WEI: Podatek od sprzedaży detalicznej zniszczy polski handel. Uderzy w polskie sklepy próbujące konkurować z zachodnimi wielkimi sieciami

CEO Magazyn Polska

Polscy handlowcy nie zostawiają suchej nitki na projekcie podatku od sprzedaży detalicznej. Twierdzą, że zamiast zmusić największych do dzielenia się zyskiem, zniszczy on drobny polski handel, który próbuje konkurować z dużymi sieciami, łączącą się w grupy zakupowe i sieci franczyzowe. Według Cezarego Kaźmierczaka z WEI uprzywilejowuje on również tych, którzy unikali płacenia podatku CIT. Propozycja ZPP zakłada podatek od powierzchni handlowej, a nie od obrotu lub jedną płaską stawkę dla wszystkich.

Celem tej ustawy miało być wyrównywanie szans polskich sklepów, które były dyskryminowane przez lata – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Cezary Kaźmierczak, członek zarządu Warsaw Enterprise Institute i prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Aby to uczynić, powinno się w ogóle zrezygnować z podatku obrotowego w tym przypadku i wprowadzić kataster, czyli podatek katastralny od handlu wielkopowierzchniowego złożony z dwóch elementów.

Pierwsza część podatku miałaby być ustalana przez rząd centralnie, a druga przez gminy, co pozwoliłoby samorządom decydować, czy chcą mieć na swoim terenie sklepy wielkopowierzchniowe, czy nie. W razie niemożności uchwalenia takich przepisów Kaźmierczak proponuje dla wszystkich jedną niską stawkę podatku, do której wliczałoby się opłacony przez sklepy CIT. To wyrównywałoby szanse tych, którzy uczciwie ten podatek płacą, z tymi, którzy się od niego uchylają.

Tymczasem w opinii polskich handlowców uchwalenie ustawy w obecnym kształcie nie tylko nie zrównuje szans mniejszych polskich sklepów z międzynarodowymi gigantami, lecz wręcz faworyzuje te ostatnie.

Był szereg spotkań. Wydawało się, że PiS bardzo o to dba, były spotkania organizowane w Sejmie z przedsiębiorcami z tego sektora, potem było wielkie spotkanie w KPRM i wszyscy wyszli z niego zgodni i zadowoleni – mówi prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Tymczasem ta ustawa to jest coś dziwnego, o czym nikt wcześniej nie rozmawiał.

Zgodnie z opublikowanym na początku lutego na stronach Rządowego Centrum Legislacji projektem ustawy Podatek od sprzedaży detalicznej wszyscy sprzedawcy przekraczający przychód 1,5 mln zł miesięcznie i dokonujący sprzedaży na rzecz konsumentów mieliby co miesiąc uiszczać podatek od obrotów. Jego proponowana wysokość to 0,7 proc. przy sprzedaży w dni powszednie do 300 mln zł i 1,3 proc. powyżej tej kwoty. Natomiast od kwot, które wpłyną do sklepowych kas w soboty i niedziele podatek będzie wyższy i będzie wynosił odpowiednio 1,3 proc. oraz 1,9 proc.

Na najbliższy czwartek handlowcy z całej Polski zapowiedzieli protest pod Sejmem. Jak twierdzą, projekt odbiega od postulatów, jakie środowisko handlowców zgłosiło Ministerstwu Finansów w styczniu. Ich zdaniem podatek najmocniej uderzy w drobny handel, zwłaszcza właścicieli sklepów zrzeszonych w sieciach franczyzowych, bo obroty tych sieci mają być traktowane zbiorczo. Polska Izba Handlu wręcz określiła projekt ustawy jako niszczenie polskiego handlu, bo spowoduje on rozpadanie się sieci franczyzowych, a więc narazi kupców na wyższe koszty zakupów hurtowych i da w ten sposób przewagę konkurencyjną najbogatszym i najsilniejszym sieciom.

Chodzi o to bardzo dziwne opodatkowanie sieci franczyzowych, co głównie uderzy w te miękkie polskie franczyzy, raczkujące, które próbują konkurować z zachodnimi wielkimi sieciami, oraz o opodatkowanie handlu w sobotę i w niedzielę, o czym nikt nigdy wcześniej nie mówił – mówi Kaźmierczak.

Według danych GUS w Polsce działa ok. 350 tys. sklepów detalicznych, z czego 67 tys. w ponad tysiącu różnych systemów franczyzowych (dane z Raportu o franczyzie w Polsce 2015 firmy PROFIT System). Zdaniem prezesa ZPP nie ma technicznej możliwości rozliczenia podatku w ramach takich grup handlowych.

Polska franczyza polega na wspólnym znaku towarowym, co ma być opodatkowane jako jedna sieć, na grupie zakupowej, wspólnej promocji, to są takie miękkie franczyzy. Nie wiem, jak oni mają razem raportować. Moim zdaniem jest to technicznie niewykonalne, żeby one wspólnie raportowały, bo nie publikują zintegrowanych sprawozdań finansowych – przekonuje.

Według szacunków resortu finansów podatek od sprzedaży detalicznej ma przynieść budżetowi państwa 2 mld zł rocznie. Ma wejść w życie 14 dni po ogłoszeniu.

Rośnie liczba zgłaszanych informacji o niebezpiecznych treściach w internecie. Coraz więcej osób pada ofiarą internetowych oszustów

CEO Magazyn Polska

Ofiarami w internecie najczęściej są najmłodsi użytkownicy. Wciąż słaba znajomość nowych technologii sprawia, że rodzice nie zawsze są w stanie zapewnić dzieciom odpowiednią ochronę. Ważna jest edukacja, zarówno w domu, jak i szkole. Istotne jest także to, by zwracać uwagę na dziwne zachowanie dziecka, zamknięcie się w sobie czy nagły przypływ gotówki.

Internet to niezwykle użyteczne narzędzie pracy, przestrzeń do rozrywki i komunikacji, a także źródło informacji. Niestety, jest to także przestrzeń, gdzie na wszystkich użytkowników sieci czyha wiele niebezpieczeństw i zagrożeń, zwłaszcza na dzieci i młodzież, które ze względu na swoją naturalną niedojrzałość są na nie najbardziej narażone – mówi agencji Newseria Biznes dr Agnieszka Uniewska, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu i Bydgoszczy.

Coraz większa powszechność internetu sprawia, że rośnie też liczba osób, które spotkały się z cyberprzemocą. Według brytyjskich badań zleconych przez organizację Ditch the Label problem cyberprzemocy narasta i doświadczyło go aż 67 proc. badanych, przede wszystkim w serwisach społecznościowych. Jak jednak podkreśla ekspertka, tego zjawiska nie można łączyć jedynie z agresją.

To także kontakt z niewłaściwymi treściami, rasistowskimi czy nawołującymi do niebezpiecznych i nielegalnych zachowań. Surfując po sieci, dzieci i młodzież mogą natrafić także na reklamy czy kryptoreklamy używek, środków odurzających, strony zachęcające do samookaleczenia czy nawet do samobójstw – wskazuje Uniewska. – Innym zagrożeniem jest kontakt z pedofilami, a także z oszustami, którzy mogą się włamać do naszych kont pocztowych, wyłudzać numery kart, loginy i hasła dostępu.

Z raportu „10 lat Dyżurnet.pl” wynika, że niebezpiecznych treści czy zachowań w sieci jest coraz więcej. Statystyki pokazują, że o ile w pierwszych latach istnienia Dyżurnetu (2005–2006) miesięcznie pojawiało się ok. 40 zgłoszeń miesięcznie, to w 2008 roku miesięcznie wpływało już 300 zgłoszeń. Obecnie jest ich blisko 1 tys. Zgłoszenia dotyczą przede wszystkim nielegalnych treści, np. pornograficznych, propagujących totalitarne systemy czy nawołujących do nienawiści.

Nie ma jednego prostego rozwiązania pozwalającego uchronić dzieci przez cyberterrorem. Jak wskazuje ekspertka, najważniejsze są jednak dobre relacje na linii rodzic–dziecko.

Niezależnie od tego, czy nasze dziecko ma kilka czy kilkanaście lat, należy znać jego świat – zainteresowania, znajomych, gdzie przebywa. Trzeba nawiązać jak najsilniejszy kontakt, informować, że internet jest też przestrzenią, w której można napotkać niebezpieczeństwa. Wiedza na ten temat jest absolutnie niezbędna – przekonuje wykładowczyni WSB.

Jak pokazuje jednak praktyka, większość dorosłych nie radzi sobie z zapewnieniem bezpieczeństwa w sieci. Większość rodziców ogranicza się do sprawdzenia historii odwiedzanych stron, tym samym o ewentualnych zagrożeniach dowiadują się już po fakcie.

Uniewska podkreśla, że dziecko należy też zapoznać z zasadami etykiety w sieci, uświadomić, że źródłem agresji mogą być niewybredne komentarze i żarty. Istotne jest także uświadomienie dzieciom, jakie zachowania powinny budzić ich niepokój, np. próby namówienia na spotkanie w realnym świecie z osobą poznaną w sieci.

Ważną rolę edukacyjną, oprócz domu, powinna pełnić też szkoła.

Edukacja informatyczna musi obejmować zagadnienia związane z bezpieczeństwem w sieci, z uświadamianiem różnych form cyberprzemocy i tym, jak się przed tym chronić. Jeśli już zdarzy się, że dziecko padło ofiarą cyberprzemocy, ważne jest, żeby wiedziało, że może się z tym problemem zgłosić, nie może bać się o tym powiedzieć – podkreśla Uniewska.

Dziecko powinno wiedzieć, że w przypadku zagrożenia może skorzystać z pomocy organizacji i fundacji, że są dostępne telefony zaufania. Najważniejsze jednak, by czuło oparcie w najbliższych i nie bało się z nimi rozmawiać w takich sytuacjach. Ekspertka wskazuje, że dorośli nie powinni jednak czekać na sygnały od dziecka, tylko sami powinni zwracać uwagę na jego niepokojące zachowanie.

Zaliczyłabym do nich nagłe wygaszanie ekranu komputera, kiedy ktoś z dorosłych wchodzi do pomieszczenia, w którym przebywa dziecko. Może to świadczyć o tym, że chce coś przed nami ukryć. To także dziwne telefony o różnych porach – zaznacza dr Agnieszka Uniewska.

Niepokoić może też nagły przypływ gotówki czy drogie gadżety. Często w ten sposób w łaski dziecka próbują się wkupić pedofile. Zmiana relacji w rodzinie, brak odpowiedzi na pytania czy zbywanie ich półsłówkami mogą z kolei być sygnałem, że dziecko nawiązało kontakt z przedstawicielami sekt, którzy starają się wyciągnąć je z naturalnego środowiska.

Złoto i srebro wracają do łask. Popyt na metale szlachetne gwałtownie rośnie

CEO Magazyn Polska

Tylko od początku roku złoto podrożało o ponad 10 proc., a srebro o przeszło 8 proc. Z prognoz wynika, że po ponad trzech latach spadków zainteresowanie metalami szlachetnymi nie powinno w najbliższym roku zmaleć. Wspierać je będą podwyżki stóp procentowych w USA i niepewność na światowych giełdach powodowana głównie nieoczekiwanymi decyzjami banków centralnych.

– Obecnie obserwujemy gwałtowny wzrost popytu, który przełożył się też na wzrost ceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Paweł Żuk, główny analityk Mennicy Złota. – Szczególnie widoczne jest to na początku roku, kiedy giełdy nie spełniają oczekiwań inwestorów poszukujących alternatywnych lokat dla swojego kapitału.

Główny indeks amerykańskiej giełdy Dow Jones spadł od początku roku o 7 proc., a S&P 500 o ponad 8 proc. Londyński FTSE stracił w tym czasie 6,3 proc. Natomiast pozostające w ciągu ostatnich 3–4 lat w niełasce metale szlachetne podrożały o analogiczne wartości.

– Od początku roku widzimy wyraźne zainteresowanie, które przeszło w poważny wzrost ceny. Perspektywy są jak najbardziej pozytywne. W tej chwili wróciliśmy zdecydowanie powyżej granicy 1,1 tys. dol. za uncję złota i zdecydowanie powyżej 14 dol. za uncję srebra. Można mieć zatem jak najbardziej tylko pozytywne oczekiwania – mówi Żuk.

W Mennicy Złota cena kruszcu w sztabkach wynosi obecnie niemal 150 zł za 1 g. Nieco droższe są monety, które kosztują 228,5 zł za jedną piątą uncji, czyli ok. 1,4 g. Taniej można sprzedać złoty złom, w cenie 138 zł za 1 g. Niemal sto razy tańsze jest srebro, które za 1 g kosztuje nieco ponad 1,5 zł.

– Zdecydowane zwiększenie popytu obserwujemy zarówno na rynku złota, jak i na rynku srebra. Ze szczególnym naciskiem na wzrost popytu inwestycyjnego na fizyczne metale – podkreśla Żuk.

Jak zaznacza, dla mennicy oznacza to przede wszystkim więcej pracy, bo już w połowie zeszłego roku gwałtowny wzrost popytu inwestycyjnego spowodował, że mennica amerykańska i wiele innych czołowych mennic pracowało na trzy zmiany. Mimo to nie były w stanie zaspokoić rosnących zamówień. Z prognoz wynika, że popyt na szlachetne kruszce powinien się utrzymywać przez resztę roku.

– Stowarzyszenie London Bullion Market Association także podziela pozytywne nastroje i przewiduje średnią cenę na ten rok na poziomie około 1160 dol. za uncję. W porównaniu z tym, gdzie dzisiaj się znajdujemy, to pokazuje, że w końcówce roku będziemy zdecydowanie wyżej – przekonuje główny analityk Mennicy Złota.

Jego zdaniem grudniowa, pierwsza od 9 lat podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, uspokoiła inwestorów i przekonała ich do inwestowania w kruszce, bo ich cena spadała w oczekiwaniu na podwyżkę. To zaś trwało w ubiegłym roku wyjątkowo długo, gdyż najpierw spodziewano się jej w czerwcu, potem we wrześniu, wreszcie w grudniu, w którym ostatecznie nastąpiła.

– Inwestorzy są już spokojni o podwyżkę stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Pierwszy ruch ze strony Fed nastąpił i jak historia wielokrotnie pokazywała, cena złota spadała w związku z obawami przed samą podwyżką. Rozpoczęcie cyklu zacieśnienia polityki monetarnej sprawiło, że rynki finansowe wzięły to pod uwagę i o wiele wyżej wyceniają amerykańskie papiery, przez co złoto może odetchnąć – ocenia Żuk.

Decyzje banków centralnych odcisnęły piętno na rynkach finansowych w ostatnich kilkunastu miesiącach. Najpierw Narodowy Bank Szwajcarii zrezygnował z powiązania kursu franka z euro na poziomie 1,20, co spowodowało gwałtowne umocnienie szwajcarskiej waluty. Potem EBC obniżył stopę depozytową do -0,3 proc. i poinformował o przedłużeniu programu skupu obligacji o pół roku do marca 2017 r. Następnie zaś amerykańska Rezerwa Federalna kazała czekać ponad pół roku na podwyżkę stóp. Pod koniec stycznia Bank Japonii zaskoczył rynki, obniżając główną stopę procentową do -0,1 proc.

– Inwestorzy nie są pewni dalszych losów rynków finansowych. Dlatego w cenach metali szlachetnych spodziewałbym się stabilnego wzrostu. Inwestorzy nie lubią niespodzianek, czego byliśmy ostatnio świadkami, kiedy niespodziewanie Bank Japonii wdrożył ujemne stopy procentowe. Rynek natychmiastowo zareagował i cała kolejna sesja w wykonaniu metali szlachetnych była dodatnia. W dłuższej perspektywie posiadacze obcych walut mogą jednak zapomnieć o stratach – ocenia analityk.

Wszystkie wymienione czynniki sprawiają, że zdaniem przedstawiciela Mennicy Złota metale szlachetne powinny powrócić do łask inwestorów i znowu stać się tzw. bezpiecznymi przystaniami.

– W tym roku spodziewałbym się umiarkowanych, lecz stabilnych wzrostów metali szlachetnych. Nie zapominajmy, że teraz rynkami nie rządzą inwestorzy, a niespodziewane decyzje banków centralnych, które już w całym zeszłym roku wielokrotnie wpędziły wielu inwestorów w tarapaty. Teraz niepokój, który jest odczuwalny wszędzie, i kolejne negatywne sesje na największych parkietach, będą jednak sprawiały, że złoto coraz bardziej będzie w cenie – podkreśla.

Ponad połowa osób w związkach obchodzi walentynki. Osoby starsze robią to rzadziej, ale są w stanie wydać na ten cel znacznie więcej

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków lubi walentynki. W tym roku święto planuje obchodzić 58 proc. osób pozostających w stałych związkach. Blisko połowa wyda na ten cel powyżej 100 zł, więcej średnio planują wydać mężczyźni. Walentynki świętują ludzie młodzi, wraz z wiekiem przywiązujemy do nich mniejszą wagę. Jeśli jednak osoby w wieku powyżej 40 lat zdecydują się świętować, to szerzej otwierają portfele. Z myślą o swojej sympatii są w stanie wydać 500 zł lub więcej.

Badania Barometru Providenta pokazują, że coraz więcej Polaków obchodzi walentynki, dotyczy to zwłaszcza najmłodszej grupy osób, do 30 lat. Oni najbardziej przywiązują się do tego święta i faktycznie je obchodzą. Spośród osób, które są w stałych związkach, 48 proc. organizuje na ten dzień coś wyjątkowego – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska.

Polacy polubili walentynki, a święto zdobywa coraz więcej nowych zwolenników. Już 58 proc osób, które pozostają w stałych związkach, planuje świętować ten dzień, a 14 lutego to dla nich ważny dzień, aby okazać uczucia.

Walentynki to święto, które dopiero wchodzi na polski rynek, a jego atrakcyjność obserwujemy w  młodszych grupach wiekowych. Im starsza osoba, tym mniejsze zainteresowanie tym świętem. Warto też zauważyć, że dla niewielu osób, bo dla około 10 proc., jest to święto bardzo ważne – zaznacza Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Święto cenią też osoby w związku małżeńskim. W ten sposób walentynki są wykorzystywane nie tylko do wzbudzenia zainteresowania drugiej osoby, lecz także do pielęgnowania związku czy poprawy relacji.

Blisko połowa osób, które nie są w związkach, przywiązuje wagę do tego święta. Może to świadczyć również o tym, że chcemy wywołać zainteresowanie wśród potencjalnego partnera, przeżyć coś wyjątkowego lub w jakikolwiek sposób uczcić ten dzień – ocenia Łuczak.

Większość osób nie obchodzi walentynek hucznie, zazwyczaj stawiają na drobiazgi, które mają świadczyć o uczuciu. Kilkukrotne wzrosty sprzedaży notują wówczas kwiaciarnie i sklepy z upominkami. Najczęściej wybieramy zacisze domowe i spędzenie czasu z partnerem. Część stawia na kolację w restauracji lub kino czy teatr. Na walentynkowy wyjazd decydujemy się rzadko, przede wszystkim ze względu na koszty.

Przeciętnie na prezent walentynkowy wydajemy około 100 zł. Co ciekawe, więcej o 10 proc. wydają mężczyźni. Może to wynikać z faktu, że mężczyźni po prostu wchodzą do sklepu i kupują, nie zastanawiając się zbyt długo nad ceną – podkreśla Karolina Łuczak.

Barometr Providenta wskazuje, że osoba mająca stałego partnera na walentynkowe atrakcje planuje przeznaczyć blisko 107 zł. Ponad połowa Polaków wyda na ten cel powyżej 100 zł. Większe wydatki poniosą osoby nieco starsze, które choć rzadziej decydują się obchodzić święto, to jeśli się na to zdecydują, nie żałują pieniędzy.

Około 2 proc. osób kupujących prezenty walentynkowe wyda na nie ponad 500 zł. Co ciekawe, są to osoby przede wszystkim powyżej 40 roku życia, single, rozwiedzeni i osoby niezamężne. Może to wskazywać na to, że chcemy przeżyć drugą młodość i miłość, odkryć coś na nowo – analizuje Karolina Łuczak.

Pomaganie przez internet staje się modne. Zjawisko finansowania społecznościowego rośnie

CEO Magazyn Polska

Crowdfunding, czyli finansowanie społecznościowe, staje się coraz popularniejsze wśród polskich internautów. Powstaje coraz więcej platform, które ułatwiają zbiórkę pieniędzy na określony cel i coraz więcej się o tym mówi. Informacje na ten temat pojawiające się w prasie, internecie i social media objęły zasięgiem prawie 16 mln osób – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów.

Najwięcej informacji na temat pojawiło się na Facebooku, Twitterze oraz portalu antyweb.pl i gazeta.pl, która wiele publikowanych treści poświęciła na artykuły o crowdfundingu.

Pierwszym portalem crowdfundingowym w Polsce był polakpotrafi.pl, który powstał w 2011 roku. Na jego temat od 1 stycznia 2015 roku do 1 stycznia 2016 roku pojawiło się ponad 51 tys. wzmianek w prasie, radiu, telewizji, internecie i social mediach, które objęły swoim zasięgiem ponad 51 mln osób – mówi agencji Newseria Karolina Masalska, specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów

Największy projekt na polakpotrafi.pl zebrał ponad 284 tys. zł, a wszystkie wpłaty sięgają już prawie 10,8 mln zł.

W ostatnich kilku latach pojawiło się wiele podobnych platform. Wśród najbardziej rozpoznawalnych są wspieram.to, siepomaga.pl czy wspieramkulture.pl. Umożliwiają one pozyskanie funduszy na określony cel. Może to być np. wsparcie jakiejś inicjatywy biznesowej, wyprawy czy wydarzenia kulturalnego.

Dużą popularnością cieszy się muzyka – młodzi twórcy mogą zgłosić swoje projekty i prosić społeczność o wsparcie ich projektu muzycznego, nagrania pierwszego singla bądź pierwszego teledysku do piosenki. Dużą popularnością cieszą się również projekty z dziedziny filmu, teatru, gier komputerowych, technologii, sportu czy turystyki. Zgodnie z opinią internautów w zależności od tego, jakie są nasze zainteresowania i jakie konkretnie akcje chcielibyśmy wesprzeć, każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie – mówi Masalska.

Wspierane są nie tylko projekty prywatne, lecz także kampanie społeczne. Przykładem może być zbiórka na projekt „Hejtoholik – Trasa Hejtbusters – czyścimy miasta Polski z hejtu”. Zebrał on 600 tys. złotych, to ponad 1800 proc. kwoty, którą zakładano.

Główną zasadą finansowania społecznościowego jest zebranie zakładanej kwoty. Jeśli nie zostanie ona zebrana, wszystkie pieniądze wracają do ofiarodawców. Jeżeli kwota ta zostanie przekroczona, to nadwyżka idzie na doskonalenie pomysłu, który ma jeszcze bardziej spodobać osobom, które przeznaczyły na jego realizację własne oszczędności – mówi Karolina Masalska.

Crowdfunding zakłada w pewnym stopniu jakąś formę rekompensaty czy podziękowania. W zamian za mniejszy bądź większy wkład, pomysłodawcy przygotowują niespodzianki, prezenty, szansę zakupu towaru jeszcze przed premierą a często również możliwość współudziału w zyskach. To dodatkowy bodziec do finansowania takich akcji i ogromna zaleta z punktu widzenia wspierającego – co wynika z analizy komentarzy użytkowników social mediów.

Ważnym elementem finansowania społecznościowego jest dokładny opis akcji, na którą zbieramy pieniądze, ponieważ odpowiedni opis, odpowiednio prowadzona kampania, wizualizacja całego projektu może nam na pewno pomóc w zebraniu planowanej przez nas kwoty – podkreśla ekspertka z IMM.

Crowdfunding zrodził się w Stanach Zjednoczonych blisko 20 lat temu. Pierwszą inicjatywą była zbiórka pieniędzy (60 tys. dolarów) na trasę koncertową zespołu Marillion zorganizowana przez ich fanów. Członkowie zespołu – w ramach podziękowania – m.in. umożliwili fanom zakup albumu jeszcze przed premierą.

Największy na świecie portal crowdfundingowy Kickstarter od 2009 roku zrealizował ok. 99 tys. projektów na kwotę ponad 2 mld dolarów.

Przykładem jednej z największych zbiórek na portalu Kickstarter jest projekt zegarków wielofunkcyjnych, na który pomysłodawcy zebrali ponad 10 mln dol. przy wsparciu zaledwie 70 tys. osób – mówi Karolina Masalska.

Jak wyjaśnia, za granicą mocniej wspierane są projekty z zakresu nowych technologii oraz innowacyjne gadżety. W Polsce najwięcej funduszy przeznaczanych jest na pomoc innym (zbiórki na cele charytatywne). Rekordowe projekty realizowane na platformie polakpotrafi.pl dotyczyły wznowienia wydawania magazynu „Secret Service” (284 tys. zł), projektu gry planszowej iGranie z Gruzem (74 tys. zł), czy projektu filmowego „Korwin The Movie” (58 tys. zł).

Polacy również próbują swoich sił za granicą. Przykładem jest grupa Polaków, którzy zgłosili projekt swojej gry komputerowej „Super Hot” do Kickstartera i w ciągu zaledwie jednej doby udało im się uzyskać na realizację swojego pomysłu 100 tys. dol. Dotychczas zebrana kwota osiągnęła już poziom prawie 250 tys. dol., więc jej pomysłodawcy powiedzieli, że ta cała nadwyżka, która została zebrana zostanie przeznaczona na udoskonalenie tej gry, co ma jeszcze bardziej uatrakcyjnić ją z punktu widzenia ofiarodawców – mówi Karolina Masalska.

PAYBACK w portfelach WITTCHEN

Od 1 lutego 2016 roku uczestnicy Programu PAYBACK mogą zbierać punkty u kolejnego partnera – w sklepach WITTCHEN. Do tej pory taka możliwość istniała jedynie w sklepie internetowym. W promocji otwarcia można zyskać co najmniej 7x więcej punktów.

 WITTCHEN to lider sprzedaży ekskluzywnej galanterii skórzanej, torebek butów, odzieży oraz  bagażu.  Spółka od momentu powstania w 1990 roku konsekwentnie buduje najbardziej rozpoznawalną polską markę luksusową. Od 2015 roku jest notowana na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.

Sieć salonów WITTCHEN obejmuje 70 punktów sprzedaży w całym kraju oraz sklep internetowy. To nie tylko największa sieć handlowa w sektorze dóbr luksusowych, ale również jedna z najlepiej postrzeganych przez klientów sieci modowych w Polsce. Dowodem na to są liczne pozytywne oceny klientów oraz zdobyte prestiżowe nagrody i wyróżnienia. W 2015 r. sklep internetowy WITTCHEN zajął pierwsze miejsce w niezależnym rankingu Opineo.pl w kategorii odzież i obuwie.

„Mając na uwadze zadowolenie naszych klientów, postanowiliśmy rozszerzyć współpracę z Programem PAYBACK. Do tej pory nasi klienci mieli możliwość zbierania punktów, robiąc zakupy w sklepie internetowym, teraz punkty PAYBACK będą naliczane również przy okazji wszystkich transakcji w sklepach stacjonarnych” – mówi Piotr Kierzkowski, Dyrektor  e-commerce i logistyki WITTCHEN.

W sklepach WITTCHEN punkty PAYBACK będą naliczane z zastosowaniem reguły 1 pkt za każde wydane 2 zł. Na początek przygotowano promocję oferującą co najmniej 7x więcej punktów za transakcję powyżej 100 zł. „Oferta zbiega się w czasie z okresem wyprzedaży. Liczymy, że zainteresowanie naszymi produktami wzrośnie jeszcze bardziej dzięki promocji PAYBACK” – dodaje Piotr Kierzkowski.

„Udział salonów WITTCHEN w PAYBACK to z jednej strony wzrost atrakcyjności Programu, z drugiej wartość dodana dla klientów sieci. W najbliższym czasie planujemy szereg promocji, które, mamy nadzieję, przyniosą wiele satysfakcji zarówno użytkownikom PAYBACK, jak i partnerowi.” – mówi Piotr Lipiński, Head of Corporate & Marketing Communications PAYBACK.

W 2015 roku do PAYBACK dołączyły aż 44 sklepy online. W sumie punkty PAYBACK można zbierać i wymieniać na nagrody u prawie 900 partnerów w całym kraju, m.in.: na stacjach BP, w Empiku, salonach Orange czy Multikinie. Aktualna lista partnerów znajduje się na stronie www.payback.pl

Przychód Grupy ID Logistics w 2015 roku wzrósł o 6.4 proc. i wyniósł 930.8 mln EUR

Grupa ID Logistics, międzynarodowy lider logistyki kontraktowej, odnotowała w 2015 roku przychód w wysokości 930.8 mln EUR. Oznacza to wzrost o 6.4 proc. w porównaniu do 2014 roku. Firma, pozyskując nowe kontrakty i rozszerzając zakres obsługi dotychczasowych klientów, umocniła swoją pozycję na światowym rynku usług logistycznych.

 ID Logistics_magazyn

Komentując wyniki, Eric Hemar, Prezes Zarządu ID Logistics, powiedział: “Rok fiskalny 2015 był kolejnym rokiem intensywnego rozwoju Grupy ID Logistics, szczególnie jeśli chodzi o branżę e-commerce. Dobre wyniki, osiągnięte w czwartym kwartale, częściowo wyrównały straty spowodowane niestabilnym kursem walutowym, jakiego doświadczyliśmy w końcówce roku, szczególnie w Brazylii, Argentynie i Rosji. W 2016 roku będziemy nadal skupiać się na rozwoju naszej działalności na kluczowych rynkach”.

Grupa ID Logistics w czwartym kwartale 2015 roku – podsumowanie

W czwartym kwartale br. przychód Grupy ID Logistics wyniósł 250,5 mln EUR, co oznacza wzrost o 6.8 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w roku ubiegłym.

We Francji, rynku macierzystym ID Logistics, przychód wyniósł 138.4 mln EUR, co oznacza wzrost o 5.2 proc. w porównaniu do czwartego kwartału 2014 roku. Z kolei przychody Grupy ID Logistics, osiągnięte w innych krajach (Grupa ID Logistics obsługuje klientów w 14 krajach na całym świecie), wyniosły 112,1 mln EUR, co oznacza wzrost o 8.8 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2014 roku. Mimo niekorzystnego kursu walut, głównie brazylijskiego reala, argentyńskiego peso i rosyjskiego rubla, wzrost organiczny wyniósł 15.2 proc., znacznie więcej niż w pierwszych trzech kwartałach 2015.

W czwartym kwartale w Europie intensywny i stabilny rozwój biznesu przyczynił się do utrzymania stałego wolumenu. Dodatkowo dobre perspektywy zachęcają klientów do organizowania nowych przetargów w ramach istotnych projektów logistycznych. Z kolei sytuacja gospodarcza na głównych, tzw. rynkach wschodzących, w których ID Logistics prowadzi swoją działalność, pogorszyła się, co przełożyło się na spadek wolumenów (zwłaszcza w Brazylii, Chinach i Rosji), a uwarunkowania ekonomiczne i polityczne wpłynęły na działalność i projekty, realizowane przez klientów Grupy w tych krajach. W  Argentynie, w wyniku sytuacji ekonomicznej i uwarunkowań lokalnych, jeden z klientów ID Logistics, zrezygnował z outsourcingu części procesów logistycznych.

Rok 2015 rok był kolejnym rokiem wzrostu organicznego Grupy ID Logistics, wynikającego głównie z  uruchomienia nowych projektów. Biorąc pod uwagę tempo zwiększania wydajności w nowych lokalizacjach magazynowych, koszty związane z ich uruchomieniem zaważą na rocznej podstawowej marży operacyjnej Grupy, w porównaniu z rokiem 2014, kiedy to firma otworzyła znacznie mniej  nowych magazynów. W 2016 roku, Grupa ID Logistics będzie nadal uczestniczyła w licznych przetargach, jednocześnie przywiązując dużą wagę do kontroli kosztów, związanych z uruchomieniem nowych aktywności. Dzięki redukcji długu, firma będzie także sprawdzała różne możliwości rozwoju zewnętrznego, co pozwoli jej na dalsze umocnienie pozycji w Europie.

Perspektywy rozwoju

W czwartym kwartale br. Grupa ID Logistics rozszerzyła zakres obsługi obecnych klientów i podpisała nowe kontrakty, których realizacja rozpocznie się już w 2016 roku. We Francji, dla sieci sklepów Simply Market, firma zarządzać będzie podparyskim magazynem z kontrolowaną temperaturą o powierzchni ponad 10 tys.m². ID Logistics, w ramach współpracy z siecią handlową BUT, będzie zarządzać magazynem o powierzchni 30 tys.m², odpowiadając za dostawę artykułów elektrycznych i mebli domowych do sklepów zlokalizowanych w regionie Paryża i północnej Francji. Grupa uruchomi też magazyn o powierzchni 27 tys.m² dla sieci sklepów Alinea i będzie zarządzać procesami składowania i realizacji zleceń. W Rosji, wiodąca sieć handlowa X5 powierzyła ID Logistics zarządzanie nową moskiewską platformą o powierzchni 40 tys.m². W Hiszpanii, jeden z głównych klientów Grupy powierzył jej zarządzanie platformą e-commerce o powierzchni 25 tys.m². Natomiast w Niemczech, w ramach zarządzania procesami logistycznymi grupy kosmetycznej i perfumeryjnej Nobilis, ID Logistics  prowadzić będzie specjalistyczny magazyn w Weilbach. W Chinach duża sieć handlowa LianHua powierzyła Grupie ID Logistics zarządzanie magazynem o powierzchni 20 tys.m² z kontrolowaną temperaturą. ID Logistics będzie nadal wspierać rozwój i strategię zintegrowanych przepływów logistycznych dla sieci Carrefour, uruchamiając magazyn o powierzchni 24 tys.m² w Dongguan.

ID Logistics w Polsce

W Polsce ID Logistics odnotowało intensywny rozwój w ramach swojego podstawowego obszaru działalności czyli logistyki kontraktowej.  W 2015 roku przychody z magazynowania wzrosły o 17.2 proc w porównaniu do 2014 roku, co zrównoważyło zmniejszenie przychodów ze sprzedaży usług transportowych. Osiągnięte wyniki w głównej mierze były rezultatem przyjętej strategii Grupy, zakładającej nastawienie na rozwój logistyki kontraktowej, co z kolei wiązało się ze znacznym zmniejszeniem portfolio usług transportowych.

Komentując wyniki osiągnięte w 2015 roku i perspektywy rozwoju w 2016 roku, Yann Belgy, Dyrektor Generalny ID Logistics, powiedział: “Dla nas 2015 rok z jednej strony był rokiem intensywnego rozwoju, kiedy to uruchomiliśmy kilka nowych magazynów, a z drugiej czasem stabilizacji, ukierunkowanej na budowanie wiarygodności naszych usług i rozwój działalności związanej z naszym podstawowym biznesem. To był właściwy ruch, obecnie jesteśmy w trakcie przygotowywania wielu nowych projektów, które będziemy realizować w ciągu najbliższych miesięcy.

Mobilna bankowość najbardziej narażona

Obiektem zainteresowań cyberprzestępców w coraz większym stopniu stają urządzenia mobilnie, z których każdego dnia korzystają miliony osób. Luki w zabezpieczeniach systemów instalowanych na smartfonach i tabletach zainteresowały nawet Komisję Nadzoru Finansowego, która wydała orzeczenie stwierdzające, że mobilni użytkownicy kont bankowych są o wiele bardziej narażeni na ataki, niż internauci korzystający z laptopów czy komputerów stacjonarnych.

W październiku ubiegłego roku klienci iPKO otrzymali informację, że ze względów bezpieczeństwa dostęp do serwisu bankowego został ograniczony. Komunikat informował o konieczności przeprowadzenia weryfikacji. Strona logowania nie budziła podejrzeń – zawierała nawet ostrzeżenie o fałszywych komunikatach i informację o konieczności przestrzegania zasad bezpieczeństwa w bankowości elektronicznej. Wnikliwy użytkownik mógł zauważyć, że adres serwisu wcale nie należy do iPKO. Ile osób tego adresu jednak nie zauważyło i podało dane cyberprzestępcom, nie wiadomo. Przykład pani Anny, która pewnego dnia chciała zrealizować kilka przelewów za pośrednictwem e-bankowości pokazuje, że wbrew pozorom takich sytuacji wcale nie brakuje.

Po zalogowaniu do serwisu bankowego pojawił się komunikat o zmianie formuły konta. Wyglądał bardzo prawdziwie. Komunikat wymagał zatwierdzenia kodem SMS. – Wpisałam kod SMS, który przysłany został z banku. Następnie, podczas tej samej sesji, wykonałam swoje przelewy – również z użyciem kodów SMS. Po kilku godzinach zaczęłam dostawać SMS-y o zmianach salda na moich kontach. Po kwotach zorientowałam się, że dzieje się coś dziwnego. Szybko zalogowałam się na swój rachunek i zobaczyłam, że nie ma moich pieniędzy. W pierwszym momencie myślałam, że to jakiś błąd w banku. Z trzech rachunków zniknęło ponad 46000 zł. Po kilku dniach zadzwonił do mnie pan z banku i powiedział, że miałam na swoim komputerze wirusa i że kodem SMS ustaliłam złodzieja jako odbiorcę zdefiniowanego. Wyczułam z rozmowy, że tego typu przypadek nie jest dla tego pana nowością – relacjonuje pani Anna.

Technologia niedoskonała

W coraz większym stopniu na niebezpieczeństwo narażeni są użytkownicy bankowości mobilnej. Telefon z systemem Android może być zaatakowany już za pośrednictwem jednej odpowiednio spreparowanej wiadomości tekstowej. „Bug” o nazwie Stagefright skrywający się w jednej z multimedialnych bibliotek tego systemu operacyjnego czyni 95% wykorzystujących go urządzeń otwartymi na cyberataki. Zainstalowanie na takim urządzeniu oprogramowania typu malware i przejęcie przez hakera całkowitej kontroli nad nim odbywa się bez najmniejszego udziału posiadacza telefonu. W przeciwieństwie do większości przypadków „phishingu”, tutaj nie jest wymagane ani otwarcie korespondencji w postaci maila czy smsa, ani ściągnięcie zasugerowanej pirackiej aplikacji ze strony udającej oficjalny sklep. Atakujący wysyła jedynie wiadomość na wskazany numer telefonu i zaczyna eksplorować jego zawartość, pozostawiając użytkownika w całkowitej nieświadomości. W sieci nie brakuje poradników wyjaśniających, w jaki sposób przeprowadzić atak oparty na tym modelu. O tym, że jest to możliwe do wykonania nie tylko przez specjalistów, świadczą ich tytuły, zazwyczaj brzmiące „Kilka prostych kroków do…..”.

Przy okazji zanotowanego w minionym (2015) roku znaczącego przyrostu liczby ataków DDoS, o których donosił raport firmy Akamai, zwrócono uwagę na pewną dość niepokojącą zmianę crackerskich trendów. Ataki dokonywane w ten sposób zaczęły wraz z nadejściem 2015 roku obierać za cel urządzenia mobilne – 20% wszystkich ataków DDoS w I kw. 2015 dotyczyło właśnie smartfonów i tabletów – stwierdza Ewelina Hryszkiewicz z Atmana, operatora ogólnopolskiej sieci światłowodowej. Wszystko za sprawą protokołu SSDP, który wykorzystują urządzenia komunikujące się w zakresie Internet of Things. Większość użytkowników nie konfiguruje go prawidłowo, przez co tworzy on łatwy do wykrycia dla wyspecjalizowanych crackerów kanał dostępowy. Ten rodzaj ataku również jest niemożliwy do wykrycia, gdyż w jego przypadku narzędzie mobilne działa na zasadzie odblasku, pozostawiając atakującego zupełnie anonimowym.

Coraz popularniejszy staje się atak hakerski, który wykorzystuje kody QR. Pierwszym krokiem do przeprowadzenia ataku z wykorzystaniem kodu QR jest samo rozpowszechnienie kodu. W tym celu fałszywe kody QR są dołączane do wiadomości e-mail lub umieszczane na wiarygodnie wyglądających materiałach, np.: ulotkach, prezentacjach handlowych czy naklejkach przyklejonych do ogłoszeń na billboardach. – Haczyk polega na złożeniu klientowi obietnicy, że po zeskanowaniu kodu QR uzyska on dostęp do bezpłatnej i atrakcyjnej aplikacji. Po instalacji atakujący może przekierowywać SMS-y z kodami do autoryzacji transakcji czy podsłuchiwać rozmowy – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

KNF bije na alarm

Dyrektor jednego z urzędów Komisji Nadzoru Finansowego Tomasz Piwowarski przyznał, że stopień wykorzystania technologii informatycznych w bankowości przyrasta w nie mniejszym stopniu niż w pozostałych dziedzinach życia, zatem ważne jest, by dbać o odpowiednio wysokie standardy bezpieczeństwa. Komisja ma więc za zadanie doglądać, czy za dynamicznie następującym rozwojem technologii nadąża bankowa kontrola zagrożeń. Piwowarski zwrócił uwagę na fakt, że w ciągu minionych trzech i pół roku liczba klientów korzystających z bankowości mobilnej wzrosła o 250% do ok. 4,3 mln użytkowników. O ile jeszcze w 2013 roku procentowy udział posiadaczy smartfonów korzystających z mobilnej bankowości wynosił 12%, o tyle w 2015 wartość ta urosła do 43%.

KNF odniosło się także do autoryzacji dokonywanych transakcji –  w przypadku tradycyjnych komputerów jest ona w większości przypadków realizowana przy pomocy telefonu, natomiast w przypadku urządzenia mobilnego i realizacja przelewu, i autoryzacja odbywa się za pośrednictwem jednego urządzenia. Komisja dodaje ponadto, że większość incydentów, za którymi stoją cyberprzestępcy, celuje w infrastrukturę klienta i to ona jest najsłabszym ogniwem usług internetowej bankowości, odpowiadając za 40% wszystkich przypadków włamań.

Banki także są zróżnicowane w kwestii oferowanych standardów bezpieczeństwa i ułatwiając swoim klientom obsługę przy pomocy najnowszych technologii, często idą „na skróty”, pomijając związane z tym zagrożenia. Jak dodaje Piwowarski, banki często niechętnie wdrażają kolejne procedury zwiększające bezpieczeństwo, gdyż mogą one ograniczać wygodę klientów i wydłużać czas dokonywanych operacji finansowych. Dyrektor nadmienił ponadto, że w przypadku gdy cyberatak skutecznie złamie luki w zabezpieczeniach czy to systemu bankowego, czy infrastruktury mobilnego klienta, straty zazwyczaj liczy się nie w setkach złotych, a dziesiątkach i setkach tysięcy złotych. W związku z tym KNF jest zobligowanie do bezwzględnej kontroli bankowości i narzucania rekomendacji podnoszących poziom bezpieczeństwa.

Smartfonowe barki desantowe

Przykład zajścia, jakie miało miejsce w Chinach pokazał, że urządzenia mobilne mogą nie tylko być infiltrowane przez crackerów, ale wykorzystywane jako portale atakujące obrany cel. Przeprowadzony we wrześniu minionego roku atak DDoS użył 650 tysięcy smartfonów do wygenerowania pod 4,5 mld odwiedzin atakowanej przez cyberprzestępców strony internetowej. Użytkownicy otrzymywali reklamowe powiadomienia, nie mając pojęcia, że aktywując je, stają się pośrednikami ataku dokonywanego na taką skalę. – Przykład ten wskazał na narodziny nowego, bardzo niebezpiecznego zjawiska, gdyż obrona przed taką formą agresji jest bardzo trudna nawet dla dużych portali. Dla tych mniejszych może oznaczać całkowite zajęcie zasobów serwerowych – tłumaczy Ewelina Hryszkiewicz z Atmana.

Urządzeń mobilnych jest na rynku coraz więcej, co cieszy nie tylko producentów smartfonów, ale z pewnością także cyberprzestępców. Na listę noworocznych postanowień warto więc wpisać jeszcze jedno: daleko posuniętą ostrożność w Internecie, a w bankowości mobilnej w szczególności.

Więcej zabezpieczeń kursów walut w polskim handlu zagranicznym

Rok 2015 był doskonały dla polskiego handlu zagranicznego. To wpłynęło także na wyniki instytucji płatniczej AKCENTA, która zabezpiecza i realizuje transakcje międzynarodowe eksporterów i importerów. Obroty AKCENTY w naszym kraju wzrosły o 13 proc., zaś liczba klientów o 15 proc. r/r. Bardzo wyraźnie zwiększyła się popularność forwardów. AKCENTA zabezpieczyła w ub. r. transakcje o wartości prawie 4-krotnie wyższej niż rok wcześniej.

AKCENTA działa w 5 krajach Europy Środkowo-Wschodniej: w Polsce, Czechach, Rumunii oraz na Słowacji i na Węgrzech. Na wszystkich tych rynkach obroty wzrosły w 2015 r. aż o 58 proc. r/r, zamykając się w kwocie nieco ponad 12,7 mld zł. W Polsce wzrost obrotów wyniósł 13 proc. r/r. Radosław Jarema, szef AKCENTY w naszym kraju, prognozuje, że w tym roku obroty instytucji w naszym kraju zwiększą się o kolejne 20 proc. Polska to dla AKCENTY drugi pod względem wysokości obrotów rynek (po rodzimych Czechach), z blisko 20-procentowym udziałem w obrocie całkowitym.

Apetyt na bezpieczeństwo wzrósł 4-krotnie

Ekspert AKCENTY zwraca uwagę, że w kontekście sytuacji w polskim handlu zagranicznym bardzo ważna może być interpretacja danych o wartości zawartych forwardów, czyli transakcji zabezpieczających kursy walut. W Polsce ich obrót wzrósł w ub. r. prawie 4-krotnie r/r, podczas gdy na wszystkich rynkach o 71 proc. – W 2015 r. kursy ważnych w handlu zagranicznym walut mocno się wahały. Uwolniony został kurs franka szwajcarskiego, dolar i funt biły rekordy, notując wartości najwyższe od ponad dekady. To wzmocniło zainteresowanie narzędziami, które eliminują ryzyko, w tym oferowanymi przez nas za darmo forwardami – komentuje przedstawiciel AKCENTY.

Transakcja terminowa forward to najprostszy sposób zabezpieczenia kontraktu przed ryzykiem walutowym. Pozwala „zarezerwować” dany kurs i wymianę po nim waluty w określonym dniu w przyszłości. To ważne przy długoterminowych kontraktach, gdy przedsiębiorca nie może dokładnie przewidzieć jak zachowają się notowania. Forward zobowiązuje zarówno instytucję, jak i przedsiębiorcę do wymiany waluty po ustalonym kursie. Nawet jeśli będzie on w chwili realizacji gorszy niż kurs rynkowy, to zabezpieczenie przynosi wymierną korzyść w postaci pewności wysokości przyszłej marży i łatwiejszego planowania finansów firmy.

… i będzie rósł dalej

Eksperci AKCENTY przewidują, że popularność forwardów będzie nadal rosła. Po pierwsze, sugeruje to badanie przeprowadzone na polskich eksporterach i importerach z sektora MŚP. W II połowie 2015 r. przed ryzykiem walutowym chroniło się zaledwie 22 proc., ale aż 33 proc. wskazało, że rozważa tę możliwość w przyszłości. Po drugie, zainteresowanie forwardami będzie utrzymywać na wysokim poziomie przez wahania walut. – Złoty powoli wraca na swoje miejsce i staje się mocniejszy na głównych parach walutowych. Tym samym zabezpieczenia przed ryzykiem kursowym będą coraz bardziej opłacalne dla importerów. Notowania złotówki mogą bowiem powrócić do swojego naturalnego pasma wahań i tu dużą rolę będzie odgrywać zabezpieczenie kursu wymiany w odpowiednim momencie – tłumaczy Radosław Jarema.

AKCENTA planuje intensywnie rozwijać usługi zabezpieczające kursy walut. Wkrótce zamierza udostępnić forwardy na najmłodszym rynku, w Rumunii. W planach na 2016 r. jest także wdrożenie indywidualnych rozwiązań w zakresie transakcji zabezpieczających.

Dla AKCENTY Polska „oczkiem w głowie”

Polska jest kluczowa, bo to nasz największy rynek, a firmy, które handlują z zagranicą są tu w fazie rozkwitu. I nie myślę o dużych korporacjach, ale o małych i średnich firmach. To właśnie te przedsiębiorstwa są bardzo ambitne i najaktywniej szukają ochrony przed ryzykiem kursowym oraz oszczędności na przelewach walutowych. W tym zakresie jest im bliżej do nas niż do banków – podkreśla Radosław Jarema.

Programistów z Polski czeka emigracja, ale wirtualna

Polscy programiści już dziś uczestniczą w międzynarodowych projektach,  a dzięki nowym technologiom i elastycznym formom zatrudnienia wcale nie muszą opuszczać kraju. Według danych ABSL, 80% firm IT działających w Polsce świadczy usługi dla Europy Zachodniej, z kolei co drugi taki podmiot realizuje usługi dla Ameryki Północnej. W obliczu globalnego deficytu talentów, zachodnioeuropejskie firmy czy amerykańskie start-upy coraz chętniej sięgają po programistów z Europy Wschodniej, w tym także z Polski. Z potencjału polskich programistów czerpie garściami branża SSC/BPO – to w dużej mierze dzięki outsourcingowi usług informatycznych Warszawa, Kraków czy Wrocław wyrastają na ważne ośrodki IT w Europie.

-„Polski programista wcale nie musi przekraczać oceanu, aby osiągnąć sukces. Dekadę temu, uwaga zagranicznych przedsiębiorstw IT kierowała się w stronę Polski przez wzgląd na kilkakrotnie niższe koszty zatrudnienia pracownika. Pozyskanie talentów z Europy Wschodniej pozwalało zagranicznym podmiotom na znaczne oszczędności. Obecnie nasz rynek powoli się stabilizuje i są zawody, w których zarobki nie ustępują tym zagranicznym. O wirtualnej emigracji polskich programistów zadecydowały ich kompetencje. Wiele przedsiębiorstw zagranicznych przekonało się, że warto oddelegować pewne projekty poza firmę, a nawet poza kontynent i zainwestować w polskich programistów, nawet jeśli to kosztuje więcej niż kilka lat wcześniej” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Loyd, do której należy Loyd IT Solutions.

Praca z dowolnego miejsca na ziemi

Możliwości technologiczne, jakimi dzisiaj dysponuje obecnie świat pozwalają programistom i informatykom nie tylko na pracę w dowolnym miejscu na ziemi, ale przede wszystkim na prace dla dowolnego klienta bez względu na specyfikę i branżę.

-„Dzisiaj mieszkaniec wsi o populacji nieprzekraczającej 300 osób może pracować np. jako Technical Account Manager dla Google czy Software Development Engineer dla Microsoft, będąc na równi pod względem umiejętności i wiedzy z kolegami z Doliny Krzemowej. Technologia pozwala na dostęp do międzynarodowego know-how czy wewnętrznych materiałów firm. Za jej pośrednictwem możemy przeprowadzać szkolenia m.in. w formie webinarów lub uczestniczyć w webkonferencjach” – komentuje Piotr Kiser, dyrektor marketingu Ailleron SA.

Globalny rynek IT trapi głód profesjonalistów. Jak szacuje Komisja Europejska, do 2020 w samej Europie będzie aż 825 tysięcy niewypełnionych wakatów dla specjalistów IT.[1] Z kolei rozbudowana sieć lokalizacji firm IT w Polsce umożliwia rodzimym programistom pracę w wybranym miejscu, bez opuszczania kraju. Na mapie rozwoju branży coraz bardziej liczą się: Rzeszów, Poznań, Bielsko-Biała, Białystok czy Lublin. Z tych lokalizacji polscy programiści mogą „wirtualnie emigrować” do międzynarodowych, prestiżowych projektów.

-„Wirtualni emigranci w odróżnieniu od emigrantów zarobkowych nie muszą wyjeżdżać z kraju, aby zarabiać satysfakcjonujące pieniądze. Dynamiczny rozwój sektora ICT oraz równoległy wzrost branży SSC/BPO dają polskim programistom perspektywy rozwoju zawodowego w kraju. Rodzime talenty przyciągają uwagę zagranicznych podmiotów i tym samym zwiększają atrakcyjność inwestycyjną Polski. Co ważne, wybierając karierę w Polsce, programiści mogą dziś liczyć na podobne benefity i warunki finansowe. Z perspektywy polskiej gospodarki warto podkreślić, jak ważne jest, aby programiści zostali w kraju – tu rozwijali swoją karierę i budowali kapitał społeczny” – komentuje Bartosz Kaczmarczyk.

Polska staje się coraz ważniejszym graczem na mapie outsourcingu w Europie. Zainteresowanie inwestorów przyciągają kolejne miasta Polski, a rozwijające się firmy IT oferują polskim programistom coraz lepsze warunki zatrudnienia. –„Kraków już dogonił Warszawę pod względem zarobków w branży IT. W ciągu najbliższych lat ta tendencja obejmie także kolejne miasta Polski” – prognozuje Bartosz Kaczmarczyk. Potwierdza to również Piotr Kiser z Ailleron SA: -„Warto obserwować zmiany zachodzące w Bielsku, Białymstoku czy Lublinie. To właśnie w tych regionach będzie w najbliższym czasie rosło zapotrzebowanie na pracowników IT, co przełoży się również na wzrost wynagrodzenia dla specjalistów w danych aglomeracjach.”

[1] https://ec.europa.eu/digital-agenda/en/grand-coalition-digital-jobs-0

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Sektor Data Center rośnie w siłę. Wkrótce będzie warty 75 mld USD

Data Center jest jedynym sektorem IT, który w minionym roku odnotował wzrost (o 1,8 proc.) wynika z najnowszych badań opublikowanych przez Instytut Gartnera. Wszystko wskazuje na to, że ten trend będzie kontynuowany w 2016 r. Oznacza to, że wobec stale rosnącej ilości danych przesyłanych za pomocą nowych technologii, wzrasta potrzeba poszukiwania skutecznych rozwiązań, które zapewnią rozwój światowego jak i lokalnego biznesu.

 data centreNowe technologie w coraz większym stopniu odgrywają kluczową rolę w przedsiębiorstwach i niejednokrotnie stanowią podstawę do wprowadzenia zmian przez menadżerów. Według najnowszych badań, aż 80 proc. procesów biznesowych zostanie w najbliższych latach zmodernizowanych pod kątem Big Data, czyli odpowiedniego przetwarzania i analizy dużej ilości danych. Sukces firm w coraz większym stopniu zależy od tego jak uda się dobrać i zanalizować zdobyte informacje oraz narzędzia IT i wykorzystać je w tworzeniu fundamentów budowania i wdrażania strategii. Aby zdać sobie sprawę z ilości danych jakie są przesyłane przez sieć wystarczy wspomnieć, że w ciągu minuty wysyłanych jest prawie 7 milionów wiadomości w serwisie Facebook, ponad 4 mln zapytań w wyszukiwarce Google, 438 tysięcy zapytań w Wikipedii, 194 tys. pobranych aplikacji mobilnych. Wszystkie te procesy do prawidłowego przebiegu potrzebują odpowiedniej infrastruktury sieciowej.

Cloud computing napędza rozwój Data Center

Z usług chmury obliczeniowej korzystają już nie tylko małe i średnie przedsiębiorstwa, ale również największe firmy oraz, w coraz większym stopniu, administracja państwowa. Za przykład mogą posłużyć tutaj służba zdrowia czy Urzędy Skarbowe.  Szacuje się, że już za cztery lata wartość usług w chmurze, zarówno tej prywatnej jak i publicznej wyniesie w Polsce 450 mln dol. Aby uzmysłowić sobie wielkość tej sumy wystarczy wspomnieć, że będzie to ok. 11 proc. całego lokalnego rynku usług IT. Skąd tak duże zainteresowanie tym rozwiązaniem?

Popularność usług w chmurze wiąże się z coraz większą dbałością właścicieli przedsiębiorstw o klienta. Nieustanna konkurencja powoduje, że aby zyskać przewagę nad rywalem, trzeba znaleźć takie rozwiązanie, które zyska odzwierciedlenie w usprawnieniu biznesu i wzroście słupków sprzedaży. – przekonuje Łukasz Polak, wiceprezes Beyond.pl. – Chmura obliczeniowa dzięki nieograniczonym możliwościom daje szansę rozwoju zupełnie nowych modeli biznesowych i wspiera rozwój  innowacyjnych projektów bazujących na technologii – dodaje.

Na popularności i zwiększeniu wykorzystania wpływa chęć zastosowania nowych rozwiązań IT  pojawiających się na rynku i ich skutecznego połączenia. Takie zagadnienia jak Big Data, analityka czy mobilność, pozwolą w znacznie lepszym stopniu zrozumieć potrzeby klienta a stąd już niedaleka droga do biznesowego sukcesu. Jednak aby te wszystkie aspekty miały szansę działać, potrzebna jest wydajna i elastyczna infrastruktura IT.

Data Center przyszłości

 Wyzwania IT rosną niemal z dnia na dzień, wymagając od centrów danych nieustannego poszukiwania nowych rozwiązań i sposobów na zwiększenie mocy obliczeniowej, oraz dostarczenie jeszcze wyższego poziomu bezpieczeństwa i lepszej efektywności w celu utrzymania konkurencyjności. Nowoczesne centrum danych powinno posiadać kilka kluczowych aspektów, które zapewnią szczytową wydajność pracy przy niskich kosztach i zapobieganiu wystąpieniu przerwy w dostawie usług.

W Data Center na miarę dzisiejszej technologii nie może zabraknąć doskonałej łączności, wykorzystania w optymalny sposób rozwiązań w chmurze oraz ciągłości działania. Do tego należy pamiętać o aspektach bezpieczeństwa kluczowych elementów infrastruktury tj. zasilanie, chłodzenie, i ochrona przeciwpożarowa. Wszystko to powinno znajdować się w doskonale przygotowanej architekturze odpornej na zagrożenia z zewnątrz.

Aby sprostać oczekiwaniom, które niosą nowe trendy i technologie nie trzeba posiadać w przedsiębiorstwie wyspecjalizowanych zasobów, ani skomplikowanej infrastruktury IT. Znacznie korzystniejszą opcją jest powierzenie usług IT zewnętrznym partnerom, którzy posiadają odpowiednie zasoby. Takie rozwiązanie pozwoli skupić się tylko na prowadzeniu i rozwijaniu swojego biznesu – przekonuje Łukasz Polak, wiceprezes Beyond.pl.

Kolejne wdrożenia przyśpieszą przejście firm i instytucji w chmurę

 O skali popularności nowoczesnych rozwiązań i jej powszechnym wykorzystaniu świadczyć może przykład Estonii, która w trosce o swoje cyberbezpieczeństwo zdecydowała się na przeniesienie rządowych danych do chmury obliczeniowej. Dzięki takiemu rozwiązaniu sprawniejsze stanie się zarządzanie krajem w sytuacjach klęsk żywiołowych, cyberataków czy załatwiania codziennych urzędowych spraw. Wszystko to przy zapewnieniu obecnych trendów w bezpieczeństwie IT, które według raportu EY, obejmuje takie aspekty jak: bezpieczeństwo środowisk mobilnych, edukacje w zakresie bezpieczeństwa chmury, usprawnienie zarządzania dostępem do danych czy przeciwdziałanie wyciekom poufnych informacji. Czy za przykładem Estonii podążą inne kraje Unii Europejskiej? Czas pokaże, jednak już teraz kompetencje dotyczące wykorzystania potencjału jakie oferuje chmura mają strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa zarówno Państw jak i przedsiębiorstw.

Chiny gwałtownie tracą rezerwy

Spadek rezerw walutowych w Chinach był drugi najwyższy w historii. Kryzys w Wenezueli się pogłębia. Na Ukrainie do dymisji podał się mister rozwoju gospodarczego i handlu.

Informacje z Chin, pomimo że nie dotyczą bezpośrednio złotówki, są pilnie wyczekiwane na rynkach walutowych. Poznaliśmy poziom rezerw walutowych. Z jednej strony spadek rezerw walutowych o 99,5 mld dolarów brzmi jak bardzo poważny problem. Chociażby dlatego, że to mniej więcej dokładnie całość rezerw Polski, które i tak nie są małe. Z drugiej strony rezerwy Chin są niemal 3 razy większe niż drugiej w kolejności Japonii. Spadek poziomu spowodowany jest głównie przez próby obrony wartości krajowej waluty. Na skutek słabych informacji na giełdzie kapitał odpływa z Chin. W rezultacie juan słabnie. Bank of China nie zdecydował się jednak na mocniejszą dewaluację, co spowodowało, że rezerwy topnieją w obronie kursu.

Bardzo słabo wyglądają doniesienia z Wenezueli. Jest to chyba najmocniej dotknięty spadkami ropy kraj na świecie. Parametry gospodarcze są fatalne. Inflacja przekroczyła 140%. Wzrost gospodarczy wynosi -7,1%. Parametr, który najlepiej podsumowuje kondycję Wenezueli to szansa na bankructwo oceniana na podstawie kontraktów terminowych. Szansa, że nie zostaną spłacone w przyszłym roku wynosi zdaniem analityków 78%. Dodatkowym problemem jest płynność rezerw walutowych tego kraju, które znajdują się głównie w złocie, co może powodować problemy z płynnością spłat. W tym celu wkrótce na rynk może trafić większa partia tego surowca.

Na Ukrainie dymisję złożył minister rozwoju gospodarczego i handlu Aivaras Abromaviczius. Powodem był fakt, że jego zdaniem wprowadzanie reform stało się w obecnym momencie niemożliwe. Jest to zła wiadomość dla rynków, gdyż był to członek rządu uważany za technokratę co pokazuje, że faktycznie kraj ten ma poważne problemy z wprowadzaniem reform. Od tych zmian uzależniona jest pomoc instytucji międzynarodowych. Jeżeli nie będą wprowadzane, linia kredytowa z Międzynarodowego Funduszu Walutowego może nie zostać odnowiona. W takim scenariuszu mielibyśmy jeszcze gwałtowniejszy kryzys za naszą wschodnią granicą co mogłoby powodować osłabienie złotego.

W sejmie trwają licytacje kto komu obieca więcej. Pojawiła się właśnie sugestia by programem 500 zł na kolejne dziecko objąć jednak każde. Gdyby projekt ten został przegłosowany praca ministra finansów nad domknięciem budżetu stanie się o wiele trudniejsza.

Dzisiaj mamy dzień wolny w Chinach i Nowej Zelandii. Jedyne ważne dane makroekonomiczne, jakie dzisiaj były prezentowane, ogłoszono o 9:00 rano. Produkcja przemysłowa zarówno w Hiszpanii, jak i w Czechach wypadły gorzej niż oczekiwano.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9400.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 08.11.2015 do 08.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7200.

Millenialsi mają głos

Rynek pracy zmienia się z każdym nowym pokoleniem i ciągłym rozwojem technologii. Czasy, kiedy po studiach dostawało się pracę w wyuczonym zawodzie i w jednej firmie spędzało się całe swoje życie zawodowe bezpowrotnie się skończyły. Dzisiaj to pracodawca musi dbać o pracownika, który staje się wobec niego coraz mniej lojalny – wynika z najnowszego raportu Deloitte „Millenial Survey – Winning over the next generation of leaders”.

 Jacy są i czego oczekują?

Generacja Y, tzw. millenialsi, liczy 11 mln Polaków, co stanowi około połowę osób w wieku produkcyjnym. Najnowszy raport Deloitte wskazuje, że nie jest to lojalne pokolenie, a raczej szukające wyzwań i potrzebujące ciągłego rozwoju. Kiedy firma nie daje im takich możliwości, nie mają skrupułów, by zrezygnować z pracy. 44. proc millenialsów deklaruje, że odejdzie z danej firmy w ciągu dwóch lat, a 2/3 są zdania, że do 2020 zmienią prace.

Firmy, które dostrzegły potrzeby rozwojowe pracowników wcześniej, są dziś na wygranej pozycji. W obliczu spadającego bezrobocia oraz rosnącego zapotrzebowania na specjalistów, konkurencja na rynku staje się coraz większa, szczególnie w branżach takich jak IT czy BPO/SSC, które określane są mianem „rynku kandydata”.

– Zdecydowałam się na pracę w sektorze usług dla biznesu, ponieważ  rozwija się on w Polsce bardzo dynamicznie, co oznacza, że nie będę musiał martwić się o pracę za kilka lat. Ważnym czynnikiem jest także sama specyfika pracy w Accenture, gdzie docenia się samodzielność i inicjatywy pracowników. To ode mnie zależy, jakie kompetencje będę rozwijał poza swoim podstawowym zakresem obowiązków – mówi Mikołaj Winiarski, kierownik projektów finansowo–księgowych w Accenture Operations.

Accenture, globalna firma świadcząca usługi z zakresu konsultingu, nowoczesnych technologii i outsourcingu, ma w Polsce trzy odziały: w Warszawie, Krakowie i Łodzi.

Wiele firm wspiera swoich specjalistów oferując im różnorodne możliwości rozwoju oraz stawiając przed nimi ambitne zadania. Dla mnie ważnym momentem w zawodowym życiu było uruchomienie biura Accenture w Łodzi, w którym powierzono mi rolę kierowania zespołem Oracle Retail. Prowadziłem go z powodzeniem, gdyż dział ten w ciągu 8 lat zwiększył się z 10 do 70 osób, realizując projekty dla klientów min. z Polski, Włoch, Rosji, Niemiec, Japonii, Brazylii, Emiratów Arabskich i Finlandii. Istotne było dla mnie poczucie, że mój pracodawca pozwala mi się rozwijać dzięki pracy przy prestiżowych, międzynarodowych projektach – mówi Marcin Miller, Manager w Accenture Łódź Delivery Center.

 Jak wskazuje Deloitte osoby z pokolenia Y chcą mieć poczucie wpływu na działalność firmy i rozumieć to co się w niej dzieje. Oczekują, ze działania te będą zgodne z ich osobistymi wartościami. Prawie połowa nie podjęłaby się zadania, jeśli kłóciło by się ono z ich przekonaniami.

– W firmie współpracującej z wieloma globalnymi klientami możliwość wyboru ciekawych projektów ma się niejako w standardzie. W zasadzie co kwartał dołączają do nas nowi klienci a wraz z nimi pojawiają się kolejne rekrutacje i możliwości rozwoju. Można awansować, pnąc się po kolejnych szczeblach kariery. Można też rozbudowywać portfolio technologiczne – to akurat jest mój wybór. Dla informatyków kluczowa jest samodzielność decyzyjna czy fakt, że efekt ich pracy może mieć wpływ na setki tysięcy docelowych użytkowników – komentuje Andrzej Tokarski, Team Leada w polskim oddziale Luxoft.

Nie samą pracą Millenials żyje

Millenialsi to także w dużej mierze idealiści. Zdecydowana większość (87 proc.) jest przekonana, że sukcesu w biznesie nie można mierzyć tylko czynnikami finansowymi. Co więcej, są zdania, że biznes może pozytywnie wpływać na społeczeństwo – pokazuje raport „Millenial Survey – Winning over the next generation of leaders”. Przedstawicieli generacji Y wysoko cenią również elastyczność. Aż 67 proc. przyznaje, że ma elastyczny czas pracy, a 43 proc. ma możliwość pracy z domu.

– Istotna jest dla mnie elastyczność w zakresie godzin pracy, którą zaczęłam doceniać dopiero niedawno, zmagając się z poranną „logistyką przedszkolną”. Niezależnie jednak czy jesteśmy rodzicem czy poświęcamy się innym pozazawodowym pasjom, ważna jest możliwość odpowiedniego planowania dnia – mówi Anna Kęsek, Menedżer ds. Zarządzania Projektami w Shell Business Operations Kraków. – Zwracam uwagę także na kulturę organizacji, czyli wartości przez nią cenione, normy i wzorce oraz poczucie wspólnoty – dodaje.

„Ygreki” chcą się czuć dobrze w swojej pracy – zarówno pod względem rozwoju zawodowego, jak i życia prywatnego. Jak wskazuje najnowszy raport Deloitte work-life balance jest najważniejszym czynnikiem, na który zwracają uwagę millenialsi, wyłączając z badania wynagrodzenie.

– Po rozpoczęciu pracy pieniądze schodzą na drugi plan – jeśli praca mi się podoba i jest świetnie płatna, to nie może być lepiej. Ale jeśli mnie nie zadowala, to żadne pieniądze mnie w niej nie zatrzymają. Za to jeśli praca bardzo mi się podoba i szczerze każdego dnia mam ochotę do niej iść, to nawet jeśli gdzieś indziej zaoferują mi więcej, nie odejdę. Niezwykle ważni są ludzie tworzący firmę oraz atmosfera w zespole – Dominika Czekaj, Process Executive w dziale Accounts Payable Infosys BPO Poland.

 

Czy kolejny urlop w Grecji stanie pod znakiem kryzysu?

Przez Grecję przetacza się fala protestów. Ludzie obawiają się redukcji przywilejów i wyższych podatków. Nie pomaga bardzo trudna sytuacja gospodarczą kraju i spodziewany konflikt z wierzycielami. Czy to oznacza, że wraca ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro? Odpowiada Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl.

Marcin_LipkaCo się dzieje w Grecji? Zobacz materiał WIDEO

https://www.youtube.com/watch?v=hjTozbUQ7AY

Uzgodniony latem 2015 r. pakiet pomocy dla Grecji był związany z szerokim planem reform. W zamian za 86 mld euro rząd zobowiązał się naprawić system podatkowy, rozwiązać problemy administracji centralnej, a także przeprowadzić szeroki program prywatyzacji i liberalizacji rynku. Ważnym punktem ustaleń były też konieczne ograniczenia wydatków emerytalnych.

Z całej kwoty Grecja natychmiast dostała 13 mld euro. Zdecydowana większość z tych pieniędzy została przeznaczona na spłatę zobowiązań w stosunku do wierzycieli. Do końca ub. r. w stosunku do EBC i MFW zostało zrealizowanych prawie 11 mld euro zaległych i bieżących płatności.

Jak idzie Grekom wprowadzanie zmian?

GrecjaDo tej pory w ramach reform zostały podniesione obciążenia VAT dla wysp i zredukowane zwolnienia podatkowe dla rolników. Stosunkowo wolno, ale realizowany jest także program prywatyzacji. Trudno jednak wyobrazić sobie, by z tytułu prywatyzacji kiedykolwiek został spełniony plan zdobycia 50 mld euro. Połowa tych pieniędzy miała zostać zwrócona wierzycielom, którzy dokapitalizowali banki. Kolejne 25 proc. na spłatę zadłużenia, a pozostała część na specjalny fundusz finansujący inwestycje publiczne.

Według informacji funduszu zajmującego się sprzedażą państwowego majątku HRADF, Grecy uzgodnili kontrakt na koncesję 14 regionalnych portów lotniczych. Ma on przynieść natychmiastowy przychód w wysokości 1.23 mld euro oraz 22.9 mln euro rocznie przez kolejne 40 lat. Dodatkowo 20 stycznia 2016 r. została podpisana umowa na sprzedaż 67 proc. udziałów w Porcie Pireus. Wartość tej transakcji to 368 mln euro. Warto jednak zauważyć, że powyższe transakcje były planowane już przed ubiegłorocznym porozumieniem z wierzycielami.

W pierwszym programie pomocowym z 2010 r. także założono, że w ciągu 10 lat Grecja sprywatyzuje majątek o wartości 50 mld euro. W maju 2014 r. Reuters pisał, że plan prywatyzacji na lata 2010-2020 został zrewidowany do 22.4 mld euro, a przez pierwsze cztery lata zrealizowano sprzedaż na poziomie 4.9 mld euro, mimo że pierwotnie zakładano, że od 2010 do 2013 r. przychody z prywatyzacji wyniosą 22 mld euro.

Emerytury kością niezgody

Jednym z podstawowych warunków otrzymania pomocy dla Grecji była obietnica reformy systemu emerytalnego. To zobowiązanie budzi najwięcej kontrowersji. Nadal jednak nie została przeprowadzona reforma emerytur. Brytyjski think tank CPS na podstawie danych greckiego urzędu statystycznego (ELSTAT) za lipiec 2015 r. zauważa, że na świadczenia emerytalne dla 2 mln obywateli wydawane jest niespełna 2 mld euro miesięcznie. Z prostej kalkulacji wynika, że średnia emerytura wynosi ok. 1 tys. euro.

Według najnowszych danych Eurostatu (dostępne za 2012 r.), Grecja wydaje aż 14 proc. PKB na świadczenia emerytalne, czyli najwięcej w całej Unii Europejskiej. W Polsce jest to około 8 proc. Dodatkowo, wg danych Eurostatu z 2014 r., w tym kraju jedynie 34 proc. osób w wieku 55-64 lat pracuje. Po części jest to oczywiście spowodowane wysokim bezrobociem, choć w Hiszpanii, która w 2014 r. również borykała się z podobną do greckiej stopą bezrobocia, ten stosunek wynosił 44.3 proc.

Konieczność przeprowadzenia zmian w systemie emerytalnym widzi również premier Tsipras. Podczas obrad parlamentu (26 stycznia 2016 r.) ostrzegał, że bez reform grecki system upadnie. Jego rząd zakłada jednak, że reforma będzie polegała przede wszystkim na zwiększeniu składek płaconych przez pracodawców i pracowników. Wierzyciele, a zwłaszcza MFW, który ma być włączony do wypłaty kolejnych transz pomocy, chcą natomiast również redukcji wydatków. To oznaczałoby m.in. zmniejszenie świadczeń dla obecnych i przyszłych emerytów.

Sytuację komplikuje również niepewna sytuacja polityczna w Grecji. Od czasu wrześniowych wyborów parlamentarna większość Syrizy i eurosceptycznej partii ANEL stopniała do trzech głosów. Dodatkowo, wg przeprowadzonych w styczniu br. sondaży cytowanych przez agencję Bloomberg, opozycyjna Nowa Demokracja ma 3-4 proc. przewagi nad Syrizą. To istotna zmiana. W wyborach cztery miesiące temu partia Tsiprasa miała przecież 7 proc. przewagi nad główną siłą opozycyjną.

Od początku stycznia przez kraj przetaczają się protesty wielu grup społecznych. Grecy obawiają się redukcji świadczeń i wyższych podatków. W połączeniu z wciąż bardzo trudną sytuacją gospodarczą państwa i spodziewanym konfliktem z wierzycielami można przypuszczać, że ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro znowu będzie przedmiotem dyskusji na rynku finansowym. Natomiast sytuacja w Atenach w ciągu najbliższych kilku tygodni ponownie wróci na nagłówki światowej prasy.

 Co działo się w Grecji w ostatnich miesiącach?

W styczniu ub. r. rządy w Grecji objęła Syriza, czyli Koalicja Radykalnej Lewicy pod przewodnictwem Alexisa Tsiprasa. Jego wyborców przekonały głównie narzucone Grecji przez wierzycieli obietnice zakończenia polityki oszczędności. Aby uzyskać większość konieczną do sprawowania władzy, Syriza połączyła siły z niewielką, eurosceptyczną partią ANEL.

Od tego momentu rozpoczęła się walka pomiędzy Grecją a jej wierzycielami o złagodzenie polityki oszczędności. Trojka, czyli przedstawiciele Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Europejskiego Banku Centralnego, nie chcieli zgodzić się ani na redukcję zadłużenia, ani na złagodzenie polityki „zaciskania pasa”. Premier Tsipras wykorzystał przeciągające się negocjacje z wierzycielami jako pretekst do ogłoszenia ogólnokrajowego referendum. W głosowaniu 5 lipca ponad 60 proc. Greków odrzuciło w referendum politykę cięć wydatków, co praktycznie spowodowało paraliż państwa. Ludzie w obawie przed rychłym wyjściem kraju ze strefy euro oraz osłabieniem przyszłej waluty masowo wypłacali pieniądze z kont. W konsekwencji Europejski Bank Centralny wprowadził kontrolę przepływu kapitału i limit dziennych transakcji gotówkowych. Efekt? Poważne ograniczenie działalności gospodarczej i kolejki przed bankomatami. System utrzymała awaryjna płynność z EBC w wysokości ok. 90 mld euro. Po historycznych, siedemnastogodzinnych negocjacjach, 12 lipca, Grecja doszła do wstępnego porozumienia z wierzycielami. Kiedy miesiąc później Komisja Europejska opublikowała tekst oficjalnego porozumienia, świat dowiedział się, że w związku z pogorszeniem sytuacji gospodarczej Grecji, program oszczędności będzie jeszcze bardziej wymagający niż wcześniejsze propozycje.

BioMaxima S.A. bardzo dobrze rozpoczyna 2016 r.

 BioMaxima S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającą w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, osiągnęła 2.145 tys. zł przychodów ze sprzedaży w styczniu 2016 r. Emitent liczy również na podtrzymanie pozytywnej tendencji wzrostu poziomu sprzedaży w kolejnych miesiącach tego roku.

 W styczniu 2015 r. BioMaxima S.A. zanotowała przychody w wysokości 1.664 tys. zł, więc tegoroczny wynik wskazuje na blisko 30% poprawę. Główny udział w tym znaczącym wzroście miała wartość wygranych postępowań przetargowych w II półroczu 2015 r. Ta pozytywna tendencja utrzymana została również w styczniu, gdzie Spółka wygrała postępowania przetargowe na łączną kwotę 1.049 tys. zł wobec 657 tys. zł rok wcześniej. Wdrożone przez Spółkę zmiany w podejściu do przetargów polegające m.in. na zwiększeniu konkurencyjności poprzez rozpoczęcie produkcji części testów w Lublinie oraz na większym zaangażowaniu w ofertę biotechnologiczną przekładają się od drugiego półrocza 2015 r. na zwiększenie ilości zamówień w tym segmencie biznesowym. Zarząd BioMaxima S.A. z dużym optymizmem spogląda również na plany rozwoju działalności eksportowej Spółki, z istotnym nastawieniem na rynek azjatycki i afrykański. W styczniu br. przedstawiciele Emitenta uczestniczyli w targach branżowych Arab Health w Dubaju.

 „Jesteśmy bardzo zadowoleni z dobrego rozpoczęcia roku. Cieszy nas duża sprzedaż aparatury, która pociąga za sobą trwałą sprzedaż testów w następnych okresach. Liczymy również, że w sprzedaży eksportowej w najbliższych miesiącach widoczne będą efekty udziału na styczniowych targach Arab Health w Dubaju.” – komentuje Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

Sytuacja finansowa Spółki pozostaje na bardzo dobrym poziomie, a Zarząd planuje nadal koncentrować się na realizacji założeń przyjętej strategii rozwoju w obszarze dokonywania transakcji akwizycyjnych zarówno na polskim, jak i na rumuńskim rynku. Emitent wprowadził pod koniec ubiegłego roku do swojej oferty sprzedażowej własne analizatory jonoselektywne oraz analizatory hematologiczne 5-DIFF, a także rozszerza produkcję szybkich testów. BioMaxima S.A. będzie również dążyła do intensyfikacji sprzedaży analizatora Biolog oraz analizatora biochemicznego posiadającego wysoką wydajność. Działania te powinny ugruntować pozycję rynkową Spółki oraz umożliwić jej dalszy wzrost osiąganych przychodów ze sprzedaży przy zachowaniu wysokich rentowności.

„Niezwykle pozytywnie oceniamy fakt, że kilka analizatorów z tzw. nowości już w styczniu trafiło do klientów i po pierwszych dniach pracy otrzymały one bardzo przychylne opinie. Dobrze rozpoczęty rok jest optymistycznym prognostykiem dla dalszego zwiększania przychodów i podnoszenia naszej rentowności.” – podsumowuje Lewczuk.

BioMaxima S.A. w 2015 r. Spółka wypracowała 1.469 tys. zł zysku netto, a jej przychody ze sprzedaży wyniosły 21.965 tys. zł, podczas gdy rok wcześniej było to odpowiednio: 455 tys. zł oraz 20.441 tys. zł.

W przyszłym roku sytuacja w finansach publicznych może się pogorszyć

CEO Magazyn Polska

Mimo zbyt optymistycznych założeń do tegorocznego budżetu, jego wykonanie nie powinno być zagrożone. Trudniejszy za to może być przyszły rok uważa Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Dodaje, że złoty powinien w bieżącym roku odrobić część strat.

– Założenia makroekonomiczne przyjęte do tegorocznego budżetu są optymistyczne. Szczególnie w kwestii inflacji, która została założona na poziomie 1,7 proc. Prawdopodobnie będzie to poziom zdecydowanie poniżej 1 proc., nawet bliżej zera. W związku z tym jest to element, który powoduje, że dochody podatkowe w tym roku mogą być przeszacowane.

Deflacja dokucza polskiej gospodarce od połowy 2014 r. Zdaniem makroekonomistów najkorzystniejszy dla rozwoju gospodarczego jest niewielki wzrost cen na poziomie 1–2 proc. Tymczasem w Polsce ceny spadają od ponad półtora roku. Co prawda spadek ten wyhamowuje. W grudniu 2015 r. sięgał 0,5 proc. (w całym 2015 r. 0,9 proc.), podczas gdy w rekordowym lutym 2015 r. wyniósł 1,6 proc.

– Nie dostrzegam dużego ryzyka niewykonania tegorocznego budżetu z powodu ekstra wpłat do kasy państwa, które będą miały miejsce – przekonuje Maliszewski. – Przede wszystkim będzie wyższa wpłata z Narodowego Banku Polskiego. Zamiast 3 mld zł będzie to około 8 mld zł. Dodatkowo będą wpłaty z przetargów na częstotliwości LTE. Może to być do 9 mld zł. Dlatego w tym roku raczej nie widzę ryzyka niewykonania budżetu i ryzyka jego nowelizacji.

Ekonomista ma jednak wątpliwości dotyczące deficytu i sytuacji w finansach publicznych w 2017 roku.

– W 2017 roku do uwzględnienia będą pełne obciążenia z programu 500+ i inne ewentualnie przyjęte przez rząd programy wsparcia socjalnego. Natomiast nie będzie już jednorazowych wpłat w postaci zysku NBP czy pieniędzy z przetargów na częstotliwości LTE.

Jak szacują ekonomiści, koszt programu 500+ to ponad 24 mld zł rocznie. Tymczasem rekordowo wysoki deficyt budżetowy zaplanowany na bieżący rok wynosi 54,7 mld zł. Słaby złoty sprzyja eksporterom, dodatkowo zaszkodziło mu obcięcie w połowie stycznia ratingu przez agencję Standard & Poor’s. Zdaniem Maliszewskiego polska waluta powinna w tym roku odrobić część strat.

– W tym roku na rynku walutowym czeka nas duża zmienność i możliwe duże wahania pod wpływem przede wszystkim impulsów zewnętrznych. To będzie ciągle główny wyznacznik sytuacji na polskim rynku walutowym. Złoty ma szansę, żeby odrobić część strat poniesionych na początku tego roku przede wszystkim pod wpływem decyzji Standard & Poor’s. Wsparciem dla złotego będą też mocne fundamenty polskiej gospodarki oraz spodziewane nieobniżanie stóp procentowych przez radę. 

Rada Polityki Pieniężnej jest w trakcie zmiany składu. W ostatnich dniach mianowano połowę jej członków, trzech kolejnych powinno zostać wyznaczonych jeszcze w lutym, a nowego prezesa poznamy w czerwcu. Ostatni członek RPP prof. Jerzy Osiatyński kończy kadencję w 2019 r.

– Wsparcie może przyjść również ze strony zagranicznych banków centralnych. EBC, amerykański Fed czy Bank Japonii, które mogą poluzować politykę pieniężną. To dałoby pewien impuls do odrobienia przez złotego nieco strat i umocnienia się polskiej waluty. Natomiast przestrzeń do umocnienia będzie ograniczana przez podwyższone ryzyko krajowe. Przede wszystkim to fiskalne, na które zwracają też uwagę agencje ratingowe. W związku z tym ryzyko poluzowania polityki fiskalnej i ryzyko cięcia ratingu przez pozostałe agencje ratingowe będzie tym elementem, który zmniejszy potencjał do wzrostu wartości złotego – podsumowuje Maliszewski.

R. Paszkiewicz: Inwestorzy czekają na marcowe posiedzenia EBC i Fed. Złoty powinien odrobić trochę strat

CEO Magazyn Polska

Po tym, jak Bank Japonii zdecydował o obniżeniu wysokości stóp procentowych poniżej zera, powinna wzrosnąć skłonność inwestorów do kupowania ryzykownych aktywów – uważa Roland Paszkiewicz z CDM Pekao SA. Jego zdaniem ruch ze strony japońskich władz monetarnych może zwiastować rozpoczęcie całego cyklu obniżek. Po słabym początku roku inwestorzy liczą także na stymulacyjne działania ze strony innych banków centralnych – szczególnie ze strony EBC, Fed i Ludowego Banku Chin. Analityk podkreśla przy tym, że złoty wkrótce może odrobić część strat.

Pod koniec stycznia Bank Japonii zdecydował o obniżeniu stopy depozytowej do poziomu -0,1 procent. Celem decyzji jest pobudzenie inflacji do poziomu ok. 2 procent. Roland Paszkiewicz zaznacza, że ruch Banku Japonii pozytywnie przełoży się na wycenę akcji oraz surowców.

– Obniżenie stopy depozytowej w Japonii poniżej zera oznacza, że rynki będą teraz oczekiwały przesunięcia środków ulokowanych w bezpiecznych aktywach w stronę instrumentów bardziej ryzykownych. To z kolei pozwala przypuszczać, że decyzja Banku Japonii będzie wspierać notowania akcji czy surowców – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Roland Paszkiewicz, dyrektor działu analiz CDM Pekao SA.

Zdaniem analityka decyzja BoJ jest dopiero pierwszą z całego cyklu obniżek, które bank prawdopodobnie planuje. Od 2010 roku stopy procentowe w Kraju Kwitnącej Wiśni utrzymywane były na poziomie 0,1 procent, a tamtejsze władze monetarne korzystały z innych narzędzi stymulujących gospodarkę, pompując w nią 80 bln jenów rocznie.

– Pamiętajmy, że japoński bank centralny kupuje nie tylko obligacje, lecz także ETF-y na akcje czy same akcje japońskie. To może skłonić Japończyków do bardziej ryzykownych zachowań inwestycyjnych i tym samym będzie wspierało ceny aktywów ryzykownych – zauważa Roland Paszkiewicz.

Bank Japonii prowadzi program luzowania ilościowego już od kwietnia 2013 roku i w stosunku do wielkości PKB jest to największa tego typu operacja na świecie. W jej ramach Japończycy dokonują masowych zakupów nie tylko obligacji skarbowych, lecz także akcji i ETF-ów (otwartych funduszy inwestycyjnych red.). Od czasu rozpoczęcia programu aktywa w posiadaniu BoJ zwiększyły się o 230 bln jenów (blisko 2 bln dolarów).

– Rynek patrzy z wielką nadzieją na Japończyków. W pewnym momencie bardzo mocno uwierzył w to, że Bank Japonii będzie nadal w stanie kreować bardzo agresywną politykę monetarną i to jest dalszy krok – wyjaśnia analityk CDM Pekao SA.

Ekspert zauważa, że po słabym początku roku inwestorzy coraz większą nadzieję pokładają właśnie w bankach centralnych. Liczą, że działania władz monetarnych pozwolą na powstrzymanie dalszych spadków.

– Mieliśmy już posiedzenie EBC, które zadziałało pozytywnie, mieliśmy posiedzenie Fedu, które również zostało mimo wszystko dobrze przyjęte. Teraz mamy decyzję Banku Japonii. Wydaje się, że wracamy na tę ścieżkę, na której głównymi kreatorami nastrojów na rynkach finansowych są banki centralne – stwierdza Paszkiewicz.

W opinii dyrektora działu analiz CDM Pekao w najbliższych miesiącach wciąż w centrum zainteresowania inwestorów będą banki centralne, w tym szczególnie EBC, Fed i Ludowy Bank Chin. Zaznacza przy tym, że oczekiwania rynkowe odnośnie cięcia stóp procentowych są duże. Dodaje przy tym, że jeśli nie dojdzie na rynkach do zawirowań, to złoty ma szansę odrobić straty i zmierzać w kierunku poniżej 4,40 zł za euro.

– Natomiast w tej chwili to, co słyszymy od banków centralnych innych niż chiński, to raczej próba uspokojenia sytuacji. Moim zdaniem nie poprawi to  jednak drastycznie nastrojów na rynkach ryzykownych aktywów – podsumowuje.

Zmiany na rynku obrotu ziemią rolną mogą ograniczyć planowane inwestycje. Zawężenie kręgu nabywców sprawi, że ceny nieruchomości będą spadać

CEO Magazyn Polska

Nowe przepisy, nad którymi pracuje rząd, dotyczące obrotu gruntami rolnymi mogą mieć negatywny wpływ na realizację planów inwestycyjnych. Zgodnie z przygotowywaną nowelizacją ustawy ziemię będą mogli kupować wyłącznie rolnicy indywidualni. Prawo pierwokupu w odniesieniu do spółek, które mają ziemię rolną, może utrudnić przeprowadzenie transakcji i negatywnie wpłynie na przejrzystość fuzji i przejęć.

Trwają pracę nad zmianą ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego, która reguluje m.in. obrót ziemią rolną. Dlatego nie są jeszcze znane dokładnie nowe przepisy. Można jednak prognozować, że regulacje znacząco wpłyną na popyt i ceny, ograniczą też kupno nieruchomości rolnych w celach inwestycyjnych.

Przez nieruchomości rolne większość osób rozumie pola czy łąki. Sytuacja nie jest jednak taka prosta, w Polsce nieruchomości o statusie rolnym jest dużo, często są od dawna wykorzystywane w celach inwestycyjnych. Ewentualne ograniczenia w obrocie mogą wpłynąć na planowane inwestycje. Drugim obszarem może być profesjonalizacja produkcji rolnej, tworzenie większych areałów, które będą działać wydajniej ekonomicznie – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Halwa, partner zarządzający Kancelarii Schoenherr.

Nowe przepisy znacznie ograniczą swobodę w obrocie ziemią. Nie będzie ona mogła zostać sprzedana przez rolnika dowolnej osobie. Prawo pierwokupu będzie przysługiwało nie tylko dotychczasowemu dzierżawcy, lecz także w przypadku braku uprawnionego dzierżawcy prawo będzie przysługiwało rolnikowi indywidualnemu, którego nieruchomość sąsiaduje ze zbywaną ziemią. Kolejne prawo pierwokupu przypadnie Agencji Nieruchomości Rolnych. Obecnie takie prawo przysługuje w odniesieniu do nieruchomości nie mniejszych niż 5 ha, po zmianach wymóg ten zostanie zmniejszony do 1 ha.

Jak ocenia Paweł Halwa, zmiany w istotny sposób dotkną spółki, które są właścicielami gruntów rolnych.

Zamysł był taki, żeby ograniczyć obrót poprzez umieszczenie nieruchomości w spółkach, aby uniknąć omijania przepisów. W wielu wypadkach spółki mają nieruchomości klasyfikowane jeszcze jako rolne, które zostały kupione w czystym celu inwestycyjnym, polegającym np. na budowie magazynu lub hali produkcyjnej. Może dojść do sytuacji, gdzie spółka, której głównym zadaniem jest np. produkcja, stanie się przedmiotem prawa pierwokupu. Będzie mieć to ujemny wpływ na łatwość przeprowadzenia transakcji, przejrzystość fuzji i przejęć. Z tego punktu widzenia ograniczenia wydają się być zbyt daleko idące – przekonuje radca prawny.

Jeszcze w ubiegłym roku, aby zdążyć przez planowanymi zmianami, nastąpił wzrost liczby przeprowadzonych transakcji. Jednocześnie rosły ceny ziemi rolnej, choć wciąż były kilkukrotnie tańsze niż w wielu krajach Unii. Jeszcze przed 1 maja tego roku ceny mogą zacząć spadać.

Jeżeli okaże się, że część kupujących, którzy do tej pory byli po stronie popytowej, nie będzie w stanie kupować gruntów, to oczywiście może to mieć wpływ na cenę nieruchomości wystawionych na sprzedaż. Koncepcja, gdzie ta możliwość nabywania nieruchomości rolnych byłaby ograniczona tylko do aktywnych rolników, bardzo zawęzi krąg nabywców – podkreśla Paweł Halwa.

Wejście w życie nowej ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego wiąże się z datą otwarcia rynku nieruchomości gruntowych dla cudzoziemców – obywateli państw będących stronami umowy o Europejskim Obszarze Gospodarczym lub Konfederacji Szwajcarskiej. Z analizy firmy JLL wynika, że jeszcze w pierwszej połowie tego roku zainteresowanie obcokrajowców ziemią rolną może się utrzymywać na wysokim poziomie, jednak na mniejszym niż pierwotnie sądzono. Jak wskazuje ekspert Kancelarii Schoenherr, trudno jednak znaleźć taki segment biznesu, który nie odczuje zmian wynikających z nowej ustawy.

W praktyce prawie każdy, kto produkuje czy świadczy usługi, korzysta z nieruchomości, niewykluczone, że część z nich, na których planował swoje inwestycje, to nieruchomości rolne. Wprowadzenie ograniczeń w tym zakresie może mieć ujemny wpływ na realizację planów inwestycyjnych czy możliwość późniejszej sprzedaży spółki, która w celu przeprowadzenia inwestycji nabyła grunt rolny. Ewentualne skutki mogą być negatywne – ocenia Paweł Halwa.

Państwowe urzędy pracy nie są przygotowane do aktywizacji długotrwale bezrobotnych. Problem chcą rozwiązać prywatne agencje zatrudnienia

CEO Magazyn Polska

Prywatne służby zatrudnienia wspierają urzędy pracy w aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych, czyli pozostających bez pracy nawet kilkanaście lat. W Polsce działa prawie 60 takich urzędów, co oznacza, że tylko co szósty powiat może być przez nie obsługiwany. W tym roku na tego typu wsparcie z budżetu trafi 230 mln zł. Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia przekonuje, że w przyszłym roku kwota ta powinna być kilka razy wyższa, zwłaszcza że zainwestowane środki wracają do budżetu w postaci składek.

Policzyliśmy, że po zakończeniu udziału osoby długotrwale bezrobotnej w projekcie i przepracowaniu przez nią 180 dni, do czego zobowiązują nas umowy, abyśmy otrzymali pełne wynagrodzenie, wszystkie środki, które zainwestował w nas budżet państwa są zwracane z powrotem z tytułu wpływu składek i innych danin społecznych – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Tokarski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia i wiceprezes Krajowego Centrum Pracy.

Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która weszła w życie w połowie 2014 r., zakłada, że aktywizacją najbardziej odsuniętych od rynku pracy zajmują się prywatne agencje zatrudnienia. Jak podkreśla Tokarski, współpraca publiczno-prywatna jest dopiero w początkowej fazie rozwoju.

Dzisiaj osoby długotrwale bezrobotne stanowią 50 proc. ogółu zarejestrowanych w rejestrach urzędów pracy. Trzeba powiedzieć szczerze, że urzędy pracy instytucjonalnie i finansowo nie są niestety przygotowane do aktywizacji takich osób – ocenia Grzegorz Tokarski. – Żaden staż zawodowy czy szkolenie nie zniweluje barier zdrowotnych, rodzinnych czy finansowych. Nam udaje się te osoby skutecznie przywracać na rynek pracy.

Na koniec ubiegłego roku stopa bezrobocia wyniosła 9,8 proc. To najlepszy grudniowy wynik od 2008 roku. W urzędach pracy zarejestrowanych było 1,5 mln osób, wzrosła liczba wolnych miejsc pracy oraz miejsc aktywizacji zawodowej zgłoszonych przez pracodawców. Choć sytuacja na rynku jest coraz lepsza, to problemem jest pomoc osobom długotrwale bezrobotnym. Z danych GUS wynika, że na koniec III kw. 2015 roku było ich blisko 900 tys., a wedle Eurostatu taki wynik plasuje nas w ogonie Europy.

Warto się zastanowić, jak powinno być definiowane słowo aktywizacja. Dla mnie to coś więcej niż przywrócenie na rynek pracy, to trwała zmiana w życiu, która powinna się kończyć przynajmniej sześciomiesięcznym zatrudnieniem – podkreśla Tokarski.

Na aktywizację przez prywatne firmy długotrwale bezrobotnych państwo przeznaczy w tym roku 230 mln zł (w 2015 roku było to 160 mln). To jednak znacznie mniej niż na szkolenia i staże wydadzą pośrednictwa pracy. Za aktywizację każdego bezrobotnego firmy otrzymują 10 tys. zł, tyle samo środków przeznaczanych jest na bezrobotnego, który poszukuje pracy przez stosunkowo krótki okres. Dlatego kwota, która trafia na aktywizację najbardziej oddalonych od rynku pracy jest niewystarczająca.

Nie będziemy się mogli nigdy równać z pionierami tego rynku, jak Wielka Brytania, gdzie na Work Programme przeznaczonych jest 5 mld funtów. Mamy ograniczone środki z Funduszu Pracy i właśnie dlatego musimy myśleć o ich efektywnym wykorzystaniu. Powinniśmy je kierować w instrumenty, które gwarantują, tak jak partnerstwo publiczno-prywatne, zatrudnienie przynajmniej na 6 miesięcy – wskazuje Tokarski.

Wiceprezes SAZ zaznacza, że w 2017 roku na aktywizację długotrwale bezrobotnych zostanie przekazana wyższa kwota ok. 500–600 mln zł. Same zwiększanie środków jednak nie wystarczy.

Po zmianie ekipy rządzącej zwracamy się jako SAZ do ministra pracy i polityki społecznej oraz wiceministra odpowiedzialnego za rynek pracy. Chcielibyśmy rozmawiać o tym, jak powinien wyglądać rynek pracy. Liczymy na taki dialog. Wydaje mi się, że nie powinno to się odbyć bez wysłuchania pracodawców i strony związkowej – podkreśla Grzegorz Tokarski.

Niepubliczne służby zatrudnienia są jednym z najbardziej efektywnych instrumentów na rynku. Wskazuje na to przykład z krajów europejskich, gdzie dzięki działaniom sektora prywatnego udało się zmniejszyć bezrobocie. We Francji operatorzy prywatni zajmują się aktywizacją najtrudniejszych grup bezrobotnych, w Holandii pod opiekę prywatnego sektora trafiają wszyscy bezrobotni. W Australii usługi zatrudnienia zostały w zasadzie całkowicie sprywatyzowane, a służby państwowe odpowiadają jedynie za klasyfikację osoby bezrobotnej, następnie przekazują ją pod opiekę właściwej agencji zatrudnienia.

Chcielibyśmy docelowo, aby w Polsce powstało 350 prywatnych urzędów pracy. Dzisiaj funkcjonuje ich niespełna 60. To znaczy, że co szósty powiat jest obsługiwany przez prywatną agencję zatrudnienia. Zależy nam na wzroście geograficznym – podkreśla wiceprezes SAZ i zaznacza, że istotne jest również dotarcie z prywatnymi urzędami także do mniejszych miejscowości. – Dzisiaj w ramach jednego województwa wybieranych jest od 3 do 6 powiatów, a większość niestety nie jest w żaden sposób obsługiwana – wskazuje.

Spółki eksportowe i deweloperzy mogą być w tym roku dobrą inwestycją na GPW

CEO Magazyn Polska

Ryzyko polityczne, w tym nieznany ostateczny kształt ustawy frankowej i sceptyczny stosunek rządzących do polskiej giełdy dystansują międzynarodowych inwestorów od GPW – uważa Łukasz Rozbicki, analityk MM Prime TFI. Dodaje jednak, że słaby złoty powinien w dalszym ciągu wspierać spółki eksportujące, a branże budowlana i deweloperska mają przed sobą korzystne perspektywy.

– Szukałbym okazji wśród spółek, które dużo eksportują – mówi o perspektywach inwestycyjnych na GPW Łukasz Rozbicki, analityk MM Prime TFI. – Mamy osłabienie złotego spowodowane różnymi czynnikami, ale ono może być dłuższe i to dla eksporterów sprzedających towary w dolarach czy w euro jest pozytywne.

Złoty w ciągu ostatniego roku osłabił się do dolara o blisko 9 proc., a do euro przez ostatni rok stracił prawie 6 proc. To właśnie unijne kraje są głównym odbiorcą polskiego eksportu, który w ostatnich miesiącach stanowi siłę gospodarki i czynnik wspierający wzrost PKB. W okresie styczeń-listopad 2015 r. wartość eksportu wyniosła 164,2 mld euro, o 7,4 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. 80 proc. towarów odpowiadających za tę kwotę została sprzedana do krajów Unii Europejskiej.

– Mamy całkiem dobre perspektywy przed sektorem deweloperskim. W 2015 roku poszczególne spółki z tej branży okazywały się dobrą inwestycją. Plany na konkretne lata spółek, np. Robyg, LC Corp, czy Dom Development są pokaźne. Myślę, że tutaj można szukać okazji inwestycyjnych. Podobnie jak w spółkach budowlanych, które ostatnio dosyć mocno się skorygowały. Cały czas ten strumień pieniędzy unijnych powinien wspierać inwestycje budowlane w Polsce – mówi Rozbicki.

Przez ostatni rok indeks WIG20 stracił ponad 23 proc., a indeks szerokiego rynku WIG ok. 14,5 proc. W tym czasie spółki deweloperskie zyskały niemal 14 proc., a budowlane prawie 21 proc. Problemem warszawskiego parkietu jest duży udział banków obciążonych podatkiem bankowym i perspektywą ustawy frankowej, ponadto sektora energetycznego, zagrożonego wizją ratowania nierentownych kopalni oraz wydobywczego KGHM-u, na którego wynikach odbijają się niskie ceny miedzi i srebra.

– Podstawowym problemem polskiej giełdy, oprócz sytuacji globalnej, jest cały czas ryzyko polityczne. Większość rzeczy, która miała się zmaterializować, zmaterializowała się. Pozostaje jeszcze pomoc dla kredytobiorców frankowych. Prawdopodobnie jednak to będzie odraczane o następne kilka albo nawet i kilkanaście miesięcy. Nie sądzę, żeby projekt ustawy, który został zaproponowany przez Kancelarię Prezydenta mógł w obecnej formie przejść – uważa Rozbicki.

W zaproponowanym przez prezydenta Andrzeja Dudę projekcie przewidziana jest możliwość zamiany spłaty we frankach na spłatę w złotych po tzw. kursie sprawiedliwym. Miałby on uwzględniać różnicę między już spłaconą we frankach kwotą a tą, która zostałaby spłacona, gdyby kredyt od początku zaciągnięty był w złotych. Eksperci uważają jednak, że w zależności od szacunków koszt takiego rozwiązania obciążyłby banki kwotą nawet 50 mld zł. Stąd większość ekonomistów jest zdania, że nie ma ono szans na wejście w życie.

– Pozytywne na polskiej giełdzie są bardzo niskie wyceny spółek w WIG20. Strukturalny problem jest jednak taki, że ciężko w tym momencie znaleźć spółkę, która mogłaby skokowo poprawić wyniki w obecnym otoczeniu makro. Mamy rynek surowców, rynek energetyczny, rynek bankowy, które są zdołowane różnymi czynnikami i mogą po tym dnie jeszcze jakiś czas się turlać – podkreśla analityk.

Zdaniem Rozbickiego nie da się odwrócić trendów na warszawskiej giełdzie, dopóki nie zmieni się sentyment inwestorów, zdecydowanie od kilu lat negatywny, a wraz z nim nie poprawi się płynność. Dodaje, że sytuacji nie poprawia fakt sceptycznego podejścia obecnie rządzących do giełdy, określanej mianem „kasyna‟.

– Ciężko znaleźć instytucjonalne zachęty dla inwestorów zagranicznych na polskiej giełdzie, ponieważ nowy rząd nie traktuje giełdy priorytetowo – mówi Rozbicki. – O giełdzie bardzo często wypowiadają się niektórzy z kręgów rządowych, że jest to kasyno. Nie jest to korzystne. Z drugiej strony niskie wyceny spółek automatycznie przyciągają kapitał. Przydałoby się mniej zamieszania wokół dużych spółek, bo to one przede wszystkim przyciągają inwestorów zagranicznych. Dla niech podstawowym kryterium jest płynność. Jeżeli nastąpi odbicie na rynku surowców, na rynku energii, zostaną wyjaśnione wszystkie kwestie wokół banków, to myślę, że jest szansa, żeby kapitał zagraniczny popłynął do Polski. Tak samo, jak odbudowywała się sytuacja na Węgrzech.

Jak jednak zaznacza, szansa na to obudowanie będzie najwcześniej w II połowie roku.

Wyjazdy na ferie są w tym roku mało popularne. 81 proc. dzieci zimową przerwę spędzi w domu

CEO Magazyn Polska

Tylko co piąte dziecko wyjeżdża na zimowe ferie – wynika z badania Barometr Providenta. Częściej jest to wyjazd zorganizowany niż rodzinny wypoczynek. Na zimowy wyjazd rodzice są skłonni przeznaczyć ok. 1,7 tys. zł. 14 proc. deklaruje, że mogliby na ten cel zaciągnąć pożyczkę. Większość uczniów spędzi ferie w domu.

W tym roku niewiele dzieci wyjeżdża na ferie. 81 proc. uczniów w wieku szkolnym zostaje w domu. 12 proc. z nich będzie miało zorganizowany czas. Będą chodzili bądź już chodzą na półkolonie, uczestniczyli w zajęciach organizowanych przez domy kultury czy świetlice na lokalnych osiedlach – mówi agencji Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska.

Większość z nich w ogóle nie ma zorganizowanego czasu i raczej spędzi ferie w domu.

Zdecydowana większość dzieci, które w tym roku wyjadą na ferie, pojedzie bez rodziców. Częściej są to gimnazjaliści niż uczniowie szkół podstawowych (18 proc. vs. 10 proc.). Wśród uczniów szkół ponadgimnazjalnych odsetek wyjeżdżających wynosi 8 proc.

19 proc. dzieci wyjeżdża na ferie zimowe. Są to głównie najmłodsze dzieci, których rodzice nie mogą zostawić samych w domu. Większość to wyjazdy na zorganizowany wypoczynek, na zimowiska czy na obozy młodzieżowe – mówi Łuczak. – Jeżeli wyjeżdżamy samodzielnie, nie korzystając z biur podróży i oferty zorganizowanej, to są to głównie wyjazdy do rodziny – do babci, do cioci, raczej nie wyjazdy rodzinne.

Ferie z rodziną spędzi ok. 2 proc. dzieci.

W tym roku rodzice, którzy zdecydowali się na wyjazd, przeznaczą na ten cel ok. 1,7 tys. zł. Co siódmy mógłby na ten cel zaciągnąć pożyczkę. Ponad połowa badanych rodziców nie planuje jednak przeznaczyć żadnych dodatkowych pieniędzy na organizację czasu wolnego swoich dzieci podczas przerwy zimowej.

Analizując wyniki badania Barometr Provident, można dojść do wniosku, że ferie to trudny czas dla rodziców. To nie jest czas, w którym staramy się zapewnić dzieciom atrakcyjne formy wypoczynku, tylko raczej opiekę. Zauważyć można, że gdy tylko dzieci mogą wyjechać same, to wyjeżdżają, gdy już mogą zostać same, to zostają w domu – mówi Przemysław Kasza, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska.

Z Barometru Providenta wynika, że na ferie wyjedzie dwukrotnie więcej uczniów ze wsi i małych miast (do 50 tys. mieszkańców) niż z miast powyżej 50 tys. mieszkańców.

Uczniowie z województw kujawsko-pomorskiego, lubuskiego, małopolskiego, świętokrzyskiego, wielkopolskiego, podlaskiego i warmińsko-mazurskiego wrócili już do szkoły, ale ferie zimowe trwają w województwach dolnośląskim, mazowieckim, opolskim i zachodniopomorskim. Za tydzień zimowy wypoczynek rozpoczną dzieci z lubelskiego, łódzkiego, podkarpackiego, pomorskiego i śląskiego.

E-sklepy walczą o nowy typ kupujących. Klient 2.0 jest bardziej wymagający, mało cierpliwy i nielojalny

CEO Magazyn Polska

Firmy dostosowują się do nowego typu klientów – wymagających, niecierpliwych i mało lojalnych. Dla klientów 2.0 mniejsze znaczenie ma cena, uwagę przywiązują natomiast do jakości obsługi. Jeśli nie zostaną dobrze obsłużeniu, to pójdą do konkurencji. Aby dostosować się do rosnących wymogów klienta, sklepy muszą inwestować w wielokanałową komunikację i sprawną obsługę.

Klient 2.0 jest niecierpliwy, najczęściej kupuje w sklepach internetowych. Przeważnie jest młody, to tzw. generacja milenialsów. Oczekiwania takiego klienta względem obsługi i jakości produktów są bardzo wysokie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Misiak, ekspert ds. komunikacji B2B w Focus Telecom Polska.

Młodzi ludzie są świadomymi klientami. Dokładnie wiedzą, jakiego produktu szukają, dlatego sceptycznie podchodzą do reklam. Nie oznacza to jednak, że nie słuchają zdania innych. Klienci 2.0 w Polsce, podobnie jak na Zachodzie, zanim dokonają zakupu, sprawdzą opinie i porównają ceny. Z raportu Gemius z 2015 roku wynika, że robi tak 80 proc. Polaków (w USA czy krajach Europy Zachodniej wskaźnik ten sięga nawet 90 proc.).

Klienci coraz częściej nie patrzą na cenę, ale na jakość obsługi klienta. To jest przewaga konkurencyjna, która umożliwia wyróżnienie się spośród firm na rynku. W Polsce sklepy internetowe ze względu na walkę cenową przyjęły założenie, że tak naprawdę klient powinien się obsłużyć sam – wyjaśnia Michał Misiak. – W związku z tym nowe firmy, które chcą mieć przewagę konkurencyjną, inwestują w obsługę klienta.

Tylko wtedy, gdy jakość obsługi i jej szybkość nie będą budziły zastrzeżeń, klient 2.0 ponownie zdecyduje się na zakupy. Jeśli cokolwiek nie spełni jego oczekiwań, to skorzysta z oferty konkurencji. Oczekuje też sprawnej komunikacji, niezależnie od kanału, z jakiego korzysta. Cierpliwość nie jest mocną stroną młodego pokolenia. Jak podkreśla ekspert, już kilkanaście minut po wysłaniu e-maila potrafią zadzwonić do firmy z pytaniem o odpowiedź.

Firma powinna wiedzieć, że przyszedł e-mail, kto się nim zajmuje i kiedy będzie odpowiedź. Co ważne, dopytać również klienta o to, czy odpowiedź ma być wysłana e-mailem, SMS-em czy przekazana telefonicznie. To klient wybiera. Rozmawiamy z nim tak, jak gdybyśmy spotkali go w sklepie – przekonuje ekspert ds. komunikacji B2B.

Niedostateczna jakość obsługi to jeden z powodów, dla których nowe sklepy mają problem z utrzymaniem się na rynku. Ich sytuacja zależy od lojalności klientów i umiejętności przyciągnięcia nowych, a w e-handlu ogromną rolę odgrywa marketing szeptany. Według analizy firmy SalesBee u dużych sprzedawców od 10 do nawet 37 proc. sprzedaży pochodzi właśnie z rekomendacji innych osób.

Firmy powinny jak najszybciej przystosować się do takich klientów, bo nie tylko będzie ich przybywać, lecz także staną się jeszcze bardziej wymagający, podobnie jak ma to miejsce na Zachodzie.

Kluczowe jest to, żeby oprócz zbierania informacji na temat klientów, firma potrafiła je analizować. Można wówczas przygotować produkt i obsługę szytą na miarę. To jest najważniejsze w świecie wirtualnym i dla klienta 2.0. – tłumaczy Misiak.

W Polsce firmy wciąż oszczędzają na rozwiązaniach do obsługi klienta. Nawet najlepsi pracownicy nie zapewnią jednak wysokiej jakości obsługi. Stacjonarne systemy pomocy, jak contact center czy systemy typu desk były drogie, dlatego mniejsze firmy nie decydowały się na ich wdrożenie. Obecnie dostępne są aplikacje cloudowe, tańsze i szybsze niż tradycyjne systemy.

Nasza firma dostarcza tego typu rozwiązanie – Focus Contact Center i Focus Desk – umiejscowione w chmurze. W ciągu kilku dni możemy mieć dostęp do takiej aplikacji, a koszt jej wdrożenia jest minimalny, dodatkowo można to opłacać w miesięcznej subskrypcji. Na takie rozwiązanie mogą sobie pozwolić już najmniejsze firmy. Dzięki rozwiązaniom chmurowym również mniejsze sklepy mogą pozwolić sobie na wyższą jakość obsługi klienta – podkreśla Michał Misiak.

Jedna trzecia szpitali w Polsce ma akredytację ministra zdrowia. Pacjenci zwracają coraz większą uwagę na reputację danej placówki

CEO Magazyn Polska

Przy wyborze szpitala pacjenci kierują się przede wszystkim zasłyszanymi lub przeczytanymi opiniami. W ocenie placówki mogą im pomóc akredytacje ministra zdrowia. Może ją otrzymać szpital, który spełnia ponad 200 wyśrubowanych kryteriów dotyczących nie tylko działalności medycznej, lecz także przestrzegania praw pacjentów, posiłków czy czystości. Dziś taką akredytacje ma 235 placówek. Jest ona przyznawana tylko na trzy lata.

Certyfikat Jakości Usług przyznaje minister zdrowia na podstawie oceny przeprowadzonej przez Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia. Aby otrzymać akredytację, szpital musi spełnić wszystkie kryteria oceny zawarte w piętnastu działach. W sumie kryteriów tych jest 221. Ocenie podlega całościowa działalność szpitala, a więc zarówno zarządzanie placówką, jak i przestrzeganie praw pacjenta, diagnostyka obrazowa, wykonywane zabiegi, działalność izby przyjęć, odżywianie pacjentów, a nawet pranie bielizny i pościeli. Wizytatorzy Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia dokonują oceny na podstawie rozmów z pacjentami, kierownictwem i personelem szpitala oraz dokumentacji.

To jest znak identyfikacyjny dla szpitala, który mówi, że on jest zaliczany do szpitali bezpiecznych. Tak jest na świecie, tak jest w Europie. My idziemy za tymi trendami. We Francji wszystkie szpitale, które chcą korzystać ze środków publicznych, muszą mieć akredytację – mówi agencji informacyjnej Newseria Jerzy Hennig, dyrektor Centrum Monitorowania Jakości.

Akredytacja jest przyznawana na 3 lata – przez ten czas szpital musi utrzymać wysoką jakość świadczonych usług. Dla pacjentów akredytacja ministra zdrowia jest gwarancją bezpieczeństwa i daje pewność, że sposób leczenia oraz organizacja hospitalizacji są zgodne z normami określonymi przez Centrum Monitorowania Jakości.

W Polsce obecnie 1/3 szpitali ma Certyfikat Jakości Usług – w całym kraju takich placówek jest 235, a w Warszawie – 13. W grudniu 2015 roku akredytację otrzymał warszawski szpital im. Świętej Rodziny. Coraz rzadziej w polskich szpitalach dochodzi też do zdarzeń niepożądanych.

Oceny dokonywane w Polsce na podstawie dokumentacji szpitali polskich są porównywalne z europejskimi. Następuje 7,3 zdarzeń niepożądanych, w Europie wskaźnik ten wynosi 7,4. To jest bardzo blisko. To znaczy, że wyciągamy prawidłowe wnioski, działamy w tym kierunku, żeby jakość opieki była dobra, żeby pacjent był jak najbardziej bezpieczny – mówi Jerzy Hennig.

Zdaniem ekspertów Polacy są coraz bardziej świadomi standardów, jakie powinny spełniać placówki medyczne, głównie w zakresie procedur medycznych. Przy wyborze szpitala Polacy wciąż kierują się jednak przede wszystkim subiektywnymi ocenami członków rodziny i znajomych. Często też sprawdzają opinie innych pacjentów w internecie. Jednocześnie z badań Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia wynika, że coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z istnienia szpitali mających akredytację ministra zdrowia.

Dla wsparcia tych szpitali są projektowane tablice zawieszane na frontonach budynków: szpital akredytowany i podany okres, na jaki akredytacja ma mieć zastosowanie – mówi Jerzy Hennig.

Informacje o tym, czy szpital ma akredytację można także uzyskać na stronie internetowej danej placówki oraz w Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia.

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 05.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Zarządzania finansami dziecko nie nauczy się samo

Znajomość nowoczesnych narzędzi bankowych oraz umiejętność zarządzania finansami to dziś podstawa, równie ważna jak chociażby znajomość języków obcych. Dlatego zamiast dawać dziecku kieszonkowe w postaci gotówki, lepiej otworzyć mu rachunek w banku i wręczyć kartę do konta.

„Dobre nawyki oraz zdobyta wiedza mają niebagatelny wpływ na przyszłość naszych dzieci. Dlatego warto wcześnie zacząć ich edukację finansową i nauczyć je, jak prowadzić konto bankowe” – mówi serwisowi infoWire.pl Justyna Giżewska z Wydziału Rachunków Bieżących w Banku Millennium.

Założenie konta małoletniemu odbywa się za zgodą rodziców. Rachunek najlepiej wybrać razem z dzieckiem. Dobrze, by był on w tym samym banku, w którym jest otwarte konto rodziców. Pozwoli to lepiej kontrolować wydatki pociechy oraz w razie potrzeby zasilić jej rachunek błyskawicznym przelewem.

Przy wyborze konta należy zwrócić uwagę na warunki cenowe ofert – w wielu bankach prowadzenie rachunku, karta, wypłaty z bankomatów i przelewy są bezpłatne. Dzieciom z pewnością spodoba się, że mogą obsługiwać konto za pomocą aplikacji mobilnych, dokonywać płatności zbliżeniowych przy karcie debetowej i bezpiecznych płatności internetowych, wysyłać przelewy na adres e-mail bądź numer telefonu oraz doładowywać telefon przez SMS, bankomat lub aplikację mobilną.

„Godne polecenia są takie konta, które »rosną« wraz z dzieckiem i dostosowują się do jego potrzeb, zmieniających się w trakcie dorastania” – rekomenduje ekspertka.

Drożej w bankach. Sprawdź za co zapłacisz więcej

Klienci banków już zaczęli płacić za podatek bankowy. Już dzisiaj, każdy nowy kredytobiorca zapłaci średnio o 25 złotych więcej za na każde 100 tys. kredytu, a kolejne podwyżki nie są wykluczone – wynika z analiz Notus.

pieniadze– W przypadku kredytobiorców tutaj możemy oczekiwać podwyższenia marż kredytowych dla nowych kredytów. Możemy uspokoić starych kredytobiorców, dla nich koszty kredytów nie wzrosną, bo umowy kredytowe muszą być dotrzymane. Natomiast wzrostu kosztów muszą oczekiwać osoby, które korzystają z konta, korzystają z karty kredytowej. Banki żeby zapłacić podatek bankowy muszą poszukiwać dodatkowych przychodów. Może nie zawsze będzie to bezpośrednie podwyższenie marży np. banki mogą podwyższyć kryteria, które zwalniały nas z opłat za prowadzenie konta – mówi newsrm.tv Michał Krajkowski, główny analityk Notus Doradcy Finansowi.

Po zapowiedzi wprowadzenia podatku bankowego niemal natychmiast kilka banków podwyższyło marże kredytowe. W zależności od skali podwyżek w różnym stopniu wzrost ten odczuli klienci. Przykładowo, osoba zaciągająca kredyt w wysokości 300 tys. złotych na 30 lat z racji podwyższenia marży o 0,40 p.p. zapłaci ratę wyższą o około 80 złotych. Możemy jednak przypuszczać, że w części banków to nie koniec podwyżek i w najbliższych tygodniach marże mogą jeszcze wzrosnąć. Podwyżki będą spowodowane także innymi kosztami, jakie muszą w najbliższym czasie ponieść banki, czyli wpłaty do Funduszu Wsparcia Kredytobiorców czy wpłaty na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego.

Nazwa „podatek bankowy” jest nieco myląca, gdyż do zapłaty nowego podatku zobowiązane będą nie tylko banki, ale również Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe (SKOK), towarzystwa ubezpieczeniowe oraz firmy pożyczkowe. Nowa danina na rzecz państwa będzie dotyczyć tych banków i SKOKów, których suma aktywów przekracza 4 mld złotych. Dla ubezpieczycieli próg ten ustalono na poziomie 2 mld złotych oraz 200 mln złotych dla firm pożyczkowych. Stawka podatku będzie wynosić 0,0366% miesięcznie (niemal 0,44% rocznie) i jest to, w przypadku banków, wartość większa niż pierwotnie proponowana – początkowo miało być to bowiem 0,0325% miesięcznie. W toku prac parlamentarnych obniżono za to stawkę podatku dla firm ubezpieczeniowych

Protest franczyzobiorców Lewiatana

Franczyzobiorcy Polskiej Sieci Handlowej Lewiatan protestują przeciwko projektowi ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej. Kupcy alarmują, że nowy podatek najmocniej uderzy w polskich małych i średnich przedsiębiorców oraz doprowadzi do upadku sieci franczyzowych.

sklep lewiatanNa 3.000 sklepach działających w Lewiatanie zawisły dziś banery i plakaty informujące o proteście. Kupcy wykorzystali również blisko 2.000 własnych billboardów, na których, zamiast cotygodniowych promocji, pojawiły się hasła protestacyjne. Dziś także do premier Beaty Szydło wysłanych zostało 2.000 listów protestacyjnych podpisanych przez wszystkich franczyzobiorców Lewiatana.

Kupcy alarmują, że po wejściu w życie ustawy w proponowanym obecnie kształcie czeka ich bankructwo. Niedawno musiałam zamknąć jeden sklep, bo w pobliżu powstał supermarket. Teraz państwo chce nam odebrać środki do życia – skarży się w Izabela Makaruk, właścicielka sklepu w Horodyszczu.

Przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskiej Sieci Handlowej Lewiatan, skierowali na początku lutego list otwarty do premier Beaty Szydło i do parlamentarzystów. Przekonują w nim m.in., że skutkiem wejścia w życie ustawy o podatku od sprzedaży detalicznej będzie upadek setek małych i średnich przedsiębiorców oraz likwidacja sieci franczyzowych, które zrzeszają dziesiątki tysięcy sklepów. Domagają się wyłączenia z ustawy zapisów o franczyzie, naliczania i pobierania podatku według NIP, zastosowania dla małych i średnich przedsiębiorstw stawki 0,3 proc., odstąpienia od naliczaniu podwyższonego podatku w sobotę oraz zastosowania możliwości odliczania zapłaconego podatku od podatku dochodowego.

Na 11 lutego zapowiedziana została demonstracja handlowców pod Sejmem.

lewiatan

Grunty na celowniku deweloperów

Gdzie deweloperzy poszukują gruntów pod nowe inwestycje? Pod jakie projekty będą przeznaczone? Tym razem portal nieruchomości Dompress.pl zapytał firmy o plany inwestycyjne.

Apart_Hotel_Bliska Wola_JW ConstructionMirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp

Chcąc utrzymać poziom sprzedaży, jaki wypracowaliśmy w ostatnich latach, a zwłaszcza w 2015 roku, w którym sprzedaliśmy 2072 lokale, konieczne jest stałe uzupełnianie banku ziemi. Dlatego nieustannie analizujemy rynek działek przeznaczonych do sprzedaży w miastach, w których realizujemy inwestycje. Jest to głównie Warszawa, Kraków, Wrocław oraz Trójmiasto. W każdy z tym miast staramy się, aby potencjalna, nowa oferta uzupełniała te, która jest dostępna i cieszy się największą popularnością wśród nabywców.

W 2015 roku zakupiliśmy 5 działek, w tym między innymi parcelę przy ulicy Nakielskiej w Warszawie, przy ulicy Sołtysowickiej i Racławickiej we Wrocławiu oraz przy ulicy Grzegórzeckiej i Wrocławskiej w Krakowie. Łącznie na zakupionych w 2015 roku działkach wybudujemy ponad 2300 mieszkań. Dodatkowo we Wrocławiu nabyliśmy działkę pod budowę biurowca.

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Poszukujemy nowych gruntów w Warszawie. Rozszerzanie portfolio naszych inwestycji i lokalizacji to kluczowy element naszej strategii. Nie koncentrujemy się jednak na konkretnych dzielnicach, jesteśmy gotowi budować zarówno w lokalizacjach, gdzie jeszcze nie byliśmy aktywni, jak również wrócić do dzielnic, gdzie niedawno z sukcesem zakończyliśmy i wyprzedaliśmy nasze projekty, jak np. warszawskie Bemowo, czy Ursynów. Najważniejszym czynnikiem są dla nas oczekiwania klientów. Staramy się dokładnie badać potrzeby i potencjalną grupę nabywców, by dostosować projekty do wymagań kupujących. Bardzo dokładnie badamy każdą ofertę i możliwości inwestycyjne z nią związane.

Wioletta Kleniewska, dyrektor marketingu i sprzedaży w Polnord

Stale monitorujemy rynek pod kątem atrakcyjnych ofert sprzedaży gruntów. Interesują nas rynki o dużym potencjale, które zapewnią możliwość prowadzenia rentownych inwestycji, działki pozwalające na realizację etapowanych projektów deweloperskich z minimum 150-200 mieszkaniami. Poszukujemy atrakcyjnych gruntów w dużych aglomeracjach, m.in. w Trójmieście i Warszawie.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w ECO-Classic

W tej chwili skupiamy się na poszukiwaniu gruntów w atrakcyjnych częściach Warszawy z dobrą infrastrukturą i komunikacją. Taka strategia wynika z wewnętrznej polityki firmy, jesteśmy bowiem kojarzeni z budynkami apartamentowymi, takimi jak pierwszy w Warszawie apartamentowiec Rezydencja pod Orłem, Rezydencja Merliniego przy Warszawiance, czy TRIO Apartamenty w warszawskim Śródmieściu.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Home Invest nieustannie poszukuje gruntów pod kolejne inwestycje wielorodzinne na terenie Warszawy. Naszą misją jest ciągły wzrost udziału w stołecznym rynku nieruchomości mieszkaniowych. Tylko w 2015 roku wydaliśmy na zakup nowych działek 55 mln zł. Kluczowym kryterium, jakie bierzemy pod uwagę przy ich zakupie jest dogodna lokalizacja, a więc dobra infrastruktura, połączenie z centrum i najważniejszymi punktami w stolicy. W 2016 roku Home Invest zamierza przeznaczyć ok. 60 mln złotych na zakup nowych gruntów inwestycyjnych na terenie Warszawy.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu oraz dyrektor pionu marketingu i sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Posiadamy duży, różnorodny bank ziemi i koncentrujemy się na  zabudowie posiadanych gruntów. Spokojnie obserwujemy rynek i nie wykluczamy ewentualnych zakupów. Największe inwestycje realizowane przez J.W. Construction zlokalizowane są w Warszawie, ale nasze kluczowe rynki to także Łódź, Katowice, Poznań i Trójmiasto, gdzie uruchomiliśmy inwestycje, w których oferujemy zarówno z mieszkania popularne, jak i apartamenty. Nie wykluczamy zakupu gruntów w miastach, w których prowadzimy działalność, jak również w nowych lokalizacjach, jednak nie spieszymy się z decyzją. Bank ziemi, którym dysponujemy pozwali nam wybudować kilka tysięcy mieszkań.  2.400 mieszkań i około 340 jednostek aparthotelowych mamy w trakcie realizacji, a w planach budowę dalszych 3.700 lokali.

Adrian Potoczek, dyrektor sprzedaży w Wawel Service

Dokładamy wszelkich starań, aby nasze inwestycje powstawały w jak najlepszych lokalizacjach. Najważniejsze jest przede wszystkim dopasowanie profilu nieruchomości do otoczenia. W Krakowie bardzo dużym potencjałem wyróżnia się m.in. Nowa Huta oraz jej okolice, jak np. Mistrzejowice, gdzie obecnie znajdują się nasze inwestycje. Bardzo atrakcyjnymi terenami inwestycyjnymi są również południowe obszary Krakowa, takie jak Kurdwanów, czy Kliny. Ostatnio rozpoczęliśmy działania na terenie Prądnika Białego, który także cieszy się dużą popularnością.

Z kolei na warszawskim rynku bardzo bogatą w infrastrukturę oraz chętnie wybieraną przez mieszkańców jest dzielnica Mokotów. Bogatsi w zdobyte na warszawskim rynku doświadczenie, rozpoczynamy kolejne inwestycję w Ursusie i na Pradze Południe, których premierę ogłosimy niebawem. W 2016 roku otworzymy się na nowe rynki, będą to między innymi Katowice i Wrocław.

Marcin Liberski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Atlas Estates

Zakup gruntów pod nowe osiedla to jeden z priorytetów dla Atlas Estates na rok 2016. Zależy nam, żeby na stałe mieć w ofercie 300-400 mieszkań. Posiadamy działkę przy ul. Nakielskiej na warszawskiej Woli, na której jeszcze w tym roku planujemy rozpocząć budowę 251 mieszkań. Poszukujemy kolejnych gruntów w Warszawie, których status prawny umożliwia szybkie wprowadzenie nowej oferty na rynek. Jesteśmy zainteresowani działkami w obszarach zapewniających, nie tylko podstawową infrastrukturę, jak drogi i media, ale również bliskość sklepów, przychodni, czy szkół i przedszkoli. Szukamy też gruntów z łatwym dojazdem do centrum miasta, zarówno w lewobrzeżnej, jak i prawobrzeżnej Warszawie.

Katarzyna Pietrzak, dyrektor sprzedaży i marketingu w Victoria Dom S.A.

Biorąc pod uwagę potrzeby i zaufanie, jakim darzą nas klienci, nieprzerwanie poszukujemy nowych gruntów pod inwestycje. Pragniemy się rozwijać i proponować klientom coraz szerszą ofertę, mieszkania w kameralnych i większych osiedlach oraz domy. Jeśli chodzi o zakup gruntów, interesuje nas Warszawa i jej okolice.

Jarosław Jankowski, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Obecnie nasze działania koncentrujemy na warszawskiej Woli i realizacji kolejnych etapów projektów mieszkaniowych Stacja Kazimierz i Miasto Wola, których budowa zajmie nam ok. 3 lata.  Nie oznacza to jednak, iż nie czynimy starań w kierunku poszukiwania nowych gruntów i planowania kolejnych inwestycji. Bardzo dokładnie obserwujemy rynek, analizujemy aktualną sytuację, a jednocześnie prowadzimy wstępne rozmowy z partnerami, z którymi w przyszłości moglibyśmy zrealizować projekty mieszkaniowe.

Poszukujemy lokalizacji, które będą wyróżniały się doskonałym skomunikowaniem z centrum, bliskością rozbudowanej infrastruktury oraz dogodnym dostępem do licznych usług. Z tego względu, koncentrujemy nasze poszukiwania na takich warszawskich dzielnicach, jak Wola, Bemowo, Mokotów, czy Praga Południe.

Maria Doerre, dyrektor sprzedaży i marketingu w Activ Investment

Poszukujemy działek w  Krakowie, Wrocławiu i Warszawie, zlokalizowanych blisko centrum lub bardzo  dobrze skomunikowanych z centrum miasta.  Nasze inwestycje skierowane są zarówno do klientów poszukujących lokum do zamieszkania, jak i kupujących mieszkania na wynajem.

Aneta Zdulska, dyrektor ds. sprzedaży w WAN S.A.

Poszukujemy atrakcyjnych gruntów, głównie pod budowę inwestycji mieszkaniowych, na terenie całego kraju.

Piotr Wiak, wiceprezes zarządu ds. handlowych w Rafin

Gruntów pod nowe inwestycje mieszkaniowe poszukujemy głównie we Wrocławiu, gdzie nasza firma prowadzi działalność. Zawsze staramy się rozmawiać z klientami, aby dowiedzieć się, jakie są ich potrzeby. Pozwala nam to tworzyć takie projekty, jakich oczekują.

W ubiegłym roku zakupiliśmy grunty w centrum Wrocławia, m.in. na Kępie Mieszczańskiej, gdzie planujemy dalszą rozbudowę realizowanego obecnie osiedla. Przy zakupie gruntów planujemy długofalowo. W ciągu najbliższych dwóch lat rozpoczniemy budowę kolejnego etapu osiedla Złota Podkowa, Wybrzeża Reymonta, a także domów szeregowych w podwrocławskich Iwinach.

Piła otwarta na inwestorów

Miasta postrzegane dotąd jako satelity większych ośrodków gospodarczych coraz śmielej walczą o biznesową samodzielność. Dobry przykład stanowi Piła – największa aglomeracja północnej Wielkopolski, która dzięki bogatej ofercie terenów przygotowanych pod inwestycje i bliskiej współpracy nauki i biznesu, coraz częściej rekomendowana jest przez organizacje branżowe jako dogodna lokalizacja dla sektora BPO.

 Piła_fot._Robert_JudyckiAtrakcyjne położenie

Piła, oddalona o 96 kilometrów od Poznania, pod względem biznesowym pozostawała dotąd w cieniu stolicy Wielkopolski. Tymczasem miasto jest głównym ośrodkiem gospodarczym i akademickim subregionu liczącego ponad 400 tysięcy mieszkańców. Piła zachęca inwestorów atrakcyjnym usytuowaniem: na przecięciu dróg krajowych prowadzących z Wybrzeża na południe, do Poznania, Gorzowa i dalej do Niemiec, oraz ze Szczecina i Świnoujścia do Bydgoszczy i Warszawy. W promieniu 105 kilometrów znajdują się dwa porty lotnicze: w Poznaniu oraz Bydgoszczy, a na terenie samej Piły funkcjonuje lądowisko o powierzchni ponad 320 ha gruntów, obecnie używane do lotów biznesowych oraz sportowych.

Dualnie kształcone kadry

Według badań Fundacji Pro Progressio, zajmującej się rozwojem przedsiębiorczości w Polsce, o potencjale inwestycyjnym danego regionu stanowi przede wszystkim zaplecze kadrowe. Piła jest jednym z miast, kładących nacisk na szkolenie pracowników „szytych na miarę potrzeb przedsiębiorców”. Jest to możliwe dzięki ścisłej współpracy przedstawicieli świata akademickiego i biznesu, w wyniku której powstał rozbudowany system studiów dualnych. Jest to innowacyjny model zintegrowanego kształcenia umożliwiający zdobywanie doświadczenia zawodowego podczas studiowania. Trójstronną współpracę szkół wyższych, samorządów oraz prywatnych przedsiębiorstw określamy mianem „złotego trójkąta” – mówi Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio. Otwartość szkół wyższych na poszerzanie oferty dydaktycznej i dostosowywanie jej do wymogów nakładanych przez świat biznesu jest kluczem do pozyskiwania nowych inwestorów i redukowania liczby „bezrobotnych absolwentów” na rynku pracy.

Biznes w Pile

PiłaZastępca Prezydenta Miasta, Beata Dudzińska podkreśla, że Piła posiada wszystkie atuty większych miast, ale bez ich obciążeń. Wśród największych walorów wymienia wspomnianą już ścisłą współpracę świata nauki z biznesem, atrakcyjne tereny inwestycyjne oraz kompleksową obsługę dla inwestorów i wsparcie w procesie rekrutacji. Zaufało nam już ponad 80 firm z kapitałem zagranicznym, a każdy nowy inwestor może liczyć na naszą pomoc. W Pile po prostu opłaca się inwestować  –  podsumowuje Beata Dudzińska. Przykładami takich inwestycji są centra operacyjne Phillips Lighting Poland, Grupy PZU czy Polkomtel Sp. z o.o. Miasto jest rozwijającym się ośrodkiem usług outsourcingowych oraz centrów usług wspólnych. Do wiodących działów gospodarki należą branże: elektroniczna, elektryczna, logistyczna i poligraficzna.

Wparcie dla inwestorów

Piła_02Na terenie miasta funkcjonuje Inwest – Park Sp. z o.o., która stanowi kolebkę rozwoju lokalnej przedsiębiorczości. Inwest-Park oferuje kompleksową obsługę inwestorów i wsparcie na każdym etapie inwestycji, prowadzi Pilski Inkubator Przedsiębiorczości oraz Platformę Praca. To tu odbywają się najważniejsze w subregionie targi pracy i kariery, oraz wiele innych cyklicznych wydarzeń gospodarczych realizowanych w północnej Wielkopolsce. Władze miasta inwestują w dalszy rozwój aglomeracji nawiązując kontakty biznesowe z przedsiębiorcami między innymi z Niemiec, Skandynawii.

Wybór oprogramowania do zarządzania sprzedażą detaliczną a główne trendy retail na 2016 rok

Multichannel, omnichannel, grywalizacja, sprzedaż mobilna, social media, showrooming, Big Data. To tylko niektóre z trendów, jakie pojawiły się wraz z rozwojem sprzedaży detalicznej. Digitalizacja rynku sprawiła, że właściciele sklepów muszą zmienić swoje podejście do procesu sprzedaży. Aby nadążać za wyzwaniami rynku warto pomyśleć o nowoczesnym oprogramowaniu do zarządzania sprzedażą detaliczną.

WIN14_Petra_Dell_04Jak kupuje współczesny klient?

Proces zakupowy znacząco się zmienił. Zmieniły się oczekiwania klientów. Wymagają oni więcej, nie tylko od samego produktu, ale również od obsługi klienta. Chcą kupować mobilnie. Z każdego miejsca, w dowolnym czasie. Coraz odważniej kupują za pośrednictwem Internetu, który nie kojarzy się już z ryzykiem zakupowym. Klienci wybierając produkt, nie kierują się wyłącznie ceną. Coraz ważniejsze są doświadczenia zakupowe. Sposób, w jaki klient został obsłużony oraz jakie możliwości dał mu sprzedawca. A konsument chce czuć się wyjątkowo. Chce, by przekaz był personalizowany.

„Skończyły się czasy, kiedy proces zakupowy polegał na szybkim dokonaniu zakupu. Współczesny, inteligentny klient szuka, monitoruje ceny, porównuje. Często decyduje się na sprawdzenie produktu w sklepie stacjonarnym, a zakupu dokonuje w sklepie internetowym. Sprzedawcy muszą zdawać sobie z tego sprawę. Muszą dostrzegać kierunki, w których zmienia się współczesny rynek oraz podążać za nimi. Tylko wówczas są w stanie zapewnić rzeszę zaufanych i lojalnych klientów.” – mówi Daria Widerowska, Menadżer Marketingu, IT.integro.

Oprogramowanie do zarządzania sprzedażą detaliczną

Aby sprostać wymaganiom klientów warto pomyśleć o profesjonalnym oprogramowaniu do zarządzania sprzedażą. Współczesny rynek bogaty jest w tego typu rozwiązania. Jednym z nich jest LS Nav, dostępny jako rozwiązanie branżowe dla systemu ERP – Microsoft Dynamics NAV. To na jego przykładzie przedstawimy współczesne trendy w branży retail.

LS Nav to zintegrowany system, który obsługuje zarówno siedzibę główną firmy, jak i zaplecze sklepów oraz punkty POS. LS Nav został zaprojektowany w oparciu o system Microsoft Dynamics NAV. Oznacza to, że użytkownicy mają dostęp do różnych obszarów oprogramowania ERP, takich jak finanse, sprzedaż, marketing, zarządzanie magazynem i usługi.

LS Nav wdrożono w ponad 3 000 firmach posiadających ponad 50 000 sklepów z 115 000 terminalami POS. Wśród użytkowników systemu znajdują się m.in., IKEA, Adidas, Hard Rock Café, David’s Bridal, Elie Saab, Futbolmania, InMotion Entertainment, Petit Bateau, Parkson Department Stores.

Oprogramowanie dla retail odpowiedzią na panujące trendy?

WIN14_Toshiba_02Wg twórców LS Retail, współczesny rynek koncentruje się na kilku kluczowych trendach, które kształtują nowoczesny retail. Sprostanie wymaganiom klientów zapewni firmom wyższą sprzedaż oraz lojalność konsumentów. Nowe trendy koncentrują się głównie na nowoczesnej technologii oraz dostępności do rozwiązań mobilnych:

  • Wszech- i wielokanałowość stanie się nieodzowną częścią działalności handlowej. Klienci będą chcieli dokonywać zakupów przy pomocy urządzeń mobilnych, za pośrednictwem Internetu, a także tradycyjnie – w sklepie stacjonarnym.
  • Kluczowe znaczenie w zakupach detalicznych będą odgrywały urządzenia mobilne.
  • Gwałtownie zwiększy się sprzedaż za pośrednictwem Internetu.
  • Wzrośnie znaczenie analiz umożliwiających rozpoznanie trendów i zachowań klientów.
  • Coraz więcej detalistów będzie decydować się na przeniesienie swojej infrastruktury informatycznej na platformę chmurową udostępnianą przez dostawców usług chmurowych.
  • Wzrost konkurencji w branży detalicznej spowoduje większe oczekiwania w zakresie wskaźników zwrotu z inwestycji i kosztów utrzymania systemu IT.
  • Sieci handlowe zastąpią własne, bardzo specyficzne rozwiązania standardowymi aplikacjami przeznaczonymi dla branży handlowej.

Oprogramowanie do zarządzania sprzedażą w Polsce. Wdrożenie w grupie Marketing Investment Group

LS Nav oraz system Microsoft Dynamics NAV to rozwiązania popularne także w polskich firmach. Wśród wdrożeń realizowanych przez firmę IT.integro, warto wymienić implementację w Marketing Investment Group.

MIG działa już od 25 lat. Grupa stworzyła sieć salonów 50style, Sizeer, Timberland, Symbiosis. Dodatkowo jest wyłącznym dystrybutorem takich marek, jak: New Era, O’neill, Lotto, Umbro, Confront, Feewear, linii obuwniczej LaCoste. MIG zarządza obecnie ponad 95 salonami Sizeer, 17 salonami Timberland, 85 salonami 50style, 13 sklepami Symbiosis, 8 salonami Umbro i 3 sklepami O’neill.

„Podczas dokładnej analizy wachlarza rozwiązań ocenialiśmy: bogactwo funkcjonalności, stabilność, skalowalność, elastyczność w rozbudowie oraz nakłady finansowe potrzebne do implementacji i utrzymania nowego systemu. Nasz wybór padł na Microsoft Dynamics NAV uzupełniony o moduł LS NAV.” -mówi Krzysztof Nitsch, Pełnomocnik Zarządu, Marketing Investment Group.

Wdrożenie rozwiązania LS Nav pozwoliła podnieść wydajność sieci oraz usprawniło proces podejmowania decyzji. Wśród głównych korzyści z wdrożenia LS Retail w Marketing Investment Group warto wymienić automatyczne zatowarowanie sklepu, tzn. replenishment, wprowadzenie centralnego zarządzanie promocjami, użytkownikami, terminalami POS, szczegółowe analizy biznesowe, użyteczność systemi, elastyczność oraz możliwość modyfikacji słowników zapasów, cenników, promocji, konfiguracji funkcjonalności.

System ERP w branży sprzedaży detalicznej

System ERP staje się nieodzownym elementem sprawnego zarządzania w branży retail. Pozwala efektywnie kontrolować wszystkie procesy zachodzące w obrębie organizacji.

„W dzisiejszych czasach, z punktu widzenia strategii sprzedaży, konieczne staje się zapewnienie klientowi detalicznemu dostępu do wszystkich ofert oraz promocji. Niezależnie od tego czy dokonuje on zakupów w sklepie stacjonarnym czy poprzez sklep internetowy. Jest to możliwe poprzez zapewnienie skalowalnego systemu, który zautomatyzuje procesy finansowo-logistyczne firmy oraz umożliwi zarządzanie dostępnością towaru w całej sieci. Dodatkowo zapewni integrację z rozwiązaniami e-commerce z każdego miejsca i urządzenia.” – powiedział Przemysław Kniat, Menadżer ds. sprzedaży, IT.integro.

Microsoft Dynamics NAV zapewnia prostotę użytkowania, szybkie wdrożenie oraz pełne wsparcie bieżących i przyszłych wymagań branży handlowej. System Microsoft Dynamics NAV jest już wykorzystywany jako oprogramowanie ERP przez ponad 117.000 klientów, w tym przez 3.500 firm z branży sprzedaży detalicznej.

Przygotowania do nowego roku w Chinach

Ostatnia sesja przed nowym rokiem w Chinach. Kolejne szacunki skali kryzysu w Rosji. Ministerstwo finansów walczy z domknięciem budżetu i obietnic wyborczych. Niska cena ropy zachęca do podnoszenia podatków.

W Chinach trwają obecnie przygotowania do świętowania nowego roku. Giełda zamknęła się niewielką, jak na ten kraj i ostatnią sytuację na rynkach, stratą. Handel na tamtejszym parkiecie zostanie wznowiony dopiero 15 lutego. W obliczu informacji o tygodniowym zawieszeniu notowań spadek o 0,63% to całkiem dobra wiadomość. Dotychczas wszystkie ograniczenia handlu budziły panikę na rynku i znacznie większe przeceny. Od początku roku giełda straciła już niemal 22%.

Rosyjski dziennika Wiedomosti opublikował podsumowanie, ile kosztował Rosję kryzys oraz sankcje zachodu w związku z zajęciem Krymu. Stratę w wyniku samych sankcji oceniono na 170 mld dolarów. Problemem są nie tylko represje, ale ucieczka kapitału i brak inwestycji zagranicznych. Więcej, bo na 400 mld dolarów, wyceniono spadek wpływów budżetowych z powodu niższych niż się spodziewano cen ropy. Problemy Rosji pogłębia dodatkowo słabość rodzimej waluty. Rubel dwa lata temu kosztował około 9 groszy, obecnie około 5.

Ostatnie tygodnie nie były łatwe dla polskiego ministra finansów Pawła Szałamachy. Obecnie jego głównym zmartwieniem jest tak realizować obietnice wyborcze Prawa i Sprawiedliwości, by nie przekroczyć deficytem 3% PKB. W zeszłym roku poprzedniej ekipie rządowej udało się ograniczyć ten wskaźnik do 2,8%. Obecnie w 2016 prognoza wynosi dokładnie 3% ze względu na sprzedaż częstotliwości LTE. Na przyszły rok prognoza Komisji Europejskiej wynosi 3,4% deficytu. Gdyby okazało się to prawdą, zobaczylibyśmy z pewnością powrót procedury nadmiernego deficytu. Tym bardziej, że nowa ekipa rządowa nie jest szczególnie lubiana na europejskich salonach.

Niskie ceny ropy nie oznaczają tylko niskich cen paliw. To również nowe pomysły polityków, jak wycisnąć więcej pieniędzy z kieszeni kierowców. Licytację w tym temacie wygrywa na razie Barack Obama, który zaproponował 10 dolarów podatku od każdej baryłki. Spowodowałoby to wzrost cen paliwa o 14%. Przy obecnych cenach ropy nie byłby to dramat. Najprawdopodobniej, jak wszystkie takie podatki, nie przestałby on obowiązywać, gdyby ceny ropy zaczęły iść w górę. Biorąc pod uwagę układ sił w senacie, podatek ten ma małe szanse wejść w życie.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy,

14:30 – Kanada – sytuacja na rynku pracy oraz bilans handlu zagranicznego.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9400.

USD/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 05.11.2015 do 05.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7200.

 

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej może spowodować czarną dziurę w eksporcie tego kraju o wartości 30 mld GBP

Eksperci Euler Hermes, światowego lidera w ubezpieczeniach należności handlowych, przypominają, że opuszczenie Unii Europejskiej przez Zjednoczone Królestwo bez ustanowienia nowej Umowy o wolnym handlu (Free Trade Agreement – FTA) może doprowadzić do poważnych problemów strukturalnych oraz znacznych strat w eksporcie dla spółek brytyjskich. Scenariusz wyjścia wielkiej Brytanii nie ma więc podłoża ekonomicznego, a przede wszystkim polityczne. Co my – Polacy mamy do stracenia? Przedstawiamy ocenę wymiany handlowej firm polskich z brytyjskimi.

  • Straty w brytyjskim eksporcie po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, bez nowej Umowy o wolnym handlu (FTA) mogą wynieść 30 mld GBP do roku 2019
  • Marże mogą spaść z uwagi na większe koszty nakładów oraz gorsze warunki finansowania
  • W ciągu czterech lat (do 2019) utracone mogą być potencjalne bezpośrednie inwestycje zagraniczne o wartości nawet do 210 mld GBP
  • Jeśli natomiast Wielka Brytania nie opuści Unii Europejskiej, prognozy dla brytyjskiego eksportu przewidują jego wzrost nawet o 26 mld GBP do 2019 roku
  • W wymianie handlowej z Wielką Brytanią polski eksport jest dwuipółkrotnie wyższy niż import, wciąż wykazując dynamikę wzrostu i przekraczając według wstępnych szacunków poziom 11 mld złotych w ubiegłym roku. W 2015r. poprawił się także spływ należności od firm brytyjskich – w odróżnieniu od np. rynku niemieckiego.

Analiza ekonomiczna autorstwa Euler Hermes „Brexit Me If You Can [Wielka Brytanio, opuść mnie jeśli potrafisz]” opisuje trzy scenariusze oceny wpływu na spółki brytyjskie opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo. Podstawowy (najbardziej realny w ocenie Euler Hermes) scenariusz sugeruje, że Zjednoczone Królestwo najprawdopodobniej pozostanie w UE, co minimalizuje zaburzenia w handlu dzięki bazie 500 milionów silnych klientów umożliwiającej dalszy wzrost eksportu, nawet do 26 mld GBP w 2019 roku.

Jednakże jeśli Zjednoczone Królestwo opuści UE, to nawet przy ustanowieniu nowej Umowy o wolnym handlu (FTA) z jednolitym rynkiem unijnym i przy zachowaniu wszystkich partnerów handlowych, wzrost brytyjskiego eksportu zmniejszy się o połowę. W najgorszym scenariuszu opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo bez ustanowienia nowej FTA, gospodarka Zjednoczonego Królestwa prawdopodobnie znacznie się skurczy.

Obroty spółek brytyjskich mogą spaść średnio o -1% rocznie w porównaniu z przewidywanym średnim wskaźnikiem wzrostu +4% po 2017 roku. Jako trzy czynniki o największym znaczeniu w tym skurczeniu się gospodarki raport wskazuje bezpośrednie straty w eksporcie, spadek marży z powodu wyższych kosztów importu i finansowania oraz ograniczenie bezpośrednich inwestycji zagranicznych (Foreign Direct Investments – FDI).

Euler Hermes szacuje, że opuszczenie Unii Europejskiej przez Zjednoczone Królestwo bez ustanowienia nowej FTA może doprowadzić do strat nawet w wysokości 30 mld GBP lub 8% całkowitego eksportu towarów w Zjednoczonym Królestwie, a wypełnienie takiej luki zajęłoby co najmniej 10 lat, nawet przy uwzględnieniu równoważącego to w pewnym stopniu zwiększenia handlu z państwami Brytyjskiej Wspólnoty Narodów. W tym najczarniejszym scenariuszu, deficyt salda handlu zagranicznego, który już jest rekordowy, w ciągu dwunastu miesięcy po sformalizowaniu opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo zwiększyłby się o 35 mld GBP.

W przypadku opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo załamanie się eksportu, wyższe rachunki za import i koszty finansowania oraz masowy odwrót od inwestycji mogłyby doprowadzić do gwałtownej burzy w gospodarce Zjednoczonego Królestwa – mówi Anna Boata, Ekonomista w Euler Hermes. – O ile część ryzyka można złagodzić podczas negocjacji w sprawie opuszczenia UE poprzez ustanowienie nowej Umowy o wolnym handlu, nasze prognozy dają pesymistyczny obraz dla spółek brytyjskich poza UE.

Raport Euler Hermes wskazuje, że 60% potencjalnych strat gospodarki Zjednoczonego Królestwa z tytułu zmniejszenia eksportu towarów pochodziłoby z czterech głównych rynków: Niemiec, Holandii, Francji i Irlandii. Spółki działające w sektorach w znacznym stopniu uzależnionych od rynków europejskich, takich jak branża chemiczna, maszynowa, samochodowa, tekstylna, energetyczna i rolna najbardziej odczują skutki takiego posunięcia.

Ponieważ 55% importu pochodzi z UE, przewiduje się, że opuszczenie UE przez Zjednoczone Królestwo bez ustanowienia nowej umowy FTA uderzy w marże zysku spółek brytyjskich poprzez spadek wartości funta oraz wprowadzenie nowych taryf importowych, mających na celu zwiększenie produkcji lokalnej, zarówno w UE jak też przez Zjednoczone Królestwo.

Koszty finansowania również mogłyby wzrosnąć, ponieważ banki brytyjskie straciłyby możliwość zabezpieczania konkurencyjnego finansowania poprzez Europejski Bank Centralny, natomiast Bank Anglii [Bank of England] mógłby zostać zmuszony do podniesienia stóp procentowych w celu złagodzenia spadającej wartości funta szterlinga, niezależnie od tego, czy ustanowiona zostałaby nowa FTA czy też nie. I, co równie ważne, ponieważ 40% handlu londyńskiego City odbywa się w Europie, miasto to straciłoby swoją nadrzędną pozycję w stosunku do konkurencyjnych centrów finansowych rozwijających się w UE.

Anna Boata z Euler Hermes dodaje, że: – Bez dostępu do rynku wewnętrznego UE, wpływy z bezpośrednich inwestycji zagranicznych również mogą okazać się znacznie niższe, ponieważ spółki zagraniczne odniosą mniejsze korzyści z przeniesienia lub rozszerzenia swojej działalności do Zjednoczonego Królestwa. Ogólnie rzecz ujmując przewidujemy, że w ciągu czterech lat po referendum w tym najczarniejszym scenariuszu straty z tytułu utraconych inwestycji zagranicznych wyniosą co najmniej 210 mld GBP.

Polska wymiana handlowa z Wielką Brytanią

Wielka Brytania jest ważnym rynkiem dla polskich eksporterów – o konkurencyjności i chłonności brytyjskiego rynku na polskie produkty świadczy nieustanny wzrost wartości eksportu z Polski do tego kraju od 2002 roku. Co więcej, osiągamy znaczną, bo ponad dwukrotna nadwyżkę eksportu nad importem z Wielkiej Brytanii. Najczęściej mówi się w tym kontekście o art. spożywczych – i rzeczywiście są one jedną z większych pozycji w naszym eksporcie na Wyspy, ale jeszcze większą wartość ma polski eksport wyrobów elektromaszynowych oraz urządzeń mechanicznych, elektrycznych i elektronicznych. Istotną i wciąż rosnącą grupą towarową w polskim eksporcie do wielkiej Brytanii są również meble.

Jakimi płatnikami są firmy brytyjskie? Mówi Agnieszka Sztyber, Dyrektor Windykacji Międzynarodowej w Euler Hermes: – Od 2013 z roku na rok coraz lepszymi. Świadczy o tym zanotowana przez nas w 2015 roku o 20% mniejsza wartość zleceń odzyskania przez polskich eksporterów należności od firm brytyjskich niż rok wcześniej (podczas gdy wartość zleceń windykacyjnych na dłużników z Niemiec wzrosła o 35%). Jednocześnie ilość spraw kierowanych do nas wciąż jest znaczna – ich liczba wzrosła nawet o ponad 30%, co wynika ze wzrostu eksportu m.in. towarów spożywczych już nie tylko przez wiodące polskie marki, ale także przez mniejszych wytwórców, zawierających kontrakty bezpośrednio z największymi brytyjskimi sieciami lub sprzedającymi poprzez hurtownie prowadzone przez Polaków w Wielkiej Brytanii. Są to często pojedyncze, doraźne transakcje, stąd znaczna ilość zleceń windykacyjnych z tego tytułu – także z powodu sporności, kwestionowania przez odbiorców jakości dostarczonego towaru (co zazwyczaj jest tylko pretekstem do opóźnienia zapłaty), spłacają się one jednak nieźle, na pewno lepiej niż przed kilkoma laty. W ślad za wzrostem eksportu mebli pojawia się także coraz więcej zleceń odzyskania należności z tej branży. Największe wartościowo w naszym eksporcie grupy towarów – wyroby maszynowe i elektryczne są eksportowane zazwyczaj w oparciu o długoterminowe zamówienia i kontrakty, stosunkowo rzadkie są więc zlecenia na odzyskanie należności z tego tytułu od firm brytyjskich, z wyjątkiem może wyrobów elektronicznych. Aby nie uśpić czujności polskich eksporterów chcę przypomnieć o niegdyś notorycznym, a obecnie powracającym zjawisku na Wyspach – wyłudzaniu towaru. Najczęściej wykorzystywany jest sposób zmiany w ostatniej chwili miejsca odbioru towaru przez ludzi podszywających się pod pracowników zamawiającego (możliwe, że posiadający informacje bezpośrednio z firmy). Bądźmy czujni na takie zlecenia, żądajmy ich potwierdzenia przez zamawiającego na piśmie lub w oficjalnych mailach (uważajmy tez na łudząco podobne do oryginału, a sfałszowane adresy), nie przyjmujmy takich zleceń z numerów komórkowych – żądajmy potwierdzenia ich ze znanych nam numerów stacjonarnych, od znanych nam osób obsługujących zamówienie.