Dlaczego CEO potrzebuje realnego wglądu w projekty? Nowe standardy nadzoru w 2026 roku

Zmienność rynku wymusza na kadrze zarządzającej szybkie podejmowanie trafnych decyzji w oparciu o rzetelne dane z systemów. Tradycyjne metody raportowania często zawodzą, ponieważ nie dostarczają aktualnych informacji o stanie realizacji poszczególnych zadań w firmie. Dyrektorzy generalni oczekują teraz pełnej przejrzystości działań operacyjnych, aby skutecznie sterować rozwojem organizacji w obliczu rosnącej konkurencji. Transparentność procesów staje się niezbędnym elementem sprawnego zarządzania każdym nowoczesnym przedsiębiorstwem o rozproszonej strukturze.

Jakie korzyści przynosi prezesowi stały dostęp do danych projektowych?

Bieżący podgląd postępów pozwala na błyskawiczne reagowanie na wszelkie odchylenia od założonego harmonogramu prac. Dzięki temu zarząd może unikać niepotrzebnych kosztów wynikających z opóźnień w realizacji ważnych inicjatyw biznesowych. Odpowiednio wdrożony system PPM dostarcza zestawienia, które ułatwiają ocenę rentowności prowadzonych działań. Takie narzędzie gromadzi wszystkie istotne parametry w jednym miejscu, co znacząco przyspiesza procesy analityczne w biurze.

flexi project

Przejrzysta struktura raportowania pomaga liderom w lepszym zrozumieniu sposobu wydatkowania dostępnego budżetu firmowego. Optymalizacja procesów decyzyjnych następuje poprzez eliminację domysłów na rzecz twardych faktów płynących prosto z systemu. Kadra zarządzająca może dzięki temu precyzyjnie alokować środki finansowe w najbardziej perspektywiczne obszary działalności. Warto zwrócić uwagę na następujące aspekty sprawowania nadzoru nad portfelem zadań:

  • monitorowanie realnego stopnia realizacji wyznaczonych celów strategicznych;
  • identyfikacja wąskich gardeł blokujących postęp w ważnych obszarach;
  • analiza wydajności poszczególnych zespołów zaangażowanych w procesy;
  • weryfikacja zgodności działań z przyjętym planem operacyjnym.

W jaki sposób nowoczesne narzędzia wspierają nadzór nad zasobami?

Skuteczne planowanie obłożenia pracowników wymaga precyzyjnych informacji o ich dostępności oraz aktualnych kompetencjach. Nowoczesne aplikacje pozwalają na automatyczne generowanie wykresów pokazujących poziom wykorzystania potencjału ludzkiego w organizacji. Praktyczne wskazówki dotyczące tego obszaru znajdziesz na flexi-project.com w formie poradnika. Dostęp do takich danych pozwala unikać konfliktów o zasoby pomiędzy różnymi działami wewnątrz firmy.

funkcjonalnosci

Unikanie przeciążenia personelu chroni firmę przed spadkiem jakości dostarczanych rozwiązań oraz przedwczesnym wypaleniem zawodowym specjalistów. Lepsze rozdzielanie obowiązków przekłada się bezpośrednio na terminowość kończenia etapów w każdym realizowanym przedsięwzięciu. Systemy IT umożliwiają sprawne przesuwanie osób między zadaniami w zależności od priorytetów ustalonych przez kierownictwo. Dzięki temu każdy pracownik dokładnie wie, jakie cele musi zrealizować w nadchodzącym tygodniu pracy.

Czego dyrektorzy będą oczekiwać od raportów w roku 2026?

Przyszłość zarządzania należy do zintegrowanych platform, które łączą dane finansowe z informacjami o postępie prac technicznych. Zarządy będą wymagały prezentacji wyników w formie interaktywnych pulpitów sterowniczych dostępnych na urządzeniach mobilnych. Taki sposób prezentacji danych oszczędza cenny czas i pozwala skupić się na najważniejszych kierunkach wzrostu. Każdy raport powinien być intuicyjny, aby prezes mógł od razu dostrzec najważniejsze trendy rynkowe.

Skuteczne raportowanie zarządcze – jak przekształcić dane w szybkie decyzje

Automatyzacja powtarzalnych raportów zdejmuje z managerów ciężar ręcznego przygotowywania zestawień dla wyższego szczebla zarządzania. Dzięki sztucznej inteligencji systemy będą mogły samodzielnie wskazywać potencjalne zagrożenia zanim wpłyną one na końcowy wynik. Nowoczesna firma musi stawiać na technologie, które budują zaufanie między pracownikami a kadrą dyrektorską. Precyzyjne prognozowanie przyszłych zdarzeń stanie się standardem w codziennej pracy każdego odpowiedzialnego managera.

Wiosenne porządki w siedzibie firmowej – porady

Wiosna to idealny moment na odświeżenie przestrzeni, w której zespół spędza większość dnia roboczego. Czyste i uporządkowane biuro bezpośrednio przekłada się na lepsze samopoczucie pracowników oraz efektywność pracy. Warto zaplanować te działania systemowo, aby wiosenne porządki w firmie nie zakłóciły bieżących procesów biznesowych.

Optymalizacja stanowisk pracy i segregacja dokumentów

Pierwszym krokiem do odzyskania kontroli nad przestrzenią jest dokładny przegląd biurek oraz szaf z dokumentacją. Wyeliminowanie zbędnych papierów i nieużywanych akcesoriów biurowych pozwala na szybsze odnajdywanie potrzebnych informacji w codziennej pracy. Warto przy tym pamiętać o procedurach związanych z RODO i bezpiecznym niszczeniu danych wrażliwych.

Czysty blat to nie tylko estetyka, ale przede wszystkim mniejsza liczba rozpraszaczy dla umysłu. Wprowadzenie systemu „clean desk policy” pomaga utrzymać ten stan na dłużej. Wiosna sprzyja również weryfikacji stanów magazynowych materiałów eksploatacyjnych, co zapobiega przestojom w działaniu urządzeń biurowych.

Profesjonalne czyszczenie powierzchni i tekstyliów

Standardowe sprzątanie często omija miejsca, które wymagają sezonowej interwencji, takie jak tapicerki meblowe czy wykładziny. Dogłębne pranie foteli biurowych oraz czyszczenie dywanów usuwa nagromadzony kurz i alergeny, co znacząco poprawia jakość powietrza w pomieszczeniach. Jest to kluczowe dla zachowania zdrowego środowiska pracy, szczególnie w okresie pylenia roślin.

Podczas planowania prac warto zwrócić uwagę na następujące elementy:

  • umycie okien oraz czyszczenie żaluzji i rolet zewnętrznych,
  • dezynfekcja sprzętów elektronicznych, w tym klawiatur i telefonów,
  • odświeżenie kratek wentylacyjnych oraz wymiana filtrów w klimatyzacji,
  • gruntowne mycie lodówek i szafek w części socjalnej.

Czyste przeszklenia wpuszczają do wnętrza więcej naturalnego światła, co poprawia nastrój zespołu. Regularny serwis klimatyzacji przed sezonem letnim gwarantuje natomiast, że systemy chłodzenia będą działać bezawaryjnie podczas pierwszych upałów.

Reorganizacja części wspólnych i archiwum

Strefy relaksu i kuchnie firmowe to miejsca, gdzie nieporządek narasta najszybciej. Wiosenne porządki w firmie powinny obejmować przegląd terminów przydatności produktów spożywczych oraz reorganizację wspólnej przestrzeni przechowywania. Jasne zasady korzystania z kuchni ułatwiają utrzymanie czystości na co dzień.

W archiwum firmowym warto natomiast sprawdzić, które dokumenty mogą zostać zutylizowane zgodnie z okresami przechowywania. Przeniesienie starszych roczników dokumentacji do zewnętrznego archiwum lub ich cyfryzacja zwalnia cenne miejsce w siedzibie firmy. Dobrze zorganizowana przestrzeń magazynowa pozwala na lepsze zarządzanie zasobami i szybszy dostęp do archiwalnych danych.

Gdzie kupić chemię do sprzątania siedziby firmy?

Zaplanowanie wiosennych porządków w firmie to dopiero połowa sukcesu. Równie ważne jest dobranie profesjonalnych detergentów, które znacznie ułatwią usuwanie brudu. Sprawdź zatem ofertę Czystego Sklepu i wybierz najwyższej jakości chemię do sprzątania!

Rekord na rynku biurowym w Krakowie. Popyt najwyższy w historii, nowa podaż minimalna

0

Jak wynika z najnowszego raportu największej polskiej firmy doradczej na rynku nieruchomości komercyjnych AXI IMMO pt. „Rynek biurowy w Krakowie 2025”, krakowski rynek biurowy zakończył rok 2025 z wysokim poziomem popytu oraz wyraźną polaryzacją pomiędzy centralnymi a niecentralnymi lokalizacjami. Eksperci AXI IMMO wskazują, że aktywność najemców osiągnęła 270 000 mkw., co jest najwyższym wynikiem w historii rynku, podczas gdy nowa podaż wyniosła zaledwie 10 000 mkw.

Popyt: wysoki wynik w ujęciu brutto i przewaga renegocjacji

W 2025 roku popyt brutto na krakowskim rynku biurowym osiągnął poziom 270 000 mkw. (+1% r/r), co stanowi najlepszy wynik w historii miasta. Popyt netto wyniósł 100 000 mkw. (-13% r/r). W strukturze transakcji dominowały renegocjacje i przedłużenia, które odpowiadały za 63% całkowitej aktywności najemców. Najbardziej aktywne sektory to: IT (26%), produkcja (17%), usługi dla biznesu (15%) oraz energetyka (14%).

Do największych transakcji roku należały m.in.: Shell – 22 900 mkw. (DOT Office, przedłużenie), Motorola Solutions – 17 100 mkw. (Green Office, przedłużenie), Aptiv – 14 300 mkw. (Enterprise Park A, przedłużenie), Cognizant – 4900 mkw. (Quattro Business Park FIVE, nowa umowa), OPmobility Lighting – 4300 mkw. (Wita B, nowa umowa).

Podaż: ograniczona nowa powierzchnia i umiarkowana aktywność deweloperów

Karolina Słysz, Head of Regional Markets, Dział Powierzchni Biurowych, AXI IMMO, komentuje: „Kraków funkcjonuje dziś jako rynek dwóch prędkości. W centrum obserwujemy bardzo niską dostępność powierzchni, co napędza presję na czynsze i zwiększa konkurencję o najlepsze lokalizacje. Tymczasem poza centrum poziom pustostanów pozostaje wysoki, co wymusza na właścicielach większą elastyczność i otwartość na nowe formaty, np. biura elastyczne”.

Na koniec 2025 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej w Krakowie wyniosły 1,84 mln mkw. (+1% r/r). W ciągu roku na rynek trafiło jedynie 10 000 mkw. nowej powierzchni, czyli o połowę mniej niż w 2024 r. Na koniec 2025 r. w budowie znajdowało się 60 000 mkw. (+9% r/r).

W 2025 roku ukończono dwa projekty: Stella Office oraz budynek biurowy w odrestaurowanej kamienicy przy ul. Długiej. Największym realizowanym obecnie projektem pozostaje Tischnera Green Park 1 o powierzchni 24 000 mkw.

Pustostany: kluczowa dysproporcja między Centrum a strefami niecentralnymi

Średni wskaźnik pustostanów w Krakowie wyniósł 18,4%, jednak sytuacja różni się znacząco w zależności od lokalizacji. W strefie Centrum pustostany spadły do 6,4% (-4,0 p.p. r/r), natomiast poza centrum wzrosły do 22% (+0,4 p.p. r/r). Ta ponad 15-punktowa różnica jest jednym z najważniejszych sygnałów dla rynku i będzie kluczowym czynnikiem wpływającym na strategie najemców i właścicieli w 2026 roku.

Emilia Trofimiuk, Research Manager, AXI IMMO, wyjaśnia: „Różnica ponad 15 punktów procentowych między Centrum a strefami niecentralnymi to cecha, która będzie kształtowała rynek w 2026 roku. Najemcy coraz częściej wybierają lokalizacje centralne ze względu na prestiż, dostępność komunikacyjną i łatwość pozyskiwania talentów. Właściciele obiektów poza centrum muszą na to reagować większą elastycznością, podziałem powierzchni na mniejsze moduły czy dodatkowymi zachętami”.

Czynsze: stabilne, z presją wzrostową w najlepszych lokalizacjach

Jak wynika z danych AXI IMMO, na koniec 2025 roku czynsze ofertowe w Krakowie utrzymywały się w przedziale 10,00–18,50 EUR/mkw./m-c, pozostały stabilne w ujęciu rocznym. W projektach będących w budowie stawki sięgały nawet 20 EUR/mkw./m-c, co potwierdza rosnącą presję na wzrost czynszów w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach. Najwyższe stawki nadal obserwowane były w strefie Centrum oraz w wybranych projektach poza nią.

Prognoza na 2026 rok

Analitycy AXI IMMO zakładają, że krakowski rynek biurowy pozostanie stabilny, jednak najemcy będą coraz bardziej selektywni, koncentrując się na dobrze skomunikowanych lokalizacjach centralnych, podczas gdy właściciele obiektów poza centrum będą musieli konkurować większą elastycznością i dodatkowymi zachętami. Niski poziom pustostanów w centrum wskazuje, że to właśnie tam – oraz w jego bezpośrednim sąsiedztwie – będzie koncentrował się potencjał nowej podaży, podczas gdy starsze obiekty na obrzeżach miasta mogą wymagać modernizacji lub alternatywnych formatów takich jak biura elastyczne

Elżbieta Golik, Associate Director, Dział Powierzchni Biurowych, AXI IMMO, dodaje: „W nadchodzących kwartałach kluczowe będzie umiejętne dopasowanie oferty do zmieniających się oczekiwań najemców. Firmy coraz częściej szukają biur, które nie tylko spełniają funkcje operacyjne, ale także wspierają kulturę organizacyjną i przyciągają pracowników — to właśnie takie projekty będą wygrywać na krakowskim rynku”.

Cyberprzestępcy podszywają się pod Uniwersytet Jagielloński

Analitycy ESET odkryli kampanię phishingową, w której cyberprzestępcy podszywają się pod fikcyjnego pracownika Uniwersytetu Jagiellońskiego. Mail z prośbą o złożenie oferty, kierowany jest do podwykonawców i powoduje zainstalowanie na ich komputerach trudnego do wykrycia złośliwego oprogramowania.

Ofiary przestępców otrzymywały wiadomość nakłaniającą do złożenia oferty Uniwersytetowi Jagiellońskiemu za pomocą załączonego formularza. Formularz, który z pozoru przypomina plik PDF (w ten sposób wyświetli go większość programów pocztowych i eksploratorów dokumentów), w rzeczywistości jest paczką zawierającą złośliwe oprogramowanie. To oprogramowanie (dokładnie infostealer Formbook) kradnie m.in. dane ze schowków, naciśnięcia klawiszy, zrzuty z ekranu i dane z pamięci przeglądarki. Cały zestaw narzędzi cyberprzestępców to tzw. malware-as-a-service czyli złośliwe oprogramowanie, które sprzedawane jest na podziemnych forach internetowych.Cyberprzestępcy podszywają się pod Uniwersytet Jagielloński

Ten rodzaj złośliwego oprogramowania jest bardzo często wykorzystywany do ataków na polskich użytkowników. W drugiej połowie 2025 roku blisko 1/3 prób ataku za jego pomocą była zarejestrowana w Polsce.

– Obecnie cyberprzestępcy nie muszą być osobami o bardzo wysokich kompetencjach informatycznych. Duża dostępność gotowego do użytku złośliwego oprogramowania powoduje, że coraz więcej osób jest w stanie atakować użytkowników. To, co przynosi cyberprzestępcom bardzo duże zyski, to przede wszystkim spryt. W tym przypadku posłużyli się autorytetem prestiżowej instytucji. Wiadomość nie musi być nawet idealnie sformułowana. Wystarczy, że zawiera podpis przedstawiciela ważnej instytucji, jej logotyp – na pierwszy rzut oka przypomina prawdziwą. Z pewnością wiele osób kliknie w załącznik, zanim zastanowi się, czy wiadomość faktycznie pochodzi od pracownika Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wielu z nas wydaje się, że jesteśmy odporni na powszechne dziś oszustwa phishingowe, jednak nic bardziej mylnego. Nawet specjalistom IT zdarza się paść ich ofiarą. Każdy miewa dni, kiedy trudniej jest się skoncentrować, kiedy mamy bardzo dużo do zrobienia i tracimy czujność. Wystarczy jedno kliknięcie, aby wpuścić na swoje urządzenie niebezpieczny program. Dlatego właśnie bardzo istotne jest zapewnienie sobie dobrego oprogramowania zabezpieczającego, które po prostu nie pozwoli nam pobrać podejrzanego pliku ani wejść na niebezpieczną stronę – mówi Kamil Sadkowski, analityk cyberzagrożeń z ESET.

Tego typu wiadomości wysyłane bywają często dużym grupom odbiorców, aby zmaksymalizować szanse przestępców na osiągnięcie zysku i pobranie przez ofiary złośliwego oprogramowania. W tym przypadku mamy do czynienia z podszyciem się pod jeden z najstarszych uniwersytetów na świecie, a głównym celem kampanii cyberprzestępców były firmy, które mogą być zainteresowane współpracą z UJ. Jeśli ofiara otworzy fałszywy formularz na firmowym sprzęcie, biznes może być narażony na poważne problemy. Warto pamiętać, że kluczową metodą ochrony przed takimi atakami jest uważność. Każda wiadomość, którą otrzymujemy, powinna zostać przez nas dokładnie zweryfikowana. Zanim klikniemy w link czy załącznik, powinniśmy upewnić się, że wiadomość pochodzi od prawdziwego nadawcy. Zalecanym sposobem weryfikacji jest kontakt z instytucją za pomocą oficjalnego adresu e-mail lub telefonicznie i sprawdzenie czy informacje zawarte w mailu są prawdziwe.

Wojna na Bliskim Wschodzie zmienia prognozy dla polskiej gospodarki

Konflikt USA i Izraela z Iranem to źródło olbrzymiej niepewności dla światowej gospodarki, a zarazem czynnik uzasadniający rewizję prognoz ekonomistów. Analitycy sektorowi Banku Pekao S.A. w swojej corocznej publikacji przedstawiają m.in. obszerny scenariusz rozwoju sytuacji w branżach polskiej gospodarki w przypadku potencjalnego przedłużania się konfliktu.

Dwie alternatywne prognozy dla sektorów

Analitycy Banku Pekao, jak co roku w publikacji „Barometr Sektorowy”, podsumowują sytuację w kluczowych branżach polskiej gospodarki w 2025 roku oraz przedstawiają prognozy na rok bieżący. Tegoroczna edycja ukazuje się w szczególnym momencie, bo w czasie trwania gwałtownego konfliktu w regionie Zatoki Perskiej, który wstrząsnął światowymi rynkami surowców energetycznych i spowodował olbrzymi wzrost niepewności, budząc obawy zwłaszcza o stronę kosztową działalności firm i stan europejskiej gospodarki. Konflikt Izraela i USA z Iranem już teraz stał się impulsem do korekty prognoz makroekonomicznych. Obniżeniu uległy przewidywania dotyczące wzrostu gospodarczego, konsumpcji czy inwestycji. Kluczowe czynniki tej rewizji to wyższe ceny paliw i energii, opóźnienie cyklu obniżek stóp procentowych oraz słabszy popyt krajowy i zagraniczny.

– Napięta sytuacja geopolityczna i niepewność co do dalszego rozwoju wydarzeń na Bliskim Wschodzie skłoniła nas do przygotowania dwóch prognoz dla branż polskiej gospodarki. Pierwsza uwzględnia wciąż stosunkowo łagodny scenariusz bazowy. Druga, alternatywna, zakłada, że konflikt w Zatoce Perskiej potrwa dłużej, a ceny ropy Brent utrzymają się przez dłuższy czas powyżej 100 USD za baryłkę. W takim scenariuszu sytuacja może
z punktu widzenia kosztów firm przypominać tę z szoku energetycznego w 2022 roku, lecz tym razem w warunkach słabszej koniunktury, co utrudni firmom przerzucanie kosztów na odbiorców
– twierdzi Krzysztof Mrówczyński, menedżer ds. analiz sektorowych, współautor i kierujący pracami nad raportem.

2025 rokiem umiarkowanej poprawy sytuacji polskich firm

W minionym roku Polska ponownie znalazła się w czołówce europejskich gospodarek pod względem tempa wzrostu PKB (+3,6% r/r), napędzana głównie przez silny popyt konsumpcyjny oraz odradzające się przetwórstwo przemysłowe. Wciąż jednak nie doczekaliśmy się ożywienia w budownictwie, a presja kosztowa – zwłaszcza ze strony wynagrodzeń – pozostała istotnym wyzwaniem dla firm. Rentowność sektora przedsiębiorstw poprawiła się, a odsetek firm nierentownych utrzymuje się na relatywnie wysokim poziomie (w pierwszych trzech kwartałach straty ponosiła co czwarta średnia i duża firma). Sygnałów poprawy kondycji finansowej firm było jednak pod koniec roku coraz więcej, dając uzasadnione podstawy do optymizmu odnośnie rozwoju wydarzeń w kolejnych 12 miesiącach.

W kontekście poprzedniego roku sprawdziły się przewidywania dotyczące utrzymania dobrej kondycji sektora rolnego i energetyki, mimo niekorzystnych trendów cenowych. Zgodnie
z oczekiwaniami w bardzo dobrej sytuacji pozostała branża gospodarki odpadowej, a pomimo presji płacowej solidne wyniki odnotowało także wiele sektorów usługowych (w tym zakwaterowanie i gastronomia, informacja i komunikacja czy usługi biznesowe dla firm).
W handlu utrzymała się silna konkurencja cenowa i presja na marże w handlu pojazdami oraz FMCG. W trudnej sytuacji pozostawały zaś firmy handlujące dobrami inwestycyjnymi
i pośrednimi, głównie z uwagi na przedłużające się ożywienie w budownictwie, które miało miejsce dopiero w ostatnim kwartale roku.

– Nie brakowało zaskoczeń – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Szybszą od oczekiwanej poprawę sytuacji finansowej firm odnotowano m.in. w branży motoryzacyjnej, przemyśle maszynowym oraz budownictwie kubaturowym. Z kolei brak przewidywanego odbicia w eksporcie rzutował wciąż na wyniki branży drzewno-meblarskiej, a słabszy wzrost inwestycji pogorszył kondycję spółek budowlanych z segmentu inżynieryjnego. To przełożyło się na utrzymujące się problemy energochłonnych branż dostarczających materiały, takich jak przemysł mineralny czy metalowy – Paweł Kowalski, współautor raportu.

Wpływ konfliktu na Bliskim Wschodzie – kanały oddziaływania

Wydłużający się konflikt w regionie Zatoki Perskiej może mieć fundamentalny wpływ na kondycję polskich branż, oddziałując przede wszystkim dwoma kanałami. Po pierwsze, poprzez wzrost kosztów surowców energetycznych – ropy, gazu, a w konsekwencji także energii elektrycznej i materiałów. Najbardziej narażone są sektory o wysokiej energochłonności, takie jak przetwórstwo metalowe, mineralne, chemiczne, papiernicze czy drzewne, a także transport i budownictwo. W rolnictwie kluczowym wyzwaniem mogą stać się ceny nawozów, których ekonomika produkcji jest silnie uzależniona od cen gazu ziemnego. Kryzys może w 2026 roku skutkować także presją na marże firm z sektora użyteczności publicznej. Po drugie, konflikt może osłabić popyt w strefie euro – utrzymujące się wysokie notowania surowców podbiją bowiem inflację, prowadząc do spowolnienia tamtejszej konsumpcji i eksportu. Z tego powodu branże wytwarzające dobra konsumpcyjne charakteryzujące się silną ekspozycją na rynki unijne, takie jak produkcja sprzętu RTV/AGD mebli czy tekstyliów, mogą w 2026 roku nie doczekać się długo oczekiwanego ożywienia.

Inne czynniki wpływające na kondycję sektorów w 2026 roku

Choć konflikt na Bliskim Wschodzie pozostaje głównym źródłem niepewności, na sytuację firm w 2026 roku oddziaływać będą także inne czynniki. Pozytywnym impulsem rozwojowym, raczej odpornym na aktualne wydarzenia, będzie spodziewane i już teraz widoczne ożywienie inwestycji publicznych, napędzane środkami unijnymi.

– Od strony popytowej zyskiwać na nim będzie zwłaszcza budownictwo, branże wytwarzające materiały budowlane – mineralna, metalowa i wyrobów z metali, firmy wykonujące różne usługi na rzecz budownictwa – transport towarów, magazyny i logistyka, wynajem i dzierżawa czy biura projektowe, a także przemysł zbrojeniowy i wytwórcy dóbr inwestycyjnych – elektronika, maszyny i urządzenia Krzysztof Mrówczyński.

Dużym wyzwaniem dla firm może okazać się jednak wzrost kosztów materiałów, oprócz konfliktu w Zatoce napędzany przez intensyfikację inwestycji infrastrukturalnych oraz implementację podatku granicznego CBAM (wzrost cen półproduktów metalowych
i chemicznych importowanych spoza UE). W 2026 roku mniejszym problemem dla firm powinny być z kolei koszty pracy – presja płacowa będzie słabła, choć nadal pozostanie istotnym wyzwaniem, zwłaszcza w przetwórstwie i budownictwie. Otoczenie regulacyjne przyniesie nowe obowiązki – dyrektywy ESG, regulacje dotyczące energetyki, budownictwa, rynku pracy i sztucznej inteligencji przesuwają presję ze sprawozdawczości na operacje
i produkt. Z kolei rewolucja technologiczna AI wymusi dalszą automatyzację procesów, zwiększając presję na produktywność i innowacyjność, zwłaszcza w usługach biznesowych
i przetwórstwie.

Sektorowe prognozy na 2026 rok

W scenariuszu bazowym, zakładającym szybkie wygaszenie konfliktu, najlepsze perspektywy mają branże usługowe – zakwaterowanie i gastronomia, informacja i komunikacja, usługi biznesowe – które korzystają z solidnego popytu krajowego i większej elastyczności w polityce cenowej. Przetwórstwo przemysłowe i budownictwo, pomimo spodziewanej poprawy koniunktury, pozostają najbardziej wrażliwe na potencjalne szoki kosztowe i popytowe.

W scenariuszu kryzysowym, gdy konflikt w Zatoce Perskiej trwa dłużej, pogarszają się prognozy dla większości sektorów – zwłaszcza energochłonnego przetwórstwa metalowego, mineralnego, papierniczego czy drzewnego. Byłaby to również zła wiadomość zwłaszcza dla transportu i budownictwa (znacznie silniejsza presja kosztowa). Są również potencjalni nieliczni beneficjenci. Na wzroście cen surowców (w tym węgla kamiennego) przejściowo skorzystać może górnictwo. Z kolei na ograniczeniu konkurencji z Bliskiego Wschodu
i wyższych cenach półproduktów zyskiwać mogą m.in. nieliczne segmenty branży chemicznej. Jako relatywnie odporne na negatywne skutki kryzysu i przedstawiające umiarkowanie korzystne perspektywy nawet w pesymistycznym wariancie wskazywane są ponadto m.in. usługi biznesowe, informacja i komunikacja oraz gospodarka odpadowa.

Raport „Barometr Sektorowy 2026. Gospodarka w cieniu wojny na Bliskim Wschodzie. Prognozy pogody dla branż w dwóch scenariuszach” został przygotowany przez Zespół Analiz Sektorowych Banku Pekao S.A. w składzie: Krzysztof Mrówczyński, Paweł Kowalski, Grzegorz Rykaczewski, Ewa Kurek, Marcin Gancarz oraz Wiktor Mrozowski. 

Banki ostrożnie wdrażają agentową AI. Regulacje i dane kluczową barierą

Niemal co druga (47%) badana instytucja finansowa w Europie jest na etapie pilotażu lub już wdraża agentową sztuczną inteligencję – wynika z badania Red Hat i FStech. Jednocześnie 36% nie ma obecnie planów jej wprowadzenia. Ten podział nie oznacza braku zainteresowania takimi rozwiązaniami, lecz ostrożne podejście do ich implementacji. Wśród 41% respondentów za kluczowy element strategii AI (ważny dla 32% podmiotów) uznawana jest suwerenność danych, a rozwój agentowych systemów jest ściśle zależny od możliwości zapewnienia kontroli nad nimi i dostosowania się do regulacji branżowych.

Firmy, które już wdrażają agentową AI, wykorzystują ją głównie w obszarach, gdzie najważniejsze jest zachowanie zgodności z przepisami. Najczęściej wskazywane zastosowania to wykrywanie nadużyć (71%), monitorowanie zgodności regulacyjnej (66%) oraz procesy KYC (Know Your Customer) używane w działaniach na rzecz przeciwdziałania praniu pieniędzy (61%). Rozwiązania skierowane bezpośrednio do klientów są wymieniane znacznie rzadziej, co pokazuje, że sztuczna inteligencja w branży finansowej rozwijana jest aktualnie tam, gdzie poziom tolerancji na ryzyko jest najniższy, a nadzór nad mechanizmami technicznymi najwyższy.

Jednocześnie zarządy instytucji finansowych wyraźnie wskazują na regulacyjne i prawne czynniki ryzyka związane z wdrażaniem AI. Najczęściej obawiają się niezgodności z lokalnymi przepisami (72%), wycieków danych (55%) oraz konfliktów regulacyjnych między systemami prawnymi innych państw (51%). To właśnie te aspekty sprawiają, że rozwój agentowych systemów coraz silniej wiąże się z koniecznością kontroli nad danymi i dbałości o architekturę zapewniającą zgodność z wymogami prawnymi.

Ta roztropność w działaniu wpisuje się w szerszą zmianę priorytetów branży. Przez lata dążenie do zapewnienia przewagi konkurencyjnej bazowało na szybkości i ograniczaniu kosztów. Obecnie zdolność do utrzymania nieprzerwanego działania i do reagowania na zakłócenia staje się kwestią nadrzędną. W badaniu Red Hat 34% respondentów wskazuje, że to właśnie zastosowania AI w obszarze odporności operacyjnej i ciągłości biznesowej będą miały największy wpływ na ich przedsiębiorstwa w ciągu najbliższych trzech lat. Temat ten przestaje być zarezerwowany głównie dla działów IT, a staje się czynnikiem bezpośrednio wpływającym na stabilność finansową i zaufanie klientów.

Autonomia wymaga nowego fundamentu

Wzrost znaczenia odporności jest spowodowany rosnącym wykorzystaniem systemów AI i ich zwiększającą się autonomią. Dwa przedsiębiorstwa na pięć (43%) uważają, że w perspektywie trzech lat generatywna sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana do usług obejmujących kontakt z klientami, a także w obszarach zaawansowanej analityki danych i wspierania procesów podejmowania decyzji. Coraz częściej modele agentowe będą nie tylko analizować dane, ale inicjować i podejmować działania w sposób zautomatyzowany i w bardzo krótkim czasie. Oznacza to, że pojedyncza błędna decyzja może szybko przełożyć się na istotne konsekwencje operacyjne. Należy także pamiętać, że wyzwania w obszarze sztucznej inteligencji dotyczą nie tylko precyzji modeli, lecz także możliwości wyjaśniania ich zachowań oraz nieprzewidywalnych interakcji pomiędzy różnymi komponentami AI w złożonym środowisku technicznym.

W takiej rzeczywistości tradycyjne podejście do nadzoru nad rozwiązaniami technicznymi przestaje być wystarczające. Kontrola nad AI nie może ograniczać się do okresowych audytów czy raportów przygotowywanych po fakcie. Tymczasem 62% badanych przez Red Hat firm nadal bazuje na manualnej analizie incydentów bezpieczeństwa, a co czwarty podmiot (26%) nie ma wyodrębnionego monitoringu sztucznej inteligencji. Tylko 43% przedsiębiorstw wdrożyło zautomatyzowane procedury reagowania na naruszenia. W nowoczesnym ekosystemie mechanizmy ochronne i weryfikacyjne powinny być wbudowane bezpośrednio w architekturę agentów i zapewniać stały nadzór nad ich funkcjonowaniem. Skalowanie agentowej AI wymaga nowego podejścia do zarządzania, które obejmuje nie tylko pojedyncze modele, lecz także relacje i przepływy danych pomiędzy nimi.

Drugim filarem transformacji wykorzystania agentowej AI jest suwerenność danych, którą 73% respondentów uznaje za element kluczowy lub ważny dla swojej strategii wdrażania sztucznej inteligencji. Co ważne, przedsiębiorstwa coraz rzadziej rozważają w tym kontekście wyłącznie miejsce przechowywania danych, a coraz częściej, gdzie i w jaki sposób są one przetwarzane. Z badania wynika, że 59% instytucji finansowych dąży do ograniczenia zależności od globalnych dostawców chmury, a taki sam odsetek chce zyskać większą kontrolę nad swoją architekturą IT. Co druga badana firma wskazuje wśród celów również zwiększenie zaufania i poziomu przejrzystości, zaś 47% ochronę wrażliwych danych klientów.

Mimo rosnącej świadomości znaczenia suwerenności i odporności, wiele firm znajduje się dopiero na początku tej drogi. Ponad 60% badanych przez Red Hat przedsiębiorstw wciąż nie posiada formalnej strategii w zakresie wzmacniania suwerenności danych. Wśród najczęściej wskazywanych barier wdrożeniowych pojawiają się wysokie koszty (64%) oraz niedobór odpowiednich kompetencji w przedsiębiorstwach (58%). Skalowanie agentowej AI nie jest wyłącznie wyzwaniem technicznym, lecz także inwestycyjnym i organizacyjnym, które wymaga spójnej strategii oraz jasno zdefiniowanego modelu operacyjnego.

W tej sytuacji kluczowe staje się pytanie nie o to, czy wdrażać agentową AI, lecz na jakich zasadach i na bazie jakich modeli technicznych. Połowa badanych instytucji finansowych już wykorzystuje lub wchodzi w okres pilotażu rozwiązań wykorzystujących otwartą sztuczną inteligencję, a kolejne 21% dostrzega ich potencjał. Wskazuje to, że otwarta architektura staje się istotnym elementem strategii suwerenności i kontroli w branży finansowej. Autonomia AI bez odporności i suwerenności może stać się źródłem dodatkowego ryzyka, zamiast przewagi konkurencyjnej. Dlatego instytucje finansowe coraz częściej koncentrują się na budowie spójnej architektury bazującej na rozwiązaniach open source, która zapewnia kontrolę nad danymi, modelami i infrastrukturą w środowiskach hybrydowych oraz wielochmurowych. W erze autonomicznych agentów kluczową strategiczną decyzją nie jest wybór konkretnego modelu, lecz stworzenie stabilnych, przejrzystych i suwerennych fundamentów, które pozwolą tę autonomię bezpiecznie skalować.

***

O badaniu

FStech i Red Hat przeprowadziły ankietę wśród 101 decydentów z sektora usług finansowych w Wielkiej Brytanii i Europie, aby ocenić, w jaki sposób organizacje podchodzą do adopcji AI w obliczu rosnących ograniczeń związanych z suwerennością danych i bezpieczeństwem. W badaniu przeanalizowano postawy i priorytety inwestycyjne w takich obszarach jak oprogramowanie otwarte, gotowość do bezpiecznego i zgodnego z przepisami wdrażania AI oraz ryzyka związane z transgranicznym przepływem danych. Respondenci reprezentowali szeroki przekrój instytucji finansowych, w tym główne banki detaliczne i inwestycyjne, ubezpieczycieli oraz dostawców usług płatniczych. Ta różnorodność zapewnia wyważony obraz tego, w jaki sposób kwestie suwerenności i zarządzania wpływają na strategię AI w całym sektorze finansowym.

Autor: Lubomir Stojek, Country Manager Red Hat w Polsce

NIK o Funduszu Sprawiedliwości: pozory konkursów, słaby nadzór i ogromne wydatki

Najwyższa Izba Kontroli po raz kolejny bardzo krytycznie oceniła funkcjonowanie Funduszu Sprawiedliwości. W opublikowanej 16 marca 2026 r. informacji NIK wskazała, że w kontrolowanym okresie od 1 stycznia 2021 r. do 9 maja 2025 r. fundusz działał z naruszeniem podstawowych zasad finansów publicznych, a łączna kwota stwierdzonych nieprawidłowości wyniosła blisko 270 mln zł. Negatywna ocena objęła zarówno samo funkcjonowanie Funduszu, jak i działania Ministra Sprawiedliwości jako jego dysponenta.

Fundusz Sprawiedliwości został utworzony w 2012 r. jako państwowy fundusz celowy, którego podstawowym zadaniem miała być pomoc osobom pokrzywdzonym przestępstwem oraz wsparcie postpenitencjarne dla byłych osadzonych. Według NIK późniejsze zmiany prawne, zwłaszcza rozszerzenie w 2017 r. zakresu jego działania o szeroko rozumiane „przeciwdziałanie przestępczości”, doprowadziły jednak do rozmycia pierwotnej roli funduszu i umożliwiły finansowanie zadań o bardzo luźnym związku z jego ustawowym celem.

Kontrola rozpoczęta w maju 2024 r. objęła nie tylko Ministerstwo Sprawiedliwości, ale też 22 beneficjentów, w tym jedną uczelnię i 21 organizacji pozarządowych. Badaniem objęto 30 umów o łącznej wartości ponad 260 mln zł, co stanowiło nieco ponad 30 proc. wartości wszystkich umów obowiązujących w tym okresie. NIK analizowała trzy główne obszary aktywności funduszu: pomoc postpenitencjarną, pomoc dla osób pokrzywdzonych przestępstwem i świadków oraz działania określane jako przeciwdziałanie przestępczości.

Zdaniem Izby jednym z głównych problemów było wprowadzenie mechanizmów pozwalających na swobodne i słabo kontrolowane dysponowanie środkami. NIK oceniła, że pozanaborowy tryb przyznawania dotacji dawał ministrowi możliwość przekazywania pieniędzy niemal dowolnym podmiotom i na cele, które jedynie pozornie mieściły się w zadaniach funduszu. Wśród przykładów finansowanych przedsięwzięć NIK wymieniła m.in. inwestycję budowlaną wykorzystywaną do celów własnych fundacji, budowę i utrzymanie portali publikujących materiały wspierające konkretne partie polityczne, zakup kampera, biegi uliczne i górskie, festiwale filmowe czy edukację prawną i menedżerską wybranych grup. Izba wskazała też, że ponad 66 mln zł trafiło na inwestycję Fundacji Profeto.pl, która tylko przez rok była zobowiązana do świadczenia pomocy osobom pokrzywdzonym.

Szczególnie ostre zarzuty dotyczą sposobu rozdzielania środków w konkursach. NIK stwierdziła, że konkursy często miały jedynie formalny charakter, a zasady uczciwej konkurencji były naruszane. Według ustaleń kontrolerów wybrane podmioty miały otrzymywać nieformalne wsparcie od pracowników resortu jeszcze przed złożeniem ofert, a nawet przed ogłoszeniem konkursów. Wskazano też na mechanizmy wpływania na oceny komisji konkursowych, w tym sugestie dotyczące zmiany punktacji oraz kierowanie części ofert do ponownej oceny przez innych oceniających, jeśli pierwotna punktacja nie dawała szans na uzyskanie dotacji. NIK podała, że w obszarze przeciwdziałania przestępczości aż 16 z 18 objętych kontrolą dotacji, o łącznej wartości 98,7 mln zł, przyznano niecelowo.

Izba zarzuciła także dysponentowi funduszu brak należytego zabezpieczenia interesów Skarbu Państwa w umowach dotacyjnych. Według NIK część wykonawców uzyskiwała nieuprawnione przychody z ryczałtowo rozliczanych i niedokumentowanych kosztów administracyjnych, a system nadzoru nad realizacją umów był nieskuteczny. Kontrolerzy wskazali również na konflikty interesów oraz brak rzetelnej weryfikacji efektów i kosztów finansowanych zadań. W ocenie NIK działania osób zarządzających funduszem w latach 2021–2023 bywały nie tylko nierzetelne, ale nierzadko miały charakter intencjonalny i służyły wspieraniu określonej grupy podmiotów.

Osobnym obszarem krytyki były wydatki na promocję Funduszu Sprawiedliwości. NIK wskazała, że decyzje dotyczące kierunków i natężenia działań promocyjnych były podejmowane uznaniowo, a wykonawców wybierano z naruszeniem przepisów lub przy zachowaniu jedynie pozorów konkurencji. Zdaniem Izby szczególne nasilenie takich działań wystąpiło w 2023 r., czyli w roku kampanii wyborczej do Sejmu i Senatu, a część działań promocyjnych służyła także budowaniu wizerunku konkretnych osób.

NIK negatywnie oceniła również przekroczenie limitów kosztów obsługi funduszu. W 2021 r. limit wynoszący 6,4 mln zł został przekroczony prawie o 1 mln zł, a w 2023 r. limit 11,6 mln zł przekroczono aż o 16,6 mln zł, czyli o 142 proc. Według Izby wynikało to przede wszystkim z radykalnego wzrostu kosztów promocji w trakcie kampanii wyborczej i bezpośrednio przed nią, co oznaczało, że środki przeznaczone na pomoc ofiarom przestępstw oraz readaptację byłych osadzonych były wykorzystywane niezgodnie z obowiązującymi regulacjami.

Raport pokazuje też szerszy problem systemowy. NIK zaznaczyła, że mimo regularnych wcześniejszych kontroli i kierowanych do resortu wniosków, nieprawidłowości nie zostały usunięte, a wręcz się pogłębiały. Izba odnotowała wprawdzie, że od grudnia 2024 r. wprowadzono przepisy ograniczające ryzyko uznaniowego i nietransparentnego rozdysponowywania środków, co oceniła pozytywnie, ale jednocześnie podkreśliła, że nadal brakuje szczegółowego katalogu zadań funduszu oraz spójnej koncepcji jego dalszego funkcjonowania.

Równolegle Ministerstwo Sprawiedliwości deklaruje odbudowę transparentności funduszu. Resort zapowiada, że przyszłość Funduszu Sprawiedliwości ma opierać się na trzech filarach: merytoryce, decentralizacji i pełnej jawności wydatkowania środków. Ministerstwo podaje też, że w konkursie na pomoc pokrzywdzonym na 2026 r. trwa ocena ofert, a część środków ma trafić na kompleksowe wsparcie prawne, psychologiczne, medyczne i bytowe dla ofiar przestępstw.

W swoich wnioskach NIK domaga się pilnych działań naprawczych. Izba postuluje m.in. nową koncepcję funkcjonowania Funduszu Sprawiedliwości, doprecyzowanie ustawowych zadań, ograniczenie i uszczegółowienie finansowania działań z zakresu „przeciwdziałania przestępczości”, stworzenie obiektywnych zasad oceny ofert, wzmocnienie nadzoru nad beneficjentami oraz wprowadzenie rozwiązań przeciwdziałających konfliktom interesów i mechanizmom korupcjogennym. W ocenie NIK tylko takie zmiany mogą przywrócić funduszowi charakter rzeczywiście celowy i skierować środki tam, gdzie miały trafiać od początku, czyli przede wszystkim do ofiar przestępstw i osób opuszczających zakłady karne.

UODO ukarał Glovo na blisko 5,9 mln zł. Chodzi o bezprawne pozyskiwanie skanów dowodów

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych nałożył na spółkę Restaurant Partner Polska, prowadzącą platformę Glovo, administracyjną karę pieniężną w wysokości 5 898 064 zł. Powodem było naruszenie przepisów RODO poprzez pozyskiwanie – bez odpowiedniej podstawy prawnej – skanów i zdjęć dokumentów tożsamości użytkowników aplikacji mobilnej.

Sprawa jest efektem kontroli przeprowadzonej przez Prezesa UODO, która dotyczyła sposobu przetwarzania danych osobowych użytkowników aplikacji „Glovo – dostawa jedzenie i inne”. Organ nadzorczy badał m.in. cele, zakres oraz podstawy prawne przetwarzania danych.

Dodatkowa weryfikacja przy podejrzeniu oszustwa

Jak ustalił UODO, spółka w określonych sytuacjach związanych z podejrzeniem nadużycia żądała od użytkowników przesłania skanu lub zdjęcia dowodu osobistego albo paszportu. Takie przypadki miały dotyczyć m.in. zgłoszeń od kurierów o próbie kradzieży zamówienia przez klienta, użyciu fałszywych pieniędzy, rozbieżności między danymi karty płatniczej a danymi użytkownika czy podejrzenia, że w przesyłce mogą znajdować się nielegalne substancje.

Restaurant Partner Polska tłumaczyła, że działała w oparciu o art. 6 ust. 1 lit. f RODO, czyli prawnie uzasadniony interes administratora. Zdaniem spółki miało to służyć weryfikacji tożsamości osoby podejrzewanej o oszustwo. Firma argumentowała również, że takie działania miały charakter wyjątkowy, a ich wdrożenie poprzedzono oceną skutków dla ochrony danych oraz testem równowagi.

UODO: uzasadniony interes to za mało

Prezes UODO nie zgodził się z tym stanowiskiem. W ocenie organu powołanie się na uzasadniony interes administratora nie mogło usprawiedliwiać tak szerokiego zakresu pozyskiwanych danych osobowych, jakie znajdują się w dokumentach tożsamości.

Urząd podkreślił, że kopiowanie lub utrwalanie dokumentów tożsamości może następować wyłącznie w szczególnych przypadkach, przez podmioty wyraźnie upoważnione do tego w przepisach prawa. Taka możliwość wynika np. z ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu, ale tylko wobec ściśle wskazanych instytucji. Restaurant Partner Polska nie należy do tej kategorii, dlatego – zdaniem organu – nie mogła korzystać z takich uprawnień.

UODO wskazał też, że podstawy do żądania pełnych skanów dokumentów nie dawała również ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Według organu taki zakres danych nie był niezbędny ani do zawarcia, ani do wykonania czy rozwiązania umowy pomiędzy użytkownikiem a platformą.

Naruszenie zasady minimalizacji danych

Kluczowe znaczenie w tej sprawie miała również zasada minimalizacji danych. UODO uznał, że przeciwdziałanie oszustwom nie może prowadzić do pozyskiwania danych nadmiarowych. Tymczasem zakres danych przetwarzanych przez spółkę obejmował bardzo szeroki katalog informacji znajdujących się w dokumentach tożsamości.

Chodziło m.in. o:
imię i nazwisko, nazwisko rodowe, imiona rodziców, datę i miejsce urodzenia, numer PESEL, serię i numer dokumentu, datę jego wydania i ważności, adres zamieszkania, wizerunek oraz inne dane widoczne na dokumencie.

W ocenie Prezesa UODO oznacza to naruszenie art. 6 ust. 1 RODO, ponieważ dane były przetwarzane bez podstawy prawnej, w zakresie nieadekwatnym do deklarowanego celu. Organ stwierdził również naruszenie zasad zgodności z prawem, rzetelności i przejrzystości oraz minimalizacji danych, wynikających z art. 5 ust. 1 lit. a i c RODO.

Dodatkowo UODO uznał, że skoro przetwarzanie nie było legalne, to doszło także do naruszenia zasady rozliczalności, o której mowa w art. 5 ust. 2 RODO.

Organ nadzorczy zwrócił ponadto uwagę na przepisy ustawy o dokumentach publicznych. Zgodnie z nią dowód osobisty i paszport należą do dokumentów publicznych pierwszej kategorii, objętych szczególnym reżimem ochronnym. Zdaniem UODO działania spółki były wątpliwe także z perspektywy celu tej ustawy, którym jest ochrona najważniejszych dokumentów publicznych przed nadużyciami.

Ponad 3,4 mln użytkowników i wieloletni okres naruszenia

Na wysokość kary wpływ miały nie tylko sam charakter i ciężar naruszenia, ale także długość jego trwania. Jak wskazał Prezes UODO, nieprawidłowości miały miejsce od lipca 2019 roku. Organ wziął pod uwagę również skalę działalności spółki, ponieważ baza danych objęta sprawą dotyczyła ponad 3,4 mln aktywnych użytkowników w Polsce.

Według UODO istniało realne ryzyko szkody niemajątkowej po stronie użytkowników, polegającej m.in. na obawie przed utratą kontroli nad swoimi danymi oraz możliwością kradzieży tożsamości.

Prezes Urzędu uznał naruszenie za poważne, ponieważ dotyczyło podstawowych zasad przetwarzania danych osobowych. W ocenie organu nałożona kara ma być skuteczna, proporcjonalna i odstraszająca.

Nakaz usunięcia danych i wstrzymania praktyki

Oprócz kary finansowej UODO nakazał spółce:
zaprzestanie pozyskiwania i dalszego przetwarzania skanów oraz zdjęć dowodów osobistych i paszportów użytkowników aplikacji Glovo, a także usunięcie danych zebranych w ten sposób.

Na wykonanie tego obowiązku spółka ma 30 dni od doręczenia decyzji.

Decyzja Prezesa UODO pokazuje, że nawet działania podejmowane w ramach procedur antyfraudowych muszą mieścić się w granicach prawa. Sam cel, taki jak przeciwdziałanie oszustwom, nie daje jeszcze administratorowi prawa do pozyskiwania pełnych skanów dokumentów tożsamości.

Sprawa Glovo może stać się ważnym sygnałem dla innych firm działających w gospodarce cyfrowej. UODO jednoznacznie wskazuje, że środki bezpieczeństwa i procedury weryfikacyjne nie mogą prowadzić do zbierania nadmiarowych danych bez wyraźnej podstawy ustawowej.

Sygnatura sprawy: DKN.5112.33.2022

Ropa drożeje, dolar zyskuje

W konfliktach zbrojnych jest taki moment, że rynki zaczynają traktować je jako nową normę i emocje gwałtownie spadają. Tak było w przypadku rosyjskiej agresji na Ukrainę i podobnie powoli zaczyna być teraz w Zatoce Perskiej. Nadal jednak kapitał ostrożnościowo wybiera dolara.

Niby spokojny weekend

Biorąc pod uwagę jak wyglądały poprzednie dwa weekendy, ten można by nazwać spokojnym. Jest to oczywiście przesada, ale na ich tle faktycznie niewiele się zmieniło. Ropa naftowa zakończyła poprzedni tydzień na poziomie 104 USD za baryłkę. Dzisiaj otworzyła się na 102 USD, ale od rana drożeje i na moment pisania tego tekstu rośnie do 106 USD. Dla porównania tydzień temu rynek zamknął się przed weekendem na 93 USD, a otworzył na 110. Z czego wynika to uspokojenie? Głównie z tego, że sytuacja jest stabilnie zła – ani wyraźnie się nie poprawia, ani wyraźnie nie pogarsza. W mediach pojawiają się plotki o możliwej inwazji lądowej, ale analitycy na razie uważają ten scenariusz za bardzo mało prawdopodobny. Z drugiej strony Iran nadal bardzo skutecznie ogranicza żeglugę przez Cieśninę Ormuz do pojedynczych statków.

Dolar wciąż bardzo mocny

Na rynkach nadal widać wyraźny przepływ kapitału do dolara. Powody są teoretycznie dwa: wojna w Zatoce Perskiej i ucieczka do tzw. bezpiecznej przystani oraz oddalające się obniżki stóp procentowych. W praktyce można to sprowadzić do tego pierwszego czynnika. Powodem spadających szans na obniżki są bowiem obawy o poziom inflacji. Ta z kolei jest silnie uzależniona od cen produktów na bazie ropy, które ostatnio poszły gwałtownie w górę w wyniku wojny w Zatoce Perskiej. Najbliższe posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku już w najbliższą środę. Decyzja nie powinna nas zaskoczyć – utrzymanie stóp procentowych wydaje się pewne. Kluczowa dla rynków powinna być konferencja po samej decyzji. W rezultacie dolar kolejny dzień jest najsilniejszy względem euro od sierpnia zeszłego roku.

Co ze złotym?

Polska waluta – jak to często bywa podczas zwiększonych ryzyk na rynkach światowych – nie ma się najlepiej. Kurs euro wynosi obecnie 4,27 zł, co oznacza delikatne umocnienie od rana. Złoty, podobnie jak inne uważane za bardziej ryzykowne aktywa, traci przed weekendem i zyskuje po nim, o ile okazuje się, że nie było nadmiernej eskalacji. Obecne poziomy względem euro są i tak dużo korzystniejsze niż poprzednie szczyty – kurs EUR/PLN kilkukrotnie od początku wojny przekraczał już 4,30 zł. Inaczej wygląda sytuacja amerykańskiej waluty, która umacnia się bowiem względem euro. W rezultacie kurs USD/PLN pierwszy raz od sierpnia osiągnął w piątek poziom 3,75 zł. Jeżeli sytuacja będzie eskalować, możemy oczekiwać dalszej słabości złotego. Natomiast jeśli z kolei będzie się uspokajać, należy spodziewać się umacniania polskiej waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto wskazać na:

14:00 – Polska – wskaźnik inflacji bazowej.

Rozjazd między cenami ofertowymi, a transakcyjnymi coraz większy. Jedynie kawalerki nie schodzą z ceny

Mieszkanie jak marchewka na targowisku? „Różnice cen ofertowych i transakcyjnych mogą się znacząco różnić”.

Rynek nieruchomości powoli szykuje się do podsumowania I kwartału roku 2026. Prognozy są dobre, zainteresowanie rośnie, ale rosną także… ceny. Szczególnie na rynku pierwotnym. Czy to oznacza, że niebawem przyjdzie nam płacić za mieszkania jeszcze więcej? – Wzrost cen jest swojego rodzaju złudzeniem optycznym – mówi wprost ekspert rynku nieruchomości Mirosław Król. – Ceny są często ustawiane wyżej po to, by negocjacje były pełniejsze. Klienci chcą mieć możliwość wpływu na cenę. O ile na rynku wtórnym regulacja zależy tylko od relacji klienta i konsumenta, tak na rynku deweloperskim po zmianie ustawy i wprowadzeniu jawności cen deweloperzy są mniej skłonni do promocji i ofert specjalnych – mówi Mirosław Król.

„Rynek wtórny bardziej elastyczny niż deweloperski”

Pierwsze miesiące roku 2026 są kontynuacją zapowiedzi dobrej koniunktury na rynku. Stopy procentowe są niższe, ceny wydają się być stabilniejsze, a Polacy ostatnie miesiące zwykle mocno oszczędzali, by móc kupić swoje wymarzone lokale. Na rynku wtórnym jest mnóstwo ciekawych ofert w atrakcyjnych cenach. Co więcej, zapowiadane wzrosty cen, zwykle są wzrostami tylko teoretycznymi.

– Na rynku wtórnym jest mnóstwo interesujących ofert. Zdarzają się mieszkania w dużych miastach w cenach około 8-9 tysięcy złotych za metr kwadratowy. Oczywiście wszystko zależy od stanu nieruchomości, lokalizacji i miasta. Trudno spodziewać się, by w Krakowie, Trójmieście, Poznaniu czy w Warszawie mieszkania trafiały na „wyprzedaże”. Jedno jest jednak pewne: te ceny są dużo atrakcyjniejsze niż jeszcze rok temu. Wynika to z faktu, że ruch jest większy i klienci są zainteresowani zakupem, a sprzedawcy na rynku wtórnym są bardziej ugodowi, bo niektórzy od miesięcy próbują sprzedać mieszkania – przyznaje Mirosław Król.

Na rynku wtórnym mówi się nawet o „studniówkach” lub „rocznikach”.

– Zdarza się, że sto dni, pół roku albo nawet rok mieszkanie czeka na nabywcę. Tutaj zwykle mamy do czynienia z właścicielem, który też nie chce negocjować ceny, a to właśnie te negocjacje poszczególnych nabywców często interesują najbardziej – dodaje Król.

– Rynek wtórny musi być bardziej elastyczny. Podaż mieszkań na rynku deweloperskim mocno spadła. Na rynku wtórnym też widzimy częściej „wracające oferty” niż używane mieszkania wystawiane na sprzedaż kolejny raz – dodaje ekspert.

Do 20% różnicy? „Czas negocjatorów”

Jak mocno różnią się ceny ofertowe od transakcyjnych? Rekordy to nawet ponad 70 tysięcy złotych. To kwestia licytacji? Niekoniecznie. Dla sprzedających często istotną rolę odgrywa np. gotówka lub czas sprzedaży.

– Przykład to mieszkanie w Poznaniu, które ostatnio sprzedawałem. Cena startowa wynosiła 800 tysięcy złotych, potem 775 tysięcy, a ostatecznie piękne, przestronne mieszkanie zostało sprzedane za równe 700 tysięcy. To kwestia jednej informacji: mam 700 tysięcy złotych w gotówce, umowę możemy podspisać choćby dzisiaj. Właściciel mieszkania właśnie wykańczał wymarzony dom i wizja czekania kolejnych miesięcy lub sprzedaży taniej, ale za gotówkę i od razu, okazała się kusząca – mówi Mirosław Król.

– Takie negocjacje nie są codziennością, ale rozbieżność między cenami ofertowymi, a transakcyjnymi na rynku pierwotnym i wtórnym są znaczące. U deweloperów to negocjowanie jest trudniejsze, a na rynku wtórnym może sięgać nawet 15-20%, czyli faktycznie kilkudziesięciu tysięcy złotych. Wiele zależy od naszej cierpliwości, ale także faktu czy posiadamy całą kwotę na mieszkanie. Trudniej negocjować gdy naszym kapitałem jest obietnica kredytu – przyznaje wprost Mirosław Król.

Eksperci dodają, że najtrudniej negocjuje się ceny małych mieszkań.

– Tutaj ceny ofertowe i transakcyjne są minimalnie różne. Negocjacje zaczynają się od mieszkań typowo rodzinnych, czyli dwa pokoje lub więcej. Kawalerka wciąż jest produktem deficytowym i bardziej inwestycyjnym niż kupowanym pod potrzeby konkretnej osoby. Oczywiście nie ma tutaj reguły – przyznaje Mirosław Król.

Długi firm przekroczyły 45 mld zł. Największe problemy na Mazowszu i Podkarpaciu

Choć w 2025 roku liczba niesolidnych płatników w Polsce zaczęła spadać, łączna kwota przeterminowanych zobowiązań przedsiębiorstw nadal rośnie. Na koniec ubiegłego roku zaległe długi firm przekroczyły 45 mld zł, obciążając ponad 309 tys. przedsiębiorstw – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK.

Eksperci wskazują, że sytuacja jest coraz bardziej zróżnicowana regionalnie i branżowo. Mimo spadku liczby zadłużonych firm rośnie średnia kwota długu przypadająca na jedno przedsiębiorstwo, co oznacza koncentrację problemów finansowych w części gospodarki.


Mniej dłużników, ale większe długi

Polski biznes zakończył 2025 rok z bardzo wysokim poziomem przeterminowanego zadłużenia. Łączna wartość zaległości przekroczyła 45 mld zł, choć liczba niesolidnych płatników spadła.

Z baz BIG InfoMonitor i BIK ubyło w ciągu roku blisko 22 tys. zadłużonych podmiotów, podczas gdy rok wcześniej liczba firm mających problemy z regulowaniem zobowiązań wzrosła o ponad 12 tys.

Jednocześnie zwiększyła się średnia kwota zadłużenia przypadająca na jednego przedsiębiorcę:

  • 2023 r. – 131 218 zł
  • 2024 r. – 132 241 zł
  • 2025 r. – 145 612 zł

Oznacza to skok o ponad 13 tys. zł w ciągu jednego roku, znacznie większy niż w poprzednich latach. Zdaniem ekspertów świadczy to o tym, że problemy finansowe kumulują się przede wszystkim wśród firm już wcześniej zadłużonych.

Jak podkreśla Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor, taka sytuacja zwiększa ryzyko dla kontrahentów.

Tak gwałtowny wzrost średniej kwoty długu przy mniejszej liczbie dłużników dowodzi, że problemy finansowe „puchną” u firm już zadłużonych. Dla kontrahentów oznacza to radykalny wzrost ryzyka transakcyjnego – współpraca z podmiotem posiadającym zaległości jest dziś znacznie bardziej niebezpieczna niż jeszcze dwa lata temu.


Mapa zadłużenia w Polsce

Analiza danych pokazuje wyraźne różnice między regionami. Najwyższe średnie zadłużenie firm odnotowano w dwóch województwach:

  • Podkarpackim
  • Mazowieckim

W obu regionach przeciętna kwota zaległości przekracza 190 tys. zł na firmę.

Jednocześnie Mazowsze pozostaje zdecydowanym liderem pod względem wartości zaległych zobowiązań, co wynika w dużej mierze ze skali działalności gospodarczej w regionie.

Największe łączne zadłużenie przedsiębiorstw występuje w:

  1. Mazowieckim – ok. 12 mld zł
  2. Śląskim – ponad 5,6 mld zł
  3. Wielkopolskim – ok. 4,6 mld zł

Eksperci wskazują jednak, że wysoka średnia wartość długu na Podkarpaciu może oznaczać szczególnie trudną sytuację pojedynczych przedsiębiorstw funkcjonujących na mniejszych rynkach lokalnych.


Gdzie długi rosną najszybciej

Tempo narastania problemów finansowych firm również jest bardzo zróżnicowane regionalnie.

Największy wzrost zaległości w 2025 roku odnotowano w:

  • woj. zachodniopomorskim – wzrost o 13,3 proc. rok do roku
  • woj. małopolskim – wzrost o 10,3 proc. rok do roku

Może to świadczyć o pogorszeniu lokalnej koniunktury gospodarczej lub większej wrażliwości firm na zmiany kosztów działalności i popytu.

Z kolei najlepszą poprawę sytuacji zanotowano w:

  • woj. świętokrzyskim – spadek zaległości o 9,3 proc.
  • woj. łódzkim – spadek o 8,4 proc.

W tych regionach przedsiębiorstwa relatywnie lepiej poradziły sobie z presją kosztową i spowolnieniem gospodarczym.


Cztery sektory z największymi długami

Największe problemy z przeterminowanymi zobowiązaniami dotyczą kilku kluczowych branż polskiej gospodarki.

Liderem pozostaje handel hurtowy i detaliczny, którego zaległości sięgają 8,7 mld zł. Kolejne miejsca zajmują:

  • przemysł – 7,5 mld zł
  • budownictwo – 5,9 mld zł
  • transport i logistyka (TSL) – 3,3 mld zł

W dwóch sektorach – handlu i TSL – odnotowano niewielką poprawę sytuacji. Zaległości spadły tam odpowiednio o 3 proc. i 1 proc. w porównaniu z końcem 2024 roku.

W pozostałych branżach problemy narastają.

Największe wzrosty zadłużenia wystąpiły w:

  • przemyśle – wzrost o 686 mln zł (10 proc.)
  • budownictwie – wzrost o 295 mln zł (5,3 proc.)
  • sektorze nieruchomości – wzrost o 533 mln zł (21,4 proc.)
  • działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej – przekroczenie 3 mld zł zadłużenia (wzrost o 9,4 proc.)

Transport najbardziej ryzykowną branżą

Pod względem odsetka niesolidnych płatników zdecydowanie wyróżnia się branża transportowa i logistyczna (TSL).

Problemy z terminowym regulowaniem zobowiązań ma tam 8,6 proc. firm, co oznacza, że co dwunasta firma transportowa zalega z płatnościami.

Do innych sektorów o wysokim poziomie ryzyka należą:

  • gospodarka odpadami i ściekami – 7,1 proc. firm z problemami
  • górnictwo – 6,7 proc.

Jeszcze bardziej niepokojące dane pojawiają się przy analizie poszczególnych działalności gospodarczych według kodów PKD.

Przykładowo:

  • wynajem samochodów (PKD 7711Z) – problemy finansowe ma ok. 16 proc. firm,
  • produkcja margaryny (PKD 1042Z) – aż 27 proc. przedsiębiorstw figuruje jako niesolidni dłużnicy.

Pierwsze oznaki stabilizacji

Mimo wysokiego poziomu zadłużenia eksperci dostrzegają pierwsze sygnały poprawy sytuacji w gospodarce.

W 2025 roku:

  • łączna kwota zaległości wzrosła o 1,24 mld zł,
  • rok wcześniej wzrost wyniósł 1,95 mld zł.

Oznacza to spowolnienie dynamiki przyrostu długu z 4,7 proc. w 2024 r. do 2,8 proc. w 2025 r.

Dla porównania jeszcze w 2023 roku tempo wzrostu zaległości wynosiło około 6 proc.

Udział niesolidnych płatników w gospodarce ustabilizował się natomiast na poziomie około 5 proc. przedsiębiorstw.


Niepewna przyszłość dla firm

Eksperci podkreślają jednak, że sytuacja przedsiębiorstw nadal pozostaje krucha.

Rok 2025 przyniósł stopniową stabilizację po trudnym 2024, ale wiele firm wciąż funkcjonuje pod silną presją kosztową. Rosnące wynagrodzenia, drożejąca energia oraz import tańszych produktów – zwłaszcza z Chin – obniżają marże przedsiębiorstw.

Dodatkowo eksporterzy mierzą się z osłabionym popytem w Unii Europejskiej oraz umacniającym się złotym, który ogranicza konkurencyjność polskich towarów na rynkach zagranicznych.

Zdaniem dr. hab. Waldemara Rogowskiego, głównego analityka BIG InfoMonitor, przyszłość gospodarki będzie zależeć także od sytuacji geopolitycznej.

Konflikty na świecie – w szczególności na Bliskim Wschodzie – mogą wpłynąć na ceny energii i tempo globalnego wzrostu gospodarczego. Długotrwały wzrost cen ropy i gazu mógłby ponownie podbić inflację i zahamować ożywienie gospodarcze.

W skrajnym scenariuszu część gospodarek mogłaby znaleźć się na ścieżce stagflacji, czyli połączenia wysokiej inflacji z niskim wzrostem gospodarczym.


Ryzyko dla inwestycji i rynku pracy

Wysokie zadłużenie firm oraz rosnąca koncentracja problemów finansowych w wybranych sektorach mogą mieć szersze konsekwencje dla gospodarki.

Słabsza kondycja przedsiębiorstw może ograniczać:

  • inwestycje,
  • zatrudnienie,
  • tempo rozwoju lokalnych gospodarek.

Dlatego – jak podkreślają analitycy – coraz większego znaczenia nabiera weryfikacja wiarygodności płatniczej kontrahentów, zwłaszcza w branżach o podwyższonym ryzyku.

Dane BIG InfoMonitor i BIK pokazują, że choć liczba niesolidnych dłużników spada, to ryzyko współpracy z zadłużonym partnerem biznesowym jest dziś większe niż jeszcze kilka lat temu.

Ceny w sklepach na razie stabilne, ale sytuacja może się szybko zmienić

0

W ostatnich miesiącach podwyżki cen w sklepach utrzymywały się na stabilnym poziomie, choć przewyższającym wskaźnik CPI. W lutym codzienne zakupy podrożały o 3,8% rdr. Natomiast obecnie eksperci przewidują, że już w marcu wpływ podwyżek cen paliw może podnieść „szeroką” inflację o około 0,5 p.p. Autorzy raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” podkreślają, że sytuacja na Bliskim Wschodzie jest dynamiczna i trudno oszacować dokładny efekt proinflacyjny. Jednocześnie uważają, że przed samą Wielkanocą ceny w sklepach nie pójdą mocno w górę. Proces przenoszenia kosztów w handlu detalicznym zwykle trwa znacznie dłużej. Jeśli wzrosty cen energii i paliw utrzymają się przez kolejne miesiące, to może dojść do wyraźnego przyspieszenia dynamiki wzrostów cen w sklepach, szczególnie chemii gospodarczej, pieczywa i żywności przetworzonej.

Według raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, w lutym br. codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,8% rdr. W styczniu br. wzrost wyniósł 3,7%, a w grudniu ub.r. – 3,8% rdr. Analiza w każdym miesiącu obejmowała łącznie 17 kategorii, w tym żywność, napoje bezalkoholowe i alkoholowe oraz pozostały asortyment, np. chemię gospodarczą i art. dla dzieci. Autorzy raportu podkreślają, że ostatnio mieliśmy do czynienia z pewną stabilizacją cenową. Jednak obecny konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie może realnie spowodować, że ceny w polskich sklepach nabiorą większej dynamiki.

– Sytuacja zmieniła się fundamentalnie z końcem lutego. Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie, zwłaszcza gdy obejmuje główne szlaki transportu ropy, może windować ceny surowców energetycznych, a to przez łańcuch zależności uderzy w koszty transportu, produkcji i energii w Polsce. W konsekwencji stosunkowo szybko przeniesie się na ceny na półkach sklepowych. Oczywiście mamy do czynienia z ryzykiem, a nie z prognozą rynkową. Jeśli wzrosty cen energii i paliw utrzymają się przez kolejne miesiące, możemy być świadkami wyraźnego przyspieszenia dynamiki cen w sklepach, szczególnie chemii gospodarczej, pieczywa i żywności przetworzonej – mówi dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.

Natomiast dr Michał Pronobis z Uniwersytetu WSB Merito uważa, że najszybciej mogą reagować kategorie silnie zależne od transportu i energii, takie jak żywność, produkty importowane, a także niektóre artykuły przemysłowe. Jednak ekspert uspokaja, że skala i tempo tych zmian przed samą Wielkanocą nie będą raczej skokowe – proces przenoszenia kosztów w handlu detalicznym zwykle trwa kilka tygodni lub nawet miesięcy. Do tego dr Robert Orpych samym konsumentom doradza spokój, ponieważ informacja o napięciach geopolitycznych nie jest jeszcze powodem do paniki zakupowej, która dopiero może wywołać szoki cenowe w sklepach.

– W mojej ocenie, wpływ konfliktu na Bliskim Wschodzie na ceny w Polsce będzie niestety bezpośredni i dość szybki. W ostatnim czasie widzimy już kilkudziesięcioprocentowe wzrosty notowań niektórych paliw energetycznych, co bardzo szybko przekłada się na ceny benzyny, oleju napędowego i gazu. To ma istotny potencjał rozlania się na pozostałe kategorie cenowe, ponieważ paliwo jest kluczowym kosztem w logistyce, transporcie i produkcji. W efekcie po pewnym czasie presja kosztowa może pojawić się także w cenach wielu produktów w sklepach – zaznacza dr Michał Pronobis.

Z kolei Robert Biegaj, konsultant merytoryczny raportu z Shopfully Poland, uważa, że gdyby ceny paliw i energii mocno rosły w wyniku dalszych napięć geopolitycznych, świąteczne podwyżki mogłyby być wyższe niż standardowo. Zdaniem eksperta, zamiast typowych kilku procent w tym okresie, wzrost cen w wybranych kategoriach mógłby sięgnąć około 5-8%, a w przypadku produktów szczególnie wrażliwych na koszty energii i transportu – nawet ok. 10%.

– Nie byłby to jednak efekt wyłącznie decyzji sieci handlowych. Raczej byłoby to konsekwencją wzrostu kosztów w całym łańcuchu dostaw – od producentów, przez logistykę, aż po handel detaliczny. Niemiej jednak uważam, że w tym roku przed świętami zaznamy standardowych wzrostów cen w sklepach, bo retailerzy nie będą chcieli dopuścić do tego, aby konsumenci się wystraszyli. Ceny mocnej mogą pójść w górę dopiero w kolejnych okresach – wyjaśnia Robert Biegaj.

Na ten moment dr Michał Pronobis szacuje, że wpływ wzrostu cen paliw może podnieść szeroką inflację o około pół punktu procentowego już w marcu. Skala tego efektu w dużej mierze będzie zależała od tego, jak długo utrzymają się napięcia geopolityczne oraz podwyższone ceny surowców energetycznych. – Sytuacja jest dynamiczna i trudno oszacować dokładny efekt proinflacyjny. Jeśli napięcie utrzyma się dłużej, możliwy jest wtórny impuls inflacyjny, wynikający z przenoszenia wyższych kosztów energii i transportu na ceny kolejnych produktów i usług. Wówczas szok inflacyjny może być już silniejszy i bardziej trwały – dodaje ekspert.

Jak podkreśla dr Marek Szymański z Uniwersytetu WSB Merito, szokowej podwyżce już ulegają ceny paliw, bezpośrednio narażone na napięcia na Bliskim Wschodzie. Dodatkowo nawet brak bezpośredniego wpływu sytuacji na giełdach towarowych na rzeczywiste koszty gotowego paliwa nie zabezpiecza przed drożyzną na stacjach benzynowych. W ciągu pierwszych 10 dni konfliktu ceny benzyny na polskich stacjach poszły w górę o 10%, a oleju napędowego – o 17%, choć sprzedawane paliwo z pewnością zostało wyprodukowane z surowca kupionego znacznie przed początkiem amerykańskich nalotów na Iran.

– Rafinerie jeszcze przez kilka tygodni będą przerabiać ropę kupioną po starych, niższych cenach. Jednak dystrybutorzy już teraz wyceniają przyszłe dostawy nowych kontraktów i zabezpieczają swoje marże z wyprzedzeniem. Mechanizm jest stosunkowo prosty. Stacja benzynowa podnosi cenę dziś, bo jutro będzie musiała kupić droższy surowiec, nawet jeśli w jej zbiornikach wciąż jest ropa z zeszłotygodniowych, tańszych dostaw. W gruncie rzeczy to standardowe zabezpieczanie kosztów przyszłych zakupów. Tylko rachunek za tę ostrożność płaci kierowca tankujący już teraz – podsumowuje dr Robert Orpych.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lutego 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 84 tys. cen detalicznych z przeszło 39,5 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Inflacja znów może przyspieszyć. Konflikt w Iranie zmienia perspektywy

Odpowiedź na pytanie, jaka w najbliższej przyszłości będzie inflacja, zależy od tego, jak długo potrwa wojna w Iranie. Zarówno w przypadku konfliktu krótszego, jak i dłuższego niepewność co do przyszłych procesów inflacyjnych jest bardzo duża.

Z punktu widzenia procesów cenowych w Polsce mamy niewielki „zapas” w postaci inflacji nieco niższej od celu banku centralnego. W lutym dynamika cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniosła w porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku 2,1 proc., wobec celu NBP wynoszącego 2,5 proc.

Przy tej okazji warto zauważyć zmiany metodologiczne w liczeniu wskaźnika CPI. Od tego roku jest on obliczany według nowej klasyfikacji COICOP 2018. Według informacji GUS, to sprawia, że precyzyjniej uwzględniono aktualne wzorce wydatków oraz pojawianie się nowych towarów i usług.

Ważnym elementem jest coroczna aktualizacja systemu wag stosowanego w obliczeniach wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych. W strukturze wydatków gospodarstw domowych wzrósł udział m.in. żywności i napojów bezalkoholowych oraz użytkowania mieszkania lub domu. Z punktu widzenia czynników ryzyka dla kształtowania się wskaźnika CPI w przyszłości ważny jest szczególnie spadek udziału wydatków na transport (z 11,07 proc. do 10,18 proc.), który był efektem wyraźnych spadków cen w tej kategorii w ubiegłym roku.

Spadł również udział wydatków m.in. na napoje alkoholowe i wyroby tytoniowy, wyposażenie mieszkania i prowadzenie gospodarstwa domowego oraz na odzież i obuwie. Zmiana wag spowodowała, że według ostatecznych danych w styczniu ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2,1 proc. w ujęciu rok do roku, wobec wstępnie szacowanego wzrostu o 2,2 proc.

Oczywiście przyszłe zmiany dynamiki cen będą w dużym stopniu uzależnione od notowań ropy i gazu oraz od efektów przenoszenia wyższych cen surowców energetycznych na pozostałe kategorie towarów i usług. Część analityków przyjmuje założenie o krótkiej wojnie w Zatoce Perskiej – przede wszystkim dlatego, że dla niektórych krajów dłuższy konflikt może oznaczać bardzo poważne konsekwencje gospodarcze. Dotyczy to np. amerykańskich konsumentów, dla których cena paliwa stanowi ważny punkt odniesienia przy ocenie rządzących polityków.

Blokada Cieśniny Ormuz uniemożliwia bezpieczny transport zarówno ropy, jak i gazu skroplonego. Szczególnie wrażliwą kwestią jest właśnie transport LNG, bo gaz jest stosowany nie tylko do ogrzewania domów, ale również do produkcji energii elektrycznej czy nawozów sztucznych. Po jednym z irańskich ataków przedsiębiorstwo QatarEnergy, dostarczające światu jedną piątą LNG, wstrzymało jego produkcję.

Co prawda część gazu na świecie dociera do odbiorców rurociągami z innych źródeł, jednak przerwa w dostawach katarskich stanowi spory problem dla części krajów Azji, w tym Indii, Tajwanu, Japonii czy Korei Południowej. Szczególnie dla Indii to poważny problem: gaz dla dużych przedsiębiorstw jest tam racjonowany praktycznie od początku wojny w Iranie. Brak dostaw LNG znad Zatoki Perskiej będzie się przekładał na spowolnienie dynamiki produkcji w kluczowych dla gospodarki światowej regionach oraz na erozję łańcuchów dostaw.

W jaki sposób ta sytuacja może przełożyć się na polską gospodarkę? Ostatnia projekcja inflacji NBP była nieaktualna już w dniu jej publikacji, ponieważ nie zawierała kluczowego elementu ryzyka – efektu wojny w Iranie (prace nad projekcją zakończono przed wybuchem wojny). Z tego powodu, dla usprawnienia komunikacji między bankiem centralnym a uczestnikami rynku z pewnością pomocny byłby jakiś rodzaj aneksu lub krótkiego opracowania ze strony zespołu analitycznego NBP, które odnosiłoby się do możliwego wpływu wyższych cen ropy i gazu na polską gospodarkę.

Pierwsze efekty wojny w Iranie widzimy na stacjach paliw, ale również w wypowiedziach członków RPP wskazujących na brak możliwości kolejnej obniżki stóp procentowych. W kwietniu pojawią się pierwsze dane uwzględniające skutki konfliktu nad Zatoką Perską.

Wraz z wyższymi cenami ropy będą rosły oczekiwania inflacyjne. Nadal jednak jesteśmy daleko od sytuacji z 2022 r., kiedy po ataku Rosji na Ukrainę ceny ropy i gazu poszły w górę jeszcze bardziej. Dodatkowo stan finansów publicznych nakazuje szczególną ostrożność w podejmowaniu jakichkolwiek działań mogących pogłębić nierównowagę fiskalną. Podejmowanie dziś decyzji mających ograniczyć efekty wzrostu cen paliw byłoby przedwczesne.

Autor: dr Jarosław Janecki  jest przewodniczącym Rady Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Sztuczna inteligencja pomoże UOKiK wykrywać manipulacje w e-commerce

0

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów rozwija projekt wykorzystujący sztuczną inteligencję do identyfikowania tzw. dark patterns, czyli manipulacyjnych technik stosowanych w handlu internetowym. Inicjatywa ma pomóc organom nadzorczym skuteczniej reagować na nieuczciwe praktyki cyfrowe oraz stworzyć standardy korzystania z narzędzi AI w ochronie konsumentów.

Efekty prac zostaną zaprezentowane także przedstawicielom instytucji współpracujących w ramach Międzynarodowej Sieci Ochrony Konkurencji i Konsumentów (ICPEN), która skupia organy odpowiedzialne za ochronę praw konsumentów w wielu krajach świata.


Manipulacyjne techniki zakupowe w internecie

W środowisku handlu elektronicznego coraz częściej stosowane są mechanizmy określane mianem dark patterns. Są to rozwiązania projektowe w interfejsach stron internetowych i aplikacji, które mają skłonić użytkownika do podjęcia określonej decyzji zakupowej – często nie w pełni świadomej.

Do najczęściej spotykanych przykładów należą m.in.:

  • automatyczne dodawanie produktów do koszyka,
  • domyślne zaznaczanie dodatkowo płatnych usług,
  • liczniki czasu wywierające presję na szybki zakup,
  • komunikaty sugerujące ograniczoną dostępność produktu,
  • bardzo proste uruchomienie subskrypcji przy jednoczesnym utrudnieniu jej anulowania,
  • przyciski „Kup” lub „Zamów” wyróżnione kolorystycznie przy niemal niewidocznej opcji „Zrezygnuj”.

Projektanci interfejsów wykorzystują w takich przypadkach wiedzę z zakresu psychologii decyzji oraz marketingu behawioralnego. Często stosowane są komunikaty emocjonalne lub zawstydzające użytkownika, aby skłonić go do skorzystania z oferty.


Dlaczego dark patterns są skuteczne

Mechanizmy manipulacyjne bazują na naturalnych sposobach podejmowania decyzji przez ludzi. Kluczową rolę odgrywają tu heurystyki, czyli uproszczone reguły myślenia stosowane w sytuacji ograniczonego czasu lub niepewności.

Choć heurystyki pomagają podejmować szybkie decyzje przy niewielkim wysiłku poznawczym, mogą prowadzić także do błędów poznawczych. W środowisku zakupów online takie mechanizmy bywają wykorzystywane do wywoływania presji lub zniekształcania oceny sytuacji przez konsumenta.

Według prezesa UOKiK Tomasza Chróstnego dynamiczny rozwój rynku cyfrowego sprawia, że tradycyjne metody nadzoru nie zawsze nadążają za tempem zmian technologicznych.

– Rynek cyfrowy rozwija się szybciej niż tradycyjne narzędzia nadzorcze. Dlatego musimy sięgać po nowe technologie, aby skutecznie chronić konsumentów. Tym bardziej że sektor e-commerce już dziś wykorzystuje zaawansowane rozwiązania, w tym AI, do analizowania zachowań użytkowników – podkreśla prezes UOKiK.


Projekt finansowany z funduszy UE

W odpowiedzi na rosnącą skalę problemu w 2023 roku UOKiK rozpoczął realizację projektu „Wykrywanie i zwalczanie dark patterns za pomocą sztucznej inteligencji” (Detecting and combating dark patterns with Artificial Intelligence). Projekt finansowany jest ze środków Unii Europejskiej.

Jego główne cele to:

  • opracowanie standardów wykorzystania AI w ochronie konsumentów,
  • stworzenie narzędzia analizującego strony internetowe pod kątem manipulacyjnych elementów,
  • lepsze zrozumienie mechanizmów stosowanych w projektowaniu interfejsów sprzedażowych.

Analiza setek stron internetowych

Pierwsza faza projektu polegała na szczegółowej analizie rynku. Eksperci UOKiK przeanalizowali ponad 300 stron internetowych, głównie z sektora e-commerce, aby zidentyfikować najczęściej stosowane techniki manipulacyjne.

Na podstawie tej analizy powstał zbiór danych wykorzystywany do trenowania narzędzia AI. Równolegle przeanalizowano także skargi konsumentów, co pozwoliło wskazać branże szczególnie podatne na stosowanie dark patterns.

Dodatkowo eksperci przeprowadzili analizę kodu źródłowego 100 stron internetowych, które wcześniej zidentyfikowano jako stosujące manipulacyjne rozwiązania. W kodzie wyodrębniono fragmenty odpowiedzialne za funkcjonowanie poszczególnych elementów interfejsu, takich jak liczniki czasu czy domyślne zaznaczanie opcji dodatkowych.

Zebrane dane posłużyły jako materiał treningowy dla algorytmów sztucznej inteligencji.


Badania neuromarketingowe

Projekt obejmował również badania nad reakcjami użytkowników na manipulacyjne komunikaty marketingowe. W eksperymentach wykorzystano metody neuromarketingowe, takie jak:

  • eye tracking, czyli śledzenie ruchu gałek ocznych,
  • facial tracking, analizujący reakcje emocjonalne na twarzy użytkownika,
  • EEG (elektroencefalografia), mierząca aktywność mózgu.

Dzięki temu możliwe było zbadanie, które elementy interfejsu najbardziej przyciągają uwagę użytkowników oraz jakie emocje wywołują określone komunikaty sprzedażowe.

Badania uzupełniono ankietą internetową, w której uczestnicy podejmowali decyzje zakupowe w symulowanych scenariuszach zakupowych.


Zakupy online pod presją

Z badań UOKiK wynika, że zakupy w internecie są bardzo powszechne w Polsce. Aż 69 proc. osób w wieku 18–65 lat dokonuje zakupów online co najmniej kilka razy w miesiącu, a 15 proc. robi to nawet kilka razy w tygodniu.

Najczęściej wskazywanymi powodami zakupów internetowych są:

  • wygoda (72 proc.),
  • oszczędność czasu (68 proc.),
  • możliwość znalezienia niższych cen (65 proc.).

Jednocześnie wyniki badań pokazują, że komunikaty wywołujące presję czasową mają istotny wpływ na decyzje zakupowe. Ponad połowa respondentów przyznała, że zdarzyło im się kupić produkt pod wpływem informacji o kończącej się promocji.

Konkretnie:

  • 53 proc. badanych reaguje na komunikaty o kończącej się promocji,
  • 51 proc. na informacje o ograniczonej dostępności produktu,
  • 45 proc. na liczniki odliczające czas do końca oferty.

Testy narzędzia AI

W ramach projektu UOKiK testował różne rozwiązania technologiczne, w tym możliwości modeli językowych takich jak GPT-4 opracowany przez firmę OpenAI.

Testy pilotażowe pozwoliły stworzyć prototyp narzędzia AI, które:

  • analizuje strukturę i układ stron internetowych,
  • identyfikuje elementy manipulacyjne w interfejsach,
  • sprawdza kod źródłowy witryn,
  • wykorzystuje wyniki badań behawioralnych i neuromarketingowych.

Kolejna faza projektu koncentruje się na testowaniu narzędzia w praktyce oraz opracowaniu wytycznych dotyczących jego wykorzystania w działaniach nadzorczych.


Konferencja o ochronie konsumentów w erze AI

Jedną z okazji do prezentacji wyników projektu będzie konferencja „Protecting Consumers in the Digital Age: AI and Dark Pattern Detection”, która odbędzie się 17 marca w Bydgoszczy.

W wydarzeniu wezmą udział przedstawiciele instytucji współpracujących w ramach ICPEN. Spotkanie będzie poświęcone wymianie doświadczeń oraz dyskusji o tym, jak organy ochrony konsumentów mogą przygotować się na coraz większe wykorzystanie sztucznej inteligencji w gospodarce cyfrowej.


AI jako narzędzie wspierające nadzór

Zdaniem prezesa UOKiK sztuczna inteligencja nie zastąpi instytucji publicznych w egzekwowaniu prawa, ale może znacząco zwiększyć skuteczność działań nadzorczych.

– Skuteczna ochrona konsumentów w erze cyfrowej wymaga połączenia wiedzy prawnej, psychologii decyzji, analizy danych i nowoczesnych technologii. AI nie zastąpi organów ochrony konsumentów, ale może stać się ważnym narzędziem w walce z manipulacyjnym designem – podkreśla Tomasz Chróstny.

Rozwój narzędzi opartych na sztucznej inteligencji może w przyszłości umożliwić automatyczne monitorowanie tysięcy stron internetowych oraz szybsze wykrywanie nieuczciwych praktyk w handlu online. Wraz z rosnącą skalą e-commerce takie rozwiązania stają się coraz ważniejszym elementem systemu ochrony konsumentów.

Region Europy Środkowo-Wschodniej zyskuje na znaczeniu dla niemieckiego biznesu. Polska najczęściej wskazywanym kierunkiem inwestycji

0

Europa Środkowo-Wschodnia (CEE) umacnia swoją pozycję w strategiach niemieckich firm, już 63% z nich spodziewa się wzrostu znaczenia regionu w ciągu najbliższych pięciu lat – wynika z corocznego badania KPMG w Niemczech i Komisji Wschodniej Niemieckiej Gospodarki pt. „German-Central and Eastern European Business Outlook 2026”. Największym beneficjentem tego trendu pozostaje Polska, którą jako kierunek inwestycji wskazuje 56% niemieckich przedsiębiorstw planujących inwestycje w CEE – to wzrost o 11 p.p. r/r i zdecydowanie najwyższy wynik w regionie. Jednocześnie 16% ankietowanych firm wskazuje na nasilającą się presję ze strony przedsiębiorstw z Chin, które systematycznie zwiększają aktywność inwestycyjną i eksportową w regionie.

Polska przyciąga inwestorów

Polska pozostaje najatrakcyjniejszym kierunkiem inwestycyjnym w Europie Środkowo-Wschodniej dla niemieckich firm. W 2026 roku aż 56% firm z tego kraju planujących inwestycje w regionie wskazuje Polskę jako cel ulokowania kapitału. Na drugim miejscu znalazła się Ukraina (43% wskazań) – 19% przedsiębiorstw deklaruje gotowość inwestowania nawet w przypadku kontynuacji wojny, a kolejne 19% jest już obecnych na tym rynku. Trzecie miejsce zajmują Rumunia i Czechy, wskazane przez 35% respondentów. W porównaniu z poprzednim rokiem największy wzrost zainteresowania inwestorów pod kątem inwestycji odnotowała Polska, a następnie Czechy i Ukraina, podczas gdy Serbia, Węgry i Rumunia zanotowały spadek.Region Europy Środkowo-Wschodniej zyskuje na znaczeniu dla niemieckiego biznesu

Rosnące znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej dla niemieckich przedsiębiorstw

Europa Środkowo-Wschodnia coraz wyraźniej zajmuje trwałe miejsce w strategiach firm niemieckich. Potwierdzają to plany inwestycyjne firm działających w regionie – 55% z nich zamierza inwestować w CEE w perspektywie najbliższych pięciu lat, a 32% planuje projekty powyżej 5 mln euro. Najczęściej wskazywanymi obszarami inwestycji są usługi (31%) oraz rozbudowa zdolności produkcyjnych (29%), natomiast około 22% przedsiębiorstw zamierza wzmocnić swoje struktury eksportowe i dystrybucyjne.Rosnące znaczenie Europy Środkowo-Wschodniej dla niemieckich przedsiębiorstw

W odpowiedzi na rosnące wyzwania coraz więcej firm analizuje możliwości relokacji części produkcji – 26% firm rozważa przeniesienie części produkcji z Niemiec do CEE – motywowane rosnącymi kosztami pracy, niedoborami kadrowymi i strukturalnymi wyzwaniami na rynku niemieckim.

Transformacja gospodarcza i rosnąca rola innowacji

Proces transformacji Europy Środkowo-Wschodniej przyspiesza dzięki populacji liczącej ok. 155 mln mieszkańców, rosnącej sile nabywczej oraz prognozowanemu wzrostowi gospodarczemu na poziomie blisko 2,9% w 2026 roku, wspieranemu przez dalszą integrację z jednolitym rynkiem UE i strefą euro. Na tle regionu szczególnie wyróżnia się Polska, pozostająca jego gospodarczym filarem, choć – mimo trwającej wojny – niemieckie firmy dostrzegają także znaczący potencjał rynku ukraińskiego. Rosnąca atrakcyjność regionu oznacza jednocześnie większą konkurencję: 16% ankietowanych firm wskazuje na nasilającą się presję ze strony przedsiębiorstw chińskich zwiększających aktywność inwestycyjną i eksportową w CEE.

Handel pomiędzy Niemcami a CEE bije rekordy. W 2025 roku wymiana handlowa osiągnęła 529,3 mld euro – więcej niż łączna wartość handlu z USA (240,5 mld euro) i Chinami (251,8 mld euro).

Region coraz wyraźniej staje się także hubem innowacji i B+R – wśród priorytetów dominują sztuczna inteligencja i automatyzacja (38%), wyprzedzając infrastrukturę cyfrową (23%) i sektor obronny (20%). Jednocześnie najbardziej perspektywicznymi rynkami zbytu w CEE pozostają energia odnawialna (45%), elektromobilność i technologie bateryjne (40%) oraz przetwarzanie surowców (36%), czyli sektory o wysokiej intensywności działalności badawczo-rozwojowej.

Wyniki badania pokazują wyraźną zmianę percepcji regionu – z zaplecza kosztowego w kierunku zintegrowanego rynku wzrostu. Dla Polski, ale także dla pozostałych krajów CEE, stanowi to szansę na przyciąganie bardziej zaawansowanych projektów inwestycyjnych, szczególnie w kontekście trendu nearshoringu oraz rosnącego znaczenia bezpieczeństwa łańcuchów dostaw. Warto podkreślić, że coraz więcej firm niemieckich postrzega CEE nie tylko jako lokalizację produkcyjną, ale także jako miejsce do prowadzenia działalności badawczo-rozwojowej i wdrażania innowacji. Zachęty podatkowe dostępne w regionie, takie jak specjalne strefy ekonomiczne, ulga B+R czy IP Box, a także unijne i krajowe programy dotacyjne mogą dodatkowo wspierać realizację inwestycji oraz nowych projektów. Jednocześnie dane dotyczące ryzyk politycznych, korupcji czy biurokracji przypominają, że utrzymanie konkurencyjności wymaga konsekwentnej poprawy jakości otoczenia regulacyjnego oraz stabilności instytucjonalnej – mówi Kiejstut Żagun, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Szef Zespołu ds. Innowacji, Ulg i Dotacji w KPMG w Polsce.

Stabilne perspektywy zatrudnienia

Niemieckie firmy w większości pozytywnie oceniają swoją obecną sytuację w krajach Europy Środkowo-Wschodniej – 47% określa ją jako dobrą lub bardzo dobrą, 39% jako stabilną, a jedynie 14% jako słabą. W perspektywie pięciu lat 75% przedsiębiorstw oczekuje poprawy warunków prowadzenia biznesu w regionie, podczas gdy pogorszenia spodziewa się tylko 5%. Przekłada się to na umiarkowanie optymistyczne plany zatrudnieniowe: w ciągu najbliższego roku 56% firm zakłada utrzymanie obecnego poziomu zatrudnienia, około jedna czwarta (23%) planuje jego zwiększenie, a tylko co dziesiąta badana organizacja zamierza redukować liczbę pracowników. W dłuższej, pięcioletniej perspektywie 61% respondentów deklaruje tworzenie dodatkowych miejsc pracy, natomiast jedynie 3% rozważa redukcję zatrudnienia.

Centra usług wspólnych dominują jako model produkcyjny w Europie Środkowo-Wschodniej – spośród wszystkich kategorii lokalizacyjnych to właśnie SSC/BPO uzyskały najwyższy wynik jako priorytet produkcyjny w regionie (74% wskazań).

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że organizacje nie tylko planują inwestycje, ale także zakładają wzrost zatrudnienia w dłuższym horyzoncie czasowym. Oznacza to, że decyzje inwestycyjne mają charakter strategiczny i są powiązane z budową trwałej obecności operacyjnej. W polskim kontekście szczególnie widoczne jest to w dynamicznym rozwoju sektora usług – Polska pozostaje jedną z najatrakcyjniejszych lokalizacji dla centrów  Shared Services / Business Process Outsourcing  w Europie, a rosnące zainteresowanie niemieckich firm funkcjami o wyższej wartości dodanej, takimi jak finanse, HR, IT, a nawet obsługa zaawansowanych procesów biznesowych (supply chain, working capital, direct sales support), dodatkowo wzmacnia tę pozycję. Wyniki badania potwierdzają, że region – a w szczególności Polska – pozostaje jednym z głównych beneficjentów reorganizacji europejskich łańcuchów wartości, także w wymiarze usługowym – mówi Radosław Jankie, Partner, Advisory, Szef Zespołu ds. Centrów Usług Wspólnych i Outsourcingu w KPMG w Polsce.

O raporcie:


“German-Central and Eastern European Business Outlook 2026” to coroczne badanie opinii przygotowane wspólnie przez KPMG w Niemczech oraz Komisję Wschodnią Niemieckiej Gospodarki (niem. Ost-Ausschuss der Deutschen Wirtschaft). Raport powstał na podstawie ankiet przeprowadzonych między listopadem 2025 a styczniem 2026 wśród 115 firm – niemieckich przedsiębiorstw oraz lokalnych spółek zależnych grup niemieckich działających w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Badanie obejmuje 20 krajów CEE i koncentruje się na ocenie bieżącej sytuacji biznesowej, planach inwestycyjnych oraz szansach i wyzwaniach dla niemieckiego biznesu w regionie. Uzupełnieniem wyników ankietowych jest przekrojowy przegląd makroekonomiczny regionu, oparty na danych IMF, Eurostatu, Bundesbanku i Transparency International.

Kapitał wraca na rynek nieruchomości, ale inwestorzy są bardziej selektywni

Po dwóch dniach rozmów i spotkań na MIPIM 2026 w Cannes rynek europejski wysyła wyraźny sygnał: kapitał wraca do procesów inwestycyjnych, ale robi to z większą selektywnością niż przed cyklem podwyżek stóp procentowych. Inwestorzy nie uciekają od ryzyka, jednak uczą się je precyzyjniej wyceniać.

Największym zainteresowaniem cieszą się dziś aktywa z potencjałem wzrostu wartości oraz sektor mieszkaniowy, który pozostaje najaktywniejszą częścią europejskiego rynku nieruchomości. Równolegle rośnie apetyt na stabilne obiekty z długoterminowymi umowami najmu w najlepszych lokalizacjach, szczególnie tam, gdzie perspektywy wzrostu czynszów są realne.

Z rozmów na MIPIM wynika, że inwestorzy wracają do Polski i regionu, choć z większą ostrożnością niż jeszcze kilka lat temu. Poszukują aktywów, które oferują albo wyraźny potencjał wzrostu wartości, albo przewidywalny dochód i mocną lokalizację. Przypadkowych inwestycji dziś nikt nie robi.

Mieszkaniówka napędza rynek

Rynek mieszkaniowy pozostaje najsilniejszym segmentem i jednym z dominujących tematów tegorocznego MIPIM. Deweloperzy aktywnie poszukują gruntów pod nowe projekty w największych polskich miastach. W centrum uwagi są działki pozwalające na realizację inwestycji o skali około 5–10 tys. m² PUM oraz projekty wieloetapowe, które dają elastyczność w dostosowaniu tempa realizacji do zmieniających się warunków rynkowych.

Kapitał koncentruje się na Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu. To właśnie w tych ośrodkach płynność rynku gruntów i głębokość popytu nabywczego uzasadniają dziś nowe inwestycje.

Warszawa nieustannie w centrum uwagi

Warszawa wracała w rozmowach na MIPIM jako bezsprzecznie najważniejszy rynek nieruchomości w Polsce i jeden z kluczowych punktów odniesienia w regionie CEE. Zainteresowanie inwestorów, zarówno tych rozważających wejście na polski rynek, jak i przygotowujących kolejne akwizycje dotyczy przede wszystkim gruntów mieszkaniowych w centralnych lokalizacjach, projektów biurowych z potencjałem value-add oraz inwestycji mixed-use. Argumentem, który regularnie pojawia się w rozmowach, jest płynność warszawskiego rynku na tle innych stolic regionu.

Rynek biurowy zaczyna się stabilizować

Sektor biurowy przestaje być postrzegany wyłącznie przez pryzmat ryzyka. Kluczowym czynnikiem zmiany nastroju jest ograniczona podaż nowych projektów. W wielu miastach realizacja nowych biurowców została wstrzymana lub przesunięta, co w perspektywie kolejnych lat może istotnie poprawić warunki na rynku najmu.

W Warszawie deweloperzy coraz wyraźniej sygnalizują wzrost czynszów w najlepszych lokalizacjach biurowych. To bezpośredni efekt malejącego strumienia nowej podaży przy stabilnym popycie ze strony najemców. W rezultacie część inwestorów ponownie analizuje możliwość zakupu budynków biurowych w stolicy, szczególnie obiektów z potencjałem poprawy komercjalizacji lub wzrostu stawek czynszowych.

Oczekiwanie na kapitał core

W rozmowach z inwestorami wyraźnie widać ewolucję strategii. Po kilku latach dominacji podejścia value-add rynek zaczyna wypatrywać powrotu kapitału core, skierowanego do stabilnych, najlepiej zlokalizowanych aktywów z długoterminowymi umowami najmu. Część bieżących procesów sprzedaży sugeruje, że ten kapitał znów przygląda się Polsce, choć ostrożnie i selektywnie.

Nowi gracze w parkach handlowych

Parki handlowe utrzymują opinię jednego z najbardziej przewidywalnych segmentów rynku. Charakterystyczną cechą w tym momencie jest jednak zmiana profilu kupujących. Rosnącą aktywność wykazują inwestorzy z regionu Europy Środkowo-Wschodniej – z Czech, Słowacji i krajów bałtyckich oraz wybrane podmioty z Francji.

Przyjęta przez nich strategia to najczęściej akwizycja pojedynczych aktywów z myślą o stopniowym budowaniu portfela, który w kolejnych latach może zostać spieniężony jako większy pakiet. To model, który pozwala zarządzać ryzykiem przy jednoczesnym budowaniu skali.

Logistyka płynna, ale wciąż ostrożna

Logistyka pozostaje jednym z najbardziej aktywnych segmentów rynku. Trwa wiele procesów sprzedaży, zarówno pojedynczych aktywów magazynowych, jak i większych portfeli. Jednocześnie widoczne jest oczekiwanie na powrót instytucjonalnego kapitału core, który w poprzednich latach dominował w tym sektorze. Zainteresowanie koncentruje się na projektach z długimi umowami najmu, gwarantującymi stabilność dochodów. Ogólny obraz logistyki na MIPIM 2026 pozwala patrzeć w tym roku na sektor z ostrożnym optymizmem.

Nowe klasy aktywów zyskują na znaczeniu

Coraz częściej tematem rozmów są segmenty, które mogą rosnąć szybciej niż tradycyjne klasy aktywów. Szczególnie wyróżniają się data centers, centra badawczo-rozwojowe oraz nieruchomości medyczne i placówki opieki zdrowotnej. Napędza je zbieżność dwóch równoległych megatrendów – transformacji technologicznej i zmian demograficznych.

Polska jako stabilny punkt w niepewnym otoczeniu

Wątek geopolityczny nie znika z rozmów, ale zmienia swój charakter. Inwestorzy coraz powszechniej uznają, że ryzyko związane z wojną w Ukrainie zostało w znacznym stopniu wycenione i zdyskontowane w stopach zwrotu. Więcej niepewności generuje dziś sytuacja na Bliskim Wschodzie i jej potencjalne konsekwencje dla globalnej gospodarki. Na tym tle Polska jest coraz konsekwentniej postrzegana jako stabilny i przewidywalny rynek w regionie CEE.

Nowa faza cyklu

MIPIM 2026 potwierdza, że rynek nieruchomości wchodzi w nową fazę cyklu. To nie powrót do euforii sprzed kilku lat, ale stopniowe odbicie oparte na selektywności i dyscyplinie kapitałowej. Inwestorzy wracają tam, gdzie widzą jakość, przewidywalność dochodu lub wyraźny potencjał wzrostu wartości. W Polsce na tym trendzie korzysta dziś przede wszystkim mieszkaniówka, najlepsze projekty biurowe w Warszawie oraz wybrane aktywa handlowe i logistyczne.

USA luzują sankcje na rosyjską ropę, ale rynek pozostaje nerwowy

Decyzja administracji USA o czasowym dopuszczeniu zakupu części rosyjskiej ropy już znajdującej się w transporcie należy interpretować jako doraźną próbę stabilizacji rynku surowcowego w warunkach podwyższonego ryzyka geopolitycznego. Waszyngton, mierząc się z konsekwencjami wojny na Bliskim Wschodzie i presją na wzrost cen paliw, zdecydował się na drugi, rozszerzony wyjątek od dotychczasowych restrykcji. Tym razem obejmuje on ładunki załadowane przed 12 marca i obowiązuje przez miesiąc, co oznacza, że skala działania jest z definicji ograniczona i podporządkowana krótkoterminowemu celowi, jakim jest zwiększenie dostępnej podaży ropy bez istotnego wzmacniania dochodów Rosji.

Pokazuje to, że administracja USA pozostaje gotowa do elastycznego podejścia w sytuacji zagrożenia dla stabilności cen energii. Jednocześnie sam charakter tej decyzji pokazuje, że nie mamy do czynienia ze zmianą strategiczną, lecz z rozwiązaniem awaryjnym. Ograniczenie wyjątku wyłącznie do ładunków już będących w drodze sprawia, że wpływ na globalny bilans rynku będzie niewielki, zwłaszcza jeśli uwzględnić logistykę dostaw i krótki horyzont obowiązywania zwolnienia. To raczej próba złagodzenia napięcia niż działanie, które mogłoby trwale odwrócić kierunek notowań ropy. Rynek odebrał ten ruch z ostrożnością, co dobrze oddaje fakt, że notowania Brent wciąż utrzymują się w okolicach 100 dolarów za baryłkę. Oznacza to, że inwestorzy nie traktują zwiększonej podaży rosyjskiego surowca jako rozwiązania problemu, lecz jedynie jako czynnik częściowo ograniczający skalę zwyżek. Kluczowym źródłem niepokoju pozostaje bowiem Bliski Wschód, a więc region o fundamentalnym znaczeniu dla globalnych dostaw. Dopóki utrzymuje się ryzyko dalszej eskalacji konfliktu, zwłaszcza w rejonie newralgicznych szlaków transportowych, premia geopolityczna w cenach ropy będzie trudna do trwałego wyeliminowania.

Na ten obraz nakładają się także szacunki analityków, według których realnie dostępna dodatkowa podaż jest mniejsza, niż mogłoby wynikać z samej skali rosyjskiej ropy znajdującej się na morzu. Istotna część ładunków znajduje się w pobliżu Chin i może trafić do magazynów, kolejne wolumeny są już blisko Indii i prawdopodobnie zostaną tam wykorzystane, a tylko pozostała część daje większą elastyczność dla innych nabywców. W praktyce oznacza to, że mowa o buforze, który może jedynie częściowo zrekompensować potencjalne zakłócenia podaży z Zatoki Perskiej. To pomoc istotna z punktu widzenia krótkoterminowego sentymentu, ale zbyt mała, by zmienić fundamenty rynku. Warto również zauważyć, że decyzja USA wpisuje się w szerszy zestaw działań mających ograniczyć presję cenową. Obok czasowego poluzowania zasad dotyczących rosyjskiej ropy pojawił się plan uwolnienia 172 mln baryłek z rezerw strategicznych, a także rozważania dotyczące innych form interwencji. Dla inwestorów to wyraźny sygnał, że administracja jest zdeterminowana, by przeciwdziałać gwałtownym wzrostom cen energii, które mogłyby negatywnie odbić się zarówno na inflacji, jak i na nastrojach konsumenckich oraz wycenach aktywów.

Z punktu widzenia rynku akcji i obligacji znaczenie tej decyzji wykracza poza sam segment surowcowy. Każde działanie, które choć częściowo ogranicza ryzyko dalszego wzrostu cen ropy, jest potencjalnie korzystne dla oczekiwań inflacyjnych i może łagodzić obawy o utrzymanie restrykcyjnej polityki pieniężnej. Z drugiej strony inwestorzy mają świadomość, że jest to instrument o ograniczonej skuteczności. Jeżeli sytuacja w rejonie Zatoki Perskiej ponownie się zaostrzy, a szczególnie jeśli wzrośnie zagrożenie dla transportu przez cieśninę Ormuz, presja na kolejne nadzwyczajne działania może się zwiększyć, włącznie z dalszym łagodzeniem podejścia do rosyjskiej podaży.

Przychody z YouTube, TikToka i mediów społecznościowych – jak twórcy powinni rozliczyć PIT?

Rosnąca popularność platform cyfrowych sprawia, że działalność twórców internetowych coraz częściej przekształca się w pełnoprawny biznes. Influencerzy zarabiają na reklamach, współpracach z markami czy sprzedaży produktów. Wraz ze wzrostem przychodów pojawia się obowiązek prawidłowego rozliczania podatków. Podatek dla influencerów zależy od źródła dochodu, formy współpracy z markami oraz sposobu prowadzenia aktywności zarobkowej.

Twórcy internetowi a obowiązki podatkowe

Rozwój rynku cyfrowego sprawił, że aktywność w mediach społecznościowych stała się istotnym elementem współczesnej gospodarki internetowej. Wielu twórców internetowych buduje własne marki osobiste i realizuje kampanie promocyjne dla firm. Wraz z rosnącą skalą takich działań pojawia się jednak konieczność uporządkowania kwestii podatkowych, ponieważ dochody uzyskiwane w sieci podlegają przepisom o podatku dochodowym od osób fizycznych. Zgodnie z obowiązującymi regulacjami ustawy o pit przychody influencerów mogą zostać zakwalifikowane do kilku kategorii. Najczęściej są to dochody z działalności gospodarczej, przychody z działalności wykonywanej osobiście albo inne źródła przychodu.

Najczęstsze źródła przychodów twórców internetowych

W przypadku działalności twórców szczególnie ważne jest prawidłowe określenie, jakie są źródła przychodów. To właśnie ich klasyfikacja decyduje o sposobie opodatkowania oraz rodzaju rocznej deklaracji podatkowej. Do najczęstszych form zarabiania należą:

  • współprace reklamowe realizowane w modelu influencer marketing,
  • publikowanie materiałów promocyjnych dla marek,
  • udział w programach partnerskich i afiliacyjnych,

  • transmisje na żywo, podczas których twórca otrzymuje napiwki będących najczęściej wielokrotnymi wpłatami,
  • sprzedaż kursów online oraz sprzedaży własnych produktów.

W wielu przypadkach twórca otrzymuje wynagrodzenie za promocję towarów lub usług w ramach usług reklamowych czy szerzej rozumianych usług marketingowych.

Kiedy influencer powinien założyć firmę?

Na początku wiele osób działa w internecie okazjonalnie, publikując treści w mediach społecznościowych lub na własnej stronie internetowej. Jeśli jednak taka aktywność staje się regularna i zaczyna przynosić stabilne dochody, może zostać uznana za działalność gospodarczą. W takiej sytuacji influencer prowadzi działalność gospodarczą w sposób zorganizowany i nastawiony na zysk. Najczęściej praca przyjmuje formę jednoosobowej działalności gospodarczej, a twórca funkcjonuje na rynku podobnie jak inni przedsiębiorcy działający w sektorze usług cyfrowych.

Początkujące osoby mogą jednak korzystać z rozwiązania, jakim jest działalność nierejestrowana, o ile osiągane przychody nie przekraczają ustawowego limitu. Gdy jednak aktywność zaczyna generować znaczące przychody, zwykle konieczne staje się formalne założyć działalność gospodarczą.

Formy opodatkowania działalności influencerów

Osoby prowadzące biznes w internecie mogą wybrać różne formy opodatkowania. Odpowiednia decyzja w tym zakresie ma duże znaczenie dla rentowności prowadzonej działalności. Najczęściej wykorzystywane rozwiązania to:

  • Skala podatkowarozliczenie na zasadach ogólnych ze stawkami 12% oraz 32% dla dochodów przekraczających 120 tys. zł rocznie.
  • Podatek liniowystała stawka 19%, wybierana często przez przedsiębiorców osiągających wyższe przychody.
  • Ryczałt od przychodów ewidencjonowanychuproszczony model, w którym podatek obliczany jest od przychodu, bez możliwości rozliczania wielu wydatków.

Koszty działalności twórców

Istotnym elementem rozliczeń jest możliwość zaliczania wydatków do kategorii kosztów podatkowych. W przypadku influencerów koszty uzyskania przychodu mogą obejmować m.in.:

  • sprzęt komputerowy i fotograficzny,

  • kamery, mikrofony oraz oświetlenie,

  • oprogramowanie do montażu wideo,

  • działania promocyjne zwiększające zasięgi publikowanych treści.

Takie wydatki mogą stanowić koszt uzyskania przychodu, jeżeli pozostają w związku z prowadzoną aktywnością i zostały odpowiednio udokumentowane w ewidencji podatkowej. Dzięki temu możliwe jest odliczanie kosztów i prawidłowe wykazanie uzyskania przychodów w rozliczeniu rocznym.

Jak wygląda rozliczenie przychodów z YouTube i TikToka?

Dochody z platform wideo mogą pochodzić z różnych źródeł, takich jak reklamy, współprace sponsorskie czy napiwki przekazywane przez widzów. Oznacza to, że rozliczenie pit z youtube zależy przede wszystkim od tego, czy twórca działa jako przedsiębiorca, czy jako osoba prywatna.

Podobne zasady obowiązują w przypadku TikToka. Rozliczenie pit tiktok obejmuje przychody z transmisji na żywo, kampanii reklamowych oraz programów wspierających twórców.

W razie wątpliwości dotyczących kwalifikacji dochodów można wystąpić o interpretację indywidualną, którą wydaje dyrektor krajowej informacji skarbowej. Takie interpretacje podatkowe pomagają uniknąć sporów z fiskusem i wyjaśniają wiele kwestii podatkowych związanych z działalnością w internecie. Przydane informacje można znaleźć również na stronie https://www.podatnik.info/publikacje/opodatkowanie-influencerow-jak-rozliczac-dochody-z-mediow-spolecznosciowych,6511d1

Jak przygotować roczne rozliczenie podatkowe?

Po zakończeniu roku podatkowego twórca internetowy musi złożyć odpowiednią deklarację. PIT dla twórców zależy od formy działalności oraz sposobu osiągania dochodów. W przypadku przychodów uzyskiwanych z umów cywilnoprawnych często stosowany jest formularz PIT-37. W jego przygotowaniu pomocny może być program do rozliczenia pit-37, który ułatwia wprowadzanie danych i obliczenie należnego podatku. Coraz więcej podatników korzysta również z elektronicznych narzędzi administracji skarbowej. System e pit umożliwia szybkie przygotowanie deklaracji oraz przesłanie jej bezpośrednio do urzędu skarbowego, co znacząco upraszcza proces rozliczeń podatkowych.

Rynek twórców działających w internecie rozwija się bardzo dynamicznie, a działalność influencerów coraz częściej przypomina klasyczny model biznesowy. Wielu prowadzący działalność gospodarczą twórców inwestuje w sprzęt, marketing i rozwój marki, budując w ten sposób swoją przewagi konkurencyjnej w branży cyfrowej. Bardzo ważne jest planowanie podatków oraz przejrzyste uporządkowanie finansów, które jest istotnym elementem profesjonalnej aktywności online. Dzięki temu influencerzy mogą rozwijać swoje projekty bez ryzyka niejasności podatkowych, a jednocześnie prowadzić biznes zgodnie z obowiązującymi przepisami.

TEP: europejski SAFE to odpowiedzialne finansowanie obronności, „SAFE 0%” nie daje takich gwarancji

Zdaniem Rady TEP europejski mechanizm finansowania obronności SAFE spełnia kluczowe kryteria odpowiedzialnego finansowania wydatków obronnych – zapewnia natychmiastowy dostęp do stabilnych i długoterminowych źródeł finansowania, po niższych kosztach niż byłyby finansowane przez Polskę, co ma fundamentalne znaczenie dla bezpieczeństwa państwa. Warunków takich nie spełnia natomiast propozycja finansowania tzw. „SAFE 0%”.

W obliczu międzynarodowych zagrożeń oraz potrzeb modernizacyjnych polskiego sektora obronnego konieczne jest zapewnienie finansowania na odpowiednim i przewidywalnym poziomie. Wynegocjowany przez polski rząd europejski mechanizm finansowania obronności SAFE stwarza realne gwarancje szybkiej realizacji celów związanych ze zwiększaniem potencjału obronnego kraju. Jednocześnie koszt pozyskania środków w ramach tego mechanizmu jest niższy w porównaniu z alternatywnymi sposobami finansowania na rynku krajowym oraz na rynkach międzynarodowych.

Wymienionych wyżej cech nie spełnia propozycja tzw. „SAFE 0%”. Przede wszystkim, misją NBP jest utrzymywanie stabilności pieniądza, a nie wchodzenie w kompetencje rządu i parlamentu. Zgodnie z obowiązującymi regulacjami prawnymi (ustawa o Narodowym Banku Polskim, art. 69) część rocznego zysku NBP podlega odprowadzeniu do budżetu państwa. Decyzje dotyczące przeznaczenia tych środków należą do kompetencji Ministra Finansów.

Jeśli chodzi o propozycję opartą na koncepcji tzw. SAFE 0% i finansowania w ramach nowego Polskiego Funduszu Inwestycji Obronnych, to – nawet gdyby była ona zgodna z Konstytucją (a nie jest z uwagi m.in. na art. 227 Konstytucji RP wskazujący na zakres kompetencji banku centralnego) – to nie stanowi rozwiązania zapewniającego natychmiastowy dopływ dodatkowych środków na obronność, albowiem zgodnie z obowiązującymi przepisami wypłata ewentualnego zysku NBP za dany rok następuje w kolejnym roku. Ponadto, proponowane rozwiązanie nie jest wolne od kosztów, między innymi z uwagi na koszty finansowania do momentu wpływu środków z zysku NBP, dodatkowe koszty sterylizacji nadpłynności na rynku finansowym oraz inne koszty administracyjne. Po trzecie, rozwiązanie to nie gwarantowałoby stabilnego finansowania o określonej wartości w dłuższym horyzoncie czasowym. Wynika to między innymi z możliwości wystąpienia czynników pogarszających wynik finansowy NBP. W ocenie możliwości uzyskania przez NBP w przyszłości potencjalnego zysku należy uwzględnić nie tylko ewentualne dodatkowe dochody, ale również koszty jakie ponosi w danym okresie bank centralny.

Sposób finansowania wydatków przeznaczanych na obronę państwa nie powinien być przedmiotem bieżących sporów politycznych, lecz obszarem odpowiedzialnego, ponadpartyjnego porozumienia w sprawach kluczowych dla bezpieczeństwa Polski.


Rada Towarzystwa Ekonomistów Polskich

Zmiany w SENT z dłuższym vacatio legis dzięki interwencji Rzecznika MŚP

17 marca 2026 r. wejdą w życie przepisy rozszerzające katalog towarów objętych systemem monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów (SENT). Zmiany wynikają z rozporządzenia Ministra Finansów i Gospodarki z 10 września 2025 r. i obejmą przewozy odzieży, dodatków odzieżowych, odzieży używanej oraz obuwia spełniających określone progi wagowe lub ilościowe.

Na etapie prac legislacyjnych Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców aktywnie uczestniczył w konsultacjach projektu rozporządzenia, przedstawiając Ministrowi Finansów szczegółową opinię dotyczącą skutków nowych regulacji dla przedsiębiorców. W wystąpieniu z 28 marca 2025 r. wskazano, że projektowane przepisy wprowadzają dodatkowe obowiązki administracyjne, których naruszenie może wiązać się z wysokimi sankcjami finansowymi wynikającymi z ustawy o systemie monitorowania przewozu towarów.

W związku z tym Rzecznik postulował wydłużenie okresu vacatio legis z trzech do sześciu miesięcy, aby przedsiębiorcy mogli odpowiednio przygotować się do nowych obowiązków. Postulat ten został uwzględniony w ostatecznej wersji rozporządzenia, dzięki czemu firmy uzyskały dodatkowy czas na dostosowanie procedur logistycznych i systemów raportowania.

Rozszerzenie systemu SENT oznacza nowe obowiązki dla wielu przedsiębiorców, w szczególności z sektora handlu detalicznego, e-commerce oraz branży transportowo-logistycznej (TSL), którzy dotychczas nie byli objęci obowiązkiem monitorowania przewozów w tym systemie. Ministerstwo Finansów wskazuje, że celem wprowadzenia zmian jest ograniczenie szarej strefy w obrocie odzieżą i obuwiem importowanymi z państw trzecich, przeciwdziałanie przestępstwom skarbowym oraz zwiększenie bezpieczeństwa rynku poprzez eliminowanie towarów niespełniających standardów jakości.

W środowisku przedsiębiorców opinie dotyczące nowych regulacji pozostają zróżnicowane. Część firm zwraca uwagę na dodatkowe obowiązki administracyjne, które wiążą się z funkcjonowaniem systemu. Jednocześnie przedstawiciele branży odzieżowej i obuwniczej od dłuższego czasu wskazują na skalę nielegalnego obrotu oraz problem nieuczciwej konkurencji wynikającej z importu towarów z pominięciem należnych ceł i podatków.

Rozszerzenie systemu SENT o nowe grupy towarów wymaga od przedsiębiorców odpowiedniego przygotowania organizacyjnego i technologicznego. Wydłużony okres vacatio legis pozwala firmom uporządkować procedury logistyczne, dostosować systemy raportowania oraz przygotować zespoły operacyjne do nowych obowiązków. Ma to zdecydowanie znaczenie dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw” – wskazuje Dagmara Rybicka, Zastępca Dyrektora Gabinetu i Rzecznik Prasowy w Biurze Rzecznika MŚP.

Niniejsza treść jest wyłączenie informacją na temat wprowadzanych zmian i nie stanowi wykładni obowiązującego prawa.

GPW przenosi notowania na miejskie ekrany, wzorem NASDAQ

Ponad 70% Polaków deklaruje, że potrzebuje większej wiedzy o funkcjonowaniu rynku kapitałowego. W odpowiedzi na te wyniki Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wraz z Digital Network uruchomiła projekt GPW 24/7 – pierwszy w Europie giełdowy kanał informacyjno-edukacyjny w technologii Digital Out of Home (DOOH).

To innowacyjne przedsięwzięcie przenosi notowania giełdowe oraz krótkie treści edukacyjne z ekranów komputerów i aplikacji inwestycyjnych bezpośrednio do przestrzeni miejskiej. Na 58 wielkoformatowych ekranach w Gdyni, Katowicach, Łodzi, Poznaniu, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu, w kluczowych godzinach sesji (9:00–10:00 oraz 16:00–19:00), prezentowane są aktualne notowania indeksów WIG, WIG20, mWIG40 i sWIG80, a także największe wzrosty, spadki i spółki o najwyższych obrotach. Równolegle emitowane są krótkie materiały wyjaśniające podstawowe mechanizmy rynku – czym jest indeks, jak działa oferta publiczna czy na czym polega dywersyfikacja portfela.

– „Projekt GPW 24/7 to nowy sposób komunikacji z odbiorcami. Przenosimy Giełdę do przestrzeni miejskiej, by pokazać, że rynek kapitałowy jest bliżej, niż wielu osobom się wydaje. Notowania na ekranach DOOH to nie tylko źródło informacji, ale także zaproszenie do świata inwestycji – dynamicznego, otwartego i dostępnego dla każdego, kto chce lepiej rozumieć gospodarkę” – podkreśla Tomasz Bardziłowski, Prezes Zarządu GPW.

Edukacja jako odpowiedź na realną lukę wiedzy

Inicjatywa ma charakter systemowy i edukacyjny. Badania pokazują, że mimo rosnącej popularności inwestowania, zdecydowana większość Polaków (70%) wciąż nie czuje się kompetentna w obszarze rynków kapitałowych. GPW chce zmienić ten stan rzeczy, wychodząc z przekazem poza środowisko profesjonalnych inwestorów. Treści przygotowywane przez Digital Network w porozumieniu z GPW mają nie tylko informować o bieżącej sytuacji rynkowej, lecz także budować podstawową świadomość ekonomiczną. W przyszłości projekt może stać się również platformą merytorycznej prezentacji dla spółek publicznych oraz instytucji finansowych.

– „Dzięki wykorzystaniu sieci wielkoformatowych ekranów DOOH nowa inicjatywa GPW ma możliwość dotarcia co dzień do grupy ponad 13 milionów odbiorców, wychodząc poza parkiet i stając się skutecznym narzędziem upowszechniania wiedzy o rynku kapitałowym, wspierającym codzienne decyzje finansowe Polaków” – zaznacza Damian Rezner, dyrektor operacyjny Screen Network, spółki zależnej Digital Network.

Projekt inspirowany rozwiązaniami z USA

GPW 24/7 wzoruje się na amerykańskich doświadczeniach – przede wszystkim na kultowym ekranie NASDAQ na Times Square w Nowym Jorku, który od lat prezentuje informacje rynkowe w przestrzeni publicznej, łącząc świat finansów z nowoczesną komunikacją wizualną. Inspiracją były również działania promocyjne Texas Stock Exchange w Dallas, wykorzystujące wielkoformatowe nośniki cyfrowe do budowy rozpoznawalności nowej platformy obrotu.

Na tle Europy projekt GPW ma charakter pionierski – żadna inna giełda na kontynencie nie prowadzi stałego, miejskiego kanału DOOH z notowaniami i treściami edukacyjnymi. Jak ocenia Jakub Potrzebowski, ekspert rynku mediów: – „Kampania GPW i Digital Network to technologiczna nowinka, która przenosi informacje giełdowe i edukację finansową z ekranów komputerów na wielkoformatowe ekrany w przestrzeni miejskiej. To nowoczesny sposób popularyzacji wiedzy o giełdzie i zachęta, by bliżej zainteresować się mechanizmami rynku”.

GPW 24/7 to nie tylko projekt wizerunkowy, ale przede wszystkim próba długofalowej zmiany – oswajania rynku kapitałowego i budowania kultury inwestowania w Polsce poprzez obecność tam, gdzie na co dzień są obywatele: w przestrzeni publicznej.

Bliski Wschód znów przypomina Europie o jej energetycznej zależności

Strategiczna autonomia stała się przewodnią gwiazdą Europy w coraz bardziej podzielonym świecie, prawie dziesięć lat po pierwszym przemówieniu prezydenta Macrona na Sorbonie. Ale co trzeba zrobić, aby ją osiągnąć? W naszej serii „Przyszłość Europy”, która ukazuje się w kolejnych tygodniach, przyjrzymy się niezbędnym reformom, instrumentom i inwestycjom – od polityki handlowej po bezpieczeństwo energetyczne i rolę euro – które pozwolą Europie uporać się z krytycznymi uzależnieniami i słabościami. Dzisiaj przyjrzymy się, co musi zrobić Europa, aby osiągnąć autonomię energetyczną.

  • Eskalacja konfliktu na Bliskim Wschodzie jest surowym przypomnieniem niedokończonej w Europie kwestii: osiągnięcia autonomii energetycznej. Chociaż od 2022 r. zależność Europy od rosyjskiego gazu uległa poprawie, jest to jedynie zastąpienie jednej zależności inną. Ostatnie wydarzenia zdestabilizowały światowe rynki energii i w opinii Allianz Trade uwydatniły potrzebę większej odporności energetycznej. Przez Cieśninę Ormuz przepływa około 20 milionów baryłek ropy dziennie – około jednej czwartej światowego handlu morskiego – co czyni ją kluczowym punktem w dostawach. Od początku działań wojennych ceny ropy wzrosły, osiągając szczytowy poziom blisko 120 USD/bbl. Chociaż Bliski Wschód dostarcza tylko około 4% gazu do Europy, europejskie ceny referencyjne wzrosły prawie dwukrotnie, ponieważ handlowcy obawiają się, że azjatyccy nabywcy mogą konkurować o dostawy. Przemysł europejski jest najbardziej narażony na zakłócenia w dostawach gazu (39% energii końcowej) i transportu na skutek wstrząsów na rynku ropy naftowej (transport drogowy zużywa 73% ropy naftowej w UE), podczas gdy gaz często determinuje ceny energii elektrycznej, rozkładając ryzyko na całą gospodarkę. Sytuacja ta przypomina kryzys energetyczny po rozpoczęciu wojny na Ukrainie w 2022 r. i podkreśla potrzebę wzmocnienia odporności energetycznej i konkurencyjności. Dostawy rosyjskiego gazu rurociągami do UE spadły ze 150 mld m³ w 2021 r. do 38 mld m³ w 2025 r. i zostały w dużej mierze zastąpione przez amerykański LNG (45%), co zwiększa narażenie na cykle rynkowe i ograniczenia transportowe. UE eksploatuje obecnie 33 terminale LNG (o zdolności 215 mld m³), a 22 mld m³ jest w budowie i 78 mld m³ w planach, ale bez szybszej elektryfikacji i rozbudowy sieci energetycznej istnieje ryzyko, że zależność od gazociągów zostanie zastąpiona kosztowną zależnością od LNG.
  • Po pierwsze, Europa musi ponownie uruchomić swój zestaw narzędzi na wypadek sytuacji kryzysowej w zakresie energii. Kryzys energetyczny z 2022 r. pokazał, że chociaż nie da się uniknąć zmienności cen, to można ograniczyć jej wpływ gospodarczy poprzez skoordynowane działania polityczne łączące redukcję popytu, stabilizację podaży i ukierunkowane wsparcie fiskalne. Decydenci polityczni powinni zatem ponownie zastosować scenariusz kryzysowy: ograniczenie popytu, zachęcanie do efektywności energetycznej i rekompensowanie przemysłowi tymczasowych ograniczeń. W wytwarzaniu energii elektrycznej można również odejść od gazu poprzez maksymalizację produkcji energii jądrowej i tymczasowe wykorzystanie innych dostępnych mocy. Po stronie podaży przed zimą niezbędna jest odbudowa zapasów magazynowych i zabezpieczenie importu LNG. Na koniec – awaryjne narzędzia rynkowe i ukierunkowane wsparcie finansowe mogą ustabilizować rynki, chroniąc jednocześnie wrażliwe na zmiany cen gospodarstwa domowe i energochłonne gałęzie przemysłu.
  • Po drugie, tym razem program autonomii energetycznej Europy powinien być również strategicznym programem transformacji w kierunku większej odporności. Krótkoterminowe odejście od gazu zadziałało, ponieważ rządy potraktowały bezpieczeństwo energetyczne jak logistykę wojenną. Jednak odporność wymaga obecnie długofalowego naprawienia strukturalnych słabości rynku i stworzenia najlepszej w swojej klasie sieci energetycznej. Energia jądrowa może wzmocnić odporność energetyczną Europy, zapewniając niezawodną, niskoemisyjną energię elektryczną, która stabilizuje ceny energii i zapewnia niezawodność systemu, jednak jest ona kosztowna i wiąże się z innymi wyzwaniami (np. pozyskiwanie uranu, gospodarka odpadami itp.). Europa powinna zająć się głównym problemem utrudniającym transformację w kierunku gospodarki opartej na odnawialnych źródłach energii: nieelastycznością sieci energetycznej, poprzez rozbudowę i cyfryzację zarządzania siecią, rozbudowę połączeń transgranicznych oraz dostosowanie popytu do cen na dużą skalę, aby umożliwić konsumentom zmianę zużycia energii elektrycznej w momencie, gdy jest ona najtańsza. Szacujemy, że bez koniecznej modernizacji koszty przeciążenia europejskich sieci osiągną 12,3 mld EUR do 2030r. i 56,7 mld EUR do 2040r.W opinii Allianz Trade Europa musi więc podjąć działania aby uniknąć związanych z tym wstrząsów cenowych, które mogą osiągnąć +22% do 2030 r. i nawet +103% do 2040 r. Aby rozwiązać ten problem i ulepszyć swój system energetyczny, szacujemy, że do 2050 r. Europa będzie musiała zainwestować około 2,27 bln EUR w sieć energetyczną (tj. około 91 mld EUR rocznie), a do 2030 r. dodatkowo 101 mld EUR rocznie w energię wiatrową i słoneczną, aby istotnie ulepszyć sieci i połączenia międzysystemowe oraz umożliwić konsumentom przesunięcie zużycia energii elektrycznej na okresy, kiedy jest ona najtańsza.
  • Rok 2040 powinien być docelową datą osiągnięcia silnej, strategicznej autonomii energetycznej UE. Europa osiągnie autonomię energetyczną, gdy będzie w stanie ogrzewać domy i zasilać produkcję przemysłową głównie z odnawialnych źródeł energii, wykorzystując w miarę możliwości energię elektryczną oraz w razie potrzeby zielony wodór, a pozostałe luki wypełniając zróżnicowanym portfolio niezależnych i długoterminowo stabilnych źródeł energii. Realistyczny harmonogram w trzech etapach wyglądałby następująco: w latach 2026–2027 osiągnięta zostanie „pełna niezależność na papierze od Rosji”, lata 2028–2035 to okres na osiągnięcie „autonomii operacyjnej” poprzez strukturalne zmniejszenie zapotrzebowania na gaz i zmniejszenie zależności od elektrowni gazowych w okresach wysokiego zapotrzebowania na energię elektryczną, zamiast tego wykorzystując elastyczność systemu, taką jak magazynowanie energii, reagowanie na zapotrzebowanie i silniejsze połączenia między-sieciowe, a lata 2035–2040 to bardziej konserwatywna perspektywa i dodatkowy czas na osiągnięcie „solidnej autonomii”, jeśli wcześniejsze projekty rozbudowy sieci i środki zapewnienia większej jej elastyczności będą wdrażane wolniej, niż oczekiwano.

Wojna w Iranie jest aktualnym – i kolejnym w ostatnich latach przypomnieniem o słabości energetycznej Europy. Trwający konflikt z udziałem Iranu już odbija się echem na światowych rynkach energii, po raz kolejny podkreślając strukturalną wrażliwość systemów energetycznych Wspólnoty na wstrząsy geopolityczne. Powracają gwałtowne wahania cen i ponowne obawy o bezpieczeństwo dostaw, zwłaszcza ze względu na kluczową rolę regionu na światowych rynkach ropy i gazu. Wzmacnia to kluczowy cel polityczny Europy: odporność energetyczną. Chociaż Europa nie importuje zbyt wielu zasobów ropy naftowej i gazu przez Cieśninę Ormuz, jest to kluczowa trasa dla LNG z Kataru, co może spowodować, że jego dotychczasowi nabywcy z Azji będą konkurować z Europą o LNG od innych dostawców. Zakłócenia w infrastrukturze eksportowej Zatoki Perskiej mogą tymczasowo spowodować ograniczenie blisko 20% światowych dostaw LNG. Takie wstrząsy szybko przełożą się na gwałtowny wzrost cen energii elektrycznej, presję inflacyjną i zagrożenie dla konkurencyjności przemysłowej regionu. Obecna sytuacja przypomina kryzys energetyczny z 2022 r. wywołany inwazją Rosji na Ukrainę, który ujawnił zależność Europy od cen gazu i jej podatność na ich wahania. W 2022 r. średnia cena gazu wynosiła ponad 130 EUR/MWh, czyli ponad siedem razy więcej niż średnia historyczna. Europa ostatecznie ustabilizowała swój system energetyczny poprzez szybką dywersyfikację LNG, ograniczenie popytu o ponad 10% oraz agresywną politykę magazynowania, która spowodowała, że przed zimą zapasy gazu osiągnęły około 95% pojemności. Europa powinna wyciągnąć wnioski z tego epizodu i przygotować się nie tylko na potencjalny wstrząs irański, ale przede wszystkim na przyszłe wstrząsy w świecie, w którym ryzyko geopolityczne pozostaje strukturalnie wysokie. Odporność energetyczna będzie w coraz większym stopniu decydować o bezpieczeństwie i stabilności gospodarczej.

Sektory końcowego zużycia energii w Europie wykazują znacznie różne narażenie na wstrząsy związane z paliwami kopalnymi. Przemysł jest w dużym stopniu uzależniony od gazu ziemnego, który stanowi 39% jego końcowego zużycia energii, co sprawia, że jest on szczególnie wrażliwy na zakłócenia w dostawach gazu (patrz wykres 1). Transport jest w dużej mierze uzależniony od ropy naftowej, a sam transport drogowy zużywa 73% ropy naftowej w UE w 2024 r., co czyni go sektorem najbardziej narażonym na gwałtowne wzrosty cen ropy. Uzależnienie sektora energetycznego od gazu jako podstawowego paliwa kopalnego i marginalnego czynnika kształtującego ceny rozkłada ryzyko związane z dostawami na całym łańcuchu dostaw, wzmacniając wpływ wszelkich wstrząsów związanych z gazem daleko poza sam sektor energetyczny. Zmniejszenie wrażliwości sektora wymaga zatem połączenia: strukturalnego ograniczenia popytu, przejścia na (tanią) energię elektryczną i dekarbonizacji dostaw energii. Elektryfikacja transportu (pojazdy elektryczne) ma kluczowe znaczenie dla zmniejszenia narażenia u na globalne rynki ropy naftowej, natomiast szersza modernizacja i rozbudowa sieci energetycznej mogą złagodzić ryzyko systemowe wynikające z uzależnienia od gazu w produkcji energii elektrycznej.

Wykres 1: Udział końcowego zużycia energii według podsektorów i źródeł energii w 2024 r. (w %)

Udział końcowego zużycia energii według podsektorów i źródeł energii w 2024

Źródła: Allianz Trade Research na podstawie danych Eurostatu; Uwaga: Końcowe zużycie energii elektrycznej i ciepła przypisano źródłom energii pierwotnej przy użyciu udziałów w produkcji brutto.

Od pułapki rurociągu jednego dostawcy do nawyku korzystania z LNG jednego dostawcy? Dostawy rosyjskiego gazu rurociągami do UE spadły z 150 mld metrów sześciennych (bcm) w 2021 r. do 38 bcm w 2025 r. Głównym substytutem jest LNG, a głównym dostawcą są Stany Zjednoczone, które w 2024 r. dostarczyły prawie 45% LNG do UE, a w 2025 r. około 60%. Jednak naraża to Europę na cykle koniunkturalne w USA, ograniczenia transportowe i zmienne nastroje polityczne Waszyngtonu (patrz wykres 2). Odporność energetyczna UE będzie wymagała traktowania gazu jako strategicznego surowca równoważącego, a nie jako zabezpieczenia, poprzez utrzymanie popytu na poziomie strukturalnie niższym niż w 2021 r. (dotychczas – zużycie w UE w 2024 r. spadło o 19% w porównaniu z 2021 r.), ochronę magazynów i usług systemowych, dywersyfikację „portfela energetycznego” poprzez zakupy w Norwegii, Afryce Północnej i inwestycje w krajowy biometan, a także przyspieszenie transformacji energetycznej w kierunku odnawialnych źródeł energii, zamiast zamykania się w drugiej erze długotrwałej nadmiernej koncentracji.

Europa może być niezależna tylko wtedy, gdy obniży strategiczną wartość importowanych węglowodorów w swoim modelu przemysłowym. Europa szybko zbudowała ogromną alternatywną opcję w zakresie LNG: 33 duże terminale UE działające z roczną zdolnością regazyfikacyjną wynoszącą 215 mld m3, a także kolejne 22 mld m3 w budowie i 78 mld m3 w planach. Jednak rozwiązania te nie eliminują ryzyka geopolitycznego, a jedynie zmieniają jego kierunek. Wyzwaniem w zakresie bezpieczeństwa jest przejście od „substytucji dostaw” do „substytucji systemu”: elektryfikacja przemysłu ciepłowniczego i niskotemperaturowego tam, gdzie jest to opłacalne, przyspieszenie przemian ku wyższej efektywności, która trwale zmniejsza szczytowe zapotrzebowanie, oraz zapewnienie stałych mocy niskoemisyjnych i elastyczności w ich wykorzystaniu (magazyny energii – jak np. elektrownie szczytowo-pompowe).

Wykres 2: Import gazu do UE (mld m³)

Import gazu do UE

Źródła: Eurostat, Allianz Trade Research

Doświadczenia z 2022 r. pokazały, że chociaż nie można wyeliminować zmienności cen, to można ograniczyć jej wpływ na gospodarkę poprzez połączenie redukcji popytu, stabilizacji podaży i ukierunkowanego wsparcia fiskalnego. Europa może ponownie stanąć w obliczu szoku energetycznego, który będzie przypominał kryzys z 2022 r. Warunki są jednak nieco inne: tym razem kontynent zbliża się do wiosny, a nie do zimy, co oznacza, że zapotrzebowanie na ogrzewanie wkrótce spadnie. Ta sezonowa ulga jest jednak złudna. Poziomy zapasów gazu są obecnie poniżej historycznych średnich, a sezon uzupełniania zapasów rozpoczyna się właśnie w momencie, gdy globalne rynki energii stają się coraz bardziej niestabilne. Utrzymuje się również strukturalna wrażliwość, dlatego decydenci powinni sięgnąć po znany scenariusz kryzysowy:

  • Zarządzanie popytem pozostaje najszybszym i najbardziej efektywnym ekonomicznie środkiem. Ponieważ elektrownie gazowe często ustalają marginalną cenę energii elektrycznej w Europie, zmniejszenie zużycia energii bezpośrednio obniża popyt na gaz i hurtowe ceny energii elektrycznej. Rządy powinny zatem zachęcać do skoordynowanych działań na rzecz zmniejszenia popytu w gospodarstwach domowych, usługach i przemyśle. Kampanie publiczne i wytyczne regulacyjne mogą promować niższe poziomy ogrzewania i zmniejszenie zużycia energii na potrzeby nieistotne. Dynamiczne ceny i programy reagowania na popyt mogą spowodować przesunięcie zużycia energii elektrycznej poza okresy szczytowego zapotrzebowania, a dobrowolne programy ograniczania zużycia mogą rekompensować dużym odbiorcom przemysłowym tymczasowe zmniejszenie popytu. Staranna koordynacja poboru gazu z magazynów może również złagodzić napięcia na rynku i ograniczyć nagłe wzrosty popytu na LNG.
  • Ograniczenie zużycia gazu w produkcji energii elektrycznej stanowi kolejny natychmiastowy bufor. Ponieważ elektrownie gazowe często determinują ceny energii elektrycznej, nawet niewielkie ograniczenie produkcji energii z gazu może ustabilizować rynki. Przedsiębiorstwa użyteczności publicznej mogą tymczasowo zwiększyć produkcję z innych dostępnych źródeł. Tam, gdzie pozostają dostępne moce, można utrzymać i ponownie uruchomić elektrownie węglowe – tak jak zrobiły to Niemcy podczas kryzysu w 2022 r. – a maksymalizacja produkcji energii jądrowej we Francji mogłaby znacznie zmniejszyć zależność od gazu na europejskich rynkach energii. Chociaż środki te wiążą się z kompromisami środowiskowymi, mogą one zapewnić szybką ochronę przed niedoborami dostaw i gwałtownymi wzrostami cen.
  • Po stronie podaży odbudowa magazynów gazu i zabezpieczenie dostaw LNG pozostają głównymi środkami obronnymi Europy przed nadchodzącą zimą. Konkurencja o dostawy może się nasilić, jeśli rynki światowe ulegną zacieśnieniu, zwłaszcza w przypadku wzrostu popytu w Azji. Utrzymanie wysokiego poziomu zapasów jest zatem niezbędne, aby złagodzić zakłócenia w dostawach i ograniczyć wahania cen.
  • Rządy zachowują również/reaktywują awaryjne narzędzia rynkowe. Strategiczne rezerwy ropy naftowej mogą być uwalniane w okresach silnego napięcia, aby ustabilizować światowe rynki ropy naftowej i pośrednio złagodzić ceny energii. Na poziomie europejskim koordynacja pozostaje kluczowa. Podczas kryzysu w 2022 r. UE wprowadziła „mechanizm korekty rynku”, umożliwiający władzom ograniczenie cen kontraktów terminowych na gaz w holenderskim centrum TTF, jeśli przekroczyły one 180 EUR/MWh i znacznie odbiegały od globalnych benchmarków LNG. Chociaż ten mechanizm „korekty rynku” nigdy nie został uruchomiony, to pomógł uspokoić rynki, sygnalizując wiarygodną gotowość władz do interwencji. Wspólne zakupy gazu, skoordynowane uzupełnianie zapasów i elastyczne zasady pomocy państwa mogą w podobny sposób wzmocnić zbiorową reakcję Europy.
  • Wreszcie, ukierunkowane wsparcie finansowe może chronić gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa bez osłabiania zachęt do oszczędzania energii. Ceny socjalne (dotowanie podstawowego poziomu zużycia przy jednoczesnym naliczaniu cen rynkowych za dodatkowe zużycie) mogą chronić podstawowe zużycie energii, zachowując jednocześnie sygnały cenowe ukierunkowujące popyt ku bardziej efektywnemu wykorzystaniu. Transfery uzależnione od dochodów, bony energetyczne i tymczasowe zabezpieczenia przed odłączeniem mogą zapewnić dodatkową ulgę dla gospodarstw domowych znajdujących się w trudnej sytuacji. W przypadku energochłonnych gałęzi przemysłu narażonych na konkurencję międzynarodową rządy mogą być zmuszone do zaoferowania tymczasowych linii kredytowych, gwarancji lub ograniczonej pomocy państwa w celu złagodzenia presji płynnościowej. Ograniczenie nadzwyczajnych dochodów producentów energii elektrycznej może pomóc w sfinansowaniu takich środków, umożliwiając recykling nadzwyczajnych zysków w celu wsparcia gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, przy jednoczesnym ograniczeniu dodatkowego obciążenia finansów publicznych.

Europejski program zapewnienia odporności energetycznej powinien zatem mieć charakter strategicznego programu transformacji, a nie kolejnej gorączkowej akcji zakupowej w sytuacji kryzysowej. Krótkoterminowe działania związane z gazem przyniosły efekty, ponieważ rządy potraktowały bezpieczeństwo energetyczne jak logistykę wojenną. Kolejny etap wymaga potraktowania go jako projektu rynkowego: szybszego wydawania zezwoleń, stabilnych zwrotów z sieci i koordynacji na szczeblu UE, która sprawi, że infrastruktura transgraniczna i elastyczność będą opłacalne. Niedoinwestowanie w transformację energetyczną jest kosztowną opcją, ponieważ pośrednie straty PKB znacznie przewyższają bezpośrednie koszty związane z zatorami (niedoborami taniej energii) – jest to argument zarówno fiskalny, jak i klimatyczny. W kwestii geopolityki strategiczny dyskomfort związany z „dominacją energetyczną” Stanów Zjednoczonych jest znaczący, nawet jeśli LNG jest trudniejsze do wykorzystania jako broń niż rurociągi, a Stany Zjednoczone nadal są sojusznikiem Europy. Europa powinna jednak dążyć do zmniejszenia wpływów USA poprzez zapewnienie sobie możliwości funkcjonowania gospodarki przy znacznie mniejszym zużyciu gazu w mroźną zimę, w roku suszy lub w przypadku zakłóceń w transporcie morskim. W praktyce oznacza to zdyscyplinowaną sekwencję działań: zabezpieczenie podstawowej infrastruktury energetycznej (sieci, połączenia międzysieciowe, cyfrowe efektywne sterowanie nimi), monetyzację elastyczności (dynamiczne stawki, inteligentne liczniki, reagowanie na zapotrzebowanie), a następnie wykorzystanie czystej energii i elektryfikacji do strategicznego zmniejszenia zależności od importu.

Energia jądrowa jest krótkoterminowym rozwiązaniem, które zapewnia stałą, niskoemisyjną moc podstawową, która może poprawić stabilność sieci energetycznej Europy, sezonową niezawodność i bezpieczeństwo paliwowe. UE dysponuje obecnie około 98 GW zainstalowanej mocy jądrowej, a Komisja szacuje, że do 2050 r. potrzebne będą inwestycje w wysokości 241 mld EUR na budowę nowych elektrowni i przedłużenie okresu eksploatacji istniejących. Innymi kluczowymi graczami w dziedzinie energii jądrowej są Stany Zjednoczone (około 100 GW), Chiny (60 GW), Rosja (27 GW) i Indie (9 GW). Chiny są krajem, który buduje większość nowych mocy w energetyce jądrowej na świecie. Elektrownie jądrowe działają niemal nieprzerwanie, niezależnie od warunków pogodowych, dzięki czemu zapewniają niezawodną energię w zimie i skracają czas pracy turbin gazowych. Energia wiatrowa i słoneczna są niestabilne i wymagają zabezpieczenia (magazynowania lub zapasu gazu) w okresach spadku wydajności. Niemal zerowy koszt paliwa jądrowego oznacza, że zazwyczaj wypiera ono elektrownie gazowe z rynku, wyrównując ceny i ograniczając ich zmienność. Kraje europejskie o dużym udziale energii jądrowej (np. Francja, Finlandia) odnotowują znacznie mniej skoków cenowych niż inne kraje w regionie. Reagowanie na zapotrzebowanie i magazyny energii mogą przesuwać szczyty obciążenia, ale nie są jeszcze w stanie zastąpić dziesiątek GW mocy. Niemniej jednak wdrożenie energii jądrowej wiąże się z długim czasem realizacji (10–15 lat) i wysokimi kosztami (nakłady inwestycyjne w wysokości 2 000–6 500 EUR na kW). Złożone procedury uzyskiwania pozwoleń, obawy i sprzeciwy opinii publicznej oraz utylizacja odpadów również stanowią poważne przeszkody. Małe reaktory modułowe (SMR) obiecują powtarzalną, fabryczną konstrukcję i mogą dostarczać ciepło przemysłowe lub wodór, ale żaden z nich nie został jeszcze zbudowany i wdrożony – bez wiekszego wsparcia politycznego pierwsze SMR w UE prawdopodobnie nie powstaną przed początkiem lat 30. XXI wieku. Wydłużenie okresu eksploatacji istniejących reaktorów mogłoby znacznie zwiększyć moc jądrową UE do około 144 GW do 2050 r. w najbardziej korzystnym scenariuszu. Kolejnym czynnikiem ryzyka jest zaopatrzenie w paliwo uranowe: UE importuje rudę (głównie z Kazachstanu i Kanady) i posiada własne zakłady przetwarzania/wzbogacania. Polityka UE powinna zatem traktować energię jądrową jako strategiczny zasób zapewniający odporność energetyczną: przyspieszyć proces udzielania licencji, zapewnić stabilne finansowanie, koordynować transgraniczne sieci i planowanie paliwowe, wspierać wspólny rozwój SMR i maksymalizować przedłużenie okresu eksploatacji istniejących elektrowni.

Od momentu wprowadzenia w 2005 r. system ETS przyniósł znaczące wyniki w sektorze energetycznym, zmniejszając emisje o 54% i ograniczając wytwarzanie energii z paliw kopalnych o 47% (wykres 3). Redukcje te znacznie zmniejszyły zależność Europy od węgla, a import węgla spadł o 58% w latach 2005–2024. Analogiczne  zmiany nie nastąpiły w sektorach nieobjętych systemem ETS, takich jak transport i budownictwo, ani w sektorze przemysłowym, gdzie ponad 90% emisji nadal objętych jest bezpłatnymi uprawnieniami. Bezwzględnie ważne jest szersze zastosowanie mechanizmu dostosowania cen na granicach UE (w imporcie towarów z innych rynków) z uwzględnieniem emisji dwutlenku węgla w krajach dostaw, aby zapewnić utrzymanie konkurencyjności europejskiego przemysłu w trakcie transformacji.

Wykres 3: Końcowe zużycie energii i produkcja energii elektrycznej brutto (EJ, lewa oś) oraz udział energii niskoemisyjnej (w %, prawa oś)

Końcowe zużycie energii i produkcja energii elektrycznej brutto

Źródła: Eurostat, Allianz Trade Research

Głównym utrudnieniem dla szybkiej i pełnej transformacji energetycznej w Europie jest nieelastyczność sieci energetycznej. Zatory i ograniczona elastyczność zwiększają zmienność w ciągu dnia (tj. wysokie ceny w godzinach szczytu, ujemne ceny poza szczytem), przenosząc koszty z sieci na rachunki (patrz rysunek 4). W samych Niemczech rekompensaty dla odnawialnych źródeł energii osiągnęły w 2024 r. 21 mld EUR. Szacuje się, że koszty przeciążenia sieci osiągną 12,3 mld EUR do 2030 r. i 56,7 mld EUR do 2040 r. bez modernizacji, co przełoży się na implikowane szoki cenowe na poziomie +22% do 2030 r. i nawet +103% do 2040 r. przy scenariuszu utrzymania status quo[1] . Stawka makroekonomiczna jest również znacząca: Szacujemy, że skumulowane straty PKB spowodowane zatorami energetycznymi mogą osiągnąć 4700 mld EUR w całej UE do 2050 r. przy utrzymaniu dotychczasowego stanu rzeczy, nawet przed uwzględnieniem szerszych strat strategicznych wynikających z deindustrializacji i ucieczki inwestycji. Rozwiązaniem jest budowa i cyfryzacja sieci, rozbudowa połączeń transgranicznych oraz dostosowanie popytu do cen na dużą skalę, tak aby odnawialne źródła energii zastąpiły importowany gaz w praktyce, a nie tylko w ujęciu średnim rocznym. Jeśli chodzi o inwestycje, szacujemy, że do 2050 r. będą one wynosić około 2270 mld EUR w infrastrukturę sieciową (około 390 mld EUR w latach 2025–2030 i 1880 mld EUR w latach 2030–2050), średnio 91 mld EUR rocznie, przy czym sieci dystrybucyjne pochłoną 56% tej kwoty. Region musi również zwiększyć moce wytwórcze energii wiatrowej i słonecznej poprzez inwestycje w wysokości 101 mld EUR rocznie do 2030 r. Pozwoliłoby to zbudować aktywa zapewniające bezpieczeństwo energetyczne, które zmniejszyłyby zależność od LNG w sytuacjach kryzysowych, gdy jednocześnie dochodzi do ograniczeń dostaw i napięć politycznych.

Wykres 4: Koszty zarządzania przeciążeniami w Europie (w mln EUR)

Koszty zarządzania przeciążeniami w Europie

Źródła: raporty monitorujące ACER, Allianz  Trade Research

Rok 2040 powinien być horyzontem czasowym w osiągnięciu trwałej strategicznej autonomii energetycznej UE. Europa osiągnie autonomię energetyczną, gdy będzie w stanie ogrzewać domy i zasilać produkcję przemysłową głównie z odnawialnych źródeł energii, wykorzystując w miarę możliwości energię elektryczną a w razie potrzeby zielony wodór (czy biometan), a pozostałe luki wypełniając zróżnicowanym portfolio niezależnych i stabilnych w długiej perspektywie źródeł energii. W przypadku gazu przyjęta trajektoria legislacyjna UE sugeruje, że formalny punkt końcowy jest bliski: w grudniu 2025 r. Rada i Parlament osiągnęły porozumienie w sprawie stopniowego wycofania importu gazu z Rosji, z zakazem importu rosyjskiego LNG do końca 2026 r. i rosyjskiego gazu przesyłanego rurociągami do jesieni 2027 r. W praktyce jednak osiągnięcie tego strategicznego punktu końcowego jest bardziej odległe, ponieważ wymaga on osiągnięcia wystarczającej elastyczności systemu elektroenergetycznego, aby zapobiec ustalaniu cen marginalnych gazu i zakupom awaryjnym. Realistyczny harmonogram w podziale na trzy etapy wyglądałby następująco: w latach 2026–2027 osiągnięta zostanie „niezależność na papierze od Rosji”, lata 2028–2035 to okres na osiągnięcie „autonomii operacyjnej” poprzez strukturalne ograniczenie popytu na gaz i zastąpienie szczytowego zapotrzebowania na gaz elastycznością, a lata 2035–2040 to bardziej konserwatywna perspektywa na osiągnięcie „solidnej autonomii”, jeśli zezwolenia, połączenia międzysieciowe i reagowanie na popyt będą wdrażane zbyt wolno na wcześniejszych etapach.

W opinii Sławomira Bąka, Dyrektora zarządzającego ds. oceny ryzyka, likwidacji szkód i windykacji w oddziale Allianz Trade w Polsce „Kolejny kryzys energetyczny i kolejny raz Europa ma przed sobą wizję kryzysowego zarządzania swoim systemem energetycznym. Dlatego ekonomiści Allianz Trade nie tylko postulują strategiczną autonomię energetyczną Europy, ale też wskazują jak ją osiągnąć. Iluzoryczne jest zastępowanie jednego zewnętrznego źródła dostaw węglowodorów innym – to nie jest autonomia. Budować ją trzeba świadomie, a nie reagując doraźnie i krótkoterminowo, zarządzając kryzysami jak logistyką w czasie wojny. Gdyż de facto na świecie toczy się nieustanna wojna o zasoby i Europa ma w niej realny scenariusz budowy swojej autonomii poprzez miks nowoczesnych technologii odnawialnych (w tym także interesujący dla Polski biometan i zielony wodór) z magazynami energii oraz buforem systemu w postaci energetyki jądrowej. Choć jest ona docelowym zabezpieczeniem mocy w okresach szczytowych, to do czasu je rozbudowy uzasadnione jest korzystanie także z dostępnych, lokalnych zasobów – czyli z węgla, jako ograniczającego korzystanie z importowanego LNG.

W chwili obecnej istotne jest także nie tylko promowanie przez władze publiczne obniżenia zużycia energii, ale także wsparcie finansowe zarówno odbiorców indywidualnych jak i przemysłowych – tych drugich nie tylko poprzez subsydia, ale także wyrównanie ich konkurencyjności dzięki szybszemu wdrożeniu opłat emisyjnych na dobra importowane spoza UE. Unia Europejska jest jednym z największych rynków, a na pewno najzamożniejszym en bloc – działając więc w sposób skoordynowany i zgodny ma siłę ekonomiczną, aby wybierać i narzucać rozwiązania istotne dla swojego bezpieczeństwa energetycznego.”

Chociaż Europa nie importuje zbyt wielu zasobów ropy naftowej i gazu przez Cieśninę Ormuz, jest to kluczowa trasa dla LNG z Kataru, co może spowodować, że jego dotychczasowi nabywcy z Azji będą konkurować z Europą o LNG od innych dostawców. W 2022 r. średnia cena gazu wynosiła ponad 130 EUR/MWh, czyli ponad siedem razy więcej niż średnia historyczna. Europa ostatecznie ustabilizowała swój system energetyczny poprzez szybką dywersyfikację LNG, ograniczenie popytu o ponad 10% oraz agresywną politykę magazynowania, która spowodowała, że przed zimą zapasy gazu osiągnęły około 95% pojemności. Europa powinna wyciągnąć wnioski z tego epizodu i przygotować się nie tylko na potencjalny wstrząs irański, ale przede wszystkim na przyszłe wstrząsy w świecie, w którym ryzyko geopolityczne pozostaje strukturalnie wysokie

Od pułapki rurociągu jednego dostawcy do nawyku korzystania z LNG jednego dostawcy – naraża to Europę na cykle koniunkturalne w USA, ograniczenia transportowe i zmienne nastroje polityczne Waszyngtonu. LNG – to rozwiązanie nie eliminuje ryzyka geopolitycznego, a jedynie zmienia jego kierunek. Wyzwaniem w zakresie bezpieczeństwa jest przejście od „substytucji dostaw” do „substytucji systemu”.  Zmiany ku elektryfikacji produkcji ciepła i energii powinny następować tam, gdzie jest to opłacalne. Ograniczenie zależności Europy od gazu sprawia, że przedsiębiorstwa użyteczności publicznej mogą tymczasowo zwiększyć produkcję z innych dostępnych źródeł.  W tym z węgla! Tam, gdzie pozostają dostępne moce, można utrzymać i ponownie uruchomić elektrownie węglowe – tak jak zrobiły to Niemcy podczas kryzysu w 2022 r. Nie powinien to być jednak model docelowy – w nim kluczową rolę zdaniem ekonomistów Allianz Trade powinna mieć ponownie energetyka jądrowa – traktowana priorytetowo przez UE jako najstabilniej uzupełniająca w długiej perspektywie odnawialne źródła energii. Reagowanie na zapotrzebowanie i magazyny energii mogą przesuwać szczyty obciążenia w zapotrzebowaniu na moc, ale długo jeszcze nie będą  w stanie zastąpić dziesiątek GW potrzebnej mocy.

[1] Zobacz nasz poprzedni raport: Podłącz się, kochanie, podłącz się: Otwarcie europejskiego rynku energii elektrycznej

Lufthansa w trudnym momencie. Strajki i konflikt na Bliskim Wschodzie pogłębiają problemy

Dziś i jutro strajkują piloci niemieckiej Luftnansy. Do tego konflikt i napięcia na Bliskim Wschodzie mocno uderzają w linie lotnicze i ich pasażerów, a giełda pokazuje to bardzo wyraźnie. ETF Jets, jeden z najbardziej znanych funduszy opartych na akcjach spółek lotniczych, stracił w ciągu ostatniego miesiąca 16 proc. Jednocześnie wzrosła zmienność notowań poszczególnych przewoźników. Akcje Lufthansy w poniedziałek spadły o ponad 6 proc., by już we wtorek rano odrobić całą przecenę. Na nową falę ryzyka nakładają się jednak wcześniejsze problemy branży. W przypadku Lufthansy podstawowa działalność, czyli samo latanie, nadal przynosi straty, a spółka poprawia wynik dzięki innym operacjom finansowym. To dobrze pokazuje, jak silnie kondycja linii lotniczych zależy dziś nie tylko od cen ropy i sytuacji w rejonie Zatoki Perskiej, ale też od ich własnej, często kruchej rentowności operacyjnej.

W ubiegłym tygodniu niemiecka Lufthansa opublikowała wyniki za rok obrotowy 2025. Pokazują one dobitnie, z jakimi problemami linia musiała się zmagać jeszcze przed wybuchem konfliktu na Bliskim Wschodzie. Co prawda przychody wzrosły o 3,3 proc., do 15,8 mld euro, ale na poziomie operacyjnym sytuacja pozostawała napięta. Wynik operacyjny pokazał stratę w wysokości 731 mln euro. To znaczy, że podstawowa działalność firmy, jeszcze przed wzrostem cen ropy, pozostawała deficytowa. To właśnie w działalności operacyjnej mieszczą się sprzedaż biletów, cargo oraz bieżące koszty paliwa, personelu i utrzymania floty. Ostatecznie zysk netto firmy wyniósł 372 mln euro. Firmę przed startami ratują operacje finansowe, z których zysk w roku 2025 wyniósł 1 mld euro. Podobnie zresztą było również w zeszłym roku. W efekcie podstawowa działalność pozostaje deficytowa, a raportowany zysk w dużym stopniu zależy od czynników nieoperacyjnych.

W okres napięć związanych z konfliktem na Bliskim Wschodzie firma wchodzi zatem z dużymi problemami, które niestety mogą się powiększać. Lufthansa wyraźnie skorygowała siatkę połączeń i tymczasowo zawiesiła wiele rejsów. Skutki operacyjne konfliktu są dla grupy wyraźnie odczuwalne. Bezpośrednie koszty odwołanych lotów w regionie Lufthansa szacuje obecnie na około 5 mln euro tygodniowo. Zamknięte przestrzenie powietrzne, między innymi nad Iranem i Irakiem, wymuszają dłuższe trasy i wydłużają czas lotu, a także podnoszą koszty paliwa oraz pracy załóg.

Najbardziej całą branżę może dotknąć jednak wzrost cen paliwa. Brent w poniedziałek chwilowo zbliżył się do 120 dolarów za baryłkę, zanim nastąpiło odbicie i spadek poniżej 90 dolarów. Część tego ryzyka Lufthansa ogranicza dzięki wysokiemu poziomowi zabezpieczeń cen paliwa, ponad 80 proc. na 2026 r. i 30 proc. na 2027 r. Jednak utrzymywanie się wysokich cen paliwa przez dłuższy czas może poważnie wpłynąć na marże. Odpowiedzią firmy na obecną sytuację jest zwiększenie liczby lotów na bardziej poszukiwanych kierunkach w Azji i Afryce, między innymi do Bangkoku czy Singapuru. Takie działanie może zmniejszyć presję w krótkim terminie, ale nie usuwa niepewności.

Linie lotnicze są wyceniane na giełdach poniżej rynkowej średniej. To sektor o niskich marżach, wysokiej kapitałochłonności i dużej wrażliwości na ceny paliwa, kursy walut, strajki, napięcia geopolityczne czy zakłócenia operacyjne. Nawet po powrocie ruchu lotniczego do poziomów sprzed pandemii przewoźnicy wciąż działają w biznesie, w którym trudno o stabilne zyski i przewidywalność wyników. Dlatego giełda zwykle patrzy na linie lotnicze ostrożniej niż na spółki z wielu innych branż. Choć między samymi przewoźnikami też widać duże różnice. Forward P/E, czyli wskaźnik pokazujący, ile lat przyszłych zysków inwestor płaci dziś w cenie akcji, wynosi zaledwie 2,3 dla Air France-KLM, 5,5 dla American Airlines, 5,6 dla IAG, właściciela m.in. British Airways, Iberii, Aer Lingus i Vuelinga, oraz 5,9 dla easyJeta. Lufthansa, ze wskaźnikiem 6,8, znajduje się mniej więcej w środku stawki, obok United Airlines z poziomem 7,1 i Delta Air Lines z 8,5. Trzeba jednak pamiętać, że niska wycena nie zawsze oznacza okazję, bo często odzwierciedla obawy rynku o spadek zysków, wysokie ryzyko lub trwałe słabości modelu biznesowego.

Porównanie marż EBIT z ostatnich 12 miesięcy pokazuje, że Lufthansa ma poważny problem nie tylko z wyceną, ale przede wszystkim z rentownością. Marża EBIT American Airlines wynosi 3,1 proc., Lufthansy 3,5 proc., a Wizz Air 3,6 proc., podczas gdy Air France-KLM osiąga 6,3 proc., easyJet 7 proc., United Airlines 8,6 proc., a Delta Air Lines 8,9 proc. Zdecydowanie najlepiej wypadają IAG z marżą 15,4 proc. i Ryanair z 16,1 proc. Średnia dla dziewięciu analizowanych linii to około 8,1 proc., co oznacza, że Lufthansa wyraźnie od niej odstaje i znajduje się w dolnej części zestawienia.

Dla Lufthansy i całej branży lotniczej najbliższe miesiące będą testem odporności na drożejącą ropę i zakłócenia na kluczowych trasach, zwłaszcza tych prowadzących przez Bliski Wschód i obsługujących ruch między Europą, Azją oraz Afryką. Inwestorzy powinni dziś przede wszystkim patrzeć na rentowność operacyjną, bo podstawowy biznes wciąż przynosi straty. Kluczowe będą więc wyższe marże, niższe koszty finansowania i kierunek zmian cen ropy. Dopiero gdy operacyjna zdolność spółki do generowania zysków zacznie się stabilizować, obecna wycena może stać się naprawdę przekonująca.

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim pod ostrzałem. Eksperci ostrzegają przed wzmocnieniem monopolu BIK

Najnowszy projekt Ustawy o kredycie konsumenckim mocno zaskakuje. Jeszcze kilka miesięcy temu regulatorzy zapewniali, że nie chcą wzmacniać monopolu Biura Informacji Kredytowej, gdyż jest on szkodliwy dla gospodarki. Tymczasem ostatnia wersja ustawy idzie w dokładnie przeciwnym kierunku. Zdaniem ekspertów zapłacą za to przede wszystkim konsumenci – droższym kredytem, wykluczeniem z rynku finansowego i większą liczbą bankructw.

Nowa ustawa o kredycie konsumenckim ma wdrażać do polskiego prawa unijną dyrektywę CCD II. Projekt liczy blisko sto stron i reguluje cały proces udzielania kredytów. Kluczowe znaczenie ma to, w jakich bazach i na jakich zasadach kredytodawca sprawdza konsumenta przed udzieleniem finansowania.

Ale projekt ustawy zakłada też przymusowe przekazywanie informacji o kupionych długach przez wtórnych wierzycieli i to w wyjątkowo krótkim czasie – 7 dni od zakupu portfela. Tydzień to za mało, żeby zweryfikować prawdziwość danych, w efekcie wiele osób starających się o kredyt dostanie odmowę, bo będzie widniała w BIK-u jako dłużnik, mimo faktycznej spłaty kredytu.

Wyższe koszty nakładane na wierzycieli wtórnych oznaczają mniejszy popyt na portfele niespłacanych kredytów i niższe ceny, jakie banki i firmy pożyczkowe uzyskają przy ich sprzedaży. Mniej pieniędzy ze sprzedaży złych długów to mniej środków, które mogą wrócić do akcji kredytowej, więc sektor kredytodawców będzie rekompensował te straty podnosząc koszty nowych kredytów – marże, prowizje i opłaty ponoszone przez konsumentów.

Jednocześnie droższa i bardziej ryzykowna obsługa niespłacanych wierzytelności skłoni banki do zaostrzenia kryteriów udzielania finansowania. Osoby z niższą lub niestabilną zdolnością kredytową częściej usłyszą „odmowę”, zostaną wypchnięte z regulowanego rynku i zaczną szukać pieniędzy w tzw. szarej strefie – u nieformalnych pożyczkodawców, bez nadzoru i realnej ochrony prawnej. Dla wielu z nich będzie to początek spirali zadłużenia, z której coraz trudniej będzie wyjść bez dramatycznych decyzji.

Dodatkowo, przeregulowanie działalności nabywców wierzytelności ograniczy im możliwość ugodowego dogadywania się z dłużnikami. Jeżeli więcej spraw zamiast do stołu negocjacyjnego trafi od razu do komornika, naturalną konsekwencją będzie wzrost liczby egzekucji i upadłości konsumenckich – a więc trwałe wykluczenie kolejnych grup konsumentów z rynku finansowego.

Te zagrożenia to skutek zaszycia w projekcie ustawy dwóch kluczowych mechanizmów, które zamiast demonopolizować rynek informacji kredytowej umacniają pozycję jednego prywatnego podmiotu: Biura Informacji Kredytowej. Pierwszy to asymetryczny obowiązek raportowania zaległości, który w praktyce faworyzuje BIK kosztem biur informacji gospodarczej (Krajowy Rejestr Długów BIG, ERIF BIG, KBIG, BIG InfoMonitor). Drugi to przymusowe raportowanie nabywców wierzytelności wyłącznie do BIK-u – bez żadnej podstawy w unijnej dyrektywie i wbrew 15-letniej praktyce rynkowej.

Prywatna spółka z państwowym monopolem

Biuro Informacji Kredytowej to branżowa, prywatna spółka kontrolowana przez osiem największych banków komercyjnych i Związek Banków Polskich i świadcząca swoje usługi wyłącznie dla banków i firm pożyczkowych. Swój monopolistyczny status zawdzięcza art. 105 ust. 4 Prawa bankowego z 1997 roku, który zastrzega, że wyłącznie banki – wspólnie z bankowymi izbami gospodarczymi – mogą tworzyć instytucje gromadzące tajemnicę bankową. Konkurencja jest wykluczona ustawowo.

Brak konkurencji przekłada się na wysoką rentowność: w 2024 roku wyniosła ona 28 procent. Gdyby na rynku działało kilka podmiotów, jak w Niemczech, Włoszech czy Czechach, koszty usług mogłyby spaść nawet o 30 procent – te oszczędności trafiłyby ostatecznie do konsumentów. Projekt ustawy wdrażający dyrektywę CCD II był szansą, by tę sytuację przynajmniej częściowo zmienić. Nie zmienił. Mimo tego, że Tomasz Chróstny, prezes UOKiK-u publicznie deklarował, że jego urząd nie chce wzmacniać monopolu informacyjnego BIK-u. Wzmocniona miała zostać pozycja biur informacji gospodarczej, ogólnopolskich instytucji, które gromadzą dane z całego rynku i udostępniają je przedsiębiorcom niezależnie od ich branży, wielkości i zakresu działania, ale też konsumentom.

Z perspektywy całego rynku finansowego ten projekt robi coś dokładnie odwrotnego niż obiecywano. Zamiast stopniowo otwierać system informacji kredytowej na konkurencję, cementuje on dominującą rolę jednego prywatnego podmiotu, uprzywilejowanego konstrukcją prawa bankowego z końca lat 90. – komentuje Marcin Czugan, prezes Związku Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Asymetria, która niszczy konkurencję

Projekt nakłada na kredytodawców dwa obowiązki raportowania zaległości: do BIK i do BIG-ów. W praktyce są to jednak dwa zupełnie różne przepisy. Obowiązek przekazania danych do BIK jest bezwzględny – 7 dni od powstania zaległości, bez żadnych dodatkowych warunków. Raportowanie do BIG-ów wymaga natomiast łącznego spełnienia trzech warunków. Wystarczy, że kredytodawca nie spełni choć jednego z nich i obowiązek znika. W efekcie baza danych Biura Informacji Kredytowej będzie stale zasilana nowymi informacjami, a konkurencyjne biura informacji gospodarczej nie dostaną nic.

Projektodawcy tłumaczą, że nie mogli wyrównać tych warunków, bo zmiana ustawy o BIG-ach wykracza poza zakres wdrożenia dyrektywy CCD II. To argument wybiórczy – ten sam projekt nowelizuje przecież ustawę o BIG-ach w art. 145, nakładając na biura nowy obowiązek informowania konsumentów o zaległości. Jeżeli można zmieniać tę ustawę w tym zakresie, można było również znowelizować przepisy o raportowaniu, by obowiązek wobec BIG-ów był równie bezwarunkowy jak wobec BIK-u. Komisja Nadzoru Finansowego wskazywała w uwagach do projektu, że proponowane rozwiązania mogą uzależniać działalność kredytodawców od jednego prywatnego podmiotu.

Wierzyciele wtórni: dane wędrują do BIK bez podstawy w dyrektywie

Drugi mechanizm jest jeszcze bardziej kontrowersyjny. Art. 43 ust. 7 projektu zobowiązuje nabywców wierzytelności – firmy skupujące niespłacone długi – do raportowania do BIK. Przez 15 lat przekazywali oni dane do BIG-ów i robiło to z powodzeniem: kredytodawcy sprawdzający obie bazy mieli komplet informacji. Jedynym podmiotem, który nie miał dostępu do danych od wierzycieli wtórnych, był BIK. Nowe przepisy nie tyle uszczelniają system, co przekierowują istniejący strumień danych z BIG-ów do BIK-u.

Dyrektywa CCD II obowiązkami raportowymi obejmuje wyłącznie kredytodawców i pośredników kredytowych. Nabywca wierzytelności nie należy do żadnej z tych kategorii. Przepis wykracza więc poza zakres transpozycji dyrektywy i jest przykładem nadregulacji, którą Komisja Europejska od lat krytykuje jako sprzeczną z zasadą proporcjonalności.

Co więcej – termin 7 dni na zaraportowanie jest całkowicie nierealny: weryfikacja portfela wierzytelności trwa w praktyce od kilku tygodni do kilku miesięcy. Do BIK-u trafiałyby więc dane niezweryfikowane, a błędny wpis – np. z powodu pomyłki w numerze PESEL – może skutkować odmową kredytu dla osoby, która nie ma nic wspólnego z danym długiem. Trudno też pominąć orzecznictwo TSUE, zgodnie z którym państwo nie może ustanawiać rozwiązań regulacyjnych, które wzmacniają lub rozszerzają pozycję dominującą określonego przedsiębiorstwa.

Działamy na wielu rynkach europejskich i nigdzie nie spotkaliśmy się z pomysłem, aby wierzyciele wtórni byli objęci krajowymi obowiązkami raportowania do baz kredytowych. W żadnym innym państwie UE nabywcy wierzytelności takich kosztów nie ponoszą. To rozwiązanie jest zbyteczne i dyskryminuje polskie firmy wobec konkurencji zagranicznej. – zauważa Tomasz Ignaczak, dyrektor generalny KRUK S.A.

Efekt domina: mniej konkurencji, droższy kredyt

Przeniesienie obowiązku raportowania wierzycieli wtórnych do BIK uruchamia efekt domina: koncentrację danych w jednej bazie, stopniowe odchodzenie banków od korzystania z BIG-ów i osłabienie narzędzi, z których od lat korzystają przedsiębiorcy, zwłaszcza z sektora MŚP. –  mówi Piotr Rogowiecki, dyrektor Departamentu Analiz i Legislacji Pracodawców RP.

Efekt obu mechanizmów jest ten sam: dane, które przez lata trafiały do konkurencyjnych BIG-ów i były dostępne dla całej gospodarki – bankom, instytucjom pożyczkowym, małym i średnim przedsiębiorcom oceniającym ryzyko kontrahenta – zostaną skoncentrowane w jednej branżowej bazie, czyli BIK-u. BIG-i staną się źródłem niepełnym, a wraz z tym spadnie ich użyteczność i pozycja rynkowa. Monopol BIK-u umocni się nie dlatego, że wygrał rynkową rywalizację, lecz dlatego, że ustawa wyeliminowała konkurencję.

Jeżeli nowe przepisy skierują kluczowe dane o zadłużeniu przede wszystkim do BIK, a rola BIG-ów zostanie ograniczona, motywacja do terminowej spłaty zobowiązań spadnie, a małym firmom będzie znacznie trudniej ocenić ryzyko współpracy z nowym klientem. – dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

AI, medycyna spersonalizowana, IoMT, fuzje i przejęcia napędzają strategię firm life sciences

Prezesi firm z sektora life sciences pozostają optymistyczni wobec perspektyw branży – aż 83% z nich spodziewa się jej dalszego wzrostu, a 55% oczekuje zwiększenia zysków przekraczającego 2,5%. Wyniki badania „KPMG Global Life Sciences CEO Outlook” wskazują również na wyraźną koncentrację na innowacjach – od medycyny spersonalizowanej i badań multiomicznych (umożliwiających szybszą i dokładniejszą diagnostykę genetyczną) po rozwój Internetu Rzeczy Medycznych (IoMT) oraz rozwiązań opartych na agentowej sztucznej inteligencji. Jednocześnie firmy dostosowują swoje strategie do zmian rynkowych i wyzwań technologicznych, a aż 80% liderów deklaruje, że dostosowało swoją strategię do wyzwań rynkowych.

Perspektywy rozwoju branży

Rosnąca pewność co do kondycji sektora przekłada się na ambitne cele finansowe i działania strategiczne. 86% prezesów deklaruje umiarkowaną lub wysoką gotowość do realizacji transakcji M&A w ciągu najbliższych trzech lat, co potwierdza utrzymującą się dynamikę zmian w sektorze. Jednocześnie zmienił się charakter transakcji – coraz częściej mają one na celu transformację biznesu poprzez pozyskanie kompetencji zapewniających trwałą, długoterminową wartość. Prezesi dostosowują się do zmian rynkowych – 80% z nich już zmodyfikowało swoje strategie wzrostu, aby skutecznie reagować na powiązane ze sobą wyzwania rynkowe.

Sektor life sciences stawia na medycynę precyzyjną i terapie personalizowane

Najważniejszymi kompetencjami i obszarami technologicznymi będą w ciągu najbliższych trzech lat Internet Rzeczy Medycznych (IoMT), urządzenia biomimetyczne (maszyny i systemy, których konstrukcja i działanie są inspirowane rozwiązaniami występującymi w naturze) oraz badania multiomiczne (umożliwiające szybszą i dokładniejszą diagnostykę genetyczną). Wskazuje to na wyraźną koncentrację sektora na medycynie precyzyjnej i pogłębionej, zintegrowanej analizie procesów biologicznych. Szczególny nacisk na multiomikę obrazuje, jak duże znaczenie branża life sciences przywiązuje do tworzenia wieloaspektowych, innowacyjnych terapii o wysokim stopniu personalizacji. Po stronie operacyjnej prezesi wskazują natomiast na rosnącą rolę technologii wzmacniających ochronę prywatności oraz produktów i usług z wbudowanymi komponentami AI.wykres

Strategiczne inwestycje w AI z myślą o mierzalnych efektach

Z badania KPMG wynika, że prezesi nie ograniczają się już do testowania AI, lecz wdrażają ją w codziennych operacjach, aby budować bardziej inteligentne i elastyczne organizacje. 73% liderów planuje przeznaczyć od 10% do 20% swoich budżetów technologicznych na inwestycje w sztuczną inteligencją. Oczekiwania są wysokie – 65% spodziewa się zwrotów w ciągu jednego do trzech lat.

Jedna czwarta prezesów wskazuje na wzrost zdolności organizacji w zakresie podejmowania decyzji i analizy danych – to znaczący wzrost w porównaniu z zaledwie 4% rok wcześniej. Wraz z rosnącą skalą wdrożeń AI rośnie jednak znaczenie cyberbezpieczeństwa. Dla 84% prezesów pozostaje ono kluczowym wyzwaniem, a niemal wszyscy liderzy (94%) wyrażają obawy związane z wykrywaniem i zapobieganiem oszustwom, kradzieżą tożsamości oraz ochroną danych. 

Polski sektor life sciences znajduje się w wyjątkowym momencie – rosnące napięcia w globalnych łańcuchach dostaw i postępujący reshoring produkcji farmaceutycznej do Europy stawiają Polskę w pozycji naturalnego beneficjenta tych zmian, zarówno jako lokalizację dla produkcji kontraktowej, jak i dla rozbudowy regionalnych hubów logistycznych. Potwierdzają to globalne dane z raportu: odporność łańcucha dostaw znalazła się w ścisłej czołówce wyzwań krótkoterminowych wskazywanych przez prezesów firm life sciences na całym świecie, a 80% z nich już dostosowało strategię wzrostu do nowych realiów. Ulokowane w Polsce firmy farmaceutyczne i biotechnologiczne dysponują mocną bazą wytwórczą i rosnącymi kompetencjami w obszarze badań klinicznych, jednak ich dalszy rozwój będzie w dużej mierze zależał od zdolności do wejścia w bardziej zaawansowane segmenty wartości – takie jak terapie biologiczne, medycyna precyzyjna czy badania multiomiczne, które raport wskazuje jako priorytetowe kierunki inwestycji globalnych liderów. Główną barierą wzrostu pozostaje dostęp do wyspecjalizowanego kapitału ludzkiego: konkurencja o talenty w obszarach AI, analityki danych i nauk przyrodniczych jest w Polsce równie ostra jak na rynkach zachodnich, przy jednoczesnej mniejszej skali budżetów szkoleniowych i programów retencji. Patrząc na perspektywę najbliższych trzech do pięciu lat, polskie firmy mają realną szansę na skokowy wzrost – pod warunkiem, że aktywnie wykorzystają dostępne instrumenty wsparcia B+R, zbudują partnerstwa z globalnymi graczami w łańcuchu dostaw i podejmą strategiczne decyzje dotyczące cyfryzacji zanim okno przewagi lokalizacyjnej się zamknie – mówi Sabina Sampławska, Partner w Dziale Doradztwa Podatkowego, Lider doradztwa dla sektora life sciences w KPMG w Polsce.

Podnoszenie i zmiana kompetencji oraz gotowość do pracy z AI

Prezesi coraz większą wagę przywiązują do rozwoju talentów, uznając, że gotowość pracowników do pracy z wykorzystaniem sztucznej inteligencji ma kluczowe znaczenie dla realizacji celów organizacji – wskazuje na to 85% respondentów. Aby to osiągnąć, liderzy przyspieszają szkolenia z zakresu AI, otwarcie komunikują zmiany w rolach pracowników oraz dostosowują programy rozwoju kompetencji do potrzeb różnych pokoleń.

 

Strategia obejmuje przekwalifikowanie obecnych pracowników, zatrudnianie nowych specjalistów z kompetencjami technologicznymi oraz przesuwanie części pracowników do ról związanych z rozwiązaniami opartymi na AI. Coraz większą rolę odgrywają także elastyczne modele pracy. Odsetek prezesów przewidujących, że większość pracowników będzie pracować w modelu hybrydowym, wzrósł z 20% w 2024 roku do 73% w 2025 roku (wzrost o 265% rok do roku), co pokazuje wyraźną zmianę w sposobie, w jaki organizacje planują przyciągać i zatrzymywać najlepsze talenty.

Import cementu z Ukrainy wzrósł o 3800%. Branża żąda objęcia surowca systemem SENT

W 2025 r. do Polski trafiło łącznie 1,73 miliona ton cementu spoza Unii Europejskiej, a od 2019 r. jego import z Ukrainy wzrósł aż o ponad 3800%. To wręcz książkowy przykład zjawiska „ucieczki emisji”. Mimo wprowadzenia tzw. cła węglowego, czyli mechanizmu CBAM, prognozy importu cementu do Polski rosną, a wraz z nimi – liczone w setkach milionów złotych straty Skarbu Państwa.

Podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Rozwoju Przemysłu Cementowego w Polsce branża zaapelowała do Ministerstwa Finansów o objęcie cementu systemem SENT, aby zwiększyć nadzór nad jego transportem do Polski oraz ograniczyć „szarą strefę”. Postulowano również o ochronę przed importem, m.in. poprzez ustanowienie polskiego cementu komponentem krajowym i utrzymanie szczelności mechanizmu CBAM.

Zwalczyć „szarą strefę”, która kosztowała już ponad 200 mln zł

W 2025 r. produkcja cementu w Polsce wyniosła 17,1 mln ton – To 3. wynik w Europie, ale równocześnie rozczarowujący poziom – wynikający przede wszystkim z niepohamowanego importu, który tłumi produkcję w Polsce – mówił Krzysztof Kieres, Przewodniczący Stowarzyszenia Producentów Cementu. Oznacza to realne straty dla gospodarki, gdyż budżet Państwa i budżety samorządów tracą 136 złotych na każdej tonie importowanego cementu.

Tym samym strata Skarbu Państwa – w wyniku napływu ponad 1,5 miliona ton cementu w latach 2024-25 tylko z Ukrainy – jest szacowana na ponad 200 milionów złotych. W latach 2019-25 import do Polski tego materiału, produkowanego w zakładzie w Iwano-Frankiwsku bez ponoszenia kosztów polityki klimatycznej UE, wzrósł aż o ponad 3800%. Coraz mocniej uderza to w konkurencyjność krajowych zakładów, gdyż taka ilość cementu odpowiada rocznej produkcji jednej cementowni w Polsce – zapewniającej zatrudnienie dla ponad 300 osób oraz dodatkowo ponad 1200 miejsc pracy – w tym w ramach łańcucha dostaw. Równocześnie dwa podmioty, odpowiedzialne za import cementu z Ukrainy do Polski, zatrudniają łącznie… 18 osób.

Przewidujemy, że w tym roku do Polski wjadą ponad 2 miliony ton cementu – z Ukrainy, północnej Afryki, Turcji, także z innych krajów europejskich – dodał Zbigniew Pilch, Dyrektor Wykonawczy SPC. Rosnący import spoza UE zmierza do umacniania się „szarej strefy” w obrocie cementem, skutkując dalszymi stratami dla Skarbu Państwa, destabilizacją rynku i zakłóceniem łańcuchów dostaw, ale również zagrożeniem dla standardów bezpieczeństwa budowlanego – poprzez wprowadzanie na rynek cementu niespełniającego europejskich norm jakościowych.

Jeżeli chodzi o import cementu – najpierw z Białorusi, później z Ukrainy – problem urasta jak kula śniegowa. Nie mamy szans z importerami, którzy produkują cement o wyższym śladzie węglowym i nie mamy instrumentu, żeby go ograniczyć. Dlatego apelujemy, aby spojrzeć na SENT jako na uszczelnienie systemu – poprzez objęcie nim importu cementu do Polski – mówił Włodzimierz Chołuj, Członek Zarządu SPC i Prezes Zarządu Cemex Polska.

Branża apeluje o objęcie systemem SENT cementu – jako surowca masowego, mającego strategiczne znaczenie dla gospodarki – szczególnie w dobie tak szeroko zakrojonych inwestycji w obronność i bezpieczeństwo energetyczne Polski. Postulatami są także: wprowadzenie licencji importowo-eksportowych na cement i zaostrzenie kontroli na granicach Polski (przez GUNB i KAS) spełniania norm jakościowych, zawartości klinkieru w cemencie (pod kątem CBAM) czy zawartości rozpuszczalnego chromu (zgodnie z rozporządzeniem REACH).

Cement jak zboże i węgiel: CBAM musi być szczelny

Musimy być świadomi, że emisja CO2 cementu np. w Ukrainie jest o 200 kg/tonę wyższa niż w UE. Sprowadzanie go do Unii Europejskiej podważa założenia jej polityki klimatycznej – komentował Andrzej Reclik, Członek Zarządu SPC i Prezes Zarządu Heidelberg Materials Polska. Wskazał również, iż bez weryfikacji zawartości klinkieru w cemencie – powodującej nawet 40% wzrost lub spadek emisji CO2 – trudno mówić o skuteczności CBAM. Podobnie jak bez weryfikowania deklarowanych przez importerów kosztów emisji w krajach poza UE.

Obecna klasyfikacja cementu w ramach CBAM jest wyłomem w przepisach. Jak wskazywali przedstawiciele KOBiZE, powinna się ona opierać na zawartości klinkieru, co wymaga zmiany kodów TARIC. Polska złożyła taką propozycję na forum Komisji Europejskiej, która w ciągu 1-2 miesięcy powinna wprowadzić zmiany. Zostały już wdrożone – przez KAS i Ministerstwo Finansów – nowe kody krajowe, oparte o klasyfikację cementów (pod względem zawartości klinkieru). To rozwiązanie funkcjonuje od 1 marca 2026 r. i pozwala weryfikować, czy w ramach CBAM importerzy deklarują faktyczną emisyjność cementu. Próbę jej zaniżenia należy bowiem traktować jako charakterystyczne dla „szarej strefy” unikanie opodatkowania.

Jako parlamentarzyści mamy świadomość, że cement to nie tylko materiał budowlany, ale również surowiec strategiczny. W związku z tym oczekujemy od organów administracji państwowej uszczelnienia tego systemu – zaznaczył Wiceprzewodniczący Zespołu, Andrzej Szewiński – porównując zalew polskiego rynku importowanym cementem do zboża i węgla.

Podobnie jak w przypadku kontroli importu cementu na granicy, również jego produkcja poza UE powinna być fizycznie sprawdzana. Aby uniknąć powstawania w krajach trzecich zakładów produkujących tylko na import do Unii Europejskiej, należy wprowadzić minimalny próg produkcji na rynek krajowy. Konieczne jest również wprowadzenie takich samych warunków dla wszystkich krajów trzecich – bez wyjątków, zwolnień czy wyłączeń – poprzez porównanie kosztów emisji.

Polski cement to komponent krajowy

Powinniśmy zrobić wszystko, aby ochronić nasze dobro narodowe, czyli przemysł cementowy, który jest kołem zamachowym polskiej gospodarki i jej papierkiem lakmusowym. Jeżeli produkcja cementu spada – dlatego, że jest jego napływ z zagranicy, również będzie miało to bezpośredni wpływ na rozwój polskiej gospodarki – mówił Paweł Bejda, Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Rozwoju Przemysłu Cementowego w Polsce.

W ciągu 10 lat do realizacji inwestycji w obronność i bezpieczeństwo – na czele z Tarczą Wschód czy budową schronów, bunkrów i miejsc schronienia – będzie potrzeba ok. 3 milionów ton cementu. Zapotrzebowanie na beton dla elektrowni jądrowej – jednej z najważniejszych inwestycji w historii Polski – jest szacowane na milion m3. – Chodzi o utrzymanie zdolności polskiego przemysłu cementowego do wypełniania zadań strategicznych – podkreślił Dariusz Gawlak, Wiceprzewodniczący SPC i Prezes Zarządu Cementowni Warta.

Pomimo tak strategicznego znaczenia przemysłu cementowego dla gospodarki i obronności Polski oraz apeli producentów, w ich konkurencyjność coraz mocniej uderza m.in. lawinowo rosnący import spoza UE. Stowarzyszenie Producentów Cementu proponuje, aby ująć w polskiej legislacji definicję komponentu krajowego, obejmującą jedynie cement produkowany w Polsce.

Jeżeli inwestuje się w infrastrukturę, powinny być w tym celu wykorzystywane materiały produkowane w Polsce – wtedy budujemy siłę naszej gospodarki i wspólnie dbamy o interes gospodarczy naszego kraju. Mamy najnowocześniejszy, najmniej emisyjny przemysł cementowy w UE. Zatem antyproduktywne jest wykorzystanie wysokoemisyjnego cementu z importu, szczególnie w kontekście działań na rzecz ochrony klimatu – komentował Janusz Miłuch, Członek Zarządu SPC i Prezes Zarządu CRH Materials Polska.

Poznański rynek skręca w stronę luksusu i stawek 18 tys. zł za metr

Mit o ogromnych zasobach mieszkaniowych pod Poznaniem przechodzi do historii. Dane Otodom pokazują, że na koniec stycznia oferta deweloperska w granicach administracyjnych miasta była ponad sześciokrotnie większa niż w obwarzanku. Choć nowe mieszkania poza miastem wciąż kuszą przeciętną ceną całkowitą poniżej 500 tys. zł, zarówno deweloperzy, jak i kupujący coraz częściej kierują uwagę ku stolicy Wielkopolski, stawiając na droższe lokale o podwyższonym standardzie. Sytuację komentuje Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Przez lata wokół poznańskiego rynku nieruchomości narosło wiele błędnych przekonań. Jednym z najsilniej zakorzenionych było założenie, że poza granicami administracyjnymi miasta firmy deweloperskie budują niemal drugie tyle mieszkań co w Poznaniu. Choć przez pewien czas obwarzanek faktycznie przyciągał bogatą ofertą, dziś wyraźnie widać, że sytuacja się zmieniła.

Dane GUS o liczbie mieszkań i domów deweloperskich oddanych do użytkowania w Poznaniu i aglomeracji poznańskiej mówią, że w 2011 roku firmy deweloperskie wybudowały o 20% więcej mieszkań i domów wokół Poznania niż w granicach administracyjnych miasta. Warto jednak pamiętać, że to było 15 lat temu. Styczniowe odczyty z rynku deweloperskiego weryfikują ten mit o skali nieruchomości pod Poznaniem. Na koniec miesiąca deweloperzy mieli w swojej ofercie 6,5 tys. mieszkań w samym Poznaniu i zaledwie 1 tys. w obwarzanku. Wybór lokali zlokalizowanych pod Poznaniem był więc około sześciokrotnie mniejszy.

Dlaczego deweloperzy częściej stawiają na miasto?

– Oferta poza granicami administracyjnymi Poznania, aby pozostać konkurencyjna wobec miasta, musi mieścić się w całkowitej cenie do około 500 tys. zł. Podczas gdy deweloper, który buduje w Poznaniu może oferować i sprzedawać mieszkania, których cena całkowita przekracza 700 tys. zł. Skoro więc w mieście popyt jest na tyle silny, że akceptuje znacznie wyższe stawki, rodzi się zasadnicze pytanie o motywację do realizowania inwestycji w obwarzanku – tłumaczy Katarzyna Kuniewicz, dyrektorka badań rynku Otodom.

Mimo że ceny mieszkań w aglomeracji poznańskiej w ostatnim czasie nieco wzrosły, różnica między stawkami w Poznaniu i w gminach otaczających miasto nadal pozostaje dość duża. Wynika to nie tyle ze wzrostu cen pod Poznaniem, ile z tego, że w ostatnim czasie wyraźnie podrożały mieszkania w samym Poznaniu. Jednocześnie liczba mieszkań oferowanych w mieście zaczęła wyraźnie spadać.

Skąd ten rynkowy paradoks?

– Istotą zmiany jest jednak to, że oczekiwania klientów w Poznaniu i w okolicach przesunęły się w kierunku mieszkań o podwyższonym standardzie, bliższych apartamentom. Tymczasem w ofercie podpoznańskiej wciąż dominują lokale o podstawowym standardzie – mówi Katarzyna Kuniewicz.

Dyrektorka badań rynku Otodom dodaje, że ten niższy standard pod miastem idzie w parze z kolejnym, niezwykle zaskakującym zjawiskiem. – Przeciętna powierzchnia mieszkania w aglomeracji poznańskiej jest o jeden metr kwadratowy mniejsza niż średni metraż mieszkania w Poznaniu. To dość nietypowa sytuacja. W większości dużych miast, jak choćby w Warszawie, wybór inwestycji zlokalizowanych poza granicami administracyjnymi wiąże się z wyraźnym wzrostem powierzchni lokalu – zazwyczaj o co najmniej kilka metrów. Oczywiście w przypadku domów wygląda to inaczej, ale tutaj mówimy o mieszkaniach deweloperskich – wyjaśnia.

W Poznaniu przez wiele lat obserwowano podobną zależność. Mieszkania budowane w gminach otaczających miasto były zazwyczaj nieco większe niż te powstające w samym Poznaniu, a jednocześnie było ich tam więcej. Rynek stopniowo nasycał się ofertą budownictwa wielorodzinnego. Sprzyjało temu między innymi dobre skomunikowanie okolicznych miejscowości z miastem.

Jeszcze trzy czy cztery lata temu deweloperzy otwarcie mówili, że korzystniej budować pod Poznaniem. Grunty są tam tańsze, a realizacja projektów często prostsza. Jednocześnie, ograniczając powierzchnię oferowanych mieszkań, można było obniżyć ich cenę całkowitą – uzupełnia Katarzyna Kuniewicz.

Przeciętna cena całkowita mieszkania oferowanego w Poznaniu to obecnie około 730 tys. zł. Tymczasem w gminach otaczających miasto jest to niespełna 500 tys. zł. Różnica mniej więcej 230 tys. zł jest więc bardzo wyraźna i dla wielu kupujących niezwykle atrakcyjna. W praktyce oznacza to, że rezygnacja z miejskiego adresu pozwala za „zaoszczędzone” środki wykończyć lokal zakupiony od dewelopera pod Poznaniem w wysokim standardzie.

Co dalej z poznańskim rynkiem?

W samym mieście widać z kolei, że firmy deweloperskie uzupełniają ofertę mieszkaniami odpowiadającymi na sprecyzowane potrzeby kupujących. Coraz częściej są to osoby nabywające kolejne z rzędu mieszkanie i stawiające przede wszystkim na jakość. Ta jakość może przejawiać się zarówno w lokalizacji, jak i w standardzie samego lokalu czy wręcz budynku. Ma to swoje odzwierciedlenie w cenach. Wprawdzie w ostatnich miesiącach, a zwłaszcza w czwartym kwartale 2025 roku, do sprzedaży trafiało mniej nowych lokali niż zazwyczaj, jednak stawki sięgały 17–18 tys. zł za metr kwadratowy.

– Wydaje się, że okres największych wprowadzeń nowych mieszkań deweloperskich do sprzedaży w Poznaniu mamy już za sobą. Obecnie wchodzimy raczej w fazę uzupełniania oferty projektami o podwyższonym standardzie. Można więc zakładać, że w najbliższym czasie liczba mieszkań oferowanych w granicach administracyjnych miasta będzie się dalej zmniejszać, a nowe projekty będą należały raczej do droższych i częściej pojawiały się w centralnych lokalizacjach – prognozuje Katarzyna Kuniewicz.

Trudno jednak przesądzić, czy popyt będzie w stanie odpowiedzieć na te wprowadzenia równie dużym zainteresowaniem. W czwartym kwartale do sprzedaży trafiło około 800–900 mieszkań w relatywnie wysokich cenach, podczas gdy kupionych zostało niemal dwa razy tyle, ale w zupełnie innym przedziale cenowym – około 12–13 tys. zł za metr kwadratowy.

– W efekcie obserwujemy ciekawą sytuację. Po stronie podaży mamy zjawisko uzupełnienia oferty mieszkaniami droższymi, podczas gdy popyt na razie wciąż chce zabierać z rynku mieszkania tańsze. Na ile ten eksperyment deweloperski, który widzieliśmy pod koniec ubiegłego roku i na początku 2026, się powiedzie, zobaczymy – dodaje dyrektorka badań rynku Otodom.

Alternatywą pozostaje oferta w poznańskim obwarzanku, chociaż ze względu na swoją ograniczoną skalę nie daje ona możliwości swobodnego wyboru, którego oczekują obecnie kupujący.

Pojawia się więc pytanie, czy kolejnym etapem aktywności deweloperów nie będzie powrót do budowania domów jednorodzinnych i zabudowy bliźniaczej w okolicach Poznania. Katarzyna Kuniewicz przyznaje, że taki scenariusz jest oczywiście możliwy.

– Na razie warto jednak pamiętać, że w całym 2025 roku poznański rynek pozostawał bardzo zrównoważony. W granicach administracyjnych miasta sprzedano około 4300 mieszkań, podczas gdy do oferty wprowadzono blisko 4100 lokali. Te wartości są do siebie bardzo zbliżone, co pokazuje, że choć gra popytu i podaży jest bardzo wyrównana, to rynek deweloperski w Poznaniu znajduje się obecnie w stanie niewielkiej nadpodaży – wyjaśnia.

W związku z tym nawet ewentualne pojawienie się alternatywy w postaci nowych domów jednorodzinnych oferowanych przez firmy deweloperskie pod miastem raczej nie wygeneruje nowego popytu. Może jedynie uzupełnić ofertę. Przy obecnej skali projektów realizowanych w samym mieście trudno bowiem zakładać, że w najbliższym czasie deweloperzy zaczną intensywnie rozwijać inwestycje poza granicami administracyjnymi Poznania.

Forint traci przed wyborami, dolar najsilniejszy od dawna

Stabilizacja cen ropy to coś, do czego wiele osób tęskni, ale też coś, co nie chce się wydarzyć. Szczególnie jak w wojnie w Zatoce Perskiej przekraczane są kolejne granice – jak ataki na statki na kotwicach. W rezultacie dolar idzie w górę, a w tle widzimy dane z USA, które nagle straciły na znaczeniu.

Ropa znów z trzycyfrową ceną

Jeszcze wczoraj rynki oddychały z ulgą, gdy cena czarnego złota spadała do 90 dolarów za baryłkę. Wczoraj doszło jednak do eskalacji działań w Zatoce Perskiej. Mowa tutaj zarówno o atakach koalicji amerykańsko-izraelskiej, jak i o samych odpowiedziach Iranu. To, co chyba najmocniej wstrząsnęło rynkami, to nie ataki na cele w innych państwach w regionie, a działania mające jeszcze bardziej odstraszyć od prób przekroczenia Cieśniny Ormuz. Chodzi o potwierdzające się doniesienia o minach morskich w tym dość wąskim jednak przejściu oraz kolejne ataki na statki. Tym razem celem były również jednostki czekające w znacznej odległości od samej cieśniny. Gdyby doszło do zniszczenia floty oczekującej po obydwóch stronach, nawet koniec walk nie unormowałby sytuacji na rynkach. To właśnie dlatego znów oglądaliśmy ropę w okolicach 100 dolarów za baryłkę.

Jak trwoga, to do dolara

Wzrost napięć spowodował, że na rynkach znów trwa ucieczka kapitału. Ponownie to dolar i frank są głównymi beneficjentami obecnej sytuacji. Obie te waluty zbliżyły się wczoraj do swoich najsilniejszych poziomów względem pozostałych jednostek. Z tej dwójki silniej umacnia się dolar, który od początku wojny zyskuje nawet względem franka szwajcarskiego. Co ciekawe, wczorajsze silne umocnienie amerykańskiej waluty nie wpłynęło – jak to często bywa w takich sytuacjach – na osłabienie polskiego złotego. Z walut naszego regionu lekko tracił forint. Trzeba jednak pamiętać, że Węgrzy mają teraz silne bodźce dla własnej waluty wynikające z wewnętrznej polityki. Dokładnie za miesiąc odbędą się wybory parlamentarna, a obecne sondaże pokazują, że główna opozycyjna partia Tisza wciąż ma dużą przewagę nad rządzącym Fideszem.

Inflacja w USA

Wczoraj poznaliśmy teoretycznie bardzo ważny wskaźnik zza oceanu. Skoro trwa wojna w Zatoce Perskiej, a ceny ropy naftowej idą gwałtownie w górę, to wielu analityków interesuje, jak odbije się to inflacji w USA. Jest tylko jeden ważny problem – wczorajsze dane obejmują luty, czyli przygotowania do wojny. Fajnie, że w lutym było zgodnie z oczekiwaniami 2,4%, ale absolutnie nie daje to analitykom niemal żadnej informacji. Niemal – bo wiemy, że przed samym atakiem nie działo się jeszcze nic nadzwyczajnego. Nadal nie wiadomo jak drożejąca ropa naftowa i idące zaraz za tymi wzrostami ceny paliw przełożą się na portfele Amerykanów. Po kontraktach terminowych na stopę procentową widać jednak, że inwestorzy oczekują, że przesunie to obniżki stóp nawet na wrzesień.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Pracodawcy apelują o odroczenie terminu wdrożenia dyrektywy o transparentności wynagrodzeń

Do 7 czerwca 2026 r. został niespełna kwartał, a w wielu krajach UE prace nad wdrożeniem dyrektywy o transparentności wynagrodzeń dopiero nabierają tempa. W Polsce projekt ustawy implementującej trafił do Rządowego Centrum Legislacji (RCL) pod koniec 2025 r., a pierwsze opinie w ramach konsultacji pojawiły się niedawno. Mimo opóźnień Polska jest jednym z bardziej zaawansowanych państw jeśli chodzi o implementację tych przepisów, bo już od grudnia 2025 r. obowiązują u nas częściowe przepisy dotyczące jawności wynagrodzeń dotyczące procesu rekrutacji. Tymczasem, choć projekty ustaw opublikowały m.in. Dania, Finlandia, Słowacja, Francja, Irlandia, Włochy, Litwa, Malta, Niderlandy i Szwecja, większość państw członkowskich nadal nie przedstawiła żadnych propozycji legislacyjnych, co wyraźnie pokazuje, jak duże opóźnienia towarzyszą zbliżającemu się terminowi implementacji.

BusinessEurope apeluje: potrzeba dwóch lat więcej

27 lutego 2026 r. BusinessEurope, największa europejska organizacja biznesowa, zwróciła się do Komisji Europejskiej o odroczenie implementacji dyrektywy o transparentności wynagrodzeń o dwa lata, argumentując, że obecny termin – 7 czerwca 2026 r. – jest nierealistyczny, biorąc pod uwagę skalę zmian wymaganych od państw członkowskich i pracodawców. Organizacja argumentuje, że tak złożonych obowiązków dotyczących m.in. raportowania, systemów wynagrodzeń i dostępu do informacji, nie da się wdrożyć szybko i bez ryzyka chaosu regulacyjnego. Dłuższy czas pozwoliłby na przygotowanie spójnych przepisów krajowych, odpowiednich narzędzi oraz rozwiązań, które będą realnie możliwe do zastosowania w firmach.

Polskie organizacje podnoszą te same wątpliwości

Polskie organizacje pracodawców w konsultacjach publicznych również podnoszą postulat wydłużenia czasu na implementację. Business Centre Club ocenił czerwcowy termin 2026 r. jako nierealny i „stanowczo sprzeciwił się tak krótkiemu vacatio legis” dla tak złożonej regulacji.

Podobne stanowisko sygnalizuje Federacja Przedsiębiorców Polskich, która zaproponowała przepis przejściowy pozwalający na dokończenie weryfikacji i dostosowanie taryfikatorów stronom układów zbiorowych do 31 grudnia 2027 r, wskazując na skalę i czasochłonność wartościowania pracy w dużych organizacjach. Z kolei Rzecznik MŚP akcentuje nadmierne obciążenia dla MŚP oraz potrzebę rozwiązań proporcjonalnych do ich możliwości organizacyjnych — co w praktyce oznacza konieczność dłuższego okresu dostosowawczego.

Na konieczność realnego bufora czasowego pośrednio wskazuje także Państwowa Inspekcja Pracy, która szacuje znaczny wzrost zadań i kosztów oraz potrzebę dodatkowych etatów i narzędzi, aby udźwignąć nowe obowiązki — to w praktyce oznacza, że zbyt krótki horyzont wdrożenia groziłby niewykonalnością po stronie instytucji wspierających egzekwowanie prawa.

BusinessEurope sygnalizuje potrzebę rozważenia środków upraszczających

BusinessEurope zwraca uwagę, że w wielu państwach funkcjonują już rozbudowane systemy klasyfikacji i wartościowania pracy oparte na układach zbiorowych. Zostały one wypracowane wspólnie z partnerami społecznymi i obejmują przejrzyste, neutralne płciowo kryteria oceny stanowisk oraz ustrukturyzowane systemy wynagrodzeń. W związku z tym organizacja proponuje, aby przedsiębiorstwa objęte takimi układami uznać za spełniające część obowiązków wynikających z dyrektywy, co pozwoliłoby uniknąć dublowania procesów i ograniczyłoby biurokrację, jednocześnie wzmacniając dialog społeczny.

Jednocześnie BusinessEurope podkreśla, że pakiet unijnych obowiązków powinien być wdrażany z uwzględnieniem zróżnicowania rynków pracy w państwach członkowskich. Z tego względu postuluje bardziej elastyczne traktowanie kryteriów oceny „pracy o jednakowej wartości” oraz wprowadzenie obowiązkowego (a nie fakultatywnego) zwolnienia najmniejszych firm z części wymogów. Ma to zapobiec sytuacji, w której mikroprzedsiębiorstwa w niektórych krajach byłyby obciążone procesami niemożliwymi do udźwignięcia, podczas gdy w innych państwach byłyby one z nich zwolnione.

Podobne podejście BusinessEurope prezentuje wobec obowiązków raportowych. Zdaniem organizacji obecne zasady sporządzania raportów o luce płacowej są nadmiernie rozbudowane i w praktyce zbyt obciążające, zwłaszcza dla małych i średnich przedsiębiorstw. Dlatego BusinessEurope proponuje, aby pełne, kompleksowe raporty przygotowywały wyłącznie duże firmy objęte dyrektywą CSRD (zatrudniające co najmniej 1000 pracowników) natomiast pozostałe przedsiębiorstwa powinny być zobowiązane jedynie do raportowania w zakresie proporcjonalnym do swoich możliwości operacyjnych.

Kwestia proporcjonalności pojawia się także przy prawie do informacji o wynagrodzeniach. BusinessEurope zwraca uwagę, że choć dostęp pracowników do danych płacowych jest ważnym elementem dyrektywy, to w praktyce może prowadzić do nadmiernego obciążenia firm, jeśli nie zostanie odpowiednio uregulowany. Organizacja proponuje wprowadzenie limitu jednego wniosku informacyjnego rocznie, co miałoby zapobiec nadużyciom i ochronić pracodawców przed nadmierną presją administracyjną.

Dodatkowo, organizacja akcentuje wymiar ochrony danych: w małych zespołach nawet zagregowane informacje płacowe mogą pozwalać na łatwą identyfikację konkretnych osób. Stąd postulat wprowadzenia minimalnych progów liczbowych, od których dane można ujawniać, z pozostawieniem państwom członkowskim elastyczności co do ustalenia samego progu, aby zredukować ryzyko „wyczytywania” indywidualnych stawek.

W zakresie odpowiedzialności odszkodowawczej BusinessEurope opowiada się za ograniczeniem odpowiedzialności pracodawców do szkody realnej i udowadnialnej, bez rozszerzania jej na hipotetyczne, przyszłe konsekwencje (jak potencjalne świadczenia emerytalne), które nie wynikają wprost z działania pracodawcy i są trudne do przewidzenia. BusinessEurope sprzeciwia się również stosowaniu zasady „single source”, czyli mechanizmowi umożliwiającemu porównywanie wynagrodzeń pracowników zatrudnionych w różnych podmiotach, jeśli za ich warunki płacowe odpowiada jeden, centralny podmiot decyzyjny. Proponuje wprowadzenie rozwiązania polegającego na ograniczeniu porównań wyłącznie do pracowników zatrudnionych przez tego samego pracodawcę lub w tym samym przedsiębiorstwie lub organizacji, w przypadku gdy pracodawca sprawuje bezpośrednią kontrolę nad ustalaniem wynagrodzeń.

Głos polskich organizacji – nie tylko o czasie, ale i o jakości przepisów

W konsultacjach krajowych podkreślano, że wyzwaniem nie jest wyłącznie termin implementacji, ale również jakość i precyzja projektowanych rozwiązań. Zwracano uwagę, że część zapisów jest zbyt ogólna, niejasna lub niespójna, co w praktyce mogłoby utrudniać firmom prawidłowe stosowanie nowych obowiązków. Zdaniem polskich organizacji pracodawców doprecyzowania wymagają zarówno definicje kluczowych pojęć, jak i zasady wartościowania pracy, sposób raportowania luki płacowej, kwestie ochrony danych czy podział kompetencji pomiędzy poszczególne organy.

Zgłaszano również konkretne luki techniczne — m.in. brak jednoznacznego wskazania, na jaki dzień należy ustalać stan zatrudnienia, czy brak szczegółowych procedur dotyczących formy i zakresu przekazywania informacji pracownikom. Podnoszono też potrzebę jasnych reguł postępowania w sytuacjach, w których stronom nie udaje się osiągnąć porozumienia, tak aby uniknąć sporów i paraliżu decyzyjnego.

Wnioski i kierunek zmian

Wszystkie te głosy – zarówno na poziomie UE, jak i w Polsce – sprowadzają się do wspólnej konkluzji: aby dyrektywa spełniła swój cel, musi być przede wszystkim wykonalna i spójna. W obecnym kształcie, przy skali wymaganych zmian i licznych niejednoznacznościach projektowych, istnieje ryzyko, że zamiast realnej poprawy przejrzystości i równości płac, powstanie system trudny do stosowania, obciążający i podatny na spory interpretacyjne.

Autorzy:

Anna Panek
Agnieszka Nowak-Błaszczak

Autorki specjalizują się w prawie pracy i są członkiniami kancelarii Wolf Theiss w Polsce

Google „psuje” swoje usługi pod unijne dyktando. KE już w marcu może nałożyć na spółkę pierwsze kary

Według źródeł cytowanych przez The Capitol Forum, Komisja Europejska przygotowuje się do nałożenia grzywny w ramach toczącego się postępowania antymonopolowego przeciwko Alphabet. Jej wysokość może zostać ogłoszona jeszcze w tym miesiącu. Spółce grozi utrata nawet 10 proc. globalnych przychodów, co przy obecnych wynikach finansowych oznacza rekordowe 35 mld dol. W nadziei na złagodzenie kary gigant technologiczny testuje zmiany w europejskiej wersji swojej flagowej wyszukiwarki. Mają one m.in. ograniczyć preferencyjne traktowanie własnych usług i wyraźniej eksponować wyniki oraz oferty konkurencyjnych serwisów.

Wiosna 2026 roku może przynieść kolejną odsłonę największego w historii starcia między europejskim regulatorem a potęgami technologicznymi z Doliny Krzemowej. Akt o rynkach cyfrowych (DMA), który wszedł w życie z intencją ukrócenia praktyk monopolistycznych, stał się narzędziem bezprecedensowej ingerencji w strukturę najpopularniejszych usług cyfrowych, z których codziennie korzystają miliony Europejczyków. Największą cenę za dostosowanie się do nowych reguł może zapłacić gigant z Mountain View. Koncern stoi przed ryzykiem otrzymania kary finansowej, która zgodnie z literą DMA może wynieść do 10 proc. globalnego rocznego obrotu. Przy przychodach Alphabetu sięgających 350 mld dol., wysokość grzywny może wynieść astronomiczne 35 mld dol.

Dziewiątego marca spółka złożyła w Brukseli zaktualizowane, obszerne sprawozdanie z dostosowania swojej działalności do rygorystycznych wymogów aktu o rynkach cyfrowych. Dokument ma charakter rocznego raportu i stanowi szczegółowy zapis zmian wprowadzonych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy w celu spełnienia nowych regulacji. Komisja Europejska zapowiedziała już wnikliwą wiwisekcję tych deklaracji, uwzględniając zarówno krytyczne głosy rynkowych konkurentów, jak i opinie niezależnych ekspertów.

Demontaż pod przymusem

W obawie przed olbrzymimi karami, Google rozpoczęła w Europie proces, który można określić mianem demontażu dotychczasowej wersji wyszukiwarki. Z generowanych przez nią wyników znikają dotychczas faworyzowane przez algorytm autorskie moduły, takie jak Google Travel czy Google Hotels. Zamiast nich priorytetowe miejsca w wynikach zajmują konkurencyjne serwisy wyspecjalizowane, tzw. Vertical Search Services (VSS). Zmiany te, choć pożądane przez urzędników w Brukseli, budzą opór samej korporacji. Szef działu konkurencji w Google, Oliver Bethell, przekonuje, że narzucone zmiany w sposobie prezentowania wyników wyszukiwania wydłużą czas potrzebny do znalezienia rzetelnych informacji. Zmiany mogą również doprowadzić do wzrostu cen hoteli, biletów lotniczych oraz innych popularnych usług.

Marcin Stypuła, założyciel i prezes agencji Semcore, ekspert w branży SEO i technologiach wyszukiwania, wskazuje, że ingerencja unijnego regulatora w kształt usług cyfrowych może zmienić układ sił na europejskim rynku e-commerce. – Mamy do czynienia z wymuszonym regresem funkcjonalności. Google przez lata dążyła do tego, by użytkownik otrzymał odpowiedź natychmiast, bez opuszczania wyszukiwarki. Teraz algorytm musi przekierować ruch na zewnętrzne agregaty. Z powodu wymogów prawnych doświadczenie użytkownika schodzi na dalszy plan. Dla wielu lokalnych przedsiębiorców, którzy opierali swoją widoczność na mapach Google, nadchodzące zmiany mogą oznaczać drastyczną redukcję ruchu – pierwsze próby pokazały spadki w rezerwacjach sięgające nawet 30 proc. Z kolei firmy, które stawiają na optymalizację stron internetowych, mogą okazać się największymi beneficjentami tej rewolucji – ocenia Stypuła.

Otwartość po europejsku

Komisja Europejska nie ogranicza się do reform w zakresie wyszukiwania treści – DMA uderza w fundamenty “zamkniętych ekosystemów” technologicznych, takich jak Apple i Meta. Producent iPhone’ów został zmuszony do dopuszczenia na iOS alternatywnych sklepów z aplikacjami oraz otwarcia chipów NFC dla zewnętrznych systemów płatności. Z kolei Meta musi zapewnić interoperacyjność komunikatora WhatsApp, co w praktyce oznacza konieczność odbierania wiadomości z innych, zewnętrznych aplikacji. Bruksela nie waha się przy tym używać twardych argumentów finansowych – Apple i Meta otrzymały już wielomilionowe kary, które mają służyć jako ostrzeżenie przed opieszałością we wdrażaniu zmian.

Skala unijnej ofensywy wywołuje coraz ostrzejszą reakcję w Waszyngtonie. Amerykańska administracja postrzega DMA jako akt dyskryminacji wymierzony bezpośrednio w ich najsilniejsze korporacje technologiczne. W kręgach dyplomatycznych pojawiają się głosy o “ekstorsji ekonomicznej” i groźby odwetu handlowego. Spór o kod źródłowy i sposób wyświetlania wyników wyszukiwania w Europie powoli przeradza się w pełnoskalowy konflikt geopolityczny. USA argumentują, że regulacje uderzają w innowacyjność i są formą cenzury, co może doprowadzić do trwałego pęknięcia w transatlantyckiej współpracy technologicznej.

Na liście „strażników dostępu” (gatekeepers) – podmiotów objętych restrykcjami ze względu na dominującą rynkową pozycję – znalazły się takie firmy jak Alphabet, Amazon, Apple, ByteDance, Meta i Microsoft. Co ciekawe, niektóre platformy takie jak X (dawniej Twitter) Elona Muska, zdołały uniknąć tego statusu po tym, jak dochodzenie wykazało, że nie stanowią one bramy dla użytkowników biznesowych w dotarciu do klientów końcowych. Z kolei chiński ByteDance, właściciel TikToka, mimo prób odwołania się do sądu, musi dostosować się do wymogów DMA.

Europa niczym Chiny?

Konsekwencją unijnej ofensywy regulacyjnej jest postępująca fragmentacja globalnej sieci, która w paradoksalny sposób zbliża Europę do modelu chińskiego – przynajmniej w zakresie regionalnych wersji cyfrowych rozwiązań, działających w coraz mocniej regulowanej sieci. Użytkownicy na Starym Kontynencie zmuszeni są do korzystania z innych wersji systemów operacyjnych, wyszukiwarek czy przeglądarek internetowych niż reszta świata. Na tym kończą się analogie z Pekinem. O ile bowiem chińska separacja służy przede wszystkim państwowej kontroli, o tyle europejskie regulacje – przynajmniej w teorii – oferują użytkownikom rzadki w cyfrowym świecie przywilej realnego wyboru i większej transparentności. W systemie Windows możliwe staje się zainstalowanie przeglądarki Edge czy wyszukiwarki Bing, a iOS w Europie staje się systemem otwartym na obce oprogramowanie. – Unijne prawo ma zwiększyć konkurencyjność, a jeśli cel ten zostanie osiągnięty, skorzystają na tym mniejsi, lokalni gracze. Na to wszyscy liczymy. Rodzi się jednak pytanie o przyszłość inwestycji technologicznych w regionie – giganci z Doliny Krzemowej mogą zacząć postrzegać rynek unijny jako obszar podwyższonego ryzyka, co mogłoby opóźnić wdrażanie najnowszych usług, w tym tych opartych na sztucznej inteligencji. Europa stoi więc przed dylematem: czy ochrona rynku przed monopolami jest warta ryzyka technologicznej izolacji – zauważa Marcin Stypuła z Semcore i dodaje, że problem ten zdaje się nie istnieć w świadomości unijnych urzędników. – W Brukseli panuje raczej przekonanie, że reszta świata w końcu pójdzie po rozum do głowy i wprowadzi podobne regulacje.

Z tego snu europejskich ustawodawców próbują wybudzić analitycy think‑tanku ECIPE, którzy krytycznie oceniają obecny kształt Digital Markets Act. W swoim raporcie wskazują, że dyrektywa, choć stworzona w dobrej wierze, niesie ze sobą poważne ryzyko. Prewencyjne wymogi zmuszają firmy do skupiania się na spełnianiu formalnych obowiązków zamiast na innowacjach, co spowalnia wprowadzanie nowych produktów i funkcji. DMA ma również zwiększać niepewność prawną, utrudniać planowanie strategiczne i podnosić koszty zgodności, co może odstraszać inwestorów i ograniczać rozwój rynków cyfrowych, zwłaszcza w krajach spoza UE, które próbują naśladować europejski model regulacji. W praktyce oznacza to, że zamiast stymulować innowacje i konkurencję, regulacje mogą działać jako hamulec dla całego sektora technologicznego.

Europejskie firmy zadowolone z przepisów

Z kolei stowarzyszenie europejskich firm technologicznych EUTA przestrzega przed pokusą zbyt wczesnego majstrowania przy świeżo upieczonych przepisach. Dla organizacji skupiającej ponad 30 czołowych przedsiębiorstw technologicznych ze Starego Kontynentu, kluczowe jest nie tyle doprecyzowanie litery prawa, co jej bezwzględna i surowa egzekucja. EUTA stoi na stanowisku, że otwieranie na nowo debaty nad treścią Aktu o rynkach cyfrowych byłoby dziś przedwczesnym i szkodliwym błędem, który mógłby jedynie rozwodnić wypracowany z takim trudem kompromis, zanim jego skuteczność zostanie sprawdzona w boju. Zamiast legislacyjnej rewizji, europejski biznes domaga się od Komisji Europejskiej roli nieustępliwego arbitra, który zamiast pisać nowe podręczniki, zacznie wreszcie skutecznie używać gwizdka. W tej wizji DMA ma być nie tyle teoretycznym zbiorem życzeń, co sprawnie działającą gilotyną na nieuczciwe praktyki, pozwalającą lokalnym innowatorom rywalizować z gigantami na autentycznie wyrównanym boisku, bez obaw, że proces wdrażania zmian utknie w biurokratycznej próżni na kolejne lata.

Inżynieria finansowa SAFE 0 proc.: Ekonomista punktuje plan prezydenta i NBP

Projekt Prezydenta Karola Nawrockiego oraz Prezesa NBP Adama Glapińskiego wydaje się być na pierwszy rzut oka interesujący, ponieważ zakłada wykorzystanie zysków, jakie Narodowy Bank Polski osiągnął dzięki zakupom złota po korzystnych cenach. Jednak w proponowanej formule jest on ekonomicznie ryzykowny. Wygląda na to, że aby obejść konstytucyjne ograniczenia (których zmiana wymagałaby większości parlamentarnej, na którą prezydent nie liczy), NBP planuje przeprowadzić specyficzną operację inżynierii finansowej. Prawdopodobnie chodzi o sprzedaż złota i jego natychmiastowe odkupienie lub wymianę na obligacje, tak aby zgodnie z deklaracjami prezesa Glapińskiego poziom rezerw walutowych pozostał bez zmian.

– W sensie czysto księgowym taka operacja pozwoliłaby na „zaksięgowanie” zrealizowanych zysków ze sprzedaży kruszcu, co umożliwiłoby przekazanie do budżetu państwa kwoty rzędu 100–120 miliardów złotych. Problem polega jednak na tym, że fizycznie do NBP nie wpłynęłyby żadne nowe środki – powiedział serwisowi eNewsroom.pl profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Cała operacja byłaby jedynie zapisem w księgach rachunkowych. Oznacza to, że te ponad 100 miliardów złotych musiałoby zostać wykreowane „z powietrza”. Prezes Glapiński używa fachowego terminu „kreacja pieniądza”, ale w powszechnym odbiorze znacznie lepiej rozumiemy pojęcie dodruku pieniądza. Krótko mówiąc, propozycja sprowadza się do następującego mechanizmu: dokonajmy zabiegów księgowych, które pozwolą uznać papierowy zysk z wyceny złota za zysk zrealizowany, a następnie wydrukujmy odpowiadającą mu kwotę pieniędzy, by rząd mógł za nie sfinansować zbrojenia. Dla każdego ekonomisty jest oczywiste, że jeśli za tymi środkami nie stoi realny napływ kapitału, mamy do czynienia z ryzykiem inflacyjnym. W mojej ocenie program ten miałby znacznie więcej sensu ekonomicznego, gdyby opierał się na realnych transakcjach. Wymagałoby to jednak zmiany konstytucji, aby móc legalnie sprzedać część rezerw walutowych lub złota i bezpośrednio przeznaczyć uzyskane środki na dofinansowanie armii w takiej skali, która nie zagroziłaby stabilności złotego. Taki scenariusz jest możliwy do wyobrażenia, ale wymagałby zbudowania szerokiego konsensusu politycznego i uzyskania większości konstytucyjnej w parlamencie. To z kolei wymuszałoby na prezydencie i prezesie NBP podjęcie negocjacji z obecną większością rządzącą, na co jak się wydaje nikt nie ma ochoty – zaznaczył Witold Orłowski.

Woda w miejscu pracy – obowiązek pracodawcy i element odpowiedzialnego zarządzania firmą

Jednak codzienne funkcjonowanie przedsiębiorstwa opiera się również na podstawowych elementach organizacji pracy. Jednym z nich jest dostęp pracowników do wody pitnej. Choć temat może wydawać się oczywisty, w praktyce sposób zapewnienia wody w miejscu pracy bywa bardzo różny. W niektórych firmach jest to element systemowo zaplanowany, w innych pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś przypomni o konieczności zamówienia zapasów. Z perspektywy zarządzania organizacją warto traktować ten obszar nie jako drobny szczegół administracyjny, ale jako element odpowiedzialnego prowadzenia firmy.

Obowiązek zapewnienia wody pracownikom wynika z przepisów

Zapewnienie pracownikom dostępu do wody pitnej nie jest wyłącznie dobrą praktyką organizacyjną. W wielu sytuacjach jest to bezpośredni obowiązek pracodawcy wynikający z przepisów BHP.

Pracodawca ma obowiązek zapewnić pracownikom wodę zdatną do picia, a w określonych warunkach — na przykład podczas pracy w wysokiej temperaturze lub przy dużym wysiłku fizycznym — również napoje dostosowane do warunków pracy.

W praktyce oznacza to, że dostęp do wody jest jednym z podstawowych elementów organizacji miejsca pracy, podobnie jak odpowiednie oświetlenie, zaplecze socjalne czy bezpieczne stanowiska pracy.

Dla osób zarządzających firmą oznacza to konieczność zapewnienia rozwiązania, które będzie stabilne i przewidywalne w codziennym funkcjonowaniu organizacji.

Komfort pracowników i sprawna organizacja pracy

Dostęp do wody w miejscu pracy ma również bardzo praktyczny wymiar. Pracownicy spędzają w pracy znaczną część dnia, dlatego możliwość sięgnięcia po wodę bez dodatkowego planowania jest po prostu elementem komfortu pracy. W biurach, magazynach czy zakładach produkcyjnych woda jest jednym z podstawowych elementów zaplecza socjalnego.

Jeżeli dostęp do niej jest stały i dobrze zorganizowany, temat nie wymaga dodatkowej uwagi ani interwencji ze strony administracji czy działów operacyjnych.

Właśnie dlatego wiele organizacji traktuje dostęp do wody jako jeden z elementów stabilnie działającej infrastruktury firmy.

Jak firmy rozwiązują temat dostępu do wody

Sposób zapewnienia wody pracownikom zależy od wielkości firmy, liczby pracowników oraz charakteru pracy.

W mniejszych organizacjach często stosuje się zakupy w sklepach lub hurtowniach. W przypadku większych zespołów pojawia się jednak konieczność regularnego planowania transportu i uzupełniania zapasów.

Część firm korzysta także z dystrybutorów z dużymi butlami. Choć rozwiązanie to jest popularne, wymaga obsługi butli oraz ich wymiany.

Coraz częściej przedsiębiorstwa decydują się natomiast na model regularnych dostaw wody butelkowanej bezpośrednio do firmy. W takim przypadku dostawca zajmuje się logistyką transportu, a organizacja otrzymuje wodę w ilości dopasowanej do aktualnych potrzeb zespołu.

Stabilne rozwiązanie zamiast doraźnej organizacji

Dla osób zarządzających organizacją istotne jest, aby podstawowe elementy funkcjonowania firmy nie wymagały ciągłego nadzoru.

Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw wybiera rozwiązania, które pozwalają uporządkować temat dostępu do wody w sposób systemowy. Stałe dostawy eliminują konieczność pilnowania zapasów, organizowania transportu czy reagowania w sytuacji, gdy wody po prostu zabraknie.

Dzięki temu jeden z elementów codziennego funkcjonowania firmy zostaje uporządkowany i działa bez dodatkowej logistyki.

Dostęp do wody jako element odpowiedzialnego zarządzania

Choć temat wody w miejscu pracy może wydawać się drobny, w rzeczywistości jest jednym z elementów odpowiedzialnego zarządzania organizacją.

Zapewnienie pracownikom dostępu do wody wynika z przepisów, ale jest również częścią budowania stabilnego środowiska pracy. W dobrze funkcjonujących firmach takie kwestie są po prostu uporządkowane — bez improwizacji i bez konieczności ciągłego reagowania na bieżące potrzeby.

Jeśli chcesz sprawdzić, jak wygląda organizacja dostaw wody dla firm w praktyce, więcej informacji można znaleźć na stronie producenta i dystrybutora mineralnej wody butelkowanej dla przedsiębiorstw: https://wodadlafirmy.pl.

W lutym wzrost cen w sklepach utrzymał się na poziomie 3,8 proc. r/r. Sama żywność zdrożała o 3,4 proc. r/r

0

Analiza ponad 84 tys. cen detalicznych wykazała, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy w sklepach zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to łącznie 17 najczęściej kupowanych przez Polaków kategorii produktów. W styczniu br. i grudniu ub.r. wzrosty rdr. były niemal identyczne. Do tego ostatnio ceny samej żywności poszły w górę rdr. o 3,4%, a wcześniej – o 3,2% i 3,1% rdr. Zatem widać, że ciągle mocniej drożeje cały koszyk, obejmujący również art. nieżywnościowe. Notuje też wyższe wyniki niż wskaźnik CPI. W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), jak również produkty sypkie (+0,8% rdr.).

Z najnowszej edycji raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH”, autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito, wynika, że w lutym 2026 roku codzienne zakupy zdrożały średnio o 3,8% rdr. Dotyczyło to żywności, napojów bezalkoholowych i alkoholowych oraz pozostałego asortymentu, np. chemii gospodarczej i art. dla dzieci. Łącznie przeanalizowano 17 kategorii. W styczniu br. wzrost rdr. wyniósł 3,7%, a w grudniu ub.r. – 3,8% rdr.

– Lutowe dane przedstawiają obraz umiarkowanej, stabilnej inflacji detalicznej i takie były warunki, gdy te dane zbierano. Na przestrzeni trzech ww. miesięcy ceny w sklepach poruszały się w wąskim przedziale. Rosły wolniej niż w czasach wysokiej inflacji. Natomiast konsumenci powinni o czymś pamiętać. Choć tempo wzrostu jest znacznie wolniejsze niż w szczytowym okresie, to koszty zakupów wciąż są na poziomach nieporównywalnie wyższych niż jeszcze trzy lata temu. To właśnie ta skumulowana podwyżka, a nie bieżąca dynamika, najbardziej uderza w portfele Polaków – mówi dr Robert Orpych z Uniwersytetu WSB Merito.

Ekspert wskazuje też, że oficjalna inflacja GUS wyniosła w Polsce w styczniu 2026 roku zaledwie 2,2% rdr. – To oznacza, że ceny w sklepach rosły dotychczas prawie dwa razy szybciej. Właśnie dlatego konsumenci często mają poczucie, że rzeczywistość jest gorsza, niż mówią oficjalne dane. Nasz raport koncentruje się stricte na wybranej, ale bardzo ważnej z perspektywy konsumenta grupie produktów codziennej potrzeby. Wskaźnik CPI obejmuje znacznie szerszy, ważony koszyk towarów i usług, w tym paliwa, usługi czy elektronikę, a te kategorie potrafią istotnie obniżać ogólny wynik – wyjaśnia dr Robert Orpych.

Analitycy z UCE RESEARCH informują, że ceny samej żywności w lutym br. poszły w górę średnio o 3,4% rdr. W styczniu wzrost rdr. wyniósł 3,2%, a w grudniu ub.r. – 3,1% rdr. – Zmiany cen żywności z pewnością mają znaczenie, bo dotyczą wszystkich kupujących w zasadzie każdego dnia. Wprawdzie te dodatkowe 0,2 p.p. w lutym nie musi robić piorunującego wrażenia, ale kiedy spojrzymy z większego dystansu, to możemy poczuć niepokój. W przemyśle spożywczym ceny sprzedaży spadły w ciągu roku o 3,2%, a w sklepach – o podobną wartość wzrosły. Najwyraźniej jako konsumenci akceptujemy taki poziom cen. W końcu w ciągu ostatniego roku przeciętne wynagrodzenie wzrosło o 6%. Stać nas na „przełknięcie” wyższych cen żywności – analizuje dr Marek Szymański z Uniwersytetu WSB Merito.

Jak stwierdza dr Robert Orpych, różnica między dynamiką wzrostu cen wszystkich analizowanych kategorii a samą żywnością to jeden z najciekawszych sygnałów płynących z lutowych danych. Jest dobrą wiadomością, bo przez lata jedzenie było głównym motorem wzrostów cenowych. – W przypadku żywności podstawowej konkurencja między sieciami jest bezwzględna i hamuje marże. Warto też pamiętać o tym, że sklepy często, zamiast podnosić ceny, zmniejszają gramaturę produktu. Konsument płaci tyle samo, ale dostaje mniej. I to jest wzrost cen, którego statystyki nie wychwytują – dodaje ekspert.

W TOP5 najbardziej drożejących kategorii w lutym br. widać używki (+10,3% rdr.), chemię gospodarczą (+8,2% rdr.), słodycze i desery (+7,3% rdr.), pieczywo (+6,4% rdr.), a także mięso (+5,4% rdr.). – W ujęciu rocznym mocno widoczne są podwyżki cen kawy, napędzane rosnącymi kosztami surowca, a także papierosów, m.in. z powodu wzrostu akcyzy. Słodycze i desery podlegają wzrostowi cen kakao. Z kolei mięso i pieczywo to dwie kategorie, które można uznać za podstawowe we współczesnej diecie, więc przy rosnących dochodach łatwiej nam zaakceptować wyższe ceny – tłumaczy dr Marek Szymański.

Na dole tabeli widnieją warzywa (-2,5% rdr.), owoce (+1,6% rdr.), a także produkty sypkie (+0,8% rdr.). –Warzywa są kategorią wyjątkowo wrażliwą na warunki pogodowe i sytuację podażową. Jeśli zbiory były dobre, zarówno w Polsce, jak i w krajach eksportujących do Europy, to ceny naturalnie spadają. Minus 2,5% rdr. to dobra wiadomość dla konsumentów robiących regularne zakupy. Produkty sypkie natomiast korzystają z efektu wysokiej bazy porównawczej, ponieważ rynki zbożowe wyraźnie uspokoiły się w stosunku do szczytu. Dobre zbiory to dużo towaru i niższe ceny. Można nawet stwierdzić, że ta część koszyka działa dziś jak naturalny amortyzator ogólnego wyniku raportu – podsumowuje dr Robert Orpych.

***
Opis metody analitycznej/badawczej

Dane pochodzą z cyklicznego raportu pt. „INDEKS CEN W SKLEPACH DETALICZNYCH” (powstającego co miesiąc od ponad 9 lat), autorstwa UCE RESEARCH i Uniwersytetów WSB Merito (dawniej Wyższych Szkół Bankowych). Analiza pokazuje średnią wartość cenową (cen regularnych oraz w promocjach), notowaną miesiąc do miesiąca i rok do roku. W najnowszej odsłonie porównano wyniki z lutego 2026 r. i tego samego okresu z 2025 r. Dotyczyło to 17 kategorii i ponad 100 najczęściej wybieranych przez konsumentów produktów codziennego użytku. Łącznie zestawiono ze sobą ponad 84 tys. cen detalicznych z przeszło 39,5 tys. sklepów należących do 62 sieci handlowych. Badaniem objęto wszystkie na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience oraz cash&carry docierające ze swoją ofertą do większości konsumentów w Polsce.

Bliski Wschód nadal straszy rynki. Ropa droga, dolar mocny, złoty pod presją

Doniesienia z Bliskiego Wschodu nie przestają rozbudzać wyobraźni wystraszonych inwestorów. Utrzymująca się niepewność nadal wpływa na ropę, ale i umacnia dolara. Traci na tym złoty, którego notowania pozostają pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. W tle kontynuacja lekceważenia publikacji makroekonomicznych.

Niepewności ciąg dalszy

Inwestorzy pragną usłyszeć dobre wieści z Bliskiego Wschodu, a analitycy próbują oszacować datę zakończenia konfliktu. Sama teoria to jednak za mało, a brutalna rzeczywistość pozostaje głucha na myślenie życzeniowe. Z ostatnich rozmów państw G7 i Międzynarodowej Agencji Energii niewiele wynikło. Mimo że mowa o największym uwolnieniu rezerw w historii (do 400 milionów baryłek, czyli dwa razy więcej niż wprowadzona ilość surowca w 2022 roku po inwazji Rosji na Ukrainę) to nadal brakuje konkretów. Dziś wieczorem ma nastąpić kolejne spotkanie. Decyzja lub jej brak z pewnością wpłynie na wyceny „czarnego złota”, gdyż rynek surowcowy nadal bacznie obserwuje napiętą sytuację w Cieśninie Ormuz. Amerykanie zapewniają jej udrożnienie i ostrzegają Irańczyków przed stawianiem min w tym newralgicznym obszarze. Ostatecznie niewiele zmienia się w aspekcie potencjalnego zakończenia działań zbrojnych. Jedynym pozytywem jest brak doniesień o kolejnych uszkodzeniach infrastruktury naftowej w państwach wydobywających surowce energetyczne. Środowego południa notowania odmiany WTI wracają do 85 USD za baryłkę, po wczorajszej chwilowej zniżce do 75 USD. Natomiast Brent oscyluje przy 90 USD, po wczorajszym wyznaczeniu lokalnego dna przy 81 USD. Podsumowując – zmienność na ropie jest mniejsza niż w poniedziałek, jednak nadal pozostaje podwyższona, podobnie jak jej wyceny.

Złoty odbiciem dolara

PLN nadal pozostaje pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. Wzrost niepewności w środę o poranku spowodował umocnienie waluty zza oceanu. Kurs EUR/USD zszedł do 1,159 USD, podczas gdy jeszcze wczoraj po południu sięgał 1,166 USD. Poranne zejście „edka” przełożyło się na osłabienie złotego i odbicie USD/PLN do 3,685 PLN i EUR/PLN do 4,275 PLN. Strach wygrał również na wykresach GBP/PLN i CHF/PLN, które około godziny 10:00 wzrosły odpowiednio do 4,95 PLN i 4,74 PLN. W ciągu kolejnych dwóch godzin złoty odrabiał straty. Przyczyną ruchu było chwilowe oddawanie zysków przez USD. Ostatecznie krajowa waluta pozostaje bardzo wrażliwa na czynniki zewnętrzne, w przeciwieństwie do krajowych. Praktycznie żadnego wpływu nie miały napływające wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej sugerujące, że marcowa obniżka mogła być ostatnią w tym roku. Oznacza to, że jastrzębia narracja jest dla rynków znacznie mniej istotna, niż możliwe konsekwencje niekończącej się wojny na Bliskim Wschodzie.

Niewidoczne dane makro

Dlaczego rynek miałby się przejmować retoryką płynącą z RPP, skoro nawet waga publikacji z największych gospodarek świata pozostaje niezauważona? Rynki z obojętnością przyjęły dziś informację o spadku inflacji konsumenckiej w Niemczech z 2,1% r/r do 1,9% r/r. Ktoś mógłby powiedzieć, że były one zgodne z oczekiwaniami, dlatego nie wpłynęły na notowania unijnej waluty i trudno odmówić tym argumentom racji. Należy też jednak uczciwie przyznać, że dzisiejsze dane za luty w ogóle nie uwzględniają konsekwencji wybuchu marcowej wojny. To dlatego nawet popołudniowa publikacja CPI ze Stanów prawdopodobnie będzie mieć marginalne znaczenie. Inwestorzy wyceniając przyszłość doskonale wiedzą, że dzisiejsze dane i tak nie będą mieć wpływu na przyszłe decyzje FED. To tu leży odpowiedź na pytanie, dlaczego dzisiejsze publikacje z Niemiec poszły w odstawkę, tak samo jak wczorajsze odczyty z Japonii czy Chin. Czy los ten podzielą także amerykańskie odczyty inflacji konsumenckiej, które zgodnie z prognozami mają niewiele się zmienić względem publikacji styczniowych? Tego dowiemy się o godzinie 13:30.

Nowa strategia VeloBanku. Bank celuje w dynamiczny rozwój i wyższą efektywność

VeloBank zaprezentował strategię „Mierz wyżej” na lata 2026-2028, opierającą się na czterech filarach: ambitnym wzroście, stawianiu klienta w centrum, budowie bardziej efektywnego banku oraz rozwoju organizacji i kultury współpracy. Zakłada w niej dynamiczny wzrost skali działalności, dalszy rozwój bankowości detalicznej, budowę wiodącej bankowości prywatnej oraz umocnienie pozycji w bankowości biznesowej. W ciągu najbliższych trzech lat bank planuje podwoić portfel kredytowy z ok. 19 mld zł do 43 mld zł, przy stabilnym koszcie ryzyka. Bank chce zwiększyć liczbę klientów z 1,7 mln do 2,7 mln oraz poprawić efektywność kosztową, obniżając wskaźnik kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47%. Równocześnie bank dąży do utrzymania powtarzalnego zwrotu z kapitału na poziomie 19%.

Poprzednia strategia VeloBanku skupiała się na budowie nowoczesnego, bezpiecznego i transparentnego banku – bliskiego klientom. Jej realizacja przyniosła wymierne rezultaty: w ciągu trzech lat liczba pozyskanych klientów wyniosła ok. 700 tys., suma aktywów zwiększyła się o 47%, a kapitały banku potroiły się. Silny rozwój produktów takich jak VeloKonto, Elastyczne Konto Oszczędnościowe znacząco zwiększył akwizycję klientów, a segment detaliczny pozostał głównym motorem wzrostu.

W ramach strategii na lata 2023-2025, skupialiśmy się na budowaniu nowoczesnego charakteru banku, rozwijaniu cyfrowych kanałów sprzedaży oraz dostarczaniu klientom w coraz bardziej przystępny sposób produktów, które wspierają ich w codzienności. Strategia „Mierz wyżej” to z kolei plan dynamicznego wzrostu VeloBanku w zmieniającym się otoczeniu gospodarczym i technologicznym. Chcemy tworzyć bank, który pomaga klientom rozwijać się osobiście oraz biznesowo, w sposób prosty, wygodny i na ich zasadach. Naszą ambicją jest dalsze skalowanie biznesu, wzmacnianie zaangażowania klienta oraz budowa organizacji, która łączy technologię, efektywność i odpowiedzialny rozwój – mówi Adam Marciniak, prezes zarządu VeloBanku.

Nowa strategia zakłada, że głównym motorem wzrostu pozostanie bankowość detaliczna. Do 2028 roku VeloBank chce podwoić wartość portfela kredytowego w tym segmencie. Wzrost ma być napędzany przede wszystkim przez kredyty konsumenckie i hipoteczne, uproszczenie procedur oraz dalszą cyfryzację procesów kredytowych. Bank zakłada również rozwój oferty inwestycyjnej, kart kredytowych, a w segmencie biznesowym – rozbudowę finansowania dla MŚP oraz leasingu.

Ambitne są również cele dotyczące wzrostu liczby klientów. VeloBank chce zwiększyć bazę klientów z ok. 1,7 mln do ok. 2,7 mln w ciągu trzech lat, czyli pozyskać około milion nowych klientów, w tym część w ramach przejęcia części detalicznej Citi Handlowego. Jednocześnie bank zakłada podwojenie liczby klientów z główną relacją oraz rozwój oferty segmentowej, aby lepiej odpowiadać na potrzeby poszczególnych grup klientów.

Istotnym obszarem wzrostu ma być także private banking i wealth management. VeloBank zakłada wejście do czołówki bankowości prywatnej w Polsce, m.in. dzięki planowanemu przejęciu części detalicznej Citi Handlowego. Bank chce rozwijać ten obszar w oparciu o własne TFI, ofertę maklerską, usługi doradcze oraz zarządzanie portfelem. W perspektywie najbliższych trzech lat wolumen produktów inwestycyjnych ma wzrosnąć do ok. 20 mld zł, a liczba klientów korzystających z oferty inwestycyjnej ma się podwoić.

Strategia bankowości biznesowej zakłada dynamiczny wzrost finansowania przedsiębiorstw, ze szczególnym naciskiem na segment MŚP oraz rozwój leasingu. Bank planuje rozbudowę oferty finansowania przedsiębiorstw, aktywną akwizycję nowych klientów oraz wzmocnienie kompleksowej oferty usług dla biznesu, w tym atrakcyjnej oferty depozytowej i rozwiązań walutowych. Jednocześnie bank będzie kontynuował rozwój w obszarach, w których posiada silną pozycję rynkową – w finansowaniu projektów deweloperskich oraz sektora JST.

Kolejnym filarem nowej strategii jest klient i jego doświadczenie. VeloBank chce wejść do czołowej trójki instytucji finansowych w Polsce pod względem satysfakcji klientów oraz jakości obsługi. Kluczową rolę odegra tu rozwój aplikacji mobilnej – rozwiązań personalizacyjnych oraz Veli, czyli wirtualnej asystentki, która ma ewoluować w kierunku inteligentnego wsparcia finansowego. Strategia zakłada dalszy rozwój wygody cyfrowej, narzędzi AI oraz funkcji wspierających klientów w codziennym zarządzaniu finansami.

Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku
Jakub Papierski, Przewodniczący Rady Nadzorczej VeloBanku

Strategia na lata 2026-2028 to okazja, by połączyć doświadczenie z odważnym spojrzeniem w przyszłość. Stawiamy na stabilny rozwój, wzmocnienie struktury bilansu i rozwój obszarów kluczowych dla budowania wartości. Kierunek wzrostu na najbliższe lata oparty jest na zwiększaniu skali działania VeloBanku, lepszych relacjach z klientami i inwestycjach w nowoczesne technologie – mówi Jakub Papierski, przewodniczący rady nadzorczej VeloBanku.

Trzecim filarem strategii jest efektywność. VeloBank zakłada poprawę wskaźnika kosztów do dochodów z ok. 56% do ok. 47% w 2028 roku, dzięki automatyzacji, cyfryzacji oraz szerokiemu wykorzystaniu sztucznej inteligencji w procesach sprzedażowych, operacyjnych i obsługowych. Strategia przewiduje także utrzymanie kosztu ryzyka na poziomie 0,9% w 2028 roku, wzmacnianie narzędzi analitycznych, modeli ryzyka i procesów decyzyjnych, umożliwiających utrzymywanie wysokiej jakości portfela przy planowanym wzroście skali.

Czwartym filarem strategii jest jeden zespół skupiający się na rozwoju organizacji i kultury współpracy. VeloBank chce inwestować w kompetencje pracowników, w szczególności w obszarach technologii, danych i sztucznej inteligencji, oraz budować środowisko pracy sprzyjające zaangażowaniu i przyciąganiu talentów. W swojej nowej strategii VeloBank wskazuje, że celem jest również umocnienie pozycji banku, jako wiodącego pracodawcy w branży finansowej.

Konflikt z Iranem może podbić ceny żywności w Polsce

Wzrost kosztów nawozów i paliw przełoży się na ceny żywności dla konsumentów. Pojawi się też konkurencja ze strony producentów, którzy – jak Ukraina czy Brazylia – byli do tej pory silniej obecni w rejonie Zatoki Perskiej. Kluczowy jest czas trwania konfliktu.

Konsekwencje ataku na Iran dla sektora produkcji żywności nie można jeszcze w pełni ocenić. Zależą one przede wszystkim od czasu trwania operacji wojskowej i jej wpływu na przepustowość szlaków żeglugowych. Można natomiast podjąć próbę identyfikacji obszarów, gdzie wpływ jest istotny. To: dostępność rynków zbytu, fizyczne przesunięcie strumieni handlu żywnością, zmiany cen nawozów oraz ropy naftowej i paliw. Dodatkowo należy brać pod uwagę jeszcze większy niż dotychczas wzrost globalnej niepewności. Skoncentruję się na perspektywie Polski.

Region, na który działania zbrojne wpływają bezpośrednio, jest większy niż Iran – to kraje narażone na odcięcie dostaw drogą morską. Strefa konfliktu obejmuje więc oprócz Iranu także Arabię Saudyjską, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Irak, Kuwejt, Liban, Oman, Katar i Jemen. Nie włączamy do niej Izraela, przyjmując że prawdopodobieństwo blokady dostaw morskich do tego kraju jest niskie.

Kraje strefy konfliktu nie są kluczowe z perspektywy eksportu żywności z Polski, więc ewentualne wstrzymanie wymiany handlowej z nimi ma ograniczony wpływ na kondycję krajowych producentów na poziomie całych branż, choć dla poszczególnych przedsiębiorstw może być istotne. W 2024 r. łączna wartość żywności tam eksportowanej była poniżej 700 mln euro, więc stanowiła zaledwie 1,5 proc. wartego ok. 48 mld euro polskiego eksportu towarów rolno-spożywczych. Największy rynek w tej grupie krajów to Arabia Saudyjska (do 40 proc. eksportu żywności do strefy konfliktu w ostatnich latach), następnie Zjednoczone Emiraty Arabskie (ok. 20 proc.) oraz Irak (ponad 10 proc.). Sam Iran to zaledwie 2 proc. eksportu polskich towarów rolno-spożywczych do tej grupy państw, co w 2024 r. przełożyło się na kwotę 13 mln euro.

Największymi eksportowanymi grupami produktowymi były wyroby piekarnicze (ok. 147 mln euro w 2024 r.), sery (80 mln euro), mięso drobiowe (54 mln euro), słodycze (38 mln euro), czekolada (35 mln euro) i cukier (33 mln euro). W całości eksportu z Polski w danej kategorii największy udział osiągnęły sery (7 proc.), słodycze, cukier i wyroby piekarnicze (5 proc.). W przypadku mięsa drobiowego było to nieco powyżej 1 proc.

Potencjalnie bardziej istotny może być efekt związany ze zmianą kierunku przepływów towarów innych producentów. Dla Ukrainy w 2024 r. Arabia Saudyjska była drugim co do wielkości rynkiem eksportu mięsa drobiowego. Istotne ilości tego towaru płynęły z Ukrainy także do Iraku i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a w mniejszym stopniu także do Omanu i Kuwejtu. Zboże i oleje roślinne trafiały z Ukrainy do Libanu, Iraku, Arabii Saudyjskiej.

Brak możliwości transportu towarów na rynki docelowe może przełożyć się na zmianę bilansu w Europie i w konsekwencji negatywnie wpłynąć na możliwości zbytu towarów polskich producentów. Tym bardziej, że silną pozycję w strefie konfliktu ma też Brazylia – w 2024 r. dostarczyła tam mięso drobiowe za ok. 1,5 mld dol., głównie do Arabii Saudyjskiej, Iraku i Kuwejtu.

Wzrost cen węglowodorów i ograniczenia ich fizycznej dostępności przekładają się z kolei na możliwości produkcji i stosowania nawozów. Jest to jeden z głównych czynników kosztowych w produkcji roślinnej. Ocenia się, że przez Cieśninę Ormuz przepływa 25-30 proc. światowego handlu nawozami azotowymi. Zatrzymanie tego strumienia szybko przełoży się na ceny rynkowe. QatarEnergy, które w zeszłym roku wyeksportowało 5,4 mln t mocznika (ok. 10 proc. globalnego eksportu drogą morską), wstrzymało po atakach dronowych produkcję siarki, amoniaku i mocznika. Inni producenci w regionie rozważają spowolnienie lub czasowe wstrzymanie produkcji nawozów.

W Polsce 2 marca Grupa Azoty poinformowała o odwołaniu cenników nawozów azotowych oraz wstrzymaniu przyjmowania zamówień, a 5 marca podała, że powróci do przyjmowania zamówień na nawozy azotowe i standardowej współpracy na bieżących warunkach rynkowych. Producenci rolni zakupy nawozów jednak rozkładają w czasie, więc dla większości efekt wzrostu ceny nie skumuluje się w jednym momencie. Dodatkowo ograniczenie nawożenia w jednym sezonie, po latach typowego gospodarowania, nie wpłynie w drastyczny sposób na plonowanie – pełnię efektów widać dopiero w kolejnych sezonach.

Konsekwencją ograniczenia podaży ropy naftowej na światowym rynku jest wzrost cen paliw. To również wpływa bezpośrednio na koszty produkcji rolnej, zwłaszcza polowej, a także na koszty logistyki, podnosząc ostatecznie ceny na półkach sklepowych. Atak na Iran doprowadził do rozchwiania cen ropy. 9 marca notowania ropy Brent zbliżyły się do 120 dol.  za baryłkę, by później w ciągu dnia spaść do 90 dol.

Rynki szybko reagują na deklaracje polityczne, a te są w kwestii wojny z Iranem dynamiczne. Z cenami ropy pozytywnie skorelowane są światowe ceny zbóż i tłuszczów roślinnych. Te z kolei mają decydujący wpływ na poziom cen w Polsce. Kierunki rozwoju cen ropy naftowej także mają wpływ na to, jaką stawkę za plony ostatecznie otrzymuje polski rolnik. Na razie globalne notowania surowców rolnych od czasu rozpoczęcia ataku na Iran zareagowały wzrostem cen o ok. 10 proc. w przypadku pszenicy oraz niespełna 5 proc. w przypadku rzepaku (9 marca). Zatem zmiany są widoczne, ale daleko im do szoku obserwowanego po ataku Rosji na Ukrainę w 2022 r.

Oczywistym, bardziej poważnym zagrożeniem niż szybkie fluktuacje cen, byłyby uszkodzenia infrastruktury do obsługi handlu węglowodorami. Pierwsze dni wojny pokazały, że takie obiekty są celami ataków. W razie uszkodzenia ich odbudowa może zająć nawet lata, tym bardziej że prawdopodobnie będzie prowadzona pod ryzykiem kolejnego ataku. To może przesunąć ceny nośników energii na wyższe poziomy, na których pozostaną przez dłuższy czas, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Atak na Iran to kolejne z wydarzeń składające się na erę globalnej niepewności. Działania zbrojne dotknęły Cieśninę Ormuz, kluczowy rejon dla funkcjonowania przepływów światowej gospodarki. Główny aktor zdecydował się na podjęcie ryzyka, jakiego wcześniej unikano. Naruszono kolejne tabu. Jeśli w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z blokadami głównych wąskich gardeł globalnej logistyki, to były to zdarzenia losowe, jak choćby blokada Kanału Sueskiego przez osiadły na mieliźnie kontenerowiec Ever Given w 2021 r. Tym razem przerwy w żegludze to wprost konsekwencja decyzji przywódców politycznych krajów istotnych dla stabilności światowego ładu.

To właśnie decyzje światowych przywódców i ich komunikacja są teraz kluczowe dla rozwoju sytuacji. Dla polskiego sektora produkcji żywności krótki konflikt, tj. trwający maksymalnie kilka tygodni, ma znaczenie ograniczone i nie zmienia jego strategicznej pozycji. Im dłużej trwa, tym sytuacja będzie stawać się trudniejsza. Wzrost kosztów produkcji i funkcjonowania będzie musiał przełożyć się na wzrost cen dla konsumentów, narażając ich na konieczność rewizji zwyczajów zakupowych. Jednak poważniejszą konsekwencją dla lokalnego sektora w średnim terminie może być konieczność zwiększonej konkurencji z producentami, którzy byli dotychczas silniej obecni w rejonie konfliktu, jak Ukraina czy Brazylia.

Autor: Grzegorz Kozieja – członek TEP, dyrektor Departamentu Analiz Food&Agro i Specjalizacji Sektorowych w BNP Paribas Bank Polska.

Wojna z Iranem oddala obniżki stóp w USA. Ropa i dolar znów w centrum uwagi

Może się okazać, że głównym problemem w obniżaniu stóp procentowych w USA wcale nie jest szef FED, lecz polityka obecnej administracji. Podnoszą oni oczekiwane poziomy inflacji jak nie cłami, to wojną w Iranie. Ropa chwilowo stabilizuje się w okolicach 90 USD, a frank szwajcarski – ku rozpaczy tamtejszych eksporterów – znów rośnie w siłę. 

Ropa wciąż głównym tematem

Zmienność na ropie wciąż jest szalona, ale powoli gaśnie. W poniedziałek różnica pomiędzy najwyższym a najniższym kursem w ciągu dnia wynosiła imponujące 36 USD. Wczoraj tak samo liczony parametr to „zaledwie” 14 USD. Problem w tym, że w standardowych czasach już 5 USD uznaje się za bardzo aktywny dzień. Takich „aktywnych dni” najwyraźniej czeka nas jeszcze wiele. Szczególnie że mamy środek tygodnia, więc inwestorzy powoli znów zaczną się przygotowywać do weekendu. Wczorajszy dzień uważany jest za najaktywniejszy dotychczas pod kątem liczby nalotów amerykańskich na Iran. Zniszczeniu uległo wiele statków irańskiej marynarki, co część analityków odczytuje jako siłowe przygotowanie do odblokowania cieśniny Ormuz. Na razie jednak czarne złoto zachowuje się dość ostrożnie i wciąż baryłka ropy oscyluje wokół 90 USD za ropę Brent.

Wojna a stopy procentowe w USA

Czasem są takie zagadnienia, które pozornie nie są ze sobą powiązane. Co bowiem łączy poziom stóp procentowych za oceanem z atakami USA i Izraela na Iran? Okazuje się, że analitycy widzą tu pewną relację. Trwający konflikt silnie wpływa nie tylko na ceny ropy, ale i amerykańską walutę. Dotychczas dominował scenariusz kolejnej obniżki stóp procentowych już w czerwcu. Teraz szanse na czerwcowy ruch w dół spadły poniżej 40%, głównie przez oczekiwania inflacyjne związane z drożejącą ropą. Obecnie niepewna obniżka  przewidywana jest w lipcu. Biorąc pod uwagę różne szacunki co do czasu trwania działań zbrojnych, nie można wykluczyć, że i w lipcu nie zobaczymy obniżek. Co to oznacza dla rynków walutowych? Im wyższe stopy procentowe, tym mocniejszy dolar. Mamy więc sytuację, w której amerykańska waluta umacnia się nie tylko z powodu ryzyk geopolitycznych, ale również zmian oczekiwań stóp.

Nie tylko dolar zyskuje na niepewności

Amerykańska waluta jest wszędzie wspominana jako beneficjent obecnej niepewności. Warto jednak zwrócić uwagę, że nie tylko ona zyskuje. W poniedziałek pierwszy raz od uwolnienia kursu franka doszło do sytuacji, kiedy za 1 EUR płacono mniej niż 0,9 CHF. W 2015 roku takie pułapy były widziane tylko przez pojedyncze minuty w wyniku silnego szoku. Dzisiaj jednak do takich docieramy i w ich okolicy kurs pozostaje. Co to oznacza w praktyce? Szwajcaria pomimo stopy procentowej na poziomie 0%, znów problem z gwałtownie umacniającą się walutą. To sprawia, że jej eksport – delikatnie mówiąc – staje się coraz mniej konkurencyjny cenowo.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak odczytów mogących rywalizować z wydarzeniami w geopolityce.

Nieruchomości handlowe w Europie odbiły. Inwestycje w sektor spożywczy wzrosły o 16 proc.

Sektor nieruchomości handlowych w Europie zanotował w 2025 roku pierwszy od pięciu lat wzrost wolumenu inwestycyjnego. Jak wynika z najnowszego raportu Savills „European Grocery Report 2026”, wartość transakcji w obiekty spożywcze wzrosła o 16% rok do roku, osiągając poziom 6,1 mld EUR. Rynek ewoluuje w stronę mniejszych formatów, podczas gdy tradycyjne hipermarkety tracą udziały na rzecz sklepów typu convenience oraz dyskontów.

Udział hipermarketów w europejskim rynku spożywczym spadł z 12% w 2019 roku do 10% w 2024 roku, a prognozy wskazują na dalszy spadek do 9% do 2029 roku. Średnia powierzchnia sklepu spożywczego w Europie zmniejszyła się o 2,6% w latach 2020-2024. Sieci handlowe planują zmniejszenie powierzchni wybranych sklepów nawet o 25%. Odzyskany metraż przeznaczą na obsługę szybkich dostaw do klientów (tzw. logistykę ostatniej mili) lub na wynajem dla innych firm.

Zmiana nawyków konsumenckich wymusza na operatorach redefinicję portfeli nieruchomości. Dzisiejszy klient stawia na szybkość i bliskość, co sprawia, że strategiczny nacisk przesuwa się na gęste sieci miejskie i mniejsze formaty, które lepiej wpisują się w codzienne misje zakupowe – komentuje Elżbieta Majdan, Associate Director Property & Asset Management Retail, Savills Polska. – Przykładem takiej transformacji są plany Carrefour, który do 2030 roku zamierza uruchomić 1750 nowych placówek w formatach convenience we Francji i Hiszpanii.

Płynność rynku wspierana przez sale-and-leaseback

Wzrost wolumenu inwestycji do poziomu 6,1 mld EUR był napędzany głównie przez duże transakcje portfelowe, których wartość wzrosła o 35%. Kluczową rolę odegrały operacje typu sale-and-leaseback (S&LB), stanowiące aż 21% całkowitego wolumenu inwestycji rynkowych. Jest to najwyższy udział tego typu transakcji od 13 lat. Raport odnotowuje również znaczący napływ kapitału z Ameryki Północnej – aktywność inwestorów z USA była o 59% wyższa od średniej pięcioletniej.

W obliczu presji na marże i konieczności modernizacji systemów energetycznych, detaliści coraz częściej sięgają po transakcje sale-and-leaseback, aby uwolnić kapitał zamrożony w murach – mówi Wioleta Wojtczak, Head of Research, Savills Polska. – Dla inwestorów nieruchomości spożywcze z długimi, indeksowanymi umowami najmu stanowią atrakcyjny produkt inwestycyjny. Choć w czwartym kwartale 2025 roku średnie stopy kapitalizacji w Europie dla najlepszych supermarketów utrzymały się na poziomie 5,8%, spodziewamy się ich kompresji w nadchodzących miesiącach.

Konsument w nowej rzeczywistości

Mimo wyhamowania inflacji cen żywności do 2,5% pod koniec 2025 roku, europejskie gospodarstwa domowe zachowują dużą ostrożność wydatkową. Wskaźnik oszczędności w strefie euro wyniósł 15,1%, co jest wynikiem znacznie powyżej średniej z lat 2014-2019 (12,6%). Sytuacja ta sprzyja rozwojowi marek własnych oraz dyskontów, których przychody w ostatniej dekadzie rosły średnio o 5,2% rocznie – niemal dwukrotnie szybciej niż w przypadku operatorów masowych (3,2%).

Cyfryzacja i zrównoważony rozwój

Przyszłość handlu spożywczego będzie oparta na modelu omnichannel, w którym sklepy stacjonarne pełnią rolę centrów realizacji zamówień online. Udział sprzedaży online w sektorze spożywczym ma ustabilizować się na poziomie 4,8% do 2028 roku (poza rynkiem brytyjskim). Jednocześnie rosną wymagania kapitałowe związane z regulacjami ESG, m.in. w zakresie wymiany systemów chłodniczych czy montażu instalacji fotowoltaicznych, co staje się stałym elementem planowania wydatków inwestycyjnych sieci handlowych.

A jak wygląda Polska na tle Europy?

Polska potwierdza wiele trendów zarysowanych w raporcie europejskim, choć zachowuje swoją specyfikę. Żywność, napoje i wyroby tytoniowe to najsilniejsza kategoria handlu detalicznego w naszym kraju, odpowiadająca za 25,7% sprzedaży detalicznej w 2025 r. Jednocześnie produkty te najrzadziej trafiają do koszyków online – udział e-grocery w ubiegłym roku oscylował średnio wokół 0,9% miesięcznie. To wynik znacznie niższy od prognozowanej średniej dla Europy.

Lokalny rynek, podobnie jak europejski, stawia na multiformatowość. Sieci takie jak Auchan i Carrefour operują w Polsce na wielu poziomach: od hipermarketów, przez supermarkety (1000-2000 m kw.) i sklepy osiedlowe (MojeAuchan, Globi, Express), aż po formaty ultra-convenience na stacjach paliw. Dane GUS potwierdzają odwrót od dużych powierzchni sklepowych: na koniec 2024 r. w Polsce działało 545 hipermarketów (spadek o 1 placówkę względem 2020 r.) oraz 10 647 supermarketów, których liczba w tym samym okresie wzrosła aż o 2477 obiektów.

Również na polskim rynku inwestycyjnym zainteresowanie sektorem spożywczym pozostaje wysokie. Przykładem aktywnego inwestora jest np. Centerscape, który w 2026 r. ogłosił zakup placówek sieci Lidl w Mszczonowie oraz Biedronki w Lidzbarku. Inwestorzy coraz częściej szukają też  parków handlowych z silnym operatorem spożywczym. Potwierdzają to ostatnie duże transakcje, jak przejęcie 8 centrów handlowych Auchan przez Shopper Park Plus czy planowany zakup portfela nieruchomości Intermarche i Bricomarche przez amerykański Ares Management Corporation.

SatRev wyniesie kolejnego satelitę na orbitę. Start zaplanowano na III kwartał

SatRev S.A., wrocławska spółka technologiczna z sektora kosmicznego, przygotowująca się do debiutu na rynku NewConnect, podpisała umowę z firmą RIDE! dotyczącą wyniesienia na niską orbitę okołoziemską (LEO – Low Earth Orbit) kolejnego 10-kilogramowego satelity badawczego. Start zaplanowano na trzeci kwartał bieżącego roku. Satelita, oparty na sprawdzonej w kosmosie platformie Raccoon, zintegruje trzy ładunki komercyjne, a misja posłuży demonstracji technologii w warunkach orbitalnych. To już kolejny wspólny projekt obu firm i zarazem kontynuacja intensywnego rozwoju działalności SatRev, na rynkach międzynarodowych, w segmencie budowy i wynoszenia satelitów.

Nowa misja ma charakter komercyjny – satelita posłuży do przeprowadzenia testów technologicznych na orbicie, potwierdzających działanie systemów klientów w środowisku kosmicznym. Platforma Raccoon, na której zostanie zbudowany satelita, przeszła już pełną walidację orbitalną podczas trwającej od ponad roku misji satelity SN-10, BlueBON. Szczegółowe informacje dotyczące ładunków i ich właścicieli nie są na tym etapie ujawniane ze względu na charakter realizowanych projektów.

Umowa z RIDE! stanowi kontynuację dotychczasowej współpracy. W ubiegłym roku obie firmy zrealizowały wspólnie wyniesienie m.in. nanosatelity SN-10, BlueBON. Powodzenie dotychczasowych przedsięwzięć zaowocowało niedawnym podpisaniem listu intencyjnego zakładającego realizację kolejnych misji satelitarnych w następnych latach.

Jestem przekonany, że zarówno SatRev, jak i RIDE! osiągną wiele sukcesów we wdrażaniu satelitów obserwacji Ziemi oraz telekomunikacyjnych, a w przyszłości także konstelacji na niskiej orbicie okołoziemskiej. Posiadanie takiego partnera pozwala firmie SatRev z większą pewnością planować przyszłość spółki – powiedział dr Daniel Więzik, Prezes Zarządu SatRev S.A.

Satelita BlueBON, wyniesiony na orbitę w styczniu 2025 roku, pozostaje w pełni operacyjny i od ponad roku realizuje zadania obserwacyjne. Dotychczas w ramach misji zobrazował ponad 0,6 mln km² powierzchni Ziemi, gromadząc już około 300 GB danych obrazowych w trakcie ponad tysiąca sesji pobierania danych z orbity. Misja ta stanowi kluczową referencję technologiczno-operacyjną dla dalszego rozwoju SatRev. Warto podkreślić, że w kontekście sytuacji geopolitycznej, w której niektóre podmioty komercyjne wstrzymują publikację zobrazowań satelitarnych kluczowych regionów, posiadanie własnych, suwerennych zdolności pozyskiwania danych obrazowych nabiera szczególnego znaczenia zarówno dla samej spółki, jak i dla jej obecnych oraz przyszłych klientów.

SatRev kontynuuje rozwój działalności na rynkach międzynarodowych. W ramach podpisanej na początku bieżącego roku umowy z omańską firmą ETCO SPACE, dotyczącą kontraktu na satelitarne monitorowanie infrastruktury gazowej w Sułtanacie Omanu, spółka rozpoczyna etap przeprowadzania specjalistycznych szkoleń dla partnera. Szkolenia te będą odgrywać kluczową rolę w przyszłych działaniach operacyjnych w ramach projektu i stanowią element budowania trwałych kompetencji po stronie omańskiej.

Stabilizacja na rynku wtórnym. Kupujących mniej, ale ceny powoli rosną

Rynek wtórny wszedł w fazę względnego spokoju. Podczas gdy w lutym liczba aktywnych ogłoszeń w serwisie Otodom w siedmiu największych miastach w Polsce pozostała niemal bez zmian (-0,1% m/m), zainteresowanie kupujących, mierzone liczbą zapytań o mieszkania, spadło o 3% w porównaniu ze styczniem. Jednocześnie widać wyraźne zmniejszenie liczby lokali wprowadzonych do sprzedaży przez firmy deweloperskie. Czy to może skierować część popytu z powrotem na rynek wtórny?

Jak tłumaczy Paweł Jarząbek, menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom, brak wyraźnej zmiany w liczbie aktywnych ogłoszeń w ujęciu miesięcznym można interpretować jako sygnał stabilizacji podaży po okresie większych i mniejszych wahań.

– Choć między poszczególnymi rynkami pojawiły się pewne różnice, były one nieznaczne. Symboliczny wzrost liczby ofert miesiąc do miesiąca odnotował Kraków (+1%), który jako jeden z nielicznych zwiększył dostępną pulę mieszkań z drugiej ręki. Na przeciwnym biegunie znalazły się Katowice, gdzie baza ogłoszeń skurczyła się o 5% – wyjaśnia Paweł Jarząbek.

Popyt hamuje, ale rynek nie stygnie

W lutym aktywność kupujących lekko osłabła. Według danych serwisu Otodom liczba zapytań o mieszkania z drugiej ręki w siedmiu największych miastach (Katowice, Kraków, Łódź, Poznań, Trójmiasto, Warszawa, Wrocław) spadła o 3% w porównaniu ze styczniem. Ta symboliczna korekta objęła niemal wszystkie analizowane rynki z wyjątkiem Warszawy. W stolicy popyt wzrósł o niespełna 1% – jedynie tam zainteresowanie potencjalnych nabywców konsekwentnie się utrzymuje. Natomiast najsilniejsze wyhamowanie odnotowano w Katowicach, gdzie liczba zapytań obniżyła się aż o 14% w ujęciu miesięcznym. Paweł Jarząbek przyznaje jednak, że po silnym odbiciu w styczniu (wówczas +40% m/m) lutowe ochłodzenie aktywności w stolicy Górnego Śląska nie jest zaskoczeniem. – Jednocześnie w ujęciu rok do roku popyt na rynku wtórnym we wszystkich monitorowanych przez Otodom miastach pozostaje stabilny – dodaje.

Kto dziś najchętniej wybiera rynek wtórny?

O sile i odporności rynku wtórnego w dużej mierze decyduje dziś jego specyfika. To „gotowy” produkt z rozwiniętą infrastrukturą, który przyciąga określoną grupę nabywców. Jak pokazuje „Monitor Nastrojów Klientów Nieruchomości”, aż 47% osób będących w trakcie zakupu mieszkania lub domu planuje nabycie lokalu właśnie z drugiej ręki.

– Choć uwaga często skupia się na osobach młodych kupujących swoje pierwsze mieszkanie, to silnym filarem rynku wtórnego są również dojrzali mężczyźni. Lokale z drugiej ręki preferuje aż 44% mężczyzn po 56 roku życia. Jednym z powodów może być ukształtowany charakter otoczenia. W przeciwieństwie do nowych osiedli, gdzie struktura mieszkańców dopiero się tworzy, rynek wtórny daje większą przewidywalność. Wiadomo, kto mieszka za ścianą, czy okolica jest spokojna i jak funkcjonuje lokalna wspólnota. Dla dojrzałego nabywcy to często kluczowa wartość – wyjaśnia menedżer ds. badań rynku i analiz Otodom.

Z raportu „Szczęśliwy Dom. Męskie oblicza szczęścia” wynika, że aktywne sąsiedztwo to dla mężczyzn istotny czynnik sprzyjający szczęściu. Aż 62% tzw. „Aktywnych Sąsiadów” przyznaje, że dzięki relacjom z osobami zamieszkującymi najbliższe otoczenie czuje się mniej samotnie. Ten wynik nabiera szczególnego znaczenia, bo wspomniana samotność staje się już chorobą cywilizacyjną naszych czasów.

Mniej nowych mieszkań od deweloperów. Czy zyska na tym rynek wtórny?

Na sytuację w segmencie wtórnym wpływa jednak nie tylko dynamika popytu i podaży, lecz także to, co dzieje się na rynku deweloperskim.

Według wstępnego odczytu w lutym firmy deweloperskie wprowadziły do sprzedaży na siedmiu największych rynkach zaledwie 1,5 tys. mieszkań, czyli aż o 58% mniej niż w styczniu i o 52% mniej w ujęciu rocznym. W efekcie oferta deweloperska po raz pierwszy od roku spadła poniżej poziomu 60 tys. lokali.

– To bardzo ważny kontekst. Przez wiele miesięcy rekordowo szeroka oferta mieszkań deweloperskich skutecznie konkurowała z lokalami z drugiej ręki, przyciągając część kupujących. A wszystko to pomimo jasnej preferencji rynku wtórnego, którą pokazuje badanie Kantar przeprowadzone na zlecenie Otodom – podkreśla Paweł Jarząbek.

Na razie trudno przesądzać czy wyraźne ograniczenie nowych mieszkań wprowadzanych do sprzedaży przez deweloperów może w kolejnych miesiącach skierować część popytu z powrotem na rynek wtórny. Lutowe dane jeszcze tego nie potwierdzają – liczba zapytań o mieszkania z drugiej ręki nieznacznie spadła miesiąc do miesiąca. Jednak, jak dodaje Paweł Jarząbek, “warto uważnie obserwować ten trend. Jeśli oferta deweloperska zacznie kurczyć się szybciej, równowaga między tymi dwoma rynkami może zacząć się przesuwać”.

Ceny rosną powoli, ale Trójmiasto znów się wyróżnia

Średnie ofertowe ceny mieszkań na rynku wtórnym w siedmiu analizowanych przez Otodom miastach wzrosły w lutym o niespełna 1% miesiąc do miesiąca, notując tempo zbliżone do obserwowanego w poprzednich miesiącach. Największy wzrost stawek widoczny jest w Trójmieście, gdzie ceny poszły w górę o blisko 4% w ujęciu miesięcznym. To ponownie potwierdza wyjątkowy charakter procesów cenowych w tej aglomeracji. Z kolei symboliczne i jedyne spadki cen pojawiły się w Krakowie i Warszawie (niecałe -0,5%).

Najdroższy pozostaje rynek wtórny w Warszawie (18,5 tys. zł/mkw.), za nim plasują się Kraków (16,8 tys. zł/mkw.) i Trójmiasto (16,4 tys. zł/mkw.). Natomiast najniższe ceny na rynku wtórnym utrzymują się w Katowicach (9,6 tys. zł/mkw.) oraz Łodzi (8,7 tys. zł/mkw.).