Polskie firmy są coraz bardziej aktywne na rynku kosmicznym. Do konkursów organizowanych przez Europejską Agencję Kosmiczną złożono 143 propozycje, a do wdrożenia zarekomendowano 62 projekty o wartości blisko 11 mln euro. Firmy wciąż jednak nie są gotowe na samodzielne realizowanie międzynarodowych projektów kosmicznych. Konieczne jest do tego albo pozyskanie zagranicznych partnerów, albo współpraca między rodzimymi firmami. W integracji rynku może pomóc powstała w lutym Polska Agencja Kosmiczna.
– Branża w Polsce dopiero wystartowała. W Europejskiej Agencji Kosmicznej jesteśmy dopiero od dwóch lat i od tego momentu tak szeroko możemy brać udział w pracach związanych z przemysłem kosmicznym. Wcześniej w Polsce firm, które zajmowałyby się przemysłem kosmicznym, było jak na lekarstwo – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Brona, prezes zarządu Creotech Instruments.
Przystąpienie Polski do Europejskiej Agencji Kosmicznej dało szanse na rozwój branży. W ciągu dwóch lat w konkursach organizowanych dla polskiego przemysłu rodzime firmy złożyły 143 propozycje. Do realizacji wybrano 62 o wartości 11 mln euro, z czego do przemysłu trafiło ponad 8 mln. Znacznie wzrosła także liczba podmiotów, które zarejestrowały się na portalu ESA dla kontraktorów z sektora przemysłowego. Obecnie jest ich ok. 200. Dla porównania pod koniec 2012 roku było ich niecałe 50.
Jak jednak zaznacza Brona, polskie firmy skupiają się przede wszystkim na IT, np. na przetwarzaniu danych.
– Niewiele firm startuje w obszarze hardware’u, czyli sprzętu wysyłanego w kosmos. Aby wystartować w tym obszarze, należy podjąć najpierw duże nakłady finansowe, wybudować odpowiednie laboratoria, zainwestować w kadrę, przejść szkolenia w ośrodkach zagranicznych, a w końcu – kupić drogi sprzęt – wyjaśnia ekspert.
Dlatego wydaje się, że w najbliższym czasie polskie firmy nie będą w stanie samodzielnie prowadzić dużych międzynarodowych projektów kosmicznych. Szansą może być nawiązanie współpracy z dużymi zagranicznymi partnerami, którzy zapewnią transfer technologii. Inną możliwością jest szersza integracja branży w Polsce. Może w tym pomóc Polska Agencja Kosmiczna, która rozpoczęła działalność kilka tygodni temu.
– To zarówno integrator, jak i animator rynku. Ma ona przede wszystkim wyznaczać cele dla polskiego przemysłu kosmicznego, które będą osiągalne nie w perspektywie roku, ale w perspektywie 5 czy 10 lat – przekonuje Brona.
Creotech Instruments jest jedną z nielicznych polskich firm, która skupia się na budowie sprzętu kosmicznego i jest w stanie tworzyć konkretne systemy. Dzięki wsparciu Mazowieckiej Jednostki Wdrażania Programów Unijnych w wysokości 750 tys. zł udało się stworzyć cleanroom, czyli dwa sterylne pomieszczenia, w których można montować i testować elementy elektroniczne, które zostaną wysłane w kosmos, czy elementy optyczne na potrzeby projektów kosmicznych.
– Obecnie montujemy pierwsze układy, które w przyszłym roku trafią na Międzynarodową Stację Kosmiczną. To układy eksperymentu ASIM, który będzie obserwować górne warstwy atmosfery w poszukiwaniu wyładowań. Będziemy tam integrować układy satelitarne tak, żeby w przeciągu 3-5 lat móc zintegrować całe średniej wielkości satelity o wadze do 150 kg – wyjaśnia Brona.
Chińskie firmy nadal nie postrzegają Polski jako samodzielnego rynku w Europie, ale zaczynają doceniać cały region Europy Środkowo-Wschodniej. Dostrzegają, że to dobre miejsce do inwestowania. Warszawski oddział Industrial and Commercial Bank of China pomaga im nawet szukać okazji do przejęć w Polsce. Oferuje też wsparcie polskim podmiotom, które chcą wejść na rynek Państwa Środka.
W zeszłym roku Polska zaimportowała z Chin towaru o wartości ponad 17,4 mld euro, czyli o 19 proc. więcej niż w 2013 roku. Państwo Środka stało się więc drugim najważniejszym krajem w polskim imporcie (10,5 proc.). Polski eksport do Chin jednak praktycznie się nie liczy. Nie znalazły się on nawet w pierwszej dziesiątce zestawienia krajów, do których sprzedajemy towary.
– Trzeba popatrzeć na współpracę z dwóch perspektyw: z perspektywy eksportu Chin do Polski i eksportu polskich produktów do Chin – mówi agencji informacyjnej Newseria Jakub Szymański, manager departamentu bankowości korporacyjnej i inwestycyjnej w warszawskim oddziale Industrial and Commercial Bank of China (Europe). – Chińskie produkty mają przewagę cenową i coraz bardziej odpowiedni stosunek ceny do jakości. Polskie produkty mają przewagę jakościową, ale niestety nie są rozpoznawalne w Chinach, co trzeba zmienić. Nie jest to jednak takie łatwe.
Jak podkreśla, wymiana handlowa między Polską a Chinami nie dorównuje dziś potencjałowi ich gospodarek. Priorytetem strony polskiej jest zmniejszanie dysproporcji między importem a eksportem. Coraz więcej firm interesuje się rynkiem Państwa Środka. Tym bardziej że zdaniem Szymańskiego finansowanie ekspansji nie jest już dzisiaj problemem.
– Nasz bank jest największym bankiem w Chinach, mamy ponad 4,5 mln klientów korporacyjnych. Gdyby jakaś polska firma chciała eksportować do Chin, to możemy sprawdzić kontrahenta albo nawet pomóc w znalezieniu zaufanego partnera, dobrze usytuowanego na danym rynku – mówi Jakub Szymański.
Jak podkreśla, dla chińskiego inwestora rynkiem pierwszego wyboru są Stany Zjednoczone i Europa Zachodnia, a w dalszej kolejności Australia, Nowa Zelandia i kraje azjatyckie, które są zbliżone do rynku chińskiego.
W ubiegłym roku wartość chińskich inwestycji na Starym Kontynencie sięgnęła rekordowego poziomu 18 mld euro – wynika z danych Baker & McKenzie. Najpopularniejsze branże to rolnictwo, sektor spożywczy i energetyka, ale coraz chętniej Chińczycy wybierają nieruchomości i finanse. Chociaż rośnie zainteresowanie inwestorów Polską, to wciąż ich udział jest niewielki.
– Patrząc na potencjał Polski i kampanię otwierania się Chin na świat, widzimy, że tych inwestycji w Polsce na razie jest mało – ocenia Jakub Szymański. – Parę lat temu największa inwestycja flagowa to była Huta Stalowa Wola, która została przejęta przez LiuGong, jedną z największych firm sprzętu ciężkiego w Chinach. Dwa lata temu Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku, która została przejęta przez Tri-Ring. To są przykłady udanych inwestycji i chcielibyśmy dążyć do ich zwiększenia w Polsce.
Ekspert zaznacza jednak, że Polska wciąż jest traktowana jako część całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej.
– Chodzi o 16 państw od Bałtyku po granicę Grecji. Chiny traktują ten cały region jako jeden. Widać, że cieszy się on coraz większym zainteresowaniem. W tym Polska stanowi 40 proc. rynku, więc jest dużo do zrobienia – mówi Szymański.
W praktyce oznacza to, jak ocenia przedstawiciel polskiego oddziału największego chińskiego banku, że przedsiębiorcy z tego kraju zaczynają przynajmniej rozważać ten nowy kierunek ekspansji.
– Mamy często zapytania od naszych klientów korporacyjnych w Chinach, regularnie dostajemy listy, jaki klient szuka jakiego targetu, jakiej firmy na zakup – podkreśla Jakub Szymański. – Zazwyczaj chińskie inwestycje działają tak: Chińczycy nie chcą zaczynać na nowym rynku od zera, tylko wolą kupić firmę już dobrze usytuowaną, z know-how, dystrybucją i technologią, która mogłaby też stanowić dobrą synergię dla tej firmy w Chinach i tak właśnie wkraczać na nowe rynki.
Spółka ETOS, właściciel sieci salonów odzieżowych Diverse, planuje dalszy wzrost, pomóc ma w tym rozwój sieci sprzedaży w Polsce i za granicą. W ciągu niespełna 6 lat powierzchnia sprzedaży ma wzrosnąć o 150 proc. Rozpoczęła się właśnie oferta publiczna akcji spółki. Jej debiut na warszawskiej giełdzie planowany jest na maj.
Na koniec 2014 roku marka Diverse miała w całym kraju sieć 241 salonów odzieżowych o powierzchni niemal 34 tys. mkw. Mniej więcej połowa z nich to sklepy własne firmy, druga połowa to placówki franczyzowe. W tym roku ETOS chce otworzyć kolejne sklepy, o łącznej powierzchni 14 tys. mkw. To jednak nie koniec planów rozwoju.
– Marka Diverse rozwija się bardzo szybko, planujemy otworzyć do 2019 roku około 80 tys. mkw. nowej powierzchni handlowej w Polsce i za granicą –mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Bielski, prezes zarządu ETOS SA.
Spółka zarządza siecią sprzedaży salonów z odzieżą sprzedawaną pod markami Diverse i Diverse Extreme Team. Tylko w pierwszym kwartale tego roku powstało 3,4 tys. mkw. nowej powierzchni, czyli o jedną trzecią więcej niż przed rokiem. ETOS chce też systematycznie zwiększać metraż sklepów – dziś jest to ok. 140 mkw. W pierwszym etapie metraż ma wzrosnąć do min. 250 mkw., w drugim etapie – do około 400 mkw. To wiąże się też z powiększeniem kolekcji. Ambitne plany rozwoju to efekt optymistycznych prognoz dla rynku odzieżowego.
– Widzę tu ogromny potencjał, szczególnie w przypadku marek wyrazistych i spójnych, a takim brandem jest właśnie Diverse. W Polsce wydatki na odzież wzrastają z roku na rok, dlatego do sukcesu naszej marki w kolejnych latach na pewno przyczyni się wzrost konsumpcji w Polsce i Europie – mówi Bielski.
Jak szacuje firma PMR, w kolejnych czterech latach rynek odzieży i obuwia w Polsce będzie się stabilnie rozwijał i wzrośnie z 30 mld zł do 37,8 mld zł w 2019 roku.
Początkowo ETOS zamierza finansować rozwój ze środków własnych. W 2014 roku dynamika wzrostu sprzedaży spółki wyniosła prawie 30 proc. Zeszłoroczny zysk netto wyniósł zaś 18,7 mln zł i był o ponad 40 proc. wyższy niż w roku 2013.
ETOS zamierza rozwijać sieć sklepów z marką Diverse za granicą. W ubiegłym roku eksport, głównie na Wschód, stanowił około 1,5 proc. przychodów spółki.
– W tym roku planujemy otworzyć sklepy franczyzowe w Czechach i na Słowacji – zaznacza Marcin Bielski.
Spółka ETOS rozpoczęła publiczną ofertę akcji, która obejmuję sprzedaż do 13 513 000 akcji spółki po cenie maksymalnej 17,5 zł. Inwestorzy indywidualni będą mogli zapisać się na akcje spółki ETOS w dniach od 29 kwietnia do 6 maja, m.in. w punktach obsługi klientów Domu Maklerskiego BZ WBK. 8 maja zostanie podana ostateczna cena sprzedaży oraz ostateczna liczba akcji oferowanych.
Inwestorzy instytucjonalni będą zapisywać się na akcje w dniach od 8 do 12 maja. Przydział akcji dla inwestorów indywidualnych jest planowany do 14 maja. Debiut i pierwszy dzień notowań akcji spółki ETOS jest planowany na 22 maja.
– Spółka ETOS i marka Diverse mają bardzo długą historię działalności na polskim rynku. Jest rozpoznawalna i bardzo dobrze postrzegana przez naszych klientów, dlatego ma ogromny potencjał – ocenia prezes zarządu ETOS SA.
Sukces spółki ETOS opiera się na sile marki Diverse obecnej na polskim rynku od 1993 roku. W rankingu najmocniejszych marek „Rzeczpospolitej” z 2014 roku, Diverse znalazł się w gronie najbardziej rozpoznawalnych polskich marek w sektorze odzież i obuwie.
– Wyróżniamy się na tle konkurencji tym, że dostarczamy naszym klientom produkty wysokiej jakości, które kojarzą się z aktywnym stylem życia i otwarciem na nowe wyzwania. Najważniejszym narzędziem w naszej komunikacji marketingowej jest wspieranie imprez związanych ze sportami wyczynowymi i ekstremalnymi. Promocja marki Diverse podczas rowerowych mistrzostw Polski i Europy – Diverse Downhill Contest czy Mistrzostw Świata we Freestyle Motocrossie – Diverse Night of the Jumps zdecydowanie wyróżnia nasz przekaz od konkurencji i naszym zdaniem umożliwia dotarcie do szerszej grupy klientów – mówi prezes Bielski.
Orange zmienia podejście do obsługi klienta. W Warszawie otworzono pierwszy interaktywny salon, w którym klienci mogą swobodnie przetestować produkty i zapoznać się z ofertami telekomu dostosowanymi do ich potrzeb. Warszawski Smart Store to drugi taki salon w Europie. W planach na kolejne miesiące jest 10 tego typu placówek w największych miastach w Polsce.
– Chcielibyśmy jak najszybciej iść do przodu. W pierwszym kroku – w ciągu kilkunastu miesięcy – planujemy mieć po jednym takim salonie w największych miastach Polski, czyli ok. 10 placówek. Obserwując reakcję klientów na nowy salon, będziemy podejmowali decyzje o dalszym rozwoju – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bożena Leśniewska, dyrektor wykonawczy ds. sprzedaży w Orange Polska.
Smart Store w centrum Warszawy jest do dyspozycji klientów od 28 kwietnia. Jak podkreślają przedstawiciele firmy, to interaktywny salon przyszłości, który jest elementem nowego podejścia Orange do obsługi klienta.
– Koncepcja tego miejsca zakłada stworzenie przestrzeni, która jest przyjazna, ciepła i domowa, a jednocześnie przenosi klienta w świat nowych technologii i rozwiązań – podkreśla Leśniewska.
Salon został podzielony na trzy główne strefy, czyli Dom, Rozrywka i Firma, wskazane przez klientów jako najważniejsze. W każdej z nich jest możliwość zapoznania się ze szczegółami oferty. W strefie mobilnej klienci mogą przetestować nowości, w tym telefony, tablety oraz gadżety, np. okulary do wirtualnej rzeczywistości, smartwatche czy drukarkę 3D. Klienci oczekujący na obsługę otrzymują tablet, pełniący rolę wirtualnego przewodnika po salonie. Przykładowo, skanując nim dowolny produkt, otrzymają na ekranie jego pełną specyfikację.
– W Smart Store nie ma klasycznych stanowisk obsługi i przypisanych do nich sprzedawców. Nasz konsultant podąża za klientem do strefy, którą ten sobie wybrał, i przedstawia mu ofertę dostosowaną do jego potrzeb. W każdej strefie możliwe jest dokończenie transakcji i bezgotówkowa płatność – wyjaśnia Bożena Leśniewska.
Nowością jest możliwość załatwienia wielu prostszych spraw od ręki, w recepcji salonu. Pracownicy pomogą zaktualizować dane, sprawdzić wysokość rachunku czy usunąć drobne problemy z telefonem lub kartą SIM. Podobne stanowiska zostaną uruchomione w 60 klasycznych salonach Orange. Nieskomplikowane sprawy klienci załatwią również na stanowiskach samoobsługowych, poprzez serwis internetowy.
Osoby, których sprawa wymaga dłuższego pobytu w salonie, mogą skorzystać z inteligentnego systemu zarządzania ruchem i umówić się na wizytę w dogodnym terminie lub wpisać się w kolejkę oczekujących. O pozycji w kolejce i zaproszeniu do obsługi zostaną powiadomieni SMS-em, a w tym czasie załatwią sobie inne sprawy.
– Pracujemy nad unowocześnieniem platformy informatycznej i przemianą w operatora w większej mierze cyfrowego. Z tym związane są spore nakłady inwestycyjne w wymianę platform zarówno tych, na których obsługujemy klientów, czyli CRM, jak i narzędzi sprzedażowych oraz obsługowych – wymienia Leśniewska.
W ubiegłym tygodniu Orange uruchomił nowy portal samoobsługowy, który z założenia ma być bardziej przyjazny klientowi. Zmiany nastąpiły również na głównej stronie operatora. Unowocześnianie sieci salonów i stron internetowych to wymóg czasów i nowego trendu w obsłudze, czyli tzw. omnikanałowości. Chodzi o takie dostosowanie i zintegrowanie różnych sposobów sprzedaży, aby wzajemnie się uzupełniały, a klient mógł kupować usługi szybko i wygodnie.
Już dziś telekom oferuje m.in. odbiór w salonie rzeczy zakupionej w e-sklepie czy tzw. wirtualną półkę, pomocną przy wyborze telefonu. Zdaniem Leśniewskiej, dziś internet nie zagraża tradycyjnym salonom, wymusił jedynie zmianę ich funkcji.
– W dobie omnikanałowości, widząc, że klienci są niecierpliwi, pracujemy nad tym, jak sprawić, by w wybranym przez nich momencie i miejscu dostępny był wybrany przez nich telefon. Dziś nie każdy chce czekać 2-3 dni na przyjście kuriera do domu. Woli po drodze z pracy czy podczas zakupów wstąpić do salonu i odebrać zamówiony w internecie produkt – mówi dyrektor wykonawczy ds. sprzedaży w Orange Polska. – Są takie miejsca na świecie, np. Francja, gdzie dla klienta jest bardzo istotne, by dostawa była np. w ciągu dwóch godzin. Nie zauważyliśmy jeszcze tej niecierpliwości u Polaków, ale myślę, że prędzej czy później to nastąpi.
Warszawski Smart Store Orange jest drugi w Europie. Pierwszy otworzono w Rumunii w marcu br. Dwa kolejne powstaną we Francji i w Hiszpanii.
Maj to jeden z tych miesięcy, kiedy Polacy wydają znacznie więcej niż przeciętnie. Wyzwaniem dla domowego budżetu jest nie tylko majówka, która w tym roku i tak jest wyjątkowo krótka, lecz także inne wydarzenia, m.in. komunie, Dzień Matki oraz Dzień Dziecka. Planując majowy budżet, warto jednak pamiętać o tym, że zbliżają się miesiące jeszcze większych wydatków związanych z wyjazdami wakacyjnymi.
– 1 maja w tym roku wypada w piątek, w związku z czym będzie to krótszy długi weekend. Średnio wydamy na ten cel ok. 190 zł, co jest dwukrotnością tego, co wydajemy na przeciętny weekend – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska.
Pewnym zaskoczeniem może być to, że mieszkańcy wsi deklarują, że wydadzą na organizacje długiego weekendu więcej niż mieszkańcy dużych miast, liczących powyżej 200 tysięcy osób. W badaniu Barometr Providenta ci pierwsi przeznaczą na ten cel średnio 207 zł, ci drudzy – 195 zł.
Największe wydatki w maju czekają osoby, które będą organizować uroczystość Pierwszej Komunii Świętej dzieci.
– Muszą one liczyć się z wydatkiem ok. 1,5 tys. zł– podkreśla Przemysław Kasza. – Jeśli jesteśmy gościem takiego wydarzenia, musimy liczyć się z wydatkiem ok. 300 zł.
Wydatki zaplanowane przez gości uroczystości pierwszokomunijnych zazwyczaj są związane z ich dochodami. Większość zamierza wydać na ten cel ok. 10 proc. miesięcznych dochodów netto gospodarstwa domowego. Ci, którzy mają dochody do 2 tys. zł, planują więc przeznaczyć na prezent ok. 213 zł, przy dochodach powyżej 5 tys. zł suma ta wynosi 594 zł. Biorąc pod uwagę wielkość miejscowości, najwięcej wydadzą mieszkańcy małych miast (do 50 tysięcy mieszkańców). Tam średnia wydatków sięga 360 zł. Mieszkańcy większych miast planują, że będzie to nieco ponad 300 zł.
To jednak nie koniec majowych okazji do zwiększonych wydatków.
– Na Dzień Matki planujemy wydać ok. 80 zł– informuje przedstawiciel Providenta. –Więcej wydadzą mężczyźni, bo 86 zł, kobiety średnio 75 zł. Z kolei wydatek na Dzień Dziecka to ok. 150 zł.
Na prezenty dla mam mieszkańcy małych miast (do 50 tysięcy) chcą przeznaczyć 94 zł, zaś mieszkańcy metropolii 75,5 zł. 1 czerwca najdroższych prezentów dzieci mogą oczekiwać od babć i dziadków. Osoby w wieku 59+ chcą wydać z okazji Dnia Dziecka 185,8 zł. Dla porównania osoby w przedziale wiekowym 25-39 lat przeznaczą na ten cel 143,7 zł. Droższe prezenty dla dzieci szykują też mieszkańcy małych miast, którzy chcą przeznaczyć na ten cel 162 zł, podczas gdy mieszkańcy z większych ośrodków wydać chcą średnio 141 zł.
Mimo że w maju pojawia się sporo nadzwyczajnych okazji do wydawania pieniędzy, eksperci radzą, by robić to z rozsądkiem.
– Pamiętajmy o tym, że maj to czas poprzedzający okres jeszcze większych wydatków wakacyjnych. Starajmy się oszczędzać i ograniczać majowe wydatki– mówi Przemysław Kasza.
Zwiększone przewozy, wynikające z rosnącego PKB, w przeważającej części trafiają na drogi, a nie na szyny. Konkurencyjność transportu kolejowego nie rośnie, m.in. przez wysokie koszty finansowania infrastruktury. Przewoźnicy starają się rozwiązać również inny problem – związany z interoperacyjnością w przewozach międzynarodowych, czyli dostosowywaniem systemów istniejących w poszczególnych krajach.
– Kolej jako środek transportu nie zyskuje na znaczeniu. To widać od kilku lat – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Staszek, prezes zarządu DB Schenker Rail Polska. – Cały wzrost gospodarczy w Polsce przejmowany jest dzisiaj przez system transportu drogowego. Deklaracje polityków co do promowania kolei nie znajdują, niestety, pokrycia w faktach.
Dostęp do dróg i autostrad wciąż jest w Polsce o wiele tańszy niż do szlaków kolejowych. Firmy działające na tym rynku ponoszą wysokie koszty finansowania infrastruktury i przenoszą je na klientów. Według Urzędu Transportu Kolejowego (UTK) w wyniku między innymi remontów linii kolejowych i sieci trakcyjnych w ubiegłym roku po raz kolejny zmniejszyła się w Polsce średnia prędkość kolei, która obecnie nie przekracza 25 km/h i jest jedną z najniższych w Europie. Na skutek tego zarówno przewozy, jak i masa ładunków spadły o prawie 2 proc.
Innym problemem, z którym muszą sobie radzić przewoźnicy międzynarodowi, jest interoperacyjność, czyli zgodność systemów w poszczególnych krajach. Jak podkreśla Staszek, transport szynowy jest pod tym względem znacznie bardziej wrażliwy.
– Ciężarówką można bez problemu przejechać przez granicę. W przypadku kolei różnica w systemach technicznych powoduje, że konieczna jest zmiana lokomotywy albo przynajmniej maszynisty. Pracujemy nad tym, aby to zmienić – dodaje Marek Staszek.
Podkreśla, że dziś flota wagonów europejskich w większości jest już interoperacyjna. Wykorzystywane są na przykład lokomotywy wielosystemowe. Coraz więcej lokomotyw przejeżdża więc przez granice polsko-niemiecką czy polsko-czeską granicę tak daleko, jak pozwalają na to systemy wysokiego napięcia sieci trakcyjnej.
– Poza tym jest jeszcze inny, istotny aspekt interoperacyjności, czyli obsługa informatyczna systemu kolejowego – zauważa Marek Staszek. – Transport kolejowy w większości odbywa się wciąż w oparciu o dokumentację papierową. DB Schenker Rail wdraża unikalne w skali Europy rozwiązanie, w którym cały ruch pociągów sterowany jest z wykorzystaniem wspólnego systemu IT. Chcemy udostępniać go naszym klientom tak, by mogli sami wprowadzać w nim dane przewozowe oraz śledzić przesyłki.
Tego typu rozwiązania ograniczyłyby konieczność wypełniania papierowych dokumentów.
W ostatnich latach DB Schenker Rail zainwestował ponad 10 mln zł w budowę zakładu naprawy taboru kolejowego. W Rybniku działa system oparty o tzw. linię potokową w odróżnieniu od powszechnie stosowanego systemu gniazdowego. Obecnie naprawa jednego wagonu trwa w zakładzie między 2,5-4 godziny.
– Jest to rozwiązanie dużo bardziej efektywne – ocenia prezes DB Schenker Rail Polska. – Dzisiaj w Rybniku pracujemy na dwóch takich liniach, co oznacza, że w ciągu zmiany roboczej opuszcza nasz zakład od czterech do sześciu wagonów. Udało nam się w ten sposób ściągnąć do Polski naprawy wagonów z całej europejskiej sieci DB. Zdolności produkcyjne wykorzystujemy również, oferując usługi napraw kontrahentom zewnętrznym. Nie wykorzystujemy jeszcze w pełni zdolności produkcyjnych zakładu, ale stworzyliśmy już kilkadziesiąt nowych miejsc pracy.
Brak wykwalifikowanego personelu i systemowej opieki medycznej – to podstawowe problemy polskiej ochrony zdrowia seniorów. Brakuje zwłaszcza pielęgniarek, rehabilitantów i specjalistów od profilaktyki. Bez inwestycji w kadry sytuacja będzie się pogarszać, ponieważ w kolejnych latach odsetek osób starszych w społeczeństwie będzie wzrastać. Obecnie przewlekłe choroby i obniżona sprawność fizyczna to najczęstsze przyczyny wykluczenia społecznego seniorów.
W Polsce stale zwiększa się liczba osób starszych – osoby po 60. roku życia stanowią już 20 proc. społeczeństwa. Z danych Eurostatu wynika, że za sześć lat odsetek ten wzrośnie do 25 proc. W 2014 roku rząd zainaugurował program mający na celu aktywizację seniorów i zapobieganie ich wykluczanie społecznemu. Eksperci zwracają jednak uwagę na specyficzne potrzeby tej grupy osób w zakresie opieki zdrowotnej. Osoby po 60. roku życia wymagają kompleksowej profilaktyki, reagowania na problemy zdrowotne, diagnostyki i terapii z uwzględnieniem rehabilitacji i fizjoterapii, a często także usług opiekuńczych. Z tego względu priorytetami polityki senioralnej w obszarze zdrowotnym powinny być zmiany systemowe, profilaktyka zdrowotna oraz rozwój usług opiekuńczych i społecznych.
– Jeżeli dzisiaj nie zbudujemy dobrych relacji wewnątrzspołecznych w tej sprawie i nie zbudujemy polityki prozdrowotnej, to będziemy mieli w Polsce autentyczną katastrofę – nie tylko demograficzną, lecz także ekonomiczną. Spodziewamy się, że w perspektywie 30-40 lat na jednego pracującego będziemy mieli jedną osobę, która nie pracuje. Ktoś będzie musiał to społeczeństwo utrzymać. Poza tym społeczeństwo osób w wieku starszym będzie zasysało z rynku pracy tych, którzy mogą być produktywni – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Bolesław Samoliński, przewodniczący Rady ds. Polityki Senioralnej MPiPS.
Współczesna medycyna jest w stanie zapewnić seniorom wysokiej klasy profilaktykę zdrowia, a w przypadku zachorowania możliwość sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie. Zdaniem ekspertów w Polsce rozwojowi medycyny nie dotrzymują jednak kroku kadry medyczne, które zmniejszają się z roku na rok. Poziom kształcenia personelu medycznego na polskich uczelniach jest bardzo wysoki, jednak liczba absolwentów jest zdecydowanie zbyt mała.
– Musimy stworzyć nowe zawody w systemie ochrony zdrowia, które wypełnią nam pewne luki, które się pojawiają, bo mamy za mało lekarzy i pielęgniarek i pewnie szybko nie będziemy mieli więcej, a potrzeby społeczne będą rosły, więc będzie potrzeba nowych zawodów – mówi prof. dr hab. n. med. Bolesław Samoliński. – W przypadku osób w wieku starszym rozważa się bardzo istotną rolę wolontariatu. Ale wolontariusz też musi być przysposobiony do tego, jak komunikować się z osobą starszą, jak się nią opiekować. System ochrony zdrowia ma przed sobą bardzo wiele wyzwań w tym zakresie.
W Polsce na 1000 pacjentów przypada pięć pielęgniarek, podczas gdy w Szwajcarii aż 17. Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych wynika, że w wielu szpitalach pielęgniarka podczas jednego dyżuru ma pod opieką nawet kilkudziesięciu chorych. Średnia wieku personelu pielęgniarskiego wynosi 46-56 lat. Niska atrakcyjność studiów pielęgniarskich wynika przede wszystkim z niezadowalających zarobków w porównaniu z wysiłkiem, jaki trzeba włożyć w opiekę nad chorymi.
Eksperci negatywnie oceniają też system karier specjalistów od profilaktyki i promocji zdrowia, dla których nie stworzono miejsc pracy.
– Musimy w systemie ochrony zdrowia bardzo dobrze spozycjonować dietetyków i rehabilitantów, bo oni przywracają zdrowie wielu osobom, a trochę się o nich zapomina. Atrakcyjność komunikacji między człowiekiem, który niesie pomoc, a tym, który tej pomocy potrzebuje, jest olbrzymia i cieszy się na całym świecie wielkim zainteresowaniem. Są to zawody zaufania społecznego o dużym autorytecie społecznym. Tak samo jest i w Polsce. Jeżeli wesprzemy to jeszcze organizacyjnie i finansowo, to będziemy niezwykle zadowoleni z kadr, które mamy i będziemy mieli w perspektywie krótko- i długoterminowej – mówi prof. Bolesław Samoliński.
Eksperci zwracają też uwagę na potrzebę stworzenia systemowej opieki zdrowotnej dla ludzi starszych. Leczenie jednej choroby mija się z celem, niezbędna jest kompleksowa opieka geriatryczna. Wiąże się to z koniecznością m.in. wykształcenia lekarzy o tej specjalizacji oraz zwiększeniem liczby oddziałów geriatrycznych w szpitalach. Zdaniem ekspertów wsparcie ze strony sprawnego systemu ochrony zdrowia to kluczowy element zapobiegania wykluczeniu społecznemu seniorów.
Na unijnym rynku Polska jest w czołówce producentów i eksporterów jaj. Spożycie w kraju jest jednak niewielkie. W ubiegłym roku wprawdzie nieznacznie wzrosło – do ok. 150 sztuk na osobę rocznie, jednak do krajów zachodnich sporo nam jeszcze brakuje. W Meksyku spożywa się ponad 320 jaj, a we Francji blisko 250. Eksperci spodziewają się, że do 2020 roku krajowa konsumpcja znacznie wzrośnie. Podczas zakupów kierujemy się nie tylko wielkością, lecz także ceną. Blisko 85 proc. kupowanych jajek pochodzi od kur z chowu klatkowego.
– Od kilku lat mieliśmy spadek spożycia jaj w Polsce, ale w 2014 roku został on wyhamowany. Natomiast różnica w stosunku do krajów Europy Zachodniej jest duża i wynosi ok. 30 proc. Dlatego mamy wiele do zrobienia pod względem uświadamiania konsumentów, jakie są walory jajek – mówi agencji Newseria Biznes Artur Węgłowski, wiceprezes zarządu i dyrektor zarządzający w Farmio.
Jeszcze w 2011 roku Polacy jedli ok. 200 jaj rocznie. W 2013 roku było to już tylko 142. Z prognoz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika jednak, że powoli ta niekorzystna tendencja się odwraca. W ubiegłym roku przeciętny Polak spożył 150 jajek. Do światowych potęg sporo nam jednak brakuje. Według Międzynarodowej Komisji ds. Jaj w Meksyku roczne spożycie na osobę przekracza 320 sztuk, a we Francji to blisko 250. Zdaniem eksperta mniejsze zainteresowanie polskich konsumentów jajami może być efektem czarnego PR-u.
– To kreowanie wizerunku, jakoby miały one ogromny wpływ na zbyt wysoki poziom cholesterolu, co nie jest prawdą. Badania kliniczne udowadniają, że spożycie jaj nie ma na to wielkiego wpływu. To też kwestia warunków chowu kur przy produkcji jaj – w telewizji były przedstawiane ekstremalne i incydentalne zjawiska, choć nie ma to pokrycia w obecnej sytuacji – przekonuje Węgłowski.
Polacy przy wyborze jaj kierują się rodzajem chowu. Chów ściółkowy, wolno wybiegowy i ekologiczny stają się coraz popularniejsze, jednak zdecydowana większość konsumentów wybiera te najtańsze – czyli z chowu klatkowego i o średnim rozmiarze (M i L). Jajka najczęściej kupujemy w dyskontach i sklepach wielkopowierzchniowych, często jednak także zakupy robimy na rynkach i bazarach.
– Dynamika zmiany preferencji konsumenckich idzie w kierunku typowego zachowania w branży produktów spożywczych, czyli hiper- i supermarkety oraz dyskonty zyskują, a bazary tracą – zaznacza dyrektor Farmio.
Polska jest jednym z największych producentów i eksporterów jajek w Unii Europejskiej. Produkujemy ok. 9 mld jaj rocznie, z czego na eksport trafia blisko połowa (43 proc.). Z danych FAMMU/FAPA wynika, że eksport jaj i przetworów jajecznych z Polski spadł o 7 proc. do 226 tys. ton. Największym odbiorcą są kraje unijne, przede wszystkim Niemcy, Holandia, Włochy i Czechy (68 proc. udziału w wartości eksportu).
– Polscy eksporterzy specjalizują się w dostawach jaj do przemysłu. Są to głównie jajka o białych skorupkach. Największym rynkiem eksportowym jest Europa, a także Afryka, Bliski Wschód, więc można mówić o dużej różnorodności eksportu – mówi Artur Węgłowski.
Biorąc pod uwagę aktualne priorytety biznesowe PKO Bank Polski wyraził zgodę na realizację pierwszej oferty publicznej (IPO) tego banku oraz podjął decyzję o możliwości obniżenia zaangażowania w Banku Pocztowym.
Tym samym zakończył się proces analiz oraz rozmów między akcjonariuszami Banku Pocztowego dotyczących przyszłego modelu współpracy oraz rozwoju tej instytucji. PKO Bank Polski oraz Poczta Polska potwierdziły jednocześnie intencję poszerzenia zakresu współpracy w obszarze usług finansowych oraz logistyki.
Aktualne podejście PKO Banku Polskiego do inwestycji w Bank Pocztowy opiera się na nowej strategii rozwoju tego banku, która koncentruje swoją działalność biznesową na ściśle określonym segmencie rynku, komplementarnym wobec działalności PKO Banku Polskiego.
Biorąc pod uwagę model bankowości oraz różnicę w skali działalności, oba banki nie są zatem w istotnym zakresie bezpośrednimi konkurentami na polskim rynku bankowym.
Nowa strategia wobec Banku Pocztowego uzyskała wsparcie zarówno Ministerstwa Skarbu Państwa jak i Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Była ponadto konsultowana z Komisją Nadzoru Finansowego, która została powiadomiona o możliwości sprzedaży akcji Banku Pocztowego przez PKO oraz zgodzie na realizację pierwszej oferty publicznej. Oferta ta będzie w pierwszej kolejności służyła pozyskaniu przez Bank Pocztowy kapitału na rozwój. PKO zakłada, że oferta może objąć także około 1/3 posiadanego przez PKO pakietu akcji Banku Pocztowego.
– Cieszymy się, że zakończyliśmy nasze rozmowy na temat modelu współpracy PKO i Poczty Polskiej, oraz osiągnęliśmy satysfakcjonujące obie strony porozumienie, które umożliwia realizację pierwszej oferty publicznej i pozyskanie kapitału na rozwój Banku Pocztowego. Liczmy, że ten projekt zakończy się sukcesem, z korzyścią dla akcjonariuszy tej instytucji. – mówi Paweł Borys, dyrektor Pionu Analiz i Strategii PKO Banku Polskiego.
Porozumienie zakłada także intencje pogłębienia współpracy z Pocztą Polską w różnych obszarach działalności, w tym w obszarze usług logistycznych oraz dystrybucji produktów PKO komplementarnych do oferty Banku Pocztowego w sieci Poczty Polskiej.
Porozumienie zostało potwierdzone podjęciem na Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Banku Pocztowego w dniu 24 kwietnia 2015 roku, wspólnie przez akcjonariuszy, uchwał o podwyższeniu kapitału banku oraz wprowadzeniu akcji do obrotu na rynku regulowanym. PKO wierzy, że proces IPO zostanie sprawnie przeprowadzony przez Bank Pocztowy jeszcze w tym roku.
PKO Bank Polski, jako długoterminowy akcjonariusz, od lat był zainteresowany stabilnym rozwojem Banku Pocztowego. W 2012 roku złożył Poczcie Polskiej propozycję zawarcia długoterminowego aliansu strategicznego w obszarze sprzedaży usług finansowych. Dwukrotnie w ostatnich latach proponował także dokapitalizowanie Banku Pocztowego. Dzisiejsza decyzja dotycząca nowej strategii wobec Banku Pocztowego kończy proces ustaleń prowadzonych od dłuższego czasu pomiędzy akcjonariuszami.
Aktualny udział PKO Banku Polskiego w kapitale zakładowym Banku Pocztowego wynosi 25,0001 proc. Większościowym akcjonariuszem Banku Pocztowego jest Poczta Polska.
Kupując dziś mieszkanie, trzeba się liczyć z miesięczną ratą na poziomie o ponad 20% niższym niż dwa lata temu. Wszystko za sprawą decyzji Rady Polityki Pieniężnej, która obniżyła do historycznego minimum stopy procentowe. W efekcie rata kredytu zaciągniętego na zakup przeciętnej kawalerki w dużym mieście wynosi 547 zł – wynika z szacunków Lions Bank i portalu nieruchomości Morizon.pl.Wartość indeksu kosztu kredytu (IKK) w marcu br. osiągnęła poziom 77 pkt, co jest prawie najniższym wynikiem zanotowanym w historii badania. Czym jest wskaźnik stworzony przez Lions Bank i portal nieruchomości Morizon.pl? Ma on za zadanie w prosty sposób prezentować, jak zmienia się miesięczna rata kredytu zaciąganego na zakup mieszkania w dużym polskim mieście. Co miesiąc badamy więc, biorąc pod uwagę ceny nieruchomości i warunki kredytowe, z jaką ratą musiałby liczyć się potencjalny nabywca mieszkania. Aktualna wartość sugeruje, że chcąc kupić mieszkanie na kredyt w jednym z 10 największych polskich miast, trzeba się co prawda liczyć z kosztem o 0,2% wyższym niż w przed miesiącem, ale już o 10,7% niższym niż rok temu (indeks był wtedy na poziomie 86,2 pkt.). Nie można też zapomnieć o fakcie, że w styczniu 2013 roku, a więc w momencie, w którym badanie rozpoczęto, zakup na kredyt był aż o 30% droższy niż dziś (indeks był wtedy na poziomie 100 pkt.).Metodologia badania:
Aby obliczyć ratę kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania w dużym mieście wzięto pod uwagę trzy główne czynniki:
Szacunkową wartość mieszkania 1, 2 i 3-pokojowego w jednym z 10 badanych miast. Obliczono ją poprzez przemnożenie mediany ceny ofertowej z poprzedniego miesiąca (Morizon.pl) oraz powierzchni charakterystycznej dla danej nieruchomości – 30 m kw. dla kawalerki, 50 m kw. dla mieszkania 2-pok. i 75 m kw. dla mieszkania 3-pok.,
Wysokość przeciętnej marży kredytowej dla danego okresu – średnia z wyników ankiety przeprowadzonej wśród banków przez Tax Care,
Wysokość stawki WIBOR 3M – notowanie z 15 dnia miesiąca publikacji (do lutego 2015 roku do obliczeń przyjmowano notowania z pierwszego dnia miesiąca, po zmianie metodologii powtórnie przeliczono wyniki; zmiana ma za zadanie jak najszybsze uchwycenie ewentualnych zmian stóp procentowych, o których Rada Polityki Pieniężnej przeważnie decyduje na początku miesiąca).
Na tej podstawie oszacowano wysokość miesięcznej raty kredytowej dla następujących założeń:
Kredyt udzielany na 30 lat
System rat równych,
Wkład własny na poziomie 20%.
Na podstawie danych obliczonych w wyżej opisany sposób stworzono też indeks kosztu kredytu (IKK). Uśrednia on wyniki dla 10 badanych miast na temat kosztu kredytu zaciągniętego na zakup mieszkania dwupokojowego i odnosi do wyniku ze stycznia 2013 roku. Wyniki prezentowane są jako indeks o podstawie 100. W efekcie wynik na poziomie 120 pkt. sugeruje, że w danym miesiącu miesięczna rata na zakup przeciętnego mieszkania dwupokojowego w jednym z 10 największych polskich miast jest o 20% wyższa niż była w styczniu 2013 roku. Może to mieć związek ze wzrostem kosztu kredytu lub wzrostem wartości nieruchomości. Z odwrotną sytuacją mielibyśmy do czynienia, gdyby odczyt w danym miesiącu był na poziomie 80 pkt.
Tańszy jest kredyt, a nie metr
Koszt związany z zakupem mieszkania na kredyt jest oczywiście tym niższy, im tańsze są nieruchomości w danym mieście. Fakt, że w ostatnim czasie indeks kosztu kredytu znajduje się na niskich poziomach nie wynika jednak z faktu, że mieszkania tanieją. Jak bowiem sugerują dane portalu Morizon.pl średnia wyciągnięta z cen dla badanych miast niemal się nie zmieniła (wzrost o 0,3% r/r).
Dla poszczególnych miast mediana cen ofertowych (cena, od której połowa ofert jest tańsza, a połowa droższa) zawiera się w przedziale od 3,7 do 7,9 tys. zł za m kw. Najwyższe ceny są oczywiście w Warszawie. Kolejne miejsca zajmuje Kraków (6,5 tys. zł), Wrocław (5,7) i Poznań (5,4). Na drugim biegunie są Łódź i Katowice z wynikami na poziomie 3,7 tys. zł za m kw. Relatywnie niskie są też ceny w Bydgoszczy (3,8 tys. zł) i Szczecinie (4,1 tys. zł). Ceny transakcyjne są oczywiście niższe od przytoczonych stawek ofertowych – przeważnie o od kilku do kilkunastu procent.
Ceny ofertowe znacznie przewyższają transakcyjne
Warto zauważyć, że przedstawione mediany cen ofertowych są wyraźnie wyższe od przeciętnych transakcyjnych, które za pierwszy kwartał opublikował NBP. Różnice wynoszą od 5% w Szczecinie czy Łodzi do 13% w Warszawie. Przeciętnie o 9% mediana cen ofertowych przewyższa średnią cenę transakcyjną. Faktycznie nabywane nieruchomości na rynku są więc przeważnie wyraźnie tańsze niż te, które właściciele oferują do sprzedaży. Przyjęcie cen ofertowych do dalszych obliczeń jest jednak o tyle uzasadnione, że kupując nieruchomość na własność trzeba się liczyć z koniecznością poniesienia kosztów transakcyjnych, co zawyża budżet, którym należy dysponować. Upraszczając całą sprawę postanowiliśmy więc oszacować wysokość rat kredytowych w oparciu o przeciętne ceny ofertowe. Założyliśmy, że nabywca posiada 20-proc. wkład własny, co mniej więcej odpowiada średniej rynkowej. Dług zaciągany jest na 30 lat, w rodzimej walucie, w systemie rat równych.
Kawalerka za 547 zł miesięcznie
Z danych firmy Tax Care wynika natomiast, że marże kredytowe wzrosły w ciągu 12 miesięcy o 0,11 pkt. proc. Obecnie średnia marża kredytowa wynosi 1,78% (wynik dla 18 banków). Przy notowanym w połowie marca WIBOR-ze 3M na poziomie 1,65% średnie oprocentowanie kredytu hipotecznego można oszacować na zaledwie 3,43%. Jest to najniższy wynik w historii.
Jak te liczby wpływają na wysokość rat? Gdyby dziś zadłużyć się na 30 lat z 20-proc. wkładem własnym na popularne dwupokojowe mieszkanie w jednym z 10 największych polskich miast trzeba się liczyć z ratą na poziomie 912 zł (średnia dla badanych miast). W przypadku kawalerek byłoby to 547 zł, a trzypokojowych lokali 1368 zł miesięcznie.
W poszczególnych miastach wyniki te byłyby oczywiście bardzo zróżnicowane. Najwyższe byłyby w Warszawie, gdzie zadłużając się na trzy pokoje trzeba oddawać do banku przeciętnie 2121 zł miesięcznie. Przy wyborze dwóch pokoi ratę oszacować można na 1414 zł miesięcznie, a w przypadku kawalerki 848 zł miesięcznie. Na drugim biegunie są takie miasta jak Bydgoszcz, Łódź i Katowice. Tam kupując kawalerkę na kredyt trzeba się liczyć z miesięczną ratą na poziomie 390 – 410 zł miesięcznie. W przypadku dwóch pokoi byłoby to 650 – 680 zł, a trzech około 980 – 1010 zł.
Na horyzoncie głównie podwyżki
Nie powinno ulegać wątpliwości, że kluczowym czynnikiem, który w ostatnim czasie decyduje o tym ile kosztuje kredyt mieszkaniowy, jest stawka WIBOR. Ta jest nierozerwalnie związana z poziomem stóp procentowych w Polsce, a więc to od decyzji Rady Polityki Pieniężnej w dużej mierze zależy ile kosztować będzie kredyt. Przypomnijmy, że na początku listopada 2012 roku główna stopa procentowa była na poziomie 4,75%. W marcu br. Rada Polityki Pieniężnej zdecydowała o obniżeniu tego poziomu do 1,5%, a więc o ponad dwie trzecie względem poziomu sprzed serii obniżek, co miało kilkukrotnie większe znaczenie dla potencjalnych nabywców mieszkań niż działania banków komercyjnych podwyższających marże.
Warto jednak podkreślić, że w kolejnych miesiącach trudno się spodziewać dalszych obniżek stóp procentowych. Ta z początku marca br. była bowiem dwukrotnie większa niż prognozowali ekonomiści, a więc wyczerpała oczekiwania dotyczące łagodzenia polityki monetarnej formułowane względem całego 2015 roku.
Co więc przyniosą kolejne miesiące? Wiedzę na ten temat niosą ze sobą notowania kontraktów terminowych na stopę procentową (FRA). 23 kwietnia 2015 r. zarówno kontrakty za 6 jak i za 9 miesięcy wyceniały WIBOR 3M na 1,61%, a więc jedynie odrobinę niżej niż wartość tego wskaźnika ze wspomnianego dnia (1,65%). Co nie mniej ważne w znacznie dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 1,84%, czyli wyżej niż 23 kwietnia. Z tych notowań wnioskować można, że przez cały 2015 rok kredytobiorcy cieszyć się będą rekordowo niskim poziomem stóp procentowych, a więc rekordowo niskimi ratami kredytów. Raczej nie ma co liczyć na dalsze obniżanie stóp procentowych przez RPP, a pierwsze podwyżki prawdopodobne są pod koniec 2016 roku. Tak przynajmniej sugerują dzisiejsze notowania.
Bartosz Turek, Lion’s Bank
Marcin Drogomirecki, Morizon.pl
Ze względu ubogi kalendarz makroekonomiczny, początek tygodnia na rynku walutowym upłynął dosyć spokojnie. Uwagę inwestorów przyciągnęły jedynie wiadomości napływające z Grecji, gdzie z dnia na dzień sytuacja robi się coraz bardziej napięta. Brak porozumienia z unijnymi wierzycielami, a także zbliżający się termin spłaty kolejnej raty kredytu udzielonego Atenom przez MFW, sprawiają, że działania rządu Aleksisa Tsiprasa są coraz częściej krytykowane.
Zdaniem ministra ds. gospodarki i konkurencyjności Hiszpanii, Luisa de Guindosa, negocjacje prowadzone są przez Grecję „w sposób, który jest niedopuszczalny zarówno pod względem treści, jak i formy”. Na działania szefa Syrizy krytycznie zaczynają patrzeć także sami Grecy – jak wynika z sondażu opublikowanego przez gazetę “Proto Thema”, obecnie 52 proc. ankietowanych wyraża się o nich w sposób sceptyczny, a połowa respondentów uważa, że w przypadku odrzucenia propozycji reform przygotowanej przez Greków, rząd powinien kontynuować negocjacje, starając się osiągnąć kompromis z kredytodawcami.
Podczas dzisiejszej sesji w Wielkiej Brytanii zostaną opublikowane dane na temat PKB w I kwartale (prognoza 0.5% k/k i 2.6% r/r). Popołudniu poznamy natomiast informacje o wysokości indeksu S&P Case-Shiller obrazującego zmianę cen nieruchomości w 20 amerykańskich metropoliach (prognoza 4.7% r/r) oraz indeksu zaufania konsumentów Conference Board (prognoza 102.5 pkt).
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Dolar amerykański w ubiegłym tygodniu odnotował słabe zamknięcie. Waluta nie była w stanie umocnić się nawet względem euro, które wykazywało oznaki walki po doniesieniach ze szczytu Eurogrupy w Rydze, według których negocjacje na linii Grecja-wierzyciele nie przebiegały zgodnie z planem. Wydaje się, że ten problem jeszcze przez pewien czas będzie negatywnie wpływać na euro.
W tym tygodniu, naturalnie, najważniejszym wydarzeniem będzie posiedzenie amerykańskiego Federalnego Komitetu Otwartego Rynku i odpowiedź na pytanie, czy Fed spełni umiarkowane oczekiwania rynku dotyczące tego posiedzenia. Oczekiwania dotyczące przyszłej podwyżki stopy Fed są najniższe w bieżącym cyklu – przewidywana wysokość podwyżki w ciągu najbliższych 12 miesięcy to ok. 0,50%. Oznacza to, oczywiście, że Fed byłoby wyjątkowo łatwo zaskoczyć rynek agresywną retoryką, która w tym przypadku byłaby równoznaczna z „brakiem umiarkowania‟. Innym ważnym wydarzeniem w tym tygodniu będzie opublikowany w środę wstępny raport w sprawie amerykańskiego PKB w I kwartale; przewiduje się, że okaże się wyjątkowo słaby, a wzrost w ujęciu zanualizowanym będzie rzędu 1,0%.
Szczególną dziką kartą będzie w tym tygodniu para USD/JPY, która znajduje się zbyt blisko wsparcia przedziału, ponieważ premier Japonii, Abe, w tym tygodniu jest z wizytą w Stanach Zjednoczonych (w środę odbędzie się jego wystąpienie w amerykańskim Kongresie). Nie należy się zatem spodziewać, że Bank of Japan przekaże w czwartek jakiekolwiek interesujące informacje. Można ewentualnie przyjąć, że Abe będzie się starał zapewnić wszystkich, że osłabienie JPY nie jest oficjalnym kierunkiem polityki rządu (mimo iż w ujęciu perspektywicznym przypomina to amerykański recykling nic nieznaczącej „polityki mocnego USD” w latach 2009-2011.)
Wykres: GBP/USD
Dla pary GBP/USD ten tydzień może okazać się zwrotny: jutro poznamy PKB Wielkiej Brytanii, natomiast w środę odbędzie się posiedzenie FOMC. Para ta osiągnęła kluczowy poziom techniczny na wysokości zniesienia Fibonacciego o 61,8% z linii wyprzedaży od maksimów z lutego do minimów z kwietnia, zbiegającej się również ze 100-dniową średnią ruchomą. W przypadku, gdyby zwrot nie nastąpił, ryzykujemy pełny test maksimów w rejonach 1,5500+, natomiast zwrot w dół po posiedzeniu FOMC może wymagać potwierdzenia trendu spadkowego, biorąc pod uwagę, że para ta odnotowała gwałtowny rajd z poziomu minimów z kwietnia.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: wszystko zależy od posiedzenia FOMC i od tego, czy zgodnie z przewidywaniami wypowiedzi na temat ożywienia gospodarczego będą na tyle ostrożne, by uzasadnić te poziomu kursu USD (a nawet nieco niższe), czy też Fed będzie wolała zachować wszystkie opcje na wypadek, gdyby dane w ramach następnych kilku cykli odczytów znacząco się poprawiły. Osobiście skłaniam się ku tej ostatniej wersji, zwłaszcza teraz, gdy rajd USD wyhamował w porównaniu z ostatnim posiedzeniem.
EUR: waluta stara się utrzymać stabilny kurs pomimo doniesień na temat greckich negocjacji, które nie wpłynęły również na wzrost rentowności greckich obligacji ani na spready peryferyjne z poziomu maksimów odnotowanych w ubiegłym tygodniu. W parze EUR/USD główny nacisk może być położony na opór na poziomie 1,1000 zarówno przed posiedzeniem FOMC w najbliższą środę, jak i po tym posiedzeniu, jednak zasadniczo pozostaję sceptyczny wobec potencjału umocnienia euro.
JPY: ten tydzień będzie interesujący dla JPY ze względu na posiedzenie Bank of Japan i wizytę premiera Abe w Stanach Zjednoczonych. Nadal zastanawiam się, czy kurs JPY odnotuje jakiekolwiek ruchy poza zachowywaniem się niczym niska beta USD.
GBP: funt szterling odnotowuje zdecydowanie zbyt mocne wyniki, biorąc pod uwagę niepewność związaną z wyborami w Wielkiej Brytanii 7 maja. Uwaga na jutrzejszy raport w sprawie brytyjskiego PKB w I kwartale, który wykaże, czy para GBP/USD osiągnęła już wierzchołek cyklu.
CHF: para EUR/CHF odnotowuje nienajgorsze wyniki pomimo różnych pogłosek, a krytyczne wsparcie w parze USD/CHF znajduje się niewiele niżej, w okolicach poziomu 0,9500. W przypadku wsparcia ze strony FOMC i powrotu powyżej 0,9650/0,9700 po posiedzeniu korzystne będą długie pozycje w parze USD/CHF.
AUD: w parze AUD/USD utrzymuje się lokalne maksimum w okolicach poziomu 0,7850, jednak do odnotowania lokalnych maksimów konieczne jest umocnienie USD, natomiast trend spadkowy wymagałby zejścia poniżej minimum z ubiegłego tygodnia na poziomie 0,7683.
CAD: zastanawiam się nad potencjałem dalszego spadku w parze USD/CAD i szukam rozwiązań na wypadek trendu rosnącego w perspektywie średnioterminowej w przypadku, gdyby posiedzenie FOMC spowodowało, że USD w tym tygodniu ponownie się umocni.
NZD: waluta stara się ponownie umocnić się względem AUD po dużej wyprzedaży w ubiegłym tygodniu. NZD/USD to być może jedyna para z USD, która zachowa strukturę spadkową w przypadku utrzymania się poniżej ok. 0,7650, przy czym potwierdzenie uzyskamy w przypadku szerokiego umocnienia się USD i spadku poniżej poziomu 0,7540.
SEK: wszystko zależy od posiedzenia Riksbank w najbliższy czwartek po tym, jak retoryka banku na posiedzeniu w marcu okazała się wyjątkowo umiarkowana, być może w odpowiedzi na nieoczekiwane umocnienie się SEK względem EUR. W efekcie waluta pozostawała w granicach przedziału, jednak teraz Riksbank będzie uważał, by komunikat nie okazał się zanadto łagodny.
NOK: ceny ropy wsparły ostatni rajd NOK, jednak potencjał wzrostu w znacznej części mógł już zostać zrealizowany. Uwaga na obszar 8,50/55 w parze EUR/NOK, który może być strefą zwrotną i rozpocząć kolejną deprecjację.
Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)
Wielka Brytania: wskaźnik trendów w zleceniach ogółem i cenach sprzedaży (CBI) w kwietniu (10:00)
Strefa euro: wystąpienie Constancio z EBC (12:00)
Stany Zjednoczone: wstępny odczyt PMI w sektorze usługowym (Markit) w kwietniu (13:45)
Strefa euro: EBC ogłasza skup aktywów (13:45)
Australia: wystąpienie prezesa Stevensa z RBA (22:40)
B777-300ER w trzyklasowej konfiguracji będzie wyposażony w osiem prywatnych kabin w klasie pierwszej, 42 rozkładane do pozycji leżącej fotele w klasie biznes oraz 310 komfortowych siedzeń w klasie ekonomicznej. Samolot ten cieszy się dużą sympatią pasażerów Emirates i stanowi trzon floty przewoźnika. Obecnie linie dysponują 104 Boeingami 777-300ER i zamówiły 48 kolejnych. Zmiana przyniesie wzrost oferowania na trasie do/z Warszawy o 1722 miejsca tygodniowo.
W lutym minął drugi rok działalności linii Emirates w Polsce. W ciągu tego czasu obsłużyliśmy 330 tysięcy pasażerów podróżujących z i do Warszawy, a zapotrzebowanie na te loty wciąż rośnie. Sukces ten sprawił, że postanowiliśmy zwiększyć zdolność przewozową na tej trasie – powiedział Maciej Pyrka, Country Manager Emirates na Polskę. Dzięki wprowadzeniu tego niezwykle nowoczesnego samolotu do obsługi połączenia z Warszawą, pasażerowie z Polski będą mogli spodziewać się jeszcze większego komfortu podróży liniami Emirates do Dubaju i innych miast z naszej siatki – dodał Pyrka.
Klientów Emirates obsługuje wielonarodowy personel pokładowy, w skład którego wchodzi ponad 500 Polaków. Posiłki pokładowe przyrządzane są przez najlepszych szefów kuchni. Ponadto pasażerowie mają do dyspozycji system rozrywki pokładowej ice, oferujący dostęp do ponad 2 tysięcy kanałów z filmami, programami telewizyjnymi, grami, audiobookami i muzyką z całego świata, który od 11 lat nagradzany jest tytułem najlepszego systemu rozrywki pokładowej w rankingu Skytrax. Wszystkim klientom Emirates przysługują bardzo wysokie limity bagażu – do 50 kg w klasie pierwszej, 40 kg w klasie biznes i 30 kg w klasie ekonomicznej.
Wprowadzenie Boeinga 777-300ER pozytywnie wpłynie również na polski import i eksport dzięki usługom Emirates SkyCargo. Na trasie z/do Warszawy samolot ten będzie w stanie przewieźć w luku bagażowym do 23 ton cargo w każdą stronę, zwiększając tym samym zdolność przewozową o 84 tony tygodniowo. Linie Emirates SkyCargo to jedyny przewoźnik na polskim rynku oferujący codzienne połączenia obsługiwane przez samolot szerokokadłubowy.
Powrót do domu po ciężkim dniu: brama wjazdowa uchyla się gościnnie, w ogrodzie włączają się światła, drzwi garażowe otwierają się same, w oknach podnoszą się rolety… nie, nie trzeba nazywać się Carrington, by tak wyglądała codzienność. Nowoczesne systemy automatyki budynku to niesłabnąca moda wśród inwestorów, ale i rozwiązania coraz bardziej dostępne pod względem ekonomicznym i funkcjonalnym.
Komfort i bezpieczeństwo – za to kochamy swoje domy i ich najbliższe otoczenie. Osoby poszukujące sposobów na zwiększenie dwóch największych atutów domowego zacisza, coraz chętniej sięgają po rozmaite urządzenia automatyki budynku, które mogą działać samodzielnie lub w sposób zintegrowany. I choć hasło „inteligentny dom” wielu ludziom wciąż kojarzy się z nieosiągalnym budżetem, prawda jest taka, że dziś możemy korzystać z wielu systemów, które w elastyczny sposób wpisują się w nasze potrzeby i możliwości.
Piękny i… inteligentny. Dom na miarę potrzeb
Coś, co do niedawna traktowane było jako kosztowny kaprys, dziś staje się powszechne. Coraz więcej właścicieli posesji nie wyobraża sobie na przykład wysiadania z samochodu w celu otworzenia bramy wjazdowej lub garażowej. – Upowszechnienie automatyki domowej to z jednej strony skutek większej dostępności ekonomicznej, z drugiej zaś bardzo łatwego montażu i dużych możliwości adaptacji poszczególnych systemów do już istniejących urządzeń. By stać się właścicielem automatycznej bramy nie musimy wymieniać wyposażenia – wystarczy zaopatrzyć się w napęd, który będzie najbardziej odpowiedni dla naszych potrzeb. Jednocześnie inwestorom towarzyszy świadomość, że w każdej chwili mogą rozszerzyć zakres funkcji automatyki domowej i korzystając na przykład z popularnego czterokanałowego pilota obsługiwać jednocześnie napędy bram, zraszacze ogrodowe, rolety czy oświetlenie wokół domu – mówi Sławomir Baran z firmy FAAC, pioniera na rynku automatyki.
Sercem każdego systemu automatyki budynku jest centrala. Znajdujące się w niej odbiorniki radiowe pozwalają na dobranie rozmaitych częstotliwości, na których pilot będzie współpracował z napędem – w ten sposób nowoczesne urządzenia pozwalają na idealne dopasowanie funkcjonalności do określonych potrzeb. Dzięki tzw. kodowaniu zmiennemu, niemożliwie jest skopiowanie sygnału lub użycie go dla innego urządzenia. Całkowite bezpieczeństwo tego rozwiązania i komfort, jakie zapewnia ono w codziennym życiu, to zalety, którym trudno się oprzeć.
Łatwiejsze, niż można przypuszczać
Inteligentna instalacja, integrująca pracę wielu urządzeń, to ogromne ułatwienie skracające czas wykonywania codziennych czynności. Co więcej, obsługa domowej automatyki jest kwestią kilku kliknięć, pozwalających programować i kontrolować pracę urządzeń za pomocą domowego komputera, pilota, a nawet smartfona.
Bezpieczną obsługę urządzeń gwarantuje droga radiowa, jeśli zaś chodzi o samą ich pracę – w dbaniu o ten aspekt po raz kolejny wyręcza nas technologia. – Listwy optyczne i fotokomórki, w które wyposażamy bramy, sprawiają, że możemy być spokojni o ich bezkolizyjne działanie. Wysoka czułość i szeroki kąt pracy fotokomórek pozwalają mieć pewność, że praca napędu zostanie zatrzymania w momencie, w którym w świetle bramy pojawi się przeszkoda. Nieuważne dziecko, beztroski czworonóg, nadjeżdżające auto – brama wyposażona w odpowiednie urządzenia nie będzie stanowiła dla nich zagrożenia i poradzi sobie sama ze zbliżającą się przeszkodą – wyjaśnia Sławomir Baran.
Selektywny wybór urządzeń, intuicyjne interfejsy, bezpieczeństwo pracy i kodowania systemów, proste programowanie – inteligentny dom to zjawisko coraz bliższe doświadczeniu wielu inwestorów. Właściciele domów coraz częściej zdają sobie sprawę, że możliwe jest znalezienie optymalnych pod względem funkcjonalnym i ekonomicznym rozwiązań podnoszących jakość codziennego życia.
Przed nami długi weekend majowy a wraz z nim fala wyjazdów samochodowych i smutnych doniesień z polskich dróg. Ze statystyk policji wynika, że w ubiegłym roku w tym czasie doszło do 369 wypadków na polskich drogach, a najczęstszymi przyczynami były nadmierna prędkość i jazda pod wpływem alkoholu. Piłeś, nie jedź – tak eksperci towarzystwa ubezpieczeniowego Gothaer apelują do każdego kierowcy, który po spożyciu nawet najmniejszej ilości alkoholu zamierza kierować pojazdem. Pijana osoba za kierownicą to poważne zagrożenie dla samego siebie, najbliższych i otoczenia.
Bezmyślna jazda za kółkiem może wiązać się z pozbawieniem zdrowia lub życia nie tylko kierowcy, ale również jego pasażerów i innych uczestników ruchu drogowego, oraz poważnymi konsekwencjami finansowymi. – Kiedy dojdzie do stłuczki lub wypadku, dzięki obowiązkowemu ubezpieczeniu OC, kierowca nie musi martwić się finansowymi skutkami zdarzenia, które spowodował. Chyba że wyrządził szkodę w stanie po użyciu alkoholu, nietrzeźwości, po użyciu środków odurzających, substancji psychotropowych czy też zbiegł z miejsca zdarzenia. Wówczas musi liczyć się z tym, że ubezpieczyciel obciąży go poniesionymi kosztami – mówi Marek Dmytryk, Zastępca Dyrektora Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.
Zgodnie ustawą o ubezpieczeniach obowiązkowych, każdy właściciel pojazdu jest zobowiązany do posiadania polisy OC, aby po spowodowaniu wypadku czy stłuczki rekompensatę poszkodowanym osobom trzecim wypłaciło jego towarzystwo ubezpieczeń.Jeśli jednak sprawca zdarzenia był np. w stanie po użyciu alkoholu lub nietrzeźwy, to zgodnie z art. 43 tej ustawy, jego ubezpieczyciel wypłaca odszkodowanie poszkodowanym, a następnie występuje do sprawcy o zwrot wypłaconego odszkodowania. – W całym 2014 r. w naszym towarzystwie mieliśmy do czynienia z 387 takimi przypadkami, czyli więcej niż jednym pijanym kierowcą każdego dnia – podkreśla Marek Dmytryk.
Wysoki rachunek do spłacenia
W 2014 r. średnie wypłacone odszkodowanie i świadczenie z OC komunikacyjnego (wg danych KNF) wyniosło ok. 4700 zł. Wartość wypłacanych odszkodowań z tytułu spowodowanego wypadku drogowego zaczyna się od kilkuset złotych, ale może osiągnąć poziom nawet kilkuset tysięcy złotych. I wcale nie tylko z uwagi na wysoką cenę zniszczonego pojazdu. Na całkowitą sumę roszczenia wobec pijanego sprawcy wypadku składa się kilka elementów. Poza odszkodowaniem za uszkodzone mienie sprawca zdarzenia musi liczyć się także ze zwrotem kosztów szkód osobowych, zadośćuczynieniem za doznany ból i cierpienie, zwrotem kosztów leczenia czy rent przyznanych poszkodowanym i ich rodzinom w związku z wypadkiem.
Rachunek za bezmyślną jazdę może okazać się naprawdę wysoki. I mam tutaj na myśli nie tylko materialne konsekwencje, ale przede wszystkim narażenie siebie i innych osób – pasażerów, poszkodowanych na utratę zdrowia lub nawet życia. Nie wolno siadać za kółko pod wpływem alkoholu, to podstawowa zasada – radzi Marek Dmytryk z Gothaer.
1 lipca tego roku w życie wchodzi nowa ustawa o obligacjach, która ma wesprzeć rozwój rynku długoterminowych nieskarbowych papierów dłużnych, emitowanych przez jednostki samorządu terytorialnego, przedsiębiorstwa oraz banki. Zdaniem prawników Kancelarii Deloitte Legal nowe, bardziej przejrzyste oraz dokładniejsze przepisy sprawią, że obligacje mają szansę stać się istotnym i komplementarnym do kredytów bankowych źródłem pozyskiwania kapitału. Zmiany w prawie wymagają jednak innego podejścia do organizacji emisji obligacji oraz świadomości skutków wprowadzenia nowych rozwiązań.
Ustawa o obligacjach została uchwalona w styczniu 2015 roku. Najważniejsze zmiany, które wprowadza nowe prawo, to:
rozszerzenie katalogu emitentów,
wprowadzenie nowych rodzajów obligacji,
uregulowanie zasad dokonywania zmian w warunkach emisji m.in. poprzez wprowadzenie instytucji zgromadzenia obligatariuszy; a także
Największymi beneficjentami nowej ustawy mogą okazać się jednostki samorządu terytorialnego. Do tej pory mogły one co prawda emitować obligacje przychodowe, czyli uprawniające obligatariusza do zaspokojenia roszczeń z pierwszeństwem przed innymi wierzycielami emitenta, ale nie korzystały z tego przywileju zbyt często, m.in. z uwagi na wąski krąg podmiotów, które mogły przeprowadzać tego typu emisje. Pod rządami starej ustawy doszło w Polsce jedynie do sześciu takich emisji i to mimo że rozwiązanie to cechowało kilka zalet. „Przede wszystkim chodzi o brak konieczności stosowania prawa zamówień publicznych do zamówień, których przedmiotem były usługi finansowe związane z emisją, sprzedażą i kupnem obligacji. Poza tym zobowiązań wynikających z tych obligacji nie uwzględniało się przy ustalaniu ograniczeń zadłużenia jednostek samorządu terytorialnego. Nowa ustawa utrzymuje te zalety” – wyjaśnia Tomasz Rutkowski, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Nowa ustawa rozszerza krąg podmiotów, które będą mogły wyemitować tego typu obligacje, m.in. o spółki utworzone przez kilka sąsiadujących ze sobą jednostek samorządu terytorialnego w celu sfinansowania wspólnej inwestycji. Poza tym nowe przepisy usuwają wątpliwości, co do zakresu odpowiedzialności emitenta, wskazując, że mogą istnieć obligacje przychodowe, za które emitent przyjął odpowiedzialność całym swoim majątkiem. Wart odnotowania jest także fakt pojawienia się możliwości nadania obligatariuszom pierwszeństwa do zaspokojenia roszczeń z przychodów i majątku przedsięwzięć, sfinansowanych tylko w części ze środków uzyskanych z emisji obligacji.
Zdaniem ekspertów Deloitte wśród zalet obligacji przychodowych należy wymienić: ich przejrzystą konstrukcję, mechanizm gromadzenia przychodów, a także to, że emisja obligacji przychodowych nie zwiększa długu jednostek samorządu terytorialnego. A wady? „Największą barierą w rozpowszechnieniu emisji obligacji przychodowych może być nieumiejętność stosowania regulacji (zarówno dotychczasowych, jak i nowych) przez jednostki samorządu terytorialnego, dla których proces ten może okazać się zbyt skomplikowany.” – mówi Tomasz Rutkowski.
Ustawa o obligacjach zmienia także sytuację przedsiębiorców, którzy otrzymają do dyspozycji narzędzia, pozwalające dokonywać im zmian w warunkach emisji. W obecnym stanie prawnym najkorzystniej uzyskać zgodę wszystkich obligatariuszy albo wykupić obligacje i wyemitować w ich miejsce nowe, albo też zawrzeć w pierwotnych warunkach emisji zapisy o ewentualnych późniejszych zmianach. Od lipca, aby zmienić warunki emisji obligacji, potrzebna będzie zgoda zgromadzenia obligatariuszy lub jednobrzmiące porozumienia zawarte przez emitenta z każdym z obligatariuszy. „W obecnym stanie prawnym jakakolwiek zmiana warunków emisji obarczona jest ryzykiem prawnym, a to z uwagi na brak właściwych regulacji ustawowych w tym zakresie. Trudno jednak powiedzieć czy zgromadzenie obligatariuszy stanie się instytucją stosowaną często w praktyce przez emitentów, skoro niektóre z dotyczących go zapisów budzą dosyć znaczące wątpliwości prawne” – mówi Agata Jankowska-Galińska, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Te wątpliwości dotyczą, m.in. obowiązku pokrycia kosztów związanych ze zwołaniem oraz przeprowadzeniem zgromadzenia obligatariuszy. Zdaniem prawników Deloitte Legal nowa ustawa o obligacjach w przypadku przedsiębiorców oznaczać może też mniejszą elastyczność co do zasad emisji obligacji korporacyjnych.
Z kolei bankom ustawa o obligacjach daje wprost możliwość emitowania dwóch nowych rodzajów obligacji: wieczystych i podporządkowanych. W przypadku obligacji podporządkowanych wierzytelności z nich wynikające, w razie upadłości lub likwidacji, będą regulowane po zaspokojeniu wszystkich innych wierzytelności przysługujących wierzycielom wobec emitenta. Z kolei obligacje wieczyste są to takie papiery dłużne, dla których nie określono daty wykupu, a świadczenie emitenta względem obligatariuszy polega przede wszystkim na spłacie odsetek. Zdaniem prawników Deloitte Legal ustanowienie dwóch nowych rodzajów obligacji może posłużyć jako instrument umożliwiający bankom spełnienie wymogów dotyczących płynności i kapitałów własnych.
Wchodzące w życie przepisy nowej ustawy umożliwiają także emisję obligacji przez podmiot nowoutworzony. Dotyczy to także obligacji projektowych. Ich idea opiera się na tym, że podmiot publiczny wnosi do spółki celowej środki publiczne jako dług podporządkowany, co podnosi wiarygodność emitowanych obligacji. Ich celem jest sfinansowanie kluczowych projektów, np. z zakresu energetyki, transportu, technologii informatycznych czy komunikacyjnych. Obligacje projektowe pojawiły się w projekcie pilotażowym Strategia Europa 2020[1].
„Nowa ustawa niewątpliwie wychodzi naprzeciw potrzebom rynku i wpłynie na zwiększenie liczby emisji obligacji, dzięki którym będzie można sfinansować wiele znaczących projektów. Naszym zdaniem obligacje mają szansę stać się uzupełniającym w stosunku do kredytów bankowych źródłem finansowania. Wchodzące w życie w lipcu br. przepisy pozostawiają jednak także kilka wątpliwości, które wymagają doprecyzowania i uściślenia, jak choćby w obszarze ingerencji zgromadzenia obligatariuszy w warunki emisji obligacji” – podsumowuje Agata Jankowska-Galińska.
Brak ubikacji w 914 tys. mieszkań, a centralnego ogrzewania w 2,6 mln nieruchomości oraz przeludnienie dotykające niemal co drugiego obywatela. Taki jest obraz polskiego mieszkalnictwa płynący ze statystyk zarówno rodzimego jak i europejskiego urzędu statystycznego. Lion’s Bank zebrał dostępne na ten temat informacje, aby odpowiedzieć na pytanie: „jakie jest statystyczne mieszkanie w Polsce?”
Na tle europejskim warunki mieszkaniowe „nad Wisłą” wypadają blado. Na obywatela przypada nad Wisłą 26,3 m kw. Dwukrotnie więcej metrów ma do dyspozycji statystyczny Austriak czy Duńczyk (ponad 50 m kw. per capita), a o dwie trzecie więcej Niemiec (ponad 43 m kw.). Eurostat szacuje ponadto, że statystyczny Polak ma do dyspozycji jeden pokój (dokładnie 1,1), podczas gdy europejska średnia to 1,6 pokoi. Aby osiągnąć taką średnią Polacy musieliby zbudować 7,6 mln mieszkań. Na ile jest to realne? Średnia liczba mieszkań oddawanych do użytkowania w ostatniej dekadzie wynosi niespełna 140 tys. lokali rocznie. Dojście do europejskiego standardu mieszkaniowego zajęłoby w tym tempie 54 lata.
Dla porządku warto powiedzieć, że w statystykach urzędów powszechnie pod nazwą „mieszkanie” rozumiane są wszystkie nieruchomości mieszkalne, a więc zarówno lokale w blokach jak i domy jednorodzinne.
Im dalej w las tym więcej drzew
Zagłębienie się w temat budownictwa mieszkaniowego w Polsce nie napawa wcale większym optymizmem. Niby bowiem przeciętne mieszkanie w Polsce ma 73,1 m kw. (stan na 2013 rok), nowe nieruchomości budowane przez deweloperów w 2014 roku miały 60 m kw., a przeciętny dom wybudowany przez osobę fizyczną w 2014 r. miało średnio 140 m kw., czyli nieruchomości tych nie można nazwać klaustrofobicznymi. Niemniej zgodnie z szacunkami Eurostatu aż 45% obywateli mieszka w za małych mieszkaniach, podczas gdy średnia europejska to 17%. Pod tym względem gorzej niż w Polsce jest tylko w Rumunii i na Węgrzech. Szoku można doznać natomiast porównując warunki mieszkaniowe europejskich najemców. Ci w Polsce aż w 73% przypadków (trzy na cztery) mieszkają w za małych lokalach. W tym wypadku żadnym pocieszeniem jest fakt, że gorzej jest w Chorwacji i Rumunii.
Oczywiście można powiedzieć, że w Polsce działania wojenne doprowadziły do zniszczenia sporej części zasobów mieszkaniowych (około 2 mln), a budynków tworzonych po wojnie było co prawda dużo, ale w dużej mierze nie spełniały one zachodnich standardów. Te stosowane obecnie przez europejski urząd zakładają bowiem, że każda kawalerka – o ile jest zamieszkana – jest za mała. Eurostat uważa, że nawet singiel powinien mieć oddzielny pokój dzienny i sypialnię, a rodzina z trójką dzieci może wymagać nawet 5 oddzielnych pokoi. W Polskich realiach trudno będzie do takiego standardu szybko dojść, bo przeciętna miesięczna pensja netto mieszkańca dużego miasta starcza na zakup około 0,5 m kw. mieszkania. Statystyki te potwierdzają, że próżne są nadzieje na zniknięcie z wielkomiejskiego krajobrazu wielkopłytowych blokowisk. Te wciąż stanowią trzon zasobów mieszkaniowych nad Wisłą. Dane GUS sugerują bowiem, że nawet prawie co trzecie mieszkanie w Polsce może znajdować się właśnie w betonowym bloku.
1,4 mln mieszkań wymaga remontu
Kolejny szkopuł w tym, że niedostateczna liczba pokoi nie jest jedynym problemem, z jakim zderzają się Polacy. Poważnym problemem dotykającym rodzime nieruchomości jest zły stan techniczny. Przeciekający dach, zawilgocone lub zaatakowane grzybem ściany i podłogi to problem, z którym boryka się 3,9 mln Polaków (10,1% obywateli) zamieszkujących około 1,4 mln mieszkań. Oznacza to, że remontu wymaga co 10 mieszkanie lub dom „nad Wisłą”. Wbrew pozorom dane Eurostatu sugerują, że nie jest to wcale zły wynik. W grupie 28 krajów unijnych problem ze stanem technicznym nieruchomości dotyka prawie 16% obywateli. Niechlubny prym wiedzie tu Portugalia z wynikiem na poziomie 31,9% (dane za 2013 r.).
W wielu mieszkaniach wciąż brakuje podstawowych instalacji
Budując obraz przeciętnego „M” warto zobaczyć jeszcze jakich instalacji brakuje w rodzimych mieszkaniach. W tej kwestii pomocny okazuje się GUS. Za rok 2013 publikuje on informacje, z których wynika, że w Polsce bez centralnego ogrzewania jest aż 2,6 mln nieruchomości mieszkalnych (19% wszystkich). Do tego bieżącej wody nie ma w 462 tys. mieszkań (3%), a 1,2 mln lokali nie ma łazienki (9%), a w 914 tys. (7%) mieszkań nie ma ubikacji czy raczej spłukiwanego ustępu.
Konkurencyjność polskiego sektora energetycznego wymaga istnienia wielu grup energetycznych – twierdzi prof. Anna Fornalczyk. Daje to konsumentom prawo wyboru i uniemożliwia poszczególnym dostawcą narzucanie cen. Dlatego koncepcja przejęcia gdańskiej Energi przez Polską Grupę Energetyczną (a także połączenia Tauronu i Enei) może doprowadzić do wywindowania stawek, a z drugiej strony nie przyczyni się do znaczącego wzmocnienia PGE na rynku europejskim.
– W kwestii połączenia PGE i Energi trzeba po prostu przeprowadzić zimny rachunek ekonomiczny i trudno zgodzić się z medialnym argumentem, że musimy doprowadzić do przejęcia Energi przez PGE, ponieważ to wzmocni PGE na rynku europejskim – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor prof. Anna Fornalczyk, była prezes Urzędu Antymonopolowego, współwłaścicielka Comper Fornalczyk i Wspólnicy.
Profesor dodaje, że udział PGE w rynku energetycznym wynosi obecnie 2 proc., a po połączeniu z Energą mógłby oscylować wokół poziomu 2,15 proc., co nie uczyni z PGE potęgi na rynku energetycznym w Europie.
– Ze względu na to, że mamy istotne bariery wejścia na polski rynek, a jednocześnie nie mamy dostatecznej mocy importowo-eksportowej, może to doprowadzić do windowania cen w górę, bo oczywiście istnieją słuszne cele inwestycyjne, jak modernizacje czy budowy nowych bloków energetycznych –uzupełnia prof. Anna Fornalczyk.
Prof. Fornalczyk tłumaczy, że będąc prezesem Urzędu Antymonopolowego, często spotykała się z argumentem monopolistów, że podwyżki cen wynikają z braku pieniędzy na inwestycje.
– Nie będziemy konkurencyjni na rynku międzynarodowym, zwłaszcza europejskim, kiedy mamy najwyższą cenę gazu, jaką płacimy Gazpromowi, a nasza cena energii elektrycznej jest najwyższa wśród innych krajów członkowskich Unii Europejskiej – mówi współwłaścicielka Comper Fornalczyk i Wspólnicy.
Jej zdaniem Polska musi robić wszystko, co jest możliwe, aby poprawiać tę konkurencyjność. Chodzi o ograniczanie różnych nieefektywności w kraju, tak aby ceny podstawowych nośników energii były takie same, jak w innych krajach członkowskich UE.
– Niekiedy słyszę argument: „Dlaczego nie możemy, podobnie jak Czesi, mieć jednego koncernu energetycznego, tak jak ČEZ produkujący i handlujący energią elektryczną?”. Odpowiadam wtedy prosto: „Bo zdolność importowa czeskiej gospodarki w zakresie energii elektrycznej wynosi 27 proc.” – wyjaśnia prof. Fornalczyk. – Oni są w stanie 27 proc. w tych różnych godzinach szczytowych zaimportować do gospodarki, a my mamy zdolność na poziomie 3 proc.
Jak uzupełnia była prezes Urzędu Antymonopolowego, Polska w wielu raportach (w tym także z Davos) i dokumentach KE nazywana jest wyspą energetyczną, co sprawia, że ewentualny monopolista w Polsce mógłby narzucać ceny i sterować samodzielnie rynkiem.
– Konkurencja polega na tym, że odbiorcy mają prawo wyboru. Już to widzimy, że zmienia się dostawcę energii czy gazu, ale jeśli będzie jeden dostawca, to nie będziemy mieli prawa wyboru – ostrzega prof. Anna Fornalczyk.
Ryszard Petru, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich powołuje stowarzyszenie Nowoczesna.PL. To jego odpowiedź na „nieudolność rządu” i „ciepłą wodę w kranie”. – Niektóre argumenty polityków, które u nas dominują, w każdym lepiej rozwiniętym kraju po prostu by nie przeszły – mówi w rozmowie z Money.pl.
Jak zapowiada Petru, Nowoczesna.PL nie tylko będzie mówić o gospodarce, ale również brać czynny udział w polityce. Chce zbierać na przykład podpisy pod ustawami, które trafią do Sejmu.
– Planujemy na przykład zgłoszenie ustawy o zniesieniu przywilejów emerytalnych dla niektórych grup – zapowiada Ryszard Petru w rozmowie z Money.pl. – Nie proponujemy, by zabrać przywileje górnikom, którzy już pracują w kopalniach. Projekt zakłada, że nowe osoby, które dopiero będą pracować na tych stanowiskach, nie będą już tak faworyzowane przez ustawodawcę.
Petru zapewnia, że jego stowarzyszenie nie przekształci się w partię polityczną, choć nie wyklucza, że część osób będzie miała ambicje polityczne. Spekulacje o wspólnej, politycznej drodze z Leszkiem Balcerowiczem i Władysławem Frasyniukiem na razie ucina: – Z prof. Balcerowiczem często i na bieżąco rozmawiamy o sprawach Polski. Ale ja właśnie powołałem stowarzyszenie, nie partię polityczną. Co będzie dalej? Zobaczymy.
Fakt, że projekt rozwijany będzie mocno dopiero po wyborach prezydenckich, szef Towarzystwa Ekonomistów Polskich tłumaczy tym, że to obietnice przyszłych posłów są dla polskiej gospodarki znacznie bardziej niebezpieczne.
– Podczas kampanii prezydenckiej kandydaci z reguły rzucają pomysłami, ale to przecież partia rządząca będzie realizować swoje postulaty. I to jest dużo poważniejsze – wyjaśnia Ryszard Petru. – Przykład Węgier pokazał, czym grozi realizacja obietnic z kampanii. To był przecież początek pogrążania się kraju i utraty przewagi w stosunku do innych krajów. Jestem przekonany, że czekają nas niebawem kolejne szalone absurdy i to tworzy przestrzeń do dyskusji, do punktowania i do wyjaśniania. Obawiam się, że to działalność na długie lata. W kraju na poziomie europejskim tego typu inicjatywy byłyby po prostu niepotrzebne.
O kosztach politycznych obietnic przedwyborczych, które w samych tylko wyborach prezydenckich szacowane są na blisko 100 miliardów złotych Ryszard Petru mówi ostro: – Problem polega na tym, że przedstawiciele polskiej klasy politycznej po prostu nie potrafią liczyć. Ciężko mi się odnosić do samej kwoty, ale obawiam się, że w Polsce… to nie jest po prostu ważne. Nie jestem jedyną osobą, która uważa, że takie działanie jest poniżej pewnego standardu.
Założyciel Nowoczesna.PL uważa też, że kwestia wejścia Polski do strefy euro nie powinna być obiektem sporu przed wyborami.
– Poziom absurdu, który jest oferowany w tej debacie przekracza wszystkie granice. Nieprawdziwe argumenty, granie na emocjach i podsycanie niewiedzy. Kandydat Andrzej Duda o poważnym problemie debatuje chodząc na zakupy. W dyskoncie w Niemczech też jestem w stanie kupić koszyk towarów o cenie niższej niż w Polsce. Nie jest prawdą, że wejście do strefy euro oznacza wyższe ceny w sklepach. Granie na tak niskich emocjach sprawa, że poziom debaty politycznej jest u nas bardzo prymitywny – irytuje się Petru. – Tak długo jak wchodzimy na tak niski pułap, nie ma sensu na poważną debatę. Poczekajmy z nią na czas po kampanii. To jest zarzut do wszystkich ekip rządzących przez lata, które unikały tematu – nie pokazywały jak wygrać rozwój na wprowadzeniu euro, jak przyśpieszyć polską gospodarkę. Możemy przegrać wielką szansę, jeżeli do tematu podejdziemy źle.
AAA Auto, debiutujący na polskim rynku holenderski sprzedawca używanych samochodów, liczy na to, że powtórzy w Polsce sukces z Czech, Słowacji i Węgier, gdzie w zeszłym roku sprzedał 63 tys wozów. Zakłada też, że co roku jest w stanie podwajać osiągane w Polsce obroty.
AAA Auto zamierza zdobyć polski rynek jakością. Handel używanymi samochodami kwitnie tu od 25 lat, ale jak zwraca uwagę szef firmy, nad poprawą oferty czy obsługi klienta pracuje niewielu.
– Przede wszystkim chcemy mieć zupełnie inną jakość, inną ofertę dla naszych klientów– mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Vonau, dyrektor generalny w Polsce AAA Auto. – Będziemy ich obsługiwać w oddziałach, które się tak naprawdę niczym nie różnią od salonów z nowymi samochodami. Klient może u nas w pełni sfinansować zakup swojego samochodu. Najważniejsze jest jednak to, że sami skupujemy samochody, które sprzedajemy.
W salonach firmy polski klient ma zyskać to, z czym problem mają działający na rynku konkurenci, czyli poczucie bezpieczeństwa.
– Kupując od nas, kupuje się od firmy, która nie zniknie– podkreśla Przemysław Vonau. –Jednocześnie gwarantujemy legalne pochodzenie tych samochodów, więc nie ma obaw, że samochód jest przedmiotem zastawu, był kradziony lub w jakiś inny sposób przywłaszczony. I wreszcie dajemy też taką gwarancję na najważniejsze podzespoły, nazywa się to care life. Oznacz to, że w ciągu 12 miesięcy, jeśli coś poważnego dzieje się z samochodem, zawsze można do nas wrócić i po prostu ten problem rozwiązać.
W zeszłym roku w Polsce sprzedano ok. 327 tys nowych samochodów. Jednocześnie używanych samochodów, licząc krajowe i zagraniczne, kupiono 2,4 mln. To pokazuje potencjał rynku.
– W Czechach, na Słowacji i Węgrzech jesteśmy w stanie sprzedawać 63 tys. samochodów, a Polska jest rynkiem, który jest większy od tych trzech krajów razem wziętych– zwraca uwagę dyrektor generalny w Polsce AAA Auto. –Jednocześnie nie ma na rynku polskim żadnego gracza, który by odgrywał jakąś istotną rolę na rynku samochodów używanych, dlatego wejście na rynek polski było naturalną decyzją. Mamy już w tej chwili wiedzę, kompetencje i know-how potrzebne do prowadzenia takiego biznesu.
Obroty, jakie osiągnęła w 2013 roku holenderska spółka, sięgały 379 mln euro. Sfinasowanie polskiej inwestycji nie było więc dla niej problemem, ocenia Przemysław Vonau. Firma ma też własny kapitał, własne środki na to, żeby ten rozwój finansować. Jeśli chodzi o rynek polski, to jak ocenia Vonau, spółka zamierza podwajać swoje obroty co roku.
– Natomiast, gdyby się okazało, na co po cichu trochę liczymy, że wyniki są fenomenalne, to zawsze możemy zwrócić się do obecnego właściciela o dokapitalizowanie czy inny sposób wsparcia finansowego, żeby ten rozwój był jeszcze bardziej dynamiczny. Dla nas główną barierą rozwoju jest jednak tempo, w jakim jesteśmy stanie przeszkolić ludzi, żeby mieć pewność, że oni będą oferować tę samą jakość, która przyjęliśmy w naszych 35 oddziałach. I to nas chyba bardziej będzie spowalniało rozwój niż część finansowa.
W ubiegłym roku większościowy pakiet AAA Auto został kupiony przez brytyjsko-polski fundusz inwestycyjny Abris Capital Partners.
Każdy od czasu do czasu musi przeprowadzić małą renowację w domu. Tymczasowe niedogodności trzeba przeczekać. Co jednak w sytuacji, gdy sąsiad robi remont za remontem i bez przerwy uprzykrza nam życie hałasem?
„Dobrze znać swoje prawa. Warto przeczytać regulamin wspólnoty mieszkaniowej zawierający przepisy dotyczące zasad przeprowadzania remontów i zachowywania ciszy nocnej” – mówi serwisowi infoWire.pl Mariusz Łubiński z firmy Admus. Dozwolony poziom hałasu w obszarze miejskim to 60 dB w dzień i 50 dB nocą.
Co robić, jeżeli te normy są naruszane? „Na początek najlepiej porozmawiać z ekipą remontową oraz właścicielem lokalu i wyjaśnić, że ich działania nam przeszkadzają i uniemożliwiają odpoczynek” – radzi ekspert. Warto wspólnie omówić problem i wypracować rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony.
Jeśli sąsiad nie zastosuje się do naszych uwag, problem należy zgłosić administracji budynku, która wystosuje oficjalne pismo do uciążliwego lokatora. W przypadku nocnych hałasów o interwencję możemy prosić też straż miejską oraz policję. Gdyby i to nie poskutkowało, pozostaje nam wkroczenie na drogę sądową – możemy wystąpić z roszczeniem o sprzedaż mieszkania lokatora łamiącego przepisy i uprzykrzającego życie całej wspólnocie.
Pacjenci w podeszłym wieku wędrują od lekarza do lekarza. Jest za mało placówek geriatrycznych i wyspecjalizowanej kadry, które gwarantowałyby kompleksową opiekę. Nie tylko odbija się to w sposób negatywny na zdrowiu ludzi starszych, lecz także znacząco uszczupla budżet Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ).
Najwyższa Izba Kontroli (NIK) przeanalizowała stan opieki medycznej nad osobami w podeszłym wieku. Z raportu wynika, że największym problemem jest niedobór oddziałów i poradni geriatrycznych oraz wyspecjalizowanej kadry (najgorzej sytuacja wygląda w województwie warmińsko-mazurskim). Przyczyną takiego stanu rzeczy jest minimalne finansowanie, które utrudnia utrzymywanie się istniejących oddziałów geriatrycznych, nie wspominając już o otwieraniu nowych. Brak miejsc pracy przekłada się na niedobór geriatrów. W Polsce obecnie jest ich 321, a ponad 100 kolejnych dopiero się specjalizuje. W porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej to bardzo mało.
Kolejnym ważnym problemem jest finansowanie świadczeń zdrowotnych dla osób starszych. NFZ opłaca leczenie jednej choroby, z którą pacjent zgłasza się do szpitala. Człowiek w podeszłym wieku zazwyczaj ma ich więcej. „Potrzeba takiego systemu, który będzie uwzględniać »wielochorobowość« osób starszych i pokryje koszta więcej niż jednej choroby” – mówi serwisowi infoWire.pl Maria Smereczyńska, doradca techniczny w Departamencie Zdrowia NIK. Pozwoli to zaoszczędzić, ponieważ – jak wynika z raportu – pacjent korzystający z kompleksowej opieki geriatrycznej kosztuje NFZ o 1380 zł mniej niż osoba leczona w oddziale chorób wewnętrznych. Trafia ona bowiem do wielu specjalistów, przez to przyjmuje dużo więcej leków, a w konsekwencji jej leczenie trwa dłużej i jest droższe.
Osoby w podeszłym wieku wymagają szczególnej opieki. Dlatego w skład zespołu geriatrycznego oprócz lekarza i pielęgniarki wchodzą fizjoterapeuta, psycholog oraz osoba z pomocy społecznej. „Taka grupa powinna czuwać nad pacjentem nie tylko, kiedy przebywa on na oddziale geriatrycznym, lecz także po jego opuszczeniu” – podkreśla ekspertka.
oszerne lody produkowane w Nestlé przeznaczone są na razie wyłącznie na rynek izraelski i tylko tam będzie można je kupić. Na początek planowana jest produkcja jednego koszernego produktu – rożka Kit Kat waniliowo-kakaowego. W poniedziałek, 27 kwietnia, naczelny rabin Polski, Michael Schudrich, osobiście nadzorował produkcję pierwszej partii koszernych lodów w Namysłowie.
W Polsce pojęcie koszerności kojarzy się głównie z religią, tymczasem na przykład w Ameryce produkty koszerne uznawane są za bardziej ekologiczne i zdrowsze zarówno od tradycyjnych wyrobów, jak również od produktów oznaczonych jako „naturalne”. Dzięki temu żywność koszerna jest bardzo popularna wśród wszystkich konsumentów, a jej sprzedaż od lat rośnie. W naszym kraju producenci także powoli odkrywają potencjał tego rynku. Produkcja koszerna wymaga specjalnych certyfikatów wydawanych przez organizacje żydowskie, których rabini dokonują inspekcji produktu oraz zakładu produkującego. Na taką inspekcję do fabryki Nestlé w Namysłowie przyjechał naczelny rabin Polski – Michael Schudrich.
– Zasady koszerności opierają się na Torze, w praktyce oznacza to sprawdzenie składników używanych do produkcji, a maszyneria musi przejść specjalne czyszczenie. Takie czyszczenie pozwala oddzielić produkcję koszerną od składników używanych poprzednio. Bez takich przygotowań Żydzi, którzy przestrzegają koszerności, nie będą mogli jeść wyprodukowanych lodów. Jestem wdzięczny firmie Nestlé za czas oraz wysiłek, jaki jej pracownicy włożyli w przygotowania poczynione do tej specjalnej produkcji. Wyprodukowane tu lody na pewno usatysfakcjonują wielu konsumentów – mówi naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
– Na początek planujemy w Namysłowie produkcję jednego koszernego produktu. W trakcie procesu produkcji musimy zapewnić, że surowce, opakowania bezpośrednie, półprodukty, a nawet palety drewniane dla lodów koszernych, będą należycie odseparowane od materiałów niekoszernych. Dlatego od momentu pojawienia się idei produkcji lodów na rynek izraelski jesteśmy w ścisłym kontakcie z naczelnym rabinem Polski, Michaelem Schudrichem. Uzgodniliśmy z nim wymogi, które muszą spełniać surowce i opakowania. Rabin zatwierdził certyfikaty naszych dostawców, a niektóre surowce były produkowane specjalnie pod jego nadzorem i tylko te partie mogą być wykorzystane do produkcji. Na podstawie zaleceń rabina powstał plan przygotowań do produkcji, który obejmował wszystkie kroki, począwszy od zamówień materiałów, poprzez przygotowanie linii produkcyjnej i półproduktu skończywszy na produkcji wyrobu gotowego i wysyłce. Dodam jeszcze, że klient miał możliwość ulokowania produkcji w Hiszpanii lub Polsce. Ostateczny wybór padł na naszą fabrykę – mówi Tomasz Lazarowicz, dyrektor fabryki Nestlé w Namysłowie.
Łączna produkcja lodów koszernych zaplanowana na ten rok to 1 250 000 sztuk. Wolumen jest rozłożony na dwie produkcje – pierwsza w ostatnim tygodniu kwietnia i kolejna w pod koniec czerwca. Certyfikat koszerności będzie nadany przez rabina dla każdej produkcji po jej zakończeniu.
Lody to nie pierwsze koszerne produkty opuszczające fabryki Nestlé w Polsce. Rzeszowski oddział firmy produkuje dania warzywne i warzywno-owocowe niezawierające mięsa i spełniające wymagania koszerności na potrzeby m.in. rynku izraelskiego. Grupa Nestlé produkuje też koszerne płatki śniadaniowe i batony zbożowe. Po czym rozpoznać koszerne produkty? Jak większość kluczowych danych o produkcie, znajdziemy je na opakowaniu. Opakowania wyrobów Nestlé produkowanych na izraelski rynek oznaczone są na przykład symbolem „OU” – to certyfikat koszerności wydawany przez organizację Orthodox Union.
Lody z Namysłowa
Lody koszerne to kolejny krok w rozwoju produkcji lodów Nestlé Schöller w Namysłowie. Lody Schöller trafiły do Polski w 1992 roku. W roku 2002 nastąpiło połączenie firm Schöller i Nestlé. Obecnie zakład w Namysłowie to 6 nowoczesnych linii produkcyjnych zdolnych do wytwarzania pełnej gamy form i smaków lodowych oraz 2 magazyny – chłodnie o pojemności 11 tys. miejsc paletowych. Zakład produkuje lody impulsowe, czyli sprzedawane pojedynczo na patyku lub w rożku, m.in. Kaktus, Pirulo, Nesquik, Kitkat, Lion, Princessa czy Cortina), lody familijne, czyli te, które najchętniej kupujemy do domu jako deser w dużych rodzinnych opakowaniach (Manhattan i Mövenpick) oraz lody dla gastronomii – te, które można spotkać w wielu restauracjach i gastronomicznych punktach sezonowych, sprzedawane w postaci gałek pod markami Schöller i Mövenpick. Połowa produkcji lodów z fabryki w Namysłowie trafia na polski rynek, a pozostałe 50% do 20 innych krajów, m.in. do Czech, Słowacji, Niemiec, Austrii, Rumunii, Francji, Włoch czy na Węgry. W tym roku Nestlé swoich konsumentów zaskoczy m.in. nową limitowaną cytrynowo-jabłkową serią kultowego Kaktusa, od 20 lat dostępnego tylko w jednym klasycznym wariancie smakowym.
Marketing mobilny jest gałęzią marketingu w coraz większym stopniu podlegającą silnemu rozwojowi. W praktyce w Polsce obszar kreacji odbiorcy zawęża się do użytkowników smartfonów i tabletów.
Gorsza jakość, większa skuteczność
Eksperci są zdania, że jakość kampanii mobilnych pozostawia wiele do czynienia. Głównie spowodowane jest to przede wszystkim próbą „przenoszenia” reklam dostępnych na komputerach, na urządzenia mobilne, jakimi niewątpliwie są smartfony czy tablety. Jak wiadomo, w obu podanych przykładach zarówno wielkość ekranu, rozdzielczość, czy miejsce zlokalizowania reklamy jest różne. Tak więc skopiowanie reklamy z komputera na tablet czy smartfon wydaje się pomyłką i niezrozumieniem. Poważnym błędem może być zbyt duża wielkość reklam na urządzenia mobilne…
Przykładowo zajęcie ekranu dwoma banerami przy tej samej odsłonie, wówczas zamiast klienta zainteresować możemy wywołać reakcję obronną spowodowaną przytłoczeniem. Pomimo jeszcze znacznego pola do poprawy nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że reklamy na naszym rodzimym rynku są nieatrakcyjne czy też mało kreatywne. Odnosząc się do marketingu mobilnego nie sposób zapomnieć o kampaniach sms adresowanych do w dalszym ciągu nie małej grupy tradycyjnych telefonów. W sytuacji odpowiedniej segmentacji oferty i dopasowania jej do klienta wykazują one wysoką skuteczność.
Liczba urządzeń mobilnych w trendzie wzrostowym
Ukierunkowanie kampanii właśnie na użytkowników mobilnych jest poparte stale rosnącą liczbą użytkowników tychże urządzeń. Według szacunków już w 2018 roku tabletem będzie się posługiwał co trzeci Polak. Nie gorzej jest w przypadku smartfonów, gdzie w analogicznym okresie ich liczba ma wynieść blisko 44 miliony, co oznacza że na przeciętnego Kowalskiego będzie przypadać średnio 1,5 smartfona.
Będzie na co spożytkować środki
Wraz z rosnącą liczbą urządzeń mobilnych, spadających cenach internetu mobilnego możemy spodziewać się rosnących budżetów na działania marketingowe w obszarze marketingu mobilnego. Według prognozowanych danych w tym roku budżet ma wynieść ok. 45 mln złotych, jednakże rok 2016 może przynieść skokowy wzrost do nawet 100 mln zł. Podsumowując, jest zatem na co wydawać, i z czego później zbierać.
Lokalne Strategie Rozwoju Obszarów Rybackich w Polsce zostały opracowane i wdrożone stosownie do obowiązujących uregulowań. Liczba utworzonych lub utrzymanych miejsc pracy dzięki środkom z UE była jednak mniejsza od zakładanej. Przy procedowaniu rozdzielania funduszy nie ustrzeżono się też zagrożeń o charakterze korupcyjnym.
Rola Grup Rybackich sprowadzała się przede wszystkim do wyboru wniosków, a następnie sporządzania list rankingowych. Nie miały one w związku z tym wpływu na rozliczenie zobowiązań zawartych we wnioskach, a tym samym na efektywne wykorzystanie środków przeznaczonych na cele określone w Strategiach. Przyznawanie i rozliczanie pomocy należało bowiem do kompetencji samorządów województw. Brak uregulowań dotyczących przepływu informacji pomiędzy samorządami a Grupami w zakresie realizacji projektów wybranych do dofinansowania skutkował ograniczoną wiedzą o stanie realizacji wniosków, a tym samym o stopniu wykonania Strategii.
Jednym z istotnych problemów społecznych i gospodarczych na obszarach zależnych od istnienia i rozwoju rybactwa było i jest nadal bardzo wysokie bezrobocie, związane z zanikiem sektora rybackiego. Jednym z 4 wskaźników mierzących wykonanie osi priorytetowej 4 było „utworzenie nowych lub utrzymanie dotychczasowych miejsc pracy”. Na koniec 2013 r. wskaźnik ten miał osiągnąć poziom 2.500 miejsc pracy. W rzeczywistości osiągnięto poziom 1.880 takich miejsc.
Przyjęte w Strategiach kryteria często były niemierzalne oraz niejednoznacznie określone. Brak było też informacji, czy kryteria te mają charakter akumulacyjny, gradacyjny czy mieszany. NIK stwierdziła ponadto znaczne rozbieżności przy dokonywaniu oceny wniosków przez poszczególnych członków Komitetu. Rozbieżności te dotyczyły nie tylko kryteriów subiektywnych, ale także punktowych. W działalności Komitetów Grup Rybackich dotyczącej rozpatrywania zgłoszonych odwołań, występowały również przypadki polegające na zaniechaniu ich rozpatrzenia, niezasadnym uznaniu operacji za niezgodną z Lokalną Strategią oraz niewyłączeniu się członków w związku z konfliktem interesu.
NIK przy wyborze operacji do dofinansowania zidentyfikowała następujące mechanizmy korupcjogenne :
konflikt interesów polegający na niegwarantowaniu bezstronności. Dotyczy to sytuacji, w której członkowie Komitetu Grup Rybackich wzajemnie oceniali swoje wnioski, a także ponownie dokonywali, w ramach procedury odwoławczej, oceny wydanych przez siebie decyzji,
dowolność postępowania oraz brak odpowiedzialności osobistej, tj. dokonywanie wyboru operacji przez członków Komitetu poprzez kryteria, które zostały zdefiniowane w sposób niemierzalny i nieprecyzyjny. Mimo prawnie dopuszczalnej uznaniowości rozstrzygnięcia, sytuacja ta w sprzyjających ku temu warunkach może przeradzać się w niedopuszczalną dowolność.
Ceny na rynku zarówno akcji, jak i obligacji w Europie są już wysokie. Zdaniem Wojciecha Juroszka z AgioFunds TFI rozpoczęty w marcu przez Europejski Bank Centralny skup obligacji nie spowoduje ożywienia w gospodarce, sprzyjać natomiast będzie powstawaniu baniek spekulacyjnych, jakie swego czasu były na rynku nieruchomości w Stanach Zjednoczonych.
– Drukowanie pieniędzy nic nie daje, prócz pompowania baniek spekulacyjnych – uważa Wojciech Juroszek, zarządzający w AgioFunds TFI. – Jest to już widoczne na największych indeksach, w szczególności w Europie, czyli na niemieckim indeksie DAX. Tamtejsze spółki są już bardzo drogie. Tam bardzo wyraźnie widać bańkę, która wciąż rośnie.
Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghiego programu luzowania ilościowego (QE, z ang. Quantitative Easing). Ma on potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku. Jak poinformował Draghi, miesięcznie tą drogą ma wpływać do systemu finansowego eurostrefy około 60 mld euro, docelowo – nawet bilion.
Główny indeks niemieckiej giełdy we Frankfurcie, czyli DAX, zyskał już od początku roku ponad 20 proc.
W większości krajów europejskich, jak przekonuje Wojciech Juroszek, zbyt drogie są także obligacje skarbowe. Rentowności papierów włoskich i innych krajów południa Europy, czyli gospodarek przeżywających trudności strukturalne, są niższe niż cieszące się znacznie większym prestiżem obligacje amerykańskie. Oprocentowanie włoskich obligacji 10-letnich wynosi 1,4 proc., podobnie jak hiszpańskich. Tymczasem amerykańskie 10-latki dają 1,9 proc. i są tym samym niewiele droższe od papierów portugalskich (2,04 proc.) Zdaniem zarządzającego AgioFunds TFI to absurd i namacalny dowód powstawania kolejnej bańki spekulacyjnej.
– To samo jest w Polsce – zauważa Juroszek. – Rekordowo niskie stopy procentowe nic nam nie dają. Nie ma znaczenia, czy to jest 1-1,5 proc., 0 proc. czy nawet minus. Na rynku panuje powszechna awersja do ryzyka. Nie pobudza to żadnej akcji kredytowej (nisko oprocentowane kredyty powinny skłaniać firmy do inwestowania, a w rezultacie pobudzać wzrost gospodarczy – red.).QE nie wpływa zatem na gospodarkę, powoduje tylko pompowanie baniek spekulacyjnych na indeksach największych spółek oraz obligacjach.
Mimo że QE dotyczy strefy euro, mogłoby mieć także pozytywny wpływ na polską gospodarkę. W wyniku niskich stóp procentowych krajowe obligacje korporacyjne (emitowane przez przedsiębiorstwa i obarczone większym ryzykiem niż skarbowe, ale potencjalnie dające bardziej pokaźne zyski) już od dłuższego czasu nie przynoszą inwestorom poważnych dochodów.
– Większość odsetek oparta jest bowiem na stawce WIBOR: im jest ona niższa, tym trudniej zarobić – przypomina Juroszek. – Nasze fundusze obligacji korporacyjnych, czyli AGIO Kapitał i AGIO Kapitał Plus, zarobiły w ubiegłym roku około 4 proc. przy stopach rynkowych, wolnych od ryzyka, na poziomie między 1,5 a 2 proc. Można zatem stwierdzić, że ryzyko sektora przedsiębiorstw rynek wycenia zaledwie na dwa punkty procentowe. To bardzo niewiele.
W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna szykuje się do cyklu podwyżek stóp procentowych.
– To, co się dzieje w Stanach, nie ma jednak zbyt dużego wpływu, jeżeli chodzi o politykę monetarną, na to, co ma miejsce u nas – twierdzi Juroszek. – Rada Polityki Pieniężnej kieruje się kwestiami związanymi z inflacją, a przypominam, że obecnie mamy deflację. Inflacja bazowa jest natomiast w dalszym ciągu powyżej zera. RPP zwraca uwagę na to, że czynniki, które wpływają na spadek cen, są zewnętrzne i zmienne, związane z deflacją cen surowców. To jest głównym wyznacznikiem decyzji RPP, ale nie tylko, również kwestie związane z potencjalnym wzrostem gospodarczym oraz kursem walutowym.
To, że obecne stopy procentowe są w Polsce bardzo niskie, nie powoduje – zdaniem Wojciecha Juroszka – że krajowa polityka monetarna w przyszłości powinna podążać szlakiem Eurolandu.
– Jeżeli mamy robić to, co inne kraje, stosując argumentację, że musimy obniżać, bo inni to robią, to po co nam w ogóle autonomiczny bank centralny? – pyta Wojciech Juroszek. – Od razu powinniśmy przyjąć euro. Po to mamy niezależność, by we własnym zakresie podejmować odpowiednie decyzje.
Zgłoszenie utraty dowodu osobistego i złożenie wniosku o nowy będzie możliwe online. To jedna z 20 nowych usług, które do końca maja pojawią się na testowanej platformie dla administracji publicznej ePUAP2.
– W tej chwili mamy katalog 29 usług. Około 20 nowych będzie wprowadzonych do końca maja na nowej, przetestowanej platformie ePUAP2 dla administracji publicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.
ePUAP to platforma internetowa, za pomocą której przedsiębiorcy i obywatele mogą załatwiać sprawy urzędowe. To także portal, na którym urzędy mogą udostępniać usługi bez konieczności ponoszenia części lub nawet całości kosztów wymaganych do ich świadczenia. Obecnie Centrum Projektów Informatycznych realizuje projekt ePUAP2 mający na celu rozbudowę funkcjonalności platformy ePUAP oraz zwiększenie wachlarza usług świadczonych elektronicznie.
– Nie wychodząc z domu, poprzez platformę ePUAP2 będzie można zgłaszać np. utratę dowodu osobistego, składać wniosek o wydanie nowego czy wniosek o dowód rejestracyjny samochodu lub prawo jazdy – dodaje Andrzej Halicki.
Docelowo do września 2015 roku platforma ePUAP ma obejmować 140 usług, dzięki czemu znacznie rzadziej trzeba będzie odwiedzać urzędy. Z programu Polska Cyfrowa na rozbudowę e-usług trafi ok. 1 mld euro. Żeby ePUAP był skutecznie i powszechnie wykorzystywany, musi poprawić się również zasięg internetu w Polsce. Z danych Eurostatu wynika, że w 2014 r. tylko 71 proc. polskich gospodarstw domowych miało dostęp do internetu szerokopasmowego. Unijna średnia to 78 proc., a gorzej niż w Polsce jest tylko w Bułgarii, Rumunii, Portugalii, Grecji, na Litwie, w Chorwacji i na Cyprze.
System obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej Wisła zostanie pozyskany w drodze negocjacji z rządem amerykańskim, celem jest zakup rakiet Patriot. Z kolei w przetargu na śmigłowce do etapu testów dopuszczono maszynę Airbus Helicopters. To dwie ostatnie decyzje polskiego rządu ws. modernizacji polskiej armii. Kolejne powinny wzmocnić zdolności ofensywne naszego wojska. Sytuacja geopolityczna zmusza Polskę do przyspieszenia prac nad budową systemu odstraszania. Tak jak w przypadku rakiet Patriot zakup wiąże się z negocjacjami międzyrządowymi.
– Zmieniające się otoczenie naszego kraju powoduje, że musimy zaangażować się mocniej w modernizację sił zbrojnych. To dotyczy wszystkich elementów bezpieczeństwa państwa, choć w odniesieniu do konfliktu, który toczy się na Wschodzie, kluczowym elementem są działania zmierzające do wzmocnienia polskich sił zbrojnych – podkreśla dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa w Instytucie Jagiellońskim.
Rząd podjął decyzję o tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa będą oparte o amerykański system Patriot. Z kolei w postępowaniu na wybór śmigłowców dla polskiej armii do etapu testów wybrano maszyny Caracal produkowane przez Airbus Helicopters. Jak podkreślił prezydent Bronisław Komorowski, decyzja o pogłębieniu procesów modernizacji technicznej sił zbrojnych spowodowana jest sytuacją geopolityczną, szczególnie na Wschodzie.
Zdaniem Kistera najważniejsze przy wyborze sprzętu i planowaniu dalszej modernizacji jest zbudowanie systemu odstraszania w powietrzu, na lądzie i na morzu. W planach MON ma też zakup trzech okrętów podwodnych.
– Nasza armia nigdy nie będzie potęgą militarną w sensie liczebności czy ilości uzbrojenia. Musimy mieć takie siły i środki, które mimo to będą jednak odstraszały naszych wrogów, które będą skuteczne, nowoczesne, dostosowane do współczesnego pola walki – mówi ekspert. – Kluczem są rakiety manewrujące, pociski, które będą zdolne do rażenia celów daleko poza naszymi granicami, które będą uderzały w punkt najbardziej newralgiczny dla naszego przeciwnika.
Ekspert podkreśla, że właśnie z tego powodu zakup okrętów podwodnych z pociskami manewrującymi powinien być priorytetem dla naszych sił zbrojnych. Zdaniem Kistera bardziej realny jest wybór francuskiej oferty pocisków niż amerykańskich Tomahawków. Wyjaśnia, że te drugie nie będą kompatybilne z odstraszaniem, bo decyzja o ich użyciu zapadać będzie w Stanach Zjednoczonych, a nie w Polsce.
– Zdolność do samodzielnego ich wykorzystania przez naszych żołnierzy jest iluzoryczna – mówi dr Łukasz Kister. – Tomahawki mają pewną szczególną technologię, specyfikę zarządzania, która jest w posiadaniu wyłącznie armii amerykańskiej. Nikt, kto otrzymał zgodę na zakup pocisków, nie może nimi samodzielnie i swobodnie kierować. Wszystkie kluczowe decyzje pozostają w rękach żołnierzy armii Stanów Zjednoczonych, którzy mogą zawsze uniemożliwić start takiego pocisku, zmienić jego trajektorię lotu czy wręcz zniszczyć go w powietrzu.
Zdaniem Kistera przewaga francuskiej oferty polega przede wszystkim na możliwości połączenia zakupu z możliwościami samodzielnego sterowania bronią.
– Dzisiaj najbardziej realny jest zakup okrętów podwodnych od francuskiego oferenta, który wraz ze sprzedażą okrętu podwodnego i całej technologii budowy tych okrętów, chce, byśmy w pakiecie otrzymali dostosowane do nich pociski manewrujące. Francuzi chcą nam dać zdolność do dowodzenia w tym obszarze, zdolność do kierowania i samodzielności w realizacji naszych celów obronnych – wyjaśnia Kister.
Jak podkreśla, nawiązaniu współpracy z Francuzami sprzyja też podejście obecnych władz Francji do polityki obronnej w UE i budowania wspólnych sił zbrojnych. Po przyszłorocznych wyborach taka szansa może zmaleć. Jeśli MON rzeczywiście chce zakupić rakiety manewrujące, powinien rozpocząć negocjacje w tej sprawie z rządem Francji.
– Niewykorzystana dzisiaj sytuacja może być dla nas ciężarem w następnych latach i może spowodować, że modernizacja Marynarki Wojennej i zbudowanie komplementarnego systemu odstraszania będzie niemożliwe. Tu nie chodzi o faworyzowanie jednego czy drugiego dostawcy, ale o racjonalne i szybkie przygotowanie Polski na zagrożenia – mówi Kister. – Te decyzje już dziś są nieco spóźnione, więc nie możemy ich jeszcze odkładać w czasie, bo może się okazać, że po zmianie sytuacji geopolitycznej nie będziemy mogli zrealizować tej modernizacji, bo nie będzie już od kogo kupić najnowocześniejszego uzbrojenia.
Wielu Polaków składa zeznania podatkowe często w ostatniej chwili, tuż przed 30 kwietnia. Zdaniem ekspertów to doskonały moment na informowanie o zachętach podatkowych do instrumentów oszczędzania na emeryturę. IKE i IKZE wciąż nie są popularne – otwartych jest odpowiednio 800 tys. i 500 tys. kont, ale pieniądze wpływają zaledwie na co czwarte i co szóste z nich.
– Liczę, że klientów IKE i IKZE będzie więcej, szczególnie jeśli będą nagłaśniane informacje o zachętach fiskalnych, szczególnie w przypadku IKZE. Dobrym momentem na to są miesiące, kiedy składamy roczne zeznania podatkowe – mówi agencji Newseria Krzysztof Nowak, członek zarządu firmy konsultingowej Mercer Polska.
W jego ocenie w tym kontekście niewiele mówi się o IKZE, a potencjał indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego jest stosunkowo duży. Mimo to, ekspert zaznacza, nie należy liczyć na gwałtowny rozwój tych produktów, a kolejne lata raczej nie przyniosą przełomu. Choć zdaniem Nowaka liczba zakładanych, aktywnych i opłacanych kont IKZE będzie rosła i to być może nawet szybciej niż liczba indywidualnych kont emerytalnych.
– Patrząc na statystyki, wydawałoby się, że IKE są dużo bardziej popularne, mamy dzisiaj ponad 800 tys. kont, z czego opłacanych jest również stosunkowo dużo, bo kilkaset tysięcy. Ostatnie dane KNF wskazywały na 200 tys. opłacanych kont – mówi Krzysztof Nowak.
Według KNF na koniec 2014 roku prowadzono 824,49 tys. indywidualnych kont emerytalnych (znajdowało się na nich 5,03 mld zł), z czego na 264,21 tys. rachunków wpłacono pieniądze (909,03 mln zł). W ubiegłym roku otwarto 55,75 tys. nowych kont.
Ekspert wskazuje, że zgromadzona kwota jest raczej niewielka w perspektywie przyszłych potrzeb emerytalnych, ale dużo wyższa w porównaniu do środków zgromadzonych na IKZE. W ubiegłym roku otwarto 63,49 tys. IKZE. Liczba otwartych kont wzrosła więc do 528,14 tys. (znajdowało się na nich 295,35 mln zł), ale na zaledwie 86,52 tys. dokonano wpłat.
– Podstawową zachętą dla inwestorów, aby korzystać z IKE i IKZE, są ulgi podatkowe. W obu przypadkach mamy zwolnienie z podatku Belki, jest to dziś właściwie jedyny produkt korzystający z tego typu zwolnienia – tłumaczy członek zarządu Mercer Polska. – W IKZE w odróżnieniu od IKE mamy dodatkową zachętę w postaci odpisu zainwestowanej kwoty w zeznaniu rocznym od przychodu, czyli w efekcie od tej kwoty nie zapłacimy podatku dochodowego, tego, który płacimy według stawek progresywnych 18 lub 32 proc.
Ekspert uzupełnia, że taki podatek jest odraczany i w IKZE, wypłacając pieniądze po dożyciu 65. roku życia, zapłacimy 10-proc. ryczałtową daninę podatkową.
– Dzisiaj możemy odpisać 18 proc. lub 32 po to, żeby zapłacić w przyszłości 10 proc. Czyli różnica między tymi stawkami jest dodatkową korzyścią – dodaje Nowak.
Nowa ustawa emerytalna, zmieniająca zasady działania OFE, wprowadziła także ryczałtowy 10-proc. podatek. Wcześniej miało miejsce klasyczne odroczenie podatku, czyli korzystając z 18-proc. ulgi, oszczędzający w przyszłości zapłaciłby 18-proc. podatek. W ocenie Krzysztofa Nowaka nie należy spodziewać się dalszych udogodnień w konstrukcji tych produktów.
– Pewien przełom, choć nie gigantyczny, może przynieść zaangażowanie pracodawców w oba te produkty. Zarówno IKE, jak i IKZE są produktami indywidualnymi, czyli korzystamy z nich jako indywidualni inwestorzy – zwraca uwagę Krzysztof Nowak. – W ostatnich kilku miesiącach pojawiły się na rynku rozwiązania, w których pracodawcy angażują się w zakładanie programów oszczędnościowych czy programów emerytalnych dla swoich pracowników, wykorzystując obie te formuły.
Ceny polis komunikacyjnych będą rosnąć, bo utrzymujące się niskie stawki w długiej perspektywie mogą obniżyć jakość obsługi klienta – ocenia prezes Compensy. Prognozuje, że klienci muszą przygotować się na skokowy przyrost cen, a nie stopniowe podwyżki. Rynek przygotowuje się do wdrożenia nowych rygorystycznych wymogów, które wiążą się z dostosowaniem do dyrektywy Solvency II.
– Spodziewamy się, że pewnego dnia, może będzie to w tym roku, może na początku przyszłego, nastąpi bardzo znacząca, skokowa podwyżka cen, szczególnie ubezpieczeń komunikacyjnych – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Artur Borowiński, prezes zarządu Compensa TU SA i TU na Życie Vienna Insurance Group. – Dzisiaj klienci mogą być zadowoleni, bo mają niższe ceny. Natomiast na dłuższą metę nie jest to dobra sytuacja, bo cierpi na tym jakość serwisu. Firmy ubezpieczeniowe patrzą na każdą złotówkę kilkukrotnie. W dłuższej perspektywie należy więc oczekiwać gwałtownych podwyżek.
Na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych zachodzi wiele zmian. Jedną z nich jest stopniowe upowszechnianie się bezpośredniej likwidacji szkód, czyli możliwość likwidacji szkody we własnym zakładzie ubezpieczeń, a nie u ubezpieczyciela sprawcy kolizji. Badania firm pokazują, że klienci są gotowi zapłacić więcej za polisę, jeśli będą mogli z tej opcji skorzystać. Widać również, że ubezpieczyciele przestają konkurować już tylko ceną, stawiają za to na jakość i szybkość obsługi.
– Od 1 kwietnia wprowadziliśmy unikalne rozwiązanie na rynku, zaopatrzyliśmy wszystkich naszych rzeczoznawców w mobilny sprzęt komputerowy, dzięki czemu już na miejscu wyceniamy szkodę, jesteśmy gotowi od razu uzgodnić wartość szkody. Klient właściwie w ciągu 2-3 dni uzyskuje odszkodowanie na swoje konto. Jest to totalna rewolucja na rynku i myślę, że nasi klienci będą z tego bardzo zadowoleni – mówi Artur Borowiński.
Compensa zapowiada rozwój również w biznesie korporacyjnym, czyli ubezpieczanie dużych zakładów przemysłowych czy usługowych. Chce też w dalszym ciągu walczyć o klientów z sektora małych i średnich firm. To obiecujący dla ubezpieczycieli rynek, bo co czwarte przedsiębiorstwo nie jest dostatecznie ubezpieczone. Składki Compensy w tym segmencie wzrosły w ubiegłym roku o ok. 35 proc.
– W Compensie majątkowej mamy bardzo dobry produkt dla małych i średnich firm. Pracujemy oczywiście cały czas nad serwisem dla klientów i nad produktami dla klientów indywidualnych, np. w obszarze ubezpieczenia mieszkania – mówi Borowiński.
Towarzystwa ubezpieczeniowe przygotowują się również do wdrożenia przepisów z dyrektywy Solvency II (Wypłacalność). Firmy od przyszłego roku będą podlegać nowemu systemowi oceny wypłacalności – wymogi kapitałowe będą powiązane z rzeczywistym podejmowanym ryzykiem. Ta zmiana to duże wyzwanie zarówno dla ubezpieczycieli, jak i dla nadzoru.
– Jesteśmy przygotowani, wypłacalność spółek zarówno w spółce życiowej, jak i w spółce majątkowej będzie na pewno powyżej 100 proc., czyli tego poziomu wymaganego przez dyrektywę. Trwają ustalenia z Komisją Nadzoru Finansowego co do naszego modelu wewnętrznego w spółce majątkowej – mówi prezes Compensy.
Jak podkreśla, nowe regulacje bardzo mocno wpłyną na biznes prowadzony przez ubezpieczycieli.
– Będzie on na pewno droższy, będzie również wymagał dużo więcej biurokracji niż dzisiaj. Będzie wymagał większego zaangażowania risk managerów, czyli menadżerów od ryzyka, w działalność ubezpieczeniową – wyjaśnia Borowiński.
Rynek handlowy wszedł w fazę konsolidacji. Sieci starają się zwiększyć efektywność już wybudowanych obiektów zamiast otwierać nowe. Jedną z szans rozwoju jest gwałtownie rosnący sektor e-commerce. Jak wynika z badań Tesco, uruchomienie sprzedaży w internecie zwiększa lojalność klienta i jego wydatki w tradycyjnych sklepach.
– Wydarzenia na rynku handlowym cały czas związane są z konsolidacją. Mamy kilka przypadków konsolidacji. Dużym wydarzeniem było także ograniczenie ekspansji. Widzimy, że skończył się wyścig na nowe obiekty i raczej branża skupia się na wyciąganiu efektywności z istniejącej powierzchni sprzedażowej – tłumaczy Adam Manikowski, dyrektor zarządzający Tesco Polska.
W 2014 r. najważniejszym wydarzeniem konsolidacyjnym w branży handlowej było przejęcie sieci Real przez Auchan. Mimo tej konsolidacji sektor hipermarketów traci nieznacznie udział w rynku. Zyskują za to cały czas, choć już wolniej, dyskonty oraz dynamicznie rosnące sieci typu convenience.
Dla dużych sklepów szansą na odwrócenie tego trendu może być e-commerce. Coraz więcej Polaków kupuje produkty spożywcze i inne w sieci. Tesco, które jest liderem tego segmentu, zamierza dalej w niego inwestować. Jak podkreśla Manikowski, zakupy w sieci to szansa nie tylko na odzyskanie udziału w rynku, ale nawet na skłonienie klientów do odwiedzin w tradycyjnych marketach.
– Co ciekawe, klient z tego kanału, który robi zakupy online, charakteryzuje się wyższą lojalnością offline oraz wydaje więcej łącznie offline i online. Jest duża wartość dodana wynikająca ze zwiększonych wydatków danego klienta – tłumaczy Manikowski.
Tesco rozwija kanał sprzedaży online od 3 lat i ma obecnie pozycję lidera z ponad 40-proc. udziałem w tym segmencie. Manikowski mówi, że już teraz w ten sposób zakupy mogą robić mieszkańcy 200 miejscowości, a ich liczba będzie rosła w miarę rozwoju tego kanału.
Manikowski przypomina, że już od kilku lat prognozowano szybki wzrost sprzedaży internetowej, ale trudno było ocenić dokładne perspektywy. Okazało się, że wzrosty tego segmentu są co roku dwucyfrowe, a klienci coraz bardziej lubią tego typu zakupy.
– Ten rynek będzie bardzo dynamicznie rósł. On cały czas nie jest tak rozwinięty, jak rynek np. w Wielkiej Brytanii, ale dynamika wzrostu pozwala wyciągnąć wnioski, że tego kanału nie możemy ignorować, jeśli myślimy o kliencie, który ma być w centrum naszej uwagi – tłumaczy Manikowski.
W internecie najczęściej Polacy kupują produkty cięższe lub większe – takie, które można kupić raz i przechowywać przez długi czas, a równocześnie trudno je samemu przetransportować z hipermarketu do domu.
Jednak rośnie też wolumen sprzedawanych owoców świeżych. Manikowski podkreśla, że internetowa sprzedaż owoców jest dużym wyzwaniem logistycznym, bo nie każda spółka może zadbać o jak najszybszą dostawę. Dlatego dla Tesco to szansa na budowanie przewagi konkurencyjnej i utrzymanie wiodącej pozycji na rynku e-commerce w branży FMCG.
Polskie firmy coraz bardziej doceniają znaczenie programów lojalnościowych. Chociaż wciąż jesteśmy pod tym względem daleko za krajami Europy Zachodniej, to rynek rośnie dynamicznie. Firmy prowadzące programy lojalnościowe muszą jednak działać w sposób dostosowany do naszego kraju, cechującego się m.in. ostrożnym podejściem firm do inwestowania.
– Sklepy i sieci już wiedzą, że muszą mocno walczyć o lojalność klienta, muszą go w jakiś sposób przywiązać do siebie. Po 2007 roku rozpoczęły się lekkie ruchy lojalnościowe. W tej chwili są one bardzo intensywne. Sieci prześcigają się w pomysłach na podejście lojalnościowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Mikołajczak, dyrektor i członek zarządu M&AD Polska, części grupy PPI Worldwide, dostawcy programów lojalnościowych.
Jak podkreśla Mikołajczak, polski rynek programów lojalnościowych przez długi czas pozostawał stosunkowo mało rozwinięty. Dopiero po upowszechnieniu się tego trendu na Zachodzie polskie firmy zaczęły się do tego przekonywać.
W ostatnich latach odległość dzieląca krajowy rynek programów lojalnościowych od zagranicznych stopniowo jednak się zmniejsza. Polskie firmy doceniły znaczenie tego typu działań dla zwiększania sprzedaży i utrzymywania klientów. Problemem wciąż jednak pozostaje stosunkowo niewielka skłonność firm w naszym kraju do podejmowania ryzyka.
– Polska się charakteryzuje tym, że nie do końca chce zaryzykować. Ale kto nie ryzykuje, ten nie ma – przekonuje Mikołajczak. – Teraz przy dużej świadomości społecznej akcja nie może być skazana na niepowodzenie, jeżeli tylko jest mądrze przeprowadzona, a od mądrego przeprowadzenia akcji są takie firmy jak my.
Jak zwraca uwagę Mikołajczak, polskie firmy muszą zrozumieć, że skuteczny program lojalnościowy wymaga inwestycji. Początkowa strata pozwoli jednak na korzyści w późniejszym okresie.
Dodaje, że polskie firmy bardziej niż na samą cenę programu zwracają uwagę na kontakt z oferującą go firmą, sam produkt oraz jego skuteczność.
Już w 2013 roku klienci badani przez ARC Rynek i Opinia przyznali, że w programach lojalnościowych najbardziej zależy im na gotówce, czy to w postaci zniżki, czy bonu na zakupy. Ponad połowa konsumentów uczestniczy przynajmniej w jednym programie.
Mikołajczak nie chce szacować dokładnego wzrostu rynku i wyników M&AD w Polsce w kolejnych latach, ale jest pewna, że rozwój będzie dynamiczny. Pojawiać się będzie coraz więcej programów skierowanych zarówno do osób dorosłych, jak i do dzieci.
Podatek VAT za telefony, tablety i inne urządzenia elektroniczne już wkrótce rozliczą nabywcy, a nie sprzedawcy. Podobnie będzie w obrocie złotem i biżuterią. Po poprawkach Senatu do Sejmu wrócił projekt nowelizacji ustawy o podatku VAT. Zmiany rozszerzające tzw. odwrócone obciążenie VAT mają zgodnie z planem wejść w życie 1 lipca br. Ich główne cele to eliminacja nadużyć i nieuprawnionych odliczeń podatku VAT.
– Lista towarów objętych tzw. odwrotnym obciążeniem VAT zostanie rozszerzona. Zostaną nim objęte dodatkowe grupy towarów, w szczególności telefony komórkowe, gry, konsole do gier, laptopy, wszelkiego typu podobne instrumenty i urządzenia elektroniczne. Dodatkowo odwróconym obciążeniem objęte będą także niektóre wyroby stalowe oraz złoto i biżuteria – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Andrzejak, partner w Zespole Podatkowym Kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak.
Rządowy projekt nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług (VAT) został przyjęty przez Sejm 9 kwietnia br. i czeka na podpis prezydenta.
– Podstawowym celem jest ukrócenie nadużyć podatkowych, np. karuzeli podatkowych. Te zmiany mają dać organom skarbowym instrumenty do ścigania tego typu przypadków i przede wszystkim uniemożliwienia wykorzystania mechanizmu naliczania i odliczania podatku VAT w różnych okresach rozliczeniowych jako mechanizmu wyłudzania opodatkowania – wyjaśnia mec. Andrzejak.
Jak podkreśla ekspert, najważniejszą zmianą proponowaną w nowelizacji jest właśnie rozszerzenie katalogu towarów objętych tzw. odwróconym VAT-em. Zgodnie z tym mechanizmem to nie sprzedawcy, ale kupujący muszą rozliczyć VAT. Sprzedawca otrzyma zatem kwotę netto za sprzedawane towary.
W odniesieniu do wyrobów elektronicznych mechanizm ten będzie obowiązywał jedynie przy obrotach przekraczających 20 tys. zł netto rocznie oraz wtedy, gdy nabywca jest czynnym płatnikiem VAT.
– Po stronie przedsiębiorców pojawi się obowiązek sporządzania tzw. krajowych informacji podsumowujących, czyli zestawień, które będą składane okresowo do urzędów skarbowych z wykazaniem nabywców i obrotów towarami objętymi odwróconym obciążeniem – wyjaśnia mec. Andrzejak.
Kolejną zmianą jest tzw. odpowiedzialność solidarna nabywców określonych grup towarów, obejmująca m.in. obowiązek wpłaty kaucji gwarancyjnej przez sprzedawców określonych towarów na wypadek, gdyby nabywca nie zapłacił odpowiedniego podatku VAT. Lista towarów objętych odpowiedzialnością solidarną zostanie rozszerzona m.in. o złoto, srebro i platynę, a kwota kaucji (stosowanych także dotychczas) podwyższona w odniesieniu do wyrobów paliwowych.
Resort finansów tłumaczy, że z uwagi na wielkość tego obrotów na rynku paliw występuje duże ryzyko nadużyć finansowych polegających na bezpodstawnym zwrocie podatku lub nienaliczaniu podatku.
– Zmiany wysokości kaucji dotyczą wyłącznie rynku paliwowego, nie dotyczą innych towarów objętych odpowiedzialnością solidarną. Kaucje zostały podniesione odpowiednio z poziomu 200 tys. zł do 1 mln zł jako kaucja minimalna i z poziomu 3 mln zł do 10 mln zł jako kaucja maksymalna w zakresie obrotu paliwami – tłumaczy mec. Andrzejak.
Nowelizacja wprowadza także zupełnie nowe w Polsce rozwiązanie, czyli prewspółczynnik odliczenia podatku naliczonego.
– W skrócie oznacza to obowiązek ustalania przez podatnika dokonującego zakupu towarów lub usług kwoty i podatku naliczonego od zakupów, który jest związany z czynnościami opodatkowanymi i równocześnie z czynnościami zwolnionymi lub znajdującymi się poza zakresem ustawy VAT. Kluczowe z perspektywy tej zmiany jest przede wszystkim wprowadzenie zasady, która nie daje podatnikom prawa do odliczenia podatku naliczonego związanego z czynnościami, które są poza zakresem ustawy już na etapie pierwotnego ustalania kwoty podatku naliczonego do odliczenia – objaśnia mec. Andrzejak.
Wyjaśnia, że w praktyce spowoduje to, że podatnicy już na etapie składania bieżących deklaracji podatkowych będą musieli wskazać, jaką część podatku stanowi podatek naliczony od działalności zwolnionej, opodatkowanej i znajdującej się poza zakresem podatku VAT. Odliczyć można będzie jedynie tę część związaną z czynnościami objętymi podatkiem.
Ustawodawca proponuje w nowelizacji, by podatnicy kierowali się kryterium wielkości obrotu pochodzącego z czynności opodatkowanych i nieopodatkowanych. Innym możliwym kryterium jest liczba roboczogodzin lub liczba etatów związanych z działalnością opodatkowana lub nieopodatkowaną.
– Podatnicy mają swobodę wyboru kryterium, do którego się będą stosować i w oparciu o który dokonywać będą ustalenia prewspółczynnika. Natomiast organy samorządu terytorialnego zobligowane są do stosowania w pierwszej kolejności kryterium obrotowego – wyjaśnia Andrzejak.
Jak podkreśla mec. Andrzejak, wprowadzenie do prawa prewspółczynnika będzie istotne przede wszystkim właśnie dla samorządów, bo dla nich działalność gospodarcza ma wyłącznie charakter działalności uzupełniającej. Dla przedsiębiorców znaczenie tej zmiany będzie mniejsze, choć muszą oni zwrócić uwagę na to, że od lipca sprzedaż niepodlegająca podatkowi VAT nie będzie mogła być klasyfikowana jako sprzedaż uprawniająca do odliczenia naliczonego podatku VAT.
Ceny na światowym rynku produktów mleczarskich spadają. Polscy eksporterzy w pierwszych miesiącach tego roku zarobili na sprzedaży za granicę o 15-20 proc. mniej niż przed rokiem. Niestety, perspektyw szybkiego odbicia cen nie ma, choć druga połowa roku zwykle jest na rynku nieco lepsza. Mimo niskich cen producenci eksportują coraz więcej, bo rynek krajowy jest zbyt mały.
– Polscy producenci mleka za pierwsze miesiące tego roku uzyskali dochody o około 20 proc. niższe niż w roku ubiegłym. Jeśli ta sytuacja się nie poprawi, jeśli nie będziemy więcej sprzedawać, nie będziemy bardziej spieniężać produkcji, to nic nie wróży, że producenci mogą otrzymać więcej, a wręcz odwrotnie – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.
Polscy producenci produktów mleczarskich w ostatnich latach znacznie zwiększyli eksport. Z danych KZSM wynika, że w zeszłym roku wartość eksportu wyniosła 1,8 mld euro. Oznacza to wzrost o 15 proc. w stosunku do 2013 r. Broś przypomina, że od wejścia Polski do UE eksport w tej branży wzrósł 4,5-krotnie. Dynamiki eksportu nie zatrzymało rosyjskie embargo, mimo że do tego kraju jeszcze na początku 2014 r. trafiało ok. 20 proc. sprzedaży zagranicznej polskich produktów mleczarskich.
Pierwsze miesiące tego roku wskazują na niewielkie spowolnienie dynamiki wzrostu eksportu, ale nie na jej wstrzymanie. Wzrost wynosi 6-7 proc. w stosunku do początku 2014 r.
Broś wyjaśnia, że polscy producenci muszą sprzedawać za granicę, bo rynek krajowy jest zdecydowanie za mały. Spadające obecnie ceny na rynkach światowych jednak nie zniechęcają eksporterów, a nawet wręcz przeciwnie, żeby utrzymać poziom przychodów, zwiększają oni sprzedaż na zagraniczne rynki.
– Wchodzimy w kryzys i to myślę, że większy kryzys niż po roku 2008, kiedy również nastąpił znaczny spadek cen na rynkach światowych na produkty mleczarskie. Trzeba zwiększać eksport, żeby móc się rozwijać i móc zagospodarować mleko, którego w Polsce będzie w tym roku na pewno znacznie więcej niż w roku ubiegłym – podkreśla Broś.
Po zniesieniu unijnych kwot mlecznych od 1 kwietnia polscy rolnicy mogą już bez kar ze strony UE zwiększyć produkcję, co dodatkowo zwiększy presję na eksport.
Broś ocenia, że kryzys może potrwać nawet do końca roku. Do połowy roku ceny mogą jeszcze spaść, ale w drugiej połowie możliwe jest niewielkie odbicie. Jak zwraca uwagę prezes KZSM, trzeci, a szczególnie czwarty kwartał zwykle przynoszą wzrost cen w branży mleczarskiej. Mimo to tegoroczny średni poziom cen może być nawet 20 proc. niższy niż rok temu.
Niektórych producentów tak niskie ceny mogą zniechęcić do działalności w sektorze mleczarskim. Broś ocenia, że zapobiec temu mogłoby wsparcie ze strony Komisji Europejskiej, bo bez niego liczba producentów, szczególnie mleka, może znacznie zmaleć.
– Komisja Europejska ma pewne instrumenty, które powinna wprowadzać. Branża o to apeluje i pisze do ministra rolnictwa – mówi Broś. – Są to zakupy interwencyjne mleka w proszku, masła, dopłaty eksportowe. Europa, żeby była bardziej konkurencyjna wobec największych krajów, zwłaszcza tych eksportujących, jak Stany Zjednoczone, Australia, Nowa Zelandia czy Brazylia, powinna jednak w tym roku wprowadzić dopłaty eksportowe do głównych artykułów eksportowanych na rynki zewnętrzne.
Jak wylicza Broś, unijni producenci sprzedają poza wspólnotę głównie mleko w proszku, masło, a także sery.
W strukturze polskiego eksportu tej branży sery stanowią ok. 40 proc. Największą dynamikę w zeszłym roku wykazało jednak mleko w proszku. Jak wynika z danych firmy Kompass, eksport tego produktu wzrósł rok temu o 70 proc. Mleka świeżego za granicę sprzedano o 25 proc. więcej niż w 2013 r.
Niskie zaangażowanie pracowników staje się poważnym problemem. W USA 64 proc. z nich wykonuje swoje obowiązki bez zaangażowania. Pracowników zmotywować mają szkolenia, które są uważane za coraz istotniejsze świadczenie pozapłacowe w firmach. Eksperci podkreślają, że rozpoczynający pracę młodzi ludzie rzadziej oczekują od przełożonych natychmiastowych awansów, częściej – możliwości zdobywania doświadczeń i rozwijania wiedzy.
– Świat się zmienia, a wraz z nim potrzeby firm w zakresie szkoleń – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Patryk Góralowski, partner zarządzający w Knowledge Brasserie – edukacyjne delikatesy. – Przede wszystkim do przedsiębiorstw przychodzą młodzi ludzie, którzy mówią: „kariery to my od razu nie chcemy, ale chcemy zdobyć doświadczenie”. Oczekują czegoś, co będą mogli zaraz po zapoznaniu się z tym zastosować w swojej aktywności zawodowej.
Jak podkreśla, oczekiwanie gotowych rozwiązań, które będą możliwe do natychmiastowego zastosowania, to cecha charakterystyczna młodego pokolenia na rynku pracy. Na znaczeniu zyskują też narzędzia z różnych obszarów działalności organizacji pozwalające szybko i skutecznie osiągać założone cele.
– Młodzi chcą wiedzieć, jak przygotować zadania do realizacji zarówno w indywidualnym, jak i zespołowym zakresie. Chcą także znać sposoby operacjonalizacji [przekształcenia celu głównego na szereg mniejszych działań operacyjnych – red.], podzielenia zadania na kilka zadań, przypisania priorytetów i wykonania tego wszystkiego – precyzuje Góralowski. – Potrzebują konkretnych narzędzi, które ktoś im pokaże, tak by już kwadrans później mogli je zastosować. Bardzo dużo z nich dotyczy zarządzania czasem oraz bycia efektywnym i produktywnym.
Same szkolenia coraz częściej są traktowane przez młodych pracowników jako cenny benefit pracowniczy. Zajmuje on jedno z najwyższych miejsc na liście najbardziej oczekiwanych świadczeń.
– Często jest to zysk dla pracownika oraz element lojalizujący, który działa na korzyść pracodawcy – tłumaczy Góralowski. – Mogą to być zarówno krótkie szkolenia, które wspierają pewien obszar kompetencji, lub dłuższe programy rozwojowe. Większość zatrudnionych uważa, że jest to dla nich bardzo ważne.
Doskonalenie kompetencji kadr jest konieczne, bo coraz ważniejsza jest tzw. sprawczość, czyli konieczność wykonywania większej liczby zadań w krótszym czasie.
– Musimy więc nauczyć się robić więcej w coraz krótszym czasie bez szkody dla innych zatrudnionych, organizacji i samego siebie – mówi Góralowski.
Drugi, bardzo istotny obecnie, obszar kompetencyjny to umiejętności inspiracji i motywowania pracowników. Jak wynika z ubiegłorocznego badania Instytutu Gallupa, 64 proc. zatrudnionych w skali całego globu nie jest zaangażowanych w wykonywanie swoich obowiązków profesjonalnych.
– W Stanach Zjednoczonych tylko jedna trzecia zatrudnionych jest oddana pracy. W związku z tym obszar motywacji, zaangażowania, inspiracji i kompetencji menadżerów i przełożonych również zyskuje na znaczeniu – wskazuje Góralowski.
Jak wynika z raportu Instytutu Gallupa firmy, które inwestują w rozwój swoich pracowników, otrzymują w zamian ich wyższe zaangażowanie, a w rezultacie – nawet trzy razy większe zyski niż przedsiębiorstwa zatrudniające osoby mało oddane swoim obowiązkom.