Które województwo szuka najczęściej specjalistów?

Jak wynika z analizy Pracuj.pl, optymistyczne dane napływające z rynku pracy potwierdzają także dane z poszczególnych województw. W 2015 r. w każdym z województw odnotowano wzrosty liczby opublikowanych ofert pracy, największe w województwie małopolskim (20% rok do roku) mazowieckim (17%) i dolnośląskim (16%).

Pod kątem opublikowanej liczby ofert pracy niezmiennie liderem pozostaje województwo mazowieckie, z którego pochodzi ponad jedna piątą wszystkich opublikowanych na portalu Pracuj.pl ogłoszeń. W pierwszej piątce województw z największą liczbą ofert pracy znalazło się także województwo dolnośląskie, małopolskie, śląskie oraz wielkopolskie.

Województwo mazowieckie – niezmiennie liderem

W 2015 roku na portalu Pracuj.pl pracodawcy z województwa mazowieckiego opublikowali 97 346 ofert pracy, to w porównaniu z rokiem ubiegłym wzrost o 17%. Branże, które zgłosiły największe zapotrzebowania na pracowników w tym województwie to: handel i sprzedaż (18 633 ofert pracy), bankowość/ finanse/ ubezpieczenia (15 406 ofert pracy) oraz telekomunikacja i zaawansowane technologie (10 522 oferty pracy). Największy, bo ponad dwudziestoprocentowy, wzrost liczby ogłoszeń o pracę odnotowano natomiast z branży budownictwo i nieruchomości.

Tradycyjnie najwięcej ofert pracy skierowanych było do specjalistów handlu i sprzedaży, ekspertów z obszaru IT i specjalistów ds. finansów. Znaczący, bo niemal o jedną piątą, wzrost zapotrzebowania na pracowników HR w województwie mazowieckim potwierdza pozytywną tendencję rynkową – pracodawcy chętniej zatrudniają, dlatego potrzebują także ekspertów wspierających procesy rekrutacji oraz osób odpowiedzialnych za zarządzanie zasobami ludzkimi.

Województwo dolnośląskie – z planem na rozwój

Na portalu Pracuj.pl w 2015 r. pracodawcy z województwa dolnośląskiego opublikowali 44 514 ogłoszeń o pracę. To wzrost o 16% w porównaniu rok do roku. Pod względem liczby ogłoszeń prym wiodły trzy branże: handel i sprzedaż, bankowość/ finanse/ ubezpieczenia oraz przemysł ciężki. Istotny wzrost liczby ofert pracy, w porównaniu do 2014 r., odnotowała branża budownictwo i nieruchomości, gdzie liczba ogłoszeń wzrosła o 24%. Znaczące wzrosty zaobserwowano także w przypadku takich branż jak przemysł ciężki (o 13%) oraz IT (o 12%).

W województwie dolnośląskim poszukiwano głównie specjalistów handlu i sprzedaży, osób zajmujących się finansami (wzrost o 19%), a także zgłoszono największe, zaraz po województwie mazowieckim, zapotrzebowanie na pracowników IT (18% więcej ofert pracy rok do roku). O ponad 17% wzrosło zapotrzebowanie na ekspertów HR.

Województwo śląskie – przemysłowe zagłębie

Pracodawcy z województwa śląskiego opublikowali w ubiegłym roku na Pracuj.pl 38 173 ofert pracy. To wzrost o 11% w porównaniu z rokiem 2014. Trzy najaktywniejsze branże, biorąc pod uwagę liczbę opublikowanych ogłoszeń o pracę, to: handel i sprzedaż, przemysł ciężki oraz bankowość/ finanse/ ubezpieczenia. Największy wzrost zapotrzebowania na pracowników zanotowano w przemyśle lekkim i wyniósł on 14%. Istotne wzrosty zaobserwowano także w branży transport i logistyka (o 11%) oraz w przemyśle ciężkim (blisko 11%).

Najwięcej ofert pracy skierowano do specjalistów handlu i sprzedaży, na drugim miejscu uplasowała się specjalizacja obsługa klienta. Trzecie miejsce należy do inżynierów, zapotrzebowanie na nich wzrosło o 12% rok do roku. Pod względem wzrostów liczby ofert pracy rok 2015 należał do specjalistów produkcji, dla których dedykowane było 31% więcej ofert pracy niż przed rokiem; spory, bo wynoszący 17%, wzrost ofert pracy zanotowano dla specjalistów od logistyki. Tak jak w całej Polsce, także w tym regionie, rosło zapotrzebowanie na specjalistów HR (22%) i IT (wzrost o blisko 14%).

Infografika: Z jakich województw pochodziło najwięcej ofert pracy w 2015? Raport Pracuj.pl i infografika

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 10.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Mały biznes pod ochroną

Co powinno znaleźć się w polisie restauratora? Co ubezpieczyć w małym sklepie spożywczym, aptece, zakładzie fryzjerskim? Niezależnie od branży, w której działamy, w razie nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak kradzież czy pożar, ubezpieczenie może uratować firmę przed upadłością. Z analizy Gothaer TU S.A. wynika, że liczba ubezpieczonych przedsiębiorców dynamicznie rośnie. Kto najczęściej korzysta z polis? Właściciele firm budowlanych, warsztatów i salonów samochodowych oraz przedstawiciele sektora usług i drobnego handlu.

 

Według szacunków GUS w Polsce aktywnie działa około 1,8 mln przedsiębiorstw. Zdecydowana większość – bo aż 99,8 proc – to małe i średnie przedsiębiorstwa. To właśnie one wytwarzają niemal połowę produktu krajowego (PKB)[1]. – Polacy są coraz bardziej przedsiębiorczy. Co roku powstają nowe firmy, a te które już funkcjonują – dojrzewają do długofalowych decyzji. W ostatnich latach obserwujemy zatem dynamiczny wzrost portfela ubezpieczeń dedykowanych MŚP – mówi Marta Mazaraki, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Majątkowych w Gothaer TU S.A. – Wśród firm, które najchętniej korzystają z ubezpieczeń w Gothaer TU S.A., są przede wszystkim przedstawiciele branży budowlanej, drobnego handlu i usług, właściciele salonów i warsztatów samochodowych. W dalszej kolejności są: hotelarze, aptekarze oraz wspólnoty i spółdzielnie mieszkaniowe – dodaje  Marta Mazaraki.

Co najczęściej ubezpieczamy?

 Z analizy towarzystwa ubezpieczeniowego Gothaer wynika, że wciąż największym zainteresowaniem wśród przedsiębiorców cieszą się tradycyjne ubezpieczenia, czyli: OC komunikacyjne, od ognia i kradzieży. Coraz częściej do polisy ubezpieczenia majątku włączana jest odpowiedzialność cywilna związana z prowadzoną działalnością. – Oszczędzanie na ubezpieczeniu w prowadzeniu firmy jest myśleniem krótkowzrocznym. W przypadku np. nieubezpieczonej restauracji, pożar może być przyczyną jej bankructwa. Jednak faktem jest, że każda branża ma swoją specyfikę. Inne ryzyko wpisane jest w prowadzenie kawiarni, a inne w branżę farmaceutyczną czy budowlaną. Dlatego polisa powinna być dostosowana do indywidualnych potrzeb przedsiębiorcy – mówi Marta Mazaraki.

Dlaczego restaurator powinien mieć OC?

 W świetle obowiązujących przepisów to restaurator odpowiada za szkody, których goście doznają z jego winy podczas pobytu w jego lokalu. Jeśli więc nie posiada on polisy OC, wszelkie sytuacje, które zaistniały z jego winy, począwszy od zniszczenia odzieży gościa, a skończywszy na zatruciu pokarmowym, stanowią dla poszkodowanego podstawę do ubiegania się o odszkodowanie. W grę mogą wchodzić zawrotne kwoty, gdyż świadomość Polaków wrasta.  Sprawa jest o wiele prostsza, gdy lokal posiada OC z tytułu prowadzenia działalności gastronomicznej. Wtedy to ubezpieczyciel odpowiada za wypłatę odszkodowania za wyrządzoną z winy lokalu szkodę. Często możemy też liczyć na wsparcie prawne ze strony ubezpieczyciela. Tak wygląda to np. w Gothaer. Ubezpieczeni w ramach oferty GoBiznes przedsiębiorcy mają do dyspozycji telefoniczną asystę prawną. Na co jeszcze zwrócić uwagę podpisując umowę z towarzystwem ubezpieczeniowym?

– Przede wszystkim na sumę gwarancyjną, czyli kwotę do wysokości której towarzystwo ubezpieczeniowe jest odpowiedzialne za szkody. Ustalając ją, trzeba pamiętać o tym, że kwoty odszkodowań przyznawanych przez sądy w Polsce są coraz wyższe i 100 000 zł, która była wystarczająca kilka lat temu, teraz może być zdecydowanie za niska. Na pewno kalkulacja będzie inna w przypadku restauracji, która dziennie przyjmuje średnio 300 gości, a małej kawiarni, która posiada trzy stoliki. Druga kwestia to wykupienie odpowiedniego zakresu ubezpieczenia, tak by być najlepiej i najpełniej zabezpieczonym – radzi Marta Mazaraki.

Sprzęt i towar pod opieką

Kradzież towarów z nieubezpieczonego na tę okoliczność sklepu, uniemożliwia kontynuowanie działalności, a to może być równoznaczne z upadłością firmy. – Ubezpieczenie od szkód będących wynikiem kradzieży z włamaniem jest niezbędne, jeśli prowadzimy działalność, gdzie w sprzedawanych towarach mamy ulokowaną dużą część kapitału. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku specjalistycznych, drogich maszyn i urządzeń, których kradzież czy zniszczenie mogą spowodować przerwę w prowadzeniu działalności – mówi Marta Mazaraki

fryzjerPakiet dla fryzjera i kosmetyczki

 Karnawał w pełni. Salony fryzjerskie mają spory ruch w interesie. Jednak chwila nieuwagi wystarczy, aby miesięczny utarg poszedł na poczet odszkodowania dla Klientki. Klienci są coraz bardziej świadomi swoich praw, dlatego zniszczone podczas zabiegów koloryzacji włosy czy zniszczenie drogiej sukienki, może wiązać się roszczeniem o wypłatę odszkodowania. Branża zna przypadki roszczeń nawet na 30 tys. zł z powodu nieudanego zabiegu kosmetycznego. Dlatego dobrym sposobem na zabezpieczenie się przed taką sytuacją, jest wykupienie polisy OC, która związana będzie ściśle z prowadzoną przez nas działalnością.

Na co jeszcze powinniśmy zwrócić uwagę prowadząc salon piękności? Tak jak w przypadku restauracji, ważna jest tu suma gwarancyjna, którą towarzystwo ubezpieczeniowe pokryje roszczenia . Warto też mieć świadomość, że oferta ubezpieczeń dla tego typu działalności jest bardzo bogata i że w ramach ubezpieczenia, możemy objąć ochroną także lokal, nakłady inwestycyjne poniesione w celu przystosowania lokalu do prowadzenia działalności, wyposażenie, towary, szyby i lustra od stłuczenia, ochronę prawną czy NNW pracowników.

Bezpieczna apteka

 W aptece nie ma miejsca na błąd. Kupowane tu leki decydują o naszym zdrowiu i życiu, dlatego pomyłka farmaceuty może skutkować wysokim roszczeniem odszkodowania za np. pogorszenie stanu zdrowia klienta. I tak, do podstawowej polisy, która zapewnia ochronę przed nieprzewidzialnymi zdarzeniami losowymi, takimi jak pożar czy kradzież, warto dodać też ubezpieczenie OC farmaceuty.  .Gdy leki nie nadają się do sprzedaży w wyniku zaistnienia szkody (np. zalania towarów), właściciel apteki musi je zutylizować, tutaj przydatne będzie ubezpieczenie kosztów utylizacji leków.. – Jeśli leki zostały zniszczone w wyniku zaistnienia szkody, czyli np. pożaru czy zalania lokalu, odszkodowanie pokryje koszty takiej utylizacji. W ramach ubezpieczenia GoBiznes dedykowanego aptekom, oferujemy też wsparcie w przypadku strat finansowych spowodowanych zniszczeniem czy utratą recept, niezbędnych do uzyskania refundacji z NFZ, a także klauzulę umożliwiającą refundację za środki ortopedyczne – mówi Marta Mazaraki.

[1] Dane za 2013 r. za publikacją Działalność przedsiębiorstw niefinansowych w 2013 roku, GUS, 2014. Dane dotyczą sekcji B-J, L-N, P-S PKD 2007.  Określenie „aktywne przedsiębiorstwa” pochodzi z niniejszego Raportu

Rubel poniżej 5 groszy

Ropa naftowa znów spada i ciągnie za sobą waluty krajów eksporterów ropy. Główne obietnice rządu wciąż napotykają trudności w realizacji. Problemem tym razem nie jest arytmetyka w ramach budżetu a system informatyczny ZUS. Spadki na giełdach w Azji.

Chwilę już odpoczęliśmy od doniesień na temat ropy naftowej. Wczorajszy dzień i spadki o ponad 6% na czarnym złocie przywróciły jednak ten surowiec w centrum uwagi. Powodem były oczywiście prognozy konsumpcji i wydobycia tego surowca. Nadprodukcja wzrośnie zdaniem specjalistów z 1,5 mln baryłek do 1,75 mln baryłek dziennie w pierwszym kwartale tego roku. Tak długo jak na rynek będzie trafiać za dużo ropy ciężko mówić o perspektywie większego odbicia się cen. Wpływ na rynki walutowe jest przewidywalny. Oprócz kryzysu w Wenezueli było to przebicie przez rubla bariery 5 groszy. Rosyjska waluta już raz przez moment przebywała poniżej tego poziomu, ale było to jednorazowe silne wahnięcie. Obecny ruch wygląda stabilnie i jeżeli nie wzrosną ceny ropy trzeba się będzie przyzwyczaić do tego poziomu cen w rosyjskiej walucie. Od wejścia wojsk na Ukrainę rosyjska waluta straciła ponad połowę swojej wartości względem złotego.

Flagowe projekty rządu znów są zagrożone. Z pomocą przyszedł co prawda ZUS informując, że system informatyczny tej instytucji potrzebuje 3 kwartałów na dostosowanie się do zmniejszonego wieku emerytalnego. Projekt ustawy o obniżce wieku emerytalnego jest przeprowadzany bardzo niespiesznie, gdyż rządzący wiedzą, że budżet nie jest z gumy. Te dodatkowe opóźnienie spowoduje, że termin 1 stycznia 2017 wydaje się niemożliwy. Biorąc pod uwagę budżet na 2017 rok, ten projekt w ogóle ma małe szanse powodzenia, aczkolwiek trudno było znaleźć wygodniejszego winnego niż ZUS. Dodatkowym problemem, który pojawił się na rynku jest kolejny upadający SKOK. Bankowy Fundusz Gwarancyjny pokrywa oczywiście depozyty 18 tysięcy jego członków. Ostatnie 4 bankructwa brały na siebie banki, przejmując nierentowne instytucje. Nawet jeśli tym razem też to zrobią to i tak jest to kolejny koszt dla sektora, który ma sfinansować obietnice rządu. Analitycy nie są zgodni jak interpretować te informacje. Z jednej strony są złe, z drugiej chronią nas przed jeszcze groźniejszymi skutkami dla budżetu.

Pod nieobecność Chin na rynkach w Japonii wciąż trwają spadki. Od początku roku po dzisiejszym spadku o ponad 2% główny indeks stracił już 17,4%. Jest to najniższy poziom od października 2014 roku. Wciąż wisi nad nami widmo tego, co stanie się w Chinach po tygodniu przerwy, w którym sąsiednie parkiety traciły wyraźnie na wartości. Jeżeli nie dojdzie pod koniec tygodnia do odbicia w Tokio, to w Chinach może być naprawdę niewesoło.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na następujące dane:

10:30 – Wielka Brytania – wyniki produkcji przemysłowej,

16:00 – USA – półroczny raport na temat polityki monetarnej FED.

 

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9300.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 10.11.2015 do 10.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,6800.

Finanse przedsiębiorstw w niestabilnej gospodarce

Szybki rozwój rynków kapitałowych, nadmierne zadłużenie i brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje przyczyniły się do światowego kryzysu finansowego w 2008 roku. Postępująca niestabilność na globalnym rynku wymaga nowego spojrzenia na finanse przedsiębiorstw. Do wybranych księgarni i bibliotek akademickich trafił właśnie podręcznik prof. Mirosława Bojańczyka pt. „Corporate Finance in the Unstable World”.

Nakładem Wydawnictwa Akademii Finansów i Biznesu Vistula ukazała się książka pt. „Corporate Finance in the Unstable World”, autorstwa dr hab. Mirosława Bojańczyka, profesora nadzw. AFiB Vistula. Nowy podręcznik akademicki w języku angielskim prezentuje spojrzenie na finanse przedsiębiorstw z punktu widzenia niestabilności świata.

2016-02-10 Corporate Finance in the Unstable World_okładka– „W ostatnich latach obserwujemy burzliwe zmiany w środowisku biznesowym. Procesy globalizacyjne od lat 90-tych ubiegłego stulecia wywarły znaczący wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstw. Rosnąca niestabilność na rynku, która jest ich efektem, wymaga innego spojrzenia na finanse przedsiębiorstw. W niestabilnym świecie konieczna jest weryfikacja narzędzi analizy i zarządzania finansami, ponieważ te, które sprawdziły się na przykład przed 2007 rokiem, teraz mogą okazać się nieadekwatne. Celem podręcznika „Corporate Finance in the Unstable World” jest przedstawienie nowego podejścia do nauczania i wykorzystania wiedzy z dziedziny finansów” – powiedział autor, dr hab. Mirosław Bojańczyk, prof. nadzw. AFiB Vistula.

W podręczniku można przeczytać o rzeczywistości funkcjonowania przedsiębiorstw w warunkach globalizacji gospodarki światowej, zmian w strukturze własnościowej firm i wyzwań niestabilnego świata. Praktyczne zastosowanie tej wiedzy prowadzi do nowego podejścia do zarządzania finansami, w tym wykorzystywania informacji finansowej generowanej przez rachunkowość i podejścia do ryzyka. Czytelnik znajdzie w książce wskazówki ułatwiające poruszanie się w obszarze analiz i wykorzystania sprawozdań finansowych, opis uwarunkowań dostępności i rzetelności danych na rynku kapitałowym, a także metody oceny ryzyka i elementy teorii portfela (CAPM). Autor przedstawia sposoby finansowania rozwoju przedsiębiorstw, obejmujące m.in. system bankowy, rynek kapitałowy i venture capital, jak również metody oceny efektywności projektów inwestycyjnych, narzędzia planowania i budżetowania i wreszcie koncepcje oraz narzędzia analizy wskaźników finansowych.

– „Nowy podręcznik prof. Mirosława Bojańczyka to książka przydatna dla wykładowców kilku przedmiotów finansowych oraz ich studentów. Jej dodatkowym atutem jest to, że została zredagowana w języku angielskim, odpowiadając na potrzeby edukacyjne studentów międzynarodowych, podczas gdy w dziedzinie finansów przedsiębiorstw oferta literatury podstawowej w j. angielskim nie jest obecnie szczególnie szeroka” – powiedział Mehmet Orhun Eskici, Prezydent Akademii Finansów i Biznesu Vistula, szef Grupy Uczelni VISTULA.

Podręcznik trafił już do bibliotek akademickich oraz do dystrybucji. Książkę można kupić w księgarni AFiB Vistula, wybranych księgarniach specjalistycznych w Warszawie, a także online za pośrednictwem strony www.i.vistula.edu.pl/pubs/.

Union Investment TFI dopłaci 1% do inwestycji

Ruszyła promocja Union Investment TFI dla nowych inwestorów: „UniLokata plus dopłata”. Zasady są proste: wystarczy na 100 dni wpłacić 10 000 zł do subfunduszu UniLokata. Po tym okresie inwestor otrzyma nie tylko cały zysk wypracowany przez zarządzającego, ale także dodatkowy 1% netto. Bez haczyków i gwiazdek. Promocja potrwa do 31 marca.

UniLokata istnieje od 2012 roku. W momencie swojego debiutu była pierwszym na rynku rozwiązaniem pieniężnym o liniowej wycenie, skierowanym – ze względu na niską pierwszą wpłatę w wysokości 100 zł – do szerokiego grona odbiorców. Na przestrzeni ostatnich lat UniLokata stała się jednym z najpopularniejszych funduszy w swojej grupie, a w 2015 r. dołączyła do grona „miliarderów”. Na koniec grudnia aktywa subfunduszu wynosiły ponad 1,4 mld zł.

Tak duża popularność UniLokaty to pochodna bezpiecznej strategii, atrakcyjnych stóp zwrotu oraz niskiego oprocentowania depozytów bankowych. W minionym roku subfundusz wypracował 2,12% zysku – mówi Hanna Maciejewska, dyrektor regionalny ds. sprzedaży detalicznej w Union Investment TFI

Celem promocji „UniLokata plus dopłata” jest zachęcenie osób, które dotychczas miały styczność wyłącznie z lokatami bankowymi do pogłębienia swojej wiedzy na temat funduszy inwestycyjnych i zainwestowania środków za ich pośrednictwem.

UniLokata inwestuje w wysokiej jakości obligacje przedsiębiorstw, które cieszą się najwyższą wiarygodnością kredytową. Dzięki temu jest w stanie zachować wysoki poziom bezpieczeństwa, bardzo ważny dla osób, które nie lokowały dotąd środków w funduszach inwestycyjnych. Inną zaletą UniLokaty jest liniowa wycena. Dzięki niej wahania jednostki uczestnictwa, a tym samym wartości inwestycji w czasie, są minimalne – wyjaśnia Hanna Maciejewska. – Dodatkową zachętą dla inwestorów do wypróbowania UniLokaty może być utrzymujące się środowisko niskich stóp procentowych w Polsce, na skutek którego oprocentowanie lokat bankowych jest mało atrakcyjne – dodaje.

Aby skorzystać z promocji, należy w okresie jej trwania (tj. od 8 lutego do 31 marca 2016 r.) otworzyć rejestr on-line – korzystając z  formularza dostępnego na stronie www.unilokataplus.pl – lub osobiście, w Punkcie Obsługi  Klienta  Union  Investment  TFI  S.A. w Warszawie. Warunkiem otrzymania bonusowego 1% zysku netto jest niedokonywanie w ciągu 100 dni zmian na rejestrze subfunduszu. Wypłacając środki przed upływem 100 dni inwestor nie skorzysta w promocji, ale zyska tyle, ile wypracował subfundusz do dnia wypłaty.

Właściciel garażu też ma głos

Usprawnienie funkcjonowania wspólnot mieszkaniowych to główny czynnik wprowadzonych zmian w ustawie o własności lokali. W sierpniu ubiegłego roku weszła w życie nowelizacja, której celem było zwiększenie realnych uprawnień właścicieli miejsc garażowych we wspólnotach mieszkaniowych.

 Mariusz ŁubińskiPrzed wejściem w życie nowelizacji wiele wspólnot mieszkaniowych spotykało się z problemem przegłosowania uchwał. Było to spowodowane faktem, że prawo głosu w przypadku właścicieli miejsc w wyodrębnionej hali garażowej przysługiwało właścicielom niepodzielnie, a to oznacza, że powinni oni prezentować jedno wspólne stanowisko. W praktyce zazwyczaj było to niewykonalne, bo często im większa wspólnota, tym trudniej o jednomyślne decyzje.

– Szczególnie widoczny problem pojawiał się w przypadku wspólnot, w których występuje lokal garażowy, którego udział w nieruchomości wspólnej często przekraczał 30%, a duża liczba współwłaścicieli (od kilkunastu do kilkuset) nie ułatwiała sprawy – podkreśla Mariusz Łubiński, prezes firmy Admus. – W praktyce tacy współwłaściciele byli wykluczeni z głosowania w związku z brakiem jednomyślnego stanowiska, a ponadto często paraliżowali działania wspólnoty, która w związku z brakiem większości głosów nie była w stanie pojąć uchwał – dodaje Łubiński.

Dlatego też wprowadzenie zmian było konieczne. Miały one za zadanie zrównanie praw przysługujących właścicielom lokali oraz współwłaścicielom lokali w częściach ułamkowych, gdyż do tej pory ci drudzy nie mieli właściwie żadnych praw.

Wprowadzona nowelizacja zakłada, że członkowie wspólnoty będą głosowali udziałami. W praktyce oznacza to, że siła głosu będzie odpowiadała udziałowi z mieszkania oraz udziałowi z garażu.

38 proc. pracowników twierdzi: „Mojej firmie brakuje innowacyjności”

Innowacyjność kojarzy się z nowoczesnością, przyszłością i nowoczesnymi technologiami. Czy polskie firmy są nowoczesne? Na portalu opinii GoWork.pl, innowacyjność pracodawców ocenili pracownicy. 38 proc. osób na pytanie czy w ciągu ostatnich 3 lat ich firma wprowadziła innowacyjne rozwiązania, odpowiedziało negatywnie. Co trzecie przedsiębiorstwo (33,4 proc.) wprowadziło w tym czasie jedynie doraźne usprawnienia. Prawdziwą modernizację przeszło 28,6 proc. organizacji. Co sprawia, że pracownicy postrzegają swojego pracodawcę jako innowatora? Na co powinny zwracać uwagę firmy? Jest siedem elementów, które składają się na innowacyjność:

innowacyjnoscUnikalna i istotna strategia: Nowatorskie firmy posiadają własną, unikalną strategię działania – aby sprawnie wprowadzać innowacyjne rozwiązania trzeba mieć świadomość dokąd się zmierza. Mogą się nią pochwalić wszyscy istotni gracze funkcjonujący na globalnym rynku, jak Apple, Facebook czy Google. Jeżeli biznes nie posiada strategii, którą, co istotne, łatwo zdefiniować i opisać, jego szanse na bycie innowacyjnym są niewielkie. Ważne też, by misja firmy była autentyczna. Ślepe hasła typu “chcemy być najlepsi”, które nie niosą za sobą żadnego przesłania, nic nie znaczą i tak będą odbierane. Mglista lub niespójna z profilem firmy strategia to pierwsza rzecz jaką należy zmienić by móc być postrzeganym jako innowacyjna firma

Innowacje jako instrument do osiągnięcia określonego celu: Wysoce innowacyjne firmy nie postrzegają innowacji jako planu docelowego, ale jako środek umożliwiający osiągnięcie celu. Aby dostarczać rozwiązania najwyższej jakości potrzebny jest odpowiedni sprzęt, znajomość nowoczesnych i efektywnych technik działania itd. Trudno np. być nowoczesną firmą informatyczną, nie zapewniając pracownikom dostępu do najnowszych programów, czy budować wizerunek w sieci bez dostępu do Internetu.

Wizerunek lidera: Jeżeli firma jest liderem na rynku automatycznie postrzega się ją jako innowacyjną. Przedsiębiorstwo, które stosuje innowacje do osiągania strategicznych celów, w końcu nieuchronnie zdobywa też przewagę w branży. – Warto zauważyć, że nie zawsze od razu przekłada się to bezpośrednio na zyski. Jako przykład może tu posłużyć chociażby Amazon, który od początku swojej działalności był uznawany za innowatora, wprowadził wiele niestandardowych rozwiązań na rynek e–commerce, a mimo to musiało upłynąć kilka lat zanim te działania zaczęły przynosić realne wpływy – zauważa Michał Środa z GoWork.pl.

Nowoczesne narzędzia: Kreatywność jest częścią ludzkiej natury. W każdym pracowniku tkwi potencjał, ale to od pracodawcy zależy, czy jego podwładny wydobędzie z siebie najlepsze pomysły i przełoży je na sukces organizacji. Dlaczego tylko niektóre firmy postrzegane są jako innowacyjne, mimo że niemal każda dysponuje odpowiednim zespołem ludzi? Wiele firm nie docenia pomysłów pracowników, albo nie ma narzędzi lub motywacji do ich zrealizowania. Tym, co charakteryzuje innowacyjne firmy to zapewnianie dostępu do nowoczesnych narzędzi, pozwalających na maksymalne wykorzystanie umiejętności pracowników.

Porażka to też opcja: Jednym z najważniejszych elementów kultury biznesowej innowacyjnej firmy jest akceptowanie możliwości poniesienia klęski. Jeżeli pracownicy wiedzą, że mogą się pomylić bez zagrażania swojej karierze to są bardziej skłonni do podjęcia się ryzykownych, innowacyjnych projektów, które potencjalnie mogą przynieść ogromne korzyści dla firmy. – Dobrym pomysłem może być więc np.  nagradzanie za wcześnie wykrytą pomyłkę. Dzięki temu pracownicy sami zaczynają oceniać projekty i zamykać te, które prowadzą do porażki, jeszcze zanim poniesione zostaną większe koszty. Takie podejście zwolni część zasobów i budżetu, które można wykorzystać na nowe rewolucyjne przedsięwzięcia  – mówi ekspert GoWork.pl.

Klimat zaufania: Innowacyjne firmy zapewniają swoim pracownikom środowisko pracy oparte na zaufaniu. Z wdrażaniem nowatorskich pomysłów wiąże się ryzyko – najbardziej kreatywne pomysły czasem brzmią nieco niedorzecznie. Jeżeli pracownicy boją się odrzucenia lub kpin z przedstawienia niecodziennych pomysłów, nie będą się nimi dzielić. W skrócie – kreatywność i innowacja prosperują prawidłowo jeżeli ludzie w danej organizacji ufają zarówno sobie jak i samej organizacji.

Autonomia działania pracowników: Wystarczy, że każdemu z pracowników wyznaczymy jasne cele i zadania do wykonania, a jednocześnie damy wolność jeżeli chodzi o dobór narzędzi i sposobu ich realizacji. Nadmierna kontrola zagłusza kreatywność i indywidualność niezbędną do innowacyjności. Wielu pracodawców przesadza z nadzorem pracowników, bojąc się, że będą popełniali błędy lub wybiorą nieefektywny sposób osiągania celu. Innowacyjne firmy nie popełniają tego błędu. Każda porażka jest w końcu bezcenną nauką – pracownicy sami szybko odkryją, które ich działania nie warte są zachodu, a którą ścieżką warto podążać.

DM BOŚ: Amerykańskie spółki wydobywcze i banki mogą być dobrą okazją inwestycyjną

CEO Magazyn Polska

Po fatalnych wynikach IV kwartału akcje największych koncernów paliwowych z amerykańskiej giełdy potaniały. Spółki te mogą się stać dobrą okazją inwestycyjną, o ile spełnią się nadzieje na porozumienie państw wydobywających ropę naftową w celu ograniczenia produkcji i cena surowca pójdzie w górę. Z kolei sektor technologiczny wciąż jest w cenie.

– Widać bardzo słabe wyniki z sektora wydobywczego. Niskie ceny ropy nadal mocno odbijają się na tych notowaniach. Spółki zapowiadają dalsze zwolnienia pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dawid Błaszczyk, kierownik ds. rozwoju rynków zagranicznych DM BOŚ. – Chociaż dla inwestora może być to okazja. Być może spółki wydobywające ropę i gaz już są blisko swojego dna, więc w niedługim czasie będziemy świadkami odbicia w cenach ropy naftowej.

W IV kwartale 2015 r. Exxon miał najniższy kwartalny zysk od trzynastu lat, a Chevron i ConocoPhillips odnotowały duże straty. Ta ostatnia spółka zapowiedziała niemal trzykrotne zmniejszenie dywidendy i cięcia w wydatkach. Przecena, jaką zareagowali inwestorzy, może się jednak stać okazją do zakupów. We wtorek ich akcje mocno zyskiwały.

– Wiąże się to z planowanymi spotkaniami Rosja–OPEC. Dlatego być może pomimo słabych wyników spółki wydobywcze w najbliższym półroczu mogą być ciekawe – prognozuje Błaszczyk.

Rynki nie bardzo jednak wierzą, że spotkanie mające na celu ustalenie ograniczenia wydobycia ropy i przez to podniesienia jej ceny dojdzie w ogóle do skutku. Rosja po zadeklarowaniu pod koniec stycznia gotowości do takiego spotkania, co istotnie podbiło cenę surowca, ogłosiła, że wydobyła go najwięcej od czasów radzieckich i planuje nowe odwierty. Dlatego ceny po sięgnięciu 34 dolarów za baryłkę powróciły poniżej 30. Także niedzielne spotkanie ministrów ropy Arabii Saudyjskiej i Wenezueli spowodowało tylko chwilową i niewielką poprawę, by powrócić do minimów z początku lutego. Tak tanio na rynku ropy nie było od połowy ubiegłej dekady.

W środę okaże się, na jakim poziomie kształtują się zapasy ropy w USA. Ostatnie odczyty pokazywały bardzo duże tygodniowe przyrosty, po 8 mln baryłek, a stan zapasów przekroczył 500 mln sztuk.

Dobrą okazją według analityka mogą być także akcje banków, które w ostatnim czasie mocno potaniały.

– Wydaje się, że mocno przeceniony był w ostatnim czasie sektor bankowy i być może w II połowie roku ten sektor w Stanach Zjednoczonych odżyje. Dlatego tutaj bym szukał okazji inwestycyjnych – wskazuje.

Na przeciwnym biegunie nastrojów inwestorów znalazły się natomiast spółki technologiczne, głównie Alphabet (Google) oraz Apple.

– Widać dobre wyniki spółek technologicznych. W ostatnim czasie spółka Google, obecnie Alphabet, podała bardzo dobre wyniki i stała się największą spółką notowaną na świecie. Widać, że sektor nowych technologii cały czas się rozwija i spółki generują dobre zyski. Dzięki nowym technologiom amerykańska gospodarka cały czas jest na ścieżce wzrostu. Jedynym negatywnym w ostatnim czasie sektorem jest sektor biotechnologiczny. Trzeba natomiast pamiętać, że przez ostatnie 2,5 roku na rynku w Stanach Zjednoczonych rósł on bardzo szybko i teraz widać lekkie wyhamowanie progresji zysków kwartalnych.

Po ostatnich spadkach kapitalizacja Alphabetu cofnęła się jednak poniżej wartości Apple&HASH39;a. Dawid Błaszczyk z DM BOŚ zauważa jednocześnie, że mimo spadku sprzedaży produktów Apple&HASH39;a producent może nadal pozostawać w kręgu zainteresowania inwestorów.

– Podejrzewam, że lekkie wyhamowanie sprzedaży produktów Apple, zwłaszcza telefonów, jest związane z tym, że klienci wstrzymują się z zakupem obecnych modeli przed planowanym debiutem iPhone’a 7. Dodatkowo obecne turbulencje w Chinach też mają duży wpływ, gdyż rynek chiński stał się największym rynkiem zbytu dla Apple&HASH39;a. Zatem ostatni kwartał w Chinach z powodu widocznych problemów gospodarczych też zapewne wpłynął na sprzedaż – mówi kierownik ds. rozwoju rynków zagranicznych DM BOŚ, przewidując wzrost jego wartości po premierze.

Przychody Alphabetu w czwartym kwartale wzrosły o 19 proc. do 17,3 mld dolarów. Zysk netto wzrósł do 4,92 mld dolarów, co dało 8,69 dolarów za akcję. Z kolei Apple w ostatnim kwartale 2015 roku zarobił na czysto 18,4 mld dolarów, czyli 3,06 dolarów na akcję. Przychody producenta iPhonów sięgnęły 75,9 mld dolarów.

Deflacja w polskiej gospodarce utrzyma się przynajmniej do końca marca. Głównym powodem są taniejące surowce

CEO Magazyn Polska

Powrót Polski na ścieżkę inflacji potrwa dłużej, niż początkowo zakładano – ocenia Adam Czerniak z Polityki Insight. Jesienna projekcja NBP zakładała, że wzrost cen nastąpi już na początku 2016 roku. Tymczasem z powodu taniejących surowców prawdopodobnie jeszcze przez cały I kwartał panować będzie deflacja. Czynnikiem stymulującym wzrost cen może być natomiast wysoki kurs złotego wobec euro. Jeśli obecne poziomy utrzymają się jeszcze przez jakiś czas, to rosnące koszty importu doprowadzą do powrotu inflacji.

– To, jak długo będzie się jeszcze utrzymywać deflacja w tym roku, zależy od trzech czynników. Po pierwsze od sytuacji na rynku ropy naftowej, po drugie od tego, jak będzie się zmieniał kurs złotego, a po trzecie od tego, jakie będą warunki atmosferyczne w Polsce na początku zbiorów owoców wczesnych, czyli w kwietniu, maju, a także w czerwcu – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Czerniak, główny ekonomista Polityki Insight.

Ekspert zauważa, że deflacja w naszym kraju może się utrzymać dłużej, niż początkowo zakładano. W listopadzie 2015 roku Narodowy Bank Polski przedstawił projekcję, według której inflacja w polskiej gospodarce powinna się pojawić już na początku bieżącego roku. Bank oczekiwał przy tym, że w 2016 roku przeciętny wzrost cen wyniesie 1,1 procent. Jednak już po ostatnim posiedzeniu RPP prezes Marek Belka przyznał, że głęboko się mylił, co do szybkiego zakończenia spadku cen i że może on potrwać jeszcze kilka miesięcy. Prawdopodobnie więc w marcowej projekcji oczekiwania zostaną obniżone.

Według danych GUS z grudnia 2015 roku w Polsce mieliśmy do czynienia z półprocentową deflacją, licząc rok do roku.

– Patrząc na to, co dzieje się z cenami ropy, można się spodziewać, że ta deflacja potrwa jeszcze trochę dłużej i pewnie do końca I kw. inflacji jeszcze w Polsce nie zobaczymy. A to, co będzie się działo dalej, właśnie zależy od tego, czy ceny ropy odbiją, czy też będą dalej spadały – tłumaczy Adam Czerniak.

Istotny wpływ na poziom cen w gospodarce mają także wahania kursowe, głównie wobec euro. Zdaniem ekonomisty, jeśli kurs pary walutowej euro/złoty przez dłuższy czas utrzyma się w okolicach 4,40–4,50, wówczas inflacja pojawi się nieco szybciej. Powodem będzie nominalny wzrost cen towarów importowanych.

– Jeżeli ten kurs złotego miałby się utrzymać na dotychczasowych poziomach, wówczas pod koniec roku możemy nawet zobaczyć poziom inflacji w okolicach 1,5 procent – przewiduje.

Główny ekonomista Polityki Insight nie obawa się natomiast wybuchu hiperinflacji. Bardziej prawdopodobne jest natomiast, że jeszcze przynajmniej przez 2–3 lata większość wysoko rozwiniętych gospodarek zmagać się będzie z deflacją lub bardzo niską inflacją. Dopiero po tym okresie możliwe jest osiągnięcie szybszego tempa wzrostu cen.

Rozmówca odnosi się także do kwestii wykorzystania przez Narodowy Bank Polski niestandardowych narzędzi polityki monetarnej, takich jak m.in. kupno obligacji skarbowych na rynku wtórnym.

– W obecnej sytuacji nie widzę żadnych powodów do tego, żeby NBP miał luzować politykę pieniężną, czyli właśnie to, co się kolokwialnie nazywa dodrukowywaniem pieniądza. Natomiast oczywiście powinien mieć takie narzędzie do dyspozycji, gdyby sytuacja na rynku finansowym i w realnej gospodarce istotnie się pogorszyła – ocenia.

Czerniak uważa, że w pierwszej kolejności polski bank centralny powinien się skupić na realizowaniu polityki monetarnej za pomocą konwencjonalnych środków, takich jak regulowanie poziomu stóp procentowych. Z wypowiedzi zarówno kończącego swą kadencję prof. Belki, jak i nowo mianowanych członków wynika jednak, że Rada ani z obniżką, ani z podwyżką stóp spieszyć się nie będzie.

Nowy model finansowania badań i rozwoju. Szansę na wsparcie będzie mieć więcej projektów

CEO Magazyn Polska

Na przełomie lutego i marca ruszy pilotażowy program „Wsparcie innowacyjnych projektów badawczo-rozwojowych” Banku Zachodniego WBK i Funduszu INFINI. To nowy model finansowania osiągnięć naukowych, który ma ułatwić wprowadzenie ich na rynek. Innowacyjne rozwiązania mogą liczyć na trójstronne wsparcie. Fundusz Infini wesprze finansowo projekt badawczo-rozwojowy w początkowej fazie przedsięwzięcia, a uczelnie zweryfikują jego założenia technologiczne. Bank natomiast udzieli pomocy w zakresie finansowania na etapie wdrożenia technologii. 

Program „Wsparcie innowacyjnych projektów badawczo-rozwojowych” jest odpowiedzią na zapotrzebowanie przedsiębiorców, którzy realizują projekty badawczo-rozwojowe. Niejednokrotnie brakuje im partnerów czy kooperantów, z którymi mogliby go realizować. Wspólnie z Funduszem Infini chcemy stworzyć trójkąt technologiczny, który będzie ich wspierał w realizacji projektów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dawid Galus, menadżer ds. integracji europejskiej odpowiedzialny za koordynację projektu w BZ WBK.

Bank Zachodni WBK, Fundusz Infini oraz cztery polskie uczelnie – Wojskowa Akademia Techniczna im. Jarosława Dąbrowskiego, Politechnika Wrocławska, Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu oraz Politechnika Białostocka – podpisali list intencyjny pilotażowego programu wsparcia innowacyjnych projektów B+R. Nowy program, który ruszy prawdopodobnie na przełomie lutego i marca, ma podnieść innowacyjność polskiej gospodarki poprzez wdrażanie do biznesu nowych rozwiązań, które dotychczas miały małe szanse na realizację.

Przedsiębiorcy będą mogli korzystać z usług consultingowych Funduszu Infini, który sprawdzi szanse komercjalizacji projektu, oraz z usług uczelni, które wypowiedzą się na temat technologii, którą chce zastosować przedsiębiorca. My, jako instytucja finansowa, będziemy mogli zaoferować finansowanie na późniejszym etapie projektu, kiedy zostanie rozwinięty przez fundusz poprzez wejście kapitałowe – tłumaczy Galus.

Dzięki programowi może się poprawić pozycja Polski w europejskich rankingach innowacyjności, gdzie plasujemy się na końcu stawki. W Globalnym Rankingu Innowacji zajmujemy dopiero 46. miejsce. Choć wydatki na B+R zwiększają się co roku (obecnie 0,9 proc. PKB przy europejskiej średniej na poziomie 2 proc.) problemem jest brak współpracy między światem nauki a światem biznesu. W efekcie dużo innowacyjnych projektów trafia do kosza. Jak podkreśla Galus, na kompleksowe wsparcie merytoryczne mogą liczyć firmy technologiczne, start-upy czy naukowcy, którzy rozwijają innowacyjne przedsięwzięcia, również firmy istniejące na rynku już kilka lat, które stawiają na rozwój projektów badawczo-rozwojowych.

Beneficjenci projektu mogą liczyć na wsparcie finansowe, kiedy bank poprzez instrumenty dłużne może zapewnić finansowanie projektu bądź zaspokoić bieżące potrzeby operacyjne przedsiębiorstwa, czyli kredyty obrotowe. Natomiast na tym etapie, kiedy ryzyko niepowodzenia projektu jest największe, pierwsze skrzypce będzie odgrywać Fundusz Infini, który może zaoferować wejście kapitałowe do poziomu miliona złotych – wskazuje Dawid Galus.

Fundusz Infini w ramach inicjatywy BRIdge Alfa, realizowanej we współpracy z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, współfinansuje projekty B+R we wczesnych fazach rozwoju. Przede wszystkim oferuje wsparcie analityczne, analizę projektów, ekspertyzy prawne i promocję.

Rolą Infini jest, oprócz finansowania projektów we wczesnych fazach rozwoju, także komercjalizacja wyników prac badawczo-rozwojowych pochodzących ze środowiska akademickiego i wdrożenie ich na rynek, czyli zrobienie z pomysłów biznesów realnie funkcjonujących na rynku. Nastawiamy się głównie na komercjalizację wyników prac badawczo-rozwojowych – podkreśla Ernest Wawryniuk, wiceprezes Funduszu Inwestycyjnego Infini.

Projekt ma szansę zachęcić przedsiębiorców do większych inwestycji w innowacyjne rozwiązania. Dotychczas problemy z pozyskaniem środków na realizację projektów i brak wsparcia merytorycznego sprawiały, że część firm rezygnowała z wydatków na badania i rozwój. Największym problemem jest zazwyczaj pozyskanie wystarczających środków.

Dotyczy to przede wszystkim projektów kapitałochłonnych, które z założenia wymagają dużego poziomu finansowania, jak wyniki prac badawczych pochodzących z technologii biotechnologicznych czy farmaceutycznych. Wymagają one większych środków i stąd partnerstwo BZ WBK, ponieważ na dalszym etapie wdrażania przedsięwzięcia na rynek wymagane są znacznie większe środki – wskazuje wiceprezes Funduszu Infini.

Przedsiębiorcom brakowało też pomocy w zakresie oceny merytorycznej projektu, jego szansy na komercjalizację i zaistnienie na rynku. Brak współpracy między światem nauki a biznesem jest – oprócz braku odpowiedniego wsparcia finansowego – największą przeszkodą na drodze do polskiej innowacyjności. Infini daje możliwość doprecyzowania rozwiązań przedsiębiorców, zapewnia też wsparcie projektów, które mają duży potencjał rynkowy, a jednocześnie są ryzykowne. Niewiele z nich jednak ma szansę zaistnieć w biznesie. Dlatego – zdaniem eksperta – współpraca funduszu z bankiem i uczelniami może efektywniej pomóc naukowcom.

W ubiegłym roku w Infini zweryfikowaliśmy ok. 400 projektów, a uruchomiliśmy cztery przedsiębiorstwa. Niewiele z nich wchodzi do fazy komercyjnej. Partnerstwo z uczelniami ma służyć temu, żeby nieco więcej z nich docierało do realnego biznesu, żeby uczelnie stanowiły wsparcie w technicznej weryfikacji pomysłów, były partnerem merytorycznym – przekonuje Ernest Wawryniuk.

Od połowy lutego rozwiązywanie sporów z e-sklepami w UE będzie łatwiejsze

CEO Magazyn Polska

Od 9 stycznia we wszystkich krajach Unii Europejskiej obowiązuje rozporządzenie w sprawie internetowego systemu rozstrzygania sporów konsumenckich. Umożliwiająca taką procedurę platforma powinna ruszyć 15 lutego. Nowe rozwiązania mają ułatwić rozwiązywanie konfliktów między nabywcami a handlującymi w sieci przedsiębiorcami. KE chce w ten sposób pobudzić e-handel transgraniczny. Polscy przedsiębiorcy czekają na krajowe przepisy w tym zakresie.

Chociaż rozporządzenie weszło w życie, w praktyce jeszcze nie obowiązuje. Dopiero 15 lutego ma zacząć działać platforma internetowa umożliwiająca rozstrzyganie sporów. Wtedy też postanowienia rozporządzenia będą mogły być realizowane – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dziomdziora, radca prawny Kancelaria Domański Zakrzewski Palinka.

Wprowadzenie pozasądowego, internetowego systemu ODR umożliwiły przepisy regulujące Alternative Dispute Resolution (ADR), czyli alternatywne systemy pozasądowego rozwiązywania sporów konsumenckich. Zdaniem Wojciecha Dziomdziory dają one narzędzia prawne i techniczne do rozwiązywania konfliktów między konsumentami a dostawcami usług i towarów w sieci. Dotyczą każdego sklepu internetowego, wszystkich przedsiębiorców, którzy sprzedają swoje towary lub usługi w internecie oraz ich nabywców.

Każda placówka sprzedająca w sieci ma obowiązek zamieszczenia na swojej stronie internetowej linku do internetowej platformy rozwiązywania sporów, która, co prawda, jeszcze nie funkcjonuje, ale link do niej jest już aktywny – tłumaczy Wojciech Dziomdziora. – Krajowe przepisy implementujące rozporządzenie jeszcze nie weszły w życie, cały czas jesteśmy na etapie założeń ustawy o alternatywnym rozwiązywaniu sporów. W związku z tym polscy przedsiębiorcy nie mają innych obowiązków poza umieszczeniem linku.

Unia Europejska, ułatwiając rozwiązywanie ewentualnych sporów, chce pobudzić e-handel transgraniczny. Dziś obawa przed nieudaną transakcją jest znaczącą barierą dla wielu klientów. 71 proc. europejskich konsumentów uważa, że rozwiązanie sporu z zagranicznym e-sklepem jest trudniejsze niż w przypadku konfliktowej sytuacji z krajowym podmiotem. Trudności podczas realizacji e-zakupów za granicą napotkał co piąty konsument w UE.

Platforma powstała po to, by każdy konsument w Europie korzystający z e-commerce mógł za jej pomocą znaleźć tzw. centrum rozwiązywania sporów, a więc instytucję podobną do sądu, która pomogłaby rozwiązać spór z przedsiębiorcą działającym w internecie – precyzuje Wojciech Dziomdziora. – W Polsce tych organów jeszcze nie ma, w związku z czym skuteczność nowych rozwiązań dla krajowych konsumentów na razie będzie ograniczona. Będą mogli korzystać z nich, kupując w sklepach internetowych za zagranicą, co też jest już częste.

Jak wynika z raportu „E-commerce w Polsce 2015. Gemius dla e-Commerce Polska” w zagranicznych e-sklepach kupuje 13 proc. internautów. W przypadku polskich witryn odsetek ten wynosi 54 proc. Zagranicą najczęściej kupujemy odzież i dodatki (37 proc.), książki, płyty i filmy (33 proc.) oraz multimedia (23 proc.). jednocześnie duża część konsumentów deklaruje chęć robienia zakupów w zagranicznych e-sklepach. Największą barierą są dla nich na razie wysokie koszty dostawy i długi czas oczekiwania na przesyłkę.

Żeby złożyć skargę na platformie ODR, skarżący (zarówno konsument, jak i przedsiębiorca) będzie musiał wypełnić jedynie elektroniczny formularz. ODR przekaże określonemu w niej podmiotowi informacje o wniesieniu zażalenia i skieruje sprawę do właściwego ADR. Rozpatrzenie skargi nie będzie wymagać fizycznej obecności stron lub ich przedstawicieli. Po zakończeniu procedury ADR przekaże informacje dotyczące wyników postępowania.

Jak to będzie wyglądało w praktyce, zobaczymy – wskazuje Wojciech Dziomdziora. – System zadziała, jeżeli będzie prosty, łatwy w obsłudze, przyjazny i tani, bo alternatywne rozwiązywanie sporów również może się wiązać z kosztami, które konsument będzie musiał ponieść. Na pewno rozwiązywanie sporów w sposób alternatywny, pozasądowy jest bardziej efektywne niż przed sądem.

Wejście nowych przepisów w życie, zdaniem eksperta będzie bardzo ważnym krokiem w procesie zwiększania zaufania do handlu transgranicznego i kolejnym elementem budującym jednolity rynek europejski.

Ożywienie w strefie euro i program 500+ pomogą polskiej gospodarce w najbliższych latach. Zahamować inwestycję mogą jednak nowe podatki

CEO Magazyn Polska

O 3,8 proc. urośnie polska gospodarka w 2016 roku według prognoz Raiffeisen Polbanku. Z tego 0,6 pkt proc. dołoży od siebie zwiększona konsumpcja w wyniku programu Rodzina 500+. Nadmierne opodatkowanie przedsiębiorców może jednak zniechęcić ich do inwestycji i wstrzymać ożywienie w kolejnych latach. Pomoże za to ożywienie w strefie euro, która jest największym partnerem eksportowym Polski.

– Ze względu na zapowiadane zmiany w polityce fiskalnej sądzimy, że głównym motorem wzrostu w 2016 roku będzie konsumpcja prywatna. 17 mld zł, które polskie rodziny dostaną w postaci dodatku i programu 500+ w większej części zostanie przeznaczone na konsumpcję – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marta Petka-Zagajewska, główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku.

Według wyliczeń ekonomistki konsumpcja pod koniec roku wyniesie powyżej 4 proc. Według wstępnych szacunków GUS w 2015 roku popyt krajowy wzrósł o 3,4 proc., spożycie ogółem o 3,2 proc., a w sektorze gospodarstw domowych o 3,1 proc. Jak podkreśla Marta Petka-Zagajewska przyspieszenie konsumpcji przełoży się na wzrost gospodarczy.

– Sądzimy, że dynamika PKB przyspieszy do około 3,8 proc. rok do roku – prognozuje główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku. – W naszym założeniu sam wkład wynikający z programu 500+ to 0,6 pkt proc. Gdyby nie było tego programu, to oczekiwany przez nas wzrost gospodarczy w Polsce byłby nieco słabszy niż wynik w 2015 rok i sięgałby około 3,2 proc.

Ekspertka zaznacza, że pozostałe zmiany zapowiadane na rynku wewnętrznym są czynnikami ryzyka. Wymienia tu nowo wprowadzane podatki czy niepewność co do możliwości zbilansowania budżetu w 2017 roku.

– Jeśli okazałoby się, że niepewność dotycząca ogólnego rozwoju sytuacji będzie się negatywnie przekładać na plany inwestycyjne, to ten efekt inwestycji w dużym stopniu zżerałby nam pozytywny bodziec w postaci wyższej konsumpcji. To z kolei prowadziłoby do nieco niższego tempa wzrostu gospodarczego. Co ważne, nie tylko w 2016 roku, lecz także w kolejnych latach wprowadzane i realizowane inwestycje zwiększają potencjał gospodarki i ułatwiają także szybszy wzrost gospodarczy w przyszłości – mówi Petka-Zagajewska.

Główna ekonomistka Raiffeisen Polbanku tłumaczy, że pozytywnie na dynamikę PKB powinien wpłynąć spodziewany wzrost eksportu w związku z ożywieniem w strefie euro. Zaznacza, że wspomaganie gospodarek wspólnego rynku przez Europejski Bank Centralny i będące jego efektem tanie finansowanie przełoży się w końcu na ożywienie w inwestycjach, co powinno podnieść tempo rozwoju do 2 proc. w 2017 r.

– Cały czas nasz eksport będzie dosyć dynamicznie wzrastał i w konsekwencji bilans pomiędzy eksportem a importem będzie lekko na plus. W najgorszym razie neutralny z punktu widzenia wzrostu gospodarczego – zakłada Marta Petka-Zagajewska.

Saldo handlu zagranicznego w 2015 roku dołożyło 0,3 pkt proc. do wzrostu Polski, który ogółem wyniósł 3,6 proc. Kraje Eurolandu odbierają 56,6 proc. polskiego eksportu.

W piątek poznamy wstępne dane o PKB za IV kw. i cały rok dla strefy euro. Prognozowany wzrost dla Eurolandu to 1,5 proc.

– Naszym bazowym scenariuszem pozostaje kontynuacja stopniowego ożywienia gospodarczego w strefie euro, które generowane jest przede wszystkim przez coraz silniejszy popyt gospodarstw domowych. Korzystają one z poprawiającej się sytuacji na europejskim rynku pracy, a także z takich czynników, jak uporczywie niska inflacja i tanie surowce. Te z kolei przekładają się na większe możliwości wydawania środków na inne cele niż paliwa i energia – tłumaczy.

Marta Petka-Zagajewska zaznacza, że niewiadomą jest wpływ światowego klimatu związanego z wolniejszym rozwojem Chin. Podkreśla, że jest to czynnik, który rodzi niechęć inwestorów do ryzyka i spadek sentymentu na wszystkich rynkach, zwłaszcza wschodzących, do których należy też Polska.

– Tu, niestety, działa efekt psychologiczny. Mimo realnie niewielkiej skali powiązań z Chinami na samych obawach i pogorszeniu się globalnego sentymentu polska gospodarka także może tracić. To jest czynnik ryzyka, który dotyczy nie tylko Polski, lecz w zasadzie w większości państw. Strach może się przełożyć na faktyczne działania, przede wszystkim na ograniczenie konsumpcji i inwestycji. To prowadzić będzie do realnego wyhamowania wzrostu gospodarczego w Polsce i na świecie – prognozuje ekonomistka.

Sprzedaż pecetów w Polsce ma się dobrze. Rynek zyskuje, bo ze względu na lepszą wydajność firmy często wybierają sprzęt stacjonarny

CEO Magazyn Polska

Polski rynek komputerów stacjonarnych wzrósł w II kwartale 2015 roku o 2,1 procent – wynika z danych firmy IDC. W tym samym okresie globalna sprzedaż spadła aż o prawie 12 procent, osiągając najniższy poziom od 2007 roku. Rynek pecetów wciąż ma w Polsce wielu zwolenników. Powodem są przede wszystkim dużo większe możliwości w zakresie wydajności w porównaniu do urządzeń mobilnych. Producenci stawiają na to, by stacje robocze były jeszcze szybsze, bezpieczniejsze i łatwiejsze do konfiguracji.

Liczba pecetów sprzedawanych na polskim rynku jest mniej więcej stała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Rutkowski, dyrektor ds. rozwoju w Lenovo. – To, co cechuje nie tylko polski rynek, lecz także ogólnoświatowy, to dość duża zmiana pod względem wyglądu peceta. Dziś stacja robocza to już nie jest zwykła czarna skrzynka, przybiera ona taką postać, jaką chce użytkownik.

Ekspert tłumaczy, że jeszcze przed kilkoma laty producenci koncentrowali się przede wszystkim na zwiększeniu możliwości obliczeniowych komputera. Dziś dalszy wzrost nie jest potrzebny, gdyż posiadana moc z reguły wystarcza do obsłużenia wszystkich dostępnych programów i aplikacji.

Dziś producenci bardziej skupiają się na możliwości podniesienia bezpieczeństwa w komputerach, kwestiach zarządzania daną jednostką czy na modułowości – tłumaczy Rutkowski. – Wprowadzamy technologie, dzięki którym te jednostki stają się jeszcze szybsze, jeszcze bezpieczniejsze i jeszcze łatwiejsze do konfiguracji przez użytkownika.

Według firmy IDC w 2015 roku światowa sprzedaż pecetów skurczyła się o 10,4 proc. do poziomu 276,2 mln sztuk. Tymczasem polski rynek komputerów stacjonarnych wciąż jest w bardzo dobrej kondycji. Według danych za II kwartał 2015 roku wielkość sprzedaży zwiększyła się o ponad 2 proc. (wobec globalnego spadku w tym okresie aż o 11,8 proc.). Jeszcze lepiej było w 2014 roku, kiedy polski rynek urósł o 8 proc.

Sprzęt stacjonarny ma dużo większe możliwości w zakresie wydajności niż rozwiązania mobilne. Możliwość konfiguracji tego sprzętu jest także dużo większa, np. w stacji stacjonarnej możemy zamontować 12 dodatkowych dysków – wyjaśnia Łukasz Rutkowski.

Taką możliwość daje model P900 ThinkStation. To jeden z nowych modeli stacji roboczych Lenovo przygotowany specjalnie dla firm i specjalistów.

Rutkowski podkreśla, że dla klientów indywidualnych najważniejszymi cechami komputera pozostają moc obliczeniowa procesora oraz wydajność kraty graficznej. W dużej części przypadków sprzęt wykorzystywany jest bowiem głównie do gier komputerowych.

– Z kolei na rynku biznesowym dużo ważniejsze jest bezpieczeństwo danych przetrzymywanych na komputerze, możliwość zarządzania tym komputerem czy możliwość rozbudowy oraz poziom usług serwisowych – stwierdza Rutkowski. – W części biznesowej możemy zaoferować klientowi rozszerzenia gwarancyjne – jego komputer może być serwisowany przez nas aż do 5 lat wraz z możliwością naprawy już w następnym dniu roboczym.

Pewne grupy zawodowe wykorzystują w pracy wyłącznie sprzęt stacjonarny. To np. osoby prowadzące duże projekty.

Branża ochrony będzie rosnąć przez najbliższe 5 lat o ponad 5 proc. rocznie. Firmy prognozują wzrost cen usług, m.in. z powodu ozusowania umów-zleceń

CEO Magazyn Polska

Wartość rynku usług ochrony szacuje się obecnie na ok. 8,5 mld zł, a do 2019 roku powinna wzrosnąć do 10 mld zł. Na zmiany na rynku duży wpływ będzie mieć wzrost cen wynikający m.in. wprowadzenia obowiązku odprowadzania składek ZUS od umów-zleceń. Związany z tym wzrost kosztów zatrudnienia pracowników spowodował, że w branży pracę straciło nawet 45 tys. osób. Nowe przepisy powinny jednak pozytywnie wpłynąć na wysokość kontraktów, a tym samym na wartość rynku.

Perspektywy przed rynkiem usług ochrony są dobre. Wedle naszych szacunków powinien on rosnąć nieco szybciej niż PKB. Przez najbliższe 5 lat prognozujemy wzrost średnio około 5,5 proc. rocznie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Pogonowski, prezes zarządu Konsalnet, firmy świadczącej usługi ochrony fizycznej.

Z analizy firmy Deloitte wynika, że branża ochroniarska znajduje się na krzywej wznoszącej, a w najbliższych latach taki trend powinien się utrzymać. W 2014 roku wartość rynku wyniosła 7,8 mld zł, w ubiegłym roku wedle szacunków mogła sięgnąć 8,5 mld zł. Do 2019 roku branża powinna rosnąć w tempie ponad 5 proc. rocznie i w 2020 roku sięgnąć 10 mld zł.

Będzie to związane ze wzrostem cen usług we wszystkich segmentach, które będą rosły również z powodu nowo wprowadzonych regulacji, czyli ozusowania umów-zleceń. W niektórych segmentach prognozujemy także wzrost wolumenu poprzez zwiększenie outsourcingu tego typu usług do firm prywatnych – zaznacza Jacek Pogonowski.

Obowiązek odprowadzania składek na ZUS od umów-zleceń do wysokości płacy minimalnej sprawi, że koszty pracy osób zatrudnionych w ten sposób wzrosną nawet o 40 proc. Największy wzrost cen jest spodziewamy w segmencie ochrony fizycznej, gdzie nawet 70 proc. zatrudnionych pracuje na podstawie takich umów.

Konsalnet zawsze stał na stanowisku, że ozusowanie umów powinno nastąpić dużo wcześniej. Przez ponad rok negocjowaliśmy z klientami nowe stawki na 2016 rok. Uważam, że zakończyły się one sukcesem. Obroniliśmy ok. 90 proc. portfela klientów w tym sensie, że ustaliliśmy nowe stawki, korzystne zarówno dla klienta, jak i dla nas – przekonuje Pogonowski.

Wzrost kosztów zatrudnienia pracowników wpłynie na konsolidację branży, gdzie mniejsze firmy, aby pozostać na rynku, będą próbowały łączyć siły. Jednocześnie nowe przepisy mogą mieć niekorzystny wpływ na poziom zatrudnienie. Choć zmiany będzie można ocenić dopiero za kilka miesięcy, to już wiadomo, że firmy, którym nie udało się wynegocjować stawek z klientami, będą musiały zwalniać pracowników.

W przypadku naszej firmy straciliśmy 10 proc. klientów. W efekcie zwolniliśmy blisko 3 tys. pracowników, czyli 10 proc. załogi. Jak szacujemy, w całej branży pracuje nawet o 45 tys. mniej osób niż w 2015 roku – ocenia prezes Konsalnetu.

Bezpośrednia Likwidacja Szkód ma poprawić wyniki ubezpieczycieli. Takie polisy cieszą się większym zainteresowaniem klientów

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa kierowców wolałaby zlikwidować szkodę u swojego ubezpieczyciela, a nie w firmie, gdzie ubezpieczony jest sprawca. Taki sam odsetek deklaruje, że na ich decyzję o wyborze polisy wpływa fakt, czy dana firma oferuje bezpośrednią likwidację szkód. Dziś w systemie uczestniczy ośmiu ubezpieczycieli.

Problem z motoryzacyjnym ubezpieczeniem od odpowiedzialności cywilnej polega na tym, że to nie nabywca z niego korzysta, a ewentualny poszkodowany. To sprawia, że kierowcy często szukają najtańszej polisy, nie zwracając uwagi na jej jakość. Skutek jest taki, że ubezpieczyciele są w stanie walczyć o klienta, obniżając ceny polis. W rezultacie, jak podała Polska Izba Ubezpieczeń, po trzech kwartałach składka przypisana brutto z ubezpieczeń OC wyniosła 6 mld zł i była o 0,71 proc. niższa niż rok wcześniej. Z kolei odszkodowania i świadczenia z tytułu OC pojazdów lądowych (w tym samochodów) wyniosły 5 mld zł i były o ponad 16 proc. wyższe niż przed rokiem. To oznacza, że polisy te należą dziś do najmniej rentownych w działalności polskich ubezpieczycieli. Strata techniczna wyniosła po trzech kwartałach 586 mln zł.

Do tej pory klienci, wybierając OC komunikacyjne, kierowali się tylko ceną, bo kupowali to dla kogoś innego, dla poszkodowanych w wypadkach, w których oni mogą będą sprawcami. Dziś dzięki bezpośredniej likwidacja szkód, wybierając ubezpieczyciela, klient wybiera zakład, który mu pomoże w sytuacji, kiedy sam będzie poszkodowany – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Suski wicedyrektor ds. likwidacji szkód Liberty Direct.

BLS to system umożliwiający naprawę auta lub uzyskanie odszkodowania u swojego ubezpieczyciela OC, a nie u ubezpieczyciela sprawcy szkody. Takie polisy oferuje dziś osiem firm ubezpieczeniowych. Jak wynika z badań ARC Rynek i Opinia zrealizowanych przy współpracy z Liberty Ubezpieczenia, cieszą się one coraz większą popularnością wśród klientów.

Ponad 50 proc. badanych stwierdziło, że wybierając ofertę ubezpieczenia, wzięłoby pod uwagę to, czy dany zakład oferuje BLS – mówi Tomasz Suski.

To dużo, tym bardziej że aż 70 proc. przyznało, że nie wie, czy ich zakład oferuje Bezpośrednią Likwidację Szkód.

Jednocześnie z badań wynika, że ponad 80 proc. klientów jest zadowolonych z BLS. Osoby, które skorzystały z takiej formy likwidacji szkody, dużo chętniej odnawiają polisy w stosunku do klientów, którzy nie korzystali z tych usług. Od kwietnia 2015 roku, kiedy w Liberty Ubezpieczenia pojawiła się taka możliwość, zakład zlikwidował w tej formie ponad 2,5 tys. szkód. Stanowią one kilkanaście procent wszystkich szkód zlikwidowanych w Liberty.

Ubezpieczyciele coraz częściej starają się skrócić czas likwidacji szkody, ponieważ tym coraz częściej kierują się klienci przy wyborze polisy. BLS ułatwia także osiągnięcie tego celu – deklaruje wicedyrektor ds. likwidacji szkód Liberty Direct.

Z BLS można skorzystać w przypadku szkód, w których doszło do kolizji nie więcej niż dwóch pojazdów, sprawca kolizji jest znany, żaden z uczestników zdarzenia nie doznał obrażeń ciała, a szacowana wartość szkody nie przekracza 30 tys. zł.

Przy prostych szkodach poszkodowani mogą np. zrobić zdjęcie własnym smartfonem i w ciągu kilku sekund przesłać je do likwidatora. Na tej podstawie w ciągu kilku dni likwidator jest w stanie wyliczyć i wypłacić należne odszkodowanie.

Zakłady ubezpieczeń coraz częściej starają się zmieniać swoją ofertę, żeby dostosować się do rynku i do coraz to nowych oczekiwań klientów. Poza wprowadzenie BLS starają się w miarę możliwości odformalizować procedury i zmieniać je na tyle, żeby jak najszybciej, jak najlepiej, z jak najlepszą jakością obsługiwać ubezpieczonych – podkreśla Suski.

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.02.2016 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

2 miliony i dużo więcej

Polski serwis rekrutacyjny GoldenLine przekroczył właśnie 2 miliony zarejestrowanych użytkowników. Co przyciąga osoby aktywne zawodowo do GoldenLine i dlaczego warto tam mieć swój profil?

infografika_uzytkownicyGLGoldenLine to największy serwis rekrutacyjno-społecznościowy posiadający rozwiązania dla osób  poszukujących pracy, myślących o jej zmianie, a także nie szukających pracy aktywnie, ale zainteresowanych otrzymywaniem propozycji zawodowych. Serwis daje także możliwość oceny pracodawców, dzięki czemu w serwisie można znaleźć ponad 30 000 merytorycznych opinii wystawionych pracodawcom. GoldenLine ma już 2 miliony zarejestrowanych użytkowników, jest także numerem jeden wśród serwisów tematycznych z kategorii „praca” według badań Megapanel PBI/Gemius i stale zyskuje na popularności. Kim są osoby tworzące w serwisie swoje profile zawodowe? Jakie funkcjonalności portal oferuje użytkownikom?

Kim są użytkownicy GoldenLine

Największą grupę stanowią osoby w wieku 25 – 34 lata (47 proc.), następnie w kolejności: 35 – 44 lat (30 proc.), 45 – 54 lat (8 proc.), 18 – 24 lat (10 proc.) i 55 lat i więcej (5 proc.). Użytkownicy serwisu GoldenLine.pl to w 52 proc. mężczyźni, a w 48 proc. kobiety. Dominują osoby z tytułem magistra (57 proc.), potem z licencjatem lub tytułem inżyniera (18 proc.) i średnim wykształceniem (8 proc.). Pięć głównych województw, gdzie mieszkają użytkownicy posiadający swoje profile w serwisie GoldenLine to mazowieckie (24 proc.), małopolskie (8 proc.), śląskie (8 proc.), dolnośląskie (7 proc.) i wielkopolskie (7 proc). Natomiast główne branże, w których pracują, to Finanse/Ekonomia, Sprzedaż, Administracja biurowa, Marketing/Reklama/Public Relations, IT/Oprogramowanie.

Coraz więcej możliwości dla użytkowników

Serwis GoldenLine oferuje swoim użytkownikom wiele użytecznych oraz unikalnych funkcjonalności, które ułatwią znalezienie pracy i nawiązywanie nowych kontaktów zawodowych:

  • profesjonalny profil – użytkownicy GoldenLine mogą stworzyć swoje wirtualne CV, gdzie w przejrzysty sposób mogą wyeksponować umiejętności, doświadczenie zawodowe oraz zebrane referencje od współpracowników i przełożonych;
  • oferty pracy – każdy użytkownik serwisu posiada dostęp do zakładki z aktualnymi ofertami pracy na stanowiska w całej Polsce. Daje to możliwość wyszukiwania ofert po branżach, lokalizacji, językach oraz konkretnych firmach. Dodatkowo posiadając uzupełniony profil, użytkownik może otrzymywać dopasowane do niego oferty pracy w Job Alercie, wysyłane bezpośrednio na adres mailowy;
  • otwarty na relokację – GoldenLine umożliwia kontakt z rekruterami z całego świata. Zaznaczając opcję „otwarty na relokację” informuje się rekruterów o gotowości zmiany miejsca zamieszkania. Ważne jest to, że nie ma konieczności uzupełniania profilu w języku angielskim. Stanowiska i umiejętności są automatycznie tłumaczone i widoczne dla zagranicznych rekruterów;
  • Katalog Pracodawców – jest to stale aktualizowana baza z największą ilością rzetelnych opinii o pracodawcach w Polsce. Dzięki nim osoby poszukujące pracy, łatwo mogą sprawdzić jaka atmosfera panuje w danej firmie i ocenić poziom satysfakcji jej pracowników;
  • opcja “szukam pracy” – użytkownik poszukujący pracy może zaznaczyć na swoim profilu opcję „szukam pracy”. Dzięki temu poinformuje rekruterów szukających kandydatów na GoldenLine, że szuka nowych możliwości zawodowych i chętnie rozważy propozycje pracy;
  • porównywarka zarobków – z jej pomocą można np. przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej i w łatwy sposób porównać wysokość swojego wynagrodzenia, z tym które aktualnie oferowane jest na rynku pracy.

Posiadanie zawodowego profilu w największym na polskim rynku serwisie rekrutacyjnym, wydaje się wręcz konieczne, aby być widocznym na rynku pracy.

Hybryda? To się opłaca

Jeżeli pokonujemy co roku dziesiątki tysięcy kilometrów i szukamy oszczędnego samochodu, wybór często pada na zakup auta z Dieslem lub instalacją LPG. Od lat na rynku jest alternatywa, która okazuje się bezkonkurencyjna podczas eksploatacji w mieście. Auto z napędem hybrydowym. Jako pierwsi dostrzegli i docenili ją taksówkarze. Powodów jest kilka.

toyotaPierwszy to niskie koszty utrzymania samochodu hybrydowego, zwłaszcza eksploatowanego w ruch miejskim. Drugim jest typowa dla konstrukcji hybrydowej niezawodność. Tankowanie jest tylko jednym z wielu składników, a na całkowity koszt eksploatacji składają się również ubezpieczenia, naprawy, przeglądy i utrata wartości przy sprzedaży auta.

Obecnie dodatkowym argumentem na korzyść hybrydy jest spadek cen benzyny na stacjach. Choć LPG jest tańszym paliwem niż benzyna, warto pamiętać np. o wyższych kosztach przeglądów na stacjach kontroli pojazdów. Modele hybrydowe, tak samo jak te z silnikami benzynowymi i wysokoprężnymi, przechodzą przeglądy trzy lata po pierwszej rejestracji nowego samochodu, następnie w piątym roku eksploatacji, potem co roku. Samochód z instalacją LPG od początku musi przechodzić coroczne przeglądy, w dodatku są one o ponad 60 proc. droższe (w sumie 161 zł).

Plusem na korzyść wersji hybrydowej jest też koszt części zamiennych. Hybrydy nie mają wielu podatnych na zużycie podzespołów, jak: skomplikowane układy wtryskowe, dwumasowe koła zamachowe, sprzęgła, alternatory, rozruszniki i paski klinowe. Akumulator trakcyjny nie wymaga wymiany przez cały okres użytkowania auta.

Jeżdżąc hybrydą zaoszczędzimy nawet kilka tys. zł na kosztach eksploatacji, bo ogranicza ona zużycie hamulców i opon. Początkową fazę hamowania realizuje układ odzyskiwania energii. Klocki hamulcowe posłużą na dystansie ok. 90 000 km, a tarcze i opony – znacznie dłużej, niż aucie z tradycyjnym napędem.

Najlepszym przykładem niezawodności napędów hybrydowych jest Toyota Prius. Auto cenione za oszczędność i bezawaryjność, od lat utrzymujące się na szczytach rankingów niezawodności TÜV, ADAC i Consumer Reports. Prius należy też do grupy aut najdłużej posiadanych przez pierwszych właścicieli. Ich przywiązanie do tego modelu bierze się z niskich kosztów eksploatacji, uniwersalności i bezproblemowej obsługi.

Do dziś na drogach można spotkać pierwsze egzemplarze z 1997 roku, które przez 18 lat eksploatacji nie wymagały większych napraw, ani wymiany baterii. Z raportów wynika, że Toyota Prius może przejechać nawet 1 mln km, nie sprawiając kłopotów swoim właścicielom.

 

Jeżdżenie hybrydą w Polsce to także darmowe lub tańsze parkowanie. Nie zapłacimy za nie w Gdańsku, Katowicach, Toruniu, Grudziądzu i Tychach. Z pewnością dołączą do nich kolejne miasta. Kraków gwarantuje przejazd buspasami, wjazd do strefy ograniczonego ruchu i o połowę niższe opłaty. W Szczecinie jest zryczałtowana opłata roczna: 10 zł, podczas gdy inni muszą płacić 1500 zł. W Zielonej Górze za cały rok postoju zapłacimy 20 zł, a w centrum Tarnowa na parkowaniu hybrydy zaoszczędzimy 1380 zł rocznie. W przypadku samochodów z instalacją LPG takich ulg oczywiście nie ma, są za to ograniczenia. Ze względów bezpieczeństwa nie wjedziemy np. do wielu podziemnych garaży.

Koszt zakupu auta z instalacją LPG jest wyższy o kilka tys. zł, a hybrydy – co najmniej kilkanaście. Wydane przy jej zakupie pieniądze odzyskamy przy odsprzedaży. Hybrydy osiągają bardzo wysokie wartości rezydualne, a to oznacza, że kilkuletni samochód z napędem spalinowo-elektrycznym sprzedamy w dobrej cenie. Według przewidywań firmy Info-Ekspert, wartość rezydualna nowego Priusa po 36 miesiącach i 60 tys. km przebiegu wyniesie do 55,5 proc. wartości początkowej. To znacznie powyżej średniej dla najpopularniejszych modeli segmentu D.

Kilkuletni samochód z LPG traci na wartości nieporównywalnie więcej. Głównie ze względu na obawy przed awariami i wyeksploatowaniem silnika, zwłaszcza przy wysokich przebiegach.

Ekonomiczne argumenty najbardziej przemawiają do tych, którzy muszą na jeżdżeniu autem zarabiać. Hybrydy coraz częściej kupują taksówkarze i wypożyczalnie samochodów, ale podobny trend widać również wśród nabywców indywidualnych. Rok 2015 przyniósł rekord w sprzedaży hybryd Toyoty, która jest niekwestionowanym liderem w tym segmencie. Polacy kupili łącznie 3 819 tych samochodów, czyli o 1 299 (51,5 proc.) więcej, niż w 2014 roku. W ubiegłym roku liczba hybryd sprzedanych przez japoński koncern na całym świecie przekroczyła 8 milionów, w tym ponad 3,5 mln Priusów.

Ostatnia kwestia to spalanie. Zasilany gazem silnik benzynowy potrzebuje ok. 20-35 proc. więcej paliwa. Benzynę też musimy do niego tankować, bo jest niezbędna przy zimnym rozruchu i zalecana dla dłuższej żywotności silnika. Toyota Prius 2016 jeździ na prądzie i – droższej, niż LPG – benzynie. Może konkurować z autami na gaz, dzięki rekordowo niskiemu zużyciu paliwa.

Gruntownie przebudowany napęd hybrydowy Priusa IV generacji o mocy 122 KM jest oszczędniejszy od poprzednika o ponad 20 proc. Pracujący w oszczędnym cyklu Atkinsona benzynowy silnik o pojemności 1,8 l uzyskał najlepszą na świecie, 40-procentową wydajność cieplną. Udało się także zredukować tarcie i straty energii mechanicznej. Spalanie, jakie jest w stanie osiągnąć, to zaledwie 3 l/100 km. To obecnie najoszczędniejsza i najnowocześniejsza hybryda na rynku. W dodatku, przyspiesza do setki 0,7 s szybciej, niż jej poprzednik.

Nowy Prius stał się także bardziej uniwersalny. Przestronniejsze wnętrze i większy bagażnik o pojemności 502 l dają nowe możliwości. Samochód zyskał też zdolność ciągnięcia przyczep o masie do 725 kg.

Jaki program pomieści to wszystko?

Na rynku mamy prawdziwe zatrzęsienie aplikacji internetowych skierowanych do osób rozpoczynających swoją przygodę z biznesem – czy to samodzielnie, czy to w ramach tworzenia większej organizacji, np. startupu. Wybierać należy je jednak raczej ostrożnie, szczególnie jeśli spodziewamy się, że nasza firma będzie się dynamicznie rozwijała.

W pierwszej fazie rozwijania firmy, niezwykle istotna jest kwestia skalowalności biznesu, a więc tego, jak dużego przyrostu klientów się spodziewamy i czy wzrost ich liczby o 100, 1000 lub kilka tysięcy procent, nie spowoduje trudności organizacyjnych oraz kosztów nie do udźwignięcia.

Wzrost liczby klientów – i co dalej?

Z punktu widzenia inwestora najlepszy będzie taki pomysł na biznes, który zapewnia dużą skalowalność. Na przykład w firmie, w której trener personalny udziela wskazówek pojedynczym klientom podczas indywidualnych spotkań, wzrost skali biznesu nie sprawi, że koszty jednostkowej obsługi klienta ulegną radykalnemu obniżeniu. Bez względu na to, czy klientów będzie 100, czy 100 tysięcy, firma będzie musiała zapłacić trenerowi za każde spotkanie.

Na przeciwnym krańcu skali możemy wyobrazić sobie sprzedaż produktów wirtualnych, np. e-booków lub gier komputerowych dostępnych on-line, gdzie gwałtowny wzrost sprzedaży może oznaczać zwiększenie przychodów prawie bez ponoszenia dodatkowych kosztów. Prawie, ponieważ zaksięgowanie np. 100 tys. wpłat w miesiącu zamiast wcześniejszych 100 może wymagać albo zatrudnienie dodatkowych osób do „papierkowej roboty” albo zmiany systemu informatycznego na taki, który pozwali uprościć lub zautomatyzować księgowanie oraz inne procesy firmowe.

Problem w tym, że niewielu początkujących przedsiębiorców zastanawia się nad tym, jak zorganizują firmę, gdy wielokrotnie zwiększą jej skalę. Gdyby pomyśleli o tym wcześniej, uniknęliby później wielu trudności.

Drobne aplikacje – duży problem

Wyraźnie widać to w kontekście wykorzystywanych aplikacji biznesowych. Przedstawiciele raczkujących firm, nawet jeśli realizują ambitne projekty o dużym potencjale wzrostu, często nie zastanawiają się nad tym, czy programy, z których korzystają, będzie można w przyszłości rozwinąć lub zintegrować ze sobą.

Program księgowy wykorzystywany przez firmy stosujące uproszczoną księgowość, może nie obsługiwać pełnej księgowości. Program do prowadzenia sklepu internetowego może być niemożliwy do zintegrowania z używanym programem do wystawiania faktur i drukowania paragonów fiskalnych.

Gdy patrzymy na te aplikacje oddzielnie, same w sobie mogą być dopracowane i wygodne, ale ich zalety zdadzą się na nic, jeśli nie da się ich połączyć ze sobą w jeden spójny system. Przeskakiwanie pomiędzy poszczególnymi aplikacjami, a tym bardziej przenoszenie danych między nimi, można zaakceptować w bardzo małej organizacji. Ale gdy startup coraz prężniej radzi sobie na rynku, wówczas brak współpracy pomiędzy używanymi programami może doprowadzić do niedowładu organizacyjnego.

Kosztowna integracja lub gotowa hybryda

W takiej sytuacji rozwiązania są dwa. Pierwszy, nie zawsze możliwy do zastosowania, to zlecenie przygotowania tzw. „wtyczek”, czyli informatycznego połączenia ze sobą niektórych programów w celu wymiany danych między nimi. Drugi – zamiana wielu drobnych programów na jeden system firmowy, przygotowywany albo na indywidualne zamówienie, albo dostępny na rynku jako system łączący ze sobą szeroki zakres funkcjonalności (wtedy trzeba będzie przenieść do niego wszystkie dane ze starych programów). Niestety, jedno i drugie rozwiązanie oznacza koszty, którym można by było zapobiec, decydując się na hybrydę już na samym początku prowadzenia biznesu.

W przypadku programów, które wiążą ze sobą rozmaite funkcje, największą wadą jest ich… niewielki wybór. Jednym z nielicznych na polskim rynku programów on-line (o ile nie jedynym), który w ramach jednego systemu on-line umożliwia obsługę wszystkich procesów zachodzących w większości firm, jest Systim.pl.

Program od dawna już oferuje takie funkcjonalności jak prowadzenie uproszczonej księgowości, wystawianie faktur i paragonów (także we współpracy z drukarką fiskalną), zarządzanie firmą (poprzez moduł CRM), obsługa umów kadrowo-płacowych, czy też automatyzowanie księgowania w podłączonym do programu sklepie internetowym. Niedawno pojawiły się także dwa nowe moduły. Pierwszy z nich pozwala na prowadzenie on-line pełnej księgowości, drugi – umożliwia założenie i prowadzenie samodzielnego sklepu internetowego bez konieczności zakupu innego rozwiązania niż Systim.pl.

– Nie znamy obecnie żadnego produktu on-line ani off-line na polskim rynku, który łączyłby ze sobą tak dużo możliwości potrzebnych firmom. Istnieją programy, które umożliwiają fakturowanie, wystawianie paragonów fiskalnych, obsługę płatności, prowadzenie księgowości w każdej formie, prowadzenie sklepu internetowego czy obsługę zamówień, ale żaden z nich nie umożliwia tego wszystkiego na raz – mówi Maciej Blajer, prezes firmy Enadis, będącej autorem tego rozwiązania.

Podstawową zaletą stosowania rozwiązań hybrydowych jest oszczędność czasu i energii pracowników. Jeśli wszystkie procesy odbywają się w ramach tego samego programu, a wiele działań korzysta z tych samych danych i można je zautomatyzować, praca idzie znacznie szybciej i może się odbywać przy zaangażowaniu mniejszej liczby osób. Poza tym szybciej można uzyskać wgląd do wybranych danych i przeanalizować je w szerszym zakresie. Problemem przestaje być także skala, bo bez względu na to, o jak dużej bazie zamówień mówimy, wszystkie je możemy przetworzyć – od początku do końca – w tym samym programie.

A co z małymi aplikacjami o ograniczonej funkcjonalności? One także się sprawdzą, ale przede wszystkim w najmniejszych firmach, w których pełnić będą funkcję wspierającą w sprzedaży produktów lub świadczeniu usług na bardzo niewielką skalę. Gdy więc firma nie ma dużego potencjału wzrostu, wystarczą jej drobne aplikacje. Jeśli jednak zamierza znacznie zwiększyć swoją skalę, od początku powinna poszukiwać dla siebie programów o jak największych możliwościach lub decydować się na rozwiązania projektowane na indywidualne zamówienie.

Skąd wziąć fundusze na założenie firmy?

Każda firma, bez względu na branżę oraz zasięg działania, potrzebuje kapitału na rozpoczęcie swojej działalności i dalszy rozwój. Dostęp do zewnętrznych źródeł finansowania jest główną barierą ograniczającą rozwój nowo powstających przedsiębiorstw. Skąd zatem młodzi przedsiębiorcy mogą pozyskać środki?

W 2015 r. powstało ponad 342 tys. nowych firm, co daje ok. 28 tys. działalności miesięcznie – w tym zarówno jednoosobowych działalności gospodarczych, jak i firm rejestrowanych w KRS. Niestety, tylko 6% firm założonych w ciągu ostatnich 10 lat przetrwało do dziś. Najgorszy dla przedsiębiorcy okazuje się być pierwszy rok. W tym czasie upada połowa nowych działalności gospodarczych. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest brak możliwości rozwoju firmy, spowodowany barierą finansową.

Pieniądze na start

 Skąd zatem młody przedsiębiorca może uzyskać fundusze na rozpoczęcie działalności? Oczywiście najbardziej komfortowa sytuacja jest wtedy, gdy mamy możliwość finansowania firmy z środków własnych. Zwykle jednak nie dysponujemy wystarczającą ilością pieniędzy, aby nie tylko rozpocząć działalność, ale i rozwijać się oraz utrzymać na rynku. Rozpoczęcie działalności i wyskalowanie jej z środków własnych, daje jednak duże możliwości na przyszłość i ułatwia pozyskanie inwestora lub finansowania z banku.

– Spółki kapitałowe mogą także szukać inwestora – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych – Jednak, aby go przekonać do zainwestowania w projekt, zazwyczaj trzeba najpierw coś zrobić z środków własnych. Trudno sprzedać samą ideę spisaną na prezentacji i w tabelach. Jednocześnie  przyjęcie inwestora wiąże się z oddaniem części firmy, a tym samym z ograniczeniem możliwości decydowania o kierunkach rozwoju firmy.

 Nietypowym, aczkolwiek coraz bardziej popularnym sposobem na zdobycie pieniędzy na start, jest crowdfunding, czyli zbieranie funduszy dzięki pomocy społeczności internetowej. Z takiego sposobu finansowania korzystają głównie innowacyjne, cieszące się dużą popularnością start-upy. Firma, w zamian za pozyskane środki obiecuje np. pierwszeństwo w zakupie lub dostępie do produktów firmy. Możemy także spróbować uzyskać pożyczkę z środków unijnych. Tak zwana inicjatywa Jeremie to mechanizm pozadotacyjnego wsparcia mikro, małych i średnich przedsiębiorstw ze środków publicznych ustanowiony przez Komisję Europejską. Środki z inicjatywy przeznaczone są dla przedsiębiorców, którzy nie mogą uzyskać finansowania w banku komercyjnym, ze względu na brak historii, czy też na brak odpowiedniego zabezpieczenia.

Nowo powstałe firmy świetnie więc pasują na beneficjentów pożyczek z tych funduszy – wyjaśnia Katarzyna Dmowska – Środki są dystrybułowane w różnych województwach na różnych zasadach. Muszą być one przeznaczone na rozwój przedsiębiorstwa, tworzenie nowych miejsc pracy, na cele inwestycyjne itp., czyli dokładnie na to, czego nowe przedsiębiorstwa potrzebują.

Dystrybucją i przyznawaniem środków z inicjatywy Jeremie zajmują się wyselekcjonowani przez Bank Gospodarstwa Krajowego pośrednicy i fundusze pożyczkowe.

Problematyczne są nie tylko pieniądze

Bariery wejścia dla małych firm, to nie tylko dostęp do kapitału, ale też trudności,

jakie stwarzają przepisy, np. wysoka składka ZUS czy skomplikowany system podatkowy. Należy także być na bieżąco ze wszelkimi przepisami dotyczącymi działalności gospodarczych, a także ważne jest, aby mieć rozeznanie w Funduszach Unijnych oraz kredytach

Dostęp do kapitału zewnętrznego dla start-upów jest bardzo trudny, jeśli nie ma zabezpieczeń – tłumaczy Paweł Mazur z ANG Biznes S.A. – Niekoniecznie musi to być hipoteka czy inne zabezpieczenie rzeczowe , ale coraz częściej pojawiają się cesje z kontraktów, poręczenia nie tylko osób fizycznych, ale też firm, poręczenia funduszy poręczeń kredytowych czy gwarancje jak np. bardzo popularna gwarancja de minimis.

Wciąż niedocenianym produktem na rynku jest natomiast faktoring. W przypadku tego produktu, zabezpieczeniem są faktury przedsiębiorcy, a o przyznaniu finansowania decyduje głównie to, z kim przedsiębiorca handluje.

Załóżmy, że mamy start-up, który zaczyna dostarczać produkty do dużej i znanej sieci, która płaci po 90 dniach. Ze względu na takiego odbiorcę, przedsiębiorca bez problemu otrzyma finansowanie takich transakcji, mimo że nie ma żadnej historii płatniczej – dodaje Paweł Mazur.

500+ pozwoli podarować dziecku samochód lub mieszkanie

Podarować dziecku na 18 urodziny ok. 100 tys złotych? To możliwe jeżeli zamiast wydać, zainwestuje się np. pieniądze z programu „Rodzina 500 plus”. Ile możemy zyskać, to już zależy od odkładanej kwoty i sposobu inwestowania.

500+– Możemy myśleć o bardziej konserwatywnym oszczędzaniu środków z programu „Rodzina 500 plus” lub też bardziej aktywnym. W pierwszym przypadku mówimy o koncie oszczędnościowym, w drugim wariancie o funduszach inwestycyjnych rynku pieniężnego. Osoby akceptujące bardziej ryzykowne rozwiązania mogą myśleć o funduszach mieszanych – mówi newsrm.tv Maciej Kudyba, ekspert BGŻOptima.

Już 100 zł odłożone co miesiąc na konto oszczędnościowe po 18 latach przyniesie ponad 26 tys. zł zysku. Inwestując całe 500 zł rodzice będą mogli podarować dziecku dobrej klasy samochód. Jak to możliwe? Pokazują to różne warianty oszczędzania: minimalistyczy, w którym odkładamy co miesiąc 100 zł, pośredni – 300 zł i wersję zakładająca przeznaczenie na przyszłość dziecka pełnych 500 zł. Zysk z każdej opcji został obliczony według trzech scenariuszy inwestycyjnych. W pierwszym założenie jest takie, że średnioroczna stopa zwrotu z inwestycji przez 18 lat wyniesie 2,5 proc., w drugim będzie to 4,2 proc., w trzecim 5,3 proc.

Pierwszy scenariusz jest mocno konserwatywny, odpowiedni dla osób o niskiej tolerancji na ryzyko inwestycyjne, zainteresowanych lokowaniem środków na koncie oszczędnościowym. Drugi również jest mocno zachowawczy, obrazuje strategię inwestowania np. w fundusze pieniężne. Trzeci uwzględnia nieco wyższym profil ryzyka i odnosi się do inwestycji w fundusze mieszane.

W pierwszym  scenariuszu z dużą dozą pewności możemy wyliczyć ile pieniędzy uzbiera się na koncie po 18 latach. W obliczeniach eksperci uwzględnili regularne miesięczne wpłaty w tej samej wysokości, z miesięczną kapitalizacją, pomniejszone o „podatek Belki”. Nie brali pod uwagę natomiast korekty na wpływ inflacji na ostateczny wynik, jak również podatku z tytułu przekroczenia drugiego progu podatkowego. W drugim i trzecim scenariuszu wyliczenie zysku przysparza już większych trudności, gdyż wartość jednostki uczestnictwa podlega stałym zmianom. Dla uproszczenia przyjęto średnioroczną stopę zwrotu inwestycji w fundusze rynku pieniężnego oraz mieszane z ostatnich 10 lat.

W najbardziej konserwatywnym scenariuszu, w którym po prostu regularnie wpłacamy część lub całość środków z pomocy rządowej na konto oszczędnościowe, po 18 latach, przy założeniu średniej stopy zwrotu z inwestycji na poziomie 2,5 proc. otrzymamy: ponad 26 tys. zł przy wpłacie 100 zł, ponad 84 tys. zł przy wpłacie 300 zł i ponad 130 tys. zł przy wpłacie całości kwoty, czyli 500 zł.

Inwestycja w prosty, stosunkowo mało ryzykowny fundusz inwestycyjny oparty na obligacjach, przy założeniu, że średnia roczna stopa zwrotu może wynieść 4,2 proc., może przynieść: prawie 30 tys. zł przy wpłacie 100 zł miesięcznie, niemal 90 tys. zł przy wpłacie 300 zł i prawie 150 tys. w przypadku przeznaczenia na inwestycje całej kwoty 500 zł.

Jak analizują eksperci BGŻOptima kwoty te będą oczywiście większe, jeśli zdecydujemy się na potencjalnie bardziej zyskowne, ale też wiązane z większym ryzykiem instrumenty. I tak lokując środki w funduszu mieszanym, przy założeniu średniej rocznej stopy zwrotu na poziomie 5,3 proc. zmieniamy wpłacane co miesiąc 100 zł w ponad 32 tys. , 300 zł w ponad 97tys. zł, a 500 zł w ponad 163 tys.

Symulacje należy traktować ilustracyjnie. Jak podkreśla ekspert o ile dokonanie szacunków ile zgromadzimy pieniędzy w przypadku odkładania na koncie oszczędnościowym jest stosunkowo proste, w obu pozostałych scenariuszach określenie zysku z inwestycji jest trudne. Wyceny jednostek uczestnictwa ulegają stałych zmianom. Dla uproszczenia analitycy przyjęli średnioroczną stopę zwrotu inwestycji w fundusze rynku pieniężnego oraz mieszane z ostatnich 10 lat.

Wzrost oraz odpowiedzialność

Skonsolidowany zysk netto w 2015 r. wyniósł 2,5 mld złotych, z wyłączeniem kosztów jednorazowych: dodatkowej składki do BFG w związku z upadłością Banku Spółdzielczego SK Wołomin oraz składki na Fundusz Wsparcia Kredytobiorców Hipotecznych. Zaraportowany zysk netto wyniósł 2,3 mld złotych. Osiągnięty wynik był zgodny z wcześniejszą zapowiedzią jednocyfrowego spadku zysku rok do roku. Bank osiągnął zwrot na kapitale ROE 9,7%, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu współczynnika wypłacalności Core Tier 1 wynoszącego 17,7%. Dwucyfrowy wzrost zarówno w kluczowych kredytach detalicznych (+11,9% r/r) jak i korporacyjnych (+11,3% r/r) umożliwił dalsze zwiększenie udziałów rynkowych. W 2015 r. wartość nowych kredytów detalicznych osiągnęła rekordowy poziom prawie 14 miliardów złotych.

Dynamika zysku netto w 2015 r. wyniosła, zgodnie z założeniem jednocyfrowego spadku zysku, -7,8% r/r, z wyłączeniem jednorazowych kosztów związanych z upadłością Banku Spółdzielczego SK Wołomin oraz składki na Fundusz Wsparcia Kredytobiorców Hipotecznych. Zwrot na kapitale ROE wyniósł 9,7%, jednocześnie Pekao utrzymał wysoki poziomu współczynnika wypłacalności Core Tier1  17,7%. Zysk operacyjny brutto wyniósł 3 839 mln zł i został wsparty solidnym wzrostem w 4 kwartale,  dzięki wysokiej akcji kredytowej oraz dalszej poprawie efektywności kosztowej, co pozwoliło częściowo zrekompensować obciążenia regulacyjne wpływające na dochodowość sektora.

Na dochody operacyjne w wysokości 7 059 mln zł, wsparte solidnym wzrostem kwartalnym o +3,5% kw/kw, miał wpływ spadek wyniku odsetkowego do wysokości 4 167 mln zł spowodowany dalszym cięciem stóp procentowych oraz niższy wynik prowizyjny w wysokości 2 006 mln zł -1,9% r/r, spowodowany redukcją stawki interchange, co tylko częściowo zostało skompensowane przez wzrost wolumenów.

Marża odsetkowa netto na poziomie 2,77% odzwierciedla efekt redukcji stóp procentowych. W 4 kwartale marża, podobnie jak w 3 kwartale, wyniosła 2,73%.

Kluczowe kredyty detaliczne wzrosły o +11,9% r/r do poziomu 46 906 mln zł, wsparte wzrostem kwartalnym o +3,1%. Cały portfel kredytów detalicznych wzrósł o +9,5% r/r do 53 945 mln zł, również wsparty solidną dynamiką ostatniego kwartału +2,9%.

Bank koncentrował się na kluczowych kredytach korporacyjnych, które wzrosły o +11,3% r/r do poziomu 44 296 mln zł.

Bank osiągnął w 2015 r. dwucyfrowy wzrost depozytów detalicznych o +14,2% r/r do poziomu 63 865 mln zł, również dzięki solidnemu wzrostowi kwartalnemu o +5,3%, zgodnie ze strategią równoważenia źródeł pozyskiwania depozytów, zmniejszając tym samym udział depozytów klientów korporacyjnych.

Bank kontynuował poprawę efektywności kosztowej, redukując koszty operacyjne o -2,0%, do 3 220 mln zł.

Jakość aktywów uległa dalszej poprawie. Koszty ryzyka zostały obniżone w 4 kwartale do 44 pkt, wskaźnik kredytów nieregularnych osiągnął poziom 6,3%, natomiast wskaźnik pokrycia rezerwami wzrósł do 73,3%.

„Jestem zadowolony z wyników osiągniętych w 2015 r. Wykonaliśmy kolejny krok w realizacji naszej strategii wzrostu. Rok 2016 postrzegam jako pełen wyzwań, ale stwarzający również szereg szans.”  – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.

Kaczyński pupilkiem dziennikarzy

Nagrodzony tytułem Człowieka Roku 2015 tygodnika „Wprost” – Jarosław Kaczyński – nie przestaje fascynować mediów. Na jego temat w ubiegłym roku opublikowano ponad 100 tys. materiałów – wynika z analizy „PRESS-SERVICE Monitoring Mediów”.

Przyczyn tak dużej popularności polityka jest wiele. Ogromny wpływ miały wybory parlamentarne, przejęcie władzy przez PiS czy też spekulacje odnośnie objęcia stanowiska premiera. Szum wokół Kaczyńskiego wzbudziły także liczne, kontrowersyjne zmiany zapowiedziane przez Prawo i Sprawiedliwość.

Wykres 1.  Zmiany w czasie ukazywania się publikacji na temat Jarosława Kaczyńskiego oraz ekwiwalent reklamowy w 2015 r.

Wykres 1.  Zmiany w czasie ukazywania się publikacji na temat Jarosława Kaczyńskiego oraz ekwiwalent reklamowy w 2015 r.

Na wykresie aktywności medialnej można zaobserwować, że największe zainteresowanie politykiem przypadło na październik – czas wyborów parlamentarnych. W tym miesiącu codziennie na temat Kaczyńskiego ukazywało się ponad 730 publikacji. Aktywność rosła dynamicznie już od sierpnia – wówczas rozpoczęła się kampania wyborcza. Drugi wyraźny pik dotyczył wyborów prezydenckich, które odbyły się w maju.

Ponad 1,7 mld złotych warte były informacje, które opublikowano w prasie, internecie i RTV w 2015 r. w nawiązaniu do analizowanego tematu.

Wykres 2. Liczba publikacji na temat Jarosława Kaczyńskiego w podziale na media w 2015 r.

Wykres 2. Liczba publikacji na temat Jarosława Kaczyńskiego w podziale na media w 2015 r.

Na medialność polityka przełożyły się głównie materiały internetowe. W jego przypadku ich udział sięgał aż 63 proc. wszystkich doniesień. Najwięcej publikowały Wpolityce.pl, Wiadomosci.onet.pl oraz TVN24.pl. Ogólnopolskie tytuły prasowe, portale i stacje RTV miały zdecydowanie większy udział w przekazie odnośnie Kaczyńskiego. Do mediów regionalnych należało tylko 25 proc. materiałów.

Informacje nawiązujące do Jarosława Kaczyńskiego osiągnęły dotarcie na poziomie blisko 149,8 mld potencjalnych kontaktów z odbiorcami. Prezes PiS bardzo często trafiał na pierwsze strony gazet. Na okładce pojawił się 1,3 tys. razy, natomiast na drugiej i trzeciej stronie łącznie 2,8 tys. razy.

wykres_3_-_czlowiek_roku

Wykres 3. Liczba publikacji na temat Jarosława Kaczyńskiego na pierwszych stronach gazet w podziale na zasięg mediów 2015 r.

Leasing uratuje polskie startupy?

W Dolinie Krzemowej mawia się, że startupy finansowane są przez tzw. 3F: „friends, family and fools”. Mimo że do Doliny Krzemowej nam jeszcze daleko, finansowanie nowego biznesu wygląda u nas podobnie. Według raportu „Polskie Startupy 2015” od rodziny i znajomych pochodzi prawie 60% budżetu takich firm. Trudno się jednak dziwić. Z uwagi na wysokie ryzyko przedsięwzięcia, pomysłowy przedsiębiorca raczej nie ma co liczyć na wsparcie instytucji finansowych. Tę niszę postanowiły zagospodarować firmy leasingowe.  

 Na polskim rynku działają obecnie 2 432 startupy – wynika z raportu „Polskie Startupy 2015”, stworzonego przez Fundację Startup Poland. Niemal 60% tych przedsiębiorstw zostało sfinansowanych ze środków własnych założyciela. Co trzecie skorzystało z dotacji Unii Europejskiej czy funduszu zalążkowego. Jeszcze rzadziej źródłem finansowania były fundusze venture capital, tzw. aniołowie biznesu, pożyczki bankowe czy crowdfunding.

Niski udział banków i inwestorów w finansowaniu działalności startupów łatwo wytłumaczyć wysokim ryzykiem, jakie towarzyszy przedsięwzięciom, które opierają się na innowacyjnym pomyśle lub nowej technologii. Z kolei chcący skorzystać z grantów, dotacji unijnych lub rządowych muszą przygotować się na szereg wyśrubowanych warunków. Nie każdy startup jest w stanie je spełnić.

Swoje miejsce w tej niszy coraz mocniej zaznaczają polskie firmy leasingowe. Od banków odróżnia je model biznesowy, który znacznie ogranicza ryzyko spoczywające na instytucji finansującej. W przypadku niepowodzenia nowego przedsięwzięcia finansowany sprzęt czy maszyny pozostaną własnością firmy leasingowej, amortyzując przynajmniej częściowo poniesioną stratę.

Dzięki rozłożonemu ryzyku transakcji firma leasingowa jest w stanie zaoferować nowemu podmiotowi naprawdę dobre warunki finansowania – mówi Monika Ostaszewska, menadżer produktu w Raiffeisen-Leasing Polska S.A. – Przedsiębiorca z dobrym pomysłem na biznes, ale bez historii kredytowej czy doświadczenia na rynku, może w ramach oferty „Leasing na dobry początek” sfinansować nowy lub używany samochód osobowy do wartości 120 tys. zł. Jeżeli firma zatrudnia mniej niż 10 osób, spełnia też warunek do zakupu nowej maszyny lub urządzenia o wartości do 100 tys. zł. Takich warunków startup nie uzyska w żadnym banku – zauważa ekspert. Oferta Raiffeisen Leasing dostępna jest dla przedsiębiorstw od pierwszego dnia działalności.

Co istotne, dzięki leasingowi młodzi przedsiębiorcy zyskują nie tylko niezbędne do prowadzenia biznesu środki trwałe, ale też korzyści podatkowe. – Dla startupów leasing jest znacznym ułatwieniem w rozliczeniach związanych z prowadzeniem firmy – mówi Monika Ostaszewska. – Raty leasingu można wliczyć w koszty i odliczyć od podatku dochodowego, co wpływa pozytywnie na płynność finansową nowego podmiotu – dodaje.

Finansując nowe przedsięwzięcia firmy leasingowe mogą istotnie przyczynić się do wzrostu innowacyjności i konkurencyjności polskiej gospodarki. Według raportu „Polskie Startupy 2015” niemal co trzeci taki biznes osiąga wzrost przychodów rzędu ponad 50% rocznie, a co piąty – ponad 100%. Obiecujące prognozy i ułatwienia w finansowaniu sprawią, że startupów będzie coraz więcej i szybciej będą się rozwijać.

Dlaczego wpadamy w finansowe tarapaty?

Nie mamy oszczędności, zaciągamy więc pożyczki lub płacimy kartą kredytową – myślimy, że to nic takiego, przecież „wszyscy tak robią”. W pułapkę finansową można wpaść jednak znacznie szybciej, niż się wydaje. Najczęstszą przyczyną trudności finansowych jest brak należytej kontroli swoich wydatków. Eksperci Casus Finanse, spółki należącej do Grupy Lindorff, przekonują, że istnieje kilka prostych zasad, które mogą ustrzec przed finansowymi tarapatami.

„Nie mam – ale wydam”

Rezygnacja z przyjemności to nic miłego. Ciężko jest powiedzieć „nie”, kiedy pojawia się kusząca propozycja wyjazdu na narty, nawet jeśli nie dysponujemy wolnym budżetem na tego typu rozrywki. Najrozsądniej byłoby wówczas chwilowo zrezygnować z wyjazdu i zrealizować go dopiero, gdy będziemy mieli odpowiednie środki na koncie. Oczywiście, istnieją także inne opcje – możemy wziąć pożyczkę lub skorzystać z karty kredytowej. Jeśli po przeanalizowaniu naszych miesięcznych zobowiązań zostaje nam wolna gotówka (przy czym 30% z niej powinnyśmy odłożyć na niespodziewane wydatki) – możemy zdecydować się na takie rozwiązanie z czystym sumieniem. Ważne jednak, by takie niespodziewane wydatki nie zdarzały się zbyt często. Jeśli nasz budżet zamyka się „na styk”, to przy wzięciu nawet niewielkiego kredytu może dojść do zachwiania płynnością finansową. Ponadto, jeśli wypadnie nam jakiś niespodziewany wydatek – na który będziemy musieli wziąć kolejny kredyt – od spirali zadłużenia będzie dzielił nas już tylko jeden krok.

Kuszący kredyt

Decyzja o każdym, nawet najmniejszym kredycie gotówkowym, powinna być gruntowanie przemyślana.  Po pierwsze, warto przeanalizować naszą bieżącą sytuację finansową. Jeśli obecne wydatki pochłaniają prawie całkowicie nasze dochody lub, co gorsza, je przewyższają, powinniśmy zapomnieć o kolejnym zobowiązaniu. Należy także wziąć pod uwagę, że nasza sytuacja finansowa może ulec zmianie – szczególnie w perspektywie kilku lub kilkunastu lat. Nasze dochody mogą wzrosnąć, ale mogą się też obniżyć. Musimy także liczyć się ze zmianą poziomu stóp procentowych czy kursów walut.

Przed zaciągnięciem zobowiązania warto odpowiedzieć sobie na pytanie, na co planujemy wziąć kredyt – czy jest to niezbędna potrzeba, jak np. remont mieszkania lub naprawa auta,  czy też typowa zachcianka, bez której możemy się obejść. Oczywiście nie musimy rezygnować z naszych pragnień, jednak jeśli chcemy je realizować za „nie swoje” pieniądze, warto przemyśleć tę decyzję. Przed podpisaniem umowy kredytowej z bankiem przeczytajmy ją uważnie i przeanalizujmy wszystkie jej warunki. Szczególną uwagę powinniśmy zwrócić na wszystkie „gwiazdki” i zapisy małym drukiem. Jeśli przy czytaniu umowy pojawią się jakieś wątpliwości, należy poprosić doradcę o ich wyjaśnienie. Podpisanie umowy bez jej uprzedniego przeczytania i zrozumienia może przynieść bardzo niekorzystne konsekwencje. Przy zaciąganiu kredytu warto też sprawdzić, czy w przypadku wystąpienia problemów w spłacie bank zaproponuje jakieś opcje pomocnicze, np. wakacje kredytowe lub kredyt konsolidacyjny.

Brak oszczędności

W tarapaty finansowe łatwo wpaść także wtedy, kiedy nie dysponujemy żadnymi oszczędnościami. Wielu Polaków deklaruje, że z powodu napiętego domowego budżetu zmuszeni są do życia „od pierwszego do pierwszego”. Z pensji co miesiąc opłacają bieżące wydatki, nie mając możliwości na odłożenie jakiejkolwiek sumy na konto oszczędnościowe. Dotyczy to jednak także rodzin, których dochód jest stosunkowo wysoki, a mimo to jest stale przekraczany przez miesięczne wydatki. Powodem takiej sytuacji jest nieumiejętne zarządzanie budżetem domowym. W takiej sytuacji warto mu się dokładnie przyjrzeć. Może okazać się, że rezygnując np. z jakiejś przyjemności, na którą co miesiąc wydajemy określona sumę, będziemy w stanie systematycznie odkładać pieniądze. Jeśli nie mamy czasu na analizowanie wydatków i szukanie substytutów, możemy w banku zgłosić zlecenie comiesięcznego przelewu. Po wpływie naszego wynagrodzenia bank będzie automatycznie przekazywał ustaloną kwotę na konto oszczędnościowe.

Pamiętajmy – zawsze warto podjąć trud oszczędzania, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo finansowe na wypadek niekorzystnych zdarzeń losowych.

PIT roczny przez Internet

Mimo wątpliwości wielu podatników składanie deklaracji PIT przez internet zyskuje na popularności – z roku na rok coraz więcej osób rozlicza się z Urzędem Skarbowym online. Jakie są plusy takiego sposobu rozliczania podatków? Na co należy zwrócić szczególną uwagę? Przeczytaj i dowiedz się!

Czy można złożyć PIT przez internet bez kwalifikowanego podpisu elektronicznego?

Przesłanie deklaracji PIT przez Internet jest wbrew obawom wielu podatników całkowicie bezpieczne i nie wymaga dodatkowych opłat. Nie ma też konieczności wyrabiania bezpiecznego podpisu elektronicznego – bez niego osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą mogą wysłać między innymi:

  • PIT-28 – zeznanie o wysokości uzyskanego przychodu, wysokości dokonanych odliczeń i należnego ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych,
  • PIT-36 – zeznanie o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) w roku podatkowym (podatek progresywny),
  • PIT-36L – zeznanie o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) w roku podatkowym dla podatników prowadzących pozarolniczą działalność gospodarczą (podatek liniowy),
  • PIT-37 – zeznanie o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) w roku podatkowym,
  • PIT-38 – zeznanie o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) w roku podatkowym
  • PIT-39 – zeznanie o wysokości osiągniętego dochodu (poniesionej straty) – dotyczy przychodów z odpłatnego zbycia nieruchomości i praw majątkowych, nabytych lub wybudowanych po dniu 31 grudnia 2008 r.,
  • PIT-4R – deklaracja roczna o pobranych zaliczkach na podatek dochodowy,
  • PIT-8AR – deklaracja roczna o zryczałtowanym podatku dochodowym,
  • PIT-8C – informacja o przychodach z innych źródeł oraz o niektórych dochodach z kapitałów pieniężnych,
  • PIT-11 – informacja o dochodach oraz o pobranych zaliczkach na podatek dochodowy.

Co należy zamieścić w deklaracji PIT składanej przez Internet?

Dane, o których podatnik, składający PIT przez internet, musi pamiętać, to między innymi:

  • imię i nazwisko,
  • datę urodzenia,
  • identyfikator podatkowy (NIP lub PESEL),
  • kwota przychodu w zeznaniu rocznym za rok podatkowy o dwa lata wcześniejszy niż rok przesyłania deklaracji.

Deklaracja PIT online a eDeklaracje

Żeby ułatwić podatnikom składanie deklaracji podatkowych przez internet, Ministerstwo Finansów umieściło na swojej stronie internetowej interaktywne formularze deklaracji podatkowych. Dzięki nim deklaracje można sporządzić szybko i precyzyjnie – wystarczy, że podatnik:

  • wejdzie na stronę systemu – eDeklaracje,
  • zainstaluje wtyczkę w zakładce Do pobrania,
  • pobierze odpowiedni formularz z zakładki Formularze i wypełnić zgodnie ze wskazówkami,
  • złożyć podpis pod formularzem i wpisać kwotę przychodu,
  • wysłać dokument,
  • pobrać Urzędowe Poświadczenie Odbioru (UPO) i przechowywać go wraz z dokumentacją księgową.

Bezrobocie w Szwajcarii rośnie

Wzrost bezrobocia w Szwajcarii zbliża się do najwyższego poziomu od ponad 6 lat. Słabe wyniki giełd i ponad 5-procentowe spadki w Japonii. Produkcja przemysłowa w Niemczech dalej spada. Trwają negocjacje w sprawie europejskich programów spójności.

Rano poznaliśmy wyniki bezrobocia w Szwajcarii. Z jednej strony wynik po oczyszczeniu sezonowym jest równy oczekiwaniom, a przede wszystkim niski. Wynosi zaledwie 3,4%. Z drugiej strony bez oczyszczenia sezonowego jest to 3,8%, czyli najwyższy poziom od ponad 5 lat. Wzrost bezrobocia jest spowodowany spadkiem konkurencyjności szwajcarskiej gospodarki w związku z umocnieniem się franka wobec innych walut. Jest to w sumie dobra wiadomość dla kredytobiorców frankowych. Skoro mocny frank pogarsza wyniki gospodarcze to Szwajcarzy z pewnością nie będą dążyć do umacniania waluty, a wręcz mogą kontynuować jej osłabianie. Takiego ruchu jak obniżka stóp prawdopodobnie nie ponowią, ale do momentu kiedy sytuacja się ustabilizuje powinni utrzymywać rekordowe ujemne stopy procentowe.

Słabe dane dochodzą do nas z głównych giełd. Dzisiejsze zamknięcie japońskiej giełdy na poziomie -5,4% jest tutaj silną puentą. Był to największy spadek od ponad dwóch lat, a indeks traci już od początku roku ponad 15%. Co ciekawe jen silnie się umacnia. Japonia jest kolejnym krajem, który dąży do osłabienia własnej waluty by wesprzeć eksport. Takie działania są jednak często sztuczne i pojawiają się problemy, gdy dochodzi do urealnienia kursu waluty. Obniżenie stóp procentowych powoduje również spadek rentowności obligacji, które są obecnie na rynku wtórnym oprocentowane na -0,007%. W Chinach giełda ruszy dopiero w przyszłym tygodniu, ale jest duża szansa, że podobne spadki zobaczymy tam wtedy.

Od rana poznaliśmy również dane z Niemiec. Produkcja przemysłowa w ujęciu miesięcznym wyraźnie traci. Spadek o 1,2% przy oczekiwaniach wzrostu o 0,4% jest dużym zaskoczeniem. W skali roku spadki wynoszą już 2,2%. To wszystko pokazuje, że główna lokomotywa europejskiej gospodarki wciąż ma problemy. W efekcie tych danych euro traci zarówno do innych walut, jak i do złotego.

Trwają negocjacje w sprawie środków z unijnych programów spójności. Mamy już na koncie pierwszy sukces. Udało się z dokumentu usunąć preferencje dla regionów południa kontynentu w krajach najmocniej dotkniętych przez kryzys finansowy. Oznaczałoby to, że kosztem polskiej ściany wschodniej, czy innych ubogich regionów państw naszego regionu zwiększone wsparcie otrzymałaby Hiszpania czy Włochy. Nie jest to oczywiście ostateczna decyzja, ale taki kierunek jest z pewnością korzystniejszy dla Polski.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych nie ma już ważnych odczytów.

EUR/PLN

Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016

Kurs EUR/PLN powraca do wzrostów. Dla ruchu w górę nowym oporem nie jest już poziom 4,3650, gdzie znajdowało się zarówno maksimum poprzedniego ruchu. Nowym oporem jest obecnie poziom 4,5100 zł, gdzie kurs dotarł po obniżce ratingu. W przypadku spadków wsparcie stanowić będą ostatnie minima lokalne na 4,3850.

CHF/PLN

Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016

Kurs CHF/PLN również wybił się z trendu bocznego w górę. Najbliższym oporem są okolice 4,1150, gdzie znajdują się obecne maksima. W przypadku osłabienia kursu wsparciem po przebiciu linii łącząca minima lokalne jest ważne minimum lokalne na poziomie 3,9400.

USD/PLN

Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016

Kursowi USD/PLN równie udało się wybić z trendu bocznego. Nowym oporem są maksima na 4,1350. Dla ewentualnego ruchu w dół najbliższym wsparciem jest ważne trzymiesięczne minimum lokalne na 3,8600.

GBP/PLN

Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 09.11.2015 do 09.02.2016

Kurs GBP/PLN od połowy października porusza się w silnym trendzie wzrostowym po czym zawrócił i przeszedł w trend spadkowy. Najbliższym oporem dla ruchu w górę są ostanie maksima na poziomie 5,9100. W przypadku kontynuacji spadków ważnym wsparciem jest minimum obecnego ruchu, czyli poziom 5,7200.

E.Chojna-Duch: Koszt obciążeń nakładanych na banki nie może być wyższy niż ich zyski

5,5 mld zł z tytułu podatku bankowego i nawet 30 mld zł, jeżeli zaproponowany przez prezydenta Andrzeja Dudę projekt przewalutowania kredytów frankowych wszedłby w życie – na tyle szacowane są obciążenia, jakie będą musiałyby ponieść banki w 2016 roku. Tymczasem w ubiegłym roku sektor bankowy zarobił (licząc do listopada) niecałe 11 mld zł. 

– Wprowadzenie na raz wielu obciążeń na system instytucji finansowych, w tym banków, nie byłoby korzystne. Dobrą jest to, że na razie Komisja Nadzoru Finansowego analizuje skutki finansowe. Ta analiza nieco potrwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor prof. Elżbieta Chojna-Duch, była członkini RPP. – Zobaczymy, jak banki odbiorą obciążenie z tytułu podatku od instytucji finansowych i jaki to będzie miało skutek dla akcji lokowania, dla akcji kredytowej. Jak same instytucje finansowe odbiorą to dodatkowe obciążenie.

Podatek bankowy, który wszedł w życie od początku lutego, ma według szacunków Ministerstwa Finansów przynieść 5,5 mld zł. To mniej więcej połowa zysku netto, jaki banki wypracowały między styczniem a listopadem ubiegłego roku. Zarazem wynik sektora był w tym czasie o niemal 30 proc. niższy niż rok wcześniej. Koszt przewalutowania kredytów frankowych po kursie sprawiedliwym – według propozycji prezydenta – szacowany jest przez ekonomistów na nawet 30 mld zł. Jak jednak podkreśla Chojna-Duch, warto poczekać na wyliczenia Komisji Nadzoru Finansowego.

– W kwestii kosztów przewalutowania Kancelaria Prezydenta przyjęła słusznie indywidualne podejście do każdego kredytu. W tej chwili koszty szacuje Komisja Nadzoru Finansowego. Pamiętajmy, że nie można wydobyć z banków więcej niż one osiągają ze swojego zysku. Jeżeli koszty będą zbyt duże, to sytuacja kilku banków będzie bardzo trudna, a do tego na pewno żadna władza nie będzie chciała dopuścić – przekonuje.

Zwolennicy rozwiązania prezydenckiego przypominają, że sektor bankowy osiągał miliardowe zyski także w minionych latach, a rzeczone 30 mld zł to równowartość kwoty, którą banki zarobiły w ciągu 2013 i 2014 roku. Ponadto jest mało prawdopodobne, by na przewalutowanie zdecydowali się wszyscy posiadacze kredytów frankowych. Z drugiej strony niskie stopy procentowe wpływają na spadek zysków instytucji finansowych, a po pierwszych wynikach banków widać, że ostatnie tygodnie były dla nich okresem dodatkowych obciążeń, takich jak składka z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego na wypłatę depozytów upadłego SK Banku w Wołominie czy Fundusz Wsparcia Kredytobiorców.

Dlatego zdaniem ekonomistki ze względu na wielość czynników niezbędna jest znajomość analizy dokonywanej przez KNF, by oszacować, ile banki są w stanie udźwignąć bez zagrożenia dla akcji kredytowej.

– W tej chwili ryzyko jest dopiero badane i analizowane przez Komisję Nadzoru Finansowego. Tu nie chodzi tylko o obciążenie finansowe, lecz także o możliwości kapitałowe banków. Jeżeli będą one ograniczane, to oczywiście ograniczy to akcję kredytową – podkreśla była członkini Rady Polityki Pieniężnej.

Polscy inwestorzy coraz więcej szans do zarobku widzą na amerykańskim rynku akcji

CEO Magazyn Polska

Wysoka płynność, niższe marże i koszty komunikacji, a także szeroka paleta dostępnych sposobów inwestowania sprawiają, że popyt polskich inwestorów na spółki i produkty z rynków zagranicznych, głównie amerykańskich, jest coraz większy – informuje Dawid Błaszczyk, kierownik ds. rozwoju rynków zagranicznych w DM BOŚ.

– Zaobserwowaliśmy, że zwłaszcza przez ostatnie pół roku jest duży napływ klientów na rynki zagraniczne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Dawid Błaszczyk, kierownik ds. rozwoju rynków zagranicznych w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska. – Niestety, wiąże się to ze słabą koniunkturą na polskim rynku. Spadające obroty i notowania powodują, że klienci szukają alternatyw dla polskiej giełdy. Dlatego m.in. bardzo dużą popularnością cieszą się rynki amerykańskie, które de facto stanowią 90 proc. pola zainteresowania naszych klientów.

W ciągu ostatniego roku WIG20 stracił ponad 23 proc., a WIG przeszło 14 proc. Tymczasem amerykańskie giełdy potraciły po 8–9 proc., i to wliczając w to spadki z ostatnich tygodni spowodowane niepewnością wokół przyszłych decyzji Fed. W ubiegłym roku, gdy w maju na GPW indeksy zaczęły nurkować, za oceanem notowano wzrosty i to pomimo pęknięcia bańki spekulacyjnej w Chinach, co odbiło się spadkami na całym świecie.

– Na pewno przewagą amerykańskiego rynku jest większa dostępność instrumentów i o wiele większa paleta sektorów gospodarki reprezentowanych na tych giełdach – tłumaczy Błaszczyk. – Panuje tam także większa płynność, a to daje możliwość inwestowania większych kwot niż na polskim rynku. Ponadto koszty transakcyjne dzięki temu mogą być mniejsze niż na polskim rynku.

Jak podkreśla Błaszczyk, dodatkowym atutem z punktu widzenia polskiego inwestora jest też relatywnie słaby złoty i mocny dolar. Tylko przez ostatni rok dolar zyskał do złotego niemal 8 proc. Ekspert zaznacza przy tym, że jest to także czynnik ryzyka.

– Inwestuje się wtedy w walucie obcej, a inwestycje na rynkach zagranicznych są narażone na ruchy złotego. Jeżeli złoty się umacnia, a my inwestujemy na rynku zagranicznym, to może to mieć teoretycznie negatywny wpływ – przestrzega analityk. – Trzeba trochę poznać ten rynek oraz spółki, które są na nim notowane. Chociaż paradoksem jest to, że największe spółki, które są notowane na giełdzie, polski inwestor bardzo dobrze zna.

Jak dodaje, zagraniczne rynki oferują także szeroką paletę ETF-ów, czyli notowanych na giełdach funduszy, które śledzą poszczególne indeksy czy inne grupy aktywów. Oznacza to niższe opłaty, a także możliwość zarobienia na spadkach.

– Obecnie polscy klienci poprzez polskie domy maklerskie mają ułatwiony dostęp do rynków zagranicznych, zwłaszcza do rynku amerykańskiego. Jeszcze kilka lat temu te rynki były tylko dla tych klientów, którzy mieli duże portfele, rzędu kilku milionów złotych. Wtedy zlecenia odbywały się przez telefon, obecnie domy maklerskie w Polsce mają już infrastrukturę, która pozwala klientom składać zlecenia na rynki zagraniczne poprzez internet przy relatywnie niewielkich kosztach. Prowizje standardowe na rynkach zagranicznych często są niższe niż na rynku polskim – mówi kierownik ds. rozwoju rynków zagranicznych w Domu Maklerskim Banku Ochrony Środowiska.

Bank Millennium będzie inwestował w rozwój technologiczny. Chce też współpracować z klientami w zakresie kredytów we frankach

CEO Magazyn Polska

Bank Millennium zamierza inwestować w rozwój technologiczny – informuje prezes zarządu Joao Bras Jorge. Choć jest jednym z najbardziej „ufrankowionych” banków w Polsce, to chce wzmocnić współpracę z klientami w rozwiązaniu ich problemów.

– Współpracujemy ze wszystkimi klientami, którzy spłacają kredyty we frankach szwajcarskich. Zachowujemy zalecenia sześciopaku, które okazały się korzystne w 2015 roku. Będą również w 2016 roku, ale stosujemy także indywidualne podejście, które sami wypracowaliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Joao Bras Jorge, prezes Banku Millennium. – Wciąż akceptujemy zmianę zabezpieczeń, prowadzimy specjalne negocjacje. W przypadku niektórych klientów bierzemy na siebie spłatę odsetek.

Tzw. sześciopak to zestaw sześciu zasad, dobrowolnie przyjętych przez 11 banków, w tym Millennium. Zakłada on uwzględnienie ujemnej stawki LIBOR, zmniejszenie spreadu walutowego, wydłużenie na wniosek klienta okresu spłaty kredytu, co skutkuje zmniejszeniem wysokości raty, rezygnacją z dodatkowych zabezpieczeń, o ile raty spłacane są terminowo. Ponadto możliwość przewalutowania na życzenie kredytów po średnim kursie NBP i elastyczną restrukturyzację kredytów wziętych na lokale, w których kredytobiorca mieszka.

– Ponownie rozważamy specjalne warunki dla przewalutowania kredytów. Już w ubiegłym roku oferowaliśmy je klientom. Niestety, frank szwajcarski jest nieco mocniejszy, więc w tym roku przewalutowanie nie będzie już tak korzystne dla klientów, ale może przynieść inne pozytywy, na przykład w postaci redukcji spreadu.

W połowie stycznia ubiegłego roku kredyty frankowe gwałtownie podrożały po tym, jak Narodowy Bank Szwajcarii uwolnił kurs franka, powiązany wcześniej z euro z poziomie 1,20. Wartość szwajcarskiej waluty skoczyła wówczas do ponad 5 zł, by następnie ustabilizować się na poziomie ok. 4 zł, o jedną siódmą wyższym niż przed decyzją SNB.

Bank Millennium obsługuje w Polsce niemal 1,9 mln klientów, co daje mu 9. miejsce w kraju. Pod względem udzielonych kredytów we frankach znajduje się jednak w pierwszej trójce obok Getin Noble Banku i mBanku. Jak podkreśla Jorge, bank stara się wychodzić naprzeciw oczekiwaniom klientów, którzy w Polsce są wyjątkowo zaawansowani technologicznie.

– Choć nie uważamy się za bank technologiczny, to z dużym zaangażowaniem realizujemy naszą strategię w tym zakresie. Chcemy być postrzegani jako silny bank w kwestii technologii. Nie uważamy się wyłącznie za bank technologiczny, ponieważ wierzymy, że klienci którzy przychodzą do oddziałów, którzy korzystają z internetu albo aplikacji mobilnych, to ci sami klienci.

Niedawno Millennium wprowadziło kredyt na innowacje technologiczne skierowany do małych, średnich i mikrofirm. Przedsiębiorstwa miały szansę na nawet 6 mln zł kredytu.

– Klienci się zmieniają. A ponieważ się zmieniają i przychodzą do oddziałów raczej po poradę w bardziej skomplikowanych sprawach, a regularnych transakcji dokonują przez urządzenia mobilne i internet, to my też musimy się zmieniać. Wiele inwestujemy więc w postęp technologiczny w bankowości, w nowe oferty i aplikacje mobilne. Zwiększyliśmy także znacznie możliwość dokonywania wszystkich transakcji w przestrzeni cyfrowej.

Ministerstwo Zdrowia rozważa wprowadzenie zakazu sprzedaży "pigułki po" bez recepty

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa Polaków popiera dostęp do antykoncepcji awaryjnej, czyli „pigułki po”, dla osób pełnoletnich – wynika z badania TNS Polska. Możliwość kupienia takiej pigułki bez recepty od zeszłego roku mają kobiety, które ukończyły 15 lat. Resort zdrowia rozważa jednak możliwość wycofania preparatu ze sprzedaży lub zakaz jego sprzedaży bez recepty. Ograniczona dostępność może skłonić kobiety do sięgania po leki z nielegalnych źródeł lub zwiększyć liczbę nielegalnych aborcji – alarmują ginekolodzy.

 Wydłużenie drogi między potrzebą a możliwością kupienia tego preparatu sprawi, że spadnie jego efektywność. Dostęp do lekarzy nie zawsze jest tak łatwy jak dostęp do aptek. W wielu przypadkach dodatkową barierą będzie kwestia finansowa, ponieważ trzeba będzie zapłacić także za wizytę u lekarza – mówi agencji Newseria dr Grzegorz Południewski, ginekolog położnik.

Trudniejszy dostęp do tej metody antykoncepcji awaryjnej może spowodować, że kobiety będą szukały rozwiązania w inny, także nielegalny sposób. W internecie można znaleźć liczne ogłoszenia na forach i stronach z ofertą środków wczesnoporonnych, które mogą być realnym zagrożeniem dla zdrowia i życia kobiet.

– Jest dużo forów internetowych, na których kobiety odsprzedają sobie te środki, czasami są to środki sprowadzane z zagranicy, czasami własne opakowania tabletek. Nie wiemy, jaka to jest skala, bo nikt tego nie bada, natomiast jest tego bardzo dużo. Problem jest taki, że jeżeli stosuje się regularnie antykoncepcję hormonalną bez badań, to można sobie zaszkodzić. Można narazić swoje zdrowie na szwank – mówi Anna Grzywacz, koordynatorka programowa w Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Dodaje, że istnieje też duże prawdopodobieństwo, że zwiększy się zainteresowanie nielegalnymi zabiegami aborcji.

– Jeżeli zakażemy stosowania antykoncepcji awaryjnej albo wprowadzimy ją na receptę, to oczywiście podziemie sprzedażowe wzrośnie. Każdego roku przynajmniej kilkadziesiąt tysięcy kobiet przerywa ciążę nielegalnie. Część robi to w gabinetach lekarskich, a część robi za pomocą tabletek kupionych w internecie – wyjaśnia Grzywacz.

Od zeszłego roku kobiety, które ukończyły 15 lat, mogą kupić ellaOne w aptece bez recepty. Tabletka po nie jest główną metodą zapobiegania ciąży, a jedynie metodą wspomagającą w sytuacjach, kiedy inne zabezpieczenia zawiodły. Preparat powinien być więc przyjmowany okazjonalnie. Badania dowodzą, że nawet wielokrotne jej zażycie w tym samym cyklu miesiączkowym jest dobrze tolerowane przez organizm. Nie potwierdziły się też przypuszczenia, że może powodować bezpłodność u kobiet. Owulację opóźnia jego aktywny składnik – octan uliprystalu, który pod inną nazwą stosowany jest jako lek na mięśniaki macicy u kobiet w wieku rozrodczym.

– Błędnym jest przekonanie, że „pigułka po” ma działanie wczesnoporonne. Przyjęcie jej w nawet w bardzo dużych ilościach nie spowoduje poronienia. Bywa, że ellaOne zarówno wśród pacjentek, jak i w środowisku lekarzy, mylona jest z inną pigułką, która rzeczywiście może służyć do poronień farmakologicznych, jednak to są dwa różne leki – tłumaczy dr Grzegorz Południewski.

Jak mówi dr Południewski, antykoncepcja bez względu na formę jest działaniem przeciw aborcji. Wprowadzenie „pigułki po” bez recepty na Węgrzech w latach 90. zmniejszyło liczbę zabiegów przerywania ciąży u młodych kobiet o 50 proc.

Wprowadzając ellaOne do sprzedaży, w Polsce i Czechach wprowadzono ograniczenia wiekowe, natomiast we Francji tabletkę po można dostać za darmo u szkolnej pielęgniarki lub w centrum planowania rodziny. Kobieta, która się po nią zgłasza, jest całkowicie anonimowa, ponieważ głównym celem jest rozwiązanie problemu niechcianej ciąży. Kompromis w zakresie sprzedaży ellaOne udało się również wypracować we Włoszech, mimo początkowych protestów ze strony środowisk konserwatywno-katolickich. Dla osób powyżej 18 roku życia lek jest dostępny bez ograniczeń prawnych.

W trosce o zdrowie i prawo kobiet do samodzielnego podejmowania świadomych decyzji dotyczących macierzyństwa, w tym prawa dostępu do środków antykoncepcji awaryjnej, „Koalicja Mam Prawo do Antykoncepcji Awaryjnej” wystąpiła z petycją do Ministra Zdrowia Konstantego Radziwiłła o utrzymanie obecnego statusu tabletek ellaOne jako leku wydawanego bez recepty. Podpisy pod petycją zbierane są na internetowej stronie Koalicji do 14 lutego br.