Rośnie rozpoznawalność polskich marek za granicą

Branża meblarska, kosmetyczna czy spożywcza to sektory uznawane na świecie za polską specjalność. Niektóre polskie marki są nawet lepiej rozpoznawalne za granicą niż w kraju. Coraz ważniejsze – obok uplasowania produktów „made in Poland” na zagranicznych rynkach – staje się również promowanie marek. Prace nad tym trwają w resorcie gospodarki.

W Polsce działa około 60 tys. firm uzyskujących przychody z eksportu. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w ubiegłym roku polskie produkty trafiły do 218 krajów na całym świecie. Nadal blisko 80 proc. polskiego eksportu trafia przede wszystkim na rynki Unii Europejskiej.

Największe polskie marki to te, które są w stanie pod swoim szyldem konkurować na rynkach zagranicznych. W transporcie, kosmetykach i branży meblarskiej są znane polskie marki, które sprzedają swoje produkty pod swoją nazwą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Bąk, wiceminister gospodarki. – Mamy dosyć dużo takich firm, które już unormowały swoje pozycje związane ze znakiem towarowym poza granicami. Co ciekawe, są nawet takie firmy, co do których często nie mamy świadomości, że są polskie marki.

Wspieranie polskich marek na zagranicznych rynkach jest jedynym z zadań resortu gospodarki. Dotyczy to m.in. ich udziału w różnego typu targach, eventach promocyjnych czy misjach gospodarczych. Jak podkreśla wiceminister, to działania, które mają utożsamiać markę polskiej gospodarki z tymi produktami.

Największy potencjał eksportowy dla polskich produktów ma Unia Europejska, gdzie w niektórych krajach nasze artykuły muszą konkurować nie tylko samą ceną.

Na rynkach wysoko konkurencyjnych, takich jak Niemcy, Włochy czy nawet Czechy rywalizuje się nie ceną, lecz jakością produktów. Eksportujemy do tych krajów dosyć dużo, a nasze marki cieszą się tam uznaniem – dodaje Bąk.

Takie firmy jak Maspex, LPP, Inglot czy Fakro znane są już nie tylko w Europie. Ministerstwo Gospodarki stawia w swoich działaniach coraz większy nacisk również na rynki pozaeuropejskie. Przykładem są istniejące już programy, jak Go China czy Go Africa.

Grant Thornton prognozuje, że dla polskiego eksportu coraz większe znaczenie będą mieć rynku poza UE. Najmocniej wzrośnie rola odbiorców z Ameryki Północnej i Południowej – sprzedaż na tamte rynki do roku 2020 ma wzrosnąć o 45,3 proc. Eksperci szacują również, że dynamika polskiego eksportu wyniesie w ciągu najbliższych 5 lat ok. 5,2 proc. rocznie.

Mamy już pierwsze sygnały, że również w Afryce i Azji zyskują uznanie firmy sprzedające produkty pod marką polską. Do tej pory stosowaliśmy raczej kooperację z tamtejszymi przedsiębiorstwami czy globalnymi firmami, ale teraz nasze marki też są w stanie konkurować w wybranych sektorach – uważa Arkadiusz Bąk.

Jak podkreśla, uplasowanie polskiej marki na zagranicznych rynkach jest procesem długim i trudnym.

To kwestia zaufania, ugruntowania pozycji i powiązania z pewną specjalizacją. Dlatego łatwiej jest promować marki, które są naszymi specjalnościami czyli właśnie z branży meblarskiej, kosmetycznej czy spożywczej – uważa Bąk. – Gdybyśmy chcieli polski samochód wyprodukować i sprzedaż poza naszymi granicami, to nawet przy dobrej kampanii promocyjnej byłoby to dużo trudniejsze zadanie niż przy markach już uznanych – dodaje.

Po dwóch miesiącach 2015 r. wartość polskiego eksportu przekroczyła 27 mld euro i była wyższa o 7,9 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.

Stalexport walczy o likwidację bramek na autostradzie

0

CEO Magazyn Polska

Kolejki na bramkach manualnego poboru opłat na odcinku autostrady A4 Kraków-Katowice to poważny problem, który jednak da się rozwiązać – podkreśla prezes Stalexportu, koncesjonariusza tego fragmentu A4. Firma próbuje przekonać resort infrastruktury do wprowadzenia elektronicznego systemu poboru opłat.

Prowadzimy rozmowy z rządem. Jeszcze miesiąc temu byłem totalnym pesymistą, teraz jestem trochę mniejszym pesymistą, ale jeszcze nie optymistą – mówi Emil Wąsacz, prezes zarządu Stalexport.

Na dziś zaplanowane jest kolejne spotkanie spółki z ministerstwem infrastruktury. Jak podkreśla Wąsacz, szansa jest, ale trudno ocenić jej wielkość.

Stalexport forsuje wprowadzenie elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL na zarządzanym przez firmę odcinku autostrady A4 między Krakowem a Katowicami. Miałby on wyeliminować kłopoty związane z małą przepustowością punktów manualnego poboru opłat. Istniejące bramki spowalniają ruch, a w pewnych okresach – jak wakacje, długie weekendy czy okresy przedświąteczne – powodują wielokilometrowe korki. Przy elektronicznym systemie opłata za przejazd pobierana jest automatycznie, poprzez urządzenie, które posiada kierowca.

Z viaTOLL korzystają już kierowcy samochodów ciężarowych na autostradach, drogach ekspresowych i niektórych krajowych. Również kierowcy aut osobowych mogą płacić elektronicznie za płatne autostrady zarządzane przez GDDKiA. System ten jest jednak wciąż mało popularny wśród kierowców.

Strona rządowa temat odkłada do 2018 roku. My jesteśmy zdeterminowani, bo uważamy, że na naszym odcinku jest to problem, który trzeba jak najszybciej rozwiązać. I co najważniejsze uważamy, że można go rozwiązać. To jest dla nas kluczowe wyzwanie – podkreśla Emil Wąsacz.

Zgodnie z zapowiedzią minister Marii Wasiak, elektroniczny pobór opłat na autostradach dla samochodów osobowych mógłby się pojawić dopiero w 2018 r. Według resortu wynika to z tego, że do listopada 2017 r. obowiązuje umowa z operatorem systemu viaTOLL, czyli firmą Kapsch Telematic Services, której nie można zmienić.

Rozwój rozwiązań IT napędza krajowy rynek papieru

CEO Magazyn Polska

Wbrew pozorom rozwój rozwiązań informatycznych nie zaszkodził branży papierniczej, tylko stał się dla niej szansą. Polski rynek papieru jest w dobrej kondycji. Zakłady działające w Polsce obsługują klientów praktycznie z całej Europy i czekają na unormowanie sytuacji na Wschodzie, co pozwoli im rosnąć jeszcze szybciej.

Krajowy rynek papieru bardzo dobrze się rozwija i jest bardzo kompleksowy – zauważa w rozmowie z agencją Informacyjną Newseria Biznes Marek Krzykowski, prezes zarządu spółki International Paper Kwidzyn, jednego z liderów rynku. – Polska naturalna przedsiębiorczość powoduje, że obserwujemy fantastyczny rozwój poligrafii. Kraj stał się potentatem tej branży. Wielu poligrafów przeniosło swoją działalność z Francji czy Niemiec nad Wisłę. Obsługujemy praktycznie cały rynek europejski i więcej.

Branża czeka na wygaśnięcie konfliktu na Ukrainie, bo to otworzyłoby przed nią perspektywiczny rynek wschodni. Jak podkreśla Krzykowski, przewagą Polski są innowacyjne rozwiązania i nowoczesne technologie stosowane w przemyśle.

Jak wynika z danych Stowarzyszenia Papierników Polskich, w 2013 roku wyprodukowano w Polsce ponad 4 tys. ton papieru i tektury. Za granicę trafiło ponad 35 tys. ton tych produktów oraz wyrobów z papieru i tektury, a także papieru zadrukowanego.

Krzykowski wyjaśnia, że w ostatnich latach na rynku zaszło sporo zmian. Coraz większy nacisk kładzie się na na materiały opakowaniowe.

Jeżeli nadal będzie rosła świadomość, że powinno się używać materiałów, które można poddawać recyklingowi, to będzie doskonale – uważa Marek Krzykowski. – Papier nadaje się do tego bardzo dobrze.

International Paper Kwidzyn w ubiegłym roku zainwestował blisko 300 mln zł w maszynę papierniczą do produkcji tektur powlekanych. Przeprowadzona modernizacja zwiększyła także możliwości wykańczalni papieru. Jak podała spółka w komunikacie, inwestycja oraz rozszerzona w jej wyniku oferta była wynikiem rosnącego zapotrzebowania na stosunkowo tanie i jednocześnie przyjazne środowisku opakowania.

Chodziło nam nie tylko o to, by zwiększyć moce produkcyjne, lecz przede wszystkim o to, by poprawić jakość. Dziś wszystkie opakowania można zadrukowywać tak jak papiery drukowe. Rynek ciągle się rozwija – wyjaśniał prezes International Paper Kwidzyn w rozmowie podczas EKG w Katowicach.

Jego zdaniem rozwój rozwiązań informatycznych nie zaszkodził branży papierniczej w Polsce, ale stał się dla niej szansą na wzrosty. Chociaż jednostkowo użytkownicy zużywają coraz mniej papieru, na przykład do drukowania, łączne zapotrzebowanie pozostaje na stabilnym, stałym poziomie.

Poza tym wszystkie urządzenia elektroniczne są pakowane, w związku z tym materiał opakowaniowy idzie razem z nimi – mówi Marek Krzykowski. – W przemyśle papierniczym innowacyjność to po prostu rzeczywistość. Inwestujemy z własnych środków i wprowadzamy bardzo innowacyjne technologie.

Reklama zewnętrzna się digitalizuje, ale powoli

CEO Magazyn Polska

Stabilizuje się sytuacja na rynku reklam zewnętrznych. W ubiegłym roku przychody firm oferujących powierzchnię reklamową na ulicznych nośnikach wyniosły ponad 448 mln zł. Choć wpływy były mniejsze niż w 2013 roku, to spadek był zdecydowanie mniejszy niż rok wcześniej, a w IV kwartale widoczny był wzrost. Reklama powoli się digitalizuje, pojawia się coraz więcej ekranów, które zastępują tablice, ale problemem jest standaryzacja nośników.

Polski rynek reklamy outdoorowej goni Europę – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Filip Gieleciński, dyrektor w agencji komunikacji Posterscope Polska. – Stanowi on między 6 a 7 proc. całego rynku reklamy w Polsce, więc jest całkiem duży – wskazuje.

Z zestawienia Izby Gospodarczej Reklamy Zewnętrznej (IGRZ) wynika, że w ubiegłym roku branża zanotowała przychody w wysokości 448,5 mln zł. To minimalny spadek w porównaniu do 2013 roku (o 90 tys. zł). Jeszcze w 2008 roku reklama zewnętrzna generowała 670 mln zł, wszystko jednak wskazuje na to, że sytuacja w branży powoli się poprawia. W IV kw. ubiegłego roku zanotowano blisko 4 proc. wzrost.

Wydatki reklamowe po kryzysie zaczęły wzrastać. Reklamodawcy śmielej wydają pieniądze, choć liczą każdą złotówkę, a naszym zadaniem jest wydać ją jak najbardziej efektywnie. Po kryzysie zmienił się sposób postrzegania reklamy – musi być efektywna i przynosić konkretne rezultaty – podkreśla Gieleciński.

Ekspert dodaje, że reklama zewnętrzna to coraz rzadziej kampanie wizerunkowe, a raczej produktowe, które mają mieć określony efekt sprzedażowy.

Muszą konsumenta przekonać do tego, żeby poszedł do sklepu i kupił ten konkretny produkt – mówi Gieleciński.

Trwają pracę nad systemem badawczym, który pozwoli ocenić efektywność reklamy outdoorowej, tak jak dzisiaj jest to możliwe w przypadku reklamy telewizyjnej czy internetowej.

Z raportu firmy Starlink wynika, że w ubiegłym roku wydatki na reklamę outdoorową zwiększyło pięć sektorów. Ponad 7 mln więcej przeznaczyli na reklamę producenci napojów i alkoholi (blisko 30 proc. więcej), wzrost inwestycji zanotowano również w przypadku sektora żywności, telekomunikacji i finansów. Więcej było także zamówień w związku z wyborami samorządowymi. Gieleciński podkreśla, że spadają za to wydatki koncernów samochodowych.

Ekspert wskazuje ponadto, że branża reklam zewnętrznych powoli się digitalizuje, nie jest to jednak proces dynamiczny.

W Polsce za mało jest sieci digitalowych, do tego nie ma firm, które spinałyby ofertę nośników w całość. Przez to cały czas bardzo popularne są standardowe tablice outdoorowe, które niestety w dużej mierze są nieładne. Jeśli przyspieszymy proces digitalizacji i ustandaryzujemy reklamę, to mamy szanse na to, żeby za 5-10 lat mieć ładne nośniki, które nie będą szpecić krajobrazu – przekonuje dyrektor w Posterscope Polska.

Dlatego choć walka z nielegalnymi reklamami zewnętrznymi jest ważna, to istotne jest przede wszystkim usystematyzowanie sieci digitalowych. Te w Polsce wciąż są jeszcze mało popularne, ale dają szansę na dotarcie do różnych grup odbiorców, a w efekcie – mogą wpłynąć na zainteresowanie danym produktem.

Polski rynek fitness rośnie szybciej niż europejski

0

Polska, Rosja i Turcja należą do najbardziej perspektywicznych rynków fitness. W 2014 roku polski rynek w tym segmencie rósł najszybciej spośród wszystkich krajów europejskich, a przychody właścicieli klubów fitness wyniosły 3,6 mld zł. Według prognoz tendencja ta utrzyma się także w tym roku. Co trzeci właściciel klubu fitness oczekuje zwiększenia przychodów o ponad 7,5 proc.

Moda na zdrowy styl życia w Europie stale rośnie, a wraz z nią popularność klubów fitness. Z raportu firmy Deloitte wynika, że wartość europejskiego rynku fitness w 2014 roku wyniosła 26,8 mld euro, czyli o 1,6 mld euro więcej niż rok wcześniej. W całej Europie w klubach ćwiczyło 50 mln ludzi  za 10 lat ma być ich aż 80 mln. Raport pokazuje, że istnieje zależność między poziomem PKB danego kraju a rosnącą liczbą członków klubów fitness. Szczególnie widoczne jest to w Polsce i Turcji, które uważane są za najbardziej perspektywiczne rynki fitness mimo stosunkowo niskiego wskaźnika penetracji rynku. Średni wskaźnik penetracji w badanych krajach wynosi 7,2 proc. W Polsce wyniósł on w 2014 roku 7,1 proc. wobec 6,4 proc. rok wcześniej.

– Wskaźnik informujący o tym, ile osób z danego społeczeństwa chodzi do klubów fitness, w Turcji i Rosji jest na poziomie 2-3 proc., w Polsce na poziomie 7 proc. To poziom nieco gorszy niż zachodnioeuropejski. W Niemczech, Wielkiej Brytanii czy krajach skandynawskich te liczby są większe, co głównie wynika z tego, że tam fitness jest popularny wśród osób starszych i one zwiększają penetrację rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Diakonowicz, partner Deloitte w dziale audytu.

Z raportu wynika, że w Polsce działa obecnie ok. 2,5 tys. klubów fitness, czyli o blisko 100 więcej niż rok wcześniej. Członkami tych klubów jest 2,73 mln Polaków  rok wcześniej członkostwo posiadało 2,48 mln Polaków. Przychody polskich klubów w 2014 roku, wygenerowane głównie ze składek członkowskich, wyniosły 3,6 mld zł. Zdaniem ekspertów oznacza to, że polski rynek fitness rozwija się bardzo dynamicznie i znacznie szybciej niż rynek europejski. Jest jednak bardzo specyficzny ze względu na duże rozdrobnienie.

Na rynku jest dużo małych klubów, które w najbliższym czasie będą albo podlegały konsolidacji, albo na polski rynek wejdzie duży europejski gracz, który przejmie rolę konsolidatora i lidera na rynku. Problem polega na tym, że trudno znaleźć taki podmiot, który zagraniczni inwestorzy, np. finansowi, mogliby kupić i użyć go do konsolidacji rynku, ponieważ wszystkie polskie podmioty są na tyle małe, że nie byłyby w stanie skonsolidować rynku. Natomiast jedyną opcją jest zakładanie sieci klubów od samego początku, od zera – mówi Marcin Diakonowicz.

Zdaniem ekspertów przed polskim rynkiem fitness stoją obecnie dwa istotne wyzwania. Jednym z nich jest zmiana demograficzna, która zachodzi w całej Europie, czyli starzenie się społeczeństw. Dziś klientami klubów fitness są przede wszystkim osoby w wieku 20-40 lat, istotne jest więc przyciągnięcie osób w przedziale wiekowym 50-70 lat, tak jak to ma miejsce w Niemczech czy krajach skandynawskich.

Drugie wyzwanie to rozwój technologii, który należy prawidłowo wykorzystać. O pozytywnym kierunku rozwoju polskiego rynku fitness świadczą nastroje samych właścicieli klubów, którzy są znacznie bardziej optymistyczni niż rok wcześniej.

Właścicielom klubów fitness zadaliśmy pytanie, jak oni widzą rozwój przychodów w przyszłym roku. Zdecydowana większość powiedziała, że oczekuje wzrostu przychodów mniej więcej na poziomie 2,5-7,5 proc. To jest najlepszy wynik europejski – mówi Marcin Diakonowicz.

Właściciele polskich klubów fitness należą do najbardziej optymistycznie nastawionych w Europie. Według 36,4 proc. z nich ich przychody wzrosną w tym roku powyżej 7,5 proc. Rok temu podobne prognozy miało tylko 20 proc. badanych.

Przybywa osób płacących bezgotówkowo za przejazd taksówką

CEO Magazyn Polska

Już dwie trzecie klientów sieci taksówkarskich płaci kartą za przejazd. W Warszawie wskaźnik ten jest wyższy i dochodzi nawet do 80 proc. wynika z obserwacji Polskiej Sieci Taxi. Rośnie popularność nie tylko kart płatniczych, lecz także wystawianych przez sieci. Rynek napędza stopniowy przyrost liczby klientów biznesowych, których przybywa 10-20 proc. każdego roku.

W Warszawie płatności kartami bezgotówkowymi stanowią około 70-80 proc. W skali całego kraju jest to około 65 proc. Natomiast w krajach zachodnich karty kredytowe mają ok. 90-proc. udział. Myślę, że w przeciągu 5-6 lat w zakresie bezgotówkowego korzystania z usług taksówkowych dojdziemy do poziomu, który jest obecnie w krajach zachodnich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bartnik, kierownik do spraw rozwoju sieci w Polskiej Sieci Taxi.

Jak tłumaczy ekspert, nieco mniej osób korzysta z kart bezgotówkowych wystawionych przez sieć taksówkarską. Ten odsetek w skali kraju wynosi 35 proc., a dla Warszawy – 65 proc. Duża różnica wiąże się przede wszystkim z większą liczbą klientów biznesowych w stolicy, bo to oni najczęściej płacą w taki sposób i rozliczają się na podstawie faktury zbiorczej co miesiąc.

Liczba klientów biznesowych z małych, średnich i dużych firm w Polskiej Sieci Taxi rośnie co roku o 10-20 proc. Bartnik prognozuje, że tempo na poziomie 20 proc. uda się utrzymać przez kolejne lata. To powinno wpłynąć na dalsze upowszechnienie płatności bezgotówkowych, choć kartami płatniczymi coraz częściej płacą też pasażerowie indywidualni.

Plany rozwojowe są takie, żeby w całej Polskiej Sieci Taxi 19123 działającej w całej Polsce wszyscy kierowcy posiadali terminale do płatności kartami kredytowymi i płatniczymi oraz do płatności bezgotówkowych kartami Polskiej Sieci Taxi EKK [elektroniczna karta klienta red.] – zapowiada Bartnik. – Szacujemy, że w przeciągu najbliższych 2-3 lat uda się to zrealizować w 100 proc.

Dodaje, że z uwagi na skalę działania Polskiej Sieci Taxi jej taksówkarze mogą liczyć na dobre warunki korzystania z terminali. Za terminal płacą 25 zł miesięcznie, podczas gdy ceny dla mniejszych przedsiębiorstw mogą sięgać w przypadku najnowocześniejszych terminali nawet 65 zł. Taksówkarze Polskiej Sieci Taxi muszą odprowadzać 1 proc. prowizji od transakcji, zaś inni operatorzy pobierają nawet 2,5 proc. prowizji.

Polska Sieć Taxi działa we wszystkich miastach wojewódzkich (w województwie kujawsko-pomorskim w Toruniu i Bydgoszczy, w lubuskim tylko w Zielonej Górze). Klienci niezależnie od miasta mogą korzystać z tego samego, ogólnopolskiego numeru telefonu 19123. W Warszawie do sieci należy Sawa Taxi.

Węglokoks Kraj: finalizacja umowy zakupu kopalń Bobrek i Piekary

Zarządy Kompanii Węglowej oraz Węglokoksu Kraj, spółki zależnej Węglokoks S.A., podpisały w piątek 8 maja br. ostateczną umowę sprzedaży tzw. zorganizowanych części przedsiębiorstwa, wśród których znalazły się kopalnia Bobrek (wydzielona część kopalni Bobrek-Centrum) oraz kopalnia Piekary.

Podpisanie umowy jest kolejnym etapem realizacji rządowego programu naprawczego dla górnictwa, w tym porozumień zawartych 17 stycznia pomiędzy stroną rządową a organizacjami związkowymi. Przejęcie kopalń Bobrek i Piekary przez Węglokoks Kraj poprzedziło spełnienie wszystkich warunków formalno-prawnych określonych w umowie przedwstępnej zawartej w kwietniu br., w tym uzyskanie zgód UOKiK-u oraz organów korporacyjnych obu podmiotów (Rad Nadzorczych oraz Walnych Zgromadzeń).

Jednocześnie 8 maja br. zarządy Kompanii Węglowej oraz Spółki Restrukturyzacji Kopalń podpisały także umowę nieodpłatnego zbycia do SRK kopalni Centrum.

Zakończyliśmy tym samym proces przekazywania kopalń do SRK oraz sprzedaży kopalń do Węglokoksu Kraj. Teraz będziemy mogli jeszcze bardziej skoncentrować się na budowie tzw. Nowej Kompanii Węglowej, która powstanie na bazie 11 kopalń funkcjonujących obecnie w KW. Naszym celem jest poprawa efektywności kopalń, optymalizacja kosztów oraz wdrożenie działań mających na celu poprawę rentowności spółki. Zmiany nastąpią także w modelu zarządzania grupą – wprowadzone zostaną nowe procesy planowania sprzedaży, produkcji oraz inwestycji – powiedział Krzysztof Sędzikowski, prezes Kompanii Węglowej, i dodał, że przez cały czas trwają rozmowy z inwestorami zainteresowanymi objęciem udziałów w nowej spółce.;

– Otwieramy nowy rozdział w historii Grupy Kapitałowej Węglokoks. Decyzja o nabyciu kopalń wynika wprost ze strategii rozwoju Węglokoksu na lata 2010-2015. Jednym z jej istotnych elementów było zaangażowanie się w segment wydobycia węgla.Przejmujemy kopalnie w bardzo trudnym, dla branży węglowej, okresie – czasie głębokiego kryzysu i niskich cen surowca na rynkach światowych. Przed nami trudne zadanie. Obie kopalnie wymagają głębokiej restrukturyzacji i modernizacji. Dodatkowo proces naprawczy może utrudniać fakt, że zakup tych kopalń następuje w okresie wiosennym, gdzie popyt na węgiel jest bardzo mały. Mając jednak ponad 60-letnie doświadczenie na rynku węgla chcemy wykorzystać całą naszą wiedzę i zaangażowanie, aby proces optymalizacji działalności obu kopalń został zakończony sukcesem a ich pozycja konkurencyjna w ramach Węglokoksu Kraj wzmocniła się i dała efekty w postaci dodatnich wyników finansowych. To byłby kolejny ważny krok w procesie restrukturyzacji całej branży i wzmocnienia potencjału przemysłowego Śląska – podsumował Jerzy Podsiadło, Prezes Zarządu Węglokoks S.A.

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 08.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Znacząca zmienność rentowności obligacji

Ceny ropy naftowej i dane gospodarcze kluczem dalszego rozwoju sytuacji

Netia kupi TK Telekom od PKP

8 maja 2015 roku Netia zawarła przedwstępną umowę nabycia 100 proc. udziałów spółki TK Telekom od Grupy PKP. Dzięki tej transakcji Netia znacznie zwiększy swój potencjał w obszarze infrastruktury i umocni swoją pozycję na rynku klientów biznesowych.

Za spółkę TK Telekom Netia zapłaci 221 mln złotych. Transakcja finansowana będzie z dostępnych linii kredytowych.

Sfinalizowanie transakcji uzależnione jest od uzyskania przez Netię zgody UOKiK na dokonanie koncentracji. Drugim warunkiem zawieszającym jest uzyskanie zgody Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy PKP SA.

„Zawarta dzisiaj umowa jest odzwierciedleniem konsekwentnej realizacji obranej przez Netię strategii rozwoju. Zgodnie z przyjętymi w Strategii 2020 założeniami, Grupa Netia dzięki transakcji nabycia TK Telekom zwiększy istotnie swoją bazę aktywów, rozbuduje infrastrukturę światłowodową oraz zdobędzie strategicznie ważną grupę klientów usług telekomunikacyjnych. Nabycie TK Telekom jest kolejnym krokiem Netii w konsolidacji polskiego rynku telekomunikacyjnego, co również jest wpisane w nasze cele strategiczne.” – skomentował transakcję Paweł Szymański, Prezes Zarządu Netia S.A.

Po transakcji Grupa Netia znacznie zwiększy zasięg własnej sieci światłowodowej – TK Telekom posiada około 7,5 tys. km linii światłowodowych w ramach sieci szkieletowej.

„Dzisiejsza umowa zwiększy skalę działalności Grupy Netia o ponad 11 proc. ogółem, a w segmencie klientów biznesowych nawet o ponad 28 procent. Wartość transakcji stanowi 5,2x wielokrotność wskaźnika wartości przedsiębiorstwa w relacji do zysku EBITDA (pro-forma)  za 2014 rok spółki TK Telekom, bez uwzględnienia synergii, które Grupa Netia planuje zrealizować po transakcji.” – dodał Andrzej Kondracki, Dyrektor ds. Strategii oraz Rozwoju Grupy Netia SA

 

Wynajem długoterminowy nowym leasingiem?

Mimo że Urzędy Skarbowe szukają kolejnych metod na dokręcenie śruby przedsiębiorcom posiadającym pojazdy, jeden sposób na tanie korzystanie z firmowych samochodów wciąż działa.

1 lipca 2015 roku ma wejść w życie kolejna zmiana przepisów dotyczących odliczania VAT od samochodów firmowych i związanych z nimi wydatków, która może znacząco wpłynąć na zyski tysięcy firm. Tymczasem wciąż niewiele przedsiębiorców wie, że oprócz kupna samochodów na kredyt i w ramach leasingu, polskie prawo dopuszcza jeszcze jedną – wyjątkowo korzystną – opcję korzystania z samochodów. Mowa o wynajmie długoterminowym.

25-35% niższe koszty korzystania z samochodu

Wynajem długoterminowy to forma korzystania z samochodów na zasadach takich, jak w wypożyczalni samochodowej. Różnice są dwie: samochód wypożyczamy na więcej niż kilka dni, a koszty są zdecydowanie niższe – zwykle o 25-35% względem wynajmu krótkoterminowego. Największą zaletą wynajmu jest jednak precyzyjne i przewidywalne zarządzanie kosztami firmowej floty.

Podczas gdy większość przedsiębiorców ciągle stresuje się zmianami w przepisach, coraz więcej osób bez stresu jeździ wynajętymi samochodami i nie przejmuje się ani kwestiami prawnymi, ani ubezpieczeniem samochodu, ani wieloletnimi kredytami. Wynajem długoterminowy to rozwiązanie nie tylko wygodniejsze dla przedsiębiorcy, ale również wyjątkowo korzystne finansowo i stabilne prawnie – mówi Marek Adamski, prezes zarządu firmy Car4Vip oferującej długoterminowy wynajem  samochodów luksusowych.

Wynajem samochodu a leasing

Wynajem długoterminowy coraz skuteczniej konkuruje z popularnym leasingiem i zdecydowanie wygrywa z kredytem czy kupnem samochodu za gotówkę. Przede wszystkim nie wiąże przedsiębiorcy umową zawieraną na lata. Pozwala za to na dowolne zmiany samochodów np. na nowsze modele czy swobodne korzystanie z pojazdów tylko wtedy, kiedy faktycznie jest to potrzebne (np. gdy firma wygrywa kilkumiesięczny przetarg czy kiedy pracownik otrzymuje samochód w ramach premii uzależnionej od wyników).

Ponadto w cenie wynajmu zawierają się wszystkie opłaty takie, jak: ubezpieczenie, wymiana opon czy naprawa samochodu, co chroni przedsiębiorcę przed niekorzystnymi interpretacjami podatkowymi wydanymi przez urzędników. Przedsiębiorca opłaca jedną fakturę i nie musi prowadzić oddzielnej ewidencji wymienionych części ani tłumaczyć się z tego przed urzędnikami. Wynajem nie wpływa też na zdolność kredytową.

Nie tylko dla dużych!

Coraz więcej przedsiębiorców korzysta z wynajmowanych samochodów. Dlaczego? Do niedawna w Polsce taka możliwość była dostępna tylko dla firm posiadających dużą flotę pojazdów lub korzystających z samochodów ciężarowych. Rosnąca oferta firm oferujących długoterminowy wynajem samochodów sprawiła jednak, że dziś można wynająć nawet jedno auto – zarówno ciężarowe, osobowe, jak i specjalne. Dlaczego więc nie wynająć sobie sportowe auto na firmę i cieszyć się nie tylko z wygody, ale też z uzyskanych oszczędności?

Hossa prezydencka, czyli kup akcje po wyborach

Na Wall Street inwestują w oparciu o „niezawodny” cykl prezydencki. Okazuje się, że także w Polsce opłaca się spojrzeć na kalendarz wyborczy i kupić akcje dzień po wyborze głowy państwa.

Choć wpływ polityki na GPW od wielu lat jest niewielki, to wykresy skłaniają do refleksji. W trzech na cztery przypadkach wystarczyło kupić zdywersyfikowany portfel akcji, by po 5 miesiącach zainkasować przynajmniej 20% zysku. Jeśli nastawiamy się na krótszy termin, to po 60 sesjach do zgarnięcia był „pewny” zysk w wysokości co najmniej 10%.

– W trzech na cztery przypadkach inwestycja w WIG na pierwszej sesji po rozstrzygnięciu wyborów prezydenckich dawała dodatnie stopy zwrotu w perspektywie kolejnych 200 sesji. Średnia stopa zwrotu wyniosła 25,9%. Jest dość prawdopodobne, że tajemnica „prezydenckiej hossy” tkwi w zwykłym przypadku. Trzy z czterech ostatnich wyborów prezydenckich obyły się po prostu w czasie hossy na GPW. Tegoroczne wybory prezydenckie wpisywałaby się w scenariusz, zgodnie z którym GPW ma przed sobą tylko kilka miesięcy wzrostów, po czym prawdopodobnie wejdziemy w okres cyklicznej bessy – stwierdza Krzysztof Kolany, główny analityk Bankier.pl.

W Stanach Zjednoczonych 4-letni „cykl prezydencki” to jeden z najbardziej niezawodnych cykli występujących na amerykańskim rynku akcji. W ramach tego cyklu występuje prawidłowość do pojawiania się ponadprzeciętnie wysokich stóp zwrotu w trzecim roku kadencji prezydenta USA. Nad Wisłą też można zaobserwować podobną prawidłowość w odniesieniu do kadencji polskiego prezydenta i rodzimego rynku akcji.

– Ze względu na małą próbę „strategia prezydencka” w Polsce na GPW obarczona jest bardzo dużym ryzykiem i może nie przynieść oczekiwanych rezultatów. Na razie tę prawidłowość należy traktować jako ciekawostkę. Poważny inwestor najpierw dokładnie sprawdza spółki, których akcje kupuje – ewentualnie słucha się tych, którzy robią to za niego. Rzuty kością, wróżenie z fusów czy porady astrologów traktujmy zawsze z przymrużeniem oka – dodaje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Bank Zachodni WBK potwierdza, że Oman i inne kraje arabskie to dobry kierunek dla polskich firm

Trwająca właśnie misja gospodarcza do Omanu, poprzednie do Kataru, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz rządowy program promocji polskiego eksportu Go Arabia startujący w tym miesiącu – kraje arabskie to w ostatnim czasie hitowy kierunek ekspansji, o którym dużo się mówi. Wzrosty eksportu do wybranych państw są imponujące, przykładowo do ZEA był bliski 50 proc. a w przypadku Algierii nawet prawie 90 proc. r/r. Obecnie dodatkową zachętą do odważniejszego spojrzenia na te rynki może być też wizja większych zysków wynikających z mocnego dolara. Wg ekspertów Banku Zachodniego WBK rynki państw arabskich będą w najbliższym czasie jednym z najważniejszych i najbardziej opłacalnych kierunków polskiego eksportu.

Wśród najważniejszych arabskich partnerów Polski są: w Afryce Północnej Algieria i Maroko a na Półwyspie Arabskim Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Polskie przedsiębiorstwa mierzą jednak wysoko i zaczynają podbijać również rynki innych krajów takich jak np. Bahrajn czy Katar. Polscy eksporterzy liczą też na realne efekty misji gospodarczej Ministerstwa Spraw Zagranicznych do Omanu, która trwa w dniach 6-7 maja br. Wcześniej odbyły się już misje do Arabii Saudyjskiej (13-14 kwietnia) i Kataru (15-16 kwietnia) oraz ZEA (28-30 kwietnia) – Bogactwo pochodzące z surowców naturalnych napędza popyt na wiele produktów. Jednocześnie w wielu krajach arabskich klimat uniemożliwia lub utrudnia produkcję rolną czy spożywczą, co dodatkowo wymusza większy import żywności. Popyt na importowane dobra jest więc wysoki i polscy eksporterzy powinni szukać niszy którą mogą na danym rynku wypełnić. Polska żywność i produkty spożywcze mogą także z powodzeniem konkurować z już obecnymi na rynkach arabskich firmami, chociażby z innych państw europejskich – podkreśla Robert Antczak, odpowiedzialny za rozwój Biznesu Międzynarodowego w Banku Zachodnim WBK.

Szanse na rynkach arabskich ma wiele polskich branż, kontraktów na tym rynków może szukać w szczególności branża spożywcza, która ucierpiała na wstrzymaniu handlu z Rosją. Kontrahentów arabskich mogą zainteresować m.in. polskie owoce i warzywa oraz przetwory. Dużą popularnością cieszą się już w tych krajach polskie zboża, nabiał oraz słodycze. To także perspektywiczny rynek dla polskich firm kosmetycznych i odzieżowych, których marki zyskują w oczach muzułmanek ze względu na europejskość ale i korzystną cenę w stosunku do jakości. – Co warte podkreślenia, w handlu z krajami arabskimi niezwykle istotny jest czynnik kulturowy, głównie związany z zasadami islamu. Polskie firmy chcą wychodzić na przeciw potrzebom muzułmanów i coraz więcej firm stara się o zaoferować produkty ze statusem halal. Przykładem może być chociażby specjalna linia lakierów do paznokci Inglot czy duża gotowość polskiej branży mięsnej do eksportu mięsa halal, czyli produkowanego zgodnie z zasadami uboju rytualnego – mówi Robert Antczak.

Bank Zachodni WBK ma bardzo dobre doświadczenia we wprowadzaniu polskich firm do krajów arabskich, a dokładniej do krajów arabskich w Afryce Północnej. Poprzez powiązania własnościowe w Grupie Santander BZ WBK uzyskał w Maroko łatwiejszy kontakt biznesowy z Bankiem Attijariwafa (AWB).  – Nasza współpraca z Bankiem Attijariwafa (AWB) opiera się na bliskich kontaktach i wymianie know-how, co jest bardzo ważne, bo nasze kraje bardzo się różnią. Wspólnie strukturyzujemy finansowe zabezpieczenia transakcji lub finansowanie inwestycji, które są dopasowane do potrzeb klientów a jednocześnie spełniają lokalne uwarunkowania tego rynku, np.: francuskojęzyczne gwarancje według wzorów obowiązujących w Maroku. Finansowanie inwestycji, finansowanie handlu, zabezpieczenie transakcji wymiany walut, gwarancje, akredytywy faktoring czy też międzynarodowy faktoring to tylko niektóre z rozwiązań, z których korzystają nasi klienci – mówi Piotr Dylak, dyrektor ds. finansowania handlu w Banku Zachodnim WBK.

Eksperci BZ WBK zwracają również uwagę na wyjątkowo korzystne dla eksporterów warunki wymiany handlowej z krajami arabskimi, związane z wysokim kursem dolara amerykańskiego. Waluta Stanów Zjednoczonych stanowi w większości przypadków podstawę rozliczeń arabskich kontrahentów. Dzięki mocnemu dolarowi oraz coraz większemu eksportowi towarów do krajów arabskich polscy eksporterzy mogą w tym roku zanotować dużo wyższe zyski.

Nawet po 100 tys. zł dla podmiotów ekonomii społecznej

Załączniki do komunikatu

Bezrobocie będzie spadało do późnej jesieni

Bezrobocie w kwietniu wyniosło 11,3 proc. – szacuje resort pracy i polityki społecznej. Tempo spadku liczby bezrobotnych nie przyspieszyło jednak tak, jak można było się tego spodziewać.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Stopa bezrobocia spadła w kwietniu w stosunku do marca o 0,4 pkt. proc. do poziomu 11,3 proc. Liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 76 tys. do 1784 tys. osób. Jest to o niemal 300 tys. mniej niż przed rokiem. Choć wszystkie te informacje są bardzo pozytywne, to jednak warto zauważyć, że tempo spadku bezrobocia nie przyspieszyło tak, jak można było się tego spodziewać. Wprawdzie firmy zgłosiły do urzędów pracy 110 tys. ofert pracy i aktywizacji zawodowej, jednak wartość wskaźnika PMI za kwiecień wskazuje na nieznaczne ochłodzenie nastrojów. Wskaźnik ma nadal pozytywny wydźwięk, ponieważ jego wartość przekracza granicę 50 punktów. Wynosi dokładnie 54 pkt., ale jest to ponad 1 pkt. mniej niż przed miesiącem. Spadek ten w znacznym stopniu wynika ze zmniejszenia subwskaźników zamówień i zatrudnienia do poziomu 50,2. Niemniej jednak w kolejnych miesiącach zatrudnienie nadal powinno spadać, a poziom bezrobocia już w wakacje osiągnie wartość jednocyfrową. O ile nie stanie się nic co mogłoby radykalnie pogorszyć warunki zatrudnienia jest szansa, żeby stopa bezrobocia do końca roku utrzymała się poniżej tej granicy.

Jednym z istotnych zagrożeń jest zbyt szybki wzrost poziomu wynagrodzeń spowodowany możliwością nadmiernego wzrostu wynagrodzenia minimalnego. W 2015 roku możemy spodziewać się rosnącej presji płacowej wynikającej z wysokiego popytu na pracę. Wybory parlamentarne mogą być z kolei czynnikiem podwyższającym skłonność rządu do obiecania większego niż wynika z ustawy wzrostu płacy minimalnej. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że sytuacja na rynku pracy pozostaje ciągle niepewna, wzrost wynagrodzenia powyżej 1800 zł może obniżyć skłonność do zatrudniania pracowników o niskich kwalifikacjach, a nawet spowodować utratę pracy przez część osób zatrudnionych w tym segmencie rynku pracy.

Konfederacja Lewiatan

PLN pod presją ze strony obligacji

Piątkowy, poranny handel na rynku walutowym przynosi spadek wyceny złotego wobec dolara raz funta. Polska waluta wyceniana jest przez rynek następująco: 4,0427 PLN za euro, 3,6045 PLN w relacji do dolara amerykańskiego, 3,9078 PLN względem franka szwajcarskiego oraz 5,5882 PLN za funta szterlinga. Rentowności polskiego długu wynoszą 2,809% w przypadku obligacji 10-letnich.

Wydarzenia ostatnich godzin na rynkach finansowych spowodowały odwrócenie kilkunasto-sesyjnych trendów, które istotnie wpływały na wycenę polskiej waluty. Przez większość część wczorajszej sesji złoty pozostawał pod presją wraz ze spadkiem wyceny polskiego długu. W szczytowym momencie rentowności 10-letnich obligacji polskich wyniosły 3,00%. Warto ponadto dodać, iż w wyniku ostatniego spadku wyceny długu MF zdecydowało się odwołać wczorajszy przetarg o potencjalnej wartości 3-5 mld PLN. Popołudniu jednak ww. trendy utraciły na sile, co wywołane zostało wzrostem cen niemieckich bundów. W konsekwencji otrzymaliśmy dość dobre zamkniecie na długu i powrót popytu na rynek PLN. Spadek kwotowań eurodolara spowodował jednak, iż obserwujemy lekki wzrost wyceny USD na szerokim rynku, w tym również na USD/PLN. Całkowicie osobnym tematem jest jednak para GBP/PLN, gdzie potencjalne zwycięstwo Partii Konserwatywnej (316 mandatów) i prawdopodobieństwo utworzenia rządu większościowego (koalicyjnego) spowodowało, iż inwestorzy ruszyli do nabywania funta szterlinga. W konsekwencji od najniższego poziomu wczorajszej sesji (okolice 5,4180 PLN) brytyjska waluta podrożała wobec złotego o blisko 16-groszy.

W trakcie dzisiejszej sesji brak jest kluczowych publikacji makroekonomicznych z Polski. Inwestorzy głownie skupiać się będą na popołudniowych danych z amerykańskiego rynku pracy, gdzie tradycyjnie odczyt NFP traktowany będzie jako wytyczna do przyszłych ruchów ze strony FED.

Z rynkowego punktu widzenia nad ranem otrzymaliśmy słabsze dane z Chin, które mogą zaciążyć aktywom EM w pierwszej fazie handlu. W szerszym ujęciu warto obserwować zmiany na głównej parze walutowej, gdyż potencjalna kontynuacja spadków spowodowała by  droższego dolara wobec PLN oraz prawdopodobny spadek kwotowań EUR/PLN do okolic 4,00 PLN.

Comeback USD uzależniony od mocnych danych

Najważniejsze wydarzenia na rynkach walutowych:

  • USD był wczoraj zasadniczo odporny. Z początku stracił na wartości, po czym para EUR/USD odbiła się ze zwiększoną siłą po próbie dotarcia do poziomu 1,1400 i po kolejnym mocnym odczycie liczby wniosków o zasiłki złożonych w danym tygodniu w Stanach Zjednoczonych. Jednak dzisiejszy amerykański raport w sprawie zatrudnienia oznacza ryzyko dwukierunkowe, w efekcie którego para EUR/USD może umocnić się powyżej poziomu 1,1500 lub zejść poniżej poziomu 1,1000 do końca przyszłego tygodnia.
  • Wydaje się, że pary EUR/JPY, EUR/USD i EUR/GBP podążają w tym samym kierunku, przy czym para EUR/JPY może być najbliższa taktycznemu odwróceniu w przypadku kontynuacji spadku.
  • Para EUR/NOK osiągnęła dno przedziału na poziomie 8,32 po tym, jak retoryka Norges Bank okazała się znacznie mniej umiarkowana, niż powszechnie przewidywano, a norweskie stopy krótkoterminowe gwałtownie wzrosły. Nie nastąpiła jednak szczególna kontynuacja w dół, ponieważ mocny USD spowodował lekki spadek cen ropy, a zatem obecnie należy obserwować poziom 8,32. Jeżeli się nie utrzyma, nie widać na horyzoncie żadnych istotnych poziomów aż do okolic poziomu 8,10.

EUR/USD w ujęciu czterogodzinnym

Wczoraj nastąpiło niewielkie odwrócenie, jednak nie oznacza to koniecznie interpretacji spadkowej. Pierwsze poziomy sugerujące przełamanie to rejony poniżej poziomu 1,1200, natomiast mocny raport w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych może spowodować ponowny squeeze i aprecjację. Zwróćmy uwagę na zachęcającą i niemal idealnie proporcjonalną formację fal Elliotta, która pojawiła się w połowie kwietnia.

USD/CAD

Para USD/CAD odnotowuje podwójne dno, mimo iż inwestorzy raczej nie podejmą szczególnych działań do czasu publikacji amerykańskiego i kanadyjskiego raportu w sprawie zatrudnienia, tj. do jutra. Pokonanie minimów na poziomie 1,1950 w przypadku słabego odczytu ze Stanów Zjednoczonych może oznaczać pełny test 200-dniowej średniej ruchomej poniżej poziomu 1,1800, natomiast dane sprzyjające USD musiałyby doprowadzić do zamknięcia w okolicach poziomu 1,2200, aby zapewnić byki, że jesteśmy gotowi do ataku na wieloletnie maksima powyżej poziomu 1,2800.

John J Hardy, Saxo Bank

 

saxo bank

Wicepremier Piechociński: Współpraca z UNIDO interesującą ofertą dla polskich przedsiębiorców

Zachęcamy polskie firmy do nawiązywania bezpośrednich relacji z Organizacją Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju Przemysłowego (UNIDO), a zwłaszcza do uczestnictwa w ogłaszanych przez nią przetargach – powiedział wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński podczas rozmowy z dyrektorem generalnym UNIDO Li Yongiem. Spotkanie odbyło się 6 maja 2015 r. w Warszawie.

Wicepremier zaznaczył, że uprzemysłowienie pozostaje ważnym wyzwaniem nie tylko dla krajów rozwijających się, lecz także dla państw rozwiniętych. – Polska również dostrzega rolę silnej bazy przemysłowej jako dźwigni wzrostu gospodarczego i czynnika, który pozwala łatwiej uporać się ze skutkami kryzysów. Celem
naszej  polityki gospodarczej jest uzyskanie minimum 22 proc. udziału przemysłu w polskim PKB w ciągu najbliższych 4 lat
– stwierdził.

Wicepremier powiedział też, że Polska jest zainteresowana rozwojem Programu Partnerstwa UNIDO.  – Liczymy, że ten program, którego realizacja rozpoczęła się w Etiopii i Senegalu, niesie ze sobą potencjał współpracy dla polskiego biznesu, m.in. poprzez powiązanie go z realizacją rządowego projektu „Go Africa” – ocenił. Wskazał też na zainteresowanie Polski świadczeniem pomocy rozwojowej za pośrednictwem UNIDO w państwach Europy Wschodniej i Azji Centralnej.

Dyrektor Li Yong przedstawił z kolei korzyści, jakie może przynieść polskim firmom współpraca z UNIDO. – Oprócz zyskania nowych kontraktów oznacza ona m.in. nawiązanie współpracy z zagranicznymi rynkami oraz wymianę wiedzy i transfer technologii. Zachęcamy polskie firmy do wspólnych przedsięwzięć, które są warunkiem trwałego partnerstwa – powiedział. Podziękował również Polsce za wsparcie organizowanego pod auspicjami UNIDO Wiedeńskiego Forum Energii (18-20 czerwca 2015 r.), zachęcając jednocześnie polskie przedsiębiorstwa sektora energetycznego do udziału w tym wydarzeniu.

W spotkaniu uczestniczył również podsekretarz stanu
w MG Andrzej Dycha.

***

Dyrektor generalny UNIDO odwiedził Polskę na zaproszenie wicepremiera Janusza Piechocińskiego. Jego wizycie towarzyszyło m.in. seminarium w siedzibie Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości na temat procedur przetargowych w systemie ONZ z uwzględnieniem specyfiki UNIDO i możliwości współpracy
polskiego biznesu z UNIDO.

Zadaniem
UNIDO, wyspecjalizowanej agencji z siedzibą w Wiedniu działającej w ramach systemu ONZ, jest wspieranie procesów industrializacji i świadczenie pomocy krajom rozwijającym się oraz będącym w okresie transformacji gospodarczej. Działania UNIDO koncentrują się wokół trzech obszarów tematycznych:

  • zmniejszanie ubóstwa przez działalność produkcyjną,
  • tworzenie zdolności handlowych,
  • ochrona środowiska i energia.

Ministerstwo Gospodarki (MG)

Spadki na Wall Street

Zgodnie z przewidywaniami ekonomistów, podczas wczorajszego posiedzenia RPP podjęto decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na dotychczasowym poziomie. „Nasze oczekiwania się spełniają i pozostają na niezmienionym poziomie. Wszystko idzie jak należy. Oczywiście nie można powiedzieć, że NBP nie widzi pewnego problemu z przedłużającą się deflacją, ale uważamy, że nie ma powodu do paniki” – powiedział w czasie konferencji prasowej Marek Belka. Nieco mniej optymistyczne informacje napłynęły natomiast zza Oceanu, gdzie – w reakcji na znacznie słabsze od prognozowanych dane z tamtejszego rynku pracy – obserwowaliśmy wyraźne spadki większości głównych indeksów giełdowych. Czynnikiem dodatkowo sprzyjającym zniżkom na Wall Street okazały się także komentarze Janet Yellen dotyczące aktualnej wyceny akcji – jej zdaniem są one na tyle wysokie, że mogą stanowić potencjalne zagrożenie dla stabilności na rynkach. W efekcie, indeks Dow Jones Industrial spadł w środę o 0.48%, natomiast Nasdaq Composite – o 0.40%.

Rano zostały opublikowane dane obrazujące aktualną sytuację ekonomiczną w Australii. Poznaliśmy także informacje o dynamice produkcji przemysłowej we Francji oraz zamówień w przemyśle w Niemczech. Wszystko wskazuje jednak na to, że największy wpływ na przebieg dzisiejszej sesji będą miały wiadomości docierające z Wielkiej Brytanii, gdzie odbywają się wybory parlamentarne.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

saxo bank

Vienna Insurance Group walczy o większy udział w polskim rynku. Koncern nie wyklucza zakupu kolejnych firm ubezpieczeniowych

CEO Magazyn Polska

Vienna Insurance Group ocenia, że Polacy są słabo ubezpieczeni i zamierza nakłaniać zarówno klientów indywidualnych, jak i firmy do kupowania polis. Celem firmy jest zdobycie ponad 10-proc. udziału w polskim rynku ubezpieczeniowym.

Austriacki koncern ma silną pozycję na środkowoeuropejskim rynku ubezpieczeniowym, jednak w Polsce zajmuje trzecie miejsce, z nieco ponad 8-proc. udziałem w rynku.

Polski rynek jest jednym z najważniejszych dla VIG i dlatego jesteśmy nastawieni na dalszy rozwój na nim, czy to w sposób organiczny, czy to przez przejęcia, jak już robiliśmy w przeszłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Peter Hagen, prezes Vienna Insurance Group. – Obecnie mamy cel krótkoterminowy, aby wrócić do dwucyfrowego udziału w rynku, ale oczywiście ten wzrost będzie miał sens tylko wtedy, kiedy będzie tworzył wartość, tak więc nie dążymy jedynie do wzrostu dla niego samego, ale do wzrostu wartości biznesu.

Do Vienna Insurance Group należą dziś takie polskie firmy ubezpieczeniowe, jak Compensa, majątkowa Benefia, oraz życiowe Skandia i Polisa. Na przejęciach tych firm nie kończą się plany Austriaków.

  Oczywiście nie będziemy mówić o konkretnych celach, ale są kraje, gdzie nasze udziały są niższe niż w innych. W Austrii, Republice Czeskiej i na Słowacji mamy udziały rzędu 20 i 30 proc. Z pewnością więc Polska jest krajem numer jeden, w którym szukamy obiektów do przejęcia – zapewnia Hagen. – Także kraje bałtyckie, Węgry, nawet Ukraina.

W zeszłym roku zysk brutto, jaki osiągnęła w Polsce austriacka grupa, wzrósł o 10 proc., przekraczając 238 mln zł. Polskie spółki grupy zebrały w tym czasie ponad 4,5 mld zł składek, o 12,7 proc. mniej  niż rok wcześniej. Cała grupa zarobiła w 2014 roku ponad 518 mln euro brutto, o 46 proc. więcej niż rok wcześniej, a jej składki sięgnęły 9,1 mld euro.

Ogólnie rzecz biorąc, rok 2014 był dla nas bardzo udany. Zwiększyliśmy zyski o ponad 40 proc., a polskie firmy miały w tym wyniku bardzo duży udział – ocenia prezes Vienna Insurance Group.

Koncern zamierza też powalczyć o polskich klientów ofertami. Zamierza zaoferować nowoczesne metody kupowania polis, np. za pomocą urządzeń mobilnych, liczy na to, że jego agentom uda się skłonić sceptyczna grupę Polaków do kupowania polis.

W Polsce są setki tysięcy małych i średnich przedsiębiorstw i wiele z nich nie ma ubezpieczenia albo nie nie ma dobrego ubezpieczenia. Z pewnością jest to więc jedna z naszych grup docelowych, gdzie wzrost uważamy za możliwy. W zeszłym roku niektóre z naszych firm osiągnęły w tym obszarze wzrost rzędu 35 proc.

Szef Vienna Insurance Group ocenia, że spory potencjał ma też rynek indywidualnych ubezpieczeń majątkowych. Jak mówi, wiele mieszkań i domów w Polsce wciąż nie jest albo też nie jest w dostatecznym stopniu ubezpieczonych.

Kazar po uruchomieniu w styczniu salonu w Abu Zabi zamierza otworzyć jeszcze w tym roku kolejne dwa salony w ZEA

0

CEO Magazyn Polska

Kazar, producent i sprzedawca obuwia, właściciel sieci niemal 60 salonów, chce promować swoją markę za granicą, uruchamiając sklepy w miejscach tłumnie odwiedzanych przez turystów i ludzi biznesu. Po inauguracji placówek w Bukareszcie i Budapeszcie firma ruszyła na podbój Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W styczniu uruchomiła sklep w Abu Zabi, teraz przeprowadza inaugurację w Dubaju, a jeszcze na ten rok zapowiada trzecie otwarcie w tym rejonie.

Dubaj zamieszkuje na stałe ponad 200 narodowości, odwiedzają ten kraj miliony turystów rocznie, więc droga do Moskwy, może Pragi, Budapesztu, Londynu, Berlina w tym założeniu i w tej strategii wiedzie właśnie przez Dubaj – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Artur Kazienko, prezes zarządu i właściciel firmy Kazar Footwear. – Salon w Abu Zabi i Dubaju otworzyliśmy po to, żeby pokazać markę Kazar turystom, którzy przyjeżdżają do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Chcieliśmy ją zaprezentować właśnie w tym miejscu. Budowanie świadomości marki zaczynamy więc od Abu Zabi i Dubaju.

W ciągu ostatniej dekady Dubaj, miasto i region w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA), rozwijał się w tempie ok. 10 proc. rocznie. Według rządowej Dubai Investment Development Agency (DIDA) to doskonale zorganizowane centrum biznesu, pozwalające zakładać i rozwijać działalność na wielkich rynkach konsumenckich: w Afryce, Azji oraz na Bliskim Wschodzie. Obszary te skupiają łącznie ponad 2,2 mld konsumentów, czyli prawie jedną trzecia populacji Ziemi. Jednocześnie połowa z nich to osoby poniżej 25. roku życia.

Nasz pomysł związany z eksportem w zasadzie nie butów, a bardziej konceptu biznesowego do ZEA pojawił się kilka lat temu – wskazuje Artur Kazienko. – Uwzględniał skalę rynku, jego wielkość, pomysł władz Dubaju na uczynienie na tym obszarze hubu retailowego, czyli światowego centrum handlu detalicznego. W wyniku tego rozwija się on w Emiratach bardzo dynamicznie, budowane są ciągle nowe obiekty handlowe. Stąd wziął się pomysł na naszą obecność w tym kraju i chęć uczestniczenia w dużym, ogólnoświatowym projekcie.

Ekspansja zagraniczna firmy wynikała także, jak zauważa Artur Kazienko, z braku dużych możliwości, z uwagi na osiągnięte rozmiary, dalszego rozwoju w kraju. Założona w 1990 roku firma początkowo zajmowała się hurtową sprzedażą włoskich butów. Obecnie ma ponad 50 sklepów na terenie Polski i swój koncept sprzedaje między innymi w systemie franczyzowym. Na początku kwietnia otwarty został pierwszy salon tej marki na Węgrzech, od półtora roku funkcjonuje też placówka w Bukareszcie.

Pierwszym rynkiem, na którym jesteśmy obecni na poważniejszą skalę, są właśnie Zjednoczone Emiraty Arabskie – przekonuje Artur Kazienko. – Nie zapominamy jednak o Rosji, zachodzie i południu Europy. Natomiast pomysł związany z ZEA to również chęć wyeksponowania marki na bardzo mocnym, konkurencyjnym, ale międzynarodowym rynku.

Według DIDA tegoroczny wzrost gospodarczy Dubaju ma wynieść 11 proc. i zamknąć się kwotą 108 mld dol., co stanowi 44 tys. dol. na jednego mieszkańca. Główne dochody pochodzić będą z turystyki, transportu, handlu, budownictwa oraz usług finansowych.

W połowie stycznia br. otworzyliśmy pierwszy salon w Abu Zabi – informuje Kazienko. – Efekty sprzedażowe są bardzo zachęcające, ewidentnie pokazują, że marka została zaakceptowana i trafiamy ze swoimi produktami również do mieszkańców Emiratów. Nasz partner postanowił zdecydowanie wypełnić zobowiązania wynikające z kontraktu i w tym roku otworzymy jeszcze co najmniej dwa salony. Następny będzie w Dubai Festival City, trzeci, jesienią w Mirdif City Centre. To duże obiekty.

Na początku br. przedsiębiorstwo nawiązało współpracę z liniami lotniczymi Emirates.

Kooperacja przekłada się już na wzajemne korzyści biznesowe – zapewnia Kazienko. – Z naszej strony korzystamy z usług Emirates Airlines od początku, kiedy tylko rozpoczęliśmy współpracę z naszym partnerem z Dubaju. Bardzo wygodne połączenia z Warszawy to ogromny komfort. Dodatkowo Emirates pomaga nam w dostarczaniu produktów na tamten rynek. W ciągu trzech, czterech dni artykuły trafiają na półki sklepowe w naszym salonie.

Kryzys w górnictwie i konflikt na Wschodzie skłoniły Conbelts Bytom do postawienia na motoryzację i szukania zbytu na innych kontynentach

CEO Magazyn Polska

Dostawy dla branży motoryzacyjnej oraz eksport na inne kontynenty to recepta Conbelts Bytom na przeczekanie kryzysu u tradycyjnych odbiorców grupy. Firma specjalizująca się w dostarczaniu wyrobów gumowych dla górnictwa z optymizmem ocenia swoją sytuację rynkową, choć nie dostrzega realnego wsparcia ze strony państwa.

Conbelts Bytom, produkujący m.in. taśmy gumowe do transporterów górniczych, zmaga się nie tylko z kryzysem w polskim przemyśle wydobywczym, lecz także ze skutkami wojny na Wschodzie. Odbiorcą wyrobów polskiej firmy były bowiem kopalnie na Ukrainie oraz w Rosji.

– Sytuacja wygląda zdecydowanie inaczej niż akurat ten fragment gospodarki mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Bogdan Fiszer, prezes zarządu Conbelts Bytom. – Na Śląsku, który jest kojarzony z górnictwem, jest to jeden z ważnych segmentów gospodarczych, ale niejedyny. Większość branży automotive w tej chwili się bardzo dynamicznie rozwija, my też jesteśmy partnerami branży automotive, więc widzimy, jak współpraca w tych obszarach dynamicznie się w obecnym czasie rozwija.

W rezultacie jeżeli chodzi o dynamikę rozwoju rynku wewnętrznego, krajowego, Bogdan Fiszer ocenia sytuację jako dobrą. Także  eksport firmy ma jego zdaniem bardzo dobre perspektywy. Zarówno dzięki rynkowi motoryzacyjnemu, jak i poszukiwaniu odbiorców dla wyrobów górniczych przedsiębiorstwa.

Patrzymy przede wszystkim przez pryzmat atrakcyjności innych rejonów i to są takie dosyć szerokie, odległe tereny od nas, jak np. Ameryka Południowa, kraje takie jak Argentyna, Peru, Kolumbia, Chile, które w tej chwili mocno eksplorujemy. I drugi skrajny kraniec świata to Australia z całym swoim potencjałem wydobywczym, która też przeżywa olbrzymie problemy restrukturyzacyjne związane z załamaniem gospodarki wydobywczej w tym kraju. Ale to otwiera ciekawe szanse, ponieważ oni też muszą się zmienić, dlatego oczekują nowych rozwiązań, nowych propozycji i to jest ciekawa szansa.

Spółka, myśląc o przyszłości, chce też zadbać o utrzymanie dobrych kontaktów z odbiorcami za wschodnią granicą. O ile Conbelts Bytom mimo występujących problemów zewnętrznych ocenia swoją sytuację pozytywnie, o tyle wsparcie państwa dla biznesu jej prezes komentuje z wyraźną rezerwą.

– W praktyce możliwość skorzystania z tej pomocy jest mocno ograniczona podkreśla prezes Conbelts Bytom. To trochę tak, jest jak jest z gospodarką. Jak jest monopol, a w tym wypadku mamy monopol państwa, to nie ma konkurencyjności. W związku z tym państwo samo sobie wymyśla bariery, które potem mówi, że są przeszkodami nie do pokonania. Najpierw stworzyło sobie jakieś regulacje, ustawy, przepisy, w ramach których chce działać, a potem mówi, że one są wymyślone. Ale jak z nich skorzystać? Świat już poszedł w innym kierunku, a ustawy zostały.

Skutek jest taki, że instytucje mają zbyt mało pracowników, by poradzić sobie z własnymi oczekiwaniami. Są zbyt mocno uwikłane w wewnętrzne procedury, mało konkurencyjne i mało elastyczne.

U nas decyzje podejmuje się z dnia na dzień, tam, niestety, te procedury trwają tygodniami, miesiącami czy wręcz latami zwracał uwagę prezes Bogdan Fiszer z Conbelts Bytom podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Jeżeli coś można by było wnosić, sugerować, to jednak, żeby szybciej uruchamiano procedury weryfikujące swoje decyzje, a nie czekano. Szybciej, po prostu szybciej.

Przetarg na budowę systemu rowerów miejskich w Łodzi ostatecznie unieważniony

CEO Magazyn Polska

Krajowa Izba Odwoławcza potwierdziła decyzję Łodzi o unieważnieniu przetargu na budowę systemu rowerów miejskich. W wyroku uwzględniono upłynięcie określonego w postępowaniu terminu, a także wątpliwości co od oferty firmy BikeU – zarzuty o sfałszowanie opinii bankowej i przedstawienie nieprawdziwej informacji. Zgodnie z zapowiedziami władz miasta przetarg ma zostać powtórzony, a system ruszy prawdopodobnie w przyszłym roku.

Do rozpisanego w zeszłym roku przetargu na łódzki system rowerów miejskich stanęły dwie firmy – Nextbike oraz BikeU. Oferta Nextbike została zakwestionowana jako zbyt tania, wybór drugiej oferty uniemożliwiły wątpliwości co do uczciwości przedstawionej dokumentacji. Została ona podważona z powodu podejrzenia złożenia sfałszowanej opinii bankowej. Drugi zarzut dotyczy nieprawdziwej informacji o wsparciu ze strony greckiego partnera. Firma ta ogłosiła, że w ubiegłym roku zakończyła współpracę z BikeU. Obie te sprawy bada prokuratura. W tej sytuacji miasto przetarg unieważniło, a BikeU odwołało się od tej decyzji.

Krajowa Izba Odwoławcza w całości oddaliła odwołanie firmy BikeU. Stwierdziła, że zamawiający w sposób prawidłowy unieważnił postępowanie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Tomkowska, rzecznik prasowy Krajowej Izby Odwoławczej. – Głównie z tej przyczyny, że w postępowaniu nie można zawrzeć ważnej umowy, dlatego że upłynęły określone w specyfikacji terminy realizacji tej umowy, a mianowicie rozpoczęcia działania systemu, który tak naprawdę powinien zacząć działać w dniu 30 kwietnia bieżącego roku.

Izba uznała również, że zamawiający miał uzasadnione powody do wykluczenia wykonawcy, czyli BikeU, z postępowania na podstawie przepisów, które nakazują wykluczyć z postępowania wykonawcę, który złożył nieprawdziwe informacje, mające lub mogące mieć wpływ na wynik postępowania o udzielenie zamówienia publicznego. W tym przypadku Izba ustaliła, że zobowiązanie, które zostało przedłożone przez BikeU nie odzwierciedlało stanu rzeczywistego.

Zarząd BikeU uznaje werdykt za krzywdzący i zapowiada, że w najbliższych dniach podejmie decyzje o dalszych działaniach dotyczących tego, czy składać odwołanie do sądu okręgowego i czy startować w nowym przetargu, który władze Łodzi zamierzają rozpisać.

Nie ukrywam, że jestem bardzo zaskoczony wyrokiem Krajowej Izby Odwoławczej. Martwiliśmy się najbardziej takim rozstrzygnięciem w tym zakresie – podkreśla Marcin Jeż, członek zarządu BikeU. – W najbliższych dniach zarząd podejmie decyzję w zakresie dalszego funkcjonowania oraz w zakresie ostatecznego podejścia do tego postępowania i ewentualnego złożenia odwołania do sądu okręgowego.

Przedstawiciele konkurenta BikeU, firmy Nextbike, podkreślają, że w przypadku licznych wątpliwości decyzja Zarządu Dróg i Transportu w Łodzi o unieważnieniu przetargu i podtrzymująca to decyzja KIO były jedynym słusznym rozwiązaniem.

Wyrok potwierdził, że dokumenty i oferta firmy BikeU wymagały weryfikacji, która sprawiła, że ta oferta nie spełniała warunków udziału w postępowaniu. To jest moim zdaniem najlepsze rozwiązanie – mówi Tomasz Wojtkiewicz, prezes Nextbike.

Jak podkreśla, doświadczenia pierwszego przetargu pozwolą zarówno miastu, jak i oferentom lepiej przygotować się do powtórki. Tym bardziej że budowa systemu wypożyczalni rowerów składającego się ze 100 stacji i tysiąca rowerów jest projektem bardzo wymagającym.

To będzie drugi największy system w Polsce. Miasto Łódź jest bardzo specyficznym i wymagającym rynkiem i myślę, że tutaj warto w tej chwili odrobić zadanie domowe i przemyśleć różne elementy kolejnego postępowania. Dzięki temu miasto będzie mogło dobrać sobie najbardziej doświadczonego partnera, który sprosta temu zadaniu i sprawi, że ten projekt będzie sukcesem – mówi Wojtkiewicz.

GPW liczy na debiuty spółek większych niż w ubiegłym roku

CEO Magazyn Polska

Po długim okresie marazmu na warszawskim parkiecie widać pierwsze oznaki poprawy koniunktury. Szeroki indeks WIG zyskał w ciągu miesiąca ponad 4 proc., rosną również obroty i zmienność cen. Bez wątpienia giełda korzysta na poprawie nastrojów w europejskiej gospodarce, do czego przyczynił się m.in. program skupu obligacji uruchomiony przez EBC. Zarząd GPW liczy na to, że lepszy klimat inwestycyjny zachęci kolejne spółki do wejścia na parkiet.

Na rynku realizowanych jest w tej chwili kilka ofert publicznych i to dużych. Prawie 300 mln zł Wirtualnej Polski czy prawie 0,5 mld Uniwheels to są oferty, które są w stanie trochę zaktywizować rynek i inwestorów. Myślę, że sukces tych ofert może być dobrym prognostykiem na najbliższych kilka tygodni – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Tamborski, prezes GPW.

Podczas wczorajszego debiutu cena akcji Wirtualnej Polski na starcie sesji wzrosła o 3,25 zł, czyli o ok. 10 proc.

W ostatnich latach debiuty dużych spółek – zwłaszcza prywatyzowanych przez Skarb Państwa – cieszyły się ogromnym zainteresowaniem inwestorów indywidualnych. Choć większość analityków nie spodziewa się silnego przyspieszenia procesu prywatyzacji przez giełdę, to państwo wciąż dysponuje dużymi aktywami, które mogą zainteresować rynek. Pod koniec kwietnia minister skarbu Włodzimierz Karpiński zapowiedział, że jeszcze w tym roku Banku Pocztowy ma stać się spółką publiczną, a od 2016 r. Poczta Polska ma być notowana na GPW.

Poza ofertami publicznymi spółek Skarbu Państwa obecne warunki makroekonomiczne sprzyjają także wzrostowi podaży akcji ze strony sektora prywatnego. Przede wszystkim inwestycje prywatne w Polsce należą do najniższych w regionie, sięgając zaledwie 17-18 proc. PKB. Utrzymanie, a tym bardziej wzrost zasobu kapitału produkcyjnego, będą wymagały znalezienia finansowania. Jednocześnie trwający program QE prowadzony przez EBC zwiększa atrakcyjność aktywów z rynków wschodzących, w tym z Polski, która pozwala inwestorom osiągać dobrą relację wzrostu PKB (a w konsekwencji przychodów i zysków spółek) do ryzyka.

W zeszłym roku było 28 debiutów, włączając w to również NewConnect. Liczymy, że w tym roku będą to transakcje większe i że będą to większe spółki. Liczymy na to, że po spokojniejszym 2014 roku, kiedy rynek musiał się oswoić ze zmianami na polskim rynku kapitałowym, ze strony emitentów również pojawi się aktywność – twierdzi prezes GPW.

W ubiegłym roku rynek kapitałowy nad Wisłą silnie odczuł zmiany w OFE, wskutek których zmniejszył się popyt na akcje ze strony funduszy. Prawdopodobnie z powodu tych zmian również pozostali inwestorzy instytucjonalni, np. TFI, oraz inwestorzy zagraniczni na wszelki wypadek unikali handlu papierami na GPW.

Warto jednak zauważyć, że polski rynek kapitałowy ma wciąż duże rezerwy wzrostu. Dotyczy to również rynku obligacji korporacyjnych i samorządowych. Na koniec 2014 r. wartość notowanych obligacji korporacyjnych na rynku Catalyst wyniosła zaledwie 60,8 mld zł, a więc niecałe 4 proc. PKB. GPW widzi również szansę w rozpoczynających się konkursach w ramach funduszy europejskich na lata 2014–2020. Jak wynika z informacji na stronach spółki, organizuje ona „cykl 16 spotkań regionalnych dotyczących finansowania rozwoju firm i samorządów ze środków unijnych przy wsparciu rynku kapitałowego i innych form dofinansowania”. To wszystko ma sprawić, by obserwowane obecnie pozytywne nastroje przyczyniły się do ponownego zdynamizowania rozwoju rynku kapitałowego.

Na pewno kwiecień jest lepszy niż luty w tym roku. Liczymy na to, że pierwszy kwartał był takim startowym i że kolejne będą charakteryzowały się większą zmiennością i większymi obrotami – ocenia Tamborski.

Niskie oprocentowanie lokat zachęca Polaków do funduszy inwestycyjnych

CEO Magazyn Polska

Rośnie zainteresowanie Polaków funduszami inwestycyjnymi. Dziś niespełna 20 proc. posiada jednostki funduszy inwestycyjnych, ale kolejne 9 proc. przymierza się do ich zakupu – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Deutsche Banku. Do rosnącej popularności TFI przyczynia się coraz niższe oprocentowanie lokat i coraz większa wiedza na temat różnych metod inwestowania.

Dziś jednostki funduszy inwestycyjnych posiada 2,1 mln Polaków.

Dynamika wzrostu tej bazy jest duża i będzie jeszcze większa, bo mamy otoczenie sprzyjające inwestowaniu w fundusze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Szlosek, dyrektor bankowości detalicznej i inwestycyjnej w Deutsche Banku. – Mamy historycznie najniższe stopy procentowe, spadające od 2 lat, a co za tym idzie – spadające oprocentowanie depozytów i kont oszczędnościowych. To jest motywator dla Polaków, żeby szukać rozwiązań alternatywnych dla lokat bankowych.

Z badania Deutsche Banku wynika, że inwestowaniem w fundusze zainteresowani są głównie ludzie dobrze zarabiający. Wśród tych, którzy zarabiają miesięcznie poniżej 3 tys. zł, jednostki udziału posiada ok. 11 proc. Dla zarabiających więcej niż 3 tys. zł średnia ta wynosi już 46 proc. Wśród Polaków z zarobkami w przedziale 4-4,9 tys. zł oszczędności w funduszach trzyma ponad połowa ankietowanych (prawie 52 proc.).

Wśród Polaków nadal jest przekonanie, że aby inwestować w fundusze, trzeba mieć duże kwoty. Tymczasem jest to nieprawda. W zależności od funduszy minimalna kwota to może być nawet 50, 100 lub 150 zł. Przy pierwszej wpłacie czasami jest to większa kwota. Po raz kolejny musimy obalić mity związane z inwestowaniem w fundusze – mówi Szlosek.

Przed inwestycją w fundusze powstrzymuje Polaków głównie obawa przed porażką. Ponad 38 proc. ankietowanych obawia się utraty kapitału, podobna grupa ocenia, że brak jej wolnych środków do zainwestowania. Postrzegają je jako produkt wymagający dużej wiedzy o rynku – stwierdziło tak 37 proc. pytanych. Zdaniem Moniki Szlosek to przekonanie, który wpływa na niewielką popularność tej metody inwestowania.

Leszek Niemycki, wiceprezes Deutsche Banku podkreśla, że właśnie z tego powodu obok oferty bardzo ważna jest więc też edukacja.

Nasz bank od wielu lat oferuje bardzo szeroką gamę funduszy inwestycyjnych. Bazą naszej oferty jest wiedza i umiejętność dostosowania poziomu ryzyka i poziomu inwestycji do możliwości finansowych i specyfiki danego klienta. W tym widzimy naszą rolę, żeby klienci w bezpieczny i rozsądny sposób, w sposób dopasowany do ich własnych oczekiwań i możliwości powoli zapoznawali się i rozbudowywali swoją wiedzę na temat rynku funduszy inwestycyjnych i rynku kapitałowego – mówi Leszek Niemycki.

Z badań wynika, że Polacy mają umiarkowaną skłonność do ryzyka. Jako społeczeństwo indywidualistyczne jesteśmy znacznie roztropniejsi w inwestycjach od społeczeństw kolektywistycznych, jakie tworzą mieszkańcy Azji. Mamy też złe doświadczenia historyczne i nie ufamy instytucjom.

Dopiero młode pokolenia, które weszły już na rynek pracy, zarabiają, przeżyły kryzys 2008 roku i wiedzą, co oznacza podejmowanie ryzykownych decyzji, także finansowych – zwraca uwagę prof. dr hab. Małgorzata Bombol z Zakład Badań Zachowań Konsumentów Instytutu Zarządzania SGH. – Obawy inwestycyjne dotyczą przede wszystkim osób w wieku powyżej 50-60 lat. Wynika to m.in. z tego, że to są tzw. konsumenci tradycyjni z dosyć konserwatywnym podejściem do swoich zachowań, także finansowych. Im młodsi konsumenci, tym bardziej kosmopolityczni, otwarci, lepiej poinformowani, w związku z tym poziom awersji do ryzyka może u nich maleć.

Ponad połowa pytanych znających fundusze uważa, że inwestując w nie, powierza swoje pieniądze profesjonalistom.

Deutsche Bank współpracuje z 18 towarzystwami funduszy inwestycyjnych inwestującymi zarówno w  kraju, jak i zagranicą. Dzięki temu pieniądze klientów alokowane są również w instrumenty finansowe poza granicami Polski, co pozwala lepiej zdywersyfikować inwestycje.

Możemy również czynnie uczestniczyć we wzrostach wartości dużych, znanych firm z Europy lub jeszcze dalej, ze Stanów Zjednoczonych i z Azji. Z tych rynków, gdzie przynajmniej w ostatnim czasie były największe wzrosty wartości indeksów – mówi Leszek Niemycki.

Deutsche Bank wystartował z kampanią promującą bankowość doradczą i produkty inwestycyjne pod hasłem „Niech Twoje pieniądze pracują tak ciężko jak Ty”. Chce zachęcić klientów do inwestowania, oferując im również w ramach promocji „Zwracamy 1%” premię w postaci 1 proc. sumy zainwestowanej w dowolne fundusze.

Eksport to szansa na podniesienie sprzedaży po zeszłorocznej podwyżce akcyzy

Polska wódka jest jedyną globalną marka dostępną na wszystkich rynkach, choć jeszcze w niewystarczającym stopniu – uważa prezes Stowarzyszenia Polska Wódka. Dzięki coraz większemu uznaniu dla polskiej marki w świecie oraz szeroko zakrojonym działaniom promocyjnym eksport wódki powinien z roku na rok rosnąć. W innych krajach flagowe alkohole, jak np. francuski calvados czy szkocka whisky, w znaczącej większości trafiają na eksport. Podobnie może być w Polsce.

Stawiając na sprzedaż za granicą, producenci wódki rekompensują sobie trudną sytuację na polskim rynku, gdzie wciąż odczuwalne są negatywne konsekwencje ubiegłorocznej 15-proc. podwyżki akcyzy. Z informacji Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy wynika, że po podwyżce tylko dwie trzecie dużych i średnich firm z branży jest rentowne, a produkcja wódki zmalała o blisko jedną czwartą. To wpłynęło na zmniejszenie wolumenu eksportowego w ubiegłym roku.

– Polska wódka jest jedyną polską marką globalną, jeśli chodzi o marki produktowe na rynkach światowych. Jest dostępna wszędzie, choć może nie w takim wymiarze, jak sobie byśmy tego życzyli – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka. – Wierzę, że przyszłością polskiej wódki jest przede wszystkim eksport – eksport produktu doskonale znanego, cenionego przez koneserów, uzyskującego wyższe ceny i w związku z tym mogącego znaleźć swoje solidne miejsce na rynkach całego świata.

Przewagą polskiej wódki na rynkach zagranicznych jest to, że jest to produkt z unijnym oznaczeniem geograficznym. Taki certyfikat gwarantuje, że dana marka faktycznie jest produkowana w Polsce, z zachowaniem określonych procedur i przy użyciu określonych surowców, a to z kolei w oczach konsumentów kojarzy się z wysoką jakością. Samo oznaczenie jednak nie wystarczy – potrzebna jest też duża promocja.

Szumowski podkreśla, że już teraz Agencja Rynku Rolnego wspiera polską wódkę, podobnie jak promujące eksport resorty i służby dyplomatyczne

Na jesień wstępnie zapowiedziano szeroki wachlarz działań promujących produkty geograficznie wytwarzane w Unii Europejskiej. Komisarz UE ds. rolnictwa wybiera się do Pekinu, gdzie będzie promował produkty oznaczone jako GI [geographical identification – red.], w tym polską wódkę – mówi Szumowski.

Jak podkreśla, promocja polskiej wódki powinna być powiązana z promocją żywności w ogóle. Według niego powinniśmy uczyć się od Francuzów, którzy promując własne potrawy, popularyzują również krajowe wina, calvadosy, koniaki i inne trunki.

Wykorzystujmy do promocji chociażby polskie mięso – nie da się zjeść polskiego tatara bez kieliszka polskiej wódki. Bądźmy dumni z polskiej żywności, która nie ma sobie równej na świecie – podkreśla Szumowski.

Telefony coraz rzadziej służą do rozmawiania

CEO Magazyn Polska

Transmisja danych na urządzeniach mobilnych będzie jedną z szybciej rosnących usług telekomunikacyjnych w tym roku – wynika z raportu firmy PMR. Podczas gdy cały rynek usług spadnie o 1,1 proc., ten segment wzrośnie dwucyfrowo. Do tego trendu na rynku zaczynają dopasowywać się sieci komórkowej, oferując nielimitowany transfer danych. To w wyborach konsumentów staje się kluczowe.

Są tacy klienci, którzy nie potrzebują lub nie chcą z różnych powodów mieć smartfona, natomiast z naszych badań i obserwacji w punktach sprzedaży wynika, że jest ich bardzo niewielu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Dobrzyński, dyrektor marketingu Play. – Naszą ofertę kierujemy do wszystkich segmentów klientów. Formuły są przeznaczone przede wszystkim do rozmów i SMS-ów, ale one stanowią mniejszość naszej sprzedaży. Większość klientów kupuje smartfona i używa go w sposób intensywny.

Z danych PwC wynika, że w tym roku liczba smartfonów wzrośnie z 22 do 27 mln sztuk. To oznacza, że będą one stanowić blisko połowę telefonów komórkowych. Liczba tabletów z kolei ma się w tym roku podwoić (do 4 mln sztuk). Będzie z nich korzystać blisko co dziesiąty Polak. Rosnąca popularność urządzeń mobilnych sprawia, że coraz szybciej rośnie zapotrzebowanie na transfer danych.

Transmisja danych stała się dzisiaj podstawową usługą, którą wykorzystujemy w smartfonie, bo wszystko na tym jest oparte – prognoza pogody, zegar, wiadomości, poczta e-mail czy Facebook – podkreśla Bartosz Dobrzyński. – Wyraźnie widzimy, że w ciągu ostatnich lat liczba transmitowanych bitów i bajtów rośnie szybko.

Z myślą o mobilnych użytkownikach sieci komórkowe stawiają w swoich ofertach na transfer danych. Przykładem jest wprowadzona właśnie formuła Smartfon Unlimited w Play.

W ramach naszej oferty mamy nielimitowane gigabajty, tak żeby klient nie musiał się martwić o to, co się stanie, jeżeli mu się pakiet skończy. To możliwość swobodnego korzystania zawsze i wszędzie z transmisji danych – wyjaśnia Bartosz Dobrzyński.

Druga nowość w ofercie Play – kierowana szczególnie do wybierających się na wakacje – to pakiet rozmów, SMS-ów i transferu danych w roamingu na terenie UE. Klient otrzymuje dni, w których usługi te są nielimitowane. Ta propozycja to konsekwencja działań Komisji Europejskiej zmierzających do ograniczenia kosztów międzynarodowych połączeń.

Play liczy, że nowe usługi, na które rośnie zapotrzebowanie, pozwolą mu zachować pozycję najszybciej rosnącego operatora w Polsce.

2 mln Polaków cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc

CEO Magazyn Polska

200 mln ludzi na całym świecie, w tym 2 mln w Polsce, cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP). Coraz częściej dotyka ona osób w sile wieku. Jej objawy – duszności, kaszel i ucisk w klatce piersiowej, występujące często mimo stosowanych terapii – znacznie utrudniają codzienne życie w domu i pracy. Eksperci podkreślają, że chorym mogą pomóc nowoczesne leki, które lecząc, zmniejszają jednocześnie objawy.

Przewlekła obturacyjna choroba płuc to czwarty zabójca na świecie, licząc osoby umierające z powodu POChP. W Stanach Zjednoczonych POChP jest już trzecim zabójcą i to samo przewiduje się dla reszty świata, w tym Europy i Polski do 2020 roku – mówi agencji Newseria prof. dr hab. n. med. Andrzej Fal, pulmonolog, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych i Alergologii CSK MSWiA w Warszawie.

POChP charakteryzuje się uporczywym utrudnieniem przepływu powietrza, które związane jest z nasiloną przewlekłą reakcją zapalną na szkodliwe cząsteczki lub gazy w drogach oddechowych lub płucach. Głównym czynnikiem ryzyka jest przede wszystkim palenie tytoniu, ale groźne może być także palenie w domu resztkami biologicznymi.

Liczba chorych na całym świecie szacowana jest na 210 mln. W Polsce to ok. 2 mln, ale liczba leczących się osób jest dużo niższa – w ubiegłym roku odnotowano 600 tys. indywidualnych wizyt związanych z tą chorobą i 60 tys. hospitalizacji.

Około 40-50 proc. chorujących nie ma jeszcze objawów albo ma objawy na tyle łagodne, że nie zgłaszają się do lekarza. Problem zaczyna się właściwie od samej rozpoznawalności nazwy POChP – mówi Fal. – Im szybciej zdiagnozujemy tę chorobę i szybciej wdrożymy leczenie, tym większe mamy szanse na poprawę stanu zdrowia pacjenta.

Choć przewlekła obturacyjna chorobę płuc uważana jest za chorobę osób starszych, to co czwarty czterdziestolatek doświadcza łagodnego utrudnienia przepływu powietrza. Szacuje się, że nawet połowa chorych to osoby poniżej 65. roku życia.

Utrudnienie przepływów powietrza powoduje u chorego takie objawy, jak duszności, kaszel, świszczenie i ucisk w klatce piersiowej. Może to znacząco utrudnić codzienne życie i negatywnie wpłynąć na jakość życia pacjentów. Eksperci przyznają, że wielu pacjentów doświadcza tych objawów nawet przy stosowaniu leczenia.

Ponadto u chorych zdarzają się epizody zaostrzania choroby, czyli pogorszenie objawów, np. na skutek infekcji górnych dróg oddechowych. Ma to negatywny wpływ na stan płuc i jest groźne dla życia pacjenta. Chorzy na POChP każdego roku zazwyczaj doświadczają od jednego do trzech epizodów zaostrzenia choroby, a w 3-16 proc. takich przypadków wymagane jest przyjęcie chorego do szpitala. Może się to skończyć śmiercią w przypadku jednego na dziesięciu pacjentów. Dlatego eksperci podkreślają konieczność zapobiegania epizodom zaostrzenia.

Leczenie POChP powinno zaczynać się przede wszystkim od zwalczenia nałogu, czyli ekspozycji czynnika wywołującego – podkreśla prof. Fal. – Oprócz tego istnieją leki rozkurczowe z dwóch różnych grup: LABA i LAMA, czyli leki poprawiające przepływ powietrza przez drogi oddechowe o różnych mechanizmach działania. Żeby to ułatwić pacjentowi, zwiększyć compliance tych leków, zaczęły się pojawiać również preparaty łączone, czyli takie, które w jednym inhalatorze, w jednej kapsułce inhalacyjnej, zawierają obydwie substancje.

Terapia łączona jest nowością w leczeniu POChP. Od blisko roku stosują ją pacjenci w Stanach Zjednoczonych. Podobne preparaty są dostępne również w Niemczech, Holandii i Wielkiej Brytanii, gdzie są również refundowane. W Polsce nie trafiły one jeszcze na listę refundacyjną, ale jak podkreśla prof. Fal, refundacja byłaby uzasadniona, bo skuteczne leczenie POChP obniża koszty ponoszone przez służbę zdrowia i koszty społeczne.

Jeżeli ktoś choruje, ma zaostrzenie, zostaje pięć dni w domu i nie pracuje, to nie wytworzył jakiegoś dobra, w związku z tym PKB przez to zmalało – mówi prof. Andrzej Fal. – Jeśli byśmy szeroko spojrzeli na koszty choroby i koszty zaostrzeń, to zdecydowanie każde leczenie, nawet bardzo drogie, dużo bardziej się opłaca niż utrata dni pracy czy utrata sprawności członka społeczeństwa. Niestety, takich mechanizmów liczenia nie mamy, a z punktu widzenia NFZ nie zawsze to wygląda aż tak prosto.

Zatrudnienie w centrach usług wspólnych może wzrosnąć o 100 tys. osób

CEO Magazyn Polska

Centra usług biznesowych co roku generują 25-30 tys. nowych miejsc pracy. Inwestorów przyciąga wysoka jakość kadry, w tym znajomość języków obcych oraz bogate doświadczenie. Jednak sektory bankowy, finansowy i ubezpieczeniowy, które generują największe zatrudnienie w obszarze outsourcingu, wciąż nad Wisłą są obecne w niewielkim stopniu. Pomogłyby zmiany w prawie. Dzięki nim jest szansa na kolejne 100 tysięcy nowych miejsc pracy w ciągu trzech lat.

Polska dziś jest na najlepszej drodze, żeby centra usług wspólnych stał się naszym flagowym sektorem w ciągu najbliższych 5-10 lat. Mamy bardzo wysoką pozycję w rankingach atrakcyjności miast pod kątem tych inwestycji  – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krystian Bestry, wiceprezes Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL), prezes zarządu firmy Adaptive Group.

W tegorocznym zestawieniu „Top 100 Outsourcing Destinations” firmy konsultingowej Tholons Kraków utrzymał dziewiątą pozycję wśród najatrakcyjniejszych na świecie miast dla inwestycji tego sektora, będąc jednocześnie jedynym miejscem w Europie, które znalazło się w pierwszej dziesiątce. Nieprzerwanie liderem i tym samym najlepszą lokalizacją doradzaną firmom z sektora centrów usług wspólnych (Shared Service Center – SSC) oraz obsługi outsourcingowej biznesu (Business Process Outsourcing – BPO) jest Bangalore w Indiach.

W czołowej setce ulokowała się także Warszawa (30) oraz Wrocław (62), które poprawiły swoje pozycje odpowiednio o dwa i trzy miejsca.

Jak podkreśla Bestry, niezmiennie zaletą polskich miast jest wykwalifikowana kadra – Polacy są dobrze wykształceni, mają coraz lepsze kwalifikacje językowe i umieją się zaangażować w pracę, co podoba się zagranicznym inwestorom.

Kolejny element to coraz silniejsza specjalizacja w tej branży. Mamy coraz więcej doświadczonych pracowników, nowym firmom więc coraz łatwiej wystartować z centrum usług, bo zawsze mogą liczyć na pracowników, którzy w tym biznesie mają już doświadczenie. Nie rozpoczynają od zera, tylko z kadrami, które umieją to robić – twierdzi Krystian Bestry

Jak wynika z ostatniego raportu ABSL w 2013 roku powstało w Polsce 66 nowych centrów. Blisko 60 proc. z nich utworzyli nowi inwestorzy, nie posiadali dotychczas w Polsce przedsiębiorstwa działającego w tej branży.

Wiele sektorów jeszcze nie rozpoczęło swojej ekspansji w Polsce, przede wszystkim banki, branża ubezpieczeniowa czy obsługa finansowa – zauważa Krystian Bestry. – To branże, które dają największą możliwość wzrostu zatrudnienia w centrach outsourcingowych. Jeśli uda się przeprowadzić kilka zmian legislacyjnych w Polsce i przyciągnąć kilku dużych inwestorów, to sektor może zyskać kolejnych 100 tys. nowych miejsc pracy.

Zainteresowanie ulokowaniem niektórych procesów biznesowych w Polsce wyrażały między innymi wielkie banki inwestycyjne, jak Bank of America Merrill Lynch, JP Morgan oraz Morgan Stanley. Na razie większość operacji prowadzonych na terenie naszego kraju wykonują ich oddziały w Luksemburgu, Holandii, Niemczech oraz Szwajcarii.

W przeniesieniu ich nad Wisłę stanęły uregulowania prawne, które zabraniają m.in. sprawdzania przeszłości kryminalnej pracowników.

Wiele banków nie zdecyduje się na przekazanie kluczowych procesów pracownikom, których nie będzie można pod tym kątem sprawdzić – tłumaczył Bestry podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. – Dzisiaj polskie prawo to wyklucza i niestety procesy takie trafiają gdzie indziej. A tak naprawdę wiele firm z tego sektora funkcjonuje w Polsce i tylko czeka na zmiany, żeby móc rozszerzyć swoją działalność. Myślę, że 100 tys. nowych miejsc pracy w ciągu trzech lat jest naprawdę realne. Potrzeba do tego bardzo niewiele.

Według ostatniego raportu ABSL pod koniec 2013 roku w Polsce prowadziło działalność 470 centrów usług wspólnych. Na zlecenie innych podmiotów, zazwyczaj dużych korporacji międzynarodowych, obsługują poszczególne procesy biznesowe, usługi z zakresu IT, a także badawczo-rozwojowe. Zatrudniały łącznie 128 tys. osób, o blisko 50 proc. więcej niż pod koniec 2011 roku. W jednym przedsiębiorstwie z tego sektora pracują średnio 273 osoby.

W Polsce brakuje przepisów, które pomogłyby zwiększyć bezpieczeństwo pieszych

0

CEO Magazyn Polska

17 maja zmieniają się przepisy o ruchu drogowym. Przekroczenie dozwolonej prędkości o 50 km/h będzie skutkowało utratą prawa jazdy na trzy miesiące, surowiej będą też traktowani kierowcy prowadzący pod wpływem alkoholu. Wciąż jednak brakuje przepisów dotyczących bezpieczeństwa pieszych, a pod tym względem Polska jest w ogonie Europy. Co piąta ofiara wypadków samochodowych w UE ginie w Polsce, a blisko jedna trzecia wypadków ma miejsce na pasach. W Sejmie trwają prace nad projektem, który zwiększyłby ochronę osób, które dopiero zamierzają wejść na przejście dla pieszych.

Zmiany, które wchodzą w życie 17 maja, są szczególnie istotne. Każda z nich jest gatunkowo ważna – zaostrzenie sankcji za prowadzenie pod wpływem alkoholu i wypadki spowodowane po spożyciu alkoholu czy konsekwencje za przekroczenia prędkości o 50 km/h – mówi agencji Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Zmiany znacznie zaostrzają kary, przede wszystkim za nadmierną prędkość. Przekroczenie o co najmniej 50 km/h w terenie zabudowanym będzie skutkowało trzymiesięczną utratą prawa jazdy. Jeśli ukarany kierowca znów zostanie przyłapany, zakaz prowadzenia pojazdu wydłuży się do sześciu miesięcy. Zatrzymanie po raz trzeci oznacza definitywne cofnięcie uprawnień. Kierowcy, którzy prowadzą po alkoholu (ponad 0,5 promila), mogą nie tylko trafić do więzienia, zapłacą też minimum 5000 zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym. Zdaniem Morzyckiego surowe kary mogą wpłynąć na sposób rozumowania kierowców, którzy w obawie przed utratą prawa jazdy zdejmą nogę z gazu.

Zmiany w przepisach dotyczą głównych przyczyn wypadków samochodowych. Mam nadzieję, że przyczyni się to do zmniejszenia liczby wypadków i ofiar. W poprzednich latach takie poważne zmiany przynosiły pozytywne skutki, np. w roku, w którym pojawiły się fotoradary, odnotowaliśmy największy procentowy spadek liczby wypadków drogowych – podkreśla ekspert.

W prawie o ruchu drogowym wciąż brakuje jednak przepisów, które mogłyby zmniejszyć liczbę wypadków z udziałem pieszych, a tych w Polsce jest wyjątkowo dużo. Pieszy jest co trzecią ofiarą wypadku. Jak wynika z danych policji, w ubiegłym roku doszło do ponad 9,1 tys. wypadków, w których zginęło 1116 pieszych. „Podręcznik o ochronie pieszych” przygotowany przez Krajową Radę Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego wskazuje co prawda, że na polskich drogach ginie coraz mniej pieszych (do 2008 roku było ok. 2 tys. ofiar), jest ich jednak znacznie więcej niż na Zachodzie.

Pod względem ochrony pieszych Polska należy do najsłabszych państw w Europie. Co piąty pieszy, który ginie w Unii, to pieszy w Polsce. Dlatego liczymy, że kolejną zmianą przyjętą przez parlament będzie lepsza ochrona tych najsłabszych uczestników ruchu drogowego, czyli właśnie pieszych – zaznacza prezes Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Trwają prace nad przepisami, dzięki którym pieszy ma mieć zawsze pierwszeństwo na pasach. Tak jest w większości krajów Europy, gdzie za niezatrzymanie się przed zebrą, przy której stoi pieszy, grozi nawet utrata prawa jazdy. Obecnie w Polsce pieszy, która znajduje się na zebrze ma pierwszeństwo, to jednak tylko teoria. Ze statystyk wynika, że co trzeci wypadek ma miejsce na przejściu dla pieszych.

Posłowie pracują nad projektem, który mógłby zapewnić większą ochronę, bo kierowcy musieliby przepuszczać pieszych nie dlatego, że są dobrze wychowani, ale dlatego, że tak stanowi prawo. Myślę, że taka zmiana zostanie przegłosowana jeszcze w tej kadencji Sejmu – ocenia Bartłomiej Morzycki.

Znajomość języków skandynawskich coraz częściej oczekiwana przez pracodawców

Minimum dwa języki obce, w tym biegły angielski to wymagania polskich pracodawców, które już stały się standardem. Jako drugi język najlepiej wciąż widziany jest niemiecki lub rosyjski. Ze względu na zwiększające się kontakty biznesowe z krajami skandynawskimi rośnie także zapotrzebowanie na osoby władające szwedzkim, duńskim lub norweskim. W cenie są także języki orientalne, zwłaszcza chiński i arabski.

Znajomość języków obcych to dziś jedna z najbardziej liczących się umiejętności na rynku pracy. Z danych GUS wynika, że osoby posługujące się biegle przynajmniej jednym językiem obcym zarabiają znacznie więcej niż pracownicy nieposiadający takiej umiejętności. Większość pracodawców oczekuje nawet od szeregowych pracowników znajomości co najmniej dwóch języków obcych – angielskiego w stopniu biegłym oraz drugiego języka na poziomie co najmniej komunikatywnym.

Znajomość angielskiego to niejako umiejętność podstawowa, która może być nawet porównywana do umiejętności obsługi komputera. Warto zadbać o to, by poza językiem angielskim biegle posługiwać się też innym językiem obcym. Przedsiębiorcy w tym momencie poszukują osób ze znajomością takich języków jak francuski, hiszpański, rosyjski czy niemiecki. To te języki – poza angielskim – są pożądane przez pracodawców – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Marcinkowska, menadżer w szkole językowej Skrivanek.

W rankingach języków, których najchętniej uczą się Polacy, dominuje angielski i niemiecki. Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że w tym roku na maturze egzamin z angielskiego wybrało 90 proc. licealistów oraz 85 proc. absolwentów techników. Na drugim miejscu znalazł się język niemiecki, który zdawać będzie 13 proc. wszystkich maturzystów, a na trzecim rosyjski. Popularność języka niemieckiego wynika przede wszystkim z dobrych perspektyw zawodowych, zwłaszcza w biznesie, ze względu na ożywioną wymianę gospodarczą między Niemcami a Polską.

Wśród Polaków rośnie także popularność języków skandynawskich. Wynika to z coraz częstszych i szerszych kontaktów biznesowych między firmami polskimi i skandynawskimi oraz rosnącej emigracji zarobkowej do Szwecji, Norwegii i Danii.

– Pod względem liczby użytkowników posługujących się danym językiem obcym na pewno na pierwszych miejscach, poza językiem angielskim, powinniśmy wymienić język mandaryński, hiszpański, arabski i francuski. Warto wspomnieć, że te największe i najprężniej rozwijające się gospodarki to właśnie Chiny, Stany Zjednoczone, Indie, Brazylia i Rosja. Myślę, że warto inwestować w języki, którymi posługują się te kraje – mówi Magdalena Marcinkowska.

Wymogi rynku pracy sprawiły, że Polacy bardzo dobrze wypadają w rankingach znajomości języków obcych. W rankingu Education First, sprawdzającym znajomość języka angielskiego w firmach, Polska uplasowała się na 7. miejscu, wyprzedzając takie kraje, jak Niemcy i Szwajcaria. W pierwszej szóstce rankingu znalazły się kraje skandynawskie, Belgia i Holandia. Z badań Education First wynika również, że co drugi dorosły Polak posługuje się co najmniej jednym językiem obcym, a 40 proc. Polaków zna język angielski na poziomie komunikatywnym.

Zgoda na koncentrację – Węglokoks Kraj i Kompania Węglowa

UOKiK wydał zgodę na zakup przez Węglokoks Kraj dwóch kopalń należących do Kompanii Węglowej. Przeprowadzone postępowanie wykazało, że koncentracja nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji.

W wyniku transakcji Węglokoks Kraj ma nabyć część mienia Kompanii Węglowej w postaci zakładów górniczych: KWK Bobrek i KWK Piekary.

Podstawą zgłoszenia zamiaru koncentracji jest przedwstępna umowa pomiędzy Węglokoks Kraj a Kompanią Węglową. Zgodnie z deklaracją wnioskodawcy celem transakcji jest pozyskanie bazy surowcowej węgla energetycznego. Jednocześnie ma ona umożliwić wsparcie przejmowanych zakładów górniczych, m.in. zapewniając środki niezbędne do ich restrukturyzacji oraz dalszego funkcjonowania.

Analiza UOKiK wykazała, że koncentracja nie będzie miała wpływu na rynek wprowadzania do obrotu (produkcji i sprzedaży oraz importu) węgla energetycznego, na którym działają przejmowane kopalnie. Nie działają na nim bowiem podmioty należące do przejmującej spółki.

Urząd stwierdził również, że nie dojdzie do ograniczenia konkurencji na krajowych rynkach produkcji i sprzedaży obudów chodnikowych oraz akcesoriów górniczych: strzemion, stojaków i stopnic. Ich producentem jest Huta Łabędy należąca do Węglokoksu, natomiast odbiorcami jej produktów są kopalnie należące do Kompanii Węglowej. Posiadają one  jednak niewielkie udziały w rynkach zakupów tych wyrobów i dlatego w wyniku koncentracji nie zmieni się znacząco pozycja rynkowa Huta Łabędy.

Węglokoks Kraj prowadzi działalność w zakresie wzbogacania miałów energetycznych węgla i ich sprzedaży w Polsce. Należy do grupy kapitałowej Węglokoks, która zajmuje się głównie hurtowym handlem węglem kamiennym i surowcami energetycznymi oraz produkcją wyrobów hutniczych. W skład grupy kapitałowej Kompania Węglowa wchodzą 22 spółki, 14 kopalń oraz 5 zakładów pomocniczych.

 

Koniec taniej ropy

Wiadomość o wzroście deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych do najwyższego poziomu od ponad sześciu lat – z 35.9 mld USD w lutym do 51.4 mld USD w marcu – przyczyniła się podczas wczorajszej sesji do znaczących wzrostów na rynku surowców. W reakcji na dane opublikowane przez amerykański Departament Handlu, cena ropy WTI na giełdzie paliw NYMEX w Nowym Jorku podrożała o 3%, przekraczając tym samym poziom 61.5 USD za baryłkę. Istotne zwyżki widoczne były także na giełdzie paliw ICE Futures Europe w Londynie, gdzie za baryłkę ropy Brent inwestorzy musieli zapłacić we wtorek ponad 68 USD za baryłkę.

Dzisiejsza sesja zostanie zdominowana przez publikację usługowych indeksów PMI dla największych światowych gospodarek. Popołudniu poznamy także dane obrazujące aktualną sytuację na amerykańskim rynku pracy, w tym raport ADP ukazujący szacunkową zmianę zatrudnienia w tamtejszym sektorze pozarolniczym (prognoza 200K). Uwagę inwestorów znad Wisły przyciągnie natomiast treść komunikatu z ostatniego posiedzenia RPP.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

saxo bank

NZD traci po słabym raporcie w sprawie zatrudnienia

Opublikowany ubiegłej nocy raport w sprawie zatrudnienia w Nowej Zelandii w I kwartale okazał się słabszy, niż przewidywano: wbrew powszechnym oczekiwaniom, skorygowana w górę stopa bezrobocia (5,8%) nie została obniżona. Wzrost zatrudnienia również okazał się niższy, niż zakładano, mimo iż w ujęciu miesięcznym liczba nowych miejsc pracy była konkretna; wysoki współczynnik aktywności zawodowej częściowo tłumaczy gorszą, niż przewidywano stopę bezrobocia.

Również i płace w Nowej Zelandii nie sięgnęły oczekiwanego poziomu, dlatego rynek nadal wyprzedaje NZD, a para AUD/NZD przekroczyła poziom 1,0500, natomiast para NZD/USD straciła na wartości pomimo bardzo słabego otoczenia USD.

Od najważniejszego wydarzenia w tym tygodniu, piątkowego amerykańskiego raportu w sprawie zatrudnienia, dzielą nas jeszcze dwa dni, jednak już dziś może nastąpić test potwierdzający, czy inwestorzy mogą kontynuować sprzedaż USD w przypadku mocnego odczytu ADP. Należy podkreślić, że wczorajszy mocny odczyt ISM dla sektora niewytwórczego został całkowicie zignorowany przez rynek.

Sytuacja ta może przede wszystkim wynikać z pozycjonowania, a nie z amerykańskich danych ekonomicznych/prognoz Fed, ponieważ „transakcja makro roku”, czyli kupno akcji europejskich spółek w związku z luzowaniem ilościowym przez EBC i zabezpieczaniem ekspozycji na waluty, ostatnio nie przynosiła szczególnych rezultatów. Obie strony tej transakcji w ubiegłym tygodniu przybrały niefortunny obrót, a przed publikacją ważnego raportem w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych może nastąpić zamykanie znaczących pozycji, ponieważ w przypadku słabego odczytu mogą nastąpić wahania lub wręcz katastrofy na rynkach.

Najważniejsze pytanie brzmi obecnie: czy ten trend/squeeze zasadniczo zmierza już ku końcowi, czy też ryzykujemy jego kontynuację po piątkowej publikacji? Innymi słowy, wszystko zależy teraz od liczby skorygowanych już pozycji i do treści samego raportu. Obserwujcie sytuację.

Wykres: NZD/USD

Po słabych danych z Nowej Zelandii ubiegłej nocy wszystko przemawia obecnie za spadkiem w parze NZD/USD, jednak poziomy USD w pozostałych parach wskazują na możliwość zahamowania tego ruchu. Utrzymanie znaczącego spadku w tej parze będzie trudne, chyba że USD po publikacji raportu w sprawie zatrudnienia w najbliższy piątek podejmie walkę i rozpocznie rajd.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta jest zasadniczo słaba. Rynek, o dziwo, zignorował wczorajsze mocne wyniki badania sektora niewytwórczego ISM i najwyraźniej zakłada, że Fed potrzebuje zdecydowanych dowodów na ożywienie w II kwartale, zanim prognozy dotyczące stóp zostaną podwyższone. Bez względu na wynik, piątkowy raport w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych będzie istotnym katalizatorem.

EUR: squeeze utrzymuje się i jest wyraźnie powiązany z osłabieniem na rynku akcji. Co jednak wydarzy się w piątek w przypadku mocnego odczytu zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych? Zdecydowany wzrost oczekiwań wobec Fed mógłby negatywnie wpłynąć na apetyt na ryzyko, ale wesprzeć USD. Ciekawi mnie, czy zobaczymy zmianę paradygmatu, czy też negatywną korelację apetytu na ryzyko z parą EUR/USD, kiedy nie będzie już różnicy pomiędzy inwestowaniem w akcje europejskie i w parę EUR/USD.

JPY: waluta w tym tygodniu zachowuje się biernie, ponieważ Japonia dopiero jutro kończy długi weekend. Największym zainteresowaniem cieszy się para USD/JPY w związku z piątkowym raportem w sprawie zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych i reakcją na ewentualne podwyższenie oczekiwań wobec zmiany stóp Fed w przypadku mocnego odczytu. Para USD/JPY tradycyjnie najmocniej reaguje na dane ze Stanów Zjednoczonych, mimo iż od jakiegoś czasu nie miało to miejsca ze względu na transakcje carry w EUR.

GBP: funt szterling czeka na wyniki wyborów pod koniec tygodnia lub nawet po weekendzie. Rząd torysów znacznie bardziej umocniłby brytyjską walutę, niż rząd laburzystów, a sondaże wydaje się podzielone. Rynek nie jest zatem pewny co do dalszych ruchów, mimo iż w wycenach uwzględniono już pewną dawkę ostrożności, ponieważ w przypadku zwycięstwa Partii Pracy istnieje ryzyko spadku GBP.

CHF: waluta jest nadal stosunkowo mocna. Wczoraj spready państw peryferyjnych UE wzrosły pomimo niedawnej poprawy sytuacji i może rozpocząć się przepływ kapitału do tzw. bezpiecznej przystani. W parze EUR/CHF poziom 1,0350 to wsparcie Fibonacciego, natomiast para USD/CHF może wyjątkowo dużo stracić na wartości w przypadku mocnego odczytu zatrudnienia w Stanach Zjednoczonych w najbliższy piątek.

AUD: kluczowym katalizatorem będzie dzisiejszy odczyt zatrudnienia w Australii. Rynek znienacka wykazuje olbrzymi optymizm wobec australijskiej gospodarki, być może w związku z mocnym odczytem chińskiego PMI w sektorze usługowym ubiegłej nocy. W wycenach uwzględniono ryzyko powrotu do średniej, jednak w przypadku słabego raportu dzisiejszej nocy reakcja rynków będzie negatywna.

CAD: waluta jest nadal mocna względem USD w związku z wysokimi cenami ropy i pomimo wczorajszej informacji, że w marcu kanadyjski deficyt handlowy był najgorszy w historii. Dzisiejszy odczyt PMI Ivey może dostarczyć nowych argumentów, mimo iż badanie to słynie ze zmiennych wyników. Największy wpływ na kurs CAD będą miały piątkowe raporty w sprawie zatrudnienia w Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych. W parze USD/CAD 1,2000 to poziom krytyczny.

NZD: waluta jest słaba we wszystkich parach po niekorzystnym raporcie w sprawie zatrudnienia ubiegłej nocy; rynek zaczyna w większym stopniu uwzględniać w wycenach przyszłe cięcia stóp przez RBNZ. Już wkrótce ruch ten się wyczerpie, jednak nowozelandzkiej walucie zadano istotny cios i w najbliższych tygodniach można nastawiać się na sprzedaż w przypadku rajdów.

SEK: nie stawiam żadnej prognozy tak długo, jak para EUR/SEK pozostawać będzie w wąskim przedziale pomiędzy poziomami 9,20 i 9,40; nie wiadomo, jaki jest nowy katalizator SEK.

NOK: wszystko zależy od jutrzejszego posiedzenia Norges Bank. Łatwo jest zakładać niespodziewane złagodzenie polityki w odniesieniu do stóp procentowych na początku norweskiej krzywej dochodowości, jednak ceny ropy w okolicach 70 USD za baryłkę sugerują, że równie dobrze NOK może się umocnić w przypadku bierności lub wzmianek o ryzyku bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości ze strony Norges Bank w sytuacji, gdy ceny ropy nie tylko się ustabilizowały, ale wręcz dramatycznie poprawiły.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: stopa bezrobocia w I kwartale stabilnie na poziomie 5,8% w porównaniu z przewidywanym spadkiem do 5,5%
  • Nowa Zelandia: zmiana zatrudnienia w I kw. wykazała +0,7% k/k i +3,2% r/r w porównaniu z przewidywanymi odpowiednio +0,8%/+3,3% oraz z odnotowanym w IV kw. +3,6% r/r
  • Nowa Zelandia: wzrost płac o 0,3% k/k w porównaniu z przewidywanym wzrostem o 0,4%
  • Wielka Brytania: wskaźnik cen w sklepach (BRC Shop Price Index) w kwietniu wykazał -1,9% r/r w porównaniu z przewidywanym -1,7% i odnotowanym w marcu -2,1%
  • Australia: sprzedaż detaliczna w marcu wykazała +0,3% m/m w porównaniu z przewidywanym wynikiem +0,4%
  • Chiny: odczyt PMI w sektorze usługowym (HSBC) w kwietniu wykazał 52,9 w porównaniu z odnotowanym w marcu 52,3

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: ostateczny odczyt PMI w sektorze usługowym w kwietniu (08:00)
  • Wielka Brytania: wskaźnik PMI w sektorze usługowym (Markit/CIPS Services PMI) w kwietniu (08:30)
  • Strefa euro: sprzedaż detaliczna w marcu (09:00)
  • Szwecja: wystąpienie prezesa Riksbank, Ingvesa (10:00)
  • Stany Zjednoczone: zmiana zatrudnienia (ADP) w kwietniu (12:15)
  • Stany Zjednoczone: jednostkowe koszty pracy/produktywność w sektorze pozarolniczym w I kw. (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie panelowe Yellen z Fed (13:15)
  • Kanada: odczyt PMI (Ivey) w kwietniu (14:00)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie George z Fed (17:15)
  • Stany Zjednoczone: wystąpienie Lockharta z Fed (17:30)
  • Australia: wskaźnik wyników sektora budowlanego (AiG Performance of Construction) w kwietniu (23:30)
  • Australia: zmiana zatrudnienia/stopa bezrobocia w kwietniu (01:30)
  • Japonia: odczyt PMI w sektorze usługowym (Markit) w kwietniu (01:35)

John J Hardy, Saxo Bank

saxo bank

Akcje Wirtualnej Polskiej wzrosły na otwarciu pierwszej sesji o 10 proc.

Wirtualna Polska Holding (WPH), właściciel wiodącej platformy medialnej online w Polsce oraz jeden z największych podmiotów na polskim rynku reklamy internetowej, z sukcesem zadebiutowała dziś na rynku głównym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. Na otwarciu notowań akcje WPH drożały o blisko 10 proc.

W ramach pierwszej oferty publicznej WPH, spółka portfelowa subfunduszu MCI.EuroVentures 1.0, zaoferowała ponad 9,19 mln sztuk akcji, w tym prawie 3,34 mln akcji nowej emisji i 5,85 mln istniejących akcji sprzedawanych przez akcjonariusza, spółkę European Media Holding, której udziałowcami są m.in. fundusze Innova Capital i MCI Management. Akcje zostały przydzielone 7.379 inwestorom indywidualnym oraz 347 inwestorom instytucjonalnym. Stopa redukcji zapisów w pierwszej kategorii inwestorów wyniosła aż 83 proc. Przy cenie sprzedaży akcji 32 zł wartość przeprowadzonej oferty publicznej wyniosła 294,2 mln zł.

Wirtualna Polska Holding jest 7. debiutantem na Głównym Rynku GPW w 2015 roku oraz 474. spółką notowaną na tym rynku.

Spółka WPH w zaledwie kilkanaście miesięcy przeszła proces integracji, rozbudowy oraz zmian wizerunkowych, które doprowadziły do niemal potrojenia jej wartości rynkowej.

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 07.05.2015 Piotr Lonczak Analityk Cinkciarz.pl

Przedsiębiorcy chcą więcej uprawnień w starciu z UOKiK

0

Przedsiębiorcom należy zapewnić odpowiednie uprawnienia i gwarancje procesowe, pozwalające na obronę ich praw. Stąd też, niektóre proponowane w projekcie rozwiązania wymagają uzupełnienia, celem realizacji zasady sprawiedliwości proceduralnej – uważa Konfederacja Lewiatan oceniając projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów.

– W kwietniu br. opublikowany został projekt nowelizacji ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów. Projekt, oprócz kompleksowej reformy systemu abstrakcyjnej kontroli wzorów umów, zakłada zwiększenie kompetencji Prezesa UOKiK w obszarze ochrony konsumentów (decyzje tymczasowe, publikacje ostrzeżeń, „tajemniczy klient”). Co ciekawe, uzasadnienie do projektu, zdaje się wskazywać, że zmiany podyktowane są nieprawidłowymi – w ocenie UOKiK – praktykami na rynku finansowym.

Tymczasem, nowelizacja swoim zakresem w zasadzie obejmuje wszystkich przedsiębiorców ze wszystkich branż. Oczywistym jest, że Prezes UOKiK musi mieć odpowiednie uprawnienia, do zwalczania zakazanych praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów i innych, nielegalnych zachowań na polskim rynku. Tym niemniej, przedsiębiorcom należy zapewnić odpowiednie uprawnienia i gwarancje procesowe – mówi Bartosz Wyżykowski, radca prawny z departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Decyzje tymczasowe
Wśród proponowanych w projekcie środków zwłaszcza decyzja tymczasowa stanowi instrument prawny, który w bardzo dużym stopniu ingeruje w swobodę działalności gospodarczej. Istotą tego narzędzia jest zobowiązanie przedsiębiorcy do określonego działania lub powstrzymywanie przedsiębiorcy od określonego zachowywania się na rynku, pomimo braku prawomocnego orzeczenia odnośnie kwalifikacji tego zachowania (np. zakaz emitowania reklamy lub oferowania określonego produktu). Wydanie takiej decyzji nie następowałoby oczywiście arbitralnie, a tylko wówczas, jeżeli zostanie uprawdopodobnione, że dalsze stosowanie zarzucanej praktyki może spowodować poważne i trudne do usunięcia zagrożenia dla zbiorowych interesów konsumentów. Tym niemniej, są to bardzo ogólne klauzule generalne, które organ będzie mógł interpretować bardzo szeroko.

– Z tego powodu, kluczowym jest zapewnienie szybkiej kontroli sądowej takich decyzji. Nad wyborem konkretnego rozwiązania można dyskutować. Możliwa wydaje się kontrola ex ante, wyrażona w formie zgody sądu (SOKiKu) – bez takiej zgody działanie organu nie byłoby dopuszczalne. Ponadto, przedsiębiorcy powinno przysługiwać prawo do zaskarżenia „decyzji” sądu. Można też wprowadzić mechanizm zatwierdzania przedmiotowej decyzji ex post – przez SOKiK, przykładowo w trybie analogicznym jak w przypadku postępowania zabezpieczającego, uregulowanego w kodeksie postępowania cywilnego. Wówczas, od decyzji tymczasowej, przedsiębiorcy służyłby sprzeciw (odwołanie), wnoszony do SOKiK i niweczący skutki tej decyzji. SOKiK rozpoznawałby sprzeciw w przyśpieszonym trybie i albo udzielałby zabezpieczenia, albo odmawiałby jego udzielenia – dodaje Bartosz Wyżykowski.

Publikacja ostrzeżeń i komunikatów
Projekt zakłada również, że Prezesowi UOKiK przysługiwać będzie prawo do nieodpłatnej publikacji ostrzeżeń i komunikatów – w formie i czasie przez siebie określonym – w publicznym radiu i telewizji. Sam pomysł, aby publikacje możliwe były nie tylko, jak obecnie, w sprawach dotyczących praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów, ale szerzej, nie budzi większych zastrzeżeń. Jednakże, przesłanki, stanowiące podstawę prawną do takiego działania powinny być ściśle określone. Tymczasem, projekt nie zawiera żadnego katalogu okoliczności lub podstaw prawnych, warunkujących możliwość publikowania przedmiotowych ostrzeżeń. Kluczowym dla oceny tej propozycji jest też odpowiedź na pytanie, czy komunikaty mają mieć charakter ogólny (tj. będą dotyczyć określonych zjawisk na rynku, tendencji rynkowych), czy też odnosić się mają do zachowania konkretnego przedsiębiorcy. Wydaje się, że intencją projektodawców jest możliwość publikowania obu rodzajów komunikatów. W takim wypadku, koniecznym jest jednak zapewnienie przedsiębiorcy, który się nie zgadza z takim komunikatem, możliwości jego podważenia czy zaskarżenia.

Konfederacja Lewiatan

 

Google zachęca Polaków do głosowania

Wybory prezydenckie odbędą się już w najbliższą niedzielę, 10 maja. Wcześniej firma Google zaangażowała się w organizację serii Hangoutów na żywo z kandydatami na prezydenta, oraz uruchomiła specjalnie z tej okazji serwis google.pl/wybory , który ma pomóc dokonać świadomego wyboru.

Google strona wybory 2015

Znajdziecie w nim informacje o wszystkich kandydatach pochodzące z serwisu MamPrawoWiedziec.pl oraz najnowsze wiadomości o wyborach pochodzące z Google News, w tym z 300POLITYKA, Dziennik.pl, Gazeta.pl, naTemat.pl oraz Wirtualnej Polski.

Zachęcamy Was do głosowania! Marta Poślad, Senior Policy AnalystCEO Magazyn Polska

Konferencja „Patenty na konkurencyjnym rynku”

Ministerstwo Gospodarki oraz Urząd Patentowy RP serdecznie zapraszają do wzięcia udziału w konferencji „Patenty na konkurencyjnym rynku”, która odbędzie się 12 maja 2015 r. w Ministerstwie Gospodarki (Sala pod Kopułą, wejście od ul. Wspólnej).

Celem konferencji będzie m.in. próba udzielenia odpowiedzi na następujące pytania związane ze strategią wykorzystania ochrony patentowej do rozwoju biznesowego:

  • jakie są korzyści i ryzyka związane z ubieganiem się o ochronę patentową?
  • czy koncentrować się wyłącznie na rynku krajowym, czy też już wcześniej planować ochronę na rynkach zagranicznych?
  • jak zaplanować sposób i terytorium chronienia innowacji, aby zmaksymalizować korzyści z ochrony?
  • jakie są koszty związane z ochroną i jak skutecznie tymi kosztami zarządzać?jak wykorzystują patenty przedsiębiorcy w Polsce, a jakie są tendencje za granicą?

Po zakończeniu konferencji eksperci Urzędu Patentowego RP będą udzielali odpowiedzi na pytania indywidualne uczestników.

Udział w konferencji jest bezpłatny.

Ministerstwo Gospodarki (MG)