Ropa po mocnym tygodniu traci, dolar słabszy, a Bitcoin poniżej 110 tys. USD

Czarne złoto pozazdrościło szczytów prawdziwemu. Po bardzo dobrym tygodniu widzimy dzisiaj od rana twarde lądowanie cen ropy. Dane z USA wyglądały solidnie, ale rynek wiedział swoje i dolar zakończył tydzień osłabieniem. Wśród kryptowalut znów robi się nerwowo.

Lepsze dane zza oceanu

Piątek przyniósł kilka ważnych odczytów z USA. Zaczęło się od informacji na temat wydatków i dochodów Amerykanów. Obydwa wskaźniki symbolicznie o 0,1% przekroczyły oczekiwania. Jest to dobry sygnał dla rynków, bo rosną wydatki, ale także dla stabilności systemu, bo ze wzrostem wydatków w parze idzie wzrost dochodu. Szkoda, że dochody rosną wolniej niż wydatki. Co ciekawe, rynki wykorzystały te dane do korekty ostatnich umocnień dolara. Powodem do osłabienia dolara mogły być natomiast późniejsze dane, gdzie gorzej od oczekiwań wypadł Raport Uniwersytetu Michigan. Pomimo tego odbicia rynek zakończył jednak tydzień wciąż mocniejszym dolarem.

Zamieszanie na rynku ropy

Za nami bardzo dobry tydzień dla czarnego złota. Surowiec ten poszedł w górę w zeszłym tygodniu o około 6%. Rynek wycenia obecnie dwie rzeczy. Z jednej strony ograniczenie eksportu z Rosji, która, co prawda bardzo późno, ale odczuwa coraz dotkliwiej konsekwencje agresji na terytorium Ukrainy. Z drugiej strony obniżki stóp procentowych w USA sugerują zwiększony popyt na ropę naftową. Generalnie wygląda trochę na to, że popyt został ostatnio niedoszacowany. Najlepiej świadczy o tym fakt, że nie tylko skończyło się zamykanie odwiertów w USA, ale również ruszają nowe. Dodatkowo OPEC zwiększa limity wydobycia. Warto z kolei zwrócić uwagę, że dzisiaj od rana widzimy spadek cen. Jest to najprawdopodobniej wynikiem zmniejszenia napięć geopolitycznych w weekend. Jeszcze w piątek widzieliśmy baryłkę za 70,5 dolara. Dzisiaj rano za 68,5. Rosnące ceny ropy są zagrożeniem dla dotychczasowych prognoz inflacji a tym samym tempa obniżek stóp procentowych.

Słabszy tydzień dla kryptowalut

Poprzedniego tygodnia kryptowaluty nie mogą zaliczyć do udanych. Jeszcze w poniedziałek cena Bitcoina przekraczała 115 000 USD. W piątek spadła poniżej 110 000 USD. Warto zwrócić uwagę, że był to również tydzień słabszego dolara, więc spadek wyceny w innych głównych walutach nie był aż tak dotkliwy. Nie można jednak jedynie tym argumentem tłumaczyć obecnej kondycji Bitcoina. Wielu analityków wskazuje, że na rynku brakuje napływu dużych inwestorów. Z drugiej strony znaleźli się oni tuż poniżej poziomu 110 000 USD. Dzisiaj od rana widać co prawda pewne odbicie, ale zobaczymy jak długo potrwa.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Cyfrowa Księga Przychodów i Rozchodów już wkrótce

Cyfryzacja rozliczeń podatkowych w Polsce wchodzi w kolejny etap. Podczas gdy uwaga przedsiębiorców skupia się dziś na Krajowym Systemie e-Faktur, równie istotna zmiana dotknie ich jeszcze wcześniej. Od 1 stycznia 2026 roku prowadzenie Księgi Przychodów i Rozchodów możliwe będzie wyłącznie w formie cyfrowej. Ministerstwo Finansów przekonuje, że to krok w stronę uproszczenia, automatyzacji oraz zwiększenia transparentności biznesu. Dla sektora MŚP oznacza on również nowe formalności, konieczność inwestycji w systemy IT oraz kary za nieterminowe raporty.

Księga Przychodów i Rozchodów (KPiR) to jedna z najczęściej wybieranych form ewidencji podatkowej w sektorze MŚP, która pozwala prowadzić uproszczoną księgowość zamiast pełnych ksiąg rachunkowych. Korzystają z niej osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą oraz spółki cywilne, jawne i partnerskie osób fizycznych, które nie przekraczają progu 2 milionów euro przychodów rocznie.

Koniec z wydatkami w zeszycie

Aktualnie prowadzenie KPiR daje przedsiębiorcom duży zakres swobody. Ewidencję można utrzymywać w dowolnej formie: papierowej, w arkuszu Excel czy w specjalnie zaprojektowanym programie księgowym. Wpisy dotyczące przychodów i kosztów należy uzupełniać do 20. dnia każdego miesiąca za miesiąc poprzedni, jednak przepisy dopuszczają pewne opóźnienia, a firmy często korzystają z tej elastyczności.

Od stycznia 2026 prowadzenie KPiR będzie mogło odbywać się wyłącznie cyfrowo, w programie komputerowym zgodnym z wymaganiami Ministerstwa Finansów. Przedsiębiorcy będą zobowiązani do ścisłego przestrzegania terminów, zarówno w zakresie comiesięcznych wpisów do księgi, jak i przesyłania jej w formacie JPK_KPiR do urzędu skarbowego po zakończeniu roku podatkowego. Zmieni się także sam wzór księgi – pojawią się nowe kolumny, m.in. z numerem faktury z KSeF i NIP-em kontrahenta, a dotychczasowe uproszczenia i wyjątki, z których korzystały najmniejsze firmy, zostaną wycofane.

Rolnicy z niewielkimi przychodami, np. gospodarstwa bez pracowników zarabiające do 10 tys. zł rocznie, stracą prawo do uproszczonego wzoru księgi i będą musieli prowadzić KPiR na ogólnych zasadach. Znikną też zwolnienia przyznawane dotąd indywidualnie przez urzędy skarbowe, a paragon bez NIP-u nie będzie już mógł stanowić kosztu podatkowego. Dla wielu mikrofirm oznacza to konieczność zmiany codziennych przyzwyczajeń – tłumaczy Wojciech Frankiewicz, Partner w Kancelarii Staniek&Partners i ekspert SaldeoSMART.

Rewolucja nie mniej ważna niż KSeF

Ministerstwo Finansów przedstawia cyfrową KPiR jako krok w stronę uproszczenia i automatyzacji rozliczeń. Nowa forma ma zmniejszyć liczbę błędów, wspierać integrację z Krajowym Systemem e-Faktur, zapewnić większą spójność danych i ułatwić administracji ich weryfikację. Dla firm oznacza to jednak nie tylko porządek w dokumentach, ale również dodatkowe obowiązki – w tym konieczność gromadzenia nowych danych, inwestycji w odpowiednie oprogramowanie do obsługi KPiR oraz zmian w sposobie korygowania raportów fiskalnych. Przedsiębiorcy, którzy nie dostosują się do nowych przepisów, muszą liczyć się z ryzykiem kar finansowych za nieprawidłowości w raportach i nieprzestrzeganie terminów.

Ekspert SaldeoSMART wskazuje, że do wejścia w życie cyfrowej księgi zostały trzy miesiące i warto ten czas jak najlepiej wykorzystać.

Firmy powinny zacząć od przeglądu dotychczasowych procesów księgowych i weryfikacji, czy używane oprogramowanie obsłuży cyfrową KPiR oraz generowanie plików JPK. Kolejnym krokiem jest wybór lub aktualizacja systemu, który będzie zintegrowany z KSeF i pozwoli na gromadzenie wymaganych danych. Równolegle warto zaplanować szkolenia dla pracowników i przygotować budżet na wdrożenie nowych rozwiązań. Dobrą praktyką będzie też przeprowadzenie testów pilotażowych, które pozwolą wychwycić błędy, zanim cyfrowa księga stanie się obowiązkiem – mówi Wojciech Frankiewicz.

Cyfrowa KPiR to jedna z największych zmian w codziennej księgowości sektora MŚP od lat. Obejmie setki firm, które do tej pory korzystały z papierowych ewidencji lub prostych arkuszy i będą musiały przenieść swoje rozliczenia do systemów informatycznych. To rewolucja, której celem jest większa przejrzystość i automatyzacja rozliczeń, ale wymaga ona wcześniejszego przygotowania się do nowych obowiązków. Im szybciej firmy zaczną ten proces, tym łatwiej odnajdą się w nowej rzeczywistości.

***

Wojciech Frankiewicz jest Partnerem Kancelarii Staniek & Partners. Specjalizuje się w doradztwie prawno-podatkowym dla biznesów działających w rozmaitych sektorach. Jego praktyka obejmuje szeroki zakres kompetencji, w tym prawo korporacyjne, podatkowe, compliance, umowy oraz prawo pracy.

Relacje ważniejsze niż ogłoszenia – jak dziś rekrutuje się kadrę zarządzającą

Networking pozostaje najważniejszym elementem strategii rekrutacji kadry wyższego szczebla. Aż 60% liderów jest pozyskiwanych poprzez bezpośrednie poszukiwania, a kolejne 20% dzięki osobistej sieci kontaktów, wynika z analiz Wyser Executive Search. W warunkach wysokiej konkurencyjności i rosnących oczekiwań firm, to relacje odgrywają kluczową rolę. Z jednej strony pozwalają skutecznie przyciągać najlepszych, z drugiej ułatwiają dostęp do atrakcyjnych ofert i nowych możliwości zawodowych.

Tradycyjne metody nie wystarczają

Na poziomie kadry managerskiej, gdzie stawka biznesowa jest szczególnie wysoka, poszukiwanie kandydatów poprzez popularne w przypadku innych stanowisk ogłoszenia z ofertami pracy, to rozwiązanie niewystarczające. Ankieta przeprowadzona wśród konsultantów Wyser Executive Search pokazuje, że aż 60% zatrudnionych managerów zostało pozyskanych dzięki direct search, czyli bezpośrednim poszukiwaniom rekruterów. Kolejne 20% stanowią osoby z własnej sieci kontaktów i wskazane przez przedstawicieli danej branży. Znacznie mniejszą rolę odgrywają ogłoszenia (9%), a także wewnętrzne bazy danych (6%) i inne sposoby poszukiwania (5%).Rekrutacje Managerow Wyser

W obliczu zmienności koniunktury i rosnącej presji na efektywność firmy oczekują nowoczesnego przywództwa, elastyczności oraz umiejętności szybkiego reagowania na pojawiające się wyzwania. W takich warunkach kluczowe w rekrutacji jest dotarcie do odpowiedniego grona osób, wzajemne zaufanie i pełne zrozumienie motywacji. W tym kontekście networking jest skutecznym narzędziem pozyskiwania kandydatów, a jednocześnie źródłem rzetelnej wiedzy o potencjalnym pracodawcy, wzajemnych oczekiwaniach i możliwościach dalszego rozwoju kariery – wyjaśnia Paweł Prociak, Dyrektor Zarządzający Wyser Executive Search.

W rekrutacjach na wyższe stanowiska bardzo często pozyskiwani są kandydaci pasywni, czyli osoby, które w danym momencie nie szukają nowej pracy. Dotarcie do nich jest możliwe tylko przez bezpośrednie relacje, niejednokrotnie budowane latami. Przydatnym narzędziem okazuje się LinkedIn – 44% konsultantów Wyser Executive Search wymieniło portal jako istotny sposób docierania do managerów. Dużą rolę odgrywają polecenia i rekomendacje przedstawicieli danej branży. Takie wskazania stanowią cenne źródło informacji, które pozwalają lepiej ocenić kompetencje danej osoby oraz jej dopasowanie do kultury organizacyjnej i oczekiwań firmy.

–  Rekomendacja w procesie executive search to nie tylko lista nazwisk. To wyraźny sygnał, że dana osoba potwierdziła swoje umiejętności w praktyce i posiada kompetencje cenione przez innych liderów rynku. Polecenia są ważnym elementem potwierdzania skuteczności i wiarygodności  – przekonuje Kacper Krasnodębski, Executive Manager w Wyser.

Ukryty rynek pracy – jak do niego dotrzeć

Przenoszenie procesów rekrutacyjnych poza otwarte kanały komunikacji znajduje potwierdzenie w danych globalnych. Według portalu The Interview Guys (2025), 70–80% ofert pracy nie jest promowana w formie ogłoszeń, lecz funkcjonuje w ramach tzw. ukrytego rynku pracy, gdzie kluczową rolę odgrywa sieć kontaktów, a także rekomendacje i bezpośrednie działania rekruterów.

Zdarza się, że organizacje rezygnują z publikowania ogłoszeń, aby nie sygnalizować przyszłych zmian personalnych. Bezpośrednie dotarcie do kandydatów okazuje się przy tym bardziej efektywne – pozwala uniknąć setek przypadkowych aplikacji i skupić się na osobach, których profil zawodowy najlepiej wpisuje się w aktualne potrzeby biznesowe. Kluczowe jest zrozumienie oczekiwań i zaufanie – to punkt wyjścia do rozmowy, która pozwala ocenić dopasowanie kandydata, jego oczekiwania, motywacje oraz gotowość do zmiany firmy.

Managerowie wyższego szczebla podejmują decyzję w reakcji na konkretną ofertę, oceniając jej znaczenie dla dalszego rozwoju kariery. Nie bez znaczenia jest dla nich to, kto inicjuje kontakt i wiarygodność tej osoby. Zbudowana wcześniej relacja ułatwia rozmowę, która prowadzi do konkretnych decyzji zawodowych – dodaje Kacper Krasnodębski, Executive Manager w Wyser

Z doświadczeń Wyser wynika, że relacje i znajomość rynku sprawiają, że rekrutacje na poziomie zarządczym są trafniejsze – networking pozwala ograniczyć ryzyko błędnych decyzji personalnych.

Rekrutacja managerów wymaga spojrzenia znacznie szerszego niż analiza samego doświadczenia zawodowego. Istotne jest to, w jaki sposób podejmują decyzje i funkcjonują w określonym środowisku biznesowym, czy podzielają system wartości firmy. Można to ocenić, gdy rekruter z jednej strony dobrze zna rynek, z drugiej rozumie ludzi, ich motywacje, ścieżki kariery i styl działania. Tylko wtedy jest stanie odpowiedzialnie doradzić organizacji nie tylko ,,kto”, ale też, dlaczego właśnie ta osoba  jest najlepszym kandydatem – wyjaśnia Paweł Prociak, Dyrektor Zarządzający w Wyser.

Budowanie relacji – perspektywa managera

Budowanie relacji to także realna korzyść dla samych menedżerów. Szeroka sieć kontaktów pozwala szybciej dowiadywać się o ofertach pracy, w tym tych, które nie trafiają do publicznych ogłoszeń, oraz otwiera przestrzeń do rozmów o dalszym rozwoju kariery. Daje też możliwość lepszego poznania potencjalnego pracodawcy, zrozumienia jego oczekiwań oraz ocenienia, w jakim stopniu środowisko organizacyjne odpowiada własnym celom zawodowym.

– W rekrutacji kadry zarządzającej chodzi zarówno o wybór lidera, który wzmocni organizację, i jednocześnie o wsparcie samego menedżera w dalszym rozwoju jego kariery. Dlatego kluczowe jest, aby proces był wyważony – z jednej strony odpowiadał na strategiczne potrzeby firmy, a z drugiej zapewniał kandydatowi środowisko, w którym będzie mógł w pełni wykorzystać swój potencjał – podkreśla Kacper Krasnodębski, Executive Manager w Wyser.

Networking jako źródło wiedzy o rynku

Networking to również źródło informacji o trendach i transformacjach w organizacjach – od pojawiającego się zapotrzebowania na nowe kompetencje, po zmiany w modelach zarządzania. Dzięki temu rekruterzy mogą szybciej reagować na potrzeby rynku i proponować rozwiązania personalne jeszcze zanim formalnie pojawi się wakat.

Skuteczność doradcy executive search w dużej mierze zależy od jego umiejętności poruszania się w ekosystemie branżowym. Networking pomaga budować sieć kontaktów, poszerzać wiedzę rynkową, co pozwala rozmawiać o przyszłości i trendach, a nie wyłącznie o aktualnych wakatach – podkreśla Karolina Popiel, Associate Partner w Wyser.

Połączenie relacji, wiedzy rynkowej i rekomendacji sprawia, że rekrutacja staje się procesem strategicznym, przynoszącym wymierną korzyść zarówno organizacjom, jak i liderom.

Rolnicy mogli sprzedawać owoce po zaniżonych cenach – UOKiK stawia zarzuty

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) postawił zarzuty pięciu firmom skupującym owoce miękkie oraz jednej osobie zarządzającej, podejrzewanym o niedozwolone uzgadnianie cen w województwie wielkopolskim. Według Urzędu, lokalni rolnicy i sadownicy mogli przez trzy lata sprzedawać swoje produkty po zaniżonych stawkach.

Podejrzenia zmowy cenowej

Postępowanie dotyczy podmiotów prowadzących punkty skupu m.in. porzeczek, wiśni i śliwek. UOKiK posiada dowody, zdobyte m.in. podczas przeszukania w jednej z firm, że przedsiębiorcy wymieniali się informacjami o cenach, które następnie stosowali wobec dostawców. Porozumienie mogło obowiązywać w latach 2022–2024.

Zarzuty postawiono spółkom:

  • Fructis (Wierzbie, woj. wielkopolskie),
  • Damex (Nowa Wieś, woj. wielkopolskie),
  • Silver-Trans (Sompolno, woj. wielkopolskie),
  • Kam Pol (Biała Rawska, woj. łódzkie),
  • Kalbrok (Sielice, woj. mazowieckie).

Odpowiedzialnością objęto również osobę zarządzającą w spółce Fructis.

– Podejrzewane porozumienie mogło oznaczać, że rolnicy przez trzy sezony zbiorów owoców miękkich sprzedawali swoje plony po sztucznie zaniżonych cenach – podkreślił prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Dozwolone a niedozwolone działania

Urząd przypomina, że przedsiębiorcy mogą obserwować i naśladować ceny innych firm, jednak uzgadnianie i koordynowanie stawek jest zakazane. Takie praktyki stanowią zmowę cenową ograniczającą konkurencję.

– Od wielu lat analizujemy rynek owoców. To, że punkty skupu stosują podobne ceny, często wynika z dostosowania do stawek większych przetwórców. Jednak koordynowanie cen z konkurentami jest niedopuszczalne – zaznaczył Chróstny.

Za udział w zmowie grożą kary finansowe do 10 proc. rocznego obrotu firmy. Osoby fizyczne odpowiedzialne za niedozwolone porozumienia mogą zostać ukarane grzywną do 2 mln zł.

Kontrole u dużych przetwórców

Równolegle UOKiK przeprowadził kontrole u dużych zakładów przetwórczych – Austria Juice Poland, Döhler i Rauch Polska – oraz w trzech skupach: Przetwórstwie Owoców i Warzyw Anny Wagnerowskiej, Makofrost z Opola Lubelskiego i Frutice z Lewiczyna. Zebrane materiały są obecnie analizowane. Postępowania wyjaśniające prowadzone są w sprawie, a nie przeciwko konkretnym przedsiębiorcom.

Gminy idą na wojnę z deweloperami i inwestorami? Podatek od nieruchomości wyższy nawet 28 razy od dotychczasowej stawki

Pod koniec ubiegłego roku NSA podjął uchwałę dotyczącą opodatkowania podatkiem od nieruchomości budynków mieszkalnych przeznaczonych w ramach działalności gospodarczej do najmu. Uchwała ta jest dla przedsiębiorców co do zasady korzystna. Wskazuje bowiem na stosowanie niższej stawki podatku. Władze niektórych gmin zaczęły jednak opacznie interpretować uzasadnienie uchwały. W konsekwencji przyjęły stanowisko niekorzystne m.in. dla deweloperów posiadających niesprzedane i niewynajęte mieszkania. W ocenia władz gmin sytuacja taka ma stanowić podstawę do żądania zapłaty podatku od nieruchomości według najwyższej stawki – właściwej dla nieruchomości związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. W niektórych gminach zaczęto stosować stawkę podatku 28 wyższą od dotychczas stosowanej!! Czy gminy idą na wojnę z deweloperami i inwestorami, którzy wynajmują lub sprzedają lokale? – zastanawia się mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Obowiązujący stan prawny nie uległ w żaden sposób zmianie. Po prostu pod wpływem rzeczonej uchwały niektóre gminy uznały, że niesprzedane przez deweloperów mieszkania, które pozostają niezamieszkałe, są zajęte na prowadzenie działalności gospodarczej. W ich przypadku nie można bowiem mówić o zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych – a tylko ta okoliczność stanowi podstawę do stosowanie niższej stawki podatku. Podobne stanowisko gminy mogą wkrótce przyjąć także wobec innych przedsiębiorców posiadających niezamieszkałe budynki mieszkalne. – komentuje mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Praktyka taka pojawiła się już w Katowicach. Jej przyjęcie rozważane jest również w Krakowie. Prawdopodobnie tą drogą pójdą też inne miasta. W końcu w 2025 r. maksymalna stawka podatku w przypadku budynków mieszkalnych wynosi 1,19 zł za 1 m2. Z kolei w przypadku budynków mieszkalnych zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej stawka ta może już wynieść nawet 34 zł za 1 m2. Ponad 28 razy więcej. Dodatkowo zapłaty zwiększonego podatku można by żądać także za ewentualne wcześniejsze okresy – wraz z odsetkami.   Powyższa interpretacja jest jednak delikatnie mówiąc wątpliwa. I to wątpliwa tak z perspektywy uzasadnienia samej uchwały NSA, jak i wcześniejszego wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2021 r. (sygn. SK 39/19), czy przepisów ustawy o podatkach i opłatach lokalnych– regulującej kwestię podatku o nieruchomości.

NSA wskazał, że wyższa stawka podatku dotyczy tylko budynków mieszkalnych, które faktycznie są zajęte na prowadzenie działalności gospodarczej. Ich wynajem na cele mieszkaniowe stanowi zaś zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych najemców, a przez to działalność ta nie może być traktowana jako komercyjna. To sedno uchwały. Do kwestii tzw. pustostanów nawiązano w niej jedynie skrótowo i niejako przy okazji głównych rozważań. Z kolei już po wydaniu przez Trybunał Konstytucyjne wskazanego powyżej wyroku stało się jasnym, że samo posiadanie nieruchomości przez przedsiębiorcę nie pozwala na automatyczne przyjmowanie jej związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. Nie jest to okoliczność, która samodzielnie wystarcza do objęcia lokalu wyższą stawką podatku. Wreszcie ustawa o podatkach i opłatach lokalnych mówi o budynków mieszkalnych „zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej”. Posiadanie przez przedsiębiorcę budynku mieszkalnego, co do którego nie wykonuje on żadnych czynności, nie stanowi takiego zajęcia. Owo zajęcie jest bowiem pewną kategorią faktyczną. Polega więc na rzeczywistym wykorzystywaniu całości lub części budynku na potrzeby prowadzenia działalności gospodarczej.

„Nie ma żadnych wytycznych co do okresu przez jaki mieszkanie ma stać puste (nie wynika to z przepisów tylko z przyjętej przez niektóre miasta ich nowej interpretacji). Więc tak naprawdę idąc tokiem myślenia niektórych gmin to z chwilą nabycia/wybudowania danego lokalu/budynku staje się on częścią przedsiębiorstwa i jest zajęty do prowadzenia działalności gospodarczej. Wobec tego, najwyższa stawka podatku obowiązywać powinna od samego początku. A niższą można płacić od chwili wynajęcia takiego budynku/lokalu w celu zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych osobie fizycznej lub obowiązek zapłaty podatku ustanie z chwilą sprzedaży budynku/lokalu.”- dodaje mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Ostatecznie podejście każdej gminy może być odmienne i zależne od stanowiska przyjętego przez jej władze. Dobrą wiadomością dla przedsiębiorców jest to, że gminy nie mogą samodzielnie ustalać przedmiotu opodatkowania podatkiem od nieruchomości. Decyduje o tym ustawa – a tak, jak wskazano, nie uległa zmianie. O obowiązkach podatkowych przedsiębiorców gminy będą mogły orzec jedynie w decyzji podatkowej. Decyzja taka podlegać będzie zaskarżeniu do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Następnie zaś przedsiębiorca będzie mógł bronić swoich praw przed sądami administracyjnymi.

„Niewątpliwie możliwość pozyskania dodatkowych środków do lokalnych budżetów jest niezwykle kusząca. Pytanie tylko, czy celem gmin powinno być generowanie kolejnych sporów z przedsiębiorcami. Zwłaszcza, gdy podstawy ich ewentualnych działań są niezwykle słabe. Wynikają bowiem z wątpliwej interpretacji, nacechowanej wręcz dążeniem do osiągnięcia jak najwyższych wpływów z podatków. „- puentuje mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

17% aut w Polsce nie wjedzie do stref czystego transportu

0

Samochody benzynowe sprzed 1998 roku stanowią 3 proc. używanych aut w Polsce, a diesle sprzed 2005 roku 14 proc., jak wynika z najnowszej analizy CARFAX. Już teraz te auta nie wjadą do strefy czystego transportu w Warszawie, a niedługo w kolejnych miastach. Ich średni przebieg jest wysoki, ale odsetek pojazdów po wypadkach jest niższy niż w całej populacji aut używanych w Polsce. Wśród samochodów benzynowych to zaledwie 12 proc., a wśród diesli – 28 proc. Dla całego rynku jest to 39 proc. Dominują marki niemieckie, jak Volkswagen, Audi i Opel.

Pierwsza w Polsce strefa czystego transportu (SCT), czyli obszar, po którym mogą poruszać się tylko pojazdy spełniające określone normy emisji spalin, powstała nieco ponad rok temu w Warszawie. Nie mogą do niej wjechać (z pewnymi wyjątkami) samochody benzynowe wyprodukowane przed 1997 rokiem i samochody z silnikiem diesla wyprodukowane przed 2005 rokiem. Takie auta stanowią w sumie 17 proc. w liczącej ponad 23 mln używanych samochodów w Polsce bazie danych CARFAX – firmy dostarczającej użytkownikom raporty o historii używanych aut z wiarygodnych oraz certyfikowanych źródeł. Ponad 28-letnie samochody benzynowe stanowią w niej 3 proc., a ponad 20-letnie diesle – aż 14 proc.

W Warszawie normy emisji spalin dla samochodów wjeżdżających do strefy czystego transportu będą zaostrzane co dwa lata. Wprowadzenie SCT, niekiedy od razu bardziej restrykcyjnej, planują kolejne miasta w Polsce. W Europie to rozwiązanie funkcjonuje już w wielu miejscach.

Regulacje nie wymuszą wprost masowej wymiany aut, lecz przyspieszą selekcję. Pojazdy zużyte i tanie szybciej znikną z dużych miast, ale będą trafiać na rynek w mniejszych miejscowościach, wydłużając tam swoją eksploatację. W miastach średni wiek aut spadnie, szczególnie w segmencie prywatnym, wzrośnie udział hybryd i elektryków, ale na wsi i w tzw. Polsce powiatowej wiek floty może wręcz wzrosnąć, a rynek wtórny stanie się spolaryzowany – komentuje Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska. – Zielona transformacja transportu zależy nie tylko od restrykcji, lecz także od wsparcia w postaci dopłat, rozwoju komunikacji zbiorowej i infrastruktury. Część kierowców wybierze transport publiczny czy rower, lecz wielu, szczególnie poza dużymi miastami, potraktuje regulacje wręcz jako barierę pogłębiającą rozwarstwiania społeczne.

Wysokie przebiegi, niska szkodowość Średni przebieg używanego samochodu w Polsce to 220 tys. kilometrów. W przypadku aut benzynowych sprzed 1997 roku jest to średnio 221 tys. kilometrów, a w przypadku diesli – 319 tys. kilometrów. Co ciekawe, w obu tych grupach odsetek samochodów mających za sobą wypadki i uszkodzenia jest niższy niż dla całego polskiego rynku aut używanych, który wynosi 39 proc. Tymczasem wśród samochodów benzynowych jest to 12 proc., a wśród diesli 28 proc.[1] Pojazdy dotknięte różnego rodzaju ryzykami (jak np. nietypowe wskazania licznika) stanowią 76 proc. omawianej grupy aut benzynowych i 92 proc. diesli. Ogólny odsetek dla wszystkich aut używanych na polskich drogach wynosi 77 proc.

Niski odsetek aut po szkodach może wynikać z problemu z odszukaniem tak starych danych. W razie zainteresowania zakupem samochodu w tym wieku warto więc zachować szczególną ostrożność – mówi Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska. – Przyczyna tak dużej różnicy w przebiegach może natomiast być spowodowana faktem, że samochody benzynowe w starszych rocznikach zwykle pełniły rolę drugiego auta w gospodarstwie. Diesle częściej służyły do intensywnej eksploatacji np. we flotach, co skutkuje wyższymi przebiegami i problemem cofania liczników szczególnie w autach sprowadzanych.

  • Volkswagen i Audi dominują wśród starych aut Jeśli chodzi o najpopularniejsze modele samochodów, to w przypadku aut benzynowych sprzed 1997 roku są to:
  • Volkswagen Golf: 7 proc. pojazdów w tej grupie; średni wiek – 31 lat, średni przebieg – 209 tys. kilometrów;
  • Audi A4: 5 proc.; średni wiek – 28 lat, średni przebieg – 309 tys. kilometrów;
  • Audi 80: 4 proc.; średni wiek – 32 lata, średni przebieg – 293 tys. kilometrów;
  • Volkswagen Passat: 4 proc.; średni wiek – 29 lat, średni przebieg – 310 tys. kilometrów;
  • Opel Astra: 3 proc.; średni wiek – 29 lat, średni przebieg – 233 tys. kilometrów.

Natomiast jeśli chodzi o auta z silnikiem diesla sprzed 2005 roku, najczęściej spotkać można następujące modele:

  • Volkswagen Passat: 8 proc.; średni wiek – 23 lata, średni przebieg – 355 tys. kilometrów;
  • Volkswagen Golf: 5 proc.; średni wiek – 24 lata, średni przebieg – 299 tys. kilometrów;
  • Audi A4: 5 proc.; średni wiek – 23 lata, średni przebieg – 352 tys.kilometrów;
  • Volkswagen Transporter: 4 proc.; średni wiek – 26 lat, średni przebieg – 368 tys. kilometrów;
  • Opel Astra: 2 proc.; średni wiek – 22 lata, średni przebieg – 292 tys. kilometrów.

Aż 70 proc. samochodów benzynowych z analizowanej grupy zostało sprowadzone z zagranicy. Jedynie 9 proc. pozostaje własnością pierwszego właściciela. W przypadku starych diesli z importu pochodzi 88 proc., a w rękach pierwszego właściciela nadal znajduje się zaledwie 1,5 proc. W przypadku ogółu aut używanych w Polsce odsetki te wynoszą odpowiednio 59 proc. i 16 proc.

Mężczyźni w Polsce rzadziej sięgają po oszczędności, ale odpowiadają za 70% długów

Z badania BIG InfoMonitor wynika, że mężczyźni w Polsce radzą sobie z codziennymi wydatkami bez nadmiernego uszczuplania oszczędności, a nawet częściej niż kobiety deklarują stabilność budżetu domowego. Jednocześnie to oni dominują w statystykach zadłużenia, stanowiąc 70 proc. wartości zaległych długów w kraju.

Mężczyźni rzadziej sięgają po oszczędności, ale dominują w statystykach zadłużenia

Nie ma podstaw do twierdzenia, że mężczyźni w Polsce są rozrzutni czy nieumiejętnie zarządzają budżetem domowym – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor. Zdecydowana większość z nich deklaruje, że potrafi pokryć bieżące wydatki i podstawowe potrzeby bez sięgania do zgromadzonych rezerw finansowych. Jednocześnie jednak dane z rejestrów BIG InfoMonitor i Biura Informacji Kredytowej pokazują, że panowie stanowią główną grupę dłużników w kraju.

Finanse codzienne: większa płynność niż u kobiet

Według badania aż 72 proc. mężczyzn nie musi wykorzystywać oszczędności na codzienne potrzeby. Dla porównania – wśród kobiet odsetek ten jest niższy. Z rezerw finansowych korzysta jedynie 28 proc. panów, co może świadczyć o większej kontroli nad wydatkami lub wyższej płynności finansowej.

Oszczędności, jeśli są wykorzystywane, przeznaczane są głównie na podstawowe potrzeby. Najczęściej wskazywane kategorie wydatków to:

  • zakupy spożywcze (34 proc.),
  • opłaty stałe (32 proc.),
  • usługi medyczne (31 proc.),
  • leki (26 proc.).

Znacznie rzadziej oszczędności finansują wydatki związane z hobby (14 proc.), rozrywką (13 proc.) czy utrzymaniem zwierząt (9 proc.). Wskazuje to na priorytetowe traktowanie podstawowych obszarów życia.

– Poduszka finansowa w przypadku mężczyzn służy głównie do pokrywania kosztów życia, a nie wyłącznie nagłych sytuacji. Warto jednak wdrożyć mechanizmy systematycznego oszczędzania, np. automatyczne przelewy czy wyodrębnienie celowych funduszy – radzi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Spłata zobowiązań z oszczędności

Co piąty mężczyzna wykorzystuje rezerwy finansowe do spłaty kredytów lub pożyczek. Może to świadczyć o rosnącym obciążeniu finansowym, ale też o odpowiedzialnym podejściu do unikania spirali zadłużenia.

– Zamiast zaciągać nowe zobowiązania na spłatę starych, mężczyźni częściej sięgają po własne środki. To pozytywny sygnał, jednak równocześnie pogłębia się problem zadłużenia już istniejących dłużników – wskazuje Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor.

Według danych rejestrowych, w ciągu trzech ostatnich lat liczba zadłużonych mężczyzn spadła o ponad 110 tys. osób, ale suma ich przeterminowanych zobowiązań wzrosła o blisko 3 mld zł.

Statystyki zadłużenia: dominacja mężczyzn

Na koniec lipca 2025 roku ponad 1,5 mln mężczyzn miało łącznie prawie 60 mld zł zaległych długów. To aż 70 proc. ogólnej kwoty zadłużenia wszystkich dorosłych Polaków. Średnia wartość zaległości przypadająca na jednego mężczyznę wynosi obecnie ponad 38 tys. zł, czyli o 4,3 tys. zł więcej niż dwa lata wcześniej.

Eksperci zwracają uwagę, że problemy finansowe koncentrują się w mniejszej grupie dłużników niż wcześniej, jednak ich kwoty zadłużenia są wyższe. Zjawisko to może wynikać m.in. z większej skłonności mężczyzn do ryzykownych decyzji finansowych, takich jak inwestycje, kredyty konsumenckie czy zakupy na raty.

– Mężczyźni częściej podejmują decyzje finansowe pod wpływem impulsu i rzadziej korzystają z doradztwa czy programów pomocowych. Do tego dochodzi presja społeczna roli „żywiciela rodziny”, co prowadzi do dodatkowych zobowiązań, np. kredytów mieszkaniowych czy edukacyjnych – podsumowuje Szarkowski.

97% menedżerów widzi zyski z AI. Agentic AI wciąż w blokach startowych

Blisko cała (97%) kadra kierownicza wyższego szczebla, której organizacje inwestują w sztuczną inteligencję, odnotowuje zwrot z poniesionych nakładów. To wnioski płynące z badania EY US AI Pulse. Ponadto organizacje przeznaczające co najmniej 5% swojego budżetu na AI, w porównaniu do angażujących mniejsze środki, rozwijają się szybciej, szczególnie w zakresie modernizacji technologii (82% do 62%), satysfakcji klienta (78% do 55%) i cyberbezpieczeństwa (78% do 49%). Dodatkowo tylko co trzeci (34%) badany twierdzi, że ich organizacje rozpoczęły już wdrażanie technologii agentowego AI (Agentic AI).

Im większa inwestycja w AI, tym wyższy zwrot

Badanie pokazuje serię zależności. Z jednej strony mamy entuzjazm świata biznesu wobec AI, z drugiej zaś poważne ograniczenia (jak choćby czas wdrożenia i brak wiedzy). Największe korzyści odnoszą ci, którzy stawiają na rozwiązania na dużą skalę. Z odpowiedzi wynika, że organizacje, które zainwestowały co najmniej 5% swojego całkowitego budżetu w rozwiązania AI, uzyskały o wiele wyższy zwrot (ROI) w porównaniu z tymi, które przeznaczyły mniejsze środki. Najlepsze wyniki osiągnięto w takich obszarach, jak unowocześnienie technologii (82% vs. 62%), satysfakcja klienta (78% vs. 55%), cyberbezpieczeństwo (78% vs. 49%), przewaga konkurencyjna (76% vs. 43%) i innowacja produktowa (74% vs. 43%).

Z badania EY US AI Pulse wynika, że chociaż zwrot z inwestycji w AI jest wysoki, istnieje znaczna różnica między zaangażowaniem liderów wyższego szczebla w implementację tej technologii, a jej pełnym wdrożeniem. Co trzeci (34%) ankietowany rozpoczęły już wdrażanie Agentic AI. Jednak tylko 14% twierdzi, że technologia ta została w pełni zaimplementowana. Organizacje wykorzystują agentową AI do wspomagania i zarządzania procesami (86%), w szczególności do usprawniania marketingu oraz obsługi klienta (55%), poprawy efektywności IT (55%) i cyberbezpieczeństwa (51%).

– Sektor bankowy jest jednym z sektorów, w którym AI jest najszybciej implementowany w organizacjach. Dane są cennym aktywem, efektywność analizy informacji jest tu kluczowa. Technologia wspomaga równocześnie zespoły sprzedaży, obsługi klienta, ale jest też wykorzystywana w procesie zapobiegania praniu brudnych pieniędzy. Jednocześnie ta branża, jako obszar podlegający bardzo ścisłym regulacjom, duży nacisk kładzie na zapewnienie bezpieczeństwa danych – mówi Wojciech Soleniec, Partner w Zespole Technology Consulting, EY Polska.

Ostrożność czy obawa?

Początki Agentic AI są więc obiecujące, ale do pełnego wdrożenia daleko. Skąd bierze się ujawnione w badaniu ostrożne tempo implementacji? Ponad połowa badanych (57%) uważa, że kadra kierownicza wyższego szczebla w ich branży, a nawet w ich własnej organizacji (54%), nie rozumie korzyści płynących z używania sztucznej inteligencji opartej na agentach.

Autorzy raportu uważają to za pewien paradoks. Blisko 3/4 (73%) liderów wyższego szczebla wierzy, że pewnego dnia całe jednostki biznesowe będą zarządzane przez sztuczną inteligencję opartą na agentach, ale jednocześnie 87% z nich zauważa poważne bariery. Kluczowe problemy są związane z obawami dotyczącymi cyberbezpieczeństwa (35%), prywatności danych (30%), brakiem regulacji dotyczących wykorzystania sztucznej inteligencji opartej na agentach oraz brakiem polityki firmy dotyczącej tego rodzaju technologii (po 21%).

– Sztuczna inteligencja oparta na agentach działa autonomicznie, rozumie kontekst, planuje wymagane czynności i działa zgodnie z nimi, realizuje złożone cele krok po kroku. Ponadto – mając dostęp do odpowiednio kontrolowanych źródeł danych, wiedzy i systemów – wymaga jedynie ograniczonego nadzoru. W najbliższych latach można spodziewać się, że agenci AI będą transformować takie obszary jak sprzedaż, obsługa klienta oraz zarządzanie procesami biznesowymi. Z doświadczeń polskich firm wynika, że po okresie początkowej fascynacji nową technologią, przychodzi czas weryfikacji biznesowej przydatności. Dostawcy rozwiązań AI powinni coraz mocniej skupiać się na tym, w jaki sposób ich rozwiązania i udostępniane usługi pozwolą uzyskać wymierne korzyści dla klientów. Potwierdzają to motywacje do wdrożenia AI wśród rodzimych przedsiębiorstw. Według badania „Jak polskie firmy wdrażają AI” działania te najczęściej (42%) pozwalają na poprawę jakości usług, a w dalszej kolejności pomagają zwiększyć skalę działalności (36%) oraz zmniejszać koszty działania (31%) – przypomina Bartosz Pacuszka, Partner EY Polska, Lider zespołu AI Technology.

Obecnie rośnie liczba ankietowanych przewidujących, że w ciągu najbliższego roku ich organizacja poświęci większą ilość czasu na szkolenie pracowników w zakresie odpowiedzialnego korzystania ze sztucznej inteligencji. Ten wskaźnik podnosi się z badania na badanie i obecnie (3. fala) sięga 59%, początkowo (1. fala) wynosił 49%. Prawie 2/3 (65%, w porównaniu do 49% w 1 fali) liderów spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy czas przeznaczony na szkolenia będzie jeszcze dłuższy.

Z badania wynika również, że intensywny nacisk na szkolenia odnosi się do podstawowego problemu: większość (64%) ankietowanych uważa, że wdrażanie sztucznej inteligencji opartej na agentach będzie hamował strach przed zastąpieniem człowieka technologią. Jedna czwarta (24%) badanych wskazuje niechęć pracowników jako jedną z największych barier we wdrażaniu sztucznej inteligencji opartej na agentach w swojej organizacji. Zdecydowana większość (89%) badanych twierdzi, że choć są optymistycznie nastawieni do korzyści płynących ze sztucznej inteligencji, kluczowa w podejmowaniu decyzji będzie i tak interwencja człowieka.

O badaniu
Trzecią edycję badanie EY US AI Pulse (są przeprowadzane od 2024 roku co ok. 6 miesięcy) objęło 500 decydentów (na stanowisku przynajmniej senior vice-president) zatrudnionych w USA m.in. w sektorach zdrowia, nauk przyrodniczych, energetyki, technologii, mediów i telekomunikacji, administracji publicznej, dóbr konsumpcyjnych i handlu detalicznego. Ankietę przeprowadzono w kwietniu 2025 roku.

Jak nowoczesne oprogramowanie wspomaga firmy?

Prowadzisz firmę i czujesz, że toniesz w papierach, a Excel zaczyna przypominać potwora o tysiącu zakładek? Zlecenia giną w mailach, klienci dopytują o statusy, a Ty nie masz pojęcia, ile tak naprawdę towaru zostało w magazynie? Spokojnie, to nie oznaka porażki, ale naturalny etap rozwoju. Każde przedsiębiorstwo w pewnym momencie dochodzi do ściany, której nie da się przebić, pracując „po staremu”. Ta ściana to granica wydajności manualnych procesów.

Dlaczego cyfryzacja to dziś konieczność?

Cyfryzacja to nie jest już futurystyczna wizja dla korporacji z Doliny Krzemowej. Programy takie jak ERP Optima wspomagają zarówno większe, jak i mniejsze przedsiębiorstwa. To codzienna rzeczywistość i warunek przetrwania na konkurencyjnym rynku, niezależnie od tego, czy prowadzisz niewielki sklep internetowy, firmę usługową czy zakład produkcyjny. Chodzi o to, by technologia zaczęła pracować dla Ciebie, a nie Ty dla niej.

Można by pomyśleć, że dopóki biznes się kręci, nie ma sensu niczego zmieniać. To pułapka, w którą wpada wielu przedsiębiorców. Cyfrowa transformacja nie polega na kupowaniu drogich gadżetów, ale na fundamentalnej zmianie sposobu myślenia o procesach. Zamiast gasić pożary, zaczynasz im zapobiegać.

Automatyzacja a czas

Po pierwsze, automatyzacja procesów uwalnia czas Twojego zespołu. Pomyśl o wszystkich powtarzalnych zadaniach: ręczne wystawianie faktur, przepisywanie danych między systemami, wysyłanie tych samych maili z przypomnieniami. Dobre oprogramowanie może robić to wszystko za Ciebie, 24 godziny na dobę, bez pomyłek i nadgodzin. Twoi pracownicy mogą w tym czasie skupić się na tym, co przynosi realną wartość – obsłudze klienta, sprzedaży czy opracowywaniu nowych strategii.

Dostęp do informacji

Po drugie, zyskujesz dostęp do danych w czasie rzeczywistym. Zamiast czekać do końca miesiąca na raport od księgowej, możesz w każdej chwili sprawdzić rentowność danego projektu, stan magazynowy konkretnego produktu czy historię kontaktów z klientem. Decyzje przestają być oparte na intuicji, a zaczynają na twardych danych. To daje Ci gigantyczną przewagę, bo pozwala szybko reagować na zmiany rynkowe i unikać kosztownych błędów.

Skalowanie biznesu

Po trzecie, to fundament pod dalszy, skalowalny rozwój. Ręczne procesy mają swój limit. Nie jesteś w stanie obsłużyć 1000 zamówień dziennie w ten sam sposób, co 10. Cyfrowe systemy są zaprojektowane tak, by rosnąć razem z Twoją firmą. Dodanie nowego pracownika, otwarcie kolejnego oddziału czy wejście na nowy rynek staje się znacznie prostsze, gdy masz solidną, cyfrową infrastrukturę.

Od czego zacząć? Przegląd oprogramowania, które napędza biznes

Świat oprogramowania dla firm jest ogromny i można się w nim pogubić. Dlatego ważne jest, aby zacząć od zdiagnozowania swoich największych „bolączek”. Gdzie tracisz najwięcej czasu? Gdzie najczęściej pojawiają się błędy? Oto kilka podstawowych kategorii narzędzi:

  1. Systemy CRM (Customer Relationship Management): Jeśli Twoim największym wyzwaniem jest chaos w kontaktach z klientami, to jest rozwiązanie dla Ciebie. CRM to centralna baza wiedzy o wszystkich Twoich klientach – obecnych i potencjalnych. Przechowuje historię rozmów, maili, ofert i transakcji. Dzięki niemu zespół handlowy wie dokładnie, na jakim etapie jest każdy klient, a dział obsługi ma pod ręką wszystkie potrzebne informacje.
  2. Programy do fakturowania i księgowości: To absolutna podstawa. Nowoczesne programy księgowe to znacznie więcej niż tylko wystawianie faktur. Automatyzują księgowanie, łączą się z bankiem, pilnują terminów płatności i generują wymagane pliki. Dla małych firm często jest to pierwszy krok w świat cyfryzacji.
  3. Narzędzia do zarządzania projektami i zadaniami: Idealne dla agencji kreatywnych, firm IT, budowlanych i wszędzie tam, gdzie praca opiera się na projektach. Narzędzia takie jak Asana, Trello czy Jira (choć to tylko przykłady) pozwalają rozpisać projekt na zadania, przypisać je do konkretnych osób, ustalić terminy i śledzić postępy. Zapewniają przejrzystość i poprawiają komunikację w zespole.
  4. Zintegrowane systemy ERP (Enterprise Resource Planning): To najwyższy poziom organizacji. System ERP to cyfrowy kręgosłup firmy, który łączy wszystkie jej obszary w jeden spójny organizm. Sprzedaż, magazyn, księgowość, kadry, produkcja – wszystko działa w jednym miejscu i na jednej bazie danych.

Podsumowanie

Pamiętaj, że celem cyfryzacji nie jest posiadanie najnowszego oprogramowania, ale sprawienie, by Twoja firma działała sprawniej, pracownicy byli bardziej zadowoleni, a klienci lepiej obsłużeni. To proces, który pozwala uwolnić potencjał Twojej organizacji i skoncentrować się na tym, co naprawdę ważne – na jej rozwoju.

PFR Ventures inwestuje 30 mln EUR w Expeditions II

0

PFR Ventures zainwestowało 30 mln EUR (~130 mln PLN) w Expeditions II. Środki pochodzą z programu PFR Deep Tech, który Polski Fundusz Rozwoju ogłosił w maju tego roku. Łącznie z wkładem inwestorów prywatnych, do funduszu trafi 100 mln EUR, a jego docelowa kapitalizacja ma jeszcze wzrosnąć do 150 mln EUR z końcem tego roku. Budżet ten zostanie wykorzystany na inwestycje w spółki z sektora zaawansowanych technologii z potencjałem podwójnego zastosowania.

Expeditions to fundusz venture capital założony przez Mikołaja Firleja i Stanisława Kastorego, inwestujący w spółki rozwijające technologie związane z bezpieczeństwem i obronnością. W ramach pierwszego wehikułu uruchomionego w 2021 roku, zarządzający zapewnili kapitał między innymi dla Alpine Eagle, Blackwall czy Labrys. Wspierali także polskie projekty takie jak Molecule.one, Nethone czy Oblivious. Część z tych firm była także finansowana przez inne fundusze z portfela PFR Ventures.

Nowy fundusz sfinansuje rozwój około 30 firm. Strategia inwestycyjna obejmuje projekty oparte na zastosowaniu sztucznej inteligencji i innych zaawansowanych technologii w obszarach obronności, cyberbezpieczeństwa, innowacji kwantowych i sektora kosmicznego.

PFR Deep Tech to inwestycja w przyszłość polskiej gospodarki. Cieszy, że pierwsze środki z tego programu zostały już zakontraktowane w polskich funduszach wspierających rozwój spółek tworzących przełomowe technologie. To kapitał, który wzmacnia innowacyjność i nasze bezpieczeństwo strategiczne – powiedział Andrzej Domański, Minister Finansów i Gospodarki.

Inwestycja w Expeditions w ramach PFR Deep Tech to istotny krok w realizacji naszego flagowego programu. Inwestujemy w fundusz z polskimi founderami, o wysokich kompetencjach i nastawieniu na budowę wartości spółek rozwijających najbardziej zaawansowane technologie. To element szerszej strategii PFR, aby mobilizować dodatkowy kapitał prywatny i stworzyć pełne warunki do rozwoju przełomowych technologii w Polsce. Rosnące w całej Europie wydatki na obronność tworzą wyjątkowe okno możliwości, które jako Państwo musimy wykorzystać do budowy ekosystemu dla polskich innowacji – wskazuje Mikołaj Raczyński, wiceprezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju odpowiedzialny za obszar inwestycji.

Nasze wieloletnie doświadczenie w inwestycjach w fundusze VC i PE pozwala nam szybko wdrażać nowe programy. Jestem bardzo zadowolony z tempa, w jakim ogłaszamy pierwszą umowę w ramach PFR Deep Tech. Alokowane przez nas środki pozwolą na rozwój polskiego rynku zaawansowanych technologii, a połączenie z kapitałem prywatnym zagwarantuje precyzyjny dobór spółek o największym potencjale – komentuje Aleksander Mokrzycki, wiceprezes PFR Ventures. – Pracujemy także nad pozostałymi ofertami, jakie otrzymaliśmy od zespołów zarządzających. Spodziewam się, że w najbliższych tygodniach ogłosimy przynajmniej jeszcze jedną inwestycję w ramach tego programu – dodaje.

Expeditions inwestuje w spółki technologiczne na wczesnym etapie rozwoju w branży bezpieczeństwa od 2021 roku. W szybkim czasie udało nam się zbudować wiodącą pozycję
w Europie. Naszym celem jest wsparcie najbardziej ambitnych przedsiębiorców w rozwoju produktów które będą przyszłością Europejskiego sektora zbrojeniowego i nowej strategii odstraszania. Polska ma szansę zostać centrum technologii podwójnego zastosowania i jesteśmy dumni, że będziemy mogli wspólnie z PFR pracować, aby osiągnąć ten cel
– skomentował Mikołaj Firlej, współzałożyciel i partner zarządzający w Expeditions.

W budżecie programu PFR Deep Tech pozostaje jeszcze ponad połowa z przewidzianych 300 mln PLN. Kapitał ten zostanie alokowany do kolejnych funduszy venture capital, które planują inwestować w polskie projekty z zakresu zaawansowanych technologii. W portfelu PFR Ventures znajduje się aktualnie 20 aktywnych funduszy Venture Capital, których kapitał pozwala na sfinansowanie blisko 400 polskich firm.

Galerie na wakacyjnym minusie. Najbardziej straciły duże obiekty

Podczas letnich obniżek cenowych liczba klientów w galeriach i centrach handlowych spadła o 3,9% w porównaniu z analogicznym okresem 2024 roku. Dodatkowo w ujęciu rocznym nastąpił spadek liczby wizyt o 1,4%. Z kolei o 5,2% zmniejszył się rdr. średni czas spędzany w tego typu placówkach. Tak wynika z niedawno opublikowanego raportu branżowego. Zdaniem komentujących go ekspertów, spadki, o ile są zauważalne, nie powinny raczej nikogo niepokoić. Wyżej wymienione obiekty handlowe nadal mają swoje miejsce na rynku. Znawcy tematu dodają również, że po ww. danych widać też, że cały rynek się zmienia.

Od 26 czerwca do 31 sierpnia br. podczas letnich wyprzedaży w galeriach i centrach handlowych ubyło rdr. 3,9% klientów, zaś liczba wizyt zmalała o 1,4% rdr. Z kolei o 5,2% rdr. zmniejszył się średni czas spędzany w takich placówkach. Wzrosła za to o 2,6% rdr. częstotliwość wizyt. Tak wynika z niedawno opublikowanego raportu firmy technologicznej Proxi.cloud i Grupy Blix, opartego na analizie zachowań niemal 1,5 mln konsumentów odwiedzających 714 galerii i centrów handlowych.

– Spadek ilości wizyt i liczby klientów rok do roku jest niewielki i nie przekracza 4%, co nie powinno być niepokojące ani dla placówek handlowych, ani też dla całej branży. Tak niewielkie zmiany mogły w znacznej części być spowodowane przez czynniki losowe. Okres wakacji wiąże się ze zwiększoną mobilnością konsumentów, co również mogło się przełożyć na zmniejszoną liczbę odwiedzin w galeriach i centrach handlowych – wskazuje Mateusz Nowak z Proxi.cloud.

Z kolei Mateusz Chołuj z tej samej firmy zauważa, że ruch w ww. placówkach zmniejszył się tylko nieznacznie rok do roku. Oznacza to, że wizyty w obiektach stacjonarnych nadal pozostają ważnym elementem zakupów dla konsumentów. Najbardziej istotnym wnioskiem jest jednak zmiana sposobu korzystania z tych miejsc. Klienci odwiedzają galerie częściej, ale spędzają w nich mniej czasu. W podobnym tonie wypowiadają się pozostali współautorzy raportu.

– Konsumenci zmieniają sposób korzystania z tych miejsc, ale nie jest to powód do niepokoju. Wzrost częstotliwości wizyt o 2,6% rdr. pokazuje, że Polacy nadal regularnie odwiedzają galerie i centra handlowe, lecz robią to częściej i bardziej celowo, spędzając tam mniej czasu. Coraz częściej łączą wizyty z konkretnym zadaniem, np. z odbiorem zamówienia, szybkimi zakupami czy krótkim spotkaniem w gastronomii – podkreśla Marcin Lenkiewicz z Grupy Blix.

Dane z opracowania mogą sugerować również, że mamy do czynienia z ogólnie mniejszym zainteresowaniem wyprzedażami letnimi we wszystkich sektorach handlu. Jednocześnie takie zmiany w ruchu konsumentów są także efektem czynników sezonowych i migracji turystycznych, zwłaszcza do miejsc z ograniczoną liczbą tego typu obiektów handlowych.

– Dodatkowo lato było chłodniejsze i bardziej kapryśne, niż oczekiwano. Lipiec i pierwsza połowa sierpnia przyniosły temperatury czasem poniżej norm, częste opady oraz mniej dni typowo gorących. To oznacza, że konsumenci mogli słabiej odczuwać potrzebę kupowania letnich nowości – w tym ubrań, strojów plażowych czy dodatków, bo pogoda nie dawała ku temu okazji – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Grupy Blix.

Do tego ekspert zauważa, że widać również bardziej selektywne podejście konsumentów do galerii i centrów handlowych. Polacy odwiedzają je przede wszystkim wtedy, gdy mają konkretny cel, a nie dla samego spaceru czy rozrywki. I to w zasadzie powoduje, że wizyty są krótsze i mniej spontaniczne, ale częstsze.

– Nastąpił rozwój dyskontowej sprzedaży, choćby kategorii niespożywczych. Oferty sieci typu Action, KiK czy Pepco trafiają w potrzeby konsumentów i są często naprawdę atrakcyjne. Innym czynnikiem wpływającym na odpływ konsumentów z galerii i centrów handlowych w czasie wakacji jest po prostu sezon wakacyjny. Wówczas wielu produktów nie potrzebujemy. Sezon świąteczny powinien zmienić sytuację – uważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku retailowego i były dyrektor generalny POHiD-u.

Z raportu wynika też, że podczas tegorocznych letnich wyprzedaży największy udział w ruchu klientów miały galerie małe (tj. od 5 tys. do 20 tys. mkw.) – 24,9% (rok wcześniej – 24,8%). Dalej widzimy największe obiekty (tj. powyżej 60 tys. mkw.) – 23,9% (poprzednio – 24,3%). Z kolei na końcu znajdują się galerie duże (tj. od 40 tys. do 60 tys. mkw.) – 11,8% (rok wcześniej – 12,4%).

– Jak pokazuje struktura ruchu, konsumenci wybierają obiekty z dwóch przeciwstawnych biegunów – te najmniejsze oraz te największe. Małe obiekty wygrywają dostępnością i wygodą. Często znajdują się blisko miejsca zamieszkania, pozwalają szybko zrobić zakupy i są naturalnym wyborem w codziennym funkcjonowaniu. Z kolei największe galerie przyciągają szeroką ofertą marek, której nie znajdziemy w mniejszych obiektach, a dodatkowo stają się miejscem spędzania wolnego czasu – zauważa Mateusz Chołuj.

Jego zdaniem, galerie średnie czy duże, nie zawsze mają tak wyrazistą przewagę. Jeśli nie oferują unikalnych marek czy atrakcji, trudniej im konkurować zarówno z małymi, codziennymi centrami, jak i z dużymi kompleksami rozrywkowo-zakupowymi. Dlatego obok samej wielkości obiektu kluczowe znaczenie ma jego profil, dobór najemców i dopasowanie oferty do lokalnych potrzeb.

– Struktura ruchu pokazuje, że klienci coraz częściej wybierają mniejsze galerie – prawie 25% całego ruchu – ze względu na bliskość, łatwy dojazd i możliwość szybkich zakupów. Największe centra wciąż przyciągają dużą część ruchu, ale ich udział minimalnie spada, co sugeruje, że wizyty są bardziej okazjonalne i zaplanowane. Galerie średnie tracą, bo nie oferują ani pełnego doświadczenia zakupowego jak największe obiekty, ani wygody małych centrów. Kluczowe znaczenie ma więc połączenie lokalizacji i odpowiedniego miksu marek. Oferta wyprzedaży jest ważna, ale to wygoda i szybkość wizyty decydują, dokąd pojedzie klient – dodaje Marcin Lenkiewicz.

Ponadto z raportu wynika, że podczas letnich wyprzedaży liczba klientów spadła rdr. we wszystkich województwach. Najbardziej to widać w kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim – odpowiednio 6,4% i 6,3%, a najmniej – w łódzkim – 2,4%. Z kolei liczba wizyt rdr. zmalała w dziesięciu województwach, a wzrosła w sześciu. Najmocniejszy spadek odnotowano w świętokrzyskim – o 7,6%, a największy wzrost – w pomorskim – o 2,7%.

– Różnice między województwami pokazują, że na zachowania zakupowe wpływa nie tylko sama atrakcyjność wyprzedaży. Liczą się też czynniki lokalne, tj. siła nabywcza mieszkańców czy dostępność alternatywnych form zakupów. Większe spadki w województwach kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim mogą wynikać z mniejszej zasobności konsumentów i ograniczonej oferty. Z kolei wzrosty w województwie pomorskim czy warmińsko-mazurskim mogą mieć związek z sezonem i napływem turystów – ocenia Mateusz Chołuj.

Dr Maria Andrzej Faliński uzupełnia, że galerie i centra kojarzą się z lepszym doświadczeniem zakupowym i butikami. Idzie się do nich w konkretnym celu, a nie na standardowe cotygodniowe zakupy. Handel tam oznacza jednak więcej kosztów stałych, co przekłada się na ceny, a konsumenci nie chcą przepłacać. To jasne, ponieważ niby rosną płace, ale nie oznacza to zwrotu do większych wydatków konsumpcyjnych. Centra także to odczuwają.

Raport SIRP: 3,6 mld zł oszczędności dzięki importowi równoległemu (2019–2024), ponad 720 mln zł w 2024 r.

Raport Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych pokazuje, że w ostatnich pięciu latach system ochrony zdrowia zaoszczędził dzięki importowi równoległemu leków prawie 3,6 mld zł, a roczne oszczędności sięgają średnio 600 mln zł . Są to środki, które można przekazać na inwestycje w system ochrony zdrowia, m.in. na nowoczesne terapie SMA oraz in vitro, wynagrodzenia medyków czy nowe karetki. Obecnie w resorcie zdrowia trwają prace nad nowelizacją ustawy refundacyjnej dotyczącej rynku farmaceutycznego, która jest szansą, by odblokować pełen potencjał oszczędności z importu równoległego.

Dane do raportu przygotowała niezależna firma badawcza IQVIA – czołowy globalny dostawca zaawansowanych rozwiązań analitycznych i technologicznych w branży farmaceutycznej.

3,6 mld zł całkowitych oszczędności dla systemu ochrony zdrowia

Wydatki budżetowe na ochronę zdrowia rosną z roku na rok, a lista potrzeb jest coraz dłuższa – od finansowania nowoczesnych terapii, przez wyższe wynagrodzenia personelu medycznego, aż po inwestycje w infrastrukturę szpitalną i sprzęt. W tej sytuacji każda zaoszczędzona złotówka ma ogromne znaczenie.

Jednym z mechanizmów, który pozwala realnie obniżać koszty systemu ochrony zdrowia jest import równoległy leków. Według raportu „Wpływ importu równoległego na konkurencyjność na rynku leków w Polsce w latach 2019-2024” przygotowanego na zlecenie Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych, dzięki importowi równoległemu w latach 2019-2024 polski system ochrony zdrowia zaoszczędził łącznie ponad 3,6 miliarda złotych, w tym ponad 35,8 miliona złotych w grupie leków refundowanych. To kwota, która mogłaby sfinansować terapię dziesiątek tysięcy pacjentów lub zakup nowoczesnych technologii medycznych.

Ratunek dla chorych dzieci i par starających się o dziecko

W samym tylko 2024 roku zarówno pacjenci, jak i system ochrony zdrowia zyskali ponad 722 mln zł. Rocznie jest to średnio ok. 600 mln zł. Są to kwoty, jakie pomogłoby sfinansować np. leczenie dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni czy terapie leczenia bezpłodności.

Od września 2022 roku w Polsce dzieci z SMA (Rdzeniowy Zanik Mięśni – choroba śmiertelna bez leczenia),  w wieku do 6 miesięcy, mogą otrzymać refundowaną terapię genową Zolgensma®. Jednorazowe podanie leku może poprawić stan chorego. Koszt jednej dawki wynosi około 10 mln zł, a rocznie możliwe jest wyleczenie 60 dzieci. Oznacza to, że cały budżet NFZ na leczenie SMA można sfinansować dzięki oszczędnościom z importu równoległego leków. Pieniądze te mogłyby trafić bezpośrednio do dzieci potrzebujących leczenia.

Roczny budżet terapii in vitro w Polsce wynosi 600 mln zł w 2025 r. To dokładnie tyle samo, ile wynoszą roczne oszczędności z importu równoległego.

Polski nie stać na to, by nie korzystać z importu równoległego

Import równoległy działa w prosty sposób: importerzy równolegli sprowadzają oryginalne leki z innych krajów Unii Europejskiej, gdzie są one tańsze. Takie produkty – po odpowiednim przepakowaniu i uzyskaniu zezwoleń – trafiają na polski rynek. To sprawia, że ceny spadają nie tylko w przypadku leków sprowadzonych, ale również w segmencie leków oferowanych przez innych producentów – bo presja konkurencji wymusza obniżki, działa wówczas prawo tzw. dźwigni konkurencyjnej. Leki z importu równoległego mogą być tańsze nawet do 30 %.

Import równoległy pokazuje, że można racjonalnie gospodarować publicznymi pieniędzmi, bez kompromisów w zakresie stosunku ceny do jakości medykamentów. Import równoległy to narzędzie, z którego warto korzystać szerzej, szczególnie teraz, gdy budżet ochrony zdrowia jest pod ogromną presją – mówi Tomasz Dzitko, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych.

Trwające obecnie prace nad nowelizacją ustawy refundacyjnej stanowią szansę na zwiększenie udziału leków z importu równoległego w rynku, na wzór rozwiązań funkcjonujących w UE już od 50 lat, co pozytywnie wpływa na wzrost udziału leków z importu równoległego w puli leków refundowanych. W Polsce jest on nadal marginalny i stanowi obecnie około 1% sprzedaży leków w aptekach, z czego produkty refundowane z importu równoległego stanowią jedynie 0,25% wszystkich leków refundowanych na rynku, podczas gdy w krajach UE udział leków z importu równoległego jest dużo wyższy – na ryku niemieckim wynosi ok. 8%, a w Danii sięga nawet 30%. Dzięki importowi równoległemu pacjenci mają dostęp do tych samych produktów w korzystniejszej cenie.

Branża, włączając się w uzgodnienia międzyresortowe, apeluje o jasne i przejrzyste zasady funkcjonowania rynku importu równoległego poprzez uproszczenie procedur i zniesienie ustawowych zbędnych barier administracyjnych. Stanowisko branży popierają Federacja Pacjentów Polskich, Federacja Konsumentów, Związek Pracodawców Hurtowni Farmaceutycznych, Związek Zawodowy Pracowników Farmacji.

– Istotną wartością na rynku farmaceutycznym, obok wysokich standardów jakości, dobrych praktyk dystrybucyjnych, jest konkurencja. Importerzy równolegli wnoszą tę konkurencję bezpośrednio konkurując z producentami poszczególnych marek na rynku. – stwierdza Andrzej Stachnik, Prezes Związku Pracodawców Hurtowni Farmaceutycznych (ZPHF) w piśmie do Stowarzyszenia.

Złotówka za złotówkę

W 2024 r. wartość sprzedaży importu równoległego do aptek i szpitali wyniosła łącznie ok. 617 mln zł. Zestawienie tego z 723 mln zł oszczędności rynkowych oznacza, że każda 1 zł obrotu IR wygenerowała ok. 1,18 zł oszczędności, czyli nawet więcej niż złotówka za złotówkę!

Każda złotówka obrotu importem równoległym daje systemowi co najmniej złotówkę oszczędności, a w 2024 r. było to ok. 1,18 zł. To dowód, że konkurencja działa, a pacjenci i cały system ochrony zdrowia realnie na niej korzystają.

Ponad 3,6 mld zł oszczędności przez 6 lat to nie jednorazowy strzał, tylko trwały efekt rynkowy. Tańsze produkty IR oraz spadki cen leków referencyjnych w ich grupach. IR to oryginalne leki tego samego wytwórcy, tylko pozyskane z rynków, gdzie cena była niższa, w pełni legalnie i bezpiecznie.

Każda złotówka zaoszczędzona na lekach to złotówka, którą można przeznaczyć na nowe terapie, dodatkowe świadczenia czy inwestycje w zakup np. nowych karetek. Import równoległy to proste, sprawdzone rozwiązanie, które działa w całej Europie i przynosi korzyści nie tylko pacjentom, ale i całemu systemowi zdrowia – dodaje Jana Nowak-Blahova, Wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych.

Zapraszamy do lektury najnowszego raportu, który pokazuje, jak import równoległy wpływa na dostępność leków i oszczędności, zarówno dla pacjenta, jak i w systemie ochrony zdrowia. To konkretne dane i analizy, z którymi warto się zapoznać.

Transport w kryzysowej luce. Rośnie zadłużenie, maleją przewozy

Branża transportowo-spedycyjno-logistyczna w Polsce w drugiej połowie 2025 r. jest w stanie dalekim od stabilności. Choć pojawiają się oznaki ożywienia, dane finansowe i statystyki niewypłacalności pokazują, że sektor znalazł się w jednym z najtrudniejszych okresów ostatnich lat. Przedsiębiorcy muszą radzić sobie nie tylko z rosnącymi zaległościami w płatnościach, które według danych Krajowego Rejestru Długów wynoszą już 16,4 mld zł, ale też z wysokimi kosztami operacyjnymi, falą restrukturyzacji i spadkiem faktycznych wolumenów przewozowych.

Drugi kwartał 2025 r. przyniósł ożywienie na rynku krajowych przewozów – liczba ofert frachtów wzrosła aż o 63 proc. rok do roku. Widać także wyraźne zwiększenie liczby zleceń importowych z Niemiec i Francji. Jednak dane Głównego Urzędu Statystycznego, analizowane przez Polski Instytut Transportu Drogowego, pokazują, że rzeczywistość przewozowa jest znacznie trudniejsza.

W pierwszym półroczu 2025 r. transportem samochodowym przewieziono 115,99 mln ton ładunków, czyli o 13,4 proc. mniej niż rok wcześniej. Czerwiec okazał się najsłabszym miesiącem półrocza – 18,25 mln ton towarów oznacza spadek o 15,5 proc. w porównaniu z czerwcem 2024 r. Zmalała także praca przewozowa, co oznacza, że spadki dotyczą nie tylko liczby przewiezionych ton, ale i odległości, na jaką ładunki są transportowane.

Co więcej, statystyki GUS nie obejmują najmniejszych podmiotów zatrudniających poniżej dziewięciu osób. To istotne, bo właśnie w tej grupie – w mikroprzedsiębiorstwach dominujących w transporcie drogowym – sytuacja finansowa jest zwykle najgorsza. Dane PITD potwierdzają, że choć przychody całego sektora TSL w I kwartale wzrosły o 4,9 proc., to w samym transporcie lądowym zanotowano spadek przychodów o około 2 proc., a rentowność znacząco się pogorszyła. W praktyce oznacza to, że oficjalne statystyki mogą nie oddawać skali problemów najmniejszych firm.

Zadłużenie – rekord w KRD i spadająca wiarygodność płatnicza

Skalę trudności dobrze ilustrują dane Krajowego Rejestru Długów. Na koniec sierpnia 2025 r. zadłużenie firm TSL sięgnęło 1,64 mld zł, co oznacza wzrost o 209 mln zł w porównaniu z rokiem ubiegłym i o 104 mln zł od początku roku. Liczba dłużników wyniosła 32,1 tys. i była o 1,2 tys. większa niż rok wcześniej. Średnie zadłużenie wzrosło w tym czasie z 46,6 tys. zł do 50,9 tys. zł. Największa część tego długu – 1,3 mld zł – przypada na transport drogowy towarów.

Największe zaległości mają jednoosobowe działalności gospodarcze – 932,6 mln zł, podczas gdy spółki prawa handlowego odpowiadają za 703,9 mln zł długu. To potwierdza tezę, że sytuacja najmniejszych firm, nieobecnych w statystykach GUS-u, jest znacznie trudniejsza niż większych przewoźników.

Regionalne dane KRD pokazują, że najwięcej zaległości przypada na Mazowsze (333,4 mln zł i 6,3 tys. dłużników), Śląsk (215,4 mln zł i 3,9 tys. dłużników) oraz Wielkopolskę (214,6 mln zł i 3,5 tys. dłużników). Kolejne w rankingu są Dolny Śląsk (133,2 mln zł) i Małopolska (109,9 mln zł), a najmniej zadłużone pozostają województwa: opolskie (28 mln zł), świętokrzyskie (28,7 mln zł) i warmińsko-mazurskie (33,8 mln zł).

Największymi wierzycielami są firmy leasingowe i faktoringowe oraz banki (478,5 mln zł), wtórni wierzyciele (458,7 mln zł), dostawcy paliw (266,5 mln zł), towarzystwa ubezpieczeniowe (181,5 mln zł) oraz telekomunikacja (48,3 mln zł).

Wiarygodność pod znakiem zapytania

Analiza wiarygodności płatniczej, przeprowadzona przez KRD, pokazuje, że tylko 65,8 proc. firm transportowych posiada wysoką wiarygodność, 21,5 proc. – średnią, a 12,7 proc. – niską. Oznacza to, że co ósma firma w branży znajduje się w strefie wysokiego ryzyka niewypłacalności.

Warto przy tym zwrócić uwagę na zjawisko zatorów płatniczych. Z deklaracji przewoźników wynika, że są one drugą co do uciążliwości barierą w prowadzeniu biznesu (54 proc.). Tymczasem w Krajowym Rejestru Długów transportowcy umieścili jedynie 11,7 tys. dłużników z łącznymi zaległościami 197,7 mln zł. To stosunkowo niewiele w zestawieniu z 1,64 mld zł własnych zobowiązań branży. Część przedsiębiorców radzi sobie inaczej – korzysta z faktoringu lub innych form finansowania. Jednak spora grupa biernie akceptuje sytuację i nie podejmuje żadnych działań, rezygnując tym samym z realnej szansy odzyskania pieniędzy.

– Branża transportowa od lat zmaga się z chronicznymi zatorami płatniczymi, które są jedną z głównych barier w jej rozwoju. Zleceniodawcy wymuszają często 60-, a nawet 90-dniowe terminy płatności, a przecież przewoźnicy codziennie ponoszą wysokie koszty działalności: zakupu paliwa, leasingu, wynagrodzeń kierowców czy opłat drogowych. Najmocniej odczuwają to jednoosobowe firmy, w których właściciel jest jednocześnie kierowcą i sam wypłaca sobie pensję. W praktyce oznacza to, że nierzadko pracuje za darmo, czekając na przelew od klienta za zrealizowaną usługę. W rodzimej branży transportowej takich właśnie firm jest najwięcej, a bazując na naszym doświadczeniu w odzyskiwaniu należności widzimy, że wielu przewoźników unika konfrontacji z dłużnikiem. Liczą na samoistną poprawę relacji biznesowych i akceptują przeciągające się czekanie na przelewy. A to może nigdy nie nastąpić, bo już 12 procent firm transportowych znajduje się na granicy wysokiego ryzyka niewypłacalności – zauważa Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Bankructwa i restrukturyzacje – transport na czwartym miejscu

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej w pierwszym półroczu 2025 r. ogłoszono 207 upadłości firm, a transport i gospodarka magazynowa zajęły w tym zestawieniu czwarte miejsce. Jeszcze większym problemem są restrukturyzacje – do lipca było ich 2610, z czego 358 dotyczyło branży TSL, co również plasuje ją na czwartej pozycji.

Spośród firm, które ogłosiły upadłość, 17 było notowanych w KRD jako dłużnicy już trzy lata wcześniej. W przypadku restrukturyzacji podobną historię miało 195 przedsiębiorstw. Łączny dług tych firm w dniu ogłoszenia decyzji sądu wyniósł 36,7 mln zł. Dane te dowodzą, że problemy finansowe branży są przewlekłe i narastały przez lata.

Koszty, regulacje i bariery dla małych przewoźników

Kłopoty branży pogłębiają czynniki regulacyjne i kosztowe. Pakiet Mobilności, rosnące wymogi związane z ESG oraz konieczność wymiany tachografów drugiej generacji zwiększają koszty prowadzenia działalności. Do tego dochodzą rosnące wynagrodzenia kierowców i pracowników zaplecza oraz coraz wyższe koszty finansowania. Duże firmy mają większe możliwości przyjęcia tych wydatków, natomiast dla mikroprzedsiębiorców często stanowią one ciężar nie do udźwignięcia.

Nastroje – między optymizmem a niepewnością

W sierpniu wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury GUS dla transportu i gospodarki magazynowej wyniósł -0,4, podczas gdy w lipcu odnotowano 1,1 pkt. Z kolei Miesięczny Indeks Koniunktury opracowany przez Polski Instytut Ekonomiczny dla TSL spadł do 89,7 pkt z 100,8 pkt w lipcu.

Głównym powodem tak znaczącego obniżenia tej wartości było z jednej strony zmniejszenie się odsetka firm deklarujących posiadanie środków pozwalających im na funkcjonowanie powyżej 3 miesięcy, z drugiej wzrost udziału firm deklarujących spadek wartości sprzedaży i liczby zamówień.

Perspektywy na koniec roku

Ostatnie miesiące roku będą dla branży testem odporności. Tradycyjny szczyt przewozowy w czwartym kwartale może poprawić płynność, ale przy silnym konkurowaniu o stawki efekt ten może być ograniczony. Nadzieję daje rosnący import z państw Unii Europejskiej, który częściowo kompensuje spadki eksportu do Wielkiej Brytanii.

W dłuższym horyzoncie przewagę zyskają firmy, które potrafią skutecznie zarządzać płynnością, dywersyfikować działalność i inwestować w cyfryzację procesów. Te, które pozostaną przy tradycyjnym modelu, mogą mieć coraz większe trudności z utrzymaniem się na rynku.

Nowe modele rozliczeń w parkach handlowych – czy Triple Net Lease wciąż dominuje?

W umowach najmu zawieranych dla parków handlowych coraz częściej pojawiają się rozwiązania odmienne od klasycznych modeli umów najmu dla zawieranych w formule Triple Net Lease, szczególnie w zakresie rozliczania kosztów eksploatacyjnych i podziału obowiązków stron. Najnowsze trendy w tym obszarze kształtują na nowo relacje stron, równoważąc interesy inwestorów i najemców, a jednocześnie odpowiadając na rosnące oczekiwania rynku. W poniższym artykule dzielimy się naszymi obserwacjami z praktyki zespołu CMS oraz wskazujemy konsekwencje tych zmian dla uczestników sektora retail.

W sektorze nieruchomości komercyjnych standardem jest stosowanie przez właścicieli obiektów umów najmu w modelu Triple Net Lease (NNN). W tym układzie najemca, oprócz czynszu podstawowego, ponosi pełne koszty eksploatacyjne związane z utrzymaniem nieruchomości – w tym m.in. podatek od nieruchomości, ubezpieczenie, opłaty za utrzymanie części wspólnych oraz media. Jednocześnie, najemca w takim modelu posiada pełną swobodę korzystania z nieruchomości (w zasadzie na podobnych regułach jak właściciel), bez konieczności angażowania istotnego kapitału na zakup nieruchomości, a także dając sobie większą elastyczność co do okresu korzystania z danej nieruchomości.

Model triple-net zakłada przeniesienie ryzyka kosztowego z właściciela na najemcę, co czyni go atrakcyjnym rozwiązaniem dla inwestorów i funduszy nieruchomościowych. Parki handlowe, jako jeden z rodzajów nieruchomości komercyjnych, również zazwyczaj funkcjonują w oparciu o ten model.

Jednakże, obserwując zmieniające się realia i praktykę rynkową, zwłaszcza w zakresie rozliczania kosztów eksploatacyjnych, warto zadać pytanie, czy obecnie stosowane rozwiązania w parkach handlowych rzeczywiście odpowiadają klasycznemu modelowi Triple Net Lease.

Service charge w parkach handlowych – struktura i modele rozliczeń

Nasze obserwacje wskazują na rosnącą liczbę odstępstw od klasycznego modelu rozliczania kosztów eksploatacyjnych w parkach handlowych. W standardowym Triple Net Lease najemcy pokrywają te koszty w całości, zazwyczaj poprzez miesięczne lub kwartalne zaliczki, które po zakończeniu okresu rozliczeniowego, najczęściej rocznego weryfikowane są względem rzeczywistych wydatków poniesionych przez właściciela. Wynajmujący ma również prawo do aktualizacji wysokości zaliczek na kolejny okres, dostosowując je do prognozowanych kosztów.

W praktyce coraz częściej spotykamy się jednak z alternatywnymi modelami rozliczeń, takimi jak:

  • Limit kosztowy (cap) – górna granica kosztów, jakie najemca może ponieść w danym okresie rozliczeniowym. Nawet jeśli rzeczywiste koszty wynajmującego okażą się wyższe, najemca zapłaci tylko do ustalonego limitu.
  • Indeksacja – opłata ustalana jako stały ryczałt, który może rosnąć wyłącznie o wskaźnik przyjęty w umowie (np. wskaźnik inflacji GUS albo HICP).
  • Ryczałt – stała, miesięczna opłata ustalana na podstawie prognoz, która nie podlega rozliczeniu według faktycznych kosztów po zakończeniu danego okresu rozliczeniowego. Czasami w umowach z góry wyłącza się możliwość podnoszenia tej opłaty w trakcie trwania najmu. Jest to jednak na ten moment najrzadziej spotykana opcja.

Z naszych analiz wynika, że powyższe modele stają się coraz bardziej powszechne w parkach handlowych, przestając być wyjątkiem zarezerwowanym dla największych najemców, jak ma to miejsce w dużych centrach handlowych.

Zakres obowiązków stron – utrzymanie powierzchni najmu

W kontekście powyższych rozważań warto zwrócić uwagę na specyfikę techniczną i kosztową parków handlowych w porównaniu do dużych centrów handlowych. Parki handlowe cechują się prostą strukturą techniczną oraz ograniczoną powierzchnią wspólną, najczęściej są to drogi dojazdowe i parkingi dla klientów. Ze względu na niezależny dostęp do lokali bezpośrednio z parkingu najemcy zazwyczaj sami odpowiadają za utrzymanie wynajmowanych powierzchni. Obowiązki wynajmującego ograniczają się do utrzymania struktury budynku oraz wspólnych części parku handlowego, które – jak wspomniano – mają ograniczony zakres.

Podsumowanie – czy triple-net w parkach handlowych nadal funkcjonuje?

Pomimo rosnącej liczby odstępstw od klasycznego modelu rozliczeń, umowy najmu w parkach handlowych wciąż zasadniczo wpisują się w koncepcję Triple Net Lease. Kluczowe znaczenie ma jednak precyzyjne określenie obowiązków stron w zakresie utrzymania powierzchni najmu i części wspólnych, z uwzględnieniem specyfiki danego obiektu. Odpowiednie uregulowanie tych kwestii w umowie najmu pozwala zachować taki model rozliczeń, który zabezpiecza wynajmującego przed stratami, a jednocześnie zwiększa atrakcyjność nieruchomości dla inwestorów.

Autorzy:

Dominik Rafałko, Partner (Real Estate) w CMS

Paweł Śliwka, Senior Associate (Real Estate) w CMS

Rzecznik MŚP apeluje o korekty w projekcie ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy

Budzący szerokie poruszenie wśród przedsiębiorców projekt ustawy poszerzającej kompetencje inspektorów pracy stał się przedmiotem wystąpienia Rzecznika MŚP do Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Agnieszki Dziemianowicz-Bąk. Jak zauważa Minister Majewska, istotna część projektowanych regulacji budzi poważne obawy i wątpliwości interpretacyjne wśród przedsiębiorców. Głosy krytyki ze strony sektora MŚP, który zatrudnia blisko 2/3 pracowników, są w tym przypadku szczególnie istotne.

Najpoważniejsze zastrzeżenie Rzecznika MŚP budzi przyznanie PIP kompetencji do stwierdzania istnienia stosunku pracy na drodze decyzji administracyjnej, a nie – jak dotąd – sądowej. Zdaniem Agnieszki Majewskiej jest to zbyt głęboka ingerencja w zasadę swobody umów, pewność zobowiązań cywilnoprawnych i stabilność obrotu gospodarczego. Rozwiązanie to narusza równocześnie wolę stron co do rodzaju zawartej umowy oraz niesie ryzyko arbitralności.

Wiele wątpliwości Minister Majewskiej budzi natychmiastowa wykonalność decyzji PIP. Rzecznik MŚP zwraca uwagę, że tego typu narzędzie prawne jest stosowane w sytuacjach wyjątkowych, gdy jest to konieczne w celu zabezpieczenia ważnych dóbr do czasu prawomocnego rozstrzygnięcia spraw przez sąd. Szczególnie wątpliwy jest w tym kontekście obowiązek opłacania należności z tytułu podatków i ubezpieczeń społecznych przed prawomocnych rozstrzygnięciem sporu. Zaburza to równowagę praw i słusznych interesów pracodawców, pracowników i pozostałych uczestników systemu ubezpieczeń społecznych. Dlatego Minister Majewska wnosi o wykreślenie przepisów przewidujących natychmiastową wykonalność decyzji PIP i uzależnienie ich wejścia w życie od prawomocnego wyroku sądowego. Rozwiązaniem kompromisowym mogłoby być wprowadzenie mechanizmu natychmiastowej wykonalności w odniesieniu do spraw, w których stwierdzone przez Inspekcję naruszenie prawa ma charakter rażący.

Kolejne z zastrzeżeń dotyczy skutków regulacji przewidującej natychmiastową wykonalność w zakresie zobowiązań podatkowych i ubezpieczeniowych w związku z przekształceniem przez PIP umowy cywilnoprawnej w stosunek pracy. Projekt nie wyjaśnia, jaki będzie wpływ wydania przez Inspekcję decyzji stwierdzającej istnienie stosunku pracy na ocenę dokonanych przez pracodawcę przed wydaniem tej decyzji czynności związanych z realizacją obowiązków podatkowych, w tym obowiązków związanych z VAT. Pojawia się także wątpliwość czy należności uiszczone z tytułu umów cywilnoprawnych zostaną zaliczone w poczet należności z tytułu umowy o pracę. Nie wiadomo, czy strony umowy będą musiały występować do ZUS i organów podatkowych z odrębnymi wnioskami o zwrot uiszczonych należności, czy też zwroty takie będą realizowane z urzędu. Wątpliwości budzi kwestia wzajemnej relacji między decyzjami Inspekcji z wydawanymi przez ZUS rozstrzygnięciami dotyczącymi należności z tytułu ubezpieczeń społecznych. Jak pisze Agnieszka Majewska, „brak doprecyzowania omawianych przepisów skutkować może wieloma sporami interpretacyjnymi i trudnościami w praktyce ich stosowania”.

Warto zwrócić uwagę, iż skutki stwierdzenia stosunku pracy wpływać będą na możliwość korzystania z uprawnienia do równego rodzaju ulg i ułatwień, zwłaszcza przez mikroprzedsiębiorców. Chodzi na przykład o uprawnienie do korzystania z wakacji składkowych.

Zastrzeżenia Rzecznika MŚP dotyczą także zbyt ogólnego określenia elementów decyzji stwierdzającej istnienie stosunku pracy czy też przepisy regulujące postępowanie odwoławcze (w tym zwłaszcza ustalenie bardzo krótkiego, 7-dniowego terminu na odwołanie od decyzji Inspekcji). Brak w projekcie postanowień dotyczących reguł dowodowych związanych z wykazaniem istnienia lub nieistnienia stosunku pracy. Dla małych przedsiębiorców, nie dysponujących wyspecjalizowanymi działami kadr i wsparciem prawnym nie do zaakceptowania jest sytuacja, w której to oni będą musieli zaskarżać sporne rozstrzygnięcia i to na nich przeniesiony zostanie ciężar dowodzenia błędności wydanej przez Inspekcję decyzji. Wątpliwości budzi zakaz korzystania z alternatywnych form rozwiązywania sporów, co kłóci się z promowanym dotychczas przez ustawodawcę pozytywnym podejście do polubownego rozstrzygania kwestii spornych. Minister Majewska kwestionuje wreszcie zasadność zwiększenia maksymalnego wymiaru kar za naruszenie przepisów prawa pracy.

Wskazując na wiele innych niedoskonałości projektu, Rzecznik MŚP apeluje o wprowadzenie głębokich korekt, które zapewniałyby równowagę między dążeniem do zwiększenia skuteczności działań PIP a poszanowaniem praw i słusznych interesów przedsiębiorców.

ORLEN VC inwestuje w brytyjski start-up OXCCU i technologię produkcji syntetycznego paliwa lotniczego e-SAF

0

Innowacyjna technologia wykorzystująca zeroemisyjny wodór i wychwycony dwutlenek węgla do produkcji syntetycznego zrównoważonego paliwa lotniczego (e-SAF) to najnowsza inwestycja funduszu ORLEN VC. Nowatorskie rozwiązanie opracowane przez brytyjski start-up OXCCU wpisuje się w strategię Grupy ORLEN, która zakłada zwiększenie udziału w dekarbonizacji transportu lotniczego od 2030 r., zgodnie z Rozporządzeniem ReFuelEU Aviation.

– Inwestujemy w technologie „jutra”, by skutecznie transformować nasz biznes. W tym roku wprowadziliśmy do oferty SAF, czyli paliwo lotnicze wytwarzane z surowców odnawialnych i odpadowych. Do 2035 roku, zgodnie z naszą strategią, chcemy być w Europie jednym z jego wiodących producentów. Realizację tego celu wspiera nowa inwestycja ORLEN VC w technologię spółki OXCCU, która umożliwia przetwarzanie zielonego wodoru i wychwyconego dwutlenku węgla w syntetyczne paliwo dla lotnictwa (e-SAF). Jej komercjalizacja wzmocni naszą konkurencyjność na rynku i wesprze dążenie do neutralności emisyjnej – mówi Ireneusz Fąfara, Prezes Zarządu ORLEN.

SAF (Sustainable Aviation Fuel) to paliwo lotnicze wytwarzane z surowców odnawialnych i odpadowych, w tym z zielonego wodoru, odpadów leśnych i rolniczych, zużytego oleju spożywczego i wychwyconego dwutlenku węgla. W porównaniu z konwencjonalnym paliwem lotniczym SAF może zmniejszyć emisję gazów cieplarnianych nawet o 94 proc. Obecnie z transportu  lotniczego pochodzi około 3 proc. globalnej emisji dwutlenku węgla, dlatego branża zobowiązała się do sukcesywnego zwiększania udziału zrównoważonego paliwa w całej sprzedaży. Zgodnie z Rozporządzeniem ReFuelEU Aviation, transport lotniczy do 2030 roku ma osiągnąć udział SAF w paliwach lotniczych na poziomie 6 proc., w tym 2 proc. ma stanowić e-SAF.

– Wyzwanie, przed którym stoi branża lotnicza, dla nas oznacza biznesową szansę. Chcemy zbudować mocną pozycję na rynku zrównoważonych paliw lotniczych, w tym e-SAF, oferując stabilne wolumeny tego ekologicznego paliwa w atrakcyjnej cenie. Technologia, w którą zainwestowaliśmy, ma duży potencjał, zapewniający przewagę konkurencyjną na nowym rynku paliw alternatywnych, dlatego będziemy wspierać jej dalszy rozwój – mówi Grzegorz Jóźwiak, Dyrektor Biura Rozwoju Technologii Wodorowych i Paliw Syntetycznych ORLEN.

Podstawą technologii OXCCU, stworzonej przez naukowców z Uniwersytetu Oksfordzkiego, jest innowacyjny katalizator, który istotnie upraszcza proces produkcji e-SAF, tym samym znacznie obniżając cenę produktu końcowego. Technologia ta umożliwia również przetwarzanie mieszanek dwutlenku węgla, tlenku węgla i wodoru, co oznacza, że może być również wykorzystywana do produkcji niedrogiego, niskoemisyjnego paliwa lotniczego z odpadów biomasy, takich jak biogaz lub odpady drzewne.

– Środki w wysokości 28 milionów dolarów, pozyskane przez OXCCU od syndykatu inwestycyjnego w ramach rundy B, pozwolą przyspieszyć działania komercyjne, rozszerzyć działalność oraz zrealizować kolejną fazę skalowania technologii – mówi Andrew Symes, CEO OXCCU.

W OXCCU, oprócz ORLEN VC, zainwestowali m.in. United Airlines Ventures Sustainable Flight Fund, Aramco Ventures, Eni Next, Trafigura Power Ventures, International Airlines Group (właściciel m.in. British Airways), Safran Corporate Ventures oraz University of Oxford.

Od początku 2025 roku paliwo SAF jest szeroko wdrażane w całej Europie, stając się realną alternatywą dla tradycyjnych paliw lotniczych. Z SAF oferowanego obecnie przez ORLEN korzystają już lotniska w Warszawie, Krakowie i Katowicach oraz w czeskiej Pradze. Natomiast dzięki dostawom spółki ORLEN Lietuva od połowy września br. to zrównoważone paliwo lotnicze dostępne jest również na rynkach bałtyckich. SAF tankować mogą już samoloty startujące z Wilna, Rygi i Tallina.

Wprowadzając je do sprzedaży, ORLEN wypełnia wymogi unijnego rozporządzenia ReFuelEU Aviation, które zakłada udział zrównoważonego paliwa (SAF) w całej sprzedaży w 2025 roku na poziomie 2 proc. Rozporządzenie dotyczy lotnisk na terenie Unii Europejskiej, które w poprzednim roku przekroczyły liczbę 800 tys. obsłużonych pasażerów lub 100 tys. ton cargo.

O firmie OXCCU TECH LTD

OXCCU, spółka wydzielona z Uniwersytetu Oksfordzkiego, opracowuje nowatorskie katalizatory i projekty reaktorów służące do przekształcania odpadowego węgla w ciekłe węglowodory o wysokiej wydajności i selektywności, które mogą być wykorzystywane jako paliwa i substancje chemiczne. Siedziba firmy znajduje się w Wielkiej Brytanii, a jej działalność prowadzona jest w Begbroke Science Park w Oksfordzie oraz na lotnisku London Oxford Airport.

Nowa opłata za wizę H1B w USA wstrząśnie rynkiem pracy. Polska w gronie potencjalnych beneficjentów

Wprowadzenie obowiązkowej opłaty w wysokości 100 tys. dolarów za każdą nową wizę H1B to decyzja, która może zrewolucjonizować amerykański rynek pracy i globalny krajobraz gospodarczy. Dla amerykańskich firm oznacza to wzrost kosztów zatrudnienia i przyspieszenie trendów offshoringowych. Dla Europy, a w szczególności Polski, może to być okazja do przyciągnięcia nowych inwestycji i wzmocnienia pozycji w sektorze IT i usług biznesowych.

Program wizowy H1B od wielu lat stanowi kluczowy element amerykańskiego systemu imigracyjnego. Pozwala on firmom zatrudniać wysoko wykwalifikowanych specjalistów z zagranicy, zwłaszcza w dziedzinach takich jak informatyka, inżynieria, finanse czy medycyna. Dla wielu przedsiębiorstw, w szczególności w Dolinie Krzemowej, był to sposób na pozyskiwanie unikalnych kompetencji, których nie dało się znaleźć na lokalnym rynku. Dzięki temu programowi Stany Zjednoczone mogły przez dekady przyciągać talenty z całego świata i budować swoją przewagę technologiczną. Jednak decyzja administracji Donalda Trumpa o wprowadzeniu dodatkowej opłaty w wysokości 100 tys. dolarów dla pracodawców zatrudniających nowych pracowników na wizie H1B diametralnie zmienia ten krajobraz.

Nowe przepisy uderzają w sam fundament tego systemu. Opłata w wysokości 100 tys. dolarów rocznie za każdą nową wizę H1B jest kwotą ogromną, nawet dla największych korporacji. Oznacza to nie tylko zwiększenie kosztów zatrudnienia, lecz także konieczność strategicznej analizy, czy dana rekrutacja jest warta poniesienia dodatkowych obciążeń finansowych. W praktyce może to prowadzić do ograniczenia liczby nowych pracowników sprowadzanych z zagranicy, szczególnie w sektorach, gdzie łatwiej jest znaleźć alternatywę na lokalnym rynku. W tej sytuacji warto zastanowić się, jakie będą konsekwencje tej regulacji zarówno dla rynku amerykańskiego, jak i dla reszty świata, w tym Polski.

Szczegóły nowej dyrektywy

Podpisane memorandum zakłada, że każda firma zatrudniająca nowego pracownika na wizie H1B będzie musiała wnieść dodatkową opłatę w wysokości 100 tys. dolarów rocznie. Co ważne, przepisy te nie obejmują osób, które już posiadają wizę H1B ani tych, którzy przedłużają swoje dotychczasowe pozwolenia na pracę. Regulacja dotyczy wyłącznie nowych przypadków i ma na celu ograniczenie liczby świeżych rekrutacji. Według oficjalnych komunikatów administracji, decyzja ta ma poprawić sytuację amerykańskich pracowników poprzez zwiększenie ich szans na zatrudnienie w sektorach o dużym zapotrzebowaniu.

W praktyce jednak skutki mogą być zupełnie inne. Firmy, które dotychczas sprowadzały do USA specjalistów z zagranicy, będą musiały zastanowić się nad alternatywnymi rozwiązaniami. Dla wielu przedsiębiorstw dodatkowy koszt 100 tys. dolarów na pracownika może być zaporowy, zwłaszcza gdy mowa o zatrudnieniu setek lub tysięcy osób rocznie. To może doprowadzić do przenoszenia procesów biznesowych poza granice USA, w ramach tzw. offshoringu lub nearshoringu. W rezultacie praca, która mogłaby być wykonywana w Stanach Zjednoczonych, zostanie przesunięta do krajów takich jak Indie, Polska czy Filipiny.

Kontekst polityczny decyzji

Decyzja Donalda Trumpa wpisuje się w jego szerszą strategię polityczną „America First”. Od początku swojej kariery politycznej Trump podkreślał, że chce chronić amerykańskich pracowników przed konkurencją z zagranicy. Wprowadzenie wysokiej opłaty za wizę H1B ma być narzędziem, które zmusi firmy do zatrudniania większej liczby obywateli USA. W krótkiej perspektywie politycznej takie posunięcie może spotkać się z aprobatą części społeczeństwa, zwłaszcza w regionach, gdzie problem bezrobocia wśród klasy średniej jest szczególnie widoczny. Jednak w dłuższej perspektywie skutki dla gospodarki mogą być negatywne.

Warto pamiętać, że polityka imigracyjna była jednym z kluczowych tematów kampanii Trumpa zarówno w 2016, jak i w kolejnych latach. Jego administracja wielokrotnie próbowała ograniczać dostęp do wiz H1B, jednak działania te były blokowane przez sądy lub spotykały się z oporem środowisk biznesowych. Tym razem mamy do czynienia z bardziej bezpośrednią formą nacisku – nie zakazem, lecz drastycznym podniesieniem kosztów. To rozwiązanie trudniejsze do zakwestionowania, a jednocześnie skutecznie zniechęcające wiele firm do sprowadzania cudzoziemców.

Reakcje amerykańskiego biznesu

Pierwsze reakcje firm technologicznych i finansowych na wprowadzenie opłaty były przewidywalnie negatywne. Organizacje takie jak US Chamber of Commerce czy TechNet ostrzegły, że regulacja ta może uderzyć w innowacyjność amerykańskiej gospodarki. Wskazywano, że już teraz brakuje w USA specjalistów z obszarów sztucznej inteligencji, cyberbezpieczeństwa czy analizy danych, a dodatkowe bariery imigracyjne jedynie pogłębią ten problem. Przedstawiciele największych koncernów, takich jak Google, Microsoft czy Goldman Sachs, argumentowali, że H1B nie odbiera miejsc pracy Amerykanom, lecz pozwala firmom rosnąć, co w konsekwencji tworzy dodatkowe stanowiska dla lokalnych pracowników.

Niektórzy eksperci sugerują, że tak wysoka opłata może skutecznie zniechęcić mniejsze przedsiębiorstwa do ubiegania się o wizę H1B dla swoich pracowników. O ile globalne korporacje mogą wliczyć ten koszt w swoje wielomiliardowe budżety, o tyle startupy czy średnie firmy technologiczne mogą uznać, że ryzyko finansowe jest zbyt duże. To z kolei może doprowadzić do spadku konkurencyjności mniejszych podmiotów na tle gigantów, którzy nadal będą w stanie sprowadzać najlepszych ekspertów. W praktyce regulacja Trumpa może więc paradoksalnie wzmocnić dominację największych graczy w branży.

Potencjalne wyjątki i luka prawna

Warto podkreślić, że memorandum nie jest jeszcze w pełni ukształtowaną ustawą i dopiero w procesie legislacyjnym mogą pojawić się wyjątki. Najczęściej wskazywanym kierunkiem jest wyłączenie z opłaty specjalistów medycznych i naukowców. Argumentacja jest prosta – bez udziału zagranicznych lekarzy czy badaczy wiele amerykańskich instytucji zdrowotnych i uniwersytetów nie mogłoby funkcjonować na odpowiednim poziomie. W związku z tym istnieje prawdopodobieństwo, że część branż zostanie objęta ulgami lub zwolnieniami z opłaty, aby uniknąć kryzysu kadrowego.

Jednak już dziś widać, że firmy poszukują sposobów na obejście nowych przepisów. Jednym z nich może być korzystanie z programów wizowych alternatywnych, takich jak L1 (dla transferów wewnątrzkorporacyjnych). Inną opcją jest przyspieszanie procedur wizowych dla obecnych pracowników, zanim nowe regulacje wejdą w życie. Wreszcie, w dłuższej perspektywie, przedsiębiorstwa mogą zdecydować się na przenoszenie całych zespołów poza granice USA, aby uniknąć dodatkowych kosztów.

Porównania z wcześniejszymi restrykcjami

To nie pierwszy raz, gdy administracja amerykańska decyduje się na ograniczenie dostępu do rynku pracy dla cudzoziemców. W przeszłości wprowadzano już zmiany dotyczące limitów wiz H1B, podnoszono wymagania płacowe czy wydłużano procesy administracyjne. Jednak żadna z dotychczasowych regulacji nie była aż tak radykalna finansowo. Warto przypomnieć, że w latach 2008–2009, podczas kryzysu finansowego, pojawiały się pomysły na zamrożenie wydawania wiz H1B, ale ostatecznie nie wprowadzono ich w życie z obawy o negatywne skutki dla gospodarki.

Porównując obecną sytuację z przeszłością, widać, że decyzja Trumpa ma charakter bardziej symboliczny niż merytoryczny. Ma pokazać wyborcom, że administracja chroni interesy amerykańskich pracowników, nawet jeśli realny efekt gospodarczy może być odwrotny od zamierzonego. Historia uczy jednak, że długotrwałe bariery imigracyjne zazwyczaj osłabiały innowacyjność USA i zmuszały firmy do szukania alternatyw na rynkach zagranicznych.

Konsekwencje dla systemu edukacji

Szczególnym obszarem, który może ucierpieć na skutek nowych przepisów, jest amerykański system szkolnictwa wyższego. Od lat Stany Zjednoczone przyciągały studentów z całego świata, oferując im możliwość pracy po ukończeniu studiów, często właśnie na wizie H1B. Wprowadzenie tak wysokiej opłaty może sprawić, że firmy nie będą zainteresowane zatrudnianiem absolwentów zagranicznych uczelni. W efekcie część młodych talentów może zrezygnować z wyboru USA jako kierunku studiów i przenieść się do Europy, Kanady czy Australii, gdzie systemy imigracyjne są bardziej elastyczne.

Dla amerykańskich uniwersytetów, które czerpią ogromne zyski z czesnego opłacanego przez studentów zagranicznych, byłaby to poważna strata. Już dziś widać oznaki spadku liczby aplikacji z krajów azjatyckich, które tradycyjnie były największym źródłem studentów w USA. Jeśli ten trend się utrzyma, amerykańskie uczelnie mogą stracić na prestiżu, a globalny rynek edukacyjny ulegnie dalszej fragmentacji.

Wpływ na innowacyjność i badania naukowe

Nie można zapominać o tym, że wielu posiadaczy wiz H1B pracuje nie tylko w korporacjach, ale również w instytucjach badawczych i startupach technologicznych. To właśnie oni stoją za wieloma przełomowymi innowacjami w dziedzinach takich jak sztuczna inteligencja, biotechnologia czy inżynieria materiałowa. Wprowadzenie dodatkowych kosztów związanych z ich zatrudnieniem może spowodować spadek tempa rozwoju innowacji w USA. Firmy i uczelnie będą musiały wybierać, czy stać je na sprowadzanie najlepszych ekspertów, czy też muszą szukać rozwiązań lokalnych, często mniej efektywnych.

Eksperci ostrzegają, że taka polityka może ostatecznie doprowadzić do odpływu talentów do innych krajów. Kanada już od kilku lat promuje swój program wizowy Global Talent Stream, który pozwala szybko i tanio zatrudniać cudzoziemców. Podobne programy istnieją w Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Jeśli USA utrudni dostęp do swojego rynku, talenty z Indii, Chin czy Europy mogą po prostu wybrać inne kierunki, co w dłuższej perspektywie osłabi amerykańską pozycję na rynku globalnym.

Reakcje polityczne i opinia publiczna

W amerykańskiej debacie publicznej temat wiz H1B od lat budzi emocje. Część społeczeństwa uważa, że program ten odbiera miejsca pracy Amerykanom i prowadzi do stagnacji płac w sektorach wymagających wysokich kwalifikacji. Z kolei druga część podkreśla, że bez dostępu do globalnych talentów gospodarka USA nie byłaby w stanie się rozwijać. Wprowadzenie opłaty 100 tys. dolarów wywołało więc mieszane reakcje. Zwolennicy Trumpa chwalą decyzję jako krok w stronę ochrony lokalnego rynku pracy, natomiast krytycy widzą w niej zagrożenie dla innowacyjności i konkurencyjności kraju.

W Kongresie można spodziewać się ostrych debat na temat tej regulacji. Demokraci prawdopodobnie będą krytykować decyzję jako populistyczną i szkodliwą dla biznesu, podczas gdy Republikanie, zwłaszcza ci związani z ruchem „America First”, będą jej bronić. W zależności od tego, jak potoczą się prace legislacyjne, możliwe są korekty lub modyfikacje przepisu, ale nie zmienia to faktu, że administracja Trumpa jasno pokazała, w jakim kierunku zmierza jej polityka imigracyjna.

Wyzwania dla amerykańskich firm technologicznych

Najbardziej narażone na skutki nowych regulacji są amerykańskie firmy technologiczne, które od lat intensywnie korzystają z programu H1B. Dolina Krzemowa była symbolem globalnej mobilności talentów – tysiące inżynierów z Indii czy Chin zasilały zespoły Google, Apple, Meta czy Amazon. Wprowadzenie opłaty w wysokości 100 tys. dolarów rocznie oznacza, że każda nowa rekrutacja specjalisty spoza USA stanie się przedsięwzięciem kosztownym i wymagającym dokładnego uzasadnienia biznesowego. W efekcie firmy technologiczne mogą ograniczyć liczbę sprowadzanych ekspertów, a część procesów przenieść za granicę.

Trzeba pamiętać, że w branży technologicznej czas ma ogromne znaczenie. Opóźnienia w rekrutacji lub brak dostępu do kluczowych kompetencji mogą spowodować, że firma przegra wyścig z konkurencją. Dlatego część koncernów może zdecydować się na otwieranie nowych centrów badawczo-rozwojowych poza USA, gdzie łatwiej będzie zatrudniać zagranicznych specjalistów bez dodatkowych kosztów. Polska, Rumunia czy Indie to kraje, które już teraz przyciągają uwagę amerykańskich gigantów jako potencjalne lokalizacje nowych inwestycji.

Offshoring i nearshoring jako naturalna odpowiedź

Nowa opłata przyspiesza trend, który i tak był obecny od wielu lat – przenoszenie części procesów biznesowych poza granice Stanów Zjednoczonych. Offshoring do Indii czy Filipin był praktyką stosowaną przez firmy technologiczne, banki i centra usług wspólnych od przełomu lat 90. i 2000. Teraz jednak możemy spodziewać się przyspieszenia tego zjawiska. Koszty zatrudnienia specjalistów w USA wzrosną, więc bardziej opłacalne stanie się tworzenie centrów kompetencyjnych w krajach, gdzie dostęp do talentów jest łatwiejszy i tańszy.

Coraz większe znaczenie może mieć także nearshoring – czyli przenoszenie procesów bliżej siedziby głównej, ale wciąż poza granice kraju. Dla USA takim kierunkiem mogą być Kanada czy Meksyk. W Europie natomiast rośnie znaczenie Polski, Czech czy Węgier jako hubów technologicznych dla zachodnich korporacji.

Kujawy, Podkarpacie i Polska Wschodnia na magazynowej mapie liderów wzrostu

Na koniec II kwartału 2025 roku łączna powierzchnia magazynowa na rynkach wschodzących w Polsce wyniosła niemal 5,4 mln m kw., co stanowiło 15% całkowitych zasobów w kraju. Największą dynamikę rozwoju odnotowano w regionach takich jak Kujawy, Podkarpacie, Polska Wschodnia, a także w miastach regionalnych, m.in. w Kielcach, Zielonej Górze czy Legnicy. Popyt na powierzchnie magazynowe w tych lokalizacjach w pierwszej połowie 2025 roku wzrósł aż o 78% w porównaniu z rokiem poprzednim, a deweloperzy zwiększyli aktywność budowlaną do poziomu niemal 270 000 m kw.

„Rynki wschodzące zyskują na znaczeniu dzięki rosnącemu zainteresowaniu najemców alternatywnymi lokalizacjami, które oferują dobrą dostępność komunikacyjną i wykwalifikowaną kadrę. Jednocześnie w największych hubach logistycznych firmy coraz częściej zmagają się z niedoborem pracowników, co dodatkowo skłania je do poszukiwania nowych miejsc pod inwestycje,” – komentuje Przemysław Jankowski, dyrektor działu wynajmu powierzchni magazynowych w Knight Frank.

W pierwszej połowie 2025 roku na rynkach wschodzących oddano do użytku ponad 120 000 m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej. Choć wynik ten oznacza spadek o 32% względem analogicznego okresu 2024 roku, to aktywność deweloperska nie ustała. W budowie jest bowiem blisko 270 000 m kw., o 60% więcej niż kwartał wcześniej i o 64% więcej w porównaniu do roku poprzedniego. Największymi ukończonymi projektami były Fortress Logistic Park Bydgoszcz (10 600 m kw.), Panattoni BTS Valmet Automotive (8 800 m kw.) oraz P3 Bydgoszcz (8 000 m kw.).

Rosnąca liczba powierzchni w budowie jest odpowiedzią na wysoki popyt. W pierwszej połowie roku najemcy wynajęli łącznie 450 000 m kw. powierzchni magazynowej na rynkach wschodzących, co stanowi wzrost o 78% w ujęciu rok do roku. Jedną z największych transakcji była nowa umowa na 63 400 m kw. podpisana przez niemiecką firmę Schaeffler, która w Prologis Park Ujazd ulokuje swoje nowe wschodnioeuropejskie Regionalne Centrum Dystrybucji i Kompletacji.

Warto zaznaczyć, że 87% realizowanej powierzchni zostało już zabezpieczone umowami najmu, co dodatkowo potwierdza duże zainteresowanie najemców rynkami wschodzącymi oraz ograniczoną skłonność deweloperów do rozpoczynania inwestycji spekulacyjnych. Największym realizowanym obiektem jest hala Panattoni Park Rzeszów West (73 000 m kw.).

„Ożywienie popytu oraz wysoki poziom przednajmów wskazują, że rynki wschodzące stają się istotnym uzupełnieniem dla dojrzałych lokalizacji magazynowych. Dalszy rozwój infrastruktury, w tym budowa trasy Via Carpatia, jeszcze bardziej zwiększy ich atrakcyjność,” – dodaje Szymon Sobiecki, analityk w dziale badań rynku w Knight Frank.

Strukturę transakcji zdominowały nowe kontrakty, które odpowiadały za 52% wolumenu. Odnowienia stanowiły 47%, a ekspansje – 1%.

Wskaźnik pustostanów na rynkach wschodzących na koniec II kw. 2025 roku spadł do 10,6%, czyli o 2,5 pp. mniej niż rok wcześniej. Czynsze wywoławcze w regionie utrzymały się na stabilnym poziomie.

Jakub Bartoszek: Polska implementacja MiCA tworzy bariery zamiast ułatwień

Sejm uchwalił ustawę o rynku kryptoaktywów, implementującą unijne rozporządzenie MiCA. Za uchwaleniem ustawy zagłosowało 230 posłów, 196 było przeciw, nikt nie wstrzymał się od głosu. Teraz ustawa trafi do Senatu. Nowe przepisy wprowadzają m.in. nadzór Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), określają obowiązki emitentów tokenów oraz przewidują odpowiedzialność karną.

Zdaniem branży to, co miało być uporządkowaniem rynku, w obecnym kształcie budzi poważne obawy o przyszłość polskich firm.

– Nie chodzi o to, aby państwo promowało kryptowaluty, ale żeby stworzyło uczciwe i proporcjonalne zasady gry. Tymczasem projekt przewiduje sankcje karne, wysokie koszty wejścia i rozwiązania, które realnie mogą wypchnąć część firm za granicę. Do tego dochodzi fakt, że polska implementacja MiCA jest jedną z najbardziej rozbudowanych w całej UE – zamiast ułatwiać, mnoży bariery. Pozostaje mieć nadzieję, że prezydent wsłucha się w głos rynku i zawetuje ustawę w obecnym kształcie – komentuje Jakub Bartoszek, prezes sieci kantorów kryptowalut Cashify.

Bartoszek podkreśla, że Polacy inwestują w krypto, a skala tego rynku stale rośnie, dlatego potrzebne są przewidywalne zasady, ale nie w kształcie, który zamiast chronić inwestorów, stworzy efekt mrożący i utrudni rozwój uczciwych firm. – W ostatnich 12 miesiącach nasze kantory obsłużyły kilka tysięcy klientów, generując obroty liczone w setkach milionów złotych. To realna gospodarka, konkretne pieniądze i decyzje klientów. Potrzebujemy regulacji, które będą wspierać uczciwe firmy i chronić użytkowników, a nie odstraszać przedsiębiorców surowymi karami – dodaje prezes Cashify.

Ekspert wskazuje, że największym wyzwaniem teraz będzie czas – termin uzyskania licencji mija 30 czerwca 2026 r. Przy obecnym tempie postępowań administracyjnych realne jest ryzyko, że wiele firm nie zdąży z uzyskaniem zezwoleń. W efekcie rynek mogą przejąć podmioty paszportujące licencje z zagranicy, a lokalni przedsiębiorcy zostaną zepchnięci na margines. – Potrzebujemy prawa, które będzie egzekwowalne w praktyce i nie pogrzebie konkurencyjności polskiego rynku – dodaje Bartoszek.

Unijne dofinansowanie dla nowych odcinków S6 i S19 – GDDKiA z kolejnymi umowami

0

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) podpisała umowy o dofinansowanie dwóch kolejnych inwestycji drogowych – budowy odcinka drogi ekspresowej S6 Koszalin – Słupsk oraz S19 Lublin – Lubartów Północ. Projekty te otrzymają wsparcie z Programu Fundusze Europejskie na Infrastrukturę, Klimat, Środowisko (FEnIKS).

Łącznie GDDKiA posiada już 17 inwestycji z dofinansowaniem unijnym, których wartość sięga 22,7 mld zł, z czego 9,8 mld zł pochodzi z funduszy UE. Oznacza to wykorzystanie ponad połowy alokacji środków przyznanych Polsce w ramach programu FEnIKS.

S6 Koszalin – Słupsk

Całkowity koszt realizacji tego odcinka wynosi ponad 1,8 mld zł, z czego 966,3 mln zł pochodzi z dofinansowania unijnego.

Inwestycja obejmuje budowę 46 km drogi ekspresowej, ośmiu węzłów drogowych (m.in. Kawno, Malechowo, Karwice, Sławno Zachód i Sycewice), dwóch Miejsc Obsługi Podróżnych oraz Obwodu Utrzymania Drogowego. Powstaną także obiekty inżynierskie, takie jak mosty, wiadukty i przepusty, a także niezbędne drogi dojazdowe.

S19 Lublin – Lubartów Północ

Koszt budowy tego odcinka wynosi blisko 1,4 mld zł, z czego 612,1 mln zł to środki unijne.

W ramach projektu powstanie 23 km drogi ekspresowej z czterema węzłami: Lubartów Północ, Lubartów Zachód, Niemce Wschód i Niemce Południe. Podobnie jak w przypadku S6, zaplanowano budowę obiektów inżynierskich, w tym mostów, wiaduktów, tuneli oraz dróg dojazdowych.

Oba projekty są częścią transeuropejskiej sieci transportowej TEN-T. Odcinek S6 Koszalin – Słupsk stanowi fragment drogi łączącej Trójmiasto ze Szczecinem, natomiast S19 Lublin – Lubartów Północ jest częścią korytarza Via Carpatia, który połączy północną i południową Europę.


FEnIKS na polskich drogach

Alokacja środków UE dla GDDKiA w ramach FEnIKS obejmuje wsparcie dla 30 projektów drogowych z Funduszu Spójności i Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Ich łączna wartość wynosi około 18 mld zł.

Zysk netto Bio Planet w I półroczu 2025 r. wzrósł o 162%

0

Pierwsze półrocze 2025 roku było dla Bio Planet okresem dalszych wzrostów i umacniania pozycji rynkowej. Lider rynku żywności ekologicznej odnotował przychody na poziomie 154,1 mln zł, co oznacza wzrost o 10% w porównaniu z analogicznym okresem 2024 roku (140,2 mln zł). Na poprawę wyników wpłynęły m.in.: zwiększenie efektywności kosztowej magazynu, wprowadzenie do oferty nowych produktów od wieloletnich dostawców oraz rozwój marek własnych. Kluczowym celem na kolejne lata pozostaje dalsza poprawa rentowności i przygotowanie do wznowienia w III kwartale 2026 roku budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania.

Według Spółki, konsekwentna realizacja strategii dopasowanej do oczekiwań klientów przekłada się na stabilny wzrost sprzedaży. – „Pierwsze półrocze 2025 roku pokazuje, że nasza strategia działa – przychody rosną szybciej niż koszty, a restrukturyzacja funkcjonowania magazynów i optymalizacja procesów przełożyły się na spektakularne wyniki. Zysk ze sprzedaży poszybował w górę o 168%, EBITDA wzrosła o 77%, a zysk netto aż o 162%. To dowód, że potrafimy łączyć rozwój z dyscypliną kosztową i budować solidne fundamenty pod kolejne lata dynamicznego rozwoju.” mówi Sylwester Strużyna, Prezes Zarządu Bio Planet S.A.

W pierwszym półroczu Spółka wprowadziła na rynek około 850 nowych produktów, głównie od stałych partnerów, takich jak Pharmovit, Wasąg czy Hollinger. Ofertę wzbogaciło też 60 pozycji pod markami własnymi oraz nowe rodzaje ekologicznych owoców i warzyw, które spotkały się z dużym zainteresowaniem klientów. Równocześnie wycofano podobną liczbę produktów o najmniejszej popularności.

– „Dobre wyniki pozwoliły nam w I półroczu przeznaczyć 15 % zysku wypracowanego w 2024 roku (300 tys. zł) na wypłatę dywidendy – 0,10 zł na akcję. W przyszłości zakładamy przeznaczanie na ten cel ok. 30 – 60 % rocznego zysku. Równocześnie zabezpieczamy środki na wznowienie w III kwartale 2026 roku budowy nowoczesnych zakładów konfekcjonowania o powierzchni 5,7 tys. m². Inwestycja znacząco zwiększy nasze moce przerobowe i obniży jednostkowe koszty paczkowania. Zakończenie projektu planujemy na trzeci kwartał 2027 rok” – dodaje Prezes Zarządu.

W I półroczu 2025 r. przychody Spółki wzrosły o ok. 10 %, podczas gdy koszty operacyjne jedynie o ok. 8 %, co oznacza, że dynamika przychodów przewyższyła tempo wzrostu kosztów. Ważnym czynnikiem sprzyjającym wynikom był także niski kurs euro – istotny, ponieważ import Bio Planet przewyższa eksport i realizowany jest głównie w tej walucie. Obecny poziom kursu powinien nadal pozytywnie wpływać na rentowność Spółki.

Trump nakłada 100% cła na importowane leki, rynki czekają na PCE, a miedź przebija 10 tys. USD

Uwagę analityków przyciąga kolejny cios w szwajcarską gospodarkę i 100% cła na leki, czyli kolejny pomysł Donalda Trumpa. Kluczowe dziś pytanie brzmi jednak: czy bazowy indeks cen PCE powstrzyma ruch na południe na głównej parze walutowej świata? Warte odnotowanie także poważne tąpnięcie po stronie podażowej na rynku miedzi – wybicie ceny ponad 10 tys. USD za tonę. 

Kolejny cios dla Szwajcarii

Szwajcarska gospodarka już znalazła się na rozdrożu po nałożeniu ceł importowych przez USA w wysokości aż 39%. Rozmowy z administracją Trumpa trwają, jednak nadal nie wypracowano kompromisu, choć Helweci wstrzymali się z cłami odwetowymi. Kolejne prognozy sugerują, że wskaźnik PKB w Szwajcarii w 2026 roku ma być znacznie niższy właśnie za sprawą barier handlowych. Wczoraj wieczorem nadszedł kolejny cios ze strony Trumpa, a mianowicie nałożenie ceł w wysokości 100% na markowe leki eksportowane do USA. A to właśnie leki i produkty farmaceutyczne są „przywożone” do Stanów w głównej mierze (obok Irlandii i Niemiec) właśnie ze Szwajcarii. Ratunkiem jest oczywiście budowa fabryk w USA, czego domaga się prezydent USA, niemniej jednak taka inwestycja oznacza  duże koszty i utrudnienia logistyczne, z którymi będą się musiały zmierzyć szwajcarskie firmy. Kolejne utrudnienia w handlu to następny kamień do ogródka SNB. Obecnie scenariusz bazowy zakłada utrzymanie stóp na poziomie 0% przez dłuższy czas, ale opcja awaryjna w postaci zejścia do ujemnego kosztu pieniądza jest ciągle w grze, tym bardziej jeśli pojawi się widmo recesji.

PCE w centrum uwagi

Od połowy tygodnia widzimy kontrę USD na parze z EUR. Patrząc przez pryzmat analizy technicznej, możemy powiedzieć, że test oporu na 1,18 okazał się nieudany i doszło do odreagowania na poziomie ponad 150 pipsów. Dzisiaj w centrum uwagi inwestorów pozostanie publikacja głównej miary Fed w ocenie perspektyw w polityce monetarnej, czyli wskaźnika inflacji PCE. W lipcu obserwowaliśmy wzrost w relacji m/m o 0,3%, teraz w danych za sierpień presja cenowa ma być niższa i wynosić 0,2%. Wynik zgodny z oczekiwaniami bądź niższy może zahamować umocnienie USD. Wtedy inwestorzy znów zaczną dmuchać balon z hasłem „więcej obniżek stóp w tym roku”. Niższa dynamika cen daje oczywiście taki argument, ale trzeba pamiętać, że prezes Fed wielokrotnie w ostatnim czasie wspominał, że nie tylko ten argument zaważy, bo równie ważny jest rynek pracy w USA. Niemniej jednak w okolicach publikacji, czyli 14.30, należy oczekiwać dzisiaj większej zmienności, tym bardziej, że o tej godzinie poznamy też informację o sytuacji konsumenta w Stanach mierzonej wydatkami i dochodami.

Popyt w górę, podaż w dół

Rzadko piszemy o tym, co dzieje się na notowaniach miedzi, a to surowiec, który w dość jasny sposób pokazuje sytuację w światowej koniunkturze. Gdy mamy sygnały recesyjne, i produkcja przemysłowa jest ograniczana, widzimy spadki notowań miedzi – i odwrotnie. W ostatnim czasie równie ważne pozostają decyzje w kwestiach handlowych, które również mocno wpływają na cenę tego surowca. Warto przypomnieć co się stało, gdy Trump ogłosił na początku sierpnia cła na półprodukty miedziane – mieliśmy zapaść notowań, ceny miedzi w USA spadły o 20%. Wczoraj również doszło do sporej zmienności i zobaczyliśmy solidny 5% ruch na północ, pokonując tym samym barierę 10 tys. USD za tonę. Tym razem jest to reakcja na wydarzenia po stronie podażowej i katastrofę w drugiej największej kopalni na świecie. Grasberg odpowiada za 3% światowego wydobycia. Nie jest to dużo, niemniej jednak oznacza kolejne ograniczenie wydobycia w ostatnich dniach (po wcześniejszych protestach w Peru). A trzeba przyznać, że zapotrzebowanie wcale nie maleje – rozwój aut elektrycznych i nowych technologii rozkręcają popyt na miedź. Taki układ – silny popyt i ograniczona podaż – bywają często początkiem dużych wzrostów cen, co można było zobaczyć choćby na złocie czy srebrze.

Rzecznik MŚP apeluje o uproszczenia w związku z wdrażaniem unijnego rozporządzenia EUDR

Rosnące obawy przedsiębiorców z branży drzewnej wobec zbliżającego się terminu wejścia w życie unijnego rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2023/1115 w sprawie przeciwdziałania wylesieniu i degradacji lasów (tzw. EUDR) stały się przedmiotem wystąpienia Rzecznika MŚP, Agnieszki Majewskiej, skierowanego do Minister Klimatu i Środowiska, Pauliny Hennig-Kloski.

Nowe obowiązki dla firm i państw członkowskich

Rozporządzenie EUDR nakłada szereg obowiązków związanych z gromadzeniem i oceną informacji dotyczących łańcuchów dostaw produktów drzewnych. Państwa członkowskie mają także obowiązek wyznaczenia organu odpowiedzialnego za wdrażanie i nadzorowanie przepisów. Jednocześnie wiele kwestii pozostawiono do indywidualnej regulacji na poziomie krajowym, co wymaga przygotowania stosownych ustaw.

W Polsce odpowiednie przepisy są obecnie procedowane przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska.

Postulat proporcjonalności dla MŚP

Jak wynika z analiz, Polska należy do państw, w których nie istnieje realne zagrożenie wylesieniem. Mając to na uwadze, a także kierując się zasadą proporcjonalności, Rzecznik MŚP postuluje uproszczenie procedur sprawozdawczych dla mikro-, małych i średnich firm.

Agnieszka Majewska podkreśla, że wdrożenie przepisów unijnych oznacza dla przedsiębiorstw znaczne obciążenia organizacyjne i finansowe, a także konieczność poświęcenia czasu na dostosowanie procesów. – „Istotna zmiana warunków i zasad wykonywania działalności gospodarczej, szereg nowych obowiązków, do których dostosowanie wiązać się może z dużymi obciążeniami oraz przede wszystkim analiza nowych regulacji w kontekście funkcjonujących łańcuchów dostaw – stanowić będą poważne wyzwanie dla krajowych przedsiębiorców branży drzewnej z sektora MŚP” – wskazuje Majewska.

Rzecznik MŚP zwróciła się również z prośbą o przedstawienie informacji na temat zaawansowania prac nad ustawą wdrażającą Rozporządzenie 2023/1115 oraz zaapelowała o możliwie szybkie zakończenie procesu legislacyjnego.

Nowe przepisy mają wejść w życie w całej Unii Europejskiej, a polskie firmy z sektora drzewnego oczekują jasnych wytycznych i rozwiązań, które pozwolą im sprawnie wypełniać unijne wymogi bez nadmiernych kosztów i obciążeń administracyjnych.

ESA uruchamia inicjatywę „Pulse” – nowe ramy operacyjne dla misji kosmicznych

Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) ogłosiła rozpoczęcie inicjatywy „Pulse”, stworzonej przez ESA Operations Directorate. Jej celem jest usprawnienie działań operacyjnych w szerokim portfolio misji – od lotów na niskiej orbicie okołoziemskiej (LEO) po wyprawy do najodleglejszych części Układu Słonecznego.

Odpowiedź na rosnącą złożoność misji

ESA podkreśla, że wraz ze wzrostem skali i różnorodności projektów kosmicznych rośnie potrzeba tworzenia systemów umożliwiających spójną współpracę i wymianę danych pomiędzy niezależnymi misjami, ośrodkami i partnerami. Dotychczasowe narzędzia, projektowane głównie pod kątem pojedynczych misji, działały w sposób rozproszony i ograniczały całościową koordynację.

„Pulse” ma rozwiązać ten problem, tworząc logiczne ramy zarządzania misją, niezależne od konkretnego projektu. System łączy dane operacyjne, zwiększa szybkość reakcji i redukuje fragmentację środowiska pracy.

Od budowy satelity po fazę operacyjną

Nowe ramy obejmą cały cykl życia projektu kosmicznego – od montażu, integracji i walidacji satelity, aż po operacje w przestrzeni kosmicznej. ESA zapewnia, że rozwiązanie będzie bezpłatne i dostępne w ramach Licencji Wspólnotowej, co umożliwi jego wdrażanie w całym europejskim sektorze kosmicznym.

Co istotne, „Pulse” nie jest pojedynczym oprogramowaniem, lecz strategicznymi ramami operacyjnymi, które bazują m.in. na technologii European Ground Segment – Common Core (EGS-CC). Usprawniają one telemetrię, zarządzanie zdarzeniami, wymianę informacji i procesy wykonawcze.

„Pulse to coś więcej niż oprogramowanie – to fundament nowej, zintegrowanej i elastycznej kultury operacyjnej w ESA. Daje zespołom możliwość szybszej koordynacji, wcześniejszego reagowania i szerszego spojrzenia” – podkreśla Katarzyna Cichecka, Head of the System and Applications Engineering Division.

Testy i walidacja

Projekt powstał w ścisłej współpracy między dywizjami ESA i przeszedł wieloetapową walidację. Kluczowym momentem był test akceptacyjny w European Space Operations Centre (ESOC) w Darmstadt, w którym udział wzięli operatorzy misji i zespoły inżynieryjne. Ich opinie potwierdziły, że „Pulse” znacząco usprawnia koordynację i zwiększa spójność operacyjną.

„Z perspektywy operatora misji, Pulse zmienia sposób, w jaki postrzegamy monitoring i kontrolę, poszerzając i upraszczając możliwości automatyzacji” – zaznacza Juan Pinero, Operations Lead Architect.

Symboliczna tożsamość i polski wkład

Emblemat inicjatywy przedstawia satelitę transmitującego kod binarny odczytywany jako „ESA” na orbicie wokół Ziemi, co symbolizuje ukierunkowanie projektu na dane. „ESA to organizm, który ma puls – i teraz możemy go wyczuwać w czasie rzeczywistym” – wskazują autorzy projektu.

Za wizualną stronę „Pulse” odpowiadała polska Space Agency, specjalizująca się w komunikacji sektora kosmicznego. Opracowała ona nazwę, logo oraz spójną identyfikację wizualną, która ma podkreślać strategiczne znaczenie inicjatywy i ułatwiać jej komunikację wewnątrz ESA oraz wobec partnerów zewnętrznych.

Pierwszym projektem, który przejdzie migrację do nowych ram, będzie misja SWARM w 2026 roku. ESA planuje, aby „Pulse” stał się domyślną warstwą synchronizacji i koordynacji dla kolejnych misji Agencji, stanowiąc podstawę nowoczesnej, zintegrowanej kultury operacyjnej w europejskim sektorze kosmicznym.

Polska 4. w Europie w eksporcie odzieży, 6. w obuwiu i 5. w nakryciach głowy

Przełom lata i jesieni to moment, w którym nasze szafy naturalnie zmieniają się z lekkich stylizacji na cieplejsze ubrania i solidniejsze obuwie. Widać wtedy wyraźnie, jak duże znaczenie konsumenci przykładają do jakości odzieży, butów i dodatków. Produkty z metką „made in Poland” cieszą się rosnącym uznaniem nie tylko nad Wisłą, ale też za granicą. Z analizy ekspertów Akcenty wynika, że w 2024 r. Polska znalazła się w ścisłej czołówce europejskich eksporterów – zajmując m.in. 4. miejsce w sprzedaży odzieży niedzianej, 5. w czapkach i innych nakryciach głowy oraz 6. w obuwiu i odzieży dzianej. Łącznie te kategorie przyniosły polskiej gospodarce 16,6 mld EUR. Największe zainteresowanie polskimi produktami płynie z Niemiec, Czech, Francji i Rumunii.

Polska odzież zyskuje coraz większą przewagę konkurencyjną dzięki umiejętnemu łączeniu tradycyjnego rzemiosła z nowoczesnymi technologiami. Krajowa branża korzysta z centralnej lokalizacji i rozbudowanej sieci magazynów oraz centrów dystrybucyjnych. Nasi producenci inwestują w automatyzację i segmentację produkcji, co sprawia, że potrafią oferować elastyczne serie odzieży, w tym tworzone z materiałów przyjaznych środowisku, co trafia w zmieniające się preferencje konsumentów. Wysokie wzrosty sprzedaży w Niemczech, Francji czy Rumunii pokazują, że „made in Poland” staje się marką samą w sobie – mówi Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału Akcenty. 

Odzież niedziana

Według danych International Trade Center (ITC) to właśnie artykuły i dodatki odzieżowe niedziane oraz nieszydełkowane są dziś najmocniejszym filarem polskiego eksportu w branży modowej. W 2024 r. ich sprzedaż za granicę sięgnęła 7,05 mld EUR (+18% rdr.). i zapewnia Polsce 3% udziału w globalnym rynku. Takie wyniki plasują nas na 8. miejscu na świecie i bardzo wysokiej, 4. pozycji w Europie. 

Najwięcej produktów trafia do Niemiec, które w 2024 roku kupiły je za 3,04 mld EUR (+16% rdr.). Silne wzrosty odnotowano we Francji, gdzie sprzedaż zwiększyła się aż o 63% rdr., osiągając poziom 402 mln EUR. Stabilnie rośnie handel z Holandią (401 mln EUR, +14%) i Czechami (257 mln EUR, +2%). Wysoką dynamiką wyróżnia się także Rumunia – sprzedaż sięgnęła tam 251 mln EUR, co oznacza wzrost o 41% rdr.

Odzież dziana i szydełkowana

Równie silną gałęzią polskiego eksportu pozostają artykuły odzieżowe i dodatki odzieżowe dziane oraz szydełkowane. W 2024 roku ich wartość wyniosła 5,62 mld EUR, co oznacza wzrost o 10% rdr. Polska odpowiada już za 2,17% globalnego handlu tymi produktami, zajmując 12. miejsce na świecie i 6. w Europie. 

Największym odbiorcą pozostają Niemcy, gdzie trafia niemal połowa sprzedawanych wyrobów dzianych (2,25 mld EUR, +7% rdr.). Dynamicznie rośnie również eksport do Rumunii, który osiągnął 333 mln EUR (+44% rdr.). Na kolejnych miejscach są Czechy z wynikiem 289 mln EUR (-7% rdr.) oraz Holandia (242 mln EUR, +17%) i Ukraina (235 mln EUR, +22%). 

Polska w czołówce eksporterów obuwia

Zmiana sezonu to także moment, w którym konsumenci wymieniają obuwie letnie na jesienne. W 2024 roku eksport tej części garderoby przyniósł polskiej gospodarce 3,66 mld EUR (+14% rdr.). Polska odpowiada za 2,20% globalnego eksportu obuwia, co daje nam 9. miejsce na świecie i 6. w Europie. 

Najwięcej par trafia do Niemiec, które w ubiegłym roku kupiły polskie buty za 1,22 mld EUR (+17% rdr.). Drugim najważniejszym rynkiem jest Rumunia (256 mln EUR, +27% rdr.), a trzecim Czechy (219 mln EUR, stabilny wynik względem roku poprzedniego). Bardzo dobre wyniki notujemy również w Szwajcarii (168 mln EUR, +22%) i we Włoszech (165 mln EUR, +13%). Co ważne, w pierwszej piątce partnerów handlowych nie odnotowano spadków, co potwierdza stabilną pozycję polskiego obuwia.

Czapki i inne nakrycia głowy

Na jesień zmieniamy także nakrycia głowy. Słomkowe kapelusze i lekkie czapki zastępują wełniane modele, które chronią przed zimnem. W 2024 roku eksport czapek i kapeluszy z Polski osiągnął 273 mln EUR, co daje nam niemal 2% udziału w globalnym rynku. Dzięki temu Polska zajmuje 10. miejsce na świecie i 5. w Europie. 

Najwięcej naszych produktów trafia do Niemiec, gdzie sprzedaż wyniosła 99 mln EUR (-2% rdr.). Kolejnym rynkiem są Czechy (17 mln EUR, -4%), a dalej Rumunia (11 mln EUR, +21%), Włochy (10 mln EUR, +29%) oraz Szwecja (10 mln EUR, -6%). Widać więc, że choć popyt na tę kategorię jest stabilny, poszczególne rynki różnią się dynamiką zamówień.

Trzeba jednak pamiętać, że przedsiębiorcy prowadzący handel międzynarodowy funkcjonują w otoczeniu dużej zmienności walutowej. Eksport i import w ramach Unii Europejskiej czy poza nią zawsze wiążą się z ryzykiem kursowym, które dodatkowo potęgują czynniki geopolityczne i zmiany w polityce celnej. W takich warunkach szczególnie ważne jest korzystanie z narzędzi ograniczających ryzyko walutowe, które pozwalają zapewnić firmom większą stabilność finansową i bezpieczeństwo transakcji – podsumowuje Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału Akcenty. 

Źródła danych: 

W powyższym materiale wszystkie dane pochodzą z International Trade Cener za lata 2023 i 2024 według kategorii: 

61 Articles of apparel and clothing accessories, knitted or crocheted.

62 Articles of apparel and clothing accessories, not knitted or crocheted.

64 Footwear, gaiters and the like; parts of such articles.

65 Headgear and parts thereof.

Dane z dn. 27.08.2025 r.

Creotech Instruments z rekordowymi wynikami w I półroczu 2025 – przychody wzrosły ponad trzykrotnie

Creotech Instruments, notowany na GPW polski producent satelitów, systemów i podzespołów satelitarnych, w I półroczu 2025 roku osiągnął rekordowe wyniki finansowe. Przychody ze sprzedaży w tym okresie wzrosły ponad trzykrotnie i wyniosły ok. 74,5 mln zł. W minionym kwartale Spółka podpisała kolejny przełomowy kontrakt o wartości blisko 52 mln EUR z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA) na realizację projektu CAMILA oraz kontynuowała prace nad realizacją projektu Mikroglob.

W I półroczu 2025 roku przychody ze sprzedaży produktów i dotacji wyniosły ok. 74,5 mln zł wobec 17,1 mln zł w analogicznym okresie 2024 roku. Wzrost przychodów wynikał przede wszystkim z postępów realizacji kluczowego projektu Mikroglob. Największy procentowy udział w przychodach miały segment projektów kosmicznych (91,2%) oraz segment systemów kwantowych (6,43%). EBITDA w omawianym okresie wyniosła 10,9 mln zł, a zysk netto przekroczył 3,5 mln zł. Poziom środków pieniężnych na koniec czerwca 2025 roku wyniósł 142,8 mln zł.   Zmniejszył się również udział dotacji w przychodach z 31% do 9%.

Pierwsze półrocze 2025 roku to dla nas przełomowy okres – zarówno pod względem finansowym, jak i realizacji kluczowych projektów kosmicznych oraz podpisania kolejnego istotnego kontraktu: CAMILA. W segmencie kosmicznym możemy pochwalić się przychodami w wysokości 64,3 mln zł oraz EBITDA wynoszącą blisko 20,1 mln zł. Warto podkreślić, że na te wyniki nie wpłynął jeszcze podpisany w II kwartale br. kontrakt CAMILA. Segment kwantowy, który w niedalekiej przyszłości będzie samodzielną spółką, jest na nieco wcześniejszym etapie rozwoju, ale już osiągnął przychody rzędu 8,2 mln zł przy stracie EBITDA wynoszącej 3,5 mln zł. Osiągnięte przez Creotech Instruments wyniki finansowe pokazują, że nasza strategia rozwoju przynosi wymierne efekty. To dopiero początek – przed nami kolejne ambitne projekty, których celem jest dalsze umacnianie pozycji Creotech Instruments jako lidera sektora kosmicznego w Europie komentuje dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

W kwietniu 2025 r. Spółka podpisała umowę i rozpoczęła realizację projektu CAMILA, którego celem jest budowa konstelacji co najmniej trzech satelitów obserwacyjnych bazujących na platformie satelitarnej HyperSat opracowanej przez Spółkę, wraz z segmentem naziemnym, wyniesieniem satelitów oraz zarządzaniem misją. Projekt realizowany jest pod nadzorem ESA na zlecenie Ministerstwa Rozwoju i Technologii. Wartość kontraktu wynosi blisko 52 mln EUR, z czego ponad
25 mln EUR przypada bezpośrednio na Spółkę, która pełni w nim rolę lidera.

 

Równolegle Creotech Instruments kontynuował pracę przy realizacji projektu Mikroglob. W II kwartale 2025 roku Spółka zakończyła realizację faz B2 oraz C, za które otrzymała odpowiednio 20,5 mln zł netto oraz 20 mln zł netto. Obecnie skupia się na realizacji fazy D.

 

W grudniu 2024 roku Creotech Instruments podpisał ze Skarbem Państwa – Agencją Uzbrojenia umowę na wytworzenie i dostawę Satelitarnego Systemu Obserwacji Ziemi (SSOZ) „Mikroglob” obejmującą fazy B, C, D, E1. Wartość tego największego w historii polskiego sektora kosmicznego kontraktu wynosi
556,7 mln zł brutto (452 mln zł netto).

 

W minionym kwartale Spółka kontynuowała prace przy realizacji dwóch istotnych projektów, tj. PIAST oraz eCAUSIS (European, Certifiable, Affordable, User-oriented, Secure, Integration-able, Scalable quantum key distribution solutions). Celem pierwszego jest zaprojektowanie, skonstruowanie i rozmieszczenie na orbicie nanosatelitów obserwacyjnych do prowadzenia optoelektronicznego rozpoznania obrazowego. W 2025 roku Creotech Instruments planuje wyniesienie 3 kolejnych testowych satelitów w oparciu o autorską platformę HyperSat. Projekt koordynowany jest przez Wojskową Akademię Techniczną w Warszawie.

W przypadku projektu eCAUSIS celem jest opracowanie i budowa zaawansowanego modułu dystrybucji kluczy kwantowych oraz oprogramowania do zarządzania kluczami kryptograficznymi. W II kwartale 2025 roku Spółka kontynuowała prace nad prototypem drugiego modułu o zmniejszonych rozmiarach i bardziej zintegrowanej elektronice. W maju br. w ramach spotkania sieci EuroQCI w Atenach rozwiązanie Creotech zostało zaprezentowane międzynarodowemu gronu specjalistów, spotykając się z dużym zainteresowaniem.

Ubiegły kwartał upłynął również pod znakiem przygotowań Spółki do jej podziału. W czerwcu br. spółki Creotech Quantum S.A. (segment kwantowy) oraz Creotech Geo P.S.A  (segment systemów aplikacji związanych z dronami i przetwarzaniem danych satelitarnych) zostały wpisane do KRS-u.

Po zakończeniu okresu sprawozdawczego za I półrocze 2025 roku, tj. 30 czerwca br., doszło do podpisania kilku istotnych umów.

W dniu 17 lipca br. Creotech Instruments zawarł aneks do kontraktu Mikroglob ze Skarbem Państwa – Agencją Uzbrojenia, umożliwiający Spółce wykorzystanie zaliczek do finansowania zakupu wybranych komponentów, podzespołów i usług w projekcie, przy minimalnym zmniejszeniu łącznej wartości umowy o ok. 0,34%.

18 lipca br. Spółka otrzymała od Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) informację o zaakceptowaniu pierwszej części dokumentacji w ramach przeglądu projektu CAMILA, co zapewniło Spółce wynagrodzenie w wysokości ponad 3,1 mln EUR, przy czym ok. 30% wymienionego wynagrodzenia przysługuje bezpośrednio Creotech Instruments, a pozostała kwota obejmie wynagrodzenie dla podwykonawców w projekcie CAMILA.

W sierpniu br. Spółka podpisała umowę z włoską firmą Leonardo S.p.A. na montaż elektroniki dla projektu LISA MPE (wartość umowy ponad 3,6 mln EUR) oraz zrealizowała pierwszą komercyjną sprzedaż astronomicznej kamery sCMOS do Teplice Observatory and Planetarium (Czechy) o wartości 196 tys. EUR, otwierając nową linię biznesową dla segmentu kwantowego.

Ostatnim istotnym zdarzeniem po okresie sprawozdawczym było uzgodnienie i przyjęcie planu podziału spółki Creotech Instruments oraz przeniesienia segmentu systemów kwantowych do spółki Creotech Quantum S.A.

Leki produkowane poza USA obłożone 100-procentowym cłem

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump zapowiedział wprowadzenie 100-procentowego cła na wszystkie markowe i opatentowane leki importowane do USA, które nie są produkowane na terenie kraju. Nowa polityka celna wejdzie w życie 1 października 2025 roku. Zwolnione z obowiązku zapłaty cła będą jedynie te firmy, które już posiadają zakłady produkcyjne w USA lub rozpoczęły ich budowę. Działanie to jest elementem szerszego planu rewizji polityki handlowej i rozszerzenia reżimu celnego administracji Trumpa, mającego na celu wzmocnienie krajowego przemysłu i ograniczenie zależności od zagranicznego importu w sektorach kluczowych dla bezpieczeństwa narodowego.

Oprócz leków, nowymi stawkami objęto także inne towary. Na ciężarówki mają zostać nałożone cła w wysokości 25%, na szafki kuchenne i łazienkowe – 50%, a na meble tapicerowane – 30%. W przypadku rynku farmaceutycznego nowe regulacje wywołały mieszane reakcje. Najwięksi gracze, tacy jak Merck, AstraZeneca czy Johnson & Johnson, już wcześniej zadeklarowali wielomiliardowe inwestycje w amerykańskie zakłady produkcyjne, odpowiadając na wcześniejsze sygnały płynące z Białego Domu. Jednak wiele popularnych leków nadal powstaje poza USA. Przykładowo, składnik aktywny preparatów Ozempic i Wegovy (Novo Nordisk) wytwarzany jest w Danii, pierwsza faza produkcji leku Mounjaro (Eli Lilly) odbywa się w Irlandii, a środki takie jak Stelara, Darzalex, Opdivo, Cosentyx czy Entresto produkowane są głównie w Szwajcarii, Irlandii i Danii.

Efekty wpływu nowych ceł mogą być „niejasne lub znikome”, ponieważ większość dużych koncernów farmaceutycznych już posiada amerykańskie zakłady produkcyjne. Analitycy Bloomberg Economics szacują, że wprowadzenie 100-procentowego cła na leki może podnieść średnią stawkę celną w USA o 3.3 punktu procentowego. Jednak wpływ ten może być ograniczony dzięki zwolnieniom dla firm inwestujących w krajową infrastrukturę. Najbardziej narażone na negatywne skutki tej decyzji są kraje takie jak Szwajcaria, Singapur, częściowo Wielka Brytania oraz Japonia. Indeksy giełdowe w Azji traciły w piątek rano. Szczególnie zauważalne były spadki firm farmaceutycznych.

Krzysztof Kamiński – OANDA TMS

Dolar zyskuje po mocnych danych z USA, Szwajcaria utrzymuje zerowe stopy procentowe

Pomimo obiektywnie dobrych danych z gospodarki amerykańskiej, rynek coraz bardziej zaczyna kalkulować długofalowe zmiany składu FED. W tle Szwajcaria, która utrzymuje zerowe stopy procentowe i zastanawia się jak jeszcze osłabić franka.

Pozytywna niespodzianka za oceanem

Czwartkowe dane okazały się bardzo korzystne dla amerykańskiej waluty. Na szczególną uwagę zasługuje oczywiście wzrost PKB – ten by ciężej było prowadzić analizę, podawany jest jako annualizowany. Oznacza to, że Amerykanie nie podają rocznego wskaźnika, tylko to jak zachowałby się wzrost PKB, gdyby cały rok był taki jak ostatni kwartał. Tak podawany wskaźnik wynosi 3,8% i znajduje się 0,5% powyżej oczekiwań. Na uwagę zasługują również wnioski o zasiłek dla bezrobotnych – 218 tysięcy to nie tylko dużo lepszy poziom od prognoz, ale również najniższy wynik od 8 tygodni. Zamówienia na dobra również okazały się lepsze, niż przewidywano. Przy takim zestawie łatwo się domyślić, że amerykańska waluta będzie zyskiwać. Pozostawało jeszcze pytanie ile. Informacje te przełożyły się na umocnienie dolara o około 1 centa względem euro. Cena dolara wyrażona w złotych wzrosła wczoraj po tych danych o imponujące 4 grosze.

Co ze stopami procentowymi?

Lepsze dane z USA stawiają pod znakiem zapytania mocniejsze cięcia stóp procentowych, aby przeciwdziałać spowolnieniu gospodarczemu. Prezentowane odczyty pokazują, że gospodarka wcale nie ma się tak źle, jak niektórzy sugerują. Wczorajsze wystąpienia członków FED wskazują na spore rozbieżności w samym gremium decyzyjnym. Szczególnie głośny jest nowy członek FED – Stephen Miran. Jego zdaniem stopy procentowe są o około 2% powyżej stopy neutralnej. Patrząc na to, co dzieje się z inflacją, jest to bardzo odważne stwierdzenie. Gdyby 2% niższy wskaźnik miał być neutralny, to przy obecnym poziomie powinien wyraźnie spadać. Tak jednak nie jest, a od kwietnia mamy wręcz wzrost. Pokazuje to jednak niebezpieczny trend, gdzie nowa nominacja jest dobrana pod kątem poglądów bardzo pasujących administracji prezydenckiej. Wiadomo jest to grono wieloosobowe, ale biorąc pod uwagę nominacje kolejnych osób, może się okazać z czasem, że uda się zmienić nastawienie całego gremium. Taki ruch docelowo będzie działał na osłabienie dolara w długim okresie.

Szwajcaria nie zmienia stóp procentowych

Szwajcarzy znów grają w innej lidze w polityce monetarnej. Ich obecna główna stopa procentowa wynosi obecnie równe 0, a inflacja zaledwie 0,2%. Brak obniżek stóp nie był zatem niespodzianką. Cały czas starają się utrzymywać wyjątkowo niskie stopy procentowe, aby zmniejszać zainteresowanie inwestorów frankiem szwajcarskim. Mocny frank jest bowiem dużym problemem dla tamtejszej gospodarki, której eksport jest coraz mniej konkurencyjny. Z drugiej strony kraj ten ma bardzo tanie kredyty. Mimo bardzo niskich stóp procentowych inwestorzy chętnie wybierają tę walutę. To właśnie dlatego od lat widzimy coraz niższe poziomy euro wobec franka.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych należy zwrócić na:

14:30 – USA – dochody i wydatki Amerykanów.

Maciej Przygórzewskigłówny analityk w InternetowyKantor.pl

DHL Express podnosi ceny usług od stycznia 2026 r.

DHL Express zapowiedział korekty cen, które wejdą w życie 1 stycznia 2026 r. W Polsce średni wzrost stawek wyniesie 5,9%.

Jak podkreśla spółka, coroczna aktualizacja cennika ma na celu dostosowanie usług do zmieniających się warunków rynkowych i utrzymanie wysokiej jakości obsługi klientów. – Nieustannie wspieramy naszych klientów w poruszaniu się po złożonym, dynamicznie zmieniającym się krajobrazie globalnego handlu, który w ostatnim czasie został znacząco dotknięty przez zmiany geopolityczne. Coroczna korekta cen pozwala nam dalej wzmacniać odporność i elastyczność naszej sieci, zapewniając naszym klientom niezmienne wsparcie dla ich biznesów – niezależnie od czynników zewnętrznych – powiedział Tomasz Buraś, prezes zarządu DHL Express Polska.

DHL Express przypomina, że korekty cen wprowadzane są co roku. Uwzględniają one m.in. inflację, dynamikę walut oraz rosnące koszty administracyjne wynikające z regulacji krajowych i międzynarodowych oraz ze środków bezpieczeństwa. Zmiany te dotyczą wszystkich rynków, na których działa spółka – DHL Express obsługuje ponad 220 krajów i terytoriów na świecie.

UODO interweniuje w sprawie fundacji „Dzieci są z nami”. Chodzi o ochronę wizerunku najmłodszych

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), Mirosław Wróblewski, zwrócił uwagę na działalność fundacji „Dzieci są z nami”, wskazując, że jej cele statutowe mogą być sprzeczne z prawem i naruszać prawa dzieci, w tym prawo do ochrony prywatności i wizerunku.

Fundacja ta promuje publikowanie wizerunków najmłodszych w internecie i sprzeciwia się ograniczaniu tzw. sharentingu – czyli praktyki polegającej na udostępnianiu zdjęć i informacji o dzieciach przez rodziców w mediach społecznościowych.

Interwencja UODO i apel do ministerstwa

W związku z tym Prezes UODO wystosował pismo do minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Agnieszki Dziemianowicz-Bąk, z prośbą o rozważenie podjęcia czynności nadzorczych wobec fundacji. Jak podkreślił, do kompetencji ministerstwa należy sprawowanie nadzoru nad działalnością fundacji i egzekwowanie, aby nie naruszała ona praw dzieci do ochrony danych osobowych i prywatności.

Ryzyka związane z sharentingiem

Zjawisko sharentingu staje się coraz bardziej powszechne – dane pokazują, że aż 40 proc. rodziców publikuje wizerunki swoich małoletnich dzieci w internecie. Choć często dzieje się to w dobrej wierze, praktyka ta wiąże się z licznymi zagrożeniami. Zdjęcia mogą posłużyć do tworzenia deepfake’ów, fotomontaży, a także narazić dziecko na cyberprzemoc czy szykany ze strony rówieśników.

Prezes UODO w swoim piśmie przypomniał również, że prawo do ochrony prywatności jest zapisane w art. 47 Konstytucji RP. Zgodnie z nim każdemu – niezależnie od wieku – przysługuje ochrona prawna życia prywatnego i rodzinnego, czci, dobrego imienia oraz prawo do decydowania o własnym życiu osobistym.

ORLEN Paczka i Poczta Polska zbudują największą sieć odbioru przesyłek w kraju

ORLEN i Poczta Polska podpisały porozumienie wyznaczające ramy strategicznej współpracy w sektorze usług kurierskich. To szansa na wykorzystanie synergii pomiędzy spółkami i stworzenie na bazie ORLEN Paczki podmiotu, który będzie miał ponad 30 tys. punktów odbioru przesyłek. Połączenie firm i ich logistyki istotnie obniży koszty funkcjonowania biznesu i przyniesie korzyści klientom.

– Projekt z Pocztą Polską to naturalny krok w kierunku budowy silnego, krajowego operatora logistycznego. Poprzez rozwój organiczny stworzyliśmy podmiot, który już teraz zapewnia klientom nowoczesne, szeroko dostępne rozwiązania. Wspólnie z Pocztą Polską możliwe będzie skokowe zwiększenie skali działania. Docelowo będzie to ponad 30 tys. punktów odbioru budujących mocną przewagę konkurencyjną. Zgodnie z podpisanym porozumieniem, jeżeli uzgodnione zostaną ostateczne warunki umowy, Poczta Polska będzie mogła nabyć nasze udziały. Środki pozyskane z takiej transakcji zostaną przeznaczone na dalszy rozwój podstawowej działalności koncernu – powiedział Ireneusz Fąfara, Prezes ORLEN.

– Podpisane porozumienie jest najważniejszym punktem naszego Planu Transformacji i początkiem konsolidacji polskiego e-commerce. Razem z ORLEN zbudujemy dużego, krajowego gracza kurierskiego. Dzisiejsze porozumienie dla Poczty Polskiej oznacza początek realizacji kluczowego elementu przyjętej przez nas strategii. To zupełnie normalne, że dwie spółki z udziałami Skarbu Państwa współpracują. W praktyce oznacza to większą skalę, lepszą dostępność i realne korzyści zarówno dla klientów, jak i dla polskiej gospodarki – powiedział Sebastian Mikosz, Prezes Poczty Polskiej.

ORLEN Paczka to dziś ponad 14 tys. punktów odbioru paczek, w tym ok. 7 tys. automatów paczkowych.

Poczta Polska natomiast to ponad 20 tys. punktów odbioru paczek obejmujących: placówki pocztowe, automaty paczkowe, sklepy Żabka oraz punkty należące do Grupy Eurocash (ABC, Lewiatan, Delikatesy Centrum, Groszek, Duży Ben i inne).

ORLEN wnosi do współpracy doświadczenie w rozwoju nowoczesnych automatów paczkowych oraz silną markę detaliczną. Poczta Polska rozwiniętą infrastrukturę doręczeń i codzienną obecność w każdym zakątku kraju oraz ponad 466 lat doświadczenia i tradycji.

Precyzyjny scenariusz z korzyściami dla obu stron

Porozumienie opisuje scenariusz współpracy obu spółek. W dalszych krokach Poczta Polska obejmie mniejszościowy pakiet udziałów w ORLEN Paczce. W kolejnym do majątku spółki trafią automaty paczkowe należące do Poczty, co pozwoli w krótkim terminie osiągnąć wymierne synergie z połączonych biznesów kurierskich.

Wejście kapitałowe Poczty Polskiej do spółki gwarantuje realizację długoterminowej strategii rozwoju ORLEN Paczki. Obecne wyniki potwierdzają, że wybrany kierunek oparty na najwyższej jakości usług i skoncentrowany na kliencie jest właściwy. Zgodnie z porozumieniem, po zamknięciu transakcji, bazą do dalszego rozwoju będzie zatwierdzona strategia Spółki na lata 2025-2028.

Docelowo Poczta Polska będzie mogła nabyć wszystkie udziały ORLEN Paczki. Połączenie kompetencji obu spółek pozwoli wzmocnić krajowy potencjał i wpłynie na poprawę konkurencyjności podmiotu, który będzie dysponował ponad 30 tys. punktów odbioru.

Porozumienie wpisuje się również w Plan Transformacji Poczty Polskiej, zakładający dynamiczny rozwój obszaru kurierskiego. Wspólna oferta będzie w stanie skutecznie konkurować z innymi operatorami w kraju, nie tylko dzięki skali, ale także dzięki zaufaniu, jakie obie marki budują wśród Polaków od lat.

Czy odwiedziłeś już najdłuższy hotel w Europie? Ten jest w… Polsce!

Ma aż 330 metrów długości, 9 pięter i 447 pokoi – najdłuższy hotel w Europie jest w Polsce, a dokładniej w Szczyrku. Imponującej wielkości budynek znajduje się na wysokości 660 metrów nad poziomem morza, przy szlakach na Magurę i Klimczok. Goście mogą skorzystać z kilku barów i restauracji, strefy basenowej i SPA.

Co to za hotel?

Najdłuższy hotel na naszym kontynencie jest własnością prywatnego inwestora i należy do sieci Mercure. Hotele tej marki można znaleźć na całym świecie – od Europy, przez Azję, Środkowy Wschód i Afrykę, aż po Australię i Amerykę Południową. Lokalizacja w Beskidzie Śląskim została wybrana nieprzypadkowo. Hotel w Szczyrku powstał w wyniku przebudowy Centrum Kongresów i Rekreacji „Orle Gniazdo”, popularnego ośrodka wypoczynkowego Huty Katowice. Mercure Szczyrk Resort to hotel czterogwiazdkowy, więc goście mogą liczyć na wysoki standard i liczne atrakcje.

Jeden z najwyżej położonych hoteli w Polsce

Szczyrkowski obiekt jest nie tylko najdłuższym hotelem w Europie, ale również jednym z najwyżej położonych hoteli w Polsce. Hotel znajduje się około 2 kilometry od centrum miasta, tuż przy popularnym miejscu pielgrzymek – Sanktuarium na Górce z cudownym źródełkiem. Obok wytyczone są szlaki turystyczne, którymi można dojść na Klimczok i Magurę. Zaokrąglony budynek hotelu zwrócony jest w stronę Skrzycznego, czyli najwyższego szczytu Beskidu Śląskiego (1257 m n.p.m.). Takie usytuowanie sprawia, że wszystkie pokoje zapewniają widok na górską panoramę.

Luksusowy hotel z basenem

Czterogwiazdkowy hotel w górach oferuje swoim gościom doświadczenia na wysokim poziomie. Pokoje są nowoczesne i jednocześnie przytulne, a wystrój nawiązuje do lokalnych tradycji. Oprócz klasycznych „dwójek” do wyboru są pokoje z dodatkową sofą do spania. W wielu pokojach goście mają do dyspozycji również balkon, a niektóre jednostki mają wydzielony salon. Jak przystało na hotel tej klasy, w obiekcie znajduje się wiele udogodnień dla dzieci i dorosłych. Najdłuższy hotel w Europie oferuje między innymi:

  • restauracje (w tym bistro w strefie basenowej);
  • bary (w tym pool bar);
  • sale zabaw dla dzieci;
  • baseny (rekreacyjny, pływacki, brodzik dla dzieci);
  • jacuzzi i sauny różnego typu:
  • strefę SPA z 10 gabinetami.

Nowe miejsce na imprezy okolicznościowe

Wesele w najdłuższym hotelu w Europie? Tak, to możliwe – szczyrkowski hotel umożliwia zorganizowanie przyjęcia okolicznościowego w luksusowym anturażu i z górskim krajobrazem w tle. W obiekcie można zaplanować uroczystość rodzinną (chrzciny, wesele, przyjęcie komunijne) lub mniej formalną imprezę dla przyjaciół, np. wieczór panieński lub kawalerski. Obiekt oferuje przestronną salę balową i bogate zaplecze gastronomiczne. Goście mogą skorzystać również z baru z widokowym tarasem. Duży wybór pokoi ułatwi zakwaterowanie gości w przypadku uroczystości dwudniowych lub trwających do późnych godzin nocnych.

Centrum konferencyjne w górach

W dziewięciopiętrowym hotelu można również zorganizować wydarzenie o oficjalnym charakterze. Obiekt dysponuje 12 salami konferencyjnymi, przy czym największa może pomieścić 1200 osób. Nowoczesne wnętrza w górskim otoczeniu mogą stanowić tło dla kongresów, konferencji, gal, kolacji charytatywnych czy koncertów. Do sali można również wprowadzić duży obiekt, co umożliwia zorganizowanie premiery samochodu lub innego produktu o znacznych gabarytach. Ponadto w hotelu można zorganizować imprezę integracyjną lub inne wydarzenie firmowe.

Najdłuższy hotel w Europie w zielonym sercu Beskidu Śląskiego

Szczyrk to małe, ale tętniące życiem miasteczko w Beskidach. Turyści z całej Polski przyjeżdżają tutaj przez cały rok. Zimą każdy chce pojeździć na nartach, natomiast lato to czas dla piechurów i rowerzystów. W mieście znajduje się kilka ośrodków narciarskich, a liczne szlaki piesze i rowerowe zachęcają do podziwiania panoramy ze szczytu Klimczoka, Skrzycznego czy Malinowskiej Skały. Wolny czas można spędzić również na zwiedzaniu (w Szczyrku znajdują się m.in. skocznie narciarskie, galeria sztuki i zabytkowy kościół) lub na uczestnictwie w lokalnych wydarzeniach.

Gaming Factory: rekordowe półrocze i plany na JDM 2 w klasie AA

Gaming Factory, producent i wydawca gier na PC i konsole notowany na głównym rynku GPW, zaprezentował bardzo dobre wyniki finansowe za pierwsze półrocze 2025 r. W raportowanym okresie spółka osiągnęła 9,4 mln zł przychodów jednostkowych wobec 1,7 mln zł rok wcześniej. EBITDA wyniosła 5,6 mln zł, a zysk netto sięgnął blisko 1,1 mln zł. Najważniejszym czynnikiem poprawy wyników była majowa premiera flagowej produkcji JDM: Japanese Drift Master, której sprzedaż obecnie przekroczyła 140 tys. egzemplarzy. Rozwój marki JDM oraz budowa powtarzalnych przychodów stanowią fundament zaktualizowanej strategii rozwoju Gaming Factory na lata 2025–2027.

– Wyniki finansowe pokazują, że konsekwentna praca nad JDM: Japanese Drift Master przyniosła oczekiwany efekt. Aktualna sytuacja pozwala nam planować dalszy rozwój spółki. Należy też podkreślić, że zaraportowany jednostkowy zysk netto byłby wyższy, gdyby nie jednorazowy odpis aktualizacyjny w wysokości 2,7 mln zł. Teraz naszym priorytetem jest utrzymanie wysokiego poziomu sprzedaży, dalsze zainteresowanie grą oraz skuteczne zarządzanie jej cyklem życia – komentuje Mateusz Adamkiewicz, prezes zarządu Gaming Factory S.A.

Dalszy rozwój JDM: Japanese Drift Master pozostaje centralnym punktem zaktualizowanej strategii Gaming Factory na lata 2025–2027. Gra będzie rozwijana w modelu longsellera – poprzez kolejne aktualizacje, dodatki DLC, a także wersje na konsole i planowany tryb multiplayer, który znacząco poszerzy możliwości rozgrywki i zaangażowanie graczy. Porty na PlayStation i Xbox nie będą wymagały wysokich nakładów produkcyjnych, a przy rosnącej rozpoznawalności marki mogą stać się kolejnym silnym źródłem przychodów. Tytuł ma już ponad 870 tys. zapisów na wishlistę, a aktywna społeczność  m.in. na Discordzie  odgrywa istotną rolę w procesie dalszego rozwoju.

– Zbudowaliśmy solidne fundamenty, dysponujemy silnym IP, doświadczonym zespołem i jasno określonymi celami na najbliższe lata. Zaktualizowana strategia, którą realizujemy, koncentruje się przede wszystkim na rozwoju  JDM: Japanese Drift Master i dalszym budowaniu kompetencji wokół gier motoryzacyjnych. Chcemy w sposób zrównoważony poszerzać nasze portfolio, przede wszystkim poprzez wzmacnianie istniejących marek. Zależy nam na skalowalnym i efektywnym modelu działania. JDM udowodnił, że potrafimy tworzyć tytuły o globalnym potencjale, teraz naszym celem jest przełożenie tego sukcesu na dalszy rozwój Gaming Factory – podkreśla Mateusz Adamkiewicz, prezes zarządu Gaming Factory S.A.

Strategia Gaming Factory na lata 2025–2027 koncentruje się na kluczowych obszarach: rozwoju marki JDM, efektywności operacyjnej oraz globalnych partnerstwach. W dalszej perspektywie planowana jest produkcja JDM 2, czyli projektu klasy AA, który będzie rozwijany z myślą o globalnej dystrybucji, możliwie we współpracy z międzynarodowym wydawcą. Równolegle rozwijana jest również gra Pizza Slice, której premiera planowana jest na początek 2026 roku.

Gaming Factory zamierza dalej optymalizować procesy produkcyjne, koncentrować się na wybranych projektach o największym potencjale i zwiększać powtarzalność przychodów dzięki dodatkom, aktualizacjom i premierom na nowe platformy. Spółka nie wyklucza także współpracy z zewnętrznymi wydawcami przy wybranych projektach.

WIG20 traci ponad 1,5%, złoty osłabia się wobec euro i dolara

Wczorajsza sesja na polskich aktywach wypadła kiepsko – w odwrocie znalazła się zarówno giełda, jak i krajowa waluta. EUR/PLN blisko 4,27, USD/PLN powyżej 3,63. Tymczasem SNB utrzymuje koszt pieniądza na poziomie 0 i martwi się „przewartościowanym” CHF. 

Przynajmniej kilka powodów

Środa nie była udanym dniem dla inwestorów giełdowych w Polsce, szczególnie w początkowej fazie sesji. Indeks WIG20 zapikował ponad 1,5%, schodząc poniżej poziomu 2800 pkt w na starcie notowań. Przyczyn takiej sytuacji jest przynajmniej kilka. Można oczywiście winę za tę słabość zrzucać na spadkową tendencję na głównej parze walutowej świata, która zwyczajowo powoduje odpływ kapitału z rynków wschodzących. Jednak również po stronie czynników wewnętrznych znajdziemy sporo negatywów. Choćby opublikowany na stronach rządowych projekt nowelizacji ustawy o CIT. Dlaczego jest on tak ważny? Bo zawiera informację o czasowym zwiększeniu podatku dochodowego dla sektora bankowego do poziomu 30%, i to już od przyszłego roku. W kolejnych latach ma być nieco lżej i CIT ma wynieść 23%, niemniej jednak rynek zareagował nerwowo na takie informacje. Nie można zapominać również o wzroście napięcia w geopolityce. Zaostrzenie retoryki wobec Rosji ma oczywiście sens, ale też niesie ze sobą ryzyko eskalacji konfliktu, w którym Polska jest krajem buforowym NATO. Mowa oczywiście o słowach Trumpa podczas posiedzenia ONZ, że w przypadku naruszenia przestrzeni powietrznej należy rozważyć podjęcie radykalnych czynności, czyli w domyśle zestrzelić wrogi samolot.

„Kotwica” w górę na EUR/PLN

Nie tylko giełda znalazła się wczoraj na minusie, w tym dniu odpływu kapitału z ryzykownych aktywów. Również na PLN zobaczyliśmy oznaki osłabienia, widoczne w relacji do niemal każdej z głównych walut. Szczególnie w ostatnim czasie para EUR/PLN stanowi pewien obraz sytuacji na krajowych aktywach. Odbicie od równowagi na poziomie 4,25 stanowi już prosty przekaz, że dzieje się coś złego. Ruch w górę o 2 grosze nie jest może czymś imponującym, nawet jak na rynek FX, niemniej jednak dla tej pary, która od kwietnia porusza się w wąskim 5-groszowym paśmie wahań, to już mocny ruch. Szereg ryzyk, które się aktualnie pojawiły – od tych regulacyjnych po geopolityczne – mogą stanowić element wzrostu awersji do ryzyka w przypadku krajowych aktywów, co potencjalnie skutkować będzie właśnie spadkami na giełdzie czy dalszym osłabieniem PLN.

Ujemne stopy opcją awaryjną

Dzisiaj swoje „5 minut” na rynkach miał Bank Narodowy Szwajcarii. Decyzja, która zapadła to utrzymanie stóp bez zmian, czyli na poziomie 0%. Kończy się tym samym seria 6 kolejnych obniżek rozpoczęta w marcu 2024. Część analityków nieco nieśmiało wskazywała na możliwość cięcia stóp o 25 pkt bazowych i zejście poniżej 0, w związku ze spadkiem inflacji CPI w sierpniu w relacji m/m w rewiry deflacyjne. SNB wstrzymuje się jednak z taką decyzją i wskazuje, że ujemne stopy to defekt źle wpływający na stabilność systemu finansowego. Sytuacja gospodarcza również wskazywała na możliwość ruchu na koszcie pieniądza, gdyż słabiej wypadł PKB za II kwartał, który wyniósł 1,2%, choć analitycy oczekiwali 1,4%. Jest to też pokłosie nałożenia ceł przez Trumpa w wysokości aż 39%. Wielu analityków kreśli czarny scenariusz i zapowiada, że spowoduje to wejście Szwajcarii nawet w klimaty recesyjne. A skoro mówimy o kraju żyjącym głównie z eksportu, to trzeba podejść poważnie do takich słów. Problemem jest też mocny CHF, o którym wspomina SNB na niemal każdym posiedzeniu. Ale, biorąc pod uwagę ostatnie napięcie w geopolityce czy perturbacje z francuskim rządem, to nie może dziwić, że inwestorzy chętnie wybierają bezpieczne przystanie. EUR/CHF po samej decyzji pnie się nieco w górę. Niemniej jednak, patrząc na wykres tej pary walutowej, zobaczymy nadal jedne z niższych poziomów w ostatnich dwóch latach, co tylko pokazuje, jak mocna jest szwajcarska waluta.

PKB USA rośnie o 3,8% – powyżej prognoz i oczekiwań rynkowych

PKB w USA w ujęciu kwartalnym zaskoczyło pozytywnie. Odczyt za 2 kwartał tego roku wyniósł 3,8 proc., czyli wyraźnie więcej od prognozy (3,3 proc.).

Takie pozytywne zaskoczenie wraz z innymi, lepszymi od oczekiwań odczytami rynkowymi dotyczącymi m. in. wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, bilansu handlowego czy zamówień, może być paliwem dla jastrzębiej części członków FED i może zredukować oczekiwania dotyczące dalszych obniżek stóp procentowych. W końcu nie ma co ryzykować ponownego skoku inflacji i dalszego osłabiania dolara, jeżeli gospodarka radzi sobie dobrze.

Autor: Piotr Bawolski, CFA, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski

Hakerzy przygotowują się na Mundial. 4300 domen zarejestrowanych w dwa miesiące

Wkrótce Mistrzostwa Świata FIFA 2026. Podczas gdy organizator ogłosi sprzedaż biletów 29 września br. w cieniu trwają przygotowania cyberprzestępców do masowego ataku na kibiców i organizatorów. Jak wynika z najnowszego raportu „Playing Offside: How Threat Actors Are Warming Up for FIFA 2026” firmy Check Point Research hakerzy zbudowali już sieć fałszywych domen, systemy botnetów i sprzedaży podrobionych biletów. Cel – oszukać jak najwięcej osób i zmaksymalizować zysk finansowy. A Polscy kochają Mundial. W 2022 roku do Kataru pojechało ponad 4 tys Polaków, znacznie więcej oglądało mecze w telewizji i na platformach Online.

Zaledwie w ciągu 2 ostatnich miesięcy (od 1 sierpnia 2025) zarejestrowano już ponad 4300 nowych domen zawierających słowa „FIFA”, „World Cup” lub nazwy miast-gospodarzy. Eksperci ostrzegają – To efekt zautomatyzowanego i zaplanowanego hurtowego zakupu domen, którego celem jest stworzenie infrastruktury pod przyszłe kampanie oszustw hakerskich – mówi Amit Weigman, Security Evangelist z firmy Check Point Research. Rejestracje nie są przypadkowe – występują w zsynchronizowanych falach. Tylko między 8 a 12 sierpnia pojawiło się niemal 1500 nowych adresów, a kolejny skok aktywności miał miejsce na początku września.niemal 1500 nowych adresów

Skala zagrożenia jest ogromna i dotyczy wielu stron. Kibice są narażeni na utratę pieniędzy przez zakup fałszywych biletów, kradzież danych przez phishing oraz infekcje złośliwym oprogramowaniem. FIFA i sponsorzy ryzykują utratę wizerunku, rozmycie marki i odpływ dochodów z legalnej sprzedaży. Miasta gospodarze mogą paść ofiarą kampanii wykorzystujących lokalne usługi: transport, hotele, gastronomię. Wreszcie cały ekosystem internetowy — od rejestratorów domen, przez sieci reklamowe, aż po platformy społecznościowe — może stać się nieświadomym narzędziem w rękach przestępców. Należy się odpowiednio zabezpieczyć – podkreśla Wojciech Głażewski, dyrektor firmy Check Point Software Technologies w Polsce.

Przynętą do zwabienia kibiców jest tematyka tańszych (fałszywych), biletów nielegalnych transmisji oraz gadżetów piłkarskich (nie oryginalnych). Hakerzy dodatkowo posługują się wzorcami, wybierając podobne motywy domen: np. fifa2026ticketsmiami.com, ale zdarzają się też bardziej złożone konstrukcje, łączące kilka elementów, np. fifa2026tickets-streamlive.com. Takie wzorce wskazują na użycie generatorów phishingowych stron opartych na szablonach. Streamingowe oszustwa zawierają często hasła typu „HD”, „watch live” czy „gratis”, co sugeruje próbę przyciągnięcia ofiar fałszywą obietnicą darmowego dostępu do transmisji.

Przykłady sfałszowanych domen i stron: FIFA 2026

Przykłady sfałszowanych domen i stron

Rejestrowane domeny są celowo dopasowane do lokalizacji gospodarzy turnieju: USA, Meksyku i Kanady, a także konkretnych miast, takich jak Dallas, Miami, Toronto, Vancouver czy Mexico City. To celowy zabieg poprawiający pozycjonowanie w wyszukiwarkach i zwiększający wiarygodność w oczach zagranicznych kibiców. Dodatkowo przestępcy stosują segmentację językową — angielski dominuje w oszustwach związanych z transmisjami, hiszpański i portugalski pojawiają się w kampaniach sprzedaży fałszywych biletów i gadżetów, a francuski występuje w mniejszych kampaniach skierowanych do europejskich kibiców.

Co więcej, przestępcy wykazują się dalekowzrocznością — wiele zarejestrowanych domen dotyczy już nie tylko turnieju w 2026 roku, ale także tych planowanych na 2030 i 2034. Stosują przy tym taktykę tzw. „domain aging” — pozostawiają domeny nieaktywne przez lata, by zyskały w oczach wyszukiwarek i użytkowników „legitymację” przed ich wykorzystaniem.

Najczęściej wybieranymi rejestratorami są firmy takie jak GoDaddy, Namecheap, Gname, Dynadot i Porkbun — znane z niskich cen, prostych procedur i możliwości automatyzacji. Najpopularniejszym rozszerzeniem zaś jest .com, ale równie chętnie wykorzystywane są tanie domeny jak .online, .shop, .store czy .football, które pozwalają budować oszukańcze strony na szeroką skalę niewielkim kosztem.

Spodziewane ataki wielu grup przestępczych podczas FIFA 2026

Analiza infrastruktury DNS ujawnia jeszcze jeden niepokojący element — wiele domen korzysta z identycznych serwerów nazw, co wskazuje nie na dziesiątki niezależnych oszustów, ale na ograniczoną liczbę wyspecjalizowanych grup zarządzających dużymi portfelami domen. Skoordynowane rejestracje, podobna struktura nazw i powtarzająca się infrastruktura to typowe cechy kampanii prowadzonych przez półprofesjonalne grupy przestępcze.

Fałszywe domeny nie są częścią całego cyfrowego ekosystemu oszustw. Na Telegramie już teraz można znaleźć kanały oferujące „ekskluzywne bilety” i podrabiane koszulki. Fora dark webu służą jako centra handlu zarówno fałszywymi produktami, jak i narzędziami do przeprowadzania phishingu i oszustw finansowych pod znakiem FIFA. Fałszywe profile w mediach społecznościowych podszywają się pod oficjalne konta, a kampanie reklamowe w wyszukiwarkach mogą wypychać w górę linki do stron przestępców, wyprzedzając oficjalne kanały FIFA.

Hakerzy szykują licytacje oryginalnych biletów po zawyżonych cenach

Najpoważniejszym zagrożeniem pozostaje jednak system sprzedaży biletów. Raport wskazuje na aktywne przygotowania botnetów do masowego atakowania kolejek biletowych. Celem jest zdobycie dużych ilości biletów i odsprzedaż ich po zawyżonych cenach. Jednocześnie boty zakłócają algorytmy dynamicznego ustalania cen, przez co prawdziwi fani mogą zmagać się z wyższymi kosztami. W dark necie dostępne są już całe zestawy narzędzi: bot-kity, farmy proxy, a nawet instrukcje omijania zabezpieczeń stosowanych przez FIFA. Problem nie jest odosobniony — wrześniowy pozew Federalnej Komisji Handlu USA (FTC) przeciwko Live Nation/Ticketmaster pokazuje, że masowa automatyzacja niszczy rynek biletów także przy innych dużych wydarzeniach.

Raport zawiera konkretne rekomendacje, które powinny być natychmiast wdrożone. FIFA i jej partnerzy powinni stale monitorować kombinacje nazw „FIFA + rok + miasto” w wielu językach i współpracować z rejestratorami domen w celu szybkiego usuwania podejrzanych adresów. Kluczowi rejestratorzy — tacy jak GoDaddy czy Namecheap — powinni zaostrzyć procedury weryfikacji użytkowników i reagowania na nadużycia. Potrzebne jest również monitorowanie forów dark webu, Telegrama i platform reklamowych w celu identyfikacji punktów dystrybucji oszustw.

Systemy sprzedaży biletów powinny natychmiast wdrożyć zaawansowane mechanizmy wykrywania botów i analizy behawioralnej, szczególnie na etapie przedsprzedaży i losowań. Oficjalne kanały FIFA muszą być aktywnie promowane w wyszukiwarkach i mediach społecznościowych, by uprzedzać działania oszustów. Równie ważna jest edukacja samych kibiców i uświadamianie im, że jedynym bezpiecznym źródłem biletów są oficjalne strony organizatora.

Mistrzostwa Świata FIFA 2026 mają szansę przejść do historii jako wyjątkowe wydarzenie sportowe — ale równie łatwo mogą zostać zapamiętane jako cyfrowy chaos, w którym tysiące fanów straciły pieniądze, dane i zaufanie do organizatorów. Jak pokazuje raport, oszuści nie czekają na pierwszy gwizdek — ich kampania już trwa.

Digitree Group przyspiesza: planuje przejąć Euvic Digital oraz raportuje 1 mln zł EBITDA za Q2

  • Digitree Group, notowana na GPW grupa technologiczno-marketingowa, poinformowała właśnie o zawarciu porozumienia z Euvic Performance, dotyczącego przejęcia spółki Euvic Digital. 
  • Euvic Digital (agencja digital) osiągnęła w 2024 r. przychody na poziomie 12,3 mln zł oraz zysk netto w wysokości 1,1 mln zł. Jej klientami są m.in. Orange, mBank, Lenovo, Sony Europe, Kruk czy Fortum. Sama Digitree Group tylko w drugim kwartale 2025 r. wypracowała 16 mln zł przychodów.
  • Przejęcie Euvic Digital to ważny krok dla Grupy w realizacji strategii, której celem jest osiągnięcie 150 mln zł przychodów.

Digitree Group stawia kolejny krok w szybkiej transformacji – 24 września spółka podpisała z Euvic Performance porozumienie, otwierające drogę do przejęcia spółki Euvic Digital.

Euvic Digital to zdrowy, rentowny biznes: firma od ponad 10 lat buduje swoją pozycję na rynku agencji digital, dzięki unikalnemu miksowi kreatywności i technologii, dostarczając rynkowi kompleksowe kampanie cyfrowe. I co ważne – robi to skutecznie: w 2024 r., podobnie jak we wcześniejszych latach, spółka osiągnęła 12,3 mln zł przychodów i 1,1 mln zł zysku netto. Portfolio klientów Euvic Digital to m.in. Orange, mBank, Haier Group, TIM, Murapol, Hewlett-Packard Enterprise, Kruk czy Fortum. Spółka zarządza wyspecjalizowanymi markami: Euvic Buzz – odpowiadającą za raportowanie, social listening i ochronę reputacji online, oraz Euvic Organic Search – realizującą projekty SEO i GEO (SEO w AI).

Dla Digitree to potencjalnie bardzo ważna transakcja zyskujemy dostęp do doświadczonego zespołu i realne możliwości cross-sellingu, a jednocześnie wzmacniamy nasze struktury kreatywne stabilną spółką. Obie strony widzą tu wyraźne synergie i rynkowe szanse wynikające z działania w ramach jednej grupy – podkreśla Tobiasz Wybraniec, prezes zarządu Digitree Group.

Kolejne etapy przed sfinalizowaniem transakcji przejęcia obejmują m.in. zakończenie procesu due diligence, przygotowanie planu rozwoju Euvic Digital na lata 2026–2028 oraz uzyskanie wszystkich wymaganych zgód korporacyjnych i regulacyjnych. Jeśli warunki zostaną spełnione, transakcja zostanie domknięta w najbliższych miesiącach.

Najlepszą strategią jest wzrost przez akwizycje. Wraz z dojrzewającą gospodarką w naturalny sposób postępuje konsolidacja rynku, a spółka notowana na GPW to dobry kandydat, aby ją prowadzić. Nie mam więc obaw, przekazując Euvic Digital w ręce Digitree Group, szczególnie, że spółki współpracują od miesięcy, a zespoły wydają się do siebie pasować. Trzymam kciuki za kolejne transakcje — zaznacza Wojciech Wolny, członek Rady Nadzorczej Digitree Group oraz CEO Euvic SA.

Zysk netto w Q2 potwierdza skuteczność transformacji Digitree

W drugim kwartale 2025 r. Digitree Group wypracowała 16 mln zł przychodów (łącznie 31,9 mln zł w pierwszej połowie br.). W samym tylko Q2 2025 r. grupa zanotowała 1,03 mln zł EBITDA i 0,46 mln zł zysku netto. To przełomowy moment w procesie transformacji giełdowej spółki: po miesiącach porządków i kosztownych zmian operacyjnych Digitree świadomie ograniczyła przychody, tak aby skoncentrować się na dochodowych przedsięwzięciach. W długim terminie kluczowa dla spółki jest marża i EBITDA – Digitree jest więc na wyraźnym plusie, pokazując realne efekty nowego modelu biznesowego.

Nie robimy kosmetyki, tylko prawdziwą przebudowę. Zamknęliśmy to, co nie przynosiło wartości, a dziś pokazujemy, że nowe Digitree dowozi wyniki. EBITDA na plusie to początek – w kolejnych kwartałach chcemy rosnąć szybciej niż rynek i udowodnić, że transformacja połączona z mądrą konsolidacją, to nasze trwałe przewagi konkurencyjne – zaznacza Tobiasz Wybraniec.

Perspektywy na kolejne kwartały

Rynek reklamowy w Polsce nie zwalnia tempa – w pierwszym półroczu 2025 r. jego wartość przekroczyła 6,6 mld zł, rosnąc o 7,2 proc. rok do roku (dane: Publicis Groupe Polska). Najmocniej trzyma się właśnie digital, pozostający motorem całej branży. Digitree chce nie tylko nadążyć za tym trendem, ale rosnąć szybciej niż rynek – łącząc wzrost organiczny z kolejnymi, dobrze przemyślanymi akwizycjami.

Aktualnie prowadzimy różne rozmowy w zakresie akwizycji, natomiast nie są one na tak zaawansowanym etapie jak te, które mają miejsce z Euvic Performance. Nasze poszukiwania koncentrują się głównie na obszarach: influencer marketing, social-first/video oraz marketplace dodaje Przemysław Marcol, członek zarządu Digitree Group. 

Transparentność fundamentem wdrażania AI w procesach HR

Sztuczna inteligencja coraz śmielej wkracza w obszar zarządzania kapitałem ludzkim. Narzędzia oparte na algorytmach wspierają rekrutację, rozwój pracowników czy procesy zarządcze. Jednak aby technologia rzeczywiście wspierała ludzi i organizacje, niezbędna jest transparentność – zarówno w zakresie danych, które są analizowane, jak i sposobu, w jaki algorytmy podejmują decyzje.

AI w HR działa na wielu poziomach – od agentów wspierających pracowników w procesach onboardingu i rozwoju, przez generowanie materiałów szkoleniowych, aż po analizę trendów i korelacji między różnymi danymi HR-owymi. Kluczowym wyzwaniem jest jednak to, że organizacje często nie gromadzą danych w sposób spójny i użyteczny, co utrudnia budowanie wartościowych modeli analitycznych – wyjaśnia Bożena Roczniak, CEO OstendiHR.

Według Bożeny Roczniak, AI w HR nie polega na prostym wyliczeniu wskaźników, takich jak rotacja czy absencja, lecz na głębokiej analizie zależności w danych, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się nieoczywiste. Jednak aby to było możliwe, dane muszą być kompletne i pochodzić z różnych obszarów, zarówno twardego HR (np. ewidencja czasu pracy), jak i miękkiego (np. oceny rozwojowe, wyniki szkoleń).

Transparentność jako fundament zaufania

Algorytmy mogą znacząco usprawniać procesy HR, pod warunkiem że działają w sposób przejrzysty. – Jeśli system rekomenduje pracownikowi kolejne szkolenie, ważne jest, aby wiedzieć, na podstawie jakich danych podjęto tę decyzję. Transparentność algorytmów pozwala nie tylko zrozumieć logikę działania systemu, ale też uniknąć ryzyka powielania uprzedzeń, jak w przypadku głośnego przykładu Amazona, gdzie algorytm faworyzował jedną grupę kandydatów – podkreśla Bożena Roczniak.

Zaufanie pracowników do narzędzi HR opartych na AI buduje się nie tylko dzięki technologii, ale przede wszystkim dzięki ludziom. – To człowiek, a nie algorytm, buduje zaufanie w organizacji. Algorytmy mogą wspierać decyzje i obiektywizować dane, ale ich skuteczność zależy od tego, jak HR zdefiniuje priorytety i jakie dane zdecyduje się analizować – dodaje Bożena Roczniak.

Jak HR może przygotować się na AI?

Eksperci OstendiHR wskazują trzy kluczowe kroki:

  • Zdefiniowanie danych krytycznych dla organizacji – określenie, które wskaźniki HR realnie wpływają na wyniki biznesowe.
  • Łączenie danych z różnych źródeł – integracja twardych i miękkich wskaźników HR w jednym systemie.
  • Transparentność procesów – jasne komunikowanie pracownikom, jakie dane są zbierane i w jakim celu, aby wzmacniać poczucie bezpieczeństwa i zaufania.

Wdrażanie AI w HR bez przejrzystości może prowadzić do chaosu i utraty wiarygodności. Natomiast firmy, które potrafią odpowiedzialnie wykorzystać dane i jasno komunikować działanie algorytmów, zyskują nie tylko sprawniejsze procesy, ale także większe zaufanie pracowników i stabilniejsze zespoły.

ZDS apeluje o zmiany w DORA: dealerskie firmy samochodowe obciążone nieproporcjonalnymi wymogami

Związek Dealerów Samochodów (ZDS) wystosował pismo do Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców Agnieszki Majewskiej, aby zwrócić uwagę na niezamierzony, lecz poważny problem wynikający z Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2022/2554 w sprawie cyfrowej odporności operacyjnej sektora finansowego (DORA). Przepisy, choć mają na celu zwiększenie bezpieczeństwa cyfrowego sektora finansowego, w obecnym kształcie nakładają nieuzasadnione i nieproporcjonalne obciążenia na polskie firmy dealerskie.

Rozporządzenie DORA obejmuje m.in. pośredników ubezpieczeniowych, co dotyka również dealerów samochodów. Choć DORA wyłącza z obowiązków mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa (MŚP), bardzo duża część firm dealerskich jest klasyfikowana jako duże przedsiębiorstwa ze względu na wysoki obrót generowany przez sprzedaż samochodów.

Jak podkreśla ZDS, problem leży w nieadekwatności klasyfikacji. W odniesieniu do pośrednictwa ubezpieczeniowego – działalności, do której DORA odnosi się bezpośrednio – obrót w firmach dealerskich jest marginalny i ma skalę analogiczną do MŚP. Zastosowanie do nich kompleksowych i kosztownych wymogów DORA (takich jak zarządzanie ryzykiem ICT, terminowe zgłaszanie poważnych incydentów i zaawansowane testy penetracyjne) jest niewspółmierne do skali ryzyka związanego z marginalną działalnością ubezpieczeniową.

Paweł Tuzinek, Prezes Związku Dealerów Samochodów, komentuje sytuację:

Traktowanie dealerów samochodowych jako dużych przedsiębiorców w kontekście Rozporządzenia DORA, podczas gdy pośrednictwo ubezpieczeniowe stanowi u nas jedynie działalność marginalną, której udział w obrocie wynosi średnio 0,5%, nakłada na nas nieproporcjonalne obciążenia. Wprowadzenie i utrzymanie systemów zgodnych z DORA wymagałoby znaczących inwestycji, które są po prostu nieuzasadnione w świetle bardzo małego obrotu generowanego z tego segmentu działalności. Apelujemy o wprowadzenie takich zmian legislacyjnych, które wyłączą z zakresu obowiązywania DORA te podmioty, dla których pośrednictwo finansowe jest działalnością pomocniczą i marginalną w stosunku do całości obrotów.

ZDS wierzy, że interwencja u Rzecznik MŚP przyczyni się do uregulowania tej kwestii w sposób sprawiedliwy i proporcjonalny, chroniąc dealerów przed nadmierną biurokracją i kosztami, które nie przekładają się na realne zwiększenie cyfrowej odporności operacyjnej w ich kluczowej działalności.

XTPL podsumowuje I półrocze 2025, weryfikuje szanse biznesowe w sektorze obronnym i przyjmuje Strategię na lata 2026-2028

XTPL wygenerował w I półroczu 2025 przychody ogółem na poziomie 6,0 mln zł, w tym 5,1 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów i usług. Osiągnięty rezultat jest wynikiem m.in. dostarczenia w omawianym okresie 4 urządzeń Delta Printing System (DPS) do międzynarodowych klientów. Produkty Spółki wykorzysta m.in. prestiżowy Uniwersytet w Cambridge w Wielkiej Brytanii, amerykański klient przemysłowy z sektora obronnego oraz Uniwersytet Massachusetts w Lowell w USA, posiadający laboratorium finansowane przez firmę Raytheon, jedną z największych grup zbrojeniowych na świecie. Sprzedaż komercyjna uwzględnia również 3 moduły UPD dostarczone do globalnych odbiorców, w tym 2 szt. w ramach pierwszego historycznie wdrożenia przemysłowego technologii XTPL, gdzie klientem końcowym jest wiodący producent wyświetlaczy z Chin o rocznych przychodach przekraczających 20 mld USD. W oparciu o doświadczenia z trzyletniego okresu wdrażania Strategii 2023-2026, XTPL dokonał jej aktualizacji i przyjął Strategię na lata 2026-2028 uwzględniając nowy horyzont czasowy realizacji celu osiągnięcia 100 mln zł sprzedaży komercyjnej oraz aktualne możliwości i potrzeby finansowe.

– W pierwszym półroczu rozpoczęliśmy wdrażanie technologii XTPL na linie produkcyjne wiodącego producenta wyświetlaczy z Chin o rocznych przychodach przekraczających 20 mld USD. Do bezpośredniego partnera – producenta maszyn do masowej produkcji wyświetlaczy FPD – dostarczyliśmy na datę publikacji sprawozdania 4 szt. modułów UPD i przygotowujemy się do wysyłki kolejnych 2 szt. Po dostarczeniu wszystkich 6 szt. z początkowej partii spodziewamy się kolejnych zamówień, a w kilkuletnim cyklu wdrożenia wygenerowania zapotrzebowania na kilkadziesiąt modułów. Dostarczamy je zgodnie z harmonogramem stawiania maszyn przemysłowych przez końcowego klienta, który wykorzystuje integrowane w środku moduły do napraw defektów w wyświetlaczach FPD o ultrawysokiej rozdzielczości. Z dużą satysfakcją potwierdzam, że pierwsze maszyny z modułem XTPL pracują już na linii produkcyjnej, istotnie zmniejszając liczbę odrzuconych komponentów i minimalizując straty materiałowe. Potwierdza to wiarygodność i potencjał naszej technologii oraz informuje rynek, że XTPL przeszedł pozytywnie proces „from lab to fab” – komentuje Filip Granek, Prezes Zarządu XTPL S.A.

– W naszej branży staliśmy się pierwszą firmą na świecie, która wdrożyła technologię na przemysłową skalę. To osiągnięcie pomogło nam już na wielu frontach, m.in. w rozpoczęciu rozmów z potencjalnym klientem z którym przez lata próbowaliśmy nawiązać relację biznesową. Wspiera to ponadto kolejne ewaluowane przez nas projekty w pipeline, gdzie spodziewamy się rosnącej liczby inicjatyw przechodzących do fazy budowania prototypowej maszyny z modułem UPD w środku celem odbycia finalnych testów poprzedzających kolejne decyzje o przemysłowych wdrożeniach. Drugim wartym podkreślenia osiągnięciem jest sprzedaż pierwszego urządzenia DPS do amerykańskiego klienta przemysłowego z sektora obronnego. Kilka tygodni temu byliśmy obecni z naszym produktem w USA na konferencji dedykowanej zastosowaniu technologii addytywnych w sektorze zbrojeniowym – na bazie toczących się rozmów biznesowych identyfikujemy istotny potencjał wykorzystania technologii XTPL w tym obszarze. Mogą być to np. zabezpieczenia elektromagnetyczne stosowane w dronach celem uodpornienia na zakłócenia sygnału czy komunikacja w wysokich częstotliwościach pozwalająca radarom wyłapywać mniejsze obiekty. Jednocześnie klienci z sektora obronnego sygnalizują nam potrzebę tworzenia zaplecza technologicznego umożliwiającego prowadzenie napraw zaawansowanych komponentów mikroelektronicznych w bezpośredniej bliskości pola działań bojowych. Aktywnie weryfikujemy te nowe szanse biznesowe i będziemy informować rynek o postępach – dodaje Filip Granek.

XTPL komercjalizuje trzy linie biznesowe: moduły UPD (głowice drukujące) do wdrożeń przemysłowych na linie produkcyjne globalnych producentów elektroniki, urządzenia prototypujące Delta Printing System (DPS, demonstrator technologii) oraz High Performance Materials (HPM, nanotusze zużywane przez UPD i DPS). W I półroczu 2025 XTPL wygenerował 6,0 mln zł przychodów ogółem, w tym 5,1 mln zł przychodów ze sprzedaży produktów i usług w porównaniu do odpowiednio 6,1 mln zł i 5,6 mln zł w tym samym okresie ubiegłego roku. Pozostałą wartość stanowią dotacje. EBITDA w I półroczu 2025 wyniosła -9,7 mln zł, a poziom środków pieniężnych na koniec 30.06.2025 roku zmniejszył się do 15,8 mln zł.

W oparciu o doświadczenia z trzyletniego okresu realizacji Strategii 2023-2026, XTPL dokonał jej aktualizacji i przyjął Strategię na lata 2026-2028. W ciągu ostatnich trzech lat Spółka zrealizowała większość założonych celów w ramach programu inwestycyjnego na kwotę ok. 60 mln zł, wzmacniając organizację w trzech kluczowych obszarach: sprzedaży, produkcji i B+R. W efekcie XTPL jest przygotowany do dalszego skalowania i obsługi zwiększonego wolumenu zamówień w obrębie wszystkich trzech linii biznesowych, rozpoczął pierwsze wdrożenie przemysłowe swojej technologii, otworzył zagraniczne centrum demonstracyjno-sprzedażowe w USA, które osiągnęło próg rentowności w ciągu pierwszych 12 miesięcy i prowadzi zaawansowane prace rozwojowe związane z uruchomieniem nowej linii biznesowej o roboczej nazwie DPS+..

– Tempo konwersji projektów w pipeline na kolejne wdrożenia i zamówienia produktów XTPL stało się powodem ponownej ewaluacji naszych celów finansowych określonych w Strategii, co skutkowało jej aktualizacją i przyjęciem Strategii na lata 2026-2028. Kluczowa zmiana dotyczy wydłużenia horyzontu czasowego osiągnięcia zakładanych 100 mln zł sprzedaży komercyjnej z końca 2026 roku do końca 2028 roku. Jest to efekt przyjęcia bardziej konserwatywnych szacunków w zakresie tempa dostarczania modułów w kolejnych spodziewanych wdrożeniach przemysłowych, na co wskazują doświadczenia z aktualnej współpracy z chińskim partnerem. Dodatkowym czynnikiem jest obserwowana przez nas rynkowa adopcja technologii XTPL przez globalnych producentów elektroniki nowej generacji, która wymaga więcej czasu względem naszych pierwotnych założeń. Niezmiennie identyfikujemy natomiast wysoki potencjał rynkowy w zakresie ilości możliwych do dostarczenia modułów UPD w ewaluowanych projektach oraz liczby urządzeń DPS, a wkrótce także DPS+ w ramach nowej linii biznesowej – mówi Jacek Olszański, Członek Zarządu ds. finansowych XTPL S.A.

– Strategia na lata 2026-2028 identyfikuje lukę kapitałową w pierwszej połowie 2026 roku na poziomie ok. 15-20 mln zł, dlatego prowadzimy obecnie cztery równoległe procesy, których celem jest zabezpieczenie finansowania na rok 2026, w którym oczekujemy komercjalizacji nowej linii biznesowej DPS+ oraz kolejnych wdrożeń przemysłowych, co umożliwi dalsze samodzielne finansowanie rozwoju XTPL. Pierwsza badana możliwość to pozyskanie finansowania dłużnego od instytucji lub banków. Druga to środki dotacyjne, gdzie w ostatnich miesiącach złożyliśmy nowe wnioski na łączną sumę dofinansowania przekraczającą 7 mln zł, a kilka tygodni temu projekt Spółki przeszedł do kolejnej fazy oceny w naborze FENG. Trzecie źródło to możliwość pozyskania inwestora strategicznego, który objąłby mniejszościowy udział w Spółce. Ostatnią z rozpatrywanych opcji jest podwyższenie kapitału i emisja akcji skierowana do rynku. W IV kwartale spodziewamy się podjęcia decyzji co do wyboru możliwego i najlepszego dla Spółki narzędzia celem zabezpieczenia dalszego rozwoju XTPL, którego perspektywy wzrostu kształtują się dziś znacząco lepiej niż rok temu – dodaje Jacek Olszański.

3 stycznia 2025 roku XTPL rozpoczął pierwsze w historii wdrożenie przemysłowe autorskiej technologii UPD. Bezpośrednim partnerem, do którego na dzień sprawozdania dostarczono 4 szt. modułów UPD z początkowej partii 6 szt., jest wiodący chiński producent maszyn do masowej produkcji nowoczesnych wyświetlaczy FPD. Urządzenia przemysłowe z modułem XTPL w środku są już wykorzystywane na linii produkcyjnej klienta końcowego, jednego z największych na świecie producentów wyświetlaczy z Chin. Realizacja projektu może potrwać do kilku lat i obejmować łączny wolumen zamówień kilkudziesięciu modułów UPD Spółki, które wykorzystywane będą do napraw defektów w wyświetlaczach FPD o ultrawysokiej rozdzielczości, istotnie zmniejszając liczbę odrzutów na linii produkcyjnej.