Stosunek Polaków do wprowadzenia euro – kwiecień 2015

W kwietniu 77 proc. Polaków było przeciwnych wprowadzeniu euro w Polsce.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek przeciwników spadł o 1 punkt procentowy. Obecnie 46 proc. Polaków jest zdecydowanie przeciwnych przyjęciu przez Polskę euro, a raczej przeciwnych jest 31 proc.
Odsetek zwolenników przyjęcia euro spadł w porównaniu do pomiaru marcowego także o 1 punkt procentowy. Obecnie jest ich łącznie 16 proc. Zdecydowanych zwolenników jest 3 proc., 13 proc. respondentów raczej poparłoby wprowadzenie euro. Jedynie 7 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

Żadna z podstawowych zmiennych społeczno-demograficznych nie wpływa istotnie na opinie dotyczące przyjęcia wspólnej waluty euro. W większości grup wiekowych, wykształcenia, pozycji zawodowej, klasy wielkości miejscowości, dominuje odsetek przeciwników przyjęcia euro i wynosi od 70 do ponad 80 proc.
Preferencje polityczne respondentów także nie wpływają na polaryzację opinii na temat wprowadzenia euro. Wysokie odsetki przeciwników przyjęcia euro występują wśród elektoratów dwóch największych ugrupowań, liczniej występują oni wśród wyborców Prawa i Sprawiedliwości (80 proc.) niż wśród wyborców Platformy Obywatelskiej (71 proc.).
Informacje o badaniu
Kwietniowa fala badania została przeprowadzona w dniach 9–13 kwietnia 2015 r. na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

GfK

GfK to jedna z największych firm badawczych na świecie, zatrudniająca ponad 11 000 ekspertów, którzy codziennie starają się odkryć nowy sposób patrzenia na to, jak żyją, myślą i kupują ludzie na ponad 100 rynkach.

 

Stosunek Polaków do integracji europejskiej w kwietniu 2015

W kwietniu 84 proc. Polaków popierało członkostwo Polski w Unii Europejskiej.

W stosunku do poprzedniego miesiąca odsetek zwolenników wzrósł o 1 punkt procentowy. Obecnie 32 proc. Polaków zdecydowanie popiera nasze członkostwo w UE, a raczej je popiera 52 proc.

Przeciwników integracji jest łącznie 12 proc. i w stosunku do marca ich odsetek spadł o 2 punkty procentowe. Obecnie zdecydowanych przeciwników jest 4 proc., a raczej przeciwnych integracji jest 8 proc. respondentów. 4 proc. badanych nie ma w tej kwestii zdania.

W kwietniu, analogicznie do pomiarów z poprzednich miesięcy, poparcie członkostwa Polski w Unii Europejskiej było bardzo wysokie we wszystkich grupach wiekowych i wynosiło 80-90 proc., z wyjątkiem respondentów najstarszych, w wieku powyżej 65 lat, wśród których idea integracji była nieco mniej popularna i popierało ją 69 proc. respondentów.

Analogiczna sytuacja ma miejsce w przypadku wykształcenia respondentów. Nie różnicuje ono i nie wpływa znacząco na poparcie idei integracji. Najwięcej jej zwolenników występuje wśród osób z wyższym wykształceniem (88 proc.), jednak w pozostałych grupach wykształcenia idea integracji również ma licznych zwolenników – popiera ją 84 proc. respondentów z wykształceniem średnim, 84 proc. z wykształceniem zawodowym i 81 proc. podstawowym.
Wysokie poparcie dla członkostwa Polski w UE występuje wśród elektoratów obydwu największych partii politycznych. W kwietniu 89 proc. wyborców Platformy Obywatelskiej oraz 81 proc. wyborców Prawa i Sprawiedliwości (wraz z Solidarną Polską i Polską Razem) było zwolennikami członkostwa.

Informacje o badaniu
Kwietniowa fala badania została przeprowadzona w dniach 9–13 kwietnia 2015 r. metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów w ramach badania omnibus CAPI na podstawie reprezentatywnej imiennej próby Polaków w wieku 15+, wylosowanej z bazy PESEL. Osoby celowe zostały wybrane w oparciu o dwustopniowy stratyfikowany schemat losowania z całkowitą liczbą realizowanych wywiadów n=1020. Wywiady zostały zrealizowane metodą wywiadów bezpośrednich w domach respondentów CAPI.

GfK

GfK to jedna z największych firm badawczych na świecie, zatrudniająca ponad 11 000 ekspertów, którzy codziennie starają się odkryć nowy sposób patrzenia na to, jak żyją, myślą i kupują ludzie na ponad 100 rynkach.

Instytut GfK nieustannie wprowadza do swoich badań innowacje, stosuje zaawansowane technologie oraz precyzyjne metodologie, aby zapewnić swoim partnerom biznesowym jak najlepszą wiedzę o najważniejszych dla nich ludziach: ich klientach.

Więcej informacji znaleźć można na stronie www.gfk.com

Dalszy squeeze EUR, USD traci na wartości względem kolejnych walut

Wczoraj miał miejsce ogólny squeeze EUR: krótkie pozycje w EUR znalazły się pod presją we wszystkich parach, od EUR/USD do popularnej pary EUR/NZD (która wczoraj zyskała na wartości ponad 2% po umiarkowanym komunikacie RBNZ) przy braku jakiegokolwiek wyraźnego katalizatora poza słabym apetytem na ryzyko (związanym z transakcjami carry we wspólnej walucie). W ciągu dnia squeeze objął również parę EUR/USD w efekcie kolejnej serii słabych danych ze Stanów Zjednoczonych – zarówno liczba wniosków o zasiłki w danym tygodniu, jak i sprzedaż nowych domów okazały się zdecydowanie rozczarowujące.

Pierwszym testem, który wykaże, czy ten squeeze się utrzyma, będzie poranny niemiecki raport IFO, jak również potencjalne zmiany apetytu na ryzyko po wczorajszej wyjątkowo słabej akcji.

Innym ważnym wydarzeniem jest szczyt Eurogrupy w Rydze. Rozstrzygnięcie sytuacji w Grecji jest raczej mało prawdopodobne, mimo iż wczoraj zarówno premier Grecji, Tsipras, jak i minister finansów, Warufakis, wykazywali znacznie większy optymizm, niż w ostatnich tygodniach.

EUR/USD

Po wczorajszej akcji mamy klasyczną świecową formację objęcia hossy, która dziś rano uzyskała wstępne „potwierdzenie” – testujemy rejony powyżej wcześniejszej linii oporu na poziomie 1,0840, ustanowionej po poprzednim odbiciu (oraz zniesienia Fibo o 61,8%).

Byki liczą na test oporu przedziału na poziomie 1,10 przed przewidzianym na przyszły tydzień posiedzeniem Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Niedźwiedzie czekają na zdecydowane odrzucenie próby przełamania w górę, które mogłoby uzasadniać sprzedaż.

W przyszłym tygodniu uwaga inwestorów skupi się na posiedzeniach banków centralnych w środę i czwartek – zobaczymy, czy szwedzki Riksbank przekaże jakiekolwiek wytyczne, które zwiększyłyby zainteresowanie parą EUR/SEK.

Później tego samego dnia odbędzie się posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku, a zaledwie kilka godzin po nim – znacznie bardziej interesujące w tym momencie posiedzenie RBNZ (biorąc pod uwagę zdecydowane ruchy, które miały miejsce w tym tygodniu).

W czwartek przewidziano również posiedzenie Bank of Japan, jednak nie należy się po nim wiele spodziewać ze względu na wizytę premiera Abe w Stanach Zjednoczonych.

Po ostatnich odczytach i ze względu na niewielki napływ istotnych danych przed posiedzeniem FOMC w najbliższą środę, oczekiwania rynku wobec Fed będą bliskie zeru.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: dolar jest osłabiony po wczorajszym squeezie par z EUR i znalazł się pod dodatkową presją we wszystkich parach ze względu na przewidywania inwestorów, że posiedzenie FOMC w najbliższą środę okaże się wyjątkowo bierne. Ostatni odczyt zamówień na dobra trwałe okazał się słaby, przez co ewentualne dzisiejsze pozytywne zaskoczenie może stanowić interesujący test dla niedźwiedzi dolarowych przed weekendem.

EUR: wszystko dziś zależy od tego, czy squeeze EUR rozszerzy się, czy też straci na sile; dzienne wsparcie w parze EUR/USD znajduje się obecnie na poziomie 1,0840 po porannej próbie umocnienia. 1,0915 to mniej istotny poziom Fibo, jednak w przypadku przeciwnego scenariusza należy uważać na maksima przedziału na poziomie 1,1000 i wyżej.

JPY: pod koniec sesji azjatyckiej doszły nas sprzeczne informacje z Japonii: według informatora z kręgów rządowych, zaplanowane na 30 kwietnia posiedzenie BoJ może przynieść zdecydowane zmiany, jednak Abe chce uniknąć wszelkich gwałtownych ruchów do zakończenia wizyty w Stanach Zjednoczonych. Z kolei źródła, do których dotarła agencja Bloomberg, ponoć na podstawie informacji z BoJ, twierdzą, że BoJ usiłuje przewidzieć, w jakim terminie może być konieczne omówienie dodatkowego ograniczenia skupu aktywów (znacznie, znacznie później). Skoncentrujmy się zatem raczej na wykresach: nie podejmujemy żadnych działań w parze USD/JPY co najmniej do czasu zejścia poniżej poziomu 118,50 lub powyżej poziomu 121,50. Para EUR/JPY może być interesująca, jeżeli EUR straci na wartości i nastąpi odwrócenie w dół z powrotem w granice przedziału – jednak zaczekajmy na konkretne potwierdzenie.

GBP: aprecjacja funta względem USD jest zaskakująca – nie dostrzegam potencjału dla dalszego rajdu w parze GBP/USD przed wyborami, chyba że w przyszłą środę FOMC zastosuje wyjątkowo umiarkowaną retorykę (mało prawdopodobne). Równocześnie wyprzedaż w parze EUR/GBP ma także niewielki potencjał, ponieważ trudno będzie przyciągnąć nowych sprzedających w dolnych rejonach przedziału w okresie przedwyborczym. Wczoraj nastąpiło również niewielkie odwrócenie w górę w parze EUR/GBP.

CHF: wyprzedaż CHF po informacji o rozszerzaniu zakresu zastosowania ujemnych stóp procentowych przez Szwajcarski Bank Narodowy okazała się krótkotrwała. Czy ta zapowiedź może wskazywać na wzrost aktywności? Dzisiejsze posiedzenie SBN może, choć nie musi, dostarczyć nowych wrażeń. Uwaga na obszar 0,9500 w parze USD/CHF.

AUD: waluta nadal znajduje się w granicach przedziału; zobaczymy, czy deprecjacja USD się utrzyma i czy para ta zdoła pokonać obszar 0,7850, a może i – po raz pierwszy od września – przetestować 100-dniową średnią ruchomą (obecnie tuż poniżej poziomu 0,7900).

CAD: para USD/CAD testuje niższe poziomy wsparcia w efekcie wzrostu cen ropy; osiągnięcie rejonów 1,20-1,21 potwierdzi, czy konsolidacja przeciwna do trendu zmierza ku końcowi.

NZD: para AUD/NZD umocniła się do kluczowego poziomu 1,0300; rynek zastanawia się, czy retoryka na posiedzeniu RBNZ w przyszłym tygodniu zostanie złagodzona. Wydaje się, że w parze NZD/USD mamy trend spadkowy, jednak argument na potwierdzenie tej tezy uzyskamy dopiero po umocnieniu się USD w pozostałych parach.

SEK: para EUR/SEK wczoraj znalazła się przy górnej granicy przedziału w związku z powszechnym squeezem par z EUR, jednak do posiedzenia Riksbank w przyszłym tygodniu ruch w tej parze może być ograniczony.

NOK: pierwszy test strefy zwrotnej w rejonach 8,50/55 okazał się udany; zobaczymy, czy oznacza to kontynuację wyprzedaży.

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne

  • Niemcy: wyniki ankiety IFO dotyczącej nastrojów przedsiębiorców w kwietniu (08:00 czasu Greenwich)
  • Szwajcaria: wystąpienie Jordana z SBN (08:00)
  • Stany Zjednoczone: zamówienia na dobra trwałe w marcu (12:30)
  • Kanada: wystąpienie Poloza z Bank of Canada (14:25)  

John J Hardy, Saxo Bank

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 27.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Ulga na przewodnika, również tego na czterech łapach

0

Niepełnosprawni, którzy na co dzień poruszają się dzięki przewodnikom, mają prawo odliczyć od swoich dochodów wydatki związane z opłaceniem tych osób. Inna ulga obejmuje koszty utrzymania psa asystującego.

„Podatnik korzystający z pomocy przewodnika może odliczyć maksymalnie 2280 zł. Musi być w stanie wykazać, że dany wydatek faktycznie został poniesiony” – mówi serwisowi infoWire.pl Małgorzata Sator z Urzędu Skarbowego Warszawa-Wola.

Organy podatkowe mogą żądać przedstawienia umowy zawartej między niepełnosprawnym a przewodnikiem. Powinno jasno wynikać, że ma ona charakter odpłatny. W przypadku braku pisemnej umowy urząd wymaga podania danych pomagającej osoby. Umożliwia to sprawdzenie, czy rozliczyła się ona z otrzymanego dochodu z fiskusem. Warto wiedzieć, że przewodnik nie musi mieć dokumentów poświadczających jego kwalifikacje.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku psa asystującego. Aby móc skorzystać z odpowiedniej ulgi, wymagane jest zaświadczenie potwierdzające, że niepełnosprawny jest właścicielem psa, który został przeszkolony do pełnienia funkcji przewodnika osoby ociemniałej.

Pracodawcy proponują zmiany na rynku aptecznym

Wyłączenie spod zakazu reklamy aktywności aptek jako placówek ochrony zdrowia publicznego, transparentność cen, zwiększenie dostępności leków refundowanych poprzez zmianę wysokości i sposobu wyliczania urzędowej marży detalicznej, czy wykorzystanie potencjału aptek internetowych – proponują autorzy raportu „Wyższa dostępność, niższe ceny. Wskazówki i postulaty dotyczące eliminacji barier na rynku aptecznym”, który powstał na zlecenie Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET i Konfederacji Lewiatan.

W raporcie, którego autorem jest kancelaria prawna Tomasik Jaworski Spółka Partnerska, wskazuje się na liczne bariery, które utrudniają prowadzenie aptek i rozwój detalicznego rynku farmaceutycznego. Większość z nich można wyeliminować bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów z budżetu państwa. Potrzebna jest jednak odrobina dobrej woli ze strony rządu i parlamentu.

Konieczna jest racjonalizacja wydatków publicznych i skrócenie kolejek w szpitalach poprzez uwzględnienie farmaceutów i aptek w strukturze systemu opieki zdrowotnej. Niezbędne jest finansowanie ze środków publicznych procedur profilaktycznych i zdrowotnych, których realizatorem byłyby apteki, szczególnie chodzi o opiekę farmaceutyczną. Farmaceuci powinni otrzymać uprawnienia do wystawiania recept na określone leki, dla pewnych grup pacjentów, np. przewlekle chorych.
Doprecyzowania wymaga także przepis o zakazie reklamy aptek. Miałby on dotyczyć wyłącznie działań prowadzonych poza lokalem apteki i odnoszących się do leków lub wyrobów medycznych. Wyraźnie trzeba określić jakie zachowania nie uważa się za reklamę. Obowiązujący zakaz reklamy aptek, w praktyce uniemożliwia też efektywne funkcjonowanie aptek internetowych.

Autorzy raportu proponują umożliwienie wymiany informacji pomiędzy lekarzami i aptekami na temat stosowanej przez pacjenta farmakoterapii. Do tego potrzebna jest zmiana przepisów dotyczących ochrony danych przetwarzanych w ramach świadczonych przez aptekę usług farmaceutycznych oraz zapewnienie gwarancji ich ochrony.

Konieczna jest również zmiana sposobu wyliczania i wysokości urzędowej marży detalicznej. Powinna ona uwzględniać rzeczywiste koszty funkcjonowania apteki w związku z zapewnieniem dostępności do leków refundowanych. Jednym z możliwych rozwiązań jest wprowadzenie jednolitej opłaty dyspensyjnej.

Zdaniem autorów raportu należy zrezygnować ze zbędnych wymogów lokalowych, takich jak prowadzenie apteki wyłącznie na parterze czy konieczności posiadania dwóch odrębnych wejść. A także dopuścić możliwość realizacji leków recepturowych poprzez współpracę z aptekami dysponującymi stosowną infrastrukturę lokalową lub certyfikowanymi laboratoriami.
Raport dostępny jest na stronie www.pharmanet.org.pl

Konfederacja Lewiatan

NIK o ściąganiu podatków lokalnych

Najwyższa Izba Kontroli ocenia pozytywnie, mimo stwierdzonych nieprawidłowości, działania objętych kontrolą gmin w zakresie prawidłowej i skutecznej realizacji dochodów z podatków lokalnych oraz dochodów z majątku. Niektóre z działań gminy prowadziły w sposób mogący podważać zaufanie obywateli do organów podatkowych. Nieprawidłowości wystąpiły przy wymiarze podatku, egzekwowaniu zaległości, stosowaniu ulg podatkowych oraz przy realizacji dochodów z majątku.

Nieprawidłowości dotyczyły przede wszystkim:

  • niewykorzystywania przez organ podatkowy w połowie skontrolowanych gmin możliwości kontroli u podatników;
  • opieszałości w prowadzeniu działań windykacyjnych, co skutkowało niską skutecznością egzekwowania zaległości podatkowych;
  • nierzetelności postępowań podatkowych w sprawach ulg,  polegającej na stosowaniu nieprzejrzystych lub niejednolitych kryteriów przy ocenie wniosków, dowolności w wydawaniu decyzji oraz nieprawidłowym dokumentowaniu i nieprzestrzeganiu terminów w prowadzonych postępowaniach, co zwiększa ryzyko wystąpienia korupcjogennego mechanizmu dowolności.

Negatywnymi skutkami stwierdzonych nieprawidłowości były uszczuplenia w dochodach gmin z tytułu badanych podatków, a także negatywny odbiór społeczny takich zjawisk jak: unieważnianie przez organy nadzoru uchwał z powodu promowania zwolnieniami podatkowymi określonych podmiotów, dowolne wydawanie decyzji w sprawach ulg podatkowych według niejasnych, niejednolitych zasad oraz opieszałość bądź odstępowanie od egzekucji podatkowej.

Załoga pokładowa Emirates liczy już ponad 20 tysięcy osób

W tym miesiącu liczba pracowników personelu pokładowego linii Emirates przekroczyła 20 tysięcy osób. To przełomowy moment w historii przewoźnika.  

Załoga pokładowa linii Emirates to mieszanka 135 narodowości, na którą składają się osoby mówiące łącznie w ponad 55 językach. Jej wielokulturowość oddaje kosmopolityczny charakter Dubaju i stanowi także wyróżnik przewoźnika.

Liczba pracowników personelu pokładowego Emirates wzrasta wraz z rozwojem floty i siatki połączeń przewoźnika. W tym roku linie planują zatrudnić kolejne 5 tysięcy nowych członków załogi.

Członkowie personelu pokładowego to najlepsi ambasadorzy naszej marki. Każdego dnia obsługują klientów 10 tysięcy metrów nad ziemią, a także na ważnych wystawach i wydarzeniach na całym świecie, w których bierzemy udział. Dbając o bezpieczeństwo pasażerów na pokładzie, ich samopoczucie oraz dobre wrażenia z podróży, oddają oni wartości Emirates. Zwiększając liczbę członków załogi do 20 tysięcy dokonaliśmy ogromnego postępu w krótkim czasie i jesteśmy dumni, że możemy świętować ten sukces w tak utalentowanym i zaangażowanym zespole – powiedział Terry Daly, Divisional Senior Vice President – Service Delivery, Emirates.

Linie Emirates otwierają przed swoimi pracownikami szerokie perspektywy zawodowe w międzynarodowej firmie. Przewoźnik oferuje różnorodne możliwości rozwoju i awansu w hierarchii personelu pokładowego. Wielu pracowników zaczynając w klasie ekonomicznej zaledwie po 18 miesiącach pracuje już w klasie biznes, a niektórzy po około 5-6 latach zostają głównymi stewardami czy szefami personelu pokładowego.

Członkowie załogi Emirates często posiadają doświadczenie zawodowe w innych profesjach, w związku z czym mają także możliwość przeniesienia się do innego działu w ramach struktur firmy. Jako byli księgowi, ekonomiści, lekarze czy muzycy, pracownicy personelu pokładowego Emirates dzielą się rozmaitymi umiejętnościami i wizjami świata.

Ponadto personel pokładowy przewoźnika otrzymuje pełny pakiet pracowniczy, na który składa się wiele darmowych świadczeń, takich jak zakwaterowanie w hotelu o wysokim standardzie w Dubaju, dojazd do pracy, ubezpieczenie, opieka lekarska i stomatologiczna oraz zniżki w centrach handlowych i rekreacyjnych w Dubaju. Dla wielu pracowników załogi Emirates ogromną zaletą są atrakcyjne ulgi na bilety dla rodzin, przyjaciół i dla nich samych – tym bardziej, że wciąż powiększana siatka połączeń linii umożliwia podróż do ponad 140 miast na sześciu kontynentach.

 

W Chinach powstaje fundusz, którego zadaniem będzie inwestowanie w technologiczne start-upy z całego świata

CEO Magazyn Polska

6,5 mld dolarów ma mieć do dyspozycji państwowy fundusz, który właśnie powstaje w Chinach. Jego zadaniem będzie inwestowanie w technologiczne firmy z całego świata w początkowej fazie rozwoju (tzw. start-upy). Ale sukces na chińskim rynku, jak przekonuje Marcin Kozłowski z firmy Business Link, odniosą jedynie projekty uwzględniające specyfikę Państwa Środka nie tylko pod względem technologicznym, lecz także kulturowym.

W tej chwili w Chinach powstaje bardzo duży państwowy fundusz venture, który koncentruje się na tym, by inwestować w nowe spółki technologiczne, łatwo skalowalne, czyli takie, które swoje rozwiązanie mogą w bardzo szybkim tempie rozprzestrzenić na cały świat – mówi w rozmowie z agencją Newseria Inwestor Marcin Kozłowski, odpowiadający za rynki międzynarodowe w ogólnopolskiej sieci akceleratorów biznesu firmie Business Link. – Są to zazwyczaj rozwiązania dotyczące internetu, które wpisują się w takie trendy, jak smart city i cloud computing, czyli wszystkie rozwiązania funkcjonujące w chmurze internetowej.

Istotne jest, jak wskazuje Kozłowski, by start-upy starające się w ramach funduszu o finansowanie dotyczyły jak najszerszego kręgu odbiorców. Już sam rynek chiński jest ogromny. Wprowadzenie produktów lub usług do jednej, dużej prowincji, gdzie mieszka 100-130 mln osób, można porównać do zdobycia potężnego rynku w Europie, ale Chiny są na tyle ogromne, że spółki rozwijają się tam bardzo dynamicznie.

Fundusz będzie dysponował kapitałem w wysokości kilku miliardów dolarów (6,5 mld dolarów, 40 mld juanów) – zapowiada Kozłowski. – W tej chwili trudno powiedzieć, ile z tego wielkiego tortu chińskiego będą mogli uszczknąć krajowi inwestorzy. To będzie zależało przede wszystkim od tego, jak dobrze rozumieją Chiny nie tylko pod względem technologicznym, lecz także kulturowym.

W Państwie Środka interesy czy partnerstwa biznesowe są prowadzone w inny sposób niż w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

W Chinach proces ten musi trwać, jest długofalowy, opiera się na zaufaniu, wzajemnym zrozumieniu i poznaniu – tłumaczy Kozłowski. – Stąd trudno powiedzieć, jaki kawałek chińskiego tortu można będzie uszczknąć w ramach funduszu. Natomiast sama perspektywa tak dużych możliwości, zwłaszcza że jest to instytucja państwowa, jest niezwykle intratna dla polskich start-upów.

Chiny zmieniają strukturę swojej gospodarki. Motorem wzrostu tego kraju w większym niż dotychczas stopniu ma być popyt wewnętrzny, którego źródłem są rosnące wydatki coraz liczniejszej klasy średniej. Jak wynika z analizy firmy Atradius, prócz nowych technologii bardzo dobrze prezentują się perspektywy współpracy z tamtejszymi firmami z sektora rolnego i usług finansowych, działającymi na rynku dóbr szybko zbywalnych (FMCG) oraz usług. Na wzroście popytu wewnętrznego mogą także skorzystać przedsiębiorstwa wytwarzające i handlujące dobrami konsumpcyjnymi oraz farmaceutykami.

Barierą, którą polskie start-upy muszą przezwyciężyć, są przede wszystkim kwestie finansowe – zauważa Kozłowski. – Chińczycy są bardzo zainteresowani inwestowaniem w polskie projekty, ale muszą one przynosić już zyski. Jeżeli firma nie ma, mówiąc językiem profesjonalistów, tzw. trakcji, czyli dowodu, że sprzedała już jakiś pakiet produktów czy usług na rynku europejskim, to będzie jej trudno. Rynek chiński podbijają więc raczej start-upy rozwinięte, czyli takie, które już sprawdziły swoje możliwości produktowe w Europie.

Chiny są największym partnerem handlowym Polski w Azji. Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, w 2014 polskie przedsiębiorstwa sprowadziły z Państwa Środka towary za ponad 23 mld dol., czyli o 19,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Natomiast szacunkowy wzrost importu wyniósł ok. 30 proc., choć wciąż stanowi zaledwie około jednej piątej polsko-chińskiej wymiany handlowej.

USD odporny, NZD traci na wartości po wytycznych RBNZ

Słaby odczyt azjatyckiego PMI ubiegłej nocy wywołał zaskakująco niewielkie reakcje na rynkach walutowych. Para AUD/USD ustabilizowała się na nieco niższym poziomie pod koniec sesji, mimo iż mogło to wynikać z rajdu w parze AUD/NZD po umiarkowanym komunikacie Reserve Bank of New Zealand, który w nocy spowodował spadek kursu NZD w całej tabeli.

Powrót poniżej rejonów 0,7600 może być potwierdzeniem trendu spadkowego NZD, a spready stóp na linii NZ-Australia sugerują, że preferowane będą krótkie pozycje w nowozelandzkiej walucie. Na potencjał spadkowy NZD może również wpłynąć obecne pozycjonowanie.

Wyprzedaż NZD była bezpośrednim wynikiem wystąpienia wiceprezesa RBNZ, Johna McDermotta, w którym sugerował on, że bank nie przewiduje żadnych podwyżek stóp, a wręcz rozważa obniżenie stóp procentowych w przypadku „dowodów na osłabienie popytu i krajowej presji inflacyjnej”.

Wczoraj miała miejsce gwałtowna wyprzedaż CHF po informacji o rozszerzaniu zakresu zastosowania ujemnych stóp procentowych przez Szwajcarski Bank Narodowy (SBN). Oznacza to, że SBN zaczyna zachowywać się nieprzewidywalnie i że tendencja ta się utrzyma w przypadku ponownego zbliżenia się pary EUR/CHF do poziomu parytetu. Wpływ tej zapowiedzi na kurs CHF był istotny również ze względu na jej termin, który zbiegł się w czasie ze stosunkowo gwałtownym zmniejszeniem spreadów peryferyjnych EUR i ze spadkiem rentowności greckich obligacji.

W dzisiejszym kalendarzu ekonomicznym przewidziano m.in. odczyty flash PMI dla Europy, które raczej nie wywołają reakcji na rynkach. Jak już wspominaliśmy, wytyczne Europejskiego Banku Centralnego dotyczące programu luzowania ilościowego zostały już powszechnie przyjęte do wiadomości, przez co publikacje danych ekonomicznych w najbliższym czasie nie będą miały większego znaczenia, w szczególności te pozytywnie przekraczające powszechne oczekiwania. Wyjątkowo słabe odczyty to inna sprawa, ponieważ mogą wskazywać na próbę dalszych działań ze strony EBC.

Wykres: NZD/USD

Para NZD/USD powróciła poniżej poziomu 0,7600, a zatem zarówno próba umocnienia się powyżej maksimum poprzedniego przedziału w okolicach poziomu 0,7700, jak i pokonania lokalnego oporu w okolicach poziomu 0,7630, została odrzucona. Ta formacja wydaje się najkorzystniejsza dla niedźwiedzi, biorąc pod uwagę deprecjację NZD w pozostałych parach. Kolejny etap to obszar 0,7400/50, umożliwiający pełny test minimów z 2015 r. poniżej poziomu 0,7200.

Podsumowanie w koszyku G-10:

USD: waluta wydaje się w lepszej kondycji po akcji ubiegłej nocy, mimo iż zdecydowany nowy kierunek może obrać dopiero po komunikacie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w przyszłym tygodniu.

EUR: para EUR/USD pozostaje w połowie przedziału; obszar 1,0665/1,0700 może wskazywać na nowe osłabienie – preferowana jest sprzedaż, dopóki waluta pozostawać będzie poniżej dziennego poziomu zwrotnego 1,0750 i dopóki utrzyma się apetyt na ryzyko wspierający transakcje carry w EUR. Nie jest pewne, czy dzisiejsze odczyty PMI dla Europy wpłyną w znacznym stopniu na kurs EUR; pozytywne dane mogą zwiększyć apetyt na ryzyko, a tym samym osłabić walutę.

JPY: dotychczas waluta zachowywała się niczym wersja beta USD; para EUR/JPY najprawdopodobniej straci na wartości w przypadku, gdy straci na wartości para EUR/USD itd. W parze USD/JPY pierwszym interesującym poziomem będzie dopiero rejon znacznie powyżej poziomu 120,00 (chmury Ichimoku) i nawet wówczas konieczne będzie zdecydowane przekroczenie poziomu 121,00, aby poważnie brać pod uwagę przełamanie przedziału.

GBP: waluta jest imponująco mocna, jednak najprawdopodobniej również bardzo podatna na spadki, jeżeli dzisiejszy odczyt sprzedaży detalicznej nie okaże się mocny. Trudno przewidywać nowe, znaczące maksima względem USD przed wyborami w Wielkiej Brytanii i przed posiedzeniem FOMC w przyszłym tygodniu. Uwaga na rejony 1,5000/1,4975 w parze GBP/USD, które mogą potwierdzić ewentualne podtrzymanie rajdu.

CHF: waluta straciła na wartości po komunikacie SBN; zobaczymy, czy rajd w parach EUR/CHF i USD/CHF okaże się jednorazowym wydarzeniem, czy też ma większy potencjał. Opcje call w parze USD/CHF z terminem co najmniej miesięcznym mogą być rozwiązaniem zarówno na wypadek spadku w parze EUR/USD, jak i rozstrzygnięcia sytuacji w Grecji w ciągu najbliższych kilku tygodni.

AUD: waluta jest stosunkowo odporna pomimo słabego odczytu chińskiego PMI ubiegłej nocy, mimo iż może to wynikać z licznych transakcji kupna w parze AUD/NZD. Tymczasem para AUD/USD wydaje się podatna na wahania, o ile ponownie zejdziemy poniżej ostatniego poziomu wsparcia (0,7683).

CAD: waluta wzbudza obecnie niewielkie zainteresowanie, mimo iż brak jakiejkolwiek kontynuacji w dół może sugerować, że ryzyko zaczyna dotyczyć wzrostu.

NZD: Waluta gwałtownie straciła na wartości w efekcie wydarzeń, które mogą ukierunkować kurs NZD na dłuższy czas, zarówno względem USD, jak i pozostałych walut. Para NZD/USD zdecydowanie zeszła poniżej poziomu 0,7600, a w przypadku słabego zamknięcia można zakładać powrót w niższe rejony przedziału, w kierunku minimów poniżej poziomu 0,7200.

SEK: z jakimikolwiek działaniami zaczekajmy na posiedzenie Riksbank w przyszłym tygodniu, ponieważ para EUR/SEK już od ponad miesiąca waha się pomiędzy poziomem 9,40 a poziomem 9,23.

NOK: w przypadku wyprzedaży ropy, para EUR/NOK wydaje się podatna na powrót do wyższego przedziału powyżej poziomu 8,50/55, ponieważ już od dłuższego czasu po znaczącym przełamaniu tego poziomu nie następuje kontynuacja w dół.

Najważniejsze dane ekonomiczne

  • Nowa Zelandia: badanie zaufania konsumentów ANZ w kwietniu wyniosło 128,8 w porównaniu z odnotowanym w marcu 124,6
  • Australia: badanie zaufania przedsiębiorców NAB w I kw. wyniosło 0 w porównaniu z odnotowanym w IV kw. 2
  • Japonia: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym Markit/JMMA w kwietniu wyniósł 49,7 w porównaniu z przewidywanym 50,7 oraz z odnotowanym w marcu 50,3
  • Chiny: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym HSBC w kwietniu wyniósł 49,2 w porównaniu z przewidywanym 49,6 oraz z odnotowanym w marcu 49,6

Główne nadchodzące wydarzenia ekonomiczne (wszystkie godziny według czasu Greenwich)

  • Strefa euro: wystąpienie Praeta z EBC (07:45)
  • Strefa euro: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym i usługowym (Markit) w kwietniu (08:00)
  • Wielka Brytania: sprzedaż detaliczna w marcu (08:30)
  • Stany Zjednoczone: cotygodniowe dane o nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych (12:30)
  • Stany Zjednoczone: wstępny odczyt PMI w sektorze wytwórczym (Markit) w kwietniu (13:45)
  • Stany Zjednoczone: sprzedaż nowych domów w marcu (14:00)
  • Stany Zjednoczone: wskaźnik aktywności przemysłu Rezerwy Federalnej w Kansas City w kwietniu (15:00)
  • Japonia: wystąpienie Nakaso z BoJ (03:00)

John J Hardy, Saxo Bank

 

EBC odetnie greckie banki od środków

Zbliżający się termin spłaty kolejnej raty pożyczki udzielonej Grecji przez MFW sprawia, że w centrum uwagi pozostają wiadomości napływające z południa Europy. Jak wynika z informacji opublikowanych w środę przez „New York Times”, w obliczu braku porozumienia między rządem w Atenach a unijnymi kredytodawcami, EBC może zmienić zasady, na jakich greckie banki komercyjne pozyskują środki od tamtejszego banku centralnego, co w znaczący sposób utrudniłoby ich funkcjonowanie. Już teraz większość instytucji finansowych pozostaje uzależnionych od pożyczek udzielanych Atenom w ramach tzw. awaryjnego wsparcia płynności. Groźba niewypłacalności Grecji w negatywny sposób wpływa także na sytuację panującą na tamtejszym rynku akcji, gdzie podczas wczoraj sesji główny indeks ateńskiej giełdy – Athex Composite spadł do najniższego poziomu od września 2012 roku.

Dzisiejsza sesja zostanie zdominowana przez publikację przemysłowych i usługowych indeksów PMI dla największych światowych gospodarek. Uwagę inwestorów znad Wisły przyciągną także informacje na temat treści protokołu z ostatniego posiedzenia RPP. Popołudniu zza Oceanu napłyną natomiast cotygodniowe dane obrazujące aktualną sytuację na amerykańskim rynku pracy – analitycy spodziewają się spadku liczby złożonych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych do 290K.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Dariusz Rosati: Nie można wykluczyć kolejnych obniżek stóp procentowych RPP. Jest to jednak mało prawdopodobne

CEO Magazyn Polska

Mimo że Rada Polityki Pieniężnej zadeklarowała, że kończy z redukcją stóp procentowych NBP, nie można wykluczyć kolejnych obniżek. Umacnianie złotego oraz utrzymująca się deflacja mogą skłonić RPP do zmiany decyzji – uważa prof. Dariusz Rosati, dawny członek Rady.

– Więcej przestrzeni do obniżek stóp, szczerze powiedziawszy, nie widzę mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Dariusz Rosati, europoseł PO i były członek RPP. – Ale niczego nie można wykluczyć, musimy poczekać i zobaczyć, jak rozwinie się sytuacja w strefie euro na skutek luzowania ilościowego. Jeżeli będziemy mieli do czynienia z taką reakcją kursu złotego w stosunku do euro jak do tej pory, jeżeli ta tendencja będzie się bardzo długo utrzymywać, to niewykluczone, że silne umocnienie złotego może jeszcze zmusić Radę Polityki Pieniężnej do ponownego przeanalizowania tej sprawy.

Rada ma też problem z celem inflacyjnym NBP, którym jest roczny wzrost cen o 2,5 proc. Taki pozom inflacji nie zagrażałby finansom publicznym, stymulując jednocześnie rozwój gospodarczy. Tymczasem w Polsce od sierpnia ubiegłego roku ceny towarów i usług spadają. W marcu, jak podaje Główny Urząd Statystyczny, ceny były o 1,5 proc. niższe niż rok wcześniej i jest to tylko minimalnie niższa dynamika spadku niż w lutym (1,6 proc.).

Pamiętajmy, że Rada stara się trafić w cel inflacyjny przyznaje Dariusz Rosati. Ta inflacja obecnie jest dramatycznie poniżej tego celu, więc jeżeli nie pojawią się inflacyjne impulsy, to niewykluczone, że Rada będzie musiała szukać jakiegoś sposobu, żeby tę inflację jednak doprowadzić do celu.

Mimo wszystko – w ocenie prof. Rosatiego – o podwyżkach stóp procentowych NBP raczej nie ma mowy. Są historycznie niskie i takie powinny przez jakiś czas pozostać. Tym bardziej że inne cele, jakie gospodarka osiąga dzięki obniżaniu stóp, są realizowane.

 Rada Polityki Pieniężnej zapowiedziała, że właśnie kończy cykl obniżek. Myślę, że to była słuszna zapowiedź. Jak patrzymy na sektor realny, to wzrost w Polsce jest bardzo solidny, w zeszłym roku 3,5 proc. prawie, w tym roku będzie więcej. Spada nam bezrobocie, nie jest jeszcze bardzo niskie, ale wyraźnie spada. W związku z tym wygląda na to, że te wcześniejsze obniżki stóp po prostu się w tej chwili przekładają na przyspieszony wzrost.

Problem z przyspieszeniem wzrostu ma natomiast Europejski Bank Centralny. PKB strefy euro  w ocenie Komisji Europejskiej – wzrośnie w 2015 roku zaledwie o 1,3 proc. Stąd program luzowania ilościowego, czyli skupu obligacji. Przez 1,5 roku EBC zamierza wydawać na nie 60 mld euro miesięcznie. Celem tej operacji jest przede wszystkim osłabienie kursu euro w stosunku do dolara, a także w stosunku do innych walut i pobudzanie w ten sposób europejskiej gospodarki.

Luzowanie ilościowe samo z siebie po pierwsze nie przełoży się na obniżki stóp procentowych, bo one i tak już są na poziomie zerowym, i nie przełoży się, przynajmniej na początku na wzrost akcji kredytowej, bo w tej chwili banki w większości krajów i tak mają ogromne możliwości udzielania kredytu uważa europoseł PO.To, co będzie ważne, to odbudowa zaufania. Właśnie osłabienie euro, które spowoduje przyrost dochodów eksportowych, może być impulsem do podejmowania inwestycji.

Małe i średnie spółki będą mogły częściowo sfinansować debiut ze środków unijnych

CEO Magazyn Polska

Oferta publiczna akcji i wejście na giełdę (IPO, z ang. Initial Public Offering – pierwsza oferta publiczna) kosztują zazwyczaj od 2 do 12 proc. wartości emisji. Od teraz środki na sfinansowanie debiutu będą mogły pochodzić częściowo z nowej unijnej perspektywy finansowej. Zdaniem Mateusza Skoniecznego powinno to ożywić giełdę i pomóc spółkom, bo IPO oznacza nie tylko zastrzyk kapitału, lecz także znaczący wzrost wiarygodności, który procentuje w kontaktach z partnerami biznesowymi, klientami, rynkiem kapitałowym i bankami. 

Korzyści płynące z debiutu giełdowego są fundamentalne i zazwyczaj stanowią kamień milowy w rozwoju spółki – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Skonieczny, niezależny doradca zajmujący się m.in. wsparciem małych i średnich przedsiębiorstw w drodze na giełdę. – Jest to kolosalny wzrost wiarygodności. Dzięki niemu spółki uzyskują dostęp do kapitału, który może być przeznaczony na sfinansowanie inwestycji rozwojowych.

Spółki notowane na giełdzie zupełnie inaczej, jak zauważa Skonieczny, postrzegane są przez sektor finansowy. Dostęp do środków zewnętrznego finansowania staje się dla nich znacznie łatwiejszy, bo banki i fundusze znacznie lepiej oceniają ryzyko finansowania podejmowanych przez takie podmioty projektów.

W związku z tym finansowanie zazwyczaj jest dla nich tańsze niż dla innych przedsiębiorstw – twierdzi Skonieczny. – Inną bardzo ważną korzyścią z wejścia na giełdę jest wzrost wiarygodności wśród partnerów stałych i pracowników. To bardzo istotne, bo buduje długotrwałe relacje oraz lojalność pomiędzy partnerami, pracownikami i danym podmiotem. Korzyści z wejścia na giełdę jest więc sporo.

Według firmy doradczej PwC od momentu podjęcia formalnej decyzji o debiucie giełdowym do pierwszego notowania najczęściej upływa co najmniej 6-9 miesięcy. Wiele zależy od sytuacji w firmie. Zdaniem Mateusza Skoniecznego czas przygotowania spółki do IPO to często nawet ok. dwóch lat.

Przez pierwszy rok trzeba koncentrować się przede wszystkim na stworzeniu odpowiedniej strategii rozwoju, przygotowaniu od strony technicznej do wdrożenia nowego sposobu raportowania, procesu selekcji właściwych partnerów w obszarze prawnym, finansowym oraz audytorów, którzy zbadają sprawozdania finansowe – wylicza Skonieczny. – Główne zagrożenia to niewłaściwy dobór partnerów do wsparcia, przygotowania konspektów, badania bilansów, procesu due diligence (badania sytuacji przedsiębiorstwa – red.). Można do nich również zaliczyć złą koniunkturę na rynku oraz nie do końca przygotowany kapitał organizacyjny, czyli kadrę kierowniczą oraz nieprzemyślane decyzje.

Cena przygotowania i realizacji IPO zależy od wartości emisji i jak szacuje Mateusz Skonieczny, zazwyczaj mieści się w przedziale od 2 do 12 proc. wartości emisji. Im mniejsza emisja, tym bardziej kosztowny debiut. Przy pozyskaniu środków poniżej 50 mln zł jego koszt to nawet około 10-11 proc., w okolicach 50 mln zł – 5 proc., a emisji wartej ponad 300 mln zł – poniżej 2 proc.

Przy czym jest to przede wszystkim cena usług doradczych, procedury due diligence polegającej na badaniu prawnym, organizacyjnym i finansowym podmiotu – precyzuje Skonieczny. – Wchodzą w to także koszty przygotowania konspektu informacyjnego, badania bilansu i przygotowania dokumentacji dla Komisji Nadzoru Finansowego, Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych oraz Giełdy Papierów Wartościowych.

Część tych kosztów będzie mogła być pokryta w ramach nowej unijnej perspektywy finansowej na lata 2014-2020 (program operacyjny Inteligentny Rozwój).

W tej chwili jesteśmy w trakcie procesów legislacyjnych, jeśli chodzi o akty normatywne – mówi Skonieczny. – Wiemy więc nie wszystko, aby wypowiadać się w sposób kompetentny i kompletny. Natomiast na pewno wsparcie powinno być uzależnione od tego, gdzie spółka ma siedzibę. I wydaje się, że ten poziom powinien oscylować pomiędzy 40 a 80 proc. wszystkich wydatków przygotowawczych.

PO Inteligentny Rozwój finansowany będzie z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego (8613,9 mln euro) oraz środków krajowych, których minimalne zaangażowanie wynosi 1575,9 mln euro. Jak ocenia Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, ostateczny udział środków krajowych będzie znacznie wyższy. Wskazana kwota została bowiem wyliczona w oparciu o ogólne zasady, według których minimalny wkład środków krajowych w piętnastu słabiej rozwiniętych województwach wynosi 15 proc., a w mazowieckim – 20 proc. W wielu projektach występować będzie jednak pomoc publiczna, co zwiększy udział środków krajowych.

Przez 25 lat polski eksport wzrósł o ponad 2 tys. procent

CEO Magazyn Polska

2069 proc. – o tyle w ostatnich 25 latach wzrosła sprzedaż polskich firm za granicę. Mimo imponującej dynamiki w strukturze eksportu wciąż za mało jest dóbr finalnych, do tego innowacyjnych. Niewiele jest też silnych marek „made in Poland”. W kolejnych latach powinno się to jednak zmieniać, bo polskie firmy coraz lepiej radzą sobie za granicą. Śmielej również wchodzą na nowe rynki, także te egzotyczne. Jak wynika z raportu Grant Thornton, polskie produkty są już dostępne w 218 krajach świata.

Historię z wolną gospodarką zaczęliśmy dopiero 25 lat temu i tworzyliśmy wszystko od zera. Jeszcze ćwierć wieku temu właściwie naszym jedynym produktem eksportowym był węgiel. W tej chwili surowce mają znacznie mniejszy udział w strukturze eksportu, ale dominują komponenty i półprodukty, w których jesteśmy mocni, natomiast produktów finalnych jest mało – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Wróblewski, partner zarządzający Grant Thornton.

W ciągu ostatnich 25 lat eksport wzrósł 21-krotnie i stał się siłą napędową polskiej gospodarki. Mimo że jego struktura znacząco się zmieniła – udział surowców zmniejszył się do jednej czwartej poziomu – to problemem pozostaje niska innowacyjność polskich eksporterów.

To właśnie produkty innowacyjne mogłyby zbudować markę „made in Poland” – mówi Wróblewski. – Wymaga to jednak wsparcia dla przedsiębiorców i strategii na poziomie rządowym – znalezienia branż, wokół których można by zbudować centra kompetencyjne i siłę kapitałową, która pozwoliłaby tworzyć w Polsce produkt najlepszy na świecie.

Polscy przedsiębiorcy mogą liczyć dziś na programy rządowe, jak Go Africa czy Go China, które wspierają ich obecność na obcych rynkach. Eksperci podkreślają, że jest to szczególnie ważne w państwach, gdzie poparcie ze strony władz ułatwia nawiązywanie relacji biznesowych.

Każdy rynek ma swoją specyfikę, kulturę, inne jest także podejście do biznesu i mentalność ludzi. W krajach Europy Zachodniej podejście jest typowo biznesowe. Na Wschodzie mamy podejście bardziej relacyjne: masz dobre relacje, jesteś z kimś w dobrych stosunkach, to załatwiasz biznesy. Dla nich nie są ważne dokumenty, dla nich jest ważne słowo. Na Zachodzie słowo już jest znacznie mniej ważne, wszystko musi być potwierdzone umową – mówi Jan Kolański, prezes firmy Colian, właściciela marki Jutrzenka.

Słodycze Coliana trafiają do ponad 50 krajów na całym świecie. Dużym odbiorcą są państwa Unii Europejskiej, ale firma jest obecna także na rynkach afrykańskich, w Ameryce Południowej, Północnej i Środkowej, a także Australii.

Eksport jest również bardzo istotną częścią działalności Grupy Nowy Styl, producenta wyposażenia biurowców, centrów konferencyjnych i innych budynków użyteczności publicznej. 85 proc. z 1,2 mld zł przychodów firmy pochodzi z rynków zagranicznych. Wytwarzane w Polsce produkty w większości trafiają na eksport. Ponadto firma ma też zakłady produkcyjne zlokalizowane za granicą, m.in. w Niemczech. Jak podkreśla Jerzy Krzanowski, współwłaściciel Grupy, warunkiem udanej ekspansji zagranicznej jest ugruntowana pozycja na krajowym rynku.

Potem można próbować eksportować do krajów europejskich, bliższych lub dalszych. Mamy Unię Europejską, a więc potężny rynek. Jak to się uda, to możemy myśleć o przejęciu czegoś na miejscu. W niektórych przypadkach to mogą być kanały dystrybucyjne, w innych – jak w naszym – firmy produkcyjne. Wtedy możemy ewentualnie myśleć o przejęciach w Indiach czy Chinach, pod warunkiem że mamy wystarczającą ku temu siłę i zasób ludzi – mówi Jerzy Krzanowski.

Mimo że polscy przedsiębiorcy coraz chętniej otwierają się na rynki dotąd nieznane, w kolejnych latach konieczna będzie dalsza dywersyfikacja kierunków eksportu. Dziś 77 proc. sprzedaży zagranicznej trafia do Unii Europejskiej.

Cały czas nie wykorzystujemy potencjału eksportu, który rodzi się zarówno w Unii Europejskiej, jak i poza nią. To właśnie poza UE w najbliższym czasie, czy to będzie w tej dekadzie, czy to będzie w perspektywie roku 2050, są największe możliwości rozwoju polskiego eksportu – ocenia Dariusz Winek, główny ekonomista Banku BGŻ.

Eksperci Grant Thornton prognozują, że do 2020 roku dynamika eksportu na rynki unijne będzie wprawdzie rosła (o 33,6 proc.), jednak szybciej wzrastać będzie wymiana z innymi partnerami, np. Afryką, Ameryką Północną i Południową czy Azją. Na znaczeniu zyskiwać będą również państwa europejskie, ale te znajdujące się poza wspólnotą, np. Serbia, Czarnogóra czy Białoruś (eksport może wzrosnąć o ponad 42 proc. do 2020 roku.) W konsekwencji tych zmian udział UE w polskim eksporcie spadnie do nieco ponad 72 proc.

Rosnące wolumeny sprzedaży zagranicznej oraz zainteresowanie firm nowymi rynkami pozwalają myśleć z optymizmem o kolejnych latach. Grant Thornton szacuje, że do 2020 roku polski eksport wzrośnie o 35,6 proc., czyli roczna dynamika wzrostu wyniesie ok. 5,2 proc.

Ekspansja zagraniczna polskich firm była głównym tematem tegorocznego Forum Przedsiębiorców Grant Thornton, które odbyło się 23 kwietnia w Warszawie.

Jacek Socha (PwC): Polską giełdę czekają dalsze wzrosty

CEO Magazyn Polska

Polska giełda będzie w tym roku atrakcyjną alternatywą dla lokat bankowych  uważa wiceprezes PwC Jacek Socha, były minister skarbu państwa. Jego zdaniem można oczekiwać, że kolejne kwartały na warszawskim parkiecie mogą być równie dobre jak początek roku.

– I kwartał 2015 roku dla rynku w Warszawie był dobry ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jacek Socha, wiceprezes PwC. – To jest sygnał, że na rynku coś się zmienia. Trzeba pamiętać, że rynek kapitałowy w Polsce cały czas jeszcze nie dostosował się do nowej ilości pieniądza, który trafia na rynek, po tym jak została zmieniona struktura finansowania naszych emerytur i część pieniędzy z OFE odpływała i będzie odpływać. Trochę czasu w Polsce potrzeba, aby tę lukę popytową wypełnić.

W pierwszych trzech miesiącach roku główne indeksy zanotowały umiarkowane wzrosty. Opisujący kondycję całej polskiej giełdy Warszawski Indeks Giełdowy zyskał ponad 5 proc. W tym czasie wzrost WIG20, odnoszącego się do największych spółek, zbliżył się do 3,5 proc, ale już indeksy obejmujące małe i średnie firmy odnotowały bardziej spektakularne wyniki. mWIG40 zyskał ponad 7 proc., zaś sWIG80 przeszło 11 proc. Kwiecień okazał się znakomitym miesiącem dla największych spółek, gdyż tempo wzrostu od początku roku przyspieszyło do niemal 9 proc., co podbiło wzrost WIG-u do prawie 10 proc. W dalszym ciągu zyskują też spółki małe i średnie.

Na ożywienie obserwowane na warszawskiej giełdzie wpływ mają coraz niższe stopy procentowe i związana z nimi deflacja. Jak podał Główny Urząd Statystyczny ceny w marcu były o 1,5 proc. niższe niż przed rokiem. To oznacza, że Rada Polityki Pieniężnej nie ma powodu, by walczyć z inflacją, stopy procentowe NBP pozostaną niskie, a lokaty bankowe przestały być dobrą alternatywą dla inwestycji kapitałowych.

Oszczędzanie na rachunkach oszczędnościowych w sektorze bankowym będzie najprawdopodobniej dużo słabsze prognozuje Jacek Socha. Więc ci, którzy mają pewne nadwyżki finansowe i mogą zaakceptować wyższe ryzyko, powinni się przesunąć częściowo do funduszy inwestycyjnych i zdywersyfikować swój portfel na bardziej zrównoważony, a jeżeli ktoś by chciał, to na małe i średnie spółki raczej nawet agresywnie. Moim zdaniem tegoroczne wzrosty będą ciekawe.

Na warszawskiej giełdzie można w tym roku liczyć nie tylko na krajowych inwestorów. Także ci zagraniczni, którzy ostatnio obawiali się polskiego rynku ze względu na ryzyko regionalne oraz problemy na Wschodzie, mogą tu wrócić. Europejski Bank Centralny zamierza ożywić gospodarkę strefy euro. Oznacza to, że m.in. poprzez skup obligacji wpuści na rynek więcej pieniędzy.

Będziemy mieli efekt wypychania uważa wiceprezes PwC. Skoro się pojawia luzowanie ilościowe, a wraz z nim nowe pieniądze w Europie Zachodniej, to siłą rzeczy większa ilość pieniądza w jakiś sposób będzie rozdysponowywana na inne rynki, w tym na rynek polski. Myślę, że inwestorzy europejscy zauważą, patrząc na wskaźniki, że jednak jest w Polsce potencjał wzrostu.

Ożywienie na warszawskiej giełdzie może sprawić, że będzie ona realizować swą najważniejszą funkcję, czyli umożliwi zdobywanie kapitału polskim firmom.

Po stronie podażowej widzimy wyraźnie, że prywatyzacje się skończyły – podkreśla Jacek Socha. Minister skarbu ma niewiele do sprzedania, trochę resztówek, trochę jakichś akcji. Natomiast dużych, spektakularnych prywatyzacji jak PZU, PKO BP czy w sektorze energetycznym, który jak na razie nie za dużo dał zarobić inwestorom, raczej już nie będzie. W związku z czym patrzyłbym na organiczny wzrost i ciężką pracę zachęcającą spółki sektora średniego i średnio dużego do wchodzenia na giełdę.

Wejście w życie ustawy o OZE ożywi rynek

CEO Magazyn Polska

Wejście w życie ustawy o OZE powinno przyspieszyć inwestycje w energetykę wiatrową. Proponowane przez resort gospodarki zasady kupowania zielonej energii na aukcjach sprzyjają szczególnie małym instalacjom, o mocy do 1 MW. To sprawia, że obszarem tym coraz mocniej interesują się prywatni inwestorzy. Przekonują ich wysokie i długoterminowe zyski.

Zgodnie z nowymi przepisami na początku przyszłego roku odbędzie się pierwsza aukcja na zakup zielonej energii. Trafi na nią ok. 50 TWh energii, która ma pochodzić ze źródeł odnawialnych, z czego około 31 TWh z mniejszych siłowni, o stopniu wykorzystania mocy poniżej 4 tys. MWh/MW/rok, czyli np. z wiatru.

Te 31 TWh to mniej więcej 700-800 MW nowych mocy wiatrowych, które z tego tytułu mogą powstać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Sztuba, partner zarządzający TPA Horwath Poland. – Mówię tylko o wiatrowych, ponieważ aukcje zaplanowano w taki sposób, że w tych pierwszych wygrywającą technologią będzie właśnie wiatr na lądzie. Inne technologie w koszyku poniżej 4 tys. godzin na rok, czyli np. fotowoltaika, mają ograniczone możliwości konkurowania na aukcjach, bo są po prostu droższe.

Z zapisanych w rozporządzeniu 700-800 MWh jedna czwarta ma pochodzić z źródeł o mocy do 1 MW.

– To może być 175-200 MW na pierwszej aukcji, być może więcej. Szczegóły w tym zakresie określi minister gospodarki w rozporządzeniu, którego spodziewamy się do końca listopada – mówi Sztuba.

Średnia cena energii z takich instalacji, określona kilka dni temu przez Ministerstwo Gospodarki, będzie wynosiła około 470 zł, czyli znacznie więcej niż w projektach o wyższej mocy. Dlatego dla inwestorów obszar ten staje się bardzo atrakcyjny.

Przygotowaliśmy kilka projektów, które będą mogły wystartować w pierwszej aukcji i prawdopodobnie wygrać ją po wysokiej cenie, co przełoży się na zwrot z inwestycji od około 12 do 15 procent średniorocznie. Nasi inwestorzy już zaczęli obejmować udziały w tych spółkach, niebawem zakończymy zapisy do pierwszej z nich – ocenia Maciej Korecki, przewodniczący rady nadzorczej Energy Invest Group SA.

Energy Invest Group SA to polska firma, która przełamała kapitałową barierę wejścia w inwestycje w OZE i realizuje budowę elektrowni wiatrowych z wkładów inwestorów indywidualnych. Dzięki temu, że EIG wypracowało sprawny system przystępowania do spółek celowych realizujących inwestycje, osoby posiadające już ok. 30 tysięcy zł mogą zarabiać w niedostępnej dotąd branży energetycznej. Obecnie spółka prowadzi osiem projektów zlokalizowanych w województwach łódzkim i lubelskim. Na bieżąco przygotowywane są nowe lokalizacje dla kolejnych inwestorów.

Korecki podkreśla, że na rynku rysuje się wyraźny trend odchodzenia od rynków finansowych na rzecz inwestycji alternatywnych, a oferta EIG cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Zwroty z inwestycji są wysokie i długoterminowe, bo żywotność turbin to co najmniej ćwierć wieku, a inwestorzy są jej współwłaścicielami. Dodatkowo system aukcyjny gwarantuje cenę energii przez 15 lat.

– W związku z tym banki dużo chętniej podchodzą do finansowania takich inwestycji, a z kolei inwestorzy mogą być pewni tego, że przez cały okres wsparcia ta inwestycja jest niezależna od sytuacji na rynkach, od wahań ceny energii, bo mamy ją zagwarantowaną na cały okres kredytowania – podkreśla Maciej Korecki.

Wojciech Sztuba podkreśla, że w tym obszarze można spodziewać się dużej konkurencji. Żeby wystartować w aukcji, projekt musi przejść etap prekwalifikacji, czyli oceny formalnej dokonywanej przez prezesa URE. Wniosek o wydanie zaświadczenia uprawniającego do udziału w aukcji po takiej procedurze może złożyć producent, który ma już gotowy projekt z pozwoleniem na budowę samej farmy wiatrowej oraz przyłącza do sieci energetycznej.

Szacujemy, że do pierwszej aukcji w koszyku niestabilnych OZE do 4 tys. godzin staną duże projekty wiatrowe, czyli te powyżej 1 MW. Jednak również pula projektów małych, czyli tych do 1 MW, wydaje się obiecująca i stwarza ciekawe możliwości inwestycyjne, także dla źródeł wiatrowych takiej mocy, które już są oferowane na rynku. Przetarg na prawie 200 MW mocy zainstalowanej w projektach do 1 MW wydaje się bardzo pojemny. Niewykluczone, że pierwsza aukcja nie pozwoli w całości wyczerpać tej puli. Wówczas powinna zostać w krótkim czasie rozpisana aukcja uzupełniająca – mówi Wojciech Sztuba.

Branża cztery lata czekała na wejście w życie nowej ustawy o OZE. W ostatnich miesiącach w związku ze zbliżającym się końcem wsparcia w ramach systemu zielonych certyfikatów rynek inwestycyjny związany z projektami energetyki wiatrowej praktycznie zamarł.

Możemy założyć, że po pierwszej aukcji rynek inwestycyjny stanie ponownie na nogi – zwraca uwagę partner TPA Horwath. – Jeżeli w finalnych rozporządzeniach wykonawczych utrzymają się parametry zaproponowane w opublikowanym niedawno projekcie, to czeka nas powrót do sytuacji z lat, kiedy przyłączano powyżej 600 MW mocy wiatrowych rocznie.

Zrównoważona produkcja żywności zaczyna być doceniana przez wielkie firmy

CEO Magazyn Polska

Duże koncerny spożywcze zamawiając surowce, coraz częściej wybierają te pochodzące z certyfikowanej produkcji. Zaczynają doceniać żywność, której wytwarzanie nie niszczy środowiska naturalnego i daje rolnikom godziwe dochody. Dzięki temu, choć droższa, taka produkcja przynosi rosnące zyski. Rośnie też liczba rolników zainteresowanych zrównoważoną produkcją.

Źródłem rosnącej popularności produkcji rolnej, która nie niszczy środowiska, są konsumenci. To dzięki ich zaangażowaniu oraz wyborom dokonywanym podczas zakupów przybywa firm, które dostrzegają, że warto oferować wyroby tworzone z poszanowaniem ekologii oraz etyki.

Coraz więcej konsumentów zwraca uwagę na to, z czego zrobiony jest produkt. Patrzą na to, czy firma dba o środowisko, czy korzystając z zasobów naturalnych, nie niszczy środowiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. – To jest pewnego rodzaju system naczyń połączonych. Im bardziej my, jako przetwórcy, wymagamy surowców pochodzących ze zrównoważonych upraw, tym rolnicy chętniej je produkują.

Wyjaśnia, że zrównoważone rolnictwo zakłada m.in. niestosowanie określonych rodzajów nawozów i środków ochrony roślin, minimalizowanie strat surowców i ograniczony wpływ na środowisko naturalne. Taka produkcja jest droższa, ale rolnicy mogą liczyć m.in. na wsparcie UE. Jak podkreśla Gantner, mają też większe szanse na zamówienia od dużych koncernów.

Pytamy o to, jak będzie wyglądało nasze środowisko naturalne za kilkadziesiąt lat i czy przyszłe pokolenia będą miały co jeść, czy będą oddychały świeżym powietrzem i będą miały wodę do picia – mówi Andrzej Gantner. – Przemysł żywnościowy musi wykazać się bardzo dużą odpowiedzialnością za to, co dzieje się ze źródłami zaopatrzenia, żywnością i wodą. Największe firmy, chociażby takie jak Ferrero, wprowadzają specyficzne łańcuchy zrównoważonych dostaw, które powodują, że surowce używane w produkcji pozyskiwane są z gospodarstw, które stosują zrównoważone zasady produkcji.

Ferrero, jeden z największych na świecie producentów słodyczy, zdecydował, że swój biznes będzie opierał na społecznej odpowiedzialności. W swym dorocznym raporcie dotyczącym działalności CSR podkreśla, że od 2009 roku fabryki firmy ograniczyły emisję dwutlenku węgla o 32 proc. Zużycie wody spadło o jedną czwartą, a ponad 92 proc. odpadów jest segregowanych i wysłanych do odzysku. Firma dużą wagę przykłada też do pochodzenia zużywanych produktów, m.in. kakao oraz orzechów. Dba nie tylko o ich jakość, lecz także o to, by były one produkowane z poszanowaniem środowiska i praw człowieka.

Stworzyliśmy trójfilarowy system – podkreśla Robert Ignaczak, wieloletni kierownik produkcji, kierownik działu ciągłego doskonalenia w fabryce Ferrero w Polsce. – Pierwszy filar to są różne certyfikaty, audyty i cały system sprawdzania. Drugi to wzajemna współpraca z organizacjami międzynarodowymi. A trzeci to zaangażowanie wszystkich stron zainteresowanych, również rolników, którzy nam dostarczają surowce, dla nich robimy wszelkie akcje uświadamiające, polepszające zbiory i ich jakość.

Spółka podkreśla, że dziś 100 proc. wykorzystywanej w produktach kawy ma  certyfikat produkcji zrównoważonej, a w tym roku taki wynik osiągnie również olej palmowy i dostawy jaj. Do 2020 roku 100 proc. dostaw kakao i rafinowanego cukru trzcinowego będzie mieć certyfikat produkcji zrównoważonej. Wdrożono także plan identyfikowalności dla 100 proc. dostaw orzechów laskowych.

Orzechów jest coraz mniej na świecie i musimy dbać o to, żeby mieć ostateczną ilość do naszej produkcji i to o określonej jakości. Rozwijamy tę produkcję, przenosimy ją na półkulę południową, robimy całkowicie nowe rejony upraw leszczyny, gdzie tego się do tej pory nie uprawiało – wyjaśnia Ignaczak.

Obecnie, jak szacuje Andrzej Gantner, praktycznie 100 proc. największych firm stosuje już w mniejszym lub większym stopniu zasady społecznej odpowiedzialności biznesu. W rezultacie przynajmniej  20 proc. surowca jest produkowane w ten sposób i ta ilość cały czas się zwiększa.

Na polskiej giełdzie, podobnie jak na wielu innych giełdach światowych, istnieją już indeksy firm odpowiedzialnych, czyli tych, które faktycznie w swoich zasadach stosują zrównoważony rozwój i odpowiedzialność społeczną. To już jest konkretna korzyść dla firmy, ponieważ to są konkretne pieniądze – mówi Andrzej Gantner.

Eksperci przyznają, że wśród polskich konsumentów świadomość na temat zrównoważonej produkcji nie jest jeszcze powszechna. Niektórzy, nawet jeśli zdają sobie sprawę z tego, na czym to polega, to i tak nie kupują tego typu produktów.

Wciąż jeszcze dla wielu konsumentów cena jest podstawowym wyróżnikiem żywności. Dlatego nie zawsze wybieramy to, co powinniśmy wybierać ze względów racjonalnych i prozdrowotnych. Gdyby było inaczej, to nie mielibyśmy na pewno problemu z nadwagą i otyłością. Mamy jeszcze dużo do zrobienia w zakresie edukacji na temat świadomości żywieniowej. Najwięcej do zrobienia jest wśród dzieci i wśród młodzieży – podkreśla Krystyna Gutkowska, dziekan Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Wiedza Polaków o ubezpieczeniach społecznych wciąż niewielka

CEO Magazyn Polska

Wielu Polaków nie rozumie, w jaki sposób wyliczana jest emerytura i od czego zależy jej wysokość. Dlatego ZUS podejmuje działania, które mają zwiększyć tę świadomość. Zaczyna od młodzieży, która w najbliższych latach będzie wchodzić na rynek pracy. Programy edukacyjne kieruje do gimnazjalistów, uczniów szkół ponadgimnazjalnych oraz studentów.

Coraz lepiej rozumiemy system emerytalny. Wiemy, że są emerytury i że otrzymamy je po zakończeniu naszej kariery zawodowej – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Jaroszek, członek zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. – Nie do końca wiemy natomiast, że wysokość naszych przyszłych świadczeń zależy od odprowadzanych składek, czyli wyłącznie od nas. 

Polacy wciąż nie tylko niewiele wiedzą na temat systemu zabezpieczeń społecznych i emerytur, lecz także nie są tym specjalnie zainteresowani. W ubiegłym roku, kiedy można było zdecydować, czy składki mają być odprowadzone wyłącznie do ZUS-u, czy również do wybranego OFE, 2,5 mln Polaków (z 14 mln uprawnionych) wysłało deklaracje. W 2012 r., kiedy osoby wchodzące na rynek pracy musiały jeszcze wybrać otwarty fundusz emerytalny samodzielnie, bez przypominania przez ZUS, zrobiło to tylko ok. 1,5 proc. młodych. 20 procent zrobiło to po liście z ZUS-u. Pozostałych ZUS przydzielił do OFE w ramach losowania.

Żeby zwiększyć świadomość Polaków, ZUS zainicjował programy edukacyjne skierowane do młodzieży. W miniony piątek został rozstrzygnięty konkurs dla młodzieży szkół ponadgimnazjalnych „Warto wiedzieć więcej o ubezpieczeniach społecznych”. Było to swego rodzaju podsumowanie prowadzonego przez Zakład programu edukacyjnego „Lekcje z ZUS”, który rozpoczął się we wrześniu 2013 roku.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z projektu, młodzież sama zachęcała nauczycieli do organizowania lekcji. Udział w nim wzięło 11 tysięcy osób. W finałach ogólnopolskich zmierzyło się 16 ekip, po jednej z każdego województwa. Poziom prezentowany przez uczestników był bardzo wysoki, śmiało mogę powiedzieć, że młodzi ludzie dorównywali ekspertom – ocenia Paweł Jaroszek.

Program ma być kontynuowany, bo – jak podkreśla Jaroszek – pomaga budować świadomość społeczną młodych Polaków i pokazuje im, jak poruszać się w systemie ubezpieczeń społecznych.

Taka wiedza przydaje się w życiu codziennym. Warto wiedzieć, jakie składki odprowadzają za nas pracodawcy przy umowie o pracę czy umowa-zlecenie i co wówczas nam się należy. Ważne by wiedzieć, jak się ubezpieczyć, prowadząc własną działalność. Dowiadujemy się również, jak będzie wyglądała nasza emerytura – podkreśla Aleksandra Walkiewicz, uczennica Zespołu Szkół Ekonomicznych w Radomiu, który okazał się najlepszy w konkursie.

Duże zainteresowanie projektem (328 szkół i ponad 11 tys. uczniów) zachęciło ZUS do kontynuowania edukacji młodzieży. Trwają prace nad przygotowaniem projektu skierowanego do uczniów gimnazjów. We współpracy ze Związkiem Banków Polskich w ramach projektu „Nowoczesne Zarządzanie Biznesem” ZUS prowadzi cykl wykładów na uczelniach wyższych w całym kraju.

Ma to na celu dostarczenie studentom wiedzy nie tylko stricte z zakresu ubezpieczeń społecznych, lecz także o tym, jak poruszać się w świecie finansów – tłumaczy Jaroszek.

Na polskim rynku pojawią się soczewki akcentujące

CEO Magazyn Polska

Oczy są najważniejszym kanałem komunikacji niewerbalnej. Zdrowe i pełne energii spojrzenie ułatwia kontakty zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Atrakcyjny wygląd oczu można podkreślić za pomocą soczewek kontaktowych akcentujących. Nadają one charakterystyczny błysk oczom, uwydatniają ich naturalną barwę oraz zaznaczają okolicę rąbką rogówki.

W przeciwieństwie do tradycyjnych soczewek kolorowych soczewki akcentujące pogłębiają naturalną barwę oczu, ale nie zmieniają ich zabarwienia. Tego typu soczewki powiększają optycznie tęczkówkę, a więc również źrenicę, niwelują oznaki zmęczenia, nadają charakterystyczny błysk oczom oraz podkreślają rąbek rogówki.

– Elementem takiej soczewki jest pierścień rąbkowy, który będzie w wyraźny sposób zaznaczał kontrast pomiędzy barwą tęczówki i białą częścią oka, czyli twardówką, i bardzo mocno go zaakcentuje – tłumaczy Sylwia Chrobot, optometrystka.

Uwydatnienie rąbka rogówki zapewnia bielszy wygląd twardówki oraz zdrowszy, jaśniejszy i młodszy wygląd oka. Z upływem lat granice tęczówki stają się coraz mniej kontrastowe – u osób dojrzałych pojawia się obwódka starcza, czyli białawy pierścień przy obrąbku rogówki. Soczewki akcentujące pomagają złagodzić ten efekt i wpływają pozytywnie na postrzegany wiek użytkownika. Są również polecane osobom cierpiącym na jaskrę.

– Emocje, nastawienie, nastrój i intencje. Wszystko to jesteśmy w stanie przekazać za pomocą spojrzenia. W komunikacji niewerbalnej najważniejszym kanałem przekazu są oczy. Pamiętajmy o tym, że nasz rozmówca w pierwszej kolejności zwraca uwagę właśnie na nasze spojrzenie. Ważniejsze od tego, co mówimy, jest to, jak mówimy – mówi agencji informacyjnej Newseria Maria Rotkiel, psycholog.

Spojrzenie odgrywa decydującą rolę w kontaktach interpersonalnych zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Według badań osoby z rozszerzonymi źrenicami są postrzegane jako bardziej atrakcyjne. To na podstawie wyrazu oczu oceniana jest pewność siebie, śmiałość oraz usposobienie rozmówcy.

– Oczy są naszą wizytówką. Jeżeli chcemy być pozytywnie zapamiętani, dbajmy o to, by nasze spojrzenie było witalne, zdrowe i pełne energii. Dobrym sposobem na dodanie blasku oczom są również soczewki kontaktowe akcentujące – tłumaczy Maria Rotkiel.

Oprócz działania kosmetycznego i korekcyjnego, soczewki te nawilżają oczy i chronią je przed szkodliwym promieniowaniem UV. W Polsce będą dostępne w sprzedaży od połowy maja.

Sytuacja na warszawskim rynku powierzchni biurowych trudniejsza niż w regionach

CEO Magazyn Polska

Sytuacja deweloperów działających na rynku powierzchni biurowych jest coraz trudniejsza. W Warszawie na koniec 2014 roku blisko 15 proc. lokali pozostawało bez najemcy, w 2016 roku może być ich ponad 20 proc. Perspektywiczne pozostają rynki regionalne, które są coraz popularniejsze w sektorze centrów usług wspólnych. 

Warszawa jest innym rynkiem niż wszystkie główne rynki regionalne. O ile w stolicy wskaźnik pustostanu wynosi ok. 15 proc., o tyle w innych największych miastach wskaźnik dla nowoczesnej powierzchni biurowej jest mniejszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Lebiedziński, prezes zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Z raportu firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wynika, że z blisko 4,5 mln mkw. powierzchni biurowych w Warszawie bez najemców pozostawało ok. 570 tys. mkw. Ponad 30 proc. z nich stanowiły lokale w centrum. W najbliższych latach sytuacja dla deweloperów może stać się jeszcze trudniejsza, w 2016 roku liczba pustostanów może przekroczyć 20 proc.

To oznacza, że w perspektywie następnych dwóch lat wielu deweloperów będzie robiło wszystko, żeby znaleźć klienta dla projektów, które są już w budowie – przyznaje Lebiedziński.

Lepsza sytuacja panuje w pozostałych dużych miastach. W Krakowie, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i Trójmieście w ubiegłym roku deweloperzy oddali do użytku ponad 320 tys. mkw. powierzchni. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także lokale w Szczecinie i Lublinie. W tych miastach, m.in. ze względu na duże zainteresowanie wynajmem przez sektor centrów usług zagranicznych, pustostanów jest mniej niż 10 proc.

Polski Holding Nieruchomości planuje budowę obiektów biurowych (m.in. w PHN Tower w Warszawie, Port Rybacki w Gdyni). Inwestuje również w inne nieruchomości komercyjne.

Zgodnie z naszymi założeniami strategicznymi w sektorze handlowym prowadzimy inwestycje dla wysokiej klasy najemców korporacyjnych. Obecnie realizujemy trzy tego typu projekty – zaznacza prezes spółki.

W ramach projektu Lewandów na warszawskiej Białołęce planowane jest wybudowanie na powierzchni ok. 25 ha obiektów handlowych i usługowych (60 tys. mkw.). Obecnie działa McDonald’s, jednak jak wskazuje Lebiedziński, trwa pozyskiwanie partnerów dla poszczególnych działek.

Drugi tego typu projekt mamy w Łodzi, na Retkini. Kończymy tam budowę pierwszego obiektu handlowego, rozmawiamy z kolejnymi partnerami, a dodatkowo będziemy ta lokale mieszkaniowe. Trzecim projektem handlowym realizowanym przez PHN jest nieruchomość przy ul.

Sytuacja deweloperów działających na rynku powierzchni biurowych jest coraz trudniejsza. W Warszawie na koniec 2014 roku blisko 15 proc. lokali pozostawało bez najemcy, w 2016 roku może być ich ponad 20 proc. Perspektywiczne pozostają rynki regionalne, które są coraz popularniejsze w sektorze centrów usług wspólnych. 

– Warszawa jest innym rynkiem niż wszystkie główne rynki regionalne. O ile w stolicy wskaźnik pustostanu wynosi ok. 15 proc., o tyle w innych największych miastach wskaźnik dla nowoczesnej powierzchni biurowej jest mniejszy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Lebiedziński, prezes zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Z raportu firmy CBRE „Warsaw Office MarketView Q4 2014” wynika, że z blisko 4,5 mln mkw. powierzchni biurowych w Warszawie bez najemców pozostawało ok. 570 tys. mkw. Ponad 30 proc. z nich stanowiły lokale w centrum. W najbliższych latach sytuacja dla deweloperów może stać się jeszcze trudniejsza, w 2016 roku liczba pustostanów może przekroczyć 20 proc.

– To oznacza, że w perspektywie następnych dwóch lat wielu deweloperów będzie robiło wszystko, żeby znaleźć klienta dla projektów, które są już w budowie – przyznaje Lebiedziński.

Lepsza sytuacja panuje w pozostałych dużych miastach. W Krakowie, Poznaniu, Katowicach, Łodzi i Trójmieście w ubiegłym roku deweloperzy oddali do użytku ponad 320 tys. mkw. powierzchni. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także lokale w Szczecinie i Lublinie. W tych miastach, m.in. ze względu na duże zainteresowanie wynajmem przez sektor centrów usług zagranicznych, pustostanów jest mniej niż 10 proc.

Polski Holding Nieruchomości planuje budowę obiektów biurowych (m.in. w PHN Tower w Warszawie, Port Rybacki w Gdyni). Inwestuje również w inne nieruchomości komercyjne.

– Zgodnie z naszymi założeniami strategicznymi w sektorze handlowym prowadzimy inwestycje dla wysokiej klasy najemców korporacyjnych. Obecnie realizujemy trzy tego typu projekty – zaznacza prezes spółki.

W ramach projektu Lewandów na warszawskiej Białołęce planowane jest wybudowanie na powierzchni ok. 25 ha obiektów handlowych i usługowych (60 tys. mkw.). Obecnie działa McDonald’s, jednak jak wskazuje Lebiedziński, trwa pozyskiwanie partnerów dla poszczególnych działek.

– Drugi tego typu projekt mamy w Łodzi, na Retkini. Kończymy tam budowę pierwszego obiektu handlowego, rozmawiamy z kolejnymi partnerami, a dodatkowo będziemy ta lokale mieszkaniowe. Trzecim projektem handlowym realizowanym przez PHN jest nieruchomość przy ul. Bartyckiej w Warszawie – mówi prezes.

Zgodnie ze strategią spółka będzie też zwiększać swoją obecność w sektorze mieszkaniowym. Realizuje projekt w Parzniewie, a kolejne dwa projekty, które ma zamiar uruchomić w najbliższych kwartałach, znajdują się na al. Prymasa Tysiąclecia przy skrzyżowaniu z ul. Wolską oraz na warszawskim Wilanowie.

 

Na braku zaufania między przedsiębiorcami traci cała gospodarka

CEO Magazyn Polska

Poziom zaufania w polskim biznesie powoli rośnie, wciąż jednak jesteśmy jednym z bardziej nieufnych narodów. Blisko połowa przedsiębiorców z powodu braku zaufania do kontrahenta rezygnuje z części umów, a 35 proc. z nich uważa, że wiele transakcji nie dochodzi do skutku, ponieważ są postrzegani jako niewiarygodni. Wartość tych transakcji szacowana jest na ok. 281 mld zł, czyli równowartość 13 proc. polskiego PKB.

Poziom zaufania między polskimi przedsiębiorcami jest dość niski. Z badań wynika, że tylko kilkanaście procent absolutnie ufa swoim kontrahentom – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Waldemar Sokołowski, prezes Rzetelnej Firmy, jednego z inicjatorów raportu „Kapitał społeczny i zaufanie w polskim biznesie 2015”.

Raport przygotowany wspólnie z Krajowym Rejestrem Długów wskazuje, że relacje między przedsiębiorcami cechuje ograniczone zaufanie. 73,5 proc. badanych twierdzi, że przy prowadzeniu działalności należy uważać, by nie zostać oszukanym. Ponad połowa uważa, że trzeba gromadzić dowody swojej uczciwości. Panuje też przekonanie, że inni przedsiębiorcy mogą wykorzystać luki prawne w umowie, żeby kosztem drugiej strony zyskać dodatkowe korzyści.

Zdaniem eksperta wpływ na niski poziom zaufania mają uwarunkowania historyczne.

Ufamy rodzinie, całej reszcie społeczeństwa już nie. Być może wynika to z trudnej historii regionów, gdzie zmieniali się władcy i przynależność państwowa – twierdzi Sokołowski. – Teraz mamy już własne państwo, ale ludzie nadal nie ufają instytucjom publicznym i innym podmiotom gospodarczym, a to przynosi często określone szkody.

Cierpi na tym cała gospodarka. Blisko połowa przedsiębiorców (47,1 proc.) twierdzi, że z powodu braku zaufania do potencjalnych kontrahentów do skutku nie dochodzi część transakcji. Co czwarty współpracuje tylko ze sprawdzonymi partnerami. Z raportu wynika, że wartość wszystkich transakcji, do których nie doszło właśnie ze względu na brak zaufania, może wynieść nawet 281 mld zł, czyli równowartość 13 proc. polskiego PKB.

Pomóc może tzw. konstytucja dla przedsiębiorców [w maju br. ma trafić do Sejmu – red.]. Trzeba zmniejszyć opresyjność aparatu skarbowego, niedocenianą kwestią jest też poprawa funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości, tak aby sądy sprawnie działały – wskazuje Sokołowski.

Zwiększyć zaufanie między przedsiębiorcami mogą również publiczne instytucje. Krajowy Rejestr Długów zbiera informacje o firmach dłużnikach. Program Rzetelna Firma wystawia natomiast certyfikaty firmom, które spełniają wymogi w zakresie uczciwości i wiarygodności prowadzonego biznesu.

Miesięcznie zgłasza się do nas kilkaset firm, które chcą uzyskać nasz certyfikat. Obecnie w programie uczestniczy ok. 50 tys. firm i liczę, że ta liczba będzie dalej dynamicznie rosła – powiedział prezes Rzetelnej Firmy podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego.

Plagiaty w branży modowej stały się powszechne

CEO Magazyn Polska

Zarejestrowanie wzoru w Urzędzie Patentowym to najlepsza forma zabezpieczenia swoich praw do projektu. Wbrew powszechnym opiniom procedura ta nie jest ani skomplikowana, ani kosztowna. Na taki krok decyduje się coraz więcej polskich projektantów. Do chronionych wzorów należą m.in. spodnie marki Madox, biżuteria Krystyny Odolińskiej oraz kapturo-szalik Mnishkha.

Zgodnie z ustawą Prawo własności przemysłowej wzorem przemysłowym jest nowa i mająca indywidualny charakter postać wytworu lub jego części, nadana mu w szczególności przez kształt, materiał, strukturę, kolorystykę lub zdobienie. Aby chronić wzór, należy zarejestrować go w Urzędzie Patentowym, zyskując prawo wyłącznego korzystania z niego w sposób zarobkowy lub zawodowy na całym obszarze Polski lub Unii Europejskiej, w zależności od preferencji osoby zastrzegającej. Prawo to, nabywane na 25 lat, potwierdzane jest świadectwem z indywidualnym numerem rejestrowym. Numer ten można umieszczać na objętym ochroną produkcie. Eksperci radzą, aby zastrzegając wzór, decydować się na procedurą wspólnotową UE, daje to bowiem możliwość znacznie szybszej reakcji w momencie wykrycia plagiatu.

– Wysyłamy pismo ostrzegawcze, w którym wzywamy do zaprzestania rozprowadzania i dalszej produkcji. Pytanie, jak dana osoba zareaguje, czy rzeczywiście tego zaprzestanie i przeprosi, czy będzie to kontynuować. Wówczas kolejnym krokiem jest wniesienie o zablokowanie produkcji towaru danej, a kolejnym krokiem oczywiście jest sąd. To jednostka, która zajmuje się tylko tego typu wykroczeniami, dlatego sprawa jest szybciej rozpatrywana. Trwa około 3 miesięcy, a nie 3 lat – mówi agencji Newseria Anna Migacz Lesińska, projektantka.

Zastrzeżenie wzoru w Urzędzie Patentowym to dziś najlepszy sposób na zabezpieczenie swoich praw. Na taki krok decyduje się coraz więcej polskich projektantów. Należy do nich Damian Nowacki, twórca marki Madox, który zarejestrował patent na spodnie z zapinaną na guziki kangurzą kieszenią z przodu, a także projektantka Krystyna Odolińska. Pod szyldem KOD tworzy ona elegancką biżuterię opartą na charakterystycznym, autorskim splocie. Na objęcie ochroną patentową swojego produktu zdecydowała się także Anna Migacz-Lesińska, autorka kultowej już Mnishkhi, czyli wielofunkcyjnego kapturo-szala z kieszeniami. Można go nosić na różne sposoby: jako ponczo, komin z kapturem zawijany na dwa lub trzy razy lub po prostu komin.

– Uznaliśmy, że warto to zastrzec, ponieważ było to coś unikatowego, bo połączenie kilku oczywistych elementów dało nam coś, czego nie było do tej pory na rynku. Mamy zastrzeżony wzór przemysłowy wspólnotowy, który umożliwia nam bardzo szybką reakcję w przypadku, gdyby ktokolwiek w Unii Europejskiej nas kopiował – mówi Anna Migacz-Lesińska. – Konsekwencje dla firmy, która kopiuje wzór zastrzeżony, mogą być bardzo poważne. Jeżeli jesteśmy w stanie udowodnić, że zostało to wprowadzone masowo do produkcji, kary finansowe mogą być bardzo wysokie

Projektantka zauważa, że w ostatnich latach zaciera się granica między inspiracją czyimś pomysłem a jego skopiowaniem. Pojawia się coraz więcej firm, które kopiują co ciekawsze wzory, w większości przypadków nie ponosząc żadnych konsekwencji z tytułu kradzieży. Coraz więcej projektantów jest jednak świadomych swoich praw, a fakt, że i przepisy stoją po ich stronie sprawia, że bardziej stanowczo sprzeciwiają się plagiatom ich wzorów. Pomagają im w tym także klienci, którzy często informują o istniejącej na rynku podróbce.

– Kiedy już byliśmy obecni na rynku jakiś czas i Mnishkha podbiła już serca klientek, nie tylko Polek, to zaczęły do nas dochodzić głosy, że pojawiają się bardzo podobne rzeczy, głównie w Warszawie. Jak się okazało, to nie były produkty bardzo podobne, tylko identyczne, łącznie z drobnymi elementami. Wtedy okazało się, że zastrzeżenie wzoru, zrobione chwilę wcześniej, jest idealnym narzędziem, które pozwala pociągnąć do odpowiedzialności firm, które to robiły – mówi Anna Migacz Lesińska.

Projektantka twierdzi, że wbrew powszechnemu przekonaniu proces zastrzegania wzoru w Urzędzie Patentowym nie był ani skomplikowany, ani kosztowny. Od chwili skontaktowania się z rzecznikiem patentowym do momentu wydania decyzji o przyznaniu ochrony minęło kilka tygodni.

Grecja nadal bez środków

Koniec tygodnia upłynął pod znakiem spekulacji na temat przyszłości Grecji. Jak wynika z informacji opublikowanych po zakończeniu odbywającego się w Rydze spotkania ministrów finansów państw strefy euro, rządowi w Atenach w dalszym ciągu nie udało się dojść do porozumienia z europejskimi kredytodawcami.

Zdaniem przewodniczącego Eurogrupy, Jeroena Dijsselbloema, pomiędzy stronami nadal występują głębokie różnice, nie pozywające na wydłużenie programu pomocy finansowej. Zdecydowanie więcej optymizmu wykazuje w tej sytuacji grecki minister finansów, Janis Warufakis – jego zdaniem, „jeśli spojrzymy na ostatnie tygodnie, to zobaczymy, że nastąpiło zbliżenie stanowisk”. Tymczasem, zgodnie z ustaleniami z 20 lutego b.r., do końca kwietnia Grecja ma przedstawić pełną listę reform, będącą warunkiem otrzymania ostatniej transzy pożyczki w wysokości 7.2 mld euro, bez której wypłacalność Hellady może stanąć pod znakiem zapytania.

Podczas dzisiejszej sesji uwagę inwestorów po obu stronach Oceanu przyciągnie jedynie publikacja usługowego indeksu PMI w Stanach Zjednoczonych – analitycy spodziewają się jego wzrostu z 59.2 pkt w marcu do 59.5 pkt w kwietniu.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

 

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 24.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

W sierpniu bezrobocie poniżej 10 proc.

Stopa bezrobocia w marca wyniosła 11,7 proc., w lutym wynosiła 12 proc. – poinformował Główny Urząd Statystyczny

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

Główny Urząd Statystyczny potwierdził wcześniejsze szacunki Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, że stopa bezrobocia w marcu wyniosła 11.7 proc. i spadła o 0,3 pkt. proc. w stosunku do lutego. Liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wyniosła 1,8606 mln i była wyższa niż przed miesiącem o 58,1 tys., ale w ujęciu rocznym spadła aż o 321,6 tys. osób (czyli niemal 15 proc.). Zwykle na polskim rynku pracy doświadczamy w tym okresie wzrostu lub stabilizacji wysokiego poziomu bezrobocia, co wiąże się z tzw. sezonowością rynku pracy. W zimie część firm ogranicza aktywność, równocześnie redukując zatrudnienie, a następnie utrzymuje ten niski poziom zatrudnienia do kwietnia. W tym roku mamy jednak do czynienia ze szczególnie łagodnym przebiegiem zimy w Polsce, więc wpływ czynników związanych z klimatem np. w branży budowlanej nie jest już tak istotny. Kolejnym czynnikiem, który powoduje, że bezrobocie w marcu spadło już drugi rok z rzędu jest szybsze i sprawniejsze przekazywanie środków Funduszu Pracy przeznaczonych na aktywizację zawodową do powiatowych urzędów pracy.

Należy jednak podkreślić zasadnicze znaczenie wpływu koniunktury gospodarczej na zatrudnienie. Pozytywne sygnały płyną z sektora przemysłowego, gdzie wskaźnik PMI w marcu utrzymał się na poziomie bliskim tego z lutego (55,1) i wciąż pozostaje wysoki wskazując na możliwą dalszą poprawę. W ramach tego wskaźnika już trzeci miesiąc z rzędu rósł subwskaźnik dotyczący zatrudnienia, co wskazuje, że w sektorze przemysłowym możemy spodziewać się dalszego wzrostu popytu na pracę. Dzięki oddziaływaniu tych czynników stopa bezrobocia jest w marcu 2015 r. niższa o 1,8 pkt. proc. w stosunku do poprzedniego roku, a urzędy pracy dysponują o ponad 10 tys. większą liczbą ofert pracy niż przed rokiem.

Możemy zatem powiedzieć, że dobra sytuacja gospodarcza wreszcie zaczyna wyraźnie i pozytywnie przekładać się na rynek pracy. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się przyspieszenia tych pozytywnych zmian. Jeżeli nie nastąpi nic nieprzewidywalnego, w sierpniu stopa bezrobocia najprawdopodobniej spadnie poniżej poziomu 10 proc..

Konfederacja Lewiatan

Mocny złoty zagraża eksportowi

Słabsze od prognozowanych dane napływające ze strefy euro – gdzie w ostatnim miesiącu przemysłowy indeks PMI spadł z 52.2 pkt do 51.9 pkt, a usługowy indeks PMI z 54.2 pkt do 53.7 pkt – w znaczący sposób przyczyniły się do osłabienia polskiej waluty. W efekcie, podczas wczorajszej sesji kurs EUR/PLN wzrósł o 0.29%, sięgając poziomu 4.0179.

Czynnikiem dodatkowo sprzyjającym przecenie krajowej waluty okazała się także publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia RPP, z którego wynika, że część ekonomistów spodziewa się negatywnego wpływu silnego złotego na konkurencyjność polskiego eksportu.

Koniec tygodnia zostanie zdominowany przez wiadomości napływające z Rygi, gdzie odbędzie się spotkanie ministrów finansów państw strefy euro, podczas którego zostanie podjęta decyzja w sprawie przedłużenia programu pomocy finansowej dla Grecji. W ciągu dnia uwagę inwestorów po obu stronach Oceanu przyciągną także informacje o dynamice zamówień na dobra trwałego użytku (prognoza 0.8% m/m) w Stanach Zjednoczonych.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Warszawskie mieszkanko w klasie ekonomicznej

Dwa pokoje kupisz za 200 tys. zł,  a trzy za 300 tys. zł

Mieszkania w nowych, warszawskich inwestycjach nieźle się sprzedają. Zwykle spora część lokali znajduje swoich właścicieli zanim jeszcze budynki wyjdą z ziemi. Rotacja stołecznej oferty deweloperskiej jest duża. W dobrze zaprojektowanych i zlokalizowanych osiedlach, sprzedaż praktycznie kończy się wraz z budową.  Na ogół pozostają jeszcze pojedyncze lokale, ale nie ma już w czym wybierać.

Na początku roku deweloperzy oferowali w Warszawie niespełna 18 tys. mieszkań. A jak informuje redNet Property Group, jesienią 2014 roku oferta była jeszcze większa. Mieszkań ubyło, bo zainteresowanie zakupem jest duże, a zimą niedużo inwestycji wprowadzanych jest do sprzedaży. Jak szacują analitycy, w minionym roku na warszawski rynek wchodziło średnio ok. 1500-2000 nowych mieszkań miesięcznie.

80 proc. oferty to mieszkania do 50 mkw.

Najwięcej lokali czeka na klientów w osiedlach powstających w Białołęce, Woli i Mokotowie. W nowych inwestycjach dominują mieszkania o niedużej powierzchni. Z analiz Emmerson Realty wynika, że lokale o metrażu do 50 mkw. obejmują aż 80 proc. oferty w nowych projektach. Są wśród nich także mieszkania trzypokojowe.

Nieduże lokale w inwestycjach z segmentu popularnego, które przeważają na rynku deweloperskim, szybko znajdują nabywców ze względu na bardziej ekonomiczne ceny. I to właśnie zapewnia deweloperom sukces sprzedaży. Firmy budujące nowe osiedla w Warszawie znajdują nabywców na ok. 1200-1300 lokali miesięcznie. Rozwojowi rynku deweloperskiego sprzyja rekordowo niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych i cieszący się coraz większą popularnością program Mieszkanie dla młodych, dzięki któremu młodzi ludzie kupujący nieruchomości mogą skorzystać z rządowej dopłaty do kredytu.

W Warszawie średnio 7,8 tys. zł za metr

Aby poszerzyć grono odbiorców deweloperzy starają się lokować nowe projekty w tych rejonach miasta, gdzie ceny gruntów są niższe. Daje to możliwość skalkulowania stawki na takim poziomie, żeby lokale mogły być objęte programem dopłat. Aby skorzystać z państwowej dotacji, cena za metr mieszkania w Warszawie nie może być wyższa niż 6 588 zł/mkw. Trzeba zaznaczyć, że w takiej kwocie deweloperzy mogą zaproponować lokale tylko w dzielnicach oddalonych od centrum miasta. W Śródmieściu stawki są czasem nawet dwa razy wyższe, a średnia cena ofertowa na warszawskim rynku deweloperskim, według analiz firmy Reas, wynosi 7,8 tys. zł/ mkw.

Pod względem cen w Warszawie Białołęka nie ma sobie równych. To dzielnica, w której znajdziemy jedne z najtańszych lokali w mieście. Tu także jest najwięcej mieszkań kwalifikujących się do dopłat w programie Mieszkanie dla młodych. Jest w czym wybierać. Białołęka jest jedną z trzech stołecznych dzielnic z największą ofertą nowych mieszkań. Na jej terenie buduje ponad 40 firm deweloperskich. Jesienią ubiegłego roku w Białołęce było do kupienia aż 1,8 tys. nowych mieszkań, podaje Reas.

Liczy się niska cena, ale i jakość

Dzielnica rozwija się w tak szybkim tempie, że od 2002 roku liczba osób zameldowanych na jej terenie podwoiła się. Pod koniec 2014 roku Białołęka miała już 100 tys. mieszkańców. To oficjalne dane, ale według szacunków urzędu dzielnicy mieszka w niej już ponad 130 tys. ludzi. Należy także zaznaczyć, że  w ostatnich latach bardzo poprawiła się jej infrastruktura komunikacyjna i społeczno-oświatowa.

Białołękę wybierają młodzi ludzie, których przyciągają niskie, jak na Warszawę, ceny mieszkań. Na terenie dzielnicy osiedlają się osoby, kupujące zwykle swoje pierwsze mieszkanie, które mają ściśle określony budżet i poszukują ekonomicznych ofert. Jak przyznaje Wojciech Stisz z firmy Barc Warszawa SA., budującej osiedle Tarasy Dionizosa przy ul. Winorośli w Białołęce, najbardziej poszukiwane są mieszkania dwupokojowe – do 45 kw. i mieszkania trzypokojowe do 55-57 mkw. – Na trzy pokoje młodzi ludzie zwykle mogą przeznaczyć ok. 300 tys. zł, a na lokal dwupokojowy  ok. 200 tys. zł – informuje Wojciech Stisz.

Wojciech Stisz zauważa, że klienci są obecnie bardzo dobrze zorientowani, jeśli chodzi o ofertę warszawskiego rynku. Poszukują mieszkań o dobrym stosunku ceny do jakości. Zanim podejmą decyzję o zakupie zwracają uwagę na zagospodarowanie części wspólnych w budynkach oraz terenu w ich bezpośrednim otoczeniu. Dla rodzin z dziećmi ważne jest też sąsiedztwo terenów leśnych – wymienia Wojciech Stisz.

Gdzie szukać cen do 6 tys. zł/mkw.

Tylko w Białołęce znajdziemy wybór mieszkań w cenach poniżej 6 tys. zł za metr. W innych warszawskich dzielnicach trafiają się też tak wycenione mieszkania, ale nie jest ich zbyt wiele. Jedne z najniższych cen nowych mieszkań w Warszawie oferuje jeszcze Wesoła i Wawer, ale w tych dzielnicach powstaje mało inwestycji.

Nieco więcej trzeba wyłożyć za metr na Targówku, gdzie lokale deweloperskie kosztują średnio ok. 6,6 tys. zł/mkw., czyli mniej więcej tyle ile wynosi limit cenowy w programie dopłat. W tej dzielnicy mamy więc także szansę znaleźć mieszkanie, przy zakupie którego można skorzystać z państwowej dopłaty do kredytu. Pojedyncze oferty, które kwalifikują się do programu MdM mają także deweloperzy w inwestycjach znajdujących się na terenie Bemowa, Ursusa, czy Wilanowa.

Żeby kupić mieszkanie w cenie ok. 4,5 – 5 tys. zł/mkw. musimy już rozpocząć poszukiwania w inwestycjach usytuowanych poza granicami Warszawy. Takie stawki ofertowe znajdziemy w nowych osiedlach w Kobyłce, czy Radzyminie. W tych miejscowościach nie ma jednak zbyt dużego wyboru nowych mieszkań. Za to sporo inwestycji deweloperzy realizują w podwarszawskich Ząbkach, w których większość mieszkań można kupić z dopłatą w ramach rządowego programu. W Markach, które także graniczą z Warszawą, ceny są podobne, ale nie ma już tak dużej oferty jak w Ząbkach.

Czy polskie smartfony podbiją świat?

Ponad milion trzysta tysięcy egzemplarzy sprzedanych w 24 krajach, w tym w Polsce. Telefony wyposażone w ośmiordzeniowe procesory i wyświetlacze z powłoką Gorilla Glass 3. Prezentacja na jednym z największych stoisk na targach CeBIT w Hanowerze. I zaskoczenie, bo mowa nie o gigancie, ale  polskim producencie smartfonów, który właśnie zaczyna podbój świata.

Styczeń 2015 r., największe na świecie targi elektroniki oraz nowej technologii CES 2015. Przy jednym ze stoisk właśnie prezentowany jest smartfon z ośmiordzeniowym procesorem. Model ten pokryty jest dwiema taflami szkła Gorilla Glass 3 – jedną chroniącą wyświetlacz, a drugą zabezpieczającą panel tylny telefonu. Co to oznacza? Niezawodność i płynność działania gier, aplikacji oraz stron internetowych, a także ochronę ekranu przed zarysowaniami, i to na takim samym poziomie, jak w przypadku iPhone’ów czy innych topowych smartfonów, np. marki Samsung.

Mało kto wie, ale nad przygotowaniem smartfona Infinity – bo o nim mowa – przez ostatnie miesiące pracował polski zespół inżynierów i techników z wrocławskiej firmy myPhone. Zdziwieni?

Polscy inżynierowie i wychodzą za granicę

Okazuje się, że polska firma potrafi zaoferować produkt na światowym poziomie i jak równy z równym prezentować się na tych samych targach pomiędzy Samsungiem a Apple.

To właśnie myPhone, polski producent urządzeń mobilnych, postanowił powiedzieć „dość” przesadzonym cenom smartfonów i udowodnić, że można proponować modele o takim samym poziomie jakościowym i technologicznym, ale w zdecydowanie niższych cenach. Jak ta strategia wychodzi w praktyce? Całkiem nieźle, sądząc po poziomie sprzedaży, która na tę chwilę osiągnęła poziom miliona trzystu tysięcy egzemplarzy i z roku na rok rośnie o kolejne kilkadziesiąt procent. Jest się czym chwalić, bo wiele wskazuje na to, że w 2015 roku myPhone znowu pobije rekord sprzedaży dynamicznie wchodząc z dystrybucją na rynki kolejnych krajów: Niemiec, Czech, Słowacji, Austrii i innych.

Jakość nie wystarczy, liczy się też pochodzenie

Nad wydajnym smartfonem w rozsądnej cenie pracowaliśmy miesiącami, dbając zarówno o moc obliczeniową zaszytą w ośmiordzeniowym procesorze, jak i szczegóły wykończenia, takie jak np. elegancki pilot w zestawie słuchawkowym. Nasi inżynierowie mieli trudne zadanie dążąc do stworzenia modelu o wysokich parametrach przy zachowaniu pułapu cenowego akceptowalnego przez przeciętnego Polaka – tłumaczy Mateusz Pośpieszny, dyrektor marketingu z myPhone. Czy to mogło się udać? Jak pokazują liczby – nie tylko mogło, ale się udało.

Co ciekawe, aż 56% klientów, którzy dokonali zakupu smartfona firmy myPhone zadeklarowało, że polskie pochodzenie produktu miało dla nich duże znaczenie przy podjęciu decyzji zakupowej. – To bardzo pozytywny wynik, po którym widać, że obok jakości i ceny coraz większą uwagę przywiązuje się także do pochodzenia produktu – dodaje Mateusz Pośpieszny.

 Co nam daje polskość?

Pozostaje pytanie, ile osób nie wiedziało, że wybiera polski produkt, a do zakupu zachęcił dobry stosunek jakości do ceny? Niestety takich danych brakuje. Tymczasem liczba nowych smartfonów będących wynikiem prac polskich inżynierów systematycznie rośnie. I dobrze, bo kto lepiej zadba o pełne spolszczenie menu smartfona i dostosowanie go do polskich warunków niż lokalni programiści? Rodzimy producent to także polski dział wsparcia technicznego, co przyspiesza czas reakcji i ułatwia kontakt w przypadku niespodziewanych zdarzeń. Mimo że mało kto zwraca uwagę na takie szczegóły przy zakupie, wybór polskiego producenta może mieć realny wpływ na to, jak przyjemnie będzie się nam korzystało ze smartfona.

Lokalny patriotyzm może mieć wymiar nie tylko symboliczny, ale bardzo namacalny. Jeśli dołożymy do tego fakt, że rodzima firma płaci podatki w Polsce, a nie w jakimś raju podatkowym, wybór polskiego smartfona tym bardziej może być całkiem rozsądnym wyjściem.

Coraz więcej branż odchodzi od gotówki

Dziś coraz częściej jesteśmy świadkami sytuacji, w których dochodzi do rezygnacji z płatności gotówkowych. Największa skala tego zjawiska występuje przeze wszystkim w firmach, dla których jedynym akceptowalnym standardem stają się płatności online.

Szybkość i wygoda sprawiły, że systemy płatności online zajęły pierwsze miejsce wśród najchętniej wybieranych form płatności w polskich sklepach internetowych. Wskazywane jako najczęstszy wybór klienta, w sposób zdecydowany zdeklasowały przelewy bankowe czy gotówkę. Takie wyniki ujawniło badanie „e-Commerce w Polsce 2014” zrealizowane przez Gemius dla e-Commerce Polska.

W których branżach płatności online stały się standardem?

Popularność systemów płatności online zrodziła się z coraz częściej realizowanych zakupów, ale nie w tradycyjnych sklepach, ale internetowej rzeczywistości. Sklepy online dały klientom nowy standard wygodniejszej i szybszej obsługi, łączonej często z niższymi cenami. Same płatności online przyspieszyły proces transakcji, m.in. skracając terminy wysyłki zamówionego towaru, co w oczywisty sposób przełożyło się na rosnącą popularność e-zakupów.

Zgodnie z opinią socjologa, dr Eweliny Jurczak, płatności online stają się standardem w wielu branżach, takich jak m.in.: kosmetyki, produkty farmaceutyczne, meble i wyposażenie wnętrz, odzież oraz dodatki i akcesoria. Z szybkich płatności korzystają także firmy oferujące ubezpieczenia i usługi finansowe, transportowe oraz branża turystyczna. Oczywiście systemy te bardzo popularne są również w swoim naturalnym środowisku, czyli przy usługach online i w internetowych pasażach handlowych. – W rzeczywistości płatności online stają się standardem dla niemal każdej branży. Ta forma cieszy się coraz większą popularnością, co widzimy nie tyle z roku na rok, co praktycznie z miesiąca na miesiąc – mówi Bernadetta Madej, dyrektor działu handlowego firmy Dotpay.

Jakie kwoty wydajemy online?

Z raportu „e-Commerce w Polsce 2014” wynika, że osoby kupujące online wydały średnio 500,84 zł w skali jednego miesiąca, co dało kwotę ok. 3 000 zł w ciągu półrocza. Co ciekawe, znaczna część tej sumy została opłacona właśnie za pomocą systemów płatności online. Co więcej, ok. 25% osób zadeklarowało zwiększenie wydatków online w ciągu najbliższego roku, co także wpłynie na wzrost popularności przelewów internetowych. Okazał się również, że im klient lepiej postrzega swoją sytuację finansową i im wyższe ma wykształcenie, tym częściej wskazuje przelewy online jako najwygodniejszą formę zapłaty za zakupy w sklepach czy serwisach internetowych. Raport pokazał też, że najwięcej przez Internet wydają osoby w wieku powyżej 50 lat, w niektórych kategoriach nawet czterokrotnie więcej niż osoby znajdujące się w kategorii wiekowej 25-34 lat!

Sklepy stają się „showroomami”

 Warto zwrócić również uwagę na zjawisko uciekania od sklepów tradycyjnych na rzecz sklepów online. Czołowe miejsce zajmuje tu branża RTV/AGD, której 68% e-klientów najpierw odwiedza sklep stacjonarny, by finalnie zakupu dokonać w internecie, płacąc za towar systemem online (57% osób zadeklarowało, że robi tak często lub zawsze!). – Kiedy chcę kupić nowy sprzęt elektroniczny, idę obejrzeć ekran czy posłuchać dźwięku w sklepie, ale kupuję online tam, gdzie jest najtaniej, a forma zapłaty najdogodniejsza. Dziwię się sklepom, że jeszcze utrzymują magazyny w centrach miast, skoro mogłyby sprzedawać online, a punkty stacjonarne traktować wyłącznie jako „showroomy” – mówi 29-letni Marcin, internauta z Wrocławia.

Jak twierdzi prezes Dotpay, Andrzej Budzik: – Rosnące zainteresowanie płatnościami online nie powinno nikogo dziwić, ponieważ współczesny człowiek ceni sobie narzędzia wpływające na optymalizację czasu i redukcję kosztów. Konsumenci wybierając płatności online kształtują rynek i sprawiają, że tego typu systemy stają się standardem już nie tylko w przypadku e-sklepów. Coraz częściej wykorzystywane są bowiem również w serwisach skierowanych do graczy, czy przy rezerwacji i sprzedaży biletów w kinach, środkach komunikacji miejskiej, czy też biurach turystycznych. A to oczywiście tylko kilka przykładów wykorzystania e-płatności do usprawniania procesów zakupowych.

Poznaj produkt w sklepie, kup przez Internet

W  coraz większej liczbie branż sklepy tradycyjne będą stawały się tylko źródłem wiedzy o produkcie, bo faktyczna sprzedaż przeniesie się do internetu. Doskonałym przykładem jest branża kosmetyczna, drogerie i perfumerie. 17% osób uczestniczących w badaniu Gemius wskazało sklep tradycyjny jako pierwsze źródło, z którego dowiedziało się o produkcie kupionym online. Aż 71% klientów kupujących kosmetyki online w trakcie procesu zakupowego poszło do sklepu tradycyjnego, ale tylko po to by wypróbować czy sprawdzić interesujący produkt. Sam zakup odbył się online. To osoby, które płacąc najczęściej skorzystały z płatności online, zamiast płacenia zwykłym przelewem czy kartą. Takie zachowania powoli stają się normą w wielu innych branżach, w których dotknięcie, powąchanie, posmakowanie lub zobaczenie produktu jest istotne, ale sam proces zakupowy może odbyć się w internecie.

Zagraniczne firmy coraz chętniej wybierają Polskę

1

Od początku roku rynek pracy stabilnie rośnie, pojawia się także więcej ofert pracy. Polska staje się również coraz bardziej atrakcyjnym krajem na przenoszenie i otwieranie tzw. Centrów Usług Wspólnych (ang. Shared Service Center). Nadal powstają one głównie w Warszawie, Krakowie, Gdańsku oraz Wrocławiu, ale inwestorzy zaczynają zwracać uwagę na mniejsze miasta – w największych aglomeracjach rynek pracy powoli zmierza do nasycenia.

 –  Po pierwszym kwartale tego roku obserwujemy stały wzrost zatrudnienia, szczególnie w branży IT i usługach wokół niej skupionych. Regularnie prowadzimy stałe rekrutacje dla firm poszukujących specjalistów IT oraz do obsługi call center, service desk czy help desk dla największych korporacji. Jest ich 3 do 4 razy więcej niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku, co oznacza, że oddech złapała nie tylko branża, ale i cała gospodarka – mówi Michał Lewandowski, Prezes Zarządu Diverse Consulting Group.

 Pierwszy kwartał 2015 r. potwierdził również trend, jaki na rynku pracy obserwowany jest od jakiegoś czasu – Polska jest atrakcyjnym krajem na przenoszenie i otwieranie tzw. Centrów Usług Wspólnych. W tego typu wyspecjalizowanych jednostkach, które zajmują się dostarczaniem konkretnych usług m.in. z zakresu finansów, IT czy call center dla międzynarodowych korporacji, pracę może znaleźć od kilkudziesięciu do kilku tysięcy pracowników. Dzięki swojej specjalizacji, dostarczają one wewnętrznym lub zewnętrznym klientom usługi na wysokim poziomie, po przystępnych kosztach. W ostatnich miesiącach nad Wisłą zostały otwarte jednostki największych światowych koncernów, przeniesione m.in. z Wielkiej Brytanii, Irlandii a nawet USA.

W tym sektorze Polska konkuruje przede wszystkim z Węgrami, gdzie ulokowanych jest wiele tego typu centrów. Coraz częściej wygrywamy jednak możliwością szybszego i płynniejszego porozumiewania się czy dużą dostępnością kandydatów ze znajomością języków obcych. Również korzystniejsze dla firm koszty zatrudnienia pracownika w naszym kraju i podobne – choć często nawet wyższe kwalifikacje osób zatrudnionych – sprawiają, że zagraniczne koncerny już teraz na swoje inwestycje chętniej wybierają miasta w Polsce – dodaje Michał Lewandowski.

Nasz kraj bardzo dobrze radzi sobie również na tle Indii, w przypadku których m.in. różnice czasowe i mniejsza dostępność pracowników ze znajomością języków europejskich, innych niż angielski, przesądziły o powolnym odwrocie inwestorów z tamtych regionów świata – na korzyść m.in. Europy Środkowo-Wschodniej.

Jak zaznaczają eksperci z Diverse Consulting Group, mimo że w ostatnich miesiącach najwięcej procesów rekrutacji oraz otwarć wspomnianych centrów odbywało się w największych polskich aglomeracjach, to firmy chętniej inwestują również w mniejszych miastach, takich jak np. Olsztyn czy Ostrołęka.

– W największych ośrodkach obserwujemy powolne nasycanie się rynku pracy. Zachęca to firmy do migracji lub relokacji swoich pracowników do mniejszych miast. Jest to dla nich korzystne rozwiązanie pod względem kosztów, ale także dostępu do nowych pracowników, których rekrutują z okolicznych firm lub uniwersytetów – podsumowuje Lewandowski.

Jak zaznaczają eksperci, rekrutacje prowadzone w mniejszych miastach dotyczą przede wszystkim kilku obszarów, m.in.: księgowości, finansów i call center.

Regulacja o schemacie elektronicznej identyfikacji konsultowana z rynkiem kredytowym

Komisja Europejska zamierza m.in. z przedstawcielami sektora finansowego skonsultować i ocenić nową Regulację o elektronicznej identyfikacji i usługach zaufania w odniesieniu do transakcji elektronicznych na rynku wewnętrznym. Przyjęty w lipcu ubiegłego roku przez Radę Europejską akt prawny, zastępuje obowiązującą od 1999 roku Dyrektywę o podpisie elektronicznym.

Regulacja przewiduje wykorzystanie takich narzędzi jak e-podpis, e-pieczątki, elektronicznie rejestrowane dostawy, certyfikaty dla uwierzytelniania stron internetowych. – EUROFINAS i KPF przyglądają się bacznie tej regulacji i analizują jej wpływ na sektor kredytu konsumenckiego. Temu będą również poświęcone Warsztaty organizowane przez Komisję Europejską. Już teraz można jednak powiedzieć, że Rozporządzenie uwzględnia w sposób prawidłowy tempo zmian technologicznych, a Unia Europejska jest otwarta na innowacje ­– uważa Marcin Czugan, Przewodniczący Komitetu Prawno – Politycznego EUROFINAS.

Do warsztatów organizowanych 23 kwietnia zaproszono również dostawców produktów kredytowych usług pocztowych i ubezpieczeniowych. Z jednej strony projektodawcy zaprezentują korzyści, jakich oczekują po wdrożeniu regulacji, która ma ułatwić transgraniczną aktywność, z drugiej – liczą, że praktycy rynku będą w stanie, na podstawie doświadczeń z prowadzonej przez siebie działalności biznesowej, ocenić wpływ Rozporządzenia na ich działalność.

Komisja Europejska na swojej witrynie internetowej przytacza przykłady problemów, wynikających z braku standardów elektronicznej identyfikacji.

estoński bank wysyła zawiadomienie do kredytobiorcy, zamieszkałemu w Niemczech; zamierza w tym celu użyć dokumentu w formie elektronicznej; musi sprawdzić, czy taka możliwość jest przewidziana przez systemy prawne obu krajów; w razie najmniejszych wątpliwości, prawdopodobnie prześle dokument tradycyjna pocztą

– Elisa, studentka z Belgii, chce zapisać się na uniwersytet we Włoszech. Loguje się na internetowej witrynie uczelni, ale nie jest uprawniona do użycia swej elektronicznej tożsamości, ponieważ nie jest ona uznawana i akceptowana przez system prawny Włoch. W tej sytuacji kupuje bilet na pociąg, by osobiście dostarczyć dokumenty w postaci „papierowej”

Nowe rozwiązania legislacyjne mają sprawić, że takie bariery zostaną wyeliminowane z praktyki rynkowej i usług publicznych.

Regulacja o schematach elektronicznej identyfikacji stanowi część prac Komisji Europejskiej nad Jednolitym Rynkiem Cyfrowym, którego strategia zostanie przedstawiona w maju tego roku. Proces ten również bacznie obserwuje i czynnie w nim uczestniczy Komitet Prawno – Polityczny EUROFINAS i KPF.

Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Coraz wyższe wynagrodzenia w polskich przedsiębiorstwach

Jak wynika z danych opublikowanych przez GUS, w ubiegłym roku PKB wzrosło o 3.4%. Lepsze od prognozowanych okazały się także wiadomości napływające z rynku pracy, gdzie w marcu dynamika wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw wzrosła o 4.9% r/r, natomiast zatrudnienia – o 1.1% r/r.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych dniach istotny wpływ na sytuację panującą na rynku walutowym będzie miało ciążące nad europejską gospodarką widmo niewypłacalności Grecji. Obecnie „mamy do czynienia z ważnymi wyzwaniami, w tym chwiejnością kursów walutowych i przedłużającą się niską inflacją, utrzymującymi się zewnętrznymi i wewnętrznymi zakłóceniami równowagi, wysokim zadłużeniem publicznym i napięciami geopolitycznymi” – czytamy w komunikacie opublikowanym po zakończeniu dwudniowego posiedzenia szefów banków centralnych państw G20. Zdaniem Poula Thomsena, przedstawiciela MFW na Europę, rząd w Atenach może zapewnić sobie finansowanie nawet do czerwca, jednak ciężar zbliżających się terminów spłat zobowiązań jest na tyle duży, że porozumienie z kredytodawcami będzie nieuniknione.

Dzisiejsza sesja rozpoczęła się od publikacji danych obrazujących dynamikę inflacji PPI w Niemczech. W ciągu dnia poznamy natomiast informacje o tempie produkcji przemysłowej (prognoza 7.2% r/r) i sprzedaży detalicznej (prognoza 1.5% r/r) w Polsce.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Steen Jakobsen – „Nowa nicość”

„Epoka zwłoki, półśrodków, łagodzenia i wyciszania, przekładania na później, zbliża się do końca. Rozpoczyna się epoka stawiania czoła konsekwencjom”. – Churchill

Ostatnio zauważyłem bardzo niepokojące zjawisko: bez względu na okoliczności zachowuję optymizm. Ma to znaczenie nie tylko dla mnie, ale i dla was, ponieważ jestem właśnie tym człowiekiem, który przewidział pięć z dwóch ostatnich kryzysów.

Piszę te słowa w samolocie zmierzającym do Kopenhagi. Wracam ze Słowenii i Chorwacji, gdzie wszyscy stracili już nadzieję na lepszą przyszłość. Takie samo wrażenie odniosłem podczas mojej ostatniej wizyty w Hongkongu i Australii, a jeszcze wcześniej – w Turcji.

Mamy zerowy wzrost, zerową inflację i zerową nadzieję. Połączenie tych czynników sprawiło, że państwa, których one dotyczą, tkwią w apatii, ponieważ zerowe stopy w powszechnej opinii oznaczają, że nie są konieczne jakiekolwiek reformy. Brak inflacji oznacza również brak nowych marży i brak nowych negocjacji dotyczących wynagrodzeń, natomiast zerowa nadzieja oznacza, że polityka i wybory mogą zmienić przynależność partyjną przywódców państw, ale nie realizowaną przez nich politykę, a już na pewno nie ich wizję przyszłości.

Oto jedna z nieprzewidzianych konsekwencji ekonomii i polityki opartej na sprowadzaniu wszystkiego do zera. Apatia ta sięgnęła jednak obecnie zenitu i wymaga to komentarza. Media i politycy nadal wyliczają, czego nie możemy zrobić, nie poświęcają za to czasu rozważaniom na temat tego, co jest możliwe; marzenia określane są mianem czystej fantazji, którą najlepiej pozostawić dzieciom.

Ta nowa nicość kształtuje młodzież, ustrój polityczny i prognozy ekonomiczne w większym stopniu w oparciu na tym, co jest w głowach i sercach ludzi, niż na realiach.

W każdym z odwiedzanych przez mnie krajów polityka w skali makro była fatalnie realizowana, a klasa polityczna była zainteresowana przede wszystkim utrzymaniem status quo (przy równocześnie dynamicznej gospodarce w skali mikro). Przedsiębiorcy i studenci, którzy chcą robić więcej i lepiej, podążać wyżej, dłużej i dalej, znajdą się wszędzie, jednak toną w „realiach nicości”.

Oto zatem moje rozwiązanie, które powinno zadziałać – i zadziała:

Po pierwsze, wszyscy musimy uszanować przyczynę, dla której Bóg dał nam dwoje uszu i jedne usta: uczynił to po to, byśmy mówili dwukrotnie mniej, niż słuchali. Jesteśmy stworzeni do tego, by więcej słuchać, niż mówić!

Po drugie, musimy stać się bardziej ambitni. Bez względu na to, czy chcemy pomóc sobie samym, swojemu krajowi, swojej firmie – mówmy o tym, co możemy zrobić, a nie o tym, czego nie możemy zrobić.

Oto mój program polityczno-gospodarczy (a raczej mój antyprogram, zważywszy, że nie kandyduję na żadne stanowisko) – jest prosty, a jego wdrożenie niemal nic nie kosztuje:

Obietnica nr 1: obiecuję, że jako prezydent nie będę podejmował żadnych działań poza wspieraniem naszego kraju we wszystkich przedsięwzięciach.

Gospodarka makro zabija produktywność, innowacyjność, wolności osobiste i marzenia poprzez złe lokowanie kapitału i zasobów oraz ograniczanie pomysłów i środków. Zamożne społeczeństwo buduje się od podstaw, nie od góry.

Obietnica nr 2: rozrost sektora publicznego w ciągu najbliższych dziesięciu lat będzie zakazany.

Nie będzie redukcji etatów, jednak sektor prywatny musi mieć szansę na prześcignięcie sektora publicznego, a ten z kolei powinien stać się bardziej ambitny. Sektor publiczny powinien wykonywać swoje zadania jak najlepiej – ni mniej, ni więcej. Sektor publiczny odgrywa kluczową rolę w każdym społeczeństwie; rola ta polega na realizacji zadań, które tylko ten sektor jest w stanie zrealizować.

Obietnica nr 3: przyjęcie wszelkich nowych przepisów oznacza uchylenie innych przepisów. W regulacjach dotyczących przedsiębiorców, podatków i zachęt biznesowych powinny znaleźć się zapisy definiujące okres obowiązywania tych regulacji. Z każdym tygodniem stopień złożoności przepisów administracyjnych jest coraz wyższy, a związane z tym „kontrole kosztów” są nieprzydatne i mało konstruktywne.

Obietnica nr 4: cały kapitał kredytowy i polityczny powinien trafić do MŚP – małych i średnich przedsiębiorstw.

Badania przeprowadzone w Unii Europejskiej wykazały, że 85% wszystkich nowych miejsc pracy tworzonych jest w MŚP. Co więcej, MŚP oferują 100% produktywności i innowacyjności. Znaczna część wkładu tego sektora pochodzi ze start-upów, a zatem należy skupić się na tworzeniu systemów zachęt do podejmowania działalności gospodarczej.

Sugeruję amnestię podatkową przez pierwsze trzy lata (większość firm zaczyna zarabiać na siebie dopiero w piątym roku działalności) i odliczanie inwestycji w start-upy od głównych podatków i składek emerytalnych.

Taki jest mój program. Stanowi odwrotność mojej teorii Ekonomicznego Trójkąta Bermudzkiego, która tłumaczy, dlaczego obecnie, przy zerowych stopach, 20% przedsiębiorstw (spółek notowanych na giełdzie, banków i spółek skarbu państwa) uzyskuje 100% kredytów i kapitału politycznego. Oznacza to współczynnik finansowania niższy o 300-400 punktów bazowych w porównaniu ze zwykłym cyklem biznesowym.

Tymczasem MŚP (pozostałe 80% przedsiębiorstw) ma zero kredytów i zerowy kapitał polityczny.

Akcje zyskują na wartości, ponieważ zdyskontowane przepływy pieniężne (300-400 punktów bazowych poniżej normy) wpływają na wyższe wyceny. Bezrobocie i nierówności rosną przy równoczesnym braku wzrostu gospodarczego – braku produktywności, braku zmian politycznych i braku nadziei.

Oto przyczyna zerowych nadziei. W efekcie systemowej niezdolności polityków do zrozumienia i odwrócenia najgorszego eksperymentu polityki pieniężnej wszech czasów, niezbędny jest głęboki kryzys, który pomógłby nam zrzucić jarzmo realiów nicości.

Jestem optymistą – technologia, a także inteligentni, zdolni, dobrze wykształceni ludzie są do naszej dyspozycji, o ile tylko uzyskają pole manewru. Te 80% może nam pomóc powrócić na dawne tory w perspektywie niecałych pięciu lat, o ile wzrost będzie wykładniczy i o ile nie będzie powolny.

Podróże uświadomiły mi, że problem całego świata obecnie polega na neutralności. W pewnym sensie każdy chce być „trochę w ciąży”, pocieszając się, że „mogło być gorzej”, zamiast zmierzyć się z rzeczywistością.

Konsekwencje dla rynków są liczne i zróżnicowane: spółki nie mogą generować coraz większych zysków, jeżeli ich klienci – 80% – mają mniej środków do wydatkowania. W tym momencie środowisko zerowych stóp oznacza, że „inżynieria finansowa” osiągnęła wewnętrzne maksimum, szczyt dokonań autora arkusza kalkulacyjnego (zdyskontowane przepływy pieniężne w okolicach zera = wycena do nieskończoności).

Co ponadto? Zero przewidywanych zysków na rynkach akcji, normalizacja stóp procentowych – nie w oparciu o wzrost, a o potrzebę „normalizacji” wartości zerowych – oraz tektoniczne przejście od lokowania środków w „papierowy pieniądz” do inwestowania w produktywność i zatrudnienie w wyżej omawianych 80%.

Można się spodziewać, że Rezerwa Federalna w czerwcu lub we wrześniu „wezwie do uzupełnienia depozytu” ze względu na inflację cen aktywów, Grecja opuści strefę euro, a dolar amerykański znacznie się umocni (kurs EUR/USD na poziomie 1,10) w ramach ostatniej próby, przy czym brak płynności i brak dostępu do finansowania w USD spowoduje „minikryzys”.

Świat zmienia zwykle swój kierunek dopiero po kryzysie, a wszystkie zmiany w skali makro są wynikiem błędów politycznych.  2015 to stracony rok. Myślę jednak, że już w 2016 r. realia nicości będą za nami i jestem wyjątkowo optymistycznie nastawiony.

Dlaczego?

Ponieważ jeszcze nigdy nie było tak źle!

Steen Jakobsen, Saxo Bank22

 

4 proc. wzrost sprzedaży bezpośredniej w 2014 roku

Sprzedaż netto całego sektora sprzedaży bezpośredniej w 2014 roku wyniosła 2 886 500 000 PLN, co stanowi czteroprocentowy wzrost w stosunku do 2013 roku. Sektor kolejny rok z rzędu wykazuje tendencję wzrostową. Liczba osób współpracujących z firmami sprzedaży bezpośredniej wzrosła o 10 tys. osób do poziomu 910 tys. Łączna liczba zamówień wyniosła ok. 35 mln, z czego 92% zostało zrealizowanych w sprzedaży indywidualnej, a tylko 8% w sprzedaży grupowej podczas prezentacji organizowanych na życzenie i w domach konsumentów.

2014 rok to kolejny pomyślny rok dla branży sprzedaży bezpośredniej. Wzrost sprzedaży netto o 4% rozłożył się na 9 kategorii produktowych. Tegoroczne dane statystyczne rozszerzyły się o 3 nowe kategorie. Niezmiennie od kilku już lat prym w sprzedaży bezpośredniej wiodą kosmetyki (67%), choć ich sprzedaż z roku na rok sukcesywnie spada. Na kolejnych pozycjach uplasowały się: suplementy diety (10%), AGD (8%), odzież i akcesoria (6%), usługi (5%). Chemia gospodarcza – jako nowa kategoria produktowa – w ubiegłym roku odnotowała jednoprocentowy udział w rynku. Spośród dziewięciu tegorocznych kategorii produktowych aż pięć odnotowało tendencję wzrostową.

4 proc. wzrost sprzedaży bezpośredniej w 2014 roku

 

W 2014 roku z przedsiębiorstwami sprzedaży bezpośredniej współpracowało 910 tys. osób. To o 10 tys. sprzedawców więcej niż rok wcześniej. Wraz ze wzrostem rynku sprzedaży bezpośredniej i liczby sprzedawców rośnie zapotrzebowanie na usługi w sektorze.

Dane statystyczne potwierdzają, że ożywienie gospodarcze widoczne jest w wielu sektorach polskiej gospodarki, w tym także w branży sprzedaży bezpośredniej. To bardzo pozytywny sygnał, że pomimo zawirowań politycznych wokół Polski i stagnacji w strefie euro, w minionym roku wzrósł optymizm Polaków, co przełożyło się na wzrost konsumpcji. Sprzedaż bezpośrednia jest z każdym rokiem coraz bardziej standaryzowana, a PSSB konsekwentnie walczy z nieuczciwymi firmami sektora. Dzięki temu firmy członkowskie Stowarzyszenia zyskują coraz większe grono zarówno klientów, jak i zainteresowanych współpracą mikroprzedsiębiorców. Szczerze liczę, że bieżący rok będzie równie pomyślny dla naszej branży zarówno pod względem obrotów, jak i rosnącej liczby osób zainteresowanych współpracą z przedsiębiorstwami sektora – mówi Mirosław Luboń, dyrektor generalny PSSB.

III EKMP: Komisarz UE ds. Zatrudnienia o delegowaniu pracowników

Trwa spór o objęcie płacą minimalną kierowców jedynie przejeżdżających przez teren Niemiec. Tysiące polskich firm transportowych czeka na decyzję Komisji Europejskiej, która ma zapaść w najbliższych dniach. Na chwilę przed rozstrzygnięciem głos w sprawie zabrała Marianne Thyssen – Komisarz UE  ds. Zatrudnienia, która była gościem III Europejskiego Kongresu Mobilności Pracy. 

Przepisy płacy minimalnej dla pracowników wykonujących pracę w Niemczech weszły w życie na początku tego roku. Zgodnie z nimi płaca w tym kraju musi wynieść minimum 8,50 euro brutto za godzinę. Kontrowersje wzbudza ich niemiecka interpretacja, która mówi, że obejmują one osoby wykonujące pracę dla zagranicznych pracodawców na terenie Niemiec, np. kierowców.

Komisarz Thyssen zapowiedziała w Krakowie otworzenie dyskusji na temat dyrektywy o delegowaniu, podkreślając, że stojące u jej podstaw wartości są nienaruszalne. Chwilę później poruszyła temat niemieckiej płacy minimalnej dla branży transportowej, o którym rozmawiała ostatnio w Rydze z ministrami pracy państw członkowskich:

Jeżeli poprawka dyrektywy może wnieść większą pewność prawną w interesie biznesu i pracowników powinniśmy się nad nią zastanowić – zapowiedziała Marianne Thyssen , Komisarz UE ds. Zatrudnienia, Spraw Społecznych, Umiejętności i Mobilności Pracowników.

Do tematu transportu odniósł się również Minister Pracy i Polityki Społecznej dr Władysław Kosiniak-Kamysz,  który podkreślił, że nie możemy się zgodzić z ilością administracyjnych obciążeń towarzyszących wprowadzaniu minimalnego wynagrodzenia dla kierowców w Niemczech. – Nie pozwolimy na budowanie nowych murów w Europie – powiedział Minister.

Cieszy nas, że Komisarz Thyssen mogła usłyszeć opinie polskich przedsiębiorców, polityków i naukowców na temat delegowania pracowników – komentuje Stefan Schwarz, Prezes Inicjatywy Mobilności Pracy. – Niestety nie usłyszeliśmy żadnych zapewnień, które mogłyby uspokoić przedsiębiorców z branży transportowej, czekających na decyzję w ich sprawie.

Organizowany przez Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie oraz Stowarzyszenie Inicjatywa Mobilności Pracy Europejski Kongres Mobilności Pracy  (www.koordynacja.org) jest największym, cyklicznym wydarzeniem w Europie poświęconym eksportowi usług na rynek wewnętrzny Wspólnoty. Polska jest europejskim liderem w świadczeniu usług transgranicznych. Polskie firmy zatrudniają jedną trzecią wszystkich pracowników delegowanych w UE – czyli ok. 400 tys.

NIK o eksploatacji kopalin w Wielkopolsce

Wielkopolska ma trudności z obsadą stanowisk geologicznych w samorządach oraz w nadzorze górniczym. W efekcie nadzór nad gospodarowaniem zasobami kopalin nie funkcjonuje tam prawidłowo: zadania wymagające specjalistycznej wiedzy i doświadczenia wykonują często osoby bez wymaganych uprawnień, a służby geologiczne nieskutecznie przeciwdziałają nielegalnemu wydobywaniu piasku i żwiru.

Województwo wielkopolskie jest jednym z głównych regionów w Polsce, gdzie na masową skalę wydobywa się piaski i żwiry. Jednakże miejscowe  samorządowe organy nadzoru geologicznego oraz nadzoru górniczego niewłaściwie monitorowały gospodarkę zasobami złóż kopalin. Jest to o tyle ważne, że w skali kraju ok. 80 proc. nielegalnej eksploatacji kopalin dotyczy właśnie wydobycia piasków i żwirów. Ponadto brak skutecznego nadzoru ze strony służb geologicznych sprzyja niekontrolowanemu użytkowaniu i degradacji gruntów oraz stwarza warunki do nielegalnego składowania odpadów, co w sumie może prowadzić do nieodwracalnych zmian w środowisku.

Poza negatywnymi skutkami dla środowiska, nielegalne wydobywanie kopalin ma także swoje skutki finansowe. Przedsiębiorca, który uzyskał koncesję na wydobywanie kopaliny ze złoża, wnosi opłatę eksploatacyjną(część kwoty trafia do gminy, a część do funduszu ochrony środowiska). W przypadku nielegalnej eksploatacji takiej opłaty oczywiście nie ma. Możemy więc mówić również o uszczupleniu dochodów publicznych.

Stwierdzone nieprawidłowości

Starostowie, w przeciwieństwie do Marszałka Województwa Wielkopolskiego, nie byli przygotowani organizacyjnie do wykonywania obowiązków organu administracji geologicznej.Jedynie w dwóch spośród siedmiu  skontrolowanych starostw zatrudniano geologów powiatowych. W pozostałych pięciu powiatach zadania związane z nadzorem geologicznym wykonywali przeważnie pracownicy, którzy nie posiadali odpowiednich kwalifikacji w tej dziedzinie. A chodzi o tak ważne zadania jak: prowadzenie spraw związanych z przygotowaniem koncesji na wydobywanie kopalin, wydawanie decyzji dla przedsiębiorców, naliczanie podwyższonych opłat eksploatacyjnych, przeprowadzanie kontroli przedsiębiorców w zakresie wywiązywania się z warunków koncesji oraz zadania dot. ochrony złóż przed nielegalną eksploatacją. Główną przyczyną trudności z obsadą stanowisk geologów powiatowych były wysokie wymagania kwalifikacyjne, co jednak nie szło w parze z odpowiednim wynagrodzeniem.

Wspomniany brak profesjonalizmu kadr przyczynił się do stosowania złych praktyk administracyjnych. Na przykład w niejednolity sposób interpretowano i błędnie stosowano przepis dotyczący procedury zmiany koncesji na wydobywanie kopalin. Od części przedsiębiorców organy koncesyjne żądały kompletu wymaganych przepisami dokumentów, bez ustalenia czy dokumentacja złożona przy ubieganiu się o koncesję zachowała aktualność. Od innych z kolei nie żądano żadnych dokumentów. W konsekwencjidochodziło  do nierównego traktowania przedsiębiorców.

Również Okręgowy Urząd Górniczy w Poznaniu miał problemy  kadrowe. W latach 2013 -2014 na jednego pracownika Urzędu przypadał nadzór nad 163 zakładami górniczymi, co oznacza, że systematyczna kontrola wszystkich zakładów była praktycznie niemożliwa. Jak pokazują wyniki kontroli NIK specjalistów ciężko było znaleźć, przede wszystkim z powodu zbyt niskich płac, niekonkurencyjnych w stosunku do wynagrodzeń oferowanych w branży górniczej.

Brak współpracy gmin z Okręgowym Urzędem Górniczym, powiatowymi inspektorami nadzoru budowlanego, Agencją Nieruchomości Rolnych (zarządzającą nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa) powodował, że nie udało się skutecznie przeciwdziałać nielegalnemu wydobywaniu piasku lub żwiru przez firmy, które nie posiadały wymaganej koncesji. Innym istotnym  utrudnieniem w skutecznym zwalczaniu nielegalnej eksploatacji kopalin było niewystarczające wyposażenie urzędu górniczego.

NIK zwraca też uwagę, że niektóre przepisy ustawy Prawo geologiczne i górnicze(obowiązuje od 1 stycznia 2012 r.) w praktyce nie spełniają swej funkcji. Dotyczy to zwłaszcza przepisów określających sankcje za nielegalne wydobycie żwiru i piasku(m.in. możliwość wydania nakazu wstrzymania takiej działalności). Problem przede wszystkim w tym, że do ujawnienia  eksploatacji kopalin bez wymaganej koncesji dochodzi z reguły dopiero po zakończeniu wydobycia (w żadnym ze skontrolowanych przez NIK przypadków nie stwierdzono zgłoszenia nielegalnego „aktywnego” wydobycia). Dlatego też najczęściej ustalenie sprawców jest niemożliwe, a ze względu na upływ czasu organy nadzoru geologicznego nie są w stanie określić także skutków finansowych nielegalnej eksploatacji. Potwierdzają to zgromadzone przez NIK dane. W okresie objętym kontrolą w woj. wielkopolskim zarejestrowano 84 sprawy dotyczące nielegalnej eksploatacji. Po ich rozpatrzeniu wydano 42 decyzje w sprawie wstrzymania nielegalnego wydobycia. W niemal wszystkich zakończonych postępowaniach (21) nastąpiło umorzenie sprawy ze względu na niewykrycie sprawcy. Do czasu zakończenia kontroli NIK pozostałych dwadzieścia spraw było w toku.

Marszałek Województwa Wielkopolskiego w latach 2012-2013 skontrolował zaledwie 6 proc. koncesjonowanych złóż, choć prowadził nadzór nad realizacją  327 koncesji. W efekcie nie wiedział, jak przedsiębiorcy wypełniają warunki określone w pozwoleniach na eksploatację kopalin. Planowe kontrole przedsiębiorców prowadzono tylko w jednym spośród siedmiu skontrolowanych starostw (w Starostwie Krotoszyńskim), choć skontrolowani przez NIK starostowie w sumie sprawowali nadzór nad 144 koncesjami. Tymczasem w swojej kontroli NIK ujawniła w trzech starostwach – w Ostrowie Wielkopolskim, w Turku oraz w Koninie – zaniedbania i uchybienia przedsiębiorców w realizacji przyznanych koncesji m.in. przerwanie eksploatacji, brak ogrodzenia i oznakowania terenów zakładów górniczych.

Choć Marszałek Województwa Wielkopolskiego już od początku 2006 r. wydawał koncesje na eksploatację kopalin, to do czasu zakończenia kontroli nie ustalił ile wcześniej wydano takich pozwoleń. Przyczyną tego było nieuporządkowanie dokumentacji po przejęciu nadzoru geologicznego od Wojewody Wielkopolskiego. Ponieważ  Marszałek nie posiadał niezbędnej wiedzy o koncesjach wydanych przed 2006 r., tym samym nie mógł zapewnić właściwego nadzoru nad ich wykorzystaniem.