Polski handel czeka na przedświąteczny boom. Początek już w listopadzie

CEO Magazyn Polska

Z początkiem listopada zaczyna się jeden z najlepszych w roku okresów dla handlu detalicznego. Polacy zaczynają coraz intensywniejsze zakupy, które swój szczyt osiągają tuż przed świętami. Na większe obroty liczy również branża odzieżowa.

Sprzedaż przedświąteczna, czyli IV kwartał każdego roku, to jest najbardziej dochodowy okres dla branży odzieżowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Marek Dworczak, prezes CDRL, do której należy marka Coccodrillo.

Z publikowanego przez brytyjską firmę Experian plc indeksu FootFall Indeks Polska wynika, że koniec października to czas, gdy handel w Polsce notuje bardzo słabe wyniki. Indeks, którym mierzona jest liczba klientów odwiedzających centra handlowe, spada do poziomu, który osiąga w okresie wakacyjnych wyjazdów, gdy polskie sklepy świecą pustkami. W tym roku, w ostatnim tygodniu października, FootFall spadł o 16,9 proc, porównując z połową miesiąca (w ujęciu rocznym wzrósł o 2,7 proc.).

To jednak chwilowy trend, bo jak pokazują doświadczenia poprzednich lat, wraz z początkiem listopada liczba kupujących zaczyna rosnąć.

We wrześniu, zgodnie z danymi GUS, sprzedaż detaliczna w Polsce wzrosła o 1,6 proc. w ujęciu rocznym, ale spadła o 0,9 proc. w ujęciu miesięcznym. Wyniki z grudnia ubiegłego roku pokazują, że końcówka roku dla handlu jest znacznie lepsza niż początek jesieni. Sprzedaż wzrosła o 5,8 proc. rok do roku, ale aż o 17,3 proc. w porównaniu z listopadem 2013 roku.

I w tym roku właściciele sklepów liczą na przedświąteczną zakupową gorączkę. Jednocześnie wprowadzają do sklepów nową ofertę przygotowaną właśnie z tej okazji.

– Nam najbardziej zależy na tym, żeby stworzyć taką ofertę, dzięki której klient, który kupi u nas w tym roku, będzie chciał potem wrócić, bo będzie zadowolony z tych towarów. Przede wszystkim są to ubiory okazjonalne, czyli typowo świąteczne. Mniej mamy oferty sportowej, w której też się bardzo dobrze czujemy, ale staramy się zadowolić klienta ofertą typowo przedświąteczną. – deklaruje prezes CDRL. Przygotowujemy szereg niespodzianek związanych z tym okresem. Będą to najróżniejsze wycinanki, bombki, kolorowanki, które mają wzmocnić sprzedaż. Oczywiście pojawią się także różne promocje, które będą uzależnione od wartości zakupu. Wszystko po to, by zapewnić naszym klientom jak najlepszą dostępność do naszych towarów.

Jak podkreśla, klienci poszukują w tym okresie nieco innych rzeczy niż w pozostałych miesiącach. Również w samym okresie przedświątecznym potrzeby klientów się zmieniają.

– Na Mikołaja, czyli w momencie, gdy zaczynamy sprzedaż przedświąteczną, klienci szukają drobnych, okazjonalnych prezentów – ocenia prezes CDRL SA. Przed samymi świętami zaczynamy sprzedawać bardziej eleganckie rzeczy, jak sukienki czy marynarki.

Benefit Systems w ciągu dwóch lat chce otworzyć do 70 klubów fitness

0

CEO Magazyn Polska

Zajęcia sportowe jako segment rynku pozapłacowych świadczeń pracowniczych mają ogromny potencjał wzrostu – uważają przedstawiciele Benefit Systems. Dlatego spółka inwestuje w kluby fitness. Do końca 2016 roku we współpracy z Calypso, Fitness Academy, Fabryką Formy oraz firmą Zdrofit chce utworzyć do 70 takich placówek w całej Polsce. Karty sportowe MultiSport, które wydaje spółka, ma już prawie 500 tys. użytkowników.

W najbliższych latach skupimy się na rozwoju kart MultiSport – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Józefacki, prezes zarządu Benefit Systems SA. – W październiku przekroczyliśmy próg 500 tys. użytkowników kart sportowych. Nie tyczy się to tylko MultiSportu, ale ma on w tym największy udział.

Miesięczny karnet do zwykłego klubu fitness to wydatek rzędu 150-200 zł. Kartę MultiSport pracownicy mogą mieć za kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych. Resztę ceny pokrywa pracodawca, głównie z funduszu świadczeń socjalnych. Dlatego spółka nadal będzie inwestować w kluby fitness w największych miastach. Tam bowiem widzi największe grono odbiorców swoich produktów.

– Kluby są istotnym elementem naszej strategii, ponieważ pozwalają budować powierzchnię, z której później mogą korzystać użytkownicy naszych kart, a tych dynamicznie przybywa – wskazuje Józefacki. – Planujemy do końca 2016 roku, czyli w ciągu najbliższych dwóch lat, stworzyć do 70 klubów.

Placówki powstają za pośrednictwem kilku sieci w Polsce: Calypso i Zdrofit (głównie Warszawa i okolice), Fitness Academy (Dolny i częściowo Górny Śląsk) i Fabryka Formy (Wielkopolska).

Jeżeli chodzi o plany inwestycyjne całej grupy, to jesteśmy także zainteresowani tworzeniem nowych produktów i rozwiązań – informuje Józefacki. – Staramy się być firmą, która oferuje pełną gamę różnego rodzaju rozwiązań, pozwalających pracownikom w odpowiedni i atrakcyjny sposób wykorzystać wolny czas. Inwestujemy w różne narzędzia do dystrybucji oraz ofertę na platformach. Mam na myśli MultiBilet (kino), MultiTeatr (teatr), MultiWypoczynek (oferta wypoczynkowa i turystyczna) oraz BenefitLunch, czyli ofertę posiłków w godzinach pracy dla zatrudnionych.

Ważną częścią strategii rozwoju spółki, jak zapewnia szef Benefit Systems SA, są plany związane z eksportem świadczonych usług.

Od ponad trzech lat jesteśmy w Czechach, przyglądamy się też innym rynkom, w których widzimy potencjał rozwoju podobnych produktów – wskazuje Tomasz Józefacki.

W najbliższej przyszłości spółka chce skupić się na rozwijaniu już udostępnionej oferty.

Staramy się wzbogacać naszą ofertę w ramach tych produktów i kategorii, które już posiadamy, takich jak np. MultiWypoczynek – tłumaczy Józefacki. – Tę usługę chcemy rozszerzyć nie tylko o wyjazdy weekendowe, lecz także o urlopy, ferie i kolonie dla dzieci.

Benefit Systems notowana jest na warszawskiej giełdzie od 21 kwietnia 2011 roku. Jej akcje od tej pory zdrożały o 130 proc. Cały WIG zyskał w tym czasie niespełna 8 proc., a WIG20 stracił ponad 15 proc.

Firmy, które wysyłają pracowników w niebezpieczne regiony świata, mogą ubezpieczyć się od porwań i okupów

0

CEO Magazyn Polska

Na polskim rynku pojawiła się możliwość wykupu polisy od porwań i okupów. To oferta skierowana do wszystkich firm, ze szczególnym naciskiem na podmioty, które wysyłają pracowników do miejsc o wysokim ryzyku porwań dla okupu. To m.in. Kongo, Pakistan, Libia, Nigeria, niektóre regiony Meksyku i Rosji.

Firmy rzadko wiedzą, że taka polisa w ogóle istnieje, że można zakupić taki produkt ubezpieczeniowy. Natomiast oczekiwania często są takie, aby to były polisy „pod konkretny wyjazd”, i to realizujemy. Spółka wysyła swojego pracownika na negocjacje handlowe do Pakistanu i w tym momencie zawieramy polisę na tydzień czy dwa, w zależności od potrzeb. Istnieje również możliwość zawarcia polisy rocznej – wyjaśnia Adam Gmurczyk, dyrektor w Dziale Ubezpieczeń Financial Lines w spółce AIG, która oferuje takie polisy.

Polisę chroniącą od ryzyka uprowadzenia, okupu i wymuszeń (K&R) wprowadził polski oddział firmy ubezpieczeniowej AIG. Oferta jest adresowana do klientów korporacyjnych, którzy prowadzą działalność na rynku międzynarodowym. Jak informują przedstawiciele ubezpieczyciela, zmienione w ostatnim czasie warunki ubezpieczeń K&R wynikają z rosnącej liczby ognisk zapalnych na całym świecie, w tym konfliktów zbrojnych i ryzyka porwań.

Oczekiwania są takie, aby w sytuacji kryzysowej byli uruchamiani konsultanci, którzy zapewnią koordynację odpowiednich działań, i aby polisą był objęty okup płacony porywaczom. Dla klientów ważne są również dodatkowe rozszerzenia, jak pokrycie kosztów medycznych po zdarzeniu, kosztów związanych z operacjami plastycznymi czy też roszczeń odszkodowawczych rodzin wobec spółki – mówi Gmurczyk agencji Newseria Biznes. – Polisa może również objąć koszty ewakuacji, gdy organ państwowy w danym kraju wyda stosowne ogłoszenie i wezwie obywateli innych państw do wyjazdu.

Oferta skierowana jest do wszystkich przedsiębiorców, jednak przede wszystkim dotyczy firm wysyłających pracowników w delegacje do krajów o dosyć wysokim ryzyku porwań dla okupu czy wymuszeń, takich jak Kongo, Pakistan, Libia, Nigeria, a także niektórych regionów Meksyku czy Rosji. Ubezpieczenie obejmuje zarówno koszt okupu, jak i usługi konsultantów z firmy NYA International – partnera biznesowego AIG, który specjalizuje się w zarządzaniu kryzysowym w tego rodzaju sytuacjach.

Konsultanci kontaktują się z ubezpieczonymi, firmą, rodzinami i jadą w miejsce, w którym zdarzyło się porwanie oraz do siedziby ubezpieczonego. Doradzają, jak negocjować z porywaczami. Profesjonalne wsparcie w tak trudnej sytuacji jest bardzo pożądane, aby porywacz po otrzymaniu okupu nie czuł się zachęcony do tego, by ponownie porywać pracowników danej organizacji i znowu zażądać okupu – wyjaśnia ekspert.

W przypadku takiej polisy, jak wskazuje Gmurczyk, składka zależy przede wszystkim od wielkości przedsiębiorstwa, liczby objętych nią podróży służbowych oraz kraju, do którego ma się udać objęta ochroną osoba.

Najniższe składki oferowane są najmniejszym organizacjom wysyłającym pracownika w mniej ryzykowne regiony. Natomiast firmy z trudniejszych branż, jak wydobywcza, paliwowa, naftowa, lotnicza czy zbrojeniowa, przy wielu podróżach służbowych w zagrożone rejony świata płacą składki odpowiednio wyższe – mówi Gmurczyk.

NYA International rocznie odnotowuje ok. 80-100 przypadków porwań wysyłanych w delegację pracowników, żądania okupu i wymuszeń.

Elektronika noszona coraz popularniejsza. Może jednak zagrażać prywatności użytkowników

CEO Magazyn Polska

Elektronika noszona, czyli wearables, to wygodne rozwiązanie dla użytkowników. Niestety mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że dość poważnie zagraża ona prywatności. Urządzenia tego typu gromadzą dane osobowe, te zaś mogą być przesyłane do firm partnerskich producenta danego sprzętu lub paść łupem cyberwłamywaczy – przestrzegają eksperci.

Dostęp do naszych danych mogą uzyskać największe światowe koncerny – mówi Marek Porzeżyński, prawnik z kancelarii Chałas i Wspólnicy. – Dane tego typu są szczególnie cenne dla przeróżnych firm reklamowych, które – dysponując nimi – mogą kierować swoje reklamy do odpowiedniej grupy odbiorców. Bazy danych osobowych mają bardzo dużą wartość rynkową i są chętnie kupowane przez firmy zajmujące się marketingiem.

Większość użytkowników nabywających gadżety elektroniczne nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że producent nie tylko gromadzi ich dane osobowe, lecz także ma dostęp do zapisów aktywności, jakie rejestruje dane urządzenie. Wielu użytkowników nieświadomie nie wyłącza swoich urządzeń w momencie, kiedy nie chcieliby, aby ich aktywność była monitorowana, co jest możliwe dzięki wbudowanym elementom nagrywającym zarówno dźwięk, jak i obraz, a także parametry medyczne (np. rytm pracy serca, tętno itp.).

Jak jednak podkreśla Porzeżyński, sama sprzedaż danych osobowych koncernom reklamowym nie jest największym zagrożeniem, jakie niesie za sobą używanie elektroniki noszonej. O wiele groźniejsza i brzemienna w skutkach może okazać się działalność hakerów, którzy włamując się do bazy danych na serwerach producenta, mogą uzyskać wszelkie zapisane tam informacje o użytkowniku. Kradzież tego typu informacji nie jest dla specjalistów trudnym wyzwaniem.

Jeżeli już decydujemy się na korzystanie z takich urządzeń, bardzo trudno zabezpieczyć się przed zhakowaniem. Takie włamanie może nastąpić dosłownie w każdym momencie, a użytkownik może nawet o tym nie wiedzieć – ostrzega Marek Porzeżyński. – Urządzenia tego typu są nowymi gadżetami, więc nie ma jeszcze wyspecjalizowanej technologii czy oprogramowania, które mogłyby skutecznie zapobiegać takim naruszeniom. Jak jednak pokazuje rozwój technologii komputerowych, nawet mając już takie zabezpieczenia, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co hakerzy mogą z nimi zrobić, kiedy uda im się je złamać.

Wraz z pojawieniem się elektroniki noszonej pojawiają się także związane z nią implikacje prawne dotyczące ochrony danych osobowych. Co prawda nie było jeszcze żadnych spraw tego typu ani w Polsce, ani na świecie, należy jednak pamiętać o tym, że jest to dopiero początek upowszechniania się takich gadżetów. Jak wykazały to ostatnie badania, w samych Stanach Zjednoczonych już 20 proc. społeczeństwa dysponuje takim sprzętem elektronicznym. W Polsce nie przeprowadzano jeszcze na ten temat sondy, nie ma również żadnych statystyk dotyczących wearables, jednak Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych zaapelował o rozsądek podczas używania takiego sprzętu.

Media społecznościowe przyspieszają proces rekrutacji i pomagają zweryfikować dane z CV

CEO Magazyn Polska

Blisko połowa pracodawców prowadzi rekrutację przez media społecznościowe, żeby ją przyspieszyć – wynika z badania Adecco Poland. Serwisy takie, jak Facebook czy LinkedIn, stały się już powszechnym narzędziem wykorzystywanym do poszukiwania pracowników służą m.in. do zamieszczania ofert pracy, weryfikowania danych z CV czy promowania pracodawcy. Często korzystają z nich także firmy rekrutacyjne – 60 proc. z nich przyznaje, że w ich organizacjach jest to obowiązkowe lub przynajmniej rekomendowane.

Z badania przeprowadzonego przez Adecco Poland w krajach Europy Środkowo-Wschodniej wynika, że to polscy pracodawcy najczęściej korzystają z social media w procesie rekrutacji.

– Polska wiedzie prym w porównaniu z innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Portal, który najczęściej jest wymieniany przez rekruterów, czyli LinkedIn, jest stworzony przede wszystkim dla kadry średniego i wyższego szczebla. Takie portale służą najczęściej do weryfikacji kompetencji i doświadczenia zawodowego kandydatów – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Posachowicz, konsultant departamentu rekrutacji stałych Adecco Poland, firmy świadczącej usługi z zakresu zarządzania kapitałem ludzkim oraz doradztwa personalnego.

Do tych celów social media są wykorzystywane przez ponad połowę rekruterów. Ankietowani częściej wskazywali, że media społecznościowe służą im do publikowania ofert pracy (ponad 70 proc. wskazań) i pozyskiwania pasywnych kandydatów, czyli osób, które mają zatrudnienie i nie poszukują pracy (68,3 proc.).

Posachowicz zwraca uwagę, że główną korzyścią dla rekruterów jest szybsze dotarcie do poszukiwanych kandydatów.

– Kandydaci pozyskani z portali społecznościowych to osoby pasywne na rynku pracy, które nie odpowiadają aktywnie na ogłoszenia o pracę i tym samym to my musimy do nich dotrzeć. Są to pracownicy, którzy najczęściej dobrze wywiązują się ze swoich obowiązków – tłumaczy konsultant Adecco Poland.

Najchętniej wykorzystywanym do tego portalem jest LinkedIn. Drugim najpopularniejszym jest Facebook.

– Portal ten więcej mówi jednak o kompetencjach miękkich, sposobie życia, zachowania czy spędzania wolnego czasu przez danego kandydata – mówi Posachowicz.

Najbardziej kandydatom zaszkodzić mogą ich komentarze, które świadczą o tym, że naruszali zasady obowiązujące w miejscu pracy lub na uczelni. Nieco mniejszy wpływ na ocenę rekrutera mają publikowane przez kandydata kontrowersyjne poglądy, a jeszcze mniejszy – prywatne zdjęcia.

Okazuje się także, że prowadzenie działań rekrutacyjnych w mediach społecznościowych nie jest domeną jedynie najmniejszych firm, zatrudniających mniej niż 10 osób. Najczęściej używanie portali społecznościowych w rekrutacji wymuszają lub rekomendują firmy mające 10-50 pracowników (aż 66,1 proc.). W przypadku firm zatrudniających 50-250 osób odsetek ten wyniósł 47,4 proc., a wśród firm zatrudniających powyżej 250 osób – 51,8 proc.

Badanie wykazało, że największy nacisk na używanie mediów społecznościowych w procesach rekrutacyjnych kładą firmy rekrutacyjne. 60 proc. z nich przyznało, że w ich organizacjach jest to obowiązkowe lub rekomendowane.

Branżami, w których najczęściej wykorzystujemy portale social media, są logistyka, manufacturing oraz sektor finansowy. Innym obszarem jest shared service center [centra usług wspólnych – red.]. Jest to branża, która przewija się przez wszystkie sektory: sprzedaż, obsługę klienta, logistykę i sektor finansowy – wymienia Posachowicz.

Blisko połowa badanych przyznała, że korzystanie z social media zwiększa liczbę podań o pracę. Nieco ponad połowa podkreśliła, że przyspiesza to proces rekrutacji.

Z pewnością czas rekrutacji skraca się do minimum. Czasami w ciągu kilku dni pracodawcy potrafią zidentyfikować docelowych pracowników – podsumowuje Paweł Posachowicz.

W Polsce dużo groźniejsza od eboli jest grypa sezonowa. Wiążą się z nią poważne powikłania

CEO Magazyn Polska

Główny Inspektor Sanitarny uspokaja – osoby, które nie miały kontaktu z chorymi na ebolę i nie przebywały w rejonie zagrożenia, w Polsce nie mają możliwości zakażenia się. Lekarze radzą, by zamiast drżeć przed afrykańskim wirusem, zabezpieczyć się przed tym, który wywołuje grypę sezonową i może zaatakować w każdym miejscu.

Grypa szerzy się drogą kropelkową, czyli jej zakażalność jest z tego względu dużo większa, bo już przebywanie w pobliżu takiej osoby może spowodować zakażenie. W przypadku wirusa ebola do zakażenia dojdzie dopiero przez bezpośredni kontakt. Czyli chodzi tu o kontakt z wydzielinami, wydalinami, płynami ustrojowymi lub krwią chorego – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Marek Posobkiewicz, Główny Inspektor Sanitarny.

Wirusem grypy bardzo łatwo się zarazić, a gdy dostanie się do organizmu, szybko się namnaża i daje gwałtowne objawy. Nie można jej lekceważyć, bo to nie jest zwykłe przeziębienie. Nieleczona wiąże się z poważnymi powikłaniami: zapaleniem mięśnia sercowego, astmą czy zapaleniem opon mózgowo-rdzeniowych.

Jeżeli ktoś będzie miał takie objawy, jak wysoka temperatura, bóle mięśni, bóle stawów czy biegunka, powinien zgłosić się do lekarza i jeżeli będzie diagnozowany, to z pewnością w kierunku grypy, nie eboli –  tłumaczy dr Marek Posobkiewicz.

Co roku z powodu grypy umiera w Polsce kilkaset osób, ale takie przypadki zwykle nie są nagłaśniane. Kiedy zaś padają nazwy „świńska grypa” czy „wirus gorączki krwotocznej ebola” – wybucha panika. Doktor Marek Posobkiewicz uspokaja, że nie ma powodów do obaw, ale ostrożności nigdy za wiele. Dlatego osoby, które w ostatnim czasie były w Gwinei, Sierra Leone czy Demokratycznej Republice Konga, powinny się przebadać.

Jeżeli ktoś nie miał kontaktu z osobą chorą na ebolę i nie był w rejonie zagrożenia, to nie ma możliwości zarażenia się wirusem ebola. Gdyby chora osoba trafiła do Polski, byłaby poddana obowiązkowej hospitalizacji w warunkach izolacji. Wszystkie osoby z bezpośredniego kontaktu będą poddane trzytygodniowej kwarantannie – wyjaśnia dr Marek Posobkiewicz.

Śmiertelność w przypadku zakażenia wirusem ebola jest bardzo wysoka. Niestety, nie ma szczepionki ani skutecznych leków przeciw eboli.

Grupa Kapitałowa MCI po III kwartale 2014 r.: 240,5 mln zł skonsolidowanego zysku netto

0

 

  • 240,5 mln zł skonsolidowanego zysku netto po trzech kwartałach 2014 r. (wzrost o 45,8% r/r)
  • Wskaźnik aktywów netto na akcję (NAV/akcję) wyniósł na 30.09.2014 16,10 zł (wzrost o 35,3% r/r) względem prognozowanych 16,50 zł na koniec 2014 r.
  • Łączne aktywa wyniosły na 30.09.2014 r. 1 mld 194 mln zł (o 247,5 mln zł więcej niż na 31.12.2013 r.)
  • Aktywa pod zarządzaniem (AUM) wyniosły 1 mld 589 mln zł (wzrost o 51,2% r/r)
  • Fundusze z Grupy MCI dokonały w trzecim kwartale trzech inwestycji: MyBaze.com, LepszaOferta.pl i Travelata.ru (druga runda finansowania)
  • Oferta publiczna akcji Private Equity Managers S.A. (PEManagers) przygotowana na IV kw. 2014 r. lub I kw. 2015 r., w zależności od warunków rynkowych i decyzji KNF

Po 9 miesiącach 2014 r., Grupa MCI wypracowała wynik netto na poziomie 240,5 mln zł, czyli o blisko 46% wyższy niż w porównywalnym okresie poprzedniego roku. Największy udział w zysku netto miał wzrost wartości certyfikatów inwestycyjnych funduszy MCI.TechVentures i MCI.EuroVentures (166,6 mln zł), zysk na transakcji dekonsolidacji PEManagers (62 mln zł) oraz zysk z zarządzania aktywami zrealizowany przez PEManagers do dnia dekonsolidacji (22,4 mln zł). Skonsolidowane aktywa wyniosły 1 mld 194 mln zł – o 247,5 mln zł więcej niż na dzień 31.12.2013 r. AUM wyniosły na koniec września 2014 r. 1 mld 589 mln zł, co oznacza wzrost o 51,2% (538 mln zł) w stosunku do końca trzeciego kwartału 2013 r. Wskaźnik NAV/akcję, który najlepiej opisuje kondycję funduszy typu Private Equity, wzrósł w ciągu roku o 35,3% do poziomu 16,10 zł względem 11,9 zł na koniec trzeciego kwartału ub. r.

Od czasu ogłoszenia w grudniu 2013 r. prognozy na 2014 r., konsekwentnie realizujemy nasz plan. Efekty widać w opublikowanych wynikach finansowych. W czasie 9 miesięcy wypracowaliśmy 240,5 mln zł zysku netto – najwięcej w historii MCI. Aktywa pod zarządzaniem przekroczyły wartość 1,5 mld zł a wskaźnik aktywów netto na akcję, który daje najlepsze wyobrażenie o działalności funduszu inwestycyjnego, osiągnął poziom 16,10 zł. Oznacza to że jest o 35,3% wyższy niż przed rokiem. Jesteśmy na dobrej drodzy, by zrealizować nasze tegoroczne założenia – skomentował Cezary Smorszczewski, Prezes Zarządu MCI Management S.A.

Inwestycje/ Exity/ Fundraising

W czasie III kwartału 2014 r. fundusze z Grupy MCI zrealizowały trzy nowe inwestycje. Dwie przeprowadził fundusz Internet Ventures: wsparł kwotą ponad 2 mln zł rozwój serwisu LepszaOferta.pl, platformy online umożliwiającej optymalizację rachunków gospodarstw domowych, oraz sfinansował kwotą do 4 mln zł ekspansję geograficzną serwisu MyBaze.com, platformy online integrującej projektantów, artystów oraz młode marki w branży design. Trzecią inwestycją z przeprowadzonych przez fundusze z Grupy MCI w III kwartale 2014 r. jest udział MCI.TechVentures w drugiej rundzie finansowania dla spółki Travelata, która jest liderem rosyjskiego rynku e-travel.

– W czasie trzech ostatnich kwartałów zrealizowaliśmy inwestycje o łącznej wartości przekraczającej ponad połowę naszego rocznego planu, który zakłada 305 mln zł nowych inwestycji do marca 2015 r. Obecnie kolejne projekty inwestycyjne są w toku – komentuje Tomasz Czechowicz, Wiceprezes Zarządu i Chief Investment Officer MCI Management

W ciągu 9 miesięcy 2014 r. Grupa MCI pozyskała 39 mln zł z tytułu exit’ów. Na kwotę złożyły się dywidendy otrzymane od ABC Data S.A., Indeks i Netia S.A. Plan na 2014 r. zakłada pozyskanie co najmniej 100 mln zł z tytułu wyjść z inwestycji.

Wyróżnienia

Ze stopą zwrotu na poziomie 825% MCI zajęło II miejsce w kategorii MiS80 w rankingu biznes.pl najlepszych spółek giełdowych, które najwięcej dały zarobić inwestorom w czasie ostatnich 10 lat.
Z kolei Gazeta Finansowa przyznała MCI tytuł najbardziej dynamicznej pod względem wzrostu przychodów instytucji finansowej w Polsce.

Grupa Wind Mobile zaprezentowała raport za III kwartał 2014 r.

Grupa Wind Mobile, dostawca innowacyjnych rozwiązań technologicznych dla branż finansowo-bankowej, telekomunikacyjnej i hotelarskiej, zaprezentowała raport za III kwartał 2014 r.

W trzech kwartałach 2014 Grupa osiągnęła przychody netto ze sprzedaży w wysokości 30.186.475 zł, co jest poziomem blisko 4,5-krotnie wyższym niż sprzedaż zrealizowana w tym samym okresie roku 2013. Przychody netto ze sprzedaży za trzeci kwartał 2014 wyniosły 11.779.482 zł. EBITDA w ujęciu narastającym osiągnęła poziom dwukrotnie wyższy od porównywalnego okresu w roku ubiegłym, a jej wartość bezwzględna wyniosła 4.617.895 zł. Zysk netto w tym samym czasie ukształtował się na poziomie 2.529.660 zł.

Cieszymy się, że po trzech kwartałach możemy pochwalić się tak dużym wzrostem sprzedaży, będąc jednocześnie na dobrej drodze osiągnięcia zaprezentowanych prognoz. Trzeci kwartał był dla nas bardzo pracowity, zarówno w ujęciu produktowym, jak i inwestorskim. Z sukcesem wdrażamy LiveBank w polskich bankach, a także prowadzimy pierwsze projekty w Niemczech i zaawansowane ustalenia z największymi instytucjami finansowymi na rynkach Europejskich i Bliskiego Wschodu. Uruchomiliśmy również nowatorskie wersje internetowego i mobilnego dostępu do usług bankowych w Biz Banku i Bank Smart. We wrześniu podpisaliśmy kontrakt na pierwsze wdrożenie sytemu iLumio w hotelach Hilton. Otwiera nam to drogę do dalszych wdrożeń iLumio w tej sieci hoteli. Dział Ringback Tones z powodzeniem prowadzi kampanie reklamowe i osiąga rewelacyjne wyniki w pozyskiwaniu nowych abonentów usługi. Jednym słowem, cały czas intensywnie pracujemy, aby pod koniec roku móc Państwu przedstawić jeszcze lepsze informacje o realizacji obranej przez nas strategii – mówi Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Wind Mobile SA. oraz Software Mind SA.

Grupa Wind Mobile cały czas bardzo aktywnie zaznacza swoja obecność na Bliskim Wschodzie. Software Mind wziął udział w jednej najbardziej prestiżowych targów branży hotelarskiej The Hotel Show Dubai, gdzie zaprezentował flagowe rozwiązanie – iLumio. Na targach zaprezentowało się ponad 500 wystawców z 45 krajów, a tegoroczna edycja ściągnęła 17.000 gości z branży hotelarskiej. Z kolei, zespół LiveBanku był uczestnikiem konferencji Middle East Banking Innovation Summit 2014 w Dubaju, która jest największą tego typu konferencją innowacyjnych technologii dla sektora finansowego w regionie Zatoki Perskiej. Jednocześnie w ramach akwizycji w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Software Mind przedłożył arabskim partnerom kompleksowa umowę SPA (Sale and Purchase Agreement) dotyczącą kwestii przeniesienia własności i bezpieczeństwa transakcji.

Sektor finansowy krajów muzułmańskich rozwija się w roku 2014 w tempie dwucyfrowym, a same inwestycje w innowacyjne technologie IT szacowane są na ponad 32 mld USD. W rezultacie jest on jednym z najbardziej atrakcyjnych, pod względem inwestycji, regionów świata. Analizy trendów wskazują na wysokie zapotrzebowanie na nowoczesne rozwiązania z dziedziny telekomunikacji, informatyki czy bankowości, które idealnie wpisują się w aktualną ofertę Grupy Wind Mobile – zaznacza Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Wind Mobile SA i Software Mind SA.

Trwają również intensywne prace nad przejściem Grupy Wind Mobile na główny rynek warszawskiej GPW.

W celu przyspieszenia przeniesienia notowań Spółki na rynek regulowany GPW, Zarząd podjął decyzję o podziale postępowania prospektowego przed Komisją Nadzoru Finansowego na dwa etapy. Część rejestracyjną prospektu, która w ciągu najbliższych dni zostanie złożona do KNF, oraz niezależnie część ofertową, obejmującą swoim zakresem potencjalną nową emisją – informuje Tomasz Kiser, Wiceprezes Wind Mobile SA i Software Mind SA.

W sierpniu tego roku miały też miejsce ważne zmiany w najwyższych władzach Spółki Wind Mobile. Na stanowisko Prezesa Zarządu Wind Mobile Rada Nadzorcza powołała Rafała Stycznia, dotychczasowego Wiceprezesa Zarządu. Grzegorz Młynarczyk powołany został natomiast na stanowisko Wiceprezesa Zarządu. Dotychczasowego Prezesa Zarządu Igora Bokuna, Rada Nadzorcza powołała na stanowisko Przewodniczącego Rady Nadzorczej Wind Mobile SA.

Polskie obligacje wciąż atrakcyjne dla inwestorów. Na papierach w euro zaczyna się tracić

CEO Magazyn Polska

Mimo spadku stóp procentowych NBP inwestorzy nie rezygnują z polskich obligacji. Choć są nisko oprocentowane, to i tak są znacznie bardziej atrakcyjne niż przynoszące straty obligacje w euro. 

Stopa oprocentowania depozytów w Europejskim Banku Centralnym wynosi -0,2 proc, a w Narodowym Banku Polskim stopa depozytowa to 1 proc. To oznacza, że na rynku niemieckim, bezpiecznym i stabilnym, zarobić się jednak nie da.

– Bo trzeba pamiętać, że w przypadku Niemiec 2-letnia obligacja daje rentowność ujemną, czyli po zakończeniu inwestycji inwestor będzie miał mniej środków pieniężnych, niż wpłacił na początku – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Warmuz, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI. –  Takie są realia, takie są efekty tego, że EBC skupuje aktywa i zapowiada dalsze ich skupowanie. Papiery 10-letnie dają rentowność roczną na poziomie 0,85 proc. Czyli z punktu widzenia długoterminowego inwestowania, nie są to stopy zwrotu, które by były z jakiegoś punktu widzenia atrakcyjne.

Polskie papiery nie dają już tak znaczącego zarobku jak w ubiegłych latach, a złoty nadal nie jest tak stabilną i pewną walutą jak euro. Na dodatek wszyscy oczekują kolejnych obniżek stóp procentowych NBP. Mimo to obligacje ciągle jeszcze dają zarobek i inwestorzy to doceniają.

– Różnica stóp procentowych między Polską a innymi krajami Europy pozwala wygenerować premię z tytułu inwestowania w polskie papiery skarbowe, co – przy dosyć jednak niedużym ryzyku Polski, jeśli chodzi o podstawowe parametry makroekonomiczne – zachęca inwestorów zagranicznych do utrzymywania tej pozycji w obligacjach w Polsce mówi Marek Warmuz.

Dobrej ocenie polskich obligacji sprzyja zarówno przyzwoite tempo rozwoju gospodarczego, jak i dość powszechna ocena, że jest to trwała tendencja.

– Nie przewidujemy jakiejś znaczącej utraty wartości złotego – uważa zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI. – Gospodarka wydaje się rozwijać w sposób stabilny, nie ma tutaj jakichś baniek, które groziłyby nagłym pęknięciem. Oczywiście należy pamiętać o tym, że nie jesteśmy gospodarką zamkniętą. Na to, co się dzieje na naszym rynku kapitałowym, na rynku pieniężnym mają wpływ również czynniki zewnętrzne, takie jak stopy procentowe w strefie euro i Stanach Zjednoczonych, a także działania banków centralnych, w tym EBC.

Na razie jednak polityka Europejskiego Banku Centralnego raczej sprzyja polskim inwestorom. W rezultacie nie widać istotnej sprzedaży papierów dłużnych przez inwestorów zagranicznych, co mogło być konsekwencją osłabienia złotego.

– Widać, że inwestorzy zagraniczni trzymają polskie papiery – komentuje  Marek Warmuz. – Jeżeli chodzi o EBC, to mamy w tej chwili bardzo luźną politykę pieniężną. EBC mówi o skupowaniu aktywów, czyli będzie generowało popyt na instrumenty dłużne. I to spowoduje pewien efekt wypychania, tzn. część inwestorów, którzy byli posiadaczami instrumentów w euro, ze względu na to, że te stopy procentowe w euro są bardzo niskie, zdecyduje się na zainwestowanie części środków w krajach, które dają wyższą rentowność, i tutaj celem jest na przykład Polska.

Trwają zapisy na akcje VIGO System. Spółka obiecuje wysokie dywidendy

CEO Magazyn Polska

Zainwestowanie pozyskanych pieniędzy w nowe technologie i przeznaczenie dużej części zysku na dywidendy obiecuje inwestorom szykująca się do giełdowego debiutu spółka VIGO System.

Zapisy na jej akcje rozpoczęły się 3 listopada i potrwają do końca tygodnia. Prowadzą je biura maklerskie Alior Banku, mBanku, BZ WBK oraz Banku Ochrony Środowiska.

Z 694 tys. akcji VIGO System wystawia na sprzedaż ponad 294 tys. papierów (w tym 35 tys. nowej emisji). Inwestorzy instytucjonalni mogą się zapisywać na  254 tys. akcji, a indywidualni – na ponad 40 tys. Cena jednego waloru spółki została ustalona na 180 zł.

Potencjalnym udziałowcom zarząd obiecuje przeznaczenie co najmniej połowy zysku na dywidendę, tak jak spółka robiła to do tej pory.

Rozwój realizuje się z kredytów bądź ze środków pozyskanych z innych źródeł – deklaruje agencji informacyjnej Newseria Inwestor Mirosław Grudzień prezes zarządu VIGO System. – Tylko firmy początkujące i firmy, które zaczynają się rozwijać, z natury rzeczy nie posiadając zdolności kredytowej, reinwestują praktycznie całe zyski w rozwój. My jesteśmy firmą dojrzałą, która istnieje od 27 lat, dlatego uważamy, że akcjonariuszom też się coś od życia należy.

W zeszłym roku spółka miała 20,6 mln zł przychodów oraz 6,9 mln zł zysku netto. Obecnie, w I półroczu jej przychody przekraczały 11,1 mln zł, a zysk bliski był 4 mln zł.

– Nasze marże możemy porównać z marżami największych potentatów elektronicznych na świecie, takich jak Apple czy Samsung –  informuje Mirosław Grudzień. – Wprawdzie skala naszej działalności daleko odbiega od ich skali, ale przeciętna marża od kilku lat wynosi u nas 40 proc.

Ze sprzedaży akcji spółka ma szansę pozyskać ok 53 mln zł,  z czego znaczną część planuje przeznaczyć na rozwój nowych produktów.

Przewidujemy podjęcie ważnych badań związanych z uruchomieniem zupełnie nowej technologii wytwarzania warstw półprzewodnikowych, z których produkujemy detektory podczerwieni – mówi prezes VIGO System. To jest bardzo poważne przedsięwzięcie. Tworzymy nowe laboratorium warte około 11 mln złotych. Żeby opanować nową technologię, nad którą już pracujemy, musimy wydać jeszcze około 4 mln złotych.

VIGO System produkuje detektory podczerwieni własnej konstrukcji. Mają one zastosowanie m.in. w medycynie, kolejnictwie oraz urządzeniach wojskowych.

Ponadto pracujemy nad nowym modelem dalekozasięgowych kamer termowizyjnych dla wojska, licząc na to, że w ramach modernizacji naszej armii będziemy mieli w tym przedsięwzięciu spory udział – podkreśla prezes Mirosław Grudzień.

Benefit Systems do 2016 roku chce utworzyć 70 klubów fitness. Myśli też o ekspansji zagranicznej

0

CEO Magazyn Polska

Benefit Systems, spółka giełdowa działająca na rynku pozapłacowych świadczeń pracowniczych, największy potencjał rozwoju tego rynku widzi w segmencie zajęć sportowych, dlatego inwestuje w kluby fitness. Do końca 2016 roku we współpracy z Calypso, Fitness Academy, Fabryką Formy oraz firmą Zdrofit chce utworzyć 70 takich placówek w całej Polsce. Spółka rozwija też ofertę wypoczynkową, turystyczną oraz żywieniową. Zarząd przygląda się także rynkom zagranicznym i myśli o zwiększeniu eksportu usług.

Jeżeli chodzi o plan rozwoju firmy na najbliższe lata, to oczywiście skupiamy się na MultiSporcie, bo widzimy tu nadal ogromny potencjał rozwoju – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Józefacki, prezes zarządu Benefit Systems SA. – W październiku przekroczyliśmy próg 500 tys. użytkowników kart sportowych. Nie tyczy się to tylko MultiSportu, ale ma on w tym największy udział.

Miesięczny karnet do zwykłego klubu fitness to wydatek rzędu 150-200 zł. Tymczasem kartę MultiSport pracownicy mogą mieć za kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych. Resztę ceny pokrywa pracodawca, głównie z funduszu świadczeń socjalnych. Dlatego spółka nadal będzie inwestować, jak zapewnia Józefacki, w kluby fitness w największych miastach. Tam bowiem widzi największe grono odbiorców swoich produktów.

Kluby są istotnym elementem naszej strategii, ponieważ pozwalają budować powierzchnię, z której później mogą korzystać użytkownicy naszych kart, a ich dynamicznie przybywa – wskazuje Józefacki. – Czynimy więc tego typu inwestycje. Planujemy do końca 2016 roku, czyli w ciągu najbliższych dwóch lat, stworzyć do 70 klubów.

Placówki powstają za pośrednictwem kilku sieci w Polsce: Calypso i Zdrofit (głównie Warszawa i okolice), Fitness Academy (Dolny i częściowo Górny Śląsk) i Fabryka Formy (Wielkopolska).

Jeżeli chodzi o plany inwestycyjne całej grupy, to jesteśmy także zainteresowani tworzeniem nowych produktów i rozwiązań – informuje Józefacki. – Staramy się być firmą, która oferuje pełną gamę różnego rodzaju rozwiązań, pozwalających pracownikom w odpowiedni i atrakcyjny sposób wykorzystać wolny czas. Inwestujemy w różnego rodzaju narzędzia do dystrybucji oraz ofertę na platformach. Mam na myśli MultiBilet (kino), MultiTeatr (teatr), MultiWypoczynek (oferta wypoczynkowa i turystyczna) oraz BenefitLunch, czyli ofertę posiłków w godzinach pracy dla zatrudnionych.

Ważnym częścią strategii rozwoju spółki, jak zapewnia szef Benefit Systems SA, są plany związane z eksportem świadczonych usług.

Od ponad trzech lat jesteśmy w Czechach, przyglądamy się też innym rynkom, w których widzimy potencjał rozwoju podobnych produktów – wskazuje Tomasz Józefacki.

Jego zdaniem spółka oferuje obecnie bardzo szeroką gamę produktów, dlatego w najbliższej przyszłości chce skupić się na rozwijaniu już udostępnionej oferty.

Staramy się wzbogacać naszą ofertę, ale w ramach tych produktów i kategorii, które już posiadamy, takich jak np. MultiWypoczynek – tłumaczy Józefacki. – Tę usługę chcemy rozszerzyć nie tylko o wyjazdy weekendowe, lecz także o urlopy, ferie i kolonie dla dzieci.

Benefit Systems notowana jest na warszawskiej giełdzie od 21 kwietnia 2011 roku. Jej akcje od tej pory zdrożały o 130 proc. Cały WIG zyskał w tym czasie niespełna 8 proc., a WIG20 stracił ponad 15 proc.

Polska gospodarka o 1/5 bardziej energochłonna niż niemiecka. Jej szybki rozwój może to zmienić

CEO Magazyn Polska

Energochłonność polskiej gospodarki od 1995 roku spadła o połowę. W tym czasie PKB Polski się podwoił, a zużycie energii praktycznie pozostało bez zmian. Wciąż jednak zapotrzebowanie na energię jest o 1/5 wyższe niż na przykład w Niemczech. Zdaniem banku DNB oraz firmy doradczej Deloitte szybszy wzrost gospodarczy do 2030 roku sprawiłby, że popyt na energię, szczególnie ze strony przemysłu, spadałby szybciej niż w wariancie wolniejszego wzrostu. Nowe inwestycje są energooszczędne.

Według rządowej prognozy zawartej w dokumencie „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku” zapotrzebowanie na energię pierwotną do 2030 roku miało wzrosnąć z 93,3 Mtoe (milionów ton ekwiwalentu ropy naftowej) w roku 2010 do 118,5. Wstępne wyniki prognozy z 2014 r. zakładają praktycznie zerowy wzrost zapotrzebowania, co wynika ze zwiększenia efektywności energetycznej gospodarki.

Jak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes zauważa Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska SA, zapotrzebowanie na energię można jednak jeszcze bardziej ograniczyć poprzez rozsądne inwestycje.

Przemysł poradził sobie z obniżeniem konsumpcji energii i na tle krajów rozwiniętych wypada pod tym względem przyzwoicie – wskazuje Artur Tomaszewski. – Sytuacja wygląda gorzej w sektorze usług, komunikacji oraz w transporcie.

Z opracowanego przez bank DNB i firmę doradczą Deloitte modelu zużycia energii finalnej wynika, że im wyższy wzrost gospodarczy Polska będzie notować w kolejnych latach, tym wolniej będzie rosło zapotrzebowania na energię.

Wzrost gospodarczy na poziomie średnio 3 proc. rocznie może spowodować, że więcej będziemy inwestować w technologie energooszczędne. Paradoksalnie zatem większy wzrost PKB spowoduje mniejszy popyt na energię elektryczną niż wolniejszy rozwój, na poziomie 1,5 proc. średnio co roku – zauważa Tomaszewski.

Jak przekonuje prezes zarządu DNB Bank Polska, sektor energetyczny reinwestuje prawie dwukrotnie więcej niż wynosi średnia w polskim przemyśle.

Robi to konsekwentnie od co najmniej pięciu lat, każdego roku obserwujemy wzrost inwestycji w tym sektorze – precyzuje Tomaszewski. – W najbliższych latach proces ten będzie kontynuowany, chociażby w energetyce odnawialnej. Pojawia się bowiem wymóg, by do 2020 roku jedną piątą miksu energetycznego stanowiły źródła odnawialne. Będzie to oznaczało więcej niż podwojenie mocy produkcyjnych.

Rentowność sektora – zdaniem Artura Tomaszewskiego – powinny natomiast zapewnić stabilne koszty surowców. Jak wynika z prognozy DNB i Deloitte, cena ropy naftowej ustabilizuje się na poziomie nieco wyższym niż obecnie.

Poziom ok. 80 dolarów nie powinien zostać obniżony. W kolejnych latach przewidujemy bardzo niewielki wzrost cen ropy naftowej do poziomu około 85-86 dolarów – prognozuje Tomaszewski. – Ceny gazu w ostatnim czasie rosły, chociaż rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych i przygotowanie amerykańskiej infrastruktury do eksportu, który może nastąpić w perspektywie najbliższych trzech lat, powinny przyczynić się do światowego spadku cen tego surowca.

Na rentowność branży, a w rezultacie efektywność energetyczną polskiej gospodarki, jak wskazuje Tomaszewski, wpływ będą także miały decyzje polityczne związane z prawami do emisji dwutlenku węgla. W bilansie Polski najważniejszym surowcem energetycznym wciąż jest węgiel, który pokrywa ok. połowy zapotrzebowania na energię pierwotną (ropa naftowa daje ok. 25 proc., a gaz ziemny ok. 15 proc.).

Polska energetyka w dającej się przewidzieć perspektywie oparta będzie w znacznym stopniu na węglu, choć jego udział będzie malał – przekonuje Tomaszewski. – Zasadniczy wpływ na koszty produkcji oraz cenę energii będzie miał więc system ETS (Europejski System Handlu Emisjami – red.) i cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

Polska gospodarka o 1/5 bardziej energochłonna niż niemiecka. Szybki rozwój gospodarki może to zmienić

CEO Magazyn Polska

Energochłonność polskiej gospodarki od 1995 roku spadła o połowę. W tym czasie PKB Polski się podwoił, a zużycie energii praktycznie pozostało bez zmian. Wciąż jednak zapotrzebowanie na energię jest o 1/5 wyższe niż na przykład w Niemczech. Zdaniem banku DNB oraz firmy doradczej Deloitte szybszy wzrost gospodarczy do 2030 roku sprawiłby, że popyt na energię, szczególnie ze strony przemysłu, spadałby szybciej niż w wariancie wolniejszego wzrostu. Nowe inwestycje są energooszczędne.

Według rządowej prognozy zawartej w dokumencie „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku” zapotrzebowanie na energię pierwotną do 2030 roku miało wzrosnąć z 93,3 Mtoe (milionów ton ekwiwalentu ropy naftowej) w roku 2010 do 118,5. Wstępne wyniki prognozy z 2014 r. zakładają praktycznie zerowy wzrost zapotrzebowania, co wynika ze zwiększenia efektywności energetycznej gospodarki.

Jak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes zauważa Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska SA, zapotrzebowanie na energię można jednak jeszcze bardziej ograniczyć poprzez rozsądne inwestycje.

Przemysł poradził sobie z obniżeniem konsumpcji energii i na tle krajów rozwiniętych wypada pod tym względem przyzwoicie – wskazuje Artur Tomaszewski. – Sytuacja wygląda gorzej w sektorze usług, komunikacji oraz w transporcie.

Z opracowanego przez bank DNB i firmę doradczą Deloitte modelu zużycia energii finalnej wynika, że im wyższy wzrost gospodarczy Polska będzie notować w kolejnych latach, tym wolniej będzie rosło zapotrzebowania na energię.

Wzrost gospodarczy na poziomie średnio 3 proc. rocznie może spowodować, że więcej będziemy inwestować w technologie energooszczędne. Paradoksalnie zatem większy wzrost PKB spowoduje mniejszy popyt na energię elektryczną niż wolniejszy rozwój, na poziomie 1,5 proc. średnio co roku – zauważa Tomaszewski.

Jak przekonuje prezes zarządu DNB Bank Polska, sektor energetyczny reinwestuje prawie dwukrotnie więcej niż wynosi średnia w polskim przemyśle.

Robi to konsekwentnie od co najmniej pięciu lat, każdego roku obserwujemy wzrost inwestycji w tym sektorze – precyzuje Tomaszewski. – W najbliższych latach proces ten będzie kontynuowany, chociażby w energetyce odnawialnej. Pojawia się bowiem wymóg, by do 2020 roku jedną piątą miksu energetycznego stanowiły źródła odnawialne. Będzie to oznaczało więcej niż podwojenie mocy produkcyjnych.

Rentowność sektora – zdaniem Artura Tomaszewskiego – powinny natomiast zapewnić stabilne koszty surowców. Jak wynika z prognozy DNB i Deloitte, cena ropy naftowej ustabilizuje się na poziomie nieco wyższym niż obecnie.

Poziom ok. 80 dolarów nie powinien zostać obniżony. W kolejnych latach przewidujemy bardzo niewielki wzrost cen ropy naftowej do poziomu około 85-86 dolarów – prognozuje Tomaszewski. – Ceny gazu w ostatnim czasie rosły, chociaż rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych i przygotowanie amerykańskiej infrastruktury do eksportu, który może nastąpić w perspektywie najbliższych trzech lat, powinny przyczynić się do światowego spadku cen tego surowca.

Na rentowność branży, a w rezultacie efektywność energetyczną polskiej gospodarki, jak wskazuje Tomaszewski, wpływ będą także miały decyzje polityczne związane z prawami do emisji dwutlenku węgla. W bilansie Polski najważniejszym surowcem energetycznym wciąż jest węgiel, który pokrywa ok. połowy zapotrzebowania na energię pierwotną (ropa naftowa daje ok. 25 proc., a gaz ziemny ok. 15 proc.).

Polska energetyka w dającej się przewidzieć perspektywie oparta będzie w znacznym stopniu na węglu, choć jego udział będzie malał – przekonuje Tomaszewski. – Zasadniczy wpływ na koszty produkcji oraz cenę energii będzie miał więc system ETS (Europejski System Handlu Emisjami – red.) i cena uprawnień do emisji dwutlenku węgla.

Ciech zwiększa możliwości produkcyjne sody w Rumunii. W przyszłym roku odda do użytku pierwszą część inwestycji w Polsce

0

CEO Magazyn Polska

Dzięki nowym inwestycjom Ciech będzie produkować w Rumunii rocznie o 60 tys. ton sody więcej. W przyszłym roku zakończy się również pierwszy etap inwestycji w zakładach sodowych w Polsce. Do 2016 r. zdolności produkcyjne spółki w tym segmencie wzrosną o co najmniej 260 tys. ton sody rocznie.

W tym tygodniu w naszych zakładach sodowych w Rumunii będzie miała miejsce uroczystość uruchomienia nowego kalcynatora, który umożliwi zwiększenie zdolności produkcyjnych tego zakładu o 60 tys. ton produktu rocznie. W I kwartale przyszłego roku będziemy z kolei uruchamiać pierwszą część inwestycji w fabryce w Inowrocławiu, będzie to 60 tys. ton dodatkowych zdolności produkcyjnych sody. W kolejnym roku dołożymy 140 tys. ton – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Ciechu.

Obecnie zdolności produkcyjne spółki w zakładach w Inowrocławiu i pobliskim Janikowie to 1,2 mln ton sody rocznie, a rumuńskiego zakładu Uzinele Sodice Govora (Ciech ma 93,2 proc. udziałów) – 430 tys. ton. Po inwestycjach wartości te wzrosną odpowiednio do 1,4 mln ton i 490 tys. ton, czyli odpowiednio o 17 i 14 proc.

Do grupy w 100 proc. należą także zakłady Sodawerk Stassfurt w Niemczech. Spółka nie planuje tam jednak zwiększać mocy produkcyjnych, chce za to poprawić wydajność operacyjną, obniżyć koszty oraz rozpocząć produkcję nowych typów sody.

Nie przewidujemy w tej chwili zwiększenia zdolności produkcyjnych ze względu na uwarunkowania, które panują w spółce niemieckiej – podkreśla Krawczyk. – Dwa lata temu, kiedy nie mieliśmy środków finansowych, podjęliśmy decyzję o rozwoju produkcji sody w Sodzie Polskiej Ciech i w Rumunii poprzez wybudowanie nowych instalacji, co wtedy było bardzo odważnym krokiem. Teraz wiemy, że była to bardzo dobra decyzja.

Dodaje, że Grupa będzie stawiać na rozwój organiczny, bo perspektywy rynku sody są bardzo dobre. Wdrożony dwa lata temu plan restrukturyzacji przynosi owoce, a sytuacja finansowa spółki się poprawia. Zwiększenie mocy produkcyjnych w Polsce i Rumunii powinno jeszcze bardziej polepszyć kondycję Ciechu.

W 2013 r. Ciech wypracował zysk netto w wysokości ponad 39 mln zł (wobec 438 mln zł straty netto w 2012 r.) przy przychodach przekraczających 3,5 mld zł (spadek o 20 proc. rok do roku). EBITDA rok temu wyniosła 356 mln zł i była aż o ponad 800 proc. lepsza niż rok wcześniej. Spółka obniżyła również poziom zadłużenia. Na koniec 2013 r. wynosiło ono ok. 1,2 mld zł i było o 18 proc. niższe niż rok wcześniej.

GPW chce słuchać klientów. Niewykluczone, że w najbliższych dwóch latach cały zysk giełdy trafi do inwestorów

CEO Magazyn Polska

Warszawska giełda chce rozwijać dotychczasowe obszary działalności, zamierza jednak rozwijać także nowe. Zaktualizowana strategia GPW nie przewiduje w najbliższych dwóch latach wydatków na duże projekty inwestycyjne, co oznacza, że na dywidendę spółka może przeznaczyć nawet 100 proc. zysku.

Inwestorzy dobrze przyjęli zaktualizowaną strategię GPW. W dniu jej publikacji akcje GPW zdrożały o 13 proc. na zamknięciu sesji.

 W swojej strategii giełda zwraca się w kierunku klientów, to oni mają być w centrum naszego zainteresowania. Chcemy wsłuchiwać się w ich potrzeby, by móc zaproponować im atrakcyjną ofertę – mówi Mirosław Szczepański, wiceprezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – W strategii zarząd GPW założyła koncentrację na tych liniach biznesowych, w których mam największe kompetencje, czyli dalszym rozwijaniu rynku kasowego, rynku obligacji i rynku terminowego.

Jednym z filarów odnowionej strategii jest również rynek towarowy, który giełda od kilku lat rozwija. GPW stawia też na kompleksową ofertę informacyjną zbudowaną na bazie danych pochodzących z różnych źródeł.

 Oprócz tego chcielibyśmy wprowadzać również nowe linie biznesowe, zamierzamy to jednak robić w granicach naszych kompetencji – mówi Szczepański. – Zależy nam także na optymalizowaniu funkcjonowania naszej grupy, dlatego duży nacisk kładziemy na redukcję kosztów.

Dla inwestorów równie ważna jak plany dotyczące rozwoju GPW jest polityka dywidendowa. Pieniądze dla akcjonariuszy mogą stanowić nawet 100 proc. zysku. To znacząca zmiana, bo do tej pory strategia przewidywała wypłatę od 30 do 50 proc. skonsolidowanego zysku netto GPW.

 Obecnie jest to ponad 60 proc. skonsolidowanego zysku netto. Przy czym w najbliższych dwóch latach poziom wypłaty dywidendy przypadającej na jedną akcję wyniesie 2 zł 40 gr w nadchodzących roku i 2 zł 60 gr w 2016 roku, co oznacza, że poziom dywidendy powinien sięgać okolic 100 proc. – wylicza wiceprezes GPW.

To jest możliwe przy założeniu, że nie będzie w tym czasie żadnych potrzeb inwestycyjnych – a takich zaktualizowana strategia nie przewiduje.

 Wydaje mi się, że udało się znaleźć złoty środek w naszych planach. Na pewno chcemy dynamicznego rozwoju, ale chcemy również, żeby te cele, które stawiamy przed sobą, były możliwe do zrealizowania do 2020 roku – mówi Szczepański.

Decyzja RPP nie jest już tak oczywista. Spadek stóp prawdopodobny, ale możliwe też wstrzymanie obniżek

CEO Magazyn Polska

Informacje płynące z polskiej gospodarki mogą sprawić, że Rada Polityki Pieniężnej nie obniży dziś stóp procentowych mimo zapowiedzi sprzed miesiąca. Po sierpniowych złych danych makroekonomicznych sytuacja poprawiła się na tyle, że jeśli nawet RPP zdecyduje się na kontynuację obniżek, będzie to ruch minimalny. Wiele zależy od nowej projekcji inflacji, chociaż od listopada ceny w ujęciu rocznym powinny już rosnąć.

We wrześniu lepsze od oczekiwań okazały się między innymi dane o produkcji przemysłowej (+4,2 proc. rdr), inflacji (-0,3 proc. rdr) czy bezrobociu (11,5 proc.). To sprawia, że obniżka stóp nie jest już tak prawdopodobna, jak jeszcze kilka tygodni temu. Dodatkowo opublikowany w poniedziałek wskaźnik PMI wzrósł do 51,2 pkt z 49,56 pkt we wrześniu, więc nie tylko powrócił powyżej 50 pkt, co świadczy o rozwoju sektora, lecz także był wyższy niż oczekiwali tego ekonomiści. Ogólna koniunktura w polskim przemyśle jest więc – według tego odczytu – najlepsza od 6 miesięcy.

Te dane mogą przesądzić o tym, że Rada Polityki Pieniężnej na tym posiedzeniu jednak nie obniży stóp procentowych – mówi Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego. – Jeżeli taka obniżka miałaby jednak miejsce, prawdopodobnie nie byłoby to więcej niż 25 punktów bazowych, a więc główna stopa, stopa referencyjna, spadłaby z obecnych 2 proc. do poziomu 1,75.

Kluczowa dla decyzji Rady okaże się prawdopodobnie nowa projekcja inflacji. Jeśli ta wykaże, że ceny będą rosły w bardzo niewielkim stopniu w ciągu najbliższego roku, to prawdopodobieństwo obniżek stanie się znacznie większe. Może nawet sięgnąć 50 punktów proc.

– Na posiedzeniu październikowym Rada obcięła stopy procentowe o 50 punktów bazowych. Była to obniżka znacznie głębsza od oczekiwań rynkowych, a w komunikacie zostało zapowiedziane, że na posiedzeniu listopadowym te obniżki mogą być kontynuowane – ocenia Kurtek.

Inflacja powinna jednak powoli zacząć piąć się w górę – ocenia ekonomistka. Jej zdaniem wrześniowe ustabilizowanie się cen trzeba odczytywać jako początek odbicia. Choć po danych październikowych ekonomiści oczekują utrzymania lub lekkiego pogłębienia spadków cen, to od listopada wskaźnik powinien już przybrać wartości zerowe lub mieć nawet niewielkie wzrosty – przewiduje rozmówczyni agencji informacyjnej Newseria.

Rosną wydatki polskich przedsiębiorstw na prace badawczo-rozwojowe

CEO Magazyn Polska

Rosną wydatki przedsiębiorstw na badania i rozwój. W ubiegłym roku wyniosły 6,29 mld zł, co oznacza wzrost o ponad 17 proc. względem ubiegłego roku – wynika z najnowszych danych GUS. Kolejne lat mogą przynieść jeszcze większe wzrosty. Zwiększanie nakładów na innowacje w kolejnych dwóch latach deklaruje blisko połowa przedsiębiorców. 

Przedsiębiorcy częściej, więcej i chętniej inwestują w badania i rozwój, czyli w swoje innowacje. Niedługo możemy się stać takim małym Izraelem, czyli pionierem w dziedzinie innowacyjności w tym regionie Europy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Leszek Cieśla z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR).

Dane GUS pokazują, że w ubiegłym roku nakłady brutto na badania i prace rozwojowe (czynnik GERD) w Polsce wyniosły ponad 14,4 mld zł. Względem 2012 roku oznacza to wzrost o 17 mln zł. Wskaźnik ten jako udział nakładów wewnętrznych w PKB wyniósł 0,87 proc. PKB (0,89 w 2012 roku). Znacznie wzrosły wydatki na badania i rozwój w sektorze przedsiębiorstw (wskaźnik BERD). W ubiegłym roku przekroczyły 6,2 mld zł. Rok wcześniej było to 5,3 mld zł, a w 2010 roku ok. 2,7 mld zł. Dziś przedsiębiorstwa odpowiadają za ponad 43 proc. wartości nakładów wewnętrznych ogółem (dla porównania w 2012 roku wskaźnik ten wyniósł 37 proc.).

Patrząc na relację do PKB, może się wydawać, że jest pewna stagnacja. Jeżeli jednak popatrzymy na stosunek czynników GERD do BERD i to, że przez ostatnie trzy lata nakłady przedsiębiorców na inwestycje wzrosły o 80 proc., to uważam, że naprawdę jest się z czego cieszyć – podkreśla Cieśla.

Do wzrostu wydatków firm na prace badawczo-rozwojowe przyczyniły się m.in. konkursy organizowane przez NCBR. W latach 2010–2013 Centrum podpisało 2755 umów, z czego 1637 dotyczyło wsparcia dla przedsiębiorstw (indywidualnie lub występujących wspólnie z innymi podmiotami).

Należy pamiętać o tym, że sektor przedsiębiorców to ten, w którym dokonuje się rzeczywista komercjalizacja prac badawczo-rozwojowych. To właśnie pod okiem przedsiębiorców wynalazki są wdrażane do przemysłu i dlatego powinniśmy się cieszyć z tak dynamicznie rosnącego już od trzech lat współczynnika – tłumaczy ekspert.

Dobra perspektywa sprawia, że coraz więcej firm postanawia zwiększyć nakłady na innowacyjność zarówno w krótkiej, jak i dłuższej perspektywie. Tegoroczne badania Deloitte wskazują, że 47 proc. firm planuje zwiększenie nakładów w ciągu najbliższych dwóch lat (przy średniej w Europie Środkowo- Wschodniej na poziomie 41 proc.), zaś w ciągu 5 lat deklaruje to 61 proc. badanych (57 proc. w regionie).

Pacjent po przebytej chorobie nowotworowej jest jak kukułcze jajo

Utrudniony dostęp do badań kontrolnych oraz wędrówki od lekarza do lekarza to częste problemy, z którymi borykają się osoby po przebytej chorobie nowotworowej – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Społecznej Fundacji „Ludzie dla ludzi” i AXA ŻycieLekarze rodzinni nie zawsze wiedzą, jak leczyć byłego pacjenta onkologicznego, nie mogą też skierować go na niektóre badania diagnostyczne, więc odsyłają do onkologa. Onkolodzy z kolei są zdania, że dalsze leczenie tych dolegliwości może odbywać się poza ośrodkiem specjalistycznym. Dostęp do lekarzy specjalistów wiąże się jednak z długimi kolejkami i często z podróżami do innego miasta. W ten sposób błędne koło się zamyka, a pacjent, który pokonał raka, czuje, że nie ma dla niego miejsca w tak zorganizowanym systemie opieki zdrowotnej.

Co roku wyrywa się nowotwór u ponad 145 tys. Polaków, z czego 52 tys. przeżywa. Doświadczenia pacjentów, którzy brali udział w badaniu, pokazują, że nawet wygrana z chorobą nie oznacza końca walki.

Pacjent onkologiczny jest niejako naznaczony. Ktoś, kto przeszedł chorobę onkologiczną, jest i zawsze będzie w systemie traktowany jako pacjent onkologiczny. W związku z tym mamy do czynienia z tzw. spychologią, czyli odsyłaniem pacjenta z miejsca do miejsca – wyjaśnia dr Dariusz Godlewski, dyrektor Ośrodka Profilaktyki i Epidemiologii Nowotworów OPEN w Poznaniu, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria. – Oczywiście jest to rzecz naganna. Być może jednym z powodów jest to, że pacjent wymaga nieco większej liczby badań kontrolnych, nieco szerszej wiedzy lekarza.

Z rozmów z pacjentami biorącymi udział w badaniu wynika, że jeśli udało im się przeżyć koszmar diagnozowania i leczenia raka, to muszą przygotować się na kolejny, tym razem związany z leczeniem objawów ubocznych i innych, „normalnych chorób”. Leczenie grypy, nadciśnienia, reumatyzmu u chorych po zakończonej terapii onkologicznej to dla wielu lekarzy wyzwanie obarczone dodatkowym ryzykiem. Łatwiej i bezpieczniej takiego pacjenta odesłać do onkologa. Onkolodzy nie mogą natomiast zajmować się wszystkimi przypadłościami byłych pacjentów, nawet jeśli dolegliwości są wynikiem przebytego raka.

Pacjent po terapii nowotworowej wymaga wyjątkowej czujności ze strony lekarza pierwszego kontaktu, bowiem nawet błahe choroby, takie jak przeziębienie, mogą być bardzo groźne dla jego zdrowia. Terapia pacjenta onkologicznego jest bowiem bardzo obciążająca dla jego organizmu. Często poza leczeniem chirurgicznym niezbędna jest również radioterapia lub chemioterapia, które mogą skutkować zaburzeniami w pracy innych narządów niż te zaatakowane przez nowotwór. Onkolodzy są zdania, że dalsze leczenie tych dolegliwości może odbywać się poza ośrodkiem specjalistycznym. Jeśli pacjent potrzebuje badania, niech zwróci się po nie do swojego onkologa – brzmi jednak niepisana zasada, na którą zwracali uwagę uczestnicy badania.

Trudno jednoznacznie powiedzieć, kto powinien pełnić rolę przewodnika po leczeniu onkologicznym, bo z jednej strony placówki onkologiczne odcinają się od takich chorych. Uważają, że oni są już wyleczeni. Z drugiej strony nie można tego zrzucać na barki lekarza rodzinnego, bo on nie jest do tego odpowiednio przygotowany: zarówno jeśli chodzi o poziom wiedzy, jak i zakres kompetencji. Na przykład nie może kierować na niektóre badania diagnostyczne, które w przypadku monitorowania stanu zdrowia pacjenta po leczeniu onkologicznym są niezbędne. Jest tutaj pewna luka w organizacji systemu opieki zdrowotnej – mówi dr Dariusz Godlewski.

Dodatkową kwestią są koszty związane z dojazdami. Wykonywanie badań kontrolnych może też być dla pacjenta problemem, jeśli wiąże się z wyjazdem do innego miasta. Wielu z nich ma problemy z poruszaniem się lub stan zdrowia utrudnia im podróżowanie. Stąd już tylko krok od rezygnacji z badań profilaktycznych po nowotworze, które w pierwszym okresie od zakończenia leczenia powinny odbywać się nawet co miesiąc.

Często się zdarza, że chorzy rezygnują z prowadzonej terapii, ponieważ nie stać ich na ponoszenie dodatkowych kosztów związanych np. z przemieszczaniem się z jednego miasta do drugiego – potwierdza dr Godlewski.

Media coraz częściej czytane na tabletach i smartfonach. Rośnie też zainteresowanie serwisami tematycznymi i społecznościowymi

CEO Magazyn Polska

Konsumenci mediów coraz częściej wybierają bardziej specjalistyczne, dostosowane do ich upodobań treści i serwisy branżowe. To, co do tej pory obserwowane było w prasie i telewizji, dziś jest charakterystyczne dla internetu. Rośnie też popyt na media społecznościowe i platformy mobilne. Zmieniające się trendy muszą brać pod uwagę reklamodawcy i agencje reklamowe.

Według ostatniego, publikowanego co miesiąc, badania Megapanel PBI/Gemius w sierpniu spadki zarówno zasięgu, jak i liczby odwiedzających zanotowała większość najpopularniejszych krajowych portali horyzontalnych na czele z Onetem (RASP), Wirtualną Polską, Gazeta.pl i Interią.

Popyt na media ze strony użytkowników jest, ale on się bardzo zmienia. Widz nam się zmienia i jego preferencje również. Coraz częściej poszukuje konkretnych treści w konkretnych niszach. To powoduje pewną fragmentaryzację mediów, co już obserwowaliśmy w telewizji, prasie i radiu. Teraz zjawisko to zaczyna dotykać bardzo poważnie internetu. Stąd wciąż jeszcze duża, ale już nierosnąca popularność portali internetowych, a większe zainteresowanie serwisami internetowymi – mówi Marcin Duszyński, partner zarządzający Capital One Advisers, firmy doradczej na rynku transakcji fuzji i przejęć.

Chociaż w skali miesiąca spadły też zasięg i liczba użytkowników Facebooka, to zdaniem Marcina Duszyńskiego większe jest także zapotrzebowanie na media społecznościowe. Zmieniają się również platformy, poprzez które użytkownicy konsumują media. Spośród pierwszej dziesiątki wydawców odwiedzanych z największej liczby przeglądarek mobilnych (według Megapanel) wszyscy odnotowali w sierpniu wzrost popularności.

Podaż próbuje nadążyć za tymi zmianami, jest to jednak proces powolny – twierdzi Duszyński. – Duże korporacje wciąż mają bowiem trudności z podejmowaniem szybkich decyzji i nie nadążają za zmieniającymi się trendami. Stąd mniejsze firmy mają większe szanse na wykreowanie nowej, ciekawej oferty dla użytkownika.

Do zmieniających się trendów muszą się dostosowywać również reklamodawcy i agencje reklamowe.

Tak jak same media w tej chwili przeżywają pewien kryzys tożsamości, czyli muszą znaleźć odpowiedź na pytanie, w którą stronę zmierzać i w jaki sposób, co jest związane z bardzo dużymi zmianami na rynku mediów, tak samo agencje reklamowe w tej chwili szukają nowych ścieżek, ponieważ tempo rozwoju budżetów reklamowych nie nadąża za potrzebami rozwojowymi tych agencji. Szukają one nowych ścieżek, nowych podmiotów, bardzo dużo się dzieje w tej chwili, a będzie się działo jeszcze wciąż – zapewnia Marcin Duszyński. – Mówię głównie o internecie, ale dotyczy to także mediów związanych z mobilnymi platformami.

W jego ocenie wiele będzie działo się również na samym rynku mediowym. Zachodzące zmiany powodują, że duże koncerny medialne wciąż są zainteresowane polskim rynkiem.

Ciągle dostajemy zapytania ze strony wielkich koncernów mediowych oraz firm, które działają na pograniczu mediów i reklamy. Jesteśmy w stałym kontakcie z największymi agencjami reklamowymi na świecie. Wymieniamy się informacjami, zainteresowanie Polską jest wciąż bardzo duże, wciąż jednak jesteśmy jednak marginalnym ze względu na swoją skalę i głębię finansową – podkreśla partner zarządzający Capital One Advisers.

Zmiany będą zachodzić również w sposobie zarabiania przez media. Wciąż głównym źródłem finansowania są budżety reklamowe, ale rośnie udział źródła, jakim są użytkownicy.

Monetyzacja związana z użytkownikiem ulega bardzo szybkiej transformacji. Proces ten związany jest z kilkoma podstawowymi źródłami. Po pierwsze z subskrypcją, która akurat w Polsce rozwija się bardzo powoli ze względu na sytuację ekonomiczną użytkownika, po drugie z wykorzystywaniem na przykład informacji dotyczących konsumenta za pośrednictwem takich modeli, jak big data, gdzie po prostu te dane marketingowe się sprzedaje – mówi Marcin Duszyński.

Skala nieprawidłowości w branży metali nieżelaznych może sięgać setek milionów złotych. Firmy apelują o zmianę w VAT

CEO Magazyn Polska

Po wprowadzeniu odwróconego podatku VAT w branży stalowej wzrosła liczba nieprawidłowości w obrocie metalami nieżelaznymi: cynkiem, ołowiem, aluminium, niklem. Dane krajowe i unijne dotyczące importu i eksportu tych metali wskazują na rozbieżności w wysokości 400 mln zł. Za znaczną ich część mogą odpowiadać właśnie nieprawidłowości w zakresie odprowadzania podatku od towarów i usług.

Od momentu, kiedy odwrotnym obciążeniem została objęta stal oraz półprodukty z miedzi [październik 2013 – red.], widzimy wzrost możliwych nieprawidłowości w obrocie cynkiem i ołowiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Pacześ, członek zarządu ds. ekonomiczno-handlowych, dyrektor finansowy Huty Cynku „Miasteczko Śląskie”.

Jak podkreśla, trudno jest oszacować straty, jakie branża i budżet ponosi z tego tytułu. O skali problemu mogą jednak świadczyć rozbieżności w danych polskich i Eurostatu na temat eksportu i importu tych metali. Wskazują one na nieprawidłowości rzędu 400 mln zł.

Naszym zdaniem duża część tych rozbieżności może świadczyć o nieprawidłowościach w obrocie metalami w zakresie odprowadzenia podatku VAT – dodaje.

Rozwiązaniem problemów branży byłoby wprowadzenie mechanizmu odwróconego VAT – na wzór mechanizmu wprowadzonego w październiku ubiegłego roku w obrocie półwyrobami stalowymi i miedzią. Dzięki temu udało się ograniczyć szarą strefę w branży stalowej, która – jak podawała Polska Unia Dystrybutorów Stali – mogła kontrolować nawet połowę rynku prętów zbrojeniowych w Polsce.

Ten mechanizm jest skuteczny, co widać między innymi w obrocie stalą. Nieuczciwy proceder polega na tym, że w handlu powstają tzw. łańcuszki, czyli powstają firmy, które po miesiącu, dwóch czy trzech znikają i nie odprowadzają podatku VAT do budżetu państwa. W proponowanym rozwiązaniu podatek VAT jest odprowadzany przez ostatecznego konsumenta metalu, produktu i nie ma firm, które nam znikają w łańcuszku pomiędzy sprzedawcą a ostatecznym odbiorcą – podkreśla Pacześ.

Nieprawidłowości w handlu metalami nieżelaznymi to bolączka nie tylko polskiego rynku. Poważne konsekwencje tego procederu odczuwają również firmy słowackie, czeskie i węgierskie. W Niemczech zdecydowano się na wprowadzenie mechanizmu odwróconego VAT, mimo że – jak wyjaśnia Pacześ – VAT u zachodnich sąsiadów jest niższy, a zatem i opłacalność wyłudzeń jest mniejsza.

Jesteśmy na etapie nowelizacji ustawy o zmianie ustawy o podatkach od towarów i usług. Uważamy, że w jej ramach oprócz złota i elektroniki należałoby objąć mechanizmem odwrotnego obciążenia metale nieżelazne, takie jak cynk, ołów, aluminium i nikiel – apeluje przedstawiciel Huty Cynku „Miasteczko Śląskie”.

Wynajmujący w Polsce rzadziej korzystają z usług agentów nieruchomości niż ich zachodni sąsiedzi. Głównie decydują się na to właściciele droższych mieszkań

CEO Magazyn Polska

Ponad 3 tys. zł miesięcznie ‒ tyle wynosi średni czynsz wynajętego przy pomocy agenta nieruchomości mieszkania w Warszawie. To cena wyższa niż przeciętna na rynku, bo z usług agentów korzystają najczęściej właściciele droższych lokali. W Polsce taki sposób wynajmu jest wciąż znacznie mniej popularny niż na Zachodzie.

Różnica między polskim rynkiem nieruchomości a rynkami zagranicznymi polega na tym, że za granicą więcej osób poszukuje mieszkania z pomocą agencji nieruchomości. To właśnie chcemy w Polsce zmienić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes David Rice, prezes firmy Starbroker, która pomaga nawiązać współpracę pomiędzy właścicielami nieruchomości i agentami nieruchomości.

Rice podkreśla, że taka współpraca ma sens jedynie wtedy, gdy właściciel ma do zaoferowania nieco droższe mieszkanie na wynajem, bo tylko wtedy agent może liczyć na zadowalającą prowizję od wynajmu. Średni czynsz wynajmowanego w ten sposób mieszkania w Warszawie to 3,3 tys. zł miesięcznie. Największym powodzeniem cieszą się lokale 2-3-pokojowe o powierzchni 60-70 mkw.

Choć wynajmujący starają się wynegocjować niższą cenę, różnica między ceną ofertową a transakcyjną nie jest zwykle duża. Właścicielom, którzy są skłonni obniżyć wyjściowe stawki, zwykle w krótszym czasie są w stanie wynająć lub sprzedać mieszkanie.

‒ Najwięcej ofert jest w Warszawie, to oczywiste, ponieważ to największe miasto w Polsce, jest to także miejsce, w którym rozpoczęliśmy naszą działalność – dodaje Rice.

Ekspert zwraca uwagę na to, że problemem na rynku jest z jednej strony brak zaufania do agentów, a z drugiej ich stosunkowo niewielka aktywność. Poprawa tych dwóch aspektów, również poprzez większą jawność działań pośredników, powinna wpłynąć na większą efektywność sprzedaży. Rice podkreśla, że liczy się zarówno lepsze przeszkolenie agentów, jak i możliwość udostępniania ich życiorysów lub referencji, dzięki czemu klienci będą im bardziej ufali.

Podatnicy zapłacą miliardy za wprowadzenie ustawy hazardowej

Część przepisów ustawy hazardowej jest niezgodna z prawem UE. Dla budżetu Polski oznacza to stratę 12,8 mld zł. Prawie 2/3 tej sumy mogą wynieść odszkodowania dla przedsiębiorców z branży automatów do gier. Wszystko z powodu nieprzemyślanych działań Ministerstwa Finansów.

„Uchwalono bubel prawny z pełną tego świadomością. Orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej było dość jednoznaczne: przepisy ustawy hazardowej były przepisami technicznymi, wymagającymi notyfikacji” – mówi serwisowi infoWire.pl Marek Kułakowski, analityk Związku Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP). O notyfikację ustawy nie zadbano, choć było wiadomo, że trzeba to zrobić. Mimo to w 2010 r. weszła ona w życie. Jak twierdzi Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP, była to decyzja niezrozumiała, mająca na celu krótkotrwały efekt PR-owski.

O ile przed wprowadzeniem przepisów branża automatów do gier była legalna i regulowana – podlegała opodatkowaniu, o tyle obecnie „[…] jest legalna, ale zderegulowana – działa w oparciu o swobodę działalności gospodarczej, w wyniku czego przedsiębiorcy podatku od automatów już nie płacą. Suma strat z tego tytułu od początku 2010 r. do końca 2013 to przeszło 4 mld zł” – wyjaśnia Marek Kułakowski.

Jeszcze więcej pieniędzy Państwo będzie musiało przeznaczyć na odszkodowania. Ponieważ przepisy ustawy hazardowej stosowane wobec przedsiębiorców z branży automatów do gier nie zostały notyfikowane, a więc de facto były bezprawne, będą domagali się oni rekompensaty. Szacuje się, że odszkodowania mogą wynieść nawet 8 mld zł.

To jednak nie koniec strat dla budżetu, które według ZPP przyniosły działania Ministerstwa Finansów. Błędem było też coroczne podnoszenie akcyzy na wyroby tytoniowe oraz alkohol – wpływy z podatków się zmniejszyły, a jednocześnie rozrosła się szara strefa.

Energetyka i duże spółki dywidendowe to obecnie najlepsze inwestycje. Lepiej unikać banków i sektora surowców

CEO Magazyn Polska

W najbliższym czasie najpewniejszą inwestycją powinny być spółki energetyczne i paliwowe. Gorsze perspektywy rysują się dla akcji firm surowcowych i banków. Wkrótce może nadejść czas na kupowanie udziałów w małych i średnich spółkach, które powinny jako pierwsze zareagować na ożywienie gospodarcze prognozowane na przyszły rok.

Jak ocenia Jacek Rzeźniczek, główny analityk Secus Asset Management, w grupie spółek, które są najbardziej perspektywiczne w najbliższym czasie, na pierwsze miejsce wybija się energetyka.

 Spółki energetyczne, które w ostatnich miesiącach, wykazywały się wyraźną siłą relatywną w stosunku do całego rynku, mają szansę tę siłę relatywną utrzymać. To widać chociażby po zachowaniu największych spółek tego sektora, czyli PGE i Tauronu. Obie te spółki w ostatnich dniach poprawiły swoje maksima z września, a to pokazuje ich siłę relatywną.

Spółki energetyczne mają przed sobą dobry czas również ze względu na ustalenia ostatniego szczytu energetycznego – odsunięcie w czasie osiągnięcie limitu emisji CO2 aż do 2030 roku pozwala spokojnie zaplanować inwestycje w sektorze i rozsądnie planować politykę cenową. Dodatkowym argumentem przemawiającym za inwestowaniem w spółki energetyczne jest spadek rentowności polskich obligacji.

– Jeżeli spółki energetyczne są postrzegane jako spółki dywidendowe, to przy niskich rentownościach obligacji ich ceny powinny w odniesieniu do dywidend rosnąć – tłumaczy Rzeźniczek. Ten sam argument przemawia za akcjami PZU.

Obok energetyki jako sektor perspektywiczny ekspert wymienia także spółki paliwowe – w szczególności PKN Orlen, który pokazał bardzo dobre wyniki za trzeci kwartał.

Na drugim biegunie są – zdaniem rozmówcy Newserii Inwestor – banki, które mogą negatywne zaskakiwać. Tutaj czynnikiem decydującym jest ostatnia obniżka stóp procentowych, szczególnie stopy lombardowej. A według rynku to nie koniec obniżek.

– Inwestorzy, wcześniej wyceniając banki, szacowali, że banki w przyszłym roku mogą poprawić swoje wyniki finansowe, ale wobec rozpoczęcia tego cyklu obniżek, prawdopodobnie nie uda im się tych wyników poprawić.

Do tego dochodzi spowolnienie gospodarcze, które może powodować obniżenie zainteresowania kredytami zarówno wśród firm, jak i konsumentów. Może się ono także odbić negatywnie na spółkach surowcowych, których ekspert radzi w najbliższym czasie unikać.

Obecnie nie jest też dobry czas na zakup spółek małych i średnich – one najszybciej reagują na poprawę w gospodarce, ale też są zwykle najbardziej poszkodowane podczas spowolnienia. Dlatego na MSP przyjdzie jeszcze czas – mówi Rzeźniczek.

-– Indeks PMI dla polskiego przemysłu, chociaż w ostatnim miesiącu lekko pozytywie zaskoczył, to jednak jest w kilkumiesięcznej tendencji spadkowej. Dopóki w takiej pozostanie, to spółki małe i średnie mogą znajdować się pod presją – przewidywał jeszcze przed bardzo dobrym październikowym odczytem indeksu Jacek Rzeźniczek.

Jego wyższa od oczekiwań i wyższa od progu 50 pkt wartość (51,2 pkt) mogą potwierdzać, że gospodarka wraca na ścieżkę wzrostu. Jeśli październikowy PMI nie okaże się jedynym dobrym sygnałem i także inne wskaźniki, zwłaszcza te wyprzedzające, zaczną się odwracać – wtedy będzie dobry moment na to, by zainwestować w małe i średnie firmy.

Obligacje ciągle w cenie mimo niskich stóp procentowych. Inwestorzy szukają sposobu na przeczekanie burzliwych miesięcy

Przewidywane na koniec przyszłego roku odbicie w gospodarce będzie sprzyjało inwestycjom w akcje, ale na razie sytuacja makroekonomiczna powoduje wzrost atrakcyjności obligacji. Niskie stopy procentowe i prawdopodobieństwo ich dalszych obniżek, zerowa inflacja i dość odległa perspektywa powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu sprzyjają inwestowaniu w dług, podobnie jak sytuacja w USA i strefie euro.

Na rynek obligacji na świecie największy wpływ mają przede wszystkim niskie stopy procentowe w USA.

Nie oczekujemy bardzo szybkiego wzrostu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Właściwie ostatnio musieliśmy przeszacować nasze oczekiwania co do rynkowych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i ciągle oczekujemy, że amerykański bank centralny, nie będzie się śpieszył z podnoszeniem stóp procentowych – mówi Magdalena Polan, główna ekonomistka ds. Europy Środkowo-Wschodniej banku Goldman Sachs.

Informacje z gospodarki amerykańskiej są jednak coraz bardziej pozytywne i oczekiwanie na podwyżkę stóp przez Fed wydają się być coraz bardziej uzasadnione – wzrost gospodarczy przyspiesza, a bezrobocie spada. Dane za III kwartał pokazały wzrost PKB o 3,5 proc. w ujęciu zannualizowanym, podczas gdy ekonomiści spodziewali się wzrostu o 3 proc. Bezrobocie natomiast spadło poniżej 6 proc. Zupełnie inaczej jest w krajach strefy euro. Tu niskie stopy nie pomagają i EBC jest zmuszony sięgnąć po bardziej inwazyjne środki prowadzenia polityki pieniężnej – w tym podobny do zakończonego właśnie przez Amerykanów skup aktywów.

Polska oraz polski rynek długu i stóp procentowych jest bardzo silnie zintegrowany z tym globalnym rynkiem. Dlatego będziemy mieli presję w kierunku niższych stóp procentowych – przewiduje ekonomistka. – Do tego nasz własny cykl, niska inflacja, niskie stopy procentowe banku centralnego oraz perspektywa dalszych obniżek stóp procentowych przez polski bank centralny wpływają na to, że dług na pewno będzie ciągle tani dla emitentów i drogi dla kupujących.

A to oznacza, że obligacje, choć nisko oprocentowane – są coraz droższe. Wynika to z tego, że z jednej strony inwestorzy szukają sposobu na ulokowanie kapitału na trudne i nieprzewidywalne czasy. Z drugiej strony to efekt przewidywań, że w ciągu najbliższych kilku-kilkunastu miesięcy sytuacja w naszej gospodarce się poprawi. To wszystko oznacza, że polskie papiery pozostają bezpiecznym miejscem na przeczekanie dekoniunktury, a także sposobem na sprawdzenie, jak nowa sytuacja na Zachodzie (koniec QE w USA i początek skupu ABS w strefie euro) wpłynie na gospodarkę.

W Polsce bankrutuje coraz więcej firm zaopatrujących sektor budowlany

Opublikowane w październiku orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 680 milionów złotych, a zatrudniały one razem, według ostatnich dostępnych danych, ok. 2,4 tys. osób. W stosunku do sytuacji sprzed roku większa była w październiku liczba opublikowanych informacji o upadłościach firm usługowych i handlowych. 
W ciągu dziesięciu miesięcy tego roku sądy opublikowały orzeczenia o upadłości 711 przedsiębiorstw działających w Polsce, podczas gdy w tym samym okresie ubiegłego roku było to 798 opublikowanych upadłości. Wrzesień był drugim w tym roku miesiącem (obok maja), gdy liczba upadłości była wyższa niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

–    Wśród przyczyn upadłości firm wymienić można kwestie popytowe, ale w większości przypadków decydujące są jednak problemy z płynnością finansową (wysokie koszty stałe, w tym obsługa zadłużenia na potrzeby inwestycji a z drugiej strony – niska rentowność sprzedaży jako efekt ostrej konkurencji cenowej ale także małej innowacyjności).
–    Wśród największych upadłości pod względem realizowanego obrotu wyjątkowo wyrównana liczba firm produkcyjnych (3), dystrybutorów hurtowych (3) oraz firm budowlanych (2) i usługowych (2). Dopiero wśród firm mniejszych (kilka-kilkanaście milionów złotych obrotu) najwięcej było firm usługowych i handlowych.
–    Pomimo lepszej niż w roku ubiegłym koniunktury w budownictwie to właśnie bankructwa producentów zaopatrujących sektor budowlany zdominowały zestawienie upadłości firm produkcyjnych (9 z 15 upadłości firm produkcyjnych w październiku).
–    Odwrotnie w handlu hurtowym – tutaj jedynie 3 z 15 opublikowanych informacji o upadłości hurtowni dotyczyła tych sprzedających art. budowlane. Zdecydowana większość hurtowni, które zbankrutowały sprzedawała art. konsumpcyjne: żywność, ale też art. wyposażenia mieszkań.
–    Bilans postępowań naprawczych na minusie: rozpoczęto 9 postępowań układowych, ale równocześnie zanotowano 12 przypadków zakończenia niepowodzeniem rozpoczętych wcześniej postępowań naprawczych, zmienionych obecnie na upadłość likwidacyjną.
Sytuacja na krawędzi (poprawy – ale wciąż na krawędzi…)
Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka – Liczba upadłości waha się w poszczególnych miesiącach, ale generalnie jest niższa niż w roku ubiegłym. Czy to jest przełom? Na pewno nie. I nie chodzi tu jedynie o matematykę – spadek liczby bankructw o około 10%, ale wciąż jest ich dwukrotnie więcej niż jeszcze 5-6 lat temu… Przełomu w kwestii liczby upadłości nie mamy, ponieważ nie ma go wciąż w gospodarce, brak jest czynników postępującej i trwałej poprawy sytuacji i w ślad za tym znaczącego zmniejszania się liczby upadłości. Zarówno w skali krajowej, jak i najistotniejszego, unijnego runku eksportowego sytuacja jest na krawędzi poprawy (co i tak jest plusem – lepsze to niż krawędź kryzysu…). Słabnący popyt w Europie (i niewiele lepszy na rynku krajowym) był ewidentny jeszcze przed embargiem i wojną handlową z Rosją, które to tylko uwypukliły problemy nadprodukcji i niskiej rentowności wielu sektorów (w tym spożywczego). Kilkuprocentowy wzrost wartości realizowanych inwestycji jest lepszy niż kilkunastoprocentowy ich spadek w ubiegłym roku, ale tak jak kończąca się już odbudowa zapasów jest jeszcze zbyt słaby (punkt wyjścia odnosi się bowiem do rekordowo niskiego poziomu z roku ubiegłego) do pobudzenia całości gospodarki (wide – upadłości firm produkujących na potrzeby budownictwa).

Dlaczego polskie firmy upadają? Przyczyn jest wiele, ale prawie zawsze dominuje problem z płynnością finansową, a nie z popytem
– Niech wszystkiego nie przesłania nam embargo w handlu z Rosją – przykre są problemy wielu firm nim dotkniętych, ale o wiele więcej polskich przedsiębiorstw ma problemy innego rodzaju. W Polsce w odróżnieniu od wielu krajów Europy Zachodniej mamy generalnie nie problem z popytem, ale raczej z rentownością obrotu – mówi Maciej Harczuk, Prezes Zarządu Euler Hermes Collections. To kontrowersyjna teza, ale da się ją uzasadnić. Patrząc chociażby na wyniki firm, o których upadłości opublikowano informacje w październiku zauważyć można, iż chociaż obrót w niektórych przypadkach rósł a w innych spadał, to generalnie wspólny był wzrost wskaźnika zadłużenia tych firm – w 2013 średnio o ok. 20% w stosunku do 2012 roku. Tak więc nawet gdy firmy nie traciły rynku, utrzymywały obroty, to odbywało się to kosztem ich marży i rentowności. Na zachodzie firmy w tej sytuacji restrukturyzują działalność, w Polsce jest to często niemożliwe – nie można ograniczyć sprzedaży z powodu kosztów stałych, wysokich za przyczyną zobowiązań inwestycyjnych z ostatnich lat. Nasze firmy bronią też obrotu i bieżących przepływów finansowych gdyż w Polsce, jako w kraju o krótszych tradycjach wolnorynkowych polskie firmy mają mniejsze zasoby zgromadzonych środków własnych w porównaniu do firm zachodnioeuropejskich. Bez dywersyfikacji działalności a przede wszystkim bez jej innowacyjności, wartości dodanej nie uda się odwrócić tego trendu – firmy skazane będą na walkę jedynie ceną, co w dłuższej perspektywie nie kończy się nigdy dobrze.

Upadały firmy zaopatrujące budownictwo
– Postępującym spadkiem rentowności wytłumaczyć można problemy wielu producentów i dystrybutorów zaopatrujących budownictwo mówi Michał Modrzejewski, dyrektor Analiz Branżowych w Euler Hermes. – Producenci chemii budowlanej, stolarki, konstrukcji stalowych, elementów hydrauliczno-grzewczych zajęli w ostatnim miesiącu w zestawieniu publikowanych upadłości miejsce tak licznych jeszcze niedawno firm dostarczających (głównie na eksport) części i całe maszyny oraz art. motoryzacyjne.

Żywność – częściej mamy do czynienia z upadłościami dystrybutorów niż producentów
Zaskoczeniem nie była upadłość spółdzielni produkcyjnej dostarczającej żywiec wieprzowy, ale częstsze są przypadki upadłości firm handlowych, dystrybucyjnych. Nie tylko w odniesieniu do żywności, ale także pozostałych art. konsumenckich – w tym art. elektrycznych i wyposażenia mieszkań. O ile producentów dotknęły głównie restrykcje eksportowe, to firmy handlujące żywnością mają także problemy na rynku krajowym. Sprzyja temu duża konkurencja na rynku wewnątrzunijnym (Polska jest m.in. importerem netto wieprzowiny – więcej jej sprowadzamy, niż sprzedajemy za granicę) oraz bliskie stagnacji tempo wzrostu wydatków konsumpcyjnych.

Usługi – problemy dotknęły m.in. także firm finansowych oraz transportowych
Kłopoty miały już nie tylko tradycyjnie przedsiębiorstwa z branż hotelarskiej czy gastronomicznej oraz licznie występując w ostatnich miesiącach w statystyce upadłości firmy sektora reklamowego i poligraficznego. Ponownie pojawiają się w ogłoszeniach o upadłościach firmy transportowe i obsługujące transport. Rzadko notowane w tym gronie były dotychczas także firmy pośrednictwa finansowego (największa upadłość w październiku to przypadek kasy oszczędnościowo-kredytowej). Pomimo dobrej koniunktury mieszkaniowej nie dla wszystkich jest miejsce na tym zmieniającym się rynku – w ciągu ostatniego miesiąca było pięć publikacji o upadłościach deweloperów.
Budownictwo – kiedy w statystyce upadłości pojawią się firmy realizujące inwestycje kolejowe i energetyczne?
– Wartość produkcji budowlano-montażowej w sektorze kolejowym wzrosła w pierwszym półroczu o ponad 50% w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. Wzrost tak duży jak jeszcze niedawna niemoc kolei w wydawaniu środków na inwestycje – komentuje Michał Modrzejewski – czym po części tłumaczyć można tak duży procentowo wzrost na tym polu. Miejmy nadzieję, że proces wyłaniania wykonawców a przede wszystkim odbioru i finansowania prac będzie chociaż po części sprawniejszy niż w budownictwie drogowym, w którym ponownie nowym inwestycjom towarzyszą upadłości firm z branży budownictwa drogowego i prac wyspecjalizowanych (kanalizacyjnych etc.). Co ciekawe – w statystyce upadłości pojawiła się nawet firma związana z wykopami i wierceniami. Ponieważ nie jest to na razie szersze zjawisko to trudno wyciągać wnioski czy to brak perspektyw na gaz z łupków (co byłoby złe) czy raczej organizacja i finansowanie prac (jak to w budownictwie) były przyczyną jej problemów.

Październik – lekki spadek liczby upadłości (chociaż wciąż są one liczne) w woj. małopolskim; wzrost ich liczby w centrum kraju – województwach wielkopolskim, łódzkim i mazowieckim
Przesunięcie ciężaru upadłości wśród firm produkcyjnych z przemysłu maszynowego i motoryzacyjnego (reprezentowanego licznie na Dolnym Śląsku) w kierunku firm zaopatrujących budownictwo wpłynęło na odwrócenie trendu wzrostu ich liczby w woj. dolnośląskim.
Na Mazowszu dwa zaskakujące fakty: był nim nie tylko wzrost liczby upadłości, ale także to, iż stoi za tym w dużym stopniu budownictwo i firmy produkcyjne obok handlu i firm usługowych (dominujących tutaj w przeszłości).  Upadłości w województwie łódzkim były bardzo zróżnicowane w podziale na branże, podobnie w woj. wielkopolskim, chociaż tutaj dominowało w zestawieniu tym razem nie budownictwo, ale handel hurtowy. Za znaczną liczbą upadłości w woj. zachodniopomorskim stoi w równym stopniu sektor budowlany, produkcyjny i handlowy (bez usług). Podobnie było w Małopolsce – upadłości firm budowlanych i hurtowni uzupełniło bankructwo jedynej firmy usługowej – (mało) w tej sytuacji wesołego miasteczka. W przypadku woj. podkarpackiego po raz kolejny sprawdza się prawda, iż o skutkach ekonomicznych i społecznych upadłości w regionie świadczy nie ich ilość, ale wielkość i znaczenie dla regionu upadających firm. Niestety – ponownie jedna z największych upadłości (a największą w sektorze produkcyjnym) dotyczyła przedsiębiorstwa z Podkarpacia: tym razem był to znany zakład naprawy i produkcji taboru kolejowego, zatrudniający ostatnio 500 osób (a w czasach prosperity i ponad 1000).

NIK o bezpieczeństwie na drogach

Przypisanie MSW wiodącej roli w koordynowaniu i egzekwowaniu działań na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym, wieloletni program finansowania przedsięwzięć w tym zakresie, włączenie ITD do Policji, pozbawienie straży gminnych możliwości korzystania z fotoradarów mobilnych, zmiany w przepisach oraz przede wszystkim dalsze inwestowanie w budowę dróg, autostrad i modernizację istniejącej infrastruktury drogowej – to tylko niektóre z wniosków NIK po kontrolach stanu bezpieczeństwa na drogach.

Stan bezpieczeństwa na polskich drogach w ciągu ostatnich dziesięciu lat ulegał poprawie. Jest to niewątpliwie efekt szeregu działań podejmowanych przez organy państwa, w tym zwłaszcza Policję, samorządy terytorialne, instytucje naukowe, organizacje pozarządowe, przedstawicieli mediów, a także osoby prywatne. Na przestrzeni ostatnich 10 lat liczba śmiertelnych ofiar wypadków spadła o 41 procent, a liczba osób rannych o 31 procent. Tendencja spadkowa utrzymuje się w całym dziesięcioletnim okresie i to pomimo stałego wzrostu liczby pojazdów poruszających się po polskich drogach.

Liczba ofiar śmiertelnych wypadków w przeliczeniu na 1 mln mieszkańców – Polska na tle wybranych krajów Unii Europejskiej

Liczba ofiar śmiertelnych wypadków w przeliczeniu na 1 mln mieszkańców - Polska na tle wybranych krajów Unii Europejskiej

Na podstawie przeprowadzonych kontroli NIK  stwierdza, że najistotniejszymi przyczynami tego stanu rzeczy są:

1) Niedostateczna infrastruktura drogowa

Mimo systematycznej poprawy, sieć polskich dróg publicznych nie jest nadal w pełni przystosowana do przenoszenia coraz intensywniejszego ruchu samochodowego. Wciążbrakuje w Polsce dróg dwujezdniowych (autostrad i dróg ekspresowych), zmniejszających możliwość wystąpienia najgroźniejszych wypadków (zderzenia czołowego i bocznego).

Na drogach jednojezdniowych o dużym natężeniu ruchu brakuje m.in.:

  • dodatkowych pasów, które umożliwiają na pewnych odcinkach bezpieczne wyprzedzanie,
  • bezkolizyjnych skrzyżowań, rond lub tzw. lewoskrętów z osobnymi światłami,
  • świateł na przejściach, tam gdzie występuje duże natężenie ruchu,
  • chodników wzdłuż dróg wiodących przez wsie i małe miasta,
  • odseparowania ruchu pieszych i rowerzystów od ruchu samochodów w dużych miastach.

Najwyższa Izba Kontroli nie polemizuje z Policją, która wskazuje, że jazda z niedozwoloną prędkością, niedostosowaną do warunków na jezdni jest najczęstszą przyczyną wypadków. NIK zwraca jednak uwagę, że wskazywana przez Policję przyczyna dotyczy istniejącej obecnie infrastruktury drogowej – zdaniem NIK dalece niewystarczającej dla osiągnięcia realnej poprawy stanu bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Opinię NIK podzielają także ankietowani przez Izbę policjanci z pionu ruchu drogowego oraz większość ekspertów zewnętrznych.

Oprócz nowych inwestycji niezbędna jest też modernizacja istniejącej sieci dróg. Na jednej piątej długości dróg sieci krajowej konieczne jest podjęcie niezbędnych prac remontowych. Na ponad 12 procentach długości dróg prace te powinny być przeprowadzone w trybie pilnym.

Przeprowadzone kontrole wykazały, że zarządy dróg w większości przypadków nie wywiązywały się z obowiązków utrzymania eksploatowanego zasobu w należytym stanie technicznym. Nie dokonywano obligatoryjnych przeglądów technicznych budowli drogowych. Nie zapewniono też odpowiedniego poziomu finansowania napraw.

Od wielu lat nakłady na wykonywanie prac remontowych na drogach krajowych są niewystarczające w stosunku do potrzeb, a tymczasem same tylko odcinki zniszczone przez koleiny i wymagające natychmiastowych napraw występują na ok. 3 tys. km, czyli blisko 15 proc. długości dróg krajowych.

Bezpieczeństwo na drogach ogranicza także:

2) Zła organizacja ruchu drogowego

Nagminnie występowały przypadki niesporządzania planów organizacji ruchu, będących m.in podstawą sytuowania znaków drogowych i urządzeń bezpieczeństwa ruchu. Kontrolerzy stwierdzali też niejednokrotnie, że istniejące na drogach oznakowanie nie jest  dostosowane do przyjętej organizacji.

W efekcie w wielu miejscach nadmiar znaków utrudniał odczytanie ich znaczenia, w innych zaś brakowało znaków wymaganych organizacją ruchu, bądź były niewidoczne dla kierowców. Nierzadko znaki przysłonięte były przez gałęzie drzew albo wszechobecne na poboczach, zwłaszcza w pobliżu dużych miast, tablice reklamowe.

NIK stwierdziła w swoich kontrolach również problemy dotyczące

3) Błędy w systemie nadzoru nad ruchem drogowym

Policja

Obok niewątpliwego wzrostu aktywności policji drogowej, który przyczynił się do zmniejszenia liczby wypadków Najwyższa Izba Kontroli odnotowała w czasie kontroli, że ponad 40 proc. policjantów z drogówki nie ukończyło wymaganego specjalistycznego przeszkolenia w zakresie ruchu drogowego.

Taki stan rzeczy może mieć wpływ na rzetelność dokonywanych przez policjantów ustaleń, dotyczących zdarzeń na drodze, oceny uczestników ruchu, decyzji o nałożeniu mandatu, zwłaszcza w skomplikowanych sytuacjach, a także na zdolność do pomagania kierowcom np. za pomocą ręcznego kierowania ruchem na dużych skrzyżowaniach. NIK zauważa, że działania naprawcze w tym zakresie zostały przez Policję podjęte jeszcze w czasie trwania kontroli.

Tylko niewielki odsetek funkcjonariuszy drogówki ukończył nieobowiązkowe szkolenia dotyczące wybranych istotnych zagadnień w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Np. kurs dotyczący czynności na miejscu zdarzenia drogowego (wypadku, kolizji) ukończyło niespełna 7 proc. policjantów, kurs obsługi wideorejestratorów –  8,5 proc., a kontroli tachografów cyfrowych – niecałe 15 procent. Policja drogowa posiada na wyposażeniu ponad 700 motocykli, jednak przeszkolonych pod tym kątem było tylko 530 policjantów, a kurs doskonalenia techniki jazdy samochodem ukończyło zaledwie 15 proc. policjantów drogówki.

Izba odnotowała też, że  większość skontrolowanych jednostek Policji nie miała wystarczającej liczby pojazdów, sprzętu technicznego oraz umundurowania w stosunku do obowiązujących norm wyposażenia. Zwracamy uwagę, że ponad 1/3 policyjnych pojazdów jest zużyta i kwalifikuje się do wymiany.

Kontrolerzy NIK zauważyli też, że policjanci niekiedy błędnie rejestrowali dane na temat wypadków i kolizji w kartach zdarzenia drogowego i w Systemie Ewidencji Wypadków i Kolizji(SEWiK). W policyjnym systemie nt. zdarzeń drogowych brakuje skutecznych mechanizmów, weryfikujących wiarygodność wprowadzonych danych.  W ocenie NIK błędy i niedostatki systemu SEWiK mogą mieć  wpływ na rzetelność analiz dotyczących bezpieczeństwa na drogach, na przykład liczby kolizji. W Polsce nie ma obowiązku wzywania Policji na miejsce wszystkich kolizji. W 2012 r. Policja odnotowała prawie 340 tys. kolizji na drogach publicznych, podczas gdy firmom ubezpieczeniowym w tym samym czasie zgłoszono  prawie 400 tys. kolizji.

ITD

W ocenie NIK, choć fotoradary będące w dyspozycji Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego usytuowano we właściwych miejscach (na podstawie rzetelnych analiz), to jednak cały system automatycznego nadzoru nad ruchem drogowym nie był w pełni skuteczny, bo nie zapewniał podjęcia wymaganych na podstawie przepisów prawa działań we wszystkich przypadkach ujawnionych wykroczeń.

Istnieje prawny obowiązek rejestracji pojazdów, które przekroczyły dopuszczalną prędkość o 11 i więcej kilometrów na godzinę. Inspektorzy transportu drogowego nie byli jednak do tego ani technicznie, ani kadrowo przygotowani. NIK ustaliła, że progi wyzwolenia zdjęć przez fotoradary ustawiono, gdy prędkość pojazdu przekraczała dopuszczalną o 25 – a niekiedy nawet o 30-35 km/h, podczas gdy maksymalny tolerowany prawem błąd wynosił 10 km/h.

Tolerancja w ustawieniach fotoradaru wyzwalającego zdjęcie przy prędkościach większych od dopuszczalnej o 25-35 km/h  jest nie tylko niezgodna z obowiązującymi przepisami, ale także utrwala niebezpieczny zwyczaj znacznego przekraczania przez wielu kierowców dozwolonej prędkości. To z kolei wydłuża drogę hamowania i co za tym idzie zwiększa ryzyko wypadków w miejscach szczególnie niebezpiecznych.

Nie wszystkie zdjęcia z fotoradarów są przetwarzane. Z wyliczeń NIK wynika np., że  tylko od czerwca 2011 roku do września 2013 roku Inspektorat nie nałożył 72 tys. kar o szacunkowej wartości ok. 19,5 mln zł. Szczególną trudność, ze względu na brak odpowiednich regulacji stanowiły zdjęcia samochodów z zagranicznymi tablicami rejestracyjnymi.

Niedostateczne zasoby kadrowe Inspekcji Transportu Drogowego oraz problemy ze statusem pracowników sprawiają, że inspektorzy transportu drogowego w ograniczony sposób pełnią służbę w dni wolne od pracy oraz w porze nocnej. Wiedzą o tym dobrze kierowcy ciężarówek, którzy z różnych przyczyn chcą uniknąć kontroli

NIK ustaliła w trakcie badań kontrolnych, że blisko 40 proc. sprawców ujawnionych przez Inspekcję przypadków niestosowania się do ograniczeń prędkości nie zostaje za to ukaranych, a tym samym nie dostaje też punktów karnych i unika innych konsekwencji, takich jak np. zatrzymanie prawa jazdy, tylko dlatego, że właściciele pojazdów odmawiają wskazania kierującego pojazdem. Tym samym piraci drogowi unikają najpoważniejszych konsekwencji swoich czynów (np. odebrania prawa jazdy).

W ocenie NIK, tak duża możliwa skala odmów dowodzi, że obecne rozwiązania prawne w tym zakresie nie funkcjonują prawidłowo. Biorąc pod uwagę obowiązujące przepisy oraz fakt, że przy występującej skali ich naruszeń, możliwość skutecznego ścigania osób popełniających wykroczenia jest tak ograniczona, NIK uważa, że należy zmienić tryb odpowiedzialności w tym zakresie .

Ważnym elementem nadzoru nad ruchem drogowych chcą być

Straże gminne i miejskie

NIK uważa, że zaangażowanie strażników gminnych i miejskich w obsługę fotoradarów, zwłaszcza przenośnych, jest podyktowane w wielu wypadkach nie tyle służbą na rzecz bezpieczeństwa w ruchu drogowym, co przede wszystkim chęcią pozyskiwania pieniędzy do gminnej kasy.

W kolejnej już kontroli NIK stwierdziła, m.in. że strażnicy kontrolują, jak tego prawo wymaga – w miejscach uzgodnionych z policją, ale dzieje się tak tylko na początku i na końcu służby. W trakcie wykonywania zadań strażnicy z fotoradarem mobilnym przenoszą się w miejsca nieuzgodnione z policją, za to przynoszące większe wpływy do budżetu gminy. Aktywność prewencyjna i represyjna niektórych straży gminnych czy miejskich niemal w całości koncentruje się na obsłudze fotoradarów.

Nie budziła natomiast zastrzeżeń NIK lokalizacja większości samorządowych fotoradarów stacjonarnych. Ich maszty stanęły najczęściej w miejscach, gdzie wcześniej dochodziło do niebezpiecznych wypadków.

Pieniądze z fotoradarów stacjonarnych i przenośnych samorządy mają przeznaczać na poprawę infrastruktury i inne działania związane z podnoszeniem bezpieczeństwa  ruchu drogowego. Tymczasem prowadzona w gminach kontrolowanych przez NIK ewidencja księgowa najczęściej nie pozwalała na wyodrębnienie środków uzyskanych z mandatów nałożonych za wykroczenia ujawnione przy pomocy fotoradarów, a tym samym na ocenę, czy zostały one wykorzystane zgodnie z obwiązującymi przepisami .

W Polsce w istocie nie funkcjonuje

4) Brak powszechnego, spójnego systemu oddziaływania na bezpieczeństwo w ruchu drogowym

Na zmniejszenie skuteczności podejmowanych działań ma wpływ przede wszystkimrozproszona odpowiedzialność za problemy zarządzania bezpieczeństwem ruchu drogowego. Przykładowo: tylko za prowadzenie działań edukacyjnych w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego odpowiada osiem, a za kontrolę prędkości sześć różnych, rozproszonych podmiotów.

Nie ma w Polsce jednego organu władzy publicznej, którego zakres kompetencji pozwoliłby na skuteczne koordynowanie oraz, co szczególnie istotne, skuteczne egzekwowanie realizacji niezbędnych działań w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Istniejąca Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, jak pokazują doświadczenia z lat ubiegłych, nie była w stanie skutecznie wypełniać tej funkcji.

Skutkiem tego, działania podejmowane przez poszczególne podmioty odpowiedzialne za realizację polityki państwa w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego były niespójne, a przez to ich skuteczność była znacznie niższa, niż wynikałoby to  z zaangażowanych sił i środków.

Istotnym problemem nieskutecznie i nieefektywnie funkcjonującego systemu było

5) Niedostateczne finansowanie zadań

Wydatki w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego były finansowane z budżetów poszczególnych instytucji, realizujących zadania w tym zakresie. Warto zauważyć, że szereg podmiotów realizuje zadania zbliżone do siebie (np. Policja i GITD). To powoduje rozproszenie środków finansowych, a tym samym ich nieskuteczne i nieefektywne wykorzystywanie. Tak naprawdę nie wiadomo, jakie środki wydawane były wprost na bezpieczeństwo ruchu drogowego, bo zabrakło w poszczególnych instytucjach mierników oceny skuteczności powiązanych z poniesionymi nakładami. Poszczególnym podmiotom trudno więc udowodnić, które działania i w jakim stopniu znacząco przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa, a które nie mają większego znaczenia. Niestety kontrolowane instytucje zamiast dowodów w tym zakresie przedstawiały kontrolerom NIK teoretyczne rozważania i intuicyjne przeświadczenia, niepoparte rzetelnymi analizami.


WNIOSKI

NIK proponuje zdecydowane zwiększenie dynamiki działań państwa w obszarze bezpieczeństwa na polskich drogach. Zdaniem Najwyższej Izby Kontroli należy:

1) Zbudować  na drodze ustawowej krajowy System Zarządzania i Kontroli Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego oraz powierzyć koordynację działań w ramach tego systemu jednemu organowi.

System Zarządzania i Kontroli Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego byłby ustanowionym ustawą zespołem instytucji i działań, mających na celu zapewnienie oraz stałą poprawę bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

W ramach proponowanego systemu ustawowy obowiązek koordynacji wszelkich działań służących  bezpieczeństwu w ruchu drogowym przypisać należy  jednemu organowi  władzy publicznej – zdaniem Najwyższej Izby Kontroli – najlepiej ministrowi właściwemu w sprawach wewnętrznych – wyposażając go równocześnie  w odpowiednie prerogatywy względem wszystkich podmiotów realizujących specjalistyczne zadania w ramach systemu.

Organ ten  upoważniony byłby do koordynowania działań innych organów administracji publicznej, organizacji pozarządowych i instytucji w zakresie bezpieczeństwa na drogach (w tym monitorowania) oraz, co bardzo ważne, do egzekwowania realizacji przedsięwzięć w ramach osiągania zaplanowanych celów.

Zadania jakie przypisano Krajowej Radzie Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w art. 140c ustawy z dnia 20 czerwca 1997 r. Prawo o ruchu drogowym  powinny stać się zadaniami własnymi ministra spraw wewnętrznych, a ustawa powinna określić jego kompetencje w sposób pozwalający na skuteczne egzekwowanie realizacji zadań w ramach systemu. Przy okazji warto też  rozważyć przekazanie wojewodom jako zadania własnego obowiązków dotyczących koordynowania i określania kierunków działań administracji publicznej w sprawach bezpieczeństwa ruchu drogowego w województwie.

System Zarządzania i Kontroli Bezpieczeństwa  Ruchu  Drogowego tworzyć powinni:

  • minister właściwy do spraw wewnętrznych oraz podległe mu Policja, Straż Pożarna i jednostki systemu ratowniczo – gaśniczego oraz Straż Graniczna,
  • minister właściwy do spraw infrastruktury oraz transportu oraz podległa mu Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad
  • minister właściwy do spraw zdrowia oraz podległe mu jednostki  Państwowego Ratownictwa Medycznego,
  • marszałkowie województw,
  • wojewodowie,
  • organy zarządzające ruchem na drogach krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych,
  • zarządcy dróg krajowych, wojewódzkich, powiatowych i gminnych,
  • jednostki organizacyjne oraz organizacje pozarządowe których statutowy zakres działalności obejmuje sprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym.

W celu efektywnego funkcjonowania systemu należy:

2) Zapewnić stabilne finansowanie zadań w zakresie bezpieczeństwa ruchu drogowego

Pierwszym krokiem powinno być rzetelne oszacowanie aktualnych wydatków państwa na  zapewnienie bezpieczeństwa uczestnikom ruchu drogowego, a następnie niezbędna racjonalizacja dokonywanych wydatków oraz przypisanie całej tej kwoty do części budżetowej, której dysponentem jest minister właściwy do spraw wewnętrznych. Byłyby to pieniądze przeznaczone  na realizację Projektu służącego  zapewnieniu i poprawie bezpieczeństwa na drogach.

Pożądane więc byłoby finansowanie przedsięwzięć z zakresu podnoszenia bezpieczeństwa na drogach w oparciu o wieloletni Program Poprawy Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego z konkretnie wskazanymi kwotami do wydania w poszczególnych latach.

NIK proponuje też:

3) Przeprowadzenie gruntownej reorganizacji struktur odpowiedzialnych za funkcjonowanie systemu nadzoru nad ruchem drogowym.

Po pierwsze należy  włączyć ITD do Policji.

Zmiana ta będzie miała pozytywny wpływ na skuteczność i efektywność prowadzonych działań, pozwoli skoncentrować siły i środki, lepiej zaplanować podejmowane przedsięwzięcia oraz wyeliminować dublowanie się zadań. Przyczyni się to do efektywniejszego wydatkowania pieniędzy z budżetu państwa, pozwoli na przypisanie odpowiedzialności za efekty realizowanych działań, wydatnie – etatowo i sprzętowo – wzmocni policyjny pion ruchu drogowego.

Ostatecznie, włączenie ITD do Policji doprowadzi do powstania jednolitej działającej przez całą dobę/siedem dni w tygodniu formacji, kompleksowo zajmującej się problematyką bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Po drugie NIK w zakresie reorganizacji zadań proponuje:

ograniczyć kompetencje straży miejskich i gminnych w zakresie kontroli prędkości.

Zadania w tym zakresie powinny być wykonywane wyłącznie przez Policję (zwłaszcza po włączeniu do niej ITD). Umożliwiłoby to prowadzenie spójnej, kompleksowej polityki w zakresie nadzoru nad bezpieczeństwem ruchu drogowego w skali całego kraju. Pozwoliłoby to również skoncentrować się strażom miejskim i gminnym na realizacji innych, istotnych z punktu widzenia lokalnych społeczności zadań.

Alternatywnie NIK proponuje pozostawienie strażom miejskim i gminnym uprawnień do kontroli wyłącznie z wykorzystaniem fotoradarów stacjonarnych (w miejscach uzgadnianych z Policją), pozbawiając straże uprawnień do używania fotoradarów mobilnych.

W ocenie NIK konieczne jest także:

4) Szersze wykorzystanie badań naukowych, w tym zwłaszcza w celu przygotowania i oceny skuteczności różnych przedsięwzięć na rzecz poprawy bezpieczeństwa i wskazania źródeł zagrożeń uczestników ruchu drogowego NIK proponuje rozważyć możliwość stworzenia nowoczesnego wiodącego ośrodka badawczo-rozwojowego.

Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie przedstawia też

5) Propozycje zmian w obowiązujących przepisach. W szczególności zmian wymaga tryb nakładania mandatów za przekroczenie prędkości.

Doświadczenia GITD, a także innych krajów, wskazują, że procedura w sprawach o wykroczenia nie przystaje do skali rejestrowanych wykroczeń drogowych. W istocie tryb ten prowadzi do karania na masową skalę właścicieli pojazdu za odmowę wskazania kierującego, a nie za jazdę z niedozwoloną prędkością. W państwach takich jak np. Austria, Holandia, Niemcy, czy też Włochy stosowane są różne formy mieszanej odpowiedzialności sprawców naruszeń przepisów drogowych. W modelach tych zaobserwować można m.in. rozróżnienie trybu odpowiedzialności prawnokarnej i administracyjnoprawnej ze względu na wagę czynów stanowiących naruszenie przepisów ruchu drogowego i przyporządkowania trybu.

W ocenie NIK wprowadzenie mieszanych trybów odpowiedzialności może pomóc organom państwa w skoncentrowaniu się na konsekwentnym identyfikowaniu, ściganiu i karaniu najgroźniejszych piratów drogowych. W przypadku pozostałych drobniejszych wykroczeń, karanie w trybie administracyjnym właścicieli pojazdów może przyczynić się do  osiągnięcia efektu prewencyjnego za pomocą nieuchronnej i szybko wymierzonej kary, od której jednak zawsze można się będzie odwołać do sądu administracyjnego.

NIK składa tę propozycję i jest gotowa do społecznej debaty, która powinna uwzględnić zarówno potrzebę sprawnego ścigania piratów drogowych jak i nieuchronnego i szybkiego karania setek tysięcy sprawców drobniejszych naruszeń przepisów – ujawnionych przez fotoradary – oczywiście przy zachowaniu zasady proporcjonalności w stosunku do gwarantowanych konstytucyjnie praw i wolności obywatelskich.

NIK zwraca także uwagę, że dodatkowo uregulowania wymaga:

karanie cudzoziemców dopuszczających się naruszeń przepisów ruchu drogowego.

NIK wskazuje przy tym, że zwiększenie skuteczności w tym zakresie może być osiągnięte poprzez wprowadzenie rozwiązań umożliwiających sprawdzenie w Systemie Centralnym CANARD, odprawianych na przejściach granicznych pojazdów zarejestrowanych w państwach spoza Unii Europejskiej, i w przypadku pozytywnej weryfikacji, nałożenie mandatu.


Liczba kilometrów autostrad i dróg ekspresowych

Liczba kilometrów autostrad i dróg ekspresowych

Najwyższa Izba Kontroli uważa, że w Polsce nie dojdzie do radykalnego zwiększenia poziomu bezpieczeństwa na drogach bez:

  • dalszej budowy dróg dwujezdniowych (autostrad i dróg ekspresowych) i przeniesienia na nie większości ruchu pozamiejskiego – ograniczy to w znaczący sposób najgroźniejsze wypadki drogowe, powstałe wskutek zderzeń czołowych i bocznych,
  • poszerzania dróg jednojezdniowych o pobocza i pasy bezpiecznego wyprzedzania,
  • wyodrębniania pasów i sygnalizacji świetlnej do bezpiecznego skrętu w lewo, bez możliwego równocześnie ruch pojazdów jadących prosto na pasie w przeciwnym kierunku,
  • rozwiązań chroniących pieszych: chodników, kładek, przejść podziemnych, zamkniętych dla ruchu pojazdów placów i deptaków, sygnalizacji świetlnej przy przejściach w miejscach dużego natężenia ruchu,
  • rozwiązań chroniących rowerzystów, czyli m.in. wyodrębnionych ścieżek rowerowych,
  • rozwoju i promowania komunikacji miejskiej,
  • i wreszcie bez promowania właściwych zachowań wśród uczestników ruchu drogowego  -uczenia wzajemnego poszanowania się przez kierowców, pieszych, rowerzystów, świadomości konsekwencji naruszenia przepisów.

G.Maliszewski (Millennium): Tegoroczny deficyt nie powinien przekroczyć 34 mld zł

Sprzedaż detaliczna we wrześniu wzrosła o 2,4 proc. Realnie wzrost wyniósł ponad 3 proc. (prognoza) Wykonanie tegorocznego budżetu państwa coraz bardziej odbiega od ustawowych założeń. Potwierdza to coraz lepszą kondycję polskiej gospodarki. Większe są wpływy, mniejsze wydatki i znacznie mniejszy deficyt. Po październiku szacuje się go na 30 mld zł.

W ustawie budżetowej zapisano, że dochody państwa w tym roku sięgną niemal 277 mld zł, a wydatki przekroczą 324 mld zł. To miało oznaczać deficyt na poziomie 47,5 mld zł. Tymczasem we wrześniu dochody budżetowe przekroczyły już 209 mld zł, a wydatki 231 mld zł. Deficyt wyniósł więc zaledwie 22 mld zł. Według pierwszych danych po październiku nie powinien on przekroczyć 30 mld zł. Harmonogram dochodów i wydatków budżetu państwa zakładał, że po październiku deficyt w budżecie sięgnie 43,5 mld zł.

– Jest to efekt z jednej strony lepszej realizacji dochodów – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Szczególnie dochodów podatkowych, których wykonanie jest wyższe niż ubiegłoroczne i wyższe niż plan. To pokazuje, że kondycja gospodarki jest nieco lepsza, niż się spodziewano i wyraźnie lepsza niż w ubiegłym roku. Przede wszystkim w zakresie popytu krajowego.

W Polsce spada bowiem bezrobocie, rosną wynagrodzenia, a przy tym spadają ceny towarów i usług. Wyższa jest produkcja, a rosnąca sprzedaż detaliczna i konsumpcja wpływają na wzrost dochodów podatkowych. Przede wszystkim z VAT-u i akcyzy, ale też podatków od dochodów i podatków pośrednich.

– W tym samym czasie budżet utrzymuje dyscyplinę po stronie wydatków – dodaje główny ekonomista Banku Millennium. – Oszczędności wydatkowe pochodzą przede wszystkim z niższych kosztach obsługi długu publicznego. Wiąże się to z jednej strony ze spadkiem stóp procentowych i niższymi rentownościami obligacji, z drugiej strony jest to efekt zmian w systemie emerytalnym i mniejszych kosztów obsługi zadłużenia w związku z brakiem konieczności transferu czy emisji obligacji dla Otwartych Funduszy Emerytalnych.

W rezultacie deficyt budżetowy jest wyraźnie niższy, niż założono w budżecie i – jak ocenia Grzegorz Maliszewski – w całym roku może być o co najmniej 13 mld zł niższy niż planowano na ten rok.

– Przypomnę, że plan budżetowy założony był na poziomie 47 mld zł, a prawdopodobne wykonanie znajdzie się poniżej 34 mld zł.  

Te lepsze parametry budżetu nie powinny mieć istotnego wpływu na notowania złotego. Inwestorzy wzięli już pod uwagę możliwość znaczącego obniżenia polskiego deficytu. Zresztą jak zwraca uwagę główny ekonomista Banku Millennium, na notowania złotego wpływ mają głównie trendy globalne i ryzyko geopolityczne. Można natomiast liczyć na wzrost zainteresowania polskimi obligacjami.

Niższy deficyt to niższe emisje obligacji, niższa ich podaż, a przy ciągłym zainteresowaniu inwestorów polskim długiem niewątpliwie wpływa to na spadek rentowności i wzrost cen papierów skarbowych – prognozuje Grzegorz Maliszewski. – Natomiast w dalszym ciągu głównym wyznacznikiem sentymentu są trendy globalne i sentyment globalny, to on w ostatnich tygodniach wyznacza sentyment na rynku polskich obligacji. Natomiast niewątpliwie sytuacja fiskalna sprzyja temu, żeby ten sentyment utrzymał się pozytywny.

Giełda chce zwiększyć liczbę inwestorów indywidualnych

CEO Magazyn Polska

W Polsce jest otwartych ponad 1,5 mln rachunków maklerskich, ale aktywnie inwestuje tylko ok. 300 tys. inwestorów indywidualnych. Może być ich więcej dzięki wspólnym działaniom spółek, domów maklerskich i samej giełdy.

Na warszawskim parkiecie od trzech lat nie widać wyraźnego kierunku, w jakim podążałyby kursy spółek. WIG20 w tym okresie wzrósł o ponad 3 proc.

Według Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych w Polsce zarejestrowanych jest ponad 1,5 mln rachunków inwestycyjnych. Liczbę aktywnych szacuje się jednak na 200-300 tys. Od kilku lat sytuacja się nie zmienia.

Trzeba inwestorom indywidualnym bardzo pomagać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mirosław Szczepański, wiceprezes GPW w Warszawie. – Powinniśmy stwarzać im takie warunki, aby czuli się na rynku bezpiecznie. Myślę, że tutaj duża odpowiedzialność leży po stronie spółek giełdowych. Na pewno chodzi głównie o właściwe, rzetelne wypełnianie obowiązków informacyjnych.

Duża odpowiedzialność leży też po stronie domów maklerskich, czyli pośredników obrotu. To u nich powinny być stwarzane odpowiednie warunki, które przyciągają inwestorów indywidualnych do rynku giełdowego.

Przede wszystkim bardzo ważna jest edukacja, ochrona inwestorów i dostarczanie im wiedzy niezbędnej do tego, aby podejmowane decyzje inwestycyjne były jak najbardziej optymalne i przemyślane – ocenia Mirosław Szczepański.

Sama Giełda Papierów Wartościowych musi zapewnić możliwie najbardziej efektywny system notujący, a w przypadku rynku instrumentów pochodnych – jak najlepsze instrumenty do inwestowania.

Powinniśmy również dbać o to, aby jakość spółek giełdowych była jak najwyższa – mówi wiceprezes GPW. Giełda oczywiście podejmuje takie działania, zwłaszcza na rynku NewConnect. Ostatnio podnieśliśmy standardy, aby zwiększyć zaufanie do rynku kapitałowego inwestorów indywidualnych.

Tego typu działania mają duże znaczenie dla drobnych inwestorów, którzy na rynku alternatywnym generują aż 62 proc. obrotów. Na giełdę przyciąga ich możliwość zarobku na rosnących kursach akcji lub dynamicznie zmieniających się cenach instrumentów pochodnych.

– O tym decyduje koniunktura – uważa Mirosław Szczepański. – To ona przyciąga do rynku giełdowego, do rynku kapitałowego. Wtedy inwestorzy po prostu bardziej interesują się giełdą i bardziej interesują się inwestowaniem. W przypadku rynku instrumentów pochodnych ważna jest także zmienność, która determinuje decyzje inwestycyjne.

Kolejnym czynnikiem, który skłania inwestorów do angażowania pieniędzy na rynku kapitałowym, jest płynność. Związana jest ona z aktywnością inwestorów.

– Choć to inwestorzy dostarczają płynności, to ich do rynku także przyciąga płynność – zauważa  Mirosław Szczepański z zarządu warszawskiej giełdy. – To stwarza taki samonapędzający się mechanizm, sprzężenie zwrotne. Im więcej inwestorów, tym większa płynność. Im większa płynność, tym więcej inwestorów – i o to powinniśmy dbać.

Amerykańska firma 3M uważa Polskę za dobry kraj do rozwoju innowacji. W kolejnych latach zwiększy inwestycje

0

CEO Magazyn Polska

Więcej środków na badania i rozwój oraz dalsze inwestycje w zakłady produkcyjne – to plany oddziału amerykańskiej firmy 3M w Polsce na najbliższe lata. Szczególnie ważne są nakłady na innowacje, bo – jak podkreślają przedstawiciele spółki – jedną trzecią sprzedaży generują produkty wprowadzone na rynek w ostatnich pięciu latach. Globalnie 3M przeznacza na ten cel ok. 1,7 mld dolarów.

Innowacja to część naszego DNA. Inwestujemy w badania i rozwój na całym świecie niemal 6 proc. całej naszej sprzedaży – to około 1,7 mld dolarów. W Polsce mamy Centrum Badań i Rozwoju mieszczące się przy zakładach produkcyjnych we Wrocławiu. Tam zajmujemy się opracowywaniem oraz udoskonalaniem nowych produktów i rozwiązań na rynek lokalny i zagraniczny – mówi agencji Newseria Biznes Sebastian Arana Araya, dyrektor zarządzający 3M Poland.

3M zgłasza co roku ok. 3 tys. patentów. W tym roku firmie udało się zgłosić stutysięczny patent. Jak podkreśla Araya, to plasuje firmę w światowej czołówce pod względem liczby patentów i posiadanej własności intelektualnej.

Każdego roku mamy nowe produkty, a 30 proc. naszej sprzedaży generują produkty wprowadzone na rynek w ciągu ostatnich 5 lat. Każdego dnia pracujemy nad nowymi produktami, również dla polskiego rynku, które mają poprawić jakość życia codziennego Polaków – wyjaśnia dyrektor zarządzający 3M Poland.

3M obecne jest na polskim rynku od 23 lat. Przez ostatnie dziesięć lat zainwestowało w dziesięć nowych zakładów, zlokalizowanych głównie w okolicach Wrocławia. W samym zaś Wrocławiu w ramach tzw. 3M Superhub otwarto firmowe Centrum Innowacji, w którym można zapoznać się na żywo z rozwiązaniami i technologiami 3M wykorzystywanymi do opracowywania nowych produktów. W swojej ofercie 3M Poland posiada ponad 10 tys. produktów z takich dziedzin, jak ochrona zdrowia, przemysł, elektronika i energetyka, bezpieczeństwo i grafika oraz produkty konsumenckie.

Strategia biznesowa firmy zakłada, że z Polski ma w przyszłości pochodzić ok. 70 proc. produkcji eksportowanej do krajów regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Do tej pory firma zainwestowała w kraju ponad 400 mln dolarów.

Polska to świetny kraj do inwestowania i rozwoju. 3M jest tu obecny od 23 lat. Nasz biznes rozwija się zgodnie z założeniami, a prognozy na kolejne lata są bardzo dobre. Widzimy więc duże możliwości rozwoju naszej działalności w Polsce – mówi Sebastian Arana Araya.

Jak pokazują dotychczasowe wyniki, dla 3M Polska jest atrakcyjnym miejscem do dokonywania kolejnych inwestycji. Firma skupia się na rozwoju komunikacji, inwestuje w promocję swojej marki oraz współpracę z lokalną społecznością. Częścią tych działań jest uruchomiona w październiku br. kampania „Łączą nas innowacje”, której celem jest zbadanie poziomu innowacyjności wśród Polaków oraz podniesienie świadomości społecznej na temat znaczenia i roli innowacyjnych rozwiązań w życiu codziennym.

Polacy wydadzą na organizację świąt co najmniej 500 zł. Większość uważa, że to zbyt dużo

CEO Magazyn Polska

65 proc. Polaków na organizacje tegorocznych świąt Bożego Narodzenia zamierza wydać co najmniej 500 zł wynikacyklicznego badania Barometr Providenta. Większość respondentów przyznała, że wydaje na ten cel zbyt dużo. Bez względu na osiągane zarobki i wykształcenie Polacy uważają, że przygotowania do świąt poważnie obciążają domowy budżet.

Blisko 87 proc. badanych na organizację świąt przeznacza pieniądze z bieżących dochodów oraz oszczędności.

– Większość Polaków przygotowując święta, zdecyduje się na skorzystanie z bieżących dochodów bądź oszczędności przygotowanych specjalnie na ten okres – mówi agencji informacyjnej Newseria Przemysław Kasza z działu badań Provident Polska. Około 8 proc. badanych zadeklarowało, że pożyczy pieniądze w banku, 5 proc. w instytucji finansowej, pozostałe osoby jeszcze nie wiedzą, w jaki sposób zorganizują pieniądze.

Dwie trzecie ankietowanych zamierza na organizację świąt wydać co najmniej 500 zł. Większość oceniła, że wydaje na ten cel za dużo, choć opinia w tej kwestii inaczej wygląda w zależności od miejsca zamieszkania. Ponad połowa mieszkańców wsi przyznaje, że można spędzać święta równie uroczyście, wydając znacznie mniej, niż mają to w zwyczaju. W miastach odsetek ten sięga 37 proc.

Dużą część wydatków pochłania zakup prezentów dla najbliższych.

Decydując się na przygotowanie prezentów, powinniśmy pamiętać, że dysponując kwotą 50 zł powinniśmy podarować kosmetyk, bo takie są oczekiwania – zwraca uwagę Przemysław Kasza. Jeżeli mamy kwotę 200 zł, to prezentem powinna być elektronika. W przypadku kwoty powyżej 500 zł powinna to być elektronika lub wyposażenie domu.

Średnio Polak znajduje pod choinką trzy prezenty. Większość, bo 63 proc. osób z wyższym wykształceniem, liczy, że dostaną ich więcej. Najmniejsze oczekiwania wobec prezentów wykazują osoby z podstawowym wykształceniem. Około 31 proc. badanych w ogóle nie spodziewa się, że otrzyma w tym roku prezent.

Przygotowania świąteczne to jednak nie tylko wydatki i prezenty.

Polacy przygotowując się do świąt, w zdecydowanej większości przypadków deklarują, że będą sprzątać, gotować i robić zakupy – podkreśla Przemysław Kasza. – Dotyczy to ponad 90 proc. wskazań dla każdego z tych przypadków. Duża część osób swoje zaangażowanie w święta widzi jeszcze w podróżach świątecznych, przygotowaniu prezentów oraz dekorowaniu mieszkania.

Okazuje się, że im lepiej jesteśmy wykształceni, tym częściej dzielimy się obowiązkami. Według 81 proc. badanych kobiet trud przygotowań świątecznych leży jednak głównie po ich stronie. Z tym stanowiskiem nie do końca zgadzają się mężczyźni 41 proc. z nich uważa, że ich wkład jest równie istotny.

Polskie firmy mogą eksportować do Chin więcej produktów

CEO Magazyn Polska

Wyzwaniem dla polskich firm jest poszukiwanie na chińskim rynku takich obszarów, w których można zrównoważyć wymianę handlową – uważa Waldemar Pawlak, były premier i minister gospodarki. Duże szanse stwarza sektor rolno-spożywczy oraz przemysł. Pomocne może też być zwiększenie inwestycji chińskich w polskie firmy.  

Kiedy korporacje międzynarodowe inwestowały w Polsce, to między krajami macierzystymi tych korporacji a Polską radykalnie poprawiał się handel. Było to związane z handlem komponentami, technologią i współpracą w zakresie produktów gotowych. Myślę, że jeżeli chińskie firmy zaczną inwestować w konkretne firmy w Polsce, to wtedy wymiana handlowa zrównoważy się szybciej – uważa Waldemar Pawlak, były premier i minister gospodarki, prezes Fundacji Polski Kongres Gospodarczy

Jak wynika z danych GUS, eksport polskich towarów do Chin wyniósł w 2013 roku 1,6 mld euro. W pierwszej połowie 2014 roku sprzedaż sięgnęła 760 mln euro, co oznacza 0,3-proc. spadek w porównaniu z I półroczem 2013 roku. Wartość importowanych towarów jest prawie dziesięciokrotnie większa. W I półroczu import zwiększył się do 7,8 mld euro (o 13,4 proc.), co pogłębiło deficyt w wymianie handlowej do ponad 7 mld euro (o ok. 920 mln euro).

Chiny mają dużą nadwyżkę w eksporcie do Polski. Wyzwaniem dla naszej gospodarki jest znalezienie takich obszarów, które pozwoliłyby tę wymianę handlową zrównoważyć. Perspektywicznymi produktami jest żywność, sektor rolny, również w przemyśle możemy znaleźć ciekawe przykłady partnerstwa – mówi agencji Newseria Biznes Pawlak.

Chińskie inwestycje stanowią 0,25 proc. wszystkich zagranicznych inwestycji. Niewiele lepszy wynik notuje się w perspektywie całej Europy – 2,2 proc. (dane Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych). Chińczycy skupiają się na fuzjach i przejęciach już istniejących przedsiębiorstw, rzadko decydują się na budowę fabryk. Jak podkreśla Pawlak, Chińczycy szukają takich obszarów, w których mogą spodziewać się dobrego wzrostu kapitału, przede wszystkim w przemyśle.

W ostatnim okresie takimi inwestycjami były Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku oraz Huta Stalowa Wola. To technologie w obszarze przemysłowym, które zapewniają długotrwały rozwój – zaznacza Pawlak. – Chińczycy nie idą w inwestycje finansowe, lecz raczej w kierunku przemysłu.

Kierunkami przyszłych chińskich inwestycji mogą być takie branże, jak informatyka, przetwórstwo spożywcze czy centra naukowo-badawcze.

Rozwój polsko-chińskich stosunków mogłaby poprawić instytucja wspierająca takie relacje. Wielokrotnie pojawiał się pomysł stworzenia polsko-chińskiego banku inwestycyjnego. Według Waldemara Pawlaka można jednak wykorzystać do tego już istniejące na polskim rynku chińskie banki. Działalność Bank of China i Industrial and Commercial Bank of China to dobra podstawa do budowania tego typu instytucji.

Dzisiaj na przykład wymiana złotego na yuan nie stanowi problemu, to już można robić bez pośrednictwa waluty trzeciej. Warto więc przeanalizować sytuację, bo może się okazać, że istniejące instytucje w zupełności wystarczają, a potrzeba tylko większej i bardziej bezpośredniej liczby kontaktów, które będą owocowały konkretnymi projektami – podsumowuje Pawlak.

Spodziewane kolejne spadki cen żywności. Rosną straty spowodowane rosyjskim embargiem

CEO Magazyn Polska

Rosyjskie embargo już dziś skutkuje niższymi cenami, a w miesiącach zimowych, kiedy na rynek trafią zapasy z chłodni, ceny mogą spaść jeszcze bardziej. Rozwiązaniem części problemów sadowników może być wsparcie przetwórstwa. Przetworzony produkt jest trwalszy, można go dłużej przechowywać i na więcej sposób zagospodarować. Większe są też szanse jego sprzedaży, również na nowych rynkach zbytu.

Polska to największy eksporter jabłek na świecie. Dane Związku Sadowników RP wskazują, że w ubiegłym roku Polska wyeksportowała 1,2 mln ton tych owoców, z czego większość trafiła do Rosji. Wprowadzone embargo istotnie wpłynęło na kondycję polskich sadowników. Znacząco spadły ceny jabłek: o ile w ubiegłym roku płacono 40-50 gr za kilogram, w tym roku jest to 12-15 gr.

Problem dotyczy jednej odmiany, idared, która cieszyła się powodzeniem w Rosji. To odmiana konsumpcyjna, nie przemysłowa, więc sadownicy liczą na to, że uda się ją jeszcze zagospodarować. Jeśli nie, to na przełomie roku, w styczniu i lutym, jabłka zaczną z chłodni trafiać na rynek, a wtedy ceny mogą być jeszcze niższe. Może to spowodować silny kryzys – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zagórski, prezes zarządu Fundacji Europejski Fundusz Rozwoju Wsi Polskiej.

Bankructwo części producentów może skutkować zniszczeniem części sadów. To zaś oznacza, że w przypadku poprawy sytuacji na rynku Polsce będzie trudno utrzymać pozycję światowego lidera w eksporcie jabłek.

Zdaniem Zagórskiego wsparcie proponowane przez Komisję Europejską jest niewystarczające, a przede wszystkim nieadekwatne do sytuacji. Przy oddaniu jabłek na cele charytatywne rolnicy mogą liczyć na 70 gr rekompensaty za każdy kilogram owoców. Jeśli zdecydują się na zniszczenie zbiorów, cena wynosi 24 gr.

To instrument wątpliwy ekonomicznie i racjonalnie z punktu widzenia agrotechnicznego. Jabłka zakwaszają glebę. W latach urodzaju w sadach zostawało 10-15 proc. jabłek i wymagało to dużych zabiegów agrotechnicznych. Nikt nie zaryzykuje zostawienia teraz wszystkich owoców, bo nie wiadomo, jak gleba na to zareaguje – zaznacza Zagórski.

Jak podkreśla, dobrym rozwiązaniem mogłoby być wsparcie przetwórstwa, tak by można było zagospodarować większą część owoców w trwały sposób. To dałoby możliwość dłuższego przechowywania owoców (np. w postaci koncentratu jabłkowego), co z kolei zwiększa również możliwości ich przekazania na cele charytatywne. Nie tylko do polskich organizacji, lecz także do innych krajów, np. Ukrainy.

Produkt przetworzony ma większą możliwość zbytu. Gdybyśmy dopłacili do przetworzenia jabłek w koncentrat, a nie do ich zniszczenia, to jest szansa, że koncentrat moglibyśmy później wyeksportować. Koszt transportu inaczej się rozkłada, można poszukać innych rynków zbytu. Zniszczenie produkcji rolniczej to najgorsze rozwiązanie – ocenia prezes FEFRWP. – Nie mówimy zresztą tylko o jabłkach, prędzej czy później dotyczyć to będzie także innych owoców i warzyw.

Od przyszłego roku owoce mają trafić na rynki arabskie (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska), azjatyckie (Chiny, Indie, Malezja, Indonezja) oraz do krajów bałkańskich. Jak podkreśla Zagórski, warto wprowadzić rozwiązanie, które pozwoli uratować sady i zachować w przyszłości pozycję lidera eksportu.

Nie wiemy, ile taka sytuacja będzie trwała, embargo może trwać nawet kilka lat. Ale może się też okazać, że problem zostanie szybko rozwiązany. Wtedy stracimy plantacje, rynki i wypracowaną pozycję, a to trudno będzie odbudować – podsumowuje Marek Zagórski.

Coccodrillo zwiększa liczbę sklepów. Chce umocnić swoją pozycję w Europie Środkowo-Wschodniej

0

CEO Magazyn Polska

Coccodrillo planuje systematyczny rozwój sklepów stacjonarnych. Na koniec 2013 roku sieć miała w Polsce 187 sklepów, obecnie jest ich już ponad 200. Firma chce także umocnić swoją pozycję jednego z liderów branży odzieży dziecięcej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. W osiągnięciu większych zysków ma pomóc utworzenie nowej wersji sklepu internetowego, dostępnej w kilku językach.

Rynek produktów dla dzieci jest coraz większy. Jak wynika z danych firmy PMR w ubiegłym roku jego wartość przekroczyła 8,7 mld zł, co oznacza wzrost o 1,6 proc. względem 2012 roku. Eksperci oceniają, że w tym roku wzrośnie on o ok. 3 proc., do 9 mld zł, w najbliższych latach dynamika ma być jeszcze większa – ok. 4 proc. Największym segmentem rynku pozostaje odzież i obuwie dziecięce, które w ubiegłym roku generowały połowę sprzedaży. Firmy z branży notują coraz lepsze wyniki.

Choć we wrześniu obroty były o 10 proc. niższe od zakładanych, to od połowy października sprzedaż wzrosła. Bardzo dobrym miesiącem był sierpień. Mamy nadzieję, że w następnych miesiącach obroty będą na zadowalającym poziomie – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Przybyła, wiceprezes zarządu spółki CDRL, właściciela marki Coccodrillo.

W pierwszej połowie roku grupa miała 71,7 mln zł przychodu i ponad 6 mln zł zysku netto (w analogicznym okresie 2013 roku firma zanotowała stratę 0,8 mln zł). Dobre wyniki sprawiły, że firma planuje dalszy rozwój – na inwestycję i rozbudowę już istniejących sklepów wyda ok. 25 mln zł.

W najbliższym czasie będziemy rozwijać sieć sklepów stacjonarnych, w szczególności w Polsce i krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Planujemy też uruchomienie w I kw. 2015 roku nowej wersji sklepu internetowego – zapowiada Przybyła.

Liczba sklepów Coccodrillo systematycznie rośnie. Na koniec 2013 roku sieć liczyła 342 placówki – 187 w Polsce, 135 na terenie Unii Europejskiej i 20 w innych krajach. W poprzednich latach łączna liczba sklepów nie przekraczała 300 (294 w 2012 roku i 234 w 2011 roku). Dziś w Polsce firma ma 205 placówek, a do końca roku ma ich być 219.

Rozwój ma być możliwy również dzięki otwarciu nowej wersji sklepu internetowego. Od 2010 roku e-zakupy można robić w Polsce, od ubiegłego roku możliwe są w Czechach i Niemczech. Jak przyznaje wiceprezes CDRL, sklep internetowy cieszy się dużym zainteresowaniem klientów i obroty z roku na rok są coraz większe.

Dobrze sprzedają się przede wszystkim towary związane z promocjami, wyprzedażami. Obecnie pracujemy nad tym, by nasz sklep internetowy bardziej promował sprzedaż nowych kolekcji – przyznaje Przybyła.

Planowane na I kw. 2015 roku otwarcie nowego sklepu online, dostępnego w kilku językach (oprócz czeskiego i niemieckiego, także w języku słowackim, rosyjskim i angielskim) może pomóc w zwiększeniu liczby klientów.

Będzie to również związane z inwestycjami w reklamę w poszczególnych krajach. Trudno w tej chwili powiedzieć, czy sklepy przyjmą się na wszystkich rynkach. Liczymy przede wszystkim na Czechy, gdzie mamy starszą wersję strony internetowej i sklep dobrze na tym rynku działa – ocenia Przybyła.

Polska może ponownie awansować w przyszłorocznym rankingu „Doing Business”. Głównie dzięki zmianie prawa budowlanego

CEO Magazyn Polska

Poprawa pozycji Polski w raporcie „Doing Business” cieszy ekspertów, ale zaznaczają oni, że wynika przede wszystkim z aktywności samych przedsiębiorstw. Jak zauważa Wojciech Warski z Business Centre Club, problemem nadal są niesprzyjające działania rządu i procedury prawa gospodarczego, które praktycznie się nie zmieniły. W przyszłym roku możliwy jest jednak kolejny awans.

W przygotowywanym przez Bank Światowy rankingu przyjazności prowadzenia działalności gospodarczej „Doing Business” Polska po raz szósty z rzędu poprawiła swoją pozycję. W najnowszej edycji raportu, obejmującej dane z 2014 roku, nasz kraj zajął 32. miejsce. Z państw Europy Środkowej i Wschodniej wyżej uplasowała się większość krajów bałtyckich, niżej – Czechy, Węgry oraz Słowacja. W ubiegłym roku Polska zajęła 45. pozycję.

Zdaniem Wojciecha Warskiego, eksperta ds. gospodarki, przewodniczącego Konwentu Business Centre Club (BCC), w przyszłym roku możemy oczekiwać mimo wszystko kolejnej poprawy pozycji Polski w tym prestiżowym rankingu. Zapowiadane są bowiem bardzo daleko idące zmiany w przyznawaniu pozwoleń na budowę.

– W tym roku nie było to oceniane, bo na razie jest faktem medialnym – mówi Wojciech Warski agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Bardzo nas to cieszy i trzymamy kciuki za to, żeby po drodze nieznane siły nie wywróciły tej dużej reformy lub drastycznie jej nie zniekształciły. Ale owoce przyniesie ona dopiero w przyszłym roku.

Zgodnie z propozycją nowelizacji ustawy Prawo budowlane w przypadku wielu obiektów pozwolenie na budowę zostanie zastąpione przez zgłoszenie. Dotyczyć to będzie m.in. mniejszych garaży, parkingów, placów postojowych czy obiektów magazynowych. Zostanie również ograniczona lista obowiązkowych elementów projektu budowlanego.

Jak podkreśla Wojciech Warski, najważniejsze jest to, że w tym roku Polska znowu uplasowała się o kilka pozycji wyżej. Jego zdaniem narzuca się jednak obserwacja, że te elementy, które zależą od aktywności przedsiębiorstw, oceniane są pozytywnie. Natomiast te związane z działaniami rządu, legislacji, prawa – praktycznie się nie zmieniły.

Oznacza to, że średnia wyciągnięta z tych wszystkich kryteriów posunęła nas do przodu, ale gdyby rząd nie stosował taktyki de facto braku działań w wielu obszarach, bylibyśmy znacznie dalej – wskazuje Warski.

Obszarem, który w raporcie prezentuje się najlepiej, są usługi finansowe i wspieranie w tej dziedzinie działalności gospodarczej.

– Pozytywnie oceniane jest wspieranie działań inwestycyjnych i proeksportowych, gwarancje itp. –  zauważa Warski. – Natomiast dostęp małych i średnich przedsiębiorstw do kredytu inwestycyjnego został oceniony konserwatywnie. To znaczy, że pod tym względem wciąż jest tak sobie.

Pozytywem, który został zauważony przez ekspertów Banku Światowego, jest też stała poprawa w zakładaniu działalności gospodarczej i upraszczanie procedur.

– Jest to suma działań wielu instytucji, z którymi przedsiębiorca styka się na samym początku – tłumaczy Warski. – Ale jest to styk jednorazowy. Jak już działalność ruszy, a różnego rodzaju udogodnienia i chwilowe ulgi, którymi można się cieszyć w pierwszym roku, zostaną wykorzystane, to zderza się z rzeczywistością. A ona, niestety, tak szybko nie ulega w Polsce poprawie.

W urzędach, jak przekonuje przewodniczący Konwentu BCC, przedsiębiorca wciąż traktowany jest nieufnie. Kłopotliwy jest także brak dialogu społecznego.

Komisja Trójstronna stała się de facto dwustronna, chociaż działa – mówi Wojciech Warski. – Natomiast dla poprawy kondycji gospodarczej konieczna jest reforma prawa pracy i relacji ze związkami zawodowymi, które wciąż są skansenem wyrwanym z PRL-u.

Negatywna jest praktyka stosowania w Polsce prawa gospodarczego. Wprawdzie skraca się czas rozpatrywania spraw w sądach gospodarczych, poprawa jednak następuje wolno.

Jeżeli czas rozpatrywania spraw zmniejsza się z tysiąca dni do dziewięciuset, to praktycznie rzecz biorąc, nie jest to odczuwalne przez przedsiębiorców – zauważa Warski. – Gdyby to było skrócenie z tysiąca o połowę, to wtedy można by powiedzieć, że jest lepiej.

Sądy gospodarcze są sparaliżowane z uwagi na to, że opierają się o pracę biegłych sądowych, których brakuje.

Dobrych, fachowych biegłych nie ma, bo stawki urzędowe są na śmiesznym poziomie – tłumaczy Warski. – W związku z tym opinie są z przysłowiowej łapanki i co gorsza, bardzo niskiej jakości. To jest zagrożenie, bo można mieć rację obiektywną i przegrać w sądzie na skutek niekompetentnej opinii.

Konta oszczędnościowe oprocentowane jeszcze wyżej niż lokaty. Przy wyborze trzeba jednak uważać na pułapki

CEO Magazyn Polska

W ofercie banków można znaleźć konta oszczędnościowe z oprocentowaniem wyższym niż na lokatach. Często jest to jedynie chwyt marketingowy. O jakości takiej oferty świadczyć powinno nie tylko oprocentowanie, lecz także czas jego obowiązywania, limit środków na rachunku oraz zakres i cena ewentualnych produktów dodatkowych, od których uruchomienia bank uzależnia otwarcie konta.

Konta oszczędnościowe wciąż jeszcze oprocentowane są wyżej niż lokaty mimo obniżki stóp procentowych i oczekiwań rynku co do kolejnych cięć Rady Polityki Pieniężnej. Jak w rozmowie z agencją informacyjną Newseria mówi Michał Sadrak, analityk Open Finance, wybierając konto oszczędnościowe, klienci wciąż kierują się przede wszystkim oprocentowaniem.

To zrozumiałe, ponieważ każdy chce uzyskać jak najwyższe odsetki – przyznaje Michał Sadrak. – Bardzo często oprocentowanie jest jednak tylko wabikiem marketingowym, który do instytucji finansowej ma przyciągnąć klientów. Wybierając konto oszczędnościowe, trzeba zwrócić uwagę także na kilka innych elementów.

Przede wszystkim warto dowiedzieć się, czy warunkiem otwarcia konta oszczędnościowego nie jest założenie rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego (tzw. ROR), co może generować dodatkowe koszty za jego obsługę.

Warto także sprawdzić ceny przelewów, które z takiego konta będą wykonywane – wskazuje Sadrak. – Regułą jest, że pierwszy transfer środków w miesiącu jest bezpłatny. Natomiast kolejne mogą kosztować. Jeżeli okaże się, że za drugi przelew i kolejne trzeba zapłacić na przykład 10 zł, to bank może obciążyć właściciela rachunku całkiem wysokimi kosztami. Dlatego zakładając konto oszczędnościowe, powinniśmy sprawdzać nie tylko samą wysokość oprocentowania, lecz także inne opłaty i produkty, które będą związane z rachunkiem.

Poza tym oprocentowanie konta oszczędnościowego, jak zauważa analityk Open Finance, może być wysokie tylko w okresie promocyjnym. Potem może spaść nawet o połowę.

Banki często gwarantują wysokie oprocentowanie, ale na bardzo krótki okres, na przykład na miesiąc lub dwa – informuje Sadrak. – Promocja może dać zarobić na przykład 3,5-4 proc. w skali roku, natomiast potem oprocentowanie bywa ograniczane do 2 proc., w wyniku czego odsetki tak naprawdę są mniejsze o połowę.

Może się też zdarzyć, co nierzadko ma miejsce, że wysokie oprocentowanie będzie zarezerwowane dla nowych klientów.

To trik znany z rynku lokat, gdzie banki płacą znacznie więcej niż średnia rynkowa, ale tylko tym klientom, którzy ulokują u nich nowe oszczędności, ewentualnie przyjdą z innego banku, czyli konkurencji – tłumaczy Michał Sadrak. – Może się też zdarzyć, że saldo takiego konta będzie ograniczone. Wtedy nic nam po koncie oprocentowanym na 3,5 czy 4 proc. w skali roku, jeżeli mamy do ulokowania 100 tys. zł, a promocja przewiduje korzystne odsetki tylko do 10 tys. zł.

Obecnie na najlepszych kontach oszczędnościowych klienci mogą zarobić w granicach 3 proc. w skali roku, czasem więcej.

Ważna uwaga: są to oferty wprowadzane na rynek jeszcze przed obniżką stóp procentowych, którą wprowadziła Rada Polityki Pieniężnej – zastrzega Sadrak. – Jest to spowodowane tym, że oprocentowanie kont oszczędnościowych spada znacznie wolniej niż lokat. Obniżenie oprocentowania tych ostatnich może zostać wprowadzone z dnia na dzień. Natomiast w przypadku kont oszczędnościowych banki muszą poinformować klientów o obniżce z wyprzedzeniem, zwykle jedno- lub trzymiesięcznym. Ostatnie cięcie stóp procentowych zauważymy w ofertach kont oszczędnościowych prawdopodobnie dopiero za miesiąc czy dwa.

Polscy producenci gier wideo mają silną pozycję na rynku

CEO Magazyn Polska

W 2017 roku globalny rynek gier wideo ma przekroczyć 100 mld dolarów – wynika z raportu Digi-Capital. Budżety produkcji cyfrowych nierzadko są większe od tych, jakimi dysponują producenci filmowi. Polskie firmy na tym rynku radzą sobie bardzo dobrze. Pojawia się coraz więcej krajowych tytułów, które zbierają bardzo pozytywne recenzje i szybko stają się rozpoznawalne wśród graczy na całym świecie.

Jak zauważa Piotr Babieno, prezes zarządu Bloober Team, producenta gry wideo Basement Crawl, polskiej produkcji na konsolę PlayStation nowej generacji (PS4), w Polsce funkcjonują dwa rynki gier wideo: kupujących oraz deweloperów (wytwórców).

Jeżeli chodzi o deweloperów, to uważam, że jesteśmy jednym z najlepszych regionów w Europie – przekonuje Piotr Babieno. – Mamy naprawdę świetne firmy, które odniosły sukces. Pojawia się coraz więcej tytułów, które są rozpoznawalne na świecie. W tej chwili jesteśmy jedną z głównych rynków branży gier wideo na świecie.

Do polskich produkcji, które zdobyły serca fanów, można zaliczyć opartą na prozie Andrzeja Sapkowskiego serię „Witcher” („Wiedźmin”) produkowaną przez warszawskie studio CD Projekt RED, „Call of Juarez” i „Dead Island” (obie firmowane przez Techland), „Sniper: Ghost Warrior” (City Interactive). Ogromną popularnością cieszyła się także seria „Anomaly” (11 bit studios) dostępna początkowo jedynie na platformie iOS firmy Apple.

Dziś branża gier przekroczyła obrotami branżę filmową i muzyczną razem wzięte, więc to jest olbrzymi potencjał. Już szacuje się, że w 2017 roku w stosunku do tego roku będziemy mieli 27-proc. wzrost przychodów. Rynek jest w bardzo dobrej kondycji, a przychody z niego na pewno będą się zwiększały – twierdzi Babieno w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.

Fani gier wideo mogą oczekiwać coraz więcej nowinek w produkcjach wysokobudżetowych. Rosnąć powinna także liczba dostępnych na rynku gier niezależnych producentów (tzw. indie).

Pomiędzy nimi pojawią się deweloperzy, którzy wcześniej pracowali w dużych studiach, a obecnie tworzą gry ze środka, którego moim zdaniem obecnie brakuje – twierdzi Piotr Babieno. – Wydaje mi się, że będzie coraz większy nacisk na to, aby tytuły były innowacyjne. Obecnie w Apple Store jest już grubo ponad milion gier. Aby zaistnieć na rynku, trzeba się wyróżnić, dać graczom coś, czego jeszcze nikt wcześniej im nie zaoferował.

Analitycy oceniają, że najszybciej rosnącym segmentem rynku będą gry na urządzenia mobilne. Za trzy lata – zgodnie z szacunkami Digi-Capital – będzie on stanowił 60 proc. rynku gier. Dobre perspektywy rysują się również przed konsolami stacjonarnymi.

PS4 oraz Xbox One sprzedają się bardzo dobrze – zapewnia Babieno. – PS4 ma znacznie więcej nabywców, ale pamiętajmy, że jej największy konkurent dopiero niedawno oficjalnie wszedł na rynek polski. Mam nadzieję, że w perspektywie kolejnych 4-5 lat magiczne 50 mln sztuk na świecie na pewno będą osiągnięte.

O ile jeszcze na początku lat 90. budżety gier oscylowały wokół 100 tys. dol., o tyle dzisiejsze produkcje dysponują środkami przekraczającymi 100 mln dol. Tylko na promocję gry „Wiedźmin 2” w 2011 roku CD Projekt wydał 6 mln zł.

Za co pracodawca może ukarać pracownika

Za naruszenie zasad obowiązujących w miejscu pracy mogą grozić kara porządkowa, dyscyplinarna, odpowiedzialność materialna, a nawet karna. Jak i za co pracownik może zostać ukarany przez pracodawcę?

Kodeks pracy definiuje trzy rodzaje kar: naganę, upomnienie oraz karę pieniężną. „Dwie pierwsze mogą być zastosowane przez pracodawcę np. w sytuacji nieprzestrzegania ustalonych godzin pracy” – mówi serwisowi infoWire.pl Agnieszka Banaszkiewicz, radca prawny z Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy. Kara pieniężna może zostać nałożona na pracownika za niestosowanie się do przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy, przepisów pożarowych czy stawienie się do pracy pod wpływem alkoholu.

W przypadku nieusprawiedliwionej nieobecności pracodawca ma prawo zastosować upomnienie, naganę, karę finansową lub nawet zwolnienić dyscyplinarnie, w zależności od interpretacji i okoliczności zdarzenia. „Wysokość kary pieniężnej zależna jest od wysokości wynagrodzenia danego pracownika. Suma kar nie może być wyższa niż dziesiąta część miesięcznej pensji” – informuje prawniczka.

Kara porządkowa nie może być zastosowana po upływie 2 tygodni od dowiedzenia się pracodawcy o naruszeniu zasad przez pracownika ani 3 miesięcy od danego incydentu. Przed nałożeniem kary pracodawca ma obowiązek wysłuchać pracownika. Decyzja o karze musi być przekazana w formie pisemnej. Pracownik może się od niej odwołać, jak również skierować sprawę do sądu. Wpis do akt osobowych o nałożonej karze usuwa się po upływie roku nienagannej pracy.

Pracodawca nie może stosować innych kar niż zawarte w Kodeksie pracy. Jeśli to zrobi, popełni wykroczenie, za które grozi kara grzywny w przedziale od 1000 do 30000 zł.

Wskaźnik PMI w górę, rośnie zatrudnienie

W październiku br. wskaźnik PMI polskiego sektora przemysłowego wzrósł o 1,7 pkt m/m i wyniósł 51,2 pkt – poinformował HSBC.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Wydaje się, że nie sprawdzą się obawy, że przemysł spowolni też w czwartym kwartale. Co prawda trzeci kwartał był rzeczywiście słaby, ale październikowe odbicie, wskazuje, że przemysł jest silniejszy niż wynikało to z jego kondycji w miesiącach letnich.
Wyraźnie wzrosły wskaźniki wielkości produkcji i nowych zamówień, przy czym, co bardzo ważne, większe były nowe zamówienia na rynku polskim. Zamówienia eksportowe natomiast są ciągle mniejsze niż w pierwszej połowie roku. Wynika to zapewne z faktu, że na rynku rosyjskim i ukraińskim nie tylko nie przybywa nowych zamówień, ale kurczą się te stare. Jednocześnie, co warto podkreślić, eksport rósł, nawet w miesiącach letnich, co oznacza, że firmom udało się „przerzucić” część sprzedaży z Rosji i Ukrainy na rynki Unii Europejskiej.
Ważne, że maleją zapasy wyrobów gotowych, maleje też liczba firm wykazujących ich wzrost, co potwierdza ożywienie sprzedaży.

Cieszy odnotowywany już od 15 miesięcy wzrost zatrudnienia. Optymistyczne są również perspektywy na kolejne miesiące. Przedsiębiorstwa wyciągając wnioski z lat 2006-2007, kiedy miały kłopoty ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników na rynku pracy, w sytuacji gdy gospodarka przyspieszyła, już dzisiaj, na razie ostrożnie, ale systematycznie zwiększają zatrudnienie. Zdają sobie bowiem sprawę, że gdy gospodarka będzie się rzeczywiście dalej rozwijała, znalezienie pracowników o poszukiwanych kompetencjach, będzie o wiele trudniejsze.

Konfederacja Lewiatan

Specjalna strona internetowa opracowana przez UOKiK

0

prawakonsumenta.uokik.gov.pl – to adres specjalnej strony internetowej opracowanej przez UOKiK. Przybliża przepisy ustawy o prawach konsumenta. Jeśli jesteś przedsiębiorcą i masz wątpliwości dotyczące zakupów przez Internet, poza lokalem przedsiębiorstwa lub w tradycyjnym sklepie – odwiedź serwis, który pomoże przygotować twoją firmę do zmian prawnych. W akcji edukacyjnej bierze udział 14 instytucji, które informują o nowych przepisach

Już prawie 1,5 tys. przedsiębiorców oraz izb ich zrzeszających znalazło w swoich skrzynkach mailowych przygotowany przez UOKiK pakiet  informacji dotyczący nowych przepisów. 25 grudnia wchodzi w życie ustawa o prawach konsumenta. Zmienią się zasady dotyczące sprzedaży przez Internet, na pokazach, prezentacjach, a także w sklepach tradycyjnych. Już teraz przedsiębiorcy mogą szykować się do nadchodzących zmian, korzystając ze specjalnie stworzonego portalu – www.prawakonsumenta.uokik.gov.pl. Jeśli jesteś przedsiębiorcą, koniecznie odwiedź ten adres.

Strona internetowa opisuje stan prawny obowiązujący od 25 grudnia, ze szczególnym uwzględnieniem praw konsumentów i obowiązków sprzedawców. Przedsiębiorcy korzystając z prostych przykładów, mogą łatwo i szybko zapoznać się np. ze zmianami w procedurze reklamacyjnej, dowiedzieć się, czy wszystkie produkty są objęte rękojmią. Przykładowo: jeżeli towar się zepsuje, konsument będzie mógł dochodzić swoich praw w ramach tej ochrony, wybierając między: wymianą, naprawą, obniżeniem ceny i  – gdy wada jest istotna – odstąpieniem od umowy, czyli zwrotem pieniędzy. Jeżeli przedsiębiorca nie zgodzi się z tym wyborem, będzie mógł zaproponować inne rozwiązanie. Jednak, gdy rzecz ponownie się zepsuje lub sprzedawca nie wywiąże się ze swoich obowiązków i nie usunie wady, klient ma prawo żądać obniżenia ceny lub zwrotu pieniędzy i jego roszczenie musi być spełnione. Pomocny podczas składania reklamacji w ramach rękojmi będzie schemat opracowany przez UOKiK.

Ustawa o prawach konsumenta wdraża do polskiego porządku przepisy Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie praw konsumentów, które będą obowiązywać we wszystkich krajach UE. Dzięki ujednoliceniu przepisów przedsiębiorcom będzie łatwiej działać na rynkach zagranicznych. Najważniejsze zmiany, o których powinni wiedzieć e-sprzedawcy:

  1. Wydłużenie czasu na odstąpienie kupującego od umowy zawartej przez Internet (czyli na odległość) oraz na pokazie (czyli poza lokalem przedsiębiorstwa) z 10 do 14 dni.
  2. Uregulowanie kwestii kosztów odesłania towaru. Warto wiedzieć, że w sytuacji rezygnacji z zakupów – to konsument poniesie koszty odesłania towaru, a sprzedawca zwróci oprócz ceny produktu także koszt jego wysłania, ale tylko najtańszy przez siebie oferowany.
  3. Zapłata za zmniejszenie wartości towaru. Konsument ma prawo obejrzeć dostarczony towar w taki sposób, w jaki mógłby to zrobić w sklepie stacjonarnym. Jeżeli rzecz nie spełnia jego wymagań, nie może używać jej dowolnie. Gdy tak się stanie i klient będzie chciał odstąpić od umowy, przedsiębiorca ma prawo obciążyć go dodatkowymi kosztami w związku ze zmniejszeniem wartości towaru.
  4. Jasne terminy zwrotu kosztów zakupu. Jeśli konsument zrezygnował z e-zakupów i wysłał oświadczenie, to sprzedawca będzie miał prawo wstrzymać się ze zwrotem  pieniędzy za rzecz oraz kosztów jej wysyłki do czasu otrzymania od konsumenta towaru lub potwierdzenia jego nadania.
  5. Dodatkowe koszty zakazane. Za skorzystanie z określonej formy płatności przedsiębiorcy nie wolno żądać od konsumenta opłaty przewyższającej koszty poniesione przez sprzedawcę z tego tytułu. Dodatkowa opłata – np. za płatność kartą – nie może być wyższa od prowizji, którą uiści w związku z tym sprzedawca.

Warto już teraz poznać wszystkie obowiązki informacyjne, z których każdy sprzedawca będzie musiał się wywiązywać już od 25 grudnia. Zachęcamy do pobierania gotowych formularzy ze strony www.prawakonsumenta.uokik.gov.pl – dotyczących m.in. obniżenia ceny, zwrotu towaru, odstąpienia od umowy zawartej na odległość, które ułatwią konsumentom korzystanie z ich praw, a przedsiębiorcom – wywiązanie się z obowiązków. Dodatkowo, najważniejsze zasady zawierania umów z konsumentami opisują najnowsze publikacje  Przepisy konsumenckie dla przedsiębiorców oraz Vademecum konsumenta, a także ulotki: Zakupy przez Internet i Jak kupować? Można je pobrać ze strony internetowej UOKiK lub zamówić w wersji drukowanej.

Do działań UOKiK promujących nowe prawo przyłączyły się: Europejskie Centrum Konsumenckie, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwo Gospodarki, Ministerstwo Sportu i Turystyki, Ministerstwo Sprawiedliwości, Urząd Komisji Nadzoru Finansowego, Urząd Regulacji Energetyki, Urząd Transportu Kolejowego, Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Urząd Lotnictwa Cywilnego, Urząd Komunikacji Elektronicznej i Stowarzyszenie Konsumentów Polskich.