starszych biurowców będzie jeszcze silniej odczuwalna, ze względu na ryzyko pojawienia się luki podażowej” – dodaje Daniel Czarnecki.

 

Na koniec grudnia 2020 r. współczynnik powierzchni niewynajętej w Warszawie wyniósł 9,9%, co oznacza wzrost o 2,1 p.p. w stosunku do analogicznego okresu ubiegłego roku. Jak podaje Savills, zauważalna jest różnica pomiędzy budynkami starszymi, mającymi 10 lub więcej lat, w których poziom pustostanów wynosi 11,7%, a budynkami, które powstały po 2010 r., gdzie średni wakat spada do 7,6%.

 

Pomimo niższej aktywności najemców, w 2020 r. czynsze za nowoczesną powierzchnię biurową pozostały na niezmienionym poziomie. Zgodnie z danymi Savills, w najlepszych lokalizacjach centralnych utrzymują się one w przedziale 22,5 – 25,5 euro za m kw. miesięcznie, a na Służewcu, największym pozacentralnym obszarze biznesowym stolicy, wynoszą od 13 do 15 euro za m kw. miesięcznie. Najemcy mogą jednak liczyć na dodatkowe pakiety zachęt, zwłaszcza w starszych budynkach.

„Nadal jest za wcześnie, by określić w jakim zakresie w dalszej przyszłości stosowany będzie model pracy zdalnej, jednak funkcjonowanie większości przedsiębiorstw całkowicie bez wykorzystania powierzchni biurowej wydaje się bardzo mało prawdopodobne. Rynek niewątpliwie jest w trakcie transformacji. Pomimo wciąż niskiego obłożenia powierzchni biurowej, pustostany nie przekroczyły poziomu, jaki odnotowywany był w stolicy w latach 2014-2016. Presji nie poddają się póki co również czynsze. Te dane, w połączeniu z naturalnym potencjałem biznesowym, jakim dysponuje Warszawa, pozwalają z optymizmem spoglądać na przyszłość rynku biurowego” – podsumowuje Daniel Czarnecki z Savills.

Czemu e-papierosy mają niższą akcyzę?

Na różnice między akcyzą nakładaną na tradycyjne wyroby tytoniowe i wyroby nowatorskie wpływa kilka czynników. Jednego z nich trzeba szukać u samego źródła akcyzy, czyli obowiązku nakładania dodatkowego podatku na wyroby tytoniowe, narzuconego Polsce przez dyrektywę Unijną. Wymaga ona od państw członkowskich nakładania co najmniej minimalnych stawek akcyzowych na wyroby tytoniowe, szczególnie papierosy. Inaczej jest w przypadku wyrobów nowatorskich: nie jesteśmy zobligowani przez UE do nałożenia na nie akcyzy. Akcyzy służą – oprócz celów fiskalnych – także jako instrument polityki prozdrowotnej, czy – w wypadku akcyz od wyrobów energetycznych – prośrodowiskowej. Unia Europejska między innymi dlatego przeprowadziła ograniczoną jedynie harmonizację akcyz, aby państwa członkowskie mogły za ich pomocą realizować funkcje pozafiskalne. W części korzystanie z pozafiskalnych funkcji akcyz jest prawnym obowiązkiem państw członkowskich UE – np. w stosunku do papierosów na mocy ramowej konwencji WHO o ograniczeniu użycia tytoniu. Ponadto w najbliższej przyszłości można spodziewać się zmian dyrektywy tytoniowej – UE przyjmie ogólne zasady opodatkowania wyrobów nowatorskich, płynu do e-papierosów i innych wyrobów alternatywnych. Należy poczekać na te regulacje, aby uniknąć kolejnych zmian zasad opodatkowania, w tym stawek.

– Członkowie Unii Europejskiej muszą nakładać akcyzę na papierosy, z zastosowaniem co najmniej minimalnych stawek przewidzianych w dyrektywie 2011/64. Jeśli chodzi jednak o wyroby nowatorskie, które od kilku lat wchodzą na rynek – takie jak e-papierosy – nie są one objęte harmonizacją opodatkowania. Państwa członkowskie nie muszą więc na te wyroby nakładać podatku akcyzowego – powiedział serwisowi eNewsroom dr hab. Krzysztof Lasiński-Sulecki, profesor Katedry Prawa Finansów Publicznych wydziału Prawa i Administracji na UMK w Toruniu. – Niemniej jednak w Polsce nakładana jest już akcyza na wyroby nowatorskie. Nasze regulacje wpisują się tutaj w pewne trendy, występujące również w innych państwach członkowskich Unii. Jednak tak, jak w większości państw, które zdecydowały się na opodatkowanie wyrobów nowatorskich – tak i u nas akcyza ta jest zdecydowanie niższa niż w przypadku papierosów. Taki stan rzeczy wynika z tego, że akcyza od wyrobów tytoniowych ma pełnić funkcje o charakterze pozafiskalnym. Wpływ akcyzy na cenę produktu ma zniechęcić część konsumentów do używania papierosów. Taka praktyka wynika z prawa międzynarodowego, z konwencji zawartych w ramach Światowej Organizacji Zdrowia. Dlatego wysokość akcyzy z założenia wpływa na zachowania konsumenckie. Mniejsze opodatkowanie mniej szkodliwych wyrobów nowatorskich może pozytywnie wpłynąć na stan zdrowia publicznego – ocenia Sulecki.

W czasie pandemii wzrosła rola PR-u w biznesie. Agencje coraz częściej współtworzą strategie firmy, a nie tylko je komunikują

COVID-19 nie pozostał bez wpływu na kondycję branży public relations, ale po przejściowych trudnościach większość działających w Polsce agencji PR spodziewa się powrotu na ścieżkę wzrostu w I kwartale bądź w połowie tego roku – wynika z badania przeprowadzonego przez Związek Firm Public Relations. Co istotne, pandemia przyczyniła się do wzrostu znaczenia branży, bo w czasie koronakryzysu PR okazał się dla biznesu na wagę złota, a rola profesjonalnych doradców do spraw komunikacji rosła. Zapowiedzi odrodzenia w branży widać m.in. po rekordowej liczbie zgłoszeń do tegorocznej edycji konkursu Złote Spinacze, nagradzającego najlepsze kampanie PR.

Istotną zmianą, która z nami pozostanie po pandemii, dotyczy roli public relations. To już nie jest tylko kanał komunikacji i promocji. Firmy i organizacje sięgnęły po tę dyscyplinę jako funkcję zarządzania, włączając ją w planowanie biznesowej komunikacji, a nie dołączając na kolejnym etapie tego procesu. To jest dobry trend, którego realizacja wiąże się z korzyściami dla biznesu – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Jarosz, prezes Związku Firm Public Relations.

Branża PR już od kilku lat coraz bardziej zyskuje na znaczeniu, przesuwając się w kierunku doradztwa strategicznego. Potwierdza to też najnowszy „World PR Report 2020–2021” przygotowany przez International Communications Consultancy Organisation (ICCO). Zdaniem 41 proc. ankietowanych CEO i dyrektorów agencji PR to właśnie doradztwo strategiczne będzie głównym motorem wzrostu branży w perspektywie nadchodzących pięciu lat. Kolejne pod względem liczby wskazań jest zarządzanie strategią korporacyjną – 35 proc. Eksperci prognozują, że coraz mniejszą rolę w branży będzie za to odgrywać obszar komunikacji marketingowej.

– Pandemia powiedziała „sprawdzam” w wielu aspektach funkcjonowania gospodarczego, biznesowego i społecznego, tak też było w naszej branży. Uważam jednak, że solidny serwis w PR opierający się na wartościach i profesjonalnym standardzie się obroni. Paradoksalnie można powiedzieć, że pandemia wpływa na profesjonalizację usług naszego sektora – przekonuje Adam Jarosz.

Eksperci twierdzą, że COVID-owy rok nauczył agencje PR dużej elastyczności w planowaniu – nie tylko w działaniach na rzecz klienta, lecz również własnych inicjatyw. Możliwe, że robienie planów z rocznym wyprzedzeniem odejdzie w zapomnienie, a zastąpi je planowanie bardziej krótkoterminowe – na pół roku lub kwartał do przodu.

– To był rok bezprecedensowej zmiany, której branża PR doświadczała podwójnie – po pierwsze, sama jej podlegała, po drugie, jeszcze w niej towarzyszyła klientom, bo nie można mówić o profesjonalnym, efektywnym zarządzaniu zmianą bez komunikacji PR – mówi prezes Związku Firm PR. – Wydaje się, że zmiana będzie stałym elementem naszej rzeczywistości, w związku z tym bardziej racjonalne – zamiast pisania szeregu scenariuszy na różne przypadki – będzie po prostu jej doświadczanie, czerpanie z niej i wyciąganie wniosków do bieżącej i przyszłej działalności.

W czasie pandemii PR okazał się być na wagę złota dla firm, które musiały komunikować swoim inwestorom, pracownikom i konsumentom m.in. o działaniach podejmowanych w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa.

Jak podkreśla Adam Jarosz, branża PR jako jedna z pierwszych przystosowała się do nowych realiów i przeniosła pracę w tryb zdalny już na samym początku pandemii. Z tym jednak wciąż wiąże się wiele wyzwań.

 PR jest pracą na relacjach. Klienci oczekują tego, że my tę relację będziemy kultywować, a oni będą odnosić z niej korzyści. Kluczem do relacji jest bycie w łączności – mówi ekspert. – To dotyczy także pracowników. Wyzwaniem jest zadbanie o talenty. Praca w izolacji, na odległość niesie ze sobą również  negatywne konsekwencje, w związku z tym zadaniem menedżerów jest przyjrzeć się tym relacjom po to, aby utrzymać zmotywowane zespoły.

COVID-19 nie pozostał bez wpływu na kondycję branży. Badanie przeprowadzone przez Związek Firm PR w połowie ubiegłego roku pokazało, że co trzecią agencję PR dotknęły obniżki wynagrodzeń, a 39 proc. było zmuszonych ciąć zatrudnienie. Najdotkliwiej ucierpiały małe podmioty, zatrudniające do 20 osób. Prawie co piąta mała agencja podczas pierwszej fali pandemii (18 proc.) zanotowała aż 50-proc. spadek przychodów.

Także globalne badanie przeprowadzone przez ICCO pokazuje, że agencje PR odczuły wpływ koronawirusa w postaci odwołanych i opóźnionych kampanii (62 proc.), straty przychodów (46 proc.) czy opóźnionych płatności od klientów (38 proc.)

– Jeżeli chodzi o zmiany budżetów klientów w kontekście pandemii, sytuacja jest bardzo różnorodna, będziemy mogli pewnie o tym więcej powiedzieć za parę miesięcy. W perspektywie krótko- i średnioterminowej możemy mówić o pewnych spadkach – mówi prezes ZFPR.

Po przejściowych trudnościach spowodowanych pandemią większość działających w Polsce agencji PR spodziewa się powrotu na ścieżkę wzrostu w I kwartale bądź w połowie tego roku.

– 2020 był rokiem niebywałej energii w środowisku PR-owym od pierwszego dnia pandemii – determinacja do realizacji nowych celów funkcjonowania i naszej pracy dla klientów. Tę energię pamiętam z początku swojej pracy zawodowej, z lat 90., choć wtedy przyczyny były inne – dodaje Adam Jarosz. – Ta energia znalazła też ujście w realizacjach projektów public relations, co odzwierciedla rekordowa liczba zgłoszeń do tegorocznej edycji konkursu Złote Spinacze.

Organizowany przez ZFPR konkurs Złote Spinacze – który odbył się w tym roku po raz 18. – nagradza najskuteczniejsze, najbardziej kreatywne i najlepiej przygotowane projekty i kampanie PR. W tym roku – spośród rekordowej jak dotąd liczby 394 zgłoszeń – jury przyznało 21 Złotych, 32 Srebrne oraz 26 Brązowych Spinaczy w 33 kategoriach konkursowych. Największym powodzeniem cieszyła się nowa kategoria – Covid-19 PR Response, utworzona w związku z globalną pandemią. Z okazji jubileuszu 20-lecia ZFPR w tym roku przyznana została również dodatkowa nagroda specjalna dla przełomowej kampanii PR, która znacząco wpłynęła na rozwój całej branży. Tytuł ten trafił do Hill+Knowlton Strategies, GSK, Polskiej Unii Onkologii oraz Fabryki Komunikacji Społecznej za projekt Ogólnopolski Program dla Młodzieży „Mam Haka na Raka”.

To już ostatnia prosta do wprowadzenia nowego systemu opłat drogowych. Testowany e-TOLL zacznie działać od kwietnia

Trwają testy oprogramowania dla e-TOLL, czyli nowego systemu poboru opłat za przejazd drogami krajowymi aut powyżej 3,5 tony. Komercyjne wdrożenie nastąpi w kwietniu, a z końcem czerwca już w pełni zastąpi on obecny system viaTOLL. Przygotowany i wdrażany przez Ministerstwo Finansów e-TOLL będzie bazował na geolokalizacji, a dane lokalizacyjne kierowców będą przekazywane na cztery różne sposoby, m.in. przez aplikację mobilną lub urządzenia pokładowe. Będzie także zintegrowany z unijnym systemem EETS.

 W projekcie budowy nowego systemu poboru opłat drogowych e-TOLL, zbudowanego w technologii pozycjonowania satelitarnego, weszliśmy w etap testów. Weryfikujemy, czy przygotowane przez nas oprogramowanie spełnia wszystkie wymagania, jest stabilne i jest gotowe do uruchomienia produkcyjnego – mówi agencji Newseria Biznes Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Testujący system kierowcy i eksperci Instytutu Łączności sprawdzają m.in. gotowość systemu do rejestracji pojazdów, użytkowników oraz urządzeń zbierających dane o lokalizacji.

– Realizujemy także testy w obszarze przejazdów po drogach płatnych w Polsce i weryfikujemy, czy przygotowane przez nas oprogramowanie, a w szczególności aplikacja mobilna i inne urządzenia do przekazywania danych geolokalizacyjnych działają poprawnie, przekazują dane dobrej jakości, a następnie, czy na podstawie tych danych nasze komponenty w sposób poprawny naliczają opłatę za zrealizowany przejazd – wyjaśnia Przemysław Koch.

Nowy system poboru opłat drogowych e-TOLL za przejazd pojazdów o masie powyżej 3,5 tony po drogach krajowych zastąpi wykorzystywany dotychczas viaTOLL. Zgodnie z grudniową decyzją resortu finansów wyłączenie obecnego nastąpi z końcem czerwca br. Nowy na starcie ma obsługiwać 1,5 mln pojazdów.

– Projekt prowadzimy w ten sposób, aby dać użytkownikom dróg płatnych komfort przejścia ze starego systemu viaTOLL na nowy system e-TOLL w okresie przejściowym. Planujemy, że potrwa on mniej więcej od kwietnia do końca czerwca 2021 roku. W tym okresie przejściowym kierowca, przewoźnik będzie mógł wybrać dogodny dla siebie moment, w którym przełączy się ze starego systemu na nowy – tłumaczy pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Nowy system poboru opłat drogowych ma być bardziej efektywny, a przy tym bardziej nowoczesny od stosowanego obecnie. Zgodnie z zapowiedziami resortu finansów ma być także wygodniejszy dla kierowców. Nie będzie wymagał kontaktu z urzędnikami, a cała obsługa będzie możliwa za pośrednictwem uruchomionego niedawno e-Urzędu Skarbowego.

Nowy system będzie oparty na pozycjonowaniu satelitarnym (obecny opiera się na pozycjonowaniu radiowym). Do uiszczenia opłaty, zamiast urządzeń pokładowych służących wyłącznie płatnościom, można wykorzystać cztery różne metody – m.in. aplikację mobilną, urządzenia fabrycznie montowane w pojazdach (zintegrowane systemy lokalizacyjne) połączone z e-TOLL czy urządzenia on-board unit (OBU).

 Ostatnia metoda to EETS, przygotowana przez Unię Europejską i wykorzystywana przez przewoźników poruszających się po drogach UE. Także tych przewoźników będziemy podłączać do naszego systemu, po pozytywnie przeprowadzonych testach akredytacyjnych. Dla przewoźników poruszających się po drogach płatnych w UE będzie to duże ułatwienie, bo jedno urządzenie pozwoli na rozliczenie się za przejazd po drogach płatnych nie tylko w Polsce, ale także w innych krajach Unii – zapowiada Przemysław Koch.

Trwają również prace nad rozszerzeniem funkcjonalności nowego systemu o obsługę pojazdów lekkich. Dzięki temu możliwy będzie przejazd autostradami bez konieczności zatrzymywania pojazdów na bramkach. Jak zapowiada Ministerstwo Finansów, przejazd odcinkami Konin–Stryków (autostrada A2) i Wrocław–Sośnica (autostrada A4) w trybie free flow będzie dostępny od grudnia br.

Do 2022 roku większość firm przeniesie się do kanałów cyfrowych. To czas na inwestycje w poprawę obsługi klienta

COVID-19 wymusił na firmach migrację do kanałów cyfrowych. Tego trendu nie da się już odwrócić, bo w trakcie pandemicznych miesięcy klienci przyzwyczaili się do załatwiania spraw czy kupowania towarów i usług przez internet. Firmy, które chcą utrzymać konkurencyjność w tym cyfrowym środowisku, muszą postawić mocny akcent na customer experience i budowanie pozytywnych doświadczeń klientów. Zwłaszcza że ich oczekiwania dotyczące kanałów cyfrowych i obsługi online w ostatnim roku poszybowały w górę. 

– Do 2022 roku większość firm przeniesie się do kanałów cyfrowych i będzie w stanie zapewniać swoim klientom bardzo dobre doświadczenia cyfrowe. W marcu, gdy wybuchła pandemia, wszyscy zaczęli uświadamiać sobie, że kanał cyfrowy jest ważniejszy, niż im się wcześniej wydawało. Wiele przedsięwzięć związanych z digitalizacją uzyskało zielone światło i trafiło na listę priorytetów, a firmy musiały zacząć działać szybciej i stać się bardziej przewidujące – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Zsolt Balogh, dyrektor generalny na region Europy Środkowo-Wschodniej w Liferay.

Pandemia COVID-19 nawet o kilka lat przyspieszyła procesy cyfryzacji w firmach. Większość z nich podjęła w ostatnich miesiącach intensywne działania w tym zakresie, skupiając się m.in. na wdrożeniu telepracy, przeniesieniu procesów wewnętrznych do online’u czy digitalizacji obsługi i sprzedaży – pokazał wrześniowy raport „Trusted Economy w nowej rzeczywistości. Ograniczanie ryzyka związanego z szybką cyfryzacją” opracowany przez Deloitte, Obserwatorium.biz i Asseco Data Systems. Firmy musiały w ekspresowym tempie cyfryzować swoje procesy zwłaszcza w pierwszym okresie lockdownu, kiedy restrykcje związane z pandemią były najdotkliwiej odczuwalne.

– Oczekiwania dotyczące kanałów cyfrowych poszybowały w górę w minionym roku – mówi Zsolt Balogh. – Zapewnienie znakomitych doświadczeń klientom w całym cyklu sprzedaży, nie tylko w kontakcie fizycznym, jest niezmiernie ważne. Jeśli firma jest w stanie stworzyć wysokiej jakości warunki w świecie realnym, to chcąc osiągnąć sukces, powinna je przenieść także na grunt cyfrowy, ponieważ dziś już wszystko stało się cyfrowe. Lokalizacja firmy traci na znaczeniu, a konkurencja między firmami się nasila, bo produkty lub usługi można już zamówić z każdego miejsca, kraju, nawet z całego świata. Dlatego tak kluczowe w rywalizacji z innymi jest zapewnienie klientom dobrych doświadczeń.

Dyrektor generalny na region CEE w Liferay wskazuje, że przedsiębiorstwa przechodzą obecnie od budowania doświadczenia klientów na różnych platformach (multichannel) na strategię tworzenia kompleksowego doświadczenia (omnichannel), a 87 proc. deklaruje, że jest to dla nich wręcz kluczowe. Kalifornijska firma, która współpracuje m.in. z T-Mobile, Boschem czy Volkswagenem, wspomaga je w tym procesie za pomocą wielokanałowych platform digital experience (DXP).

 To rozwijająca się kategoria oprogramowania, która odpowiada na potrzeby spółek przechodzących transformację cyfrową, a jej ostatecznym celem jest zapewnienie lepszych doświadczeń klientom – mówi Zsolt Balogh. – Platformy digital experience mogą stanowić jeden produkt lub też zintegrowany pakiet rozwiązań programistycznych. DXP budują architekturę dla firm, która pozwala im digitalizować działalność, zapewniać połączone doświadczenia klientów i zbierać praktyczne informacje na ich temat.

Platforma Liferay ma charakter „open source”, a jej obsługa nie wymaga specjalistycznych umiejętności programistycznych. Dzięki temu np. marketingowcy mogą tworzyć spersonalizowane treści bez potrzeby pisania kodu i publikować je przy użyciu interfejsu użytkownika na platformie DXP. Narzędzie zapewnia też bogaty zestaw funkcji dostępnych „od ręki”, niezależnie od tego, czy firma poszukuje systemu CMS z łatwymi w użyciu szablonami, czy platformy do zarządzania dokumentami.

– Liferay DXP gromadzi wszystkie rozwiązania związane z obecnością w internecie – strony internetowe, portale samoobsługowe dla klientów i pośredników czy platformy internetowe i handlowe, a przy tym zapewnia też kompleksowe narzędzie analityczne. Użytkownik zyskuje dostęp do zintegrowanego pakietu narzędzi, które bardzo dobrze działają razem, a przy okazji do niezbędnych danych analitycznych, które pozwalają mu zaoferować klientom w pełni spersonalizowane doświadczenia – mówi dyrektor generalny na region CEE w Liferay.

Platforma Liferay działa w modelu PaaS (platform as a service, czyli platforma jako usługa), dzięki czemu firma otrzymuje kompletną platformę (sprzęt, oprogramowanie i infrastrukturę) do tworzenia, uruchamiania i zarządzania aplikacjami w chmurze bez konieczności ponoszenia dużych kosztów. Dzięki oparciu się na jednym dostawcy platformy i kodu firma może na dodatek zaoszczędzić na szkoleniach, szkoląc programistów z jednego narzędzia, aby na jego bazie mogli opracować kolejne, dodatkowe rozwiązania dla zespołów.

Co istotne, w ostatnich kilku latach to właśnie usługi chmurowe były głównym kierunkiem cyfrowej transformacji przedsiębiorstw, a pandemia COVID-19 tylko wzmocniła ten trend. Jak wynika z badania EY „Digital Investment Index 2020”, 61 proc. firm na świecie planuje inwestować w rozwiązania chmurowe w kolejnych dwóch latach. Przetwarzanie danych w chmurze zyskuje popularność zwłaszcza wśród firm z MŚP, które zyskują dostęp do oprogramowania użytkowego za pośrednictwem szybkiego łącza internetowego, ale bez konieczności ponoszenia dużych inwestycji.

– Rozwiązania PaaS obejmują infrastrukturę, serwery i sieci pamięci masowych, ale także narzędzia programistyczne typu middleware, narzędzia do analityki biznesowej, systemy zarządzania bazami danych i inne technologie. PaaS projektuje się tak, aby obsługiwać pełny cykl życia aplikacji – tworzenie, testowanie, wdrożenie, zarządzanie i aktualizowanie. To pozwala firmom uniknąć kosztów i złożonego procesu nabywania licencji na oprogramowanie oraz zarządzania nimi, zapewnienia odpowiedniej infrastruktury dla aplikacji, rozwiązań typu middleware i orkiestracji – tym wszystkim zajmuje się właśnie PaaS. Firmy powinny stawiać na to rozwiązanie, ponieważ pozwala im szybciej dotrzeć do rynku, co w dzisiejszych czasach ma niebagatelne znaczenie – mówi Zsolt Balogh.

Branża noclegowa gotowa na otwarcie. Duże zainteresowanie turystów podróżami i wykorzystaniem bonu turystycznego

Zniesienie ograniczeń dotyczących zakwaterowania w hotelach od 12 lutego pozwoli hotelarzom i właścicielom pensjonatów przyjąć połowę maksymalnej liczby gości. Restauracje i bary nadal będą serwowały posiłki na wynos, ale w reżimie sanitarnym czynne będą stoki narciarskie i muzea. Zainteresowanie gości wyraźnie wzrosło od momentu ogłoszenia przez rząd luzowania obostrzeń. – Bon turystyczny może nam mocno pomóc i wypchnąć tę turystykę na inny poziom – mówi Natalia Jaworska z Noclegi.pl.

Branża turystyczna jest jedną z najbardziej dotkniętych kryzysem podczas pandemii koronawirusa. Według wyliczeń Światowej Organizacji Turystyki w całym 2020 roku spadek liczby turystów sięgnął 74 proc (to ok. 1 mld podróży mniej). Straty szacowane są na 1,3 bln dol. (UNWTO World Tourism Barometer). Co najmniej 100 mln osób pracujących w branży turystycznej na świecie stanęło w obliczu zagrożenia utraty pracy.

Kondycja polskich firm z branży turystycznej również mocno ucierpiała w wyniku pandemii. Z danych Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego wynika, że co piąty hotel w Polsce w grudniu 2020 roku był zamknięty, a w większości działających obiektów frekwencja gości nie przekraczała 10 proc. W 54 proc. hoteli liczba sprzedanych noclegów w ubiegłym roku zmniejszyła się o więcej niż połowę.

Nadzieją dla hoteli jest szybkie zniesienie restrykcji i ożywienie w branży MICE, czyli organizacja różnego rodzaju konferencji, seminariów, spotkań biznesowych – zakłada Natalia Jaworska. – Dużą pomocą ze strony rządu jest uruchomienie bonu turystycznego. Może on pomóc przenieść turystykę na inny poziom. Obecnie obserwujemy, że ponad 85 proc. gości Noclegi.pl od początku stycznia zarezerwowało nocleg z płatnością bonem turystycznym online.

Z początkiem roku rząd wprowadził zmiany w funkcjonowaniu Polskiego Bonu Turystycznego. Można nimi opłacić nie tylko noclegi, lecz również jednodniowe wycieczki oferujące co najmniej dwie różne usługi, np. przejazd autokarem i wizytę w muzeum. Dzięki temu korzyści z bonu odniesie większa grupa przedsiębiorców z branży turystycznej. Kwotę 500 zł na każde dziecko można wykorzystać do końca marca 2022 roku.

Widzimy w bonie duży potencjał. Jeśli restrykcje powoli będą znoszone, jest szansa na to, że branża turystyczna będzie mogła wrócić do normy. Nie wiem, czy nastąpi to po dwóch, czy trzech sezonach, ale dość szybko – mówi ekspertka Noclegi.pl

Jej zdaniem część obiektów noclegowych na pewno wypadnie z rynku i nie przetrwa próby czasu, jednak oferta noclegowa nadal będzie szeroka.

Z reguły obiekty noclegowe po sezonie inwestowały nadwyżki finansowe w rozwój oferty i poprawę standardu usług. W tym roku nie będzie inwestycji i nie możemy się spodziewać, że podniesie się standard hoteli. Będzie to raczej walka o przetrwanie i dotrwanie do kolejnego sezonu – dodaje Natalia Jaworska.

Wśród niewielu dobrych wiadomości jest ta, że na kilkadziesiąt tysięcy obiektów, z którymi współpracuje Noclegi.pl, tylko niewielki odsetek informuje serwis o zamknięciu.

Zdarzają się takie obiekty, które zaprzestają swojej działalności, bo nie są już w stanie wytrzymać presji restrykcji, jednakże nie jest to rażące zjawisko – ocenia ekspertka. – Obecnie ceny noclegów są nieco niższe, jednak po otwarciu hoteli, w miarę spadku dostępności, można się spodziewać wzrostu cen. Tym bardziej że hotelarze będą zainteresowani odrobieniem strat poniesionych podczas pandemii, więc ceny mogą dalej rosnąć.

Jak wynika z badania Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego, w grudniu 2020 roku wskaźnik średniej ceny pozostał na tak samo niskim poziomie jak w listopadzie. 79 proc. hoteli oferowało niższe ceny niż w grudniu 2019 roku, przy czym dla 63 proc. spadki były większe niż o 10 proc. Jednocześnie 18 proc. hoteli utrzymało średnie ceny zbliżone do roku poprzedniego.

– Pandemia już zmieniła branżę turystyczną i sposób podróżowania. Polacy z reguły wybierają obiekty oddalone od miast, głównie domki lub apartamenty, tam gdzie mogą być we własnym gronie. Myślę, że ten trend utrzyma się jeszcze przez jakiś czas, bo ludzie nadal będą się obawiać zarażenia koronawirusem i ważnym kryterium wyboru noclegu będzie możliwość odizolowania się od pozostałych gości – dodaje Natalia Jaworska.

Jak zaznacza, po pandemii pozostaną również niektóre inne przyzwyczajenia, szczególnie te, które dotyczą higieny. Polacy bardziej niż kiedykolwiek zwracają uwagę na czystość w otoczeniu, używają płynów do dezynfekcji, maseczek i utrzymują dystans społeczny.

Pandemia napędza rynek urządzeń internetu rzeczy. Wyposażone w sztuczną inteligencję pomagają w śledzeniu koronawirusa

Jedną z branż, które najmocniej wykorzystują połączenie sztucznej inteligencji i internetu rzeczy, jest automotive, w tym samochody autonomiczne i elektryczne. Jednak IoT już na dobre zadomowił się także w życiu przeciętnego Kowalskiego, który korzysta już z urządzeń inteligentnego domu czy inteligentnych bransoletek i zegarków monitorujących aktywność czy stan zdrowia. Mocnym impulsem dla branży była też pandemia. – Pandemia koronawirusa wywróciła nasze życie do góry nogami, nie tylko z perspektywy lockdownu, lecz także nowych technologii. Rynek przyniósł nam nowe potrzeby, takie jak np. monitorowanie zachorowań czy identyfikowanie ich źródeł – wskazuje Marcin Mizgalski z Inetum Polska.

– Praktycznie każda dziedzina naszego życia wykorzystuje już w coraz większym stopniu technologie, które podają nam urządzenia IoT. Mówimy tutaj zarówno o rynku konsumenckim, jak również o rynku produkcyjnym czy enterprise. Na rynku konsumenckim Kowalski na szeroką skalę korzysta już z dobrodziejstw, które przynoszą urządzenia IoT. To m.in. bardzo modny ostatnio smart home automation czy też inteligentne bransoletki, zegarki, które wspierają jego aktywność sportową, czy też urządzenia medyczne, które już na dobre zadomowiły się u Kowalskiego i pozwalają mu monitorować stan jego zdrowia – mówi agencji Newseria Innowacje Marcin Mizgalski, dyrektor ds. sprzedaży w Inetum Polska.

W następnych latach czeka nas boom na rynku rozwiązań internetu rzeczy. Według szacunków Gartnera liczba urządzeń IoT miała przekroczyć już w 2020 roku 20 mld. Kolejne 30 mld ma się pojawić do 2030 roku. Największy wpływ IoT jest zauważalny w takich obszarach jak smart city czy automotive. To właśnie inteligentne systemy transportowe, jak również samochody autonomiczne mogą  być największymi beneficjentami technologii internetu rzeczy. Skorzystają na niej również posiadacze aut elektrycznych.

– Samochody autonomiczne wyjeżdżają już na drogę publiczną bez korzystania z kierowcy. Mamy tu do czynienia z połączeniem potężnych technologii, jakie niesie sztuczna inteligencja, z inteligentnymi urządzeniami IoT skomponowanymi w ramach jednego pojazdu. Bardziej przyziemnym przykładem, który jest coraz popularniejszy w Polsce, są samochody elektryczne. Aby skorzystać z publicznej ładowarki, muszą one potrafić dogadać się z nią, tzn. ta ładowarka musi zidentyfikować, że pojazd należy do pana Kowalskiego, umożliwić usługę ładowania energią i na sam koniec musi potrafić rozliczyć się finansowo bez udziału człowieka – tłumaczy Marcin Mizgalski.

Jednym z motorów napędzających branżę IoT jest pandemia koronawirusa, która spowodowała wzrost zainteresowania różnego rodzaju technologiami. Internet rzeczy wykorzystywany jest jednak także do samej walki z wirusem i COVID-19.

– Pandemia koronawirusa wywróciła nasze życie do góry nogami i to nie tylko z perspektywy ogólnoświatowego lockdownu, ale również z perspektywy nowych technologii. Rynek przyniósł nam nowe potrzeby, takie jak np. monitorowanie zachorowań albo identyfikowanie źródła tych zachorowań czy ognisk zapalnych, również w kontekście przeciwdziałania dalszemu rozprzestrzenianiu się zakażeń – mówi ekspert.

Zbieranie danych z różnego rodzaju czujników i urządzeń podłączonych do internetu pomaga m.in. w śledzeniu przyrostu zachorowań na COVID-19. Jak podkreśla Marcin Mizgalski, poza zbieraniem danych potrzebny jest również odpowiedni sposób ich przetwarzania. Tutaj w sukurs przychodzi sztuczna inteligencja.

– Stworzyła się potrzeba wyciągania wniosków, jak przeciwdziałać dalszemu rozprzestrzenianiu się pandemii. I te wnioski możemy budować na bazie coraz większej ilości danych, nie tylko twardych, które pozyskujemy bezpośrednio z monitorujących nas urządzeń, ale też danych kontekstowych. Zaczynamy więc zbierać informacje nie tylko o tym, gdzie mieszkamy, gdzie się przemieszczamy, z kim się spotykamy, ale paradoksalnie zaczynamy się interesować również tym, w jaki sposób żyjemy czy czym się odżywiamy. Do tej pory tak duża ilość danych nie była przez nas korelowana, dane te pochodzą z coraz większej ilości źródeł i my musimy nauczyć się wydobywać te informacje – mówi dyrektor ds. sprzedaży w Inetum Polska.

Rozwiązania IoT bardzo dynamicznie ewoluują, stają się coraz bardziej inteligentne. Zbierają też coraz więcej danych dotyczących ludzi, otoczenia, a nawet innych urządzeń i dzielą się nimi.

– To będzie najprawdopodobniej jeden z głównych trendów, wokół których rozwiązania IoT będą się rozwijać. Wróćmy do przykładu samochodu autonomicznego, w którym to urządzenia badają lokalne warunki atmosferyczne, w jakich dany pojazd się porusza. I te urządzenia między sobą wymieniają informacje o potencjalnym zagrożeniu lub też potrafią przekazać tę informację do pozostałych samochodów, które akurat znajdują się w tej określonej lokalizacji. I to jest jeden z głównych trendów, wokół których właśnie będą ewoluować tzw. urządzenia brzegowe, czyli szeroko pojęte urządzenia edge IoT albo też edge computing – wskazuje Marcin Mizgalski.

Robot polskiej firmy zaproponuje i zrobi drinka. Dzięki sztucznej inteligencji sprawdzi, czy klient jest pełnoletni

Roboty coraz częściej zastępują barmanów. Mieszają drinki, a koktajle można zamówić za pośrednictwem aplikacji lub po prostu wciskając odpowiedni przycisk. Część robotów może zrobić drinka z kilkuset butelek, inne zaprogramowane są na kilka najpopularniejszych. Polski start-up poszedł krok dalej, konstruując autonomicznego robota, który nie tylko przygotuje wybrany drink, ale dzięki sztucznej inteligencji zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie wcześniejszych preferencji klienta. Urządzenie pozwoli skrócić czas oczekiwania na drinka do kilkunastu sekund, a firmom zwiększyć obroty o co najmniej 10 proc.

– Poley.me jest autonomiczną maszyną przygotowującą drinki i pobierającą za nie opłatę. Można powiedzieć, że jest to taka miniaturowa linia produkcyjna, która jest w stanie wykonać różnorodne mieszaniny z dostarczonych płynów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Paśko, wspólnik w Poley.me.

Drinki coraz częściej przygotowywane są już przez roboty. W 2017 roku w Las Vegas otwarto Tipsy Robot, pierwszy na świecie bar na lądzie, w którym zatrudnia się robotycznych barmanów. Wcześniej technologia była stosowana m.in. na statkach wycieczkowych Royal Caribbean. Gdy koktajl jest gotowy, nazwisko gościa pojawia się na dużym ekranie. Następnie klienci skanują kod QR, który został wysłany na ich telefon komórkowy, aby odebrać napój. Robot jest w stanie przygotować 120 koktajli na godzinę. Inne roboty są zintegrowane z mobilną aplikacją, za pomocą której można zamówić konkretnego drinka.

Polacy opracowali natomiast robota, który dzięki sztucznej inteligencji sam zaproponuje ciekawe połączenie smaków na podstawie preferencji klienta. Według twórców, to technologia z przyszłości, która jest dostępna już dzisiaj.

– Ciekawostką w Cyberpunku jest bardzo ciekawa misja, w której głównym bohaterem jest automat wydający napoje, potrafiący z nami rozmawiać, znający nasze preferencje. Oczywiście, taka wizja maszyny, która z nami rozmawia jest jeszcze odległa, natomiast znając upodobania użytkowników jesteśmy w stanie zasugerować mu ciekawe smaki albo nowe drinki. Dokładnie tak, jak Netflix sugeruje nam ciekawe seriale na podstawie tego, co do tej pory obejrzeliśmy – tłumaczy Kamil Paśko.

Robot polskiej firmy jest też całkowicie bezpieczny, bo dzięki sztucznej inteligencji oceni, czy klient jest pełnoletni. Jak zapowiadają przedstawiciele Poley.me, robot pomoże rozładować kolejki, skróci czas oczekiwania na napój, umożliwi też lokalom gastronomicznym zwiększenie obrotów o co najmniej 10 proc.

– Typowy czas, jaki gość lokalu spędza przy barze wynosi od 1 do nawet 8 minut. Na ten czas składa się przyjęcie zamówienia, przyjęcie płatności, przygotowanie czasem skomplikowanego drinka. Natomiast największą wartością jest czas oczekiwania w kolejce do baru, który może wynosić nawet 30 minut. My ten czas chcemy skrócić o rząd wielkości nawet do kilkunastu sekund – podkreśla ekspert.

Pierwsze roboty mogą stanąć we wrocławskich barach, klubach muzycznych czy pracować podczas imprez masowych w 2022 roku. Powstał już prototyp urządzenia, a jak wskazują przedstawiciele start-upu, rozwiązanie spotkało się z dużym zainteresowaniem, choć początki nie były łatwe.

– Własnymi finansami zbudowaliśmy proof of concept, aby faktycznie udowodnić, że to jest możliwe. Zainteresowanie przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. W momencie, w którym zrobiliśmy wydarzenie i wystawiliśmy naszą maszynę pierwszy raz, nie dość, że ludzie chcieli z tego korzystać, to jeszcze dzwonili po swoich znajomych i zapraszali ich. Oznaczali nas na Instagramie. Okazuje się, że naprawdę taka maszyna nie tylko potrafi wzbudzić zainteresowanie, lecz także potrafi przynieść dodatkowy przychód dla właścicieli lokali – przekonuje Kamil Paśko.

Pierwsze miasto na świecie zainwestuje w kryptowaluty?

Cena bitcoina we wtorek, 9 lutego biła rekord, przekraczając barierę 48 tys. dolarów. Doszło do tego tuż po ogłoszeniu informacji, że biznesowy gigant firma Tesla kupuje bitcoiny za kwotę 1,5 mld dolarów. Wkrótce Miami na Florydzie może stać się pierwszym miastem na świecie, które zainwestuje w kryptowaluty – pisze Daniel Kostecki, analityk spółki Conotoxia Ltd, świadczącej usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Rok 2021 na rynkach finansowych nie przestaje zaskakiwać, a tempo wydarzeń jest bardzo szybkie. Dolar amerykański i obligacje skarbowe USA zdają się tracić pozycje podstawowych aktywów do utrzymywania w bilansach firm czy nawet samorządów. Miejsce robi sobie nowy nurt, który może bazować na umowie, bo na razie nie na wartości użytkowej. Chodzi o ewentualność inwestycji w kryptowaluty jako dywersyfikację bilansów.

 

Tak właśnie postąpiła firma Tesla, która poinformowała, że idzie w ślady takich spółek jak MicroStrategy czy Square, kupując BTC za kwotę 1,5 mld dolarów. Tesla ma mieć ok. 20 mld wolnych środków i zdecydowała się przeznaczyć 7,5 proc. na zakup najpopularniejszej kryptowaluty.

To wywołało euforię na tym rynku. Dziś rano (wtorek, 9 lutego) kurs BTC/USD wzrósł do ponad 48 tys. Zdaniem obserwatorów rynku decyzja zarządu Tesli może otwierać drogę dla innych spółek, których akcjonariusze mogą niedługo pytać: dlaczego nie przeznaczymy kilku proc. środków na zakup BTC? Pytanie wydaje się zasadne w momencie, gdy oczekiwania inflacyjne w USA pną się w górę, a podaż pieniądza rośnie w rekordowym tempie. Gdy w grę wchodzą dziesiątki czy setki miliardów dolarów, każdy procent straty, ze względu na ujemne realne stopy procentowe, oznacza znaczące kwoty.

Niebawem może się okazać, że kryptowaluty są pożądane jako aktywa rezerwowe, nie tylko dla inwestorów z Wall Street, ale także dla samorządów amerykańskich miast. Już chce się o to ubiegać burmistrz Miami na Florydzie, zwolennik upowszechnienia kryptowalut. Wkrótce Miami może być pierwszym miastem na świecie, które część swojego budżetu ulokuje w bitcoinach. Decyzja może zapaść już w tym tygodniu.

Daniel Kostecki, analityk Conotoxia Ltd., spółki świadczącej usługę Forex dla użytkowników portalu Cinkciarz.pl.

Powyższa publikacja nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej ani informacji rekomendującej lub sugerującej strategię inwestycyjną w rozumieniu Rozporządzenia (UE) nr 596/2014 z dnia 16 kwietnia 2014 r. Została ona sporządzona w celach informacyjnych i nie powinna stanowić podstawy do podejmowania decyzji inwestycyjnych. Ani autor opracowania, ani Conotoxia Ltd. nie ponoszą odpowiedzialności za decyzje inwestycyjne podjęte na podstawie informacji zawartych w niniejszej publikacji.

76,44 proc. rachunków inwestorów detalicznych odnotowuje straty pieniężne w wyniku handlu kontraktami CFD u niniejszego dostawcy. Zastanów się, czy rozumiesz, jak działają kontrakty CFD i czy możesz pozwolić sobie na wysokie ryzyko utraty pieniędzy.

Odwiedzalność centrów handlowych w pierwszym tygodniu po zakończeniu trzeciego lockdownu o ok. 20 proc. niższa

Wskaźnik PRCH Daily Footfall Index opisujący poziom odwiedzalności w galeriach handlowych, w pierwszym tygodniu lutego był średnio o 20 proc. niższy w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Największą popularnością cieszyła się sobota, 6 lutego, gdy odwiedzalność wyniosła 82 proc. wartości ubiegłorocznych. Większe zainteresowanie klientów zakupami w pierwszym tygodniu handlu po 5 tygodniach lockdownu, to efekt odrabiania zaległości zakupowych. Przewidujemy, że odwiedzalność w kolejnych tygodniach będzie na poziomie ok. 70-75 proc. w stosunku do ub. roku.

Zebrane od obiektów handlowych dane pokazują, że konsumenci czekali na możliwość zrobienia stacjonarnych zakupów i odłożyli je w czasie, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się takie kategorie zakupowe, jak odzież i obuwie ze względu długi czas zamknięcia sklepów, powrót najmłodszych  dzieci do szkół i zmieniające się warunki pogodowe.

PRCH Daily Footfall Index PRCH pokazuje, że najwyższa odwiedzalność w porównaniu do poprzedniego roku została odnotowana w średniej wielkości centrach handlowych (o powierzchni 20-40 tys. mkw. GLA). Dane nie wskazują wyraźnych różnic w odwiedzalności pomiędzy poszczególnymi regionami kraju, nieznacznie mniej kupujących odnotowano w regionie wschodnim, północno i południowo-zachodnim.

Branża centrów handlowych apeluje do kupujących o odpowiedzialność i troskę o bezpieczeństwo własne i pozostałych osób przebywających na terenie obiektów handlowych. PRCH w ramach akcji edukacyjnej #KupujeBezpiecznie, jak również właściciele i zarządzający obiektami handlowymi stale przypominają konsumentom o zasadach bezpiecznych zakupów. Pamiętajmy, że bezpieczeństwo zależy także od odpowiedzialności odwiedzających je klientów i rzetelnego stosowania się do zasad DDM. Dlatego raz jeszcze przypominamy, że w czasie wizyty w centrum handlowym należy bezwzględnie zachowywać dystans od innych kupujących, dezynfekować ręce i używać maseczki w prawidłowy sposób. Bądźmy uprzejmi i cierpliwi, słuchajmy komunikatów głosowych i reagujmy na polecenia obsługi. Nasze zdrowie, to zdrowie naszych najbliższych. Dbajmy o siebie nawzajem.

Nestlé stawia na rolnictwo regeneracyjne – również w Polsce

Zmiany klimatyczne to ogromne zagrożenie dla przyszłości żywności. Jej produkcja jest jednym z głównych źródeł emisji gazów cieplarnianych. Z tego względu zrównoważenie całego systemu jest dziś kluczowym krokiem. W zaprezentowanej przez Nestlé mapie drogowej do osiągnięcia zerowej emisji netto do 2050 roku ważnym punktem są działania w obszarze rolnictwa regeneracyjnego[1]. W ciągu pięciu lat firma będzie w ten sposób pozyskiwać 20% kluczowych surowców, zaś do 2030 roku – połowę.  

Jak podkreśla Artur Jankowski, prezes Nestlé w Polsce: Jako wiodący producent żywności, patrzymy w przyszłość całego sektora. W Polsce już dziś wszystkie nasze fabryki korzystają z odnawialnej energii elektrycznej, dynamicznie optymalizujemy nasze procesy i zmieniamy portfolio produktów. W 2021 roku ważnym obszarem będzie także współpraca z lokalnymi dostawcami. Pragniemy inspirować ich, by wspólnie z nami tworzyli dobrą żywność – taką, która podnosi jakość życia ludzi i jest wyrazem szacunku dla naszej planety.

Rolnictwo regeneracyjne znajdzie się w centrum działań realizowanych dla rolników w Polsce. Istotnym obszarem będzie rozpoczęcie analizy obiegu dwutlenku węgla w gospodarstwach. Celem badań jest optymalizacja obiegu składników odżywczych i zwiększanie zawartości węgla organicznego w glebie. W pierwszej kolejności w projekt będą zaangażowani rolnicy współpracujący z fabryką Nestlé w Rzeszowie.

Prowadzone będą także działania edukacyjne, w tym warsztaty online oraz wykłady z zakresu odpowiedniej kultywacji ukierunkowanej na regenerację gleby oraz zwiększenie biomasy realizowane we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Te ostanie, realizowane są w ramach trzeciej edycji programu wsparcia zrównoważonych upraw buraka ćwikłowego. Drugim kontynuowanym programem jest Młody Rolnik, dzięki któremu młodzi przedsiębiorcy będą mieli dostęp do wsparcia ekspertów oraz otrzymają programy do zarządzania gospodarstwem.

Obecnie w zakresie zrównoważonego rolnictwa w Polsce z Nestlé współpracuje blisko 60 dostawców kluczowych warzyw i owoców – jabłek, marchwi, dyni i buraka ćwikłowego.

– Zrównoważony system żywnościowy wymaga[2], by produkcja żywności odbywała się w myśl zasad rolnictwa regeneracyjnego, którego podstawą jest ochrona gleby, cykli wodnych i bioróżnorodności. W Polsce już od dawna blisko współpracujemy z rolnikami oraz środowiskiem naukowym, by przyczyniać się do pozytywnych zmian w prowadzeniu lokalnych gospodarstw i ograniczania ich wpływu na środowisko. W nadchodzących latach będziemy dodatkowo intensyfikować nasze działania w tym obszarze – mówi Tomasz Korytkowski, Kierownik ds. Integracji i Zrównoważonego Rozwoju Nestlé w Polsce.

Zobowiązania Nestlé na świecie i w regionie

W ramach globalnego zobowiązania do 2030 roku firma ograniczy swoją emisję dwutlenku węgla o połowę, by w 2050 roku osiągnąć zerową emisję netto. W ciągu najbliższych pięciu lat firma przewiduje inwestycje o łącznej wartości 3,2 mld CHF, które przyspieszą realizację tych zobowiązań. Z tej kwoty 1,2 mld CHF przeznaczone będzie na wsparcie rolnictwa regeneracyjnego w łańcuchu dostaw firmy.

 

Jak podkreślają przedstawiciele firmy, ponad 2/3 emisji dwutlenku węgla Nestlé w wymiarze globalnym ma źródło właśnie w surowcach pochodzenia rolnego. Z tego względu firma zainwestuje w działania, które pozwolą zastąpić intensywne praktyki rolnictwem regeneracyjnym – z korzyścią dla przyrody i dochodów rolników. Pozostałe obszary zmian to m.in. optymalizacja funkcjonowania fabryk i przejście na 100% odnawialnej energii elektrycznej we wszystkich oddziałach firmy do 2025 roku, transformacja portfolio produktów i rozwój w obszarze żywności na bazie roślin, a także dalsze intensywne prace nad opakowaniami tak, by do 2025 roku wszystkie nadawały się do recyklingu lub ponownego wykorzystania.

– Pragniemy być wzorem w dążeniu do zerowej emisji netto dla całego przemysłu spożywczego. Obecnie w Europie Środkowo-Wschodniej obsługujemy 70 milionów konsumentów. Tutaj też odbywa się znaczna część naszej produkcji. Tak silna obecność w regionie pomoże nam skutecznie rozwijać rolnictwo regeneracyjne wśród lokalnych społeczności. Pozwoli nam także zwiększać skalę działań w kierunku zrównoważonego rozwoju poprzez przejście na zieloną energię elektryczną, wspieranie ekologicznego transportu oraz rozszerzenie gamy marek neutralnych pod względem emisji. Wszystko to, by nasi konsumenci mogli lepiej żyć, wybierając produkty dobre dla nich oraz planety – komentuje Michiel Kernkamp, CEO Nestlé w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

[1] Rolnictwo regeneracyjne – podejście do systemów żywnościowych i rolniczych oparte na ochronie i odnowie. Skupia się ono na regeneracji wierzchniej warstwy gleby, zwiększeniu bioróżnorodności, poprawie obiegu wody, wzmocnieniu ekosystemów, wspieraniu biosekwestracji, zwiększeniu odporności na zmiany klimatu oraz wzmocnieniu kondycji i żyzności gleby rolnej.

[2] Zrównoważony system żywnościowy – zespół procesów towarzyszących produkcji żywności, który zapewnia wysoką jakość produktów, przy zachowaniu równowagi środowiskowej, ekonomicznej i społecznej.

Pandemia COVID-19 zwiększyła podatność Europy na zagrożenia w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego

Pandemia COVID-19 zwiększyła podatność Europy na zagrożenia w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego, a aktualne praktyki rolnicze nadal szkodzą środowisku – podkreśla Komitet Regionów. Samorządowcy zaproponowali zestaw środków wspierających agroekologię w UE.

Jak wskazują samorządowcy, agroekologia zmniejsza ślad węglowy rolnictwa i sprzyja odbudowie różnorodności biologicznej. Przywraca też żyzność gleby, zapobiega zanieczyszczaniu powietrza i wody, zwiększa odporność ekonomiczną i społeczną gospodarstw rolnych oraz zapewnia zdrową i dostępną żywność.

Przedstawiciele Komitetu Regionów podkreślają, że rolnictwo zajmuje połowę terytorium lądowego Europy i emituje 10 proc. rocznych emisji dwutlenku węgla w UE. Ich zdaniem, trwająca obecnie reforma wspólnej polityki rolnej (WPR) ma więc kluczowe znaczenie dla realizacji Europejskiego Zielonego Ładu – unijnej strategii osiągania neutralności klimatycznej do 2050 r.

Członkowie KR są przy tym zgodni, że reforma WPR jest niepowtarzalną okazją do „zazielenienia” sektora rolnego, zmniejszenia jego negatywnego wpływu na środowisko i zapewnienia bezpieczeństwa żywnościowego w UE.

W ocenie samorządowców, agroekologii – opartej na małych i średnich gospodarstwach – nie da się rozwinąć, jeżeli płatności bezpośrednie w ramach WPR nadal będą przydzielane na hektar, a nie na osobę aktywną w gospodarstwie. Dlatego KR proponuje stopniowe przejście od płatności podstawowej na hektar do płatności podstawowej uzależnionej od liczby osób pracujących w gospodarstwie oraz przydzielenie płatności bezpośrednich przede wszystkim na małe i średnie gospodarstwa agroekologiczne.

Członkowie organu doradczego UE wzywają Komisję Europejską do przedstawienia nowej europejskiej dyrektywy w sprawie gleb rolnych, aby powstrzymać spadek zawartości materii organicznej w glebie, zatrzymać erozję i priorytetowo traktować życie glebowe w praktykach rolniczych.

KR apeluje też do Komisji i państw członkowskich, by dalej promowały rozwój krótkich łańcuchów dostaw. Zaleca szkolenia techniczne i doradztwo w zakresie krótkich łańcuchów dostaw i przetwarzania produktów rolnych na małą skalę.

Samorządowcy domagają się ponadto przyjęcia nowych przepisów dotyczących gruntów rolnych i zabudowy, rozwijania chronionych obszarów rolnych, tworzenia gospodarstw pokazowych w dziedzinie agroekologii, chcą także narzędzi do monitorowania realizacji transformacji agroekologicznej.

Unijne zgromadzenie władz lokalnych i regionalnych wzywa również, by opracowano prawodawstwo UE wykluczające nasiona zmodyfikowane genetycznie lub zmutagenizowane oraz by zaprzestano przywozu produktów rolnych, które nie spełniają europejskich społecznych i środowiskowych norm produkcji.

Aby przyspieszyć transformację ekologiczną w rolnictwie, KR zaleca państwom członkowskim wprowadzenie systemu premii i kar w ramach ekoprogramów nowej wspólnej polityki rolnej. Na przykład: premia za większą dywersyfikację upraw finansowana z obniżki nałożonej z powodu stosowania nawozów chemicznych, pestycydów i antybiotyków, premia za hodowlę pastwiskową finansowana z obniżki nałożonej z powodu emisji gazów cieplarnianych, wypłacana proporcjonalnie do liczby hodowanych przeżuwaczy. W ocenie samorządowców, ekoprogramy powinny stanowić co najmniej 30 proc. środków pierwszego filaru.

Członkowie KR-u nalegają też na przekształcenie obecnej hodowli w hodowlę przewidującą w jak największym stopniu chów wolnowybiegowy i samowystarczalność w żywieniu zwierząt. KR wzywa jednocześnie do zaprzestania chowu klatkowego.

Aby zachęcić do zrównoważonej konsumpcji i produkcji, KR proponuje obniżenie podatku VAT na produkty ekologiczne, lokalne i sezonowe, wprowadzenie bonów żywnościowych na produkty „z najbliższej okolicy” oraz wykorzystywanie znacznego odsetka takich produktów w gastronomii.

Komitet proponuje „długie umowy na innowacje agroekologiczne” między grupami rolników a władzami lokalnymi lub regionalnymi oraz podkreśla potrzebę wzmocnienia pozycji rolników w łańcuchu wartości w sektorze spożywczym.

Samorządowcy wzywają UE do koordynowania i animowania sieci gmin, które zdecydowały się podjąć działania na rzecz odpornych i zrównoważonych systemów rolniczych i żywnościowych, tak jak to miało miejsce w przypadku Porozumienia Burmistrzów w sprawie Klimatu i Energii.

Przyjęta przez Komitet Regionów opinia w sprawie agroekologii trafi teraz do unijnych instytucji, jako oficjalne stanowisko władz samorządowych UE.

kic/

Źródło informacji: Serwis Samorządowy PAP

Bitcoin znów bije rekordy

Handel kryptowalutami okazuje się ostatnio na tyle zyskownym zajęciem, że dołączyła do niego Tesla. Już nie tylko Elon Musk wspiera inwestycje swoimi wypowiedziami, ale również zaangażowano tam potężne środki.

Dane z Niemiec

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat bilansu handlowego Niemiec. Nadwyżka handlowa wzrosła zgodnie z oczekiwaniami o 0,1 mld zł. Powodem jest spadek importu o 0,1% i wzrost eksportu o 0,1%. Warto zaznaczyć, że analitycy spodziewali się spadku o odpowiednio 1,1% i 1,3%. Jest to zatem korzystny odczyt dla tamtejszej gospodarki, szczególnie w obliczu obecnego kryzysu i umocnienia euro względem dolara w ostatnich kwartałach. Dane te powodują zresztą kolejną podwyżkę cen euro względem dolara.

Słabsze dane z Włoch

Po lepszych danych z Niemiec przyszedł czas na słabszy odczyt z Włoch. Produkcja przemysłowa spada o 0,2%, co jest znacznie gorszym wynikiem od oczekiwanego wzrostu o 0,3%. Z drugiej strony miesiąc temu był to spadek o 1,4%, zatem kierunek zmian jest korzystny. Odczyt ten nie zatrzymał dzisiejszego ruchy euro w górę.

Bitcoin znów szybuje w górę

Najważniejsza kryptowaluta świata idzie wyraźnie w górę po informacjach, że Tesla skupiła ją za równowartość 1,5 mld USD. Wartość ta oczywiście wzrosła w wyniku tej informacji i spółka posiada większy zasób. Ta informacja plus fakt, że za produkty spółki być może będzie można płacić kryptowalutami, jest jednym z ważnych powodów ostatnich wzrostów. W tym tygodniu mieliśmy drugi w historii ruch powyżej 40 000 dolarów za bitcoina, dzisiaj rano jednak osiągnęliśmy aż 48 000 dolarów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Transformacja cyfrowa w handlu B2B musi znacząco przyspieszyć i podążyć za trendami wdrożonymi w B2C

  • Dynamicznie zmieniający się ekosystem gospodarczy, pandemia i coraz większe zainteresowanie otwieraniem kolejnych kanałów sprzedaży skłoniły Unity Group do prześledzenia procesów transformacji handlu w segmencie B2B.
  • Wspólnie z agencją badawczą CubeResearch Unity Group przeprowadziło szeroko zakrojone badanie*. Jego głównym celem było sprawdzenie poziomu i potencjału cyfrowej transformacji handlu w firmach działających w modelu B2B na polskim rynku.
  • Z raportu wynika, że 57 proc. badanych odnotowuje wpływ pandemii na digitalizację sprzedaży. Ponad 80 proc. ankietowanych firm prowadzi sprzedaż online, ale dla 79 proc. tej grupy stanowi ona mniej niż jedną dziesiątą obrotów – jak poprawić te notowania i wykorzystać potencjał?

Transformacja cyfrowa: obecnie na rynku dominują dwa skrajne trendy w zakresie funkcjonowania przedsiębiorstw w obszarze cyfryzacji. Podmioty będące już w zaawansowanej fazie procesu transformacji wiedzą, co i jak chcą osiągnąć, co chciałyby dalej zmieniać. Często nie mają one jednak wystarczającej ilości zasobów – przede wszystkim czasu i ludzi – by dalej te zmiany przeprowadzać. Z drugiej strony widać także grupę firm, które mają czas oraz pracowników, ale nie odczuwają potrzeby zmiany lub brakuje im pomysłów na to, jakiego rodzaju unowocześnienia wprowadzić. Mimo trendów tempo, w jakim postępuje na przestrzeni ostatnich lat transformacja cyfrowa biznesu, zwłaszcza handlu, jest błyskawiczna. Liczby dot. sprzedaży w kanale B2B na światło dzienne wydobyła w raporcie „Polski rynek B2B vs Cyfrowy Megatrend” spółka Unity Group. Do komentowania danych zaproszono ekspertów z PFR, LPP SA, eRecruiter, Selena FM S.A i in.

Cel, który przyświecał nam podczas tworzenia raportu, był jasny chcieliśmy sprawdzić poziom i potencjał cyfrowej transformacji handlu w firmach działających w modelu B2B na polskim rynku. Już dzisiaj e-sprzedaż ma możliwość dynamicznego rozwoju, lecz na kawałek tego tortu mają szansę tylko ci, którzy dogonią resztę rynku w kontekście transformacji cyfrowej. Co ciekawe, z naszych obserwacji wynika, że B2B powoli zaczyna adaptować trendy rozwinięte przez B2C, a siłą napędową całego procesu są szybko przebiegające zmiany potrzeb klientów B2B. Jako firma zajmująca się uruchamianiem kanałów B2B, obserwujemy ten trend od ponad 10 lat, ale od zeszłego roku on bardzo dynamicznie przyspieszył, ponieważ od czasu wybuchu pandemii kanał online był dla wielu firm jedyną możliwością prowadzenia sprzedaży – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner, Unity Group.

– Co więcej, dochodzi do swoistej „konsumeryzacji B2B”, która oznacza, że klienci przyzwyczajeni do standardów B2C będą oczekiwać tego samego komfortu zakupów także w obszarze biznesowym, a firmy tego sektora muszą podjąć rękawicę, ponieważ pandemia spowodowała, iż walka o klienta w sieci będzie teraz jeszcze bardziej zawzięta – dodaje Grzegorz Rudno-Rudziński.

Zmiana zachowań konsumenckich to nie tymczasowa sytuacja, a raczej trwały zwrot w preferencjach zakupowych. Dlatego dziś rynek jest dużo bardziej zainteresowany inwestycjami w innowacyjne rozwiązania, które mogą pomóc wyprzedzić konkurencję oraz się od niej odróżnić. Podobnie jak wśród priorytetowych projektów rozwojowych zyskuje na znaczeniu automatyzacja procesów, która pozwala się zabezpieczyć przed nieprzewidzianymi sytuacjami, takimi jak wystąpiły w ostatnim roku. Co to oznacza? Według Grzegorza Rudno-Rudzińskiego w 2021 roku pytanie nie brzmi już czy warto zainwestować w realizację cyfrowej transformacji handlu, ale jak to zrobić szybko i optymalnie kosztowo, bo każdy dzień zwłoki pogłębia trudną sytuację wielu firm i oddala szansę wykorzystania zachodzących zmian.

Niewykorzystany potencjał

sprzedaż internetowaZgodnie z badaniem ponad 80 proc. ankietowanych firm prowadzi sprzedaż online, ale dla 79 proc. tej grupy stanowi ona mniej niż jedną dziesiątą obrotów. Z kanału online nie korzysta jedynie 16 proc. biznesów B2B. Wśród firm handlowych cyfrowe kanały sprzedaży są jednak szczególnie ważne – tam odsetek takich, którzy nie prowadzą sprzedaży internetowej, kurczy się do zaledwie 4 proc.

O obrotach w online powyżej 20 proc. może mówić jedno na dziesięć przedsiębiorstw, przy czym w handlu i usługach już ponad 14 proc. firm cieszy się taką strukturą obrotów. Oznacza to, że dla handlu i usług digitalizacja sprzedaży B2B, rozumiana jako zmiana technologiczna, przekroczyła próg adopcji na rynku.

Strategia rozwoju e-commerce wymaga myślenia długofalowego i wielowątkowego. Należy unikać skupiania się wyłącznie na aplikacji sprzedażowej, która jest oczywiście ważna, ale też bezpośrednio związana z wieloma innymi systemami firmy. Staramy się działać wyprzedzająco, przygotowując nasze platformy tak, aby mogły się łatwo skalować i być gotowe na różne scenariusze. Efekty tego zaowocowały podczas lockdownu, którego oczywiście nikt nie przewidział, ale systemy były gotowe do szybkiej adaptacji na potrzeby zmiany strategii sprzedaży. To oraz nasza metodyka pracy (agile) pozwoliły nam wykorzystać szanse, jakie przyniósł kryzys – mówi Arkadiusz Wróbel, dyrektor IT, LPP S.A.

Pandemia zmienną jest

Ponad połowa badanych podmiotów odnotowuje wpływ pandemii na digitalizację sprzedaży, przy czym dla firm o rocznych obrotach powyżej 50 milionów zł odsetek ten wrasta do ponad 60 proc., a wśród firm z obrotami do 50 milionów zł jest on mniejszy – zbliżony do 40 proc.

Respondenci jako główny powód wprowadzania nowych rozwiązań w tym obszarze wskazywali podniesienie efektywności działania firmy (51 proc.) oraz zmiany zachowań konsumentów na rynku (48 proc). Na pandemię wskazało 26 proc. badanych.

cyfrowa transformacja sprzedaży

Transformacja bez planu i motywacji

Wyniki przeprowadzonego badania pokazują wyraźny rozdźwięk w postrzeganiu gotowości organizacji w modelu B2B do zmiany pomiędzy właścicielami, zarządami i kierownikami. Im niżej w strukturze, tym większy sceptycyzm wobec zmian. Wynika to z faktu, że właściciele oceniają swoje wizje i pomysły w perspektywie czasowej od 12 do 24 miesięcy. Natomiast kierownicy i wiele zarządów funkcjonują w systemie premiowym, więc ich plany dotyczą perspektywy krótszej niż rok. Dla nich transformacja to często tylko dodatkowa praca, za którą nie zostaną nagrodzeni w horyzoncie czasowym, w którym się poruszają – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Ponad połowa badanych firm (54 proc.) nie posiada strategii transformacji cyfrowej. Jednocześnie te firmy, które posiadają taką strategię lub są w trakcie jej opracowywania (pozostałe 46 proc. ankietowanych), jeśli wdrożą ją z sukcesem, mogą liczyć na skokowy wzrost poziomu ich digitalizacji. Co istotne, wśród nich tylko około 19 proc. firm zadeklarowało w sposób zdecydowany, że posiada strategię cyfrową, a 18 proc., że prowadzi transformację cyfrową.

Sprzedaż online a posiadana architektura systemów IT

Podstawą systemów IT są wdrażane już od lat 90. ubiegłego wieku w fazie digitalizacji tradycyjnych kanałów sprzedaży CRM (system zarządzania relacjami z klientami) i ERP (system do zarządzania zasobami przedsiębiorstwa). Posiada je lub w ciągu roku planuje wdrożyć 75 proc. firm. Natomiast rozwiązania typu WMS (zarządzanie procesami magazynowymi) i CMS (system do zarządzania treścią) osiągną niebawem poziom 70-proc. upowszechnienia. Są to systemy bazowe dla automatyzacji handlu. Drugą falę digitalizacji i transformacji cyfrowej wyznaczają rozwiązania e-commerce, Business Intelligence (analityka biznesowa, BI) i POS, które posiada ok. 42 proc. firm. Eksperci Unity Group oceniają , że docelowo w ciągu roku poziom ten powinien wzrosnąć do blisko 60 proc.

– Zaskoczeniem przeprowadzonego badania jest to, że pomimo trudnych warunków pandemii aż 37 proc. respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce oraz BI. To oznacza, że te firmy nie będą w stanie ocenić co i jak sprzedają, a tym bardziej nie będą w stanie samodzielnie sprzedawać online – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński.

Które rozwiązania są przez firmy pomijane najczęściej? Bardzo niedocenione pozostają rozwiązania służące do integracji – tych  nie planuje wdrażać aż 60 proc. firm. Odróżnia to analizowaną branżę B2B od dojrzałej branży B2C. Na drugim biegunie są narzędzia typu PIM (systemy zarządzania informacją produktową), które z całej architektury omnichannel notują najszybsze tempo wzrostu. Co prawda posiada je obecnie zaledwie 20 proc. firm, ale kolejne 30 proc. ma w planach ich wdrożenie. To słuszny kierunek, bo dobra jakość i spójność opisów produktów jest kluczowa w marketingu online.

Badanie wyraźnie również pokazało, że firmy osiągające istotną skalę przychodów online inwestują nie tylko w sam front e-commerce, ale w całą architekturę rozwiązań, budującą fundament omnichannel.

*Prezentowane wnioski stworzono na podstawie wyników badania zrealizowanego w październiku 2020 roku na próbie 502 osób decyzyjnych w firmach z sektora B2B. Zostało ono przeprowadzone metodą łączoną CATI (wywiady telefoniczne) i CAWI (wywiady online). W badaniu zastosowano ważenie danych tak, aby struktura odpowiedzi lepiej oddawała rzeczywistą sytuację w firmach.

Ekologia vs lotnictwo. Istnieje kompromis, ale czy mamy tyle czasu?

Czy lotnictwo może być ekologiczne? Bez zbędnych dywagacji — tak, może, ale potrzeba na to chęci, czasu, kapitału i świata bez covidu (niekoniecznie w tej kolejności). Czy rynek już teraz proponuje konkretne rozwiązania? Na to pytanie z kolei nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Pochylmy się przez moment nad dostępnymi rozwiązaniami. Kompromis istnieje, ale zawsze jest pewne “ale”.

Pandemia zamroziła branżę, ale czy trend jest w odwrocie?

Uśredniona skala emisji CO2 przez całą branżę lotniczą pod koniec pierwszej dekady lat 2000. obejmowała wskaźnik rzędu 2,5 proc. Niewiele, choć nie jest to liczba stała. Dla przykładu tylko przez cały rok 2018 sektor przyczynił się do emisji prawie 900 mln ton dwutlenku węgla. W tamtym okresie cała Polska wygenerowała trzykrotnie mniejszy współczynnik, a branża dobiła do 3-proc. udziału w emisji. Czy to jedyny “wkład” lotnictwa w proces ocieplania klimatu? Niestety nie. Podróże drogą powietrzną to także emisja tlenków azotu, siarki, sadzy oraz pary wodnej. Ponadto, kursy przyczyniają się do tworzenia chmur pierzastych, czyli cirrusów, które szczególnie nocą podnoszą temperaturę atmosfery.

Całokształt emisji powoduje, iż lotnictwo jest odpowiedzialne za 5 proc. globalnego efektu cieplarnianego. Według platformy Flightradar24 jeszcze przed pandemią sektor komercyjny realizował od 160 do nawet 180 tys. kursów dziennie. Skala zapotrzebowania? Pre-covidowy trend obejmował 3 proc. społeczeństwa, które regularnie korzystało z usług linii. Raport Parlamentu Europejskiego “Emission Reduction Targets for International Aviation and Shipping” zwracał uwagę, że tendencja jest wzrostowa i tylko między rokiem 1990 a 2012 zainteresowanie podróżami powietrznymi wzrosło o 75 proc. Prognozy (bez uwzględnienia lockdownowego zastoju) mówią o nawet siedmiokrotnym wzroście do 2050 roku. W takim scenariuszu branża odpowiadałaby za blisko 20 proc. globalnej emisji.

Linie zaczynają myśleć o środowisku, ale czy działają?

Najwięksi przewoźnicy jeszcze przed pandemią zaczęli publikować sprawozdania o wpływie floty na środowisko naturalne. Dla przykładu, w Europie najmniej emisyjną linią jest węgierski Wizz Air, który generuje relatywnie niski wskaźnik rzędu 56 g dwutlenku węgla na pasażerokilometr. Główny konkurent spółki Józsefa Váradia, czyli irlandzki Ryanair przyczynia się z kolei do emisji 67 g CO2 na pasażerokilometr. Bierzmy jednak pod uwagę potencjalne nieścisłości w raportowaniu o wpływie na środowisko, ponieważ wiele danych może nie obejmować m.in. wcześniej wspomnianych tlenków siarki, czy azotu. Biorąc pod uwagę wyłącznie CO2, warto zwrócić uwagę również na amerykańską linię Alaska Airlines, która według badań z 2017 roku zespołu Transition Pathway Initiative sytuuje się z wynikiem 91 g.

W przypadku wielu przewoźników nie ma jednak miejsca na jasne deklaracje względem zeroemisyjności. Wyjątkiem (przynajmniej hipotetycznym) wydaje się australijski Qantas, który w listopadzie 2019 roku ogłosił plan neutralności klimatycznej (cezurą jest rok 2050). W ciągu następnej dekady spółka chce przeznaczyć 34 mln dolarów na “rozwój zrównoważonej produkcji paliwa lotniczego”. Co więcej, wcześniejszy program “Future Planet” od 2007 roku przyczynił się do zrównoważenia 3 mln ton emisji. Przy okazji deklaracji sprzed dwóch lat dyrektor generalny Qantas, Alan Joyce poruszył bardzo ważny aspekt całego zjawiska. Biznesmen podkreślił, że “to [przedsięwzięcie] ambitne, ale możliwe do osiągnięcia […] rozwiązanie nie polega po prostu na „lataniu mniej”, ale na uczynieniu latania bardziej zrównoważonym”.

Opcji jest sporo, ale czy mamy czas?

Pamiętajmy, że temat wpływu lotnictwa na planetę nie ogranicza się do emisji gazów. Przykładowo, z problemem dużej ilości plastiku mierzył się emiracki Etihad oraz portugalski Hi Fly. Obie linie w 2019 roku realizowały kursy wolne od tworzyw sztucznych, chociażby serwując posiłki na biodegradowalnych tackach. Portugalczycy poszli nawet o krok dalej, ponieważ według deklaracji prezesa spółki Paulo Mirpuri’ego od 1 stycznia 2020 roku linia realizuje połączenia wyłącznie oparte na obsłudze w duchu eko. Pionierem takiego podejścia na rynku amerykańskim były Delta Airlines, jednak przodują, jak to się w tej kategorii przyjęło, Skandynawowie.

SAS, czyli Scandinavian Airlines wprowadziły do swojej ofertę zakupu miejsc w tych maszynach floty, które napędzane są biopaliwem. Według deklaracji samego przewoźnika taki wybór oznacza redukcję CO2 o nawet 80 proc. Właśnie kwestia paliwa będzie decydującym obszarem, który może nakreślić dalszy rozwój branży. Według analityków duże statki powietrzne, a przede wszystkim tzw. czterosilnikowce odejdą do lamusa wraz z dynamicznymi inwestycjami w maszyny dwusilnikowe. Drugą stroną medalu jest z kolei czas — znaczące zmiany mogą nastąpić w ciągu najbliższej dekady, a realnie — dwóch. Bodźcem na rzecz linii proekologicznej okazuje się covid, chociaż bez wkładu na odnawialne źródła energii, istnieje ryzyko, że branża nie osiągnie celu do roku 2050.

I właśnie — na czym polega w tym wszystkim rola OZE? Projekty samolotów napędzanych wodorem, biopaliwem, a nawet panelami PV są możliwe pod warunkiem realnego zainteresowania inwestorów rozwojem źródeł odnawialnych. W tej kategorii kluczowe mogą się okazać regionalne rynki zielonej energii, które będą rzutować na sytuację miejscowych linii. Jeśli dodać dwa do dwóch, Skandynawowie są w najlepszej sytuacji, jeśli chodzi o holistyczny rozwój sektora. Czy w tym temacie również Polska ma coś do zaoferowania? Jak najbardziej, ale po kolei — najpierw inwestujemy w krajowy sektor źródeł odnawialnych, a następnie korzystajmy z wyników prac na polu lotnictwa.

Autor: Sebastian Jabłoński — prezes Zarządu spółki Respect Energy (dawniej TRMEW Obrót S.A.).

ABM i NAWA zawarły porozumienie na rzecz umiędzynarodowienia nauk medycznych

Prezes Agencji Badań Medycznych dr n. med. Radosław Sierpiński oraz Dyrektor Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej dr Grażyna Żebrowska podpisali porozumienie o współpracy, mające na celu wsparcie umiędzynarodowienia i promocji nauki, innowacji oraz polskich jednostek zorientowanych na ochronę zdrowia.

Internacjonalizacja polskiej nauki stanowi dziś jedno z największych wyzwań, będących siłą napędową dla rozwoju krajowych badań. Drogą do stopniowego zwiększania widoczności krajowych wyników badawczych na arenie międzynarodowej  jest zwiększenie intensywności współpracy naukowców z różnych placówek na całym świecie.

Współpraca międzynarodowa najlepszych zespołów badawczych z Polski wprowadzi nas w nowy wymiar nauk medycznych. Dzięki wspólnym grantom NAWA i ABM będziemy mogli wykorzystać zbieżne kompetencje obu podmiotów, w celu budowania najwyższych światowych standardów w nauce. Polskie zespoły badawcze w niczym nie ustępują zagranicznym i jestem pewien, że dzięki naszym działaniom będziemy mogli maksymalnie wykorzystać ich potencjał. Ma to szczególne znaczenie w rozwoju biotechnologii i badań klinicznych, które w dzisiejszych czasach mają wymiar globalny. Ten kolejny obszar współpracy międzyinstytucjonalnej, po Narodowym Centrum Nauki, umożliwi nam skuteczne wsparcie polskich naukowców i wielopłaszczyznowe budowanie pozycji polskiej nauki na arenie międzynarodowej– podkreśla Prezes ABM dr n. med. Radosław Sierpiński.

Porozumienie o współpracy ABM i NAWA otwiera drogę do wzmocnienia działań, które umożliwią badaczom realizację projektów naukowych w międzynarodowym środowisku. Pozwoli to na wymianę doświadczeń z najlepszymi naukowcami z całego świata i wiodącymi ośrodkami naukowymi. Polscy badacze zyskają nie tylko szansę na udział w międzynarodowych projektach, ale także będą mieli okazję do budowanie polskiej marki badań klinicznych.

Rozpoczęta współpraca pozwoli na podniesienie poziomu prowadzonych badań naukowych oraz zwiększenie ich znaczenia w środowisku naukowym. Podjęte działania to ważny krok w budowaniu polskiego potencjału międzynarodowych badań klinicznych w tak ważnych dziedzinach jak m.in. onkologia, choroby rzadkie lub innowacyjne terapie. Na połączeniu działań najważniejszych krajowych instytucji wspierających rozwój nauki oraz innowacji skorzystają nie tylko naukowcy, ale także pacjenci którzy będą mieli dostęp do najnowocześniejszych terapii.

Narodowa Agencja Wymiany Akademickiej ma za zadanie tworzyć przestrzeń do rozwoju polskiej nauki i wspierać jej dynamiczny rozwój, szczególnie w obszarze współpracy międzynarodowej. To porozumienie wzmacnia obecność NAWA w obszarze nauk medycznych. Kryzys zdrowotny, pokazuje dobitnie potrzebę wzmocnienia współpracy międzynarodowej w badaniach naukowych. Idealnym przykładem jest współpraca przy tworzeniu szczepionki przeciw COVID-19, która powstawała przy współpracy specjalistów z wielu krajów. My chcemy ze swojej strony zrobić wszystko, żeby nasz potencjał naukowy był wykorzystywany w jak najlepszy sposób. A w obliczu kolejnych przełomowych odkryć, tego typu badania i projekty mogły mieć miejsce właśnie w naszym kraju – podsumowuje Dyrektor NAWA dr Grażyna Żebrowska.

Pracownicy z Ukrainy czują się w Polsce bezpiecznie, ale boją się utraty pracy

Do Polski znowu chętnie napływają pracownicy ze wschodu. Na koniec 2020 roku było ich niemal o 55 tys. więcej niż przed pandemią. Największą grupę pracujących cudzoziemców, bo aż 73%, stanowią obywatele Ukrainy. Według raportu agencji pracy OTTO Work Force aż 84% pracowników tymczasowych z Ukrainy czuje się w Polsce bezpiecznie mimo pandemii, ale ponad połowa badanych boi się utraty pracy.

Na koniec 2020 roku w ZUS zarejestrowanych było 725 tys. cudzoziemców, a to około 55 tys. więcej niż w lutym, czyli przed pandemią. Największą grupę pracowników wciąż stanowią obywatele Ukrainy. Na koniec ubiegłego roku w ZUS zarejestrowanych ich było ponad 532 tys., co oznacza, że trzech na czterech cudzoziemców pracujących w Polsce pochodzi z Ukrainy. Kolejne największe grupy pracowników z zagranicy stanowią Białorusini (6,9%) i Gruzini (1,8%).

“W związku z pandemią cudzoziemców, spoza Unii Europejskiej, przekraczających polską granicę nadal obowiązuje kwarantanna. Mimo to coraz więcej Ukraińców decyduje się na przejście izolacji i powrót do pracy w Polsce. Główną motywacją jest oczywiście czynnik ekonomiczny. W tej chwili bezrobocie w Polsce kształtuje się na poziomie 6,2%, podczas gdy na Ukrainie wynosi już 9,5%. Co ważne zarobki na Ukrainie są wciąż niewspółmierne do kosztów życia. Ceny produktów spożywczych w Polsce i na Ukrainie są zbliżone, podczas gdy płaca minimalna na Ukrainie jest o 70% niższa niż w Polsce i wynosi około 618 złotych netto”  mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Ukraińcy czują się w pracy bezpiecznie

Pandemia wpłynęła na organizację pracy niemal we wszystkich przedsiębiorstwach. Firmy uruchomiły szereg procedur i obostrzeń, których pracownicy muszą na co dzień przestrzegać. W badaniu aż 84% pracowników tymczasowych z Ukrainy wskazało, że ma poczucie, że pracodawca dba o ich bezpieczeństwo w czasie pandemii. Spośród ankietowanych 6% nie potrafiło jednoznacznie określić odpowiedzi na pytanie o poczucie bezpieczeństwa, a 10% odpowiedziało przecząco.

Czy ma Pan/i poczucie, że pracodawca dba o bezpieczeństwo pracowników w czasie pandemii?

Ukraińcy czują się w pracy bezpiecznie
Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

Strach przed utratą pracy

Trudna sytuacja epidemiologiczna, i co za tym idzie gospodarcza, przekłada się na postrzeganie przez Ukraińców stabilności zatrudnienia w Polsce. Spośród badanych pracowników tymczasowych ponad połowa (57%) boi się utraty pracy w Polsce, a tylko 20% nie ma obaw o swoje zatrudnienie.

“Niepewna sytuacja epidemiologiczna z pewnością przekłada się na poczucie braku stabilności zatrudnienia. Jednak według naszych obserwacji ten strach wśród pracowników tymczasowych z Ukrainy jest nieuzasadniony. Wśród polskich firm nadal jest bardzo duże zapotrzebowanie na pracowników ze wschodu. Obecnie najmocniej zabiegają  o nich branże produkcyjna i logistyczna. Szczególnie w logistyce popyt na pracowników z państw wschodnich wciąż wzrasta, co spowodowane jest m.in. rozwojem branży e-commerce” mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Central Europe.

Czy boi się Pan/i utraty pracy w Polsce?

boi się Pan i utraty pracy w Polsce

Źródło: Opinie pracowników tymczasowych z Ukrainy na temat zadowolenia z pracy w Polsce w 2020 roku, 2020, OTTO Work Force Central Europe

W najbliższych miesiącach obraz migracji pracowników ze wschodu będzie się zapewne kształtował w zależności od sytuacji w ich ojczystych krajach oraz w Polsce. Obecnie, według raportu OTTO Work Force, aż 70% pracowników z Ukrainy chce nadal pracować w Polsce, a 21% respondentów nie jest w stanie określić swoich planów na 2021. Spośród badanych 13% chce ściągnąć do Polski swoją rodzinę, a tylko 7% Ukraińców rozważa wyjazd do pracy do innego kraju niż Polska.

Zmiana właściciela PragmaGO SA

Zarząd PragmaGO SA poinformował o zakończeniu wezwania do zapisywania się na sprzedaż akcji PragmaGO SA ogłoszonego przez Polish Enterprise Fund VIII, fundusz private equity zarządzanego przez Enterprise Investors (EI). W jego wyniku Enterprise Investors stał się właścicielem 79% akcji i kontroluje Spółkę.

Zarządzający PragmaGO argumentują, że inwestycja typu smart money w okresie intensywnego rozwoju w zakresie technologii i nowych rynków jest dla spółki optymalnym rozwiązaniem. Dzięki pozyskaniu kwalifikowanego inwestora, znaczącym dokapitalizowaniu, a także wsparciu kompetencyjnym fintech zamierza przyspieszyć tempo i szybciej realizować swoje cele strategiczne.

„Decyzja funduszu o inwestycji była poprzedzona głęboką analizą rynku i środowiska konkurencyjnego, w którym działa PragmaGO. Ostatecznie fundusz zdecydował o inwestycji w spółkę po wnikliwym zapoznaniu się z realizowaną przez nas strategią oraz jej efektami. Jest to jasny dowód na to, że PragmaGO wśród spółek finansowo-technologicznych w naszym kraju wyróżnia się odważną strategią, dysponuje zaawansowanymi i ciągle rozwijanymi narzędziami IT, kompetentnym zespołem i skutecznie zdobywa nowe kanały dystrybucji” – komentuje Tomasz Boduszek, Prezes Zarządu PragmaGO

O atrakcyjności inwestycji zdecydował model biznesowy spółki, tj. koncentracja na zautomatyzowanych procesach online oraz aliansach dystrybucyjnych z licznymi partnerami.

„Model dystrybucji PragmaGO jest oparty na czterech stabilnych  kanałach, z których kluczowa jest dystrybucja systemowa, tj. dostarczanie usług finansowych do ekosystemów naszych partnerów. Model ten polega na integracjach technologicznych, a kompetencje IT stanowią przewagę konkurencyjną PragmaGO. Potwierdzeniem stabilności kanałów, na które postawiliśmy, jest fakt, że także w okresie pandemii spółka realizuje rekordowe obroty” – komentuje Wiceprezes Daniel Mączyński.

Enterprise Investors specjalizuje się w wykupach spółek średniej wielkości oraz finansowaniu rozwoju dynamicznie rosnących przedsiębiorstw z różnych sektorów gospodarki. Działa od 1990 roku – jest najstarszą oraz jedną z największych firm private equity w Europie Środkowo-Wschodniej. Enterprise Investors stworzyło do tej pory 9 funduszy o łącznym kapitale przekraczającym 2,5 miliarda euro.

Obligacje Skarbu Państwa wracają do łask. Wyjście na zero nadal kusi oszczędzających?

W momencie, gdy większość banków komercyjnych wycofywało się z preferencyjnych stawek na lokatach, państwo ponownie wita amatorów papierów dłużnych. Rok 2020 zakończono powrotem kapitału do czteroletnich obligacji antyinflacyjnych oraz papierów trzymiesięcznych. Czy słusznie?

Krótkie lokowanie, a więc ucieczka przed inflacją

Według sprawozdań Ministerstwa Finansów popyt na detaliczne obligacje Skarbu Państwa osiągnął poziom 28,4 mld zł. Poprzedni rekord? Mierny w porównaniu z ostatnim grudniem. W roku 2019 zainteresowanie papierami dłużnymi szacowało się na 17,3 mld zł. W tym sezonie na fali były przede wszystkim dwa typy obligacji. Pierwsze miesiące 2020 roku minęły pod znakiem czteroletnich obligacji antyinflacyjnych, natomiast druga połowa roku skupiła się wokół trzymiesięcznych krótkoterminówek. Koniec końców zainteresowanie obydwoma rodzajami było wyrównane, ale tylko w sensie nominalnym – popyt na czteroletnie wyceniono na 11,2 mld zł, co stanowiło 39,5 proc. całego rynku, a na trzymiesięczne – 10,6 mld zł, czyli 37,2 proc.

Ostatecznie to trzymiesięczne papiery dłużne wiodły prym w rocznym zestawieniu, ponieważ 54,6 proc. sprzedanych w grudniu obligacji to właśnie krótkoterminówki oprocentowane na 0,5 proc. Wniosek? Inwestorzy na moment lokowali środki, aby uciec przed inflacją. Nic dodać, nic ująć. Obligacje nadal pozostają względnie bezpieczną przystanią w niepewnych czasach. Pomimo marnej stopy zwrotu, i tak jest lepiej, niż w większości banków komercyjnych, gdzie 0,3 proc. staje się covidowym standardem. Kolejnym bodźcem do wejścia w portfelowy deal było widmo następnych obniżek ze strony Ministerstwa Finansów.

Ministerstwo w centrum zainteresowania

Jeszcze w lipcu resort finansów ogłosił, że nie planuje kolejnych obniżek procentowych obligacji. Półprocentowa stopa zwrotu była 5-krotnie większa, niż wynosi stopa referencyjna w Narodowym Banku Polskim (najniższa w historii 0,1-proc.). Papiery dwuletnie nadal objęte są 1 proc., trzyletnie (w pierwszym okresie odsetkowym) wypłacą 1,1 proc., a obligacje indeksowane inflacją w pierwszym roku przyniosą 1,3 proc. (czteroletnie) oraz 1,7 proc. (dziesięcioletnie). Jeśli chodzi o beneficjentów programu „Rodzina 500+”, ministerstwo proponuje z kolei 1,5 proc. w pierwszym roku w przypadku obligacji sześcioletnich i 2 proc. przy okazji dwunastoletnich [stan na styczeń 2021 roku].

Nie wdając się w motywy polityczne, które mogły odgrywać większą rolę przed wyborami prezydenckimi, Ministerstwo Finansów najpewniej nie chciało całkowitej zapaści w popycie na papiery dłużne. Efekt? W ogólnym rozrachunku również sam grudzień okazał się rekordowy. W ostatnim miesiącu 2020 roku zakupiono obligacje wyceniane na 2,47 mld zł, a jest to wynik nie tylko wyższy o 25,8 proc. od listopadowego, ale także prześciga notowania sprzed roku na poziomie 50,3-proc. awansu.

Dla leniwych?

Popyt na obligacje Skarbu Państwa nie jest napędzany wyłącznie marną alternatywą ze strony banków komercyjnych. Resort umożliwia opcję zakupu papierów dłużnych szybko, sprawnie i przede wszystkim — bez większych stresów. Transakcja mobilna to skuteczny bodziec głównie dla zmęczonych formalnościami inwestorów (a raczej oszczędzających) na poziomie jednostkowym. Powiedzmy sobie szczerze, obligacje stały się kuszącą opcją dla osób indywidualnych, niekoniecznie dla spółek. Faktycznie, ukłon w stronę rodzin, a także pojedynczych osób fizycznych daje efekty. Udział z poziomu serwisu zakup.obligacjeskarbowe.pl szacowano na 35 proc.

Czy obligacje są jedyną opcją? Bardzo kuszące było złoto, srebro i ogólnie — fundusze inwestycyjne. Również warto odważyć się przy okazji inwestowania w start-upy, szczególnie działające w sektorze e-commerce. Interesującym wariantem są także fintechy, digital marketing i e-grocery. W tych kategoriach otwiera się pole do popisu dla samych spółek i funduszy skupiających start-upy. Warto wyjść naprzeciw potencjalnym inwestorom, którzy nie mają większego backgroundu, doświadczenia i rozbudowanego portfolio. Śmiech śmiechem, sporo można się nauczyć właśnie od Ministerstwa Finansów w kwestii user i customer experience.

Oszczędzanie w dobie koronawirusa to przede wszystkim powrót do macierzy, czyli obligacji skarbowych. Co ważne jednak resort nie jest jedyną przystanią, która powinna zadomowić się w świadomości początkujących, a także zachowawczych inwestorów. Opcji jest sporo, więc podążajmy za trendami. Warunkiem jest otwartość ze strony samych spółek poszukujących inwestorów.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintech’u Provema.

2020 r. w Krakowie z dobrym wolumenem transakcji

Kraków zakończył ubiegły rok z wolumenem transakcji na poziomie 157 700 mkw., co w skali kraju niezmiennie plasuje miasto na 1. miejscu pod względem popytu wśród miast regionalnych. Całkowita podaż przestrzeni biurowej osiągnęła poziom prawie 1,55 mln mkw. – wynika z najnowszych danych Colliers.

Więcej renegocjacji i podnajmów

— Pandemia Covid-19 miała oczywiście bardzo duży wpływ na rynek biurowy w Krakowie. W ciągu kilku ostatnich miesięcy bardzo wielu najemców redefiniuje swoje potrzeby w zakresie powierzchni biurowej — mówi Anna Galicka-Bieda, partner, dyrektor regionalny Colliers w Krakowie.

Jedną z istotnych zmian na lokalnym rynku jest znaczący wzrost liczby renegocjacji w wolumenie umów zawieranych na krakowskim rynku biurowym. W 2020 roku ich udział wyniósł 46%, gdzie dla porównania w całym roku 2019 było to 33%.

— Pandemia zdecydowanie wpłynęła na decyzje najemców. Odnotowany wzrost udziału renegocjacji w wolumenie transakcji był z jednej strony wynikiem naturalnego przedłużania kończących się umów, z drugiej zaś strony wynikał z szukania oszczędności w pierwszych miesiącach pandemii. I tu zarówno wynajmujący, jak i najemcy wykazali się dużą elastycznością, o czym świadczy duży udział w renegocjacjach umów krótkoterminowych — mówi Anna Galicka-Bieda.

W poszukiwaniu oszczędności wiele firm zdecydowało się także na podnajem swojej przestrzeni biurowej. Według danych Colliers w ramach ofert podnajmu w ubiegłym roku dostępnych było w Krakowie ok. 35 tys. mkw.

Relokacje

Na rynku nie zabrakło jednak firm, które mimo pandemii zdecydowały się na relokację swojej siedziby. Wśród klientów Colliers biuro zmieniły m.in. Lufthansa Group Business Services, która wynajęła ponad 8 300 mkw. w budynku Wadowicka 3b czy firma Nokia, która podpisała umowę najmu prawie 3 900 tys. mkw. w budynku Buma Square.

— Relokacje, zaraz po nowych umowach najmu, to główne transakcje, w których doradzaliśmy naszym klientom w 2020 roku w Krakowie. Łącznie braliśmy udział w podpisaniu umów na najem 32 400 mkw. powierzchni biurowej, co w sytuacji pandemii jest bardzo dobrym wynikiem. Wolumen ten nie różnił się znacząco w stosunku do innych lat. Zauważamy, że pomimo wyjątkowej sytuacji wywołanej przez pandemię, zagraniczne firmy nadal decydują się na przenoszenie swoich procesów do Krakowa  — mówi Anna Galicka-Bieda.

Jak przewidują eksperci z krakowskiego biura Colliers, trend migracji biznesu może przybierać w przyszłości na sile.

— W najbliższych latach firmy mogą chętniej decydować się na zmianę swojej lokalizacji. Z punktu widzenia ekonomicznego takie rozwiązanie może okazać się bardziej optymalnym niż pozostanie w dotychczasowym budynku. Przy odnotowywanej wzrastającej liczbie pustostanów wynajmujący będą skłonni proponować korzystne warunki finansowe. Dodatkowo przebudowa aktualnie wynajmowanej powierzchni, aby dostosować ją do nowych, post-pandemicznych potrzeb firmy, może być droższa  i trudniejsza  do zrealizowania niż budowa biura od podstaw w nowym budynku — prognozuje Adam Florczyk, senior associate w Dziale Powierzchni Biurowych Colliers w Krakowie.

Więcej biur, więcej możliwości

Mimo początkowych obaw, pandemia nie zahamowała aktywności deweloperów biurowych w Krakowie. Po oddaniu ponad 140 tys. mkw. w 2020 roku, całkowita podaż na lokalnym rynku osiągnęła 1,55 mln mkw. W budowie jest obecnie 14 projektów o łącznej powierzchni ponad 135 tys. mkw. To daje najemcom duży wybór podczas poszukiwań biura idealnie odpowiadającego potrzebom ich organizacji.

—  Obecny moment jest dla najemców dobrym punktem wyjścia do zastanowienia się, jak będzie wyglądać praca ich organizacji w najbliższej przyszłości, zbadania potrzeb pracowników w tym zakresie, a w ślad za tym wybranie najlepszego rozwiązania: dostosowanie, przebudowa obecnej powierzchni biurowej i przedłużenie umowy najmu, czy też decyzja o relokacji i zaprojektowanie nowej przestrzeni od podstaw. Zachęcamy organizacje do sprawdzenia swoich potrzeb oraz do weryfikacji możliwości, jakie rynek jest im w stanie zaoferować — dodaje Adam Florczyk.

Wzrost znaczenia Workplace Design

Bez względu na rozwiązanie, na które zdecydują się najemcy, pewne jest, że przestrzeń biurowa w wielu firmach będzie musiała przejść metamorfozę. Pandemia postawiła bowiem przed wieloma najemcami nowe wyzwanie – hybrydowy model pracy. W efekcie, firmy stają przed wyzwaniem zaplanowania z pomocą ekspertów, jak powinna wyglądać przyszłość ich biura oraz jak przemodelować przestrzeń, by była ona przystosowana do zmieniających się potrzeb użytkowników. To z kolei pozwala szacować wzrost zapotrzebowania na usługi Workplace Design.

— Z ankiet przeprowadzonych przez Colliers w pierwszym półroczu 2020 r. wynika, że zdecydowana większość pracowników była zadowolona z możliwości zdalnego wykonywania obowiązków. Pod koniec roku jednak coraz częściej odbieraliśmy sygnały, że brakuje im możliwości kontaktu z zespołem, a niektóre firmy zaczęły zauważać spadek efektywności i motywacji w swoich zespołach. Takie obserwacje każą zastanowić się nad tym, w jaką stronę powinien zmieniać się model funkcjonowania organizacji i przestrzeń biurowa, tak by pracownicy chcieli do niej wracać. Niektórzy dobrze czują się w pracy zdalnej, inni potrzebują pracować z biura, a pozostali chętnie korzystaliby z biur typu flex. Pracodawcy muszą wziąć pod uwagę różnorodne potrzeby pracowników, do czego niezbędna będzie reorganizacja przestrzeni biurowej tak, by było w niej więcej miejsca na kreatywną wymianę myśli czy interakcje między pracownikami. Ruchy organizacji w tym zakresie zauważalne są już teraz – w 2020 r. nasz dział Workplace w Krakowie zaprojektował powierzchnię o łącznym metrażu ponad 21 tys. mkw., co przekłada się na 2364 stanowiska do pracy. Colliers wyszedł również naprzeciw oczekiwaniom pracowników w kwestii przestrzeni elastycznych i uruchomił nowe narzędzie Colliers Mobility Pass umożliwiające dostęp do wielu biur elastycznych w Polsce — mówi Anna Galicka-Bieda.

Z czym przyjdzie się mierzyć deweloperom w 2021 roku?

Rok 2020 przyniósł ze sobą dużo zmian na różnych płaszczyznach. Nie ominęły one również rynku nieruchomości. Co przyniesie 2021? Czego mogą spodziewać się deweloperzy i z jakimi utrudnieniami przyjdzie im się mierzyć?

Deficyt gruntów pod inwestycje

Problemem, od którego warto zacząć i z którym deweloperzy mierzą się już od kilku lat, jest niewystarczająca ilość dostępnych gruntów. Zasób atrakcyjnych działek jest obecnie mocno ograniczony i na rynku cały czas brakuje odpowiedniej ilości przygotowanych terenów inwestycyjnych do budowy mieszkań. Szczególnie jest to zauważalne w centralnych częściach dużych miastach. To właśnie te działki są najbardziej pożądane i sprzedają się najszybciej, a wiadomo, że ich liczba nie jest nieskończona. Podobnie jest z lokalizacjami, które posiadają wygodne połączenia komunikacyjne z pozostałymi częściami miasta. Deficyt wpływa na wzrost cen dostępnych działek, a w efekcie – na wyższe ceny mieszkań. W tej sytuacji, odpowiednie zabezpieczenie banków ziemi staje się sporym wyzwaniem. Jednym z rozwiązań jest udostępnienie deweloperom gruntów będących w posiadaniu Skarbu Państwa. Bardzo często są to ogromne tereny z potencjałem, lecz bez konkretnego przeznaczenia.

Zróżnicowane oczekiwania sąsiadów

Z pewnością niejeden deweloper ma w swoim portfolio sąsiadów, którym pomysł realizacji danej inwestycji się nie podoba. Często dochodzi do protestów wobec decyzji administracyjnych, a nawet blokowania inwestycji. Mieszkańcy oraz użytkownicy okolicznych terenów zgłaszają swoje niezadowolenie przede wszystkim do wydziałów architektury urzędów, co wpływa na procesy uzyskiwania pozwoleń na budowę czy wydawania decyzji o warunkach zabudowy. To z kolei przekłada się na wydłużające się w czasie procedury i opóźnienia w starcie projektu. Z tym niestety spotkać się może każdy deweloper. Niechęć i niezadowolenie często wynikają z braku pełnej wiedzy lub błędnych, mylących informacji. Nie ma dobrego wyjścia z takiej sytuacji, często inwestor jest pod ścianą i musi decydować czy odłożyć projekt na półkę czy zgodzić się np. na zmniejszenie powierzchni użytkowej budynku – w praktyce oznacza to zmniejszenie liczby kondygnacji i odsunięcie się od granic działki. Często sąsiadom nie chodzi o samo protestowanie dla protestowania, lecz o zmuszenie inwestora do remontu elewacji swojego budynku lub zapłaty znacznej kwoty.

Wydłużające się procedury

Z realizacją inwestycji nierozłącznie powiązane są wspomniane już różnego rodzaju uzgodnienia i decyzje. Opóźnienia przy ich wydawaniu, z którymi mierzą się niemal wszyscy deweloperzy – wywołane nie tylko przez opór sąsiadów – mają bezpośredni wpływ na wiele kwestii. Mowa tu o braku możliwości startu budowy, przesunięciach w terminach oddania inwestycji czy zamrożeniu środków finansowych przez banki. To w efekcie przekłada się na wyższe ceny mieszkań.

Potrzeba dobrej współpracy

Kolejnym wyzwaniem, które także pojawia się coraz częściej i z którym na pewno jako deweloperzy będziemy borykać się nie tylko w 2021 roku, jest uchwalanie miejscowych planów zagospodarowania, pomimo braku budżetu na zapisane w tych planach budowy dróg i niezbędnej infrastruktury. Sprawa nie staje się prostsza nawet wtedy, gdy deweloper chce partycypować w finansowaniu tych projektów. Potrzebna jest standaryzacja kosztów ponoszonych przez inwestora i ustalenie jednakowej opłaty dla wszystkich. Jest to o tyle istotne, że deweloperzy realizując dany projekt chcą dostarczać coś więcej i mieć wpływ na rozwój dzielnicy. Niezbędne jest nawiązywanie efektywnego dialogu z władzami miast i dzielnic. Finalnie wszyscy mamy ten sam cel – rozwijać polskie miasta i czynić je dobrym miejscem do zamieszkania.

Sytuacja epidemiczna w kraju również nie sprzyja działaniom. Mimo dużych chęci deweloperów i realnych możliwości realizacji planów, spotykamy się z odmowami, odwoływaniem ważnych spotkań z brakiem możliwości ustalenia kolejnej, konkretnej daty – właśnie ze względu na COVID-19. Automatycznie blokuje lub przesuwa nam to założone cele.

Wszystkie wyżej wymienione utrudniania nie są niczym nowym. To sytuacje bardzo dobrze znane deweloperom, do których pewnie większość zdążyła się już przyzwyczaić i z którymi będziemy się mierzyć również w latach kolejnych. Jeśli chodzi o 2021 rok, to wiele nadal będzie zależało od sytuacji epidemicznej. Natomiast w SGI, mimo wszystkich wyzwań, które stawia przed nami pandemia, z optymizmem patrzymy w przyszłość. Będziemy konsekwentnie realizować nasze plany rozwoju, w razie potrzeby dostosowując je do zmieniającej się sytuacji. Wkroczyliśmy w ten rok z nową energią i dużą motywacją do dalszych działań.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Liderki biznesu chcą wykorzystać szanse, jakie przynosi nowa rzeczywistość

Wyniki specjalnego, globalnego badania KPMG na temat opinii menedżerek pełniących funkcje zarządcze w firmach wskazały, że pandemia COVID-19 może wspierać niwelowanie nierówności ze względu na płeć, jednak aby osiągnąć parytet w zarządach spółek muszą nastąpić radykalne zmiany. Jeżeli chodzi natomiast o Polskę, 48% respondentek optymistycznie patrzy w przyszłość. Pomimo negatywnych skutków pandemii uważają, że zarządzane przez nie firmy będą się rozwijały w perspektywie nadchodzących 3 lat. Aby osiągnąć zakładane cele planują przede wszystkim skupić się na zapewnieniu organicznego wzrostu organizacji. Jednocześnie kobiety realnie podchodzą do nowej rzeczywistości – 8 na 10 respondentek zarządzających firmami obserwuje w swoich organizacjach przyspieszenie cyfrowej transformacji w wyniku pandemii COVID-19, a ponad połowa kobiet zarządzających firmami w Polsce deklaruje, że w wyniku pandemii ich firmy planują zmniejszyć zajmowaną przestrzeń biurową.

Wyniki badania KPMG wskazują, że kobiety stojące na czele firm na całym świecie wykorzystują niecodzienny moment w historii, aby nie tylko maksymalnie ochronić przedsiębiorstwa przed negatywnymi skutkami pandemii, ale przygotować je do dalszego rozwoju w rzeczywistości post-COVID. W wyniku pandemii dla liderek firm najważniejsze i najczęściej wskazywane wyzwania były identyczne – zabezpieczenie długotrwałych relacji z klientami, zapewnienie płynności finansowej firmy oraz zapewnienie bezpieczeństwa zatrudnionym pracownikom.

Chociaż 42% kobiet zarządzających firmami na świecie i 32% w Polsce wyraża opinię, że COVID-19 nie spowolni postępu w zakresie zwiększania różnorodności i otwartości w firmach, to jednocześnie 92% liderek na świecie i 78% w Polsce uważa, że wciąż jest jeszcze wiele do zrobienia, aby zapewnić różnorodność płci w zarządach i na stanowiskach kierowniczych.

Pandemia przyspieszyła projekty dot. transformacji cyfrowej w 4 na 5 firmach

Aż 4 na 5 kobiet zarządzających firmami zarówno globalnie, jak i w Polsce przyznało, że w odpowiedzi na kryzys przyspieszono projekty transformacji cyfrowej ich firm. Ponadto ponad połowa respondentek potwierdziła, że model biznesowy ich organizacji pozwolił na lepsze dostosowanie się do nowej rzeczywistości. Było to niezwykle istotne, ponieważ redukcja kosztów jest często postrzegana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów, w jaki przedsiębiorstwa radzą sobie z bezpośrednimi skutkami kryzysu. Ograniczenie inwestycji w projekty, takie jak digitalizacja i innowacje, może jednak być strategią bardzo krótkoterminową, zwłaszcza że 9 na 10 liderek z Polski jest zdania, że firmy działające i rozwijające się w gospodarce cyfrowej wyjdą zwycięsko z obecnego kryzysu. Równocześnie 92% kobiet zarządzających firmami na świecie i 87% w Polsce przyznaje, że w ich firmach wciąż jest miejsce na ulepszenie procesów innowacyjnych oraz sposobu ich realizacji. 94% liderek z Polski przyznało, że zamierzają zwiększać wykorzystanie cyfrowych narzędzi ułatwiających komunikację i współpracę w organizacji. Ma to związek z dynamicznym rozwojem nowej kultury pracy, wymuszonym przez pracę w trybie zdalnym. 65% kobiet na kierowniczych stanowiskach na świecie potwierdza, że w ich organizacjach zaszły znaczące zmiany w polityce firmy, aby ten rozwój kultury pracy umożliwić. Z drugiej strony, popularyzacja pracy w trybie zdalnym powoduje, że 59% liderek globalnie i 51% w Polsce przyznaje, że ich firmy zamierzają zmniejszyć zajmowaną przestrzeń biurową.

Popularyzacja pracy w trybie zdalnym w perspektywie długofalowej implikuje zmiany w różnych obszarach działalności – 36% respondentek z Polski przyznało, że dzięki pracy zdalnej zdecydowanie poszerzyła się potencjalna pula talentów, która może dołączyć do ich organizacji. Oprócz wykwalifikowanych pracowników, aby się rozwijać i sprostać wyzwaniom gospodarki cyfrowej, aż 71% respondentek badania z Polski wskazuje, że najważniejszą kwestią, na której będą się skupiać ich firmy w ciągu trzech lat, będą procesy automatyzacji i robotyzacji. W dalszej kolejności wskazują również na rozwój usług chmurowych, sztucznej inteligencji oraz uczenia maszynowego – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO, KPMG w Polsce.

42% liderek z Polski jest przekonanych o wzroście firmy w najbliższej przyszłości

Kryzys związany z COVID-19 doprowadził do gwałtownego spadku wzrostu gospodarczego w wielu krajach. Analitycy spodziewają się długotrwałego negatywnego wpływu pandemii na gospodarkę światową. Rządy na całym świecie próbują przeciwdziałać negatywnym skutkom gospodarczym za pomocą środków finansowych i regulacyjnych. Biorąc pod uwagę wzrost w ciągu najbliższych trzech lat, liderki na całym świecie wydają się być optymistkami. Ponad połowa (58% wskazań) kobiet z całego świata wyraża przekonanie lub zdecydowane przekonanie co do perspektyw rozwoju swojej firmy w  nadchodzących 3 latach. Kobiety zarządzające firmami w Polsce wyrażają większy pesymizm odnośnie spodziewanego wzrostu zarządzanych przez nie firm – 42% liderek z Polski jest przekonanych lub zdecydowanie przekonanych o rozwoju organizacji w najbliższej przyszłości. Większy pesymizm widać również w przypadku prognozowanego wzrostu gospodarczego na świecie. W Polsce takie przekonanie wyraża zaledwie 16% kobiet ze ścisłego kierownictwa firm, podczas gdy globalnie 29% liderek prognozuje wzrost światowej gospodarki w perspektywie nadchodzących 3 lat.

W celu osiągnięcia zakładanego wzrostu, ponad 60% liderek z Polski zamierza przede wszystkim skupić się na strategii zakładającej rozwój organiczny organizacji. Kluczowe mogą się także okazać transakcje M&A oraz strategiczne sojusze z innymi firmami, na które wskazuje ponad 1/3 respondentek badania. Z drugiej strony kobiety zarządzające firmami w Polsce wskazują, że oprócz zagrożenia wynikającego z pandemii, w nadchodzących 3 latach największym wyzwaniem, które może zagrozić zakładanemu wzrostowi będzie ryzyko operacyjne – wskazało na nie blisko 1/4 respondentek biorących udział w badaniu KPMG. Problematyczna może być również wysokość stóp procentowych oraz ryzyko regulacyjne – mówi Stacy Ligas, Senior Partner, CEO, KPMG w Polsce.

Walka ze zmianami klimatycznymi po wygaśnięciu pandemii nabierze większego znaczenia

Kwestie związane z czynnikami ESG, czyli aspektami dot. ochrony środowiska, polityki społecznej i ładu korporacyjnego zaczynają odgrywać coraz większą rolę, nie tylko dla firm, ale również dla wszystkich interesariuszy. Szczególnie widoczne jest to na poziomie globalnym – gdzie 90% liderek przyznało, że jednym z warunków zapewnienia zakładanego wzrostu organizacji będzie sprostanie oczekiwaniom wszystkich interesariuszy, nie tylko udziałowców. W Polsce z takim poglądem zgadza się 65% liderek z kierownictwa firm. Niestety pandemia COVID-19 doprowadziła wiele organizacji do zrewidowania swoich planów w zakresie zrównoważonego rozwoju i w efekcie przesunięcia ich realizacji w czasie, aby stawić czoła innym, przede wszystkim ekonomicznym konsekwencjom kryzysu. Niemniej jednak 42% światowych liderek uważa, że działania mające na celu walkę ze zmianami klimatu będą miały jeszcze większe znaczenie w rzeczywistości post-COVID-19. Tymczasem w Polsce zaledwie 26% kobiet na kierowniczych stanowiskach wyraża podobne przekonanie. 58% respondentek badania w Polsce uważa, że temat ochrony środowiska pozostanie tak samo aktualny jak przed wybuchem pandemii.

Migracja oraz integracja i zagadnienia dot. nierówności społecznych najważniejszymi wyzwaniami globalnymi dla liderek z Polski

Kobiety zarządzające firmami w Polsce, jako największe wyzwania, z którymi muszą się mierzyć wymieniły kwestie związane z migracją oraz integracją (35% wskazań). Na kolejnych miejscach (29% wskazań) znalazły się kwestie związane z nierównościami społecznymi, oraz wykorzystywanie prywatnych danych do celów komercyjnych. W ujęciu globalnym największym wyzwaniem wskazywanym przez 43% liderek są kwestie związane ze zmianami klimatycznymi. 41% kobiet stojących na czele organizacji na całym świecie, jako drugie największe wyzwanie, z którym muszą się mierzyć wskazały kwestie związane z nierównością płci, na którą wskazało 13% respondentek z Polski. Trzecim, wskazywanym globalnie zagrożeniem jest likwidacja miejsc pracy spowodowana coraz powszechniejszą automatyzacją oraz rozwojem nowoczesnych technologii.

Raport dostępny jest na stronie internetowej kpmg.pl.

Przebudzenie na rynku walutowym

Rynek walutowy jako ostatni odpowiada na poprawiający się klimat inwestycyjny i wczoraj obserwowaliśmy zmiany zgodne ze strategią reflacyjną i wzrostem apetytu na ryzyko. Katalizatorem są postępy w uchwalaniu planu fiskalnego w USA. USD traci do głównych, ale powoli, gdyż chronią go obawy o wzrost inflacji.

Dobra postawa rynków akcji, nowe rekordy indeksów i ropa naftowa powyżej 60 USD za baryłkę – to są oznaki poprawy apetytu na ryzyko i powoli zaczynają one przenikać także na rynek walutowy. Ponieważ szum informacyjny wokół szczepionek zmienia się na bardziej pozytywny (pochwały tempa szczepień wygrywa z troskami o problemy z dostawami), łatwiej jest skupić uwagę na tych czynnikach, które wspierają oczekiwania odbicia ożywienia globalnego w dalszej części roku. Tematem tygodnia pozostaje determinacja Demokratów w uchwaleniu pakietu fiskalnego opiewającego na 1,9 bln USD. Finalnie prawdopodobnie będzie mniej, ale prawdopodobnie wciąż powyżej 1 bln USD. W Senacie już zatwierdzono rezolucje budżetową, co pozwoli zatwierdzić część wydatków bez konieczności ugadywania się z Republikanami. A to już wystarcza, by tworzyć podstawę dla odbudowy rajdu ryzyka w szerszym ujęciu niż tylko w postaci hossy na Wall Street. Szybsze ożywienie w USA z pomocą ekspansji fiskalnej może być kołem zamachowym dla globalnego wzrostu. Ponadto więcej pieniędzy wydawanych w USA uderzy w dolara poprzez powiększanie podwójnego deficytu (budżetowego i na rachunku bieżącym). Razem wspiera to aktywa ryzykowne. Z drugiej strony w USA rosną oczekiwania inflacyjne i ciągną w górę rentowności obligacji skarbowych, gdyż inwestorzy nie potrafią odpuścić spekulacji, że Fed będzie zmuszony wcześniej normalizować swoją politykę. Pomimo tego, że sam Fed jasno deklaruje, że jeszcze przez długi czas nie będzie dyskusji o ograniczaniu QE czy podwyżkach stóp procentowych. Wczoraj Barkin z Fed zbagatelizował ryzyko inflacyjne, a on sam skupia się na średniookresowych oczekiwaniach inflacyjnych. Tymczasem Mester przypomniała, że polityka Fed będzie akomodacyjna przez bardzo długi czas, a ostatnia zmienność na rynku nie jest oznaką rosnącej niestabilności finansowej. To raczej jednak nie uciszy spekulacji i dlatego rynek FX ociąga się z wyceną trendu reflacyjnego w porównaniu do innych klas aktywów. Nie ma jeszcze tak silnej chęci inwestorów, by wrócić do czystej sprzedaży USD za inne waluty. Ale ruch ten raczkuje. EUR/USD zbliża się do 1,21, GBP/USD pod 1,38 jest najwyżej od prawie dwóch lat, wraca popyt na waluty surowcowe i rynków wschodzących. Dziś prawdopodobnie będzie postępować dalsze badanie rynku, na ile powrót słabości USD jest trwały. Nowe doniesienia o postępach w pracach nad pakietem fiskalnym w Waszyngtonie będą podsycać apetyt na ryzyko. Testem nastrojów powinny być dopiero jutrzejsze dane o inflacji CPI z USA i późniejsze wystąpienie prezesa Fed Powella.

Lepsze nastroje inwestycyjne na rynkach finansowych sprzyjają aprecjacji złotego i w poniedziałek EUR/PLN obniżył się pod 4,48. Lokalnie złotego wspiera brak sygnałów z NBP mogących sugerować rychłość interwencji przeciwko sile waluty, ale ewentualna reakcji banku centralnego nie jest całkowicie do wykluczenia i to spowalnia tempo umocnienia. Zachowanie kursu wygląda trochę tak, jakby uczestnicy rynku byli zadowoleni ze zdobywania 0,5-1,0 grosza dziennie, by za szybko nie zdenerwować NBP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stanowisko Instytutu Staszica w związku z akcją dyskredytowania karabinka GROT

Silny, nowoczesny przemysł zbrojeniowy w Polsce jest elementem narodowego bezpieczeństwa. Znalazło to zresztą odzwierciedlenie w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, wedle której priorytetem jest „zbudowanie zdolności do rozwoju technologii oraz do produkcji zasobów strategicznych w czasie pokoju, kryzysu i wojny”. Oczywiście o rozwoju tego przemysłu należy myśleć także w kontekście eksportu i zdolności do konkurowania na zagranicznych rynkach. Dlatego wszelkiego rodzaju doniesienia dyskredytujące polski przemysł obronny powinny być szybko i sprawnie wyjaśniane – nie tylko pod kątem ich wiarygodności, ale również tego, jakie grupy wpływu za nimi stoją.

Elementem rozwoju polskiego przemysłu zbrojeniowego jest produkcja uzbrojenia opartego o polskie konstrukcje. Jak wspomniano, takie uzbrojenie może nie tylko trafiać na wyposażenie polskich jednostek, ale i trafiać do innych krajów. Dyskusja wokół publikacji medialnych jednego z portali, dotyczących karabinka GROT, uświadomiła opinii publicznej, że gra toczy się o wysoką stawkę, a narzędziem są również fake newsy.

GROT pod ostrzałem

Karabinek GROT to pierwsza od czasów II RP oryginalna polska konstrukcja karabinka.  W latach 2017-2020 Fabryka Broni „Łucznik” dostarczyła do Sił Zbrojnych RP 43 700 sztuk tej broni. Od stycznia br. do jednostek trafiają już najnowsze wersje karabinka – wersja A2 (obecnie ok. 7 tys. egzemplarzy). Należy podkreślić, że MSBS GROT jest konstrukcją cały czas rozwijaną i doskonaloną, począwszy od wersji początkowej A0 z roku 2015, poprzez wersje A1 i A2, aż do obecnie projektowanych kolejnych nowych wersji. Wady konstrukcyjne, które stwierdzono na początkowym etapie (2015 r.) zostały już usunięte. Zresztą takie „wady wieku dziecięcego” towarzyszą każdej nowej konstrukcji. Niemniej to one stały się pretekstem do uderzenia w polski przemysł obronny, chociaż wersja A0 nie znajduje się na wyposażeniu jednostek. Według informacji Fabryki Broni dostarczono dotąd ponad 43 000 egzemplarzy różnych wersji, zaś liczba reklamacji jest niewielka. Nie stwierdzono także przypadków obrażeń u osób używających karabinka.

Doniesienia nt. rzekomych wad karabinka, ujawnionych – podobno – w wyniku testu, którego warunki przeprowadzenia, prawidłowość i wiarygodność pozostają nieznane, zostały przez wielu ekspertów uznane za niewiarygodne. Jest oczywiste, że nie może i nie powinno być żadnej „taryfy ulgowej” dla broni produkowanej przez polskie zakłady – tylko dlatego, że to broń polska – ale też kolportowane w przestrzeni publicznej zarzuty muszą mieć pokrycie w faktach. Faktów zaś nie ustala się w oparciu o zdjęcia z portali społecznościowych, a w oparciu o testy, przeprowadzane zgodnie z normami obronnymi. W tym przypadku, jak wskazał producent karabinka, takiej rzetelności nie dochowano.

Polityczne walki ze szkodą dla obronności

Na ostrą krytykę zasługuje wykorzystywanie ataków na polski przemysł zbrojeniowy do prowadzenia politycznych walk. Wystąpienia polityków, dyskredytujące polski przemysł zbrojeniowy, były słyszane za granicą, także w Rosji. Znamienny jest fakt, że za krytykę w imieniu partii politycznych wzięli się nie eksperci, a politycy uważający, że samo zasiadanie w sejmowych komisjach i zespołach zajmujących się obronnością czyni z nich ekspertów. W przeciwieństwie do będących laikami w tym obszarze polityków (na szczęście nie tak licznych) środowisko branżowe – m.in. w plasowanych w mediach wypowiedziach – podkreśla, że jest to konstrukcja dobra i przyszłościowa, choć  borykająca się, jak każdy nowy produkt, z pewnymi chorobami wieku dziecięcego. Problemy są jednak na bieżąco rozwiązywane przez producenta, a broń w ciągu 5 lat przeszła istotne dla użytkownika modyfikacje.

Poważne oskarżenia wymagają poważnych dowodów na ich poparcie. Uderzenie w polski przemysł zbrojeniowy nie może być traktowane jako sposób na zwiększenie czytelnictwa medium ani jako narzędzie w partyjnych walkach. Przeciwnie, wzmocnienie polskiego potencjału obronnego i wsparcie polskiego przemysłu zbrojeniowego jest kwestią, która musi być wyłączana spod bieżących sporów; nieprawdziwe zarzuty uderzają nie tylko w polskie zakłady, służąc zagranicznej konkurencji, ale finalnie szkodzą narodowemu bezpieczeństwu.

Trend konsolidacyjny – ze wsparciem państwa

Obecna sytuacja gospodarcza zobowiązuje wszystkich – także polityków – do refleksji nad koniecznością rozwijania potencjału produkcyjnego dla kluczowych obszarów gospodarki na terenie kraju, w państwowych rękach. Polski przemysł obronny zalicza się do tych gałęzi gospodarki, których dobra kondycja powinna być identyfikowana jako istotny interes bezpieczeństwa Państwa. Zarówno strategiczne trendy światowe, jak i wyzwania związane z utrudnieniami w zakresie łańcuchów logistycznych wynikające z pandemii COVID-19, jasno pokazują, że osiągnięcie wymaganego poziomu niezależności i bezpieczeństwa w zakresie produkcji zbrojeniowej jest sprawą kluczową. Idąc za przykładem nie tylko światowych potęg, ale również państw takich jak Turcja, Korea Południowa, Izrael, Indie, a nawet Czechy, kraje byłej Jugosławii czy Tajlandia do zabezpieczenia potrzeb własnych sił zbrojnych niezbędne jest wsparcie rozwoju kompetencji i działalności w zakresie rodzimej produkcji wojskowej. Ten trend jest widoczny w ostatnich latach, czego efektem są m.in. projekty takie jak REGINA, RAK czy właśnie MSBS GROT. Oczywiście tu mamy wciąż wiele pól, segmentów, gdzie krajowy przemysł powinien być liderem danych projektów – mówimy tu m.in. o systemie obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu NAREW, Nowym Bojowym Pływającym Wozie Piechoty (NBPWP), znanym pod kryptonimem BORSUK czy systemie wieżowym ZSSW-30. Czy polskie ambicje zbrojeniowe powinny się na tym kończyć? Z pewnością nie.

Przemysł zbrojeniowy na świecie jest ważną gałęzią gospodarki, której odpowiednia organizacja wymaga istotnych nakładów pieniężnych, odpowiedniego otoczenia prawnego i pozafinansowego wsparcia państwa, jednak w perspektywie średnio i długoterminowej wartość własnego przemysłu obronnego zdecydowanie przewyższa nakłady, zarówno z punktu widzenia gospodarczego jak i zapewnienie bezpieczeństwa. Szczególnie widać to w okresie obecnej pandemii, gdzie światowym trendem jest dążenie do utrzymania budżetów zbrojeniowych i pomoc państwa dla własnego sektora produkcji militarnej, co ma zarówno zapewnić bezpieczeństwo jak i wesprzeć odbudowę gospodarki, przeznaczając dla przemysłu zbrojeniowego rolę jednego z kół zamachowych.

Silne trendy konsolidacyjne w przemyśle zbrojeniowym (mi.n. powstanie francusko-niemieckiego KNDS, wykupienie przez Kongsberga 49,9% akcji Patria) i powstanie nowych znaczących podmiotów (mi.n. turecki Aselsan) wskazują zarówno na powszechną świadomość istnienia strategicznej konieczności posiadania na swoim terytorium silnego przemysłu zbrojeniowego, jak również wzrastającą konkurencję w sektorze. Podmioty z branży obronnej działając przy bezpośrednim i pośrednim wsparciu państw macierzystych, generują potencjał do wspierania zdolności bojowej własnych armii, jak i do konkurowania na rynkach międzynarodowych. Ze względu na olbrzymie zasoby kapitałowe i informacyjne światowych potentatów sektora obronnego, bez odpowiedniego wsparcia, lokalne podmioty nie będą w stanie efektywnie rozwijać perspektywicznych
i konkurencyjnych produktów.

Z korzyścią dla polskiej gospodarki

Jeżeli dążymy do rozwoju naszej gospodarki a nie do dotowania gospodarek innych krajów, róbmy wszystko by maksymalnie stymulować i wykorzystywać potencjał krajowy. Znaczenie takich projektów jak MSBS GROT jest nie do przecenienia zarówno dla wojska jak i dla przemysłu, a konsekwencje decyzji o sposobach realizacji programu kluczowe dla gospodarki, Sił Zbrojnych i bezpieczeństwa państwa. Tutaj można posłużyć się przykładem KTO Rosomak – gdzie w przypadku podwozia, przy polonizacji rzędu 93% (czyli 93% stanowi produkcja krajowa głównych zespołów i podzespołów) koszty cyklu życia samej platformy są bardzo tanie, co pozwala Siłom Zbrojnych na utrzymywanie ich dużej liczby w pełnej sprawności w linii i częste ćwiczenia.

Niedawno rząd wspierał kampanię społeczną promującą kupowanie polskich produktów. Opublikowano wówczas dane, które jasno wskazują na zysk dla państwa wynikający z kupowania produktów i usług spełniających kryteria „polskości”. Mowa o takich, które są wytwarzanych w Polsce przez przedsiębiorstwa z polskim kapitałem. Z każdej złotówki wydanej na taki produkt do krajowej gospodarki wraca ponad 70 (79 dokładnie) groszy.

Przy okazji promowania swojego rozwiązania w programie pk. NAREW, mamy do czynienia z analogiczną sytuacją – analizy i symulację zakładają, że w przypadku powierzenia programu do realizacji w krajowym przemyśle zbrojeniowym ok. 50% wartości kontraktu wraca do budżetu – PIT, CIT, VAT, ZUS, podatki lokalne. Na każde sto złotych wydanych u nas 50 złotych wróci do budżetu. Równie istotny jest fakt, że środki wydane na utrzymanie sprawności oraz eksploatację systemu w okresie jego cyklu życia również zostaną wydane w kraju – koszt zakupu systemu i potrzebnych licencji oraz technologii to ok. 20-25% wartości całego kontraktu – pozostałe pieniądze zostaną wydane na jego utrzymanie, serwis, modernizacje.

Rozwój polskiego przemysłu zbrojeniowego w ostatnich latach jest dziełem różnych rządzących ekip, dlatego może być powodem do dumy i powinien zostać wyjęty spod politycznych walk. Posługiwanie się na forum publicznym bezpodstawnymi oskarżeniami cieszy zagranicznych konkurentów i niechętne Polsce kraje, ale szkodzi interesowi narodowemu, który przecież nie ma partyjnych barw.

Biznes po Brexicie

Brexit już teraz mocno wpływa na biznes. Brytyjskie firmy, chcąc zapewnić sobie swobodę handlu z Europą, przenoszą się lub zakładają oddziały m.in. w Holandii i Austrii. Na tym trendzie skorzystać mogłaby także Polska.

Wielka Brytania definitywnie opuściła Unię Europejską, jednak Brytyjczycy nie zamierzają czekać z założonymi rękami i patrzeć, jak budowana latami współpraca ich firm z  zagranicznymi kontrahentami ulega rozpadowi.

– W Holandii i Austrii wiele firm logistycznych zostało zasypanych zapytaniami z firm brytyjskich, które chcą przenieść część swojej działalności na teren UE i potrzebują partnera logistycznego oraz fabryki. Dla wielu europejskich firm oznacza to szybki rozwój i potrzebę zatrudnienia pracowników – mówi Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group. – Byłoby dobrze, gdyby również Polska skorzystała z tej tendencji, na której obecnie zarabiają przede wszystkim kraje tzw. starej Unii – podkreśla.

Handel bez cła, ale…

Teoretycznie można by sądzić, że zmieniło się niewiele. Umowa o handlu między Unią Europejską a Wielką Brytanią stwierdza, że „cła na wszystkie towary pochodzące z terytorium drugiej Strony są zakazane”. Zatem towar nie zostanie oclony, jeżeli udowodni się, że pochodzi z Unii Europejskiej lub Zjednoczonego Królestwa.

Praktyka nie jest jednak tak różowa. Kluczową rolę odgrywają tu reguły pochodzenia, określające jakie produkty traktowane są jako wyprodukowane przez kraj należący do Unii Europejskiej lub Wielką Brytanię. Wniosek o preferencyjne traktowanie taryfowe musi złożyć importer, a jego treść opiera się na oświadczeniu eksportera lub wiedzy importera, że dany produkt spełnia warunki pochodzenia z kraju jednej ze stron.

Choć brak ceł ułatwia handel między Wspólnotą a Wielką Brytanią, to trzeba pamiętać, że brexit spowodował utworzenie dwóch osobnych porządków prawnych, przywrócił wszelkie formalności celne i kontrole graniczne. Poza tym cło to nie jedyna opłata, jaką należy uiścić przy imporcie towaru. Nie wolno zapominać o kosztach, jakie niosą za sobą dodatkowe formalności, magazyny, procedura graniczna, deklaracje celne i kwestie związane z rozliczaniem podatków (w tym VAT). Nie da się ukryć, że wszystko to będzie miało wpływ na końcowe ceny towarów. W niektórych przypadkach dalsza wymiana handlowa może stać się po prostu nieopłacalna.

Pomimo umowy z Unią Europejską, konsekwencje brexitu dla Wielkiej Brytanii są ogromne. Na przełomie roku 2020/2021 więcej niż 1000 słów mówiły obrazy z terminalu promowego Hook of Hollan i kolejki na granicach, w jakich musieli stać kierowcy „tirów”. Celnicy zabierali kierowcom żywność (nawet kanapki), bowiem na teren UE nie wolno wwozić mięsa, warzyw, owoców, ryb, itp. Niejednokrotnie ludzie zostawali bez wody.

Daily Mail wskazywał na chaos spowodowany biurokracją związaną z brexitem w portach, na potwierdzenie pokazując puste półki supermarketów. Jak podaje Interia, francuska administracja ostrzegła, że poważnie potraktuje kontrole i nie będzie stosować żadnego okresu przejściowego. Operator promowy DFDS zgłosił natomiast dużą liczbę ciężarówek, które są zatrzymywane z powodu braku lub nieprawidłowych dokumentów.

Brexit szczególnie odczują przedsiębiorcy, którzy wykorzystywali Wielką Brytanię jako bazę dystrybucyjną w handlu ze Wspólnotą. Towary (takie jak ubrania czy sprzęt elektroniczny) pochodzące np. z Bangladeszu zostaną teraz oclone przy wwozie do Wielkiej Brytanii. Przy ich sprzedaży do UE ponownie będą obowiązywały cła. Takie produkty nie są bowiem nawet w połowie wytwarzane w Wielkiej Brytanii. Konieczne są także deklaracje pochodzenia produktów, certyfikaty weterynaryjne, certyfikaty norm produktowych itp.

Firmy brytyjskie uciekają do Unii

Unia Europejska to największy rynek zbytu dla Wielkiej Brytanii. Dla wielu firm z Anglii, Walii czy Szkocji handel ze wspólnotą to warunek przetrwania. Badanie przeprowadzone przez Institute of Directors (IOD) w 2019 r. wykazało, że prawie co trzecia brytyjska firma (29 proc.) rozważa choćby częściową „ucieczkę” za granicę. W badaniu wzięło udział prawie 1.200 firm, z czego 11 proc. podało, że ze względu na brexit już przeniosło część swojej działalności biznesowej.

Aż 70 proc. firm przenoszących się lub planujących taki krok decydowało się na nową lokalizację w obszarze Unii Europejskiej. To wielka szansa dla krajów Wspólnoty. Dla Wielkiej Brytanii oznacza to utratę miejsc pracy, zagrożenie dla działalności gospodarczej i dochodów podatkowych w kraju.

Dokąd najchętniej przenoszą się brytyjskie firmy? Nie lada gratką okazują się być Holandia i Austria. Jak podaje brytyjski Guardian, Lyne Biewinga z Holendersko-Brytyjskiej Izby Handlowej twierdzi, że od kilku tygodni jej zespół „dzień i noc” pracuje nad zapytaniami od firm brytyjskich. Istnieje wiele powodów, dla których firmy mogą zdecydować się na wyjazd do Holandii. Oba kraje łączą 400-letnie stosunki handlowe, oba mają dostęp do Morza Północnego. Odległość geograficzna jest niewielka i co nie bez znaczenia, posiadają naprawdę dobrą infrastrukturę logistyczną z największym portem w Europie, Rotterdamem, a także lotniskiem Schiphol w Amsterdamie. Nie bez znaczenia jest też bardzo dobra znajomość języka angielskiego wśród Holendrów (angielski należy do języków urzędowych w tym kraju).

Sami Holendrzy są bardzo przychylni Brytyjczykom chcącym przenieść biznes do tulipanowego królestwa. Lyne Biewinga zapewnia, że Holandia pomaga firmom obejść problemy graniczne i dodatkowe opłaty, a także papierkową robotę i dodatkowe podatki wynikające z brexitu. Wskazuje, że z Holandii mogą znacznie swobodniej rozprowadzać swoje towary.

Z kolei austriacka minister ds. spraw gospodarczych Margarete Schramböck twierdzi, że ​​liczba zapytań ze strony firm brytyjskich, która i tak był od kilku lat była wysoka – od 1 stycznia 2021 r. wzrosła trzykrotnie.

Według Austriackiej Agencji Biznesu w 2019 r. i 2020 r. 50 brytyjskich firm (lub posiadających siedzibę w Wielkiej Brytanii) rozpoczęło działalność w Austrii. To najczęściej firmy z branży IT oraz badawczo-rozwojowej. Już kilka lat temu Austria stworzyła specjalny program, który ułatwia start i prowadzenie tego rodzaju działalności na obszarze kraju. Jak widać, okazał się skuteczny.

Niemałym zainteresowaniem cieszy się też Belgia. Brytyjsko-Belgijska Izba Handlowa twierdzi, że napływa zdecydowanie więcej zapytań o możliwość przeniesienia działalności na terytorium tego państwa. O otwarciu nowej filii w Brukseli zdecydował już brytyjski Lloyd’s of London skupiający firmy ubezpieczeniowe. Z kolei czołowy brytyjski producent sera cheddar, Simon Spurrell, ogłosił, że inwestycję o wartości miliona funtów przeniesie do Francji.

The Observer ujawnił, że Departament Handlu Międzynarodowego doradzał brytyjskim firmom, które martwią się nowymi obciążeniami, kontrolami celnymi i dodatkowymi kosztami transportu towarów, aby utworzyły na terytorium UE magazyny, składy lub przeniosły tam infrastrukturę.

– Powszechnie wiadomo, że zawsze dobrze jest być blisko klientów. Rynek europejski jest rynkiem jednolitym, dlatego chcąc sprzedawać w Europie, najlepiej pozostać na rynku wspólnotowym – mówi Urszula Rąbkowska.

Czy Polska skorzysta na brexicie?

Skoro Brytyjczykom opłaca się korzystanie z europejskiej infrastruktury, naturalnym kierunkiem może być również Polska. I nie jest to wyłącznie myślenie życzeniowe.

Jak podaje Gazeta Wyborcza brytyjska filia szwajcarskiego koncernu Nestle chce przenieść do Polski produkcję wafelków Blue Riband. To 300 miejsc pracy. Firma uzasadnia, że decyzję o przeniesieniu fabryk podjęto, aby brytyjskie zakłady koncernu „działały w sposób bardziej efektywny” i były w stanie zachować konkurencyjność „w szybko zmieniającym się otoczeniu”. Przeniesienie ma umożliwić „uproszczenie operacji” firmy.

Również Huf UK, brytyjski producent części do aut zamknął zakład w Tipton i przeniósł miejsca pracy do Polski i Rumunii. Brytyjska firma dostarczała swoje produkty m.in. do Jaguara, Land Rovera, BMW, Daimlera, Hondy i Volvo. W 2017 roku miała 50,6 mln GBP obrotów. Pracownikom zakładów w Tipton zaoferowano możliwość zgłoszenia się do pracy w fabrykach w Polsce i Rumunii, co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę, że część z nich to mieszkańcy tych krajów.

To wielka szansa dla Polski, tym bardziej, że Wielka Brytania jest drugim pod względem wielkości, za Niemcami, odbiorcą polskich produktów rolno-spożywczych. Do brytyjskich sklepów trafia ok. 9 proc. polskiego eksportu z sektora rolno-spożywczego.

Wśród towarów eksportowanych do Wielkiej Brytanii dominują produkty szeroko rozumianego sektora maszynowego, części motoryzacyjne, meble, wyroby z drewna, kosmetyki, chemikalia, ale też artykuły rolno-spożywcze. Wielka Brytania jest też ważnym odbiorcą polskich usług – drugim po Niemczech.

– Być może Polska, ze względnie tanią siłą roboczą, dobrym zapleczem transportowo-logistycznym oraz rozwiniętą bazą technologiczną mogłaby być atrakcyjna dla Wielkiej Brytanii. Warto byłoby iść śladami Austrii, która stworzyła ciekawe programy dla przedsiębiorstw, chcących przenieść produkcję lub zaplecze techniczno-spedycyjne na jej terytorium – zauważa Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group.

Ewentualne wątpliwości wśród brytyjskich przedsiębiorców może wzbudzać sytuacja polityczna Polski. Głównie chodzi o tendencje mogące prowadzić w stronę „polexitu”. Same argumenty ekonomiczne wydają się przemawiać na korzyść naszego kraju, choć w Polsce brakować może ułatwień i zachęt dla potencjalnych inwestorów.

Austria i Holandia dostrzegły w brexicie szansę i robią wiele, by ją wykorzystać. W Polsce te możliwości dopiero teraz zaczyna się zauważać.

ZPP: Wyeliminujmy płacę minimalną w mikrofirmach

  • Pandemia najsilniej uderza w najmniejsze przedsiębiorstwa. Wiele z nich jest zagrożonych. Pomóżmy im likwidując płacę minimalną w mikrofirmach.
  • W tym samym celu należy wprowadzić prosty sposób opodatkowania firm generujących przychody nie wyższe, niż 120 tys. zł rocznie: jednolity podatek w wysokości 20% od przychodu, obejmujący PIT i ZUS.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców niejednokrotnie już opisywał destrukcyjny wpływ pandemii i wprowadzanych ograniczeń działalności przedsiębiorstw na gospodarkę. Jakkolwiek w skali makro statystyki nie wyglądają fatalnie (pierwsza od trzydziestu lat recesja jest jednak faktem), niektóre branże odczuwają skutki kryzysu szczególnie dotkliwie. Jak w większości przypadków, najbardziej narażone na bankructwa i zwolnienia są mikroprzedsiębiorstwa. Nie mają one zapasu kapitału, który umożliwiłby im przetrwanie trudnego czasu.

Zwracamy uwagę na fakt, że niektóre z sektorów objętych ograniczeniami są w znacznej mierze zbudowane z najmniejszych podmiotów. Co więcej, pewna część tych firm może być wykluczona z możliwości ubiegania się o kluczowe instrumenty wsparcia, z uwagi na niespełnianie niektórych kryteriów (w tym – przede wszystkim – kryterium zatrudnienia na podstawie kodeksowej umowy o pracę). Wynika to przede wszystkim ze specyfiki prowadzonej działalności, a w głównej mierze cech takich, jak sezonowość, czy oparcie zespołu na studentach i młodych ludziach dopiero wchodzących na rynek pracy. W sektorze usług jest to stosunkowo częste, a jednocześnie jest to właśnie sektor w największym stopniu dotknięty ograniczeniami.

Jednocześnie rozczarowuje brak analogicznych decyzji w odniesieniu do gastronomii i branży fitness. Wciąż nie wiemy również, jakie obiektywne cele i warunki muszą zostać spełnione, aby przedsiębiorcy tychże branż mogli powrócić do prowadzenia bieżącej działalności.

Obawiamy się, że przedłużające się restrykcje (którym konsekwentnie się sprzeciwiamy) mogą doprowadzić do zapaści mikrobiznesu. Mając to na uwadze, wydaje się że zasadne jest wprowadzenie programu ukierunkowanego precyzyjnie na wsparcie najmniejszych przedsiębiorców. Proponujemy, by program ten składał się co najmniej z dwóch elementów, które przedstawiamy poniżej.

Powrót do pierwotnej koncepcji „małej działalności gospodarczej”

Już kilka lat temu Związek Przedsiębiorców i Pracodawców zaprojektował rozwiązanie mające pomóc najmniejszym działalnościom gospodarczym, dla których obowiązek płacenia zryczałtowanych składek na ubezpieczenia społeczne, niezależnie od uzyskiwanych przychodów, wiąże się ze spadkiem rentowności prowadzonej działalności do poziomu, w którym utrzymanie się z niej staje się prawdziwym wyzwaniem. Oczywiście dla większości przedsiębiorców ryczałtowy ZUS jest rozwiązaniem korzystnym, jednak istnieje wspomniana wyżej grupa, w przypadku której konieczność uiszczania rosnących z roku na rok kwot powoduje realne trudności w utrzymaniu się.

Proponowaliśmy, by przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą na najmniejszą skalę (przychody nie przekraczające kilkudziesięciu tysięcy złotych w skali roku), mieli możliwość rozliczania się z fiskusem i Zakładem Ubezpieczeń Społecznych za pomocą jednolitej, prostej daniny uiszczanej od przychodu, zawierającej w sobie zarówno podatek dochodowy, jak i wszelkie należne składki.

Nasze postulaty znalazły pewne odzwierciedlenie we wprowadzonej przez rząd formule „mały ZUS plus”. Ulga ta ewoluowała, jednak nawet w obecnej, rozszerzonej formie nie uwzględnia ona wszystkich elementów zawartych w naszej koncepcji. Przede wszystkim, zgodnie z nazwą, dotyczy ona wyłącznie składek na ubezpieczenia społeczne, podczas gdy pierwotna propozycja „małej działalności gospodarczej” obejmowała również podatek dochodowy. Inna jest również konstrukcja samego rozwiązania – zamiast prostego iloczynu stawki i osiągniętego w danym miesiącu przychodu, „mały ZUS plus” wymaga ustalenia przeciętnego miesięcznego dochodu z działalności gospodarczej, przemnożenia go przez współczynnik 0,5 i – na końcu – porównania rezultatu z kwotą 30% minimalnego wynagrodzenia i 60% prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego.

Abstrahując od bardziej skomplikowanej struktury, główną różnicą między zrealizowaną koncepcją „małego ZUSu plus”, a zaprezentowanym przez ZPP pomysłem „małej działalności gospodarczej”, jest fakt czasowego ograniczenia omawianej ulgi w składkach na ubezpieczenia społeczne – korzystać z niej można jedynie przez trzy lata w pięcioletnim okresie.

W rezultacie, problem najmniejszych firm generujących niskie dochody, z których po opłaceniu wszelkich należnych danin publicznoprawnych, w kieszeni właściciela pozostaje niewielka kwota, pozostaje aktualny. Kluczową zaletą koncepcji promowanej przez ZPP jest jego systemowe rozwiązanie. Uważamy wobec powyższego, że planem minimum jest rezygnacja z czasowego ograniczenia „małego ZUSu plus”, a docelowo dążyć powinniśmy do wdrożenia pierwotnego pomysłu na regulację „małej działalności gospodarczej”, tak by najmniejsze podmioty mogły rozliczać się w prosty sposób, a ich obciążenia były wprost uzależnione od generowanego przychodu. Stawka takiego podatku powinna oscylować wokół 20% – dla znacznej części najmniejszych działalności będzie to sumarycznie niższe obciążenie, niż skumulowane kwoty składek na ubezpieczenia społeczne i podatku PIT.

Zniesienie pensji minimalnej w mikroprzedsiębiorstwach

Mimo, że rynek pracy relatywnie dobrze poradził sobie z problemami wywołanymi epidemią koronawirusa, to widoczne są już pierwsze ewidentne oznaki osłabienia. Bezrobocie rejestrowane w styczniu sięgnęło pułapu 6,5%, najwyższego od kilku lat. Sukcesywnie maleje również liczba nowych ofert pracy – jesienią 2020 roku liczba ogłoszeń była przeciętnie o ponad 25% niższa, niż rok wcześniej.

Warto zwrócić uwagę na fakt częściowej regionalizacji problemu bezrobocia, wynikającej m.in. ze stosunkowo silniejszego oddziaływania pandemii na np. miejscowości o charakterze kurortów. Dla przykładu w powiecie kołobrzeskim stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła przez pandemię trzykrotnie (sic!).

Trzeba zauważyć również, że branże objęte restrykcjami (gastronomia, hotelarstwo, puby, placówki kultury etc.) są sektorami, w których tradycyjnie pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywa znaczna część młodych ludzi, również studentów. Zwolnienia wynikające choćby z administracyjnego zakazu prowadzenia działalności są dla tych pracowników o tyle trudniejsze, że znacznie trudniej, niż w normalnych warunkach, jest im znaleźć alternatywne miejsce pracy. W świecie przed pandemią COVID-19, młody człowiek rozpoczynający karierę zawodową np. w restauracji, mógł w razie potrzeby łatwo znaleźć zatrudnienie w barze, kinie, czy hotelu. W realiach naznaczonych lockdownem, pole manewru jest w takim przypadku znacznie ograniczone.

Powyższe wnioski wydają się być potwierdzone pojawiającymi się coraz częściej głosami ekspertów, zgodnie z którymi epidemia koronawirusa najsilniej uderza w aktywne zawodowo młode osoby – jest to obserwacja nieograniczona wyłącznie do Polski, lecz tycząca się całego globu, zwłaszcza że większość państw zdecydowała się na wprowadzenie podobnych ograniczeń i restrykcji.

Mając na uwadze powyższe, uważamy że warto stworzyć wentyl bezpieczeństwa mitygujący ryzyka dla rynku pracy wynikające z trudnej sytuacji spowodowanej pandemią. W tej chwili wielu przedsiębiorców utrzymuje jeszcze miejsca pracy, wbrew rachunkowi ekonomicznemu. Nie minie jednak dużo czasu, zanim bezwzględna kalkulacja zmusi ich do redukcji etatów, a to zjawisko może lawinowo objąć branże, których działalność jest ograniczona. W rezultacie, niewykluczony jest powrót do znanych sprzed lat, dwucyfrowych stóp bezrobocia w Polsce. Trudności w znalezieniu zatrudnienia miałyby w takim układzie przede wszystkim osoby młode (niedoświadczone) i nisko wykwalifikowane.

Aby zapobiec realizacji tego scenariusza, proponujemy rozważenie odważnego ruchu, jakim byłoby wprowadzenie progu wielkości przedsiębiorstwa, od którego zaczęłyby obowiązywać przepisy dot. wynagrodzenia minimalnego. Do pewnego stopnia analogiczne rozwiązanie funkcjonuje w Stanach Zjednoczonych, gdzie federalne przepisy dot. płacy minimalnej obejmują firmy uzyskujące przychód przekraczający 500 tys. dolarów rocznie. Na polskim gruncie, wyjściowym punktem odniesienia mogliby być mikroprzedsiębiorcy, choć dyskusja dot. progu, po przekroczeniu którego przedsiębiorcę obowiązywałyby przepisy regulujące pensję minimalną, powinna być otwarta.

Reasumując, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla, że pandemia może doprowadzić do degradacji mikroprzedsiębiorczości w Polsce. O skali tego zjawiska, jak i jego czasowym wymiarze, trudno jest w tej chwili przesądzać, jednak nie ulega wątpliwości, że zasadne jest zaproponowanie programu regulacyjnego wsparcia mikrofirm w celu przetrwania trudnego czasu i odbudowy po epidemii. Uważamy, że zaprezentowane wyżej dwie koncepcje: powrotu do pomysłu „małej działalności gospodarczej” oraz wyłączenia najmniejszych firm z zakresu przepisów regulujących płacę minimalną, przysłużyłyby się temu celowi.

W styczniu strajk kobiet był popularniejszy niż WOŚP. Najaktywniejsze miasta w sieci to Warszawa, Łódź i Poznań

Październikowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego, orzekający niekonstytucyjność przepisów dopuszczających aborcję z powodu trwałych i nieodwracalnych wad płodu, mimo pandemii oraz zakazu zgromadzeń, stał się powodem ogromnych protestów w całym kraju. Jego publikacja w styczniu tego roku w Dzienniku Ustaw nie wywołała równie gwałtownych reakcji – jednak, jak wynika z danych internetowych zebranych przez SentiOne – zainteresowanie tematem było bardzo duże, mimo to aż o 80 proc. mniejsze niż w październiku i odnotowało 698 mln wyświetleń. Mężczyźni angażowali się w dyskusje o strajku tak samo często, jak kobiety.SentiOne_StrajkKobiet-10miast_liczba_oznaczen_w_social_media SentiOne_StrajkKobiet-Rozklad_wzmianek_w_czasie

Strajkujące miasta w sieci

Nie jest zaskoczeniem, że największe zainteresowanie protestami widać było w dużych miastach. Jak wynika z monitoringu Internetu przeprowadzonego przez SentiOne, w Warszawie w mediach społecznościowych w styczniu zameldowało się 3447 osób, używając jednocześnie sformułowań „protest kobiet”, „strajk kobiet”, „to jest wojna”, „wypierdalać” czy „czarny protest”. Na drugim miejscu znalazła się Łódź, w której zameldowało się już tylko 895 osób, na trzecim Poznań – 412 osób, a na czwartym Kraków – 357 osób.

Protesty to główny temat w sieci i popularniejszy niż WOŚP, Albicla i morsowanie

W październiku zasięg wyświetleń wzmianek powiązanych z protestami osiągnął oszałamiającą liczbę 3,5 mld. W styczniu liczba ta była o 80 proc. mniejsza – jednak 698 mln wyświetleń to nadal bardzo dużo. Dla porównania: hasło „WOŚP” odnotowało w styczniu 218 mln wyświetleń, „Albicla” (polski portal społecznościowy uruchomiony w styczniu 2021 r.) 26 mln wyświetleń, a ostatni hit Internetu – „morsowanie” – 22 mln wyświetleń.

Najmniej w dyskusje o strajku angażowali się użytkownicy Instagrama

O protestach najczęściej dyskutowano w social media. Aż 43 proc. wszystkich wzmianek w październiku i 46 proc. w styczniu pochodziło z Facebooka, z Twittera natomiast odpowiednio 35 proc. i 36 proc. wszystkich wzmianek. Daleko za nimi pozostawały portale internetowe, głównie informacyjne i kobiece – 19 proc. wzmianek w październiku i 18 proc. w styczniu. Najmniej w rozmowy o strajku angażowali się użytkownicy Instagrama – 1 proc. wszystkich wzmianek w październiku i 0,27 proc. w styczniu. Uczestnicy dyskusji najczęściej używali hashtagów #strajkkobiet, #pieklokobiet i #wyroknakobiety.

Kobiety i mężczyźni tak samo zaangażowani

Najwięcej wzmianek odnotowano oczywiście w Polsce – ponad 2 mln wzmianek przez cały okres od października 2020 do końca stycznia 2021. Na drugim miejscu znalazły się Stany Zjednoczone – ponad 57 tys. wzmianek, a na trzecim Wielka Brytania – ponad 30 tys. wzmianek. Co ciekawe, mężczyźni angażowali się w rozmowy o protestach tak samo często, jak kobiety. W październiku stanowili 50,7 proc., a w styczniu 53 proc. uczestników dyskusji.

Czy czeka nas pandemia cyberataków? Prognozy na 2021 rok

Ransomware, phishing, czy też dezinformacja – metody cyberprzestępców znamy, jednak wciąż ich działania ewoluują, więc aby zapewnić bezpieczeństwo danych firmy konieczne jest nieustanne doskonalenie zabezpieczeń i podnoszenie wiedzy w temacie cybersecurity. Jak rysuje się 2021 r. w kontekście cyberprzestępstw? W jaki sposób chronić zasoby firmy przed niepożądanymi atakami?

Rok temu Fujitsu prognozowało, że 2020 będzie czasem wzmożonej liczby cyberataków. Wiele prognoz na 2020 r. okazało się nietrafnych, gdyż sytuację na rynkach pokrzyżował kryzys wywołany pandemią. Niestety, kwestia zwiększającej się liczby cyberprzestępstw jest wręcz niedoszacowana. Ataki hakerskie – ransomware, phishing, malware i inne – stały się innym rodzajem pandemii, która uderzyła w przedsiębiorstwa, mierzące się w tym czasie także z wieloma nowymi wyzwaniami m.in. pracą zdalną.

Szacuje się, że w 2021 r. ataki ransomware będą występować co 11 sekund, a wartość globalnych szkód, które może wywołać wyniesie nawet 20 bln dolarów. Działalność hakerska będzie jeszcze intensywniejsza, a praca hybrydowa lub zdalna wymaga dodatkwego zabezpieczenia cennych danych.

Co robić? W jaki sposób zabezpieczyć zasoby firmy przed wyciekiem? W jaki sposób uchronić biznes przed nadciągającą lawiną ataków hakerskich? Fujitsu przygotowało prognozy w zakresie cybersecurity na 2021 r.

Hakerzy wykorzystują Home Office

Przejście na pracę zdalną na tak dużą skalę, jak w 2020 r., dotychczas nie miało miejsca. Wiele przedsiębiorstw wcześniej nie prowadziła takiego modelu pracy, a obawa o bezpieczeństwo pracowników i szereg restrykcji, wymusiły szybkie i sprawne przejście na home office. Sytuacja ta utrzymuje się nadal, wiele firm wciąż funkcjonuje w modelu pracy zdalnej, co z pewnością w dużej mierze także w 2021 r. będzie podtrzymywane. Home office na tak dużą skalę zwiększa przestrzeń do cyberataku.

– Warto podkreślić, że działania hakerskie są coraz lepiej dostosowywane, ukierunkowane i spersonalizowane, więc szczególnie e-maile typu spear-phishing mogą być niebezpieczne, gdyż poziom ich wiarygodności jest coraz większy. Niestety organizacji jest niezwykle trudno uchronić się przed tym rodzajem ataku – tutaj szczególny nacisk powinien zostać położony na edukację pracowników oraz stałe ostrzeżenia przed tego rodzaju przestępstwami – mówi Jarosław Cichoszewski, Presales Consultant Fujitsu Poland.

Praca z domu także na nowo zdefiniowała formy komunikacji i zmieniła nawyki pracownicze. Elementy te stawiają przed usługami wiele nowych wyzwań, które muszą korelować z oczekiwaniami pracowników w nowej rzeczywistości, a jednocześnie spełniać swoje naczelne role. Dlatego też należy zwrócić uwagę, że zabezpieczenia, jak i procedury zwiększające poziom ochrony zasobów firmy – powinny one zostać dostosowane do nowego modelu pracy i oczekiwań użytkowników, zapewniając kompromis pomiędzy wysokim komfortem użytkowania, a bezpieczeństwem danych.

– Z perspektywy przedsiębiorstwa koniecznie musimy zwrócić uwagę na bardzo ważny aspekt zwiększonego ryzyka cyberataków. Z racji, że rok 2020 upłynął pod hasłem pandemii, firmy notowały wiele strat, co z pewnością ma swoje przełożenie w budżetach na 2021 r. Ta sytuacja w wielu przypadkach wymusi na przedsiębiorstwach staranną ocenę priorytetów wydatków. Być może przełoży się to również na ograniczenie inwestycji w dostosowanie zabezpieczeń zasobów, co w konsekwencji niesie większe ryzyko ataku lub późne wykrycie zagrożenia, czy też wycieku danych – dodaje Jarosław Cichoszewski.

Wymuszenie, szantaż, haracz – ransomware

W 2020 r. rekordowa wartość okupu, której zażądali cyberprzestępcy wyniosła 15 mln dolarów. Ransomware to niestety wciąż najbardziej kosztowna forma ataku, które nieustannie ewoluuje, zwiększa zarówno swoją częstotliwość, jak i skalę. Dla porównania w 2019 r. szacowano, że wartość szkód wyrządzonych poprzez ransomware wynoszą ok. 11,5 mld dolarów, a obecnie mówi się, że ta wartość wzrośnie o nawet 9 mld dolarów.

Działania cyberprzestępców w obrębie ransomware są coraz bardziej zaawansowane i wyrafinowane. W tym celu coraz częściej wykorzystywana jest sztuczna inteligencja, co także mocno utrudnia wykrywanie potencjalnych zagrożeń.

– Wyciek lub całkowita strata danych to więcej niż utrata zaufania i reputacji firmy – koszty postępowań sądowych, koszty odbudowy zasobów i ich ochrona, szkolenia pracowników, czy nawet konieczność zamknięcia działalności, to inne konsekwencje dotykające organizacje, które padły ofiarą ransomware. Musimy mieć świadomość, że wielu z takich ataków można by uniknąć, stosując lepsze zabezpieczenia danych, czy też lepiej dobierając rozwiązania informatyczne. Ataki te są automatyzowane i możemy spodziewać się, że będzie ich coraz więcej. Dlatego, aby uchronić się przed nimi konieczne jest stałe poszerzanie wiedzy w zakresie cybersecurity oraz wdrażanie skutecznych systemów i procedur, które zabezpieczą dane firmy przed obecnymi oraz nowymi zagrożeniami – mówi Wojciech Wróbel, Data Protection Business Development Manager w Fujitsu Poland.

Era dezinformacji

W ostatnim czasie wzrosło także ryzyko ataków dezinformacyjnych. W kwietniu brytyjskie National Cyber Security Center zgłosiło, że przeciwdziałało aż 2000 oszustwom, w tym zlikwidowało 471 fałszywych sklepów internetowych wykorzystujących osoby szukające usług związanych z koronawirusem, a także 200 stron phishingowych. W marcu 2020 r. firma Check Point poinformowała o gwałtownym wzroście liczby rejestracji nazw domen związanych ze słowem Zoom, które przestępcy wykorzystują z uwagi na rosnącą popularność usług spotkań i konferencji online.

Należy spodziewać, że w 2021 r. podobne działania ze strony cyberprzestępców nie będą słabnąć, a kampanie mające na celu np. zachęcenie do szczepień dadzą dodatkową przestrzeń do podobnych ataków dezinformacyjnych.

– Kryzys wywołany pandemią zmusił nas do wielu zmian: zmiana modelu pracy i nawyków pracowników, wprowadzenie nowych narzędzi cyfrowych – czy też przedefiniował formy komunikacji biznesowej. Wszystkie te elementy umożliwiają firmom nieprzerwaną realizację swoich najważniejszych zadań, ale także stwarzają dość komfortowe warunki dla wszelkiego typu cyberataków. Metody działania hakerów są coraz bardziej wyrafinowane i zmasowane, co znacznie utrudnia wprowadzenie rozwiązań, które zapewnią danym przedsiębiorstwa absolutne bezpieczeństwo. Świadomość skali problemów, znajomość metod stosowanych w cyberprzestępczości oraz odpowiednie zabezpieczenie zasobów firmy znacząco zwiększają poziom ochrony danych i biznesowego bezpieczeństwa firmy, i to powinno stać się jednym z priorytetów przedsiębiorstw w 2021 r. – podsumowuje Wojciech Wróbel.

CD Projekt zaatakowany ekspert od cyberbezpieczeństwa komentuje

Cyberpunk to gra, w której firma CD Projekt stworzyła alternatywną wizję przyszłości, a jej scenariusz ma miejsce w świecie wszechobecnych hakerów. Rzeczywistość pokazuje jednak, że ogromna skala ataków hakerskich, nie jest scenariuszem futurystycznej gry. To dzieje się tu i teraz, a twórcy Cyberpunk’a nie tylko zostali ofiarą ataku, ale również doznali zaszyfrowania danych z żądaniem okupu. Takim okolicznościom zazwyczaj towarzyszy równocześnie groźba upublicznienia danych. Możliwym rozwiązaniem jest wcześniejsze wprowadzenie odpowiednich procedur reagowania na incydent wraz ze strategią zarządzania kryzysowego. Kluczowe jest jednak w pierwszej kolejności przejście audytu inwentaryzacyjnego w aspekcie cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa informacji, gdzie zdefiniowane zostaną kluczowe dla danej firmy obszary, które należy chronić. Dopiero taka analiza ryzyka pozwala na ewentualne jego mitygowanie. Dotyczy to w zasadzie niemal każdej jednej firmy, bez względu na jej rozmiar” – tłumaczy Rafał Jaworski z ProtecHut.

63 proc. firm przed upadłością było notowanych w KRD

Druga połowa 2020 r. przyniosła upadłość 210 firm. 63 proc. z nich było notowanych Krajowym Rejestrze Długów w dniu ogłoszenia upadłości przez sąd. W przypadku połowy upadłych firm bankructwo widać było na horyzoncie już pół roku wcześniej.

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy 2020 r. polskie sądy ogłosiły upadłość obejmującą likwidację majątku 210 firm (dane na podstawie daty postanowienia sądu). Jak wskazują eksperci Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, 63 proc. z tych firm było notowanych w KRD w dniu upadłości, a łączna wartość ich zobowiązań wynosiła 23,2 mln zł. W 49 proc. sygnały o niewypłacalności widać było już na pół roku przed ogłoszeniem upadłości. Z kolei 41 proc. firm było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów na rok przed ogłoszeniem bankructwa.

Od lat obserwujemy, że pierwsze informacje o przyszłych bankrutach pojawiają się w Krajowym Rejestrze Długów na rok i wcześniej przed ogłoszeniem upadłości. Niestety w ubiegłym roku, mimo mniejszej liczby bankructw w drugiej jego połowie, odsetek bankrutów, którzy byli notowani w KRD już 12 miesięcy przed ogłoszeniem upadłości, wzrósł z 37,8 proc. do 41,4 proc. To jednak, jaki ostatecznie był wpływ pandemii na liczbę bankructw, zobaczymy tak naprawdę dopiero w tym roku – wskazuje Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów i dodaje: – Informacja o tym, że firma posiada zaległe zobowiązania finansowe, powinna być dla każdego przedsiębiorcy sygnałem ostrzegawczym. W drugiej połowie roku firmy, które zbankrutowały, naraziły na straty 284 wierzycieli, zalegając im na łączną kwotę ponad 23 milionów złotych. Dlatego tak ważne jest sprawdzanie i monitorowanie kontrahentów przed nawiązaniem współpracy z nimi i w trakcie trwania umowy.

Upadłość a zadłużenie

Największą kwotę swoim wierzycielom winne były przedsiębiorstwa z Lubuskiego. Wartość zadłużenia sięgnęła prawie 6,8 mln zł. Za nimi uplasowali się bankruci z Mazowsza z 4,2 mln zł długu i Śląska, którzy mieli do oddania 3,7 mln zł. W województwach mazowieckim i śląskim upadłych dłużników było także najwięcej.

Co ciekawe, wśród bankrutów notowanych w KRD mniejszość stanowią jednoosobowe działalności gospodarcze. Kwota ich należności stanowi jedną piątą całego zadłużenia wśród przedsiębiorstw. Reszta to długi spółek.

Analizując dane przez pryzmat branż, widać, że najwięcej zobowiązań mają firmy budowlane – 338, zaś najwyższe zadłużenie należy do firm z branży rolniczej (7,1 mln zł).

Kolejne w stawce zadłużenia (z 4,3 mln zł długu) były podmioty z sektora przetwórstwa przemysłowego. Z tej branży wywodziła się prawie co czwarta upadła firma z długami (23 proc.). Bankruci z sektora budownictwa pozostawili po sobie 3,7 mln zł, zaś z handlu ponad 3,1 mln zł. Z tego sektora, podobnie jak w przypadku przetwórstwa przemysłowego, pochodził blisko co czwarty dłużnik.

Należności bankruci mieli spłacić najczęściej funduszom poręczeniowym i pożyczkowym (6,8 mln zł), bankom (3,1 mln zł) oraz firmom leasingowym (1,3 mln zł).

Są też branże, które w czasie pandemii radzą sobie nad wyraz dobrze. W nadchodzącym czasie będziemy więc zapewne obserwować wyraźne zróżnicowanie sytuacji różnych branż, także w gronie bankrutów. Narastanie tego zjawiska tam, gdzie pandemia uczyniła największe spustoszenia, a wygasające programy pomocowe nie są w stanie zrekompensować przedsiębiorcom strat, i zmniejszanie się go w gronie tych, którzy w nowej rzeczywistości radzą sobie lepiej. Z drugiej strony trzeba jednak też pamiętać, że gospodarka to system naczyń połączonych i jeśli kryzys będzie się przedłużał, uderzy koniec końców we wszystkich – zaznacza Adam Łącki.

Szczerość podstawą negocjacji

Proces odzyskania należności od przedsiębiorstw zagrożonych niewypłacalnością jest bardzo złożony. Jak przyznają eksperci od windykacji, jeśli firma sama nie powie, że ma poważne problemy finansowe, to oni o tym nie wiedzą. Negocjatorzy zawsze starają się tak ułożyć plan spłat, aby firma zachowała „moce produkcyjne” i mogła zarabiać, a w efekcie oddać należności i dalej funkcjonować.

Problemy finansowe nie pojawiają się nagle, zazwyczaj narastają powoli. Na jedną firmę notowaną w KRD, która ogłosiła upadłość, przypadało średnio trzech wierzycieli. Przedsiębiorstwa zlecające profesjonalną windykację muszą wiedzieć, że im szybciej upomną się o zapłatę, tym większe szanse mają na sukces. A firmy zagrożone upadłością w rozmowach z negocjatorem powinny szczerze mówić o swoich problemach finansowych. Profesjonalna firma windykacyjna jest w stanie pomóc im przebudować portfel płatności w taki sposób, aby przedsiębiorstwo  mogło spłacić swoje zobowiązania, ale równocześnie nadal funkcjonować i sprzedawać swoje produkty. Wierzycielom, którzy kierują faktury do windykacji, zależy na odzyskaniu pieniędzy, a nie na tym, aby ich kontrahent zbankrutował. Bo wtedy nie dostaną ani złotówki – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Odwilż w upadłościach?

W 2020 r. wiele wskazywało na to, że ryzyko upadłości biznesów jest wyższe. Część branż z dnia na dzień straciła możliwość prowadzenia działalności, wiele przedsiębiorstw funkcjonowała w ograniczonym zakresie. Toteż pod koniec roku spodziewano się wyraźnego wzrostu bankructw. Jednak największa fala upadłości związana była z samym wybuchem pandemii i przypadła na pierwszą połowę ubiegłego roku. Wtedy to sądy przyjęły wnioski o upadłość 286 firm, o jedną czwartą więcej niż w kolejnym półroczu. Znacznie wyższa była także suma zadłużenia bankrutów, która w momencie ich upadłości opiewała na ponad 50 mln zł, wynika z danych KRD.

Liczba samych bankructw w biznesie w ciągu całego 2020 r. była zbliżona do poziomu notowanego w 2019 r. Jednak nie wszystkie firmy zmagające się z niewypłacalnością mogły skorzystać z opcji ogłoszenia upadłości. Wg danych COIG, sądy więcej wniosków o upadłość oddaliły, aniżeli zatwierdziły. Pełniejszy obraz zagrożenia niewypłacalnością w biznesie pokazuje więc połączenie danych dla upadłości i postępowań restrukturyzacyjnych. W tym przypadku wzrost rok do roku wyniósł 32 proc.

Patrząc na dane Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej widać, że w drugim półroczu 2020 roku systematycznie rosła też liczba wniosków o zamknięcie czy zawieszenie działalności. O ile w czerwcu liczba jednoosobowych działalności gospodarczych, które rozpoczęły lub odwiesiły działalność była o 125 proc. wyższa, niż tych, które ją zamknęły lub zawiesiły, o tyle w grudniu mieliśmy sytuację odwrotną. 71 proc. więcej firm zawiesiło lub zamknęło działalność niż ją założyło lub wznowiło. To może więc oznaczać, że w dobie kryzysu firmy nie liczą na odmianę losu i aby uniknąć bankructwa zawczasu kończą swój biznes – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu KRD BIG SA.