NAJNOWSZE ARTYKUŁY

Wyprzedaż akcji spółek z branży AI wstrząsa rynkami

  • Piątkowa wyprzedaż wyglądała na ogólne załamanie rynku, ale to nie wszystko. Akcje spółek związanych ze sztuczną inteligencją i półprzewodnikami mocno ucierpiały, a ponieważ mają one tak duży udział w indeksach, sprawiły, że ogólny ruch na rynku wyglądał na gorszy.
  • Nudne sektory po cichu uratowały sytuację. Akcje z sektorów dóbr podstawowych, opieki zdrowotnej, usług komunalnych, nieruchomości, finansów oraz wysokiej jakości spółek zorientowanych na wartość nadal zakończyły dzień na plusie, pomagając złagodzić skutki spadków w zdywersyfikowanych portfelach.
  • Wniosek nie polega na tym, aby unikać sztucznej inteligencji. Chodzi o to, aby unikać budowania portfela, w którym zbyt wiele pozycji zależy od tego, czy ten sam scenariusz zadziała idealnie. Dywersyfikacja zadziałała, ponieważ niektóre części rynku były napędzane przez różne czynniki ryzyka, a nie przez ten sam, popularny trend związany ze sztuczną inteligencją.

Piątkowa wyprzedaż wyglądała nieciekawie, jeśli spojrzeć na poziomy indeksów. Indeks Nasdaq 100 spadł o prawie 5%, S&P 500 stracił 2,6%, a akcje spółek z branży półprzewodników ucierpiały jeszcze bardziej. Inwestorom, którzy zwracali uwagę wyłącznie na ogólne wyniki indeksów, mogło się wydawać, że wszystko spadało jednocześnie. Nie do końca jednak tak było.

Jak wyjaśnia Charu Chanana, główna strateg inwestycyjna w Saxo Bank, wyprzedaż objęła szerokie spektrum spółek związanych ze sztuczną inteligencją, półprzewodnikami i szybko rozwijającymi się technologiami, ale nie dotyczyła całego rynku. Niektóre sektory nie tylko utrzymały się, ale wręcz odnotowały wzrosty. To jest ważna wiadomość dla inwestorów

Co się stało?

Bezpośrednim czynnikiem wywołującym tę reakcję był raport o zatrudnieniu w USA. Majowe dane o zatrudnieniu poza rolnictwem okazały się lepsze od oczekiwań – gospodarka zwiększyła się o 172 000 miejsc pracy, podczas gdy prognozy zakładały raczej 80 000 – 85 000. Stopa bezrobocia utrzymała się na poziomie 4,3%. Na pierwszy rzut oka to dobra wiadomość dla gospodarki. Jednak dla rynków sytuacja była niekomfortowa, ponieważ lepsze dane o zatrudnieniu utrudniają Rezerwie Federalnej szybką obniżkę stóp procentowych. Ma to znaczenie, ponieważ gdy perspektywa obniżki stóp przez Fed wydaje się coraz bardziej odległa, inwestorzy są mniej skłonni do płacenia wysokich cen za akcje spółek wzrostowych o długim horyzoncie inwestycyjnym. A obecnie sztuczna inteligencja stała się jednym z największych długoterminowych sektorów wzrostowych na rynku.

Jednak prawda jest taka, że raport o zatrudnieniu był jedynie iskrą. Pod powierzchnią kryło się już wiele nerwowości. Kilka czynników zbiegło się w jednym momencie:

  • Zatłoczenie na rynku AI: Akcje spółek z branży półprzewodników i związanych ze sztuczną inteligencją stały się domyślnym wyborem inwestorów długoterminowych. Kiedy wszyscy posiadają te same „zwycięskie” akcje, nawet niewielkie rozczarowanie może doprowadzić do znacznie większej korekty.
  • Nierównowaga w czołówce: Niewielka grupa zwycięskich spółek z sektora AI w znacznym stopniu napędzała wzrost całego indeksu. Może to sprawiać, że rynek wydaje się silniejszy w fazie wzrostu, ale bardziej wrażliwy w fazie spadków.
  • Oczekiwania były zbyt wysokie: Reakcja na wyniki Broadcom pokazała, że „dobry” wynik nie wystarcza już spółkom związanym ze sztuczną inteligencją. Inwestorzy oczekują pozytywnych niespodzianek, lepszych prognoz, jasnych planów monetyzacji oraz dowodów na to, że popyt na sztuczną inteligencję nadal rośnie. Wszystko, co nie spełnia tych oczekiwań, może stać się pretekstem do realizacji zysków.
  • Pytania o finansowanie AI: AI to nie tylko historia wzrostu; to także bardzo kapitałochłonna branża. Posunięcia finansowe Alphabetu, a teraz także Meta, przypominają, że kolejny etap rozwoju infrastruktury AI wymaga poważnych nakładów finansowych. Inwestorzy coraz bardziej skupiają się na tym, kto finansuje tę rozbudowę, czy nakłady inwestycyjne pozostają zdyscyplinowane, czy wzrasta ryzyko rozwodnienia akcji oraz czy zwroty mogą uzasadnić wydatki.
  • Ryzyko geopolityczne zwiększyło presję: Rosnące ryzyko na Bliskim Wschodzie, zmienność cen ropy i słabnące nadzieje na pokój nie były głównym powodem wyprzedaży akcji spółek z branży AI, ale dodały kolejną warstwę niepewności. Kiedy rynki są już napięte, złe wiadomości rozchodzą się szybciej.

W przypadku portfeli kluczową kwestią jest to, że sektor AI znalazł się pod presją, ale dywersyfikacja nadal się sprawdza. Zmiany głównych indeksów sprawiały wrażenie, że wyprzedaż była powszechna, ale pod powierzchnią dostrzec można było znaczące zróżnicowanie. Sektory dóbr pierwszej potrzeby, opieki zdrowotnej, usług komunalnych, nieruchomości, finansów oraz inne obszary zorientowane na przepływy pieniężne radziły sobie lepiej, a w niektórych przypadkach nawet odnotowały wzrosty. To główny wniosek z piątku: gdy jeden dominujący motyw rynkowy znajduje się pod presją, ekspozycja na różne sektory i czynniki ryzyka może pomóc w amortyzacji strat w portfelach.

Dywersyfikacja nie wyeliminowała zmienności, ale pomogła zmniejszyć wpływ skoncentrowanej wyprzedaży spowodowanej przez sztuczną inteligencję.

Co nie pomogło?

Nie wszystkie tradycyjne instrumenty zabezpieczające sprawdziły się.

  • Złoto znalazło się pod presją.
  • Obligacje o długim terminie zapadalności nie zapewniły zbytniej ochrony.
  • Kryptowaluty nie zachowywały się jak bezpieczna przystań.

Ma to znaczenie, ponieważ piątkowa wyprzedaż nie była tylko klasycznym ruchem w kierunku unikania ryzyka. Była to również panika związana z podwyżką stóp procentowych.

Kiedy rentowności rosną, drogie akcje spółek wzrostowych mogą tracić na wartości, ale trudności mogą mieć również obligacje o długim terminie zapadalności. Zatem ochrona portfela nie wynikała głównie ze złota, obligacji czy kryptowalut. Wynikała ona z ekspozycji na akcje, która nie była powiązana z tym samym handlem opartym na sztucznej inteligencji, dynamice i długoterminowym wzroście.

Prawdziwe znaczenie dywersyfikacji

Wielu inwestorów uważa, że ich portfel jest zdywersyfikowany, ponieważ posiadają 20 lub 30 akcji. Jeśli jednak większość z tych akcji dotyczy tej samej branży – sztucznej inteligencji, półprzewodników, gigantów technologicznych, chmury obliczeniowej, centrów danych lub szybko rozwijającego się oprogramowania – portfel może nie być tak zdywersyfikowany, jak się wydaje.

Portfel może zawierać wiele spółek, ale nadal wiązać się z jednym głównym ryzykiem. Piątek był tego dobrym przykładem. Inwestorzy mogli posiadać akcje producentów chipów, spółek chmurowych, producentów oprogramowania AI, centrów danych oraz szybko rozwijających się platform technologicznych. Na papierze są to różne branże. Jednak w sytuacji wyprzedaży mogą one zachowywać się jak jedna wielka transakcja.

Dlatego dywersyfikacja nie powinna dotyczyć wyłącznie sektorów czy liczby posiadanych aktywów. Powinna również uwzględniać czynniki ryzyka.

Bardziej zrównoważony portfel zazwyczaj obejmuje ekspozycję na różne czynniki:

  • Wzrost: firmy, które czerpią korzyści z innowacji, technologii i długoterminowego wzrostu zysków.
  • Sektory defensywne: firmy o bardziej stabilnym popycie, takie jak sektor dóbr podstawowych, opieki zdrowotnej i usług komunalnych.
  • Dochód: akcje dywidendowe, obligacje, fundusze inwestujące w nieruchomości (REIT) lub inne aktywa zorientowane na zysk.
  • Wartość i jakość: spółki o silnych bilansach, przepływach pieniężnych i rozsądnych wycenach.
  • Aktywa rzeczowe lub surowce: które mogą zachowywać się różnie w czasie inflacji lub wstrząsów geopolitycznych.

Nie chodzi o to, że każda z tych kategorii zawsze będzie przynosić zyski. Nie będzie. Chodzi o to, że nie powinny one wszystkie zawieść z tego samego powodu.

Czego inwestorzy mogą się nauczyć z piątkowych wydarzeń

Piątkowa wyprzedaż nie była powodem do paniki. Była jednak przydatnym testem warunków skrajnych. Inwestorzy powinni zadać sobie trzy proste pytania:

  • Po pierwsze, jaki procent mojego portfela zależy od tego, czy dana branża będzie nadal osiągać ponadprzeciętne wyniki? Dotyczy to nie tylko oczywistych spółek z branży półprzewodników, ale także ekspozycji na oprogramowanie, chmurę, energetykę, centra danych i megakapitałowe spółki technologiczne.
  • Po drugie, co posiadam, co może nadal przynosić zyski, jeśli wzrosną rentowności? Wyższe stopy procentowe mogą wywierać presję na drogie akcje spółek wzrostowych, obligacje, złoto i inne aktywa o długim terminie zapadalności. Spółki o stabilnych przepływach pieniężnych, sile cenowej i silnych bilansach mogą być bardziej odporne.
  • Po trzecie, co posiadam, co nie jest obecnie popularne? Najlepsze instrumenty dywersyfikacyjne często wydają się nudne podczas hossy. Stają się interesujące dopiero wtedy, gdy ulubione inwestycje przestają przynosić zyski.

Piątkowa wyprzedaż pokazała, że nawet bardzo silny trend, taki jak sztuczna inteligencja, może stać się źródłem ryzyka, jeśli zbyt duża część portfela zależy od jednego scenariusza rynkowego. Nie chodzi o to, aby kwestionować długoterminowy potencjał AI, lecz o to, by oddzielać atrakcyjną narrację inwestycyjną od realnej odporności portfela na zmienność. Sektory uznawane za mniej spektakularne – dobra podstawowe, opieka zdrowotna, usługi komunalne czy wybrane spółki jakościowe – przypomniały, że ich rola często ujawnia się właśnie wtedy, gdy najbardziej popularne segmenty rynku tracą impet. Dla inwestorów najważniejsza lekcja płynie z dywersyfikacji nie tylko pomiędzy spółkami, ale przede wszystkim pomiędzy różnymi czynnikami ryzyka – mówi Aleksander Mrózek, Manager ds. relacji z kluczowymi klientami regionu CEE w Saxo Banku.

Rada TEP apeluje do prezesa UOKiK o ostrożność w wypowiedziach o sektorze bankowym

Stanowisko Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich w sprawie publicznych wypowiedzi Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów dotyczących sektora bankowego oraz innych instytucji państwa.

Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich (TEP) wyraża głębokie zaniepokojenie publicznymi wypowiedziami Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Tomasza Chróstnego, dotyczącymi sektora bankowego oraz stanowiska innych organów państwa w sprawach regulacji rynku finansowego. Szczególnie niedopuszczalne jest określenie sektora bankowego mianem „banksterki”, a także publiczne sugerowanie, że instytucje państwa, w tym Ministerstwo Finansów i Komisja Nadzoru Finansowego, miałyby działać w interesie sektora finansowego lub lobby bankowego.

Rolą Prezesa UOKiK jest ochrona konkurencji i konsumentów, reagowanie na naruszenia prawa oraz inicjowanie działań służących poprawie standardów rynkowych. Określenie sektora bankowego mianem „banksterki” ma charakter publicystyczny i stygmatyzujący. Nie przystoi ono organowi administracji publicznej, który prowadzi postępowania wobec przedsiębiorców, wydaje decyzje administracyjne, nakłada sankcje oraz kształtuje praktykę regulacyjną. Tego rodzaju język może tworzyć uzasadnione wrażenie uprzedzenia organu wobec określonej grupy podmiotów, a tym samym podważać zaufanie do bezstronności prowadzonych i przyszłych postępowań.

Rada TEP wskazuje, że szczególnie niepokojące jest również publiczne sugerowanie przez Prezesa UOKiK, że inne organy państwa — w tym Ministerstwo Finansów oraz Komisja Nadzoru Finansowego — w sporze dotyczącym projektu ustawy o kredycie konsumenckim miałyby działać jako rzecznicy interesów sektora finansowego. W wypowiedzi medialnej Prezes UOKiK stwierdził, że „Ministerstwo Finansów i KNF mówią wprost: chcemy chronić interesy sektora finansowego”. Tego rodzaju sformułowanie, padające z ust kierownika centralnego organu administracji rządowej, należy uznać za niedopuszczalne.

W państwie prawa różnice stanowisk między organami publicznymi są naturalnym elementem procesu legislacyjnego i regulacyjnego, ponieważ odpowiadają za różne dobra publiczne: ochronę konsumentów, stabilność finansową, bezpieczeństwo depozytów czy warunki finansowania gospodarki. Niedopuszczalne jest jednak sprowadzanie tej wielowymiarowej debaty do sugestii, że organy reprezentują interes jakiegoś lobby, dlatego że zgłaszają zastrzeżenia wobec projektu regulacji.

Wypowiedź Prezesa UOKiK wymaga także odniesienia się do struktury własnościowej polskiego sektora bankowego. Znacząca część sektora znajduje się pod bezpośrednią lub pośrednią kontrolą państwa (PKO BP, BGK, Bank Pekao, Alior Bank, BOŚ czy Bank Pocztowy). Oznacza to, że zbiorcza krytyka sektora bankowego jako „banksterki” nie odnosi się wyłącznie do podmiotów prywatnych lub zagranicznych, lecz obejmuje również spółki kontrolowane przez państwo, które ze względu na swoją skalę mogą istotnie kształtować praktyki rynkowe, standardy obsługi konsumentów, politykę cenową, sposób komunikacji marketingowej oraz poziom konkurencji w sektorze.

Powyższy aspekt czyni wypowiedź Prezesa UOKiK szczególnie problematyczną. Jeżeli krytykowane praktyki mają charakter systemowy, a znacząca część sektora pozostaje pod kontrolą państwa, to odpowiedzialna debata publiczna powinna obejmować pytanie o jakość nadzoru właścicielskiego państwa, standardy zarządzania w spółkach z udziałem Skarbu Państwa oraz realny wpływ tych podmiotów na kształtowanie praktyk rynkowych. Nie można jednocześnie stygmatyzować całego sektora jako działającego w sposób naganny i pomijać faktu, że państwo jest jednym z najważniejszych właścicieli oraz beneficjentów wyników finansowych banków działających na tym rynku. W tym sensie wypowiedź Prezesa UOKiK może być odczytywana także jako pośrednia krytyka praktyk podmiotów kontrolowanych przez państwo, a więc jako krytyka skuteczności samego państwa w wykonywaniu funkcji właścicielskich i regulacyjnych.

Rada TEP zwraca także uwagę na istotny paradoks instytucjonalny. Prezes UOKiK jest organem, który słusznie wymaga od przedsiębiorców — w tym instytucji finansowych — precyzji, rzetelności i niewprowadzającego w błąd sposobu komunikacji z konsumentami. UOKiK wielokrotnie podejmował działania wobec praktyk polegających na stosowaniu niejasnych klauzul umownych, nieprecyzyjnych przekazów marketingowych, niedostatecznym informowaniu klientów o ryzykach lub posługiwaniu się komunikatami mogącymi kształtować błędne wyobrażenie o produkcie, cenie, obowiązkach czy uprawnieniach konsumenta.

Tym bardziej należy oczekiwać, że sam Prezes UOKiK będzie posługiwał się językiem szczególnie starannym, precyzyjnym i odpowiedzialnym. Organ państwa, który wymaga od uczestników rynku najwyższych standardów transparentności komunikacyjnej, nie może sam korzystać z języka publicystycznego, nieostrego i nacechowanego emocjonalnie, zwłaszcza gdy wypowiada się o całym sektorze gospodarki. Nie można akceptować sytuacji, w której przedsiębiorcy są karani za komunikaty mogące wprowadzać odbiorców w błąd, podczas gdy organ publiczny posługuje się zbiorczymi etykietami, które nie wskazują konkretnych praktyk, podmiotów ani kryteriów oceny.

Podsumowując, Rada TEP wskazuje, że omawiane wypowiedzi Tomasza Chróstnego tworzą istotne ryzyka, w szczególności ryzyko podważenia zaufania do bezstronności UOKiK. Przedsiębiorcy mają bowiem prawo oczekiwać, że organ regulacyjny będzie oceniał sprawy w sposób obiektywny, na podstawie prawa i materiału dowodowego, a nie przez pryzmat publicznych wypowiedzi Prezesa UOKiK mających charakter subiektywnych ocen całej branży. Kolejną konsekwencją może być ryzyka osłabienia dialogu między administracją publiczną a sektorem finansowym, który jest niezbędny, biorąc pod uwagę rolę sektora finansowego w gospodarce oraz jego silne uregulowanie.

Rada TEP stoi na stanowisku, że skuteczna ochrona konsumentów i konkurencji wymaga silnych, kompetentnych i niezależnych instytucji publicznych. Siła tych instytucji nie wynika jednak z ostrości języka, lecz z jakości analiz, rzetelności postępowań, przewidywalności decyzji i zaufania do bezstronności organu. Z tego względu apelujemy do Prezesa UOKiK oraz wszystkich osób pełniących funkcje publiczne o zachowanie najwyższych standardów komunikacji w sprawach dotyczących uczestników rynku.

Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Konsorcjum PIAST pokazało nowe obrazy Ziemi wykonane przez polskie satelity

Konsorcjum projektu PIAST, pod przewodnictwem Wojskowej Akademii Technicznej, we współpracy z Creotech Instruments S.A. opublikowało nowe zdjęcia wykonane przez satelity tej konstelacji. Materiał obejmuje dane obrazowe pozyskane w trybach dziennym i nocnym. Opublikowane zdjęcia potwierdzają operacyjną gotowość polskiej konstelacji satelitarnej PIAST, opracowanej i rozwijanej w oparciu o krajowe know-how oraz kompetencje polskiego sektora kosmicznego.

PIAST jest elementem programu rozwoju krajowych zdolności w zakresie obserwacji Ziemi oraz budowy suwerennych systemów satelitarnych. Jego celem jest stworzenie kompleksowego systemu pozyskiwania danych satelitarnych, opartego na polskich technologiach i wzmacniającego strategiczne zdolności państwa. To także przykład skutecznej współpracy polskiego przemysłu i nauki.

Opublikowane zdjęcia potwierdzają pełną operacyjność satelitów konstelacji PIAST oraz skuteczność systemu obrazowania Ziemi w warunkach operacyjnych. Dane pozyskane w trybach dziennym i nocnym pokazują poprawne działanie kompletnego łańcucha przetwarzania do poziomu L1A. Zdjęcia zostały wykonane przy pomocy teleskopów opracowanych przez Centrum Badań Kosmicznych PAN oraz firmę Scanway S.A., umieszczonych na platformach satelitarnych HyperSat, zaprojektowanych i wyprodukowanych w Polsce przez Creotech Instruments S.A. Uzyskane wyniki potwierdzają powtarzalność i stabilność procesu obrazowania.

Zdjęcia zostały wykonane w okresie od lutego do maja 2026 roku zarówno w trybie dziennym, jak i nocnym. Wśród lokalizacji znalazły się m.in. Warszawa, Czarnobyl, Madryt, Maskat w Omanie, czy kanadyjski Akulivik.

Maskat w Omanie został uchwycony w dwóch różnych warunkach akwizycji przez PIAST-M. Lewa część pokazuje scenę nocną ze zbliżeniem na Al Sahwa Public Park, gdzie wyraźnie widoczne są pojedyncze źródła światła (latarnie w parku). Prawa część przedstawia natomiast dzienną akwizycję tego samego ogólnego obszaru, w której lotnisko wyróżnia się jako jeden z najbardziej charakterystycznych elementów infrastruktury.

Akwizycje Czarnobyla zostały pozyskane przy użyciu dwóch różnych teleskopów: PIAST-M dostarczonego przez CBK PAN oraz PIAST-S2 dostarczonego przez Scanway S.A. Oba obrazy prezentują obszar Elektrowni Jądrowej w Czarnobylu, co pozwala porównać ten sam obiekt infrastrukturalny w różnych konfiguracjach obrazowania.

Zobrazowanie Madrytu, wykonane około południa przez PIAST-M przedstawia stadion z wyraźnie widocznymi szczegółami konstrukcyjnymi oraz elementami infrastruktury miejskiej, co świadczy o dobrej rozdzielczości przestrzennej w gęstej zabudowie.

Akulivik, inuicka osada w północnym Quebecu, uchwycona w warunkach subpolarnych z widocznym lokalnym lotniskiem stanowiącym kluczowy element infrastruktury tej miejscowości. Sceneria jest interesująca z technicznego punktu widzenia, ponieważ powierzchnie pokryte śniegiem odbijają dużą część światła i często charakteryzują się ograniczoną naturalną teksturą. Może to stanowić wyzwanie zarówno dla przetwarzania obrazu, jak i instrumentu, szczególnie w zakresie zachowania kontrastu, unikania saturacji oraz utrzymania widoczności detali w jasnych, jednorodnych obszarach.

Zobrazowanie Warszawy wykonane przez satelitę PIAST-S2 przedstawia zimową stolicę z widocznym obszarem Lotniska Chopina, w tym odśnieżonymi pasami startowymi oraz elementami infrastruktury lotniskowej i miejskiej.

Cały proces przetwarzania zdjęć realizowano z wykorzystaniem Payload Processorów, narzędzi kalibracyjno-walidacyjnych oraz segmentu naziemnego (Payload Data Ground Segment), opracowanych przez zespół Creotech Instruments S.A. Zakres prac obejmował również definicję i implementację łańcucha przetwarzania danych oraz procesów kalibracji (do tzw. poziomu przetworzenia 1A) i walidacji, realizowanych przez zespół Creotech, co umożliwiło generowanie produktów przeznaczonych do zastosowań operacyjnych. Rozdzielczość obrazów została zmniejszona 4-krotnie.

Projekt realizowany jest przez Wojskową Akademię Techniczną, pełniącą rolę lidera konsorcjum, we współpracy z Creotech Instruments S.A., Centrum Badań Kosmicznych PAN, Siecią Badawczą Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa, Scanway S.A. i PCO S.A.

Firma Creotech Instruments S.A. pełni w projekcie PIAST rolę kluczowego partnera przemysłowego odpowiedzialnego za budowę, dostarczenie i integrację trzech platform satelitarnych opartych na autorskiej technologii HyperSat, a także za integrację oraz wyniesienie satelitów.

Przedsięwzięcie jest współfinansowane przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu SZAFIR, zainicjowanego przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

Creotech uruchomił proces ABB. Środki z emisji mają trafić na produkcję, R&D i potencjalne przejęcia

Creotech Instruments S.A. („Spółka”, „Creotech”), notowany na GPW największy polski integrator misji kosmicznych i jednocześnie największy krajowy producent satelitów, systemów i podzespołów satelitarnych, rozpoczął proces przyspieszonej budowy księgi popytu („Transakcja”) w związku z emisją do 650 000 akcji zwykłych na okaziciela serii M z wyłączeniem prawa poboru. Oferta skierowana jest do wybranych inwestorów poza Stanami Zjednoczonymi (zgodnie z Regulacją S). Proces budowy księgi popytu rozpocznie się niezwłocznie, a Spółka zastrzega sobie prawo do zakończenia Transakcji w dowolnym momencie. Wyniki Transakcji zostaną ogłoszone po zakończeniu procesu budowy księgi popytu. Pozyskane środki mają wesprzeć realizację strategii rozwoju, w szczególności w obszarze rozbudowy mocy produkcyjnych, rozwoju nowych platform satelitarnych, inwestycji technologicznych oraz potencjalnych akwizycji i partnerstw strategicznych. Spółkę w procesie wspiera cc group jako doradca IR i finansowy, natomiast funkcję Wiodącego Globalnego Koordynatora (ang. Lead Global Coordinator) pełni UniCredit Bank GmbH, Milan Branch, we współpracy z Kepler Cheuvreux. Rolę Globalnych Koordynatorów (ang. Joint Global Coordinators) pełnią J.P. Morgan SE wraz z Trigon Dom Maklerski S.A. oraz Trigon Investment Banking Sp. z o.o. & Wspólnicy sp.k. Rolę Współprowadzącego Księgę Popytu (ang. Joint Bookrunner) pełni BM PKO BP.

Creotech Instruments rozpoczyna kolejny etap rozwoju. Dzięki zbudowanym kompetencjom technologicznym i doświadczeniu zdobytemu przy realizacji zaawansowanych projektów kosmicznych Spółka zamierza istotnie zwiększyć skalę działalności oraz stać się jednym z czterech największych integratorów misji kosmicznych w Europie. Rozpoczęcie procesu pozyskania kapitału ma przyspieszyć realizację tych ambitnych celów. Chcemy wykorzystać rosnące zapotrzebowanie na niezależne europejskie rozwiązania satelitarne oraz skutecznie konkurować o udział w największych programach kosmicznych realizowanych w Europie. Naszą przewagą jest połączenie własnej technologii, doświadczenia integracyjnego i rosnącej zdolności do realizacji złożonych misji kosmicznychpowiedział dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Zarządu Creotech Instruments S.A.

Strategia Creotech Instruments zakłada rozwój platformy HyperSat, obecnie wykorzystywanej w segmencie mikrosatelitów o masie do 100 kg, poprzez rozszerzenie portfolio produktowego o platformy minisatelitów i małych satelitów o masie do 500 kg. Celem Spółki jest uzyskanie zdolności do dostarczania satelitów na potrzeby europejskich konstelacji nowej generacji oraz umocnienie pozycji w gronie czołowych integratorów systemów kosmicznych w Europie.

Rozwój produktów obejmuje wdrożenie nowych platform satelitarnych o większej masie, w tym platform SWAN (powyżej 200 kg) oraz EMU (do 500 kg).

Istotnym filarem strategii jest również zwiększenie zdolności produkcyjnych – z obecnych ok. 10 do ponad 40 satelitów rocznie. Skalowanie działalności w modelu integratora misji kosmicznych end-to-end ma umożliwić Spółce udział w strategicznych europejskich programach kosmicznych, w tym w projektach Komisji Europejskiej, programie IRIS², EOGS oraz misjach naukowych Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA).

Strategia zakłada także ukierunkowane działania w obszarze fuzji i przejęć (M&A), rozwój partnerstw strategicznych oraz dalsze wzmacnianie obecności Spółki na rynkach zagranicznych.

Emisja akcji serii M

Emisja akcji serii M, uchwalona przez Zwyczajne Walne Zgromadzenie Spółki w dniu 3 czerwca 2026 roku, zostanie przeprowadzona z wyłączeniem prawa poboru przysługującego dotychczasowym akcjonariuszom. Akcje serii M został przydzielone wyłącznie inwestorom wybranym przez Zarząd Spółki po zakończeniu procesu budowy księgi popytu, przy czym będą to wyłącznie: inwestorzy kwalifikowani i/lub inwestorzy obejmujący akcje o łącznej wartości co najmniej 100.000 EUR na jednego inwestora, poza terytorium Stanów Zjednoczonych, zgodnie z Regulacją S.

Jednocześnie  akcjonariuszom spełniającym kryteria określone w uchwale emisyjnej przysługuje prawo pierwszeństwa objęcia nowych akcji. Rozwiązanie to ma na celu ochronę przed rozwodnieniem w głosach akcjonariuszy, którzy dokonali istotnych inwestycji w akcje Spółki. Prawo to przysługuje akcjonariuszom posiadającym – według stanu na dzień rejestracji uczestnictwa w Zwyczajnym Walnym Zgromadzeniu, tj. 18 maja 2026 roku – co najmniej 14.272 akcje Spółki (ok. 0,5% kapitału zakładowego i ogólnej liczby głosów w Spółce), na zasadach określonych w uchwale, w szczególności umożliwiających objęcie akcji w liczbie proporcjonalnej do ich dotychczasowego udziału w kapitale zakładowym Spółki.

W związku z Transakcją Spółka zobowiązała się, z zastrzeżeniem standardowych wyjątków, do nieemitowania, niesprzedawania ani nieoferowania akcji bez zgody Wiodącego Globalnego Koordynatora oraz Globalnych Koordynatorów przez okres 180 dni od dnia ustalenia ceny w ramach Transakcji. Zobowiązanie to nie ogranicza możliwości emisji akcji lub innych papierów wartościowych uprawniających do objęcia akcji, stanowiących element wynagrodzenia w związku z realizacją połączeń, przejęć, przedsięwzięć typu joint venture lub innych podobnych transakcji zgodnych ze strategią Spółki.

Pozyskane środki mają wesprzeć realizację strategii rozwoju Spółki na lata 2026–2029, ogłoszonej 7 maja br. Zgodnie z założeniami, środki z emisji zostaną przeznaczone w szczególności na: ok. 40–60% – rozwój infrastruktury produkcyjnej oraz zwiększenie zdolności wytwórczych; ok. 20–30% finansowanie prac badawczo-rozwojowych, w szczególności rozwoju technologii i nowych platform satelitarnych; oraz ok. 20–30% – potencjalne przejęcia, partnerstwa strategiczne, ekspansję zagraniczną oraz finansowanie bieżącej działalności Spółki.

Digital Network z kapitalizacją powyżej 1 mld zł i planowaną dywidendą

Kapitalizacja Digital Network na sesji w dniu 05.06.2026 r. przekroczyła 1 mld zł, a spółka stała się jednym z liderów wzrostów obecnej hossy na warszawskiej giełdzie. Tymczasem, jeszcze pięć lat temu spółka wycenia była na niespełna 30 mln zł. Za spektakularnym wzrostem stoi pięć lat nieprzerwanej poprawy wyników, udana konsolidacja rynku reklamy zewnętrznej i rosnące znaczenie cyfrowych nośników reklamowych.

Granica miliarda złotych kapitalizacji ma na GPW znaczenie symboliczne. Dla inwestorów oznacza wejście spółki do grona największych i najbardziej rozpoznawalnych emitentów. Dla Digital Network to efekt procesu, który rozpoczął się zaledwie 12 lat temu, gdy firma stawiała pierwsze kroki jako startup na rodzącym się rynku cyfrowej reklamy zewnętrznej.

Kapitalizacja Digital Network S.A. (StockWatch)Kapitalizacja Digital Network

Dziś grupa jest liderem segmentu Digital Out Of Home (DOOH) w Polsce. W ciągu roku kurs wzrósł o 175 proc., w perspektywie trzech lat o 1750 proc., a w ciągu pięciu lat stopa zwrotu przekroczyła 3700 proc.

Tak dynamiczny wzrost wartości nie jest jednak wyłącznie efektem poprawy nastrojów inwestorów. Od pięciu lat Digital Network konsekwentnie zwiększa skalę działalności, przychody i zyski.

Trend potwierdziły zarówno wyniki za 2025 r., jak i pierwszy kwartał 2026 r., który był pierwszym pełnym okresem po przejęciu Braughman Group Media Outdoor (BGMO). Integracja jednego z największych konkurentów przebiegła szybciej niż oczekiwał rynek, a grupa już w pierwszych miesiącach zaczęła wykorzystywać efekty połączenia. – Pierwszy kwartał 2026 roku był okresem bardzo intensywnej integracji, ale również szybkiego osiągania zakładanych efektów biznesowych. Szczególnie istotne było stworzenie jednej, zintegrowanej organizacji zdolnej do efektywnego zarządzania zarówno segmentem cyfrowym, jak i premium outdoor – mówi Agnieszka Godlewska, prezes Digital Network.

Przejęcie zmieniło strukturę rynku

Ubiegłoroczne przejęcie BGMO było jedną z największych transakcji na polskim rynku reklamy zewnętrznej w ostatnich latach. Przejmowana spółka należała do trzech największych graczy w branży i była liderem segmentu Big Format. W efekcie Digital Network stworzył grupę opartą na dwóch komplementarnych filarach. Pierwszy obejmuje segment DOOH z wielkoformatowymi ekranami cyfrowymi, siecią City Screenów i blisko 20 tys. ekranów działających w ramach ogólnopolskiej infrastruktury cyfrowej. Drugim jest segment Premium Outdoor skupiający nośniki wielkoformatowe, murale, traffic boardy oraz ekspozycje przy głównych szlakach komunikacyjnych.

Dla inwestorów istotne jest nie tylko zwiększenie skali działalności, ale również ograniczenie konkurencji na rynku, który od lat charakteryzuje się wysokimi barierami wejścia. – Połączenie kompetencji obu organizacji pozwoliło nam zbudować ofertę obejmującą praktycznie wszystkie kluczowe formaty nowoczesnej reklamy zewnętrznej. Widzimy ogromne zainteresowanie klientów kampaniami łączącymi rozwiązania cyfrowe z nośnikami premium – podkreśla prezes spółki.

Jednym z najważniejszych elementów strategii pozostaje rozwój sprzedaży Programmatic DOOH. Na najbardziej rozwiniętych rynkach świata jest to obecnie jeden z najszybciej rosnących segmentów rynku reklamowego, pozwalający na automatyczny zakup powierzchni reklamowej i precyzyjne planowanie kampanii.

Miliard kapitalizacji i dywidenda

Mimo finansowania przejęcia BGMO kredytem inwestycyjnym grupa utrzymuje stabilną sytuację finansową. W pierwszym kwartale spłaciła 30 mln zł zadłużenia i zakończyła okres z ponad 23 mln zł gotówki. Jednocześnie kontynuowane są inwestycje w rozwój sieci ekranów cyfrowych. Co istotne z perspektywy inwestorów, spółka nie rezygnuje z dzielenia się zyskami. Digital Network regularnie wypłaca dywidendę, a na tegoroczną wypłatę przeznaczono 20 mln zł (tj.4,46 zł na akcję).

Rynek, którego nie da się łatwo skopiować

Analitycy zwracają uwagę, że Digital Network działa w segmencie relatywnie odpornym zarówno na ekspansję globalnych platform technologicznych (Google. Meta Tik Tok), jak i zmiany związane z rozwojem sztucznej inteligencji. Reklama zewnętrzna pozostaje medium infrastrukturalnym fizycznie związanym z atrakcyjnymi lokalizacjami, których ilość na rynku jest bardzo ograniczona. W praktyce oznacza to wysokie bariery wejścia dla nowych konkurentów oraz utrudnioną możliwość szybkiego powielania modelu biznesowego.

Kurs dolara rośnie po danych z USA i eskalacji napięć na Bliskim Wschodzie

Wielu inwestorów przygotowywało się na kontynuację postępów w rozmowach pokojowych. Izrael przypomniał jednak, że chce kontynuować tę wojnę. Rynki pracy w Ameryce Północnej pozytywnie zaskoczyły, a dane z Japonii niespodziewanie wsparły jena.

Spirala przemocy na Bliskim Wschodzie

W ostatnich dniach rozmowy pokojowe między USA a Iranem powoli wchodziły na coraz wyższy poziom szczegółowości. Choć dalej w mocy pozostawały punkty niezgody – np. fakt, że USA cały czas chcą mrozić irańskie aktywa warte 24 mld dolarów. Są to jednak detale na tle innych elementów negocjacji. Jednak w rozmowach czasem pomijana jest trzecia strona – Izrael. Kraj ten nie jest najwyraźniej zainteresowany zakończeniem wojny. W niedzielę Izrael ostrzelał Bejrut. Teoretycznie Liban nie jest stroną konfliktu, ale każdorazowo w obronie Libanu staje Iran, który zgodnie z logiką tych konfliktów odpowiedział na atak Izraela. Odpowiedź ta była jednak na tyle stonowana, że wszystkie pociski zostały zestrzelone. Niestety, pomimo apeli USA, Izrael odpowiedział na ten ostrzał. Jeżeli wydarzenia będą eskalować w tym tempie, o pokoju możemy zapomnieć. Na reakcję rynków nie trzeba było długo czekać. Od piątkowego zamknięcia ropa idzie w górę. Na moment pisania tego tekstu baryłka ropy Brent kosztuje już nie 93 dolary (jak w piątek), a niemal 98 dolarów.

Amerykańskie rynki pracy

W piątek poznaliśmy dane z rynków pracy zarówno z USA, jak i z Kanady. Ważniejsze były oczywiście te pierwsze. O ile bezrobocie pozostało na poziomie 4,3%, to wyraźnie przybyło miejsc pracy. Różnica w sektorze pozarolniczym to 87 tysięcy, a w prywatnym 35 tysięcy. Zmiana stopy bezrobocia w USA o 0,1% wymaga utworzenia około 170 tysięcy miejsc pracy. Mamy więc zatem rozsądną zaliczkę. Jeszcze lepsze były dane z Kanady. Tam bezrobocie niespodziewanie spadło z 6,9% do 6,6%. Kluczowa była oczywiście zmiana zatrudnienia. Rynek oczekiwał 10 tysięcy nowych miejsc pracy, a zobaczył ponad 80 tysięcy. Jakby tego było mało, w maju ubyło 66 tysięcy miejsc pracy na część etatu i przybyło na pełen etat. Oznacza to, że struktura zatrudnienia jest jeszcze lepsza.

Inwestorzy uznali te dane za silny sygnał do zakupu dolara amerykańskiego. Co ciekawe zyskiwał on na wartości mocniej niż kanadyjski – mimo że dane z Kanady były obiektywnie lepsze. Dzisiaj nad ranem można by spodziewać się korekty umocnienia dolara, ale wymiana ognia na Bliskim Wschodzie sprzyja USD, który dalej zyskuje. Przed danymi kurs dolara był poniżej poziomu 3,64 zł, dzisiaj atakuje już 3,69 zł.

Słabsze dane z Japonii

Dzisiaj nad ranem poznaliśmy odczyt PKB z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wynik annualizowany wypadł gorzej od oczekiwań o 0,3%. Annualizacja to jednak sprawdzenie, jak zachowałby się parametr, gdyby cały rok był taki, jak ostatni kwartał. W danych kwartalnych PKB okazało się jednak zgodne z oczekiwaniami. W rezultacie inwestorzy uznali to za wystarczająco dobre dane dla jena, a jego kurs od rana lekko wzrósł. Jak widać pesymizm względem gospodarki japońskiej bywa tak duży, że wystarczy brak negatywnego zaskoczenia by wywołać pozytywne reakcje.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Polska wśród liderów AI w Europie Środkowo-Wschodniej. Skala, talenty i infrastruktura budują przewagę

Z inicjatywy AI Chamber, instytucji działającej na rzecz rozwoju AI w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, powstał CEE AI Index 2026 – pierwszy indeks mierzący strategiczną gotowość krajów Europy Środkowo-Wschodniej na wdrażanie sztucznej inteligencji. Polska zajmuje 4. miejsce z wynikiem ogólnym 56,17 punktów, plasując się wśród największych i najbardziej ugruntowanych rynków AI w regionie. Przewagi kraju są wyraźne tam, gdzie liczy się skala – największe moce HPC, najwyższy wolumen publikacji naukowych z obszaru AI i najliczniejsza kadra specjalistów w całym regionie.CEE-AI-Index-2026-Infografika

Nowy indeks ujawnia podziały w regionie CEE

Nowy CEE AI Index 2026 obejmuje 11 krajów i pokazuje region znacznie bardziej zaawansowany technologicznie, niż wynika z dominującej narracji globalnej, choć jednocześnie coraz wyraźniej podzielony. Kraje północnej i centralnej części regionu są strukturalnie gotowe do odgrywania wiodącej roli w europejskim ekosystemie AI, co znajduje odzwierciedlenie w czołówce rankingu, którą tworzą Estonia (1.miejsce), Słowenia (2.miejsce), Litwa (3.miejsce), Polska (4.miejsce), i Czechy (5.miejsce). Na drugim biegunie znalazły się Chorwacja, Łotwa i Bułgaria, które wciąż nadrabiają zaległości w budowie instytucjonalnych i ekosystemowych fundamentów rozwoju sztucznej inteligencji. Kluczowym czynnikiem różnicującym okazuje się jakość zarządzania i dojrzałość instytucjonalna – a nie wielkość kraju ani dostęp do infrastruktury.

CEE AI Index mierzy strategiczną gotowość na AI, rozumianą jako strukturalna zdolność kraju do efektywnego, bezpiecznego i zgodnego z regulacjami rozwijania oraz wdrażania systemów sztucznej inteligencji. Badanie uwzględnia 11 krajów, 33 wskaźniki i 363 punkty danych w trzech filarach: Środowisko (ramy regulacyjne i infrastruktura cyfrowa), Zasoby (talenty i ekosystem finansowy) oraz Wdrożenie (adopcja AI i wyniki badań naukowych).

Jak wskazują wyniki indeksu: Europa Środkowo-Wschodnia dzieli się na kraje, które będą kształtować AI w Europie, i takie, które będą ją konsumować. Różnica nie leży w wielkości, ale w suwerenności, dojrzałości regulacyjnej, inwestycjach w talenty i ambicjach instytucjonalnych. Tę dynamikę wyraźnie pokazuje przykład Polski.

Polska jako skalowany ekosystem AI z silnymi fundamentami

Polska zajmuje 4. miejsce w CEE AI Index 2026 z wynikiem ogólnym 56,17 punktów (Środowisko: 65, Zasoby: 49, Wdrożenie: 55), plasując się wśród największych i najbardziej ugruntowanych rynków AI w regionie. Rodzimy ekosystem dysponuje największymi mocami obliczeniowymi HPC w regionie, notuje najwyższy wolumen publikacji naukowych z obszaru sztucznej inteligencji i skupia najliczniejszą kadrę specjalistów AI. To pozycjonuje kraj jako naturalne miejsce dla inwestycji wymagających silnego zaplecza badawczego, kompetencyjnego i infrastrukturalnego. Fundamenty technologiczne są przy tym wspierane przez rozwijające się otoczenie instytucjonalne. W listopadzie 2024 r. rząd ogłosił utworzenie Funduszu Sztucznej Inteligencji o wartości około 235 mln euro (1 mld zł)[1] oraz powołanie Rady AI, skupiającej kluczowe instytucje państwowe odpowiedzialne za koordynację i dystrybucję publicznych środków przeznaczonych na rozwój tego sektora. Polska zajmuje również trzecie miejsce w Unii Europejskiej pod względem dojrzałości otwartych danych, a infrastruktura obliczeniowa – wspierana przez konsorcjum PL-Grid i Narodowe Centrum Kompetencji Obliczeniowych EuroHPC – plasuje kraj na czele regionu pod względem mocy HPC.

W CEE AI Index w filarze Środowisko Polska zajmuje po Estonii drugie miejsce w regionie, a w filarze Wdrożenie – razem z Czechami – współprowadzi zestawienie pod względem głębokości adopcji AI w przedsiębiorstwach. Widać to również w decyzjach samych firm: w samym 2024 roku polskie przedsiębiorstwa zainwestowały w rozwiązania AI łącznie 1,8 miliarda złotych[2], a osiem na dziesięć podmiotów gospodarczych planuje zwiększenie budżetów na narzędzia AI w ciągu najbliższych dwóch lat[3].

Indeks wskazuje jednak także na obszary wymagające wzmocnienia: środowiska testowe, integracja AI w programach nauczania, aktywność spin-outów uczelnianych oraz efektywność publicznego finansowania AI nie dorównują jeszcze potencjałowi, jaki sugeruje krajowa skala. Polska rysuje się jako dojrzała platforma dla międzynarodowych partnerstw – z wyraźną przestrzenią do dalszego wzrostu, którą mogą odblokować zwiększone wsparcie publiczne i ekosystemowe.

Różne drogi, wspólne ambicje: jak wyłonili się liderzy regionu

CEE AI Index pokazuje, że żaden kraj regionu nie dominuje we wszystkich badanych obszarach, a o gotowości do rozwoju AI decyduje przede wszystkim strategia, a nie wielkość państwa. Estonia, Litwa i Słowenia – mimo relatywnie niewielkiej liczby mieszkańców – wyprzedzają większe gospodarki regionu dzięki konsekwentnie budowanym ekosystemom sztucznej inteligencji.

Jednocześnie każdy z liderów opiera swoją pozycję na innych przewagach: Estonia i Słowenia wyróżniają się dojrzałością instytucjonalną, potencjałem badawczym i zasobami STEM, a Litwa skutecznie przyspiesza wdrożenia i efektywnie wykorzystuje otwarte dane. Polska korzysta z efektu skali, dysponując największymi mocami HPC, najsilniejszym zapleczem naukowym i największą liczbą specjalistów AI w regionie. Czechy koncentrują się na komercjalizacji badań, Węgry wdrażają nową politykę AI, Rumunia wzmacnia otoczenie regulacyjne, a Łotwa, Słowacja, Bułgaria i Chorwacja budują przewagi w wybranych obszarach – od infrastruktury eksperymentalnej i ulg podatkowych po potencjał techniczny i systemy kształcenia.

Europa Środkowo-Wschodnia przez lata budowała fundamenty niezbędne do rozwoju sztucznej inteligencji: odpowiednie ramy regulacyjne, zasoby talentów, a na części rynków również zaawansowaną infrastrukturę operacyjną. Dotychczas brakowało jednak narzędzia, które pozwalałoby w sposób obiektywny i porównywalny ocenić skalę tego potencjału. CEE AI Index wypełnia tę lukę i dostarcza danych, które powinny stanowić istotny punkt odniesienia dla firm, inwestorów i instytucji planujących strategie AI w Europie w najbliższych latach. mówi Tomasz Snażyk, CEO AI Chamber.

Region CEE dysponuje jednymi z najsilniejszych talentów AI w Europie, choć wciąż mierzy się z istotną luką inwestycyjną względem Europy Zachodniej. Liderzy indeksu – Estonia, Litwa i Słowenia – pokazują jednak, że o sukcesie coraz częściej decydują jakość instytucji i strategia rozwoju, a nie skala gospodarki. Indeks dostarcza dodatkowych argumentów przemawiających za większym napływem inwestycji do regionu.zaznacza Mark Boris Andrijanič, były minister ds. transformacji cyfrowej Słowenii i były główny negocjator Rady UE ds. DMA i DSA.

Zarządzanie strategią AI jako decydująca zmienna

W obszarze regulacji i zarządzania Europa Środkowo-Wschodnia wyprzedza globalną średnią – co potwierdzają wyniki Oxford Insights’ Government AI Readiness Index 2025, niezależnego rankingu obejmującego 195 krajów, stosowanego jako punkt odniesienia przez UNESCO i G20. CEE AI Index pokazuje jednak, że sama strategia AI nie gwarantuje gotowości do jej realizacji. Liderami filaru Środowisko są Estonia (73 punkty), Polska (65) i Litwa (64), które wyróżniają się dojrzałością instytucjonalną, rozwiniętą infrastrukturą cyfrową i spójną polityką AI. Na drugim biegunie znajdują się Bułgaria i Chorwacja, co potwierdza, że słabości instytucjonalne wciąż pozostają istotną barierą rozwoju. Wraz z wyrównywaniem dostępu do infrastruktury dzięki programom unijnym, o realnej przewadze konkurencyjnej coraz częściej decydują potencjał regulacyjny, dostęp do talentów oraz zdolność do przełożenia polityki na operacyjną rzeczywistość.

AI Act może pogłębić regionalny podział

Wyniki indeksu sugerują, że unijny AI Act może stać się przewagą konkurencyjną dla krajów dysponujących dojrzałymi ramami regulacyjnymi i potencjałem instytucjonalnym. Estonia, Polska i Czechy są lepiej przygotowane do przekształcenia gotowości regulacyjnej w zaufanie przedsiębiorstw i atrakcyjność inwestycyjną – szczególnie w oczach firm poszukujących pewnych, zgodnych z przepisami środowisk do wdrażania AI. Dla krajów wciąż budujących podstawowe kompetencje regulacyjne wyzwanie będzie podwójne: przyspieszenie krajowego rozwoju AI przy jednoczesnym dostosowaniu się do coraz bardziej złożonych regulacji europejskich.

[1] https://www.gov.pl/web/cyfryzacja/polska-na-podium-w-otwieraniu-i-wykorzystywaniu-danych

[2] https://pmrmarketexperts.com/my-w-mediach/czy-mamy-boom-na-ai-w-polsce/

[3] https://www.ey.com/pl_pl/newsroom/2025/12/badanie-ey-8-na-10-polskich-firm-zwiekszy-inwestycje-w-sztuczna-inteligencje

Pokolenie Z zmienia centra handlowe. Galerie stają się miejscem doświadczeń, nie tylko zakupów

0

Im młodszy konsument, tym chętniej odwiedza centra handlowe – wskazuje badanie CBRE „Nowy konsument, nowe centra handlowe”. Najczęstszymi gośćmi są osoby z pokolenia Z, wśród których trzy czwarte pojawia się w galeriach przynajmniej dwa razy w miesiącu. Częściej niż starsi klienci w centrach handlowych szukają dobrej oferty gastronomicznej, rozrywki, przestrzeni do spotkań towarzyskich, stref coworkingowych i klubów fitness. Zdaniem ekspertów CBRE, młodzi zmieniają centra handlowe z miejsc zakupów na przestrzeń doświadczeń.

Centra handlowe cieszą się dużą popularnością klientów z pokolenia Z. Wśród najmłodszych trzy czwarte odwiedza je co najmniej dwa razy w miesiącu, a 4 na 10 jeszcze częściej – przynajmniej raz w tygodniu, wskazuje badanie CBRE.

Galerie jako miejsca spędzania czasu

Głównym powodem wizyt w centrach handlowych niezależnie od wieku są zakupy odzieżowe – wskazało tak 62 proc. wszystkich respondentów i 65 proc. „zetek”. Znaczne różnice widać natomiast gdy weźmiemy pod uwagę pozostałe motywacje. Najmłodsi konsumenci częściej traktują centra handlowe nie tylko jako miejsce zakupów, ale również przestrzeń do spotkań i spędzania wolnego czasu. Zdecydowanie częściej odwiedzają galerie dla przestrzeni gastronomicznej – deklaruje tak 34 proc. z nich i jedna czwarta spośród wszystkich respondentów. Jedna trzecia młodych wybiera się do centrów dla rozrywki, np. do kina (wśród wszystkich badanych to 27 proc.), 3 na 10 na spotkania towarzyskie (vs. 15 proc.) a 11 proc. dla klubów fitness (vs. 5 proc.).

Największe znaczenie dla klientów z pokolenia Z ma oferta gastronomiczna, strefy wypoczynku oraz udogodnienia, takie jak darmowe Wi-Fi czy ładowarki do telefonów. Młodzi respondenci najczęściej korzystają także z przestrzeni coworkingowych i chętnie uczestniczą w wydarzeniach organizowanych przez centra handlowe. Jednocześnie są najmniej przywiązani do lokalizacji obiektu, a bardziej niż inne grupy wiekowe zwracają uwagę na atmosferę, wygląd oraz możliwość łączenia doświadczeń offline i online – mówi Anna Wysocka, szefowa działu handlowego, CBRE.

Pokolenie Z zmienia centra handlowe

Współczesne centra handlowe coraz mocniej integrują się z tkanką miejską i aspirują do roli otwartych, wielofunkcyjnych przestrzeni wpisujących się w codzienne życie klientów. Wyraźnie poszerzają swoją rolę. Konsumenci oprócz dużego asortymentu i komfortu zakupów oczekują od nich szerokiej oferty gastronomicznej, rozrywkowej oraz funkcji wspierających codzienne potrzeby. Sklepy stacjonarne stają się przestrzenią doświadczeń – miejscem poznawania, testowania i przymierzania produktów przed zakupem. Właściciele obiektów handlowych muszą dziś kłaść jeszcze większy nacisk na rozwiązania omnichannel, a więc takie, które pozwalają łączyć sprzedaż online i offline.

– Właściciele i zarządcy obiektów coraz częściej dostosowują ofertę do różnych sposobów korzystania z galerii – od szybkich zakupów po spędzanie wolnego czasu i spotkania towarzyskie. Rosnące znaczenie dla utrzymania dynamiki oferty ma także elastyczne podejście do marek dostępnych w obiektach, obejmujące krótkoterminowe koncepty, pop-upy i wydarzenia, które pozwalają szybciej reagować na zmieniające się potrzeby i oczekiwania konsumentów. Jednak warto pamiętać, że wciąż kluczowe pozostają podstawowe elementy wpływające na komfort, takie jak czystość, wygoda czy łatwość parkowania – mówi Anna Wysocka, szefowa działu handlowego, CBRE.

METODOLOGIA

Badanie przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie respondentów odwiedzających centra handlowe, liczącej N=2190 osób. Termin realizacji: od 27 lutego do 4 marca 2026. Metoda: CAWI.

Kto zbierze polskie owoce? Bez pracowników sezonowych rolnictwo stanie przed poważnym kryzysem

Polska od lat należy do największych producentów żywności w Europie. Jesteśmy liderem w produkcji jabłek, znaczącym producentem owoców miękkich, warzyw, mięsa drobiowego oraz wielu innych produktów trafiających zarówno na krajowe stoły, jak i na rynki zagraniczne. Eksport produktów rolno-spożywczych przekracza obecnie 50 miliardów euro rocznie i stanowi jeden z filarów polskiej gospodarki.

Przyzwyczailiśmy się myśleć o bezpieczeństwie państwa przez pryzmat armii, granic, energetyki czy infrastruktury krytycznej. Znacznie rzadziej rozmawiamy o tym, że jednym z fundamentów bezpieczeństwa jest również zdolność do produkowania żywności.

Bezpieczeństwo żywnościowe nie powstaje jednak w ministerialnych gabinetach ani w dokumentach strategicznych. Powstaje każdego dnia w gospodarstwach rolnych, sadach, szklarniach, zakładach przetwórczych i centrach logistycznych. Powstaje dzięki pracy tysięcy przedsiębiorców oraz setek tysięcy osób zaangażowanych w cały łańcuch produkcji żywności.

I właśnie tutaj pojawia się problem, o którym mówi się zbyt rzadko.

Polskie rolnictwo coraz silniej odczuwa niedobór pracowników. Dotyczy to szczególnie prac sezonowych związanych ze zbiorami owoców i warzyw. Nie jest to zjawisko nowe. Od wielu lat przedsiębiorcy sygnalizują, że liczba osób zainteresowanych wykonywaniem takich prac na rynku krajowym jest niewystarczająca.

Powody są dobrze znane. Zmiany demograficzne, starzenie się społeczeństwa, migracja młodych ludzi do większych miast, rosnące oczekiwania płacowe oraz konkurencja innych sektorów gospodarki powodują, że znalezienie odpowiedniej liczby pracowników staje się coraz trudniejsze. W praktyce oznacza to, że znaczna część produkcji rolnej uzależniona jest od możliwości legalnego zatrudniania cudzoziemców.

Nie jest to polska specyfika. Tak funkcjonują dziś praktycznie wszystkie rozwinięte gospodarki europejskie. Niemcy, Holandia, Hiszpania czy Włochy od lat opierają znaczną część prac sezonowych na zatrudnianiu pracowników zagranicznych. Polska nie jest tu wyjątkiem.

Jednocześnie państwo ma pełne prawo, a nawet obowiązek, prowadzić odpowiedzialną politykę migracyjną. Ochrona granic, przeciwdziałanie nielegalnej migracji, eliminowanie nadużyć wizowych czy walka z fikcyjnym zatrudnieniem należą do podstawowych obowiązków administracji publicznej.

Po doświadczeniach ostatnich lat trudno oczekiwać, aby kwestie migracyjne nie były przedmiotem szczególnej uwagi organów państwa.

Problem nie polega więc na tym, czy państwo powinno kontrolować proces wydawania wiz.

Powinno.

Pytanie brzmi, jak robić to skutecznie, nie powodując jednocześnie niezamierzonych skutków gospodarczych. W debacie publicznej często przedstawia się bezpieczeństwo i gospodarkę jako wartości konkurencyjne. Tymczasem w rzeczywistości są one od siebie wzajemnie zależne.

Państwo, które nie kontroluje procesów migracyjnych, naraża się na ryzyka bezpieczeństwa.

Państwo, które nie dostrzega potrzeb własnej gospodarki, naraża się na osłabienie konkurencyjności przedsiębiorstw, spadek produkcji i utratę rynków eksportowych.

Prawdziwe wyzwanie polega na znalezieniu równowagi. Dla przedsiębiorcy działającego w sektorze rolnym najważniejsza jest przewidywalność.

Producent owoców nie może przesunąć zbiorów o trzy miesiące. Plantator malin nie może poczekać do przyszłego roku na zakończenie procedur administracyjnych. Zakład przetwórczy nie może wyjaśnić zagranicznemu kontrahentowi, że nie zrealizuje dostawy, ponieważ zabrakło pracowników do zebrania surowca.

Biologia nie zna pojęcia „termin urzędowy”.

To właśnie dlatego tak istotne znaczenie ma spójność działań państwa.

Jeżeli przedsiębiorca uzyskuje wymagane dokumenty na rynku pracy, organizuje proces rekrutacyjny, zawiera kontrakty handlowe, planuje produkcję i ponosi konkretne koszty organizacyjne, powinien mieć możliwość racjonalnej oceny swoich szans na skuteczne przeprowadzenie całego procesu.

Nie chodzi o gwarancję pozytywnej decyzji.

Nie chodzi o automatyzm.

Chodzi o przewidywalność.

Przedsiębiorcy są gotowi dostosowywać się do nowych wymagań. Są gotowi ponosić dodatkowe koszty związane z weryfikacją kandydatów, organizacją pobytu czy zwiększonymi obowiązkami dokumentacyjnymi. Warunkiem jest jednak znajomość zasad.

Niepewność jest dla gospodarki znacznie bardziej kosztowna niż nawet najbardziej rygorystyczne, ale jasno określone wymagania. Warto przy tym pamiętać, że skutki niedoboru pracowników sezonowych nie ograniczają się wyłącznie do pojedynczych przedsiębiorców.

Każda niezebrana tona owoców oznacza stratę dla producenta.

Każda niewykonana dostawa oznacza problem dla przetwórcy.

Każdy utracony kontrakt eksportowy oznacza osłabienie pozycji polskich firm na zagranicznych rynkach.

W skali całego sektora skutki mogą być odczuwalne znacznie szerzej niż tylko przez samych rolników.

Dlatego warto postawić kilka pytań.

Czy obecny model zatrudniania pracowników sezonowych odpowiada rzeczywistym potrzebom rynku?

Czy przedsiębiorcy otrzymują wystarczająco jasne informacje dotyczące oczekiwań administracji?

Czy poszczególne elementy systemu działają w sposób wystarczająco spójny i przewidywalny?

Czy państwo dysponuje mechanizmami pozwalającymi na bieżąco oceniać wpływ polityki migracyjnej na produkcję żywności?

Są to pytania gospodarcze, a nie polityczne. Dotyczą one bowiem nie tylko procedur administracyjnych, ale również przyszłości jednego z najważniejszych sektorów polskiej gospodarki.

Polska potrzebuje skutecznej polityki migracyjnej.

Polska potrzebuje również silnego rolnictwa. Nie musimy wybierać pomiędzy jednym a drugim. Powinniśmy natomiast prowadzić otwartą i merytoryczną dyskusję o tym, jak pogodzić oba te cele. Bo bezpieczeństwo państwa zaczyna się nie tylko na granicy.

Zaczyna się również na polu, w sadzie i w gospodarstwie rolnym. A odpowiedź na pytanie, kto będzie zbierał polskie owoce i warzywa za pięć lub dziesięć lat, może okazać się ważniejsza, niż dziś wielu z nas przypuszcza.

EY: Polska jednym z najbardziej atrakcyjnych rynków inwestycyjnych w Europie

Wyniki badania EY „Atrakcyjność Inwestycyjna Europy 2025” wskazują, że pomimo globalnej zmienności gospodarczej i geopolitycznej Polska umacnia swoją pozycję – nie tylko w ujęciu regionalnym, ale również kontynentalnym. W 2025 roku liczba bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce wzrosła o 10% r/r., podczas gdy ich liczba w Europie spadła o 7% r/r. Dodatkowo, Warszawa zanotowała awans aż o rekordowe 21 pozycji, plasując się na 5. miejscu wśród miast postrzeganych jako najbardziej atrakcyjne.

Badanie EY „Atrakcyjność inwestycyjna Europy” analizuje napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych oraz nastroje inwestorów. Tegoroczna, 25. edycja pokazuje rosnącą selektywność inwestycji na naszym kontynencie. Tradycyjne branże i kierunki inwestycyjne w Europie Zachodniej notują spadki, przy jednoczesnym wzroście w sektorach takich jak sztuczna inteligencja, obronność czy energia niskoemisyjna. Jeśli chodzi o lokalizację to największe spadki liczby projektów obserwowane są w Europie Zachodniej, a wzrosty w regionie Europy Południowej, Centralnej oraz Wschodniej.

Polska zyskuje na liczbie projektów

Na tle największych gospodarek europejskich Polska zyskuje na znaczeniu jako kierunek lokowania kapitału. W sytuacji, w której rynki takie jak Francja (-17%), Wielka Brytania (-14%) czy Niemcy (-10%) notują dwucyfrowe spadki liczby inwestycji, Polska przyciąga coraz więcej nowych projektów, osiągając wzrost na poziomie 10% r/r (285 projektów). Jest to kontynuacja pozytywnego trendu widocznego już wcześniej, kiedy po spadku liczby inwestycji w 2023 r. nastąpiło odbicie w kolejnym roku. Sektory, w których odnotowywane są znaczące wzrosty w liczbie projektów, to sektor obronny oraz sztucznej inteligencji, których istotność w ujęciu regionalnym i kontynentalnym wyraźnie wzrasta.

Wykres 1. 10 głównych lokalizacji BIZ w 2025 roku – liczba projektów i dynamika r/r
10 głównych lokalizacji BIZ w 2025 roku

Dodatkowo, w ocenie ponad 500 decydentów z poziomu zarządów, Polska w 2026 roku nadal pozostaje jednym z najbardziej atrakcyjnych rynków – tak wskazało 17% ankietowanych, co dało nam 6. miejsce w Europie. Co ciekawe podobna jest ich ocena jeśli chodzi o atrakcyjność miast, gdzie Warszawa wykonała gigantyczny skok – o 21 miejsc – na pozycję nr. 5., wyprzedzając takie ośrodki jak Amsterdam, Berlin czy Madryt.

– Rosnąca liczba inwestycji w Polsce nie jest przypadkowa. To efekt kilku nakładających się czynników: strategicznych nakładów na obronność wynikających z sytuacji geopolitycznej, rozwoju inwestycji w centra danych oraz utrzymującego się trendu nearshoringu. Istotną rolę odgrywają również uruchamiane fundusze krajowe i unijne, wspierające rozwój infrastruktury. Szczególnie cieszy fakt, że pozytywny trend widoczny jest zarówno w skali ogólnokrajowej, jak i metropolitalnej. Coraz silniejsze postrzeganie Warszawy jako atrakcyjnego miejsca do lokowania kapitału inwestycyjnego potwierdza, że Polska jest odbierana jako stabilny partner – mimo napiętej sytuacji geopolitycznej w regionie – mówi Mateusz Pociask, Partner Zarządzający EY Polska (od 1 lipca 2026 roku).

Europa odnotowuje trend spadkowy, ale nowe sektory napędzają inwestycje
Jak pokazują dane EY, Europa pozostaje atrakcyjnym kierunkiem, ale inwestorzy podchodzą do działań z większą ostrożnością i rosnącą selektywnością. W 2025 r. liczba projektów BIZ spadła o 7% r/r do poziomu 5026 projektów, co oznacza kontynuację trendu względem poprzedniego roku, kiedy odnotowano spadek o 5% r/r. Jeszcze wyraźniej widać zmianę w strukturze inwestycji, ponieważ liczba miejsc pracy generowanych przez nowe projekty obniżyła się aż o 25% r/r (do ok. 200 000) wobec spadku o 16% r/r rok wcześniej. Na tym tle wyróżniają się jednak kraje takie jak Turcja (+20%), Rumunia (+16%), czy Hiszpania (+7%) oraz Polska (+10%), które – w zależności od państwa – cechują się konkurencyjnością pod względem kosztów pracy, silnym wzrostem gospodarczym lub dostępnością gruntów i mniejszymi restrykcjami administracyjnymi.

W kwestii sektorów widać wyraźnie, że obszar centrów danych związanych z rozwojem AI wraz z sektorem obronnym odpowiadają za coraz większy udział inwestycji w Europie – ten pierwszy osiągnął wzrost na poziomie 96% (107 projektów), a drugi 84% (89 inwestycji).

Wykres 2. Wzrost liczby projektów w obszarze AI, obronności oraz niskoemisyjnej energetyki
Wzrost liczby projektów w obszarze AI

– Dane EY dotyczące bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie pokazują zachodzące zmiany strukturalne. Kapitał inwestycyjny przesuwa się obecnie w stronę AI, obronności czy energetyki niskoemisyjnej. Na znaczeniu zyskują projekty budujące odporność, rozwój technologiczny i bezpieczeństwo łańcuchów dostaw. Choć napięcia geopolityczne nadal negatywnie wpływają na skalę inwestycji, a globalizacja coraz częściej ustępuje miejsca geopolityce, to w dłuższej perspektywie Europa pozostaje atrakcyjnym kierunkiem dla inwestorów. 60% respondentów badania EY spodziewa się wzrostu jej atrakcyjności inwestycyjnej w ciągu najbliższych trzech lat, co potwierdza utrzymujące się zaufanie do europejskich gospodarek – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający EY Polska i Partner Zarządzający Regionem Europy Centralnej.

Ostrożność inwestorów w krótkim terminie, optymizm w długim

Obecne decyzje inwestorów charakteryzuje wyraźna ostrożność, jednak nie przekłada się ona na trwałe pogorszenie oceny Europy. Odsetek firm planujących nowe inwestycje w najbliższym roku spadł do 54%, z poziomu 59% rok wcześniej, co potwierdza krótkoterminowe obawy. Jednocześnie aż 60% przedsiębiorstw oczekuje, że atrakcyjność Europy wzrośnie w perspektywie najbliższych trzech lat.

Warto zwrócić uwagę, że choć amerykańskie inwestycje w Europie są nadal najliczniejsze ze wszystkich, to wykazują spadkowy trend. Również niemieckie przedsiębiorstwa realizują na Starym Kontynencie mniej projektów niż w latach ubiegłych. W latach 2019-2025 udział amerykańskich inwestycji zmniejszył się o 38%, a wśród niemieckich inwestycji ten spadek wynosi 28%. Te lukę – przynajmniej w obszarze tworzonych miejsc pracy – wypełniają firmy azjatyckie. Największy procentowy wzrost udziału w inwestycjach w Europie osiągnął Singapur – ze wzrostem r/r o 117%, co przełożyło się na 4713 nowych miejsc pracy.

– Inwestorzy nie wycofują się z Europy, lecz przyjmują bardziej selektywną i wyczekującą postawę. W krótkim okresie ważą przede wszystkim koszty energii i pracy oraz wyzwania podatkowe. W dłuższej perspektywie o atrakcyjności inwestycyjnej nadal decydują jednak fundamenty: skala rynku, potencjał wzrostu gospodarczego, jakość infrastruktury i stabilność instytucjonalna. Na geopolitykę mamy ograniczony wpływ, ale możemy wzmacniać konkurencyjność Europy tam, gdzie wciąż mamy realne narzędzia: w kompetencjach, technologii i jakości otoczenie inwestycyjnego – podsumowuje Mateusz Pociask.

O badaniu
Badanie EY Atrakcyjność Inwestycyjna Europy 2025 składa się z dwóch części. Pierwsza to dane ilościowe gromadzone w ramach EY European Investment Monitor (EIM), we współpracy z OCO, dotyczące inwestycji zagranicznych ogłoszonych w 47 krajach Europy w 2025 r., w wyniku których powstają miejsca pracy i otwierane są nowe placówki. Z badania wyłączone są następujące kategorie projektów inwestycyjnych: fuzje i przejęcia (M&A) oraz joint ventures (chyba że skutkują one powstaniem nowych obiektów lub nowych miejsc pracy); umowy licencyjne; obiekty handlowe i rekreacyjne, hotele oraz nieruchomości; usługi użyteczności publicznej; działalność wydobywcza; inwestycje portfelowe (emerytury, ubezpieczenia i fundusze finansowe); inwestycje w fabryki oraz inne inwestycje związane z odtworzeniem produkcji oraz organizacje non-profit. Drugą część stanowią wyniki badania przeprowadzone przez firmę Longitude na zlecenie EY wśród 500 światowych liderów biznesu w okresie od 11 lutego do 30 marca 2026 r.

ROBYG ogłasza plan przeprowadzenia IPO oraz notowania akcji na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie

ROBYG S.A. („ROBYG”, „Spółka”, a łącznie ze swoimi spółkami zależnymi „Grupa” lub „Grupa ROBYG”), jeden z największych deweloperów mieszkaniowych w Polsce z 26-letnim doświadczeniem rynkowym, ogłasza dziś zamiar przeprowadzenia pierwszej oferty publicznej akcji („IPO” lub „Oferta”). ROBYG zamierza ubiegać się o dopuszczenie istniejących i nowo emitowanych akcji Spółki do obrotu na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Najważniejsze informacje dotyczące Oferty

Planowana Oferta obejmuje sprzedaż części akcji istniejących, posiadanych przez akcjonariusza Spółki – TAG Beteiligungs- und Immobilienverwaltungs GmbH („Akcjonariusz Sprzedający”), będącego w całości własnością TAG Immobilien AG, który bezpośrednio posiada 96.467.066 akcji reprezentujących 100% kapitału zakładowego Spółki. W ramach Oferty Spółka zamierza również zaoferować nowo wyemitowane akcje. Po przeprowadzeniu IPO TAG Beteiligungs- und Immobilienverwaltungs GmbH pozostanie akcjonariuszem większościowym ROBYG.

ROBYG zakłada, że wpływy brutto z emisji nowych akcji wyniosą około 400 mln PLN i zostaną przeznaczone na dalszy rozwój działalności, w szczególności na powiększenie banku ziemi.

Planowane jest skierowanie Oferty do inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych w Polsce, a także do wybranych zagranicznych inwestorów instytucjonalnych poza terytorium Stanów Zjednoczonych Ameryki i Polski, w każdym przypadku zgodnie z Regulacją S na podstawie amerykańskiej Ustawy o Papierach Wartościowych („Amerykańska Ustawa o Papierach Wartościowych”), oraz do kwalifikowanych nabywców instytucjonalnych (QIB) w Stanach Zjednoczonych w oparciu o przepis Rule 144A.

Zamiarem Spółki, Akcjonariusza Sprzedającego oraz Globalnych Współkoordynatorów jest, aby do 10% łącznej liczby akcji oferowanych ostatecznie w Ofercie zostało przydzielonych inwestorom indywidualnym.

Akcjonariusz Sprzedający zobowiąże się do nieofertowania i niesprzedawania akcji Spółki, z zastrzeżeniem zwyczajowych wyjątków, przez okres dwóch lat od daty pierwszego dnia notowań akcji Spółki (lock-up). Spółka zobowiąże się do tego samego przez okres 365 dni od daty pierwszego dnia notowań akcji Spółki.

Równolegle z Ofertą Spółka wyemituje 2.411.677 zwykłych akcji imiennych serii C, które zostaną zaoferowane wybranym kluczowym menedżerom Grupy, członkom zarządu Spółki oraz przewodniczącemu rady nadzorczej Spółki. Złożenie oferty objęcia Akcji Serii C uprawnionym osobom będzie uzależnione od dojścia Oferty do skutku i nastąpi nie wcześniej niż w dniu ustalenia ceny. Liczba Akcji Serii C przydzielonych do objęcia przez każdą uprawnioną osobę zostanie ustalona indywidualnie. Przy założeniu, że wszystkie Akcje Serii C zostaną objęte, łączna wartość wpłat dokonanych przez uprawnione osoby wyniesie około 80 mln PLN, a środki te zostaną przez Spółkę przeznaczone na te same cele co wpływy z Oferty. Przewiduje się, że wybrani kluczowi menedżerowie Grupy, członkowie zarządu Spółki oraz przewodniczący rady nadzorczej, którzy obejmą akcje serii C, zobowiążą się do nieofertowania i niesprzedawania tych akcji przez okres 18 miesięcy od daty pierwszego dnia notowań akcji Spółki (lock-up).

Erste Group Bank AG, Goldman Sachs Bank Europe SE oraz mBank S.A. pełnią funkcję Globalnych Współkoordynatorów i Współprowadzących Księgę Popytu. WOOD & Company Financial Services, a.s. Spółka Akcyjna, Oddział w Polsce pełni funkcję Współprowadzącego Księgę Popytu.

mBank S.A. pełni ponadto rolę firmy inwestycyjnej, a Erste Securities Polska S.A. pełni rolę agenta współoferującego w ramach Oferty. Baader Bank Aktiengesellschaft pełni rolę współmenedżera, a mInvestment Banking S.A. pełni rolę doradcy finansowego.

VICTORIAPARTNERS GmbH pełni funkcję doradcy w procesie IPO.

Szczegółowe warunki Oferty zostaną przedstawione w Prospekcie, który zostanie opublikowany zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa po jego zatwierdzeniu przez Komisję Nadzoru Finansowego.

„Przez 26 lat ROBYG konsekwentnie budował swoją pozycję na polskim rynku nieruchomości, realizując projekty mieszkaniowe w największych aglomeracjach miejskich i odpowiadając na rzeczywiste potrzeby klientów. W tym czasie zakontraktowaliśmy około 38 tysięcy lokali. Dziś jesteśmy jednym z największych deweloperów mieszkaniowych w Polsce – z silną marką, doświadczonym i sprawdzonym modelem realizacji projektów oraz strategią skoncentrowaną na wzroście. Nie spoczywamy na laurach. Mamy ambitne, a zarazem realistyczne plany dalszego rozwoju i wierzymy, że dysponujemy solidnymi podstawami do ich realizacji. W latach 2024-2025 Grupa ROBYG poczyniła znaczące inwestycje, nabywając grunty o łącznej wartości brutto wynoszącej około 1,6 mld PLN. Kwota ta obejmuje również grunty o wartości około 300 mln zł nabyte przez ROBYG z przeznaczeniem do późniejszej odsprzedaży na rzecz Vantage. Na koniec pierwszego kwartału 2026 r. bank ziemi ROBYG umożliwia realizację 17.824 lokali [1]– już z uwzględnieniem planowanych transakcji zakupu i sprzedaży gruntów pomiędzy ROBYG a Vantage. Jednocześnie nadal powiększamy zasób gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach, przede wszystkim w Warszawie i Trójmieście. Planowane IPO wesprze dalsze skalowanie naszej działalności, umocni pozycję Grupy na polskim rynku mieszkaniowym i pozwoli nam nadal dostarczać klientom wysokiej jakości lokale w dobrze zaprojektowanych, funkcjonalnych i atrakcyjnie zlokalizowanych inwestycjach.” – powiedział Eyal Keltsh, Prezes Zarządu ROBYG.

„Przez lata ROBYG zbudował solidne fundamenty dalszego wzrostu: rozpoznawalną markę, szeroki portfel projektów oraz model biznesowy, którego efektywność potwierdzają zarówno wolumeny sprzedaży, jak i wyniki finansowe. Zdecydowana większość lokali ROBYG sprzedawana jest na etapie realizacji inwestycji. Fakt, że duża grupa klientów decyduje się na zakup kolejnych mieszkań od ROBYG, odzwierciedla zaufanie, jakim cieszy się marka ROBYG. Około 22% przedsprzedaży w 2025 r. oraz około 14% przedsprzedaży w pierwszym kwartale 2026 r. zostało zrealizowanych do klientów, którzy wcześniej nabyli już co najmniej jedną nieruchomość od ROBYG. Ponadto, około 15% przedsprzedaży w 2025 r. oraz około 11% przedsprzedaży w pierwszym kwartale 2026 r. stanowiły zakupy dokonane w wyniku rekomendacji. Wspólnie wierzymy, że zainteresowanie naszymi projektami, trafność naszej oferty produktowej oraz efektywność procesu sprzedaży dowodzą, iż pozycję wiodącego dewelopera buduje się na jakości, wiarygodności i długoterminowych relacjach z klientami.” – powiedział Oscar Kazanelson, Przewodniczący Rady Nadzorczej ROBYG.

Najważniejsze informacje o ROBYG:

  • ROBYG jest jednym z wiodących deweloperów mieszkaniowych w Polsce, z 26-letnim doświadczeniem w realizacji wielorodzinnych projektów mieszkaniowych. Skala działalności, rozpoznawalna marka oraz doświadczenie zdobyte w różnych fazach cyklu rynkowego stanowią fundament stabilnej pozycji rynkowej Grupy.
  • ROBYG działa we wszystkich segmentach cenowych – od lokali w przystępnych cenach po inwestycje premium – koncentrując się przede wszystkim na segmencie średnim, gdzie popyt pozostaje najsilniejszy. Spółka oferuje również atrakcyjne rozwiązania smart home, wysoko oceniane przez klientów, co jak wierzy Spółka przekłada się na silną lojalność nabywców.
  • Grupa ROBYG działa w oparciu o zintegrowany model biznesowy, łączący kompetencje deweloperskie i generalnego wykonawstwa. Podejście to pozwala Grupie sprawnie zarządzać całym procesem realizacji inwestycji, wspierać dyscyplinę kosztową oraz generować powtarzalne przychody z usług.
  • ROBYG konsekwentnie powiększa bank ziemi, koncentrując się na dobrze zlokalizowanych działkach o wysokim potencjale sprzedażowym. Zdyscyplinowana polityka akwizycji gruntów i zdolność do pozyskiwania terenów inwestycyjnych na wczesnym etapie procesu inwestycyjnego sprzyja zabezpieczeniu przyszłego portfela projektów i wspiera długoterminowy wzrost Grupy. Na koniec marca 2026 r. bank ziemi ROBYG umożliwia realizację 17.824 lokali (łącznie z gruntami posiadanymi przez wspólne przedsięwzięcia Grupy oraz przy założeniu przeprowadzenia planowanych transakcji sprzedaży i zakupu gruntów między Grupą ROBYG a Grupą Vantage) lub 19.322 lokali (łącznie z gruntami posiadanymi przez wspólne przedsięwzięcia Grupy, bez uwzględnienia planowanych transakcji sprzedaży i zakupu gruntów między Grupą ROBYG a Grupą Vantage).
  • Portfel projektów ROBYG skoncentrowany jest w największych i najdynamiczniej rozwijających się polskich aglomeracjach, tj. w Warszawie, Trójmieście, Poznaniu, Wrocławiu i Łodzi oraz Krakowie, co zdaniem Spółki wzmacnia odporność modelu biznesowego na zmiany koniunktury gospodarczej. Około 50%[2] banku ziemi ROBYG zlokalizowane jest w Warszawie, gdzie zainteresowanie klientów i ceny transakcyjne systematycznie rosną w ostatnich latach.
  • Silny profil finansowy ROBYG wynika z rentownego modelu biznesowego i stabilnej struktury kapitałowej. Grupa generuje wysokie marże zysku brutto na działalności deweloperskiej i utrzymuje konserwatywny poziom dźwigni finansowej – średni roczny wskaźnik zadłużenia netto do kapitałów własnych za ostatnie trzy lata wyniósł 8%[3].
  • ROBYG korzysta ze wsparcia TAG jako strategicznego partnera, który wnosi doświadczenie w zakresie kreowania wartości, zarządzania i rozwoju organizacyjnego. Wsparcie oraz zaangażowanie właścicielskie ze strony TAG wzmocniło strategiczne zaplecze Grupy i może przyczynić się do dalszego skalowania jej działalności.
  • Wzrost ROBYG napędzany jest przez doświadczony zespół zarządzający. Kompetencje kadry kierowniczej, konsekwencja w realizacji strategii oraz podejście oparte na trzech filarach ESG wspierają długoterminowy, odpowiedzialny rozwój Grupy.

Kluczowe przewagi ROBYG:

  • Bank ziemi i potencjał dalszego skalowania działalności

Bank ziemi ROBYG należy do największych wśród polskich deweloperów mieszkaniowych pod względem liczby lokali możliwych do realizacji. ROBYG konsekwentnie powiększa bank ziemi, który na dzień 31 marca 2026 r., umożliwia dostarczenie 17.824 lokali (łącznie z gruntami posiadanymi przez wspólne przedsięwzięcia Grupy oraz przy założeniu przeprowadzenia planowanych transakcji sprzedaży i zakupu gruntów między Grupą ROBYG a Grupą Vantage), zlokalizowanych w atrakcyjnych obszarach zurbanizowanych, głównie w Warszawie i Trójmieście. Spółka uważa, że aktualny bank ziemi odpowiada potrzebom ROBYG w zakresie realizacji planowanych projektów przez okres około czterech kolejnych lat. Istotną zaletą portfela gruntów jest jego struktura geograficzna. Około 50% banku ziemi skoncentrowane jest w Warszawie, największym i najbardziej odpornym rynku mieszkaniowym w Polsce, charakteryzującym się jednocześnie najszybszym wzrostem cen. Bank ziemi ROBYG wyróżnia się również lokalizacją i skalą posiadanych działek – Grupa koncentruje się na pozyskiwaniu perspektywicznych, dobrze skomunikowanych terenów, o znaczącym potencjale zabudowy mieszkaniowej, często umożliwiających realizację dużych, wieloetapowych projektów. Łącznie niemal 80% banku ziemi Grupy posiada pozwolenia na budowę lub znajduje się na etapie ich uzyskania lub przygotowania do ich uzyskania, co może zwiększać przewidywalność harmonogramu inwestycji, ograniczać ryzyko realizacji i stanowić solidną podstawę do dalszego skalowania działalności.

  • Model biznesowy

Grupa realizuje zintegrowany model deweloperski „one-stop shop”. ROBYG prowadzi swoją działalność w oparciu o pionowo zintegrowany model deweloperski, obejmujący cały proces realizacji projektów mieszkaniowych – od identyfikacji i zakupu gruntów, przez planowanie, projektowanie, marketing i przedsprzedaż, po zarządzanie projektem, generalne wykonawstwo oraz posprzedażową obsługę klienta.

Grupa uważa, że łącząc kompetencje deweloperskie, projektowe, sprzedażowe i wykonawcze w ramach jednej organizacji, może skuteczniej kontrolować koszty, harmonogramy i jakość realizacji, a także efektywnie zarządzać kapitałem. Dzięki własnym kompetencjom w zakresie generalnego wykonawstwa, doświadczonemu zespołowi sprzedaży i kompleksowej obsłudze posprzedażowej ROBYG może sprawnie zarządzać pełnym cyklem życia inwestycji i budować długoterminowe relacje z klientami. Potwierdzają to: udział powracających klientów ROBYG (około 22% przedsprzedaży w 2025 r. oraz około 14% przedsprzedaży w pierwszym kwartale 2026 r. pochodziło od klientów, którzy wcześniej kupili już co najmniej jedną nieruchomość od Grupy ROBYG), a także wysoki udział transakcji realizowanych dzięki rekomendacjom klientów (około 15% przedsprzedaży w 2025 r. oraz około 11% przedsprzedaży w pierwszym kwartale 2026 r. stanowiły zakupy dokonane z polecenia).

  • Usługi generalnego wykonawstwa jako dodatkowe źródło wzrostu

Podstawową działalność deweloperską uzupełniają usługi generalnego wykonawstwa świadczone na rzecz Vantage, stanowiące dodatkowe, powtarzalne źródło przychodów. Vantage, podobnie jak Grupa ROBYG, należy do szerszej Grupy TAG Immobilien. Vantage zajmuje się przede wszystkim realizacją projektów na instytucjonalnym rynku najmu (PRS) oraz późniejszym zarządzaniu wynajmem mieszkań w ramach tych projektów.

Współpraca ROBYG z Vantage stanowi komplementarny obszar działalności, generujący dodatkowe przychody dla ROBYG. Obejmuje ona przede wszystkim świadczenie usług generalnego wykonawstwa, w tym wykończenie gotowych lokali na wynajem. Model rozliczeń oparty jest na formule koszt plus narzut, co ma na celu zarówno ograniczenie ryzyka po stronie ROBYG, jak i umożliwienie efektywnego wykorzystania posiadanych kompetencji wykonawczych bez nadmiernego obciążania własnych mocy budowlanych.

Istotnym elementem tego modelu jest również przewidywalność wolumenów w perspektywie średnioterminowej, wynikająca z umowy ramowej zawartej pomiędzy ROBYG a Vantage, zgodnie z którą ROBYG ma rozpocząć budowę około 2.000 mieszkań na wynajem dla Vantage w 2026 r. oraz 1.500 mieszkań rocznie w kolejnych latach. Przejrzysty model współpracy między ROBYG i Vantage wzmacnia potencjał wzrostowy Grupy i umożliwia realizację synergii z Vantage, w tym wspólne pozyskiwanie gruntów oraz optymalizację kosztów funkcji back-office.

Zdywersyfikowane portfolio inwestycji, z koncentracją na średniej kategorii cenowej

ROBYG posiada zdywersyfikowane portfolio inwestycji, obejmujące trzy kluczowe kategorie mieszkaniowe: segment przystępny cenowo, średni oraz premium, co pozwala Grupie odpowiadać na szerokie spektrum potrzeb klientów i elastycznie dostosowywać ofertę do zmieniających się warunków rynkowych. Oferta Grupy skoncentrowana jest przede wszystkim na segmencie średnim, uzupełnionym przez segment przystępny cenowo, co stanowi główny czynnik napędzający skalę sprzedaży, podczas gdy segment premium – ze względu na wyższe marże – wspiera rentowność działalności. W perspektywie średnioterminowej Grupa zakłada osiągnięcie docelowej struktury sprzedaży na poziomie około 20% lokali w segmencie przystępnym cenowo, 60% w segmencie średnim i 20% w segmencie premium (struktura ta odzwierciedla również aktualną strukturę banku ziemi Grupy). Celem takiego pozycjonowania portfela jest zwiększenie odporności sprzedaży w różnych fazach cyklu koniunkturalnego oraz możliwość korzystania zarówno z popytu generowanego przez nabywców końcowych, jak i zakupów inwestycyjnych. Na dzień 31 marca 2026 r. portfel projektów Grupy w budowie, w tym projektów realizowanych w ramach wspólnych przedsięwzięć, obejmował 5.795 lokali o łącznej powierzchni użytkowej około 280.890 m², realizowanych w ramach 39 etapów projektów w 5 aglomeracjach miejskich, co odzwierciedla skalę bieżącej działalności oraz zapewnia Grupie istotny zasób projektów do ukończenia w nadchodzących latach. Jednocześnie na dzień 31 marca bieżącego roku liczba lokali dostępnych do sprzedaży w ofercie Grupy wyniosła 1.847.

Długoterminowa perspektywa popytu na nowe lokale

Zgodnie z raportem JLL[4], polski rynek mieszkaniowy pozostaje dobrze spozycjonowany do dalszego wzrostu, wspierany zarówno przez sprzyjające otoczenie makroekonomiczne, jak i strukturalne niedobory podaży mieszkań. Polska utrzymuje solidne perspektywy gospodarcze. Komisja Europejska prognozuje wzrost PKB na poziomie 3,5% w 2026 r. i 2,8% w 2027 r., przy inflacji oczekiwanej odpowiednio na poziomie 3,6% i 2,9%. Rynek wspierany jest dodatkowo przez rosnące wynagrodzenia, ze średnim wzrostem na poziomie 8,1% w 2025 r., a także przez pozytywną dynamikę konsumpcji i inwestycji. Stopniowa poprawa warunków finansowania pozostaje istotnym czynnikiem popytowym – stopa referencyjna NBP wynosi 3,75%.

Jednocześnie Polska nadal zmaga się z wyraźnym deficytem mieszkaniowym. Wskaźnik przeludnienia wynosi 30,9% – niemal dwukrotnie przekraczając średnią unijną (16,9%), co wskazuje na znaczącą przestrzeń dla dalszego rozwoju nowej podaży mieszkań. Potencjał rynku wzmacniają również relatywnie niski poziom urbanizacji – w Polsce 58,1% wobec średniej UE wynoszącej 74,0% – co implikuje możliwość dalszej konwergencji z bardziej rozwiniętymi rynkami europejskimi. Polska ma jeden z najwyższych wskaźników własności nieruchomości w Europie – 87,2% zasobu mieszkaniowego stanowią lokale zajmowane przez właścicieli, wobec średniej UE na poziomie 68,5%. Silne przywiązanie do własności, utrzymujące się niedobory mieszkaniowe, średni wiek i stan techniczny zasobu mieszkaniowego oraz postępująca urbanizacja tworzą solidne podstawy dla długoterminowego popytu na nowe lokale, szczególnie w największych i najbardziej płynnych aglomeracjach. Skalę tego potencjału potwierdza fakt, że Polska dysponuje zaledwie 426 mieszkaniami na 1.000 mieszkańców wobec 514 w UE, a około 44% istniejącego zasobu mieszkaniowego pochodzi z okresu komunizmu (Raport Rynkowy JLL, 2026). Wskazuje to nie tylko na ilościowy niedobór mieszkań, lecz również na jakościową potrzebę nowoczesnych, bardziej funkcjonalnych i energooszczędnych lokali spełniających aktualne standardy rynkowe.

Strategia rozwoju ROBYG

Strategia wzrostu ROBYG zakłada dalsze zwiększanie skali działalności poprzez efektywne wykorzystanie i systematyczne powiększanie banku ziemi, a także stopniowy wzrost przedsprzedaży – w pierwszym etapie do poziomu około 2.800-3.000 lokali w perspektywie krótkoterminowej (prognoza 2026), 3.800-4.000 lokali w perspektywie bliskiej, a następnie do docelowego poziomu przedsprzedaży rzędu ok. 4.500–5.000 lokali rocznie w perspektywie średnioterminowej.

Grupa ROBYG koncentruje się na umacnianiu swojej pozycji na dotychczasowych rynkach: w Warszawie, Trójmieście, Wrocławiu, Poznaniu i Łodzi, a także na rozpoczęciu pierwszych projektów mieszkaniowych w Krakowie. ROBYG planuje nabywanie nowych działek w tych lokalizacjach również z wykorzystaniem wpływów z Oferty. Grupa uważa, że szczególnie wysokim potencjałem charakteryzuje się rynek warszawski oraz ekspansja na rynek krakowski, który identyfikuje jako jeden z najbardziej obiecujących rynków mieszkaniowych w Polsce.

Kluczowym elementem strategii pozostaje podejście „deep value developer”, polegające na selektywnym nabywaniu gruntów o niedoszacowanym potencjale – w tym dużych działek wymagających prac planistycznych, administracyjnych lub infrastrukturalnych – uzupełnianym przez mniejsze nieruchomości. Podejście to ma na celu generowanie atrakcyjnych marż przy kontrolowanym poziomie ryzyka.

Rozwój Grupy ma również wspierać elastyczne zarządzanie harmonogramami projektów, umożliwiające uruchamianie inwestycji w optymalnym momencie rynkowym, a także trzysegmentowa oferta produktowa obejmująca lokale z kategorii przystępnej cenowo, średniej oraz premium.

Strategię uzupełnia wdrażanie innowacyjnych i zrównoważonych rozwiązań technologicznych, w tym poprawa efektywności energetycznej budynków oraz długoterminowe dążenie do neutralności emisyjnej do 2050 r.

Dywidenda

Zarząd zamierza rekomendować wypłatę dywidendy akcjonariuszom, począwszy od dywidendy z zysku za rok obrotowy zakończony 31 grudnia 2026 r. (wypłacanej w 2027 r.). Zarząd zamierza rekomendować Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości co najmniej 70% skonsolidowanego zysku netto Grupy przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej. Niezależnie od wskazanej powyżej polityki dywidendowej, Zarząd zamierza rekomendować Walnemu Zgromadzeniu, aby dywidenda za rok zakończony 31 grudnia 2026 r. (wypłacana w 2027 r.) wyniosła nie mniej niż 300 mln PLN.

Działania ESG

Grupa ROBYG uwzględnia kwestie środowiskowe, społeczne i z zakresu ładu korporacyjnego w prowadzonej działalności operacyjnej i procesach zarządczych. Podstawą tych działań jest strategia ESG, zatwierdzona w 2021 r. i zaktualizowana w 2024 r., na lata 2024–2028, która określa cele, wskaźniki i odpowiedzialność organizacyjną w trzech obszarach: środowiska, odpowiedzialności społecznej oraz ładu korporacyjnego. Grupa raportuje działania z zakresu zrównoważonego rozwoju na zasadzie dobrowolności od 2021 r., a w 2025 r. przygotowała raport dla całej Grupy TAG zgodnie ze standardami ESRS, obejmujący dane za lata 2024–2025 i zweryfikowany przez niezależnego biegłego rewidenta.

Wyniki finansowe

Ubiegły rok był okresem konsekwentnej realizacji projektów mieszkaniowych, poprawy efektywności relacji kosztów do przychodów oraz dalszego umacniania wyników finansowych Grupy. Wierzymy, że silny popyt na naszą ofertę potwierdza mocną pozycję rynkową oraz odporność modelu biznesowego ROBYG. Poziom EBIT osiągnięty w 2025 r. odzwierciedlał skuteczną realizację inwestycji, dyscyplinę kosztową oraz selektywne podejście do nowych projektów. Naszym priorytetem pozostaje utrzymanie silnego bilansu, stabilnego finansowania oraz elastyczności w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Uważamy, że obecna kondycja Grupy stanowi solidną podstawę do dalszej realizacji przyjętych kierunków strategicznego rozwoju, obejmujących zwiększanie skali sprzedaży, uruchamianie nowych projektów, utrzymanie satysfakcjonujących marż oraz dalsze zarządzanie zdywersyfikowanym bankiem ziemi.” – powiedziała Marta Hejak, Dyrektor Finansowa i Wiceprezes Zarządu ROBYG.

Skonsolidowane dane finansowe Grupy ROBYG (wybrane dane)* I kw. 2026 I kw. 2025 2025 2024 2023
Przychody ze sprzedaży
(w tys. PLN), w tym:
316 070 171 902 1 546 114 1 301 353 1 813 037
– sprzedaż lokali mieszkalnych i komercyjnych 203 800 99 725 1 100 345 1 116 457 1 735 823
– usługi gen. wykonawstwa oraz pozostałe usługi dla podmiotów powiązanych 108 895 68 566 405 104 166 513 15 798
Zysk brutto na sprzedaży
(w tys. PLN)
69 223 35 830 378 471 325 962 462 220
Zysk na działalności operacyjnej (EBIT) (w tys. PLN) 45 164 18 295 410 974 286 843 466 776
Zysk brutto (w tys. PLN) 45 676 19 939 412 141 311 553 464 248
Zysk netto (w tys. PLN) 36 637 15 463 331 196 249 989 372 562
Zapasy 2 586 567 2 466 365 1 797 756 1 855 534
Kapitał własny 2 133 616 2 096 979 1 747 829 1 501 950

* Dane zbadane za lata 2025, 2024 i 2023 oraz dane niezbadane za okresy 3-miesięczne zakończone 31 marca 2026 r. i 2025 r.

Skorygowane pomiary wyników Grupy ROBYG (wybrane dane) (1) I kw. 2026 I kw. 2025 2025 2024 2023
Zysk brutto na sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych
(w tys. PLN) (2)
64 534 32 140 345 600 301 896 421 107
Marża zysku brutto na sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych (%) (3) 31,7 32,2 31,4 27,0 24,3
Marża zysku netto (%) (4) 11,6 9,0 21,4 19,2 20,5
Skorygowany zysk brutto na sprzedaży (w tys. PLN) (5) 82 629 42 465 447 498 380 727 531 214
Skorygowana marża zysku brutto na sprzedaży (%) (6) 26,1 24,7 28,9 29,3 29,3
Skoryg. zysk brutto na sprzedaży lokali mieszk. I komercyjnych (w tys. PLN) (7) 77 940 38 775 414 627 356 661 490 101
Skoryg. marża zysku brutto na sprzedaży lokali mieszk. I komercyjnych (%) (8) 38,2 38,9 37,7 31,9 28,2
Zadłużenie netto (9) 529 678 461 391 221 516 (151 152)

 

(1) Dane niezbadane.

(2) Grupa ROBYG definiuje i oblicza zysk brutto ze sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych jako różnicę pomiędzy przychodami ze sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych a kosztem własnym sprzedaży tych lokali.

(3) Grupa ROBYG definiuje i oblicza marżę brutto na sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych (%) jako stosunek zysku brutto ze sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych do przychodów ze sprzedaży tych lokali.

(4) Grupa ROBYG definiuje i oblicza marżę netto (%) za dany okres jako stosunek zysku netto osiągniętego w tym okresie do przychodów ze sprzedaży osiągniętych w tym samym okresie sprawozdawczym.

(5) Grupa ROBYG definiuje i oblicza skorygowany zysk brutto ze sprzedaży jako zysk brutto ze sprzedaży za dany okres, skorygowany o skapitalizowane koszty finansowania oraz przeszacowanie nieruchomości gruntowych ujęte w koszcie własnym sprzedaży w tym samym okresie sprawozdawczym.

(6) Grupa ROBYG definiuje i oblicza skorygowaną marżę brutto na sprzedaży (%) za dany okres jako stosunek skorygowanego zysku brutto ze sprzedaży za dany okres sprawozdawczy do przychodów ze sprzedaży osiągniętych w tym samym okresie.

(7) Grupa ROBYG definiuje i oblicza zysk brutto ze sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych jako różnicę pomiędzy przychodami ze sprzedaży lokali mieszkalnych i komercyjnych a kosztem własnym sprzedaży tych lokali.

(8) Grupa ROBYG definiuje i oblicza skorygowaną marżę brutto na sprzedaży nieruchomości mieszkalnych i komercyjnych (%) jako stosunek skorygowanego zysku brutto ze sprzedaży nieruchomości mieszkalnych i komercyjnych do przychodów ze sprzedaży tych nieruchomości.

(9) Grupa ROBYG definiuje i oblicza zadłużenie netto jako łączne zobowiązania (obejmujące część krótkoterminową i długoterminową) z tytułu oprocentowanych kredytów, pożyczek, obligacji, leasingu pojazdów, weksli własnych oraz udzielonych gwarancji pomniejszone o: (i) łączne zobowiązania (obejmujące część krótkoterminową i długoterminową) z tytułu pożyczek otrzymanych i weksli wystawionych na rzecz podmiotów powiązanych i akcjonariuszy niekontrolujących; oraz (ii) środki pieniężne i ekwiwalenty środków pieniężnych, a w tym środki pieniężne na indywidualnych rachunkach powierniczych do 100% wartości, środków pieniężnych na otwartych indywidualnych rachunkach powierniczych, oraz do 50% wartości środków pieniężnych na zamkniętych indywidualnych rachunkach powierniczych.

[1] tj. na dzień 31 marca 2026 r.; łącznie z gruntami posiadanymi przez wspólne przedsięwzięcia Grupy oraz przy założeniu, że planowane transakcje sprzedaży i zakupu gruntów między Grupą ROBYG a Grupą Vantage zostały przeprowadzone.

[2] 50-procentowy udział Warszawy w banku ziemi dotyczy banku ziemi o potencjale 17 824 lokali, po przeprowadzeniu transakcji dotyczących gruntów pomiędzy ROBYG i Vantage.

[3] Wskaźnik Zadłużenia Netto do Kapitałów Własnych obliczony jako iloraz Zadłużenia Netto i łącznych Kapitałów Własnych. Grupa ROBYG definiuje i oblicza Zadłużenie Netto jako łączne zobowiązania (w tym część bieżącą i długoterminową) z tytułu oprocentowanych kredytów, pożyczek, obligacji, leasingów pojazdów, wystawionych weksli własnych i udzielonych gwarancji, pomniejszone o: (i) łączne zobowiązania (w tym część bieżącą i długoterminową) z tytułu pożyczek otrzymanych od podmiotów powiązanych i udziałowców mniejszościowych oraz weksli własnych wystawionych na rzecz tych podmiotów; oraz (ii) środki pieniężne i ich ekwiwalenty, w tym środki zgromadzone na otwartych indywidualnych rachunkach powierniczych do wysokości 100% ich wartości oraz środki zgromadzone na zamkniętych indywidualnych rachunkach powierniczych do wysokości 50% ich wartości.

[4] Patrz: raport JLL opublikowany na stronie internetowej Spółki.

Złoto czy srebro? Po rekordach rynek metali szlachetnych szuka nowego kierunku

Srebro i złoto ustanowiło z końcem stycznia historyczne rekordy cenowe, ale oba metale zaliczyły dużą korektę. To jednak srebro było z początkiem czerwca o 130% droższe niż przed rokiem, gdy złoto o 34%.

Koniec pierwszego tygodnia czerwca przyniósł kolejne przeceny, które mogą zostać szybko wymazane bo na rynku metali szlachetnych zmienność jest duża. Rok do roku srebro okazało się droższe o 88%, a złoto o 31%. 7 czerwca cena złota na kontraktach terminowych praktycznie zrównała się z jego wyceną z początku 2026 r.

– To srebro jest zbyt drogie, gdy porównujemy jego cenę i cenę złota, a stosunek cen złota do cen srebra znajduje się na relatywnie niskim poziomie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, wicedyrektor Działu Analiz w XTB.

Niepewność na rynku związana jest przede wszystkim z inflacją wywołaną wzrostami cen ropy naftowej, spowodowanymi wojną w Zatoce Perskiej. Sytuacja makroekonomiczna jest szczególnie istotna dla cen srebra, ponieważ połowę popytu generuje przemysł, głownie z Chin, gdzie bardzo rozbudowany jest sektor fotowoltaiczny. Im słabszy wzrost gospodarczy i bliższe obawy zagrożenia recesją tym bardziej powinny spadać ceny srebra.

Popyt inwestycyjny na srebro też osłabł, dotyczy to monet i sztabek, ale również osłabienia zainteresowania po stronie ETF-ów.

– Na koniec 2026 r. różnica pomiędzy podażą i popytem powinna być minimalna, po kilku bardzo dobrych latach potężnego deficytu – dodaje ekspert XTB. – Możliwe jest też, że będziemy mieli jego nadwyżkę na rynku srebra, po raz pierwszy od wielu lat.

Ceny srebra w granicach 70-80 USD za uncję powodują spadek marżowości dla przemysłu, dla którego srebro przy takiej cenie jest zbyt drogie. Cena akceptowana przez przemysł to ok. 60 USD za uncję.

Ze względu na korelację pomiędzy srebrem i złotem bardzo ważne jest co będzie się działo właśnie ze złotem. Sytuacja może bardzo się zmienić, gdy dojdzie do zawarcia pokoju, kończącego wojnę w Zatoce Perskiej. Wraz ze spadkiem cen ropy osłabnie wówczas zagrożenie rosnącą inflacją.

– Jeżeli nie będzie dużego prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych w wykonaniu Fed, to złoto powróci do wzrostów – podsumowuje M.Stajniak z XTB. – Wtedy powinien tracić amerykański dolar, co byłoby korzystne dla złota i srebra. Według wielu prognoz jeszcze w tym roku ceny złota powinny powrócić do poziomów 5 500 USD za uncję, ale JP Morgan nadal wskazuje na 6 000 USD, twierdząc, że wówczas cena srebra zbliży się do 100 USD. Przy optymistycznych prognozach potencjał dla wzrostu cen srebra jest więc mniejszy niż dla złota.

UODO chce zmian w przepisach o wypadkach przy pracy. Chodzi o dane świadków

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski zwrócił się do Ministry Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej Agnieszki Dziemianowicz-Bąk o podjęcie prac nad zmianą przepisów dotyczących postępowań powypadkowych. Chodzi o uregulowanie zasad udziału świadka w procedurze ustalania okoliczności i przyczyn wypadku przy pracy, w tym przede wszystkim o wskazanie, jakie dane osobowe mogą być od niego pozyskiwane.

UODO wskazuje, że obecne regulacje nie dają wystarczająco jasnej podstawy do zbierania danych osobowych świadków. W efekcie w praktyce pojawiają się różne sposoby postępowania, w tym pozyskiwanie informacji o miejscu zamieszkania świadka. Zdaniem organu nadzorczego może to naruszać standardy ochrony prywatności oraz zasady wynikające z RODO.

Problem z danymi świadków w protokołach powypadkowych

Postępowanie powypadkowe ma na celu ustalenie okoliczności i przyczyn wypadku przy pracy. Zasady działania zespołu powypadkowego określają przepisy rozporządzenia z 2009 r. Regulują one m.in. sposób dokumentowania wyjaśnień poszkodowanego oraz informacji uzyskiwanych od świadków zdarzenia.

Osobne rozporządzenie z 2019 r. określa wzór protokołu powypadkowego. Jak wskazuje UODO, w tym akcie prawnym nie sprecyzowano jednak, jakie dane osobowe powinny być pozyskiwane od świadków wypadku. Nie przesądzono również, czy zakres tych danych może obejmować miejsce zamieszkania świadka.

Według Prezesa UODO taka luka prawna prowadzi do niejednolitych praktyk. W niektórych przypadkach w protokołach powypadkowych pojawiają się dane, które następnie trafiają do wielu podmiotów uczestniczących w procedurze. Może to oznaczać, że informacje o świadku są przetwarzane szerzej, niż jest to niezbędne do osiągnięcia celu postępowania.

UODO: zgoda świadka nie rozwiązuje problemu

Organ nadzorczy zwraca uwagę, że część pracodawców próbuje rozwiązywać problem poprzez pobieranie zgody świadka na przetwarzanie określonych danych, np. adresu zamieszkania. Zdaniem UODO taka praktyka jest wątpliwa.

Prezes Urzędu podkreśla, że zgoda jako podstawa przetwarzania danych osobowych może zostać w każdej chwili wycofana. W postępowaniu powypadkowym mogłoby to prowadzić do problemów praktycznych, zwłaszcza jeśli dane świadka zostały już wykorzystane w dokumentacji. Dodatkowo w relacjach pracowniczych zawsze pojawia się pytanie, czy zgoda rzeczywiście została wyrażona dobrowolnie.

UODO wskazuje również, że praktyka pozyskiwania zgody od świadka wypadku nie wynika z przepisów prawa powszechnie obowiązującego. W ocenie organu nie można więc uznać jej za prawidłową w świetle podstawowych zasad RODO, w tym zasady legalności, rzetelności, przejrzystości, ograniczenia celu oraz minimalizacji danych.

PIP również widzi problem

Wątpliwości dotyczące zakresu danych świadków dostrzega także Państwowa Inspekcja Pracy. Jak poinformowała Prezesa UODO, w toku swojej działalności spotykała się z pytaniami i zastrzeżeniami pracowników dotyczącymi tej kwestii.

Według PIP do prawidłowego przebiegu postępowania powypadkowego wystarczające powinno być posługiwanie się podstawowymi danymi identyfikującymi świadka, którymi dysponuje jego pracodawca. Chodzi o imię i nazwisko, zajmowane stanowisko pracy oraz przyporządkowanie organizacyjne pracownika.

Takie podejście byłoby zgodne z zasadą minimalizacji danych, zgodnie z którą administrator powinien przetwarzać wyłącznie takie informacje, które są adekwatne, stosowne i ograniczone do tego, co niezbędne dla konkretnego celu.

Potrzebna jasna podstawa prawna

Prezes UODO zaproponował, aby Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej podjęło prace nad przepisami, które jednoznacznie określą zasady udziału świadka w postępowaniu powypadkowym. Regulacje powinny wskazywać zarówno podstawę prawną pozyskiwania danych osobowych, jak i ich niezbędny zakres.

Urząd zadeklarował jednocześnie gotowość do wsparcia eksperckiego przy tworzeniu nowych przepisów. Celem zmian miałoby być uporządkowanie praktyki stosowanej przez pracodawców oraz ograniczenie ryzyka nadmiernego gromadzenia danych świadków wypadków przy pracy.

Sprawa ma znaczenie nie tylko z punktu widzenia ochrony prywatności pracowników. Dotyczy także bezpieczeństwa prawnego pracodawców, którzy odpowiadają za prawidłowe przeprowadzenie postępowania powypadkowego i sporządzenie protokołu. Jasne przepisy mogłyby ograniczyć ryzyko błędów, sporów oraz niejednolitego stosowania prawa.

Dane świadka nie powinny być zbierane „na zapas”

Wniosek Prezesa UODO wpisuje się w szerszą dyskusję o tym, jak stosować przepisy o ochronie danych osobowych w procedurach kadrowych i pracowniczych. Postępowanie powypadkowe wymaga zebrania informacji pozwalających ustalić przebieg zdarzenia, ale nie oznacza to automatycznie prawa do pozyskiwania wszystkich danych świadka.

Kluczowe pozostaje pytanie, które informacje są rzeczywiście konieczne. Jeżeli do identyfikacji świadka wystarczają dane dostępne pracodawcy, takie jak imię, nazwisko, stanowisko i jednostka organizacyjna, zbieranie adresu zamieszkania może być uznane za nadmiarowe.

UODO oczekuje więc doprecyzowania przepisów w taki sposób, aby pracodawcy, zespoły powypadkowe, pracownicy i świadkowie mieli jasność, jakie dane można przetwarzać, na jakiej podstawie oraz w jakim celu. W ocenie organu obecny stan prawny takiej pewności nie zapewnia.

Right to Repair zmieni rynek elektroniki i AGD. Firmy muszą przygotować się na nowe obowiązki

Unijna dyrektywa „Right to Repair”, którą Polska musi wdrożyć do 31 lipca 2026 roku, wprowadza realną zmianę w funkcjonowaniu rynku elektroniki i AGD. Dla firm oznacza to nie tylko nowe obowiązki wobec konsumentów, ale przede wszystkim konieczność przebudowy modeli biznesowych, które przez lata opierały się na wymianie sprzętu zamiast jego naprawy.

W praktyce naprawialność przestaje być wyborem, a staje się wymogiem regulacyjnym, który może wpływać na koszty, odpowiedzialność prawną i relacje w całym łańcuchu dostaw.

35 mln ton odpadów i miliardy euro w tle regulacji

Zmiana podejścia do napraw nie jest przypadkowa. Skala problemu w Unii Europejskiej jest ogromna.  Jak wskazują dane Komisji Europejskiej przedwczesne wyrzucanie naprawialnych produktów generuje w UE ok. 35 mln ton odpadów sprzętowych rocznie, którym towarzyszy zużycie blisko 30 mln ton surowców oraz emisja ponad 260 mln ton gazów cieplarnianych.

Jednocześnie Komisja Europejska wskazuje, że rozwój rynku napraw i wydłużenie cyklu życia produktów może przynieść gospodarce nawet 4,8 mld euro dodatkowej wartości rocznie.

Nowe regulacje mają więc nie tylko wymiar środowiskowy, ale także wyraźny kontekst ekonomiczny – chodzi o zmianę całej logiki funkcjonowania rynku.

Nie tylko produkcja. Zmiany obejmą cały model biznesowy

Dyrektywa wprowadza obowiązki, które wykraczają daleko poza sam proces produkcji. Firmy będą musiały zapewnić dostęp do części zamiennych i dokumentacji technicznej, a także projektować produkty w sposób umożliwiający ich naprawę również po zakończeniu okresu gwarancyjnego.

W praktyce oznacza to konieczność zmian w wielu obszarach działalności: od projektowania i logistyki, przez politykę serwisową, aż po relacje z dystrybutorami i partnerami technicznymi.

-Right to Repair to nie jest zmiana kosmetyczna. Mówimy o regulacji, która wpływa na cały cykl życia produktu i w praktyce wymusza przebudowę dotychczasowych modeli biznesowych – komentuje mec. Michał Jeleń, starszy prawnik w kancelarii LEGALLY.SMART.

Jak podkreśla ekspert, nowe przepisy oznaczają również zmianę w rozkładzie odpowiedzialności:

– Dotychczas odpowiedzialność producenta była w dużej mierze ograniczona do okresu gwarancji. Nowe regulacje znacząco ją rozszerzają. Brak możliwości naprawy produktu może stać się nie tylko problemem operacyjnym, ale również źródłem sporów z konsumentami i ryzyka prawnego – wskazuje.

Koszty, ryzyka i presja regulacyjna

Dostosowanie do nowych przepisów będzie wiązać się z konkretnymi kosztami. Firmy będą musiały utrzymywać dostępność części zamiennych przez dłuższy czas, rozwijać zaplecze serwisowe lub współpracę z podmiotami zewnętrznymi, a także dostosować dokumentację i umowy handlowe.

Jednocześnie rośnie ryzyko sporów konsumenckich oraz kontroli regulacyjnych w przypadku niewłaściwego wdrożenia nowych obowiązków.

Widzimy wyraźnie, że naprawialność przestaje być wyłącznie elementem polityki ESG czy przewagi konkurencyjnej. Staje się jednym z kryteriów zgodności z prawem oraz oceny działalności przedsiębiorstwa – podkreśla mec. Michał Jeleń.

Eksperci wskazują również, że zmiany mogą szczególnie dotknąć firmy działające w modelach opartych na szybkiej rotacji produktów, gdzie dotychczas naprawa nie była opłacalną alternatywą biznesową.

Czas na przygotowania jest teraz

Choć termin wdrożenia dyrektywy przypada na połowę 2026 roku, przygotowania powinny rozpocząć się znacznie wcześniej. Zmiany dotyczą bowiem produktów projektowanych i wprowadzanych na rynek już dziś.

Right to Repair wpisuje się w szerszy trend regulacyjny związany z gospodarką obiegu zamkniętego i rosnącymi wymaganiami wobec biznesu.

Dla firm oznacza to jedno: brak reakcji nie będzie neutralny, a może oznaczać utratę konkurencyjności, wzrost ryzyk prawnych i konieczność kosztownego dostosowania w krótkim czasie.

Eskalacja na Bliskim Wschodzie przecenia giełdy i podbija ropę

Ceny ropy wyraźnie wzrosły po kolejnej wymianie ataków między Iranem a Izraelem. Kontrakty na ropę Brent podrożały o ponad 4,5%, do poziomu 97,45 USD za baryłkę, a amerykańska ropa WTI wzrosła w okolice 95 USD za baryłkę. Głównym powodem zwyżki są obawy, że eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie utrzyma zakłócenia w transporcie surowców przez Cieśninę Ormuz. Jest to jeden z najważniejszych szlaków eksportu ropy, paliw i LNG z regionu Zatoki Perskiej, a ograniczenia w jego przepustowości mogą wpływać na dostawy energii do odbiorców na całym świecie.

Prezydent Donald Trump próbuje doprowadzić do przedłużenia zawieszenia broni między USA a Iranem o 60 dni, co miałoby stworzyć przestrzeń do szerszych rozmów politycznych i nuklearnych. Mimo tych działań Izrael przeprowadził uderzenia na cele wojskowe i energetyczne w Iranie, a Iran odpowiedział atakami rakietowymi na cele izraelskie, twierdząc, że uderzył między innymi w bazy lotnicze Nevatim i Tel Nof. Dodatkowym źródłem napięcia pozostaje aktywność wspieranych przez Iran jemeńskich Huti, którzy grożą izraelskiej żegludze na Morzu Czerwonym. USA informowały również o zestrzeleniu irańskich dronów, które miały zagrażać ruchowi morskiemu w rejonie Cieśniny Ormuz.

Konflikt oddziałuje nie tylko na rynek ropy, lecz także na europejski rynek gazu. Europejski benchmark TTF wzrósł, ponieważ przedłużające się napięcia wokół Cieśniny Ormuz mogą ograniczać globalne dostawy LNG w okresie, w którym Europa powinna odbudowywać zapasy przed kolejnym sezonem grzewczym. Równolegle OPEC+ zatwierdził zwiększenie lipcowych limitów produkcji ropy o 188 tys. baryłek dziennie, jednak znaczenie tej decyzji jest ograniczone, jeśli problemy logistyczne i ryzyko dla żeglugi utrudniają faktyczne zwiększenie dostaw na rynek.

Rynki akcyjne również to odczuły. Japoński indeks NIKKEI 225 zamknął się w poniedziałek ze stratą ponad 3,85%, a HangSeng traci ponad 1,34%. W Europie z kolei DAX traci ponad 0,86%, a nasz rodzimy WIG20 jest 0,62% pod kreską. Obecna eskalacja pokazuje, jak kruche pozostaje zawieszenie broni i jak silnie rynek ropy zależy obecnie od ryzyka geopolitycznego. Inwestorzy obawiają się nie tylko dalszych ataków, lecz także dłuższego ograniczenia żeglugi przez Cieśninę Ormuz oraz utrzymania napięć na Morzu Czerwonym. Nawet ewentualne porozumienie między USA a Iranem nie musiałoby oznaczać natychmiastowego powrotu normalnych przepływów surowca, ponieważ przeszkodą mogą być kwestie bezpieczeństwa, konieczność usunięcia min, ponowne uruchomienie części produkcji oraz naprawa infrastruktury uszkodzonej w wyniku ataków.

Ceny ropy rosną więc przede wszystkim dlatego, że inwestorzy wyceniają ryzyko przedłużenia konfliktu na Bliskim Wschodzie i dalszych zakłóceń w dostawach energii. W obecnych warunkach decyzje podażowe OPEC+ pozostają ważne, ale mają mniejsze znaczenie niż bezpieczeństwo kluczowych szlaków transportowych i realna możliwość dostarczenia surowca na rynek.

Polski kapitał coraz odważniej inwestuje w nieruchomości komercyjne

Udział krajowego kapitału w strukturze inwestycyjnej na polskim rynku nieruchomości komercyjnych systematycznie rośnie. Rodzime firmy stają się jedną z najaktywniejszych grup inwestorów. Jakie nieruchomości kupują?

Jeszcze trzy lata temu polscy inwestorzy koncentrowali się głównie na starszych obiektach typu value-add, oferujących potencjał do optymalizacji dochodu, przebudowy, zmiany funkcji i nabywali nieruchomości do wykorzystania na potrzeby własnej działalności. W ostatnim roku mogliśmy już obserwować wyraźny wzrost aktywności polskiego kapitału w segmencie aktywów prime.

Od strategii value-add do aktywów prime

Liczby pokazują, że największym zainteresowaniem polskich inwestorów cieszą się obecnie nieruchomości biurowe, zlokalizowane przede wszystkim w Warszawie, a także w największych miastach regionalnych, takich jak Wrocław czy Kraków. W 2025 roku polski kapitał odpowiadał za około 30 proc. wartości wolumenu transakcji w sektorze biurowym oraz za połowę liczby zarejestrowanych akwizycji.

W tym obszarze czynnie działa na przykład spółka Syrena Real Estate, która kupuje ekskluzywne budynki biurowe w Warszawie. Polska spółka Sando Office także nabyła niedawno za 40,3 mln euro od Echo Investment budynek Brain Park B klasy A w Krakowie. Potwierdzeniem aktywnego działania w kwestii przejmowania własności przez kapitał polski jest też przypadek biurowca Mennica Legacy Tower, położonego u zbiegu ulic Żelaznej i Prostej w Warszawie. Na mocy zawartego porozumienia doszło do unormowania sytuacji właścicielskiej w projekcie, dzięki czemu obligatariusze indywidualni otrzymali realną szansę spłaty obligacji wyemitowanych przez grupę GGH PF3, dotychczasowego drugiego akcjonariusza.

Polscy inwestorzy lokują kapitał również w sektorze retail, nabywając przede wszystkim parki handlowe i obiekty convenience, a także nieruchomości logistyczno-magazynowe. Wchodzą w struktury własnościowe także poprzez tworzenie spółek celowych, jak firma Atlas Ward Polska, która negocjuje z Ghelamco w kwestii wspólnej realizacji trzech dużych projektów w Polsce. W tym, inwestycji Warszawa Gdańska w rejonie Dworca Gdańskiego, gdzie ma powstać nowy dworzec kolejowy oraz zespół czterech wielofunkcyjnych budynków komercyjnych o łącznej powierzchni około 100 tys. mkw.

Zarówno w segmencie handlowym, jak i logistyczno-magazynowym podmioty krajowe odpowiadają już za kilkunastoprocentowy udział w rynku. Najczęściej są to jednak aktywa z potencjałem konwersji lub nieruchomości wymagające modernizacji i aktywnego zarządzania, zmian prowadzących do wzrostu wartości.

Skala rozwoju aktywności polskich inwestorów w ostatnim czasie jest znacząca. Jeszcze cztery lata temu odpowiadali za około 2 proc. wartości wolumenu transakcyjnego na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. W 2024 roku udział ten wzrósł do około 9 proc., by w minionym roku osiągnąć już poziom niemal 20 proc. zaangażowania na rynku akwizycji nieruchomości komercyjnych.

Według naszych analiz, zawartych w raporcie „Jak inwestować kapitał w nieruchomości komercyjne?”, w minionym roku polski kapitał odpowiadał za ponad 30 proc. inwestycji, biorąc pod uwagę wszystkie zawarte kontrakty na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. Pod względem liczby transakcji udział krajowych podmiotów sięgał natomiast około 34 proc.

Selektywne i elastyczne działanie inwestorów

Polski kapitał rzadko konkuruje bezpośrednio z największymi funduszami międzynarodowymi o najdroższe aktywa typu core. Krajowi inwestorzy działają zazwyczaj bardziej selektywnie, elastycznie i szybciej niż zagraniczne instytucje. Inwestorzy prywatni, przedsiębiorcy, family offices oraz fundacje rodzinne koncentrują się głównie na małych i średnich aktywach, inwestując własne środki, najczęściej w przedziale od kilku do kilkudziesięciu milionów euro. Jednocześnie aktywnie korzystają z łatwo dostępnego finansowania bankowego, oferowanego obecnie na korzystnych warunkach.

W praktyce polski kapitał inwestuje inaczej niż kapitał instytucjonalny. Decyzje inwestycyjne częściej opierają się na relacjach, znajomości lokalnego rynku oraz możliwościach aktywnego wpływu na wartość nieruchomości. Krajowi inwestorzy lepiej znają lokalne rynki, specyfikę miast i potrzeby najemców. Szybciej oceniają ryzyko administracyjne, techniczne czy planistyczne i sprawniej podejmują decyzje inwestycyjne.

Część transakcji realizowana jest poza publicznym rynkiem ofertowym, w formule off-market. Inwestorzy nie ograniczają się do zakupu stabilnego dochodu czynszowego. Poszukiwane są aktywa, w których można poprawić strukturę najmu, zmienić funkcję obiektu, podnieść standard techniczny, zoptymalizować koszty operacyjne lub przygotować nieruchomość do refinansowania bądź odsprzedaży.

Polski model inwestowania

Pomimo rosnącej aktywności inwestorów indywidualnych, w Polsce nadal brakuje powszechnego instrumentu umożliwiającego szerokiemu gronu zainteresowanych udział w rynku nieruchomości komercyjnych w formule zbliżonej do zachodnich REIT-ów.

Krajowy kapitał wypracował jednak własne modele inwestowania. Polscy inwestorzy robią to wykorzystując bezpośrednie zakupy aktywów, spółki celowe, fundacje rodzinne, fundusze zamknięte, i struktury joint venture. Łączą przy tym kapitał prywatny z finansowaniem bankowym, skutecznie budując własne struktury inwestycyjne. Dla polskich przedsiębiorców, fundacji rodzinnych i inwestorów prywatnych nieruchomości komercyjne stają się istotnym narzędziem ochrony majątku, dywersyfikacji portfela oraz budowania długoterminowego dochodu. Postrzegają nieruchomości komercyjne jako zabezpieczenie kapitału przed inflacją oraz źródło stabilnych przepływów pieniężnych.

Wieloletnie umowy najmu i przewidywalne przychody pozwalają osiągać stopy zwrotu na poziomie około 6–10 proc. rocznie. Dodatkowo, prestiżowe nieruchomości w największych miastach zapewniają nie tylko potencjał wzrostu wartości, ale również wzmacniają wizerunek i renomę właścicieli.

Znaczącą rolę w rozwoju krajowego kapitału odgrywają fundacje rodzinne. Dla wielu przedsiębiorców stanowią naturalne narzędzie długoterminowego zarządzania majątkiem, sukcesji oraz reinwestowania kapitału. Coraz więcej decyzji inwestycyjnych podejmowanych jest dziś w kontekście zmiany pokoleniowej w polskich firmach rodzinnych i majątkach prywatnych. Nieruchomości komercyjne dobrze wpisują się w tę strategię, oferując realne aktywa, generujące przewidywalny dochód i stabilny cash flow przy jednoczesnej dywersyfikacji źródeł przychodów.

Wszystko wskazuje na to, że umacnianie się pozycji polskiego kapitału na rynku nieruchomości komercyjnych to początek trendu. Choć udział krajowych inwestorów w Polsce pozostaje nadal niższy niż w Czechach czy na Węgrzech, skala wzrostu aktywności jest wyraźna. Profesjonalny polski kapitał aktywnie inwestuje w nieruchomości komercyjne, wykorzystując bardziej bezpośrednie i elastyczne struktury działania niż wielu inwestorów zagranicznych.

Kurs dolara przed ważnym testem. Raport z USA pokaże kondycję gospodarki

Pozytywne publikacje z rynku pracy w USA mogą dzisiaj w krótkim horyzoncie czasowym wzmocnić USD. Tymczasem na Bliskim Wschodzie wciąż toczy się gra w porozumienie. Jednak nie wszystkie strony biorą w niej udział, więc wątpliwe, by były gotowe takie porozumienie zaakceptować. Najbardziej wrażliwe na te doniesienia pozostają notowania ropy naftowej. 

Dane potwierdzą dobrą kondycję rynku pracy w USA?

Dzisiejsza sesja może upłynąć pod znakiem oczekiwania na kluczowe dane makroekonomiczne z USA, a w centrum uwagi znajdzie się oficjalny raport z amerykańskiego rynku pracy. Nastroje inwestorów poprawił wczorajszy odczyt ADP, który wskazał na utworzenie 122 tys. miejsc pracy w sektorze prywatnym w maju. Wynik ten okazał się lepszy od prognoz i wyższy niż kwietniowe 105 tys. Choć raport ADP nie zawsze trafnie odzwierciedla późniejsze dane rządowe, sugeruje utrzymującą się solidną aktywność rekrutacyjną w amerykańskiej gospodarce. Co istotne, wzrost zatrudnienia był szeroko rozłożony pomiędzy różne sektory, co potwierdza odporność rynku pracy na mniej sprzyjające otoczenie makroekonomiczne oraz napięcia geopolityczne. O godzinie 14:30 opublikowany zostanie oficjalny raport z rynku pracy. Konsensus rynkowy zakłada wzrost zatrudnienia o 95 tys. miejsc pracy. Jeśli dane okażą się lepsze od oczekiwań, może to wesprzeć dolara amerykańskiego, ponieważ silny rynek pracy ogranicza presję na szybkie obniżki stóp procentowych przez FOMC. Stopa bezrobocia ma się utrzymać na poziomie 4.3%, czyli identycznie jak w kwietniu.

Kolejny odcinek serialu o porozumieniu

Wczorajsze obchody Święta Bożego Ciała sprawiły, że polska giełda pozostawała zamknięta. Na światowych rynkach nie brakowało jednak emocji. Uwagę inwestorów ponownie przyciągnęły doniesienia dotyczące możliwego porozumienia pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Według nieoficjalnych informacji negocjatorzy obu stron mieli wypracować wstępne ustalenia zakładające przedłużenie zawieszenia broni o kolejne 60 dni. Kluczowym elementem porozumienia byłoby również przywrócenie swobody żeglugi przez Cieśninę Ormuz. Teheran miałby w ciągu 30 dni usunąć miny z tego strategicznego szlaku morskiego, natomiast Waszyngton rozważyłby zniesienie blokady irańskich portów, co mogłoby doprowadzić do wznowienia eksportu z kraju. Na pierwszy rzut oka takie informacje stanowią pozytywny sygnał dla inwestorów. Problem polega jednak na tym, że irańskie władze nie potwierdziły doniesień o osiągnięciu porozumienia. Dodatkowo wiceprezydent USA, JD Vance, podkreślił, że Donald Trump nie podjął jeszcze decyzji o podpisaniu dokumentu, ponieważ część zapisów wymaga dalszych uzgodnień.

Jak dobrze zaplanować wdrożenie enova365, żeby ERP realnie usprawnił firmę?

Wdrożenie systemu ERP to jedna z tych decyzji, które zaczynają mieć znaczenie dopiero wtedy, gdy firma przestaje mieścić się w dotychczasowym sposobie pracy. Osobne arkusze, ręczne raporty, niezależne programy działowe i komunikacja oparta na mailach mogą działać przez pewien czas. Jednak wraz ze wzrostem skali biznesu coraz częściej pojawiają się błędy, opóźnienia i problemy z dostępem do aktualnych danych.

W takiej sytuacji przedsiębiorstwa szukają systemu, który pozwoli uporządkować procesy i połączyć najważniejsze obszary działalności w jednym środowisku. Jednym z rozwiązań wykorzystywanych przez firmy w Polsce jest Enova365 — system ERP wspierający m.in. finanse, księgowość, kadry i płace, handel, magazyn, produkcję oraz zarządzanie projektami.

ERP powinien odpowiadać na konkretne problemy

Największym błędem przy wyborze systemu ERP jest rozpoczynanie projektu od listy funkcji, a nie od analizy procesów. Firmy często pytają, „co system potrafi”, zamiast najpierw określić, czego realnie potrzebuje organizacja.

Przed wdrożeniem warto więc sprawdzić, gdzie obecnie powstają największe straty czasu. Czy problemem jest ręczne przepisywanie danych? Brak aktualnych stanów magazynowych? Opóźnienia w obiegu dokumentów? Trudności z raportowaniem rentowności? A może brak spójnej informacji między sprzedażą, księgowością i logistyką?

Dopiero taka diagnoza pozwala zaprojektować system, który nie będzie tylko kolejnym narzędziem w firmie, ale realnym wsparciem dla codziennej pracy.

Dlaczego analiza przedwdrożeniowa jest tak ważna?

System ERP nie działa w próżni. Musi zostać dopasowany do struktury firmy, sposobu pracy zespołów, zakresu odpowiedzialności i przepływu informacji między działami. Dlatego jednym z kluczowych etapów jest analiza przedwdrożeniowa.

To właśnie na tym etapie określa się, które procesy powinny zostać odwzorowane w systemie, które warto uprościć, a które można zautomatyzować. Dobrze przeprowadzona analiza pozwala uniknąć sytuacji, w której nowe oprogramowanie jedynie przenosi dotychczasowy chaos do cyfrowego środowiska.

W praktyce znaczenie ma nie tylko konfiguracja modułów, ale też przygotowanie uprawnień, obiegów dokumentów, integracji, raportów i zasad pracy użytkowników. Dlatego wdrożenie systemu ERP w firmie powinno być traktowane jako projekt organizacyjny, a nie wyłącznie informatyczny.

Etapowe wdrożenie zamiast rewolucji

Nie każda firma musi wdrażać wszystkie funkcje ERP jednocześnie. Często skuteczniejsze jest podejście etapowe, szczególnie w organizacjach, które wcześniej pracowały na wielu rozproszonych narzędziach.

Pierwszy etap może obejmować obszary najbardziej krytyczne, np. finanse i księgowość, kadry i płace, handel lub magazyn. Następnie system można rozwijać o kolejne moduły, raportowanie, integracje czy automatyzacje.

Takie podejście zmniejsza ryzyko wdrożeniowe i ułatwia zespołowi adaptację. Pracownicy nie muszą zmieniać całego sposobu pracy z dnia na dzień, a firma może szybciej ocenić efekty pierwszych zmian. Wdrożenie ERP staje się wtedy procesem uporządkowanego rozwoju, a nie jednorazową rewolucją.

Dane jako przewaga operacyjna

Jednym z głównych powodów wdrażania ERP jest potrzeba lepszego zarządzania danymi. W firmach, które korzystają z wielu oddzielnych narzędzi, raportowanie często wymaga ręcznego łączenia informacji z różnych źródeł. To czasochłonne i podatne na błędy.

Po wdrożeniu ERP dane o sprzedaży, kosztach, należnościach, zobowiązaniach, stanach magazynowych czy czasie pracy mogą być dostępne w bardziej spójnej formie. Dzięki temu menedżerowie szybciej analizują sytuację firmy, a pracownicy operacyjni mają łatwiejszy dostęp do informacji potrzebnych w codziennych zadaniach.

Lepsze dane nie oznaczają wyłącznie bardziej rozbudowanych raportów. To również większa przewidywalność, sprawniejsza komunikacja i mniej decyzji podejmowanych na podstawie nieaktualnych plików lub niepełnych informacji.

Integracje z innymi narzędziami

Współczesne środowisko IT w firmie rzadko opiera się na jednym programie. Obok ERP funkcjonują często systemy CRM, platformy e-commerce, narzędzia BI, bankowość elektroniczna, aplikacje magazynowe czy rozwiązania do obiegu dokumentów.

Dlatego przy planowaniu wdrożenia warto uwzględnić integracje. Dobrze zaprojektowany przepływ danych ogranicza ręczne przepisywanie informacji, zmniejsza ryzyko pomyłek i pozwala lepiej wykorzystać potencjał poszczególnych narzędzi.

Właśnie dlatego wybierając systemy ERP dla przedsiębiorstw, warto patrzeć nie tylko na dostępne funkcje, ale także na to, jak system wpisze się w cały ekosystem technologiczny firmy.

Sukces wdrożenia zależy także od ludzi

Nawet najlepiej dobrany system nie przyniesie oczekiwanych efektów, jeśli użytkownicy nie będą rozumieli, po co wprowadzana jest zmiana. ERP wpływa na codzienne nawyki, zakres odpowiedzialności, sposób raportowania i komunikację między działami.

Dlatego istotne są szkolenia, testy, jasne zasady pracy i zaangażowanie osób, które na co dzień korzystają z systemu. Pracownicy powinni wiedzieć nie tylko, jak wykonać daną czynność, ale też dlaczego nowy proces wygląda właśnie w ten sposób.

Dobrze przeprowadzone wdrożenie ERP porządkuje organizację od środka. Ułatwia pracę, zwiększa przejrzystość procesów i pozwala firmie rozwijać się bez narastającego chaosu operacyjnego. Enova365 może być w tym procesie ważnym narzędziem, ale ostateczny efekt zależy od tego, jak świadomie firma zaplanuje zmianę i jak dobrze dopasuje system do swoich realnych potrzeb.

Trans Polonia złożyła ofertę przejęcia europejskiego operatora logistycznego o przychodach 80 mln EUR

Po uzyskaniu 50,4 mln zł ze sprzedaży akcji własnych Trans Polonia przyspiesza realizację strategii akwizycyjnej, której potencjał polski przewoźnik szacuje na ponad 1 mld zł. Jednocześnie Spółka przyjęła politykę komunikacji procesów akwizycyjnych, podkreślając, że przechodzi od deklaracji do aktywnej realizacji planu budowy jednego z europejskich liderów specjalistycznej logistyki i transportu.

W piątek 5 czerwca 2026 roku, Trans Polonia poinformowała o złożeniu niewiążącej oferty nabycia europejskiej spółki transportowo-logistycznej generującej około 80 mln EUR rocznych przychodów. Wartość złożonej oferty wynosi 33,5 mln EUR.  – Potencjalny cel przejęcia prowadzi działalność na wielu rynkach europejskich i wpisuje się w realizowaną przez nas strategię dalszej konsolidacji rynku specjalistycznego transportu i logistyki.

Transakcja, nad którą pracujemy, poza naturalnymi synergiami w obszarze handlowym, operacyjnym, inwestycyjnym, HR oraz technicznym posiada istotny dla spółki komponent rozbudowy portfolio usług o kompetencje w obszarze operacji przygotowania ładunków do transportu śródlądowego. Zakres tych usług, związany z przewozem dużych wolumenów produkcji chemicznej rzekami w kierunku portów ARA, znajduje się na liście priorytetowych kierunków rozwoju strategicznego Grupy – podkreśla Dariusz Cegielski, prezes zarządu Trans Polonia.

Złożenie oferty stanowi kolejny krok w realizacji strategii wzrostu po przejęciu Nijman/Zeetank oraz zakończonym procesie ABB, w ramach którego Spółka pozyskała 50,4 mln zł ze sprzedaży akcji własnych. Zarząd spółki wielokrotnie podkreślał, że środki te mają zostać wykorzystane przede wszystkim do finansowania dalszego rozwoju poprzez przejęcia. Według wcześniejszych szacunków potencjał akwizycyjny Grupy przekracza obecnie 1 mld zł, a przy wykorzystaniu finansowania zewnętrznego oraz partnerów finansowych może być jeszcze większy.

Potencjalna transakcja mogłaby znacząco zwiększyć skalę działalności Trans Polonii, rozszerzyć bazę klientów, wzmocnić kompetencje operacyjne oraz przyspieszyć budowę jednej z najsilniejszych europejskich platform specjalistycznego transportu płynnych surowców i produktów między innymi dla przemysłu chemicznego. Jednocześnie Spółka potwierdza, że prowadzi również drugi proces akwizycyjny, o którym informowała wcześniej rynek. Oznacza to, że obecnie Grupa aktywnie pracuje nad kilkoma projektami, które mogą odegrać istotną rolę w dalszym wzroście jej wartości.

Działania akwizycyjne realizowane są w okresie bardzo dobrych wyników operacyjnych Grupy. W ostatnich kwartałach Trans Polonia z sukcesem przeprowadziła integrację przejętej grupy Nijman/Zeetank, rozwija działalność na rynkach Europy Zachodniej, pozyskała nowe kontrakty, w tym strategiczną współpracę z Dublin Port Company, oraz konsekwentnie poprawia wyniki finansowe, osiągając rekordowe poziomy przychodów i rentowności.

W związku z rosnącą skalą działań akwizycyjnych zarząd spółki Trans Polonia przyjął politykę komunikacji procesów akwizycyjnych. Jej celem jest zapewnienie inwestorom większej przejrzystości dotyczącej realizowanej strategii wzrostu oraz umożliwienie lepszej oceny wpływu prowadzonych projektów M&A na rozwój Grupy i potencjał budowy wartości dla akcjonariuszy.

JD Vance mówi o porozumieniu, Iran milczy. Ropa tanieje, rynek czeka na dane z USA

Kolejny zwrot akcji na Bliskim Wschodzie: JD Vance potwierdza istnienie porozumienia… którego nie potwierdzili Irańczycy. Rynek pracy w USA pokazuje solidność – czy dzisiejsze dane to potwierdzą?

Kolejna odsłona

Wczoraj w Polsce obchodziliśmy Święto Bożego Ciała, co oznaczało, chociażby to, że giełdy były tego dnia nieczynne. Na światowych rynkach jednak działo się całkiem sporo, a wszystko za sprawą znów napływających informacji na temat wstępnego porozumienia między negocjatorami z USA i Iranu. Na mocy tego dokumentu przedłużone zostałoby zawieszenie broni o 60 dni i co najistotniejsze – otwarcie cieśniny Ormuz. Teheran w ciągu 30 dni miałby usunąć wszystkie miny w tym wąskim gardle, a Waszyngton zniósłby blokadę portów Iranu, co przełożyłoby się na reaktywację tamtejszego esportu. Wszystko znów wygląda pięknie dla inwestorów, tyle tylko, że po pierwsze strona irańska nie potwierdziła tych informacji, a po drugie jak stwierdził JD Vance „Trump nie podjął decyzji o podpisaniu dokumentu, bo kilka punktów jest do doprecyzowania”. Znów mamy więc sytuację, w której kłamstwa mieszają się z prawdą i trzeba wyczekiwać, aż obie strony jasno komunikują, że takie porozumienie jest w mocy. Rynek ropy, jak to zwykle się dzieje na choćby szczątkowe informacje, zareagował spadkami notowań. Cena WTI spadła o blisko 4 USD na baryłce.

ADP rozbudził apetyt

Dzisiejszy dzień może przebiegać pod znakiem dyskontowania przez inwestorów kwestii makro, a wszystko za sprawą oficjalnych danych z amerykańskiego rynku pracy. Apetyt z pewnością wyostrzył wczorajszy odczyt prywatnej firmy ADP, który pokazał ilość utworzonych miejsc pracy w maju na poziomie 122 tys. Jest to wyżej od prognoz i przede wszystkim znacznie więcej, niż było to w kwietniu, czyli 105 tys. Raport ten, mimo że często rozjeżdża się z oficjalnymi danymi rządowymi, pokazał, że aktywność rekrutacyjna w USA jest na silnym poziomie, a co ważne, nowe miejsca pracy tworzą niemal wszystkie gałęzie gospodarki. Jawi się więc bardzo pozytywny obraz amerykańskiego rynku pracy i co za tym idzie, duża odporność na zmieniające się otoczenie makroekonomiczne, za sprawą konfliktu na Bliskim Wschodzie. O 14:30 poznamy rządowy raport z rynku pracy i jeśli dane okażą się pozytywnym zaskoczeniem (prognoza zakłada wzrost miejsc pracy o 95 tys.), mogą przynieść umocnienie USD na rynku FX z prostej przyczyny: silniejszy rynek pracy oddala perspektywę obniżek stóp.

Chaotyczne ruchy na „edku”

Wczorajszy dzień przebiegał początkowo pod znakiem osłabienia USD na rynku FX, za sprawą informacji o możliwym porozumienia na Bliskim Wschodzie. Po wspomnianych danych ADP sytuacja się odwróciła, a „zielony” dostał wiatru w żagle i próbował odrobić większość strat, schodząc do poziomu 1,1610. Dzisiaj początek handlu przynosi znów zmianę sytuację i obserwujemy wzrosty na głównej parze walutowej świata w okolice 1,1630. Na razie więc widać ostrożność inwestorów co do możliwego porozumienia na Bliskim Wschodzie, a ruchy na rynku walutowym są mocno stonowane. Perspektywa możliwych niższych cen energii to przede wszystkim ważna kwestia dla EBC, który mógłby porzucić wizję podwyżek stóp procentowych. Rynek wycenia praktycznie w 100% to, że 11 czerwca podczas posiedzenia dojdzie do podwyżki kosztu pieniądza w strefie euro. Jednak ponowne otwarcie cieśniny Ormuz, może spowodować realny spadek kosztu surowców, co przełoży się na mniejszą presję na EBC co do dalszego zacieśniania monetarnego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dane z rynku pracy.

Ponad 350 liderów logistyki i lotnictwa w Warszawie. TIACA Executive Summit 2026 za nami

Po raz pierwszy w historii Polska była gospodarzem jednego z najważniejszych światowych wydarzeń branży cargo lotniczego. Do Warszawy przyjechało ponad 350 przedstawicieli najwyższej kadry zarządzającej sektora logistyki i lotnictwa z całego świata, aby uczestniczyć w TIACA Executive Summit 2026.Warszawa gospodarzem spotkania liderów cargo lotniczego TIACA Executive Summit 2026

Szczyt, organizowany przez the International Air Cargo Associacion, odbył się w dniach 1–3 czerwca, a tegorocznymi gospodarzami byli Port Polska oraz PLL LOT. W wydarzeniu uczestniczyli przedstawiciele linii lotniczych, spedytorów, operatorów logistycznych, integratorów, producentów, portów lotniczych oraz międzynarodowych organizacji branżowych, którzy dyskutowali o przyszłości globalnego rynku cargo lotniczego.

W ciągu dwóch dni debat, sesji keynote oraz spotkań networkingowych uczestnicy omawiali najważniejsze wyzwania i trendy kształtujące sektor – od dynamicznego wzrostu e-commerce, zmian geopolitycznych i cyfryzacji, po kwestie zrównoważonego rozwoju, efektywności finansowej oraz odporności globalnych łańcuchów dostaw. Warszawska edycja wydarzenia była również inauguracją nowego formatu TIACA – Keynote Speaker Series – którego celem jest prezentowanie branży cargo inspirujących perspektyw światowej klasy ekspertów, liderów biznesu i komunikacji.

Otwierając szczyt, dr Filip Czernicki, prezes zarządu spółki Centralny Port Komunikacyjny, program Port Polska, podkreślił strategiczne znaczenie organizacji wydarzenia w Polsce.

„Po raz pierwszy Polska jest gospodarzem jednego z najważniejszych globalnych spotkań branży cargo lotniczego. To nie tylko wyróżnienie, ale także wyraźne potwierdzenie rosnącej roli Polski w międzynarodowym systemie logistycznym oraz naszych ambicji aktywnego współtworzenia przyszłości rynku cargo” – powiedział – „Warszawa staje się dziś miejscem kluczowej międzynarodowej debaty o przyszłości cargo lotniczego. Europa Centralna i Wschodnia zyskuje strategiczne znaczenie, a nasz region potrzebuje silnego hubu cargo”

W swoim wystąpieniu dr Filip Czernicki przedstawił także założenia programu Port Polska oraz projektu Cargo City – planowanego zintegrowanego ekosystemu logistyczno-przemysłowego, łączącego infrastrukturę cargo, specjalną strefę ekonomiczną oraz Wolny Obszar Celny.

W centrum tej wizji znajduje się Cargo City – unikalny ekosystem logistyczno-przemysłowy projektowany jako platforma dla globalnych linii lotniczych, integratorów i operatorów logistycznych, umożliwiająca integrację logistyki i produkcji” – podkreślił. – „Naszą ambicją jest stworzenie jednego z najbardziej zaawansowanych i cyfrowych hubów cargo w Europie – odpowiadającego na potrzeby e-commerce, transportów specjalistycznych i nowoczesnego przemysłu, przy jednoczesnym wspieraniu zrównoważonego rozwoju i efektywności operacyjnej

Jednym z głównych tematów warszawskiego szczytu była rosnąca strategiczna rola Europy Centralnej i Wschodniej w globalnych łańcuchach dostaw oraz długoterminowy potencjał rozwoju regionalnego rynku cargo lotniczego. Zagadnieniu temu poświęcony był panel „Central European Challenges & Opportunities, Plotting the Pathway to Further Success”, w którym udział wzięli przedstawiciele linii lotniczych, lotnisk i branży logistycznej z regionu.

Dyskusja koncentrowała się na prognozach wskazujących, że gospodarki Europy Centralnej utrzymają w latach 2026–2027 tempo wzrostu PKB wyższe od średniej unijnej, co tworzy solidne podstawy dla dalszego rozwoju sektora cargo lotniczego. Paneliści wskazywali na dynamiczny rozwój zaawansowanej produkcji przemysłowej, silny sektor motoryzacyjny, rosnące znaczenie nearshoringu oraz gwałtowny wzrost wolumenów e-commerce jako kluczowe czynniki napędzające popyt na usługi cargo.

Podczas dyskusji Paweł Zagrajek, zastępca dyrektora ds. handlowych, odniósł się do szans i wyzwań stojących przed regionalnym rynkiem cargo, podkreślając:

Widzimy nie tylko wyzwania, ale przede wszystkim możliwości, jakie w przyszłości przyniesie rynek cargo lotniczego. Budowa lotniska greenfield daje wyjątkową szansę stworzenia ekosystemu w pełni dostosowanego do potrzeb branży cargo – od infrastruktury pasów startowych i strefy cargo, po dedykowane systemy obsługi, drogi dojazdowe, zaplecze dla ciężarówek, rozwiązania celno-podatkowe oraz funkcje logistyczne i produkcyjne wspierające łańcuchy dostaw” – powiedział – „choć do otwarcia lotniska pozostało jeszcze sześć lat, już dziś aktywnie wspieramy rozwój branży. Zainicjowaliśmy powstanie Cargo Community w Polsce, która działa na rzecz usuwania barier legislacyjnych, rozwoju kompetencji i innowacji oraz rozwiązywania kluczowych wyzwań sektora. Cargo jest także jednym z filarów naszej strategii rozwoju siatki połączeń – rozwijamy zarówno połączenia frachtowe, jak i pasażerskie wspierające przewozy belly cargo”.

Uczestnicy panelu zwracali również uwagę, że bliższa współpraca regionalna oraz zintegrowane planowanie infrastrukturalne mogą istotnie zwiększyć odporność łańcuchów dostaw i wzmocnić pozycję Europy Centralnej jako kluczowej bramy logistycznej łączącej rynki europejskie z Azją i innymi globalnymi korytarzami handlowymi.

Warszawski szczyt był także okazją do podkreślenia strategicznego znaczenia realizowanych w Polsce inwestycji transportowych i logistycznych, w tym budowy nowego centralnego lotniska oraz zintegrowanego węzła transportowego w ramach programu Port Polska. Jednym z kluczowych elementów projektu jest Cargo City – nowoczesny ekosystem logistyczno-przemysłowy integrujący transport lotniczy, kolejowy i drogowy wraz ze specjalną strefą ekonomiczną oraz Wolnym Obszarem Celnym.

 

Czy Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie PKOl może odwołać Prezesa?

Dyskusja dotycząca możliwości odwołania Prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie koncentruje się obecnie wokół jednego zasadniczego zagadnienia. Czy statut PKOl przewiduje wyłączną kompetencję Zarządu i Komisji Rewizyjnej do odwoływania członków tych organów, czy też kompetencja ta ma charakter dodatkowy i nie wyłącza uprawnień Walnego Zgromadzenia jako najwyższego organu organizacji?

W mojej ocenie prawidłowa wykładnia statutu prowadzi do wniosku, że Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie może podjąć uchwałę o odwołaniu Prezesa PKOl przed upływem kadencji. Pogląd przeciwny nie znajduje wystarczającego oparcia ani w treści statutu, ani w zasadach funkcjonowania stowarzyszeń.

Każda analiza musi rozpocząć się od ustalenia pozycji ustrojowej Walnego Zgromadzenia. W konstrukcji stowarzyszenia jest ono najwyższym organem władzy. To członkowie zrzeszenia tworzą organizację, a walne zgromadzenie stanowi formę wykonywania przez nich zwierzchniej kompetencji wobec wszystkich pozostałych organów.

Nie jest przypadkiem, że Prawo o stowarzyszeniach przyznaje walnemu zgromadzeniu kompetencje dotyczące najważniejszych spraw organizacji, w tym wyboru władz, zatwierdzania sprawozdań czy zmian statutu. Organy wykonawcze i kontrolne są organami pochodnymi wobec wspólnoty członków wyrażającej swoją wolę na walnym zgromadzeniu. Z tego względu wszelkie ograniczenia kompetencji walnego zgromadzenia powinny wynikać ze statutu jednoznacznie i nie mogą być domniemywane.

W prawie publicznym i korporacyjnym od dawna funkcjonuje zasada, zgodnie z którą kompetencja do powoływania obejmuje co do zasady kompetencję do odwoływania. Nie jest to wprawdzie reguła absolutna, jednak stanowi utrwaloną dyrektywę wykładni przepisów ustrojowych. Znajduje ona odzwierciedlenie zarówno w funkcjonowaniu organów administracji publicznej, jak i w prawie spółek czy organizacji społecznych. Jeżeli określony organ uzyskuje kompetencję kreacyjną, przyjmuje się co do zasady, że może również zakończyć stosunek organizacyjny, który sam stworzył.

Wyłączenie tej zasady wymaga wyraźnej podstawy normatywnej.

W przypadku PKOl statut nie zawiera przepisu stanowiącego, że Prezes wybrany przez Walne Zgromadzenie może zostać odwołany wyłącznie przez Zarząd albo Komisję Rewizyjną. Nie zawiera również przepisu zakazującego Walnemu Zgromadzeniu podejmowania uchwał w przedmiocie odwołania Prezesa.

Brak takiego wyłączenia ma zasadnicze znaczenie dla oceny całej sprawy.

Kluczowym argumentem zwolenników przeciwnego stanowiska jest regulacja statutowa przyznająca Zarządowi i Komisji Rewizyjnej możliwość odwołania członków tych organów, którzy nie wykonują swoich obowiązków albo naruszają statut lub dobre imię PKOl.

Interpretacja wywodząca z tego przepisu wyłączność kompetencyjną budzi jednak zasadnicze zastrzeżenia.

Po pierwsze, statut nie posługuje się żadnym zwrotem wskazującym na wyłączność. Nie pojawiają się sformułowania „jedynie”, „wyłącznie”, „tylko” ani inne równoważne konstrukcje językowe.

Po drugie, przepis ten został skonstruowany jako szczególny mechanizm umożliwiający organom natychmiastową reakcję na sytuacje nadzwyczajne. Jego funkcją jest zapewnienie sprawności działania organizacji pomiędzy walnymi zgromadzeniami.

Po trzecie, od uchwał podejmowanych przez Zarząd lub Komisję Rewizyjną statut przewiduje odwołanie do Walnego Zgromadzenia. Samo to rozwiązanie wskazuje na nadrzędną pozycję Walnego Zgromadzenia w strukturze organizacyjnej PKOl.

W konsekwencji znacznie bardziej przekonująca wydaje się interpretacja, zgodnie z którą mamy do czynienia z kompetencją szczególną, stanowiącą wyjątek od zwykłego trybu działania organizacji, a nie z przepisem eliminującym kompetencje najwyższego organu.

W orzecznictwie sądowym dotyczącym stowarzyszeń wielokrotnie podkreślano, że statut należy interpretować w sposób zapewniający realizację praw członkowskich oraz zasad demokratycznego funkcjonowania organizacji.

Przyjęcie poglądu o braku kompetencji Walnego Zgromadzenia prowadziłoby do wniosku, że członkowie PKOl mogą wybrać Prezesa, ale nie mogą go odwołać nawet wtedy, gdy utraci on zaufanie zdecydowanej większości środowiska.

Trudno pogodzić taki rezultat z zasadą samorządności stowarzyszeń. Jeszcze bardziej problematyczna byłaby sytuacja, w której Zarząd mógłby jednocześnie odmówić zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia pomimo spełnienia przesłanek statutowych. W praktyce oznaczałoby to możliwość trwałego zablokowania kontroli najwyższego organu nad władzami organizacji.

Tego rodzaju wykładnia pozostawałaby w sprzeczności nie tylko z zasadami prawa stowarzyszeń, lecz również z podstawowymi standardami demokratycznego zarządzania organizacjami członkowskimi.

Jeżeli statut nakłada na Zarząd obowiązek zwołania Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia w terminie 30 dni od złożenia prawidłowego wniosku przez wymaganą liczbę członków, obowiązek ten ma charakter związany. Zarząd nie jest uprawniony do badania politycznej zasadności wniosku ani do oceny jego celowości. Jego zadaniem jest wykonanie postanowień statutu.

Odmowa zwołania zgromadzenia lub bierne ignorowanie obowiązku statutowego może być kwalifikowane jako działanie sprzeczne ze statutem i uzasadniać interwencję sądu rejestrowego oraz organu nadzoru nad stowarzyszeniem.

Nie można również wykluczyć argumentacji, zgodnie z którą uporczywe blokowanie działania najwyższego organu organizacji stanowiłoby nadużycie kompetencji przez Zarząd i nie mogłoby korzystać z ochrony prawnej.

Wykładnia językowa, systemowa i funkcjonalna prowadzi do tego samego rezultatu. Statut PKOl nie zawiera przepisu wyłączającego kompetencję Walnego Zgromadzenia do odwołania Prezesa. Kompetencje przyznane Zarządowi i Komisji Rewizyjnej należy traktować jako rozwiązanie szczególne, służące sprawnemu funkcjonowaniu organizacji pomiędzy posiedzeniami Walnego Zgromadzenia. Nie ma natomiast podstaw do przyjęcia, że przepis ten pozbawia najwyższy organ PKOl prawa do odwołania osoby, którą sam wybrał.

Dlatego należy uznać, że prawidłowo zwołane Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie może podjąć uchwałę o odwołaniu Prezesa PKOl, a wszelkie próby odmiennej interpretacji wymagają wykazania wyraźnej podstawy statutowej, której obecnie trudno się dopatrzyć.

Z rynku kryptowalut w ciągu kilku godzin wyparowały miliardy. Bitcoin znów krwawi, a dolar pokazuje siłę

Rynek kryptowalut został dotknięty kolejną gwałtowną falą wyprzedaży. Jeszcze kilka dni temu bitcoin utrzymywał się powyżej poziomu 73 000 dolarów, obecnie spadł w okolice 67 000 dolarów, osiągając najniższy poziom od początku kwietnia. W ciągu jednego dnia stracił niemal 6%. Mniejsze kryptowaluty ucierpiały jeszcze bardziej: ethereum spadło poniżej 1 900 dolarów, do około 1 875 dolarów, solana osunęła się do poziomu wsparcia przy 76 dolarach, a bitcoin cash tracił w dwucyfrowym tempie.

W krótkim czasie rynek utracił około 7% swojej całkowitej wartości, a przymusowe likwidacje lewarowanych pozycji inwestorów przekroczyły miliard dolarów, jak wynika z danych rynkowych. Dla części inwestorów jest to najbardziej wyraziste przypomnienie od lutowej wyprzedaży, że kryptowaluty pozostają jednymi z aktywów najbardziej wrażliwych na zmiany nastrojów rynkowych.

W przypadku kryptowalut panika rozprzestrzenia się bardzo szybko. Ruch, który na rynku walutowym wyglądałby wyjątkowo dramatycznie, w przypadku bitcoina lub mniejszych kryptowalut może wydarzyć się w ciągu kilku godzin. Właśnie dlatego obecny spadek jest ważny także dla osób, które nie posiadają kryptowalut bezpośrednio – pokazuje bowiem, że inwestorzy ponownie zaczynają ograniczać ryzykomówi Jacek Jurczyński, prezes firmy AKCENTA.

Obecna przecena nie została wywołana przez jedno wydarzenie. Rynek osłabł w momencie, gdy zbiegło się kilka niekorzystnych czynników

Pierwszym z nich był przyspieszający odpływ środków ze spotowych funduszy ETF opartych na bitcoinie. W poprzednich miesiącach fundusze te pomagały wynieść bitcoina na rekordowe poziomy, jednak gdy nastroje się odwracają, działają w przeciwnym kierunku: wraz z wycofywaniem środków przez inwestorów rośnie realna presja sprzedażowa na rynku bazowym. Skala zjawiska przestaje być marginalna. Spotowe ETF-y na bitcoina odnotowały już jedenaście kolejnych sesji z odpływem kapitału, a fundusze spotowe oparte na etherze piętnaście. Maj zakończył się rekordowymi miesięcznymi umorzeniami o wartości około 2,4 miliarda dolarów. Tylko w ostatnim tygodniu maja giełdowe fundusze kryptowalutowe straciły około 1,7 miliarda dolarów, co było drugim największym tygodniowym odpływem w tym roku.

Drugim impulsem była informacja, że spółka Strategy, wcześniej znana jako MicroStrategy, po raz pierwszy od lat sprzedała część swoich bitcoinów. W stosunku do jej ogromnych zasobów była to ilość symboliczna – 32 bitcoiny warte około 2,5 miliona dolarów, czyli praktycznie błąd zaokrąglenia przy ponad 843 tysiącach monet znajdujących się w posiadaniu firmy. Sprzedaż miała sfinansować wypłatę dywidendy z akcji uprzywilejowanych i nie oznaczała odejścia od strategii opartej na bitcoinie. Mimo to psychologiczny efekt był znaczący. Dla części rynku Strategy była symbolem przekonania, że wielcy posiadacze bitcoina po prostu nie sprzedają. Sam fakt, że firma upłynniła część swoich zasobów, wystarczył do wywołania nerwowej reakcji.

W przypadku ethereum rozwija się zupełnie inna historia. Największym korporacyjnym posiadaczem etheru jest BitMine Immersion Technologies, amerykańska spółka giełdowa typu treasury zarządzana przez stratega Fundstrat, Toma Lee, często określana jako odpowiednik Strategy dla etheru. BitMine posiada obecnie około 5,4 miliona ETH, czyli około 4,5% całej istniejącej podaży etheru, zakupionej po średniej cenie szacowanej na około 3 500 dolarów. Przy obecnej cenie etheru poniżej 1 900 dolarów wartość tych aktywów wynosi około 10 miliardów dolarów wobec kosztu nabycia zbliżającego się do 18 miliardów. Oznacza to niezrealizowaną stratę rzędu 8,5 miliarda dolarów – jedną z największych papierowych strat w historii korporacyjnego rynku kryptowalut.

Podczas gdy Strategy po raz pierwszy od lat sprzedała część swoich aktywów, choćby symbolicznie, BitMine dokupuje po spadkach. Przewodniczący spółki uważa ether poniżej 2 000 dolarów za atrakcyjny poziom wejścia, określa obecną wyprzedaż jako „klasyczne zachowanie przy rynkowym dnie” i utrzymuje, że kryptowalutowy „supercykl” dopiero nadejdzie. Liderzy związani z dwiema największymi kryptowalutami wysyłają więc jednocześnie przeciwstawne sygnały – jeden ogranicza ekspozycję, drugi ją zwiększa – co tylko podkreśla, jak bardzo podzielony jest rynek w kwestii dalszego kierunku ryzyka.

Trzecim czynnikiem jest geopolityka. Eskalacja napięć na Bliskim Wschodzie podniosła ceny ropy i ponownie otworzyła debatę o inflacji. Ponieważ transport przez Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa około jedna piąta światowego morskiego handlu ropą, został faktycznie sparaliżowany, cena ropy Brent wzrosła w okolice 100 dolarów za baryłkę. Wyższe ceny ropy stanowią problem nie tylko dla konsumentów, ale także dla banków centralnych. Jeśli energia ponownie zacznie napędzać inflację, przestrzeń do szybkiego obniżania stóp procentowych znacząco się zmniejszy.

W tym właśnie miejscu wyprzedaż kryptowalut łączy się z szerszym kontekstem makroekonomicznym. Jeszcze niedawno część rynku zakładała, że amerykańska Rezerwa Federalna będzie mogła w ciągu roku obniżać stopy procentowe. Taki scenariusz zwykle oznaczałby słabszego dolara i mógłby wspierać bardziej ryzykowne aktywa, w tym kryptowaluty. Wyższa inflacja, droższa ropa i niepewność geopolityczna komplikują jednak ten obraz. Fed znajduje się obecnie raczej w sytuacji, w której musi utrzymywać stopy procentowe na wysokim poziomie przez dłuższy czas, a nawet ponownie ostrzegać przed możliwością ich podwyżki.

Europa tymczasem zmaga się z odwrotnym problemem. Według oczekiwań rynkowych Europejski Bank Centralny przygotowuje się do podwyżek stóp procentowych (inwestorzy zakładają obecnie trzy–cztery podwyżki w ciągu najbliższego roku, a ruchy już w czerwcu i lipcu uznają za realne), ponieważ inflacja w strefie euro pozostaje powyżej celu. Teoretycznie odmienny kierunek polityki EBC i Fed mógłby wspierać euro wobec dolara. Jednak w okresach stresu rynkowego inwestorzy nie kierują się wyłącznie różnicą stóp procentowych. Kiedy uciekają od ryzyka, dolar nadal korzysta ze swojego statusu światowej waluty rezerwowej.

Na papierze niektóre argumenty mogą wskazywać na słabszego dolara. Jeśli jednak jednocześnie spadają kryptowaluty, drożeje ropa i rosną napięcia geopolityczne, inwestorzy przyjmują defensywną postawę. W takim otoczeniu dolar często się umacnia – nie dlatego, że amerykańska gospodarka nie ma problemów, ale dlatego, że rynek szuka płynności i bezpieczeństwa – wyjaśnia Jurczyński.

Dlatego sytuacja ta jest ważna również dla przedsiębiorstw. Spadek bitcoina nie jest wyłącznie historią inwestorów obserwujących nocą czerwone wykresy. To ostrzeżenie, że nastroje na rynkach mogą odwrócić się bardzo szybko, a zmiana ta nie musi zatrzymać się na kryptowalutach. Może przenieść się na dolara, euro, koronę czeską, złotego czy forinta. Może także wpłynąć na ceny energii, transportu i surowców.

Importerzy rozliczający się w dolarach mogą znaleźć się pod presją z dwóch stron. Jeśli dolar się umocni, a jednocześnie wzrosną koszty zakupu lub transportu, cała kalkulacja kosztowa zacznie się pogarszać. Eksporterzy mogą natomiast krótkoterminowo skorzystać na ruchach walutowych, ale tylko wtedy, gdy mają właściwie ustawione ceny, warunki płatności i marże. Bez tego nawet pozornie korzystny kurs może maskować inne ryzyka kosztowe.

Firmy często zaczynają śledzić kurs walut dopiero wtedy, gdy zaczyna on bezpośrednio wpływać na ich działalność. Rynek jednak zwykle nie wysyła wcześniej zaproszenia. Obecna wyprzedaż kryptowalut pokazuje, jak szybko mogą zmieniać się nastroje. Dla przedsiębiorstwa posiadającego przychody lub koszty w walucie obcej kluczowe jest więc wiedzieć, przy jakim kursie zlecenie pozostaje jeszcze rentowne, a od którego momentu zaczyna zagrażać marżymówi Jurczyński.

Po wcześniejszych wzrostach kryptowaluty wypracowały sobie wizerunek aktywów zdolnych szybko generować wysokie zyski. Obecny spadek przypomina jednak drugą stronę tej historii. Bitcoin stracił niemal połowę wartości względem ubiegłorocznych szczytów przekraczających 126 000 dolarów. Mniejsze kryptowaluty znajdują się w jeszcze gorszej sytuacji i podczas wyprzedaży zwykle tracą szybciej niż lider rynku.

Dla rynków finansowych nie jest to więc jedynie kolejna „kryptoburza”. To test gotowości inwestorów do podejmowania ryzyka. Jeśli obawy związane z aktywami cyfrowymi rozleją się na inne segmenty rynku, skutkiem może być silniejszy dolar, droższe finansowanie, większa presja na waluty Europy Środkowej oraz trudniejsze planowanie dla firm prowadzących handel zagraniczny.

Wniosek dla przedsiębiorstw jest prosty. Nie trzeba spekulować na bitcoinie, aby jego spadek pośrednio wpłynął na działalność firmy. Wystarczy, że ta sama nerwowość poruszy kursy walut, ceny ropy lub oczekiwania dotyczące polityki banków centralnych. W takim otoczeniu ryzyko walutowe przestaje być teoretyczną pozycją w planie finansowym i staje się bardzo konkretnym czynnikiem, który może przesądzić o marży całego kontraktu.

Pokolenie Z, praca zdalna i AI. Rynek pracy wymusza nowe podejście do zarządzania

Olbrzymie zmiany w stylu i podejściu do pracy między pokoleniami, duża ilość specjalistów korporacyjnych, rozwój AI, napływ pracowników z innych krajów, pogłębiające się kryzysy gospodarcze, drożyzna w sklepach, to tylko część czynników, które wpływają na to, że coraz więcej osób nie może znaleźć wymarzonej pracy. Z drugiej strony, firmy mają problem z zatrudnianiem odpowiednich pracowników. Dlaczego tak ważne jest, aby w firma budowała silny i stabilny zespół oraz co sprawia, że jest to coraz trudniejsze?

Problem ze znalezieniem pracowników

Aż 57 % przedsiębiorstw w Polsce ma problem ze znalezieniem odpowiednich pracowników na oferowane stanowiska[1]. To jedynie o 2% mniej niż rok wcześniej. Rynek pracownika, który miał się bardzo dobrze przed 2020 rokiem, wyraźnie się kończy, a szukający wymarzonego zajęcia mają coraz większy problem. W jaki sposób obecnie firmy szukają pracowników, a kandydaci miejsca zatrudnienia?

Zatrudnianie ludzi to jedno z najtrudniejszych zadań przed jakimi stają przedsiębiorcy. Często zamiast działać w biznesie, tracimy czas i pieniądze na ludzi, którzy nie pasują do naszej firmy. Zatrudniać powinno się w oparciu o kulturę pracy, nie tylko umiejętności kandydata. Obecnie zarówno pracodawcy jak i pracownicy stoją przed trudnym zadaniem, bo obie strony mają niezwykle wysokie wymagania. Warto jednak się im przyjrzeć i wziąć je pod uwagę. Jasno określone zasady, przekazane wyraźnie już na początku współpracy są szansą na to, że będzie trwała ona dłużej – mówi Jakub B. Bączek.

Stworzyć idealny zespół

Według Harvard Business Review, firmy, które zatrudniają osoby pasujące do ich wartości i kultury mają o 27% mniejszy wskaźnik rotacji. Z kolei z badań Gallupa wynika, że osoby, które są dostosowane do kultury firmy o 36% są w nią bardziej zaangażowane.

Badania Glassdoor pokazują, że 75% kandydatów sprawdza opinie o pracodawcy przed aplikowaniem. Z drugiej strony, aż 70% rekruterów sprawdza media społecznościowe kandydatów, aby ocenić ich wartość, zaangażowanie i profesjonalizm,

Jeśli nasza firma jest dobrze postrzegana, może przyciągnąć lepszych pracowników i zmniejszyć rotację. Ja nie od początku potrafiłem zbudować idealny zespół. Mikrozarządzanie, wtrącanie się do wszystkiego, chęć kontroli nad każdym aspektem sprawiały, że mój zespół był dość „sztywny”. Nie działo się to z ich winy. Obawiali się porażki, przyłapania na czymś. Dopiero po latach prowadzenia wielu biznesów doszedłem do wniosku, że to zaufanie do pracowników buduje ich morale. Jest to bardzo trudne, zwłaszcza dla właścicieli przedsiębiorstw czy managerów. Chodzi o to, aby postanowić sobie, że nie wszystko musisz robić sam, że możesz tym ludziom zaufać. Bez delegowania zadań, nie zbudujemy zespołu, a do tego potrzebne jest zaufanie, że sobie poradzą – tłumaczy Jakub B. Bączek.

Aby zespół w firmie działał jak najlepiej, a dany przedsiębiorca mógł zdjąć ciężar ze swoich barków, potrzebna jest duża doza wolności, zaufania, rozmów, gdy coś jest nie tak, bo błędy będą się pojawiać. Pracownicy, którzy czują odpowiedzialność za swoją pracę, ufają pracodawcy, identyfikują się z firmą, pracują po prostu lepiej. Jest to korzyść dla każdej ze stron.

Dostosowanie do warunków rynkowych

Zadowoleni pracownicy i dobrze wykonywane obowiązki, wzrosty wyników w firmie, realizowanie zaplanowanych strategii, to naczynia połączone. Pracę zespołu trzeba budować w oparciu o to, jak wygląda rzeczywistość i co najlepiej sprawdzi się w danym przedsiębiorstwie.

Pokochaliśmy pracę zdalną. Takie są fakty i nie ważne, ile w internecie pojawi się artykułów krytycznych co do tej formy, a według mnie spowodowane jest tym, aby podprogowo przekonać ludzi do powrotu do biur, to komentarze mówią same za siebie. Praca zdalna daje nam olbrzymią wolność i jest dużym plusem w zachowaniu równowagi życiowej. Pokolenie Z, wręcz nie wyobraża sobie zatrudnienia wyłącznie stacjonarnego. Ja doskonale rozumiem tę potrzebę. W moich firmach pracownicy mogą pracować w wybranych przez siebie godzinach i skąd chcą. Kluczowe jest dla mnie osiągnięcie założonych celów, które określamy sobie regularnie. Czyli dajemy wolność i ufamy, ale sprawdzamy rezultaty np. raz na miesiąc. Nie jestem zwolennikiem odsiadywania 8 godzin w biurze. Oczywiście wszystko zależy od rodzaju wykonywanej pracy, nie wszędzie ten model się sprawdzi, dlatego tak istotne jest dopasowanie modelu pracy do pracowników oraz rodzaju działalności – dodaje Jakub B. Bączek.

Budowanie silnego i trwałego zespołu to zadanie czasochłonne, ale możliwe do wykonania. Najważniejsze to być zarówno wspierającym jak i dającym wolność szefem, przy tym jednak określać cele do realizacji i regularnie sprawdzać rezultaty oraz to, czy firma idzie w dobrym kierunku.

Jakub B. Bączek podkreśla także, że w dobie wielu różnic pokoleniowych jakie pojawiać się będą w zespołach, niezwykle istotne są umiejętności miękkie lidera, szefa, właściciela firmy. One pomogą rozwiązywać indywidualne problemy pracowników z należytą uwagą i szacunkiem tak, aby pracownik nie musiał zmieniać pracy co chwilę. Obie strony odnoszą wówczas olbrzymie korzyści. Pracownik czuje się zauważony, doceniony, a w przypadku potrzeby naprawienia błędu otrzymuje wsparcie. Pracodawca natomiast ma zmniejszoną rotację, spójny zespół, który wie w jaki sposób pracować i co firma chce osiągnąć.

[1] https://biuroprasowe.manpowergroup.pl/448722-blisko-6-na-10-firm-w-polsce-nie-moze-zrekrutowac-nowych-pracownikow

Ropa drożeje, kurs dolara zyskuje, złoty traci. Rynki w cieniu napięć na Bliskim Wschodzie

Za nami oczekiwana decyzja Rady Polityki Pieniężnej. Brak ruchu na stopach procentowych w czerwcu to neutralna wiadomość dla złotego, jednak krajowa waluta w środę o poranku traci, ulegając wpływowi czynników zewnętrznych. Podobnie zachowuje się euro, którego notowania względem amerykańskiego dolara po raz kolejny spadają do 1,16 USD, mimo oczekiwanej podwyżki kosztu pieniądza przez EBC.

Kolejna pauza

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych na czerwcowym posiedzeniu. Decydenci mieli ku temu wiele powodów, o których zapewne dowiemy się więcej podczas dzisiejszej konferencji prasowej Prezesa Narodowego Banku Polskiego o godzinie 15:00. Wśród argumentów za utrzymaniem kosztu pieniądza przy poziomie 3,75% są zapewne najnowsze dane inflacyjne i PKB. Pauza RPP to dla krajowej waluty wiadomość neutralna, która ani jej nie umocniła, ani nie osłabiła. Mimo to, od wczoraj obserwujemy widoczny odpływ kapitału od złotego. Nie jest to jednak skutek czynników wewnętrznych, W tym czasie zdecydowanie większy impakt na notowania PLN-a miały kolejne negatywne doniesienia z Bliskiego Wschodu.

Wzrostowy czerwiec

Trzecia sesja czerwca mija w otoczeniu zwyżek cen ropy. Środowego południa odmiana amerykańska dobiła do 97 USD za baryłkę. Przypomnę, że poniedziałkowa sesja otwierała się „z ósemką” z przodu. Sam wykres mówi nam tyle, że na rynkach dominuje narracja oddalającego się porozumienia na Bliskim Wschodzie. I faktycznie tak jest. Dzisiejszej nocy doszło do wystrzelenia pocisków rakietowych przez Iran w stronę Kuwejtu i Bahrajnu. Mimo że atak był nieskuteczny, wymusił odpowiedź USA, na co potem zareagował Teheran. Mamy więc do czynienia z zupełnie inną rzeczywistością niż perspektywa szybkiego zakończenia konfliktu, a taka narracja wciąż płynie z ust Prezydenta USA. To wzrost globalnego ryzyka po raz kolejny negatywnie wpływa na krajową walutę. W środę o godzinie 13:00 kurs EUR/PLN to 4,24 PLN, a USD/PLN to 3,65 PLN. Przepływ kapitału w stronę bezpiecznej przystani spowodował również umocnienie dolara na wykresie głównej pary walutowej świata. Notowania EUR/USD przed południem po raz kolejny testowały wsparcie 1,16 USD.

Kiedy kapitał polubi euro?

W ostatnich dniach inwestorzy mają mieszane odczucia co do wspólnej waluty. Z jednej strony zawsze kiedy eskaluje sytuacja na Bliskim Wschodzie euro traci do dolara. Z drugiej strony jednak rynek dywaguje nad czerwcową podwyżką stóp procentowych przez EBC. Czy do niej dojdzie, dowiemy się za tydzień w czwartek. Jednak wczorajsze, pierwsze od 2,5 roku przekroczenie poziomu 3% inflacji konsumenckiej w strefie euro przybliża nas do jastrzębiego ruchu. W maju CPI to 3,2% r/r (poprzednio 3% r/r). W połączeniu z czerwcowym wzrostem cen ropy ten czynnik sprawia, że coraz więcej analityków skłania się ku tezie o konieczności działania ze strony europejskich decydentów. Zważając na fakt, że kurs EUR/USD od połowy maja wielokrotnie próbował pokonać wsparcie 1,16 USD (czyli poziom, przy którym ponownie się znajdujemy), najbliższa decyzja EBC wydaje się być bardzo istotna. Podwyżka potencjalnie wesprze unijną walutę, jednak jej brak przyczyni się do osłabienia, co może pogłębiać straty względem amerykańskiego dolara podczas ewentualnych doniesień o eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie w drugiej połowie miesiąca.

CPK przejmie część robót po problemach z tunelem podmiejskim w Łodzi

Spółka Centralny Port Komunikacyjny przejmie komorę przy dworcu Łódź Fabryczna, gdzie swój koniec mają dwa budowane tunele kolejowe w Łodzi. Pierwszy z nich to tunel podmiejski, który pobiegnie w kierunku drugiego łódzkiego dworca Łódź Kaliska i tunel przeznaczony dla Kolei Dużych Prędkości, którym pojadą szybkie pociągi do Wrocławia i Poznania.  Oba przedsięwzięcia w zachodniej części stacji Łódź Fabryczna są ze sobą ściśle powiązane technologicznie i wymagają skoordynowanej realizacji.

Podpisane porozumienie odpowiada na wyzwania związane z realizacją inwestycji. Po wstrzymaniu prac w komorze tunelu podmiejskiego oraz rozwiązaniu umowy z dotychczasowym wykonawcą spółka Centralny Port Komunikacyjny zadeklarowała gotowość przejęcia części robót konstrukcyjnych komory Fabrycznej PLK. Celem tego działania jest zapewnienie ciągłości prac oraz dotrzymanie harmonogramów budowy tunelu dalekobieżnego.

Zgodnie z ustaleniami, strona Port Polska zleci wykonanie przejętego zakresu prac swojemu wykonawcy w ramach tzw. zamówienia podobnego. PKP PLK pozostają odpowiedzialne za finansowanie tych robót.

Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi Port Polska i PKP Polskie Linie Kolejowe S.A. zawarły porozumienie przyspieszające budowę tuneli kolejowych w Łodzi

Porozumienie precyzuje podział odpowiedzialności między spółkami:

Spółka Centralny Port Komunikacyjny odpowiada za realizację przejętych robót konstrukcyjnych i nadzór inwestorski. PKP PLK zapewnia finansowanie prac, przekazanie dokumentacji projektowej oraz formalne przygotowanie inwestycji, a po zakończeniu robót przejmie gotowy obiekt.

Porozumienie jest kolejnym przykładem na dobrą współpracę między obiema spółkami, a przyjęte w nim rozwiązanie będzie wsparciem dla terminowego wykonana inwestycji i umożliwi kontynuowanie budowy obu tuneli w sposób skoordynowany. Jest to kluczowe dla zachowania spójności całego układu kolejowego w Łodzi oraz dla Kolei Dużych Prędkości.

Tunel dalekobieżny budowany w ramach inwestycji strategicznych Port Polska to kluczowy element magistrali kolejowej z Warszawy przez Łódź do Poznania i Wrocławia, która będzie przystosowana do prędkości 350 km/h. Podróż z Warszawy do Łodzi zajmie najszybszym pociągiem około 40 minut. Według aktualnych wyliczeń, najszybsze pociągi umożliwią pokonanie trasy z Warszawy do Wrocławia w 1 godz. 36 min, a podróż z Łodzi do Wrocławia powinna zając niecałą godzinę. W 2032 r. ma się zakończyć budowa trasy między Warszawą a Łodzią, a w 2035 r. powinny zostać oddane odcinki do Wrocławia i Poznania.

96 proc. firm z incydentem bezpieczeństwa. Rynek cyberochrony przechodzi w tryb proaktywny

Aż 96 proc. firm doświadczyło co najmniej jednego incydentu bezpieczeństwa w 2025 roku. To wzrost o 13 punktów procentowych w porównaniu do poprzedniego okresu[1]. Wykrycie udanych ataków nie zawsze jest proste – zlokalizowanie i opanowanie naruszenia bezpieczeństwa danych w różnych środowiskach IT zajmuje średnio 276 dni[2]. Rosnąca skala zagrożeń jest wyraźnym sygnałem dla organizacji: podstawowa ochrona przed atakiem to zdecydowanie mało. Nic więc dziwnego, że w tym roku aż 78 proc. firm planuje zwiększyć swoje nakłady finansowe na cyberbezpieczeństwo[3]. Wiele wskazuje na to, że inwestycje będą ukierunkowane przede wszystkim na kontrolę i zapobieganie ryzyku. Już teraz większość firm stawia na działania proaktywne – jedynie 21 proc. przeznacza swoje środki głównie na metody reaktywne, których celem jest naprawa błędów dopiero po wystąpieniu ataku lub awarii. Jak zadbać o skuteczną prewencję i ograniczyć ryzyko związane z rosnącym poziomem cyberzagrożeń?

Organizacje stawiają na proaktywność

Rosnąca skala cyberzagrożeń wpływa na podejście organizacji do strategii bezpieczeństwa IT. Najnowsze badania pokazują, że zgodnie z zasadą „lepiej zapobiegać niż leczyć” większość firm inwestuje swoje środki przede wszystkim w takie działania, jak obserwowalność IT, testy czy szkolenia. Aktualnie 56 proc. firm przeznacza większe środki na działania proaktywnie niż reaktywne[4]. Jak wyjaśnia Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska, inwestowanie w tego typu rozwiązania wskazuje na coraz większą świadomość firm w zakresie skutecznej ochrony ekosystemu IT przed zagrożeniami.

Wykorzystując metody proaktywne, organizacja nie ogranicza się do naprawy skutków awarii czy cyberataku, a podejmuje ruchy wyprzedzające, które pozwalają zapobiec tego typu zdarzeniom. Przykładem jest observability, czyli zdolność do określenia stanu wewnętrznego systemów na podstawie ich danych zewnętrznych. Mam na myśli wszystkie poziomy ekosystemów cyfrowych, w tym infrastrukturę sprzętowo-systemową, warstwę sieciową, aplikacje czy procesy biznesowe. Obserwacja IT wykracza poza standardowe monitorowanie problemów. Pozwala na identyfikację tendencji w działaniu systemów, co zwiększa świadomość operacyjną w zakresie tego, co może ulec kolejnym awariom i jak temu zapobiec. Przykładowo: anomalie w zakresie wartości metryk, czyli danych o kondycji i wydajności systemu, mogą być sygnałem zbliżającej się usterki. Dzięki tej informacji możliwe jest podjęcie działań prewencyjnych dodaje Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska.

Co skłania firmy do zwiększania środków na ograniczanie ryzyka?

Firmy stawiają na prewencję w zakresie cyberbezpieczeństwa z różnych przyczyn. U podstaw strategii ograniczania ryzyka stoją przede wszystkim cyberataki motywowane geopolitycznie, co potwierdza 64 proc. osób. Nie bez znaczenia jest również rosnący poziom dezinformacji (49 proc. odpowiedzi) czy konwergencja IT, czyli proces łączenia technologii w jeden spójny, zintegrowany ekosystem (42 proc.)[5]. Jak wyjaśnia Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska, ostatni z wymienionych czynników może być zaskakujący ze względu na fakt, że konwergencja jest jednym z głównych globalnych trendów.

Integracje systemów przynoszą wiele korzyści, z których główną jest automatyzacja przepływu danych pomiędzy aplikacjami a warstwą procesową. Dzięki temu firmy ograniczają ryzyko błędów manualnych, oszczędzają czas i pieniądze przeznaczane na żmudne zadania oraz mogą szybciej reagować na zmiany technologiczne i organizacyjne. Konwergencja IT wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, wynikającym z tworzenia wysoce współzależnych środowisk. Taka złożoność zwiększa powierzchnię ataku, czyli sumę luk w zabezpieczeniach i punktów wejścia, które mogą zostać wykorzystane przez cyberprzestępców. Ponadto w rozbudowanych ekosystemach zdecydowanie trudniej jest wykrywać, analizować i usuwać awarie, a także zapobiegać im w przyszłości. Z tego powodu w procesie integracji tak istotne jest bezpieczeństwo IT, ze szczególnym uwzględnieniem obserwowalności (observability) systemów, która pozwala na identyfikowanie nawet najtrudniejszych do wychwycenia nieprawidłowości mówi Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska.

Nie wszystko da się przewidzieć

Ochrona przed cyberzagrożeniami nie jest standardem wszystkich firm. Co piąta z nich (21 proc.) nadal inwestuje więcej pieniędzy w działania i technologie reaktywne, czyli podejmuje działania dopiero po wystąpieniu incydentu[6]. Mowa między innymi o monitoringu IT, dzięki któremu organizacja jest na bieżąco informowana przy pomocy określonych metryk o tym, czy system działa, czy też doszło do jakiegoś niepożądanego zdarzenia. Informacja taka pozwala podjąć określoną akcję naprawczą. Jak wyjaśnia Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska, reaktywne metody zapewnienia bezpieczeństwa IT są ważnym uzupełnieniem działań prewencyjnych.

Nie wszystkie problemy z ekosystemem IT da się przewidzieć. Przykładem są zagrożenia zero-day, czyli nieznane wcześniej luki w oprogramowaniu, które są wykorzystywane przez cyberprzestępców, zanim wykryje je zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo IT. Skala tego zjawiska jest dziś alarmująca: tylko w 2025 roku odnotowano 90 podatności zero-day wykorzystywanych w realnych cyberatakach, z czego niemal połowa uderzyła w systemy klasy enterprise[7]. Co więcej, każdego dnia powstają nowe typy ataków, a sztuczna inteligencja radykalnie przyspiesza ten proces, umożliwiając cyberprzestępcom automatyzację odkrywania podatności i błyskawiczne wdrażanie exploitów[8]. Właśnie dlatego samo monitorowanie IT, które informuje nas o tym, że coś się wydarzyło – nie wystarcza. Potrzebna jest też obserwowalność, pozwalająca zrozumieć, dlaczego do incydentu doszło i jak mu zapobiec w przyszłości. Umiejętność szybkiego reagowania na bieżące wyzwania oraz skutecznego wdrażania nowych procedur i polityk bezpieczeństwa IT w firmie po wystąpieniu incydentu są równie ważne, co podejście proaktywne. Oba te elementy strategii bezpieczeństwa wzajemnie się uzupełniają podsumowuje Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska.

Podstawową różnicą między metodami proaktywnymi i reaktywnymi jest czas, w którym są stosowane. Pierwsze pozwalają ograniczyć ryzyko awarii systemu i cyberataku w przyszłości, drugie z kolei służą do szybkiej lokalizacji i naprawy błędów, które powstały po zdarzeniu. Organizacje nie powinny wybierać jednej opcji. Wręcz przeciwnie – to właśnie ich połączenie jest rozwiązaniem, które zapewnia najlepszą ochronę w całym ekosystemie IT.

[1] KPMG, Cyberodporność w erze zmian. Barometr cyberbezpieczeństwa

[2] IBM, Cost of a Data Breach Report 2025

[3] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights,

[4] Jak wyżej.

[5] World Economic Forum, Global Cybersecurity Outlook 2026

[6] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights

[7] Cybersecurity Dive, Nearly half of exploited zero-day flaws target enterprise-grade technology, March 6, 2026

[8] Google, GTIG AI Threat Tracker: Adversaries Leverage AI for Vulnerability Exploitation, Augmented Operations, and Initial Access, May 11, 2026

GeoScan sprawdzi działkę lub mieszkanie w minutę. Nowe narzędzie analizuje ponad 100 wskaźników nieruchomości

Zakup działki, mieszkania lub domu to decyzja, na którą wpływa znacznie więcej kwestii niż cena. Potencjalni nabywcy muszą wziąć pod uwagę szereg czynników – od ryzyk fizycznych (powodzie, osuwiska, podtopienia), przez hałas i ograniczony dostęp do infrastruktury publicznej, po obiekty uciążliwe znajdujące się w okolicy. Narzędziem umożliwiającym realizację całego procesu w sposób automatyczny jest portal GeoScan, który w niecałą minutę przeprowadza kompleksowy audyt dowolnej nieruchomości czy działki. Projekt otrzymał dofinansowanie z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej, w ramach działania realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP).

Powódź, która w 2024 r. nawiedziła Polskę, zniszczyła lub uszkodziła ponad 11 tys. budynków. Jedna z największych katastrof naturalnych we współczesnej historii kraju pokazała, jak istotna jest dokładna analiza różnych aspektów działki budowlanej lub nieruchomości przed dokonaniem jej zakupu. Prawdopodobieństwo wystąpienia podtopień, osuwisk czy dostępność placówek edukacyjnych oraz komunikacji publicznej to tylko niektóre z elementów mających wpływ na jakość codziennego funkcjonowania w danej lokalizacji i bezpieczeństwo samej inwestycji. Do tego dochodzą takie kwestie jak historyczne ceny nieruchomości w okolicy, objęcie miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego czy analiza sąsiedztwa. Czynników, które kupujący powinni uwzględnić, jest wiele i są one bardzo zróżnicowane.

Zdobycie wszystkich niezbędnych informacji jest procesem bardzo czasochłonnym i kosztownym. Oprócz samych danych kluczowa jest także ich poprawna interpretacja. Z pomocą potencjalnym nabywcom przychodzi GeoScan – portal umożliwiający błyskawiczną analizę ponad 100 wskaźników opartych o dane przestrzenne, satelitarne oraz instrumenty prawne.

Nie tylko natura

Opracowane przez zespół GeoScan narzędzie bazuje na informacjach pochodzących z ponad 50 źródeł danych, zarówno publicznych, jak i komercyjnych. Przeprowadzenie analizy jest niezwykle proste – po wpisaniu adresu lub identyfikatora działki na stronie internetowej GeoScan automatycznie tworzony jest pełny raport, który kompleksowo prezentuje czynniki mające istotny wpływ na funkcjonowanie w danej lokalizacji. Są to informacje dotyczące m.in. uwarunkowań przestrzennych oraz ryzyk środowiskowych, takich jak ukształtowanie terenu, ryzyko powodziowe lub osuwiskowe czy stan wód gruntowych. Użytkownik platformy może także dowiedzieć się, czy w okolicy znajdują się konkretne usługi publiczne – szkoła, placówka medyczna lub punkt odbioru paczek.

Istotnym z punktu widzenia osoby planującej inwestycję elementem jest też ocena okolicy. Służy temu przeprowadzana w ramach GeoScan analiza Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego oraz weryfikacja istnienia tzw. obiektów uciążliwych – zakładów produkcyjnych, ferm zwierząt itp. Narzędzie umożliwia także porównanie parametrów analizowanych nieruchomości, usprawniając wybór tej, która najlepiej spełnia wymagania nabywcy.

– Wydarzenia sprzed dwóch lat pokazały, jak wiele nieruchomości powstaje w miejscach obarczonych dużym ryzykiem. Według danych z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego “Społeczno-gospodarcze skutki chaosu przestrzennego“ 7,9 mln Polaków mieszka na terenach zagrożonych powodzią lub podtopieniami. Jednocześnie weryfikacja każdego z czynników mających wpływ na inwestycję bywa procesem kosztownym, długotrwałym, a przez to dostępnym głównie dla większych inwestorów i deweloperów. Z tej właśnie idei – wyposażenia kupujących i mniejszych inwestorów w narzędzie, które umożliwi im przeprowadzenie kompleksowego audytu nieruchomości przed inwestycją w sposób intuicyjny, wiarygodny i szybki – powstał GeoScan – mówi Aleksander Łabuć, założyciel i CEO GeoScan.

Pomoc dla każdego

Dotychczas z usług GeoScan skorzystało ponad tysiąc użytkowników, a narzędzie przeprowadziło ponad 3 tys. analiz nieruchomości w różnych lokalizacjach na terenie całej Polski. Użytkownikami platformy są głównie osoby prywatne, chcące ocenić daną lokalizację przed podjęciem decyzji o np. zaciągnięciu kredytu na budowę domu lub wynajmie mieszkania. Jak wskazuje prezes spółki, GeoScan stanowi także wsparcie dla profesjonalistów działających na rynku nieruchomości, od pośredników i rzeczoznawców po inwestorów.

– GeoScan od początku stoi po stronie kupujących, obniżając asymetrię informacji na rynku nieruchomości między sprzedającymi a nabywcami. Klienci indywidualni, wybierający mieszkanie, dom lub działkę na własne potrzeby mieszkaniowe lub inwestycyjne, stanowią główną grupę docelową GeoScan. Z uwagi na fakt, że nasza technologia umożliwia błyskawiczną analizę uwarunkowań przestrzennych, formalnoprawnych, infrastrukturalnych i danych przestrzennych każdego typu nieruchomości, stanowi ona wartość także dla profesjonalistów rynku real estate, codziennie prowadzących liczne audyty nieruchomości w całym kraju – wskazuje Aleksander Łabuć.

Kosmiczne wsparcie

Zalążkiem projektu GeoScan było rozwiązanie, które założyciele firmy zaprezentowali podczas konkursu technologicznego branży kosmicznej w Europie – NASA Space Apps Challenge. Opracowany wówczas prototyp narzędzia do analizy dostępności usług i zagrożeń środowiskowych przyniósł zespołowi zwycięstwo i stał się ważnym impulsem do dalszego rozwoju projektu.

Firma jest także jednym z beneficjentów Platformy Startowej Wschodni Akcelerator Biznesu, w ramach której pozyskała wsparcie merytoryczne ze strony ekspertów oraz środki finansowe, które posłużyły do rozwoju wersji MVP produktu. Obecnie GeoScan jest wspierany także przez Europejską Agencję Kosmiczną.

– Zwycięstwo w hackathonie NASA dodało nam wiatru w żagle i było jednym z pierwszych potwierdzeń, że budujemy technologię rozwiązującą realny, palący problem rynkowy. Udostępnienie platformy użytkownikom to jednak dla nas dopiero początek drogi. Zbudowaliśmy solidny fundament technologiczny i analityczny, ale już teraz intensywnie pracujemy nad wdrożeniem kolejnych modułów dedykowanych także dla sektora B2B, rozbudową zakresu oferowanych usług oraz bazy użytkowników korzystających każdego dnia z analiz GeoScan – tłumaczy Aleksander Łabuć.

Polska administracja wciąż nie ufa biznesowi

Dyskusja nad podejściem polskiej administracji do sektora prywatnego toczy się od lat, a wnioski płynące z porównania naszej rzeczywistości z krajami „starej” Unii Europejskiej są wciąż gorzkie. W państwach o ugruntowanej gospodarce rynkowej relacje na linii urząd–biznes oparte są na znacznie głębszym partnerstwie. Tamtejsi urzędnicy doskonale rozumieją prostą zależność, prężnie działający biznes napędza rozwój kraju i generuje środki, którymi administracja może dysponować. W Polsce niestety wciąż dominuje atmosfera nieufności. Zamiast dialogu, często spotykamy się z podejrzliwością. Urzędnicy zastanawiają się, co przedsiębiorcy „znowu wykombinowali”, by wykorzystać państwo do własnych celów. Choć obserwujemy pewne zmiany mentalne idące w dobrym kierunku, przed nami wciąż długa droga.

– W naszym systemie zbyt łatwo rzuca się oskarżenia o sprzyjanie partykularnym interesom biznesowym. Gdy urzędnik wykazuje inicjatywę, natychmiast pojawiają się złośliwe pytania: „co z tego miał?” lub „o co tu chodzi?” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński, Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Rzadko zakłada się, że motywacją mogła być po prostu chęć rozwoju polskiej gospodarki i powiększenia wspólnego „tortu” do podziału. Problem ten jest szczególnie widoczny przy wielkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Wiele krajów na świecie świadomie wykorzystuje takie mechanizmy, by budować potęgę swoich firm. Państwowe kontrakty są tam trampoliną, która pozwala przedsiębiorstwom nabrać siły, by następnie mogły one prowadzić skuteczną ekspansję zagraniczną, a zyski z nowych rynków transferować z powrotem do kraju. W Polsce duże przedsięwzięcia, na przykład infrastrukturalne, często od początku ustawiane są na parametrach „na styk”. W przetargach i umowach brakuje przestrzeni na to, by wykonawcy mogli się realnie rozwinąć czy zbudować kapitał na przyszłość. Nierzadko warunki są tak twarde, że firmy balansują na granicy opłacalności, a czasem wręcz dokładają do interesu. Taka polityka, zamiast kreować narodowych czempionów, podcina skrzydła rodzimemu biznesowi, odbierając mu szansę na globalną konkurencyjność – zaznaczył Piotr Soroczyński.

20 tys. zł za drobny błąd w SENT. Branża transportowa domaga się zmian

Nie ma tygodnia, by Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych nie odbierało sygnałów o tym, że przedsiębiorcy karani są bardzo wysokimi mandatami w ramach konsekwencji nałożonych przez mechanizm SENT. Mowa o kwotach rzędu – 20 tysięcy złotych za każde niedopatrzenie. – Jeżeli przewoźnik drogowy świadomie łamie przepisy to należy mu się kara, a co jeżeli popełnił drobny błąd np. pisarski? Nie ma litości. Według Krajowej Administracji Skarbowej kara to jest kara. Zdarzają się sytuacje, że jeden przewoźnik dostaje nawet 60 tysięcy złotych kary za kilka „przewinień”, które nie mają charakteru intencjonalnego. Tak się nie da funkcjonować – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Jak mówi prezes Dariusz Matulewicz system SENT jest nieustannie modyfikowany, a system kontroli zagęszcza się i staje dla przedsiębiorców poważnym problemem.

– System kontroli ma za zadanie dbać o przepisy prawa. Tutaj mamy ewidentnie system, którego zadaniem jest generowanie przychodu dla Skarbu Państwa i uderzanie w przedsiębiorców. W takim kształcie te przepisy to jest bat na przedsiębiorców i nie ma naszej zgody na to, by tak to funkcjonowało – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

System SENT jest ciągle poszerzany i według nowelizacji z marca obejmuje już transport odzieży i obuwia. Teleinformatyczny system monitorowania przewozu towarów wrażliwych utworzony przez Krajową Administrację Skarbową miał dotyczyć wąskiego grona produktów, a stał się systemem regulacji, który jest prawdziwym postrachem przedsiębiorców. Nie tylko nieuczciwych, ale także tych, którzy np. popełnią drobne błędy w raportowaniu. W opinii przewoźników drogowych system jest nastawiony na karanie, a jednostki publiczne nie chcą rozmawiać z przedsiębiorcami.

– Jedno słowo źle i przynajmniej 20 tysięcy złotych kary. Takie przypadki to niemal codzienność i wiele firm transportowych przyznaje, że system SENT dawno minął się już z założeniami. Przewoźnicy postrzegają zarówno przepisy jak i sposób procedowania jako nadużycie i kolejny sposób na ich dręczenie w celu uzyskania jak największych wpływów z kar.  Pomimo możliwości interpretacji przewinienia na korzyść przewoźnika nic takiego się nie wydarza, a argumenty budowania zaufania u obywateli czy nie nieproporcjonalność kary do przewinienia powodują tylko oddalania wniosków od przedsiębiorców – mówi Dariusz Matulewicz.

Dla sektora TSL, ale także dla sektora np. odzieżowego czy e-commerce ostatnie zmiany w systemie SENT są mnożeniem biurokracji, są niezgodne z ideą deregulacji, uderzają w przedsiębiorców i powinny zostać natychmiast zweryfikowane przez Ministerstwo Finansów.

Interwencję w tej sprawie przygotowała Rzecznik MŚP. Jako Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych planujemy szerokie zaangażowanie w dyskusję na ten temat.

Zdolność kredytowa w dół, ceny mieszkań nadal barierą. Kupujący mają coraz mniejszy wybór

Maj przyniósł trzeci z rzędu spadek zdolności kredytowej – i to już we wszystkich modelowych gospodarstwach domowych. W efekcie w wielu miastach w ciągu jednego miesiąca tysiące mieszkań przestało być dostępnych na kieszeń kupujących. Tak wynika z analizy BIG DATA RynekPierwotny.pl i Rankomat.pl.

– To dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej nie podwyższyła stóp procentowych. W sytuacji, gdy rynek mieszkaniowy wyraźnie traci impet, taka decyzja mogłaby jeszcze bardziej osłabić popyt na mieszkania. Tym bardziej że już dziś – bez żadnych zmian stóp – widzimy spadek zdolności kredytowej i szybkie kurczenie się dostępności mieszkań – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Spadek zdolności kredytowej objął wszystkich

Z najnowszej analizy Rankomat.pl obejmującej oferty dziesięciu banków wynika, że w maju zdolność kredytowa spadła trzeci miesiąc z rzędu – i to we wszystkich typach gospodarstw domowych.

Przeciętnie zarabiający singiel (ok. 6 tys. zł netto) mógł liczyć na ok. 420 tys. zł kredytu o przejściowo stałym oprocentowaniu, czyli o ok. 3 proc. mniej niż w kwietniu. W przypadku dwuosobowego gospodarstwa domowego (8 tys. zł netto) spadek był podobny – do ok. 543 tys. zł (-3 proc.). Najmocniej ucierpiały jednak rodziny z dzieckiem (10 tys. zł netto), których zdolność kredytowa skurczyła się aż o ok. 5 proc. – do ok. 641 tys. zł.Rankomat-BG RP-maj 2026-zdolność kredytowa

Kredyt znika, mieszkania znikają szybciej

Spadek zdolności kredytowej natychmiast przełożył się na gwałtowne kurczenie oferty mieszkań dostępnych na kieszeń kupujących – szczególnie w segmencie najmniejszych i najtańszych lokali.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w maju liczba mieszkań dostępnych dla singli spadła we wszystkich analizowanych metropoliach – i to często dwucyfrowo. W Łodzi oferta skurczyła się z ok. 5,5 tys. do ok. 5,2 tys. mieszkań (-5 proc.), w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – z ok. 5,2 tys. do ok. 4,8 tys. (-8 proc.), a w Poznaniu – z ok. 1,9 tys. do ok. 1,7 tys. (-10 proc.). W Trójmieście liczba dostępnych lokali spadła z ok. 1,3 tys. do ok. 1,1 tys. (-13 proc.), we Wrocławiu – z ok. 1,3 tys. do ok. 1 tys. (-24 proc.), a w Warszawie – z ok. 0,9 tys. do ok. 0,7 tys. (-24 proc.). Najbardziej spektakularny spadek odnotowano w Krakowie – z ok. 0,4 tys. do ok. 0,3 tys. mieszkań, czyli aż o 26 proc. w ciągu jednego miesiąca.Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla singli

Nieco lepiej wygląda sytuacja bezdzietnych par, ale również w tym segmencie dominują spadki liczby dostępnych mieszkań. W Łodzi oferta praktycznie się nie zmieniła (ok. 8,1 tys. mieszkań), natomiast w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii spadła z ok. 8,1 tys. do ok. 7,7 tys. (-5 proc.). W Poznaniu zmniejszyła się z ok. 4,1 tys. do ok. 3,9 tys. (-4 proc.), we Wrocławiu – z ok. 4,3 tys. do ok. 3,7 tys. (-13 proc.), a w Warszawie – z ok. 3,8 tys. do ok. 3,4 tys. (-10 proc.). W Krakowie liczba mieszkań spadła z ok. 3,3 tys. do ok. 2,8 tys. (-16 proc.), a w Trójmieście – z ok. 2,9 tys. do ok. 2,7 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla par

Maj przyniósł także pogorszenie sytuacji rodzin z dzieckiem, które jeszcze miesiąc wcześniej jako jedyne zwiększały swoją zdolność kredytową. W miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii liczba mieszkań dostępnych dla tej grupy spadła z ok. 9,4 tys. do ok. 9,1 tys. (-3 proc.), podczas gdy w Łodzi utrzymała się na poziomie ok. 9,1 tys. W Warszawie oferta skurczyła się z ok. 7,2 tys. do ok. 6,5 tys. (-8 proc.), we Wrocławiu – z ok. 6,6 tys. do ok. 5,9 tys. (-11 proc.), a w Krakowie – z ok. 6,1 tys. do ok. 5,2 tys. (-14 proc.). W Poznaniu pozostała stabilna (ok. 5,6 tys.), natomiast w Trójmieście zmniejszyła się z ok. 4,3 tys. do ok. 4,0 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla rodzin

Widać to najlepiej w liczbach – w ciągu jednego miesiąca z rynku w największych metropoliach „zniknęły” tysiące mieszkań dostępnych dla przeciętnie zarabiających gospodarstw domowych. Nawet relatywnie niewielkie pogorszenie zdolności kredytowej wystarczyło, by dostępność oferty gwałtownie się skurczyła.

Niepewność rośnie – i studzi popyt

Na pogarszającą się dostępność mieszkań nakłada się rosnąca niepewność gospodarstw domowych. Choć stopa bezrobocia pozostaje relatywnie niska (6,1% w marcu), to wyraźnie rośnie obawa o przyszłość rynku pracy. Z badania koniunktury konsumenckiej wynika, że ponad 45 proc. Polek i Polaków spodziewa się wzrostu bezrobocia w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 16 proc. prognozuje jego wyraźne nasilenie – to najwyższy poziom pesymizmu od 2023 r.

– W praktyce oznacza to, że nawet osoby posiadające dziś zdolność kredytową mogą odkładać decyzję o zakupie mieszkania. Obawy o stabilność zatrudnienia bezpośrednio przekładają się bowiem na skłonność do zaciągania długoterminowych zobowiązań – komentuje Marek Wielgo.

Tąpnięcie popytu kredytowego już widać

Pierwsze sygnały ochłodzenia popytu widać już w danych z rynku kredytowego. W kwietniu liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy spadła z 63,3 tys. w marcu do 42,3 tys., czyli aż o jedną trzecią. Jednocześnie liczba faktycznie udzielonych kredytów nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła – z ok. 28,7 tys. do 29,1 tys.

Ten pozorny paradoks ma jednak proste wyjaśnienie. Kwiecień był jeszcze „rozliczeniem” silnego popytu z marca, w dużej mierze napędzanego refinansowaniami. Banki finalizowały wcześniej złożone wnioski, podczas gdy napływ nowych klientów wyraźnie osłabł.Rankomat-maj 2026-kredyty

– Prawdziwy obraz rynku zobaczymy dopiero w kolejnych miesiącach, gdy liczba udzielonych kredytów zacznie odzwierciedlać słabszy napływ nowych wniosków – mówi Marek Wielgo.

Co dalej ze sprzedażą mieszkań?

Ekspert portalu RynekPierwotny.pl zwraca uwagę, że dodatkowym źródłem niepewności pozostaje polityka pieniężna. Jeszcze niedawno rynek oczekiwał kolejnych cięć stóp procentowych, jednak sytuacja geopolityczna i ryzyka inflacyjne wyraźnie zmieniły te oczekiwania.

Majowy odczyt inflacji (3,1 proc. r/r) był wprawdzie niższy od prognoz, ale nie daje jednoznacznych przesłanek do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada stabilizację stóp procentowych, co oznacza brak szybkiej poprawy zdolności kredytowej.

– Dla rynku mieszkaniowego oznacza to przedłużenie stanu zawieszenia. Bez wyraźnej poprawy zdolności kredytowej trudno oczekiwać odbudowy dostępności mieszkań, a rosnąca niepewność może dodatkowo ograniczać popyt – podsumowuje Marek Wielgo.

Jego zdaniem wariant optymistyczny zakłada dziś utrzymanie sprzedaży mieszkań na poziomie zbliżonym do 2025 r. Mniej korzystne scenariusze przewidują jednak spadek sprzedaży rzędu kilku, a w skrajnym przypadku nawet kilkunastu procent.

Największy hotel w Polsce zmieni turystykę nad Bałtykiem? Branża patrzy na Pobierowo

Długi czerwcowy weekend według szacunków Północnej Izby Gospodarczej oraz oddziałów w Świnoujściu, Gryficach oraz Koszalinie, będzie cieszyć się dużym zainteresowaniem turystów. Obłożenie w niektórych hotelach sięga stu procent, ale eksperci przyznają, że wiele wyjazdów będzie trwać jeden lub dwa dni. – Czerwcówka jest ostatnim przystankiem przed wypoczynkiem wakacyjnym. Widzimy duże zainteresowanie wypoczynkiem nad Bałtykiem, choć niektórzy przyjeżdżają na chwilę, by nie narażać się na koszty i oszczędzać środki na wakacje – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Cała uwaga zwrócona na największy hotel w Polsce

Jak mówi Hanna Mojsiuk długi czerwcowy weekend jest ostatnim przystankiem przed wakacjami. Hotele są już gotowe na wysoki sezon, podobnie jak gastronomia czy sektor handlowy i rozrywkowy.

– W długi czerwcowy weekend wszystko tak naprawdę zależy od pogody. To jest preludium do sezonu wysokiego i spodziewam się nad morzem tysięcy turystów. Nie jest jednak tak, że wszyscy decydują się na dłuższe wyjazdy teraz, więcej jest turystów jednodniowych lub typowo city-breakowych. Nie należy się jednak na nich obrażać, bo takie krótkie wyjazdy też napędzają ruch w restauracjach, kawiarniach, barach czy w punktach handlowych – przyznaje Hanna Mojsiuk.

Wysokie zainteresowanie utrzyma się zapewne w Świnoujściu, Kołobrzegu i Międzyzdrojach. Oczy całej turystyki zachodniopomorskiej w tym sezonie zwrócone są jednak na Pobierowo.

– Cała turystyka patrzy z dużym zainteresowaniem na to, jaki wpływ na nasz region będzie mieć Hotel Gołębiewski. To jest gargantuiczny obiekt, przyciągający, wymagający pod każdym względem. Takie inwestycje cieszą, bo przyciągają turystów. Mamy jednak nadzieję, że będzie to faktor generujący nowych gości na Pomorzu Zachodnim, a niekoniecznie zabierający gości mniejszym obiektom. Z gospodarczego punktu widzenia patrzę na to miejsce z dużą nadzieją, ale wiem, że w turystyce dużo się mówi o „efekcie Gołębiewskiego”. I mówi się o tym zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Więc czerwiec będzie dla turystyki zachodniopomorskiej najciekawszym miesiącem od lat – mówi Hanna Mojsiuk.

Wysokie, choć nie rekordowe obłożenie

Długi weekend czerwcowy jest początkiem sezonu wysokiego. Bałtyk najwięcej turystów odwiedza w lipcu.

– Mamy wysokie obłożenie w długi weekend, ale widzimy, że goście rozbili  się na trzy długie weekendy, a niektórzy czekają już na wakacje. Mamy rezerwacje z Niemiec, z Czech, ale także ze Skandynawii. Oczywiście dominują Polacy i tak naprawdę zmiana proporcji będzie mieć miejsce dopiero w drugiej połowie sezonu. Klienci pytają o atrakcje kurortu, zauważamy, że to, co dzieje się w mieście i dookoła ma coraz większe znaczenie – przyznaje Grzegorz Dobosz, właściciel hotelu Hamilton.

– Świnoujście zachwyca. Mamy zieleń dookoła, wspaniały pas nadmorski, promy do Skandynawii, bliskość Szczecina, ale także bliskość stolicy Niemiec. Świnoujście ma potencjał zachwycający Europejczyków. Świnoujście rocznie odwiedza ponad 2,5 miliona turystów, co piastuje nadmorski kurort w czołówce miejsc wypoczynkowych nad polskim morzem. Parametry wzrostu turystycznego pozwalają na tezę, że niebawem Świnoujście może nawet wyprzedzić Sopot. Dla inwestorów to ważny wskaźnik pokazujący potencjał Pomorza Zachodniego – mówi Andrzej Spychalski, dyrektor obiektu Wave Świnoujście.

W 2025 roku z bazy noclegowej w kraju skorzystało 58,9 mln turystów, a cały sektor wygenerował 94 mld zł przychodów. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem dynamiki wzrostu liczby udzielonych noclegów. Pomorze Zachodnie jest jednym z silniejszych regionów turystycznych w Polsce.

Błąd w Meta AI umożliwiał przejmowanie kont na Instagramie

W ostatnich tygodniach media zawładnęła informacja o błędzie w Meta AI, który pozwolił atakującym przejmować konta na Instagramie i innych usługach Meta. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że to kolejny błąd „halucynującego” chatbota. W rzeczywistości problem był znacznie głębszy i dotyczył sposobu, w jaki AI została włączona w procesy odzyskiwania kont i autoryzacji – ostrzegają eksperci Check Point Research.

Meta przez dłuższy czas rozwijała systemy AI, które miały wspierać użytkowników w odzyskiwaniu kont, zgłaszaniu nadużyć czy resetowaniu haseł. W teorii miało to usprawnić proces i ograniczyć czas reakcji. Problem w tym, że AI nie była jedynie „asystentem”, a otrzymała realne uprawnienia operacyjne. Mogła inicjować działania, które normalnie wymagają silnej weryfikacji tożsamości, takie jak zmiana powiązanego adresu e-mail czy wysyłanie linków resetujących hasło.

To przesunęło chatbot z roli doradczej do wykonawczej, bez odpowiednio twardych mechanizmów kontroli – to był błąd, który ułatwił ataki cyberprzestępcze, uważają specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa z Check Point Research.

Jak doszło do przejęć kont?

Atakujący wykorzystali prostą, ale skuteczną ścieżkę: podawali nazwę użytkownika ofiary, używając VPN, aby dopasować lokalizację do „zaufanych” sygnałów systemu; manipulowali systemem analizy twarzy, by w końcu zmusić narzędzie do wykonania operacji zmiany danych odzyskiwania konta.

W efekcie AI inicjowała zmianę adresu e-mail i uruchamiała procedurę resetu hasła, umożliwiając przejęcie konta, w tym profili o dużej wartości rynkowej i rozpoznawalności.

Eksperci Check Pointa podkreślają, że sedno problemu nie leżało wyłącznie w podatności typu prompt injection. Kluczowy błąd architektoniczny polegał na tym, że AI miała dostęp do funkcji administracyjnych, brakowało twardych „checkpointów” uwierzytelniania, a decyzje systemu były oparte głównie na kontekście rozmowy, a nie niezależnej weryfikacji tożsamości. W praktyce oznaczało to, że jeśli użytkownik „brzmiał” przekonująco, system mógł wykonać krytyczne operacje.

Szerszy problem niż może się wydawać

Incydent wpisuje się w szerszy trend wdrażania tzw. agentów AI – systemów, które nie tylko odpowiadają na pytania, ale też wykonują różnego rodzaju akcje w imieniu użytkownika.

Kluczowym problemem niekoniecznie jest to, że AI zignorowała instrukcje lub została zmanipulowana przez sprytny komunikat. Wydaje się raczej, że AI była w stanie zainicjować lub ułatwić wrażliwe działania odzyskiwania kont bez wystarczającej, niezależnej weryfikacji. Innymi słowy, awaria bezpieczeństwa mogła dotyczyć samego procesu, a nie modelu – uważa Steve Giguere, główny rzecznik ds. bezpieczeństwa AI w Check Point.

To rodzi nowe ryzyka, bowiem może zostać zmanipulowana do wykonania nieautoryzowanych działań, a granica między pomocą a autoryzacją zaciera się. Jednocześnie klasyczne modele bezpieczeństwa (hasła, 2FA, sygnały urządzenia) mogą zostać ominięte, jeśli AI staje się „bramką” do systemu.

Sztuczna inteligencja nie musi być narażona na ataki, jeśli otrzyma uprawnienia wykraczające poza zabezpieczenia. W miarę jak organizacje wdrażają coraz więcej systemów agentowych, zespoły ds. bezpieczeństwa muszą oceniać nie tylko to, co sztuczna inteligencja potrafi powiedzieć, ale także to, co potrafi zrobić – dodaje ekspert Check Pointa.

Meta potwierdziła lukę i wdrożyła poprawki, zabezpieczając dotknięte konta. Incydent jednak wywołał szerszą debatę w branży o wykorzystanie AI w systemach bezpieczeństwa i projektowaniu „granic zaufania” dla agentów AI.

Działki rekreacyjne tanieją. Pandemiczny boom przechodzi do historii

Boom na działki rekreacyjne, który napędziła pandemia, wyraźnie wygasa. Po rekordowym popycie w latach 2020-2022, kiedy z oferty znikały działki zalegające w bazach od wielu miesięcy, rynek wszedł w fazę stabilizacji. Coraz większa liczba ofert i zmieniające się preferencje kupujących sprawiają, że nieruchomości letniskowe przestają być dobrem pierwszego wyboru.

Działki rekreacyjne, zarówno te zlokalizowane w ramach Rodzinnych Ogrodów Działkowych, ale także grunty stanowiące odrębną własność stały się przedmiotem szczególnego pożądania w czasie lockdownu, kiedy każdy marzył o kawałku własnej ziemi z niewielkim domem, skąd mógłby pracować zdalnie i przestać myśleć o licznych ograniczeniach. Trend szczególnego, choć dość nietypowego zainteresowania tym segmentem nieruchomości był widoczny w czasie największych ograniczeń jakie niosła ze sobą pandemia. Wiosna 2020 r. była czasem swoistego boomu na ten typ nieruchomości. Działki, które w zwyczajnych warunkach rynkowych nie cieszyły się popularnością wśród klientów, zaczęły znikać z baz pośredników, a kolejne wystawiane do sprzedaży nieruchomości miały już znacznie wyższą cenę. Rynek działek rekreacyjnych przeżywał swoje złote lata jak nigdy wcześniej. Po okresie wzmożonego zainteresowania nieruchomościami letniskowymi ostatnie dwa lata pokazują, że rynek ten uległ dość mocnemu wyhamowaniu.

Polacy odwrócili się od nieruchomości letniskowych?

Jak twierdzą eksperci Metrohouse po szczególnie dużej liczbie transakcji w latach 2020-2022 rynek uległ nasyceniu. Powrót do swobodnego podróżowania sprawił, że gospodarstwa domowe ponownie zaczęły inaczej rozkładać swoje wydatki. Środki, które w czasie pandemii były przeznaczane na zakup nieruchomości rekreacyjnych, dziś częściej trafiają na zagraniczne wyjazdy, konsumpcję lub poprawę standardu podstawowego miejsca zamieszkania. Działka rekreacyjna przestała być postrzegana jako konieczny element bezpieczeństwa i komfortu życia, a ponownie stała się dobrem uznaniowym.

Pomimo wzrostów cen paliw, bilety lotnicze pozostają relatywnie tanie, więc wiele turystycznych destynacji pozostaje dostępnych nawet dla portfela przeciętnie zarabiającego Polaka. – Obecnie na rynku, na którym działamy widać korekty w dół – nawet w okolicach 15 proc. r./r. Niższy poziom zainteresowania wynika z odmiennego pomysłu na spędzanie wolnego czasu przez młodsze pokolenia. Ludzie mają mniej czasu, jednocześnie więcej podróżują, a działka to nie tylko przyjemność, ale i obowiązki związane z utrzymaniem domu i obejścia w należytym stanie, mówi Paweł Sokulski, dyrektor oddziału Metrohouse w Serocku. O tym, że dość szybo znudziliśmy się działkami świadczy fakt, że na popularnych portalach ogłoszeniowych domy letniskowe wybudowane w ciągu ostatnich sześciu lat stanowią między 20 a 30 proc. wszystkich nieruchomości letniskowych na sprzedaż.

Gotówka zamiast kredytu

Barierą w dostępie do działek rekreacyjnych pozostaje ich cena oraz możliwości finansowania tego typu zakupów. Po istotnych wzrostach cen w czasie pandemii, nadal wystawiane do sprzedaży nieruchomości są dość kosztowną inwestycją. Większość z działek z domami letniskowymi potrzebuje nakładów inwestycyjnych – jeśli nie na sam dom, to na działkę (nasadzenia, mała architektura). Rosnące koszty materiałów budowlanych i robocizny sprawiają, że postawienie nowego domku letniskowego może być nawet dwukrotnie droższe niż w czasie przed pandemią. – Dodatkową barierą pozostaje ograniczona dostępność finansowania. W przeciwieństwie do mieszkań czy domów całorocznych, wiele nieruchomości rekreacyjnych nie spełnia wymogów umożliwiających sfinansowanie zakupu standardowym kredytem hipotecznym. W efekcie część kupujących musi korzystać z droższych kredytów gotówkowych lub pożyczek hipotecznych zabezpieczonych na innej nieruchomości. To powoduje, że rynek działek rekreacyjnych jest znacznie bardziej uzależniony od klientów dysponujących gotówką niż segment mieszkaniowy, mówi Piotr Rusin, analityk Credipass.

Jednocześnie klienci traktują priorytetowo zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych (zakup pierwszego mieszkania lub zamiana na większe), odsuwając dobra drugiego wyboru, jakimi są nieruchomości rekreacyjne, na dalszy plan. W warunkach rosnących kosztów życia kupujący coraz dokładniej analizują całkowity koszt posiadania nieruchomości rekreacyjnej. Oprócz ceny zakupu właściciel musi uwzględnić wydatki związane z utrzymaniem budynku i działki, opłatami za media, podatkami, dojazdami czy sezonowymi remontami. W praktyce oznacza to, że nawet nieruchomość użytkowana wyłącznie przez kilka tygodni w roku generuje koszty przez dwanaście miesięcy. Współcześni 30- i 40-latkowie (którzy w strukturze klientów stanowią najsilniejszą grupę zakupową), którzy lubią spędzać czas na łonie natury coraz częściej dochodzą do wniosku, że wolą wynająć domek w lesie czy nad jeziorem na dwa tygodnie w roku, niż absorbować swój wolny czas całoroczną opieką nad własnym gruntem. Takie osoby najczęściej już mają kredyt hipoteczny na nieruchomość, w której mieszkają na co dzień. Kolejny comiesięczny stały wydatek może nadmiernie obciążać budżet domowy.

Ile potrzeba na zakup działki z domem?

Jeżeli nie zależy nam na pełnej własności i chcemy posiadać działkę o powierzchni ok. 300-400 m kw. z niewielkim domem letniskowym dobrym wyborem jest dzierżawa jednej z działek umiejscowionych w ramach Rodzinnych Ogródków Działkowych. – Nad morzem dużą część rynku stanowią właśnie działki ROD, bo to dla wielu osób najprostsza i najtańsza forma rekreacji. Działek stricte rekreacyjnych jest mało, a rozstrzał cen jest duży. Najtańsze działki ROD to wydatek od kilkudziesięciu tysięcy złotych. Domek na działce rekreacyjnej w dobrej lokalizacji może kosztować nawet 500 tys. zł, mówi Michał Spieszyński, współwłaściciel biura Metrohouse w Kołobrzegu.

W skali całej Polski działki na ROD-ach są wystawiane na sprzedaż (w zależności od popularności lokalizacji) już od 30-50 tys. zł. Oferty sprzedaży dotyczą też działek o znacznie wyższych cenach, nawet powyżej 200 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że działka ROD nie może być wykorzystywana do zamieszkania. Jak określa Regulamin Rodzinnego Ogrodu Działkowego „przez zamieszkiwanie rozumie się przebywanie z zamiarem skupienia i realizacji swoich spraw życiowych”. Altana działkowa w ramach „nie jest obiektem mieszkalnym; przebywanie w niej nie może stanowić podstawy do urzędowego potwierdzenia czasowego lub stałego pobytu”. Zanim zainteresujemy się działkami na popularnych ROD-ach należy prześledzić zapisy Regulaminu, bo posiadanie własnego skrawka ziemi niesie za sobą konieczność licznych kompromisów, m.in. dostosowanie się do regulacji związanych z zagospodarowaniem takiej działki.

Dysponując budżetem między 100 a 200 tys. zł i w sytuacji, gdy nie boimy się remontów możemy nabyć działkę ze starym wiejskim domem. Takie nieruchomości siedliskowe mogą stać się podstawą do stworzenia własnej działalności opartej na agroturystyce. Niestety wspólną cechą takich ofert jest dość wątpliwy stan techniczny zabudowań i o ile dla nabywcy-wizjonera taka działka będzie świetnym początkiem nowej inwestycji, to dla mieszczucha, który chce traktować ją jako obiekt na weekendowe wypady za miasto, nakłady pracy które należałoby ponieść, aby przywrócić zabudowaniom odpowiedni standard powodują, że nie jest to produkt dla każdego.

Najlepszym rozwiązaniem jest zakup działki rekreacyjnej z domem wybudowanym w ostatnich kilku latach. Taki wybór zwykle gwarantuje, że otrzymamy dom, który nadaje się do zamieszkania bez większych inwestycji, wybudowany w oparciu o współczesne projekty, często z zagospodarowaną działką. W tym przypadku musimy posiadać jednak budżet przekraczający 300 tys. zł, co powoduje, że nie jest to opcja zarezerwowana dla szerszego grona fanów daczy pod miastem.

Analityk Credipass zwraca uwagę, że działki rekreacyjne konkurują dziś o budżety klientów przede wszystkim z rynkiem mieszkaniowym. W sytuacji wysokich cen nieruchomości i rosnących kosztów życia wiele gospodarstw domowych koncentruje się na zakupie pierwszego mieszkania, poprawie warunków mieszkaniowych lub wcześniejszej spłacie zobowiązań kredytowych. W takich warunkach nieruchomości letniskowe schodzą na dalszy plan jako zakup, który można odłożyć w czasie.

Po pandemicznym boomie rynek działek rekreacyjnych wraca do swojej tradycyjnej roli segmentu niszowego, obsługiwanego przede wszystkim przez klientów dysponujących gotówką. O zakupie coraz rzadziej decydują emocje, a coraz częściej rachunek ekonomiczny obejmujący cenę nieruchomości, koszty utrzymania oraz dostępność finansowania.

Paypercut pozyskuje 5 mln EUR w rundzie seed na budowę infrastruktury płatniczej nowej generacji w Polsce i w CEE

  • Paypercut działa w Polsce od ubiegłego roku, integrując lokalnych dostawców płatności odroczonych. W 2026 roku fintech wchodzi na polski rynek z impetem – do działających już BNPL i płatności kartą dołączą BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również stablecoinowe szyny rozliczeń transgranicznych.
  • Założony przez weteranów branży fintech Paypercut daje sprzedawcom e-commerce w całym regionie CEE dostęp do pełnej oferty płatniczej poprzez jedną integrację. Spółka ma ambicje zostania domyślną infrastrukturą finansową dla biznesów w tej części Europy, z roadmapą obejmującą zarządzanie płynnością, FX, wypłaty i wbudowane usługi finansowe.
  • Liderami jednej z największych rund pre-seed w regionie są globalne fundusze: Concentric, Passion, RTP Global i Araya Ventures. Runda zwiększa łączne finansowanie do 7 mln EUR, przyspieszając ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej.

Paypercut, europejska platforma infrastruktury płatniczej umożliwiająca sprzedawcom internetowym akceptowanie m.in. płatności „Kup teraz, zapłać później” (BNPL) w całej Europie Środkowo-Wschodniej poprzez jedną integrację, ogłosiła dziś zamknięcie rundy seed o wartości 5 mln EUR, współprowadzonej przez Concentric, Passion Capital i Araya Ventures. W rundzie wzięły również udział SMOK Ventures, Portfolio Ventures, BrightCap Ventures, Blackwood, Sabah.fund, MFG Invest, Main Set oraz przedsiębiorca branży płatniczej Matt Doka. Łączne finansowanie Paypercut wynosi tym samym 7 mln EUR. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na przyspieszenie ekspansji w regionie CEE, umocnienie pozycji firmy na dotychczasowych rynkach, dalszy rozwój produktu i infrastruktury, a także dokapitalizowanie spółki w związku z jej wnioskiem o licencję EMI złożonym do Centralnego Banku Irlandii.

Od agregatora BNPL do infrastruktury dla całego regionu

Paypercut nie zaczyna od zera. Od czasu rundy pre-seed o wartości 2 mln EUR w lipcu 2025 roku firma rozwinęła się z agregatora BNPL do pełnoprawnej platformy infrastruktury płatniczej, z ponad 200 aktywnymi sprzedawcami na ośmiu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Nowa runda to paliwo dla czegoś, co już działa – i tego, co dopiero nadejdzie.

CEE była zawsze traktowana przez branżę płatniczą po macoszemu – postrzegana jako zbyt rozdrobniona, z za wieloma walutami i za dużą komplikacją. Zbudowaliśmy Paypercut właśnie po to, żeby to zmienić. Ta runda daje nam zasoby, by działać szerzej i szybciej: więcej rynków, więcej metod płatności dla sprzedawców, a teraz również infrastruktura do przesyłania pieniędzy przez granice tak, jak zawsze powinno to działać – natychmiast i za ułamek dzisiejszego kosztumówi Stoil Vasilev, współzałożyciel i CEO Paypercut.

Koniec z fragmentacją: płatności w CEE przez jedną bramkę

Paypercut daje sprzedawcom internetowym w Europie Środkowo-Wschodniej dostęp do pełnej oferty płatniczej przez jedną integrację – bez osobnych umów na każdy rynek, bez rozproszonych dostawców i bez problemów związanych z lokalizacją. Karty, lokalne metody płatności, BNPL, linki płatnicze i kody QR, rozliczenia wielowalutowe – wszystko z jednego panelu. Wdrożenie, które zwykle zajmuje tygodnie papierkowej roboty, fintech skraca do kilku dni online – eliminując największą barierę dla sprzedawców wchodzących na kolejne rynki regionu CEE.

Wejście na polski rynek z paneuropejską infrastrukturą i ambicjami lidera

Paypercut jest obecny w Polsce od ubiegłego roku, a teraz przechodzi do ofensywy i szykuje się do pełnego wejścia komercyjnego. Polska to nie tylko kolejny punkt na mapie ekspansji – to jeden z priorytetowych rynków w regionie, z szybko rosnącą bazą sprzedawców i konsumentów coraz chętniej sięgających po nowoczesne metody płatności. Platforma już dziś łączy lokalnych dostawców BNPL działających w Polsce i szerzej w CEE, niedawno uruchomiła też płatności kartą. W najbliższych miesiącach uzupełni ofertę o BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również o transgraniczne szyny oparte na stablecoinach. To, co wyróżnia Paypercut na tle lokalnej konkurencji, to paneuropejski zasięg: sprzedawca integruje się raz i od razu uzyskuje dostęp do infrastruktury płatniczej działającej na pozostałych rynkach CEE – bez osobnych wdrożeń.

Polski rynek to dla Paypercut jeden z kluczowych kierunków ekspansji – i nie bez powodu. Polska jest europejskim liderem adopcji BNPL: według danych CRIF za 2025 rok, aż 18 proc. Polaków skorzystało z płatności odroczonych w ciągu ostatniego roku, a łączna wartość udzielonego finansowania sięgnęła 9,6 mld zł[1]. BLIK zakończył 2025 rok z blisko 3 mld transakcji o wartości 441,5 mld zł, obsługując 20,7 mln aktywnych użytkowników[2]. Cały rynek e-commerce osiągnął obroty ok. 92 mld zł, rosnąc niemal dwukrotnie szybciej niż handel tradycyjny[3]. Do tego sprzedaż transgraniczna polskich sklepów rośnie w tempie ponad 25 proc. rocznie[4] – a dla sprzedawców chcących korzystać z tej dynamiki infrastruktura płatnicza staje się nie kwestią wygody, lecz przewagi konkurencyjnej.

Polska jest dziś europejskim liderem płatności odroczonych i jednym z najbardziej dynamicznych rynków e-commerce w regionie. Polscy sprzedawcy zasługują na infrastrukturę, która nie tylko odpowiada na lokalne potrzeby – BLIK, przelewy natychmiastowe, BNPL – ale jednocześnie otwiera im drzwi do całego regionu CEE bez dodatkowego wysiłku. To właśnie oferuje Paypercut: jedno wdrożenie, jeden panel, paneuropejski zasięg. Rynek wyraźnie pokazuje, że czas na takie rozwiązanie nadszedł właśnie terazzaznacza Wojciech Oleksiejuk, Country Manager Poland w Paypercut.

Paypercut przyspiesza checkout i uruchamia transgraniczne płatności

Jeszcze w tym kwartale spółka uruchomi Express Checkout – przenosząc moment płatności na stronę produktu, zanim klient dotrze do koszyka. Płatności jednym kliknięciem przez Apple Pay i Google Pay z uwierzytelnianiem biometrycznym eliminują główną przyczynę porzuconych koszyków mobilnych, dane karty nigdy nie trafiają na serwery sprzedawcy, a cały proces zamyka się w dwóch dotknięciach ekranu. To jednak nie koniec planów produktowych. Płatności transgraniczne w CEE są do dziś powolne i drogie – firmy w regionie płacą szacunkowo ponad 4 mld euro rocznie za opłaty transakcyjne i przewalutowanie. Paypercut buduje własne stablecoinowe szyny rozliczeń, startując od korytarzy EUR-PLN i EUR-RON – umożliwiając sprzedawcom przesyłanie pieniędzy przez granice natychmiast i za ułamek obecnego kosztu.

– Naszych sprzedawców nie interesuje, jaką drogą podróżują ich pieniądze – interesuje ich to, żeby dotarły natychmiast, tanio i bezpiecznie. Stablecoiny to pierwsza technologia, która pozwala nam to zapewnić we wszystkich korytarzach CEE poza strefą euro. Dla internetowych sprzedawców w CEE to nie jest drobna poprawa. To fundamentalna zmianapodkreśla Martin Palazov, Head of Expansion w Paypercut.

[1] https://www.crif.pl/aktualnosci-i-wydarzenia/aktualnosci/prawie-co-piaty-polak-korzysta-z-uslugi-bnpl/

[2] https://www.blik.com/blisko-3-mld-transakcji-blikiem-w-2025-r-i-ponad-2-mln-nowych-uzytkownikow

[3]https://kig.pl/aktualnosc-ekonomicz/e-handel-coraz-mocniejszy-w-polsce-92-mld-zl-obrotu-w-2025-r-i-rekordowe-wyniki-e-grocery/

[4] https://ecdb.com/whitepaper/cross-border-ecommerce-2025

AI w pracy bez zasad i nadzoru. Badanie Sharp pokazuje skalę zjawiska Shadow AI

Nowe badania Sharp Europe sugerują, że dla wielu organizacji infrastruktura kulturowa wspierająca otwarte, odpowiedzialne korzystanie z AI nie nadąża za samą technologią. Spowalnia to odpowiedzialne wdrażanie sztucznej inteligencji w firmach. Badania Sharp, które objęły ankietą 2 500 przedstawicieli kadry zarządzającej w MŚP na 10 rynkach europejskich, pokazują, że tzw. Shadow AI, definiowane jako wykorzystanie AI poza zatwierdzonymi kanałami lub bez wiedzy współpracowników, nie ogranicza się już do eksperymentów młodszych pracowników z nowymi narzędziami. Stało się to wzorcem na każdym szczeblu organizacji, w tym na najwyższym.

Najważniejsze wnioski:

  • 44% przedstawicieli kadry zarządzającej wykorzystuje AI bez informowania o tym kolegów, aby zyskać bardziej kompetentny wizerunek wśród pracowników
  • 45% pracowników korzysta z narzędzi AI bez wiedzy kierownictwa
  • 37% liderów użyło AI przy jakiejś pracy, nie ujawniając tego zespołowi
  • 33% liderów obawia się, że zostaną uznani za leniwych lub oszukujących, jeśli będą mówili otwarcie o korzystaniu ze sztucznej inteligencji
  • 31% liderów już obawia się, że nieśledzone korzystanie z AI stanowi realne ryzyko biznesowe

Dlaczego to wciąż się dzieje

Badania wskazują na prosty powód: organizacje inwestowały w narzędzia AI, ale nie w warunkach, które sprawiają, że ich otwarte korzystanie daje poczucie bezpieczeństwa lub wsparcia. 35% liderów twierdzi, że brakuje im pewności technicznej, 35% nie ufa w pełni wynikom AI, a 33% obawia się, że widoczne wykorzystanie AI podważy ich autorytet.

„Liderzy milczą na temat AI nie dlatego, że robią coś niewłaściwego. Milczą dlatego, że wciąż brakuje odpowiednich ram działania, polityk i wspólnego zrozumienia tego, jak powinno wyglądać właściwe wykorzystanie sztucznej inteligencji. Nie są to obawy osób sprzeciwiających się AI lecz ludzi, którzy próbują odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości bez wystarczającego wsparcia.” – mówi Roland Singer, Vice President, Sharp DX Europe.

„To tak naprawdę nie kwestia indywidualnych zachowań. Chodzi o kulturę organizacyjną. Firmy szybko wdrożyły narzędzia, ale znacznie wolniej budują zaufanie i jasno określają zasady, które pozwalają z tych narzędzi skutecznie korzystać.”

Co będzie dalej

Zdaniem ekspertów z Sharp kolejny etap wdrażania AI nie będzie dotyczył dostępu do technologii. Kluczowe staną się zaufanie, odpowiedni nadzór oraz tworzenie miejsc pracy, w których korzystanie ze sztucznej inteligencji jest transparentne i powszechnie akceptowane, zamiast odbywać się po cichu, poza wspólnie ustalonymi zasadami.

31% liderów już zdaje sobie sprawę z ryzyka. Jednak największy problem tkwi w luce między świadomością a realnym działaniem – to właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca. „Liderzy są w najlepszej pozycji, by nadać temu kierunek – dodaje Singer. „Nie poprzez posiadanie wszystkich odpowiedzi, ale poprzez otwarte mówienie o tym, jak sami korzystają z AI. To zmienia kulturę szybciej niż jakiekolwiek regulacje.”

Badania

Ankieta zostały przeprowadzone przez Censuswide w dniach 17 czerwca 2025 – 25 czerwca 2025 i wzięło w nich udział 2 500 właścicieli firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników w Austrii, Belgii, Francji, Niemczech, Holandii, Polsce, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.

Rynek wtórny zaskakuje. Popyt słabnie, ale ceny mieszkań nadal rosną

Majowe dane z rynku wtórnego przynoszą historyczny przełom. Trójmiasto z przeciętną ceną 16 867 zł/mkw. wyprzedziło Kraków i stało się drugim najdroższym rynkiem mieszkaniowym w Polsce. A to nie jedyne zaskoczenie, bo choć zainteresowanie kupujących wyraźnie słabnie, ceny mieszkań używanych wciąż rosną. Wpływ na stawki ma też sama oferta. Lokal z drugiej ręki to dziś nie tylko wielka płyta czy stary blok. Blisko 15% ogłoszeń w serwisie Otodom dotyczy budownictwa po 2020 roku.

Najważniejsze informacje:

  • Spadek popytu o 5% m/m – w maju zainteresowanie lokalami z drugiej ręki (mierzone liczbą zapytań na platformie Otodom) zmalało, co jednak nie powstrzymało dalszych podwyżek.
  • +8,2% wzrostu cen r/r – Trójmiasto jest najszybciej drożejącym rynkiem w Polsce, co pozwoliło mu wyprzedzić cenowo Kraków.
  • -20% zapytań r/r w Białymstoku – popyt w miastach wschodniej i południowej Polski dosłownie tąpnął. Dwucyfrowe spadki w Białymstoku i Kielcach to korekta wykraczająca poza zwykłą sezonowość.

– Rynek wtórny wysyła sygnał, którego nie sposób zignorować. Mieszkania drożeją, choć chętnych ubywa. Ten mechanizm jest prosty. Kurcząca się podaż zdejmuje presję ze sprzedających, którzy po prostu nie muszą iść na ustępstwa i schodzić z cen – zauważa Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Ekspert Otodom przyznaje, że prawdziwym zaskoczeniem jest jednak to, co dzieje się w Trójmieście.

– Trójmiejski rynek wyprzedził cenowo Kraków i stał się absolutnym liderem pod względem dynamiki wzrostów (+1,9% miesiąc do miesiąca i aż +8,2% rok do roku). Wielomiesięczny trend powyżej średniej kontynuuje również Poznań (+5,1% w ujęciu rocznym). Warto jednak zauważyć, że tamtejsze stawki pozostają o ponad 4,4 tys. zł/mkw. niższe niż te w Trójmieście – dodaje Paweł Jarząbek.

TOP3 najdroższych rynków:

  1. Warszawa: 18 738 zł/mkw.
  2. Trójmiasto: 16 867 zł/mkw.
  3. Kraków: 16 785 zł/mkw.

Ile kosztuje mieszkanie z rynku wtórnego?

Spośród siedmiu największych miast Polski jedynie w Łodzi i Katowicach średnie stawki ofertowe z rynku wtórnego (na podstawie ogłoszeń z serwisu Otodom) utrzymują się poniżej granicy 10 tys. zł/mkw. Najdrożej niezmiennie jest w Warszawie – 18 738 zł/mkw. Coraz bliżej psychologicznej bariery 17 tys. zł/mkw. znajdują się z kolei Trójmiasto i Kraków. Natomiast środek stawki dopełniają Poznań i Wrocław – tam przeciętne ceny wynoszą odpowiednio 12 398 zł/mkw. i 13 575 zł/mkw.

Pod powierzchnią rosnących cen może kryć się jednak poważny problem, który dotknie obie strony transakcji. Jak zaznacza Paweł Jarząbek, najważniejszym trendem do obserwowania w kolejnych miesiącach będzie pogłębiający się rozdźwięk między kurczącym się popytem a rosnącymi cenami.

– Jeśli zainteresowanie kupujących nie wróci do marcowych poziomów, a ofert nadal będzie ubywać, rynek może wejść w fazę niskiej płynności. Scenariusz, w którym stawki rosną już tylko nominalnie, uderzy zarówno w kupujących, jak i sprzedających. Najbliższe miesiące, tradycyjnie słabsze sezonowo, będą ostatecznym testem prawdy. Czerwiec i lipiec pokażą, czy mamy do czynienia jedynie z przejściowym schłodzeniem, czy z trwalszą zmianą nastrojów – wyjaśnia menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Dlaczego używane mieszkanie kosztuje niemal tyle co nowe?

Rynek wtórny, choć z nazwy „używany”, w rzeczywistości ulega strukturalnej transformacji. Dziś to coraz rzadziej lokal w PRL-owskim bloku czy przedwojennej kamienicy. Niemal 15% ofert w serwisie Otodom stanowi nowoczesne budownictwo oddane do użytku po 2020 roku. Kupujący płacą więc za standard porównywalny z rynkiem deweloperskim, zyskując ogromny atut, czyli lokal gotowy do natychmiastowego zamieszkania. Zestawienie majowych stawek doskonale obrazuje ten trend. W Krakowie średnia cena ofertowa mieszkania deweloperskiego to 16 878 zł/mkw., podczas gdy na rynku wtórnym (według bazy ogłoszeń Otodom) przeciętna stawka wynosi aż 16 785 zł/mkw. Różnica jest wręcz symboliczna. Podobny pułap widać w Trójmieście, gdzie nowy lokal kosztuje średnio 17 635 zł/mkw., a używany wystawiony w serwisie Otodom – 16 867 zł/mkw.

Popyt słabnie, a mapa Polski pęka na pół

Majowe dane ostatecznie zweryfikowały wiosenny, marcowy zryw kupujących jako zjawisko chwilowe. Rynek wtórny szybko wrócił do poziomów z początku roku. Popyt skurczył się o 5% miesiąc do miesiąca. To oznacza, że w 13 monitorowanych przez Otodom miastach łączna aktywność poszukujących zamknęła się w liczbie 103 177 zapytań.

Rozkład sił na mapie Polski jest jednak skrajnie nierówny. Warszawa, Wrocław i Poznań to rynki z bardzo silnym popytem, zarówno w ujęciu bezwzględnym, jak i rocznym. Stolica dominuje też strukturalnie, skupiając ponad 37% wszystkich zapytań z 13 analizowanych miast, a wzrost o 8% rok do roku sugeruje realny, trwały popyt, a nie jedynie efekt bazy ogłoszeń.

– Do grona pozytywnych zaskoczeń należą rynki nadmorskie. Szczecin oraz pędzące cenowo Trójmiasto okazały się w maju jedynymi ośrodkami w Polsce, które zanotowały wzrost zainteresowania w ujęciu miesięcznym. Zupełnie inne nastroje panują na południu i wschodzie kraju, gdzie widać wyraźne załamanie. Miasta takie jak Białystok (-20% r/r) czy Kielce (-12% r/r) notują głębokie, dwucyfrowe spadki zainteresowania. Na tych rynkach korekta popytu ma już charakter strukturalny, zdecydowanie wykraczający poza zwykłą sezonowość – podsumowuje Paweł Jarząbek.

Miasta z najniższym popytem m/m:

  1. Białystok: 1 791 (-19,1% m/m).
  2. Kielce: 1 355 (-15,6% m/m)
  3. Bydgoszcz: 3 266 (-10,1% m/m)

Thorium Space i Creotech Instruments łączą siły w obszarze komunikacji satelitarnej

Thorium Space podpisało z Creotech Instruments S.A. umowę o współpracy technologicznej i biznesowej w obszarze nowoczesnych systemów komunikacji satelitarnej. Porozumienie obejmuje m.in. wspólny rozwój technologii i produktów oraz oferowanie kompleksowych systemów satelitarnych dla klientów komercyjnych, instytucjonalnych i sektora obronnego.

Partnerstwo umożliwia obu spółkom potencjalne wykorzystanie swoich produktów i technologii w wybranych obszarach współpracy. Thorium Space dostosuje swoje rozwiązania komunikacji satelitarnej i payloady telekomunikacyjne do integracji z platformą satelitarną HyperSat, przy wykorzystaniu kompetencji Creotech Instruments w zakresie integracji i realizacji misji kosmicznych. Współpraca uwzględnia także wymianę wiedzy i doświadczeń oraz możliwość wspólnego udziału w przyszłych inicjatywach technologicznych lub biznesowych.

Aktualnie trwają prace nad koncepcją wspólnej misji, która planowana jest do zgłoszenia w ramach programów Europejskiej Agencji Kosmicznej. W dalszej perspektywie partnerzy planują realizację operacyjnych misji satelitarnych wykorzystujących rozwijane technologie komunikacyjne w zastosowaniach komercyjnych i rządowych.

Jednym z potencjalnych obszarów współpracy są technologie związane z bezpieczeństwem i odpornością systemów komunikacji satelitarnej. Thorium koncentruje się na rozwiązaniach umożliwiających bezpieczne przekazywanie danych pomiędzy satelitami a użytkownikami końcowymi z wykorzystaniem dedykowanej infrastruktury satelitarnej. Z kolei Creotech Instruments S.A., największy polski integrator misji kosmicznych i producent platform satelitarnych, po uzyskaniu flight heritage oraz przy rosnącym zainteresowaniu swoimi rozwiązaniami, rozwija kolejne generacje platform satelitarnych z myślą o szerokim zakresie zastosowań, w tym również w segmencie SATCOM.

W Thorium Space rozwijamy technologie komunikacji satelitarnej odpowiadające na rosnące zapotrzebowanie rynku europejskiego w zakresie bezpiecznej i niezależnej łączności. Partnerstwo z Creotech Instruments pozwala połączyć rozwijane przez nas payloady telekomunikacyjne i technologie SATCOM z dojrzałą platformą satelitarną HyperSat oraz kompetencjami integracyjnymi partnera. To ważny krok w kierunku budowy kompleksowych systemów satelitarnych rozwijanych
w Polsce i oferowanych na rynkach międzynarodowych
– powiedział dr Piotr Mierzejewski, Prezes Thorium Space.

Porozumienie otwiera możliwość rozmów o stworzeniu kompleksowych rozwiązań obejmujących zarówno segment kosmiczny, jak i naziemny dla rynku secure SATCOM oraz technologii dual-use.

Creotech Instruments od dłuższego czasu z zainteresowaniem przygląda się rozwojowi spółki Thorium Space. Dziś robimy kolejny krok – podjęliśmy decyzję o zacieśnieniu współpracy. Obszar telekomunikacji to segment sektora kosmicznego, który w najbliższych latach przeżyje swój renesans w Europie. Dlatego nowe platformy satelitarne opracowywane przez naszą spółkę w pełni przystosowane są do zastosowań w tym segmencie. Bliska współpraca z Thorium Space przybliża nas do tego celu – skomentował dr hab. Grzegorz Brona, Prezes Creotech Instruments S.A.

Thorium Space zakłada, że porozumienie przyspieszy komercjalizację rozwijanych technologii SATCOM oraz wzmocni pozycję spółki w obszarze secure SATCOM, technologii dual-use i niezależnych systemów komunikacji satelitarnej.

AI zmienia globalny eksport. Europa może zostać w tyle

Sztuczna inteligencja wyszła już poza fazę eksperymentów wśród eksporterów i staje się częścią ich codziennej działalności. W globalnym badaniu Allianz Trade z 2026 r. mniej niż 1% eksporterów twierdzi, że w ogóle nie korzysta ze sztucznej inteligencji. W opinii Aylin Somersan Coqui, dyrektor generalnej Allianz Trade, pytanie nie brzmi już „kto ją wdroży?”, ale „kto potrafi przekształcić wdrożenie w przewagę?”.

Według badania Allianz Trade Global Survey z 2026 r. nowi liderzy w dziedzinie sztucznej inteligencji wcale nie znajdują się tam, gdzie można by się tego spodziewać. Badanie, w którym wzięło udział 6000 firm z 13 rynków[1] , zostało przeprowadzone w dwóch etapach w lutym i końcu marca 2026 r. i ujawnia uderzający paradoks. Prawie połowa firm (43%) wdrożyła już sztuczną inteligencję na dużą skalę w wielu obszarach swojej działalności, ale tylko jedna trzecia (32%) z nich twierdzi, że jest ona w pełni zintegrowana z ich podstawową strategią. Ta rozbieżność ma znaczenie.

Wykorzystanie sztucznej inteligencji do automatyzacji zadań to co prawda postęp, ale wykorzystanie jej do przekształcania decyzji, produktów i dróg dotarcia do rynku to źródło przewagi konkurencyjnejwyjaśnia Aylin Somersan Coqui, dyrektor generalna Allianz Trade.

Eksporterzy z rynków wschodzących przejmują inicjatywę w zakresie strategicznej integracji AI w firmach. Chiny (41%), Zjednoczone Emiraty Arabskie (40%) i Brazylia (36%) przodują w umieszczaniu sztucznej inteligencji w centrum strategii. Tymczasem niektóre gospodarki rozwinięte pozostają bardziej ostrożne: tylko 22% firm w Wielkiej Brytanii i 21% w Singapurze określa AI jako kluczową. Wdrożenia operacyjne są również szeroko rozpowszechnione: Wietnam przoduje na świecie pod względem wdrożeń na dużą skalę (53%), a Singapur również zajmuje wysoką pozycję (51%). Nowa geografia AI staje się więc coraz mniej przewidywalna.

Rosnąca przepaść w oczekiwaniach

Prawdziwą przepaścią nie jest jednak wdrażanie. Jest nią wiara. Eksporterzy z rynków wschodzących są znacznie bardziej optymistyczni co do krótkoterminowych korzyści, a ta pewność wydaje się napędzać inwestycje. W Indiach 61% firm przewiduje, że sztuczna inteligencja zwiększy obroty eksportowe o 10% lub więcej w ciągu 12 miesięcy.

Oczekiwania te są znacznie wyższe niż w niektórych częściach Europy, gdzie tylko 18–24% spośród firm przewiduje porównywalny wpływ integracji narzędzi AI na ich wzrost. Różnica ta sugeruje, że eksporterzy z rynków wschodzących postrzegają sztuczną inteligencję nie jako stopniowy wzrost wydajności, ale jako szansę na wyprzedzenie konkurencji.

Inwestycje rosną, ale bariery strukturalne ograniczają ekspansję

Wzory wydatków odzwierciedlają ten optymizm. W Indiach 65% eksporterów przeznacza ponad 20% swoich budżetów IT na sztuczną inteligencję, a Brazylia (51%) i Zjednoczone Emiraty Arabskie (41%) również wykazują duże zaangażowanie. Europa natomiast pozostaje bardziej powściągliwa: Hiszpania (25%), Wielka Brytania (26%) i Włochy (28%) plasują się na dolnym końcu skali intensywności inwestycji.

Na wszystkich rynkach największą przeszkodą dla inwestycji w sztuczną inteligencję nie jest ani entuzjazm, ani koszty początkowe, ale brak dowodów na zwrot z inwestycji. Niepewność co do zwrotu z inwestycji deklaruje 35% firm w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, 31% w Singapurze i Niemczech oraz 30% w Stanach Zjednoczonych, co wskazuje, że wdrożenie wyprzedziło wymierne zyski. W innych regionach czynnikiem ograniczającym jest dostępność talentów. Na niedobór umiejętności wskazuje 31% firm w Chinach i Indiach, 30% w Wietnamie oraz 28% we Francji, co podkreśla globalną walkę o talenty w dziedzinie sztucznej inteligencji.

Przed nami gospodarka AI o dwóch prędkościach

Dane z badania Allianz Trade Global Survey z 2026 r. sugerują powstanie globalnego krajobrazu o dwóch prędkościach. Eksporterzy w Indiach, Brazylii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich wdrażają sztuczną inteligencję, angażują kapitał, włączają ją w strategię swoich firm i oczekują szybkich, namacalnych zwrotów. Tymczasem większość firm w Europie i Ameryce Północnej, choć równie zaangażowanych we wdrażanie, postępuje z większą ostrożnością, napotykając ograniczenia bardziej wymagających progów zwrotu z inwestycji i wyrażając w związku z tym bardziej stopniowe oczekiwania z nią związane.

Ta rozbieżność może również wynikać z różnych punktów wyjścia. Mniejsza presja konkurencyjna, wyższy poziom wydajności oraz niska tolerancja na ryzyko (nietrafionej inwestycji) mogą sprzyjać mniej ambitnemu wdrażaniu sztucznej inteligencji w niektórych gospodarkach rozwiniętych. Dla inwestorów i decydentów konsekwencje są oczywiste. Rynki, na których znaczne inwestycje idą w parze z wysokimi oczekiwaniami, mogą przynieść znaczny wzrost wyników, ale mogą też spotkać się z dużym rozczarowaniem, jeśli zyski nie spełnią oczekiwań. Najbliższe 12 miesięcy powinno pokazać, czy entuzjazm przełoży się na wymierny wzrost eksportu, marż i wydajności tych firm.

[1] Brazylia, Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Włochy, Polska, Singapur, Hiszpania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone i Wietnam

Ropa znów drożeje. Bliski Wschód pozostaje jednym z głównych ryzyk dla globalnej gospodarki

Mimo zapewnień prezydenta Donalda Trumpa z ubiegłego tygodnia porozumienie z Iranem nie zostało jeszcze zawarte, a uczestnicy rynku obserwują jedynie kruche zawieszenie broni. Jego trwałość pozostaje niepewna, ponieważ w ostatnich dniach pojawiały się doniesienia o kolejnych wymianach ataków między USA a Iranem, co zwiększa ryzyko ponownej eskalacji konfliktu. Sytuacja na Bliskim Wschodzie po raz kolejny pokazuje, jak silnie rynek ropy jest związany z kondycją światowej gospodarki. Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) wskazuje, że konflikt w regionie stał się jednym z kluczowych zagrożeń dla globalnego wzrostu, ponieważ ogranicza podaż surowców energetycznych, podnosi koszty transportu i zwiększa niepewność na rynkach finansowych. Szczególne znaczenie ma Cieśnina Ormuz, przez którą w 2025 roku przechodziło około 20% światowej produkcji ropy i produktów ropopochodnych oraz 25% morskiego handlu ropą. Zakłócenia żeglugi w tym rejonie doprowadziły już do wzrostu cen energii, a dłuższy kryzys mógłby mieć znacznie poważniejsze konsekwencje dla gospodarek importujących surowce energetyczne.

OECD ostrzega, że w scenariuszu przedłużających się zakłóceń inflacja na świecie mogłaby być wyższa o około 0,4 pkt proc. w 2026 roku i o 1,3 pkt proc. w 2027 roku. Oznaczałoby to, że ropa stałaby się nie tylko problemem rynku energii, ale także czynnikiem utrudniającym stabilizację cen w całej gospodarce. Największe zagrożenie polega na jednoczesnym osłabieniu wzrostu gospodarczego i nasileniu presji inflacyjnej. Taka kombinacja jest szczególnie trudna dla rządów i banków centralnych, ponieważ tradycyjne narzędzia polityki gospodarczej działają wtedy w sprzecznych kierunkach. Podwyżki stóp procentowych mogą pomagać w ograniczaniu inflacji, ale jednocześnie pogłębiają spowolnienie gospodarcze. Z kolei wsparcie fiskalne dla gospodarstw domowych i firm może łagodzić skutki droższej energii, lecz przy ograniczonej podaży ropy może dodatkowo zwiększać popyt i wzmocnić presję cenową. Problem jest tym większy, że wiele państw ma już wysoki poziom długu publicznego, co ogranicza ich możliwości reagowania na kryzys. W tym kontekście OECD zakłada w innym raporcie, że Bank Anglii nie podniesie stóp procentowych w tym roku, mimo że średnioroczna inflacja w Wielkiej Brytanii ma wynieść 3,7%, czyli o 170 pb powyżej celu inflacyjnego BoE.

W pesymistycznym scenariuszu opisanym przez OECD globalny wzrost mógłby spaść do 2,1% w 2026 roku i 1,8% w 2027 roku, czyli do poziomów rzadko obserwowanych poza tak dużymi kryzysami jak globalny kryzys finansowy z lat 2008–2009 czy pandemia COVID-19. Część gospodarek mogłaby wejść w recesję lub znaleźć się na jej granicy, a pogorszenie nastrojów inwestycyjnych mogłoby osłabić również sektory uznawane obecnie za źródło odporności gospodarki, w tym inwestycje związane ze sztuczną inteligencją. Wyższe ceny ropy, słabszy popyt i większa zmienność na rynkach finansowych tworzyłyby środowisko, w którym przedsiębiorstwa ostrożniej podejmowałyby decyzje dotyczące rozwoju, zatrudnienia i finansowania nowych projektów.

Jeśli kryzys będzie się przedłużał, ropa może stać się czynnikiem pogłębiającym globalne spowolnienie i zmuszającym banki centralne oraz rządy do podejmowania kosztownych, trudnych decyzji. W tym sensie sytuacja na Bliskim Wschodzie jest jednym z głównych ryzyk dla stabilności gospodarki światowej w najbliższych latach. Ropa Brent odrobiła ponad 9-procentowe spadki z ubiegłego tygodnia, a sierpniowe kontrakty terminowe na tę odmianę surowca na giełdzie ICE Futures Europe są wyceniane na 97,93 USD za baryłkę.