J. K. Bielecki: wzrost stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych spowodowałby odpływ kapitału z takich krajów jak Polska

0

CEO Magazyn Polska

Prognozowana seria podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych spowodowałaby odpływ kapitału z rynków wschodzących, takich jak m.in. Polska. Jak zauważa Jan Krzysztof Bielecki, były premier, banki centralne w Europie odkładają decyzję o podwyżce, spodziewając się wzrostu cen, który jednak wciąż nie następuje.

Myślę, że banki centralne teraz się bardzo szybko uczą nowej ekonomii i ciągle odkładają swoją decyzję o podnoszeniu stóp procentowych – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Krzysztof Bielecki, były premier, obecnie przewodniczący Rady Partnerów firmy doradczej EY. – Nieustająco spodziewają się, że w niedługiej perspektywie inflacja jest gwarantowana i ciągle się okazuje, że ta perspektywa się odsuwa, np. o rok. Wydaje mi się, że żyjemy w  świecie uczenia się nowych zjawisk, a także dużego długu, który jest bardzo trudno spłacalny. I trzeba umieć sobie z tym radzić.

Marzec był pierwszym miesiącem ogłoszonego w połowie stycznia br. przez prezesa Europejskiego Banku Centralnego programu luzowania ilościowego polityki monetarnej (QE), w ramach którego bank skupuje z rynków obligacje 60 mld euro miesięcznie. Jego efektem na razie jest osłabienie euro, natomiast na ewentualne skutki w postaci inflacji trzeba będzie jeszcze poczekać. Zdaniem prezesa EBC Mario Draghiego średnia inflacja w 2015 roku w strefie euro wyniesie 0 proc., a w 2016 roku – 1,5 proc.

W Stanach Zjednoczonych, które mają już za sobą taką operację, Rezerwa Federalna przygotowuje się do serii podwyżek stóp procentowych, jednak i tam termin pierwszej podwyżki odsuwa się w czasie, a prognozy inflacji spadają. W marcu 2015 roku ceny konsumenckie były o 0,1 proc. niższe niż rok wcześniej, choć ekonomiści nie przewidywali deflacji. Zdaniem Jana Krzysztofa Bieleckiego wstrzymywanie się Fedu z podwyżkami stóp jest dla Polski korzystne.

 Gdyby stopy procentowe ruszyły do góry w Stanach, jak się tego niektórzy spodziewali już ileś miesięcy temu, toby nastąpił odpływ kapitału z krajów wschodzących, również trochę z takiego kraju jak Polska – uważa Bielecki. – Pieniądz poszedłby bowiem tam, gdzie jest bezpiecznie i w dodatku jeszcze dają dobry procent.

QE w Europie odbywa się poprzez skup aktywów i ma potrwać co najmniej do września 2016 roku. W razie gdyby wyznaczony cel inflacyjny nie został osiągnięty, może jednak trwać dłużej. W tym czasie EBC będzie skupować obligacje o ratingu inwestycyjnym, kierując się udziałem poszczególnych państw w kapitale banku.

Jeszcze tylko kilka dni na przekazanie 1% podatku

Podatnikom pozostało jeszcze tylko kilka dni na złożenie deklaracji podatkowej i przekazanie 1% podatku dochodowego dla wybranej Organizacji Pożytku Publicznego. W 2014 roku 12 mln podatników przekazało OPP ponad pół miliarda złotych.

– Pamiętajmy, że 1% podatku przekazać mogą wyłącznie podatnicy PIT. Zrobić to można zarówno z tytułu umowy o pracę, dzieło, zlecenie oraz  innych, np. dochodów z giełdy, rozliczanych na druku PIT-38, czy też ze zbycia nieruchomości (PIT-39). Możliwości tej nie posiadają natomiast przedsiębiorcy z tytułu działalności gospodarczej prowadzonej w formie spółek kapitałowych (np. spółki z o.o.). Kolejnym warunkiem przekazania 1% jest złożenie deklaracji w ustawowym terminie. Dopełnienie tego obowiązku po 30 kwietnia nie pozwoli na wybór organizacji, która otrzyma 1% podatku – wyjaśnia Piotr Szulczewski, analityk Bankier.pl.

GUS podał, że w 2014 roku 12 mln podatników przekazało aż 509 mln zł OPP w ramach 1%. Średnio jedna Organizacja Pożytku Publicznego otrzymała 68,1 tys. zł, ale połowa z nich uzyskała nie więcej niż 5,2 tys. zł. Z danych GUS wynika, że przeciętny podatnik przekazał OPP ok. 40 zł.

Z danych GUS wynika, że Polacy coraz chętniej przekazują część swojego podatku dochodowego wybranym Organizacjom Pożytku Publicznego. Od 2004 roku liczba OPP wzrosła blisko 4-krotnie z 2,2 tys. do 8,7 tys. Za jeden z powodów tak dużego wzrostu liczby tych organizacji podaje się właśnie możliwość przekazywania im 1%. Dochody z PIT stanowią już 10% ich ogólnych przychodów.

Dokonaj świadomego wyboru

Eksperci apelują o bardziej świadome wybieranie organizacji, którym chcemy przekazać 1%. Nie róbmy tego mechanicznie. W wielu programach podatkowych do rozliczeń rocznych mamy możliwość wybrania tylko kilku OPP, które zazwyczaj sponsorują ich twórców. Ponadto, wybierając OPP, warto zwrócić uwagę na ich sprawozdania finansowe, gdzie napisane jest, ile faktycznie przekazują na realną pomoc, ile wynoszą koszty reklamy a także wynagrodzenia członków zarządu.

– Aby uzyskać kilka milionów złotych w ramach 1%, OPP często inwestuje potężne pieniądze w reklamę. Dlatego zastanówmy się, czy chcemy realnie wspierać branżę marketingową, czy może czasem warto rozejrzeć się po okolicy i przekazać część podatku małej regionalnej OPP prowadzonej przez społeczników – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Trzeba uzdrowić pakiet onkologiczny

Osoby, u których wykryto nowotwór, potrzebują szybkiego i specjalistycznego leczenia. Miał je zapewnić pakiet onkologiczny (wszedł w życie 1 stycznia bieżącego roku). Problem w tym, że pakiet również jest „chory”, i to od „urodzenia”. Aby mógł właściwie służyć poprawie zdrowia pacjentów, sam wymaga „leczenia”.

Jakie są główne mankamenty pakietu onkologicznego? Po pierwsze przyczynia się on do nadmiernej biurokratyzacji, utrudniającej lekarzom pracę. „Jest za dużo kruczków i dokumentów, które trzeba wypełniać, a elementy systemu informacyjnego są nieskoordynowane” – zauważa podczas rozmowy z serwisem infoWire.pl dr n. med. Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii.

Bardzo chybionym założeniem pakietu jest to, że jeśli istnieje podejrzenie nowotworu, tzw. zielonej karty – dokumentu ułatwiającego pacjentom onkologicznym dostęp do leczenia – nie mogą wystawiać specjaliści, tylko lekarze pierwszego kontaktu. Jeszcze innym problemem jest dostęp do radioterapii, którego pakiet nie ułatwia.

Środowiska onkologiczne oczekują zmian. „Jeżeli mamy dobrze wydawać pieniądze, musi przede wszystkim istnieć system jakościowy oraz należy respektować wypracowane i znane standardy. Potem mówmy o tym, że trzeba podnieść środki finansowe, ponieważ za te pieniądze, które mamy obecnie, niestety nie osiągniemy wyników porównywalnych z Europą Zachodnią” – radzi Janusz Meder.

Pewne zmiany faktycznie mają nastąpić. Minister Zdrowia Bartosz Arłukowicz zapowiedział między innymi objęcie pakietem onkologicznym kolejnych rodzajów nowotworów, usprawnienie działania konsyliów lekarskich decydujących o sposobie leczenia pacjentów, stworzenie nowych pakietów diagnostycznych, rozszerzenie listy świadczeń szpitalnych rozliczanych bez limitu i poprawę systemu informatycznego.

Nowoczesne technologie zmieniają pacjentów w świadomych konsumentów

W ciągu najbliższych kilku lat sektor ochrony zdrowia i branżę farmaceutyczną czekają duże zmiany. Ewolucji ulegną przede wszystkim oczekiwania pacjentów, którzy dzięki rozwojowi Internetu i mediów społecznościowych stają się coraz bardziej wymagający i świadomi swoich praw. Nowoczesne technologie spowodują, że w perspektywie następnych pięciu lat medycyna przejdzie rewolucję cyfrową. Jak wynika z raportu„Healthcare and Life Sciences Predictions 2020: A bold future?” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, rozwój służby zdrowia i przyszłość firm farmaceutycznych skoncentruje się głównie wokół rynków wschodzących, które w 2020 roku pochłoną 32 proc. globalnych wydatków na ochronę zdrowia.

Eksperci Deloitte przewidują, że w roku 2020 ludzie będą wiedzieć znacznie więcej niż dziś na temat swojego profilu genetycznego, chorób jakie przechodzili lub na jakie mogą zapaść czy też odnośnie dostępności opieki medycznej. „Pacjenci staną się świadomymi konsumentami w pełnym znaczeniu tego słowa. Zrozumieją, że mają możliwość wyboru i będą wykorzystywać informacje i dane na swój temat oraz na temat usługodawców medycznych w taki sposób, aby uzyskać najlepsze leczenie za cenę, w czasie i miejscu najbardziej dla siebie dogodnym. Największy wpływ na zmianę ich postaw ma rozwój Internetu oraz mediów społecznościowych, które nie tylko umożliwiają pogłębianie wiedzy, ale także wymianę doświadczeń” – wyjaśnia Oliver Murphy, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, ekspert ds. Sektora Farmaceutycznego i Opieki Zdrowotnej, Deloitte. Ta aktywizacja będzie skutkowała także rosnącą popularnością i coraz większym oddziaływaniem ruchów społecznych na rzecz praw pacjentów.

Deloitte wskazuje, że nowoczesne technologie będą miały ogromny wpływ na sposób leczenia.W 2020 roku przeważająca część opieki zdrowotnej będzie miała miejsce w domach.Relacje między lekarzem a pacjentem nie będą już ograniczone wyłącznie do wizyt w przychodniach czy szpitalach. W dużej mierze zostaną one przeniesione do świata wirtualnego, a opieka nad pacjentem będzie odbywać się w domu. Dotyczy to szczególnie chorób przewlekłych. Leczenie szpitalne skoncentruje się na pacjentach urazowych oraz wymagających interwencji chirurgicznych.

Nowoczesne technologie, takie jak np. druk 3D, będą miały ogromny wpływ na rozwój transplantologii czy chirurgii. Szacuje się, że sprzedaż technologii medycznych w 2020 roku wyniesie 513,5 mld dolarów. Dla porównania w 2013 roku było to 363,8 mld dolarów. W ciągu pięciu lat (2008-2013) odsetek amerykańskich pacjentów, którzy korzystali z elektronicznych kart zdrowia wzrósł z 8 do 16 proc.

Jak przewidują autorzy raportu, w 2020 roku „inteligentne urządzenia do noszenia na ciele”, tzw. wearables, będą determinować jakość życia ludzi poprzez śledzenie stanu zdrowia i kondycji osób z nich korzystających. Zarówno konsumenci jak i podmioty świadczące usługi medyczne będą mogły zestawić ze sobą informacje pochodzące z różnych urządzeń tak, aby dzięki nim otrzymać obraz funkcjonowania i stanu zdrowia danej osoby. „Zakładając popularyzację urządzeń noszonych na ciele wśród wszystkich ludzi, a nie tylko wśród osób dbających o zdrowy styl życia, oraz przystępność cenową i jakość wyspecjalizowanych medycznych i bio-sensorycznych urządzeń, możemy spodziewać się, że technologie sieciowe zrewolucjonizują systemy opieki zdrowotnej na świecie” – wyjaśnia Jakub Wróbel, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Technology, Media and Telecommunications Group, Deloitte. W 2017 roku rynek m-zdrowia ma być wart 26 mld dolarów, podczas gdy w 2013 roku było to jedynie 2,4 mld dolarów. Tylko na koniec pierwszego kwartału 2014 roku liczba aplikacji mobilnych związanych ze zdrowiem, dostępnych w systemach Android i iOS wyniosła ponad 100 tys. i był to ponad dwukrotny wzrost w ciągu dwóch i pół roku.

Raport Deloitte przewiduje również, że do roku 2020 globalny przemysł farmaceutyczny poczyni postępy w kwestii naprawy złej reputacji, która obciążała ten sektor przez kilka ostatnich dziesięcioleci. Sprawy związane z reputacją i wizerunkiem znalazły się na liście priorytetów dla firm farmaceutycznych na świecie, choć większość z nich, aby odzyskać dobre imię potrzebuje jeszcze kilku lat.

Według autorów raportu w ciągu kilku następnych lat siłą napędową opieki medycznej i branży farmaceutycznej będą rynki wschodzące w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji.Posłużą one jako inkubatory dla nowych modeli biznesowych i wysuną się na prowadzenie w dziedzinie opracowywania nowych leków. Ze względu na swój zasięg geograficzny, wiele niezaspokojonych potrzeb związanych ze służbą zdrowia oraz powszechne występowanie chorób zakaźnych i ubóstwa, w orbicie zainteresowania firm medycznych i farmaceutycznych znajdą się szczególnie Indonezja i Nigeria. W tej chwili kraje rozwijające się pochłaniają 23 proc. globalnych wydatków na służbę zdrowia. Za pięć lat będzie to już 32 proc.

„Globalna służba zdrowia stoi w obliczu wielu wyzwań, które mogą zmienić wzajemne stosunki pomiędzy pacjentami, lekarzami, firmami farmaceutycznymi oraz pozostałymi interesariuszami. Podstawowym problemem pozostaje kwestia zaufania i bezpieczeństwa danych na temat stanu zdrowia pacjentów. Rewolucja cyfrowa powoduje, że danych tych jest coraz więcej i zataczają one coraz większe kręgi. Stąd rosnąca rola regulatorów. Przy poszanowaniu suwerenności poszczególnych państw istnieje potrzeba stworzenia ponadnarodowych wytycznych i standardów, których zapewnią pacjentom bezpieczeństwo i odpowiednią jakość leczenia” – mówi Oliver Murphy.

Starzejące się społeczeństwo i rosnące wydatki na opiekę zdrowotną otwierają nowe źródła przychodów, ale jednocześnie wywierają presję na innowacyjność i rodzą konieczność inwestycji w badania i rozwój. I chociaż jak wynika z danych Komisji Europejskiej (raport „EU R&D Scoreboard”), europejskie nakłady na rozwój w tym sektorze w stosunku do przychodów są kilkukrotnie wyższe niż średnia dla 15 najbardziej innowacyjnych sektorów, w Polsce ciągle jeszcze firmy wydają kwoty proporcjonalnie dużo mniejsze. „W Polsce to wciąż niewielkie kwoty w porównaniu ze światowymi liderami. W 2010 r. dziesiąta największa firma farmaceutyczna na świecie przeznaczyła na badania i rozwój ponad 3,5 mld dolarów, podczas gdy wydatki na ten cel w całym polskim przemyśle farmaceutycznym wyniosły wtedy ok. 56 mln dolarów. W najbliższych latach sektor farmaceutyczny i ochrony zdrowia w Polsce może uzyskać kilkanaście miliardów złotych dofinansowania na nowe technologie i prace badawczo-rozwojowe zwiększające konkurencyjność polskich firm” – mówi Michał Turczyk, Dyrektor w dziale R&D and Government Incentives, Deloitte.

Firmy farmaceutyczne zaczynają zdawać sobie sprawę, że w celu zwiększenia wydajności procesów badawczo-rozwojowych, muszą wykorzystywać wiedzę i zdolności pochodzące zarówno z wewnątrz jak i spoza ich organizacji. Otwarte innowacje – integracja wiedzy wewnętrznej i zewnętrznej, daje nowe i wcześniej niewykorzystane, źródła innowacji i pomysłów. Według danych Informa Plc, dwie trzecie leków wypuszczonych na rynek amerykański między 2000 a 2013 rokiem (433) powstało w wyniku partnerstw między firmami, a tylko jedna trzecia (268) jako rezultat badań jednej firmy. „Otwarte innowacje mogą okazać się dla firm farmaceutycznych dobrym sposobem na obniżenie kosztów, ryzyka i zwiększenie zasięgu badań. Współpraca z innymi przedsiębiorstwami w zakresie współfinansowania badań przedklinicznych i klinicznych, budowanie wspólnych zespołów z jednostkami naukowymi, budowanie konsorcjów razem z instytucjami publicznymi to przyszłość także dla polskich firm” –mówi Tomasz Gondek, Lider R&D Networks w Innovation Consulting, Deloitte.

Dziesięć najważniejszych globalnych prognoz dla sektora ochrony zdrowia i branży farmaceutycznej na rok 2020:

  • Prognozy kształtowane przez czynniki zewnętrzne

1. Pacjent roku 2020 r. – Zorientowany i wymagający; już nie petent a partner (który posiada wiedzę o stanie swojego zdrowia) i klient, o którego należy dbać (zna ofertę i cennik).

2. Sposoby realizacji usług medycznych w 2020 r. – Era cyfryzacji medycyny wpływa na powstanie nowych modeli biznesowych sprzyjającym nowym pomysłom, np. kanał internetowy, wizyty domowe on-line etc.

3. Wearables i aplikacje mHealth w 2020 r. – Mierzenie „jakości życia” i zdrowia, a nie tylko bieżących wskaźników medycznych. Powszechność stosowania nie jest ograniczona tylko do fanatyków zdrowego trybu życia.

4. Big Data w 2020 r. – ogromne ilości informacji (dokumentacje medyczne pacjentów, historie chorób etc.) i skomplikowane zbiory danych wymagają nowych narzędzi i modeli biznesowych; właściwe przetwarzanie tych danych może posłużyć do rozwoju medycyny i wzrostu efektywności leczenia.

5. Regulacje i obszar compliance w 2020 r. – zapewnienie zgodności działalności z normami i prawem, w tym ochrona danych osobowych; regulacje powinny odzwierciedlać zbieżność technologii i nauki. Nowe technologie będą pozwalały na ocenę jakości leczenia, bezpieczeństwa stosowanych środków medycznych oraz efektywność procedur leczenia.

  • Prognozy kształtowane przez czynniki wewnątrz branży

6. Badania i rozwój w 2020 r.: Sieć powiązań; B+R łączy różne instytucje – partnerstwo oraz współpraca wielu zainteresowanych stron (przedstawiciele ochrony zdrowia, firmy farmaceutyczne, uczelnie wyższe, ośrodki badawcze etc.), gdzie centrum koordynującym i integrującym są firmy farmaceutyczne.

7. Firmy farmaceutyczne zmieniają swój model sprzedaży

–    ukierunkowanie na potrzeby klienta,

–    wykorzystanie marketingu wielokanałowego,

–    rezygnacja z komunikacji face-to-face,

–    stworzenie kanału edukacyjnego dla klientów (firmy farmaceutyczne odgrywają ważną rolę w dostarczaniu wiedzy na temat leków i metod leczenia)

–    CRM oraz BIG DATA kształtuje politykę cenową usług i produktów

8. Funkcja back office firm farmaceutycznych w 2020 r. – Jedna globalna jednostka usług wspólnych świadczy i zarządza wszystkimi funkcjami back office (administracja, dostawy, księgowość etc.) firmy farmaceutycznej, wraz z jej wszystkimi oddziałami zagranicznymi na całym świecie. Dzięki czemu (oszczędność czasu, ludzi i pieniędzy) firmy farmaceutyczne mogą stać się prawdziwymi centrami wiedzy.

9.    Nowe modele biznesowe na rynkach wschodzących w 2020 r. – Innowacyjna rola krajów rozwijających się.

10. Poprawa reputacji firm farmaceutycznych

Branża farmaceutyczna się zmienia. Za zmianami podąża również zmiana negatywnego wizerunku branży na rynku, co jest najważniejszym priorytetem dla firm. Pełna rehabilitacja będzie wymagała jeszcze kilku lat. Najlepsze efekty osiągnęły te firmy, którym udało się włączyć w zmiany całe środowisko i realizować potrzeby różnych interesariuszy. Kampanie manifestujące większą transparentność w obszarze tworzenia nowych leków oraz polityki cenowej zyskały najbardziej.

Tylko edukacja finansowa może zachęcić Polaków do systematycznego oszczędzania

Bank Światowy sygnalizuje, że Polacy muszą więcej oszczędzać i to nie tylko po to, żeby zapewnić sobie odpowiednie emerytury, ale też po to, by Polska mogła utrzymać wysokie tempo wzrostu gospodarczego. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte ważniejsze od stworzenia odpowiednich instrumentów finansowych zachęcających do oszczędzania jest edukacja społeczeństwa. O sposobach na zwiększenie poziomu oszczędności Polaków rozmawiano podczas jednego z wczorajszych paneli VII Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, którego Deloitte jest partnerem.

Choć 75 proc. Polaków popiera oszczędzanie to tylko niespełna 41 proc. gospodarstw domowych posiada jakiekolwiek oszczędności. Tymczasem oszczędzanie nie tylko pozwoli utrzymać Polsce wysokie tempo wzrostu gospodarczego, ale może także uchronić przed katastrofą demograficzną. Z danych ZUS wynika, że w 2013 roku budżet państwa dofinansowywał system emerytalno-rentowy kwotą 80 mld zł (wliczając w to dotacje do KRUS i emerytur mundurowych). Szacuje się, że w 2060 roku środki zgromadzone w ZUS mogą nie wystarczyć na świadczenie w wysokości minimalnej emerytury dla 25-50 proc. osób przechodzących na emeryturę.

O tym jak zachęcić Polaków do oszczędzania rozmawiano wczoraj w Katowicach. Zdaniem uczestników panelu „Finanse, oszczędności, kapitał” należy od najmłodszych lat  uczyć Polaków oszczędzania. Instytucje finansowe dysponują co prawda odpowiednimi produktami, wspomagającymi oszczędzanie, ale ważniejsze i bardziej wartościowe niż ich tworzenie jest edukacja. „Oszczędzać możemy w różny sposób, ale podstawowe trzy pytania, na które należy znaleźć odpowiedź, to z czego oszczędzać, na co oszczędzać i w co inwestować, skoro rynki finansowe straciły wiarygodność” – mówi Dariusz Szkaradek, Partner, Lider Sektora Instytucji Finansowych, Audyt, Zarządzanie Ryzykiem w Deloitte, uczestnik panelu „Finanse, oszczędności, kapitał”.

Dlatego jego zdaniem celem instytucji finansowych powinna być odbudowa zaufania i budowa wiarygodnych i uczciwych form oszczędzania, ale takich, które nie obiecują nadmiernych stóp zwrotu. W czasie dyskusji pojawiła się również opinia, że należy w Polakach budować świadomość, że nie ma inwestycji całkowicie wolnych od ryzyka. Klient wyedukowany być może wydaje się być z punktu widzenia instytucji finansowych trudniejszy, ale tylko w krótkiej perspektywie. W długim okresie czasu wszyscy uczestnicy rynku finansowego mogą na tym tylko skorzystać.

W Katowicach tradycyjnie rozmawiano także o innowacji. Uczestnicy panelu Finansowanie Innowacji skierowali swoją uwagę na to jak należy zmienić sposób jej finansowania, aby była bliżej przemysłu oraz w jaki sposób wykorzystać fundusze europejskie z nowej perspektywy, by w sposób efektywny realizować ten cel. „Badania i rozwój powinny być ściśle powiązane z przemysłem, ponieważ to on właśnie kierunkuje część działań związanych z innowacyjnością. Zasadniczą rolę w tym procesie odgrywa Narodowe Centrum Badania i Rozwoju, które promuje inteligentne specjalizacje i inteligentny rozwój” – uważa Tomasz Gondek, Lider R&D Networks w Europie Środkowej w Deloitte, Moderator katowickiego panelu. Zdaniem uczestników dyskusji baczna uwaga powinna być zwrócona także na fakt, że aż połowa z funduszy z nowej perspektywy europejskiej będzie przeznaczona na projekty regionalne i związane z sektorem MŚP.

Wiele czasu poświęcono również na rozmowy o przyszłości energetyki. Paweł Smoleń, Partner, Energy & Resources Consulting Leader w Deloitte oraz moderator panelu „Wizja europejskiej energetyki w roku 2030” pytał uczestników dyskusji jak postrzegana jest Unia Europejska w tym obszarze i czy istnieje możliwość stworzenia jednorodnej wizji energetyki przyszłości dla całej Unii – pod hasłem „one fits all”.

W kontekście energetyki nie można zapomnieć o jej finansowaniu i kredytowaniu. Z danych Europejskiego Banku Inwestycyjnego wynika, że do tej pory bank ten pożyczył 1,7 mld euro na inwestycje spółkom energetycznym w Polsce. „Firmy z sektora energetycznego mają bardzo dobre ratingi kredytowe w porównaniu ze swoimi odpowiednikami w Europie, i poziomem dorównują firmom z Niemiec. Pytaniem otwartym pozostaje czego dziś brakuje w ofercie instytucji finansowych i czy rząd powinien bardziej aktywnie włączyć się w pomoc spółkom energetycznym w sprostaniu wyzwaniom, które przed nimi stoją” – mówi Wojciech Hann, Partner, Lider Zespołu Środkowo-Europejskiego Energetyki i Zasobów Naturalnych, Moderator panelu „Inwestycje w energetyce – finansowanie”. Zdaniem uczestników dyskusji rolą rządu jest przede wszystkim wpływanie na przewidywalność rynku, co pomoże firmom utrzymać ich dobrą sytuację kredytową.

ATM Grupa rozważa wprowadzenie na GPW swojej spółki Aidem Media

Koncern medialny ATM Grupa rozważa upublicznienie swojej spółki Aidem Media, produkującej aplikacje mobilne, jednak nie wcześniej niż w 2016 roku. Grupa nie planuje w najbliższym czasie akwizycji, dlatego chce przeznaczyć na dywidendę 70 proc. ubiegłorocznego zysku, który wzrósł w stosunku do 2013 roku blisko trzykrotnie. ATM Grupa w 2015 roku będzie prowadzić projekty głównie dla Telewizji Polskiej, Telewizji Polsat oraz Telewizji Puls.

– Strategicznie zastanawiamy się nad wprowadzeniem jednej z naszych spółek – Aidem Media – na giełdę. Produkuje ona aplikacje na urządzenia mobilne, które sprzedaje na całym świecie. Musimy ten proces dobrze przygotować, więc na pewno nie nastąpi jeszcze w tym roku – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Maciej Grzywaczewski, wiceprezes zarządu ATM Grupa SA, producenta programów telewizyjnych.

Jak dodaje, koncern medialny w chwili obecnej nie ma skonkretyzowanych planów inwestycyjnych i akwizycyjnych. W ocenie Grzywaczewskiego aktualna struktura 10 spółek w ATM Grupie dobrze funkcjonuje.

– W ramach najbliższych produkcji ATM Grupy dla Telewizji Puls uruchamiamy reality „Dom Wróżek” z udziałem wróżbitów i wróżek. To zupełnie nowa produkcja, a zarazem nowe otwarcie w kontaktach z Telewizją Puls – tłumaczy wiceprezes zarządu ATM Grupa. – Na jesieni przygotowujemy dla Telewizji Polsat serial komediowo-obyczajowy „Powiedz tak” o dziewczynie, która zakłada agencję organizacji przyjęć weselnych.

Maciej Grzywaczewski uzupełnia, że ATM Grupa współpracuje także z Telewizją Polską. Dla TVP2 firma przygotowuje serial „Prokurator”, napisany przez braci Wojciecha i Zygmunta Miłoszewskich, autorów kryminałów.

– W najbliższym czasie w Telewizji Polskiej na antenie pojawi się teleturniej, czyli powrót do naszej dobrej tradycji robienia teleturniejów. To są cztery najświeższe rzeczy, które są już w produkcji, mamy podpisane umowy i działamy – zwraca uwagę Grzywaczewski.

Strategia ATM Grupy opiera się zarówno na umowach długoterminowych, jak i zawieranych na bieżąco, np. w cyklach półrocznych. Tak jest w przypadku spółki Profilm, która jest producentem serialu „Ojciec Mateusz”.

W raporcie bieżącym z 27 marca zarząd ATM Grupy zarekomendował przeznaczenie 12,76 mln zysku na dywidendę (z 17,98 mln zł zysku netto za 2014 rok), co daje 0,15 groszy na jedną akcję i oznacza (zgodnie z kursem zamknięcia tego dnia) stopę dywidendy w wysokości 3,9 proc.

– To jest sugestia zarządu. Proszę pamiętać, że ostateczną decyzję podejmuje Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy i tak już bywało w poprzednich latach, że ono zmieniało decyzję – podkreśla Grzywaczewski. – Trudno w tej chwili powiedzieć, na co będzie przeznaczona pozostała 1/3 część zysku. Musimy poczekać na walne zgromadzenie, a to nastąpi prawdopodobnie w czerwcu.

ATM Grupa w 2014 roku osiągnęła 153,09 mln zł przychodów (w porównaniu do 121,27 mln zł w 2013 roku) oraz zysk netto w wysokości 17,98 mln zł (wobec 6,27 mln zł rok wcześniej). W stosunku do analogicznego okresu sprzed roku daje to odpowiednio dynamikę w wysokości 26 i 186 proc.

– W tym roku może nie zachowamy takiej dynamiki jak w 2014 roku, ale zamierzamy zwiększyć zarówno przychody, jak i dochody – deklaruje wiceprezes zarządu ATM Grupa SA.

Niskie oprocentowanie lokat skłania Polaków do bardziej ryzykownych inwestycji

CEO Magazyn Polska

Sektor bankowy obawia się, że z powodu niskich stóp procentowych klienci zaczną wycofywać pieniądze z lokat. BZ WBK liczy na to, że utrzyma tych najzamożniejszych, oferując im doradztwo inwestycyjne i fundusze zarabiające na akcjach i obligacjach. W ten sposób bank chce dać klientom możliwość oczekiwanego zarobku na poziomie minimum 5-6 proc.

Realne oprocentowanie bankowych lokat spadło dziś do poziomu nieco ponad 2 proc. rocznie. To nie daje klientom zysku, który skłaniałby ich do oszczędzania.

– Tak naprawdę sektor bankowy w świetle obniżek stóp procentowych musiał zmienić swoją strategię działania mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Pawłowski, odpowiedzialny w BZ WBK za obszar klienta zamożnego. – My w Banku Zachodnim WBK podjęliśmy decyzję o tym, by jak najwięcej innowacji skierować nie tylko w kierunku rozwiązań mobilnych, które zwiększają transakcyjność, lecz także po to, by zaspokoić potrzeby klientów z perspektywy ich pieniędzy czy depozytów.

Przy spadających stopach zyskuje gospodarka, bo łatwiej o kredyt na inwestycje czy konsumpcję, a to napędza zatrudnienie czy sprzedaż. Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w marcu o 8,8 proc., porównując z sytuacją z przed roku. Tak szybkiego tempa wzrostu nie było od 38 miesięcy. To oznacza, że kondycja polskich firm jest bardzo dobra i może to spowodować, że ich akcje na giełdzie będą rosły. A wraz z nimi – zyski inwestorów.

– Nowością z perspektywy tego roku dostarczoną do klientów bardziej zamożnych jest doradztwo inwestycyjne, które chcemy, żeby było flagowym produktem dla klientów VIP oraz dla klientów, którzy poszukują tego rodzaju rozwiązań na rynku i szukają ponadprzeciętnych zysków na dłuższy okres niż standardowe depozyty podkreśla Marcin Pawłowski. – Chcemy również, by nasze produkty strukturyzowane czy fundusze inwestycyjne oferowane w banku były tymi produktami, które dadzą klientom szansę na szerszą dywersyfikację swojego portfela.

Doradztwo inwestycyjne jest oferowane klientom Banku Zachodniego WBK od kilku miesięcy.

Mamy nowe fundusze Platinum, zostały wdrożone na jesieni zeszłego roku. Mamy nowe rozwiązania, co miesiąc wdrażamy trzy emisje lokat strukturyzowanych dla klientów naszego banku. Liczymy tak naprawdę na coraz większą grupę klientów, którzy będą inwestowali pieniądze na rynku akcyjnym czy giełdowym z perspektywy nadchodzących miesięcy.

Swe usługi doradcze bank oferuje od początku roku i już skorzystało z nich ponad pięciuset najzamożniejszych klientów.

– Klienci oczekują stóp zwrotu na poziomie 5-6 punktów procentowych. Takich depozytów już na rynku nie ma. Historia i doświadczenie pokazują, że w okresach niskich stóp procentowych klienci są skłonni akceptować pewnego rodzaju ryzyko i szerzej wychodzić na rynek, szukając alternatywy dla inwestowania, czy to na rachunku maklerskim, czy w funduszach inwestycyjnych.

W wakacje bezrobocie poniżej 10 procent

CEO Magazyn Polska

Obserwowany od pewnego czasu spadek bezrobocia będzie się utrzymywał również w kolejnych miesiącach. Resort pracy spodziewa się, że w wakacje stopa bezrobocia osiągnie wartość jednocyfrową. Wzrost gospodarczy i zastrzyk funduszy unijnych powinny przyczynić się do powstawania nowych miejsc pracy. Ze względu na tendencje demograficzne pracodawcy będą zmuszeni walczyć o pracowników.

Według Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w marcu br. stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 11,7 proc. Był to wynik lepszy nie tylko od lutego br., kiedy to podany przez GUS wskaźnik ukształtował się na poziomie 12 proc., lecz także w stosunku do marca ubiegłego roku (13,5 proc.).

Od kilkunastu miesięcy obserwujemy spadające bezrobocie, jest to więc tendencja stała – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria minister pracy i polityki społecznej Władysław Kosiniak-Kamysz. – Mamy więc dobrą informację dla wszystkich poszukujących zatrudnienia. Naszym zdaniem tendencja ta szybko nie zostanie odwrócona, ani w kwietniu, ani maju. Spadek jest wyraźny i przewidywany w najbliższych miesiącach.

Już w wakacje możliwe jest zejście tego kluczowego dla gospodarki i gospodarstw domowych wskaźnika poniżej 10 proc. Przyczynią się do tego prace sezonowe, np. w rolnictwie. Także firmy budowlane w miesiącach letnich zazwyczaj przyspieszają realizację wcześniej rozpoczętych inwestycji.

Warto powalczyć, żeby na koniec roku jednocyfrową wartość móc zaprezentować w całej Polsce – precyzuje Kosiniak-Kamysz. – To byłby niezwykły sukces polskich przedsiębiorców, krajowego rynku pracy i zatrudnionych, z którego wszyscy moglibyśmy się cieszyć.

Po raz ostatni miesięczny wskaźnik bezrobocia był poniżej 10 proc. w grudniu 2008 roku, gdy wynosił 9,5 proc. Najniżej w XXI wieku spadł w październiku tego samego roku, do poziomu 8,8 proc.

Dane dotyczące liczby pracujących są jeszcze korzystniejsze. Według GUS w czwartym kwartale ubiegłego roku ludność aktywna zawodowo stanowiła 56,3 proc. osób w wieku powyżej 15. roku życia, czyli 17,4 mln. Pracę w tej grupie miało 16 mln, a 1,4 mln było bezrobotnymi.

Liczba pracujących jest dzisiaj największa od 1989 roku, a może ich być jeszcze więcej – uważa Kosiniak-Kamysz. – Jeżeli dobrze wykorzystamy środki z Funduszu Pracy, środku unijne, a wzrost gospodarczy nie zostanie zachwiany zewnętrznymi czynnikami, to szanse polskiego rynku pracy na poprawę stabilności zatrudnienia w najbliższych latach, a więc większą liczbę miejsc pracy i poprawę ich jakości, są bardzo duże.

Jak podkreśla, punkt ciężkości krajowego rynku pracy przechodzi właśnie z dominującej pozycji pracodawcy na pracownika.

Wynika to z uwarunkowań gospodarczych, aktywności Polaków oraz istotnych zmian demograficznych – wyjaśnia Kosiniak-Kamysz. – Coraz mniejsza pula potencjalnych pracowników będzie dostępna na rynku, co oznacza, że firmy będą o nich konkurować. Jak można to robić? Przede wszystkim poprzez wzrost wynagrodzeń. Pozycja pracownika z miesiąca na miesiąc i z roku na rok będzie się umacniać.

Biorąc pod uwagę dane prezentowane przez Eurostat, który stosuje inną metodologię, bezrobocie w Polsce już od dawna znajduje się na poziomie jednocyfrowym.

Według nich mamy już obecnie tylko 7,8 proc. bezrobocia, a więc spadek jest jeszcze lepiej widoczny. Z kraju o najwyższym współczynniku osób niepracujących przeszliśmy w ciągu 10 lat dużo poniżej średniej i gonimy takie państwa, jak Niemcy czy Austria, które dzisiaj mają najniższą stopę bezrobocia – komentuje minister Kosiniak-Kamysz.

J. Steinhoff: Rozbudowa infrastruktury konieczna dla konkurencyjnego rynku energii i gazu w UE

CEO Magazyn Polska

Udział Gazpromu w dostawach gazu do UE jest mniejszy niż jeszcze kilka lat temu, dzięki czemu rynek zyskuje na konkurencyjności. To ułatwia budowanie wspólnego rynku gazu w UE – ocenia Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. Proces ten przyspieszają regulacje, które uelastyczniają rynek, ale potrzebna jest jeszcze rozbudowa infrastruktury przesyłowej. Wspólnego europejskiego podejścia wymaga także kwestia magazynowania gazu i bezpieczeństwa dostaw.

Na razie jesteśmy na etapie tworzenia wspólnego, konkurencyjnego rynku energii elektrycznej i gazu. Mam nadzieję, że konsekwencji Europejczykom nie zabraknie. Polska jest tym zainteresowana, chociaż jest to wyjątkowo trudna materia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

Pod koniec lutego br. Komisja Europejska przyjęła strategię budowy unii energetycznej, która ma wzmocnić bezpieczeństwo krajów UE. Przewiduje ona m.in. większą solidarność pomiędzy państwami, przejrzystość umów i bardziej zintegrowany rynek. Postulowanych przez Polskę wspólnych zakupów nośników jednak, jak wynika z dokumentu, na razie nie będzie.

Różny jest poziom wsparcia produkcji energii elektrycznej w poszczególnych krajach Unii Europejskiej. Trzeba to uwzględnić i dlatego też należy wprowadzić mechanizmy, które będą tworzyły racjonalną konkurencję – przypomina Steinhoff.

Podobnie jest na rynku gazu. Zdaniem byłego ministra gospodarki wszystkie regulacje rzutujące na upłynnienie tego rynku i zwiększenie jego konkurencyjności wymagają inwestycji, czyli między innymi budowy połączeń transgranicznych. Mówili o tym również przedstawiciele rządów Polski i Czech po podpisaniu porozumienia ws. budowy polsko-czeskiego połączenia gazowego. Eksperci podkreślają, że tylko rozbudowane możliwości przesyłu gazu zapewnią bezpieczeństwo dostaw.

Kwestia bezpieczeństwa dostaw czy magazynowania gazu powinna być traktowana bardziej w perspektywie europejskiej, w mniejszym stopniu jako interes poszczególnych krajów członkowskich – uważa Steinhoff. – To wymaga wielu etapów wdrożenia, ale myślę, że w konsekwencji pojawi się potężny efekt synergii. Już w tej chwili widzimy, szczególnie na rynku gazu, że ten efekt powoli się pojawia. Wprowadzenie regulacji, które zrywają z usztywnieniem tego sektora, dominującą pozycją dostawcy tego nośnika, ze szczególnym uwzględnieniem dostawcy rosyjskiego, daje bardzo pozytywne efekty.

W przyjętej przez KE strategii w bardzo okrojonej formie uwzględniona została forsowana przez Polskę koncepcja wspólnych zakupów gazu. Mowa jedynie o tym, że dobrowolne, wspólne zakupy tego nośnika przez grupy przedsiębiorców zostaną rozważone. Ich warunkiem musi być zależność od jednego dostawcy oraz wystąpienie kryzysu. KE podkreśla, że takie działanie musi być też w zgodzie z unijnym prawem antykartelowym oraz zasadami Światowej Organizacji Handlu.

Mam nadzieję, że unia energetyczna jednak zostanie zrealizowana, chociaż widzę wiele trudności – wskazuje Steinhoff. – Myślę tu szczególnie o wspólnych zakupach. Ze względów prawnych jest to operacja wyjątkowo trudna. Natomiast kolejne etapy przybliżania nas do uzyskania efektu synergii związanej z zakupami stanowi regulacja, czyli odejście np. od zasady zakazującej reeksport gazu, oddzielenie przesyłu od obrotu, swobodny dostęp do sieci przesyłowych itd.

To są – zdaniem byłego ministra gospodarki – elementy, które osłabiają bardzo silną, jak dotąd, pozycję Gazpromu.

Prócz tego konieczna jest dywersyfikacja – wskazuje Janusz Steinhoff. – Ma ona już miejsce w Unii Europejskiej. Udział w rynku gazu dostawcy wschodniego, czyli Gazpromu, zdecydowanie się obniżył. Ale wynika to przede wszystkim z utraty części wiarygodności przez rosyjskich dostawców.

W ostatnich dniach Komisja Europejska skierowała do Gazpromu pisemne zastrzeżenia w związku z domniemanym nadużyciem pozycji dominującej na rynkach dostaw gazu w Europie Środkowo-Wschodniej. Wątpliwości urzędników budzi m.in. ograniczenie odbiorcom możliwości odsprzedaży gazu do innego kraju czy dyktowanie nieuczciwych cen w niektórych państwach

Strategia KE zawiera konkretne działania, które zostaną podjęte w najbliższych latach. Mają one obejmować budowę połączeń energetycznych, dywersyfikację źródeł energii i szlaków przesyłowych, opracowanie planów europejskich i regionalnych na wypadek kryzysu energetycznego, zmianę zasad zawierania przez kraje UE umów z dostawcami energii, tak by KE mogła je kontrolować jeszcze przed podpisaniem, a także zwiększenie przejrzystości kontraktów komercyjnych.

Co roku spodziewany jest 5-procentowy wzrost polskiego eksportu

CEO Magazyn Polska

Produkty „made in Poland” są sprzedawane na 218 rynkach, a przychody z eksportu uzyskuje 60 tys. polskich firm – wynika z badania Grant Thornton. Rola sprzedaży zagranicznej w polskiej gospodarce będzie rosnąć. Eksperci szacują, że w kolejnych latach dynamika wzrostu wyniesie ponad 5 proc. Potrzebne jest jednak większe zróżnicowanie rynków zbytu, które pozwoli osiągać wyższe marże.

W Polsce działa obecnie 60 tys. firm uzyskujących przychody z eksportu, a według GUS polskie towary były sprzedawane w 2014 r. w 218 krajach świata, również w tak egzotycznych, jak Gwinea Równikowa, Wyspy Kokosowe czy Kiribati. Wciąż jednak 77 proc. polskiego eksportu trafia na rynki Unii Europejskiej.

Konkurujemy na nich przyzwoitą, akceptowalną jakością i niską ceną, opartą na niskich kosztach pracy. Ten komponent czy półwyrób wmontowany do gotowego urządzenia jest dalej sprzedawany poza Unię Europejską i tak naprawdę tę marżę przejmuje sprzedawca gotowego produktu. My natomiast musimy zadowolić się niską marżą – mówi prof. Waldemar Frąckowiak z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Jego zdaniem polscy eksporterzy powinni więc postawić na nowe rynki i nowych odbiorców w zależności od ich zapotrzebowania. Według prognoz Grant Thornton w najbliższych latach będzie postępować reorientacja geograficzna. W latach 2014-2020 udział Unii Europejskiej w strukturze polskiego eksportu spadnie o 4,4 pkt proc. – z 77,1 do 72,7 proc. Co jednak nie oznacza, że wzrost eksportu na te rynki zostanie zahamowany. Silniej jednak rosnąć będzie sprzedaży na nowe, mało eksploatowane rynku.

Dziś tylko 7 proc. naszego eksportu kierujemy do krajów, które w tej chwili napędzają globalny wzrost gospodarczy, czyli na Bliski Wschód, do Azji oraz Afryki – mówi prof. Frąckowiak. – Trzeba być obecnym tam, gdzie jakość naszych wyrobów będzie wyżej oceniana i gdzie możliwa do osiągnięcia marża będzie wyższa niż ta osiągana u dotychczasowych odbiorców. Reorientacja polskiego eksportu jest absolutnym priorytetem w okresie najbliższych 5 do 15 lat.

Mimo wyraźnych sygnałów, że polscy eksporterzy coraz chętniej wchodzą na dotąd nieznane rynki, zdaniem profesora promocja zagraniczna wciąż jest niewystarczająca. Ekspert widzi tu ważne zadanie dla rządu.

– To jest jak zwykle proces, który wymaga czasu i ogromnych środków – mówi profesor z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. – Myślę, że rola polityki w tym względzie może być ogromna, uwzględniając spotkania bilateralne, rozmowy nieformalne, które mają ogromne znaczenie. Powodzenie często zależy od relacji biznesowych, czyli relacji międzyludzkich. Jeżeli one się dobrze kształtują, przekłada się to na współprace gospodarczą.

Grant Thornton prognozuje, że najmocniej wzrośnie znaczenie Ameryki Północnej i Południowej. Sprzedaż ma wzrosnąć o 45,3 proc. do 2020 roku, głównie dzięki intensywnej wymianie handlowej z USA (wzrost o 67,4 proc.). Ważne jest również poszukiwanie odbiorców w krajach europejskich spoza UE, np. w Norwegii, Serbii, Czarnogórze czy na Białorusi. Udział tych państw w strukturze ma zwiększyć się do 14,5 proc. Prognozy dla tego kierunku byłyby jeszcze lepsze, gdyby nie sytuacja na Ukrainie i w Rosji. Na razie jednak sytuacja geopolityczna na Wschodzie nie szkodzi znacząco polskiemu eksportowi.

Rynek wschodni ma marginalne znaczenie dla polskiej gospodarki. To jest gigantyczny rynek i bardzo rozwojowy, ale biorąc pod uwagę rozmiary naszego eksportu wolumenowo i wartościowo, to niezależnie od wszystkich perypetii politycznych bardzo istotnego wpływu na wyniki eksportu nie ma – ocenia prof. Waldemar Frąckowiak.

Eksperci Grant Thornton szacują, że do 2020 roku eksport wzrośnie o 35,6 proc., czyli dynamika wyniesie ok. 5,2 proc. rocznie.

Internet rzeczy za kilka lat zrewolucjonizuje większość branż

CEO Magazyn Polska

Internet rzeczy to szansa dla Europy na dogonienie najbardziej rozwiniętych technologicznie gospodarek świata. Jak ocenia Fujitsu, jeden z czołowych międzynarodowych koncernów specjalizujących się w nowych technologiach, połączenie w sieć działających na całym świecie urządzeń będzie przełomem o rewolucyjnym znaczeniu dla każdej branży. Działalność Fujitsu w dużej mierze oparta jest o badania i rozwój, na które trafia 4,5 proc. rocznego obrotu firmy. Prace nad innowacyjnością prowadzone są również w polskim oddziale.

Dzięki połączeniu działających na całym świecie urządzeń w sieć nie tylko konsumenci, lecz także firmy dostaną nowoczesne i zaawansowane narzędzia do komunikacji, obliczeń, przechowywania, analizowania danych, korzystania z komputerów przenośnych i w końcu przetwarzania danych w chmurze.

Wszystkie te technologie razem wzięte umożliwią nową falę innowacji w biznesie – powiedział agencji informacyjnej Newseria Biznes podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Joseph Reger, główny dyrektor ds. technologii, Fujitsu EMEA. – Obecnie idee w biznesie, nawet jeśli są bardzo złożone i zmieniają całe modele biznesowe, metody pracy oraz łańcuchy wartości, mogą być wdrażane jako projekt IT w bardzo krótkim czasie. Dzięki nowoczesnym narzędziom możliwości technologiczne nadążają za innowacjami. Internet rzeczy, wraz z wszystkimi niezbędnymi technologiami, będzie przekształcał biznes w bardzo szybkim tempie.

Rozwój internetu rzeczy stwarza szansę Europie, która w światowym wyścigu technologicznym w ciągu ostatnich lat straciła pozycję lidera.

Internet rzeczy jako technologia i transformacja cyfrowa i jako aspekt biznesowy dają nam kolejną szansę, by wziąć w tym wyścigu udział. Możemy nowoczesne technologie zastosować we wszystkich branżach: w produkcji, motoryzacji czy rolnictwie – ocenia Joseph Reger. – Otrzymujemy drugą szansę i musimy ją wykorzystać. Z czasem doprowadzi to do całkowitej transformacji sposobu, w jaki odbywają się produkcja i dystrybucja. Każdy kraj, każdy region, a zwłaszcza Unia Europejska, muszą opracować strategie pozwalające wykorzystać te nowe możliwości.

Nowoczesne technologie coraz częściej są wykorzystywane również przez sektor publiczny – wspierają one inwestycje i oszczędności budżetowe. To na internecie rzeczy opiera się m.in. idea smart city, czyli zintegrowanych usług i rozwiązań dla społeczeństw lokalnych. Jest też podstawą dla opracowywania nowoczesnych systemów bezpieczeństwa.

Firmy i administracja publiczna muszą zarządzać coraz większą ilością danych osobowych. Jednocześnie rośnie ryzyko nieautoryzowanego dostępu do tych danych i ich kradzieży, co potem wiąże się ze stratami, chociażby pieniędzy. Dlatego też technologie, które umożliwiają rozpoznawanie i autoryzowanie dostępu, będą coraz bardziej istotne i muszą być coraz bardziej precyzyjne – podkreślał podczas katowickiego Kongresu Marcin Olszewski, prezes zarządu Fujitsu Polska, dyrektor zarządzający w regionie Europy Wschodniej.

Przykładem jest oferowana przez Fujitsu technologia rozpoznawania naczyń krwionośnych dłoni, która praktycznie eliminuje ryzyko błędu przy identyfikowaniu tożsamości.

Rolą takich firm jak Fujitsu, dostarczających przedsiębiorstwom i administracji nowe rozwiązania, jest przejęcie części usług związanych z obsługą sieci. Reger przekonuje, że nakłady inwestycyjne na takie wsparcie zwracają się bardzo szybko, zwykle w ciągu jednego roku.

Naszym celem jest taka rozbudowa sieci, żeby za 10 lat jej użyteczność była sto razy większa niż w tej chwili. Przed nami więc możliwości dostarczania danych różnego rodzaju, gromadzenia ich i przetwarzania, tak abyśmy mogli z nich uzyskać nowy rodzaj informacji i użyć ich do ulepszenia wszystkiego, czym dziś się zajmujemy – mówi Reger.

Fujitsu jest trzecią największą firmą na świecie świadczącą usługi informatyczne dla biznesu i sektora publicznego. Dostarczanie zaawansowanych technologicznie rozwiązań wymaga również od firmy intensywnych prac nad innowacyjnością.

Fujitsu inwestuje około 4,5 proc. rocznego obrotu firmy na świecie w innowacje i rozwój nowych technologii. Działy badawczo-rozwojowe znajdują się właściwie na wszystkich kontynentach. Taki dział istnieje również w Polsce i dynamicznie się rozwija – mówi Marcin Olszewski.

Nad badaniami i rozwojem w łódzkim centrum pracuje dziś ok. 150 inżynierów. Jak podkreśla Jerzy Wiśniewski, dyrektor R&D Fujitsu Global Delivery Center w Łodzi, placówka powstała w 2009 roku i początkowo funkcjonowała jako zaplecze usług technicznych i linii wsparcia dla klientów.

Po paru latach uzyskaliśmy taki stopień zaufania naszych klientów, że zaczęto nam powierzać coraz bardziej zaawansowane aktywności. Wzbogaciliśmy nasze centrum o trzecią linię wsparcia. Równolegle do tego pojawiła się potrzeba biznesowa, żeby w naszym centrum zaczął powstawać dział badawczo-rozwojowy – mówi Wiśniewski.

Polski dział jest włączony w strukturę globalnej działalności badawczo-rozwojowej Fujitsu, zlokalizowanej m.in. w Japonii, Niemczech czy Wielkiej Brytanii.

Kompetencje naszych inżynierów się uzupełniają. Z naszymi kolegami z działów zlokalizowanych w różnych krajach współpracujemy nad wieloma produktami. To m.in. oprogramowanie do zarządzania serwerami w centach danych, wielkie urządzenia storage’owe czy aplikacje i rozwiązania typowo software’owe – wymienia dyrektor R&D Fujitsu Global Delivery Center w Łodzi.

W Polsce ubezpieczonych jest dwie trzecie nieruchomości

CEO Magazyn Polska

Coraz więcej Polaków decyduje się na ubezpieczenie mieszkania. Tylko towarzystwa ubezpieczeniowe direct sprzedały w ciągu trzech pierwszych kwartałów ubiegłego roku o blisko 15 proc. więcej takich polis. Obecnie ubezpieczonych jest dwie trzecie nieruchomości, na tle Europy to jednak wciąż niewiele. Eksperci wskazują, że dodatkowe ubezpieczenie warto wykupić, zwłaszcza że polisa w ramach kredytu bankowego ma wąski zakres, a ochroną nie jest objęte wyposażenie czy skutki włamania.

Ubezpieczenie, które wykupujemy w związku z zaciągniętym kredytem, bardzo często ma określony zakres. Oczekiwaniem banku jest zabezpieczenie samej nieruchomości, czyli ubezpieczenie murów od nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak huragan, powódź i zalanie. A przecież obok murów jest też wyposażenie o określonej wartości, to już jednak nie interesuje banku – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Włodarczyk-Moczkowska, prezes zarządu w Gothaer Towarzystwie Ubezpieczeń.

Coraz więcej osób decyduje się na ochronę mieszkania i domu. Dane Komisji Nadzoru Finansowego wskazują, że objętych ubezpieczeniem jest ok. 67 proc. nieruchomości. Jeszcze w 2010 roku było to 50 proc. W dużej mierze wynik windują same banki, bo bez polisy nie można liczyć na kredyt hipoteczny. W ten sposób banki chronią nieruchomość, która stanowi zabezpieczenie kredytu.

Najczęściej nie jest ubezpieczane wyposażenie czy skutki takich zdarzeń, jak włamanie czy wandalizm. Nie jest też ubezpieczane ryzyko związane z samym ubezpieczającym, czyli ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym, wypadkowe – przypomina Włodarczyk-Moczkowska.

Zdaniem ekspertki warto dlatego zdecydować się na dodatkowe ubezpieczenie. Polisa będzie się różniła w zależności od przeznaczenia lokalu – inna będzie przy wynajmie, inna przy prowadzeniu w niej działalności.

W Polsce rośnie świadomość o korzyściach, jakie niesie ze sobą ubezpieczenie. Dla przykładu towarzystwa direct, oferujące polisy przez internet, sprzedały w okresie od stycznia do września 2014 roku o 14,8 proc. więcej takich polis niż rok wcześniej – wzrost z 73 do blisko 84 tys. (dane Polskiej Izby Ubezpieczeń). Jak zaznacza prezes Gothaer wpływa na to również relatywnie niska cena ubezpieczenia.

Ubezpieczenia mieszkania zaczynają się już od ok. 100 zł. Wszystko zależy od indywidualnych potrzeb i wówczas cena jest pochodną zakresu ubezpieczenia i jego sumy – tłumaczy ekspertka. – Często do ubezpieczenia dołączany jest też pakiet assistance domowego.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że choć wzrosła liczba zawieranych umów direct, to znacznie niższa jest łączna składka (spadek z 11,5 do 8,5 mln zł). Może to oznaczać albo duże obniżki cenowe, albo to, że klienci wybierają tanie umowy, o węższym zakresie ubezpieczenia.

Za niespełna miesiąc rusza Shell Eco-Marathon Europe 2015

CEO Magazyn Polska

Cel to przejechać możliwie najdłuższy dystans 1 litrze paliwa lub 1 kWh. Za niespełna miesiąc, 21 maja, rusza w Rotterdamie Shell Eco-Marathon Europe 2015. Wystartuje 200 drużyn, w tym 11 z Polski.

Rajd, którego celem jest przejechanie jak najdłuższego dystansu na 1 litrze paliwa lub zużywając 1 kWh energii, organizowany jest przez koncern Shell od 30 lat. W kategorii Urban Concept, czyli w ruchu miejskim, zawodnicy pokonują krótsze dystanse. Ich pojazdy muszą być bowiem zdolne do poruszania się na drogach publicznych. Kierowca musi siedzieć, samochód musi mieć lusterka boczne, klakson i wycieraczki. To wpływa negatywnie na efektywność energetyczną. Prawdziwe imponujące rekordy padają jednak w kategorii Prototype, gdzie brak takich obostrzeń. Zeszłoroczny zwycięzca, zespół z Francji, zdołał przejechać na litrze paliwa 3314,9 km. Tak oszczędne samochody budują najbardziej innowacyjne uczelnie z całego świata. W sumie w ponad 200 drużynach startujących w maratonie pracuje 3 tys. studentów i naukowców.

– Uczestnicy zdobywają umiejętności techniczne mówi Agata Hinc, rzecznik prasowy Shell Polska. Te zawody im pomagają, dają szansę wypracowywania technologii, które któregoś dnia mogą rzeczywiście wejść do masowej produkcji. Dla nas jest to ważne, dlatego że my, jako Shell, patrzymy nie tylko na te rozwiązania, które dzisiaj możemy stosować, lecz także na te, które będziemy stosować za 10, 20 czy 30 lat. Staramy się wybiegać w przyszłość i staramy się zawsze pierwsi poszukiwać tych rozwiązań.

W zeszłym roku z polskich drużyn najlepszy okazał się zespół z Politechniki Warszawskiej. Do najnowszej edycji maratonu studenci zdołali jeszcze bardziej „odchudzić” swój pojazd z napędem hybrydowym. Ich celem jest przejechanie w ruchu miejskim dystansu 400 km.

– W osiągnięciu wysokiego wyniku liczy się zarówno konstrukcja pojazdu, jak i kierowca – podkreśla Krzysztof Banasik, menadżer zespołu SKARP 2 z Politechniki Warszawskiej. – Kierowca według niektórych opracowań dotyczących Shell Eco-Marathonu stanowi jakieś 30 proc. wyniku. Różnica między dobrym kierowcą a kiepskim kierowcą jest diametralna. Nasz kierowca jedzie według opracowanej przez nas strategii przejazdu, która pozwala nam zarówno przejechać trasę po optymalnym torze, jak i w odpowiednich warunkach używać silnika.

W kategorii Prototype startuje m.in. zespół z Wojskowej Akademii Technicznej. Drużyna liczy na znacznie lepszy wyniki niż w zeszłym roku, bo jej pojazd przeszedł ogromnie modyfikacje. Ma nowy silnik i jest o 40 kg lżejszy.

– Myślę, że takie projekty i starty w tego typu konkursach wspomagają i motywują polskich studentów oraz studentów międzynarodowych do poszerzania swoich horyzontów ocenia Paweł Leoniuk, przedstawiciel Eco Team z Wojskowej Akademii Technicznej. – Do przekuwania tej wiedzy, którą uzyskują na uczelniach czy w ramach własnego kształcenia, w rzeczywiste projekty. Jest to bardzo kreatywne zadanie i uważam, że bardzo poprawia wizerunek naszych inżynierów.

Rynek motoryzacyjny czekają rewolucyjne zmiany. W dalszej przyszłości tradycyjne paliwa, ropa i benzyna zostaną zastąpione przez bardziej ekologiczne, prawdopodobnie przez prąd elektryczny i wodór. Taka zmiana nie nastąpi jednak szybko i na razie prace nad tradycyjnymi, ale oszczędnymi pojazdami na paliwa kopalne mają rację bytu.

– Czas napełnienia zbiornika paliwa i zasięg to są te elementy, które są bardzo ważne – zwraca uwagę Paweł Odrzywołek, dyrektor sieci stacji paliw Shell Polska. – I myślę, że w tym kierunku wciąż będzie podążał rozwój przemysłu motoryzacyjnego. Czyli poprawienie efektywności silników zasilanych paliwami pochodnymi ropy naftowej i równocześnie rozwijanie technologii przyszłości. Myślę, że benzyna, olej napędowy i paliwa gazowe będą jeszcze przez długie lata elementem zasilającym pojazdy samochodowe.

Rafako czeka na układ PBG z wierzycielami

0

CEO Magazyn Polska

Rafako jest w dobrej kondycji finansowej, ale przyszłość spółki zależy od wyniku układu, jaki zawrzeć ma z wierzycielami jej główny udziałowiec, czyli PBG. Wierzyciele zażądali zastawu na akcjach Rafako jako gwarancji dla emisji obligacji, a zaplanowane na koniec kwietnia zgromadzenie wierzycieli ma zostać przesunięte o dwa miesiące. Dla producenta kotłów i instalacji ochrony środowiska od pomyślnego zakończenia tych rozmów zależą gwarancje niezbędne do realizacji kolejnych kontraktów. Tych zaś powinno przybywać.

– Cały czas pracujemy nad pozyskaniem nowych limitów gwarancyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes zarządu, dyrektor generalny Rafako. – Część z nich udało się już pozyskać w tym roku, co jest dużym sukcesem firmy, bo rzeczywiście nie jest to łatwy moment ze względu na to, że nasza spółka matka będzie miała niedługo głosowanie nad układem.

Prezes Rafako podkreśla, że spółka nie ma problemu z finansowaniem bieżących kontraktów. Liczy jednak na kolejne zamówienia i będzie potrzebować nowych umów z bankami.

– Będziemy chcieli pozyskiwać większe kontrakty i będziemy musieli wypełnić obecny portfel zamówień przede wszystkim na 2016 i 2017 rok, to właśnie druga połowa roku będzie prawdopodobnie, tak samo jak do tej pory, skoncentrowana na pozyskiwaniu nowych limitów gwarancyjnych. Spodziewamy się tego, że rynek wreszcie odblokuje się na Rafako, bo pod względem jakości i historii dostaw od Rafako rynek nie powinien mieć wątpliwości – mówi Agnieszka Wasilewska-Semail.

Zgromadzenie wierzycieli PBG miało się odbyć w dniach 27-29 kwietnia, zostało jednak przełożone na wniosek spółki w porozumieniu z wierzycielami, a nowy termin prawdopodobnie zostanie wyznaczony na czerwiec. Grupa wyemituje w ramach układu obligacje, których zabezpieczeniem będzie zastaw na akcjach Rafako.

W zeszłym roku przychody ze sprzedaży Rafako przekraczały 1,1 mld zł i były o ponad 400 mln wyższe niż w 2013 roku. Zysk netto spółki przekraczał 23 mln zł, w porównaniu do 138 mln zł straty w poprzednim roku.

Rafako miało pewien trudny okres w swojej niedawnej historii, jednak wychodzi na prostą – ocenia Agnieszka Wasilewska-Semail. Wyniki na koniec 2014 roku były już dobre, pokazujące kwartał do kwartału poprawę sytuacji. Wracamy pod względem finansów na ścieżkę prawidłowego wzrostu. Mamy też bardzo ciekawy portfel zamówień na dziś. W kolejnych latach musimy się pozycjonować również jeśli chodzi o nasze badania i rozwój w tym, w czym będziemy się specjalizować.

Obecnie działalność Rafako opiera się na dwóch rzeczach. Pierwsza to technologie kotłowe, bloki parowo-gazowe dla energetyki, kotły tradycyjne w technologiach węglowych, spalające biopaliwa czy biomasę, wreszcie spalarnie do utylizacji odpadów komunalnych. Druga gałąź to technologie związane z ochroną środowiska, odpylania, odsiarczania i odazotowania spalin.

Zakładamy, że ten segment będzie się rozwijał – prognozuje prezes Rafako.Tutaj będą się rozwijały nie tylko te technologie, które już mamy i które są w naszym portfelu. Tematem, nad którym ostatnio intensywnie pracujemy, jest kwestia wychwytywania związków rtęci. To są bardzo niebezpieczne związki dla organizmów żywych, dlatego to jest temat zyskujący na znaczeniu. Stąd też inwestujemy w zupełnie nowe obszary. Poza tym normy środowiskowe się cały czas zaostrzają, a z naszego punktu widzenia każde zaostrzenie niesie ze sobą dodatkowe tematy prac badawczych.

Rynek rękawic medycznych w Polsce wart jest 250 mln złotych

CEO Magazyn Polska

Wartość światowego rynku rękawic medycznych szacowana jest nawet na 6,5 mld dolarów. Polski rynek wart jest 250 mln zł. Pod względem zużycia rękawic nasz rynek jest pośrodku stawki, ale w krajach Europy Zachodniej jest ono ponad dwa razy większe, a w USA – nawet dziesięciokrotnie.

Jest wiele rynków, gdzie zużywa się jeszcze mniej rękawic niż w Polsce. My jesteśmy w środku stawki, ale rynki Europy Zachodniej zużywają nadal jeszcze 2-2,5 razy więcej rękawic – powiedział agencji informacyjnej Newseria dr Wiesław Żyznowski, prezes zarządu Mercator Medical.

Rekordzistą są jednak USA, gdzie trafia połowa wszystkich rękawic medycznych świata. W Stanach Zjednoczonych zużywa się ich 10 razy więcej na głowę niż w Polsce.

Im bardziej sprocedurowane jest leczenie, im wyższy poziom opieki zdrowotnej, tym zużycie rękawic jest wyższe. Każdy, kto miał kontakt ze służbą zdrowia w Stanach Zjednoczonych, wie, że wszyscy zawsze używają rękawic medycznych, a na dodatek mają procedurę, żeby te rękawice zmieniać co chwilę. Pielęgniarka, mając kontakt z pacjentem przez 20-30 minut, zdąży zmienić kilka par rękawic, w Polsce jeszcze tak nie jest – mówi Żyznowski.

Jak podkreśla, do służby zdrowa – zarówno w Polsce, jak i za granicą – trafia ok. 50 proc. sprzedaży spółki.

Prezes Mercator Medical przyznaje, że rynek rękawic rośnie jak na drożdżach, ale też jest bardzo konkurencyjny. Na polski rynek trafia dziś 40 proc. sprzedaży. To oznacza, że by się rozwijać, spółka musi szukać zbytu za granicą.

Cała reszta jest sprzedawana w Europie Środkowo-Wschodniej i 40 innych krajach świata – mówi dr Wiesław Żyznowski. – Chcielibyśmy dojść do takiej zdrowej proporcji: od 10 do kilkunastu procent w Polsce, reszta – na rynki zagraniczne. To się bierze z tego, że jesteśmy graczem w dość wąskiej branży. Rękawice medyczne to jest biznes około 5-6 mld dol. rocznie, dlatego jeśli chcemy rozwijać sprzedaż, to musimy to robić za granicą.

Jedyny rejon, gdzie Mercator Medical nie jest silnie obecny, to Europa Zachodnia. Spółka ma własną infrastrukturę logistyczną, magazynową i sprzedażową w sześciu najważniejszych krajach Europy Środkowo-Wschodniej oraz fabrykę rękawic w Tajlandii, w której w marcu uruchomiła czwartą i ostatnią z planowanych linię produkcyjną. Jak podkreśla dr Wiesław Żyznowski, spółka sprzedaje swoje produkty do większości ważnych krajów na świecie, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi.

Na razie szerokim łukiem omijamy Europę Zachodnią. Jesteśmy spółką giełdową, więc inwestorzy pytają nas o to, co z Europą Zachodnią, my ciągle odpowiadamy, że na razie jeszcze nie mamy strategii na Europę Zachodnią. Sprzedajemy w Azji, Afryce, krajach Bliskiego Wschodu, sprzedawaliśmy w Japonii, Australii, krajach Ameryki Południowej i USA, natomiast praktycznie nie sprzedajemy w Europie Zachodniej – mówi prezes Mercator Medical.

W zeszłym roku przychody spółki ze sprzedaży sięgnęły niemal 168,5 mln zł i były o ponad 20 mln wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto spółki przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej przekraczał 10 mln zł i był o ponad 3 mln wyższy niż w 2013 roku. Największy udział w sprzedaży eksportowej miała w ubiegłym roku Arabia Saudyjska, która wyprzedziła Rosję i USA. Z krajów starej Europy odbiorcami produktów Mercator Medical były jedynie Hiszpania i Włochy, które zakupiły je za kwoty odpowiednio 5,5 mln zł i 271 tys. zł.

W tej chwili mamy około 1,5 proc. rynku globalnego, ale chcielibyśmy mieć więcej – zadeklarował podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach prezes zarządu Mercator Medical. – W pewnym momencie nie możemy omijać Europy Zachodniej i myślimy o niej cały czas, ale jeszcze nie mamy oficjalnej strategii.

W Polsce powstaje coraz więcej concept store

CEO Magazyn Polska

Autorskie kolekcje ubrań, niszowe kosmetyki i oryginalne przedmioty codziennego użytku  to najczęstszy asortyment concept store&HASH39;ów, które zyskują coraz większą popularność wśród Polaków. Są to sklepy skierowane przede wszystkim do ludzi ceniących indywidualizm, oryginalność i wysoką jakość.

Concept store to połączenie sklepu, butiku i galerii. Jest to sklep z oryginalnymi towarami stworzony według określonej myśli przewodniej lub idei. Tą myślą koncepcyjną może być gust właściciela sklepu, temat przewodni lub wąska specjalizacja, np. wyłącznie odrestaurowane meble. Najczęściej placówki typu concept store działają w branży modowej, kulinarnej, wnętrzarskiej lub związanej ze sztuką. Pierwsze sklepy koncepcyjne powstały we Francji i Włoszech – paryski Colette i Corso Como w Mediolanie do dziś przez miłośników tego typu sklepów są uważane za kultowe miejsca. W Polsce concept store&HASH39;y zaczynają zdobywać coraz większą popularność.

 Coraz więcej ludzi szuka przedmiotów, które ktoś dla nich wybrał z zalewu nowości. Nie wszyscy przychodzą do concept store&HASH39;ów po to, żeby się ubrać od stóp do głów. Są to osoby, których bardzo zaciekawi jakaś publikacja, nowy album czy np. wybiorą sobie perfumy, bo niekoniecznie lubią chodzić do perfumerii, dlatego że wybór tam jest ogromny i bardzo ich przytłacza. A w takim miejscu jak concept store selekcja wstępna została już dokonana – mówi Ewelina Kustra, współwłaścicielka She/s a Riot, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle.

W She/s a Riot znajdują się starannie dobrane kolekcje ubrań, elegancka biżuteria, książki i magazyny, m.in. „Monitor” i „Vogue”, niszowe perfumy oraz kosmetyki do pielęgnacji ciała i włosów, artykuły papiernicze, np. notesy i pióra czy pachnące świece. Właściciele sklepu stawiają na rzeczy najlepszej jakości, ale także unikatowe i pięknie zaprojektowane. Dlatego wybrali takie marki, jak Balmain, Tom Pigeon, Henrik Vibskov, Ittar czy Kaweco. Wszystkie oferowane przez sklep produkty idealnie wpisują się w koncept placówki, czyli przyjemność codziennego życia. Ewelina Kustra, współwłaścicielka She/s a Riot Concept Store, postawiła sobie bowiem za cel ulepszanie codzienności poprzez otaczanie się pięknymi przedmiotami.

Chciałam tutaj zgromadzić rzeczy, które sprawiają, że nawet codzienne czynności stają się przyjemne. Jeżeli robimy listę zakupów w notatniku, który jest pięknie wykonany, np. ręcznie robiony, i na dodatek ma jeszcze coś w sobie ciekawego, np. pięknie zaprojektowaną okładkę, i używamy do tego pięknego pióra, to prozaiczna wycieczka do sklepu nabiera trochę innego wymiaru. To jest idea, która mi przyświeca. Staram się oczywiście wybierać polskie produkty, ale nie tylko – mówi Ewelina Kustra.

Placówki typu concept store znajdują się obecnie w większości dużych miast Polski. Często są to miejsca, które stają się ośrodkiem życia kulturalnego okolicy – urządzane są tam spotkania artystów, wystawy obrazów i fotografii, a nawet minipokazy mody.

Zdaniem Eweliny Kustry klienci concept store&HASH39;ów to osoby lubiące otaczać się pięknymi przedmiotami, doceniające drobne radości codziennego życia, gotowe zainwestować w rzeczy, które będą cieszyły swoim designem, a jednocześnie długo im służyły. Są to ludzie, którzy cenią indywidualność, dlatego chętnie kupują produkty marek niedostępnych w zwykłych sklepach. Kustra twierdzi, że Polacy są bardzo świadomi tego, czego szukają, ale też bardzo chętnie uczą się o nowych rzeczach.

To jest dla mnie bardzo inspirujące, kiedy patrzę, że ktoś jest zadowolony, bo znalazł jakiś produkt, którego nie znał. Bardzo ciekawe są też spotkania z obcokrajowcami, którzy do nas wpadają. Ostatnio miałam gości z Portugalii, którzy byli totalnie zaskoczeni, że mamy manufaktury z Porto, ręcznie robione mydła, ponieważ to jest produkt bardzo niszowy również w Portugalii. Byli pod wrażeniem, jak to jest w ogóle możliwe, że znaleźliśmy coś takiego. Każde z tych spotkań jest dla mnie bardzo inspirujące. Myślę, że to jest przyszłość – mówi Ewelina Kustra.

She/s a Riot mieści się w Warszawie przy ul. Mysiej 3.

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 23.04.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Rynek Pracy Specjalistów HR w pierwszym kwartale 2015 r.

W pierwszym kwartale 2015 roku na Pracuj.pl opublikowano 4 058 ofert pracy dla osób odpowiedzialnych za obszar HR. To wzrost o 14,2%, porównując do analogicznego okresu w 2014 roku. Największe zapotrzebowanie na ekspertów HR zgłosiły branże bankowość, finanse, ubezpieczenia, handel i sprzedaż, przemysł oraz telekomunikacja i zaawansowane technologie. Tymczasem sami specjaliści zajmujący się zasobami ludzkimi niechętnie zmieniają pracę.

Analiza ofert pracy na Pracuj.pl w pierwszym kwartale 2015 roku potwierdza wyraźny już od 2013 r. wzrost zapotrzebowania na osoby odpowiedzialne za HR. Zmieniający się rynek pracy, wyraźne ożywienie i optymizm wśród pracodawców przekładają się na zdecydowane wzrosty w publikowanej liczbie ofert pracy dla specjalistów ds. rekrutacji i specjalistów od zarządzania zasobami ludzkimi. Rok 2014 zamknął się wzrostem zapotrzebowania na osoby odpowiedzialne za HR na poziomie 23,9% rok do roku. Pierwszy kwartał 2015 r. pokazuje, że tendencja ta się utrzymuje i zapotrzebowanie na ekspertów z tej specjalizacji nadal rośnie – o 13,2% w stosunku do IV kwartału 2014 r. i o 14,2% rok do roku.

W pierwszym kwartale tego roku najbardziej poszukiwani byli specjaliści zajmujący się rekrutacją i employer brandingiem, dla tych ekspertów opublikowano 2 279 ofert pracy, co przekłada się na wzrost rok do roku o 10%.  Osobom odpowiedzialnym za kadry/wynagrodzenia dedykowano 1 625 ogłoszeń, co oznacza 14,8% wzrostu w porównaniu z piwerwszym kwartałem ubiegłego roku. Widać też, w ogłoszeniach publikowanych przez pracodawców, zapotrzebowanie na specjalistów ds. zarządzania HR – liczba ogłoszeń dedykowanych tym ekspertom wzrosła o 8,3% rok do roku.

HR – barometrem trendów

Analiza tego, jakie branże najintensywniej powiększają działy HR, może być jednym z barometrów kondycji branży. W pierwszym kwartale bieżącego roku największe zapotrzebowanie na osoby odpowiedzialne za HR zgłosiła branża bankowość, finanse, ubezpieczenia – opublikowano 555 ofert pracy (14% wszystkich ogłoszeń dla HR-owców pochodziło z tej branży), dając 18% wzrost liczby ofert rok do roku. Drugą pod względem największej liczby ogłoszeń o pracę dla osób odpowiedzialnych za HR była branża handel i sprzedaż z 401 ofertami (10% wszystkich ogłoszeń dla HR-owców). Także w telekomunikacji i zaawansowanych technologiach, przemyśle oraz w branży produkcji dóbr szybkozbywalnych pojawiło się wiele ogłoszeń dla osób zajmujących się obszarem HR.

Gdzie najwięcej pracy dla osób odpowiedzialnych za HR?

Najwięcej ogłoszeń dla ekspertów HR opublikowały firmy z następujących województw: mazowieckiego – ponad jedna czwarta wszystkich ofert (28,4%), małopolskiego (13,5% wszystkich ofert), dolnośląskiego (10,9% udziału w całości) i wielkopolskiego (10,5% udziału w całości).

Niezależnie od swej wielkości, firmy zwiększały zapotrzebowanie na specjalistów HR w pierwszym kwartale 2015 r . Największy wzrost rok do roku, o 21%, zaobserwowano w przedsiebiorstwach największych (zatrudniających 250 i więcej pracowników). W firmach średnich (zatrudniających od 51 do 250 pracowników) wzrost rok do roku wyniósł 16,2%, natomiast w mikrofirmach (zatrudniających poniżej 10 pracowników) zapotrzebowanie w porównaniu z poprzednim rokiem wzrosło o 10,8%, a w firmach małych (zatrudniających od 11 do 50 pracowników) nastąpił wzrost o 8%, porównującz analogicznym okresem 2014 roku.

HR-owiec pożądany, ale niechętny do zmiany pracy

Jak wynika z raportu Pracuj.pl „HR-owca portret własny” (dane z 2014 r.), praca w HR jest stabilna i charakteryzuje się niskim poziomem fluktuacji. Aż 26% specjalistów pracuje w tej samej firmie dłużej niż 5 lat. Dla 13% badanych obecna praca jest nowa, rozpoczęli ją krócej niż rok temu. 31% badanych pracuje w tej samej organizacji od dwóch do pięciu lat. Specjaliści ds. zarządzania zasobami ludzkimi są zadowoleni ze swej pracy. Aż 44% badanych stwierdziło, że nie zamieniłoby zawodu, który wykonują, na żaden inny.

Firmy rodzinne wytwarzają ponad 18 proc. PKB

Największa część firm rodzinnych funkcjonuje na rynku już ponad 20 lat – przeszło 37 proc. (działających dłużej niż 20 lat firm nierodzinnych jest 25,5 proc.). A to oznacza, że część z nich powstała jeszcze przed 1989 r. i skutecznie dostosowała się do gospodarki rynkowej. Ale w grupie tych ponad 20 -latków jest także wiele firm założonych zaraz po transformacji – wynika z badania Konfederacji Lewiatan.

W polskiej gospodarce działa ok. 1,8 mln przedsiębiorstw. To dane GUS, który informuje także ile jest wśród nich mikro, małych, średnich i dużych firm, ile firm działa w poszczególnych sektorach gospodarki, ile co roku przybywa nam nowych firm, ile zamyka i wyrejestrowuje działalność, jaka jest przeżywalność firm, ile mamy firm z kapitałem zagranicznym i jak one radzą sobie na polskim rynku.

Nie mamy natomiast informacji z GUS o firmach rodzinnych – ile ich jest, jaka jest ich przeżywalność, jak sobie radzą. Wydaje się, że to efekt braku jednoznacznej definicji firmy rodzinnej. Może należałoby jednak zdecydować się na wybór jednej i spróbować je badać. A jest się czemu przyglądać, bowiem polskie firmy rodzinne powoli, ale systematycznie budują swoją pozycję na rynku, budują swoje marki, a Polacy coraz częściej to dostrzegają. Wiele z nich jest znana i rozpoznawalna w branży także w Europie i poza nią.

Konfederacja Lewiatan, badając w 2014 r. przedsiębiorstwa mikro, małe i średnie (12. edycja badań MMŚP; badane firmy, w których pracują co najmniej 2 osoby) zadała pytanie właścicielom i osobom zarządzającym firmami, czy ich przedsiębiorstwa są firmami rodzinnymi. Nie wprowadziliśmy definicji firmy rodzinnej pozostawiając decyzję respondentom. W efekcie otrzymaliśmy informację, że prawie 1/3 MMŚP to firmy rodzinne (32,3 proc.). Wśród firm rodzinnych prawie 40 proc. to mikroprzedsiębiorstwa , 46 proc. to firmy małe i ponad 14 proc. to firmy średnie.

– Wśród mikroprzedsiębiorstw w których pracują co najmniej 2 osoby prawie 1/3 to firmy rodzinne. Więcej, bo prawie 37 proc. jest ich w gronie firm małych, a wśród firm średnich jest ich ponad 27 proc. Są zatem dość silnie reprezentowane we wszystkich grupach, niezależnie od wielkości, w tym także w sektorze firm dużych, gdzie należy oceniać, że jest ich ok. 12-13 proc. A to wskazuje, że stereotyp myślenia o firmie rodzinnej jako mikroprzedsiębiorstwie, w którym pracują głównie członkowie rodziny,  dalece nie odpowiada rzeczywistości – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Dane z badania MMŚP oraz szacunki dla dużych firm pozwoliły ocenić wkład firm rodzinnych w tworzenie PKB, w zatrudnienie, udział w nakładach inwestycyjnych.

Wytwarzają ponad 18 proc. PKB

Firmy rodzinne tworzą ponad 18 proc. całości PKB, a ¼ PKB wytwarzanego przez sektor przedsiębiorstw. Poza tym, że z reguły pracują w swoich firmach ich właściciele i członkowie ich rodzin, w firmach rodzinnych pracuje 24 proc. zatrudnionych w całym sektorze przedsiębiorstw. Ponad 21 proc. wszystkich wydatków na inwestycje, to nakłady firm rodzinnych. Kawał gospodarki!

Z badania MMŚP wynika, że największa część firm rodzinnych funkcjonuje na rynku już ponad 20 lat – ponad 37 proc. (działających ponad 20 lat firm nierodzinnych jest 25,5 proc.). A to oznacza, że część z nich powstała jeszcze przed 1989 r. i skutecznie dostosowała się do gospodarki rynkowej. Ale w grupie tych ponad 20 -latków jest także wiele firm założonych zaraz po transformacji. To Ci, którzy pierwsi zauważyli szanse i, jak widać, skutecznie z nich skorzystali.

Efektem „wieku” firm rodzinnych może być struktura wykształcenia ich właścicieli – relatywnie więcej niż wśród firm nierodzinnych jest tu osób z wykształceniem poniżej średniego. Jednocześnie jednak więcej jest tu osób z wykształceniem wyższym z tytułem naukowym (aczkolwiek jest to tylko 5,2 proc.).

Firmy rodzinne częściej niż firmy nierodzinne zarejestrowane są w mniejszych miastach, a także na obszarach wiejskich. Wskazuje to na powiązanie firm rodzinnych ze „miejscem urodzenia”, lokalną społecznością. Ale wcale nie oznacza lokalności działania, bowiem wiele firm rodzinnych działa nie tylko na całym rynku krajowym, ale także zagranicą. Przy dzisiejszych możliwościach, które dają nowe technologie informatyczne, a także przy poprawiającej się infrastrukturze drogowej, lokalność „miejsca zamieszkania” nie stanowi obciążenia, a często może stanowić atut – rozpoznawalności, niższych obciążeń podatkowych, dostępu do rynku pracy.

Najwięcej firm w handlu

Najwięcej firm rodzinnych działa w sektorze handlu hurtowego i detalicznego – 22,6 proc. To nie dziwi jeśli weźmie się pod uwagę, że firmy handlowe to prawie 30 proc. wszystkich firm działających w Polsce. Wiele firm rodzinnych (więcej niż nierodzinnych) działa także w przemyśle (18,6 proc.). Więcej jest ich także wśród restauratorów i hotelarzy. Ale mniej w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej. Dane te wskazują, że trzeba obalić kolejny stereotyp – firmy rodzinne działają nie tylko w usługach, ale także w przemyśle.

Ciekawą informacją jest to, że prawie 1/3 właścicieli firm rodzinnych to kobiety. Ale podobnie jest w grupie firm nierodzinnych.

Przedsiębiorstwa rodzinne prowadzą takie same biznesy jak firmy nierodzinne. Zatem ich modele biznesowe są, bo muszą być, podobne. Warto jednak zwrócić uwagę na jedną z różnic – firmy rodzinne w większym stopniu niż firmy nierodzinne budują swoją pozycję konkurencyjną na rynku na jakości produktów i usług, a w mniejszym stopniu niż firmy nierodzinne – na cenie. Model biznesowy oparty na jakości mówi wiele o przedsiębiorstwie. Wskazuje na dłuższą perspektywę działania, nie koncentrowanie się na minimalizowaniu kosztów, na skłonność (i zdolność) do inwestycji, w tym inwestycji w innowacje.

I takie firmy rodzinne są – ze względu na swój „rodzinny” status przedsiębiorstwa te nie patrzą na swoją działalność krótkookresowo, dla nich prawdziwą perspektywą jest perspektywa więcej niż jednego pokolenia. Z tego względu są stabilnymi płatnikami podatków dochodowych (i wszelkich innych), stabilnymi pracodawcami, stabilnymi partnerami w biznesie. Może są nieco bardziej konserwatywne w zarządzaniu, ale przed polskimi firmami rodzinnymi sukcesje. Wchodzi nowe, młode pokolenia, przygotowane do zarządzania rodzinnymi firmami, z profesjonalną wiedzą i chęcią ( a nawet wewnętrznym przymusem) pokazania jej w praktyce. Te firmy, w których młode pokolenie dołączyło do rodziców, mają szansę szybciej się rozwijać i z tego korzystają. Aczkolwiek nie we wszystkich firmach jest szansa na rodzinną sukcesję (młodzi ludzie miewają jednak inne pomysły na życie).

Firmy rodzinne wchodzą zatem w nowy etap swojego działania. Potrzebują wymiany wiedzy i doświadczeń miedzy sobą, potrzebują wsparcia w budowaniu wizerunku związanego z „rodzinnością”, który będzie pozytywnie oddziaływał na budowanie przez nich marki. Dlatego pojawiła się inicjatywa utworzenia Rady Firm Rodzinnych przy Lewiatanie. Ma ona nie tylko wskazywać Konfederacji obszary regulacyjne  istotne dla zachowania rodzinnego charakteru przez firmy, ale ma także integrować środowisko, pozwalać mu oddziaływać nie tylko lokalnie, ale także wspierać wiedzę o przedsiębiorczości (chociażby przez takie inicjatywy jak książka dla dzieci „Świat pieniądza”) i przedsiębiorczość młodych ludzi. I budować wizerunek, na który firmy rodzinne w pełni zasługują – przedsiębiorstw rozwijających się, rosnących, otwartych na nowe rozwiązania, stabilnych, odpowiedzialnych, patrzących długookresowo.

Przy Konfederacji Lewiatan ukonstytuowała się Rada Firm Rodzinnych. Wśród członków założycieli znalazło się 16 małych, średnich i dużych przedsiębiorstw.

Kontrowersyjne przepisy o reklamowaniu żywności przy programach dla dzieci

Konfederacja Lewiatan jest przeciwna wprowadzeniu ograniczeń dotyczących reklamowania żywności przy programach dla dzieci. Nowe przepisy objęłyby dzieci do 16 roku życia, a nie jak do tej pory do 12 lat.

Takie ograniczenia są zawarte w projektach ustaw o radiofonii i telewizji oraz o zdrowiu publicznym.
– W naszej opinii zmiany są bezprzedmiotowe. Od 1 stycznia 2015 r. obowiązuje bowiem porozumienie nadawców telewizyjnych mające na celu zapewnienie szczególnej ochrony dzieci przed szkodliwymi dla nich treściami – mówi Krzysztof Kajda, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Zgodnie z ich deklaracją od 1 stycznia br. audycjom dla dzieci w wieku do lat 12 nie towarzyszą reklamy wybranych artykułów spożywczych i napojów zawierających niezdrowe składniki (m.in. słodyczy, dżemów, chipsów). Porozumienie jest dobrowolne.

W związku z koniecznością przeciwdziałania promocji niezdrowego odżywiania nadawcy przyjęli opracowany przez Polską Federację Producentów Żywności – Związek Pracodawców dokument pn. „Kryteria żywieniowe do samoregulacji dotyczącej reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia”. Dokument został pozytywnie zweryfikowany przez Instytut Żywności i Żywienia. Jest on również zgodny dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/13/UE w sprawie koordynacji niektórych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych państw członkowskich dotyczących świadczenia audiowizualnych usług medialnych.

W dokumencie pracodawcy zapewnili, że reklamy i wskazania sponsorskie przekazane nadawcom bez oświadczenia o ich zgodności z przyjętymi kryteriami nie zostaną wyemitowane przy audycjach dla dzieci w wieku od 4 do 12 lat i w godzinach 6:00 ‒ 20:00.
Przyjęta granica 12 roku życia jest powszechnie stosowana w oznaczaniu treści, które są nieodpowiednie dla dzieci, również w innych krajach UE, jak Francja czy Wielka Brytania.

Oczywiście dokonanie rzetelnej oceny efektywności przyjętych rozwiązań będzie możliwe po dłuższym okresie funkcjonowania porozumienia nadawców. Jednakże, wziąwszy pod uwagę jej powszechność (wszyscy nadawcy, wszystkie reklamy przy programach dla dzieci), należy się spodziewać dużej skuteczności.
Kryteria zaproponowane przez przemysł zmuszą wielu producentów do przeformułowania swoich produktów. W ten sposób produkty o pozytywnych walorach żywnościowych zyskują swoistą przewagę konkurencyjną, a samoregulacja prowadzi do innowacji i jednocześnie gwarantuje dalszy rozwój polskiego sektora rolno-spożywczego.

Tymczasem proponowane w projektach ustaw rozwiązania jednoznacznie przekreślają dorobek nadawców oraz wielu organizacji, które były zaangażowane w proces stworzenia i wdrożenia dokumentu „Kryteria żywieniowe do samoregulacji dotyczącej reklamy żywności skierowanej do dzieci poniżej 12. roku życia”.

W opinii członków zrzeszonych w Konfederacji Lewiatan podejmowanie działań, które mogą prowadzić do podziału na żywność „zdrową” i „niezdrową” może mieć negatywny wpływ nie tylko na obszarze polskim, ale również być dodatkowym argumentem dla zagranicznych przeciwników polskich produktów.

Już w trakcie prac nad poselskim projektem ustawy o zmianie ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia dotyczącym ograniczenia w sprzedaży w szkołach niektórych środków spożywczych przedsiębiorcy zwrócili uwagę na możliwe konsekwencje ustawowych regulacji, które mogą taki podział wprowadzić. Bardzo pozytywny odzew i zrozumienie ze strony posłów i rządu w pracach nad tym projektem rodzą nadzieję, że również w przypadku procedowanych projektów ustaw (projektu ustawy o zmianie ustawy o radiofonii i telewizji oraz projektu ustawy o zdrowiu publicznym) uda się znaleźć kompromis.

FSM w zarządzaniu pracą mobilnych pracowników

Rosnąca liczba zadań realizowanych w terenie to dodatkowa potrzeba optymalizacji kosztów związanych z koordynacją oraz kontrolą pracy wykonywanej przez zdalnych pracowników. W sprawnym zarządzaniu firmą mają pomóc aplikacje webowe i mobilne oparte na koncepcji Field Service Management.

Potrzeba strategicznego delegowania zadań oraz zarządzania pracą pracowników jest szczególnie silna w tych przedsiębiorstwach, w których realizacja codziennych obowiązków odbywa się w terenie. Mowa o firmach zatrudniających m.in. serwisantów, monterów, kurierów czy pracowników sprzedaży bezpośredniej. W przedsiębiorstwach o takim profilu działalności oparcie strategii biznesowej na koncepcji Field Service Management (FSM) to realne oszczędności czasowo-kosztowe. Znaczenia nabierają kompletne rozwiązania IT umożliwiające planowanie, organizowanie oraz wspieranie realizacji zadań w terenie. Mowa o narzędziach webowo-mobilnych, które działając w czasie rzeczywistym nie tylko zwiększają elastyczność biznesową firmy, ale przede wszystkim wpływają na wzrost produktywności oraz efektywności zatrudnionych pracowników.

Mobile wspiera pracę zdalnych pracowników

Kontrola oraz harmonizacja pracy pracownika działającego w terenie to zadanie szczególnie utrudnione. Prywatne eskapady w trakcie pracy, wybieranie nieoptymalnych tras przekładających się na wzrost kosztów eksploatacyjnych i czasowych, brak bieżących informacji o pozycji czy statusie realizacji zleconych prac, opóźniony dostęp do dokumentacji powykonawczej, która składana jest dopiero po powrocie do siedziby firmy. Rzeczywiście, to trudne bariery, których występowanie uniemożliwia przedsiębiorstwom osiąganie kolejnych etapów rozwoju. Właśnie z tego powodu coraz głośniej mówi się o wykorzystaniu nowoczesnych technologii webowych oraz mobilnych pozwalających na wsparcie planowania, realizowania i monitorowania mobilnych zadań. Szczególnie, że w dobie taniej transmisji danych, gdzie posiadanie służbowego smartfona czy tabletu jest praktycznie na porządku dziennym, wdrożenie rozwiązań mobilnych optymalizujących zarządzanie firmą nie jest żadną trudnością.

To właśnie te sektory, w których przedsiębiorstwa realizują usługi oparte na pracy zdalnej stają się naturalnym środowiskiem dla tworzenia oraz implementacji aplikacji biznesowych działających w czasie rzeczywistym. Dlaczego? Ponieważ w tych firmach niezwykle ważne jest optymalizowanie pracy personelu oraz skuteczne harmonizowanie realizowanych obowiązków. A właśnie taką szasnę dają nowoczesne systemy ERP instalowane w urządzeniach mobilnych, dzięki którym dział koordynujący ma kontrolę nad pozycją mobilnych pracowników, może wyznaczać plany dnia, trasy oraz śledzić postępy i efekty wykonywanych zadań – tłumaczy Michał Soloch z firmy QSG S.A. dostarczającej system e-Service.

Mobilne wyzwania w wielu branżach

Jakie firmy mogą wyrazić szczególne zainteresowanie aplikacjami dla mobilnych pracowników? Przykładowo podmioty działające w branży serwisowej. Z dedykowanych aplikacji mobilnych i webowych może korzystać centrala czy kierownictwo danego obiektu, którzy uruchamiając narzędzie w momencie wystąpienia awarii kierują zgłoszenie do firmy serwisowej. Stamtąd, poprzez aplikację webową, zlecenie wykonania prac naprawczych wędruje do serwisanta korzystającego z aplikacji mobilnej na smartfonie czy tablecie. Taki pracownik otrzymuje harmonogram prac oraz ich lokalizacje, łatwo też trafia do celu dzięki modułowi GSP. Z kolei koordynator oraz klient widzą nanoszone przez niego zmiany statusów prac oraz ich zakończenie pieczętowane protokołem powykonawczym podpisywanym na ekranie urządzenia mobilnego. – Dzięki takim rozwiązaniom dostawca usług może wydajnie planować i realizować prace zlecone przez klienta, posiada też stałą kontrolę nad mobilnymi pracownikami. Może monitorować koszty i ustalać planowane przychody. Pamiętajmy, że dzięki nowoczesnej technologii ma dostęp do wszystkich zgłoszeń, zleceń oraz postępów prac w czasie rzeczywistym – dodaje Michał Soloch.

Serwis techniczny urządzeń to oczywiście nie jedyna branża, w której można zastosować aplikacje biznesowe zgodne z FSM. Narzędzia IT oddawane zdalnym pracownikom idealnie sprawdzą się także w logistyce, przy koordynacji kontaktu na linii kierowca – operator logistyczny – fabryka. Wdrożenie może nastąpić także w firmach z branży infrastrukturalnej, w których operator telekomunikacyjny zleca wykonanie naprawy sieci światłowodowej firmie zewnętrznej zatrudniającej instalatorów oraz techników pracujących w terenie. Kontrolę nad pracą zdalnego personelu zyska także branża finansowa, która będzie znała kroki rzeczoznawców majątkowych wykonujących operaty szacunkowe kredytowanego majątku.

Prawie 4 tysiące oszczędności?

Bazując na obserwacjach rynku, firma QSG S.A. przeprowadziła ciekawą symulację pozwalającą oszacować poziom oszczędności, które może odnieść firma zatrudniająca trzech mobilnych pracowników oraz jednego koordynatora, realizująca przynajmniej  trzy zlecenia dziennie (na każdym z nich po dwa zadania). W wyliczeniu pod uwagę wzięto oszczędności kosztowe wynikające z eliminacji papierowego obiegu dokumentów (koszt tworzenia, druku i wysyłek) oraz mniejszej eksploatacji pojazdów dzięki planowaniu tras przez GPS (zużycie paliwa, łączenie zadań w bliskich lokalizacjach, odciążenie dyspozytorów). Symulacja uwzględniła także oszczędności czasowe będące rezultatem zdalnego kontaktu pomiędzy koordynatorem a mobilnym liderem. Po podliczeniu wszystkich wypadkowych okazało się, że firma korzystająca z aplikacji biznesowych dla mobilnych pracowników może oszczędzić nawet 3872,61 zł miesięcznie!

Jak widać, nowoczesne aplikacje ERP/FSM do zarządzania zadaniami mobilnymi mogą przynosić realne oszczędności czasowo-ekonomiczne. Zapewniają pracownikom stabilne, uporządkowane warunki pracy, a koordynatorom kompetencje do obsługi jeszcze większej liczby zleceń. To także korzyści dla klientów firm pracujących mobilnie, zyskujących dostęp do jeszcze szybszej i bardziej wydajnej obsługi zleceń. – Dziś takie rozwiązania dopiero pojawiają się na rynku, ale za kilka lat trudno będzie znaleźć przedsiębiorstwo niewykorzystujące tego typu technologii – podsumowuje Michał Soloch.

 

Pakiet onkologiczny w mediach – raport 2

Analitycy firmy NEWTON Media zbadali ponownie, jak często i w jaki sposób pakiet onkologiczny był omawiany w mediach. W okresie od 16 marca do 19 kwietnia na temat pakietu onkologicznego ukazały się w sumie 1872 informacje, w tym 248 w prasie, 306 w radiu bądź telewizji oraz 1318 na portalach internetowych. Raport powstał przy współpracy z Polską Koalicją Pacjentów Onkologicznych, Fundacją Wygrajmy Zdrowie oraz Obywatelskim Porozumienia na rzecz Onkologii.   

 W odniesieniu do poszczególnych mediów najwięcej, bo 84 artykuły pojawiły się na portalu rynekzdrowia.pl, jeśli chodzi o prasę, najczęściej na temat pakietu onkologicznego pisała Gazeta Wyborcza – 27 publikacji, w przypadku telewizji był to Polsat News – 28 audycji, a radia – Polskie Radio Program I oraz RMF Fmpo 20 audycji. Ekwiwalent reklamowy informacji z prasy wyniósł 3 203 733 zł. Dniem, w którym ukazało się najwięcej materiałów był czwartek, 16 kwietnia (149 publikacji). Najczęściej kwestie związane z pakietem onkologicznym poruszała prasa regionalna – 54%, dzienniki ogólnopolskie – 27%, a także prasa medyczna – 11%. W 1734 informacjach wymieniono hasło: pakiet onkologiczny, w 433 – karta DILO, w 214 – karta pacjentaa w 25 – szybka ścieżka diagnostyczna. Niemal 13% wszystkich publikacji prasowych ukazało się na pierwszych stronach gazet.

– To już nasz drugi raport dotyczący pakietu onkologicznego w mediach. Tym razem chcieliśmy sprawdzić, w jaki sposób odebrano propozycje zmian dotyczących pakietu i w jaki sposób zareagowało na nie środowisko medyczne, pacjenci, a także społeczeństwo – powiedział Szymon Chrostowski, Prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie. – Temat pakietu onkologicznego wciąż wzbudza kontrowersje. A to przekłada się bezpośrednio na poczucie bezpieczeństwa społeczeństwa – czyli pacjentów. Brak tego aspektu może w wielu wzbudzić niepotrzebny niepokój, brak zaufania do lekarza. – dodał Szymon Chrostowski.

W zakresie zmian w pakiecie onkologicznym wypowiadał się w mediach m.in. Minister Zdrowia, Bartosz Arłukowicz:

Objęcie pakietem onkologicznym kolejnych rodzajów nowotworów, uelastycznienie sposobu działania konsyliów lekarskich, które podejmują decyzje o sposobie leczenia – to niektóre zmiany, które zapowiedział w środę minister zdrowia Bartosz Arłukowicz po spotkaniu z premier Ewą Kopacz. Jak poinformował minister, pierwsze zmiany w pakiecie onkologicznym mogą zostać wprowadzone w ciągu kilku tygodni. (pap.pl, 15.04.2015, „Arłukowicz: będą zmiany w pakiecie onkologicznym”).

Tłumaczenia Ministra nie spotkały się jednak ze zrozumieniem ekspertów, m.in.: Adama Maciejczyka, dyrektora Dolnośląskiego Centrum Onkologii we Wrocławiu, który komentował:Reforma uderza w finansowanie szpitali onkologicznych. Przykład? Zmniejszono wycenę hospitalizacji pacjentów chemioterapii i radioterapii (to znaczy, że szpital na ich leczenie dostaje mniej pieniędzy – przyp. red.). Wszystkie uwagi zgłaszamy ministerstwu, ale ono niestety milczy. (Gazeta Wyborcza, 17.03.2015, str.1, „Lekarze punktują ministra”).

W podobnym tonie wypowiadał się także Romuald Krajewski, wiceprezes Naczelnej Izby Lekarskiej: Na dużych świadczeniodawców wywierany jest nacisk, by pakiet onkologiczny był sukcesem. Tymczasem system jest nieelastyczny. Pakiet zmienia sprawozdawczość i tylko sprawozdawczość. (Służba Zdrowia, 17.04.2015, str.6, „CYTATY MIESIĄCA”);

– Negatywne komentarze i sceptyczne opinie są nieuniknione przy wdrażaniu nowych rozwiązań i wprowadzaniu zmian przyznał Szymon Chrostowski, Prezes Fundacji Wygrajmy Zdrowie. – Najważniejsze jest jednak to, aby wszelkie planowane działania miały na celu dobro pacjenta, a także ochronę jego zdrowia i życia – dodał Szymon Chrostowski.

Pakiet onkologiczny został wprowadzony w życie z dniem 1 stycznia 2015 roku. Jego celem było skrócenie diagnozowania i leczenia nowotworów złośliwych przez wprowadzenie szybką terapię onkologiczną, która ma na celu szybkie poprowadzenie pacjenta przez poszczególne etapy diagnostyki i samego leczenia.

Taxminutes: ostatnie dni na zgłaszanie krótkich filmów o iluzjach podatkowych

0

Tylko do 30 kwietnia można przesyłać prace konkursowe przez stronę internetową www.taxminutes.pl (link otwiera nowe okno w serwisie zewnętrznym). Konkurs Taxminutes rozpoczął się 1 marca. Zadaniem uczestników jest zobrazowanie pojęć związanych z podatkami w prosty i przyjazny sposób w krótkich klipach – do 1,5 minuty. Organizatorami konkursu jest Szkoła Główna Handlowa i Uniwersytet Warszawski. Ministerstwo Finansów objęło nad nim patronat.

Konkurs kierowany jest do studentów z całej Polski, niezależnie od tego, co studiują i na jakiej uczelni. Klipy konkursowe mogą nawiązywać do określonych pojęć podatkowych np. celu opodatkowania, rodzajów podatków, konstrukcji podatkowych czy wpływu podatków na życie społeczne. Filmy mogą być kręcone dowolną techniką: telefonem, kamerą, aparatem. Mogą też przybrać dowolna formę: np. animacji, wywiadu, poklatkowych zdjęć, sondy, reklamówki czy pantomimy.

Autorów najlepszych filmów wyłoni jury, w którym są m.in. językoznawca Jerzy Bralczyk i reżyser Robert Gliński oraz przedstawiciele Ministerstwa Finansów. Dla zwycięzców przewiduje się nagrody rzeczowe oraz staże ufundowane przez Ministerstwo Finansów lub staże w mediach patronujących konkursowi: PR 1 Polskiego Radia i dzienniku Rzeczpospolita. Wyniki zostaną ogłoszone podczas uroczystej gali w połowie czerwca 2015 r. Zwycięskie filmy ma szansę zobaczyć cała Polska. Patronat medialny nad konkursem objęli także TVP Info, Przegląd Podatkowy, Wolters Kluwer, INN Poland, Forbes oraz Krajowa Izba Doradców Podatkowych.

Minister finansów na sesji MFW i Banku Światowego

O globalnych wyzwaniach stojących przed Międzynarodowym Funduszem Walutowym (MFW) i krajami członkowskimi dyskutowano podczas wiosennego spotkania gubernatorów MFW i Banku Światowego (BŚ), które odbyło się w Waszyngtonie w dniach 17-19 kwietnia br.

Minister finansów Mateusz Szczurek, jako gubernator Polski w MFW, uczestniczył w spotkaniach z udziałem ministrów finansów i prezesów banków centralnych krajów należących do MFW. Podczas dyskusji w trakcje sesji plenarnej dyrektor zarządzająca MFW Christine Lagarde wymieniła Polskę jako jeden z zaledwie kilku jasnych punktów na gospodarczej mapie świata. Polska znalazła się tam dzięki sukcesom w prowadzeniu odpowiedzialnej polityki fiskalnej i wdrażaniu reform strukturalnych.

Dodatkowo minister Szczurek odbył w Waszyngtonie wiele spotkań dwustronnych. Rozmawiał m.in. z zastępcą dyrektora zarządzającego MFW Davidem Liptonem, wiceprezesem Banku Światowego Laurą Tuck, z dyrektorem Departamentu Europejskiego MFW Paulem Thomsenem, odpowiedzialnym za programy pomocowe MFW m.in. dla krajów strefy euro i Ukrainy, sekretarzem generalnym OECD Angelem Gurrią, głównym ekonomistą MFW Olivierem Blanchardem oraz ministrem finansów Ukrainy Natalią Jaresko.

Przy okazji sesji odbyło się również spotkanie polskiej konstytuanty MFW/BŚ z udziałem przedstawicieli jej pozostałych członków: Szwajcarii, Serbii, Azerbejdżanu, Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu, Turkmenistanu oraz Uzbekistanu. Wyzwania stojące przed konstytuantą były też tematem rozmów z prezesem banku centralnego Szwajcarii Thomasem Jordanem oraz ministrem finansów tego kraju Eveline Widmer-Schlumpf.

Mateusz Szczurek wygłosił ponadto na Uniwersytecie Georgetown wykład na temat bieżących ekonomicznych i politycznych wydarzeń w UE z perspektywy Polski.

Zniknie ulga podatkowa na zakup technologii, zostanie wprowadzona ulga na wydatki na badania i rozwój

Zniknie ulga podatkowa na zakup technologii, zostanie wprowadzona ulga na wydatki na badania i rozwój zapowiedział Jarosław Neneman z ministerstwa finansów podczas sesji „Ryzyko w innowacjach” w trakcie Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (European Economic Congress – EEC).

Ministerstwo Finansów pracuje nad systemem ulg podatkowych na prace badawczo-rozwojowe – to dobra wiadomość. Zła – że nowe przepisy nie wejdą w życie wcześniej niż nie zostanie zniesiona procedura nadmiernego deficytu.

– Dopóki jesteśmy w procedurze nadmiernego deficytu można zapomnieć o wszelkich nowych ulgach – stwierdził Jarosław Neneman, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów RP. – Wyjście z procedury widać już jednak na horyzoncie – dodał.

– Z jednej strony słyszymy, że chcemy prostych podatków, z drugiej pamiętajmy, że każda ulga komplikuje system podatkowy – podkreślał na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach, dodając, że czasem też trudno jednoznacznie określić, co jest działalnością badawczo-rozwojową, a co nie. Mimo tych wątpliwości ministerstwo chce wprowadzić ulgę na tę działalność. Według wstępnych założeń ulgą nie będą objęte wydatki np. na budowę laboratorium.

Resort, pracując nad ulgami, oparł się na raporcie Komisji Europejskiej na temat mechanizmów wsparcia dla badań i rozwoju. Wnioski? Ulgi silniej oddziałują na małe i średnie firmy, mniej na duże, a najlepsze efekty przynoszą jeśli dotyczą kosztów osobowych. Kolejny wniosek, to, że lepiej wspomagać tworzenie, a nie komercjalizację. Na tych właśnie założeniach opiera się projekt resortu finansów, nad którym wciąż trwają prace.

Ministerstwo planuje, że część wydatków na badania i rozwój będzie można doliczyć do kosztów uzyskania przychodu według odpowiedniego przelicznika – decyzja w sprawie jego wysokości jeszcze nie zapadła, ale wiadomo, że będzie korzystniejszy dla mniejszych firm. Resort nie zamierza też zapomnieć o startupach.

– W ich przypadku ulga jest nieefektywna, bo firmy na początku działalności nie uzyskują przychodów, a to oznacza, że nie mogą skorzystać z ulgi. Dlatego chcemy zaproponować wprowadzenie zwrotu gotówkowego tej części ulgi, z której firma nie może skorzystać. Chcemy też promować zwiększanie wydatków na badania i rozwój – stwierdził Neneman.

Jego zdaniem, jeśli będzie wola polityczna stosowne przepisy mogą zostać uchwalone jeszcze w tej kadencji parlamentu. – Będą mogły jednak wejść w życie dopiero po zniesieniu procedury nadmiernego deficytu – przypomniał Neneman.

Temat innowacyjności przewijał się przez wszystkie dni obrad Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach. Już podczas otwarcia Kongresu prezydent RP Bronisław Komorowski mówił: – Złożyłem ambitny projekt Ustawy o wspieraniu innowacyjności zawierający m.in. możliwość odliczenia 150 proc. wartości wydatków na badania i rozwój od kosztów przedsiębiorstwa. Tę inicjatywę legislacyjną podjąłem z myślą o młodych Polkach i Polakach. Naszą ambicją jest bowiem eksport technologii, a nie technologów, patentów, a nie ich twórców. Musimy stawiać sobie ambitne cele. Takim zadaniem jest – o ile wspomniana ustawa wejdzie w życie – by Polska w ciągu 10 lat weszła do dziesiątki najbardziej innowacyjnych gospodarek Europy (obecnie jest w 3. dziesiątce).

–W Unii Europejskiej inwestujemy w badania i rozwój około 2 proc. PKB. W USA inwestycje są większe i wynoszą 2,7 proc. PKB. Przyczyną tej różnicy nie jest poziom inwestycji publicznych, a mniejsze w Unii Europejskiej inwestycje ze środków prywatnych – oceniał na Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach Carlos Moedas, komisarz UE ds. badań, nauki i innowacji.

Liderami innowacyjnej gospodarki, daleko przed Unią Europejską, są USA, Japonia i Korea Południowa. Jak daleko teraz od nich jesteśmy i czy Europie kiedykolwiek uda się dognić liderów?

– Z polską innowacyjnością nie jest tak źle, jak się wydaje – mówiła Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, podczas sesji „Liderzy innowacji”.

Prezes PARP zaprezentowała najnowszy report Agencji „Innowacyjna przedsiębiorczość firm”. Raport zawiera dane do 2012 roku a jego wymowa jest dwuznaczna. Złą wiadomością jest liczba firm uznawanych za innowacyjne. W porównaniu z poprzednim badaniem liczba innowacyjnych firm w Polsce spadła z 28 proc. do 23 proc. Będziemy analizować te wyniki, pewnym wytłumaczeniem może być fakt, że to tendencja ogólnoeuropejska – mówiła Lublińska-Kasprzak.

Są jednak i lepsze wiadomości. – Co ciekawe, te polskie firmy, które są już innowacyjne zwiększają nakłady na tę działalność. Średnio wydatki wzrosły z ok 750 tys. euro na firmę do 1 mln euro. To nas zbliża do średniej europejskiej – powiedziała prezes PARP.

Drugą dobrą wiadomością jest to, że firmy przekonują się do innowacji. – Ci przedsiębiorcy, którzy skorzystali z funduszy unijnych i zainwestowali w innowacje, inwestują nadal w tą działalność już na własną rękę. Przekonali się, że wydatki na innowacje sprawiły, że ich firmy stają się bardziej konkurencyjne, mają lepsze wyniki, zwiększają eksport, zwiększają zatrudnienie. Firmy widzą, że opłaca się być innowacyjnym – stwierdziła Bożena Lublinska-Kasprzak.

Kolejną miłą niespodzianką jest podejście do innowacyjnej działalności przez mikrofirmy. Według przeprowadzonych przez PARP badań 60 proc. mikroprzedsiębiorców zadeklarowało innowacyjną działalność w ostatnich trzech latach. – Mamy dobrą podstawę, by w najbliższych latach stać się bardziej innowacyjnym krajem – podsumowała Bożena Lublińska-Kasprzak.

***

Europejski Kongres Gospodarczy (European Economic Congress – EEC) w Katowicach to trzydniowy cykl debat, spotkań i wydarzeń towarzyszących z udziałem sześciu tysięcy gości z Polski, Europy, świata. W blisko 100 sesjach bierze co roku udział kilkuset panelistów, komisarze unijni, premierzy i przedstawiciele rządów państw europejskich, prezesi największych firm, naukowcy i praktycy, decydenci, mający realny wpływ na życie gospodarcze i społeczne. W opiniotwórczym gronie, w formie otwartej debaty publicznej, prowadzone są rozmowy o kwestiach najistotniejszych dla rozwoju Europy.

Europejski Kongres Gospodarczy został uznany za forum jednej z najbardziej reprezentatywnych dyskusji o przyszłości Europy. Tezy wystąpień najważniejszych uczestników są często cytowane i szeroko komentowane.

KNF reguluje rynek ubezpieczeń komunikacyjnych

Dzięki RPP kredytobiorcy oszczędzają co miesiąc 518 mln zł

0

Zapoczątkowane jeszcze w 2012 roku obniżanie stóp procentowych skutkuje dziś znacznie niższymi ratami kredytów złotowych. Przeciętny posiadacz mieszkaniowej hipoteki może się dziś cieszyć miesięczną ratą o około 420 zł niższą niż niecałe 3 lata temu. Oszczędność wszystkich „złotówkowiczów” może wynosić 518 mln zł miesięcznie – wynika z szacunków Lion’s Bank.

Zgodnie z oczekiwaniami ekonomistów Rada Polityki Pieniężnej utrzymała dziś stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Tym samym stopa referencyjna pozostała na poziomie najniższym w historii. Jest to dobra informacja dla kredytobiorców, którzy korzystają na rekordowo niskim oprocentowaniu kredytów.

518 milionów co miesiąc

Warto przypomnieć, że zanim Rada zaczęła obniżać stopy procentowe (listopad 2012 r.) podstawowa stopa procentowa była na poziomie 4,75%. W efekcie każdy miesiąc, w którym stopa ta utrzymywana będzie na poziomie 1,5% oznacza w sumie o około 518 mln zł niższy koszt obsługi kredytów dla osób, które, aby kupić mieszkanie, zaciągnęły dług w złotym – wynika z szacunków Lions Bank opartych o dane NBP i ZBP. Taka kwota co miesiąc zostaje do dyspozycji zadłużonych gospodarstw domowych (średnio po około 420 zł na kredyt).

Odsetki w dół

Jak to wygląda w przypadku pojedynczego kredytu? Przyjmijmy, że dług na zakup mieszkania w kwocie 300 tys. zł został zaciągnięty na 30 lat i doszło do tego przed rozpoczęciem przez RPP cyklu obniżek stóp procentowych (np. w sierpniu 2012 r.), kiedy przeciętna marża kredytowa wynosiła 1,5% (dziś jest to już około 1,8%). Wtedy rata modelowego kredytu wynosiła 1918 zł. Do połowy kwietnia br. oprocentowanie długu zmalało niemal o połowę (z około 6,6% do niespełna 3,5%), a wraz z nim rata modelowego kredytu zmalała do 1339 zł, a więc aż o 579 zł.

Bardziej uniwersalnym wskaźnikiem jest przeliczenie miesięcznej raty na 100 tys. zł pożyczonego kapitału. Taka informacja pozwala potencjalnemu kredytobiorcy łatwo obliczyć z jaką ratą powinien się liczyć zadłużając się na zakup mieszkania. Pożyczając 200 tysięcy musi bowiem taki wynik pomnożyć razy 2, a pożyczając 450 tysięcy zastosować mnożnik 4,5. Zadłużając się przed rozpoczęciem przez RPP cyklu obniżek stóp procentowych, trzeba było się liczyć z ratą na poziomie 639,3 zł na każde pożyczone 100 tys. zł na 30 lat. Dziś miesięczna rata takiego długu wynosi 446,3 zł na każde pożyczone 100 tys. zł.

Podwyżki stóp najwcześniej na przełomie 2016/17

Prognozy na najbliższe miesiące sugerują, że raty o ile jeszcze spadną, to już nieznacznie. Tak przynajmniej wynika z aktualnych notowań kontraktów terminowych na stopę procentową. Wynika z nich, że WIBOR 3M może spaść do poziomu 1,55% w perspektywie 2-3 kwartałów. Kolejne miesiące mogą za to przynieść podwyżki WIBOR-u. W dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowane są na poziomie 1,72%, a więc wyżej niż dzisiejszy poziom WIBORu (1,65%). Liczby te są o tyle ważne, że składnikiem oprocentowania kredytu mieszkaniowego w Polsce bardzo często jest właśnie WIBOR 3M. W efekcie gdy jest on niższy, raty maleją i odwrotnie.

Powyższe liczby świadczą o wierze graczy rynkowych w utrzymaniu stóp procentowych w 2015 roku na niezmienionym poziomie. Świadczą one także o przewidywanej podwyżce stóp na przełomie 2016 /17 – tak przynajmniej rynek wycenia dziś najbardziej prawdopodobny scenariusz.

Bartosz Turek, Lion’s Bank

Ceny mieszkań zaczęły rosnąć

Trudno na razie wyrokować, ale na pewno warto bacznie obserwować, co dzieje się z cenami mieszkań w najważniejszych ośrodkach miejskich w Polsce. Najnowsze dane Home Brokera i Open Finance wskazują bowiem, że zaczęły one rosnąć.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance rośnie drugi miesiąc z rzędu, aktualny odczyt to 830,61 pkt, co jest wartością najwyższą od stycznia 2012. Jednocześnie po raz pierwszy od maja 2013 r. indeks wykroczył poza przedział 800-820 pkt, w którym przebywał przez 21 miesięcy. 830,61 pkt to o 3,8 proc. więcej niż rok temu i o 7,1 proc. więcej niż przed dwoma laty. Indeks wyliczany jest na podstawie transakcji na rynku mieszkaniowym dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance, pokazuje on realną zmianę cen na rynku mieszkaniowym w największych miastach.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance
CEO Magazyn PolskaŹródło: Home Broker i Open Finance; na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.

Większe wahania cen w mniejszych miastach

W większości badanych przez Home Brokera i Open Finance miast ceny w ostatnim roku wzrosły. Z pięciu największych miast stawki najbardziej zmieniły się w Warszawie, gdzie zanotowaliśmy podwyżkę o 3,8 proc. O 3,5 proc. drożej niż przed rokiem jest we Wrocławiu, a o 1,2 proc. w Krakowie. W Gdańsku i Poznaniu ceny spadły, odpowiednio o 0,8 i 1,3 proc.

Na mniejszych rynkach dochodzi do mniejszej liczby transakcji i kilka droższych lub tańszych mieszkań może relatywnie łatwo wpływać na medianę ceny transakcyjnej. Gdy dodamy do tego efekt niskiej bazy, z jaką mamy do czynienia w niektórych ośrodkach miejskich, to okazuje się, że np. w Łodzi ceny mieszkań wzrosły w ciągu ostatniego roku o ponad 15 proc. Oprócz wspomnianych Warszawy i Wrocławia, kilkuprocentowe wzrosty zanotowano jeszcze w Bydgoszczy i Lublinie. Największa obniżka cen mieszkań miała miejsce w Toruniu – mediana ceny metra kwadratowego mieszkania spadła tam w ciągu roku o 6,1 proc. do poziomu 3943 zł.

Przeciętna cena metra kwadratowego mieszkania w Toruniu stanowi 54,5 proc. stawki warszawskiej. Ceny w stolicy są oczywiście najwyższe, aktualna mediana to 7233 zł, o 100 zł (1,4 proc.) więcej niż przed miesiącem. Drugi na liście najdroższych miast jest niezmiennie Kraków (6357 zł za mkw., o 1,2 proc. więcej niż rok temu), a kolejne Wrocław (5571 zł za mkw.) oraz Poznań (5458 zł za mkw.). Stawki w Gdańsku, Gdyni i Lublinie mieszczą się w zakresie 5-5,5 tys. zł, a w pozostałych miastach poniżej progu 5 tys. zł za mkw.

Źródło: Home Broker i Open Finance; na podstawie transakcji przeprowadzonych przez klientów firm.

Komentarz i prognoza

Marcowy wzrost Indeksu Cen Transakcyjnych ponad górną granicę zakresu, w którym przebywał prawie dwa lata może być sygnałem, że na rynku zaczyna się coś dziać.

Potwierdzeniem tego są najnowsze dane firmy analitycznej REAS, która poinformowała, że w pierwszym kwartale 2015 r. deweloperzy sprzedali w sześciu największych miastach rekordowe 11,5 tys. mieszkań, co jest wartością większą od poprzedniego kwartału o 2,2 proc. Jednocześnie REAS zauważa, że deweloperzy utrzymują wysoką dynamikę wprowadzania kolejnych inwestycji do sprzedaży. W poprzednim kwartale na sześciu największych rynkach pojawiło się 11,3 tys. mieszkań, o 7 proc. więcej niż w poprzednim kwartale i o 19 proc. więcej niż rok temu. Mamy więc minimalną przewagę sprzedaży nad uzupełnianiem oferty, co może skutkować lekkim wzrostem cen.

Rynek bez większych problemów obronił się przed spadkami cen, które groziły mu w związku ze wzrostem obowiązkowego wkładu własnego przy kredytach hipotecznych. Pomogła mu w tym ostatnia obniżka stóp procentowych, która sprowadziła stawkę WIBOR 3M (na jej podstawie wylicza się oprocentowanie kredytów) do poziomu 1,65 proc. Niskie oprocentowanie nie tylko zachęca do zaciągania kredytów, ale i zniechęca do zakładania lokat w bankach, co sprawia, że rośnie liczba osób kupujących mieszkania w celach inwestycyjnych.

Bardziej znaczący niż w poprzednich kwartałach wzrost cen nieruchomości to bez wątpienia sygnał, że na rynku zaczyna się dziać coś ciekawego. Nie ma jednak co oczekiwać, że co miesiąc ceny będą rosły o 1 czy 2 proc. Oczekujemy raczej utrzymania kilkuprocentowego wzrostu w ujęciu rok do roku. Oprócz wymienionych już czynników, wpływ na ceny mieszkań mają także limity cenowe w programie Mieszkanie dla Młodych, a te na początku kwietnia w większości miast wzrosły.

Marcin Krasoń

Polacy zmieniają pracę dla pieniędzy

Tomasz HanczarekAż 53% Polaków myśli o zmianie pracy z powodu zbyt niskiego poziomu swojego wynagrodzenia. Co trzeci pracownik zamierza szukać nowego pracodawcy, bo obecny nie daje mu możliwości samorealizacji, a 22% nie widzi szans na awans – wynika z badania przeprowadzonego przez Millward Brown na zlecenie Work Service S.A. Podobnie jak rok temu, przy poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia Polacy najczęściej liczą na znajomości (60%), będą przeglądać ogłoszenia (59%) oraz samodzielnie wysyłać aplikacje do firm (57%).

Polski rynek pracy jest obecnie jednym z najstabilniejszych w całej Europie, a z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej. Potwierdzają to najnowsze dane GUS dot. sektora przedsiębiorstw – w marcu wzrosło rok do roku zarówno zatrudnienie jak i wynagrodzenia. Lepsze nastroje udzielają się także statystycznemu Polakowi, który ma coraz większe oczekiwania związane ze swoim stanowiskiem pracy.I w odróżnieniu od ubiegłorocznej fali naszego badania, te najważniejsze dotyczą jego wynagrodzenia – mówi Tomasz Hanczarek, prezes zarządu Work Service S.A.

Rośnie presja płacowa

Z badania Work Service wynika, że co piaty Polak planuje w tym roku zmienić pracę. Czemu? Głównym powodem, na jaki wskazała ponad połowa zapytanych przez firmę pracowników, jest zbyt niski poziom płac (53% wskazań, sierpień 2014 r. – 49%). Na drugim miejscu, respondenci wskazali chęć samorealizacji (32%, sierpień 2014 r. – 52%), a jako trzeci powód wymienili brak perspektywy awansu (22%, sierpień 2014 r. – 59%). Skąd tak silna presja płacowa ze strony pracowników? W wielu branżach mamy już do czynienia z rynkiem pracownika i to oni zaczynają dyktować warunki a nie pracodawcy.Z jednej strony jest to następstwo rosnącej liczby rekrutacji prowadzonych przez firmy w Polsce, i to zarówno na pracowników wykształconych jak i tych najsłabiej wykwalifikowanych. Coraz większa liczba ogłoszeń sygnalizuje polskiemu pracownikowi, że jest lepiej.Z drugiej strony, oczekiwania pracowników rosną proporcjonalnie do wzrostu minimalnej płacy czy przeciętnego wynagrodzenia – podkreśla Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.

Liczą się znajomości

Podobnie jak w ubiegłym roku, przy poszukiwaniu pracy najczęściej liczymy na znajomych – 60% zapytanych respondentów myślących o zmianie pracy zamierza skorzystać z ich pomocy (sierpień 2014 r. – 73%). 59% pracowników planuje przeglądać ogłoszenia w prasie i Internecie, a 57% stawia na proaktywność i zamierza samodzielnie wysłać aplikacje do wybranych przez siebie firm. Przy poszukiwaniu nowego pracodawcy wciąż najchętniej korzystamy z pomocy naszych znajomych, choć już nie tak często jak rok temu. Jednak w coraz większym stopniu mamy do czynienia z automatyzacją procesów rekrutacyjnych i wkraczania w ten obszar nowych technologii. Dziś to Internet staje się głównym źródłem informacji, a jednocześnie kanałem komunikacji kandydata z potencjalnym pracodawcą – mówi Krzysztof Inglot i dodaje: Jednocześnie istotne stają się najnowsze narzędzia aktywnego zarządzania wizerunkiem przez pracodawców. Prawdziwym hitem stają się employer branding oraz projektowe wspieranie pionów zasobów ludzkich w realizacji trudnych projektów zarządczych.

Warto podkreślić, że osoby w wieku powyżej 34 roku życia częściej liczą na znajomych niż ich młodsi koledzy na rynku pracy – odpowiednio 68% i 50% wskazań. Ponadto, kobiety częściej przeglądają ogłoszenia w prasie i w Internecie (59%) niż mężczyźni (52%).

Metodologia badania:

Dane zaprezentowane w materiale prasowym są częścią Barometru Rynku Pracy 3 i zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=522) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1004 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w styczniu 2015 r.

Work Service

Strategiczne partnerstwo Raiffeisen Polbank i EVO Payments International w zakresie rozwoju biznesu terminalowego

0

Raiffeisen Polbank zawarł umowę z EVO Payments International (EVO), co do strategicznego partnerstwa w zakresie rozwoju biznesu terminalowego w Polsce.

W ramach współpracy Raiffeisen Polbank przekaże zarządzanie biznesem terminalowym do nowej spółki stworzonej przez EVO do współpracy z bankiem. EVO, prowadzące działalność w USA, Kanadzie i Europie, zaoferuje z kolei firmom, które używają w swoim biznesie terminali i są klientami banku, szereg najnowocześniejszych rozwiązań w zakresie obsługi transakcji kartowych oraz alternatywnych metod realizacji płatności, jak również będzie uczestniczyć w pozyskiwaniu udziałów w rynku. Przewiduje się, że po uzyskaniu niezbędnych zgód ze strony organów nadzoru realizacja umowy nastąpi w trzecim kwartale 2015 roku.

Pragniemy zaoferować naszym klientom możliwość korzystania z obsługi płatności kartowych na najwyższym poziomie. Dlatego poszukiwaliśmy partnera, który zapewni im skuteczne realizowanie transakcji z wykorzystaniem terminali i zaproponuje najbardziej innowacyjne rozwiązania produktowe, a jednocześnie będzie posiadał ugruntowane doświadczenie we współpracy z instytucjami finansowymi. Strategiczne partnerstwo z EVO odpowiada na te potrzeby. Będziemy aktywnie uczestniczyć w rozwoju naszego wspólnego przedsięwzięcia, oferując swoim obecnym i nowym klientom nowoczesne i praktyczne rozwiązania wspierające rozwój biznesu. Dzięki współpracy planujemy zwiększenie udziałów nie tylko w segmencie mikroprzedsiębiorstw, ale również korporacji” – powiedział Piotr Czarnecki, Prezes Zarządu Raiffeisen Polbank.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z nawiązania współpracy z Raiffeisenem w Polsce” powiedział James G. Kelly, dyrektor generalny EVO Payments International. „Ten alians umacnia naszą pozycję na polskim rynku i zapewnia dodatkowe możliwości wynikające ze współpracy z wiodącą instytucją finansową. Oczekujemy, że zasięg naszego działania ulegnie rozszerzeniu dzięki dostarczaniu poprzez naszą platformę zaawansowanych rozwiązań płatniczych klientom Raiffeisen Polbank. Dzięki współpracy z EVO z kompleksowych, innowacyjnych rozwiązań na rynku płatności elektronicznych i obsługi kart będą mogli korzystać zarówno obecni, jak i potencjalni klienci Raiffeisen Polbank.”

W ramach aktualnie prowadzonej promocji nowego konta dla mikroprzedsiębiorstw (Wymarzone Konto dla Biznesu) bank oferuje w dzierżawie terminale za 1 zł przez okres przez okres dwóch miesięcy. Po tym czasie firmy będą mogły korzystać z urządzeń, płacąc 39 zł miesięcznie.

Branża odzieżowa korzysta na niskich stopach procentowych

W otoczeniu niskich stóp procentowych dobrze radzą sobie przede wszystkim firmy odzieżowe. Zdaniem Wojciecha Juroszka, zarządzającego w AgioFunds TFI, wyniki tej branży także w przyszłości nie powinny być pod presją, o ile spółki poradzą sobie z ryzykiem kursowym.

Ogólnie oczekuje się, że przy rekordowo niskich stopach procentowych w Polsce będą inwestycje i kredyty, ale tego nie widać, bo wszyscy się boją, jest awersja do ryzyka, jednak branża odzieżowa dobrze sobie radzi w takiej sytuacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wojciech Juroszek, zarządzający AgioFunds TFI. – Społeczeństwo uznaje, że przy niższym bezrobociu i niższych stopach procentowych lepiej jest zrobić coś dla siebie i wydać więcej pieniędzy na rzeczy, które mniej kosztują.

Przyszłość branży odzieżowej – według zarządzającego AgioFunds TFI – też wygląda dobrze. Firmy z tego sektora na polskim rynku publikują korzystne miesięczne wyniki sprzedaży, mające nierzadko dwucyfrową dynamikę. Również rosnąca sprzedaż i marża w przeliczeniu na tę samą co rok wcześniej powierzchnię sprzedaży jest zadowalająca. To oznacza, że przychody rosną nie tylko z powodu nowych otwarć, lecz także z powodu zwiększania się sprzedaż w przeliczeniu na metr kwadratowy sklepu. Zagrożenia jednak istnieją.

Trzeba pamiętać o tym, że jest ryzyko kursu walutowego – przypomina Juroszek. – Niektóre spółki przeliczają wpływy z kolekcji jesienno-zimowych przy dużo wyższym dolarze niż rok temu. Produkcja natomiast zlecana jest głównie w krajach azjatyckich, więc jest rozliczana w dolarze. Powstaje więc ryzyko, że marże mogą być pod presją. Ale jeśli przedsiębiorstwa sobie z tym poradzą, to jest szansa na zniwelowanie tego negatywnego wpływu. Rezultaty zobaczymy jednak w przyszłości. Dopiero jesteśmy po pierwszym kwartale.

W innych segmentach, np. sektorze bankowym, trzeci kwartał ubiegłego roku, a w przypadku niektórych spółek – czwarty, był rekordowy pod względem wyników, które trudno będzie powtórzyć w najbliższych miesiącach. Obecnie – zdaniem zarządzającego AgioFunds TFI – instytucje finansowe na skutek obniżek stóp procentowych i wciąż nierozwiązanej kwestii kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich będą raczej odnotowywały gorsze wyniki. To przełoży się na spółki indeksu WIG20, który gromadzi dużo banków. Nie pomagają też tanie surowce.

– Z wyjątkiem KGHM-u, którego wyniki finansowe są zgodne z oczekiwaniami, spółki surowcowe raczej słabo wyglądają – wskazuje Juroszek. – Jeśli chodzi o firmy ze średniego segmentu, to wydaje się, że w 2015 roku PKP Cargo może pokazać dobre wyniki. W przypadku dużych spółek odzieżowych, takich jak LPP czy CCC, rezultaty są raczej pod presją. Widać, że sprzedaż tzw. like’ów, czyli na powierzchniach porównywalnych, spada.

Na warszawskim parkiecie jest notowanych niewiele przedsiębiorstw, które korzystają na spadającym kursie euro. Ogólnie spółki przemysłowe, w szczególności prowadzące handel z krajami Europy Zachodniej, mogą być – według Wojciecha Juroszka – narażone na pogorszenie wyników w przypadku, gdyby kurs euro do złotówki spadał dalej. Od początku roku notowania spadły o 6-7 proc.

Jedyny beneficjent takiej dewaluacji, który przychodzi mi do głowy, jest Cyfrowy Polsat, który ma dług w euro, około 2 mld w przeliczeniu na złote, więc na pewno powstanie z tego tytułu korzyść w postaci przeszacowania jego wartości – zauważa Juroszek. – Natomiast większość spółek, szczególnie przemysłowych, takich jak Amica, czy inne przedsiębiorstwa eksportujące dużo w euro, mogą znaleźć się z tego powodu pod presją. Również fabryka mebli Forte sprzedaje chyba w europejskiej walucie. Oczywiście firma jest od tego zabezpieczona. Pojawia się jednak pytanie o ilość tego zabezpieczenia w relacji do przychodów.

Marzec był miesiącem większego niż w poprzednich miesiącach zainteresowania inwestorów akcjami spółek, choć jak podkreśla Juroszek, napływy do funduszy inwestycyjnych wciąż nie spełniają oczekiwań rynku.

Wszyscy oczekują napływów do funduszy inwestycyjnych, akcyjnych, na co czekamy tak naprawdę od kilku już lat – zauważa Wojciech Juroszek, zarządzający AgioFunds TFI. – Gospodarka w ubiegłych latach nie chciała szybko rosnąć. Teraz wydaje się, że są czynniki przemawiające za tym, by wreszcie się ożywiała. Natomiast na razie nie widać istotnego zrywu, więc napływów do funduszy inwestycyjnych też jakoś istotnie nie ma.

Jak podaje spółka Analizy Online w marcu krajowe TFI pozyskały z rynku ponad 3,7 mld zł, z czego 1,7 mld zł w funduszach detalicznych. W całym pierwszym kwartale fundusze te zwiększyły swe aktywa o 5,4 mld zł, czyli ponad dwa razy więcej niż w I kwartale 2014 roku. Wyraźnie też widać było wzrost zainteresowania funduszami akcji.

Marzec był już w miarę w porządku, jest więc jakaś jaskółka – informuje Juroszek. – Natomiast nie są to napływy na dużą skalę, więc rozbudzone oczekiwania na razie są nieco na wyrost.

Można oczekiwać dużej zmienności na rynku kontraktów terminowych na surowce

CEO Magazyn Polska

Na międzynarodowych rynkach surowcowych można oczekiwać dużej zmienności w najbliższych miesiącach. To efekt niespokojnej sytuacji politycznej i gospodarczej w wielu regionach świata. Dla inwestorów handlujących kontraktami terminowymi to szansa na duże zyski, ale i ryzyko dużych strat.

Mamy do czynienia z bardzo dużą liczbą czynników zmiennych. Dla niektórych niestety, dla niektórych na szczęście, zmienność będzie duża mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Kwiatek, członek rady nadzorczej OSTC Poland.Niespokojnie jest na Dalekim Wschodzie, tam cały czas coś się dzieje, nikt nie wie, co się stanie z Państwem Islamskim. Także sytuacja na naszej wschodniej granicy przyczynia się do destabilizacji. Rynki energii i gazu są też pod dużym wpływem tego, co się dzieje w Stanach. Nie bez znaczenia są również Chiny, które zaczynają wchodzić na ścieżkę stymulowania gospodarki.

W ciągu ostatniego roku ropa naftowa straciła ponad 40 proc. swojej wartości, ale od początku 2015 roku podrożała już o kilka procent. Gaz natomiast nadal tanieje, podobnie jak pszenica, choć cena kontraktów na nią w ciągu ostatnich 12 miesięcy spadły „tylko” o 25 proc. Nie widać końca spadków kontraktów na ryż, soję, kawę i cukier.

– Dla nas, jako firmy, która handluje kontraktami terminowymi na największych giełdach w Chicago, Londynie, Nowym Jorku czy dalekiej Azji, najciekawsze są rynki energii, bo na nich się dzieje najwięcej, oraz rynki produktów rolnych: kawa, kakao, pszenica i rzepak – podkreślał podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Tomasz Kwiatek.

Na tle niespokojnej sytuacji międzynarodowej nieco blakną europejskie problemy z Grecją. Wydaje się, że pytanie o możliwość opuszczenia przez ten kraj strefy euro przestało już elektryzować inwestorów. Większość najwyraźniej uznała, że Europa z problemem Grecji sobie poradzi.

Na szczęście, tak jak chyba już wszyscy mówią, Europa jest już przygotowana nawet na negatywny scenariusz w Grecji mówi członek rady nadzorczej OSTC Poland, sam jednak dystansuje się od tego spokoju. – Osobiście nie spodziewam się, żeby było tak, że Grecja wyjdzie i nie stanie się kompletnie nic. Jeżeli do tego dojdzie, to nastąpi fundamentalna zmiana. To będzie zupełnie nowa jakość, a to na pewno nie uspokoi rynków.

Dla Polski, jako dla dużego producenta pszenicy, rzepaku, kukurydzy i oczywiście bydła, największe znaczenie mają rynki rolne. Ceny tych towarów jak wszystkich na rynkach podlegają skokom. Jak mówi Tomasz Kwiatek, rozsądnie używane kontrakty mogą uchronić rolników przed stratami.

Polscy hodowcy roślin czy zwierząt bardzo szybko się zmieniają podkreśla Tomasz Kwiatek z OSTC Poland.Słyszymy od naszych partnerów, że to już nie jest rolnik, który kompletnie nie wie, co się dzieje na rynkach. To są ludzie, którzy w tej chwili na bieżąco obserwują, co się dzieje na MATIF-ie, czyli giełdzie francuskiej, czy na amerykańskiej giełdzie. Doskonale wiedzą, co się dzieje na rynkach, obserwują je i wydaje mi się, że oni będą coraz bardziej starali się zabezpieczyć ryzyko zmian cen swoich płodów rolnych. To według mnie będzie bardzo ciekawy rynek w Polsce, jeżeli ktoś będzie potrafił pomóc im ustrzec się tego ryzyka zmian płodów rolnych.

Enea notuje kilkukrotny wzrost sprzedaży energii w pakietach z innymi usługami

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż energii elektrycznej w połączeniu z usługami medycznymi czy finansowymi przeżywa dynamiczny rozwój, choć w ogólnych obrotach spółek energetycznych ma w dalszym ciągu niewielki udział. Poznańska Enea sukcesywnie wprowadza do swojej oferty kolejne produkty łączone – ostatnim z nich jest dostępny na rynku od połowy kwietnia pakiet medyczny.

Sprzedaż łączona osiąga bardzo duży postęp procentowy, idący w setki procent – mówi agencji Newseria Inwestor Krzysztof Zamasz, prezes zarządu Enea SA. – Natomiast jeśli popatrzymy na wolumeny i dochodowość, to ten segment dopiero raczkuje.

Jak dodaje, perspektywy sprzedaży łączonej energii są bardzo obiecujące, a Enea jest nim zainteresowana, dlatego zamierza rozwijać sprzedaż w tym zakresie.

Oferujemy produkty, które łączą energię elektryczną, która jest już naszym podstawowym, core&HASH39;owym produktem, z gazem. Poza tym mamy w swojej ofercie instrumenty finansowe i produkty ubezpieczeniowe. Staramy się być aktywni, kreatywni, badamy rynek i wychodzimy jemu i oczekiwaniom naszych klientów naprzeciw, żeby zapewnić jak największy komfort w zakresie terminowości dostaw – tłumaczy Zamasz.

Klienci Enei od 15 kwietnia mogą nabyć pakiet, który łączy sprzedaż energii elektrycznej z dostępem do opieki medycznej placówek LUX-MED (Energia + Zdrowie). Mają oni dostęp do konsultacji zarówno z lekarzem POZ, jak i specjalistą. W przypadku pakietu wraz z ochroną ubezpieczeniową PZU (Energia + Spokój) – klienci uzyskują ubezpieczenie od utraty pracy i następstw nieszczęśliwych wypadków skutkujących niezdolnością do pracy. Poza tym klient w razie utraty źródła dochodów może zyskać do 600 zł na pokrycie opłat za energię. Polisa zawiera także jest usługę assistance, oferującą klientom pomoc w poszukiwaniu nowej pracy.

Firma zapewnia również usługi finansowe we współpracy z Getin Bankiem. Od każdego zapłaconego za jego pośrednictwem rachunku przysługuje m.in. zwrot 15 proc. opłaty za prąd (do 200 zł rocznie). Z kolei przedsiębiorcom Enea od jesieni 2014 roku sprzedaje gaz ziemny w ofercie dual fuel. Podobną usługę ma zaoferować w tym roku klientom indywidualnym.

Mamy również ofertę związaną z płatnościami. Myślę, że nasi klienci są z tego bardzo zadowoleni, co widać po odnowionych kończących się umowach, ten klient do nas po prostu wraca – wyjaśnia Zamasz.

Prezes Enei podkreśla, że poziom odnawiania umów jest w spółce wysoki, bo przekracza 90 proc. Firma pozyskuje także nowych klientów. Jak mówi Krzysztof Zamasz, Enea w 2014 roku pozyskała nowy wolumen na 2,5 TWh (łączna sprzedaż energii odbiorcom końcowym przekroczyła 16 TWh).

Trzeba podwoić eksport spożywczy

Jeśli w ciągu 2-3 lat nie uda się podwoić eksportu produktów spożywczych, to będziemy mieli poważne problemy – przestrzega Janusz Piechociński. Przy coraz większej produkcji i coraz większej konkurencji potrzebne jest intensywne poszukiwanie nowych rynków zbytu. Polski eksport jest już na tyle silny, że nie zaszkodziły mu nawet zmiany na rynku walutowym.

Mamy wyższą cenę dolara, mamy spadek wartości euro, co przy 77-proc. wymianie z rynkiem Unii Europejskiej powinno nam ze względu na relację złoty/euro hamować eksport. Tak się nie dzieje, co pokazuje, że jesteśmy gospodarką wyjątkowo elastyczną, stabilną i przewidywalną – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki.

Polski eksport (liczony w euro) w 2014 roku wzrósł o 5,2 proc. i przekroczył 163 mld euro. Wynik był o ponad 2,4 mld euro niższy od importu, który wzrósł o 5,5 proc. W tym roku, jak policzył Główny Urząd Statystyczny, eksport nadal rósł. Po styczniu i lutym był o 2,2 proc. wyższy niż rok wcześniej. Jednocześnie import zmniejszył się w tym czasie o 4,3 proc.

W eksporcie produktów spożywczych Polska miała w 2014 roku 6,5 mld euro nadwyżki. Mimo utrudnień na kierunku wschodnim była ona o 1 mld euro wyższa w porównaniu z 2013 rokiem. Cały polski eksport spożywczy w zeszłym roku sięgał 21,5 mld euro.

Zeszły rok był jeszcze bardziej imponujący, niż sądzimy, dlatego że marże były niższe – podkreśla wicepremier i minister gospodarki. – Sprzedaliśmy w tonażu zdecydowanie więcej. Mieliśmy nie tylko wyzwania związane z embargiem rosyjskim. To był również bardzo udany surowcowo rok na świecie. Stąd w tych 6,5 mld nadwyżki eksportowej jest zdecydowanie więcej masy towarowej.

Wicepremier Piechociński liczy na to, że w tym roku uda się poprawić konkurencyjność polskiego sektora rolno-spożywczego. Kryzys na Wschodzie spowodował nadwyżkę w produkcji żywności, a w konsekwencji spadek cen i zyskowności. Receptą na te problemy jest zdobywanie nowych rynków eksportowych w Ameryce, Afryce, Azji i na Bliskim Wschodzie. Wzrost eksportu oznacza bowiem wyższe ceny skupu.

Jesteśmy trochę zakładnikami swojego sukcesu – przyznaje Piechociński. – To jest nie tylko 3,5 mln ton jabłka polskiego i pierwsze miejsce w eksporcie. To jest także wielki sukces polskiego drobiarstwa, bo w ciągu pięciu lat zwiększyliśmy produkcję o 40 proc. Stąd taka presja na zdobywanie nowych rynków, bo przy nasycaniu się produkcji i zmniejszaniu przewag konkurencyjnych, które mamy na rynku Unii Europejskiej, jeśli w ciągu 2-3 lat nie podwoimy eksportu, to będziemy mieli potężne problemy.

Jak podał Główny Urząd Statystyczny, w marcu wartość produkcji sprzedanej przemysłu była o 8,8 proc wyższa niż przed rokiem. To najlepszy wynik od przeszło trzech lat (ostatnio szybsza dynamika była w styczniu 2012 roku, gdy produkcja wzrosła w ujęciu rocznym o 9 proc.) i potwierdza dobrą kondycję polskiej gospodarki.

Mamy najnowszego „Economista”, który podaje świeże dane, zestawienia kilkudziesięciu krajów światowej produkcji przemysłowej – mówi Piechociński. – Ze wzrostem w I kwartale 4,6 proc. jesteśmy w pierwszej trójce, jak dobrze pamiętam. Jeśli nie wydarzy się nic nadzwyczajnego na wschód od Polski, jeśli nie będzie tąpnięcia w strefie euro, a nie powinno być, bo ten bilion euro dopompowywany przez Europejski Bank Centralny do europejskiej gospodarki ją stabilizuje, to jesteśmy dzisiaj bardzo konkurencyjną gospodarką.

Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych do 2017 r. uruchomi inwestycje warte ponad 300 mld euro

CEO Magazyn Polska

Jeszcze przed wakacjami ma zacząć funkcjonować nowy Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych. Najważniejszym celem unijnego funduszu jest pobudzenie w Europie inwestycji o wartości co najmniej 315 mld euro. Kolejne kraje zapowiadają swój wkład finansowy w EFSI. Również polskie władze zadeklarowały 8 mld euro przez Bank Gospodarstwa Krajowego oraz Polskie Inwestycje Rozwojowe.

W miniony wtorek doszło do zawarcia porozumienia ministrów finansów krajów Unii Europejskiej w sprawie projektu powołującego Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych. Tworzony podmiot będzie dysponował bazą kapitałową w wysokości 21 mld euro, z czego 16 mld euro stanowić będą gwarancje budżetu UE, a 5 mld euro wyasygnuje Europejski Bank Inwestycyjny (EBI). Dzięki lewarowaniu na rynkach finansowych zdolność inwestycyjna EFSI ma wzrosnąć do 60 mld zł. Komisja Europejska liczy na to, że w skali najbliższych trzech lat powinno to doprowadzić do wygenerowania inwestycji o wartości co najmniej 315 miliardów euro.

Nowy Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych może sobie radzić bez żadnych wkładów krajowych. Cieszy nas jednak, że wiele państw deklaruje tworzenie krajowych platform inwestycyjnych przy pomocy ich banków rozwojowych. Fundusz brałby na siebie część ryzyka, co byłoby wartością dodaną takiej platformy – mówi agencji informacyjnej Newseria Jyrki Katainen, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej i komisarz ds. miejsc pracy, wzrostu, inwestycji i konkurencyjności.

Według deklaracji ministra finansów Mateusza Szczurka Polska poprzez rządowe podmioty, takie jak BGK oraz PIR, zasili fundusz kwotą wynoszącą do 8 miliardów euro. Nasz kraj nie jest jedynym, który zadeklarował tak wysokie kwoty.

Francja, Włochy i Niemcy zadeklarowały wpłacić po około 8 miliardów euro na inwestycje finansowane przez EFSI. Hiszpania ogłosiła, że wpłaci 1,5 miliarda euro, a Luksemburg około 100 milionów – wylicza Jyrki Katainen w rozmowie przeprowadzonej podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Wytyczne Rady Europejskiej mówią, że utworzenie EFSI powinno nastąpić nie później niż do końca czerwca 2015 roku. Na wtedy zaplanowano również rozpoczęcie wsparcia dla konkretnych projektów inwestycyjnych. Nad wyborem poszczególnych przedsięwzięć czuwać ma grupa niezależnych ekspertów, a priorytetowe będą realizacje związane z infrastrukturą, energetyką oraz badaniami i rozwojem.

Europejski Bank Inwestycyjny zadeklarował przeprowadzenie pewnych operacji jeszcze przed startem EFSI. Finansowanie inwestycji w sektorze małych i średnich firm powinno przyspieszyć przed latem. EBI obiecał więc realizację tak szybko, jak to będzie możliwe – zaznacza komisarz.

Na wstępnej liście projektów zgłoszonych przez Polskę znajduje się około 250 inwestycji dotyczących między innymi inwestycji w odnawialne źródła energii, budowy nowego bloku energetycznego w elektrowni Kozienice czy rozbudowy kopalni węgla brunatnego w Lubinie.

Rosną wydatki polskich firm na innowacyjność

0

CEO Magazyn Polska

Polskie innowacyjne przedsiębiorstwa coraz więcej pieniędzy przeznaczają na działalność innowacyjną. Średnio wydają na ten cel 1 mln euro (wobec 785 tys. w 2010 roku) i zbliżają się poziomu średnich wydatków w UE (1,15 mln euro). Jednocześnie spada jednak odsetek innowacyjność firm – wynika z badania Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.  

Dobra informacja jest taka, że rośnie średni poziom wydatków dokonywanych przez firmy na innowacyjność. Dochodzimy już prawie do średniej europejskiej, która wynosi 1 mln euro na firmę. Natomiast gorsza wiadomość jest taka, że spadł nam w ostatnich latach odsetek firm innowacyjnych w Polsce – do 23 proc. – powiedziała agencji Newseria Biznes Bożena Lublińska-Kasprzak, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Średni poziom nakładów innowacyjnych w firmie w Polsce rośnie i jest już tylko nieco niższy od średniej dla 28 krajów UE (1 mln wobec 1,15 mln euro). Łącznie w 2013 r. roku przedsiębiorstwa przemysłowe wydały na innowacje jednak mniej o 2,7 proc. niż w 2012 r., a firmy usługowe aż o 21 proc.

Z danych Eurostatu wynika, że w latach 2010-2012 w większości krajów UE spadła liczba firm podejmujących działalność innowacyjną. W Polsce odsetek ten spadł z 28 proc. w latach 2009-2011 do 23 proc. Dane GUS wskazują na pewne odbicie w latach 2011-2013, ale tylko w przypadku firm przemysłowych (udział innowacyjnych firm zwiększył się z 17,7 do 18,4 proc.).

To jest coś, co na pewno musimy poprawić, choć ta tendencja spadkowa jest obserwowana w całej Europie, a w Niemczech udział zmniejszył się najbardziej – mówi prezes PARP.

Badania PARP wskazały jednak, że firmy, które podejmują działalność innowacyjną, zwykle ją kontynuują i zwiększają wydatki na badania i rozwój.

To oznacza, że stają się permanentnymi innowatorami i mają dowody na to, że opłaca się być innowacyjnym – podkreśla Lublińska-Kasprzak. – Bardzo ciekawe jest również to, że mamy bardzo wysoki odsetek innowacyjnych mikrofirm.

Jak podkreśla, ta grupa przedsiębiorstw ogólnie nie jest objęta statystyką publiczną, mierzącą poziom innowacyjności firm, co wcale nie oznacza, że nie ma wśród nich innowatorów. Doskonałym przykładem są różnego typu innowacyjne start-upy. Z badania PARP wynika, że w ostatnich trzech latach innowacje w swoich firmach wprowadziło blisko 60 proc. mikroprzedsiębiorców. Co trzeci postawił na innowacje produktowe, co piąty – na innowacje procesowe. Co ważne, blisko połowa z inwestujących twierdzi, że inwestycja była opłacalna.

Jak przyznają, najpoważniejszą barierą w innowacyjności jest brak środków na prowadzenie prac nad nowymi rozwiązaniami. Mimo to nieco ponad połowa mikrofirm planuje wdrożyć innowacje w ciągu kolejnych miesięcy.

Najważniejsze przesłanie jest takie, że musimy wspierać i budować otoczenie innowacyjnego biznesu, które wpłynie na to, że kolejnych firm innowacyjnych będzie przybywało – mówi Bożena Lublińska-Kasprzak.

Orange inwestuje w nowe technologie telefonii komórkowej i stacjonarnej

0

CEO Magazyn Polska

Dostęp do internetu LTE w sieci Orange ma dziś niemal trzy czwarte Polaków. W ciągu kolejnych dwóch lat zasięg obejmie całą Polskę. Inwestycje w nowe technologie będą dotyczyć także telefonii stacjonarnej. W tym roku Orange zainwestuje niemal pół miliarda złotych w światłowody, które doprowadzi bezpośrednio do 650 tysięcy domów i mieszkań.

Naszym priorytetem w telefonii komórkowej jest rozwój sieci LTE. Już teraz 74 proc. populacji ma dostęp do internetu w tej technologii. Mocno rozwijaliśmy ją w ostatnich miesiącach i nadal będziemy. Dla nas istotne jest nie tylko pokrycie, lecz także jakość dostępu. Chcemy, by klienci mogli swobodnie korzystać z LTE nie tylko na zewnątrz, lecz także wewnątrz budynków czy w metrze – mówi agencji Newseria Biznes Bruno Duthoit, prezes Orange Polska

Od początku tego roku zasięg sieci 4G LTE Orange zwiększył się z 61 do 74 proc. Plany firmy zakładają, że najpóźniej za dwa lata technologia LTE będzie dostępna praktycznie w całym kraju.

Spółka stawia na innowacyjne technologie również w segmencie stacjonarnym.

To dla nas wciąż bardzo istotny rynek. Planujemy na nim przełomowe zmiany, chcemy by sieć światłowodowa była w tym segmencie powszechniejsza. W tym roku przeznaczymy do 450 milionów złotych na okablowanie światłowodami około 650 tysięcy domów i mieszkań w Polsce – mówi Duthoit.

Zapowiada, że to dopiero pierwszy etap inwestycji. Orange planuje również wiele innych przedsięwzięć.

W najbliższych latach chcemy całkowicie wycofać starsze technologie, które funkcjonują jeszcze w naszej sieci. To ważna modernizacja, która nie będzie bezpośrednio widoczna dla klientów, ale polepszy jakość naszych usług – zapowiada prezes Orange Polska.

Postawienie na nowe technologie, a co za tym idzie – na zwiększenie jakości oferowanych usług, ma pomóc firmie utrzymywać konkurencyjność na coraz trudniejszym rynku telekomunikacyjnym. Drugim kluczowym elementem będzie poprawianie kontaktu z klientami.

Chcemy, żeby doświadczenia naszych klientów były tylko pozytywne, a oferowane usługi na najwyższym poziomie. Dlatego musimy wykazać się przejrzystością oraz zapewnić jak najwyższą jakość zarówno technologii obsługi, jak i kontaktów w punktach sprzedaży. To dla nas priorytet – przekonuje Bruno Duthoit.

Orange wprowadził nowe pakiety taryfowe, usprawnia też obsługę klientów. Salony Orange i pozostałe kanały sprzedaży będą się lepiej uzupełniać. W salonach klienci będą mogli skorzystać m.in. z obsługi na recepcji i załatwić wiele prostych spraw od ręki. Stopniowo Orange będzie wdrażać inteligentny system zarządzania ruchem w salonie. W najbliższych dniach firma planuje też otwarcie w Warszawie pierwszego w Polsce tzw. smart store, czyli interaktywnego salonu przyszłości.