Lotte Wedel zainwestuje w promocję swoich wyrobów na Bałkanach. W Polsce producent słodyczy notuje wzrosty sprzedaży

CEO Magazyn Polska

Obecny rok jest dla Wedla najlepszy w 5-letniej historii spółki w japońsko-koreańskim koncernie Lotte. Jak zapewnia dyrektor ds. sprzedaży, spółka zdołała zwiększyć sprzedaż, zarówno pod względem liczby sprzedanych słodyczy, jak i wartości przychodów, a zysk jest zadowalający. W przyszłym roku, po rozbudowie fabryki w Warszawie, producent zwiększy moce wytwórcze, a w najbliższym czasie zainwestuje w promocję swoich wyrobów na rynkach bałkańskich.

Ten rok jest bardzo dobry dla firmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Herman, dyrektor ds. sprzedaży w firmie Lotte Wedel. – To jest najlepszy rok w ciągu tego pięciolecia, kiedy Wedel jest własnością firmy Lotte, zarówno pod względem wartości sprzedaży, jak też ilości. Zysk również mamy na zadowalającym poziomie, co w obecnej rzeczywistości nie jest łatwe ze względu na dużą presję cenową wynikającą m.in. z deflacji, działań konkurencyjnych i przede wszystkim z tego, że kategoria słodyczy dwa lata temu przestała w Polsce rosnąć. Konsumpcja w tym roku nawet lekko spadła.

Maciej Herman wskazuje także, że konsumpcja słodyczy czekoladowych w Polsce nie jest duża, bo wynosi jedynie około 4,5 kg na głowę. Przykładowo w Wielkiej Brytanii jest to około 10 kg na głowę. Stąd Wedel planuje skoncentrować się także na eksporcie.

Intensywnie szukamy odbiorców w różnych krajach. Na ten moment największymi rynkami dla nas, jeśli chodzi o odbiorców, są Stany Zjednoczone, Kanada, również Wielka Brytania od kilku lat, kiedy jest nowa fala emigracji – wyjaśnia Herman. – Najbliższe plany, które będziemy uruchamiać, dotyczą rynku bałkańskiego w Europie, gdzie już nasza pozycja jest dość ugruntowana, mamy wysoką dystrybucję naszego asortymentu także w takich krajach, jak Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Serbia. Tam planujemy rozpocząć również kampanię reklamową i to będą jedne z pierwszych rynków w tej chwili, w które będziemy mocno inwestować.

Według raportu KPMG między 2008 a 2013 rokiem można było zaobserwować spowolnienie na rynku słodyczy. W tym czasie jego wartość wzrosła tylko o 2,3 proc. Trend ma się jednak zmienić, a tempo wzrostu sprzedaży ma przyspieszyć. Głównie dzięki wyrobom czekoladowym o nowych, nieznanych dotąd smakach.

– Wedel i inni producenci będą wprowadzać na rynek produkty innowacyjne, ciekawe dla konsumentów – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Herman, dyrektor ds. sprzedaży Lotte Wedel. – Spodziewam się delikatnego wzrostu konsumpcji. Już nie kilkunastoprocentowego,  tak jak kiedyś, jednak wciąż na poziomie 2-4 proc. rocznie – dodaje.

W 2013 roku światowy rynek słodyczy wart był około 307 mld euro. Z tego Unia Europejska stanowi niemalże jedną czwartą jego wartości. Polska natomiast stanowi około 4 proc. rynku europejskiego.

Polskie firmy szukają informatyków. Płacą coraz lepiej, ale chętnych do pracy wciąż jest za mało

W polskich firmach dramatycznie brakuje informatyków. Mimo że warunki zatrudnienia, jakie są oferowane specjalistom, nie odbiegają już od tych, jakie są w innych krajach Unii Europejskiej, to chętnych do pracy jest wciąż za mało. Firmy z branży ściągają więc fachowców z zagranicy, nie tylko z krajów biedniejszych od Polski, lecz także np. z Grecji czy Hiszpanii.

Z „Raportu płacowego 2014” przygotowanego przez firmę Hays wynika, że w branży IT brakuje ok. 50 tys. informatyków. Tymczasem zapotrzebowanie na pracowników o tej specjalności stale rośnie, bowiem sektor systematycznie zwiększa zatrudnienie. Polscy specjaliści wolą szukać jednak zajęcia w innych krajach Unii, mimo że w kraju mogą już uzyskać porównywalne oferty.

Tutaj także możemy zrobić karierę, która będzie satysfakcjonująca, mamy nowoczesne technologie, mamy klientów, którzy są liderami w skali i Polski, i Europy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Witold Rogowski, dyrektor zarządzający Accenture Delivery Center Polska. – Mamy warunki pracy, które są właściwie takie same, jak w innych krajach. Co więcej, mamy programy pracownicze, które są czasami nawet lepsze, oferujemy także przekwalifikowanie tych osób, które kończą studia, niekoniecznie informatyczne, ale tez ścisłe kierunki, inżynieryjne. Bądź też po prostu pokrewne w jakiś sposób z tym, co nas interesuje, czyli wszystkie kierunki IT, ekonomia, ekonometria.

Obecnie, jak zapewnia Witold Rogowski, na pracę w polskiej branży IT mogą liczyć nie tylko ludzie z kwalifikacjami i odpowiednim wykształceniem. Firmy są gotowe zatrudnić także takie osoby, które chcą się fachu nauczyć.

Mamy w naszej firmie kilka przykładów osób, które kończyły filozofię albo germanistykę i następnie, po krótkim przygotowaniu, tzw. on-the-job training, jak to się w branży ładnie nazywa, stawały się niezłymi fachowcami. Dobrze, to nie są fachowcy tej skali, co kończący wybitne studia kierunkowe IT, ale to w dalszym ciągu pozwala w pewien sposób nadgonić te braki. W ciągu kilku lat również oni staną się wartościowymi specjalistami.

Accenture to międzynarodowy koncern outsourcingowy i konsultingowy specjalizujący się w zarządzaniu oraz nowoczesnych technologiach. W Polsce funkcjonuje od 25 lat i obecnie zatrudnia ponad 2 tys. osób. Centra firmy działają w Warszawie, Krakowie i Łodzi.

W Accenture w Łodzi, gdzie jest nasze główne biuro Accenture Delivery Center, mamy sporo pracowników z krajów takich jak Ukraina, Białoruś, Rosja informuje dyrektor zarządzający Accenture Delivery Center Polska. – Ściągamy także specjalistów z krajów europejskich, jak Grecja albo Hiszpania. Tam możliwości są nieco mniejsze, nasze zarobki są w wystarczającym stopniu atrakcyjne, projekty i technologie również. W związku z tym przyjeżdżają do nas do pracy.

O ile jednak Accenture jest otwarty na rekrutację pracowników z państw europejskich, nie wiąże specjalnych nadziei z napływem informatyków z dalszych rejonów, choćby Bliskiego Wschodu. Najpoważniejszą barierą jest język.

– Na razie eksplorujemy obszary, które są nam bliskie, także historycznie – mówi Witold Rogowski z Accenture Delivery Center Polska. – Na Ukrainie kierujemy się do Lwowa, gdzie sporo osób mówi po polsku, więc jest dla nas dosyć łatwe pozyskanie takiej osoby i bezpośrednie wdrożenie w projekty. Zresztą nie muszą mówić po polsku, wystarczy, że posługują się językiem zrozumiałym dla kogoś innego pracującego przy danym projekcie bądź też w ogóle w firmie.

40 proc. firm chce dalej rozszerzać działalność poza Polską. Przedsiębiorcy coraz lepiej radzą sobie z konkurencją na rynkach zagranicznych

0

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy coraz chętniej wychodzą na zagraniczne rynki i coraz lepiej sobie na nich radzą. 90 proc. z tych, którzy na taki krok już się zdecydowali, postrzega siebie jako tak samo, a nawet bardziej innowacyjnych niż rywale zza granicy. Największą barierą dla tych niezdecydowanych jest duża konkurencja na rynkach zagranicznych. Z kolei największą motywacją są sukcesy polskich firm z różnych branż, które już weszły na te rynki. Tym bardziej że coraz częściej wygrywają one jakością, a nie tylko ceną.

– 82 proc. badanych przez nas firm jest zadowolonych z podjęcia decyzji o ekspansji zagranicznej i swojej bytności za granicą. Dla dużej części badanych firm przychody z ekspansji zagranicznej stanowią znaczący udział w ich całościowych przychodach. 41 proc. z firm, które zbadaliśmy, chce nadal rozszerzać swoją działalność zagraniczną i dokonywać ekspansji – mówi Krzysztof Kaczmar, prezes Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy.

Jest ich o 2 pkt proc. więcej niż rok wcześniej.

Jak wynika z badań Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy, prawie połowa firm działających za granicą prowadzi biznes w co najmniej trzech krajach. Najchętniej wybierają Niemcy – aktywność przedsiębiorców wzrosła tu o 7 pkt proc. w porównaniu z 2014 rokiem. Na drugim miejscu znalazły się Czechy, ale szybko zyskuje Francja i Litwa.

– Polskie firmy na rynkach zagranicznych radzą sobie bardzo dobrze. Są coraz bardziej konkurencyjne – mówi Krzysztof Kaczmar.

Ponad połowa (56 proc.) podkreśla, że skupia się bardziej na jakości niż na cenie.

– 40 proc. wskazało przewagę kosztową i cenową względem konkurencji lokalnej – podkreśla Piotr Kosno, dyrektor zarządzający w Departamencie Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.

Sami przedsiębiorcy przyznają, że nie mają kompleksów. Zdecydowana większość uważa, że jest co najmniej tak samo innowacyjna jak konkurenci z innych rynków. Dalszy rozwój innowacyjności jest jednym z największych wyzwań, które stoją przed firmami.

– To także inwestowanie w centra badawczo-rozwojowe, żeby produkty, które powstają, były konkurencyjne. Wyczerpują się proste rezerwy konkurowania ceną, w związku z tym innowacyjność produktów jest coraz ważniejsza – wyjaśnia Kaczmar.

Wśród barier, które powstrzymują przedsiębiorców przed ekspansją zagraniczną, znajdują się m.in. kwestie celne i podatkowe, biurokracja, a także zmienność na rynkach walutowych i kapitałowych. Największym problemem jest jednak większa konkurencja. To, z kim będą rywalizować, zależy od wielkości firmy. Duże koncerny rywalizują najczęściej z nowoczesnymi korporacjami. Mniejsze, zatrudniające między 10 a 50 osób, częściej muszą zmierzyć się z konkurencją ze strony małych lokalnych przedsiębiorstw, które dobrze znają dany rynek. Znalazły jednak sposób na to wyzwanie.

– 70 proc. przedsiębiorstw poszukuje sojuszów z lokalnymi podmiotami, by poradzić sobie z kwestiami związanymi z podatkami, aspektami prawnymi oraz biurokracją. Oni też lepiej znają specyfikę lokalnych społeczności. Ponadto połowa przedsiębiorstw inicjuje transakcje zabezpieczające kursy walut poprzez różne platformy FX-owe i stosuje strategie zabezpieczające – mówi Piotr Kosno.

Motywacją dla niezdecydowanych jeszcze przedsiębiorców mogą być przykłady firm, które odnoszą za granicą duże sukcesy. Fundacja Kronenberga chce nagradzać takie podmioty. Temu służyć ma konkurs Emerging Market Champions, którego rozstrzygnięcie nastąpi w trakcie Europejskiego Kongresu Finansowego.

Eksperci krytykują zbyt szybkie tempo przygotowania rządowego podręcznika, brak możliwości wyboru i wytykają jego błędy merytoryczne

Krzysztof Baszczyński

Rządowy podręcznik, który rok temu trafił do pierwszoklasistów, ma wielu przeciwników wśród nauczycieli i ekspertów. Choć nie podważają oni idei obniżania kosztów, to krytykują tempo wykonania tej publikacji i jej zawartość merytoryczną. Największą bolączką jest jednak brak możliwości wyboru podręcznika przez nauczycieli.

Co do idei, to oczywiście dobrze, że rodzice nie muszą finansować podręczników, natomiast wykonawstwo jest fatalne. Wszystko robione było w pośpiechu. Podręczniki nie są dobrej jakości, zwłaszcza ten elementarz do klasy pierwszej. Jesteśmy przekonani, bo takie badania robiliśmy, że to odbije się na efektach pracy uczniów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Baszczyński, wiceprezes zarządu głównego Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Z ankiety przeprowadzonej przez ZNP pod koniec ubiegłego roku wynika, że ponad połowa nauczycieli uznała, że z nowym elementarzem gorzej pracuje im się z pierwszakami. Krytyczne głosy na temat zawartości merytorycznej, strony dydaktycznej, treści wychowawczych i warstwy językowej wyraziło miedzy 26 proc. a 37 proc. ankietowanych.

Zastrzeżenia mamy przede wszystkim do jakości – podkreśla Baszczyński. – Nie można w takim tempie napisać dobrego podręcznika, jeżeli jeszcze nie korzysta się z rzeczoznawców, którzy ocenią podręcznik pod względem językowym, merytorycznym, dydaktycznym, to mamy, niestety, niedojrzały owoc. Obawiamy się – tak mówią nauczyciele i rodzice, że ten podręcznik nie wytrzyma trzech lat.

Problemem jest także brak możliwości wyboru podręcznika przez nauczycieli. Mają oni z góry narzuconą książkę, z której muszą uczyć. Eksperci podkreślają, że pogłębia to nierówności – zasada ta dotyczy tylko szkół państwowych. W placówkach prywatnych zachowało się prawo wyboru podręcznika.

Każdy uczeń jest inny. Nie można stworzyć systemu, w którym wszyscy będą tak samo uczeni, według tego samego podręcznika na danym etapie edukacyjnym, dlatego że każdy uczeń jest inny. Powinniśmy dać wybór uczniom, nauczycielom i szkołom – ocenia prof. Maciej Sysło z Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Trudno jest o jednoznaczną ocenę. Osiągnięcia dzieci będą najwiarygodniejszą oceną. Dowiemy się, czy rzeczywiście nauczymy je selektywności informacji, która jest przecież niezbędna w tej chwili, bo informacji jest zbyt wiele. Postawiłam też pytanie, dlaczego nasze dzieci mają być indoktrynowane jedną wizją świata? – mówi Danuta Waloszek z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie.

Zdaniem prof. Sysły takie podejście prowadzi do społecznej szkody, ponieważ koszty darmowego podręcznika de facto ponoszą podatnicy, powinien on pełnić rolę społeczną.

– To społeczeństwo powinno podyktować ustami czy umysłami swoich przedstawicieli profesjonalnych, jak powinny wyglądać te podręczniki i na to przeznaczać środki, tak by dla dziecka i rodzica książki były darmowe – mówi prof. Sysło.

Waloszek zastrzega, że w ocenie zmiany podręcznika wiele będzie także zależało od kolejnych jego części i ich powiązania z elementarzem.

Taka jest filozofia podręcznika, że jeżeli jeden wprowadza konkret, to drugi powinien już doprowadzić do uogólnienia – mówi Waloszek.

Dyrektorzy finansowi prognozują poprawę sytuacji gospodarczej. Będzie przybywać nowych inwestycji

CEO Magazyn Polska

55 proc. dyrektorów finansowych w polskich firmach pozytywnie ocenia perspektywy gospodarcze na kolejne 12 miesięcy – wynika z badania Euler Hermes i Grant Thornton. Nastroje są lepsze niż przed rokiem. Dobra koniunktura i wzrost popytu skłaniają firmy do inwestycji. 74 proc. z nich chce zwiększać wydatki związane z wchodzeniem na nowe rynki, a 48 proc. zapowiada inwestycje w badania i rozwój.

Dyrektorzy finansowi bardzo optymistycznie patrzą w przyszłość. Większość ocenia, że popyt będzie rósł, a na pewno pozostanie na tym samym poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Waldemar Wojtkowiak, członek zarządu Euler Hermes.

Z badania Euler Hermes i Grant Thornton przeprowadzonego w ramach projektu „Dyrektor Finansowy Roku” wynika, że nastroje wśród dyrektorów finansowych są lepsze niż rok temu. Pozytywnie perspektywy na kolejne 12 miesięcy ocenia 55 proc. z nich (rok temu 52 proc.). Tylko 5 proc. uważa, że koniunktura będzie się pogarszać. 61 proc. dyrektorów spodziewa się wzrostu popytu na swoje produkty i usługi, a tylko 7 proc. jego spadku.

Dobre prognozy sprawiają, że dyrektorzy finansowi są bardziej skłonni do podejmowania ryzyka związanego z inwestycjami. 70 proc. zamierza kupić nowe maszyny i urządzenia. Blisko połowa zapowiada inwestycje w badania i rozwój – w ubiegłym roku tylko 43 proc. Co czwarty badany deklaruje chęć przejęcia innych firm. Grono to jest wprawdzie o 2 pkt proc. mniejsze niż rok temu, ale za to firmy coraz chętniej myślą o akwizycjach międzynarodowych.

75 proc. uczestników badania potwierdza gotowość do podniesienia w swoich przedsiębiorstwach nakładów inwestycyjnych na wsparcie wejścia na nowe rynki, w tym na nowe rynki międzynarodowe, a więc włączenie się w nurt umiędzynarodowienia swojej działalności, a przez to umiędzynarodowienia polskiej gospodarki – mówi Michał Mrożek, prezes HSBC Bank Polska. – To bardzo ważny sygnał, zarówno dla rynku, jak i dla naszego banku, który właśnie w tym zakresie buduje swoją strategię działalności na rynku polskim.

Przedsiębiorcy podtrzymują chęć ekspansji mimo nieco utrudnionej sytuacji na rynkach zagranicznych ze względu na rosyjskie embargo.

Wbrew wcześniejszym obawom embargo nie miało istotnego wpływu na naszych przedsiębiorców. Bardzo dobrze poradzili sobie z tą sytuacją – mówi Waldemar Wojtkowiak.

Tylko 16 proc. firm odczuło skutki embarga w postaci wzrostu konkurencji firm z innych państw także objętych embargiem.

Dyrektorzy finansowi spodziewają się, że przychody firm będą rosnąć, zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych.

Zdecydowanie bardziej wierzą jednak w rynek wewnętrzny [61 proc. vs. 54 proc. – red.]. Mamy wprawdzie różne prognozy dotyczące polskiej gospodarki, ale ogólnie trend jest pozytywny. Natomiast na świecie mamy cały czas przeciągającą się degrengoladę w Unii Europejskiej i poważne zawirowania na rynku chińskim. Gaśnie także gwiazda gospodarcza Ameryki Łacińskiej. Nie dziwię się więc, że dyrektorzy finansowi pokładają nadzieję bardziej w rynku krajowym – mówi Tomasz Wróblewski, partner zarządzający Grant Thornton.

Dobre prognozy gospodarcze i zapowiedź zwiększonych inwestycji oznaczają, że będzie rosło zapotrzebowanie na nowych pracowników. Więcej ankietowanych deklarowało wzrost zatrudnienia niż zwolnienia. Nowe rekrutacje zapowiada 37 proc. firm, a redukcję zatrudnienia – 13 proc. Na znaczące podwyżki się raczej nie zanosi.

Jeśli deklaracje o chęci zatrudnienia zderzymy z tym, że 55 proc. dyrektorów finansowych zakłada, że będzie dobrze, to powstaje 18-proc. luka. Wydaje mi się, że wyjaśnieniem może być wzrost produktywności. Polskie firmy w ostatnich latach podjęły szereg działań, projektów, inicjatyw, które podniosły produktywność – wyjaśnia partner zarządzający Grant Thornton. – Myślę, że to jest dobra informacja, ponieważ pomimo wszystko cały czas zostajemy w ogonie krajów Unii Europejskiej w zakresie produktywności, a z roku na rok kurczą się nasze rezerwy związane z niskimi kosztami pracy w Polsce.

W kolejnych 12 miesiącach dyrektorzy finansowi nadal duży nacisk będą kładli na poszukiwanie oszczędności, jednak częściej chcą to robić poprzez działania ofensywne, czyli np. modernizację parku maszyn czy optymalizację łańcucha dostaw.

W roku ubiegłym były to restrukturyzacja grupy kapitałowej, restrukturyzacja w ramach działu finansowo-księgowego i wreszcie optymalizacje podatkowe. To są taktyki raczej defensywne – mówi Wróblewski.

Eksperci podkreślają, że – jak pokazało ubiegłoroczne badanie – takie deklaracje dyrektorów finansowych przekładają się w rzeczywistości na wzrost wydatków inwestycyjnych w gospodarce.

Dyrektorzy finansowi to już nie tylko strażnicy wyniku finansowego firmy, jak historycznie bywało, lecz także w coraz większym stopniu stratedzy odpowiedzialni za jej rozwój, w tym za podejmowanie decyzji o inwestycjach i wchodzeniu na nowe rynki – podkreśla Michał Mrożek.

Coraz mniej wolnych magazynów. Rosnący popyt może się przełożyć na wzrost czynszów

Piotr Wąs

W ciągu 25 lat w Polsce wybudowano niemal 10 mln mkw. nowoczesnych magazynów. Rozwój tego segmentu napędza rosnący segment e-commerce oraz dobra koniunktura w handlu i przemyśle. Mimo dużej podaży i dynamiki wzrostu popyt w ostatnich miesiącach zwiększa się na tyle szybko, że dostępnej od ręki powierzchni jest coraz mniej. Po raz pierwszy od dawna deweloperzy liczą na wzrost czynszów.

Na początku lat 90. nowoczesnej powierzchni magazynowej nie było wcale, dzisiaj mamy jej już ponad 9,2 mln mkw., jak raportują firmy doradcze – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Wąs, dyrektor ds. leasingu i developmentu w Polsce w P3 Logistic Parks. – Musimy jednak budować dalej, by mieć takie zasoby jak państwa zachodnie, musimy także nadążać za trendami, które pojawiają się np. w handlu czy produkcji na Zachodzie, a to się też zmienia.

Jak wynika z danych firmy JLL, w I połowie roku najemcy podpisali umowy na ponad 1,1 mln mkw. powierzchni magazynowych i przemysłowych. W całym ubiegłym roku było to 2 mln mkw. Widząc rosnący popyt, deweloperzy rozpoczynają nowe inwestycje. W budowie jest ok. 700 tys. mkw.

Wąs tłumaczy, że popyt na powierzchnie magazynowe napędzają nowe trendy w handlu. Konsumenci oczekują świeżych, szybko dostarczanych produktów. Nie bez znaczenie jest też polityka zwrotów, ponieważ sprzedawcy chcą być elastyczni dla swoich klientów, muszą dysponować magazynami zdolnymi przyjąć zwracane towary.

Takie same trendy obserwowane są na Zachodzie, co dodatkowo zwiększa ich wpływ na polski rynek magazynów.

Rynek wyraźnie rośnie – podkreśla Wąs. – Jeżeli spojrzymy na stan powierzchni wolnej do wynajęcia, stan wakatów, które pojawiają się w statystykach, to zobaczymy bardzo poważną obniżkę powierzchni magazynowej dostępnej na wynajem od ręki.

Wskaźnik niewynajętej powierzchni obniżył się do 7,4 proc., poziomu najniższego od ośmiu lat. W całej Polsce do dyspozycji jest 686 tys. mkw. wolnej powierzchni. W ujęciu regionalnym najwięcej pustostanów znajduje się na rynkach dojrzałych, czyli w Warszawie i okolicach (odpowiednio 13,7 proc. i 10,4 proc.) oraz na Górnym Śląsku (10,2 proc.), a także na rynkach wschodzących, czyli w Lublinie (25,5 proc.) i Szczecinie (10,4 proc.). Najmniej wolnych magazynów jest w Polsce Zachodniej – w Poznaniu tylko 1,5 proc. podaży, a we Wrocławiu – 4,5 proc.

Mniejsza liczba wolnej powierzchni magazynowej może doprowadzić do wzrostów czynszów. Polska jest jednym z najtańszych krajów pod względem czynszów za magazyny.

Chociaż branża jeszcze niedawno spodziewała się podwyżek dopiero w 2016 r., Wąs ocenia, że pierwsze sygnały odbicia już są widoczne.

Rzeczywiście, jakkolwiek ogólnie poziom czynszów uznać należy za stabilny, to na niektórych rynkach czy podrynkach obserwujemy tendencję, by je podnosić. Nawet na rynku magazynowym, który relatywnie szybko jest w stanie dostarczać powierzchnię magazynową, istniejące obiekty bardzo często mają dziś więcej niż jednego chętnego do wynajęcia – tłumaczy dyrektor w P3 Logistic Parks.

Wąs podkreśla, że w ocenie czynszów często należy spojrzeć nie na całe regiony, ale na poszczególne podrynki. Tak jest na przykład na Śląsku – większość statystyk uwzględnia cały ten region jako całość.

On posiada już w tej chwili grupę podrynków, które pokazują jasno, że w zależności od bardzo lokalnych trendów możemy obserwować wyraźne zróżnicowanie czynszowe – zwraca jednak uwagę Wąs.

Raport JLL wskazuje, że najwyższe stawki są na rynkach wewnątrzmiejskich, czyli w Warszawie, Łodzi i we Wrocławiu. Dominuje tu format SBU (Small Business Unit), czyli budynki z powierzchnią biurową i niewielką powierzchnią magazynową lub produkcyjną. W Warszawie miesięczny czynsz efektywny w takich obiektach wynosi średnio 4,8 euro/mkw., we Wrocławiu – 3,8 euro/mkw., a w Łodzi – 3,7 euro/mkw. Obiekty Big Box, zlokalizowane poza miastami, są tańsze. Ich ceny rozpoczynają się od 2,1 euro/mkw./miesiąc do 3,4 euro/mkw./miesiąc w najdroższych lokalizacjach, jak Kraków czy Szczecin.

Cyfrowe media i nowoczesne technologie zmieniają przemysł kreatywny. Będą powstawać nowe dziedziny sztuki

CEO Magazyn Polska

Nowe technologie stają się nieodłączną częścią kultury. Nie tylko pomagają ją rozpowszechniać i docierać do odbiorców na całym świecie, lecz także mają na nią znaczący wpływ. Umożliwiają kreatywnym twórcom łączenie różnych dziedzin w obszarze sztuki cyfrowej oraz wykorzystanie nowych środków ekspresji. Można się spodziewać, że cyfrowe media i nowoczesne technologie przyczynią się do powstawania nowych dziedzin sztuki związanych ze zmysłami dotąd w niej mało wykorzystywanymi, np. dotykiem czy węchem. Takie formy sztuki ma wspierać konkurs UPC Digital Art.

Digital art to sztuka w świecie cyfrowym, z którym mamy do czynienia w internecie oraz dzięki rozwojowi nowych technologii. To jest to, co sprawia, że wzruszamy się i dzielimy się z innymi jakimś przesłaniem czy historią. To jest sztuka, która dzisiaj może dotrzeć nie tylko do odbiorcy, z którym mamy fizyczny kontakt, lecz także do odbiorców na całym świecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patrycja Gołos, dyrektor ds. korporacyjnych i polityki publicznej w UPC Polska.

Digital art – poza możliwościami rozpowszechniania sztuki – może mieć duży wpływ na rozwój całego przemysłu kreatywnego w Polsce. Po pierwsze, inspiruje młodych ludzi do działania i daje im nowe narzędzia (związane z nowymi mediami i technologiami), po drugie, ułatwia wychodzenie z nowymi usługami czy produktami poza Polskę.

Mamy w Polsce bardzo wielu kreatywnych młodych ludzi, którzy już dzisiaj tworzą albo dzięki nowym technologiom, albo w internecie. Ich praca może się przełożyć na rozwój gospodarczy i na rozwój całego przemysłu kreatywnego – mówi Gołos.

Cyfrowe media i nowoczesne technologie stają się również siłą napędową kultury, dzięki czemu nie stoi ona w miejscu.

Dzięki pojawieniu się nowych mediów jest szansa na dalszy rozwój sztuki, na poszukiwanie nowych dróg wypowiedzi artystycznych – mówi Jakub Koźniewski, designer nowych mediów w panGenerator.

Nowe środki ekspresji mogą być wykorzystane we wszystkich istniejących już dziedzinach sztuki, można je łączyć w dowolnych konfiguracjach lub mogą przyczyniać się do powstawania nowych dziedzin. Przykładem jest sztuka danych: artyści mogą wykorzystać olbrzymie zasoby danych i tworzyć z nich wyszukane wizualnie i artystycznie formy.

Cyfrowe media to jest taki klej, który pozwala łączyć ze sobą różne dziedziny sztuki w zupełnie nowych formach, zunifikowanych właściwie do zer i jedynek. Sprowadzone do pewnego wspólnego mianownika są zdecydowanie łatwiejsze w łączeniu w różnych nowych konfiguracjach. Myślę, że możemy się także spodziewać powstawania zupełnie nowych dziedzin sztuki, związanych np. z innymi zmysłami, takimi jak dotyk czy węch zintegrowanymi z dźwiękiem i obrazem – wyjaśnia Koźniewski.

W ostatnim czasie zainteresowanie digital art, czyli sztuką cyfrową, dynamicznie rośnie. Przybywa festiwali sztuki nowych mediów. Jednak eksperci podkreślają, że to wciąż nowość, która ma problem z przebiciem się do oficjalnego obiegu. Niewiele jest instytucji, które zatrudniają specjalistów znających się na sztuce cyfrowej. Stąd oburzenie części środowiska, kiedy nowojorskie muzeum włączyło do swojej kolekcji 14 gier wideo.

Rynek ten z czasem będzie się jednak rozwijać. Wskazuje na to fakt, że pionierskie prace sztuki cyfrowej podwoiły swoją wartość na rynku sztuki w ciągu ostatnich lat. Prace młodszego pokolenia podrożały o średnio 30-40 proc., choć i tak ceny są dużo niższe niż w tradycyjnych dziedzinach. Przewagą digital art jest to, że nowe media, które służą tworzeniu tej sztuki, mogą też służyć docieraniu do odbiorców. Niektórzy dystrybuują swoje dzieła w postaci aplikacji na urządzenia mobilne.

Niedługo będę wypuszczał zapis koncertu, który nagraliśmy na 360-stopniowe głowice, czyli będzie można obejrzeć go na telefonie. Dzięki temu, że telefon porusza się wraz z ruchem dłoni, wygląda to tak, jak byśmy byli w centrum uwagi. Jesteśmy w stanie się obracać, oglądać publiczność, nawet przybliżać w kilku miejscach sceny. To jest coś nowego, co nie byłoby możliwe bez odpowiedniej mocy przerobowej aparatów i innych technologii. Chociaż wciąż to, czy to będzie wspaniały koncert, zależy głównie od muzyki – podkreśla Radzimir Dębski, kompozytor muzyki filmowej i rozrywkowej, dyrygent i producent muzyczny.

UPC chce wspierać twórców wykorzystujących technologie cyfrowe. Uruchomiony wspólnie z magazynem „F5” konkurs UPC Digital Art jest skierowany do artystów, którzy tworzą sztukę nowych mediów – ilustratorów, twórców muzyki i animacji. W konkursie oceniana będzie 30-sekundowa animacja pokazująca wybrany proces, np. zjawisko fizyczne, proces mechaniczny lub społeczny.

W konkursie Digital Art zbieramy pomysły, krótkie formy audiowizualne, które opowiadają historię pod hasłem „To fajnie działa”. Do wygrania jest 20 tys. zł. Szukamy takich propozycji, które będą promowały całą ideę digital art i pozwolą nam w nowy sposób mówić o tym, czym jest sztuka cyfrowa – mówi Patrycja Gołos.

Finaliści I etapu konkursu mają czas do 15 października na przygotowanie animacji. Wśród mentorów akcji są m.in. kompozytor Radzimir Dębski, artysta, grafik Andrzej Pągowski i Malwina Konopacka, ilustratorka i projektantka.

Z każdą sekundą w Polsce ubywa ponad 100 pszczół. Bez nich zagrożonych jest wiele roślin i owoców

Katarzyna Jagiełło

Pszczoły są coraz słabsze i masowo wymierają w wyniku chorób, niszczenia ich siedlisk i stosowania szkodliwych środków chemicznych w rolnictwie. To ogromna strata, bo odpowiadają one za zapylanie dużej części roślin uprawnych, a przez to mają wpływ na produkcję 30 proc. żywności, w tym większości owoców. Ekolodzy zachęcają, by stwarzać pszczołom jak najlepsze warunki bytowania. Można je też adoptować wirtualnie.

O ile pszczoły miodne mają swoich strażników, czyli pszczelarzy, którzy im pomagają, dokarmiają, dbają o to, żeby leczyć choroby, o tyle dziko żyjące pszczoły nie mają tak komfortowej sytuacji. Zarówno pszczoły miodne, jak i dziko żyjące są dla nas jednak niezwykle ważne, bo zapylają kwiaty i rośliny uprawne – mówi agencji informacyjnej Newseria Katarzyna Jagiełło z Greenpeace Polska.

W Polsce jest ponad 470 gatunków pszczół, z czego 222 znajduje się w czerwonej księdze gatunków zagrożonych. Pszczelarze szacują, że w Polsce z każdą sekundą ubywa 105 pszczół. Owady masowo wymierają w wyniku zmian klimatycznych, niszczenia ich siedlisk, chorób i chemizacji rolnictwa. Szkodliwe dla nich jest stosowanie sztucznych nawozów, zwłaszcza w okresie kwitnienia roślin.

Pszczołom zagraża wiele różnych czynników. Środki i pestycydy wykorzystywane w rolnictwie nie dość, że bardzo często są zabójcze dla pszczół, to jeszcze wiele z nich przyczynia się do pogłębienia stanów chorobowych, do zakłócenia lotu pszczół, ich zdolności komunikacyjnych. Pszczoły rodzą się chore i są słabsze – tłumaczy Katarzyna Jagiełło.

Pszczoły żywią się nektarem i pyłkiem kwiatowym, dlatego ekolodzy radzą, by przystosować ogrody, balkony i działki tak, by były bardziej przyjazne dla pszczół. Przede wszystkim trzeba dobierać odpowiednie rośliny.

Pszczołom nie służą uprawy monokulturowe – w jednej chwili kwitnie na przykład bardzo dużo rzepaku, ale tuż przed tym i tuż później pszczoły nie mają, co jeść. Niestety, te owady nie poradzą sobie bez nas, a są dla nas niezwykle ważne i pożyteczne. To od nas zależy ich dobrostan – mówi Jagiełło.

Co prawda, pszczoły kojarzą się głównie z produkcją miodu, ale ekolodzy podkreślają, że produkcja 30 proc. żywności i 90 proc. owoców zależy od zapylania przez owady pszczołowate.

Bez pszczół nasze jedzenie byłoby o wiele uboższe i na pewno droższe. Wartość zapylania, czyli wartość daru, który dają nam pszczoły, jest obliczona na 265 mld euro. To ogromna suma. Bez pszczół odżywialibyśmy się głównie roślinami, które są wiatropylne, czyli zbożami. Uprawy, które są zależne od pracy pszczół, pewnie moglibyśmy zapylać ręcznie lub mechanicznie, ale to przełożyłoby się na cenę naszego jedzenia – podkreśla Katarzyna Jagiełło.

By ratować owady pszczołowate, Greenpeace od trzech lat prowadzi akcję „Adoptuj pszczołę”. Dzięki pierwszej edycji udało się zebrać fundusze na budowę 100 hoteli dla pszczół samotnic i innych owadów zapylających w 16 miastach Polski. W drugiej edycji pozyskano prawie 150 tys. zł m.in. na odbudowę pszczelej populacji w Przyczynie Dolnej. Wirtualne pszczoły zaadoptowało już ponad 8 tysięcy osób.

Adopcja jest bardzo prosta. Wystarczy wejść na stronę www.adoptujpszczole.pl – tam każdy z nas może wziąć udział w wielkim spisie zapylaczy, adoptować wirtualną pszczołę i wziąć później udział w badaniach, które przełożą się na dobro pszczół. Im więcej o nich wiemy, tym lepiej jesteśmy w stanie im pomagać – dodaje Katarzyna Jagiełło.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Otwarcie przez Sumy Frunze przedstawicielstwa w Warszawie ma ułatwić współpracę z Polską

0

TLC Polska

Otwarcie przez ukraińską spółkę Sumy Frunze polskiego przedstawicielstwa ma być krokiem w stronę zacieśniania międzynarodowej współpracy. Firma już prowadzi negocjacje z przedstawicielami polskiego sektora energetycznego i liczy na możliwość zaangażowania się w interesujące projekty biznesowe. Jednocześnie ma nadzieję na dwustronną współpracę i udział polskich firm w przedsięwzięciach realizowanych na Ukrainie.

– To jest kwestia kilku tygodni, maksymalnie miesiąca. Będzie to biuro całej grupy, bo firma Sumy Frunze jest jednym z większych zakładów należących do grupy kapitałowej Energy Standard – mówi Wojciech Krupnik, prezes zarządu spółki TLC Polska, będącej przedstawicielem spółki Sumy Frunze na terenie Polski.

W skład grupy Energy Standard oprócz ukraińskiego dostawcy urządzeń procesowych dla przemysłu naftowego i gazowego wchodzą także przedsiębiorstwa specjalizujące się m.in. w produkcji urządzeń dla elektrowni atomowych. Grupę tworzy ponadto wiele innych podmiotów, takich jak zakład produkujący transformatory czy wytwórca specjalistycznych rur do wydobywania ropy naftowej. Wszystkie podmioty grupy Energy Standard prowadzą działalność skupioną wokół sektora energetycznego.

– Oczywiście trudno traktować Polskę jako jedyny docelowy kraj, aczkolwiek wszyscy sobie zdają sprawę z tego, że w Polsce będzie się najwięcej działo. Tym bardziej że tak, jak potwierdził to premier Piechociński, ta współpraca energetyczna pomiędzy Polską a Ukrainą powinna być dosyć szeroko zakrojona – wyjaśnia Krupnik.

Plany spółki dotyczą także współpracy dwustronnej. Sunny Frunze liczy na to, że partnerzy biznesowi, których spodziewa się pozyskać po polskiej stronie, będą zainteresowani podjęciem współpracy nad projektami realizowanymi na Ukrainie.

– Daje to pewność tego biznesu czy inwestycji na Ukrainie ze strony Polski. Bo jeżeli mamy poważnego partnera, to bezpieczniej czujemy się również za granicą – zaznacza prezes zarządu TLC Polska.

Obecnie spółka prowadzi rozmowy ze wszystkimi największymi przedsiębiorstwami na polskim rynku, takimi jak GAZ-System, PGNiG czy Lotos. Firma Sumy Frunze należy również do organizacji CEEP. Celem tego stowarzyszenia jest wspieranie procesów integracji sektora energetycznego w Europie Środkowej.

– Staramy się nie tylko być aktywni w biznesie, lecz także doradzać, dzielić się naszym doświadczeniem – podsumowuje ekspert.

Założona w 1896 roku spółka Sumy Frunze jest jednym z europejskich liderów w swojej branży. Od 2007 roku stanowi część grupy Energy Standard. Aktualnie w ramach siedmiu spółek zależnych zatrudnia łącznie około 12 tys. osób. Według danych za 2013 roku łączna wartość przychodów firmy wyniosła 3,4 mld hrywien ukraińskich (tj. około 160 mln dolarów).

Polska regionalnym liderem outsourcingu procesów biznesowych. Zatrudnienie w branży wynosi ponad 150 tys. osób

CEO Magazyn Polska

Polska jest regionalnym liderem outsourcingu procesów biznesowych (BPO) i informatycznych. Branża zapewnia ponad 150 tys. miejsc pracy, z czego ponad 50 tys. przypada na sektor IT. Przewagą naszego kraju jest wykwalifikowana kadra oraz relatywnie niskie koszty. Aby utrzymać konkurencyjność, powinniśmy jednak postawić na systemowe rozwiązania dotyczące technologii informatycznych. 

– Polska jest wielkim wygranym ostatnich 10 lat, jeżeli chodzi o inwestycje w branży BPO, KPO i IT. Obecnie oceniamy, że cały rynek to ponad 150 tys. miejsc pracy, z czego 30 proc. to IT, to jest potężny rynek – mówi Wojciech Mach, dyrektor zarządzający w spółce Luxoft Polska.

Choć oprócz Polski inwestorów przyciągają także takie kraje, jak Bułgaria, Rumunia, Węgry czy do niedawna także Ukraina, to jednak nasz kraj pozostaje regionalnym liderem branży IT. Dużym atutem Polski jest wysoki poziom kompetencji pracowników, a także względnie niskie koszty funkcjonowania.

Istotna dla budowania konkurencyjności naszego kraju jest także obecność specjalnych stref ekonomicznych i związanych z nimi ulg podatkowych. Jak zastrzega jednak ekspert, są to propozycje skierowanego głównie do inwestorów z innych branż niż IT.

– Jest to jeden z bardzo ważnych aspektów, które są analizowane przez inwestorów. Bardzo często szukają oni miejsca, gdzie będą mogli zbudować swoje centra IT, gdzie zawsze będzie dostęp do ludzi z wykształceniem, umiejętnościami i talentem, a także odpowiednie ceny – tłumaczy dyrektor zarządzający Luxoft Polska.

Wojciech Mach uważa, że Polska powinna postawić na systemowe rozwiązania wspierające rozwój nowych technologii. Dysponuje odpowiednim zapleczem naukowym, które pozwala na realizację tego celu. Budowa ogólnokrajowego programu wspierającego sektor IT pozwoliłaby na osiągnięcie wymiernych korzyści. Przykładem jest tutaj edukacja kobiet, u których zainteresowanie technologiami informatycznymi jest statystycznie niższe niż u mężczyzn, a także niż w innych krajach.

– Na Ukrainie 30 proc. rynku IT to są kobiety, u nas poniżej 10 proc. To jest potężna grupa ludzi, którzy mogliby pracować i zarabiać bardzo godziwe pieniądze, więc na pewno to, co my, jako biznes, robimy i chcemy robić, czyli dawać pracę – wyjaśnia.

Z powodu rosnącego zapotrzebowania na wykwalifikowaną kadrę powinniśmy zapewnić młodym ludziom odpowiednie warunki do kształcenia.

– Programy stypendialne, a także zmiany w prawie, które pozwolą nam poprawiać im płace. Będąc konkurencyjni na tle innych krajów regionu, chcemy im móc płacić lepiej lub przynajmniej podobnie, jak w innych podobnych miejscach – mówi Wojciech Mach.

Rozmówca tłumaczy, że współpraca z samorządami i strefami ekonomicznymi różni się w zależności od obszaru Polski. Jako przykład podaje Agencję Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej, która wspiera inwestorów lokujących swój kapitał na terenie dolnośląskiej aglomeracji. Oferowana pomoc dotyczy nie tylko wyboru lokalizacji, lecz także późniejszych etapów rozwoju biznesu.

Instytucje takie jak ARAW czy Invest in Pomerania niosą wsparcie merytoryczne głównie zaawansowanym usługom i technologiom. Tymczasem strefy ekonomiczne są miejscami, gdzie koncentruje się biznes o innym charakterze.

– Przyznam, że strefy ekonomiczne to nie jest klucz do rynku IT. Trudno mi ocenić, jak bardzo pozytywnie się z nimi współpracuje, ponieważ one są w Polsce tak skonstruowane, przynajmniej tak wynika z naszych doświadczeń, że największy nacisk kładziony jest na inwestycje w środki trwałe, a my działamy w innym obszarze – ocenie przedstawiciel spółki Luxoft Polska.

Chińska gospodarka jest na rozdrożu. Ma problemy z eksportem i inwestycjami, a oficjalne dane o wzroście PKB budzą wątpliwości ekonomistów

CEO Magazyn Polska

Chińska gospodarka jest w coraz gorszej kondycji. Wskaźnik PMI dla przemysłu za wrzesień spadł do 47 pkt, co nie tylko oznacza kurczenie się sektora, ale jest poziomem najniższym od 6,5 roku. Spada eksport oraz poziom inwestycji, czyli dwa motory napędzające ją przez ostatnie lata. W rezultacie analitycy coraz mniej wierzą w podawane przez tamtejsze władze wciąż optymistyczne dane o wzroście gospodarczym.

W 2007 roku chiński produkt krajowy brutto wrósł o ponad 14 proc. Od 2008 roku gospodarka Państwa Środka zaczęła jednak hamować. Od trzech lat tempo rozwoju Chin nie przekracza 8 proc., a obecnie szacowane jest na ok. 7 proc. Nawet ten słabnący wzrost budzi jednak coraz poważniejsze wątpliwości ekonomistów.

– Chińska gospodarka zwalnia i to już od kilku lat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku. – Obecnie oficjalnie mierzony wzrost gospodarczy wynosi około 7 proc., ale jest wiele szacunków, które pokazują, że prawdopodobnie prawdziwy wzrost gospodarczy jest niższy i że chiński rząd albo to źle mierzy, albo źle zbiera statystyki, albo jakoś te statystyki są celowo źle pokazywane. Sporo jest szacunków, które wskazują, że ten wzrost już jest prawie 4-proc. To widać po niższej produkcji przemysłowej i niższym zużyciu energii elektrycznej. Jest kilka wskaźników, które są mocno skorelowane z PKB, i one sugerują, że ten wzrost PKB jest już niższy.

Spadające tempo wzrostu Chin wiąże się ze spadkiem eksportu, czyli najważniejszego ze źródeł finansowania tamtejszej gospodarki. W sierpniu tamtejsze firmy sprzedały za granicę towary warte o 5,5 proc. mniej niż rok wcześniej. Nadwyżka w handlu zagranicznym Chin wzrosła tylko dlatego, że jeszcze mocniej od eksportu spadł import (13,8 proc.).

– Mamy spowolnienie chińskiej gospodarki, która jeszcze kilka lat temu rosła w tempie ponad 10 proc., teraz to jest 7 proc., a może nawet mniej mówi Ignacy Morawski. – Natomiast kluczowe pytanie dotyczące Chin jest takie, czy to będzie stopniowe spowolnienie, czyli czy ten wzrost spadnie powoli z obecnych 7 proc. powoli do 6, do 5 i tak w przeciągu paru lat ta chińska gospodarka będzie stopniowo zwalniać, czy tam dojdzie do jakiegoś tąpnięcia wzrostu gospodarczego. To jest oczywiście wielka niewiadoma, trudno w tym momencie to wyrokować.

Kłopoty, w jakich znalazła się ostatnio chińska gospodarka, nie oznaczają bowiem, że nie ma dla niej dróg ucieczki od nadchodzącego kryzysu. Ekonomiści zastanawiają się, czy ten kraj zdoła znaleźć nowe źródła wzrostu.

– Wydaje mi się, że są wskaźniki, które sugerują, że jakoś Chińczykom udaje się uniknąć scenariusza wstrząsu makroekonomicznego, czyli silnego spadku wzrostu PKB – ocenia główny ekonomista BIZ Banku. – Bo z jednej strony mamy spadającą dynamikę inwestycji przede wszystkim i spadający eksport, czyli te dwa silniki, które ciągnęły Chiny w ostatnich latach, ale jednocześnie wiele sygnałów sugeruje, tak przynajmniej mówią ludzie, którzy dobrze obserwują chińską gospodarkę, że powoli zaczyna przyspieszać konsumpcja. To jest teraz główne wyzwanie, które stoi przed Chinami.

To, czy Chinom uda się przejść z modelu opartego głównie na inwestycjach i eksporcie do modelu bardziej opartego na konsumpcji, jest – jak zwraca uwagę Ignacy Morawski z BIZ Banku  wielką niewiadomą.

– Ale są sygnały sugerujące, że przy spadającej dynamice inwestycji i spadającej dynamice eksportu konsumpcja trzyma się dość stabilnie, a może nawet lekko przyspiesza. Wydaje mi się, że jest niemałe prawdopodobieństwo, że uda się uniknąć jakichś wielkich wstrząsów makroekonomicznych w Chinach. Inne jest oczywiście pytanie, czy Chińczykom uda się ustabilizować walutę. Oni ją trochę zdewaluowali w sierpniu i teraz jest pytanie, czy będą dalej dewaluować i dewaluacja juana sięgnie 20-30 proc., co dla świata byłoby dość trudne, bo to by obniżyło znacząco ceny eksportu w Chinach, które są jednym z największych eksporterów na świecie i mogłoby pogłębić deflację w niektórych obszarach na świecie.

Z drugiej strony, jak przypuszcza ekspert, Chińczycy będą próbowali swoją walutę stabilizować, nawet za cenę obniżenia rezerw walutowych. W sierpniu wartość rezerw spadła o ponad 94 mld dol. do 3,56 bln dol., co było największym spadkiem w historii.

Za źle naliczone ulgi we wpłatach na PFRON pracodawcy zapłacą wysokie kary. Zmianami w przepisach zajmie się Sejm

CEO Magazyn Polska

Wystawianie ulg we wpłatach na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych może przestać być opłacalne dla pracodawców. To z kolei może zmniejszyć atrakcyjność zatrudniania osób niepełnosprawnych. Projekt nowelizacji ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych wprowadza kary za błędy w wystawieniu ulgi nawet do 30 proc. ich sumy. Sposób sformułowania przepisu może rodzić problemy z jego interpretacją.

Na trwającym posiedzeniu Sejm zajmie się nowelizacją ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych.

– Najwięcej kontrowersji budzi propozycja, która na nowo reguluje zasady wystawiania ulg we wpłatach na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Przepisy nakładają nowe obowiązki na pracodawców, na przykład obowiązek wysyłania co miesiąc dodatkowej informacji sprawozdawczej do funduszu, ale tego pracodawcy się nie boją. Boją się natomiast nieprecyzyjności pewnych uregulowań, których skutkiem może być to, że nie będą mogli wystawiać ulg we wpłatach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Mateusz Brząkowski, radca prawny w Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych.

Obecnie wpłat na fundusz musi dokonywać każda firma zatrudniająca 25 pracowników (i więcej), która nie osiąga wskaźnika zatrudnienia osób niepełnosprawnych na poziomie co najmniej 6 proc. Może jednak obniżyć wysokość tej wpłaty, jeśli wykupi usługi od pracodawcy, który zatrudnia minimum 25 pracowników i osiąga 30-proc. wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych (niepełnosprawni zaliczeni do znacznego stopnia niepełnosprawności albo osoby niewidome, psychicznie chore lub upośledzone umysłowo, albo osoby z całościowymi zaburzeniami rozwojowymi lub epilepsją – zaliczone do umiarkowanego stopnia).

– Największa bolączka to propozycja wprowadzenia kary za błędne wystawienie ulgi. Kary rzędu 5, 10 oraz 30 proc. [kwoty pojedynczej ulgi – red.] mogą spowodować, że wystawienie ulg może już nie być opłacalne. Nawet jeśli pracodawca pomyli się o złotówkę, to może się okazać, że będzie musiał jeszcze uregulować dodatkowo karę rzędu nawet 30 proc. tejże ulgi – tłumaczy Brząkowski.

Nowelizacja ustawy zakłada, że firma, która udziela ulg przez wystawienie informacji z jej wysokością, będzie musiała to zrobić niezwłocznie po opłaceniu przez kontrahenta faktury. Nie będzie mogło to nastąpić później niż do ostatniego dnia miesiąca następującego po tym, w którym przypadł czas płatności za zakup. Co więcej, firma będzie musiała również przekazywać do PFRON-u dane o kwocie ulg udzielonych miesięcznie. Jeśli tego nie dopełni, zapłaci karę.

– Dzisiaj ulgę może wystawić nie tylko zakład pracy chronionej, lecz także każdy polski przedsiębiorca, który zatrudnia co najmniej 25 pracowników. Teraz, kiedy wystawienie ulg przestanie być opłacalne, pracodawca – patrząc na wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych – może stwierdzić, że niepełnosprawni pracownicy wcale nie są potrzebni i spowoduje to ich zwolnienie – ocenia radca prawny w POPON.

W ubiegłym roku budżet PFRON-u wyniósł 4,8 mld zł, z czego blisko 3,5 mld pochodziło z wpłat od pracodawców, którzy nie mają odpowiedniego wskaźnika zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Fundusz wyliczył, że na ulgach traci rocznie ok. 700 mln zł. Nowelizacja ustawy ma uszczelnić system, jednak w opinii eksperta POPON-u, zmiany są nieprecyzyjne, a kary dla pracodawców niewspółmiernie wysokie. W efekcie, choć ulgi będą formalnie istniały, przedsiębiorcy nie będą ich wystawiać.

Brząkowski podkreśla, że procedowanie nowelizacji ustawy przebiega bardzo szybko. Zgodnie z założeniami ma wejść w życie w marcu 2016 roku.

– Ustawa nie powinna być w tak szybkim trybie procedowana. Co nagle, to po diable. To głównie bat na pracodawców, wprawdzie jest marchewka, ale nadgryziona – przekonuje Mateusz Brząkowski.

Jak podkreśla, propozycja nowych przepisów nie uwzględnia propozycji POPON i pracodawców, które zostały przedstawione w I połowie roku.

– To m.in. propozycja, żeby zlikwidować obowiązek doraźnej opieki medycznej w zakładach pracy chronionej, także propozycja większej modyfikacji na plus dofinansowań do wynagrodzeń pracowników niepełnosprawnych – wskazuje ekspert.

Brakuje również uregulowań dotyczących badania kondycji przedsiębiorstwa w trudnej sytuacji ekonomicznej, co skutkuje dowolnością interpretacyjną organów administracji publicznej w przypadku starania się przez pracodawcę o pomoc publiczną.

Handel Polski z Ukrainą w impasie. Rynek wschodniego sąsiada jest jednak nadal bardzo perspektywiczny

CEO Magazyn Polska

Po siedmiu miesiącach tego roku znacząco spadła wartość wymiany handlowej między Polską a Ukrainą. Uspokojenie sytuacji we wschodnich regionach Ukrainy może jednak przynieść szybką poprawę wzajemnych relacji. Szczególnie mogą na tym skorzystać małe i średnie firmy w przygranicznych województwach. Potrzebne są jednak instrumenty wsparcia, które zminimalizują ryzyko.

To, co wydarzyło się na wschodzie Ukrainy, nie mogło nie wpłynąć na relacje gospodarcze z Polską – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju, założyciel Fundacji Instytutu Studiów Wschodnich. – W najbliższych latach, jeżeli sytuacja nie ulegnie zmianie, będziemy lizać rany po bardzo istotnym spadku wolumenów wymiany gospodarczej między Polską a Ukrainą.

Jak wynika z informacji Głównego Urzędu Statystycznego, po siedmiu miesiącach sprzedaż zagraniczna na Ukrainę zamknęła się kwotą ponad 6,5 mld zł (1,57 mld euro). Do Polski sprowadzono natomiast towary i usługi o wartości 3,5 mld zł (ponad 842 mln euro). Łączne obroty ze wschodnim sąsiadem spadły w eksporcie o 10,7 proc. (liczone w złotych), import natomiast skurczył się o 21,8 proc.

Udział tego kraju w obrotach handlowych Polski obniżył się w tym czasie w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku o 0,3 pkt proc. i wyniósł ogółem 1,5 proc. eksportu oraz 0,8 proc. importu. Jak informuje GUS, podczas pierwszych siedmiu miesięcy br. Ukraina zajmowała 18. miejsce na liście partnerów handlowych polskich przedsiębiorstw w eksporcie oraz 23. pod względem importu. W tym samym okresie ubiegłego roku były to odpowiednio 15. i 21. miejsce.

Ukraina to wśród sąsiadów Polski jeden z krajów, który potencjalnie może stanowić najlepszy, najbardziej obiecujący, najdynamiczniej rozwijający się rynek – uważa Zygmunt Berdychowski. – Warto zatem patrzeć na to, co się tam dzieje, nawet nie przez pryzmat polityki, ale przede wszystkim gospodarki.

Jak podkreśla, kluczowe dla polsko-ukraińskiej wymiany gospodarczej są małe i średnie firmy.

To przede wszystkim kapitał lokalny, regionalny, podkarpacko-małopolsko-lubelski – precyzuje Zygmunt Berdychowski. – Daje to szansę na bardzo szybki wzrost. Gdy zakończy się wojna, będziemy świadkami bardzo dynamicznego odbicia.

Dużych zagranicznych inwestorów, jak mówi Berdychowski, na Ukrainie brakuje. Niestety, po pierwsze, na wielu obszarach, gdzie ekspansja jest możliwa, jest blokowana przez tamtejsze firmy i administrację, które zazdrośnie strzegą dostępu do lokalnego rynku. Po drugie, znacznie atrakcyjniejszym kierunkiem dla dużych polskich przedsiębiorstw, szczególnie w pierwszym okresie wchodzenia na rynki środkowej i wschodniej Europy, są jednak Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia, Bułgaria, czyli kraje członkowskie Unii Europejskiej.

W przyszłym rozwoju wymiany handlowej kluczowy jest jednak pokój – podkreśla Berdychowski. – Jeśli on wreszcie zapanuje, to pojawi się otwarty rynek i nastąpi wzrost wymiany gospodarczej. Będą także korzyści i pojawią się możliwości zaangażowania się na tamtejszym rynku przez krajowe firmy.

Drugim istotnym elementem jest wsparcie dla firm ze strony polskiej administracji.

Chodzi o to, aby tej obecności polskiego kapitału na Wschodzie towarzyszyły instytucjonalne instrumenty wsparcia, które pozwolą przede wszystkim małym i średnim polskim firmom zminimalizować ryzyko – podkreśla przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Od przyszłego roku nowe zasady raportowania w gospodarce odpadami

CEO Magazyn Polska

W styczniu 2016 roku zmienią się zasady rocznego raportowania ws. odpadów. Firmy działające w branży gospodarki odpadami będą mogły w uproszczony sposób składać raporty ze swojej działalności. Według nowych zasad będzie raportowany jednak dopiero 2017 rok. Resort środowiska pracuje nad nową wersją rozporządzenia w tej sprawie.

Prawo stanowi, że obowiązek ewidencjonowania odpadów dotyczy każdego posiadacza odpadów, czyli podmiotu, który włada tym odpadem, a także jednostek organizacyjnych niebędących przedsiębiorcami. Odpady są ewidencjonowane za pomocą formularzy, które są stanowione aktem wykonawczym do ustawy o odpadach. Jaki to ma być raport, to zależy od rodzaju prowadzonej działalności przez przedsiębiorcę.

Inne obowiązki mają zakłady przetwarzania zużytego sprzętu, inne stacje demontażu pojazdów, a jeszcze inne przedsiębiorstwa, które zajmują się zbieraniem i przetwarzaniem odpadów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Wójcik, kierownik ds. ochrony środowiska i ADR Stena Recycling. – Dla wszystkich tych przedsiębiorstw wspólny jest raport, który składany jest raz do roku do urzędu marszałkowskiego w terminie do 15 marca. To jest raport, w którym przedsiębiorca ma obowiązek wskazać ilość i rodzaje odpadów, które zbierał, wytwarzał czy przetwarzał w danym roku kalendarzowym.

Rozporządzenie, które ma zacząć obowiązywać 1 stycznia 2016 r., będzie zawierać katalog wszystkich możliwych raportów i sprawozdań, a w załącznikach znajdą się nowe wzory formularzy.

Dotychczas te raporty były porozrzucane w różnych, chyba ponad osiemnastu aktach wykonawczych, co sprawiało dużą trudność przedsiębiorcom – mówi Anna Wójcik.

Wszyscy przedsiębiorcy działający w branży gospodarki odpadami będą składali swoje sprawozdania tylko w jednym miejscu – do marszałka danego województwa. Wcześniej organy, do których przekazywane były sprawozdania, były różne, np. sprawozdanie dla firm działających w obszarze zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego przekazywano do GIOŚ, a sprawozdanie dotyczące odbioru odpadów komunalnych do gminy. Do marszałków trafiał tylko roczny raport.

Nowością jest także obowiązek wskazania masy poszczególnych rodzajów odpadów zmagazynowanych na koniec roku kalendarzowego. Przedsiębiorca uzupełnia w formularzu tylko te działy, które rzeczywiście dotyczą jego działań w danym zakresie.

Jak podkreśla Wójcik, rozporządzenie zacznie obowiązywać w przyszłym roku, ale zgodnie z przepisami przejściowymi raport za 2016 rok będzie składany według starych zasad.

Nowe sprawozdania będą składane w 2018 roku za 2017 rok. Za 2016 rok, zgodnie z przepisami przejściowymi, przedsiębiorcy będą mieli obowiązek składać sprawozdania na starych formularzach. Dodatkowym udogodnieniem dla przedsiębiorców, jeśli chodzi o nowe sprawozdania, będzie możliwość składania ich w sposób interaktywny – informuje Anna Wójcik.

Nowe wzory formularzy mają stanowić podstawę do opracowania elektronicznych formularzy dostępnych w bazie danych o produktach i opakowaniach oraz o gospodarce odpadami (BDO), za której pośrednictwem docelowo przedsiębiorcy będą mogli składać sprawozdania w formie elektronicznej. Baza powinna powstać w przyszłym roku.

Za niewywiązywanie się z obowiązku raportowania w zakresie gospodarki odpadami, czyli np. za niezłożenie sprawozdania do marszałka, grozi administracyjna kara w wysokości od 500 zł do 8,5 tys. zł w zależności od tego, jak bardzo przedsiębiorca jest oporny w złożeniu tego sprawozdania – przypomina ekspertka Stena Recycling.

W decyzji o nałożeniu kary 500 zł wojewódzki inspektor ochrony środowiska określa termin do przekazania, musi być to co najmniej 14 dni. Uchybienie temu terminowi skutkuje nałożeniem na podmiot kary w wysokości 2 tys. zł, przy czym kara taka może być wymierzana wielokrotnie. Za jeden rok kalendarzowy łączna wysokość kar nie może przekroczyć kwoty 8,5 tys. zł.

Potencjał gospodarczy miast średniej wielkości nie jest wykorzystywany. Słupsk walczy o reinwestycje i stawia na edukację

CEO Magazyn Polska

Słupsk, podobnie jak inne polskie miast średniej wielkości, ma ogromny potencjał gospodarczy, który nie jest wykorzystywany – podkreśla prezydent Robert Biedroń. Dlatego władze starają się nie tylko zatrzymać dotychczasowych inwestorów, lecz także przyciągnąć nowych. Służyć temu mają m.in. przygotowane specjalnie dla nich tereny inwestycyjne oraz zmiany w edukacji. W ostatnim czasie udało się stworzyć wiele profilowanych klas we współpracy z największymi firmami w regionie i nie tylko, m.in. z Samsungiem, Gino Rossi czy Apple.

Dzisiaj Słupsk jest miastem, którego potencjał gospodarczy nadal jest niewykorzystany – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Robert Biedroń, prezydent Słupska. – Mało kto wie, że w naszym mieście produkowane są jedne z najlepszych butów w Polsce pod marką Gino Rossi. W Słupsku powstają także autobusy Scania sprzedawane w całej Europie. Mamy wiele firm, które się rozwijają i dobrze prosperują. Chcemy je skłaniać do reinwestowania.

Inwestycjom w regionie sprzyja fakt, że jest to specjalna strefa ekonomiczna. W I półroczu cztery firmy otrzymały pozwolenie na działalność – zadeklarowały one zainwestowanie ok. 24 mln zł i 110 miejsc pracy. Do końca roku takie pozwolenie ma otrzymać kolejne dziesięć przedsiębiorstw. W strefie pod koniec ubiegłego roku działało w sumie 58 firm, które zatrudniały ponad 3,5 tys. osób.

Do końca tego roku M&S Pomorska Fabryka Okien planuje wybudowanie w strefie nowego zakładu wytwarzającego okna PVC. W podstrefie Koszalin natomiast zezwolenie na działalność otrzymała szwajcarska spółka Rotho (drobna galanteria kuchenna i łazienkowa), która zamierza na terenie SSSE utworzyć centrum produkcyjne oraz logistyczne.

Połowa inwestycji w Polsce to reinwestycje, więc trzeba dopieszczać tych, którzy chcieli się związać z naszym miastem, i budować przyjazny klimat, by pokazać, że jest to miasto z ogromnym potencjałem – tłumaczy Robert Biedroń.

Jak podkreśla, naturalną przewagą Słupska jest lokalizacja – blisko portów morskich i niedaleko granicy z Niemcami oraz państwami skandynawskimi. To są też kierunki, z których najczęściej przybywają inwestorzy. Miasto i gmina dbają również o nowe tereny pod inwestycje.

Pod koniec sierpnia zakończyło się przygotowanie nowych gruntów inwestycyjnych w rejonie Płaszewka. Samorząd chce zainteresować nimi przedsiębiorców z całego kraju. Tereny zajmują łącznie ponad 34 hektary i leżą blisko drogi wojewódzkiej numer 210, krajowej szóstki oraz obwodnicy Słupska. Działki przeznaczone są na inwestycje o charakterze usługowym, składy, magazyny oraz centra logistyczne. W ramach inwestycji powstała m.in. droga oraz sieć sanitarna i wodociągowa.

– Słupsk ma Akademię Pomorską, kilka innych wyższych uczelni, co znaczy, że ma ogromny potencjał do tego, by stać się także zapleczem intelektualnym dla kadry, która będzie pracować na przykład w branży nowoczesnych technologii – mówi Robert Biedroń. – W Słupsku produkuje się np. śmieciarki kosmiczne dla Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Władze miasta stawiają także na edukację młodszych. We współpracy z biznesem przygotowano programy dla klas profilowanych, tak by lepiej odpowiadały one potrzebom rynku pracy. Są wśród nich klasy: obuwnicza (z Gino Rossi), nowoczesnych technologii (z Samsungiem), mistrzostwa kulinarnego (z Magdą Gessler). W przygotowaniu są klasy z udziałem Apple&HASH39;a oraz Microsoftu.

Chodzi o stworzenie sieci powiązań między biznesem a edukacją, tak żeby nie edukować przyszłych bezrobotnych – tłumaczy prezydent Robert Biedroń. – Dziś 50 proc. budżetu miasta to pieniądze na edukację, które do niczego się nie przydadzą, bo nie dajemy ludziom zawodu, który przyniesie im w przyszłości zatrudnienie. Chcemy to zmieniać właśnie poprzez takie działania.

Firmy przeznaczają coraz mniej czasu na rekrutacje pracowników

CEO Magazyn Polska

Czas na rekrutację pracowników w firmach jest coraz krótszy. W ponad połowie firm w Polsce wynosi od dwóch tygodni do miesiąca. Agencje pośredniczące w zatrudnieniu mają więc coraz mniej czasu na znalezienie odpowiednich kandydatów. Kosztem tradycyjnych ogłoszeń o naborze zyskują bezpośrednie formy dotarcia do kandydatów. Ważna rolę odgrywają tu serwisy społecznościowe oraz portale zawodowe.

Średni czas poszukiwania pracownika ulega skróceniu z tego względu, że zmieniły się trendy w rekrutacji – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Barszczewska, kierownik ds. rekrutacji w firmie doradztwa personalnego Cigno Consulting, ekspertka portalu happyhr.pl.

Rekruterzy coraz częściej stosują metody bezpośredniego dotarcia do odpowiednich kandydatów, tzw. direct search. Dzięki takim portalom jak GoldenLine czy LinkedIn zadanie jest dużo prostsze. Eksperci podkreślają, że większość procesów rekrutacyjnych odbywa się dziś w ramach działań ukrytych.

Nie jest to tradycyjna forma związana z publikowaniem ogłoszenia na portalach ogłoszeniowych, tylko dotarcie do odpowiednio już wyselekcjonowanych kandydatów. Nie do całej publiczności, tylko do wybranych wcześniej osób – potwierdza Marta Barszczewska.

Czas rekrutacji zależy przede wszystkim od charakteru danego stanowiska. Ogólna tendencja jest jednak taka, że ulega on skróceniu. Jak podkreśla ekspertka, to zarówno oczekiwanie działów HR, jak i kandydatów do pracy.

Dynamika procesów rekrutacyjnych właściwie z obu stron, zarówno rekruterów, jak i kandydatów, jest obecnie znacznie szybsza – zauważa Marta Barszczewska. – Żyjemy w szybkich czasach, więc konieczne jest, by procesy rekrutacyjne zajmowały coraz mniej czasu, a przy tym były tak samo skuteczne.

Z badania „Rekrutacja pod lupą” firmy eRecruiter wynika, że w 52 proc. firm proces ten trwa od dwóch tygodni do miesiąca. U 12 proc. pracodawców jest on krótszy niż dwa tygodnie, ale wciąż u 25 proc. trwa od miesiąca do nawet trzech miesięcy.

Skróceniu czasu rekrutacji sprzyjają nowe technologie. Z jednej strony rosnąca popularność narzędzi online skraca czas oczekiwania na reakcję kandydatów, dzięki czemu ich aplikacje spływają do firmy szybciej. Z drugiej strony takie narzędzia jak wideokonferencje czy platformy rekrutacyjne pozwalają sprawniej zweryfikować zgłoszenia.

Jak podkreśla Barszczewska, nie zmieniają się za to wysokie wymagania pracodawców wobec przyszłych pracowników.

Pracodawcy poza tym, że poszukują konkretnych umiejętności czy wiedzy, szukają także kompetencji miękkich – informuje Marta Barszczewska. – Jeszcze kilka lat temu wykształcenie i doświadczenie wystarczyły, dzisiaj to zdecydowanie za mało. Kandydaci muszą również mieć kompetencje miękkie.

Wśród najbardziej cenionych są umiejętność pracy w wielokulturowych zespołach, zorientowanie na realizację celu i wynik oraz kompetencje językowej.

Biegłe posługiwanie się językiem angielskim jest już uznawane za standard – tłumaczy Marta Barszczewska. – Raczej nieznajomość może prowadzić do stygmatyzacji kandydata, który w nim się nie komunikuje.

Miejsce zamieszkania ma wpływ na zdrowie. Mieszkańcy dzielnic o wysokim poziomie hałasu i przestępczości szybciej się starzeją

CEO Magazyn Polska

Przestrzeń życiowa może wpływać na komfort psychiczny człowieka. Miejsce zamieszkania powinno być dostosowane do wewnętrznego rytmu życiu właściciela, dzięki czemu będzie się on czuł bezpiecznie i swobodnie. Zbyt małe mieszkanie lub w złej lokalizacji może natomiast generować poczucie wyobcowania, niepewności i zmęczenia, a to z kolei może prowadzić do problemów ze zdrowiem.

Z badań amerykańskich naukowców wynika, że ludzie mieszkający w dzielnicach o wysokim poziomie hałasu i przestępczości szybciej się starzeją – biologicznie są o dziesięć lat starsi niż mieszkańcy spokojniejszych okolic. Kanadyjscy naukowcy dowiedli natomiast, że mieszkańcy miast częściej cierpią z powodu problemów psychicznych – o 21 proc. zwiększa się u nich ryzyko zaburzeń lękowych, a o 39 proc. zaburzeń nastrojów, w tym depresji. Zdaniem psychologów każdy człowiek potrzebuje przestrzeni, w której będzie się czuł bezpiecznie i swobodnie.

Strefa komfortu, która jest gwarancją poczucia bezpieczeństwa, wymaga przestrzeni. Pewne przestrzenie nam służą, a inne nie. To kwestia indywidualna.  Mieszkanie małe, ciasne czy niskie, nie działa dobrze na naszą neurologię. Dla pełnego funkcjonowania, szczególnie w dzisiejszych  czasach – natłoku informacji i zdarzeń, potrzebujemy więcej przestrzeni – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Marczewska, coach, założycielka i dyrektor generalna LABlife.

Człowiek jest istotą zakotwiczoną w otaczającej go przestrzeni. Wpływa ona na poczucie szczęścia i bezpieczeństwa, a także efektywność działania i kreatywność. Jeśli przestrzeń, w której się żyje, staje się problemem, może się pojawić uczucie wyobcowania, niepewności, zmęczenia i ograniczenia. Miejsce zamieszkania ma być naturalną przystanią, miejscem, gdzie można się ukryć po ciężkim dniu. Dlatego – zdaniem psychologów – kluczową kwestią dla komfortu psychicznego człowieka jest dostosowanie przestrzeni życiowej do jego wewnętrznego rytmu życia.

Różnorodność i wybór ułatwia regenerację sił, w miastach szukamy takich przestrzeni, które są i estetyczne, i blisko centrum. Zależy nam, aby były połączone z naturą i dawały możliwość ruchu czy uprawiania sportu, a jednocześnie możliwość izolacji i pracy w skupieniu. Komfort spotykania się z przyjaciółmi, ale i warunki do wyciszenia się – mówi Małgorzata Marczewska.

Najnowsze miejskie inwestycje są coraz lepiej dostosowane do tych właśnie potrzeb współczesnego człowieka. Są zlokalizowane w miarę blisko centrów dużych miast lub dobrze z nimi skomunikowane, co ułatwia mieszkańcom szybkie dotarcie do pracy i swobodne korzystanie z wielkomiejskich rozrywek. Jednocześnie zapewniają wyciszenie i odpoczynek na łonie natury dzięki bliskości parków, rzek lub stawów. Inwestycje te łączą tradycję z nowoczesnością – zapewniają bezpieczeństwo poprzez system kamer i obecność ochrony czy recepcję, a jednocześnie mają zalety mieszkania na peryferiach dzięki bliskości terenów zielonych.

Takim przykładem jest chociażby Park Avenue Apartments, inwestycja apartamentowa zlokalizowana na Starych Dębnikach w Krakowie, blisko Starego Miasta. Łączy ona tradycję, ukrytą m.in. w pobliskiej historycznej zabudowie, z nowoczesnością przejawiającą się chociażby w architekturze samej inwestycji. Z jednej strony mamy tu dostęp do przepięknych terenów zielonych, a zarazem możemy się cieszyć z wygody zapewnianej przez bliskość centrum miasta. Widać tu ogromną dbałość o komfort przyszłych mieszkańców – mówi Małgorzata Marczewska.

Liczne badania pokazują, że kontakt z naturą znacznie redukuje poziom stresu, a osoby mieszkające w sąsiedztwie terenów zielonych odczuwają większą satysfakcję z życia. Obecnie nie trzeba już wyprowadzać się za miasto, by móc cieszyć się kontaktem z naturą.

Asseco ogłasza wezwanie na akcje Infovide-Matrix

Asseco Poland podpisało z głównymi akcjonariuszami Infovide-Matrix, spółki notowanej na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, porozumienie dotyczące zbycia większościowego pakietu akcji oraz ogłosiło wezwanie na 100% akcji Spółki. To kolejny istotny krok, mający na celu budowę silnej polskiej firmy informatycznej, która dzięki tej transakcji, będzie mogła zwiększyć potencjał świadczonych usług.

Ponad 80% przychodów Grupy Asseco pochodzi ze sprzedaży oprogramowania własnego i usług z nim związanych. Spółka działa między innymi w sektorze bankowym, telekomunikacyjnym, energetycznym oraz administracji publicznej. Zakup Infovide-Matrix pozwoli Asseco rozszerzyć ofertę usług w zakresie światowych rozwiązań firm trzecich, oraz zróżnicować i wzmocnić pozycję Grupy Asseco na rynku usług IT. Infovide-Matrix, będąc partnerem wielu międzynarodowych dostawców IT, od lat specjalizuje się w tej działalności i wypracowało modele, z których Asseco będzie mogło korzystać w dalszym rozwoju swojej Grupy.

Wraz z rozwojem rynków oraz poszczególnych sektorów gospodarki, dynamicznie rośnie rola rozwiązań informatycznych, które przybliżają firmy do ich klientów. Do tego niezbędne stają się zaawansowane rozwiązania informatyczne oraz wyspecjalizowane usługi. Zespoły Asseco oraz Infovide-Matrix posiadają uzupełniające się kompetencje, dlatego obie strony dostrzegają duże korzyści płynące z perspektywy wspólnego działania. Przełoży się ono na bardziej kompleksową ofertę dla naszych klientów, która sprawi, że będziemy bardziej konkurencyjni na polskim rynku – powiedział Adam Góral, prezes zarządu Asseco Poland.

Do sfinalizowania transakcji Infovide-Matrix będzie funkcjonowało bez zmian, realizując umowy i projekty dla dotychczasowych klientów. Docelowo, zespoły obu firm będą ściśle współpracować, świadcząc usługi dla takich sektorów jak energetyka, bankowość, telekomunikacja oraz administracja publiczna.

Obie strony będą kontynuować realizację swoich dotychczasowych umów z klientami, którzy dzięki tej transakcji zyskają dostęp do pełnej oferty oraz know-how zarówno Infovide-Matrix, jak i całej Grupy Asseco. Ponadto, klienci Infovide-Matrix będą mieli po drugiej stronie dużego i stabilnego partnera, który będzie mógł kompleksowo realizować bardziej wymagające projekty.

Rozwój usług związanych z realizacją złożonych projektów w oparciu o technologię światowych dostawców jest częścią projektów realizowanych dla naszych klientów. Dołączenie zespołu Infovide-Matrix, jednego z czołowych polskich podmiotów w tym segmencie usług IT, do Grupy Asseco pozwoli nam istotnie przyspieszyć rozwój w tym obszarze rynku. Doceniając kompetencje i skuteczność zespołu Infovide-Matrix, wierzę że nasza Grupa stworzy dla niego szereg interesujących nowych możliwości rozwoju, wynikających z zaplecza kapitałowego, możliwości poszerzania kompetencji, relacji z klientami i obecności na wielu światowych rynkach – powiedział Adam Góral.

Finalizacja transakcji uwarunkowana jest zgodą Prezesa UOKiK oraz przekroczeniem w wezwaniu zapisów, dających Asseco minimum 70,01% udziału w kapitale zakładowym Spółki.

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 22.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Jutro szefowie państw UE zajmą się kwestią uchodźców. Wiele kwestii wymaga doprecyzowania

Jacek Męcina

UE dąży do rozwiązania kwestii uchodźców. Dziś o propozycji KE ws. rozlokowania 120 tys. osób dyskutować będą ministrowie spraw wewnętrznych krajów unijnych, jutro – szefowie państw i rządów. Zgodnie z tą propozycją do Polski trafi ok. 12 tys. osób, głównie z Syrii. Wiele kwestii, zarówno na poziomie unijnym, jak i krajowym, wymaga jednak doprecyzowania.

Zjawisko związane z uchodźcami należy rozpatrywać w szerszym kontekście. Z jednej strony, solidarność i postawa etyczna wymagają, aby pomagać ludziom, którzy uciekają przed działaniami wojennymi. Z drugiej strony, musimy być do tego dobrze przygotowani – zaznacza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej.

Komisja Europejska proponuje, by każdy kraj członkowski przyjął określoną z góry liczbę uchodźców. Zgodnie z propozycją KE do Polski miałoby trafić 12 tys. uchodźców. Kraje Grupy Wyszehradzkiej skłaniają się jednak ku zasadzie dobrowolności przy podziale uchodźców.

Taka liczba uchodźców oznacza, że Polska powinna się do tego dobrze przygotować. Działania te zależą głównie od tego, czy Polska ma być dla uchodźców jedynie krajem tranzytowym na Zachód, czy stać się nowym domem.

Potrzebna jest jasna deklaracja, czy przyjmowani uchodźcy chcą azylu w Polsce i organizacji życia w Polsce, osiedlenia się w Polsce, bo to oznacza ogromne wyzwania związane z działaniami integracyjnymi, nauką języka, a później ze znalezieniem miejsc pracy – mówi Jacek Męcina.

Jak podkreśla, potencjał na polskim rynku pracy jest, chociaż zależy to w dużej mierze od branży i konkretnych zawodów. Przykładem mogą być obywatele Ukrainy – co roku 200 tys. osób z tego kraju podejmuje prace sezonowe.

Z raportu Boston Consulting Group wynika, że w 2030 roku Polska będzie potrzebować 20 mln pracowników. Aktywnych zawodowo będzie zaś tylko ok. 16 mln osób. Imigranci będą mogli w części zapełnić tę lukę.

Trzeba jednak zaznaczyć, co bardzo ważne, że potrzebne są rozstrzygnięcia na poziomie europejskim, procedury alokacji tych uchodźców. Co zrobimy w sytuacji, kiedy przyjmiemy jakąś grupę uchodźców, a oni powiedzą, że oni nie chcą azylu i pracy w Polsce, tylko chcą tej pracy w Niemczech. Czy Niemcy przyjmą tych uchodźców, a właściwie wtedy już migrantów zarobkowych. To są te procedury, które wymagają na poziomie europejskim doprecyzowania – mówi wiceminister.

Jego zdaniem na poziomie krajowym procedury są precyzyjne.

Wiemy, że jeśli ktoś się stara o azyl i go otrzymuje, może także otrzymać pozwolenie na pracę. Jeśli ktoś stara się tylko o zatrudnienie, to podlega procedurze badania rynku pracy. Jeśli ktoś się ubiega o pracę sezonową, to stosujemy w stosunku do obywateli ze Wschodu uproszczone procedury, w stosunku do innych obywateli zwykłą procedurę badania rynku – wymienia Męcina.

Imigrantów w Polsce przybywa. Na koniec 2014 roku karty pobytu miało 175 tys. osób. Z danych resortu pracy wynika również, że wzrasta liczba oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy. Na podstawie takich oświadczeń mieszkańcy Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy mogą uzyskać wizę pobytową lub zezwolenie na pobyt czasowy. W I kw. tego roku liczba oświadczeń zwiększyła się o 150 proc.

Z danych Urzędu ds. Cudzoziemców wynika, że od początku 2014 roku do września 2015 roku wnioskami o udzielenie ochrony międzynarodowej objęto ponad 15,5 tys. osób. Najliczniejszą grupę stanowili obywatele Rosji i deklarujący narodowość czeczeńską, a następnie obywatele Ukrainy – 26 proc. Szef Urzędu ds. Cudzoziemców podkreślał niedawno podczas posiedzenia sejmowej komisji, że jedna czwarta osób starających się o ochronę w Polsce uzyskuje decyzję pozytywną. Od początku 2014 roku umorzono ponad 10 tys. postępowań. Najczęstszą przyczyną jest brak obligatoryjnego zgłoszenia się danej osoby w ośrodku, co może oznaczać, że nie kontynuuje ona procedury uchodźczej na terenie Polski.

Domy maklerskie pracują nad poprawą bezpieczeństwa IT. Mają na to czas do końca 2016 roku

CEO Magazyn Polska

Domy maklerskie mają niecałe półtora roku, by dostosować się do wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego dotyczących bezpieczeństwa informatycznego. Największe firmy inwestycyjne mają w dużej części ten proces za sobą, mniejsze wciąż nad tym pracują. Wydatki na dodatkowe wymagane przez KNF zabezpieczenia nie muszą być duże.

Duża część biznesu finansowego wymaga infrastruktury teleinformatycznej. Jeśli ta infrastruktura jest bezpieczna, to wiemy, że cały biznes finansowy będzie działał dobrze – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Grzegorz Biernatek, kierownik projektów analitycznych z firmy Audytel. – W przypadku domów maklerskich mamy bardzo poufne informacje o klientach, o transakcjach przez nich zawieranych, więc ta instytucja, która może się pochwalić bezpieczną infrastrukturą, czyli brakiem wpadki z wyciekiem danych, na pewno będzie lepiej postrzegana przez swoich klientów i ma szansę, żeby się dalej rozwijać.

Domy maklerskie mają czas do końca 2016 roku, by dostosować się do wytycznych ustalonych kilka miesięcy temu przez Komisję Nadzoru Finansowego. Wytyczne dla domów maklerskich są niemal identyczne jak te, które stworzone zostały dla banków, mowa tu oczywiście o rekomendacji D.

Obserwujemy prace domów maklerskich nad tym, żeby wypełnić te wymagania i żeby w wyznaczonym okresie dostosować się do zaleceń, które zostały w tych rekomendacjach sformułowane – mówi Biernatek.

Wytyczne zostały podzielone na kilka obszarów: strategii i organizacji obszarów technologii informacyjnej i bezpieczeństwa środowiska teleinformacyjnego, rozwoju środowiska teleinformatycznego, utrzymania i eksploatacji środowiska teleinformatycznego oraz zarządzania bezpieczeństwem środowiska teleinformatycznego.

Według KNF konieczność wydania wytycznych związana jest z rozwojem technologicznym, ciągłym wzrostem znaczenia technologii informacyjnej dla działalności podmiotów nadzorowanych oraz z powodu pojawienia się nowych niebezpieczeństw w cyberprzestrzeni.

Duże domy maklerskie przeważnie mają tę drogę już za sobą. Natomiast mniejsze firmy, dysponujące zwykle mniejszymi środkami na działania związane z bezpieczeństwem teleinformatycznym, mocno nadganiają dokumentację i prace nad zabezpieczeniami, żeby w momencie gdy KNF powie: „sprawdzam”, mogli powiedzieć, że mają to wszystko zrealizowane – tłumaczy ekspert. – Natomiast nie wpływa to na bieżące funkcjonowanie domów maklerskich.

Jak podkreśla, zmiany te nie muszą także wiązać się z dużym obciążeniem finansowym, co nie przełoży się w rezultacie na wzrost kosztów dla klientów domów maklerskich.

Na bezpieczeństwo można wydać bardzo duże pieniądze, ale można też pewne rzeczy zrobić dobrze, wydając mniej – przekonuje ekspert Audytela. – Mniejsze domy maklerskie nie korzystają z największych firm doradczych, kupują rozwiązania teleinformatyczne z drugiej ligi, a nie od tych najdroższych producentów sprzętu sieciowego i zabezpieczeń technicznych. Więc one są w stanie, utrzymując dotychczasową marżę i koszty, dostosować się do zaleceń KNF-u. To będzie z korzyścią dla rynku, ich działań i bezpieczeństwa w przyszłości.

Polki chore na zaawansowanego raka piersi nadal czekają na lek. Mógłby wydłużyć ich życie o 1,5 roku

CEO Magazyn Polska

Co piąta polska pacjentka z rakiem piersi cierpi na jego agresywną odmianę. Możliwości leczenia zaawansowanego nowotworu są, ale tego leku nie refunduje NFZ. Od dwóch lat onkolodzy i pacjenci czekają na dostęp do innowacyjnego leku, który przedłuża życie kobiet średnio o 1,5 roku.

Rak piersi to najczęściej występujący nowotwór złośliwy u Polek – rocznie zapada na niego ok. 17 tys. kobiet, z czego 5 tys. umiera. Prawie 20 proc. chorych cierpi na bardziej agresywną i szybciej dającą przerzuty odmianę raka, której przyczyną jest tzw. nadmierna ekspresja receptora HER2. Jest to białko wpływające na wzrost i podział komórki, które w komórkach nowotworowych występuje w zwiększonej liczbie. W efekcie komórki dzielą się i mnożą znacznie szybciej, co przyspiesza wzrost nowotworu. Jeszcze do niedawna HER2-dodatni rak piersi oznaczał gorsze rokowania. Dziś nawet w zaawansowanym stadium choroby możliwe jest jego leczenie.

W tej chwili praktycznie każdy ma dostęp do internetu. Pacjenci wiedzą, jaki jest dostęp do terapii na świecie. Praktycznie nie ma takiej pacjentki, która wiedząc, że ma HER-pozytywnego raka piersi, nie zapytałaby, czy nie mogłaby być leczona pertuzumabem – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld, lekarz z Kliniki Nowotworów Piersi i Chirurgii Rekonstrukcyjnej w Centrum Onkologii w Warszawie.

Terapia pertuzumabem wydłuża życie chorych o blisko 16 miesięcy, nawet do prawie 5 lat, w porównaniu do standardowego leczenia. Takie wyniki badań i obserwacji 800 pacjentek z 25 krajów przedstawiono podczas ubiegłorocznego kongresu Europejskiego Stowarzyszenia Onkologii Klinicznej (ESMO 2014).

Przy leczeniu pertuzumabem w połączeniu z herceptyną [trastuzumabem – red.] i z cytostatykiem, którym jest w tym wypadku docetaksel, chore osiągnęły średnią przeżycia ponad 5 lat, jest to bardzo długi czas w rozsianych nowotworach w ogóle, a w tak agresywnym, jakim jest HER2-pozytywny rak piersi, jest to szczególnie istotne – mówi dr Gruszfeld.

Zdaniem lekarzy mało jest w onkologii terapii, które przynoszą równie spektakularne efekty. Pertuzumab jest obecnie refundowany w 20 krajach Unii Europejskiej, w tym w Czechach i na Słowacji, a więc krajach o podobnym statusie społeczno-ekonomicznym co Polska. W Polsce jednak lek ten nadal jest niedostępny dla pacjentek.

My w swoim czasie na pertuzumab wydaliśmy rekomendację, jest to rzeczywiście lek bardzo innowacyjny, który w nawrotowych rakach piersi jest bardzo skuteczny według najnowszego piśmiennictwa. Natomiast efektywność kosztowa jest kolosalna – mówi Wojciech Matusewicz, prezes Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. – Wydając rekomendację, wydaliśmy ją warunkowo, a tym warunkiem było obniżenie ceny leku przez producenta bądź zastosowania takiego podziału ryzyka, który by zbliżał się do efektywności kosztowej.

Decyzję o finansowaniu leku podejmuje minister zdrowia. Zdaniem wiceministra Igora Radziewicza-Winnickiego ustawa refundacyjna już przyspieszyła włączanie nowych leków do refundacji, natomiast każda taka decyzja wymaga analizy tego, czy dany lek jest rzeczywiście skuteczny.

Czas od pojawienia się nowych leków do włączenia ich do refundacji jest coraz krótszy, ale pamiętajmy, że nigdy nie będzie tak, że wszystko, co wyjdzie z fabryki leków, zostanie natychmiast zrefundowane, bo nie wiemy często, jaka jest rzeczywista rola tych leków w praktyce medycznej – mówi wiceminister zdrowia Igor Radziewicz-Winnicki.

Eksperci podkreślają jednak, że na innowacyjne leki wciąż przeznaczane jest za mało środków. Tym bardziej że dzięki ustawie refundacyjnej w latach 2012-2014 udało się zaoszczędzić blisko 4 mld zł.

Prosta matematyka wskazuje, że od roku 2012 do końca roku 2014 wydano mniej o ponad 4 mld na refundację leków – mówi Leszek Stabrawa, ekspert HTA Audit. – Widać, że ustawa refundacyjna zadziałała w kontekście dbania o finanse Narodowego Funduszu Zdrowia i te pieniądze winny zostać przekazane na refundację kolejnych terapii.

Onkolodzy podkreślają, że na trwających od dwóch lat dyskusjach tracą pacjentki.

Chore leczone pertuzumabem w porównaniu z leczeniem, którym teraz w Polsce dysponujemy, żyją praktycznie o półtora roku dłużej. W wypadku rozsianej choroby nowotworowej to jest bardzo długo. Poza tym trzeba tutaj podkreślić, że toksyczność tego leczenia jest stosunkowo niewielka. Większość tych chorych może normalnie pracować, żyć, spełniać swoje obowiązki. To jest niebagatelne – mówi dr Agnieszka Jagiełło-Gruszfeld.

Pracownicy mają ostatnie dni na wykorzystanie zaległego urlopu za 2014 rok

CEO Magazyn Polska

Tylko do 30 września pracownik może wykorzystać zaległy urlop za 2014 rok. Zgodnie z opinią Sądu Najwyższego pracodawca może zobowiązać pracownika do wykorzystania zaległych dni wolnych. Taki urlop musi być wykorzystany, bo kodeks pracy nie przewiduje możliwości wypłacenia ekwiwalentu pieniężnego za niewykorzystane wolne w trakcie trwania umowy o pracę. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy pracownik odchodzi z danej firmy.

Co do zasady obowiązkiem pracodawcy jest udzielanie pracownikowi urlopu w tym roku, w którym pracownik nabył do niego prawo, czyli nie jest dopuszczalna sytuacja, w której część urlopu pracownik wykorzysta w danym roku, a część przeniesie sobie na rok kolejny – mówi agencji Newseria Biznes Michał Szuszczyński, wykładowca w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu, radca prawny i założyciel SZUSZCZYŃSKI Kancelarii Prawa Pracy w Poznaniu.

W praktyce jednak często ma to miejsce. Przepisy przewidują, że tylko w sytuacji, kiedy urlop wypoczynkowy nie mógł być wykorzystany w danym roku kalendarzowym, może być wykorzystany najpóźniej do 30 września kolejnego roku.

Stanowiska Państwowej Inspekcji Pracy czy stanowiska, które wyraża w swoich wyrokach Sąd Najwyższy, określają, że przy urlopie bieżącym, czyli z danego roku, przyjmuje się, że pracodawca nie ma prawa zmusić pracownika do jego wykorzystania – mówi Michał Szuszczyński. – W przypadku urlopu zaległego Sąd Najwyższy stoi na stanowisku, że można pracownika zmusić do wykorzystania tego zaległego urlopu.

Pracodawca może też narzucić termin urlopu, nawet bieżącego, w przypadku, gdy pracownik znajduje się w okresie wypowiedzenia umowy o pracę. Ponadto, tylko w sytuacji zakończenia współpracy z dotychczasowym pracodawcą pracownikowi, który ma niewykorzystany urlop, przysługuje ekwiwalent pieniężny.  

Należy pamiętać o tym, że ten ekwiwalent obejmuje wówczas tylko te miesiące, które pracownik proporcjonalnie przepracował w zakładzie pracy. Jeżeli stosunek pracy ulega zakończeniu z końcem sierpnia, wówczas ekwiwalent wypłacamy za te dni urlopowe, które przysługiwały pracownikowi od stycznia do sierpnia, a nie w całym roku kalendarzowym – podkreśla Szuszczyński.

Kodeks pracy stanowi, że termin urlopu powinien być ustalony przy uwzględnieniu potrzeb pracownika. Nie powinien jednak zakłócać normalnego toku funkcjonowania zakładu pracy. W przypadku konfliktu dat ostateczna decyzja w sprawie urlopu należy do pracodawcy.

Jeżeli pracodawca uznaje, że preferowany przez pracownika termin wykorzystania urlopu zakłócałby normalne funkcjonowanie firmy, ma prawo odmówić udzielenia takiego urlopu. Oczywiście należy dążyć do tego, żeby w jak największym stopniu ten termin był dogodny dla obydwu stron – mówi ekspert.

Kodeks pracy nie wskazuje, w jaki sposób pracodawca powinien rozwiązywać problem kolizji terminów, czyli kiedy duża liczba wniosków urlopowych dotyczy tego samego terminu.

Warto pomyśleć, w jaki sposób takie kwestie uregulować w zakładzie pracy. Jednym ze sposobów może być np. zapisanie w regulaminie, że pracownicy składają wnioski urlopowe do określonego terminu, np. do końca stycznia danego roku kalendarzowego i pracodawca ma prawo kierować się kolejnością wpływu takich wniosków urlopowych – proponuje Michał Szuszczyński.

Z kolei w przypadku urlopu na żądanie pracodawca powinien udzielić go w terminie wskazanym przez pracownika.

Taka jest istota tego urlopu, takie też były intencje ustawodawcy, kiedy ten urlop był wprowadzany do kodeksu pracy – komentuje.

Orzecznictwo sądowe dopuszcza jednak możliwość odmowy udzielenia takiego dnia wolnego. Dotyczy to wyjątkowych sytuacji, w których nieobecność zatrudnionego skutkowałaby paraliżem przedsiębiorstwa.

To przykładowo sytuacja, kiedy jednego dnia wszyscy kierowcy karetek pogotowia złożyliby wnioski o udzielenie im urlopu na żądanie albo kierowcy pojazdów odśnieżających podczas bardzo srogiej zimy. W takiej właśnie sytuacji sądy pracy uznają, że pracodawca ma prawo odmówić udzielenia urlopu na żądanie w określonym terminie. Ale zasadą powinno być to, że ten urlop udzielany jest w terminie wskazanym przez pracownika – informuje mecenas.

W przypadku nieuzasadnionej odmowy przyjęcia wniosku o urlop pracodawca naraża się na finansowe konsekwencje. Kodek pracy traktuje tego typu decyzję jako wykroczenie przeciwko prawom pracownika, co grozi karą w wysokości od tysiąca do nawet 30 tys. zł.

Polski dłużnik coraz bardziej świadomy i szybciej spłaca zobowiązania

CEO Magazyn Polska

Polscy dłużnicy coraz lepiej znają swoje prawa i obowiązki. W spornych sytuacjach z windykatorem piszą zażalenia, ale wiedzą również, że zadłużenie należy spłacać i że przedawnienie sprawy nie oznacza końca długu. Średni czas spłaty zadłużenia wynosi 33 dni, to blisko o połowę krócej niż na południu Europy.

Obserwujemy dłużników od kilkunastu lat. Z roku na rok coraz lepiej znają swoje prawa, ale zmienia się też sam proces windykacji. To już nie jest taki proces jak kilkanaście lat temu. Należymy do Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, stosujemy zasady dobrych praktyk, z kolei dłużnik nie waha się, żeby pójść do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów lub zgłosić sprawę do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jolanta Piasecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Intrum Justitia, firmie, która świadczy usługi zarządzania należnościami finansowymi.

Z raportu InfoDług firmy BIG InfoMonitor wynika, że w pierwszej połowie tego roku udzielono 3,5 mln kredytów konsumpcyjnych, o rekordowej wartości 39,6 mld zł. To o 6,6 proc. w ujęciu wartościowym więcej niż w analogicznym okresie 2014 roku.

Łącznie Polacy zalegają już na blisko 41 mld zł. Liczba klientów podwyższonego ryzyka to ok. 2,4 mln osób. Zadłużenie rośnie, ale większa jest też wiedza konsumentów na ten temat.

Dłużnik wie, jak wygląda jego sytuacja. Wie, że przedawnienie sprawy nie zamyka możliwości dochodzenia należności. Również firmy pracują coraz bardziej profesjonalnie. Jesteśmy partnerami – podkreśla Piasecka.

Większość osób, które nie regulują swoich zobowiązań, jest zadłużonych na stosunkowo niewielkie kwoty. Przykładowo, w Rejestrze Dłużników ERIF przeważają osoby, które mają zadłużenie w wysokości od 1 do 3 tys. zł. Średnie zadłużenie konsumenta nie przekracza 5 tys. Spłacalność długu w dużej mierze zależy od przedawnienia i tytułu, z którego wynika. Trudno jest windykować szybkie pożyczki, które są udzielane np. przez telefon. Sytuacja na rynku wygląda jednak coraz lepiej.

Wyznaczany termin spłaty w Polsce wynosi około 21 dni, zarówno w sektorze biznesowym, jak i w sektorze konsumenckim. Termin spłaty to 33 dni, podobny w obu sektorach. To nie jest zła informacja dla przedsiębiorców, bo jeżeli porównamy się z krajami w trudnej sytuacji ekonomicznej, jak Grecja i całe południe Europy, to tam standardem jest 60 dni – zaznacza ekspertka Intrum Justitia.

Jeszcze kilka lat temu więcej było dłużników, którzy unikali spłaty zobowiązań. Teraz wiedzą, że nie jest to rozwiązanie i że z windykatorem można się porozumieć. To efekt także innego podejścia firm ściągających należności. Mają świadomość, że spłata zależy w dużej mierze nie tylko od sytuacji samego dłużnika, lecz także sytuacji makroekonomicznej.

Z punktu widzenia firmy windykacyjnej ważna jest konsekwencja. To nie jest tak, że próbujemy odzyskać dług jeden raz i się wycofujemy. Będziemy konsekwentnie przez kilka lat przypominać, że zadłużenie istnieje. Sytuacja dłużnika może się zmienić, a on musi mieć świadomość, że zadłużenie musi spłacić – mówi Piasecka.

Dłużnicy coraz częściej też spłacają długi. Wiedzą, że unikanie windykatorów może skończyć się spotkaniem w sądzie, a następnie windykacją komorniczą.

W Polsce często jest tak, że kiedy ktoś dostaje wezwanie do zapłaty, dzwoni, żeby się upewnić, czy to zadłużenie istnieje, czasami trochę się pokłóci, czy faktycznie musi zapłacić, natomiast nie wywołuje to jeszcze automatycznej kwestii spłaty – wskazuje Jolanta Piasecka i podkreśla, że znacznie w tym względzie różnimy się od przeciętnych dłużników z północy Europy. – Terminy płatności w Skandynawii są zawsze krótkie. Tam mentalność ludzi jest inna i jedno wezwanie do zapłaty powoduje natychmiastową spłatę – tłumaczy. 

Dobre perspektywy dla studentów rachunkowości zarządczej. Coraz więcej ofert pracy i wysokie zarobki

CEO Magazyn Polska

W ciągu ostatnich czterech lat podwoiła się liczba studentów rachunkowości zarządczej w Instytucie CIMA. Zainteresowanie tym kierunkiem rośnie, bo i perspektywy dla tej branży są coraz lepsze. Wzrasta także zapotrzebowanie na specjalistów, którzy dzięki analizie danych z firmy i jej otoczenia potrafią wspierać zarządy w podejmowaniu decyzji. Te zaś doceniają ich pracę, oferując wyższe zarobki.

Nigdy nie było lepszych czasów niż obecne, jeśli chodzi o pracę w rachunkowości zarządczej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrew Miskin, Deputy President w Instytucie Rachunkowości Zarządczej CIMA. – Firmy na całym świecie zmagają się z niedoborem materiałów, kadry. Rachunkowość zarządcza właśnie z tym pomaga sobie radzić.

Specjaliści w dziedzinie rachunkowości zarządczej dzięki analizie wyników firmy i jej otoczenia pomagają zarządom podejmować lepsze decyzje oraz rozumieć ich konsekwencje. Wskazują również, jakie decyzje będą wspierać rozwój zarówno całych organizacji, jak i jej pracowników.

Rozumiemy, w jaki sposób tworzona jest wartość firmy, jakie są koszty i jesteśmy w stanie pogodzić to w taki sposób, by pomóc przedsiębiorstwom osiągnąć sukces – twierdzi Andrew Miskin.

Na skutek coraz większej popularności rachunkowości zarządczej w ciągu ostatnich kilku lat podwoiła się liczba studentów uczących się tego zagadnienia w Instytucie CIMA.

Mamy teraz ponad 227 tysięcy studentów i członków na całym świecie – twierdzi Andrew Miskin. – Rachunkowość zarządcza wymaga wiedzy w zakresie finansów. To podstawa. Potrzebne są również zdolności przywódcze, umiejętność pracy z ludźmi i komunikatywność. Dzięki takim kompetencjom rachunkowość zarządcza  może wywierać wpływ na organizacje i pomagać w podejmowaniu lepszych decyzji.

Specjaliści z dyplomem CIMA pracują w sektorze publicznym, prywatnym oraz non-profit. Instytut współpracuje z pracodawcami, tworząc raporty i badania, a także aktualizując program nauczania tak, aby CIMA była instytucją „pierwszego wyboru” podczas rekrutacji liderów biznesu w dziedzinie finansów. 

Bardzo trudno określić poziom wynagrodzenia takich specjalistów, bo to zależy od poszczególnych organizacji – mówi Andrew Miskin. – Na podstawie ankiet porównawczych wnioskujemy, że w Polsce miesięczna pensja takiego specjalisty to około 10 tys. zł. Badania pokazują również, że otrzymują oni średnio o około 80 proc. większe wynagrodzenie niż osoby bez dyplomu CIMA. Warto więc zdobywać kwalifikacje w tej dziedzinie.

Założony w 1919 roku Instytut Rachunkowości Zarządczej CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants) jest największą organizacją zrzeszającą specjalistów w zakresie rachunkowości zarządczej, liczącą ponad 227 tys. członków i studentów w 179 krajach.

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 21.09.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

BetaMed chce uruchomić kolejne kliniki, by leczyć i aktywizować seniorów. Śląska spółka planuje też ekspansję zagraniczną

CEO Magazyn Polska

Starzenie się społeczeństwa stawia nowe wyzwania przed służbą zdrowia. Osoby starsze trzeba nie tylko leczyć, lecz także aktywizować, by dzięki dobrej kondycji dłużej zachowali zdrowie, bo to obniży koszty ich leczenia i będzie przeciwdziałać wykluczeniu społecznemu. Spółka BetaMed specjalizująca się w opiece domowej nad pacjentami zamierza proponować seniorom, by w placówkach ich firmy łączyli rekreację z leczeniem. Klientów chce szukać także za granicą.

Zmiany demograficzne są nie tylko polskim problemem. Ludzie żyją coraz dłużej i coraz dłużej zachowują aktywność w całym zachodnim świecie. BetaMed rozważa więc ekspansję międzynarodową.

– Zapraszają nas, żebyśmy zrobili filie w Stanach – powiedziała w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Beata Drzazga, prezes zarządu BetaMedu. – Może na razie będą to tylko punkty informacyjne, gdzie będziemy informować Polonię o tym, że można pozostawić tutaj mamę, tatę i że są ośrodki godne polecenia. Może to będą ośrodki jeszcze w innych krajach.

BetaMed świadczy usługi pielęgniarskie w ponad 70 oddziałach w całej Polsce. Głównie realizuje kontrakty z Narodowym Funduszem Zdrowia na świadczenia pielęgnacyjne i opiekuńcze. Firma zatrudnia blisko 2 tys. pielęgniarek i pielęgniarzy. Ma też w Chorzowie klinikę Medical Active Care, w której oferuje zarówno całodobową opiekę, jak i pobyty dzienne. Chce tak organizować opiekę nad starszymi, by dzięki aktywności, uprawianiu sportu jak najdłużej nie wymagali poważnych interwencji lekarskich. Jak mówi Beata Drzazga, tak jak osoby młode chodzą i spędzają z pożytkiem czas, np. na siłowniach, tak samo osoby starsze, seniorzy mogą spędzać czas,  poprawiając swą sprawność.

– BetaMed prospołecznie spotyka się z osobami z zewnątrz, z seniorami, organizujemy tzw. centrum SPA, mody i urody dla seniorów, pobyty dzienne. Pobyty dzienne są płatne, ale te spotkania na razie robimy bezpłatnie – mówi Beata Drzazga. – Robimy w ten sposób, że osoby, które mieszkają na zewnątrz kliniki Medical Active Care łączą się z osobami, które mieszkają u nas, to aktywizuje osoby starsze, które są u nas w zakładzie pielęgnacyjno-opiekuńczym do tego, żeby się ładnie ubrać, nie leżeć w łóżku i razem z innymi brać udział w zajęciach.

Taka aktywizacja ludzi starszych to nie tylko sposobu na ciekawe spędzanie wolnego czasu, lecz także oszczędność, bo zamiast kosztownych procedurach medycznych organizujemy zajęcia, dzięki którym ludzie są dłużej zdrowi i sprawni.

– Warto w ramach rozrywki przemycić zajęcia, w trakcie których ludzie powinni się ruszać, wprowadzać różne ćwiczenia i chodzić na rehabilitację – podkreślała prezes zarządu podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju. – I ci ludzie chętnie w tym biorą udział, bo dzięki temu mają gdzie spędzić czas, nie siedzą w domu przed telewizorami i nie myślą o tym, co ich gnębi, jakie mają choroby, ile tabletek powinni zjeść. Po drugie społeczeństwo jest już coraz bardziej świadome i chętnie bierze udział w takich zajęciach.

Spółka ma nadzieję, że pozytywne aspekty aktywizacji ludzi starszych docenią również politycy. Liczy na to, że resorty zdrowia oraz resort pracy zaczną ze sobą współpracować nad odpowiednimi programami, bo oznaczałoby to w sumie mniejsze wydatki. Sami emeryci najczęściej nie są w stanie sfinansować podobnych zajęć, łączących rozrywkę, profilaktykę i opiekę medyczną.

Rozwijamy się również w kierunku rehabilitacji sportowej – informuje prezes Beata Drzazga z BetaMedu Przed nartami, po nartach czy tak po prostu można przyjść zrobić sobie przegląd. To powinien być standard, bo dzieci bada się bardzo często, robi się bilanse, a dorośli, zwłaszcza zapracowani, rzadko się badają. U nas jest możliwość wykonania wszystkich niezbędnych badań. Mamy wszystkich specjalistów, USG, rentgeny, możemy zrobić kolonoskopię czy gastroskopię.

Coraz mniej fuzji i przejęć. W I półroczu było ich tylko 33, czyli o 146 mniej niż rok wcześniej

CEO Magazyn Polska

Polscy właściciele przedsiębiorstw są coraz mniej skłonni do sprzedaży swoich firm. Między styczniem a czerwcem br. odnotowano jedynie 33 fuzje i przejęcia, aż o 146 mniej niż w pierwszym półroczu 2014 roku. W latach 2010-2012 odbywało się rocznie po 500-600 tego rodzaju transakcji. Najczęściej nadal sprzedawane są firmy handlowe, choć i liczba tych transakcji wyraźnie spada.

Nasze analizy pokazują, że w latach 2010-2014 spadła liczba fuzji i przejęć w obszarze handlu detalicznego, hurtowego oraz tych gałęzi przemysłu, gdzie były one najczęstsze, czyli w sektorze zarządzaniu nieruchomościami i szeroko pojętym budownictwie – mówi agencji Newseria Inwestor Robert Kremser, dyrektor ds. rozwoju w Bisnode Polska.

Jak wynika z ostatniego opracowania tej firmy w latach 2010-2012 liczba fuzji i przejęć oscylowała wokół poziomu 500-600 rocznie. W ubiegłym roku natomiast spadła do 263. W pierwszym półroczu br. na polskim rynku odnotowano zaledwie 33 przejęcia przedsiębiorstw. W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku przeprowadzono o 146 fuzji mniej, a w stosunku do pierwszego półrocza 2011 roku – o 256.

Jest to spowodowane tym, że podczas kryzysu łatwiej było firmom przejmować spółki będące w gorszej sytuacji finansowej, więcej było okazji do tego, by zająć się konsolidacją rynku i tak wyjść na zakupy, aby przejąć większą część rynku, konkurentów, którzy znaleźli się w gorszej sytuacji finansowej i w ten sposób wykorzystać efekt synergii – tłumaczy Robert Kremser. – Więcej było okazji, żeby rosnąć nie tylko organicznie, lecz także poprzez fuzję i przejęcia.

Z danych Bisnode Polska wynika, że w ogólnej liczbie przejęć dominuje handel hurtowy i detaliczny. W pierwszym półroczu 2012, 2013, 2014 i 2015 roku przejęto w sumie 74 hurtownie, 69 firm z sektora handlu detalicznego oraz 47 przedsiębiorstw związanych z obsługą rynku nieruchomości. W tym roku były to zaledwie dwie hurtownie oraz trzy przedsiębiorstwa handlu detalicznego. Nie odnotowano ani jednej fuzji, której przedmiotem byłaby firma związana z rynkiem nieruchomości.

Najwięcej fuzji odbywało się w handlu hurtowym i detalicznym oraz budownictwie, gdzie w latach kryzysu bardzo dużo przedsiębiorstw miało kłopoty finansowe, chyliło się ku upadkowi i na skutek tego pojawiło się sporo okazji – mówi Robert Kremser. – Dużo też było planowanych fuzji, które z różnych powodów nie doszły do skutku. Właściciele rozmyślali się, zmieniali zdanie co do wyceny swoich przedsiębiorstw, więc przejęcia w pewnym momencie kończyły się niepowodzeniem. Rynek bardzo w tym okresie się rozwinął, przy czym w ostatnich latach procesy takie dotyczą raczej firm mających do 100 mln zł rocznych przychodów. Wcześniej były także większe przedsiębiorstwa.

Jak precyzuje Robert Kremser, wcześniej odbywały się fuzje związane nie tylko z połączeniem dwóch przedsiębiorstw oraz wykorzystaniem efektu synergii (przynoszącej oszczędności likwidacji dublujących się aktywności). Wiele przedsiębiorstw szukało też inwestora, który mógłby zrestrukturyzować firmę.

Mówimy o fuzjach ogólnie, ale były też takie poszukiwania, których celem było znalezienie inwestora, by utrzymać biznes i ratować firmę – uściśla Kremser.

Jego zdaniem w najbliższej przyszłości kolejnych fuzji nie będzie już dużo. Według Roberta Kremsera jest to wynik coraz mniejszych możliwości rynku oraz związanych z tym trudności przeprowadzenia takiego procesu. W ostatnich latach znacząco zmieniło się także myślenie właścicieli o swoich przedsiębiorstwach.

Zobaczyli, że przeszli przez trudne czasy kryzysu, firma nie tylko nie pogorszyła swojej sytuacji, lecz także np. urosła i chociaż dwa lata temu była możliwość i chęć, aby firmę sprzedać, to teraz już takiej potrzeby nie ma albo mówimy o kwotach, które nie są do uzyskania od potencjalnych inwestorów – wyjaśnia Robert Kremser.

Jak zauważa, wcześniej fuzje, szczególnie w handlu hurtowym i detalicznym, odbywały się na rynku, który był bardzo mocno rozdrobniony i miały typowy charakter konsolidacyjny. Sieci detaliczne i różnego rodzaju hurtownie dążyły do fuzji, żeby przejąć jak największe części rynku.

Teraz przejęcia na pewno będą się odbywać między większymi firmami niż miało to miejsce w latach 2010-2014 – mówi Robert Kremser z firmy Bisnode Polska. – Większe będą wolumeny transakcji, a fuzje będą dłuższe, wymagające bardziej drobiazgowego przygotowania. W rezultacie ich liczba raczej będzie spadać.

Polska ma siedem miesięcy na wdrożenie nowych unijnych dyrektyw o zamówieniach publicznych. Ma być szybciej, oszczędniej i bardziej przejrzyście

CEO Magazyn Polska

Reforma zamówień publicznych to – jak oceniają eksperci – szansa na dostosowanie prawa do praktyk panujących w biznesie. Polska ma czas do 18 kwietnia 2016 roku, by wdrożyć unijne dyrektywy do rodzimych zapisów. Te m.in. obejmują komunikację elektroniczną, skrócenie procedur czy dopuszczenie do zamówień publicznych zagranicznych firm.

Ambicją zarówno Komisji Europejskiej, jak i międzynarodowych organizacji, takich jak OECD i Bank Światowy, jest reforma zamówień publicznych w taki sposób, żeby były one jak najbliższe praktykom biznesowym obecnym na rynku – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Eliza Niewiadomska, specjalista ds. zamówień publicznych z Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. – To, co widać na rynku europejskim i światowym, to zdecydowane dążenie do unowocześnienia i usprawnienia procedur zamówień publicznych.

Według ekspertki oznacza to przede wszystkim skrócenie procedur czy wprowadzenie zamówień elektronicznych, które w całej Unii mają być wdrożone w przyszłym roku.

– To także umożliwienie śledzenia przepływu pieniądza od planowania finansowego, przez planowanie inwestycji, po zawieranie umowy i wynagrodzenia wypłacane z umów – wymienia Eliza Niewiadomska. – Wreszcie finalny rezultat i oczywiście zamiar poprawy ekonomiczności wydatkowania środków poprzez tworzenie centrów zakupowych na różnych poziomach administracji – dodaje.

Wśród zapisów unijnych dyrektyw dotyczących zamówień publicznych są m.in.: wprowadzenie takiego samego dokumentu zamówienia w całej Unii, utworzenie elektronicznej bazy zamówień, czy zniesienie zasady automatycznego wykluczania oferentów.

Unia Europejska nakłada obowiązek wdrożenia nowych przepisów do kwietnia przyszłego roku. Mają one wprowadzić do systemu prawnego obowiązkowe zamówienia elektroniczne i usprawnienia dla zagranicznych wykonawców w ubieganiu się o zamówienia publiczne w krajach członkowskich – wymienia Niewiadomska.

Wartość przetargów publicznych w Polsce oscyluje wokół 140-160 mld złotych rocznie. Z danych Urzędu Zamówień Publicznych wynika, że w 2014 roku w około 40 proc. przetargów brał udział jedynie jeden oferent. To największy odsetek w Unii Europejskiej.

Według Elizy Niewiadomskiej, jeśli chodzi o organizację przetargów, Polska ma sporo do nadrobienia.

Polska wypada średnio. Największy postęp w zamówieniach publicznych przez ostatnie 5 lat zrobiły kraje, które wychodzą z kryzysu, ponieważ miały silną motywację, żeby zacząć oszczędzać – twierdzi Eliza Niewiadomska. I w takich krajach jak Portugalia, Cypr, Grecja, Hiszpania czy teraz Francja postawiono na zamówienia elektroniczne i reorganizację procesu zakupowego tak, żeby oszczędzać. Portugalczycy twierdzą, że dzięki tej reformie oszczędzają 3 proc. swojego budżetu krajowego, to są niesamowite pieniądze – tłumaczy.

Wobec nowego PROW rynek oczekuje większego wsparcia inwestycji w maszyny rolnicze

Tomasz Wieja

Dopłaty z budżetu unijnego zwiększają inwestycje w rolnictwie. Pokazały to doświadczenia poprzedniej perspektywy UE. Ten rok jest słabszy od poprzednich, choć pieniądze z PROW 2007-2013 wsparły sprzedaż jeszcze w czerwcu i pewnie zwiększą popyt we wrześniu, kiedy mija kolejny termin wypłaty zaległych środków. Producenci maszyn czekają na wysyp zamówień z kolejnej perspektywy, chociaż podkreślają, że nowe konkursy w zbyt małym stopniu wspierają inwestycje w maszyny.

Podczas ostatnich programów, które były wprowadzane na rynek w poprzednich latach, głównie promowane były zakupy nowych maszyn. To miało ogromny wpływ na rynek. Widać to szczególnie po 2012 roku, który był rekordowy pod względem liczby rejestracji nowych ciągników w Polsce – mówi Tomasz Wieja, ekspert New Holland, jednego z liderów wśród producentów ciągników.

Rolnicy zarejestrowali wówczas ponad 19 tys. nowych ciągników. W kolejnych latach już tak dobrze nie było. W tym roku środki z UE wspierają sprzedaż tylko w niektórych miesiącach. Z raportu firmy Martin & Jacob, monitorującej rynek rolniczy, wynika, że w czerwcu odnotowano rekordową liczbę rejestracji nowych ciągników – ponad 2 tys. Eksperci wiążą to z wypłatą zaległych środków z PROW 2007-2013. Lipcowe wyniki sprzedażowe są jednak zdecydowanie gorsze. Zarejestrowano tylko 781 ciągników – o 61 proc. mniej niż w czerwcu i 46 proc. mniej niż rok wcześniej. W ciągu siedmiu miesięcy roku zarejestrowano w Polsce ponad 8,2 tys. traktorów.

Ten rok jest kolejnym okresem lekkiego regresu. Szacujemy, że nowych ciągników zarejestrowanych w Polsce będzie około 13-14 tys. Nie jest to poziom, którego byśmy oczekiwali – mówi Tomasz Wieja.

Producenci liczą na to, że unijne środki z nowej perspektywy pozwolą choć trochę zbliżyć się do wyniku z 2012 roku. Branża czeka na uruchomienie naborów na premie dla młodych rolników. Zastrzykiem pieniędzy będzie też program Modernizacja Gospodarstw Rolnych, który odgrywa istotną rolę w napędzaniu nowych inwestycji. Zdaniem ekspertów nowe programy powinny jednak bardziej wspierać zakupy nowych maszyn.

Dzisiaj promowane są nieco inne formy zagospodarowania tego budżetu dla rolników. Dzisiaj mówimy bardziej o infrastrukturze, mniej o zakupach nowych maszyn – mówi Wieja. – Myślę, że powinniśmy jednak skupić się na tym, aby promować cały czas zakup nowych maszyn. Potrzebujemy czegoś, co będzie zachęcało rolników do inwestycji.

Podkreśla, że ogólnie stan maszyn w polskim rolnictwie jest coraz lepszy, ale wciąż wymaga sporych nakładów. Są one konieczne, by polscy rolnicy mogli wygrywać z rolnikami z państw Europy Zachodniej.

Wciąż duże potrzeby w zakresie modernizacji rolnictwa powodują, że na polskim rynku o klientów walczą w zasadzie już wszystkie światowe marki, konkurując również z producentami krajowymi.

Wieja podkreśla, że branża musi dostosowywać swoją ofertę do coraz wyższych wymagań klientów.

Oferta producentów pokrywa się z tym, czego oczekuje rolnik europejski. Czyli mamy pełną gamę maszyn, od 20 aż do 700 koni mechanicznych – podkreśla ekspert New Holland. – Mamy nowe rozwiązania dla precyzyjnego rolnictwa i tym rolnicy są bardzo zainteresowani. To są oszczędności nie tylko w zużyciu paliwa, lecz także w zużyciu wszystkich środków ochrony roślin, nawozów i innych elementów, które mają wpływ na koszty prowadzenia działalności rolniczej.

Jak podkreśla Wieja, producenci stawiają na normy ekologiczne i kładą nacisk na redukcję emisji szkodliwych spalin. Podobnie jak nowe samochody również ciągniki naszpikowane są nowymi technologiami. Nową ofertę producenci prezentowali na Międzynarodowej Wystawie Rolniczej AGRO SHOW 2015 w Bednarach koło Poznania.

Dla rolników w nowej perspektywie przeznaczono 13,5 mld euro. 8,6 mld mają stanowić fundusze unijne, a 4,9 mld – wkład krajowy. Wieja podkreśla, że pomaga także przewidywalność wsparcia. Polscy rolnicy mogą się przygotować do rozpoczęcia inwestycji i zaplanować swój rozwój pod kątem zbliżających się naborów.

Na unikaniu płatności VAT Polska traci 42 mld zł rocznie. Większe wpływy do budżetu byłyby możliwe dzięki obniżeniu i uproszczeniu podatków

Szara strefa związana z niepłaceniem podatku VAT w Polsce stanowi niemal 27 proc. zobowiązań z tego tytułu. Ekonomiści szacują, że do budżetu nie trafia co roku ponad 40 mld zł. Sytuację poprawiłoby obniżenie i ujednolicenie stawek podatków oraz uproszczenie przepisów.

Obniżone wpływy z VAT- u to zaledwie część tego, co budżet traci na nieoficjalnej aktywności swoich obywateli.

Na unikaniu płatności tylko z tytułu VAT tracimy 42 mld zł rocznie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Poniatowski, starszy ekonomista w Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. – Jeżeli przyjmiemy, że wielkość szarej strefy, którą bardzo trudno się liczy, jest taka sama w całej gospodarce, to możemy szacować, że ubytek z tytułu wszystkich podatków może wynosić nawet 100 mld zł rocznie.

Na tle innych państw Unii Europejskiej Polska wypada słabo. Tak duża szara strefa związana z podatkiem VAT stawia ją na siódmym od końca miejscu w rankingu. Znacznie lepiej wypadamy na tle państw Europy Środkowej. Tu Polska plasuje się w środku stawki. Mniejsza szara strefa jest na Węgrzech, w Estonii i Czechach, a wyższa na Słowacji, Litwie i Łotwie.

W krajach takich jak Holandia, Szwecja i Finlandia udało się zredukować nieściągalność podatku VAT do poziomu niewiele przekraczającego 4 proc. zobowiązań – mówi Grzegorz Poniatowski. – Ale warto wspomnieć, że są też kraje, w których nieściągalność wynosi powyżej 40 proc. Takim krajem jest np. Rumunia, która od lat plasuje się na najgorszym miejscu w zestawieniu.

W badaniach Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych uwzględniono nie tylko klasyczną szarą strefę, czyli ludzi działających poza systemem podatkowym, lecz także wzięto pod uwagę m.in. bankructwa firm, wybieranie niewłaściwych (niższych) stawek opodatkowania i unikanie płatności podatków przez firmy, także takie, które jest zgodne z obowiązującym prawem.

Z raportu wynika, że za szarą strefę odpowiadają nie tylko ci, którzy nie płacą podatków, lecz także ci, którzy je nakładają.

Wysokość podatków wpływa na wielkość szarej strefy – mówi Poniatowski. – Również poziom skomplikowania systemu podatkowego jest z nią skorelowany. Warto wspomnieć, że Ministerstwo Finansów, począwszy od 2013 roku, przeprowadza działania mające na celu redukcję skali przestępstw, mowa tu o karuzelach finansowych i działalności słupów. To są również działania, które mamy nadzieję, przyniosą zmniejszenie wielkości szarej strefy, ale to dopiero zobaczymy w kolejnym badaniu dla 2014.

To nie zwiększenie represyjności może jednak przynieść ograniczenie szarej strefy i wzrost wpływów podatkowych. Znacznie lepszym sposobem wydaje się uproszczenie prawa i obniżanie obciążeń.

Poziom skomplikowania wpływa na łatwość oszustw finansowych. Przykład to różne stawki podatkowe na kawę z mlekiem i mleko z kawą. Bardzo łatwo jest w takim przypadku oszukać fiskusa i zastosować inną stawkę podatkową. Gdyby jednak system był prosty, to na pewno byłoby trudniej o takie przestępstwo – tłumaczy ekspert Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych.

Dodaje, że najmniejsza ściągalność VAT-u jest we wszystkich tych branżach, które narażone są na wysoką stopę procentową, jak np. alkohole czy wyroby tytoniowe. Podobnie jest z innymi podatkami.

– W jednym z badań przeprowadzonych przez CASE dotyczącym podatku akcyzowego udowodniliśmy, że dalsze zwiększanie stawki podatkowej na tyle zwiększa wielkość szarej strefy, że przychody z tytułu podatków będą się zmniejszały. Szara strefa bardzo się rozwijała również w kilku innych branżach, nieobjętych akcyzą, jak chociażby w branży wyrobów hutniczych czy elektroniki użytkowej – mówi ekspert CASE.

Dostosowanie przepisów o rewizji finansowej do wymogów UE wstrząśnie branżą audytorską. Mniejsze firmy mogą zniknąć z rynku

Ustawa, która ma dostosować polskie przepisy dotyczące kontroli finansowej przedsiębiorstw do wymogów Unii Europejskiej, zmieni obraz branży audytorskiej – oceniają jej przedstawiciele. Celem reformy jest dekoncentracja rynku, ale konsekwencje mogą być dotkliwe dla małych firm, którym grozi wypadnięcie z rynku. W resorcie finansów trwają konsultacje w sprawie nowych przepisów.

Powodem zmian w polskich przepisach jest konieczność wdrożenia unijnych dyrektyw. Mają one doprowadzić do wzrostu jakości informacji finansowej oraz do dekoncentracji rynku audytorskiego. Szczególnie jednostki zainteresowania publicznego, czyli m.in. banki i ubezpieczyciele, zlecają audyty największym audytorom – co roku temu samemu, umacniając ich pozycję.

Jednym z celów zmian jest zwiększenie konkurencyjności rynku audytorskiego, w tym również usunięcie ryzyka systemowego związanego z dominacją wielkiej czwórki [Deloitte, KPMG, EY i PwC – red.]. Wydaje mi się, że istnieje niepewność co do tego, czy proponowane działania ujęte w założeniach do regulacji ustawowych będą zgodne z tym celem – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Ewa Jakubczyk-Cały, prezes zarządu firmy audytorskiej PKF Consult.

W projekcie przygotowanym przez resort finansów przewidziano m.in. zwiększenie niezależności audytorów od badanego podmiotu. Przepisy zakładają np. rotację firm badających konkretne przedsiębiorstwo – po ośmiu latach konieczna będzie zmiana audytora. Zmiana kluczowego biegłego rewidenta będzie konieczna po czterech latach, a nie jak dotąd po pięciu, np. w branży ubezpieczeniowej.

Jak podkreśla prezes PKF Consult, nowe przepisy nakładają na audytorów szereg wymogów i obowiązków, które zwiększą koszty prowadzenia tej działalności.

Dziś na rynku istnieje około 1,7 tys. firm audytorskich, z czego zdecydowana większość prowadzona jest w formie jednoosobowych działalności gospodarczych. Myślę, że jednoosobowych działalności nie będzie stać na przystosowanie się do wymogów ustawowych – uważa Ewa Jakubczyk-Cały. – Bardzo niewiele firm będzie w stanie zrealizować te wymagania, aby móc dalej funkcjonować, oferując usługi rewizji dla jednostek zainteresowania publicznego, czyli dla rynku publicznego. Może to spowodować wycofanie się z rynku wielu podmiotów. Prawdopodobny jest też rosnący trend konsolidacji branży poprzez przejęcia i fuzje.

Istotne jest również to, że nowe przepisy wprowadzają zakaz zawierania umów podwykonawstwa. To też dotknie najmniejsze firmy działające na rynku, ponieważ często średni i duzi gracze przy realizacji badań wspierali się mniejszymi podmiotami.

Zakaz usług podwykonawstwa może spowodować dodatkowo, że małe podmioty, nie mogąc sprostać wszystkim regulacjom dotyczącym procesów oraz wykładania środków na promocję swojej działalności, będą musiały się wypisać z listy podmiotów uprawnionych do badania sprawozdań finansowych i skoncentrować się na alternatywnych usługach opartych o swoje kompetencje – wyjaśnia prezes PKF Consult.

Ocenia, że w ogólnym rozrachunku liczba firm audytorskich w Polsce spadnie, podobnie jak liczba audytorów badających jednostki zainteresowania publicznego.

Dzisiaj jest ich około 100, a myślę, że zostanie ich ok. 15-20 – prognozuje Jakubczyk-Cały.

Powodem są wyższe kary finansowe za wykryte nieprawidłowości.

Nadzór publiczny, oprócz biegłych rewidentów, będzie miał możliwość sankcjonowania członków organów rad nadzorczych i komitetów audytu – podkreśla Ewa Jakubczyk-Cały. – Kary w tym przypadku są podobne jak dla biegłych rewidentów, czyli maksymalna kara to jest 4 mln zł dla osoby fizycznej i 10 proc. przychodów dla osób prawnych.

Uspokaja jednak, że zgodnie z dyrektywą wysokość kar powinna być zależna nie tylko od istoty przewinienia, lecz także od możliwości finansowych, czyli dochodów osiągniętych przez osobę karaną.

Jestem przekonana, że ostateczny kształt ustawy będzie satysfakcjonujący dla wszystkich stron. Myślę, że ostateczny cel, czyli poprawa jakości finansowej i zwiększenie zaufania inwestorów, przy tych regulacjach i przy lekkiej ich korekcie zostanie dokonany – ocenia ekspertka.

Wart około 2,5 mld zł krajowy rynek zabawek w tym roku wzrośnie o 4-5 proc. Branżę czeka konsolidacja

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz chętniej kupują zabawki. W ubiegłym roku rynek wzrósł o ok. 8 proc. i była to najwyższa dynamika w Unii Europejskiej (dwa razy wyższa niż średnia). W br. wydatki na zabawki powinny wzrosnąć o około 4-5 proc. Na rynku jest bardzo wielu graczy, więc najprawdopodobniej czeka go konsolidacja.

Rynek zabawek charakteryzuje się dużym rozdrobnieniem, najwięksi gracze mają zaledwie kilka procent udziału, więc na pewno jest to rynek, który prędzej czy później czeka konsolidacja – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Ochędzan, członek zarządu i dyrektor finansowy w Grupie AB. – Chcielibyśmy na pewno tutaj odegrać aktywną rolę w najbliższym czasie, zarówno w procesie konsolidacji, jak i w procesie zwiększania udziału w tym rynku.

Grupa AB specjalizująca się w dystrybucji sprzętu IT od dwóch lat zwiększa swoje udziały w rynku zabawek poprzez firmę Rekman, dystrybutora zabawek w Polsce.

Dopiero kilka kwartałów znacząco rośniemy w tym segmencie, ale mamy nowe pomysły na rozwój, na pewno będziemy o nich mówić podczas podsumowania wyników. Nie poprzestaniemy na tym, co obecnie robimy – mówi Ochędzan.

Jak wynika z danych firmy Rekman, krajowy rynek zabawek w ubiegłym roku wart był około 2,5 mld zł po wzroście o około 8 proc. (prawie dwa razy szybszym niż w całej Unii Europejskiej). Prognozy producentów przedstawione podczas ostatnich targów tego rodzaju produktów w Norymberdze wykazują, że br. zakończy się w Polsce dynamiką rynku na poziomie 4-5 proc. W ubiegłym roku miesięczny wzrost tylko w grudniu, najważniejszym miesiącu dla branży, wyniósł aż 10 proc.

Ubiegłoroczne wzrosty europejskiego rynku zabawek nie dotyczą jednak wszystkich segmentów. Z dziewiętnastu kategorii jedenaście zaliczyło wzrost, zaś osiem – spadek. Największy progres odnotowano w zabawkach konstrukcyjnych oraz artystycznych i kreatywnych. Spadek dotknął natomiast przede wszystkim artykuły dla niemowląt oraz lalki.

Coraz większy kawałek tortu przypada sklepom internetowym. Ich ubiegłoroczne obroty stanowiły 25 proc. sprzedaży zabawek w UE (22 proc. w 2013 roku). Rosnąć będzie także rola dystrybutorów.

Wejście w dystrybucję zabawek to konsekwencja wykorzystania naszych kompetencji, które posiadamy zarówno po stronie obsługi logistycznej, jak i masy krytycznej, przede wszystkim zdolności finansowania biznesu – podkreśla Grzegorz Ochędzan. – Paradoksalnie dystrybucja zabawek od IT niewiele się różni. Ale kluczowe są także kompetencje, które Rekman zbudował przez ostatnie 20 lat funkcjonowania. Wykorzystując te doświadczenia, umiejętności i znajomość rynku, chcemy na nim wzrastać. Takie są nasze plany.

Także w związku z rozwojem tego segmentu w Grupie AB w ostatnim roku obrachunkowym zatrudnienie wzrosło o około 7 proc.

To też opisuje naszą skalę działania – mówi dyrektor finansowy w Grupie AB. – Mamy otwarte projekty biznesowe, o których na razie nie mówimy, bo są w fazie startowej, ale w dłuższym terminie powinny przynosić coraz większe wyniki na poziomie przychodów i marż. Wzrost zatrudnienia na pewno nadal będzie szedł w parze z nowymi projektami.

W czerwcu spółka AB zakończyła swój rok obrachunkowy. Na wszystkich poziomach zysku i przychodów zwiększyła wyniki dwucyfrowo, a jej przychody sięgają niemal 7 mld zł.

W I półroczu otwarto 18 nowych hoteli. Wciąż jest miejsce na kolejne inwestycje

CEO Magazyn Polska

Przez najbliższe 5-7 latach w Polsce powstawać będzie średnio 20-30 nowych obiektów hotelowych rocznie – ocenia Instytut Hotelarstwa. Najlepsze perspektywy dla inwestorów stwarzają miejscowości turystyczne. Rozwijać się będą także duże sieci hotelowe w największych miastach oraz hotele tranzytowe. W stosunku do Europy Zachodniej polskie hotele są dużo młodsze, a przez to nowocześniejsze. Pod względem nasycenia rynku wciąż jednak daleko nam do europejskich liderów.

Mamy 2,2 tys. obiektów hotelowych na terenie całego kraju. Dla porównania w Niemczech jest 13 tys., a w Wielkiej Brytanii prawie 7 tys. obiektów hotelowych – mówi agencji Newseria Jacek Piasta, ekspert z Instytut Hotelarstwa.

Zdaniem Piasty niski stopień nasycenia rynku powoduje, że nasz kraj ciągle jest atrakcyjnym miejscem do inwestowania.

W pierwszym półroczu mieliśmy informację o wejściu na rynek 18 nowych obiektów hotelowych: i czterogwiazdkowych, i ekonomicznych – mówi ekspert Instytutu Hotelarstwa. – Szacujemy, że rynek będzie powiększał się w tempie około 20-30 obiektów hotelowych rocznie przez najbliższe 5-7 lat.

Inwestycje na rynku hotelowym są dziś realizowane zarówno w miastach, jak np. Kraków czy Trójmiasto, jak i w mniejszych miejscowościach o typowo turystycznym charakterze. Od lokalizacji zależy jednak rodzaj budowanego obiektu.

W dużych miastach jest miejsce na hotele ekonomiczne i te rozwijają się najlepiej. Natomiast w destynacjach wypoczynkowych, rekreacyjnych, gdzie Polacy jeżdżą odpoczywać, dominują hotele czterogwiazdkowe – wyjaśnia Jacek Piasta.

W opinii eksperta trudno też mówić o jednym standardzie hoteli, na jaki będzie zapotrzebowanie. W miejscowościach wypoczynkowych powstawać będą zarówno obiekty mniejsze, rodzinne, jak i te luksusowe z ofertą SPA. W dużych miastach szybciej będą się rozwijać hotele sieciowe oraz obiekty tranzytowe, czyli zlokalizowane przy drogach dojazdowych, dworcach czy lotniskach.

Dominującą grupę wśród polskich hoteli niezmiennie stanowią obiekty o 3-gwiazdkowym standardzie. Według Centralnego Wykazu Obiektów Hotelarskich w sierpniu 2015 roku było ponad 1,3 tys. hoteli tego typu. Najmniej jest obiektów 5-gwiazdkowych – tylko 57.

Piasta zapewnia, że obiekty hotelowe w Polsce charakteryzują się zróżnicowaną ofertą, dostosowaną do rodzaju klienta, którego chcą przyciągnąć. W przypadku obiektów o profilu biznesowym atutami będą lokalizacja w centrum miasta, parking czy szybki internet.

Z kolei hotel, który jest położony w miejscowości atrakcyjnej wypoczynkowo, powinien mieć jak najlepszą lokalizację, interesującą ofertę usług dodatkowych. To może być zarówno SPA, jak i boiska. Wszystko zależy od tego, czego szuka klient – wyjaśnia Jacek Piasta.

W ocenie eksperta rynku hotelowego najbardziej perspektywiczne regiony dla inwestorów to obecnie przede wszystkim dwa regiony: Małopolska (pasmo krakowsko-zakopiańskie) oraz województwo zachodniopomorskie (obszar między Świnoujściem a Kołobrzegiem).

Polska w zakresie hoteli miała etap żabiego skoku. Do końca lat 80. czy 90. mieliśmy głównie hotele Orbisu, Gromadę, trochę hoteli miejskich. Nasza baza hotelowa jest więc stosunkowo młoda – podkreśla. – Jeśli porównamy ją z bazą w Londynie, gdzie większość hoteli ma 40, 50, 60 i więcej lat, to nietrudno sobie wyobrazić, że nasze są bardziej nowoczesne, lepiej wyposażone i lepiej dostosowane do oczekiwań klientów.

Na polskim rynku informatycznym brakuje pracowników. To hamuje rozwój firm z branży

CEO Magazyn Polska

W polskich firmach informatycznych brakuje dziś ok. 50 tys. wykwalifikowanych pracowników. Liczba absolwentów specjalistycznych kierunków spada, a firmy IT prężnie się rozwijają i wciąż na rynek wchodzą nowe. Braki kadrowe hamują rozwój przedsiębiorstw. Dodatkowym problemem jest rosnąca konkurencja ze strony firm zagranicznych.

Bezrobocie w Polsce systematycznie spada. Jak szacuje resort pracy, w sierpniu bezrobocie spadło do 10 proc. To najlepszy wynik od 2009 roku. W praktyce oznacza to, że firmy zaczynają mieć problemy ze znalezieniem pracowników. Ten problem w coraz większym stopniu dotyczy branży informatycznej.

Największym wyzwaniem dla branży jest niedobór pracowników o odpowiednich kwalifikacjach, którzy są dostępni na rynku pracy. To w wielu punktach ogranicza działalność biznesu i uruchamianie kolejnych projektów, kolejnych inicjatyw – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Jedynak prezes zarządu KBJ.

Specjalistyczne kierunki kończy coraz mniej absolwentów, a zapotrzebowanie na pracowników – wraz z dynamicznym rozwojem rynku IT – rośnie lawinowo. Eksperci szacują, że w 2013 roku sektor IT zatrudniał ponad 400 tys. osób. Braki kadrowe szacuje się na 50 tys. osób.

To wpływa nie tylko na marże, które uzyskujemy w biznesie, lecz także częstokroć na brak możliwości rozpoczęcia kolejnych prac rozwojowych. Blokuje to więc rozwój rynku. Jeżeli nie mamy wystarczającej liczby ludzi na pokładzie, wystarczającej liczby specjalistów do obsługi zamówień, to po prostu tych zamówień nie obsłużymy – mówi prezes KBJ.

Z niedoborem pracowników borykają się również firmy na innych rynkach. Komisja Europejska ocenia, że w UE brakuje ok. 275 tys. pracowników, a do 2020 roku wolnych miejsc pracy będzie około miliona.

W informatyce nie odnotowujemy znaczącego odpływu ludzi za granicę. Duże polskie miasta są jednak zagłębiem usług wspólnych i centrów sharingowych. Te firmy zasysają z rynku znaczącą liczbę specjalistów. Zwłaszcza Warszawa, Poznań, Kraków i Wrocław to miasta, które są bardzo mocno wydrenowane ze specjalistów – mówi Artur Jedynak.

Mimo że rynek pracy w branży IT jest rynkiem pracownika, to w ostatnim czasie nie widać presji na płace. Wynagrodzenia w sektorze są wysokie, ale stabilne.

Firmy dochodzą do pewnego poziomu i trudno jest konkurować coraz to wyższym wynagrodzeniem, ponieważ nie jest to opłacalne. Klienci komercyjni radzą sobie na wiele sposobów, czy outsourcingiem danych usług, czy relokacją zasobów wewnętrznych, czy szkoleniami – mówi Jedynak.

Innym wyzwaniem dla polskich firm jest rosnąca konkurencja na rynku. Dobre perspektywy sektora sprawiają, że wejściem do Polski zainteresowanych jest coraz więcej firm zagranicznych.

Poza tym ogólnym wyzwaniem jest tempo zmieniającej się technologii i wchodzenie coraz to nowych innowacji, które właściwie zmieniają cały krajobraz rynku – mówi Jedynak.