BOJ i NFP wspierają S&P 500

BOJ i NFP wspierają S&P 500 1

Rynki zareagowały huraoptymizmem na piątkowy raport o rynku pracy oraz niedzielnych wyborach do parlamentu w Japonii. Piątkowe dane z rynku pracy były bardzo optymistyczne. Ilość nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym to 287 tysięcy, konsensus ekonomistów spodziewał się odczytu na poziomie 175 tysięcy. Jednak nie można pominąć stopy bezrobocia, która wzrosła. Rozczarowanie nadeszło również ze strony wzrostu płacy godzinowej.

Pomimo tego rynek zareagował optymistyczne, notowania indeksu S&P 500 wyskoczyły ponad pokonały cały ostatni impuls spadkowy, który przyniósł Brexit. Do wzrostów przyczyniły się również wybory w Japonii, które po raz kolejny wygrał Shinzo Abe, który od razu zapowiedział luzowanie ilościowe.

Na interwale tygodniowym notowania zatrzymały się na strefie oporu 2120-2137 punktów, jeżeli zostanie pokonana to dopiero wtedy będziemy mogli spodziewać się jeszcze większych wzrostów.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Bank Japonii – będzie luzowanie

Bank Japonii - będzie luzowanie 2

Rynki zareagowały huraoptymizmem po wygraniu wyborów przez Shinzo Abe w Japonii. Wcześniejsza polityka prowadzona przez rząd Japonii z każdym, kolejnym kwartałem prowadziła do jeszcze większego luzowania ilościowego. Tym razem ma nie być inaczej. Macquarie Bank Ltd. uważa, że 29 lipca zostanie przedstawiony oraz wdrożony nowy program pobudzania inflacji oraz stymulacji gospodarczej.

Niektóre działania Bank of Japan są podważane przez ekspertów. Uważają oni, że nadmierna interwencja banku centralnego w „wolny” rynek w długim terminie oznacza problemy. Nie ma co się dziwić, ponieważ aktualne działanie Banku Japonii przypominają strategie funduszu lewarowanego. Przykładek tego może być inwestycja BOJu w fundusze typu ETF, gdzie bank posiada już ponad 52% udziałów w tym rynku.

Bank Japonii - będzie luzowanie 3

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Krajowy rynek kapitałowy przestaje być barometrem gospodarki. Na giełdzie zbyt duży udział mają spółki Skarbu Państwa

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich pięciu lat główny indeks giełdowy WIG20 spadł o prawie 40 proc. W tym samym czasie krajowa gospodarka znacznie się rozwinęła. Zdaniem Adama Rucińskiego z BTFG Audit rynek kapitałowy w Polsce przestaje być barometrem stanu gospodarki. Zbyt poważny udział na giełdzie mają spółki Skarbu Państwa, w których kluczowe decyzje podejmowane są przez rządzących polityków.

– Sytuacja gospodarcza Polski jest bardzo złożona: mamy dobre dane makroekonomiczne, ale pojawiają się obawy, że ulegną one zmianie, bo za szybko rośnie zadłużenie – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu firmy BTFG Audit. – Na pewno wątpliwości towarzyszą polityce prowadzonej przez rząd i widać wyraźnie pewne wahanie ze strony inwestorów, którzy wstrzymują się z nowymi przedsięwzięciami. Ale jeśli gospodarka będzie się rozwijać, dane makroekonomiczne pozostaną dobre, to inwestorzy się pojawią. Otwarte pozostaje pytanie, czy silna ingerencja państwa w zarządzanie spółkami na dłuższą metę przyniesie efekty.

Czerwiec był jednak kolejnym miesiącem spadków na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Miesiąc wcześniej (czerwcowych statystyk jeszcze nie ma) wartość transakcji na rynku głównym wyniosła zaledwie 12,4 mld zł, o 27,3 proc. mniej niż w tym samym miesiącu rok wcześniej przy rosnącej o 13 proc. liczbie transakcji. Od połowy 2011 roku indeks giełdowy WIG20 spadł z poziomu 2900 punktów do nieco powyżej 1800 (o prawie 40 proc.).

– Musimy obecnie wyraźnie oddzielić polska gospodarkę od GPW – zauważa Adam Ruciński. – Rynek kapitałowy w Polsce bardzo się zmienił. Moim zdaniem znajdujemy dzisiaj się w niezwykle trudnej sytuacji. Z jednej strony możemy obserwować dobry, stabilny rozwój gospodarki, z drugiej – erozję na giełdzie.

Zdaniem ekspertów jednym z najważniejszych czynników działających na niekorzyść krajowego rynku kapitałowego jest ewentualna kontynuacja zapoczątkowanej przez poprzedni rząd reformy Otwartych Funduszy Emerytalnych. Żadne decyzje w tej sprawie nie zostały jeszcze podjęte, ale uczestnicy rynku spekulują, że obecna Rada Ministrów będzie chciała szukać środków na realizację niezwykle kosztownych obietnic wyborczych m.in. w ograniczeniu lub nawet zupełnej likwidacji oszczędzania na emeryturę w tzw. drugim filarze, którego duża część kapitałów lokowana jest na GPW. Całkowite lub nawet częściowe wycofanie OFE z rynku kasowego byłoby bardzo bolesnym ciosem dla i tak słabej giełdy.

– Reforma OFE, pewne zniechęcenie inwestorów powodują, że liczba spółek na giełdzie spada, podobnie jak obroty – precyzuje Adam Ruciński. – To wskazuje wyraźnie, że krajowy rynek kapitałowy nie idzie już tak za gospodarką jak kiedyś. Do niedawna można było powiedzieć, że parkiet odzwierciedla to, co ma miejsce w ekonomii. Obecnie to rynek, który działa, natomiast na pewno nie jest barometrem gospodarki. W takich spółkach prowadzona jest polityka odgórnego zarządzania przez rząd, dbania o wzajemną pomoc. Wynik finansowy natomiast nie jest na pierwszym miejscu. Powoduje to niechęć wielu inwestorów, zwłaszcza zagranicznych.

Rekordowy sezon turystyczny w Polsce. Obłożenie hoteli w Gdańsku i Sopocie wyższe niż w Barcelonie i Rzymie

CEO Magazyn Polska

Od czasów II wojny światowej Polska nie odnotowała takiego wzrostu sprzedaży usług turystycznych jak w tym roku. Sezon jeszcze się nie skończył, a już jest rekordowy pod względem obłożenia miejsc noclegowych oraz korzystania z usług okołoturystycznych, jak gastronomia czy spa. Na wysokie wskaźniki popularności wpłynęły trzy czynniki: kryzys emigracyjny, wysoki kurs euro i wzrost znaczenia marki Polska.

 Wszystkie wskaźniki pokazują, że będzie to kolejny rekordowy sezon w sektorze turystycznym w Polsce, szczególnie pod względem zyskowności, czyli wskaźnika ADR (liczy on przychody netto ze sprzedaży pokoi i usług gastronomicznych) – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Dominika Czechowska, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Poprzedni sezon nad Bałtykiem był bardzo udany, a ten zapowiada się jeszcze lepiej. Zainteresowanie wypoczynkiem nad polskim morzem jest gigantyczne. Właściciele hotel i kwater już zacierają ręce, bo statystyki, jeśli chodzi o wskaźnik obłożenia w bookingu, na ten moment są imponujące.

– W piątek sprawdzałam obłożenie hoteli w Gdańsku w stosunku do takich stolic jak Barcelona, Rzym, Paryż i nie było wyższego wskaźnika obłożenia miast w miniony weekend. W Gdańsku wynosił on ponad 90 proc. Z kolei najbardziej obłożonym miastem na najbliższy weekend, czyli 9–11 lipca jest Sopot – ponad 90 proc. Ani Paryż, ani Rzym, ani Barcelona nie są tak obłożonymi miastami – mówi Dominika Czechowska.

Porównując różne europejskie państwa i ich centra turystyczne, fachowcy wskazują jednak na znaczące różnice w potencjale liczby miejsc noclegowych.

– Biorąc pod uwagę procent wzrostu liczby miejsc noclegowych w Polsce i w województwie pomorskim, przyrost szacowany między 3 a 7 proc. W województwie pomorskim mamy około 107 tys. miejsc noclegowych, czyli bardzo mało. Dlatego że ten wskaźnik w Europie układa się trochę inaczej. W Polsce na 10 tys. mieszkańców jest od 40 do 50 miejsc noclegowych, w europejskich krajach turystycznych od kilku do kilkunastu razy więcej – mówi Dominika Czechowska.

Polsce niewątpliwe sprzyja sytuacja geopolityczna. Turyści chcą wypoczywać bezpiecznie, tymczasem do listy odradzanych kierunków zagranicznych wyjazdów ze względu na zagrożenie terrorystyczne co jakiś czas dołączają kolejne kraje. Dlatego polskie destynacje turystyczne w tym roku już przeżywają prawdziwe oblężenie.

 Po pierwsze, ze względu na kryzys imigracyjny Polacy postanowili spędzić bezpieczne wakacje na terenie naszego kraju. Po drugie, przyczynił się do tego wysoki kurs euro. Po prostu wyjazdy zagraniczne stały się kosztowne i mniej dostępne dla nas, Polaków, a dla gości zagranicznych bardziej korzystne cenowo. Po trzecie, zmieniło się postrzeganie Polski jako produktu turystycznego. Staliśmy się modnym krajem i chętnie przyjeżdżają do nas goście zagraniczni – podkreśla Dominika Czechowska-Mrozińska.

Polska bardzo mocno zaistniała w sektorze turystycznym szczególnie po Euro 2012. Teraz jest przed nami najważniejsze wyzwanie, by nie zmarnować tego potencjału i jak najlepiej wykorzystać go w ciągu najbliższych lat

– W ciągu 2–3 lat weszliśmy do pierwszej trzydziestki wartości marek turystycznych na świecie i jest to imponujący wynik, bo przeskoczyliśmy aż o 20 punktów w ratingu. Aktualnie weszliśmy w poziom spijania rynkowej śmietanki, potrwa ona jeszcze od 5 do 7 lat. Jak wysoko utrzyma się krzywa stagnacji w Polsce, będzie zależało właśnie od atrakcji turystycznych. Musimy świetnie wykorzystać najbliższe lata, tworząc lokalne produkty turystyczne, tak, żeby się pochwalić, żeby pokazać gościom potencjał atrakcji turystycznych, czyli to uzupełnienie usług noclegowych i gastronomicznych. I wszystko oczywiście zależy od tego, kto jest lokalnym menadżerem – mówi Dominika Czechowska.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że w ostatnim czasie powstała też w Polsce ogromna baza dla produktów HoReCa, czyli hoteli, restauracji i kawiarni oraz usług cateringowych.

 Coraz częściej goście przyjeżdżający do Polski korzystają z takich usług jak turystyka zdrowotna, medyczna, rehabilitacyjna czy usługi kosmetyczne. Te usługi wśród gości zagranicznych cieszą się dużym powodzeniem z uwagi na ich wysoką jakość i stosunkowo korzystną cenę tych usług – tłumaczy Dominika Czechowska.

Turystów z zagranicy przyciągają do Polski również ciekawe wydarzenia sportowe i kulturalne. Oferty turystyczne muszą być dostosowane do zapotrzebowania klientów. Eksperci podkreślają, że jakość świadczonych usług rośnie z roku na rok. Polacy coraz częściej podróżują za granicę, mają odniesienie do różnych ofert turystycznych, w związku z tym w swoim kraju również oczekują produktów o wysokim poziomie estetycznym. Wymagania są dużo większe niż jeszcze kilka lat temu.

– Zmienił się również sposób dawania tego produktu pod względem jakości. Wcześniej większy nacisk kładziono na wygląd otoczenia, jakość potrawy, a teraz jeszcze doszedł bardzo ważny czynnik, jakim jest jakość obsługi. I z tym rzeczywiście w Polsce jeszcze mamy problem, dlatego że kadry nie nadążyły trochę za wzrostem w sektorze turystycznym w Polsce. Wcześniej zatrudniano do obsługi w sektorze turystycznym często osoby z przypadku. Teraz już gość na to nie pozwala – dodaje Dominika Czechowska.

Przedsiębiorcy z branży hotelarskiej i gastronomicznej mają jednak nie lada problem. Brakuje bowiem barmanów, kelnerów, sprzedawców, pokojówek, a nawet ratowników wodnych.

Prezes ICCSS: Polskie służby są dobrze przygotowane do Światowych Dni Młodzieży

CEO Magazyn Polska

Światowe Dni Młodzieży to duże wyzwanie dla polskich służb. Nowe zagrożenia terrorystyczne wiążą się m.in. z wykorzystaniem łatwo dostępnych środków wybuchowych. Jak przekonuje prezes Międzynarodowego Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego, Polska nie jest jednak na celowniku grup terrorystycznych i nie ma zagrożenia związanego z bezpieczeństwem chemicznym Zdaniem eksperta dobra współpraca między służbami i przeszkolenie wolontariuszy powinny zagwarantować bezpieczeństwo.

– Nasze służby są doskonale przygotowane, mamy w Polsce dobrze zorganizowany system współpracy między agendami. Jesteśmy przygotowani, nie możemy tylko pogłębiać strachu społecznego, powinniśmy sobie też zdawać sprawę z tego, że bezpieczeństwo podczas takich imprez jest odpowiedzialnością zarówno organizatorów, jak i uczestników – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Paturej, prezes Międzynarodowego Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego.

Z informacji resortu spraw wewnętrznych i administracji wynika, że Światowe Dni Młodzieży będzie zabezpieczać ok. 25 tys. funkcjonariuszy, w tym 20 tys. policjantów. Dodatkowo zostaną przywrócone kontrole na granicach. To sprawia, zdaniem prezesa ICCSS, że zabezpieczenie imprezy jest wystarczające.

– Nie widzę również specjalnych zagrożeń dla bezpieczeństwa chemicznego. Polska, jak się wydaje, nie jest na celowniku, nie jest przedmiotem zainteresowania terrorystów – podkreśla ekspert.

Amerykański Departament Stanu wydał ostrzeżenie w związku z możliwymi zamachami terrorystycznymi podczas dużych imprez w Europie, wśród nich wymieniono również Światowe Dni Młodzieży.

– Moim zdaniem to ostrzeżenie było niewłaściwie interpretowane. Amerykanie wskazali przecież, że podczas Światowych Dni Młodzieży będą zachowane duże środki bezpieczeństwa i to należy uznać za komplement – przekonuje Krzysztof Paturej.

Bezpieczeństwo dużych imprez zależy również od ich uczestników, zwłaszcza że dostęp do chemii stał się powszechny. Materiały wybuchowe można stworzyć z łatwo dostępnych materiałów codziennego użytku, aceton i saletra amonowa mogą stworzyć wybuchową mieszankę. Dlatego też konieczna jest aktualizacja informacji i podnoszenie umiejętności służb.

– Jako ekspert dostrzegam ogromne starania naszych służb, aby zagwarantować bezpieczeństwo. Wydaje mi się, że o ile wolontariusze i służby będą również przeszkoleni pod kątem potencjalnych zagrożeń chemicznych, to nie powinniśmy się niczego obawiać – ocenia Krzysztof Paturej.

Najnowsza ocena agencji Fitch nie powinna zmienić ratingu Polski. Spodziewane umocnienie złotego

Dobra sytuacja gospodarcza sprawia, że rating Polski nie powinien zostać w najbliższym czasie obniżony – przekonuje Krzysztof Opolski z Uniwersytetu Warszawskiego. Dużo będzie jednak zależeć od realizacji programu gospodarczego i ewentualnego wzrostu deficytu finansów publicznych. Również złotówka powinna się powoli umacniać. Wahania kursów walut będą mniejsze, niż po decyzji Brytyjczyków o opuszczeniu Unii Europejskiej.

W połowie lipca czeka nas ocena ratingu, ale nie powinniśmy się spodziewać żadnych ruchów. Będziemy na pewno pilnie obserwowani i sprawdzani z tego, jak realizujemy wszelkie swoje zobowiązania zarówno gospodarcze, jak i wobec Unii Europejskiej, czy nie następuje wzrost deficytu finansów publicznych, czy sytuacja gospodarcza w dalszym ciągu jest pozytywna – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Inwestor prof. Krzysztof Opolski, profesor ekonomii z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

W styczniu agencja ratingowa S&P obniżyła rating dla Polski do BBB+ z A-, obniżono również perspektywę ratingu z pozytywnej na negatywną. Instytucja podtrzymała swoją ocenę podczas ostatniego przeglądu na początku lipca. Agencja Fitch utrzymała z kolei rating Polski na dotychczasowym poziomie A- oraz A, ostrzegła jednak, że w zależności od deficytu budżetowego ocena kredytowa może zostać obniżona. Najnowszy rating Polski agencja ma opublikować 15 lipca.

Obecnie obserwujemy wzrost gospodarczy. Wydaje się, że agencje ratingowe nie będą dokonywały żadnych ruchów w tej chwili, przyglądając się, jak realizowany jest program rozwoju gospodarczego i jak jest z deficytem finansów publicznych – przekonuje profesor ekonomii.

Ministerstwo Finansów ocenia, że deficyt sektora finansów publicznych wyniesie w tym roku 2,6 proc. PKB. Również w przyszłym roku nie powinien przekroczyć 3 proc. Polska jest też w okresie dużego wzrostu gospodarczego – takie informacje płyną z raportu Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Bezrobocie spadło poniżej 9 proc., a gospodarka działa przy prawie całkowitym wykorzystaniu potencjału produkcyjnego. W 2017 roku na sytuację deficytu publicznego może mieć wpływ dotrzymanie obietnic wyborczych rządu, m.in. podniesienie kwoty wolnej od podatku, obniżenie podatku VAT czy wieku emerytalnego.

Zdaniem eksperta w coraz lepszej sytuacji powinna być polska waluta. Po brexicie notowania twardych walut wzrosły do najwyższego poziomu w ostatnich latach. Euro osiągnęło poziom 4,50, najwyższy od 2011 roku, znacząco wzrósł też kurs franka szwajcarskiego.

Myślę, że waluty będą teraz odreagowały szok związany z brexitem. Oceniam, że nastąpi stopniowe wzmocnienie złotego. Będą oczywiście wahania kursów walut, ale nie tak dramatyczne jak po brexicie – podkreśla prof. Krzysztof Opolski.

Opłacalne stało się korzystanie z leasingu z wysoką wartością wykupu. Może to obniżyć miesięczną ratę za auto o blisko 70 proc.

0

CEO Magazyn Polska

Zarówno w przypadku kredytu, jak i leasingu coraz popularniejsze staje się pokrycie kosztów zakupu samochodu w oparciu o wysoką wartość wykupu. Taka operacja może obniżyć poziom miesięcznej raty za auto o nawet 70 proc. W pierwszym kwartale tego roku za pomocą leasingu firmy sfinansowały inwestycje o łącznej wartości 13 mld zł, o 23 proc. wyższej niż rok wcześniej. 

– Kupno samochodu w Polsce zazwyczaj finansowane jest w modelu klasycznym, czyli ze spłatą w stu procentach wartości – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krakowiak, członek zarządu w Toyota Leasing Polska – Ten sposób coraz częściej zastępowany jest nowymi metodami finansowania opartymi o wysoką wartość rezydualną. To trendy, które docierają do kraju z rynków zachodnich.

W metodach finansowania opartych o tzw. wysoką wartość rezydualną (inaczej resztową, czyli część ceny, która nie zmniejsza się podczas użytkowania pojazdu) klienci spłacają tylko tyle, ile wynosi spadek ceny samochodu podczas jego używania. Bez względu bowiem na to, w jaki sposób sfinansowana zostanie transakcja (gotówką, kredytem czy poprzez leasing), pojazd tyle samo będzie tracił na wartości.

Zdaniem Krzysztofa Krakowiaka dzięki wysokiej wartości wykupu średnia wysokość miesięcznej raty wynikającej ze spłaty kosztów transakcji przy okresie finansowania wynoszącym trzy lata może być zredukowana nawet o 60 proc.

– Dla wielu klientów zakup samochodu to nadal bardzo duży wydatek, dlatego istotne są koszty takiej transakcji – ocenia Krzysztof Krakowiak.

Jego zdaniem w ciągu najbliższych dwóch lat udział produktów opartych o wysoką wartość wykupu będzie wynosił około 80 proc. sprzedaży Toyota Bank i Toyota Leasing. Od kilku lat bowiem ten sposób finansowania kupna samochodu rozwija się bardzo dynamicznie. Obecnie około 70 proc. klientów detalicznych Toyota Bank i około 50% klientów Toyota Leasing korzysta z finansowania z wysoką wartością wykupu. Warto zauważyć, że Toyota Bank i Toyota Leasing jako jedyne firmy na rynku oferują również finansowanie zakupu samochodów używanych z finansowaniem w oparciu o wysoką wartość rezydualną.

Jak wynika z ostatniej informacji Związku Polskiego Leasingu, pierwszy kwartał tego roku był dla tej branży bardzo korzystny. Krajowe spółki sfinansowały inwestycje o łącznej wartości 13 mld zł, o 23 proc. większej niż rok wcześniej. Sektorem, który zanotował największy wzrost, bo ponad 52 proc., był transport ciężki, w ramach którego raportowane są m.in. samochody ciężarowe, ciągniki siodłowe, naczepy i autobusy.

W zakresie wartości nowych kontraktów bardzo dobre wyniki wypracowane zostały także w obszarze pojazdów osobowych, dostawczych i ciężarowych do 3,5 tony. Między styczniem a marcem tego roku wartość sfinansowanych tego rodzaju umów wyniosła 5,3 mld zł i była o 33,6 proc. wyższa niż rok wcześniej. Wyniki te okazały się lepsze nawet od rekordowo wysokich wyników z pierwszego kwartału 2014 roku, kiedy klienci masowo korzystali jeszcze z tzw. okienka kratkowego, czyli szerokiej interpretacji możliwość odliczenia podatku VAT od zakupu samochodów. Obecnie finansowanie pojazdów osobowych, dostawczych i ciężarowych do 3,5 tony odpowiada za nieco ponad 41 proc. usług branży leasingowej.

– Produkty oparte o podwyższoną wartość resztową dają możliwość częstszej wymiany samochodu oraz zakupu w niższej cenie lepiej wyposażonego pojazdu – wyjaśnia Krzysztof Krakowiak. – Jest to produkt oferowany głównie przez banki producentów i koncernów samochodowych. Bardzo istotne jest dla nich to, aby klienci byli zadowoleni z zakupu oraz finansowania. Ważne jest również to, aby klient jeździł zawsze nowym, bezpiecznym samochodem na gwarancji.

W ciągu 3-4 lat czterokrotnie wzrosła liczba pacjentek przyjeżdżających z zagranicy na zabiegi in vitro

CEO Magazyn Polska

Pacjentki z zagranicy w swoich krajach często nie mogą liczyć na równie wysoki poziom usług medycznych w zakresie leczenia niepłodności, dlatego decydują się skorzystać z leczenia w Polsce. Tutaj trafiają pod opiekę wyspecjalizowanych i doświadczonych lekarzy oraz embriologów, którzy dysponują nowoczesnym sprzętem medycznym. Nie bez znaczenia pozostaje kwestia finansowa, bowiem cena zabiegów in vitro w Polsce jest nawet trzykrotnie niższa niż w niektórych krajach Europy Zachodniej.

Polskie kliniki zapewniają pacjentom kompleksową diagnostykę i leczenie niepłodności z zastosowaniem najbardziej zaawansowanych technologii medycyny rozrodu, w tym zapłodnienia in vitro. Oferowane są również szerokie usługi z zakresu ginekologii i położnictwa. Specjaliści pracują na nowoczesnym sprzęcie medycznym, taki samym, jakim posługują się uznane kliniki na Zachodzie.

– W ciągu ostatnich 3–4 lat liczba pacjentek przyjeżdżających z zagranicy, by wykonać w Polsce in vitro, wzrosła mniej więcej czterokrotnie. Jest dosyć duże zainteresowanie pacjentek z Europy Wschodniej, a także z Wielkiej Brytanii i z krajów skandynawskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle dr Ireneusz Niedużak, ginekolog z Kliniki Bocian.

W Klinice Bocian, która jest jedną z wiodących placówek leczenia niepłodności w Polsce, ze specjalistycznych zabiegów zapłodnienia pozaustrojowego dających szansę na ciążę dotychczas skorzystały kobiety starające się o dziecko z blisko 15 krajów, zwłaszcza z Europy Wschodniej, w tym z Białorusi, Rosji, Litwy i Ukrainy.

– Pierwsza wizyta najczęściej wiąże się z dwu- czy trzygodzinnym oczekiwaniem na wynik. Jeśli wszystko jest w porządku od strony medycznej, to możemy od razu rozpocząć leczenie. Potem spotykamy się z pacjentką po tygodniu. Później ewentualnie są 2–3, a może jedna wizyta, zależy już od naszego sposobu postępowania. Cała procedura niejednokrotnie trwa około dwóch tygodni i to jest koniec leczenia, wtedy pacjentka wraca do siebie – tłumaczy dr Ireneusz Niedużak.

Pacjentki z zagranicy niejednokrotnie kierują również względami ekonomicznymi. Koszt jednego cyklu in vitro bez refundacji w prywatnej polskiej klinice to ok. 10 tys. zł. Dla porównania w Wielkiej Brytanii cena jednego takiego zabiegu może się kształtować na poziomie ok. 30 tys. zł, w Stanach Zjednoczonych natomiast na poziomie ok. 40 tys. zł.

– Nie tylko w krajach Europy Wschodniej, lecz także w Polsce jest coraz większy problem z niepłodnością, dotyczy to także młodych par, więc na pewno będzie rosło zainteresowanie tymi usługami medycznymi – mówi dr Ireneusz Niedużak.

Polskie placówki zakładają dalszy rozwój usług medycznych dla pacjentów z zagranicy. W tym roku Klinika Bocian planuje przeprowadzić około 300 procedur in vitro wśród zagranicznych pacjentek.

Z pobytów zagranicznych pacjentów w Polsce poza sektorem usług medycznych korzystają również firmy związane z szeroko pojętą branżą turystyczną, bowiem cudzoziemcy coraz częściej też wiążą leczenie z wypoczynkiem. Pacjenci rezerwują pobyty w hotelach, odwiedzają restauracje, w wolnych chwilach zwiedzają atrakcje turystyczne, poznają lepiej Polskę. Jest to okazja do promocji kraju i kreowania pozytywnego wizerunku Polski za granicą.

Mazowsze przeznaczy blisko 2 mln euro unijnego wsparcia na projekty smart city

CEO Magazyn Polska

Polskie miasta chcą być inteligentne tak jak te w Europie Zachodniej, dlatego nadrabiają zaległości. Na Mazowszu idee smart city najlepiej wdrażają Warszawa i Płock. Inwestycje finansowane z unijnego budżetu to m.in. zmiany w transporcie miejskim, działania proekologiczne, a także wsparcie przedsiębiorców oraz usprawnienie komunikacji między mieszkańcami a miastem.

Większość miast w krajach wysoko rozwiniętych i rozwijających się ma aspiracje do stania się smart city. Każde miasto mierzy się jednak z różnymi problemami i oczekiwaniami mieszkańców, ma odmienne uwarunkowania i możliwości rozwoju. W rozwój nowych technologii inwestuje także Mazowsze. Chce na ten cel z unijnych dotacji przeznaczyć blisko 2 mln euro.

– Dzisiaj można powiedzieć, że mamy na Mazowszu dwa inteligentne miasta – Warszawę i Płock – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mariusz Frankowski, dyrektor Mazowieckiej Jednostki Wdrożenia Programów Unijnych – Płock opracował specjalne założenia do swojej strategii dotyczące stworzenia smart miasta. Podobnie Warszawa, która już od jakiegoś czasu prowadzi w tym zakresie intensywne działania, także Radom, Siedlce, Ostrołęka czy Ciechanów korzystały z funduszy unijnych właśnie w tym celu – dodaje.

W ramach dotacji z Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Mazowieckiego 2014–2020 możliwe jest spełnienie głównych założeń smart city, które polegają na ułatwieniu funkcjonowania w ośrodkach miejskich poprzez zastosowanie nowoczesnych rozwiązań w wielu dziedzinach, m.in. transporcie, energii czy usługach informacyjno-komunikacyjnych.

– Oprócz transportu są również rozwiązania dotyczące termomodernizacji, odnawialnych źródeł energii, obszaru e-administracji, e-zdrowia, e-kultury, e-edukacji, czyli rozwiązania ICT, możliwości stworzenia usług dla mieszkańców i zintegrowania tych usług z usługami miejskimi na poziomie chociażby zdrowotnym oraz na poziomie administracyjnym – mówi Frankowski.

W Polsce coraz częściej mówi się o konieczności kreowania inteligentnych miast, które w zrównoważony sposób wykorzystują technologie ułatwiające funkcjonowanie mieszkańcom w przestrzeni miejskiej oraz chroniące środowisko naturalne.

– Proponujemy inteligentne rozwiązania transportowe, chociażby parkingi Park & Ride. Dzisiaj na poziomie miast mamy 8 takich parkingów, teraz dojdą kolejne i nie tylko w Warszawie, lecz także w miastach i gminach dookoła Warszawy – wylicza Frankowski. – Istotny element dotyczy mobilności miejskiej. Pojawią się ścieżki, które mają doprowadzić do tego, że zostanie odciążony transport drogowy. To nie są ścieżki turystyczne, to są ścieżki, które mają na celu zachęcenie ludzi do korzystania z alternatywnej formy przemieszczania się, czyli z rowerów – dodaje.

Wiele z liczących się współcześnie miast otwiera się na aktywną postawę swoich mieszkańców w kreowaniu dalszego rozwoju. Rolą władz lokalnych staje się tworzenie przestrzeni i możliwości do wykorzystania różnorodnego potencjału obywateli. Dotyczy to zarówno zachęcenia mieszkańców do korzystania z nowoczesnych technologii, jak i do umożliwienia im tworzenia własnych rozwiązań technologicznych. E-usługi będą udostępnione na Mazowszu w zakresie projektu realizowanego przez samorząd województwa w partnerstwie z blisko 190 jednostkami samorządów lokalnych.

– Pieniądze będą przeznaczone dla biznesu na rozwijanie nowych działalności gospodarczych, a przede wszystkim na szukanie innowacji, na badania i rozwój, to jest również silne powiązanie z działaniami dotyczącymi tworzenia inteligentnych miast – tłumaczy Frankowski.

Obecnie zdecydowana większość administracji lokalnych polskich miast świadomie korzysta z nowoczesnych technologii w celu poprawy jakości życia mieszkańców. Poszukują własnych dróg angażowania mieszkańców w realizację projektów smart city. Przykłady tego typu działań to otwieranie zbiorów danych miejskich będących w posiadaniu administracji miejskich czy współpraca ze środowiskiem start-up’owym.

Ważna jest też współpraca z innowacyjnymi przedsiębiorstwami, tymi już działającymi i tymi, które dopiero zaczynają. W Warszawie takim posunięciem było uruchomione Centrum Przedsiębiorczości Smolna, czyli miejsca oferującego pomoc lokalnym firmom. Przedsiębiorca, którego pomysł zostanie uznany przez władze miasta za atrakcyjny, może skorzystać z pomocy prawnej, księgowej lub szkoleniowej za niższą od rynkowej cenę. W Centrum odbywają się też spotkania i konferencje poświęcone m.in. wykorzystaniu nowych technologii.

– Przede wszystkim chodzi o to, żeby w tym mieście żyło się łatwiej, przyjemniej i spokojniej, żeby było bardziej ekologicznie nie tylko w Warszawie, lecz także w innych częściach Mazowsza, a więc w Płocku, Siedlcach, Radomiu, Ciechanowie, Ostrołęce czy Legionowie – podsumowuje Mariusz Frankowski dyrektor Mazowieckiej Jednostki Wdrożenia Programów Unijnych.

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Mieszane dane z amerykańskiego rynku pracy

Mieszane dane z amerykańskiego rynku pracy 4

Dzisiaj poznaliśmy kolejne dane z amerykańskiego rynku pracy. Dane na pozór mogą się wydawać bardzo dobre. Zatrudnienie w sektorze poza rolnictwem wzrosło o 287 tys. miejsc vs 175 tys. prognoza rynkowa.

Niemniej jednak jak przeanalizujemy dokładniej cały raport dane nie wyglądają już tak dobrze. Dokonano rewizji zatrudnienia z poprzedniego miesiąca z 38 tys. do 11 tys. Poprzedni i tak był już bardzo słaby. Ponadto lekko wzrosła stopa bezrobocia z 4,7% do 4,9% oraz spadła godzinowa płaca z 0,2% do 0,1%. Prognozy szacowały pozostanie płacy godzinowej na niezmienionym poziomie.

Co to oznacza dla polityki pieniężnej Rezerwy Federalnej? Kolejny argument za odsunięciem w czasie podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, choć trzeba przyznać, że przed raportem z rynku pracy szanse na podwyżki w 2016 roku były niewielkie w związku z Brexitem. Fed obecnie ma bardzo dobry pretekst, żeby nie śpieszyć się z zacieśnianiem polityki monetarnej.

Jednak para EUR/USD nie musi wcale iść w górę z tego powodu. Wprawdzie Fed nie będzie podnosił stóp w najbliższym czasie, ale z drugiej strony mamy Europejski Bank Centralny, który może dalej luzować swoją politykę pieniężną w związku z zamieszaniem dotyczącym opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię. Wręcz przeciwnie dolar amerykański w zestawieniu z euro, czy funtem szterlingiem może zyskiwać.

Wczoraj mocno spadły ceny ropy WTI. Wprawdzie zapasany w Stanach Zjednoczonych w tym tygodniu spadły, ale odczyt był zbliżony do prognoz, a rynek oczekiwał dużo większego spadku po danych według API (American Petroleum Institute), które wyniosły -6,7 mln baryłek.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Po danych z rynku pracy

Chart EURUSD, D1, 2016.07.08 13:08 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

O godzinie 14:30 poznaliśmy najnowsze dane z amerykańskiego rynku pracy, które okazały się lepsze od oczekiwań. Okazało się, że wzrost pobił konsensus rynkowy o ponad 100 tysięcy. Dokonano również rewizji poprzedniego odczytu z 38 tysięcy do 11 tysięcy. Pomimo większej ilości miejsc pracy jest mniejszy wzrost płac. Przy zdrowym rynku i tak małej stopie bezrobocia powinna rosnąć płaca godzinowa, jednak nic takiego nie zachodzi.

Pomimo tego na wykresie dziennym EUR/USD nie zaszły duże zmiany. Po przerwaniu kanału spadkowego kurs powoli zaczyna zmieniać do kolejnej strefy popytu 1.08-1.087. Gdyby stronie sprzedającej udało się pokonać również i tą strefę, to podaż otworzy sobie drogę do strefy 1.052.

Mateusz Groszek

Analityk Rynków Finansowych

Problemy włoskich banków ciąg dalszy

Problemy włoskich banków ciąg dalszy 5

Odsetek niespłaconych kredytów we Włoszech wynosi 18%, dla porównania w Polsce jest to tylko 4,3%. Natomiast kryzys 2008 roku w Stanach Zjednoczonych wybuchł, gdy 5% kredytów przestało być spłacane.

Jednak włoski minister finansów zapewnia, że nie pozwoli na upadek oraz bankructwo poszczególnych banków, rozmowy z europejskimi urzędami cały czas są kontynuowane. Natomiast szef banku centralnego sugeruje, że większość banków jest w stanie poradzić sobie z obecną sytuacją, jednak rynek tego nie widzi i akcje niektórych włoskich banków w są na historycznych minimach. Zła sytuacja banków może rozprzestrzenić się na pozostałe kraje europejskie.

Ewentualne bankructwo włoskich banków przełożyłoby się na wyprzedaż euro oraz umocnienie się bardziej bezpiecznych aktywów.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Poprawnie zrozumieć Brexit i kwestię OFE

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

W ostatnim czasie inwestorzy zmierzyć się musieli z dwoma bardzo istotnymi wydarzeniami i wydaje się, że nie do końca poprawnie oceniają ich wpływ na rynek. Pierwsze to oczywiście osławiony Brexit, którego potencjalny wpływ urósł niemalże do gigantycznych rozmiarów. To spore wyolbrzymienie tego wydarzenia, które owszem, będzie miało swoje konsekwencje, ale nie dotkną one wszystkich w równym stopniu. Z pewnością gospodarka Polski, która tak sprawnie poradziła sobie de facto z wojną na terytorium Ukrainy i sankcjami w relacjach handlowych z Rosją, powinna okazać się równie odporna na Brexit. Ważniejsze wydają się konsekwencje polityczne, ale Brexit nie będzie ich przyczyną, a raczej skutkiem. Nie od dzisiaj wiadomo o tendencjach odśrodkowych w Unii i rosnących w siłę ruchach populistycznych. Brexit jest co najwyżej ich bardzo głośną manifestacją, a nie źródłem.

Inną kwestią są zaprezentowane z początkiem tygodnia plany zmian w funkcjonowaniu OFE. Wokół nich również panuje wiele niezrozumienia. Można powiedzieć, że tak jak negatywne efekty Brexitu są wyolbrzymiane, tak pozytywne poniedziałkowej konferencji pozostają niedoszacowane. Owszem, pozostaje wiele znaków zapytania oraz niepewność co do ostatecznego kształtu zmian, ale jeżeli założymy, że zaprezentowane ramowe rozwiązanie wejdzie w życie, to odetchnąć można ze sporą ulga. Po pierwsze, raz na zawsze znika ryzyko nacjonalizacji akcyjnych aktywów OFE. Tego obawiano się najbardziej, podobnie jak zmiany ośrodka zarządzania tymi walorami na organ powiązany ze Skarbem Państwa. Według propozycji II filar kończy swoje istnienie i jego aktywa rozdysponowane są, umownie rzecz biorąc, pomiędzy I filar (Fundusz Rezerwy Demograficznej) oraz III filar (nowe IKE). Zmiana jest o tyle istotna, że środki akcyjne będąc publicznymi w II filarze, po przesunięciu do III staną się prywatnymi. W konsekwencji również tak destruktywny suwak powinien przestać obowiązywać, choć tutaj nie ma szczegółowych informacji. Oczywiście te środki i tak będą musiały być stopniowo upłynniane, ale na horyzoncie pojawia się nowy wehikuł zdolny wchłonąć podaż, czyli planowane Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK). Co istotne, one również będą częścią III filara, czyli akcje z powrotem do sfery publicznej nie trafią. Dodatkowo konstrukcja PPK oparta na domyślnym udziale oraz zachętach daje szansę sporej partycypacji, a w konsekwencji wznowienia napływu nowych środków na GPW, co w wyniku „reform” z lat 2011 i 2014 zostało najpierw ograniczone, a potem w całości zatrzymane.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Plany Banków Centralnych

Plany Banków Centralnych 6

Obecna analiza fundamentalna rynków finansowych sprowadza się do przyszłych działań Banków Centralnych. Ostatnia analiza drugiego czynnika staje się coraz trudniejsza, ponieważ najważniejsze władze monetarne na świecie (FED) działają bardzo chaotycznie. Komunikacja pomiędzy rynkiem, a Rezerwą Federalną znajduje się wręcz na ujemnym poziomie.

Drugie półrocze minie pod presją Brexitu, a tym samym Banki Centralne będą starały się uspokoić sytuację na rynkach finansowych poprzez jeszcze większą ekspansje taniego pieniądza. Rezerwa Federalna zrezygnuje z podwyżek stóp procentowych, co i tak było wiadome dawana. Wystarczy popatrzeć na trend najnowszych projekcji makroekonomicznych na 2017 rok.

Plany Banków Centralnych 7

Ewidentnie, każda nowa projekcja makroekonomiczna przyszłych stóp procentowych była obniżana. Zatem nie ma co się spodziewać podwyżki w 2016 roku, a nawet 2017. Drugie półrocze 2016 powinno przynieść jedno wielkie luzowanie ilościowe prowadzone przez największe Banki Centralne, zaczynając od Banku Anglii, a kończąc na Banku Japonii. Najbardziej, na drogich akcjach zależy Stanom Zjednoczonym, ponieważ wygórowana cena akcji świadczy o dobrobycie.

Jeżeli jednak nastawienie banków centralne ulegnie diametralnej zmianie i zamiast luzowania zobaczymy zacieśnianie polityki monetarnej, to niewątpliwie czeka nas jedna z większych wyprzedaży jaką widzieliśmy w historii.

Banki Centralne wykreowały daną hossę, dlatego też przy tak wygórowanych cenach akcji tylko one mogą wspomóc rynki, czyli analiza fundamentalna rynku akcji w krótkim terminie, jak następne półrocze powinna ograniczyć się do działań władz monetarnych.

W ostatnim czasie jedynie Rezerwa Federalna zapowiadała zacieśnianie monetarne, jednakże szła z tym jak po grudzie i zamiast 4 podwyżek stóp procentowych zobaczyliśmy jedną. W bieżącym roku FED miał dokonać 2 podwyżki stóp procentowych, ale plany poszykował im Brexit. Referendum dot. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej zmieniło postrzeganie obecnej sytuacji przez banki centralne. Aktualnie mają dobry powód aby powrócić do obniżki stóp procentowych oraz stymulacji rynku tańszym pieniądzem. Jeżeli aktualne plany większości bankierów na świecie nie ulegną zmianie to w bieżącym półroczu możemy zobaczyć nowe szczyty na indeksach giełdowych.

Pierwszym bankiem zapowiadającym cięcie stóp procentowych jest Bank of England. Kolejna obniżka stóp procentowych powinna działać stymulująco na rynek akcji.

Plany Banków Centralnych 8

Rynek na podstawie overnight index swap wycenia obniżkę stóp procentowych na lipcowym posiedzeniu z 67 proc. prawdopodobieństwem. Ponadto na tej samej podstawie inwestorzy spodziewają się jeszcze jednej obniżki na sierpniowym posiedzeniu z 40% prawdopodobieństwem. Dwie obniżki w przeciągu dwóch miesięcy byłoby dużą stymulacją dla giełdy.

Zważając również na ostatnią wypowiedź szefa Banku Anglii, Marka Carneya możemy spodziewać się wprowadzenia programu quantitative easing, czyli skupu aktywów finansowych. Carney podkreślił, że stopy procentowe na zbyt niskim poziomie przyłożyłyby się negatywnie na wynik finansowy sektora bankowego, zatem nie możemy wykluczyć nowego programu QE.

Bank Anglii nie jest odosobniony, na uwagę zasługuje również Rezerwa Federalna, która już niemal z 99% prawdopodobieństwem nie podniesie stóp procentowych w najbliższym czasie, niektórzy spodziewają się nawet ich obniżenia.

Plany Banków Centralnych 9

Rynek przestał oczekiwać jakiejkolwiek podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, a nawet nie widzi miejsca na zacieśnianie monetarne w 2017 roku. Z pewnością Rezerwie Federalnej spadł kamień z serca, ponieważ Brexit członkom Federalnego Komitetu do spraw Operacji Otwartego Rynku (FOMC) dał więcej czasu na kolejną podwyżkę stóp procentowych.

Ponadto kolejnym bankiem, na który można liczyć jest Europejski Bank Centralny. Analitycy przewidują kolejną obniżkę stopy depozytowej o 10 punktów bazowych do poziomu -0.50 oraz rozszerzenie programu skupu aktywów. Natomiast bank Japonii z dużym prawdopodobieństwem również dołączy się do działań pozostałych.

Podsumowując główne czynniki fundamentalne odpowiedzialne za wzrost ceny akcji wydają się wracać z dużym impetem, dlatego też w tym półroczu spodziewamy się nowych szczytów na indeksach. Jednakże jest to analiza strict działań banków centralnych, które mogą w najbliższym czasie się zmienić. Jeżeli doszłoby do podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz brak działania ze strony Europejskiego i Japońskiego Banku Centralnego to dana analiza powinna zostać zapomniana.


Mateusz Groszek

Analityk Rynków Finansowych

Michał Krajkowski – główny analityk firmy Notus Doradcy Finansowi; o wzroście płacy minimalnej

NZD/USD – kontynuacja ruchu wzrostowego

Chart NZDUSD, W1, 2016.07.08 08:42 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

W środę o godzinie 20:00 poznaliśmy protokół z ostatniego posiedzenia FOMC, które odbyło się 14-15 czerwca. Tak naprawdę protokół był już nieaktualny, ponieważ nie znano wyniku referendum z Wielkiej Brytanii.

Pomimo tego, członkowie zarządu FED były neutralne, czyli obserwujemy sytuację i czekamy na następne dane z rynku pracy, wyniki referendum. Czyli członkowie FOMC nie rzucili więcej światła na przyszłą politykę monetarną. Jednak rynek spodziewa się kolejnej podwyżki stóp procentowych dopiero w 2019 roku, to co mogłoby zmienić jego nastawienie, to drożejące towary. Aktualnie mamy z tym do czynienia, zatem Janet Yellen w przyszłości będzie musiała się duża napracować.

Na parze walutowej NZD/USD trwa kontynuacja wzrostów. Strona kupująca może zmierzać w stronę strefy podaży 0.745-0.756. Jeżeli doszłoby do korekty, to nie powinna zejść poniżej poziomu 0.667-0.677. Bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja trendu wzrostowego.

Mateusz Groszek

Analityk Rynków Finansowych

Andrzej Kojro nowym prezesem Enei Operator

0

Zgromadzenie Wspólników Enei Operator powołało zarząd nowej kadencji. Na jego czele od 11 lipca stanie Andrzej Kojro. W składzie zarządu pozostają: Marek Szymankiewicz, Wojciech Drożdż oraz Jakub Kamyk. Z firmy odchodzą dotychczasowy prezes Michał Jarczyński, oraz wiceprezes Dariusz Szymczak.

Andrzej Kojro jest prawnikiem, radcą prawnym i sędzią Trybunału Stanu. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego i Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w Warszawie, od 1994 roku związany jest z branżą energetyczną i obszarem dystrybucji energii. Pracował jako radca prawny w RWE STOEN Operator, gdzie przez wiele lat reprezentował firmę w sprawach sądowych.

Marek Szymankiewicz pozostaje na stanowisku wiceprezesa ds. infrastruktury sieciowej, Wojciech Drożdż– wiceprezesa ds. ekonomiczo-finansowych, a wybrany przez pracowników spółki Jakub Kamyk – wiceprezesa ds. pracowniczych.

Równocześnie Zgromadzenie  powołało do dalszej pracy w Radzie Nadzorczej Enei Operator dwóch przedstawicieli pracowników: Krzysztofa Statuckiego i Tadeusza Dachowskiego. W nowej kadencji Rada funkcjonuje w dotychczasowym składzie: Mikołaj Franzkowiak – przewodniczący, Radosław Galicki,Krzysztof Statucki, Tadeusz Dachowski i Wojciech Wostal.

Marcin Krasoń, Home Broker: Najczęściej popełniane błędy przy zakupie mieszkania

Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker

Kupujący mieszkanie z reguły pamiętają o tym, by wybierać tylko zaufanego dewelopera oraz sprawdzić wcześniej stan prawny nieruchomości. Są jednak błędy popełniane przy zakupie mieszkania, które grożą nawet najbardziej ostrożnym klientom.

Niedoszacowanie kosztów zakupu i eksploatacji

Koszt samego mieszkania czy wysokość zaciągniętego kredytu to nie wszystkie wydatki związane z zakupem nowego lokum. Do kosztów należy także doliczyć opłaty transakcyjne związane z udzieleniem kredytu, podatki i opłaty notarialne. Szacując koszty mieszkania trzeba również wziąć pod uwagę wkład w jego późniejsze utrzymanie. Warto więc jeszcze przed kupnem sprawdzić wysokość czynszu i innych opłat administracyjnych, takich jak fundusz remontowy, opłaty za wywóz śmieci i koszt utrzymania garażu. Nie zapominajmy też o kosztach mediów. Np. koszty ogrzewania zależą od położenia i jakości wykończenia mieszkania.

Niezapoznanie się z osiedlem i najbliższą okolicą

Przed zakupem mieszkania warto sprawdzić poziom bezpieczeństwa w okolicy. W tym celu wystarczy wybrać się na osiedle kilka razy, ale o różnych porach dnia. Bardzo ważne jest także rozeznanie w infrastrukturze osiedla, połączeniach komunikacyjnych, dostepności publicznych szkół i przedszkoli. Może się bowiem okazać, że kupno tańszego mieszkania nie zawsze jest oszczędnością, a opłaty ponoszone na paliwo, czesne w prywatnym przedszkolu lub opiekunkę do dziecka będą znacznie wyższe niż w przypadku zakupu mieszkania w atrakcyjnej lokalizacji.

Podpisanie umowy bezwarunkowej

Zakup nieruchomości to skomplikowany proces wymagający zgrania wielu umów i zobowiązań, zwłaszcza jeśli wiąże się ze sprzedażą poprzedniego mieszkania. Nie należy podpisywać bezwarunkowej umowy z deweloperem lub właścicielem mieszkania, jeśli nie jesteśmy pewni czy dostaniemy kredyt hipoteczny lub uda nam się uzbierać potrzebną gotówkę. W takim wypadku warto wynegocjować klauzulę odstąpienia od umowy bez ponoszenia kary umownej w przypadkach, kiedy bank nie przyzna nam kredytu lub nie uda nam się sprzedać poprzedniego mieszkania. W przypadku kupna mieszkania od dewelopera, warto też wpisać w umowie punkt, w którym uzależnimy podpisanie ostatecznej umowy od rezultatu oględzin nieruchomości.

Pobieżne oględziny mieszkania przy odbiorze

Na odbiór mieszkania od dewelopera warto zabrać zaufanego fachowca. Specjalista powinien odnaleźć usterki, niedoróbki i niedociągnięcia. Jest to bardzo ważne, ponieważ zgłoszenie usterek podczas oficjalnego odbioru technicznego jest podstawą do wnioskowania o ich usunięcie. Późniejsze roszczenia mogą zostać nieuznane przez dewelopera.

Odbierając mieszkanie kupione na rynku wtórnym również należy dołożyć wszelkich starań, np. w kontekście sprawdzenia wyposażenia w sprzęt czy meble. Warto, by jak najwięcej szczegółów było wpisane w umowie, by nie było niedomówień w kwestii tego, co powinno w mieszkaniu zostać, a co zabiera sprzedający.

Domknięcie przyszłorocznego budżetu stoi pod dużym znakiem zapytania. Inflacja i deficyt będą mieć ogromny wpływ na postrzeganie Polski przez międzynarodowe rynki finansowe

CEO Magazyn Polska

W przyszłym roku w budżecie zabraknie tegorocznych jednorazowych przychodów, wzrosną natomiast wydatki. Zdaniem Rafała Sadocha, analityka z Domu Maklerskiego mBanku, aby zrealizować rządowe i prezydenckie projekty konieczne jest uszczelnienie systemu fiskalnego, przede wszystkim w zakresie podatku VAT. Dodatkowe dochody budżetu z tytułu nowych podatków nie będą w stanie bowiem pokryć wszystkich nowych kosztów.

– Przyszłoroczny budżet jest dużą niewiadomą – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Rafał Sadoch, analityk z Domu Maklerskiego mBanku. – Obecny zamknął się głównie z powodu jednorazowych elementów, takich jak wpływy z aukcji LTE i przesunięcie dochodów z 2015 roku. Tych jednorazowych dochodów w 2017 roku już nie będzie, co stanowi duży czynnik ryzyka.

W tym roku pojawił się nowy, tzw. sztywny wydatek, opiewający na przeszło 17 mld zł rocznie. To rządowy program pomocy rodzinom mającym więcej niż jedno dziecko. Trwają także prace nad nowymi rozwiązaniami kierowanymi do osób w trudniejszej sytuacji finansowej, takie jak program wsparcia osób spłacających kredyty mieszkaniowe denominowane we franku szwajcarskim czy system pomocy państwa w wynajmie nieruchomości „Mieszkanie+”. Dodatkowo cały czas trwają prace nad obiecywanym w kampaniach wyborczych, prezydenckiej i parlamentarnej, obniżeniem wieku emerytalnego.

– Wydatków, które się pojawiły lub mogą pojawić się w najbliższym czasie, nie będą w stanie pokryć nowe podatki od sklepów wielkopowierzchniowych oraz sektora bankowego – uważa Rafał Sadoch. – W przyszłym roku potrzebne będą zatem środki pochodzące z wyższej ściągalności z tytułu podatku VAT czy z uszczelnienia luki fiskalnej. Bez poprawy w tym obszarze pozytywne zamknięcie budżetu na 2017 rok stoi pod dużym znakiem zapytania.

Tym bardziej że wskaźniki makroekonomiczne wcale nie są tak optymistyczne. Według Głównego Urzędu Statystycznego Produkt Krajowy Brutto Polski w pierwszym kwartale tego roku wzrósł o 3 proc. w stosunku do tego samego okresu 2015 roku (prognozy były wyższe). Niestety, w porównaniu do poprzednich trzech miesięcy tempo rozwoju gospodarczego nieznacznie się zmniejszyło.

– Szczególnie niepokojące jest ryzyko wyhamowania wzrostu krajowej gospodarki, chociaż rząd oczekuje, że po uruchomieniu środków z Unii Europejskiej w 2017 roku średnioroczny wzrost PKB zbliży się do 4 proc. – uważa Rafał Sadoch. – Jednak zarówno z powodu ryzyka niższego wzrostu, jak i możliwej wolniejszej przyszłorocznej inflacji główne miary fiskalne takie jak dług czy deficyt są także dużymi elementami ryzyka. Mogą one mieć wpływ na krajową gospodarkę i postrzeganie Polski przez międzynarodowe rynki finansowe. Jeżeli w przyszłym roku faktycznie wzrósłby deficyt, na pewno odbiłoby się to bardzo na wartości złotego.

Obecnie rentowność polskich dziesięcioletnich obligacji skarbowych wynosi około 3,2 proc., ale tylko w ciągu ostatniego miesiąca, od maja, wzrosła z wartości 2 proc., co oznacza, że rząd musi więcej wydawać na obsługę zadłużenia. Jeszcze gorzej wygląda wykres krajowych bonów skarbowych z ostatnich trzech miesięcy (wzrost rentowności o 12,72 proc.). W skali roku jednak oprocentowanie tego rodzaju papierów spadło o około 4 proc.

– Rynek w jakimś sensie cały czas obserwuje to, co się dzieje, i wycenia wraz z upływem czasu – tłumaczy Rafał Sadoch. – Inwestorzy na pewno będą śledzić uważnie wszystkie doniesienia dotyczące ściągalności podatków. Jeśli skuteczność aparatu skarbowego będzie coraz lepsza, to wzrośnie prawdopodobieństwo tego, że sytuacja budżetu w 2017 roku nie okaże się tak zła, jak mogłoby się wydawać. Jeśli natomiast poprawy w tym obszarze nie będzie, presja na złotego może się nasilać.

Złoty w ciągu kilku miesięcy może się lekko umocnić, ale do poziomów sprzed roku nie wróci

CEO Magazyn Polska

Złoty niemal odrobił straty, jakie zanotował do głównych walut po wyniku brytyjskiego referendum. Nie zmienia to faktu, że jest o kilka procent słabszy do euro i dolara niż rok temu, a do franka szwajcarskiego – niż na początku roku. Choć są przesłanki do lekkiego umocnienia złotego, dolar i frank pozostaną mocne.

W dłuższym horyzoncie, co najmniej do końca roku albo dłużej, perspektywy są pozytywne dla amerykańskiej waluty – mówi Krzysztof Wołowicz, główny ekonomista BPS TFI SA. – Sam układ stóp procentowych banków centralnych i prognozy odnośnie do przyszłego poziomu tych stóp wskazują wyraźnie na to, że z pary euro–dolar faworytem jest jednak dolar, dlatego że amerykański bank centralny prędzej czy później jednak podniesie stopy procentowe po raz kolejny.

Rezerwa Federalna wstrzymała się w czerwcu z podwyżką stóp procentowych ze względu na słabe dane z amerykańskiego rynku pracy. Jednak po grudniowej podwyżce stóp rynek cały czas spodziewa się kolejnego ruchu w najbliższych miesiącach. Następne posiedzenie FOMC nastąpi pod koniec lipca.

Natomiast Europejski Bank Centralny w obecnej sytuacji raczej nie zapowiada i nawet nie sugeruje takiego ruchu, stopy są ujemne, ewentualnie może nastąpić dalsze zwiększenie programu luzowania ilościowego – przypomina Wołowicz. – Te elementy spowodują, że z tej głównej pary dolar wydaje się być zdecydowanie mocniejszą walutą i mającą lepsze perspektywy. 

Złoty jest słabszy niż przed rokiem do głównych walut z powodu niechęci inwestorów do kupowania ryzykownych aktywów, za jakie uważane są waluty krajów wschodzących. Jedną z przyczyn niepewności było referendum ws. brytyjskiej obecności w UE. Choć zgodnie z oczekiwaniami zwycięstwo izolacjonistów osłabiło polską walutę, to w większości przypadków powróciła ona już do poziomów sprzed głosowania. Są to jednak poziomy niższe niż kilka czy kilkanaście miesięcy temu.

Natomiast wydaje mi się, że w II połowie roku złoty powinien jednak stopniowo odzyskiwać formę i się umacniać ze względu chociażby na niezłe dane makroekonomiczne, dobrą ogólnie sytuację makroekonomiczną w kraju i ewentualnie te czynniki ryzyka, które już będą zrealizowane albo lada moment zostaną zrealizowane, chociażby w postaci właśnie brexitu czy wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych – zauważa główny ekonomista BPS TFI. – Sądzę, że złoty do euro może pod koniec roku znaleźć się w okolicach 4,40 zł, nawet 4,30 zł.

Zaznacza jednak, że dolar i frank szwajcarski ze względu na wciąż obecne międzynarodowe ryzyko, takie jak niepewność co do dalszych losów relacji brytyjsko-kontynentalnej czy wyniku listopadowych wyborów w USA pozostaną mocne. Szwajcarska waluta powinna oscylować wokół poziomu 4,10 zł.

– Wydaje nam się, że złoty w najbliższym czasie, w ciągu najbliższego półrocza, nawet może dłużej raczej nie powróci do tych poziomów sprzed kilku miesięcy czy z ubiegłego roku. Raczej opowiadamy się za tym, że będzie słabszy. Aczkolwiek nie oznacza to jakiejś dużej słabości i bardzo
negatywnych konsekwencji dla polskiej gospodarki.

K. Radziwiłł: Dopłaty do leków w ramach programu 75+ wyniosą w przyszłym roku 564 mln zł. We wrześniu znana będzie lista leków z dopłatą

CEO Magazyn Polska

1 września resort zdrowia ogłosi listę leków refundowanych dla seniorów. Znajdą się na niej preparaty stosowane m.in. w chorobach układu krążenia, cukrzycy i zaburzeniach środkowego układu nerwowego, a więc leki najczęściej stosowane przez tę grupę pacjentów. Leki z tzw. listy S dostępne będą dla wszystkich osób, które ukończyły 75 lat. W tym roku na darmowe leki dla seniorów rząd wyda 125 mln zł, w 2017 natomiast 564 mln zł.

Z badań TNS Polska wynika, że co trzecia starsza osoba nie wykupuje przepisanego leku z powodu braku pieniędzy. Taka sama liczba osób przyznała, że zdarzyło się jej zmniejszyć zalecaną przez lekarza dawkę, aby lek starczył na dłużej. Tę sytuację zmienić ma rządowy program 75+ zapewniający seniorom dostęp do darmowych leków. Na tzw. liście S znajdą się preparaty stosowane w najczęściej występujących u osób starszych schorzeniach, a więc m.in. chorobach sercowo-naczyniowych i układu krążenia, cukrzycy, osteoporozy, chorobach układu oddechowego i pokarmowego. Od września do końca roku rząd wyda na program 75+ 125 mln zł, w 2017 roku kwota ta ma jednak znacząco wzrosnąć.

– W przyszłym roku wydamy na dopłaty do leków tyle, żeby one były bezpłatne – 564 mln zł z budżetu państwa. W ubiegłym roku na dopłaty do leków refundowanych pacjenci 75+ wydali nieco ponad 800 mln zł. Projekt wprowadzany będzie stopniowo, kwota dopłaty będzie rosła co roku o 15 proc., aż do osiągnięcia poziomu maksymalnego, czyli miliarda dwustu tysięcy złotych – powiedział agencji informacyjnej Newseria minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, podczas debaty na temat programu 75+ zorganizowanej przez „Gazetę Polską”.

Dostęp do bezpłatnych leków z listy S będą mieli wszyscy pacjenci, którzy skończyli 75 lat, bez żadnych dodatkowych kryteriów. Uprawnienia do wystawiania takich recept będą mieli lekarze podstawowej opieki zdrowotnej, lekarze rodzinni oraz pielęgniarki podstawowej opieki zdrowotnej. Oznacza to, że receptę będzie można dostać wyłącznie w przychodni pierwszego kontaktu. Według resortu zdrowia pozwoli to na kompleksową opiekę nad pacjentem przez lekarza, który najlepiej zna jego dolegliwości. Ma to też zapobiec nadużywaniu leków oraz odciążyć lekarzy specjalistów.

– W starszym wieku problem tzw. polipragmazji, czyli używania nadmiernej liczby leków, jest istotnym problemem zdrowotnym. W ten sposób nie tylko zapewniamy bezpłatne leki dla pacjentów, lecz także pewnego rodzaju kontrolę nad jakością farmakoterapii, a to może zrobić tylko lekarz rodzinny – mówi Konstanty Radziwiłł.

Zdaniem lekarzy specjalistów ograniczenie uprawnień do wypisywania leków refundowanych może utrudnić niektórym pacjentów dostęp do darmowego leczenia. Dotyczy to zwłaszcza osób, które leczenie szpitalne odbywały w mieście innym niż miejsce stałego zamieszkania.

– Przykładowo pacjent, którego wypiszę ze szpitala, będzie musiał natychmiast udać się do lekarza rodzinnego, co może być niejednokrotnie trudne, a może nawet niemożliwe, jeżeli to jest chory, który np. zachorował w Warszawie, a jego lekarz rodzinny znajduje się w jakimś odległym miejscu w Polsce – mówi prof. dr hab. Zbigniew Gaciong, Warszawski Uniwersytet Medyczny.

Resort zdrowia zapewnia, że lista leków refundowanych dla seniorów będzie zawierała w większości te leki, które seniorzy zażywają obecnie. Bowiem wszelkie zmiany w stosowanych obecnie terapiach lekowych mogą mieć negatywne skutki dla pacjentów.

– Krajowy przemysł farmaceutyczny również oczekuje na ogłoszenie listy leków refundowanych. Zgodnie z kryteriami zawartymi w ustawie, na liście bezpłatnych leków 75+ powinny się znaleźć wszystkie medykamenty, które zaspokoją potrzeby zdrowotne pacjentów powyżej 75 roku życia, czyli te leki, które seniorzy przyjmują najczęściej. 78 proc. leków, które stosują obecnie seniorzy, to leki produkcji krajowej. Pozostaje nam miesiąc na konsultacje zaproponowanej przez ministerstwo listy leków całkowicie refundowanych, jednak jesteśmy w stanie w 100 proc. pokryć zapotrzebowanie na te leki – mówi Piotr Błaszczyk, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Zgodnie z raportem Sequence HC Partners najczęściej stosowane leki przez seniorów to głównie leki sercowo-naczyniowe, przeznaczone do leczenia schorzeń przewodu pokarmowego, układu oddechowego, chorób otępiennych, depresji i osteoporozy. 78 proc. leków stosowanych przez osoby powyżej 75 roku życia to preparaty producentów krajowych. Listę S resort zdrowia ma ogłosić 1 września.

Efekt Euro będzie miał znacznie skromniejszy wpływ na gospodarkę Francji niż cztery lata temu na Polskę

CEO Magazyn Polska

Skumulowany wpływ mistrzostw Europy w piłce nożnej na polskie PKB do 2020 roku może wynieść 21,3 mld zł. W przypadku wysoko rozwiniętej Francji korzyści będą prawdopodobnie znacznie skromniejsze. Wielkie imprezy sportowe oddziałują bowiem lepiej na średnio zamożne gospodarki. Negatywnie na efekt Euro w tym kraju wpłyną także trwające tam strajki, powódź oraz zagrożenie terrorystyczne.

Bodźce wzrostu gospodarczego związane z Euro rozkładają w kilku obszarach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Kita, prezes spółki Sport Management Polska. – To są oczywiście podstawowe czynniki związane z napływem znaczącego ruchu turystycznego. Potem jednak dochodzi do tego tzw. efekt barceloński, czyli jeśli dany kraj czy miasto dobrze zaprezentuje się w trakcie imprezy to wpływa to na późniejsze zainteresowanie turystów. 

Do tego dochodzą, jak zauważa Grzegorz Kita, znaczące inwestycje o charakterze infrastrukturalnym. Miasta, w których organizowana jest tego typu impreza, znacząco poprawiają swoją infrastrukturę.

Pamiętamy bardzo dobrze, że w Polsce właściwie do samego końca trwała wręcz heroiczna walka o przejezdność autostrady Poznań–Warszawa – przypomina Grzegorz Kita. – Transport, jak wiadomo, jest krwiobiegiem gospodarki. Niezależnie od powodu autostrady drogi budowane na Euro zostały i w pewnym sensie umożliwiły skok cywilizacyjny.

Wielu ekonomistów jest zdania, że organizacja mistrzostw Europy przez Polskę w 2012 roku spowodowała przyspieszenie rozwoju gospodarczego czy wręcz cywilizacyjno-społecznego o trzy do pięciu lat. Według spółki Euro 2012 zarządzającej imprezą Polskę odwiedziło ponad 677 tys. zagranicznych turystów i kibiców ze 123 krajów. Na stadionach bawiło się 296 tys. cudzoziemców, a w strefach kibica 370 tys. Dodatkowo w trakcie turnieju przebywało w Polsce ok. 8,4 tys. zagranicznych dziennikarzy, 2,4 tys. członków piłkarskich reprezentacji narodowych oraz 400 zagranicznych wolontariuszy.

Wpływy sektora turystycznego w latach 2013–2020 zamiast prognozowanych 4,2 mld zł w wyniku Euro 2012 mogą wynieść 7 mld zł, co jest wynikiem aż o 67 proc. lepszym. Skumulowany pozytywny wpływ mistrzostw na polskie PKB do 2020 roku może wynieść natomiast 21,3 mld zł. Najważniejszym źródłem przyrostu będzie jednak znaczące przyśpieszenie rozbudowy infrastruktury transportowej (74,1 proc. wzrostu).

Zatem już na poziomie czysto gospodarczo-ekonomicznym korzyści dla kraju gospodarza jest sporo – podsumowuje Grzegorz Kita. – Natomiast są jeszcze inne pozytywne zjawiska, przede wszystkim promocja. Dzisiejszy świat jest przesiąknięty informacją. Każdy kraj, narodowość, poszczególne miasta, walczą o to, żeby się pokazać publicznie z jak najlepszej strony. Wielkie imprezy sportowe w naturalny sposób skupiają uwagę ludzi na danym miejscu. To akcje promocyjne w inny sposób właściwie nie do powtórzenia.

Innym elementem, który powoduje, że wielkie imprezy sportowe w korzystny sposób wpływają na gospodarkę, są kwestie związane ze wzrostem kapitału społecznego.

Już podczas mundialu w Niemczech widzieliśmy, że bardzo wielu obywateli tego kraju zjednoczyło się w trakcie organizacji mistrzostw – wskazuje Grzegorz Kita. – W pewnym sensie przyspieszyło to także rozwoju kraju i jego dynamikę.

Wśród korzyści związanych z wielkimi imprezami analitycy wskazują również wzrost kompetencji i doświadczenia wśród dziesiątek tysięcy ludzi mniej lub bardziej zaangażowanych w takie przedsięwzięcie.

Mam na myśli wszelkiego rodzaju zarządzanie projektami, które musiały się odbywać wiele lat przed Euro – precyzuje Grzegorz Kita. – Angażują się w nie tylko miasta goszczące Euro, lecz także czasem bardzo różnych instytucji. To bezcenny kapitał.

W przypadku obecnych mistrzostw we Francji wpływ imprezy na gospodarkę – według Grzegorza Kity – może być jednak inny niż podczas Euro 2012. Najbardziej intensywna interakcja między tymi zjawiskami ma bowiem miejsce w krajach nie za biednych, ale i nie bardzo bogatych. Francja natomiast jest państwem bardzo rozwiniętym, o wysokim stopniu zamożności obywateli.

Niektórzy francuscy ekonomiści uważają, że będzie to zaledwie około 3 mld euro przychodów – twierdzi Grzegorz Kita. – Natomiast ten przypadek jest specyficzny, bo w ciągu ostatnich dekad jeszcze chyba się nie zdarzyło, żeby kraj gospodarz został dotknięty aż taką liczbą plag.

Od wielu tygodni w Francji trwają strajki obejmujące w zasadzie wszystkie sektory tamtejszej gospodarki związane z reformą prawa pracy, a także klęski żywiołowe (powodzie) oraz zagrożenie terrorystyczne.

Na pewno w znaczący sposób zniwelują efekt Euro – uważa Grzegorz Kita. – Trzeba natomiast brać pod uwagę również to, że po raz pierwszy od dwunastu lat organizator mistrzostw Europy w piłce nożnej jest jeden. Po drugie turniej jest dłuższy, zespołów więcej, ogólnie wszystkiego przybyło. Efekt gospodarczy powinien być zatem większy. Ale jedne zjawiska kompensowane są przez inne. Dla ekonomistów wpływ Euro 2016 na gospodarkę Francji będzie niesamowicie ciekawym zagadnieniem.

System viaTOLL w ciągu 5 lat zasilił Krajowy Fundusz Drogowy kwotą ponad 6,3 mld zł

CEO Magazyn Polska

Pięć lat temu ruszył elektroniczny system poboru opłat drogowych viaTOLL. Od tego czasu na konto Krajowego Funduszu Drogowego dzięki niemu wpłynęło 6,3 mld zł. Po odliczeniu kosztów operacyjnych system zasilił kasę państwa ponad 4,1 mld zł netto. W systemie zarejestrowanych jest obecnie prawie milion samochodów, z czego 40 proc. stanowią auta obcokrajowców.

– Przychody świadczą o tym, że elektroniczny system poboru opłat drogowych viaTOLL jest w pełni skuteczny – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gorzkowski z firmy Kapsch Telematic Services. – Jego efektywność jest naprawdę duża, bo zbiera 100 proc. należności. viaTOLL jest przy tym przyjazny dla użytkowników i został przez nich zaakceptowany.

Od początku działania elektronicznego systemu poboru opłat drogowych viaTOLL (od lipca 2011) na konto Krajowego Funduszu Drogowego wpłynęło za jego pośrednictwem 6,3 mld zł. Po wyeliminowaniu kosztów operacyjnych do kasy państwa na czysto wpłynęło 4,1 mld zł. To środki, które w całości służą następnie utrzymaniu, rozbudowie oraz modernizacji infrastruktury drogowej. W systemie jest zarejestrowanych 960 tys. samochodów korzystających z krajowych dróg. Właścicielami około 40 proc. są obcokrajowcy.

– Wysokość przychodów wynika ze stawek, które są dość niskie – ocenia Krzysztof Gorzkowski. – Szczelność systemu jest natomiast stuprocentowa, zatem zwiększenie przychodów może wynikać tylko z rozszerzania sieci dróg o kolejne, objęte opłatami odcinki. W tym roku będzie ich 150 km. Dzisiaj system ma 3150 km, a po rozszerzeniu – 3300. Docelowo, w 2018 roku takich odcinków powinno być 5–6 tys. km.

Nakłady inwestycyjne poniesione przez budżet państwa na budowę i uruchomienie systemu w sieci podstawowej (1560 km), jak wynika z informacji firmy Kapsch Telematic Services, wyniosły 0,96 mld zł. Dołączenie kolejnych 1585 km w następnych latach wymagało inwestycji w kwocie 0,16 mld zł. Całkowite nakłady inwestycyjne na infrastrukturę viaTOLL, będącą własnością Skarbu Państwa, wyniosły więc 1,129 mld zł. Z kolei koszty operacyjne, na które składają się m.in. obsługa punktów poboru opłat, sieci dystrybucji czy utrzymanie i zasilanie infrastruktury technicznej, wyniosły w sumie 1,082 mld zł. Oznacza to, że zysk netto KFD zamknął się w kwocie ponad 4,121 mld zł.

W Europie, jak zauważa Krzysztof Gorzkowski, krajowe systemy poboru opłat działają w dwóch kluczowych technologiach: satelitarnej oraz radiowej. Niektóre państwa takie jak Niemcy czy Słowacja mają system satelitarny, inne (m.in. Czechy, Austria czy Polska) – radiowy. Jak zaznacza oba mają swoje zalety i wady. Dodaje jednak, że z reguły kraj, który zainwestował wcześniej w jeden z systemów, nie myśli o jego zmianie, a o rozbudowywaniu jego funkcjonalności.

– Kierowcy przyzwyczajają się do konkretnej wersji systemu, więc jego zmiana byłaby rewolucją – zapewnia Gorzkowski. – Warto pamiętać, że dziś mamy prawie milion zarejestrowanych w systemie samochodów, a ich właściciele wnoszą opłaty. 60 proc. z nich to Polacy. Ulepszanie systemu jest zdecydowanie bardziej dla wszystkich korzystne.

Na przychody z systemu viaToll, składają się opłaty pobierane manualnie bądź za pośrednictwem urządzeń viaAuto od kierowców pojazdów osobowych na państwowych odcinkach płatnych autostrad A2 i A4. Do końca czerwca bieżącego roku sprzedano ponad 54 tys. urządzeń, które stanowią alternatywę dla manualnej opłaty. Dzięki viaAUTO za przejazd autostradą można płacić bez zatrzymywania się: wystarczy zwolnić i podjechać pod szlaban. Korzystający z takich płatności kierowcy pokonują place poboru pięć razy szybciej niż płacący tradycyjnie. Wkrótce liczba urządzeń może znacząco się zwiększyć. 8 lipca rusza promocja pod hasłem „Szerokiej Polski!”, w ramach której operator zaoferuje 70 tys. urządzeń w cenie 25 zł, przeszło cztery razy taniej.

– Kiedy startowaliśmy z usługą w 2012 roku mieliśmy sprzedanych kilka tysięcy urządzeń, dziś jest ich 50 tys. – wskazuje Gorzkowski. – W okolicy Gliwic A4 w ruchu lokalnym jest bezpłatna. Wcześniej mieszkańcy pobierali tam darmowe bilety, których w ubiegłym roku wydaliśmy ponad 2,5 mln. Obecnie viaAUTO jest tam traktowane jak pilot do bramy. Na tym przykładzie widać wyraźnie, jak efektywna jest elektronika versus manualny system poboru opłat.

Kontrakt firmy Kapsch na zarządzanie systemem kończy się w listopadzie 2018 roku. Wówczas zostanie wybrany nowy operator.

– Oczywiście będziemy startować w tym przetargu – zapowiada Krzysztof Gorzkowski. – Bez względu na to, czy wygramy, system pozostanie, bo został zbudowany, Skarb Państwa poniósł określone nakłady inwestycyjne, jest właścicielem i nikt rozsądny nie wyobraża sobie, aby miał zostać zmieniony w imię innej wizji.

W Polsce brakuje rozporządzeń dotyczących mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów. To duży problem dla tego typu zakładów

CEO Magazyn Polska

Wymagania dotyczące prowadzenia mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów komunalnych nie są w Polsce szczegółowo określone. Resort środowiska nie przewiduje również wydania nowych przepisów w najbliższym czasie. To oznacza, że inwestorzy zarządzający zakładami nie mają podstaw technologicznych, wedle których mogliby wybrać optymalną technologię. Zmieniają się także funkcje instalacji mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów, które będą stanowić centra recyclingu.

– W styczniu tego roku została uchylona podstawa prawna funkcjonowania rozporządzenia w obszarze mechaniczno-biologicznego przetwarzania zmieszanych odpadów komunalnych (MBP). Był to bardzo ważny dokument dla branży odpadowej. Tworzył pewną płaszczyznę porównania technologii, dzięki czemu ustawodawca gwarantował jednolity sposób konkurencji między poszczególnymi instalacjami – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Łukasz Kubisz, dyrektor działu projektowo-konsultingowego w AK Nova, firmie działającej w obszarze gospodarki odpadami.

Tym samym nie ma w Polsce obecnie przepisów, które szczegółowo wskazują wymagania dotyczące prowadzenia tego sposobu przetwarzania odpadów komunalnych. Pod koniec poprzedniej kadencji trwały co prawda prace nad nowym rozporządzeniem, które zostało podpisane w listopadzie ubiegłego roku przez ówczesnego ministra, jednak nigdy nie weszło ono w życie.

– To bardzo duży problem pod względem wyzwań związanych z budową i modernizacją zakładów mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów. Inwestorzy zarządzający zakładami nie mają podstaw technicznych, do których mogliby się bezpośrednio odwołać, aby dobrać optymalną technologie czy wybrać konkretne rozwiązania, które gwarantowałyby odpowiednią jakość wybieranego strumienia odpadów – przekonuje ekspert.

Choć podstawę mogą stanowić rozporządzenia unijne związane z minimalnymi ilościami odpadów, które należy pozyskać ze strumienia odpadów komunalnych zmieszanych, brakuje jednoznacznych przepisów. Co więcej, z zapowiedzi Ministerstwa Środowiska wynika, że w najbliższym czasie nie będzie też żadnych nowych przepisów w tym zakresie. Resort przekonuje, że wymagania dla instalacji do mechaniczno-biologicznego przetwarzania zamieszanych odpadów komunalnych zostały określone w dokumencie referencyjnym BAT dla przemysłu przetwarzania odpadów.

– Mam jednak wątpliwości, czy ten dokument można rzeczywiście traktować jako substytut rozporządzenia w sprawie mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów ze względu na dużą ogólnikowość. Konkluzje BAT skupiają się przede wszystkim na ujednoliceniu poziomów emisyjnych, które będą wymagane w państwach członkowskich bez podania planowanych czy promowanych rozwiązań technologicznych – ocenia Kubisz.

W najbliższym czasie zmianie ulegną też funkcje, jakie będą pełniły instalacje mechaniczno-biologiczne. Wpływ na to będą miały zmiany udziału odpadów komunalnych zmieszanych w stosunku do odpadów selektywnie zbieranych.

– Będą to instalacje stanowiące centra odzysku, recyklingu, które będą się koncentrować na doczyszczaniu frakcji selektywnie zebranych, bo ten strumień odpadów będzie rósł z roku na rok. W tym kierunku będą zmierzały technologie, które będą doskonaliły formę wybierania frakcji materiałowych, gwarantując jak najwyższą jakość i czystość wybieranego materiału – przekonuje ekspert AK Nova.

Z analizy Instytutu Sobieskiego wynika, że w 2014 roku recyklingowi zostało poddanych ok. 21 proc. zebranych odpadów komunalnych pochodzących z selektywnej zbiórki i wysortowanych ze zmieszanych odpadów komunalnych. Łącznie recyklingowi i biologicznemu przetwarzaniu poddano 31 proc. odpadów komunalnych. W starych krajach Unii Europejskiej udział odpadów komunalnych poddawanych recyklingowi lub kompostowaniu wzrósł z 31 proc. w 2004 roku do 42 proc. w 2014 roku.

Jak podkreśla ekspert, Polacy są coraz bardziej świadomi ekologicznie. Z ogólnopolskiego badania opinii społecznej przeprowadzonego na zlecenie Fundacji Nasza Ziemia wynika, że ponad 90 proc. praktykuje selektywną zbiórkę odpadów.

– Również organizacja targów ekologicznych wskazuje na duże zainteresowanie nie tylko już branżystów, lecz także organizacji samorządowych, gmin, miast zagadnieniami ochrony środowiska. Po latach biernego przysłuchiwania się kwestiom odpadowym, gminy zaangażowały się w kwestie promowania czy edukacji ekologicznej ze szczególnym uwzględnieniem kwestii odpadowych – ocenia Łukasz Kubisz.

Ambasador Szwajcarii: Polska może zaistnieć w wielu niszach. Musi tylko zainwestować w innowacyjność

CEO Magazyn Polska

W dzisiejszym świecie, jeżeli nie jesteś innowacyjny, przegrywasz – przekonuje Andrej Motyl, ambasador Szwajcarii w Polsce. Podkreśla, że Polsce potrzebne są bodźce ze strony rządu. W gestii państwa powinny zostać jedynie największe, strategiczne firmy, do inwestycji w badania i rozwój należy też zachęcić prywatne firmy. Potrzebne jest też odbudowanie szkolnictwa zawodowego i stworzenie dobrego systemu uniwersyteckiego dla przyszłych naukowców.

– Innowacyjność jest obecnie wszystkim. Na świecie jest ponad miliard Chińczyków, którzy produkują taniej niż my. Wkładem może być innowacyjny element w łańcuchu produkcyjnym, np. ochrona przed cyberatakami. Macie w swoim kraju geniuszy IT. Jesteście jednym z najbardziej utalentowanych pod tym względem narodów w Europie. Istnieją nisze, w których możecie zaistnieć, ale musicie być innowacyjni i uparcie nad tym pracować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrej Motyl, ambasador Szwajcarii w Polsce.

Aby polska innowacyjność mogła przyspieszyć, konieczne jest nie tylko znalezienie niszy, w których można zaistnieć, lecz także zdiagnozowanie problemów. Jednym z nich, jak wskazuje Motyl, jest zbyt duża kontrola państwa nad przedsiębiorstwami. Szacuje się, że wśród największych firm 70 proc. stanowią państwowe, a ogółem 20 proc. firm w Polsce to spółki należące do Skarbu Państwa. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych stanowią one 1 proc., a w Wielkiej Brytanii 0,2 proc.

– Potrzeba właściwych bodźców ze strony rządu. Jest za dużo firm, szczególnie wielkich koncernów, które są zależne od państwa. Nie może tak być, że firmą zarządzają biurokraci. Sam jestem urzędnikiem i wiem, co urzędnicy potrafią zrobić swoim gospodarkom. Konieczna jest prywatyzacja i włączenie firm do światowej gospodarki, tak by stawały się międzynarodowymi graczami – wskazuje ambasador Szwajcarii.

Zdaniem Motyla problemem są też zbyt niskie nakłady na innowacyjność, nie tylko państwa, lecz także prywatnych firm. W ostatnich latach Polska przeznaczyła na ten cel 30 mld zł. Obecnie na badania i rozwój nasz kraj przeznacza 0,9 proc. PKB, przy średniej europejskiej ponad dwukrotnie wyższej. Polska została pominięta w raporcie Komisji Europejskiej, który podsumowuje wydatki poszczególnych państw na ten cel.

– W Szwajcarii sektor prywatny wydaje więcej na badania i rozwój niż podatnicy. Nasz najlepszy uniwersytet w Lozannie dostaje 600 mln franków rocznie od rządu, ale też 400 mln ze źródeł prywatnych. Szwajcaria na badania i rozwój przeznacza 3 proc. , z czego 2 proc. stanowi wkład firm. Trzeba więc zachęcić państwowe firmy do takich inwestycji, ale muszą to być naprawdę dobre pomysły – wskazuje Motyl.

Ambasador podkreśla, że Polska ma duży potencjał, a naszą przewagą może być duży zasób siły roboczej. Wedle GUS w rolnictwie pracuje ok. 1,8 mln Polaków. Jeszcze w połowie lat 90. w rolnictwie pracowało blisko 3,5 mln Polaków, czyli 22 proc. wszystkich pracujących. Obecnie ich liczba spada, część osób w najbliższych latach może zasilić bardziej wydajne sektory gospodarki, a to może korzystnie wpłynąć na rozwój innowacyjności w naszym kraju.

Konieczna jest również modyfikacja edukacji, która powinna bardziej odpowiadać realiom rynku.

 – Każdy powinien szukać swoich własnych nisz i kształcić się w tym kierunku. Nie uważajcie szkolnictwa zawodowego za coś wstydliwego. Bez sensu jest studiowanie, po którym zostaje dyplom, ale nie można znaleźć pracy, ponieważ nikt tego nie potrzebuje. Jeśli nie masz kwalifikacji, żeby zostać naukowcem, postaw na kształcenie zawodowe. Ten sektor szkolnictwa trzeba w Polsce odbudować. Niemcy, Szwajcaria i Austria mają najlepsze systemy szkolnictwa zawodowego na świecie i należą również do najbardziej innowacyjnych państw świata – przekonuje ambasador.

Jeszcze na początku lat 90. zasadnicze szkoły zawodowe kończyło w Polsce 240 tys. absolwentów rocznie. Obecnie ich liczba oscyluje ok. 60 tys. Mimo że bezrobocie utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie, firmy narzekają na brak wykwalifikowanych kadr. To przede wszystkim efekt kształcenia, które nie przystaje do potrzeb rynku.

– Dwie trzecie Szwajcarów nie studiuje na uniwersytetach, ale i tak zarabiają trzy razy więcej niż Polacy, którzy kończą studia. Tak więc potrzebne jest odbudowanie szkolnictwa zawodowego i dobry system uniwersytecki dla tych, którzy chcą być naukowcami – wskazuje Andrej Motyl.

Producenci chłodziarek i zamrażarek prześcigają się we wprowadzaniu nowości. Istnieją urządzenia ze specjalną komorą świeżości i zdalnie sterowane ze pomocą smartfonu

CEO Magazyn Polska

Najnowsze chłodziarki i zamrażarki zawierają rozwiązania technologiczne, które pozwalają na jeszcze efektywniejsze i bardziej komfortowe korzystanie z tych urządzeń. Kluczowe jest to, żeby sprzęt jak najdłużej utrzymywał świeżość produktów i zapewniał oszczędność energii elektrycznej. System no frost, komory przedłużonej świeżości, oświetlenie LED, zmniejszenie kompresora czy zastosowanie specjalnych wentylatorów to główne trendy, jakie można zaobserwować w urządzeniach chłodniczych.

– Producenci lodówek zmierzają do tego, żeby konstruować urządzenia jak najbardziej ekonomiczne, jednocześnie nie tracąc przy tym pojemności. To nie jest łatwe zadanie, bo zużycie energii elektrycznej w dużej mierze zależy od pojemności danego sprzętu – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Krzysztof Wasilewski, product manager marki Liebherr.

Udaje się to osiągnąć dzięki wprowadzeniu pewnych zmian technologicznych. Polegają one na przykład na innym umiejscowieniu skraplacza, który odpowiada za oddawanie ciepła pobieranego, na zewnątrz. W nowoczesnych lodówkach jest zamontowany już nie na tylnej części urządzenia tylko pod spodem.

– Dzięki temu lodówka ma większą pojemność, zarówno chłodziarka, jak i zamrażarka. Zmniejszenie kompresora i zastosowanie specjalnych wentylatorów powoduje, że cała wentylacja odbywa się na dole urządzenia i ciepłe powietrze odprowadzane jest również poprzez przedni cokół, z przodu urządzenia. To zwiększa pojemność i jednocześnie zmniejsza zużycie energii elektrycznej. Coś, co nie do końca powinno się ze sobą zgadzać, tutaj dzięki zmianom technologicznym jest osiągane – tłumaczy Krzysztof Wasilewski.

Pod względem zużycia energii elektrycznej warto wybierać urządzenia o najwyższej klasie efektywności energetycznej. Informacje o rocznym zużyciu energii elektrycznej można znaleźć na etykiecie umieszczonej na każdej lodówce.

– Parametry techniczne czy parametry zużycia energii elektrycznej, które podawane są na początku, dotyczą pomiarów laboratoryjnych. Tak naprawdę to zużycie będzie większe. Wszystko zależy od eksploatacji. Na początku ekstremalnie oszczędne urządzenia np. o pojemności 350 litrów w skali roku zużywają 150 kWh i to jest koszt zużycia energii poniżej 100 zł rocznie. Natomiast w trakcie eksploatacji to się zwielokrotni – podkreśla Krzysztof Wasilewski.

Producenci coraz częściej stawiają także na urządzenia bezszronowe. System no frost do minimum ogranicza powstawanie szronu w zamrażarce, a tym samym eliminuje konieczność kłopotliwego i czasochłonnego rozmrażania. Z powodzeniem stosowane są również rozwiązania takie jak komory świeżości, które zapobiegają nadmiernemu wysuszeniu produktów.

– Tutaj głównie stosujemy niskie temperatury, jak najbliżej zera. Bardzo ważna jest stabilność temperaturowa, żeby skoki temperaturowe nie były zbyt dynamiczne, oraz wilgotność, która też jest kluczowa dla zachowania świeżości produktów. Sama dynamika schładzania też jest bardzo ważna. Urządzenie powinno szybko dochodzić do żądanych temperatur, tzn. szybko chłodzić i szybko zamrażać produkty. Im zrobią to szybciej, tym produkty dłużej zachowują swoje walory smakowe, odżywcze i witaminy – wyjaśnia Krzysztof Wasilewski.

Również elektronika stosowana w urządzeniach chłodniczych jest coraz bardziej zaawansowana. Wykorzystywane są systemy elektroniczne, które na przykład łączą się z siecią Wi-Fi.

– Możemy kontrolować urządzenia za pomocą smartfonów, tabletów czy laptopów, będąc w innym pomieszczeniu bądź w ogóle poza domem. Mamy możliwość sprawdzenia tego, co się dzieje, czy jest brak dopływu prądu, czy mrożonki nam się rozmroziły. Pojawiają się nowe wyświetlacze LED, sterowniki dotykowe. Jak również trend, który tutaj szczególnie dotyczy marki Liebherr – filtry węglowe, które odświeżają powietrze i zapobiegają mieszaniu się zapachów wewnątrz chłodziarek – mówi Krzysztof Wasilewski.

W nowoczesnych chłodziarkach coraz częściej stosowane jest także oświetlenie LED.

– Ono świetnie komponuje się z tego typu urządzeniami, ponieważ nie emituje ciepła. Nie musimy już wymieniać żarówek żarowwych, zawsze było to kłopotliwe. Oświetlenie LED jest długowieczne, przez wiele lat nie musimy nic z tym robić, po prostu z niego korzystamy – dodaje Krzysztof Wasilewski.

Niektóre lodówki mają również opcję automatycznego rozmrażania części chłodzącej i mrożącej. Automatyczne rozmrażanie powoduje, że na tylnej ściance urządzenia gromadzą się krople wody, które następnie zbierają się do specjalnego pojemnika. W przeciwieństwie do urządzeń  bezszronowych takie modele trzeba rozmrażać.

Potencjał dalszego wzrostu notowań złota w 2016 może być wyczerpany

Tabela numer 1: Zmiana ceny złota na przestrzeni 1973-2016 roku.

Potencjał dalszego wzrostu notowań złota w 2016 może być wyczerpany 10

Od kilku dni banki komercyjne, media publiczne oraz inni krzyczą, że cena złota rośnie nieprzerwanie. Jednak nikt nie zwraca uwagi na statystyki. Zatem przyjrzeliśmy się zmianom dolarowym oraz procentowym złota od 1973 roku.

Złoto w 2016 roku przez niespełna 7 miesięcy zyskało na wartości 292 dolary amerykańskie, czyli w stosunku do 2015 roku podrożało o 27%. Okazuje się, że przez badany okres jedynie raz kruszec podrożał o więcej niż 300 USD.

Jeżeli przyjrzymy się rocznym stopom zwrotu to okazuje się, że przez 43 lat jedynie 6 lat zostało zakończone większą stopą zwrotu niż 27%. Ponadto podczas poprzedniej hossy z lat 2001-2011 tylko rok 2007 i 2010 przyniósł lepszą stopą zwrotu, a wtedy mogliśmy mówić o manii złota.

Podsumowując w 2016 roku dalsze wzrosty są bardzo małe prawdopodobne. Jednak są to tylko statystyki, jeżeli doszłoby do kataklizmu finansowego, to bez problemu pobijemy poprzednie stopy zwrotu. Gdyby sytuacja uległa uspokojeniu, to możemy spodziewać się większej korekty na rynku złota.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy

Dobre dane z amerykańskiego rynku pracy 11

Po południu ukazały się niezłe dane z amerykańskiego rynku pracy. Raport ADP mierzący zatrudnienie w sektorze prywatnym i pozarolniczym wykazał większy wzrost, niż prognozy rynkowe. Ponadto w tym tygodniu zanotowano mniej wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych.

Reakcja na głównej parze walutowej była raczej umiarkowana. Przyczyną może być fakt, że z ostatnich pięciu odczytów ADP, aż cztery były przeszacowane w porównaniu z rządowymi publikacjami. Dotyczy to zwłaszcza ostatniej publikacji za maj, która wyniosła 38 tys. miejsc pracy, a odczyt ADP wyniósł 168 tys. Jutro ukażą się oficjalne dane, które pokażą, czy ostatni odczyt był chwilową zadyszką, czy może jednak trwałą tendencją na rynku pracy w Stanach Zjednoczonych.

Wczorajszy zapis z ostatniego posiedzenia FOMC wskazuje, że bank centralny będzie ostrożny w podejmowaniu jakichkolwiek decyzji dotyczących podwyżki stóp procentowych. Będzie przyglądał się rynkowi pracy, zwłaszcza po ostatnim bardzo słabym odczycie oraz globalnemu otoczeniu. Obecnie prawdopodobieństwo podwyżki stopy funduszy federalnych wyceniane przez rynki terminowe spadło do 4%, co jest oczywiście związane z tak zwanym Brexitem. Posiedzenie FOMC odbyło się tuż przed referendum, więc w tym momencie prawdopodobnie stanowisko Rezerwy Federalnej będzie jeszcze bardziej gołębie.

Indeksy w Stanach Zjednoczonych idą od początku sesji do góry w związku z gołębim wydźwiękiem tak zwanych minutek Fed. Nie bez znaczenia są również wzrosty na europejskich indeksach. Rynki z optymizmem patrzą na działania banków centralnych, które starają się złagodzić niekorzystne skutki Brexitu.

Dzisiaj również zyskuje ropa po wczorajszym dużym spadku zapasów według API (American Petroleum Institute). Gdyby dane zostały potwierdzone przez rządową agencję Energy Information Administration może to być impuls do ponownego ataku na okrągły poziom 50 USD za baryłkę. Z kolei złoto dzisiaj lekko spada, co nie powinno dziwić po sześciu wzrostowych dniach z rzędu oraz w momencie nieco lepszych nastrojów na rynkach. Po korekcie cena metalu powinna wrócić do wzrostów. Cel to 1400 USD za uncję.

Bartosz Zawadzki
Szef Działu Analiz

Werdykt niemieckiego organu ochrony konkurencji (Bundeskartellamt): Korzystanie z SOFORT nie może być ograniczane

Niemiecki organ ochrony konkurencji (Bundeskartellamt) wydał 5 lipca werdykt w sprawie konfliktu pomiędzy instytucjami finansowymi i dostawcami usług transferów bezpośrednich. Zgodnie z nim, banki nie mogą zabraniać swoim klientom korzystania z SOFORT. Organ stwierdził, że zapisy w regulaminach banków, które zabraniają korzystania z usług takich jak SOFORT, stanowi naruszenie przepisów antymonopolowych i są niewiążące.

Jens Lütcke, CEO SOFORT GmbH
Jens Lütcke, CEO SOFORT GmbH

Werdykt Bundeskartellamt stanowi, że członkowie niemieckiego zrzeszenia sektora bankowego (Deutsche Kreditwirtschaft) utrudniają konkurencję usługom płatniczym niezależnym od banków, takim jak SOFORT. Organ podkreślił, że to celowe blokowanie rynku jest poważnym naruszeniem przepisów antymonopolowych. Nigdy w trakcie wieloletnich rozmów z Bundeskartellamt, banki i kasy oszczędnościowe nie były w stanie uzasadnić stosowania tego typu praktyk, a także przedstawić dowodów na zagrożenie dla bezpieczeństwa w przypadku korzystania z bezpośrednich metod płatności, takich jak SOFORT.

Stanowisko Bundeskartellamt dotyczące praktyk stosowanych przez instytucje finansowe zawiera następujący fragment:

„Jedynym celem klauzul [w regulaminach bankowości online], o których jest mowa, posługując się zawartym w nich językiem, jest zabronienie korzystania z usług płatniczych świadczonych przez firmy, takie jak SOFORT GmbH […]. Zostały one wprowadzone […] w celu ograniczenia lub nawet zakazania internetowym sprzedawcom i klientom banków korzystania z innych usług płatniczych. Zapisy te jednak nie są częścią konsekwentnej polityki bezpieczeństwa banków; banki tak skonstruowały warunki korzystania z bankowości online, aby przede wszystkich zadbać o swoje przychody.”

Konsekwencje dla usług płatniczych i instytucji finansowych

Bundeskartellamt stwierdził nieważność wybranych zapisów w regulaminach i ogólnych warunkach korzystania z konta bankowego. Urząd chce dopilnować, aby w związku
z wdrażaniem zapisów znowelizowanej dyrektywy w sprawie usług płatniczych (PSD2), zarówno banki, jak i inni dostawcy usług płatniczych mieli gwarancję zachowania warunków uczciwej konkurencji. Odnosi się to także do zakazu dyskryminacji istniejących już na rynku podmiotów. Zapisy zawarte w regulaminach, które zostały odrzucone przez Bundeskartellamt, w praktyce tworzyły prawną barierę wejścia na rynek.

Oficjalny werdykt jest wynikiem wieloletniego oporu członków niemieckiego zrzeszenia sektora bankowego (Deutsche Kreditwirtschaft), którzy nie chcieli się zastosować do wprowadzenia odpowiednich zmian w regulaminach i ogólnych warunkach korzystania z bankowości online wskazywanych przez Bundeskartellamt. Spór trwał od 2010 roku.

Ulga dla SOFORT GmbH

Jens Lütcke, CEO SOFORT GmbH, zarówno z zadowoleniem przyjmuje werdykt, jak i wyraża żal, że w ogóle musiało dojść do konieczności ogłoszenia wyroku. „Werdykt jest istotnym kamieniem milowym dla stosunków pomiędzy bankami a SOFORT. Mamy nadzieję, że utoruje on drogę do wzajemnie korzystnej współpracy w przyszłości. Nasze istniejące już partnerstwa z bankami, m.in. z Grupą Raiffeisen, BAWAG P.S.K., Oberbank, Hypo Tirol i BKS w Austrii, a także DKB w Niemczech, dowiodły że obie strony mogą wspólnie zyskać. Dajemy bankom wielką przewagę konkurencyjną w handlu elektronicznym, zapewniając ich długoterminową pozycję rynkową vis-a-vis innych graczy w branży usług finansowych, takich jak PayPal i innych. Niestety, nie wszyscy uczestnicy rynku zdali sobie z tego sprawę i nadal starają się blokować naszą działalność w niektórych krajach członkowskich UE. Nadal jednak jesteśmy przekonani, że to zachowanie będzie się z czasem zmieniać. Nie ma większego sensu dla sektora bankowego, jak i dla SOFORT, żeby koncentrować się na procedurach prawnych, podczas gdy inni dostawcy – często z niższym stopniem integracji z systemami bankowymi – podzieli rynek między siebie.”

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.07.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Datech uruchamia system obsługi automatycznych odnowień subskrypcji oprogramowania Autodesk

Datech, specjalizowana marka firmy Tech Data zajmująca się dystrybucją oprogramowania do projektowania, ogłosił, że jako pierwszy wśród dystrybutorów udostępnił partnerom Autodesk system obsługi automatycznych odnowień subskrypcji oprogramowania tego vendora.

Mike Appel, VP Datech & Enterprise Software w Tech Dacie
Mike Appel, VP Datech & Enterprise Software w Tech Dacie

Ten przełom był możliwy dzięki bardzo bliskiej współpracy pomiędzy Datechem a firmą Autodesk i jest kolejnym krokiem naprzód w naszym dążeniu do oferowania partnerom prawdziwej dystrybucji z wartością dodaną – powiedział Mike Appel, VP Datech & Enterprise Software w Tech Dacie. – Dzięki automatycznym odnowieniom subskrypcji Autodesk, zapewnimy niezbędne narzędzia do dalszej automatyzacji procesów realizacji zamówień z naszymi partnerami. Tym samym umożliwiamy im podobną automatyzację transakcji z ich własnymi klientami. Oznacza to, że nasi partnerzy będą mieć więcej czasu na sprzedaż i obsługę obecnych klientów, zapewniając im wsparcie w zakresie rozwiązań niezbędnych do prowadzenia biznesu.

Automatyczne odnowienia subskrypcji Autodesk są nowym sposobem na dokonywanie płatności za korzystanie z oprogramowania. Miesięczne subskrypcje oferują partnerom nowe możliwości biznesowe dzięki przystępnej cenie oraz możliwościom łatwego włączania i wyłączania dostępu do oprogramowania. Użytkownicy końcowi mogą teraz wykorzystywać oprogramowanie Autodesk, konkurując o nowe kontrakty oraz do efektywniejszego kończenia istniejących projektów, a także do współpracy z szerszą społecznością Autodesk. Korzyści, jakie zyskają obecni użytkownicy oprogramowania Autodesk dzięki automatycznie odnawianym subskrypcjom, to przede wszystkim łatwy i elastyczny sposób zarządzania kontraktami subskrypcyjnymi Autodesk w obliczu zmieniającego się zespołu i potrzeb projektowych.

Automatyczne odnowienia są w pełni zintegrowane z platformami e-commerce Tech Daty, dzięki czemu resellerzy mogą bezproblemowo poszerzyć swoją ofertę o licencje Autodesk. Za sprawą Datech Subscription Dashboard partnerzy posiadają pełny dostęp do szczegółowych informacji na temat wszystkich kontraktów. Będą również otrzymywać przypomnienia o kończących się kontraktach na 5 dni przed datą ich wygaśnięcia. Automatyczne odnowienia subskrypcji Autodesk zapewniają zwiększoną elastyczność oraz redukcję procesów administracyjnych dla partnerów i ich klientów, ułatwiając dostęp do wiodących na świecie rozwiązań projektowych dostarczanych przez Autodesk.

Wzrost dominacji spółek amerykańskich w rankingu największych światowych przedsiębiorstw

Najnowszy raport PwC przedstawia ranking 100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej. Analiza uwzględnia zmiany kapitalizacji przedsiębiorstw w okresie od 31 marca 2015 roku do 31 marca 2016 roku, w tym dynamikę i trendy w ujęciu globalnym, krajowym i sektorowym.

 

  • Spółki ze Stanów Zjednoczonych wzmocniły swoją pozycję w rankingu PwC TOP 100, podczas gdy liczba i łączna wartość spółek z Europy spadły.
  • Łączna kapitalizacja wszystkich spółek z rankingu uległa istotnemu spadkowi (o 668 mld dolarów – 4%) po raz pierwszy od czasów kryzysu finansowego.
  • Liczba spółek ze Stanów Zjednoczonych wzrosła z 53 w roku ubiegłym do 54 w bieżącym rankingu. Udział firm z USA pod względem kapitalizacji również wzrósł (z 57% do 62% – o 314 mld dolarów). Obecnie wszystkie z 10 największych spółek pochodzą z USA.
  • Z rankingu wypadły kolejne dwie spółki z Europy i aktualnie jest ich 24. Spadł również łączny udział firm europejskich w kapitalizacji – z 21% do 19% (o 428 mld dolarów).
  • Już piąty rok z rzędu najbardziej wartościową spółką na świecie jest Apple, jednakże przewaga nad drugą spółką w rankingu (Alphabet – dawniej Google) jest coraz mniejsza.
  • Łączna wartość spółek z sektora nowych technologii przekroczyła łączną wartość spółek z sektora finansowego.

Łączna wartość rynkowa 100 największych spółek na świecie zmniejszyła się istotnie po raz pierwszy od czasów kryzysu finansowego, odnotowując spadek o 4% względem 31 marca 2015 roku. Ta niekorzystna zmiana była spowodowana przede wszystkim sytuacją rynkową w Chinach oraz problemami z utrzymaniem wzrostu gospodarczego w Europie.

Jednocześnie nastąpił dalszy wzrost łącznej wartości spółek ze Stanów Zjednoczonych – aż o 314 mld dolarów. Obecnie firmy z USA stanowią ponad połowę (54 wobec 53 w roku ubiegłym) wszystkich spółek przedstawionych w rankingu, natomiast pod względem kapitalizacji – aż 62% łącznej wartości wszystkich przedsiębiorstw w Top 100 (wobec 57% w roku ubiegłym). Wzrost kapitalizacji firm amerykańskich był spowodowany przede wszystkim wzrostem wycen takich spółek jak Alphabet (dawniej Google), Amazon, Microsoft i Kraft-Heinz (połączonej spółki powstałej w wyniku transakcji przejęcia).

Apple pozostaje liderem rankingu już piąty raz z rzędu, jednakże spadek wartości rynkowej spółki o 121 mld dolarów (17%) zmniejszył różnicę w stosunku do drugiej spółki w rankingu (Alphabet) z 350 mld dolarów do 86 mld dolarów. W lutym 2016 roku kapitalizacja Alphabet chwilowo była nawet wyższa niż rynkowa wycena Apple.

Łączna wartość spółek z sektora nowych technologii przewyższyła łączną wartość spółek z sektora finansowego, co stanowiło zdarzenie symboliczne. Ponadto z sektora nowych technologii pochodzą wszystkie spółki z podium rankingu: Apple, Alphabet oraz Microsoft, a do tego Facebook na szóstej pozycji. Działalność tych gigantów pokrywa praktycznie cały świat, znacząco przyczyniając się do cyfrowej rewolucji w skali globalnej.

Europejskie spółki znacząco ucierpiały w wyniku kryzysu finansowego, ale również znacznie słabiej poradziły sobie z odrobieniem utraconej pozycji w kolejnych latach. Jedynie 24 firmy z Europy znalazły się w rankingu (o 7 mniej względem 2009 roku oraz o 17 mniej względem roku 2008). Pod względem łącznej kapitalizacji spółki europejskie stanowią obecnie jedynie 19% rankingu.

Względem ubiegłego roku łączna wartość spółek z Chin i Hongkongu spadła o 20%, jednakże ich liczba pozostała na niezmienionym poziomie (11). Spadek łącznej kapitalizacji firm z tego regionu wynikał ze słabej sytuacji na tamtejszych giełdach.wyniki rankingu PwC TOP 100

Spółki z USA w ostatnich latach z roku na rok zwiększają swoją dominację w rankingu. Patrząc na firmy takie jak Apple, Alphabet, Microsoft czy Facebook, wyraźnie widać, że ich sukces jest ściśle związany z wysokim poziomem innowacyjności, światowym zasięgiem oraz siłą finansową. Firmy amerykańskie wykorzystują też swoją wielkość i relatywnie wyższe wyceny, by rosnąć dalej poprzez przejęcia innych biznesów. Te przewagi konkurencyjne sprawiają, że przedsiębiorstwom z innych krajów ciężko jest z nimi skutecznie rywalizować. Widoczna jest również zależność pomiędzy wielkością biznesu a jego odpornością na wstrząsy rynkowe. Aż 91 ze 100 największych spółek będących na liście w roku 2015 utrzymało się na niej przez kolejny rok.

Niestety czasy, kiedy polska firma ma szansę znaleźć się na liście PwC TOP 100, wydają się bardzo odległe. W ubiegłym roku największa krajowa spółka notowana na warszawskiej giełdzie – Bank Pekao SA – miała kapitalizację rzędu 12,7 mld dolarów, a zatem aby wejść na listę, musiałaby ją zwiększyć prawie siedmiokrotnie. Niestety, w wyniku istotnych spadków kursów akcji na GPW, na koniec czerwca 2016 roku kapitalizacja Banku Pekao SA wynosiła już tylko 9 mld dolarów, a zatem aby zostać ujętą w rankingu, jej wycena musiała by wzrosnąć już ponad ośmiokrotnie” – mówi Filip Gorczyca, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych.

Istotne zmiany w prawie dla managerów

Komu złożyć rezygnację z funkcji członka zarządu spółki kapitałowej – istotne zmiany dla praktyki

Autor: Monika Witt, radca prawny w Kancelarii Prawnej Piszcz, Norek i Wspólnicy sp. k.

Sąd Najwyższy w składzie 7 sędziów podjął w dniu 31 marca 2016 roku w sprawie o sygn. akt III CZP 89/15 uchwałę, w której orzekł wobec jakiego podmiotu członek zarządu spółki kapitałowej powinien złożyć oświadczenie o rezygnacji z pełnionej funkcji. Zgodnie ze stanowiskiem przyjętym w uchwale oświadczenie członka zarządu spółki kapitałowej o rezygnacji z tej funkcji jest składane spółce reprezentowanej w tym zakresie przez jednego członka zarządu lub prokurenta. Wyjątkiem od powyższego jest sytuacja, gdy jedyny członek zarządu jest zarazem jedynym wspólnikiem spółki. W tym przypadku oświadczenie o rezygnacji wymaga formy aktu notarialnego.

Co wynika z kodeksu spółek handlowych?

Oświadczenie o rezygnacji członek zarządu powinien złożyć samej spółce kapitałowej. Przepisy kodeksu spółek handlowych milczą jednak co do tego, jaki podmiot reprezentuje spółkę kapitałową przy tej czynności, nie wskazując konkretnie komu takie oświadczenie o rezygnacji należy złożyć, aby złożone było skutecznie. Kwestia ta była przedmiotem rozmaitych koncepcji doktryny prawa i orzecznictwa Sądu Najwyższego oraz niejednolitej praktyki sądów rejestrowych dokonujących zmiany wpisów dotyczących członków zarządu w rejestrze przedsiębiorców KRS. Po latach funkcjonowania kodeksu spółek handlowych podjęcie przez Sąd Najwyższy uchwały rozstrzygającej wątpliwości i porządkującej orzecznictwo w tym zakresie okazało się niezbędne.

Dotychczasowe stanowiska i rozbieżności

W orzecznictwie i doktrynie prawa ukształtowały się 3 główne stanowiska w kwestii objętej uchwałą Sądu Najwyższego. Wynikało z nich, że oświadczenie woli członka zarządu spółki kapitałowej o rezygnacji z pełnionej funkcji powinno być złożone:

1) jednemu członkowi zarządu lub prokurentowi;

W myśl art. 205 § 2 ksh. i art. 373 § 2 ksh. oświadczenia składane spółce oraz doręczenia pism spółce mogą być dokonywane wobec jednego członka zarządu lub prokurenta. Mamy tu do czynienia z tzw. reprezentacją bierną dotyczącą przyjmowania oświadczeń przez spółkę. Składanie oświadczeń spółce według tej zasady jest niezależne od tego jaki sposób reprezentacji spółki na zewnątrz (tzw. reprezentacji czynnej) obowiązuje w danej spółce.

2) radzie nadzorczej lub pełnomocnikowi powołanemu w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością uchwałą zgromadzenia wspólników, a w spółce akcyjnej uchwałą walnego zgromadzenia;

Reprezentanci tego stanowiska odwoływali się do uregulowań zawartych w art. 210 § 1 ksh. oraz art. 379 § 1 ksh. Przepisy te przewidują szczególny sposób reprezentacji spółki przy zawieraniu umowy pomiędzy spółką a członkiem zarządu oraz w sporze z nim. Autorzy tego stanowiska argumentowali, że mimo, że rezygnacja z funkcji członka zarządu jest czynnością jednostronną (a nie umową, o której mowa w powołanych przepisach), to jednak jest ona składana w ramach korporacyjnego (organizacyjnego) stosunku umownego, łączącego członka zarządu ze spółką kapitałową.

3) organowi uprawnionemu do powoływania członków zarządu spółki;

Zgodnie z trzecim poglądem, adresatem oświadczenia o rezygnacji z funkcji członka zarządu powinien być ten organ, któremu przysługuje uprawnienie do powoływania członków zarządu (tzw. „zasada lustra”). Uzasadnieniem tego stanowiska była możliwość szybkiego uzupełnienia składu zarządu przez organ, któremu została złożona rezygnacja.

Co jeszcze w praktyce obrotu

Poza wskazanymi wyżej dominującymi stanowiskami, w praktyce obrotu znane były również inne sposoby składania oświadczeń o rezygnacji z funkcji członka zarządu spółki kapitałowej. W szczególności stosowano metodę wysłania oświadczenia o rezygnacji listem poleconym na adres spółki lub złożenia oświadczenia jedynemu wspólnikowi spółki (gdy w spółce nie było rady nadzorczej). Sądy rejestrowe w sposób niejednolity odnosiły się do przedkładanych im dokumentów dotyczących rezygnacji członków zarządu, wskazując niekiedy, iż brak jest podstaw do wykreślenia członka zarządu z rejestru przedsiębiorców KRS, ponieważ rezygnacja nie została skutecznie złożona (tzn. złożona została niewłaściwemu organowi lub podmiotowi).

Przedmiot zagadnienia prawnego

O rozstrzygnięcie powyżej zasygnalizowanych rozbieżności wystąpił Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego. Pytanie do Sądu Najwyższego będące przedmiotem zagadnienia prawnego zostało sformułowane w następujący sposób:

Czy przy składaniu przez członka zarządu oświadczenia woli o rezygnacji z pełnienia tej funkcji spółka kapitałowa, w razie braku odmiennego postanowienia umownego (statutowego), jest reprezentowana przez jednego członka zarządu lub prokurenta (art. 205 § 2 oraz art. 373 § 2 ksh.), radę nadzorczą lub pełnomocnika powołanego uchwałą zgromadzenia wspólników lub walnego zgromadzenia akcjonariuszy (art. 210 § 1 oraz art. 379 § 1 ksh.), przez organ uprawniony do powoływania członków zarządu, czy – w braku rady nadzorczej – przez zgromadzenie wspólników (walne zgromadzenie)?

Uzasadnienie uchwały Sądu Najwyższego

W uzasadnieniu uchwały Sąd Najwyższy wskazał, że rezygnacja, wskutek której następuje wygaśnięcie stosunku organizacyjnego, powstałego między spółką kapitałową a członkiem zarządu jest jednostronną czynnością prawną członka zarządu, analogiczną do wypowiedzenia zlecenia. W konsekwencji wystarczy złożenie odpowiedniego oświadczenia woli przez taką osobę. Zgoda spółki na rezygnację nie jest wymagana.

Oświadczenie w przedmiocie rezygnacji członka zarządu wymaga złożenia innej osobie – tej, której, oprócz składającego, mają dotyczyć skutki prawne składanego oświadczenia. W przypadku oświadczenia o rezygnacji z zarządu osobą tą – adresatem oświadczenia – jest spółka kapitałowa, z której zarządu występuje składający oświadczenie członek zarządu.

Wobec tego, że spółka kapitałowa jako osoba prawna działa przez swoje organy, możliwość zapoznania się z adresowanym do tej spółki oświadczeniem woli należy oceniać z punktu widzenia możliwości zapoznania się z treścią tego oświadczenia woli przez osoby pełniące funkcje organu właściwego do reprezentowania tej spółki. Zgodnie z przepisami kodeksu spółek handlowych zarząd jest organem, który ma uprawnienie w zakresie reprezentacji spółki, zarówno czynnej (składanie oświadczeń woli za spółkę), jak i biernej (przyjmowanie oświadczeń woli składanych spółce). Z uzasadnienia uchwały wynika, że znajduje ona również zastosowanie, gdy rezygnację składa:

1) członek zarządu jednoosobowego, lub
2) ostatni członek zarządu wieloosobowego, albo
3) gdy składają ją jednocześnie wszyscy członkowie zarządu wieloosobowego,
a spółka nie ma prokurenta.

Podsumowując Sąd Najwyższy stwierdził, że:

1) oświadczenie o rezygnacji doręczone na adres spółki (zarządu spółki) – odnosi skutek z chwilą uzyskania przez pozostałego członka zarządu lub prokurenta możliwości zapoznania się z treścią oświadczenia o rezygnacji,

2) oświadczenie o rezygnacji członka zarządu jednoosobowego lub ostatniego członka zarządu wieloosobowego albo wszystkich członków zarządu wieloosobowego składających rezygnację jednocześnie – odnosi skutek z chwilą przekazania na adres spółki (zarządu spółki) w sposób umożliwiający podjęcie niezbędnych czynności związanych z rezygnacją.

Stanowisko zawarte w uchwale 7 sędziów Sądu Najwyższego z dnia 31 marca 2016 roku należy oceniać jako rozwiązanie trafne i funkcjonalne. Wydaje się, że w praktyce służyć będzie temu, by członkowie zarządu, którzy zamierzają złożyć rezygnację nie byli w tym prawie ograniczeni, a jednocześnie by można było w sposób pewny ustalić kiedy doszło do skutecznego złożenia rezygnacji z funkcji członka zarządu oraz by ta czynność nie miała negatywnego skutku dla funkcjonowania spółki.

Deutsche bank jest większym problemem niż ‪#‎Brexit‬

Deutsche bank jest większym problemem niż ‪#‎Brexit‬ 12

Każdy patrzy w stronę Brexitu, jednak prawdziwym problemem są europejskie banki komercyjne. Problem ten odzwierciedla wykres 600 największych, europejskich banków, którego notowania znalazły się na minimach z 2011 roku, przypadających na „kryzys” w Strefie Euro.

Największe problemy nadchodzą z Włoch, banki komercyjne mają bardzo duży udział złych kredytów opiewających na ponad 300 miliardów euro. Problem przychodzi również od naszych sąsiadów, Niemiec. Deutsche bank jako jeden z największych banków na świecie posiada ekspozycje na derywaty opiewających na ponad 54 bilionów euro. Jest to prawie 5,5 razy więcej niż PKB Strefy Euro. Niewątpliwie Niemcy trzymają bombę, która lada moment może zaburzyć cały system finansowy.

Deutsche bank jest większym problemem niż ‪#‎Brexit‬ 13

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Do ZUS, czy do OFE

Do końca lipca ponownie możemy zdecydować, czy część naszej składki emerytalnej trafi do ZUS, czy do OFE. Expander zwraca uwagę, że po ogłoszonych ostatnio planowanych modyfikacji w systemie emerytalnym szczególnie warto zastanowić się nad zmianą. Choć brzmi to dziwnie,  wybierając OFE, nareszcie staniemy się właścicielami swoich pieniędzy. Rząd naliczy nam jednak za to wysoką prowizję, wynoszącą aż 25%.

Do końca lipca trwa okienko transferowe między ZUS a OFE. Możemy więc teraz zdecydować, czy część (2,92% wynagrodzenia brutto) naszej składki emerytalnej ma trafiać do ZUS czy do OFE. Dotychczas zainteresowanie tą opcją było niewielkie. Od kwietnia złożono tylko ok. 70 tys. wniosków. Nie powinno to dziwić, gdyż niezależnie od tego, czy wybraliśmy ZUS czy OFE, i tak nie mogliśmy dysponować zgromadzonymi tam pieniędzmi. Zgodnie z prawem nie są one bowiem naszą własnością, a więc nie możemy ich np. wypłacić, nawet jeśli jesteśmy bardzo chorzy i pieniędzy potrzebujemy na leki, które uratują nasze życie.

Z planowanych zmian w systemie emerytalnym wynika jednak, że pieniądze w OFE zostaną przekazane Polakom. Oznacza to, że każdy, kto będzie miał pieniądze w OFE, stanie się ich właścicielem. Będzie mógł je dalej inwestować z myślą o emeryturze, ale będzie mógł je również w dowolnym momencie wypłacić, np. jeśli zajdzie jakaś poważna potrzeba. Niestety nie zostanie nam przekazana cała kwota zgromadzona na indywidualnym koncie w OFE, a jedynie 75%. Pozostałe 25% trafi do Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD). Oznacza to, że jeśli ktoś posiada w OFE jednostki o wartości 10 000 zł, dostanie 7 500 zł.

Teoretycznie żeby uniknąć tej konfiskaty, można zdecydować się na przekazanie pieniędzy z OFE do ZUS. W praktyce będzie to jednak oznaczało, że wszystkie „nasze” pieniądze od razu zostaną wydane. Zakład Ubezpieczeń Społecznych pokryje z nich emerytury innych osób – Polaków, którzy obecnie otrzymują takie świadczenia. Na naszym koncie pojawi się natomiast suma wirtualnych pieniędzy, których tak naprawdę nie ma. Unikniemy jednak konfiskaty 25% naszych oszczędności emerytalnych. Mamy więc niecały miesiąc na podjęcie bardzo trudnej decyzji. Musimy wybrać, czy chcemy dostać 75% swoich składek, oddając 25% na rzecz FRD, czy też przekazujemy pełną kwotę do ZUS, który wszystkie te pieniądze wyda, ale da nam wirtualny zapis całej sumy.

Jeśli do tej pory nasze składki trafiały tylko do ZUS, a chcemy zacząć odkładać w OFE, aby odzyskać część swoich pieniędzy, powinniśmy złożyć wniosek w tej pierwszej instytucji. Jeśli natomiast nie chcemy zmian, nie musimy robić nic. W sytuacji, gdy do tej pory gromadziliśmy pieniądze w OFE, ale chcemy z tej opcji zrezygnować, również należy złożyć wniosek w ZUS.co wybrać ZUS czy OFE

DevOps – długofalowa rewolucja w branży IT

Optymalizacja zaawansowanych procesów oraz jak najszybsze dostarczenie gotowego i jakościowo dobrego produktu to jedne z głównych celów działań większości firm z branży IT. Dzięki wprowadzeniu filozofii zarządzania DevOps jeszcze nigdy w tym sektorze nie było to tak łatwe do osiągnięcia. Jak wynika z raportu State of DevOps 2015, organizacje, które stosują to rozwiązanie zaobserwowały 30 razy częstsze wdrażanie produktu. Udało im się również w prawie dwustukrotnie krótszym czasie go zrealizować. Dodatkowo firmy biorące udział w badaniu stwierdziły, że tylko w ubiegłym roku, dzięki sprawnej współpracy developerów z administratorami, znacząco zminimalizowały ilość awarii.[1]

Mistrz wydajności w akcji

DevOps to w uproszczeniu filozofia zarządzania kładąca nacisk na współpracę administratorów oraz programistów nad rozwojem i utrzymaniem produktu. Choć definicji napisano już wiele, to ważniejsze jest jednak to, jak wprowadzenie tej praktyki może pozytywnie wpłynąć na rozwój przedsiębiorstw. Jej realizacja ma wiele wymiernych korzyści technicznych i biznesowych m.in. krótszy cykl rozwoju czy szybsze wprowadzanie go na rynek.

 – Organizacje po wprowadzeniu DevOps przede wszystkim uzyskują usprawnienia w procesach wykonywanych codziennie, pozbywają się cyklicznych prac manualnych, eliminują błędy podczas standardowych operacji. Przekłada się to bezpośrednio na efekty działania – krótszy czas dostarczania produktów i zmian do nich, wyższa jakość, stabilne i bezpieczne rozwiązania, przejrzyste i ustandaryzowane procesy – całość optymalizuje sposób, w jaki przedsiębiorstwo realizuje swoje cele. Dzięki takim udoskonaleniom firma zmienia się w bardzo sprawną machinę umożliwiającą osiągniecie wyższego poziomu rozwoju – tłumaczy Michał Urbaniak, Chief of Application Management Services, GFT Polska.

Usprawnienia te zauważają najwięksi gracze rynkowi. Jak wynika z raportu 2015 State of DevOps,  spółki giełdowe, które zdecydowały się na wdrożenie tej metodologii zanotowały o 50 procent wyższą kapitalizację rynkową w ciągu trzech lat niż organizacje, które tego nie zrobiły.[2]

Bariery w drodze do sukcesu

Podróż, jaką przedsiębiorstwa z branży IT muszą przebyć do pełnej optymalizacji, musi jednak jeszcze potrwać. Podobnie jak w przypadku adaptacji organizacji do prowadzenia projektów w podejściu Agile, poodnoszenie poziomu wiedzy i zmiany sposobu pracy wymagają przekształceń w jej strukturach, co okazuje się być dużym wyzwaniem.

Wprowadzenie nowych technologii czy narzędzi są dużo prostsze i łatwiejsze do zaplanowania niż zmiany w organizacji pracy, jak wymaga tego koncept DevOps. Jego wdrożenie to proces długofalowy i nie jest sprecyzowany na tyle, aby móc łatwo nim sterować. Nie ma również jeszcze uniwersalnego modelu, który można byłoby dopasować dla wszystkich przedsiębiorstw. Najistotniejszy jednak w całym procesie jest fakt, że taka zmiana dotyczy wielu szczebli w firmie i zaangażowania kadry zarządzającej. Czynnik ludzki jest jedną z największych barier do pokonania – wyjaśnia Michał Urbaniak, GFT Polska.

Szybka ewolucja stanowisk

DevOps bazuje w dużym stopniu na zintensyfikowaniu komunikacji i współpracy, co staje się katalizatorem przemian kulturowych w całej organizacji. Wdrożenie tej filozofii sprawia, że specjaliści stają przed koniecznością posiadania nowych umiejętności. Role pracowników ewoluują i wymagają od nich poszerzania horyzontów zawodowych.

Zastosowanie DevOps powoduje, że deweloperzy stają się bardziej zaznajomieni z infrastrukturą, a administratorzy zapoznają się z kodem. Zmiany te z czasem obejmują też inne działy – analityków biznesowych, zespoły planowania, a nawet kadrę menedżerską najwyższego szczebla. Naturalnym następstwem takich praktyk będzie coraz większa efektywność  i poszerzająca się wiedza wszystkich pracowników – opowiada Magdalena Kuś, HR Managera, GFT Polska.

[1] Źródło: http://resources.idgenterprise.com/original/AST-0147237_2015-state-of-devops-report.pdf

[2]Źródło: https://www.excella.com/insights/top-5-insights-from-the-2015-state-of-devops-report