Tempo wzrostu gospodarki hamuje. Kryzys w Niemczech jeszcze nie spowalnia eksportu, ale wstrzymuje inwestycje firm

Tempo wzrostu gospodarki hamuje. Kryzys w Niemczech jeszcze nie spowalnia eksportu, ale wstrzymuje inwestycje firm 1

W III kwartale 2019 roku PKB Polski zwiększyło się o 3,9 proc. w ujęciu rocznym. To wprawdzie najwolniejsze tempo od IV kwartału 2016 roku, ale i tak dobry wynik. Według Rafała Beneckiego, głównego ekonomisty ING Banku Śląskiego, istotne jest to, że problemy niemieckiego przemysłu przekładają się na polską gospodarkę wolniej i łagodniej niż zazwyczaj. Jednak mimo wzrostu dochodów konsumentów dynamika ich wydatków spada, a firmy coraz ostrożniej planują inwestycje.

Spowolnienie wzrostu było prognozowane przez ekonomistów od wielu miesięcy z powodu zastoju w strefie euro, a zwłaszcza w niemieckim przemyśle. To jednak nie jest jedyna przyczyna wyhamowania tempa rozwoju gospodarki. Wciąż kuleją inwestycje, zwłaszcza prywatnych firm, a wydatki konsumpcyjne nie będą rosły tak szybko jak dotychczas.

 Widzimy lekkie wyhamowanie wydatków konsumpcyjnych, słabsze inwestycje i wciąż pozytywny wkład eksportu netto – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Wbrew pozorom wydatki konsumpcyjne nie rosną tak szybko, jak sugerowałyby dochody. Gospodarstwa domowe zaczęły trochę więcej oszczędzać, widzą zbliżające się spowolnienie gospodarcze i są ostrożniejsze. Dlatego po skoku wydatków konsumpcyjnych w II kwartale szacujemy, że w III ich tempo było podobne jak poprzednio, czyli około 4,4 proc.

Eksport wciąż rozwija się szybciej niż import, co mogłoby sugerować, że polska gospodarka pozostaje odporna na spowolnienie w Niemczech. Wpływa ono jednak chociażby na mniejszą skłonność firm do inwestowania.

– Dlatego spodziewamy się, że w przyszłym roku tempo PKB średnio wyniesie 3,3 proc., czyli zbliżymy się do naturalnego poziomu wzrostu gospodarczego w Polsce. Uważamy również, że tak szybko jak w tym roku nie będą rosły wydatki konsumpcyjne, niemniej jednak wciąż będą bardzo mocne. Przyspieszą bowiem płace, m.in. przez pensję minimalną, ale również pojawią się dalsze transfery socjalne. Słabym punktem będą inwestycje, ponieważ one w przyszłym roku mogą być jeszcze trochę słabsze – zastrzega Rafał Benecki.

Według najnowszego raportu o inflacji Narodowego Banku Polskiego nakłady inwestycyjne w ubiegłym roku wzrosły o 8,7 proc., w bieżącym zwiększą się już tylko o 7,1 proc., w przyszłym – o 4 proc., a w 2021 – zaledwie o 1,9 proc. Wobec lipcowej projekcji spadły prognozy wzrostu PKB: z 4,5 proc. do 4,3 proc. w 2019 roku oraz z 4,0 proc do 3,6 proc. w 2020. Rosną natomiast przewidywania dotyczące inflacji. W marcu NBP spodziewał się wzrostu cen w br. o 1,7 proc., w lipcu podniósł tę prognozę do 2,0 proc., a w listopadzie już do 2,3 proc. W 2020 roku inflacja ma przyspieszyć do 2,8 proc., według ekonomistów ING Banku Śląskiego głównie z powodu I kwartału.

– W III i IV kwartale 2019 roku inflacja trochę spowolniła. W tej chwili wynosi 2,5 proc., ale to jest przejściowe spowolnienie. Zakładamy, że w I kwartale otrzemy się o 3,5 proc., czyli górne ograniczenie powyżej celu banku centralnego – przypomina Rafał Benecki. – Ceny, które są najbardziej odczuwalne dla konsumenta i które rosną szybko, to są ceny żywności i usług. Rok 2019 był drugim z rzędu, kiedy wystąpiła susza i do niedawna tempo wzrostu cen żywności było bardzo wysokie, ostatnio trochę spowolniło. W 2020 roku mamy nadzieję, że trzecia susza z rzędu się nie wydarzy, w związku z tym tempo większości cen żywności będzie trochę mniejsze, może z wyłączeniem wieprzowiny, natomiast ceny usług będą dalej dosyć szybko rosnąć.

Przez ostatnie kwartały inflację napędzały rosnące ceny żywności, zwłaszcza podstawowych produktów, takich jak pieczywo, cukier, warzywa czy wieprzowina. Potaniało masło oraz jaja, ale te akurat produkty zaliczyły poważne wzrosty cen we wcześniejszych okresach. Od stycznia do października żywność była droższa o 4,9 proc niż przed rokiem, a w samym październiku – o 6,5 proc. Tym niemniej ceny żywności i napojów bezalkoholowych w ujęciu rocznym były w październiku najniższe od trzech miesięcy.

Mimo tych wahań i przewidywanego skoku cen w I kwartale przyszłego roku stopy procentowe powinny przez kilka kwartałów pozostać niezmienione.

– Większość Rady Polityki Pieniężnej uważa, że stopy pozostaną przez dłuższy czas niezmienione – ocenia główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Co więcej, inflacja bazowa będzie prawdopodobnie rosła przez cały przyszły rok. My zakładamy, że przez około 1,5 roku stopy się nie zmienią. Następny możliwy krok to są obniżki, gdyby w 2021 roku rzeczywiście wydarzyło się spowolnienie. Ale myślę, że obecny rząd będzie starał się walczyć z takim scenariuszem i robić wszystko, żeby to spowolnienie nie nastąpiło, m.in. poprzez rozpoczęcie i kontynuację dużych projektów infrastrukturalnych i wielkich projektów inwestycji publicznych.

Chiński rynek szansą dla polskich producentów drobiu. Rodzimi drobiarze za granicą wygrywają jakością i ceną

Chiński rynek szansą dla polskich producentów drobiu. Rodzimi drobiarze za granicą wygrywają jakością i ceną 2

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku eksport drobiu z Polski, który od kilkunastu lat nieprzerwanie rośnie, po raz pierwszy będzie większy niż dostawy mięsa drobiowego na rynek krajowy – mówi Jarosław Kowalewski z Superdrob. Zwiększony popyt globalny, głównie z powodu rosnącego spożycia w Chinach, tworzy dobrą koniunkturę na kilka kolejnych lat. Polscy producenci wygrywają konkurencję nie tylko ceną, lecz także jakością.

 Jeszcze przez parę ładnych lat czeka nas dosyć dobra koniunktura. Jesteśmy jakościowo i cenowo lepsi niż Europa Zachodnia i tym tak naprawdę zdobywamy te rynki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Kowalewski, członek zarządu Superdrobu. – Od kilkunastu lat w Polsce inwestuje się potężne pieniądze w sektor przetwórstwa, w sektor mięsny, co powoduje, że mamy najnowocześniejszy park maszynowy w Europie, czyli jakościowo zaczynamy być lepsi niż cały Zachód.

Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, w tym roku, podobnie jak w ubiegłym, najwięcej drobiu spośród krajów UE ubija się w Polsce. Według prognoz Polska utrzyma pozycję lidera w produkcji drobiu. W okresie styczeń–sierpień 2019 roku skupiono w Polsce 2036,9 tys. t drobiu wagi żywej, tj. o 0,4 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, a przedsiębiorstwa przemysłu mięsnego zatrudniające 50 i więcej pracowników wytworzyły 1817 tys. t mięsa drobiowego, co oznacza wzrost o 3,8 proc. Średnia cena skupu drobiu wyniosła w tym okresie 3,89 zł/kg i była o 4,6 proc. wyższa niż w okresie styczeń–sierpień 2018 roku.

– Jesteśmy bardzo elastyczni i bardzo szybko dostosowujemy się do tego, co dzieje się na świecie. Przez kilkanaście lat Rosja i rynki wschodnie były pokazywane jako główny potencjalny motor wzrostu. Trzy razy embargo na polskie produkty spowodowało, że dzisiaj na te rynki mało kto patrzy, a polscy przedsiębiorcy doskonale się odnaleźli w Europie Zachodniej, krajach afrykańskich czy Azji – mówi Jarosław Kowalewski. – Będziemy wykorzystywać wszystkie dobre potencjalne kierunki eksportu. Najpopularniejsze są dzisiaj Chiny, gdzie po problemach z ASF jest znaczna zmiana w spożyciu mięsa z wieprzowiny, co ma bardzo mocne przełożenie na wzrost spożycia drobiu, a co za tym idzie – również eksportu z Europy.

Największym odbiorcą europejskiego drobiu są wciąż Filipiny, Ghana, Ukraina i RPA, gdzie wzrost był ponaddwukrotny. Dla Polski największymi odbiorcami są wciąż Niemcy, Wielka Brytania i Francja. W ciągu siedmiu miesięcy 2019 roku z Polski wyeksportowano ponad 821 tys. ton mięsa drobiowego, o przeszło 9 proc. więcej niż w tym samych miesiącach rok wcześniej. Warto zauważyć, że europejski konsument najchętniej kupuje filety, podczas gdy np. w Chinach i innych krajach azjatyckich cenione są bardziej części zwierząt z kośćmi, np. skrzydełka.

Polska jest trzecim największym eksporterem drobiu na świecie, więc już jesteśmy liczącym się graczem globalnie – ocenia członek zarządu Superdrobu podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu. – Na rynku chińskim dopiero kilka polskich firm w Polsce jest dopuszczonych, żeby tam eksportować. W skali potrzeb Chin to, co Polska jest w stanie dostarczać, to kropla w morzu i to jest na pewno duży potencjał dla polskich firm. Również kraje afrykańskie, które zaczynają się bogacić i konsumpcja mięsa w strukturze spożycia rośnie regularnie. Indie są ogromnym rynkiem, z ogromnym potencjałem wzrostu. Tam poziomy spożycia są jeszcze dosyć niskie, ale systematycznie rosną wraz z bogaceniem się społeczeństwa.

Ekspert podkreśla, że wśród przeszkód, na jakie napotyka branża drobiarska, są m.in. przeciągająca się niepewność związana z brexitem, protekcjonizm w niektórych europejskich krajach czy tzw. ustawa odorowa uzależniająca możliwości produkcji powyżej 210 dużych jednostek przeliczeniowych inwentarza od zgody sąsiadów lub zachowania odpowiedniej odległości od sąsiednich posesji.

Jeżeli Polska chce wzmacniać rozwój sektora rolno-spożywczego, to powinniśmy myśleć, jak ułatwiać takie inwestycje, a nie jak je blokować – mówi Jarosław Kowalewski o projekcie ustawy odorowej. – Z drugiej strony wiemy, że to są kwestie wrażliwe dla otoczenia, sąsiedztwa. Na pewno są inne rozwiązania, żeby to uregulować i spowodować, że nie będziemy uciążliwi dla otoczenia. Pamiętajmy, że to są miejsca pracy, bo rynek spożywczy to jest jeden z największych motorów wzrostu polskiej gospodarki.

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji. To przekłada się na lojalność wobec marki

Firmy coraz częściej dbają o pozytywne doświadczenia kandydatów podczas rekrutacji. To przekłada się na lojalność wobec marki 3

Aby przyciągnąć pracowników, nie wystarczy tworzyć miejsc pracy, ale trzeba zadbać o doświadczenia kandydatów i traktować ich jak klientów – przekonuje Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”. Budowa pozytywnego candidate experience może stanowić o przewadze konkurencyjnej firmy. Brak komunikacji z rekruterem czy niepodawanie istotnych dla kandydata informacji w ogłoszeniu o pracę może zniechęcić do marki. Tymczasem firma, która dba o pracowników podczas rekrutacji, sama tworzy ambasadorów marki.

 Sam fakt tworzenia miejsc pracy to dzisiaj zdecydowanie za mało, trzeba zastanowić się, co zrobić, żeby kandydaci chcieli pracować właśnie w tej organizacji. Pierwsza rzecz, którą należy zrobić obowiązkowo, to rachunek sumienia i zastanowienie się, czy rzeczywiście w takim procesie rekrutacyjnym kandydat zechce wziąć udział – mówi agencji Newseria Biznes Maja Gojtowska, autorka książki „Candidate experience. Jeszcze kandydat czy już klient?”.

Raport eRecruiter „Candidate experience w Polsce” wskazuje, że blisko 80 proc. pracodawców podczas rekrutacji stara się, by kandydat poznał bezpośredniego przełożonego, 75 proc. rzetelnie przedstawia warunki zatrudnienia, a 64 proc. deklaruje, że stosuje prosty proces rekrutacji. Ciągły kontakt z kandydatem i możliwość bezpośredniej komunikacji z rekruterem zapewnia 60 proc. pracodawców, jednak tylko 43 proc. informuje kandydatów o powodach niezakwalifikowania się, co trzeci powiadamia o zakończeniu rekrutacji, a 13 proc. podaje w ogłoszeniu informacje o zarobkach. Tymczasem zdecydowana większość kandydatów oczekuje rzetelnego przedstawienia warunków pracy, informacji o zarobkach i powodach niezakwalifikowania się do dalszego etapu.

– Z taką uwagą, z jaką traktujemy klientów, powinniśmy traktować naszych kandydatów i pracowników – przekonuje Maja Gojtowska. – Nowa osoba do pracy to klient, pracownik, osoba, która może zarekomendować nowych pracowników. Pamiętajmy, że dobre słowo pracownika na temat swojego aktualnego pracodawcy to papierek lakmusowy i zachęta dla innych osób do podjęcia pracy w danej firmie.

Blisko 60 proc. pracodawców deklaruje, że dba o doświadczenia kandydatów na co dzień, a 48 proc. ma wdrożony standard zachowań. Zaledwie 24 proc. prowadzi regularne wewnętrzne działania w zakresie dbania o doświadczenia kandydatów, a 16 proc. przynajmniej raz w roku pyta kandydatów o opinię.

– Z perspektywy budowy doświadczeń kandydata bardzo ważne jest również badanie doświadczeń kandydatów w procesach rekrutacyjnych. Tylko pytając kandydata na koniec procesu, jak ocenia ten proces i swoje doświadczenia, czy byłby skłonny zarekomendować innym swoim znajomym udział w procesie rekrutacyjnym właśnie w naszej firmie, jest bezcenną informacją, która pozwoli nam na koniec dnia wprowadzić konkretne zmiany w procesach rekrutacyjnych – ocenia ekspertka.

Udzielanie informacji zwrotnej ze wskazaniem powodów odrzucenia stanowi wyzwanie dla rekruterów. Tymczasem informację o odrzuceniu lub przejściu do kolejnego etapu rekrutacji wszystkim aplikującym osobom przekazuje zaledwie 13 proc. pracodawców, blisko połowa zaś (47 proc.) wszystkim, którzy wzięli udział w minimum jednym spotkaniu rekrutacyjnym, a 14 proc. – tylko wybranym kandydatom.

 Paradoksalnie to nie samo niezatrudnienie kandydata jest problemem, ale sposób, w jaki to zostało mu zakomunikowane albo czy w ogóle on o tym wie, że nie został zatrudniony. Jeśli kandydat nie zostaje zatrudniony, ale w sposób merytoryczny zostaje mu przekazana informacja zwrotna, z czego ta decyzja wynika i co może zrobić, żeby w przyszłości ponownie aplikować na stanowisko w tej firmie, to może stać się on ambasadorem marki pracodawcy na rynku. Problem zaczyna się wtedy, kiedy odrzucamy kandydata i zostawiamy go z niczym – podkreśla Maja Gojtowska.

Pracodawcy coraz częściej podejmują dodatkowe działania w celu poprawy doświadczeń kandydatów. Chęć poprawy wizerunku wskazuje 68 proc. firm, nieco mniej jako powód podaje dbanie o doświadczenia kandydatów jako klientów. Ponad połowa chce w ten sposób zwiększyć liczbę poleceń od kandydatów.

 Firmy mogą skorzystać z tzw. synergii marek, czyli wykorzystać dobre konotacje konsumentów z markami produktowymi czy usługowymi i przełożyć je na budowę doświadczeń kandydatów w procesie rekrutacyjnym. Jeśli ta obietnica marki produktowej będzie spójna z tą obietnicą, którą składamy kandydatowi w procesie rekrutacyjnym, to potem doświadczenia zatrudnionej osoby będą tylko potwierdzeniem, że firma sama tworzy prawdziwych ambasadorów – mówi Maja Gojtowska.

Problem infekcji bakteriami antybiotykoopornymi coraz poważniejszy. Rocznie z tego powodu umiera ok. 2 mln osób

Problem infekcji bakteriami antybiotykoopornymi coraz poważniejszy. Rocznie z tego powodu umiera ok. 2 mln osób 4

18 listopada obchodzimy Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach. To ważna data, bo antybiotykooporność to jedno z największych współczesnych zagrożeń dla zdrowia i życia ludzi. Naukowcy szukają sposobów, by przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się opornych na antybiotyki szczepów bakterii. Te wywołują zakażenia trudne do wyleczenia. Raport Najwyższej Izby Kontroli potwierdza, że jedną z istotnych przyczyn powstawania lekooporności jest nadużywanie i niewłaściwe stosowanie antybiotyków. Ministerstwo Zdrowia rozważa utworzenie systemu monitoringu obrotu i zużycia antybiotyków w Polsce.

Według raportu Europejskiego Centrum Profilaktyki i Kontroli Chorób (ECDC) Polska znajduje się w gronie krajów, w których lekooporność bakterii staje się istotnym problemem klinicznym. Oporne na antybiotyki stają się bakterie wywołujące m.in. zapalenie płuc, infekcje opon mózgowych, dróg moczowych i kości.

 Badania naukowe i statystyczne pokazują, że już dzisiaj rocznie z powodu infekcji bakteriami antybiotykoopornymi umiera 2 mln osób, a w 2050 roku, jeżeli dalej rynek farmaceutyczny nie będzie nadążał w gonitwie za mutacją tych bakterii i nie będzie nowych antybiotyków i technologii, będzie z tego powodu umierało 10 mln osób rocznie – mówi agencji Newseria Biznes dr n. med. Jarosław Biliński z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pojawianie i rozprzestrzenianie się opornych na antybiotyki szczepów bakterii chorobotwórczych jest jednym z największych zagrożeń dla zdrowia. Skutkuje to brakiem możliwości skutecznej terapii tych chorób, wysokiej śmiertelności i dużej liczby powikłań. NIK przytacza szacunki mówiące o 300–500 tys. wieloopornych zakażeń rocznie w Polsce.

Problem antybiotykooporności, szczególnie w populacjach wrażliwych, czyli osób np. z upośledzoną odpornością lub osób często leczonych antybiotykami, jest zatrważający i przerażający – mówi Jarosław Biliński. – Co najmniej 30 proc. osób przebywających w szpitalu z reżimem sanitarnym jest skolonizowanych bakteriami antybiotykoopornymi. To oznacza, że ci pacjenci, mimo że nie mają objawów żadnej choroby, to noszą w sobie bakterie oporne na antybiotyki, które w przypadku przedostania się do krwi czy do płuc mogą powodować często śmiertelne infekcje.

Z kontroli NIK w szpitalach wynika, że przybywa pacjentów zakażonych lekoopornymi szczepami bakterii. Odsetek takich pacjentów wzrósł z 0,7 proc. w 2016 roku do 1,9 proc. w pierwszym półroczu tego roku. Ich średni czas hospitalizacji wynosił 23 dni w 2016 roku, a dwa lata później już 24 dni. Prawdopodobieństwo zgonu pacjenta zakażonego tymi bakteriami jest obecnie ośmiokrotnie wyższe niż pacjentów nimi niezakażonych.

Antybiotyki działają tylko na bakterie i nie leczą chorób wirusowych takich, jak grypa, przeziębienie, ostre zapalenie gardła i oskrzeli. Jednak również w przypadku tych chorób pacjenci są leczeni antybiotykami. Eksperci podkreślają, że przyczyną lekooporności jest nagminne przepisywanie pacjentom antybiotyków bez wykonania badań mikrobiologicznych. Z danych NIK wynika, że na 749 chorych pacjentów lekarz pierwszego kontaktu zlecił wykonanie badania mikrobiologicznego tylko w 33 przypadkach (1,5 proc.). Co trzeci chory pacjent wrócił do lekarza POZ, z czego w 269 przypadkach lekarz przepisał nowy antybiotyk.

Problemem jest równie to, że pacjenci leczeni antybiotykami przerywają terapię, gdy tylko poczują się lepiej. Wówczas w organizmie mogą się zmutować niewrażliwe na antybiotyki bakterie, które przenoszą się na inne osoby. Mają one także zdolność „dzielenia się” zdobytą lekoopornością z innymi drobnoustrojami.

By zatrzymać ten negatywny trend, konieczne jest wprowadzenie systemowych rozwiązań, które ograniczą liczbę zakażeń lekoopornymi szczepami bakterii. Resort zdrowia w sierpniu zapowiedział stworzenie systemu monitoringu obrotu i zużycia antybiotyków oraz lekooporności w Polsce, który miałby być częścią krajowej strategii przeciwdziałania antybiotykoodporności. Zmieniony i zaktualizowany ma być również dokument z 2011 roku określający Szpitalną Politykę Antybiotykową.

Usługi chmurowe rewolucjonizują pracę grafików i filmowców. Pozwalają pracować na dowolnym sprzęcie z każdego miejsca na świecie

W branży graficznej coraz większą rolę odgrywają usługi działające w chmurze, które pozwalają elastycznie zarządzać zasobami oraz licencjami oprogramowania. Po porzuceniu przez Adobe tradycyjnego modelu dystrybucji programów graficznych na popularności zaczęły zyskiwać platformy internetowe, które pozwalają pracować zdalnie. Uwalniają twórców od konieczności inwestowania w wydajne komputery i pozwalają pracować z dowolnego miejsca na świecie.

– Renderro jest przestrzenią do pracy w chmurze dla filmowców, grafików i animatorów. Dzięki temu rozwiązaniu twórcy nie muszą kupować własnych, potężnych stacji roboczych, potężnych komputerów, oprogramowania i miejsca na przechowywanie danych, żeby wykonywać swoją pracę. Łączą się z jakiegokolwiek urządzenia wejściowego – laptopa, nawet telefonu komórkowego, do naszej infrastruktury chmurowej, gdzie całą pracę wykonują – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Chomczyk, założyciel Renderro.

Kluczowym krokiem na drodze do zmiany sposobu dystrybucji oprogramowania graficznego poczyniła firma Adobe. Dostawca popularnych narzędzi do obróbki grafiki i montażu wideo zrezygnował ze sprzedaży licencji na poszczególne narzędzia na rzecz chmurowych pakietów subskrypcyjnych, które można instalować na wielu urządzeniach po uprzednim zweryfikowaniu tożsamości użytkownika. Tym samym przyzwyczaiła grafików do korzystania z oprogramowania w modelu usługowym, po który sięgnęły inne firmy z tej branży. Inżynierowie Adobe wprowadzili Creative Cloud, aby znieść limit urządzeń, na których licencjobiorca może zainstalować opłacone oprogramowanie.

Firma Zync Render, która jest częścią Google Cloud Platform, stworzyła z kolei chmurową platformę do renderingu wideo, która ma ułatwić studiom graficznym i twórcom efektów specjalnych pracę nad najbardziej wymagającymi projektami. Platforma pozwala wynająć do 48 tys. rdzeni renderujących, ustalać przydział rdzeni dla poszczególnych użytkowników czy projektów, a co za tym idzie – usprawnić pracę studia graficznego i dostosować wydajność farm renderujących do bieżących potrzeb.

– W tym momencie potencjalnych użytkowników takich rozwiązań jest na świecie około 20 mln. Tego typu technologie mają przed sobą bardzo dużą przyszłość z tego powodu, że dają finalnie użytkownikom optymalizację kosztów, dostępność w sposób mobilny w każdym miejscu i czasie, kiedy tego potrzebują. Dają im wolność, więc uważam, że to się będzie rozwijać – twierdzi ekspert.

Renderro pracuje nad hybrydowym rozwiązaniem łączącym potencjał klasycznych farm renderujących oraz dysków sieciowych. Start-up stworzył chmurę obliczeniową oferującą wysoką moc obliczeniową potrzebną do renderowania filmów, animacji czy projektów architektonicznych. Oprócz tego Renderro pozwoli także archiwizować nawet najbardziej obszerne projekty graficzne i wymieniać się plikami za pośrednictwem internetu.

– Produkt jest w fazie wdrożeniowej, dzieli nas do publicznego wypuszczenia usługi od 3 do 5 miesięcy pracy. W tym momencie wdrażamy nasze rozwiązanie lokalnie z dużymi studiami postprodukcyjnymi, studiami graficznymi i specjalizującymi się w wizualizacji architektonicznej – mówi Piotr Chomczyk.

Renderowaniem w chmurze interesuje się także NVIDIA, twórca platformy CloudXR. To narzędzie zaprojektowano z myślą o współpracy ze SteamVR oraz OpenVR i ma posłużyć do renderowania w chmurze projektów w wirtualnej oraz rozszerzonej rzeczywistości za pośrednictwem sieci 5G. Firma liczy na to, że dzięki niej uda się przyspieszyć rozwój rynku VR poprzez odciążenie komputerów użytkowników i generowanie grafiki na potrzeby tej technologii za pośrednictwem farmy renderującej.

Według analityków z firmy Valuates Reports wartość globalnego rynku cloud computingu w 2018 roku wyniosła 36,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 285,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 29,2 proc.

Ciepłownie muszą poprawić efektywność energetyczną. Przejście na OZE, a zwłaszcza na geotermię, może być najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem

Europejskie systemy ciepłownicze muszą stać się efektywne energetycznie – zakładają unijne dyrektywy. Według wyliczeń ekspertów w 2040 roku najmniejszy koszt produkcji energii uzyska się z odnawialnych źródeł. Szczególne nadzieje wiązane są z energią geotermalną. W Polsce istnieje co najmniej 50 miejsc, gdzie można wykorzystać geotermalne źródła. Kluczem do wytworzenia z nich energii będą sezonowe magazyny ciepła, potrafiące utrzymać ciepło przez kilka miesięcy.

– 90 proc. odnawialnych źródeł energii w ciepłownictwie to jest biomasa. Mamy tylko 6 instalacji geotermalnych. Mapa ciepła geotermalna wykonana przez naukowców z AGH pokazuje, że jest co najmniej 50 miejsc w Polsce, gdzie można wykorzystać ciepło geotermalne do celów komunalno-bytowych –przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacek Szymczak, prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Trwa nabór wniosków do programu Polska Geotermia Plus realizowanego przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Jest on skierowany wyłącznie do przedsiębiorców, a jego celem jest zwiększenie wykorzystania zasobów geotermalnych w Polsce. Wsparcie obejmuje dotacje do 40 proc. lub 50 proc. kosztów kwalifikowanych. Wyższa dotacja przyznawana jest dla przedsięwzięć geotermalnych wykorzystujących technologię ORC (Organiczny cykl Rankine’a). Wnioskodawcy mogą też liczyć na pożyczki pozwalające sfinansować całość inwestycji. Na program przewidziana została kwota 600 mln zł.

– Będziemy rozwijać pompy ciepła wszędzie tam, gdzie jest to racjonalnie uzasadnione. Będziemy rozwijać magazyny ciepła, nie tylko te dobowe, których mamy trzy w Polsce, lecz także w przyszłości sezonowe, które potrafią utrzymywać ciepło przez kilka miesięcy, a skoro one się pojawią, to będziemy wykorzystywać rozwiązania typu power-to-heat, czyli energię elektryczną generowaną nadwyżkowo z wiatraków kierowaną do tychże magazynów sezonowych – tłumaczy Jacek Szymczak.

Według raportu „OZE i magazyny ciepła w polskim ciepłownictwie” Instytutu Energetyki Odnawialnej szacowany koszt wytworzenia ciepła po 2040 roku z OZE wyniesie 54,7 zł za gigadżul. W scenariuszu zakładającym udoskonalanie ciepłowni węglowych koszt będzie wyższy i może wynieść 56,3 zł za gigadżul.

Wzrostowi znaczenia odnawialnych źródeł energii w ciepłownictwie ma służyć rozwój technologii magazynowania ciepła. Według ekspertów IEO magazyny ciepła są już dziś bardziej wydajne niż magazyny energii elektrycznej. Kluczowym rozwiązaniem dla ciepłownictwa ma jednak być wprowadzenie sezonowych magazynów ciepła. Ich zadaniem ma być wyrównanie podaży i zapotrzebowania na ciepło w okresach letnim i zimowym.

W kontekście ciepłownictwa rozważane są również inne technologie, również te, których funkcjonowanie wiąże się z górnictwem.

– Będziemy wprowadzać nowe technologie, chociażby związane z gazowaniem węgla. Trzeba coś zrobić w końcu z odpadami, by móc możliwie w największym stopniu odpady wykorzystywać do celów termicznego przekształcania. I nie chodzi o semantykę, możemy nazwać to jakkolwiek, ale spalanie odpadów komunalnych jest dużym wyzwaniem – ocenia  prezes zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Gazyfikacja węgla, czyli jego konwersja w miejscu złoża w gaz zawierający wodór, może potencjalnie uniezależnić Polskę od zagranicznych dostaw. Liderem tej technologii są Chiny. Na całym świecie rocznie gazyfikuje się od 300 do 400 mln ton węgla. Potencjalne lokalizacje polskiej instalacji do przeprowadzania tego procesu to Kopalnia Ziemowit w Lędzinach lub Jankowice w Rybniku.

#SzlachetnyMikołaj w firmie? W okresie świątecznym warto zadbać o dobre relacje z pracownikami

Aż 70% podarunków wręczanych pracownikom ma miejsce w okresie świąt Bożego Narodzenia, a ponad 71% firm deklaruje, że w ogóle wręcza swoim pracownikom prezenty na różne okazje – tak wynika z badania „Mikołaj w pracy…podarunki dla pracowników 2019”, przeprowadzonego przez HBRP/ICAN Institute i Edenred. To optymistyczne dane, jak widać trend obdarowywania pracowników na święta zadomowił się już w polskiej kulturze pracy.

Jaką kwotę zwykle firmy przeznaczają na podarunki świąteczne? Jak przedstawia nasze badanie, średnio firmy przeznaczają na ten cel 400 zł brutto/pracownika. Jednakże, 48% pracowników uważa, że kwota ta jest za mała, ponieważ średni koszt zakupu i przygotowania potraw oraz symbolicznych prezentów dla rodziny to 1 200 zł.

Oczekiwania pracowników rosną, hojniejsze powinny się również stać portfele i pomysły pracodawców – aby na koniec roku podziękować pracownikom za zaangażowanie i poświęcenie.

Takie gesty się liczą, w długotrwałej strategii motywacji i Employer Branding szczególnie…

Jednak nie dla wszystkich firm, okres świąteczny kojarzy się wyłącznie
z „konsumpcjonizmem”. Dla pracodawców święta to czas, w którym chętnie angażują się w inicjatywy charytatywne, do udziau w których zachęcają również swoich pracowników (46% firm).

Hojne prezenty vis a vis kampanie charytatywne? Zamiast wybierać, my proponujemy udział w kampanii „Szlachetna Paczka z Edenred – dołącz do nas”.

To z pewnością wyjątkowa kampania na rynku, którą realizujemy we współpracy ze Stowarzyszeniem WIOSNA już od 2016 r. Kierujemy ją do firm, które
na nadchodzące święta zamiast tradycyjnych paczek, bonów lub przelewów
na konto  pragną podarować swoim pracownikom wyjątkowy prezent – SZLACHETNĄ KARTĘ PODARUNKOWĄ.

To limitowana edycja kart podarunkowych Edenred, które mają niezwykłą moc –
MOC POMAGANIA potrzebującym rodzinom w Polsce przez cały rok. Firmy, które zdecydują się na ich zakup, nie tylko wybiorą oryginalny podarunek dla swoich pracowników, ale także otrzymają potwierdzony certyfikatem status Szlachetnej Firmy, który mogą używać do wzmocnienia działań CSR oraz Employer Brandingu.

MOC POMAGANIA  stale rośnie, a Szlachetna Paczka z Edenred pomogła już blisko 170 tys. potrzebujących rodzin w Polsce. Tylko w roku 2018  przekazliśmy
153 000 zł na rozwój projektów Paczka+, Paczka SENIOR, Paczka LEKARZ i Paczka PRAWNIK.

Na tę pomoc co roku liczą podopieczni Stowarzyszenia WIOSNA.

Szlachetne karty podarunkowe Edenred to także MOC OSZCZĘDZANIA I MOC KORZYŚCI dla pracowników firmy. To dodatkowe 65 zł w prezencie od partnerów Edenred – ekstra bonus dla pracowników.  Z perspektywy pracodawcy to również opłacalne rozwiązanie – zasilając kartę pracownika np. na kwotę 500 zł, w rzeczywistości przekazują mu podarunek o wartości 565 zł, a finansowanie kart z budżetu ZFŚS zapewni mu dodatkowe oszczędności w PIT do 1000 zł rocznie /pracownika.

To jednak nie wszystko… Dla posiadaczy kart podarunkowych –  Edenred przygotował również pakiet świątecznych kuponów zniżkowych, które dają oszczędności do 3264 zł.

Satysfakcja robienia zakupów z kartami podarunkowymi Edenred wzrasta, kiedy pracownicy mogą nimi płacić w szerokiej sieci punktów sprzedaży na całym świecie,  zarówno w terminalu płatniczym, jak i online oraz zbliżeniowo z Apple  Pay i Google Pay™.

Pomagamy, bo razem MAMY MOC! Dołącz do nas i ty!

Więcej o kampanii na kartypodarunkowe.edenred.pl

Pobierz pełny raport na podarunki.edenred.pl

Pozyskiwanie nowych klientów to największe wyzwanie dla polskich MŚP

Podczas gdy małe przedsiębiorstwa walczą o pozyskanie klienta, ponad jedna trzecia z nich nie ma strony internetowej, która umożliwiłaby szybkie odnalezienie firmy.

  • 37,5% małych firm w Polsce nie posiada własnej strony internetowej[1]
  • W 2017 roku jedynie 9% małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce sprzedawało swoje produkty online[2], w 2018 roku było to już 12% (jednak to ciągle poniżej średniej w Unii Europejskiej, która wynosi 17%)
  • Co drugi przedsiębiorca wskazuje rozwój i wzrost biznesu za najważniejszy cel w najbliższym roku.

W badaniu przeprowadzonym przez Kantar na zlecenie Google, mali i średni przedsiębiorcy z Polski wskazali napędzenie wzrostu jako główny priorytet.  Badanie, którego celem było zrozumienie najważniejszych obaw polskich małych i średnich przedsiębiorców oraz ich sposoby reklamowania swojej marki, produktów lub usług wykazało też, że oczekują oni dostępu do łatwych w użyciu, szybkich narzędzi umożliwiających reklamę.

56% małych i średnich przedsiębiorców zidentyfikowało zdobywanie nowych klientów jako główne wyzwanie w najbliższym roku. Ze względu na to, że rozwój i wzrost biznesu jest najważniejszym celem dla 49% respondentów, a pozostanie stabilnym i niezawodnym biznesem wskazało 42%, można wnioskować, że MŚP potrzebują prostych sposobów napędzania wzrostu przy stosunkowo niskich kosztach.

Małe i średnie firmy obecnie często nie wykorzystują narzędzi, które mogą im pomóc w osiągnięciu wyżej wymienionych celów. Uzasadniają to trudnościami i nakładami czasowymi związanymi z reklamą i zarządzaniem obecnością marki w Internecie, podczas gdy oba sposoby są kluczowe dla pozyskania nowych klientów. Warto jednak zauważyć, że przedsiębiorcom nie można zarzucić braku oddania w tej kwestii: 18% spędza ponad cztery godziny tygodniowo na zarządzaniu reklamami, a jedna trzecia (33%) poświęca na tę aktywność ponad dwie godziny w tygodniu. To znacząca inwestycja czasowa dla wielu właścicieli firm, którzy zmagają się z organizacją dnia pracy i dla których głównym priorytetem jest codzienne prowadzenie biznesu.

Klienci szukają niezbędnych im produktów na bieżąco, w biegu, przy użyciu smartfonów.  Wyszukiwania mobilne z użyciem hasła obok mnie wzrosło w Polsce o 325% w przeciągu ostatnich dwóch lat, a trzech na czterech Polaków wyszukuje produkt w Internecie przed zakupem, niezależnie od tego czy zamierza to zrobić online czy offline. Dlatego małe i średnie firmy, odpowiadając na potrzeby konsumenta, powinny być łatwo dostępne online. Tymczasem 37,5% polskich małych i średnich firm nie posiada nawet strony www.[3]

Niemniej, właściciele MŚP mają duże ambicje w zakresie reklamy cyfrowej. 83% uważa, że celem ich reklamy w internecie było pozyskanie nowych klientów, a 61% z nich zasugerowało, że​ było to zwiększenie rozpoznawalności ich marki. Co drugi pytany uznał, że zależy mu na zwiększeniu liczby telefonów do firmy. 73% respondentów zapytanych o to, jaki powinien być produkt reklamowy odpowiada bez wahania: łatwy w użyciu. Drugie miejsce zajmuje wskazanie elastyczny (71%), a ponad połowa (56%) przedsiębiorców poszukuje produktów wykorzystujących  inteligentne technologie. Oczywiste jest, że reklama musi być bardziej dostępna, łatwa w użyciu i szybka w zarządzaniu, jeśli MŚP mają potencjalnie czerpać z niej zyski, a tym bardziej gdy starają się powiększyć lub utrzymywać obecne wyniki biznesowe.

Kim Spalding, Global Product Director for small business ads at Google: Właściciele małych firm często pełnią jednocześnie kilka ról w swoich biznesach i najczęściej brakuje im czasu. Lecz nawet najbardziej zajęty przedsiębiorca wie, że reklama online jest niezbędna do zdobycia nowych klientów i dalszego rozwoju.  Wykorzystując technologię uczenia maszynowego i automatyzację, Google Ads oferuje tzw. inteligentne kampanie produktowe. To pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, które nie specjalizują się na co dzień w marketingu cyfrowym: w szybkim tworzeniu reklam i docieraniu do nowych klientów, ale chcą czerpać z niego korzyści.

Metodologia 

Ankieta została przeprowadzona za pośrednictwem wywiadu telefonicznego. Wywiady były przeprowadzane z osobami, które są odpowiedzialne za działania marketingowe w firmach zatrudniających do 250 osób. Wielkość próby w Polsce wynosiła 371 osób.

[1]  https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_07_ROSS.pdf

[2]  Rise of Digital Challengers by McKinsey

[3]  https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/2019_07_ROSS.pdf

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak radzić sobie z długami. Są one częstą przyczyną depresji i napięć w rodzinie

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak radzić sobie z długami. Są one częstą przyczyną depresji i napięć w rodzinie 5

Napięcia w rodzinie, konflikty, poczucie bezsilności, a nawet stany depresyjne – to pozafinansowe problemy, jakie często towarzyszą niespłaconym zobowiązaniom. 45 proc. zadłużonych Polaków oczekiwałoby w tym zakresie wsparcia, doradztwa i pomocy ze strony rodziny. Jednak tylko co piętnasty chciałby, aby wyręczono go w kwestii uregulowania długu. Do skorzystania z takiej pomocy są najbardziej skłonni przedstawiciele najmłodszej generacji Z w wieku 18–24 lat. Jest to pokolenie, która nie obawia się szczerych rozmów z partnerem o długach – wynika z badania „Postawy różnych pokoleń Polaków wobec zadłużenia” Grupy KRUK.

– Prawie 96 proc. naszych respondentów zadeklarowało, że zadłużenie pociąga za sobą także zupełnie inne problemy natury pozafinansowej. 40 proc. odpowiada, że najczęściej są to napięcia w rodzinie, różnego rodzaju kłótnie i nieporozumienia. W dalszej kolejności mamy emocje, takie jak poczucie bezsilności związane z tym, że nie dajemy sobie rady i nie mamy wsparcia. Zamykamy się w sobie, wstydzimy się naszego zadłużenia. Pojawia się również depresja – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Salach z biura prasowego Grupy KRUK.

Jak wynika z najnowszego badania „Postawy różnych pokoleń Polaków wobec zadłużenia”, przeprowadzonego przez IQS na zlecenie Grupy KRUK, długi mają duże przełożenie na stan emocjonalny. Najczęściej towarzyszą im niepokój i lęk (66 proc.) oraz strach i napięcie (65 proc.). Tylko 5 proc. Polaków zadeklarowało, że długi są im obojętne i nie mają żadnego wpływu na ich samopoczucie.

– Najbardziej emocjonalne pod tym względem okazuje się być pokolenie Y [25–38 lat – red.]. Wśród tej grupy wiekowej najwięcej osób odpowiedziało, że zadłużenie wpływa na ich poczucie stabilności i bezpieczeństwa. To oni najczęściej zapadają z tego powodu na depresję – mówi Agnieszka Salach.

Zadłużenie w największym stopniu demotywuje przedstawicieli generacji 65+. Z kolei osoby z pokolenia X (3954 lata) wierzą w siebie i zadłużenie nie powoduje u nich spadku nastroju. Wszystkie grupy wiekowe podkreślały, że najważniejsze cechy charakteru, które pomagają radzić sobie z trudną sytuacją finansową, to konsekwencja (54 proc.), silna wola (45 proc.), wiara w poprawę sytuacji (43 proc.) oraz odporność na stres (39 proc.).

Co ciekawe, im młodsze pokolenie, tym bardziej skore do otwartej rozmowy o finansach. Co trzeci przedstawiciel generacji Z (1824 lata) twierdzi, że poinformowałby współmałżonka lub partnera o swoich problemach finansowych. Wśród millenialsów ten odsetek wynosi już 25 proc. i spada wraz z wiekiem. Wśród baby boomersów (55-64 lata) na szczerą rozmowę z partnerem zdecydowałby się tylko co dziewiąty przedstawiciel tej grupy wiekowej.

Ponad połowa Polaków (52 proc.) uważa, że nie ma decydującego wpływu na to, czy wpadnie w długi. Z kolei 40 proc. sądzi, że zadłużenie jest konsekwencją życiowej niezaradności.

– Dość charakterystyczną grupą jest pokolenie 65+. Dominują w nim osoby, które uważają, że długi są głównie spowodowane nieumiejętnością gospodarowania finansami. Przedstawiciele tej generacji najczęściej odpowiadali też, że w zadłużenie najczęściej popadamy przez mechanizmy konsumpcyjne, czyli za dużo kupujemy, nie potrafimy sobie niczego odmówić – mówi Agnieszka Salach.

Jak podkreśla psycholog Roman Pomianowski, młodsze pokolenia są generalnie bardziej skore do optymizmu w kwestii finansów, nierzadko licząc, że w razie problemów będą mogli się zwrócić po pomoc do rodziców. Potwierdzają to zresztą wyniki badania. 37 proc. przedstawicieli generacji Z, mając kłopot ze spłatą zadłużenia, w pierwszej kolejności zwróciłoby się z prośbą o pomoc do rodziców, a tylko 18 proc. – do firmy, której zalega z zapłatą. Starsze pokolenia cechuje z kolei większe poczucie odpowiedzialności. Ogółem 37 proc. Polaków deklaruje, że w takiej sytuacji od razu skontaktowaliby się z firmą windykacyjną lub firmą, której zalegają z zapłatą.

– Zadłużenie to zawsze ogromny problem, często na tyle przerażający, że aż nie chce się go przyjąć do wiadomości i robi się wszystko, aby przed nim uciec. Ale prędzej czy później jego konsekwencje docierają do człowieka – mówi Roman Pomianowski, psycholog ze Stowarzyszenie Program Wsparcia Zadłużonych. – Przy naszym poziomie edukacji ekonomicznej większość Polaków zapytanych: „Co zrobić w sytuacji zadłużenia?”, ma w głowie jeden wielki znak zapytania.

Prawie 60 proc. Polaków nie wie, jak mogłoby sobie poradzić ze spłatą zadłużenia i potrzebowałaby pomocy w tym zakresie. Ponad połowa (54 proc.) twierdzi, że w rozwiązaniu problemu pomogłoby im znalezienie dodatkowego źródła dochodu. Z kolei co piąta osoba potrzebowałaby pomocy w planowaniu domowego budżetu i osoby, która mogłaby ją motywować do spłaty długu. We wspomnianym badaniu 45 proc. Polaków zadeklarowało także, że mając problemy finansowe, ważne byłoby dla nich wsparcie, doradztwo i pomoc ze strony rodziny. Jednak tylko co piętnasty Polak (7 proc.) oczekiwałby wyręczenia w spłacie długu.

– Tu nie chodzi o pocieszanie, tylko zbudowanie planu, włącznie z odesłaniem takiej osoby do specjalistycznej pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej, bo takiej też osoby zadłużone mogą wymagać – mówi Roman Pomianowski.

– Respondenci często mówili nam też, że w razie tarapatów finansowych zależy im na pozyskaniu wiedzy o tym, jak je spłacać. To pokazuje, jak ważne są inicjatywy społeczne, jak chociażby przypadający 17 listopada Dzień bez Długów. To dobry pretekst, żeby edukować ludzi na tematy finansowe: jak odpowiedzialnie się zapożyczać, na co zwracać uwagę. Jest to też pretekst do tego, żeby zacząć rozmawiać na temat finansów z naszymi najbliższymi –mówi Agnieszka Salach.

Nowy rząd będzie się musiał zmagać ze spowolnieniem gospodarki i inwestycji. Wyzwaniem dla ministra finansów będzie utrzymanie wydatków socjalnych

Nowy rząd będzie się musiał zmagać ze spowolnieniem gospodarki i inwestycji. Wyzwaniem dla ministra finansów będzie utrzymanie wydatków socjalnych 6

Głównym priorytetem nowego rządu w obszarze polityki gospodarczej będzie wsparcie krajowej gospodarki w warunkach spowolnienia na świecie – uważa Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Wśród ważnych zadań jest zachęcenie prywatnego biznesu do inwestowania. Wiele wyzwań czeka ministra finansów, którzy będzie musiał pogodzić możliwe ograniczenia w pozyskiwaniu nowych dochodów z deklarowanym przed wyborami wzrostem wydatków socjalnych.

Wśród resortów gospodarczych niewątpliwie duże wyzwania będą skoncentrowane w Ministerstwie Finansów przede wszystkim w kontekście deficytu budżetowego. Dotychczasowy projekt zrównoważonego budżetu będzie niezwykle trudny do utrzymania. Projekt, który będzie przedłożony przez nowy rząd, może zawierać deficyt – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Ograniczeniem, z którym Ministerstwo Finansów będzie się borykać, jest tzw. reguła wydatkowa, która ogranicza możliwości wzrostu wydatków, szczególnie w kontekście spowalniającego wzrostu gospodarczego ograniczającego możliwości pozyskania nowych dochodów.

Pod koniec sierpnia br. poprzedni rząd Mateusza Morawieckiego przyjął projekt pierwszego po 1989 roku zrównoważonego budżetu, czyli takiego, w którym wydatki równają się dochodom. Jedne i drugie mają wynieść po 429,5 mld zł. Reguła wydatkowa ogranicza możliwości zwiększania wydatków sektora finansów publicznych, a rząd liczy na to, że nie wzrosną one ponad 2–3 proc. PKB. W 2018 roku wyniosły 0,5 proc. PKB, ten jednak rósł w wyjątkowo szybkim tempie 5,1 proc. W tym roku dynamika będzie wolniejsza, w 2020 znowu wyhamuje.

W takich uwarunkowaniach silniejsze niż założono w budżecie spowolnienie gospodarcze może zwiększyć presję na realizację tegorocznego budżetu i stanowić wyzwanie dla konstrukcji budżetu w kolejnych latach – uważa główny ekonomista Banku Millennium. – Utrzymanie polityki transferów społecznych, które zostały zadeklarowane przez rząd przed wyborami parlamentarnymi, może być wyzwaniem w warunkach spowalniającego wzrostu gospodarczego.

Podkreśla jednak, że nie spodziewa się kryzysu, a jedynie spowolnienia wzrostu globalnej gospodarki. Główne przyczyny to wciąż odsuwająca się data brexitu i nieznane warunki, na jakich ma on nastąpić, oraz wojna handlowa między USA i Chinami. Jeśli uda się wynegocjować warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE i zakończyć szkodzące obu stronom oraz ich kontrahentom spory między dwiema potęgami gospodarczymi, a widać sygnały, że obie się ku temu skłaniają, globalna gospodarka powinna odzyskać impet.

Polska jako duży eksporter do Niemiec, zwłaszcza poddostawca przemysłu motoryzacyjnego, może na tym konflikcie ucierpieć. Jednak ze względu na to, że nasz rynek jest duży i chłonny, siła nabywcza mieszkańców rośnie, a ponadto jesteśmy mniej niż Czechy czy Węgry uzależnieni od międzynarodowego biznesu, efekty spowolnienia powinny zostać złagodzone. Przed rządem jednak stoi zadanie pobudzenia aktywności rodzimego biznesu.

– Ponieważ inwestycje prywatne do tej pory nie rosły wyraźnie, to przy wygaśnięciu funduszy unijnych zabraknie paliwa do wzrostu inwestycji. Dlatego też wśród działań nowego rządu powinny być takie obszary, które pozwalałyby zaktywizować inwestycje prywatne, bo tych w polskiej gospodarce, póki co jest niewiele. Są one konieczne, jeśli chcemy poprawić konkurencyjność i produktywność polskiej gospodarki – ocenia Grzegorz Maliszewski.

Komisja Europejska obniżyła ostatnio prognozy wzrostu PKB dla polskiej gospodarki z 4,4 proc. w tym roku do 4,1 proc. oraz z 3,5 proc. w 2020 roku do 3,3 proc. Na tle większości państw UE to wciąż bardzo szybkie tempo, jednak bolączką są nastroje w polskich firmach i ich niechęć do inwestowania. Z Barometru EFL na IV kwartał br. wynika, że mikro-, małe i średnie firmy kończą 2019 rok z najsłabszymi nastrojami w tym roku. W szczególności widoczne jest załamanie planów inwestycyjnych – tylko 16 proc. przedsiębiorców planuje więcej inwestować, a to najniższe wskazanie w ciągu ostatnich 5 lat.

Nowością w gabinecie Mateusza Morawieckiego jest likwidacja Ministerstwa Energii i utworzenie w zamian Ministerstwa Klimatu, które przejmie przynajmniej część jego kompetencji. Przywrócony zostanie również resort skarbu państwa, którym pokierować ma Jacek Sasin.

Polski rząd powinien tak projektować działania polityki gospodarczej, aby móc z jednej strony wspierać koniunkturę gospodarczą, ale z drugiej – politykę klimatyczną w kierunku bardziej proekologicznej polityki gospodarczej – mówi Grzegorz Maliszewski. – Pomysł powołania resortu skarbu państwa jest dobry. Korzyścią byłaby poprawa zarządzania w spółkach skarbu państwa. Do tej pory było dużo niejasności wokół osób, które były powoływane na różne funkcje w tych spółkach. Jeśli ten proces zostanie usystematyzowany, niewątpliwie będzie to korzyść dla spółek publicznych.

Kobiety pracujące jako hostessy są narażone na liczne nadużycia. Powstający kodeks etyczny pomoże uregulować branżę i zerwać ze stereotypami

Kobiety pracujące jako hostessy są narażone na liczne nadużycia. Powstający kodeks etyczny pomoże uregulować branżę i zerwać ze stereotypami 7

Z analizy mediów wynika, że w blisko 80 proc. relacje pracownicze oceniane są jako złe. Szczególna sytuacja panuje w branży hostessingu, gdzie pracownice często doświadczają molestowania seksualnego, są wykorzystywane przez pracodawców, narzekają też na brak wsparcia w trudnych sytuacjach z klientami – wynika z raportu „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje”. Dlatego Komitet Dialogu Społecznego KIG wspólnie z Forum Odpowiedzialnego Biznesu opowiadają się za stworzeniem kodeksu dobrych praktyk. To pierwszy krok do wprowadzenia wyższych standardów w branży.

– Do Biura Rzecznika Praw Obywatelskich nie wpłynęły żadne skargi dotyczące hostess i tego, jak były traktowane podczas wykonywania swojego zawodu. Jest to o tyle ciekawe, że według naszego raportu hostessy borykają się z licznymi problemami, zarówno w zakresie warunków zatrudnienia, jak i z dyskryminacją, a w szczególności z molestowaniem, również seksualnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, główna koordynatorka sądowych postępowań strategicznych w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. – Wiemy, że kwestie molestowania i molestowania seksualnego są dużo rzadziej zgłaszane, niż występują w życiu, czego wyrazem jest zjawisko tzw. under-reportingu, czyli braku zgłaszania przypadków molestowania do właściwych organów państwa – dodaje.

Z raportu „Branża hostess w Polsce. Główne problemy i kontrowersje” przygotowanego przez KDS KIG i FOB wynika, że rynek hostessingu nie jest regulowany przez jeden konkretny akt prawny, ale przez kilka ustaw obejmujących także inne branże. Nie funkcjonuje także branżowy kodeks dobrych praktyk. Tymczasem hostessy są w pracy narażone na szereg nadużyć – zdarza się, że są wykorzystywane przez pracodawców, a w trudnych sytuacjach z klientami są pozostawione same sobie. Jak wskazuje raport, molestowanie seksualne stanowi jedno z najtrudniejszych doświadczeń związanych z zawodem hostessy. Najczęściej w praktyce są to wulgarne propozycje seksualne, komentarze dotyczące wyglądu hostess, a nawet obmacywanie. Tych zachowań dopuszczają się klienci oraz uczestnicy obsługiwanych wydarzeń.

– Dla zdecydowanej większości młodych kobiet w tym zawodzie jest to pierwsza praca. Zdobywają pierwsze szlify zawodowe i to, czym tam nasiąkają, co obserwują, a co często woła o pomstę do nieba, może być przez nie uznane jako norma. Nie chcemy, żeby było to później przenoszone na dalsze etapy ich kariery zawodowej – zaznacza Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Nadużycia wobec hostess to w dużej mierze efekt stereotypów. Przez zlecających pracę często wymagane są skąpy strój i mocny makijaż. Wyzywający ubiór zamienia hostessę w obiekt seksualny i prowadzi do jej uprzedmiotowienia. Powielanie stereotypowego myślenia o hostessach jako o paniach do towarzystwa zwiększa przyzwolenie na zachowania, które w innych okolicznościach byłyby niedopuszczalne. Jest to zawód postrzegany jako łatwy, lekki i przyjemny, a kwestie dotyczące dodatkowego wsparcia dla pracowniczek nie były jak dotąd poruszane.

Raport KDS KIG „Między feudalizmem a personalizmem. Medialny obraz relacji pracowniczych w Polsce”, na potrzeby którego przeanalizowano blisko 400 artykułów prasowych i internetowych, wskazuje, że niemal 80 proc. opinii przedstawia negatywny obraz relacji pracowniczych. Stąd istotne jest budowanie odpowiednich relacji, także w branży hostessingowej. Zbiór standardów w postaci kodeksu etycznego, postulowanego przez ekspertów KDS KIG i FOB, pomógłby zmienić tę sytuację – zwiększyłby poczucie bezpieczeństwa młodych kobiet, poprawiłby się też wizerunek agencji hostessingowych oraz ich klientów. Jego wprowadzenie powinno wpłynąć także na polepszenie warunków zatrudnienia, łatwiejsze radzenie sobie z sytuacjami kryzysowymi i równouprawnieniem, w tym m.in. obaleniem stereotypów.

– Opowiadamy się za stworzeniem kodeksu dobrych praktyk dotyczącego branży hostess. Najważniejszym powodem, który jest widoczny w przygotowanym przez nas raporcie, jest kwestia godności praw pracowniczych osób, które pracują w tym zawodzie – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.

– Jest mnóstwo sytuacji, których nie powinno być i jest kilka podmiotów, do których kodeks powinien trafić zarówno do agencji, które zatrudniają hostessy, jak i do agencji eventowych, PR-owych, które dla swoich klientów wynajmują te kobiety. Hostessy przychodzą do pracy w miniówce i w dekolcie do pępka nie dlatego, że sobie tak wymyśliły, tylko ktoś im wydał takie polecenie. Takie kobiety widzieliśmy na dużym wydarzeniu gospodarczym, co uważam za nieadekwatne. Kodeks sprawi, że podobnych sytuacji będziemy obserwować coraz mniej – przekonuje Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego KIG. Złe traktowanie hostess, brak szacunku, brak godności, którymi są otaczane te osoby, odbijają się później na reputacji tych, którzy zlecają tę pracę, najczęściej wielkich firm i instytucji publicznych – dodaje.

Czwarta rewolucja przemysłowa daje branży spożywczej szanse na rozwój. Nowe technologie pomogą jej zdobywać zagraniczne rynki

Czwarta rewolucja przemysłowa daje branży spożywczej szanse na rozwój. Nowe technologie pomogą jej zdobywać zagraniczne rynki 8

– Rozwiązania wprowadzane w ramach przemysłu 4.0. to szansa dla polskich producentów żywności na zyskanie przewagi konkurencyjnej na rynkach zagranicznych – przekonuje Kacper Nosarzewski, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością. Nowe rozwiązania technologiczne pomagają wpływać na decyzje zakupowe, usprawniają produkcję i gwarantują bezpieczeństwo produktów. To o tyle istotne, że konsumenci wybierają produkty coraz bardziej świadomie. Nie tylko zwracają uwagę na cenę, lecz także czytają etykiety.

– W przemyśle spożywczym to, co nazywamy czwartą rewolucją przemysłową czy nadejściem przemysłu 4.0, prezentuje konkretne szanse i okazje do tego, żeby dokonać skoku, żeby zyskać przewagi konkurencyjne. Nowe technologie przede wszystkim w zarządzaniu jakością mają fundamentalne znaczenie dla rozwoju przemysłu spożywczego – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Kacper Nosarzewski, partner 4CF Future Foods, członek zarządu Polskiego Towarzystwa Studiów nad Przyszłością.

Rolnictwo i przemysł spożywczy coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Usprawniają produkcję, zwiększają bezpieczeństwo, pomagają też zaspokoić rosnące wymagania konsumentów. Raport „Trendbook” przygotowany przez BGŻ BNP Paribas zwraca uwagę na to, że konsumenci chętniej sięgają po produkty certyfikowane, bezpieczne dla otoczenia oraz wolne od wyzysku (fair trade). Kluczowe jest też to, kto jest producentem żywności i gdzie ma gospodarstwo, tak by móc sprawdzić, jak powstaje „superfood”.

– Jeżeli chcemy konkurować na rynkach zagranicznych i dowodzić tego, że żywność jest dobrej albo wyróżniającej się jakości, to musimy mieć na to potwierdzenie w postaci systemów, które stosujemy, i danych, które mówią o tym, że produkcja jest kontrolowana from field to fork, czyli od pola do talerza, i że stosowane standardy są wspierane przez odpowiednie rozwiązania technologiczne – tłumaczy Kacper Nosarzewski.

Nowoczesne urządzenia bazujące na sztucznej inteligencji czy machine learning pozwalają nie tylko w pełni kontrolować produkcję, lecz także zadbać o jej jakość. Istnieją już urządzenia, które wykrywają obecność bakterii czy sprawdzają obecność pestycydów.

Najwyższe normy ekologiczne ma spełniać zarówno żywność, jak i opakowanie. Te również stają się coraz bardziej innowacyjne, np. etykieta, która zmienia kolor przy kończącym się terminie ważności czy czujniki ważności jedzenia, które łatwo można sprawdzić za pomocą smartfona.

– Osobnym rozdziałem są czyste innowacje, takie jak produkty spersonalizowane, zmieniające swoją charakterystykę już po zakupie czy nowe sposoby konfekcjonowania produktów spożywczych – opakowania, dystrybucji, które wymagają zastosowania nowych technologii. Polska baza badawczo-rozwojowa jest na niewystarczającym poziomie, część tych rzeczy trzeba zaimportować. Ale tym bardziej polscy producenci żywności powinni się interesować tymi innowacjami, jeżeli chcą konkurować na rynkach w przyszłości – ocenił ekspert podczas Forum Rynku Spożywczego i Handlu.

Producenci żywności coraz chętniej szukają innowacji, m.in. na rynku start-upów, które szukają dla siebie niszy również w tej branży. Nowatorskie rozwiązania chce wprowadzić m.in. Foodtech.ac, pierwszy polski akcelerator start-upów. Jego pierwszą edycje ukończyły m.in. projekty roślinnego zamiennika kurczaka, organicznego napoju z CBD czy w pełni zbilansowanego posiłku w proszku.

Z pomysłów start-upów korzystają najwięksi gracze w branży. Przykładowo, AgriTechHub zainwestował w lubelski start-up Plantalux i projekt specjalnych lamp dla roślin szklarniowych kilka milionów złotych. Grupa Wilmar z kolei zainwestowała kilkanaście milionów złotych w NapiFeryn BioTech, czyli biorafinerię produkującą białko  z rzepaku. Jak przekonuje Nosarzewski, polscy producenci żywności powinni szukać partnerów nie tylko na rodzimym rynku, ale przede wszystkim za granicą.

– Polskie przedsiębiorstwo może bez problemu szukać start-upów, z których kompetencji lub produktów chciałby skorzystać w Unii Europejskiej. Są programy rządowe i działalność wspierająca eksport i inwestycje, które pozwalają na szukanie takich rozwiązań w Stanach Zjednoczonych i na tych najbardziej rozwiniętych rynkach, jeśli chodzi o przemysł spożywczy. Dla wielu producentów żywności w Polsce wydaje się to jednak zbyt ryzykowne i zbyt kosztowne w stosunku do możliwości odcinania kuponów od taniej produkcji i dużego rynku wewnętrznego – ocenia Kacper Nosarzewski.

21 dużych inwestycji zmieni komunikację w Warszawie. Wśród priorytetów obok II linii metra są także parkingi P+R

21 dużych inwestycji zmieni komunikację w Warszawie. Wśród priorytetów obok II linii metra są także parkingi P+R 9

93 proc. warszawiaków pozytywnie ocenia stołeczną komunikację. Za najważniejszą inwestycję uważają dokończenie budowy II linii metra. Trwają prace na trzech stacjach na Woli i trzech na Targówku. ZTM planuje także dodanie dwóch stacji na pierwszej linii oraz trasę kolejnej linii po stronie wschodniej. Ważnym projektem jest też budowa kolejnych parkingów Park & Ride i montaż stacji ładowania samochodów elektrycznych. Docelowo na 9 parkingach ma powstać 14 takich punktów.

– Prowadzimy 21 różnych inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Franciszek Kujawski, dyrektor Pionu Inwestycji w Zarządzie Transportu Miejskiego. – Mieszkańcy Warszawy czekają przed wszystkim na metro. Większość wysoko ocenia komunikację miejską, więc na pewno nie chcemy zejść z tego poziom. Wśród projektów jest budowa wiat przystankowych czy rozbudowa parkingów dla osób, które dojeżdżają i przesiadają się w komunikację miejską.

Stołeczną komunikację miejską pozytywnie ocenia rekordowe 93 proc. warszawiaków. Z badania wynika, że Warszawa jest miastem zdecydowanie bardziej opartym o transport publiczny. Codziennie lub prawie codziennie z autobusów, tramwajów i metra korzysta ponad połowa mieszkańców. Za najważniejszą inwestycję uważają rozbudowę metra.

– Realizujemy po stronie wschodniej kolejne trzy stacje: od C19 do C21, do Bródna, inaczej mówiąc od stacji Trocka. Po stronie zachodniej końcówka realizacji stacji od ronda Daszyńskiego do stacji Księcia Janusza. W dalszej perspektywie są dwie kolejne stacje C4 i C5, to jest Ulrychów oraz Powstańców Śląskich – wymienia Franciszek Kujawski.

Przebieg drugiej linii metra zakłada poprowadzenie trasy z zachodniej części miasta, z Karolina, na praską stronę Wisły. Długość całej II linii metra będzie wynosić ok. 31 km. Ma także powstać stacja techniczno-postojowa Karolin.

– Ostatni odcinek 3+STP Karolin w tej chwili jest w fazie przygotowawczej, projektowej i to jest jeden z kolejnych odcinków metra, który jest realizowany. Zamknie to cały odcinek II linii metra, wydłużający wcześniej zbudowany odcinek centralny – tłumaczy przedstawiciel ZTM.

W Warszawie powstaną też dwie dodatkowe stacje I linii metra – A12 Plac Konstytucji oraz A16 Muranów. Dzięki temu odległość między stacjami metra zmniejszyłaby się z około 1,5 km do około 700 m. Nowe stacje mają być gotowe do 2026 roku.

Warszawa jest też na etapie prac koncepcyjnych związanych z budową III linią metra. Przygotowywany dokument ma wskazać, jak powinna przebiegać trasa po praskiej stronie.

 Inne inwestycje to przede wszystkim parkingi Park & Ride. W tej chwili są w trakcie realizacji P+R PKP Żerań. Prawdopodobnie w najbliższym czasie ogłosimy przetarg na realizację parkingu P+R PKP Jeziorki. Jesteśmy na etapie przyjęcia koncepcji Park & Ride PKP Wesoła – mówi Kujawski.

Zdecydowana większość warszawiaków lubi korzystać z tego typu parkingów. 91 proc. ocenia je dobrze lub bardzo dobrze – wynika z ubiegłorocznej ankiety przeprowadzonej przez ZTM. Ponad 70 proc. korzysta z parkingów P+R w dni powszednie i przesiada się do transportu publicznego. Miasto planuje też postawienie parkingów modułowych, m.in. przy stacji metra Trocka.

– Stawiamy na elektromobilność. Obecnie przygotowujemy program pilotażowy na parkingu Park & Ride Połczyńska, związany z edukacyjno-technicznym projektem dotyczącym rozwoju elektromobilności. Na kolejnym etapie jest budowa stacji ładowania samochodów elektrycznych, którą obejmą wszystkie obiekty parkingowe Zarządu Transportu Miejskiego – zaznacza ekspert.

Z zapowiedzi ZTM wynika, że 14 punktów ładowania – każdy o mocy 22 kW – zostanie zamontowanych na 9 parkingach.

Korzystanie z parkingów ma być też łatwiejsze. ZTM chce bowiem wykorzystać do kontroli i rozliczania użytkowników system odczytujący tablice rejestracyjne. Ma także powstać centrum zarządzania parkingami, dzięki któremu pracownicy Zarządu będą zdalnie administrowali wszystkimi obiektami.

 Prowadzimy także zadania wewnętrzne ZTM. Chcemy wystartować w 2020 roku z budową pętli autobusowej Młynów, która będzie najnowocześniejszym obiektem, z ładowarkami elektrycznymi i magazynem energii. To byłoby takie zwieńczenie tych wszystkich działań, które są związane z małą infrastrukturą – podkreśla Franciszek Kujawski.

Mikroroboty rewolucjonizują medycynę. Wprowadzone do krwioobiegu mogą zastąpić antybiotyk, pozwolą też wykryć nawet najmniejsze guzy

Mikroroboty medyczne wprowadzane do krwioobiegu pacjenta mogą znaleźć zastosowanie nie tylko w chirurgii i diagnostyce obrazowej. Z powodzeniem mogą być wykorzystywane do zastępowania antybiotykoterapii, a nawet walki z próchnicą. Sterowane ultradźwiękowo urządzenia pozwalają na przeprowadzanie biopsji guzów o średnicy dziesięciokrotnie mniejszej, niż ma to miejsce w standardowych procedurach.

– Na całym świecie, również w Polsce, obserwujemy gwałtowny wzrost popularności unikalnych, przełomowych technologii o rewolucyjnym charakterze, począwszy od wyrobów medycznych, branży farmaceutycznej, biotechnologicznej i zdrowia, po cyfrowe technologie medyczne. Ich celem jest uczynienie świata lepszym i bezpieczniejszym. Mikroroboty zaczynają mieć zastosowanie w chirurgii. Zamiast tradycyjnego zabiegu otwartego używa się specjalnego robota. Dysponujemy już mikrorobotami o różnych funkcjach, które można wprowadzić do krwioobiegu – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Yossi Bornstein, dyrektor generalny i założyciel ShizimGroup.

Mikroroboty, które przez układ krwionośny przemieszczają się z wykorzystaniem pola magnetycznego, mogą być używane np. do naświetlania nowotworów. Nanoroboty mogą jednak przyczynić się również do odejścia od antybiotykoterapii. Inżynierowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego opracowali mikroskopijne roboty pokryte specjalną powłoką. Składają się na nią nanodruty ze złota, na której znajduje się hybryda płytek krwi i błon czerwonych krwinek. Dzięki temu są w stanie wykonywać jednocześnie zadania dwóch różnych komórek – płytek krwi, które wiążą patogeny, takie jak bakterie MRSA (odporny na antybiotyki szczep Staphylococcus aureus) oraz czerwone krwinki, które absorbują i neutralizują toksyny wytwarzane przez te bakterie. Złote ciało nanorobotów reaguje na ultradźwięki, co daje im możliwość szybkiego pływania bez chemicznego paliwa. Ta mobilność pomaga nanorobotom przyspieszyć detoksykację.

Mikroroboty mogą być wykorzystywane również do przeprowadzania biopsji.

– Jeden z robotów służy do wprowadzenia igły na głębokość 15-20 cm, aby wykonać biopsję powierzchni mniejszej niż 1 mm. Dotychczas nie można było zbadać danego guzka, jeśli miał on np. 0,5 cm, lub ogólnie jeśli był mniejszy niż 1 cm. W takich przypadkach nawet nie dało się go zlokalizować. To jedna z technologii, którymi dysponujemy – twierdzi Yossi Bornstein.

Roboty w formie kapsułek połykanych przez pacjenta mogą być wykorzystywane również do przeprowadzania badań endoskopowych, np. w obszarze jelita cienkiego. Dotychczas narząd ten można było badać obrazowo jedynie poprzez badania, takie jak enterokliza tomografem komputerowym. Najczęściej nie dawało to niestety jednoznacznego obrazu zmian chorobowych. Chory musiał za to zmagać się chociażby z przyjęciem środka kontrastującego.

Nanourządzenia mogą przydać się też do czyszczenia zębów. Naukowcy z University of Pennsylvania’s School of Dental Medicine oraz School of Engineering and Applied Science połączyli siły w interdyscyplinarnym badaniu, aby zbadać, w jaki sposób można wykorzystać mikroskopijne, podobne do pługa roboty, do rozbicia biofilmów i czyszczenia różnych powierzchni. Inżynierowie używali nanocząstek tlenku żelaza do budowy maleńkich mikrorobotów, którymi mogliby sterować zdalnie za pomocą pola magnetycznego. Zespół dentystyczny stwierdził, że cząsteczki tlenku żelaza mogą przyczynić się do zabicia nawet najbardziej odpornych na antybiotyki bakterii i niszczącego zęby biofilmu.

– Każdy robot ma inne zastosowanie. Dzięki nim można wykonywać zabiegi mikroinwazyjne, które nie tylko prowadzą do szybszego powrotu pacjenta do zdrowia, ale także pozwolą zaoszczędzić pieniądze na szczeblu rządowym – wskazuje dyrektor generalny ShizimGroup. – Tego rodzaju technologie są opracowywane z myślą o zastosowaniu na całym świecie, nie tylko w Polsce. Z regulacyjnego punktu widzenia, kiedy uzyskamy oznaczenie CE i zatwierdzenie FDA, możemy sprzedać technologię każdemu szpitalowi, niezależnie od tego, czy znajduje się on w Stanach Zjednoczonych, Europie czy Azji – dodaje.

Według analityków z Fortune Business Insights wartość światowego rynku robotów medycznych opiewała w 2018 roku na kwotę 2,2 mld dol. Do 2026 roku jego wartość wzrośnie do 10,7 mld dol. Największy udział w rynku mają roboty chirurgiczne. Odpowiadają one za 64,8 proc. przychodów rynku.

Powstanie platforma ułatwiająca sprzedaż firm oraz franczyz. To odpowiedź na rosnącą popularność polskich start-upów

Polska branża startupowa zyskuje na wartości. Wraz z rozwojem tego segmentu rynku wzrasta także zainteresowanie zakupem najbardziej interesujących biznesów. Nowa platforma ma ułatwić przeprowadzanie transakcji zakupu firm i franczyz, a co za tym idzie – zwiększyć ich bezpieczeństwo. Usługa ma sprawdzić się również w roli narzędzia ułatwiającego wejście na rynek międzynarodowy.

– Stworzyliśmy swego rodzaju Booking.com czy Alibabę dla biznesu. Chcemy stworzyć miejsce dla biznesu, gdzie każdy, kto prowadzi działalność gospodarczą znajdzie niezbędne usługi, czy specjalistyczne narzędzia, które pomogą mu prowadzić działalność, lecz także będzie mógł kupić lub sprzedać swój biznes – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marek Kaliciak z Gradalis Group.

Pozyskiwanie start-upów to ryzykowne przedsięwzięcie, nawet najbardziej obiecujący projekt może nie sprostać wyzwaniom inwestorów. Z tego powodu na wspieranie start-upów decydują się wyłącznie najwięksi gracze, którzy mogą pozwolić sobie na poniesienie ryzyka inwestycyjnego. Ich rola ogranicza się zwykle jednak do procesu akceleracyjnego. Osoby zainteresowane sprzedażą dobrze funkcjonującego bądź obiecującego biznesu muszą korzystać z takich narzędzi jak np. SprzedamBiznes.pl, czyli portal łączący inwestorów oraz właścicieli firm oraz franczyz. Platformę wyposażono w aplikację do wyceny potencjału danego biznesu oraz wyszukiwarkę biznesów na sprzedaż. Większość platform tego typu ma jednak charakter lokalny.

– Codziennie 10-12 mln ludzi wpisuje w wyszukiwarkę internetową hasło „sprzedam, kupię biznes”, albo „sprzedam, kupię franczyzę”. W ciągu miesiąca jest to ponad 300 mln potencjalnych klientów. Jest to olbrzymi rynek, który jest tak naprawdę niewykorzystany. Portale funkcjonujące na tym rynku, funkcjonują jak zwykłe strony internetowe, jak tablica ogłoszeń, czyli właściwie umieszczają ogłoszenia klientów za pieniądze – mówi Marek Kaliciak.

Nowe narzędzie od Gradalis Group ma działać na skalę globalną i połączyć polskie startupy z inwestorami z całej Unii Europejskiej. Ma pełnić także rolę pełnoprawnego pośrednika w zakupie biznesu dla użytkowników polsko-,  angielsko- i rosyjskojęzycznych. Warto zauważyć, że nie będzie wyłącznie tablicą ogłoszeniową, a platformą ułatwiającą pozyskanie narzędzi do prowadzenia działalności gospodarczej oraz inwestowania w start-upy o dużym potencjale. Pozwoli przeprowadzić proces zakupu biznesu w kontrolowanym środowisku i zautoryzuje wszystkie płatności.

– Ideą jest to, żeby cały proces transakcyjny kupna i sprzedaży dóbr związanych z biznesem przechodził przez platformę, żeby obydwie strony były sprawdzone. Aby się nie bały siebie, tylko dlatego, że prowadzą ten proces przez internet – tłumaczy ekspert.

Według analityków z firmy Business Research Company  wartość globalnego rynku fintechów w 2018 roku wyniosła 127,66 mld dol. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie do 309,98 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 24,8 proc. Platforma Gradalis Group w części poświęconej franczyzom ruszy w grudniu.

Energetyka pod nowym ministerstwem

Ministerstwo nadzoru właścicielskiego będzie miało potężny wpływ na gospodarkę. Może zmarginalizować znaczenie ministerstwa ds. klimatu, tym bardziej, że niejasne jest dlaczego pozostaje resort ochrony środowiska. Ekologom nie będzie łatwiej.

Nowy resort będzie nie tylko nadzorował mienie Skarbu Państwa. Jak zapowiedział już wicepremier Jacek Sasin, który ma kierować nowym ministerstwem: będzie też takim stricte gospodarczym resortem, który będzie inicjował wspólne działania synergiczne spółek Skarbu Państwa na rzecz przyspieszonego rozwoju.

Nazwy ministerstw nie są jeszcze przesądzone, ale to najmniejszy problem.

– Powstaje ministerstwo, które będzie miało nadzór nad spółkami górniczymi i energetycznymi, ale nie wiadomo jeszcze, kto będzie przygotowywał prawo dla tych sektorów, bo powstaje ministerstwo ds. klimatu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl. – Gdyby to ministerstwo ds. klimatu zajmowało się energetyką, a tak jest już nie tylko na Zachodzie, bo także w Europie Środkowej, to moglibyśmy spodziewać się bardziej progresywnej polityki stawiającej na niskoemisyjne i bezemisyjne źródła energii.

Jeżeli ministerstwo nadzoru właścicielskiego przejmie tworzenie regulacji prawnych dotyczących energetyki, to może powtórzyć się problem, jaki miało likwidowane Ministerstwo Energii.

– Na jego czele będzie stał polityk, który nie zna branży energetycznej, podobnie jak jego poprzednik Krzysztof Tchórzewski spędzi cztery lata na uczeniu się jakie wezwania stoją przed tą branżą – komentuje ekspert.

Polacy obawiają się, że automatyzacja odbierze im pracę

Ponad 30% Polaków obawia się utraty pracy w wyniku automatyzacji – wynika z ogólnopolskiego raportu TOP CDR. Oczekują oni od firm wdrażania cyfrowej odpowiedzialności biznesu poprzez: prowadzenie szkoleń z bezpieczeństwa internetowego i rozpoznawania tzw. fake news’ów (ok. 42%), umożliwienia pracownikom pozyskania nowych kompetencji cyfrowych (ok. 38%) oraz podejmowania działań na rzecz redukcji lęku przed technologią (ok. 30%). Dobre praktyki w zakresie cyfrowej odpowiedzialności, do 25 listopada 2019 r., firmy mogą przetestować w konkursie Firma Odpowiedzialna Technologicznie pod patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Obawy przed automatyzacją

Jak pokazują badania, Polacy obawiają się postępującej automatyzacji. Co trzeci ankietowany uważa, że wymusi ona na nim konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat. Poza edukacją na rzecz bezpiecznego wykorzystania technologii i pozyskiwania nowych kompetencji cyfrowych, pracownicy oczekują od pracodawców stworzenia jasnych ścieżek kariery umożliwiających im zdobycie odpowiednich kwalifikacji na przyszłość (ponad 29% odpowiedzi) oraz weryfikacji czy praca w firmie nie prowadzi do nadmiernego przeciążenia informacją (22% wskazań).

Wykres 1. Czy Pana/Pani zdaniem automatyzacja pracy przy pomocy robotów wymusi na Panu/Pani konieczność przekwalifikowania się lub zmiany pracy w ciągu najbliższych 10 lat?

Polacy obawiają się, że automatyzacja odbierze im pracę
Źródło: „Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem? Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu”.

Dla Polaków bardzo ważne jest również, aby firma umożliwiała pozyskanie niezbędnych kompetencji cyfrowych w przypadku digitalizacji produktów oraz procesów i usług oraz zapewniała odpoczynek  od cyfrowego świata poza biurem (21,6% odpowiedzi). Firma powinna również walczyć z uzależnieniem od urządzeń cyfrowych poprzez dbanie o podtrzymanie tradycyjnych form relacji społecznych zachodzących poza światem wirtualnym (21,2%).

Organizatorzy konkursu „TOP CD – Firma Odpowiedzialna Technologicznie” chcą pomóc pracodawcom zmniejszać obawy Polaków przed postępującą automatyzacją i zachęcają firmy do dzielenia się dobrymi praktykami w zakresie wdrażania automatyzacji i nowych technologii cyfrowych. Jury konkursu w skład, którego wchodzą: naukowcy z uczelni wyższych technicznych, badacze rynku mediów, eksperci od komunikacji oraz socjolodzy, będzie nagradzało dobre praktyki stosowane przez firmy odpowiedzialne technologicznie pokazujące, jak można wykorzystać technologię nie tylko na korzyść firmy ale również jej pracowników. Zgłoszeń należy dokonywać przez stronę www.topcdr.pl do 25 listopada 2019 r.

„Firma odpowiedzialna cyfrowo”, czyli jaka?

W Raporcie TOP CDR, postanowiono zbadać również jak Polacy rozumieją określenie „firma odpowiedzialna cyfrowo”. Okazało się, że większość ankietowanych zna to pojęcie, ale różnie je interpretuje. Dla 40% ankietowanych firma odpowiedzialna cyfrowo to firma, która prowadzi szkolenia w zakresie podwyższania kompetencji cyfrowych. Natomiast 38% uważa, że umożliwia ona pracownikom pozyskanie potrzebnych kompetencji, by nie stracili pracy w wyniku automatyzacji.

„Rewolucja cyfrowa dyktuje tempo przemian zachodzących na rynku pracy. Pracodawcy starają się za nimi nadążać, wdrażając w firmie dobre praktyki dotyczące wykorzystania szans płynących z  postępującej cyfryzacji oraz ograniczenia negatywnych konsekwencji zastępowania pracy ludzkiej przez roboty. Kwestie takie jak: work life balance, walka z wykluczeniem cyfrowym i zdobywanie nowych umiejętności związanych z nowoczesnymi technologiami będą miały dla pracowników coraz większe znaczenie i w nadchodzących latach mogą być czynnikiem decydującym o wyborze danego pracodawcy. Dlatego już teraz zdecydowaliśmy się nagrodzić przedsiębiorstwa wyróżniające się na tym polu, przyznając tytuł Firmy Odpowiedzialnej Technologicznie. To pierwsze tego typu wyróżnienie w kraju” – tłumaczy Iwona Kubicz, ekspert konkursu Firma Odpowiedzialna Technologicznie.

Wykres 2. Jakie cechy kojarzą się Panu/ Pani z określeniem „firma odpowiedzialna cyfrowo”? Proszę zaznaczyć max. 3 najważniejsze odpowiedzi.

Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem
Źródło: „Czy sztuczna inteligencja wygra z człowiekiem? Raport Programu Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu”.

Konkurs Firma Odpowiedzialna Technologicznie

W ramach programu TOP CDR promującego ideę Corporate Digitally Responsibility powstał pierwszy w Polsce konkurs wyróżniający firmy odpowiedzialne cyfrowo. Konkurs objęty został m.in. patronatem Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a także Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Ideą konkursu jest promocja dobrych praktyk w firmach i instytucjach związana z wdrażaniem Cyfrowej Odpowiedzialności Biznesu oraz przyznanie nagrody dla firm i instytucji pozytywnie wyróżniających się na tym polu.

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie firmy, które wdrażają dobre praktyki cyfrowej odpowiedzialności biznesu. Formularz konkursowy wraz z regulaminem dostępny jest na stronie: http://topcdr.pl/ w zakładce: zgłoszenie konkurs TOP CDR. Zgłoszenia do Konkursu potrwają do 25 listopada 2019. Wyróżnione firmy otrzymają tytuł Firmy Odpowiedzialnej Technologicznie. Rada Ekspertów programu TOP CDR, złożona z przedstawicieli środowiska naukowego, którzy specjalizują się w dziedzinie nowoczesnych technologii i społecznej odpowiedzialności biznesu oceni dobre praktyki zaprezentowane przez firmy w formularzu konkursowym w dziedzinach takich jak: digitalizacja, automatyzacja i sztuczna inteligencja, dane oraz komunikacja.

Złoty kontynuuje wyprzedaż

Kurs EUR/PLN jest obecnie najwyższy od ponad trzech tygodni. Krajowa waluta w swej słabości nie jest jednak odosobniona – do euro w ostatnim czasie nawet mocniej traci forint węgierski. W przypadku polskiej waluty zmianę można traktować jak odreagowanie po ostatnim umocnieniu, można ją również powiązać ze zmianami na parze EUR/USD, która ostatnio spadła do poziomów notowanych niemal miesiąc temu.

Najbliższy tydzień przyniesie kilka interesujących informacji z Polski – jutro poznamy szacunek dynamiki PKB w III kwartale, z kolei w piątek opublikowany zostanie odczyt inflacji bazowej w październiku. Dane z kraju jednak nie powinny mieć zbyt dużego przełożenia na zachowanie złotego. Dużo ważniejsze najpewniej będą informacje z zewnątrz – szczególnie te dotyczące amerykańskiego protekcjonizmu w handlu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,27-4,28. Wczorajsze dane ZEW dla Niemiec i strefy euro w ujęciu ogólnym zaskoczyły na plus, pokazując poprawę sentymentu w listopadzie. Dane wskazują, że nastroje  względem niedalekiej przyszłości wśród ankietowanych ekspertów nadal są pesymistyczne, jednak zauważalnie lepsze niż przez kilka ostatnich miesięcy. Dzisiejsze dane o produkcji przemysłowej w strefie euro we wrześniu również nastrajają pozytywnie. W ujęciu rocznym dynamika wprawdzie od blisko roku pozostaje ujemna, jednak w ostatnim miesiącu pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od maja.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,97-5,00. Wczorajsze dane z brytyjskiego rynku pracy rozczarowały. W okresie lipiec-wrzesień wprawdzie spadła stopa bezrobocia, spadek zatrudnienia i hamujący wzrost płac jednak nie nastrajają pozytywnie.

Dzisiejsze dane o inflacji w Wielkiej Brytanii w październiku rozczarowały. Inflacja bazowa wprawdzie zgodnie z oczekiwaniami utrzymała się na poziomie z poprzedniego miesiąca, jednak w październiku odnotowano spadek indeksu CPI do poziomu 1,5%, co oznacza, że znalazł się on najniżej od trzech lat. Reakcja funta brytyjskiego na dane nie była wyraźna, jednak słabsza inflacja może być niekorzystna dla waluty – spadek dynamiki cen może bowiem wzmacniać szanse na luzowanie polityki pieniężnej w Wielkiej Brytanii.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,87-3,89. Wczoraj rynek był w dobrych nastrojach, licząc, że przemówienie Donalda Trumpa może przynieść pozytywne informacje ws. dalszych kroków USA w kontekście relacji handlowych z innymi państwami. Nie poznaliśmy jednak żadnych szczegółów dotyczących potencjalnego częściowego porozumienia z Chinami ws. handlu ani informacji dotyczących wydłużenia okresu zwolnienia z ceł importu aut, na co liczą europejscy producenci. Trump zamiast tego mówił o “oszukiwaniu” USA przez Chiny, utrzymując stosunkowo agresywną retorykę. Brak konkretów w kwestii handlu nie został pozytywnie odebrane przez rynek.

Dzisiejsze dane o inflacji konsumenckiej w USA w październiku były mieszane – in minus zaskoczyła bazowa inflacja CPI. Okazała się ona być nieco niższa niż miesiąc wcześniej, nieznacznie wzrosła natomiast inflacja CPI. Dane nie są mocno różne od oczekiwań i póki co nie widać, żeby miały silny efekt na USD. Do końca dnia nie czekają nas już żadne kluczowe publikacje. Uwaga inwestorów najpewniej skupi się na przemówieniu przewodniczącego Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE WYDARZENIA

17:00 – przemawia przewodniczący Fed, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Leasing i wynajem długoterminowy samochodów po III kwartale 2019

Jak pokazują opublikowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) dane, wynajem długoterminowy samochodów był jedynym w trzecim kwartale rodzajem finansowania pojazdów przez firmy w Polsce, który odnotował wzrost sprzedaży w porównaniu z wynikami osiągniętymi rok wcześniej. W trzecim kwartale firmy nabyły w formule wynajmu długoterminowego o 3,1% nowych samochodów osobowych więcej, niż w analogicznym czasie rok temu. Całkowita sprzedaż nowych aut do firm, uwzględniająca wszystkie możliwe rodzaje finansowania, była natomiast mniejsza o 2,7% r/r. Jeszcze większy, bo wynoszący 4,2% spadek sprzedaży, wystąpił w przypadku nowych samochodów nabywanych z wykorzystaniem kredytu, zakupu ze środków własnych i klasycznego leasingu finansowego liczonych razem. Biorąc pod uwagę łączną liczbę pojazdów znajdujących się w Polsce w wynajmie długoterminowym, rynek urósł w trzecim kwartale o 9,5% r/r. Branża Rent a Car (wypożyczalnie samochodów) zanotowała natomiast w trzecim kwartale nieznaczny, na poziomie 1,6%, spadek łącznej liczby aut znajdujących się w usługach wynajmu krótko- i średnioterminowego, w porównaniu ze stanem z końca września ubiegłego roku.  

Bardzo wysokie jak na warunki polskiego rynku poziomy sprzedaży nowych samochodów do firm, osiągnięte w drugiej połowie zeszłego roku, ustawiły poprzeczkę i bazę porównawczą dla roku 2019 na trudnym do pokonania poziomie. Widmo znaczącej zmiany przepisów podatkowych dotyczących rozliczania aut służbowych od początku roku 2019, w połączeniu z podgrzewającymi koniunkturę działaniami marketingowymi importerów i dealerów nowych samochodów, skłaniały część firm i przedsiębiorców w naszym kraju do wzmożonych zakupów aut w ostatnich miesiącach ubiegłego roku.

Od początku bieżącego roku na rynku sprzedaży nowych aut była obserwowana stagnacja, tzn. z salonów wyjeżdżała zbliżona liczba samochodów w porównaniu ze stanem sprzed roku. W trzecim kwartale jednak, ze względu na bardzo wysoką tzw. bazę porównawczą, odnotowany został już spadek wynoszący 2,7% r/r. W przypadku nowych aut kupowanych na kredyt, ze środków własnych oraz w ramach klasycznego leasingu finansowego łącznie, spadek sprzedaży był nawet nieznacznie większy, bo na poziomie 4,2% r/r. Tym samym, wynajem długoterminowy pozostał jedyną w trzecim kwartale formą finansowania nowych samochodów firmowych, w przypadku której odnotowany został wzrost. Firmy i przedsiębiorcy nabyli w formule wynajmu długoterminowego o 3,1% nowych aut osobowych więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej.   Sprzedaz aut do firm – CFM vs inne rodzaje finansowania

Wynajem długoterminowy zwiększa swój udział w sprzedaży nowych aut do firm w Polsce

Większy wolumen sprzedaży nowych aut w wynajmie długoterminowym, w zestawieniu ze spadkami w tym zakresie w przypadku konkurencyjnych form finansowania, przyniósł także wzrost udziału tej formy finansowania w całkowitej sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm w trzecim kwartale 2019 roku. Na nieco ponad 97 tys. nowych aut sprzedanych do firm w okresie od lipca do września, 21,4 tys. zostało nabytych w ramach wynajmu długoterminowego. Oznacza to, że udział wynajmu długoterminowego w całkowitej sprzedaży nowych samochodów do firm w Polsce w trzecim kwartale osiągnął poziom 22% i zwiększył się o 1% w porównaniu do analogicznego okresu rok temu.   Udzial wynajmu dlugoterminowego – sprzedaz aut do firm

Biorąc pod uwagę najważniejszy w przypadku wynajmu długoterminowego aut wskaźnik rozwoju, a więc wzrost łącznej liczby pojazdów znajdujących się w tej usłudze na polskim rynku, w trzecim kwartale 2019 roku branża urosła o 9,5% r/r.

Branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce ma powody do zadowolenia. Pomimo, że w trzecim kwartale roku sprzedaż nowych aut do firm spadła i gorsze niż przed rokiem wyniki odnotowały wszystkie konkurencyjne rodzaje finansowania pojazdów firmowych, to sprzedaż aut w wynajmie długoterminowym, nawet w obliczu takich niekorzystnych zjawisk rynkowych, nadal rosła – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Regional Manager of Central Europe w Arval. – Wynajem długoterminowy cieszy się w Polsce wciąż rosnącą popularnością, zdobywając w ostatnich kilkunastu miesiącach coraz większą rzeszę klientów z segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. Sektor MŚP jeszcze do niedawna stanowił marginalny udział w wynajmie długoterminowym, a obecnie coraz chętniej sięga po ten rodzaj finansowania swoich samochodów firmowych. Obserwujemy, że część małych i średnich przedsiębiorstw zastępuje wynajmem długoterminowym wcześniej wykorzystywany klasyczny leasing finansowy. Małe firmy doceniają takie zalety wynajmu długoterminowego jak chociażby stałe i niższe w porównaniu z konkurencyjnymi rozwiązaniami koszty aut służbowych, prostotę rozliczeń, minimalne zaangażowanie w administrację, naprawy, ubezpieczenia czy serwisowanie samochodów oraz brak konieczności wpłaty własnej.    

Spośród dwóch usług zaliczanych do wynajmu długoterminowego, w Polsce dominuje Full Serwis Leasing, czyli wariant gwarantujący przedsiębiorcy stałe koszty finansowania auta oraz jego pełną obsługę np. przeglądy, rejestracje, serwis, naprawy, ubezpieczenie, likwidację szkód, czy opony. W liczącej na koniec trzeciego kwartału 161,1 tys. aut* flocie firm PZWLP w wynajmie długoterminowym, pojazdy w usłudze Full Serwis Leasing stanowiły aż 93,3% ogółu. Pozostała część, a więc 6,7% samochodów, była finansowana i obsługiwana w ramach usługi Leasingu z Serwisem, która jest uproszczoną wersją Full Serwis Leasingu i zapewnia korzystającej z niej firmie mniejszy zakres obsługi auta. W gronie najpopularniejszych samochodów w wynajmie długoterminowym
w Polsce na koniec trzeciego kwartału znajdowały się: Skoda Octavia, Volkswagen Passat, Opel Astra i Ford Focus.

Coraz mniej Diesli w wynajmie długoterminowym

Dane PZWLP na koniec trzeciego kwartału wskazują na dalszy spadek udziału samochodów z silnikami Diesla we flotach w wynajmie długoterminowym w Polsce. Diesli jest coraz mniej. W liczącej ponad 161 tys. pojazdów łącznej flocie w wynajmie długoterminowym firm skupionych w PZWLP, na koniec września stanowiły one już poniżej 60% wszystkich samochodów, dokładnie 58,9%, czyli o 3,3% mniej niż rok temu. Równolegle rośnie odsetek aut wyposażonych w benzynowe jednostki napędowe, których było 38,3% (wzrost o 2% r/r). Przybywa także samochodów wykorzystujących ekologiczne, a więc hybrydowe i elektryczne, napędy. Udział tego typu aut wynosił na koniec trzeciego kwartału już 2,8% i w ciągu roku niemalże się podwoił (wzrost o 1,3%). Samochodów napędzanych ekologicznymi jednostkami było łącznie już ponad 4,2 tys. – 3866 hybryd oraz 363 auta elektryczne.Rodzaje napedow wynajem dlugoterminowy po III kw. 2019

Jeszcze kilka lat temu samochody napędzane Dieslem stanowiły we flotach w wynajmie długoterminowym w Polsce nawet  ¾ pojazdów – mówi Rogier Klop, Członek Zarządu PZWLP, Dyrektor Zarządzający LeasePlan Polska. – Obecny spadek udziału aut z tego typu silnikami do poziomu poniżej 60%, co oznacza, że stanowią one już niewiele więcej niż połowę łącznej floty, zasługuje na uwagę. Rynek polski nie jest jednak pod tym względem odosobniony, podobne zjawiska zachodzą bowiem także w wielu innych krajach europejskich. Zastępowanie samochodów z napędami wysokoprężnymi bardziej ekologicznymi jednostkami benzynowymi oraz przede wszystkim rosnący odsetek aut niskoemisyjnych to trend, który utrzymuje się na polskim rynku wynajmu długoterminowego już od dłuższego czasu i trzeba go oceniać bardzo pozytywnie. Należy przy tym jednak mieć świadomość, że samochody zeroemisyjne, a więc elektryczne, stanowią wciąż marginalny udział w Polsce. Jesteśmy przekonani, że sytuację
w tym zakresie mogłyby zmienić planowane publiczne dopłaty do zakupu aut elektrycznych. Liczymy, że klienci wynajmu długoterminowego będą mogli w świetle planowanych przepisów stać się beneficjentami dopłat do samochodów elektrycznych.

Nowe samochody zakupione przez firmy PZWLP na potrzeby wynajmu długoterminowego w samym trzecim kwartale roku były bardziej przyjazne dla środowiska naturalnego, aniżeli w porównywalnym okresie rok temu. Średnia emisja dwutlenku węgla samochodów osobowych była o 0,9% i 1,16 g/km niższa niż rok wcześniej i wyniosła 125,57 g/km. Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 140,63 g/km i była niższa o 8,1% i 12,4 g/km w stosunku do stanu sprzed roku.    Emisja CO2 – auta w wynajmie dlugoterminowym

Branża Rent a Car z nieznacznym spadkiem na poziomie 1,6% r/r

Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała na koniec trzeciego kwartału 2019 r. nieznaczny spadek na poziomie 1,6% r/r. Na koniec września łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła ponad 19,5 tys. aut (19.563).

* – bez floty firmy Athlon Car Lease

** – bez floty firmy Avis Budget / Jupol – Car

Eksperckie wskazówki dla bezpiecznego przemysłu

Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy znaczną poprawę bezpieczeństwa pracy pracowników przemysłowych. Dotyczy ona zarówno prac wykonywanych na maszynach, jak i poza nimi. Jest to efekt rosnącej świadomości, edukacji, ale i ciężkiej pracy osób zajmujących się tym obszarem. To właśnie głównie dla nich, już po raz trzeci, EcoMS Consulting zorganizowało konferencję poświęconą bezpiecznym zachowaniom w przemyśle.

Prelegentami byli praktycy tematyki bezpieczeństwa z różnych branż. Dobre praktyki, wytyczne, normy, jak i własne doświadczenia są kluczem do kształtowania właściwych postaw. Szczególnie, gdy ukazane zostały różne punkty widzenia: służby BHP, Inspektorów Pracy, działów odpowiedzialnych za modyfikacje maszyn, biegłych opiniujących w procesach orzekania o wypadkach przy pracy.

Strażnicy bezpieczeństwa

Wieloletni praktyk Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) starszy inspektor Andrzej Midera omówił przypadki kontroli maszyn sprowadzanych spoza Unii Europejskiej. Nie poprzestał na negatywnych przykładach, ale wskazał także, jak wyglądały te, które można uznać za wzorcowe. Poznanie perspektywy PIP stanowi ogromną pomoc w przygotowaniu się do kolejnych, właściwie przeprowadzonych postępowań.

Dr inż. Zygmunt Niechoda z Polskiego Komitetu Normalizacyjnego udowodnił, że normalizacja ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo przemysłowe. Rolą norm nie jest utrudnianie życia przedsiębiorcy, a zapewnienie technicznej realizacji minimalnych wymagań bezpieczeństwa zawartych w przepisach prawa. Mają one również znaczący wpływ na zmniejszającą się liczbę wypadków.

Któż jak nie biegły sądowy dysponuje rozległą wiedzą w zakresie niebezpiecznych zachowań i ich skutków w postaci wypadków przy pracy podczas obsługi maszyn.

– Powinniśmy próbować przewidzieć odruchowe, a nawet skrajnie nieodpowiedzialne działania pracowników. Czas reakcji urządzeń zabezpieczających nie jest przecież równy 0 – zwrócił uwagę  dr inż. Radosław Gonet, który jako biegły sądowy podzielił się kilkoma interesującymi przykładami.

Audyty etyczne to mniej znany obszar związany z bezpieczeństwem przemysłu. Przez ich meandry przeprowadziła uczestników konferencji Iwona Karmowska z Bureau Veritas Polska. O ile w naturalny sposób odbieramy dobrowolność zatrudnienia czy wolność zrzeszania się, to większym problemem jest godziwa płaca i narzucanie nadmiernego czasu pracy oraz różne formy dyskryminacji. Wdrożone zasady etyczne trzeba weryfikować właśnie poprzez audyty.

Zabezpieczmy maszyny

Ireneusz Nowak (INEE Industry) i Daniel Małż (Siemens) skupili się na bezpieczeństwie maszyn. Najpierw ocenić należy ryzyka z punktu widzenia ograniczeń maszyn, zidentyfikować zagrożenia. Kluczowy jest drugi etap, a więc redukcja ryzyka poprzez bezpieczne rozwiązania, techniczne środki ochronne oraz informacje dotyczące użytkowania.

Grzegorz Szydło z BWI Poland Technologies omówił z kolei wymagania dotyczące wprowadzania i użytkowania maszyn. Poznać można było nie tylko przepisy, ale i wyjątki od nich. Prelegent przestrzegał przed błędami, które sam popełnił i sugerował, jak im zapobiegać.

– Bazując na codziennej praktyce, przedstawiłem najczęściej występujące problemy w zakładach produkcyjnych. Stwierdzane są one podczas audytów oceniających zgodność z wymaganiami prawnymi – opowiada Grzegorz Brylonek z EcoMS Consulting. I tak, w maszynach jest to często problem z UDT – dowód na to, że nie działają procedury odbiorowe maszyn, a w dziennikach konserwacji – brak wpisów pomiarów rezystancji (elektrycznych), cykli pracy. Przy pracach szczególnie niebezpiecznych pomijana jest energetyka, brakuje przedsięwzięć mających poprawić stan BHP, jak i przeglądów głównych wyłączników prądu oraz przepustów pożarowych.

Radosław Studziński (Reckitt Benckiser) i Piotr Miler (Rozwiązania bezpieczeństwa) omówili modyfikacje maszyn „nowych” pod kątem utraty ważności oznakowania CE, jak również sytuacje, kiedy modernizacja maszyn „starych” staje się problemem.

Pomocne narzędzia

Joanna Nagraba opowiedziała o obszarze, z którym firma Faraone jest nieodłącznie związana – pracą na wysokościach. Wg danych GUS upadek z wysokości jest przyczyną co 6 wypadku śmiertelnego w całej gospodarce narodowej i aż co 3 wypadku śmiertelnego w budownictwie. Są to konsekwencje zaniedbań i uchybień, którym w większości można zaradzić, posługując się odpowiednimi narzędziami

Adam Jabłoński (FILTER SERVICE) udowodniał, że dopasowanie środków ochrony indywidualnej do pracownika przed przystąpieniem do pracy jest czynnikiem zapobiegającym chorobom zawodowym. Niestety niska jest świadomość skutków nieprawidłowego ich stosowania.

Wojciech Turowicz z Surveily wprowadził zebranych w świat, gdzie kamery obserwują środowisko pracy i przekazują obraz do analizy. Sztuczna inteligencja na podstawie analizy strumieni obrazu automatycznie wyciąga wnioski, a sygnały o incydentach trafiają do bazy danych oraz do właściwych osób. Analiza następuje w czasie rzeczywistym, co gwarantuje natychmiastową reakcję i maksymalizuje szansę na prewencję. Takich możliwości jest znacznie więcej!

Podwykonawcy – nadzór, LOTO, RODO, ISO 45001

– Niezbędne jest identyfikowanie zagrożeń oraz oceny i nadzorowanie ryzyk dotyczących BHP. Co więcej w wyborze wykonawców wskazane jest uwzględnienie w dokumentach kontraktowych kryteriów BHP. Organizacja powinna nie tylko określić, co należy monitorować i mierzyć w zakresie skuteczności operacyjnych środków nadzoru, ale i z kim się komunikować wśród wykonawców – podkreślił Piotr Kowalski z EcoMS Consulting, który poruszył istotny temat nadzoru nad podwykonawcami wg ISO 45001.

Jak wygląda kwestia podwykonawców w założeniach systemu LOTO przybliżył Grzegorz Zielonka (Żywiec Zdrój). Dariusz Pączka z Budimexu zaprezentował m.in. co zrobić, gdy nasz zleceniodawca oczekuje skanów orzeczeń wydanych po przeprowadzonych badaniach oraz dokumentacji ze szkoleń BHP. Otóż nie ma ku temu bezpośredniego uzasadnienia prawnego, zarówno na gruncie przepisów prawa pracy, jak również przepisów o ochronie danych osobowych (RODO).

Aspektów bezpieczeństwa poruszono wiele, a uzupełniły je jeszcze warsztaty. Dynamika zmian daje jednak pewność, że następna edycja owocować będzie kolejną dawką praktycznej wiedzy.

Boliwia podąży drogą Wenezueli? Koniec hossy na polskim rynku pracy?

Po wielu kwartałach korzystnych zmian na rynku pracy pojawiają się sygnały nadchodzącego pogorszenia. NBP w swojej kwartalnej projekcji o inflacji uważa, że w ciągu najbliższych dwóch lat bezrobocie, zamiast spadać będzie rosnąć. Sumarycznie o około 0,5%.

Czy bezrobocie wzrośnie?

Ostatnie zmiany prognoz na temat inflacji i wzrostu PKB nie były aż takim zaskoczeniem jak te dotyczące bezrobocia. W ciągu dwóch lat ma ono wzrosnąć o 0,5%. Zmiana dotyczy metody BAEL, czyli tej, która zasadniczo uzyskuje niższe rezultaty niż tradycyjny pomiar ilości osób bezrobotnych. Powodów, jak zawsze, jest kilka. Jednym z nich są zmiany planów zatrudnienia w związku z tym, że koniunktura nie jest tak dobra, jak przewidywano kilka kwartałów temu. Nie bez znaczenia jest jednak najprawdopodobniej wzrost płacy minimalnej. Ekonomia jest bezlitosna, skoro cena pracy rośnie, to popyt na nią spada. Warto zwrócić uwagę, że nawet wzrost o 0,5% to nie jest dramat społeczny, biorąc pod uwagę, że ostatnimi laty bezrobocie znacznie szybciej spadało. Może się to jednak okazać problemem dla budżetu. Owe 0,5% osób mniej zapłaci podatki i weźmie przecież zasiłki, a to niskie bezrobocie było jednym z najważniejszych czynników, przez które było nas stać na wydatki socjalne.

Czy Boliwia podąży drogą Wenezueli?

Masowe protesty w ciągu ostatnich trzech tygodni zmusiły prezydenta Boliwii Evo Moralesa do podania się do dymisji. Morales krajem rządził nieprzerwanie od 2006, wygrywając wybory zawsze z bardzo wysokim poparciem. W wyborach z 20 października różnica głosów pomiędzy Moralesem a jego głównym rywalem Carlosem Mesą sięgnęła około 10%. Po kilku dniach odwlekania podania oficjalnych wyników wyborów ogłoszono, że nie dojdzie do drugiej tury, gdyż Morales otrzymał wystarczającą przewagę. Takie działania wywołały falę protestów. Tymczasowym prezydentem Boliwii ogłosiła się Jeanine Áñez, która jest liderką opozycji i drugą wiceprzewodniczącą Senatu. Z przejęcia urzędu prezydenta zrezygnowali wyżej postawieni (wiceprezydent Boliwii, przewodniczący Senatu i jego wiceprzewodniczący oraz przewodniczący Izby Deputowanych). Problem w tym, że podczas tych działań, ze względu na brak deputowanych z prezydenckiej partii nie było kworum. Evo Morales otrzymał azyl polityczny w Meksyku, uznał się za ofiarę zamachu stanu oraz twierdzi, że to wojsko zmusiło go do rezygnacji. Pomimo pewnych podobieństw do sytuacji w Wenezueli warto podkreślić podstawową różnicę. Resorty siłowe nie bronią dotychczasowego prezydenta, co pozwoli najprawdopodobniej znacznie szybciej rozwiązać impas, a przede wszystkim nie pogrążyć kraju w kryzysie gospodarczym (oprócz politycznego).

Chiny sprzątają w gospodarce

Październikowe dane z Chin pokazały najmniej kredytów od 3 lat. Co jakiś czas trafia się taki miesiąc i analitycy zastanawiają się wtedy czy to pojedynczy wypadek przy pracy, czy początek nowego trendu. Po jednym odczycie ciężko mówić o nowej tendencji. Podobny wynik był uzyskany w lutym tego roku. Dwa miesiące z największą akcją kredytową to styczeń i marzec, co powoduje, że wynik lutego wcale nie był żadnym przełomem. Dopiero kolejne miesiące pokażą nam czy to lokalna anomalia, czy Bank Chin faktycznie zmienia podejście.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – inflacja konsumencka,

17:00 – USA – wystąpienie prezesa FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Mówi, ale nie czuje. Etyka chatbotów – jaka przyszłość nas czeka?

Chatboty wykorzystywane do kontaktów z klientami potrafią już przetwarzać język, ale go nie rozumieją. Taki wirtualny pracownik obsługi klienta ma więc ograniczone możliwości rozmowy. W przeciwieństwie do ludzi nie wie, czym są emocje, tym samym nie wie także, czym jest etyka. Mimo to firmy coraz częściej stawiają na chatboty – wynika z badań dr Aleksandry Przegalińskiej, które mają być pierwszym krokiem w kierunku samoregulacji rynku chatbotów.

Wirtualni asystenci uczą się coraz szybciej. Nie muszą jeść, spać, nie chorują. W kontakcie z klientami potrafią zmieniać zdanie w zależności od tego, z kim rozmawiają. Jednak z powodu braku etyki chatbotów – ustalonego systemu wartości i braku nadzoru nad ich rozwojem – może dochodzić do różnych patologii.

– Zmierzamy w kierunku rozumienia kontekstu przez chatboty. Mają one rozumieć naszą intonację, okoliczności wypowiedzi. Tak, by uniknąć sytuacji podobnej z chatbotem Tay – botem Microsoftu, którego proces uczenia nie był nadzorowany, co w konsekwencji doprowadziło do tego, że chatbot stał się rasistą i antysemitą – mówi dr Aleksandra Przegalińska, badaczka sztucznej inteligencji z Akademii Leona Koźmińskiego, która od maja analizuje interakcje zachodzące pomiędzy człowiekiem a humanoidem.

Pod jej kierunkiem naukowcy z Akademii Leona Koźmińskiego, Uniwersytetu SWPS i amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology zajmują się określeniem ram etycznych dla funkcjonowania chatbotów online. Jak zaznaczają badacze, zaufanie jest centralnym punktem udanej interakcji człowiek – chatbot. Dlatego też stworzyli autorską metodologię analizy treści komunikatów powstających w takich interakcjach, która łączy metody neurobiologiczne, eksplorację tekstu i uczenie się maszynowe. Z badań wynika, że boty reagują inaczej w zależności od tego, z kim rozmawiają.

– Chatboty mają ograniczone zdolności komunikacji. Nie są w stanie odpowiadać na skomplikowane pytania ani szeregować twierdzeń według konkretnego klucza. Mogą jedynie odpowiadać na jednozdaniowe stwierdzenia. W badaniu potwierdziliśmy tzw. Uncanny Valley Effect – czyli „efekt dziwności” towarzyszący interakcji człowieka z humanoidami – wyjaśnia dr Aleksandra Przegalińska, kierownik studiów z zastosowania sztucznej inteligencji w biznesie.

Alternatywne boty na miarę nowoczesnej obsługi klienta

Wnioski z prowadzonych badań mają pomóc m.in. w tworzeniu botów alternatywnych dla tych, które aktualnie budowane są na rynku. Systemy obsługi klientów zmieniły się nie do poznania, ponieważ coraz więcej firm odchodzi od tradycyjnej i kosztownej obsługi na rzecz tej nowoczesnej, opartej właśnie na chatbotach. Jak przewiduje międzynarodowa firma analityczna Global Market Insights, światowy rynek chatbotów w 2024 roku ma być wart 1,3 biliona dolarów.

Projekt badawczy prowadzony jest od maja 2019 roku ze środków Narodowego Centrum Nauki. W skład zespołu badawczego wchodzą: prof. Peter Gloor z MIT, dr Anna Stróż z UW, dr. hab. Grzegorz Mazurek oraz dr Leon Ciechanowski z Akademii Leona Koźmińskiego.

Savills: rynek inwestycji w nieruchomości w CEE po Q3

Z najnowszego raportu firmy doradczej Savills wynika, że w pierwszych trzech kwartałach 2019 roku wartość transakcji inwestycyjnych na rynkach nieruchomości komercyjnych Polski, Czech, Słowacji, Węgier i Rumunii przekroczyła 8 mld euro i była o 54% wyższa od średniej pięcioletniej.

Aktywność inwestycyjna w Europie Środkowo-Wschodniej rośnie systematycznie od 2013 roku (średnio o 24% rocznie), co świadczy o coraz większym zaufaniu inwestorów do tego regionu, a sprzyja temu szybsze tempo wzrostu gospodarczego w porównaniu ze średnią unijną oraz coraz niższe bezrobocie i rosnąca konsumpcja.

Polska – największa gospodarka w regionie – ma 46-procentowy udział w całkowitej wartości PKB pięciu krajów Europy Środkowo-Wschodniej, a wolumen transakcji inwestycyjnych w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku przekroczył 4,5 mld euro, co stanowiło 56% łącznych obrotów w regionie. Udział Czech, gdzie inwestorzy zainwestowali 2,36 mld euro, w łącznym wolumenie inwestycyjnym wyniósł ok. jednej trzeciej, natomiast na Węgry i Rumunię przypadło po 6%, a na Słowację 3%.

Najsilniejszymi graczami w regionie byli tradycyjnie inwestorzy zagraniczni. Na tych rynkach od dawna dominują inwestorzy niemieccy, brytyjscy i austriaccy, którzy odpowiadali za ponad połowę aktywności inwestycyjnej. W ostatnich trzech latach nastąpił spadek zaangażowania na rynku inwestorów z USA oraz Niemiec i jednocześnie znaczący napływ kapitału z RPA (14% w 2018 roku) i Azji (12% w 2018 roku). W pierwszych dziewięciu miesiącach 2019 roku wzrósł udział w aktywności inwestycyjnej zwłaszcza inwestorów koreańskich – z 4% w ubiegłym roku do 14%. Wśród niedawno sfinalizowanych transakcji z udziałem kapitału południowokoreańskiego można wymienić sprzedaż magazynu firmy Amazon w Pradze – w transakcji tej firma Savills doradzała kupującemu.

Rywalizacja o najlepsze aktywa w regionie spowodowała szybką kompresję stóp kapitalizacji w ostatnich kilku kwartałach. Średnia stopa kapitalizacji dla najlepszych nieruchomości w COB w pięciu analizowanych krajach zmniejszyła się w trzecim kwartale br. o 30 pb w porównaniu z ubiegłym rokiem i o 14 pb w stosunku do poprzedniego kwartału i wynosi obecnie 5,24%. W przypadku budynków biurowych w COB najniższe stopy kapitalizacji są obecnie w Pradze (3,9%) oraz w Warszawie (4,5%) i Budapeszcie (4,9%), natomiast wyższe można nadal uzyskać w Bratysławie i Bukareszcie, gdzie wynoszą odpowiednio 5,75% i 7%.

„Nieruchomości biurowe są nadal najbardziej atrakcyjną klasą aktywów inwestycyjnych w Europie Środkowo-Wschodniej. Ich udział w wolumenie transakcji inwestycyjnych w pierwszych dziewięciu miesiącach bieżącego roku wzrósł do ponad 60% w porównaniu z 45% w analogicznym okresie roku 2018” – mówi Chris Gillum, dyrektor działu nieruchomości biurowych, zespół doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.

„Międzynarodowy kapitał coraz śmielej wkracza na rynki regionu, do czego zachęca względna dostępność atrakcyjnych produktów inwestycyjnych i korzystne wskaźniki gospodarcze. To tłumaczy dobre wyniki sektora, które naszym zdaniem będą nadal przyciągały inwestorów również w roku 2020. Na przykład, w październiku grupa Corporate Finance House Group z Bliskiego Wschodu nabyła spółkę będącą właścicielem biurowca Day Tower w Bukareszcie. Była to pierwsza inwestycja tego inwestora w Rumunii, a w transakcji tej kupującemu doradzała firma Savills” – dodaje Chris Gillum, Savills

Wolumen transakcji najmu w stolicach państw Europy Środkowo-Wschodniej rośnie od pięciu lat w średnim tempie 9% rocznie, co spowodowało spadek średniego wskaźnika pustostanów w Pradze, Budapeszcie, Bukareszcie i Warszawie do 6,8% w porównaniu z 13,8% w roku 2014 oraz o pół punktu procentowego w porównaniu z ubiegłym rokiem. Najmniej powierzchni biurowej dostępnej jest w Pradze, gdzie poziom pustostanów wynosi 4,6%, a w dalszej kolejności w Budapeszcie (5,9%), Bukareszcie (8,0%) i Warszawie (8,2%).

„Według prognoz Oxford Economics, w pierwszej dziesiątce najszybciej rozwijających się miast europejskich w najbliższych pięciu latach znajdą się między innymi Warszawa (2. miejsce w rankingu) i Budapeszt (5. pozycja), a także Praga i Bukareszt – odpowiednio na 6. i 9. miejscu. Miasta te będą odnotowywały roczny wzrost PKB na średnim poziomie 2,6% w porównaniu ze średnią europejską wynoszącą 1,9%” – mówi Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań europejskich, Savills.

W 2025 r. Polska może zrównać się z Niemcami w eksporcie opakowań

Opakowania należą do polskich specjalności eksportowych. W ciągu ostatnich 8 lat średnioroczny wzrost zagranicznej sprzedaży branży sięgał 11,2 proc. Jednocześnie, sektor rósł też dzięki eksportowi pośredniemu, czyli wzrostowi wywozu pakowanych towarów. Eksperci Santander Bank Polska i SpotData prognozują, że choć dynamika wzrostu eksportu opakowań w nadchodzących latach spowolni, to i tak powinna pozwolić na zrównanie się w zagranicznej sprzedaży z Niemcami, najprawdopodobniej już w 2025 r.

Na przestrzeni ostatniej dekady Europa Środkowa wraz z Niemcami stała się przemysłowym zapleczem dla całej Unii Europejskiej. Szybki wzrost sektora przemysłowego sprawił, że rósł też popyt na opakowania – zarówno na te sprzedawane bezpośrednio w kanałach eksportowych (eksport bezpośredni), jak i ze strony branż nastawionych na eksport (eksport pośredni). Dzięki temu producenci opakowań z Polski z powodzeniem konkurują nie tylko z producentami z Europy Środkowo-Wschodniej, ale i z Niemcami, wskazują analitycy Santander Bank Polska i SpotData w raporcie „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów”.

Po załamaniu na rynkach finansowych z 2008 r. Niemcy, Austria, Polska, Czechy i Słowacja były jedynymi krajami w Unii Europejskiej, w których zatrudnienie w przemyśle rosło. – Polski sektor opakowań wykazał niską wrażliwość na wstrząsy gospodarcze, a jego przewaga kosztowa, w tym stabilne jednostkowe koszty pracy pozwoliły na sukcesywną ekspansję zarówno w produkcji, jak i w eksporcie. W czasach upadłości licznych europejskich producentów, zagraniczni inwestorzy nie tylko chętnie kupowali polskie opakowania, ale i przenosili produkcję nad Wisłę. Obecnie stanowią ok. 60% firm z branży – wskazuje Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej w Santander Bank Polska.

Zapakowani w eksport

Dzisiejsza pozycja branży jest efektem nie tylko bardzo dynamicznego wzrostu eksportu w ostatnich latach (średnio o 11,2% r/r w ciągu 8 lat), ale i ekspansji zagranicznej sektorów, które korzystają z opakowań. Eksport pośredni w ciągu ostatnich 8 lat rósł średnio o ok. 7,2% rocznie. – Nasze obliczenia dla kontrybucji eksportu pośredniego oparliśmy na średniej ważonej z realnej dynamiki sprzedaży zagranicznej takich grup produktowych jak: żywność, napoje, lekarstwa, kosmetyki i chemia gospodarcza. W ekonomii takie powiązania nazywamy backward linkages. Producent uczestniczy w wymianie międzynarodowej nie bezpośrednio, ale poprzez dostarczanie towarów pośrednich dla eksportera. W ten sposób wartość dodana wytwarzana przez producentów opakowań na rynek krajowy jest też eksportowana – zaznacza ekspert Ignacy Morawski, dyrektor centrum analitycznego SpotData.

Nowy rozdział

Wg autorów raportu „Rewolucja opakowań. Polscy producenci wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” branża będzie mieć w nadchodzących latach dużo trudniejsze warunki do rozwoju. Producenci będą bowiem musieli zmierzyć się z wieloma trudnościami, takimi jak spowolnienie gospodarcze w strefie euro czy nowe, surowe unijne wymogi względem ekologii i recyklingu.

Z drugiej strony wyzwania w kwestii ekologii rodzą także nowe perspektywy dla branży. – Polityka wspierająca gospodarkę obiegu zamkniętego i wykorzystanie materiałów z recyklingu może obniżyć zależność kraju od zagranicznych dostaw surowców i półproduktów i rozwinąć w Polsce na większą skalę te elementy łańcucha dostaw, które dotychczas opierały się głównie na imporcie. W ten sposób mogą powstawać nowe miejsca pracy i wartość dodana napędzająca wzrost gospodarczy. Będzie to oczywiście proces długookresowy, ponieważ w przypadku wielu rodzajów opakowań nie ma jeszcze wydajnych metod recyklingu, a produkcja niektórych opakowań z materiałów pochodzących z recyklingu jest bardzo problematyczna – tłumaczy Kamil Mikołajczyk.

Eksperci Santander Bank Polska i SpotData spodziewają się, że w najbliższych latach branża opakowań nadal będzie się rozwijać i zwiększać eksport. W swojej prognozie wskazują, że średnioroczna dynamika wzrostu sprzedaży zagranicznej będzie sięgać ok. 6,5 proc. Pozwoli to na dalsze umacnianie pozycji polskiego sektora opakowań na europejskim rynku. Co więcej, w ostatnich 15 latach polski eksport opakowań per capita systematycznie, niemal liniowo zbliżał się bowiem do poziomu Niemiec. Przy prognozowanym wzroście 6-7% w 2025 r. będzie mógł osiągnąć 100 proc. poziomu niemieckiego.

Warsztaty dla branży

Przedstawiciele branży opakowań będą mieli okazję poznać cały raport „Rewolucja opakowań. Polscy producenci opakowań wobec zmian regulacji i preferencji konsumentów” na spotkaniu networkingowym, połączonym z warsztatami, organizowanym przez Santander Bank Polska oraz Polsko-Niemiecką Izbę Przemysłowo-Handlową (AHK Polska) 28 listopada br. w Łodzi. Obecni podczas wydarzenia eksperci przybliżą uczestnikom sytuację na niemieckim rynku pod kątem możliwości zbytu, szans oraz wyzwań, z którymi należy się liczyć w kontekście spowolnienia gospodarki tego kraju. Warsztat będzie stanowił doskonałą okazję do zapoznania się z aktualnymi trendami na rynku opakowań oraz do wzajemnej wymiany doświadczeń.

Udział w spotkaniu jest bezpłatny, zgłoszenie odbywa się za pomocą formularza dostępnego pod linkiem www.ahk.pl/pl/opakowania. Termin nadsyłania zgłoszeń upływa w dniu 19 listopada 2019 r. Liczba miejsc jest ograniczona, a o udziale zadecyduje kolejność nadsyłania zgłoszeń.

Firmy kontrolowane przez miliarderów przynoszą zwroty na poziomie prawie dwukrotnej średniej wyników rynkowych

W ciągu ostatnich 15 lat do końca 2018 r. spółki kontrolowane przez miliarderów notowane na giełdzie przyniosły zwrot na poziomie 17,8%, w porównaniu z 9,1% wygenerowanymi przez MSCI AC World Index.

Jest to jeden z wniosków z corocznego raportu UBS i PwC Billionaires Insights, tj. The Billionaire Effect. Raport pokazuje, że majątek światowych miliarderów zmalał o 388 mld USD na koniec 2018 roku, po pięciu latach wzrostu.

W Polsce na koniec 2018 r. było siedmiu miliarderów, o jeden więcej niż w poprzednim roku. Jednak ich całkowity majątek nieznacznie spadło z 13,8 mld USD w 2017 r. do 13,2 mld w 2018 r.

Miliarderzy z Azji doświadczyli korekty po pięciu latach znacznego wzrostu, podczas którego ich bogactwo zostało pomnożone prawie czterokrotnie. Z kolei w obu Amerykach w tym roku nastąpił niewielki wzrost poziomu zamożności, głównie wśród gigantów technologicznych. Pomimo ubiegłorocznego spowolnienia wzrostu, wartość majątku miliarderów jest o ponad jedną trzecią wyższa (34,5%) niż pięć lat wcześniej, co stanowi wzrost o 2,2 bln USD.

Globalnie, silny rynek dolara i niestabilne rynki akcji przyczyniły się do skurczenia wartości majątku miliarderów do 8,5 bln USD po pięciu latach wzrostu.

Miliarderzy z branży technologicznej mieli szansę zaobserwować, że poziom ich zamożności wzrósł bardziej niż w jakimkolwiek innym sektorze w ubiegłym roku, jako rezultat stymulacji istniejących już firm i nowych graczy rynkowych.

W ciągu ostatnich pięciu lat liczba kobiet miliarderów wzrosła o 46%.

Josef Stadler, szef działu Ultra High Net Worth w UBS Global Wealth Management, tak skomentował nowy raport: „Boom miliarderów, który miał miejsce w ciągu ostatnich pięciu lat, teraz został poddany naturalnej korekcie. Warunki do skurczenia się portfeli miliarderów stworzył silniejszy dolar w połączeniu z większą niepewnością na rynkach akcji w trudnych warunkach geopolitycznych.”

„Niemniej jednak jasne jest, że miliarderzy nadal funkcjonują z sukcesem. Miliarderzy tworzą i kierują przedsiębiorstwami, które na rynkach akcji konsekwentnie przewyższają średnie wyniki. Pomysłowość biznesowa przełożyła się również na podejmowane działania filantropijne; obecnie miliarderzy poszukują nowych sposobów na wprowadzenie daleko idących zmian środowiskowych i społecznych. „Efekt miliardera” żyje i ma się dobrze na całym świecie – i wykazuje niewielkie oznaki spowolnienia.”

Ali Janoudi, dyrektor ds. Europy Środkowej i Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki w UBS Global Wealth Management, powiedział: „Badanie pokazuje, że ponad dwie trzecie miliarderów na rynkach wschodzących w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a także w bardziej rozwiniętych krajach takich jak Polska i Cypr są samowystarczalne, co jest zachęcające, ponieważ podkreśla to, jak wiele możliwości ekonomicznych i przedsiębiorczych możemy znaleźć w tych regionach”.

Nowy raport pokazuje, że firmy kontrolowane przez miliarderów osiągnęły prawie dwukrotność średnich wyników rynkowych w ciągu ostatnich 15 lat.

Pełny raport pod linkiem: https://www.ubs.com/global/en/wealth-management/uhnw/billionaires-report.html

Tajemnica skarbowa – zakres i możliwe konsekwencje karne

Zgodnie z art. 293 Ordynacji podatkowej wszelkie indywidualne dane, które zostały zawarte w deklaracji podatkowej oraz innych dokumentach składanych przez podatników, płatników albo inkasentów, objęte są tajemnicą skarbową. Czym właściwie jest ta instytucja oraz jakie zasady jej dotyczą?

Zakres przedmiotowy tajemnicy skarbowej

Tak naprawdę ustawodawca w Ordynacji podatkowej nie sformułował żadnej formalnej definicji tej instytucji. Za to szczegółowo określił jej zakres – zarówno podmiotowy, jak i przedmiotowy. Zakres przedmiotowy związany jest przede wszystkim z powszechnością obowiązku podatkowego. W ustawie wskazano nie tylko ogólną regułę, zgodnie z którą tajemnica skarbowa dotyczy informacji z deklaracji podatkowych i innych dokumentów składanych w urzędach skarbowych. Określono tam również szczegółowy katalog obejmujący informacje podatkowe przekazywane organom podatkowym przez podmioty inne niż te wskazane w ogólnej regule, dane zawarte w aktach dokumentujących czynności sprawdzające, w aktach postępowania podatkowego, kontroli podatkowej, kontroli celno-skarbowej oraz aktach postępowania w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, dane z dokumentacji rachunkowej organu podatkowego, informacje uzyskane przez organy Krajowej Administracji Skarbowej z banków oraz innych źródeł niż dotychczas wymienione, informacje uzyskane w toku postępowania w sprawie zawarcia porozumień w sprawach ustalenia cen transferowych, dane z akt dokumentujących kontrolę związaną z nadpłatą podatku, informacje o wynikach analizy ryzyka, informacje i dokumenty dotyczące schematów podatkowych, a także dane z akt postępowania w sprawie wydania opinii zabezpieczającej.

Kiedy nie stosuje się przepisów o tajemnicy skarbowej?

Przepisów dotyczących tajemnicy skarbowej nie stosuje się natomiast do udostępnienia pewnych informacji kontrahentowi podatnika prowadzącego działalność gospodarczą. Dane te obejmują w szczególności: kwestię niezłożenia lub złożenia przez podatnika deklaracji lub innego dokumentu, do których złożenia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, zagadnienie nieujęcia lub ujęcia przez podatnika w złożonej deklaracji lub złożonym innym dokumencie zdarzeń, do których ujęcia był obowiązany na podstawie przepisów ustaw podatkowych, a także informacje o zaleganiu lub niezaleganiu przez podatnika w podatkach wynikających z deklaracji lub innego dokumentu, które to są składane na podstawie przepisów ustaw podatkowych.

Zakres podmiotowy tajemnicy skarbowej

Ordynacja podatkowa wskazała też na katalog osób, które zostały zobowiązane do przestrzegania tajemnicy skarbowej. W ramach tej grupy należy wymienić przede wszystkim pracowników izb administracji skarbowej, funkcjonariuszy, pracowników Krajowej Informacji Skarbowej, wójta, burmistrza (prezydenta miasta), starostę, marszałka województwa oraz pracowników urzędów ich obsługujących, członków samorządowych kolegiów odwoławczych, a także pracowników biur tych kolegiów, ministra właściwego do spraw finansów publicznych oraz pracowników Ministerstwa Finansów, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, osoby odbywające staż, praktykę zawodową lub studencką w urzędzie obsługującym ministra właściwego do spraw finansów publicznych lub w innych organach podatkowych, przedstawicieli obcej władzy przebywających w siedzibach organów podatkowych, obecnych w toku postępowania podatkowego lub obecnych w toku czynności kontrolnych w związku z wymianą informacji, a także członków Rady. Obowiązek zachowania tajemnicy skarbowej dotyczy zatem wszystkich osób, które w jakikolwiek sposób miały styczność z dokumentacją podatkową, także tych, którym udostępniono określone dane.

Obowiązki podmiotów objętych tajemnicą skarbową

Co istotne, w kontekście zachowania tajemnicy skarbowej wszystkie osoby, na których spoczywa taki obowiązek, muszą złożyć przyrzeczenie na piśmie. W Ordynacji podatkowej wskazano jego szczegółową treść: „Przyrzekam, że będę przestrzegał tajemnicy skarbowej. Oświadczam, że są mi znane przepisy o odpowiedzialności karnej za ujawnienie tajemnicy skarbowej”. Dodatkowo zachowanie tajemnicy skarbowej obowiązuje także po ustaniu zatrudnienia, zakończeniu stażu lub praktyki oraz rozwiązaniu innego stosunku łączącego dany podmiot z administracją.

Reguły przestrzegania tajemnicy skarbowej i możliwe konsekwencje karne

Podniosłość zagadnienia tajemnicy skarbowej wyraża się również w specyficznym sposobie przechowywania dokumentów podatkowych. Wszelkie akta sprawy zawierające informacje pochodzące z banków lub spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych oraz z innych instytucji finansowych, określone w ustawie o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami, uzyskane z obcych państw, a także uzyskane w postępowaniu w sprawie zawarcia porozumień w sprawach ustalenia cen transferowych, należy przechowywać w pomieszczeniach, które zostały zabezpieczone zgodnie z regułami przyjętymi w odniesieniu do ochrony informacji niejawnych. Co również warte podkreślenia, wszelkie naruszenie tajemnicy skarbowej związane jest z odpowiedzialnością karną. Jak wskazano bowiem w art. 306 § 1 Ordynacji podatkowej: „kto, będąc obowiązanym do zachowania tajemnicy skarbowej, ujawnia informacje objęte tą tajemnicą, podlega karze pozbawienia wolności do lat 5”. Z kolei w myśl § 2 tego artykułu: „kto, będąc obowiązanym do zachowania tajemnicy skarbowej, ujawnia informacje określone w art. 182, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5”. Te informacje wskazane w art. 182 Ordynacji podatkowej związane są z informacjami z banków. Ewentualne złagodzenie kary może wynikać jedynie z nieumyślności czynu.

Tajemnica skarbowa a prawo ochrony prywatności

Tajemnica skarbowa stanowi niezwykle ważną instytucję zawartą w przepisach prawa podatkowego. To nie tylko wyraz konstytucyjnego prawa do ochrony prywatności, ale również mechanizm chroniący szeroko rozumiany interes gospodarczy podatnika. W ramach tajemnicy skarbowej należy dokonać drobnego rozróżnienia – zwykłych informacji skarbowych, a także tych pochodzących z instytucji finansowych. Należy bowiem zauważyć, że te drugie objęte są nawet szerszą ochroną wynikającą z obecnej w prawie bankowym tajemnicy bankowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Usługi dodane w banku to już standard

Bilety do kina, serwis rezerwacyjny, opłata za parking, programy lojalnościowe sieci handlowych czy ubezpieczenie turystyczne. Wszystkie te usługi mogą, a nawet powinny dziś udostępniać banki swoim klientom w aplikacji mobilnej, jako tzw. VAS (Value Added Services). Zmieniające się przepisy, połączone z presją konkurencji ze strony fintechów i światowych gigantów technologicznych, skłaniają banki do ostrej walki o lojalność klienta. Jak wskazuje Marzena Sokołowska z ITMAGINATION, niefinansowe usługi dodane dostępne w banku są dziś niezbędne dla budowania przewagi rynkowej. Te banki, które chcą utrzymać i rozwijać swoją pozycję, muszą być jednocześnie tradycyjne, inteligentne i angażujące.

Już dziś w ofercie niemal każdego banku w Polsce można znaleźć tzw. VAS’y (Value Added Services). Są to niefinansowe usługi, świadczone przez banki najczęściej poprzez kanały cyfrowe. Nie służą one zwiększeniu sprzedaży poprzez cross-sell czy up-sell. Ich celem jest utrzymanie klientów i zwiększenie ich lojalności. W praktyce dzięki nim w jednej aplikacji bankowej, klient ma dostęp do całego wachlarza usług. Przykładowo, może dokonać zakupu biletów do kina, otrzymać oferty na specjalne okazje w galeriach handlowych, zarezerwować lot, hotel lub wynająć samochód.

– Rozwój kanałów cyfrowych sprawił, że banki zaczęły udostępniać klientom coraz więcej usług dodatkowych powiązanych z podstawowymi produktami finansowymi. Są nimi m.in. platformy do zarządzania wydatkami (PFM, Personal Funding Management) czy skarbonki do automatycznego oszczędzania. W erze PSD2 i otwartej bankowości oraz wzmożonej konkurencji ze strony fintechów i gigantów technologicznych GAFAA (Google, Amazon, Facebook, Alibaba, Apple), banki próbują na nowo podbić świat klienta – mówi Marzena Sokołowska, Banking Services Product Manager w ITMAGINATION.

Bank przyszłosci, czyli jutra

Według badania Deloitte o usługach VAS w bankach, ponad połowę Polaków korzystających ze smartfonów irytuje konieczność instalacji wielu aplikacji mobilnych. Użytkownicy smartfonów ograniczają się do korzystania średnio z 10 aplikacji. Oznacza to, że trzeba dostarczyć prawdziwą wartość dodaną, aby znaleźć się w tym gronie. Zdaniem Marzeny Sokołowskiej, bank przyszłości to taki, który jest jednocześnie tradycyjny, inteligentny i angażujący. Tradycyjny oznacza spełnienie swojej podstawowej funkcji – dostarczenie bezpiecznych i wiarygodnych produktów finansowych. Inteligentny to analiza i przewidywanie potrzeb klienta oraz błyskawiczne dopasowanie do nich oferty indywidualnej, „tu i teraz”. Angażujący bank to taki, który poza standardowymi usługami i produktami bankowymi, oferuje dodatkowe możliwości i dba o user experience.

– Finansowanie to już tylko narzędzie do spełnienia potrzeby klienta banku. Fundamentem usług VAS jest „uczący się” mechanizm przewidywania tych potrzeb. Spersonalizowana oferta połączona z geolokalizacją jest kluczem do sukcesu. Jeśli każdy posiadacz aplikacji będzie otrzymywał nie tylko atrakcyjne i będące tuż za rogiem, ale też dobrze dopasowane do swoich potrzeb propozycje, chętnie z nich skorzysta. Dobrym przykładem innowacyjnych usług VAS jest niedawno zapowiedziana przez grupę SGB usługa zarządzania subskrypcjami. W aplikacji mobilnej banku, klient będzie mógł włączać i wyłączać płatności za usługi takich dostawców, jak Netflix czy Spotify – wyjaśnia Marzena Sokołowska z ITMAGINATION.

VASy do dyspozycji polaków

Najstarszą usługą VAS w sektorze bankowym są ubezpieczenia. Użytkownicy większości aplikacji bankowych mogą wykupić ubezpieczenie turystyczne, majątkowe oraz polisy AC/OC. Banki stały się również bramą, przez którą klienci wchodzą do e-urzędu. Za pośrednictwem aplikacji banku można już przejść do platformy ePUAP, zarejestrować wniosek o świadczenie 500+, a nawet założyć firmę. Ponadto, takie banki, jak PKO BP, Alior Bank, Idea Bank, ING czy mBank, udostępniły dla przedsiębiorców platformy do fakturowania i analizy poziomu bieżącej sprzedaży i kosztów oraz prognozowania wydatków, a więc dbają o płynność finansową klienta.

Ekspertka ITMAGINATION zwraca uwagę, że coraz więcej banków aktywnie walczy z konkurencją, w postaci fintechów, poprzez udostępnianie, bezpośrednio w swojej aplikacji, e-kantorów. Klient może w kilku kliknięciach wymienić walutę po atrakcyjnym kursie, kiedy tylko ma taką potrzebę. Z kolei miłośnicy „łapania okazji” mają do dyspozycji np. aplikację mobilną Goodie (należącą do Banku Millennium). Udostępnia ona nie tylko elektroniczne wersje gazetek wszystkich najpopularniejszych sklepów, ale także oferty poszczególnych centrów handlowych z możliwością założenia wirtualnej karty rabatowej ulubionej galerii handlowej.

Wzory z zagranicy

Niekwestionowanym liderem w dostarczaniu usług dodanych za granicą jest brytyjski Monzo. Ten mobilny bank pomaga klientom m.in. w zmianie dostawcy prądu, telewizji kablowej czy usług komórkowych na najtańszego na rynku, pełniąc rolę pośrednika, bez konieczności przedłożenia dodatkowych dokumentów papierowych. Wspiera także klienta w wyborze ubezpieczyciela mieszkania czy kredytodawcy hipotecznego. Starling Bank, również z UK, wprowadził, podobną do Goodie Millennium, usługę umożliwiającą użytkownikom połączenie swojego konta bankowego z portfelem Yoyo. Płacąc kartą Starling Banku w sklepie należącym do sieci lojalnościowej Yoyo, klient zbiera punkty lojalnościowe bez konieczności uruchamiania aplikacji podczas zakupu.

Z kolei węgierski OTP Bank stworzył aplikację mobilną Simple, która łączy w sobie nawet 40 rodzajów usług VAS. Za pomocą Simple użytkownicy mogą zapłacić za parking, kupić bilet na autobus, do kina, teatru, a także na inne wydarzenia. Aplikacja umożliwia również zamówienie taksówki i jedzenia, płacenie przez QR kody czy zakup ubezpieczenia turystycznego. Ze standardowej bankowości mobilnej OTP korzysta 400 tys. osób, a nowa paltforma Simple obsługuje już nawet 700 tys. użytkowników.

W Skandynawii banki poszły nawet o krok dalej. Danske Bank, DNB i Nordea udostępniają w aplikacjach doradztwo i pomoc w przeprocesowaniu spraw urzędowych, w rozwoju kariery, sprzedaży nieruchomości, a nawet prowadzą serwisy z ogłoszeniami sprzedaży nieruchomości.

Globalne wdrożenia 5G – reszta świata goni Amerykę

Branża telekomunikacyjna spodziewa się pierwszych komercyjnych zastosowań sieci 5G w latach 2020-2021 – wynika z raportu „Operatorzy dzielą się nadziejami i obawami branży: od kosztów energii po transformację związaną z przetwarzaniem brzegowym”, przygotowanego przez 451 Research oraz firmę Vertiv. Na pełne wdrożenie nowej technologii potrzeba będzie jednak kilku lat. W tym aspekcie Ameryka Północna będzie nadawać tempo, a Europa i reszta świata – nadrabiać zaległości.

Wprowadzanie rozwiązań 5G w Ameryce Płn. napędzane jest przez tzw. „wielką czwórkę” telekomów: AT&T, Verizon, Sprint oraz T-Mobile. Głównie dzięki ich działaniom region będzie miał największy odsetek wczesnych wdrożeń 5G na świecie. Natomiast prawie połowa północnoamerykańskich firm telekomunikacyjnych przewiduje, że całkowite wdrożenie nowego standardu sieci będzie miało tam miejsce już w latach 2025-2027.

Respondenci z pozostałych regionów (z wyłączeniem Afryki i Bliskiego Wschodu) nie spodziewają się tego przed 2028 rokiem – wskazuje tak trzy czwarte (78%) z nich.

Wdrożenia sieci 5G w Ameryce charakteryzują się stałym systematycznym wzrostem – zwraca uwagę Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Kluczowych Klientów z firmy Vertiv Poland. – Pozostałe regiony, w tym Europa, będą musiały dokonywać ogromnych skoków, aby w krótkim czasie osiągnąć postęp: od niewielkiego, do powszechnego zasięgu.

Przedstawiciele branży telco z Ameryki martwią się o efektywność energetyczną, mniej o bezpieczeństwo

Prawie połowa uczestników badania z całego świata (49%) wskazała efektywność energetyczną jako czynnik najważniejszy dla osiągnięcia celów operacyjnych i rentowności związanej z wdrożeniami 5G. W tym temacie widać odmienne podejście firm telekomunikacyjnych z Ameryki Północnej i Europy: efektywność energetyczną uważa za najważniejszy czynnik 68% operatorów zza oceanu oraz 33% europejskich.

Amerykanie w porównaniu z ankietowanymi z pozostałych regionów wykazali natomiast najmniejsze obawy związane z zarządzaniem bezpieczeństwem. Nie wyrazili zainteresowania przeprowadzaniem testów bezpieczeństwa sieci. Globalnie 52% respondentów stwierdziło, że jest to poważny problem, ale zgodziło się z tym tylko 26% dostawców usług telekomunikacyjnych z Ameryki Północnej.

Modernizacja sieci największym wyzwaniem

Największe wyzwania związane z wdrożeniem infrastruktury 5G są tak samo widziane po obu stronach Atlantyku. Operatorzy byli zgodni, że modernizacji sieci jest konieczna w celu zapewnienia jej odporności, koniecznej do świadczenia zaawansowanych usług komercyjnych. Zmiany powinny nastąpić głównie w infrastrukturze dostępowej oraz warstwie agregacji łączy. Najwyższy odsetek takich odpowiedzi padł wśród europejskich telekomów (83%).

Z kolei największą różnicę między Ameryką a starym kontynentem widać było w podejściu wobec dodania pasma dosyłowego lub nowych łączy do stacji bazowych 5G. Jako wyzwanie wskazało to 68% operatorów zza oceanu i tylko 17% (najmniejszy odsetek spośród wszystkich regionów) z Europy.

Co czeka polską produkcję?

W 1. kwartale tego roku przeprowadziliśmy badanie, które było analizą tego, jak polska produkcja podchodzi do nowoczesnych technologii: z jakimi problemami i wyzwaniami ma do czynienia i do czego potrzebuje narzędzi informatycznych. Stanowiło ono jednocześnie ocenę sytuacji ekonomicznej oraz koniunktury gospodarczej w branży. Kiedy je przeprowadzaliśmy, nastroje w sektorze były pozytywne, ale zaczynały już pojawiać się głosy o nadchodzącym spowolnieniu gospodarczym. Teraz tych zaniepokojonych głosów jest coraz więcej, przy czym dużo miejsca poświęca się temu jak sytuacja zmienia się u naszych zachodnich sąsiadów – głównych odbiorców eksportu przemysłu produkcyjnego. Czy powinniśmy zatem bić na alarm? I jeśli tak, to jakie kroki postulować?

Mikołaj Garbarek, Dyrektor Działu Wdrożeń PSI Polska Sp. z o.o.
Mikołaj Garbarek, Dyrektor Działu Wdrożeń PSI Polska Sp. z o.o.

Jak wynika z naszego badania, niemal 60 proc. przychodów polskiej produkcji to eksport, a w krajach Europy Zachodniej sprzedaje 90 proc. wytwórców. Największą gospodarką Europy są Niemcy i to o recesji w tym kraju mówi się coraz więcej. Bliskie relacje ekonomiczne z naszym zachodnim sąsiadem mogą być dla gospodarki zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Z jednej strony potężny rynek zbytu jaki stanowią Niemcy generuje znaczną część popytu dla naszego przemysłu. Z drugiej zaś – tak silne uzależnienie od jednego partnera handlowego może pociągnąć nas w dół w przypadku jego potknięcia, a z takimi możemy mieć obecnie do czynienia. Dlatego ekonomiści z niepokojem przyjmują zapowiedzi spowolnienia wzrostu niemieckiego PKB, upatrując w nim zagrożenie dla lokalnego biznesu. Jednak jak wynika z naszego badania, producenci z Polski, ogólnie deklarujący duży udział eksportu w ogólnej sprzedaży, zdecydowanie optymistycznie patrzyli w przyszłość, nie przejmując się wizją dekoniunktury. Ponad połowa (52 proc.) badanych firm produkcyjnych w Polsce liczyła na to, że zamknie mijający rok z bilansem lepszym niż w poprzedni. Jednocześnie to samo badanie wyraźnie pokazało, że przedsiębiorcy są świadomi znaczenia eksportu, zwłaszcza do Niemiec, w ich działalności. 59 proc. przychodu było efektem sprzedaży zagranicznej, w przytłaczającej większości w kierunku zachodnim. Czy mamy zatem przykład krótkowzroczności lokalnych producentów, czy może za takimi ocenami stoi coś więcej?

Jeśli przyjrzeć się danym historycznym, to recesja na Zachodzie niekoniecznie musi oznaczać kłopoty dla polskiego przemysłu. W przeszłości lokalne firmy nie tylko potrafiły sobie poradzić z kłopotami swoich zachodnich klientów, ale także skorzystać na nich. Przykładowo: w latach 2001-2004 niemiecka gospodarka poważnie wyhamowała, a średni wzrost PKB w tym okresie wyniósł jedynie 1,3 proc. W międzyczasie średni wzrost produkcji przemysłowej w Polsce rok do roku wyniósł 5,7 proc. Pokazuje to, że nasze firmy potrafiły dostosować się do okresu dekoniunktury i nadal zwiększać produkcję. W przypadku kryzysu w latach 2007-2009 niestety nie udało się polskim przedsiębiorcom utrzymać dodatniego bilansu. Recesja, która w kluczowym punkcie osiągnęła blisko 6 proc., odcisnęła poważne piętno na polskiej gospodarce. Jednak jeśli spojrzeć na efekt w perspektywie dłuższej, to zauważymy, że tylko w roku 2009 produkcja skurczyła się o 4 proc., by w latach następnych utrzymać tendencję wzrostową. Ostatecznie skumulowany wzrost od momentu kryzysu spowodował zwiększenie wskaźników produkcji do ponad 140 proc. względem krytycznego roku 2009.

Jest kilka hipotez, które mogą tłumaczyć odporność lokalnego przemysłu na wahania koniunktury. Opublikowany w październiku br. Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Nowe oblicze handlu Polski z Niemcami” dowodzi, że traktowanie polsko-niemieckiej wymiany handlowej w oderwaniu od globalnej gospodarki ukazuje nam tylko częściową prawdę o jej mechanizmach. Autorzy raportu wskazują, że produkty wytwarzane w Polsce są częścią szerszych łańcuchów wartości, dlatego spadek popytu w Niemczech może być łagodzony poprzez jego wzrost w innych krajach. Tym samym inne kraje korzystają na polskiej wartości dodanej nie prowadząc z nią bezpośrednich interesów.

Kolejną poduszką bezpieczeństwa dla naszego lokalnego przemysłu może być wielkość rodzimego rynku. Ekspozycja Polski na handel międzynarodowy szacowana jest na ponad 50 proc. To dużo, jeśli jednak spojrzeć na inne gospodarki regionu, jak Czechy czy Słowacja, wartość ta może osiągać nawet 90 proc. Polscy producenci mogą w razie gospodarczych kłopotów Niemiec liczyć na naszych lokalnych klientów, a niemieccy producenci na polskich konsumentów. Nasza gospodarka, mimo że znacznie mniejsza od niemieckiej, jest na tyle rozwinięta, by stabilizować cały system, gdzie nasi południowi sąsiedzi nie posiadają takiej zdolności.

Wreszcie nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to co może być problemem dla zachodnich gospodarek, lokalne firmy mogą uznawać za szansę. W dobie dekoniunktury zachodni przedsiębiorcy mogą szukać redukcji kosztów, między innymi poprzez zmianę poddostawców na tych oferujących tańszy produkt. To szansa dla producentów z Polski, dysponujących technologiami niejednokrotnie pozwalającymi zaoferować produkty wysokiej jakości, ale konkurencyjne cenowo dzięki niższym kosztom pracy. W efekcie konkurencyjność polskiego przemysłu może rosnąć w dobie dekoniunktury na zachodzie.

Jednak przy wszystkich analizach ekonomiczno-historycznych i próbach przewidywań tego, w którym kierunku zmierza gospodarka firmy powinny pamiętać jedną maksymę: „kto nie idzie do przodu, ten się cofa”. Konkurencja na rynku, opisywane wyżej wahnięcia koniunktury, rewolucja przemysłowa, cyfryzacja społeczeństwa i rosnące oczekiwania klientów – te wszystkie czynniki mają wpływ na sektor produkcyjny.Produkcja musi zmieniać sposób działania, dostosowywać go do realiów rynku, również do sytuacji na rynku pracy. Konkretne rozwiązania przynoszą ze sobą nowe technologie, w szczególności rozwiązania z zakresu Przemysłu 4.0. To one pozwalają produkować szybciej, oszczędniej, adekwatnie do zapotrzebowania i wydajniej. Bez nich firmy nie mogą optymalizować działalności biznesowej. Spójrzmy na to w ten sposób: jeśli załamanie gospodarcze nadejdzie, to firmy, które zainwestowały w rozwiązania umożliwiające lepsze planowanie i zarządzanie całą produkcją, zapasami, personelem, etc. będą miały przewagę nad tymi, które tego nie uczyniły – będą szybciej adaptować się do nowych warunków. Jeśli czarne scenariusze się nie sprawdzą, to i tak skorzystają na wdrożeniach, bo wzrośnie ich konkurencyjność. Polski przemysł produkcyjny ma zatem do wyboru dwie drogi: pierwsza to mniej lub bardziej bierne oczekiwanie na to, co przyniesie przyszłość, druga – mądre inwestycje i przygotowanie się już teraz na różne scenariusze. Mam nadzieję, co zdają się potwierdzać wyniki naszego badania, że polska produkcja wybierze tę drugą opcję.

Zwyczaje zakupowe Polaków. Jak Polacy kupują?

W ciągu ostatnich dwóch lat, statystyczny polski konsument diametralnie zmienił motywacje dotyczące swoich decyzji zakupowych. Kiedyś głównym „wabikiem” przyciągającym Polaków do sklepów były promocje. Dziś konsumenci podchodzą do nich bardziej ostrożnie, co widać w wynikach najnowszych badań. W siłę rośnie grupa tzw. konsumentów pasywnych, dla których okazyjna cena danego produktu to za mało, aby zdecydować się na jego zakup.

Zmiana biegunów

Rok 2019 przyniósł znaczące roszady na arenie polskich konsumentów. W ciągu zaledwie dwóch lat zmieniło się… niemal wszystko. Jak wynika z badania Monitor Promocji 2019 ARC Rynek i Opinia najsilniejsza dotychczas grupa konsumentów a więc tzw. Łowcy Promocji spadła w rankingu aż o dwa oczka. Klienci kupujący głównie pod wpływem impulsu, podatni na różnorodne okazje, loterie, konkursy jeszcze w 2017 roku stanowili aż 31%[1] wszystkich konsumentów. Dziś grupa ta zmniejszyła się o 8 % i tym samym spadła na trzecie miejsce w rankingu. Ich pozycję zajęli konsumenci Pasywni (28%), charakteryzujący się poświęcaniem czasu na porównywanie cen, ofert i promocji. Co ciekawe, dwa lata wcześniej stanowili oni grupę najmniejszą (16%)! W środku stawki znaleźli się jeszcze Minimaliści (22%), sięgający po swoje ulubione marki niezależnie od tego, czy są w obniżonej cenie oraz konsumenci Racjonalni (27%). Ci drudzy, chociaż zainteresowani ofertami promocyjnymi, starają się wybierać te, w których można kupić więcej produktów za mniej i chętnie poświęcają czas na porównywanie ofert w różnych miejscach.

– Polacy w gąszczu różnorodnych promocji, trafiających do nich z wielu różnych stron, stają się na nie coraz mniej wrażliwi. Podczas gdy jeszcze dwa lata temu roku tzw. łowcy promocji stanowili największą grupę konsumentów, rok 2019 przyniósł spore zmiany. Dotychczasowi liderzy zostali zdeklasowani, nie tylko przez klientów racjonalnych, porównujących ceny i posiadających swoje ulubione marki, ale także tych pasywnych. Nie oznacza to oczywiście, że czas rabatów przeminął. Przed nami, jako producentami staje wyzwanie tworzenia coraz lepszych ofert oraz wykorzystywanie do ich prezentowania nowych kanałów dystrybucji – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Dobrze zbudowana oferta

Badania wyraźnie pokazują, że w porównaniu z poprzednimi latami, zauważalny jest kilkuprocentowy spadek korzystania z praktycznie wszystkich rodzajów promocji. Mowa zarówno o tych dotyczących obniżki cen lub usług, oferujących większą liczbę produktów lub usług za te samą cenę jak i tych polegających na dołączaniu próbek do innych produktów. Widać więc, że polskie społeczeństwo staje się coraz bardziej świadome, dlatego wprowadzenie nowych form promocji i tworzenie oferty odpowiadającej na potrzeby konsumentów wydaje się więc koniecznością.

[1] https://arc.com.pl/Minimalisci-czy-lowcy-promocji-jak-kupuja-Polacy-blog-pol-1572945964.html

Fiskus mocno sięgnie do kieszeni e-palaczy. Ceny liquidów wzrosną nawet o 150%

Niewiele ponad pół roku pozostało do opodatkowania akcyzą płynu do papierosów elektronicznych i wyrobów nowatorskich. Nowe regulacje obejmą również liquidy, które nie zawierają nikotyny. Branża podkreśla, że nie ma unijnej dyrektywy, która nakazywałaby taki ruch. I dodaje, że ustalone stawki są stanowczo za wysokie. W efekcie ceny mogą być o 150% wyższe od obecnych. Z kolei Ministerstwo Finansów zakłada wpływy w wysokości 75 mln zł w pierwszym roku i w kolejnych latach obowiązywania przepisów. Jednak liczne przykłady z innych krajów pokazują, że wprowadzenie akcyzy może oznaczać m.in. wzrost szarej strefy i bankructwo wielu przedsiębiorców. 

Podatek (nie)uzasadniony

Od 1 lipca 2020 roku stawka akcyzy na płyn do papierosów elektronicznych ma wynosić 0,5 zł za mililitr. Z kolei dla wyrobów nowatorskich będzie na poziomie 141,29 zł za kilogram i 31,41% średniej ważonej detalicznej ceny sprzedaży tytoniu do palenia. Regulacje te miały wejść w życie od początku tego roku, ale wydłużono okres obowiązywania zerowej stawki. Zrobiono to, aby przedsiębiorcy mogli m.in. przygotować się do oznaczania towarów znakami akcyzy.

– Polityka akcyzowa była i jest związana z wyrobami tytoniowymi oraz alkoholowymi. Jesteśmy jednak zaskoczeni tym, że dotknęło to również naszą branżę. W większości państw UE takie przepisy nie funkcjonują i nie ma wspólnej dyrektywy unijnej, która nakazywałaby wprowadzanie tego podatku. Nie rozumiemy również, dlaczego nasz regulator, nowelizując ustawę, nałożył podatek także na liquidy, które przecież nie zawierają nikotyny – komentuje Justyna Lipowicz, prezes LIPRO e-Liquid Production.

Z kolei Estera Józefowicz z British American Tobacco Polska podkreśla, że płyny do e-papierosów nie zawierają tytoniu, a niektóre również nikotyny. Dlatego akcyza na te produkty nie jest uzasadniona. I dodaje, że wprowadzenie tego podatku to duże zagrożenie dla legalnego rynku i dla działających na nim przedsiębiorców. Ruch ten może doprowadzić do przesunięcia znacznej części konsumpcji do tzw. szarej strefy.

– Akcyza jest potrzebna i jesteśmy za jej wprowadzeniem. Dzięki niej na rynku zostaną tylko płyny przebadane i produkowane w odpowiednich warunkach. Jednak stawka, którą proponuje Ministerstwo Finansów, jest absurdalnie wysoka i może zniszczyć branżę – mówi Wojciech Sobaszkiewicz, prezes Vape Club Poland.

Wzrost cen

W projekcie ustawy przekazanym do konsultacji publicznych akcyza wynosiła 70 gr za ml, co podkreśla Paweł Jurek, rzecznik prasowy Ministra Finansów. I dodaje, że w tej kwestii nadesłano do resortu zgłoszenia lobbingowe, które opublikowano na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Na skutek licznych uwag podmiotów, stawkę określono na 50 gr/ml. Taka też pojawiła się w projekcie ustawy przyjętym przez Radę Ministrów i przekazanym do Sejmu.

– Opłaty proponowane przez ustawodawcę nie są niskie i znacząco wpłyną na cenę produktu na półce sklepowej. Może się okazać, że łatwiej i taniej będzie kupić produkty w innych krajach europejskich, w większości których akcyza nie obowiązuje – informuje Justyna Lipowicz.

Natomiast Wojciech Sobaszkiewicz przekonuje, że jeśli zacznie obowiązywać akcyza na poziomie 50 gr/ml, to cena płynów będzie dwukrotnie wyższa niż obecnie. Ponadto sprzedaż e-papierosów i płynów diametralnie spadnie. Estera Józefowicz również zaznacza, że zapisana obecnie w ustawie stawka jest bardzo wysoka i może spowodować wzrost cen nawet do 150%. To może się okazać bardzo trudne do zaakceptowania dla polskiego konsumenta.

– Branża proponuje 10 gr za ml płynu z nikotyną oraz 5 gr za ml płynu bez nikotyny. Jeżeli resort nie obniży akcyzy, to zapewne znajdą się podmioty, które będą próbowały obejść przepisy – podkreśla prezes Vape Club Poland.

Zyski i szara strefa

Zgodnie z Oceną Skutków Regulacji (OSR), zakładane były wpływy rzędu 75 mln zł w pierwszym roku i kolejnych latach obowiązywania przepisów. Do wyliczeń przyjęto przybliżoną roczną sprzedaż płynu do papierosów elektronicznych na poziomie ok. 150 tys. litrów. Wielkość ta została oszacowana na podstawie danych z Raportu Fundacji Republikańskiej. W nim roczny wolumen płynów był szacowany na 300 tys. litrów.

– W Ocenie Skutków Regulacji, uwzględniono 50% wielkości podanej w raporcie. Stało się tak ze względu na wymogi wprowadzone regulacją o zmianie ustawy z dnia 16 lipca 2016 r. o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Ponadto nie było miarodajnych danych co do ostatecznego kształtu rynku po transformacji spowodowanej ww. ustawą – stwierdza Paweł Jurek.

Dla potrzeb OSR, przyjęto, że kwota dochodu z tytułu akcyzy od wyrobów nowatorskich będzie marginalna. Te ostatnie pojawiły się na polskim rynku na początku kwietnia 2017 roku, natomiast projekt był procedowany w drugiej połowie tego samego roku. Rynek wyrobów nowatorskich dopiero się zaczynał kształtować w naszym kraju i brakowało jakichkolwiek danych co do jego rozmiaru.

– Jak pokazują wcześniejsze doświadczenia związane z papierosami i alkoholem, zmiany cen powodowały powstanie szarej strefy i pojawianie się na rynku produktów o wątpliwej jakości z nieznanych źródeł. W przypadku liquidów zagrożeniem mogą być tańsze produkty, wykonywane metodą chałupniczą, bez odpowiednich badań i realnego producenta odpowiadającego za jakość, które mogą być zagrożeniem dla zdrowia lub nawet życia – zaznacza prezes LIPRO e-Liquid Production.

Jak wskazuje Estera Józefowicz, Węgry wprowadziły opodatkowanie płynów do e-papierosów. W efekcie szara strefa zdominowała legalny rynek i jest szacowana na ok. 90% konsumpcji. Tamtejszy rząd pracuje nad trzykrotną obniżką stawki, która wynosi obecnie 0,17 euro/ml (ok. 70 gr/ml). Ekspert dodaje, że podobne katastrofalne skutki wprowadzenia akcyzy wystąpiły we Włoszech. Tam udział szarej strefy wzrósł do blisko 80%, a kilka tysięcy specjalistycznych sklepów zbankrutowało. W 2019 roku Włosi obniżyli stawkę akcyzy aż o 80%.

– To rynek będzie decydował o wpływach do budżetu, a producenci, będą musieli zmierzyć się z konsekwencjami. Myślę, że część rynku może tego nie wytrzymać, co oczywiście wiążę się również z ograniczeniem wpływów do budżetu wynikających z podatków, które jako firmy płacimy – podsumowuje prezes Lipowicz.

Rekordowa aktywność najemców biurowych

Rynek biurowy w Polsce, a zwłaszcza w Warszawie, znajduje się w bardzo ciekawej fazie. Aktywność deweloperów jest imponująca – w III kw. tego roku na stołeczny rynek trafiło ponad 60 tys. mkw., zaś w budowie znajdują się 32 budynki biurowe o łącznej powierzchni 765 tys. mkw.

Kilka lat temu, właśnie ze względu na tę aktywność, prognozowano znaczne podwyższenie współczynnika powierzchni wolnej. Jak widać po ostatnich wynikach, prognozy te nie sprawdziły się, a wręcz przeciwnie. W trzecim kwartale padł rekord, jeśli chodzi o popyt na nowoczesne powierzchnie biurowe. Na 9 największych rynkach w Polsce najemcy wynajęli ponad 0,5 mln mkw., z czego aż 284,4 przypadło na Warszawę.

Jest to wynikiem wzrostu zapotrzebowania na wysokiej jakości powierzchnie biurowe w stolicy, który obserwujemy już od roku 2015 roku. Od roku 2016 znacznie wzrósł również współczynnik absorpcji netto, co powoduje, że od tego czasu nieustannie spada ilość powierzchni niewynajętej. W tej chwili w centrum Warszawy wynosi on 5,5%, co oznacza, że najemcy poszukujący powierzchni w tym rejonie miasta mają zawężony wybór, zwłaszcza, jeśli poszukują powierzchni większych niż 1 500 – 2 000 mkw. Nie należy spodziewać się, że ta sytuacja zmieni się w ciągu najbliższych 2 lat, ponieważ podaż nowych projektów, mimo że w najbliższych latach będzie dość duża, nie przewyższy znacząco popytu netto.

Na celowniku najemców z pewnością znajdują się projekty mogące się wyróżnić jakąś wyjątkową cechą takie, jak SKYSAWA, flagowy projekt PHN, powstający przy ul. Świętokrzyskiej 36, który jako jeden z nielicznych będzie miał bezpośrednie połączenie z metrem, Varso Place, który rośnie w okolicach Dworca Centralnego i będzie najwyższym budynkiem w Unii Europejskiej, czy ArtN na terenie dawnej fabryki Norblina, który może pochwalić się wyjątkowym połączeniem funkcji użytkowych – biura, gastronomia, usługi. Ich doskonała lokalizacja – w Centralnym Obszarze Biznesu i na jego obrzeżach, z pewnością przemówi do wielu międzynarodowych firm, które stawiają na prestiżowy adres i szukają wysokiej jakości powierzchni.

Odpowiedzialność konsumencka do poprawki – wyniki badań

  • Ponad połowa Polaków nie oczekuje od firm aktywności w zakresie działań na rzecz środowiska naturalnego i społecznego – tak wynika z badań przeprowadzonych na potrzeby projektu Nienieodpowiedzialni.
  • 86% nie pamięta żadnego skandalu związanego z działaniem firm, a 80% nie brało nigdy udziału w bojkocie konsumenckim.
  • Powodem niepodejmowania tego typu działań jest przede wszystkim brak wiary w ich skuteczność, konformizm, a także obojętność i brak solidarności.

W mediach nie brakuje doniesień o skandalach związanych z działalnością dużych marek. Codziennie do konsumentów docierają kolejne informacje o tym, że firmy dopuszczają się nieuczciwych praktyk, nie przestrzegają praw pracowników, szkodzą środowisku. Fundacja Nienieodpowiedzialni wraz z butikiem badawczym Maison&Partners oraz Wydziałem Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego sprawdziła, jak na tego typu doniesienia reagują Polacy.

Deklaracje bez pokrycia

Polscy konsumenci deklarują, że istotne są dla nich takie aspekty, jak odpowiednie warunki pracy i płacy, uczciwe i etyczne zachowanie, ochrona środowiska czy dobre warunki chowu zwierząt. Jednocześnie zapytani o to, czy oczekują od firm aktywności w zakresie działań na rzecz środowiska naturalnego i społecznego w 37% przyznają, że zadaniem firmy jest zarabianie pieniędzy, co najwyżej „nieszkodzenie”, 22% mówi wprost, że liczą się jedynie zyski. Jedynie 1/3 deklaruje, że zawsze sprawdza, czy działania firmy, której produkty kupuje, nie szkodzą środowisku, a 58%, że zwraca uwagę na ich skład.

Postanowiliśmy ponownie sprawdzić, jak wygląda nasza odpowiedzialność konsumencka. Niestety powtórzyły się wyniki sprzed 2 lat, kiedy to okazało się, że to, co deklarujemy, nie ma pokrycia w konkretnych działaniach. Z jednej strony mówimy o tym, jak ważne dla nas są kwestie etyczne czy środowiskowe, a z drugiej nie wymagamy szanowania ich przez biznes. W ramach naszego projektu chcemy zwiększać świadomość problemu oraz wywoływać dyskusję na ten temat – mówi Magdalena Mitraszewska z Fundacji Nienieodpowiedzialni, pomysłodawcy badań.

Bojkot konsumencki dla wielu z nas jest pojęciem obcym

W badaniu zapytano respondentów, jakie firmy kojarzą w kontekście bojkotów konsumenckich. Aż 86% nie było w stanie przypomnieć sobie ani jednego tego typu skandalu. Po wskazaniu konkretnych przykładów nieuczciwych praktyk znanych firm, nadal w ok. 80% badani nie kojarzyli żadnej z głośnych afer.

Konsumenci nie zdają sobie sprawy z tego, że mają skuteczne narzędzie do piętnowania nieetycznych praktyk, a jest nim po prostu bojkot. Niestety z badania wynika, że tylko 39% z nas zna pojęcie bojkotu konsumenckiego, a tylko 17% kiedykolwiek brało w nim udział. Dla większości wiązało się to z zaprzestaniem korzystania z produktów danej marki. Niestety, nadal są to tylko deklaracje. Respondenci proszeni o wskazanie konkretnych firm, których dotyczył ten bojkot, w 34% nie potrafili udzielić odpowiedzi. Można więc przypuszczać, że i w tym przypadku mamy do czynienia jedynie z deklaracjami bez pokrycia – dodaje Magdalena Mitraszewska.

Nie wierzymy, że możemy coś zmienić

Badanie miało również na celu sprawdzenie, dlaczego nie buntujemy się jako konsumenci. Okazuje się, że aż 51% nie wierzy, że może coś zmienić, 54% natomiast uważa, że konsument nie ma szans w walce z koncernami. Niestety dla 40% nie jest ważne, skąd pochodzi produkt, jeśli jego jakość i cena są odpowiednie, a 45% przekonuje wręcz, że bojkot to darmowa reklama dla firmy.

W badaniu poruszono także aspekt buntów pracowniczych, sprzeciwu wobec praktyk stosowanych w swoim miejscu pracy. Respondenci zapytani o to, dlaczego pracownicy nie buntują się przeciw niewłaściwym działaniom pracodawcy, wskazywali najczęściej, że z obawy o utratę pracy, a 68% nie wierzy, że bunt cokolwiek zmieni.

Badanie zostało przeprowadzone na potrzeby VII Konferencji Nienieodpowiedzialni, której pomysłodawcą była ANG Spółdzielnia. Organizatorzy cyklicznie sprawdzają w ten sposób odpowiedzialność konsumencką Polaków.

Badanie CAWI zostało przeprowadzone na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie losowo-kwotowej 1049 dorosłych Polaków.

Źródło: Nienieodpowiedzialni i ANG Spółdzielnia

Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach pracownik wybiera pracodawcę

W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie ok. 3-4 milionów pracowników, szacują eksperci. Do roku 2050 ta luka może sięgnąć nawet 10 milionów osób. Firmy walczą już nie tylko o programistów, księgowych, finansistów i prawników, ale także szeregowych pracowników fizycznych. Dla kandydatów oznacza to jedno – okazję na lepsze warunki i wyższe wynagrodzenia.

Już niemal 56% obecnych na polskim rynku firm deklaruje problemy ze znalezieniem pracowników – poinformował we wrześniu 2019 br. Work Service. Trudności związane z rekrutacją mają doświadczać przede wszystkim duże przedsiębiorstwa (73%), głównie zajmujące się produkcją przemysłową. Z kolei przyczyną tego stanu rzeczy ma być dobrowolna rotacja pracowników, którzy zmieniają miejsce zatrudnienia skuszeni lepszymi zarobkami, dodatkowymi benefitami czy atrakcyjniejszą lokalizacją.

Potwierdza się to w innych badaniach, opracowanych przez specjalistów zajmujących się zawodowo rekrutacją i doradztwem personalnym. Według najnowszego raportu Antal, Asseco Business Solutions i Grupy Nowy Styl z września br., wskaźnik dobrowolnej rotacji pracowników (attrition), średni dla całego rynku, wzrósł od 2016 r. z 11% do 16%. Widać to zwłaszcza w branży SSC/BPO (centra usług wspólnych – obsługa klienta, księgowość, zakupy), gdzie zanotowano wzrost o 10 p.p. do 20% oraz consultingu i kancelariach prawnych – wzrost o 9 p.p. do 21%. Pozostałe branże, którym szczególnie doskwierają odchodzący pracownicy, to produkcja przemysłowa, logistyka, IT i telekomunikacja.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (2)

Gigantyczna dziura na rynku pracy

Jeszcze bardziej alarmująca teza pojawia się w raporcie Trenkwalder, zgodnie z którym w najbliższych latach na polskim rynku pracy zabraknie około 3-4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Już teraz firma wskazuje na TOP 10 stanowisk najtrudniejszych do zrekrutowania, na których jest największy popyt na rynku pracy. Miejsce na podium przypadło oczywiście specjalistom IT i programistom. Tuż za nimi znaleźli się jednak przedstawiciele zupełnie innych branż, jak m.in. operatorzy maszyn i wózków widłowych, elektrycy i elektrotechnicy, pracownicy produkcji i pracownicy fizyczni.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (3)

Źródłem problemów jest dziś przede wszystkim niedobór specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Poza tym brakuje rąk do pracy na stanowiskach dla pracowników fizycznych – tłumaczy Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com.Zaostrza się walka o pracowników. W tych branżach to oni dyktują warunki (1)

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej, rosnący kryzys demograficzny i wzrost liczby osób biernych zawodowo, czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać – czytamy z kolei w opracowaniu Trenkwalder.

Odejście szeregowego pracownika to nawet 100 tys. zł straty

Choć rynek pracownika to spory kłopot dla firm, to sami pracownicy mają z górki. Trenkwalder zwraca uwagę, że obecnie kandydaci uczestniczą w kilku procesach rekrutacyjnych jednocześnie i ostatecznie wybierają najbardziej korzystną ofertę lub kontrofertę obecnego pracodawcy.

Firmy zaczęły się prześcigać w ofertach, bo utrata pracownika to dla nich coraz większa strata finansowa. Antal szacuje, że koszt odejścia szeregowego pracownika po 3 miesiącach to nawet 100 tys. zł. I nie chodzi tu wyłącznie o cenę rekrutacji czy wdrażania nowej osoby, ale często wstrzymania lub wydłużenia projektów na czas znalezienia zastępstwa. – Lepiej zapobiegać niż leczyć – twierdzą eksperci Antal. Ich zdaniem firmy powinny zadbać przede wszystkim o jakość współpracy na linii pracownik-szef, czyli sposób zarządzania, konstruowanie i delegowanie zadań, prowadzenie zespołu.

Od ratownika medycznego do programisty

Firmy podbierają sobie najlepszych specjalistów, a część z nich jest gotowa zatrudniać nawet osoby dopiero startujące w danej branży. Tak jest m.in. w IT, czego dowodem jest historia jednego z kursantów Kodilla.com, Bartłomieja Sopeckiego z Łodzi:

Kim byłem zanim zacząłem pracę w IT? Łatwiej byłoby wymienić, kim nie byłem. Przez 3 lata jeździłem karetką pogotowia jako kontraktowy ratownik. Potem były magazyny, produkcja, budowy – opowiada Bartłomiej, który następnie jako operator linii testującej sprawdzał płyty główne laptopów. To popchnęło go na zupełnie nową ścieżkę.

Byłem ciekawy, jak powstają testy, których używałem do sprawdzania płyt. Zacząłem się interesować programowaniem. Przerobiłem serię tutoriali na YouTube, potem zrobiłem dwa darmowe kursy, by w końcu podjąć decyzję, że chcę się z tym związać na poważnie. Zapisałem się na trwający 9 miesięcy, zdalny kurs programowania z front-endu. To był bardzo intensywny okres, pełen poświęceń, bo nadal pracowałem testując laptopy, w dodatku w systemie dwuzmianowym.

Nauka w szkole programowania zaowocowała nie tylko nowymi umiejętnościami: – Poznałem wielu innych kursantów, a jeden z nich, już po ukończeniu przeze mnie bootcampa, zaproponował mi pracę w firmie, w której był zatrudniony. Rzecz w tym, że ja mieszkałem w Łodzi, a praca była w Mrągowie. Kilka tygodni później siedziałem nad mazurskim jeziorem, już jako programista – opowiada Bartłomiej.

Programowanie od najmłodszych lat

Nowe technologie to szansa zarówno dla pracowników zagrożonych wykluczeniem zawodowym czy sfrustrowanych dotychczasowym brakiem sukcesów na rynku pracy, jak i dla firm, które walczą z niedoborem kadrowym. Serwis Praca.pl zaznacza, że obecnie bycie programistą, zwłaszcza dobrym i z doświadczeniem, jest na całym świecie gwarantem dobrej pracy. I nic raczej tego trendu nie zakłóci.

W wielu krajach wprowadza się umiejętności cyfrowe i programowanie do programu edukacji już od najmłodszych, nawet przedszkolnych lat – podkreślają eksperci tego serwisu. Dodają, że w Polsce informatyka jest co prawda przedmiotem obowiązkowym, jednak liczba godzin (1 tygodniowo) to o wiele za mało. Tymczasem to nieunikniony kierunek rozwoju, nie tylko na rynku pracy, ale także całej współczesnej cywilizacji.

Dla dzieci umiejętność programowania nie będzie zatem dziedziną, w której wiedzę zdobywają na studiach, lecz czymś tak podstawowym, jak dla dzisiejszej młodzieży jest pisanie na klawiaturze. Coś, co obecnie jest rzadkie i gwarantuje sukces, w przyszłości może być po prostu powszechne i nikt nawet nie będzie uznawał posiadania tych umiejętności za jakiś szczególny wyczyn – tak, jak dziś nikt już nie wpisuje w CV tego, że umie czytać i pisać – podsumowuje Praca.pl.

Natomiast Magdalena Rogóż z Kodilla.com dodaje, że to zjawisko już jest bardzo widoczne i dotyczy nie tylko najmłodszych pokoleń. – Umiejętności cyfrowe stają się niezbędnym elementem, bez którego coraz trudniej będzie sobie można poradzić na rynku pracy. Osoby, które chcą sobie zapewnić na nim lepszą pozycję, powinny inwestować w rozwój takich umiejętności. Zwłaszcza, jeśli już dawno temu skończyły szkoły, studia i pracują w innych zawodach niż marzyli – podsumowuje ekspertka.

Popyt na kredyty mieszkaniowe w październiku 2019

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy październikowy odczyt Indeksu wyniósł (+18,1%), co oznacza, że w październiku 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe, na kwotę wyższą o 18,1% w porównaniu z październikiem 2019 r.

W październiku 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 39,13 tys. klientów w porównaniu do 36,32 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o 7,8%. Warto odnotować, że we wrześniu br. takich klientów było 35,8 tys., czyli o 9,3% mniej niż w październiku 2019 r. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w październiku 2019 r. wyniosła 282,9 tys. zł.

– Październikowa wartość indeksu jest o 2,1 p.p. wyższa od wartości z września br. (+16,0%). W porównaniu do października zeszłego roku, tegoroczna wartość indeksu w październiku jest o 1,1 p.p. niższa i wynosi (+17,1%).

Na obecną wartość indeksu na poziomie (+18,1%,) wpływa zarówno wzrost liczby osób wnioskujących o kredyt, jak i wzrost o 9,6%, w okresie październik 2019 r. – październik 2018 średniej wartości wnioskowanego kredytu – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Nadal utrzymuje się wysoki popyt na finansowanie nieruchomości kredytem bankowym. W dziesięciu miesiącach 2019 r. łącznie 385,39 tys. osób wnioskowało o kredyt mieszkaniowy. W porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku jest to więcej o 21,6 tys., czyli o 5,9% – dodaje prof. Rogowski.

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Elastyczność poznawcza jako kompetencja przyszłości

Zmiany w miejscu pracy nie zawsze nadążają za rozwojem technologii i stylu życia. W świecie pełnym chmur, algorytmów i szybko podejmowanych decyzji pracujemy w miejscach, gdzie wciąż musimy czekać na podpis, akceptację czy informację zwrotną. Teoria nie zawsze przekłada się na działania. Dotyczy to także budowania zespołów w organizacjach. Teoretycznie znamy korzyści z tworzenia różnorodnych zespołów, w praktyce jednak wybieramy niewłaściwe kryteria tłumaczy Edyta Paul, ekspertka Concordia Design.

Kiedy w XIX wieku Napoleon III urządzał wystawną kolację na cześć króla Syjamu, kazał dla siebie przygotować złotą zastawę, dla gości srebrną, dla króla Syjamu – aluminiową. Nie był to dyshonor. Aluminium wówczas było droższe od złota, więc serwując gościowi potrawy na aluminiowych talerzach, Napoleon pokazał, jak bardzo go ceni. Niedługo potem technologia produkcji aluminium przewróciła ceny jego pozyskiwania do góry nogami – dziś nikt z nas nie potraktowałby jako wyróżnienia podania nam posiłku na aluminiowej tacce.

Ta historia z całkiem odległego świata powtarza się dziś pewnie kilka razy dziennie. Zmiany technologiczne powodują zmiany społeczne, kulturowe i organizacyjne. Technologia rozwija się wykładniczo, a ludzie nadal linearnie. Jeśli trudno nam zrozumieć tę różnicę, to wyobraźmy sobie, że robimy 30 linearnych, metrowych kroków: znajdziemy się 30 metrów dalej. Robiąc 30 wykładniczych kroków (dublując za każdym razem liczbę metrów z poprzedniego kroku), przesuniemy się o 1 073 741 824 metry. Żeby łatwiej nam było „ogarnąć” tę liczbę – robiąc 30 wykładniczych kroków, 26 razy okrążamy ziemię.

Co dziś oznacza praca w zespołach?

To wszystko zmusza organizacje do innego myślenia, do przyjrzenia się zmieniającym się paradygmatom. Rozważenia tego, co to znaczy być pracownikiem, szefem, ale przede wszystkim, co to znaczy pracować w zespołach.

Miejsce, w którym jest nasze biurko (o ile mamy biurko), język jakiego używamy, kultura, z której się wywodzimy, waluta, w jakiej dostajemy wynagrodzenie – są coraz mniej istotne dla naszej pracy. To oznacza, że firmy mogą poszukiwać talentów w dowolnym miejscu świata i tworzyć zespoły, które czasem nigdy nie widziały się na żywo.

Mobilność pozwala nam być w kontakcie z dowolną osobą, w dowolnym miejscu, o dowolnej porze. Praca nie jest już więc miejscem, tylko smartfonem w kieszeni albo chmurą, w której umieszczamy informacje, siedząc setki kilometrów od biura. Coraz bardziej odczuwalne są także zmiany demograficzne. Milenialsi, którzy w 2020 roku będą stanowić ponad połowę pracowników na świecie, to cyfrowi tubylcy. Tak właśnie chcą pracować: inaczej niż cyfrowi imigranci ze starszych pokoleń.

Zmianie ulega też sposób uczenia się. Wiedzy nie zdobywamy już tylko w sali szkoleniowej. Uczymy się stale za pośrednictwem wielu różnych źródeł i urządzeń, w prawie każdym miejscu – w działaniu, w pociągu, przy lunchu, w samochodzie, w windzie. W inny sposób niż kiedyś dzielimy się informacjami, komunikujemy, współpracujemy, uczymy, szukamy danych, kreujemy. Big Data, platformy do współpracy, chmury, internet rzeczy, algorytmy, AI, Alexa, Siri – te narzędzia towarzyszą nam codziennie. YouTube automatycznie wybiera dla nas filmy w oparciu o to, co dotychczas oglądaliśmy. Netflix sugeruje dopasowanie treści dzięki odpowiedniemu algorytmowi. Amazon zna nasze upodobania lepiej, niż my sami. Technologia zapewnia dostęp do wszystkiego, czego potrzebujemy, szybkość wsparcia, łatwość decyzji, natychmiastowy feedback, zakupy w kilka minut, a wszystko to w spersonalizowanej formie.

Zmiany nie nadążają za… zmianami

Tymczasem nasze doświadczenia z pracy wydają się pochodzić ze świata innego niż ten, którym żyjemy poza firmą. Są oparte o pracę w silosowych organizacjach, czekanie na decyzje i podpisy, informację zwrotną udzielaną raz na rok i siedzenie przy biurku w wyznaczonych godzinach. Czasem wchodzimy do biura jak do skansenu, żeby po przydługim, ośmiogodzinnym zwiedzaniu wyjść do „prawdziwego” świata.

Widząc zmiany, niektóre organizacje działają jak Czerwona Królowa z książki Lewisa Carolla – biegną dwa razy szybciej, byle tylko utrzymać się w miejscu. Podwajają wysiłki, optymalizują, pracują intensywniej – ale nie inaczej. Istnieją też firmy, które traktują zmiany paradygmatu jako zagrożenie i szykują się na walkę o utrzymanie pozycji. Są również takie, które w zmieniającym się świecie widzą ogromną szansę dla siebie. Oduczają się tego, co już świetnie potrafią, ale co zupełnie nie przydaje się w zastanych warunkach i zaczynają tworzyć nową sieciowość.

Zespół na jeden projekt

Kiedy w 1967 roku Stanley Miligram przeprowadzał swój eksperyment mający dowieść, że każdą osobę łączy z dowolną inną osobą jedynie 6 pośredników, Facebook ani inne platformy społecznościowe jeszcze nie istniały. Nie wiemy, jak dzięki internetowi zmniejszyło się to „6 stopni oddalenia” – ale wiemy, że zdecydowanie łatwiej jest nam dotrzeć do tych, którzy nas w jakimkolwiek sensie interesują. Skrócenie drogi do innych, bycie w wielu sieciach naraz sprawia, że potrzebujemy zupełnie innych kompetencji. Widać też zmiany w tworzeniu i działaniu zespołów. Zespoły królestwa, które charakteryzowały się stabilnością, trwałością i brakiem dużych zmian na przestrzeni lat – coraz częściej zastępują zespoły namioty. Te budowane są na potrzeby jednego projektu, po zrealizowaniu którego członkowie przenoszą się zupełnie gdzieś indziej, żeby w kolejnym zespole robić coś zupełnie nowego. Potrzebujemy do tego odmiennych kompetencji – członkowie następnych zespołów, oprócz wiedzy i doświadczenia, muszą wnosić swoją umiejętność szybkiej adaptacji, samozarządzania, samoorganizacji i współpracy z ludźmi czasem z „zupełnie innych planet”.

Różnorodność różnorodności nierówna

Doskonale znamy teorię, że im bardziej różnorodny zespół, tym lepsze efekty, więc skupiamy się na tej najbardziej widocznej różnorodności. Budujemy zespoły, w których członkowie różnią się płcią, doświadczeniem, pochodzeniem, wiedzą, kompetencjami. Tak też zrobili badacze Alison Reynolds i David Lewis, prowadząc przez 12 lat symulacje, w których zespoły miały jak najszybciej rozwiązać problem. Naukowcy założyli, że różnorodność będzie miała kluczowe znaczenie. Problemy najlepiej rozwiązywały te zespoły, które były mieszanką różnych stylów poznawczych. Ich członkowie różnili się w sposobach przyjmowania i przetwarzania informacji oraz reagowania na sytuacje nowe i problemy, do których rozwiązania nikt nie dostarczył instrukcji obsługi.

Kwestia elastyczności poznawczej, czyli wiedzy na temat własnego stylu poznawczego, radzenia sobie ze współpracą z ludźmi o innych stylach myślenia i wykorzystywania efektów tej wiedzy i współpracy, jest nadal zbyt rzadko wykorzystywana w pracy zespołowej. Dzieje się tak dlatego, że style poznawcze to cechy dużo bardziej ukryte, w przeciwieństwie do doświadczenia, wieku, płci, kompetencji i osobowości. Nie widać ich na pierwszy rzut oka. Nie dostrzegamy, jak działa styl poznawczy, widzimy tylko konsekwencje jego działania. Umiejętności miękkie, w tym elastyczność poznawcza, coraz częściej wskazywane są jako najbardziej poszukiwane kompetencje na rynku. Jest więc szansa, że zaczniemy coraz częściej „myśleć o naszym myśleniu”, budując zespoły.

Edyta Paul podczas konferencji „You cannot not design” poprowadzi wykład „Z zespołów twierdz do zespołów namiotów. poznaw” oraz warsztat „Fakty, Relacje, Idea czy Struktury – style myślenia i działania”.

Konferencja odbędzie się 16-17 stycznia 2020 r. w siedzibie Concordia Design w Poznaniu. Uniwersytet SWPS jest Partnerem merytorycznym wydarzenia.

Polska 13. najszybciej rozwijającym się rynkiem e-handlu na świecie. Firmy muszą jednak szukać nowych usług, żeby się wyróżnić

Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W przyszłym roku jego wartość ma przekroczyć 60 mld zł, zakupy online robi już co drugi Polak, a branża wciąż ma przed sobą duży potencjał do rozwoju. Nic dziwnego, że konkurencja na rynku się zaostrza. Firmy działające w e-commerce muszą szukać swoich nisz i nowych usług, które pozwolą im lepiej odpowiadać na oczekiwania klientów. A te związane są głównie z jak najkrótszym czasem dostawy. W Polsce wystartowała właśnie pierwsza platforma online, która pozwala na automatyczną wycenę i zlecenie wysyłki palet w transporcie detalicznym. To rozwiązanie może podnieść konkurencyjność zwłaszcza małych i średnich firm, skracając proces wynajmowania zewnętrznego transportu.

– Polska jest 13. najszybciej rozwijającym się rynkiem e-commerce na świecie. Szacuje się, że na koniec 2019 roku wartość tego rynku będzie wynosiła już ok. 50 mld zł. Dzięki tak dużej dynamice rozwoju firmy działające w e-commerce rosną i szukają dla siebie nisz, które dadzą im ten potencjał rynku wykorzystać – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Borowiecki, ekspert Treo.

Według Gemiusa zakupy w sieci robi już 56 proc. internautów, czyli ok. 15 mln Polaków, i z roku na rok ten odsetek rośnie. Jak wynika z raportu Statista Digital Market Outlook, Polska znajduje się na 13. miejscu w zestawieniu najszybciej rosnących rynków e-commerce na świecie. W 2019 roku wartość krajowego e-handlu ma wzrosnąć do 50 mld zł, podczas gdy jeszcze w 2015 roku była szacowana na 30 mld zł. Natomiast w przyszłym – według prognoz przytaczanych przez PwC („Polacy na zakupach. 5 filarów nowoczesnego handlu”) – może przekroczyć 60 mld zł.

Szybki rozwój e-commerce obrazują też statystyki Urzędu Komunikacji Elektronicznej, z których wynika, że w ubiegłym roku liczba dostarczonych przesyłek kurierskich i tradycyjnych paczek pocztowych sięgnęła 391,7 mln sztuk, co oznacza ponad 17-proc. wzrost w stosunku do 2017 roku. W ciągu najbliższych kilku lat wolumen przesyłek ma już wzrosnąć do 500 mln sztuk.

Tymczasem według danych PwC w Polsce udział e-commerce w handlu detalicznym ogółem wynosi ok. 5 proc. i jest o połowę niższy od średniej europejskiej i globalnej. Branża wciąż ma więc ogromne pole do rozwoju. Podczas gdy zakupy w sieci robi co drugi Polak, w Holandii ten odsetek wynosi 82 proc., w Niemczech – 77 proc.

– Przedsiębiorstwa działające w e-commerce potrzebują skrócenia czasu dostaw. Szukają dodatkowych kanałów transportu, nowych sposobów wysyłki, żeby zautomatyzować cały proces. Dzięki temu będą mogły uzyskać przewagę na rynku, pozyskać większą liczbę klientów dla swojego biznesu. Często potrzebują dodatkowych usług, których w tej chwili firmy transportowe czy kurierskie właściwie nie mogą im zaoferować – wskazuje Michał Borowiecki.

Szybko rosnąca popularność e-commerce i oczekiwania klientów – skupione głównie na jak najszybszym czasie dostawy – napędzają branżę logistyczną i rozwój nowych usług, które pozwoliłyby firmom wyróżnić się na coraz bardziej konkurencyjnym rynku. Zwłaszcza dla mniejszych firm, dla których poważnym wyzwaniem jest konkurowanie z dużymi e-commerce’owymi platformami, inwestycje w obsługę logistyczną i skrócenie czasu dostaw mogą stanowić o ich przewadze.

– Aktualnie rynek można podzielić na dwa segmenty. Pierwszy to duże firmy, które mają swoich partnerów regionalnych i międzynarodowych, do których mogą wysyłać całe partie towaru dużymi pojazdami. Drugi segment to małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie mają tego typu udogodnień i muszą wysyłać ładunki bezpośrednio do swoich klientów. Im trudno jest znaleźć dostosowane do potrzeb i rozmiarów oferty na transport. Muszą mozolnie zbierać oferty z rynku, czyli po prostu wysyłać do firm transportowych zapytania o wycenę i terminy. Często nie uzyskują odpowiedzi w ogóle albo muszą na nią bardzo długo czekać – mówi Michał Borowiecki.

Na polskim rynku wystartowała właśnie pierwsza platforma internetowa, która umożliwia automatyczną wycenę i zlecenie wysyłki palet w transporcie drobnicowym. To rozwiązanie zwłaszcza dla firm z MŚP, bo zwykle to one muszą same radzić sobie z wynajmowaniem zewnętrznego transportu – ich skala działania często nie pozwala na zawarcie stałej umowy z przewoźnikiem czy na zakup własnych samochodów. Jak podkreśla ekspert, automatyzacja wyceny i wysyłki umożliwi firmom przyspieszenie realizacji dostaw, dzięki czemu będą mogły zwiększyć dynamikę sprzedaży i uzyskać przewagę konkurencyjną.

– Platforma Treo to system, który pozwala na automatyczną wycenę i obsługę zamówień przesyłek paletowych i gabarytowych. Działa w pełni automatycznie, 24 h na dobę i pozwala na bardzo szybkie porównanie ofert różnych przewoźników. Dzięki temu firma, która w tej chwili potrzebuje dużo czasu na uzyskanie ofert od kilku konkurencyjnych przewoźników, może taką ofertę uzyskać online w ciągu 15 sekund – mówi Michał Borowiecki, ekspert Treo.

M. Boni: Wypracowanie wspólnych celów klimatycznych podczas COP25 w Madrycie będzie trudne do osiągnięcia

2 grudnia startuje w Madrycie szczyt klimatyczny COP25, na którym mają zostać sprecyzowane kolejne globalne cele polityki klimatycznej i ograniczania emisji dwutlenku węgla. W konferencji weźmie udział około 25 tys. delegatów z blisko 200 państw świata, a także m.in. szwedzka nastoletnia aktywistka ekologiczna Greta Thunberg. Były europoseł Michał Boni ocenia, że porozumienie będzie trudne do osiągnięcia m.in. ze względu na postawę Stanów Zjednoczonych, które wycofały się z Porozumienia Paryskiego. Podkreśla też, że zrewidowania wymaga również polska polityka energetyczna, która cieszy się coraz mniejszym poparciem społecznym.

– Amerykanie najpierw zrobili krok do przodu, podpisali Porozumienie Paryskie, ale się z niego wycofali. To jednak nie oznacza, że na poziomie miast, gubernatorów i stanów polityka prośrodowiskowa nie funkcjonuje. Chiny są w trakcie wielkiej reorientacji, bo też zaczynają rozumieć, jak wielkie są zagrożenia środowiskowe. Skala inwestycji w środowisko jest bardzo duża, aczkolwiek tam trzeba odrobić wiele zaległości – komentuje szanse na porozumienie na COP25 Michał Boni, senator SME Europe, były europoseł. – Wypowiedź Grety Thunberg w ONZ radykalnie pokazała, że pokolenie dzieciaków woła do nas: „Zróbcie coś z tą Ziemią, żebyśmy my, dzieci, mogli dożyć waszego 60-letniego wieku”.

Gospodarzem poprzedniego szczytu w Katowicach była Polska, która na COP24 zaprezentowała się kontrowersyjnie, stawiając akcent na węgiel kamienny, za co organizacja CAN (Climate Action Network) przyznała Polsce tytuł Skamieliny Roku. Polska energetyka jest w tej chwili oparta na węglu w blisko 80 proc. i – jak wynika z projektu „Krajowego planu na rzecz energii i klimatu na lata 2021–2030” – jeszcze przez wiele lat węgiel kamienny ma decydować o obliczu szeroko pojętego rynku energetycznego w Polsce. Jego udział ma spadać sukcesywnie i dopiero w 2030 roku zmniejszy się do ok. 60 proc.

– Polska może stawiać na węgiel, ale to jest naiwne, krótkoterminowe politykierstwo, dlatego że w górnictwie pracuje 80 tys. osób, a 46 tys. rocznie umiera z powodu smogu. Taki typ postawy, jaki niekiedy się w Polsce pojawia, mógł być dobry 20–30 lat temu, kiedy nie było jeszcze widać tych zagrożeń środowiskowych. Dzisiaj już trzeba mieć głowę wypełnioną czarną sadzą, żeby nie dostrzegać ryzyka dla naszego życia, zdrowia i całej planety – mówi Michał Boni.

Jak ocenia, postawa ta się jednak zmienia. Społeczeństwo w Polsce w tej chwili staje się coraz bardziej prośrodowiskowe. Potwierdza to m.in. ubiegłoroczne badanie Kantar Millward Brown dla WWF Polska, z którego wynika, że 45 proc. Polaków jest niezadowolonych z dotychczasowej polityki państwa dotyczącej ochrony środowiska i popiera ją już tylko co trzeci. Węgiel, który według części polityków jest polskim narodowym dobrem, za wiodące źródło energii w przyszłości uznaje zaledwie 8 proc. badanych. 60 proc. Polaków ocenia również, że promocja odnawialnych źródeł energii przez władze kraju jest niedostateczna, a aż 66 proc. badanych chce, aby w przyszłości OZE było głównym paliwem energetycznym w Polsce.

– Trzeba rozmawiać ze społeczeństwem, trzeba skonstruować dialog społeczny tak, żeby nie straszyć wysokimi kosztami transformacji energetycznej. Trzeba pokazać, że w dłuższej perspektywie mamy wybór: albo brnąć w coś, co będzie nas niszczyło, albo wszyscy razem solidarnie ponosić koszty – mówi Michał Boni.

Senator SME Europe podkreśla też, że zmiany klimatyczne i związane z nimi problemy, takie jak m.in. nierówności społeczne, stały się już problemem na tyle palącym, że spychają w cień kwestie rozwoju gospodarczego.

– Świat stanął na krawędzi i dywagacje, że przemysł czy gospodarka czegoś potrzebują, w zderzeniu z ludzkim życiem i życiem planety, powinny zejść już w głęboki cień. Wszyscy powinniśmy sobie uświadomić, jak wielkie jest zagrożenie nierównowagą, którą wywołuje kryzys klimatyczny. Potrzebny jest osobny plan dotyczący plastiku, wody i smogu. Musimy się też zastanowić, jak te kwestie rozwiązać, zmieniając przy tym zachowania konsumentów – mówi Michał Boni.

Jego zdaniem od tych drobnych kroków bardzo wiele zależy, podobnie jak od mądrych decyzji na poziomie lokalnym czy globalnym.

– W Europie dyskutuje się Europejski Fundusz Sprawiedliwej Transformacji Energetycznej. Posłowie zeszłej kadencji zaproponowali 5 mld euro dla 41 regionów węglowych. Nie chodzi o to, żeby z dnia na dzień różne rzeczy zrobić, ale w perspektywie kilkunastu lat musimy mieć jasność, jakie kroki zostaną przedsięwzięte – mówi Michał Boni. – Podobnie się dzieje z przemysłem samochodowym. To wszystko razem powinno być połączone z innowacjami, dlatego że w ten sposób możemy wpłynąć na ocalenie globu, klimatu i naszego życia w taki sposób, żeby przemysł się rozwijał, a nie kurczył.

Wymiana rekomendacji pomaga rozwijać biznes i pozyskiwać nowe kontrakty. Dzięki nim małe i średnie firmy w Polsce uzyskały 471 mln zł dodatkowego przychodu

0

Wymiana rekomendacji pomaga rozwijać biznes i pozyskiwać nowe kontrakty. Dzięki nim małe i średnie firmy w Polsce uzyskały 471 mln zł dodatkowego przychodu 10

Polecenia są skutecznym narzędziem rozwijania biznesu. Rekomendacja udzielona przez innego przedsiębiorcę pozwala szybciej i skutecznej zdobywać nowych klientów i partnerów biznesowych. Średnio jedna na trzy rekomendacje kończy się zawarciem kontraktu – na dodatek przy zerowych kosztach marketingu. Mimo to większość firm nie przykłada dużej wagi do networkingu i budowania relacji. Przedsiębiorcy nie wiedzą też, jak skutecznie przekazywać rekomendacje, dlatego coraz częściej decydują się na przyłączenie do międzynarodowych organizacji takich jak BNI.

– Rekomendacje są bardzo ważne w rozwoju biznesu. Większość przedsiębiorców uważa, że pomagają im rozwijać firmę, ale jednocześnie niewielu z nich ma realny plan i wie, co zrobić, żeby tych rekomendacji było więcej. 98 proc. pytanych przez nas przedsiębiorców odpowiada, że rekomendacje są ważne w prowadzeniu firmy, ale tylko 3 proc. właścicieli firm ma w tym zakresie strategie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ryszard Chmura, dyrektor narodowy BNI Polska.

– Pomiędzy przedsiębiorcami w Polsce wymienianych jest coraz więcej rekomendacji. To naturalne, że jeżeli firma potrzebuje produktu czy usługi, to weryfikuje sytuację na rynku i szuka sprawdzonych partnerów biznesowych – dodaje Mateusz Bacański, dyrektor narodowy BNI Polska.

Umiejętność nawiązywania i podtrzymywania relacji w sieci kontaktów zyskuje na znaczeniu w biznesie. Coraz więcej przedsiębiorców postrzega rekomendacje jako ważne narzędzie rozwijania firmy, które umożliwia pozyskiwanie klientów i partnerów handlowych. Ich skuteczność jest dużo wyższa niż telefonów „w ciemno” do potencjalnych kontrahentów i klientów. W 1/3 przypadków skutkiem rekomendacji jest zawarcie kontraktu biznesowego, przy zerowych kosztach marketingu i reklamy. Jedyne, co przedsiębiorca musi poświęcić, to swój czas.

– Trzeba wykonać wiele telefonów, żeby umówić się na spotkanie, i odbyć wiele spotkań, żeby któreś zakończyło się sprzedażą. Szybciej nawiązujemy relacje, jeżeli ktoś nas zarekomenduje, powie o nas: „znam dobrego fotografa czy znam dobrą agencję reklamową”. Co więcej, rekomendacja pojawia się jako odpowiedź na konkretną potrzebę biznesową – w momencie, kiedy firma szuka fotografa czy agencji reklamowej. To połączenie z realnym zapotrzebowaniem zapewnia wysoką skuteczność – mówi Ryszard Chmura.

Budowanie i podtrzymywanie relacji to skuteczne narzędzie rozwijania biznesu, ale większość firm nie uwzględnia networkingu i systemu rekomendacji w swojej strategii biznesowej. Przedsiębiorcy nie do końca wiedzą też, jak to robić, bo takiej umiejętności nie uczy żadna z uczelni. Pomagają im w tym za to organizacje takie jak BNI (ang. Business Network International). Jest to największa na świecie organizacja opierająca działalność na marketingu rekomendacji biznesowych i efektywnym networkingu, skupiająca firmy z sektora MSP, 

– Korzyści wynikające z marketingu rekomendacji są związane z budowaniem relacji. Firmy zyskują nie tylko większe przychody, ale również kontakty, z których mogą korzystać. Jedną z największych zalet sieci takich jak BNI jest to, że firma wie, do kogo się zwrócić, jeśli czegoś potrzebuje. Wszyscy potrzebujemy rekomendacji od innych, aby prowadzić biznes lub korzystać z usług. Na tym polega siła wiedzy, którą rozpowszechniamy – dodaje Ivan Misner, twórca i założyciel BNI.

– W grupie zrzeszonych jest średnio ponad 30 przedsiębiorców, każdy jest z innej branży, a więc nie ma wzajemnej konkurencji. Jeżeli mamy biuro księgowe i kancelarię prawną, to te firmy nawzajem mogą polecać swoje usługi swoim klientom. Średnio każdy z członków BNI ma 300 kontaktów biznesowych, więc cała grupa ma ponad 9 tys. kontaktów. Najczęściej w Polsce przedsiębiorca potrzebuje kilkudziesięciu, aby rozwinąć swoją firmę – wyjaśnia Mateusz Bacański.

Popularność rekomendacji w Polsce rośnie szczególnie wśród przedsiębiorców z sektora MŚP albo tych, którzy dopiero stawiają w biznesie pierwsze kroki.

– Dołączając do BNI, zatrudniałem jedną osobę i nie wiedziałem jak sprzedawać. W ciągu 4 lat zaczęło spływać tak wiele rekomendacji, że musiałem zatrudnić 100 dodatkowych osób, żeby obsłużyć pozyskane zlecenia. To pokazuje, jak szybko rekomendacje pozwalają rozwinąć firmę – mówi Ryszard Chmura.

Sieć BNI jest obecna w 70 krajach, gdzie skupia już 260 tys. małych i średnich firm w ponad 9 tys. grup. W ubiegłym roku przedsiębiorcy w ramach sieci wymienili na całym świecie 11,2 mln rekomendacji, które doprowadziły do wygenerowania przez nich dodatkowych przychodów rzędu 16  mld dolarów.

 Często przedsiębiorcy i liderzy firm są tak zajęci bieżącą działalnością, że nie mają czasu albo umiejętności potrzebnych do zapewnienia stałego dopływu przychodów, który pozwoli na rozwój przedsiębiorstwa. BNI pomaga firmom na całym świecie w osiągnięciu trwałego wzrostu. Przedsiębiorcy dołączają do naszej sieci, żeby rozwijać swoją działalność i otrzymywać rekomendacje. Bycie członkiem BNI umożliwia im także rozwój osobisty i zawodowy oraz nawiązanie wieloletnich przyjaźni – mówi Graham Weihmiller, dyrektor generalny BNI.

W Polsce w 27 miastach działają już w sumie 72 grupy BNI. Sieć zrzesza już ponad 2,5 tys. małych i średnich przedsiębiorstw, które realizowały dodatkowe zlecenia na kwotę 471 mln zł netto w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Oznacza to, że każdy członek BNI w tym czasie pozyskał z rekomendacji średnio ponad 244 tys. zł netto dodatkowego przychodu dla swojej firmy.

Globalny koncern tytoniowy otwiera w Warszawie kolejną inwestycję. W trzy lata zatrudni ponad 850 osób

Należąca do Grupy Japan Tobacco spółka JTI zainwestowała dotąd na polskim rynku przeszło 800 mln dolarów, głównie w rozwój swoich fabryk zlokalizowanych niedaleko Łodzi. Kolejną inwestycję uruchomi w Warszawie. W nowym centrum usług biznesowych, które będzie świadczyć usługi m.in. z zakresu finansów, marketingu i sprzedaży na skalę globalną, zamierza w trzy lata zatrudnić ponad 850 osób. Rekrutacja na niektóre stanowiska już się rozpoczęła.

– W ciągu najbliższych trzech lat zatrudnimy w Warszawie ponad 850 osób w naszym Globalnym Centrum Usług Biznesowych. Rozpoczęliśmy już proces rekrutacyjny, poszukujemy i będziemy poszukiwać pracowników w takich dziedzinach, jak finanse, sprzedaż, marketing, sprawy regulacyjne, ale również globalny łańcuch dostaw. Przy obecnym rynku pracy, w szczególności w Warszawie, ten cały proces nie będzie łatwy. Jesteśmy jednak przekonani, że dzięki dobrej ofercie i lokalizacji biura w samym centrum zatrudnimy najlepszych kandydatów – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Lewandowski, dyrektor ds. korporacyjnych i komunikacji w JTI Polska.

JTI (Japan Tobacco International) to międzynarodowa firma tytoniowa działająca w ponad 130 krajach. Należy do Grupy Japan Tobacco i na całym świecie zatrudnia ponad 45 tys. osób. Z początkiem listopada koncern zapowiedział utworzenie w Polsce kolejnej, strategicznej inwestycji – Globalnego Centrum Usług Biznesowych w Warszawie. W ciągu trzech lat zamierza zatrudnić w nim ponad 850 pracowników, dzięki czemu całkowite zatrudnienie w Polsce przekroczy 3 tys. osób.

– Głównym powodem umiejscowienia naszego Globalnego Centrum Usług Biznesowych w Warszawie była dostępność kandydatów, czyli wykształconych i zmotywowanych ludzi – mówi Andrzej Lewandowski.

Rekrutacji do nowego centrum będzie w kolejnych miesiącach towarzyszyć zakrojona na szeroką skalę kampania promocyjna JTI, bazująca na haśle HASHJoinTheIdea. Firma zamierza docierać do potencjalnych kandydatów przede wszystkim poprzez media społecznościowe.

 Wiemy, że zrekrutowanie ponad 850 osób w tak krótkim czasie nie będzie łatwe, ale jesteśmy przekonani, że damy radę, m.in. dzięki temu, jak będzie wyglądała nasza propozycja dla pracowników – zarówno jeśli chodzi o wynagrodzenia, jak i nasze nowoczesne biuro i kulturę organizacyjną. Pomimo tego wyzwania, jakim jest obecny rynek pracy, jesteśmy przekonani, że damy radę zatrudnić najlepszych ludzi – mówi Andrzej Lewandowski.

Pracownicy nowego centrum będą odpowiedzialni za wsparcie eksperckie oraz zarządzanie procesami transakcyjnymi wielu obszarów międzynarodowej działalności Grupy JTI, takich jak m.in. finanse, marketing i sprzedaż, ludzie i kultura organizacyjna, badania i rozwój, sprawy prawne i regulacyjne oraz globalny łańcuch dostaw.

– Globalne Centrum Usług Biznesowych w Warszawie będzie wspierać rozwój Grupy JTI na całym świecie. Będzie służyć temu, aby rynki JTI rozwijały się nadal w taki sposób, jak do tej pory, żeby firma rozwijała sprzedaż tradycyjnych wyrobów tytoniowych, ale również wyrobów innowacyjnych, które ostatnio wprowadziliśmy także w Polsce – mówi Andrzej Lewandowski.

Nowe centrum biznesowe to kolejna inwestycja koncernu w Polsce – w ostatniej dekadzie całkowita wartość inwestycji przekroczyła 800 mln dol. W tym roku firma rozpoczęła produkcję wyrobów tytoniowych Ploom Tech w swoim kompleksie nowoczesnych fabryk w Starym Gostkowie koło Łodzi.