Przedsiębiorców wracających w wyniku brexitu do Polski czekają problemy z biurokracją oraz dostępem do kapitału

0

Według szacunków na Wyspach Brytyjskich przebywa przeszło 800 tys. Polaków. Od 2007 roku powstało tam 40 tys. krajowych podmiotów gospodarczych. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej może spowodować trudności na tamtejszym rynku pracy, co może oznaczać, że Polacy będą chcieli wrócić do kraju. Ci, którzy planują tu wystartować z własnym biznesem, muszą być jednak przygotowani na znacznie większe bariery biurokratyczne oraz problemy z dostępem do kapitału.

Brexit spowoduje wiele problemów wśród polskich właścicieli firm, którzy mieszkają na wyspach, ponieważ znajdą się w zupełnie innym środowisku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Mazur z firmy doradztwa finansowego ANG Biznes. – Jeżeli będą chcieli wrócić do kraju, zostaną zmuszeni do tego, żeby przestawić się mentalnie, przygotować do większej biurokracji. Zapewne nie będą mieć tutaj łatwego startu, więc powinni korzystać z pomocy firm, które zajmują się wsparciem w takiej sytuacji.

Podjęta przez Brytyjczyków decyzja o opuszczeniu Unii Europejskiej będzie wyzwaniem dla mieszkających na wyspach 800 tys. Polaków. Według Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej od 2007 r. rozpoczęło tam działalność ponad 40 tys. polskich przedsiębiorstw. Wyjście z UE może oznaczać dla Polaków wiele trudności na rynku pracy, utratę prawa do zasiłków i trudności w uzyskaniu pozwolenia na pracę.

W wyniku ograniczeń dla osób niebędących obywatelami tego kraju, które zapewne zostaną nałożone po negocjacjach z UE, wielu Polaków zechce wrócić do kraju. W kraju jednak – zdaniem Pawła Mazura – będą musieli się przystosować do mniej przyjaznego środowiska administracyjnego i legislacyjnego oraz gorszych możliwości finansowania.

W opublikowanym pod koniec ubiegłego roku przez Bank Światowy raporcie „Doing Business”, oceniającym warunki prowadzenia biznesu w 189 krajach świata, Polska znalazła się na 25. pozycji. Wprawdzie od 2009 roku awansowaliśmy o 50 miejsce i wyprzedzamy takie kraje, jak Szwajcaria, Hiszpania czy Francja, wciąż jednak bardziej przyjazne dla przedsiębiorczości lokalne otoczenie rynkowe odnotowano w Estonii, Islandii czy na Litwie. Wielka Brytania została sklasyfikowana na wysokiej, szóstej pozycji za Singapurem, Nową Zelandią, Danią, Koreą Południową oraz Hongkongiem.

Wyspy nastawione są do przedsiębiorczości bardzo korzystnie. To trochę inne środowisko rynkowe, administracyjne i legislacyjne niż w Polsce – ocenia Mazur. – Bardzo wiele osób po powrocie nie będzie miało zdolności kredytowej, żeby zaciągnąć jakiekolwiek zobowiązanie. Banki z dużą rezerwą podchodzą do start-upów. Niewiele takie projekty finansuje.

Według Pawła Mazura powracający przedsiębiorcy powinni szukać pomocy wśród innych, prowadzących działalność gospodarczą w Polsce, osób lub firm doradczych, specjalizujących się m.in. w pozyskiwaniu kapitału.

Mamy dużo funduszy pożyczkowych, które zajmują się pozabankowym finansowaniem, są dostępne także pieniądze z UE, można więc skorzystać z programów pomocowych – wskazuje Mazur. – Zawsze warto również rozważyć inwestora, czyli dopuścić do przedsiębiorstwa inny podmiot zewnętrzny. Trzeba tylko pamiętać o tym, że projekt musi być dobry, rokujący, rentowny i zapewniać odpowiednią stopę zwrotu.

Przedsiębiorca, który decyduje się natomiast na założenie własnej działalności gospodarczej od zera, jak sugeruje Paweł Mazur, powinien skupić się na tym, żeby firma jak najszybciej zaczęła generować przychody. Rozważając swoje wsparcie dla firmy, instytucje finansowe będą zwracać uwagę przede wszystkim na to, czy ma ona klientów, a rynek jest zainteresowany jej aktywnością.

To najszybsza droga do tego, żeby zbudować zdolność kredytową w bankach – przekonuje Paweł Mazur. – Jeżeli uda się wygenerować przychody w ciągu pierwszych trzech miesięcy, to pojawią się możliwości zdobycia finansowania. Gdy ktoś zaciągnie już takie zobowiązanie, musi pamiętać o tym, aby regulować je terminowo, spłacać swoje raty, pokazując bankom, że pożyczone środki oddaje na czas i jest wiarygodny.

Powracający do kraju Polacy mogą również korzystać z usług doradców podatkowych i biur rachunkowych, które poprowadzą ich przez zawiłości systemu fiskalnego. Przyda się także profesjonalny doradca finansowy. Pozwoli on skupić się na prowadzeniu biznesu zamiast na wizytach w instytucjach finansowych w poszukiwaniu kapitału.

Branża winiarska stawia na ekologiczną produkcję. Konsumenci zwracają na to coraz większą uwagę

CEO Magazyn Polska

Koneserzy win kierują się przy wyborze trunku nie tylko szczepem winogron i krajem pochodzenia. Coraz częściej zwracają uwagę na sam proces produkcji – podkreśla właściciel firmy Bodegas Torres. Dlatego firma stawia na produkcję w zgodzie z naturą. Między innymi dzięki wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii, wysokiemu poziomowi recyklingu i zwiększaniu efektywności energetycznej chce do 2020 roku ograniczyć emisję dwutlenku węgla towarzyszącą produkcji jednej butelki wina o 30 proc. względem 2008 roku.

Konsumenci chcą nie tylko dobrego wina, lecz także chcą wiedzieć, jak to wino jest robione. To wielka różnica. Chcą wiedzieć, czy wino jest organiczne, czy jest robione zgodnie z zasadami fair trade. Takie wino nasza firma robi np. w Chile – mówi agencji Newseria Biznes Miguel Torres, właściciel firmy Bodegas Torres.

Firma przywiązuje dużą wagę do ochrony środowiska. Duża część winnic ma charakter organiczny, co oznacza, że nie są tam stosowane sztuczne nawozy czy środki ochrony roślin. Stosuje się natomiast takie metody upraw, jak płodozmian, pozostawianie dzikich roślin między rzędami winorośli czy używanie wrogów naturalnych do zwalczania szkodników, a wina z tych winnic mają relatywnie niski poziom siarczanów.

Naszym celem jest ograniczenie emisji gazów cieplarnianych o 30 procent w okresie 2008–2020. Dużo w to inwestujemy – tłumaczy Torres. – Wykorzystujemy przy uprawach i produkcji różne technologie, takie jak panele słoneczne, fotowoltaiczne, spalanie biomasy. Dzięki nim winnice mogą ograniczyć emisję w możliwie największym stopniu.

W procesie produkcji wina dwutlenek węgla jest zużywany w czasie wzrostu winorośli, w trakcie fermentacji jest zaś emitowany do atmosfery. Dzięki użyciu odpowiednich materiałów emisję dwutlenku węgla można znacznie ograniczyć.

Firma Bodegas Torres wdraża także inne projekty, które mogą pozwolić na oszczędności wody i energii. To m.in. wymiana oświetlenia na LED-owe czy budowa magazynów pod ziemią. Dąży również do tego, by same opakowania były bardziej ekologiczne. W tym celu zmniejszono wagę szklanych butelek wina bordeaux. Przedstawiciele firmy podkreślają, że już dziś ponad 99 proc. odpadów trafia do recyklingu.

Rodzina Torresów produkuje wina od 145 lat. Do rodziny należą duże obszary upraw winorośli, zdecydowana większość w Hiszpanii (ok. 1 tys. ha), również w Chile (ponad 400 ha) i Kalifornii. Firma inwestuje w pojedyncze, unikalne winnice i oferuje ok. 60 gatunków wina, w tym takie gatunki jak Mas la Plana czy Grans Muralles.

Zaczynaliśmy od bardzo małej winnicy i krok po kroku wkraczaliśmy do segmentu premium na rynku win. W piątym pokoleniu koncentrujemy się na inwestowaniu w małe, unikalne winnice, w których można produkować wyjątkowe wina. W ubiegłym roku zainwestowaliśmy w piękną, 10-hektarową winnicę w regionie Ribera del Duero, jednym z najlepszych miejsc w Hiszpanii do produkcji wina. Pierwsze wina z tej winnicy powinny trafić na rynek w 2017 roku – zapowiada Torres.

Wina marki Torres są dziś dostępne na blisko 160 rynkach świata. Jak wskazuje Miguel Torres, popyt te produkty wciąż rośnie.

Szczególnie dumny jestem z lokalnego rynku. Hiszpanie piją dużo naszego wina, szczególnie latem białe wina, takie jak Esmeralda, cieszą się dużą popularnością. Popyt na nasze wina rośnie także na rynkach w Azji, również w Wielkiej Brytanii. Sprzedajemy tam coraz więcej naszych czołowych win – ocenia właściciel firmy.

W ubiegłym roku globalne spożycie wina to ok. 250 mln hektolitrów. Pod względem konsumpcji w czołówce są Stany Zjednoczone, Francja i Włochy. Rośnie też pozycja Chin, gdzie tylko w latach 2007–2013 konsumpcja czerwonego wina wzrosła o 175 proc.

42 proc. Polaków świadomie kupiło kiedyś podrobiony produkt. Temat podróbek popularny wśród internautów

CEO Magazyn Polska

Ponad 40 proc. Polaków choć raz w życiu kupiło świadomie podróbkę. Najczęściej były to odzież, obuwie i kosmetyki. Wybór z reguły wynikał z niższej ceny. Bardzo często zakupy podróbek dokonywane są w sieci. Tam też temat ten jest szeroko dyskutowany. Z analizy IMM wynika, że w ciągu pierwszych 5 miesięcy roku pojawiło się na ten temat 26 tys. wzmianek, głównie na Facebooku, Twitterze oraz forach odzieżowych i kosmetycznych.

Od początku roku do końca maja na temat podróbek pojawiło się około 26 tys. wzmianek, które miały szansę zostać wyświetlone aż 77 mln razy. Jeżeli dodamy do tego również dane, że 40 proc. badanych przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Superbrands potwierdziło, że chociaż raz zakupiło podróbkę świadomie, możemy mówić już o dużej skali problemu – mówi agencji Newseria Biznes Monika Tomsia, PR manager Instytutu Monitorowania Mediów.

Internet to według 42 proc. badanych najpopularniejsze miejsce zakupu podróbek. W monitorowanych przez IMM publikacjach temat podróbek pojawia się w m.in. w kontekście rozważania zakupu takiego produktu i porównywania go z oryginałem. 45 proc. konsumentów przyznaje, że jest w stanie odróżnić produkt oryginalny od podróbki. Kluczowe wyznaczniki to według nich niska jakość wykonania, zmienione logo i niska cena danego produktu. Szukając informacji na ten temat, wykorzystują strony internetowe producentów, fora internetowe i portale społecznościowe.

Często internauci próbują też zdyskredytować produkt podrobiony. Według badania ARC 70 proc. konsumentów przyznaje, że sprzedaż nielegalnych produktów jest nieetyczna.

W ramach porównań pomiędzy podróbką a oryginałem bardzo rzadko pojawiają się jednoznaczne sprzeciwy wobec zakupu tej pierwszej. Podobnie jest z jawnymi deklaracjami zakupu. Tylko 3 proc. ze wszystkich zmonitorowanych publikacji stanowią wzmianki, gdzie zadeklarowano chęć zakupu lub zakupienie falsyfikatu – mówi Monika Tomsia.

Największym zainteresowaniem w internetowych dyskusjach na temat podróbek cieszą się ubrania i kosmetyki. Z kolei najaktywniejszymi źródłami publikacji na temat podróbek były poza Facebookiem (48 proc.) i Twitterem (15 proc.) także fora znanych portali odzieżowych i kosmetycznych, jak Vinted.pl, Fragrantica.pl i Perfuforum.pl.

Rozkład publikacji w czasie nie jest równomierny – waha się od minimalnej wartości 400 wzmianek do 2 tys. wzmianek dziennie – mówi Tomsia.

Łącznie wszystkie zmonitorowane publikacje spowodowały ponad 107 tys. interakcji w social media, w których największy udział miały polubienia (52 proc.) i udostępnienia (37 proc.).

– Dwie rekordowe wzmiankami uzyskały kolejno 7 tys. i 4 tys. interakcji. Pierwsza dotyczyła narzędzi do naprawy motocykli i w tej wzmiance autor podkreślał, że na pewno mamy do czynienia z oryginalnym produktem, a nie z chińskimi podróbkami. Natomiast druga publikacja dotyczyła porównania oryginalnego iPhone’a z jego falsyfikatami. Była to publikacja na YouTube – wyjaśnia Monika Tomsia.

Mario Draghi na ratunek?

Chart [DAX30], W1, 2016.06.27 14:57 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real

Nie ma ratunku, DAX 30 na interwale tygodniowym z impetem odbił się od górnego ograniczenia kanału spadkowego. Aktualnym celem sprzedających mogą być ostatnie minima w okolicy 8850. Indeks DAX po czwartkowym referendum zalicza dużą przecenę, import Wielkiej Brytanii z Niemiec stanowił 9%, dlatego też wyprzedaż tego indeksu jest tak duża.

Dzisiejszą sytuację na wykresie może zmienić spotkanie bankierów centralnych w Portugalii, na której odbędzie się również konferencja z udziałem Mario Draghiego. Powinien odnieść się do ogólnej sytuacji na rynkach finansowych i uspokoić sytuację.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Pracodawcy i związkowcy apelują o pomoc dla polskich cementowni

Pracodawcy i związkowcy z Rady Dialogu Społecznego apelują do rządu, aby pomógł polskim cementowniom i doprowadził do zniesienia blokad eksportu cementu do Rosji i na Białoruś. Zdaniem Konfederacji Lewiatan nieuczciwa konkurencja ze strony producentów białoruskich i rosyjskich zagraża naszej branży cementowej.

Firmy białoruskie zwiększają skokowo sprzedaż cementu do Polski. Jednocześnie Białoruś blokuje dostęp do swojego rynku. Podobne ograniczenia wprowadziła też Rosja.

– To dyskryminacja polskich producentów, która przekłada się na ograniczenia produkcji cementu w Polsce. A to oznacza redukcję miejsc pracy w branży cementowej skupionej głównie w mniejszych miejscowościach, a także utratę wpływów podatkowych do budżetu państwa oraz budżetów samorządów lokalnych – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy i związkowcy wzywają rząd do interwencji i proponują, aby rozpoczął rozmowy z Rosją i Białorusią, także z udziałem przedstawicieli Unii Europejskiej. Chcą też nagłośnienia sporu na forum Światowej Organizacji Handlu.

Konfederacja Lewiatan

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

EUR/USD pod presją


Para walutowa EUR/USD nie zdołała pokonać solidnego oporu, który został utworzony w strefie 1.137-1.153. Zamiast tego, po małej konsolidacji, odbiła się z impetem przecinając linie trendu korekty. Wszystko wygląda na to, że sprzedający otworzyli sobie drogę do ostatnich minimów w okolicy 1.04.


Chart EURUSD, W1, 2016.06.27 12:41 UTC, Admiral Markets AS, MetaTrader 4, Real


Wyprzedaż euro spowodowało czwartkowe referendum w Wielkiej Brytanii, tak zwany „Brexit”. Ostateczne wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej może spowodować rozłam Strefy Euro, lub jej spore uszczuplenie. Poniżej przedstawiamy również ostatnie wyniki ankiety przeprowadzonej przez IPSOS Mori. W ankiecie uczestnikom zadano pytanie, czy chcieliby wyjść z Unii Europejskiej lub czy chcieliby przeprowadzić referendum u siebie w kraju. Wyniki poniżej.

EUR/USD pod presją 1

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Brexit oraz stopy procentowe

Wyniki czwartkowego referendum doprowadziły do zmiany nastawienia rynku co do stóp procentowych na całym świecie, a w szczególności w Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii.

Brexit oraz stopy procentowe 2

O ile rynek przed referendum wyceniał jedną podwyżkę w USA na początku 2017 roku, o tyle teraz wycenia ją z prawdopodobieństwem wynoszącym jedynie 16%. Co więcej, z 10% prawdopodobieństwem wskazuje na cięcie stóp procentowych na lipcowym posiedzeniu, jednakże raczej do tego nie dojdzie. Taki wydźwięk przekłada się negatywnie na dolara amerykańskiego w długim terminie.

Brexit oraz stopy procentowe 3

Tym razem na podstawie Overnight Index Swap rynek zaczął wyceniać obniżki stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Na sierpniowym posiedzeniu prawdopodobieństwo to szacowane jest już na 52%.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Nastała Era Niepewności

Poniedziałek przynosi coraz więcej pytań. Każdy zastanawia się jakie konsekwencje niesie ze sobą wynik czwartkowego referendum. Jedno jest pewne, najbliższe dni, miesiące, a nawet lata będą mijały pod wpływem niepewności.

Brexit, w przeciągu jednej nocy znalazł swoje odzwierciedlenie na rynkach finansowych. Funt szterling w stosunku do dolara amerykańskiego jest najtańszy od 30 lat, a waluty uważane za „bezpieczną przystań” zyskują na znaczeniu. W piątek do gry przystąpił także Szwajcarski Bank Narodowy, który był zmuszony interweniować na rynku walutowym w obronie poziomu 1.08 na EUR/CHF. W dniu wyniku referendum odbyło się szereg spotkań oraz konferencji. Na pierwszy rzut poszedł David Cameron, który zapewnił, że referendum nie jest prawnie wiążące, ale musi być respektowane. Dowiedzieliśmy się również, że uruchomienie artykułu 50 traktatu lizbońskiego, Cameron pozostawi swojemu następcy, który zostanie wybrany w październiku. Sytuacji na rynkach nie zdołał uspokoić Prezes Banku Anglii, który zapewnił, że otoczenie makroekonomiczne będzie monitorowane, a stopy procentowe w najbliższym czasie pozostaną niezmienione. Rynek jednak na podstawie OIS (overnight index swap) wycenia cięcie stóp procentowych z 52% prawdopodobieństwem na sierpniowym posiedzeniu.

Na rynkach finansowych dzisiejszego poranka funt szterling jest najsłabszą walutą, który traci już 1,80% względem dolara amerykańskiego. Nie jest on odosobniony, ponieważ względem dolara amerykańskiego zyskuje tylko jen japoński. Indeksy giełdowe wracają ponownie w niełaskę kupujących. Większość z nich świeci się na czerwono, razem z naszym rodzinnym WIG 20, bowiem traci on już ponad 2%. Rynek surowców pozostaje względnie silny, za baryłkę ropy WTI należy zapłacić 47,85 dolara amerykańskiego, natomiast za uncję złota 1325$.

EBC

Sytuację na rynku będzie miał okazję uspokoić Prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi. Jego konferencję zaplanowano na godzinę 19:30. Będzie to pierwsza wypowiedź EBC po zmaterializowaniu się Brexitu. Wypowiedź będzie miała miejsce na forum bankierów centralnych w Portugalii. Co najciekawsze, Mario Draghi zabierze głos także we wtorek oraz środę.

Dla rynku najgorsze jest jednak to, iż nikt nie zna skutków czwartkowego referendum. W erze dużej niepewności jest bardzo prawdopodobne, że polski złoty oraz reszta walut państw wschodzących znajdzie się pod presją sprzedających, a zyskiwać będzie frank, jen oraz dolar amerykański. Kolejna przecena rodzinnej waluty może okazać się tragiczna w skutkach dla frankowiczów oraz polskiego długu w walutach zagranicznych. Niewątpliwie Wielka Brytania pisze historię.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Prof. S. Gomułka: Wpływ brexitu na gospodarkę Polski będzie niewielki

CEO Magazyn Polska

Brytyjscy obywatele wbrew oczekiwaniom rynków opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej. Zaowocowało to natychmiastowym osłabieniem zarówno funta, jak i złotego. Zdaniem prof. Stanisława Gomułki z Business Centre Club realny wpływ brexitu na gospodarki pozostałych krajów Unii, w tym Polski, będzie niewielki. Najbardziej ucierpi sama Wielka Brytania.

– Dla polskiej gospodarki brexit oznacza wzrost niepewności zarówno jeśli chodzi o dopływ środków unijnych, jak i o kursy walutowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club. – Jeśli chodzi o środki unijne, to wynika to stąd, że Wielka Brytania była dużym płatnikiem netto – prawie 10 mld funtów. Więc teraz będzie znacząco mniejszym płatnikiem, co może oznaczać konieczność pewnych zmian, nie dramatycznych, ale zauważalnych w dopływie środków unijnych na np. projekty inwestycyjne.

23 czerwca niemal 52 proc. Brytyjczyków, zwłaszcza z Anglii i Walii, opowiedziało się za wystąpieniem ich kraju ze wspólnoty. W Szkocji, Irlandii Północnej i Londynie wygrała opcja prounijna. Za izolacją Wielkiej Brytanii głosowali głównie starsi ludzie, podczas gdy w młodszych grupach wiekowych więcej było zwolenników pozostania w Unii.

Z Wielkiej Brytanii płynie co roku do unijnej kasy składka wielkości 11 mld euro. To mniej niż płaci np. Francja, nie wspominając już o Niemczech, zasilających wspólny budżet kwotą ponaddwukrotnie wyższą. Jak jednak zaznacza Gomułka, w obecnej perspektywie problemem jest nie tyle niedostatek pieniędzy, ile niedostatek projektów, na które można by je uzyskać.

– Koszt tego zostanie rozłożony na wszystkich beneficjentów netto, ale Polska jest największym beneficjentem netto środków unijnych, w związku z tym trzeba się liczyć z tym, że o jakieś 1–2 mld, może więcej euro w skali rocznej trzeba będzie ograniczyć ten dopływ środków – przypuszcza ekonomista. – Ale na razie mamy środki, których nie wykorzystujemy, ponieważ nie przygotowaliśmy odpowiedniej liczby projektów inwestycyjnych, więc w tym roku np. inwestycje publiczne współfinansowane ze środków Unii Europejskiej są na wyjątkowo niskim poziomie. To wykorzystywanie środków unijnych w dużym stopniu zależy właśnie też od nas. Jak będzie mniej tych środków, to prawdopodobnie będzie większa efektywność, lepszy dobór projektów inwestycyjnych. Nie oczekiwałbym tutaj jakiegoś dużego wpływu na gospodarkę.

Choć pozostałe unijne kraje opowiedziały się za jak najszybszym rozwodem z wyspiarzami, zgodnie z punktem 50. Traktatu Lizbońskiego opracowanie warunków opuszczenia UE zajmie Brytyjczykom dwa lata. W tym czasie będą musieli swoją składkę płacić. Dalsze losy wzajemnych relacji zależeć będą od wynegocjowanych warunków, np. tego, czy Wielka Brytania pozostanie w Europejskim Obszarze Gospodarczym, czy nie.

– Oczywiście to wszystko można uznać za wpływ niewielki. Największy wpływ będzie na gospodarkę brytyjską głównie ze względu na bardzo ważną rolę londyńskiego City. Wiele banków międzynarodowych może się zdecydować na znaczne zmniejszenie aktywności w Londynie na rzecz np. Frankfurtu, Mediolanu czy Nowego Jorku.

Mówi się także o możliwości awansu Warszawy. Na przykład przedstawiciele Goldman Sachs rozważają przeniesienie swojej głównej europejskiej siedziby z Londynu do stolicy Polski.

Największy niepokój związany z brexitem dotyczy jednak przebywających w Wielkiej Brytanii Polaków, z których tylko część ma zezwolenie na pobyt stały czy wręcz brytyjskie paszporty. Szacuje się, że znad Tamizy wyjechać może od 120 do nawet 400 tys. Polaków. Ekonomiści wątpią jednak, czy wszyscy trafią na polski rynek pracy; raczej poszukają nowych ojczyzn na innych unijnych rynkach.

– Wydaje mi się, że będą wracać do Polski, ale nie masowo. Mamy tzw. nową imigrację do Wielkiej Brytanii z Polski, to jest blisko milion osób w ciągu tych ostatnich 12 lat. Nie wykluczam, że jakieś może 200–300 tys. z tych osób wróci do kraju – szacuje Gomułka. – Nie od razu, ale przez szereg lat albo zmniejszy to odpływ z Polski do Wielkiej Brytanii, ale także w umiarkowanej skali. W ogóle proponuję założyć, że wpływ na gospodarkę i Polski, i innych krajów Unii Europejskiej będzie stosunkowo niewielki, w wielu przypadkach nawet marginesowy. Największy wpływ negatywny będzie na gospodarkę brytyjską.

Pierwszym widocznym skutkiem wyniku referendum było osłabienie się brytyjskiego funta, który spadł do poziomów najniższych od 30 lat, a także złotego oraz umocnienie bezpiecznych aktywów, takich jak złoto czy frank szwajcarski. W relacji funt–złoty bardziej straciła brytyjska waluta, która potaniała o ponad 20 groszy. To zła wiadomość dla eksporterów, a Wielka Brytania jest trzecim rynkiem eksportowym dla Polski po Niemczech i Czechach. Odpowiada za 6,4 proc. polskiego eksportu (dane GUS za I–IV 2016, liczone w złotych).

Invesco Real Estate: Polska jest atrakcyjnym rynkiem nieruchomości komercyjnych. Stopy zwrotu wynoszą 10 proc.

CEO Magazyn Polska

Krajowy rynek nieruchomości komercyjnych jest nadal bardzo atrakcyjny dla firm nimi zarządzających. W pierwszym kwartale średnie stopy zwrotu w Warszawie wyniosły 5,5 proc., choć z 12 do 14 proc. wzrósł współczynnik pustostanów. Anna Duchnowska, prezes Invesco Real Estate spodziewa się, że w ciągu najbliższych dwóch lat dochody z tego rodzaju inwestycji będą na stabilnym poziomie.

– Polska od dawna jest bardzo atrakcyjnym rynkiem nieruchomości – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Anna Duchnowska, prezes polskiego biura firmy inwestycyjnej Invesco Real Estate (IRE). – To branża, która w ogóle, długofalowo, najlepiej opiera się kryzysom. Wystarczy spojrzeć na Polskę, szczególnie Warszawę i stopy kapitalizacji.

Jak wynika z ostatniego raportu Narodowego Banku Polskiego (NBP) w pierwszym kwartale tego roku wartość transakcji na rynku nieruchomości komercyjnych wyniosła 500 mln euro. Stopy zwrotu w Warszawie, gdzie odbywa się najwięcej transakcji, spadły natomiast do 5,5 proc., poziomu niższego niż podczas boomu w 2007 r. Dochód z inwestycji w nieruchomości biurowe jest jednak najczęściej porównywany z przychodami z obligacji skarbowych. W takim kontekście, jak twierdzą eksperci, nieruchomość komercyjna w Polsce wciąż przynosi stosunkowo wysokie dochody.

– Jeżeli porównamy to ze stopami kapitalizacji na przykład w Londynie czy Monachium, gdzie trzeba zapłacić około trzech proc. czy nawet mniej, to jest to nadal bardzo atrakcyjny zwrot – przekonuje Anna Duchnowska. – Polska jest rynkiem bezpiecznym, członkiem Unii Europejskiej i NATO. Jedynym negatywnym czynnikiem jest to, że nie znajduje się w strefie euro, a cały, krajowy rynek nieruchomości opiera się o tą właśnie walutę.

W najbliższym czasie jednak, jak prognozuje Anna Duchnowska, można spodziewać się zmniejszenia stóp zwrotu z tego rodzaju inwestycji, zarówno w Polsce, jak i całej Europie.

– Myślę jednak, że nie będzie ona już tak dramatyczna, jak w ostatnich latach, choć nadal dochody będą trochę spadać – uważa Anna Duchnowska. – Natomiast sądzę, że w Polsce zatrzyma się to na poziomie około pięciu proc. przynajmniej na najbliższe dwa lata. Nie wiem co stanie się później.

Na atrakcyjność inwestycji w nieruchomości komercyjne wpływa także poziom stóp procentowych wyznaczanych przez banki centralne i związane z nimi oprocentowanie kredytów. W najbliższym czasie, jak prognozują eksperci, cena kapitału w Polsce pozostanie raczej stabilna. Wobec podjęcia decyzji o wyjściu z Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię nie wiadomo jakie decyzje podejmie Europejski Bank Centralny amerykański Fed. W Stanach Zjednoczonych analitycy spodziewają się raczej podwyżki, chociaż odbędzie się ona później niż sądzono a jej skala będzie mniejsza.

– Pięcioprocentowych zwrotów inwestor może się spodziewać, jeżeli nie finansuje się kredytem bankowym – zastrzega Anna Duchnowska. – Jeżeli do tego dołożymy pożyczkę, która dzisiaj jest bardzo nisko oprocentowana, to stopy zwrotu dla nieruchomości typu Prime mogą przekraczać 6-7 proc., a tych nie z pierwszej ligi oscylować nawet wokół 10 proc. Nie mówię przy tym, oczywiście, o kapitale oportunistycznym, który szuka ciekawszych zwrotów i inwestycji. Chodzi o inwestorów korowych czyli bezpiecznych, takich jak my.

Jak informuje NBP w pierwszym kwartale bieżącego roku czynsze transakcyjne dla powierzchni biurowych klasy A w stolicy lekko spadały i ostatecznie wyniosły średnio około 23 euro za mkw. miesięcznie. W przypadku klasy B kontynuowały trend spadkowy, natomiast rosły w dziesięciu mniejszych miejscowościach.

Stopa pustostanów wzrosła przy tym z 12 proc. do ok. 14 proc. Wynikało to jednak, jak twierdzą analitycy NBP, głównie z przesunięcia zakończenia niektórych inwestycji. Ich zdaniem oddawanie dalszych budynków do użytku w Warszawie przy stabilnym popycie może jednak znowu podnieść ilość pustostanów.

IRE to międzynarodowa firma świadcząca usługi w zakresie zarządzania inwestycjami na rynku nieruchomości. Obecnie kilkanaście proc. wszystkich, oddanych do dyspozycji IRE w Europie aktywów przypada na rynek środkowoeuropejski. Powierzony firmie kapitał pochodzi głównie ze Stanów Zjednoczonych oraz Azji.

Poprawia się sytuacja w segmencie mikro, małych i średnich przedsiębiorstw

CEO Magazyn Polska

Po pogorszeniu nastrojów w sektorze MŚP w I kwartale roku teraz widać ich znaczącą poprawę – wynika z Barometru EFL. Bardziej optymistyczne są prognozy dotyczące sprzedaży produktów i usług. Statystyki GUS pokazują też, że systematycznie rośnie liczba nowych firm, a zahamowany został spadek liczby zamykanych. Przyspieszenie rozwoju firm powoduje zwiększone zapotrzebowanie na usługi finansowe.

Polski sektor małych i średnich przedsiębiorstw jest w dobrej kondycji. Patrząc na statystyki, widzimy, że liczba zamykanych firm w tym roku spadła. W okresie styczeń/luty 2016 -2015 ten spadek jest poniżej 20 tys. zamykanych firm. Natomiast liczba przedsiębiorstw, które rozpoczynają działalność wzrasta – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Wardak, dyrektor departamentu małych i średnich przedsiębiorstw w PKO Banku Polskim.

Poprawiającą się kondycję polskich firm widać też po wynikach handlu zagranicznego. W 2015 roku wartość eksportu była wyższa o prawie 8 proc.

Patrząc z perspektywy banku, widzimy, że spłacalność kredytów jest lepsza, środki na rachunkach firm rosną, co pokazuje, że ta kondycja jest całkiem dobra – mówi Agnieszka Wardak.

Według PARP w Polsce z 1,8 mln przedsiębiorstw aż 99,8 proc. to małe i średnie firmy. Daje nam to szóste miejsce w Europie. Sektor ten odpowiada za blisko połowę polskiego PKB i ponad 6 milionów miejsc pracy. Co roku zwiększają one zatrudnienie średnio o 1,2 proc.

Także z ankietowych badań Narodowego banku Polskiego wynika, że firmy chcą się rozwijać. W I kwartale roku popyt na kredyty ze strony małych i średnich przedsiębiorstw zwiększył się odpowiednio o 24 proc. i 16 proc. Prognozy mówią o dalszym wzroście.

Przychodząc do banku, przedsiębiorcy oczekują kompleksowej oferty – mówi Wardak. – W przypadku eksportu to kwestia zabezpieczenia płatności eksportowych. Tutaj wchodzą w grę akredytywy, gwarancje płatności.

Bogata oferta to jedno z kryterium wyboru banku przez firmy, ale nie jedyna. Zdaniem Wardak wciąż istotna jest cena.

W mojej ocenie istotna jest także kwestia doradztwa, najlepiej jeśli doradca jest dedykowany danej firmie. W momencie, kiedy wchodzą bardziej skomplikowane produkty, jak np. akredytywa czy gwarancja, wówczas klient często potrzebuje dodatkowego wyjaśnienia, co jest optymalnym produktem dla danej transakcji, dla zabezpieczenia transakcji czy płatności – wyjaśnia dyrektor departamentu małych i średnich przedsiębiorstw w PKO Banku Polskim. – Widząc, jakie potrzeby mają dziś firmy, od 27 czerwca kompletnie zmieniamy ofertę rachunków dla mikro-, małych i średnich firm.

Podkreśla, że główną cechą nowej oferty jest zerowa opłata za rachunek. Bank chce też przekonać przedsiębiorców, że może wystąpić w roli ich partnera biznesowego, poznać ich problemy i wesprzeć w rozwoju biznesu.

Chcemy dobrze poznać współpracujące z nami firmy – tłumaczy Agnieszka Wardak. – W momencie, kiedy firma prowadzi u nas konto, przeprowadza przez nas obroty, znamy wielkość tej firmy, znamy jej kondycję, to możemy podstawiać gotowe limity kredytowe. Firma wtedy ma łatwy i prosty dostęp do finansowania.

W nowej ofercie znajdują się dwa pakiety dla MŚP: PKO Konto Firmowe i PKO Rachunek dla Biznesu. Pierwszy z nich jest przeznaczony dla osób fizycznych prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą, dla rolników i osób pracujących w wolnych zawodach. Warunkiem darmowego prowadzenia rachunku jest realizacja przelewu do ZUS i dokonanie transakcji bezgotówkowej kartą na co najmniej 500 zł. Drugi pakiet jest przeznaczony dla przedsiębiorców, którzy liczą na współpracę z indywidualnym doradcą. Warunkiem darmowego prowadzenia rachunku jest wpływ na rachunek w danym miesiącu 50 tys. zł, w przeciwnym wypadku opłata wynosi 49 zł.

W ciągu dwóch lat międzynarodowy koncern ABB zatrudni w Polsce blisko tysiąc pracowników

CEO Magazyn Polska

W związku z dalszym rozwojem kompetencji w obszarach takich jak IT, sprzedaż, rozwój produktu, funkcja wsparcia i R&D ABB szacuje, że w okresie 2015–2018 zwiększy zatrudnienie o około tysiąc osób, do ponad 5 tys. pracowników. Polska to jeden z głównych rynków dla ABB. 60 proc. wytwarzanych w kraju produktów trafia na eksport, głównie do Szwajcarii i innych krajów europejskich, a także do Ameryki i Afryki.

Na koniec 2015 roku ABB Polska, globalny lider w zakresie technologii energetyki i automatyki, zatrudniał 3,6 tys. pracowników, dziś jest ich ponad 4 tys. W ciągu kolejnych dwóch lat liczba pracowników przekroczy 5 tys. Jak wyjaśnia prezes Paweł Łojszczyk, pierwszy kierunek rozwoju firmy to produkcja. I zapowiada dalsze inwestycje w Fabrykę Transformatorów w Łodzi, w Fabrykę Aparatury Wysokich i Średnich Napięć w Przasnyszu, a także w Zakład Systemów Rozdzielczych Niskich Napięć we Wrocławiu.

Drugi kierunek naszych inwestycji to innowacje, czyli systemy sterowania, tam, gdzie możemy poprawić efektywność naszych klientów, gdzie ich linie produkcyjne mogą więcej wyprodukować za mniejsze pieniądze – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Łojszczyk, prezes ABB Polska.

ABB od wielu lat lokuje się w czołówce najbardziej innowacyjnych firm na rynku. Globalne wydatki koncernu na rozwój i innowacje w ubiegłym roku wyniosły 1,5 mld dolarów przy obrotach na poziomie około 40 mld dolarów. Tym obszarem działalności w Grupie ABB zajmuje się 8 tys. pracowników koncernu. ABB ma siedem globalnych centrów rozwojowych na świecie, cztery z nich są zlokalizowane w Europie, w tym jedno w Krakowie.

Krakowskie Centrum Badawcze ABB działa od 1997 roku. Pracują w nim absolwenci polskich i zagranicznych uczelni, specjaliści z wielu dziedzin z doświadczeniem w międzynarodowych projektach. Naukowcy realizują przede wszystkim projekty z dziedziny elektroenergetyki i energoelektroniki, elektroniki, sterowania, diagnostyki i monitoringu oraz technologii materiałowych.

Zadaniem siedmiu centrów badawczych, również krakowskiego, jest patrzenie na technologie przyszłe, na generacje N+1 i N+2. Każde z tych centrów działa globalnie. My też mamy mandat na pewne obszary technologiczne, w których działamy w Krakowie. Współpracujemy z naszymi obszarami biznesu w Polsce, ale opracowywane u nas technologie są zwykle wdrażane globalnie – wyjaśnia Marek Florkowski, dyrektor Centrum Badawczego ABB w Krakowie, a zarazem dyrektor technologii ABB Polska.

Jednym z ostatnich produktów centrum badawczego, który był zrealizowany przy współpracy z zakładem ABB w Aleksandrowie Łódzkim, jest system rekuperacji energii hamowania pojazdów szynowych (pociągi, tramwaje, metro), którego pierwsza instalacja pilotażowa działała w Łodzi, a niedawno podobny system został zainstalowany w warszawskim metrze. Szacuje się, że dzięki niemu możliwe jest obniżenie zużycia energii o około 10–15 proc.

Przy współudziale naukowców z Krakowa, którzy od blisko 20 lat rozwijają nowatorskie systemy monitorowania dla urządzeń/produktów grupy ABB, powstał system diagnostyczny do monitorowania silników elektrycznych, również niskonapięciowych. Zaprezentowany na targach w Hanowerze Smart Sensor wyposażony jest w mikroprocesor, zestaw czujników i niezależne zasilanie, a ze względu na jego budowę może zostać zamontowany w już działających maszynach, dzięki czemu nie trzeba ingerować w ich działanie. Naukowcy ABB podkreślają, że to rozwiązanie może ograniczyć przestój pracy silników nawet do 70 proc. i wydłużyć ich cykl życia o 30 proc., jednocześnie obniżając zużycie energii o jedną dziesiątą.

Naukowcy w Krakowie tworzą również miniaturowe obwody drukowane do zastosowań przemysłowych. Dzięki tej technologii możliwe jest bezawaryjne działanie mikrosensorów, które w ostatnich latach są coraz powszechniej wykorzystywane w przemyśle. Naukowcy intensywnie pracują także nad technologią bezprzewodowego przesyłu energii.

Osiągnięcia ABB zostały zaprezentowane podczas ubiegłotygodniowego Dnia Nauki i Technologii zorganizowanego przez firmę. Z pracami naukowców można było się zapoznać w laboratoriach tematycznych na terenie centrum. Organizacja wydarzeń tego typu to jedna z form promocji współpracy biznesowo-naukowej. Centrum szeroko współpracuje z uczelniami i absolwentami kierunków technicznych, przykładem jest wieloletnie partnerstwo z Akademią Górniczo-Hutniczą w Krakowie.

Wspólnie z AGH realizujemy przedsięwzięcie, jakim jest specjalne laboratorium nowych technologii w elektroenergetyce. Od wielu lat prowadzimy zajęcia na tej uczelni na kierunkach, które są pokrewne ABB. Wyposażyliśmy stanowiska w najnowszy sprzęt i na nim uczymy studentów. Organizujemy też wspólne działania z kołami naukowymi. Ponadto uczestniczymy w Festiwalu Nauki, który w Krakowie jest ściśle akademickim przedsięwzięciem – wymienia Marek Florkowski.

ABB od kilkunastu lat organizuje także Konkurs o Nagrodę ABB, w którym wybierane są najlepsze prace naukowe (magisterskie, inżynierskie i doktorskie) z dziedzin pokrewnych działalności koncernu. Łączna suma nagród w konkursie wynosi 60 tys. zł. W ten sposób ABB chce wspierać młodych zdolnych naukowców.

Jednocześnie przypatrujemy się poprzez ten konkurs ciekawym opracowaniom, jakie powstają. Mamy w historii tego konkursu absolwentów, którzy do nas dołączyli, są naszymi pracownikami. Mamy osoby, które prosiły nas o rekomendację i pracują w innych światowych koncernach – mówi Florkowski.

Laureatem tegorocznej, XIV już, edycji konkursu został Mariusz Zdanowski z Politechniki Warszawskiej.

– Biorąc udział w konkursie, chciałem pokazać zawarte w mojej pracy doktorskiej pomysły i rozwiązania szerszemu gronu ludzi z przemysłu – wyjaśnia Mariusz Zdanowski. – Te rozwiązania są pewnego rodzaju konkurencją dla obecnych rozwiązań w dziedzinie energetyki odnawialnej i układów przekształcania energii elektrycznej pochodzącej z turbin wiatrowych, tudzież z modułów paneli fotowoltaicznych. Rozwiązanie to jest konkurencyjne pod względem zarówno gabarytów, ponieważ dążyłem do miniaturyzacji, jak i pod względem uzyskania lepszych parametrów energetycznych i większej sprawności układu.

K. Krystowski (PZL-Świdnik): Marynarka Wojenna potrzebuje śmigłowców specjalistycznych, stworzonych z myślą o wymaganiach misji morskich

CEO Magazyn Polska

Marynarce Wojennej potrzebne są śmigłowce stworzone specjalnie pod morskie potrzeby, podobne do tych, jakie używają marynarki krajów północnych – przekonuje Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik. Jego zdaniem to lepsze rozwiązanie niż zakup śmigłowca uniwersalnego w wersji dostosowanej dla marynarzy.

W przetargu, który trwał przez ostatnie kilka lat podstawową koncepcją było zakupienie śmigłowca służącego jednocześnie wielu misjom, z naciskiem na misje wojsk lądowych. W efekcie podjęto decyzję o wyborze dla Marynarki Wojennej śmigłowca, który właściwie wersji morskiej np. do zwalczania okrętów podwodnych, jak dotąd jeszcze nie posiada i jest ona dopiero w opracowaniu i w przygotowaniu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik.

Obecnie Marynarka Wojenna wykorzystuje 27 śmigłowców siedmiu typów i pięciu rodzajów. Jak podkreśla Krystowski, marynarzom zależy na śmigłowcach specjalistycznych, dedykowanych właśnie misjom morskim.

Na targach Balt Military Expo wiele usłyszeliśmy od naszych partnerów, klientów, użytkowników o tym, że oni oczekują śmigłowca specjalnie tworzonego pod potrzeby morskie. Nie chcą mieć śmigłowca uniwersalnego, który jest wykorzystywany przez wojska lądowe, a przy okazji ma wersje dostosowane dla marynarki. Mówią o tym, że potrzebują śmigłowca, który od samego początku powstał z myślą o nich i o ich potrzebach – mówi Krystowski.

W przyszłym roku kończy się resurs, czyli zdolność użytkowa, używanych obecnie rosyjskich Mi-14. To również śmigłowce, które mają już swoje lata, tym bardziej polska marynarka powinna znaleźć nowoczesne śmigłowce, które będą spełniać swoje funkcję.

Na ubiegłotygodniowych targach Balt Military Expo PZL-Świdnik zaprezentował morski śmigłowiec AW101, stworzony na potrzeby marynarek wojennych. Kabina może pomieścić ponad 30 pasażerów lub żołnierzy lub 16 par noszy na potrzeby realizacji zadań poszukiwawczo-ratowniczych czy ewakuacji medycznej. Obecnie z tego typu maszyn korzysta siedem państw: Wielka Brytania, Włochy, Kanada, Norwegia, Portugalia, Dania i Japonia.

Ten śmigłowiec zbiera bardzo wysokie oceny. Wielu z naszych rozmówców powiedziało, że to właśnie taki śmigłowiec, jaki moglibyśmy mieć w Polsce w naszej marynarce – mówi Krystowski. – W Polsce są trudne warunki dla śmigłowców. To kwestia oblodzenia, latania w bardzo niskich temperaturach i trudnych warunkach pogodowych ze względu na wiatr i deszcz. To jest specyfika latania na północnych morzach, dlatego nasza Marynarka Wojenna powinna patrzeć na to, jakimi śmigłowcami latają marynarki krajów podobnych.

Ratownicy morscy podkreślają, że oprócz walorów technicznych i pilotażowych śmigłowców, liczy się również komfort pracy i realizowanej misji. Lotnicy chcą być wyposażeni w dobre, mocne i bezpieczne śmigłowce, spisujące się w każdych warunkach.

Śmigłowiec AW101 to jeden z najlepszych  obecnie dostępnych na rynku śmigłowców morskich. Daleki zasięg działania, moc i niezawodność tej maszyny to to czego potrzeba polskiej armii. Śmigłowiec może wystartować z  lotniska, oblecieć cały obszar odpowiedzialności ratowniczej przypisanej dla naszego państwa i bezpiecznie wrócić, bez ryzyka technicznego – mówi kpt. mar. rez. Mirosław Orzeszek, były ratownik pokładowy z ponad 30-letnim stażem zawodowym, uczestniczący w ponad 40 akcjach ratowniczych na Bałtyku i wodach śródlądowych.

Jak podkreśla, wiele osób mylnie kojarzy ratownictwo morskie wyłącznie z pomocą pojedynczym osobom czy jednostkom, a nie bierze pod uwagę ewentualnych morskich katastrof masowych

W naszych szerokościach geograficznych dochodziło w przeszłości do takich tragedii. Biorąc pod uwagę doświadczenia minionego okresu, śmigłowiec AW101 jest idealny do naszej służby poszukiwawczo-ratowniczej. Poleci on w prawie każdych warunkach hydrometeorologicznych, jest duży i stabilny oraz ma nowoczesne wyposażenie, które pozwoli na wykonanie każdego zadania – dodaje Orzeszek.

Na wyposażeniu polskiej Marynarki Wojennej znajduje się już dziś wiele maszyn produkcji PZL-Świdnik, w tym sześć maszyn Anakonda, modelu ratowniczego i dwa śmigłowce W-3 w wersji transportowej. Służą one marynarzom od blisko 24 lat i przez ten czas wzięły udział w ponad 330 akcjach ratowniczych.

Śmigłowce W-3 RM Anakonda to bardzo dobre maszyny, które wykonały dużo misji ratowniczych, głównie na wodach Morza Bałtyckiego, ale nie tylko. Oczywiście zdarzały się pewne niedogodności związane z oprzyrządowaniem, ale to w skali zasług tej maszyny w ogóle się nie liczy. Anakondy wymagają jednak modernizacji i dostosowania ich do obecnego scenariusza działań ratowniczych w międzynarodowym systemie SAR – dodaje kpt. Mirosław Orzeszek.

Ponadto prawie 80 proc. śmigłowców dostarczonych polskim Siłom Zbrojnym w ostatnich 10 latach to maszyny wyprodukowane w Świdniku, które stanowią trzon floty śmigłowców Wojska Polskiego. Pozostałe 20 proc. to  śmigłowce produkcji rosyjskiej.

Wśród najlepszych pięciuset uniwersytetów na świecie nie ma polskiej uczelni. Aby sprostać globalnej konkurencji, Polska musi mieć uniwersytet światowej klasy

CEO Magazyn Polska

Polskie uczelnie zajmują odległe miejsca w światowych rankingach uniwersytetów. Według brytyjskiego zestawienia nie ma ich nawet w pierwszej pięćsetce. Polska, by móc konkurować na globalnym rynku, musi stworzyć przynajmniej jeden taki ośrodek, bo to miejsce kształcenia elit i tworzenia innowacji. W lipcu rusza proces aplikacyjny do Leadership Academy for Poland – programu rozwoju przywództwa realizowanego przy udziale globalnego biznesu i profesorów Uniwersytetu Harvarda. Jego celem jest rozwój potencjału Polaków i stworzenie w naszym kraju światowej klasy edukacji.

Polskie uniwersytety rozwijają się i zmieniają na lepsze, ale świat rozwija się jeszcze szybciej. Dlatego w rankingach światowych nasze uniwersytety w ostatnim czasie tracą pozycję – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Cezary Wójcik, ekonomista współpracujący z uniwersytetami Harvarda i Berkeley, założyciel Leadership Academy for Poland. – Miejmy nadzieję, że to się będzie zmieniać. Mamy wielu mądrych ludzi, ale nie wypracowaliśmy jeszcze dobrego systemu, który pozwala uwalniać energię i mądrość tych ludzi i przekłada się na konkretne wyniki naukowe i biznesowe.

Jak wskazują międzynarodowe zestawienia, polskie uniwersytety – Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński – regularnie znajdują się dopiero w czwartej setce w światowych rankingach uczelni wyższych (wg tzw. Listy Szanghajskiej). Według metodologii brytyjskiego „Światowego Rankingu Uniwersytetów 2015–2016” nie ma ich jednak nawet w pierwszej pięćsetce.

Właśnie dlatego tworzymy nasz projekt – Leadership Academy for Poland, żeby dać impuls do rozwoju polskiej nauki i edukacji. Nadrzędnym celem jest tworzenie w Polsce światowej klasy edukacji – tłumaczy prof. Cezary Wójcik.

Wśród partnerów projektu znalazły się m.in. Orange Polska i Deloitte, dzięki którym około 40 wybitnych Polaków działających w biznesie, start-upach organizacjach non-profit, administracji publicznej, mediach, kulturze czy sporcie otrzyma stypendia umożliwiające bezpłatny udział w Leadership Academy for Poland. Całość szkoleń będzie oparta na metodzie Leadership 4D-Experience. Zakłada ona rozwijanie kompetencji przywódczych w trzech zakresach: ludzkim (przewodzenie w organizacji, rozumienie motywacji pracowników, budowanie długofalowych możliwości zespołów), systemowym (zarządzanie kompleksowością otoczenia) oraz samodoskonalącym (źródła motywacji, stosunku do siebie, ludzi i świata).

Ludzie, którzy mają w sobie taką energię, którzy angażują się na rzecz zmieniania rzeczywistości, są niezwykle ważni. Dzięki nim świat, również Polska, się zmienia i chcielibyśmy, żeby było ich więcej. Akademia będzie miejscem, gdzie takich ludzi przyciągniemy, rozwiniemy i pobudzimy do działania – wskazuje prof. Wójcik.

W rekrutację zaangażowane zostały prestiżowe organizacje z kraju i z zagranicy, m.in. Harvard Polish Society, Komisja Fulbrighta, MIT Forum Enterprise, Google Campus Warsaw. W programie będą uczestniczyli światowej klasy edukatorzy z najlepszych światowych uczelni.

Wyjątkowość akademii polega m.in. na tym, że chcemy, aby w programie uczestniczyli ludzie z różnych sektorów. Chcemy, żeby osoby, które zazwyczaj ze sobą nie dyskutują, nie mają relacji, mogły się spotkać. W szczególności zależy nam na tym, żeby ludzie z organizacji non profit i start-upów mogli poznać osoby ze świata biznesu. Dzięki temu ich możliwości realizowania projektów mogą się zwiększyć – podkreśla założyciel akademii.

Leadership Academy for Poland ma być impulsem do stworzenia w naszym kraju uniwersytetu, który w perspektywie 20–30 lat znajdzie się w światowej czołówce. Jak przekonuje prof. Wójcik, to jednak nie tylko kwestia kompetencji, lecz także pieniędzy i współpracy ze światem nauki i biznesu z innych krajów.

W tym zakresie wciąż mamy deficyt. Kontakt polskiej nauki z biznesem nie jest optymalny, trzeba nad tym pracować. Akademia będzie miejscem, gdzie te luki będziemy niwelować, a bariery burzyć – zapowiada Cezary Wójcik.

Rekrutacja do Leadership Academy for Poland potrwa od początku lipca do 30 sierpnia, a sam program rozpocznie się w październiku. Udział w programie mogą wziąć osoby, które wypełnią formularz aplikacyjny w systemie nominacji dostępnym na stronie akademii. Twórcy Akademii chcą do niej przyciągnąć nie tylko ludzi skupionych na rozwoju zawodowym, lecz także chcących zrobić coś dla innych.

Aby zwiększyć swoje szanse, potencjalni kandydaci mogą się kontaktować z naszymi partnerami nominującymi, którzy będą zaangażowani w cały proces, m.in. Harvard Club of Poland, Komisją Fulbrighta, a także innymi organizacjami, np. jak Teatr Wielki Opera Narodowa, bo chcemy też dotrzeć do ludzi kultury – wskazuje założyciel Leadership Academy for Poland.

Rynek usług logistycznych dynamicznie rośnie. Polskie firmy liderami na zagranicznych rynkach

CEO Magazyn Polska

Dzięki rosnącemu segmentowi handlu w sieci dynamicznie rozwijają się usługi transportowe. Coraz większe wymagania e-commerce’owych klientów, np. w zakresie szybkości dostaw i magazynowania, powodują, że firmy logistyczne muszą dostosowywać swoją działalność i inwestować w technologie. To jednak pozwala zdobywać kolejne kontrakty, również za granicą. Takie plany ma również spółka FM Logistic, która przedstawiła zaktualizowaną strategię na najbliższe lata. 

Rynek polski z perspektywy gospodarki jest ciągle rosnący. Wzrost PKB o 2–3 proc. pokazuje, jak różnimy się od innych krajów unijnych. Ta dynamika rynku powinna się utrzymać. Polska pozostanie w tej dekadzie konkurencyjnym kosztowo krajem na tle państw zachodnich – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Sukiennik, dyrektor generalny FM Logistic w Polsce. – Logistyka jest branżą ciągle ewoluującą. Ponieważ stanowi koszt dla producenta, musimy szukać innowacji, umożliwiających optymalizację kosztów. Usługa, którą świadczymy, musi być konkurencyjna.

FM Logistic znajduje się obecnie na 3. miejscu w rankingach firm logistycznych pod względem wysokości obrotów, na 2. w ocenie klientów i na 1. w logistyce kontraktowej. Do 2019 roku dzięki rozwojowi usług transportowych spółka planuje wygenerowanie rocznie 13-proc. wzrostu sprzedaży.

Nasza zaktualizowana strategia na kolejne 3 lata opiera się przede wszystkim na kontynuacji stabilnej i trwałej jakości usług. Jest oparta na kompleksowości, multiklienckich rozwiązaniach, które są w stanie zagwarantować synergię i efektywność kosztową. To oczywiście technologie, innowacyjność, rozwiązania, które będzie na nas wymuszał rynek, aby móc być liderem – tłumaczy Sukiennik.

W Polsce operator stawia głównie na rozwój usług transportowych. Docelowo tego typu projekty mają generować około połowę obrotów w każdym z krajów Grupy. FM Logistic chce budować swoją przewagę rynkową na wysokiej specjalizacji, dlatego na najbliższe 3 lata firma za kluczowe dla Polski uznała usługi dla branży health, e-commerce i drobnicy krajowej, które już dziś odpowiadają za 45 proc. obrotów.

Aby rozwijać usługi dla firm farmaceutycznych, spółka rozbudowuje centrum dystrybucyjne w Błoniu o kolejne 13 tys. mkw. Docelowo do dyspozycji klientów będzie 38 tys. mkw. Prace mają się zakończyć do października 2017 roku.

Kolejny segment to drobnica międzynarodowa. FM Logistic do tej pory nie oferuje jeszcze tej usługi klientom, natomiast z racji tego, że klientom w Polsce od kilku lat jest już oferowana drobnica krajowa, mamy doświadczenia i chcemy jeszcze w tym roku wystartować z pierwszymi liniami drobnicy międzynarodowej – zapowiada Jacek Oraczewski, dyrektor transportu międzynarodowego FM Logistic.

Spółka planuje również dynamiczny rozwój w sektorze e-commerce.

Sklepy internetowe bardzo mocno się rozwijają, mają coraz większą sprzedaż i ofertę, potrzebują coraz więcej powierzchni magazynowej, w związku z tym coraz więcej e-sklepów szuka magazynów u operatorów logistycznych, którzy będą w stanie sprostać skali rozwoju. Innym obszarem są nowe technologie, gdzie np. klienci przez aplikacje mobilne czy przez stronę internetową mogą zarządzać przesyłką, datą dostarczenia i miejscem – wskazuje Jacek Lipiński, dyrektor rozwoju biznesu, specjalizacja e-commerce w FM Polska.

Większość zleceń w chwili obecnej pochodzi od graczy wielokanałowych. FM Logistic w tym obszarze wspiera także własne know-how nabywane od 2009 roku na zachodnich rynkach oraz doświadczenie ekspertów z przejętego niedawno Spear Logistics, które obsługuje w Indiach ponad milion przesyłek miesięcznie. Usługi e-commerce w FM Logistic tworzone są w oparciu o kooperację z wiodącymi firmami kurierskimi w Polsce.

Klienci e-commerce’owi są bardzo wymagający. Standardem staje się powoli dostawa na następny dzień przesyłki zamówionej w sklepie internetowym – wskazuje Lipiński. – Klientom zależy, żeby zwroty były sprawnie, szybko przeprocesowane, żeby nie musieli długo czekać na zwrot pieniędzy. Należy też wspomnieć o niskich kosztach przesyłek kurierskich czy obsługi magazynowej, żeby klient mógł mieć przesyłkę gratis.

Jak tłumaczy Lipiński, wyzwaniem jest wprowadzenie nowych rozwiązań procesowych automatyzacji w magazynach e-commerce. Logistyka będzie musiała być elastyczna, by dostosować się do szybko zmieniających wymagań rynku, istotne będzie też kreowanie nowych rozwiązań ze względu na rosnące wymagania klientów.

Poza inwestycjami w platformy i innowacje, FM Logistic zapowiada sukcesywne zwiększanie floty o 20 proc. rocznie, co oznacza regularny zakup 100 nowych naczep. Chce również rozszerzyć działalność poza Europę Centralną. W skali globalnej FM Logistic zamierza rozpocząć konkurowanie o rynek niemiecki, bałkański i indyjski. Pierwszym krokiem na nowej drodze ekspansji było przejęcie w tym roku w Indiach firmy Spear Logistics.

Żyrardów stawia na turystykę i rekreację. W poprzemysłowym mieście może rozwijać się także biznes

CEO Magazyn Polska

Żyrardów, słynące z wyrobów lnianych i industrialnej zabudowy miasto, dziś dynamicznie rozwija się także w sektorze kultury, sportu i rekreacji. Do miasta oddalonego o 30 minut od centrum Warszawy, poza wyjątkową architekturą turystów ma przyciągać między innymi kompleks rekreacyjny, który ma powstać przy Zalewie Żyrardowskim. Obchodzące 100 rocznicę powstania pofabryczne miasto nawiązuje nowe umowy partnerskie z miastami europejskimi. Poza francuskim Lourmarin i węgierskim Hajdúszoboszló niedawno podpisano umowę o współpracy z Krasną Lipą w Czechach, trwają rozmowy z Gruzją.

Powstanie Żyrardowa to konsekwencja powstania fabryki wyrobów lnianych i późniejszego rozwoju przyfabrycznego. W 1916 roku, czyli 100 lat temu, nadano mu prawa miejskie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Jasiński, prezydent Żyrardowa. – W tym czasie Żyrardów rozwinął się z osady do ponad 40-tysięcznego miasta.

Historia rozpoczyna się w 1833 roku, kiedy do wsi Ruda Guzowska, należącej do dóbr hrabiów Łubieńskich, przeniesiono fabrykę wyrobów lnianych z mechaniczną przędzalnią lnu zorganizowaną przez Filipa de Girarda.

Można powiedzieć, że to Filip de Girard postawił na nogi fabrykę wyrobów lnianych i cały Żyrardów. Fakt, że miasto nosi jego imię, jest jak najbardziej zasadne – podkreśla prezydent miasta.

Międzynarodowa historia przemiany osady fabrycznej w miasto zachęca dzisiejsze władze do aktywnej współpracy z innymi krajami.

Od 30 lat między Polską a Francją istnieje partnerstwo, które stanowi cenny wkład w stosunki dyplomatyczne. Współpraca rozwija się na szczeblu mieszkańców, społeczności, i to jest najcenniejsze. To bardzo dobra wróżba dla umacniania przyjaźni i więzi między naszymi narodami – mówi Pierre Buhler, ambasador Francji w Polsce, honorowy ambasador Żyrardowa.

Nawiązanie umowy partnerskiej z Krasną Lipą (miastem, z którego pochodzili założyciele fabryki wyrobów lnianych) umożliwi, jak przekonują władze miasta, poznanie przeszłości i dziedzictwa obu miast, a także kultury, tradycji i obyczajów obydwu narodów. Przystąpienie do umowy partnerskiej pozwoli na nawiązanie oficjalnej współpracy międzynarodowej w takich dziedzinach, jak kultura, oświata, gospodarka, turystyka, tworzenie wspólnych projektów oraz budowanie kontaktów pomiędzy lokalnymi instytucjami, organizacjami i społecznościami. To właśnie na kulturę i rekreację stawia obecny prezydent miasta.

Żyrardów słynie z industrialnej zabudowy architektonicznej. 97 proc. zabytków ocalało po wojnie, więc to nie wojna, tylko brak remontu był najgorszym czynnikiem, który spowodował, że zabytki niszczały. Chcemy odtworzyć tę świetność osady pofabrycznej i na tym budować kapitał miasta – mówi Wojciech Jasiński.

Nie brakuje nowych inwestycji, które mają ściągnąć turystów i zachęcić mieszkańców do aktywnego trybu życia i korzystania z atrakcji miasta. Priorytetem dla władz jest renowacja zalewu i rozbudowa terenu do niego przyległego.

Chcemy rozpocząć inwestycję polegającą na zabudowie Zalewu Żyrardowskiego. Przewiduję, że osiągnie ona pułap 4–5 mln zł. Nabrzeża zostaną w pełni zagospodarowane, a cała infrastruktura zacznie służyć mieszkańcom i licznym turystom z Polski i zagranicy, którzy coraz chętniej odwiedzają miasto. Chcemy naszym mieszkańcom zaoferować wiele propozycji spędzania wolnego czasu – dodaje Jasiński.

Jak podkreśla Waldemar Pawlak, były premier, wieloletni mieszkaniec Żyrardowa, miasto to ma także potencjał dla gospodarki regionu.

Jubileusz Żyrardowa to wspaniała okazja do spojrzenia na nowo na miasto, które rosło jako miasto przemysłowe, a dzisiaj może być miastem, w którym rozwija się kreatywna ekonomia bazująca na twórczości ludzi, na ich fantazji, na osobistych osiągnięciach i wytworach – podkreśla Pawlak. – Polska okazuje się w tej dziedzinie być krajem bardzo znaczącym w gospodarce światowej i myślę, że to dla Żyrardowa może być wspaniała okazja, aby w przestrzeni creative economy odnaleźć nowe otoczenie, nową przyszłość dla siebie.

Życzyłbym, żeby właśnie ten duch innowacyjności jeszcze przez całe kolejne stulecie inspirował mieszkańców, żeby znaleźli energię na nowy skok cywilizacyjny, a nowe technologie mogły się tu zakorzenić. To czasami zdarzało się w wielu miastach Francji. Dotychczasowy stary przemysł znikał, a powstawały w jego miejsce nowe klastry, otwierające nowy rozdział w historii miast. I takich kolejnych 100 lat życzę wszystkim mieszkańcom Żyrardowa – mówi Pierre Buhler.

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.06.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Brexit stał się faktem

Brexit stał się faktem 4

Wszyscy się mylili, Brexit stał się faktem. Jeszcze wczoraj wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej było wyceniane na 30%, a teraz stało się prawdą. Oficjalne wyniki referendum poznamy o godzinie 10.00 polskiego czasu. Według BBC 17,410,742 osób zagłosowało za odłączeniem się Zjednoczonego Królestwa ze Wspólnoty, natomiast 16,141,241 osób chciało pozostać.

Funt szterling spadł na 30 letnie minima, indeksy świecą na czerwono. Polski złoty dostał rykoszetem, za jedno euro należy zapłacić 4.50, frank kosztuje 4.20. Złoto w szczytowym momencie kosztowało 1355$, był to fenomenalny wzrost o 100$ przez niespełna kilka godzin.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Marcin Krasoń, Home Broker: Mieszkanie w programie MdM w Warszawie

Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker
Marcin Krasoń, Analityk Rynku Nieruchomości Home Broker

W drugim i trzecim kwartale 2016 r. limity ceny za metr kwadratowy w ramach programu MdM, czyli Mieszkanie dla Młodych, wynoszą w Warszawie 6 353,30 zł na rynku pierwotnym i 5 198,16 zł na rynku wtórnym. Liczba mieszkań mieszczących się w limitach jest ograniczona, najwięcej znajdziemy ich w następujących dzielnicach: Praga Południe, Białołęka, Targówek i Ursus.

Mieszkanie dla młodych. Zasady i warunki – na czym polega program MDM?

Program Mieszkanie dla Młodych polega na dofinansowaniu wkładu własnego na zakup mieszkania dla osób do 35. roku życia. W przypadku małżeństw decydujący jest wiek młodszego małżonka. Rodziny z co najmniej trójką dzieci mogą na tę pomoc liczyć również wtedy, gdy ich wiek przekracza ten limit.

Aby otrzymać dofinansowanie nie można posiadać własnego mieszkania, również w przeszłości. Warunek ten nie dotyczy rodzin z co najmniej trojgiem dzieci. Kredyt musi być zaciągnięty na co najmniej 50 proc. ceny mieszkania, na nie mniej niż 15 lat. Ważny jest także limit ceny metra kwadratowego nieruchomości, różny dla poszczególnych miast. W Warszawie do końca trzeciego kwartału 2016 r. stawka za metr kwadratowy na rynku pierwotnym nie może przekroczyć 6 353,30 zł., na rynku wtórnym – 5 198,16 zł. Kwota dopłaty do jednego metra kwadratowego wynosi w stolicy maksymalnie 5 775,73 zł.

Wobec wyczerpania środków na dopłaty w tym roku, beneficjenci programu mogą składać wnioski o dopłaty na 2017 i 2018 rok. Wówczas pieniądze zostaną wypłacone dopiero wtedy, co oznacza, że sprzedający musi się zgodzić na to, że część środków dostanie dopiero za jakiś czas. Tempo składania wniosków jest ogromne, i istnieje poważne ryyzko, że wnioski na dopłaty w 2017 r. zostaną zablokowane już w wakacje. W ostatnim tygodniu maja kwota rejestrowanych środków wyniosła prawie 20 mln złotych, w tygodniu wcześniejszym – 19,5 mln złotych z puli na 2017 rok.

Koszt metra kwadratowego mieszkania na rynku pierwotnym i wtórnym

Najdroższą dzielnicą w Warszawie pozostaje Śródmieście. Tam średnia cena metra kwadratowego na rynku pierwotnym wynosi 11-12 tys. zł. Na rynku wtórnym to ponad 8 tys. zł. Niewiele niższe ceny są na Żoliborzu i Mokotowie. W takich dzielnicach, jak Ursynów, Wilanów, Bemowo, Ochota, Wola, Bielany, a nawet oddalonych od centrum miasta Włochach, gdzie zapłacimy na rynku wtórnym ponad 7 tysięcy złotych, na dofinansowanie z MdM nie ma szans. W limicie programu mieszczą się głównie mieszkania na Pradze Południe, Białołęce,Targówku i  Ursusie, gdzie ceny na rynku pierwotnym i wtórnym pozwalają na staranie się o dofinansowanie z programu MdM.

Obrzeża miasta coraz bliżej centrum

Jeszcze łatwiej zmieścić się w limicie w pozostałych dzielnicach stolicy, bardziej oddalonych od centrum, stanowiących do niedawna dalekie przedmieścia. W ofercie Home Brokera można znaleźć chociażby mieszkania na Targówku, skąd dzięki drugiej linii metra będzie można za kilka lat bardzo szybko dojechać do centrum miasta, i na Ursusie, którego z centrum łączy kolejka. Dzielnice te dotychczas kojarzyły się z brakiem rozrywki i niezbyt urokliwymi widokami, ale dzięki nowoczesnym inwestycjom zmieniają swój charakter i zyskują na atrakcyjności. Pojawia się tam coraz więcej restauracji, a także prywatnych szkół i przedszkoli. Te obszary są także znacznie lepiej niż przed laty skomunikowane z resztą miasta.

Wybór mieszkań na rynku wtórnym

Możliwość zakupu mieszkania w ramach programu Mieszkanie dla Młodych na rynku wtórnym jest dużym ułatwieniem, choćobowiązujący limit (5 198,16 zł za mkw.)to, jak na Warszawę niewiele. Trudno jest w stolicy kupić atrakcyjne mieszkanie w tej cenie. Najłatwiej uzyskać dofinansowanie do mieszkań w wymienionych wcześniej dzielnicach obrzeżnych takich jak Targówek czy Ursus.. Najwięcej mieszkań w ramach limitu znajdziemy w blokach z lat 70. oraz w kamienicach. W tych ostatnich często mamy możliwość rozbudowania mieszkania o antresolę lub powiększenia, dzięki adaptacji strychu. Na rynku wtórnym można szukać mieszkań przeznaczonych do remontu, ta cecha sprawia, że lokale są dużo tańsze.

Brexit albo zniszczy Unię albo przyspieszy reformy, które ją wzmocnią

Decyzja Brytyjczyków zmienia obraz Europy. Trzeba zrobić wszystko, by nie był to początek końca wspólnego, europejskiego projektu, by zamienić porażkę w sukces. To zależy także od nas, od Polski. Trzeba się wziąć do pracy. Jeśli chcemy silnej Unii musimy znaleźć się w gronie liderów jej wzmacniania, a nie w gronie kontestatorów – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Musimy wykazać, że tu nie chodzi tylko o unijne dotacje, tak dla nas ciągle ważne, ale także o wspólny rynek, wspólną politykę zagraniczną, wspólne wartości, nowe kompetencje dla Unii w obszarach ponadgranicznych. Nie ma wspólnoty bez oddawania części swoich uprawnień. Reguły unijne nie mogą być zbiorem, z którego członkowie wybierają tylko to co im w całości odpowiada, musimy mieć zdolność do kompromisów, do działań solidarnych – podkreśla Henryka Bochniarz, prezydent Konfederacji Lewiatan.

W krajach starej Unii coraz częściej pojawiają się głosy, że nowe kraje członkowskie, które miały stać się ożywczą siłą Europy, stały się balastem. Musimy zmienić ten pogląd, musimy pokazać, że czujemy się, podobnie jak Niemcy, Francuzi czy Włosi, odpowiedzialni za Unię, że spełniamy unijne standardy, że nie lekceważymy unijnego prawa. Polska jest w ogonie krajów członkowskich w kwestii implementacji dyrektyw unijnych. Rząd powinien w krótkim czasie przedefiniować politykę europejską i działać na rzecz włączenia Polski w debatę o przyszłości UE. Jest w najlepszym interesie naszej gospodarki pozostanie w możliwie najbliższej relacji do czołowych państw UE, w tym Niemiec.

Dla Polski Brexit oznacza w pierwszej kolejności konsekwencje gospodarcze. Złoty od rana traci na wartości. W ciągu dnia nastąpi prawdopodobnie dalsze jego osłabienie i spadek indeksów na GPW. W dalszej perspektywie trzeba oczekiwać niewielkich zmian w wymianie handlowej z Wielka Brytanią. Brexit przyniesie także konsekwencje dla Polaków mieszkających i pracujących na Wyspach, a w rezultacie także dla polskiego rynku pracy. Trzeba spodziewać się większej niż do tej pory skali powrotów do Polski. Negocjacje Unii z Wielką Brytanią oznaczają także konieczność renegocjacji budżetu UE do 2020 r. i być może ograniczenia wartości środków z funduszy spójności jakie Polska otrzymuje.

Konfederacja Lewiatan jest w stałym kontakcie z BUSINESSEUROPE i innymi organizacjami przedsiębiorców w Europie, w tym CBI. Prezydent BUSINESSEUROPE Emma Marcegaglia podkreśla, że należy się przede wszystkim skoncentrować na tym co przed Europą i gospodarką. Będzie namawiać liderów politycznych do jednoznacznego dalszego wspierania idei Unii Europejskiej i wzmacniania trzech najważniejszych filarów Unii – jednolitego rynku, wspólnej polityki handlowej i euro.

POLITYCZNE, RYNKOWE I INNE POTENCJALNE SKUTKI BREXIT-u:

POLITYCZNE, RYNKOWE I INNE POTENCJALNE SKUTKI BREXIT-u: 5

POLITYCZNE, RYNKOWE I INNE POTENCJALNE SKUTKI BREXIT-u:

1. dymisja premiera Davida Camerona i duże zamieszanie w brytyjskiej polityce;

2. wzrost poparcia dla Donalda Trumpa;

3. rozpad Wielkiej Brytanii;

4. będą kolejne referenda ws. pozostania w Unii Europejskiej / Strefie Euro;

5. większe prawdopodobieństwo rozpadu/przedefiniowania roli Unii Europejskiej;

6. wzrost poparcia dla prawicy (również tej skrajnej) w Europie;
nasili się kryzys imigracyjny w Europie;

7. silne wyhamowanie wzrostu gospodarczego (kryzys) w Europie;

8. hamowanie wzrostu gospodarczego w Europie i niepokój na rynkach finansowych mogą wywołać kryzys gospodarczy w Chinach;

9. Fed na wiele miesięcy odłoży podwyżki stóp procentowych w USA lub nawet może je ponownie obniżyć;

10. wzrost napięcia na rynkach finansowych spowoduje ucieczkę inwestorów z rynków wschodzących (mocno ucierpi złoty i polska giełda);

11. rząd Beaty Szydło nie zrealizuje obietnic wyborczych i już wkrótce zacznie mieć problemy z realizacją budżetu;

12. kurs GBP/USD spadnie do 1,15, EUR/USD do 1,00, EUR/CHF również do 1,00, natomiast euro, dolar i szwajcarski frank mogą kosztować po 4,40-4,50 zł.

Marcin Kiepas
Główny Analityk Admiral Markets

BOE o sytuacji

Zdjęcie numer 1: Jak głosowało Zjednoczone Królestwo

BOE o sytuacji 6

Źródło: Bloomberg

Czeka nas ciężki weekend wystąpień oraz konferencji, które mogą dać zarys sytuacji na rynkach finansowych i w Unii Europejskiej. Przed chwilą odbyła się konferencja z udziałem Prezesa Banku Centralnego Anglii, Marka Carneya, poniżej najważniejsze informacje:

  • Nadchodzi okres dużej niepewności na rynkach
  • Bank Anglii ma szereg metod, których nie zawaha się użyć
  • Posiadamy 250 miliardów w funduszu dodatkowego, który może zostać wykorzystany
  • Banki znajdują się w dobrej sytuacji
  • Bank Anglii ma odpowiedni plan
  • Bank Anglii oceni sytuację w najbliższych paru tygodniach
  • Możemy wywnioskować, że Bank Anglii nie zamierza interweniować na rynku ani też obniżać stóp procentowych.

W sobotę z kolei odbędzie się spotkanie ministrów spraw zagranicznych Francji, Niemiec, Holandii, Luksemburga, Włoch oraz Belgii, będą omawiane skutki głosowania w Wielkiej Brytanii.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

Kiedy opadną emocje po Breksicie?

Do końca dnia będą rządziły emocje, pytanie, czy opadną do poniedziałku. Brexit staje się faktem wbrew większości prognoz, więc szok na rynkach finansowych jest zrozumiały. Politycy, a także banki centralne zapewniały, że są przygotowane na każdy scenariusz, teraz więc zobaczymy, czy to były tylko słowa, czy rzeczywiście dysponują extra skutecznymi narzędziami.

Ciekawe, co by to mogło być, skoro stopy procentowe są albo bardzo niskie, albo ujemne. Rynki będą czekały na jakieś koło ratunkowe, ale czy znają go w Europie? Kontynent się destabilizuje, a wyniki czekających nas w ciągu najbliższego 1,5 roku wyborów w Hiszpanii, Holandii, Francji i Niemczech mogą być niekorzystne dla przyszłości UE.

Londyn robi co może, by uspokoić rynki. Prezes Banku Anglii w orędziu dziś rano przyznał, że nadchodzi okres niepewności, ale fundusze pozostające w jego dyspozycji są na tyle duże, by opanować sytuację. BoE oceni ją w ciągu najbliższych tygodni, więc wygląda na to, że na razie stopy pozostaną bez zmian. Czas jest rynkom bardzo potrzebny, o czym doskonale wie David Cameron, który oświadczył, że przygotowaniami do Breksitu zajmie się jego następca, który zostanie wybrany w październiku. Cała procedura zostanie więc opóźniona, co dla rynków jest dobrą wiadomością. 

Bardzo interesująco zapowiada się otwarcie giełdy w Nowym Jorku, która będzie miała więcej czasu, by ochłonąć po brytyjskim referendum. USA to w porównaniu z chwiejącą się Europą oaza spokoju i stabilności. Dzisiaj pojawią się w Ameryce ważne dane  – zamówienia na dobra trwałe i indeks Uniwersytetu Michigan – które rynek oczywiście może zignorować, ale może też przyjrzeć się im bardziej uważnie. Ciekawe, czy twarde informacje gospodarcze przebiją się przez zalewającą rynki falę emocji.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

VN:F [1.9.22_1171]

Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Bardzo ciężka noc

Bardzo ciężka noc 7

Piątkowy poranek jest w kolorach czerwonych, większość aktywów traci na wartości. Zyskują jedynie obligacje niektórych państw, metale szlachetne oraz jen japoński. Funt szterlinga znalazł się przez chwilę na 31 letnim minimum, dolar australijski, nowozelandzki oraz euro tracą odpowiednio 3.09%, 2.94%, 2.87% w stosunku do dolara amerykańskiego.

Polski złoty dostał rykoszetem, euro było notowane powyżej 4.50 zł, frank szwajcarski powyżej 4.20 zł, natomiast dolar amerykański ponad 4.10 zł. Wyprzedawane są także surowce, jedynie złoto utrzymało się nad powierzchnią i zyskuje ponad 4%. Rynek po tak burzliwej nocy powinien znaleźć się w korekcie ostatnich ruchów.

Przed chwilą odbyła się również konferencja z udziałem Davida Camerona, który już oficjalnie z 3 miesiące odejdzie ze swojego stanowiska. Nowy lider poprowadzi swój kraj do wolności.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych

BREXIT. Nowe porządki

BREXIT. Nowe porządki 8

Szok. Niedowierzanie. Brytyjczycy ku zaskoczeniu wszystkich, w tym przede wszystkich rynków finansowych, opowiedzieli się za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej (UE). W reakcji na to funt do dolara potaniał o prawie 11%, japońska giełda spadła o 7%, szwajcarski frank podrożał o 6% do 4,19 zł. I to nie koniec zamieszania na rynkach finansowych. Dziś tworzy się historia. Ruszyła lawina, która bardzo wiele może zmienić. Zarówno w europejskiej polityce, jak w i światowej gospodarce, i na rynkach finansowych.

W piątek inwestorzy obudzili się w nowej rynkowej rzeczywistości. Rzeczywistości BREXIT-u. Wszystko wskazuje na to, że Brytyjczycy opowiedzieli się za opuszczeniem Unii Europejskiej. W ten scenariusz jeszcze wczoraj nikt nie wierzył. Nie wierzyły sondażownie, bukmacherzy i rynki finansowe. Stało się jednak inaczej niż oni zakładali. Około 52% Brytyjczyków opowiedziało się za BREXIT-em.

Oczywiście wyniki dzisiejszego referendum nie są wiążące, ale trudno oczekiwać, żeby tamtejszy parlament je zignorował. A to oznacza, że świat wkracza w nową erę. Tworzą się nowe porządki. Już to widać na rynkach finansowych. Tak jak można było tego oczekiwać, w reakcji na wyniki referendum, mocno tracą giełdy, drastycznie został przeceniony funt, mocno wyprzedawany jest złoty, osłabia się euro i tanieje m.in. ropa. Jednocześnie inwestorzy szukają tzw. bezpiecznych przystani. Drożeje więc złoto, szwajcarski frank i japoński jen.

O godzinie 07:16 notowania funta w relacji do dolara spadły aż do 1,3390 z 1,4993 dolara wczoraj na koniec dnia, przejściowo schodząc do 1,3217, co było najniższym kursem od …31 lat. I to prawdopodobnie jeszcze nie koniec spadków. Funt może dalej tanieć. Zarówno dziś, jak i w kolejnych miesiącach. Najpierw w okolice 1,30, a później w kierunku 1,20 dolara. A być może jeszcze niżej. George Soros przed referendum wieszczył, że w przypadku BREXIT-u kurs GBP/USD spadnie poniżej 1,15.

Funt tanieje też w relacji do złotego. Rano trzeba było za niego zapłacić 5,4966 zł, podczas gdy jeszcze w czwartek na koniec dnia, gdy BREXIT wydawał się mało realny, kosztował on 5,6981 zł.

To jednak wyjątek. Złoty bardzo mocno traci na wartości do większości głównych walut. I tak euro drożeje o 16 gr i kosztuje 4,5025 zł, szwajcarski frank o 28 gr do 4,2255 zł, a dolar o 31 gr do 4,1143 zł. Ta reakcja nie jest zaskoczeniem. Już dawno było jasne, że polska waluta bardzo ucierpi, jeżeli Wielka Brytania wyjdzie z Unii. Wskazywała na to jej silna reakcja na wcześniejsze sondaże sugerujące wzrost zwolenników BREXIT-u. Można oczekiwać, że to jeszcze nie koniec wyprzedaży złotego. Oczywiście, za chwilę pojawią się słowne, a być może nawet faktyczne interwencje ze strony Narodowego Banku Polskiego (NBP) i rządu, ale przy tak dużej nerwowości na rynkach finansowych i słabości złotego (również wywołanej czynnikami o charakterze krajowym, czyli sytuacją polityczną, cięciem ratingu, obawami o budżet oraz o losy ustawy frankowej), takie działania nie mogą okazać się skuteczne.

Dziś mocno powinna też spaść, nie spisująca się przecież najlepiej, warszawska giełda. Wczoraj indeks WIG20 wzrósł o 1,7% do 1853,7 pkt., rosnąc 5. kolejną sesję. W piątek już na „dzień dobry”, może on spaść o 5%. Obserwowana od początku kwietnia duża słabość polskiego rynku akcji sprawia, że WIG20 bardzo szybko wróci do styczniowego dołka 1657,4 pkt. Ten poziom nie musi jednak zatrzymać spadków. Szacujemy, że dyskontowanie BREXIT-u ze wszystkimi jego krótko i długoterminowymi konsekwencjami sprowadzi WIG20 do 1480-1580 pkt.

Krótkoterminowa reakcja rynków finansowych na BREXIT nie ograniczy się tylko do dzisiejszego dnia. Owszem, po weekendzie może nastąpić pewne uspokojenie i być może nawet przyszły tydzień rozpocznie się na rynkach od odreagowania. Jednakże, konsekwencje wyjścia UK z Unii mogą być tak daleko idące, że ta krótkoterminowa reakcja w postaci ucieczki od ryzyka i szukania bezpiecznych inwestycji może trwać również w przyszłym tygodniu. Skutki długoterminowe zaś będą odczuwalne przez wiele miesięcy.

Potencjalne polityczne, rynkowe i inne skutki BREXIT-u:

  • 1.dymisja premiera Davida Camerona i duże zamieszanie w brytyjskiej polityce;
  • 2.wzrost poparcia dla Donalda Trumpa;
  • 3.rozpad Wielkiej Brytanii;
  • 4.Wielka Brytania straci najwyższy rating na poziomie AAA;
  • 5.będą kolejne referenda ws. pozostania w Unii Europejskiej / Strefie Euro;
  • 6.rosnące prawdopodobieństwo rozpadu/przedefiniowania roli Unii Europejskiej (Europa 2. prędkości);
  • 7.wzrost poparcia dla prawicy (również tej skrajnej) w Europie;
  • 8.nasili się kryzys imigracyjny w Europie;
  • 9.silne wyhamowanie wzrostu gospodarczego (kryzys) w Europie;
  • 10. hamowanie wzrostu gospodarczego w Europie i niepokój na rynkach finansowych mogą wywołać kryzys gospodarczy w Chinach;
  • 11. Fed na wiele miesięcy odłoży podwyżki stóp procentowych w USA lub nawet może je ponownie obniżyć;
  • 12. wzrost napięcia na rynkach finansowych spowoduje ucieczkę inwestorów z rynków wschodzących (mocno ucierpi złoty i polska giełda);
  • 13. rząd Beaty Szydło nie zrealizuje obietnic wyborczych i już wkrótce zacznie mieć problemy z realizacją budżetu;
  • 14. ze zdwojoną siłą wróci temat pomocy dla frankowiczów w Polsce (obecnie CHF/PLN jest najdroższy od 15 stycznia 2015), co wywoła obawy o kondycję sektora bankowego, ale też będzie ciążyć warszawskiej giełdzie i złotemu;
  • 15. kurs GBP/USD jeszcze w tym roku może spaść do 1,15, EUR/USD do 1,00, EUR/CHF do 1,00, natomiast euro, dolar i szwajcarski frank mogą kosztować po 4,40-4,50 zł.

W przypadku tak dużej nerwowości na rynkach finansowych i potencjalnie daleko idących skutków gospodarczych i politycznych wczorajszego referendum w Wielkiej Brytanii, naturalne jest oczekiwanie na działania ze strony banków centralnych zmierzające do stabilizacji sytuacji. Nie jest wykluczone, że takie skoordynowane działania będą miały miejsce (np. od miesięcy mówi się, że Narodowy Bank Szwajcarii będzie interweniował w celu osłabienia franka, gdy kurs EUR/CHF spadnie poniżej 1,07). Tyle tylko, że to może pomóc jedynie na chwilę. Gdyby BREXIT przydarzył się 8-10 lat temu to nie byłoby żadnego problemu. Banki centralne i gospodarka poradziłyby sobie. Teraz jednak kondycja światowej gospodarki jest o wiele słabsza, wzrost jest budowany na bardzo kruchych podstawach (potrafią go zachwiać obawy przed podwyżkami stóp procentowych w USA), polityka w Europie, ale też i w USA, jest na mocnym wirażu (do głosu dochodzą coraz częściej politycy o skrajnych poglądach), ale przede wszystkim banki centralne nie mają już żadnej amunicji, żeby walczyć z potencjalnym kryzysem gospodarczym lub nawet amortyzować jego skutków. To sprawia, że zasadne staje się twierdzenie, iż piątek jest pierwszym dniem tworzenia się nowego porządku politycznego i gospodarczego w Europie. A być może nawet i na świecie.

Marcin Kiepas
Główny Analityk Admiral Markets

Szok może zmienić się w panikę

Mamy do czynienia z szokiem na globalnych rynkach, wywołanym wynikami brytyjskiego referendum. Banki centralne wydają się przygotowane na atak spekulacyjny, ale nie można przewidzieć czy szok nie zamieni się w panikę. Złoty będzie się osłabiał wobec franka i dolara.

Negatywne długotrwałe skutki będą się dopiero pojawiać, gdy negocjowane będą warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Na razie obserwujemy pierwszą reakcję rynków. Złoty się osłabia i na tym co obserwujemy w tej chwili jeszcze nie koniec.

-Obserwujemy krótkotrwały wzrost niepewności, ale możemy mieć do czynienia nawet z paniką. Będzie się wzmacniać przede wszystkim frank szwajcarski, traktowany przez inwestorów jako bezpieczna przystań, ale także dolar amerykański i jen japoński – mówi w rozmowie z MarketNews24 Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBank. – W najbliższych dniach osłabiać się będzie funt brytyjski, euro, ale także złoty polski.
Są to złe wiadomości dla Frankowiczów i zwłaszcza dla polskich rolników, którzy byli największym beneficjentem transferów finansowych z UE.

Emigracja zarobkowa do Wielkiej Brytanii zostanie zahamowana. Czy Polacy będą też wracać? Skalę zmian trudno przewidzieć. Na pewno zmniejszą się transfery gotówkowe do rodzin w Polsce.

12 mld zł z UE na unowocześnienie polskiej służby zdrowia. Wzorem do naśladowania może być Holandia

CEO Magazyn Polska

W badaniach Euro Health Consumer Index holenderski system opieki zdrowotnej jest uznawany za najlepszy. Wprawdzie jego zbudowanie wiązało się z wysokimi nakładami, ale szybko się one zwróciły. Polski system także wymaga zmian. Unowocześnianiu służby zdrowia posłużą w najbliższych latach środki unijne – ok. 12 mld zł.

Wykorzystanie funduszy unijnych to wielka szansa, szczególnie dla Polski, żeby zoptymalizować system opieki zdrowotnej. Wiele się nauczyliście, czerpiąc z doświadczeń innych krajów. Popatrzcie na system holenderski, weźcie od nas to, co zrobiliśmy dobrze, i jednocześnie wprowadźcie do tego usprawnienia – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Guy Peeters, ekspert ds. ochrony zdrowia, przewodniczący Holenderskiej Federacji Uniwersytetów Medycznych.

Jak podkreśla, dzięki wykorzystaniu funduszy unijnych opieka zdrowotna w każdym kraju europejskim powinna być na zbliżonym poziomie. Z tym jednak wciąż są problemy. W perspektywie finansowej UE na lata 2007–2013 na realizację inwestycji w obszarze ochrony zdrowia współfinansowanych z funduszy europejskich Polska wydała 4,5 mld zł. W perspektywie 2014–2020 kwota ta będzie trzykrotnie większa i wyniesie ok. 12 mld zł.

Fundusze unijne przeznaczone na ochronę zdrowia przekazywane województwom to ok. 1,5 mld euro. Najlepszym sposobem, by samorządy mogły je efektywnie wykorzystać, jest z jednej strony uwzględnianie potrzeb własnych, z drugiej zaś dążenie do synergii z ogólnokrajowym systemem zdrowia. W ten sposób efekty nakładów będą widoczne nie tylko w danym województwie, lecz także w całym systemie opieki zdrowotnej w Polsce – ocenia Anca-Andreea Calugaru z Schuman Associates.

Choć zdaniem ekspertki Polska nauczyła się dobrze wydatkować unijne środki i pod tym względem wyprzedza dużą część krajów regionu, to konieczna jest poprawa współpracy między poszczególnymi instytucjami. Wciąż jednak pozostaje dużo do zrobienia w zakresie ochrony zdrowia. W rankingu Euro Health Consumer zajęliśmy jedno z ostatnich miejsc, za nami znalazła się tylko Czarnogóra. Na szczycie, już od kilku lat, znajduje się Holandia.

Od Holendrów możemy się nauczyć tego, jak zarządzać środkami na ochronę zdrowia z systemu ubezpieczeń społecznych. Holenderski system jest bardzo ciekawy, ponieważ łączy finansowanie prywatne i publiczne, co więcej, raz w roku każdy obywatel może zmienić ubezpieczyciela – wskazuje Ewa Sosnówka-Tkaczyk, kierownik działu ds. funduszy europejskich Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Dzięki reformie służby zdrowia z 2006 roku towarzystwa ubezpieczeniowe walczą o pacjentów. Bez względu na dochody każdy obywatel może samodzielnie wybrać instytucję dysponującą jego składką. Ubezpieczyciele walczą o klientów ceną i jakością ubezpieczeń, a świadczeniodawcy konkurują o umowy z towarzystwami.

Mnie przede wszystkim zaimponowało to, że standardem w Holandii jest dotarcie pacjenta do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej w 1 minutę. U nas trochę inaczej to wygląda. Dla mnie te holenderskie rozwiązania są bardzo proste. Myślę, że kolejne ekipy powinny bardziej w ten system holenderski wejść i z niego skorzystać. Po co mamy wywarzać drzwi, które w Holandii już dawno są otwarte. Te rozwiązania są przetestowane od 1998 roku, a my próbujemy to robić od początku – mówi Urszula Jaworska, prezes Fundacji Urszuli Jaworskiej.

W badaniach Euro Health Consumer Index holenderski system opieki zdrowotnej od lat jest uznawany za najlepszy lub plasuje się w czołówce. Równie wysoko oceniają go sami Holendrzy. W 2008 roku, czyli już po reformie, zaledwie 9,1 proc. obywateli dało ocenę poniżej 6 (w 10-stopniowej skali). Co czwarty mieszkaniec Holandii określił go zaś jako doskonały.

W Holandii świadczenia nie kupuje jeden fundusz czy budżet państwa, jak np. jest planowane u nas, tylko są 24 konkurencyjne fundusze. Żaden fundusz nie może nikogo wykluczyć. Każdy, tak jak u nas, płaci składkę solidarnościową, obowiązkową, która uprawnia do podstawowej opieki zdrowotnej, ale nie w rozumieniu dostępu do lekarza rodzinnego, tylko do najważniejszych świadczeń szpitalnych w poradniach, do opieki rodzinnej i do leków – tłumaczy Aleksandra Kurowska, redaktor „Dziennika Gazety Prawnej”.

Jak podkreśla, w Holandii zdiagnozowano problemy i wdrożono reformy. Choć początkowo oznaczało to konieczność poniesienia wysokich kosztów, szybko się one zwróciły. W Polsce, choć mówi się dużo o konieczności dostosowania opieki zdrowotnej do wyzwań demograficznych, niewiele w tym kierunku jest robione.

Holandia wykorzystuje innowacyjne rozwiązania, stawia m.in. na telemedycynę, dzięki której leczenie jest tańsze, zmniejsza się też odsetek leczenia szpitalnego.

Rozwiązania technologiczne mogą pomóc w zwiększaniu efektywności służby zdrowia poprzez obniżanie kosztów, ponieważ dzięki skoordynowanej opiece zdrowotnej, lepszej profilaktyce, lepszej diagnostyce czas przebywania w szpitalu pacjentów będzie krótszy – mówi Tomasz Lisewski, dyrektor generalny Philips na region Europy Środkowo-Wschodniej.

W Polsce niezwykle ważne jest zwiększenie roli lekarzy pierwszego kontaktu, tak by chorzy, którzy nie wymagają hospitalizacji, nie trafiali do szpitali. Opieka szpitalna zawsze generuje dużo większe koszty, a dodatkowo rodzi się pytanie, czy to jest dla chorych – przekonuje Guy Peeters.

W Polsce hospitalizacja wciąż jest nadużywana. Z danych OECD wynika, że tylko w latach 2000–2012 liczba hospitalizacji w stosunku do liczby mieszkańców wzrosła o ok. 20 proc. Obecnie nawet co czwarta hospitalizacja jest nieuzasadniona, a jeden dzień pobytu w szpitalu kosztuje średnio kilkaset złotych.

Pacjent, który potrzebuje pomocy medycznej, musi mieć ja zapewnioną u siebie, na miejscu. Jeżeli się to dobrze poukłada, co widać w Holandii, to nie musi to być obciążające dla lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Musi to być dobrze skoordynowane z opieką szpitalną i opieką ambulatoryjną. Klucz do tego to jest informatyzacja systemu – nie przeniesie się tej opieki do POZ, jeżeli lekarz nie będzie miał wiedzy od lekarza prowadzącego, lekarza specjalisty. A znam wiele takich poradni, gdzie lekarz nie ma nawet komputera – mówi Urszula Jaworska.

Polska wciąż zmaga się z bagażem zaległości w służbie zdrowia jeszcze z poprzedniego systemu. Teoretycznie jest coraz lepiej, w dużej mierze dzięki funduszom unijnym, które do Polski płyną znacznie szerszym strumieniem niż do naszych najbliższych sąsiadów. Mimo to w rankingu Euro Health Consumer wyprzedzają nas kraje bałtyckie, również Czechy i Słowacja.

Czechy, Słowacja, Litwa, Łotwa to są państwa, które nas już wyprzedziły, ponieważ mają odwagę podnosić nakłady na zdrowie, bo bez tego się nie obędzie, a z drugiej strony mają odwagę dokonywać niezbędnych reform – podkreśla Aleksandra Kurowska.

O koniecznej transformacji polskiej służby zdrowia i potencjale środków unijnych w tym zakresie rozmawiali eksperci z Polski i Holandii podczas konferencji zorganizowanej przez Ambasadę Królestwa Niderlandów.

Od przyszłego roku zmienią się zasady zatrudniania pracowników spoza UE

CEO Magazyn Polska

Rolnicy czy właściciele firm budowlanych korzystających z usług wykonawców ze Wschodu będą musieli przygotować się na zmianę przepisów. Od nowego roku zamiast oświadczenia o zamiarze zatrudnienia cudzoziemca spoza Unii wprowadzone zostaną zezwolenia na pracę krótkoterminową lub sezonową, wydawane przez starostę. To może uderzyć w pracowników ze Wschodu, ale powinno zlikwidować nadużycia przy ich zatrudnianiu.

Ustawa jest niejako wymuszona dyrektywą Unii Europejskiej, która reguluje dostęp emigrantów spoza Unii do europejskich rynków pracy. Z punktu widzenia krajów zachodnich, gospodarek rozwiniętych z bardzo mocnymi, atrakcyjnymi rynkami pracy to jest zrozumiała i dobra dyrektywa ­– mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Korkus, prezes Grupy EWL, zatrudniającej obcokrajowców na polskim rynku pracy. – Polska jest jednak dostawcą pracy w ramach Unii Europejskiej, a dla nas krajem, z którym wymieniamy się doświadczeniem, inwestycjami czy pracownikami jest Ukraina, która już nie jest członkiem Unii Europejskiej.

Imigranci zarobkowi ze Wschodu zatrudniani są głównie w sektorach mocno uzależnionych od sezonowości, takich jak rolnictwo, ogrodnictwo czy budownictwo. Do tej pory obywatele sześciu państw byłego ZSRR – Ukrainy, Rosji, Białorusi, Armenii, Gruzji i Mołdawii mogli być zatrudniani na podstawie zgłoszenia do powiatowego urzędu pracy przez pracodawcę zamiaru ich zatrudnienia (okresie do sześciu miesięcy w ciągu roku). Wystarczało też – o ile na to przystali – wypłacać im wynagrodzenie minimalne. Teraz będą musieli być opłacani tak jak inni pracownicy w branży.

Ta dyrektywa europejska w jakiś sposób to ogranicza. Ustawa, która została napisana, z jednej strony spełnia wymagania dyrektywy, a z drugiej strony aż tak nie ingeruje w te procedury zatrudnienia. Jest tam kilka zmian, które uważamy za pozytywne, wynikające z doświadczeń, które zdobyliśmy po 7 latach prowadzenia uproszczonego dostępu do rynku pracy – tłumaczy Korkus.

W ubiegłym roku zgłoszono ponad 780 tys. oświadczeń, najwięcej, bo ponad 760 tys., dotyczyło obywateli Ukrainy. Problem polega na tym, że często dochodziło przy tym do nadużyć, gdyż faktycznie zatrudniano mniej niż dwie trzecie zgłoszonych pracowników. Zgłoszeń dokonują np. osoby bezrobotne, nieuzyskujące przychodów z działalności gospodarczej, a celem jest uzyskanie korzyści majątkowej. Część przyjezdnych pracowników po opłaceniu się zapraszającemu pracodawcy korzystała z możliwości pobytu w Polsce i swobodnego przejazdu do innych krajów strefy Schengen.

Podobne nadużycia miały miejsce w przypadkach zezwoleń na pracę. Dlatego zgodnie z wymogami dyrektywy, ale chcąc maksymalnie zliberalizować procedurę, zaproponowano w projekcie dwie formy zezwoleń: ośmiomiesięczne na pracę sezonową w rolnictwie, ogrodnictwie lub turystyce oraz uproszczone sześciomiesięczne na pracę krótkoterminową we wszystkich sektorach gospodarki, przy którym niewymagany będzie tzw. test rynku pracy (ma on wykazać, że na dane miejsce pracy nie było chętnych Polaków). Wydawać będzie je starosta.

W ustawie zlikwidowano pojęcie oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy obcokrajowcowi, zamiast tego jest pozwolenie krótkoterminowe. To pozwolenie też będzie wydawane na bardzo liberalnych zasadach, jednak ono będzie komplementarne z zasadami, które narzuca nam Unia Europejska – mówi prezes Grupy EWL. – To jest dobra ustawa, tylko pytanie, jak ona się sprawdzi w istniejących realiach. Obecnie największym problemem dla obcokrajowców jest np. dostanie się do polskiego konsulatu, ale to już jest poza jurysdykcją ministerstwa pracy. Na pewno powinno to być skonsultowane z Ministerstwem Spraw Zagranicznych i to musi być zrobione zgodnie z realiami, które obowiązują teraz w krajach, z których przyjeżdżają do nas imigranci.

Nowe przepisy zwiększą także kontrolę PUP. Pracodawca będzie miał obowiązek przedstawienia umowy o pracę i ubezpieczenia zdrowotnego pracownika. Obcokrajowcy zostaną objęci taką samą ochroną jak polscy pracownicy.

Nowelizacja ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, nad którą trwają prace, miałaby zacząć obowiązywać od stycznia 2017 r.

Nowelizacja ustawy o OZE czeka na podpis prezydenta. Branża obawia się konsekwencji

CEO Magazyn Polska

Sejm przyjął poprawki Senatu wprowadzone do nowelizacji ustawy o odnawialnych źródłach energii i teraz czeka ona na podpis prezydenta. Opozycja i część ekspertów nazywają nowe przepisy antyprosumenckimi. Chodzi o brak mechanizmu taryf gwarantowanych, który miał umożliwić rozwój przydomowych mikroinstalacji. To uderza nie tylko w osoby mniej zamożne, które chciałyby w takich instalacjach wytwarzać energię, lecz także w krajowe firmy, które produkują urządzenia dla mikroenergetyki – podkreślają przedstawiciele Greenpeace.

Te firmy miałyby szansę się rozwinąć i konkurować na europejskich i światowych rynkach. Niestety, nie ma rynku wewnętrznego, nie ma też popytu na ich urządzenia w skali kraju z uwagi na brak odpowiedniego systemu wsparcia, mimo że na świecie takie systemy są wdrażane. Przedstawiciele tego przemysłu nie wiedzą, co robić, są w sytuacji bardzo niestabilnej – alarmuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Ogniewska z Fundacji Greenpeace Polska.

W ubiegłym roku w ustawie o OZE znalazła się propozycja mechanizmu taryf gwarantowanych, czyli mechanizmu wsparcia dla najmniejszych producentów energii, który miał wyrównywać szanse mniej i bardziej zamożnych rodzin na zakup mikroinstalacji (źródeł mocy do 40 kW). Ten mechanizm w przyjętej właśnie przez Sejm nowelizacji został zastąpiony tzw. opustem. Za każdą kilowatogodzinę wprowadzoną do sieci prosument dostawać będzie rabat na kupowaną energię. Zdaniem ekspertów Greenpeace i Instytutu Energetyki Odnawialnej przyjęty system rozliczeń z prosumentem nie jest dla niego opłacalny ekonomicznie i będzie faworyzował osoby zamożne.

Ogniewska podkreśla, że na nowych przepisach i związanej z nimi niepewności co do dalszego rozwoju straci także polski przemysł związany z OZE, szczególnie w segmencie małych i mikroinstalacji. Natomiast regulacje działają na korzyść dużych koncernów energetycznych.

To jest pewien rodzaj niekonsekwencji, ponieważ wielokrotnie słyszymy ze strony decydentów, że chcemy się rozwijać w kierunku konkurencyjności i innowacyjności, a nie prostej montowni. Tymczasem nie dajemy szans polskiemu przemysłowi produkcji urządzeń na rzecz OZE. Gorzej, mówi się, że te urządzenia są importowane, chociaż mamy polskie firmy, które doskonale mogłyby się dalej rozwijać – mówi Ogniewska.

IEO szacuje, że w przypadku ambitnej strategii rozwoju zielonej energetyki w kraju mogłoby powstać blisko 70 tys. nowych miejsc pracy.

Przede wszystkim powinno się wrócić do systemu taryf gwarantowanych dla mikroinstalacji i rozszerzyć go na wszystkich użytkowników, umożliwić firmom, osobom indywidualnym oraz samorządom korzystanie z systemu wsparcia – przekonuje Anna Ogniewska z Fundacji Greenpeace. – Należy także dywersyfikować wsparcie dla większych źródeł, a nie tylko stawiać na duże koncerny i duże instalacje. W ten sposób pozwolimy na rozwój mniejszych i średnich źródeł oraz różnych technologii.

Ustawa ma wejść w życie 1 lipca br.

Współpraca rolników i pszczelarzy przekłada się na wzrost i jakość plonów

CEO Magazyn Polska

Sadownicy i rolnicy widzą realny wpływ pszczół na zwiększenie objętości i jakości uzyskiwanych plonów – dowodzą badania Kleffmann Group przeprowadzone dla Polskiego Stowarzyszenia Ochrony Roślin. Z kolei pszczelarze podkreślają, że obecność uli w pobliżu owadopylnych upraw pozwala na wzrost produkcji w pasiece. Rolnicy i pszczelarze decydują się więc na współpracę, która obu stronom daje wymierne korzyści. 

Blisko 3/4 ankietowanych pszczelarzy deklaruje stałą współpracę z rolnikami. Najczęściej współpraca pomiędzy pszczelarzem a rolnikiem polega na umieszczaniu uli przy plantacjach (97 proc.), stosowaniu przez rolników bezpiecznych dla pszczół środków ochrony roślin (84 proc.) oraz informowaniu pszczelarzy o terminach planowanych zabiegów ochrony (81 proc.).

Zarówno rolnicy, jak i pszczelarze bardzo mocno podkreślają obopólne korzyści płynące z relacji, która występuje między tymi grupami. 65 proc. ankietowanych pszczelarzy stwierdziło, że dotychczasowa współpraca była na bardzo dobrym i dobrym poziomie. Wśród rolników i sadowników odsetek ten wyniósł 90 proc. Około 12 proc. z nich docenia przyjacielskie kontakty.

Obie strony oceniają współpracę bardzo wysoko. Byłem zaskoczony takimi pozytywnymi wynikami, ponieważ w zastosowanej przez nas sześciopunktowej skali oceny satysfakcji średnie oceny przekraczają 5 punktów, to jest naprawdę duża wartość – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Michał Gazdecki, ekspert Kleffmann Group, autor badania.

Współpraca oparta na poszanowaniu specyfiki pracy rolnika i pszczelarza pozwala na sprawną działalność i korzystanie z zysków. Z punktu widzenia pszczelarza szczególnie ważne jest informowanie o terminie i rodzaju wykonywanych oprysków. Eksperci podkreślają, że zatrucia środkami ochrony roślin, powstałe w wyniku ich niewłaściwego stosowania, odpowiadają za około 1–3 proc. upadków rodzin pszczelich w skali roku w Polsce. Natomiast w chwili obecnej główną przyczyną upadków rodzin pszczelich zarówno w Polsce, jak i na świecie jest warroza. Inwazja pasożyta Varroa destructor wraz z towarzyszącymi jej wirusami to główny problem, z którym muszą radzić sobie pszczelarze.

Dobra współpraca pomiędzy plantatorem a pszczelarzem polega na tym, że obaj muszą spełnić pewne warunki. Plantator ma więcej obowiązków, bo musi pogodzić wykonywanie zabiegów ochrony roślin z bezpieczeństwem pszczół. Musi wykonywać zabiegi preparatami, które są dopuszczone do stosowania na konkretnych plantacjach i te zabiegi muszą być wykonywane w takich godzinach, żeby nie kolidowały z pracą pszczół na takiej plantacji. Zwykle dzieje się to późnym wieczorem lub nocą. Z drugiej strony pszczelarz nie może przeszkadzać w zabiegach wykonywanych na plantacjach, czyli ule nie mogą być ustawiane w miejscach, gdzie nie powinny, gdzie np. istnieje niebezpieczeństwo pożądlenia domowników – mówi dr Dariusz Teper z Zakładu Pszczelnictwa w Puławach.

Zarówno rolnicy, jak i pszczelarze zdają sobie sprawę z tego, że partnerska współpraca oparta przede wszystkim na skutecznej komunikacji, to szansa na dobrą koegzystencję, wyższą jakość i wielkość plonu, a w konsekwencji dostęp do bezpiecznej żywności.

Dzięki działalności pszczół poprawiamy zarówno plonowanie roślin uprawnych, jak i jakość plonu, co jest szczególnie ważne np. w uprawach sadowniczych – mówi dr Gazdecki.

U różnych gatunków plon uzależniony od zapylaczy kształtuje się na różnym poziomie, ale w większości przypadków jest to blisko 90 proc.

– Wprawdzie w przypadku rzepaku to ok. 30 proc., ale trudno się spodziewać, że plantator pogodziłby się z tym, że miałby o 1/3 niższy plon – konkluduje dr Teper.

Deweloperzy czekają na szczegóły programu Mieszkanie Plus. Jego skutki będą odczuwalne od 2018 roku

CEO Magazyn Polska

Ogłoszony przez rząd program Mieszkanie Plus nie powinien mieć dużego wpływu na rynek deweloperski – oceniają przedstawiciele RED Real Estate Development. Ich zdaniem klienci, których stać na zakup mieszkania lub mają zdolność kredytową, nie będą raczej poszukiwać tanich mieszkań na wynajem. Wszystko jednak zależy od kształtu programu. Ewentualne skutki zaczną być odczuwalne najwcześniej za dwa lata.

Ogłoszenie założeń nowego programu rządowego Mieszkanie Plus spowodowało trochę ruch na rynku deweloperskim – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Teresa Witkowska, dyrektor sprzedaży w Grupie Kapitałowej RED. – Aby odpowiedzieć na pytanie, jakie to będzie miało następstwa, musimy jeszcze zaczekać, bo to wstępna wersja programu. Szczegóły mają być ujawnione do końca 2016 roku. Dokładny wpływ na rynek poznamy zapewne dopiero dwa lata później, kiedy pojawią się pierwsze projekty związane z tą inicjatywą.

Zgodnie z przedstawionymi przez premier Beatę Szydło założeniami program ma zaoferować Polakom mieszkania na wynajem ze stawką ok. 10–20 zł za mkw. Jego filarem będzie Narodowy Fundusz Mieszkaniowy, bank ziemi, dysponujący gruntami, na których będą powstawać inwestycje. To jednak wieloletni plan.

Mieszkanie Plus jest kierowane do specyficznej grupy: rodzin z dziećmi oraz osób młodych, których nie stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego – zauważa Teresa Witkowska. – Nie są to więc potencjalni nabywcy mieszkań. 95 proc. klientów kupujących lokale w naszych inwestycjach może zaciągnąć kredyt hipoteczny i mają zdolność kredytową.

Tym bardziej program nie będzie zagrożeniem dla segmentu nieruchomości premium.

Wiadomo, że standard, w jakim będzie wybudowany ten lokal, a ma to być tanie budownictwo, nie będzie takim standardem, jaki w tej chwili oferują deweloperzy. Żeby skusić klienta do zakupu mieszkania, muszą oni proponować nowoczesne rozwiązania i wiele różnych możliwości, np. opcję zakupu lokalu z wykończeniem pod klucz – mówi Witkowska.

Według przedstawionych przez rząd założeń wynajmowanie lokalu od państwa w dłuższej perspektywie może prowadzić do uzyskania prawa własności. Resort infrastruktury i budownictwa ma doprecyzować kryteria przyznawania mieszkań. Czynnikami decydującymi ma być np. liczba dzieci, dochód itp.

Ewentualny wpływ programu lub jego brak na rynek będzie jednak zależał od wielu kwestii, które dopiero zostaną doprecyzowane lub będą się pojawiać dopiero po rozpoczęciu pierwszych inwestycji.

Lokalizacja tych inwestycji będzie kluczowa. Mają to być nieruchomości realizowane na gruntach, które są własnością Skarbu Państwa. Takie działki niejednokrotnie są w bardzo ciekawych lokalizacjach – wskazuje Teresa Witkowska.

Zapowiedziany przez rząd Narodowy Fundusz Mieszkaniowy ma zostać przyjęty w IV kwartale roku, a pierwsze inwestycje powinny się rozpocząć w 2018 roku.

Poza NFM filarami programu Mieszkanie Plus mają być także wsparcie społecznego budownictwa czynszowego oraz zachęty do oszczędzania na cele mieszkaniowe, zakup lub remont.

Polska zagłębiem usług biznesowych. Zatrudnienie w branży do końca roku powinno przekroczyć 200 tys. osób

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu jest jednym z największych pracodawców w Polsce, porównywalnym już do sektora motoryzacji. Dziś 852 centra zlokalizowane w całym kraju zatrudniają 193 tys. osób, ale już w tym roku ich liczba powinna przekroczyć 200 tys. Do łask inwestorów wraca Warszawa, ale prężnie rozwijają się także inne miasta. Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych spodziewa się napływu kolejnych firm z USA, Francji, Niemiec, a także rozwoju segmentu badań i rozwoju.

– Sektor motoryzacyjny, jedna z lokomotyw polskiej gospodarki, zatrudnia ponad 220 tys. osób, więc sektor usług dla biznesu zaczyna dobijać do tego robiącego wrażenie poziomu – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Iwona Chojnowska-Haponik, dyrektor w Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (PAIiIZ). – Myślę, że do końca tego roku możemy się spodziewać około 5 tys. nowych miejsc pracy tylko w ramach inwestycji, nad którymi pracuje PAIiIZ. Niektóre firmy trafiają bezpośrednio do regionów, więc możemy się spodziewać 3–4 razy więcej nowych miejsc pracy.

Według ostatniego raportu PAIiIZ branża BSS (skrót od ang. Business Service Sector) obecnie zatrudnia w 852 centrach około 193 tys. osób. Przed dwoma laty wchodzące w jej skład sektory SSC (z ang. Shared Services Centers, czyli centra usług wspólnych) i BPO (z ang. Business Process Outsourcing, czyli centra outsourcingu procesów biznesowych) dawały pracę ponad 100 tys. osób.

Co roku zastanawiamy się, czy jest możliwe utrzymanie dwucyfrowego przyrostu zatrudnienia i obrotów sektora. Na razie wydaje się, że tak. Przede wszystkim ze względu na liczbę studentów zarówno krajowych, jak i zagranicznych będących głównymi pracownikami w tej branży – mówi Iwona Chojnowska-Haponik.

Jak podkreśla, zatrudnienie koncentruje się w siedmiu największych aglomeracjach kraju, które są jednocześnie największymi ośrodkami akademickimi. W ostatnim czasie widać znów rosnące zainteresowanie Warszawą. Jeszcze do niedawna ośrodki regionalne zwyciężały niższymi kosztami, dziś te różnice nie są już tak znaczące.

– Po pierwsze, za specjalistę IT na terenie całej Polski trzeba zapłacić niemalże takie same pieniądze. Po drugie, to w Warszawie jest jednak najgłębszy rynek pracy, a firmy przychodzą z coraz bardziej ambitnymi pomysłami, więc poszukują wyjątkowych umiejętności – wymienia dyrektor PAIiIZ. – Kolejnym czynnikiem, który decyduje o atrakcyjności stolicy, jest agresywne podejście do realizacji projektu. Pół roku i firmy chciałyby mieć już działające centrum.

W ubiegłym roku królowało Trójmiasto, które pozyskało takie projekty jak State Street (ponad 1,8 tys. miejsc pracy) czy Alexander Mann Solutions (300).

Firmy rozglądają się też za możliwościami inwestowania w mniejszych miejscowościach – wyjaśnia Iwona Chojnowska-Haponik. – Najczęściej to takie podmioty, które już są obecne i szukają alternatywnej lokalizacji, również polskie firmy, które działają na lokalnych rynkach, lub firmy poszukujące bardzo konkretnych specjalizacji, np. podmioty z obszaru lotnictwa czy aeronautyki z pewnością wybiorą Podkarpacie czy Dolny Śląsk.

Zdaniem Iwony Chojnowskiej-Haponik w kolejnych latach można się spodziewać przede polskich inwestycji, które wciąż stanowią większość, ale zamiar wejścia na krajowy rynek BSS zgłaszają także firmy z całego świata. Amerykanie najbardziej koncentrują się na sektorze finansowym, a firmy francuskie są szczególnie zainteresowane IT. Także coraz więcej podmiotów niemieckich dopytuje się o możliwości inwestycji w ramach BSS.

To nowe doświadczenie dla tamtejszych przedsiębiorstw, z zasady rodzinnych, które dopiero odkrywają korzyści płynące z konsolidacji procesów biznesowych – tłumaczy Iwona Chojnowska-Haponik. – Możemy się także spodziewać wielu reinwestycji oraz inwestycji w ramach działalności badawczo-rozwojowej, a więc segmentu, na którym Polsce obecnie najbardziej zależy. Te ostatnie będą również mocno wspierane funduszami europejskimi. Mamy więc wszystkie atuty, żeby pozyskiwać nowe projekty tego typu.

W ubiegłym roku firmy BSS zainwestowały w Polsce około 100 mln zł, ale dynamika tego sektora mierzona jest przede wszystkim liczbą utworzonych miejsc pracy.

– Ten sektor ma również ogromne znaczenie dla polskiego eksportu, ponieważ 90 proc. wszystkich usług jest eksportowanych i to na rynki zarówno Unii Europejskiej, ale też coraz częściej dalej w świat, chociażby do Ameryki Północnej – dodaje dyrektor PAIiIZ.

Pracodawcy zaczną lepiej płacić i dbać o pracowników

Stopa bezrobocia rejestrowanego spadła w maju br. do poziomu 9,1 proc.- podał GUS.

Komentarz prof. Jacka Męciny, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Dobre dane z rynku pracy potwierdzają informacje o dużej płynności na rynku pracy. Liczba nowo zarejestrowanych w urzędach pracy w maju wyniosła 154 tys., a liczba zgłoszonych ofert pracy ponad 126 tys.. Oznacza to, że zmierzamy do równowagi na rynku pracy, co przekłada się na większą liczbę zatrudnionych w gospodarce, a dla pracodawców oznacza większe problemy z pozyskiwaniem nowych pracowników.

Oczywiście sytuacja jest zróżnicowana regionalnie. Wciąż łatwiej znaleźć kandydata do pracy w warmińsko – mazurskim, podkarpackim czy kujawsko – pomorskim. Ale z perspektywy pracodawców pozyskiwanie pracowników staje się prawdziwym wyzwaniem, zwłaszcza w regionach silnie zindustrializowanych, jak mazowieckie, śląskie, dolnośląskie, wielkopolskie, pomorskie czy małopolskie.

Czy Polsce grozi trwały problem z dostępem do pracowników, który w przyszłości stanowić będzie barierę rozwoju firm, czy pozyskiwania nowych inwestycji?
Mimo, że rynek pracy pracownika staje się coraz bardziej realnym wyzwaniem dla firm, które muszą liczyć się z wyższymi kosztami pozyskiwania i utrzymywania w zatrudnieniu pracowników, to wciąż charakteryzuje się on niewykorzystanym potencjałem. To wciąż ponad milion bezrobotnych, których przywrócenie na rynek pracy będzie bardziej kosztowne i trudne, to ponad 800 tys. kobiet pozostających w domu z dziećmi, a w znacznej części przygotowanych do natychmiastowego podjęcia pracy, gdy tylko pojawią się sprzyjające warunki. To blisko 2 mln polskiej emigracji zarobkowej, której powrót na atrakcyjnych warunkach na polski rynek pracy wydaje się bardziej realny. To wreszcie co najmniej 600 tys. zatrudnionych w szarej strefie, na których przejściu do formalnej gospodarki zyska państwo, pracownicy i pracodawcy.

Przestrzegałbym rząd przed zbyt łatwymi decyzjami o prostym obniżeniu wieku emerytalnego, czy z drugiej strony radykalnym ograniczeniem dostępu obywateli Ukrainy do polskiego rynku pracy – takie działania mogą wywołać szok na rynku pracy w perspektywie najbliższego roku i niekorzystanie odbić się na kondycji całej gospodarki.

Należy się liczyć w perspektywie najbliższych lat z presją na wzrost wynagrodzeń, ale i poprawy warunków pracy – i to ogromne wyzwanie stoi przede wszystkim przed pracodawcami. Tylko ci pracodawcy, który zrozumieją i postawią na związek dobrych warunków płacy i pracy z łatwością dostępu do kapitału ludzkiego, nie tylko w zakresie pozyskiwania, ale i utrzymania w zatrudnieniu wygrają wyścig o pracownika. W tym sensie pracodawca, który promuje proefektywnościowe systemy wynagradzania, proponuje pracownicze programy emerytalne, szkolenia, lepsze rozwiązania dla rodziców łączących obowiązki rodzinne z zawodowymi, czy zatrudnienie osób 50+ buduje swoją przewagę konkurencyjną na rynku pracy.

Ponadto, specjalne działania potrzebne są w obszarze pozyskiwania i utrzymywania talentów, lepszej współpracy biznesu z uczelniami i szkołami. Na naszych oczach rynek pracy zmieniając swoje oblicze odkrywa i przed państwem i przed biznesem nowe wyzwania.

Konfederacja Lewiatan

Brexit ciąg dalszy

Brexit ciąg dalszy 9

Od godziny 8:00 odbywa się głosowanie dot. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Funt szterling znajduje się pod ogromną presją. Raz w górę, raz w dół, z tym, że bardziej w górę.

Według banku UBS po ewentualnym opuszczeniu Wspólnoty indeks 50 największych europejskich spółek straci na swojej kapitalizacji około 20%, indeks 100 największych brytyjskich spółek straci trochę mniej. Do paniki dojdzie również na rynku walutowym, jednakże tutaj należy spodziewać się interwencji Banków Centralnych na większą skalę.

Brexit ciąg dalszy 10

Przy ewentualnym opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanie ekonomiści spodziewają się obniżki stóp procentowych przez Bank Centralny Anglii. Jeżeli do tego nie dojdzie, to już na początku 2017 roku będziemy mogli zobaczyć pierwszą podwyżkę stóp procentowych w tym kraju.

Mateusz Groszek
Młodszy Analityk Rynków Finansowych