Dzięki nowym przepisom klienci firm ubezpieczeniowych będą lepiej chronieni. Zmiany mogą jednak skutkować podwyżkami cen

Ubezpieczycieli w tym roku czeka szereg zmian w przepisach, głównie tych prokonsumenckich. Klienci firm ubezpieczeniowych mają być lepiej informowani i chronieni. To jednak może oznaczać wyższe ceny niektórych polis i słabsze wyniki firm z branży.

Może zmiany w prawie będą mało zauważalne dla klientów w pierwszym okresie, będą jednak widoczne dla samych ubezpieczycieli – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Jarczyk, prezes zarządu firmy ubezpieczeniowej Uniqa Polska. – Zmian będzie bardzo wiele, głównie będą to zmiany prokonsumenckie, które są wprowadzane przez Ministerstwo Finansów, Komisję Nadzoru Finansowego czy Rzecznika Ubezpieczonych.

Od początku roku polisolokaty nie chronią klientów od 19-proc. podatku Belki. W kolejnych miesiącach towarzystwa ubezpieczeniowe zrzeszone w Polskiej Izbie Ubezpieczeń wprowadzą możliwość bezpośredniej likwidacji szkód dla swoich klientów. Od kwietnia zacznie obowiązywać Rekomendacja U KNF dotycząca bancassurance, czyli produktów ubezpieczeniowych oferowanych przez banki.

Zgodnie z wytycznymi KNF kierowcy poszkodowani w wypadkach mają przestać tracić na szkodach, które ponieśli. Ubezpieczyciel sprawcy wypadku będzie musiał m.in. zapłacić za nowe, markowe części i nie wolno mu będzie obniżyć wypłaty pod pretekstem zużycia starych, zniszczonych w wypadku elementów. Co więcej poszkodowany będzie miał prawo otrzymać dopłatę, która zrekompensuje mu spadek wartości pojazdu w wyniku kolizji.

Firma Deloitte szacuje, że w samych ubezpieczeniach komunikacyjnych, szczególnie w przypadku ubezpieczeń OC, koszty odszkodowań mogą wzrosnąć o 30, a nawet o 40 proc. – zwraca uwagę Andrzej Jarczyk. – To będzie bez wątpienia spowoduje wzrost cen ubezpieczeń na rynku. Mam jednak nadzieję, że ten wzrost nie będzie trzydziestoprocentowy, chociażby ze względu na dużą konkurencję, która już dziś panuje między ubezpieczycielami.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, po trzech kwartałach ubiegłego roku przychody towarzystw ubezpieczeniowych przekraczały 47,3 mld zł i były o blisko 4 mld niższe niż w tym samym czasie w roku 2013. Składka przypisana brutto wyniosła 40,8 mld zł wobec 43,3 mld zł rok wcześniej. Zysk netto zakładów ubezpieczeń spadł w ciągu trzech kwartałów 2014 roku z 8,1 mld zł do 5,65 mld. W tym roku w ocenie branży gorzej być już nie powinno.

Oczekiwania ubezpieczycieli co do wyników są dosyć spokojne i wyważone – podkreśla prezes Uniqa Polska. – Nie oczekujemy, że rynek majątkowy wzrośnie w sposób istotny, raczej będzie w stagnacji. Jedynym impulsem, który może wpłynąć na wzrost składki przypisanej, będzie wzrost średnich składek, ale tego na razie na rynku nie widać.

W zeszłym roku po trzech kwartałach zysk netto pochodzący z ubezpieczeń majątkowych spadł o niemal połowę. Z 5,8 mld zł w 2013 roku do niespełna 3 mld zł. Zysk z ubezpieczeń życiowych wzrósł wprawdzie, ale był niższy niż z ubezpieczeń majątkowych. Na polisach życiowych towarzystwa ubezpieczeniowe zarobiły w trakcie trzech kwartałów 2014 roku 2,7 mld zł przy 2,3 mld rok wcześniej. Zmiany w przepisach dotyczących tej części działalności branży są bardzo poważne i skutki też mogą się okazać znaczące.

– Sentyment do ubezpieczeń z funduszem kapitałowym jest mizerny – przyznaje Andrzej Jarczyk. – Oprócz tego wprowadzenie rekomendacji o konieczności bardzo szczegółowego informowania klientów o kupowanych produktach, rekomendacji związanej z bancassurance, konieczność sprzedawania ubezpieczeń indywidualnych, a nie w formie grupowej oraz konieczność występowania banku jako agenta, a nie ubezpieczającego mogą doprowadzić do tego, że poziom składek przypisanych w ubezpieczeniach na życie będzie niższy nawet niż w 2014 roku.

Po trzech kwartałach wartość zebranej składki brutto w ubezpieczeniach na życie sięgnęła prawie 8 mld zł, a w ubezpieczeniach na życie związanych z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym – 9,2 mld zł.

Szczecin wyda w 2015 roku 760 mln zł na inwestycje. Chce promować swoje tereny w strefach ekonomicznych

CEO Magazyn Polska

Władze Szczecina zamierzają w 2015 roku wydać na inwestycje blisko 800 mln zł, czyli niemal jedną trzecią budżetu miasta. To dopiero początek wydatków modernizacyjnych, jakie miasto chce poczynić, łącząc środki budżetowe ze wsparciem unijnym. W tym roku Szczecin chce również promować się wśród inwestorów, bo to pozwoli stworzyć nowe miejsca pracy w regionie.

Z budżetu Unii Europejskiej w latach 2014-2020 na rozwój regionu zachodniopomorskiego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego trafi ok. 7 mld zł (1,6 mld euro). To, jaką część tych środków będzie mógł wykorzystać Szczecin, zależy od programów, które miasto przygotuje.

– Zamykamy starą perspektywę i czekamy na nową. W tej chwili przygotowujemy szereg dokumentacji projektowych do najważniejszych zadań, które chcemy finansować z nowej puli środków unijnych. To jest m.in. dostęp drogowy do portu w Szczecinie mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Krzystek, prezydent Szczecina.

 

 

W ramach programu Szczecin 2020 władze miasta zamierzają zrealizować dziesiątki inwestycji: od budowy ścieżek rowerowych po pogłębienie szlaku wodnego szczecińskiego portu.

– 2015 rok to jest czas największych w historii Szczecina inwestycji. Wydamy na nie blisko 800 mln zł, to jest w skali budżetu 2,36 mld naprawdę duża kwota. Będziemy kończyli inwestycje rozpoczęte w poprzednim roku – deklaruje Piotr Krzystek. Kluczowe i największe to szybki tramwaj na prawobrzeże Szczecina, modernizacje torowisk, ulica Potulicka i Narutowicza.

W środę Komisja Europejska zatwierdziła dofinansowanie do budowy i przebudowy torowisk. Projekt przewiduje modernizację odcinków torowiska w zachodnich dzielnicach miasta i przebudowę zajezdni Pogodno. UE sfinansuje 41,7 mln euro z całkowitej kwoty 52,2 mln euro.

Miasto liczy na to, że dzięki inwestycjom nie tylko będzie się w mieście łatwiej i lepiej żyło, lecz także łatwiej będzie tu o pracę. Władze Szczecina sporo uwagi zamierzają więc poświęcać tworzeniu dobrych warunków do działania dla potencjalnych inwestorów.

Rok 2015 będziemy też wykorzystywali na promowanie naszych obszarów przemysłowych, które przygotowaliśmy również ze wsparciem środków unijnych, jak choćby strefa przemysłowa Trzebusz i Dunikowo objęta specjalną strefą ekonomiczną podkreśla prezydent miasta. Mamy nadzieję, że pozyskamy kolejnych inwestorów po to, by stworzyć więcej miejsc pracy w Szczecinie.

W ciągu najbliższych lat z budżetu Unii Europejskiej na modernizację kraju trafi 82,5 mld euro. Oprócz programów regionalnych do wykorzystania będą jeszcze środki z programów krajowych, w ramach których najwięcej, bo ponad 27 mld euro, ma być przeznaczone na przyjazne środowisku projekty infrastrukturalne w Polsce. Na badania i rozwój nowoczesnych technologii przeznaczone będzie 8,6 mld euro, na edukację 4,7 mld euro, a na projekty związane z cyfryzacją – 2,17 mld euro. Tak ogromne środki trafią do Polski tylko raz i władze Szczecina, podobnie jak inne samorządy, liczą na to, że zdołają dobrze wykorzystać środki, które im przypadną.

 Myślę, że inwestycje, które uda nam się przez te najbliższe 7 lat zrealizować, będą bardzo istotne dla miasta i pozwolą nam efektywnie wykorzystać ten czas, który ma Polska ocenia Piotr Krzystek. To jest moment, w którym jeszcze możemy korzystać ze wsparcia, potem będzie już dużo trudniej.

Każdy pracownik na własnej działalności gospodarczej. Taka może być przyszłość rynku pracy

Każdy pracownik, od podstawowych stanowisk w przemyśle do stanowisk menadżerskich, na własnej działalności gospodarczej – tak może wyglądać przyszłość rynku pracy. Będzie się to wiązało ze zmianami technologicznymi. Choć dziś pomysł ten wydaje się nierealny, to zdaniem Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan, w przyszłości będzie on postrzegany inaczej.

Dzisiaj mamy ciągle taki XIX-wieczny konflikt pomiędzy kapitałem a pracą. Mamy pracowników i różne formy zatrudnienia. Jedna strona to pracodawcy, druga strona to pracownicy i ciągle na siebie narzekamy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan. ‒ Prędzej czy później będziemy musieli pomyśleć o takim rozwiązaniu, że w momencie, kiedy kończymy edukację ‒ niezależnie od tego, na jakim poziomie ją kończymy  wszyscy zakładamy działalność gospodarcza, czyli każdy staje się przedsiębiorcą.

Starczewska-Krzysztoszek podkreśla, że choć teraz ten pomysł wydaje się nierealny, a związki zawodowe na pewno byłyby mu przeciwne, to za kilka lat może on być już postrzegany zupełnie inaczej. Ma to związek ze zmianami technologicznymi – coraz większa część gospodarki przenosi się w świat internetu i aplikacji mobilnych. To ułatwia dostęp do wielu usług i umiejętności. Za 5 czy 10 lat, jak ocenia ekonomistka, takie bezpośrednie relacje biznesowe mogą przenieść się także do przemysłu i innych sektorów.

Każdy staje się przedsiębiorcą i wzajemne relacje nie są już relacjami między pracownikiem a pracodawcą, ale między biznesem a biznesem – przekonuje Starczewska-Krzysztoszek. ‒ To rozwiązuje bardzo wiele problemów, ponieważ wszyscy będziemy wtedy funkcjonować jako przedsiębiorcy na takich samych zasadach. Będziemy płacić takie same podatki i takie same składki na ubezpieczenia społeczne.

Podkreśla, że w ten sposób ryzyko biznesowe zostałoby równo rozłożone pomiędzy pracodawców a pracowników. Odbyłoby się to z korzyścią dla zatrudnionych, którzy w tej chwili są bardziej niż przedsiębiorcy narażeni na wahania koniunktury i zwolnienia.

Do tego własna działalność gospodarcza byłaby dla pracowników motywująca. W ten sposób zależałoby im na jak najdłuższej obecności na rynku, bo to zapewniałoby wysoką emeryturę.

Starczewska-Krzysztoszek dodaje, że aby zapewnić długoterminowy wzrost w gospodarce, należy także zmienić sposób kalkulacji długu publicznego. Wydatki inwestycyjne nie powinny być do niego wliczane, dzięki czemu więcej środków można by przeznaczyć m.in. na badania i rozwój. Wymaga to jednak negocjacji z Komisją Europejską.

Każdy kraj zobowiązał się do tego, że jego dług publiczny nie będzie wyższy niż 60 proc. PKB, natomiast deficyt roczny w stosunku do PKB nie będzie przekraczał 3 proc. Bardzo trudno jest ciąć wydatki socjalne, najłatwiej jest ciąć te prorozwojowe. Chciałabym zaproponować, żebyśmy spróbowali przekonać Komisję Europejską do tego, żeby tak deficyt, jak i dług publiczny były liczone tylko na bazie wydatków, które są wydatkami konsumpcyjnymi, nie inwestycyjnymi – przekonuje główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Dodaje, że niezbędne jest też wsparcie podatkowe dla firm rodzinnych. W europejskich gospodarkach firmy tego typu stanowią 60-70 proc. przedsiębiorstw, a w Niemczech to nawet 90 proc. Firmy rodzinne zapewniają gospodarce stabilność. Wsparcie tego typu przedsiębiorstw w Polsce jest szczególnie ważne, bo ‒ jak zwraca uwagę Starczewska-Krzysztoszek ‒ zbliża się czas sukcesji w polskich firmach rodzinnych zakładanych na początku lat 90.

Trzeba pomyśleć o tym, w jaki sposób prawnie wesprzeć przekazywanie firm, tak by mogły się one dalej rozwijać. W Niemczech, w momencie kiedy właściciel firmy odchodzi bądź umiera, spadkobiercy przez 7 pierwszych lat, kiedy są właścicielami i firma działa, nie płacą podatku – mówi ekonomistka.

Choć za zachodnią granicą podnoszone są głosy o nieuczciwości takiego rozwiązania wobec osób, które dziedziczą majątek, a nie aktywa firmowe, Starczewska-Krzysztoszek broni zwolnień podatkowych przy sukcesji w firmach rodzinnych. Podkreśla, że opodatkowanie tego typu spadku może doprowadzić do niewypłacalności firmy rodzinnej lub przynajmniej odebrać jej możliwość dalszego rozwoju.

Sieci handlowe wydają na reklamę coraz więcej. W ubiegłym roku ponad miliard złotych

Wydatki sieci handlowych na promocję w mediach w 2014 r. były o ponad 100 mln zł wyższe niż rok wcześniej i przekroczyły miliard złotych. Jak co roku nakłady bardzo wzrosły w ostatnim kwartale – o 30 proc. względem III kwartału ub.r. W dalszym ciągu najwięcej na reklamę wydaje Lidl, a zaraz za nim są Biedronka i Tesco. Te trzy sieci i ich oferty są też najczęściej komentowane przez internautów.

W IV kwartale 2014 roku działające w Polsce sieci handlowe, dyskonty, supermarkety, hipermarkety i sklepy convenience przeznaczyły na promocję w mediach ponad 320 mln zł. To oznacza wzrost o 18 proc. wobec poprzedniego roku oraz o 30 proc. wobec poprzedniego kwartału 2014 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Jadaś, starszy specjalista ds. badań i produktów Instytutu Monitorowania Mediów. – Nie zmienił się lider, bo na promocję w telewizji, radiu i prasie nadal najwięcej przeznacza Lidl.

Sieć dyskontów w ostatnich trzech miesiącach roku wydała na ten cel 87,7 mln zł. Na kolejnych miejscach rankingu znalazły się Biedronka (ponad 50 mln zł) oraz Tesco (40,9 mln zł). Przedświąteczną ofensywę reklamodawcy rozpoczęli tuż po 1 listopada.

Te trzy sieci są również liderami zestawienia całorocznych nakładów na promocję. Cała branża przeznaczyła na ten cel ponad miliard złotych. Rok wcześniej wydatki nie przekroczyły 900 mln zł.

– Można już mówić o setkach milionów złotych przeznaczanych przez te trzy sieci na promocję w telewizji, radiu i prasie. W przypadku Lidla było to około 370 mln zł, czyli więcej niż cała branża przeznaczyła na promocję w IV kwartale – podkreśla Łukasz Jadaś.

W przypadku Biedronki całoroczne wydatki przekroczyły 200 mln zł, a Tesco – 100 mln zł.

Promujące się w krajowych mediach sieci handlowe najchętniej wybierały reklamę telewizyjną. W 2014 roku 129 mln zł trafiło na emisję reklam na antenie Polsatu, 128 mln zł do TVN, 97 mln zł do TVP1, zaś 96 mln zł do TVP2.

Jak się okazuje, zależności pomiędzy rozmachem kampanii reklamowej a zainteresowaniem internautów i dziennikarzy są wprost proporcjonalne.

– Z badań Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że najwięksi reklamodawcy cieszą się też największym zainteresowaniem mediów, dziennikarzy tradycyjnych oraz internautów w mediach społecznościowych – zwraca uwagę ekspert IMM. – To właśnie o tych trzech sieciach z czołówki rankingu najczęściej rozmawiają internauci w social media.

W czwartym kwartale IMM odnotował blisko 3,4 tys. publikacji w mediach tradycyjnych na temat Lidla. Biedronka pojawiła się w publikacjach medialnych 1,4 tys. razy, a Tesco – ponad 1 tys. W mediach społecznościowych najwięcej uwagi internauci poświęcili dyskontom Jeronimo Martins. W sieci pojawiło się ponad 35 tysięcy dyskusji, wpisów i komentarzy na temat Biedronki.

Dyskusje na temat ofert handlu w Polsce najczęściej toczone są na Facebooku. Częstym miejscem rozmowy o ofertach sklepów są też fora dyskusyjne, głównie kobiece. Z badań wynika, że pozytywnych wzmianek, gdy chodzi o reklamujące się sieci, jest zdecydowanie więcej.

Internauci w mediach społecznościowych najczęściej dyskutują o ofertach sklepów, jakości ich produktów i co charakterystyczne, to wydźwięk tej dyskusji jest w znacznej mierze pozytywny – ocenia Łukasz Jadaś. – Liczba wzmianek, które pozytywnie odnoszą się do samych sklepów bądź do ich oferty, cztero-, a nawet pięciokrotnie przewyższa liczbę wzmianek negatywnych.

Hitem wśród internautów w ostatnich miesiącach roku stały się nagrania w serwisie YouTube przedstawiające przepychanki klientów o karpia.

Ceny drewna wzrosną w tym roku o 5 proc. Dobra koniunktura dla Lasów Państwowych

Ceny drewna w tym roku powinny wzrosnąć o kolejne 5 proc. – ocenia dyrektor generalny Lasów Państwowych. Dobra koniunktura na rynku drzewnym pomoże w utrzymaniu dobrych wyników przedsiębiorstwa, które ubiegły rok zakończyło z 400 mln zł zysku. Lasy Państwowe – podobnie jak w ubiegłym roku –  muszą wpłacić do kasy państwa 800 mln zł.

Lasy Państwowe są w dobrej i stabilnej kondycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Wasiak, dyrektor generalny Lasów Państwowych. – 2014 rok zakończymy prawdopodobnie wynikiem podobnym do tego osiągniętego w 2013 roku, czyli wypracujemy około 400 mln zł zysku. Najważniejsze jest jednak to, że zakończymy z dobrymi efektami w zakresie gospodarki leśnej.

Jak podkreśla dyrektor, dzięki rosnącym wpływom ze sprzedaży drewna udało się o kilka procent zwiększyć nakłady na hodowlę i ochronę lasów. Na początku ubiegłego roku przedsiębiorstwo musiało jednak zredukować zaplanowane inwestycje – z 1 mld zł do 700 mln zł. To efekt zmian w ustawie, które nałożyły na Lasy Państwowe obowiązek przekazania do budżetu 800 mln zł w 2014 r. i 2015 r.

Obniżenie inwestycji w ubiegłym roku to było jedno z najważniejszych wyrzeczeń, jakie poniosły Lasy Państwowe. W 2014 roku również staraliśmy się ograniczyć koszty działalności administracyjnej, żeby zrealizować zapis ustawowy – mówi Adam Wasiak.

Od przyszłego roku – zgodnie z ustawą – Lasy Państwowe będą oddawać do budżetu 2 proc. swoich przychodów. Władze przedsiębiorstwa liczą na to, że dobra koniunktura na rynku drewna pozwoli zakończyć 2015 rok na plusie.

Wydaje się, że 2015 rok będzie podobny do 2014 roku i przyniesie kolejny wzrost cen drewna w granicach 5 proc. wraz ze wzrostem pozyskania drewna, co wynika z planów urządzania lasu – prognozuje  Adam Wasiak. – To wszystko spowoduje, że w tym roku – mam nadzieję – będziemy mogli mówić o dobrej sytuacji ekonomicznej i zakończyć go dodatnim wynikiem finansowym, który pozwoli na to, by wpłacając pieniądze do budżetu, nie ograniczyć już środków przeznaczanych na inwestycje.

Lasy Państwowe są potentatem na polskim rynku. Polska jest zalesiona w ponad 29 proc. W sumie to ponad 9 mln ha, z czego Lasy zarządzają 7,6 mln ha. Organizacja zarabia głównie na sprzedaży drewna, jednak jej celem strategicznym jest to, by zadrzewiona część Polski nie zmniejszała się mimo wycinki.

Polskie firmy śmielej wchodzą na rynek amerykański, również z produkcją

Choć wartość polskich inwestycji w USA jest niewielka, to od 2010 roku utrzymuje się ona na znacznie wyższym poziomie niż wcześniej. Firmy są coraz bardziej zainteresowane wejściem na ten rynek – decydują się nie tylko na rozpoczęcie sprzedaży, lecz także na rozwijanie produkcji. Przekonuje ich do tego m.in. duża liczba konsumentów i przychylność władz.

USA jest jednym z najtrudniejszych rynków – ocenia Krzysztof Jabłoński, prezes zarządu Korona Candles, firmy, która sprzedaje i produkuje świece również w USA. – Myślę, że polscy eksporterzy, którzy dzisiaj sprzedają swoje towary ze znakiem „Made in Poland”, mogą coś na ten temat powiedzieć. Jeszcze trudniej jest sprzedawać towary produkowane „Made in USA” przez polską spółkę.

Mimo to rynek amerykański jest atrakcyjny dla polskich firm. Z raportu KPMG i AmCham wynika, że w 2012 roku w USA działało 40 polskich firm, a wartość inwestycje polskich w USA wynosiła 6,3 mld zł. To niewiele w porównaniu ze skalą inwestycji amerykańskich w Polsce (91 mld zł i 800 firm), ale eksperci podkreślają, że trend jest pozytywny. Od 2010 roku poziom inwestycji utrzymuje się na wyższym poziomie niż we wcześniejszym okresie.

Rynek amerykański jest największym rynkiem na całym świecie, jest praktycznie o połowę większy niż rynek europejski – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Jabłoński. – To jest dla nas wyzwanie.

A jednocześnie duża szansa. Inwestorów z Polski zachęca również przychylne podejście władz lokalnych.

Amerykanie mają inne podejście – podkreśla prezes Korony. – To, co mnie w jakiś sposób zdziwiło, to ich otwartość i to, że wszyscy chcą nam pomóc. Amerykanie są bardzo otwarci, szczerzy, cieszą się z każdego miejsca pracy. Tak powinno być też w Polsce. Władze są bardzo otwarte. Już nie mówię o tym, że wspierają nas również finansowo, ale współpraca z nimi to naprawdę przyjemność. Tego powinny się od nich nauczyć polskie firmy i instytucje finansowe.

Korona Candles z Wielunia należy do potentatów na światowym rynku produkcji świec. Tylko w Polsce z jej taśm zjeżdża 9 mln sztuk tych produktów dziennie, a roczna produkcja spółki sięga 2,5 mld sztuk. Pokaźna część z nich trafia do USA.

Na rynku amerykańskim jesteśmy od kilku lat. Już dzisiaj udział rynku amerykańskiego w naszej sprzedaży to 16 proc. W związku z tym, że chcemy rozwijać naszą działalność w Stanach, postanowiliśmy wybudować fabrykę w Wirginii, konkretnie w hrabstwie Pulaski, w miejscowości Dublin – mówi Jabłoński.

W marcu zeszłego roku Korona otrzymała klucze do swej amerykańskiej fabryki, zaś w listopadzie wyjechały stamtąd pierwsze ciężarówki z towarem. W trzy lata polska spółka planuje tam wydać na inwestycje 21 mln dolarów.

W Stanach docelowo będziemy zatrudniali 170 osób – informuje Krzysztof Jabłoński. – Obecnie pracuje tam 90 osób. W Polsce od lat nasze zatrudnienie jest na stałym poziomie i wynosi w zależności od sezonowości między 850 a 900 osób. Obecnie zatrudniliśmy kilka osób w Wieluniu, które obsługują naszą firmę córkę w USA, dając jej zaplecze logistyczne, serwisowe, IT. 

Rotacyjne menu zwiększa liczbę klientów w restauracjach

Na kulinarnej mapie Polski pojawia się coraz więcej restauracji, które oferują swoim klientom rotacyjne menu. Nie są one nastawione tylko na jeden typ kuchni. Każdego dnia można w nich skosztować potraw z różnych zakątków świata. Ich szefowie wykorzystują także regionalne, ekologiczne produkty do tworzenia nowych nut smakowych.

Polacy coraz więcej podróżują, a co za tym idzie – poznają nowe smaki, produkty i przyprawy. Po powrocie do kraju zaczynają więc szukać restauracji, w których mogą znaleźć podobne propozycje.

Jesteśmy, jako naród, coraz bardziej ciekawi kulinarnie, dlatego powinniśmy, jako restauratorzy, być otwarci, czyli łączyć Polskę z Francją, Włochy z Chorwacją, co tylko się da. Łączyć, próbować, kombinować i czasem wyjdzie fajna nowa przekąska, nowe danie główne – mówi agencji informacyjnej Newseria Sylwester Drężek, szef kuchni w restauracji A Nuż Widelec.

Sylwester Drężek podkreśla, że do tej pory był wyraźny podział i restauracje – albo serwowały tradycyjne polskie menu, albo specjalizowały się w jednej z kuchni innego kraju. Teraz wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów i urozmaicają karty dań.

Mamy rotacyjne menu, bo chcę pokazać ludziom, ile jest produktów i ile możemy z nich zrobić. Chodzi o to, żeby zaskoczyć gości, żeby za każdym razem mogli u nas zjeść coś innego. Nie musi to cały czas być kuchnia polska czy francuska, można to zmieniać, można łączyć kuchnie. Wszystko zależy od nas, kucharzy, i od tego, co mamy w głowie – tłumaczy Sylwester Drężek.

Szefowie kuchni mają okazję, by wykazać się i zaprezentować swoje kulinarne inspiracje, a zadowoleni klienci szybko wracają, by znów posmakować czegoś nowego.

Ludzie są zaskoczeni, ale przede wszystkim zadowoleni, bo np. w poniedziałek jest do nas dostarczana sezonowana wołowina z angusa, kurczę kukurydziane, a w środę to jest już coś zupełnie innego: ryby z naszej wędzarni, inne sałaty. Można zmieniać menu codziennie – uważa Sylwester Drężek.

Dodaje, że podstawą kuchni powinny być świeże, regionalne produkty. Trzeba przede wszystkim na różne sposoby wykorzystywać sezonowe warzywa i owoce.

Jeżdżę po Polsce, ale staram się też za granicą zwiedzać różne dziwne miejsca, szukać jedzenia i dostawców – małych, lokalnych, bo oni gwarantują świeżość. Wydaje mi się, że Warszawa jeszcze nie jest nasycona restauracjami, które przede wszystkim serwują zdrowe regionalne produkty – mówi Drężek.

Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego o ochronie danych osobowych korzystne dla NIK

0

Prokurator Generalny złożył wniosek do Trybunału Konstytucyjnego, którego skutkiem mogło być pozbawienie kontrolerów NIK dostępu do informacji wymienionych w art. 27 Ustawy o ochronie danych osobowych. To w praktyce uniemożliwiłoby przeprowadzenie wielu istotnych kontroli. Sędziowie TK przychylili się jednak do argumentacji przedstawicieli Izby.

Ustawa o Najwyższej Izbie Kontroli z 2012 roku wprowadziła dostęp kontrolerów do wrażliwych danych osobowych pod warunkiem, że będzie to niezbędne do przeprowadzenia kontroli. Ustawodawca przyznał inspektorom bardzo szerokie uprawnienia, pozwalając na przetwarzanie danych ujawniających pochodzenie rasowe lub etniczne kontrolowanych, ich poglądy polityczne, przekonania religijne lub filozoficzne, przynależność wyznaniową, partyjną lub związkową, jak również danych o stanie zdrowia, kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym oraz danych dotyczących skazań, orzeczeń o ukaraniu i mandatów karnych, a także innych orzeczeń wydanych w postępowaniu sądowym lub administracyjnym.

W rezultacie publicznej dyskusji wokół tych uprawnień NIK ogłosiła, że zgadza się na ich ograniczenie w formie zmiany przepisu. Dodatkowo Izba ogłosiła, że do tego czasu nie będzie prowadzić kontroli wymagających dostępu do danych o:

  • pochodzeniu rasowym lub etnicznym
  • poglądach politycznych, przekonaniach religijnych lub filozoficznych
  • przynależności wyznaniowej, partyjnej lub związkowej
  • danych o kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym.

Prokurator Generalny stwierdził jednak, że to za mało, i zwrócił się do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności z ustawą zasadniczą uprawnień kontrolerów w zakresie przetwarzania wrażliwych danych osobowych. Gdyby TK przyznał mu rację, Izba straciłaby możliwość przeprowadzenia wielu istotnych kontroli, na przykład:

  • przestrzegania praw pacjentów
  • udzielania pomocy osobom niepełnosprawnym
  • działalności zakładów karnych i poprawczych
  • a także poprawności nakładania i ściągalności mandatów.

Stało się jednak inaczej. Departament Prawny i Orzecznictwa Kontrolnego NIK przygotował wyczerpujące odpowiedzi na pytania Trybunału, a przedstawiciele Izby  podczas rozprawy wyjaśnili sędziom wszystkie wątpliwości. W rezultacie TK uznał, że jedynie przetwarzanie danych ujawniających poglądy polityczne, przekonania religijne lub filozoficzne, jak również dane o kodzie genetycznym, nałogach lub życiu seksualnym, nie jest przydatne w świetle konstytucyjnego i ustawowego katalogu podmiotów kontrolowanych przez NIK oraz zakresu dopuszczalnej kontroli.

Kontrolerzy będą więc mogli korzystać podczas wykonywania obowiązków z danych ujawniających pochodzenie rasowe lub etniczne kontrolowanych, przynależność wyznaniową, partyjną lub związkową, jak również danych o stanie zdrowia oraz danych dotyczących skazań, orzeczeń o ukaraniu i mandatów karnych, a także innych orzeczeń wydanych w postępowaniu sądowym lub administracyjnym.

W związku z wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego przestaje obowiązywać samoograniczenie NIK dotyczące  przetwarzania danych o pochodzeniu rasowym lub etnicznym, a także przynależności wyznaniowej, partyjnej lub związkowej. Te informacje mogą okazać się ważne np. podczas kontroli dotyczącej ochrony cudzoziemców czy postępów repatriacji.

Na złożenie pierwszych deklaracji zostało tylko kilka dni

0

Podatnicy płacący ryczałt od przychodów ewidencjonowanych z działalności gospodarczej lub z tytułu umów najmu, podnajmu, dzierżawy lub innych umów o podobnym charakterze (PIT-28) powinni rozliczyć się z urzędem skarbowym do końca stycznia*. Mogą to zrobić także w wersji elektronicznej.

W tym terminie deklaracje podatkowe powinni złożyć także podatnicy opłacający zryczałtowany podatek dochodowy w formie karty podatkowej (PIT-16A) oraz podatnicy opłacający zryczałtowany podatek dochodowy od przychodów osób duchownych (PIT-19A).

Wszystkie powyższe deklaracje można wysłać drogą elektroniczną bez kwalifikowanego podpisu elektronicznego. W ten sam sposób składa się również korektę tych deklaracji. Można to zrobić korzystając z interaktywnego formularza lub z darmowej i wygodnej aplikacji przygotowanej przez Ministerstwo Finansów, dostępnych na stronie internetowej www.portalpodatkowy.mf.gov.pl. Dowodem złożenia deklaracji w tej formie jest Urzędowe Poświadczenie Odbioru, które zawiera m.in. datę przyjęcia deklaracji przez system e-Deklaracje.

Zeznania możemy także złożyć w urzędzie skarbowym, gdzie otrzymamy potwierdzenie ich złożenia; nadać listem poleconym w polskiej placówce pocztowej operatora wyznaczonego w rozumieniu ustawy – Prawo Pocztowe (Poczta Polska); wrzucić do „urzędomatu”, który może być umieszczony nie tylko w urzędzie skarbowym, ale także w innych miejscach, np. w urzędzie gminy.

* Jeżeli ostatni dzień terminu przypada na sobotę lub dzień ustawowo wolny od pracy, za ostatni dzień terminu uważa się następny dzień po dniu lub dniach wolnych od pracy. W 2015 r. dzień 31 stycznia przypada w sobotę, dlatego wyjątkowo ostateczny termin złożenia zeznań składanych w tym terminie mija w poniedziałek 2 lutego 2015 r.

Węgiel jest najtańszy od blisko czterech lat. Nie ma szans, by w najbliższym czasie znacząco podrożał

CEO Magazyn Polska

Światowe ceny węgla systematycznie spadają. Bogatsze państwa rezygnują z tego surowca i na rynku jest go za dużo. Trudno zatem się spodziewać, że najbliższe lata przyniosą zmianę tej tendencji.

Ważna dla polskich kopalń cena tony węgla ARA, czyli surowca przeładowywanego w europejskich portach Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia, w 2011 roku wynosiła 120 dolarów. Dziś ta sama ilość surowca kosztuje niespełna 60 dolarów.

Zakładam, że w Polsce ceny węgla energetycznego spadną w 2015 roku o około 5 proc. mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Gątarz, analityk UniCredit CAIB Polska. – Mamy wysoki poziom zapasów na rynku lokalnym i niskie ceny węgla na rynkach międzynarodowych, stąd presja na Kompanię Węglową, aby pozbyć się części tych zapasów.

Nieco lepiej wygląda sytuacja na rynku wyższej jakości węgla koksującego. Tu też wprawdzie ceny spadały w ostatnich latach, bo w 2011 roku tona kosztowała 830 zł, a dziś ok. 400 zł, jednak prognozy są lepsze niż przy węglu energetycznym.

Tutaj pierwszym wyznacznikiem jest cena benchmarkowa, czyli cena na rynkach światowych podkreśla Marcin Gątarz. – Według mnie ona w tym roku będzie średnio na poziomie zbliżonym do tego, który obserwowaliśmy w 2014 roku. W pierwszym półroczu ceny będą pewnie nieco niższe niż w poprzednich kwartałach, spodziewałbym się jednak niewielkiego ich odbicia w drugiej połowie tego roku.

 

O ile niskie ceny węgla nie są najlepszą wiadomością dla naszych kopalń, to już ich odbiorcy mogą liczyć na profity. Szczególnie spółki energetyczne mogą mieć nadzieję na lepsze wyniki.

Na pewno przełoży się to pozytywnie na zyski chociażby takich producentów, jak Enea, czyli głównego klienta Bogdanki ocenia analityk UniCredit CAIB Polska.Natomiast jeżeli chodzi o zyski spółek wydobywczych, to w przypadku Bogdanki ten spadek ceny powinien zostać skompensowany wyższym wolumenem. W przypadku jednak JSW wydaje się, że ten wzrost wolumenu, mimo że mamy nową kopalnię Knurów-Szczygłowice, może nie być wystarczający do tego, aby te zyski w jakiś istotny sposób wzrosły. Na pewno będą negatywne na poziomie netto.

Perspektywa kilkuletnia dla węgla koksującego jest nie najgorsza. Świat nadal potrzebuje węgla wysokiej jakości. Niskie ceny spowodowane są nadprodukcją, jednak część kopalni jest zamykana, dzięki czemu równoważy się strona popytowa i podażowa. Ten proces zachodzi wprawdzie stopniowo, ale z czasem powinien mieć wpływ na ceny. Gorzej jest z węglem energetycznym.

– Oczywiście jest grupa producentów, którzy produkują poniżej swoich kosztów i te kopalnie są zamykane – zwraca uwagę Marcin Gątarz z UniCredit CAIB Polska. – Widzimy, chociażby na rynku polskim, że to będzie szło w tym kierunku. Poza tym duże gospodarki odchodzą od węgla, w związku z tym spodziewałbym się raczej, że te niskie poziomy mogą utrzymywać się przez kolejne dwa, a nawet trzy lata.

Sytuacja gospodarcza sprzyja wzrostom na polskiej giełdzie. W centrum uwagi przemysł i budownictwo

CEO Magazyn Polska

W tym roku sytuacja gospodarcza powinna sprzyjać inwestycjom giełdowym. Dobre wyniki powinny osiągać spółki budowlane, przemysłowe oraz wszystkie uzależnione od cen paliw. Te prognozy znalazły potwierdzenie w doskonałych wynikach produkcji w grudniu 2014 roku. W gorszej sytuacji mogą się natomiast znaleźć importerzy. 

Ostatnie lata nie rozpieszczały polskich inwestorów giełdowych. Od początku 2012 roku, po silnych spadkach w 2011 roku, WIG20 wzrósł o 7,6 proc. Przez ten czas niemiecki DAX poszedł w górę o 65 proc., a amerykański S&P 500 o niemal 57 proc. W Polsce jednak, gdy tylko pojawiały się sygnały ożywienia, nastroje psuły wydarzenia lokalne.

W 2013 roku zostaliśmy zaskoczeni reformą OFE, która cofnęła nas o dekadę w rozwoju rynku polskiego, szczególnie rynku akcji mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Jarosław Lis, zarządzający funduszami BPH TFI. – Natomiast w zeszłym roku, kiedy już wszystko wydawało się wracać na właściwą drogę i gospodarka nabierała rozpędu, nastąpił konflikt rosyjsko-ukraiński i tak naprawdę napaść Rosji na Ukrainę, co również nie przysporzyło naszemu rynkowi wzrostów.

Dziś jednak znowu inwestorzy mają powody do optymizmu. Wbrew pesymistycznym prognozom polski produkt krajowy brutto w ubiegłym roku wyniósł 3,3 proc. (GUS) i według najnowszych wyliczeń Banku Światowego na podobnym poziomie powinien pozostać i w bieżącym roku (3,2 proc.). Produkcja przemysłowa w grudniu wzrosła o 8,4 proc. w porównaniu z grudniem 2013 roku. To znacznie lepszy wynik od oczekiwań analityków, którzy wzrost ten szacowali na nieco ponad 5 proc.

Gospodarka powoli nabiera właściwego rozpędu zwraca uwagę Jarosław Lis.Wszystkie wskaźniki wyprzedzające, takie jak depozyty przedsiębiorstw, które systematycznie rosną, wskaźniki, jak PMI pokazujący dobrą sytuację w przemyśle czy niemiecki ZEW, który również pokazuje popyt na nasze towary, sugerują, że te najbliższe kwartały będą dla gospodarki bardzo dobre. Dodatkowo spadające ceny ropy powinny nam dodać znaczący wzrost do PKB z racji malejącego importu.

Na rynku o pieniądze inwestorów coraz trudniej walczyć będzie np. bankom, które przy niskich stopach procentowych NBP nie są w stanie zaproponować atrakcyjnych lokat. Także obligacjom – mimo niskich rentowności na rynku wtórnym – będzie trudno osiągnąć poziomy wzrostu z ubiegłego roku, a ich oprocentowanie przegrywa choćby z dywidendami wypłacanymi przez lepsze spółki.

W tym środowisku wydaje nam się, że najlepszą grupą aktywów będą akcje – ocenia zarządzający funduszami BPH TFI. Najlepsze naszym zdaniem będą sektory cykliczne, takie jak przemysł, budownictwo i wszystkie spółki, które są silnie uzależnione od tych spadających cen surowców i na tym powinny skorzystać, m.in. transport. Unikalibyśmy importerów, szczególnie uzależnionych od dolara. Wysokie kursy tej waluty nie będą pomagały takim spółkom. Wydaje nam się też, że sektory defensywne, które w ostatnim roku były dobre, jak choćby energetyka, nie powinny w tym roku już przynieść tak wysokich stóp zwrotu.

Polska giełda od kilku lat pogrążona jest w stagnacji, której nie były w stanie przerwać nawet przyzwoite wzrosty na głównych światowych rynkach. Teraz jednak, gdy wzrostom polskich akcji sprzyja wiele czynników w gospodarce polskiej i międzynarodowej, te światowe wzrosty na pewno nie zaszkodzą.

Wydaje się, że mimo tego, że od kilku lat mamy zdecydowaną hossę na głównych rynkach światowych, trend ten ma szansę być kontynuowany – podkreśla Jarosław Lis z BPH TFI.Nawet te ostatnie kilka miesięcy przyniosło korekty, które zapowiadają kontynuację wzrostów w kolejnych kwartałach.

Ipopema: Ropa może zacząć drożeć w II połowie roku. Ceny są tak niskie, że część producentów zbankrutuje lub ograniczy wydobycie

CEO Magazyn Polska

W II połowie roku ropa może zacząć drożeć. Ceny na światowych rynkach są już na tyle niskie, że niektórym producentom wydobycie przestało się opłacać. Gdy ograniczą eksport, na rynku zacznie przeważać popyt na ten surowiec.

Pierwsze oznaki zahamowania spadku cen ropy już widać. W połowie stycznia ceny osiągnęły dotychczasowy dołek i zawróciły w kierunku 50 dolarów za baryłkę. Międzynarodowa Agencja Energii mimo spadku cen ropy nie zmieniła w styczniu swojej prognozy wzrostu popytu na ten rok, które jest na poziomie 0,9 mln baryłek dziennie. Zdaniem analityków choć ropa w drugiej połowie roku powinna podrożeć, to jej niskie ceny w pierwszych miesiącach roku spowodują, że średnia cena będzie niemal o połowę niższa niż w zeszłym roku.

Oczekujemy, że średnie ceny ropy w tym roku będą wynosiły 55 dolarów za baryłkę mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wojciech Kozłowski, analityk akcji Ipopema Securities.

Jak tłumaczy, dotychczasowe spadki cen związane są z listopadową decyzją Arabii Saudyjskiej oraz innych krajów OPEC o niezmniejszaniu produkcji ropy naftowej.

Od 2012 roku produkcja ropy wzrosła do 89 mln baryłek dziennie. Oczekuje się, że w 2015 roku produkcja sięgnie ponad 92 mln baryłek. Jednocześnie za wzrostem podaży i wzrostem produkcji nie idzie wzrost popytu na tę ropę. W związku z tym kraje takie jak OPEC, głównie Arabia Saudyjska produkująca około 10 mln baryłek dziennie, zadecydowały, że należy zmienić rentowność projektów upstreamowych na świecie, obniżając cenę ropy lub nie zmniejszając produkcji.

Najwyższe koszty produkcji ropy ma Ameryka Północna. Dziś w ocenie analityka prowadzi wydobycie poniżej progu opłacalności. Arabia Saudyjska, obniżając cenę ropy, chce więc doprowadzić do ograniczenia produkcji, ale głównie przez USA i Kanadę, zamiast zmniejszać swoją produkcję. Na razie bez skutku.

Obserwujemy, że liczba nowych odwiertów w Ameryce Północnej i Stanach Zjednoczonych spada mniej więcej od października-listopada zeszłego roku, kiedy cena ropy faktycznie mocno spadła podkreśla Wojciech Kozłowski. Natomiast te spadki są anemiczne, więc jest relatywnie duża wiara w to, że ceny odbiją i produkcja w Stanach Zjednoczonych czy Kanadzie stanie się opłacalna.

Wydobycie drogiej ropy przy niskich cenach odbija się jednak niekorzystnie na kondycji amerykańskich spółek naftowych. W efekcie pogarsza się rentowność obligacji producentów ropy i gazu w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.

 Widzimy tutaj, że te yieldy [rentowności – red.] mocno rosną zwraca uwagę analityk akcji Ipopema Securities. To oznacza, że wzrasta ryzyko działalności tego typu spółek, więc może dojść do tego, że te firmy, mówiąc wprost, zbankrutują lub będą kupowane przez inne, które mają lepsze wyniki.

Wysoka rentowność obligacja oznacza ich coraz niższą cenę. Czyli posiadacz takich papierów może liczyć na wyższy zwrot z inwestycji, o ile spółka w międzyczasie nie zbankrutuje i znajdzie się na rynku nabywca tych wysoko oprocentowanych walorów. Im wyższa rentowność i niższa cena, tym wyższe ryzyko negatywnego scenariusza. Z czasem niekorzystne warunki działalności firm wydobywczych mogą spowodować ograniczenie wydobycia przez firmy amerykańskie, a w rezultacie ostatecznie zahamować dalsze spadki cen ropy.

 Przy tych cenach ropy działa mechanizm, który będzie powodował zmniejszenie produkcji, szczególnie w Stanach Zjednoczonych i Ameryce Północnej, bo te tereny są najwyżej na krzywej kosztów ocenia Wojciech Kozłowski z Ipopema Securities.  Myślę jednak, że tak naprawdę dopiero od połowy roku te czynniki spowodują, że cena ropy się ustabilizuje.

Jeśli ropa podrożeje lub przestanie tanieć, zatrzymają się także spadki cen paliw na stacjach. Na razie jednak kierowcy mogą się cieszyć: z danych BM Reflex wynika, że między 15 a 22 stycznia średnie ceny paliw na polskich stacjach benzynowych potaniały o kolejne 7-8 groszy na litrze.

Analitycy oczekują podwyżek stóp procentowych w USA. Po ostatnich decyzjach europejskich banków Fed może jednak zdecydować inaczej

CEO Magazyn Polska

Stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych wcale nie muszą wzrosnąć. Większość ekonomistów uważa, że zarząd Rezerwy Federalnej wkrótce rozpocznie cykl podwyżek, który wzmocni dolara i obniży prognozowaną na ok. 1,6 proc. inflację. Zdaniem Łukasza Wardyna z City Index Amerykanie wcale nie muszą postąpić zgodnie z oczekiwaniami rynku.

Stopy procentowe w USA zostały w 2008 roku obniżone do najniższego poziomu w historii (0-0,25 proc.). Decyzja Fed związana była z kryzysem gospodarczym do jakiego doszło po upadku banku Lehman Brothers. Od tego czasu gospodarka amerykańska odbiła się od dna i wzrost PKB w Stanach szacowany jest przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy na 2,4 proc. w 2014 r. i na 3,6 proc. w 2015 r. Zarząd Rezerwy Federalnej od kilku miesięcy sugeruje, ze zacznie podnosić stopy utrzymywane od siedmiu lat na poziomie bliskim zera.

– Uważałbym na to zapewnienia o tym, że stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych zaczną zdecydowanie rosnąć – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Wardyn, dyrektor zarządzający City Index. – Proszę zwrócić uwagę na to, co się dzieje w otoczeniu rynkowym, czyli w strefie euro i Szwajcarii, gdzie te stopy są coraz niższe. Bez wątpienia ruchy Szwajcarskiego Banku Narodowego czy Europejskiego Banku Centralnego blokują w pewnym stopniu Fed.

Szwajcarzy 15 stycznia obniżyli swe stopy do poziomu minus 0,75 proc. Tydzień później Europejski Bank Centralny ogłosił skup obligacji w strefie euro o skali większej niż oczekiwana przez ekonomistów (1 bln euro), co osłabiło euro i umocniło dolara. Silny dolar oznacza osłabienie m.in. amerykańskiego eksportu i pogorszenie sytuacji tamtejszych firm.

– Myślę, że w takie sytuacji, jest to argument przemawiającym za tym, żeby stopy w Stanach Zjednoczonych wcale tak szybko nie rosły uważa Łukasz Wardyn. – Spokojnie z tym ocenami, bo być może wszyscy się przeliczyliśmy i nie słusznie założyliśmy, że stopy w Stanach szybko zaczną rosnąć, niekoniecznie tak musi być.

O ile Fed wstrzyma się z podwyżkami stóp, amerykańska gospodarka może rozwijać się w coraz szybszym tempie. To oznacza, że akcje na giełdach w USA mogą być znacznie atrakcyjniejsze, niż się obecnie prognozuje. W ciągu roku Dow Jones zyskał wprawdzie ponad 6 proc., a technologiczny NASDAQ ponad 10 proc., w ostatnim miesiącu jednak oba indeksy spadły.

– Rynek amerykański jest najmocniejszy i pozostanie najmocniejszy – podkreśla dyrektor zarządzający City Index. – Co wcale nie oznacza, że w 2015 roku akurat będzie rósł. Natomiast wzrost gospodarczy utrzymywany, który jest w Stanach Zjednoczonych, jest imponujący.

Dlatego rozważając inwestycje w amerykańskie spółki, warto brać dziś pod uwagę różne scenariusze. Na razie w ocenie dyrektora zarządzającego City Index Łukasza Wardyna nic nie jest jeszcze przesądzone i Rezerwa Federalna wcale nie musi podejmować takiej decyzji, jakiej oczekuje większość ekonomistów.

– Inwestorzy liczą na to, że powoli zaczną rosnąć stopy procentowe, co akurat byłoby niekorzystne dla rynku amerykańskiego. Niekoniecznie to się musi stać tak szybko, na przykład w pierwszej połowie 2015 roku. Biorąc pod uwagę problemy strefy euro, Szwajcarii, innych gospodarek i słabnącego rynku w Chinach, to cały czas można uważać, że relatywnie amerykańska gospodarka i amerykańskie spółki będą miały się lepiej niż inne rynki akcji.

Forbis Group rozwija się wraz z polskim rynkiem centrów handlowych. Firma liczy na kolejny dobry rok

0

CEO Magazyn Polska

W zeszłym roku Forbis Group zrealizował o 20 proc. więcej zleceń niż w 2013 roku. Firma liczy na to, że nadal będzie utrzymywać podobne tempo rozwoju.  Na polskim rynku przybywa sieci sklepów, które inwestują w swój wizerunek.

Forbis Group to jednocześnie biuro projektowe działające w branży handlu detalicznego, jak i wykonawca projektów; posiada własne zaplecze realizacyjne, m.in. produkuje meble na potrzeby klientów. Firma realizowała projekty m.in. dla takich marek, jak  CCC, Prima Moda, Wojas, Potis & Verso, Lacoste, Max Mara czy Armani.

Największy wzrost zainteresowania zaobserwowaliśmy właśnie w obszarze projektowym, w obszarze tworzenia konceptów sklepów mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marcin Powierza, dyrektor zarządzający i członek zarządu Forbis Group.  Ta tendencja jest szczególnie widoczna wśród polskich marek, polskich sieci, ale zagraniczne podmioty również coraz częściej interesują się naszym rynkiem. Naszymi usługami interesują się także podmioty, które planują rozwój bądź wchodzą na nasz rynek.

Ten wzrost zainteresowania wiąże się z dynamicznym rozwojem rynku centrów handlowych. W zeszłym roku, jak wynika z raportu Cushman & Wakefield, działały w Polsce 432 wielkie obiekty o łącznej powierzchni przekraczającej 10 mln mkw. Według Colliersa tylko w 229 centrach zlokalizowanych w dużych polskich miastach działało blisko 16,5 tys. najemców, głównie sklepów różnych sieci. Tymczasem w budowie były kolejne o galerie powierzchni 850 tys. mkw.

– Zarówno polskie firmy, jak i zagraniczne chcą jak najwięcej usług zlecić firmom zewnętrznym, bo to przyczynia się do obniżania kosztów operacyjnych ocenia Marcin Powierza.  Ograniczane są inwestycje na rozwój własnych, wewnętrznych działów inwestycji, na rzecz takich firm jak my, które prowadzą inwestycję w imieniu inwestora od A do Z. To przekłada się na coraz większe zainteresowanie naszą kompleksową ofertą.

Forbis obserwuje wzmożone zainteresowanie swymi usługami wśród klientów z sieci obuwniczych i odzieżowych. Są to głównie krajowe sieci, które chcą dokonać remodelingu istniejących sklepów, chcą się rozwijać, by konkurować z zagranicznymi sieciami, które mają już ugruntowaną pozycję na rynku.

Polskie sieci chcą nadążać za światowymi trendami podkreśla dyrektor zarządzający, członek zarządu Forbis Group. Chcą nadążać za rozwojem również swojej grupy docelowej, bo też projektując, zawsze bierzemy pod uwagę produkt i grupę docelową naszych klientów. Klient też ewoluuje, rozwija się, więc chcąc podążać za tym klientem, sieci inwestują w rozwój produktu, w rozwój kolekcji, a także w opakowanie tego produktu, czyli w koncept sklepu. Tutaj jest nasza rola, w tym możemy się wykazać.

Nowe centra handlowe, rosnące sieci sklepów i nowi gracze na rynku przekładają się na wzrost zamówień.

Procentowo jest to ponad 20-proc. wzrost rok do roku.  ujawnia Marcin Powierza z Forbis Group.  Zeszły rok zakończyliśmy bardzo pozytywnie: osiągnęliśmy bardzo duży wzrost i zdobyliśmy kilkudziesięciu nowych klientów, dlatego z dużym optymizmem myślimy o rozwoju w tym roku. Chcielibyśmy utrzymać to samo tempo, które odnotowaliśmy w 2014 roku.

Zmiany w Służbie Celnej. Rozliczenia dla przedsiębiorców będą uproszczone

Od 1 lipca br. krakowska Izba Celna będzie odpowiadać za rozliczenia celne na terenie całego kraju. Rozliczenia z jedną izbą zamiast z szesnastoma, jak było do tej pory, mają ułatwić przedsiębiorcom działalność na rynkach zagranicznych. Od 1 września wdrożone zostaną także nowe systemy do kontroli eksportu i importu. Będzie również nowy system księgowo-finansowy oraz wspólna platforma do zarządzania dla izb celnych.

W tej chwili czekamy na podpis prezydenta do zmiany ustawy o służbie celnej, która pozwala scentralizować rozliczenia z zakresu ceł, akcyzy i podatków od importu, które przedsiębiorcy zgłaszają przy imporcie towarów – powiedział w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Kapica, wiceminister finansów i szef Służby Celnej.

Sejm przyjął nowelizację ustawy o Służbie Celnej w połowie stycznia. Wszystkie należności celne, podatkowe i inne będą rozliczane przez jedną Izbę Celną – wybór padł na krakowską. Do tej pory zadanie to było podzielone między 16 placówek wojewódzkich. Jak podkreśla Kapica, pozwoli to na zdecydowane uproszczenie rozliczeń, a także poprawi komunikację pomiędzy przedsiębiorcami oraz Służbą Celną.

Krakowska Izba Celna będzie rozliczała cła i podatki niezależnie od tego, w którym miejscu towary przejdą odprawę celną. Zmiany wejdą w życie 1 lipca tego roku.

Kapica dodaje, że od 1 września br. zmieni się również komputerowy system celny Celina. Zastąpią go nowe systemy AES i AIS (Automatyczny System Eksportu i Automatyczny System Importu). Mają one mieć rozbudowane funkcjonalności obsługi elektronicznej handlu zagranicznego, a także uwzględnić nowe wymagania Dyrektoriatu Generalnego Podatków i Ceł (DG TAXUD) Komisji Europejskiej.

‒ Istotnym elementem będzie również uruchomienie 1 lipca 2015 r. kolejnego rozwiązania nowego systemu Zefir 2, który ma wspierać rozliczenia finansowo-księgowe i eksport w tym zakresie – dodaje Kapica.

Wiceminister finansów zapowiada także, że Służba Celna planuje wprowadzenie jednej platformy usług, która będzie kanałem komunikacji pomiędzy izbami celnymi i przedsiębiorcami. Ma ona być dostępna w połowie tego roku.

Do 80 proc. wynagrodzenia z obecnych 100 proc. obniżone zostaną uposażenia chorobowe dla celników. Zwiększa się wymagania wobec celników, m.in. będą przechodzić badania psychofizyczne oraz będą musieli zgłaszać informacje o tym, że ich małżonkowie, krewni lub osoby prowadzące wspólnie gospodarstwo domowe są zatrudnione w administracji celnej.

Celnicy będą mieli także nieco większe uprawnienia dotyczące kontroli celnej, która obecnie jest prowadzona m.in. przez Inspekcję Weterynaryjną czy Państwową Inspekcję Ochrony Roślin i Nasiennictwa. Nie będą też odpowiadać karnie za przestępstwo popełnione w wyniku wykonania polecenia służbowego.

W przyszłym roku ruszy terminal naftowy w Gdańsku. PERN „Przyjaźń” liczy na kilkadziesiąt milionów złotych przychodów

Budowa terminalu naftowego w Gdańsku na półmetku. Pierwszy transport ropy zostanie przyjęty w przyszłym roku. Już w początkowym etapie funkcjonowania terminalu PERN „Przyjaźń” chce zwiększyć przychody o kilkanaście milionów złotych. Dzięki większym marżom więcej zarobi też Skarb Państwa.

50 proc. inwestycji jest już wykonane. Wszystkie zbiorniki w zasadzie już stoją, trwają jeszcze prace przy ostatnim, zlokalizowanym najbliżej morza. Większość prac będzie teraz wykonywana w ziemi, tych elementów nie będzie widać. Termin zakończenia inwestycji, czyli 2015 rok, nie jest zagrożony. W 2016 r. nastąpi uruchomienie terminalu, czyli wprowadzenie w pełny obieg funkcjonowania PERN – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Moskalewicz, prezes zarządu Przedsiębiorstwa Eksploatacji Rurociągów Naftowych „Przyjaźń”, właściciela inwestycji w Gdańsku.

W początkowym etapie korzystania z terminalu naftowego PERN „Przyjaźń” chce osiągnąć dzięki niemu przychody w wysokości nawet kilkudziesięciu milionów złotych. W 2013 r. całe przychody spółki wyniosły 608 mln zł, a zysk netto 215 mln zł. Wyniki po pierwszych miesiącach 2014 r. były lepsze niż rok wcześniej, m.in. dzięki większym wolumenom transportowanej ropy. Moskalewicz podkreśla, że dzięki terminalowi z czasem przychody będą rosnąć.

Szacujemy, że w początkowym okresie funkcjonowania będzie to kilkadziesiąt milionów złotych dodatkowo do naszych dotychczasowych przychodów. Natomiast proszę pamiętać, że wszyscy będziemy się uczyli korzystania z nowych możliwości. Zarówno dla nas, jak i dla naszych kontrahentów terminal będzie nową funkcjonalnością i ten biznes z roku na rok będzie bardziej efektywny – zapowiada prezes PERN „Przyjaźń”.

Gdański terminal ma być pierwszym morskim hubem naftowym, który będzie się zajmował magazynowaniem i przeładunkiem ropy naftowej, produktów ropopochodnych i chemikaliów o pojemności ok. 700 tys. metrów sześciennych. W pierwszym ma powstać sześć zbiorników na ropę naftową o łącznej pojemności 375 tys. metrów sześciennych wraz z infrastrukturą niezbędną do ich obsługi. Budowa kosztuje 415 mln zł. W drugim etapie do 2018 r. mają powstać zbiorniki na produkty ropopochodne, chemikalia, paliwo lotnicze oraz biokomponenty.

Moskalewicz podkreśla, że dzięki uruchomieniu terminalu znacznie zwiększą się możliwości dostawy różnych gatunków ropy naftowej do odbiorców w Polsce. Na świecie istnieje ponad 150 gatunków tego paliwa, a klienci mają bardzo sprecyzowane wymagania dotyczące jakości surowca.

Terminal rzeczywiście pozwoli nam znakomicie separować ropę, pozwoli nam ją blendować i dostarczać do kontrahentów – mówi Moskalewicz.

Budowa terminalu to inwestycja, która ma poprawić efektywność PERN „Przyjaźń”. Spółka liczy, że dzięki niej będzie więcej zarabiać na transporcie ropy, a to z kolei pozwoli na przekazanie większych środków do Skarbu Państwa, który jest 100-proc. właścicielem PERN „Przyjaźń”.

Natomiast nie wpłynie to na wzrost cen za przesył czy magazynowanie ropy naftowej – podkreśla Moskalewicz.

PERN „Przyjaźń” obecnie zajmuje się tłoczeniem ropy naftowej przede wszystkim przez rurociąg „Przyjaźń” z Adamowa, na granicy z Białorusią, przez Płock do Niemiec. Dostarcza ropę naftową do rafinerii w Niemczech, Płocku oraz – przez drugi rurociąg – z Płocka do Gdańska. Rurociąg łączący dwie polskie rafinerie ma możliwość przesyłu ropy w obydwu kierunkach. Głównym celem gdańskiej inwestycji jest zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego Polski i regionu w zakresie dostaw ropy naftowej i paliw płynnych.

W 2015 roku bankom spadną marże i przybędzie klientów. O zyski będą musiały powalczyć

CEO Magazyn Polska

W ubiegłym roku polskim bankom trudniej było zarabiać, ale za to sprzedawały coraz więcej produktów. W 2015 roku będą się musiały postarać, by rosnący wolumen sprzedaży zrekompensował im niższe marże. To dobra wiadomość dla klientów.

Na ostateczne wyniki osiągnięte w 2014 roku polskie banki nie powinny raczej narzekać. Jak policzył Główny Urząd Statystyczny, po trzech kwartałach sektor miał ponad 13 mld zł zysku netto, to o 10,6 proc. więcej niż w tym samym okresie 2013 roku. Mimo to bankowcy są zdania, że zeszły rok był dla nich trudny.

Był szereg wydarzeń, które powodowały, że bankom nie było tak łatwo działać mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Jeżewska-Wasilewska, analityk WOOD & Company Financial Services. – Musiały operować w otoczeniu niskich stóp procentowych, które co prawda już nie spadały przez większą część roku, jednak ta końcówka była dość problematyczna. WIBOR poszedł w dół i zanosi się, że niskie stopy procentowe, może nawet jeszcze niższe niż mamy, będą nam towarzyszyły w 2015 roku.

Zdaniem Marty Jeżewskiej-Wasilewskiej trudniej będzie zwłaszcza tym bankom, które w przeszłości udzieliły wielu kredytów we frankach szwajcarskich.

– Kolejnym problemem mogą się okazać kredyty denominowane w CHF. Istnieje ryzyko podniesienia się kosztu finansowania w sektorze, co jeszcze bardziej ograniczyć może marże odsetkowe. Dodatkowo banki mogą ograniczać spready walutowe, a to dodatkowy, choć już mniejszy cios w ich dochodowość – zauważa analityczka.

Rekordowo niskie stopy procentowe NBP oznaczają, że polskie banki zarabiają coraz mniej na odsetkach od kredytów. Z drugiej strony jednak tańsze kredyty, systematyczna poprawa sytuacji gospodarczej i wzrost zamożności Polaków skutkują wzrostem liczby kredytobiorców i wolumenu udzielanych kredytów. Instytut Badań nad Gospodarka Rynkową szacuje, że w trzy lata wzrośnie on z ponad 138 mld do 172 mld zł.

Oczekiwałabym, że w związku z dość przyzwoicie rosnącym PKB tempo wzrostu wolumenów co najmniej utrzyma się na obecnych poziomach ocenia Marta Jeżewska-Wasilewska. – Wydaje mi się, że istnieje nawet duża szansa na to, że lekko przyspieszy. Istnieje jednak ryzyko, że w związku ze spadającymi stopami procentowymi w ostatnim kwartale wyniki mogły się pogorszyć, gdyż spadły marże odsetkowe.

Sektor bankowy musi się też zmagać w tym roku z nowymi ograniczeniami, które mają zwiększyć jego bezpieczeństwo. Od stycznia wzrosła np. kwota wkładu własnego przy zaciąganiu kredytu mieszkaniowego. W zeszłym roku kredytobiorca musiał sfinansować z własnych środków co najmniej 5 proc. kosztów zakupu nieruchomości. Obecnie jest to 10 proc. To też może wpłynąć na zyskowność banków.

Być może nie wprost, gdyż te wymogi powoli rosną już kolejny rok z rzędu – uważa analityczka WOOD & Company Financial Services.Może mieć to wpływ na tempo wzrostu nowych kredytów hipotecznych i wolumeny sprzedaży nowych kredytów hipotecznych. W otoczeniu tak niskich stóp procentowych można by oczekiwać, że rynek mieszkaniowy będzie rósł bardzo szybko. Wymóg wyższego wkładu własnego może jednak ograniczyć potencjalne dynamiki.

W obecnym roku niskie stopy procentowe coraz bardziej będą ograniczać zyski, wzrośnie też ryzyko polityczne. Z drugiej strony niskie stopy mogą też przyciągnąć do banków jeszcze więcej klientów i zwiększyć kwoty pożyczek.

 Sytuacja nie zmieni się przynajmniej do końca I połowy 2014 roku, a 2015 rok będzie jeszcze większym wyzwaniem dla polskich banków podkreśla Marta Jeżewska-Wasilewska. Dlatego istotne jest teraz to, czy rosnące wolumeny pomogą zneutralizować wpływ spadających rynkowych stóp procentowych, które ograniczają marże, czy nie.

Dobra sytuacja w gospodarce skłoni przedsiębiorców do inwestowania w usługi i systemy informatyczne

CEO Magazyn Polska

Szybki rozwój nowych technologii i rosnąc świadomość klientów na temat zarządzania informatyką w biznesie to poważne wyzwanie dla firm świadczących usługi konsultingowe i IT. Muszą być na bieżąco ze wszystkimi nowymi rozwiązaniami i prognozować trendy. Przed nimi jednak dobry rok – w dobrym otoczeniu gospodarczym przedsiębiorstwa są gotowe na nowe inwestycje. 

Rynek usług IT w Polsce staje się coraz bardziej konkurencyjny, a klienci – kompetentni i wymagający. Dużo wiedzą na temat zarządzania informatyką, są coraz lepiej wyedukowani w zakresie tego, w jaki sposób spinać informatykę z biznesem.

Wymaga to od nas, dostawców, permanentnego uczenia się, analizy trendów, doskonalenia własnego warsztatu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Borys Stokalski, prezes zarządu Infovide-Matrix, dostawcy usług doradczych i rozwiązań IT. – Musimy się uczyć szybciej od naszych klientów albo umieć agregować wiedzę z różnych obszarów rynku, z różnych sektorów, żeby pozostawać atrakcyjnym dostawcą usług konsultingowych.

Dobra kondycja polskiej gospodarki powinna zachęcać przedsiębiorców do inwestowania w ich biznes i nowoczesne rozwiązania. Zdaniem Stokalskiego nurtem, który będzie coraz bardziej doceniany przez zarządzających firmami w Polsce, będzie digital business, czyli biznes cyfrowy.

To nie znaczy, że zaraz wszyscy mają być, jak Amazon czy Google – podkreśla Borys Stokalski. – Chodzi o to, że doświadczenia takich firm stają się doświadczeniami ważnymi również dla tradycyjnych podmiotów, takich jak banki czy producenci różnego rodzaju dóbr. W produktach konsumenckich znajduje coraz więcej informatyki, coraz częściej też dołączone są do nich różne usługi, jak choćby portal czy aplikacja.

Towarzyszy temu powstawanie internetu rzeczy – coraz więcej przedmiotów z naszego codziennego życia zaczyna się ze sobą komunikować. Urządzeń w sieci przybywa, a to stwarza nowe wyzwania dla ludzi zajmujących się rozwojem produktów i zarządzaniem efektywnością procesów biznesowych.

W tym wszystkim zdolność do rozumienia potencjału technologii i ich właściwego wykorzystania staje się kluczowa – zwraca uwagę prezes Infovide-Matrix. – To jest moment, który jest bardzo atrakcyjny z punktu widzenia dostawców rozwiązań i usług teleinformatycznych, bo on stwarza nowe obszary wzrostu, trochę podobnie jak ta pierwsza generacja internetu parę lat temu.

Przykładem jest branża energetyczna i pierwsze przetargi dotyczące inteligentnej infrastruktury pomiarowej. Dla Infovide-Matrix jest to branża, która obok finansowej czy telekomunikacyjnej pozostaje jedną z najbardziej perspektywicznych.

W pierwszych trzech kwartałach 2014 r. sektor finansowy i przemysłowo-energetyczny stanowiły po około 25 proc. ogółu przychodów, a sektor publiczny odpowiadał za 13 proc. obrotów firmy.

Według tegorocznego raportu ośrodka badawczego IDC udział Infovide-Matrix w polskim rynku konsultingu IT wyniósł 7,7 proc., co dało spółce 3. miejsce wśród dostawców usług konsultingowych i 3. miejsce w kategorii rozwiązań na zamówienie w Polsce.

Sprzedaż Mazdy w Polsce rośnie czterokrotnie szybciej niż w Europie

CEO Magazyn Polska

Blisko 80-proc. wzrost sprzedaży i 15. pozycja na polskim rynku – tak Mazda zakończyła 2014 rok. Prognozy na ten są optymistyczne – koncern spodziewa się dalszego zwiększania sprzedaży, choć tempo wzrostu może nie być tak imponujące. W odniesieniu do całego rynku Mazda prognozuje wzrost liczby rejestracji nowych aut do ok. 350 tysięcy. 

2014 rok był dla nas bardzo udany, sprzedaliśmy ponad 7,5 tys. samochodów, wzrost wyniósł blisko 80 proc. w stosunku do roku poprzedniego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Paździor, dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland. – To kolejny rok, w którym odnotowujemy tak wysokie wzrosty. Zamknęliśmy go wysokim udziałem w rynku w wysokości 2,3 proc.

Dzięki ubiegłorocznym wynikom Mazda awansowała na 15. pozycję w rankingu najlepiej sprzedających się marek. W tym roku koncern chce zwiększać swoje udziały w rynku. Liczy na dalsze wzrosty sprzedaży, choć ich tempo może nie być już tak imponujące jak w ostatnich latach. Pomóc w tym mają nowości, które firma wprowadza właśnie do sprzedaży.

Planujemy sprzedać mniej więcej około 10 tys. samochodów w 2015 roku – zapowiada Paździor. – Modernizujemy w tej chwili Mazdę 6, CX-5, nadal świeża jest Mazda 3. Ale oprócz tego mamy trzy zupełne nowości: Mazdę 2, CX-3 oraz nasz kultowy roadster MX-5. Wszystkie auta pojawią się w tym roku i wtedy cała linia produktowa Mazdy będzie tak naprawdę nowa.

Chociaż w ofercie Mazdy nie ma samochodów hybrydowych, to firma kładzie coraz większy nacisk na zagadnienia związane z ekologią.

Nasze samochody bazują na nowoczesnej technologii Skyactiv. Pojazdy w nią wyposażone spalają czasami bardzo podobne ilości paliwa jak typowe auta hybrydowe – zauważa Łukasz Paździor. – Łączymy zatem dobre parametry dynamiki jazdy z dobrymi wskaźnikami ekologicznymi.

Modele oparte na technologii Skyactiv stanowiły 96 proc. sprzedaży w 2014 roku.

Rosnącej sprzedaży Mazdy sprzyjać będzie rosnący w umiarkowanym tempie popyt na nowe auta w kraju. Szacunki koncernu mówią o liczbie rejestracji nowych samochodów na poziomie 350 tys. (wobec 327 tys. w 2014 roku).

Taki wzrost powinien utrzymać się w kolejnych latach – mówi Łukasz Paździor. – Być może nie jest to bardzo dynamiczne zwiększenie sprzedaży, ale mimo wszystko polskie społeczeństwo po zakończeniu kryzysu ma więcej środków finansowych i jest coraz bardziej skłonne przeznaczać je na zakup samochodów. Nie bez znaczenia jest fakt, że koszt pieniądza jest obecnie bardzo niski i łatwo można uzyskać wszelkiego rodzaju formy finansowania.

Szybko rosnąca sprzedaż marki w Polsce sprawia, że polski oddział Mazdy zaczyna się liczyć w Europie. Zajmuje piątą pozycję w rankingu największych importerów Mazdy w strukturze europejskiej.

Przed nami są Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania i Austria. Co ważne, mamy duży sukces Mazdy 6. Sprzedaż tego auta w Polsce zajmuje trzecią pozycję w Europie, co świadczy o bardzo dobrym przyjęciu tego samochodu na naszym rynku – podkreśla dyrektor zarządzający Mazda Motor Poland.

To sprawia, jak informuje Paździor, że Polska dla Mazdy jest rynkiem perspektywicznym. Od momentu rozpoczęcia działalności w czerwcu 2008 r. polski oddział Mazdy wydał klientom już 25 291 samochodów.

Ogólnie Mazda w Europie rośnie dynamicznie, ubiegły rok zamknęliśmy wzrostem na poziomie 20 proc., spodziewamy się, że w tym będzie podobnie – uważa dyrektor Paździor. – Mamy też bardzo dobrą dynamikę m.in. w Hiszpanii i na kilku innych rynkach. Oczywiście największymi odbiorcami są Niemcy i Wielka Brytania i tam również notujemy wzrosty.

Choroba psychiczna nie musi wykluczać z życia. Chorzy mogą funkcjonować na rynku pracy

CEO Magazyn Polska

Prawie 8 mln Polaków w wieku od 18 do 64 lat boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Problem staje się coraz poważniejszy, a standardy leczenia wymagają jeszcze poprawy. Odpowiednie terapie i opieka nad chorymi mogą przyczynić się do tego, że nie będą oni wykluczeni z życia społecznego i rynku pracy. Mental Health Integration Index wysoko ocenia przyjęte w Polsce rozwiązania prawne i  teoretyczną dostępność do nowoczesnych leków, podkreśla jednak, że brak nam adekwatnego finansowania.

Problemy ze zdrowiem psychicznym, na którymś z etapów życia, ma jedna czwarta ludzi, a choroby psychiczne stanowią już 20 proc. wszystkich chorób w Europie. Dane Instytutu Psychiatrii i Neurologii wskazują, że prawie 8 mln Polaków w wieku od 18 do 64 lat boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Z Indeksu Integracji Zdrowia Psychicznego wynika, że choroby psychiczne niosą ze sobą znaczne koszty ludzkie i ekonomiczne w Europie, ponadto są niedostatecznie leczone. Polska znalazła się na 15. miejscu tego indeksu i została określona jako kraj prowadzący tzw. politykę aspiracyjną w zakresie zdrowia psychicznego, co oznacza rozbieżność między przepisami i programami w polskiej psychiatrii (10. miejsce) a dostępnością do leczenia (22. pozycja).

Mamy dobre rozwiązania prawne, natomiast za nimi nie idzie adekwatne finansowanie. Przykładem jest Narodowy Program Zdrowia Psychicznego, który jest rozwiązaniem bardzo dobrym i bardzo nowoczesnym, ale jednocześnie brakuje mu adekwatnego finansowania – mówi dr n. med. Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Według raportu poziom wykształcenia polskich lekarzy psychiatrów i psychoterapeutów jest wysoki, teoretycznie dobra jest też dostępność do zarejestrowanych leków na światowym poziomie. Problemem jest natomiast niedofinansowanie tej gałęzi opieki medycznej, co ogranicza dostępność zarówno do lekarzy, jak i leków.

Przykładem może być sytuacja osób chorych na schizofrenię – w Polsce cierpi na nią ok. 380-400 tys. osób. Jest to choroba psychiczna wymagająca wieloletniego leczenia, jednak od 60 do 70 proc. pacjentów nie stosuje się do zaleceń lekarskich. Do ich stosowania zniechęca na przykład konieczność codziennego przyjmowania lekarstw. Dlatego w ostatnich latach psychiatrzy coraz szerzej stosują leki o przedłużonym działaniu. Mogą one być podawane np. w formie zastrzyku raz na dwa tygodnie lub raz na miesiąc. Lekarze podkreślają, że wpływa to na poprawę stanu zdrowia pacjenta i daje szanse na aktywne życie.

Ich stosowanie w Polsce jest jednak ograniczone, bo choć leki o przedłużonym działaniu są zarejestrowane w pełnym zakresie, to ich stosowanie jest obwarowane licznymi ograniczeniami. Są to leki, przy których refundacja jest wyższa, w związku z tym lekarze obawiają się kontroli i nałożenia przez NFZ kary – mówi dr n. med. Sławomir Murawiec.

Zastosowanie leków o przedłużonym działaniu pomaga także obniżyć koszty, jakie ponosi budżet państwa w związku z tą chorobą. Schizofrenia od kilku lat znajduje się na 4. miejscu wśród chorób generujących największe wydatki ZUS, plasując się za chorobami układu krążenia, nowotworami i chorobami układu kostno-stawowego. Co roku ZUS wydaje blisko miliard złotych na świadczenia związane z niezdolnością do pracy. Połowę tej kwoty NFZ przeznacza na refundację leków dla schizofreników. Leki o przedłużonym działaniu są nieco droższe niż stosowane na co dzień tabletki doustne, jednak zdaniem ekspertów różnica ta zostałaby zrekompensowana poprzez obniżenie kosztów społecznych wynikających ze źle leczonej choroby.

– Nie ma tylu hospitalizacji i wizyt interwencyjnych, ponieważ stosowanie tych leków umożliwia stabilne funkcjonowanie i dłużej utrzymującą się poprawę zdrowia. Dzięki temu pojawia się także możliwość podjęcia pracy przez osoby chore – mówi dr n. med. Sławomir Murawiec.

Koszty społeczne związane ze schizofrenią obejmują nie tylko koszty bezpośrednie, związane z pobytem w szpitalu, lecz także pośrednie, związane z wypadnięciem chorego z rynku pracy. Z badań wynika, że aż 93 proc. pacjentów hospitalizowanych co najmniej pięć razy traci pracę, a ponad 70 proc. przechodzi na rentę. Stosowanie leków o przedłużonym działaniu może pomóc w zachowaniu aktywności zawodowej pacjenta.

Inwestycja w elektrociepłownie szansą na lepsze wykorzystanie węgla. Ich wydajność jest dwukrotnie wyższa niż tradycyjnych elektrowni

CEO Magazyn Polska

Zwiększenie efektywności spalania węgla zamiast odejścia od tego surowca – to może być dobrym rozwiązaniem dla krajów, których gospodarki – podobnie jak w Polsce – w głównej mierze są oparte na tym surowcu. To jednak wymaga wsparcia kogeneracji. Skuteczność wykorzystujących kogenerację elektrociepłowni jest dwukrotnie większa niż tradycyjnych elektrowni.

Obecnie elektrownie, które się budują, zapewniają poziom efektywności około czterdziestu kilku procent, podczas gdy w elektrociepłowniach ten poziom efektywności sięga ponad 90 proc. Jeżeli już spalamy tę tonę węgla, to lepiej, żeby spożytkować 90 proc. niż 40 proc. – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Izabela Van den Bossche, wiceprezes ds. komunikacji korporacyjnej w Fortum.

Elektrociepłownie wykorzystujące metodę kogeneracji pozwalają spalać węgiel z bardzo dużą efektywnością. To niewielkie źródła ciepła i energii elektrycznej, ale, jak przekonuje Van den Bossche, idealnie odpowiadają na lokalne zapotrzebowanie w miastach. Nie zastąpią wielkich bloków energetycznych, ale mogą zapobiec miejscowym niedoborom energetycznym i dostarczyć ekologiczne i tanie ciepło.

Van den Bossche zaznacza, że kogeneracja powinna być w Polsce wspierana. Nie chce jednak wskazywać, jaki system wsparcia powinien wybrać polski rząd. Jak podkreśla, ważniejsza od przyjętych rozwiązań finansowych jest przewidywalność i stabilność systemu wsparcia.

To my przystosowujemy się do ram prawnych, które w danym kraju obowiązują. Działając na tak różnych rynkach, jak np. Norwegia, Rosja, Finlandia, Szwecja, Indie i Litwa, zdobyliśmy już duże doświadczenie w tym przystosowywaniu i wiemy, że rozwiązania prawne są niezbędne i dają stabilizację – przekonuje Van den Bossche.

Zauważa, że decyzje inwestycyjne w energetyce podejmuje się w horyzoncie 30-40 lat, a sama ich realizacja może potrwać kilka lat. Dlatego inwestorzy muszą mieć pewność, że system wsparcia zostanie ustalony na długi czas.

Każdy rząd ma swoją strategię, politykę, cele i założenia. Naszym zdaniem w kraju takim jak Polska, gdzie produkcja jest oparta w dużej mierze na węglu, powinno się dążyć do tego, żeby węgiel spalać jak najbardziej efektywnie – uważa Izabela Van den Bossche.

Zaznacza, że bez żadnego wsparcia i przy obecnych cenach gazu inwestowanie w kogenerację po prostu się nie opłaca.

Oskładkowanie umów cywilnoprawnych może zmniejszyć liczbę miejsc pracy i doprowadzić do zwiększenia szarej strefy

Od 2016 roku zaczną obowiązywać nowe zasady oskładkowania umowy-zlecenie. Dziś jeśli pracujemy na kilku umowach, składki są opłacane wyłącznie od jednej, najczęściej na najniższą kwotę. Od przyszłego roku składki emerytalne i rentowe będą odprowadzane od wysokości minimalnego wynagrodzenia. Zmiany mogą spowodować, że umowy-zlecenia staną się mniej korzystne dla pracodawców. W efekcie może to doprowadzić do wzrostu szarej strefy.

Do tej pory, jeśli ktoś miał kilka tytułów ubezpieczenia z tytułu umowy-zlecenia i umowy o pracę, to umowa-zlecenie nie była obowiązkowo ozusowana. Od przyszłego roku także ona – obok umowy o pracę lub innych umów zlecenie  będzie oskładkowana do wysokości minimalnego wynagrodzenia. To najistotniejsza zmiana – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Magdalena Zwolińska, radca prawny w Kancelarii DLA Piper.

Obecnie jeśli umowa-zlecenie jest jedynym tytułem ubezpieczenia, należy od niej odprowadzić składki na ubezpieczenie rentowe, emerytalne i zdrowotne, dobrowolne jest natomiast ubezpieczenie chorobowe. Przy pracy na kilka umów, składki odprowadzane są od jednej, przeważnie tej na najniższą kwotę, zaś od pozostałych odprowadzana jest wyłącznie składka zdrowotna.

Zmiany wchodzące w życie w przyszłym roku mogą zwiększyć koszty pracy, dlatego ekspertka zaznacza, że zmiana one niekorzystna dla pracodawców.

Spowoduje to zwiększenie szarej strefy umów, które nie będą zawierane pisemnie – przestrzega Zwolińska. – Teraz, mając w świadomości, że od umowy trzeba będzie odprowadzić ZUS, część przedsiębiorców nie da już pracownikowi umowy na piśmie.

Przeprowadzona w sierpniu 2014 r. na zlecenie Centrum im. A. Smitha ankieta wskazała, że połowa badanych obawia się, że oskładkowanie umów cywilnoprawnych zmniejszy liczbę miejsc pracy. Co dziesiąty był zdania, że ich liczba może wzrosnąć. Według badań CBOS 68 proc. Polaków wskazało, że pracodawcy mogą być bardziej skłonni do zatrudniania pracowników bez jakichkolwiek umów. Wielu też obawia się, że zatrudniający będą przerzucać dodatkowe koszty na pracowników, obcinając im pensje. Jednocześnie większość popiera pomysł oskładkowania umów o dzieło i rozszerzenia zakresu składek od umów-zleceń.

GUS szacuje, że bez umowy zatrudnionych jest ponad 1 mln Polaków. Ich praca warta jest ok. 50 mld zł rocznie.

W dłuższej perspektywie zmiany mogą okazać się korzystne dla zleceniobiorców. Dzięki odprowadzanym składkom od minimalnego wynagrodzenia mogą zapewnić sobie minimalne emerytury. Obecnie na umowach cywilnoprawnych pracuje ok. 1,5 mln osób, jednak liczba ta rośnie z roku na rok.

Od 1 stycznia br. muszą być również odprowadzane składki od wynagrodzeń członków rad nadzorczych.

Warszawa inwestuje w ekologiczne autobusy na skroplony gaz i prąd

CEO Magazyn Polska

Warszawa jako drugie miasto w Polsce i Europie wprowadza na ulice autobusy napędzane skroplonym gazem ziemnym (LNG). To nie koniec ekologicznych inwestycji – w maju lub czerwcu na ulicach pojawią się pierwsze autobusy elektryczne. W tym i kolejnym roku warszawskie Miejskie Zakłady Autobusowe kupią jeszcze 20 pojazdów tego typu.

Eksploatacja autobusów gazowych na pewno przyniesie nam oszczędności, przede wszystkim jeżeli chodzi o paliwo. Tak naprawdę jeszcze nie znamy skali oszczędności, ponieważ Warszawa jest dopiero drugim miastem w Polsce i tak naprawdę drugim w Europie, które zaczyna korzystać z paliwa LNG, czyli skroplonego gazu ziemnego. Dopiero po 2-3 latach będziemy znali szczegóły – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Stawicki, rzecznik prasowy warszawskich Miejskich Zakładów Autobusowych.

Na początku roku ruszyły dostawy 35 przegubowych autobusów na LNG dla Warszawy. Produkuje je firma Lider Trading z Solca Kujawskiego pod marką Solbus. Na razie autobusy będą tankowane w sprowadzonej z Niemiec stacji mobilnej, ale w połowie roku w zajezdni przy ul. Ostrobramskiej ma powstać stacja do tankowania skroplonym gazem.

Koszt zakupu 35 autobusów wraz z dziesięcioletnim kontraktem na dostawę gazu to 114 mln zł. Warszawskie MZA otrzymały 80 mln zł dofinansowania w ramach programu Gazela Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, wspierającego rozwój zrównoważonego transportu miejskiego.

Autobusy mają być dwu razy cichsze i o 40 proc. tańsze w eksploatacji niż pojazdy spalinowe. Mają też emitować o 16 proc. mniej dwutlenku węgla oraz o 80 proc. mniej tlenków azotu.

Do tej pory autobusy na skroplony gaz jeżdżą w regularnych ruchu w Europie jedynie w Olsztynie (od jesieni 2013 r.). W kilku innych polskich miastach odbywały się pokazy tych pojazdów. Poza Europą autobusy na LNG są wykorzystywane m.in. w Chinach oraz Phoenix w Stanach Zjednoczonych.

Stawicki dodaje, że to nie koniec inwestycji w ekologiczne pojazdy w Warszawie.

Mamy w planach zakupy kolejnych autobusów niskoemisyjnych, czyli bądź autobusów gazowych, bioetanolowych, bądź elektrycznych. Wymusza to na nas w pewnym sensie Komisja Europejska, która nakazuje do roku 2050 wymianę wszystkich autobusów zasilanych olejem napędowym na autobusy niskoemisyjne – tłumaczy rzecznik MZA.

MZA ma już podpisaną umowę z Solarisem, który w tym roku dostarczy do Warszawy 10 autobusów elektrycznych. Stawicki twierdzi, że wyjadą one na ulice w maju lub czerwcu. MZA jeszcze w tym roku chce zamówić 10 kolejnych autobusów elektrycznych, a w 2016 r. – kolejne 10.

W taborze spółki pojawią się także nowe autobusy na olej napędowy. 20 stycznia MZA ogłosiły przetarg na 80 autobusów, w tym 60 przegubowych.

Prawdopodobnie ogłosimy jeszcze przetarg lub wydzierżawimy kolejne 60 autobusów – wylicza Stawicki.

Przypomina, że nowe pojazdy nie tylko powiększają tabor, lecz także umożliwiają wycofanie starszych autobusów. Od 1 grudnia 2013 r. z warszawskich ulic zniknęły z regularnych kursów wysokopodłogowe Ikarusy (po raz ostatni wykorzystane w noc sylwestrową 2013 r.), a teraz wycofywane są już najstarsze, 20-letnie pojazdy niskopodłogowe.

W Warszawie pozostało w tej chwili jedynie 17 niskopodłogowych Neoplanów – w tym roku planowane jest ich całkowite wycofanie.

W 2014 roku PKB Polski wzrosło o 3,3 proc. I. Morawski (BIZ Bank): Polska gospodarka w tym roku może rosnąć jeszcze szybciej

W 2015 roku polska gospodarka może się rozwijać nieco szybciej niż w ubiegłym. Nie do końca jest to jednak zależne od działań polskich firm, konsumentów i rządu. Nadal ogromny wpływ na tempo wzrostu PKB w Polsce ma stan gospodarki państw strefy euro, a także, choć już w mniejszym już stopniu, sytuacja na Wschodzie.

Wbrew wielu prognozom wieszczącym spadek PKB w drugiej połowie 2014 r. poniżej 3 proc., polskie firmy poradziły sobie znacznie lepiej. Główny Urząd Statystyczny podał, że według wstępnych szacunków w całym roku 2014 polska gospodarka rozwijała się w tempie 3,3 proc., przy czym z poprzednich odczytów wiadomo, że w trzech pierwszych kwartałach było to odpowiednio 3,4 proc., 3,3 proc. i 3,5 proc.

Wydaje mi się, że w IV kw. wzrost gospodarczy wciąż utrzymał się na poziomie 3 proc. lub był nieco wyższy i to taki będzie również w tym roku przewidywał jeszcze przed publikacją danych w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Ignacy Morawski, główny ekonomista BIZ Banku.Polska gospodarka rozwija się teraz w tempie około 3 proc. Dane za 2014 rok powinny pokazać średni wzrost PKB na poziomie około 3,3 proc., co będzie implikowało wzrost w IV kw. między 3 a 3,3 proc., może 3,4 proc.

Polska gospodarka dobrze sobie radziła pomimo niekorzystnych wydarzeń na świecie. Konflikt rosyjsko-ukraiński osłabił polski eksport o kilkanaście procent. Jednak firmy zdołały zrekompensować ten spadek, aktywnie i skutecznie poszukując nowych rynków zbytu. To, jaki będzie dla gospodarki, przedsiębiorców i pracowników 2015 rok, w dużej mierze zależy od sytuacji poza granicami kraju. Jeśli pozostanie stabilna, to wzrost gospodarczy może przyspieszyć w stosunku do 2014 roku, jednak ryzyko wystąpienia wstrząsów jest dosyć wysokie.

Jesteśmy w stanie rozwijać się w tempie powyżej 3 proc. uważa Ignacy Morawski.  –  Czy tę szansę wykorzystamy, oczywiście wszystko zależy od tego, czy na Wschodzie nie dojdzie do jakichś silnych wstrząsów, czy strefa euro wydostanie się ze stagnacji, czy te turbulencje na rynku finansowym trochę ucichną. Moja podstawowa prognoza jest taka, że w tym roku będziemy się rozwijać w tempie około 3,5 proc. z ryzykiem oczywiście gorszych scenariuszy. Z większym ryzykiem gorszych niż lepszych scenariuszy.

Pozytywnym zjawiskiem jest poprawa we wszystkich dziedzinach polskiej gospodarki, które warunkują jej wzrost. Rośnie więc nie tylko eksport, lecz także inwestycje i konsumpcja wewnętrzna, wspomagana z jednej strony przez wyższy od spodziewanego wzrost wynagrodzeń (w grudniu o 3,7 proc. wobec oczekiwań na poziomie 3 proc.), a z drugiej przez spadające ceny. Jak pokazały dane ze środy, także produkcja przemysłowa w grudniu wzrosła rok do roku o solidne 8,4 proc. zamiast prognozowanych 5,2 proc.

Wszystkie motory wzrostu gospodarczego w Polsce działają dobrze ocenia główny ekonomista BIZ Banku. Konsumpcja rośnie solidnie w tempie około 3 proc., inwestycje rosną w tempie około 5-8 proc., mamy też niezły wzrost eksportu, zatem polska gospodarka rozwija się w sposób zrównoważony. Nie jest ciągnięta przez jeden silnik, ale przez te dwa czy trzy najważniejsze, co oznacza, że konsumpcja, inwestycje i eksport działają dość dobrze.

Oczywiście wojna na Wschodzie w pewnym stopniu szkodzi polskiej gospodarce. Gdyby współpraca z Rosją i Ukrainą układała się tak jak przed konfliktem, to ta część polskich firm, które nastawiły się na współpracę z tymi rynkami, miałaby się lepiej. Dziś jednak wpływ tej części świata na polski PKB jest słabszy niż przed konfliktem.

Gdyby nie to, co się dzieje na Wschodzie, pewnie bylibyśmy w stanie rozwijać się w tempie około 3,5-4 proc. podkreśla Ignacy Morawski z BIZ Banku.  Na razie mamy 3 proc. i wydaje mi się, że ten wzrost będzie kontynuowany.

Bezrobocie spadało przez cały zeszły rok i ma spadać nadal, jednak już nie tak szybko

CEO Magazyn Polska

W 2014 roku sytuacja na polskim rynku pracy znacząco się poprawiła. Przez 12 miesięcy bezrobocie spadło o niemal 2 pkt proc. Mimo niewielkiego wzrostu pod koniec roku, w 2015 roku powinno spadać nadal, choć już raczej nie tak szybko.

Na koniec 2014 roku stopa bezrobocia wyniosła prawdopodobnie 11,5 proc.szacuje resort pracy. Ekonomiści są nieco ostrożniejsi i przewidują poziom 11,6 proc. Tymczasem pod koniec 2013 roku bez pracy było 13,4 proc. aktywnych zawodowo Polaków.

– Oczywiście te spadki stopy bezrobocia już wyhamują – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Sadoch, ekonomista Plus Banku. – Nie możemy oczekiwać, że na koniec 2015 roku stopa bezrobocia się ponownie obniży o blisko 2 punkty procentowe. Prawdopodobna jest jednak obniżka o około 1 punkt procentowy czy 0,7. Uważam, że mimo trudnego otoczenia gospodarczego, możemy oczekiwać dalszej poprawy sytuacji na rynku pracy.

O ile bowiem polska gospodarka utrzymuje ponad 3-proc. tempo wzrostu, a prognozy na obecny rok wskazują, że może być ono nawet nieco większe niż w 2014 roku, to sąsiedzi i partnerzy polskich firm już się tak dobrze nie mają. Na Wschodzie wojna i kryzys znacząco osłabiają Rosję i Ukrainę. Na Zachodzie tempo rozwoju niemieckiej gospodarki poprawia się, ale na odtrąbienie tam końca stagnacji jeszcze za wcześnie. Jak podał Federalny Urząd Statystyczny, PKB Niemiec wzrosło w zeszłym roku o 1,5 proc. po mikrym wzroście o 0,1 proc. w 2013 r.

– Z jednej strony może cieszyć dość relatywnie dobra kondycja niemieckiej gospodarki, która jest de facto naszym głównym partnerem handlowym – ocenia Rafał Sadoch. – Z drugiej strony martwi mnie to, co się dzieje na Wschodzie: prawdopodobna recesja w Rosji czy też recesja na Ukrainie. Ale jednak to, co się dzieje w Niemczech, jest dla nas ważniejsze.

Jak podał Główny Urząd Statystyczny, od stycznia do listopada 2014 roku polski eksport do Niemiec wzrósł o 0,9 pkt proc. i sięgnął 26,1 proc. całego polskiego eksportu. W tym czasie poziom eksportu z Polski do Rosji spadł z 5,3 do 4,3 proc. Sprzedaż na Ukrainę to zaledwie 1,9 proc, całego polskiego eksportu, aż o 0,9 pkt proc. mniej niż przed rokiem

Polski eksport rośnie, złoty jest dość słaby, zatem wszystko wskazuje na to, że eksport i produkcja przemysłowa stopniowo powinny nabierać tempa – zauważa ekonomista Plus Banku.Gdy nałożymy na to tą rosnącą konsumpcję wewnętrzną wynikającą z jednej strony z poprawy na rynku pracy, a z drugiej strony z dość silnego wzrostu funduszu płac, to perspektywy gospodarcze na 2015 rok są dość dobre.

Polski eksport do listopada zeszłego roku był o 4,9 proc. wyższy niż w tym samym okresie rok wcześniej, a jego wartość przekroczyła 150 mld euro. Sprzedaż detaliczna wzrosła od stycznia do listopada o 3,5 proc. To oznacza, że polskie firmy zarabiają coraz więcej zarówno w kraju, jak i za granicą. Mogą więc szukać kolejnych pracowników.

Dodatkowo pod koniec 2015 roku prawdopodobnie stopniowo zaczną napływać do nas nowe środki z perspektywy unijnej, które powinny przyczynić się do tego, że inwestycje będą utrzymywać się na poziomie 5-6, może 7 proc. – przewiduje Rafał Sadoch z Plus Banku. To wszystko składa się na dość mocny popyt krajowy i poprawiającą się kondycję rynku pracy.

J. Kosaty (PKO BP): Fed w styczniu lub marcu może zasugerować czas pierwszej podwyżki stóp. Nie nastąpi ona jednak wcześniej niż w czerwcu

Po zaskakujących decyzjach Szwajcarskiego Banku Narodowego i Europejskiego Banku Centralnego rynek czeka na komunikat amerykańskiej Rezerwy Federalnej. FOMC, wykreślając z komunikatu jedno kluczowe zdanie, zasugerowałby przybliżony termin pierwszej podwyżki stóp za oceanem i umocnił dolara.

Prowadzący od 2008 roku politykę łatwego dostępu do pieniądza bank centralny USA ma zacząć ją zacieśniać mniej więcej w połowie roku.

Fed najprawdopodobniej zasygnalizuje gotowość do zacieśniania polityki monetarnej w najbliższej perspektywie czasowej ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Kosaty, strateg walutowy PKO BP. Jest pewne prawdopodobieństwo, że mogą usunąć z komunikatu frazę o byciu cierpliwym, która do tej pory była uznawana za sformułowanie, które wstrzymywało perspektywę podwyższania stóp procentowych, a przynajmniej sygnalizowało, że ta perspektywa jest trochę dalsza.

To by oznaczało rozpoczęcie przygotowań do podwyżki stóp oczekiwanej przez ekonomistów w czerwcu. A to będzie dodatkowy czynnik osłabiający euro.

Jeżeli zgodnie z zapowiedziami nastąpiłaby podwyżka podstawowych stóp procentowych już w czerwcu, tak jak było to wcześniej sygnalizowane, to wówczas rzeczywiście jest szansa na to, że euro/dolar może zejść w okolice 1,10 – szacuje Jarosław Kosaty z PKO BP.

Początek tego roku z pewnością należy do banków centralnych. Dawno już polityka pieniężna nie przyciągała uwagi tak mocno jak dziś. Najpierw burzę wywołał Szwajcarski Bank Narodowy, rezygnując z obrony stałego poziomu notowań franka wobec euro, następnie Europejski Bank Centralny zdecydował się na skup obligacji na większą skalę, niż oczekiwał rynek.

Z jednej strony decyzja Europejskiego Banku Centralnego pomaga umacniać złotego względem euro mówi strateg walutowy PKO BP. Z drugiej strony umocnienie franka szwajcarskiego względem euro jest czynnikiem, który znosi ten pozytywny efekt i per saldo frank-złoty, który jest kombinacją kursu euro-złotego i euro-franka, albo stoi w miejscu, albo nawet delikatnie idzie w górę. Tak naprawdę kluczowe decyzje dla frankowców w dalszym ciągu zależą od decyzji Szwajcarskiego Banku Narodowego.

O ile jednak polscy posiadacze kredytów we frankach nie mają powodów do zadowolenia, o tyle polskie firmy już tak. Ostatnie decyzje SNB wzmocniły europejską gospodarkę, a to wpłynęło także korzystnie na polskich przedsiębiorców. Strefa euro pozostaje bowiem największym zagranicznym odbiorcą naszych towarów. Gdy jej  gospodarka zacznie się rozwijać szybciej, przyspieszy też tempo wzrostu polskiego PKB.

Jeżeli ten program się uda, to na pewno będzie to miało pozytywny wpływ zarówno na strefę euro, jak i na polskiego złotego – ocenia Jarosław Kosaty, zwracając jednak uwagę na to, że w wyniku decyzji EBC euro przestanie być dobrą inwestycja. Szwajcaria w dalszym ciągu pozostaje bezpieczną walutą i bezpieczną przystanią dla międzynarodowych inwestorów. Tym samym zwiększa to presję na aprecjację franka szwajcarskiego do euro. Prawdopodobnie w kolejnych tygodniach okaże się, że Szwajcarski Bank Narodowy będzie musiał jeszcze bardziej obniżyć stopę depozytową i prawdopodobnie przystąpić do interwencji walutowych, żeby obronić parytet na kursie euro-franka i tym samym go ustabilizować.

W tym roku wzrosną ceny ubezpieczeń transportowych

CEO Magazyn Polska

Ubezpieczenia transportowe mogą w tym roku nieznacznie podrożeć. Wzrosty będą dotyczyć zarówno ubezpieczeń komunikacyjnych, OC przewoźników drogowych, jak i ubezpieczenia przewożonych towarów. W pierwszej z tych grup cena wzrośnie m.in. z uwagi na rosnącą liczbę roszczeń. Podobnie jest w przypadku drugiej grupy, choć tu ‒ jak w ubezpieczeniach cargo ‒ wzrost wynika też z wyższych limitów ubezpieczeń, większej świadomości przewoźników oraz rosnącej wartości towarów.

W branży transportowej dominuje cały czas ubezpieczenie komunikacyjne. Od 2004 roku, czyli od wejścia Polski do Unii Europejskiej, kiedy stawki ubezpieczeń flot ciężkich, ciągników siodłowych były na minimalnym poziomie, stawki urosły do poziomów horrendalnych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dominik Stachiewicz, członek zarządu brokera ubezpieczeniowego Donoria. ‒ Dzisiaj możemy powiedzieć, że te stawki spadły prawie do poziomu sprzed 10 lat.

Jak przypomina Stachiewicz, w ciągu kilku lat roczna stawka za ubezpieczenie OC w transporcie wzrosła w Polsce średnio z 1-1,5 tys. zł do 10 tys. zł, przekraczając unijną średnią, która wynosi ok. 1,5 tys. euro (ok. 6,3 tys. zł). Od tego czasu znacznie spadły, co w połączeniu z niskimi cenami paliw daje przewoźnikom wymierne oszczędności. Teraz branża transportowa musi się jednak przygotować do podwyżek.

Stachiewicz ocenia, że nie będą to gwałtowne wzrosty. Nie jest też pewien, czy wystąpią one już w tym roku, czy dopiero w następnym. Zaznacza, że ich wysokość będzie w dużej mierze zależała od historii szkód danego przewoźnika, a w szczególności tych, które wystąpiły za granicą.  Dodaje, że jednym z powodów wzrostu jest rosnąca liczba wypłacanych odszkodowań, co skłania ubezpieczycieli do podnoszenia składek.

Wzrosną też stawki ubezpieczeń OC przewoźników drogowych. Czynnikiem napędzającym wzrost cen jest tylko częściowo coraz większa liczba roszczeń.

‒ Obserwujemy również wzrost wykupowanych limitów przez transportowców. To oznacza po pierwsze wzrost świadomości, a po drugie wzrost wartości samych towarów, które są przewożone przez poszczególnych przewoźników – tłumaczy Stachiewicz.

Trzecią duża grupą ubezpieczeń transportowych są ubezpieczenia towarowe, czyli wypłacane w przypadku uszkodzenia lub utracenia przewożonego ładunku. Również w tym obszarze należy spodziewać się wzrostu składek w 2015 r.

Możemy zaobserwować coraz więcej przypadków utraty towaru, nie tylko w wyniku przyczyn naturalnych, lecz także kradzieży. I to zarówno na terenie Polski, jak i na terenie Europy Zachodniej – wyjaśnia Stachiewicz.

Podkreśla, że większa liczba kradzieży i innych zdarzeń przekłada się na więcej wypłacanych odszkodowań, a to prowadzi do wzrostu składek.

A. Bratkowski (RPP): Luzowanie polityki pieniężnej przez EBC powinno ożywić i europejską, i polską gospodarkę. Może jednak osłabić naszą walutę

Wart bilion euro program skupu obligacji rządów państw strefy euro powinien ożywić gospodarkę na kontynencie. Lepsza kondycja firm w Eurolandzie może oznaczać zwiększone zamówienia dla polskich przedsiębiorców, a w konsekwencji przełożyć się na wzrost gospodarczy w kraju. Dodatkowo osłabienie złotego pomnażałoby zyski eksporterów.

Europejski Bank Centralny deklaruje, że do września 2016 roku zamierza wydawać 60 mld euro miesięcznie na skup rządowych papierów wartościowych. W sumie oznacza to zasilenie gospodarki ok. bilionem euro. To może być potężnym impulsem rozwojowym.

– Decydującym czynnikiem może być pozytywny wzrostu popytu mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Bratkowski, członek Rady Polityki Pieniężnej. – O ile nie sprawdzą się przewidywania mówiące o tym, że banki konkretnych krajów mają na siebie wziąć ciężar całej emisji. Jeżeli tak, to cały program nie jest po prostu nic wart i w związku z tym nikomu w niczym nie pomoże.

EBC zastrzegł, że na skup obligacji konkretnego państwa będzie wydawał pieniądze proporcjonalnie do udziału w jego kapitale pieniędzy z banku centralnego tego kraju. Jednocześnie ryzyko tej operacji w 80 proc. poniosą banki narodowe. Mimo to jest szansa, że program okaże się ożywczy dla europejskiej gospodarki, a wraz z nią dla polskiej.

Nasz eksport będzie mógł szybciej rosnąć ocenia Andrzej Bratkowski. Oczywiście jest pewien problem związany z ewentualną presją na złotego. Jest problem związany z tym, że jeżeli euro będzie się osłabiało na skutek tego programu w stosunku do franka, to także złoty będzie się osłabiał w stosunku do franka.

Zdaniem Andrzeja Bratkowskiego jest jednak szansa na to, że gdy nastroje się uspokoją, to frank w ciągu kilku miesięcy zejdzie do poziomu 4 złotych, choć nie można mieć co do tego pewności. Na takie chwilowe osłabienie szwajcarskiej waluty może też czekać bank centralny tego kraju, by wspomóc ten ruch interwencjami.

To tak działa, że jeżeli w tej chwili frank się bardzo wzmocni, to szalenie trudno będzie interwencjami spowodować jego ponowne osłabienie podkreśla członek polskiej Rady Polityki Pieniężnej. – Czymś innym jest utrzymywanie kursu bieżącego, a czymś innym jest starać się go przesunąć. Dlatego sądzę, że Szwajcarski Bank Narodowy będzie czekał na pewne osłabienie franka, uspokojenie emocji. Dopiero wtedy będzie mógł się zastanawiać nad ewentualnymi interwencjami.

Po decyzji Europejskiego Banku Centralnego o poluzowaniu polityki monetarnej rynek oczekuje na posiedzenie amerykańskiego zarządu rezerwy federalnej. Fed, który rekordowo obniżył cenę pieniądza w 2008 roku i wpompował od tego czasu ok. 4,5 bln dolarów w amerykańską gospodarkę. Obecnie według szacunków Banku Światowego osiągnęła ona wzrost PKB rzędu 3,2 proc., a prognoza na 2015 rok przewiduje wzrost o 3,7 proc. W tej sytuacji część inwestorów oczekuje, że stopy w USA zostaną podniesione.

Raczej nie spodziewam się w najbliższych miesiącach podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, być może w drugiej połowie 2015 roku, ale wcześniej raczej nie – ocenia Andrzej Bratkowski z Rady Polityki Pieniężnej. – I raczej trudno jest mówić o jakiejkolwiek harmonizacji tej polityki z polityką Unii Europejskiej czy z EBC, bo ogólnie EBC jest bardzo spóźniona w swoich działaniach, w związku z tym o jakąś synchronizację tutaj byłoby bardzo trudno.

Sytuacja na rynku pracy będzie coraz lepsza, również dzięki ostatniej decyzji EBC

CEO Magazyn Polska

W ciągu roku bezrobocie w Polsce obniżyło się z 13,4 proc. do 11,5 proc. Coraz mniej osób rejestruje się w urzędach pracy, za to coraz szybciej przybywa nowych ofert zatrudnienia. To zaś oznacza, że firmy chętniej inwestują. Nowym inwestycjom, a tym samym tworzeniu nowych miejsc pracy, sprzyjać będzie ostatnia decyzja Europejskiego Banku Centralnego o skupowaniu obligacji państw Eurolandu.

Dziś polska gospodarka potrzebuje przede wszystkim inwestycji strategicznych, które będą dawać stabilne miejsca pracy. W tym sensie decyzja Europejskiego Banku Centralnego może przekonać lub utwierdzić w przekonaniu niektóre firmy, które jeszcze zastanawiają się nad tym, czy rozpocząć inwestycje, że to jest właśnie dobry czas, by wystartować – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Męcina, wiceminister pracy i polityki społecznej. – Te informacje mogą być dla gospodarki i dla rynku pracy optymistyczne.

22 stycznia EBC podjął decyzję o rozpoczęciu skupu obligacji państw strefy euro. Chce na to przeznaczać 60 mld euro miesięcznie, co najmniej do września 2016 r. Program ten ma rozruszać gospodarkę Eurolandu, a to z kolei może przełożyć się na zwiększenie zamówień dla polskich firm.

Z danych resortu pracy wynika, że na koniec grudnia bezrobocie wyniosło 11,5 proc. W porównaniu z listopadem wzrosło o 0,1 proc. To najniższy grudniowy wzrost tego wskaźnika od 2008 r.

W ciągu roku bezrobocie zmniejszyło się o prawie 2 punkty procentowe. To jest bardzo dobry wynik. Obserwowaliśmy nie tylko ożywienie na rynku pracy, lecz także zmniejszony napływ do grona bezrobotnych i zwiększony odpływ. Liczba ofert pracy była duża, co oznacza, że firmy inwestują – podkreśla Jacek Męcina.

Resort pracy podaje, że w 2014 r. liczba osób bez pracy spadła o 332,1 tys. (o 15,4 proc.), podczas gdy w 2013 r. było ich więcej o 21,1 tys. osób względem 2012 r. Ożywienie gospodarcze przyczyniło się do tworzenia nowych etatów. W ubiegłym roku pracodawcy zgłosili do pośredniaków prawie 1,1 mln wolnych miejsc pracy, tj. o 25,3 proc. więcej niż w 2013 roku.

Według grudniowych badań Manpower dodatnie prognozy zatrudnienia na I kwartał odnotowano we wszystkich sześciu badanych regionach oraz w siedmiu sektorach gospodarki ( z dziesięciu analizowanych). Prognoza netto zatrudnienia wyniosła 5 proc. Powyżej średniej znalazły się takie branże, jak produkcja przemysłowa, handel czy budownictwo.

Jak podkreśla wiceminister, sytuacji na rynku pracy pomaga w ostatnich tygodniach ciepła zima.

Ostatnie dane na temat produkcji i budownictwa pokazują, że ożywienie w budownictwie jest bardzo wysokie – 5-proc. wzrost. To pokazuje, że dobra pogoda także pomaga sezonowo polskiej gospodarce. Firmy deweloperskie budowlane nauczyły się zarządzać procesem inwestycyjnym, tak aby nie przerywać produkcji sezonowo wtedy, gdy jest zima, ale rozkładać te prace w roku, zgodnie z warunkami klimatycznymi – dodaje Jacek Męcina.

Główny Urząd Statystyczny poinformował, że w grudniu 2014 r. produkcja przemysłowa zwiększyła się w ujęciu rocznym o 8,4 proc. Wzrosła również produkcja przedsiębiorstw budowlanych – w porównaniu z grudniem 2013 r. o 5 proc., a w porównaniu z listopadem 2014 r. – o 29,7 proc.

Rząd zajmie się dziś nowelizacją ustawy o bankach spółdzielczych. Będą lepiej zabezpieczone

Dziś rząd zajmie się długo wyczekiwaną nowelizacją ustawy o bankach spółdzielczych, ich zrzeszaniu się i bankach zrzeszających. Banki spółdzielcze mają zyskać możliwość powołania instytucjonalnych systemów ochrony, które umożliwią im grupowe rozliczanie się ze wskaźników płynności. Uważają jednak, że z racji skali zmian, które je czekają, powinni otrzymać większe wsparcie od państwa. 

Jest to bardzo wyczekiwana zmiana. Prace nad ustawą trwały kilka lat – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krystyna Majerczyk-Żabówka, prezes zarządu Krajowego Związku Banków Spółdzielczych. ‒ Prawo ma przede wszystkim uregulować kwestie funduszy, tak by banki miały prawo dokonywania odmowy albo przesunięcia w czasie wypłaty udziałów w przypadku, kiedy jest to podyktowane potrzebą utrzymania kapitału.

Ta zmiana jest pozytywnie odbierana przez sektor. Zgodnie z nowelizacją banki spółdzielcze będą mogły odmówić zwrotu wpłat dokonanych na udziały członkowskie, które zostały wypowiedziane. Dzięki uzyskaniu takiego uprawnienia będą mogły zaliczyć kapitał uzyskany z takich wpłat do kapitału Tier I. Tego typu kapitał stanowi podstawę do zabezpieczenia podejmowanego przez banki ryzyka.

Nowe prawo zakłada jednak dobrowolność tego rozwiązania. Te banki, które nie dostosują swoich zasad będą mogły zaliczać wpłaty na udziały członkowskie jedynie do kapitału Tier II, czyli funduszy uzupełniających.

Proponowane przez resort finansów prawo daje też możliwość tworzenia grup płynnościowych lub powołania systemu ochrony instytucjonalnej (IPS). Obydwa rozwiązania mają służyć zwiększeniu bezpieczeństwa banków, bo umożliwią grupowe utrzymywanie wymaganych unijnym prawem wskaźników płynnościowych. Zgodnie z unijnym rozporządzeniem banki muszą utrzymywać wystarczającą płynność, by pokryć 30-dniowy okres odpływów gotówkowych – jednak nowe prawo zniesie ten wymóg z poszczególnych banków, dając im w zamian możliwość tworzenia grup.

Wnioskowaliśmy, żeby w większym stopniu, niż to wynika z projektu, państwo amortyzowało skutki wdrożenia tej trudnej regulacji, ponieważ ona wymaga od banków zdecydowanych zmian. Mało tego, wymaga powołania nowego podmiotu, w postaci albo spółdzielni, albo spółki, który będzie odpowiadał wspólnie za płynność i wypłacalność, bo takie jest zadanie IPS-u. Jest to zupełnie nowe rozwiązanie – podkreśla Krystyna Majerczyk-Żabówka.

Prezes KZBS podkreśla, że banki spółdzielcze zdają sobie sprawę z potrzeby dostosowania polskiego prawa do unijnych przepisów, co – jak podkreślono w uzasadnieniu projektu – jest głównym powodem nowelizacji ustawy. Jednak dodaje, że oceny są mieszane, bo nowe prawo nakłada na banki spółdzielcze duże obciążenia.

Jeśli chodzi o tworzenie grup płynnościowych to tu pogląd wśród banków jest zróżnicowany – podkreśla Krystyna Majerczyk-Żabówka. ‒ Oprócz kosztów powołania systemów ochrony, a więc grup płynnościowych, w ramach których będzie tworzony z jednej strony fundusz pomocowy, z drugiej minimum depozytowe, czyli bardzo dobre zabezpieczenia dla sektora bankowości spółdzielczej, banki jeszcze są zobowiązane ponosić opłaty na rzecz Bankowego Funduszu Gwarancyjnego i na rzecz Komisji Nadzoru Finansowego.

Stworzenie IPS-u będzie dobrowolne. Warunkiem jego stworzenia będzie m.in. wzajemne gwarantowanie zobowiązań, powołanie funduszu pomocowego (to kolejny koszt dla banków spółdzielczych) i zatwierdzenie całego systemu przez KNF.

Jest jeszcze jeden element, który nie został uwzględniony, a był podnoszony przez banki spółdzielcze – możliwość odliczania VAT od czynności występujących w ramach IPS-u. Ustawowo banki są zobowiązane wykonywać pewne czynności na rzecz nowo powołanej instytucji i wzajemnie świadczyć sobie usługi chociażby audytu, kontroli wewnętrznej, ale w tym zakresie traktowane są jak każdy przedsiębiorca, nie ma możliwości odliczenia VAT, mimo że jest to czynność wymuszona specjalną ustawą i dzieje się to tylko w ramach grupy – mówi Krystyna Majerczyk-Żabówka.

Polska zagłębiem samochodowym Europy. Eksport aut w ubiegłym roku sięgnął 18,6 mld euro

CEO Magazyn Polska

Branża automotive w Polsce wypracowuje blisko 10 proc. PKB i odpowiada za jedna dziesiątą polskiego eksportu. Według prognoz AutomotiveSuppliers.pl w 2014 r. wartość eksportu wyniosła 18,6 mld euro. W Europie Polska uznawana jest za zagłębie samochodowe. Chociaż nie ma własnej  sprzedawanej i produkowanej w Polsce – marki aut osobowych, a popyt wewnętrzny na nowe auta wciąż jest poniżej potencjału rynku.

Mimo że nie posiadamy własnej marki i nie produkujemy polskich samochodów, coraz częściej mówi się na świecie o nas jako o zagłębiu motoryzacyjnym, mając głównie na myśli poddostawców, czyli producentów części i komponentów motoryzacyjnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży zajmującej się kontrolą jakości części samochodowych firmy Exact Systems. – Branża wypracowuje ok. 10 proc. PKB i odpowiada za prawie 10 proc. polskiego eksportu.

Motoryzacja daje pracę 800 tys. osób, czyli zatrudnia prawie dwa razy więcej pracowników niż sektor energetyczny – wynika z raportu DNB Bank Polska i Deloitte. Są to osoby nie tylko bezpośrednio zatrudnione przy produkcji, lecz także dostawcy, pracownicy firm usługowych i handlowych.

Polska nie ma znaczącej pozycji w tej części Europy jako producent samochodów, wyraźnie przoduje jednak w sektorze części i komponentów.

Zestawiając Polskę z południowymi sąsiadami, Czechami i Słowacją, od razu dostrzegamy, że pod względem liczby wyprodukowanych samochodów wypadamy na ich tle bardzo słabo – to są wielkości rzędu 30 proc. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przemyśle poddostawczym. Szacuje się, że w Polsce mamy zlokalizowanych około 850 zakładów produkcyjnych z tego sektora – mówi Opala.

W Czechach zakładów produkujących części i komponenty jest tylko nieznacznie mniej (ok. 800), a na Słowacji – tylko 350. Spośród 850 zakładów produkcyjnych zdecydowana większość (ok. 600) to inwestycje zagranicznych podmiotów. Przekrój produkcji i asortymentu jest bardzo szeroki – od prostych produkcji, jak tłoczenie blach, po skomplikowane systemy bezpieczeństwa. Zdaniem eksperta o mocnej pozycji Polski w tym segmencie nie decydują już niskie koszty pracy, jak było jeszcze kilka lat temu.

W tym momencie najważniejsza jak jakość, kwalifikacje personelu, partnerskie podejście, które jest bardzo ważne np. w przypadku rozwiązywania trudnych sytuacji, i nabywanie nowych umiejętności. Powszechna jest świadomość, że Polacy mają chęć do ciągłego podnoszenia kwalifikacji, usprawniania swojej pracy, a także wysokiej jakości obsługi klienta i wytwarzanych produktów – zauważa Jacek Opala.

Większość produkcji trafia na eksport. Eksperci AutomotiveSuppliers.pl szacują, że w 2014 r. wartość eksportu całej branży motoryzacyjnej wyniosła 18,6 mld euro. Ostatnie dane firmy wskazują, że wrzesień 2014 r. był najlepszy pod względem eksportu – 1,76 mld euro (726 mln euro wyniosła wartość eksportu samych części i akcesoriów)

Popyt na tego rodzaju produkty jest w Polsce jednak znikomy, podobnie jak na nowe auta. W ubiegłym roku zarejestrowano w kraju blisko milion samochodów, a według danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w segmencie nowych pojazdów liczba ta wyniosła ok. 330 tys.

Polacy decydują się częściej na zakup samochodu z drugiej ręki i jest to niewątpliwie nasz słaby punkt, dla potencjalnych inwestorów ważny jest bowiem potencjał rynku wewnętrznego – zauważa Opala. – Wydaje się, że mamy nad czym pracować, mając na względzie chociażby dane dotyczące średniego wieku samochodów, które poruszają się po ulicach w Polsce.

Według Centralnej Ewidencji Pojazdów pod koniec ubiegłego roku przeciętny wiek pojazdów na terenie Polski wynosił 15,5 roku, gdy w Niemczech sięgał zaledwie około ośmiu.

Przybywa osób aktywnie uprawiających sport. Rośnie także ryzyko kontuzji

CEO Magazyn Polska

Już dwie trzecie Polaków aktywnie uprawia sport, a połowa z nich regularnie biega. Aktywność fizyczna bez odpowiedniej opieki medycznej wiąże się jednak z dużym ryzykiem kontuzji. Ważne jest zwiększenie wydajności badań osób z urazami sportowym, bo tych przybywa.

Jak wynika z badań CBOS-u, już dwie trzecie Polaków aktywnie uprawia sport. 36 proc. wszystkich Polaków, czyli nawet co drugi spośród tych, którzy uprawiają sport, wybiera bieganie.

Jeżeli diagnoza jest szybsza i bardziej precyzyjna, to pojawia się szansa terapeutyczna, czyli szansa na wyleczenia pacjenta. Im szybciej rozpoznamy chorobę, tym skuteczniej możemy ją leczyć. Jednym słowem dobre, nowoczesne aparaty o lepszej rozdzielczości, o lepszych możliwościach diagnostycznych i krótszym badaniu, to na pewno wyższy poziom wyleczalności – podkreśla prof. Jerzy Walecki, konsultant krajowy ds. radiologii i diagnostyki obrazowej.

Aby poprawić jakość badań, Warszawskie Centrum Medycyny Sportowej zakupiło pierwszy wysokopolowy rezonans magnetyczny. Dzięki niemu czas badania się skróci, co umożliwi postawienie szybszej diagnozy.

Pacjenci chcą jak najszybciej powrócić do zdrowia, a my im to umożliwiamy poprzez zastosowanie najnowocześniejszych technologii w obrazowaniu. Mówię tu o rezonansie magnetycznym, a dokładniej o  aparacie trzyteslowym – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Ferenc, dyrektor Centrum Medycyny Sportowej w Warszawie.

Wysokopolowy rezonans magnetyczny, czyli o indukcji co najmniej 1,5 tesli, umożliwia znacznie dokładniejsze obrazowanie i diagnozowanie. Mocniejsze urządzenia pozwalają na skrócenie czasu badania do nawet poniżej 10 minut, a do tego średnica otworu magnesu wynosi 70 cm zamiast standardowych 60 cm. Dzięki temu pacjenci, którzy boją się ciasnych przestrzeni, lepiej znoszą badanie.

W nowo otwartej Pracowni Rezonansu Magnetycznego CMS zainstalowany został w pełni cyfrowy rezonans Philips Ingenia 3.0T. Ten system jest jak na razie jedynym w pełni cyfrowym, wysokopolowym rezonansem w Polsce i oferuje czułość o nawet 40 proc. lepszą niż tradycyjne urządzenia.

Lepsze parametry cyfrowych rezonansów wysokopolowych poprawią sytuację nie tylko pacjentów z urazami sportowymi. Można je połączyć także z nowoczesnymi technikami zabiegowymi. Od niedawna w Polsce działa pierwszy trzyteslowy rezonans magnetyczny połączony z ultrasonografem. Urządzenie, również wyprodukowane przez Phillipsa, pozwala na nisko- lub bezinwazyjne leczenie mięśniaków macicy.

Jak podkreśla prof. Jerzy Walecki, badanie rezonansem magnetycznym jest nieinwazyjne i nie naraża pacjentów na promieniowanie RTG. Wykorzystując naturalne zjawisko rezonansu magnetycznego, pozwala zobrazować różne tkanki z bardzo dużą precyzją.

Uzyskujemy doskonały zarówno pod względem rozdzielczości liniowej, ostrości obrazu, jak i rozdzielczości kontrastowej, która przede wszystkim pozwala nam ocenić, jaki charakter tkanek widzimy – podkreśla prof. Walecki. ‒ Wysokopolowe systemy pozwalają na uzyskanie lepszego sygnału. Cyfrowa obróbka, a konkretnie  urządzenie, które pozwala na ucyfrowienie przebiegu sygnału między cewką a samym aparatem, rzeczywiście poprawia jakość obrazu.

Dodaje, że wysokopolowe systemy rezonansu są szczególnie przydatne podczas badań funkcjonalnych, czyli np. związanych z urazami sportowymi. Profesor Walecki ocenia, że w najbliższym czasie kolejne szpitale kliniczne będą kupowały takie systemy.

Nowoczesne systemy rezonansu to nie tylko większa skuteczność diagnozy i leczenia, lecz także poprawa gospodarowania zasobami. Jak podkreśla Jarosław Lange, dyrektor generalny Philips Healthcare w Polsce i krajach bałtyckich, oszczędzają one czas pracy lekarzy i pozwalają na wykonanie większej liczby badań w ciągu dnia.

Skracając czas jednego badania, zwiększamy liczbę przebadanych pacjentów. Również nowoczesne rozwiązania softwarowe zastosowane w tym urządzeniu pomagają w diagnostyce zmian chorobowych – dodaje Lange.

Na rynku walutowym lepiej wstrzymać się z pochopnymi decyzjami. Frank może jeszcze sporo potanieć

CEO Magazyn Polska

W perspektywie kilku miesięcy możliwy jest spadek kursu franka szwajcarskiego nawet poniżej 4 zł. Rynek walutowy musi jednak ochłonąć po emocjach, jakich mu dostarczył bank centralny Szwajcarii oraz Europejski Bank Centralny, który zdecydował o większym niż oczekiwano poluzowaniu polityki pieniężnej.

22 stycznia EBC podjął decyzję o luzowaniu ilościowym, czyli operacji skupu rządowych obligacji. Do września 2016 roku wyda na ten cel bilion euro, aż dwa razy więcej niż oczekiwano na rynku. To zwiększy ilość pieniądza w strefie euro, co wpłynie na wzrost ożywienia gospodarczego na kontynencie.

– W przypadku QE [quantitative easing, luzowanie ilościowe – red.] oceniamy, że jednak złoty będzie cały czas tracił, ponieważ jest mimo wszystko bardziej skorelowany z walutami europejskimi. Jesteśmy dużo mniejszą gospodarką, więc jesteśmy bardziej podatni na tego typu wahania – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange.

Decyzja EBC o rozpoczęciu skupu obligacji przyniosła spadek wartości euro. Obecnie jest ono najtańsze od 12 lat, a może jeszcze potanieć.

– Potencjał na spadki kursu euro do dolara jest w tej chwili bardzo duży – ocenia Marek Paciorkowski.

W najbliższym czasie rynek walutowy będzie też czekać na rozwój sytuacji w Grecji po wygranej lewicowej partii Syriza w niedzielnych wyborach parlamentarnych.

Pozostaje również kwestia tego, co zrobi bank Szwajcarii, czy będzie kolejna interwencja, bo osłabienie euro wpłynie mocno na wzmocnienie franka. Umacniająca się waluta już niepokoi szwajcarskie firmy, bo osłabia konkurencyjność tamtejszej gospodarki.

Po ostatnich wydarzeniach rynek walutowy jest nieco rozchwiany i trudno racjonalnie ocenić, co się na nim w najbliższych dniach stanie. Wkrótce jednak inwestorzy powinni zacząć wracać do równowagi.

– Uważam, że powinniśmy poczekać, wtedy rynek zdąży już dobrze przeanalizować co się stało i na tyle się uspokoić, żeby realnie spojrzeć, co dalej z tą walutą – doradza Marek Paciorkowski. – Może się zdarzyć, że frank zatrzyma się w okolicach 4,30-4,32, a to będzie szansa na ponowne osłabienie franka. Oczywiście ono nie będzie tak samo dynamiczne, ale można liczyć na kilkumiesięczne, powolne osuwanie się w kierunku 4,00-3,80.

Dla rynku franka koniec miesiąca będzie kluczowy także z punktu widzenia analizy technicznej. Operując na walucie, która jest zmienna w krótkim terminie, trzeba znaleźć da niej punkt równowagi w długim okresie.

– Jest szansa na to, że dojdzie do korekcyjnego cofnięcia, ponieważ rynek od 2008 roku znajduje się w takim bardzo regularnym kanale wzrostowym, gdzie ostatnie wybicie idealnie wpasowuje się w piątą falę. Jak wiadomo rynek porusza się w cyklach i ta piąta fala zazwyczaj jest ostatnią w takim długoterminowym cyklu wzrostów – zwraca uwagę dyrektor ds. rynków finansowych Aforti Exchange.

Po wprowadzeniu wolnego handlu z USA wzrost gospodarczy byłby wyższy nawet o 0,7 pkt proc. Nie brakuje jednak przeciwników umowy z USA

CEO Magazyn Polska

Ponad 2,5 tys. zł oszczędności dla przeciętnej rodziny i wzrost gospodarczy szybszy o 0,5-0,7 pkt proc. – takie korzyści dla mieszkańców Unii Europejskiej może przynieść umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi. Przeciwnicy TTIP krytykują jednak tajność negocjacji oraz silną pozycję sądów arbitrażowych. Warto jednak zauważyć, że sądy takie już funkcjonują i spełniają swoją funkcję bez szkody dla mechanizmów demokratycznych.

Komisja Europejska przewiduje, że wprowadzenie umowy o wolnym handlu wpłynie na znaczny wzrost gospodarczy obu gospodarek. Według wyliczeń londyńskiego Centrum Badań Ekonomicznych (CEPR) wzrost miałby wynieść 0,4 pkt proc. w Stanach Zjednoczonych i o 0,5 pkt proc. w Unii Europejskiej, więc przyczyniłoby się to do wzrostu gospodarczego również w Polsce – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maria Majkowska, analityczka Instytutu Spraw Publicznych.

Od 2 do 6 lutego w Brukseli odbędzie się już ósma runda negocjacji umowy Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji (TTIP), czyli porozumienia o wolnym handlu pomiędzy Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi.

Porozumienie ma doprowadzić do zniesienia barier celnych i innych ograniczeń w handlu pomiędzy dwoma największymi gospodarkami świata. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego Unia Europejska i Stany Zjednoczone razem odpowiadają za ponad 45 proc. światowego PKB. Po podpisaniu TTIP obydwie gospodarki mają rosnąć jeszcze szybciej – najbardziej optymistyczne prognozy mówią o nawet 0,7 pkt proc. dodatkowego wzrostu w UE.

Skorzystają na tym mieszkańcy UE, w tym Polski. Według prognoz Komisji Europejskiej oszczędności wygenerowane przez TTIP przełożą się na 655 euro (ok. 2,7 tys. zł), które zostanie w domowym budżecie przeciętnej rodziny. Powstaną też kolejne miejsca pracy.

Wyliczono, że mniej więcej 2,5 mln nowych miejsc pracy miałoby powstać w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej, więc także w Polsce – mówi Majkowska. ‒ Aż o 37 proc. rocznie wzrosłaby wymiana handlowa.

Otwarcie rynku amerykańskiego może być szczególnie atrakcyjne dla polskich eksporterów. Zarówno duże firmy, jak i małe i średnie przedsiębiorstwa mogłyby wtedy wejść do tego kraju. Dziś utrudniają to cła i inne bariery. To szansa np. dla polskich producentów jabłek – rynek w Stanach Zjednoczonych jest dla nich obecnie zamknięty, a mógłby być szansą na kompensację strat spowodowanych rosyjskim embargiem.

Oficjalne stanowisko polskiego rządu jest bardzo przychylne umowie, na której mają skorzystać zarówno duże, jak i małe firmy. TTIP ma jednak również swoich przeciwników. Krytykują oni przede wszystkim tajność negocjacji prowadzonych przez UE i Stany Zjednoczone. W odpowiedzi na te zarzuty Komisja zdecydowała się ujawnić część dokumentów.

Przeciwnicy nie zgadzają się także na rozwiązywanie sporów w sądach arbitrażowych.

Takie głosy pojawiają się zwłaszcza ze strony organizacji pozarządowych, które twierdzą, że umowa jest tak skonstruowana, że propaguje rozwój wielkich korporacji, które to miałyby szansę dochodzić swoich praw na drodze niedemokratycznych sądów arbitrażowych. Sądy takie miałyby się odbywać w momencie, gdy dana korporacja zainwestowała w danym kraju, a w międzyczasie zmieniły się w nim jakieś warunki prawne – tłumaczy Majkowska.

Przeciwnicy TTIP argumentują, że w ten sposób korporacje i państwa spierałyby się nie w sądach powszechnych, lecz na spotkaniach prowadzonych przez duże kancelarie prawnicze. To według nich mogłoby prowadzić do prowadzenia działalności tych firm niezgodnej z krajowym prawem. Majkowska zwraca jednak uwagę na to, by nie demonizować sądów arbitrażowych.

Ministerstwo Gospodarki podkreśla, że w umowie Polski ze Stanami Zjednoczonymi z początku lat 90. mamy klauzulę, która pozwala na rozwiązywanie sporów na drodze sądów arbitrażowych. Po prostu trzeba tłumaczyć, że to nie jest nic nowego, to już działa i nie jest nadużywane. Od początku lat 90. w sądach arbitrażowych odbyło się jedynie sześć takich spraw i właśnie na linii inwestor-państwo w relacjach polsko-amerykańskich – uspokaja Majkowska.

Polisolokaty już mniej atrakcyjne. Od zysków trzeba zapłacić podatek Belki

Polisolokaty nie pozwalają już na uniknięcie podatku Belki. Od 1 stycznia ten produkt jest objęty tym opodatkowaniem tak samo, jak wszystkie inne produkty generujące dochody kapitałowe. Podatku nie zapłacą osoby, które wykupiły polisolokatę przed końcem 2014 r. – ale tylko do czasu zmiany lub przedłużenia umowy.

Z uwagi na opodatkowanie polisolokat przestają one być atrakcyjnym instrumentem finansowym. Jeśli weźmiemy pod uwagę to, że wszystkie instrumenty finansowe ‒ lokaty, depozyty, polisolokaty ‒ będą opodatkowane, to znajdą się na tej samej półce pod względem atrakcyjności, co inne produkty oferowane przez banki – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Warmiński, radca prawny i doradca podatkowy z kancelarii Galt.

Polisolokaty do tej pory były jedynym instrumentem finansowym tego typu nie objętym podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od dochodów kapitałowych.

Warmiński przypomina jednak, że już wcześniej widać było tendencję do rozszerzania zakresu tego podatku – w 2012 r. podatkiem zostały objęte tzw. lokaty jednodniowe, czyli z codzienną kapitalizacją odsetek. Wcześniej uzyskane z ich tytułu odsetki nie były opodatkowane, bo zgodnie z prawem kwotę podatku poniżej 50 groszy pomijało się – czyli nie płaciło się podatku od odsetek wynoszących mniej niż ok. 2,60 zł.

Zmiana dotyczy jedynie nowych polisolokat. Klienci, którzy podpisali umowę do 31 grudnia 2014 r., na razie nie muszą płacić podatku Belki ale tylko wtedy, gdy nie zmieniają warunków lub nie przedłużają kontraktów.

Obecnie wszelkie produkty bankowe skierowane do konsumentów zostały ujednolicone w traktowaniu podatkowym. Obawiam się, że w przypadku zmiany czy przedłużenia takiej polisolokaty, niestety, trzeba się będzie liczyć z koniecznością opodatkowania uzyskanych zysków od momentu zmiany czy przedłużenia takiej polisolokaty – tłumaczy Warmiński.

Podkreśla, że na tej zmianie bezpośrednio stracą klienci, a zysk w postaci wyższych wpływów z podatków uzyska państwo.

Polisolokaty to instrument finansowy składający się z elementu ochrony ubezpieczeniowej oraz przeważającej części inwestycyjnej. Wartość sprzedanych polisolokat na polskim rynku sięga zapewne kilkuset miliardów złotych, bo tylko cztery instytucje finansowe ukarane w ubiegłym roku przez UOKiK za naruszanie interesów konsumentów przy sprzedaży polisolokat (Aegon TUnŻ, Idea Bank, Open Finance i Polbank EFG – przejęty przez Raiffeisen Bank Polska) miały sprzedaż na poziomie 50 mld zł.

T. Regulski (Raiffeisen Polbank): Wydarzenia nadchodzących tygodni mogą mocno wpływać na notowania, zwłaszcza walutowe

CEO Magazyn Polska

W najbliższych tygodniach w gospodarce oczekiwanych jest sporo ważnych wydarzeń. Niedzielne wybory w Grecji, które mogą zatrzymać reformy w tym kraju, posiedzenie Fed, gdzie mają zapaść decyzje dotyczące zmian w polityce pieniężnej USA, najnowsze informacje o sytuacji gospodarczej Polski i innych krajów. Wszystkie te czynniki będą musieli brać pod uwagę zarówno czynni inwestorzy, jak i uczestnicy rozpoczynającego się właśnie konkursu Futures Masters.

Konkurs Futures Masters rozpoczyna się w bardzo ciekawym momencie – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Regulski z Zespołu Analiz Ekonomicznych Raiffeisen Polbank, jeden z mentorów konkursu. – Jesteśmy tuż po decyzji Europejskiego Banku Centralnego o rozpoczęciu programu skupu aktywów na duża skalę. – Od początku tego roku obserwowaliśmy silne wzrosty na zachodnioeuropejskich giełdach w oczekiwaniu właśnie na te decyzje. W oczekiwaniu na te decyzje obserwowaliśmy również silne umocnienie dolara amerykańskiego. To wszystko sprawia, że na rynku obserwujemy dość silne trendy, dość dużą zmienność.

Jak przypomina Tomasz Regulski, w ramach konkursu Futures Masters można posługiwać się kontraktami na WIG20, mWIG40 i kontraktami na parę dolar/złoty. W związku z tym obserwować trzeba zarówno rynek giełdowy, jak i walutowy. Zwłaszcza ten ostatni jest dosyć silnie uzależniony od informacji ze sfery makroekonomicznej i takich wydarzeń makroekonomicznych w najbliższym czasie będziemy mieć wiele.

– Na dane z Polski nasz parkiet reaguje zwykle w umiarkowanym stopniu – zwraca uwagę Tomasz Regulski. – Dlatego też być może indeksy czy też kontrakty na indeksy giełdowe nie odnotują silnych zmian. Natomiast już w notowaniach walut taką reakcję możemy obserwować. Ciekawy moment, wysoka zmienność i te istotne wydarzenia będą się odbywać nie tylko w tym pierwszym tygodniu, ale również w kolejnych tygodniach konkursu Futures Masters.

W kolejnym tygodniu  będzie miała publikacja danych z amerykańskiego rynku pracy, która zawsze wpływa na rynek walutowy i często na giełdowy. Widać bardzo silne umocnienie dolara amerykańskiego. Złoty jest najtańszy od 6, a euro od 11 lat.

– Obserwujemy duże zmiany na rynkach i w perspektywie kolejnych dni, tygodni rozstrzygać się będą dalsze losy, być może nawet średnioterminowe, tego, co będzie się działo na rynkach – zapowiada przedstawiciel Zespołu Analiz Ekonomicznych Raiffeisen Polbank. – Bowiem zwykle po takich wydarzeniach jak chociażby decyzja Europejskiego Banku Centralnego o skupie aktywów często mieliśmy do czynienia z realizacją zysków.

Dlatego zdaniem Tomasza Regulskiego kierunek, w jakim podążą rynki w następnych tygodniach będzie wyjątkowo silnie zdeterminowany przez wydarzenia makroekonomiczne i wyjątkowo podatny na zmiany, a właśnie kontrakty terminowe są narzędziem, które na zmienności pozwala skutecznie zarabiać.

Z takiego punktu też wychodzę, jeżeli chodzi o wsparcie uczestników konkursu Futures Masters. Chciałbym dostarczać jak najwięcej informacji pomocnych w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych z własną interpretacją tych wydarzeń i z własną oceną tego, jak te wydarzenia mogą wpływać na rynek – deklaruje mentor konkursu. – W związku z tym nie ograniczę się jedynie do analizy technicznej, ale chciałbym też przekazywać jak najwięcej istotnych informacji ze sfery czy to makroekonomicznej czy też mikro, informacji ze spółek, które mogą wpływać na notowania kontraktów.

Futures Masters zorganizowany przez warszawską giełdę, Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych, KDPW CCP wraz ze Stowarzyszeniem Inwestorów Indywidualnych i grupą 11 biur maklerskich potrwa pięć tygodni począwszy od 26 stycznia. Uczestnicy zmierzą się w tygodniowych turach, w każdej starając się pomnożyć 50 tys. wirtualnych złotych.

R. Benecki (ING BSK): Frankowicze mogą liczyć na obniżkę szwajcarskich stóp procentowych

0

CEO Magazyn Polska

Bank centralny Szwajcarii może nie zdecydować się już na osłabiający franka skup walut. Natomiast zadłużeni w tej walucie Polacy mogą liczyć na kolejną obniżkę stóp.

Największym sojusznikiem polskich frankowiczów jest szwajcarski przemysł. Po spektakularnym umocnieniu franka jego eksportowa rentowność gwałtownie spadła. Producenci muszą albo obniżać ceny sprzedawanych za granicę towarów albo godzić się z niższymi zyskami. Przed 15 stycznia bowiem każde zarobione w krajach Unii euro, szwajcarskie firmy wymieniały na 1,2 franka. Dziś dostają za nie ok. 99 rappenów lub centymów, jak zwie się odpowiednik polskich groszy w różnych częściach tego kraju.

Na razie Szwajcarii Bank Narodowy próbuje nie dotykać rynku, czekając na to, aż ustali się jakiś kurs euro w stosunku do franka mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Rafał Benecki, główny ekonomista ING Bank Śląski. Wydaje mi się, że ruch jest po stronie ujemnych stóp. Interwencje na większą skalę są w tej chwili mało realne, dlatego że szwajcarski bank centralny skupił już około ponad 500 mld franków w postaci rezerw walutowych.

Europejski Bank Centralny podjął decyzję, że na skup rządowych obligacji państw strefy wyda od marca 2015 do końca września 2016 roku 1 bilion euro, niemal dwa razy więcej niż oczekiwał rynek. Jego cel taktyczny to zahamowanie deflacji i podniesienie cen o 2 proc. Strategiczny zaś to rozruszanie europejskiej gospodarki dzięki taniemu euro. Dla Szwajcarów jednak ta polityka oznacza, że walutowi inwestorzy będą chcieli zamieniać euro na franka. Tymczasem szwajcarskie rezerwy walutowe sięgają już około 85 proc. tamtejszego PKB.

Dalsze zwiększanie rezerw w momencie, kiedy jest obawa o umacnianie się franka, powodowałoby generowanie strat przez szwajcarski bank centralny – zwraca uwagę Rafał Benecki. – To jest inny bank niż większość banków na świecie, który jest najzwyczajniej w świecie notowany na giełdzie. Ten bank będzie zatem bardzo ostrożny w zwiększaniu swoich rezerw.

Zatrzymać wzrost szwajcarskich rezerw można zaś albo jeszcze podnosząc wartość franka, co już chyba nikomu nie odpowiada, albo obniżając stopy procentowe frankowych inwestycji. Dlatego w Szwajcarii obowiązują dziś ujemne stopy procentowe. Bank centralny tego kraju obniżył je do poziomu minus 0,75 proc., a styczniowa obniżka była drugą w ciągu kilku tygodni. To jednak na razie nie wystarczyło, by franka osłabić, szczególnie wobec polityki prowadzonej przez EBC. Dlatego analitycy oczekują kolejnych tego typu decyzji.

Możliwe są jakieś ruchy po stronie ujemnych stóp procentowych, tak by zniechęcić potencjalnych inwestorów, którzy przenoszą swoje pieniądze do strefy euro, aby to czynili ocenia główny ekonomista ING Bank Śląski.

BZ WBK: Dzięki zwiększeniu konsumpcji wewnętrznej i inwestycjom ubiegłoroczny wzrost PKB wyniósł 3,3 proc. W tym roku powinien być podobny

CEO Magazyn Polska

Wbrew obawom gorsza koniunktura za granicą nie wpłynęła negatywnie na PKB Polski, który w ostatnim kwartale ub.r. prawdopodobnie nie spadł poniżej 3 proc. Według ekonomisty Banku Zachodniego WBK niekorzystne czynniki zostały zniwelowane przez wzrost konsumpcji wewnętrznej i inwestycji. Tegoroczny wzrost zapewne będzie podobny, chociaż pierwszy kwartał może być nieco słabszy.

Myślę, że wzrost PKB w 2014 roku wyniósł 3,3 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. – To by oznaczało, że w czwartym kwartale wzrost gospodarczy nie spadł poniżej 3 proc., czego obawialiśmy się wcześniej, widząc pogarszającą się koniunkturę za granicą.

Zdaniem tego analityka choć okazało się, że popyt zagraniczny po wakacjach rzeczywiście zaczął się osłabiać, to towarzyszył temu wzrost popytu krajowego.

Na rynku pracy mieliśmy ożywienie, spadała inflacja, która podnosiła realne dochody Polaków – wskazuje Piotr Bielski. – Firmy najwyraźniej nie wystraszyły się tego osłabienia koniunktury za granicą i inwestowały. W rezultacie szybki, ponad 3-proc. wzrost gospodarczy w zeszłym roku zawdzięczamy poprawie konsumpcji i inwestycji, czyli dwóm filarom popytu krajowego. Eksport co prawda rósł, ale w słabnącym tempie, co było konsekwencją kryzysu rosyjskiego i tego, że strefa euro zaczęła wpadać w kłopoty.

Według ekonomisty banku BZ WBK w br. przeciętne tempo wzrostu gospodarczego Polski, podobnie jak w roku ubiegłym, przekroczy 3 proc. Tylko w pierwszym kwartale może być wolniejsze.

Elementem stabilizującym będzie wciąż silny wzrost konsumpcji i inwestycji, ale przejściowego spadku wzrostu gospodarczego poniżej 3 proc. na początku 2015 roku raczej nie unikniemy – uważa Piotr Bielski. – Natomiast w kolejnych kwartałach liczyłbym na stopniowe przyspieszanie wzrostu , co spowoduje, że w efekcie osiągniemy poziom około 3,2 proc., czyli zbliżony do tego, który był w ub.r.

W dalszym ciągu kołem zamachowym gospodarki będzie – zdaniem tego ekonomisty – wzrost apetytu Polaków na zakupy. Rosną wynagrodzenia, spadają ceny, a trzymanie oszczędności w bankach nie opłaca się ze względu na niskie stopy procentowe. Zostaje wydawanie pieniędzy na konsumpcję i inwestycje przedsiębiorstw.

Na rynku pracy wciąż obserwujemy wzrost zatrudnienia, płace rosną w umiarkowanym tempie, ale jednocześnie spada inflacja, przez co zmniejszają się ceny podstawowych towarów, m.in. paliwa i żywności – zauważa Bielski. – W związku z tym Polacy w skali roku dużo mniej wydadzą na podstawowe zakupy, co pozwoli im odłożyć pieniądze na inne wydatki. Nie spodziewam się jednak znaczącego wzrostu oszczędności. Sądzę raczej, że dodatkowe środki zostaną wydane na towary być może bardziej luksusowe, drugiej czy trzeciej potrzeby.

Motorem tegorocznego wzrostu – zdaniem Piotra Bielskiego – będą też dalsze inwestycje przedsiębiorstw.

Myślę, że wzrost inwestycji utrzyma się na przyzwoitym poziomie, do czego przyłoży się między innymi sektor publiczny – twierdzi Bielski. – Pamiętajmy, że mamy rok wyborczy, więc trudno liczyć na to, że wydatki sektora publicznego, szczególnie inwestycyjne, będą mocno ograniczane.

Nie wiadomo jednak, jak będzie przebiegać absorpcja funduszy unijnych.

Uruchomienie środków z nowej perspektywy finansowej UE może się trochę opóźnić – prognozuje Bielski. – Pamiętajmy jednak, że 2015 rok jest ostatnim, podczas którego będą wydawane środki z poprzedniej perspektywy finansowej. Mówimy tu o kilkudziesięciu miliardach złotych, które z pewnością przyczynią się do wzrostu wydatków inwestycyjnych.

Zdaniem Piotra Bielskiego sytuacja na Wschodzie w br. wciąż będzie negatywnie wpływać na wyniki polskiego eksportu. Według Głównego Urzędu Statystycznego po jedenastu miesiącach ubiegłego roku wartość polskiego eksportu ogółem wyniosła prawie 150,5 mld euro i była wyższa niż rok wcześniej o 4,8 proc.

Liczę jednak na to, że gospodarka europejska zacznie przyspieszać, szczególnie w drugiej połowie roku – uważa Bielski. – W związku z tym dla eksporterów ten rok może nie być aż tak dramatyczny. Jeżeli rzeczywiście popyt w Europie Zachodniej ożywi się, to może powoli poprawiać także ich sytuacja.

Niższe ceny ropy mogą stworzyć okazje do przejęć. PKN Orlen rozważa akwizycje w Kanadzie

CEO Magazyn Polska

Projekt kanadyjski pozostaje strategiczny dla Orlenu. Spółka zależna TriOil Resources notuje coraz lepsze wyniki operacyjne, więc koncern planuje następne inwestycje. Rozważa też kolejne akwizycje, zwłaszcza że spadające ceny ropy mogą skutkować niższą wyceną spółek, co może okazać się dobrą okazją do przejęć.

Spółka TriOil Resources osiąga coraz lepsze wyniki operacyjne. Produkcja w grudniu wyniosła 8,4 tys. baryłek dziennie. Planujemy kolejne inwestycje, aczkolwiek przy obecnej cenie ropy prowadzimy prace i analizy związane z racjonalizacją wydatków inwestycyjnych. Nie ukrywajmy, że jest pewna próg cenowy, poniżej którego nie opłaca się robić kolejnych odwiertów – powiedział agencji informacyjnej Newseria Sławomir Jędrzejczyk, wiceprezes zarządu ds. finansowych PKN Orlen.

Zapewnia, że dla spółki projekt kanadyjski jest strategiczny. Rozważane są też kolejne akwizycje. Warunki rynkowe mogą temu sprzyjać.

Jeżeli niektóre spółki ze względu na niskie ceny ropy będą zmuszone wyprzedawać swoje aktywa, bo np. nie będą w stanie obsługiwać finansowania, to może być taki moment, kiedy wyceny spółek upstreamowych zmniejszą się dość poważnie, a to będzie dobry moment do tego, by przeanalizować konkretnie jakiś projekt związany z aktywem kanadyjskim – podkreśla Jędrzejczyk.

Notowania ropy naftowej na światowych giełdach spadły w ciągu roku o ponad 50 proc., ale ceny hurtowe paliw (także produkowanego przez PKN Orlen), również są dużo niższe. Według danych BM Reflex najpopularniejsza 95-oktanowa benzyna bezołowiowa produkowana przez PKN Orlen 23 stycznia w hurcie kosztowała 3281 zł/1000 l (bez podatku VAT). 12 miesięcy wcześniej za tę samą ilość paliwa należało zapłacić ponad 4100 zł.

Obecna cena ropy powoduje, że każda firma na koniec 2014 roku przeprowadziła tzw. test na trwałą utratę wartości aktywów. Zakładam, że wszystkie duże spółki upstreamowe muszą zweryfikować swoje prognozy dotyczące cen ropy i na bazie tych zweryfikowanych prognoz dokonać adekwatnych odpisów. Poczekajmy na te raporty, które będziemy wnikliwie śledzić, bo być może będą to bardzo poważne kwoty ‒  zaznacza Jędrzejczyk.

Ceny ropy naftowej wpływają pozytywnie na wyniki w części downstreamowej PKN Orlen, czyli dotyczącej segmentu rafineryjnego i petrochemicznego, co pozwala na rozszerzenie marż.

2015 rok zaczął się dobrze, w dalszym ciągu nasze wolumeny i marże rafineryjne są dobre, ale oczywiście musimy poczekać na rozwój wydarzeń. Jesteśmy przygotowani na bardzo dynamiczne zmiany w otoczeniu. Cena ropy jest tutaj krytyczna i będzie ona wpływać na ceny produktów i ich notowania. Spodziewamy się zmiennego roku, ale miejmy nadzieję, że zakończymy go równie pozytywnie jak 2014 rok ‒ prognozuje wiceprezes zarządu ds. finansowych PKN Orlen.

W IV kwartale 2014 roku przychody spółki wyniosły 24,9 mld zł, a wynik finansowy netto zakończył się stratą w wysokości 1,22 mld zł, na co wpłynęło przeszacowanie cen ropy naftowej, skutkujące dokonaniem odpisów aktualizacyjnych i utratą części wartości aktywów. Podstawowa marża rafineryjna wzrosła o 40 proc. do 12,6 dolarów za baryłkę. Inwestorzy docenili wyniki i po początkowych spadkach na piątkowej sesji akcje spółki ostatecznie podrożały o 1,14 proc.

2014 rok okazał się dla nas bardzo dobry. Mimo trudnego i zmiennego otoczenia wypracowaliśmy ponad 5,2 mld zysku operacyjnego powiększonego o amortyzację. Jest to rekordowy wynik. Tutaj bardzo dobrze zachował się zarówno nasz podstawowy segment, czyli segment downstream, tzn. rafineria, petrochemia i energetyka, jak i detal. Detal osiągnął 1,4 mld zł, co też jest najlepszym wynikiem w historii w naszej części detalicznej ‒ wyjaśnia Jędrzejczyk.

Dobre wyniki finansowe PKN Orlen pozwalają na podejmowanie nowych oraz kontynuację aktualnie trwających inwestycji. W grudniu spółka zawarła kontrakt o wartości 1,3 mld zł z koncernem Siemens na budowę bloku gazowo-parowego pod budowę drugiej elektrociepłowni w Płocku o mocy 596 MWe. Cała inwestycja ma zostać zakończona do końca 2017 roku. Firma przede wszystkim skupia się jednak na włocławskiej inwestycji.

W segmencie energetycznym kontynuujemy nasz podstawowy projekt budowy elektrociepłowni we Włocławku. Prace trwają zgodnie z harmonogramem, jest szansa na to, że pod koniec tego roku będziemy świętowali zakończenie inwestycji, a od początku 2016 roku będziemy oferowali pierwszą komercyjną produkcję energii ‒ mówi Sławomir Jędrzejczyk.