Wall Street w czerwieni – chaos celny i widmo recesji ciągną rynki w dół

Wczorajszy dzień przyniósł znaczne spadki na amerykańskiej giełdzie. Szczególnie dotknęły one sektora technologicznego – Nasdaq spadł o 4 proc., najmocniej od 2022 roku. Akcje Tesli spadły aż o 15 proc. Rynek jest zmęczony chaosem związanym z procesem wprowadzania ceł, a rosną także obawy dotyczące wystąpienia recesji w USA. Dziś Donald Trump spotka się z prezesami największych amerykańskich firm i obecna sytuacja na Wall Street będzie na pewno najważniejszym tematem spotkania.

Amerykański rynek akcji już od jakiegoś czasu radzi sobie słabiej; S&P 500 jest obecnie 4,3 proc. poniżej poziomu z początku roku. Rynek stracił już wszystko, co wcześniej zyskał od inauguracji prezydentury Donalda Trumpa. Poniedziałek przyniósł jednak przyspieszenie spadków. Rynek zaczął obawiać się, że gospodarka, która dotychczas radziła sobie umiarkowanie dobrze, może wyhamować.

Inwestorów niepokoi cała epopeja związana z wprowadzaniem taryf celnych. Kiedy jeszcze tydzień temu inwestorom wreszcie wydawało się, że mają już jasność co do głównych elementów polityki celnej USA, pojawił się chaos: prezydent Trump nałożył 25 proc. cła na import z Kanady i Meksyku, co wywołało rynkową panikę. Kilka dni później Biały Dom w ostatniej chwili zwolnił z tej opłaty towary objęte umową z USMCA, co przyniosło chwilową ulgę, lecz kolejne 30 dni opóźnienia we wprowadzeniu ceł na auta wprowadziło dodatkowe zamieszanie. Rynki nie znoszą takiej niepewności – firmy wstrzymują inwestycje, detaliści ostrzegają przed podwyżkami cen, a branże takie jak technologiczna czy motoryzacyjna mocno cierpią. Best Buy (BBY) i inni giganci konsumenccy już ostrzegają o rosnących kosztach i widmie stagnacji.

Mieszanina chaosu we wprowadzaniu ceł, zrealizowane oraz zapowiadane cięcia wydatków i zwolnienia pracowników federalnych to elementy, które wpływają na pogarszanie się sentymentu inwestorów. Jeszcze niedawno te same kwestie, związane z cięciami wydatków oraz deregulacją, dodawały rynkom siły, jednak sposób i gwałtowność wprowadzania zmian wprowadza niepewność, która jest poważnym problemem dla inwestorów. Niepewność przekłada się na zwiększoną rynkową zmienność – indeks VIX, nazywany indeksem strachu, wzrósł w ciągu ostatniego tygodnia o 20 proc., a wczoraj jego wartość przez chwilę przekroczyła poziom 26 punktów.

Największe obawy inwestorów dotyczą jednak recesji. Rynek obawia się, że decyzje Trumpa i jego administracji mogą pchnąć USA w stronę krótkotrwałej recesji. Takie argumenty w zeszłym tygodniu zyskały dodatkowe wsparcie, ponieważ wskaźnik GDP Now, który mierzy aktywność gospodarczą i PKB USA w czasie rzeczywistym, wskazał odczyt na poziomie -2,8 proc. Po napłynięciu danych z rynku pracy, został on skorygowany do -1,6 proc., jednak niepokój został zasiany. Prawdopodobnie model nie obrazuje prawidłowo obecnej sytuacji w gospodarce USA, a ten odczyt jest po prostu błędny. Jednak ryzyko recesji istnieje i jest obecnie oceniane na około 20 proc. Obniżone zostały też prognozy wzrostu PKB w USA w całym 2025 roku z 2,2 proc. na 1,7 proc.

Rosną także obawy dotyczące inflacji. Goldman Sachs ocenia, że inflacja PCE może wzrosnąć nawet do poziomu 3 proc. (z 2,5 proc. w styczniu). Jednocześnie szef Fed, Jerome Powell, zapowiedział, że przy inflacji wciąż przekraczającej 2 proc. obniżki stóp raczej nie nastąpią szybko. Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy w piątek nieco poprawiły nastroje, ale Fed przyjmuje postawę „poczekamy, zobaczymy”. Niepewność dotycząca dalszych ruchów banków centralnych wywołuje większą zmienność na akcjach wzrostowych, zwłaszcza w sektorze technologicznym, a jednocześnie sprzyja stabilniejszym spółkom finansowym i dywidendowym.

Warto pamiętać, że dla Donalda Trumpa, tak w pierwszej kadencji, jak i obecnie, kondycja amerykańskiej giełdy pozostaje ważnym wyznacznikiem sukcesu jego poczynań. Wydaje się zatem, że spadki na giełdzie mogą wywołać pewną refleksję i wpłynąć na korektę metod wprowadzania zmian. Rynki są przekonane, że Donald Trump mógłby realizować swoją agendę polityczną bez konieczności generowania wysokiej niepewności i chaosu. Póki co jednak taka refleksja nie nastąpiła, co wpływa na negatywny rynkowy sentyment. Być może okazją do tego będzie dzisiejsze spotkanie Donalda Trumpa z prezesami największych amerykańskich firm. Spotkanie było zaplanowane wcześniej ale trudno wyobrazić sobie lepszy moment by dyskutować o wpływie obecnej polityki na rynkowy sentyment.

Natomiast spadki Nasdaq i spółek technologicznych pokazują, że po latach ich dominacji rok 2025 może przynieść inny układ sił – rynki coraz bardziej skłaniają się ku jakości i stabilności, zamiast opierać się na wąskiej grupie akcji AI.

Sektor aplikacji AI będzie rósł średniorocznie o 40 proc. do 2030 r.

Rozwój AI wywiera wpływ oraz presję na implementowanie tej technologii w urządzeniach elektronicznych, takich jak smartfony czy komputery osobiste. Według danych firmy badawczej Counterpoint Research w 2028 roku 9 na 10 smartfonów o wartości powyżej 250 dolarów (około 1 000 zł) ma obsługiwać Gen-AI. Z kolei, z przewidywań Business of Apps wynika, że sektor aplikacji sztucznej inteligencji ma urosnąć z 5,5 mld dol. na koniec 2025 r. do 30 mld dol. w 2030 r. Dane pokazują też, że Polacy wciąż mają dużo do zrobienia w kwestii cyfryzacji oraz adopcji sztucznej inteligencji w firmach, w tym tych produkcyjnych. Zdaniem Edyty Gorzoń, jedynie pełna adopcja usług tego typu daje im szansę na zwiększenie skali biznesu. Same szkolenia to za mało.

Szczególnie dynamicznie rozwija się dziś sektor aplikacji AI. W latach 2025 – 2030 osiągnie on skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) wynoszący ponad 40 proc., rosnąc z 5,5 miliarda dolarów na koniec bieżącego roku do ponad 30 mld dol. w 2030 r. Dla porównania w 2023 r. wartość przychodów generowanych przez sektor aplikacji AI wyniósł 1,8 mld dol. To dane podane przez firmę Business of Apps, specjalizującą się m.in. w analityce sektora aplikacji.

Chatboty stają się wszechobecne. Lawinowo rośnie liczba użytkowników oraz zapytań w programach, takich jak ChatGPT, Copilot czy Gemini. Jest to widoczne również w liczbie pobrań ChataGPT w sklepie Play, która przekroczyła 100 mln. Gemini od Google było pobierane w tym miejscu przez użytkowników ponad 50 mln razy. Natomiast Microsoft Copilot przekroczył liczbę 10 mln pobrań. 28 lutego sklep Google Play umożliwił instalowanie nowej aplikacji i modelu AI – Grok 3.

Rozwój software’u i aplikacji AI zwiększa zapotrzebowanie na sprzęt – w 2028 r. większość smartfonów będzie wyposażona w jednostki przetwarzania neuronowego (NPU)

Dynamiczny rozwój generatywnej sztucznej inteligencji oraz aplikacji, które ją wykorzystują, nie byłby możliwy bez rozwoju hardware’u. To naczynia połączone. Według danych firmy badawczej Counterpoint Research w 2028 roku 9 na 10 smartfonów o wartości powyżej 250 dolarów (około 1 000 zł) ma obsługiwać GenAI. Natomiast, jak wynika z danych IDC, dostawy komputerów nazywanych jako PC AI przekroczą w 2025 r. 100 mln sztuk, co będzie stanowiło 40 proc. całego rynku. Według predykcji analityków tej amerykańskiej firmy badawczej, do 2028 r. liczba jednostek komputerowych obsługujących AI wzrośnie do 205 mln sztuk, rosnąc w latach 2024-2028 średniorocznie o 44 proc. (CAGR). Uważam te szacunki za bardzo zachowawcze – komentuje Karolina Pietz-Drapińska, Marketing & Digital Development Director w Komputronik S.A.

O wiele bardziej entuzjastyczny w kwestii komputerów, których procesory mają mieć wbudowaną jednostkę przetwarzania neuronowego (NPU), był na początku 2024 r. Patrick Gelsinger, ex-CEO firmy Intel. Jego zdaniem, do 2028 r. 80 proc. wszystkich komputerów osobistych będzie wyposażona w sztuczną inteligencję.

Jednak, czy Polacy i firmy są gotowe do jej używania?

Większość firm zainwestuje w 2025 roku w Gen-AI, a 1/5 rodzimych pracowników wciąż może mieć obawy

W Polsce liczba firm, które wprowadziły zmiany operacyjne i organizacyjne oparte o sztuczną inteligencję wzrósł z 33 proc. w 2023 do 40 proc. w 2024 r. – wynika z badania „Jak polskie firmy wdrażają AI”, autorstwa firmy EY.

Organizacje wiążą duże nadzieje w związku z wykorzystaniem AI. 97 proc. spośród dyrektorów biorących udział w badaniu „The Global GenAI Report 2025”, wykonanym na zlecenie NTT DATA przez firmę Jigsaw, spodziewa się realnego wpływu generatywnej sztucznej inteligencji na procesy biznesowe w ich firmach. Z tego względu 99 proc. z nich planuje dalsze inwestycje w rozwój tej technologii.

36 proc. ankietowanych przez EY polskich firm nadal chce zwiększać swoje kompetencje, jednak napotyka na pewne wyzwania. Jednym z nich jest obawa i niechętne wykorzystywanie rozwiązań AI. Dotyczy to przeszło 1 na 5 pracowników (21 proc.) organizacji biorących udział w badaniu.

Żadne środki i szkolenia nie zastąpią adopcji danego rozwiązania

Dla 80 proc. ankietowanych biorących udział w badaniu firmy NTT DATA, zajmującej się integracją usług IT, bardzo ważna jest możliwość strategicznego skalowania modeli Gen-AI. To także najważniejszy czynnik brany pod uwagę przez partnerów technologicznych oceniających rozwiązania z zakresu generatywnej sztucznej inteligencji.

Dane z raportu The Global GenAI pokazują jasno, że 8 na 10 badanych ma świadomość, jak istotna w strategii biznesowej ich firm jest umiejętność rozszerzania skali poprzez wykorzystanie rozwiązań Gen-AI. Mają oni świadomość, że do odniesienia sukcesu konieczne jest zbudowanie trwałych fundamentów operacyjnych, organizacyjnych i technologicznych. Aby skalowanie było możliwe, warunkiem jest pełna adopcja rozwiązania czy usługi. Same szkolenia pracowników to za mało. Konieczna jest zmiana mentalności każdego pracownika, który wykorzystuje w swojej pracy duże modele językowe, niezależnie od tego, czy używa ich do generowania treści, obrazów, kodu programistycznego czy jeszcze innych zastosowań. Tylko wtedy przyniosą korzyści dla całej organizacji – komentuje Edyta Gorzoń, ekspertka w zakresie adopcji usług Microsoft 365 Copilot z NTT DATA.

Rozwój i adopcja technologii szansą na pobudzenie polskiego przemysłu

W lutym br. – pierwszy raz od kwietnia 2022 r. – wskaźnik PMI dla polskiego sektora przemysłowego przekroczył 50., wynosząc dokładnie 50,6 pkt. – podało na początku marca S&P Global. PMI to skrót od Purchasing Managers Indeks, co oznacza indeks nabywczy inwestorów. Dane te mogą sugerować poprawę, a nie regres w sektorze produkcyjnym.

Szansą na jeszcze większą poprawę sytuacji w polskiej branży produkcyjnej są wdrożenia nowych technologii oraz wykorzystanie ich potencjału. Sprawi to, że rodzime firmy wytwórcze staną się konkurencyjne na rynkach zagranicznych. Wykorzystanie najnowszych rozwiązań prowadzi m.in. do automatyzacji i przyspieszenia procesów, co przekłada się na realne korzyści. Oczywiście to proces, który trzeba odpowiednio wcześnie zaplanować oraz znaleźć w budżecie środki na ten cel, a następnie przeprowadzić wdrożenie – tłumaczy Krystian Stypczyński, Head of SAP Consulting w NTT DATA Business Solutions.

O ile większość firm produkcyjnych – szczególnie tych dużych – na stałe korzysta dziś z systemów do zarządzania procesami firmy, takich jak ERP (92 proc. badanych), Business Intelligence (78 proc.) czy platform CRM (72 proc.), o tyle np. AI (44 proc. wskazań) znajduje się dopiero na trzecim miejscu wśród innowacji IT wymienianych przez ich przedstawicieli. Istotniejszy dla 84 proc. decydentów jest rozwój big data. Natomiast dla 62 proc. – predykcyjne utrzymanie ruchu. To jedne z wniosków z raportu „Cyfryzacja przemysłu: rola zintegrowanych systemów zarządzania w firmach produkcyjnych w Polsce”, wykonanego na zlecenie naszej firmy ­– dodaje Krystian Stypczyński z NTT DATA Business Solutions.

Do 2035 r. 85 proc. Polaków zyska kompetencje cyfrowe na podstawowym poziomie

Z danych ministerialnych wynika, że obecnie tylko 44 proc. Polaków posiada co najmniej podstawowe umiejętności cyfrowe, co jest jednym z najniższych wyników w całej Unii Europejskiej. Dane te świadczą o konieczności dalszych inwestycji.

Strategia Cyfryzacji Polski, której głównym celem ma być poprawa jakości życia obywateli dzięki cyfryzacji, zakłada, że w 2035 r. aż 85 proc. z nas będzie miało kompetencje cyfrowe na poziomie podstawowym, a 50 proc. – zaawansowanym. Do 2030 roku nasz kraj ma przeznaczyć na cyfryzację przeszło 100 mld zł, dzięki czemu powinniśmy zyskać co najmniej 1,5 mln specjalistów od technologii informacyjnych i komunikacyjnych.

Swoje inwestycje w rozwój technologii i cyfryzację planują też w Polsce zagraniczne firmy, takie jak Google czy Microsoft.

Przeznaczenie 5 milionów dolarów na szkolenia cyfrowe w Polsce w ciągu pięciu lat to suma, która – w kontekście skali działalności firmy Google – brzmi wręcz symbolicznie. Aby uświadomić sobie, jak niewielkie są to środki, wystarczy przypomnieć, że w 2024 r. roczny przychód Alphabet (spółki matki Google) wyniósł 350 miliardów dolarów. Przy takich liczbach 5 milionów dolarów wydaje się raczej gestem, ale mam obawy, czy będzie to znaczący impuls rozwojowy dla polskiego rynku technologii i kompetencji cyfrowych. Prawdopodobnie takowe szkolenia będą odbywały się głównie na produktach firmy Google, co z jednej strony jest zrozumiałe, ale z drugiej sugeruje, że co do zasady mamy do czynienia z budżetem marketingowym. Jeśli spojrzymy na nasze sąsiednie kraje, zobaczymy, że globalne firmy technologiczne inwestują tam o wiele śmielej. Chociażby w Niemczech Microsoft w zeszłym roku zobowiązał się do zainwestowania 3 miliardów euro w rozwój sztucznej inteligencji – komentuje Radosław Mechło, doradca ds. AI, BUZZcenter.

Podsumowując, statystyki dotyczące cyfryzacji Polaków oraz wykorzystania przez nich najnowszych technologii takich jak sztuczna inteligencja zarówno do celów prywatnych, jak i zawodowych pokazują, że na tych polach mamy jeszcze wiele do zrobienia.

O badaniu EY:

Druga edycja badania „Jak polskie firmy wdrażają AI” została opracowana na zlecenie EY Polska przez Cube Research w ostatnim kwartale 2024 roku na próbie 501 dużych i średnich przedsiębiorstw działające w branżach produkcyjnej, usługowej i handlowej.

O badaniu NTT DATA:

Badanie „Global GenAI Report: How organizations are mastering their GenAI destiny in 2025” zostało przeprowadzone w 2024 roku na grupie 2 307 decydentów z całego świata (34 rynki; 5 regionów) i wpływowych osób zajmujących się GenAI, pochodzących głównie z dużych przedsiębiorstw, pracujących na stanowiskach kierowniczych. Reprezentowali 12 sektorów ze zróżnicowanych branż, wśród których wymienić należy: automotive (8 proc.), bakowość i inwestycje (11 proc.), energetykę i użyteczność publiczna (7 proc.), healthcare (9 proc.), szkolnictwo wyższe i badania (6 proc.), ubezpieczenia (9 proc.), nauki przyrodnicze i farmację (9 proc.), logistykę i transport (5 proc.), przemysł (14 proc.), sektor publiczny i rządowy (8 proc.), handel i dobra szybko zbywalne (5 proc.) oraz telekomunikację, media i technologie (9 proc.). Globalny raport GenAI opiera się na danych badawczych pochodzących z niezależnych źródeł. Zostały one zebrane za pomocą kwestionariusza internetowego, który uczestnicy wypełniali we wrześniu i październiku 2024 r. Badanie przeprowadziła na zlecenie NTT DATA agencja Jigsaw Research.

O badaniu NTT DATA Business Solutions:

Badanie „Jak cyfryzacja przemysłu zmienia produkcję w Polsce?” zostało przeprowadzone w dniach 1-31 lipca 2024 roku metodą CATI oraz CAWI. Przebadanych zostało 100 dużych przedsiębiorstw przemysłowych działających na polskim rynku. Badanie skierowane było do kadry zarządzającej C-level oraz top managementu z obszaru IT, produkcji i administracji. Przedstawiciele odpowiedzieli na 15 pytań zamkniętych. Badanie zostało wykonane przez Computerworld na zlecenie NTT DATA Business Solutions.

Akcje spółek obronnych w Europie rosną o 46 proc. od początku roku, podczas gdy amerykańskie giganty technologiczne tracą

  • Akcje europejskich spółek obronnych odnotowały imponujący wzrost o 46 proc. od początku roku, podczas gdy amerykańska Magnificent 7 spadła o 8 proc.
  • Liderzy rynku, tacy jak firmy Rheinmetall i Rolls-Royce, znacząco zyskali na wartości w związku z oczekiwaniami na zwiększone wydatki obronne europejskich rządów .
  • Na rynku widoczna jest znacząca zmiana tendencji – wyniki europejskich akcji przewyższają amerykańskie, przy wzroście indeksu STOXX 600 o 9 proc. i spadku S&P 500 o 2 proc. od początku roku.

Jak wynika z analizy platformy inwestycyjnej eToro, w obliczu słabości amerykańskich gigantów technologicznych, europejski sektor obronny osiąga ponadprzeciętne wyniki, wyprzedzając zarówno Magnificent 7, jak i rynek akcji w USA i Europie.

Grupa Magnificent 7, obejmująca amerykańskie megakorporacje technologiczne – Apple, Amazon, Alphabet, Meta, Microsoft, Nvidia i Tesla – była w ostatnich latach uważana za lidera światowych rynków akcji, osiągając wzrost o 63 proc. w 2024 roku.  Obecnie ich dominacja nie jest już tak oczywista, ponieważ od początku 2025 roku indeks tej grupy spadł o 8 proc.

W związku z ogólnoświatową tendencją do dywersyfikacji kapitału w kierunku innych sektorów i regionów, europejski przemysł obronny znalazł się w centrum zainteresowania inwestorów, notując imponującą zwyżkę. eToro stworzyło indeks siedmiu czołowych europejskich spółek obronnych – BAE Systems, Rolls-Royce, Rheinmetall, Thales, Dassault Aviation, Safran i Leonardo – który wzrósł o 46 proc. od początku roku, o 65 proc. w skali ostatnich 12 miesięcy i aż o 268 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat.

Oznacza to, że „European Defence 7” nie tylko pokonała amerykańską Magnificent 7, ale również szeroki rynek akcji w USA i Europie w tych samych okresach. W ujęciu rocznym, koszyk spółek obronnych wygenerował pięciokrotnie wyższą stopę zwrotu niż indeks S&P 500 i niemal sześciokrotnie większą niż STOXX 600. 

Tabela 1 –  Wyniki US Magnificent 7, European Defence 7 oraz GRANOLAS w porównaniu do regionalnych indeksów giełdowych.

YTD 1 rok 3 lata 5 lat
US Magnificent 7 -8% 21% 66% 227%
European Defence 7 46% 65% 245% 268%
GRANOLAS 12% 8% 32% 58%
S&P 500 -2% 13% 39% 99%
STOXX 600 9% 11% 31% 50%

Źródło: Refinitiv na dzień 5 marca 2025 r.

Należy pamiętać, że przeszłe wyniki nie są wiarygodnym wskaźnikiem przyszłych rezultatów.

Komentując dane, Lale Akoner, główna analityk rynku globalnego w eToro, powiedziała: „W związku z zawieszeniem przez administrację Trumpa wsparcia wojskowego dla Ukrainy, przywódcy europejscy zostali zmuszeni do wzięcia spraw w swoje ręce i wypracowania porozumienia pokojowego. Rządy na całym kontynencie zobowiązały się do zwiększenia wydatków na obronność, podczas gdy Komisja Europejska zaprezentowała plan zbrojeń. Wraz z utrzymującymi się napięciami geopolitycznymi, te warunki stworzyły idealny klimat dla europejskiego sektora obronnego, ponieważ region będzie teraz bardziej zależny od własnych kontrahentów. Inwestorzy powinni śledzić, czy w nadchodzących miesiącach te plany i obietnice przekształcą się w konkretne fundusze i wydatki.”

W ramach koszyka „European Defence 7”, niemiecki Rheinmetall wykazał się najbardziej imponującym wzrostem aż o 82 proc. od początku roku, oraz ponad 13 razy w ciągu ostatnich pięciu lat. BAE, największy brytyjski producent broni, wzrósł o 36 proc. od początku roku, po ogłoszeniu rekordowych zamówień i zysków w ubiegłym miesiącu, podczas gdy Rolls-Royce także wzrósł o 34 proc. po ogłoszeniu silnych wyników za cały rok.

Analizując sytuację na rynku i wyceny akcji, można dostrzec, że w bieżącym roku europejski rynek akcji przewyższa amerykański. Indeks STOXX 600 wzrósł o 9 proc., podczas gdy S&P 500, który przez długi czas był globalnym liderem, spadł o 2 proc. Akcje GRANOLAS, zróżnicowany koszyk składający się z jedenastu najbardziej wartościowych europejskich firm publicznych (GSK, Roche, ASML, Nestlé, Novartis, Novo Nordisk, L’Oréal, LVMH, AstraZeneca, SAP i Sanofi) również wyprzedziły amerykańską Magnificent 7, rosnąc o 12 proc. od początku roku.

Lale Akoner, główna analityk rynku globalnego w eToro, dodała: „W ciągu ostatnich 5 lat inwestorzy przyzwyczaili się do tego, że amerykańskie giganty technologiczne dominowały, ale warto pamiętać, że każda tendencja może się zmienić. Akcje “Magnificent 7” wykazują obecnie oznaki przewartościowania. Rozczarowujące raporty zysków, nadchodząca wojna handlowa i rosnąca konkurencja ze strony Chin wpłynęły na ich wyniki w 2025 roku. W rezultacie inwestorzy coraz częściej dywersyfikują swoje portfele, poszukując okazji w takich sektorach jak obronność, finanse i opieka zdrowotna, a także w innych regionach jak Europa.”

Tabela 2 – Wyniki cen akcji spółek w koszyku European Defence 7

Akcje Kapitalizacja rynkowa

(w mld euro)

YTD 1 year 3 years 5 years
Rheinmetall 49 82% 161% 655% 1,316%
Thales 46 74% 68% 108% 146%
Leonardo 28 66% 115% 476% 412%
Dassault Aviation 21 42% 50% 112% 195%
BAE 56 36% 26% 127% 163%
Rolls-Royce 80 34% 110% 772% 290%
Safran 107 21% 32% 163% 121%

Źródło: Refinitiv na dzień 5 marca 2025 r.

Należy pamiętać, że przeszłe wyniki nie są wiarygodnym wskaźnikiem przyszłych rezultatów.

Branża motoryzacyjna pozytywnie o planie KE, ale apeluje o równowagę technologiczną

5 marca 2025 roku na stronie Komisji Europejskiej pojawił się dokument dotyczący planowanych działań na rzecz wsparcia branży motoryzacyjnej w Europie. Głównymi celami jakie przyświecają przedstawionemu planowi są te skupione na rozwoju europejskiej branży motoryzacyjnej, wsparciu dekarbonizacji oraz uniezależnieniu lokalnego przemysłu. Pojawienie się planu w opinii branży jest pozytywnym działaniem, wymagającym jednak dodatkowych konsultacji i wsparcia merytorycznego.

ZDS zwraca uwagę na kluczowe aspekty planu KE, które będą miały wpływ na funkcjonowanie rynku motoryzacyjnego, w tym branży dealerskiej w Polsce. Szczególne wątpliwości budzi jednak brak szerszego ujęcia neutralności technologicznej w podejściu do zeroemisyjności. Ogranicza to możliwości rozwoju alternatywnych rozwiązań napędowych poza elektromobilnością. Związek zaznacza, że przyszłość branży powinna opierać się na szerokim dostępie do technologii, czyli również do np. rozwiązań wodorowych czy pożądanych przez branżę e-paliw, które umożliwią płynniejsze dostosowanie warunków rynkowych.

„Optymizmem napawa to, że Komisja Europejska reaguje na głos rynku, jednak nie jest to jeszcze propozycja zupełnie nas zadowalająca. Kluczowe będzie zapewnienie równowagi pomiędzy ekologią a realnymi możliwościami branży oraz zagwarantowanie neutralnego podejścia do technologii napędowych. Wyzwaniem z pewnością też będzie samo wdrożenie planu. Są też jednak pozytywne propozycje jak np. przewidziany „trzyletni cykl” rozliczeń emisyjności, który był przedmiotem działań lobbingowych Związku Dealerów Samochodów.” – komentuje Paweł Tuzinek, prezes ZDS.

W planie pojawia się propozycja zwiększenia elastyczności rozliczania z celów emisyjności. Związek Dealerów Samochodów zabiegał wprawdzie o rewizję limitów w ogóle, ponieważ te które weszły w życie z początkiem tego roku były ustalone kilka lat temu – wówczas z większym optymizmem zakładano tranzycję na napędy elektryczne. Dziś jest wiadomym, że te plany były zbyt ambitne, a wprowadzone limity będą problemem dla producentów i dealerów. Komisja Europejska nie dokona rewizji, ale zaproponowała, że producenci mogliby skorzystać z wyliczenia w skali trzech lat, dla pojazdów osobowych i dostawczych na lata 2025-2027. Umożliwiłoby to producentom samochodów lepsze dostosowanie się do celów redukcji emisji. Zgodnie z tą propozycją, spełnienie celów emisji CO2 będzie oceniane na podstawie połączonych wyników z lat 2025, 2026 i 2027. Pozwoli to producentom kompensować nadwyżki emisji w 2025 roku, redukcją emisyjności w latach następnych.

Plan KE będący m.in. odpowiedzią na wyzwania jakie stawia pojawienie się na rynku pojazdów chińskich, celuje w przygotowanie narzędzi ochronnych dla branży. Mają one umożliwić europejskiej motoryzacji skuteczną konkurencję na arenie międzynarodowej. W ramach wsparcia sektora lokalnego mają zostać przygotowane regulacji eliminujące możliwość wprowadzania dumpingowych cen przez zewnętrznych producentów. Zapowiadane są również negocjacje z zewnętrznymi państwami partnerskimi, mające na celu zapewnienie dostępu do surowców oraz zewnętrznych rynków. Przedstawione zostały również możliwości wsparcia rynku zatrudnienia w branży motoryzacyjnej, co także jest przedmiotem starań ZDS.

Związek Dealerów Samochodów zapowiada otwartość na udział w konsultacjach dotyczących wdrażania planu na poziomie krajowym oraz współpracę z organizacjami branżowymi i władzami w celu wypracowania najlepszych rozwiązań dla rynku motoryzacyjnego w Polsce.

Nagły spadek Bitcoina – co stoi za 5-procentowym osłabieniem?

Bitcoin zanotował znaczący spadek wartości, osiągając dziś rano poziom 81 513 USD, co oznacza ponad 5-procentowy spadek w ciągu zaledwie 24 godzin. Jeszcze kilka dni wcześniej, przed kluczowym szczytem w Białym Domu, kurs kryptowaluty przekraczał 90 000 USD, a na początku roku osiągnął historyczny rekord na poziomie 109 000 USD. Obecna sytuacja na rynku pokazuje, jak dynamicznie mogą zmieniać się nastroje inwestorów w reakcji na decyzje polityczne.

Za główną przyczynę spadków uważa się rozczarowanie rynków decyzją administracji prezydenta Donalda Trumpa. Choć ogłoszono utworzenie strategicznej rezerwy Bitcoinów, inwestorzy oczekiwali aktywnego skupu kryptowaluty przez rząd, co mogłoby zwiększyć popyt. Tymczasem fundusz ma być finansowany ze środków przejętych w wyniku postępowań karnych i cywilnych, co nie wpływa bezpośrednio na wzrost wartości Bitcoina. Analitycy krytykują ten krok jako niewystarczający do pobudzenia rynku. Dodatkowo negatywne nastroje pogłębiają napięcia handlowe między USA a Chinami. Niepewność geopolityczna oraz wojny celne sprawiają, że inwestorzy unikają ryzykownych aktywów, takich jak kryptowaluty, co dodatkowo osłabia pozycję Bitcoina.

Mimo obecnych trudności można zauważyć potencjalne długoterminowe korzyści płynące z decyzji amerykańskiego rządu. Utworzenie oficjalnej rezerwy Bitcoinów może z czasem zwiększyć akceptację kryptowalut przez instytucje finansowe. Jeśli rząd USA uzna Bitcoin za aktywo rezerwowe, może to skłonić korporacje i fundusze inwestycyjne do traktowania go jako elementu dywersyfikacji portfela. Rezerwa ta może również pełnić funkcję zabezpieczenia przed inflacją dolara, zwłaszcza w kontekście polityki luzowania monetarnego prowadzonej przez banki centralne na całym świecie. Odpowiednio zarządzany fundusz może zapewnić stabilność inwestorom poszukującym alternatywnych sposobów ochrony kapitału. Istotne jest także znaczenie przejrzystych regulacji, które mogą powstać w wyniku współpracy rządu z sektorem kryptowalutowym. Jasne zasady działania są kluczowe dla dalszego rozwoju rynku oraz wzrostu zaufania inwestorów instytucjonalnych i detalicznych.

Podsumowując, choć Bitcoin zmaga się obecnie ze spadkami spowodowanymi decyzjami administracji USA i globalnymi napięciami gospodarczymi, w dłuższej perspektywie utworzenie rządowego funduszu kryptowalutowego może przyczynić się do stabilizacji rynku i wzmocnienia pozycji kryptowalut w globalnym systemie finansowym.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Sukcesja z korzyścią podatkową. Fundacje rodzinne zmieniają polski rynek inwestycyjny

Po półtora roku od wprowadzenia ustawy o fundacjach rodzinnych zarejestrowano ich przeszło tysiąc. Duże zainteresowanie jest odpowiedzią na coraz częściej występujący w polskich firmach – nierzadko zakładanych w okresie transformacji systemowej – problem planowania sukcesji.

Fundacja rodzinna to nowoczesne narzędzie prawne, które zyskuje rosnącą popularność wśród osób chcących zarządzać swoim majątkiem i zabezpieczyć interesy swoich bliskich w długim okresie. Oprócz wielu aspektów związanych z organizowaniem sukcesji majątkowej czy ochroną aktywów, fundacje rodzinne oferują również szereg korzyści podatkowych, które mogą stanowić istotną zachętę do ich tworzenia.

Sukcesja pod kontrolą

Głównym celem fundacji rodzinnej jest przekazanie majątku spadkobiercom w sposób uporządkowany i zgodny z wolą założyciela – fundatora. Dzięki fundacji, fundator może skutecznie zaplanować sukcesję, eliminując część ryzyk związanych z procesem dziedziczenia. Umożliwia to przekazanie majątku w sposób bardziej elastyczny niż tradycyjne dziedziczenie, przy zachowaniu kontroli nad majątkiem przez fundatora nawet po jego śmierci.

Fundacja rodzinna coraz częściej staje się też narzędziem do zarządzania majątkiem, a jedną z jej głównych zalet są korzyści podatkowe związane między innymi z inwestowaniem w papiery wartościowe. Kluczową korzyścią podatkową jest odroczenie podatku do momentu wypłaty środków z fundacji, co niewątpliwie ułatwia akumulację majątku.

Oszczędności na podatku

W przypadku standardowych inwestorów indywidualnych, każda transakcja związana z zyskami kapitałowymi, taka jak sprzedaż akcji, obligacji, wypłaty dywidend i odsetek czy innych instrumentów finansowych, podlega opodatkowaniu na poziomie 19 proc. Fundacja rodzinna, jako odrębna osobowość prawna, jest obciążona podatkiem wynoszącym 15 proc., pobieranym dopiero w momencie wypłaty środków z fundacji rodzinnej. Taka sama stawka podatku ma zastosowanie przy wypłacie dochodów z tytułu najmu lokali mieszkalnych czy użytkowych zgromadzonych w fundacji rodzinnej.

Ile faktycznie można zarobić?

Aby lepiej zobrazować korzyści podatkowe wynikające z inwestycji w papiery wartościowe za pośrednictwem fundacji rodzinnej, warto uwzględnić kalkulację opartą na procencie składanym. Przykład taki pokazuje, jak korzystanie z fundacji w kontekście odroczenie podatku od zysków kapitałowych (tzw. „podatku Belki”) może wpłynąć na długoterminowy wzrost wartości majątku.

Założenia do kalkulacji:

  • Kwota pierwotnie wniesiona: 5 000 000 zł
  • Roczna stopa zwrotu z inwestycji: 8 proc.
  • Okres inwestycji: 20 lat
  • Podatek od zysków kapitałowych (w przypadku osób fizycznych: 19 proc. stawka tzw. podatku Belki, w przypadku fundacji rodzinnych: 15 proc.)
  • Odroczenie podatku od zysków kapitałowych do momentu wypłaty środków (w przypadku fundacji rodzinnej)
  • Przy wyliczeniach pominięte zostały koszty założenia i prowadzenia fundacji rodzinnej. Z uwagi na efekt nowości i duże zainteresowanie, stawki na rynku są płynne i wahają się nie tylko ze względu na złożoność konstrukcji fundacji rodzinnej, ale również ze względu na lokalizacje obsługi prawnej czy księgowej.

Scenariusz 1.

Załóżmy, że inwestor indywidualny nie korzysta z fundacji, inwestuję środki w ramach majątku prywatnego i płaci podatek od każdego zysku co roku (np. z dywidend, odsetek lub po sprzedaży aktywów finansowych). W takim przypadku roczny wzrost wartości inwestycji po opodatkowaniu wynosi 6,48 proc. Zatem wartość majątku po 20 latach wyniesie 17 552 171 złotych

Scenariusz 2.

Fundacja rodzinna odracza podatek od zysków kapitałowych (tzw. podatek Belki) i może reinwestować pełny zysk. Natomiast po 20 latach następuje zamknięcie fundacji, wypłata całości zgromadzonych środków oraz zapłata należnego podatku od zysków kapitałowych od całości zysku skumulowanego w okresie życia fundacji.

W tym przypadku stopa zwrotu pozostaje na poziomie 8 proc. rocznie. Zatem roczny wzrost wartości inwestycji to 8 proc. Przy założeniu oprocentowania składanego, wartość inwestycji po 20 latach wyniesie: 23 304 785 złotych, przy 15 proc. stawce podatku, podatek wyniesie 2 745 718 złotych, a wartość majątku netto 20 559 067 złotych.

Scenariusz 3.

Fundacja rodzinna odracza podatek od zysków kapitałowych (tzw. podatek Belki) i może reinwestować pełny zysk. W tym przypadku stopa zwrotu pozostaje na poziomie 8 proc. rocznie. Przy założeniu oprocentowania składanego, wartość inwestycji po 20 latach wyniesie 23 304 785 złotych.

Przy drugim scenariuszu i całkowitym rozwiązaniu fundacji rodzinnej wraz z wypłatą środków i płatności podatku od zysków kapitałowych korzyści podatkowe wynoszą 3 006 896 złotych (60 proc. pierwotnie zainwestowanej kwoty) względem tradycyjnej formy inwestowania w majątku prywatnym (scenariusz pierwszy).

Przy trzecim scenariuszu korzyści podatkowe są najwyższe i wynoszą 5 752 614 złotych (115 proc. pierwotnie zainwestowanej kwoty). Natomiast wiążą się ze stworzeniem tzw. kapitału żelaznego, który nie zostaje uszczuplony poprzez wypłaty środków z fundacji rodzinnej.

Obydwa przytoczone scenariusze przedstawiające kalkulacje dotyczące inwestowania poprzez fundacje rodzinną są skrajne. Rzeczywistość zapewne jest gdzieś pośrodku, nie zmienia to jednak faktu, że ustawodawca zaprojektował rozwiązanie, które daje duże zachęty dla najzamożniejszej części społeczeństwa do zabezpieczenia i pomnażania zgromadzonego majątku.

Scenariusz trzeci początkowo wydaje się dość skrajnym, który pozornie może wiązać się z ogromnym odroczeniem gratyfikacji. Pozornie, ponieważ patrząc na zachodnie trendy, coraz częściej można spotkać się z sytuacją, w której to najbogatsi nie posiadają aktywów rzeczowych tj, nieruchomości, luksusowych samochodów itd. bezpośrednio w majątku prywatnym, a jedynie pośrednio, np. poprzez kontrolę w trustach czy spółkach.

Zmiany prawne pod znakiem zapytania

Czy fundacja rodzinna będzie w Polsce odpowiednikiem dla takiego lokowania kapitału – to pokaże czas i podejście polskiego ustawodawcy do proponowanych zmian prawnych, które przede wszystkim mają na celu zmniejszyć możliwą skalę nadużyć optymalizacji podatkowych. Dzisiaj to właśnie planowane zmiany w ustawie o fundacjach rodzinnych można uznać za największe ryzyko. Pierwotnie ustawa zakładała przegląd przepisów dotyczących fundacji rodzinnych po 3 latach od wejścia w życie. Rzeczywistość pokazała, że mimo zapisów prawnych, po półtora roku funkcjonowania fundacji rodzinnych w Polsce chęć ustawodawcy do zmian jest wartością nadrzędną, a zaufanie do stabilności przepisów wśród najbogatszych Polaków – zostało naruszone.

Autor: Jan Karczewski, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych, Michael / Ström Dom Maklerski

Jak skutecznie przeprowadzić migrację sklepu internetowego i uniknąć problemów?

Migracja sklepu internetowego to proces, który może przynieść wiele korzyści, ale jednocześnie wiąże się z ryzykiem utraty danych, spadku widoczności w wyszukiwarkach czy problemów technicznych. Niezależnie od powodów zmiany platformy e-commerce, kluczowe jest staranne przygotowanie i wdrożenie działań, które zagwarantują płynne przejście bez negatywnego wpływu na biznes. W artykule przedstawione zostaną najważniejsze aspekty migracji oraz sposoby na zminimalizowanie ryzyka związanego z tym procesem.

Migracja sklepu internetowego – na co zwrócić uwagę przed rozpoczęciem procesu?

Migracja sklepu internetowego powinna rozpocząć się od dogłębnej analizy obecnej platformy oraz określenia celów, jakie mają zostać osiągnięte poprzez zmianę systemu. Warto dokładnie przeanalizować, jakie funkcjonalności są niezbędne, jakie procesy można usprawnić oraz jakie wyzwania mogą pojawić się podczas przenoszenia sklepu na nową platformę. Istotnym elementem przygotowań jest sporządzenie kopii zapasowej wszystkich danych, w tym informacji o produktach, zamówieniach, klientach oraz konfiguracjach systemowych.

Równie ważne jest zwrócenie uwagi na optymalizację SEO. Podczas migracji sklepu internetowego istnieje ryzyko, że dotychczasowe pozycje w wyszukiwarkach zostaną utracone, dlatego konieczne jest zachowanie struktury URL, przekierowanie kluczowych podstron oraz monitorowanie indeksacji nowej wersji sklepu. Brak odpowiedniego przygotowania w tym zakresie może skutkować znacznym spadkiem ruchu organicznego, co bezpośrednio przełoży się na wyniki sprzedażowe.

Nie można zapomnieć także o testach przed uruchomieniem nowej platformy. Warto przeprowadzić szczegółową weryfikację działania sklepu pod kątem wydajności, poprawności wyświetlania się treści oraz funkcjonalności systemu płatności i dostaw. Każda, nawet najmniejsza usterka techniczna, może wpłynąć na doświadczenie użytkowników i przyczynić się do utraty klientów.

Najczęstsze błędy podczas migracji sklepu internetowego i jak ich uniknąć

Migracja sklepu internetowego może napotkać na wiele trudności, które wynikają z niedostatecznego przygotowania lub niewłaściwego zarządzania procesem. Jednym z najczęstszych błędów jest brak strategii migracji, co prowadzi do chaotycznego wdrażania zmian i niepotrzebnych opóźnień. Dlatego kluczowe jest stworzenie harmonogramu działań, w którym uwzględnione zostaną wszystkie etapy, od analizy obecnego systemu, przez testy, aż po finalne wdrożenie.

Innym poważnym problemem jest zaniedbanie kwestii SEO. Często zdarza się, że po migracji sklep internetowy traci swoje dotychczasowe pozycje w wyszukiwarkach, co negatywnie wpływa na jego widoczność i ruch na stronie. Aby tego uniknąć, należy zadbać o właściwe przekierowania 301, optymalizację metadanych oraz regularne monitorowanie indeksacji w Google Search Console.

Nie można również zapominać o odpowiedniej komunikacji z klientami. Jeśli migracja sklepu internetowego wiąże się z chwilową niedostępnością strony, użytkownicy powinni zostać o tym poinformowani, aby uniknąć frustracji i negatywnych opinii. Warto także zapewnić wsparcie techniczne po wdrożeniu nowej platformy, aby w razie problemów klienci mieli możliwość szybkiego kontaktu z obsługą.

Dlaczego warto dobrze zaplanować każdy etap migracji sklepu internetowego?

Migracja sklepu internetowego to proces, który wymaga precyzji, odpowiedniego zaplanowania oraz stałego monitorowania efektów wdrożenia. Dobrze przeprowadzona migracja pozwala nie tylko na poprawę funkcjonalności sklepu, ale także na zwiększenie efektywności sprzedaży i lepszą obsługę klientów. Uniknięcie błędów, takich jak utrata danych, problemy techniczne czy spadek pozycji w wyszukiwarkach, możliwe jest tylko przy odpowiednim przygotowaniu i ścisłej kontroli każdego etapu zmiany platformy.

Dzięki starannie przeprowadzonej migracji sklep internetowy może zyskać na wydajności, lepszej organizacji procesów oraz atrakcyjniejszej prezentacji oferty, co w dłuższej perspektywie przekłada się na wzrost konwersji i satysfakcję klientów.

System CMMS+EAM – nowoczesne rozwiązanie dla działów utrzymania ruchu

W ostatnich latach cyfryzacja działów utrzymania ruchu w zakładach produkcyjnych rozwija się bardzo dynamicznie. Wdrożenie systemów CMMS (Computerized Maintenance Management System) oraz EAM (Enterprise Asset Management) umożliwia kompleksowe zarządzanie nie tylko parkiem maszyn, ale także całym majątkiem firmy – od budynków, przez infrastrukturę IT, flotę pojazdów, wyposażenie biurowe, aż po instalacje sieciowe. Dzięki temu przedsiębiorstwa mogą optymalizować koszty, zwiększać efektywność działań serwisowych oraz wydłużać żywotność posiadanych zasobów.

Gromadzenie danych i automatyzacja procesów

Nowoczesne rozwiązanie systemowe zbiera dane z monitoringu pracy urządzeń, rejestrując zarówno awarie, jak i planowane prace konserwacyjne. System umożliwia zarządzanie zgłoszeniami, kontrolowanie historii serwisowej oraz automatyczne przypisywanie zadań pracownikom, co przekłada się na szybszą reakcję w sytuacjach awaryjnych. Moduł prac prewencyjnych pozwala na dokładne planowanie okresowych przeglądów, zmniejszając ryzyko nieoczekiwanych usterek i minimalizując przestoje produkcyjne. Wprowadzenie automatycznych alertów i harmonogramów utrzymania ruchu stanowi kluczowy element, który usprawnia codzienne operacje w zakładzie.

Kluczowe funkcjonalności systemu

Rozwiązanie oferuje szeroki wachlarz modułów, m.in.:
Zarządzanie zasobami – umożliwia kompleksowy nadzór nad parkiem maszyn oraz innymi składnikami majątku przedsiębiorstwa.
Planowanie i harmonogramowanie – system automatycznie generuje harmonogramy konserwacji, przypisuje zadania oraz ustala priorytety, co podnosi efektywność operacyjną.
Zarządzanie magazynem – kontrola stanów części zamiennych i materiałów eksploatacyjnych ułatwia zarządzanie zapasami oraz generowanie zamówień w przypadku niedoborów.
Raportowanie i analiza – dostęp do danych historycznych oraz wskaźników KPI umożliwia podejmowanie decyzji opartych na rzetelnej analizie kosztów i efektywności działań serwisowych.

Mobilność oraz integracja z innymi systemami

System został zaprojektowany z myślą o mobilności, co jest niezwykle ważne w dobie nowoczesnych technologii. Dzięki dedykowanym aplikacjom na smartfony i tablety pracownicy mają stały dostęp do bieżących danych dotyczących stanu urządzeń, dokumentacji serwisowej oraz harmonogramów przeglądów. Integracja z systemami ERP, SCADA czy MES umożliwia automatyczną wymianę informacji między różnymi działami firmy, co znacząco usprawnia analizę stanu technicznego maszyn oraz optymalizację procesów utrzymania ruchu.

Wdrożenie systemu oraz szkolenia pracowników

Skuteczne wdrożenie systemu wymaga odpowiedniej migracji dokumentacji papierowej oraz kompleksowego przeszkolenia personelu. Dzięki elastyczności i możliwości dostosowania do specyfiki firmy, rozwiązanie umożliwia pełne wykorzystanie potencjału narzędzia. Integracja z innymi narzędziami IT gwarantuje spójność zarządzania danymi w całej organizacji, co pozwala na sprawną realizację działań prewencyjnych i predykcyjnych (Predictive Maintenance – PdM). Wdrożenie systemu to inwestycja, która umożliwia redukcję kosztów operacyjnych, skrócenie czasu reakcji na awarie i optymalizację wykorzystania zasobów ludzkich.

Znaczenie innowacyjnych rozwiązań w produkcji

System CMMS+EAM staje się nieodzownym narzędziem w nowoczesnych zakładach produkcyjnych, gdzie kluczowe są szybka reakcja na awarie, minimalizacja przestojów oraz efektywne wykorzystanie zasobów ludzkich. Automatyzacja procesów, prewencyjne planowanie i zaawansowana analiza danych przyczyniają się do podniesienia jakości produkcji i bezpieczeństwa operacyjnego. Elastyczność, skalowalność i możliwość indywidualnej konfiguracji systemu sprawiają, że jest on inwestycją w przyszłość, pozwalającą firmom utrzymać konkurencyjność w dynamicznie zmieniającym się środowisku produkcyjnym.

Koniec umocnienia złotego? Możliwe obniżki stóp i ryzyka polityczne

Złoty może stopniowo tracić na wartości na przestrzeni kolejnych miesięcy. Utrzymanie wysokich stóp procentowych stanie się coraz trudniejsze dla RPP do uzasadnienia. Z kolei zbliżające się wybory prezydenckie mogą przynieść nowe niepewności zaś wydarzenia z areny geopolitycznej będą podsycać negatywne nastroje.

Złoty był ostatnio jedną z najmocniejszych walut Europy Środkowo-Wschodniej. Wynika to jednak z wysokiej wrażliwości na zmiany kursu euro (tzw. high beta w ujęciu do EUR). Wspólna waluta zyskała głównie ze względu na osłabienie dolara amerykańskiego, wywołane przez chaotyczną politykę administracji Trumpa. Dodatkowo nowe doniesienia o planowanych dużych wydatkach na obronność Niemiec w pewien sposób też mogły przyczynić się do lepszego jej postrzegania przez inwestorów. Te efekty pomogły także umocnić się złotemu.

W II połowie roku siła złotego może nie być już uzasadniona. Po pierwsze NBP stopniowo zacznie prawdopodobnie obniżać stopy procentowe i rynek już wcześniej zacznie to wyceniać. Inflacja prawdopodobnie do tego czasu znacznie spowolni. W rezultacie presja na szybsze redukcje wzrośnie. NBP po jednokrotnym dostosowaniu poziomu kosztu pieniądza przed wyborami parlamentarnymi, od tamtej pory bank utrzymuje je na wciąż restrykcyjnym poziomie, w przeciwieństwie do sytuacji w krajach tego samego regionu i do ogólnoświatowej tendencji luzowania warunków monetarnych. Ostatnie komentarze Adama Glapińskiego wskazują jednak, że dyskusje o obniżkach rozpoczną się w marcu tego roku. Najbliższa decyzja już w nadchodzącym tygodniu.

Czynnikiem lokalnym, mogącym wpływać na zmienność złotego mogą być wybory prezydenckie, które zaplanowane są na maj. Jeśli realne szanse na wygraną kandydata PIS urosną, wówczas złoty może znaleźć się pod presją. Do tej pory Andrzej Duda skutecznie blokował większość ustaw rządu, a koalicja nie miała wystarczającej większości, aby odrzucić jego weto.

Od ostatnich wyborów parlamentarnych ostrzeżenia o trudnej sytuacji koalicji się sprawdzają – KO nie była w stanie wdrożyć istotnych reform, ponieważ obecni partnerzy koalicyjni połączyli siły jedynie w celu pokonania PiS, a nie na bazie wspólnej ideologii. Wciąż to PiS pozostaje największą partią polityczną w Polsce.

Pomimo tych wyzwań, długoterminowe perspektywy wzrostu gospodarczego w Polsce pozostają silne w regionie. Rząd cały czas oczekuje, że uzyska około 10 proc. z nowego unijnego funduszu pożyczkowego w wysokości 150 mld EUR na inwestycje w sektor obronny. Ten proces będzie dynamiczny a przyszłość tych środków będzie podyktowana dalszymi decyzjami UE. Przypomnijmy, że środku unijne w znacznym stopniu kreowały wzrost gospodarczy w naszym kraju na przestrzeni ostatnich lat. W aktualnym budżecie ten komponent jest znacznie mniejszy.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

Otwarta sztuczna inteligencja – wyzwania i szanse w rozwoju modeli open source

Rozwój sztucznej inteligencji zmienia sposób, w jaki firmy i społeczeństwa korzystają z innowacyjnych rozwiązań, ale rodzi też pytania o to, kto i na jakich zasadach nadzoruje jej postęp. O przyszłości tej technologii zadecydują nie tylko algorytmy, ale także dążenie do demokratyzacji dostępu i tworzenia bardziej inkluzywnych, otwartych innowacji. Tempo zmian jest błyskawiczne, ale jedno pozostaje niezmienne – otwarte podejście do AI to klucz do jej odpowiedzialnego i zrównoważonego rozwoju.

Inkluzywność, dostępność i współpraca społeczności programistów od dekad umożliwiają tworzenie otwartego oraz bezpiecznego oprogramowania, które stanowi motor napędowy dla innowacyjności i fundament globalnej infrastruktury IT. W Red Hat uważamy, że wykorzystanie tych samych zasad w rozwoju AI może uczynić ją bardziej odpowiedzialną i mniej podatną na uprzedzenia (z ang. bias). Choć sztucznej inteligencji nie należy traktować tak samo jak oprogramowanie open source, istnieje wiele analogii między strukturą dużych modeli językowych a otwartym oprogramowaniem. Mimo że są to osobne dziedziny, wspólnym mianownikiem jest z pewnością otwarte podejście i możliwości współtworzenia przez społeczność open source.

Dostrajanie sztucznej inteligencji

W przeciwieństwie do tradycyjnych aplikacji IT, które budowane są na podstawie kodu źródłowego, modele AI bazują na tzw. wagach, czyli zestawach liczb decydujących o tym, jak system analizuje dane i generuje odpowiedzi. Wagi powstają w wyniku długiego procesu trenowania modelu na ogromnych zbiorach informacji. Niekiedy dane treningowe przyrównywane są do kodu źródłowego modelu AI, jednak stanowi to pewnego rodzaju uproszczenie.

W świecie open source kod źródłowy jest podstawowym środkiem do poznania oprogramowania i wprowadzania w nim zmian. W przypadku sztucznej inteligencji same dane treningowe nie wystarczą, aby zrozumieć w jaki sposób działa konkretny algorytm. Proces ich przetwarzania i trenowania jest tak złożony, że pojedyncza próbka danych ma tylko pośredni wpływ na efekt końcowy, co utrudnia pełną kontrolę nad modelem. Większość ulepszeń modeli AI nie wymaga zresztą dostępu do oryginalnych danych treningowych. Zamiast tego zmiany dokonywane są na podstawie modyfikacji wag modelu lub w procesie „dostrajania” (fine-tuning), który pozwala na precyzyjne dopasowanie AI do konkretnych zastosowań.

Warto zauważyć, że etap dostosowywania modeli AI do wymagań biznesowych może być kosztowny, ale nie musi. Zastosowanie technologii vLLM pozwala optymalizować wykorzystanie zasobów obliczeniowych, efektywniej zarządzać pamięcią i przetwarzać większą liczbę zapytań jednocześnie. Dzięki temu proces dostrajania modeli jest szybszy i tańszy, a firmy mogą skuteczniej wdrażać i skalować AI, nawet przy ograniczonych zasobach infrastrukturalnych.

AI otwarte, czyli jakie?

Aby można było mówić o otwartej sztucznej inteligencji, modele AI muszą spełniać dwa podstawowe warunki. Po pierwsze, ich wagi powinny być dostępne w ramach licencji open source, zapewniającej te same prawa i zasady działania, jakie obowiązują w przypadku klasycznego oprogramowania open source. Po drugie, zaimplementowane w kodzie mechanizmy ich działania muszą bazować na otwartych technologiach. Istotnym elementem jest również dążenie do zwiększania przejrzystości procesu trenowania i dostrajania sztucznej inteligencji, a także zacieśnianie współpracy społeczności IT z instytucjami regulującymi prawo oraz przedsiębiorcami.

Jednym z wyzwań dotyczących rozwijania systemów AI jest to, że w ich ulepszaniu często bierze udział tylko wąska grupa specjalistów zajmujących się danymi. Tymczasem eksperci z różnych branż – od medycyny po prawo – mogą wnosić cenną wiedzę do procesów trenowania modeli. Dlatego tak ważne jest, aby sztuczna inteligencja była dostępna i otwarta dla jak najszerszego grona społeczności, instytucji i firm, a nie tylko wąskiego grona podmiotów technologicznych.

Przykładem takiego podejścia jest stworzony przez Red Hat i IBM projekt InstructLab. To narzędzie pozwalające osobom spoza świata data science na aktywne współtworzenie modeli AI poprzez dostarczanie swojej specjalistycznej wiedzy. Dzięki temu przedstawiciele różnych branż i biznesu mogą wpływać na rozwój sztucznej inteligencji, sprawiając, że lepiej odpowiada ona na konkretne wyzwania gospodarcze i naukowe. Ułatwia to transparentny i inkluzywny rozwój AI, a także sprzyja tworzeniu mniejszych, bardziej wyspecjalizowanych modeli do konkretnych zastosowań biznesowych.

Infrastruktura i optymalizacja

Rozwój sztucznej inteligencji open source nie kończy się na samych modelach – równie istotna jest infrastruktura, na której działa AI. Dla tworzenia sztucznej inteligencji w duchu open source kluczowe jest dostarczanie elastycznych narzędzi umożliwiających budowanie, wdrażanie i zarządzanie modelami w różnych środowiskach. Otwarte technologie, takie jak Kubernetes czy KubeFlow, odgrywają tu istotną rolę, zapewniając skalowalność oraz integrację różnych systemów IT. Ważne jest także wykorzystanie chmury hybrydowej, która pozwala na elastyczność w doborze odpowiednich zasobów do konkretnych zastosowań AI. Możliwość optymalizacji wydajności i kosztów sprawia, że firmy mogą lepiej dostosowywać modele do swoich potrzeb, niezależnie od miejsca ich wdrożenia.

Autor: Wojciech Furmankiewicz, dyrektor Red Hat ds. technologii i rozwiązań w regionie Europy Środkowo-Wschodniej

Europejski rynek akcji rośnie w siłę – co napędza hossę?

Europejski rynek akcji odnotowuje silny wzrost, mimo że ostatnie rozmowy handlowe dotyczące taryf doprowadziły do spadków na niektórych rynkach globalnych. W miarę, jak rośnie niepewność polityczna, najbardziej spekulacyjne segmenty rynku (drogie aktywa napędzane momentum), zwykle, jako pierwsze podlegają korekcie, co podkreśla znaczenie dywersyfikacji geograficznej wykraczającej poza Stany Zjednoczone. Biorąc pod uwagę wciąż atrakcyjne wyceny oraz zmieniające się warunki makroekonomiczne, europejskie akcje stanowią mocny argument za dywersyfikacją portfela.

Co napędza wzrost?

Wzrost zysków spółek europejskich odegrał kluczową rolę w utrzymaniu rozpędu na rynku. Wyniki za czwarty kwartał przekroczyły oczekiwania analityków, po okresie stagnacji wyraźnie widać wzrost zysków na akcjach. Liderami tego wzrostu były przede wszystkim banki, takie jak Santander, Intesa czy BBVA. Sektor technologiczny (ASML, Infineon) również radził sobie dobrze, choć luksusowy gigant LVMH oraz lider farmaceutyczny Sanofi wykazały się gorszymi wynikami.

Wyniki ostatnich wyborów w Niemczech stanowiły kolejny czynnik wspierający tendencje obserwowane na europejskich parkietach. Utworzenie centrowej koalicji pomogło uniknąć ekstremalnej oszczędności fiskalnej, torując drogę bardziej rynkowym politykom. Dodatkowo przyszły kanclerz Friedrich Merz zaproponował powstanie funduszu o wartości 500 miliardów euro na wzmocnienie infrastruktury i obronności kraju, co spowodowało gwałtowny wzrost indeksu DAX40 (+3,54 proc.) już w dniu ogłoszenia.

Jak to wygląda na tle wcześniejszych hoss?

Mimo ustanowienia nowych szczytów, obecna hossa wydaje się być bardziej wyważona niż w przypadku wcześniejszych szczytów. Obecnie 74 proc. akcji w indeksie plasuje się powyżej swojej 200-dniowej średniej kroczącej, co jest znacznie poniżej 96 proc., które występowało przy wcześniejszych szczytach. A to z kolei sugeruje, że rajd, choć pozytywny, nie jest ekstremalny.

Najnowszy wzrost na rynku akcji ma miejsce równocześnie z stagnacją marż zysku, co przypomina wzorce obserwowane po raz ostatni w 2015 roku. Jeśli przedsiębiorstwa nie zwiększą marż w 2025 roku, hossa może utracić impet.

Ryzyka, na które należy zwrócić uwagę

Niektóre sektory pozostają szczególnie narażone na ryzyko zewnętrzne. Producenci samochodów i firmy zajmujące się dobrami luksusowymi stawiają czoła największym zagrożeniom ze strony taryf celnych nałożonych przez USA, podczas gdy branże takie jak górnictwo i producenci napojów mogą napotkać trudności, jeśli relacje handlowe ulegną pogorszeniu.

Choć europejskie akcje już odnotowały silne wzrosty, aby utrzymać ten trend, konieczne będzie kontynuowanie wzrostu zysków, stabilność marż oraz sprzyjające makroekonomiczne warunki.

Lale Akoner, główna analityk eToro

Kurs euro zyskuje po decyzji EBC – rynek reaguje na „jastrzębią” obniżkę stóp

EBC nie zaskoczył rynków. Oczekiwana obniżka o 25 punktów bazowych zmaterializowała się. Euro mimo wszystko zdołało zyskać co wpisuje się w ostatnią tendencję aprecjacyjną. Otrzymaliśmy „jastrzębią” redukcję kosztu pieniądza. Oficjalny komunikat uległ lekkiej zmianie co spowodowało, że euro nie straciło na wartości a nawet potrafiło zyskać po decyzji banku. Został wyłączony tzw. autopilot i to w dużej mierze przyczyniło się do takiej a nie innej reakcji rynku.

Przed posiedzeniem Rady Prezesów EBC na rynku dominowały spekulacje czy bank ponownie określi swoją politykę monetarną jako restrykcyjną. Ten temat był szeroko dyskutowany wewnątrz instytucji. Ostatecznie w oficjalnym komunikacie przyjęto sformułowanie o znacznie mniejszym stopniu restrykcyjności, co zinterpretowano, że przestrzeń do dalszego luzowania jest ograniczona. Dwie kolejne redukcje są oczekiwanie z prawdopodobieństwem ponad 60 proc. (kwiecień oraz czerwiec), natomiast kolejne są bardzo mało prawdopodobne.

Potwierdzenie tego zostało również przekazane przez Christine Lagarde, która nie powtórzyła wcześniejszej deklaracji o dalszym luzowaniu. Zaznaczyła natomiast panujący wysoki poziom niepewności w kontekście polityki handlowej, która zaważyła na obniżeniu prognoz gospodarczych dla strefy euro na lata 2025 oraz 2026 .Nie jest też wykluczone, że niebawem zobaczymy pauzę.

Jeśli zmaterializowały by się ten scenariusz, wówczas w połowie roku stopa depozytowa wyniosłaby 2 proc. EBC obawia się, że gwałtowny wzrost ceł USA na towary UE mogą doprowadzić do załamania eksportu do Stanów Zjednoczonych. Warto zauważyć, że taki scenariusz szybko osłabił by aktywność gospodarczą na Starym Kontynencie . Natomiast planowane dodatkowe wydatki rządowe (głównie na obronność) zwiększyłoby ryzyko inflacji dopiero w dłuższym okresie. EBC zdominowany przez „gołębich” przedstawicieli, prawdopodobnie skupi się przede wszystkim na rosnących ryzykach gospodarczych, zwłaszcza, że inflacja bazowa w ostatnim czasie lekko się obniżyła.

Ostrożne podejście EBC do dalszych obniżek wynika również z faktu, że kraje strefy euro planują masowy wzrost wydatków wojskowych w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Niemcy planują przeznaczyć na obronność dodatkowe środki, mniej więcej 2,5 PKB rocznie przez kolejne 10 lat.

Łukasz Zembik, Oanda TMS Brokers

Ceny masła wciąż wysokie – co stoi za wzrostem i czy można liczyć na spadki?

Trwałe obniżenie cen masła w sklepach w najbliższej przyszłości jest mało prawdopodobne.

Ostatnie lata charakteryzują się coraz częstszymi nierównowagami rynkowymi wynikającymi zarówno z uwarunkowań ekonomicznych, jak i środowiskowych. Dotyczy to także rynków rolnych, na które znaczący wpływ miały: początek wojny w Ukrainie (zboża, oleje roślinne), rosnący popyt na żywność wynikający ze wzrostu liczby ludności i rosnącej zamożności społeczeństw. Ten ostatni wymusza  dalszy wzrost plonów, który wymaga pobrania przez rośliny większych ilości wody, ale też zwiększa wrażliwość roślin na niedobory wody. Susze i powodzie powodują więc coraz większe spadki plonów, co rodzi dodatkowe napięcia po stronie podaży.

W ostatnich dwóch latach obserwowaliśmy duże wzrosły cen m.in. kakao, soi, kawy, ryżu, masła. Ceny masła w końcu 2024 r. zbliżyły się do rekordowych 10 zł/kostkę 250 g, czyli wzrosły o 40 proc. w stosunku do roku poprzedniego i o ponad 100 proc. do 2020 r. W tej sytuacji masło stało się w Polsce przedmiotem ostrej debaty politycznej, skutkiem czego było sięgnięcie w okresie przedświątecznym po 1000 ton tego produktu z rezerw strategicznych. Niestety taka ilość (jednak kostka na osiem osób) nie zmieniła sytuacji na polskim rynku. Nieznaczna poprawa nastąpiła natomiast na rynkach światowych i ceny masła od początku tego roku zmalały o kilkanaście procent.

Rodzi się zatem pytanie o przyczyny wzrostu cen masła i trwałość zjawiska. Po pierwsze, rosnąca populacja ludzi na świecie i wzrost ich zamożności powodują, że popyt na masło systematycznie rośnie w tempie około 1 proc. rocznie. Zapewne trend ten utrzyma się do co najmniej 2050 roku, kiedy to populacja ludzi prawdopodobnie osiągnie maksimum. Tymczasem w 2024 roku największy eksporter masła, czyli Nowa Zelandia (25 proc. światowego eksportu), doświadczyła suszy i zmniejszyła o 10 proc. eksport masła na rynki globalne (do 455 tys. ton). Jednocześnie ważni importerzy tacy jak Chiny, USA, Wielka Brytania i Indonezja, znacząco zwiększyły import. W dobie ocieplającego się klimatu problem susz i powodzi powodujących lokalne niedobory pasz, a więc i zmniejszanie się produkcji wyrobów mleczarskich na różnych rynkach, będzie się powtarzać.

Polska również jest eksporterem netto masła z eksportem netto na poziomie 40 tys. ton w 2024 roku (50 tys. ton w 2023 r.) i produkcją na poziomie około 240 tys. ton rocznie.

Trzecim czynnikiem, który podobnie jak zakłócenia w eksporcie jest prawdopodobnie również elementem krótkoterminowym, są ceny mleka odtłuszczonego w proszku (OMP). To produkt powstający po odciągnięciu tłuszczu z mleka i wysuszenia. Ponieważ ceny OMP na rynkach światowych osiągnęły bardzo niski poziom, to chcąc zapewnić opłacalność przerobu mleka na masło zakłady mleczarskie zaczęły podnosić ceny masła. Jeśli więc ceny OMP wzrosną, to należy oczekiwać wtedy spadku cen masła.

Po czwarte, rozprzestrzenia się w Europie choroba niebieskiego języka (BTV), która atakuje bydło. Obecnie w UE wirus nie występuje tylko w Finlandii, Irlandii, Słowenii, Słowacji, na Węgrzech i w krajach bałtyckich. W Polsce zanotowano kilka przypadków w 2024 roku. BTV co prawda występuje od dziesięcioleci prawie na całym świecie, jednak od 2023 roku liczba przypadków w unijnych stadach była zdecydowanie większa niż w latach poprzednich. Mimo iż chorobę tę przenoszą niektóre gatunki muchówek i nie ma zakażeń między zwierzętami, to istnieje spore ryzyko dalszego rozwoju epidemii BTV.

Dla bydła choroba nie jest wysoce śmiertelna, ale ze względu na objawy chorobowe i zmniejszenie poboru pasz następuje spadek produkcji mleka oraz zmniejszenie zawartości białka i tłuszczu. Ten ostatni jest zaś podstawowym składnikiem masła.

Ponieważ UE wytwarza ponad 1/6 światowej produkcji masła, epidemia BTV będzie nadal negatywnie wpływać na jego podaż na rynkach światowych oraz na ceny. Poprawa sytuacji możliwa będzie po upowszechnieniu szczepionek, na dystrybucję których 20 lutego tego roku Komisja Europejska wydała zgodę.

Kolejnym czynnikiem jest systematyczny spadek konkurencyjności europejskich produktów zwierzęcych, w tym masła, który wynika z kolejnych obostrzeń środowiskowych nakładanych na unijne rolnictwo. Ponadto problem z wymianą pokoleniową, niechęć do pracy na wsi, uciążliwość pracy przy krowach i duża niepewność ekonomiczna sprawiają, że szczególnie w Europie Zachodniej od kilku lat zmniejsza się produkcja mleka. Z unijnego raportu „EU Agricultural Outlook 2023-2035” wynika, że spadek produkcji mleka do 2035 roku w krajach Europy Zachodniej sięgnie 7 proc., i zostanie tylko w połowie zrekompensowany wzrostem jego produkcji w krajach UE-13. Ten sam raport prognozuje ponad 25-proc. wzrost przeciętnych cen skupu mleka w UE do 2035 roku. Przełoży się to na wzrost cen masła.

W kontekście powyższych zjawisk trwałe obniżenie cen masła w sklepach w najbliższej przyszłości jest więc mało prawdopodobne.

Autor: dr hab. Benedykt Pepliński

Autor jest profesorem Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu i członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Decyzja EBC w centrum uwagi. Kurs euro w górę

Posiedzenie EBC w centrum uwagi. EUR/USD po silnych zwyżkach stawia pytanie: czy o parytecie w najbliższych tygodniach można już zapomnieć? Korekta na parach ze złotym, USD/PLN z nieudanym przebiciem wsparcia na 3,85. 

Luzowania ciąg dalszy?

Wydarzeniem dnia na rynkach jest posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego w sprawie stóp procentowych. Analitycy są zgodni, że dojdzie do cięcia stóp o 25 pkt bazowe, a stopa depozytowa zacumuje na poziomie 2,50%. Sporo się jednak mówi o tym, co może powiedzieć Lagarde na konferencji prasowej, zważywszy choćby na mocno rosnącą rentowność niemieckiego długu. To właśnie lokomotywa europejskiej gospodarki ma porzucić politykę unikania nadmiernego zadłużenia i uruchomić projekty wspierające rozwój warte niebagatelne 500 mld euro. Ważna kwestia to stopy procentowe, bo jeśli pozostaną na wysokim poziomie, spowodują wzrost kosztów zadłużania się. Inwestorzy oczekują od prezes EBC jasnej deklaracji, co dalej: czy na kolejnych posiedzeniach również możemy oczekiwać dalszego obniżania kosztu pieniądza? Analitycy zwracają uwagę, że pobudzenie gospodarki może wiązać się z wyższą inflacją. A to ograniczy pole manewru bankowi centralnemu w kwestii dalszych cięć stóp.

Scenariusz parytetu na razie schowany

Główna para walutowa świata ma za sobą duże zwyżki. W kilka dni z pułapu 1,04 udało się dojść do poziomu 1,08, co jak na rynek FX jest sporym osiągnięciem. W takich sytuacjach często pojawia się pytanie o korektę: czy rynek nazbyt się nie zapędził i nie dojdzie do realizacji zysków? Wspólną walutę „ciągną” (choć nie powinny) rosnące rentowności obligacji. Z jednej strony to kwestia planowanych projektów, które mają rozruszać niemiecką gospodarkę. Z drugiej – zapowiedź ogromnych wydatków zbrojeniowych. Oba te czynniki mają jeden wspólny mianownik, czyli zwiększanie zadłużenia (patrz emisja obligacji). Skoro podaż ma się zwiększyć, to spada cena obligacji i w efekcie rośnie ich rentowność. W teorii element zadłużania się nie jest korzystny dla wspólnej waluty, więc ruch na euro może nieco dziwić. Do tego dochodzi kwestia ewentualnej obniżki stóp przez EBC dzisiaj i zapowiedź dalszych kroków, co również może stać się balastem dla wspólnej waluty. Konferencja prasowa prezes Lagard o godzinie 14.45.

Korekta na PLN

Wspominaliśmy o planowanych wielkich wydatkach w Niemczech, by rozruszać gospodarkę i trzeba dodać, że to dobra informacja również dla Polski. Nasz największy partner handlowy może po prostu zwiększyć wymianę handlową z nami, co przełoży się pozytywnie na wzrost gospodarczy w kraju. Dzisiaj krajowa waluta jest nieco w defensywie, ale pamiętajmy, że szczególnie na USD/PLN zeszliśmy aż do wsparcia na poziomie 3,85. Od początku tygodnia zapomnieliśmy o 4 z przodu i jesteśmy, aż 15 groszy niżej. Dzisiaj nastąpił test tego ważnego wsparcia, a skoro próba zakończyła się fiaskiem, mamy odbicie w górę. Większej zmienności, również na parach powiązanych z PLN, możemy oczekiwać w czasie konferencji prezes EBC.

Autor: Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Walutomat.pl

Jak uniknąć błędów przy przelewach? Praktyczne wskazówki

Podczas realizowania przelewów internetowych, mobilnych i tradycyjnych musisz zadbać o bezpieczeństwo transakcji. Banki mają swoje zabezpieczenia, ale jako posiadacz konta możesz mieć wpływ na bezpieczny sposób realizacji transakcji. Chcesz dowiedzieć się, jak skutecznie chronić dane do przelewu? Zajrzyj do poradnika. Poznaj kilka wskazówek, jak wykonać przelew bankowy bez ryzyka problemów z oszustwem lub pomyłką.

Jak wykonać przelew? Proste zasady

W praktyce przelew środków to wygodny sposób na przekazanie pieniędzy odbiorcy w cyfrowej formie. Takie operacje możesz zrealizować przez bankowość elektroniczną, aplikację mobilną lub klasycznie – w oddziale banku VeloBank lub innej instytucji, gdzie masz aktywny rachunek osobisty lub firmowy.

W praktyce wystarczy, że przejdziesz kilka kroków, aby przelew internetowy lub jakakolwiek inna operacja przebiegła bez problemów i ryzyka padnięcia ofiarą oszustwa. A więc jak zrobić przelew i nie ryzykować?

  1. Zwracaj uwagę na detale – prawidłowy numer konta i podstawowe dane odbiorcy warto zweryfikować dwa razy przed zatwierdzeniem transakcji.
  2. Korzystaj z bezpiecznego łącza internetowego – otwarte sieci Wi-Fi mogą być śledzone przez hakerów, a to potencjalne ryzyko kradzieży danych logowania do banku.
  3. Wykonuj przelewy przez sprawdzone systemy – zawsze wykonuj przelew internetowy lub mobilny przez sprawdzone aplikacje i strony dostarczane przez bank.

Jeśli masz konto osobiste lub firmowe z dostępem do bankowości online, możesz swobodnie realizować przelewy w dowolnym momencie. Alternatywna opcja to tradycyjny przelew bankowy. Pamiętaj, że wykonasz go tylko w placówce banku, a to wiąże się z licznymi ograniczeniami, np. godziny pracy instytucji.

Przelewy krok po kroku – internetowe i tradycyjne

Aby wykonać przelew na konto, musisz zadbać nie tylko o bezpieczeństwo transakcji. Potrzebujesz konkretnych danych do przelewu, aby transfer środków przebiegł prawidłowo. Standardowe informacje do wprowadzenia w bankowości elektronicznej, mobilnej lub na blankiecie przelewu to:

  • numer konta odbiorcy,
  • imię i nazwisko,
  • adres (opcjonalnie),
  • kwota transakcji,
  • data realizacji przelewu,
  • waluta (wyłącznie w przypadku operacji międzynarodowych).

Pamiętaj też o tym, aby przygotować dobry tytuł przelewu. Nawet jeśli przelewasz pieniądze na prywatne konto bankowe, staraj się dokładnie opisać transakcję, np. za co wysyłasz środki lub w jakim celu.

Zarówno w przypadku internetowych, jak i tradycyjnych przelewów bankowych podstawą bezpieczeństwa jest weryfikacja wprowadzonych danych. Unikniesz w ten sposób konieczności zwracania się do banku z prośbą o anulowanie zaksięgowanej transakcji. W tym przypadku zwrot środków jest możliwy, ale najczęściej wiąże się z szeregiem formalności do załatwienia i długim czasem oczekiwania.

Bezpieczeństwo przelewów – 8 kluczowych zasad

Każdy przelew internetowy wymaga ostrożności, ponieważ oszuści stale szukają nowych metod wyłudzeń. Banki stosują zabezpieczenia, ale to Ty odpowiadasz za sprawdzenie odbiorcy i ochronę swoich danych.

Zapamiętaj kilka prostych zasad, a zminimalizujesz ryzyko oszustwa i zaczniesz bezpiecznie zarządzać swoimi finansami.

A więc jak przelać komuś pieniądze bez żadnego ryzyka? Skorzystaj z 8 prostych wskazówek.

  1. Nie podawaj kodów BLIK przez telefon – oszuści podszywają się pod znajomych lub instytucje i proszą o kod do transakcji.
  2. Uważaj na linki w e-mailach i SMS-ach – banki nigdy nie proszą o dane logowania przez wiadomości. Sprawdź adres nadawcy, zanim klikniesz link.
  3. Zmień hasło do bankowości regularnie – stosuj silne i unikalne hasła, najlepiej z literami, cyframi i znakami specjalnymi.
  4. Korzystaj z powiadomień o transakcjach – aktywuj alerty SMS lub w aplikacji, aby szybko wykryć podejrzane operacje.
  5. Sprawdzaj dane odbiorcy – upewnij się, że numer konta i nazwa odbiorcy są zgodne. Oszuści mogą podmienić dane w fałszywych wiadomościach.
  6. Unikaj publicznych sieci Wi-Fi – nigdy nie wykonuj przelewów w miejscach bez zabezpieczeń, np. w kawiarniach lub na lotnisku.
  7. Weryfikuj certyfikaty banku – przed zalogowaniem do bankowości internetowej sprawdź, czy strona ma ważny certyfikat SSL (symbol kłódki w pasku adresu).
  8. Korzystaj z autoryzacji dwuetapowej (2FA) – włącz dodatkowe zabezpieczenia, takie jak kody SMS lub aplikacja mobilna banku1.

W dzisiejszych czasach cyberprzestępcy stosują zaawansowane metody do wyłudzeń danych osobowych i haseł logowania. Zawsze zachowuj czujność, nawet jeśli realizujesz przelew internetowy na niewielką kwotę. Czasem chwila nieuwagi może skończyć się utratą dostępu do rachunku bankowego.

Co robić w razie problemów z przelewem?

W praktyce oszustwo dla przelewu bankowego może przydarzyć się każdemu. Niemniej jednak działalność cyberprzestępców to niejedyny czynnik, który powoduje problemy z przelewami środków. Kłopoty z transakcjami mogą wynikać z błędnie podanych danych odbiorcy, opóźnień w banku w wyniku problemów technicznych lub przeciążenia systemu bankowości.

W razie problemów:

  1. Sprawdź historię transakcji w bankowości internetowej i upewnij się, że pieniądze faktycznie zostały wysłane z konta.
  2. Skontaktuj się z bankiem. Infolinia lub czat banku pomogą w wyjaśnieniu sytuacji.
  3. Zweryfikuj dane odbiorcy. Upewnij się, że numer konta i inne informacje są poprawne.
  4. Zgłoś reklamację, jeśli przelew został odrzucony lub nie dotarł, bank może zwrócić pieniądze na Twoje konto.
  5. Zgłoś podejrzenie oszustwa w przypadku, gdy wysłałeś pieniądze do nieznanej osoby. Skontaktuj się z policją i bankiem jednocześnie, aby szybko wyjaśnić sprawę.

Błędnie zlecony przelew da się łatwo cofnąć, o ile jeszcze nie został zaksięgowany w ramach sesji ELIXIR2.

Jeśli transakcja została już wykonana, wtedy musisz zwrócić się z oficjalnym pismem do banku w celu wyjaśnienia sprawy i podjęcia kroków potrzebnych do odzyskania przetransferowanych środków. W takiej sytuacji bank musi skontaktować się z odbiorcą przelewu i ustalić fakty, a to może zająć sporo czasu.

Bezpieczny przelew – podsumowanie

Bezpieczeństwo przelewów zależy od Twojej czujności i przestrzegania podstawowych zasad. Aby uniknąć błędów, zawsze sprawdzaj dane odbiorcy, korzystaj ze sprawdzonych kanałów bankowych i unikaj logowania do bankowości przez niezabezpieczone sieci Wi-Fi.

W razie problemów z przelewem działaj szybko – skontaktuj się z bankiem, zgłoś reklamację lub podejrzenie oszustwa. Pamiętaj, dbając o bezpieczeństwo swoich danych i pieniędzy, dbasz o swoją bezpieczną przyszłość.

Nota prawna: Niniejsza treść nie stanowi oferty w rozumieniu art. 66 Kodeksu Cywilnego i ma charakter wyłącznie informacyjny.

Bibliografia:

  1. Europejski Bank Centralny, Rekomendacje dotyczące bezpieczen stwa płatnos ci internetowych, 2013.
    https://www.knf.gov.pl/knf/pl/komponenty/img/Rekomendacje_bezpieczenstwo_platnosci_internetowych_37934.pdf
  2. KIR, System rozliczeń Elixir – System płatności międzybankowych.
    https://www.kir.pl/nasza-oferta/banki/rozliczenia/elixir

Polska dwóch prędkości. Cztery województwa napędzają gospodarkę, reszta w tyle

Cztery najbogatsze województwa wytwarzają ponad połowę polskiego PKB, pięć najbiedniejszych – niespełna 15 proc. Rozwój regionalny w Polsce jest bardzo zróżnicowany i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić.

W 2023 r. aż 53,8 proc. polskiego PKB wytwarzały tylko cztery województwa: mazowieckie, śląskie, wielkopolskie i dolnośląskie – wynika ze wstępnych szacunków Głównego Urzędu Statystycznego. Jednocześnie to najbogatsze polskie regiony, z PKB w przeliczeniu na mieszkańca powyżej średniej krajowej. Niekwestionowanym liderem było województwo mazowieckie, gdzie PKB na mieszkańca stanowił aż 157,4 proc. średniej. Jeszcze wyższy wynik odnotowano w samej Warszawie i sąsiadujących z nią powiatach (region stołeczny), gdzie wartość PKB na mieszkańca wynosiła aż 201,2 proc. średniej krajowej.

Na drugim końcu zestawienia znalazło się pięć województw tworzących Polskę Wschodnią: lubelskie, podlaskie, podkarpackie, warmińsko-mazurskie i świętokrzyskie. W 2023 r. regiony te wytworzyły zaledwie 14,4 proc. polskiego PKB. Były to jednocześnie najbiedniejsze województwa, gdzie PKB na osobę nie przekraczał 78 proc. średniej krajowej. Najniższą wartość odnotowano w województwie lubelskim (68,8 proc. średniej), w którym PKB w przeliczeniu na osobę był blisko trzykrotnie niższy niż w regionie warszawskim stołecznym.

W Polsce podział na bogaty zachód i biedny wschód ma uwarunkowania historyczne. Już u średniowieczu ziemie zachodnie zaczęły rozwijać się szybciej od wschodniej części kraju. Było to spowodowane przyrodniczą przeszkodą terenową – Wisłą. Nasza najdłuższa rzeka w naturalny sposób utrudniała przepływ wiedzy, technologii i innowacji z bardziej rozwiniętych części Europy Zachodniej na tereny mniej zamożne.

Różnice w rozwoju regionalnym Polski jeszcze bardziej pogłębiły się w czasie rozbiorów, gdy wschodnia część kraju znalazła się pod niewolą najbardziej zacofanego imperium ówczesnej Europy – carskiej Rosji. Skutki rozbiorów widoczne są do dziś i przejawiają się w różnicach w uprzemysłowieniu, strukturze agrarnej, infrastrukturze, a często także w mentalności mieszkańców.

W czasach Polski Ludowej główny nacisk władze kładły na rozwój województw najsilniej zurbanizowanych i zindustrializowanych. Przyczyniła się do tego ówczesna centralnie planowana polityka gospodarcza, która w centrum uwagi stawiała uprzemysłowienie. W tamtym czasie inwestycje lokowano przede wszystkim w województwach przejawiających potencjał do produkcji przemysłowej. Inwestowanie w Polskę Wschodnią nie było priorytetem.

Owszem, w PRL duże zakłady przemysłowe powstawały czasem także we wschodniej części kraju. Inwestycje te miały jednak charakter incydentalny i z braku technologii oraz dostępu do odpowiednich zasobów nie doprowadziły do nadrobienia zaległości rozwojowych biedniejszych terenów.

Na różnice w rozwoju polskich województw wpływają również uwarunkowania geograficzne. Obok biegu Wisły, istotnym czynnikiem przestrzennym decydującym o poziomie rozwoju regionalnego w Polsce była i jest nadal bliskość zachodniej granicy państwa.

W minionych wiekach źródłem transferu wiedzy i technologii był zachód Europy. W połączeniu z bliskością szlaków handlowych, spowodowało to rozwój polskich miast położonych na zachód od Wisły. Obecnie tylko dwa z 10 miast o największej liczbie ludności – Lublin i Białystok – leżą we wschodniej części kraju. Tymczasem gospodarka rozwija się przede wszystkim w największych miastach, które są biegunami wzrostu oraz centrami życia naukowego i kulturalnego, umożliwiając jednocześnie przepływ wiedzy i idei.

Obecnie bliskość zachodniej granicy determinuje lokowanie bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Niemcy, jako główny partner handlowy Polski, stanowią naturalny rynek zbytu dla wielu branż. Sprawia to, że zagraniczne firmy umiejscawiają swoje inwestycje w województwach położonych relatywnie blisko naszego zachodniego sąsiada. Takie posunięcie ma zminimalizować koszty transportu oraz ułatwić dostęp do niemieckiego rynku zbytu.

Tymczasem województwa Polski Wschodniej, oddalone od głównych centrów gospodarczych i o znacznie gorszej infrastrukturze komunikacyjnej, są mało atrakcyjnym miejscem do lokowania inwestycji. Dodatkowo stanowią wschodnią granicę Unii Europejskiej i graniczą z regionami jeszcze od nich uboższymi.

Do podziału na bardziej i mniej rozwinięte części kraju przyczyniło się również rozmieszczenie surowców naturalnych. A te ulokowane są przede wszystkim w zachodniej części Polski. Surowce naturalne stanowią podstawę wielu gałęzi przemysłu, np. energetyki, przemysłu chemicznego i metalurgicznego czy budownictwa. Regiony bogate w zasoby mają zatem przewagę w rozwoju przemysłu, co powoduje ich szybszy rozwój gospodarczy.

Rozbieżności w rozwoju polskich regionów widoczne są od dziesięcioleci. Przez ponad 40 lat istnienia Polski Ludowej nie sprostała im gospodarka centralna, kiedy to planowanie i lokowanie inwestycji zależało wyłącznie od decyzji polityków. Zniwelowanie różnic rozwojowych przez państwo okazało się niewykonalne, ponieważ gra wbrew zasadom rynku z góry skazana była na wysokie koszty i kończyła się fiaskiem.

Również realizacja europejskiej polityki spójności w Polsce nie przyczynia się do zmniejszenia luki w rozwoju województw. W unijnej perspektywie budżetowej 2014-2020 najwięcej pieniędzy na mieszkańca trafiło m.in. do województw Polski Wschodniej. Według stanu na koniec 2023 r. w gronie sześciu województw o najwyższej absorpcji funduszy unijnych w przeliczaniu na mieszkańca, znalazło się pięć regionów Polski Wschodniej. Najmniej funduszy unijnych w przeliczeniu na osobę trafiło do województw najbardziej rozwiniętych: wielkopolskiego, mazowieckiego i dolnośląskiego.

Rozbieżności w rozwoju regionalnym są czymś naturalnym i nigdzie na świecie nie udało się ich usunąć. Pomimo usilnych starań różnice nadal są widoczne we Włoszech, gdzie północ jest bogata, a południe biedne. Podobnie w Niemczech: pomimo niezwykle kosztownych programów pomocowych, nadal istnieje tam podział na bardziej rozwinięte landy zachodnie i mniej rozwiniętą wschodnią część kraju.

Jak zwrócił uwagę prof. David S. Landes, amerykański historyk i ekonomista, świat nigdy nie był równym boiskiem. Rozwój regionalny zależy bowiem od wielu różnych czynników: historii, geografii, instytucji czy kapitału ludzkiego. Nierówności są nieuniknione. Mimo to warto dążyć do stworzenia mieszkańcom mniej rozwiniętych regionów perspektywy poprawy jakości życia, co czynią środki unijne.

Autor: dr Paweł Janukowicz

Autor jest doktorem nauk społecznych w dyscyplinie ekonomia i finanse, a także członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Ołówki reklamowe – połączenie funkcjonalności i skutecznej reklamy

Ołówki reklamowe od lat są jednym z najchętniej wybieranych gadżetów promocyjnych. Ich uniwersalność, funkcjonalność oraz możliwość personalizacji sprawiają, że stanowią skuteczne narzędzie w budowaniu rozpoznawalności Twojej marki. Dzięki szerokim możliwościom zastosowania, ołówki reklamowe znajdują swoje miejsce w niemal każdej branży.

Dlaczego warto wybrać ołówki reklamowe?

Ołówki reklamowe to uniwersalne i praktyczne narzędzie promocji, które świetnie sprawdza się w każdej branży. Dzięki codziennemu zastosowaniu w biurach, szkołach czy domach, skutecznie budują pozytywne skojarzenia z marką i wzmacniają jej rozpoznawalność. Ich niski koszt produkcji pozwala na zamawianie większych ilości, co czyni je idealnym rozwiązaniem nawet dla firm z ograniczonym budżetem. Uniwersalność ołówków z logo sprawia, że pasują zarówno do sektora edukacyjnego, kreatywnego, jak i budowlanego. To skuteczny i ekonomiczny sposób na promocję Twojej marki.

  • Funkcjonalność i codzienne zastosowanie
  • Niski koszt produkcji
  • Uniwersalność

Zalety ołówków reklamowych z nadrukiem

Ołówki reklamowe z nadrukiem to idealne połączenie funkcjonalności i skutecznej promocji. Dzięki możliwości personalizacji i dużej powierzchni reklamowej, stanowią praktyczny nośnik Twojej marki, który jest obecny w codziennym życiu klientów. Sprawdź, dlaczego warto je wybrać!

  • Duża powierzchnia reklamowa – Chociaż ołówki są niewielkie, ich obudowa oferuje wystarczająco dużo miejsca na umieszczenie logo, hasła reklamowego lub danych kontaktowych. Dzięki temu są skutecznym nośnikiem reklamy, który dociera do wielu osób.
  • Personalizacja – Nowoczesne technologie nadruku pozwalają na pełną personalizację ołówków. Możesz wybrać dowolny kolor, nadruk w pełnym kolorze lub elegancki grawer laserowy, który nada gadżetom unikalnego charakteru.
  • Mobilność – Ołówki to gadżety, które użytkownicy zawsze mają przy sobie – w torbie, plecaku czy na biurku. To sprawia, że Twoja marka jest stale obecna w ich codziennym życiu, zwiększając świadomość i lojalność klientów.

Jak wykorzystać ołówki reklamowe w promocji firmy?

Eventy i targi branżowe

Podczas wydarzeń branżowych ołówki reklamowe doskonale sprawdzą się jako upominki rozdawane uczestnikom. Dzięki swojej praktyczności, są chętnie przyjmowane przez odwiedzających, z pewnością zwiększy to widoczność Twojej marki.

Prezenty dla klientów

Wręczając personalizowane ołówki jako część zestawu promocyjnego, budujesz pozytywne skojarzenia z marką. To prosty sposób na podziękowanie klientom za współpracę i zachęcenie ich do dalszego korzystania z Twoich usług.

Materiały biurowe

Ołówki reklamowe mogą być również wykorzystywane jako element wyposażenia biurowego. Wyposażając swoje biuro w personalizowane gadżety, podkreślasz profesjonalizm firmy i dbasz o spójny wizerunek marki.

Promocje sezonowe

Dodawanie ołówków reklamowych do większych zamówień jako gratis to skuteczna metoda na zwiększenie sprzedaży i zainteresowania ofertą. Dzięki temu klienci chętniej sięgają po produkty lub usługi Twojej firmy.

Najlepsze ołówki reklamowe

Jeśli szukasz wysokiej jakości ołówków reklamowych, sprawdź ofertę spiroprint.pl. Oferują oni szeroki wybór personalizowanych ołówków z nadrukiem, idealnych do biura, szkół czy jako upominek promocyjny. To praktyczny i skuteczny sposób na zwiększenie rozpoznawalności Twojej marki.

Podsumowanie

Ołówki reklamowe to uniwersalny i praktyczny gadżet promocyjny, który sprawdzi się w każdej branży. Ich funkcjonalność sprawia, że są chętnie używane na co dzień w biurach, szkołach czy domach, co buduje pozytywne skojarzenia z Twoją marką. Niski koszt produkcji umożliwia masowe zamówienia, czyni je to idealnym rozwiązaniem nawet dla firm z niskim budżetem. Dzięki dużej powierzchni reklamowej i możliwości personalizacji, ołówki skutecznie promują logo i hasła reklamowe. To prosty i ekonomiczny sposób na zwiększenie rozpoznawalności marki i budowanie lojalności klientów.

EY: Szara strefa zmniejsza się, ale nadal generuje dużą lukę podatkową

Szara strefa, która stanowiła ok. 11,8% światowego PKB w 2023 r., zmniejszyła się w 90% krajów na świecie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. W Polsce nierejestrowana działalność skurczyła się o połowę w tym okresie i wyniosła ok. 9,7% PKB w 2023 roku. Badanie Zespołu Analiz Ekonomicznych EY wskazuje pięć obszarów działań podejmowanych przez rządy w celu ograniczenia szarej strefy oraz, szerzej, luki podatkowej.

Szara strefa (gospodarka nieobserwowana) to część PKB, która nie jest raportowana. Obejmuje działalność ukrytą zarejestrowanych firm, taką jak posiłki w restauracjach bez paragonu, oraz nieformalną działalność niezarejestrowanych podmiotów, jak część handlu ulicznego. W skład szarej strefy wchodzi również działalność nielegalna, na przykład produkcja narkotyków, oraz produkcja towarów na własny użytek w gospodarstwach domowych. Dwa pierwsze typy działalności przyczyniają się do tzw. luki podatkowej, czyli różnicy między podatkami, które powinny być zebrane zgodnie z przepisami, a tymi, które faktycznie zostały zebrane. Inne istotne źródła luki podatkowej to wyłudzenia podatkowe, takie jak karuzele VAT.

Mniej szarości w gospodarce

W badaniu Zespołu Analiz Ekonomicznych EY obejmującym 131 kraje odpowiadające za 97,2% globalnego PKB widać wyraźną tendencję – szara strefa na świecie się kurczy. Gospodarka nieobserwowana zmniejszyła się w 119 ze 131 analizowanych krajów w latach 2000–2023, wynika z raportu “Shadow Economy Exposed: Estimates for the World and Policy Paths”. Jednak nierejestrowana działalność wciąż stanowi istotną część światowego PKB – na koniec analizowanego okresu, w 2023 roku, udział szarej strefy w światowej gospodarce wyniósł 11,8%. Średnia arytmetyczna szacunków na poziomie krajowym była znacząco wyższa i wyniosła 19,3% PKB. Wynika to z faktu, że wiele państw o niższych dochodach, a w konsekwencji często mniejszych gospodarek, było bardziej dotkniętych nieraportowanymi transakcjami.

Ograniczenie szarej strefy jest szczególnie istotne teraz, w dobie gdy rządy wielu krajów zmagają się z deficytem w finansach publicznych, a ich potrzeby wydatkowe, m.in. w obszarze transformacji energetycznej i cyfrowej oraz obronności, są wyjątkowo wysokie. Redukcja szarej strefy i idący za tym wzrost dochodów państwa mogą stanowić istotne wsparcie w tym obszarze. Dodatkowo, umożliwiają równiejszą konkurencję między firmami, zwiększają dostępne finansowanie dla ważnych dóbr i usług publicznych, wzmacniają pozytywne normy społeczne oraz zaufanie do instytucji państwa – mówi Marek Rozkrut, Partner EY, szef Zespołu Analiz Ekonomicznych, Główny Ekonomista EY na Europę i Azję Centralną.

Co ciekawe, analiza EY wskazuje, że kryzys gospodarczy spowodowany pandemią był związany z tymczasowym wzrostem aktywności w szarej strefie, szczególnie w krajach o średnich i niskich dochodach.

Znacząca poprawa w Polsce

W latach 2000-2023 udział szarej strefy w PKB spadał najszybciej w krajach o niskich dochodach. Państwa bardziej rozwinięte odnotowały mniejsze zmiany, ponieważ miały ograniczoną przestrzeń do poprawy czynników odpowiedzialnych za to zjawisko oraz stosunkowo stabilne warunki społeczno-ekonomiczne.

Na potrzeby badania, EY podzielił gospodarkę światową na 14 odrębnych regionów geograficznych. W 2023 roku nierejestrowana działalność odgrywała największą rolę w regionach Ameryki Północnej oraz Europy Zachodniej, Północnej i Południowej, a także na Bliskim Wschodzie, osiągając średnio od 5,0% do 8,2% PKB. Z kolei największa szara strefa występowała w niektórych częściach Afryki i Azji Południowej, z udziałami wahającymi się od 24,1% do 41,6% PKB. Największy postęp w redukcji szarej strefy miał miejsce w Azji Zachodniej i Centralnej. Na drugim biegunie, z negatywnymi zmianami, znalazły się Azja Południowo-Wschodnia, region Pacyfiku i Afryka Południowa.

W Polsce szara strefa spadła o niemal dokładnie połowę od 2000 roku i wynosiła ok. 9,7% PKB w 2023 roku.

Jesteśmy krajem, który w analizowanym okresie dynamicznie rozwijał się gospodarczo, a jego instytucje oraz relacje między firmami i państwem ulegały istotnym przemianom. Wiele z tych zjawisk przyczyniło się do obniżenia szarej strefy, zarówno poprzez ograniczenie bodźców, jak i możliwości do prowadzenia nieraportowanej działalności. W długim okresie, polepszeniu uległa ogólna efektywność rządu i administracji, choć oczywiście istnieją tutaj obszary do poprawy. Zmianie podlegały też postawy społeczne w kierunku mniej sprzyjających szarej strefie. Ponadto ewolucja sytuacji gospodarczej, szczególnie kondycji i struktury rynku pracy, ograniczały rolę nierejestrowanej pracy i działalności – mówi Michał Kowalczuk, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych EY.

W walce z szarą strefą pomaga badanie jej źródeł i obszarów koncentracji.

Poznanie przyczyn, sektorów oraz charakterystyk podmiotów zaangażowanych w szarą strefę jest kluczowe dla skutecznej walki z tym zjawiskiem. Nasze badanie wskazuje, że istotna jest pogłębiona analiza dostępnych danych oraz kompleksowe działania państwa dopasowane do otrzymanych wniosków – mówi Piotr Dybka, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych EY.

Jak ograniczać szarą strefę

Dlaczego szara strefa jest tak ważna akurat teraz? Pandemia COVID-19 oraz wstrząsy energetyczne doprowadziły do spowolnienia gospodarczego, zmuszając rządy do wprowadzenia środków ochronnych dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Te działania, choć skuteczne w zapobieganiu głębszej recesji, często prowadziły do deficytów w finansach publicznych. Dodatkowo, rządy ponoszą znaczne nakłady na inwestycje w zielone technologie, transformację cyfrową oraz wzmocnienie obronności.

Badanie wskazuje pięć obszarów działań podejmowanych przez rządy w celu ograniczenia szarej strefy oraz, szerzej, luki podatkowej. Są to:

  • Zwiększenie zaufania podatników do administracji publicznej i systemu podatkowego
  • Ograniczanie liczby niezarejestrowanych przedsiębiorstw
  • Wykorzystanie dostępnych technologii w celu efektywnego wykrywania nieprawidłowości podatkowych
  • Wykorzystanie danych z różnych źródeł
  • Wspieranie współpracy między jednostkami administracji krajowej oraz rządami różnych państw.

Nasza analiza podkreśla konieczność uwzględnienia lokalnego kontekstu przy opracowywaniu strategii działania. Ważne jest łączenie długoterminowych inicjatyw, takich jak poprawa jakości instytucji, z usprawnieniami, które mogą zostać wdrożone także w krótszym okresie, na przykład w zakresie lepszego wykrywania nieprawidłowości podatkowych. W celu zwiększenia efektywności kosztowej podejmowanych działań, warto je nakierować na obszary szczególnie eksponowane na działalność w szarej strefie. Równocześnie warto pamiętać, że nierejestrowana działalność często dotyczy mniejszych podmiotów i osób o niższych dochodach. W tym przypadku działania rządu powinny być planowane bardzo ostrożnie, gdyż związane z nimi koszty społeczne i ekonomiczne mogą przewyższyć korzyści z tytułu ograniczenia szarej strefy – mówi Marek Rozkrut.

Lutowy rollercoaster na rynku złota – trzy rekordy ATH i korekta

Luty był miesiącem bardzo burzliwym, który przyniósł złotu zarówno trzykrotne ATH, jak i niewielką korektę. Głównym sponsorem tych emocji była nowa administracja USA, kwestie związane z cłami, rezerwami złota oraz pokojem w Ukrainie.

Uncja złota na początku miesiąca kosztowała 2815 dolarów. 5 lutego zaliczyła pierwsze ATH (all-time high – rekordowy poziom) na poziomie 2882 USD, 11 lutego drugie – 2942 USD i 24 lutego trzecie – 2956 dolarów za uncję. Już w kolejnym dniu rozpoczęła się trwająca cztery dni korekta, w wyniku której złoto spadło do poziomu ok. 2833 USD, a więc – licząc od ATH – prawie 4 proc. Korekta zakończyła się w ostatnim dniu miesiąca, czyli 28 lutego.

Przyczyny korekty

Wśród najistotniejszych czynników mogących przyczynić się do korekty, z pewnością wymienić należy realizację zysków przez spekulantów, co znajdowało odzwierciedlenie w liczbie spadku długich pozycji na Comex.

Po wyznaczeniu ATH często pewna część inwestorów realizuje zyski i wycofuje swoje środki, sądząc, że potencjał wzrostowy danego aktywa się wyczerpał. W tym przypadku mamy oczywiście kwestię zmiany retoryki Fed w obliczu nieodpuszczającej inflacji, potencjalne odroczenie ceł do kwietnia (ostatecznie wprowadzone zostały w marcu) i – najważniejsze – piątkowe spotkanie w Białym Domu, podczas którego podpisana miała być tzw. umowa surowcowa. Wizja pokoju w Ukrainie mogła stanowić istotny czynnik w tej korekcie. Ostatecznie jednak umowa podpisana nie została, a przez weekend rynki żyły w napięciu, analizując w napięciu ewentualne skutki.

Co napędzało złoto w lutym?

I nie tylko w lutym, bo także w styczniu. Jak dobrze pamiętamy, zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach oraz „Trump Trade” sprawiły, że złoto znalazło się w konsolidacji. Później jednak sytuacja zaczęła się zmieniać, a po nowym roku kruszec wrócił na kurs wzrostowy.

Z jednej strony był to silny popyt w Azji, z drugiej zaś pewne ruchy czynione przez nową administrację USA, które sprawiły, że wielu dużych graczy działających na kontraktach terminowych, zapragnęło odebrać swój kruszec w formie fizycznej. To – a także obawa przed cłami – sprawiło, że w ciągu ostatnich trzech miesięcy do Stanów Zjednoczonych zaczęto zwozić ogromne ilości złota z Londynu.

Temat złota rozgrzewany był w USA jeszcze w dwóch kontekstach: faktu, że w bilansie amerykańskiego Fed, kruszec zgromadzony w ramach rezerw – ponad 8133 ton – wyceniony jest po cenie 42,22 USD za uncję (przy aktualnej cenie sięgającej blisko 3000 USD), oraz kwestii ewentualnego audytu rezerw.

Kwestię audytu poruszył nie kto inny, jak Elon Musk, który zakwestionował obecność złota w Fort Knox. Temat podchwycił Rand Paul, republikański senator z Kentucky, który zachęcał Muska do wykonania takiego audytu. Temat spotkał się również z zainteresowaniem samego prezydenta. W nieco innym duchu wypowiadał się Scott Bessent, Sekretarz Skarbu, który wierzy, że złoto jest w Fort Knox. Ten ostatni zapewne najlepiej też zdaje sobie sprawę z tego, że kwestionowanie obecności amerykańskich rezerw złota to podcinanie gałęzi, na której się siedzi. Chodzi bowiem o wiarygodność dolara amerykańskiego i całej gospodarki Stanów Zjednoczonych.

Temat audytu w Fort Knox nie znalazł rozstrzygnięcia w lutym, jednak jest on jednym z ważniejszych, na który warto zwrócić uwagę w najbliższych tygodniach.

Indonezja otworzyła banki bulionowe

26 lutego w Indonezji otwarte zostały pierwsze dwa banki bulionowe, a więc takie, które będą umożliwiały zarówno obywatelom, jak i instytucjom zakup złota, ale także jego sprzedaż.

Indonezja jest jednym z dużych producentów złota, posiadających znaczące jego zasoby. Do tej pory zajmowała się jednak przede wszystkim eksportem nierafinowanego złota. Rozwój tej gałęzi gospodarki ma rozszerzyć spektrum działalności na lokalnym rynku i przesunąć akcent z wydobycia na rafinację, produkcję i sprzedaż produktów końcowych, czyli gotowych wyrobów, co finalnie przełożyć ma się na wzrost PKB kraju.

Warto podkreślić przy tym fakt, że w styczniu Indonezja wkroczyła w szeregi państw BRICS, które – o czym pisaliśmy i mówiliśmy niejednokrotnie – darzą złoto szczególną uwagą. Chociażby w kontekście globalnej rywalizacji gospodarczej USA i Chin oraz znaczenia dolara amerykańskiego.

W Polsce też kupujemy złoto

W lutym pojawiły się informacje o tym, że Narodowy Bank Polski kontynuował zakupy kruszcu w styczniu. Uwzględniając tegoroczne zakupy, nasze rezerwy wynoszą obecnie ok. 451,3 tony.

Tym, co się nie zmienia, są stopy procentowe. Inflacja nie odpuszcza, a wojna handlowa stanowić będzie czynnik proinflacyjny. Jednak według analityków Goldman Sachs stopy procentowe w Polsce mogą zostać obniżone po wyborach prezydenckich, a więc na przełomie II i III kwartału. Byłaby to dobra wiadomość dla kredytobiorców i przedsiębiorców, jednak w obliczu obecnej dynamiki wydarzeń, pojawia się coraz więcej niepewności.

Michał Tekliński – ekspert rynku złota Goldsaver.pl, Grupa Goldenmark

BIK: W lutym popyt na kredyty mieszkaniowe wzrósł o 37,2% r/r

O 37,2% r/r wzrosła wartość zapytań o kredyty mieszkaniowe w lutym 2025 r. – informuje BIK Indeks Popytu na Kredyty Mieszkaniowe. Wartość Indeksu oznacza, że w lutym 2025 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 37,2% w porównaniu do lutego 2024 r.

BIK Indeks Popytu na kredyty mieszkaniowe to wskaźnik, który mierzy zainteresowanie kredytami mieszkaniowymi w Polsce. Indeks ten pokazuje, jak zmienia się wartość wniosków o kredyty mieszkaniowe składanych przez klientów indywidualnych w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Wskaźnik ten jest użyteczny dla analityków i instytucji finansowych, ponieważ pomaga ocenić trendy na rynku kredytów mieszkaniowych i pozwala prognozować poziom akcji kredytowej w kolejnych miesiącach.

W lutym 2025 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 33,11 tys. osób w porównaniu do 26,64 tys. rok wcześniej, co przekłada się na wzrost r/r o 24,3%. W lutym w porównaniu do stycznia br.  liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy wzrosła o 17,0%.

Średnia wartość wnioskowanego kredytu mieszkaniowego wyniosła w lutym 2025 r. 449,1 tys. zł i była wyższa o 5,1% niż w lutym 2024 r. W porównaniu do stycznia 2025 r. była wyższa o 1,7%.

– Na odczyt Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe trzeba patrzeć w kontekście konstrukcji samego wskaźnika. Obecny lutowy wzrost wartości o 37,2% porównujemy do analogicznego odczytu rok temu. Wówczas popyt na kredyty mieszkaniowe wyhamował w reakcji na zakończenie w grudniu 2023 r. Programu Bezpieczny Kredyt 2% – tłumaczy dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk Grupy BIK.

– O 17% wzrosła w lutym liczba osób wnioskujących o kredyt hipoteczny w porównaniu do stycznia br. Warto nadmienić, że historycznie styczeń nie jest miesiącem, w którym zainteresowanie kredytem mieszkaniowym jest bardzo duże. Trzeba też pamiętać, że jeżeli wniosek o kredyt składa więcej niż jedna osoba, to do BIK przesyłane jest zapytanie dotyczące każdej z tych osób. Częściowo wzrost liczby osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy w lutym może wynikać z faktu, że obecnie o kredyt wnioskuje mniej singli.

– Drugim czynnikiem wpływającym na wysokość wartości Indeksu jest średnia kwota wnioskowanego kredytu. I w tym aspekcie mamy ciekawą sytuację, bowiem w lutym br. padł historyczny rekord: średnia kwota wyniosła już prawie 450 tys. zł i to przy spadku cen transakcyjnych na rynku wtórnym o około 6% i stabilizacji na rynku pierwotnym. Kredytowane są zatem zakupy droższych nieruchomości, co powoduje konieczność wnioskowania o kredyt dwóch i więcej potencjalnych kredytobiorców – zauważa prof. Rogowski i dodaje, że w kolejnych miesiącach 2025 r. należy spodziewać się wzrostu Indeksu Popytu na kredyty mieszkaniowe.popyt hipoteki luty 2025

Biały Dom zawiesza cła na samochody z Kanady i Meksyku na miesiąc

Biały Dom ogłosił wprowadzenie 30-dniowej ulgi celną dla samochodów importowanych z Kanady i Meksyku, które spełniają wymogi umowy USMCA. Przez ten okres pojazdy te będą zwolnione z 25-procentowych ceł, co obejmuje nie tylko auta marek takich jak Ford, GM czy Stellantis, ale wszystkie modele spełniające określone kryteria.

Wprowadzenie tej tymczasowej ulgi ma na celu złagodzenie ewentualnego wzrostu cen pojazdów i jednocześnie daje producentom motoryzacyjnym pewną przestrzeń do dostosowania się do nowych warunków. Mimo to, ryzyko podwyższenia kosztów produkcji i sprzedaży pozostaje realne dla konsumentów.

Decyzja ta wpisuje się w szerszą strategię administracji Trumpa, który podkreśla potrzebę „wstrząsu” dla odbudowy amerykańskiego przemysłu. Rząd USA stawia na ochronę miejsc pracy oraz zmniejszenie zależności gospodarki od zagranicznych dostawców. Należy jednak pamiętać, że Biały Dom nie zapowiada dalszych wyjątków – już 2 kwietnia mają wejść w życie taryfy wzajemnościowe.

Reakcje rynku nie pozostają jednak jednoznaczne. Przedstawiciele branży motoryzacyjnej ostrzegają, że planowane cła mogą znacząco zakłócić 30-letnie, starannie budowane sieci dostaw. Rosnące koszty ceł mogą przyczynić się do spadku zysków największych producentów, takich jak GM, co z kolei może skutkować ograniczeniem inwestycji i redukcją miejsc pracy. Dodatkowo, Kanada, Meksyk oraz Chiny zapowiadają wprowadzenie odwetowych taryf, co tylko pogłębia istniejące napięcia handlowe.

Warto również zwrócić uwagę, że cła mają również wymiar polityczny. Administracja Trumpa argumentuje konieczność ich wprowadzenia m.in. brakiem zdecydowanych działań Kanady w kwestii zwalczania fentanylu, choć premier Trudeau stanowczo uważa tę krytykę za nieuzasadnioną.

Podsumowując, miesięczne zwolnienie z ceł stanowi jedynie chwilową ulgę dla producentów aut, a długoterminowe skutki tej decyzji dla rynku motoryzacyjnego pozostają niepewne. Konsumenci mogą być zmuszeni do poniesienia wyższych kosztów zakupu pojazdów, jeśli obowiązywać będą taryfy, a rosnące napięcia handlowe między USA, Kanadą i Meksykiem mogą prowadzić do dalszych zakłóceń gospodarczych.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Czego najbardziej boją się Polacy? Najnowszy raport o lękach i obawach

Jak wynika z najnowszej edycji raportu pt. „Bieżące lęki i obawy Polaków”, spośród 53 możliwych czarnych scenariuszy najwięcej rodaków obecnie obawia się chorób najbliższych osób – 37,5%. Na drugiej pozycji jest niepokój o własne zdrowie – 33,6%. Trzecie miejsce w rankingu ma strach przed inflacją i utratą wartości pieniądza – 29,8%. Ponadto w TOP5 widać lęk przed napływem imigrantów – 24,6%, a także atakiem terrorystycznym – 18,7%. Na końcu zestawienia są obawy przed wahaniem cen nieruchomości – 0,3%, zachowaniami mobbingowymi – 0,4%, a także uzależnieniem się od alkoholu lub innych używek bądź działań (np. hazardu, seksu czy zakupów) – 0,4%. Do tego autorzy raportu ostrożne wskazują koszt pracodawców na poziomie ponad 2,2 mld zł, wynikający z 5,7 mln dni absencji chorobowych, związanych z zaburzeniami lękowymi.

Raport pt. „Bieżące lęki i obawy Polaków”, przygotowany na podstawie specjalnego badania opinii publicznej, prowadzonego cyklicznie przez UCE RESEARCH i platformę ePsycholodzy.pl, pokazuje, czego aktualnie najbardziej boją się Polacy. Tym razem na liście były aż 53 możliwe lęki. Ankietowani mogli zaznaczyć maksymalnie 5 pozycji. Zaledwie 1% uczestników badania wskazał, że właściwie niczego się nie obawia. 0,5% respondentów ujawniło, że lęka się czegoś, co nie zostało uwzględnione w ankiecie. Z kolei 4,9% badanych nie potrafiło się określić w tej kwestii.

– Do gabinetów terapeutów i psychiatrów coraz częściej trafiają osoby z zaburzeniami lękowymi. To trzeci, po reakcji na ciężki stres i depresji, powód korzystania z tego typu usług. I nie ma się czemu dziwić. Niepewność ekonomiczna i globalne kryzysy istotnie zwiększyły poczucie zagrożenia w społeczeństwie – komentuje Michał Pajdak, wykładowca akademicki oraz współautor raportu z platformy ePsycholodzy.pl.

Ekspert zauważa też, że większa liczba osób korzystających z psychoterapii oznacza rosnące wydatki na usługi psychologiczne i psychoterapeutyczne. I stanowi obciążenie dla gospodarstw domowych. Ponadto problemy zdrowia psychicznego mogą prowadzić do wyższej absencji chorobowej wśród pracowników. – Osoby zmagające się z lękami mogą potrzebować długotrwałego leczenia, co może wpływać na ich wydajność i obecność w pracy. Ostrożne rachunki wskazują koszt pracodawców na poziomie ponad 2,2 mld zł, wynikający z 5,7 mln dni absencji chorobowych, związanych z zaburzeniami lękowymi – szacuje Michał Pajdak.

Na ww. liście najwięcej osób wskazało lęk przed chorobą najbliższych – 37,5%. Na drugim miejscu w rankingu widać obawę o własne zdrowie – 33,6%. – Takie doświadczenia nie tylko wywołują ból, ale też wpływają na codzienne funkcjonowanie, poczucie bezpieczeństwa i sytuację finansową. Dla wielu osób źródłem lęku mogą być zarówno koszty emocjonalne, jak i finansowe. W obliczu rosnącej liczby zachorowań na choroby cywilizacyjne czy nawet sezonowe, większej świadomości zdrowotnej oraz doświadczeń związanych z pandemią, ludzie mogą też zwracać większą uwagę na dostęp do opieki medycznej – wyjaśnia psycholog Michał Murgrabia, drugi ze współautorów raportu z platformy ePsycholodzy.pl.

Do tego Michał Pajdak dodaje, że wzrost ww. lęków może skutkować rosnącym zainteresowaniem prywatną opieką medyczną i polisami ubezpieczeniowymi. Może też prowadzić do ogólnego zwiększenia wydatków służących zachowaniu zdrowia. – Z politycznego punktu widzenia dostęp do bezpłatnej służby zdrowia to wciąż kluczowy temat. Kwestie takie, jak czas oczekiwania i jakość świadczonych usług, są szeroko komentowane przez Polaków – dodaje ekspert.

Trzecie miejsce w zestawieniu zajmuje lęk przed inflacją i utratą wartości pieniądza – 29,8%. Według Michała Pajdaka, to następstwo niedawnego okresu wysokiej inflacji. W ostatnich latach mocno wzrosły koszty życia Polaków i spadło poczucie stabilności finansowej. Wzrost cen podstawowych produktów, energii i usług sprawił, że wiele osób musiało ograniczyć swoje wydatki lub zmienić nawyki konsumpcyjne. Ludzie nie wiedzą, jak bardzo wzrosną ceny w przyszłości, czy ich pensje będą wystarczające i czy oszczędności nie stracą na wartości. Ta niepewność prowadzi do stresu i niepokoju.

– Inflacja szczególnie mocno uderza w osoby nieposiadające oszczędności, których wynagrodzenia nie rosną w tempie pozwalającym na utrzymanie dotychczasowego standardu życia. To właśnie ta grupa społeczna jest najbardziej narażona na chroniczny stres związany z przyszłością finansową. Warto też do powyższego dodać, że obecnie czynniki ekonomiczne trochę zostały zepchnięte do narożnika – zaznacza psycholog Michał Murgrabia.

Analitycy z UCE RESEARCH przypominają, że jeszcze niedawno inflacja i tematy związane z finansami były na pierwszej pozycji w rankingu lęków i obaw. Fakt, że ostatnio choroby przejęły dwa pierwsze miejsca, eksperci uznają za powrót do normalności. – Lęk o zdrowie ma swoje korzenie w biologii i instynkcie przetrwania. Może być skuteczną motywacją do dbania o siebie, ale jeśli jest zbyt silny, potrafi prowadzić do chronicznego niepokoju, którym warto się zająć. Ponadto w społeczeństwie istnieje duża obawa przed kolejną pandemią, chorobami zakaźnymi i innymi zagrażającymi życiu – stwierdza Michał Murgrabia.

– Choć inflacja jest nadal odczuwalna, wiele osób mogło się już do niej przyzwyczaić lub nauczyć żyć w nowych warunkach. – Wzrost cen stał się częścią codziennego życia. Może to także wskazywać na pewną stabilizację sytuacji gospodarczej w oczach wielu osób. Polacy mogą odczuwać, że temat inflacji, choć jest ważny, nie zmienia się w sposób drastyczny z dnia na dzień – przekonuje Michał Pajdak.

W TOP5 widać też lęk przed napływem imigrantów – 24,6%, a także atakiem terrorystycznym – 18,7%. Jak podkreśla psycholog Michał Murgrabia, wzrost liczby imigrantów może być postrzegany jako zagrożenie dla stabilności zatrudnienia, zwłaszcza w sektorach, w których konkurencja o miejsca pracy jest mocniejsza. Istnieje także obawa, że większa liczba cudzoziemców korzystających z opieki społecznej lub usług publicznych wpłynie na wydłużenie kolejek do lekarzy, spowolni działanie instytucji państwowych lub zwiększy presję na budżet publiczny.

– Bardzo wysoki odczyt w badaniu dotyczy ataków terrorystycznych. Chociaż statystycznie ryzyko śmierci w zamachu jest mniejsze niż w wypadku samochodowym, intensywne relacje medialne sprawiają, że wydaje się ono dużo większe. Terroryzm różni się od innych zagrożeń tym, że uderza nagle i bez ostrzeżenia. Trudno przewidzieć, kiedy i gdzie dojdzie do ataku, co sprawia, że ludzie czują się bezbronni. Rodzi się też lęk przed tzw. wrogiem w ukryciu, który może prowadzić do napięć społecznych – komentuje Michał Pajdak.

Uwzględniając pozycje z ww. listy 53 obaw i lęków, najmniej wskazań uzyskał lęk przed wahaniem cen nieruchomości – 0,3%. – To jest spore zaskoczenie. Wielu mieszkańców Polski dotyczy ten temat. W 2023 roku podpisano ponad 510 tys. aktów notarialnych dotyczących sprzedaży nieruchomości, tj. o 3,8% mniej niż w roku poprzednim. Wśród nich 50,5% stanowiły lokale mieszkalne i usługowe – informuje Michał Pajdak.

Od wielu lat ceny nieruchomości w Polsce rosły, co sprawia, że wiele osób uważa inwestycję w nie za bezpieczną. – Obecne zawirowania związane z cenami są traktowane przez Polaków jako przejściowe. W Polsce, szczególnie w większych miastach, występuje stały niedobór mieszkań. To powoduje, że popyt przewyższa podaż – zwraca uwagę ekspert.

Wyżej na liście znalazły się lęki przed zachowaniami mobbingowymi – 0,4%, uzależnieniem się od alkoholu lub innych używek bądź działań (np. hazardu, seksu czy zakupów) – 0,4%, wypadkiem komunikacyjnym – 0,8%, a także utrudnionym dostępem do leków – 0,8%. – W społeczeństwie dominują lęki o zdrowie czy sprawy finansowe, ponieważ dotyczą wszystkich obywateli. Niektóre problemy są bardziej nagłaśniane, np. inflacja i ceny energii, przez co inne schodzą na dalszy plan. Wypadek, mobbing czy uzależnienie nie dotykają każdego, więc mogą być traktowane jako mało prawdopodobne zagrożenia – podsumowuje Michał Pajdak z platformy ePsycholodzy.pl.

***
Opis metody badawczej

Raport pt. „Bieżące lęki i obawy Polaków. Edycja I. 2025” został przygotowany na kanwie specjalnego sondażu. Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH oraz platformę psychoterapii online ePsycholodzy.pl na próbie 1010 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Równość płci w pracy? 46% kobiet wskazuje na dyskryminację jako główną przeszkodę

0

Pomimo licznych działań na rzecz wyrównania szans kobiet i mężczyzn na rynku pracy, sytuacja, w jakiej znajdują się profesjonalistki pozostawia wiele do życzenia. W ankiecie przeprowadzonej przez agencję doradztwa personalnego Hays uprzedzenia i dyskryminacja ze względu na płeć ponownie zostały zidentyfikowane jako największa bariera utrudniająca kobietom rozwój oraz aktywny udział w rynku pracy. Jednocześnie 24 proc. respondentów uważa, że na przestrzeni ostatniego roku wśród ich pracodawców zmalało zainteresowanie kwestią równości i różnorodności (DE&I).

Ankieta Hays przeprowadzona w lutym na portalu LinkedIn wśród ponad 3,5 tys. respondentów na świecie pokazuje, że profesjonaliści są świadomi przeszkód, z jakimi muszą sobie radzić kobiety na rynku pracy. Podobnie jak w minionym roku, jako największa bariera zostały zidentyfikowane uprzedzenia i dyskryminacja. W Polsce takiego zdania było 46 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się: luka płacowa (22%), nieelastyczne zasady pracy (20%) i brak wsparcia w rozwoju (12%).

Jaka jest największa bariera utrudniająca kobietom rozwój i aktywny udział w rynku pracy?

46% Dyskryminacja i uprzedzenia
22% Luka płacowa
20% Nieelastyczne zasady pracy
12% Brak wsparcia w rozwoju

Źródło: sondaż Hays Poland, luty 2025

UPRZEDZENIA – DYSKRYMINACJA, KTÓREJ NIE WIDAĆ

Znajduje to potwierdzenie w badaniu Hays Poland, omawianym na łamach raportu „Kobiety na rynku pracy”. Jak ujawniła edycja z roku 2024, kobiety zdecydowanie częściej od mężczyzn doświadczają przeszkód w karierze wynikających z płci (53 proc. wśród kobiet i 25 proc. wśród mężczyzn). Co więcej, najczęściej wynikają one właśnie ze stereotypowego myślenia i uprzedzeń.

Najczęściej napotykane przez kobiety przeszkody w karierze, wynikające z płci

54% Kierowanie się stereotypami w podejmowaniu decyzji o zatrudnieniu lub awansie
53% Faworyzowanie osób płci innej niż moja
47% Brak zaufania do posiadanych kompetencji
44% Brak wsparcia w budowaniu autorytetu
38% Szklany sufit

Procenty nie sumują się do 100, ponieważ możliwe było zaznaczenie kilku odpowiedzi

Źródło: raport Hays Poland, „Kobiety na rynku pracy 2024”, maj 2024

Badanie wykazało, że profesjonalistki najczęściej mierzą się z sytuacjami, w których decyzja o zatrudnieniu lub awansie bazuje na stereotypach lub jest zależna od osobistych przekonań decydentów. Uprzedzenia – świadome lub też nie – pozostają najbardziej niebezpieczną formą dyskryminacji. Są bowiem nieoczywiste, trudniejsze do wykrycia i eliminacji z procesów decyzyjnych.

Kobiety na rynku pracy mierzą się z różnorodnymi problemami. Natomiast ich źródłem bardzo często są nieuświadomione uprzedzenia, którymi kierują się osoby zaangażowane w procesy decyzyjne, przykładowo związane z rekrutacją czy sukcesją w firmie. Wiele decydentów nie ma świadomości, że w swoim życiu zawodowym kierują się określonymi założeniami dotyczącymi poszczególnych grup społecznych – pracujących matek, pracowników w wieku 50+ czy kobiet na stanowiskach kierowniczych. Wciąż prowadzi to do sytuacji, w których utalentowane i ambitne profesjonalistki nie zawsze mogą w pełni wykorzystać swój potencjał. Jest to niekorzystne nie tylko dla nich samych, ale też dla firm – komentuje Karolina Szyndler, Senior Director w Hays Poland.

DE&I POZA OBSZAREM KONCENTRACJI FIRM

Równanie szans kobiet i mężczyzn w miejscu pracy jest jednym z elementów strategii DE&I (Divesity, Equity & Inclusion), czyli działań na rzecz budowania różnorodnych organizacji, otwartych na wszystkich. Jak wynika z sondażu internetowego Hays Poland, zdaniem 24 proc. specjalistów zaangażowanie ich pracodawców w inicjatywy DE&I zmalało na przestrzeni ostatniego roku. Najwięcej, bo 48 proc. respondentów uznało z kolei, że nie dostrzegają w tym zakresie żadnych zmian.

Jak w ciągu ostatniego roku zmieniło się zainteresowanie obszarem DE&I po stronie Twojego pracodawcy?

24% Zwiększyło się
48% Pozostało bez zmian
24% Zmalało
4% Trudno powiedzieć

Źródło: sondaż Hays Poland, luty 2025

Po okresie bardzo entuzjastycznego podejścia do inicjatyw ukierunkowanych na równanie szans w miejscu pracy, w wielu firmach nadszedł czas weryfikacji skuteczności dotychczasowych działań. Oznacza to, że już wdrożone programy często nie są rozwijane lub koncentracja firm na działaniach DE&I zmalała, podobnie jak inwestycje w ten obszar.

Powód jest często prozaiczny: trudniejsze warunki gospodarcze. Firmy znajdujące się pod większą presją koncentrują się głównie na projektach, które pozwolą im zachować rentowność lub przewagę konkurencyjną. W takim kontekście inicjatywy DE&I czy CSR, czyli te związane ze społeczną odpowiedzialnością biznesu, często ustępują miejsca potrzebie optymalizacji, cięcia kosztów lub inwestowania w nowe produkty i usługi.

Bez względu na aktualne trendy gospodarcze, strategia DE&I powinna być fundamentem wszystkich działań firmy. Tylko wtedy organizacje będą mogły wprowadzać istotne, mierzalne i trwałe zmiany. Dotyczy to bowiem nie tylko rekrutacji czy sprawiedliwego wynagradzania, ale też dostępnych możliwości rozwoju. Wpływa to zatem na kształtowanie zasobów kompetencyjnych firmy w oparciu o merytorykę i fakty, a nie osobiste przekonania osób biorących udział w procesach decyzyjnych – zauważa Karolina Szyndler, Senior Director w Hays Poland.

Liczne pytania dotyczące rezultatów osiąganych dzięki DE&I coraz częściej zmuszają firmy do dokonania analizy, jak duże postępy poczyniły w realizacji swoich celów oraz weryfikacji, czy ich obecne podejście do budowania różnorodnej i inkluzywnej organizacji naprawdę działa. Warto wykorzystać obecny moment do upewnienia się, że strategia DE&I jest prawdziwym fundamentem procesów decyzyjnych, przywództwa i kultury organizacyjnej.

Polki rzadziej się zadłużają, ale ich długi są większe

  • Polki zadłużają się rzadziej niż mężczyźni – stanowią 37 proc. wszystkich dłużników. Pożyczki kobiet są jednak wyższe. Średnie zadłużenie to 11 tys. zł – podaje ERIF BIG.
  • Najwięcej zadłużonych Polek jest w woj. mazowieckim, dolnośląskim
    i wielkopolskim.
  • Kobiety są ostrożniejsze w zaciąganiu pożyczek, mimo luki płacowej
    i niższych emerytur.

Średnie zadłużenie polskich kobiet to 11 tys. zł, przy czym zobowiązań wobec instytucji pożyczkowych może być kilka, a wartość jednego to zwykle 6 tys. zł. To więcej niż w przypadku mężczyzn, którzy przeciętnie mają do spłacenia 10 tys. zł.  Średnia wartość jednego zobowiązania mężczyzn to z kolei 5,4 tys. zł – wynika z danych Biura Informacji Gospodarczej ERIF podsumowujących 2024 r.

Kobiety zadłużają się jednak rzadziej, stanowią 37 proc. wszystkich dłużników. Liczba zadłużonych kobiet jest niższa we wszystkich przedziałach wiekowych oprócz pań w wieku 65 plus. Z kolei mężczyźni w tym wieku postępują odwrotnie – najrzadziej zaciągają pożyczki.

Najwięcej zadłużonych Polek jest w woj. mazowieckim, dolnośląskim i wielkopolskim, najmniej w podlaskim, opolskim i świętokrzyskim.

–  Średnie zobowiązanie kobiet wyższe niż u mężczyzn prawdopodobnie wynika z takich czynników, jak większe wydatki na cele rodzinne czy opiekę zdrowotną. Interesujący jest fakt, że kobiety po 65. roku życia częściej zaciągają długi niż mężczyźni w tym samym wieku. Niewykluczone, że jest to związane z niższymi emeryturami. Również ogólnie wyższe średnie zobowiązanie może wynikać z mniejszych zarobków. Mniejsza w stosunku do mężczyzn liczba zadłużonych Polek sugeruje, że kobiety podchodzą do zaciągania pożyczek z rozwagą i staranniej zarządzają swoimi finansami. Choć może to też być wynik tego, że to mąż lub partner życiowy ma wyższe zarobki i to na niego zaciągane są domowe kredyty i pożyczki – mówi Katarzyna Skrzypczyńska, Kierownik Działu Projektów Biznesowych w ERIF BIG SA.

Luka płacowa wciąż problemem

Średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2024 r. wyniosło 8,1 tys. zł brutto. To oznacza wzrost o 14,3 proc. w stosunku do 2023 r., gdy wynosiło ono 7,1 tys. zł brutto. Wzrost poziomu zarobków nie dla każdego jednak oznacza to samo. Ostatnie dane GUS-u dotyczące różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn pochodzą z lipca 2024 r. Kobiety zarabiały wtedy średnio 7769 zł – o 9,7 proc. mniej niż mężczyźni, którzy średnio zarabiali 8605 zł. Nieco mniej różni się mediana zarobków, która dla kobiet wyniosła 6413 zł, a dla mężczyzn 6899 zł, co zmniejsza dysproporcję do 7 proc.

To oznacza, że choć najwyższe zarobki wciąż są zdominowane przez mężczyzn, to w grupie pracowników o przeciętnych dochodach różnice są mniejsze. Niemniej jednak utrzymująca się luka płacowa, nawet jeśli mniejsza w przypadku mediany, jest sygnałem, że nierówności na rynku pracy wciąż istnieją. Dysproporcje płacowe bezpośrednio wpływają na realną możliwość zarządzania swoimi finansami przez panie, w tym na decyzje dotyczące zaciągania pożyczek. Mimo że kobiety, jak wynika z naszych danych, z dużym prawdopodobieństwem podchodzą do zadłużania się z większą rozwagą, niższe zarobki mogą zmuszać je do zaciągania większych pożyczek. Korzystają z wyższych kredytów lub pożyczek, aby pokryć niezbędne domowe wydatki lub zainwestować w rozwój osobisty i zawodowy – komentuje Katarzyna Skrzypczyńska, ekspertka ERIF BIG SA.

Wzrost średnich zarobków Polek, choć obiecujący, nie eliminuje konieczności zaciągania pożyczek. Dla porównania, w 2023 roku średnia wartość jednego zobowiązania wynosiła 5,6 tys. zł, a średnie zadłużenie polskich kobiet – 10,6 tys. zł. Mimo rosnących z roku na rok wynagrodzeń, kwoty pożyczek zaciąganych przez kobiety również wzrastają, co pokazuje, że zewnętrzne źródła finansowania pełnią ważną rolę w realizacji ich potrzeb finansowych.

Deficyt Chin na rekordowym poziomie. Czy Pekinowi uda się pobudzić konsumpcję?

Chiński rząd ogłosił, że dąży do osiągnięcia wzrostu gospodarczego na poziomie około 5% w 2025 roku, co potwierdza determinację Pekinu w utrzymaniu rozwoju mimo spowolnienia koniunktury i rosnących napięć handlowych ze Stanami Zjednoczonymi. Cel ten jest zgodny z wcześniejszymi prognozami i wskazuje na dążenie władz do stabilności wzrostu nawet w trudnym otoczeniu międzynarodowym.

Jednym z kluczowych elementów strategii rządu jest zwiększenie wydatków publicznych w celu pobudzenia popytu wewnętrznego i wzmocnienia rynków. W tym roku deficyt budżetowy został podniesiony do poziomu 4% PKB, co stanowi najwyższą wartość od dekad. Rząd planuje emisję obligacji samorządowych o łącznej wartości 4.4 bln RMB (ok. 600 mld USD) oraz 1.3 bln RMB w specjalnych obligacjach rządowych – nieco mniej, niż wielu analityków oczekiwało.

Aby wesprzeć konsumpcję, przewidziano przeznaczenie 300 mld RMB (ok. 40 mld USD) na subsydia, choć według niektórych ekspertów kwota ta może okazać się niewystarczająca do znaczącego pobudzenia rynku. Dodatkowo cel inflacyjny obniżono do 2%, najniższego poziomu od 2003 roku, co sugeruje obawy przed presją deflacyjną.

Pierwsze reakcje rynkowe były pozytywne – indeks Hang Seng China Enterprises wzrósł o 2.6%, a CSI 300 o 0.4%. Jednak wielu ekonomistów, zwraca uwagę, że samo zwiększenie deficytu nie wystarczy i kluczowe będzie właściwe ukierunkowanie wydatków. Bez głębszych reform strukturalnych ambitny cel 5% wzrostu może być trudny do osiągnięcia. Utrzymanie wysokiego tempa rozwoju komplikuje narastający konflikt handlowy z Waszyngtonem. Stany Zjednoczone nałożyły dodatkowe 20% taryfy na chińskie produkty, na co Pekin odpowiedział restrykcjami, m.in. na import rolny i energetyczny z USA oraz ograniczeniami dla amerykańskich firm. W tym kontekście warto podkreślić, że jedynie nieoczekiwany boom eksportowy mógłby znacząco wesprzeć wzrost, lecz w warunkach rosnącego protekcjonizmu jest to mało prawdopodobne.

Równolegle do działań pobudzających gospodarkę Chiny zwiększyły także wydatki wojskowe. Budżet obronny wzrośnie nominalnie o 7.2% do poziomu 1.78 bln RMB (ok. 250 mld USD), co przewyższa ogólny wzrost wydatków rządowych (6.9%). Niezależni eksperci wskazują, że rzeczywiste wydatki na obronność mogą być nawet o 30–90% wyższe od oficjalnych danych, co podkreśla rosnącą rolę armii w strategii Pekinu.

Chociaż Chiny wykazują silną wolę utrzymania 5% wzrostu gospodarczego, to rosnące napięcia ze Stanami Zjednoczonymi, skromniejsze niż przewidywano środki stymulacyjne oraz brak istotnych reform strukturalnych mogą utrudnić realizację tego celu. Zwiększone wydatki fiskalne mogą zapewnić krótkoterminowe wsparcie gospodarce, lecz długoterminowy sukces zależy od efektywnego wykorzystania funduszy oraz złagodzenia konfliktów handlowych. W obliczu ambitnych planów militarnych i ograniczonego luzowania polityki fiskalnej przyszłość chińskiego wzrostu budzi mieszane opinie.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Ekonomia polityczna Trumpa – zwiastun renesansu czy kryzysu?

Rynki, przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe zaczynają wykazywać duże rozczarowanie i w przyszłości mogą stać się silną przeciwwagą dla woluntaryzmu politycznego i gospodarczego, który sam w sobie nigdy nie zapewnia bogactwa narodom.

Pojawienie się w historii myśli ekonomicznej obok ekonomii przymiotnika polityczna było niewątpliwym postępem. Pokazywało, że ludzkość potrafi mądrze gospodarować nie tylko w skali mikro, ale również w skali makro i ekonomia potrafi tę złożoność wyjaśniać. Znacznie gorzej zaczęło się dziać z ekonomią i gospodarkami, gdy w ekonomii politycznej zaczęły się pojawiać dopełnienia w postaci rzeczowników kapitalizmu, socjalizmu, komunizmu itd., w których władza polityczna narzuca gospodarce i ekonomii swoją wolę.

Dużym jednakże sukcesem, pomimo początkowych obaw, zakończyła się ekonomia polityczna Ronalda Reagana – renesans liberalizmu gospodarczego, którego bardzo udanym dzieckiem jest też polska transformacja społeczna, polityczna i gospodarcza.

Ekonomia polityczna obecnego prezydenta USA Donalda Trumpa na razie nie rokuje dobrze. Administracji Ronalda Reagana udało się świetnie zharmonizować cztery podstawowe regulatory gospodarki: władzy politycznej państwa, rynków, przedsiębiorców i gospodarstw domowych. W przypadku Donalda Trumpa rynki, przedsiębiorstwa i gospodarstwa domowe zaczynają wykazywać duże rozczarowanie i w przyszłości mogą stać się silną przeciwwagą dla woluntaryzmu politycznego i gospodarczego, który sam w sobie nigdy nie zapewnia bogactwa narodom. Zwróćmy uwagę na zwiastuny oporu pozostałych regulatorów.

Rynki, szczególnie rynki finansowe, po wyborach przyjęły raczej dość dobrze wybór Donalda Trumpa: na początku roku różnica rentowności pomiędzy obligacjami skarbowymi dziesięcioletnimi a obligacjami dwuletnimi (sławetny spread) wzrosła nawet do ponad 40 małych punktów procentowych (bipsów), rosnąc silnie z poziomu 5 punktów na początku grudnia 2024 roku. Jednakże po miesiącu rządów nowej ekipy różnica ta spadła już do 20 punktów. Nie cieszy to nowej administracji. Wprawdzie ekipa Joe Bidena miała od 2022 roku tę różnicę ujemną, co podręcznikowo uważane jest za zwiastun nadchodzącego kryzysu gospodarczego, ale przed wyborami osiągała już też 20 punktów na plusie, jakkolwiek wciąż z silnymi wahaniami. Sytuacja na rynkach finansowych nadal fatalnie wpływa na inwestycje w USA. Rynki na pewno będą silnym obiektywnym cenzorem poczynań nowej administracji i na pewno tanio jej nie pomogą.

Przedsiębiorcy, szczególnie ci najwięksi, Elon Musk, i inni przedstawiciele broligarchii z GAFAMA czy FAANG, też początkowo entuzjastycznie przyjęli zwycięstwo Donalda Trumpa i manifestują swoją zbieżność interesów z nową administracją. Teorie przedsiębiorczości i zarządzania strategicznego pokazują jednakże, że silnie bratanie się władzy politycznej z biznesem charakteryzuje raczej końcowe fazy cyklu życia produktów i organizacji niż początkowe – innowacyjne i przedsiębiorcze, które zapewniają gospodarkom rozwój. Trudno się spodziewać, aby najbogatsi przedsiębiorcy ze swoimi wielkimi firmami zaczęli prowadzić z nową administracją politykę promowania nowych innowacyjnych wejść na rynek zagrażającym ich pozycjom dominującym. W uznaniowych politycznie pozycjach biznesowych, a nie w rynkowej konkurencji może dochodzić do wielu sprzeczności interesów również między największymi, co odczuwa dzisiaj Nvidia pragnąca nadal utrzymywać swoją potęgę na sprzedaży wyrafinowanych chipów (np. H20) do Chin.

Gospodarstwa domowe przyjęły nowa administrację USA z nadzieją, że pokona ona ich wroga publicznego numer jeden, jakim jest inflacja.

Ta ostatnia stała się główną przyczyną porażki Partii Demokratycznej. Perspektywa zakończenia walki z inflacją jednakże zarówno na świecie, jak i w USA istotnie się oddala. Nie udało się zlikwidować wszystkich wirusowych siedlisk inflacji, albo jak dosadniej powiada John Cochrane z Uniwersytetu Stanforda, wszystkich karaluchów inflacyjnych, które nadal mogą się silnie rozmnażać. Walce z inflacją na pewno nie sprzyjać będą zapowiadane przez Donalda Trumpa nowe cła lub wzrosty taryf celnych. Nie będzie też sprzyjać deportacja imigrantów, ponieważ z jednej strony ci z słabiej wykształceni obniżają koszty w USA, a z drugiej z strony ci dobrze wykształceni przyczyniają się do wzrostu produktywności gospodarki USA.

Niezwykle pikantnym obrazem ekonomii politycznej Donalda Trumpa i wszystkich czterech regulatorów może się okazać dolar USA. Prezydent Trump chciałby zarazem silnego i słabego dolara. Silnego, aby obniżał inflację pobudzaną wysokimi cłami, ale słabego, aby promował amerykański eksport. Tą kwadraturę koła stara się, na razie teoretycznie, rozwiązać jeden z jego doradców ekonomicznych Stephen Miran. Proponuje wręcz nowy Bretton Woods, w którym zagraniczni posiadacze dolarów musieliby kupować amerykańskie bony skarbowe, aby oddzielić popyt i podaż dolara z handlu zagranicznego od popytu i podaży dolara jako waluty rezerwowej świata. Czy okaże się Lafferem Trumpa? Dolar może znaleźć się na rollercoasterze.

Autor: Prof. Adam Noga

Autor pracuje w Akademii Leona Koźmińskiego, członek Towarzystwa Ekonomistów Polskich.

Ceny paliw spadają – efekt decyzji OPEC+ i zmian na rynku ropy

W ostatnim tygodniu kierowcy mogli odczuć kolejne spadki cen paliw. Benzyna potaniała o 4 grosze na litrze, a olej napędowy o 3 grosze na litrze. To wynik globalnych zmian na rynku ropy, które mogą wpłynąć na dalsze kształtowanie się cen w najbliższych tygodniach.

Między 21 a 28 lutego 2025 roku cena ropy naftowej obniżyła się o 1,5 dolara za baryłkę. Kolejny poniedziałek przyniósł dalszy spadek o 1,2 dolara, sprowadzając cenę surowca do najniższego poziomu od trzech miesięcy. Tak gwałtowna reakcja rynku nastąpiła po oficjalnym potwierdzeniu przez OPEC+ planu zwiększenia wydobycia – po raz pierwszy od 2022 roku.

Zgodnie z nową decyzją OPEC+, od kwietnia produkcja ropy wzrośnie stopniowo o około 138 000 baryłek dziennie. Organizacja zapowiedziała jednak, że tempo wzrostu wydobycia może być elastyczne i dostosowane do warunków rynkowych w celu utrzymania stabilności cen.

Decyzja ta zapadła w czasie rosnącej presji ze strony prezydenta USA Donalda Trumpa, który ponownie zaapelował o obniżenie cen ropy. Trump naciska na Arabię Saudyjską i jej sojuszników, by zwiększyli podaż surowca, a jego polityka „maksymalnej presji” na irański eksport może stworzyć przestrzeń dla innych członków OPEC+ do przejęcia udziału w rynku.

Decyzja OPEC+ wskazuje, że organizacja staje przed wyzwaniem rosnącej konkurencji. Stany Zjednoczone – największy producent ropy o wysokich kosztach wydobycia – a także Brazylia, Kanada i Gujana zwiększają produkcję szybciej niż rośnie światowy popyt. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), mimo obowiązujących ograniczeń, globalna nadwyżka podaży wynosi obecnie 450 000 baryłek dziennie.

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na niepewność na rynku są sankcje USA nałożone na Rosję, Iran i Wenezuelę oraz ryzyko globalnej wojny celnej. W odpowiedzi na zmieniające się warunki OPEC+ planuje stopniowe wycofywanie obecnych cięć produkcji – do września 2026 roku redukcja może zmniejszyć się o 2,2 miliona baryłek dziennie.

W nadchodzących dniach ceny benzyny i oleju napędowego mogą nadal lekko się wahać – przewidywane są zmiany rzędu 2-3 groszy na litr w obu kierunkach. Dla firm logistycznych oznacza to konieczność stałego monitorowania rynku i strategicznego planowania tankowania, aby zoptymalizować koszty operacyjne.

Czy trend spadkowy utrzyma się w dłuższej perspektywie? To zależy od reakcji rynku na decyzje OPEC+, sytuacji geopolitycznej oraz kondycji światowej gospodarki. Jedno jest pewne – najbliższe miesiące przyniosą kolejne emocjonujące zmiany na rynku ropy.

Komentarz przygotował Marcin Wawrzkiewicz, Country Manager Malcom Finance w Polsce.

Luka płacowa w Polsce: kobiety zarabiają o 7,8% mniej niż mężczyźni

Mimo postępujących zmian społecznych i prawnych kobiety w Polsce wciąż zarabiają średnio o 7,8% mniej niż mężczyźni. Choć to jeden z niższych wskaźników w Unii Europejskiej, nadal stanowi istotny problem. Eksperci Gi Group Holding podkreślają, że różnice w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn wynikają nie tylko z indywidualnych wyborów zawodowych, ale także z czynników strukturalnych, takich jak segregacja sektorowa, ograniczony dostęp kobiet do awansów oraz przerwy w karierze związane z obowiązkami rodzinnymi.

Polska na tle UE

Luka płacowa, czyli różnica między przeciętnymi wynagrodzeniami brutto kobiet i mężczyzn, jest liczona jako procent średniego wynagrodzenia mężczyzn. Jak wynika z danych Eurostatu, średnia różnica w Polsce wynosi 7,8%, a w Unii Europejskiej ok. 13%. Oznacza to, że na każde 1 euro, które zarabia mężczyzna, przypada 0,87 euro dla kobiety. Choć na tle innych europejskich krajów wypadamy relatywnie dobrze (dziewiąta najmniejsza wartość wśród państw Wspólnoty), plasując się przed Łotwą (19%), Austrią (18,3%) czy Czechami (18%), daleko nam jeszcze do Belgii (0,7%), Włoch (2,2%) czy Rumunii (3,8%). Jedynym krajem, w którym kobiety zarabiają więcej od mężczyzn jest Luksemburg, gdzie według Eurostatu zarobki kobiet są średnio 0,9% wyższe.

Warto podkreślić, że 7,8% jest nieskorygowaną luką płacową. Ta skorygowana, uwzględniająca płace na podobnych stanowiskach i o podobnych kompetencjach, jest znacznie wyższa. Według danych Instytutu Badań Strukturalnych wynosi ona pomiędzy 14% a 24% – podkreśla Agnieszka Mazurek-Szulim, Manager – Manufacturing & Supply Chain w Wyser.

Dlaczego kobiety wciąż zarabiają mniej?

Problem nie dotyczy jedynie statystyk. Kobiety częściej niż mężczyźni pracują w zawodach, w których wynagrodzenia są niższe – takich jak edukacja, opieka zdrowotna czy administracja publiczna. Tymczasem w lepiej płatnych sektorach, takich jak technologie czy finanse, dominują mężczyźni.

Branże, w których dominują kobiety, od lat są niedoszacowane pod względem wynagrodzeń, mimo że wymagają wysokich kwalifikacji i dużej odpowiedzialności. Edukacja, opieka zdrowotna czy administracja publiczna nie generują takich zysków jak sektor technologiczny czy finansowy, co wpływa na niższe płace. Dodatkowo historyczne postrzeganie tych zawodów jako „naturalnych” dla kobiet utrwaliło ich niższą wartość rynkową. Zmiana tej sytuacji wymaga zarówno podniesienia wynagrodzeń, jak i większej różnorodności płciowej w lepiej opłacanych sektorach – komentuje Grzegorz Gojny, Dyrektor Regionalny Gi Group.

Według danych z raportu Bulldogjob „Raport z Badania Społeczności IT 2024” udział kobiet w branży IT, w której zarobki są jednymi z najwyższych, wynosi niecałe 16%, podczas gdy mężczyzn zatrudnionych jest aż 84%. Ograniczona reprezentacja kobiet w tym sektorze pokazuje, że wciąż istnieją bariery w dostępie do zawodów przyszłości, co może mieć długofalowy wpływ na lukę płacową i rozwój kariery zawodowej kobiet.

Same liczby nie pokazują pełnego obrazu problemu. Luka płacowa nie wynika wyłącznie z różnic w wyborze branży czy zawodu. Przeszkody w awansie, przerwy w karierze związane z obowiązkami rodzinnymi oraz ograniczone możliwości negocjowania wynagrodzeń, mają ogromny wpływ na sytuację kobiet na rynku pracy.

– W wielu przypadkach kobiety nie mają tych samych możliwości rozwoju co ich koledzy, mimo podobnych kompetencji i doświadczenia. Często muszą wykazywać się większą determinacją, aby osiągnąć ten sam poziom wynagrodzenia czy awans. Dodatkowo brak przejrzystości wynagrodzeń sprawia, że różnice te mogą pozostawać niezauważone i nieuregulowane przez lata – mówi Joanna Wanatowicz, dyrektor zarządzająca Grafton Recruitment.

Interpretacja luki płacowej: stereotypy

Jednym z najczęściej powtarzanych mitów jest przekonanie, że kobiety zarabiają mniej, ponieważ wybierają zawody o niższych wynagrodzeniach. Choć struktura zatrudnienia ma znaczenie, to dane pokazują, że różnice utrzymują się także na porównywalnych stanowiskach w tych samych branżach. Nawet w sektorach, w których udział kobiet i mężczyzn jest stosunkowo wyrównany, różnice w wynagrodzeniach nadal są widoczne.

Często błędnie zakłada się, że różnice w wynagrodzeniach znikną samoistnie wraz ze wzrostem udziału kobiet w rynku pracy. Tymczasem choć kobiety stanowią prawie połowę zatrudnionych, różnice płacowe wciąż się utrzymują.

Co więcej, udział kobiet na stanowiskach kierowniczych w Polsce wynosi 43% (dane PARP) i jest to drugi najwyższy wynik w UE. Nie oznacza to jednak pełnej równości, gdyż wciąż występują bariery w dostępie do najwyższych szczebli zarządzania, a kobiety na tych samych stanowiskach często otrzymują niższe wynagrodzenia niż mężczyźni. Im wyżej w hierarchii firmy, tym większa przepaść – według danych European Women on Boards kobiety stanowią jedynie 19% członków zarządów największych spółek giełdowych w Polsce. To pokazuje, że choć liczba kobiet na stanowiskach menedżerskich rośnie, dostęp do najwyższych struktur decyzyjnych pozostaje dla nich ograniczony, co przekłada się na różnice w wynagrodzeniach i możliwości dalszego awansu.

– Niska reprezentacja kobiet w zarządach wynika z wielu czynników, które kumulują się na różnych etapach kariery zawodowej. Po pierwsze, kobiety rzadziej awansują na najwyższe stanowiska, co często jest efektem barier systemowych i kulturowych – od stereotypów dotyczących przywództwa, po ograniczone możliwości łączenia kariery z życiem prywatnym. Po drugie, brak przejrzystych kryteriów awansu i sieci kontaktów biznesowych, które ułatwiają mężczyznom dostęp do stanowisk decyzyjnych, dodatkowo pogłębia tę nierówność. Dopóki firmy nie zaczną świadomie inwestować w rozwój liderek i wdrażać realnych działań na rzecz różnorodności, te proporcje będą się zmieniać bardzo powoli – podkreśla Agnieszka Mazurek-Szulim, Manager – Manufacturing & Supply Chain w Wyser.

Dane Eurostatu natomiast pokazują, że w sektorze finansowym i ubezpieczeniowym kobiety w Polsce zarabiają średnio o 27,6% mniej niż mężczyźni. To jedna z największych różnic w wynagrodzeniach, co dowodzi, że problem nie wynika wyłącznie z decyzji zawodowych kobiet, ale także z barier systemowych utrudniających im osiąganie równych płac.

Jak skutecznie zmniejszać lukę płacową?

Zmniejszenie luki płacowej wymaga kompleksowych działań zarówno na poziomie firm, jak i regulacji. Przejrzystość wynagrodzeń jest jednym z kluczowych narzędzi w walce z nierównościami. Publikowanie widełek płacowych ogranicza ryzyko nieświadomej dyskryminacji i sprzyja budowaniu kultury równości w organizacjach.

Wkrótce w Polsce wejdą w życie zmiany wynikające z unijnej dyrektywy o przejrzystości wynagrodzeń, która ma na celu zmniejszenie luki płacowej i zwiększenie równości w dostępie do awansów oraz stanowisk. Do czerwca 2026 roku firmy będą zobowiązane do publikowania widełek płacowych w ofertach pracy, raportowania różnic wynagrodzeń oraz zapewnienia pracownikom dostępu do informacji o strukturze płac w organizacji. Nowe przepisy mogą wpłynąć na poprawę transparentności i ograniczenie nieuzasadnionych różnic płacowych​.

– Nowe przepisy unijne dotyczące przejrzystości wynagrodzeń to krok w dobrym kierunku, jednak same w sobie nie zlikwidują luki płacowej. Obowiązek publikowania widełek płacowych oraz raportowania różnic w wynagrodzeniach zwiększy świadomość i pozwoli wykrywać nieuzasadnione dysproporcje. Kluczowe będzie jednak to, jak firmy wdrożą te zmiany w praktyce – jeśli potraktują je jako impuls do budowy bardziej transparentnych i sprawiedliwych systemów wynagradzania, luka płacowa faktycznie zacznie się zmniejszać – komentuje Grzegorz Gojny, dyrektor regionalny Gi Group Poland.

Równie istotne jest wspieranie rozwoju zawodowego kobiet poprzez programy mentoringowe i szkoleniowe, które zwiększają ich szanse na awans. Coraz więcej firm decyduje się także na audyty wynagrodzeń, co pozwala na wykrywanie i eliminowanie nieuzasadnionych różnic płacowych.

Elastyczne formy zatrudnienia, takie jak praca zdalna, czy skrócony tydzień pracy, umożliwiają kobietom łączenie kariery z życiem prywatnym bez konieczności rezygnowania z rozwoju zawodowego. Świadome działania pracodawców nie tylko eliminują ryzyko dyskryminacji, ale także przyciągają bardziej zróżnicowane i zaangażowane zespoły, co pozytywnie wpływa na wyniki finansowe firm.

Otwarta polityka wynagrodzeń i równe szanse na awans, to fundamenty sprawiedliwego rynku pracy. Firmy, które wdrażają przejrzyste zasady płacowe i inwestują w rozwój pracowników niezależnie od płci, nie tylko redukują lukę płacową, ale także budują silniejsze i bardziej lojalne zespoły. Dodatkowo, kultura organizacyjna oparta na równości i różnorodności przyciąga najlepsze talenty, co w dłuższej perspektywie przekłada się na większą konkurencyjność przedsiębiorstw – dodaje Joanna Wanatowicz, dyrektor zarządzająca Grafton Recruitment.

Indeks strachu na giełdach. Czego boją się rynki finansowe? Podwyżek stóp bardziej niż wojny

Czego boją się rynki finansowe? Podwyżek stóp procentowych i ataków na gazociągi. Te wydarzenia mają dużo większy wpływ na rynki finansowe niż nawet wojna, bo przywołują strach przed recesją – wynika z „indeksu strachu” dla giełd, współtworzonego przez ekonomistę dr. Jana Jakuba Szczygielskiego z Akademii Leona Koźmińskiego. 

Rynki finansowe najbardziej boją się podwyżek stóp procentowych, skoków cen energii i innych nieoczekiwanych kryzysów, które mogą zapowiadać recesję. Tak wynika z analiz badaczy z Akademii Leona Koźmińskiego, dr. Jana Jakuba Szczygielskiego oraz dr hab. Lidii Obojskiej, którzy razem z dr Ailie Charteris z Uniwersytetu Cape Town w RPA oraz dr. Januszem Brzeszczyńskim z Uniwersytetu Łódzkiego opracowali „indeksu strachu” dla giełd. Wyniki zostały opublikowane w czasopiśmie Research in International Business and Finance.

Opracowany przez ekonomistów indeks bada zapytania w wyszukiwarce Google, które dotyczą recesji i ocenia poziom niepokoju na rynkach finansowych. Okazuje się, że niepokój wywołany perspektywą recesji, z okresu od wybuchu wojny w Ukrainie do września 2023 roku, dorównywał poziomowi strachu z czasu wybuchu pandemii COVID-19 w marcu 2020 roku. Jest nawet porównywalny do poziomu strachu obserwowanego podczas globalnego kryzysu finansowego w latach 2008–2009. Takie wnioski przynosi analiza wyszukań terminu “recesja” w wyszukiwarce Google. 

Szczygielski tłumaczy, że strach przed kryzysem gospodarczym ma ogromny wpływ na decyzje inwestorów, ale także decyzje podejmowane przez banki centralne i rządy w kluczowych i powiązanych ze sobą gospodarkach na całym świecie, w tym w krajach grupy G7. – To właśnie strach jest tym niewyczuwalnym czynnikiem stojącym za kluczowymi decyzjami. Im wyższy poziom strachu, tym niższe zwroty z rynku akcji i większa zmienność na rynkach. Gdy inwestorzy się boją, obniżają swoje oczekiwania dotyczące przyszłych przepływów pieniężnych, wzrasta niechęć do ryzyka, co sprawia, że inwestorzy oczekują wyższych zysków, ponieważ rośnie wymagana premia za ryzyko – wyjaśnia ekonomista.  

Te niespełna dwa lata między grudniem 2021 roku a wrześniem 2023 roku były trudne dla gospodarek na całym świecie, ponieważ atak Rosji na Ukrainę przyniósł w efekcie potężny kryzys energetyczny, skok cen energii, wzrost inflacji i w efekcie – podwyżki stóp procentowych na całym świecie. 

Nie wojna, a podwyżki stóp i kryzysy energetyczne powodem strachu na rynkach

Ekonomiści odkryli, że to nie sama wojna wywołała największy strach, ale następne, niespodziewane wydarzenia. Inwestorzy i rynki finansowe najmocniej zareagowały na podwyżki stóp procentowych, zwłaszcza w kluczowych państwach, jak Stany Zjednoczone. Skok obaw przed recesją wywołał też zamach na gazociąg NordStream, do czego przyczyniły się obawy przed ogromnymi podwyżkami cen energii. Dlaczego? Ponieważ te decyzje i wydarzenia mogą zwiastować nadchodzącą recesję i spowolnienie gospodarcze. 

– Zmiana cen energii i podwyżki stóp procentowych miały największy wpływ na wzrost obaw o recesję. To skutkuje spadkiem popytu, te zjawiska zmniejszają realny dochód ludzi – zauważa dr Szczygielski. 

Ekonomista wyjaśnia, że niespodziewane wydarzenia są dużo bardziej stresujące dla inwestorów i skutkują dużo ostrzejszym skokiem strachu przed recesją niż wydarzenia, do których mogli się wcześniej przygotować. – Co więcej, możliwy jest nawet efekt domina, gdy podwyżki w państwie, które jest kluczową gospodarką w regionie, albo na świecie, mogą rozlać strach przed recesją po całym świecie – dodaje badacz z Akademii Leona Koźmińskiego. 

Efekt rozlania: Banki centralne muszą dostosować stopy procentowe do podwyżek w USA by nie wzmacniać kryzys

Ekonomiści z Akademii Leona Koźmińskiego  ostrzegają przed sytuacją rozlania się kryzysu. Taki efekt będzie miał miejsce, jeśli banki centralne podniosą stopy procentowe bez koordynacji tych decyzji. – Jeśli rządy krajów G7 nie skoordynują swojej walki z inflacją, negatywny efekt na globalną gospodarkę może być większy niż przewidywano. Banki centralne powinny się wymieniać informacjami, o ile planują podnosić stopy procentowe – mówi dr Jan Jakub Szczygielski z katedry finansów Akademii Leona Koźmińskiego. 

Badacz tłumaczy to zjawisko na przykładzie. – Gdy USA podnoszą stopy procentowe o 75 pkt. bazowych, a przykładowo Niemcy również to rozważają, nie powinni podnosić ich równie wysoko, bo gospodarka niemiecka będzie już dotknięta przez podniesienie stóp procentowych w USA. Wzrost stóp w Niemczech powinien być więc relatywnie niższy, na przykład o 25 pkt, ponieważ część  efektu będzie już importowana z rynku amerykańskiego – wyjaśnia dr Szczygielski.

Dlatego kluczowym wnioskiem z badania jest potrzeba lepszej koordynacji zacieśniania polityki monetarnej. – Podwyżki stóp procentowych w USA wywierają silny wpływ na rynki międzynarodowe, szczególnie na kraje G7 – Japonię, Wielką Brytanię, Kanadę, Niemcy, Francję i Włochy. Wszystkie te gospodarki zareagowały na wzrost stóp w Stanach Zjednoczonych, podnosząc własne. Efekt rozlania na rynkach globalnych sprawia, że skala zacieśniania polityki monetarnej może być większa, niż pierwotnie zakładano. Nie chodzi jedynie o indywidualne decyzje państw, ale także o ich reakcje na działania USA. Dlatego konieczna jest koordynacja – banki centralne powinny uwzględniać politykę monetarną kluczowych gospodarek, aby uniknąć nadmiernego globalnego, ekonomicznego spowolnienia – wyjaśnia dr Szczygielski. 

Tło gospodarcze. Co się wydarzyło na świecie od 2021 roku?

Naukowcy przeanalizowali reakcje rynków na wydarzenia na świecie od grudnia 2021 roku, gdy Rosja eskalowała swoje żądania wobec Ukrainy, do września 2023 roku. W tym okresie kolejne kryzysy wzmacniały obawy przed recesją, a wstrząsy cen ropy i nagłe zaostrzenie polityki pieniężnej często sygnalizowały nadchodzące spowolnienie gospodarcze. Po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku ceny ropy gwałtownie wzrosły, a konflikt spowodował skokowy wzrost cen pszenicy, nawozów, metali oraz energii – gaz ziemny i węgiel osiągnęły rekordowe poziomy. W rezultacie inflacja przyspieszyła do niespotykanych dotąd wartości w USA, Europie, Brazylii i Turcji, napędzana spadkiem konsumpcji, niskimi stopami procentowymi, zakłóceniami w łańcuchach dostaw oraz rosnącymi kosztami energii i żywności.

By zahamować inflację, aż 75 banków centralnych zdecydowało się na podwyżki stóp procentowych. Agresywne działania amerykańskiej Rezerwy Federalnej zwiększyły oczekiwania spowolnienia gospodarczego, a za USA poszły banki centralne w Niemczech, Francji i Brazylii, co dodatkowo nasiliło obawy przed globalną recesją. Dodatkowo, negatywny wpływ miało słabe ożywienie gospodarcze w Chinach. W efekcie świat pogrążył się w okresie podwyższonej niepewności, gdzie kryzysy energetyczne, wysoka inflacja i restrykcyjna polityka pieniężna pogłębiały lęk przed recesją.

O samym badaniu:

W badaniu naukowcy przebadali wyniki wyszukiwania Google między grudniem 2021 r. a wrześniem  2023 r. za pomocą istniejącej już metodologii badania internetu. Opracowana metoda działa dla wyników wyszukiwania w języku angielskim, może być zastosowana ponownie, np. dla innych lat, ale nie jest to dziś narzędzie dostępne online. Dla indeksu strachu dotyczącego obaw przed recesją wiarygodne dla wielu rynków są tylko wyniki wyszukiwania w języku angielskim,  ponieważ to angielski jest dziś językiem biznesu na całym świecie. – Korzystając z uczenia maszynowego, opracowujemy dzienny indeks strachu przed recesją ustalany przez agenta ekonomicznego (np. pojedynczą osobę, gospodarstwo domowe, firmy czy instytucje) na podstawie wyszukiwań w Google, który izoluje obawy związane z recesją od ogólnej niepewności na giełdzie. Badamy ewoluujący wpływ niedawnych obaw związanych z recesją na rynki akcji, wykorzystując zaawansowaną metodę statystyczną – kierunkową spójność falkową, która rozróżnia pozytywne i negatywne skojarzenia – wyjaśnia dr Szczygielski.

Wizja Trumpa kontra rzeczywistość – analiza strategii gospodarczej USA

Droga do poprawy dochodów najsłabiej sytuowanych Amerykanów wiedzie przez przygotowanie ich do wymagań współczesnego rynku pracy. Jednak w zapowiedziach prezydenta Trumpa brak programów, które podniosłyby ich kwalifikacje, poprawiły system edukacji i inwestowały w infrastrukturę obszarów najbardziej dotkniętych biedą.

Wieloznaczna czasami fanfaronada w wypowiedziach prezydenta USA Donalda Trumpa może być postrzegana jako arogancja. To grozi niezrozumieniem długookresowych strategicznych celów, które przemykają w jego oświadczeniach. Koncentrując się na szczegółach (drzewa), komentatorom może umknąć szersze tło (las). Skupię się więc na jego myślach przewodnich, które animują długofalowe aspiracje prezydenta w sferze gospodarczej.

Światopogląd ekonomiczny Trumpa opiera się na dwóch tezach: (i) najpilniejszym wyzwaniem gospodarczym Ameryki jest odwrócenie deindustrializacji spowodowanej nierównowagą handlową, która z kolei wynika ze strukturalnie wysokiego kursu dolara; (ii) dolar powinien pozostać podstawowym aktywem rezerwowym świata.

Punktem wyjścia dla prezydenta jest przekonanie, że w ciągu kilku ostatnich dekad Ameryka zbiedniała względem zarówno wysokorozwiniętej Europy, jak i bogacącej się szybko Azji oraz Bliskiego Wschodu. W takiej perspektywie malejący udział wartości dodanej sektora przemysłu w całkowitym dochodzie kraju (w USA ok.10 proc.) wyjaśnia, dlaczego miliony Amerykanów nie zarabiają nawet na poziomie minimum egzystencji. Zubożenie tej części społeczeństwa wynika bezpośrednio z nadmiernego importu, który wypiera krajową produkcję, a więc i dobrze opłacane miejsca pracy. Według takiego zero-jedynkowego spojrzenia, deficyt handlowy (dokładniej: deficyt na rachunku bieżącym bilansu płatniczego) przynosił straty, a nadwyżka przynosiłaby korzyści.

Rozwijając tę myśl konsekwentnie, deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych wynika z nielojalnej polityki monetarnej partnerów handlowych. Dzieje się tak dlatego, że banki centralne krajów trzecich skupując dolary interweniują na rynku walut i tym samym osłabiają kurs własnego pieniądza. Strukturalne niedowartościowanie jena, funta, euro, franka, renminbi i innych walut przyczynia się do taniego importu z tych krajów do Stanów Zjednoczonych, pogłębiając deficyt. Jeśli emitent waluty rezerwowej (Rezerwa Federalna) dostosowuje podaż własnego pieniądza do popytu transakcyjnego, inwestycyjnego i preferencji polityki gospodarczej innych krajów, to traci (w pewnym sensie) suwerenność nad własną polityką gospodarczą.

Valéry Giscard d’Estaing, były prezydent Francji, w swoim czasie narzekał, że USA czerpią „kosmicznie wysokie korzyści” (exorbitant privilege) z emisji własnej jednostki monetarnej jako pieniądza rezerwowego reszty świata. Teraz Donald Trump odpowiada, że ten przywilej to kosmicznie wysoki koszt dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie, Trump stanowczo odrzuca możliwość odejścia reszty świata od dolara jako aktywa rezerwowego. Czyli prezydent USA chce mieć dwie rzeczy naraz: atrybut (dolara w roli aktywa rezerwowego) i jego brak (kontrola nad wyceną dolara według własnego uznania).

Jeśli powyższa wykładnia zasadnie oddaje tok myślenia Trumpa, to przeanalizujmy jej spójność ekonomiczną w oparciu o fakty i kontekst historyczny.

Stany Zjednoczone wykazywały ujemne saldo na rachunku bieżącym przez pierwsze 80 lat XIX wieku, potem dodatnie saldo przez następnych 90 lat i ujemne saldo przez ostatnich 50 lat. Dogłębne badania wykazują, że saldo bieżące jest wypadkową wielu czynników, w tym stadium rozwoju (uprzemysłowienia), preferencji nierezydentów do inwestowania w aktywa krajowe i korzyści komparatywnych gospodarki krajowej w stosunku do reszty świata.

W pierwszym stuleciu swego istnienia Stany Zjednoczone importowały wszystko: kapitał (ujemne saldo), ludzi (imigracja) i know-how (absorpcja technologii). To stadium rozwoju (uprzemysłowienie) było silnie skorelowane z deficytem handlowym w historii prawie wszystkich krajów świata. USA nie są tu wyjątkiem.

Obecny deficyt na rachunku bieżącym jest przez ekonomistów wyjaśniany drugim czynnikiem – preferencjami rezydentów do oszczędzania i nierezydentów do inwestowania. Innymi słowy, w dużej mierze bilans na rachunku bieżącym powinien być rozpatrywany raczej pod kątem nierównowagi pomiędzy oszczędnościami i inwestycjami (przepływami finansowymi) niż nierównowagi handlowej (przepływami rzeczowymi dóbr i usług).

Ten niuans wydaje się umykać prezydentowi, ale jego intuicja idzie we właściwym kierunku. Donald Trump jako biznesmen rozumie rachunkowość finansową. Wie, że międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto USA pogorszyła się z punktu równowagi w 1990 r. do deficytu 16 bilionów dolarów w 2022 r. (międzynarodowa pozycja finansowa jest różnicą między aktywami zagranicznymi które rezydencji trzymają w swoim portfelu i aktywami krajowymi, które nierezydenci trzymają w swoim portfelu). To oznacza, że nierezydenci kontrolują znaczną cześć gospodarki amerykańskiej i czerpią z tego zyski. Te zyski z punktu widzenia Trumpa-Amerykanina są „stratami” – tak jak „stratą” jest deficyt na rachunku bieżącym. Trump już kilkadziesiąt lat temu ubolewał nad sumą odsetek i dywidend wypłacanych nierezydentom przez firmy i rząd amerykański.

Obawa Trumpa wydaje się w pewnym sensie zasadna. Jeśli dochód rośnie wolniej niż obsługa zadłużenia, to może dojść do kryzysu niewypłacalności. Trump uważa, że negatywna międzynarodowa pozycja inwestycyjna netto USA jest już tak duża, że będzie rosła szybciej niż dochód narodowy. A więc martwi się, że rosnący popyt na aktywa amerykańskie (przyrost negatywnej pozycji międzynarodowej USA) będzie jeszcze bardziej umacniał dolara. Jeśli dobrze rozumiem Trumpa, to jako biznesmen jest on uczulony na spiralę niewypłacalności (według jego własnych słów, występował on o prawną ochronę przed bankructwem cztery razy, według innych było to sześć razy). Trump obawia się, że ewentualna spirala paniki może skończyć się niewypłacalnością kraju. W tym trzeba mu przyznać rację.

Tu dochodzimy do kwestii dolara, która w światopoglądzie prezydenta jest epicentrum problemu. Jak już wspomniałem, według Trumpa „zielony” jest strukturalnie zbyt drogi, a wynika to z jego roli jako aktywa rezerwowego.

Jeśli jednak dolar jest zbyt drogi, to kto powinien ponieść brzemię jego korekty? Trump rozumie, że reżim kursu płynnego nie pozwala na kontrolę nad rynkiem walutowym. Logicznie więc korekta spoczywa w rękach zagranicznych banków centralnych. Jeśli manipulowały one swoimi walutami, to mogą teraz interweniować w odwrotną stronę, niwelując rzekome niedoszacowanie własnego pieniądza.

Droga do zmniejszenia strukturalnego deficytu handlowego i zmniejszenia ujemnego salda międzynarodowej pozycji inwestycyjnej wiedzie między innymi przez poziom stóp procentowych. Tańszy dolar zmniejszy arbitraż stóp procentowych na niekorzyść Stanów Zjednoczonych (osłabi napływ kapitału do USA). Ten sam tańszy dolar również zmniejszy deficyt na rachunku bieżącym.

Takie rozumowanie jest logicznie zasadne, ale odwrócenie trendu będzie trudne do wyegzekwowania z kilku powodów.

Po pierwsze, rezerwy oficjalne jedynie najbogatszych rynków świata opiewają (licząc konserwatywnie) na 8 bilionów dolarów (strefa euro 300 mld dolarów, Szwajcaria 800 mld; Azja 6.5 biliona; Bliski Wschód 500 mld dolarów). To duże sumy i interwencje na taką skalę wstrząsnęłyby rynkami wszystkich aktywów, destabilizując gospodarkę światową. Nawet gdyby Trump władał „kosmicznie wysoką” siłą perswazji, to koszty takiej interwencji mogłyby być dla amerykańskich podatników znaczne.

Po drugie, deficyt na rachunku bieżącym jest we współczesnym świecie bardziej wypadkową poziomu dochodu oraz preferencji do inwestowania i oszczędzania niż poziomu kursu walutowego. Nie jest jasne, czy dramatyczna i długotrwała deprecjacja dolara zbilansowałaby zewnętrzne finanse USA.

I wreszcie po trzecie, tzw. deindustrializacja w moim przekonaniu wynika ze strukturalnego przesunięcia popytu konsumentów z dóbr na usługi. Ten trend obserwujemy na całym świecie, od Niemiec, Polski i Korei, poprzez Chiny a kończąc na krajach jeszcze mniej rozwiniętych. Droga do poprawy dobrobytu najsłabiej sytuowanych wiedzie poprzez przygotowanie ich do wymagań współczesnego rynku pracy. Brakuje jednak w wypowiedziach prezydenta programów, które podniosłyby kwalifikacje Amerykanów, poprawiły system edukacji i inwestowały w infrastrukturę obszarów najbardziej dotkniętych biedą.

W swoich dążeniach do osiągnięcia celów Trump jest świadomy siły, jaką dysponuje. To między innymi groźba nałożenia ceł lub wycofania parasola bezpieczeństwa znad krajów, których politykę chciałby zmienić. Cło jest silnym instrumentem, bo ewentualna wojna celna faworyzuje USA. Kraj ten nakłada jedną z najniższych globalnie stawek celnych (3,4 proc. wg WTO, jedynie Australia i Nowa Zelandia sytuują się nieco poniżej), a jednocześnie jest olbrzymim rynkiem zbytu dla reszty świata. Ta asymetria dodaje prezydentowi animuszu do zastraszania i wywoływania zamieszania wśród potencjalnych negocjatorów.

Jesteśmy w bardzo początkowym stadium daleko i szeroko zakrojonego planu odbudowy ogromnego kraju, który według Trumpa „podupada”. Choć w niektórych aspektach prezydent dobrze rozumie zagrożenia, w wielu innych będzie mu trudno wypełnić obietnice wyborcze biorąc pod uwagę anonsowane plany. Sama skala proponowanych reform jest tak „kosmicznie duża”, że należy wątpić w powszechny sukces.

Dr Krzysztof Błędowski

Autor jest członkiem Towarzystwa Ekonomistów Polskich i adiunktem wizytującym w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.

Make trade war again! Kurs dolara poniżej 3,95 zł

Giełdy krwawią pod naporem technik negocjacyjnych prezydenta USA. Paniki nie dostrzeżemy na rynku walutowym, chociaż trwa tam wyprzedaż, tyle że dolara. Korzysta z tego polski złoty, który zawrócił kurs USD/PLN do 3,94 zł. Żadnych obaw nie widzi OPEC+, który spycha cenę ropy do 4-miesięcznych minimów.

Początek wojny celnej

Niektórzy nazywają to technikami negocjacji, inni stylem rządzenia, ale początek nowej globalnej wojny handlowej staje się faktem. Dziś w życie weszły cła na trzech głównych partnerów handlowych USA. Za produkty z Kanady i Meksyku Amerykanie będą musieli zapłacić 25% więcej (z pewnymi wyjątkami). Już wcześniej wprowadzone taryfy na import z Chin zostały podwyższone do 20%. Kanadyjczycy i Chińczycy od razu odpowiedzieli podwyższeniem stawek dla Stanów, ale według analityków zakres i skala tych działań wskazują na chęć dalszych negocjacji z Waszyngtonem. Według zapowiedzi Białego Domu niedługo opłaty celne dotkną też Europę. Po tej stronie Atlantyku negatywne nastroje podbija (wciąż nieoficjalna) informacja o natychmiastowym wstrzymaniu militarnej pomocy Ukrainie ze strony USA.

Czerwona giełdowa gorączka

Rynki kapitałowe reagują skrajnie negatywnie na rosnącą niepewność wokół globalnego handlu czy trwałości sojuszy bezpieczeństwa. Przekłada się to na wyprzedaż na parkietach giełdowych. Azja reagowała jeszcze umiarkowanie, liderem spadków był tam tokijski Nikkei (- 1,2%). O godz. 15 z najważniejszych indeksów europejskich najgorzej radzi sobie Mediolan (-3,2%). Głęboka przecena dotyka Frankfurt (-2,6%), Madryt (-2,2%) i Paryż (-1,8%). Najlepiej broni się Londyn zniżkujący tylko 0,7%. Warszawa nie ma szans w tym układzie, WIG20 spada o 3,5% do 2510 pkt. Wyprzedaż polskich spółek jak na razie nie osłabia złotego, ale nie można jeszcze tego wykluczyć w najbliższej przeszłości. Obecnie PLN korzysta z innej rynkowej wyprzedaży, czyli ucieczki inwestorów od dolara.

USD pod naporem stóp

Giełdy reagują skrajnie negatywnie na wojnę handlową, ponieważ spółki praktycznie natychmiast napotkają ogromne trudności związane z nowymi cłami. Długofalowa perspektywa konfliktu celnego to rosnące ryzyko słabszej gospodarki (było to widać we wczorajszych subindeksach ISM), co przełoży się na mniejsze zyski przedsiębiorstw. Jednak ta sama przyczyna, która powoduje spadki na giełdach, osłabia równocześnie dolara. Rynek walutowy patrzy na aktualną sytuację jak na szansę głębszych obniżek stóp procentowych za oceanem. Cięcia w Europie były już w cenach, dlatego możliwa zmiana polityki monetarnej w USA pchnęła kurs EUR/USD do ważnej strefy oporu powyżej 1,05 $. Znalazł się w tym miejscu pierwszy raz od połowy grudnia. Taki układ szerokiego rynku wpływa pozytywnie na pozycję złotego. Kurs euro balansuje na 4,16 zł, kurs dolara jest blisko 3,95 zł, a kurs franka to 4,44 zł (mocniejszy CHF może być niepokojącą wskazówką dla złotego w krótkim terminie). Mimo obaw o perspektywy gospodarcze w związku z wojną handlową, OPEC+ zdecydował o podniesieniu wydobycia ropy naftowej od kwietnia. Połączenie tych czynników dodało paliwa spadkom ceny surowca. Za baryłkę Brent trzeba było płacić już niewiele powyżej 70 $, czyli najmniej od października.

Autor: Adam Fuchs, analityk walutowy Walutomat.pl

Sztuczna inteligencja oczami Gen Z: więcej szans niż zagrożeń?

Większość (70%) przedstawicieli pokolenia Z twierdzi, że posiada wysoką wiedzę o AI, ale jednocześnie tylko 36% ma świadomość możliwości „halucynacji” ze strony sztucznej inteligencji. Informacje o tej technologii czerpią przede wszystkim z mediów społecznościowych (55%). Tylko 14% ankietowanych wskazało placówki edukacyjne. Wyniki badania pokazują również, że 64% osób z tego pokolenia ma pozytywny stosunek do GenAI, ale równocześnie 43% obawia się, że przyczyni się ona do wzrostu poziomu bezrobocia.

W badaniu EY osoby z generacji Z podzieliły się swoimi przemyśleniami na temat GenAI. W obszarze zalet najczęściej wskazywały na oszczędność czasu przy powtarzalnych zadaniach (58%), analizę dużych zbiorów danych (53%) i minimalizację błędów ludzkich w ważnych procesach (41%). Największymi zagrożeniami, jakie niesie sztuczna inteligencja, są dla nich potencjalna redukcja zatrudnienia i obniżenie ludzkiej kreatywności (obie odpowiedzi po 43% wskazań).

– Oczekiwania Gen Z wobec sztucznej inteligencji są jasne. Dostrzegają w tej technologii ogromny potencjał do zwiększania swojej efektywności. Jednocześnie nie pozostają obojętni na wyzwania. Co szczególnie ważne, swoje opinie formułują na podstawie osobistych doświadczeń, co różni ich od starszych pokoleń obecnych na rynku pracy. Dla przedstawicieli działów HR oznacza to konieczność adaptacji. Obecnie działania skupiają się na zwiększaniu ogólnej świadomości na temat AI wśród pracowników. Pokolenia Z, posiadające już odpowiednią wiedzę, wymusi stosowanie szerszego spektrum działań – mówi Katarzyna Ellis, Partnerka EY Polska i liderka zespołu People Consulting.

Pokolenie Z: duża różnica pomiędzy wiedzą faktyczną a deklarowaną

Blisko co piąty (18%) przedstawiciel pokolenia Z określił swój poziom wiedzy o AI jako „bardzo wysoki”, 52% jako „wysoki”, 27% jako „niezbyt wysoki”, a tylko 3% zaznaczyło, że o sztucznej inteligencji nie wie nic. Zdecydowana większość badanych określiła obszary, w których AI można wykorzystać. Aż 95% wskazało na tłumaczenie w czasie rzeczywistym, 91% – na wykrywanie wzorców w dużych zbiorach danych, a 87% – na edycję zdjęć, aby miały wybrany styl. Jednak pokolenie Z ma dużo mniejszą wiedzę w kwestii zagrożeń. Tylko 29% badanych ma świadomość, że ograniczenia dot. generowanych treści można obejść, zaledwie 36% – że systemy GenAI mogą “halucynować”, a tylko nieco ponad połowa (53%) wiedziała czy twórcy algorytmów AI muszą dostać pozwolenie na wykorzystanie naszych danych do trenowania swojego produktu.

Pytani o sposób edukacji o sztucznej inteligencji, 52% przedstawicieli Gen Z przyznaje, że często spędza czas czytając, słuchając lub oglądając treści poświęcone AI, jednak odbywa się to bez wsparcia szkół czy odpowiedniej wcześniejszej edukacji. Wśród źródeł, z których czerpią informacje, najczęściej wymieniane były media społecznościowe (55%), artykuły (35%), same narzędzia AI (28%) oraz rodzina i znajomi (22%). Najmniej osób zaznaczyło, że odbyło oficjalne szkolenie (14%), dowiedziało się o sztucznej inteligencji w szkole (14%) czy w pracy (12%).

– Badanie pokazało, że pokolenie Z cechuje duża rozbieżność pomiędzy wiedzą faktyczną, a deklarowaną. Jednym z powodów takiej sytuacji może być brak ustrukturyzowanej wiedzy, spowodowany korzystaniem głównie ze źródeł takich jak media społecznościowe. To pokazuje, że edukację w kontekście AI trzeba rozpocząć od bardzo młodego wieku. Rosnące znaczenie sztucznej inteligencji to także coraz więcej zagrożeń powiązanych z tą technologią np. wynikających z coraz bardziej zaawansowanych deepfake-ów. Niska świadomość w tym aspekcie przekłada się bezpośrednio na duże zagrożenie dla cyfrowej odporności, bez względu czy mówimy o kwestiach prywatnych czy służbowych – mówi Piotr Ciepiela, Partner EY, Lider obszaru cyberbezpieczeństwa w regionie EMEIA.

Jakie plany na przyszłość?

Gen Z prezentuje optymistyczne podejście do sztucznej inteligencji – aż 64% osób uznaje AI jako szansę, a nie jako zagrożenie dla ludzkości. Większość (60%) respondentów skłania się w stronę twierdzenia, że ufa osobom i firmom tworzącym GenAI. Dodatkowo 52% sądzi, że tę technologie należy włączyć w program nauczania w szkołach. Co ciekawe, 71%, uważa, że sztuczna inteligencja powinno się rozwijać z minimalną kontrolą regulacyjną.

W związku z pozytywnym nastawieniem nie dziwi fakt, że większość przedstawicieli pokolenia Z przewiduje zwiększenie wykorzystania AI w przyszłości. W przypadku użytku prywatnego tak twierdzi 51% respondentów, a 58% uważa, że częściej będzie stosować tę technologię w pracy. Badane osoby nie mają jednak tak jasnego zdania na temat wpływu sztucznej inteligencji na ich własne życie. Ponad połowa (56%) zgadza się, że narzędzia AI pomagają uczyć się szybciej, 55% – że podniosły one ich wydajność w szkole, a 54% – w pracy. Z drugiej strony, tylko 45% zgadza się ze stwierdzeniem, że osoby, które są lepsze w posługiwaniu się tą technologią mają wyższą szansę na sukces, 44% – że jest optymistycznie nastawiona do wpływu AI na ich karierę, a 43% chciałoby pracować w firmie, która zachęca do używania GenAI.

– Przedstawiciele Gen Z są pierwszym pokoleniem wychowanym w pełni cyfrowym świecie, które wchodzi na rynek pracy. Ich pozytywne nastawienie do AI, połączone z relatywnie wysoką wiedzą na temat sztucznej inteligencji, stanowi olbrzymi kapitał dla firm. Nie można jednak zapominać, że dotychczas stosowali przede wszystkim ogólnodostępne narzędzia. Tymczasem rosnące grono firm posiada własne systemy i procedury bezpieczeństwa. Stąd konieczne jest dopracowanie i unowocześnienie obecnych standardów szkoleniowych, tak aby w pełni korzystać z potencjału jakie niesie za sobą pokolenie Z – podsumowuje Wioletta Marciniak-Mierzwa, starsza menedżerka w zespole People Consulting, EY Polska.

O badaniu
Badanie EY – How can we upskill Gen Z as fast as we train AI? – zostało przeprowadzone w 2024 roku na grupie 5218 respondentów w wieku 17-27 lat, pochodzących z 15 krajów na 5 kontynentach. Wyniki uzupełniono rozległymi badaniami desk research i wywiadami z ekspertami AI w kontekście edukacyjnym i zawodowym.

Dynamiczny rozwój sektora living w Krakowie – inwestorzy nie zwalniają tempa

Kraków jest największym rynkiem prywatnych akademików w Polsce oraz trzecim co do wielkości rynkiem najmu instytucjonalnego. Atrakcyjność inwestycyjna miasta sprawia, że oba sektory rozwijają się bardzo dynamicznie, a inwestorzy nie planują zwalniać tempa.

„Dynamiczny rozwój sektora living, obejmującego prywatne akademiki i najem instytucjonalny, potwierdza rosnące zainteresowanie miastem jako miejscem do życia i pracy. Dogodna lokalizacja, renomowane uczelnie, silne zaplecze biznesowe oraz nowoczesna infrastruktura to tylko niektóre z atutów, które przyciągają inwestycje i umacniają pozycję Krakowa jako jednego z kluczowych ośrodków biznesowych w Polsce” – komentuje Katarzyna Wysocka, Dyrektor Wydziału ds. Przedsiębiorczości i Innowacji w Urzędzie Miasta Krakowa.

Rynek prywatnych akademików (PBSA – Purpose-Built Student Accommodation)

Kraków jest jednym z czołowych ośrodków akademickich w Polsce. W roku akademickim 2023/2024 na 18 uczelniach wyższych studiowało tu ponad 130 000 osób, co stanowiło 10% wszystkich studentów w kraju. Liczba to systematycznie rośnie, również wśród studentów zagranicznych, którzy stanowią obecnie około 7% wszystkich studentów w mieście (około 8 500 osób), a liczba zwiększyła się o 4% w porównaniu do poprzedniego roku akademickiego.

„Silna pozycja Krakowa na akademickiej mapie Polski wpływa na potrzebę rozwoju zaplecza mieszkaniowego. Obecnie w mieście znajduje się 45 akademików (publicznych i prywatnych), które oferują blisko 18 000 łóżek. Wskaźnik dostępności miejsc w akademikach wynosi jedynie 14%, co oznacza, że na każde łóżko przypada ponad 7 studentów. Niski stopień nasycenia akademikami i rosnąca liczba studentów stwarzają dalszy potencjał dla rozwoju rynku prywatnych akademików,” wyjaśnia Dorota Lachowska w Knight Frank.

Obecnie w mieście funkcjonuje 8 prywatnych akademików, w których znajduje się blisko 3 700 łóżek, a w budowie jest kolejnych 1 200, miasto jest tym samym największym rynkiem w Polsce wyprzedzając pod względem liczby łóżek Wrocław, Łódź i Warszawę.

Obecnie największymi operatorami w Krakowie są Student Depot z 22% udziałem w rynku, Base Camp (19%) oraz SHED Living (19%). Innymi znaczącymi operatorami są m.in. Milestone, Zeitraum Student Housing, czy Van der Vorm Living.

Ze względu na wysoki popyty czynsze w prywatnych akademikach w Krakowie notują stały trend wzrostowy i obecnie znajdują się w przedziale od 2 250 do 3 400 PLN/miesiąc za łóżko w pokoju jednoosobowym oraz od 1 500 do 2 100 PLN/miesiąc za łóżko w pokoju dwuosobowym. Dodatkowo, studenci są zobowiązani do pokrycia kosztów administracyjnych, które w zależności od udogodnień oferowanych przez obiekt, znajdują się w szerokim przedziale od 29 do 325 PLN/miesiąc.

Rynek najmu instytucjonalnego (BTR – Build to Rent)

Krakowski rynek najmu instytucjonalnego oferuje około 3 400 mieszkań na wynajem, a ich udział stanowi 16% krajowych zasobów. Pod względem wielkości rynek BTR w Krakowie ustępuje jedynie Warszawie i Wrocławowi.

Aktywność deweloperska w segmencie mieszkań na wynajem w Krakowie pozostaje na wysokim poziomie. Dowodem na to jest rekordowa nowa podaż w 2024 roku, na którą złożyło się 1 200 mieszkań. Na koniec ubiegłego roku w budowie znajdowało się około 1 940 mieszkań, a największą realizowaną inwestycją jest Resi4Rent Romanowicza, która planowo ukończona ma być w pierwszej połowie tego roku i dostarczy na rynek około 860 mieszkań.

„Sektor najmu instytucjonalnego będzie dalej rósł m.in. ze względu na duży deficyt mieszkaniowy. Malejąca siła nabywcza przy dynamicznie rosnących cenach zakupu na rynku mieszkaniowym powodują, że popyt przesuwa się w kierunku najmu, w tym najmu instytucjonalnego. Nie bez znaczenia pozostaje również zmiana pokoleniowa, odzwierciedlająca nowe podejście do zobowiązań długoterminowych,” – dodaje Dorota Lachowska.

Obserwujemy silny popyt na najem instytucjonalny, czego wynikiem jest spadający wskaźnik pustostanów. Pomimo znaczącego przyrostu nowej podaży, na koniec 2024 roku wskaźnik pustostanów wyniósł 3,9%. Zmiana była tym bardziej istotna, że współczynnik na koniec 2023 roku był na poziomie 6,5%. Średnia krajowa na koniec ubiegłego roku wyniosła 4,1%.

Czynsze wykazują tym samym tendencję wzrostową. Na koniec 2024 roku stawki wynajmu kształtowały się od 1 600 PLN do 2 760 PLN miesięcznie za mieszkanie jednopokojowe oraz od 2 060 PLN do 3 690 PLN miesięcznie za mieszkanie dwupokojowe. Ceny wynajmu mieszkań trzypokojowych sięgały nawet 6 260 PLN miesięcznie.

Mieszane dane z USA i rosnąca niepewność. Dolar w odwrocie, złoty pozostaje silny

Wczorajsze dane z amerykańskiego przemysłu, jak i słowa prezydenta USA nie napawają optymizmem. Narastająca niepewność tym razem nie pomogła dolarowi, który osłabia się do unijnej waluty. Niestabilne otoczenie nie jest straszne krajowej walucie. Złoty pozostaje silny na forex.

Mieszane dane z USA

Zachowując kolejność wydarzeń, zacznijmy od wczorajszych odczytów z amerykańskiego przemysłu. Po lepszych od oczekiwań danych PMI ze strefy euro poznaliśmy mieszane odczyty ze Stanów Zjednoczonych. Pierwszą publikacją był wzrost indeksu PMI dla przemysłu z 51,2 pkt do 52,7 pkt. Oznacza to oddalenie się od poziomu 50 pkt, który oddziela rozwój od dekoniunktury. Chwilę później poznaliśmy raport ISM dla przemysłu, któremu amerykanie nadają większą wagę. ISM pozostał w strefie rozwoju, jednak odnotowano zniżkę z 50,9 pkt do 50,3 pkt. Spadek była głębszy od oczekiwanego 50,5 pkt. Rozkładając raport na czynniki pierwsze, zauważamy niepokojący wniosek. Gwałtowny wzrost (z 54,9 pkt aż do 62,4 pkt) odnotowano w indeksie cen płaconych. Spadły natomiast indeksy zatrudnienia (z 50,3 pkt do 47,6 pkt) i nowych zamówień (z 55,1 pkt do 48,6 pkt). Okazuje się, że aktywność amerykańskich fabryk zbliżyła się do stagnacji, ponieważ zamówienia i zatrudnienie spadły. W tym samym czasie wskaźnik cen płaconych za materiały wzrósł do najwyższego poziomu od czerwca 2022 r. Powodem mogą być narastające obawy dotyczące taryf. Wzrost cen połączony ze spowolnieniem to zjawisko, którego każdy chciałby uniknąć.

Jednak weszły

Zgodnie z zapowiedziami, od 4 marca zaczęły obowiązywać cła na Chiny, Kanadę i Meksyk. Kanada ogłosiła szeroki pakiet środków zaradczych w odpowiedzi, a Pekin odpowiedział cłami do 15% na niektóre amerykańskie produkty rolne. Prezydent USA oznajmił wczoraj, że oprócz długo obiecywanych ceł, Stany nałożą taryfy na zagraniczne produkty rolne od 2 kwietnia. Dowiedzieliśmy się także o wstrzymaniu finansowania sprzedaży nowej broni do Kijowa. Skutkiem rosnącej niepewności był spadek amerykańskich akcji. Wyprzedaż rozlała się także na europejskie parkiety, które jeszcze wczorajszego popołudnia rosły z powodu zwyżek akcji spółek obronnych.

Niepokój

Wzrost siły podażowej napędzany geopolityczną niepewnością i narastaniem recesyjnych obaw wokół amerykańskiej gospodarki widać nie tylko na rynkach kapitałowych czy omawianym w pierwszym akapicie raporcie ISM. Spadki widoczne są także na rentownościach amerykańskich obligacji. Dziesięciolatki wyznaczyły lokalne minimum 4,13% (jeszcze wczoraj po południu było to 4,26%). Zniżkują także rentowności obligacji dwuletnich. Wzrost prawdopodobieństwa obniżek stóp procentowych w USA wskazuje także FedWatch Tool. Według najnowszych danych pierwsze cięcia mają pojawić się już w czerwcu, a w tym roku mamy być świadkami aż trzech obniżek. Przekłada się to na odbicie kursu EUR/USD. Główna para walutowa świata we wtorek przed południem rośnie powyżej 1,052 USD, naruszając opór 1,05 USD. Słabość dolara wykorzystuje złoty, który pozostaje silny do głównych walut. W momencie pisania tekstu kurs EUR/PLN to 4,15 PLN, natomiast kurs USD/PLN spada do 3,95 PLN.

Dawid Górny – analityk w InternetowyKantor.pl

Wyprzedaż rocznika – samochody premium. Analiza rynku

Początek roku oznacza wyprzedaże rocznika, a zatem mamy dobry czasem na kupno samochodu. Rabaty potrafią być naprawdę spore, co szczególnie widać po samochodach klasy premium. Czy wyprzedaż rocznika zawsze się opłaca?

Pierwszy kwartał każdego roku jest zwykle czasem promocji i rabatów udzielanych przez poszczególne marki na swoje samochody w związku z wyprzedażą rocznika. Możemy wówczas dostać bogato wyposażony, fabrycznie nowy samochód z ubiegłego rocznika w naprawdę atrakcyjnej cenie. Największe rabaty dają często marki premium, gdzie szczególnie widać różnicę między standardową a promocyjną ofertą. Czy wyprzedaż rocznika niesie ze sobą same korzyści i czy zawsze warto się na nią skusić?Wyprzedaż premium

Popularność samochodów klasy premium w Polsce stale rośnie

Rynek samochodów premium w Polsce nieustannie rośnie. W 2024 roku sprzedano 129 456 samochodów klasy premium, co dało im 23,5 proc. udziału w rynku i oznacza aż 18,36 proc. wzrostu rok do roku. Dominują takie marki jak Audi, Mercedes i BMW, za nimi plasują się Volvo i Lexus, a dopiero potem cała reszta[1].

Wzmożony ruch związany z wyprzedażami rocznika widać też po wynikach za styczeń 2025 roku, kiedy to zarejestrowano 10 017 samochodów klasy premium, czyli o 3,19 proc. więcej niż w styczniu 2024. Przełożyło się to na 22,6 proc. udziału w rynku. W ubiegłym miesiącu najchętniej wybieranymi markami na polskim rynku były – Audi, Lexusa i Mercedesa[2].

– W styczniu wśród naszych klientów decydujących się na samochód klasy premium największym zainteresowaniem cieszyła się marka Mercedes, którą wybrało 38 proc. klientów. Na drugim miejscu – z wynikiem 25 proc. – znalazła się marka BMW, a na trzecim marka Audi, na którą postawiło 15 proc. klientów. Na polskim rynku motoryzacyjnym widać rosnące zainteresowanie samochodami klasy premium. Myślę, że wyprzedaże rocznika, które wiążą się z większymi rabatami, z pewnością są dodatkowym czynnikiem wpływającym na decyzje zakupowe aut z tego segmentu – komentuje Marzena Polaczek-Gierczak, Dyrektor Działu Sprzedaży Samochodów Osobowych Premium w Superauto.pl.

Ile średnio kosztuje samochód klasy premium?

Średnia cena samochodów klasy premium na platformie Superauto.pl w 2024 roku wyniosła 305 504 zł, co stanowi wzrost o 6 proc. rok do roku. Samochody klasy premium są oczywiście wyraźnie droższe od tzw. marek popularnych, jednak przekłada się to też na większe rabaty udzielane w ramach wyprzedaży rocznika.

Główne korzyści wynikające z wyprzedaży rocznika?

Do najważniejszych korzyści wynikających z wyprzedaży rocznika należą:

  • znacznie niższa cena zakupu – dealerzy robią miejsce dla nowych egzemplarzy, dzięki możemy zaoszczędzić nawet kilkadziesiąt tys. zł w postaci rabatu na samochód,
  • bogate wyposażenie w cenie wersji podstawowej – samochody z wyprzedaży kuszą bogatszym wyposażeniem, co w przypadku samochodów klasy premium oznacza wiele drogich pakietów zawartych w danej konfiguracji, które w standardowej specyfikacji znacząco podnosiłyby cenę auta,
  • samochody są nowe, z pełną gwarancją – pamiętajmy też, że samochody z wyprzedaży są fabrycznie nowe, co oznacza, że nadal obowiązuje je pełna gwarancja producenta,
  • większe pole do negocjacji (lepsze finansowanie, dodatkowe akcesoria) – decydując się na starszy rocznikowo model mamy też większe pole do negocjacji, dzięki czemu możemy uzyskać atrakcyjne warunki finansowania czy dodatkowe akcesoria w cenie, jak np. dodatkowy komplet opon,
  • dostępność od ręki – takie samochody są dostępne od ręki, co jest szczególnie istotne, gdy zależy nam na jak najszybszym odbiorze pojazdu.

Ograniczenia związane z wyprzedażą rocznika

Oczywiście musimy pamiętać, że samochody z wyprzedaży rocznika niosą ze sobą także pewne ograniczenia. Często są to bowiem wersje sprzed liftingu lub też nieposiadające pewnych elementów wyposażenia, które oferują najnowsze egzemplarze. Musimy się też liczyć z ograniczonym wyborem, co w praktyce oznacza brak możliwości swobodnej konfiguracji zgodnie z własnymi preferencjami. Wreszcie pamiętajmy o niższej wartości przy odsprzedaży, co wiąże się z faktem, iż dany egzemplarz będzie już rocznikowo starszy.

Rynek premium w obliczu ekspansji chińskich producentów

Pozycja marek premium w kontekście ekspansji chińskich producentów również wydaje się być niezachwiana. O ile na rynku aut popularnych chińskie marki spowodowały presję cenową, o tyle w segmencie premium w ogóle jej nie widać, a sprzedaż chińskich marek premium w Polsce jest śladowa – w 2024 roku zarejestrowano tylko 9 takich aut. Wiąże się to z tym, iż klient kupujący auta premium jest w stanie więcej zapłacić za jakość, sprawdzone rozwiązania, prestiż i renomę, jaką niesie ze sobą ugruntowana marka premium.

Przykłady wyprzedaży rocznika

Przykładem marki premium dającej naprawdę spore rabaty, jest Lexus. Japoński producent na swojego popularnego crossovera UX z 2024 roku daje nawet do 39 000 zł upustu. W ramach specjalnej oferty klienci mogą także skorzystać z promocyjnego Leasingu 104,9 proc. + GAP. Z kolei uczestnicy programu Lexus More zyskują dodatkowy rabat do 3000 zł na opony. W efekcie samochód w odmianie Business z pakietem Tech wychodzi 173 900 zł, co oznacza upust o 38 tys. zł. W standardzie możemy liczyć na reflektory Bi-LED, cyfrowe zegary z 12,3-calowy wyświetlacz cyfrowych zegarów, podgrzewane fotele i kierownicę, indukcyjną ładowarkę, 18-calowe alufelgi i pakiet systemów bezpieczeństwa.

Innym ciekawym przykładem jest oferowane w ramach wyprzedaży rocznika Superauto.pl Volvo XC60, czyli lider rynku premium w Polsce. Samochód w topowej wersji T8 eAWD Ultra Black Edition z 2024 roku wyceniono po upuście sięgającym 15 proc. na 332 900 zł, co oznacza blisko 60 tys. zł różnicy względem ceny katalogowej. Samochód ma bogate wyposażenie, w tym markowe audio Bowers&Wilkins, pakiet Climate (podgrzewana kierownica, podgrzewane przednie fotele, podgrzewane siedziska kanapy), elektrycznie sterowaną klapę bagażnika, elektrycznie sterowane fotele, wyświetlacz head-up, dach panoramiczny, pakiet systemów bezpieczeństwa i 21-calowe alufelgi. W dodatku samochód dostępny jest od ręki i z atrakcyjnym finansowaniem. Dla porównania zupełnie nowe XC60 w podobnej konfiguracji kosztuje ponad 356 tys. zł, czyli o blisko 25 tys. więcej, jednak jest to już egzemplarz po liftingu, z nowymi multimediami i odświeżonym nadwoziem.

Przykładowa kalkulacja leasingu na Superauto.pl

Przedstawiamy przykładową kalkulację leasingu dla przytoczonego powyżej Volvo XC60:

  • Cena katalogowa: 390 600 zł
  • Cena Superauto.pl po rabacie: 332 900 zł.
  • Czas trwania umowy leasingowej: 48 miesięcy
  • Wpłata własna 30% (99 000 zł)
  • Wartość wykupu 20% (65 000 zł).
  • Rata netto: 4189 zł

Volvo XC60 2024 w leasingu – korzyści podatkowe

Ten samochód po uwzględnieniu korzyści podatkowych kosztuje Cię jedynie:

  • w przypadku użytkowania wyłącznie do celów służbowych: 305 905 zł
  • w przypadku użytkowania do celów mieszanych: 327 882 zł

Podsumowanie

Podsumowując, zakup samochodu w ramach wyprzedaży rocznika niesie ze sobą wiele korzyści. Przede wszystkim pozwala zaoszczędzić sporo pieniędzy i dostać bogato wyposażony egzemplarz od ręki w cenie wersji podstawowej. Możemy też wynegocjować atrakcyjne warunki finansowania i dodatkowe akcesoria w cenie. Zanim podejmiemy decyzję, porównajmy jednak ofertę modelu z ubiegłego rocznika i aktualnego, gdyż niekiedy może okazać się, że finalnie różnica okaże się stosunkowo niewielka, a korzyści wynikające z najnowszej wersji przewyższą rabat. Musimy też pogodzić się z tym, że auto będzie rocznikowo starsze, a co za tym idzie szybciej może tracić na wartości i nie będziemy mieli swobody konfiguracji. Krótko mówiąc, bilans zysków i strat zależy od konkretnej oferty i preferencji danego nabywcy.

[1]https://samar.pl/__/3/3.a/122560/Rejestracje-samochod-w-klasy-premium—grudzie–2024-.html?12p.s=887789055.5&12p.a=122560&locale=pl_PL

[2]https://samar.pl/__/3/3.a/123156/Rejestracje-samochod-w-klasy-premium—stycze–2025.html?12p.s=887789055.5&12p.a=123156&locale=pl_PL

Trump zmienia układ sił: zmiany w globalnym bezpieczeństwie

Decyzja Donalda Trumpa o wstrzymaniu 3.85 mld dolarów amerykańskiej pomocy wojskowej dla Ukrainy ma potencjalnie dalekosiężne konsekwencje – od geopolityki, przez bezpieczeństwo międzynarodowe, aż po globalne rynki finansowe i przemysł zbrojeniowy. Jest to element szerszej strategii nacisku, mającej skłonić Ukrainę do wykazania „dobrej woli” w dążeniu do pokoju. Wstrzymanie wsparcia militarnego zmusza prezydenta Wołodymyra Zełeńskiego do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków w negocjacjach, lecz jednocześnie może osłabić pozycję Kijowa wobec Moskwy, zwiększając ryzyko kompromisów niesprzyjających długofalowej stabilizacji regionu.

Decyzja ta negatywnie wpływa na zaufanie między sojusznikami, ponieważ Stany Zjednoczone tradycyjnie odgrywały kluczową rolę we wsparciu Ukrainy, zarówno militarnym, jak i politycznym. W efekcie państwa europejskie są zmuszone do szybkiego opracowania własnych strategii obronnych, co może prowadzić do rozdrobnienia polityki bezpieczeństwa Zachodu. Coraz częściej mówi się o roli Francji i Wielkiej Brytanii w inicjowaniu tymczasowego rozejmu oraz potencjalnym wysłaniu europejskich sił pokojowych. Takie rozwiązanie, choć mogłoby stanowić nową formę zabezpieczenia interesów regionu, wiąże się z wysokimi kosztami i ryzykiem eskalacji konfliktu.

Na globalnym rynku zbrojeniowym już widać efekty tej zmiany – akcje azjatyckich firm zbrojeniowych, takich jak Hanwha Aerospace, Hyundai Rotem czy IHI Corp., odnotowują wzrosty, co sugeruje rosnące zainteresowanie ich produktami. Państwa europejskie mogą zacząć kierować zamówienia do nowych dostawców, co wpłynie na dynamikę przemysłu zbrojeniowego, prowadząc do powstawania nowych sojuszy inwestycyjnych i zmian w strategiach rozwoju technologicznego. W dłuższej perspektywie może to zwiększyć konkurencyjność na światowym rynku obronnym i zmienić tradycyjne układy sił w tym sektorze.

Z ekonomicznego punktu widzenia, wstrzymanie amerykańskiej pomocy wojskowej może wywołać szereg skutków ubocznych. Po pierwsze, osłabienie pozycji Ukrainy na polu militarnym może zwiększyć niepewność inwestycyjną i wpłynąć na przepływy kapitału w regionie. Po drugie, europejskie państwa, zmuszone do zwiększenia wydatków na obronność, mogą ograniczyć finansowanie innych sektorów gospodarki, co wpłynie na deficyty budżetowe i rynek wewnętrzny. Po trzecie, rosnący popyt na uzbrojenie z Azji-Pacyfiku może podnieść globalne ceny sprzętu wojskowego, wpływając zarówno na budżety państw, jak i strategie inwestycyjne.

Wołodymyr Zełeński, choć deklaruje gotowość do dalszych rozmów z przedstawicielami USA, podkreśla, że zakończenie konfliktu pozostaje odległą perspektywą. Presja na szybkie negocjacje pokojowe może prowadzić do ustępstw, które na krótką metę przyniosą ulgę, ale w dłuższej perspektywie osłabią pozycję Ukrainy w obliczu rosyjskiego zagrożenia. Brak pewności co do przyszłych dostaw broni zmusza Kijów do poszukiwania alternatywnych źródeł wsparcia, co dodatkowo wpływa na równowagę sił na arenie międzynarodowej.

Decyzja Trumpa o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy to więcej niż tylko polityczny gest – to sygnał, który może zmienić globalną dynamikę bezpieczeństwa i gospodarki. Osłabienie spójności zachodnich sojuszy wymusza na Europie poszukiwanie nowych rozwiązań militarnych i ekonomicznych, podczas gdy rosnąca rola azjatyckich producentów uzbrojenia przekształca układ sił w przemyśle obronnym. W efekcie podjęte działania mogą prowadzić do długofalowych zmian w globalnej równowadze sił, wpływając zarówno na bezpieczeństwo, jak i stabilność ekonomiczną na świecie.

Krzysztof Kamiński – Oanda TMS

Wojna (handlowa) za rogiem – efekt polityki handlowej USA „oko za oko”

Liczą się nie tylko formalne stawki taryfowe – zgodnie z memorandum nowej administracji USA może podnieść efektywną globalną stawkę celną o +13 punktów procentowych (w odniesieniu do obecnego poziomu, nie uwzględniając jeszcze zapowiadanych np. na kwiecień 25% taryf na europejskie farmaceutyki, chipy i samochody).

  • Memorandum amerykańskiej administracji z połowy lutego „o wzajemnych taryfach handlowych i celnych” może podnieść globalną efektywną stawkę celną USA o kolejne +13 punktów procentowych, z czego +8 punktów procentowych wynika z różnicy w stawkach podatku od wartości dodanej, +3 punkty procentowe w celu wyrównania nierównowagi w środkach pozataryfowych i jedynie +2 punkty procentowe z różnicy w stawkach celnych.
  • Oznaczałoby to dalsze podwyżki ceł o +12 punktów procentowych w odniesieniu do Chin i +13 punkty procentowe na produkty z UE, co zbliża nas do scenariusza „pełnoskalowej wojny handlowej”, w efekcie której wzrost PKB w przyszłym, 2026 spadłby o -0,7 punktu procentowego w Chinach i -0,8 punktu procentowego w UE.
  • W krzyżowym ogniu na skutek działań dostosowawczych wspomnianych w memorandum mogą znaleźć się też konkretne produkty i sektory, takie jak motoryzacja, farmaceutyki i chipy.
  • Najbardziej ucierpiałyby (na skutek zapowiadanej polityki wyrównywania wszystkich taryf) niekoniecznie Chiny czy UE ale Argentyna, Indie, Brazylia, Chile i Kenia – w ich przypadku podwyżki efektywnych stawek celnych wyniosłyby od +23 punktów procentowych do +34 punktów procentowych.
  • Podczas gdy niektórzy partnerzy handlowi mogą mieć czas do kwietnia na ustępstwa i próby zawarcia umów z prezydentem Trumpem, inni mogą nie mieć tyle szczęścia i prawdopodobnie podejmą działania odwetowe wobec USA.
  • Szerokie ramy memorandum sugerują, że administracja Trumpa poważnie podchodzi do próby zrównoważenia deficytu handlowego USA. Prawdopodobne są również dalsze działania dotyczące ceł, w szczególności ukierunkowane na niektóre sektory i produkty. Jednak wydłużony okres przeznaczony na dochodzenie sugeruje również, że może być miejsce na negocjacje z niektórymi partnerami handlowymi.
  • Kraje, z którymi USA mają nadwyżkę w handlu usługami, mogą potencjalnie wykorzystać ją jako kartę przetargową. Największe nadwyżki handlowe występują z UE (77 mld USD w 2023 r.), Kanadą (32 mld USD) i Chinami (27 mld USD), choć nie rekompensują one deficytu w handlu towarami.

W dniu 13 lutego Biały Dom wydał memorandum w sprawie „Wzajemnego handlu i taryf”, wzywając do przeprowadzenia dochodzenia w celu ustanowienia bardziej „sprawiedliwych i wzajemnych” stosunków handlowych, biorąc pod uwagę przede wszystkim cła nałożone na amerykański eksport, podatki nałożone przez partnerów handlowych USA (w tym podatek od wartości dodanej), środki pozataryfowe, z którymi boryka się amerykański eksport oraz konkurencyjność cenową (poprzez kurs wymiany i różnice w płacach). Dochodzenie to powinno zakończyć się nie wcześniej niż 1 kwietnia i nie później niż 12 sierpnia. Chociaż nie ma jasnych ram ani wzoru uwzględniającego zapowiedziane kryteria, to analizując wymianę handlową USA z ponad 30 partnerami odpowiadającymi za 98% amerykańskiego importu, Allianz Trade szacuje, że wyrównanie amerykańskich taryf celnych (tylko w górę, a nie w dół) w odniesieniu do tych krajów podniosłoby globalną efektywną stawkę celną USA o +2 punkty procentowe. Ilościowe określenie wpływu środków pozataryfowych jest znacznie trudniejsze, ale szacujemy, że wyrównaniem nierównowagi w środkach pozataryfowych wiązałoby się z podniesieniem globalnej efektywnej stawki celnej USA o kolejne +3 punkty procentowe[1] . Wreszcie, różnica w stawkach podatku od wartości dodanej dodałaby kolejne +8 punktów procentowych.

Wykres 1: Potencjalne zmiany w globalnej efektywnej stawce celnej USA wynikające z memorandum w sprawie wzajemnego handlu i taryf celnych

Potencjalne zmiany w globalnej efektywnej stawce celnej USA

Źródła: WTO, Bank Światowy, US ITC, ITC, Allianz Research

Argentyna, Indie, Brazylia, Chile i Kenia ucierpiałyby najbardziej, a podwyżki efektywnych ceł w ich wypadku wyniosłyby od +23 punktów procentowych do +34 punktów procentowych. Chiny i UE odnotowałyby podwyżki ceł odpowiednio o +12 punktów procentowych i +13 punktów procentowych. W opinii Allianz Trade trzeba przyznać, że duża część tych podwyżek wynikałaby z różnicy w stawkach podatku od wartości dodanej. To, czy można je uznać za barierę w handlu, można kwestionować, ponieważ podatek ten dotyczy zarówno firm zagranicznych, jak i krajowych. Ale nawet biorąc pod uwagę tylko środki związane z handlem zagranicznym (tj. cła i środki pozataryfowe), pięć krajów narażonych na najwyższe podwyżki ceł byłoby tożsame ze wspomnianymi powyżej, z wyjątkiem Australii, która wyprzedziłaby Chile.

Patrząc na Chiny, memorandum może oznaczać kolejny wzrost amerykańskich ceł o +12 punktów procentowych, z czego +8 punktów procentowych pochodziłoby z różnicy w stawkach podatku od wartości dodanej, a +4 punkty procentowe ze środków pozataryfowych (i nic z ceł, ponieważ Chiny faktycznie stosują niższą stawkę celną w stosunku do USA niż na odwrót). Jeśli te podwyżki zostałyby wprowadzone w życie, zbliżyłyby nas do założeń naszego scenariusza „pełnej wojny handlowej”, w którym wzrost PKB Chin spadłby o -0,3 punktu procentowego w 2025 r. i -0,7 punktu procentowego w 2026 r.

UE jako całość mogłaby zostać narażona na wzrost ceł o +13 punktów procentowych (więcej niż +10 punktów procentowych jakie zakładaliśmy w naszym scenariuszu „pełnej wojny handlowej”, w którym jak wyliczyliśmy wzrost PKB UE uległby obniżce o -0,8 punktu procentowego do 2026 r.), z czego +10 punktów procentowych pochodziłoby z uwzględnienia różnicy wpodatku od wartości dodanej, około +2 punkty procentowe ze środków pozataryfowych i tylko około +1 punkt procentowy wynikający z różnicy w stawkach celnych na niekorzyść USA.

Meksyk i Kanada mogą być narażone na podwyżki ceł o odpowiednio +16 punktów procentowych i +15 punktów procentowych (mniej niż +25 punktów procentowych, którymi grożono już wcześniej w tym miesiącu). Na drugim końcu spektrum, partnerzy handlowi, którzy byliby najmniej dotknięci „wyrównaniem”, to Tajwan (mniej niż +1 punkt procentowy), Zjednoczone Emiraty Arabskie (mniej niż +1 punkt procentowy), Szwajcaria (+4 punkty procentowe), Singapur (+5 punktów procentowych) i Kambodża (+6 punktów procentowych).

Wykres 2: Potencjalne zmiany w dwustronnych stawkach celnych USA w związku z memorandum „Wzajemny handel i taryfy celne”

Potencjalne zmiany w dwustronnych stawkach celnych USA

Źródła: WTO, Bank Światowy, US ITC, ITC, Allianz Research

W opinii Allianz Trade rosnące prawdopodobieństwo „pełnoskalowej wojny handlowej” zapewne skłoni niektórych partnerów handlowych USA do ustępstw i zawarcia umów z prezydentem Trumpem, podczas gdy inni mogą nie mieć tyle szczęścia i będą planować odwet. Szerokie ramy memorandum sugerują, że administracja Trumpa poważnie podchodzi do próby zrównoważenia deficytu handlowego USA. Prawdopodobne są również dalsze działania dotyczące ceł, w szczególności ukierunkowane na niektóre sektory i produkty. Jednak wydłużony okres przeznaczony na dochodzenie sugeruje również, że może być miejsce na negocjacje z niektórymi partnerami handlowymi. W tym względzie należy zauważyć, że rząd Indii niedawno zgodził się na rozmowy handlowe i na znak dobrej woli zgodził się już zwiększyć zakupy energii z 15 mld USD do 25 mld USD, a także obniżyć cła na ciężkie motocykle i burbon. 14 lutego Tajwan zobowiązał się do rozmów w sprawie chipów i większych inwestycji, aby zaspokoić żądania USA. Korea Południowa zobowiązała się również do przeglądu swoich barier pozataryfowych w odpowiedzi na groźby Trumpa. Jednocześnie kraj ten zadeklarował około 250 mld USD na pomoc w finansowaniu eksportu dla eksporterów zagrożonych wyższymi cłami. Zarówno Tajlandia, jak i Wietnam również zaproponowały zwiększenie importu produktów rolnych z USA. Na początku lutego Japonia ogłosiła plany zwiększenia inwestycji w USA i zakupu większej ilości LNG z USA. Meksykańscy i amerykańscy urzędnicy spotkają się wkrótce w sprawie ceł na stal i aluminium. Podobne rozmowy zostały zaproponowane przez Brazylię w sprawie cukru i Wielką Brytanię w sprawie stali. Ponadto kraje, z którymi USA mają nadwyżkę w handlu usługami, mogą potencjalnie wykorzystać ją jako kartę przetargową. Największe nadwyżki handlowe występują z UE (77 mld USD w 2023 r.), Kanadą (32 mld USD) i Chinami (27 mld USD), choć nie rekompensują one deficytu w handlu towarami. Dla porównania, kraje takie jak Brazylia (18 mld USD) czy Australia (14 mld USD) mogą mieć większą siłę nacisku, ponieważ Stany Zjednoczone również mają z nimi nadwyżkę towarów.

Wykres 3: Bilans handlowy USA, towary vs. usługi (mld USD) – 15 największych nadwyżek w usługach

Bilans handlowy USA, towary vs. usługi

Źródła: ITC, US BEA, Allianz Research

[1] Do obliczeń wykorzystujemy ekwiwalent ad valorem środków pozataryfowych Banku Światowego, a także szacunki Global Trade Alert dotyczące amerykańskiego eksportu podlegającego interwencjom politycznym na rynkach eksportowych oraz wskaźniki wolności handlu z Heritage Foundation.

Jak AI wpłynie na polską gospodarkę? EY: więcej automatyzacji, wyższe inwestycje i zmiany na rynku pracy

Analiza wykonana przez Zespół Analiz Ekonomicznych EY Polska wskazuje, że w perspektywie najbliższej dekady ok. 2,6% zadań wykonywanych w naszym kraju może zostać poddanych automatyzacji przez narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji. To mniej niż w Europie Zachodniej lub USA (ok. 5%), ale więcej niż średnia w regionie Europy Środkowo-Wschodniej (2,2%). Implementacja technologii AI pozwoli na wzrost produktywności, równocześnie będzie wymagała znacznych nakładów finansowych. Sprawi to, że w ciągu najbliższej dekady w Polsce inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne powinny się niemal podwoić – wzrastając o 0,4 – 0,9% PKB. Szacunki ekspertów EY wskazują również na potencjał dodatkowego wzrostu PKB o 0,7% – do 2,1%. Wdrożenie rozwiązań AI nie pozostanie jednak obojętne dla inflacji (możliwy wzrost o 0,3 pkt. proc.) i stóp procentowych (wzrost o 0,2 – 0,9 pkt. proc).

Analiza wykonana przez ekspertów EY Polska wskazuje, że w perspektywie następnej dekady ok. 2,6% zadań w naszym kraju może zostać poddanych automatyzacji przez narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji. To mniej niż w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych, gdzie eksperci Zespołu Analiz Ekonomicznych EY szacują ten poziom na ok. 5%. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej ten współczynnik wynosi ok. 2,2%, a więc 0,4 pkt. proc. mniej niż w Polsce.

– Skuteczne wykorzystanie narzędzi sztucznej inteligencji będzie punktem zwrotnym nie tylko w biznesie. Powstające modele, sposoby analizy danych dadzą dużą przewagę konkurencyjną. Jesteśmy dopiero na początku tej drogi, ale już widać, że nie jest to sezonowa moda, tylko trwała zmiana, od której nie ma odwrotu. Dotyczy to nie tylko pojedynczych przedsiębiorstw, ale całych gospodarek. To kluczowy moment do działania, również w Polsce. Wdrażanie AI to maraton, a nie sprint. Jednak nawet w biegach długodystansowych zawodnicy, którzy już na początku zostaną z tyłu mają znacznie mniejsze szanse na przebiegnięcie linii mety jako pierwsi – mówi Jacek Kędzior, Partner Zarządzający, EY Polska.

Mniejszy potencjał nad Wisłą – jak również w pozostałych krajach naszego regionu – wynika z niższego poziomu płac niż te obserwowane na Zachodzie. W efekcie korzyści ekonomiczne wynikające z potencjalnego zastąpienia ludzkiej pracy przez sztuczną inteligencję są bardziej ograniczone. Dane Międzynarodowej Organizacji Pracy wskazują, że nawet po uwzględnieniu siły nabywczej, wynagrodzenia w Polsce stanowią ok. 60% tych obserwowanych w USA czy Europie Zachodniej. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej wynik to 40%.

Wykorzystanie AI do automatyzacji wybranych zadań oraz wsparcia w wykonywaniu innych pozwoli na ograniczenie kosztów produkcji, a przez to spowoduje wzrost produktywności w gospodarce. Aby oszacować skalę tego wzrostu należy uwzględnić, za jaką część kosztów w danym państwie odpowiada praca. Polska cechuje się mniejszym udziałem pracy w kosztach produkcji niż średnia dla Europy Środkowo-Wschodniej. Dlatego, pomimo nieznacznie wyższego potencjału automatyzacji i transformacji zadań przez narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji, eksperci EY spodziewają się zbliżonej skali wzrostu produktywności. Nad Wisłą wyniesie ona 0,3 – 0,9%, w naszym regionie 0,3 – 0,8%, a w Europie Zachodniej 0,9 – 1,8%.

– Nie ma żadnych wątpliwości, że sztuczna inteligencja z biegiem lat będzie miała coraz większy wpływ na rynek pracy. Dlatego już teraz firmy w obszarach, gdzie jest to możliwe powinny maksymalizować wysiłki na rzecz edukacji pracowników. Posiadanie kadry wyposażonej w kompetencje efektywnego wykorzystania AI będzie stanowiło element budujący przewagę. Automatyzacja nie równa się bowiem z zastąpieniem pracownika, a ułatwieniem jego pracy np. w zakresie analizy danych lub tworzenia treści. Wykorzystanie AI pozwoli na ograniczenie kosztów, a przez to wzrost produktywności w gospodarce – dodaje Jacek Kędzior.

Skala implementacji AI w firmach i powiązane z tym inwestycje

Potencjał automatyzacji zadań będzie miał również przełożenie na skalę implementacji AI w firmach i powiązane z tym inwestycje. Analiza ekspertów Zespołu Analiz Ekonomicznych EY Polska wskazuje, że w ciągu najbliższych 10 lat odsetek firm wykorzystujących technologie AI znacząco wzrośnie. W naszym kraju do 2033 roku pomiędzy 19% a 41% firm zatrudniających 10 lub więcej osób będzie stosować technologie oparte na AI. To więcej niż w Europie Środkowo-Wschodniej (16%-35%), ale mniej niż w Europie Zachodniej (37%-77%). Różnice w znaczącym stopniu wynikają z potencjału automatyzacji zadań na przestrzeni kolejnych lat. Należy również zakładać, że odsetek firm wykorzystujących narzędzia bazujące na sztucznej inteligencji w poszczególnych krajach może różnić się w zależności m.in. od poziomu rządowego wsparcia. W przypadku Polski mogą to być działania wynikające ze Strategii Cyfryzacji do 2035 roku, gdzie poziom wykorzystania AI w firmach został wyznaczony na 50% (analiza EY została wykonana przed zaprezentowaniem dokumentu przez Ministerstwo Cyfryzacji).

Wzrost wykorzystania sztucznej inteligencji wśród ogółu działających nad Wisłą firm będzie wymagał znacznych inwestycji zarówno w sprzęt komputerowy, jak i oprogramowanie. Szacunki ekspertów EY wskazują, że w Polsce, w ciągu najbliższej dekady, inwestycje w technologie informacyjno-komunikacyjne powinny się niemal podwoić – wzrastając od 0,4% do 0,9% PKB – aby umożliwić efektywne wdrożenie AI. Dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej przewidywany jest podobny wzrost, oscylujący w przedziale od 0,3% do 0,8% PKB.

AI to wzrost PKB, ale również inflacji i stóp procentowych

Oszacowania nakładów inwestycyjnych niezbędnych do wdrożenia sztucznej inteligencji oraz wynikających z tego wzrostów produktywności pozwalają nakreślić skalę wpływu AI na PKB w najbliższej dekadzie. W przypadku Europy Środkowo-Wschodniej prognozy ekspertów Zespołu Analiz Ekonomicznych EY wskazują na potencjał dodatkowego wzrostu PKB o 1% do 2,3%. W Polsce ten potencjał będzie prawdopodobnie nieznacznie niższy: od 0,7% do 2,1%. Wynika to z faktu, że polska gospodarka jest mniej otwarta niż średnia dla regionu EŚW, a więc mniej podatna na ożywienie popytu związane z implementacją AI w Europie Zachodniej, gdzie wzrost PKB będzie się wahał pomiędzy 1,8% a 3,7%.

– AI będzie oddziaływał zarówno na stronę popytową gospodarki, przede wszystkim poprzez wzrost inwestycji, jak i na jej stronę podażową, czyli potencjał produkcyjny. Przewidujemy, że choć z biegiem czasu proporcje będą się nieco zmieniać, efekt popytowy będzie przez najbliższą dekadę przeciętnie nieco silniejszy niż podażowy. W efekcie presja cenowa wzrośnie, na co zareagują banki centralne utrzymując stopy procentowe na nieco wyższym poziomie. Przedsiębiorcy powinni w swoich strategiach uwzględnić wpływ AI na politykę pieniężną i koszt kapitału – mówi Marek Rozkrut, Partner, szef Zespołu Analiz Ekonomicznych oraz główny ekonomista EY na Europę i Azję Centralną.

W ciągu najbliższej dekady, implementacja AI w większości regionów przyczyni się do umiarkowanego wzrostu inflacji – od 0,1 do 0,25 pkt proc. Jednakże w Europie Środkowo-Wschodniej nierównowaga pomiędzy popytem a podażą będzie głębsza, co przełoży się na większy impuls inflacyjny, sięgający nawet 0,8 pkt procentowego. Polska, ze względu na mniejszą skałę nierównowagi pomiędzy popytem a podażą, wyróżnia się pozytywnie na tle regionu z prognozowanym wzrostem inflacji nieprzekraczającym 0,3 pkt proc.

Stopy procentowe urosną bardziej niż inflacja. Wzrosty będą napędzane przez czynniki cykliczne, takie jak zwiększony popyt i podwyższona inflacja, oraz czynniki strukturalne powiązane z nasilonymi potrzebami inwestycyjnymi czy prognozowanym wzrostem produktywności. Europa Środkowo-Wschodnia doświadczy największej skali dostosowań polityki banków centralnych. Wzrost stóp procentowych będzie w tym regionie napędzany głownie czynnikami cyklicznymi i może sięgać nawet 0,5-1,1 pkt. procentowego. W Polsce, ze względu na mniejszą nierównowagę pomiędzy popytem a podażą, należy się spodziewać nieznacznie mniejszych wyników w przedziale 0,2-0,9 pkt. procentowego.

– W Polsce mamy nieznacznie większy potencjał do zwiększenia inwestycji i produktywności dzięki AI niż średnio w Europie Środkowo-Wschodniej. Prognozowany wpływ na PKB, inflację i stopy procentowe jest jednak nieco słabszy niż średnio w regionie. Wynika to z faktu, że polska gospodarka jest nieco mniej otwarta niż inne kraje regionu. W konsekwencji ożywienie popytu na Zachodzie Europy, związane z implementacją AI, będzie miało mniejszy wpływ na Polskę niż na region jako całość. Dobrą wiadomością jest to, że oznacza to mniejszą nierównowagę między popytem a podażą, co przełoży się na mniejszy wzrost inflacji i stóp procentowych niż średnio w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. – podsumowuje Marek Rozkrut.

Samodzielność prokurenta vs. reprezentacja łączna – co mówią przepisy i sądy?

0

Prokura to skuteczne narzędzie zarządzania przedsiębiorstwem, zapewniające elastyczność i ciągłość działania, a także ratunek w sytuacjach wyjątkowych. Przykładem może być sytuacja, gdy spółka przejściowo nie ma zarządu. „Sąd Najwyższy w wyroku V CZ 26/16 wskazał, że brak zarządu w spółce kapitałowej nie powoduje automatycznego wygaśnięcia prokury. Prokurent nadal może podejmować czynności związane z prowadzeniem przedsiębiorstwa, co ma na celu zapobieganie paraliżowi działalności.” – zauważa Bartosz Kuraś, Partner w Kancelarii Wolf Theiss.

Prokura jest jednym z najważniejszych narzędzi prawnych, które mogą zwiększyć efektywność działań przedsiębiorstwa. Jest to szczególny rodzaj pełnomocnictwa, który został uregulowany w Kodeksie cywilnym (art. 109¹ i nast.). Istotne dla spółek przepisy dotyczące prokury znajdziemy również w Kodeksie spółek handlowych (np. art. 205 czy art. 208 dla sp. z o.o.).

„Zdarza się, że kontrahenci spółek nie wiedzą, czy w danej sytuacji prokurent może reprezentować samodzielnie spółkę, czy powinien to robić z drugim prokurentem albo czy spółka powinna być reprezentowana przez członka zarządu działającego łącznie z prokurentem, bo spółka w KRS ma wpisaną reprezentację łączną. Może to prowadzić do nieporozumień lub niesłusznej odmowy przystąpienia do czynności prawnych dokonanych przez należycie umocowanego prokurenta. Dobrą praktyką jest wyraźne wskazywanie zakresu prokury, w tym również jej prawidłowy opis w KRS, co może ułatwić działanie prokurenta i reprezentacje Spółki w praktyce.” – mówi Bartosz Kuraś.

Jednocześnie przedsiębiorcy często nie zdają sobie sprawy, że zakres umocowania prokurenta nie może być skutecznie ograniczony wobec osób trzecich (art. 109¹ § 2 k.c.), chyba że przepis szczególny stanowi inaczej. Ważne jest więc, aby powierzać prokurę osobom zaufanym i odpowiednio przygotowanym.

„Prokura, jako specjalne pełnomocnictwo, różni się zasadniczo od zwykłego pełnomocnictwa, a jej zastosowanie w kontekście przepisów KSH i KC daje przedsiębiorcom dodatkowe możliwości zarządzania. Warto jednak zrozumieć jej szczegóły, aby z jednej strony dobrze wykorzystać jej potencjał, z drugiej strony nie narazić spółki na ryzyko, gdyż zakres umocowania prokurenta jest bardzo szeroki. W przypadku prokury samoistnej, gdy spółka ma reprezentację łączną, prokurent może przykładowo reprezentować spółkę samodzielnie, a członkowie zarządu jedynie łącznie.” – zaznacza Bartosz Kuraś.

Jak wskazano w orzeczeniu I CSK 512/14, prokurent samoistny może samodzielnie reprezentować spółkę niezależnie od zasad reprezentacji łącznej zarządu. Prokura samoistna daje więc prokurentowi niezależność w zakresie reprezentacji spółki, również wtedy gdy spółka jest reprezentowana standardowo łącznie przez dwóch członków zarządu albo jednego członka zarządu działającego łącznie z prokurentem. W tej sytuacji prokurent samoistny może działać sam, co eliminuje konieczność działania łącznie z innym członkiem zarządu przy reprezentacji mieszanej. Prokurent posiadający prokurę łączną, musiałby działać natomiast zgodnie z udzieloną mu prokurą, tj. łącznie z innym prokurentem lub z innym członkiem zarządu, aby móc skutecznie działać w imieniu spółki.

„W praktyce oznacza to, że decyzje podejmowane przez prokurenta samoistnego, np. podpisanie umowy, są skuteczne i wiążące dla spółki nawet jeśli w umowie spółki przewidziano reprezentację wieloosobową zarządu. Uprawnienia prokurenta samoistnego są więc niezależne od zasad reprezentacji wieloosobowego zarządu, również w przypadku mieszanej reprezentacji łącznej prokurenta z członkiem zarządu.” – tłumaczy Bartosz Kuraś.

W praktyce reprezentowanie spółki przez członka zarządu wraz z prokurentem łącznym, który może działać jedynie z innym prokurentem, sprawia często trudności. W swoim orzeczeniu (V CSK 92/20) Sąd Najwyższy rozstrzygnął zależność między zasadami reprezentacji spółki określonymi w KSH a instytucją prokury łącznej, regulowanej przez KC. Przedmiotem sporu była skuteczność czynności prawnych dokonanych przez członka zarządu wspólnie z prokurentem, gdy prokurent ten może działać jedynie w ramach prokury łącznej. Sąd stwierdził, że Spółka może działać samodzielnie, stosując przepisy dotyczące reprezentacji określone w KSH lub za pośrednictwem pełnomocnika, w tym prokurenta.

„W przypadku prokury łącznej, jeśli spółkę reprezentuje członek zarządu i prokurent, działania są ważne, nawet jeśli prokurent samodzielnie nie mógłby podejmować takich czynności. Oznacza to, że prokura łączna, która wymaga współdziałania kilku prokurentów, nie ogranicza możliwości wspólnego działania prokurenta z członkiem zarządu, co zwiększa efektywność zarządzania spółką. Sąd Najwyższy w orzeczeniu I CSK 512/14 jednoznacznie wskazał, że reprezentacja łączna zarządu nie ogranicza uprawnień prokurenta samoistnego, który może samodzielnie podejmować czynności objęte zakresem prokury. W praktyce oznacza to, że prokura samoistna zapewnia elastyczność działania, o ile mamy zaufanie do jednoosobowego działania prokurenta.” – dodaje Bartosz Kuraś.

W odróżnieniu od zwykłego pełnomocnictwa, prokura zapewnia znacznie szerszy zakres umocowania. Narzędzie to, upoważnia do dokonywania wszelkich czynności sądowych i pozasądowych związanych z prowadzeniem przedsiębiorstwa, jednak z istotnymi wyjątkami. Prokura nie może zostać wykorzystana przy sprzedaży przedsiębiorstwa, oddania go do czasowego korzystania, oraz zbywania lub obciążania nieruchomości, chyba że prokurent uzyska odrębne pełnomocnictwo. W praktyce oznacza to, że prokurent, czyli osoba posiadająca prokurę może reprezentować przedsiębiorstwo w bardzo szerokim zakresie i wielu aspektach jego działalności.

Pożyczki pozabankowe w styczniu 2025 – rekordowa sprzedaż i lepsza spłacalność

Sprzedaż i jakość pożyczek pozabankowych w styczniu 2025 roku.

Polski rynek pożyczek pozabankowych opiera się na dwóch głównych, ale odmiennych segmentach produktowych, posiadających swoje specyficzne cechy.

Pierwszym są pożyczki celowe, które charakteryzują się niską kwotą na jakie są udzielane – średnia wartość nowo udzielonej w styczniu 2025 r. pożyczki celowej wyniosła 644 zł i była o 8,9% niższa od średniej wartości takiej pożyczki udzielonej rok wcześniej. Udzielane są one na finansowanie określonego celu, jakim jest zakup towarów czy usług, nie jest więc bezpośrednio udostępniana klientowi gotówka, którą może dysponować.

W pożyczkach celowych mogą być zarówno niskokwotowe zakupy w internecie na platformach e-Commerce, ale też pożyczki na wyższe kwoty, np. na zakup samochodów używanych czy usługi medyczne, charakteryzujące się wyższymi kwotami. Są one zazwyczaj udzielane na krótkie okresy i bardzo dobrze spłacane. Mają więc cechy „upodabniające” je do bankowych kredytów ratalnych.

Liczba nowo udzielonych w styczniu br. pożyczek celowych wzrosła o +24,9% r/r, a w ujęciu wartościowym wzrost wyniósł +13,8% r/r. To oznacza, że udzielane były głównie pożyczki na niższe kwoty, co znalazło swoje bezpośrednie odzwierciedlenie również w spadku r/r średniej kwoty udzielonej pożyczki.

W styczniu 2024 r. były już raportowane wszystkie udzielone pożyczki celowe co oznacza, że nie występuje już efekt zaniżonej bazy porównawczej wynikający z niepełnego raportowania. Dynamiki uzyskane w styczniu 2025 r. w pełni odzwierciedlają więc obecną sytuację rynkową.

Drugim segmentem na rynku pozabankowym są pożyczki gotówkowe. Są one wypłacane bezpośrednio na konto pożyczkobiorcy i mogą być przez niego wykorzystywane na dowolny cel, w tym podreperowanie budżetu domowego. Cechą charakterystyczną pożyczek gotówkowych jest ich wyższa szkodowość w porównaniu do pożyczek celowych i są one udzielane również na wyższe kwoty.

W segmencie tym można wyróżnić dwie kategorie pożyczek gotówkowych. Pożyczki gotówkowe udzielane na niskie kwoty i krótkie okresy (do 60 dni) – tzw. „chwilówki” oraz na wysokie kwoty i długie, często kilkuletnie okresy. Ten drugi typ pożyczek zbliżony jest do bankowych kredytów gotówkowych.

Średnia wartość pożyczki gotówkowej „chwilówki” udzielonej w styczniu 2025 r. wyniosła 2 487 zł i była o 11,7% wyższa od średniej kwoty udzielonej w styczniu 2024 r. Styczniowa wartość sprzedaży pożyczek gotówkowych („chwilówek) to 1,053 mld zł i była ona wyższa o +35,8% r/r. Dodatnia dynamika r/r (+21,8%) wystąpiła również w ujęciu liczbowym. „Chwilówki” stanowiły 72,3% wartości wszystkich udzielonych
w styczniu 2025 r. pożyczek gotówkowych.

W styczniu 2025 r. pożyczek gotówkowych na okres powyżej 60 dni udzielono łącznie 74 tys. szt. i na wartość 404 mln zł. W porównaniu ze styczniem 2024 r. oznacza to wzrost w ujęciu liczbowym o (+19,1%) i wartościowym o (+39,6%). Średnia wartość pożyczki gotówkowej udzielonej w styczniu 2025 r. na okres dłuższy niż 60 dni wyniosła 5 497 zł i była o 15,5% wyższa do średniej kwoty udzielonej w styczniu 2024 r.

W styczniu 2024 r., podobnie jak w przypadku pożyczek celowych, były już raportowane wszystkie udzielone pożyczki gotówkowe co oznacza, że nie występuje już efekt zaniżonej bazy porównawczej wynikający z niepełnego raportowania, zatem dynamiki uzyskane w styczniu 2025 r. w pełni odzwierciedlają obecną sytuację rynkową.

W styczniu br., podobnie jak w poprzednich miesiącach, w strukturze sprzedaży pożyczek pozabankowych w ujęciu liczbowym dominowały pożyczki celowe, zaś w ujęciu wartościowym pożyczki gotówkowe.

Coraz ważniejszym segmentem polskiego rynku finansowego są transakcje płatności odroczonych (BNPL – Buy Now Pay Later). W styczniu 2025 r. udzielono ich 5,37 mln szt. (+21% r/r) na kwotę 931 mln zł (+25% r/r).

Jakość pożyczek udzielanych przez firmy pożyczkowe

Ważnym aspektem w zakresie zarządzania ryzykiem udzielanych pożyczek jest analiza poziomu opóźnień powyżej 90 dni, popularnie zwanych szkodowością. W sektorze widać znaczącą poprawę roczników (vintage) 2024 i 2023 vs 2022. Taka poprawa jest wynikiem dostosowań sektora do nowych regulacji w zakresie maksymalnej ceny pożyczek oraz obowiązku badania zdolności kredytowej i raportowania danych do BIK.

Najlepszą spłacalnością charakteryzują się pożyczki celowe. Ich poziom szkodowości (1%) zbliżony jest do kredytów ratalnych w sektorze bankowym. Inaczej wygląda sytuacja pożyczek gotówkowych, których jakość różni się w zależności od okresu, na jaki zostały udzielone. Pożyczki gotówkowe zaciągane na okres do dwóch miesięcy spłacają się lepiej (szkodowość 4%) niż pożyczki gotówkowe udzielane na dłuższy czas, powyżej 60 dni (szkodowość 10%). Szkodowość ostatnich jest wyższa od bankowych kredytów gotówkowych.

W ślad za poprawą wskaźnika szkodowości, widoczna jest poprawa wskaźnika NPL, który informuje o strukturze bilansu.

W sektorze poprawia się jakość pożyczek gotówkowych pod względem udziału zobowiązań opóźnionych powyżej 90 dni: pod koniec stycznia 2025 r. wyniósł on 18,2% i był niższy o 6 pkt proc. niż rok wcześniej. W portfelu pożyczek celowych wskaźnik ten jest znacznie niższy i wynosi 4,3%, a w porównaniu ze styczniem 2024 roku nieznacznie wzrósł (o 0,2 pkt proc.).

Wskaźnik NPL zależy między innymi od: szkodowości, tempa wzrostu nowej sprzedaży (przyrostu bilansu), od polityki windykacyjnej firm (sprzedaż wierzytelności vs. windykacja własna) i wielu innych czynników.