Toyota Corolla – bestseller wszechczasów kończy 50 lat

Toyota Corolla jest najlepiej sprzedającym się samochodem wszechczasów od 1974 roku. Auto zadebiutowało w 1966 roku – w tym roku obchodzi pięćdziesięciolecie. W ciągu pięciu dekad pojawiło się 11 generacji, a łączna sprzedaż modelu przekroczyła 40 milionów samochodów. W 2015 roku sprzedaż japońskiego kompaktu wyniosła ponad 1,3 mln egzemplarzy, po raz kolejny zajmując niezagrożone pierwsze miejsce.

5.1.2
5.1.2

W połowie lat 60. Japonia bardzo szybko się rozwijała, na obrzeżach metropolii powstawały przedmieścia połączone z centrami miast dobrymi drogami. Toyota podjęła decyzję o budowie wygodnego auta rodzinnego w najlepszym momencie. Samochód miał wypełnić lukę między Toyotą Publicą z silnikiem 0,8 l a Coroną z jednostką 1.5.

Tuż przed debiutem modelu w październiku 1966 roku Toyota zapowiedziała, że miesięczna produkcja modelu będzie wynosiła 30 tys. egzemplarzy. Był to szok dla komentatorów. Media żywo komentowały śmiałe plany producenta – w tamtych czasach całkowita miesięczna produkcja wszystkich modeli Toyoty zamykała się liczbą 50 tys. aut.

Samochód od początku miał się stać modelem globalnym, dlatego firma włożyła wiele wysiłku, żeby wybrać nazwę, która spodoba się klientom na całym świecie. Dział planowania produktów długo debatował, wertując angielskie, włoskie i francuskie słowniki, a także stary japoński zbiór poezji „Dziesięć tysięcy liści”. Efekt tych poszukiwań, nazwa Corolla, wywodzi się z łacińskiego wyrażenia „korona kwiatów”. Tak się złożyło, że nazwa przyszłego bestsellera wpisała się w niepisaną, nieoficjalną zasadę nazywania modeli Toyoty na literę C. Luksusowy Crown i średniej wielkości Corona były już na rynku, natomiast później miały dołączyć jeszcze Celica, Carina, Corsa, Camry i Cressida.

ERNE VENTURES wierzy w branżę gier

ERNE VENTURES, Spółka notowana na rynku NewConnect zajmująca się inwestycjami kapitałowymi, bardzo dobrze ocenia perspektywy dla branży gier komputerowych. W dniu wczorajszym odbyła się światowa premiera gry „Geki Yaba Runner”, której producentem jest QubicGames – spółka portfelowa ERNE VENUTRES.

 Gra „Geki Yaba Runner” we wrześniu 2015 r. pojawiła się na rynku japońskim, a miesiąc później zadebiutowała w Polsce. Od wczoraj jest ona dostępna dla graczy na całym świecie, zarówno na urządzenia z systemem iOS, jak i Android. QubicGames rozwija się niezwykle dynamicznie, a światowa premiera gry „Geki Yaba Runner” pozwoli temu producentowi umacniać jego pozycję rynkową w branży gier. W styczniu br. QubicGames przekształciła się w spółkę akcyjną, co związane jest planami upublicznienia na rynku NewConnect. Debiut na alternatywnym rynku jest przewidywany na pierwsze półrocze 2016 r.

„Światowa premiera gry „Geki Yaba Runner” jest kolejnym krokiem w kierunku umacniania pozycji rynkowej przez QubicGames oraz budowania coraz większej rozpoznawalności. W istotny sposób powinna ona również wpłynąć na wyniki finansowe tego studia. Plany QubicGames zakładają także wprowadzenie w tym roku na rynek kolejnych bardzo dobrych tytułów o czym spółka będzie na bieżąco informować. Poprzez przekształcenie w spółkę akcyjną, QubicGames znacząco przybliża się do debiutu na rynku NewConnect. Upublicznienie tego podmiotu na alternatywnym rynku będzie z pewnością miało swoje odzwierciedlenie w wynikach finansowych ERNE VENTURES.” – ocenia Arkadiusz Kuich, Prezes Zarządu Spółki ERNE VENTURES.

W portfelu inwestycyjnym ERNE VENTURES znajdują się również inni przedstawiciele branży gier, a mianowicie The Farm 51 Group oraz Huckleberry Studio. Pierwsza spółka, która jest już notowana na rynku NewConnect od blisko czterech lat, zajmuje się produkcją gier wideo na komputery PC i konsole stacjonarne, m.in. Xbox 360 oraz PlayStation 3. Producent prowadzi aktualnie prace nad trzema głównymi projektami: „Get Even”, „World War 3” oraz „Chernobyl VR Project”. The Farm 51 Group rozwija także innowacyjną technologię Reality 51, która wykorzystuje elementy wirtualnej rzeczywistości poza rynkiem gier.

Z kolei Huckleberry Studio jest w trakcie produkcji wieloosobowej gry typu MMORPG pod tytułem „Edengrad”. Prace nad grą znajdują się na bardzo zaawansowanym etapie, a planowana premiera produkcji ma nastąpić w 2016 r. Huckleberry Studio zamierza również zadebiutować w tym roku na rynku NewConnect.

 „Nasza wysoka ekspozycja w podmioty działające w branży gier komputerowych i mobilnych wynika z bardzo mocnego rozwoju tego rynku w Polsce oraz z jego niezwykle dobrych perspektyw. Liczymy, że upublicznienie na rynku NewConnect spółek QubicGames i Huckleberry Studio przyczyni się do ich dynamicznego wzrostu, wzorem innych przedstawicieli branży, którzy są dzisiaj notowani na polskiej giełdzie. Z kolei ERNE VENTURES będzie mogła dzięki temu umacniać swoją pozycję na rynku funduszy kapitałowych inwestujących w innowacyjne podmioty.” – podsumowuje Prezes Kuich.

 ERNE VENTURES zanotowała w 3 kwartale 2015 r. jednostkowy zysk netto na poziomie 970 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach jednostkowy zysk netto  wyniósł prawie 4.324 tys. zł. Wypracowanie bardzo dobrych wyników finansowych było możliwe dzięki wzrostowi wartości spółek znajdujących się w jego portfelu inwestycyjnym, m.in. The Farm 51 Group oraz Arrinera. Spółka opublikuje raport okresowy za 4 kw. 2015 r. w dniu 12.02.2016 r.

PKN Orlen: Umowa z Saudi Aramco pozwoli na lepszą dywersyfikację źródeł ropy naftowej. Spółka rozgląda się także za kolejnymi kontrahentami

CEO Magazyn Polska

PKN Orlen szuka nowych źródeł dostaw ropy naftowej. W tym celu podpisał już umowę z saudyjskim koncernem Saudi Aramco na dostarczenie 100 tys. ton surowca miesięcznie. Pierwszy tankowiec z ropą na pokładzie przypłynął do Polski w listopadzie 2015 roku. Spółka prowadzi także rozmowy w sprawie potencjalnego zwiększenia wielkości dostaw oraz planuje podpisanie umów z firmami z Iranu oraz Iraku.

– Sprowadzamy z Saudi Aramco po jednym statku miesięcznie, po 100 tys. ton. Chcemy przetestować jakość ropy z Iranu. Jesteśmy w kontakcie z Irakiem. Ta sytuacja daje nam ogromne pole dywersyfikacyjne w kwestii dostawy ropy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes ds. finansowych PKN Orlen.

Pod koniec grudnia 2015 roku polska spółka podpisała także aneks do długoterminowej umowy na dostawę ropy z rosyjskim Rosnieftem. Warunki kontraktu zakładają dostawę surowca do końca stycznia 2019 roku.

Ekspert odnosi się także do tendencji panujących na światowym rynku ropy naftowej. Zauważa, że obecna wysoka nadpodaż surowca może doprowadzić do kolejnych spadków cen.

– Przewidywania analityków są takie, że ceny ropy naftowej w tym roku prawdopodobnie przebywać wahać się pomiędzy 30 a 60 dolarów. Ropa obecnie szuka punktu równowagi pomiędzy podażą a popytem. Tej podaży jest bardzo dużo. Jeśli dodamy do tego dodatkową produkcję ze strony Iranu, to na rynku może pojawić się kolejna presja na obniżenie cen – tłumaczy.

Iran jest siódmym największym producentem ropy naftowej na świecie. W styczniu kraj ten zwiększył produkcję surowca o ok. 0,5 mln baryłek dziennie. Wzrost jest efektem zniesienia sankcji nałożonych przez Unię Europejską oraz Stany Zjednoczone. Porozumienie, które weszło w życie w połowie miesiąca, otwiera Iranowi dostęp do nowych rynków eksportowych.

Z powodu deklaracji Bijana Namdara Zanganeh, irańskiego ministra ds. ropy naftowej, cena surowca spadła do poziomu zaledwie 28 dolarów za baryłkę. Tak tanio na rynku tego surowca było w 2003 roku. Obecnie za baryłkę ropy typu WTI inwestorzy płacą ok. 30 dolarów.

– Przełom roku może być momentem, kiedy ropa ponownie będzie rosła. W 2017 roku jej cena może być już rzeczywiście wyraźnie wyższa niż obecnie – przewiduje Jędrzejczyk.

Rozmówca odnosi się także do kwestii cen paliw oferowanych kierowcom. Ich poziom zależy nie tylko od sytuacji panujących na rynku ropy naftowej, lecz także od ceny złotego w stosunku do dolara amerykańskiego. W końcowej cenie benzyny oraz oleju napędowego bardzo duży udział mają także akcyza, opłata drogowa oraz podatek VAT.

– Zobaczymy, jak się zachowa ropa i złoty. Na razie ropa jest stabilna. Jeśli złoty się ustabilizuje, to ceny paliw na stacjach powinny być na tych poziomach, na których są. Ale, co się wydarzy, zobaczymy – stwierdza.

Według danych serwisu e-Petrol pod koniec stycznia 2016 roku średnia cena detaliczna benzyny PB 95 wynosiła 3,99 zł za litr. Tańszy był olej napędowy, za który przeciętnie płacono 3,75 zł za litr.

M. Kulczycki (FM Bank PBP): Decyzja rządu o zwiększaniu inwestycji jest słuszna. Problemem są jednak sprzeczne sygnały wysyłane do rynku

CEO Magazyn Polska

Propozycje rządu zmierzające do zwiększenia inwestycji są dobre – uważa prezes FM Banku PBP. Marek Kulczycki zauważa jednak, że problemem są sprzeczne sygnały wysyłane przez rządzących do rynku. Tłumaczy, że z jednej strony zapowiadane są inwestycje rozwojowe, z drugiej – podatek bankowy. Ostrzega, że danina może ograniczyć ofertę kredytów udzielanych przez banki w Polsce.

Zdaniem Marka Kulczyckiego spośród kredytów oferowanych przez polskie banki najbardziej zagrożone nowym podatkiem będą pożyczki udzielane na cele mieszkaniowe. W ich przypadku bowiem banki zarabiają najmniej i po zapłaceniu fiskusowi kolejnej daniny ostatecznie przestaną się one kalkulować.

– Stawka podatku w wysokości 44 punktów bazowych, czyli 0,44 proc., jest dosyć wysoka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Kulczycki, prezes zarządu FM Bank PBP. – W przypadku np. kredytów mieszkaniowych marża banku jest zdecydowanie poniżej 1 proc. Podatek zatem właściwie zżera całą marżę. Gdyby banki chciały się zachowywać racjonalnie z punktu widzenia biznesowego, to powinny ograniczyć dawanie tych kredytów, które są tanie, tzw. niskomarżowe.

Marek Kulczycki dobrze ocenia plany inwestycyjne Prawa i Sprawiedliwości. Deklaruje przy tym, że banki chciałyby uczestniczyć w kierunku prorozwojowym rządu. Zaznacza jednak, że problemem są sprzeczne sygnały wysyłane do rynku.

– Z jednej strony mówi się o inwestycjach rozwojowych. Z drugiej strony nakłada się podatek. Na dodatek warunki tego podatku nie są całkiem jasne. Jeżeli to ma się skończyć ograniczeniem akcji kredytowej ze strony banków, to myślę, że te cele rządowe nie zostaną osiągnięte. Chyba lepiej byłoby się dobrze zastanowić, co opodatkować i co ograniczać, a nie podejmować decyzje trochę pod publiczkę.

Prezes Marek Kulczycki przypomina, że niektóre banki potrzebują dokapitalizowania m.in. ze względu na jakość portfela kredytowego. Dodaje, że będą one miały problemy, żeby utrzymać się na rynku. Ostrzega, że w niektórych bankach mogą się z kolei pogorszyć oferty dla klientów.

– Będzie to zjawisko zdecydowanie znaczące. Dla niektórych banków są to kwoty pomiędzy kilkadziesiąt milionów a kilkaset milionów złotych – ocenia prezes FM Bank PBP. – To znaczne obciążenie finansowe i zanim banki będą w stanie zaabsorbować taki wysiłek inwestycyjny, upłynie sporo czasu. To się odbędzie oczywiście kosztem klientów, którzy będą mieli ograniczony dostęp do kredytów.

Ekspert przypomina, że sektor bankowy w Polsce ma jeszcze ogromny potencjał rozwojowy, zarówno w kwestii finansowania przedsiębiorstw, jak i osób prywatnych. Zaznacza przy tym, że możliwości finansowania sektora bankowego przez krajowy kapitał w krótkim terminie są niewielkie.

– Z tego, co mówił premier Morawiecki, rząd będzie preferował kapitał polski. Nie bardzo widzę możliwości, żeby pozyskać ten kapitał czysto polski do finansowania banków. Szczególnie, że można byłoby w przypadku banków notowanych na giełdzie pozyskać finansowanie z giełdy. A sytuacja na giełdzie jest taka, jak każdy widzi. Są spadki, w związku z tym możliwości finansowania przez giełdę są bardzo ograniczone. 

Od poniedziałku PKO Bank Polski obniża koszty kredytów hipotecznych. Bank chce w tym roku podobnie jak w poprzednim osiągnąć wysoką sprzedaż

CEO Magazyn Polska

PKO Bank Polski rośnie w siłę na rynku kredytów mieszkaniowych. Jednocześnie chce podtrzymać tendencję i przyciągnąć klientów niskomarżowymi kredytami.

– Po chwilowym wyhamowaniu w pierwszych tygodniach, związanym z podwyższeniem wymaganego wkładu własnego z 5 do 10 proc., w kolejnych tygodniach odnotowaliśmy już znaczne zainteresowanie ofertą kredytów hipotecznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Krawczyk, dyrektor Departamentu Produktów Bankowości Hipotecznej w PKO Banku Polskim. – W zeszłym roku rynek odnotował 6-proc. wzrost udziału rynku w stosunku do 2014 roku. PKO Bank Polski utrzymał pozycję lidera sprzedaży kredytów hipotecznych na poziomie 25 proc. przy sprzedaży blisko 10 mld zł. To oznacza, że co czwarty kredyt był udzielany przez PKO Bank Polski.

Stopy procentowe w Polsce są najniższe w historii i jak podkreśla ekspertka, miały ogromny wpływ na ożywienie rynku nieruchomości. Główna stopa referencyjna NBP od marca ubiegłego roku wynosi 1,50 proc. Z nią powiązana jest stopa WIBOR, stanowiąca składnik oprocentowania kredytów hipotecznych.

– Największym stymulatorem do kupna nieruchomości były niskie stopy procentowe. Za tym idzie niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych – potwierdza Agnieszka Krawczyk. – Niskie oprocentowanie depozytów sprzyjało inwestowaniu w zakup nieruchomości. Nowelizacja ustawy o Mieszkaniu dla Młodych od września 2015 roku, która dopuściła wsparcie finansowania zakupu nieruchomości na rynku wtórnym, również miała ogromne wpływ na ożywienie rynku kredytów hipotecznych.

PKO Bank Polski chce umocnić pozycję lidera na rynku. W tym celu uruchomił nową kampanię kredytów hipotecznych. Jej promocyjna odsłona rusza 8 lutego i potrwa do 31 marca 2016 r. Klientom, którzy skorzystają z co najmniej trzech produktów banku, zostaną zaoferowane promocyjne warunki cenowe – dodatkowe obniżenie marży kredytu hipotecznego o 0,1 pp., nawet do poziomu 1,3 pp.

– Już od najbliższego poniedziałku wprowadzamy promocję kredytów hipotecznych dla klientów, którzy w długookresowym terminie będą zacieśniać z nami relację. Oferta oparta jest na dodatkowej obniżce marży kredytu. To oferta dla klientów, którzy mają 3 z 5 produktów, wniosą wymagany wkład własny i złożą wniosek kredytowy w oddziale PKO Banku Polskiego w terminie od 8 lutego do 31 marca bieżącego roku – tłumaczy Agnieszka Krawczyk

Mimo że od stycznia 2016 roku wymagany wkład własny wzrósł do 15 proc. wartości kredytu, to PKO Bank Polski nie spodziewa się spadku zainteresowania kredytami hipotecznymi.

– Od stycznia wdrożyliśmy program budowania kapitału na własne mieszkanie. To program dla klientów, którzy chcieliby zgromadzić środki na wymagany wkład własny, a po ich zgromadzeniu uzyskać preferencyjne warunki kredytów hipotecznych. Dodatkowo planujemy wdrożenie w II kw. oferty kredytu hipotecznego opartego o stałą stopę procentową. To oferta kredytu dla klientów, którzy chcieliby zminimalizować ryzyko związane ze zmiennością stopy procentowej i zminimalizować ryzyko wzrostu miesięcznej raty kredytu hipotecznego – dodaje Agnieszka Krawczyk.

W 2015 roku rozpoczęto budowę 168,4 tys. mieszkań. To o 13,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Pozwoleń na budowę lub zgłoszonych inwestycji było o 20,5 proc. więcej niż w 2014 r., czyli 188,8 tys.

– W 2016 roku nie spodziewamy się znaczących zmian na rynku kredytów hipotecznych. Najprawdopodobniej deweloperzy będą chcieli utrzymać swój bardzo dobry trend sprzedaży z 2015 roku. Niskie stopy procentowe będą stymulatorem do zakupu nieruchomości na rynku wtórnym bądź na rynku pierwotnym. Regulacje zewnętrzne, które będą wdrażane, takie jak ustawa o wsparciu kredytobiorców w trudnej sytuacji finansowej, dyrektywa hipoteczna, czy regulacje związane z kredytami walutowymi mogą mieć wpływ na kształt i wielkość sprzedaży w 2016 roku – podsumowuje Agnieszka Krawczyk.

Spada konsumpcja w Niemczech. Niechęć Niemców do zakupów może się negatywnie odbić na polskiej gospodarce

CEO Magazyn Polska

Niemieccy konsumenci ostrożniej podchodzą do wydatków, co pokazały ostatnie słabe dane o sprzedaży detalicznej. To może się odcisnąć również na polskim rynku. Niemcy to wciąż największy partner Polski pod względem wymiany handlowej. Rokowania są jednak pozytywne, a największe szanse rodzą zakupy na rynku nieruchomości.

Rynek niemiecki dla naszej gospodarki jest największym rynkiem eksportowym. Nastroje konsumentów i przedsiębiorców są bardzo dobrym wskaźnikiem wyprzedzającym do tego, co się będzie u nas działo. Zatem niższe niż analitycy oczekują tempo sprzedaży detalicznej w Niemczech stawia pod znakiem zapytania te mimo wszystko dość dobre oczekiwania co do produkcji przemysłowej w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Roland Paszkiewicz, dyrektor działu analiz CDM Pekao SA.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego za okres styczeń–listopad 2015 roku wynika, że Niemcy odpowiadają za 27,2 proc. polskiego eksportu. To kwota 44,7 mld euro.

Sprzedaż detaliczna w Niemczech w grudniu spadła w ujęciu miesięcznym o 0,2 proc. wobec oczekiwań wzrostu na poziomie 0,5 proc. Rok do roku odnotowano wzrost, lecz tylko o 1,5 proc. przy prognozach rzędu 2,0 proc. Ostatni lutowy indeks zaufania konsumentów wyniósł jednak 9,4 pkt i był nieznacznie wyższy, niż oczekiwano – wynika z danych GfK.

Ze względu na istotność niemieckiej gospodarki niższe tempo wzrostu sprzedaży detalicznej to dla nas negatywna informacja. Pamiętajmy jednak, że to mimo wszystko jest na plus i oczekiwania wobec tego, co się będzie działo w gospodarce niemieckiej w najbliższych kwartałach są nadal pozytywne – mówi Paszkiewicz.

Zdaniem Paszkiewicza niekorzystne dane o sprzedaży detalicznej wyróżniają Niemców na tle innych krajów strefy euro. We Francji wydatki konsumentów wzrosły w grudniu o 0,7 proc. w ujęciu miesięcznych.

Porównując nastroje konsumentów we Włoszech czy nawet we Francji, która jest uważana za chorego człowieka Europy, widzimy, że tam te nastroje i wydatki kształtują się dużo lepiej – dodaje analityk. – W Wielkiej Brytanii konsumpcja, patrząc na to, że stopa oszczędności spada do wieloletnich minimów, ponownie jest królem. Niemcy są jednak dużo bardziej ostrożni. To, co może pobudzić konsumpcję, to przyzwoita dynamika cen nieruchomości.

W Niemczech ok. 60 proc. nieruchomości jest wynajmowanych. Z danych Lion&HASH39;s Bank wynika, że zakup własnego lokum to koszt równoważny z 26 latami wynajmowania. W Polsce pieniądze na spłacenie zakupu mieszkania wystarczyłyby na 15 lat wynajmu.

– Być może odjeżdżający pociąg z cenami nieruchomości skłoni część Niemców do podejmowania szybszych decyzji o zakupie własnego lokalu. Wyposażenie to często kilkanaście do 20 proc. wartości lokalu. Dlatego przyspieszenie decyzji zakupowych na rynku nieruchomości wymusi również przyspieszenie decyzji o zakupie dóbr trwałych – ocenia Paszkiewicz.

Na Śląsku powstanie nowe centrum badawcze. Naukowcy i firma Philips zajmą się innowacjami w obszarze e-zdrowia

CEO Magazyn Polska

Politechnika Śląska i Philips Health Systems będą wspólnie pracować nad innowacjami w zakresie e-zdrowia. Celem współpracy jest m.in. rozwój systemów ułatwiających komunikację między lekarzami i zdalne diagnozowanie pacjentów. Philips Health Systems zaangażuje się także w przygotowanie programu studiów, który będzie odpowiadać na potrzeby współczesnej medycyny. Współpraca ma być ważnym punktem przy projekcie Śląskiego Centrum Inżynierskiego Wspomagania Medycyny i Sportu przy Wydziale Inżynierii Biomedycznej.

Philips i Politechnika Śląska, a konkretnie Wydział Inżynierii Biomedycznej, zainicjowali partnerstwo polegające na tym, że utworzyli Radę ds. Innowacji ze szczególnym akcentem położonym na sprawy związane z technologią w ochronie zdrowia, a jeszcze dokładniej – na obszary związane z tzw. e-zdrowiem – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Lange, dyrektor generalny Philips Health Systems Poland and Baltics.

Innowacje będą się koncentrować na telemedycynie. Jak wyjaśnia Lange, chodzi o rozwiązania, które umożliwią zdalną komunikację z pacjentem, diagnostykę i porady. Zagadnienia, nad którymi będą pracowały obie strony, to m.in. rozwój aplikacji cyfrowych wspomagających stan zdrowia, profilaktyka zdrowotna, monitorowanie procesów leczniczych, ratownictwo medyczne i medycyna powypadkowa.

Dzięki podpisanemu w środę porozumieniu między dwoma stronami powołana zostanie Rada Doradcza przy Politechnice Śląskiej, której głównym zadaniem będzie identyfikowanie konkretnych obszarów współpracy oraz powiększanie potencjału obu stron.

Widzę trzy kierunki rozwoju w ramach Rady Doradczej – edukacja, rozwój technologii i marketing, ponieważ robimy to również po to, aby dotrzeć z tymi rozwiązaniami na rynki polski i europejskie. Naszym głównym zadaniem jest pilnowanie rozwoju tych kontaktów między nauką a biznesem, pilnowanie proporcji i ważności zagadnień, które będą wspólnie rozwiązywane – podkreśla prof. dr inż. Andrzej Hajdasiński, przewodniczący Rady, przedstawiciel Nyenrode Business Universiteit.

Jeden z obszarów współpracy ma dotyczyć kształcenia przyszłych kadr. Philips zaangażuje się w przygotowanie programu studiów i prac naukowych.

Jesteśmy w stanie zapraszać naszych specjalistów w zakresie badań i rozwoju. W ramach potrzeb uczelni i programu będą w stanie dostarczać najnowsze informacje na temat tego, co się w tej chwili w medycynie dzieje z punktu widzenia rozwoju najnowszych technologii – mówi Jarosław Lange.

Liczymy na dyskusję na temat przyszłości medycyny i przyszłości inżyniera medycznego. Weryfikacja naszych idei rozwoju przez partnera, jakim jest Philips, globalna firma, jeden z liderów we wdrażaniu i produkcji systemów diagnostycznych i terapeutycznych w medycynie, jest dla nas bezcenna – mówi prof. dr hab. inż. Marek Gzik, dziekan Wydziału Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej.

Władze uczelni podkreślają, że istotnym punktem współpracy z Philipsem będzie projekt Assist Med Sport Silesia, czyli centrum wsparcia dla sportu i medycyny, które powstanie przy Wydziale Inżynierii Biomedycznej.

– Ten projekt jest kluczowy dla regionu śląskiego. Na poziomie regionu został już pozytywnie zaopiniowany, teraz czekamy na opinię na poziomie krajowym. Mamy nadzieję, że powstanie grupa laboratoriów, które będą wsparciem inżynierskim dla medycyny i sportu. Chcielibyśmy, by powstały one przy udziale Philipsa – dodaje prof. Gzik.

Współpraca pomiędzy Philips Health Systems a Politechniką Śląską trwa już od ponad roku. Obie strony przyznają, że korzyści z tej kooperacji są obopólne, więc powinna ona być rozwijana.

– Politechnika Śląska spełnia wysokie standardy i panuje w niej duch przedsiębiorczości, oczekujemy więc twórczych idei i impulsów, które wspólnie będziemy w stanie przekuć na potencjał biznesowy Philipsa. Uczelnia z kolei uczy się rozumieć nasz biznesowy punkt widzenia – podkreśla Rob Ijff, dyrektor Innowacji w Ochronie Zdrowia w Philips Research.

Pozytywne efekty pojawiają się na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim prace badawczo-rozwojowe tu realizowane znajdują swojego odbiorcę. Co więcej, z drugiej strony również powinno pojawiać się zapotrzebowanie – mówi prof. dr hab. inż. Andrzej Karbownik, rektor Politechniki Śląskiej w Gliwicach. – Jestem bardzo zadowolony, że do takiej współpracy dochodzi.

Obie strony podkreślają, że docelowo na tej współpracy najbardziej powinni skorzystać pacjenci. Zagadnienia związane z rozwojem telemedycyny są bardzo istotnym elementem dyskusji w Europie. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc w szpitalach, a także ograniczoną liczbę lekarzy specjalistów konieczne jest wprowadzanie nowych rozwiązań. Jest to problem nie tylko systemowy, lecz także społeczny.

Pacjenci skorzystają, jeżeli będziemy w stanie poprawić jakość opieki zdrowotnej, będziemy w stanie lepiej leczyć pacjentów i zapewnimy im lepszy komfort podczas choroby. To jest nasz cel – podkreśla Rob Ijff.

Philips i Politechnika Śląska mogą połączyć swój potencjał intelektualny i osiągać dzięki temu wyższe cele. Możemy wykorzystać już istniejące innowacje, a w tym przypadku jeden plus jeden da więcej niż dwa – dodaje Kors van Wygngaarden, dyrektor ds. medycznych w Philips Health Systems Informatics Solution and Service.

Wydawnictwa liczą na powrót debaty nad podręcznikiem dla klas 1–3. Materiały powinny zostać dostosowane do potrzeb siedmiolatków

CEO Magazyn Polska

Przekazanie przygotowania elementarza dla najmłodszych zewnętrznym firmom byłoby krokiem w dobrym kierunku – ocenia prezes Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych i liczy na powrót do debaty nad podręcznikami. Jak podkreśla, potrzebne są dodatkowe materiały, które będą wspomagać rozwój dzieci. Trzeba też uwzględnić, że od tego roku znika obowiązek szkolny dla sześciolatków. Naukę rozpoczną starsze dzieci, a to oznacza, że należy do nich dostosować materiały dydaktyczne.

Prace, które trwają nad nowym podręcznikiem dla klas 1–3, to dobry kierunek zmian. To początek rozmów i mamy nadzieję, że będziemy rozmawiać na temat reformy. Klasy 1–3 są najważniejsze, brakuje jednak materiałów koniecznych dla dzieci, a przecież początek edukacji jest podstawą dalszego rozwoju – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Garlicki, prezes Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.

W ostatnich dniach w mediach pojawiały się informacje, że resort edukacji dopracuje podręczniki wprowadzone przez poprzedni rząd. Jedną z rozważanych opcji jest zlecenie tego firmom zewnętrznym, również ze względu na ewentualne oszczędności. Od września 2014 roku najmłodsze dzieci uczą się z elementarza opracowanego przez ministerstwo. Trwają konsultacje ws. kolejnej części darmowego podręcznika – dla trzecioklasistów.

Jest sporo tematów do uzgodnienia, poczynając od czysto administracyjnych, czyli tego, w jaki sposób podręczniki mają być dystrybuowane. Należy dać szansę wydawcom, żeby podręczniki dotarły na czas, ale też dać czas nauczycielom i dyrektorom szkół, żeby mogli wszystko przygotować. Warto również pomyśleć o dodatkowych materiałach – podkreśla Garlicki.

Przygotowanie i wydrukowanie rządowego podręcznika kosztowało ok. 15 mln zł. Wydawnictwa, rywalizując między sobą, mogą obniżyć wydatki budżetowe na ten cel. Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można przeznaczyć na przygotowanie dodatkowych materiałów, takich jak atlasy czy zbiory ćwiczeń, które pomogą w rozwoju dzieci i ułatwią pracę nauczycielom.

Zmiany w programie, które zaczną obowiązywać już od nowego roku szkolnego, narzucają również pośpiech w przygotowaniu podręcznika. Opracowany przez ministerstwo w 2014 roku elementarz był skierowany do 6-latków. Od września tego roku do szkół obowiązkowo pójdą dzieci 7-letnie, młodsze natomiast tylko pod warunkiem odbycia rocznego przygotowania przedszkolnego, jeśli taka będzie decyzja rodziców. To oznacza, że podręcznik wymaga istotnych zmian.

Dzieci 7-letnie są na zupełnie innym etapie rozwoju, inaczej postrzegają świat i potrzebują innej metody dydaktycznej i innych materiałów. Dlatego podręcznik należy przygotować już teraz, tak aby dzieci nie cierpiały, nauczyciele mieli z czym pracować, a na końcu – aby efekty dydaktyczne były jak najlepsze – wskazuje Jerzy Garlicki.

50. finał Super Bowl przyciąga reklamodawców. Za 30-sekudnowy spot trzeba zapłacić nawet 5 mln dolarów

CEO Magazyn Polska

Najbliższy finał amerykańskiej ligi NFL będzie rekordowy pod względem cen za emisję reklam. W tym roku za 30-sekundowy spot trzeba będzie zapłacić 5 mln dolarów, czyli ponad 11 proc. więcej niż w 2015 roku. Mimo wysokich kosztów reklamodawców nie brakuje. W ubiegłym roku mecz finałowy obejrzało 116 mln widzów. W tym roku jubileuszowy, 50. finał może przyciągnąć przed ekrany znacznie więcej osób, zwłaszcza że Super Bowl staje się coraz popularniejszy poza Stanami Zjednoczonymi. 

Ceny za reklamę są w tym roku ekstremalnie wysokie, bo aż 5 mln dol. To absolutny rekord za 30-sekundowy spot. To czas, kiedy największe firmy amerykańskie mają premierę swoich reklam. Często ludzie oglądają Super Bowl nie dla samego sportu, lecz właśnie dla reklam – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jędrzej Stęszewski, komentator Eleven Sports Network i prezes Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego.

Ceny reklam idą w górę i będą o 11,5 proc. wyższe niż przed rokiem, kiedy za spot trzeba było zapłacić 4,5 mln dol. Reklamy będą też sprzedawane razem do transmisji telewizyjnej i relacji z wydarzenia w internecie. Mimo wysokich cen reklamodawców nie brakuje. W 2015 roku sprzedano 70 krótkich spotów w telewizji i 18 w sieci. Transmisję obejrzała rekordowa liczba osób, w telewizji ok. 114,5 mln, dodatkowo ponad 1 mln w internecie.

Pod względem plasowania reklam najbardziej widoczne są takie firmy jak Visa czy Microsoft. Ekspozycje sponsorskie są bardzo dobrze przemyślane. Przykładem może być Microsoft z produktem Surface, czyli tabletem, z którego korzystają zawodnicy i trenerzy, czy Bose, producent sprzętu audio. Jednocześnie, co znamienne dla USA, logo nie jest pokazywane w każdym miejscu – tłumaczy Stęszewski.

Branża NFL jest najbardziej dochodowa w Stanach Zjednoczonych. Szacuje się, że Super Bowl generuje 13 mld dol. przychodu. Tym samym, jak wskazuje Stęszewski, generuje dwukrotnie więcej przychodów niż druga najbogatsza na świecie liga baseballowa MLB.

Dla Amerykanów NFL to nie tylko sport. Średnio na mecze przychodzi ponad 70 tys. osób. Bilety często są zarezerwowane na kilka lat naprzód, za możliwość obejrzenia meczu na żywo trzeba zapłacić kilkaset dolarów. Podczas meczu finałowego ceny są znacznie wyższe.

Bilety na mecze sezonu zasadniczego, rozgrywki play-off są dostępne finansowo dla przeciętnych, ale lepiej sytuowanych widzów. Natomiast Super Bowl to wydarzenie korporacyjne, bilety zaczynają się od 1–2 tys. dol., w lożach idą już w setki tysięcy dolarów – podkreśla Stęszewski.

W tym roku finał Super Bowl odbędzie się 7 lutego w Santa Clara, w stanie Kalifornia. Przychody branży mogą się okazać najwyższe w historii, zwłaszcza że będzie to jubileuszowy, 50. finał. O mistrzostwo powalczą Denver Broncos i Carolina Panthers, czyli najlepsza drużyna sezonu zasadniczego.

Już tydzień poprzedzający Super Bowl jest najeżony atrakcjami. Podczas finału akredytowanych będzie ok. 5 tys. dziennikarzy. Ważne również, że wydarzenie odbędzie się na nowym stadionie w Santa Clara w Kalifornii wybudowanym za prawie 2 mld dol. Te pieniądze widać na każdym kroku – przekonuje prezes PLFA.

Choć liga NFL największym zainteresowaniem cieszy się w USA, to powoli staje się coraz popularniejsza także na innych kontynentach. Rozgrywki są chętnie oglądane w Australii, w niektórych krajach Ameryki Południowej, również w Europie dyscyplina dynamicznie się rozwija. Super Bowl jest też transmitowane w stacjach telewizyjnych.

W Polsce od tego sezonu mecze i futbol pokazuje stacja Eleven Sports. Nie inaczej będzie podczas Super Bowl. 7 lutego tuż po północy zapraszam do Eleven Sports – mówi Jędrzej Stęszewski.

W karnawale rośnie sprzedaż alkoholu. W niektórych kategoriach nawet o 50 proc.

CEO Magazyn Polska

Karnawał to czas zwiększonej sprzedaży alkoholi. W przypadku niektórych trunków wzrost ten może sięgnąć nawet 50 proc. W okresie tym Polacy chętniej sięgają po mocne alkohole, zwłaszcza po marki premium. Szczególną popularnością cieszą się wysokiej jakości wódki czyste oraz whisky. Polacy są też coraz bardziej skłonni do eksperymentów – chętnie sięgają po innowacyjne produkty, np. popularną w tegorocznym karnawale wódkę gazowaną.

Dla większości Polaków alkohol to wciąż nieodłączny element karnawałowej imprezy, zarówno w klubie, jak i na domówce. W okresie tym sprzedaż wódek wyraźnie rośnie. Na karnawałowe spotkania towarzyskie Polacy wybierają przede wszystkim mocne, wysokoprocentowe trunki. Służy temu atmosfera powszechnie panującej fiesty. Szczególną popularnością cieszą się wódki, zarówno czyste, jak i smakowe. Według Centrum Monitorowania Rynku generują one blisko 30 proc. obrotu spośród wszystkich alkoholi w sklepach małoformatowych. Polacy lubią też być jednak zaskakiwani.

– W tym roku ciekawostką karnawałową jest pojawienie się Stock Sparkling, czyli wódki gazowanej. Bardzo dużo osób sięgało po ten produkt z ciekawości, bo nie znało go wcześniej. Okazało się, że ta innowacyjna wódka znalazła sporo fanów, którzy ten alkohol polubili i często wracali do baru po ten produkt – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Płochocki, barman Stock Polska.

Polacy coraz chętniej sięgają także po whisky, która generuje ok. 3 proc obrotu. W karnawale Polacy chętnie piją whisky w postaci koktajlu – często wybierane są drinki typu sour – na bazie bourbona i na przykład soku pomarańczowego.

Zdaniem ekspertów Polacy coraz bardziej świadomie wybierają alkohol i chętniej sięgają po produkty wysokiej jakości.

 Nie szukamy już tylko zwykłej wódki, ale czegoś więcej. Alkohol ma nieść ze sobą pewien przekaz, jakąś historię. Bardzo dobrym przykładem jest pojawienie się na rynku bardzo fajnego produktu – wódki Amundsen, która została stworzona na cześć zdobycia bieguna południowego – mówi Andrzej Płochocki.

Polacy są też coraz bardziej skłonni do eksperymentów. Chętnie sięgają po nowe produkty, także te z wyższej półki cenowej, oraz nowatorskie połączenia smakowe. Wybór alkoholu uzależniony jest nie tylko od indywidualnych preferencji, lecz także od płci. Mężczyźni częściej decydują się na mocniejsze trunki, kobiety zazwyczaj preferują alkohole o mniejszej zawartości procentów i delikatniejszym smaku.

– Kobiety również bardzo często sięgają po drinki sour, które są słodko-kwaśne, orzeźwiające. To koktajl trafiający w gusta zarówno mężczyzn, jak i kobiet – mówi Andrzej Płochocki.

Zdaniem ekspertów wzrost sprzedaży alkoholu zaczyna się w Polsce już w grudniu, gdy Polacy kupują trunki na świąteczny stół i imprezę sylwestrową. Wtedy również chętniej niż w pozostałe miesiące roku sięgają po mocne alkohole z wyższej półki cenowej. W karnawale wyższa jest też sprzedaż win, w tym win musujących.

Ranking najlepszych lokat w lutym

Trudno dziś znaleźć atrakcyjny depozyt. Niegdyś dobrze oprocentowane lokaty, dziś nie dają tak dużych zysków. Analitycy porównywarki finansowej Comperia.pl przygotowali ranking najlepszych lokat w lutym.

Obecnie średnie oprocentowanie lokat bankowych wynosi ok. 1,50 proc. w skali roku. Na rynku oczywiście można znaleźć depozyty oferujące wyższe oprocentowanie, jednak produkty te wymagają od oszczędzających spełnienia szeregu warunków, jak m.in. obowiązek założenia konta, zasilania go odpowiednią kwotą, czy też ulokowania w banku zupełnie nowych środków. – komentuje Jacek Kasperczyk, analityk Comperia.pl. – Duża część tych instytucji wprowadza ograniczenia – dają wysokie oprocentowanie, ale do określonej kwoty np. 10 tys. zł – dodaje.

Gdzie ulokować pieniądze?

Poniższy ranking najlepszych lokat w lutym br. uwzględnia kwotę 10 001 zł, czyli stanowi zbiór produktów po odrzuceniu tzw. ofert promocyjnych z wysokim oprocentowaniem na kwotę do 10 tys. zł. Okres deponowania środków zawiera się w przedziale od 3 do 6 miesięcy.

Najlepsze lokaty na 10001 zł, okres oszczędzania od 3 do 6 m-cy
Bank Nazwa oferty/czas trwania lokaty Oprocentowanie Maksymalna kwota Wymagane konto
Bank Zachodni WBK Lokata powitalna 1I2I3 (3 miesiące) 3,35% 20 tys. zł, ale nowy klient tak
Idea Bank Lokata HAPPY Plus

(3 miesiące)

3,25% 100 tys. zł, ale nowy klient nie
BGŻOptima Lokata Bezkarna

(3 miesiące)

3,20% 100 tys. zł, ale nowy klient tak
Eurobank Lokata 3 razy lepsza

(3 miesięcy)

3,00% 30 tys. zł, ale nowy klient tak
BOŚ EKOlokata SUPERprocentująca

(6 miesięcy)

2,80% bez ograniczeń, ale nowe środki tak
Getin Noble Bank e-Lokata / Lokata na Nowe Środki

(3 miesięce)

2,80% bez ograniczeń, ale nowe środki nie
BGŻOptima Lokata Deklasująca V

(4 miesiące)

2,70% 100 tys. zł, ale nowe środki tak
Bank Zachodni WBK Lokata Swobodnie Zarabiająca

(4 miesiące)

2,60% 200 tys. zł, ale nowe środki tak, oszczędnościowe
Raiffeisen Polbank Lokata VIDEO

(3 miesiące)

2,60% 50 tys. zł, ale dostępna przez Video Doradcę tak
Bank SMART Smart Lokata Wariant specjalny z Plusem (3,4,6 miesięcy) 2,60% 2 mln zł, ale nowy klient tak
Źródło: Comperia.pl

 

Obecnie najlepszą lokatę na wskazaną kwotę można znaleźć w Banku Zachodnim WBK. Trzymiesięczna „Lokata powitalna 1I2I3” jest oprocentowana na 3,35 proc. w skali roku, a maksymalna kwota, jaką można na niej ulokować, to 20 tys. zł. Niestety, by móc skorzystać z tego produktu potrzebne jest posiadanie otwartego konta osobistego.

Drugie miejsce przypadło kwartalnej „Lokacie HAPPY Plus”, dostępnej w Idea Banku. Instrument ten nie dość, że charakteryzuje się wysokim oprocentowaniem wynoszącym 3,25 proc. w skali roku, to jeszcze daje możliwość ulokowania kwoty w przedziale 10-100 tys. zł. Niewątpliwą zaletą tego rozwiązania jest brak obowiązku zakładania ROR. Trzeba jednak pamiętać, że oferta ta jest skierowana wyłącznie do nowych klientów.

Ostatnie miejsce na podium zajmuje „Lokata Bezkarna”, oferowana przez BGŻOptima. Produkt ten jest oprocentowany na 3,20 proc. w skali roku. To trzymiesięczny instrument adresowany wyłącznie do nowych klientów, na którym maksymalnie można ulokować kwotę 100 tys. zł. Niestety, rozwiązanie to, podobnie jak i zwycięzca, wymaga założenia konta.

Tuż za podium znalazły się lokaty dostępne w Banku SMART, BZWBK, Raiffeisen Polbank, BGŻOptima (z produktem „Lokata Deklasująca V”), Getin Noble Bank, BOŚ oraz Eurobanku. Oprocentowanie tych instrumentów przyjmuje wartości od 2,60 do 3,00 proc. w skali roku. Co ważne, praktycznie każdy z nich (oprócz oferty Raiffeisen Polbank) jest skierowany do nowych klientów albo wymaga od klienta założenia konta lub wpłacenia do banku nowych środków.

Pomnażanie oszczędności stało się ostatnio dość trudną operacją. Niskie stopy procentowe obowiązujące w naszym kraju sprawiły, że obecne oprocentowanie lokat pozostawia wiele do życzenia. Na szczęście, są na rynku rozwiązania, które po spełnieniu kilku wymagań dają całkiem atrakcyjne warunki – komentuje Jacek Kasperczyk, Comperia.pl.

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 04.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

W styczniu w Polsce sądy opublikowały informacje o upadłości 48 firm

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego przeanalizowała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – w styczniu 2016 roku oficjalnie opublikowano informację o upadłości 48 przedsiębiorstw wobec analogicznej liczby 61 upadłości przed rokiem (zmiana o 22%.). Za wcześnie jeszcze na szczegóły o tym, na ile wpływ na spadek tej liczby miała zmiana od 1 stycznia prawa upadłościowego i wyodrębnienie z niego prawa restrukturyzacyjnego, które to postępowanie jest teraz preferowane. Liczba upadłości zmniejszyła się w większości województw, ale nie we wszystkich, także główne sektory gospodarki są na różnych etapach swoich cykli koniunkturalnych. Firmy, które zniknęły z rynku zatrudniały wg. ostatnich dostępnych danych łącznie ok. 1000 osób, a ich tak liczony (razem) roczny obrót wynosił ok 430 mln. złotych. Firmy te generalnie w poprzednich latach nie traciły rynku – od 2010 roku ich zsumowany obrót zwiększył się o ponad 50%, co świadczy przede wszystkim o płynnościowej, a nie popytowej przyczynie ich problemów i upadłości.

  • Stały wzrost wartości inwestycji budowlanych wciąż przekłada się na mniejszą liczbę upadłości firm budowlanych.
  • Mniejsza także ogólna liczba upadłości hurtowni – poprawa omija jednak sektor handlu wyrobami motoryzacyjnymi i paliwami (4 z 6 upadłości hurtowni było właśnie związanych z tym asortymentem, także dwie z podium największych pod względem obrotu upadłości w styczniu miały miejsce właśnie w tej branży).
  • Sektor produkcyjny (głównie wyrobów metalowych) i transportu drogowego pomimo dobrych wyników sprzedaży swoich produktów i usług jest pod presją, o czym świadczy liczba upadłości.
  • Największy spadek liczby upadłości na Dolnym Śląsku i w Małopolsce, wzrost ich liczby miał miejsce m.in. na Mazowszu oraz na Warmii i Mazurach.
  • IV kwartał ubiegłego roku i prawdopodobnie styczeń okresem, w którym większa liczba firm była zamykana niż otwierana (za REGON) – m.in. w grudniu ubyło blisko 10 tys. firm.

styczen 2016Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Poprawa w budownictwie i hurcie – różne przyczyny, podobne perspektywy: będzie lepiej, ale z zastrzeżeniami…

– Pomimo spadku dynamiki przyrostu wartości produkcji budowlanej (z 5,9% w 2014r do 3% w 2015r za GUS), co wynika z efektu wyższej bazy, liczba i wartość realizowanych inwestycji wciąż zapewnia trwały dopływ środków do branży, co przekłada się na mniejszą liczbę upadłości – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Podobny trend – spadku liczby publikowanych upadłości ma miejsce w odniesieniu do hurtowni, ale nie tłumaczyłbym tego w pierwszej kolejności zwiększeniem spożycia ogółem (3,2% w 2015 za GUS), czy zwiększeniem sprzedaży detalicznej – w grudniu o 7%… ale przede wszystkim zakończeniem już procesu konsolidacji rynku hurtowego w latach ubiegłych, a także jego oczyszczenia się w niektórych kategoriach – np. towarów budowlanych w latach kryzysu w budownictwie w 2011-2013. Pozostały firmy hurtowe, które umiały jak na razie znaleźć swoje miejsce na rynku – walczyć z konkurentami sieciowymi przede wszystkim nie ceną, ale specjalizacją w określonym asortymencie, lepszym serwisem logistycznym, czy tworząc własne sieci detaliczne lub łącząc się w grupy zakupowe.

Czy w budownictwie i w handlu hurtowym będziemy świadkami trwałej poprawy w tym roku? W budownictwie kumulacja prac powinna trwać jeszcze trzy, a może nawet cztery lata, nie spodziewamy się też spadku popytu konsumenckiego i dalszego przesuwania się handlu na duża skalę w kierunku sklepów sieciowych (już opanowały w niektórych kategoriach blisko 60% rynku). Nie można jednak zapominać o czynnikach ryzyka – w budownictwie im dalsze etapy inwestycji, tym większe ryzyko opóźnień, kar umownych, wstrzymania wypłaty środków… Proces inwestycyjny, jego procedury a przede wszystkim charakter uczestników (np. spodziewane problemy wynikające z błędów w przygotowaniu inwestycji po stronie zamawiającego) nie zmienił się aż tak bardzo w ciągu ostatnich kilku lat. Świadczy o tym ponowne po latach pojawianie się w grupie bankrutów w styczniu, tak jak i w poprzednich miesiącach firm wyspecjalizowanych w budowie dróg, mostów i obiektów inżynieryjnych (5 z 8 styczniowych upadłości budowlanych). Także w hurcie ryzyko nadal nie zostało wyeliminowane: pomimo pewnej poprawy rentowności handlu hurtowego, nadal jest ona średnio niższa niż w wielu innych sektorach gospodarki. Ogółem w hurcie nawet duże w swoim asortymencie firmy – czyli zazwyczaj spółki publiczne na kłopoty reagują wyniszczającą wojną cenową o rynek, wniosek o upadłość zgłaszając w ostatniej chwili, w efekcie czego szanse na skuteczność działań restrukturyzacyjnych jest mała.

 liczba upadlosciŹródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

 Produkcja przemysłowa i transport – liczba upadłości nie zmniejsza się

Przemysł ogółem nie tracił rynku – jego produkcja sprzedana rosła zarówno w całym 2015r. jak i w poprzedzającym omawiany miesiąc grudniu. Podobnie transport, zwłaszcza drogowy transport towarów zwiększył w ubiegłym roku przewóz ładunków (o 6,7%), jak i wartość sprzedanych usług – tu już mniej, bo za GUS o 2,8% r/r wobec 5,1% w 2014 roku. Te dobre wyniki nie wpłynęły jednak na spadek liczby upadłości w tych sektorach, a w przypadku transportu mamy do czynienia w styczniu z jego wzrostem. W transporcie sytuacja nie jest łatwa – trwa walka konkurencyjna o dostęp do rynków zagranicznych (regulowanych kontyngentami czy płacami minimalnymi – co ma premiować lokalne firmy), Polska jest bowiem potentatem europejskim w świadczeniu usług transportowych w kabotażu –  czyli na rynkach trzecich. Zaostrzająca się walka konkurencyjna, a jednocześnie inwestowanie w sprzęt przez firmy transportowe na dużą skalę i zwiększanie możliwości przewozowych (o ponad 5% w ub. roku) świadczą o zmianach konsolidacyjnych na rynku, a wspomniane czynniki zewnętrzne są dodatkowym dla nich katalizatorem, a nie czynnikiem sprawczym. Wzrost polskiego eksportu –  w ubiegłym roku po raz pierwszy do lat osiągnęliśmy dodatni wynik wymiany handlowej z zagranicą powinien zapewnić stabilną bazę minimum popytu na usługi transportowe, a niezła koniunktura gospodarcza na rozwiniętych rynkach zachodnioeuropejskich podtrzymywać będzie popyt zewnętrzny na usługi polskich przewoźników. Tym niemniej spodziewać się można dalszych upadłości w branży, związanych z postępującą koncentracją rynku, specjalizacją, bardziej trwałym związaniem klienta z  firmami transportowymi – w ślad za koncentracją na rynku odbiorców usług transportowych, np. w handlu.

Upadłości firm produkcyjnych to poza pojedynczymi przypadkami z innych branż niemal wyłącznie przemysł związany z produkcja wyrobów z metali (aż 7 firm z 12 opublikowanych w styczniu upadłości firm produkcyjnych), wytwarzający konstrukcje metalowe i ich części (głównie na potrzeby budownictwa), części i wytłoczki oraz elementy dla przemysłu maszynowego i innych.

wojewodztwa zyskujace i tracacePoprawa na Dolnym Śląsku, w Małopolsce i na Podkarpaciu. Wciąż liczba upadłości rosła na Mazowszu, dołączyły do niego także Warmia i Mazury

W Małopolsce 2 z 3 upadłości dotyczyło firm produkcyjnych, na Dolnym Śląsku były to hurtownie (wspomniane dwie z trzech największych upadłości, związane z branżą motoryzacyjno-paliwową, o obrotach osiągających w ostatnich latach odpowiednio 170 i 50 mln złotych). Nie były to wiec mające problemy w kryzysowych latach firmy budowlane  i produkcyjne w woj. dolnośląskim, a w woj. małopolskim także budowlane oraz transportowe i handlowe.

Największym zaskoczeniem w styczniu była duża liczba upadłości w woj. warmińsko-mazurskim, gdzie upadały firmy usługowe (w tym hotelarsko-deweloperska o obrotach ok. 100 mln złotych), transportowe i handlowe oraz jedyna firma produkcyjna zgodnie z charakterem regionu wyspecjalizowana w produkcji jachtów. W województwie mazowieckim aż połowa, bo 4 z 8 upadłości to firmy usługowe, ponadto upadły dwie firmy budowlane i jedna produkcyjna oraz jedna hurtownia (w poprzednich miesiącach było na Mazowszu zdecydowanie więcej upadłości firm handlowych).

2016
województwo: Styczeń
dolnośląskie 3
kujawsko pomorskie 3
lubelskie 1
lubuskie 1
łódzkie 2
małopolskie 3
Mazowieckie 8
Opolskie 1
Podkarpackie 0
Podlaskie 1
Pomorskie 4
Śląskie 4
Świętokrzyskie 3
warmińsko mazurskie 7
Wielkopolskie 6
Zachodniopomorskie 1
RAZEM 48

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z Grupy Allianz

Firmy otwierane i zamykane

W całym ubiegłym roku otwarto o około 15 tys. więcej firm, niż ich zamknięto. Pamiętajmy jednak, że jest to statystyka niepełna – porównujemy bowiem informacje o wszystkich otwieranych firmach z informacjami o tylko części tych zamykanych, bowiem nie wszyscy dopełniają obowiązku wyrejestrowania faktycznie zamkniętej działalności. Tym niemniej ciekawy trend nastąpił w końcówce ub. roku i prawdopodobnie kontynuowany był w listopadzie – mianowicie liczba otwieranych firm utrzymała się na stałym poziomie, wzrosła jednocześnie liczba tych wyrejestrowywanych. Przy takiej skali zjawiska trudno wskazać jedną przyczynę tego zjawiska, zamiast tego można wskazać kilka najczęstszych:  weryfikację działalności gospodarczych przez aparat skarbowy, przechodzenie części samozatrudnionych na etat w związku ze wzrostem zatrudnienia oraz zamykanie części działalności utworzonych klika lat temu głównie w celu skonsumowania dotacji unijnych.

5 sposobów na skuteczny e-marketing

Zainteresuj, nie reklamuj. Podpowiadamy, co zrobić, by przyciągnąć nowych klientów do twojego sklepu. Przyda się zwłaszcza początkującym e-przedsiębiorcom. Dlaczego? Na przykład dobry email marketing może generować nawet kilkadziesiąt procent sprzedaży.

 Dlaczego ktoś miałby kupować właśnie w twoim e-sklepie? Masz niskie ceny? Szeroki wybór? Wysoką jakość produktów? Wyspecjalizowaną ofertę? To w marketingu strategiczna decyzja – należy do ciebie. Jednak niezależnie od tego, którą drogą pójdziesz, trzeba dotrzeć do ludzi.

Kiedy internauta zbiera informacje o produkcie, bardzo duże znaczenie przywiązuje do komentarzy, recenzji i rekomendacji innych internautów, i często tylko na tej podstawie podejmuje decyzję o zakupie. Co to oznacza dla sprzedawców w handlu on-line? – Trzeba być obecnym w różnych kanałach, na Facebooku, Youtube, prowadzić blog, wysyłać materiały na tematyczne portale, tworzyć newslettery itp. Dziś możliwości są takie, że prowadząc e-sklep nie trzeba się już przejmować logistyką, ale na nowoczesnym marketingu trzeba się znać coraz lepiej – mówi Krzysztof Grzegorzewski, dyrektor zarządzający platformy dropshippingowej Dropka.pl.

  1. Daj ludziom coś, co ich zainteresuje

Od czego zacząć? Stwórz dobry profil wybranej grupy docelowej. Tu liczy się przede wszystkim odpowiedź na pytania: co chcą wiedzieć twoi (potencjalni) klienci, jakie są ich zainteresowania i potrzeby? Jak na nie odpowiedzieć? Czytaj blogi, przeglądaj na bieżąco portale tematyczne, śledź odpowiednie fora itp. Testuj produkty, które sprzedajesz – myśl o nich jak użytkownik.

Im więcej dowiemy się o swojej grupie docelowej, tym łatwiej będzie do niej dotrzeć i trafnie zaadresować ofertę poprzez odpowiednie kanały. Tzw. content marketing staje się jednym z najważniejszych narzędzi w e-handlu. To dlatego, że formy tradycyjnej reklamy coraz częściej irytują internautów i przestają być skuteczne – dodaj Krzysztof Grzegorzewski.

  1. Wyróżnij się

Zobacz, jak pozycjonuje się konkurencja i znajdź coś, co wyróżni twój sklep lub jego ofertę. Unikatowość jest zawsze mocnym atutem. Wcale nie trzeba mieć produktów, których nikt inny nie ma. Czasem wystarczy lepiej o nich opowiadać.

W sieci konsumenci często nie szukają sprzedawców, lecz produktów. Tworząc unikalne opisy nie tylko można przykuć uwagę akurat do naszej oferty, lecz także poprawić pozycjonowanie. Maszyny wyszukujące Google’a preferują wartościowe treści – podkreśla Krzysztof Grzegorzewski.

  1. Daj szansę wyszukiwarce

Dobrze przemyślany przekaz powinien nie tylko dobrze definiować potrzeby klientów (wywołując efekt: „Tego właśnie potrzebuję”), lecz także odpowiadać na pytania zadawane przez klientów internetowej wyszukiwarce. Pamiętaj, by w opisach produktów znalazły się hasła i frazy kluczowe, ale nie przesadzaj z ich zagęszczaniem i używaj tylko w uzasadnionym kontekście (tego algorytmy Google’a nie cenią).

  1. Docieraj we właściwym czasie

Statystyki podpowiadają, że najwięcej osób korzysta z social mediów rano (do porannej kawy lub na początku pracy) lub wieczorem (relaksując się w domu). Jednak to tylko statystyki. Dowiedz się, kiedy twoi fani i potencjalni klienci są najbardziej aktywni. Służą do tego narzędzia tak jak Facebook Insights lub FanpageKarma, Tweriod lub Followerwonk (Twitter) czy Iconosquare (Instagram). Tego typu narzędzia daję też bezcenne informacje, m.in. w jakim wieku są twoi fani, z jakich miast, jaki jest zakres ich zainteresowań. To pozwala zdecydowanie lepiej dobierać treści. Poza tym specjaliści od marketingu w social mediach podpowiadają: warto promować posty. Pamiętaj przy tym, że Facebook to kanał komunikacji, a nie sprzedaży.

  1. Rób tak, żeby klikali

Newsletter to szansa na bezpośredni przekaz marketingowy. Jest tylko jednak przeszkoda, żeby dotrzeć do odbiorcy – musi kliknąć wiadomość od ciebie. Jak zrobić, by zdobyć jego uwagę? W tematach wiadomości dobrze sprawdza się język korzyści. Dodatkową szansą jest preheader – krótki komunikat wyświetlany tuż za tematem wiadomości. Tutaj fundamentem jest call to action.

Kiedy już odbiorca klika, zwykle czyta tylko nagłówek. Dlatego bądź maksymalnie konkretny i pozwól, by twój potencjalny klient objął wszystko co najważniejsze jednym spojrzeniem i od razu wiedział, o co chodzi.

Pamiętaj, że człowiek jest w stanie przyjąć zaledwie kilka informacji na raz – niektórzy eksperci twierdzą, że tylko cztery. Jeżeli w twoim newsletterze jest więcej informacji, rozdzielaj je graficznie, tak żeby w odbiorze stanowiły osobne części.

W marketingowym mailingu warto też pomyśleć o wykorzystaniu video, interaktywnych zdjęć czy infografik. Dlaczego? Tego typu elementy są łatwiejsze w odbiorze i lepiej przykuwają uwagę. Potwierdzają to statystyki: takie treści są klikane średnio nawet cztery razy częściej niż zwykłe linki. W sieci można znaleźć mnóstwo darmowych i prostych w obsłudze narzędzi, które umożliwiają generowanie takich materiałów. Warto się postarać – skuteczny email marketing może generować nawet kilkadziesiąt procent sprzedaży.

Dolar gwałtownie traci

Wczoraj wiadomością dnia były popołudniowe odczyty danych makro w USA. Spowodowały, że dolar osłabił się o 2% względem euro. W Grecji strajk. Rada polityki nie zmieniła stóp procentowych. Rating Argentyny poszedł w górę.

Najważniejszym wydarzeniem dla rynków walutowych były wczorajsze dane makroekonomiczne z USA. Raport ADP na temat zatrudnienia wyszedł lepiej niż się spodziewano. Słabiej wypadł za to opublikowany dwie godziny później raport ISM dla usług. Indeks aktywności biznesowej wyniósł 53,9 pkt, przy oczekiwaniach 58,5 pkt, a sam indeks dla usług wyniósł 53,5 pkt, przy oczekiwaniach 55,1 pkt. Rynki rozpoczęły gwałtowną przecenę dolara wobec euro. Od momentu publikacji dolar stracił do euro dwa centy. Nie dziwi zatem, że chociaż euro było w tym czasie w miarę stabilne wobec złotego, to dolar staniał do 3,97 zł, pomimo, że utrzymywał się ostatnio wyraźnie powyżej 4 zł.

W Grecji dojdzie dzisiaj do strajków powszechnych. Protestować będzie większość najliczniejszych grup zawodowych. Powodem są zmiany w ustawie emerytalnej. Nie trudno się domyślić, że wierzyciele Grecji woleliby, aby ten kraj nie wydawał więcej niż zarabia. Przy obecnym systemie jest to niemal niewykonalne. Grecja, pomimo pomocy z zewnątrz, wciąż ma poważne problemy. Jeżeli nie będzie realizowała reform, znów szybko straci środki.

Ministerstwo finansów właśnie znalazło brakujące w budżecie środki. Podnosząc ściągalności podatków uzyska nie mniej niż 15 miliardów złotych. Ma być to związane z poprawą efektywności kontroli skarbowych. Znalezienie tych środków jest podstawą utrzymania w ryzach deficytu budżetowego. Może on wymknąć się spod kontroli w wyniku działania pakietów socjalnych obiecanych przez partie rządzącą w kampanii wyborczej.

Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych. Komunikat wydany przy okazji decyzji, również nie uległ wyraźnej zmianie względem poprzednich danych.

Agencja ratingowa S&P podniosła rating kredytowy Argentyny. Można mieć wątpliwości, dlaczego Polsce, która ma się zupełnie dobrze, agencja obniżyła rating, a krajowi z poważnymi problemami gospodarczymi, podniosła. Rozwiązaniem zagadki jest obecny poziom ratingu tego kraju. Wzrósł on z CCC+ do B- i znalazł się 8 poziomów niżej niż Polska. Powodem tej zmiany jest liberalizowanie gospodarki – w tym uwolnienie sztucznie utrzymywanego kursu waluty. Peso argentyńskie od grudnia zaczęło podlegać regulacjom rynkowym i od razu straciło około 30% na wartości. Ale dzięki tej decyzji można było znieść ograniczenia handlowe, które mocno ciążyły lokalnym firmom.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,

14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,

16:00 – USA – Zamówienia na dobra.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9450.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 04.11.2015 do 04.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7300.

Poziom stóp kapitalizacji na rynku logistycznym w 2015 r. zrównał się z sektorami powierzchni biurowych i handlowych

Stopy kapitalizacji za wysokiej klasy aktywa logistyczne i magazynowe w ostatnim kwartale ubiegłego roku osiągnęły poziom najlepszych projektów biurowych i handlowych typu prime, wynika z najnowszego raportu BNP Paribas Real Estate Poland „At a Glance. Rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych w Polsce, IV kw. 2015”. Autorzy opracowania podkreślają, że łączny wolumen transakcji w tym sektorze w roku 2015 zamknął się kwotą 467 milionów Euro, która była niższa o 34% od wyników notowanych w 2014 roku. Za taki stan rzeczy odpowiadają duże transakcje portfelowe przeprowadzone na przestrzeni lat 2013-2014.

Rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych w 2015 roku cechowała znacząca aktywność inwestorów wynikająca m.in. z dynamicznie rosnących potrzeb związanych z branżą e-commerce. Rynek inwestycyjny charakteryzował się jednak ograniczoną podażą obiektów typu „prime”, które mogłyby zmienić w najbliższym czasie właściciela.

staniszewska_annaW związku z dużymi transakcjami zawartymi w 2013-2014, dostępność produktów portfelowych jest ograniczona. Dlatego też inwestorzy poszukują możliwości alokacji kapitału w obiekty, których wartość może wzrosnąć  dzięki aktywnemu zarządzaniu. Inną opcją zakupu nieruchomości magazynowej jest alians z deweloperem w zakresie realizowania projektów typu „build-to-suit”. – podkreśla Anna Staniszewska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa na Region Europy Środkowo-Wschodniej, BNP Paribas Real Estate Poland.

Całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej i logistycznej w Polsce wyniosły na koniec 2015 roku 9,9 mln mkw., z czego 964 tys. mkw. zostało dostarczonych na rynek od stycznia do grudnia 2015 roku. Oznacza to spadek rocznej podaży o 12% w porównaniu z rekordowym wynikiem 1,1 mln mkw. osiągniętym w 2014 roku. To jedynie krótkotrwałe zjawisko, gdyż według zapowiedzi deweloperów do końca 2016 roku podaż zwiększy się o ponad 1 mln mkw.

pys_fabianczyk_katarzyna„Dobra passa w sektorze magazynowym trwa, o czym świadczy niski poziom pustostanów utrzymujący się w granicach 6,0%. W niektórych klastrach jak np. Polska Centralna, Poznań czy Kraków wskaźnik ten znajduje się poniżej 3,0%. Przewidujemy, że wolumen projektów w budowie, które w części dysponują już podpisanymi wstępnymi umowami najmu, a także projekty realizowane pod konkretnych najemców spowodują, że w krótkim okresie można spodziewać się spadku wskaźnika pustostanów. W perspektywie średniookresowej parametr ten pozostanie jednak względnie na stałym poziomie.” – mówi Katarzyna Pyś-Fabiańczyk, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland.

Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland wskazują również na zmiany zachodzące w zakresie dynamiki struktury właścicielskiej na rynku. Coraz większa liczba inwestorów powoduje zmniejszenie procentowego udziału w rynku największych graczy. W przypadku rynkowego lidera, firmy ProLogis, udział w rynku w czwartym kwartale 2015 roku spadł w porównaniu z poprzednim rokiem o 4,5 p.p. do poziomu 23,1%. Na koniec ubiegłego roku miejsce na podium wśród największych graczy znalazły również firmy Segro z 10,8% i Panattoni z 9,8% udziałem w rynku.

Dolar słabnie, nietrafione oczekiwania rynku

Od początku roku obserwujemy bardzo silne cofnięcie w oczekiwaniach odnośnie tempa podwyżek stóp procentowych za oceanem. To właśnie ten czynnik był w poprzednich wielu miesiącach odpowiedzialny za aprecjację dolara i tak też było jeszcze do końca ubiegłego roku.

Jak wynikało z grudniowych prognoz Komitetu Otwartego Rynku w 2016 mediana oczekiwań odnośnie liczby podwyżek wskazywała na cztery ruchy w górę. Rynek w tym czasie, na podstawie kontraktów FRA, oczekiwał, iż oprocentowanie dolara na przestrzeni roku (na podstawie trzymiesięcznego Liboru) wzrośnie o 0,6 proc., czyli wyceniał pełne dwie podwyżki o 25 p.b. Od początku roku oczekiwania te spadły z 0,6 proc. do 0,16 proc. wczoraj. Oznacza to, że inwestorzy nie wierzą w ani jedną pełną podwyżkę o 25 p.b. przez FED w tym roku. To bardzo istotna zmiana. Dolar jednak w pierwszych tygodniach 2016 roku nie przejawiał jednak znaczących oznak słabości i aktualnie z opóźnieniem zareagował na to, co działo się już wcześniej m.in. na rynku stopy procentowej.

O dalszym losie liczby podwyżek w USA (i poniekąd dolar) będą decydować odczyty inflacji oraz dane z amerykańskiego rynku pracy, które poznamy już w ten piątek.

5 kluczowych systemów Big Data na świecie Gdzie w Internecie wiedzą o nas najwięcej?

Yahoo! ogłosiło właśnie stworzenie największego w swojej historii i jednego z największych na świecie zbiorów samo-uczących się danych o internautach. Platforma zarządzania danymi (DMP, Data Management Platform) autorstwa Yahoo! to „myśląca maszyna”, która zasięgiem obejmuje 20 milionów użytkowników i waży 13,5 TB danych, oczywiście zaszyfrowanych i anonimowych. Z kolei w naszej części świata największą platformę samo-uczących się danych (Big Data) stworzyli… Polacy. Oto ranking 5 kluczowych systemów Big Data na świecie, które wiedzą o internautach całkiem sporo.

DMP – co to takiego?

Data Management Platform to – w dosłownym tłumaczeniu – „platforma zarządzania danymi”. DMP to cyfrowe encyklopedie wiedzy o internautach, które swój rozkwit zawdzięczają rynkowi Big Data. Wedle analiz IDC ten ostatni rozwija się już w tempie sześciokrotnie szybszym niż cała branża IT.

Ilość danych w Sieci rośnie w zawrotnym tempie. Oracle twierdzi, że Internet z rok na rok powiększa swoją objętość o ponad 40 proc. Obecnie liczy ponad 8 ZB danych, jednak już w 2020 roku rozrośnie się do 45 ZB. Te cyfrowe informacje trzeba jednak gdzieś magazynować. Takim miejscem są właśnie platformy DMP, działające głównie w chmurze obliczeniowej (cloud computing). DMP to zatem nic innego, jak zewnętrzne hurtownie czy magazyny internetowych danych (third party data), dzięki którym firmy mogą rozbudować swoje własne cyfrowe zasoby (tzw. first party data), uzyskując w ten sposób bardziej precyzyjne informacje o klientach. Co więcej – mechanizmy zawarte w platformach DMP pozwalają gromadzić w jednym miejscu informacje o konkretnym użytkowniku nawet wówczas, gdy ten korzysta z różnych urządzeń: tabletu, notebooka czy smartfona.

Dzięki specjalnym algorytmom DMP pozyskują, sortują i kategoryzują wielkie zbiory internetowych danych (Big Data) z różnych źródeł, a następnie analizują je i przetwarzają. Efektem ich pracy są tzw. Smart Data, czyli użyteczne biznesowo informacje (dotyczące zachowań użytkowników czy procesów firmy), które można monetyzować w ramach działań marketingowych. Dzięki nim cyfrowe dane stają się rzeczywistym kapitałem firmy, zaś Internet ulega personalizacji. Namacalnym efektem działań DMP są np. spersonalizowane reklamy wyświetlane w przeglądarce, które dzięki wykorzystaniu danych stają się coraz lepiej dopasowane do zainteresowań i zachowań konkretnych użytkowników Sieci. Z danych przesianych przez platformy DMP korzysta już nie tylko branża marketingowa, lecz także instytucje bankowe, sektor ubezpieczeniowy czy telekomunikacyjny, a także maklerzy giełdowi czy politycy.

Mark Zagorski, CEO w eXelate twierdzi, że obecnie od 8 do nawet 10 proc. firm z listy Fortune 100 wykorzystuje platformy DMP, a w ciągu najbliższych 2-3 lat przynajmniej połowa firm z tej listy będzie skorzysta z zewnętrznych hurtowni Big Data. Przyjrzyjmy się zatem samym platformom DMP. Które z nich przechowują najwięcej danych? Innymi słowy: gdzie w Internecie wiedzą o nas najwięcej?

  1. Yahoo!

Platforma DMP autorstwa Yahoo!, której powstanie portal ogłosił na początku tego roku, swoim zasięgiem obejmuje 20 milionów użytkowników. Dziennie gromadzi i przetwarza ponad 13,5 TB danych o zachowaniach i zainteresowaniach internautów, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Yahoo! od lutego do maja 2015 roku gromadziło anonimowe dane użytkowników, którzy odwiedzali strony takie jak strona główna samego Yahoo, a także Yahoo News, Yahoo Sports, Yahoo Finance oraz Yahoo Real Estate. Yahoo stworzyło tę platformę z myślą o społeczności akademickiej, w celu dostarczenia aktualnej bazy danych dla młodych naukowców, prowadzących badania oraz projekty dotyczące m.in. maszynowego uczenia. W tym celu firma uruchomiła inicjatywę Yahoo Labs Webscope, w ramach której badacze uzyskują otwarty dostęp do anonimowych i zaszyfrowanych wielkich zbiorów danych o internautach, które wykorzystywać wyłącznie do celów naukowych. Komercyjne korzystanie z tych zasobów jest zabronione.

Jak tłumaczy Suju Rajan, Director w dziale Personalization Science w Yahoo Labs oraz główny koordynator platformy DMP Yahoo: – Dane stanowią dziś siłę napędową badań nad uczeniem maszynowym (machine learning). Jednak dostęp do wielkich zbiorów danych był tradycyjnie przywilejem zarezerwowanym dla badaczy i naukowców pracujących w dużych firmach, niedostępnym dla większości badaczy akademickich.

Jak piszą przedstawiciele Yahoo – celem ich platformy jest wspieranie niezależnych badań i studiów nad dziedziną maszynowego uczenia, a także znalezienie wspólnej płaszczyzny współpracy na linii biznes-nauka, w ramach której obie strony korzystałyby ze swoich zasobów.

  1. Oracle

Platforma DMP autorstwa Oracle należy do jednych z największych na świecie i jest częścią Oracle Marketing Cloud. Samo Oracle tytułuje swoją platformę zarządzania danymi mianem największej platformy marketingowej świata, co według amerykańskiej firmy stało się możliwe dzięki przejęciu BlueKai, czyli firmy, która w skali globy była twórcą największej platformy danych typu third party. Prócz BlueKai platformę DMP autorstwa Oracle w dane zasila ponad 30 dostarczycieli danych typu third party, zaś łączna baza anonimowych profili internautów przekracza już 700 mln. Użytkownicy posegregowani są według ponad 40 tysięcy szczegółowych atrybutów, pozwalających na personalizację programów do marketingu, a tym samym – na zwiększenie precyzji komunikatów reklamowych, wyświetlanych internautom.

  1. Google

W tym zestawieniu nie mogło oczywiście zabraknąć Google, czyli – przypuszczalnie – największego agregatora danych na świecie oraz jego serwisów do analityki danych, utrzymywanych w chmurze obliczeniowej, czyli: BigQuery, Cloud Data Flow oraz Cloud Pub/Sub. Google kusi swoich klientów tym, że w każdym miesiącu 1 TB danych będzie przetwarzany za darmo. Już teraz z hurtowni danych największej wyszukiwarki świata korzystają zarówno młode startupy, jak i międzynarodowe koncerny. Google to właściciel i zarazem generator gigantycznego zasobu danych: obsługuje ponad 100 miliardów zapytań w wyszukiwarce w skali miesiąca, spośród których aż 1,17 mld to zapytania unikatowe. To dostęp do danych ponad 187 mln unikalnych użytkowników miesięcznie, a łącznie ponad 1 mld użytkowników. Już teraz Google odpowiada za ponad 75 proc. ruchu w wyszukiwarkach w USA.

Nic dziwnego, że firma z Mountain View już wielokrotnie była posądzana o praktyki monopolistyczne. Teraz czeka ją kolejna batalia z politykami Unii Europejskiej. A konkretnie z duńską komisarz ds. konkurencji: Margrethe Vestager, która wyraziła ostatnio głośno swoje zaniepokojenie faktem, że firmy IT przechowujące i przetwarzające ogromne ilości danych o internautach (jak np. Google czy Facebook), mogą stanowić zagrożenie dla konkurencyjności innych podmiotów działających na rynku Big Data. Unijna komisarz walcząca z monopolem stwierdziła: – Jeśli raptem kilka firm ma możliwość kontrolowania danych, które są potrzebne innym podmiotom w działaniach pro-klienckich czy obniżeniu ich kosztów, to oznacza to, że dysponują one możliwością rozprawienia się z rynkową konkurencją.

Szacuje się, że „żelazna dama z Danii”, nazywana również „goblinem pod łóżkiem Google’a”, może mocno uderzyć po kieszeni firmę Sundara Pichaia i jej gałąź związaną z analityką Big Data. Jeśli unijna komisarz postawi na swoim, to strata największej wyszukiwarki świata może sięgnąć nawet 6,6 mld dolarów. Nie wspominając już o konieczności zastosowania się do regulacji prawnych dotyczących dostępu i przetwarzania internetowych danych przez Google.

  1. Microsoft

Gigant z Redmond również może pochwalić się własną platformą DMP. I to nie byle jaką. Niezależna firma analityczna Gartner w swoich raportach „Magic Quadrants” twierdzi, że to właśnie rozwiązania chmurowe autorstwa Microsoft, pozwalające przetwarzać dane i zarządzać nimi w chmurze obliczeniowej (jak np. Azure czy SQL Server), zaliczają się dziś do jednych z najskuteczniejszych sposobów szyfrowania cyfrowych informacji dostępnych na rynku. Firma z Redmond, jako pierwsza na świecie, wdrożyła również międzynarodową normę przetwarzania danych w chmurze publicznej i jako jedyna legitymuje się certyfikatem ISO 27018, gwarantującym bezpieczne i przejrzyste zasady ochrony poufności danych.

Microsoft nie ukrywa, że cloud computing i Big Data to klucz do zrozumienia jego aktualnej strategii biznesowej. Satya Nadella, CEO Microsoft, mówi otwarcie, że strategia jego firmy opiera się właśnie na rozwijaniu rozwiązań chmurowych oraz technologii mobilnych, w myśl zasady: „Cloud-first, mobile-first”. Najwyraźniej te działania wychodzą firmie Billa Gatesa na zdrowie, ponieważ z chmury obliczeniowej Microsoft korzysta dziś ponad 80 proc. firm z listy Fortune 500. Dlatego nie powinien chyba dziwić fakt, że to właśnie na chmurze Microsoft zarabia dzisiaj krocie: przychody z cloud computingu w przypadku firmy Nadelli stanowią prawie 30 proc. całościowego przychodu Microsoftu i przekroczyły już 8 mld dolarów. CEO Microsoft nie zamierza jednak zwalniać tempa i mówi: – Robimy ogromne postępy, chcąc osiągnąć nasz cel, czyli 20 miliardów USD w rocznym komercyjnym przychodzie z chmury, który obecnie przekracza 8,2 miliardy dolarów. To może się udać, ponieważ w kwietniu zeszłego roku Microsoft przejął Revolution Analytics, dostawę platformy Revolution R Enterprise (RRE), na której oparła swój nowy produkt, nazywając go „Microsoft R Server”. To open source’owa platforma, która opiera się na dość popularnym języku programowania „R”. Jej głównym odbiorcą ma być biznes.

Z kolei Joseph Sirosh, Corporate Vice President w Microsoft, podczas konferencji PASS Summit 2015 bardzo mocno podkreślał, że to właśnie za sprawą rozwiązań takich jak cloud computing oraz analityki danych w chmurze obliczeniowej wkraczamy w „epokę danych”. Według szacunków ekspertów rynku, na które powoływał się Sirosh, do 2025 wielkie zbiory danych (Big Data) będą przechowywane niemal wyłącznie w chmurze obliczeniowej i tym samym całkowicie zdominują rynek, wypierając z niego inne (klasyczne) metody przechowywania danych na lokalnych (firmowych) serwerach.

  1. Cloud Technologies

Polacy również należą do grona największych graczy rynku platform zarządzania danymi, a jednocześnie – do głównych innowatorów w tej dziedzinie. Behavioralengine.com to platforma DMP autorstwa warszawskiej firmy Cloud Technologies, która jest również najszybciej rosnącą spółką na giełdzie NewConnect. Warszawscy programiści rozpoczęli prace nad tą platformą już w 2011 roku, jeszcze jako mały startup, gdy w Polsce o Big Data mało kto słyszał i niewielu widziało sens w analityce cyfrowych informacji, ani marketingu z wykorzystaniem danych. Po kilku latach behavioralengine.com stał się największym zbiorem samo-uczących się danych o internautach w Europie Środkowo-Wschodniej, który zaopatruje w dane samego Google’a. Obecnie platforma skonstruowana przez warszawskich badaczy danych przetwarza dziennie ponad 5 TB informacji i monitoruje 0,5 mln witryn. W jej zasięgu znajduje się aż 70 mln urządzeń i 20 mln realnych użytkowników. Oznacza to, że zaprogramowana przez Cloud Technologies „myśląca maszyna danych” zna zachowania i preferencje praktycznie każdego polskiego internauty. Dzięki zastosowanym w niej algorytmom potrafi sama dopasować reklamę do konkretnego internauty. Dostarcza również Smarta Data, czyli cennych biznesowo informacji o internetowych konsumentach, które wykorzystywane są przez polską branżę marketingową, bankową, ubezpieczeniową i telekomunikacyjną. Teraz polska spółka zamierza podbić swoim rozwiązaniem rynki zachodnio-europejskie, co może okazać się strzałem w dziesiątkę, ponieważ do platformy Yahoo! brakuje jej naprawdę niewiele. Jak tłumaczy Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies i główny pomysłodawca warszawskiej platformy DMP: – Wkraczamy w drugą epokę cyfrową, nazywaną w branży również „cyfrowym humanizmem”. Kluczową rolę odgrywają w niej właśnie dane oraz to, co możemy z ich pomocą zdziałać. W grę wchodzą tu zarówno cele dalekosiężne, jak np. analityka predyktywna, która pozwala przewidywać przyszłe zdarzenia z większą dozą skuteczności, ale również cele bliższe, takie jak np. większa personalizacja Internetu. Treści wyświetlane w Sieci, dzięki odpowiedniej analityce danych, będą spersonalizowane, a tym samym – będą lepiej odpowiadały zainteresowaniom samych internautów.

Czy Polska obawia się innowacyjności?

W Polsce wydatki na działalność badawczo rozwojową należą do najniższych w Europie. Rzeczywisty wzrost innowacyjności w Polsce można osiągnąć wyłącznie poprzez zwiększoną aktywność sektora prywatnego. Polsce brak tradycji innowacyjności i raczej skupiamy się na implikacji cudzej technologii niż rozwoju własnej. Dlaczego? Czy obawiamy się innowacyjności?

Polska nie należy do liderów w dziedzinie innowacyjności, a na tle innych państw europejskich wypada dość słabo pod względem konkurencyjności, o czym świadczą liczne rankingi. Według najnowszego raportu agencji Bloomberg, nasz kraj uplasował się na 23. Pozycji (na 80 państw uwzględnionych w zestawieniu), wyprzedzając tym samym m.in. Włochów, czy Portugalczyków. W pierwszej piątce znalazły się takie państwa jak: Niemcy Szwecja i Szwajcaria.

Obszary innowacyjności gospodarki

Mówiąc o poziomie innowacyjności gospodarki, należy wziąć pod uwagę trzy kluczowe obszary. Po pierwsze, otoczenie biznesowe oraz kapitał ludzki. Istnieje ścisła relacja pomiędzy innowacyjnością a prowadzeniem firmy. Polska ze względu na klimat biznesowy, mimo coraz lepszych standardów, ciągle jest państwem średnio atrakcyjnym. Niemniej jednak, w zestawieniu Banku Światowego Doing Business 2016, nasz kraj zajął 25. Miejsce na 189 państw, które brały udział w analizie. Pokazuje to, że w ostatnich latach, dokonał się znaczny postęp w zakresie znoszenia utrudnień dla przedsiębiorców, jednak jakość otoczenia prawnego wciąż odgrywa istotna rolę (np. regulacje podatkowe).

Kolejnym obszarem, który jest brany pod uwagę przy ocenie innowacyjności gospodarki jest wartość nakładów na sektor B+R. Kluczowym ograniczeniem potencjału innowacyjnego krajowej gospodarki wydają się zatem bardzo skromne wydatki na działalność B+R w sektorze przedsiębiorstw prywatnych, których wielkość na przestrzeni lat 2008–2012 wzrosła zaledwie z 0,19 do 0,33% PKB. Obecnie jednak można zauważyć większą dynamikę wzrostową, ponieważ przychody osiągane z wyników prac badawczo- rozwojowych są coraz bardziej widoczne w strukturze przychodów operacyjnych przedsiębiorstw. Według danych pochodzących z raportu PwC, w 2014 roku przychody przedsiębiorstw wyniosły średnio 16,62%. Oznacza to, że udział przychodów z B+R w polskich przedsiębiorstwach wzrósł z 9,74% w 2008 r. aż o niemal 7 punktów procentowych do roku 2014. Pokazuje to, że polscy przedsiębiorcy są z jednej strony coraz bardziej świadomi światowych zmian i trendów technologicznych, a z drugiej strony chcą tworzyć unikatowe rozwiązania i produkty wyróżniające się na rynku.

Trzecim obszarem, na podstawie którego można dokonać oceny innowacyjności gospodarki jest wynik działalności innowacyjnej przedsiębiorstw. Dane GUS jednoznacznie wskazują, że z roku na rok systematycznie wzrasta zaangażowanie kapitałowe polskich przedsiębiorców w szeroko rozumianą działalność badawczą i rozwojową (tj. zarówno samo prowadzenie badań jak i aparaturę naukowo-badawczą). Według danych PwC, pomiędzy rokiem 2011 na 2013 łączne wydatki wewnętrzne przedsiębiorców z sektora przetwórstwa przemysłowego na B+R wzrosły aż o 68%. Optymistyczne dane nie zmieniają jednak faktu, że Polska wciąż ma jeszcze wiele do zrobienia w zakresie działalności innowacyjnej na tle pozostałych państw Europy.

Strach przed innowacyjnością?

Według analizy Instytutu Obywatelskiego, polskie firmy inwestują w innowacje niezwiązane ze sferą B+R o wiele intensywniej niż jakikolwiek inny kraj w zestawieniu i niemal dwa razy tyle, co średnia unijna. W obliczu coraz większych wydatków przedsiębiorstw na sektor badawczo-rozwojowy, po części mamy do czynienia z „innowacyjnością po polsku”, co w istocie oznacza zakup i wdrożenie cudzej myśli technicznej zaadoptowanej w maszynach, licencjach lub patentach. – Warto jednak dodać, że polska myśl technologiczna doceniana jest na całym świecie. Dla przykładu – nasze unikatowe rozwiązania w zakresie oprogramowania i optymalizacji procesów zostało wdrożone w ponad 450 zakładach przemysłowych, w tym elektrowniach na całym świecie. Od 2010 roku posiadamy status Centrum Badawczo-Rozwojowego, tak więc ciągły rozwój i szukanie innowacyjnych rozwiązań wpisane jest w misję i wizję naszej firmy. Co więcej, w 2014 roku w raporcie Coputerworld zajęliśmy 3. miejsce, wśród firm o największym nakładzie na działalność  badawczo-rozwojową w Polsce, co pokazuje jak ważny obszar naszej działalności stanowi ten sektor – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Transition Technologies, polskiej firmy informatycznej.

Polska gospodarka rynkowa jest stosunkowo młoda i nie dysponuje ani dużym zasobem rodzimego kapitału na inwestycje w ryzykowne przedsięwzięcia, ani rozwiniętą tradycją innowacyjności. Dlatego też, część przedsiębiorstw skupia się głównie na implikacji cudzej technologii, ponieważ jest to działanie mało ryzykowne i szybki sposób na rozwój oraz podniesienie produktywności pracy. Czy Polska obawia się innowacyjności? Niekoniecznie, ale aby polska gospodarka mogła rozwijać się w duchu innowacyjności potrzeba stworzyć odpowiednie warunki ku temu, a także niezbędne może okazać się wsparcie ze strony państwa.

Zalecenia na rzecz poprawy innowacyjności gospodarki

W zakresie wsparcia rozwoju innowacyjności polskiej gospodarki przez państwo, należy wskazać na kilka kluczowych obszarów. Po pierwsze, należy wprowadzić ułatwienia w sposobie prowadzenia działalności gospodarczej (ulgi podatkowe, dofinansowania). Ponadto, należy dokonać zmiany w obecnym systemie nauczania, w kluczowych obszarach dla rozwoju potencjału innowacyjnej gospodarki (myślenie analityczne, wyobraźnia przestrzenna). Trzecim istotnym obszarem jest współpraca i zaangażowanie świata nauki ze światem biznesu. W ostatnim czasie, można zauważyć że coraz więcej firmy decyduje się na tego typu współpracę. – Współpracujemy z wieloma uczelniami technicznymi w Polsce, a w ostatnim czasie swoje działania skoncentrowaliśmy również na szkołach ponadgimnazjalnych, gdzie uczymy młodzież programowania, głęboko wierząc, że nasze starania przyczynią się do rozwoju ich umiejętności w strukturach naszej firmy – mówi prof.   Konrad Świrski.

Polska nie obawia się innowacji i jest na najlepszej drodze, aby stać się gospodarką konkurencyjną i wyróżniającą się na tle innych państw w UE, aby tak się jednak stało, przedsiębiorstwa potrzebują wsparcia ze strony państwa. Z kolei całej gospodarce potrzebna jest strategia rozwoju, tak aby można było wypracować odpowiedni model innowacyjności, tak jak to zrobiły Niemcy czy Szwecja – europejscy liderzy.

Globalny handel nie nadąża za potrzebami konsumentów w Internecie

Choć globalnie sytuacja finansowa sieci handlowych powoli się poprawia, to nadal nie są one w stanie powrócić do wyników finansowych, które osiągały jeszcze kilka lat temu. Przychody 250 największych detalistów na świecie wyniosły w ubiegłym roku obrotowym (kończącym się najpóźniej w czerwcu 2015 r.) 4,48 biliona dolarów. W porównaniu rok do roku jest to wzrost na poziomie 4,3 proc. Jak wynika z najnowszej edycji corocznego raportu „2016 Global Powers of Retailing. Navigating the new digital divide”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce jest niezmiennie Amazon.com. Chociaż sprzedaż internetowa jest jednym z głównych czynników, które zapewniają detalistom wzrost przychodów, to nadal ogromnym wyzwaniem dla sieci handlowych pozostaje zaspokojenie oczekiwań coraz intensywniej wykorzystujących nowe technologie konsumentów.

Suma przychodów 250 największych sieci detalicznych na świecie, wygenerowanych w ostatnim zakończonym roku finansowym, wyniosła prawie 4,5 bln dolarów, co oznacza stabilny wzrost na poziomie 4,3 proc. Rok wcześniej było to 4,1 proc. „Jest to pozytywny sygnał po zaobserwowanym w 2011 roku spadku przychodów w tym sektorze. Sytuacja różni się jednak w zależności od regionu: w Ameryce Północnej, w regionie Afryki i Bliskiego Wschodu odnotowano znaczący wzrost przychodów. Natomiast w regionie Azji i Pacyfiku, w Europie i w Ameryce Łacińskiej nastąpiło wyhamowanie tempa wzrostu. Dla przykładu w Europie wzrost wyniósł jedynie 2,1 proc.” – mówi Magdalena Jończak, dyrektor w dziale konsultingu, Deloitte. W ubiegłym roku znaczący wpływ na wyniki finansowe firm z sektora handlu detalicznego miały: spadek inflacji oraz spadki cen ropy, wzmocnienie dolara, jak również tąpnięcie chińskiej gospodarki.

Jak wynika z raportu Deloitte, średni wzrost przychodów w latach 2009 – 2014 wyniósł 4,9 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w roku obrotowym 2014/2015 osiągnąć przychody na poziomie co najmniej 3,653 mld dolarów (tyle wyniósł wynik firmy, znajdującej się na ostatnim miejscu zestawienia). Średni przychód w rankingu wyniósł 17,91 mld dolarów. Natomiast średnia marża zysku netto w branży była równa 2,8 proc. (rok wcześniej było to 3,4 proc.), co potwierdza tezę, że sektor handlowy wciąż znajduje się w trudnej sytuacji.

Raport „Global Powers of Retailing” podkreśla również skalę oddziaływania technologii cyfrowych na zakupy dokonywane w sklepach tradycyjnych, wskazując, że konsumenci coraz częściej chcą łączyć możliwości jakie daje im każdy z kanałów – offline i online. Dodatkowo chętniej wykorzystują oni narzędzia cyfrowe do wyboru tego co kupią oraz jak, gdzie i kiedy dokonają zakupu. Tempo zmian zachowań i oczekiwań konsumentów jest szybsze niż tempo ich zaspokajania przez sprzedających. Powoduje to powstanie tzw. „luki cyfrowej”.

W ramach postępującej cyfryzacji procesów zakupowych zidentyfikowano trzy ważne trendy: 

  • Nie ma jednej drogi przeprowadzenia transformacji cyfrowej. Chociaż wszystkie rynki dążą do jak najpełniejszej i najszybszej cyfryzacji, ich drogi do osiągnięcia tego celu bywają różne. Na przykład niektóre rynki wschodzące nie przechodzą etapów wstępnych, obserwowanych w przeszłości na rynkach rozwiniętych.
  • Zakres i formy korzystania z technologii cyfrowych są bardzo zróżnicowane. Zależą one od czynników demograficznych takich jak wiek i płeć konsumenta, a także od poziomu dochodu oraz rodzaju poszukiwanych produktów.
  • Klienci domagają się bardziej zaawansowanych narzędzi cyfrowych. Narzędzia i kanały cyfrowe mogą zarówno poszerzyć zasięg dotarcia sieci detalicznych, jak i zwiększyć ich przychody. Należy jednak zauważyć, że klienci wciąż nie są w pełni zadowoleni z tego, co aktualnie oferują im w tym zakresie detaliści i w związku z tym często nie czują się dobrze obsłużeni.

„Występuje rozdźwięk między oczekiwaniami konsumentów a dojrzałością cyfrową sklepów, zwłaszcza jeżeli chodzi o połączenie wykorzystania technologii cyfrowej z zakupami tradycyjnymi. Niestety są jeszcze firmy, także wśród ważnych graczy w handlu detalicznym, które nie doceniają siły oddziaływania Internetu. Chociaż digital ma fundamentalne znaczenie dla całego biznesu i kompleksowego doświadczenia zakupowego, zarówno w i na zewnątrz sklepu, wielu tradycyjnych detalistów nadal spycha działania w sferze digital wyłącznie do swoich kanałów online lub e-commerce” – ocenia Stefan Nowak, dyrektor, Deloitte Digital.

Jednocześnie jednak, jak wskazują eksperci Deloitte, pogłoski o śmierci sprzedaży w tradycyjnych sklepach są mocno przesadzone. Dodatkowo, coraz więcej sieci handlowych, które dotąd były dostępne tylko online, w ostatnich kilkunastu miesiącach zaczęło otwierać sklepy stacjonarne. Niedawno zrobił tak największy gigant w cyfrowym świecie – Amazon.com, który zdecydował się otworzyć księgarnię w Seattle. Jego śladami poszło już kilka mniejszych sprzedawców internetowych, w tym sprzedający okulary Warby Parker czy Athleta – modowa marka należąca do sieci handlowej GAP. „Granice pomiędzy handlem offline i online zatarły się. Jesteśmy świadkami ewolucji sposobów podejmowania przez konsumentów decyzji zakupowych. Stawianie konsumenta w centrum zainteresowania firmy oraz umożliwienie mu rozpoczynania zakupu w jednym kanale i kończenia go w drugim pozwala na optymalne wykorzystanie synergii świata fizycznego i wirtualnego.  Łączenie tradycyjnych sklepów z internetowymi oraz umiejętne wykorzystanie danych i technologii cyfrowych stworzy sieciom handlowym nowe szanse “ – mówi Justyna Skorupska, lider e-commerce, Deloitte.

Amerykańska sieć Wal-Mart nadal pozostaje największym światowym detalistą i generuje roczne przychody ponad czterokrotnie wyższe niż jej najpoważniejszy konkurent. Na drugim miejscu w zestawieniu znalazło się Costco, a na trzecią pozycję z szóstej awansował koncern The Kroger Co. (jak wskazuje raport przede wszystkim dzięki aktywności firmy na rynku M&A). Cztery pierwsze sieci handlowe osiągnęły przychody przewyższające 100 mld dolarów.

W ubiegłym roku obrotowym grupa 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów na poziomie 3,2 proc. Rok wcześniej było to 2 proc.

Dziesięciu największych detalistów na świecie:

Miejsce
w rankingu (edycja 2016)
Nazwa spółki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży detalicznej
w poprzednim roku obrotowym
(mld USD)
1 Wal-Mart Stores, Inc. USA 485,7
2 Costco Wholesale Corporation USA 112,6
3 ↑ The Kroger Co. USA 108,5
4 Schwarz Unternehmens Treuhand KG Niemcy 102,7
5 Tesco PLC Wielka Brytania 99,7
6 ↓ Carrefour S.A. Francja 98,5
7 ↑ Aldi Einkauf GmbH & Co. oHG Niemcy 86,5
8 ↓ Metro AG Niemcy 85,6
9 The Home Depot, Inc. USA 83,2
10 ↑ Walgreen Co. USA 76,4

 

Prawie jedna czwarta przychodów sieci detalicznych, które znalazły się w TOP 250 pochodziła z działalności prowadzonej w innych krajach niż rodzime. Aż dwie trzecie spółek handlowych prowadzi działalność poza krajem swego pochodzenia. Średnia liczba państw, w których operują sieci wyniosła 10,4.

Podobnie jak w poprzednim roku sektor FMCG stanowi ponad 50 proc. wszystkich detalistów w zestawieniu. Jednak największy wzrost przychodów zanotowały w tym roku branże modowa oraz artykułów sportowych i rekreacyjnych, odpowiednio o 6,7 i 6,5 proc. Dla porównania w przypadku FMCG było to 4,1 proc. Wciąż najbardziej rentownym z działów handlowych jest moda i akcesoria. Średnia marża zysku netto tego sektora wyniosła 8,1 proc., czyli prawie trzy razy więcej niż w całym TOP 250.

Na czele zestawienia firm, które w poprzednim roku obrotowym osiągnęły największe wzrosty przychodów, znalazły się dwie firmy z Chin. W przypadku Vipshop Holdings Limited było to aż 120,2 proc., a JD.com 62 proc.

Po raz trzeci w raporcie Deloitte znalazł się ranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. Aż 38 z nich znalazło się także na liście TOP 250, a 39 z nich prowadzi sprzedaż również w innych kanałach. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (26) i Europie (18). Liderem w tym zestawieniu, kolejny rok z rzędu jest amerykańska grupa Amazon.com ze sprzedażą z e-commerce na poziomie 70 mld dolarów. Na drugim i trzecim miejscu znajdują się Apple oraz JD.com.

Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W ubiegłym roku obrotowym 33 firmy z TOP 250 (czyli o siedem mniej niż wcześniej) nie prowadziły działalności e-commerce. Z analizy Deloitte wynika, że były to głównie supermarkety oraz dyskonty spożywcze.

Pięciu największych e-sprzedawców na świecie:

Miejsce
w rankingu

(edycja 2016)

Miejsce

w rankingu głównym
„2016 Global Powers of Retailing”

Nazwa spółki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży
e-commerce w poprzednim roku obrotowym

(mld USD)

Udział przychodów
ze sprzedaży
e-commerce
w łącznych przychodach ze sprzedaży detalicznej (%)
1 12 Amazon.com, Inc USA 70,1 100
2 ↑ 48 Apple Inc. USA 20,6* 49
3 ↓ 58 JD.com, Inc. Chiny 17,7 100
4 ↓ 1 Wal-Mart Stores, Inc USA 12,2* 2,5
5 76 Otto (GmbH & Co KG) Niemcy 8,4 65,4

 

*) dane szacunkowe

„Czy Polacy są przygotowani do zarabiania dużych pieniędzy?”

Działają w Polsce dopiero od 2004 roku, a już mogą pochwalić się licznymi sukcesami. Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości pomagają kolejnym młodym Polakom zaistnieć w świecie biznesu. O tym czym są startupy, jakie problemy mają młodzi przedsiębiorcy i w jakich branżach można osiągnąć sukces mówi w rozmowie Sebastian Kolisz, Partner Zarządzający AIP w Polsce Południowo-Wschodniej.

KRZYSZTOF KALINOWSKI

Sporo osób o Was słyszało, wiele z nich nadal nie wie, czym są startupy. Czym zajmujecie się w Akademickich Inkubatorach Przedsiębiorczości?

 Sebastian Kolisz: Jako ogólnopolskie Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości zrzeszone w markę inkubatory.pl już od 2004 roku wspieramy młode osoby startujące w biznesie. 12 lat temu zajęliśmy się tym kompleksowo. Pierwsze lata ukierunkowaliśmy w takim modelu, który później okazał się dokładnie tym, czym stała się ideologia startupowa.

 Byliście prekursorami?

Dokładnie, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że świat pójdzie w tym kierunku i będzie na to boom. My realizujemy tę ideologię od 10 lat, potem przyszło to ze Stanów Zjednoczonych i zostało określone jako startupy. Było to spójne z tym, co my robiliśmy już od kilku lat. Otrzymując środki z Unii Europejskiej stworzyliśmy w kraju 50 inkubatorów.

 Można wyróżnić jedną definicję startupu?

Różne osoby różnie określają czym jest startup. Na pewno musi być on innowacyjny i skalowalny. Nie wystarczy stwierdzić: jestem przedsiębiorczy i założę firmę, żeby zarabiać pieniądze. Nie wszystkie firmy to startupy. My podeszliśmy do tematu sprawiedliwie. Działalność, która często była wytykana, że nie jest startupem, często potrzebowała doszlifowania i zmiany mentalności. Dzięki naszej pomocy udawało jej się zostać startupem. Wszystkie osoby działające w AIP mają swoje biznesy: to 2 tysiące aktywnych projektów. Jedne są już startupami, inne raczkują, ale każdy dąży do tego, żeby stworzyć sprzedawalny i innowacyjny produkt.

 Jaki najbardziej nietypowy startup osiągnął sukces?

Mi się podobał tramwaj party. Ktoś pomyślał: weźmy tramwaj, dogadajmy się z urzędem i zróbmy w nim imprezę. Padały głosy, że to się nie uda, bo to komunikacja zbiorowa. Temat wypalił i tramwaj jeździł po Krakowie. Drugi pomysł to dom strachów. Znane są od dawna, ostatnio mówiono, że wesołe miasteczka padają. Dom strachów został zrobiony i spotkał się z fenomenalnym odbiorem. W planach jest stworzenie sieci domu strachów.

 Startupy wielu osobom kojarzą się głównie z branżą IT.

To prawda, ale warto zwrócić uwagę, jak działa fenomen nowych trendów modowych. Takich firm jest cała masa no i wszyscy ubierają się w galeriach. Mimo to sukces w kilka lat osiągnęła marka Misbehave. Stworzyli wokół siebie prawdziwą religię. 80% produkcji sprzedawana jest za granicą i ludzie zabijają się o te ubrania.

Istotne jest też dotarcie do mas, zachowując przy tym jakość produktu.

Fenomenem jest zrobić model produktu rzemieślniczego, który jest projektowany niby indywidualnie, ale udaje się go wyskalować, co jest paradoksem. Owszem, dobry krawiec uszyje dwie kreacje w miesiąc, zarobi na tym duże pieniądze, ale to nie będzie startup. On tego nigdy nie wyskaluje, bo nie zrobi w tym czasie 100 takich kreacji. Sztuką jest zrobić indywidualne produkty, szyte na miarę, ale dla tysiąca osób.

 Jak startupy reagują na zmianę?

inkubator przedsiebiorczosciSpotykamy się tutaj ze zjawiskiem pivotowania. Stare podejście do biznesu tutaj nie działa. Rozpisywanie biznesplanu na dwa lata do przodu to abstrakcja. Trzeba szybko obserwować rynek i reagować na zmiany. Kiedyś można było wyprodukować 1000 sztuk produktu i próbować to sprzedać. Gdy biznes się nie wstrzelił, trzeba było zrobić coś z tym, co nam zostało. W startupach jest inne myślenie. Produkt trzeba skroić na miarę klienta, a jeśli jest coś nie tak, musimy reagować natychmiastowo. Niektórzy w AIP przeszli drogę pivotowania na pięć sposobów, aby wstrzelić się w rynek.

 Jakie największe problemy mają młodzi startupowcy?

Przede wszystkim musimy zmienić mentalność, bo wszystko zaczyna się w naszej głowie. Ludzie w Polsce nie są przygotowani do zarabiania wielkich pieniędzy. Błędy są popełniane już w samym procesie wychowania. Młodzi ludzie mają wzorzec życia z miesiąca na miesiąc i powielają to. Nie ma co ukrywać: większość Polaków jest przygotowana do pracy na etacie. Życia w niepewności trzeba się nauczyć. Ludzie wolą mieć pewne mniej niż niepewne więcej. Mając do wyboru 1500 złotych co miesiąc, a ryzyko z szansą na duży zysk, wybierają pierwszą opcję. Wielu nie potrafi też oszczędzać. Młodzi ludzie zarabiają pierwsze większe pieniądze i wydają je na np. na nowy ekskluzywny samochód.

 Nie myślą długofalowo?

Wiem, że zabrzmi to brutalnie, ale jeżeli ktoś zarobił 100 tysięcy w rok, to stać go na samochód za 10 tysięcy. Może to przykra opinia, ale w pewnych środowiskach mówi się, że auto powinno być warte maksymalnie cztery pensje. Co to oznacza? Żeby działać bezpiecznie na rynku skrajnej niepewności, trzeba dzielić roczne zyski na 12 miesięcy. Potrzebna jest też specjalistyczna wiedza na temat biznesu. Ludzie boją się przepisów prawnych jak ciemności. Strach nie jest wynikiem braku światła, tylko niepewności, co znajduje się w pomieszczeniu. Ludzie boją się przepisów, bo jest to strach przed niewiedzą.

 W Polsce zawiłości prawne są jednak znaczące, jak AIP może w tym pomóc?

Niestety dalej nie jest tak jak powinno być, jeśli chodzi o rejestrację i prowadzenie firmy w Polsce. Sprowadza się to głównie do chorego systemu podatkowego, kompletnie niekorzystnego dla przedsiębiorców. W AIP pomagamy w tym jak tylko się da. Od działalności w AIP nie płaci się ZUS-u. Unikamy wydatku 1000 złotych miesięcznie, więc na samym starcie mamy 12 tysięcy oszczędności w skali roku. U nas nie płaci się też podatku dochodowego od firmy. Firmy w AIP są zwolnione również z VAT-u, korzystając ze swoich usług pomiędzy sobą. Najprościej mówiąc użyczamy osobowości prawnej do prowadzenia działalności biznesowej, dzięki czemu nie trzeba od razu rejestrować własnej działalności lub spółki. Dodatkowo dajemy: możliwość wystawiania faktur, doradztwo prawne oraz możliwość korzystania z nowoczesnej, kompleksowo wyposażonej przestrzeni biurowej. To oczywiście nie wszystko, w AIP Kraków organizujemy regularne tematyczne szkolenia pn. StartUp Training, spotkania z ekspertami oraz spotkania społecznościowo-networkingowe.

Mimo wszystko wiele osób nie decyduje się na biznes, ponieważ nie mają gotówki.

Wiele młodych osób błędnie stawia finansowanie na pierwszym miejscu. Według mnie jest to ostatni czynnik. Niektórzy chcieliby dostać na start 100 tysięcy, a nie mają mentalności do prowadzenia biznesu oraz wiedzy. To tak nie działa.

 Czy opłaca się korzystać z pomocy inwestora?

Wyobraźmy sobie, że na świecie przynajmniej 2-3 osoby myślą w tym samym czasie o identycznym biznesie. Jeżeli będziemy powoli odkładać pieniądze, to za pół roku będziemy uprzedzeni przez konkurencję. Już teraz trzeba podjąć decyzję, czy korzystamy z pomocy inwestora. Ktoś może powiedzieć: mam się dzielić z inwestorem udziałami w firmie? Liczy się czas, albo zrobimy to szybko z pieniędzmi zewnętrznymi, albo w ogóle. Dlatego też warto korzystać z pomocy inwestora oraz aplikować o środki zewnętrzne np. z naszego funduszu Seed Capital w AIP.

 Jakie biznesy się sprawdzają?

Zauważyłem pewien fenomen, który sprawdził się po moich kilkuletnich obserwacjach. Wyłoniły się trzy segmenty rynku, w których ludzie zarabiają pieniądze. Szeroko pojęty design: zobaczmy, ile mamy programów o metamorfozach i modzie. Wokół nich pojawiają się startupy i zarabiają pieniądze. Drugi segment to rozrywka. Polak, który ma do dyspozycji wolny czas, zastanawia się na co wydać pieniądze. Standard życia się poprawia i jesteśmy w stanie wydać na rozrywkę coraz więcej. Trzeci segment to branża IT. Nie jest żadną nowością, że działa ona świetnie, ale jest tu jeszcze ogrom pracy do wykonania. Tu też będą powstawać kolejne startupy.

A, B, C… praca! Testy kompetencyjne w rekrutacji

Każdego dnia prasę i internet zalewają tysiące podobnych nagłówków. Odpowiedz na kilka pytań i sprawdź, czy do siebie pasujecie! Dowiedz się, jak dobrze znasz obsadę tego serialu. Nasz test powie, ile będziesz mieć dzieci!

Niektóre brzmią wręcz absurdalnie, ale wysokie statystyki wyświetleń stron zajmujących się generowaniem testów świadczą o tym, że wszelkiego rodzaju quizy cieszą się nieustającą popularnością. O ich powodzeniu decydują dwa kluczowe czynniki: chwytliwy temat i jakość, przejawiająca się w odpowiednio dobranych pytaniach. Użytkownicy portali internetowych potrafią być bardzo wymagającymi klientami i błyskawicznie dokonują decyzji, czy dana treść jest dla nich wartościowa. Usiłując uzyskać wskazówkę odnośnie nurtujących ich problemów, albo jedynie z ciekawości przechodząc przez test, szybko zniechęcają się, natrafiając na banalne pytania o ulubiony kolor albo porę roku. Stanowią one wyznacznik wiarygodności i determinują wiarę w wynik. Ale nawet przy najlepiej ułożonych pytaniach, słabością uzyskiwanych w ten sposób rezultatów pozostaje ich ulotność. Nawet jeśli wzbudzają emocje, znikają w momencie opuszczenia strony i nie przynoszą już żadnych korzyści. Czy istnieją zatem testy, które poza rozrywką dostarczają danych będących w stanie wpłynąć na nasze życie? Tak. Coraz częściej stosuje się je przy rekrutacji kandydatów online.

Na przestrzeni ostatnich lat można zaobserwować trend wspierania biznesu technologią. W większości dużych firm podstawę pracy stanowi dostęp do komputera, komunikacja między zatrudnionymi odbywa się przez pocztę mailową lub specjalne portale, a raporty z działalności są nie tylko generowane, ale i udostępniane drogą elektroniczną. Nie jest to więc szczególnie zaskakujące, że wszechobecne innowacje zaczęły wpływać także na proces rekrutacji. Wstępna eliminacja kandydatów na podstawie wypełnionego przez nich testu stanowi niesamowitą oszczędność czasu i od razu wyklucza tych, którzy nie są wystarczająco zdeterminowani, by zdobyć stanowisko. Popularność tej metody sprawiła, że coraz więcej firm związanych z pośrednictwem pracy decyduje się na wprowadzenie testów kompetencyjnych do swojej oferty. Pragniemy, aby dział HR mógł skupić się na ważnych działaniach i zredukować pracę operacyjną do minimum, mówi Piotr Marciniak, założyciel Talent Bridge, działającej od paru lat na rynku firmy zapewniającej narzędzia z zakresu rekrutacji i wstępnej oceny kandydatów. Dostarczane przez nich rozwiązania, na które składa się między innymi pakiet testów kompetencyjnych, spotykają się z entuzjastyczną reakcją pracodawców.

Patrząc z perspektywy kandydata, bez wątpienia opłaca się śledzić trendy w rekrutacji, choćby po to, by nie dać się zaskoczyć na rozmowie kwalifikacyjnej – niezależnie czy jest ona prowadzona w biurze firmy, czy online. Zależnie od stanowiska, o które się staramy, możemy natrafić na bardzo różne rodzaje testów, spośród których głównymi typami są: sprawdzające zdolności analityczne, werbalne i logiczne. Każdy opiera się na trochę innym schemacie pytań. Pierwsza z wymienionych dziedzin będzie wymagała od nas interpretacji wykresów i szacowania wyników. Może się to okazać wyzwaniem dla osób słabo radzących sobie z organizacją czasu, gdyż większość zadań ma ustalony limit, w jakim należy udzielić odpowiedzi. Nieco inaczej wygląda to przy umiejętnościach werbalnych, gdzie dużą rolę odgrywa pamięć, ponieważ pytania zazwyczaj dotyczą jednego tekstu, z którym mamy okazję zapoznać się na samym początku. Umiejętności logiczne sprawdza się z kolei podobnym schematem do pojawiającego się w testach mierzących IQ, gdzie zadaniem jest zdecydowanie, który z serii obrazków pasuje do określonego algorytmu. Cechą wspólną testów kompetencyjnych są generowane na koniec raporty, umożliwiające pracodawcy przeanalizowanie naszych odpowiedzi i sprawdzenie, jak dany kandydat prezentuje się na tle pozostałych. Interpretacja wyniku może się okazać cenną wskazówką w razie wątpliwości, kogo zaprosić do kolejnego etapu rekrutacji.

Czy istnieje sposób na to, by wypaść w takim teście jak najlepiej? Kluczem do sukcesu jest bez wątpienia nastawienie, a także sposób radzenia sobie ze stresem. Dzięki odpowiedniemu podejściu, zamiast tracić czas na zdenerwowanie, skupimy się na treści zadań i najbardziej efektywnie wykorzystamy te parę minut przeznaczonych na udzielenie odpowiedzi. Przewagę da nam także praktyka. Znajomość formy można nabyć choćby poprzez wypełnianie wersji demonstracyjnych, dostępnych zazwyczaj na stronach internetowych firm zajmujących się ich dystrybucją. Ale przede wszystkim nie należy wpadać w panikę, spotykając się z testem kompetencyjnym podczas rekrutacji. Nawet jeśli za pierwszym razem nie uda nam się osiągnąć imponującego wyniku, warto potraktować tę sytuację jako okazję na zdobycie doświadczenia i… nie poddawać się, bo pewnego dnia starania na pewno się opłacą.

W. Rozłucki: GPW powinna wprowadzić do oferty instrumenty pozwalające na inwestycje w nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Powodem obecnej słabości Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie na pewno nie są braki w liczbie oferowanych instrumentów – uważa były prezes Rady Giełdy Wiesław Rozłucki. Jego zdaniem inwestorzy nie mogą narzekać na liczbę dostępnych narzędzi. Dodaje przy tym, że na polskim rynku wciąż jest jeszcze miejsce na nowe rozwiązania. Szczególnie duże nadzieje pokładane są w funduszach zbiorowego inwestowania, czyli tzw. REIT-ach, a także w listach zastawnych.

­­­– Giełda warszawska ma sporo notowanych produktów i dzisiejsza słabość rynkowa na pewno nie wynika z tego, że paleta dostępnych instrumentów jest zbyt wąska – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor były prezes Rady Giełdy Wiesław Rozłucki.

Główne indeksy Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie już od maja 2015 roku przebywają w długoterminowym trendzie spadkowym. Wskaźnik WIG20 od tego czasu stracił na wartości ponad 30 procent. Niewiele lepiej radzi sobie indeks szerokiego rynku ­– WIG­, który w skali ostatnich ośmiu miesięcy jest ponad 23 proc. pod kreską.

– Rynek czeka na instrumenty, które pozwolą lokować pieniądze w nieruchomości. W międzynarodowych nazewnictwie fundusze lokujące w nieruchomości nazywa się REIT-ami. Takich instrumentów jednak u nas jeszcze nie ma – informuje Rozłucki.

Fundusze typu REIT (Real Estate Investment Trust) są formą zbiorowego inwestowania na rynku nieruchomości popularną głównie w Stanach Zjednoczonych oraz Europie Zachodniej. W Polsce trwają prace legislacyjne nad tego typu rozwiązaniem. Jego zaletą jest możliwość odliczenia od podstawy opodatkowania wysokości dywidendy wypłaconej inwestorom.

–  Dużą rolę mogłyby odegrać także listy zastawne. Finansowanie nieruchomości zwykłymi kredytami okazuje się niezbyt trafne. Banki i instytucje finansowe muszą mieć drugą stronę finansowania, czyli finansowanie za pomocą listów zastawnych, i prace nad tym już trwają – dodaje były prezes Rady Giełdy.

Listy zastawne mogą być emitowane wyłącznie przez banki hipoteczne oraz państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. W swojej konstrukcji zbliżone są do obligacji, oferując inwestorom stały przychód odsetkowy. Zabezpieczeniem emisji są natomiast aktywa w postaci udzielonych kredytów hipotecznych.

– To jest nowy obszar, który moim zdaniem zaktywizuje nowych inwestorów – podsumowuje Rozłucki.

Aktualnie na rynku dłużnym Catalyst obecnych jest jedynie trzech emitentów listów zastawnych – mBank Bank Hipoteczny, PKO Bank Hipoteczny oraz Pekao Bank Hipoteczny. Zainteresowanie inwestorów także jest niewielkie. W styczniu bieżącego roku dokonano pojedynczych transakcji na zaledwie trzech emisjach. Przedstawiciele giełdy liczą na upowszechnienie tego typu instrumentów. Podkreślają przy tym rolę listów zastawnych w finansowaniu działalności banków.

E.Chojna-Duch: W najbliższych miesiącach złoty powinien zyskiwać w stosunku do głównych walut

Złoty powinien zyskiwać w najbliższych miesiącach w stosunku do euro, dolara czy franka szwajcarskiego – uważa profesor Elżbieta Chojna-Duch. Była członkini Rady Polityki Pieniężnej uważa, że umocnienie polskiej waluty będzie w znacznej mierze uzależnione od tempa reformowania polskiej gospodarki w zakresie polityki społecznej. 

– Wiele czynników wpływa na osłabienie złotego w ostatnim okresie – są to zwłaszcza czynniki zewnętrzne. Wciąż jesteśmy w grupie krajów emerging markets, które doświadczają oddziaływania chociażby gospodarki chińskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Elżbieta Chojna-Duch, była członkini Rady Polityki Pieniężnej.

Profesor podkreśla, że na osłabienie walut krajów wschodzących – w tym polskiego złotego – wpływa także zmiana polityki prowadzonej przez amerykańskie władze monetarne. W grudniu 2015 roku Fed po raz pierwszy od dziewięciu lat dokonał podwyżki stóp procentowych. Ich poziom poszedł w górę o 25 pkt bazowych, a główna stopa znajduje się teraz w przedziale 0,25–0,50 proc.

Zdaniem byłej członkini RPP wpływ na zachowanie polskiej waluty ma także osłabienie wiarygodności naszej gospodarki, spowodowane w dużej mierze działaniami politycznymi.

– Inwestorzy to już rozumieją. Choć w tej chwili to nie jest może najistotniejszy czynnik. Globalne czynniki pozostają właściwie głównymi – stwierdza.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy polski złoty osłabił się w stosunku do dolara amerykańskiego o ponad 8 procent. Obecnie kurs pary walutowej USD/PLN znajduje się w okolicach 4 zł. Nieco mniejsze straty nasza waluta zanotowała wobec euro oraz franka szwajcarskiego – odpowiednio 6 proc. oraz 0,7 procent.

W ocenie prof. Elżbiety Chojny-Duch najbliższe miesiące powinny przynieść poprawę.

– Sądzę, że nasza waluta będzie się umacniała w przyszłych okresach. Oczywiście będzie to zależało od tempa reformowania naszej gospodarki w zakresie polityki społecznej. Wszystko będzie zależało od tego, jak poradzimy sobie z realizacją programu Rodzina 500+ czy wprowadzeniem ustawy bankowej – przewiduje.

Ekonomistka podkreśla, że nadchodzący rok będzie stanowił swoisty sprawdzian dla polityków, głównie w kontekście działań ministerstwa pracy oraz Ministerstwa Finansów.

Chojna-Duch odnosi się także do kwestii deflacji, która utrzymuje się w polskiej gospodarce od połowy 2014 roku.

– W tej chwili można powiedzieć, że deflacja ma charakter pozytywny. Wychodzimy z niej, podobnie jak i kraje europejskie. Należy sądzić, że w 2016 roku będziemy już na poziomach dodatnich – wyjaśnia.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w grudniu 2015 roku mieliśmy do czynienia z półprocentowym spadkiem cen rok do roku. W całym 2015 roku wyniósł on 0,9 proc.

Powrót do niższego wieku emerytalnego może już na początku 2017 roku. Prace nad prezydenckim projektem mają przyspieszyć

CEO Magazyn Polska

Sejm zajmuje się prezydenckim projektem powrotu do niższego wieku emerytalnego. Zgodnie z zapowiedziami minister pracy, rodziny i polityki społecznej prace nad ustawą mają przyspieszyć po przyjęciu projektu ustawy 500+, dzięki czemu będzie ona mogła wejść w życie od 2017 roku. Jacek Męcina, były minister pracy, przestrzega przed prostym cofnięciem reformy poprzedniej władzy. Powrót do dawnych regulacji oznacza ubytek 300 tys. pracowników do 2020 roku.

Złożony w Sejmie prezydencki projekt przewiduje ponowne obniżenie wieku emerytalnego z 67 lat do 60 dla kobiet i do 65 dla mężczyzn. Zachodzi obawa, że w sytuacji demograficznej, jaka dotyczy Polski, oznaczać to będzie zwiększenie deficytu.

Propozycja prostego powrotu do poprzedniego wieku emerytalnego, mimo że jest to rozwiązanie najprostsze, może być nieskuteczne. Jeśli spojrzymy na trendy demograficzne i to, że do roku 2020 ubędzie przy tych rozwiązaniach blisko 300 tys. pracowników, którzy przejdą na emeryturę, to dalsze zmiany w tym kierunku bez dokładnej analizy wydają się ryzykowne. Z punktu widzenia rządu bardziej komfortową sytuacją będzie przeprowadzenie na ten temat rzetelnej debacie w Radzie Dialogu Społecznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Męcina, doradca Konfederacji Lewiatan, członek Rady Dialogu Społecznego.

Jak podkreśla, planując reformę emerytalną, władze muszą wziąć pod uwagę kilka kwestii. Jedną z nich jest demografia. Według GUS, w ciągu najbliższych dekad będzie rósł stosunek liczby emerytów do osób pracujących. Urząd szacuje, że podczas gdy np. jeszcze w 2013 r. na 100 Polaków w wieku produkcyjnym przypadało 28 osób w wieku emerytalnym, to w 2050 r. będzie ich już 52 na 100. Jeśli z powrotem zostanie obniżony wiek uzyskania świadczeń, to w tym samym okresie na 100 pracujących może nawet przypaść aż 75 uprawnionych do emerytury.

Nawet jeżeli podjęte dziś działania, także te związane z dodatkowymi świadczeniami rodzinnymi, poprawiłyby sytuację, czyli więcej Polaków zaczęłoby wracać do kraju z emigracji i zaczęłoby się rodzić więcej dzieci, to i tak cały czas mamy perspektywę najbliższych 20 lat. Najmłodsze pokolenia muszą dorosnąć do tego, żeby wejść na rynek pracy – twierdzi Jacek Męcina.

Drugą rzeczą jest kwestia stabilności systemu emerytalnego. Wcześniejsze przechodzenie na emerytury oznacza, że zwiększy się liczba osób pobierających świadczenia. Bez działań zmierzających do zwiększania zatrudnienia deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych będzie się pogłębiał – w ubiegłym roku wyniósł ok. 55 mld zł.

Poza tym wysokość świadczeń może być niska i wtedy fundujemy sobie inny problem, że państwo będzie musiało do tego dopłacać, a więc zwiększymy deficyt. Niskie świadczenia oznaczają także skutki makroekonomiczne, czyli mniejsza konsumpcja, pewien rodzaj wykluczenia, problemy z dbaniem o ochronę zdrowia, już nie mówiąc o profilaktyce – podkreśla Męcina.

Aby temu przeciwdziałać, trzeba zachęcać do oszczędzania na emeryturę. Jak dodaje ekspert, w interesie państwa leży promowanie III filara czy nowych rozwiązań związanych z IKZE.

W jego ocenie, jeżeli przywróci się zbyt wcześnie poprzedni model wypłacania emerytur, bez różnych działań na rynku pracy zwiększających zatrudnienie, to problemy funduszu ubezpieczeń społecznych wzrosną.

Może to być ważne także dla obecnie zatrudnionych i przedsiębiorców. Jeśli powstaną odpowiednie mechanizmy promowania takich rozwiązań jak III filar, pracownicze programy emerytalne współfinansowane przez pracodawców, związki i pracowników, to może być to bardzo ważny argument, aby trzymać w ryzach presję płacową – dodaje Jacek Męcina.

Poprawa sytuacji na rynku pracy i program 500+ pobudzą konsumpcję. Wzrost PKB na poziomie 3,6 proc. rocznie niezagrożony

Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium

20 mld zł rocznie to szacunkowy koszt programu 500+, który wejdzie w życie 1 kwietnia tego roku. Choć kwota ta obciąży budżet, to zdaniem Grzegorza Maliszewskiego z Banku Millennium wpłynie też pozytywnie na wzrost konsumpcji. Ekonomista uważa, że wzrost gospodarczy na poziomie 3,5–3,6 proc. w najbliższych kwartałach nie powinien być zagrożony.

– Polska ma szanse w najbliższych kwartałach utrzymać się na ścieżce solidnego wzrostu, który był już widoczny pod koniec ubiegłego roku. Wzrost na poziomie 3,5–3,6 proc. jest jak najbardziej do utrzymania – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Na razie wpływ czynników legislacyjnych na gospodarkę jeszcze nie powinien być duży. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę program 500+, który powinien ruszyć w II kwartale tego roku. Dopiero wówczas efekty będą widoczne.

Według wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2015 roku polska gospodarka urosła o 3,6 proc. Zgodnie z szacunkami przyjętymi przez rząd program 500 zł na dziecko kosztować będzie ok. 20 mld zł rocznie. Zdaniem Grzegorza Maliszewskiego zastrzyk gotówki pobudzi konsumpcję i przełoży się na ożywienie gospodarcze.

– Program 500+ niewątpliwie będzie przełoży się na wzrost konsumpcji. Część tych środków trafi do gospodarstw domowych, które z reguły mają wyższą skłonność do konsumpcji. W związku z tym większość tych pieniędzy powinna trafić do gospodarki, powodując przyspieszenie konsumpcji – uważa Maliszewski.

Sprzedaż detaliczna w grudniu 2015 roku wzrosła w cenach stałych o 7 proc. rdr. W ciągu 12 miesięcy ubiegłego roku wzrost wyniósł 3,9 proc. Dodatkowo gospodarce sprzyjać powinna poprawa sytuacji na rynku pracy. W grudniu stopa bezrobocia ukształtowała się na poziomie 9,8 proc. To najniższy grudniowy wskaźnik od 2008 r.

– Dobra konsumpcja będzie efektem nie tylko programu 500+ i wsparcia rządowego, lecz także poprawiającej się sytuacji na rynku pracy. Już w ubiegłym roku stopa bezrobocia spadła do najniższego poziomu od 2008 roku. W tym roku sytuacja na rynku pracy powinna w dalszym ciągu się poprawiać. Sądzę, że na koniec tego roku stopa bezrobocia powinna spaść do poziomu około 9 proc. – ocenia ekonomista.

Maliszewski uważa jednak, że wzrost konsumpcji przełoży się na przyspieszenie wzrostu gospodarczego w mniejszym stopniu, niż można tego oczekiwać.

– Część tej konsumpcji będzie absorbowana z zapasów, a część z importu. Dlatego jeśli te dobra będą importowane, to wpływ na ogólny wzrost gospodarczy będzie nieco mniejszy. Natomiast jest to niewątpliwie powód do oczekiwania dobrej konsumpcji – mówi główny ekonomista Banku Millennium.

Polskie firmy coraz aktywniejsze w kosmosie. Będą przetwarzać i udostępniać dane satelitarne

CEO Magazyn Polska

Umiejętne wykorzystanie danych z satelitów może przynieść zysk gospodarce. Tym zajmować się będą polskie firmy przemysłu kosmicznego. Konsorcjum, którego liderem jest Creotech Instruments, wybuduje innowacyjne centrum przetwarzania i pozyskiwania danych z satelitów na zlecenie Europejskiej Agencji Kosmicznej. Wartość kontraktu to prawie 2 mln euro.

Creotech Instruments jest liderem w większości polskiego konsorcjum, które w najbliższych 24 miesiącach będzie realizowało kontrakt dla Europejskiej Agencji Kosmicznej – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brona, prezes zarządu Creotech Instruments. – Mowa tu o budowie centrum pozyskiwania i przetwarzania danych z różnych satelitów, w szczególności najnowszych, należących do tej agencji.

Konsorcjum, któremu przewodzi Creotech, wygrało zorganizowany przez ESA przetarg na budowę w Polsce prototypowej infrastruktury udostępniającej dane i moc obliczeniową dla aplikacji wspierających usługi oparte na obserwacji Ziemi. Dzięki temu dane satelitarne będą udostępniane wraz z narzędziami i mocą obliczeniową służącą do ich obróbki.

Projekt pod nazwą „EO Innovation Platform Testbed Poland” jest jednym z największych przedsięwzięć zleconych przez ESA krajowym podmiotom. Wartość całego projektu przekracza 8 mln zł, przy czym jest to jedynie cena budowy samego obiektu.

Następnie będziemy sprzedawać usługi związane z dostępem do danych, więc wartość kontraktu zostanie w najbliższych miesiącach i latach prawdopodobnie wielokrotnie przekroczona – precyzuje Grzegorz Brona.

Projekt potrwa dwa lata i składać się będzie z dwóch etapów. Pierwszy etap projektu, jak podkreśla prezes Creotech Instruments, zakończy się po sześciu miesiącach, w trakcie których powstanie centrum obliczeniowe oraz przetwarzania danych. Następnie przez półtora roku spółka będzie udostępniać na rynku zebrane w nim informacje.

Warunki tej usługi będą bardzo konkurencyjne, dlatego że przez 18 miesięcy będziemy sponsorowani przez ESA, która chce zachęcić potencjalnych klientów do korzystania z danych satelitarnych – przekonuje Grzegorz Brona. – Po 24 miesiącach ma się rozpocząć faza całkowicie komercyjna. Dane wciąż będą udostępniane, ale już na warunkach czysto rynkowych.

Polska przystąpiła do ESA w drugiej połowie 2012 roku. Przedtem na zlecenie agencji lub NASA krajowe firmy realizowały pojedyncze projekty. Akcesja do ESA sprawiła, że polski przemysł kosmiczny wszedł na ścieżkę szybkiego rozwoju.

Tak naprawdę dopiero startujemy – dodaje Grzegorz Brona. – Mam nadzieję, że w tym roku opowiemy jeszcze o kilku innych, ciekawych projektach, związanych z kolejnymi realizacjami kosmicznymi, czy to Creotechu, czy w ramach współpracy z innymi polskimi przedsiębiorstwami. To może być przede wszystkim temat związany z pierwszym polskim satelitą komercyjnym. Mam nadzieję, że w okolicach marca, kwietnia będziemy mogli więcej na ten temat powiedzieć.

Wyjaśnia, że dane satelitarne wykorzystywane są we wszystkich możliwych branżach. Dostarczają one wiedzę na temat zagrożeń powodziowych czy pożarowych, monitorują poziom rzek, stan upraw rolnych. Mogą być wykorzystywane także w monitorowaniu zasięgu i gęstości smogu w miastach, a także w rejestrowaniu zmian klimatycznych.

Trudno znaleźć obszar, który takich danych nie wykorzystuje – wskazuje Grzegorz Brona. – Trzy główne dziedziny to obrazowanie satelitarne, nawigacja oraz telekomunikacja. To trzy podstawowe filary, które przynoszą zyski gospodarce.

Creotech Instruments SA to założona w 2012 roku przez grupę polskich naukowców spółka specjalizująca się w projektowaniu i montażu elektroniki wysokiej niezawodności. Przedsiębiorstwo uczestniczy w szeregu prestiżowych projektów kosmicznych, m.in. związanych z poszukiwaniem śladów życia na Marsie, badaniem tajemniczych rozbłysków promieniowania gamma w wysokich warstwach ziemskiej atmosfery czy śledzeniem potencjalnie groźnych dla Ziemi tzw. kosmicznych śmieci.

Boom na innowacje społeczne. O środki na takie działania będzie łatwiej w nowej perspektywie unijnej

CEO Magazyn Polska

Innowacje społeczne to inicjatywy, które mają się przyczynić do szybszego i sprawniejszego rozwiązywania problemów społecznych. Chociaż jest ich coraz więcej, to i tak jest to dopiero początkowy etap rozwoju tego segmentu. Może on przyspieszyć, bo w perspektywie finansowej UE 2014–2020 łatwiej jest pozyskać na nie finansowanie. Jednym ze źródeł jest program operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER), w którym zarezerwowano na ten cel ok. 1 mld zł.

Jesteśmy na początkowym etapie. Od 2004 roku widzimy boom na realizowanie takich projektów. Jest też coraz więcej instytucji publicznych, które są zaangażowane w dystrybucję pieniędzy. Wśród nich jest m.in. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które również takie projekty realizowało – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Halicki, prezes spółki konsultingowo-badawczej Ecorys Polska.

Innowacje społeczne to działania mające na celu polepszenie jakości życia osób, społeczności, narodów, firm, środowisk czy grup społecznych. Ich charakter wynika z wprowadzania unikalnych i jednorazowych rozwiązań na dużą skalę. Rozwój innowacji społecznych ma być odpowiedzią na coraz liczniejsze problemy i kryzysy społeczne. Mają one pomagać w rozwiązywanie kwestii, które nie były przedmiotem polityki państwa lub nie były skutecznie rozwiązywane.

Dzisiaj te innowacje są wdrażane dzięki funduszom unijnym. Do tej pory nie były one wystarczająco elastyczne na tak ryzykowne projekty i to był jeden z większych problemów, przez które nie zawsze się one udawały – wyjaśnia Halicki. – „Bankomat” unijny ma to do siebie, że musimy już na wejściu, we wniosku o dofinansowanie, opisać każdy szczegół projektu, który będziemy wdrażać, a w przypadku innowacji społecznych nie wiemy, jakie konkretnie działania zostaną podjęte. Jesteśmy w stanie określić rezultat, natomiast sposób dochodzenia może być różny.

W programie operacyjnym Kapitał Ludzki (2007–2013) było ponad 300 innowacyjnych projektów. Jak w ubiegłym roku informował resort infrastruktury i rozwoju, większość z nich przeszła pozytywnie etap testowania i jest gotowa do wdrażania na szeroką skalę. W perspektywie finansowej 2014–2020 o dofinansowanie ma być łatwiej. W ramach PO WER na ten cel zarezerwowano ok. 1 mld zł. Poza tym dopuszczalny jest scenariusz, że dane przedsięwzięcie się nie uda. Nowością jest wprowadzenie dwóch schematów wdrażania innowacji: mikro i makro.

Pierwsze konkursy miały miejsce już w 2015 roku. W czerwcu miał miejsce nabór na mikroinnowacje z budżetem w wysokości 24 mln zł. Miały one dotyczyć problemów będących przedmiotem interwencji Europejskiego Funduszu Społecznego, m.in. kwestii przechodzenia z systemu edukacji do aktywności zawodowej, kształcenia ustawicznego osób dorosłych czy usług opiekuńczych dla osób zależnych. Z kolei w październiku ogłoszono konkurs w ramach makroinnowacji dotyczący deinstytucjonalizacji usług na rzecz osób z zaburzeniami i chorobami psychicznymi.

Innowacje społeczne będą realizowane w o wiele szerszym aspekcie. Myślę, że duża uwaga będzie też skupiona na promocji, po pierwsze projektów, które zostały wdrożone, po drugie, nowych przedsięwzięć – prognozuje Halicki. – Widać, że nacisk na wdrażanie innowacji jest ogromny. Spodziewam się dosyć dużej puli projektów z zakresu zdrowia.

Innowacje społeczne będą też wspierane w ramach programu Horyzont 2020. UE zdefiniowała siedem wyzwań priorytetowych, m.in. w zakresie zdrowia, transportu, środowiska czy bezpieczeństwa.

W Polsce na gaz jeździ ok. 3 mln aut. Inwestycja w instalację LNG zwraca się po 20 tys. przejechanych kilometrów

CEO Magazyn Polska

W Polsce jeździ niemal 3 mln samochodów zasilanych gazem ziemnym – wynika z danych Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. Nasz rynek pod tym względem jest jednym z największych w Europie. Popularność gazu wynika przede wszystkim ze znacznie niższych kosztów eksploatacji. Jak tłumaczy Grzegorz Jarzyński z firmy Elpigaz, inwestycja w instalację zwraca się po przejechaniu niecałych 20 tys. kilometrów. Odpowiedni atest musi mieć zarówno sama instalacja, jak i firma zajmująca się jej montażem.

Przez ostatnie 25 lat nastąpiła ogromna zmiana w postrzeganiu gazu jako paliwa do samochodów. Ćwierć wieku temu mało kto wiedział, że można jeździć na gazie. Ci, którzy się o tym dowiadywali, szukali rozwiązania tańszego, ale chcieli wiedzieć, czy to jest bezpieczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Grzegorz Jarzyński, prezes zarządu spółki Elpigaz, zajmującej się produkcją, instalacją i serwisowaniem instalacji gazowych.

Ekspert tłumaczy, że po początkowych obawach kierowców liczba samochodów z instalacją gazową znacznie wzrosła.

Dzisiaj nawet nowy samochód można kupić z zasilaniem gazowym, co znaczy, że paliwo to zostało w pełni zaakceptowane. Mało tego, coraz częściej mówi się o walorach ekologicznych i znajduje się środki no to, żeby zastosować gaz nie tylko w samochodach, lecz także do innych celów – tłumaczy Grzegorz Jarzyński.

Jak podkreśla, polski rynek jest ewenementem na skalę światową. Według raportu Polskiej Organizacji Gazu Płynnego w 2014 roku niemal 75 proc. sprzedawanego gazu wykorzystywane było w przemyśle motoryzacyjnym. W skali światowej udział tego segmentu wynosi mniej niż 10 proc.

Dziś prawie każda stacja paliwowa ma w swojej ofercie gaz. Biorąc pod uwagę kwestie bezpieczeństwa, elementy instalacji gazowej podlegają oddzielnej homologacji, także firmy, które je montują muszą mieć odpowiednią homologację i zezwolenie – wyjaśnia Jarzyński.

Kontroli podlega także każde auto przystosowane do zasilania gazem, a bezpieczeństwo instalacji bada się podczas corocznego przeglądu serwisowego.

Oprócz kwestii bezpieczeństwa do instalacji gazowych przekonuje użytkowników ich opłacalność. Tanie instalacje montowane kilkanaście lat temu zwracały się po przejechaniu ponad 30 tys. km. Wraz z rozwojem technologii ta liczba się zmniejszała. Dzisiejsze instalacje wtrysku gazu są bardziej efektywne, więc zwrot poniesionych kosztów następuje po maksymalnie 20 tys. km.

– Cena instalacji dwupaliwowych do silników wysokoprężnych na przestrzeni kilku lat spadła o ponad połowę. Natomiast opłacalność zależy w dużym stopniu od różnicy pomiędzy ceną oleju napędowego a gazu. Cały czas podstawą, jeżeli mówimy o opłacalności instalacji gazowej, jest liczba przejeżdżanych kilometrów. Wraz z jej wzrostem rosną również oszczędności i to dosyć szybko – podkreśla Jarzyński.

Według ostatnich danych Polskiej Izby Paliw Płynnych średnia cena autogazu to 1,79 zł za litr. Od początku roku spadła o 18 gr. Z kolei litr oleju napędowego kosztuje 3,73 zł.

Poważne wyzwanie dla branży stanowi nadążanie za zmianami technologicznymi zachodzącymi na rynku motoryzacyjnym.

Branża cały czas musi dbać o to, żeby mieć rozwiązania do samochodów, które pojawiają się w salonach, czyli wszystkie rozwiązania techniczne, nowinki, które widzimy w nowych samochodach, muszą mieć swoje odpowiedniki w instalacjach gazowych – wyjaśnia prezes Elpigazu. – Dzisiaj dużo mówi się o zasilaniu samochodów z silnikami diesla, czyli tzw. instalacje Dual Fuel. Myślę, że to jest całkowicie nowy obszar, w którym jeszcze bardzo dużo jest do zrobienia.

Podobnie jak w innych segmentach rynku motoryzacyjnego coraz częściej klienci zgłaszają się z indywidualnymi potrzebami – chcą mieć instalację dostosowaną do samochodu czy sposobu jego eksploatacji.

Rynek soczewek kontaktowych w Polsce rośnie co roku o kilkanaście procent. Branża prognozuje dalsze wzrosty

0

CEO Magazyn Polska

Polski rynek soczewek kontaktowych szacowany jest na 400–500 mln zł i rozwija się w tempie kilkunastu procent rocznie. Według prognoz tendencja wzrostowa zostanie utrzymana w kolejnych latach. Charakterystyczny dla polskiego rynku jest duży udział zakupów przez internet. Ten kanał dystrybucji powoduje, że ceny soczewek systematycznie spadają. Są one nawet trzykrotnie niższe niż 20 lat temu.

Z danych firmy Alcon wynika, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat rynek soczewek kontaktowych w Polsce zwiększył się trzykrotnie. Jest to najszybciej rosnący rynek w Unii Europejskiej. Dynamika wzrostu wynosi nawet kilkanaście procent rocznie – w 2013 roku wartość rodzimego rynku soczewek kontaktowych wynosiła ok. 280 mln zł, w 2015 roku – znacznie ponad 400 mln zł. Stale rosnąca popularność soczewek wynika głównie ze zmieniającego się stylu życia Polaków.

Im więcej osób prowadzi aktywny tryb życia, czyli biega, jeździ na rowerze, uprawia sporty, tym więcej jest użytkowników soczewek kontaktowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Robert Bitner, dyrektor generalny Alcon Polska.

Soczewki kontaktowe nosi ok. 3–3,5 proc. Polaków, czyli ok. 1,2 mln ludzi. Dla porównania w Niemczech nad okulary przekłada je 5 proc. mieszkańców, w Szwajcarii – 15 proc., a w Szwecji – 17 proc.

Coraz większą popularnością wśród Polaków cieszą się soczewki jednodniowe, głównie ze względu na wygodę ich użytkowania. Nie wymagają one żadnej pielęgnacji, pod koniec dnia są bowiem wyrzucane.

Polacy coraz chętniej kupują soczewki kontaktowe w sklepach internetowych.

Polska należy do kilku krajów, gdzie udział internetu w sprzedaży jest największy. To wynika w dużej mierze oczywiście z agresywnej polityki cenowej kanału internetowego, który jest z punktu widzenia konsumenta bardzo korzystny, a także z postępów technologii – mówi Robert Bitner.

Zdaniem ekspertów w przyszłości wśród dostawców soczewek nastąpi wyraźna polaryzacja. W sklepach internetowych kupowane będą głównie soczewki sferyczne, mało wyspecjalizowane. Sklepy stacjonarne skoncentrują się natomiast na sprzedaży soczewek wymagających interwencji specjalistów, a więc m.in. soczewek torycznych – dla osób z astygmatyzmem, lub multifokalnych. Ze względu na starzejące się społeczeństwo soczewki multifokalne mają szansę wkrótce stać się hitem na rynku soczewek kontaktowych. Przeznaczone są one dla osób starszych, które wymagają osobnej korekcji do dali i bliży.

Dotychczasowi użytkownicy, którzy byli bardzo młodzi kilkanaście lat temu, dojdą do tego wieku, że będą potrzebowali również okularów do czytania. I myślę, że większość z tych ludzi nie będzie gotowa na to, żeby zrezygnować z soczewek kontaktowych, więc będą automatycznie przestawiać się na soczewki multifokalne – mówi Robert Bitner.

Eksperci przewidują, że w najbliższych latach rynek soczewek kontaktowych w Polsce będzie się rozwijał równie dynamicznie. Sprzyjać temu będzie zaostrzająca się konkurencja między sprzedawcami, przejawiająca się głównie w obniżaniu cen. Obecnie soczewki są trzykrotnie tańsze niż dziesięć lat temu. Wyższe ceny obowiązują debiutujące produkty, oparte na nowoczesnej technologii. Natomiast ceny soczewek z nieco starszą technologią sukcesywnie spadają.

Outsourcing tańszy nawet trzykrotnie

Outsourcing daje gwarancję wysokiej jakości, ale jest droższy? Nie zawsze. Według analizy Atmana, przeniesienie serwerów do zewnętrznego centrum danych może być nawet o połowę tańsze w porównaniu do kosztów utrzymania własnej serwerowni. W perspektywie 20 lat oznacza to dla dużego przedsiębiorstwa uzyskanie oszczędności na poziomie ponad 20 mln zł. Budowa własnego centrum danych będzie droższa od kolokacji nawet o ponad 60 mln zł.

Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu byśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my – powiedział kiedyś Henry Ford. Tę maksymę powinni wziąć sobie do serca wszyscy menedżerowie, którzy podchodzą sceptycznie do outsourcingu. Są obszary, gdzie może on być nie tylko bezpieczniejszym, ale też zdecydowanie tańszym rozwiązaniem. Jednym z nich – o czym świadczy analiza przygotowana przez Atmana – jest kolokacja czyli przeniesienie serwerów do data center.

Budowa własnej serwerowni jest nieopłacalna

Firma przeanalizowała 4 przypadki: budowy nowej serwerowni w specjalnie do tego przeznaczonym budynku i w tańszym scenariuszu – w budynku biurowym, następnie dalszego użytkowania dotychczasowej serwerowni i wreszcie kolokacji. Koszty uwzględniały m.in. nakłady na nieruchomości (z uwzględnieniem kredytów, podatków etc.), wyposażenie, eksploatację, energię elektryczną i pensje personelu. – Założyliśmy, że firma potrzebuje 500 m2 powierzchni na swoją infrastrukturę IT. To dokładnie tyle, ile 3 lata temu potrzebował Nordea Bank Polska, inwestując we własne centrum danych. W każdym z analizowanych przypadków outsourcing okazał się tańszy – tłumaczy Robert Mikołajski, kierownik zespołu rozwoju biznesu w Atmanie.

W analizowanym przypadku budowa oraz utrzymanie nowego centrum danych pochłonęłoby ponad 85 mln zł na przestrzeni dziesięciu lat. Nieco tańsze byłoby stworzenie serwerowni w budynku biurowym, szacowane przez Atmana na nieco ponad 76 mln zł. Jeszcze tańsze byłoby dalsze użytkowanie dotychczasowej serwerowni, które wiązałoby się z wydatkami na poziomie 58 mln zł.  Dla porównania koszty kolokacji wyniosłyby niespełna 51 mln zł. To kilkanaście procent mniej w porównaniu z najtańszym wariantem użytkowania istniejącej infrastruktury i ponad 40% z wariantem najdroższym, czyli budową nowego obiektu.

 Taniej nie tylko dla dużych

Jeszcze większe różnice widać, gdy porównamy koszty outsourcingu i utrzymania własnej infrastruktury na przestrzeni 20 lat. Wówczas kolokacja okaże się o ponad 48% tańsza w porównaniu do inwestycji w nowy budynek i o blisko 20% tańsza w zestawieniu z kosztami utrzymania dotychczasowej serwerowni. Oznacza to dla firmy oszczędności na poziomie ponad 21 mln zł. Przeszło 83 mln zł zostanie w kieszeni, jeśli firma zamiast na budowę własnego obiektu, zdecyduje się na outsourcing powierzchni w data center.

porownanie kosztowCo istotne, outsourcing jest tym tańszy, im mniejsze są potrzeby przedsiębiorstwa. Przyjmując, że firma użytkuje obecnie serwerownię o powierzchni 20 m2, na przestrzeni 20 lat kolokacja okaże się tańsza niemal trzykrotnie. Porównując nakłady związane z użytkowaniem pomieszczenia w budynku biurowym, zaadaptowanego i wyposażonego na potrzeby serwerowni, kolokacja okaże się tańsza o ponad 3,5 mln zł w rachunku TCO. Skąd biorą się tak duże różnice?

koszty serwerowni

Przemyślana decyzja

Wbrew pozorom nie wynikają one wcale wyłącznie z konieczności poniesienia nakładów inwestycyjnych. Bardziej istotne jest to, że opieka nad centrum danych jest bardzo specyficzna, wymaga olbrzymiej wiedzy technologicznej, inżynierskiej, a także doświadczenia. Często zebranie takiego zespołu jest trudne, nie mówiąc o ryzyku rotacji personelu, które w branży IT jest najwyższe. To generuje dodatkowe wydatki. Liczby pokazują, że na koszt utrzymania serwerowni w największym stopniu składają się wydatki na energię i personel oraz koszty eksploatacyjne – przeglądów, serwisu i materiałów. – Z biegiem lat infrastruktura zużywa się i wymaga ciągłej konserwacji i napraw. Przy kalkulacji finansowej konieczne jest uwzględnienie całego cyklu życia serwerowni. Zwrot z inwestycji we własną infrastrukturę zazwyczaj leży poza horyzontem bieżącej strategii firmy – zauważa Robert Mikołajski z Atmana.

Z analizy Atman wynika, że w przypadku kolokacji niższe są nie tylko koszty eksploatacji, personelu, utrzymania nieruchomości, ale także energii elektrycznej. Najmniej opłacalna jest budowa własnego niedużego centrum danych. Po pierwsze dlatego, że niezbędne jest tutaj posiadanie know-how realizowania takiej inwestycji. Budowa serwerowni wymaga specjalistycznych kompetencji na wszystkich etapach: począwszy od definicji wymagań biznesowych, opracowania projektu, na budowie i zarządzaniu gotowym obiektem kończąc. Pozyskanie odpowiedniej wiedzy czy też specjalistów, którzy będą potrafili wskazać najlepsze rozwiązanie, kosztuje. Po drugie, firmom ciężko przewidzieć potrzeby. Przez to nie wiedzą, ile pieniędzy przeznaczyć na utrzymanie serwerowni. W przypadku outsourcingu jej powierzchnię można w każdej chwili powiększyć lub – jeśli potrzeby zmaleją – zmniejszyć. W przypadku własnego obiektu nie jest to możliwe. – Budowa własnej serwerowni pochłania też dużo czasu, a w przypadku nowo powstałych firm może nawet opóźnić ich rynkowy start. Czas jej uruchomienia wynosi z reguły od 8 do 24 miesięcy, z czego sporą część pochłaniają kwestie formalne – pozwolenia, ekspertyzy czy projekty architektoniczne – zauważa Robert Mikołajski z Atmana. – W kontekście ciągłych zmian na rynku IT, strategia utrzymywania własnego centrum danych jest najbardziej ryzykowna – dodaje.

Pozostaje jeszcze bardzo istotna kwestia bezpieczeństwa. W przypadku serwerowni w budynku biurowym nie jest możliwe zagwarantowanie takich samych standardów, jak przy obiekcie dedykowanym i zaprojektowanym jako centrum danych. Bez zapewnienia odpowiednich warunków i ciągłej dbałości o bezpieczeństwo taka serwerownia może okazać się źródłem kosztownych problemów. Przechowywanie zasobów wewnątrz firmy ma sens tylko wówczas, gdy godzimy się na podwyższone ryzyko związane m.in. z brakiem redundancji zasilania, klimatyzacji i łączy telekomunikacyjnych. To jeden z atutów kolokacji. – W przypadku outsourcingu firma może skorzystać z całego ekosystemu usług zwiększających bezpieczeństwo prowadzenia biznesu. Systemy antyDDoS, firewall czy biura zapasowe to wartość dodana nie do przecenienia w krytycznej sytuacji – tłumaczy Robert Mikołajski z Atmana.

Dodatkowo jeśli operator centrum danych inwestuje w rozwój i posiada kilka rozproszonych geograficznie obiektów, można skorzystać z usługi DRC (Disaster Recovery Center), czyli zapasowego centrum danych. Budowa konfiguracji podstawowego i zapasowego centrum danych o równie wysokich parametrach działania przekracza możliwości niemal każdej firmy. – Klienci posiadający własne serwerownie i potrzebujący zapasowego centrum danych zwykle korzystają także z usług firm zewnętrznych – zwraca uwagę Robert Mikołajski z Atmana.

Liczby mówią za siebie

Ostateczny wybór pomiędzy wewnętrznym pomieszczeniem serwerowym a kolokacją jest kwestią określenia potrzeb, przeliczenia kosztów i zdefiniowania kierunku, w jakim zarząd planuje rozwijać przedsiębiorstwo. Analiza Atmana pokazuje, że inwestowanie w utrzymanie zasobów wewnątrz firmy prawdopodobnie będzie miało sens jedynie w szczególnych przypadkach.

Firma analityczna IDC opublikowała w sierpniu ub.r. badanie, z którego wynika, że firmy odmroziły inwestycje i powoli rezygnują ze strategii defensywnych, próbując wykorzystać szanse, jakie stwarza realizacja innowacyjnych projektów. Przy tym uważniej liczą pieniądze. Decydenci mają świadomość, że niektórych inwestycji w IT można było w poprzednich latach uniknąć. Rosnąca popularność outsourcingu oprogramowania, infrastruktury i kompetencji nie jest przypadkowa.

Ekokogeneracja S.A.: Zmiany na rynku odpadów szansą wzrostu Spółki

Ekokogeneracja S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od maja 2012 r., bardzo dobrze ocenia perspektywy dla branży energetyki cieplnej w Polsce. Emitent liczy także na znaczące zainteresowanie oferowanymi przez niego instalacjami  do produkcji energii cieplnej z odpadów.

 W Polsce kończy się budowa i oddawanie do eksploatacji sześciu dużych spalarni odpadów, które powstały w dużych aglomeracjach miejskich. Jednakże wysokie koszty ich budowy oraz eksploatacji, które mogą przekładać się na wzrost tzw. opłat śmieciowych dla mieszkańców miast, w których są budowane duże spalarnie odpadów, sprawiają, że Ministerstwo Środowiska ze sporym dystansem podchodzi do planów budowy kolejnych dużych spalarni. Przedstawiciele resortu widzą duży potencjał w mniejszych, bardziej efektywnych oraz innowacyjnych rozwiązaniach, które będę tworzone przez polskie przedsiębiorstwa. Instalacje oferowane przez Ekokogeneracja S.A., które są zarówno małe, jak i innowacyjne, idealnie wpisują się w ten kierunek zmian, dlatego też Zarząd Spółki bardzo optymistycznie ocenia jej obecne otoczenie rynkowe, a także perspektywy dalszego rozwoju.

„Prowadzimy rozmowy w ponad 30 lokalizacjach w Polsce na temat budowy w ciepłowniach instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów palnych o mocy od 2,4 do 10 MW. Obserwujemy zwiększone zainteresowanie wśród małych i średnich miast kompleksowym rozwiązaniem dywersyfikacji produkcji energii cieplnej opartej na innych paliwach niż węgiel, które można połączyć z kompleksowym rozwiązaniem energetycznego wykorzystania odpadów palnych. Jesteśmy przekonani, że planowana nowelizacja Krajowego Planu Gospodarki Odpadami da nowy impuls dla innych bardziej efektywnych rozwiązań niż dotychczas forsowana budowa dużych spalarni odpadów. Spodziewamy się, że pierwsze efekty zmiany tego podejścia będą miały miejsce w obszarze finansowania budowy mniejszych instalacji, które były dotychczas dyskryminowane w krajowych programach NFOŚiGW. Myślę, że zmiany mogą nastąpić już w I kwartale 2016 r.” – ocenia Wojciech Rychlicki, Prezes Zarządu Spółki Ekokogeneracja S.A.

Dodatkowym bodźcem, który może stymulować większy popyt na instalacje znajdujące się w ofercie Emitenta, jest wejście w życie z dniem 01.01.2016 r. zakazu składowania wysokokalorycznych frakcji odpadów powyżej 6000 kJ/kg suchej masy. Wojewódzkie Inspektoraty Ochrony Środowiska rozpoczęły już kontrole w zakresie stosowania się do nowych regulacji prawnych i ukarały pierwsze gminy za łamanie tego zakazu. W związku z tym samorządy będą musiały poszukiwać rozwiązań, które pozwolą im uniknąć bardzo dotkliwych kar. Spółka przewiduje, że dzięki temu jej instalacje będę cieszyły się coraz większym zainteresowaniem, zaś miastom bardziej będzie się opłacało zakupić instalację niż płacić coraz wyższe kary za łamanie przepisów wykonawczych do Ustawy o odpadach.

Dziś mamy na rynku oprócz naszej firmy jednego krajowego dostawcę doświadczonego w dostawie „pod klucz” małych instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów i kilka filii firm zagranicznych oferujących miastom większe lub droższe rozwiązania. Rynek, na którym działamy, jest tak duży (ok. 300 ciepłowni na terenie małych i średnich miast w Polsce), że postawiłbym raczej tezę, iż działający na nim dostawcy małych instalacji do produkcji energii cieplnej z odpadów mogą mieć raczej problem z nadmiarem zamówień, niż problem z ich brakiem. Ekokogeneracja S.A. przygotowuje się do możliwości zwiększenia skali produkcji i montażu instalacji, ale o naszych planach powiemy więcej po publikacji najbliższego raportu za IV kwartał 2015 r.” – podsumowuje Rychlicki.

 Ekokogeneracja S.A. opublikowała w 2015 prognozę zysku netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 1.946 tys. zł,  przy prognozowanych skonsolidowanych przychodach ze sprzedaży w wysokości 5.222 tys. zł. Natomiast opublikowana prognoza finansowa Emitenta za rok 2015 na poziomie jednostkowym zakłada osiągnięcie przez Spółkę zysku netto w kwocie 1.145 tys. zł oraz przychodów ze sprzedaży sięgających 2.353 tys. zł. Emitent w raporcie za IV kwartał 2015 r. odniesie się do wykonania prognoz finansowych za rok 2015.

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 03.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Przychody globalnego sektora obronnego zwiększą się w tym roku o 2,7 proc.

W 2016 roku łączne przychody przemysłu lotniczo-obronnego powinny wzrosnąć o około 3 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Sam przemysł obronny urośnie o 2,7 proc. rok do roku, wracając na ścieżkę wzrostu po kilku latach spadków – wynika z raportu „2016 Global aerospace and defense sector outlook. Poised for a rebound”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Wpływ na taki stan rzeczy ma przede wszystkim zwiększony budżet na obronność i wojsko w USA, a także rosnące zagrożenie międzynarodowe i konieczność walki z terroryzmem.

 Raport Deloitte analizuje 20 największych globalnych oraz amerykańskich firm działających w sektorze lotniczo-obronnym. Globalne wydatki na obronność wyniosły w 2014 roku 1,75 bln dolarów. Budżet obronny USA odpowiadał za 34 proc. tej sumy. „USA nie były jedynym krajem, który zwiększa wydatki na wojsko. Tym tropem poszły wcześniej także Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Indie, Chiny czy Rosja i inne światowe potęgi. Także w polskim budżecie wydatki te zwiększono z 1,95 proc. do 2 proc. PKB*, jednocześnie rząd podtrzymuje deklaracje wydania 130 mld zł na modernizację armii do roku 2022. Dodatkowo na poprawę kondycji globalnego sektora obronnego wpłynęło rosnące zagrożenie międzynarodowe, w tym konieczność walki, z tzw. państwem islamskim i atakami terrorystycznymi i stabilny wzrost globalnego PKB” – wyjaśnia Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu, Ekspert ds. przemysłu obronnego, Deloitte. To sprawiło, że udało się zahamować tendencję spadkową i w 2016 roku przychody sektora obronnego w skali globalnej mają wzrosnąć o 2,7 proc.

Rządowe wydatki na obronność w 2014 roku (mld USD)

 

rzadowe wydatki na obronnoscŹródło: Raport Deloitte „2016 Global aerospace and defense sector outlook. Poised for a rebound”

Jak wskazuje raport Deloitte należy spodziewać się wzrostu popytu, a tym samym sprzedaży wozów opancerzonych, amunicji, czujników elektrycznych, cybertechnologii, narzędzi wywiadu, systemów poprawiających precyzję ataku, a także statków i samolotów patrolowych.  „W obszarach tych mamy olbrzymi potencjał rozwoju. Mam na myśli przede wszystkim produkcje wozów opancerzonych z pełnym uzbrojeniem  i wyposażeniem elektronicznym, produkcje amunicji i statków. Rownież cybertechnologie i narzędzia wywiadu to pola, w których Polska Grupa Zbrojeniowa powinna istotnie zaznaczyć swoją obecność. Wymaga to, rzecz jasna realizacji kolejnych etapów konsolidacji, w tym optymalizacji produkcji oraz skutecznego udziału w programie modernizacji technicznej Sił Zbrojnych. Pozwoli to nie tylko na zbudowanie rezerw inwestycyjnych, ale również na stworzenie i pozyskanie technologii, jak też przygotowanie silnej pozycji eksportowej” – zauważa prof. Tomasz Siemiatkowski, Przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiej Grupy Zbrojeniowej SA.

 Oprócz tego, firmy z sektora obronnego będą starały się zwiększać swoje przychody poprzez eksport, aktywność na rynku fuzji i przejęć, jak również wprowadzanie innowacyjnych produktów. Tylko same amerykańskie firmy reprezentujące tę branżę zwiększyły eksport swojej produkcji od 2010 roku o 118,2 proc. Z kolei wartość transakcji na globalnym rynku M&A w sektorze obronnym wyniosła w 2015 roku 54,6 mld dolarów. Dla porównania rok wcześniej było to 9,65 mld dolarów.

W sektorze lotnictwa cywilnego nadal będzie widoczny, odnotowywany już od dekady, wzrost przychodów. W 2016 roku ma on wynieść 3,4 proc. Wzrost ten jest napędzany rosnącym zapotrzebowaniem na przeloty pasażerskie, zwłaszcza w regionie Bliskiego Wschodu oraz Azji i Pacyfiku oraz skróceniem cyklu odnowy parku maszynowego.

W okresie od 1981 do 2015 roku, popyt na podróże samolotami wzrósł o 490 proc., podczas gdy wykorzystanie samolotów (zapełnienie miejsc siedzących) wzrosło o 25,9 proc. (nominalnie z 63,7 do 80,2 proc.). Dodatkowo, w tym samym okresie, liczba podróżujących osób średniorocznie wzrosła o 371 proc.

Znaczący wzrost przychodów z globalnych lotów pasażerskich, obserwowany w skali rocznej, prowadzi do przyspieszenia tempa produkcji samolotów, które w roku 2015 było dwukrotnie wyższe niż dziesięć lat temu. W ciągu następnych dwudziestu lat przewiduje się podwojenie, zarówno floty samolotowej, jak i liczby pasażerów. Według wyliczeń Deloitte w tym samym czasie zapotrzebowanie na nowe samoloty wyniesie ponad 35 tys. sztuk. Już w ub. roku zamówienia dwóch największych firm w tym sektorze, czyli Airbusa i Boeinga wyniosły ponad 12,4 tys. samolotów. W tym roku na całym świecie ma zostać wyprodukowanych 1420 samolotów, a to oznacza, że produkcja w tej branży zwiększyła się o 40,5 proc., w porównaniu z tą sprzed pięciu lat.

„Poprawa kondycji branży obronnej, jak również stały wzrost popytu w lotnictwie cywilnym sprawia, że suma przychodów sektora A&D zwiększy się w 2016 roku o 3 proc. Ten pozytywny sygnał pojawia się po latach spadku przychodów, o 3,2 proc. w roku 2013, 1,9 proc. w 2014 i przewidywanym 0,5 proc. w roku 2015. Według Deloitte zwyżkowy trend powinien się także utrzymać w kolejnych latach” – podsumowuje Piotr Świętochowski.

Balabit uruchamia subskrypcję swojego oprogramowania – nowa efektywna forma oferty

Firma wprowadza na rynek polski swoje produkty bezpieczeństwa IT w nowej bardziej elastycznej formule – subskrypcji, którą lepiej można dostosować do różnych potrzeb biznesowych mniejszych przedsiębiorstw.

balabitBalabit od lutego br. uruchamia nową usługę subskrypcji swojego oprogramowania. Dzięki temu produkty bezpieczeństwa IT są oferowane w bardziej elastycznej formule finansowania, którą można lepiej dostosować do różnych potrzeb biznesowych oraz finansowych poszczególnych firm. Nowy sposób sprzedaży licencji na rozwiązania Balabit pozwala na korzystniejsze i bardziej przewidywalny model finansowania inwestycji projektu, zapewniając przez cały czas najnowszą wersję produktów z ich pełną funkcjonalnością. Ponadto, dzięki nowym możliwościom finansowania inwestycji najlepsze rozwiązania klasy Enterprise stają się dostępne dla mniejszych firm oraz organizacji, które wcześniej nie mogły sobie pozwolić na ich nabycie.

Nowa możliwość korzystania z produktów Balabit

Usługa subskrypcji firmy Balabit wraz z wprowadzonymi zmianami technologicznymi jest zgodna z globalnymi trendami na międzynarodowym rynku oprogramowania, gdzie następuje stały rozwój usług wirtualnych urządzeń (w postaci aplikacji internetowych czy rozwiązań w chmurze).

Ta tendencja jest zauważalna już od jakiegoś czasu. Klienci zmuszają coraz większą liczbę producentów oprogramowania do stosowania bardziej elastycznego modelu biznesowego, jakim są wirtualne usługi. Ważnym czynnikiem wpływającym na zmianę formy sprzedaży produktów IT jest podejście klientów do zakupu oprogramowania. Coraz częściej zarówno w sektorze dużych przedsiębiorstw, ale też średnich i małych, firmy nie chcą posiadać oprogramowania na własność.

Szczegóły oferty subskrypcyjnej

Nowa usługa firmy Balabit – model subskrypcji produktów (opcja VA, czyli wirtualna): Shell Control Box 10, 25, 50 (narzędzie do kontroli i rejestracji aktywności użytkowników uprzywilejowanych) czy syslog-ng Store Box 25, 50 lub 100 (narzędzie do zarządzania rejestrami zdarzeń) – została wprowadzona na rynek węgierski jesienią 2015 r. Na podstawie doświadczeń zdobytych na Węgrzech w 2016 roku Balabit podjął decyzję o udostępnieniu nowego modelu oferty w opcji subskrypcji licencji (VA) na inne rynki europejskie. W Polsce usługa będzie dostępna już od lutego 2016 r. Długofalowym celem decyzji biznesowej Balabit jest odpowiedź na wymagania potencjalnych klientów, którzy potrzebują bardziej elastycznej strategii licencjonowania, również na rynkach Europy Zachodniej i Ameryki Północnej. Szczegółowe informacje dotyczące między innymi warunków udostępnionych usług i aspektów technicznych dostępne są na stronie Balabit: www.balabit.com/subscriptionoraz za pośrednictwem autoryzowanych partnerów firmy.

System RCP – przejdź kontrolę PIP bez obaw

RCPNieznajomość prawa szkodzi, co więcej – w przypadku kontroli Państwowej Inspekcji Pracy w przedsiębiorstwie brak wiedzy w zakresie przepisów prawa pracy potrafi być dotkliwy dla kieszeni pracodawcy. Biorąc pod uwagę, że w roku 2016 PIP planuje przeprowadzenie aż 80 tys. kontroli w całym kraju, warto już teraz upewnić się czy wszystkie znowelizowane przepisy dotyczące m.in. umów terminowych, ewidencji czasu pracy, egzekwowania należności wynikających ze stosunku pracy są w firmie należycie przestrzegane. Znaczącym wsparciem w tym zakresie są dla pracodawcy rozwiązania klasy RCP, które w kompleksowy sposób zajmują się zagadnieniem ewidencji czasu pracy w zgodzie z obowiązującymi normami Kodeksu Pracy.

Zgodnie z planami ogłoszonymi przez RIP na lata 2016-2018, inspektorzy pracy przyjrzą się bliżej branży budowlanej (2016 r.), gastronomicznej i hotelarskiej (2017 r.) oraz agencjom ochrony osób i mienia (2018 r.). Kontrole skupią się na kwestiach takich jak nawiązywanie i rozwiązywanie stosunku pracy, rejestracja czasu pracy czy przestrzeganie przepisów w stosunku do pracowników tymczasowych. Kontrole będą dotyczyć również ochrony zdrowia oraz czasu pracy osób pracujących w warunkach przekroczenia czynników szkodliwych takich jak najwyższe dopuszczalne stężenia (NDS) oraz najwyższe dopuszczalne natężenia (NDN).

„Jeśli spojrzymy na zakres funkcjonalny wiodących systemów RCP, to stanowią one realny środek prewencyjny, który może uchronić pracodawcę przed dotkliwymi karami PIP wynikającymi z przewinień w zakresie czasu pracy. Dzieje się tak, ponieważ rozwój rozwiązań RCP odbywa się w oparciu o faktyczne potrzeby i wyzwania napotykane przez polskich przedsiębiorców, z uwzględnieniem kolejnych zmian i nowelizacji Kodeksu Pracy” – zauważa Aneta Andruszkiewicz, Product Manager w Infinite IT Solutions.

Jednym z największych wyzwań jest dla polskich pracodawców prawidłowe ewidencjonowanie czasu pracy – mowa tu w szczególności o firmach rozproszonych terytorialnie oraz przedsiębiorstwach funkcjonujących w trybie zmianowym. Tymczasem, w przypadku organizacji wyposażonych w rozwiązanie klasy RCP, to system informatyczny czuwa nad przestrzeganiem reguł czasu pracy, pokazując na grafiku wszystkie punkty niezgodne z przepisami . Przykładem takich naruszeń jest praca ponad dopuszczalne normy, nieudzielanie raz na cztery tygodnie niedzieli wolnej od pracy czy niezapewnienie 35-godzinnego odpoczynku tygodniowego bądź 11-godzinnego odpoczynku dobowego. Dodatkowo, częstym błędem jest niewykazywanie dodatkowego czasu na grafikach pracy oraz brak rekompensaty za niego lub jego niewłaściwe naliczenie – i w tym przypadku z pomocą przychodzi system RCP, który na bazie zgromadzonych w jednym miejscu danych dotyczących pracownika (normy kodeksowe, rzeczywisty czas pracy, urlopy, spóźnienia, przerwy, dodatki, nadgodziny) usprawnia proces rozliczeń.

Złożoność, a niekiedy i niejednoznaczność przepisów dotyczących czasu pracy w Polsce przyczynia się do odmiennych interpretacji reguł KP przez pracodawców, co niejednokrotnie staje się podstawą do nałożenia kary przez Państwową Inspekcję Pracy na firmę. Dlatego też, w obecnych uwarunkowaniach prawnych inwestycja w system klasy RCP coraz częściej okazuje się dla przedsiębiorstwa najprostszym i najbardziej ekonomicznym sposobem na zarządzanie czasem pracy podwładnych.

Usługa Public Cloud firmy OVH na czele klasyfikacji CloudScreener

Uruchomiona w październiku 2015 roku i dostępna na całym świecie usługa Public Cloud firmy OVH zajmuje pierwsze miejsce w klasyfikacji CloudScreener na terenie Francji i drugie miejsce w Europie i Ameryce Północnej. Cechy uwzględniane przez CloudScreener podczas oceny jakości usług to m.in. wydajność, bezpieczeństwo i elastyczność.

Opierająca się na porównywarce usługa CloudScreener analizuje i ocenia infrastrukturę około trzydziestu dostawców, w tym m.in. Amazon Web Services, Google Cloud, Microsoft Azure czy właśnie OVH. CloudScreener wykorzystuje aplikacje testowe stale pracujące u różnych dostawców usług chmurowych, które gwarantują długoterminową ocenę funkcjonowania usługi – a nie tylko ocenę przygotowaną na podstawie krótkiej/jednorazowej analizy. Oceniane są różne kryteria i cechy usług, w tym m.in. konfiguracja, wydajność, czy czas reakcji.

„Pierwsze miejsce w klasyfikacji na terenie Francji i drugie w klasyfikacji dla Europy i dla Ameryki Północnej stanowią ważny wyraz uznania dla naszego doświadczenia i wiedzy na temat usług public cloud. OVH Public Cloud jest usługą dojrzałą, opierającą się na własnych infrastrukturach OVH, w tym globalnej sieci światłowodowej i centrach danych, gdzie możemy wykorzystać posiadaną wiedzę technologiczną w zakresie wirtualizacji” – wyjaśnia Jean-Guillaume Burlet, kierownik ds. usługi Cloud w firmie OVH.

Ofertę OVH Public Cloud opracowano w oparciu o trzy najważniejsze punkty: wydajność, bezpieczeństwo i elastyczność – czyli cechy, które doceniane są zarówno przez użytkowników, jaki i porównywarkę CloudScreener (co stanowi przewagę tej akurat klasyfikacji nad wieloma syntetycznymi testami). Usługa Public Cloud korzysta z zabezpieczeń Anty-DDoS i replikacji w trzech centrach danych, gwarantując dzięki temu niezawodność SLA (Service Level Agreement) na poziomie 99,999%. Klienci mają ponadto możliwość dopasowania usługi do swoich potrzeb i płacenia w zależności od użytkowania: usługa fakturowana jest godzinowo lub miesięcznie.

Usługa Public Cloud firmy OVH dostępna jest w cenie od 128 zł netto miesięcznie.

Polski eksport: szykuje się gigantyczny sukces

Już za kilka dni, 12 lutego, dowiemy się czy miniony rok będzie pierwszym w historii naszego kraju z dodatnim bilansem handlowym. Według ekspertów instytucji płatniczej AKCENTA, realizującej płatności walutowe dla firm, to prawie pewne, bo po 11. miesiącach nadwyżka wynosi aż 14,7 mld zł. Na dodatnie saldo w tym roku ciężko pracowali eksporterzy sprzedający na rynkach europejskich. Natomiast „pod kreskę” spycha nas nierównowaga w wymianie handlowej z Azją, w tym ogromny import z Chin.

Podczas gdy w okresie od stycznia do listopada 2014 r. eksport był wyższy o 4,9 proc. w ujęciu r/r, to w 2015 r. wzrósł już o 7,3 proc. r/r. Jednocześnie w tym czasie wzrost importu przyhamował z 5,1 do 3,6 proc. r/r. Dzięki temu w końcówce 2015 r. eksport przegonił import, wypracowując nadwyżkę w wysokości 14,7 mld zł. To spektakularny sukces, bo rok wcześniej mieliśmy deficyt i to o dużej wartości wynoszącej -7,2 mld zł. Co więcej, na przestrzeni minionych lat Polska najbliżej plusa była przy ujemnym saldzie na poziomie -8,2 mld zł! Było to w 2013 r. Najdalej od dodatniego salda byliśmy w 2008 r., kiedy deficyt miał wartość aż -91,7 mld zł.

Dodatnie saldo obrotów z zagranicą w 2015 r. będzie potwierdzeniem ogromnego sukcesu polskich eksporterów, którzy od lat rozwijają polską gospodarkę – komentuje Radosław Jarema, szef AKCENTY w Polsce, instytucji płatniczej realizującej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów.

Wykres 1.

saldo obrotow handlu

Ogromny plus z Europą…

Jeśli chodzi o wymianę międzynarodową z poszczególnymi kontynentami, to na razie znamy dane za 10 miesięcy 2015 r. i wg nich Polska najlepszy bilans notuje z Europą, Afryką, Australią i Oceanią oraz z Ameryką Północną. Największą wartość na plusie wypracowaliśmy z Niemcami, Wielką Brytanią i Czechami. – Sukces na rynkach Europy to świetna wiadomość. Państwa te same są potężnymi eksporterami. To oznacza, że na Starym Kontynencie jesteśmy bardzo  konkurencyjni – mówi ekspert AKCENTY.

… i ogromny minus z Azją

Dużą nadwyżkę w handlu z Europą niweluje ogromna nierównowaga w handlu z krajami azjatyckimi. Wśród 20 krajów, z którymi Polska ma największe ujemne saldo, aż połowa to kraje Azji. Największą wartość na minusie notujemy w wymianie z Chinami (aż 63,7 mld zł po 10. miesiącach 2015 r.). – Azja to niewykorzystany potencjał. Kraje azjatyckie należą do grona najszybciej rozwijających się na świecie, z rosnącą klasą średnią i gigantyczną liczbą potencjalnych konsumentów oraz chłonnym i potężnym przemysłem. Rosnący eksport na rynki Dalekiego Wschodu będzie w najbliższej przyszłości ważnym trendem, podobnie jak ekspansja w Ameryce Łacińskiej, Afryce czy krajach Półwyspu Arabskiego – podkreśla Radosław Jarema z AKCENTY.

Wykres 2.

saldo handlu zagranicznego