Więcej gmin będzie mogło skorzystać z dofinansowania wymiany przestarzałych pieców węglowych

CEO Magazyn Polska

Trwa nabór wniosków do trzeciej edycji programu poprawy jakości powietrza KAWKA. Budżet całego programu to 800 mln zł, ale przy dużym zainteresowaniu zostanie on zwiększony. Do tej pory dzięki niemu poprawiło się powietrze w ponad 50 gminach w Polsce, głównie na południu kraju. Kryteria programu zostaną skorygowane tak, by więcej gmin mogło z niego skorzystać.

Program „KAWKA – Likwidacja niskiej emisji wspierająca wzrost efektywności energetycznej i rozwój rozproszonych odnawialnych źródeł energii”, który ruszył w ubiegłym roku, doprowadził do poprawy jakości powietrza w ponad 50 polskich miastach.

W czerwcu prawdopodobnie nieco skorygujemy program KAWKA, tak żeby jeszcze te gminy, które przekroczyły wyłącznie niektóre wskaźniki zanieczyszczeń powietrza, mogły również aplikować do tego programu – deklaruje minister środowiska Mikołaj Grabowski.

Trwa już nabór do trzeciej edycji programu. Jego budżet to 800 mln zł, ale minister zapowiada, że w przypadku zwiększonego popytu na dotacje może on zostać zwiększony.

Z dofinansowania mogą skorzystać miasta powyżej 10 tys. mieszkańców, w których występuje przekroczenie stężeń szkodliwych związków w powietrzu.

Program KAWKA trwa już kilka lat i cieszy się dużą popularnością, przede wszystkim w gminach południowej Polski. Doprowadził do wymiany kotłów w 18 tys. gospodarstw domowych, co z kolei spowodowało poprawę jakości powietrza w dwóch województwach: małopolskim i śląskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mikołaj Grabowski.

Przestarzałe piece i palenie złej jakości węglem czy śmieciami wpływają na nie najlepszy stan powietrza. Dane Ministerstwa Środowiska wskazują, że indywidualne ogrzewanie budynków w 88 proc. odpowiada za emisję szkodliwego dla zdrowia pyłu PM10. Dlatego KAWKA ma na celu walkę z zanieczyszczeniem powietrza właśnie z tych źródeł.

Dofinansowujemy wymiany kotłów w przydomowych piecach. Inne działania są związane z komunikacją, czyli wymianą taboru na bardziej ekologiczny albo z wprowadzaniem systemu zarządzania ruchem, bo to także ogranicza emisję liniową, pochodzącą właśnie z transportu miejskiego. Te działania dominują, choć część środków przeznaczana jest też na termoizolację – tłumaczy minister środowiska.

Dzięki dwóm pierwszym edycjom programu w samorządach na terenie 12 regionów zlikwidowanych zostanie 34,5 tys. pieców węglowych. Obiekty zostaną podłączone do miejskiej sieci ciepłowniczej albo zastąpione 9 tys. niskoemisyjnych źródeł ciepła (ogrzewanie elektryczne, kotły gazowe, pompy ciepła). Pieniądze z programu pozwoliły na termomodernizację kilkuset budynków, zamontowano również ponad tysiąc kolektorów słonecznych.

Problem ochrony powietrza staje się coraz bardziej istotny, rośnie świadomość społeczna i więcej osób uważa, że należy żyć w lepszym środowisku. Po dużych sukcesach związanych z ograniczeniem emisji przemysłowych należy podjąć działania, które ograniczą emisję z naszych domowych pieców – przekonuje Mikołaj Grabowski.

Dzięki modernizacji sektora przemysłowego zmniejszono emisję dwutlenku siarki i tlenków azotu, wciąż natomiast przekraczane są normy zanieczyszczeń pyłowych. Program KAWKA pozwolił na redukcję PM10 o 850 ton i PM2,5 o 817 ton.

Przemysł kosmiczny dzięki innowacjom może napędzić całą gospodarkę

CEO Magazyn Polska

Dzięki rozwojowi przemysłu kosmicznego w Polsce korzyści może odnieść cała gospodarka. Wiele technologii stosowanych w codziennym życiu wykorzystuje infrastrukturę satelitarną. Lepiej zatem, żeby Polska wspierała własny przemysł, niż korzystała z produktów innych krajów. Tym bardziej że koszty wyniesienia na orbitę satelity nie są poza zasięgiem finansowym Polski.

Koszt budowy i wysłania w kosmos satelity średniej wielkości wynosi w tej chwili kilkaset milionów złotych. To nie są środki, którymi takie państwo jak Polska nie dysponuje. Ale oczywiście jest też kwestia opłacalności ekonomicznej. Jeżeli sami nie będziemy dysponować taką infrastrukturą, to będziemy musieli za nią płacić, a więc skorzystają na tym inne gospodarki. A sektor kosmiczny jest kołem zamachowym nowoczesnych technologii w całej gospodarce – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kosiec, dyrektor Programu Kosmicznego w Creotech Instruments SA i wiceprezes zarządu Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Kosiec zwraca uwagę na to, że Polska i tak musi korzystać z infrastruktury satelitarnej. Satelity są wykorzystywane chociażby do zapewniania łączności, monitorowania pogody czy rejestrowania zbiorów w rolnictwie. Są też niezbędne do ochrony przed meteorytami i innymi zagrożeniami z kosmosu, choć te są bardzo rzadkie. Ponieważ Polska nie ma własnych satelitów zapewniających te funkcje, koszty są znacznie wyższe z uwagi na konieczność wynajmu.

Do tego dochodzi aspekt bezpieczeństwa. Satelity mogą dostarczać również informacji o innych krajach, a w przypadku zagrożenia bezpieczeństwa krajowa łączność opiera się na infrastrukturze satelitarnej. Dlatego Polska nie może być zależna od innych krajów, powinna dysponować własną, suwerenną infrastrukturą satelitarną.

Według eksperta wspieranie przemysłu kosmicznego to ważne zadanie nie tylko z punktu widzenia bezpieczeństwa i niezależności kraju, lecz także dobra inwestycja.

Można jednoznacznie wykazać, na przykładach krajów rozwiniętych, że jedna złotówka wydana na rozwój technologii kosmicznych zwraca się kilkukrotnie w innych działach gospodarki – przekonuje Kosiec. – Większość osób pewnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że na co dzień ma styczność z technologiami kosmicznymi, chociażby w swoim smartfonie, korzystając z nawigacji czy łączności satelitarnej, np. oglądając telewizję.

Ekspert podkreśla, że dzięki rozwojowi przemysłu kosmicznego duże korzyści odniesie krajowa informatyka i inne sektory związane z nowymi technologiami. Powstałe w trakcie prac nad satelitami produkty i procesy mogą być potem zastosowane w życiu codziennym, z czego skorzystają wszyscy Polacy. Fundusze konieczne do wyniesienia satelity na orbitę nie znajdują się poza zasięgiem finansowym Polski.

Jacek Kosiec zauważa, że rozwój przemysłu kosmicznego mógłby także korzystnie wpłynąć na planowanie w polskiej gospodarce. Według niego brak kilkuletnich strategii jest dużą bolączką naszego kraju, a przy inwestycjach w przemyśle kosmicznym należy myśleć na wiele lat wprzód.

Nawet projekt bardzo małego satelity wymaga 4-5 lat pracy od momentu, kiedy zacznie się go projektować, do momentu wyniesienia na orbitę – wyjaśnia Kosiec. – To wymaga bardzo ścisłych procedur, zaawansowanych technik planistycznych i organizacyjnych. Tu także przemysł kosmiczny może wnieść bardzo duży wkład w rozwój polskiej gospodarki, bo akurat te słabości organizacyjne bardzo się odbijają na jakości naszych wyrobów i konkurencyjności.

Dodaje, że w przypadku satelitów wysyłanych w dalsze rejony kosmosu proces planowania i budowy może potrwać nawet 20 lat. Wymaga on zatem starannie zaplanowanego finansowania oraz systemu zarządzania..

Rozwój polskiego przemysłu kosmicznego ma przyspieszyć dzięki powołanemu już niemal rok temu Klastrowi Inżynierii Kosmicznej i Satelitarnej. Jak podkreśla Kosiec, który zasiada w Radzie klastra, dzięki wspólnemu działaniu przemysłu i nauki w ramach tego klastra rośnie konkurencyjność polskich podmiotów. Mogą one wspólnie zdobywać cenne doświadczenia na rynkach światowych, które potem będą mogły być wykorzystane przy polskich projektach.

Bez takich działań nie będziemy w stanie sami, mówię o pojedynczych firmach czy nawet pojedynczych instytutach, przebić się na rynku europejskim, a tym bardziej światowym. Współpraca to jest nasz potencjał – przekonuje Kosiec.

Polska do tej pory nie ma własnego satelity obserwacyjnego, ale na orbicie znajduje się już kilka małych satelitów. Pierwszym sztucznym satelitą był PW-Sat zbudowany przez studentów Politechniki Warszawskiej i wyniesiony na orbitę 13 lutego 2012 r. Półtora roku później, w listopadzie 2013 r., na orbitę trafił pierwszy polski satelita naukowy Lem.

Rośnie liczba ofert sprzedaży działek budowlanych

CEO Magazyn Polska

Liczba ofert sprzedaży działek budowlanych w okolicach miast od kilku lat dynamicznie rośnie. Ceny za 1 mkw. wahają się od 300 do 1200 zł, a w centrum Warszawy wzrastają do 2,5 tys. zł. Działek szukają nie tylko inwestorzy indywidualni, lecz także deweloperzy, którzy chcą tam wybudować osiedle domków jednorodzinnych lub bliźniaków. Kupując działkę, trzeba zwrócić szczególną uwagę na jej stan prawny oraz plan zagospodarowania przestrzennego w danej gminie.

Jak wynika z danych portalu Domiporta.pl, ceny gruntów budowlanych na obrzeżach Warszawy (w gminach tzw. wianuszka stolicy) zamykają się w przedziale od 300 zł za mkw. do 1,2 tys. zł. W centrum miasta są dużo wyższe i sięgają 2,5 tys. zł za mkw.

W ostatnim czasie podaż działek budowlanych znacząco wzrosła – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Górka, ekspert ds. nieruchomości portalu Domiporta.pl. – Wynika to z faktu, że wiele gruntów, szczególnie takich, które leżą wokół miast, kiedyś było terenami rolnymi. Dopiero niedawno, na skutek znaczącego wzrostu cen i popytu, zostały przekształcone na działki budowlane. Obecnie ich właściciele próbują wyprzedać posiadane grunty. Podaż więc od kilku lat systematycznie rośnie.

Duży wpływ na cenę ma otoczenie działki, uzbrojenie i dostęp do drogi dojazdowej.

Ceny gruntów budowlanych rosną tam, gdzie już jest przynajmniej zalążek jakiejś infrastruktury, czyli na obrzeżach dużych miast, które są dobrze skomunikowane – twierdzi Maciej Górka. – Jeżeli mamy dobrą drogę do centrum lub komunikację miejską, jest zalążek inwestycyjny, czyli mikroinwestorzy, klienci indywidualni, którzy budują domy, to musimy się liczyć z tym, że ceny gruntów w danej lokalizacji będą szły do góry.

Poszukując gruntu budowlanego, należy zwrócić uwagę na kilka kluczowych elementów. Jednym z najważniejszych jest miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, który zawiera informacje na temat planowanej zabudowy i infrastruktury w okolicach działki. Dzięki temu wiadomo, jakiego rodzaju nieruchomość na danym terenie może zostać wybudowana.

Na podstawie planu zagospodarowania przestrzennego można oszacować, jak drogi będzie projekt budowlany, oraz sprawdzić, czy grunt jest uzbrojony w podstawowe media – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Górka, ekspert ds. nieruchomości portalu Domiporta.pl. – Ważnym elementem jest nachylenie gruntu (konieczność odprowadzania wody deszczowej – red.), otoczenie i kontakt z drogą dojazdową. To wszystko może znacząco podnieść albo obniżyć cenę zaraz po zakupie.

Kluczowe znaczenie ma także sprawdzenie stanu prawnego gruntu. Najważniejszym dokumentem, dzięki któremu potwierdzimy własność, jest odpis z księgi wieczystej, który powinien posiadać sprzedający. Aktualny jest jednak tylko ten, który został wydany w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Inwestycja taka jednak z reguły nie ogranicza się tylko do uregulowania wartości nieruchomości. Dochodzą kwestie związane z uzbrojeniem (jeżeli działka nie ma dostępu do wody, sieci gazowej, kanalizacji oraz elektryczności) i dodatkowe należności, takie jak np. opłata adiacencka z tytułu wzrostu wartości nieruchomości w wyniku podziału, budowy drogi, ułożenia przewodów i urządzeń wodociągowych, kanalizacyjnych itp. Trzeba także brać pod uwagę podatek od nieruchomości, którego wysokość zależy od lokalizacji.

Na ożywienie rynkowe mogą wpłynąć zmiany w prawie.  Od czerwca na skutek zmian w ustawie Prawo budowlane nie będzie wymogu uzyskania pozwolenia na budowę dla domów jednorodzinnych. Jeżeli obszar oddziaływania takiej inwestycji nie wykracza poza granice działki, wystarczające będzie samo zgłoszenie projektu budowlanego do urzędu danej gminy. Jeżeli w ciągu 30 dni starostwo nie wniesienie sprzeciwu, można rozpocząć realizację inwestycji w trybie tzw. domniemanej zgody budowlanej. Konieczność uzyskania dokumentu na dotychczasowych zasadach wymagana będzie w przypadku negatywnego wpływu na środowisko. Obowiązek dotyczyć będzie również budynków, których wysokość przekroczy 12 metrów, o kubaturze większej niż 5 tys. metrów sześciennych.

Słodycze firmy Colian są już dostępne w 50 krajach świata

0

CEO Magazyn Polska

Grupa Colian jest obecna już w 50 krajach na całym świecie. W ubiegłym roku producent takich marek jak Jutrzenka, Hellena czy Goplana nie tylko zanotował wyższe przychody ze sprzedaży, lecz także zwiększył eksport. Dalszą ekspansję na zagraniczne rynki o dużej konsumpcji ma umożliwić decyzja o unowocześnieniu parku maszynowego.

Sprzedajemy do ponad 50 krajów na całym świecie. Dużym rynkiem jest Unia Europejska, ale sprzedajemy też do Afryki, Ameryki Północnej i Południowej, nawet do Australii – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Jan Kolański, prezes zarządu Colian Holding.

W ubiegłym roku producent takich marek jak Jutrzenka, Goplana, czy Solidarność zanotował blisko 884 mln zł przychodów netto ze sprzedaży. To ok. 10 proc. wzrost (807 mln w 2013 roku).

Firma zanotowała także wyższe przychody z eksportu – wzrosły one o 5,5 proc. rok do roku, do 113 mln zł (13 proc. całkowitych obrotów grupy). Spółka planuje dalszą ekspansję na zagraniczne rynki. Budowa nowego zakładu i reorganizacja produkcji w Bydgoszczy pozwoliły na poprawę efektywności produkcyjnej. Postanowiono także unowocześnić park maszynowy, co może być przydatne w zwiększeniu eksportu.

Chciałoby się być wszędzie, ale najpierw trzeba sprawdzić, jaka w danym kraju jest konsumpcja słodyczy, napojów i przypraw. Jako kraje priorytetowe staramy się wybierać te, do których łatwiej można wejść, oraz te, które nie mają tak rozwiniętej technologii jak Colian – podkreśla Kolański.

Produkty są dostosowywane do rynku, m.in. mieszanka przypraw Vigora (cieszy się dużym zainteresowaniem na Litwie) czy baton Alibi (sprzedawany w Mongolii) nie są dostępne w Polsce. Kolański nie wyklucza jednak, że niektóre z nich zostaną też wprowadzone na polski rynek. Produkty Colian są dostępne też tam, gdzie żyje dużo skupisko Polonii.

Oryginalne Jeżyki można kupić w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. Ale te same produkty w tej samej szacie graficznej sprzedajemy też jako Clue na te same rynki – tłumaczy ekspert.

Rynek reklamy w tym roku wzrośnie od 2 do 4 procent

CEO Magazyn Polska

Wydatki na reklamę w pierwszym kwartale br. wyniosły blisko 1,7 mld zł, po 3,5-proc. wzroście rok do roku – wynika z szacunków Agory. To pozwala prognozować ok. 2-4-proc. wzrost rynku w tym roku. Reklamodawcy zwiększyli nakłady na promocję we wszystkich segmentach rynku z wyjątkiem prasy. W kolejnych miesiącach skala spadków w czasopismach i dziennikach ma być jednak coraz mniejsza.

Ten rok zaczął się bardzo dobrze dla rynku reklamowego – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Hojka, prezes zarządu spółki medialnej Agora SA, wydawcy „Gazety Wyborczej”. – Reklamodawcy zwiększyli swoje wydatki na reklamę o 3,5 proc. Co ważne, wzrost dotyczy w zasadzie wszystkich sektorów rynku mediowego, z wyjątkiem prasy.

Jak wynika z szacunków Agory, w pierwszym kwartale wartość wydatków reklamowych ogółem w Polsce wyniosła blisko 1,7 mld zł. Medium, w którym dynamika wzrostu była najwyższa, jest radio. Wydatki na promocję w eterze wzrosły o 15 proc., podczas gdy na reklamę telewizyjną jedynie o 3,5 proc. W tym samym czasie nakłady na promocję w czasopismach spadły o 9 proc., a dziennikach – o 10,5 proc.

Rozpowszechnianie płatne tych ostatnich zmniejszyło się o ponad 8,0 proc. Największe spadki dotknęły segment ogólnopolskich dzienników ogólnoinformacyjnych, do których należy „Gazeta Wyborcza”. Ona sama, jak wynika z raportu spółki, za sprawą m.in. podwyżki ceny, przychodów ze sprzedaży wydań cyfrowych oraz dołączanych dodatków odnotowała wyższe o 3,1 proc. przychody ze sprzedaży egzemplarzowej, choć o 10,1 proc. zmniejszyły się jej przychody reklamowe.

Warto zwrócić uwagę na to, że dynamika spadku wydatków na reklamę prasową, jakkolwiek nadal się utrzymuje, to jednak z kwartału na kwartał spowalnia – zauważa Hojka. – Jest to krzepiące i pozwala z większym optymizmem spoglądać w przyszłość. Wydaje nam się, że w całym roku pozytywna dynamika rynku reklamowego zostanie utrzymana.

Agora podtrzymuje szacunki tegorocznego wzrostu wartości wydatków na reklamę w Polsce w przedziale od 2 do 4 proc. Biorąc jednak pod uwagę pozytywne sygnały płynące z gospodarki oraz wyższy od oczekiwanego wzrost wydatków na promocję między styczniem i marcem, spółka nie wyklucza, że będzie to raczej górna granica przewidywanego zakresu.

Wierzymy, że to będzie bliżej 4 niż 2 proc. – potwierdza Bartosz Hojka. – Dla większości biznesów pozaprasowych dynamika będzie bardzo pozytywna, porównywalna z ubiegłorocznymi. Natomiast w prasie sytuacja powinna się poprawiać. Oczekujemy, że spadki wydatków w tym segmencie rynku reklamowego spowolnią.

W pierwszym kwartale br. całkowite przychody Grupy Agora wyniosły 282,8 mln zł i wzrosły o 11,3 proc. w stosunku do tego samego okresu rok wcześniej. Wpływy ze sprzedaży usług reklamowych w Grupie zwiększyły się o 4,1 proc. i wyniosły 115,5 mln zł. Przychody reklamowe były wyższe w większości segmentów operacyjnych Grupy. Ich największy wzrost został odnotowany w obszarze działalności internetowej (grupa Gazeta.pl). Zmniejszyły się jedynie przychody reklamowe w segmencie prasowym.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku Grupa Agora wypracowała zysk (netto) w wysokości 1,3 mln zł. Podczas tego samego okresu raportowania rok wcześniej odnotowała stratę w wysokości 8,9 mln zł.

Tylko połowa menadżerów inwestuje w językowe umiejętności pracowników

CEO Magazyn Polska

64 proc. szefów firm wskazuje, że bariery kulturowe i językowe stanowią przeszkodę w prowadzeniu własnego biznesu. Znajomość języków jest również istotna w pracy zespołów multikulturowych, które zwiększają innowacyjność firm. Zależność między komunikacją a wynikami sprzedażowymi zauważa 90 proc. menadżerów wyższego szczebla, mimo to tylko połowa badanych inwestuje w językowy rozwój pracowników.

Według ostatniego badania, które Education First przeprowadziło z „The Economist” na próbie prawie 600 menadżerów z całego świata, bariery językowe i kulturowe to  oprócz oczywiście kompetencji technologicznych  największe przeszkody w ekspansji międzynarodowej. Na te elementy wskazuje ponad 60 proc. menadżerów – mówi agencji Newseria Piotr Majdan, country manager w Education First w Polsce.

Raport „Competing across borders” wskazuje, że zła komunikacja z lokalnymi partnerami i klientami to główna przyczyna niepowodzeń firmy na zagranicznych rynkach. Zdaniem 46 proc. menadżerów o sukcesie decyduje swobodne porozumiewanie się. To znacznie bardziej istotny czynnik niż umiejętności techniczne pracownika (32 proc.). Co trzeci badany przyznaje, że liczy się również kulturowe podobieństwo.

Chodzi przede wszystkim o zrozumienie tego, gdzie chce się prowadzić interesy. Nie zawsze sposób prowadzenia biznesu w Polsce zadziała, np. w Niemczech. Tam ludzie są bardziej bezpośredni i skrupulatni, do tego polski przedsiębiorca powinien się dostosować. Najważniejsza jednak jest możliwość komunikacji, czyli płynne porozumiewanie się w języku niemieckim – podkreśla Majdan.

Język angielski to wciąż najważniejszy język biznesu (tego zdania jest 68 proc. badanych). Za drugi najważniejszy język badani uznali chiński (mandaryński), choć tylko 8 proc. menadżerów potrzebuje, by ich pracownicy płynnie posługiwali się tym językiem. O sukcesie ekspansji firm decyduje często umiejętność komunikacji w języku lokalnym.

90 proc. menadżerów wyższego szczebla widzi zależność pomiędzy komunikacją językową a zwiększeniem sprzedaży. Mimo to połowa z nich nie inwestuje w rozwój pracowników w zakresie uniwersalnej komunikacji w biznesie – zaznacza Piotr Majdan.

47 proc. menadżerów uznało, że trudności w relacjach z partnerami zagranicznymi wynikają z faktu, że firmy nie zapewniają pracownikom wystarczająco dużo szkoleń związanych z nauką języka obcego.

Umiejętności kulturowe i językowe są istotne także w zespołach multikulturowych, coraz częściej tworzonych przez firmy. 90 proc. menadżerów przyznaje, że lepsza komunikacja w takich zespołach przekłada się na większe przychody.

Takie kompetencje będą zyskiwały na znaczeniu, bo dziewięć na dziesięć ankietowanych firm zamierza w najbliższych trzech latach zwiększyć liczbę klientów zagranicznych. 77 proc. chce zwiększyć obecność za granicą, a co za tym idzie – zwiększy się również liczba międzynarodowych zespołów pracujących w danej firmie.

VERVA Street Racing powróci do stolicy 24 października 2015

Szybkie i drogie super auta, niewiarygodne pokazy kaskaderskie, eksplozje i niewybredne poczucie humoru – kilkadziesiąt tysięcy widzów czeka pełne atrakcji motoryzacyjny spektakl. Clarkson, Hammond i May zaprezentują w Warszawie nowy program.

Polska widownia pokochała trójkę Brytyjczyków, która gościła już na VERVA Street Racing przed dwoma laty. Myślę, że ze wzajemnością, dlatego tym bardziej cieszymy się, że będziemy ich gościć na Stadionie Narodowym po raz kolejny – mówi Leszek Kurnicki, Dyrektor Wykonawczy ds. Marketingu PKN ORLEN. – Również w tym roku na wszystkich fanów motoryzacji czekać będzie widowisko na najwyższym poziomie. Sprowadzimy wyjątkowe maszyny i gwiazdy sportu. Planujemy wiele atrakcji, których szczegóły będziemy stopniowo zdradzać w najbliższym czasie – dodaje.

Tradycyjnie dzień z VERVA Street Racing rozpocznie się od Pit Party, zlokalizowanego na zewnętrznej promenadzie Stadionu Narodowego, gdzie na miłośników motoryzacji będą czekać wyczynowe auta różnych kategorii. Wieczór otworzą pokazy możliwości ekstremalnych pojazdów, z czołowymi kierowcami świata za kółkiem. Następnie płytę Stadionu Narodowego opanuje słynne trio by zaprezentować widowisko Clarkson, Hammond & May Live.

Richard Hammond wspomina ostatni występ w Warszawie w 2013: – Występowaliśmy przed 60-tysięczną widownią i to dopiero były emocje. W występach na żywo uwielbiamy to, że nie można nic poprawić – mówi.

Dzięki gościnnym występom możemy poczuć się jak gwiazdy rocka. Tyle, że gwiazda rocka umie grać na jakimś instrumencie, a my nic nie umiemy. Cała nasza trójka przegrywa każdy wyścig. I to jest dopiero osiągnięcie. – dodaje James Clarkson. – Widownia czeka w napięciu, myśląc, że na pewno coś pójdzie nie tak, bo zawsze nam coś nie wychodzi, z nadzieją, że i tym razem nie wyjdzie. I się nie myli.

Swoje wspomnienia z wizyty w Polsce na również James May: – Wcześniej dawaliśmy tylko jeden występ i tak też będzie tym razem, mamy więc tylko jedną szansę, żeby wszystko poszło dobrze. Występowanie na żywo to coś niepowtarzalnego. Podczas nagrań telewizyjnych myślimy: w razie czego się wytnie. Podczas występu na żywo wszystko widać i słychać, musi się udać za pierwszym razem. Widownia wybaczy drobne potknięcia, ale mimo wpadek trzeba grać dalej. Jest w tym element ryzyka i coś podniecającego.

Cała trio prezenterów bardzo ciężko pracuje, by mieć pewność, że show będzie lepsze niż kiedykolwiek. Już nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak robią to, w czym są najlepsi. Jeśli kochacie tych trzech gości, to musicie być z nami tego wieczoru na Stadionie Narodowym! – mówi Rowland French, dyrektor kreatywny „Clarkson, Hammond and May LIVE”.

Bilety będzie można kupić już od 13 maja za pośrednictwem sieci sprzedaży eBilet.pl oraz w salonach Empik na terenie całego kraju.

VI edycja konferencji ,,Private Equity Forum & Awards Gala”

Niecały miesiąc dzieli nas od VI edycji konferencji ,,Private Equity Forum & Awards Gala” organizowanej przez Executive Club w Hotelu InterContinental w Warszawie. Patronat merytoryczny nad wydarzeniem objęło Polskie Stowarzyszenie Inwestorów Kapitałowych. Całodzienna konferencja będzie połączona z uroczystą galą rozdania ,,Diamentów Private Equity”, które w tym roku zostaną przyznane w jedenastu kategoriach.

Organizowana od 5 lat przez Executive Club konferencja ma na celu koncentrację środowiska branżowego w debacie na najbardziej kluczowe tematy dla rozwoju sektora Private Equity w Polsce.

W czasie VI edycji wydarzenia poruszane będą między innymi kwestie: innowacyjnych rozwiązań w branży, rewolucji w zarządzaniu PE, miejsca polskiego PE w architekturze rynku globalnego.

,,Branża Private Equity jest jedną z najciekawszych gałęzi gospodarki, która w naszym regionie przeżywa szczególnie dynamiczny rozwój. Zagadnienia dyskutowane w trakcie konferencji są uniwersalne biznesowo i powinny zainteresować nie tylko przedstawicieli podmiotów PE, ale wszystkie osoby zainteresowane najbardziej aktualnymi procesami gospodarczymi oraz nowymi  trendami w zarządzaniu” – mówi Beata Radomska, Prezes Executive Club.

Wśród potwierdzonych prelegentów, którzy wezmą udział w konferencji są między innymi: Marcin Benbenek – Partner Royalton Partners, Piotr Grauer – Dyrektor w Zespole Corporate Finance KPMG w Polsce, Krzysztof Kulig – Managing Partner at Innova Capital, Dieter Lobnig – Dyrektor Zarządzający, Szef Departamentu Finansowania Strukturyzowanego i Nieruchomości Komercyjnych, Banku Pekao, Polski Czlonek Grupy UniCredit, Aster Papazyan – Commercial Director, PayU CEE, Michał Popiołek – Dyrektor Departamentu Finansowania Strukturalnego i Mezzanine w mBanku SA (dawniej BRE Banku SA), Commerzbank Group, Paweł Tamborski – Prezes Giełdy Papierów Wartościowych, PIKA Technologie Rafał Wiza – Szef Zespołu Doradczego dla sektora Private Equity KPMG w Polsce, Alistair de Villiers – Członek Zarządu, DNB Bank Polska S.A.

1 czerwca rozpoczyna się Pomorski Tydzień na Wystawie Światowej EXPO 2015 w Mediolanie

0

Pomorskie jako pierwszy polski region pokaże się na najbardziej prestiżowych targach na świecie. Będzie gospodarzem polskiego pawilonu na EXPO 2015 od 1 do 7 czerwca. Przez tydzień  zaprezentuje swój potencjał turystyczny i gospodarczy. Będzie zachęcać Włochów, i nie tylko, by właśnie na Pomorzu spędzali wakacje i robili biznes. 

Pomorskie wakacje

Pomorskie hotele, gospodarstwa agroturystyczne, zabytki, atrakcje rozrywkowe i kulturalne, z których można korzystać przez cały rok, pokazane będą na EXPO 2015 podczas seminarium turystycznego w środę, 3 czerwca. Organizator, Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna, chce zaprezentować kompleksową ofertę całego regionu, nawiązując przy tym bezpośrednie relacje biznesowe. Dlatego na spotkanie zaprasza włoskich touroperatorów, agencje turystyczne, organizatorów podróży, a także dziennikarzy.

Swatanie biznesu

Żeby współpracować, trzeba się poznać, a EXPO 2015 daje takie możliwości. Pomorscy i włoscy przedsiębiorcy oraz inwestorzy wezmą udział w biznesowej giełdzie kooperacyjnej w czwartek, 4 czerwca. Podczas spotkania poświęconego potencjałowi gospodarczemu regionu przedstawiciele pomorskich firm będą mieli okazję, żeby w formule rozmów B2B dotrzeć do wiodących włoskich odbiorców z branż nowych technologii, budownictwa, a także gospodarki morskiej i logistyki. Dzień później w siedzibie Konsulatu Generalnego RP w Mediolanie zaplanowano Pomorską Galę Biznesu.

Trójmiasto razem

Połączone siły Gdańska, Gdyni i Sopotu, partnerów Pomorskiego Tygodnia, zadbają o to, by przez siedem dni polski pawilon na EXPO 2015 dostarczał zwiedzającym ciekawych doznań. Gdańsk zaprezentuje wystawę bursztynu. Gdynia pokaże „Smak przedmiotu”, czyli ekspozycję współczesnego designu i jego kulinarnych interpretacji. Za aranżację przestrzeni na zewnątrz pawilonu odpowiada Sopot, który zaprosi gości na sopocką plażę. Od rana do wieczora zwiedzający będą mogli odetchnąć na prawdziwym nadmorskim piasku i posłuchać klubowej muzyki, prosto z Trójmiasta.

Tam trzeba być

Organizatorzy Wystawy Światowej EXPO 2015 spodziewają się, że odwiedzi ją łącznie aż 20 milionów osób. W wydarzeniu uczestniczy 147 państw. Miasto goszczące imprezę jest najważniejszym włoskim ośrodkiem gospodarczo-finansowym i przemysłowym. Są w nim siedziby licznych banków, towarzystw ubezpieczeniowych oraz giełdy. Mediolan jest również ważnym węzłem komunikacyjnym tej części Europy. – Na EXPO 2015 po prostu trzeba być – mówi Anna Golec z Departamentu Rozwoju Gospodarczego Urzędu Marszałkowskiego Województwa Pomorskiego. – Znam dobrze tamte realia, bo sama spędziłam w Mediolanie sześć lat, pracując w polskim konsulacie. Jestem przekonana, że to idealny kierunek dla pomorskich przedsiębiorców, dlatego w naszym udziale w wystawie widzimy potencjał wymiernych korzyści dla regionu – dodaje Anna Golec.

Liderem projektu jest Urząd Marszałkowski Województwa Pomorskiego. Partnerami Pomorskiego Tygodnia –  obok Gdańska, Gdyni i Sopotu – są również Agencja Rozwoju Pomorza oraz Invest in Pomerania, Pomorska Regionalna Organizacja Turystyczna, a także Stowarzyszenie Wolna Przedsiębiorczość z ośrodkiem  Europe Enterprise Network. Projekt jest finansowany w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Pomorskiego na lata 2007-2013. Więcej informacji o przygotowaniach i uczestnictwie w EXPO 2015 można znaleźć na bieżąco na Facebooku, na profilu „Pomorskie na EXPO 2015 w Mediolanie”.

Jak najkorzystniej sfinansować studia

Maj to szczególny czas nie tylko dla młodzieży, która zdaje maturę, ale również dla ich rodziców. Ci zwykle nie tylko nerwowo trzymają kciuki, ale nierzadko martwią się już tym czy ich domowy budżet wytrzyma utrzymanie dziecka na studniach. Najlepszym wyjściem jest oczywiście wcześniejsze zgromadzenie odpowiednich oszczędności. Nie wszystkim się to jednak udało. Expander podpowiada jak wygospodarować środki na ten cel.

Studia to ogromne wyzwanie finansowe zwłaszcza w przypadku, gdy wybrana uczelnia nie znajduje się w pobliżu miejsca zamieszkania. Wiąże się to bowiem z wysokimi kosztami zakwaterowania przyszłego studenta lub jego codziennych dojazdów na zajęcia. Pokój w akademiku to wydatek ok. 300 zł – 400 zł miesięcznie. Jeśli jednak nie uda się tam zdobyć miejsca i trzeba będzie wynająć mieszkanie to koszt jeszcze wzrośnie. Do tego dochodzą opłaty za komunikacje miejska, jedzenie, pomoce naukowe oraz przysłowiowe studenckie życie, czyli zabawa. Warto dodać, że to, ile łącznie wyda żak na comiesięczne utrzymanie w dużej mierze zależy miasta, w którym będzie się uczył oraz tego, jakie życie będzie prowadził. Rozsądnie można jednak przyjąć, że będzie to ok. 1200 zł, oczywiście pod warunkiem, że studia są bezpłatne. W przeciwnym razie za semestr nauki trzeba będzie jeszcze dodatkowo zapłacić od 1400 zł do nawet 7000 zł.

Oszczędności

Dochody wielu rodziców nie pozwalają na ponoszenie tak wysokich wydatków. Najlepszym sposobem sfinansowania studiów dziecka jest wcześniejsze zgromadzenie oszczędności. Dla par, których dzieci obecnie piszą maturę jest już na to oczywiście za późno. Ci, którzy posiadają syna lub córkę w młodszym wieku mogą jednak odłożyć pieniądze na ten cel nie nadwyrężając domowego budżetu. Muszą jednak zacząć oszczędzanie odpowiednio wcześnie. Dla przykładu jeśli założymy, że chcemy zgromadzić 50 000 zł na ten cel, to zaczynając 5 lat przez maturą potomka musielibyśmy co miesiąc odkładać aż po 775 zł miesięcznie. Jeśli jednak zaczniemy np. 15 lat przed egzaminem dojrzałości dziecka, to wystarczy ok. 220 zł.

Stypendium

Pomocne w sfinansowaniu studiów może być też stypendium socjalne i naukowe. Pierwsze z nich jest przyznawane tylko studentom pochodzącym z rodzin o niskich dochodach. Próg uprawniający do jego otrzymania w roku akademickim 2014/2015 wynosił 592,80 zł netto na osobę w rodzinie. Uczelnie mają jednak prawo ten limit podwyższyć i w wielu przypadkach w praktyce było to ok. 850 zł na osobę. To ile wyniesie takie stypendium zależy od decyzji rektora oraz dochodów rodziny studenta. Poza tym jeśli student będzie miał bardzo dobre oceny może też liczyć na stypendium naukowe. Jest ono przyznawane niezależnie od wysokości zarobków rodziców.

Kredyt studencki

Kolejnym rozwiązaniem może być zaciągnięcie kredytu studenckiego. Jego zaletą jest to, że dzięki wsparciu państwowemu jest bardzo tani. Początkowo jest on w ogóle nieoprocentowany. Dopiero po dwóch latach po ukończeniu studiów zaczyna się naliczanie odsetek, ale są one bardzo niskie. Oprocentowanie wynosi zaledwie połowę stopy redyskontowej NBP, czyli obecnie jest to tylko 0,87%. Pieniądze są wypłacana wszystkim kredytobiorcom w takiej samej kwocie – co miesiąc po 600 zł przez 10 miesięcy w roku. Jego raty są niskie nie tylko dzięki preferencyjnemu oprocentowaniu, ale również dzięki przyjaznemu systemowi spłaty. Liczba rat które trzeba spłacić jest dwukrotnie większa niż ta jaka została wypłacona. W uproszczeniu można więc powiedzieć, że jeśli student otrzymywał po 600 zł miesięcznie to będzie spłacał raty wynoszące 300 zł plus niewielkie odsetki.

Praca

Dobrym sposobem na uzyskanie dodatkowych środki na studia jest też podjęcia przez młodego człowieka pracy. Jeśli studia są w trybie dziennym to zwykle żacy pracują w weekendy. Coraz popularniejsza opcją są też wakacyjne wyjazdy za granicę. Przez trzy letnie miesiące są w stanie zarobić tam pieniądze, które wystarczają na 9 miesięcy życia w Polsce. Jeśli natomiast zdecyduje się na studia zaoczne, to nie ma przeszkód aby zdobyć zatrudnienie na pełen etat. Praca ma tą dodatkową zaletę, że pomaga zdobyć doświadczanie i umiejętności, które w późniejszym życiu bywają równie przydatne jak wiedza wyniesiona z uczelni.

Jak ja nie lubię poniedziałków – syndrom pierwszego dnia tygodnia

Tak naprawdę poniedziałek dla wielu z nas rozpoczyna się już w niedzielny wieczór. W innych krajach stan ten dopracował się specjalnej nazwy – Sunday Night Blues”, a oznacza on stres i podenerwowanie wynikające z konieczności poniedziałkowego powrotu do pracy. Według globalnej ankiety Monster.com niepokój odczuwa aż 65% badanych. To tylko potwierdza, że pierwszy dzień tygodnia stanowi dla wielu z nas spore wyzwanie – mentalne i energetyczne. Jak więc pokonać taki syndrom lub przynajmniej – nieco złagodzić jego objawy?

Tylko 22% ankietowanych spokojnie czeka na poniedziałek. Reszta musi znaleźć sposób na to, jak ograniczyć negatywny wpływ tego zjawiska na swoje życie, nie tylko zawodowe.

Nauczmy się odpoczywać

Specjaliści radzą, żeby rozwiązywaniem problemu zająć się już w piątek.  Czas wolny od pracy poświęcamy bowiem na myślenie o sprawach zawodowych, planowanie tygodnia czy analizowanie konfliktów personalnych. W efekcie dręczące myśli nie pozwalają się rozluźnić, weekend szybko mija, a czas, który powinien służyć na regenerację, paradoksalnie sprawia, że jesteśmy jeszcze bardziej zmęczeni. W poniedziałek z trudem zmuszamy się do wstania, a pracę zaczynamy od odliczania dni do kolejnej soboty i niedzieli. I mamy efekt błędnego koła – wyjaśnia Małgorzata Majewska, ekspert portalu monsterpolska.pl. Warto więc w piątkowe popołudnie wyłączyć telefon służbowy i spróbować przestawić się na tryb odpoczynku. Najlepiej zaplanować sobie takie atrakcje, jakie lubimy, w gronie osób życzliwych lub na świeżym powietrzu, tak, aby czas ten dobrze nam służył.   Nie warto marnować energii na myślenie o pracy – jest to podwójnie frustrujące.

Zapanujmy nad chaosem organizacyjnym

W piątki w większości firm panuje miła atmosfera rozluźnienia. Siłą rzeczy część zadań automatycznie jest przenoszonych na poniedziałek, co kończy się poczuciem przeładowania obowiązkami i frustracją już na początku nowego tygodnia. Dlatego najważniejsze to rozłożyć odpowiednio siły, nawet jeśli wizja nadchodzącego weekendu skutecznie nas rozprasza. Jeśli z wyprzedzeniem zaplanujemy każdy dzień i podzielimy obowiązki na priorytetowe oraz takie, które mogą chwilę poczekać – łatwiej będzie nam dopilnować wszystkich terminów. Warto zmobilizować się w piątek do nieco większej aktywności i nie zostawiać zbyt dużo spraw na poniedziałek – podkreśla Małgorzata Majewska, ekspert portalu monsterpolska.pl.

Myślmy pozytywnie

Znacznie trudniej wraca się do pracy, której nie lubimy. By ułatwić sobie start w nowy tydzień, warto skupić się na zaletach wykonywanego zajęcia i korzyściach jakie się z tym wiążą. Postarajmy się odnaleźć dobre strony. Zadbajmy o pozytywne relacje ze współpracownikami i szefem. Szukajmy inspiracji w innych. Róbmy sobie krótkie przerwy. Nie zapominajmy o lunchu. Zobacz, jakie możliwości daje nam firma. Może warto rozważyć zaangażowanie się w inny projekt, wolontariat pracowniczy lub zapisać się na studia podyplomowe – podkreśla Małgorzata Majewska, ekspert portalu monsterpolska.pl.

Odłóżmy na wtorek

Czasem dobrym sposobem na poniedziałkową chandrę jest rozłożenie pracy na dwa dni. Nie zalecam odkładania wszystkiego na później, ale jeśli czujemy, że nic nam nie wychodzi, a zadania nas przerastają – warto dać sobie odrobinę wytchnienia i nie być względem siebie zbyt surowym. Część zadań na pewno może poczekać do jutra  – zachęca Małgorzata Majewska, ekspert portalu monsterpolska.pl.

Pomyślmy o zmianie pracy

W przypadku, gdy syndrom poniedziałku staje się chroniczny, a dodatkowo towarzyszą mu pierwsze objawy wypalenia zawodowego, najlepszym rozwiązaniem będzie rozważenie zmiany pracodawcy. Powinniśmy jednak z tej lekcji wyciągnąć wnioski i zastanowić się, co spowodowało, że sytuacja stała się tak niebezpieczna. To pomoże w przyszłości uniknąć podobnego problemu.

Slow Market Nad Wisłą

Fast food odchodzi do lamusa. Ba, to slow food wypiera go z kulinarnej mapy Warszawy. Od połowy maja, nad brzegiem Wisły, będą obywały się letnie targi spożywcze Slow Market, promujące lokalne, zdrowe i rozsądne podejście do konsumpcji.

Slow Market Nad Wisłą to targ spożywczy, podczas którego swoje produkty zaprezentuje 50 lokalnych producentów żywności i stołeczne lokale gastronomiczne. Wszystkie wyroby dostępne na targach będą nosić znak jakości „Slow”, czyli wyróżniać się rodzimym pochodzeniem i najlepszą jakością.

Nadchodząca odsłona Slow Marketu odbędzie się na warszawskim skwerze Kahla, przy wyjściu z Metra Centrum Nauki Kopernik (obok warszawskiej Syrenki). W każdy weekend, od 16 maja aż do 13 września, będą się pojawiać tu miłośnicy dobrego jedzenia, którzy swoje produkty sprzedają tylko na niewielką skalę. Skrupulatna selekcja wystawców sprawi, że zarówno każdy mięsożerca, jak też wegetarianin czy wegan, zaspokoi swoje kulinarne gusta. Nie zabraknie domowych wędlin, nabiału, pieczywa, warzyw i owoców. Wyjątkiem od lokalności będą świeże ryby, które specjalnie na tę okazję przyjadą prosto znad morza. A to wszystko na miejscu i na wynos!

Ale Slow Market Nad Wisłą to nie tylko miejsce, gdzie na świeżym powietrzu, nie śpiesząc się, zjemy śniadanie, obiad, a nawet wczesną kolację. Łączy on w sobie najlepsze tradycje lokalnych jarmarków z wesołą atmosferą pikniku z przyjaciółmi. Slow Market funkcjonuje w grupie inicjatyw kulturalno-rozrywkowych, dzięki czemu warszawiacy będą mogli uczestniczyć w towarzyszących mu imprezach, koncertach, spektaklach teatralnych i filmowych, targach mody czy też aktywnościach sportowych.

Slow Market Nad Wisłą to kolejny obok targów Slow Fashion i Slow Weekend projekt realizowany przez Grupę Slow. -Filozofia „Slow” dotyczy nie tylko mody czy designu, ale także jedzenia. Dzięki inicjatywie, jaką jest Slow Market, lokalni producenci mogą pokazać swoje produkty szerokiemu odbiorcy. A on, świadomie i rozsądnie, wybierze najlepsze z nich. Bo Slow Market to coś więcej niż jedzenie. To styl i sposób życia – mówi Dominik Damaziak, z Grupy Slow.

Targi Slow Market będą odbywały się w każdy weekend, od 16 maja do 13 września br. w godzinach od 10 do 18, na skwerze im. Tadeusza Kahla w Warszawie.

Projekt współorganizują: Plac Zabaw, Powiekszenie i Plan B, Pomost 511, Klub Komediowy, BarKa, Dwa Osiem, Wszystko Płynie.

Maturzysto wybierz dobrze – ponad połowa Polaków zmieniłaby profil nauki, gdyby tylko mogła

Z badania Millward Brown przeprowadzonego na zlecenie Work Service S.A. wynika, że w Polsce mamy duży problem z niedostosowaniem edukacji do oczekiwań rynku pracy. Aż 53% zapytanych Polaków pracuje na stanowisku, które nie jest zgodne z ukończonym kierunkiem wykształcenia. Ponad połowa zapytanych zmieniłaby profil nauki, gdyby tylko mogła, a 75% respondentów uważa, że kierunkowe wykształcenie pomaga w znalezieniu pracy. Eksperci Work Service podkreślają, że polski rynek pracy szybko się zmienia, podczas gdy edukacja i szkolnictwo wyższe żyją własnym życiem.

– Egzamin maturalny i wybór kierunku studiów kiedyś stanowił klucz do późniejszej kariery zawodowej. Dziś wyraźnie widzimy, że obecny system edukacji nie do końca spełnia tę rolę, bo ponad połowa Polaków nie pracuje już w swoim wyuczonym zawodzie. To pokazuje, jak szybkim zmianom podlegają mechanizmy rynku pracy. Powstają nowe zawody i profesje, a uczelnie nie nadążają ze zmianą programów nauczania i dopasowaniem do aktualnych potrzeb pracodawców – mówi Tomasz Hanczarek, Prezes Zarządu Work Service S.A. – Potwierdzają to wyniki zrealizowanego przez nas badania, które pokazują, że Polacy muszą być bardzo często mobilni zawodowo i podejmować pracę w innym obszarze niż wyuczonym. W dzisiejszym świecie proces edukacji trwa całe życie i wiele praktycznych umiejętności zdobywamy dopiero podczas pracy zawodowej – dodaje Hanczarek.

Humaniści częściej niż technicy pracują w zawodzie

Ponad połowa zapytanych przez Work Service S.A. Polaków pracuje na stanowisku, które nie pokrywa się z ukończonym profilem wykształcenia (53% odpowiedzi). Tylko jedna trzecia respondentów deklaruje, że pracuje w wyuczonym zawodzie (32%), a co szósta osoba podkreśla, że praca i nauka pokrywają się tylko częściowo. Także 51% zapytanych przez nas pracowników odpowiedziała, że zmieniłaby profil nauki, gdyby tylko mogła cofnąć się w czasie. To pokazuje, jak ważną decyzję muszą podejmować młodzi ludzie jeszcze na etapie szkół średnich. Późniejsza zmiana profilu wykształcenia jest oczywiście możliwa, ale warto już na początku kierować się potrzebami rynkowymi, a nie tylko aktualną modą i zainteresowaniami – mówi Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu i Dyrektor Działu Rozwoju Rynków w Work Service S.A.

Co ciekawe, najbardziej ze swojego wykształcenia są zadowoleni humaniści. Po pierwsze, osoby z wykształceniem humanistycznym częściej niż posiadające wykształcenie techniczne pracują w miejscu zgodnym z ukończonym kierunkiem nauczania (odpowiednio 43% i 28%). Po drugie, podczas gdy aż 52% techników chciałoby zmienić swoje wykształcenie, taką chęć wyraziło tylko czterech na dziesięciu humanistów. Na polskim rynku pracy znajdziemy wiele ofert pracy w branży usługowej i biurowej, w której odnajdują się humaniści. Często ich wiedza i kompetencje są uzupełniane podczas szkoleń oraz warsztatów organizowanych przez pracodawców. W innej sytuacji są osoby o kompetencjach technicznych. W ich przypadku, na rynku występuje duże zapotrzebowanie na ekspertów o specjalistycznej wiedzy, którą należy zdobywać jeszcze na etapie studiów wyższych. Dlatego w ich przypadku źle dobrany kierunek studiów może stanowić duże wyzwanie na przyszłość. W najbliższych latach możemy się spodziewać wzrostów deficytów wśród inżynierów, informatyków czy energetyków – wyjaśnia Inglot.

Maturzysto wybierz dobrze – ponad połowa Polaków zmieniłaby profil nauki, gdyby tylko mogła

Kierunkowe wykształcenie atutem na rynku pracy

Aż 75% respondentów uważa, że zgodność profilu wykształcenia z profilem stanowiska pracy stanowi atut podczas rozmowy o pracę. Jak podkreśla Olgierd Bałtaki, Dyrektor HR w Samsung Electronics Poland Manufacturing, ta liczna grupa pracowników może wkrótce spotkać się z dużym zaskoczeniem. Sytuacja w polskim szkolnictwie musi szybko ulec zmianom, w przeciwnym wypadku wyższe wykształcenie straci na znaczeniu, a pracodawcy podczas rekrutacji będą zwracać jedynie uwagę na kompetencje wyniesione z wcześniejszej kariery zawodowej. Wówczas niestety rację będą mieć Ci pracownicy, którzy dziś odpowiedzieli, że edukacja nie ma znaczenia w czasie ubiegania się o pracę – mówi Bałtaki. Tak odpowiedziało w badaniu Work Service S.A. 23% Polaków.

Metodologia badania:

Dane zaprezentowane w materiale prasowym są częścią Barometru Rynku Pracy 3 i zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=522) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1004 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w styczniu 2015 r.

Były redaktor naczelny ,,Newsweeka” poprowadzi debatę o gospodarce elektronicznej dla elity polskiego biznesu

Michał Kobosko będzie moderatorem dyskusji w ramach Spotkania Klubowego Executive Club poświęconego gospodarce elektronicznej. Spotkanie odbędzie się 14 maja w Hotelu Sheraton. W dyskusji wezmą udział liderzy czołowychprzedsiębiorstw realizujący strategie e-commerce.

Wśród panelistów biorących udział w debacie pod hasłem: ,,Nowa Ekonomia e-commerce dźwignią handlu” będą: Dorota Bachman, Prezes Zarządu Ravelo Sp. z o.o., Michał Gembicki, Prezes Zarządu CDP.pl, Aster Papazyan, Dyrektor Handlowy PayU S.A., Dariusz Stolarczyk, Wiceprezes Zarządu RUCH S.A., Arkadiusz Świerczewski, Dyrektor Biura Projektów Innowacyjnych, PKN ORLEN S.A. W trakcie debaty, prowadzonej przez aktualnego Dyrektora polskiego biura think tanku Atlantic Council, e-commerce będzie rozpatrywany między innymi przez pryzmat swojej konkurencyjności i budowania innowacyjności.

Inicjatywa spotkań klubowych Executive Club jest nieodłącznym elementem strategii organizacji, która od ponad 10 lat zrzesza przedstawicieli top managementu polskich przedsiębiorstw oraz wybitne osobistości świata nauki i polityki. Spotkania odbywają się średnio raz na kwartał, a ich tematyka jest skoncentrowana wokół najbardziej aktualnych tematów gospodarczych. W czasie ostatniego spotkania Executive Club w Hotelu Sheraton, 3 marca bieżącego roku, rozmawiano na temat inwestycji na Bliskim Wschodzie.

Spotkanie Klubowe Executive Club, prócz elementu merytorycznego, zawiera w sobie również aspekt budowania więzi biznesowych. W trakcie majowego spotkania będzie można między innymi wysłuchać prezentacji pt. ,,Szkocki rynek whisky” z ramienia Stilnovisti, a także wziąć udział w degustacji tego trunku. Całe wydarzenie zakończy stand up Tadeusza Drozdy zatytułowany: ,,Polityczno-gospodarcze romanse”. Partnerami wydarzenia są: Xerox, PayU S.A., PKN Orlen S.A., Ruch S.A.

Patroni medialni Spotkania Klubowego Executive Club to: Forex Times, Manager, Polish Market, Warsaw Business Journal, newsrm.tv.

Inteligentne miasta potrzebują inteligentnej wody

W dyskusji na temat funkcjonowania samorządów wiele miejsca poświęca się kwestiom transportu drogowego, infrastruktury miejskiej czy sprawom finansowym. Wciąż za mało dyskutuje się o innych kwestiach takich jak: energia czy koszty związane z dostarczaniem wody i utrzymaniem sieci wodno–kanalizacyjnych. Sprawny dostęp do wody jest podstawą egzystencji ludzi jak i wielu procesów związanych z rozwojem życia gospodarczego samorządów i kraju. W tym aspekcie niezbędne jest efektywne zarządzanie jej wykorzystaniem za pomocą najnowszych rozwiązań w tym zakresie. O problemach samorządów związanych z zasobami wodnymi oraz sposobami ich rozwiązania rozmawiali specjaliści panelu „Inteligentne miasta i metropolie XXI w. Rzeczywistość czy przyszłość?”, który odbył się w ramach Europejskiego Kongresu Samorządów.

Sytuacja miast będzie w najbliższych latach diametralnie się zmieniać, również w Polsce. Obecnie na świecie miasta zajmują jedynie 2% powierzchni Ziemi, ale mieszka w nich 54% światowej populacji. Szacuje się, że do 2045 roku w miastach będzie mieszkać 70% światowej populacji. To z kolei wiązać się będzie z nowymi wyzwaniami  skoncentrowanymi wokół zabezpieczenia dostaw wody dla mieszkańców i efektywnego jej wykorzystania w miastach. Obecna sytuacja ekonomiczna samorządów i przedsiębiorstw dostarczających mieszkańcom wodę rzadko jest przedmiotem dogłębnych analiz. W najbliższych latach sektor wodno–kanalizacyjny będzie potrzebować szczególnej uwagi władz rządowych oraz samorządowych. W Polsce obecnie funkcjonuje 1600 spółek  wodno–kanalizacyjnych, a każda z nich boryka się z podobnymi problemami. Pokazuje to, na jaką skalę należy podjąć działania, aby uchronić polskie miasta i gminy przed problemami z gospodarką wodną stojącymi u naszych drzwi.

Z danych raportu „Bezcenna woda” przygotowanego przez Ernst&Young wynika, iż w latach 1998-2012 zużycie wody w Polsce zmniejszyło się  blisko o 20%. Dla firm z sektora wodno–kanalizacyjnego każdorazowy spadek zużycia wody powoduje wzrost jej kosztów. W ciągu ostatnich 14 lat odprowadzanie ścieków podrożało o 220%, a wody o 145%. Obecnie, Polacy wydają średnio około 2,1% swojego dochodu na wodę i odprowadzenie ścieków. Tak wysokiego wskaźnika nie ma prawie żaden kraj w Europie. Z tego względu konieczne jest podjęcie inwestycji, które pomogą zahamować ten rosnący wskaźnik kosztów, właśnie dzięki inteligentnym rozwiązaniom dla sektora wodnego.

Z danych zebranych przez firmę Schneider Electric wynika, że 72% operatorów obiektów infrastruktury wodno–ściekowej wskazuje na szeroko rozumianą efektywność, jako absolutny priorytet w swoich działaniach. W praktyce oznacza to konieczność minimalizowania strat wody, zwiększenie efektywności sieci wodociągowej oraz zmniejszenie zużycia energii elektrycznej. – Zadania są o tyle trudniejsze, że muszą być realizowane przy szeregu ograniczeń takich jak: starzejąca się infrastruktura, ograniczone zasoby, rosnąca liczba ludności. Przedsiębiorstwa wodno–kanalizacyjne w Polsce stają w efekcie przed koniecznością pogodzenia dwóch przeciwstawnych celów, tj. potrzeby redukcji kosztów operacyjnych oraz zapewnienia ciągłości dostaw wody – powiedział Ireneusz Martyniuk, Wiceprezes Pionu Przemysłu w Schneider Electric Polska.

Niezbędnym działaniem dla poprawy efektywności sieci wodociągowych jest ich monitoring oraz odpowiedni system zarządzania, który zapewnia odpowiednie ciśnienie w sieci bez nadmiernego marnowania zasobów wody. Rozwiązaniem tej kwestii jest zastosowanie inteligentnych rozwiązań w zakresie minimalizowania strat wody, zwiększenie efektywności sieci wodociągowej, zmniejszenie zużycia energii elektrycznej. Dla przykładu system do zarządzania sieciami wodociągowymi AquisWW, dzięki precyzyjnym informacjom o stanie sieci, a także danych archiwalnych, umożliwia stałą eksploatację sieci przy ciśnieniu odpowiadającym rzeczywistemu zapotrzebowaniu – dodał Ireneusz Martyniuk.

Biorąc pod uwagę rosnące koszty zużycia wody i wzrost liczby ludności gospodarka wodno-ściekowa powinna stać się bardziej efektywna, a z drugiej strony bardziej wydajna. Należy podjąć wszelkie działania, aby w dalszej perspektywie czasowej uniknąć zagrożenia w postaci przerw w dostawach wody. W związku z tym, skutecznym remedium na palące problemy sektora wodno-kanalizacyjnego są innowacyjne rozwiązania w obszarze stacji uzdatniania wody, wieży ciśnień, przepompowni oraz oczyszczalni ścieków. Zdaniem ekspertów Schneider Electric przyczyniają się one do wzrostu wydajności operacyjnej o blisko 25%, do 30% oszczędności w konsumpcji energii oraz do 20% redukcji kosztów operacyjnych. Wdrożenia te zaadoptowane na szczeblu samorządowym pozwolą na znaczne oszczędności.

Polskie gminy  stoją więc przed dużym wyzwaniem, jakim jest z jednej strony usprawnienie dostaw wody zaś z drugiej obniżenie jej kosztów. Część z tych zadań została już wdrożona przez Schneider Electric w Zakładzie Wodociągu Centralnego w Warszawie, gdzie wykonana została modernizacja całego układu zasilania wraz z systemem monitoringu i wizualizacji. Zasadniczo realizacja tych wyzwań wymaga czasu, środków oraz współpracy wielu podmiotów m.in. firm, przedsiębiorstw wodno-kanalizacyjnych oraz władz samorządowych, ale jest to możliwe do wdrożenia w każdej jednostce samorządowej już dziś.

Toyota i Mazda podejmują długofalową współpracę

Toyota i Mazda podpisały dziś porozumienie, zgodnie z którym podejmą długofalową współpracę w dziedzinie napędów i systemów bezpieczeństwa.

Na początek Toyota udostępni partnerowi technologię wodorowych ogniw paliwowych (FCV) oraz napęd hybrydowy typu plug-in. Mazda przekaże Toyocie technologię SKYACTIV, dzięki której jej samochody są bardzo oszczędne, mimo braku turbodoładowania. Toyota prawdopodobnie wykorzysta SKYACTIV do udoskonalenia napędów hybrydowych. Jest to odpowiedź japońskich producentów na coraz bardziej restrykcyjne normy emisji spalin, narzucane przez władze po obu stronach Atlantyku.

Firmy będą współpracowały także w dziedzinie systemów bezpieczeństwa. Wygląda więc na to, że pomimo różnicy potencjałów – Toyota jest największym producentem samochodów na świecie, w Japonii zajmuje 42% rynku samochodów, podczas gdy Mazda 9,7% – obie firmy mają sobie wiele do zaoferowania.

Współpraca Toyoty i Mazdy ma już swoją historię – w 2010 roku Toyota udostępniła partnerowi technologię hybrydową, zaś w 2012 roku skorzystała z fabryki Mazdy w Meksyku do produkcji swoich samochodów kompaktowych.

Podpisując porozumienie, Akio Toyoda, prezydent Toyoty, powiedział:

„Mazda dowiodła, że zawsze patrzy w przyszłość motoryzacji, jednocześnie pozostając wierną swoim korzeniom. Potwierdzają to technologia SKYACTIV i język stylistyczny KODO. W ten sposób Mazda w praktyce realizuje wartości bliskie Toyocie, by stale tworzyć coraz lepsze samochody. Bardzo mnie cieszy, że nasze przedsiębiorstwa mogą dzielić tę samą wizję i pracować razem nad udoskonalaniem samochodów. Najwspanialsze jest to, że możemy wspólnie pokazać światu, że następne stulecie motoryzacji może być tak samo zabawne i fascynujące, jak pierwsze”.

Prezydent Mazdy, Masamichi Kogai, dodał: „Toyota okazała się niezłomna w podejmowaniu odpowiedzialnych działań na rzecz rozwiązywania globalnych problemów ochrony środowiska i rozwoju przemysłu. Darzę wielkim szacunkiem zaangażowanie Toyoty w stałe tworzenie coraz lepszych samochodów poprzez bezustanne innowacje. Mazda widzi pokrewieństwo z Toyotą jako firmą, która ceni swoje korzenie i szanuje wszystkie społeczności, w których działa. Nic dziwnego, że Toyota także spotyka się z powszechnym szacunkiem. Wierzę, że możemy wspólnie tworzyć coraz lepsze samochody, zyskać jeszcze większe uznanie dla naszych produktów w oczach klientów oraz zwiększyć możliwości produkcyjne naszego miasta, Hiroshimy, a także innych społeczności, z którymi współdziałamy”.

 

Więcej miejscowości ma szanse na dotacje z programu Kawka

Wszystkie województwa będą mogły sięgnąć po dofinansowanie inwestycji, służących poprawie jakości powietrza. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej  proponuje obniżenie wymogu, dotyczącego liczby mieszkańców oraz koncentrację działań na inwestycjach, służących likwidacji przestarzałych źródeł niskiej emisji.

Do konsultacji z Wojewódzkimi Funduszami Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (WFOŚiGW) trafia dziś zweryfikowany program priorytetowy Kawka „Poprawa jakości powietrza Część 2) Kawka – Likwidacja niskiej emisji wspierająca wzrost efektywności energetycznej i rozwój rozproszonych odnawialnych źródeł energii” . Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej  przeprowadził jego weryfikację w kontekście zapewnienia komplementarności finansowania działań ze środków unijnych.

NFOŚiGW proponuje, aby główny nacisk położyć na finansowanie wymiany przestarzałych i nieefektywnych źródeł ciepła i podłączanie mieszkańców do miejskich sieci ciepłowniczych. Fundusz zrezygnował ze wsparcia inwestycji termomodernizacyjnych i transportowych, które są uwzględnione w Regionalnych Programach Operacyjnych.  W programie Kawka będą mogły uczestniczyć miasta, liczące co najmniej 5 tys. mieszkańców, podczas gdy do tej pory finansowane były inwestycje w miastach powyżej 10 tys. mieszkańców.

Nowe zapisy są zgodne z wytycznymi Prawa ochrony środowiska, dotyczącymi pełnego wykorzystania funduszy unijnych w kontekście finansowania inwestycji ze środków krajowych.

– Szczegółowo przeanalizowaliśmy Regionalne Programy Operacyjne i dostosowaliśmy Program Kawka tak, aby wszystkie regiony mogły skorzystać z finansowania inwestycji, służących likwidacji niskiej emisji, poprawie jakości powietrza i rozwojowi odnawialnych źródeł energii – mówi Dorota Zawadzka – Stępniak, Zastępca Prezesa Zarządu Narodowego Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Do wykorzystania z programu Kawka pozostało jeszcze ok. 120 mln zł.  NFOŚiGW chce najpóźniej na początku trzeciego kwartału tego roku rozpocząć kolejny nabór wniosków dla WFOŚiGW.

W dwóch pierwszych edycjach programu Kawka na poprawę jakości powietrza przyznanych zostało łącznie prawie 637 mln zł. Z finansowania skorzystało ponad 60 miast w 12 regionach kraju. Zlikwidowanych zostało prawie 34,5 tys. pieców węglowych i zastąpiono je przyłączami do miejskich sieci ciepłowniczych i prawie 9 tys. niskoemisyjnymi źródłami ciepła, takimi jak:  kotły gazowe, pompy ciepła, ogrzewanie elektryczne.

Celem  Programu priorytetowego Kawka jest zmniejszenie narażenia ludności na oddziaływanie zanieczyszczeń powietrza, w szczególności pyłów PM10, PM2,5 oraz benzo(a)pirenu zagrażających zdrowiu i życiu ludzi w strefach, w których występują znaczące przekroczenia dopuszczalnych i docelowych poziomów stężeń tych zanieczyszczeń i dla których opracowane zostały programy ochrony powietrza. Pieniądze z dotacji płyną do samorządów, ale ostatecznym odbiorcą dofinansowania mogą być m.in. osoby fizyczne, wspólnoty mieszkaniowe, deweloperzy. Dofinansowanie wynosi do 90% kosztów kwalifikowanych inwestycji.

Program Kawka służy m.in. wsparciu realizacji postanowień Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2008/50/WE z dnia 21 maja 2008 r. w sprawie jakości powietrza i czystszego powietrza dla Europy (CAFE), która wprowadza zasady zarządzania jakością powietrza w strefach i aglomeracjach. Dyrektywa została transponowana do prawa polskiego ustawą z dnia 13 kwietnia 2012 r. o zmianie ustawy – Prawo ochrony środowiska.

 

O połowę wzrośnie liczba motocykli na polskich drogach

Ponad 650 tys. Polaków marzy o zakupie motocykla – wynika z badań TNS Polska wykonanych na zlecenie Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor. Plany sfinansują pożyczając pieniądze od rodziny, z własnych oszczędności lub kredytem. 

Rozmach motoryzacyjnych planów robi wrażenie. Jeśli zostaną zrealizowane, liczba motocykli i motorowerów na polskich drogach wzrośnie o ponad połowę. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale dzięki nowym przepisom, obowiązującym od końca sierpnia 2014 r., jest to możliwe. Zgodnie ze znowelizowanym prawem o ruchu drogowym, kierowcy posiadający prawo jazdy kategorii B przynajmniej od trzech lat, mogą bez zdobywania dodatkowych uprawnień prowadzić jednoślady o pojemności silnika do 125 cm3 i mocynieprzekraczające11 kW. Wpływ nowej legislacji już widać.

W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2015 roku Polacy kupili i zarejestrowali 4 097 motocykli, o ponad 140 proc. więcej niż przed rokiem. Wraz z motorowerami (o pojemności silnika do 50 cm3) liczba nowych rejestracji w trzy miesiące przekroczyła 9,1 tys. – zwraca uwagę Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar. W tym samym czasie liczba zarejestrowanych aut, w porównaniu do  zeszłego roku, spadła o blisko 6 proc. do 91 371 sztuk.

Park pojazdów według stanu na koniec 2014 roku ( w tysiącach )
Rodzaj pojazdu  Ogółem  W tym pojazdy aktywne * 
Motocykl 1 190 600
Motorower (pojazd o pojemności do 50 cm3) 1 220 1 070
Samochód osobowy 19 980 15 330

Źródło: Instytut Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar

O zmianach kodeksu drogowego więcej wiedzą panowie

Według danych zebranych przez TNS dla BIG InfoMonitor, największą świadomość nowelizacji przepisów ruchu drogowego mają mieszkańcy środkowego i południowego regionu Polski. Częściej o tych zmianach słyszeli mężczyźni
(58 proc.) niż kobiety (33 proc.). Zdecydowanie lepiej zorientowane są osoby z młodszych grup wiekowych. Zakupem jednośladu w największym stopniu zainteresowane są osoby w wieku od 18 do 31 lat (pokolenie Y). I właśnie aż 262,3 tys. Polaków reprezentujących pokolenie Y zadeklarowało chęć zakupu motocykla w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Jako główne źródło finansowania wskazali pożyczkę od znajomych lub rodziny (38 proc.), kredyt bankowy (25 proc.) i zakup z bieżących środków (25 proc.).

Kredyt na motocykl czy pożyczka gotówkowa?

Jeśli nie ma pieniędzy a rodzina odmówi pożyczki, pozostają kredyty. Decydujący się na zakup motocykla na kredyt mogą wziąć specjalny kredyt na motocykl pod zastaw pojazdu, tak jak wygląda to w przypadku kredytów samochodowych.  W grę wchodzi też pożyczka gotówkowa, której banki udzielają na  dowolny cel.

Zaciągając kredyt na pojazd trzeba się liczyć, że bank zabezpieczy się i zrobi przewłaszczenie, będzie wówczas widniał jako współwłaściciel w dowodzie rejestracyjnym pojazdu lub zrobi w sądzie zastaw rejestrowy na kredytowanym motocyklu.  Poza tym dokona też cesji polisy ubezpieczeniowej pojazdu. Ze względu na większą liczbę formalności zainteresowany kredytem na motocykl musi być przygotowany na dłuższe procedury niż przy zwykłej pożyczce gotówkowej. Tu wystarczy się wykazać odpowiednią zdolnością i wiarygodnością kredytową.

Kredyt pod zastaw pojazdu ma jednak swoje plusy, zazwyczaj jest tańszy od pożyczki gotówkowej. RRSO, czyli Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania – wartość, najlepiej opisująca kredyt dla ofert specjalnie na motocykl, wyniesie od kilku do kilkunastu procent. Dla pożyczki gotówkowej będzie to już przeważnie około 20 proc. i więcej. Biorąc pod uwagę, że RRSO uwzględnia wszystkie koszty kredytu jakie ponosi klient: oprocentowanie, prowizje, ubezpieczenia i inne opłaty bankowe, to im jej wartość wyższa tym gorzej. Porównując oferty ważne  jest jednak, aby pożyczki/kredyty wyliczone były na ten sam okres i spłacane w tych samych odstępach czasu.

– Na pewno podejmując wszelkiego rodzaju decyzje finansowe nie należy działać pochopnie. Dobrze jest porównać koszty ofert kredytowych z kilku banków i wybrać najkorzystniejszą, pamiętając, że im taniej pożyczymy, tym łatwiej będzie oddać. A dobrze spłacony kredyt umożliwi nam budowanie pozytywnej historii w Biurze Informacji Kredytowej. Terminowe regulowanie zobowiązań, buduje korzystny wizerunek w oczach banków i dzięki niemu możemy liczyć w przyszłości na brak problemów przy zaciąganiu kredytu i atrakcyjne warunki cenowe – mówi Alina Stahl, dyrektor w Biurze Informacji Kredytowej.

Jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego, na koniec marca Polacy spłacali kredyty motoryzacyjne (głównie samochodowe) na kwotę przekraczającą 4,1 mld zł. Statystyki KNF pokazują, że popularność tego typu finansowania z roku na rok spada. Obecnie w ogólnej wartości kredytów konsumpcyjnych wynoszącej 132,4 mld zł stanowią one niewiele ponad 3 proc.. Jeszcze trzy lata temu kwota kredytów samochodowych sięgała 6,5 mld zł, a jej udział w rynku kredytów konsumpcyjnych przekraczał 5 proc..

Najchętniej kupowane motocykle: Romet, Junak i Yamaha

A jakie motocykle najczęściej wybierają Polacy? Niekwestionowanym liderem rynku jest Romet. Za nim plasuje się Junak i Yamaha – podaje Instytut Samar. W I kwartale zarejestrowanych zostało prawie 1,9 tys. właśnie tych trzech marek. Oferowane przez nich motocykle kosztują od 3 do blisko 18 tys. zł.

Gdy już dokonamy trudnego wyboru marki, modelu i sposobu finansowania, ważne jest też, aby wybrać sprzedawcę, który daje gwarancję nawet na używany model motocykla. Kluczowe jest więc sprawdzenie opinii o danej firmie oraz jej kondycji finansowej, co uchroni nas przed zakupem sprzętu u sezonowych sprzedawców, bez możliwości zwrotu motocykla lub zgłoszenia reklamacji w przypadku wady mechanicznej.

– Zawsze planując zakupy wiążące się z większymi wydatkami, warto sprawdzić, czy sprzedawca jest wiarygodny. Każda osoba korzystająca z Internetu, może to zrobić w ciągu kilku chwil – wystarczy sprawdzić, czy i jakie certyfikaty posiada firma, czy jest np. Firmą Wiarygodną Finansowo. Często kupując używane maszyny, otrzymujemy od sprzedawcy gwarancję, jednak jest ona możliwa do wykorzystania, tylko jeśli dana firma istnieje. Informacje, które znajdują się w Rejestrze BIG InfoMonitor dają szansę uniknięcia transakcji z przedsiębiorcą, który znajduje się na granicy bankructwa – podkreśla Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor.

Badanie TNS Polska zostało realizowane na reprezentatywnej próbie tysiąca mieszkańców Polski w wieku powyżej 15 lat w technice bezpośredniego wywiadu CAPI w dniach 27 marca – 1 kwietnia 2015 roku.

Ranking 30 uczelni w Polsce, po których można zarobić najwięcej

W bieżącym roku do egzaminu maturalnego przystępuje około 311 tys. maturzystów. Większość z nich staje przed wyborem uczelni, na której będą kontynuować edukację. Decyzja podejmowana jest z uwzględnieniem przede wszystkim zainteresowań przyszłych studentów oraz posiadanych umiejętności. Często również dalsza edukacja oraz kariera zawodowa planowana jest w oparciu o przyszłe zarobki. Rodzaj uczelni, jak również miejsce jej ukończenia, są ważnymi determinantami wysokości wynagrodzenia.

W oparciu o wyniki Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń 2014 powstało zestawienie 30 polskich uczelni, po ukończeniu których mediana pensji jest najwyższa(1). Podobnie jak w ubiegłych latach, zestawienie otwiera Szkoła Główna Handlowa. Mediana wynagrodzeń absolwentów tej uczelni wyniosła w 2014 roku 8 700 PLN. Na drugim miejscu uplasowała się również uczelnia ze stolicy – Politechnika Warszawska. Co drugi zatrudniony po tej uczelni zarabiał powyżej 7 700 PLN. Ważna jest jednak pewna zależność – większość absolwentów tych szkół zatrudnionych jest w stolicy, co niewątpliwie ma istotny wpływ na wysokość pensji. Warszawa jest miastem o najwyższych wynagrodzeniach w kraju.

W pierwszej dziesiątce znalazły się również szkoły wyższe z Wrocławia – Politechnika Wrocławska, z Gdańska – Politechnika Gdańska, z Poznania – Politechnika Poznańska oraz Uniwersytet Ekonomiczny, z Łodzi – Politechnika Łódzka, z Gliwic – Politechnika Śląska, oraz Akademia Górniczo-Hutnicza z Krakowa.

Tabela 1. Zestawienie całkowitych wynagrodzeń absolwentów wybranych uczelni wyższych w Polsce w 2014 roku (w PLN brutto)

próba 25% zarabia poniżej mediana 25% zarabia powyżej średnia
1 Szkoła Główna Handlowa 1 278 5 700 8 700 15 000 11 828
2 Politechnika Warszawska 1 974 5 000 7 700 12 412 10 090
3 Politechnika Wrocławska 2 607 4 380 6 500 9 900 7 929
4 Politechnika Gdańska 1 275 4 000 6 500 10 000 8 337
5 Uniwersytet Warszawski 2 575 4 000 6 000 9 600 8 146
6 Politechnika Poznańska 1 403 4 200 6 000 9 000 7 664
7 Akademia Górniczo-Hutniczaw Krakowie 2 564 3 808 5 942 9 375 7 781
8 Politechnika Łódzka 1 229 3 900 5 900 9 200 7 806
9 Politechnika Śląska (Gliwice) 1 796 3 980 5 800 8 800 7 492
10 Uniwersytet Ekonomicznyw Poznaniu 1 079 3 808 5 700 9 800 8 186
11 Politechnika Krakowskaim. Tadeusza Kościuszki 1 212 3 655 5 600 8 533 7 021
12 Uniwersytet Ekonomicznywe Wrocławiu 1 123 3 800 5 500 8 500 7 387
13 Uniwersytet Ekonomicznyw Krakowie 1 559 3 500 5 400 8 800 7 529
14 Uniwersytet Ekonomicznyw Katowicach 1 030 3 500 5 275 8 200 7 258
15 Uniwersytet Gdański 1 330 3 400 5 000 8 000 7 307
16 Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiegow Warszawie 710 3 500 5 000 8 000 6 978
17 Politechnika Częstochowska 544 3 500 4 939 8 000 6 302
18 Uniwersytet Łódzki 1 768 3 110 4 600 7 530 6 614
19 Politechnika Rzeszowskaim. Ignacego Łukasiewicza 746 3 200 4 590 7 100 5 934
20 Uniwersytet Jagiellońskiw Krakowie 1 907 3 100 4 500 7 360 6 312
21 Uniwersytet im. Adama Mickiewiczaw Poznaniu 1 470 3 000 4 500 7 200 6 214
22 Uniwersytet Wrocławski 1 414 3 109 4 500 7 000 6 187
23 Politechnika Lubelska 688 3 100 4 500 7 000 5 934
24 Uniwersytet Mikołaja Kopernikaw Toruniu w Toruniu 893 2 900 4 300 7 350 6 266
25 Uniwersytet Szczeciński 955 2 883 4 200 6 500 5 685
26 Uniwersytet Zielonogórski 531 2 800 4 155 6 700 5 530
27 Uniwersytet Śląskiw Katowicach 1 242 2 920 4 132 6 500 5 701
28 Politechnika Białostocka 728 2 825 4 075 6 024 5 430
29 Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiejw Lublinie 1 556 2 778 4 000 6 300 5 555
30 Uniwersytet Warmińsko-Mazurskiw Olsztynie 838 2 650 3 700 5 500 5 186

Opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń 2014
*próba powyżej 500 osób

Sylwia Radzięta
Sedlak & Sedlak Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń

Porównanie zarobków informatyków w Polsce i w Europie

Większość firm, niezależnie od profilu działalności i branży, w której działa, potrzebuje wsparcia pracowników IT. Postęp technologiczny sprawia, że specjaliści z sektora IT są ciągle poszukiwani, a zarobki im oferowane są znacznie wyższe od średniej krajowej. Jednak na tle innych europejskich krajów osoby pracujące w IT na terenie Polski zarabiają niewiele.

Między innymi dlatego wielu z nich ciągle decyduje się na pracę na emigracji, gdzie otrzymują znacznie wyższe wynagrodzenie. Trzeba jednak pamiętać, że w takich krajach jak Szwajcaria czy Anglia zarobki są wysoki, ale koszty życia nie należą do niskich. Przedstawione dane o zarobkach są oparte o informacje z portalu glassdoor.com.

W Polsce inżynier oprogramowania zarabia 20 870 EUR rocznie. Klasyfikuje nas to prawie na samym końcu zestawienia, mniej o 4% zarabiali tylko Węgrzy. Natomiast bardzo podobne zarobki oferowano w Grecji, Włoszech i Portugalii. Hiszpanie otrzymywali prawie o połowę więcej od nas. Fińscy, irlandzcy, holenderscy i angielscy inżynierowie oprogramowania zarabiali dwa razy więcej niż polscy.

Wykres 1. Roczne wynagrodzenia brutto inżynierów oprogramowania w Polsce na tle krajów europejskich (Polska=100%)

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie glassdoor.com

Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie glassdoor.com

Specjalista ds. IT w Polsce rocznie zarabia 18 692 EUR. W przypadku tego stanowiska stawki oferowane w naszym kraju klasyfikują się trochę lepiej na tle wybranych krajów Europejskich. Słowacy zarabiają o 30% mniej od nas, a Grecy i Portugalczycy mają bardzo podobne stawki. Włosi zarabiali więcej o około 34%, natomiast Hiszpanie i Irlandczycy o połowę. Dwa razy więcej od naszych specjalistów zarabiają Francuzi, a 2,5 Holendrzy oraz Niemcy.

Wykres 2. Zróżnicowanie wynagrodzeń rocznych specjalisty ds. IT w Europie (Polska=100%)
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie glassdoor.com
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie glassdoor.com

W Polsce programiści Java przeciętnie zarabiają 18 502 EUR rocznie. W porównaniu z Grecją to o połowę więcej. Portugalscy programiści otrzymują mniejsze wynagrodzenie od Polaków o 47%, a pensje Hiszpanów są niższe o niecałe 20%. Natomiast zarobki Włochów oscylują na tym samym poziomie, Francuzów są dwa razy wyższe. Na wysokie wynagrodzenie prawie 2,5 razy większe od polskiego mogą liczyć programiści z Holandii i Anglii.

Wykres 3. Zróżnicowanie wynagrodzeń rocznych programisty Java w Europie (Polska=100%)
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie glassdoor.com
Źródło: opracowanie własne Sedlak & Sedlak na podstawie glassdoor.com

Mateusz Rachucki
wynagrodzenia.pl Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń

Od 18 maja 2015 zmiana przepisów dotyczących przewożenia dzieci

Przypominamy, że od dnia dzisiejszego zmieniły się przepisy dotyczące przewożenia dzieci w fotelikach. W porównaniu do dotychczasowych przepisów zniknęło kryterium wieku dziecka, a pozostało jedynie kryterium wzrostu, tj. poniżej 150 cm. Tak więc również dziecko, które ukończyło 12 lat, a jednocześnie nie osiągnęło wymaganego wzrostu, powinno być przewożone w foteliku bezpieczeństwa lub urządzeniu przytrzymującym dla dzieci.

Wprowadzonych zostało również kilka odstępstw od ogólnych zasad przewożenia dzieci. Dopuszczono m.in., aby dzieci mieszczące się w przedziale wzrostu 135–150 cm, podczas przewożenia na tylnym siedzeniu były przytrzymywane za pomocą pasów bezpieczeństwa pojazdu, a więc bez fotelika oraz urządzenia przytrzymującego, jeżeli ze względu na masę i wzrost tego dziecka nie jest możliwe zapewnienie mu odpowiedniego urządzenia. W praktyce dotyczy to przewożenia dziecka mieszczącego się w powyższym przedziale wzrostu, którego waga ciała przekracza 36 kg, a więc przewidzianą w przepisach maksymalną wagę dla urządzenia przytrzymującego dla dziecka. Powyższe wyłączenie nie dotyczy przewożenia dziecka na przednim siedzeniu pojazdu, co powinno każdorazowo odbywać się z wykorzystaniem fotelika lub urządzenia przytrzymującego.

Kolejny wyjątek od ogólnych zasad przewożenia dzieci samochodem osobowym oraz małym samochodem ciężarowym dopuszcza przewożenie na tylnym siedzeniu trzeciego dziecka w wieku co najmniej 3 lat, przytrzymywanego za pomocą pasów bezpieczeństwa pojazdu, w przypadku, gdy dwoje dzieci jest przewożonych w urządzeniach przytrzymujących zainstalowanych na tylnym siedzeniu i nie ma możliwości zainstalowania trzeciego urządzenia. W praktyce ten przepis ma zastosowanie dla przewozu typowym samochodem osobowym, a więc przeznaczonym dla maksymalnie 5 osób łącznie z kierowcą. W samochodach osobowych o liczbie miejsc 6-9 i dwóch rzędach tylnych siedzeń, ze względu na odpowiednio duże wymiary (w tym szerokość siedzeń), zainstalowanie urządzenia przytrzymującego dla każdego przewożonego dziecka nie stwarza już żadnych problemów.

Nowe przepisy zakazują przewożenia dziecka w wieku poniżej 3 lat w pojeździe niewyposażonym w pasy bezpieczeństwa i fotelik lub w pasy bezpieczeństwa i inne urządzenie przytrzymujące. Aktualny pozostaje zakaz przewożenia dziecka tyłem do kierunku jazdy na przednim siedzeniu pojazdu, z tą jednak różnicą, że przepis ten dostosowano do postępu technicznego. Nie jest już istotny sam fakt wyposażenia pojazdu w poduszkę powietrzną dla pasażera, co dotychczas wykluczało możliwość przewożenia dziecka w taki sposób, lecz to, czy jest ona aktywna. Ponadto – w odróżnieniu od dotychczasowego brzmienia – przepis ten umożliwia przewożenie dziecka na przednim siedzeniu pojazdu z wykorzystaniem zarówno fotelika bezpieczeństwa, jak również innego urządzenia przytrzymującego.

źródło KGP

Bank Zachodni WBK ma ambicję być bankiem nr 1 dla korporacji

Bank Zachodni WBK chce być bankiem pierwszego wyboru dla korporacji. W najbliższym czasie skoncentruje się na umacnianiu pozycji w obsłudze handlu zagranicznego, aby za dwa lata mieć w portfolio większość dużych firm ze wszystkich branż. BZ WBK zamierza wykorzystać swój unikalny podwójny status: banku obecnego w całej Polsce a jednocześnie – dzięki przynależności do Grupy Santander – globalnego.

To, że Bank Zachodni WBK może konsekwentnie i skutecznie zmierzać w kierunku banku nr 1 dla korporacji pokazał już miniony rok.– W 2014 r. pozyskaliśmy prawie 500 nowych klientów. Wolumeny kredytowe w Centrach Bankowości Korporacyjnej wzrosły o 14 proc. i znacznie przekroczyły dynamikę rynku. Saldo depozytów zwiększyło się o 17 proc. r/r, podczas gdy rynek urósł o 9,4 proc. Początek tego roku był spokojniejszy, ale zakładam, że w kolejnych kwartałach umocnimy się dzięki współpracy z firmami zajmującymi się handlem zagranicznym – mówi Michael McCarthy, Członek Zarządu Banku Zachodniego WBK nadzorujący Pion Bankowości Biznesowej i Korporacyjnej.

Bank Zachodni WBK właśnie od koncentracji na obsłudze eksporterów i importerów zaczyna realizację swojej strategii banku nr 1 dla korporacji. – Mamy jasny cel: dostarczać takich narzędzi i takich rozwiązań, aby zainteresowanie polskich przedsiębiorców zagranicznymi rynkami mogło szybko i skutecznie wchodzić w fazę realizacji konkretnych działań. Nasze możliwości w tym zakresie są unikalne w porównaniu do innych polskich banków. Bycie częścią Grupy Santander oznacza, że możemy wspierać klientów poprzez globalną sieć, która dosięga nie tylko jednego, ale wielu rynków. Co więcej, zakres pomocy, który oferujemy, wychodzi daleko poza sferę produktów– podkreśla Michael McCarthy.Jerzy Śledziewski, dyrektor Obszaru Zarządzania Strategią Sprzedażową oraz Sprzedażą Produktów Banku Zachodniego WBK

Wśród pozafinansowych elementów wsparcia eksporterów i importerów Bank Zachodni WBK oferuje m.in. portal informacyjny SantanderTrade.com zapewniający kompleksową informację na temat 185 krajów, SantanderTrade Club, który umożliwia klientom uczestniczenie w szkoleniach online z zakresu poszczególnych narzędzi finansowych, regulacji prawnych i innych zagadnień, oraz daje dostęp do wirtualnych i tradycyjnych (wyjazdowych) misji handlowych i konferencji tematycznych. – W ostatnim czasie zorganizowaliśmy misje wirtualne do Hiszpanii dla branży rolno-spożywczej (owoce i warzywa) oraz do Meksyku dla branży motoryzacyjnej. We wrześniu 2014 oraz w listopadzie 2014 miała miejsce tu w Warszawie konferencja dotycząca kierunków afrykańskich – Angola i Maroko. W tych eventach wzięło udział ok. 200 firm. Regularnie zapraszamy klientów na webinaria, jesteśmy także z polskimi firmami na większości misji gospodarczych organizowanych przez MSZ i MG, ostatnio w Turcji– wymienia Jerzy Śledziewski, dyrektor Obszaru Zarządzania Strategią Sprzedażową oraz Sprzedażą Produktów Banku Zachodniego WBK.

Arkadiusz Bruliński rzecznikiem prasowym Grupy Ergo Hestia

ERGO Hestia postanowiła rozdzielić funkcje dyrektora Biura Komunikacji i rzecznika prasowego. Zmiana ma na celu usprawnienie komunikacji z mediami, rozwój mediów własnych oraz zwiększenie efektywności działań w mediach społecznościowych.

Arkadiusz BrulińskiNowym rzecznikiem prasowym został Arkadiusz Bruliński.

Arkadiusz Bruliński wcześniej przez 4 lata pełnił funkcję rzecznika prasowego Gdańskiego Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej a od ponad 3 lat jest pracownikiem Biura Komunikacji STU ERGO Hestia. Specjalizuje się w komunikacji kryzysowej oraz komunikacji i zarządzaniu zmianą. Z wykształcenia jest tłumaczem j. niemieckiego, absolwentem studiów MBA.

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 18.05.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Kolejny atak na klientów PKO BP

ESET ostrzega przed kolejną falą wiadomości phishingowych, których celem są klienci PKO BP. Pułapka ma za zadanie przechwycenie danych potrzebnych do logowania w serwisie iPKO oraz jednorazowych kodów umożliwiających zrealizowanie dowolnego przelewu z konta ofiary.

Pierwsze wiadomości phishingowe laboratorium antywirusowe ESET przechwyciło wczoraj wieczorem. Pułapka tym razem przygotowana została z dużą dbałością o warstwę graficzną i tekstową. Pierwszym sygnałem, który może wzbudzić podejrzenia internauty, jest inny adres WWW, który wyświetla się po najechaniu kursorem na link przesłany w  fałszywej wiadomości mailowej. Strona phishingowa nie szyfruje również połączenia (w przeglądarce nie wyświetla się ikona kłódki oznaczająca bezpieczne połączenie).

Kolejny atak na klientów PKO BP

Kolejny atak na klientów PKO BP

Treść przejętej wiadomości phishingowej sugeruje odbiorcy, że jego dostęp do konta został zablokowany i aby odzyskać do niego dostęp, musi zalogować się na stronie, do której prowadzi link. Kliknięcie w odnośnik umieszczony w mailu przekierowuje internautę do spreparowanego serwisu, która przypomina ten prawdziwy iPKO. Po podaniu przez ofiarę wszystkich danych potrzebnych do logowania oraz kilku jednorazowych kodów (potrzebnych do wykonania transakcji), strona automatycznie przekierowuje internautę do prawdziwej witryny iPKO, a dokładnie do ekranu logowania się do rachunku bankowego. Internauta, który przez nieuwagę zaloguje się na fałszywej stronie i postąpi zgodnie z instrukcjami cyberprzestępców, tj. poda kody jednorazowe, powinien błyskawicznie skontaktować się z bankiem. Niewykluczone bowiem, że cyberprzestępcy bardzo szybko zrobią użytek z informacji pozyskanych w opisany powyżej sposób.

Zawsze przed zalogowaniem do naszego konta w banku należy zweryfikować adres widniejący w przeglądarce – czy to na pewno adres naszego banku. Poza tym należy sprawdzić, czy przeglądarka nawiązała bezpieczne szyfrowane połączenie z serwisem banku, zanim podamy jakiekolwiek nasze dane mówi Kamil Sadkowski, analityk zagrożeń z firmy ESET.

Aby zabezpieczyć się przed podobnymi atakami, nie należy klikać w linki ani załączniki, które wzbudzają nasze wątpliwości. Warto przypomnieć, że banki oraz inne zaufane instytucje nigdy nie wysyłają do swoich klientów próśb o logowanie się w swoim serwisie WWW. Strony z opisywaną pułapką phishingową blokowane są przez programy antywirusowe firmy ESET (m.in. ESET NOD32 Antivirus oraz ESET Smart Security).

 

Uroczyste rozpoczęcie prac w Elektrowni Turów

18 maja 2015 roku na budowie nowego bloku energetycznego w Elektrowni Turów odbyła się uroczystość wbicia pierwszej łopaty. Inwestycję o wartości 3 mld 250 mln złotych netto realizuje konsorcjum firm: Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe GmbH (lider konsorcjum z 55,38% udziałów), Budimex SA (partner konsorcjum z 22,31% udziałów) oraz Tecnicas Reunidas SA (partner konsorcjum z 22,31% udziałów).

Polecenie rozpoczęcia prac PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna, spółka wchodząca w skład Grupy kapitałowej PGE, wydała 1 grudnia 2014 roku. Po uzyskaniu tej decyzji Budimex przystąpił do prac projektowych oraz przygotowania terenu budowy i zaplecza. Obecnie na terenie inwestycji wyburzane są misy chłodni kominowych. Prace te potrwają jeszcze kilka miesięcy. Kolejne prace to przełożenie torów kolejowych (służących do transportu z rejonu transformatorów istniejącej elektrowni). Konieczne będzie również usunięcie wszelkich instalacji kolidujących z nowoprojektowanymi obiektami oraz wykonanie nowych sieci wodno- kanalizacyjnych i przemysłowych.

Po etapie projektowania, wykonaniu robót demontażowych, rozbiórkowych i przekładkowych Budimex przystąpi do robót budowlanych, tj. wykonywania wykopów i fundamentów.

– To dla nas bardzo ważny kontrakt i największy spośród obecnie realizowanych przez Budimex w branży energetycznej. Mamy odpowiedni potencjał, żeby sprawnie zrealizować tę inwestycję – powiedział Andrzej Goławski, dyrektor Budownictwa Energetycznego i Przemysłowego w Budimeksie. Planujemy dalszy rozwój w segmencie energetycznym i w związku z tym zwiększenie zatrudnienia specjalistów z tej branży – dodał.

Łączna wartość podpisanych przez Budimex kontraktów energetycznych wynosi 814,5 mln złotych netto. Obecnie spółka realizuje kontrakty dla Grupy PGE, a także dla EDF i PGNiG.

Umowa na wykonanie nowego bloku energetycznego o mocy elektrycznej netto 450 MWe (megawat mocy elektrycznej), w tym zabudowę przepływowego kotła na nadkrytyczne parametry pary, turbiny kondensacyjnej z generatorem i mokrego układu odsiarczania spalin, została podpisana 10 lipca 2014 roku. Na realizację inwestycji konsorcjum ma 56 miesięcy od daty wydania polecenia rozpoczęcia prac.

Zakres prac Budimeksu i Tecnicas Reunidas obejmuje:

  • projektowanie,
  • roboty budowlane i montażowe wraz z dostawami konstrukcji stalowych,
  • dostawy i montaż części elektrycznej oraz montaż aparatury kontrolno- pomiarowej i automatyki,
  • budowę układu chłodzenia z zastosowaniem chłodni kominowej z układem odprowadzenia spalin oczyszczonych,
  • zabudowę układu odpopielania i odżużlania,
  • pozostałe dostawy i roboty w zakresie gospodarek pomocniczych.

Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe dostarczy wysokosprawny kocioł parowy, kompletne wyposażenie instalacji oczyszczania spalin, rurociągi, turbinę wraz z generatorem oraz układy AKPiA. Dodatkowo, MHPSE przeprowadzi również rozruch bloku.

Nowy blok w elektrowni to jeden z projektów programu inwestycyjnego Grupy Kapitałowej PGE o łącznej wartości ok. 50 mld zł, który poprzez znaczącą redukcję emisji dwutlenku węgla, dwutlenku siarki, tlenków azotu oraz pyłów, w istotny sposób ograniczy wpływ przedsiębiorstwa na środowisko. W latach 2014-2020 na budowę nowych i modernizację istniejących aktywów wytwórczych, Grupa planuje wydać ok. 30 mld zł.

 

Analitycy DNB prognozują cenę ropy Brent w roku 2015

Analitycy Banku DNB prognozują cenę ropy Brent na poziomie 65 USD za baryłkę w roku 2015, nie wykluczając jednocześnie okresowych spadków poniżej 50 dolarów, i stopniowy wzrost ceny – do 90 dolarów za baryłkę w roku 2020.

Łupkowa rewolucja nadal zaskakuje na plus

Najważniejszą przyczyną spadających cen ropy naftowej jest nadwyżka podaży na rynku, wynikająca zasadniczo z rewolucji łupkowej w Stanach Zjednoczonych. Jednym z naprawdę niezwykłych osiągnięć przemysłu naftowego w USA jest to, że nawet po upływie trzech lat od rozpoczęcia tej rewolucji, ciągle zaskakuje na plus. Po drugim w historii tego przemysłu szczycie produkcji, który wyniósł 9 milionów baryłek dziennie na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, produkcja ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych zmniejszała się przez dziesięciolecia. Później, w ciągu ostatnich trzech lat, wykres przedstawiający wielkość produkcji wystrzelił niemal pionowo w górę. Wzrost produkcji jest tak silny, że wykres wygląda tak, jakby krzywa prawie zawracała.

Od początku tego procesu w roku 2012 pojawiają się analizy dotyczące historii ropy naftowej uzyskiwanej z łupków w USA zapewniające, że dynamika spadku jest tak wysoka, że niemożliwe jest utrzymanie wskaźnika wzrostu, ponieważ „żeby stać w miejscu trzeba biec coraz szybciej”. Efekt bieżni jest tak silny, że aby produkcja rosła – musiałaby powstawać olbrzymia liczba nowych odwiertów, ale z drugiej strony – niemożliwe jest wykonywanie tak wielu nowych odwiertów. Wciąż pojawiają się te same argumenty – ale od chwili kiedy zaczęto ich używać dwa lata temu, produkcja z łupków wzrosła ponad dwukrotnie. Dla przykładu – wiosną 2012 roku, kiedy pole Bakken produkowało około 0,5 miliona baryłek dziennie, twierdzono, że w szczycie produkcji to pole nigdy nie przekroczy 600-700 tys. baryłek dziennie, z powodu efektu bieżni i faktu, iż operatorom skończą się najlepsze miejsca na odwierty. No cóż, w chwili obecnej pole Bakken produkuje ponad 1,1 miliona baryłek dziennie i wygląda na to, że jedynym czynnikiem, który może zatrzymać wzrost tej produkcji w przyszłości jest niska cena ropy naftowej.

Od pewnego czasu niektórzy sceptycy łupkowi twierdzą, że ceny ropy będą rosły, ponieważ wzrost produkcji z łupków zmniejszy się, po czym ceny ropy wzrosną z poziomu znacznie powyżej 100 dolarów za baryłkę. Zgadzamy się co do tego, że cena ropy naftowej ponownie wzrośnie, jeśli wzrost rynku łupkowego nie będzie dość duży, ale naszym zdaniem, wzrost ten rozpocznie się na znacznie niższym poziomie początkowym. Cena nie wzrośnie ze 110 dolarów za baryłkę do 120-130 dolarów, jak sugerują pewne analizy, ale z 50-60 dolarów do 80-90.

Wzrost globalnego popytu na ropę – cena powyżej 100 USD za baryłkę wydaje się zbyt wysoka
Znacznie niższa cena ropy naftowej może być postrzegana jako zasadniczy czynnik stymulujący światową gospodarkę i powinna ona wspierać globalny wzrost gospodarczy. Różnica pomiędzy 110 dolarami a 65 dolarami za baryłkę przy rocznym zużyciu na poziomie około 90 milionów baryłek dziennie daje kwotę 1500 bilionów dolarów. Można to postrzegać jako ekwiwalent obniżenia podatków o taką właśnie kwotę, co zwiększy dostępny dochód zwykłych obywateli w krajach, gdzie rynek kształtuje ceny i złagodzi problemy budżetowe w krajach, które dofinansowują konsumpcję ropy naftowej.

Średnia cena ropy Brent przekraczała poziom 100 dolarów za baryłkę tylko przez okres trzech lat w całej historii przemysłu naftowego, między 2011 a 2013 rokiem. Naszym zdaniem 2013 był ostatnim rokiem w tym dziesięcioleciu ze średnią ceną ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę.

W ciągu minionych dziesięciu lat występowały dłuższe okresy kiedy dynamika wzrostu zapotrzebowania na ropę naftową kształtowała się w zakresie pomiędzy 2 a 4%. W latach 2004-2005 doszła do całych 4%. Podobne poziomy widzieliśmy też w 2010, ale było to wówczas spowodowane nadrabianiem spadków po głębokiej recesji w latach 2008-2009. Średni wzrost popytu na ropę między 2004 a 2008 rokiem wyniósł ponad 2%, ale kiedy ceny ropy przekroczyły poziom 100 dolarów za baryłkę, wzrost zapotrzebowania był już znacznie słabszy, na poziomie 1%. Mimo to, oczekujemy, że wzrost zapotrzebowania będzie wyższy przy znacznie niższej cenie ropy. Globalne wydatki na ropę naftową spadną, szczególnie w Stanach Zjednoczonych gdzie potrzeba bardzo krótkiego czasu, aby zmiany światowych cen ropy dotarły do konsumentów przy dystrybutorze paliwa, spadnie również prawdopodobnie zapotrzebowanie. Ponieważ podatki są w Stanach Zjednoczonych bardzo niskie, zmiany światowych cen ropy naftowej także mają bardzo silny wpływ na ceny, które odbiorcy końcowi płacą na stacjach paliw. Średnia cena paliwa w USA jest bardziej skorelowana z ceną ropy Brent niż ceną WTI, ponieważ rynek paliw jest rynkiem światowym, a rynek WTI – rynkiem regionalnym. Znacznie niższa cena ropy Brent skutkowała znacznie niższą ceną paliwa w Stanach Zjednoczonych dla tamtejszych klientów, co będzie stymulować wzrost popytu na paliwa w USA w przyszłości. Efekt ujemnej inflacji na stacjach paliw jest widocznym czynnikiem stymulującym zwiększoną konsumpcję paliw.

Ponieważ większość rynków wschodzących dotuje paliwa na stacjach, zmiany światowych cen ropy naftowej nie mają wpływu na koszty ponoszone przez dużą część konsumentów. A skoro podatki dla paliw i oleju napędowego są tak wysokie w Europie, nie obserwujemy tak samo dużego spadku cen paliw i oleju napędowego dla klientów w Europie jak w USA. Pozytywny efekt spadku cen ropy naftowej (Brent) na świecie jest zatem mniejszy poza Stanami Zjednoczonymi. Jednakże, przewidujemy, że wzrost zapotrzebowania na ropę w Chinach także będzie większy w 2015 roku z powodu niższych cen końcowych. W ostatnich miesiącach można już było zaobserwować w Chinach niższe ceny zarówno dla oleju napędowego, jak i paliwa, a także wzrost popytu.

Podaż rośnie o wiele szybciej niż popyt
Kiedy porównamy światową dynamikę wzrostu popytu ze wzrostem podaży z krajów spoza OPEC, oczywistym będzie, że od pewnego czasu podaż ta rośnie szybciej niż popyt. Jednakże, trend ten jest mniej widoczny z powodu nieplanowanych przestojów, które skutkowały zwiększeniem produkcji ropy z łupków w USA w latach 2011-2013. Niemniej, sytuacja ta zmieniła się w 2014 roku. Podaż z krajów spoza OPEC rośnie o wiele szybciej niż światowy popyt. Potrzebne jest lepsze zrównoważenie tych dwóch elementów, a cena jest czynnikiem regulującym, który może pomóc to osiągnąć.

Równoważenie rynku nie było problemem dopóki nieplanowane przestoje w wydobyciu w Libii, Syrii, Jemenie, Nigerii, Sudanie Południowym, Kolumbii, itd. nie złożyły się na powstanie dysproporcji na rynku. Ale ich zakres przestał się zwiększać w 2014 roku, a późniejszy brak równowagi między podażą a popytem stał się lepiej widoczny i doprowadził do bardzo dużej nadwyżki podaży w basenie Oceanu Atlantyckiego.

Można tylko zgadywać jaką rolę odegrają nieplanowane przestoje w wydobyciu w przyszłości, ale ich poziom był rekordowo wysoki na początku 2014 roku i sądziliśmy, że bardziej logiczne będzie przewidywanie, że ten wysoki poziom raczej się ustabilizuje, a nie będzie dalej zwiększał. Oczywiście, istnieje pewne prawdopodobieństwo, że światowe przerwy w wydobyciu będą się dalej zwiększać, ale tak naprawdę, aby coś takiego mogło się wydarzyć, musiałoby się na to złożyć wiele niepowodzeń występujących w wielu miejscach na całym świecie jednocześnie. Nieplanowane przerwy w produkcji zwiększyły się w latach 2011-2013 o około 3 mln baryłek dziennie. Żeby coś takiego się powtórzyło w najbliższych kilku latach, musielibyśmy być świadkami w pełni rozwiniętego kryzysu w Wenezueli, który zredukowałby produkcję tego kraju o ponad połowę, Państwo Islamskie musiałoby przejąć i kontrolować duże pola naftowe w południowym Iraku, który jest twierdzą Szyitów, negocjacje w sprawie broni jądrowej z Iranem musiałby zakończyć się całkowitym fiaskiem, a Libia musiałaby być całkowicie wyłączona z rynku. Poza rynkiem musiałoby pozostać około 400-500 tys. baryłek dziennie nigeryjskiej ropy, zaś Syria, Jemen, Sudan i Kolumbia musiałyby utrzymać całą swoją obecnie wstrzymywaną produkcję poza rynkiem. Czy ten scenariusz jest prawdopodobny? Naszym zdaniem nie.

OPEC nie zmniejszył produkcji
Większość analityków oczekiwało znaczącej redukcji wydobycia w krajach OPEC późną jesienią ub. roku, do czego jednak nie doszło. OPEC zdecydował się utrzymać cel produkcyjny na poziomie 30 mln baryłek dziennie. A kolejne decyzje odnośnie wielkości produkcji mogą zostać podjęte dopiero w czerwcu 2015. Nagle szerszy rynek zdał sobie sprawę, że bez interwencji ze strony OPEC, zostanie pozostawiony sam sobie. Cena będzie czynnikiem, którego zadaniem będzie równoważenie podaży i popytu. Jakie korzyści dla Arabii Saudyjskiej wynikają z dopuszczenia do spadków cen ropy? Jest ich wiele. Tak naprawdę, w obecnej sytuacji, kiedy rynek przejęła rewolucja łupkowa, niemądre byłoby redukowanie przez Arabię Saudyjską produkcji, aby utrzymać cenę na poziomie powyżej 100 dolarów za baryłkę. Zamiast tego lepiej pozwolić, aby siły rynku same znalazły odpowiedni poziom cen.

Przede wszystkim Arabia Saudyjska nie potrzebuje jakiejś konkretnej ceny ropy, potrzebuje jednak dochodów. A dochody są funkcją zarówno ceny, jak i wolumenu. Załóżmy, że Arabia Saudyjska eliminuje całą nadpodaż w celu zatrzymania wzrostu zapasów ropy naftowej. Przyjmijmy także, że taka redukcja pozwoli utrzymać ceny na poziomie 100 dolarów za baryłkę. Cena 100 dolarów za baryłkę nadal doprowadziłaby do bardzo wysokiego wzrostu produkcji w krajach spoza OPEC i słabszego wzrostu popytu, niż ten, który wystąpiłby, gdyby ropa była tańsza. A zatem, konieczne byłoby kontynuowanie takich cięć jeszcze w roku 2016, 2017, 2017, itd. W ostatnich dwóch latach widzieliśmy już spadek zapotrzebowania na ropę OPEC, który prawdopodobnie wystąpi dalej przy cenach powyżej 100 dolarów za baryłkę.

Naszym zdaniem, mówiąc o OPEC ważne jest wyraźne rozróżnienie między tzw. rdzeniem OPEC (Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt), a pozostałymi krajami tej organizacji. Dlaczego? Dlatego, że rodziny rządzące krajami „rdzenia” OPEC będą nimi nadal rządzić za dziesięć lat. Tak przynajmniej sądzą, a to bardzo ważna kwestia, jeśli chodzi o proces podejmowania decyzji. Rodzina Ibn Sauda panuje w Arabii Saudyjskiej od chwili powstania tego kraju w 1932 roku. Od tamtej pory widzieliśmy pięciu króli, z których wszyscy byli synami Ibn Sauda. Jeśli zaś chodzi o Wenezuelę, Iran, Irak, Nigerię, itd., nikt nie wie kto będzie tam u władzy za kilka lat. Władze w takim kraju chcą, żeby ceny ropy były na jak najwyższym poziomie, który można obecnie osiągnąć, ponieważ potrzebują tych pieniędzy, aby zwiększyć swoje szanse pozostania u władzy.

Na przykład, dla władz w Nigerii czy Angoli nie ma sensu, z punktu widzenia finansów państwa, ograniczenie wydobycia w celu zabezpieczenia cen ropy. Jeśli Nigeria zredukuje wydobycie o 150 tys. baryłek dziennie, nie będzie to miało żadnego wpływu na cenę ropy naftowej, o ile pozostali członkowie także nie wprowadzą znacznych cięć, a nie istnieje żaden sposób, aby jeden członek organizacji mógł sankcjonować innych członków, którzy nie zmniejszą produkcji. Tak więc Nigeria ryzykuje, że na skutek redukcji eksportu zmniejszy się jej dochód i nie spowoduje to zwrotu w postaci zmiany ceny. Wiemy także, że członkowie kartelu nie ufają sobie, jeśli chodzi o publikowane dane na temat produkcji i eksportu. Dlatego właśnie administracja OPEC przy ocenie całkowitej produkcji kartelu korzysta ze średnich danych przygotowywanych przez firmy zewnętrzne. Czy w tym kontekście można oczekiwać, że Nigeria, Angola czy jakikolwiek inny kraj poza głównym rdzeniem OPEC będzie chciał brać udział w redukcji wydobycia, skoro nie są pewne, czy pozostali członkowie też to zrobią? Naszym zdaniem to niemożliwe.

W przypadku państw tworzących rdzeń OPEC sytuacja jest inna, szczególnie jeśli chodzi o Arabię Saudyjską. Budżet tego państwa był zrównoważony przy cenie ropy na poziomie 83-84 dolarów za baryłkę w 2014 roku i żeby zrównoważyć go w przypadku zmniejszenia produkcji, w przyszłym roku wymagana byłaby nawet wyższa cena, ale nie oznacza to, że Saudyjczycy będą za wszelką cenę bronić poziomu 100 dolarów za baryłkę. Naszym zdaniem korelacja pomiędzy cenami ropy a cenami ropy na progu rentowności budżetu jest odwrotna. Kiedy ceny ropy rosną, państwo wydaje więcej pieniędzy uzyskanych do budżetu ze sprzedaży ropy, w konsekwencji czego zwiększa się poziom cen progu rentowności.

Naszym zdaniem Saudyjczycy obecnie zdają sobie sprawę z tego, że przychody z ropy naftowej w kilku kolejnych latach będą mniejsze. Muszą się tylko zdecydować, czy spadek przychodów będzie rezultatem niższych cen, czy niższego eksportu. Zawsze myśleliśmy, że zaakceptują cenę poniżej 100 dolarów za baryłkę. Należy pamiętać o tym, że finanse Arabii Saudyjskiej są w bardzo dobrym stanie i wytrzymają jeszcze prawdopodobnie kolejne pięć lat cen poniżej 70-80 dolarów za baryłkę. Gospodarka królestwa jest w o wiele lepszej kondycji niż w latach 80-tych ubiegłego wieku, prawie nie ma zadłużenia i dysponuje funduszem ropy naftowej wielkością prawie dorównującym swojemu norweskiemu odpowiednikowi, ale bez zobowiązań emerytalnych takich jak w Norwegii.

Saudyjczycy nie postrzegają dużych cięć produkcji Arabii Saudyjskiej w latach 1980-85 jako sukcesu. Spadek wolumenu okazał się zbyt duży dla ówczesnych cen ropy naftowej, aby zrekompensować utracone przychody. W 1986 roku królestwo zmieniło strategię i zaczęło zalewać rynek stosując system wyceny metodą netto, aby odzyskać stracony udział w rynku. Po roku 1991 ich udział w rynku wahał się w okolicach 12-14%.

 

Czy przemysł łupkowy w Stanach Zjednoczonych odciąży i zrównoważy rynek?
W 2015 roku gospodarka sektora łupkowego w Stanach Zjednoczonych zostanie poddana próbie. Na podstawie danych, które zebraliśmy, cena ropy Brent poniżej 70 dolarów za baryłkę prawdopodobnie zmniejszy wzrost produkcji z powodu zarówno słabszej opłacalności odwiertów, jak i mniejszych przepływów pieniężnych, co z kolei zmniejszy zdolności kredytowe wielu operatorów. Choć nawet jeśli wzrost produkcji byłby zbyt wolny, musiałaby minąć duża część roku 2015 zanim spadek wolumenu byłby wystarczający, aby skutkować zwiększeniem cen. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, negatywny wpływ przepływu pieniężnego na operatorów nie wystąpi natychmiast. PIRA Energy szacuje, że 40% produkcji dla 2015 ma zabezpieczone ceny. Ponadto, słabszy przepływ pieniężny doprowadzi do tego, że operatorzy będą redukować marginalne i najdroższe projekty, skupiając się na tych, które przynoszą największy zwrot. Istnieje ponadto pewna liczba odwiertów, które są już wykonane, ale czekają na ukończenie. Dlaczego operatorzy nie mieliby zrealizować kontraktów na odwierty, które zostały już podpisane? Ogólna liczba odwiertów powinna zacząć spadać kiedy owe kontrakty nie zostaną dalej przedłużone.

Na polach Bekken na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy dodawano średnio 200 nowych odwiertów miesięcznie. Nawet jeśli przyjmiemy, że liczba odwiertów wykonywanych każdego miesiąca spadnie o 25%, nasz model pokazuje, że produkcja z Bekken wzrośnie do 1,7 mln baryłek dziennie. A zatem, aby po jakimś czasie zatrzymać wzrost przemysłu łupkowego w Stanach Zjednoczonych, potrzebna będzie redukcja działalności przekraczająca 25%. Jednakże, rentowne koszty odwiertów mogą nie być czynnikami decydującymi o tym jak nisko może spaść cena ropy naftowej zanim sektor ten zacznie odczuwać znaczące dotkliwe skutki. Jeśli uwzględnialibyśmy tylko wewnętrzną stopę zwrotu dla każdego projektu, cena ropy naftowej typu Brent musiałaby spaść w okolice 60 dolarów za baryłkę, aby spowodować spadek produkcji poniżej 500 tys. baryłek dziennie w ciągu kolejnych dwóch lat. Założyliśmy jednak, że najsłabsi operatorzy będą zmuszeni ograniczyć działalność pomimo pozytywnej stopy zwrotu, z uwagi na to, że wystąpią ograniczenia w przepływie pieniężnym, które potencjalnie mogą wpłynąć na ich zdolność kredytową.

Analitycy rynku ropy naftowej na całym świecie korygują swoje prognozy mocno w dół
W październiku ub. roku mieliśmy najbardziej pesymistyczną prognozę cen ropy naftowej spośród wszystkich analityków ankietowanych przez Reutersa. Zgodnie z naszymi przewidywaniami, w 2015, baryłka ropy Brent miała kosztować 80 dolarów, a mediana miała osiągnąć poziom 93 dolarów za baryłkę. Od tamtej pory wielu analityków mocno skorygowało swoje prognozy w dół. Barclays zszedł o 21 dolarów, z 93 dolarów za baryłkę do 72, BNP Paribas o 20 dolarów – z 97 dolarów za baryłkę do 77, Citigroup o 15,5 dolara – schodząc z 95,5 dolara do 80 dolarów za baryłkę, Credit Suisse o 16,2 dolara – z 91,5 do 75,3 dolara za baryłkę, Societe Generale zrewidował prognozę o 20 dolarów za baryłkę – z 91 do 70, Standard Chartered o 20 dolarów – korygując cenę ze 105 dolarów za baryłkę do 85 dolarów za baryłkę. JP Morgan z kolei obniżył swoją prognozę średnich ceny ropy typu Brent w 2015 roku o aż 33 dolary, z 115 do 82 dolarów za baryłkę, Morgan Stanley obniżył przewidywania o 28 dolarów – z 98 do 70 dolarów za baryłkę, po czym później obniżył tę prognozę jeszcze bardziej, do 65 dolarów za baryłkę.

Rozumiemy skąd wzięły się te korekty w dół i wierzymy, że są one uzasadnione, ponieważ sytuacja nie jest podobna do korekty z 2012 roku, ceny nie wskoczą szybko z powrotem na poziom 110 dolarów za baryłkę. Od spotkania OPEC wiele rzeczy się zmieniło i obecnie zwiększanie wzrostu popytu i zmniejszanie wzrostu podaży będzie regulowane przez same ceny. Obecnie prognozujemy dla roku 2015 cenę ropy naftowej Brent na poziomie 65 dolarów za baryłkę. Jednak trzeba pamiętać o tym, że niemożliwe jest dokładne obliczenie kiedy ceny zaczną znów rosnąć, i dość prawdopodobny jest scenariusz, że dojdzie do ujemnego rozregulowania rynku w procesie korekty. Ceny ropy naftowej typu Brent mogą spaść w ciągu kolejnych 6 miesięcy poniżej 50 dolarów za baryłkę, ale nie jest to nasz podstawowy scenariusz.

 

Zastępca Sekretarza Handlu USA z wizytą w Citi Service Center Poland

14 maja Citi Service Center Poland przy ulicy Marynarskiej 12 gościło misję handlową na czele której stanął Zastępca Sekretarza Handlu USA Bruce Andrews. Celem misji było zapoznanie amerykańskich firm oraz organizacji branżowych z najważniejszymi kwestiami związanymi z ochroną kluczowej infrastruktury państw w regionie Europy Środkowo-Wschodniej oraz zapewnienie rozwiązań dla zagrożeń w obszarze cyberbezpieczeństwa w tych krajach. Citi w Polsce zostało wybrane jako rynkowy lider, z którym spotkała się delegacja.

Citi Service Center Poland znajdując się w gronie wybranych i zaproszonych do rozmów firm potwierdziło wysokie standardy w zakresie cyberbezpieczeństwa. Organizacja dysponuje wysokiej klasy specjalistami IT, którzy na co dzień odpowiadają za bezpieczeństwo systemów bankowych nie tylko w Polsce, ale i w kilkudziesięciu krajach na całym świecie. Ponadto CSC Poland może pochwalić się powstałym w ubiegłym roku nowoczesnym centrum zarządzania, czyli tzw. Command Center. Tym samym Polska to jedno z kluczowych miejsc na mapie Citi.

Cieszy mnie wizyta zastępcy Sekretarza Handlu USA, bo to pokazuje jak ważnym podmiotem na polskim rynku jest Citi. Mamy wysokiej klasy ekspertyzę w zakresie rozwiązań technologicznych. Jesteśmy innowacyjni – jako pierwsi na polskim rynku z sukcesem wprowadziliśmy nowy model bankowości oddziałowej nazywany Bankowym Ekosystemem Smart. Pozostajemy przy tym jednym z największych amerykańskich pracodawców na polskim rynku. Dzisiaj w ramach Citi w Polsce zatrudnionych jest łącznie ponad 7500 osób. Tylko w ostatnim roku zwiększyliśmy zatrudnienie o 800 nowych osób, a znakomita większość z nich to ludzie młodziabsolwenci, powiedział Sławomir S. Sikora, Chief Country Officer Citi w Polsce.

Dzisiaj CSC Poland jest jednym z największych centrów serwisowych działających na polskim rynku i jednym z największych w Citi. W ciągu 3 lat chcemy w ramach CSC w Polsce zwiększyć liczbę pracowników z 3500 do 5000 osób. Znakomita większość naszych specjalistów to wysokiej klasy informatycy dodała Terri Gerrosa, szefowa Citi Service Center Polska.

Należące do Citibanku Citi Service Center w Warszawie i to co robi na rzecz ochrony krytycznej infrastruktury jest doskonałym przykładem tego, jak firmy amerykańskie przyczyniają się do zwiększenia cyberbezpieczeństwa Polski i rozwoju polskiej gospodarki powiedział Zastępca Sekretarza Handlu USA Bruce Andrews. Z wielka przyjemnością osobiście zwiedziłem nowe centrum zarządzania, czyli tzw. Command Center w CSC w Polsce i dowiedziałem się o podejmowanych wysiłkach zmierzających do pozyskania i utrzymania najlepszych specjalistów IT w regionie.

Oprócz Zastępcy Sekretarza Handlu USA, wśród gości spotkania obecny był również ambasador Stanów Zjednoczonych w Polsce Stephen Mull, a także William Czajkowski, radca handlowy w Ambasadzie USA, Marcus Jadotte, asystent sekretarza handlu ds. przemysłu i analiz, oraz Skip Jones, dyrektor wykonawczy na Europę i Eurazję w Amerykańskim Departamencie Handlu. Gospodarzem wizyty w CSC Poland był Sławomir S. Sikora, Chief Coutry Officer Citi w Polsce oraz Terri Gerosa, szefowa Citi Service Center Polska.

Kurs USD zgodnie z odczytami

Trwająca od publikacji w środę słabego amerykańskiego raportu w sprawie sprzedaży detalicznej wyprzedaż USD traci na sile, jednak jeszcze nie na tyle, by sugerować przejęcie inicjatywy przez byki dolarowe. Dodatkowy rajd USD mógłby jednak zneutralizować związane z wyprzedażą zagrożenie dla waluty w większości par.

Dzisiejsze dane ze Stanów Zjednoczonych mają trzeciorzędne znaczenie, jednak mocne odczyty – w szczególności dane Empire dotyczące sektora wytwórczego i produkcji przemysłowej – mogą wywołać większą reakcję, niż zwykle, ponieważ rynek nie jest w stanie ocenić, o ile słabszy powinien być obecnie USD.

Jednak podobnie jak mocne dane amerykańskie mogą umożliwić dolarowi podjęcie walki i odwrócenie złej passy, również i słabe odczyty spowodują nową falę sprzedaży amerykańskiej waluty, a w efekcie test minimów cyklu.

Najważniejsze poziomy w głównych parach z USD:

EUR/USD: ważnym lokalnym poziomem wsparcia jest wczorajsze minimum nieco poniżej poziomu 1,1350, natomiast dopiero ruch poniżej poziomu 1,1250 może wskazywać na neutralizację zagrożenia squeeze’em. W przypadku umocnienia ważnym obszarem i poziomem psychologicznym jest 1,1500, natomiast poziom 1,1808 to zniesienie Fibonacciego o 38,2% z ogólnej fali wyprzedaży, od maksimum nieco poniżej poziomu 1,4000, odnotowanego dokładnie rok temu. 200-dniowa średnia ruchoma szybko spada i znajduje się obecnie znacznie poniżej poziomu 1,2000.

Wykres: EUR/USD

USD/JPY: wszyscy inwestorzy już dawno usnęli, jednak wyprzedaż po słabym odczycie na początku tygodnia nie zdołała wygenerować impetu, a zatem na razie powracamy do obserwowania przedziału 118,50/120,50.

GBP/USD: rajd wyniósł tę parę tak daleko, że zmiana technicznego kierunku wymagałaby gigantycznej wyprzedaży. Mamy oznaki spadku impetu i podejrzewam, że jeżeli w najbliższym czasie USD jeszcze bardziej straci na wartości, para ta nie umocni się zanadto. W przypadku, gdyby USD dążył do rajdu, pierwszym godnym uwagi poziomem spadkowym już od miesięcy jest 1,5500, jednak jeszcze przed nim mamy 200-dniową średnią ruchomą w okolicy poziomu 1,5600, mimo iż nie budziła większego zainteresowania w okresie wzrostu.

USD/CHF: wczorajsze zamknięcie nastąpiło tuż przy zniesieniu Fibo o 61,8% z fali rajdu 0,8500-1,0130, przypadające na poziom 0,9123. Zniesienie to i ostatnie minima to ważne poziomy w przypadku spadku, natomiast główne poziomy wzrostowe są nadal bardzo oddalone; jedynie znaczący, gwałtowny rajd spowodowałby przesunięcie uwagi w górę, na początek powyżej poziomu 0,9300.

AUD/USD: po ostatnim bardzo gwałtownym rajdzie para wydaje się dość wrażliwa; dziś rano powróciła poniżej poprzednich maksimów na obszarze 0,8075. W tym momencie ważnym pod względem psychologicznym poziomem jest 0,8000, natomiast pełne odwrócenie w dół nastąpi po pokonaniu obszaru 0,7975/50. W przypadku wzrostu konieczne byłyby słabe dane ze Stanów Zjednoczonych i zamknięcie ponownie powyżej obszaru 0,8100/25, które uwiarygodniłoby ten rajd, przez co docelowym kierunkiem byłaby 200-dniowa średnia ruchoma (obecnie w okolicach poziomu 0,8320).

USD/CAD:  niedźwiedzie już trzykrotnie nie doczekały się na spadek poniżej poziomu 1,1950, co coraz bardziej oddala zagrożenie wyprzedażą i utrzymuje wykres techniczny na neutralnym poziomie. Powrót do rajdu wymagałby pokonania poziomu 1,2100, a ostatecznie oporu na poziomie 1,2200.

Podsumowanie w koszyku G-10

USD: kluczowe poziomy wymieniłem powyżej. Waluta może gwałtownie reagować na dzisiejsze odczyty, ponieważ rynek waha się po mocnej reakcji na dane dotyczące sprzedaży detalicznej w Stanach Zjednoczonych z początku tego tygodnia.

EUR: wszystko wskazuje na to, że ryzyko niskiego pozycjonowania jest nadal wysokie i może spowodować dalszy squeeze nawet z obecnych poziomów. Mamy też jednak mocną korelację z apetytem na ryzyko (w istocie – negatywną korelację pomiędzy EUR a apetytem na ryzyko), a wczoraj bardzo gwałtownie zyskały na wartości akcje spółek amerykańskich i europejskich, co powoduje znaczne napięcie.

JPY: prezes Kuroda z Bank of Japan oświadczył ubiegłej nocy, że nie widzi konieczności dalszego luzowania ilościowego – brak związanej z tym akcji w niektórych parach z JPY jest zaskakujący. Wydaje się, że rynek chwilowo stracił zainteresowanie kursem JPY.

GBP: para GBP/USD lokalnie wydaje się nadmiernie wykupywana, jednak wszystko zależy obecnie od danych amerykańskich. Niedźwiedzie inwestujące w parę EUR/GBP mogą spodziewać się wejścia do gry po ostatnim odbiciu.

CHF: waluta wydaje się czekać ze wszelkimi znaczącymi ruchami na rozstrzygnięcie problemu Grecji– zasadniczo skłaniam się ku deprecjacji CHF, jednak najpierw należy pokonać obszar 1,0500/25 w parze EUR/CHF.

AUD: para AUD/USD może mocno – pozytywnie lub negatywnie – zareagować na dane amerykańskie; 0,8000/50 to istotna strefa wsparcia, jeżeli ten rajd miałby się utrzymać.

CAD: para USD/CAD najprawdopodobniej będzie podążać w tym samym kierunku, co dane ze Stanów Zjednoczonych, a przede wszystkim – w tym samym kierunku, co ceny ropy. Wsparcie wydaje się stabilne, o ile nie okaże się inaczej.

NZD: próba powrotu pary NZD/USD nieco traci na sile, jednak para ta musi zdobyć się na większy wysiłek. W parze AUD/NZD w dolnych rejonach jest miejsce na konsolidację, jednak w średnim okresie rajd ten ma większy potencjał wzrostu ze względu na zmianę relatywnych oczekiwań w stosunku do banku centralnego.

SEK: szwedzkie stopy są na niskim poziomie – w parze EUR/SEK może nastąpić test obszarów powyżej poziomu 9,50, mimo iż z perspektywy wyceny nic nie wskazuje na osiągnięcie istotnych nowych minimów SEK względem EUR.

NOK: waluta będzie wrażliwa w przypadku spadku cen ropy, w szczególności, jeżeli rynek błędnie prognozuje dalsze decyzje Norges Bank – mimo iż dowiemy się tego dopiero po posiedzeniu Norges Bank 18 czerwca.

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Wielka Brytania: wyniki branży budowlanej w marcu (08:30)
  • Kanada: sprzedaż w sektorze wytwórczym w marcu (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wskaźnik Empire dla sektora wytwórczego w maju (12:30)
  • Kanada: sprzedaż istniejących domów w kwietniu (13:00)
  • Stany Zjednoczone: produkcja przemysłowa i wykorzystanie mocy produkcyjnych w kwietniu (13:15)
  • Stany Zjednoczone: wstępne wyniki ankiety Uniwersytetu Michigan dotyczącej nastrojów w maju (14:00)
  • Nowa Zelandia: wskaźnik wyników sektora usługowego (Performance of Services Index) w kwietniu (niedz. 22:30)
  • Australia: wystąpienie Lowe’a z RBA (niedz. 23:30)

John J Hardy, Saxo Bank

saxo bank

Analiza WIG20, DAX i S&P500 – 18.05.2015

Obejrzyj nasz materiał wideo „Analiza indeksów: WIG20, DAX i S&P500”. Znajdziesz w nim komentarz Pawła Danielewicza dotyczący wybranych indeksów giełdowych.

Akcje Banku BGŻ BNP Paribas notowane na GPW

Od poniedziałku 18 maja br. akcje Banku BGŻ BNP Paribas (ticker: PLBGZ) notowane są na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Bank BGŻ BNP Paribas powstał w wyniku połączenia Banku BGŻ i BNP Paribas Banku Polska, dwóch banków należących do międzynarodowej grupy BNP Paribas, które nastąpiło 30 kwietnia 2015 r. Zarówno akcje Banku BGŻ, jak i BNP Paribas Banku Polska były wcześniej notowane na warszawskiej giełdzie. Ich obrót został zawieszony – w przypadku pierwszego banku 23 grudnia 2014 r., a drugiego 27 kwietnia br.

 

Obecnie, kapitał zakładowy Banku BGŻ BNP Paribas dzieli się na 84 238 318 akcji. Właścicielem 88,33% (74 409 509 akcji) jest BNP Paribas (bezpośrednio i pośrednio), 6,66% (5 613 875 akcji) należy do Rabobank International Holding B.V., a 5,01% (4 214 934 akcji) do pozostałych inwestorów.

 

Od końca kwietnia działamy pod nazwą Bank BGŻ BNP Paribas S.A. Od dziś inwestorzy mogą kupować i sprzedawać akcje połączonego banku na giełdzie. Zgodnie z zapowiedziami, w kolejnych latach zamierzamy zwiększyć udział akcji znajdujących się w wolnym obrocie. Do połowy 2016 r. udział ten wzrośnie do co najmniej 12,5%, a do końca 2018 r. do co najmniej 25% plus jedna akcja” – powiedział Józef Wancer, Prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas.

Turecki Indeks ogłosił wyniki finansowe za Q1 2015

0

Indeks Bilgisayar, turecka spółka należący do portfela funduszu MCI.EuroVentures 1.0 zarządzanego przez Grupę PEManagers, opublikował dobre wyniki finansowe za I kwartał br. Zysk netto wyniósł 10,6 mln tureckich lir, czyli o 78 proc. więcej niż przed rokiem. Przychody ze sprzedaży miały wartość 748 mln tureckich lir i były wyższe o 51 proc. r/r. Opublikowane wyniki były wyższe od oczekiwań analityków.

Dom maklerski Garanti Securities prognozuje, że w 2015 r. Indeks wypracuje prawie 2,8 mld tureckich lir przychodów (względem 2,2 mld przed rokiem) oraz zysk netto w wysokości 35 mln tureckich lir. Jego analitycy wystawili dla spółki rekomendację KUPUJ ustanawiając cenę docelową na poziomie 7,90 TL. Obecnie kurs akcji wynosi ok 6 TL.

Warimpex sprzedaje nieruchomości i inwestuje. Spółka myśli o kolejnych budowach w Polsce

0

CEO Magazyn Polska

Austriacki Warimpex planuje w tym roku sprzedać przynajmniej dwie nieruchomości, m.in. berliński hotel Andel’s. Spółka zapowiada kolejne inwestycje w Polsce.

Jedyny duży projekt spółki w Niemczech, czyli hotel Andel’s w Berlinie, powinien zostać sprzedany w połowie lata tego roku. W tej sprawie jest już podpisany list intencyjny. Sprzedaż projektów, które zostały już wybudowane i dobrze funkcjonują, jest częścią strategii biznesowej Warimpeksu.

– Mamy w swoim portfelu osiemnaście hoteli rozsianych w Europie Środkowej i po części w Europie Zachodniej mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Christoph Salzer, dyrektor regionalny Warimpeksu. – Wszystkie są na wysokim poziomie, głównie są to hotele z kategorii czterogwiazdkowej i czterogwiazdkowej z plusem, mamy też jeden hotel pięciogwiazdkowy (InterContinental w Warszawie) i jeden hotel trzygwiazdkowy w Krakowie. W sektorze biurowym realizujemy projekty w Polsce i mamy też trochę biurowców na Węgrzech i w Rosji.

Działalność na rynku rosyjskim negatywnie odbiła się na zeszłorocznych wynikach spółki. Warimpex odnotował ponad 35 mln euro straty netto wobec ponad 7 mln euro zysku w 2013 roku. O 18 proc. spadły też przychody spółki w 2014 roku, przekraczając 73 mln euro. Poprawę wyniku spółka osiągnęła natomiast w działalności hotelarskiej, tu bowiem może się pochwalić 2 proc. wzrostem przypadającego na każdy pokój zysku operacyjnego po opodatkowaniu.

Na wyniki za rok ubiegły należy patrzeć dwojako przekonuje Christoph Salzer.Z jednej strony mamy dwa główne rynki, jeden rynek, którego część znajduje się pod wpływem kryzysu rosyjskiego i tu ponieśliśmy dość znaczne straty. Z drugiej strony jest rynek niedotknięty tym kryzysem. Tu odnieśliśmy duży sukces, nasze wyniki netto w sektorze hotelarskim na tych rynkach wzrosły o 12 proc. Ogólnie w całej grupie, czyli na wszystkich rynkach, na których jesteśmy obecni, jest to 2-proc. wzrost. Są to wyniki operacyjne sektora hotelowego.

W Polsce spółka podsiada dziś 7 istniejących i działających obiektów, głównie hoteli. W realizacji ma trzy następne, a w planach, jak informuje dyrektor regionalny Warimpeksu, kolejne.

W Polsce mamy dwa projekty biurowe w Krakowie, jeden projekt z sektora handlu detalicznego w Białymstoku i myślimy o kolejnych projektach w Polsce, jednak jest jeszcze zbyt wcześnie, by o nich mówić.

Także działalność Warimpex w innych krajach planowana jest w tym roku z rozmachem, więc spółka oczekuje z optymizmem na wyniki, jakie uda się osiągnąć w tym roku.

Mamy ważne budowy również w Niemczech, finalizujemy bardzo dobry projekt biurowy w Budapeszcie, gdzie rynek dopiero rusza na nowo i jest to jeden z bardzo niewielu projektów, który już jest w trakcie budowy, więc wystartowaliśmy tam w odpowiednim czasie zapowiada Christoph Salzer z Warimpex. Z drugiej strony w tym roku prawdopodobnie sprzedamy jeden lub dwa obiekty, więc myślę, że mamy jeszcze trochę pracy do wykonania na ten rok, co znajdzie odzwierciedlenie także w niezłych wynikach.

HSBC: Ekspansja zagraniczna to szansa na rozwój polskich firm. Ci, którzy spróbowali, nie żałują

0

CEO Magazyn Polska

Wejście na nowe rynki to najlepszy sposób na szybki rozwój polskich firm. Potencjał do ekspansji zagranicznej można znaleźć w niemal każdej branży. Polskie firmy, które zdecydowały się na podobny krok, bardzo zadowolone są z tej decyzji.

– Te firmy nie są już zależne tylko od jednej gospodarki, a to zaleta nawet w przypadku tak dużej i tak dobrej gospodarki, jak polska – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor John Rendall, wiceprezes i dyrektor zarządzający HSBC Polska. – Widzimy również, że firmy, które umiędzynarodawiają swój biznes, w wielu przypadkach zdobywają w nowych krajach wiedzę, którą mogą potem spożytkować w innych krajach, w tym w swojej ojczyźnie, co zwiększa ich konkurencyjność. Kolejny powód dla którego warto umiędzynarodowić firmę, to status, który towarzyszy możliwości nazywania siebie międzynarodową firmą wobec klientów, dostawców czy pracowników.

Z badań Fundacji Kronenberga wynika, że co trzecia polska firma podjęła takie ryzyko i stara się odnieść międzynarodowy sukces. Ponad 90 proc. z nich jest zadowolonych z tej decyzji i rozważa ekspansje na kolejnych rynkach. Podobne spostrzeżenia mają przedstawiciele HSBC Polska, banku specjalizującego się we wspieraniu firm szukających nowych rynków.

Jak przekonuje wiceprezes i dyrektor zarządzający HSBC, ważne jest, żeby szefowie firm byli świadomi swoich przewag konkurencyjnych. Równie istotne jest to, żeby firmy przeprowadziły badania rynku, którym są zainteresowane. Firmy deklarują bowiem, że ważną częścią składową ich sukcesu jest odpowiednie połączenie ich wiedzy eksperckiej w firmie z lokalnym doświadczeniem i rozpoznaniem danego terenu.

 Nie można też zapominać o planowaniu finansowym. Często się zdarza, że osiągnięcie sukcesu zajmuje więcej czasu, niż przewidywano na początku, więc konserwatywne planowanie i zapewnienie sobie jakiegoś buforu finansowego to mechanizm, który działa w przypadku wielu firm.

HSBC oferuje pomoc polskim firmom, które myślą o tym, żeby umiędzynarodowić swój biznes, poprzez zapewnianie im finansowania. Bank ma oddziały na całym świecie, w 60 krajach, dzięki czemu finansowanie możliwe jest za pośrednictwem innej części grupy w kraju, w którym firma chce działać.

 Kolejny wkład, jaki możemy wnieść, to pomóc wyeliminować niektóre z czynników ryzyka związanych z działaniami transgranicznymi – podkreśla John Rendall z HSBC Polska. Umożliwiamy firmom kontrolowanie ich pieniędzy za granicą. Możemy dać dyrektorowi finansowemu, skarbnikowi czy głównemu księgowemu możliwość dowiedzenia się, gdzie w danym miejscu na świecie znajdują się pieniądze ich firmy i zarządzania tym, gdzie one się znajdują, oraz zarządzania płatnościami, tak aby mogli zachować część władzy przy lokalnych procesach realizacji płatności, nawet jeśli źródło jest za granicą.

Ożywienie na rynku nieruchomości

Jak wynika z raportu „Rynek mieszkaniowy w Polsce I kwartał 2015 r.”, sprzedaż mieszkań w kraju systematycznie rośnie. W ciągu pierwszych trzech miesięcy 2015 roku sprzedano ich łącznie o 2,2% więcej niż w poprzednim kwartale. Duży wzrost zainteresowania swoją ofertą zauważają też developerzy z województwa podlaskiego.

Analiza raportu przygotowanego przez REAS, firmę doradczą specjalizującą się w zagadnieniach związanych z rynkiem mieszkaniowym, przynosi kilka ciekawych wniosków. Jak się okazuje, początek 2015 roku zaowocował kolejnym rekordem pod względem liczby sprzedanych mieszkań w Polsce.

– Liczba transakcji wyniosła łącznie 11,5 tys., czyli o 2,2 proc. więcej niż w poprzednim kwartale. W perspektywie poszczególnych miast absolutnym zwycięzcą w tej kategorii jest Kraków, w którym odnotowano wzrost sprzedaży o 34 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału – czytamy we wnioskach autorów raportu.

Odpowiedzialne za to przede wszystkim jest ożywienie gospodarcze. Pozytywne sygnały płynące z rynku w połączeniu z zapowiadanym wydłużonym okresem obowiązywania niższych stóp procentowych pozytywnie wpływają na konsumentów i skłaniają do zaciągania kredytów i zakupu nieruchomości.

Wzrost popytu na mieszkania widać chociażby na przykładzie białostockiej firmy Eko-System. Podczas organizowanych niedawno przez developera dni otwartych padł bowiem rekord frekwencyjny.

– W ostatni weekend kwietnia z ofertą mieszkań w zabudowie szeregowej na Eko-Osiedlu na Bagnówce zapoznało się ponad dwa razy więcej osób, niż miało to miejsce w trakcie poprzednich tego typu imprez – informuje Dorota Trochimowicz, przedstawicielka Eko-System.

Oczywiście tak ogromne zainteresowanie nie przekłada się wprost na szybki wzrost sprzedaży. W przypadku nieruchomości, od momentu prezentacji do decyzji o nabyciu mija na ogół od 2 do 4 miesięcy – tak przynajmniej wynika z danych raportowych.

– Nie mniej jednak rosnąca w lawinowym tempie liczba zapytań i rezerwacji pozwala nam być dobrej myśli – ocenia Dorota Trochimowicz.

W województwie podlaskim optymizm zakupowy widać właśnie m.in. na białostockiej Bagnówce. Podczas ostatnich dni otwartych na Eko-Osiedlu dokonano tam rezerwacji na ponad 2/3 wszystkich dostępnych w tym miejscu lokali.

– Wielu odwiedzających korzystało przy tym z pomocy doradców kredytowych. Dużym zainteresowaniem cieszyły się także porady architekta, który prezentował kilka różnych sposobów aranżacji oferowanych przez nas mieszkań – dodaje przedstawicielka Eko-System.

Oprócz możliwości obejrzenia nieruchomości, części wspólnych oraz terenów znajdujących się wokół budynków czy dokonania rezerwacji, goście ostatnich dni otwartych mogli też liczyć na atrakcyjne rabaty i szereg dodatkowych atrakcji.

Firmy z branży e-papierosów szykują się na zmiany w prawie

0

Papierosów elektronicznych możemy używać praktycznie wszędzie. Samorządy biorą jednak sprawy w swoje ręce i zaczynają wprowadzać zakazy „palenia”. Obowiązują one np. w środkach komunikacji miejskiej w Poznaniu i Warszawie. Także rząd pracuje nad odpowiednimi regulacjami.

Osoby z branży e-papierosów nie spodziewają się, by w najbliższym czasie całkowicie zakazano używania tych urządzeń w miejscach publicznych. Producenci dmuchają jednak na zimne i starają się dopasować swoje towary do ewentualnych zmian. „Wyprodukowano olejek, który w czasie »palenia« nie wydziela dymu. Dzięki temu osoby znajdujące się w otoczeniu »palącego« nie tylko nie czują zapachu, ale nawet nie widzą dymu” – mówi serwisowi infoWire.pl Artur Bieliński z firmy Ofir Group.

Uregulowanie kwestii zakazu używania papierosów elektronicznych przez osoby nieletnie, wyznaczenie miejsc dla „palących” oraz wprowadzenie obostrzeń dotyczących składu chemicznego liquidów – to najważniejsze ze zmian, które narzuca unijna dyrektywa. W Polsce mają one obowiązywać od 2016 r. „Zmiany mają uporządkować branżę, czyli pozostawić na rynku sprawdzonych producentów i dystrybutorów oraz wyeliminować produkty szkodliwe, a także nieznanego pochodzenia” – podkreśla ekspert.

Na początku 2014 r. w Polsce było ok. 900 tys. użytkowników e-papierosów. Obecnie jest ich ok. 1,5 mln. Regulacje prawne w sytuacji tak znaczącego wzrostu są niezbędne.

Wchodzą w życie przepisy zaostrzające kary dla kierowców

0

Od 18 maja przekroczenie dozwolonej prędkości o ponad 50 km/h w terenie zabudowanym jest karane utratą prawa jazdy na trzy miesiące – to najważniejsza zmiana, którą wprowadza nowelizacja Kodeksu karnego oraz niektórych innych ustaw. Na taki sam czas stracą uprawnienia osoby przewożące większą liczbę osób, niż pozwala im na to zapis w dowodzie rejestracyjnym samochodu.

Jeśli kierowca, któremu zabrano prawo jazdy za przekroczenie prędkości, zostanie złapany na prowadzeniu auta, okres utraty dokumentu wydłuża się do sześciu miesięcy. Gdy osoba dalej będzie używała pojazdu, starosta wyda decyzję o cofnięciu uprawnień do kierowania samochodem.

Ponadto prowadzenia samochodu bez prawa jazdy nie uznaje się już teraz za wykroczenie, tylko przestępstwo. „Jest to zagrożone karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch” – mówi serwisowi infoWire.pl adwokat Paweł Osik z kancelarii prawnej Pietrzak Sidor i Wspólnicy.

Zmiany prawne uderzają również w nietrzeźwych kierowców. Do ograniczenia ich liczby powinno się przyczynić między innymi wprowadzenie przepisu nakazującego montowanie blokad samochodowych, które uniemożliwiają uruchomienie pojazdu przez osoby mające powyżej 0,1 mg alkoholu w 1 dm3wydychanego powietrza. W urządzenia te będą obowiązkowo wyposażane auta skazanych za kierowanie samochodem w stanie nietrzeźwości.

Nowelizacja podnosi także kary finansowe dla pijanych kierowców i wprowadza dożywotni zakaz używania auta przez osoby przyłapane na jeździe samochodem pod wpływem alkoholu, które zostały już wcześniej za to przestępstwo skazane.

International Paper Kwidzyn: Wielcy producenci mogą się przenieść na inne kontynenty z powodu nadmiernej interwencji UE

CEO Magazyn Polska

Obostrzenia nakładane na przemysł w Europie są zbyt wielkie – ocenia prezes International Paper Kwidzyn. Jeżeli nie zmieni się stosunek polityków unijnych do gospodarki, wielcy producenci mogą za kilka lat przenieść się na inne kontynenty.

International Paper to największa korporacja papiernicza na świecie, która działa na wszystkich kontynentach. Na razie wyrobom z Kwidzyna nie grozi tańsza konkurencja papierni indyjskich czy chińskich, bowiem transport tak masowych towarów jak papier za mocno podnosi koszty i to się nie opłaca. Jeżeli jednak koszty w Europie będą nadal podnoszone, może się to zmienić.

– Polityka klimatyczna może spowodować, że poziom kosztów, który stworzyliśmy sobie w Europie, będzie jeszcze wyższy. A to spowoduje, że ten przemysł będzie się powoli wyprowadzał – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marek Krzykowski, prezes International Paper Kwidzyn, i dodaje, że przedstawiciele przemysłu z niepokojem obserwują, jak szybko tworzy się w Unii niekorzystne dla producentów przepisy.

Za 5-10 lat może się okazać, że ten przemysł zniknął. A wtedy pojawi się wysokie bezrobocie, spadek PKB i wiele negatywnych zjawisk, które mogą bardzo zagrozić Europie.

Na razie jednak jego zdaniem europejski przemysł ma rację bytu. Choćby przykład papierni w Kwidzynie pokazuje, że można działać mimo wielu bardzo ostrych limitów i restrykcji, które są nakładane na producentów.

Przemysł ma ogromną witalność, w związku z tym ludzie pracujący w nim robią wszystko, aby to funkcjonowało w dłuższej perspektywie czasu przekonuje Marek Krzykowski. To ma ogromne znaczenie. W Polsce zrozumienie rządu [dla problemów przemysłu] jest relatywnie wysokie. Tak samo mediów, które pokazują w sposób dość obiektywny zagrożenia i trudności, jakie występują, są otwarte dyskusje z przedsiębiorcami i biznesmenami, a to daje jakąś perspektywę, możliwość dyskusji.

Gorzej jest na poziomie europejskim, gdzie z jednej strony próbuje się zwiększyć konkurencyjność Europy wobec reszty świata, a z drugiej strony zaostrza się konkurencję wewnątrzeuropejską.

Mnóstwo polityków bardzo utożsamia się z regionem, z którego pochodzi ocenia prezes International Paper Kwidzyn. I na poziomie europejskim stara się tworzyć regulacje, które są w jakiś sposób korzystne dla poszczególnych państw czy regionów. Jesteśmy w dość trudnej sytuacji, dołączyliśmy jako część wschodnia do Europy później, w związku z tym obowiązujące regulacje oparte są o doświadczenia Europy Zachodniej. Działamy w trochę innych warunkach.

Jako gospodarka, która próbuje nadrobić technologiczne zapóźnienie, Polska ma zupełnie inne potrzeby niż państwa zachodnie.

– Z jednej strony musimy dużo inwestować, więcej niż firmy z Zachodu zwraca uwagę prezes Marek Krzykowski z International Paper Kwidzyn. – Z drugiej strony przez to inwestowanie unowocześniamy naszą bazę przemysłową szybciej niż tamta część Europy. Co powoduje, że upatruje się w tym zagrożenia. I tu pojawia się polityka, a polityka nigdy nie sprzyjała rozwojowi przedsiębiorczości.

Instytut Sobieskiego: Państwo nie wykorzystuje potencjału Polaków do wzmacniania bezpieczeństwa

CEO Magazyn Polska

W Polsce działa wiele obywatelskich organizacji proobronych, które mogłyby zostać włączone w system bezpieczeństwa państwa. To m.in. Ochotnicze Straże Pożarne i związki paramilitarne. Zdaniem Instytutu Sobieskiego potencjał tych organizacji jest znacznie większy niż możliwości ich wykorzystania przez państwo. Eksperci podkreślają, że w polskim systemie nie ma też struktur opartych na wolontariacie, chociaż woli ze strony mieszkańców nie brakuje.

Potencjał istniejących organizacji proobronnych i wola ze strony Polaków, żeby w takich organizacjach uczestniczyć, są znacznie większe niż państwo dziś jest w stanie zaabsorbować. Obecnie nie jest ono w stanie włączyć tych organizacji do systemu ani zachęcić obywateli do przyłączania się do systemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Soloch, prezes zarządu Instytutu Sobieskiego. – Mamy całe mnóstwo organizacji zajmujących się ochroną ludności, które częściowo działają w ramach aktualnego systemu bezpieczeństwa państwa. Związki paramilitarne, o których ostatnio wiele się mówi, w ogóle w nim nie funkcjonują.

Według autorów przygotowanego przez Instytut raportu „Organizacje proobronne w systemie bezpieczeństwa Państwa” samo pojęcie tego rodzaju związków powinno dotyczyć szerszego spektrum niż jedynie organizacje paramilitarne. Proobronne są także zrzeszenia byłych wojskowych i kombatantów, organizacje ratownicze, edukacyjno-kulturalno-wychowawcze oraz sportowe.

Do włączenia w system bezpieczeństwa państwa kwalifikują się dwa typy organizacji: ratownicze (zajmujące się ochroną ludności, działające w ramach zarządzania kryzysowego i obrony cywilnej) oraz paramilitarne, które mogą być częścią systemu rezerw mobilizacyjnych, a także tworzyć obronę terytorialną.

Pozostaje kwestia włączenia organizacji paramilitarnych w system obrony kraju, czyli działania mobilizacyjne, budowanie rezerw oraz związane z tym szkolenie i kontrola nad tymi organizacjami, co na dziś nie jest do wykonania – przekonuje Soloch.

Jak dowodzą eksperci Instytutu Sobieskiego, jedyną w pełni zintegrowaną z systemem bezpieczeństwa organizacją są Ochotnicze Straże Pożarne (OSP). Mimo imponujących, w porównaniu z innymi, struktur, systemu finansowania oraz uregulowań prawnych działalność OSP jest ograniczona. Stanowią one tylko część krajowego, opartego na strukturach straży pożarnej, systemu ratowniczego. Natomiast słabo lub wcale nie są zintegrowane z innymi podmiotami realizującymi tego rodzaju zadania (np. Pogotowiem Ratunkowym).

Poza tym struktury OSP obejmują głównie obszary wiejskie, natomiast praktycznie są nieobecne w dużych miastach (z wyjątkiem przedmieść), gdzie system bezpieczeństwa opiera się niemal wyłącznie na służbach profesjonalnych. Zdaniem autorów raportu brak wolontariatu w większych ośrodkach stanowi poważne zagrożenie. Niebezpieczne zdarzenia o charakterze masowym trudno jest bowiem opanować, opierając się tylko na profesjonalistach.

W miastach nastąpił uwiąd obrony cywilnej – uważa Soloch.

Związki paramilitarne, które mogłyby być włączone w system bezpieczeństwa państwa, w relacjach z Ministerstwem Obrony Narodowej formalnie mają taki sam status, jak pozostałe organizacje pozarządowe i inni współpracujący z resortem partnerzy społeczni. Wszystkim tym inicjatywom MON udziela wsparcia w wysokości około 8,5 mln zł rocznie. Dla porównania OSP z budżetu otrzymują około 100 mln zł. A do tego dochodzą liczone w dziesiątkach milionów złotych dotacje ze strony poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego, na terenie których prowadzą działalność.

Konieczna jest reorganizacja systemu ochrony ludności, obrony cywilnej kraju. Mówi się o tym od dawna, ale nie wykonuje – twierdzi Paweł Soloch. – Konieczna jest także edukacja powszechna, nie wybiórcza, w szkołach. Obecnie prowadzi ona anachroniczne przysposobienie obronne. Tymczasem edukacja powinna raczej przygotowywać uczniów do obrony cywilnej, a nie bycia żołnierzami. Elementy szkolenia paramilitarnego mogą być włączone, ale w drugim rzędzie.