Gospodarczym wydarzeniem zeszłego tygodnia były piątkowe dane z rynku w pracy w USA. Niestety okazały się rozczarowujące i zamiast 60 tyś nowych miejsca pracy, ubyło blisko 140 tyś etatów. Mimo rozczarowującego pierwszego tegorocznego odczytu rynki akcyjne zakończyły tydzień wzrostami. Szczególnie mocno w nowy rok weszła GPW, która zakończyła tydzień wzrostami na poziomie 4,94%. Słabsze dane z rynku pracy odcisnęły piętno na notowaniach metali szlachetnych, których ceny w piątek dynamicznie spadały. Przecena to efekt przesunięcia oczekiwań, co do tempa wzrostu inflacji. Słabsze dane z rynku pracy wskazują, że poprawa sytuacji gospodarczej może być wolniejsza niż zakłada rynek, a tym samym pojawienie się wyższej inflacji może się opóźnić.
W tym tygodniu już w środę odbędzie się posiedzenie RPP na którym zapadnie decyzja dotycząca poziomu stóp procentowych. Spodziewamy się utrzymania stóp na niezmienionym poziomie. W czwartek z kolei zostaną opublikowane dane o inflacji w USA. W piątek na naszym lokalnym podwórku finalny odczyt inflacji CPI za grudzień.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
Prawie 2/3 Polaków pracujących zdalnie w pandemii odczuwa negatywne skutki home office. Są to przede wszystkim stres, problemy ze zdrowym odżywianiem oraz spadek efektywności – wynika z badania MultiSport Index 2020. Znacznie rzadziej z negatywnymi konsekwencjami pracy zdalnej zmagają się pracownicy, którzy mimo pandemii i ograniczeń pozostają aktywni fizycznie – już 4 na 10 zatrudnionych deklaruje, że sport łagodzi stres związany z pandemią. W obecnej sytuacji wsparcie aktywności fizycznej pracowników przez firmę jest skutecznym rozwiązaniem, umożliwiającym zachowanie dobrego samopoczucia i wyższej efektywności.
– Pandemia sprawiła, że przenieśliśmy pracę z biur do domów, a negatywne skutki tej zmiany potwierdza już 63 proc. zatrudnionych. Jednocześnie z badań opinii wynika, że prawie połowa Polaków odczuwa negatywne skutki przedłużającej się pandemii i okresu izolacji społecznej w postaci zwiększonego stresu. W najbliższej przyszłości może to być jeden z głównych powodów rosnącej absencji pracowniczej. Przed COVID-19 pojawiały się szacunki ZUS pokazujące dziesiątki tysięcy utraconych dni pracy rocznie, m.in. z powodu nadmiernego stresu i chorób. Jednym z wyzwań dla pracodawców po pandemii będzie wyhamowanie tego trendu – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Józefiak, członek zarządu Benefit Systems.
Na home office pracuje w tej chwili ok. 40 proc. aktywnych zawodowo Polaków. Osoby, które odczuwają negatywne skutki pracy w domu, wskazały w badaniu MultiSport Index 2020, że najczęściej są to zbyt rzadkie kontakty z innymi ludźmi, zacieranie granic pomiędzy pracą i życiem prywatnym, zwiększony poziom stresu, problemy z żywieniem (np. nieregularne posiłki) czy spadek efektywności. Skutki pracy zdalnej są tym dotkliwsze, im więcej dni pracujemy poza biurem. W gronie pracowników, którzy na home office przebywają co najmniej trzy–cztery dni w tygodniu, negatywne konsekwencje odczuwa aż 74 proc.
– Wśród aktywnych fizycznie Polaków, którzy pracują zdalnie, aż 42 proc. wskazuje, że nie doświadcza takich trudności. Tymczasem wśród pracowników, którzy nie ćwiczą, taką odpowiedź deklaruje jedynie 29 proc. – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.
Według badania MultiSport Index 2020 aż 79 proc. aktywnych fizycznie Polaków deklaruje, że regularny ruch poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy. 4 na 10 pracowników w sporcie odnalazło też sposób na łagodzenie stresu związanego z pandemią COVID-19. W efekcie 3/4 nie zamierza rezygnować z aktywności fizycznej niezależnie od tego, jak rozwinie się sytuacja epidemiologiczna.
– Pandemia uświadomiła nam wszystkim, że profilaktyka zdrowotna jest jednym z najważniejszych elementów naszego życia. Nie ma tańszego i prostszego sposobu na zachowanie zdrowia niż aktywność fizyczna. Wierzę, że w najbliższych latach czeka nas boom na zdrowie i aktywność fizyczną. To trend, który na Zachodzie obserwujemy już od wielu lat – mówi Bartosz Józefiak.
Jak podkreśla, utrzymanie efektywności, zdrowia i motywacji pracowników jest w tej chwili jednym z największych wyzwań, z jakimi mierzą się firmy. Badanie MultiSport Index 2020 wskazuje, że ok. 60 proc. zatrudnionych oczekuje od swoich pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowego i aktywnego stylu życia. Jednocześnie prawie połowa (47 proc.) ocenia, że w tej chwili ich pracodawca nie podejmuje w tym obszarze wystarczających działań.
– Pracownicy oczekują w najbliższym czasie zwiększenia przez pracodawców nakładów na opiekę zdrowotną i aktywność fizyczną. Pracodawcy wspierają te obszary przede wszystkim przy wykorzystaniu pozapłacowych benefitów związanych ze sportem i rekreacją, a do najważniejszych i najbardziej pożądanych należy karta sportowa, którą ma już 60 proc. pracowników dużych firm i korporacji – mówi członek zarządu Benefit Systems.
Karty sportowe posiada w tej chwili średnio co czwarty pracownik w Polsce. To jeden z najpopularniejszych benefitów sportowych. Drugą, najczęściej oferowaną przez pracodawców formą wsparcia w tym zakresie jest infrastruktura rowerowa, np. stojaki na rowery.
– Dostosowujemy karty MultiSport do wymogów obecnych czasów i potrzeb pracowników. To już nie tylko możliwość pójścia na basen czy do siłowni, ale także możliwość skorzystania z treningów online, konsultacji z dietetykiem albo wykorzystania programu mindfulness, który pomaga radzić sobie ze stresem w warunkach domowych. Widzimy, że nasi użytkownicy coraz częściej korzystają z tych opcji – mówi Bartosz Józefiak.
Ze statystyk Benefit Systems wynika, że od początku pandemii z treningów online i ćwiczeń w warunkach domowych skorzystało 74 proc. posiadaczy kart MultiSport. W październiku – kiedy działalność wielu obiektów sportowych została ponownie ograniczona – popularność treningów online wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem. Dzięki rozszerzeniu oferty online, np. o dostęp do platformy treningowej Yes2Move.com, użytkownicy Programu MultiSport mogą kontynuować treningi niezależnie od rozwoju sytuacji epidemicznej i dostępności infrastruktury sportowej.
Wybór modelu biznesowego dla polskich elektrowni jądrowych to jedna z najważniejszych decyzji gospodarczych, jaką podejmie rząd. Zaważy ona na rozwoju całej gospodarki na kolejnych kilka dekad. Może także wesprzeć jej odbudowę po kryzysie wywołanym pandemią – wynika z raportu Instytutu Sobieskiego „Energetyka jądrowa dla Polski”. Eksperci podkreślają w nim, że Polski nie stać już na węgiel, a koszty energii elektrycznej generowanej przez atom należą do najniższych, co może przełożyć się na rachunki dla odbiorców. Dlatego rząd powinien priorytetowo potraktować projekt budowy reaktorów jądrowych.
– Brak energetyki jądrowej w Polsce pociąga za sobą dość duże koszty. Dobrym przykładem są koszty opłat za emisję CO2. W 2019 roku polskie elektrownie zawodowe wydały na uprawnienia prawie 10 mld zł, natomiast w latach 2013–2019 było to ok. 21 mld zł. Łatwo policzyć, że przez siedem lat obowiązywania tej trzeciej fazy systemu ETS wydaliśmy, a w zasadzie puściliśmy z dymem, tyle pieniędzy, że moglibyśmy za nie postawić co najmniej jeden blok jądrowy o mocy 1000 MW – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Sawicki, ekspert ds. ekonomicznych energetyki jądrowej. – Jeśli założymy, że w kolejnych latach będziemy płacić za CO2 tyle samo co w 2019 roku, to praktycznie co dwa lata moglibyśmy stawiać jeden blok jądrowy o takiej mocy.
Koszty energii elektrycznej generowanej przez atom należą w UE do najniższych – podkreśla współautor raportu Instytutu Sobieskiego „Energetyka jądrowa dla Polski”. Jak wskazuje, elektrownie jądrowe w Europie wytwarzają energię, której koszt oscyluje wokół 20–25 euro/MWh. Najtańsze bloki pracują w Finlandii – w 2019 roku koszt energii wyprodukowanej przez elektrownię w Olkiluoto wynosił ok. 16 euro/MWh. W Stanach Zjednoczonych te wartości są zbliżone – największa elektrownia atomowa Palo Verde w stanie Arizona generuje energię, której koszt oscyluje wokół 15 dol./MWh.
– W przypadku tych najnowszych elektrowni jądrowych trzeciej generacji, które mają powstać w Polsce, koszt techniczny wytwarzania energii wynosi ok. 100 zł/MWh. Do tego trzeba doliczyć jeszcze koszty kapitałowe, które będą w dużej mierze uzależnione od przyjętego modelu biznesowego. Jednak przy dobrze skonstruowanym modelu będą to kwoty w miarę nieduże. Dlatego tak czy inaczej: energetyka jądrowa będzie najtańszym źródłem energii, a do tego stabilnym, niezależnym od warunków pogodowych i niegenerującym większych kosztów zewnętrznych – mówi Łukasz Sawicki.
Jak wskazują analizy przeprowadzone na zlecenie Ministerstwa Klimatu, uśrednione koszty całkowite wytwarzania energii w 2020 roku wynoszą 360 zł/MWh. W prognozach na 2045 rok najwyższe koszty będą w scenariuszu bez elektrowni atomowej (388 zł/MWh). Kontynuacja rozwoju energetyki jądrowej powinna przynieść dalszy spadek kosztów do 2050 roku (340 zł/MWh wobec 376 zł w scenariuszu bez EJ).
Eksperci podkreślają, że model biznesowy dla polskich elektrowni jądrowych będzie jedną z najważniejszych składowych tej inwestycji. Po pierwsze, zdeterminuje jej rentowność, a po drugie, określi, jak przełoży się to na rachunki odbiorców.
– Model biznesowy powinien być przede wszystkim zbalansowany, czyli uwzględniać jednocześnie interes inwestora i interes odbiorców energii. Chodzi o to, żeby inwestorowi opłacało się te elektrownie zbudować, a z drugiej strony żeby odbiorcy energii odczuli niski koszt wytwarzania energii na rachunkach za prąd – podkreśla ekspert.
Źle dobrany model może spowodować, że niskie koszty kapitału i nakładów inwestycyjnych pozwolą co prawda na wyprodukowanie taniej energii, ale nie wpłyną na obniżkę rachunków za prąd przedsiębiorstw i gospodarstw domowych, a może nawet spowodują ich wzrost.
– W tym modelu na pewno musi znaleźć się gwarancja odbioru energii, a także w miarę możliwości gwarancja stałej ceny, bo elektrownia jądrowa ma pracować bardzo długo. Kolejny warunek to zgodność modelu z polityką i prawodawstwem UE, bo Komisja Europejska będzie musiała wyrazić zgodę na przyjęte rozwiązania – wymienia Łukasz Sawicki. – Dobrze by było, aby ten model nie przyczyniał się też do nadmiernego obciążania budżetu państwa, m.in. z uwagi na to, że jest on już mocno obciążony pomocą dla przedsiębiorstw w związku z pandemią koronawirusa. Przyjęty model musi być również kompleksowy – nie może obejmować tylko jednej elektrowni, ale finansowanie serii bloków jądrowych.
Ekspert podkreśla, że ważnym warunkiem jest też akceptacja społeczna dla modelu funkcjonowania polskich EJ. Według tegorocznego badania, które Ministerstwo Klimatu cytuje w zaktualizowanym PPEJ, przychylnych energetyce jądrowej jest 57 proc. Polaków. W rejonach potencjalnych lokalizacji odsetek zwolenników jest jeszcze wyższy i wynosi 71 proc. Co istotne, im lepiej społeczeństwo czuje się poinformowane w kwestii energetyki jądrowej, tym wyższy poziom jego poparcia.
Zgodnie z przyjętym w październiku ub.r. przez rząd programem polskiej energetyki jądrowej do 2043 roku w Polsce mają działać już dwie elektrownie atomowe o łącznej mocy od 6 do 9 GW. W latach 2040–2045 około 1/5 krajowej produkcji energii ma już pochodzić z atomu. Pierwsza inwestycja powstanie w Lubiatowie–Kopalinie lub Żarnowcu (lokalizacjach wskazanych już we wcześniejszym PPEJ z 2014 roku), ale pod uwagę brane są również Bełchatów i Pątnów. Uruchomienie pierwszego bloku przewidziano na 2033 rok, kolejne będą oddawane w latach 2035 i 2037. Budowa drugiej elektrowni ma wystartować w 2032 roku, a jej trzy reaktory mają być po kolei uruchamiane w latach 2039–2043.
W zaktualizowanym PPEJ rząd nie określił jeszcze, jaki będzie pełny model biznesowy planowanych elektrowni jądrowych. Wybór technologii zgodnie z harmonogramem powinien nastąpić w tym roku. Program zakłada m.in., że Skarb Państwa wykupi 100 proc. udziałów w powołanej do tego projektu spółce PGE EJ 1, a po wyłonieniu inwestora strategicznego zachowa w niej 51 proc. Współinwestor zagraniczny miałby nabyć w spółce celowej nie więcej niż 49 proc. udziałów.
– Rola państwa w modelu biznesowym EJ może być różna. W najlżejszych sprowadza się do ukształtowania jasnej, klarownej i konsekwentnie realizowanej polityki energetycznej, w której określony jest miks energetyczny, perspektywa, projekty ewentualnych zmian prawnych, instrumenty i działania, które rząd prowadzi wspólnie z przedsiębiorstwami, inwestorami i branżą energetyczną, żeby ten miks zrealizować. Natomiast inne, trochę szersze narzędzia to np. udział państwowych funduszy inwestycyjnych, ograniczony udział budżetu państwa, poręczenia albo gwarancje Skarbu Państwa, ubezpieczenia kredytów. Myślę, że rząd niebawem ostatecznie zdecyduje się na któreś z dostępnych narzędzi, więc wkrótce się tego dowiemy – mówi ekspert ds. ekonomicznych w energetyce jądrowej.
W ocenie rządu bez włączenia EJ do miksu energetycznego Polska nie zdoła wypełnić swoich zobowiązań wobec UE i dojść do neutralności klimatycznej w 2050 roku, a energetyka jądrowa przełoży się na radykalne obniżenie emisji CO2 w sektorze elektroenergetycznym. Zarówno budowa, jak i eksploatacja bloków jądrowych bezpośrednio i pośrednio przyczyni się do utworzenia co najmniej kilkudziesięciu tysięcy nowych miejsc pracy.
Zgodnie z zapowiedziami ministra zdrowia Adama Niedzielskiego dotychczasowe obostrzenia w gospodarce zostaną utrzymane również po 17 stycznia. Wiele firm może nie wytrzymać przedłużającego się lockdownu. – Można się spodziewać zdecydowanie większej skali zwolnień, ale też fali niekontrolowanych bankructw – mówi Grzegorz Baczewski z Konfederacji Lewiatan. Upadłości obawia się co trzecia mała i średnia firma, a wśród przedsiębiorców, którzy działają na rynku mniej niż dwa lata, odsetek ten wynosi ok. 50 proc. – wynika z badania BIG InfoMonitor.
– Trzeci lockdown to są wymierne straty dla firm, które nie mogą generować przychodów, a jednocześnie są narażone na ponoszenie znaczących kosztów. Nawet w przypadku tych firm, które zostały objęte tzw. tarczą antykryzysową 6.0, można mówić o tym, że wsparcie zaoferowane przedsiębiorcom jest niewystarczające. Co ważne, to wsparcie i ten lockdown przychodzi w momencie, kiedy firmy są już bardzo wyczerpane wcześniejszymi okresami obostrzeń i zakazów działalności, jednocześnie ciążą na nich znacząco większe zobowiązania. Wiele branż będzie przeżywać bardzo poważne trudności i wiele przedsiębiorstw już tego trzeciego lockdownu nie przejdzie tak, jak to było poprzednim razem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Baczewski, dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.
Od 28 grudnia do 17 stycznia obowiązuje trzeci (po wiosennym i listopadowym) lockdown gospodarki, czyli zamrożenie działalności części branż, m.in. gastronomii, siłowni i innych obiektów sportowych, a także części obiektów handlowych w galeriach. Już wiadomo, że restrykcje te zostaną wydłużone do 31 stycznia.
Według Polskiej Rady Centrów Handlowych łączne straty w tym segmencie z powodu trzech lockdownów można szacować na 30 mld zł, z czego 17,5 mld zł przypada na pierwsze zamrożenie gospodarki, ok. 8 mld zł na listopad, a ok. 4 mld zł na obecne ograniczenia.
– Można się spodziewać, że firmy będą decydowały się na większą skalę zwolnień, pojawi się fala niekontrolowanych bankructw, bo firmy już nie będą w stanie dalej funkcjonować. Wiosną czy wczesną jesienią obserwowaliśmy w środowisku przedsiębiorców nadzieję na przetrwanie, teraz jednak widać, że rzeczywiście wiele firm zaczyna zawieszać swoją działalność, rezygnuje z najmowanych lokali, zmniejsza skalę działalności i prawdopodobnie wkrótce zacznie zwalniać pracowników – mówi dyrektor generalny Konfederacji Lewiatan.
Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Keralla Research dla BIG InfoMonitor, prawie 11 proc. MŚP wskazywało, że w 2020 roku zetknęło się z ryzykiem bankructwa. Najczęściej wskazywały na nie mikro- i małe firmy. Obawy co do 2021 roku są jeszcze poważniejsze. Bankructwa boi się 36 proc. badanych, z czego 14 proc. uważa, że to ryzyko jest wysokie.
Jak wynika z analiz Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2020 roku w Monitorze Sądowym i Gospodarczym opublikowano 587 upadłości firm. To podobny wynik do 2019 roku, jednak na prawdziwą skalę firm zagrożonych niewypłacalnością mogą wskazywać dane na temat postępowań restrukturyzacyjnych. W całym ubiegłym roku wszczęto ich 800 (tylko w grudniu 144 – to najwyższy w historii wynik miesięczny), podczas gdy w 2019 roku było ich 465.
Sytuacji nie rozwiązuje także zaproponowana przez rząd tarcza branżowa, i to mimo poszerzenia spektrum uprawnionych do jej otrzymania firm według PKD.
– Negatywnych skutków lockdownu doświadczają nie tylko firmy objęte obostrzeniami, ale również ich kontrahenci. To jest podstawowy błąd podejścia tarczy 6.0. Bardzo wiele firm nie jest objętych pomocą – tłumaczy dyrektor Grzegorz Baczewski. – Natomiast te, które się do niej kwalifikują, też widzą wiele mankamentów w sposobie skonstruowania tej tarczy. Pomoc jest relatywnie skromna. Dopłaty do wynagrodzeń w okresie przestoju są na poziomie 2 tys. zł, czyli zdecydowanie poniżej przeciętnego wynagrodzenia, a więc nie pokrywa to całości kosztów zatrudnienia pracowników, którzy nie generują żadnych przychodów w wyniku obostrzeń.
W opinii Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU) kryterium przyznania pomocy powinien być przymus administracyjny zamknięcia sklepów i będący ich wynikiem spadek obrotów, a nie ich klasyfikacja.
O powrót do ogłoszonej w listopadzie ub.r. mapy drogowej dla gospodarki zaapelował wczoraj Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Jak podkreślił w liście do premiera, w przeciwieństwie do bogatszych państw Zachodu, np. Niemiec, Polski nie stać na zamknięcie gospodarki. Jego skutkiem może być nie tylko względne zubożenie gospodarki, lecz także cofnięcie się w gospodarczym rozwoju o dekadę.
Bardzo istotna w segmencie spożywczym branża słodyczy ucierpiała podczas pandemii, przede wszystkim ze względu na początkowe zakłócenia w łańcuchach dostaw, ale też utrudnienia w transporcie. – Nawet jeśli mieliśmy produkt gotowy do sprzedaży, to były problemy z jego dostarczeniem ze względu na brak kontenerów. To zamieszanie cały czas się utrzymuje – mówi Marek Moczulski z Unitopu, producenta sezamków i chałwy. Według szacunków analityków PKO BP sprzedaż w sektorze słodyczy spadła w 2020 roku o 1,8 mld euro. Jednak w tym roku wzrost sprzedaży przez internet i odmrożenie rynków powinny przełożyć się na obroty wyższe niż w 2019 roku.
– COVID-19 ma olbrzymi wpływ na wiele segmentów gospodarki włącznie z branżą spożywczą i segmentem słodyczy. To jeden z największych segmentów branży, bo w całej Europie to jest około 160 mld euro. W Polsce rynek jest wart kilkanaście miliardów złotych i rósł do 2019 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Moczulski. – Segment związany z upominkami, gift and sharing, np. bombonierki okazjonalne, słabo się miewa, bo ludzie się nie odwiedzają, nie obchodzą hucznych imienin itd. Natomiast są segmenty, gdzie wręcz nastąpił rozwój, to np. produkty gotowe: ciasta, ciastka, wafle czy tabliczki czekoladowe. Tutaj widzieliśmy dosyć istotny rozwój, ale generalnie w branży słodyczy nastąpiło istotne zahamowanie rozwoju, a wręcz regres w 2020 roku.
Jak pokazuje raport PKO BP (dane za Statista) opublikowany w lipcu ubiegłego roku, rynek słodyczy w Polsce wygenerował w 2019 roku przychody w wysokości ponad 6,7 mld euro. Ze względu na pandemię i spowodowaną nią problemy szacowany spadek przychodów w 2020 roku wyniósł 7 proc. (do 6,3 mld euro). Spadki prognozowane były na większości kontynentów.
– COVID-19 poprzez brak podróży uniemożliwił albo bardzo spowolnił nam wprowadzenie produktów i nowości na rynki, na których już jesteśmy obecni, i na te, które dopiero otwieramy. W maju i kwietniu rzeczywiście cały świat zamarł, bo były przerwane łańcuchy logistyczne. Nawet jeśli mieliśmy produkt, to mogliśmy mieć problemy z jego fizycznym dostarczeniem z powodu braku kontenerów. To zamieszanie ciągle się utrzymuje, bo o kontenery jest walka prawie jak o ogień – mówi prezes Unitopu. – Nie mamy problemów z komponentami do produkcji. Myślimy, że niebawem powrócimy na ścieżkę istotnego rozwoju.
Optymistyczne prognozy dotyczą także innych rynków. Po pierwszym, najostrzejszym lockdownie globalny rynek słodyczy wzrośnie w 2021 roku do 769,6 mld euro. „Po nieznacznym spadku przychodów ze sprzedaży branży słodyczy w 2020 roku już w 2021 roku prognozowany jest powrót wartości sprzedaży powyżej poziomu z 2019 roku o 4,9 proc.” – informuje PKO BP. W ciągu trzech kolejnych lat powinien przekroczyć wartość 836 mld euro.
Z kolei w Polsce w latach 2020–2023 prognozowany jest średni roczny wzrost na poziomie 6,8 proc. do 7,6 mld euro w 2023 roku. Przekładając to na konsumpcję, analitycy Statista szacują, że w 2019 roku statystyczny Polak zjadał ok. 51,1 kg słodyczy, podczas gdy w 2023 roku będzie to 57,8 kg. W wydatkach Polaków na słodycze także będzie widoczny wyraźny wzrost ze 177,7 euro rocznie w 2019 roku do 202,5 euro w 2023 roku.
Jak wynika z raportu PKO BP, eksport słodyczy z Polski wzrósł między 2015 a 2019 rokiem o 24,4 proc. (z 2,8 mld euro do 3,5 mld euro). Największy udział, prawie 50-proc., w 2019 roku miały w nim wyroby czekoladowe, ale największe wzrosty odnotował segment lodów. Głównym kierunkiem eksportowym pozostają Niemcy (26,1 proc.), a w następnej kolejności Wielka Brytania, Francja i Rosja (23,8 proc. eksportu słodyczy przypadło na te trzy rynki). Ze względu na wciąż obserwowane utrudnienia w transporcie rozwój nowych rynków jest pełen wyzwań, mimo to Unitop nie spowalnia ekspansji zagranicznej.
– W tej chwili otwieramy rynki azjatyckie, południowoamerykańskie – wymienia Marek Moczulski. – Eksportujemy produkty sezamkowe do wielu krajów świata, właściwie na wszystkie kontynenty. 80 proc. naszej produkcji trafia na eksport. Nasze produkty można znaleźć pod naszą marką chociażby w Kanadzie, gdzie jesteśmy numerem jeden, Stanach Zjednoczonych, Australii. Sprzedajemy olbrzymie ilości.
W Polsce firma zapowiada dalsze inwestycje w automatyzację linii produkcyjnych. Wyjątkiem, którego one nie obejmą, jest produkcja chałwy, która jest wyrabiana ręcznie ze względu na włóknistą konsystencję.
– Ten proces ręczny zachowamy, bo to będzie nasz wyróżnik. Natomiast wszelkie inne procesy chcemy zautomatyzować. Przeznaczymy w tym roku obrotowym 5–6 mln zł na automatyzację pakowania – dodaje prezes Unitopu.
Jak podkreśla, internet generuje już kilkadziesiąt miliardów złotych obrotów rocznie w segmencie słodyczy i będzie się nadal rozwijał. To z tego powodu spółka w grudniu uruchomiła swój nowy sklep internetowy.
Identyfikacja odcisków palców czy skanów tęczówki i siatkówki, rozpoznawanie twarzy, głosu czy sposobu chodzenia, a nawet DNA i fal mózgowych – każda z tych technologii biometrycznych może być wykorzystana do efektywnego uwierzytelniania ludzi. Systemy, które bazują na danych biometrycznych, są znacznie dokładniejsze, mogą ograniczyć, a nawet wyeliminować przestępczość. Niosą jednak za sobą szereg zagrożeń. Przykład Chin pokazuje, że biometryczna inwigilacja może być stosowana coraz częściej. Najnowsze wykorzystanie technologii rozpoznawania twarzy przez sztuczną inteligencję pochodzi jednak z USA, gdzie władze usiłują wychwycić osoby odpowiedzialne za atak na Kapitol.
– Biometria to informacje, które pochodzą z naszego ciała. To odcisk palca, tęczówka, wygląd naszej twarzy. Coraz częściej biometria w wielu państwach, zarówno unijnych, jak i np. państwach Dalekiego Wschodu, jest wykorzystywana po to, żeby weryfikować to, kto i gdzie się przemieszcza za pośrednictwem kamer rozpoznających twarze. Jest to właśnie inwigilacja biometryczna, która de facto w zasadzie kończy z prawem do anonimowego przemieszczania się w przestrzeni publicznej obywateli i obywatelek danego kraju – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Klicki, prawnik z Fundacji Panoptykon.
Technologie biometryczne są obecnie wykorzystywane do sprawdzania, czy dany człowiek jest tym, za kogo się podaje, do odkrywania tożsamości, sprawdzania osób. W miarę jak stają się one tańsze, bardziej niezawodne, dostępne i wygodne, będą coraz częściej wdrażane na wszystkich poziomach, m.in. na potrzeby organów ścigania, fizycznej kontroli dostępu czy kontroli granicznej.
Już teraz kasyna wykorzystują techniki rozpoznawania twarzy, banki używają głosu do weryfikacji klientów przez telefon, rytm bicia serca może służyć do zabezpieczania płatności mobilnych lub uwierzytelniania ich w sieci korporacyjnej, a szpitale identyfikują pacjentów za pomocą unikalnych wzorów żył na dłoniach. Coraz więcej krajów stosuje programy identyfikacji biometrycznej przy przekraczaniu granic. Technologie rozpoznawania twarzy zwiększają bezpieczeństwo, są przy tym wiarygodne, niosą jednak ze sobą spore zagrożenia, przede wszystkim dotyczące prywatności.
– Walczymy, aby Komisja Europejska w przygotowywanej regulacji dotyczącej sztucznej inteligencji, bo rozpoznawanie twarzy także jest formą sztucznej inteligencji, wprost zakazała wykorzystywania technologii w nadmierny sposób ograniczającej prawa i wolności jednostki, np. w kontekście zgromadzeń. Wyobraźmy sobie sytuację, w której instytucje publiczne odpowiadające za bezpieczeństwo dysponują narzędziami, które pozwalają stworzyć listę wszystkich uczestników demonstracji, np. antyrządowych. Widać, jak bardzo głębokie ryzyko dla demokracji wiąże się z takimi narzędziami – przekonuje Wojciech Klicki.
Wspierana przez sztuczną inteligencję technologia rozpoznawania twarzy Clearview AI została wykorzystana przez amerykańskie organy ścigania do identyfikacji osób, które 6 stycznia szturmowały Kapitol. Dyrektor generalny firmy potwierdził, że wykorzystanie technologii rozpoznawania twarzy jego firmy przez organy ścigania wzrosło o 26 proc. dzień po tym, jak tłum zwolenników prezydenta Trumpa zaatakował siedzibę Kongresu. Wcześniej „Times” podawał, że Departament Policji w Miami używa technologii Clearview do identyfikacji niektórych uczestników zamieszek, wysyłając dane podejrzanych FBI. „The Wall Street Journal” doniósł z kolei, że wydział policji w Alabamie również używał Clearview do identyfikacji twarzy na zdjęciach z zamieszek.
Chociaż szybko rozwijające się technologie biometryczne wydają się oferować potrzebne rozwiązanie do identyfikacji i uwierzytelniania, ich stosowanie budzi również pewne obawy dotyczące bezpieczeństwa. Stąd potrzeba ochrony zebranych danych biometrycznych przed nadużyciami i niewłaściwym wykorzystaniem podczas ich gromadzenia, przetwarzania i uzyskiwania do nich dostępu.
– Najbardziej rozpoznawalnym i powszechnym zagrożeniem jest rozpoznawanie twarzy. Oczywiście w coraz większej liczbie miejsc stosowane są takie funkcjonalności jak rozpoznawanie tożsamości na podstawie odcisku palca, na podstawie źrenicy, natomiast jeżeli mówimy o masowej inwigilacji, to wiąże się ona przede wszystkim z rozpoznawaniem twarzy – podkreśla ekspert.
Kilka lat temu londyńska policja dokonała pierwszego aresztowania na podstawie rozpoznawania twarzy, porównując zdjęcia pieszych w popularnych miejscach turystycznych z bazą danych znanych przestępców. W Brazylii schwytano zaś handlarza narkotyków po tym, jak oprogramowanie do rozpoznawania twarzy wykryło go na stacji metra.
– Dla wielu osób potencjał tej technologii może wiązać się z nadzieją na redukcję bądź wręcz eliminację przestępczości. Jeśli nikt nie będzie mógł się przemieszczać w sposób anonimowy, jeśli wszędzie nasza obecność będzie rejestrowana, to może tak jak w filmach science fiction będziemy w stanie co najmniej wyłapać każdego przestępcę, a być może jeszcze złapać go za rękę, zanim popełni przestępstwo – mówi prawnik z Fundacji Panoptykon.
Ryzyko jednak jest znaczne, czego przykładem mogą być Chiny. Comparitech, badacz usług technologicznych, informuje, że liczba kamer monitorujących w Chinach wynosi ok. 56 na tysiąc osób. Niedawno pekiński artysta Deng Yufeng organizował wycieczki, podczas których uczył ludzi, jak najlepiej ukryć twarz przed kamerami monitorującymi zainstalowanymi na jednej ze stołecznych ulic. Artysta zbadał odcinek o długości 1,1 tys. metrów i sugeruje, że nawet połowa z blisko setki aparatów wykorzystuje rozpoznawanie twarzy.
– Entuzjaści tej technologii zapominają o jej czarnych stronach, nie tylko o zagrożeniach dla demokracji związanych z rozpoznawaniem uczestników demonstracji, ale także z tym, że inwigilacja biometryczna oparta jest na sztucznej inteligencji, a ta z kolei wiąże się często np. z dyskryminacją. Badania pokazują, że algorytmy rozpoznające twarz w znacznie lepszy sposób radzą sobie z białymi mężczyznami niż z osobami o innym kolorze skóry, czyli biały mężczyzna w mniejszym stopniu ryzykuje, że będzie rozpoznany jako przestępca, w przeciwieństwie do czarnoskórego – przekonuje Wojciech Klicki.
Niedawno głośno było w Europie o programie „Horyzont 2020”, sztandarowym programie UE w zakresie badań naukowych i innowacji. W latach 2014–2020 w postaci grantów dla naukowców przekazano ok. 80 mld euro. Część z tych środków wsparło rozwój produktów bezpieczeństwa dla sił policyjnych i agencji kontroli granicznej w sektorze publicznym i prywatnym, m.in. wirtualny czytnik myśli w ramach projektu iBorderCtrl, do potencjalnego wykorzystania w ochronie granic Europy. Technologia na podstawie mimiki twarzy rozpoznaje, kiedy ktoś kłamie. W ocenie części ekspertów osoby o innym kolorze skóry, kobiety czy osoby niepełnosprawne mogą być częściej fałszywie uznani za kłamców.
– Jeśli algorytmy, chociażby służące rozpoznawaniu twarzy, wykrywaniu podejrzanych transakcji, wykrywaniu osób, które zachowują się w sposób nietypowy, będą coraz bardziej powszechne, ich wpływ na rzeczywistość będzie rósł, tym bardziej będziemy ryzykować, że to nie konkretny funkcjonariusz policji czy służby będzie decydował o zamrożeniu pieniędzy na koncie czy o zatrzymaniu, tylko będzie to robił algorytm. Kluczowa różnica polega na tym, że jeżeli funkcjonariusz popełni błąd, to jesteśmy w stanie go pociągnąć do odpowiedzialności, z algorytmem jest już trochę trudniej – ocenia prawnik z Fundacji Panoptykon.
Polska infrastruktura OZE jest na wstępnym etapie rozwoju. Choć w ramach dotacji unijnych i państwowych powstają kolejne farmy wiatrowe i słoneczne, nie są w pełni zintegrowane z krajowym systemem infrastruktury energetycznej. Do pełnego wykorzystania potencjału zasobów odnawialnych konieczne będzie zbudowanie sieci magazynów, które zgromadzą nadmiar energii i pozwolą wykorzystać je w szczycie zużycia energetycznego. Pierwsze instalacje tego typu planuje wdrożyć grupa PGE, a firma Impact Clean Power Technology postuluje wykorzystanie baterii wykorzystywanych na rynku motoryzacyjnym, aby przyspieszyć integrację systemów energetycznych w naszym kraju.
– Instalacje OZE nie produkują energii wtedy, kiedy jest najwyższe zapotrzebowanie. W przypadku fotowoltaiki generacja energii elektrycznej odbywa się głównie w ciągu dnia, a największe piki są w okolicach południa. Tymczasem największe zapotrzebowanie dobowe gospodarki jest rano, po południu i wieczorem, gdy ta generacja jest minimalna. Magazyny energii są potrzebne, żeby przesunąć energię wyprodukowaną w ciągu dnia do użycia wtedy, kiedy jest wymagana. System elektroenergetyczny w Polsce nie jest gotowy na przyjęcie tak dużej energii z OZE, więc musimy zainwestować w bardzo dużą liczbę magazynów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Bartłomiej Kras, prezes zarządu Impact Clean Power Technology.
Magazyny energii wydają się być nieodzownym elementem sprawnie funkcjonującej infrastruktury OZE zintegrowanej z konwencjonalną siecią elektroenergetyczną. Już dziś w Polsce łączna moc instalacji farm fotowoltaicznych wynosi przeszło 3 GW, a wraz ze zwiększaniem udziału energii odnawialnej w miksie energetycznym będzie nieustannie rosnąć. Szybkie wybudowanie sieci magazynów energii pozwoli w pełni wykorzystać potencjał tych instalacji.
Impact Clean Power Technology postuluje wykorzystanie w tym celu ogniw stosowanych na rynku motoryzacyjnym. Baterie wykorzystywane dziś powszechnie w autobusach, tramwajach czy pojazdach przemysłowych, po zakończeniu procesu eksploatacji, mogą zostać wykorzystane do usprawnienia sektora elektroenergetycznego. Zamiast poddawać zużyte ogniwa utylizacji, można stworzyć z nich banki energii OZE. Mimo że nie będą miały tak wysokiej sprawności jak nowe baterie, pozwolą efektywnie wykorzystać nadmiar energii produkowanej w szczycie pracy instalacji wiatrowych oraz fotowoltaicznych. Pierwszy magazyn tego typu ma powstać w 2021 roku.
– Branża motoryzacyjna ma bardzo wyśrubowane standardy bezpieczeństwa, dlatego baterie zainstalowane w autobusach mają najwyższe systemy bezpieczeństwa, BMS-y są najbardziej zaawansowane. Przenosząc systemy bezpieczeństwa zaprojektowane dla bezpośredniej ochrony ludzi do magazynów stacjonarnych, zachowamy ten sam poziom bezpieczeństwa. Odpowiednio sterując tymi magazynami, wykorzystując część energii, która jeszcze w nich pozostała po użytku w pojazdach, będziemy w stanie bezpiecznie użytkować ten magazyn przez wiele lat – przekonuje ekspert.
Na znacznie szerszą skalę wykorzystanie magazynów energii w procesie modernizacji polskiego miksu energetycznego planuje grupa PGE. Firma uruchomiła instalację zdolną do zmagazynowania nadmiarowej energii z OZE o mocy ok. 2,1 MW. Magazyn powstał w Rzepedzi na Podkarpaciu i wykorzystuje baterie Tesla Powerpack. Z tej samej technologii skorzystano podczas projektowania największego na świecie magazynu energii Hornsdale Power Reserve w Australii o łącznej mocy 100 MW (obecnie rozszerzona do 150 MW). PGE przygotowuje się do wzniesienia w Żarnowcu magazynu o mocy 205 MW, a projekt tej inwestycji jeszcze w styczniu 2021 roku ma trafić do certyfikacji. Z kolei do 2030 roku mają powstać magazyny o łącznej mocy rzędu 800 MW.
Wdrożenie takich wielkoskalowych inwestycji ma usprawnić polską infrastrukturę elektroenergetyczną, jednak dopiero w połączeniu z mniejszymi, lokalnymi bankami energii możliwe będzie całkowite wykorzystanie nadmiarowej energii ze źródeł odnawialnych.
– Największym beneficjentem będą właściciele większych farm fotowoltaicznych i instalacji OZE, którzy do dalszego rozwoju muszą zastosować magazyny energii. W piku zapotrzebowania ceny są najwyższe, a w ciągu dnia mamy dolinę cenową, a to wtedy ta fotowoltaika jest najistotniejsza. Wiatraki również produkują energię w okresach zwykle niepokrywających się z dobowym rozkładem wymagań i cen. Dla takich farm będzie to dodatkowy zysk, będą mogły sprzedawać drożej i zyskają możliwość przyłączenia do systemu energetycznego, który dzisiaj jest kompletnie na to nieprzygotowany – tłumaczy Bartłomiej Kras.
Amerykańskie indeksy akcji osiągnęły kolejne szczyty, rentowności rosły, podobnie jak ceny surowców, a dolar amerykański odzyskał równowagę po tygodniach strat. Inwestorzy przyjęli pogląd, że zamieszki na Kapitolu nigdy poważnie nie zagroziły Kongresowi Stanów Zjednoczonych i przygotowują się do nowego cyklu politycznego, w którym Demokraci kontrolują kluczowe ośrodki władzy.
Obecnie rynek skupia się na kwestii szczepień przeciwko COVID-19, przywiązując mniejszą wagę do podsumowujących przeszłość odczytów makro, takich jak słaby raport o amerykańskim zatrudnieniu opublikowany w zeszłym tygodniu. Istotniejsze są dane pozwalające spojrzeć w przyszłość, takie jak te o nastrojach konsumentów i firm oraz ogłoszenia dotyczące lockdownów. Amerykański Kongres jest zajęty drugim procesem impeachmentu Trumpa. Kluczowa publikacja makroekonomiczna, jaką poznamy w tym tygodniu, to środowe dane o inflacji. Czekamy na nie, chcąc lepiej ocenić, czy niedawny wzrost rynkowych oczekiwań inflacyjnych w USA ma uzasadnienie w danych z gospodarki.
PLN
Po okresie końcoworocznych interwencji walutowych Narodowego Banku Polskiego nastał spokój. Złoty zyskiwał, kierując się w górę, podobnie jak kluczowe globalne indeksy akcji.
Ostatnie, grudniowe dane dla Polski sugerują poprawę w przemyśle. Pomimo lockdownu indeks PMI dla sektora w grudniu osiągnął najwyższy poziom od lipca. Większe zaskoczenie stanowił jednak głęboki spadek inflacji, która na koniec roku wyniosła zaledwie 2,3%. Tego typu odczyt może wspierać szanse na obniżkę stóp procentowych, czego możliwość w ostatnich tygodniach sugerowali decydenci. Bazując m.in. na obecnej wycenie tej obniżki przez rynek (na podstawie kontraktów FRA), przy założeniu, że NBP nie będzie schodził ze stopą referencyjną poniżej zera, sądzimy, że złoty nie powinien doświadczyć istotnego osłabienia, jeśli dojdzie do takiego ruchu. Z drugiej strony uważamy, że brak obniżki może wspierać PLN.
Perspektywy dla złotego pozostają bardziej niepewne, niż były jeszcze kilka tygodni temu. Niemniej oczekujemy dalszego umocnienia waluty. Pomimo retoryki reprezentantów NBP sugerującej, że mogą czekać nas dalsze interwencje, sądzimy, że bank centralny po zaksięgowaniu zysku za 2020 rok (którego gros trafi do budżetu) będzie miał mniejszą motywację do podejmowania tego typu działań. Sugeruje to timing ostatnich interwencji (których większość nastąpiła tuż przed końcem roku) i ich brak na początku roku obecnego. Niemniej z uwagą będziemy obserwować zachowanie rynku i wszelkie sygnały wysyłane przez bank centralny. Pierwsze posiedzenie RPP w tym roku odbędzie się już w tę środę.
EUR
Silny wzrost euro z ostatnich kilku tygodni natrafił na problemy. W części winą za przerwanie rajdu można obarczyć to, że szczepienia w większości państw Europy postępują wolniej, niż zakładano. Liczby zaszczepionych odstają od tych w USA i Wielkiej Brytanii. Wydaje się, że Włochy poczyniły największe postępy w zakresie masowych szczepień spośród krajów strefy euro, chociaż jak dotąd tylko ok. 1% populacji otrzymało szczepionkę – mniej niż połowa tego, co w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.
Wdrożenie szczepień jest kluczem do naszej prognozy zakładającej szybszy od oczekiwanego powrót gospodarki na właściwe tory po rozpoczęciu znoszenia lockdownów. To nadal początek, jednak będziemy z uwagą śledzić te dane i oczekujemy, że to samo zrobią rynki finansowe. Obecnie nasz pogląd na długoterminowe perspektywy waluty pozostaje pozytywny, jednak zakładamy kilka tygodni konsolidacji po silnej aprecjacji z ostatnich kilku tygodni.
USD
Rynki zdecydowały się skupić na przyszłości, spoglądając na proces szczepień i licząc na zniesienie restrykcji w połowie 2021 roku. Jednocześnie przymykają oko na polityczne zamieszanie w USA i rozczarowujące grudniowe dane z rynku pracy, opublikowane w zeszłym tygodniu. Bardzo słabe dane dla hotelarstwa i gastronomii obniżyły łączną liczbę nowych miejsc pracy, w konsekwencji czego Stany Zjednoczone odnotowały spadek zatrudnienia netto po raz pierwszy od osiągnięcia pandemicznego minimum. Skala pogorszenia była jednak dość niewielka, zwłaszcza w porównaniu z załamaniem obserwowanym w kwietniu minionego roku.
Zwycięstwo Demokratów w wyścigu o dwa miejsca senackie w Georgii oznacza, że dalsza znacząca stymulacja fiskalna jest prawdopodobna. W krótkim terminie sądzimy, że związany z tym wzrost rentowności amerykańskich obligacji będzie chronić tamtejszą walutę przed deprecjacją. Nie zmienia to jednak naszego negatywnego poglądu na perspektywy dolara amerykańskiego w długim terminie.
GBP
Teraz, gdy porozumienie między Wielką Brytanią a UE zostało osiągnięte, rynek walutowy przenosi uwagę z nagłówków dotyczących Brexitu na ogłoszenia dotyczące lockdownów w Wielkiej Brytanii. Obecnie gazety donoszą, że rząd Wielkiej Brytanii rozważa nawet bardziej rygorystyczne obostrzenia niż te, które są obecnie w mocy, co przekłada się na osłabienie brytyjskiej waluty w poniedziałek rano.
Z drugiej strony szczepienia w Wielkiej Brytanii postępują szybciej niż w Europie. Do tej pory, wykorzystując szczepionki zarówno Pfizer/BioNTech, jak i AstraZeneca, zaszczepiono tam ponad 1,5 mln osób, więcej niż w jakimkolwiek innym rozwiniętym kraju na świecie. Jeśli zgodnie z oczekiwaniami tempo szczepień nadal będzie rosło, ok. 20% Brytyjczyków powinno otrzymać szczepionkę do połowy lutego. Dobrze wróży to perspektywom ożywienia gospodarczego w Wielkiej Brytanii w połowie roku i naszym zdaniem powinno zapewnić wsparcie brytyjskiej walucie.
CHF
Frank szwajcarski w zeszłym tygodniu był jedną ze słabszych walut G10, pomimo że sytuacja pandemiczna w kraju zdaje się poprawiać. Liczba nowych przypadków COVID-19 utrzymuje się na względnie stałym poziomie, spada natomiast liczba zgonów: 7-dniowa średnia jest obecnie o 25% niższa niż na początku grudnia. Podobnie jak inne kraje w Europie pod koniec grudnia Szwajcaria zaczęła szczepić swoich mieszkańców, wykorzystując preparat od Pfizer/BioNTech, w kolejnych kilku dniach ma też zaakceptować szczepionkę Moderny.
Szwajcarska gospodarka jest dość odporna na drugą falę zakażeń. Dane z zeszłego tygodnia potwierdziły, że dynamika sprzedaży detalicznej w listopadzie pozostała dodatnia. Przemysł radzi sobie całkiem nieźle, przynajmniej bazując na grudniowych danych PMI, które pokazały silną ekspansję aktywności w sektorze. W przeciwieństwie do poprzedniego tygodnia, w tym nie otrzymamy żadnych szczególnie istotnych publikacji makro. Uwaga skupi się na pandemii i wieściach z zewnątrz, jednak o ile nie stanie się coś naprawdę nieoczekiwanego, prawdopodobnie nie zobaczymy gwałtownych wahań kursu EUR/CHF.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
Prezentujemy wybrane wyniki dotyczące obszarów dyskomfortu, których doświadcza polskie społeczeństwo w trakcie trwania pandemii koronawirusa.
Podstawowe dolegliwości w obszarze emocji
Badanie obejmowało cztery obszary: emocjonalny, somatyczny, behawioralny i relacji społecznych. Wyniki badania ukazały znaczną powszechność występowania w społeczeństwie trudności w wyżej wymienionych sferach.
W monitorowanym okresie respondenci najczęściej wskazywali, że bardzo często lub często dotykają ich dolegliwości związane obszarem emocjonalnym: bycie zmartwiony (28%), nieustające poczucie zatroskania (27%), przytłoczenie negatywnymi myślami (26%) oraz bezsilność (26%). Jedna czwarta badanych czuła przygnębienie i martwiła się, czy nie stanie się im coś złego. Taki sam odsetek wskazywał na poczucie spięcia i smutku. Niepokój i roztrzęsienie towarzyszyło 23% badanych.
Negatywne emocje zapewne wzmagało także poczucie osamotnienia, które doskwierało 24% respondentom. Osobom biorącym udział w badaniu również nie obca była złość – 22% respondentów przyznawało, że czuje „podminowanie”.
Patrząc na trend, możemy zauważyć, że poziom natężenia trudnych emocji był nieco wyższy w początkowym momencie pandemii, następnie obniżył się w okresie wakacyjnym. W VI pomiarze, który miał miejsce w pierwszej połowie lipca, możemy zaobserwować istotnie statystycznie niższy poziom niektórych wskaźników (Martwię się czy nie stanie mi się coś złego, czuję się spięty(a)). Następnie ich natężenie znów rośnie od pomiaru VIII (II połowa listopada). Dotyczy do głównie zamartwiania się o własne bezpieczeństwo, smutku, spięcia, poczucia samotności.
Metodologia pomiarów badania zdrowia psychicznego
Badanie jest realizowane od dnia 27 kwietnia 2020 roku w dwutygodniowych pomiarach. W lipcu nastąpiła przerwa w gromadzeniu danych. Kolejne pomiary zaczęto realizować od dnia 3.11.2020 roku. Do połowy grudnia przeprowadzono w sumie 10 393 wywiadów.
Szczegółowe terminy realizacji poszczególnych pomiarów
P I: 27-29.04, P II: 11-13.05, P III: 27-30.05, P IV: 9-15.05, P V: 26.06 – 1.07, P VI: 7-14.07, P VII: 3-7.11, P VIII: 16-20.11, P IX: 30.11 – 4.12, P X: 14-17.12.
Badanie obejmuje reprezentatywną (pod względem płci, wieku i miejsca zamieszkania) próbę Polaków w wieku 18 +. W projekcie biorą udział głównie osoby posiadające średnie i wyższe wykształcenie. Dlatego nie możemy tutaj mówić o reprezentatywności próby pod względem wykształcenia.
Badanie jest realizowane metodą CAWI, na panelu badawczym SWPanel.pl należącym do Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research – lidera badań online w Polsce.
Za warstwę merytoryczną projektu odpowiada zespół Szymon Kukanow (psycholog, psychotraumatolog) i Dominika Nawrocka (socjolożka, badaczka). Wsparcia analitycznego udzielił Piotr Ziewiec.
Po 6 latach pełnienia funkcji prezesa zarządu Nestlé Polska S.A. i blisko 30 latach w Grupie Nestlé, w 2021 roku Simon Smith przejdzie na wcześniejszą emeryturę i rozpocznie kolejny etap swojego życia. Przed rozpoczęciem pracy w Nestlé, Simon Smith uzyskał kwalifikacje biegłego rewidenta i dyplom MBA na uniwersytecie w Newcastle, pracując jednocześnie dla firm w północnej Anglii. Po dołączeniu do Nestlé dynamicznie rozwijał swoją zagraniczną karierę, w jej ostatnich latach pełniąc takie funkcje jak CEO Nestlé Adriatic, CFO Nestlé Europe, czy w końcu szefa rynku w Polsce. Podczas swojego pobytu w kraju, zbudował wysoce utalentowany zespół menedżerski, który nadzorował transformację firmy pod względem jej efektywności i zaangażowania pracowników oraz stworzył przyszły fundament firmy, jako organizacji kierującej się ideą „Force for good”, budując biznes dobry zarówno dla pracowników, społeczności jak i środowiska.
Z dniem 1 stycznia 2021 stanowisko prezesa zarządu Nestlé Polska S.A. objął Artur Jankowski. Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej, Wydziału Zarządzania i Marketingu. Z Nestlé związał się w 2016 roku, gdy objął stanowisko dyrektora sprzedaży. Wcześniej pracował w Grupie Danone, w której pełnił kolejno funkcje dyrektora zakupów oraz dyrektora sprzedaży. W pierwszych latach pracy w Nestlé przekształcił swój dział w elastyczną, adaptującą się do zmian rynkowych strukturę, zorientowaną na zrównoważony rozwój, wdrażając w życie podstawową wartość Nestlé jaką jest szacunek dla innych. Po trzech latach Artur Jankowski objął funkcję dyrektora dywizji Nutrition, utrzymując pozytywną dynamikę tego kluczowego biznesu Nestlé. Umiejętności biznesowe Artura, zorientowany na współpracę styl przywództwa, a także strategiczne spojrzenie znacząco przyczyniły się do rozwoju Nestlé w Polsce. Cechy te stawiają go w doskonałej pozycji do kontynuowania ambitnej drogi polskiego oddziału Nestlé jako organizacji z misją.
Po osiągnięciu w zeszłym tygodniu kapitalizacji rynkowej wynoszącej 1 bilion dolarów, Bitcoin wyhamował w weekend, co spodobało, że jego wartość spadła do 32 431,50 dolarów. Stało się tak, ponieważ niektórzy inwestorzy skapitalizowali swoje zyski, ale wszystko wskazuje na to, że dziś rano Bitcoin powrócił do trendu wzrostowego.
Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie inwestycyjnej eToro, powiedział: „Popyt na alternatywne aktywa rośnie, a instytucje na całym świecie postrzegają bitcoin zarówno jako aktywa wzrostu, jak i sposób na zabezpieczenie się przed inflacją, która na ten moment wydaje się być największym źródłem niepokoju na 2021 r. Niezwykła chęć inwestowania, jaką widzieliśmy ze strony banków centralnych i rządów, obniżyła wartość tradycyjnych aktywów, takich jak gotówka i obligacje. Nie ma przesłanek, żeby uważać, że to się zmieni, więc jest mało prawdopodobne, aby impet popychający wartość bitcoina spadł w najbliższym czasie.
Nastąpi zmienność, która jest naturalna po wzrostach, które ostatnio widzieliśmy, ale długoterminowy trend jest wyraźny. Kryptowaluty wkraczają do głównego nurtu, a coraz więcej inwestorów zwiększa ekspozycję. 4 stycznia 2021 r. eToro miał 61% więcej unikalnych posiadaczy bitcoinów niż w tym samym dniu w 2020 roku i 49% więcej unikalnych posiadaczy Ethereum w ogóle.
Wierzę, że dzięki tej pozytywnej dynamice bitcoin jest na dobrej drodze, aby do Bożego Narodzenia 2021 r. osiągnąć docelową cenę, która moim zdaniem będzie wynosić ok. 70 000 – 90 000 dolarów”.
Ostatni rok zrobił rewolucję w sposobie funkcjonowania biur i ich postrzegania przez najemców. Po wielu miesiącach obserwacji i badań jesteśmy pewni, że część ze zmian, która została zainicjowana lub znacznie przyspieszona przez pandemię zdefiniuje przyszłe środowisko pracy. Wybraliśmy 7 głównych trendów, którymi będą się kierować najemcy w kształtowaniu tego środowiska wpływając na zmiany w modelu pracy, funkcjonowanie biur oraz sposób aranżowania przestrzeni.
Dobre samopoczucie w biurze
Dla części pracowników wielomiesięczna praca zdalna była spełnieniem marzeń, ale dla wielu z nich wiązała się z poczuciem izolacji. W rezultacie, oczekujemy, że po lockdownie, interakcje społeczne i komfort miejsca pracy w większym stopniu będą decydowały o tym jak oceniamy samopoczucie w pracy, a przyszłością sektora biurowego staną się rozwiązania, które będą takie warunki zapewniać.
Liczne badania wykazują, że firmy, które koncentrują się na dobrym samopoczuciu i bezpieczeństwie pracowników, uzyskują większą efektywność niż pozostałe organizacje. Dbając o najbardziej wartościowych pracowników wiele organizacji będzie starało się stworzyć optymalne warunki pracy. Oznacza to aranżowanie biur w taki sposób, aby były korzystne dla zdrowia. Jednocześnie, oczekujemy, że coraz większe uznanie najemców będą zyskiwały biurowce oferujące szeroko rozumiane udogodnienia i usługi, które mają na celu promocję zdrowia i poprawę samopoczucia.
Bezpieczne miejsca pracy
Zarządcy budynków biurowych i office managerowie dokładają wszelkich starań, aby stworzyć miejsca pracy bezpieczne pod względem sanitarnym. Udoskonalają programy sprzątania, dbają o wymianę filtrów i zwiększenie przepływu powietrza, organizują systemy ruchu jednokierunkowego w biurach i przeprojektowują układ mebli, aby umożliwić pracownikom zachowanie dystansu społecznego.
Jakość powierzchni i współpraca w centrum uwagi
Chociaż architektonicznie nudne biura należą do przeszłości, prawdopodobnie w 2021 roku najemcy w jeszcze większym stopniu będą koncentrować się aranżacji przestrzeni biurowej. Z naszych badań wynika, że znacząca część najemców chce w swoich biurach przeznaczyć więcej powierzchni niż dotychczas na przestrzenie sprzyjające kooperacji, a kluczowym elementem dotyczącym miejsca pracy będzie jakość aranżowanej powierzchni. Dzięki temu biuro będzie stawało się miejscem, w którym stawia się na współpracę, ale jednocześnie, które zapewnia „doświadczenie”. W firmach, w których decyzja o wyborze miejsca pracy – biura lub własnego mieszkania – będzie pozostawiona pracownikowi, to pracodawcy będą dbać o to, aby biuro stawało się miejscem, które jest w stanie zaoferować poczucie wspólnoty i przynależności, ale też dobre samopoczucie.
Wzrost zapotrzebowania na elastyczne powierzchnie biurowe
Stawianie na „doświadczanie biura” może również zwiększyć popyt na elastyczną powierzchnię biurową. Operatorzy coworkingowi stawiają na „user experience” już od lat i dokładają starań, aby zapewnić atrakcyjną ofertę biur, w których użytkownicy mogą się rozwijać – od zajęć jogi po kawiarnie, od kalendarzy pełnych wydarzeń okołobiznesowych (zawieszonych w czasie lockdownu) po inspirujące wnętrza. Z naszych rozmów z najemcami wynika, że zarówno duże, jak i małe firmy stają się coraz bardziej otwarte na włączenie elastycznych biur do swojej strategii dotyczącej miejsca pracy.
Ekologiczne i zrównoważone biura wygrają walkę o najlepszych pracowników
Z roku na rok wśród pracowników zwłaszcza młodego pokolenia obserwujemy rosnące znaczenie myślenia ekologicznego i większą troskę o środowisko naturalne. Analizy wskazują, że ponad połowa z nich uważa za priorytet redukcję plastiku jednorazowego użytku i zmniejszenie śladu węglowego, a firmy zachowujące się w sposób bardziej zrównoważony są dla nich atrakcyjniejszym pracodawcą.
Firmy produkcyjne czy transportowe koncentrują się na ograniczeniu emisji CO2, ale dla najemców biur sposobem na pokazanie pracownikom i klientom swojego zaangażowania w kwestię zrównoważonego rozwoju jest m.in. wybór ekologicznego biurowca i zrównoważonej przestrzeni biurowej.
Aktywne dojazdy do biura w modzie
Od lat, rokrocznie rośnie liczba aktywnych dojazdów do pracy. Sprzyja temu m.in. rosnąca sieć ścieżek rowerowych, która stała się w ostatnich latach istotną inwestycją dla lokalnych samorządów w Warszawie i największych miastach regionalnych.
Oczekujemy, że w 2021 roku ten trend osiągnie prawdopodobnie nowy wymiar – oprócz sposobu na uniknięcie transportu publicznego, aktywne dojazdy do pracy staną się metodą na przerwanie siedzącego trybu życia.
Praca zdalna
Nie ma jednego uniwersalnego modelu dla wszystkich firm czy pracowników, ale minione miesiące udowodniły, że przyszłością pracy biurowej jest elastyczność. Zaczynamy dostrzegać, że różne osoby, role i zadania wymagają różnych parametrów dla optymalnej wydajności.
Uważamy, że praca z domu, a także inne rodzaje elastycznej pracy (np. elastyczne godziny czy praca bliżej domu) będą nadal stanowić część naszego życia zawodowego w 2021 roku, ponieważ autonomia i różnorodność w coraz większym stopniu mogą wpływać na wyniki biznesowe firm.
Część pracodawców od lat eksperymentowała z elastycznymi rozwiązaniami i oferowała pracę zdalną w różnych konfiguracjach. Jednak pandemia COVID-19 przyczyniła się do zmiany sposobu, w jaki pracujemy i czego pracownicy oczekują od pracodawcy, a to z pewnością przyspieszy rozpowszechnienie się elastycznego modelu pracy.
Aby zwiększyć produktywność, zaangażowanie i zadowolenie pracowników, model pracy w wielu firmach coraz częściej będzie opierał się na łączeniu różnych środowisk, miejsc, godzin pracy, czy też „zwinnych warunków pracy”. W rezultacie należy oczekiwać, że coraz więcej firm będzie systematycznie przechodzić w kierunku różnych strategii lokalizacji i modelu hybrydowego.
Elżbieta Czerpak, Dyrektor Działu Badań Rynku, Knight Frank
Potwierdziła się zeszłomiesięczna prognoza analityków DSR i Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) dołożył w grudniu kolejny solidny wzrost o 8,7% do 882,34 punktów. Co więcej, ostatnie dwa miesiące roku pozwoliły GIP60 przebić granicę z początku roku i ustalić dodatni zwrot w całym 2020 r. na poziomie 11,37%, zamykając tym samym kryzysowy rok na plusie.
Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc grudzień. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:
„Wynik na poziomie 11,37% jest znacznie lepszy niż w 2019 r. kiedy to GIP60 stracił 8,29%. Nie jest to może tak spektakularny wynik jak w przypadku NCINDEX, który w 2020 roku przeżył swój najlepszy rok w historii i zanotował roczny wzrost wartości o 108,85%. Daleko mu również do wyniku małych spółek, dla których indeks SWIG80 wzrósł w ub.r. o 33,64%. Ale już znacznie lepszy niż ogólnorynkowe minus 1,40% zanotowane przez indeks WIG. W ubiegłym roku GIP60 był lepszy również od MWIG40 (1,75% rdr), WIG30 (-6,45% rdr), WIG20 (-7,73% rdr). Można więc uznać, że 2020 rok zakończył się dla akcji polskich producentów dobrze, a nawet – patrząc na ubiegłe lata – bardzo dobrze. Podsumowanie roczne wkrótce, w tym artykule przeanalizujmy przebieg sytuacji w grudniu.
W ujęciu branżowym największą średnią stopę zwrotu w grudniu wypracowały spółki z grupy tzw. projektantów, czyli producenci i dystrybutorzy odzieży. Średnia miesięczna stopa zwrotu dla tych spółek wyniosła w grudniu 25,11%. Średnia miesięcznego zwrotu z inwestycji dla kilku następnych branż oscylowała wokół 10%: metalurgia (10,86%), drzewno-meblarska (10,65%) i materiałów budowlanych (9,29%).
Mimo sprzyjających warunków, panujących na WGPW pod koniec 2020 roku, nie wszystkie sektory doświadczyły skutków powszechnego optymizmu. W grudniu traciły głównie te branże, które podczas pandemicznej bessy okazały się najbardziej odporne: farmaceutyczna (-6,93%), przemysł lekki (-2,44%) i spożywcza (-1,59%). Symbolicznie dwie najaktywniejsze spółki 2020 roku znalazły się na dwóch ostatnich miejscach notując minus 17,8% mdm w przypadku Biomedu i minus 17,25% mdm u Mercatora. Potraktujmy to jako stempel zamykający ten zwariowany 2020 rok, oczekując przynajmniej częściowego powrotu do normalności. Należy jednak oddać, że te dwie spółki w dużej mierze uchroniły Giełdowy Indeks Produkcji przed jeszcze głębszymi spadkami i swego czasu były przymierzane do WIG20.
CCC is on fire!
W kolejnym miesiącu spółka CCC S.A. znalazła się na podium GIP60. W listopadzie za miesięczny wzrost o 61,03% przypadło jej drugie miejsce, ale w grudniu wystarczyło „zaledwie” 40,26% żeby awansować na najwyższy stopień podium. Akcje polkowickiego producenta i dystrybutora obuwia w dwóch ostatnich miesiącach roku odrobiły lwią część strat, ale ciągle znajduje się poniżej wartości rynkowej z początku ub.r. zachowując spory potencjał do dalszych wzrostów.
Drugie miejsce dla Stalprodukt S.A. za miesięczny zwrot równy 39,77%. Jednym z pozytywnych sygnałów płynących ze spółki w tym czasie było oddanie do użytku nowej hali elektrolizy cynku, która pozwoli spółce znacznie zwiększyć wydajność, przy mniejszych kosztach i dużo większych możliwościach wykorzystania surowców z recyklingu. Dodatkowo spółka przymierza się do znacznej akwizycji zagranicznej, co również działa odżywczo na wyobraźnię inwestorów.
Trzecie miejsce grudniowego rankingu GIP60 dla Famur S.A. za miesięczny wzrost wartości rynkowej o 36,20%. Katowicki producent maszyn górniczych zaliczył w grudniu serię pozytywnych porozumień, część z bankami, ale także z TDJ S.A. w sprawie wspólnego przedsięwzięcia w obszarze energetyki odnawialnej (OZE). Według komunikatów, spółka zdaje sobie sprawę z postępującej transformacji energetycznej i szuka sposobu dostosowania się do otaczających warunków, m.in. poprzez zaangażowanie w dynamicznie rozwijający się sektor OZE.
Renesans przemysłu
Coraz więcej czynników wskazuje na duże odbicie w globalnym przemyśle. Poza doskonałymi odczytami wskaźników koniunktury przemysłowej tj. PMI®, ISM, czy też z oficjalnych wyników produkcji sprzedanej szacowanej przez urzędy statystyczne warto zwrócić uwagę na kilka faktów, które doskonale uzupełniają ocenę koniunktury przemysłowej. Jednym z takich dodatkowych papierków lakmusowych jest eksport Korei Południowej, a ten wzrósł w grudniu o 12,6 proc. rdr. Warto w tym miejscu nadmienić o szczególnej roli Korei Południowej dla globalnego przemysłu, której eksport w dużej mierze zasila w półprodukty fabryki na całym świecie. Wzrost eksportu w takich krajach jak właśnie Korea czy Tajwan przeważnie łączy się z ożywieniem w przemyśle.
Również wśród polskich producentów eksport stanowi coraz większą część przychodów, co nie pozwala ignorować sytuacji na rynku walutowym. A tu NBP prowadzi bezprecedensową politykę celującą w znaczne osłabienie złotówki. Zwiększa to konkurencyjność polskich producentów na zagranicznych rynkach, co w czasie reorganizacji systemu łańcuchu dostaw na świecie może przynieść wiele dobrego. Jednak taka taktyka rodzi również wiele pytań i wątpliwości. Najczęściej komentatorzy obawiają się, czy przypadkiem polityka NBP wspierająca rządową strategię wyjścia z kryzysu, nie zagraża podstawowemu celowi NBP zapisanemu w Konstytucji RP. Innym powszechnym zarzutem jest wątpliwość czy przewagę konkurencyjną gospodarki można zbudować na niestabilnej walucie.
Również reorientacja popytu konsumpcyjnego z usług w kierunku towarów, widoczna podczas pandemicznej zamieci, sprzyja producentom. Nie powinno dziwić, że menedżerowie i inwestorzy oczekują solidnego ożywienia w przemyśle w 2021 r. Część z tych oczekiwań jest już widoczna w obecnych wycenach rynkowych spółek z GIP60, ale z pewnością nie wszystkie ponieważ obecnie, wartość Giełdowego Indeksu Produkcji znajduje się ciągle ponad 10% poniżej wartości z początku 2016 roku. Dlatego bardzo możliwe, że w kolejnych tygodniach polskie spółki produkcyjnie powinny kontynuować podróż w góry.”
Dane z amerykańskiego rynku pracy nie przeszkodziły dolarowi się umacniać. Dzisiaj na rynku ważniejsze okazały się sygnały z polityki niż realne dane makroekonomiczne.
Słabe dane z rynku pracy w USA
W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Liczba nowych miejsc pracy nie tylko nie wzrosła, ale wręcz istotnie spadła. Ubytek 140 tysięcy miejsc pracy w sektorze pozarolniczym to najsłabsze dane od pierwszych miesięcy pandemii. Na uwagę zasługuje jednak fakt, że w listopadzie wzrost był wyjątkowo wysoki i średnia z dwóch miesięcy jest wyraźnie dodatnia. W rezultacie, pomimo słabszych danych rynki podeszły do odczytów spokojnie. W tym samym czasie opublikowano również wzrost płac, który wynosi 5,1%. Tutaj jednak należy pamiętać, że zwolnienia często dotyczą najsłabiej zarabiających, co wspomaga wzrost średniej płacy.
Dolar jednak w górę
W USA tematem numer jeden nie jest jednak gospodarka, ale zmiana warty na stanowisku prezydenta. Ostatnie wydarzenia bardzo mocno osłabiły pozycję Donalda Trumpa. To w rezultacie mocno pomaga dolarowi, który pomimo słabych danych wyraźnie się umacnia. Powodem jest spadek szans, że nie dojdzie do przekazania władzy w terminie lub pod koniec kadencji pojawią się nagłe bardzo ważne decyzje. Mieliśmy, co prawda, ważny gest względem Tajwanu (polegający na zniesieniu restrykcji, stawiający jego następcę w trudnej sytuacji w relacji z Chinami), ale biorąc pod uwagę to, czego oczekiwano, rynki przyjęły to bardzo spokojnie, a dolar zyskuje na wartości.
Już w środę posiedzenie RPP
Rynki oczekują, czy na środowym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej naprawdę dojdzie do obniżek stóp procentowych. Na stole jest bardzo wiele scenariuszy, ale najpopularniejszy to taki kompromis polegający na obniżce głównej stopy procentowej o 0,1% do równego 0%. Dodatkowo bardzo ważne będzie wsłuchanie się w konferencję prasową po posiedzeniu. Na razie członkowie tego gremium komunikowali się w mediach i nie do końca znamy ich pogląd na dalsze działania w ramach polityki monetarnej, a to budzi pewien niepokój.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak istotnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Statystyki demograficzne są często pomijanym, ale istotnym czynnikiem, który wpływa na długofalową wycenę i analizę, jakie rodzaje nieruchomości będą atrakcyjne w przyszłości. Ewaluacje krótko i średnioterminowe wskazują na potencjał i rentowność inwestowania w nieruchomości. Badając jednak trendy długoterminowe inwestorzy muszą zwrócić uwagę na kilka istotnych parametrów, które mogą wpłynąć na opłacalność ich dzisiejszych zakupów, a deweloperom pozwolą na działania we właściwym, optymalizującym ich przyszłe zyski kierunku.
Choć w kolejnej dekadzie deweloperzy nadal mogą liczyć na hossę, przy jednoczesnym wzroście znaczenia atrakcyjnych demograficznie lokalizacji, wyższych standardów lokalowych, innowacyjnych technologii i budowania w nowych ekologicznych normach, to zmiany demograficzne populacji mogą mieć duży wpływ na trendy na rynku nieruchomości – nawet przez kilka dziesięcioleci. Na przykład pokolenie Baby Boomers z wyżu demograficznego (urodzone w latach 1945-1964) jest przykładem trendu demograficznego, który może znacząco wpłynąć na rynek nieruchomości. Przejście na emeryturę tego pokolenia rozpoczęło się w 2010 r. i jest jednym z ciekawszych trendów ostatniego stulecia które, będzie odczuwalne na rynku jeszcze przez dziesięciolecia.
Od 2010 roku populacja Japonii zmalała o 3 miliony do 125,7 miliona mieszkańców w 2020 r. Powolny spadek cen nieruchomości rozpoczął się w 1989 r., a bańka pękła, gdy kraj wszedł w proces starzenia się. 30 lat później ceny nadal nie powróciły do poprzedniego szczytu, choć w Tokio odbiły znacznie lepiej niż w innych miastach. Podobnie jak w Polsce można zaobserwować tam zmiany stylu życia, tj. wzrost wymagań metrażowych czy mieszkania dla singli. Przykład Japonii, która obecnie ma jeden z najniższych współczynników dzietności na świecie – 1,4 na kobietę, pokazuje pewien trend.
Zmniejszająca się populacja, rosnąca konkurencja
Zmieniająca się demografia naszego kraju ma wpływ na wszystkie dziedziny życia i sektory gospodarki. Wpływa również na ceny, popyt i podaż na rynku mieszkaniowym. Polska od lat notuje kolejne rekordy w liczbie oddanych nowych mieszkań. W 2019 r. było to 207 tys., w minionym roku, choć dane z IV kw. jeszcze spływają, pomimo kryzysu pandemii mówi się o kolejnym rekordzie na poziomie 210 – 220 tys. lokali. O udział w tym lukratywnym rynku konkuruje coraz więcej podmiotów: deweloperzy, inwestorzy indywidualni, gminy, TBS-y, spółdzielnie, itp. Od lat 90-tych minionego stulecia z poziomu ponad 38,5 miliona mieszkańców, notujemy proces starzenia się naszego społeczeństwa i jego wymierania. W 2040 r. zostanie nas już 35 milionów, a jeśli nie podniesiemy dzietności, to postępujący proces doprowadzi do tego, że za 80 lat będzie nas o 10 mln mniej – wynika z najnowszych prognoz Eurostatu.
Łatwo zaobserwować tu postępujący proces wzrostu liczby nieruchomości per capita na jednego sukcesora. Już za 20 lat majątek przeciętnej rodziny wzrośnie do ponad 860 tys. zł. Kurczenie się polskiego społeczeństwa spowoduje, że w ciągu najbliższej dekady rozpocznie się rewolucja majątkowa. Polacy zaczną się gwałtownie bogacić, a spadki dziedziczone po naszych bliskich będą nawet trzykrotnie większe niż dziś – wynika z raportu przygotowanego przez Politykę Insight i BZ WBK. Wzrost zamożności spowoduje z kolei zmianę preferencji dot. standardu, lokalizacji mieszkań i domów spadkobierców.
Obecnie, wg różnych prognoz na rynku brakuje od 2,3 do 3 milionów mieszkań. Wpływają na to różne czynniki i zaszłości z czasów powojennych i socjalistycznej historii Polski, jednak również zmiany modelu życia, wzrostu standardów metrażowych, imigracja, itd.
Jak ustaliłem z największymi portalami sprzedającymi nieruchomości, na naszym rynku działa ok. 2 tys. aktywnych firm deweloperskich. Z roku na rok postępuje też ich specjalizacja, która coraz silniej decyduje o sukcesie finansowym i rentowności realizowanych projektów (np. rejonizacja, profil oferty, standard lokali, wielkość inwestycji czy możliwości kreowania przestrzeni urbanistycznej, itd). Silna konkurencja w pozyskiwaniu kurczącej oferty gruntów w miastach czy nowe technologie budowlane wymuszają na branży kreatywność i ciągłe poszukiwania optymalizacji kosztów. Liderzy rynku dobrze sobie z tym radzą, a wielu mniejszych deweloperów znalazło lub poszukuje swoich rynkowych niszy. W przyszłości, kiedy dojdzie jeszcze kolejny element rywalizacji spowodowany demografią, trend ten stanie się niezwykle ważny lub wręcz kluczowy. Tak silna konkurencja może znacząco wpłynąć na wysokość marży, gdzie decydujący stanie się współczynnik cyklu operacyjnego.
Sytuacja jest bardziej złożona niż by się mogło wydawać, gdyż proces starzenia się społeczeństwa wiąże się też ze zmianami na rynku pracy, a w efekcie kryteriami przyznawania kredytów czy obciążeń fiskalnych na utrzymanie emerytów i wzrost obciążeń na służbę zdrowia. Istnieją dwa podstawowe trendy demograficzne, które kształtują dziś branżę inwestycji w nieruchomości: urbanizacja i starzenie się populacji. Ten pierwszy jest łatwiejszy do zbadania i wykorzystania do tworzenia strategii inwestycyjnych. Mniej jasne jest to, co drugi fundamentalny trend demograficzny – starzenie się społeczeństwa – oznacza dla nieruchomości. Choć niewątpliwie spowoduje wzrost popytu na specjalistyczną opiekę zdrowotną i mieszkania dla osób starszych.
Zmiany demograficzne związane ze starzeniem się społeczeństw, prowadzić będą w najbliższej przyszłości do jeszcze większego spadku liczby osób w wieku produkcyjnym, jeśli nie wzrośnie poziom zatrudnienia osób po pięćdziesiątym roku życia. Szacuje się, że odsetek osób w wieku produkcyjnym w populacji obniży się z 64 proc. w 2007 r. do 50,4 proc. w 2050 r., co przełoży się na znaczący wzrost współczynnika obciążenia demograficznego (z 56 osób w 2011 r. do 98 w 2050 r.).
Demograficzne wyzwania dla deweloperów
Należy również pamiętać, że w tym samym czasie rozwój technologii i zmiany klimatyczne będą miały duży wpływ na nieruchomości w ciągu najbliższych 30 lat, gdyż aż 40 procent globalnych emisji pochodzi z branży nieruchomości. Cele dotyczące neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla netto wpłyną na nowy sposób budowy, użytkowania i zarządzania budynkami.
Nieruchomości przeżywają boom nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Inwestorzy w takich miastach, jak Budapeszt, Ryga, Bukareszt, Praga, Sofia osiągają bardzo przyzwoite stopy zwrotu dla swoich inwestycji. Atrakcyjne nieruchomości w Budapeszcie można kupić za mniej niż 3500 euro za m2, przy zysku brutto na poziomie 5% rocznie, w porównaniu do najlepszych nieruchomości w Wiedniu kosztujących od 7000 euro i zysku 2,5%. Dochód z najmu brutto jest taki sam, za połowę ceny.
Również populacje takich krajów Europy Wschodniej, jak np. Bułgarii, Estonii czy Litwy mają spaść o 20% do 2050 r. z powodu niskich współczynników dzietności i wysokiej emigracji (Wielka Brytania, Skandynawia i Niemcy). Niski współczynnik dzietności: nawet przy ogromnych dotacjach i wsparciu rządu na Węgrzech i Polsce (500+) dla rodzin na posiadane dzieci, współczynnik ten ledwo wzrósł. Recesja spowodowana pandemią koronawirusa zwiastuje, że wskaźniki te będą dalej spadały, jak to zwykle ma miejsce w czasach zawirowań gospodarczych i niepewności ekonomicznej w krajach rozwiniętych.
Analizując długofalowe trendy widać, że nie warto inwestować w mniejsze miejscowości, które nie przyciągają istniejącą infrastrukturą, zapleczem uniwersyteckim czy łatwością zdobycia pracy. Inwestorzy długoterminowi wybierają stolice i inne duże aglomeracje, bo nawet jeśli liczba ludności w kraju ogólnie spadnie, wraz z urbanizacją, powinny one nadal dobrze sobie radzić. Przyszłościowe są też miejsca z potencjałem turystycznym oraz obrzeża największych miast, które jeszcze wzmocniła pandemia z perspektywą rozwoju infrastruktury, trendów społecznych i stylu życia, jak posiadanie własnego ogrodu i atrakcyjnego zielonego otoczenia przy rosnącej wartości gruntów. Średnia populacja 100 największych miast świata dramatycznie wzrosła do : 9,7 mln w 2020 r. w porównaniu z 2 mln mieszkańców w 1950 r. i 184 270 w 1800 r. Obecnie 23 procent ludności mieszka w miastach o liczbie ludności przekraczającej milion, a 7 procent w szczególności w megamiastach liczących ponad dziesięć milionów, już 512 miast liczy, co najmniej 1 milion mieszkańców.
Autor / fot.: Adam Białas – ekspert i analityk rynku, dziennikarz biznesowy, dyr. generalny agencji marketingu i komunikacji.
Wielka Brytania opuściła Unię Europejską z dniem 31 stycznia 2020 r. Tym samym stała się dla państw członkowskich tzw. państwem trzecim. Jednakże z uwagi na okres przejściowy, który trwał od 1 lutego do 31 grudnia 2020 r., zasadnicze zmiany w zakresie obrotu towarowego weszły w życie dopiero z początkiem 2021 r. W dalszym ciągu obowiązywać będą zapisy umów o unikaniu podwójnego opodatkowania oraz innych umów międzynarodowych. Na chwilę obecną brak jest jednak porozumień ułatwiających procedury celne.
Zmiany celne
Szczególnie dotkliwe dla przedsiębiorców są zmiany w zakresie cła. Do tej pory temat nieznany w obrocie towarowym z Wielką Brytanią, teraz może okazać się bardzo istotny i kosztowny. Przedsiębiorcy powinni liczyć się z kosztami zgłoszeń celnych, ich korekty, kosztami wystawienia dokumentów potwierdzających pochodzenie towarów, należnościami celnymi, kosztami współpracy z agencjami celnymi czy kosztami procesu uzyskania pozwoleń, uproszczeń oraz certyfikatów.
Poza koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów, przedsiębiorcy będą musieli także spełnić szereg warunków formalnych, takich jak: dysponowanie numerem EORI, złożenie zgłoszenia celnego, przedstawienie towarów organom celnym czy dokonanie zapłaty zabezpieczenia lub należności celnych. Dodatkowo przedsiębiorcy będą zobowiązani do rejestracji na Platformie Usług Elektronicznych Skarbowo-Celnych (PUESC) oraz korzystania z systemu teleinformatycznego celem dokonywania zgłoszeń celnych.
Podatnicy będą ponadto zobowiązani do prawidłowego określenia wartości celnej oraz ustalenia właściwej klasyfikacji celnej towarów. Uwagę należy zwrócić także na możliwość skorzystania z różnego rodzaju procedur celnych, takich jak: składowanie celne, uszlachetnianie czynne; uszlachetnianie bierne, tranzyt, z których wcześniej przedsiębiorcy nie korzystali.
Podatek VAT
W zakresie VAT w pierwszej kolejności warto zwrócić uwagę, że przez 4 lata po zakończeniu okresu przejściowego Irlandia Północna będzie traktowana jako państwo członkowskie UE. Oznacza to, że rozliczenia z tym państwem będą dokonywane na dotychczasowych zasadach. Powyższe dotyczy tylko transakcji towarowych (wewnątrzwspólnotowej dostawy/nabycia towarów), a nie usługowej. W przypadku przemieszczania towarów pomiędzy Irlandią, a innym państwem Zjednoczonego Królestwa dochodzić będzie z kolei do eksport/importu.
W przypadku pozostałych państw Zjednoczonego Królestwa transakcje wewnątrzwspólnotowe zostaną zamienione na odpowiednio: WNT – import towarów oraz WDT – eksport towarów, z wszelkimi konsekwencjami zmiany. Oznacza to, że w przypadku importu towarów powstanie obowiązek obliczenia i wykazania podatku VAT w zgłoszeniu celnym. Inaczej będzie też kalkulowana podstawa opodatkowania, ponieważ będzie to wartość celna powiększona o należne cło. Inny będzie też moment powstania obowiązku podatkowego – moment powstania długu celnego, a nie data wystawienia faktury nie później niż do 15 dnia miesiąca następującego po dostawie jak ma to miejsce w przypadku WNT. Ponadto podatnik będzie miał także możliwość zastosowania uproszczenia o którym mowa w art. 33a Ustawy o VAT, czyli będzie mógł po spełnieniu określonych warunków rozliczać VAT należny z tytułu importu towarów bezpośrednio w deklaracji VAT.
W zakresie transakcji eksportowych należy zwrócić uwagę na zmianę warunków do zastosowania stawki 0%, w szczególności w zakresie dokumentu potwierdzającego wywóz poza terytorium UE (komunikat IE-599). Zastosowania nie będzie więc miała dyrektywa quick fixes co oznacza, że teoretycznie dokumentowanie wywozu towarów będzie prostsze i będzie wymagało w większości przypadków przedstawienia jednego dokumentu. Dodatkowo, dzięki procedowanym jeszcze przepisom tzw. Slim VAT, wydłużony będzie czas na zgromadzenie odpowiedniej dokumentacji. Warto zwrócić jednak uwagę na przepisy przejściowe i tak w przypadku, gdy wysyłka rozpoczęła się przed 1 stycznia 2021 r., a zakończyła po tej dacie, podatnik będzie mógł wykazać transakcję wewnątrzwspólnotową.
Uproszczenia w zakresie rozliczania transakcji trójstronnych, czy procedury magazynu call-off stock nie będą miały już dłużej zastosowania. Skomplikuje się tematyka transakcji łańcuchowych gdzie podatnikami będą podmioty z różnych krajów UE oraz z Wielkiej Brytanii.
Zmiany dotkną także przepisów o sprzedaży wysyłkowej z terytorium kraju, która będzie oznaczana jako eksport towarów oraz sprzedaży wysyłkowej na terytorium kraju, czyli importu.
Powyższe zmiany w VAT są bardzo istotne i wymagają nakładów na zmiany systemowe u przedsiębiorców, z uwagi na całkowicie inny sposób raportowania tych transakcji w nowych plikach JPK. W pierwszej kolejności przedsiębiorcy powinni zidentyfikować transakcje z kontrahentami z Wielkiej Brytanii, ustalić czy obejmują one dostawę towarów czy świadczenie usługi, a następnie dokonać stosowanych zmian.
Podatek u źródła
Wielka Brytania w dalszym ciągu będzie obecna w EOG co pozwala na pozostawienie preferencyjnego podejścia w zakresie podatku u źródła wynikającego z dyrektyw Unii Europejskiej, oczywiście po spełnieniu warunków formalnych, należytej staranności oraz rzeczywistego właściciela należności (ang. beneficial owner). Oznacza to, że w zakresie podatku u źródła nie nastąpią istotne zmiany, a podatnicy powinni dochowywać należytej staranności przy wypłatach zagranicznych, tak jak do tej pory.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
1 stycznia 2021 została zatwierdzona Umowa o Handlu i Współpracy między Unią Europejską a Wielką Brytanią. Zjednoczone Królestwo opuściło jednolity rynek i unię celną UE, a w konsekwencji przestało obowiązywać w nim unijne prawo celne i podatkowe. Wynegocjowane warunki w zawartym porozumieniu między UE i UK pozwalają na zniesienie obowiązywania ceł i ograniczeń ilościowych w obrocie gospodarczym dla towarów, które są zgodne z odpowiednimi regułami pochodzenia. Powróciły jednak kontrole graniczne.
Od 1 stycznia 2021 przedsiębiorcy muszą być przygotowani na konieczność dopełnienia formalności celnych w przypadku eksportu lub importu towarów pomiędzy Polską a Wielką Brytanią. Konieczne jest przygotowanie do stosowania operacji celnych, adekwatnych do kierunku handlu, a to wszystko za sprawą zawartej Umowy o Handlu i Współpracy Unii Europejskiej z Wielką Brytanią. Dokument ten stanowi porozumienie między UE a UK o wzajemnych stosunkach po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii – pozwoli ona na obniżenie kosztów gospodarczych Brexitu. Należy jednak zaznaczyć, że umowa obowiązuje tymczasowo do 28 lutego 2021 roku, do momentu ratyfikacji.
Umowa o Handlu i Współpracy Unii Europejskiej z Wielką Brytanią ustanawia zerowe cła, jeżeli towary spełniają odpowiednie reguły pochodzenia. Oznacza to, że aby skorzystać z braku cła, należy spełnić i odpowiednio udokumentować pochodzenie celne towarów. Reguły pochodzenia określają „narodowość ekonomiczną” produktów, w sytuacji, w której zostały one wyprodukowane przy użyciu części lub materiałów wyprodukowanych w więcej niż jednym kraju. Ich celem jest potwierdzenie, że produkty objęte warunkami umowy o wolnym handlu pochodzą w całości lub zostały poddane znacznej obróbce w danej strefie – w Unii Europejskiej lub w Wielkiej Brytanii. Eksporterzy będą mieli także możliwość samodzielnego potwierdzania pochodzenia ich towarów.
Oprócz zgłoszeń celnych może być także konieczna ewidencja danych dotyczących bezpieczeństwa i ochrony lub uzyskanie pozwolenia na import/eksport niektórych towarów. Przedsiębiorcy będą także zobowiązani do płacenia należności podatkowych VAT z wyjątkiem wymiany handlowej z Irlandią Północną, w której dalej będą stosowane unijne regulacje w zakresie VAT, a także te celne i akcyzowe.
Przedstawiciele sektora z Polski i Europy, w grudniu 2020 roku wezwali UE i Wielką Brytanię do zakończenia negocjacji handlowych w celu zminimalizowania zatorów w portach od stycznia 2021 r. Apel ten był napędzany faktem, że owoce i warzywa to towary nietrwałe, o krótkiej przydatności do spożycia. Ważne jest zatem, aby uniknąć wąskich gardeł w eksporcie świeżych owoców i warzyw przez wdrożenie zielonych pasów, aby łatwo psujące się świeże produkty docierały do konsumentów w jak najlepszej jakości. Postulat ten nie został jednak uwzględniony w dokumencie.
W celu ułatwienia handlu produktami ekologicznymi, uzgodniono, że certyfikaty przyznawane przez instytucje zarówno UE, jak i UK, będą uwzględniane i akceptowane na rynku brytyjskim oraz unijnym. Dzięki ustaleniu wspólnej definicji norm międzynarodowych, krajowe normy produktów i przepisy techniczne obu stron będą oparte na tych samych transgranicznych odniesieniach, a zatem będą spójne w możliwie największym stopniu. Nie będzie żadnych zmian w fitosanitarnych normach bezpieczeństwa żywności. Jeżeli pojawią się obawy którejś ze stron dotyczące bezpieczeństwa żywności, roślin lub zwierząt, wówczas można domagać się konsultacji technicznych, audytów, weryfikacji czy inspekcji drugiej strony.
Pomimo pozytywnych dla przedsiębiorców wyników negocjacji handlowych zostaną wprowadzone kontrole na granicy pomiędzy UE i UK. Przedsiębiorcy będą zobowiązani m. in. do dopełnienia standardowych formalności celnych, w tym m. in. obowiązku: zarejestrowania się w usłudze Krajowej Administracji Skarbowej „e-Klient””, w celu uzyskania numeru EORI. Importerzy zgłaszają się po numer EORI GB, a eksporterzy np. z polski o EORI UE wydawany przez Urząd Celny w państwie członkowskim.
– Porozumienie wyrażone w Umowie o Handlu i Współpracy między Wielką Brytanią a Unią Europejską ma za zadanie wspierać producentów importujących bądź eksportujących towary. Ustanowione zerowe stawki celne to dobra decyzja – wprowadzenie ceł mogło prowadzić do zakłóceń na jednolitym rynku, a to z kolei w konsekwencji mogło spowodować mniejszą dostępność i wyższe ceny dla konsumentów owoców i warzyw w Wielkiej Brytanii. – podkreśla Paulina Kopeć, sekretarz generalna Unii Owocowej.
Przypominamy porady dla przedsiębiorców przygotowujące do eksportu towarów do Wielkiej Brytanii po zakończeniu okresu przejściowego:
Zapoznaj się z nowymi procedurami obowiązującymi po 1 stycznia 2021 r.,
Zarejestruj się, aby uzyskać numer EORI,
Zapoznaj się z koniecznymi deklaracjami i naucz się je wypełniać,
Sprawdź, jakie dokumenty celne oraz związane z bezpieczeństwem i certyfikatami powinien posiadać twój przewoźnik oraz twój partner w UK (m.in. MRN, elektroniczne wersje certyfikatów sanitarnych) w momencie wjazdu do Wielkiej Brytanii,
Monitoruj kwestie związane z oznakowanymi wymaganymi w Wielkiej Brytanii,
Uzgodnij wcześniej obowiązki z agentem celnym, dostawcą usług logistycznych oraz importerem np. złożenie elektronicznego wstępnego powiadomienia o imporcie (EHC), złożenie dokumentów do systemu CHIEF oraz wystąpienie np. o ERN (Entry Reference Number) może być po jego stronie. Importer może również wystąpić o odroczenie płatności VAT. Nie powinieneś wysyłać ładunków bez prenotyfikacji eksportu, gdyż taki ładunek nie opuści portu,
Według informacji z Krajowej Agencji Skarbowej, jeżeli przedsiębiorca unijny będzie dokonywał importu do Zjednoczonego Królestwa lub eksportu ze Zjednoczonego Królestwa lub będzie realizował operacje tranzytowe WPT (Wspólna Procedura Tranzytowa) ze Zjednoczonego Królestwa, to będzie musiał posiadać również brytyjski numer EORI, żeby móc złożyć zgłoszenie celne w Zjednoczonym Królestwie.
Z wytycznymi można zapoznać się na stronie www.gov.uk i www.podatki.gov.pl. Istotne informacje dla polskich eksporterów znajdują się również na stronie Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa www.piorin.gov.pl
Styczeń 2021 roku to nie tylko kolejna odsłona zmagań z koronawirusem. Dla krajowych start-upów najbliższe miesiące będą również szansą na zmianę sposobu rozliczenia podatkowego. Czy tzw. estoński CIT to gra warta świeczki?
CIT z północy w krajowym wydaniu
W dużym uproszczeniu model estońskiego podatku od osób prawnych przewiduje możliwość zapłaty podatku dopiero w chwili wypłaty zysku z konta firmowego. Adresaci rozwiązania? Przede wszystkim małe i średnie spółki kapitałowe, które w rozliczeniu rocznym osiągają przychód na poziomie do 100 mln zł (pierwotny projekt polskiej ustawy przewidywał limit do 50 mln zł). Na pierwszy rzut oka, jest to całkiem wygodna alternatywa wobec tradycyjnego CIT-u. Czy prawodawca przewiduje dodatkowe wymogi? Tak, nie obędzie się również bez przysłowiowego “ale” oraz kilku pokaźnych “schodów”.
Oprócz zarejestrowanej spółki kapitałowej (z o.o. lub akcyjnej), start-upy muszą zatrudniać co najmniej 3 pracowników (oprócz udziałowców będących osobami fizycznymi, których “przychody pasywne nie przewyższają przychodów z działalności operacyjnej”). Ponadto, sama spółka nie może posiadać udziałów w innych podmiotach, a także —powinna wykazywać realne nakłady inwestycyjne. I na tym etapie sprawa wydaje się nieskomplikowana. Niestety, problemy z księgowością mogą zacząć się nie na płaszczyźnie spełniania warunków formalnych, a przy samym wyborze formy estońskiego CIT-u.
Podatek w dwóch odsłonach
CIT na wzór estoński w polskich realiach będzie występował w dwóch wariantach: jako model opodatkowania wyłącznie dystrybuowanych przez spółkę dochodów oraz jako odpis na dedykowany fundusz (innymi słowy — rachunek inwestycyjny do kosztów uzyskania przychodów). Niezależnie od wyboru jednej z dwóch propozycji, czy potencjalny start-up może cieszyć się “nowym” CIT-em bez potrzeby odnawiania deklaracji? Też nie. Wybór takiej formy odprowadzania podatków obowiązuje przez 4 lata, z możliwością przedłużenia na kolejne 4, ale…
…w ostatnim roku startupowcy muszą wykazać, czy wciąż są w stanie spełniać podstawowe warunki estońsko-polskiej wariacji na temat podatku od osób prawnych (limit przychodów, zatrudnienie, pensje, brak udziałów, realne nakłady etc.). Czy na tym kończą się wymagania o przedłużenie takiej formy? Niekoniecznie. Ponadto, trzeba przygotować sprawozdanie z ostatnich 2 lat działalności, które powinno wykazać wzrost inwestycji firmy na poziomie co najmniej 15%. O ile w tym miejscu kończą się wymogi formalne i możliwe warianty wyboru, to na młodych przedsiębiorców czyha pewien “haczyk”.
Ile Estonii w Polsce?
Nadwiślańska wersja CIT-u na wzór estoński nie będzie wiernym odpowiednikiem projektu rządu w Tallinie. Fundamentalną różnicą, a jednocześnie pewną przeszkodą dla start-upów jest warunek o odprowadzeniu “podwójnego” podatku od dywidend samych udziałowców. O ile na północy przedsiębiorcy wypłacając część przychodów z firmowego konta, muszą zapłacić wyłącznie CIT, to w Polsce wspólnik powinien odprowadzić zarówno podatek od osób prywatnych, jak i… PIT. Ile więc wynosi realna stawka opodatkowania?
Projekt ustawy nie będzie literalnie sumował już teraz obowiązujących stawek PIT i CIT. Koniec końców, duzi podatnicy będą objęci stawką 30 proc., a mali – 25 proc. Jak sytuacja wyglądałaby w przypadku, gdyby Ministerstwo Finansów przystało na oryginalny wariant Estończyków? Wtedy duże firmy musiałyby odprowadzać 19 proc., a mniejsze – 9 proc.
Szansa, czy zagrożenie?
Ministerstwo Finansów promuje projekt polsko-estońskiego CIT-u hasłami “wzrost kapitałów własnych przedsiębiorstw”, czy “poprawa płynności finansowej”. Według rządowych deklaracji taka forma to również “prostota” oraz “minimum obowiązków administracyjnych”. Rzeczywistość? Całkiem nowe, często zawiłe niuanse mogą być przynajmniej na początku, niemałym wyzwaniem dla samych księgowych. Co jednak z początkującymi startupowcami? Obowiązujący od 1 stycznia 2021 roku CIT to dla debiutantów przede wszystkim synonim długich wieczorów przy literaturze przedmiotu.
Szacunki Ministerstwa Finansów mówią o około 200 tys. firm, które mogłyby skorzystać z nowej formy opodatkowania. Czy początkujący bez wahania mogą stawić się w urzędzie i mieć nadzieję na gwarant uzyskania zgody? Niekoniecznie. Całkowicie nowe spółki kapitałowe z wkładem o wartości przekraczającej 10 tys. euro muszą liczyć się z zamrożeniem możliwości skorzystania z estońskiego CIT-u na 24 miesiące. Rozwiązaniem jest wkład pieniężny — wtedy problemów nie ma (a przynajmniej — nie powinno być).
Prawnicy już teraz apelują o krótką chwilę na zastanowienie. Jeszcze nieprecyzyjne zapisy o nowej formie mogą wyprowadzić na manowce szczególnie niewprawionych przedsiębiorców (choć i starsi koledzy i koleżanki po fachu mają się na baczności). Optymalnym rozwiązaniem wydaje się odczekanie do roku 2022, “wskoczenie” w nowy ryczałt i uważne obserwowanie interpretacji przepisów przez Urząd Skarbowy. Czy zatem estoński CIT to rozwiązanie dla start-upów? Tak, ale tylko dla tych cierpliwych.
Autor: Łukasz Blichewicz — współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.
Pandemia mocno wpłynęła na kulturę pracy i rozwój umiejętności pracowników. Wszyscy obserwujemy szybki i globalny skok popularności narzędzi cyfrowych, które umożliwiły nam pracę podczas izolacji. Komunikacja online i zarządzanie pracą przez platformy internetowe to nowa codzienność. Eksperci widzą wiele możliwych konsekwencji tej zmiany – zarówno dobrych, jak i złych. Praca online i korzystanie z nowej technologii może sprawić, że starsze pokolenie nadgoni młodych, którzy świetnie obracają się w świecie cyfrowym. To może oznaczać, że poprawi się nasz kontakt z dziećmi – lepiej zrozumiemy ich świat i będziemy w stanie zminimalizować niepożądane konsekwencje życia w przestrzeni online. Jednak najpewniej nie przeniesiemy się na zawsze na pracę zdalną. Jak tylko ustanie epidemia, będziemy obserwować bunt pracowników – chcących wrócić do swoich biur.
– Pracownicy będą zmuszani do życia na pewnej kroplówce nowych umiejętności technicznych. Uważam jednak, że nastąpi bunt pracowników postcovidowych przeciwko pracy w domu. Zmuszanie do pracy online jest uberyzacją pracy w najgorszym wydaniu – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Krzysztof Obłój, ekonomista. – Spójrzmy na przykład na uczenie studentów. Wykładam z własnego laptopa, z własnego oprzyrządowania, które kosztuje dosyć dużo. Siedzę we własnym pokoju, przy własnym biurku, na własnym krześle. Nikt za to nie zapłacił, moja uczelnia nie poniosła żadnych kosztów. Zużywam swój prąd i swoją wodę, żeby obsługiwać studentów mojej uczelni. A jak ja pójdę do kuchni i się przewrócę po drodze – to czy ja jestem ubezpieczony, czy nie? To nie potrwa długo. Jak skończy się pandemia, wszyscy pracownicy wrócą do pracy i powiedzą, że się nie zgadzają na to, żeby pracować non stop online. Praca zdalna stanie się standardem – ale tylko na żądanie pracownika. W innym przypadku wymagałoby to niewiarygodnej zmiany regulacji w zakresie prawa pracy. Nie jesteśmy na to przygotowani. Dlatego po pandemii wrócimy z największą przyjemnością do biur – traktując online jako coś, co jest naszym przywilejem, a nie obowiązkiem narzuconym przez firmę – przewiduje Obłój.
Belgijsko-polski fintech banqUP został przejęty przez Unifiedpost Group notowaną na belgijskiej giełdzie Euronext. Ta wiodąca europejska spółka z branży fintech przejmuje też skandynawski 21 Grams i belgijski AKTI. Dzięki tym transakcjom Unifiedpost rozszerza swój zasięg z piętnastu na dwadzieścia krajów europejskich, w tym Polskę.
Unifiedpost Group, po spektakularnym debiucie na belgijskiej giełdzie papierów wartościowych (Euronext Brussels) i pozyskaniu 252 milionów euro w IPO, ogłasza pierwszy etap akwizycji – w tym polsko-belgijskiej spółki banqUP. Stworzyła ona platformę APIHub, której rozwiązania rozwijane w Polsce, oferowane są w całej Europie. – Dzięki ogłoszonym właśnie trzem akwizycjom stawiamy właściwe kroki w kierunku paneuropejskiej platformy usług związanych z dokumentami, tożsamością i płatnościami. Działania te w pełni wpisują się w strategię Unifiedpost Group. Przy jednoczesnym wzroście organicznym, realizujemy naszą przemyślaną strategię fuzji i przejęć – tłumaczy Hans Leybaert, CEO i założyciel Unifiedpost Group.
Zwiększenie możliwości Unifiedpost Group w zakresie otwartej bankowości i ekspansja w Polsce Przejęcie banqUP pozwoli poszerzyć Grupie Unifiedpost możliwości świadczenia usług w zakresie otwartej bankowości i analizy danych na rzecz ponad 440 tys. klientów z sektora MŚP, które Grupa już obsługuje. Docelowo Grupa Unifiedpost, dzięki integracji z banqUP, będzie miała szybki dostęp do otwartych ekosystemów bankowych, co umożliwi analizę danych bankowych oraz danych pochodzących innych API finansowych. Dane te będą mogły być wykorzystywane łącznie m.in. do prognozowania przepływów pieniężnych. Umożliwi to też Grupie cross-sell oraz up-sell rozwiązań finansowych i płatniczych. Grupa Unifiedpost połączy swoje usługi z usługami banqUP w celu wprowadzenia wspólnych produktów i rozwiązań dla sektora MŚP, rozwoju usług w zakresie e-faktur i płatności w Polsce. Szczególnie interesującym sektorem jest dla Unifiedpost ponad 1,7 mln małych i średnich polskich przedsiębiorstw.Oferowana przez banqUP platforma otwartej bankowości pozwala w łatwy sposób zintegrować się z systemami banków i w ten sposób pozyskiwać dane z rachunków bankowych. To z kolei umożliwia banqUP i jego partnerom świadczenie nowych usług, takich jak integracja kont bankowych, ocena zdolności kredytowej, potwierdzanie tożsamości czy też wsparcie MŚP w zarządzaniu płynnością finansową.BanqUP umożliwia obecnie dostęp do banków z czternastu europejskich rynków – w tym z Belgii, UK, Irlandii, Węgier, Czech, Słowacji, Bułgarii, Polski, Francji. Dzięki temu platforma oferuje dostęp do wszystkich najważniejszych europejskich standardów bankowych API.BanqUP oferuje również usługę TPP-as-a-service dla firm, dla których ubieganie się o licencję TPP jest zbyt skomplikowane lub po prostu biznesowo zbędne, a które chcą skorzystać z możliwości, jakie daje otwarta bankowość. TPP-as-a-service pozwala na dostęp do zagregowanych danych bankowych, co pozwala innowatorom pracować nad rozwiązaniami wykorzystującymi open banking bez potrzeby uzyskiwania licencji czy konieczności samodzielnych integracji.- Cieszę się z tej współpracy i nowych możliwości, jakie nam daje przyłączenie do Grupy Unifiedpost. Dotąd, dzięki obecności w siedmiu krajach, byliśmy międzynarodową firmą z branży fintech. Przy poszerzonym do 20 krajów zasięgu możemy zrobić jeszcze więcej – zaoferować nowe, innowacyjne usługi dla przedsiębiorców MŚP w Polsce i za granicą – mówi Krzysztof Pulkiewicz, współzałożyciel banqUP.- Unifiedpost Group, założona w 2001 roku przez obecnego CEO, to innowacyjna i globalna firma technologiczna z szerokim portfolio usług cyfrowych. Wierzę, że nasza bliska współpraca i wymiana doświadczeń pozwoli na liczne synergie zarówno na polu infrastruktury oraz bezpieczeństwa, jak i produktowym – dodaje Łukasz Chmielewski, CTO i współzałożyciel banqUP.
Grupa Unifiedpost chce stać się wiodącą platformą usług biznesowych dla MŚP opartą na chmurze, zbudowaną w oparciu o „Dokumenty”, „Tożsamość” i „Płatności”. Unifiedpost obsługuje i rozwija platformę w 100% opartą na chmurze dla usług administracyjnych i finansowych, która pozwala w czasie rzeczywistym i płynnie łączyć użytkowników Unifiedpost, ich dostawców, klientów i inne podmioty.Dzięki rozwiązaniu typu one-stop-shop (wszystkie potrzebne usługi w jednym miejscu) misją Grupy Unifiedpost jest zapewnienie klientom prostych i inteligentnych procesów administracyjnych i finansowych.Od momentu powstania w 2001 r. Grupa Unifiedpost znacznie się rozrosła, rozszerzając swoją działalność do biur w 15 krajach w całej Europie. W 2019 r. za pośrednictwem jej platformy przetworzono ponad 350 mln dokumentów, docierając do ponad 400 tys. małych i średnich przedsiębiorstw oraz ponad 250 korporacji.
Agencja Badań Medycznych w odpowiedzi na zlecenie Ministra Zdrowia Adama Niedzielskiego sfinansowała badanie dotyczące zastosowanie amantadyny w zapobieganiu progresji i leczeniu objawów COVID-19. Badanie ma na celu potwierdzić, czy napływające doniesienia o skuteczności wykorzystania substancji stosowanej dotychczas w leczeniu Parkinsona zapobiega również rozwojowi COVID-19.
Sam pomysł badania nad amantadyną wywodzi się z lubelskiego ośrodka, który w pierwszej fazie pandemii zgłosił się do Agencji Badań Medycznych. Wówczas nie było jeszcze przesłanek, aby go podjąć. Amantadyna, która była w latach 1996-2009 szeroko używana w profilaktyce i leczeniu wirusowej grypy typu A, obecnie jest stosowana jedynie jako lek neurologiczny i podawana pacjentom z chorobą Parkinsona lub stwardnieniem rozsianym.
Przeprowadzone wiosną 2020 badanie wykazało, że żaden z pacjentów przyjmujących amantadynę z powyższych wskazań, u których stwierdzono zarażenie wirusem SARS-CoV-2, nie rozwinął ciężkich objawów choroby. Podobnych obserwacji u pacjentów z chorobą Parkinsona dokonała także grupa z Cambridge University, która postuluje konieczność przeprowadzenia szerszych badań klinicznych w tym zakresie.
– Jako Agencja Badań Medycznych powinniśmy dostarczyć Polakom obiektywnej wiedzy, w celu zakończenia dyskusji na temat słuszności stosowania amantadyny w przebiegu COVID-19 w oparciu o twarde dowody naukowe. O to właśnie poprosił nas minister Niedzielski. Badanie, które uruchamiamy w ciągu kilku tygodni da nam odpowiedź, czy amantadyna rzeczywiście działa. – podsumowuje Prezes Agencji Badań Medycznych dr n. med. Radosław Sierpiński.
Jak podkreśla lider projektu – prof. Konrad Rejdak (Kierownik Katedry I Kliniki Neurologii; Uniwersytet Medyczny w Lublinie) – analizując mechanizm działania leku sądzimy, że amantadyna może być skuteczna w zapobieganiu rozwojowi COVID-19 w kierunku ostrej niewydolności oddechowej także poprzez działanie na ośrodkowy układ nerwowy. Warunkiem skuteczności amantadyny w COVID-19 jest jednak stosowanie tego leku we wczesnej fazie procesu chorobowego, t.j. przed rozwinięciem ostrej niewydolności oddechowej (ARDS).
Projekt realizuje siedem ogólnopolskich ośrodków: Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 4 w Lublinie; Uniwersytet Medyczny w Lublinie, Centralny Szpital Kliniczny MSWiA w Warszawie, Uniwersyteckie Centrum Kliniczne; Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego w Warszawie, Kliniczny Szpital Wojewódzki Nr 2 im. Św. Jadwigi Królowej w Rzeszowie, Pracownia Medycyny Rodzinnej; Kolegium Nauk Medycznych. Uniwersytet Rzeszowski, Regionalny Szpital Specjalistyczny im. dr. Władysława Biegańskiego, Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Grudziądzu oraz Samodzielny Publiczny Zespół Zakładów Opieki Zdrowotnej w Wyszkowie.
Wykazanie skuteczności i bezpieczeństwa leczenia amantadyną w poprawie stanu klinicznego u pacjentów z rozpoznanym COVID-19 ma potencjalnie wielkie znaczenie w walce ze skutkami pandemii. W przypadku gdy okaże się, że lek nie wpływa istotnie na przebieg i ciężkość ostrej fazy infekcji to nadal ważny będzie wpływ na nasilenie i przebieg powikłań neurologicznych, które są bardzo częste i utrzymują się długo po przebyciu infekcji.
Eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield, we współpracy z czołowymi deweloperami magazynowymi działającymi w Polsce, podsumowali miniony rok na rynku magazynowym i przedstawiają plany na rok 2021.
Blisko 45% deweloperów oceniło, że aktywność i potrzeby najemców magazynowych w 2020 roku wzrosły – największe zapotrzebowanie zgłaszały firmy z sektora e-commerce, logistyka i transport a także firmy z branży spożywczej, FMCG, kurierskiej, elektronicznej i AGD.
Niektórzy najemcy chętnie korzystali w 2020 roku ze wsparcia oferowanego przez deweloperów – były to głównie zwolnienia czynszowe w zamian za wydłużenie okresu najmu, ale również obniżki czynszów w przypadku najemców najbardziej dotkniętych kryzysem.
Ponad 90% deweloperów oczekuje, że sytuacja rynkowa w 2021 r. będzie pozytywna lub zdecydowanie pozytywna. Deweloperzy nie przewidują spowolnienia w tym sektorze rynku nieruchomości i planują nowe inwestycje
Zdecydowana większość planuje nowe inwestycje w ramach 5 głównych rynków. Wśród mniejszych rynków, największym powodzeniem ankietowanych deweloperów cieszy się region Polski Zachodniej – w 2021 r. spodziewamy się tutaj wielu nowych, ciekawych inwestycji.
Rok 2021 będzie należał do branży e-commerce, co wpłynie na dalszy rozwój rynku magazynowego w Polsce.
Wśród najważniejszych trendów na 2021 rok oprócz dalszego rozwoju koncepcji zielonych magazynów i popularyzacji rozwiązań proekologicznych wymienia się również dalszy rozwój inwestycji wspomagających logistykę „ostatniej mili” i projektów typu SBU (Small Business Units).
Plany inwestycyjne i rozwój rynku magazynowego może zostać zahamowany jedynie przez niepewną sytuacje gospodarczą, spowodowaną ograniczeniami związanymi z utrzymującym się długo stanem pandemii oraz przez ograniczoną dostępność odpowiednio przygotowanych gruntów inwestycyjnych. Wśród zagrożeń, deweloperzy wskazywali również brak kadr.
Podsumowanie
Większość uczestników rynku oceniła miniony rok pozytywnie – zarówno z punktu widzenia podaży, jak i popytu. Zdecydowana większość respondentów uważa, że aktywność deweloperska w 2020 r. pozostała na stabilnym poziomie lub nawet nieznacznie wzrosła (tak odpowiedziało blisko 80% ankietowanych). To znakomity wynik, pamiętajmy bowiem, że porównujemy bieżący rok do rekordowego pod względem podaży 2019 r. Podobne proporcje odpowiedzi dotyczyły aktywności samych najemców – zdaniem 33% deweloperów w 2020 roku, mimo pandemii najemcy magazynowi byli równie aktywni, co w ciągu ostatnich, rekordowych dwóch lat. Jednocześnie blisko 45% ankietowanych oceniło, że potrzeby najemców w 2020 r. wzrosły. Największą aktywnością w ocenie deweloperów, zgodnie z przewidywaniami, wykazali się najemcy związani ze sprzedażą internetową. Oprócz e-commerce, deweloperzy wymieniali wśród najbardziej aktywnych logistykę i transport, branżę spożywczą i FMCG, branżę kurierską oraz elektronikę i AGD.
Ciekawe były również odpowiedzi deweloperów w odniesieniu do ich działań doraźnych podejmowanych podczas pandemii. Wynika z nich, że właściciele obiektów magazynowych aktywnie wspierali najemców: 75% firm wskazało na krótkoterminowe przesunięcie zobowiązań najemców w zamian za odpowiednie wydłużenie okresu najmu. Powszechne było również wsparcie polegające na poprawie bezpieczeństwa zdrowotnego pracowników magazynów. Ankieta wskazuje również, że kilku deweloperów obniżyło poziom czynszu klientom znajdującym się w trudnej sytuacji z powodu pandemii.
Poziomy czynszów, zdaniem większości firm uczestniczących w ankiecie, pozostały na tym samym poziomie. Nieliczni zaobserwowali spadki w odniesieniu do stawek efektywnych. To ostanie zjawisko mogło być związane z przejściową nadpodażą w ramach konkretnych rynków.
Prognoza na 2021 rok
Ogólne nastroje, w odniesieniu do przyszłości rynku magazynowego, są bardzo dobre. Ponad 90% respondentów uważa, że sytuacja rynkowa w 2021 r. będzie pozytywna lub zdecydowanie pozytywna. Deweloperzy nie przewidują spowolnienia i planują nowe inwestycje. Zdecydowana większość z nich, bo aż 88%, zamierza skoncentrować się na 5 głównych rynkach magazynowych. Jest to podejście zrozumiałe, są to bowiem najstabilniejsze i najbardziej przewidywalne rynki pod względem popytu. Cieszą się one również niesłabnącym zainteresowaniem funduszy inwestycyjnych. Na radarze połowy deweloperów, uczestniczących w badaniu, jest Polska Zachodnia, gdzie planowane są uruchomienia nowych inwestycji. Inne miejsca, wymieniane przez deweloperów, to Trójmiasto, Kraków, Szczecin oraz inwestycje o charakterze BTS – lokalizacyjnie dostosowane do potrzeb najemcy. W dalszym ciągu znaczna część deweloperów chce inwestować na rynkach wschodzących (blisko 25% respondentów).
W ocenie deweloperów rok 2021 będzie należał do branży e-commerce, co pozytywnie wpłynie na dalszy rozwój rynku magazynowego. Polska może być również beneficjentem reorganizacji globalnej siatki transportowej i logistycznej wielu firm. Chęć ograniczenia kosztów będzie sprzyjać procesowi relokacji zakładów produkcyjnych i otwieraniu centrów dystrybucji dla Europy Zachodniej w naszym kraju.
Spodziewamy się dalszego rozwoju rozwiązań proekologicznych na rynku magazynowym. Trend ten był wyraźnie zauważalny już w 2020 roku, a kolejny rok może przynieść nowe, ciekawe rozwiązania w tym zakresie.
Ponad połowa respondentów, bo aż 63%, wśród najważniejszych trendów na 2021 rok wymienia również dalszy rozwój inwestycji wspomagających logistykę „ostatniej mili” i projektów typu SBU (Small Business Units).
Jednocześnie deweloperzy obserwują bieżącą sytuację z pewnym niepokojem – 75% firm widzi realne zagrożenie dla rozwoju rynku w postaci utrzymującej się niepewności dotyczącej rozwoju pandemii COVID-19. Inne czynniki ryzyka wskazywane przez deweloperów to ograniczona dostępność odpowiednio przygotowanych gruntów inwestycyjnych oraz niskie bezrobocie.
Autorzy:
Joanna Sinkiewicz
Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych
Cushman & Wakefield
Adrian Semaan
Starszy Konsultant ds. Badań
Dział Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych
Cushman & Wakefield
Zapowiedzi kolejnych bilonów dolarów na fiskalne wsparcie gospodarki USA pobudza wyobraźnię inwestorów, ale też podbija rentowności długu. To w połączeniu z politycznymi zawirowaniami po szturmie Kapitolu (wezwania do impeachmentu Trumpa) przystopowały rajd ryzyka i wyprzedaż USD. Ale kluczem pozostaje stanowisko Fed.
Więcej pieniędzy budżetowych wpompowanych w gospodarkę to wyższa inflacja, a to znów oznacza konieczność zaostrzenia polityki monetarnej. Przynajmniej w teorii, gdyż żadnego podręcznika do ekonomii nie da się idealnie przyłożyć do obecnych warunków w dobie pandemii COVID-19. Nie zmienia to faktu, że rentowności 10-latek USA są najwyżej od marca i wywierają presję na krótkie pozycje w USD. Apetyt na ryzyko ograniczają też nowe przypadki zachorowań na COVID-19 (Chiny) i ostrzejsze restrykcje w Europie i USA. Niepomijalnym czynnikiem, choć osobiście wolę trzymać go na drugim planie, są reperkusje po zeszłotygodniowym szturmie Kapitolu i oskarżeniach wobec Trumpa o podżeganie do buntu. Tak czy inaczej wstępny pęd rynkowy ulotnił się, co daje miejsce na realizację zysków i pytania o zasadność wysokich wycen (nowe rekordy indeksów giełdowych). Mimo to traktowałbym obecne ruchy jako przejściowe korekty. Motyw przewodni relacyjnej polityki utrzyma się na dłużej, a to oznacza wyższe zyski firm i droższe surowce. Deklaracje „bilionowej” pomocy fiskalnej ze strony J. Bidena będą szkodzi dolarowi, pod warunkiem, że Fed pozostanie gołębi, utrzyma stopy procentowe nisko i będzie kontynuował luzowanie ilościowe. Choć rynek ma co do tego wątpliwości (stąd wyższe rentowności długu), sygnały z samego Fed są uspokajające. Wiceprezes Clarida powiedział w piątek, że nie spodziewa się, aby bank centralny zaczął ograniczać zakupy aktywów w tym roku i dodał, że „nie martwi się, że 10-letnie rentowności trochę przekroczyły 1 proc.” Więcej opinii z Fed w podobnym tonie powinno przywrócić trend sprzedaży dolara. Dziś usłyszymy komentarze od Bostica i Kaplana. Dalej na przestrzeni tygodnia przemawia jeszcze sześciu innych członków FOMC na czele z prezesem Powellem (czwartek).
Poza tym wyrażany na starcie nowego roku optymizm inwestorów będzie jednak musiał zmierzyć się z ponurą rzeczywistością danych. Publikowane w najbliższych dniach grudniowe odczyty będą obciążone skutkami wzrostu liczby zachorowań na COVID-19 i restrykcjami. W USA ryzyko dotyczy przede wszystkim sprzedaży detalicznej (pt). Dobry wynik powinna za to pokazać produkcja przemysłowa (pt), gdyż aktywność tego sektora nie słabnie w odpowiedzi na ożywienie globalne oraz poprawę sytuacji w sektorze paliwowym wraz ze wzrostem cen ropy naftowej. Indeks Sentix (pon) ze strefy euro może pokazać, czy start powszechnych szczepień przeciw COVID-19 zneutralizuje obawy wynikające z zaostrzanych restrykcji. Z twardych danych otrzymamy produkcje przemysłową (śr), jednak dane za listopad należy uznać za przestarzałe, więc reakcja na nie będzie ograniczona. W Wielkiej Brytanii listopadowe dane o PKB (pt) będą obciążone skutkami przywrócenia lockdownu. Uważam, że GBP nie znajdzie wsparcia w danych.
W Polsce po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej (wt-śr) spodziewam się utrzymania stóp procentowych bez zmian. Wprawdzie w ujawnionym w ostatnich dniach wywiadzie prezes Glapiński warunkuje wniosek o obniżkę od marcowej projekcji makroekonomicznej, szybkość odreagowania grudniowego osłabienia przez złotego może podsycać niezadowolenie NBP. W efekcie uczestnicy rynku nie mogą całkowicie wykluczyć interwencji: walutowej, werbalnej lub monetarnej. Nie sądzimy, aby NBP miał się porywać na otwartą wojnę z rynkiem i ograniczy się do werbalnych ostrzeżeń. Złoty przy 4,50 za euro dalej jest relatywnie tani i przyciąga kupujących, ale rynek pozostaje wrażliwy na spekulacje, że każde zatrzymanie i korekta może być sygnałem interwencji. Ta niepewność będzie podnosić dwustronną zmienność notowań i hamować skalę potencjalnego umocnienia, jakie mogłoby wynikać z globalnego apetytu na ryzykowne aktywa.
7 stycznia br. minął czas na wniesienie skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na decyzję przymusowej restrukturyzacji Idea Banku. Według niektórych prawników, te działania są sprzeczne z Konstytucją RP, ale wyrok tutaj może zapaść dość szybko. Jednak prawomocne rozstrzygnięcie nastąpi najwcześniej za 2-3 lata. Równocześnie pojawiają się sugestie, żeby nie czekać, tylko składać pozwy wobec Skarbu Państwa. Teoretycznie jest też możliwe przejęcie przez Pekao odpowiedzialności za wszelkie roszczenia wobec Idea Banku. Natomiast do tego potrzebna będzie zgoda wszystkich uczestników postępowania.
Czas na skargę
Po decyzji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, który wszczął przymusową restrukturyzację wobec Idea Banku, rodzi się coraz więcej pytań. Najwięcej wątpliwości wzbudza fakt, że Pekao nie przejmuje zobowiązań wynikających z roszczeń, związanych np. ze sprzedażą obligacji GetBack, czy też certyfikatów inwestycyjnych funduszu Trigon (później Lartiq). Jak zaznacza Filip Dutkowski, rzecznik prasowy BFG, nieprzejęta część przedsiębiorstwa wciąż stanowi majątek Idea Banku. Należą do niego akcje i udziały w spółkach zależnych oraz stowarzyszonych. Posłużą one m.in. zaspokojeniu pozostałych zobowiązań.
– 7 stycznia br. upłynął czas na wniesienie skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na decyzję BFG. Mógł ją złożyć każdy, kto miał w tym interes prawny. Przesłanki mogły być różne. Zapewne inne były zastrzeżenia akcjonariuszy Idea Banku, a inne – obligatariuszy czy osób pokrzywdzonych działaniem banku, np. przy sprzedaży produktów inwestycyjnych – mówi adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.
Z kolei jak zaznacza Adrian Parol, radca prawny i doradca restrukturyzacyjny, jeżeli przejmuje się aktywa Idea Banku, to powinno się również ponosić odpowiedzialność za jego zobowiązania. Zdaniem eksperta, opisywana sytuacja jest sprzeczna z Konstytucją RP, czyli aktem hierarchicznie nadrzędnym. Państwo nie może jednostronnie pozbawiać roszczeń odszkodowawczych obywateli.
– Dla dobra sprawy i jasności sytuacji prawnej wyrok WSA, podobnie jak późniejszy NSA, powinien zapaść jak najszybciej. To może być kwestia najwyżej 2 miesięcy, żeby uniknąć niepewności. Jednak w naszych realiach obawiam się, że prawomocnego rozstrzygnięcia spodziewać się możemy najwcześniej w 2023 roku lub nawet później – analizuje Jakub Bartosiak.
Jeśli okaże się, że decyzja dotycząca przymusowej restrukturyzacji została wydana z naruszeniem prawa, otworzy się droga do odszkodowań od Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, Banku Pekao – tj. beneficjenta decyzji lub bezpośrednio od Skarbu Państwa. Wśród prawników mówi się, że w najlepszym przypadku oznacza to kolejny długotrwały proces i lata oczekiwania na odzyskanie środków.
– Dotyczy to także osób, które już są w sporze sądowym z bankiem, a nawet uzyskały zabezpieczenie. Są sprawy, w których komornik – po uiszczeniu tzw. zaliczek na czynności egzekucyjne – zajął środki na rachunku banku. W następstwie decyzji środki te wrócą do Idea Banku lub Banku Pekao. Dla osób poszkodowanych działalnością Idea Banku oznacza to rzucenie poważnych kłód pod nogi i znaczące skomplikowanie ich sytuacji – dodaje ekspert z MBM Legal.
Odzyskiwanie środków
Obecnie nie wiadomo, czy przejęty majątek odpowiada wartości zobowiązań, czy go przewyższa. Nie brakuje też opinii, że szanse na odzyskanie środków mocno spadły. Ale pojawiają się też komentarze, w których zwraca się uwagę na wycenę Idea Banku. A z tego wynika, że nadal można dochodzić zaspokojenia swoich roszczeń. Jak stwierdza mec. Bartosiak, informacje opublikowane przez BFG są fragmentaryczne, a dodatkowo część danych utajniono. To utrudnia rzetelną ocenę sytuacji. Z kolei Filip Dutkowski zaznacza, że Ustawa o BFG nie nakazuje Funduszowi publikacji oszacowania. Niemniej uczyniono to w imię transparentności. Dbanie o przejrzystość nie może jednak odbywać się z naruszeniem prawa.
– Jak wynika z doniesień medialnych, Bankowy Fundusz Gwarancyjny przekonuje, że aktywa banku są mniejsze niż pasywa. Jednak generalnie te pierwsze są bardzo płynne i z upływem czasu się ściągają, są też odpowiednio zabezpieczone. Zatem stopień zaspokojenia może być wyższy, niż twierdzą decydenci – podkreśla radca prawny Adrian Parol.
Do dnia wydania decyzji przez BFG, osoby poszkodowane kierowały roszczenia wobec Idea Banku. To był najprostszy, a zarazem najszybszy sposób. Dziś w przestrzeni publicznej nie brakuje sugestii, żeby nie czekać na sądowe rozstrzygnięcia, tylko składać pozwy wobec KNF-u lub Skarbu Państwa. Według mec. Parola, Bank Pekao jest następcą prawnym Idea Banku, natomiast kwestie pozwów wymagają głębszej analizy cywilno-prawnej. Zdaniem eksperta, regulator rynku stara się wywłaszczyć osoby z ich roszczeń. A to niedopuszczalne na gruncie obecnie istniejącej Konstytucji RP.
– Jeśli podjęte działania pozbawią możliwości dochodzenia roszczeń wierzycieli Idea Banku, z pewnością pojawi się kwestia odszkodowania od BFG lub KNF-u, czyli od Skarbu Państwa, bądź od byłych osób zarządzających Idea Bankiem. Jednak z uwagi na skalę roszczeń, odzyskanie środków przez wszystkich jest raczej mało prawdopodobne – zaznacza Jakub Bartosiak.
Należy też zwrócić uwagę na to, że BFG rozwiązał zarząd Idea Banku, wygasły także wszystkie pełnomocnictwa procesowe. Postępowania sądowe ulegają zawieszeniu, a czas ich trwania z pewnością ulegnie wydłużeniu. Nie wiadomo też, kiedy ponownie ruszą trwające procesy sądowe, ani jak będą traktowane nowe pozwy wpływające do sądów.
– Skutkiem decyzji w takim kształcie będzie dalsze wydłużenie postępowań, co jest bardzo złą wiadomością. Nie mając prawomocnego wyroku, nie możemy go egzekwować, a w tym czasie resztki majątku znikają. Zdecydowanie zwiększa się ryzyko, że po wygraniu sprawy nie będzie można odzyskać pieniędzy, bo w Idea Banku zabraknie majątku. Do tego BFG i KNF wskazują, że już teraz jest ryzyko niewypłacalności banku – wyjaśnia mec. Bartosiak.
Sprawę skomplikuje też upływ czasu. Do tego dojdą faktyczne działania różnych podmiotów – Banku Pekao, osób dotkniętych decyzją i organów państwa. Z jednej strony wskazany jest pośpiech, żeby jak najszybciej uzyskać zabezpieczenie. Z drugiej – nie wiadomo, czy uda się odzyskać choćby wydatki poniesione na sprawę sądową i zabezpieczenie. Adrian Parol dodaje, że osoby wytaczające powództwo mają możliwość uzyskania zwolnienia od kosztów sądowych. Mogą też wystąpić o ustanowienie pełnomocnika z urzędu, zwłaszcza że w aferze GetBack część osób straciła dorobek życia.
– Pierwszym krokiem powinno być wspomniane już zaskarżenie decyzji BFG do WSA oraz rozważenie działań sądowych przeciwko bankowi. Natomiast optymalnym rozwiązaniem byłaby zmiana decyzji przez BFG i przejęcie przez Bank Pekao odpowiedzialności za roszczenia wobec Idea Banku, zarówno już wytoczone, jak i przyszłe. Skoro Pekao i tak otrzymuje dotację z BFG, to niech służy ona każdemu poszkodowanemu, a nie tylko wybranym. Konieczna jest jednak zgoda wszystkich uczestników postępowania – w tym przypadku zapewne Pekao oraz samego Idea Banku – podsumowuje Jakub Bartosiak z Kancelarii MBM Legal.
Nowa Rekomendacja S zapewnia dłużnikom możliwość zamiany aktualnej stawki procentowej na stałe oprocentowanie. Piszemy więcej na ten temat.
Wprowadzenie nowej Rekomendacji S może być najważniejszym tegorocznym wydarzeniem dotyczącym rynku kredytów mieszkaniowych. Jest to prawdopodobne, mimo że wspomniana rekomendacja przewiduje mniej zmian odczuwalnych bezpośrednio przez klientów banków niż poprzednie takie pakiety zaleceń. Jedną z nowości będzie obowiązek oferowania przez banki kredytów mieszkaniowych ze stałą stawką oprocentowania (co najmniej przez kilka lat). Dla osób, które nie zamierzają w najbliższym czasie zaciągać kolejnego kredytu na mieszkanie, ważniejszą kwestią może być inne rozwiązanie. Mowa o wprowadzeniu zaleceń KNF-u, które gwarantują, że klient banku będzie mógł wybrać stałe oprocentowanie zamiast aktualnej, zmiennej stawki. Odpowiadamy na pytanie, czy taka opcja może być korzystna. To ważna sprawa, ponieważ wszystko wskazuje na to, że stopy procentowe NBP nie wzrosną w bieżącym roku.
Nasz artykuł w bardzo dużym skrócie:
Rekomendacja S w swojej nowej odsłonie gwarantuje kredytobiorcom mieszkaniowym, że w trakcie spłaty będą mogli wybrać stałe oprocentowanie.
Opłacalność takiej decyzji będzie zależała od wielu kwestii (m.in. prowizji i marży naliczanej przez bank).
Wiele wskazuje na to, że bankowa oferta jednak zniechęci część kredytobiorców.
Poniżej prezentujemy więcej informacji na temat możliwości zmiany oprocentowania, którą zapewniła Komisja Nadzoru Finansowego.
Zmiana na całkiem stałe oprocentowanie jest nierealna
W pierwszej kolejności, na pewno trzeba odwołać się do tekstu nowej Rekomendacji S, która dokładnie reguluje kwestię zmiany oprocentowania w spłacanych kredytach mieszkaniowych. „Warto również wspomnieć, że krajowe banki komercyjne powinny wprowadzić nowy pakiet zaleceń KNF-u do połowy 2021 roku. Banki spółdzielcze mają czas na wdrożenie nowych regulacji do końca 2022 roku” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
W ramach komentarza do swojej nowej rekomendacji, Komisja Nadzoru Finansowego wyjaśnia, że bank powinien umożliwić klientowi detalicznemu zmianę wariantu oprocentowania ze stopy zmiennej na stałą. Chodzi o całkowicie stałe oprocentowanie lub czasowo stałe oprocentowanie (np. przez kolejne 3 lata lub 5 lat). Ten pierwszy wariant (zupełnie stałe oprocentowanie) na razie jest niemożliwy w polskich warunkach. Na przeszkodzie stoi bowiem brak odpowiednio ukształtowanego rynku listów zastawnych. Można zatem spodziewać się, że ewentualne propozycje krajowych banków będą dotyczyć tylko „zamrożenia” poziomu płatności ratalnych kredytu mieszkaniowego na kilka następnych lat. „Co ważne, nowa Rekomendacja S precyzuje, że możliwość zmiany rodzaju oprocentowania ma dotyczyć również kredytów, których umowy zostały podpisane przed dniem wprowadzenia zaktualizowanych zaleceń KNF-u” – mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Banki na pewno naliczą koszty za modyfikację umowy
Warto podkreślić, że nowe wytyczne Komisji Nadzoru Finansowego nie precyzują, jak powinna wyglądać oferta banku związana z całkowicie stałym lub okresowo stałym oprocentowaniem starszych kredytów mieszkaniowych. Nadzór finansowy zwraca tylko uwagę bankom, że powinny przygotować się na obsługę wniosków od klientów wybierających stałe oprocentowanie po pewnym czasie spłaty. Liczba takich osób zainteresowanych „zamrożeniem” rat na pewien czas, oczywiście będzie zależała od kilku kwestii. Czas pokaże, w jaki sposób rodzime banki ustalą następujące aspekty nowej oferty:
ewentualną prowizję za zmianę rodzaju oprocentowania
możliwą prowizję lub opłatę za wprowadzenie zmian w umowie kredytu mieszkaniowego (aneksowanie umowy)
poziom stałego oprocentowania oraz czas jego trwania
Analiza tabel opłat i prowizji kilku największych krajowych banków sugeruje, że tacy kredytodawcy raczej nie zrezygnują z naliczania kosztów osobom wybierającym stałe oprocentowanie swojej „hipoteki”. Jeżeli rzeczywiście tak się stanie, to zainteresowanie nowym rozwiązaniem będzie mniejsze. „W tym kontekście warto pamiętać, że koszty na poziomie np. 2,0% – 4,0% pozostałego zadłużenia klient poniesie niezależnie od kształtowania się stóp procentowych NBP oraz WIBOR-u w przyszłości” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Ewentualne korzyści dotyczące zmiany rodzaju oprocentowania na stałe będą natomiast uzależnione od przyszłych decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Warto pamiętać, że bank może też „ukryć” dodatkowe koszty zmiany rodzaju oprocentowania w wyższej stałej stawce obowiązującej przez kilka lat. Takie rozwiązanie wydaje się bardzo prawdopodobne, bo krajowe banki stosują je już teraz. Rzut oka na bankowe tabele oprocentowania potwierdza, że osoba wybierająca stałą stawkę musi liczyć się z wyższymi odsetkami (względem oprocentowania obliczonego według formuły WIBOR + stała marża). „W ten sposób banki zabezpieczają się przed perspektywą wzrostu stóp procentowych NBP w ciągu kolejnych 4 lat – 5 lat. Mimo obecnej sytuacji makroekonomicznej, taka zmiana wydaje się bardzo prawdopodobna” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Columbus Energy S.A. zmniejsza zadłużenie Spółki oraz zabezpiecza akcjonariuszy wydłużając umowę lock-up. To ostatnie znaczące zmiany przed wznowieniem procesu przeniesienia notowań Spółki na główny rynek GPW.
Dnia 11 stycznia br. wszystkie istniejące akcje Columbus Energy S.A. zostały dopuszczone do obrotu przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. Dzięki temu akcjonariusze, którzy inwestowali w Columbus od 2014 r., będą mogli handlować akcjami Spółki na rynku NewConnect.
Z kolei dnia 8 stycznia br. Zarząd Columbus Energy S.A. otrzymał wnioski od akcjonariuszy (w tym od Piotra Kurczewskiego – aktywnego inwestora, który w październiku 2019 r. zapewnił Spółce finansowanie na poziomie min. 110 mln zł oraz wniósł kapitał dłużny), dotyczące przeprowadzenia wszystkich zobowiązań Spółki wobec akcjonariuszy, którzy historycznie obejmowali obligacje serii E bądź udzielali pożyczek. Wnioski dotyczą także realizacji Programu Managerskiego, który został zatwierdzony uchwałą Zwyczajnego Walnego Zgromadzenie Akcjonariuszy Spółki z dnia 30 czerwca 2016 r.
– Tak szybki rozwój, jaki w Columbus przeżywamy od kilku lat, wymaga wielu kluczowych i bardzo ważnych w danym momencie decyzji oraz działań – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Columbus Energy S.A. – Zdaję sobie sprawę, że niektóre z tych decyzji mogą nie być w pełni zrozumiałe dla części obserwatorów Spółki, zwłaszcza tych, którzy dopiero od niedawna się nią interesują i nie są zaznajomieni w szczegółach z jej historią. Jednak z perspektywy czasu wszystkie one okazały się niezbędne dla osiągnięcia naszego tempa wzrostu wartości, a także zmaksymalizowania korzyści dla klientów, dzięki którym możemy się rozwijać. Podjęcie uchwały o Programie Managerskim w okresie, gdy potrzebowaliśmy silnej motywacji do ciężkiej pracy w całym zespole Columbus, pozwoliło nam osiągnąć obecną pozycję wiodącego dostawcy usług na rynku nowoczesnej energetyki. Realizacja tego Programu, który będzie ogromnym bonusem dla wielu osób w organizacji, nie tylko nagrodzi nasz wkład w obecny sukces, ale jeszcze bardziej umocni ducha firmy i da nam motywację do nowych działań. Z kolei bez pożyczek pomostowych, głównie od naszych akcjonariuszy, nie byłoby możliwe wykonywanie zrealizowanych do tej pory inwestycji i finansowanie rozwoju – co do tego nie mam wątpliwości.
Akcjonariat Columbus Energy S.A. stanowi 40 479 877 akcji. Akcjonariusze posiadający ponad 90% akcji podpisali umowę lock-up, do których należą: Gemstone S.A. (100% akcji posiada Dawid Zieliński – Prezes Zarządu Columbus Energy S.A.), Grupa JR Holding ASI S.A. (January Ciszewski – pierwszy inwestor Columbus), Janusz Sterna – Wiceprezes Zarządu Columbus Energy S.A. oraz członkowie Rady Nadzorczej: Piotr Kurczewski, Marek Sobieski, Paweł Urbański i Leszek Leńko. Umowa ta została wydłużona do końca marca 2022 r. i będzie również obejmowała wszystkie akcje nowych emisji, jakie będą do tych inwestorów kierowane.
– Przeważająca część akcji nowych emisji z Programu Managerskiego, konwersji obligacji serii E i umów pożyczek (łącznie będzie to ok. 28 mln akcji), jest kierowana do inwestorów, którzy są objęci umową lock-up, a wszystkie nowe akcje również automatycznie podlegają tej umowie – wyjaśnia Dawid Zieliński. – Columbus ma silny i odpowiedzialny akcjonariat, który jest skupiony na długoterminowych korzyściach oraz chroni mniejszych akcjonariuszy. Taką filozofię przyjęliśmy od początku i to się nie zmieni, a przedłużenie umowy lock-upjest tego najlepszym potwierdzeniem.
W przypadku objęcia wszystkich akcji nowej emisji i rejestracji podwyższeń kapitału zakładowego, łączna liczba akcji Columbus Energy S.A. będzie wynosiła 68 773 650 sztuk, a kapitał zakładowy wyniesie 129 982 198,50 zł. Ostateczna liczba wyemitowanych akcji Spółki będzie zależna od uchwał najbliższego Walnego Zgromadzenia Columbus Energy S.A. oraz od tego, w jakim zakresie inwestorzy ostatecznie zrealizują przysługujące im uprawnienia.
– Rozwój naszej organizacji wymaga działań zmierzających do tego, aby zapewnić jej maksymalny dostęp do gotówki na poziomie setek milionów złotych i więcej poprzez pozyskiwanie kapitału od banków oraz innych inwestorów kwalifikowanych – mówi Dawid Zieliński. – W normalnym trybie taki proces trwa wiele lat, a w dużej części przypadków nigdy nie następuje. My wybraliśmy szybszą drogę po to, aby móc lewarować nasze działania operacyjne i inwestycje. Działania, które do tego prowadziły, i które teraz wykonujemy poprzez realizację naszych zobowiązań, nie tylko obniżą zobowiązania Spółki o 44 mln zł, ale też zamkną wszystkie zobowiązania do konwersji instrumentów dłużnych w stosunku do inwestorów. Ukonstytuuje się też dzięki temu finalny akcjonariat, tak by nasi potencjalni inwestorzy mogli wyeliminować ryzyko rozwodnienia w przyszłości. Jest to ostatni krok w kierunku wznowienia procesu przeniesienia notowań akcji Columbus na rynek główny GPW, który otwiera drzwi do większej płynności i wiarygodności Spółki. Wszystko po to, aby Columbus stał się największą prywatną firmą w Polsce w sektorze nowoczesnej energetyki.
Pod koniec zeszłego roku co dziesiąty przedsiębiorca stracił wiarę, że kiedykolwiek uda mu się przywrócić dawną kondycję finansową biznesu, również tylu przyznało, że groziło im zamknięcie działalności, ale roku 2021 MŚP boją się jeszcze bardziej. Bankructwa obawia się ponad jedna trzecia, głównie mikro i małe firmy oraz reprezentanci branż produkcyjnej i usługowej. Wśród przedsiębiorstw istniejących na rynku krócej niż dwa lata widmo upadłości w rozpoczynającym się właśnie roku towarzyszy co drugiemu – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.
Prawie 11 proc. mikro, małych i średnich firm wskazywało, że w minionym roku istniało realne ryzyko zlikwidowania ich biznesu, wynika z badania przeprowadzonego przez Keralla Research na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor w IV kw. 2020 r. O takim niebezpieczeństwie przede wszystkim mówiły firmy mikro zatrudniające od 1 do 9 osób (16,1 proc.) i małe, gdzie pracuje 10-49 osób (10,5 proc.). Zdecydowanie pewniej czuły się natomiast średnie podmioty (50-249 zatrudnionych), bo tylko 1 proc. z nich dostrzegało ryzyko upadłości.
Uwaga na płynność finansową
Najczęstszymi powodami ryzyka likwidacji, wymienianymi w badaniu, był spadek płynności finansowej (66 proc.), odwołanie kontraktów i gwałtowny odpływ zamówień (39,6 proc.), a także wzrost kosztów prowadzenia działalności (20,8 proc.).
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor
Poczucie zagrożenia zamknięciem, najpowszechniejsze było w firmach usługowych (18,9 proc.) i transportowych (16 proc.), znacznie rzadsze w produkcyjnych (6,7 proc.) czy handlowych (4,1 proc.). Takiego niebezpieczeństwa nie dostrzegały natomiast firmy budowlane.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego listopad był kolejnym miesiącem, w którym zanotowano przyrost liczby podmiotów z zawieszoną działalnością (o 3,1 proc.), a jednocześnie o 23,5 proc. spadła liczba firm nowo zarejestrowanych w porównaniu do poprzedniego miesiąca (w październiku spadek wyniósł 7,6 proc.).
Biorąc pod uwagę sekcje PKD największy wzrost liczby podmiotów z zawieszoną działalnością w porównaniu do poprzedniego miesiąca GUS odnotował w sekcji kultura, rozrywka i rekreacja (6,8 proc.), a także wśród firm zajmujących się administrowaniem i działalnością wspierającą, gdzie mieści się m.in. turystyka oraz organizatorzy targów i kongresów (4,5 proc.), transportem i gospodarką magazynową (4,1 proc.) oraz zakwaterowaniem i gastronomią (3,8 proc.). Z kolei, choć najczęściej wyrejestrowywały się firmy handlowe i budowlane, to w tych kategoriach było też najwięcej rejestracji nowych podmiotów.
– W związku z bardzo szybko zmieniającą się sytuacją gospodarczą obserwujemy odpowiadającą tym zmianom dynamikę wśród przedsiębiorców. Z jednej strony z miesiąca na miesiąc rośnie liczba firm zmuszonych zawiesić działalność, a z drugiej, spada liczba nowych rejestracji. To pokazuje, że prowadzenie działalności biznesowej staje się trudniejsze i obarczone coraz większym ryzykiem. Potwierdzają to wyniki naszego cyklicznego badania, w którym widać, że w obliczu ryzyka utraty płynności finansowej co dziesiąta firma miała do czynienia z wysokim prawdopodobieństwem zakończenia funkcjonowania – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Więcej niewypłacalności, więcej upadłości
Optymizmem nie napawają również statystyki dotyczące upadłości i restrukturyzacji firm. W ciągu 11 miesięcy minionego roku ich liczba wyniosła łącznie 1200 (544 upadłości i 656 restrukturyzacji) i było ich o jedną czwartą więcej niż w tym samym okresie 2019 r. (542 upadłości i 419 restrukturyzacji) – wynika z analizy Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej. Przy czym po raz pierwszy liczba restrukturyzacji przekroczyła liczbę upadłości firm m.in. za sprawą uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu. Tylko przez cztery miesiące od lipca do października po uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne sięgnęło 207 firm.
– Rosnąca liczba niewypłacalnych firm to też wyższe ryzyko działania dla ich dostawców. Koniec końców to na nich przenoszone są też problemy firm, które przestają sobie radzić. Nie dzieje się to przecież z dnia na dzień, lecz jest to postępujący proces – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak i zachęca, by gruntownie sprawdzać partnerów biznesowych m.in. pod kątem zaległości zgłoszonych do rejestru dłużników prowadzonego przez BIG. – Wpis informujący o nieuregulowanym zobowiązaniu to z pewnością sygnał, którego nie należy ignorować – dodaje.
Kto przede wszystkim ma problemy z niewypłacalnością? Według Euler Hermes, w ciągu 10 miesięcy 2020 r. w porównaniu z 2019 r., o połowę wzrosła liczba niewypłacalności firm usługowych, o niemal 40 proc. w transporcie, a 21 proc. w produkcji, gdzie coraz bardziej zauważalne są problemy sektora spożywczego: Co miesiąc widać w statystyce publikowanych niewypłacalności wielu producentów i przetwórców żywności, ale także firmy zaopatrujące sektor w sprzęt i świadczące jego obsługę. Mniej kłopotów niż przed rokiem mają natomiast branża budowlana i hurt. Mimo sporej pomocy ze strony państwa i okresów otwarcia między lockdownami, liczba niewypłacanych firm po 10 miesiącach zeszłego roku ustanowiła rekord dekady.
Źródło: badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor
Jeśli spełnią się przewidywania przedsiębiorców z badania zrealizowanego dla BIG InfoMonitor, w tym roku może być jeszcze gorzej. Widma bankructwa w 2021 r. boi się aż 36 proc. przedsiębiorstw, z czego 14 proc. uważa, że ryzyko to jest bardzo wysokie. Silny strach przed upadłością towarzyszy przede wszystkim firmom z branży produkcyjnej (19 proc.) i usługowej (16 proc.).
Lęk przed upadłością jest też tym powszechniejszy im krótszy staż działania badanych firm. Około połowy firm, które sprawdzały się na rynku krócej niż dwa lata, wchodzi w nowy rok z lękiem, że przydarzy im się najgorsze. Wśród przedsiębiorstw, które nie mają za sobą jeszcze roku funkcjonowania, bardzo obawia się bankructwa 20 proc., a kolejnych 24 proc. w mniejszym stopniu. Wśród działających od roku do dwóch lat – 16 proc. deklaruje, że jest to zdecydowanie, a kolejne 33 proc., że raczej możliwe.
Źródło: badanie Maison&Partners dla BIG InfoMonitor
Powrót obrotów oddalają kolejne lockdowny
Skąd tak pesymistyczne wizje? Wydłużający się koronakryzys oznacza dla przedsiębiorców pogłębiającą się niepewność. W listopadzie i na przełomie roku znów doszło do lockdownów, a jeszcze przed ich rozpoczęciem 43 proc. przedsiębiorstw nie udało się przywrócić obrotów sprzed pandemii. Na starcie czwartego kwartału spora część doświadczonych w ten sposób firm przewidywała, że nastąpi to w drugim (28,4 proc.) i trzecim kwartale (10,7 proc.) tego roku. 11 proc. uważało, że już nigdy, a 40 proc. trudno było prognozować.
– Kolejne ograniczenia sprawiły, że nawet te mało optymistyczne przewidywania stały się nieaktualne i perspektywa powrotu do poziomu obrotów sprzed Covid-19 w najlepszym przypadku przesuwa się w czasie – mówi Sławomir Grzelczak.
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor
Powszechnie negatywny wpływ pandemii na biznes
Głównym winowajcą czarnych perspektyw jest pandemia i kolejne lockdowny, które nękają gospodarkę. Choć Covid-19 silnie daje się we znaki niektórym branżom, to negatywny wpływ pandemii na swój biznes widzi zdecydowana większość, 7 na 10 firm MŚP.
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor
Najbardziej dotkliwym skutkiem koronakryzysu jest spadek sprzedaży, na co wskazuje niemal 47 proc. badanych, przede wszystkim firmy mikro i małe. Na kolejnych miejscach znalazły się: zahamowanie rozwoju przedsiębiorstwa (ponad 18 proc.) i dezorganizacja pracy (prawie 18 proc.), ta ostatnia dokucza akurat najbardziej firmom małym i średnim. Jeśli chodzi o zwolnienia to stan pandemii do IV kw. 2020 r. wymusił je u nielicznych, bo redukcje zatrudnienia deklaruje mniej niż 5 proc. firm, w jeszcze mniejszym stopniu pogorszył relacje z kontrahentami – w 3 proc. przypadków.
Na koniec listopada 2020 r. w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK firm opóźniających płatności wobec dostawców i banków było prawie 321 tys. firm, ich zaległości wynosiły 34,15 mld zł.
Badanie zrealizowane przez agencję Maison&Partners metodą CAWI na panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska licząca N=627 przedstawicieli sektora MŚP. Struktura próby w badaniu reprezentatywna dla przedsiębiorstw ze względu na wielkość firmy. Termin: 16 –23 grudnia 2020 r.
Badanie wykonane przez Keralla Research w ramach projektu „Skaner MŚP”, prowadzonego co kwartał na próbie N=500 mikro, małych i średnich firm. Technika wywiady telefoniczne. Termin: październik 2020 r.
W czasie pandemii znacznie zwiększyło się zapotrzebowanie na usługi online dla przedsiębiorców. Liczba odsłon portalu dla firm Biznes.gov.pl od 2019 roku wzrosła o ponad 60 proc. W ostatnich miesiącach minionego roku przedsiębiorcy znacznie częściej niż do tej pory za pośrednictwem Internetu zmieniali także dane firm w CEIDG. W 2020 r. tą drogą wpłynęło do rejestru prawie 600 tys. wniosków.
– Tylko w grudniu 2020 r. 53,5 proc. z prawie 19,2 tys. wniosków dotyczących rejestracji działalności gospodarczej zostało złożonych online, a z prawie 88 tys. wniosków ws. zmiany istniejących wpisów 57,2 proc. wpłynęło przez Internet. To najlepiej świadczy o coraz powszechniejszym charakterze i coraz większej dostępności tego typu usług w naszym kraju – mówi Robert Tomanek, wiceminister rozwoju, pracy i technologii.
W całym 2020 r. do elektronicznego rejestru CEIDG wpłynęło aż 109,5 tys. wniosków dotyczących założenia działalności gospodarczej. To o 71 proc. więcej w stosunku do roku poprzedniego, kiedy było ich 64,1 tys. Co istotne, dwukrotnie poprawił się także udział wniosków online w stosunku do tradycyjnej formy kontaktu z urzędami – wzrósł z 21 proc. w 2019 r. do 42 proc. w minionym.
Coraz chętniej polscy przedsiębiorcy wykorzystują też usługi online do zmiany danych swoich firm. W takiej formie tylko w 2020 r. do CEIDG wpłynęło 599 tys. wniosków, co oznacza wzrost o ponad połowę w stosunku do roku ubiegłego. Także w tym przypadku wyraźnie widać skok proporcji między zdalną a tradycyjną metodą kontaktu. Udział tej pierwszej zwiększył się z 28 do 48 proc.
Najpopularniejsze usługi biznesowe
– Dla wielu firm działanie w trybie zdalnym stało się w ostatnim czasie codziennością. I nie chodzi tylko o kontakty z klientami, ale także o wewnętrzne, codzienne funkcjonowanie przedsiębiorstw, kontakty pomiędzy pracownikami i między firmami a bankami czy urzędami. Potwierdzają to dane naszego portalu dla przedsiębiorców Biznes.gov.pl, który zanotował zwiększenie liczby odsłon o 61,4 proc. W 2020 r. było ich 49,2 mln, podczas gdy rok wcześniej tylko 30,5 mln – mówi Robert Tomanek.
W 2020 r. za pośrednictwem portalu Biznes.gov.pl do urzędów wpłynęło w sumie 355 tys. wniosków od przedsiębiorców. To oznacza wzrost o 317 proc. w porównaniu z 2019 r., kiedy w ten sposób przedsiębiorcy załatwili łącznie 85 tys. spraw. Wśród usług cieszących się największą popularnością jest: uzyskanie zaświadczenia z Urzędu Skarbowego o niezaleganiu w podatkach, zmiana danych firmy w CEIDG, a także szeroki zakres usług dotyczących kwestii podatkowych.
Od stycznia do października 2020 r. globalny rynek fuzji i przejęć zanotował rekordową wartość transakcji równą 2,2 bln dolarów. Jak wynika z badania „European CFO Survey Autumn 2020” firmy doradczej Deloitte, do najdroższych transakcji doszło w branży TMT (telekomunikacja, media, technologie). Cztery piąte dyrektorów finansowych wskazuje, że ma odpowiednie zasoby wewnętrzne, żeby je przeprowadzać. Z kolei 40 proc. z nich obawia się, że nie będzie to możliwe z powodu przeszkód regulacyjnych.
W jesiennej edycji badania „European CFO Survey Autumn 2020” wzięło udział 1500 dyrektorów finansowych z 17 państw. Eksperci Deloitte zapytali o ich cele, strategie, ryzyka i działania w obszarze fuzji i przejęć. Raport „M&A emerges from quarantine” przedstawia wyniki badania i ich możliwe konsekwencje.
Rekordowe kontrakty
Od czerwca do października 2020 r. wartość transakcji na rynku M&A wyniosła 1,4 bln dolarów, czyli o 84 proc. więcej niż w pierwszych pięciu miesiącach poprzedniego roku. Od stycznia do końca października suma ta wyniosła łącznie 2,2 bln dolarów. W tym czasie odbyło się 321 transakcji fuzji i przejęć o wartości od 500 mln dolarów do 1 mld dolarów, 276 w przedziale 1-5 mld dolarów i 69 o wartości od 5 do 100 mld dolarów.
Najdroższe transakcje miały miejsce w branży TMT. Łącznie od czerwca do października 2020 r. wygenerowały one wartość 488 mld dolarów. Na drugim miejscu znalazły się transakcje realizowane przez fundusze private equity (461 mld dolarów), a podium zamykają usługi finansowe (420 mld dolarów).
– Te niezwykle trudne czasy stworzyły wyjątkowe możliwości. W ostatnich miesiącach widzieliśmy nie tylko tradycyjne fuzje i przejęcia oparte na konsolidacji, ale także rzadko dotąd spotykane działania. Chodzi tu o umowy międzysektorowe, wspólne inwestowanie z funduszami private equity czy przełomowe transakcje, mające na celu nabycie innowacyjnych i zrównoważonych technologii. Łączna wartość transakcji na koniec roku 2020 wyniosła prawie 3,6 bln dolarów – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w dziale doradztwa finansowego Deloitte.
Przyszłość pod znakiem wyzwań
Eksperci Deloitte zapytali dyrektorów finansowych o to, jakie czynniki wewnętrzne i zewnętrzne będą wpływać na ich strategie i priorytety w ciągu najbliższego roku. 83 proc. badanych jest pewnych sytuacji finansowej swoich przedsiębiorstw i twierdzi, że ma zgromadzone odpowiednie rezerwy pieniężne. Tak o swoich zasobach najczęściej mówili przedstawiciele sektora finansowego, motoryzacyjnego i branży usług profesjonalnych.
80 proc. wskazuje, że ma odpowiednie możliwości wewnątrz swoich macierzystych organizacji, żeby realizować transakcje fuzji przejęć, a także przeprowadzić następującą po nich transformację. Z kolei 73 proc. dyrektorów finansowych twierdzi, że w razie potrzeby będzie mieć dostęp do kredytu na korzystnych warunkach. Tyle samo jest pewnych, że nadchodzący rok przyniesie rozwój w ich sektorze.
Większość CFO jest zaniepokojona otoczeniem zewnętrznym przedsiębiorstwa. 40 proc. z nich przewiduje, że w najbliższym roku gospodarka nie wyjdzie z kryzysu. Prawie połowa uważa, że problemem w sfinalizowaniu transakcji są przeszkody regulacyjne i formalno-prawne.
Zmiany w myśleniu strategicznym
Jak zauważają eksperci Deloitte, świat po pandemii zmieni się strukturalnie i systemowo w każdej branży, również na rynku fuzji i przejęć. Firmy muszą zdecydować o kierunku swojej strategii biznesowej, zidentyfikować możliwości i wybrać rynki, na których powinny działać, żeby napędzać wzrost i rentowność.
Z raportu Deloitte wynika, że 59 proc. dyrektorów finansowych wybiera strategie ofensywne, a 41 proc. te defensywne. Firmy coraz częściej decydują się na nieoczywiste aktywności, takie jak joint venture, sojusze, czy disruptive M&A (32 proc.).
– Okazało się, że firmy, które kryzys dotknął najbardziej, skupiły się na przetrwaniu i priorytetowo potraktowały środki ochronne mające na celu utrzymanie wartości poprzez szybką sprzedaż aktywów czy restrukturyzację portfela. Z kolei te organizacje, które znacząco nie odczuły niestabilności gospodarczej, swoje cele w zakresie fuzji i przejęć wyznaczyły na równi z aspiracjami w obszarze wzrostu i transformacji. Chodzi o uzupełnianie luk w portfelu, napędzanie zrównoważonego rozwoju, budowanie stabilnego łańcucha dostaw czy pozyskiwanie innowacyjnych zasobów, by zaistnieć w innych branżach – mówi Julia Patorska, Partner Associate, liderka zespołu analiz ekonomicznych w Deloitte.
Adaptacja do nowej rzeczywistości
Pandemia zasadniczo zmieniła sposób przeprowadzania transakcji. Wielogodzinne negocjacje w salach konferencyjnych odeszły w niepamięć. Zamiast tego coraz częściej wykorzystywane będą narzędzia cyfrowe i analityczne w całym procesie zawierania umowy. Eksperci Deloitte zapytali dyrektorów finansowych o ich priorytety w obszarze fuzji i przejęć. Odpowiedzi pokazują, że firmy dostosowują się do dynamicznie zmieniającego się otoczenia.
Prawie 60 proc. respondentów uważa, że na rynku M&A kluczowe jest zaufanie do finansowych projekcji i planów rozwoju. 56 proc. za priorytet wskazało solidny plan działania na czas po pandemii. Z kolei zdaniem 54 proc. najważniejsze jest budowanie zaufania wśród interesariuszy.
– Żeby móc sprawnie funkcjonować w nowej normalności, firmy muszą na nowo zdefiniować swoją działalność. Wyniki ankiety potwierdzają, że fuzje i przejęcia odegrają główną rolę w procesie tej transformacji. Przedsiębiorstwa mają dziś bardzo trudne zadanie. Funkcjonując w obliczu zwiększonej niepewności, muszą uważnie śledzić rynek i dostrzegać nowe możliwości rozwoju poprzez fuzje i przejęcia. Z drugiej strony muszą w sposób praktycznie ciągły dokonywać aktualizacji przewidywań i prognoz biznesowych, aby właściwie ocenić potencjał z nich wynikający – mówi Paweł Spławski, Partner, Lider Programu CFO w Deloitte.
Pandemia wyraźnie uszczupliła finanse konsumentów i firm. Na koniec 2020 r. ich łączne zaległości, widniejące w bazie danych Krajowego Rejestru Długów, wyniosły ponad 59,2 mld zł i były o blisko 3,5 mld zł większe niż w 2019 r. Nieco zmalała natomiast liczba dłużników – jest ich 2 740 828, a więc o ponad 30 tys. mniej niż rok wcześniej. Koronawirus nie powiedział jednak jeszcze ostatniego słowa, co oznacza, że problemy z płatnościami mogą się pogłębiać.
Podsumowując miniony rok widać, że zawirowania w gospodarce i życiu społecznym wynikające z COVID-19, odcisnęły ślad w portfelach Polaków oraz na kontach firm. Oprócz tego, że przybyło zaległości, to zwiększyło się także średnie zadłużenie. W przypadku firm wzrosło od początku roku z 34 912 zł do 39 241 zł. Statystyczny dłużnik-konsument miał w Sylwestra do oddania 19 556 zł, a więc o 1154 zł więcej niż 1 stycznia 2020 roku.
– Od początku pandemii monitorujemy segment małych i średnich firm, które dominują w polskiej gospodarce. W naszym cyklicznym badaniu „KoronaBilans MŚP” przedsiębiorcy w listopadzie ocenili swoją sytuację ekonomiczną gorzej niż w październiku, a w najbliższych trzech miesiącach nie planują inwestycji ani wzrostu zatrudnienia. Ponadto ponieśli dodatkowe koszty na dezynfekcję miejsc pracy i ochronę pracowników, sięgające nawet 25 procent wydatków firm. To dla nich duże obciążenie – ocenia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.
Wirus zainfekował portfele konsumentów
Dane KRD pokazują, że COVID-19 wyprowadził pieniądze z portfeli konsumentów. Na koniec 2020 r. ich zaległości wyniosły ponad 48 mld zł. To o prawie 2,4 mld zł więcej niż w 2019 r., kiedy było to 45,7 mld zł. Jednak w ciągu roku zadłużenie Polaków wahało się – w maju spadło o ok. miliard złotych, rosło do lipca, aby we wrześniu zmaleć. Później systematycznie zwiększało się już do końca roku, by w ostatnim miesiącu minionego roku znowu zmaleć o 751 mln zł.
Nieco zmalała natomiast liczba dłużników – jest ich 2 456 178, a więc o ponad 26 tys. mniej niż rok wcześniej. Nie zmieniły się proporcje płci – nadal to mężczyźni mają najwięcej niezapłaconych zobowiązań, tj. 34,8 mld zł wobec 13,2 mld zł kobiet.
Najwięcej do oddania mają osoby w wieku 46-55 lat – aż 14,6 mld zł i jest to o 608 mln zł więcej niż w 2019 r. Jednak największy skok zadłużenia widać w grupie 36-45 lat, gdzie przyrosło ono aż o 987 mln zł do poziomu 14,3 mld zł. To grono obciążone kredytami i ratami za sprzęt domowy, mające na utrzymaniu dzieci, co powoduje, że w obecnych warunkach rynkowych gorzej radzi sobie ze spłatą. Co ciekawe, spadło zadłużenie seniorów. Osoby powyżej 65 lat mają na swoim koncie 4,4 mld zł zobowiązań, choć jeszcze rok temu było to 4,5 mld zł, a więc o prawie miliard złotych.
Wydatki pod kontrolą, ale nie do końca
Jak wynika z badania „Barometr oszczędności”, przeprowadzonego w październiku 2020 r. przez IMAS International na zlecenie KRD, 38 proc. konsumentów mówi wprost, że ich sytuacja finansowa się pogorszyła. Rodacy starają się panować nad wydatkami – teraz 39 proc. osób kontroluje je mocniej niż wcześniej. Jednak ponad połowa nie zmieniła swojego podejścia do wydawania pieniędzy – zarządza nimi tak samo jak przed COVID-19.
– Podczas pandemii, kiedy na firmowym koncie liczy się każda złotówka, firmy są jeszcze bardziej skrupulatne niż wcześniej w dochodzeniu należności od konsumentów. Widzimy to w zleceniach, jakie do nas wpływają. To także sygnał dla dłużników, że firmy dbają o swoją płynność finansową i nie akceptują niepłacenia za sprzedane towary i usługi – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.
Największe problemy finansowe mają mieszkańcy Śląska, którzy muszą oddać 6,8 mld zł. Drugie jest województwo mazowieckie, gdzie zaległości urosły do 6,7 mld zł, a trzecie – dolnośląskie z kwotą 4,5 mld zł.
Firmy się nie poddają
W roku 2020 zadłużenie przedsiębiorstw widniejące w bazie danych KRD wzrosło o 11 proc. do niemal 11,2 mld zł. Natomiast nieznacznie, bo o 3 786, zmniejszyła się liczba dłużników. Na koniec minionego roku w rejestrze figurowało 284 650 firm. Najgorzej sytuacja wygląda w sektorze jednoosobowych działalności gospodarczych. Nie uregulowały one ponad 6 mld zł, a więc o 917 mln zł więcej niż na koniec 2019 r.
– Ta grupa, choć najliczniejsza w polskiej gospodarce, ma najsłabszą pozycję na rynku. Właściciele JDG-ów często muszą czekać na zapłatę przez kontrahentów na końcu kolejki. Nie mają też zaplecza finansowego, więc każdy wstrzymany przelew od partnera biznesowego pogłębia problemy, a wręcz grozi paraliżem finansowym. Widać jednak, że JDG-i się nie poddają i mimo pandemii walczą. Pomogło im w tym finansowanie z tarcz antykryzysowych – tłumaczy Adam Łącki.
Przedsiębiorcy mało optymistyczni, ale liczą na lepszą przyszłość
Patrząc na zaległości przez pryzmat regionów, widać, że największe długi mają firmy z Mazowsza (2,2 mld zł). Za nimi jest Śląsk z 1,5 mld zł niezapłaconych zobowiązań, a podium zamyka województwo wielkopolskie z 1,1 mld zł długów.
Wg najnowszej edycji cyklicznego badania „KoronaBilans MŚP” już tylko 37 proc. firm pozytywne ocenia swoją aktualną sytuację finansową. To o 12 punktów procentowych mniej niż w poprzedniej fali badania. O 14 pp. (do 30 proc.) wzrosła natomiast grupa przedsiębiorców niezadowolonych ze swojego położenia ekonomicznego, a 40 proc. firm spodziewa się jego pogorszenia w najbliższych trzech miesiącach.
Mniej niż połowa (43 proc.) przedsiębiorców mówi, że jest w stanie funkcjonować bez pomocy państwa. 22 proc. uważa wręcz, że bez tego nie przetrwa. Oczekują oni przede wszystkim odroczenia lub umorzenia składek ZUS (85 proc.), dofinansowania zatrudnienia (70 proc.) i ulg podatkowych (52 proc.). Ponad 45 proc. z nich ma nadzieję na częściowe zniesienie lub złagodzenie obowiązujących obostrzeń.
Żarówki energooszczędne, rezygnacja z plastiku i mniejsze zużycie wody podczas porannej toalety to niektóre z popularnych działań na rzecz środowiska, ale w skali globalnej ich efekty będą pomijalne. – Musimy zdać sobie sprawę, że chodzi o zmniejszenie konsumpcji i dewastacji przyrody w poszukiwaniu nowych zasobów: energii, wody, surowców – mówi dr hab. Mariusz Majdański z Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. Tym bardziej że pandemia i lockdown nie zatrzymały zmian klimatu, a ich konsekwencje będą stawały się coraz bardziej dotkliwe.
– Lockdown, który był wprowadzony w wielu krajach Europy czy w Chinach, spowodował zamknięcie fabryk, zmniejszenie ruchu samochodowego, co w sposób oczywisty zmniejszyło emisję gazów cieplarnianych w przyrodzie. Natomiast to był krótki efekt, trwający około dwóch miesięcy, a potem nastąpił powrót do w miarę normalnego życia. Myślę, że bilans obiegu węgla w przyrodzie jest porównywalny – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Mariusz Majdański, dyrektor naukowy w Instytucie Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. – Pandemia jest krótkim epizodem w geologicznej skali czasu, a zmiany klimatu i wpływ człowieka na nie zachodzą od ery przemysłowej, czyli ponad 150 lat.
Autorzy raportu „Ziemianie atakują” przytaczają opinie naukowców skupionych wokół ONZ, którzy oceniają, że zarówno w 2019, jak i w 2020 roku stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze stale rosło. Redukcje, które towarzyszyły lockdownom, nie są wystarczające, by w jakikolwiek sposób wpłynąć na problem globalnego ocieplenia. Pięć ostatnich lat będzie prawdopodobnie najcieplejszym okresem w historii pomiarów, a prognozy na okres 2020–2024 szacują, że średnie temperatury będą o co najmniej 1°C wyższe od średnich sprzed epoki przemysłowej.
– Okres pandemii jest wyzwaniem dla całej ludzkości. Natomiast on minie, wprawdzie pojawią się kolejne pandemie, inne wirusy, ale zmiany klimatu są problemem w długiej perspektywie czasowej. To jest coś, co będzie dotykało naszych dzieci i wnuków – przestrzega dr hab. Mariusz Majdański. – Krótkookresowy skutek to anomalie pogodowe.
Jak wynika z szacunków Swiss Re, klęski żywiołowe w 2020 roku spowodowały straty gospodarcze w wysokości 187 mld dol. To o 25 proc. wyższa kwota niż w 2019 roku. Z tego 175 mld dol. stanowiły koszty katastrof naturalnych. Był to rok bardzo intensywny pod kątem burz, pożarów, powodzi i huraganów.
W wielu regionach świata efekty zmian klimatycznych towarzyszą kryzysowi wynikającemu z pandemii COVID-19. Analiza opublikowana przez Międzynarodową Federację Stowarzyszeń Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca pokazuje, że co najmniej 51,6 mln ludzi na całym świecie dotkniętych COVID-19 doświadczyło także powodzi, suszy lub burz. Co najmniej kolejne 2,3 mln ludzi ucierpiało z powodu poważnych pożarów, a szacuje się, że 437,1 mln osób z grup wrażliwych było narażonych na ekstremalne upały, jednocześnie walcząc z pandemią.
– Czy ograniczenie zmian klimatu jest największym wyzwaniem dla ludzkości? Być może. Być może większym wyzwaniem jest globalny pokój, redystrybucja dóbr, zapewnienie praw człowieka. Zmiany klimatu długofalowo mogą jednak spowodować ogromne problemy odczuwalne w skali całego świata, m.in. ograniczenie zasobów, głównie wody i jedzenia, co doprowadzi do konfliktów oraz ogromnych migracji – ocenia dyrektor naukowy Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. – Musimy zmniejszyć konsumpcję globalną, Polska również. Ludzkość musi przestać pytać, czy ją na to stać, a zacząć pytać o to, co jest naprawdę potrzebne.
Jak podkreśla ekspert, w krajach rozwiniętych jest większa świadomość społeczna i akceptacja dla społecznych kosztów zmian klimatu. Polacy zdają sobie sprawę z zagrożeń związanych z dewastacją środowiska i dostrzegają potrzebę zmian. Według badania „Ziemianie atakują” aż 78 proc. z ponad 4 tys. przebadanych Polaków uważa, że stan, w jakim znalazła się Ziemia, jest poważny i wymaga natychmiastowych działań. Tylko 8 proc. badanych nie widzi problemu, a 3 proc. nie dostrzega niszczącego wpływu człowieka na środowisko naturalne. Chociaż zaniepokojenie stanem Ziemi rośnie, to nie idzie z nim w parze edukacja, przez co maleją szanse na zmianę zachowań społecznych i konsumenckich.
– Tutaj nie chodzi o używanie żarówek energooszczędnych czy plastikowych słomek. Takie małe akcje jak zakręcanie kranu przy myciu zębów są oczywiście ważne, natomiast one są pomijalne. Ważna jest redukcja konsumpcji, zmniejszenie dewastacji przyrody w poszukiwaniu nowych zasobów: energii, wody, surowców. Musimy myśleć o tym, o rzeczach, które są naprawdę potrzebne, i tak je wykorzystywać, żeby starczyło tych zasobów dla przyszłości. Oczywiście liczymy również na rozwój technologii, które pozwolą nam w przyszłości lepiej adaptować się do zmian klimatu, mieć czystsze i bardziej wydajne źródła energii – wymienia ekspert.
Badanie „Ziemianie atakują” wskazuje, że tylko jeden na pięciu Polaków jest gotów do takiej zmiany stylu konsumpcji, która wymaga większych wyrzeczeń. Większość społeczeństwa jest jednak przekonana, że władze polityczne i koncerny mają największy wpływ na przeciwdziałanie katastrofie klimatycznej.
– Widzimy programy europejskie i projekty, które będą finansowane po to, żeby zrozumieć procesy zmian klimatu, adaptować się do nich i im przeciwdziałać. To m.in. Europejski Zielony Ład. Dodatkowo w wyniku zmiany na stanowisku prezydenta USA wracają do postanowień paryskich, czyli mamy jasny sygnał powrotu do ustaleń dążących do zmniejszenia wpływu człowieka na zmiany klimatu – mówi dr hab. Mariusz Majdański.
Senat zajmie się projektem ustawy, która ma kompleksowo przebudować system rezerw strategicznych państwa i zabezpieczyć kraj na wypadek kolejnych kryzysów. – Te zmiany rozwiążą nam ręce i sprawią, że będziemy lepiej przygotowani do reagowania w kryzysowych sytuacjach – zapowiada Michał Kuczmierowski, prezes Agencji Rezerw Materiałowych. Jak podkreśla, projektowane zmiany w prawie pozwolą nowej Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych działać szybciej i sprawniej. Kryzys związany z COVID-19 pokazał, jak bardzo są one potrzebne.
Ustawa o rezerwach strategicznych ma całościowo przebudować funkcjonowanie ARM oraz systemu rezerw strategicznych państwa (do których należą m.in. zapasy ropy naftowej) tak, aby zabezpieczyć kraj na wypadek zagrożeń, które mogą wywołać zakłócenia w podaży i popycie niektórych towarów i dóbr na rynku.
– Zależy nam, żeby Agencja Rezerw Materiałowych była instytucją zawsze gotową do działania w kryzysie. Instytucją, która jest w stanie działać nieszablonowo i elastycznie dostosowywać się do kryzysów, które nie dadzą się przewidzieć i rzucają nam zaskakujące wyzwania. Abyśmy nie musieli rozwiązywać sobie rąk kolejną ustawą o sytuacji kryzysowej, na której przyjęcie przez parlament musimy czekać dwa tygodnie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Kuczmierowski, prezes ARM. – Dlatego ważne jest dla nas upraszczanie procedur, mechanizmów zarządzania agencją oraz dodatkowe kompetencje związane z logistyką. COVID-19 pokazał nam, jak bardzo jest to ważne.
Nowe przepisy zakładają m.in., że ARM zostanie przekształcona w Rządową Agencję Rezerw Strategicznych (RARS), nad którą nadzór będzie sprawować premier (w tej chwili pełni go minister właściwy do spraw energii). Ma to zapewnić lepszą koordynację na wypadek kolejnych kryzysów, ponieważ premier nadzoruje także Rządowe Centrum Bezpieczeństwa i przewodniczy Rządowemu Zespołowi Zarządzania Kryzysowego.
Projekt ustawy przewiduje, że nowa agencja będzie mogła dokonywać szybkich zakupów z pominięciem przepisów o zamówieniach publicznych. Wyłączenie jej spod PZP będzie możliwe w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa państwa, obronności, porządku bądź zdrowia publicznego albo wystąpienia klęski żywiołowej. W takim przypadku premier będzie mógł też zadecydować o utworzeniu dodatkowych rezerw poza rządowym programem.
– Postępowania zgodnie z prawem zamówień publicznych mają całą procedurę, która czasami trwa wiele tygodni. Dlatego rezerwy strategiczne co do zasady były wcześniej zwolnione z tego obowiązku po to, żeby w kryzysach móc działać szybciej. Dzisiaj to rozszerzyliśmy o zadania zlecane przez ministrów, np. Ministerstwo Zdrowia czy Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi – podkreśla prezes Agencji Rezerw Materiałowych. – Należy pamiętać, że jesteśmy na każdym etapie działalności kontrolowani przez wszystkie agendy państwowe, począwszy od ABW, CBA, poprzez NIK, a skończywszy na dostępie mediów do informacji publicznej czy kontrolach parlamentarzystów, które są u nas bardzo regularne.
Projekt ustawy rozszerza zakres kompetencji, które do tej pory były realizowane przez ARM. Nowa agencja będzie mieć m.in. możliwość wykonywania określonych zadań powierzonych jej przez premiera w sytuacjach nagłych i nieprzewidzianych zagrożeń. Ponadto zyska uprawnienia, które pozwolą jej uniknąć problemów związanych z wydawaniem rezerw i dystrybuowaniem ich do odbiorców końcowych opartych na własnych albo wynajętych zasobach logistycznych.
– Wraz z nowymi zadaniami, opisywanymi w ustawie, będziemy musieli zmienić sposób organizacji agencji – mówi Michał Kuczmierowski. – Widzimy, że nasze zaangażowanie musi być o wiele bardziej dynamiczne, o wiele szersze i na wielu frontach. Dlatego chcemy tak rozwinąć nasze zaplecze, żeby wsparcie było natychmiastowe, niemal automatyczne. Pod tym względem czeka nas duży rozwój, inwestycje w magazyny. Rozpoczynamy właśnie budowę nowych magazynów, aby można było składować dodatkowe zapasy środków ochrony osobistej na potrzeby wielu miesięcy działań szpitali.
Kolejne zmiany ujęte w nowej ustawie dotyczą m.in. usprawnienia procesu tworzenia i przechowywania rezerw strategicznych, aby lepiej odpowiadały one potrzebom bezpieczeństwa państwa. Asortyment i ilości rezerw będą określane w ramach Rządowego Programu Rezerw Strategicznych, opracowywanego przez premiera we współpracy z RARS na pięć lat.
– Docelowo planowane jest też zwiększenie skali współpracy z wojewodami, regionalnymi zespołami zarządzania kryzysowego. To dla nas ważne zadanie, chcemy lepiej współpracować na poziomie regionalnym – deklaruje Michał Kuczmierowski. – Jednocześnie dostrzegliśmy też perspektywę zacieśnienia współpracy z publicznymi instytucjami i agendami, takimi jak np. Krajowa Administracja Skarbowa, które potrzebują powierzchni magazynowej w różnych częściach Polski. Aż się prosi, żeby podmioty publiczne współpracowały w tym obszarze, a agencja była takim centrum kompetencyjnym w zakresie logistyki i magazynowania – żeby sektor publiczny nie musiał kupować tej usługi na rynku, ale otrzymał ją od nas w dobrej jakości.
Jak wskazuje, wiele zmian usprawniających działanie Agencji Rezerw Materiałowych zostało wprowadzonych w ustawach covidowych i kolejnych tarczach antykryzysowych. Gdyby nie nowa ustawa, wygasłyby one wraz z ustaniem pandemii.
– Przy pierwszej fali COVID-u mieliśmy wiele takich okoliczności, które wiązały nam ręce, bo przepisy prawa nie zawsze odzwierciedlały rzeczywistość, w której przyszło nam się zmagać z tymi nowymi wyzwaniami – mówi prezes Agencji Rezerw Materiałowych. – Musieliśmy działać niestandardowo, obsługiwać nie tylko zakupy, ale i całą logistykę. Wcześniej agencja tym się nie zajmowała, logistyką zajmowały się u nas zaledwie trzy osoby. Ta sytuacja była dla nas lekcją sprawnego działania. Szybko wyciągnęliśmy z niej wnioski. W tej chwili mamy kilkudziesięcioosobowy zespół specjalistów ściągniętych z rynku, którzy wiedzą, jak zarządzać logistyką kryzysową, logistyką farmaceutyczną.
Przepisy mają też usprawnić likwidację rezerw poprzez wprowadzenie innych form ich sprzedaży (tj. na giełdzie towarowej, w drodze aukcji albo w trybie wskazanym przez premiera). Planowane jest też rozszerzenie katalogu podmiotów, którym agencja będzie mogła nieodpłatnie przekazać likwidowane rezerwy.
– Pandemia zmieniła polski rynek e-commerce pod względem wartości, która teraz jest szacowana na ok. 100 mld zł, jak i wielkości, ponieważ do końca roku powstało prawie 11 tys. nowych sklepów internetowych – wskazuje prezes Izby Gospodarki Elektronicznej Patrycja Sass-Staniszewska. Wiele firm – głównie małych i średnich – musiało przenieść się z dnia na dzień do internetu, żeby przetrwać pandemię i lockdown. E-commerce to dla nich ogromna szansa, ale też wiele wyzwań, związanych chociażby z konkurencją z globalnymi gigantami sprzedażowymi, które często stosują nieuczciwe praktyki, by utrzymać niskie ceny i wysoką sprzedaż.
Z danych Gemiusa dla e-Izby wynika, że zakupy w internecie robi już 73 proc. polskich internautów, co oznacza rekordowy wzrost o 11 pkt proc. względem ubiegłego roku. Polski rynek e-commerce rósł dynamicznie jeszcze przed pandemią, która dodatkowo przyspieszyła ten wzrost i proces migracji klientów z offline’u do online’u.
– W ostatnich miesiącach aktywność konsumentów w sieci jest ogromna – prawie 2/3 Polaków kupuje systematycznie w internecie i robi to w sposób bezpieczny, bo ich prawa zostały zabezpieczone. Z drugiej strony mamy dostawców, zazwyczaj małe i średnie przedsiębiorstwa, które często korzystają z platform e-commerce’owych. Firmy te zostały wrzucone na głęboką wodę. W momencie kiedy ich sklepy zostały zamknięte, musiały bardzo szybko, niemal z dnia na dzień przenieść swoją działalność do sieci. Nie było czasu ani środków, żeby stworzyć własne platformy czy strony internetowe – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Janik, prezes Polskiego Towarzystwa Gospodarczego.
Z nowego raportu Gemiusa wynika, że tylko w kwietniu ub.r. na platformie Shoper, która dostarcza gotowe oprogramowanie dla e-sklepów, zostało założonych o 137 proc. więcej nowych sklepów internetowych niż rok wcześniej. Najwięcej w branży artykułów spożywczych (26 proc.), upominków (21 proc.) oraz książek i multimediów (20 proc.).
– Pandemia miała wpływ na zmianę myślenia, zarówno dużych, jak i małych przedsiębiorców. Mali i średni przedsiębiorcy transformowali się cyfrowo, ponieważ dla większości była to jedyna deska ratunku, żeby przetrwać w tak trudnych czasach – mówi Patrycja Sass-Staniszewska, prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.
Wiele przedsiębiorstw z sektora MŚP nie było gotowych na przyspieszoną migrację do online’u. Nie miały narzędzi ani know-how, związanego np. z pozycjonowaniem swojej firmy w internecie. Potwierdza to również majowa edycja badania KRD „Koronabilans MŚP”. Do nowej rzeczywistości najszybciej przystosowali się jednak mali przedsiębiorcy, z których 62,5 proc. już w maju planowało aktywne działania w internecie. Do sprzedaży online najlepiej przygotowane okazały się też przedsiębiorstwa usługowe i handlowe, wśród których ponad połowa (odpowiednio: 54 i 52 proc.) była w stanie choć część swojej działalności prowadzić w sieci.
Szybki w ostatnich latach rozwój e-commerce sprawił, że obecnie na tym rynku trwa prawdziwy wyścig zbrojeń. Dla klientów kluczowa jest cena, ale także jakość obsługi i terminowość dostaw. Dlatego każdy podmiot działający w branży musi doskonalić operacje i podnosić konkurencyjność. Dotyczy to wszystkich sfer działalności – od inwestycji w wygląd e-sklepu po aplikacje mobilne, jakość obsługi i logistykę, która przekłada się na szybkość dostaw i końcową satysfakcję konsumentów. Małych firm często na to nie stać, dlatego uruchamiają sprzedaż za pośrednictwem dużych platform e-commerce. Udostępniają one infrastrukturę i odpowiednie narzędzia w modelu marketplace, ale z drugiej strony wykorzystują swoją dominującą pozycję względem małych sprzedawców.
– W Polsce ten problem dzisiaj nie jest jeszcze tak wyraźny, ale pewnie pojawi się w momencie, kiedy na polski rynek zaczną dynamiczniej wchodzić platformy zagraniczne – mówi Tomasz Janik. – Doświadczenia innych rynków, w tym amerykańskiego, pokazują, że takie platformy monopolizują sprzedaż. Dla ok. 40 proc. firm sprzedających w e-commerce jest to ich jedyne źródło przychodów. Trudne jest konkurowanie z platformą, która ma m.in. pełną bazę danych i informacji o tym, które produkty jak się sprzedają i jak są pozycjonowane.
Jak wskazuje, bolączką mniejszych firm jest m.in. mieszany model sprzedażowy, czyli możliwość sprzedawania przez platformę e-commerce produktów pod marką własną tuż obok produktów przedsiębiorców, którym udostępnia ona infrastrukturę do prowadzenia własnej działalności.
– Wprowadzanie konkurencyjnych produktów pod własną marką wpływa bezpośrednio na pozycjonowanie. Stwarza zagrożenie dla sprzedaży małych i średnich firm – wyjaśnia prezes Polskiego Towarzystwa Gospodarczego. – Algorytmy ustawiane w systemach preferują bowiem produkty własne. To jest element, który musi być w jakiś sposób unormowany, żebyśmy mieli dostęp do kanałów dystrybucji na równych prawach. Wiemy doskonale, że duże platformy monopolizują rynek, a monopol odbija się na konsumentach.
Problem dominującej pozycji gigantów e-commerce wobec małych sprzedawców jest dobrze widoczny na przykładzie amerykańskiego rynku i Amazona. Tegoroczny raport Komisji Sądownictwa dla Kongresu USA uwidocznił szereg monopolistycznych praktyk stosowanych przez platformę. Amazon m.in. ciągle zwiększa marżę pobieraną od merchantów (w 2015 roku było to 19 proc., obecnie 30 proc.) i stosuje algorytm Buy Box, de facto samodzielnie decydując o tym, który przedsiębiorca sprzeda swój produkt i osiągnie zysk ze sprzedaży.
Platforma ta mierzy się z problemami nie tylko na rodzimym rynku. Regulatorzy europejscy również zauważają, że gigant stosuje praktyki, które mogą potencjalnie zagrażać lokalnym gospodarkom. Przykładowo w październiku 2020 roku rząd francuski zainterweniował w sprawie programu promocyjnego wprowadzonego przez Amazon, który miał na celu znaczne obniżenie cen produktów w ramach przedświątecznej akcji „pre-Black Friday”. Władze Francji uznały tę praktykę za szkodliwą dla małych i średnich przedsiębiorców, wobec których stanowiła dumping cenowy. Stanowisko zajęła również komisarz UE ds. konkurencji Margrethe Vestager. Podkreśliła, że Amazon jest nie tylko platformą sprzedażową, lecz również spółką Big Data, która narusza konkurencję poprzez osłabianie pozycji rynkowej małych i średnich przedsiębiorców, która jest i tak znacznie nadwyrężone przez trwającą pandemię.
Kolejny problem to nieuczciwe praktyki sprzedawców z Chin, czyli przesyłanie towarów w taki sposób, by nie płacić od nich cła lub podatku VAT. Zgodnie ze wspólnotowym systemem zwolnień celnych z cła zwolnione są przesyłki o niskich wartościach (do 150 euro) przesyłane bezpośrednio z państwa trzeciego do odbiorcy w UE. Z kolei VAT-u nie trzeba płacić od przesyłek o wartości do 22 euro. Z opłat tych zwolnione są również przesyłki niehandlowe, czyli prezenty, o wartości niższej niż 45 euro.
– Chińscy przedsiębiorcy sprzedają produkty bez podatku, cła, zaniżając cenę i wartość przesyłki, często także przesyłają te produkty jako prezenty. W związku z tym już na samym początku polskiemu przedsiębiorcy jest bardzo trudno konkurować z azjatyckimi przedsiębiorcami – wyjaśnia Patrycja Sass-Staniszewska.
Jak wynika z raportu NIK, przedstawionego na podstawie kontroli z lat 2017–2019, w transgranicznym handlu elektronicznym przepisy obchodzone są właśnie przez zaniżanie wartości zakupionych towarów, brak opisów towarów lub nieprawdziwe informacje na ten temat, dzielenie przesyłek na mniejsze czy deklarowanie przesyłek handlowych jako prezenty. Problemem jest niedostateczny system kontroli i nadzoru. W kontrolowanym okresie opierał się on na fizycznych kontrolach wybranych przesyłek, jednak weryfikacji poddano zaledwie 1 proc. przesyłek pocztowych i 4 proc. kurierskich.
– Jako Izba Gospodarki Elektronicznej od roku prowadzimy akcję „Taki sam start”, której celem są równe ramy prawne dla polskich i azjatyckich przedsiębiorców. Nie chcemy, żeby polscy przedsiębiorcy byli traktowani lepiej, ale równo z przedsiębiorcami azjatyckimi. Chodzi o to, by przesyłki z Azji były sprawdzane, a w razie potrzeby obłożone cłami i podatkami. W warunkach równej konkurencji na pewno liczba polskich małych i średnich przedsiębiorców w e-commerce jeszcze dynamiczniej wzrośnie i będą mogli wychodzić śmiało ze sprzedażą zagraniczną – mówi prezes Izby Gospodarki Elektronicznej.
W Polsce na COVID-19 zaszczepionych zostało już ponad 200 tys. osób. Pod względem tempa i liczby wykonywanych szczepień Polska zajmuje trzecie miejsce w UE, ustępując tylko Niemcom i Włochom – podało w ubiegłym tygodniu Ministerstwo Zdrowia. W grupie 0 szczepienia obejmują na razie głównie medyków, a jak dotąd taką chęć deklaruje średnio ok. 50 proc. z nich. Po 15 stycznia wystartują natomiast zapisy dla kolejnych grup uwzględnionych w Narodowym Programie Szczepień – w pierwszej kolejności seniorów 70+. W tym tygodniu Polska czeka też na pierwszą partię szczepionek firmy Moderna, która 7 stycznia została zaaprobowana przez Europejską Agencję Leków.
– Grupa 0 korzysta ze szczepionki, powiedziałbym, na 3+, może 4-. Jak na razie chętnych jest około 50 proc. medyków. Część uważa, że przechorowała, więc już nie musi się szczepić, część ma pewne wątpliwości – podobnie jak całe społeczeństwo, zupełnie jednak niepotrzebne. Jeszcze inni uważają, że ich to nie dotyczy, bo są młodzi i zdrowi, co też jest fałszywym rozumowaniem. Myślę, że do 14 stycznia grupa chętnych do zaszczepienia się jeszcze urośnie – mówi agencji Newseria Biznes dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce.
Pierwsza partia szczepionek na COVID-19 przyjechała do Polski 25 grudnia, a dwa dni później ruszyła akcja szczepień. Zgodnie z Narodowym Programem Szczepień (NPS) w priorytetowym zerowym etapie obejmą one medyków, a także personel pomocniczy i administracyjny w placówkach medycznych i stacjach sanitarno-epidemiologicznych oraz pracowników domów opieki społecznej. Możliwość zaszczepienia się w grupie 0 mają też osoby wykonujące zawody medyczne i udzielające świadczeń zdrowotnych, w tym m.in. diagności laboratoryjni, farmaceuci i psycholodzy kliniczni (włącznie z pracownikami prywatnych podmiotów zdrowotnych) oraz pracownicy techniczni i administracyjni podmiotów leczniczych, laboratoriów diagnostycznych i transportu medycznego.
Akcję szczepień prowadzą na razie wyznaczone szpitale węzłowe. W całej Polsce jest ich w sumie 509. Te placówki szczepią zarówno swój personel, jak i pracowników innych jednostek, m.in. szpitali, przychodni i aptek. Zgłoszenia pracowników medycznych i niemedycznych, którzy chcą się zaszczepić przeciw COVID-19, szpitale węzłowe zbierają do 14 stycznia.
Szczepionki trafiają do szpitali w partiach zawierających wielodawkowe fiolki, które muszą być użyte w krótkim czasie po ich dostarczeniu. Ministerstwo Zdrowia podaje, że do 7 stycznia Agencja Rezerw Materiałowych dostarczyła do punktów szczepień łącznie ponad 204 tys. dawek. Jak dotąd stosunkowo niewiele z nich zostało zutylizowanych (238 dawek), w większości na skutek mechanicznego uszkodzenia.
– Tempo szczepień jest średnie, ale podobnie wygląda to w całej Europie. Na jej tle Polska lokuje się nawet nieźle. Myślę, że to tempo zależy przede wszystkim od dostaw szczepionek, bo to były regularne, ale nieduże ilości. Ono jest też uzależnione od okresu świątecznego i myślę, że teraz będzie zdecydowanie szybsze – mówi dr Michał Sutkowski.
W tej chwili szczepienia są prowadzone wyłącznie szczepionką opracowaną przez firmy BioNTech i Pfizer, która została dopuszczona do użytku w UE 21 grudnia. W ubiegły piątek Komisja Europejska zaproponowała państwom członkowskim zakup dodatkowych 200 mln dawek, z możliwością nabycia kolejnych 100 mln. To oznacza, że na rynek UE trafiłoby w sumie 600 mln dawek tej szczepionki. Wkrótce mają też ruszyć szczepienia preparatem opracowanym przez firmę Moderna, zaaprobowanym w ubiegłym tygodniu przez Europejską Agencję Leków. Na mocy umowy podpisanej z Komisją Europejską Moderna dostarczy na rynek UE kolejnych 160 mln dawek szczepionki w okresie od pierwszego do trzeciego kwartału br. Część z nich trafi też do Polski, która zakontraktowała łącznie 60 mln dawek. Pierwsza dostawa już w tym tygodniu.
– Szczepionka Moderny jest tak samo skuteczna i bezpieczna jak szczepionka Pfizera. Producent ocenia tę skuteczność na 94,1 proc. Ona jest trochę inna technologicznie, opakowana w osłonkę, która nie wymaga już tak bardzo niskich temperatur. Kolejnym plusem jest to, że w temperaturze ciągu chłodniczego charakterystycznego dla polskich warunków, czyli 2–8 st. C, szczepionka Moderny wytrzymuje 30 dni. To dużo dłużej niż szczepionki Pfizera, czyli 5 dni. Po rozmrożeniu szczepionka może być użyta w ciągu 12 godzin, a nie 6 godzin. Trzeba jednak podkreślić, że nie można promować czy jednego, czy drugiego preparatu, tylko oba. Im więcej tych produktów na rynku, tym lepiej, zwłaszcza że pewnie będziemy musieli szczepić się co dwa–trzy lata – mówi prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych.
Ekspert ocenia, że aby tempo szczepień było w Polsce jeszcze szybsze, potrzebna jest większa presja po stronie opinii publicznej i środowiska lekarskiego, szeroka edukacja społeczeństwa i dobra organizacja całego procesu szczepień. Rząd podkreśla, że masowe szczepienia, które w sumie mają objąć nawet 30 mln obywateli, to jedna z największych dotychczas operacji logistycznych, od której zależy powrót do normalności sprzed pandemii.
– Wiele ogólnych spraw wymaga jeszcze poprawy, przede wszystkim logistyka dostaw z miejsc dystrybucji bezpośrednio do punktów szczepień. Tam zostaje już ciężka praca dotycząca samego procesu szczepienia, organizacji tych szczepień na poziomie podmiotu leczniczego – mówi dr Michał Sutkowski.
Według szacunków resortu zdrowia do końca marca ma zostać zaszczepionych prawie 3 mln osób. Od 15 stycznia wystartują zapisy dla kolejnych grup uwzględnionych w Narodowym Programie Szczepień. W I grupie (po 25 stycznia) szczepieniami na COVID-19 zostaną objęci pensjonariusze domów pomocy społecznej, zakładów opiekuńczo-leczniczych i pielęgnacyjno-opiekuńczych, osoby powyżej 60. roku życia w kolejności od najstarszych (najpierw 70+), a także służby mundurowe (w tym Wojsko Polskie) i nauczyciele.
– Później będą szczepione osoby poniżej 60. roku życia z chorobami współistniejącymi. Na tym etapie i w wystawianiu skierowań na szczepienia istotna będzie rola lekarzy pierwszego kontaktu, którzy wiedzą o tych chorobach – mówi rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych. – Narodowy Program Szczepień jest programem ramowym i możemy się spodziewać jakichś wyjątków, tak jak rodzice wcześniaków weszli do etapu 0, co jest zresztą słuszną decyzją.
Pandemia może okazać się katalizatorem wzrostu dla wielu polskich start-upów. Z badania Fundacji Startup Poland wynika, że miała ona pozytywny wpływ na działalność 34 proc. tego typu firm. – Perspektywy na 2021 rok dla start-upów są takie, że będziemy wychodzili z pandemii i ten rok będzie temu poświęcony – wskazuje Tomasz Snażyk, prezes Fundacji Startup Poland. Branża w tym roku liczy na większe środki w ramach finansowania start-upów. To z kolei może przełożyć się na powstanie pierwszego polskiego „jednorożca”. Do tej pory żadna z polskich firm nie osiągnęła wyceny na poziomie 1 mld dol., chociaż np. Litwa czy Estonia już takie przedsiębiorstwa mają.
– Perspektywy na 2021 rok dla start-upów są po pierwsze takie, że będziemy wychodzili z pandemii i ten rok będzie też temu poświęcony. Nie uciekniemy od tego tematu, tak samo start-upy. Czyli bardzo dużo będzie się działo wokół m.in. medtechu, edutechu, cyberbezpieczeństwa czy e-commerce. Oczywiście trzeba się spodziewać też wielu rzeczy, które będą się działy w ramach sztucznej inteligencji – wymienia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Snażyk, prezes Fundacji Startup Poland.
Z raportu „Polskie Startupy 2020” wynika, że pandemia dla części start-upów może okazać się przełomowym okresem. Wymusiła zmianę przyzwyczajeń konsumentów, tym samym otworzyła nowe możliwości rozwoju dla firm. Z badania Fundacji Startup Poland wynika, że dla 34 proc. firm pandemia miała pozytywny wpływ na ich działalność. Dodatkowo 37 proc. badanych firm tego typu uważa, że sytuacja związana z pandemią wpłynie raczej pozytywnie na ich działalność w 2021 roku.
W dobie pandemii dobrze radziły sobie start-upy związane z cyberbezpieczeństwem (86 proc. wskazało na pozytywne skutki pandemii), e-sportowe (75 proc.) czy te oferujące rozwiązania VR i AR (ok. 30 proc.). Kryzys zdrowotny przekłada się na działalność medtechów – 44 proc. z nich wskazuje na dobre aspekty pandemii dla biznesu. Dobrze radzą sobie też start-upy związane z e-commerce (46 proc. wskazań pozytywnych), również fintechy i insuretechy.
– Branże, które w przyszłym roku będą miały bardzo duże zainteresowanie wśród inwestorów, to zasadniczo te, które okazały się w ramach pandemii bardzo przydatne, i te, które zaczęły przechodzić do zupełnie nowych faz. To cyberbezpieczeństwo, na pewno będą to rozwiązania medtechowe, wszelkiego rodzaju komunikatory, usprawnienia działalności. Ale też należy się spodziewać dużego ruchu w ramach e-sportu, nowych technologii w sporcie i sztucznej inteligencji – wymienia prezes Fundacji Startup Poland.
Pandemia COVID-19 przyspieszyła cyfryzację także tych procesów, które dotychczas pozostawały w kanale tradycyjnym. Wymusza to zmiany firm i konieczność dostosowania się do nowych wymagań rynku.
– Wyzwania dla start-upów na 2021 rok to jest nauczenie się sprzedaży i podtrzymywanie sprzedaży online. To, że wrócimy do normalności w czerwcu 2021 roku, nie jest wcale takie pewne, więc te kompetencje miękkie są dosyć ważne. Istotne też jest, żeby tworzyć i rozwijać ekosystem, żeby mimo panującej pandemii starać się dokładać kawałek do ekosystemu i go budować – ocenia Tomasz Snażyk.
Finansując rozwój swojego biznesu, 80 proc. start-upów korzysta z własnych zasobów. Część, oprócz inwestowania własnych funduszy, pozyskuje je również ze źródeł zewnętrznych. Jednocześnie jednak tylko 19 proc. firm uzyskało dofinansowanie na poziomie powyżej 5 mln złotych. Start-upy, które korzystają z zewnętrznego finansowania, najczęściej mają za sobą jedną rundę (33 proc.), dwie rundy ma zaledwie 8 proc., a trzy – 3 proc. ankietowanych.
– Liczę i czekam, po pierwsze na exity, że założyciele start-upów będą je sprzedawać, np. poprzez giełdę. Po drugie, że w Polsce i w regionie pojawi się o wiele więcej rund tzw. większych, B czy C. Starzejemy się, stąd nasze start-upy też się starzeją. Wydaje się więc, że po prostu będzie o wiele więcej większych finansowań – wskazuje ekspert.
Według raportu Dealroom i PFR, na który powołuje się Fundacja Startup Poland, od 2013 roku w Polsce przeprowadzono ponad 800 rund finansowania. Mimo to wciąż nie mamy jeszcze żądnego jednorożca, czyli spółki o wycenie ponad 1 mld dolarów. Dla porównania Litwa i Estonia takie firmy już mają, tymczasem w obu krajach łącznie przeprowadzono tyle samo rund finansowania, co w Polsce.
– Start-upowy boom w 2021 roku dla mnie oznacza nie wzrost liczby zakładanych start-upów, ale że będą się stawały czempionami w swoich dziedzinach w Europie Środkowej czy na skalę światową. I to będzie tzw. start-upowy boom, że rzeczywiście ekosystem będzie coraz większy, coraz więcej pieniędzy będzie w obrocie – podkreśla Tomasz Snażyk.
Nawet co dziesiąte dziecko rodzi się przedwcześnie, czyli przed 37. tygodniem ciąży. To jedna z głównych przyczyn zgonów noworodków i długotrwałej niepełnosprawności. Obecnie nawet 30 proc. przedwczesnych porodów nie udaje się zdiagnozować. Gdyby lekarze byli w stanie wykorzystać dane i sztuczną inteligencję do przewidywania, które kobiety w ciąży mogą być zagrożone, do wielu z tych przedwczesnych porodów można by się lepiej przygotować, a co za tym idzie, uratować wiele istnień. Polscy naukowcy pracują nad stworzeniem takich sieci neuronowych, które na podstawie zdjęć USG oceniają prawdopodobieństwo przedwczesnego porodu.
– Projekt dotyczący predykcji przedwczesnych porodów przy użyciu sztucznych sieci neuronowych, które wykorzystują ultrasonograficzne filmy, polega na wczesnej detekcji porodów, które z powodów naturalnych odbędą się zbyt wcześnie. Obecnie 2/3 porodów przedwczesnych, czyli takich przed 36. tygodniem ciąży, jest diagnozowanych, ale co trzeci nie jest. Prowadzi to do dużego ryzyka związanego z nieodpowiednią opieką w momencie przyjścia na świat – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. inż. Tomasz Trzciński, adiunkt na Wydziale Elektroniki i Technik Informacyjnych na Politechnice Warszawskiej.
Tylko w Polsce między 22. a 36. tygodniem ciąży co roku rodzi się ok. 20 tys. dzieci. Na świecie, według różnych statystyk, 6–10 proc. ciąż kończy się przedwczesnym porodem. Choć najtrudniejsza sytuacja panuje w Afryce i Azji, także w USA i krajach europejskich zbyt wczesny poród jest jedną z głównych przyczyn śmierci noworodków. Choć większość takich porodów można przewidzieć, zdiagnozowanie części z nich jest praktycznie niemożliwe. Grupą szczególnie trudną do określenia ryzyka przedwczesnego porodu stanowią matki, które są w ciąży po raz pierwszy.
Systemy prognozowania, oparte na sztucznej inteligencji i sieciach neuronowych, mogłyby znacznie zmniejszyć skalę zbyt wczesnych porodów. Nad takim systemem pracują polscy naukowcy w ramach projektu sfinansowanego ze środków Rady Naukowej Politechniki Warszawskiej.
– W ramach projektu chcemy opracować metody oparte na sieciach neuronowych konwolucyjnych,, które na bazie zdjęć i filmów USG wykonywanych standardowo w ramach diagnostyki prenatalnej są wykorzystywane do oceny prawdopodobieństwa przedwczesnego porodu i ewentualnego przygotowania matki wraz z dzieckiem do takiej sytuacji – tłumaczy dr hab. inż. Tomasz Trzciński.
Medycyna coraz częściej wykorzystuje sieci neuronowe i sztuczną inteligencję do diagnostyki i predykcji części chorób. Nowoczesne technologie pozwalają przewidzieć choroby nowotworowe, prawdopodobieństwo zaburzeń neurologicznych, a automatyczna interpretacja elektrokardiograficzna jest już stosowana do diagnozowania zawału mięśnia sercowego i opracowywania leków. Wszystko wskazuje na to, że sieci neuronowe mogą pomóc również w prowadzeniu ciąży. Gdyby lekarze byli w stanie wykorzystać dane i sztuczną inteligencję do przewidywania, które kobiety w ciąży mogą być zagrożone, do wielu z przedwczesnych porodów można by się lepiej przygotować.
– Mamy do dyspozycji zbiory danych pozwalające na zidentyfikowanie powiązań między markerami, czyli między takimi wskazówkami, które widoczne są na samych zdjęciach USG, a rezultatem ciąży, czyli tym, że została ona rzeczywiście przedwcześnie zakończona. W związku z tym jesteśmy w stanie wytrenować sieć neuronową, która biorąc na wejściu zestaw zdjęć, ocenia, jak duże jest prawdopodobieństwo, że ciąża zostanie przedwcześnie rozwiązana – przekonuje ekspert.
Techniki głębokiego uczenia się wymagają mniej inżynierii danych i zapewniają dokładniejsze przewidywanie podczas pracy z ich dużymi ilościami. Udowodniły to już badania prowadzone przy chorobach onkologicznych i kardiologicznych. Jeśli projekt polskich naukowców się powiedzie, to w 2021 roku mógłby powstać serwis dla lekarzy i przyszłych mam, który pozwoliłby określić ryzyko przedwczesnego porodu.
– Mamy zebrane już dane z różnych źródeł, wraz z odpowiednimi adnotacjami na temat uzyskanych rezultatów. Czekamy w części tych danych na powodzenie w samym donoszeniu ciąży, żeby uzyskać finalną informację, czy była ona przedwczesna. W planach mamy opublikowanie dotychczasowych rezultatów na przełomie wiosny i lata, a później przejdziemy do implementacji serwisu dla szerszej populacji – zapowiada dr hab. inż. Tomasz Trzciński.
Rynki finansowe żyją wyceną lepszej przyszłości, a przejęcie przez Demokratów kontroli nad Senatem USA wzmacnia nadzieję na duży pakiet fiskalny. Optymizm inwestorów będzie jednak musiał zmierzyć się z ponurą rzeczywistością danych z końcówki poprzedniego roku, gdzie wzrost liczby zachorowań na COVID-19 będzie odbijał się na takich wskaźnikach aktywności gospodarczej, jak sprzedaż detaliczna z USA, czy PKB Wielkiej Brytanii.
Przyszły tydzień: sprzedaż/produkcja/CPI z USA, Sentix/produkcja z Eurolandu, PKB z Wielkiej Brytanii, RPP
USA
W USA mamy wysyp kluczowych danych o aktywności gospodarczej, gdzie częściowo powinniśmy obserwować negatywny wpływ ekspansji pandemii COVID-19. Ryzyko dotyczy przede wszystkim sprzedaży detalicznej (pt). Ograniczenie zgromadzeń powinno przyhamować sezonowe zakupy świąteczne, podczas gdy zamknięcie restauracji obniży sprzedaż żywności. Z drugiej strony wzrost cen paliw zwiększy ich udział w wolumenie zakupów. Dobry wynik powinna za to pokazać produkcja przemysłowa (pt), gdyż aktywność tego sektora nie słabnie w odpowiedzi na ożywienie globalne oraz poprawę sytuacji w sektorze paliwowym wraz ze wzrostem cen ropy naftowej. Indeks NY Empire State prawdopodobnie wzrośnie na oczekiwaniach poprawy perspektyw gospodarczych wraz z uruchomieniem pakietów fiskalnych. Indeks nastrojów konsumentów (pt) pokaże jaka jest wypadkowa ekspansji koronawirusa i zapowiedzi wypłaty czeków w wysokości 2000 USD. Inflacja CPI (śr) skupi uwagę, gdyż szybszy od oczekiwań wzrost cen będzie podsycał spekulacje o wcześniejszym przejściu Fed do normalizacji polityki monetarnej. Wydaje się to jedyny element mogący teraz wspierać USD, w przeciwnym wypadku pęd wzrostowy apetytu na ryzyko będzie się karmił sprzedażą dolara.
Strefa euro
W strefie euro indeks Sentix (pon) będzie najświeższą miarą nastrojów w regionie. Intersującym będzie, czy start powszechnych szczepień przeciw COVID-19 zneutralizuje obawy wynikające z zaostrzanych restrykcji. Z twardych danych otrzymamy produkcje przemysłową (śr), jednak dane za listopad należy uznać za przestarzałe, więc reakcja na nie będzie ograniczona. Jeśli jednak wierzyć wskazaniom PMI, przemysł uchronił się przed negatywnym wpływem drugiej fali pandemii, co sugeruje wzrost produkcji. EUR/USD pozostaje barometrem nastrojów rynkowych i pod większym wpływem wahań wyceny USD, ale w średnim terminie zakładamy powrót wzrostów.
Wielka Brytania
W Wielkiej Brytanii listopadowe dane o PKB (pt) będą obciążone skutkami przywrócenia lockdownu. Nawet jeśli restrykcje były mniej surowe niż wiosną, ograniczenia aktywności z pewnością przyniosą skurczenie się PKB, nawet jeśli produkcja przemysłowa podtrzyma pozytywny trend. Już wiemy, że sytuacja zdrowotna w Wielkiej Brytanii jest coraz trudniejsza wraz z rozprzestrzenianiem się nowego szczepu wirusa, więc gorsze dane oznaczają jeszcze niższy punkt startowy dla dalszego spadku. GBP nie znajdzie wsparcia w danych.
Polska
W Polsce Rada Polityki Pieniężnej spotyka się pierwszy raz w tym roku (wt-śr). Oczekujemy utrzymania stóp procentowych bez zmian, ale na rynku pojawiły się głosy, że obniżka może być narzędziem na rzecz zatrzymania aprecjacji złotego. Wprawdzie w ujawnionym w ostatnich dniach wywiadzie prezes Glapiński warunkuje wniosek o obniżkę od marcowej projekcji makroekonomicznej, szybkość odreagowania grudniowego osłabienia przez złotego może podsycać niezadowolenie NBP. W efekcie uczestnicy rynku nie mogą całkowicie wykluczyć interwencji: walutowej, werbalnej lub monetarnej. Nie sądzimy, aby NBP miał się porywać na otwartą wojnę z rynkiem i ograniczy się do werbalnych ostrzeżeń. Złoty przy 4,50 za euro dalej jest relatywnie tani i przyciąga kupujących, ale rynek pozostaje wrażliwy na spekulacje, że każde zatrzymanie i korekta może być sygnałem interwencji. Ta niepewność będzie podnosić dwustronną zmienność notowań i hamować skalę potencjalnego umocnienia, jakie mogłoby wynikać z globalnego apetytu na ryzykowne aktywa.
Dystrybucja i przechowywanie towarów wrażliwych w centrum farmaceutycznym Kuehne+Nagel
Globalne rozwiązania logistyczne Kuehne+Nagel dla branży farmaceutycznej i opieki zdrowotnej
Moderna, Inc. (NASDAQ: MRNA), firma biotechnologiczna, produkująca szczepionki zawierające fragment mRNA oraz Kuehne+Nagel, globalna firma logistyczna, ogłosiły uzgodnienie warunków dystrybucji i przechowywania szczepionki przeciwko COVID-19. Niniejsze ogłoszenie jest następstwem przyznania pozwolenia warunkowego przez Europejską Agencję Leków (EMA) na dopuszczenie szczepionki do obrotu.
Kuehne+Nagel będzie wspierać światową dystrybucję na rynki w Europie, Azji, na Bliskim Wschodzie i w Afryce oraz do niektórych miejsc obu Ameryk.
„Jesteśmy dumni, że współpracujemy z Kuehne+Nagel, aby dystrybuować szczepionki wśród obywateli świata. Po uzyskaniu ostatnich pozwoleń jesteśmy o krok bliżej zakończenia pandemii. Jest to ekscytujący czas zarówno dla naszych firm, jak i dla wszystkich zaangażowanych” – mówi Dan Staner, wiceprezes, dyrektor regionu EMEA, Moderna Inc.
Umowa obejmuje dystrybucję i magazynowanie szczepionki z centrum farmaceutycznego Kuehne+Nagel w Europie. Firma wykorzysta swoją globalną sieć ponad 230 oddziałów do transportu za pośrednictwem spedycji drogowej i lotniczej. W samej Europie Kuehne+Nagel posiada własną flotę ponad 200 dedykowanych pojazdów transportowych, dostosowanych do przewozu farmaceutyków. Na wszystkich etapach transportu i przechowywania zachowana zostanie integralność produktu w wymaganej temperaturze – 20°C.
Robert Coyle, starszy wiceprezes Pharma & Healthcare, Kuehne+Nagel International AG, komentuje: „Wraz z ogłoszeniem tej współpracy bierzemy na siebie odpowiedzialność za globalną dystrybucję szczepionki Moderny przeciwko COVID-19. Od dziesięcioleci inwestujemy w naszą sieć farmaceutyczną wraz z naszym zespołem ekspertów – teraz jesteśmy gotowi”.
QuickSTAT, spółka zależna Kuehne+Nagel, zajmująca się logistyką badań klinicznych, była również istotną częścią łańcucha dostaw szczepionek Moderny, wspierając logistykę dostaw badań klinicznych fazy II i III w USA.
Firma Kuehne+Nagel podpisała również umowy partnerskie z władzami w kilku krajach w zakresie lokalnego przechowywania i dystrybucji szczepionek, np. w najbardziej zaludnionym kraju związkowym Niemiec, Nadrenii Północnej-Westfalii.
Skala digitalizacji napędzana przeniesieniem usług do sieci zachęca przedsiębiorców do wprowadzania nie tylko innowacyjnych usług ale też nowych modeli płatności. Coraz więcej mikro i małych firm decyduje się na systemy odroczonych płatności czy udostępnieniu zakupów na raty swoim klientom. Nowoczesne rozwiązania pozwalają sprzedawać na raty w prawie każdym kanale. Strony internetowe (wszystkie), sklepy stacjonarne, e- sklepy, portale społecznościowe – wszędzie jest możliwość wygenerowania płatności ratyw e-commerce. To przedsiębiorca decyduje jaką formę wybiera, kiedy i komu ją udostępnia.
Co na to prawo?
Sprzedaż w ramach płatności ratalnych jest rodzajem sprzedaży regulowanej a tym samym kodeks cywilny definiuje tą formę jako umowę nazwaną. Obecnie płatności ratalne są zjawiskiem powszechnym i popularnym również przy niższych kwotach zakupów jak np. elektroniczny, szkolenia, zabiegi medycyny estetycznej, usługi medyczne ale też drobniejsze usługi. Jest to o tyle wygodna dla nabywcy forma zakupu, że daje dostępność towaru jeszcze przed zapłatą całkowitej ceny.
A zatem, sprzedaż na raty, to sprzedaż dokonywana w zakresie działalności przedsiębiorstwa połączona z elementem kredytowania, polegającym na rozłożeniu dla danej sprzedaży zapłaty ceny kupna przez konsumenta na raty, a więc finansowania sprzedaży przez sprzedawcę. Powszechność zawierania umów sprzedaży na raty w praktyce obrotu będzie uzależniona od konkurencyjności warunków, na jakich jest ona zawierana.
Raty dla e-commerce
Poszerzenie oferty proponowanych usług o sprzedaż w systemie ratalnym z całą pewnością przyciąga nowych klientów. Twoja firma nie tylko staje się atrakcyjniejsza ale również konkurencyjna. Z ofert finansowania korzysta niemal 60 proc. Polaków. E-raty zaraz po karcie kredytowej są najczęściej wybieraną formą płatności. Według badań SMG/KRC do korzystania z ofert ratalnych zakupów przyznaje się aż 20 proc. Polaków. Nie od dziś wiadomo, że rozłożenie płatności na raty wpływa pozytywnie na apetyt zakupowy klientów.
Możliwości
Rynek oferuje sporo rozwiązań. Wiele z nich jest wielozadaniowych, a pierwszoplanowi gracze udostępniają już mutizadaniowe pakiety. Z czego możemy skorzystać? Raty dla e-commerce, raty w sklepie stacjonarnym, raty w mediach społecznościowych, raty dla www bez funkcji sklepu, generator linku ratalnego.
Jak to działa?
Raty dla e-commerce
Klient wybiera towar lub usługę na Twojej stronie internetowej. Następnie wybiera opcję płatności „kup na raty” i składa wniosek. Akceptuje warunki umowy a partner wypłaca pieniądze na konto sklepu. Realizujesz sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.
Ile to kosztuje? – 0 zł. Nie są pobierane od Ciebie opłaty za aktywację usługi w sklepie, nie ma również prowizji transakcyjnych
Raty w sklepie stacjonarnym
Klient wybiera towar lub usługę, którą chce kupić na raty. Wprowadzasz wniosek ratalny na platformie. Klient akceptuje warunki umowy a pieniądze wypłacane są na konto Twojego sklepu. Sklep realizuje sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.
Ile to kosztuje? – 0 zł. Nie są pobierane od Ciebie opłaty za aktywację usługi w sklepie, nie ma również prowizji transakcyjnych
Raty dla www bez funkcji sklepu
Dodajesz opis i zdjęcie towaru lub usługi na Twojej stronie. Klient wybiera opcję płatności „kup na raty” i składa wniosek. Klient akceptuje warunki umowy a pieniądze wypłacane są na konto sklepu. Sklep realizuje sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.
Ile to kosztuje? – 0 zł. Nie są pobierane od Ciebie opłaty za aktywację usługi w sklepie, nie ma również prowizji transakcyjnych
Generator linku ratalnego – Raty w mediach społecznościowych
Dzięki linkowi Twój Klient nie będzie musiał rejestrować się na stronie sklepu ani udawać się na zakupy do sklepu stacjonarnego. Klient wyraził chęć zakupu na raty wybranego produktu lub usługi (np. w rozmowie telefonicznej, komunikatorze, wiadomości email czy sms, na facebooku). Generujesz na swoim panelu sprzedawcy link do płatności i wysyłasz klientowi. Kupujący składa wniosek a pieniądze wypłacane są na konto sklepu. Sklep realizuje sprzedaż towaru lub wybraną przez klienta usługę.
Ile to kosztuje? – 0 zł. Nie są pobierane od Ciebie opłaty za aktywację usługi w sklepie, nie ma również prowizji transakcyjnych
Prezentowane możliwości oparte są na rozwiązaniu LoanByLink – proste raty.
Czy warto?
Tak! Nie tylko możesz zyskać nowych klientów dzięki wzbogaconej ofercie ale również udostępnisz nowe rozwiązania dla lojalnych, stale powracających klientów.
Autor: Grzegorz Mizera, wiceprezes polskiego fintechu Provema
W grudniu 2020 r. w systemie Elixir rozliczono 184,26 mln transakcji obejmujących uznania (m.in. polecenia przelewu) oraz obciążenia (m.in. polecenia zapłaty) o wartości 578 mld zł. W tym samym okresie 2019 r. KIR przetworzył 171,43 mln komunikatów, których wartość wyniosła 524 mld zł. W ujęciu rocznym liczba transakcji wzrosła o 7,5 proc., natomiast wartość transakcji wzrosła o 10 proc. Najwyższą w tym miesiącu dzienną liczbę komunikatów w systemie Elixir przetworzono 14 grudnia – 12,82 mln transakcji o wartości 32,43 mld zł.
Łącznie w 2020 r. system Elixir przetworzył 2,01 mld transakcji na kwotę 5,96 bln złotych. Tym samym, pierwszy raz w historii tego systemu, liczba przetwarzanych w ciągu roku transakcji przekroczyła 2 mld. Dla porównania, w 2019 r. przetworzono 1,92 mld transakcji, których wartość wyniosła 5,65 bln zł. Tym samym r/r liczba transakcji zwiększyła się o 4,7 proc., a wartość komunikatów wzrosła o 5,3 proc.
W systemie Euro Elixir w grudniu rozliczono 3,22 mln transakcji o wartości 18,43 mld euro. W grudniu 2019 r. zrealizowano 2,7 mln komunikatów, których wartość wyniosła 15,44 mld euro. Rok do roku zarówno liczba transakcji jak i ich wartość wzrosły o 19 proc. W analizowanym miesiącu rekordowym dniem pod względem liczby rozliczonych przez Euro Elixir komunikatów był 1 grudnia – system przetworzył wówczas 187,97 tys. transakcji o łącznej wartości 843,7 mln euro.
Łącznie w 2020 r. system Euro Elixir przetworzył 33,09 mln transakcji na kwotę 173,29 mld euro. Dla porównania, w 2019 r. przetworzono 38 mln transakcji, których wartość wyniosła 211,5 mld euro. Tym samym r/r liczba transakcji zmniejszyła się o 13 proc., a wartość komunikatów zmalała o 18 proc. Spadek sumarycznej liczby transakcji i ich wartości r/r wynika z rezygnacji z uczestnictwa w systemie dwóch banków w listopadzie 2019 r.