Citi Handlowy: Polska gospodarka największe spowolnienie ma już za sobą. Istotnego ożywienia spodziewamy się w 2015 roku

CEO Magazyn Polska

Wrześniowe dane o sprzedaży detalicznej (wzrost o 1,6 proc. rok do roku i spadek o 0,9 proc. w stosunku do sierpnia) rozczarowały analityków. Jak jednak podkreśla Jakub Wojciechowski z banku Citi Handlowego, nie wpłyną one zasadniczo na zakładane rezultaty całej gospodarki w 2014 roku. Jego zdaniem największe spowolnienie ma ona już za sobą, a w 2015 roku spodziewany jest istotny wzrost.

Dane o sprzedaży detalicznej wpisują się w nasz scenariusz spowolnienia w drugiej połowie tego roku, który zakładamy – zauważa Jakub Wojciechowski, analityk Biura Doradztwa Inwestycyjnego banku Citi Handlowego. – Wydaje się, że największe spowolnienie mamy już za sobą i kolejne miesiące przyniosą ustabilizowanie odczytów na mniej więcej podobnym poziomie, cały czas jednak dużo poniżej potencjału, jaki ma polska gospodarka. Prawdziwe ożywienie powinno przyjść w 2015 roku, kiedy spodziewamy się wzrostu na poziomie 3,4 proc. rok do roku, w stosunku do około 3 proc. w roku bieżącym.

Motorem wzrostu – zdaniem analityka – będzie z jednej strony rynek wewnętrzny, z drugiej – wpływy z eksportu, który wciąż notuje bardzo dobre wyniki (według Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych sprzedaż zagraniczna w bieżącym roku wzrośnie o 8,3 proc. w stosunku do ubiegłego roku, a w 2015 roku – o 11,1 proc.).

Na wzrost gospodarki wpływ powinien mieć cały sektor prywatny, a więc konsumenci oraz przedsiębiorstwa. Nie bez znaczenia będzie też poprawa sytuacji w naszym najbliższym otoczeniu, gospodarce europejskiej, a przede wszystkim u naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec – przekonuje Wojciechowski w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor. – Sądzimy, że spowolnienie za naszą zachodnią granicą ma charakter cykliczny i długoterminowy, ale nie przerodzi się w dłuższą recesję, która mogłaby dotknąć mocniej Polskę.

Podane 10 dni temu przez Główny Urząd Statystyczny dane o sprzedaży detalicznej, jak przyznaje Wojciechowski, wyłamują się jednak z pozytywnego trendu ostatnich tygodni, kiedy publikowane wskaźniki zaskakiwały rynek raczej pozytywnie.

W ostatnim czasie PMI [wskaźniki obrazujące stan sektora wytwórczego – przyp. red.] minimalnie wzrosły, co było zaskoczeniem pozytywnym, mieliśmy lepszy odczyt produkcji przemysłowej, cały czas mamy bardzo silny rynek pracy, bo realny wzrost wynagrodzeń jest dodatni, dynamika duża i stopa bezrobocia spada – wylicza Wojciechowski. – Sytuacja jest więc zróżnicowana. Nie jest to na pewno obraz gospodarki szybko rosnącej. Natomiast nie ma także jakiegoś dużego problemu. Wydaje nam się, że spowolnienie jest tymczasowe.

Dane o sprzedaży detalicznej nie powinny być jednak łączone – zdaniem analityka – z ostatnimi odczytami indeksu PMI, który we wrześniu, po kilku miesiącach spadków, zaczął iść do góry (obecnie wynosi 49,5 pkt). UZUPEŁNIĆ O DANE 3 LISTOPADA I WTEDY PUBLIKACJA

Na sprzedaż wpływają czynniki bardziej o charakterze lokalnym i nie łączyłbym ich bezpośrednio z PMI, które są dość mocno powiązane z jego odczytami w całej strefie euro – argumentuje Wojciechowski. – W związku z tym, że widzieliśmy dość wyraźną poprawę w gospodarce niemieckiej i całym Eurolandzie, krajowy PMI dla przemysłu był ostatnio wyraźnie wyższy niż oczekiwania. Wydaje nam się, że odczyty tego wskaźnika w Polsce nadal będą się poprawiać.

Fitch: W tym roku szykuje się rekord na rynku obligacji nieskarbowych. Od 2009 roku wzrósł on trzyipółkrotnie, a do września br. firmy wyemitowały więcej papierów niż w całym ub.r.

CEO Magazyn Polska

Bardzo niskie stopy procentowe i związana z nimi niska zyskowność lokat i obligacji skarbowych spowodowały napływ kapitału na rynek nieskarbowych papierów dłużnych. Od 2009 roku jego wartość wzrosła ponadtrzykrotnie i obecnie wynosi około 140 mld zł. Przedsiębiorstwa zapowiadają kolejne emisje obligacji i euroobligacji korporacyjnych. Nie wiadomo, czy w przyszłym roku uda się pobić tegoroczny rekord pod względem wartości i liczby emisji, chociaż zwiększenie limitów na inwestycje ze strony funduszy emerytalnych nastraja optymistycznie.

Sytuacja na rynku nieskarbowych papierów wartościowych w Polsce rozwija się bardzo dynamicznie, żeby nie powiedzieć, że jest to najszybciej rosnąca część rynku kapitałowego – zauważa w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mirosław Dudziński, dyrektor agencji ratingowej Fitch, odpowiedzialny za zarządzanie relacjami (relationship management) w zakresie przedsiębiorstw Europy Środkowo-Wschodniej. – Jeszcze w roku 2009 cała wartość rynku nieskarbowych papierów wartościowych wyniosła około 40 mld złotych, podczas gdy na koniec września br. był on już wart w granicach 140 mld. Ten rok będzie rekordowy, ponieważ już po dziewięciu miesiącach wyemitowano więcej papierów niż w całym zeszłym roku.

Rynek polski, jak wskazuje Dudziński, wpisuje się w trendy ogólnoświatowe i europejskie. Szczególnie ten ostatni bardzo zaczął rozwijać się w ostatnich latach.

W mojej opinii ma to związek z napływem środków zarówno do funduszy inwestujących w obligacje, przede wszystkim korporacyjne, jak i banków. W środowisku bardzo niskich stóp procentowych oferowanych na lokatach i obligacjach skarbowych klienci szukają innych rozwiązań – tłumaczy Dudziński.

Najszybszą dynamikę rozwoju, jak informuje dyrektor agencji ratingowej Fitch, mają obligacje korporacyjne emitowane przez przedsiębiorstwa niefinansowe.

Jedną z przyczyn jest po prostu chęć dywersyfikacji finansowania – przekonuje Dudziński. – Dotychczas przedsiębiorstwa, szczególnie w Polsce, finansowały się głównie – a w niektórych przypadkach tylko – kredytami bankowymi. Kryzys uświadomił im, że warto pozyskiwać kapitał z różnych źródeł.

Drugą przyczyną, jak dowodzi Dudziński, jest duży napływ na ten rynek kapitału ze strony funduszy inwestycyjnych, który spowodował obniżkę spreadów, czyli marż.

Kolejny element to długość takiego finansowania – mówi Mirosław Dudziński. – Co do zasady finansowanie w formie kredytów, szczególnie dla mniejszych firm, jest raczej krótkoterminowe, podczas gdy na rynku obligacji przedsiębiorstwa mają szansą pozyskać dłuższe finansowanie. W przypadku najlepszych firm nie tylko dziesięcio-, ale nawet kilkunastoletnie.

Do tego trzeba dodać spadające zarówno w Polsce, jak i Eurolandzie stopy procentowe, czyli relatywnie niski koszt pozyskiwania tego rodzaju finansowania.

Końcówka roku pod względem wartości emisji będzie również mocna – przypuszcza Dudziński. – Jest teraz kilka transakcji na rynku, między innymi Tauron planuje wyemitować w najbliższych dniach 1 mld złotych, Inter Cars 150 mln, kolejne transze może wyemitować Enea.

Tauron poinformował w ubiegły czwartek o zamiarze emisji obligacji na 1,75 mld zł. Rozliczenie emisji nastąpi 4 listopada.

Dużo polskich przedsiębiorstw, jak informuje Mirosław Dudziński, wyemitowało w br. także euroobligacje.

Było to prawie 3 mld euro, gdzie największym tegorocznym emitentem do tej pory jest Play z emisją o wartości 1 mld 300 mln euro – przypomina Dudziński. – Mieliśmy też w tym roku emisję PKN na pół miliarda euro, PGE wartości 638 mln euro i Synthosu na 350 mln euro. Obecnie roadshow prowadzi Jastrzębska Spółka Węglowa.

Przyszły rok w opinii tego analityka będzie również mocny, ale nie ma pewności, czy uda się pobić tego roczny rekord.

Z drugiej strony pamiętajmy o tym, że otwarte fundusze emerytalne od przeszłego roku będą miały wyższe limity na inwestowanie w inne aktywa niż akcje i rynek zakłada, że OFE staną się bardziej aktywnym graczem – zauważa Dudziński. – Pieniądze prawdopodobnie cały czas będą płynęły do tego rodzaju funduszy, ponieważ inwestorzy będą poszukiwali inwestycji bardziej dochodowych niż lokaty i obligacje skarbowe.

Polimex-Mostostal zmienia strategię biznesową. Spółka skoncentruje się na energetyce i petrochemii

0

CEO Magazyn Polska

Zrestrukturyzowany Polimex-Mostostal będzie się koncentrował na budownictwie dla energetyki oraz petrochemii. Budownictwo drogowe, na którym potknęła się spółka, będzie dla niej działalnością drugorzędną.

W 2013 roku przychody Polimeksu-Mostostalu wynosiły 2,4 mld zł. Jego łączne zobowiązania wynosiły 3 mld zł, a po pierwszym półroczu 2014 spadły do 2,6 mld zł.

Zagrożony upadłością Polimex stanął na nogi dzięki restrukturyzacji finansowej polegającej na konwersji zobowiązań na akcje. Jej łączna wartość może wynieść 0,5 mld zł. Spółce pomogła Agencja Rozwoju Przemysłu, która kupiła większość wartych 140 mln zł obligacji, jakie spółka wyemitowała. W kłopoty wpędziły Polimex kontrakty drogowe z unijnej perspektywy 2007-2013.

– Przedefiniowali całą strategię biznesową grupy Polimex i zdecydowaliśmy się wycofać z budownictwa drogowego i skierować gros naszych mocy w dwa  bardziej perspektywiczne sektory – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Maciej Stańczuk, p.o. prezesa zarządu Polimeksu-Mostostalu. – Jeden to przemysł petrochemiczny, drugi – przemysł energetyczny.

W obu branżach spółka ma duże doświadczenie, sporo skończonych projektów oraz kilka inwestycji w trakcie realizacji. W sektorze petrochemicznym i energetycznym będzie się skupiać lwia część działalności operacyjnej grupy Polimex.

– Ponieważ udało nam się wybrnąć z tarapatów finansowych, czego efektem jest podpisanie umowy restrukturyzacji finansowej z wierzycielami finansowymi, to kolejnym wyzwaniem dla nas to, by tak pokierować działaniami spółki, żeby te dwie działalności operacyjne jak najszybciej stanęły na nogi – zaznacza Maciej Stańczuk.

Wielkie inwestycje w polskiej energetyce już się rozpoczęły. Polimex prowadzi inwestycje w elektrowni Kozienice i Opole, trwa budowa bloku w Jaworznie, a jeszcze w tym roku ma ruszyć inwestycja w Turowie.

W sektorze energetycznym widzimy w tej chwili największą perspektywę rozwojową – ocenia p.o. prezesa Polimeksu-Mostostalu. Będziemy mieli do czynienia w najbliższych 5 latach ze spiętrzeniem kontraktów w sektorze energetycznym. To będą te żniwa, na które generalni wykonawcy czekali od wielu lat. To już w tej chwili się dzieje.

Prezes Polimeksu zapewnia, że spółka wyciągnęła wnioski z autostradowej pułapki, w jaką wpadła. Podkreśla też, że w inwestycje w branży energetycznej czy petrochemicznej zaangażowane są zupełnie inne firmy niż w inwestycje drogowe.

Sektor energetyczny to nie jest sektor dla każdego, gdzie każda spółka może przejść prekwalifikacje, tak jak to niestety działo się w budownictwie drogowym – tłumaczy prezes Maciej Stańczuk. – Tu trzeba mieć duże doświadczenie, trzeba mieć referencje, a my to wszystko mamy. Z pewnością w sektorze energetycznym nie grozi nam powtórzenie tej wywrotki.

Polimex na razie koncentruje się na zdobywaniu zamówień na polskim rynku. Z czasem nie wyklucza jednak zabiegów o budowlane kontrakty na świecie.

W tej chwili musimy pozyskać kilka kontraktów na rynku lokalnym, żeby tę spółkę rozruszać. Natomiast w przeciwieństwie do szeregu innych spółek budowlanych, które funkcjonują w grupach kapitałowych kontrolowanych przez zagraniczne koncerny, nie mamy takich ograniczeń, że musimy się skupiać tylko na rynku polskim podkreśla Maciej Stańczuk.

Ceny gazu mogą być niższe. Pomogą w tym nowe inwestycje

CEO Magazyn Polska

Realizowane i planowane inwestycje w systemie gazowym, takie jak terminal w Świnoujściu i gazociąg Bernau-Szczecin, zwiększą bezpieczeństwo energetyczne Polski, bo otworzą nasz kraj na dostawy surowca z różnych kierunków świata. Dziś zdecydowana większość importowanego surowca pochodzi z Rosji. Im więcej możliwości dywersyfikacji dostaw, tym lepsza pozycja Polski w negocjacjach cenowych z Gazpromem – ocenia Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego.

Obecnie Gaz-System prowadzi szereg inwestycji mających na celu zapewnienie rozwoju infrastruktury transgranicznej w takim stopniu, żeby możliwości importowe były coraz większe – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler, ekspert Instytut Sobieskiego. – Dodatkowo cały czas budowany jest terminal LNG w Świnoujściu, który docelowo ma służyć bezpieczeństwu, ale też dywersyfikacji dostaw błękitnego paliwa, otwierając rynek polski na dostawy praktycznie z całego świata.

Dodatkowo w przygotowaniu jest projekt gazociągu Bernau-Szczecin realizowany przez spółkę Polenergia. Nowe połączenie ma być strategicznym elementem korytarza gazowego Zachód-Wschód, który połączy system ukraiński z zachodnią Europą, czyniąc z Polski ważny kraj tranzytowy.

Chodzi o to, by wykorzystać pewną synergię interesów między Polską a Ukrainą, kupować gaz na rynkach europejskich i przesłać go za pośrednictwem polskiej sieci gazociągów także na Ukrainę – tłumaczy Zajdler. – Z drugiej strony można by wtedy korzystać z możliwości magazynowych naszego sąsiada, który ma ogromne zbiorniki niedaleko polskiej granicy. Zwiększyłoby to znacznie możliwości tworzenia zapasów w obu krajach i poprawiło sytuację w zakresie bezpieczeństwa i dywersyfikacji kierunków dostaw.

Polenergia przekonuje, że ten projekt jest szansą dla gazoportu w Świnoujściu, bo skroplony gaz mógłby być transportowany przez nowe połączenie Bernau-Szczecin do odbiorców w Niemczech lub poprzez europejską sieć przesyłową do innych krajów europejskich. Spółka podkreśla, że budowa gazoportu i interkonektorów to projekty uzupełniające się, a moce przesyłowe gazoportu LNG mają w umowach zagwarantowane pierwszeństwo przesyłu. Nie ma też ryzyka utraty kontroli nad gazociągiem. Polenergia nie może go sprzedać przez 10 lat, a po tym okresie prawo pierwokupu ma polski Gaz-System.

Jak w rozmowie z Newserią wyjaśniał Zbigniew Prokopowicz, prezes Polenergii, nowy gazociąg daje Polsce możliwość zakupu 3 mld m³ gazu z kierunków niezależnych od rosyjskiego, z możliwością rozbudowy tych przepustowości o kolejne 2 mld.

Nowe możliwości dywersyfikacji dostaw mają przyczynić się do obniżenia cen importowanego surowca. W ocenie Zajdlera, mogą one być mocnym argumentem w negocjacjach PGNiG z Gazpromem ws. nowego kontraktu po 2022 roku. W tym czasie sytuacja Polski się zmieni, bo terminal LNG będzie czynny już w przyszłym roku, a Gazociąg Bernau-Szczecin może ruszyć już na przełomie 2018 i 2019 roku.

Na przykładzie Litwy, która od niedawna ma terminal pływający, widzimy, że tylko z racji potencjalnej możliwości dywersyfikacji cena gazu z Rosji jest na tyle atrakcyjna, że inwestycja przynosi korzyści – mówi Robert Zajdler. – Wiedząc, że Litwa ma już możliwość zapewnienia dostaw z innego kierunku, Gazprom przystąpił do negocjacji i zaproponował odpowiednio niższą cenę niż ta, która wynikała z wcześniej podpisanego kontraktu.

Zapotrzebowanie na gaz w Polsce dziś wynosi 15-16 mld m³. Szacunki mówią, że do 2020 roku popyt może wzrosnąć do ok. 20 mld m³.

M. Sawicki: w nowej perspektywie unijnej stawiamy na poprawę sytuacji gospodarstw rodzinnych, szczególnie tych najmniejszych

CEO Magazyn Polska

Wzmocnienie słabszych ekonomicznie gospodarstw rodzinnych i ich modernizacja dająca stabilizację finansową – to priorytety nowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Dla mniejszych gospodarstw przewidziane są premier w wysokości 60 tys. zł. O wsparcie inwestycji mogą się ubiegać także grupy producenckie – 3 mln zł na jedną, w przypadku kilku – 15 mln zł. Program ma być gotowy w połowie listopada.

PROW powinien zostać zaakceptowany w połowie listopada, wciąż jeszcze trwa wprowadzanie poprawek dotyczących ekologizacji rolnictwa uzgodnionych z Komisją Europejską.

Mam nadzieję, że do połowy listopada zdążymy. Wprowadzane są ostatnie poprawki uzgodnione z Komisją Europejską. UE duży nacisk kładzie na zwiększenie ekologizacji rolnictwa, a polskie rolnictwo jest już bardzo ekologiczne. Nam bardziej zależy na inwestycjach prorozwojowych, które dadzą stabilizację finansową, gospodarczą i dochodową. W drugiej kolejności stawiamy na kwestie związane z ochroną środowiska – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Niska intensywność prowadzonej przez polskich rolników działalności (wedle danych Ministerstwa Rolnictwa tylko 17,8 proc. gospodarstw ocenianych jest jako intensywne) powoduje, że rolnictwo prowadzone jest w sposób ekologiczny. Rolnictwo odpowiada za 9 proc. całkowitej emisji gazów cieplarnianych do atmosfery.

Minister podkreśla, że najważniejsze w nowym PROW-ie jest wsparcie gospodarstw, zwłaszcza tych najmniejszych.

Nowa perspektywa stawia na wzmocnienie gospodarstw rodzinnych w ramach dwóch dużych projektów. Jeden z nich dotyczy gospodarstw, których produkcja nie przekracza 10 tys. euro. Dla tych mniejszych, słabszych ekonomicznie przewidziana jest premia w wysokości 60 tys. zł bez udziału środków własnych – mówi Sawicki.

W Polsce przeważają małe gospodarstwa rolne, z czego większość (70 proc.) nie przekracza 5 ha, a produkcja – 4 tys. euro. Wsparcie dla tych najsłabszych może odwrócić negatywny trend. W latach 2002–2011 liczba gospodarstw rolnych zmniejszyła się bowiem o blisko 25 proc., do 2,25 mln, z czego 1,9 mln prowadziło działalność rolniczą. Z danych GUS wynika, że liczba gospodarstw rolnych do 2012 roku zmniejszyła się o kolejne 10 proc. Problemem polskiego rolnictwa jest również duże rozdrobnienie gospodarstw, program ma wpłynąć na zwiększenie współpracy między nimi.

Dobrze byłoby, gdyby te gospodarstwa mogły działać zespołowo: łączyć premie i wspólnie dokonywać zakupów maszyn, urządzeń czy nawet linii technologicznych do przetwarzania swojego produktu – ocenia minister rolnictwa.

Gospodarstwa mogą też ubiegać się o wsparcie na modernizacje – jego wysokość będzie zależeć od rodzaju prowadzonej działalności. Najwięcej, bo 900 tys. zł, będzie można otrzymać na operacje realizowane w ramach rozwoju produkcji prosiąt, 500 tys. zł – na wsparcie inwestycji budowlanych i 200 tys. zł na zakup maszyn i urządzeń produkcyjnych.

– Gospodarstwa rodzinne będą również mogły korzystać z projektu grup producenckich. Przewidziane są 3 mln zł na jedną grupę z własnym dofinansowaniem w wysokości 50 proc. Jeśli grup utworzy się kilka, będą miały jeden cel i określoną grupę wspólnie wytwarzanych produktów, to będą mogły dostać 15 mln zł na inwestycje w zakresie przechowywania, przerabiania i sprzedaży – mówi Marek Sawicki.

EBC przejmuje nadzór nad bankami strefy euro. W Polsce te same normy, ale nadal nadzór KNF-u

CEO Magazyn Polska

Komisja Nadzoru Finansowego będzie stosowała wobec polskich banków takie same kryteria oceny i wymogi, jak Europejski Bank Centralny wobec banków strefy euro, ale Polska nie podda się bezpośrednio ocenie EBC – uważa Jacek Chwedoruk z Rothschilda. Wspólny nadzór to podstawa unii bankowej, do której przystąpienie jest dla Polski obecnie dobrowolne. Obowiązkowe stanie się dopiero po przyjęciu przez nasz kraj waluty euro.

Z punktu widzenia polskiego regulatora jest duża niechęć do oddania regulacji polskimi bankami bez istotnych mechanizmów, które są dostępne dla banków będących w strefie euro. Wydaje mi się, że polski nadzór będzie stosował kryteria spójne z europejską unią bankową, ale do czasu kiedy nasz harmonogram przystąpienia do euro nie będzie gotowy, po prostu nie przystąpimy do unii bankowej – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Chwedoruk, dyrektor zarządzający warszawskim biurem Rothschild.

EBC przejmie nadzór nad największymi unijnymi bankami 4 listopada. To drugi filar unii bankowej, której zasady uzgodnili pod koniec ubiegłego roku przywódcy państw Unii Europejskiej. Nadzorowi będą podlegać wszystkie banki o sumie bilansowej przekraczającej 30 mld euro. Niezależnie od tego, czy Polska przystąpi do unii bankowej, nadzór pośrednio obejmie polskie banki należące do dużych międzynarodowych graczy. Jedynym bankiem o wystarczająco dużej sumie bilansowej, który ma dominujący kapitał polski, jest PKO BP.

Pod koniec października w ramach przygotowań do objęcia banków swoim nadzorem EBC opublikował wyniki stress-testów. Sprawdzały one, czy banki są wystarczająco dobrze przygotowane na ewentualny kryzys finansowy.

Te stress-testy miały za zadanie dać nowemu regulatorowi wspólną bazę informacyjną o wszystkich bankach, które będzie nadzorował, czyli tu mówimy o stu kilkudziesięciu największych czy systemowych bankach europejskich – mówi Chwedoruk.

Spośród 130 przebadanych banków 25 nie spełniło wymagań stress-testów. Jednak tylko połowa z nich (13 banków) dostała zalecenie wszczęcia programu naprawczego.

Drugi aspekt unii bankowej to są normy i przepisy, które zostały już ustalone znacznie wcześniej, z pełnym harmonogramem przystosowania się banków w następnych dwóch latach – dodaje Chwedoruk. ‒ To dosyć wymagający harmonogram dla banków europejskich, zakładający podwyższanie kapitału czy utrzymywanie wysokich norm kapitałowych.

Chwedoruk dodaje, że w obliczu tych wymagających norm wprowadzenie kolejnych przepisów spowoduje tylko niepotrzebną komplikację.

Stress-testy EBC pokazały, że sytuacja europejskich banków jest lepsza niż się obawiano. Wiele spośród banków o najgorszych wynikach od czasu przeprowadzenia badań już podwyższyło swój kapitał.

FM Bank PBP: Niskie stopy procentowe są wyzwaniem dla wszystkich. Chcemy pozyskać osoby, które nie są zadowolone z usług innych banków

FM Bank PBP zapowiada, że będzie walczył o klientów, którzy nie są zadowoleni z usług świadczonych przez inne banki. Swoją ofertę kieruje przede wszystkim do sektora przedsiębiorstw. Jak zauważa Sławomir Lachowski, prezes zarządu FM Banku, uważany za pioniera nowoczesnej, opartej na rozwiązaniach technologicznych bankowości, poziom świadomości klienta zwiększył się na tyle, że dzisiaj jest on już w stanie ocenić ofertę i podjąć szybką decyzję o zmianie instytucji finansowej.

Czasy, które mam jeszcze w pamięci, kiedy kierowany przeze mnie mBank pozyskiwał tysiąc klientów dziennie, kiedy można było pozyskiwać milion nowych, wchodzących na rynek bankowy klientów w ciągu roku, należą do przeszłości – przypomina Sławomir Lachowski, prezes zarządu FM Bank PBP. – Od tego czasu poziom ubankowienia w Polsce znacznie wzrósł i jednocześnie zwiększył się poziom świadomości klienta. Dzisiaj jest on w stanie ocenić ofertę, z której korzysta i podjąć szybką decyzję o zmianie banku. Będziemy korzystać z rezerwuaru klientów, którzy nie są w pełni usatysfakcjonowani poziomem jakości oraz cenami usług oferowanych przez inne instytucje.

Analiza zwyczajów płatniczych zrealizowana przez Narodowy Bank Polski w 2012 r. wykazała, że 77 proc. dorosłych Polaków ma rachunek bankowy. W metodologii badania nie uwzględniono jednak osób, które mają kilka kont. FM Bank PBP, jak zapowiada jego prezes, zamierza walczyć o klientów konkurencyjną ofertą lokat, które nie są związane z terminami oraz kredytami, zarówno dla podmiotów już prowadzących działalność gospodarczą, jak i start-upów.

Zarówno BIZ Bank, jak i Bank Smart oferują pożyczki dla start-upów, czyli ludzi, którzy dopiero podejmują inicjatywę stworzenia sobie miejsca pracy, co wiąże się z potrzebą finansową – mówi Lachowski agencji Newseria. – Kredyt na start to pożyczka, który można otrzymać w BIZ Banku, głównie na działalności tradycyjne. Smart natomiast jako bank internetowo-mobilny, nieposiadający oddziałów, pozyskuje klientów przez telefon i internet. Jest on więc skierowany przede wszystkim do przedstawicieli gospodarki cyfrowej. To głównie młodzi ludzie, którzy zastanawiają się, czy iść do korporacji, czy też rozpocząć własną działalność. Chcemy im pomagać.

Spadające stopy procentowe, jak zauważa Sławomir Lachowski, są wyzwaniem dla całego sektora bankowego.

Warto pamiętać jednak, że my nie zarabiamy na stopach procentowych, tylko na marży i zdolności do tego, żeby pozyskać finansowanie od klientów, a następnie udzielić im kredytów z odpowiednią marżą pokrywająca ryzyko – wskazuje Lachowski. – Nie mamy problemów z przeszłością i portfelami pożyczek, które wcześniej były udzielane, a dzisiaj są mniej rentowne. Przede wszystkim jesteśmy w stanie zrealizować model oparty na transakcjach oraz opłatach i prowizjach, które jednocześnie zrekompensują nasz wkład pracy i pozwolą klientom mieć przekonanie, że korzystanie z naszych usług im się opłaca.

Szczurek chce wiedzieć więcej niż Google i Facebook

29 października 2014 r. minister Szczurek podpisał porozumienie zakładające wymianę informacji podatkowych oraz wprowadzenie skutecznych narzędzi przeciwdziałających transgranicznym oszustwom podatkowym i unikaniu opodatkowania (tzw. Competent Authority Agreement, CAA). W praktyce umowa ta oznacza sprzedaż danych polskich podatników międzynarodowym instytucjom ściągającym podatki z innych państw.

– Porozumienie zakłada wdrożenie w państwach-sygnatariuszach standardu AEOI (Automatic Exchange of Information), który zobowiązuje do raportowania o działaniach finansowych nierezydentów. Cel wdrożenia porozumienia jest jeden – uzyskanie możliwie dużo informacji na temat działań, jakie obywatel podejmuje poza obszarem swojej rezydencji – tłumaczy Piotr Szulczewski, analityk Bankier.pl.

Informacje, które przekazywane będą automatycznie między organami różnych państw, mogą pozwalać m.in. na ściganie mandatów podatkowych lub dotyczyć istotnych informacji o majątku niezbędnym do prowadzenia postępowania egzekucyjnego przez fiskusa.

Nie uciekniesz przed swoim fiskusem

Raportowanie odbywać się ma bez konieczności uzyskiwania zgody sądów poszczególnych państw. Transparentność, czyli przejrzystość działań na terytorium innych krajów, zapewniać ma szeroki katalog organów i instytucji, które zobowiązane będą przekazywać wymagane dane. Zobowiązanymi będą nie tylko banki, ale również inne instytucje finansowe i ubezpieczeniowe, podmioty zarządzające inwestycjami czy fundusze powiernicze.

– Osoby fizyczne wpłacają dwukrotnie więcej podatku dochodowego niż firmy m.in. właśnie wskutek unikania przez nich opodatkowania w różnych rajach podatkowych. Uszczelnienie systemu niekoniecznie musi się przełożyć na wzrost dochodów polskiego budżetu. Pamiętajmy, że Polska też jest atrakcyjna pod względem podatkowym dla firm i osób z państw z wyższymi obciążeniami. Niewykluczone, że na międzynarodowej wymianie informacji na początku trochę stracimy, chociaż w dłuższym okresie będzie to korzystne dla całej UE – komentuje Łukasz Piechowiak, główny ekonomista Bankier.pl.

Koniec z płaceniem długów po zmarłych

0

Przejmujesz spadek po zmarłym i okazuje się, że to dług, który trzeba spłacić? Nie musisz się martwić. Rząd wprowadził zmiany w Kodeksie cywilnym ograniczające dziedziczenie długów.

W Polsce 90% spadków przyjmowanych jest wprost, przez milczenie – wyjaśnia notariusz Leszek Zabielski. W ten sposób wiele osób przejmuje długi po rodzinie – często są one bardzo wysokie.

W sierpniu Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy – Kodeks cywilny. Przewiduje on, że spadkobierca nie będzie odpowiadać w całości za długi zmarłego. Będą one spłacane tylko do wysokości aktywów spadkowych. „Jeżeli wartość stanu czynnego spadku wynosi 50 tys. zł, a dług jest równy kwocie 100 tys. zł, to wierzyciel będzie mógł domagać się zapłaty jedynie 50 tys. zł” – czytamy na stronie internetowej Ministerstwa Sprawiedliwości.

Zaproponowany przepis może utrudnić osobom w wieku emerytalnym zaciąganie kredytów w banku – twierdzi notariusz. Obecnie nie ma z tym większego problemu, bo instytucje finansowe zakładają, że jak zobowiązania finansowego nie spłaci sam zaciągający, to zrobi to po jego śmierci rodzina. Zmiany mogą natomiast sprawić, że banki będą udzielały osobom starszym kredytu tylko na krótki czas i bardzo wysoki procent – aby zabezpieczyć się przed śmiercią kredytobiorcy.

Kontrowersyjne zmiany w ustawie ”śmieciowej”

0

Niejasność i niespójność przepisów w projekcie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach może skłaniać nierzetelne gminy do stosowania „własnej ich interpretacji” oraz dawać pretekst dla prób obejścia przepisów przewidujących obowiązek organizowania przetargów na odbiór i zagospodarowanie śmieci – uważa Konfederacja Lewiatan.

Przyjęta przez Sejm 10 października 2014 r. ustawa o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw, nad którą pracuje obecnie Senat, wprowadza zmiany, których znaczenie jest niejasne. Budzą one szereg wątpliwości i mogą mieć negatywny wpływ na obecnie obowiązujące rozwiązania systemowe w zakresie organizacji odbierania i zagospodarowywania odpadów komunalnych w Polsce.

– Chodzi o wykreślenie przepisu o organizacji przetargu na odbiór i zagospodarowanie odpadów (w konsekwencji pozostawienie obowiązku organizacji jedynie przetargu na odbieranie odpadów komunalnych), a także wprowadzenie do ustawy zapisu, zgodnie z którym gmina wykonuje zadanie „gospodarowania odpadami” na zasadach określonych w ustawie z 20 grudnia 1996 r. o gospodarce komunalnej – mówi Daria Kulczycka, dyrektor departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan jednoznacznie opowiada się za utrzymaniem, wypracowanego mozolnie 3 lata temu przez wszystkie zainteresowane strony, rozwiązania w zakresie organizacji przetargów w gospodarce odpadami komunalnymi. Dlatego, apeluje do senatorów o wykreślenie z projektu ustawy kontrowersyjnych przepisów.

– Przywrócenie dotychczasowego brzmienia ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach w zakresie organizacji przetargów na odbieranie oraz na odbieranie i zagospodarowanie odpadów jest konieczne i będzie stanowiło uszanowanie wypracowanego wspólnie kompromisu, bez którego – co warto podkreślić jeszcze raz – nie doszłoby w 2011roku do przebudowy systemu gospodarki odpadami komunalnymi – dodaje Daria Kulczycka.

Konfederacja Lewiatan, jako jedyna organizacja pracodawców, popierała zmiany do ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach przyjęte w 2011 roku, polegające na przekazaniu władztwa nad odpadami komunalnymi gminom. Miały one umożliwić realizację celów europejskiej dyrektywy o odpadach, zwłaszcza w zakresie osiągania odpowiednich poziomów odzysku i recyklingu.

Warunkiem wprowadzenia takich zmian było jednak uszanowanie i zachowanie wykształconej na tym rynku od ponad 20 lat zasady wolnej konkurencji. Rozwiązanie, które wówczas wypracowano stanowiło kompromis pomiędzy rządem, samorządami i przedsiębiorcami. Rezultatem tego kompromisu, bez którego nie byłoby zgody na przemodelowanie systemu gospodarki odpadami komunalnymi w Polsce, było zagwarantowanie przez gminy konkurencyjnego sposobu wyboru podmiotu, który zapewni odbiór lub odbiór i zagospodarowanie odpadów komunalnych.

Konfederacja Lewiatan

 

Zgoda UOKiK: Döhler i Binder

0

UOKiK wydał zgodę na koncentrację przedsiębiorców zajmujących się produkcją koncentratów owocowych i skupem owoców. Przejęcie przez Döhler części mienia spółki Binder nie doprowadzi do ograniczenia konkurencji

Döhler prowadzi działalność w zakresie produkcji soków i koncentratów owocowych (głównie jabłkowego) do produkcji napojów. Przejmowana część mienia spółki Binder to zakład w Tarczynie, w którym produkowane są mrożone owoce i warzywa oraz koncentraty z jabłek i musów owocowych.

Przedsiębiorcy działają na rynku produkcji koncentratu jabłkowego. Ma on wymiar co najmniej europejski, o czym świadczy m.in. fakt, że większość produkcji Döhler i Binder jest eksportowana do innych krajów. Wspólnym rynkiem dla uczestników koncentracji jest również  krajowy rynek zakupu jabłek przemysłowych.

Analiza UOKiK wykazała, ze koncentracja nie będzie miała negatywnego wpływu na wymienione rynki. Przede wszystkim nie dojdzie na nich do uzyskania przez Döhler pozycji dominującej. Spółka nadal będzie musiała  liczyć się z konkurentami oraz kontrahentami.

Zgodnie z przepisami, transakcja podlega zgłoszeniu do urzędu antymonopolowego, jeżeli biorą w niej udział przedsiębiorcy, których łączny obrót w roku poprzedzającym przekroczył 1 mld euro na świecie lub 50 mln euro w Polsce.

Decyzje wyrażające zgodę na dokonanie koncentracji wygasają, jeżeli połączenie nie zostanie dokonane w terminie 2 lat od ich wydania. Na stronie internetowej Urzędu zamieszczane są informacje na temat wszystkich prowadzonych przez Urząd postępowań antymonopolowych w sprawach koncentracji. Więcej informacji o zasadach łączenia przedsiębiorców w przygotowanym specjalnie opracowaniu

Wyposażenie samochodów – kontrola IH

0

Linki holownicze, łańcuchy i pasy do mocowania ładunków a także uchwyty rowerowe – to popularne elementy wyposażenia samochodów. 36,6 proc. z 309 skontrolowanych partii produktów wzbudziło zastrzeżenia Inspekcji Handlowej głównie z powodu nieprawidłowego oznakowania

 

Paweł Ratyński, UOKiK
Porady Pawła Ratyńskiego z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów na temat wyposażenia samochodów

Przeprowadzona w II kwartale br. na zlecenie UOKiK kontrola Inspekcji Handlowej dotyczyła bezpieczeństwa linek holowniczych, uchwytów do przewożenia rowerów, pasów  i łańcuchów do mocowania ładunków, a więc tych elementów wyposażenia samochodowego, które mogą stwarzać poważne zagrożenie dla pieszych i innych uczestników ruchu.

Inspektorzy skontrolowali 309 partii produktów. 36,6 proc. z nich zostało zakwestionowanych z powodu nieprawidłowego oznakowania. Najczęściej zastrzeżenia dotyczyły niekompletnej i niedokładnej instrukcji użytkowania, braku informacji w języku polskim, oznaczeń na produkcie, danych przedsiębiorcy odpowiedzialnego za wprowadzenie produktu na rynek. Tegoroczna kontrola wykazała nieznaczne pogorszenie wyników, w porównaniu z rokiem 2013 (blisko 4 proc.).

Poważne uchybienia inspektorzy stwierdzili jedynie w przypadku trzech partii linek holowniczych, które zostały wycofane ze sprzedaży. Jedna z nich okazała się niewystarczająco wytrzymała i groziła zerwaniem podczas holowania. Dwie inne nie spełniały przepisów o ruchu drogowym, zgodnie z którymi odległość między pojazdami holowanymi powinna wynosić od 4 m do 6 (miały długości 3,48 m i 3,66 m).

Cieszy fakt, że we wszystkich pozostałych przypadkach przedsiębiorcy po zapoznaniu się z uwagami inspektorów podjęli dobrowolne działania naprawcze: uzupełniali brakujące informacje, albo też zwracali nieprawidłowo oznakowane towary do dostawców natomiast w przypadku wadliwych linek holowniczych, wycofali je niezwłocznie z obrotu handlowego.

Więcej informacji o przeprowadzonych kontrolach i bezpieczeństwie można uzyskać w wojewódzkich inspektoratach Inspekcji Handlowej.

Kupując wyposażenie samochodu, pamiętaj:

  • Sprawdź, czy instrukcja obsługi i montażu jest przygotowana w języku polskim, zapoznaj się z nią i upewnij, że jesteś w stanie bezpiecznie zamontować wyposażenie samodzielnie.
  • W przypadku linek holowniczych – pamiętaj, że używanie linek o nieodpowiedniej długości jest zabronione. Zgodnie z kodeksem drogowym obowiązującym w Polsce, odległość między pojazdem holowanych i holującym powinna wynosić od 4 do 6 m.
  • Zapoznaj się z oznakowaniem produktu, jeśli jest ono niedokładne, niepełne i niestaranne, bądź ostrożny. Sprzeczne informacje bezpośrednio na produkcie i w instrukcji użytkowania powinny wzbudzić podejrzenia.
  • W przypadku zakupów internetowych – masz 10 dni na odstąpienie od umowy bez podania przyczyny. Wystarczy odesłać produkt do sprzedawcy wraz z wypełnionym oświadczeniem, które powinieneś otrzymać od sprzedawcy. Dzięki nowym przepisom od 25 grudnia br czas ten wydłuży się do 14 dni.
  • Reklamacja wadliwego towaru? Zgłoś ją do sprzedawcy opisując, na czym polega wada,
  • W każdym wypadku, gdy masz podejrzenia, że produkt może stwarzać zagrożenie, możesz sprawdzić, czy nie znajduje się on w rejestrze wyrobów niezgodnych z wymaganiami na stronie internetowej UOKiK lub w w Europejskim Systemie Szybkiej Wymiany Informacji o Produktach Niebezpiecznych RAPEX .  Możesz również zgłosić się do Inspekcji Handlowej, której dane znajdują na stronie Urzędu, a także zawiadomić UOKiK, za pośrednictwem poczty lub korzystając ze specjalnego formularza.

Jasne zasady promocji – wyrok sądu

Bank, który oferuje konsumentom nagrody pieniężne ma obowiązek w jasny sposób informować o wszystkich warunkach jej przyznawania. Tym bardziej, że konsument wybierając produkty bankowe zwraca uwagę na atrakcyjną ofertę, w szczególności możliwość wygranej – przypomniał  Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów

Wyrok dotyczy decyzji z grudnia 2012 roku w sprawie  banku Polbank EFG (obecnie Raiffeisen Bank Polska). UOKiK stwierdził wówczas, że przedsiębiorca wprowadzał konsumentów w błąd, obiecując nagrodę pieniężną użytkownikom Mistrzowskiego Konta Osobistego. Bank określił warunki otrzymywania miesięcznej premii – należało aktywnie korzystać z karty płatniczej oraz zapewniać na rachunku środki umożliwiające pobranie opłaty za jego prowadzenie. Ani w regulaminie, ani w tabeli opłat i prowizji bank nie informował jednak, że dodatkowym warunkiem przyznania nagrody jest zapewnienie tych środków w konkretnym dniu, na koniec miesiąca.  W ocenie Urzędu konsument mógł otwierać rachunek, a następnie decydować się na korzystanie z karty płatniczej, kierując się informacjami o warunkach promocji, które były przedstawione niedokładnie. Wprowadzanie konsumentów w błąd stanowi niezgodną z prawem nieuczciwą praktykę rynkową.

Przedsiębiorca odwołał się od decyzji do sądu, ten jednak wyrokiem z 29 września (XVII Ama 57/13) potwierdził rozstrzygnięcie UOKiK i oddalił odwołanie w całości. Utrzymał też nałożoną na przedsiębiorcę karę w wysokości 605 955 zł. Wyrok jest nieprawomocny, przedsiębiorcy przysługuje apelacja.

Compliance w spółce zmniejsza ryzyko problemów związanych ze zmianą prawa

0

CEO Magazyn Polska

Brak szybkiej reakcji na zmieniające się przepisy prawne może dla spółek wiązać się z ryzykiem strat. Dlatego Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie promuje ideę compliance, czyli rozwoju w spółkach funkcji, która pomaga im dostosować działalność do zmian w otoczeniu regulacyjnym.

Prawo w Polsce i UE często się zmienia. Jeśli firmy za nim nie nadążają, to są narażone na straty. Coraz częściej tworzą więc działy compliance, które mają pracować na rzecz ochrony firm przed ryzykiem zmiany prawa.

– Compliance pełni funkcję prewencyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor dr Wojciech Nagel, compliance officer Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. – Ma zabezpieczyć spółkę przez rozmaity ryzykiem zarówno reputacyjnym, prawnymi, jak i konfliktu interesów, niezgodności prawnej. To jest obszar zarządzania ryzykiem funkcjonowania organizacji.

Rocznie w Polsce Sejm uchwala około 150 ustaw. Dodatkowo ministerstwa, urzędy centralne czy organy nadzoru wydają rozporządzenia oraz zarządzenia. Dział compliance monitoruje nowe regulacje, tak aby firma mogła się na bieżąco do nich dostosowywać.

– Compliance funkcjonuje na styku biznesu z otoczeniem regulacyjnym, relacji zewnętrznych. Czyli są to nakładające się na siebie pola aktywności biznesowej, umownej, zakupów i zamówień publicznych – podkreśla Wojciech Nagel.

Compliance ma szczególne znaczenie dla GPW jako spółki i operatora rynku kapitałowego.

– Kontrola i mitygowanie ryzyka jest elementem działalności na giełdzie od dawna – zaznacza compliance officer na GPW. – Giełda jest promotorem ładu korporacyjnego dla spółek notowanych i od wielu lat stosuje zasady dobrych praktyk w swojej działalności, a także promuje ich wdrażanie na rynku. Formalnie funkcja compliance została utworzona w zeszłym roku. Natomiast do tej pory było to zarządzane na innych poziomach działalności organizacji.

GPW promując ideę compliance w spółkach, zachęca je do stałej kontroli zmian w prawie, organizuje konferencje i szkolenia. Przykładowo ostatnia konferencja dotyczyła funkcji zarządzania ryzykiem zamówień publicznych.

– Giełda stara się integrować środowisko compliance na rynku finansowym i poza nim – deklaruje dr Nagel. – To jest trzecia konferencja w tym roku. Współdziałamy z Centrum Compliance Europejskiego Uniwersytetu Viadrina, z naszymi partnerami merytorycznymi, z którymi – jak w przypadku CBA i KNF – mamy podpisane jako GPW porozumienie o współpracy w zakresie rozwijania kultury compliance na rynku finansowym.

Polskę czeka kolejna dekada wielkich inwestycji. Trzeba je lepiej przygotować

CEO Magazyn Polska

W ciągu najbliższych lat Polskę czekają gigantyczne inwestycje. Według ostrożnych szacunków przeznaczonych na nie zostanie około ćwierć biliona złotych. Eksperci zwracają uwagę na to, że trzeba dobrze przygotować się do wydawania tak wielkich pieniędzy, by nie zachwiać gospodarką.

Tylko firmy energetyczne zamierzają w najbliżej dekadzie wydać na unowocześnienie swoich mocy wytwórczych ok. 130 mld zł. Rząd, jak zadeklarowała w exposé premier Ewa Kopacz, planuje przeznaczyć na budowę dróg 93 mld zł, na rozbudowę portów – 11 mld zł, a na modernizację kolei – ok. 7 mld zł.

Tak wielkie inwestycje wymagają zmian w przepisach, przygotowania przetargów, wreszcie gotowości samych firm, które będą te inwestycje realizować.

– Po prostu te programy są zbyt duże na nieprzygotowany rynek – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Wiesław Różacki, dyrektor wykonawczy na Polskę Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe. – Powodują zaburzenia, nierównowagę i większość konsekwencji z tego później wynikających odbija się, niestety, na wykonawcach, jakości programu, jego wydłużeniu, co ani nie jest korzystne z punktu widzenia wydawanych środków, ani później z racji skutków, jakie pozostawiają te programy.

Przykładem może być pierwszy program autostradowy, który zamiast wzmocnienia firm budowlanych spowodował wśród nich spustoszenie. By uniknąć podobnych błędów, musimy znacznie lepiej przygotować zarówno biznes, jak i państwo.

– To przygotowanie powinno również obejmować zagadnienia prawne, specustawy, dostosowanie rozwiązań w ustawie o zamówieniach publicznych, standaryzację umów z wykonawcami pomiędzy wykonawcami a zlecającymi. I przede wszystkim – czas realizacji tych zadań, rozłożenie ich w czasie – doradza Wiesław Różacki.

W jego ocenie koncentracja wielu inwestycji w bardzo krótkim okresie powoduje zachwianie równowagi zarówno w zasobach ludzkich, jak i zasobach materiałowych.

Windowane są ceny, spada jakość i skutki mamy takie, jakie widzieliśmy w poprzednich programach inwestycyjnych – przestrzega dyrektor wykonawczy na Polskę Mitsubishi Hitachi Power Systems Europe.

Na nadmierną koncentrację inwestycji szczególnie wrażliwy jest polski rynek pracy. W Polsce brakuje specjalistów, by jednocześnie prowadzić kilka dużych budów w tej samej branży. Podczas realizacji podobnych projektów pracownicy z odpowiednim doświadczeniem są na wagę złota.

Inżynierowie to jest zapewne mniejszy problem, bo ich jest relatywnie dużo – uważa Wiesław Różacki. – Natomiast są zawody specjalistyczne, jeżeli mówimy o energetyce, to są to spawacze, jeżeli mówimy o projektach drogowych, to jest to nadzór. To jest kwestia nie tylko tytułu czy wykształcenia, lecz także doświadczenia tych osób.

SII: Przeciętny inwestor indywidualny jest coraz bogatszy, ma więcej spółek i coraz dłuższy horyzont inwestycji. Średnia wartość jego portfela to około 30 tys. zł

CEO Magazyn Polska

Wartość portfela przeciętnego inwestora indywidualnego na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie wynosi nieco ponad 30 tys. zł. Jak jednak wynika z badań Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (SII) z roku na rok jest ona coraz większa, podobnie jak liczba posiadanych spółek. W porównaniu z inwestorami na rozwiniętych rynkach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych różnice wciąż są ogromne. Zdaniem dr. Michała Masłowskiego ze SII z roku na rok będą one jednak coraz mniej wyraźne.

Według Giełdy Papierów Wartościowych (GPW) na rynku głównym przeważają inwestorzy zagraniczni, którzy w pierwszej połowie br. wygenerowali 49 proc. obrotów. Udział krajowych instytucji finansowych (przede wszystkim podmiotów świadczących usługi animatorów oraz funduszy inwestycyjnych) wyniósł 38 proc. Jedynie za 13 proc. obrotów na rynku głównym akcji odpowiadali inwestorzy indywidualni. W stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku ich udział zmniejszył się o 1 pkt proc.

Jak wynika z przeprowadzanych cyklicznie badań Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych, największą grupę uczestników rynku w tym segmencie (ponad 90 proc.) stanowią mężczyźni w wieku ok. 38 lat, z wyższym wykształceniem, obecni na rynku od ok. ośmiu lat.

Przeciętny inwestor indywidualny ma zaangażowane na giełdzie około trzydziestu kilku tysięcy złotych, jego horyzont inwestycyjny wynosi około roku – mówi w rozmowie z agencją Newseria Inwestor dr Michał Masłowski, wiceprezes zarządu SII. – Nie jeździ na walne zgromadzenia spółek giełdowych ani nie uczestniczy w spotkaniach zarządów.

W porównaniu z rozwiniętymi rynkami Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych, jak twierdzi dr Masłowski, różnice są ogromne.

Na rynkach zachodnich taki przeciętny inwestor indywidualny – Niemiec, Belg, Francuz, Anglik czy Amerykanin – ma około pięćdziesięciu paru lat, na tamtejszych giełdach inwestuje bowiem bardzo dużo emerytów i rencistów – mówi dr Masłowski. – W Polsce stanowią oni około 7 proc. inwestorów, na rynkach zachodnich – solidne kilkadziesiąt.

Zdaniem Masłowskiego różnica w zachowaniu i sposobach inwestowania wynikają z tego, że zaawansowani wiekiem inwestorzy indywidualni na rynkach zagranicznych nie borykają się z takimi problemami życia codziennego, jak 38-latkowie w Polsce.

Krajowy inwestor indywidualny w tym wieku pracuje, ma dzieci, buduje dom i zajmuje się tego rodzaju obowiązkami, a nie inwestowaniem na giełdzie –wskazuje dr Masłowski. – Natomiast Niemiec dzieci ma odchowane, dom wybudowany i – to najważniejsza różnica – ma pieniądze, które może zainwestować. W związku z tym ma także czas na to, by uczestniczyć w spotkaniach z zarządami spółek, jeździć na walne zgromadzenia akcjonariuszy itp.

Z czasem jednak ten wizerunek przeciętnego, krajowego inwestora indywidualnego wyraźnie się zmienia. W latach 90. ubiegłego wieku, jak informuje wiceprezes zarządu SII, w tej grupie przeważali nastawieni na osiągnięcie szybkiego zysku spekulanci. Dzisiaj coraz więcej jest inwestorów długoterminowych, których horyzont lokowania kapitału w akcje, obligacje i instrumenty pochodne jest dłuższy.

Obserwujemy to zjawisko przynajmniej od kilku lat, bardzo powoli, ale widać taką tendencję – przekonuje dr Masłowski. – Będziemy się zrównywali pod tym względem z rynkami zachodnimi, przeciętny, polski inwestor coraz bardziej będzie przypominał Niemca, Belga czy Francuza. Ale musi upłynąć jeszcze około 15-20 lat.

Portfel krajowego inwestora indywidualnego, jak informuje dr Masłowski, jest coraz grubszy, zarówno pod względem wartości, jak i liczby posiadanych udziałów w spółkach. Jak wynika z danych GPW, już obecnie stanowią oni największą grupę inwestorów na rynkach NewConnect (62 proc.), instrumentów pochodnych (46 proc.) oraz opcji (48 proc.).

Przeciętny polski inwestor indywidualny ma z roku na rok coraz więcej pieniędzy i spółek w portfelu, wydłuża się także czas inwestowania na giełdzie – zauważa dr Masłowski. – Także pod tym względem widać tendencję równania do rynków światowych. Tego, niestety, nie da się zrobić w chwilę. Nie doskoczymy z dnia na dzień do zachodnich standardów. Mam taką teorię, że inwestowanie na giełdzie w Polsce będzie powszechne, a długi horyzont zacznie cechować polskiego inwestora wtedy, kiedy ci, którzy mieli 18 lat w dniu rozpoczęcia działalności giełdy, będą mieć 58-60 lat. Musi to więc jeszcze trochę potrwać.

Przedsiębiorcy popierają aukcję na częstotliwości LTE. Jej opóźnianie może kosztować Polskę miliardy złotych

CEO Magazyn Polska

Powszechny dostęp do szybkiego internetu przyspieszy rozwój przedsiębiorczości, a tym samym będzie impulsem do znaczącego wzrostu PKB kraju  uważają eksperci i postulują szybkie rozstrzygnięcie aukcji na częstotliwości w pasmach 800 i 2600 MHz. Zgodnie z założeniami UKE aukcja powinna rozpocząć się jeszcze w tym roku, a w przyszłym mogłaby ruszyć budowa sieci. 

Zagospodarowanie nowej częstotliwości upowszechni dostęp do szybkiego i mobilnego internetu, a to będzie miało oczywiście wpływ na nas wszystkich i na naszą gospodarkę – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jeremi Mordasewicz, ekspert Konfederacji Lewiatan, która w swoim oświadczeniu jednoznacznie opowiedziała się za przeprowadzeniem aukcji. Popierają ją też zrzeszone w Konfederacji firmy Orange, T-Mobile i Polkomtel.

10 października Urząd Komunikacji Elektronicznej ogłosił aukcję na częstotliwości z pasm 800 i 2600 MHz. Do wylicytowania jest 5 rezerwacji po 5 MHz częstotliwości z pasma 800 MHz, szczególnie ważne pod względem zapewnienia usług dostępu do szybkiego internetu, oraz 14 rezerwacji w paśmie 2600 MHz. Oferty wstępne można składać do 24 listopada. Rozpoczęcie akcji zaplanowano na 24 grudnia.

Aukcja na częstotliwości dla LTE miała nastąpić już rok temu. Na drodze stanęły problemy proceduralne. Jak podkreśla Mordasewicz, to przekłada się na realne kwoty. Deloitte w 2012 roku szacował, że do 2020 roku dzięki technologii LTE polskie PKB może zyskać dodatkowe 106 mld zł. To kilkanaście miliardów złotych rocznie i nie stać nas na ich stratę.

W rozmowie z agencją informacyjną Newseria Magdalena Gaj prognozowała, że efekty pozytywnie rozstrzygniętej aukcji – w postaci szybkiego internetu – w najmniejszych gminach mogą być odczuwalne już na przełomie 2015 i 2016 roku.

– Dostęp do mobilnego internetu LTE będzie stymulował innowacyjność przedsiębiorców, którzy dzięki temu będą mogli oferować nowe usługi, nowe produkty na rynku. To z kolei wpłynie na przyspieszenie wzrostu gospodarczego – mówi Jeremi Mordasewicz.

Eksperci podkreślają, że dzięki ogłoszonej przez UKE aukcji mamy większe szanse na realizację wytycznych Europejskiej Agendy Cyfrowej. Przewiduje ona, że do 2020 roku każdy mieszkaniec Unii Europejskiej ma mieć dostęp do szybkiego internetu.

– Nowe pasma będziemy mogli wykorzystać do oferowania usług mobilnego, szybkiego internetu o parametrach, jakich wymaga od nas Europejska Agenda Cyfrowa. Potrzebujemy zdrowego miksu zarówno rozwiązań stacjonarnych, jak i mobilnych oraz hybrydowych, tak by wszystkie gospodarstwa domowe mogły uzyskać dostęp do internetu o wysokich parametrach – przekonuje Jeremi Mordasewicz.

KNF: obligacje nieskarbowe to ważny element rynku finansowego

CEO Magazyn Polska

Niskie stopy procentowe, a więc niewielkie oprocentowanie depozytów bankowych, zachęcają inwestorów indywidualnych do poszukiwania instrumentów, które dają wyższy zwrot z kapitału. Ci inwestorzy, którzy są niechętni ryzyku związanemu z rynkiem akcji, poszukują alternatywnej formy lokowania. Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego może nią być rynek nieskarbowych papierów dłużnych. Ale tylko wtedy, kiedy będzie transparentny i wiarygodny.

Uważam, że rynek obligacji korporacyjnych, papierów dłużnych, jest jednym z istotniejszych elementów, którym państwo powinno poświęcić uwagę, zarówno z punktu widzenia pozyskiwania stabilnych źródeł finansowania, jak i pewnej stabilizacji, jeśli chodzi o sektor bankowy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Jakubiak, przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego. – Na wsparcie komisji mogą liczyć działania związane z ratingowaniem takich papierów i notowaniem ich na rynku Catalyst. Komisja propaguje rozwój papierów dłużnych, budując zaufanie do nich poprzez na przykład jasne zasady wchodzenia na ten rynek.

Ubiegły miesiąc nie był korzystny dla sektora nieskarbowych papierów dłużnych, czyli dla obligacji korporacyjnych (emitowanych przez przedsiębiorstwa), obligacji komunalnych (emitowanych przez samorządy) oraz listów zastawnych. Przez ostatnie 20 miesięcy saldo wpłat i umorzeń nie spadało poniżej 100 mln zł, we wrześniu natomiast wyniosło zaledwie 18,4 mln zł. Łączna wartość aktywów netto powierzonych funduszom obligacji korporacyjnych wyniosła 10,62 mld zł.

Jeśli popatrzymy na dzisiejszą sytuację, to zobaczymy, że środowisko niskich stóp procentowych wiąże się z bardzo niskim oprocentowaniem depozytów bankowych – wskazuje Jakubiak. – To zachęca zwłaszcza inwestorów indywidualnych do poszukiwania takich instrumentów, które dadzą wyższy zwrot z kapitału. Po negatywnych doświadczeniach z rynku akcji, po załamaniu giełdowym z roku 2008 i następnych lat, inwestorzy poszukują alternatywnej formy inwestowania. I może nią być rynek dłużnych papierów korporacyjnych.

Zdaniem szefa KNF warunkiem jest transparentność tego sektora oraz wypracowanie kapitału zaufania ze strony inwestorów. Papiery dłużne notowane są na rynku Catalyst od 30 września 2009 roku. W ubiegłym miesiącu największe napływy kapitału odnotowały Arka BZ WBK Obligacji Korporacyjnych (64 mln zł) i Arka Prestiż Obligacji Korporacyjnych (34,9 mln zł). Największy w tej kategorii Open Finance Obligacji Przedsiębiorstw FIZ AN pozyskał 33,5 mln zł i obecnie zarządza przeszło 1,86 mld zł. Licząc razem z nim, na 18 funduszy tego rodzaju pięć może się pochwalić aktywami przekraczającymi 1 mld zł.

Wielokrotnie podkreślałem, że na rynku kapitałowym nie mogą funkcjonować podmioty, które nie budzą zaufania – mówi Jakubiak. – Pierwsza, druga czy trzecia sytuacja kryzysowa spowoduje, że inwestorzy odwrócą się od całego rynku i straty poniosą również instytucje porządne, w sposób obiektywny, jasny i przejrzysty przedstawiające swoją sytuację finansową.

Polacy rzadko kupują żywność w internecie. Powodem jest obawa o świeżość produktów i wysokie koszty dostawy

CEO Magazyn Polska

Handel w internecie szybko zbywalnymi produktami, czyli żywnością czy produktami do sprzątania, prania i mycia, nie stanowi nawet pół procent całości polskiego e-handlu. To znacznie mniej niż europejska średnia. Niedowartościowanie tego rynku pozwala prognozować jego szybki rozwój w przyszłości.

Rynek sprzedaży online jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się sektorem polskiego handlu. Szacuje się, że w 2014 roku osiągnie wartość około 26-30 mld zł. Najpopularniejsze branże w sektorze sprzedaży online to elektronika i odzież. Natomiast specjaliści w Polsce i za granicą szacują, że rok 2014 i 2015 będzie należał do FMCG – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Kwieciński, prezes Supersam.pl.

Polacy najchętniej kupują online odzież i obuwie (62 proc.) oraz sprzęt RTV (59 proc.). Handel towarami FMCG (szybko zbywalnymi) stanowi mniej niż 0,4 proc. branży e-commerce. Średnia w UE jest znacznie wyższa. W Wielkiej Brytanii przeciętny koszyk zakupowy w systemie click and collect (czyli zamów i odbierz w najbliższym sklepie) jest pięciokrotnie większy niż w tradycyjnych sklepach. Jak podkreśla Kwieciński, ten model jest odpowiedzią na największą obawę Polaków związaną z zakupem żywności online.

Największe bariery rozwoju zakupów przez internet to: obawa konsumentów o wysokie koszty dostawy żywności ze sklepu do domu oraz świeżość produktów. Wydaje się, że możliwość odbioru zakupów w sklepie może być tym, co rozwiązuje te obawy. Czyli klient ma pełną kontrolę nad jakością towaru, który zamawia przez internet i wygodę, że zakupy odbiera bez kolejki o wyznaczonej porze – wyjaśnia Tomasz Kwieciński.

Jego zdaniem wprowadzenie formy zakupów click and collect do placówek detalicznych, również tych najmniejszych, może przyspieszyć rozwój branży e-commerce w Polsce. W rozwijaniu internetowych kanałów sprzedażowych pomóc mają takie firmy, jak sklep Supersam.pl, który na swojej platformie internetowej umożliwia detalistom i sieciom detalicznym prezentację klientom swojej oferty produktowej online. W bazie firmy funkcjonuje obecnie ponad 100 tys. artykułów i indeksów opisanych produktów.

Nasza spółka zajmuje się przede wszystkim wsparciem placówek detalicznych w generowaniu zamówień online, zarówno w aspekcie obsługi IT, aktualizowania baz produktowych, jak i marketingu efektywnościowego. Sklepy muszą skupić się na jednym: na właściwym procesie obsługi klienta, czyli przygotowaniu do odbioru osobistego zamówionych przez internautę zakupów. Naszą technologię udostępniamy zarówno indywidualnym graczom, jak i dużym sieciom handlowym – wyjaśnia Kwieciński.

Jego zdaniem taka możliwość ułatwia tradycyjnym detalistom podjęcie decyzji o rozpoczęciu sprzedaży przez internet.

W 24 godziny mogą uruchomić swoje stoisko online dostępne dla lokalnych mieszkańców w promieniu kilku kilometrów od sklepu. Model click & collect nie wymaga praktycznie żadnych inwestycji ze strony sklepu – mówi Kwieciński.

Według opublikowanego badania „E-commerce w Polsce” sporządzonego w 2014 r. przez Gemius dla e-Commerce Polska najwięcej Polaków kojarzy e-handel z marką Allegro, którą spontanicznie kojarzy 76 proc. internautów. 28 proc. kojarzy portal Tablica.pl (aktualnie OLX.pl), 16 procent eBay, a 11 proc. – Ceneo. Jeśli chodzi o zakupy spożywcze najbardziej rozpoznawalne są takie strony, jak alma24.pl, etesco.pl i allegro.pl.

Wittchen: Wszystkie nasze torebki w Lidlu zostały wyprzedane. Udało nam się trafić do klientów z klasy średniej

0

CEO Magazyn Polska

Na początku października w sklepach Lidl dostępne były skórzane torebki Wittchen w promocyjnych cenach. Każdą można było kupić za 249 zł, podczas gdy w salonie firmowym Wittchen kosztują one dwukrotnie więcej. Akcja spotkała się z ogromnym zainteresowaniem klientek, które ustawiały się w kolejkach już przed otwarciem sklepu.

To już nasza trzecia akcja z Lidlem. Chcieliśmy w ten sposób dotrzeć do klientów z klasy średniej. Taki klient bardzo często boi się wejść do naszych salonów, ponieważ uważa, że nasze produkty są bardzo drogie i nie na jego kieszeń. Stąd też nasz krok. Być może za kilka lat zadowolony z jakości i użytkowania naszych produktów, wróci do naszych salonów – powiedziała agencji informacyjnej Newseria Aleksandra Defitowska, dyrektor sprzedaży Wittchen.

Wittchen i Lidl rozpoczęły współpracę w 2012 roku. Wtedy w ofercie dyskontu znalazły się skórzane akcesoria marki Wittchen. Rok później po raz pierwszy Lidl zaoferował klientkom torebki słynnego producenta ekskluzywnej galanterii skórzanej. Chętnych zarówno rok temu, jak i obecnie było więcej niż torebek.

Wszystkie zostały wyprzedane. My jesteśmy otwarci na taką współpracę, świat dąży do globalizacji dużych marek z markami niszowymi. Musimy być otwarci na to, co się dzieje na świecie, czego oczekują klienci i za tym właśnie podążamy. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, że nasze torebki cieszą się taką popularnością – powiedziała Aleksandra Defitowska w wywiadzie udzielonym na gali Luksusowa Marka Roku 2014.

Ekskluzywne produkty coraz częściej znajdują się w ofercie popularnych dyskontów i sieciówek. Jedną z pierwszych marek premium, które zdecydowały się na taką współpracę, był włoski dom mody Versace. W 2011 roku Versace przygotował kolekcję dla H&M, w której znalazły się sukienki i spódnice z czystego jedwabiu, kurtki z naturalnej skóry, bezrękawniki z kaszmiru i czystej wełny. Rok później limitowaną kolekcję wiosenną dla szwedzkiej sieciówki zaprojektował włoski dom mody Marni.

Współpracę luksusowych marek z sieciówkami i dyskontami skrytykowali m.in. Domenico Dolce i Stefano Gabbana. Słynni włoscy projektanci porównali tę sytuację do kupowania dobrego dorsza za 5 euro. Ich zdaniem ubrania marek premium produkowane dla sieciówek są słabej jakości. Opinię włoskich kreatorów zdaje się potwierdzać kolekcja Versace dla H&M, która nie spełniła oczekiwań klientek. Wiele ubrań zostało zwróconych do sklepów ze względu na niski standard wykonania. Wittchen zapewnia, że nawet torebki przeznaczone do sprzedaży w sieci Lidl były najwyższej jakości.

Polacy wciąż jedzą mało ryb. To szansa na rozwój firm przetwórczych i eksporterów

Polski rynek ryb i owoców morza nie wygląda imponująco. Przeciętnie Polak rocznie zjada 12 kg ryb, podczas gdy średnia w Europie to 22 kg, a na świecie 24 kg na osobę. To wyzwanie i szansa dla polskich firm działających w tej branży.

Jeszcze słabiej Polska wypada na tle rynku hiszpańskiego, gdzie rocznie zjada się ponad 40 kg ryb na głowę, portugalskiego – z ponad 50 kg czy japońskiego – z ponad 70 kg ryb rocznie na osobę.

Przy 12 kg na osobę naprawdę mamy przyszłość przed sobą – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Bogusław Kowalski, prezes zarządu spółki Graal. – Tym bardziej że ryba jest postrzegana jako produkt zdrowy. To produkt coraz popularniejszy na naszych stołach.

Graal jest polskim liderem w produkcji konserw rybnych. Produkuje i sprzedaje też mrożonki, ryby świeże oraz wszelkiego rodzaju przetwory z ryb i innych owoców morza. Przychody netto grupy kapitałowej w I półroczu przekroczyły 409 mln zł i były o 90 mln zł wyższe niż rok wcześniej. Zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł w tym czasie 8,4 mln zł przy zysku 7,9 mln zł w I półroczu 2013.

– Na rynku polskim osiągnęliśmy pozycję lidera w branży rybnej, więc będziemy się rozwijać, ale gdzieś oczywiście jest kres tego rozwoju – podkreśla prezes Graala. – Nie możemy cały czas przyrastać o 25 proc. Największe możliwości widzimy poza granicami Polski, co zresztą skutecznie realizujemy, bo nasz eksport stale rośnie.

Swoje przetwory Graal sprzedaje na całym świecie. Poza rynkiem europejskim wyroby polskiej spółki trafiają do Stanów Zjednoczonych, Japonii, Australii, a nawet tak egzotycznych krajów, jak Mongolia czy Jamajka. Grupę Kapitałową Graal tworzą cztery firmy, które spółka przejęła i zmodernizowała.

– Musieliśmy zmienić nie tylko kulturę pracy w tych firmach, lecz także park maszynowy – wyjaśnia prezes Kowalski. – Temu poświęciliśmy bardzo dużo czasu. Proces modernizacji zakończyliśmy w roku 2012 i od tego czasu notujemy dużo lepsze wyniki niż w poprzednich latach. Poprzednio więcej czasu poświęcaliśmy na zbudowanie solidnej firmy, która może wyprodukować produkty bezpieczne, o najwyższej jakości i w relatywnie dobrych cenach.

Koniec lata to najgorszy okres dla branży rybnej, zima – najlepszy. Prawdziwe żniwa to okres świąteczny. Na tym rynku liczy się bowiem tradycja i pora roku.

– Postrzegamy ryby jako produkt świąteczny. To jest przyzwyczajenie nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Na pewno wpływ ma też pogoda w naszym regionie. Ludzie spożywają więcej ryb wtedy, kiedy jest chłodniej – tłumaczy Bogusław Kowalski.

W tej sytuacji Graal, który nie może narzekać na swój wynik półroczny, deklaruje, że całoroczny będzie zdecydowanie lepszy od ubiegłorocznego.

Po I półroczu mamy ponad 20-proc. wzrost sprzedaży. III kwartał jest zawsze najsłabszy w naszej branży, ale IV kwartał to szczyt sezonu, dlatego będzie miał największy wpływ na wyniki – zapowiada Bogusław Kowalski.

Sprzedaż opon w Polsce rośnie szybciej niż w Europie. Duże wzrosty w segmencie rolniczym

CEO Magazyn Polska

W I półroczu sprzedaż opon letnich i sportowych była wyższa o 14 proc. niż przed rokiem, podczas gdy w Europie wzrost wyniósł 6 proc. W ostatnim kwartale sprzedano o 3 proc. więcej nowych opon do samochodów osobowych. Zmalała sprzedaż opon do aut ciężarowych, a o blisko 50 proc. wzrosła sprzedaż opon rolniczych. Całoroczne wyniki będą zależały jednak w dużej mierze od IV kwartału, bo to zwykle jeden z dwóch szczytów sprzedaży.

Z informacji podanych przez ETRMA (Europejskie Stowarzyszenie Producentów Opon i Gumy), wynika, że w zeszłym roku sprzedaż ogumienia letniego w Polsce spadła o 13,6 proc., zaś zimowego – o 0,36 proc.

I półrocze to nie były hurraoptymistyczne dane. One były nieco lepsze niż w ubiegłym roku, który był kryzysowy. W III kwartale mamy niewielkie wzrosty w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o samochody osobowe i ciężarowe, czyli odpowiednio 5 proc. i 6 proc. W Polsce sprzedaż samochodów osobowych w III kwartale wzrosła o 3 proc., a sprzedaż aut ciężarowych spadła – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

W I półroczu w Polsce sprzedaż opon letnich i sportowych wzrosła o 14 proc. (w Europie o 6 proc.), o 12 proc. w segmencie opon do samochodów terenowych 4×4, aż o 47 proc. w segmencie opon rolniczych i o 20 proc. w przemysłowych. Duże wzrosty w dwóch ostatnich grupach były związane z dużymi inwestycjami w rolnictwie, górnictwie i przemyśle. Sarnecki podkreśla, że ten trend cały czas jest widoczny.

Sprzedaż opon do samochodów osobowych również wiąże się z rosnącą liczbą rejestracji. Polska cały czas wyprzedza dynamikę wzrostu w skali całej Europy.

To, co ma wpływ na sprzedaż opon, to oczywiście rejestracja samochodów, w tym szczególnie nowych samochodów. Rynek oponiarski dzieli się na dwie główne odnogi: sprzedaż do fabryk na pierwszy montaż oraz sprzedaż użytkownikom na rynku wtórnym. I tak naprawdę kombinacja tych dwóch zależności wpływa na ostateczną sprzedaż opon – wyjaśnia Sarnecki.

Dodaje, że dla całorocznych wyników branży oponiarskiej ważny będzie IV kwartał. To zwykle jeden z dwóch szczytów sprzedaży związany z popytem na opony zimowe, które stanowią nawet ponad 50 proc. sprzedaży w Polsce. Sarnecki zaznacza, że choć dane z letniego szczytu są optymistyczne, to dopiero zima zweryfikuje koniunkturę w branży.

Sarnecki podkreśla, że niewielki wpływ na sprzedaż będzie miało nowe rozporządzenie unijne, zgodnie z którym od 1 listopada w nowych oponach do samochodów osobowych obowiązkowo montowane będą czujniki ciśnienia. Sarnecki podkreśla, że rozporządzenie nie zmienia tak naprawdę technologii produkcji opon, a za montaż czujników odpowiadają inne firmy, nie producenci opon.

Czujniki nie są montowane podczas produkowania opony, tylko podczas montażu samochodów w fabryce – wyjaśnia dyrektor generalny PZPO. Dodaje: ‒ Jest to bardzo ważny element budowania świadomości kierowców o używaniu opon. Jako branża wspieraliśmy uchwalenie tych przepisów w Brukseli. Uważamy, że to będzie miało znaczący wpływ na poprawę bezpieczeństwa, ponieważ kierowcy będą na bieżąco informowani o spadku ciśnienia w oponie. Niższe ciśnienie to nie tylko większe zużycie paliwa, lecz także wydłużona droga hamowania, gorsze prowadzenie i szybsze zniszczenie opony – przypomina.

Obecnie PZPO zaleca, by kierowcy co najmniej raz w miesiącu, a najlepiej przy każdym tankowaniu pojazdu sprawdzali ciśnienie w oponach. Jest to szczególnie ważne w takim czasie jak obecnie, kiedy mamy duże wahania temperatury w ciągu tygodnia. Raport PZPO z 2013 roku wskazuje, że tylko 39 proc. kierowców sprawdza ciśnienie w oponie raz na jakiś czas.

Posiadacze nowych samochodów kupionych po 1 listopada nie będą już musieli ręcznie sprawdzać ciśnienia, bo czujniki przekażą kierowcy informacje o zbyt małej (lub zbyt dużej) ilości powietrza w oponach.

Są dwa typy czujników. Pierwszy służy do bezpośredniego pomiaru, jest montowany w kole. Drugi to czujnik mierzący obroty opony, oczywiście odpowiednio skalibrowane. Dlatego akurat w przypadku czujników jedyną rzeczą, o której kierowca będzie musiał pamiętać, jest to, żeby zmieniać opony w samochodzie z czujnikami w dobrych serwisach oponiarskich – podkreśla Sarnecki. – Muszą tego przestrzegać szczególnie kierowcy jeżdżący na oponach typu run-flat, w których nie czuć od razu spadku ciśnienia. Długotrwała jazda na przebitych oponach tego typu może doprowadzić do eksplozji opony i nagłej utraty panowania na samochodem. W takich oponach szczególnie trzeba dbać o prawidłową procedurę wymiany, bo zachowanie sprawności czujników ciśnienia ma bezpośredni wpływ na zdrowie i życie kierowców – wskazuje.

Wideorelacja z konferencji wynikowej za III kwartał 2014 r.

0

Szanowni Państwo,

Zarząd MCI Management S.A. zaprasza do udziału w transmisji internetowej prezentacji wyników finansowych za III kwartał 2014 r.

Transmisja rozpocznie się w dniu 5 listopada (środa) o godz. 9.30 i będzie dostępna pod adresem:
http://gpwmedia.pl/mci/

Za jazdę autem i parkowanie w lesie grozi kara

0

Samochodem można poruszać się w lesie wyłącznie po drogach publicznych i państwowych oraz oznaczonych drogach leśnych – tak mówi ustawa o Lasach Państwowych.

Co więcej, samochodu nie wolno pozostawiać w przypadkowym miejscu w lesie. To nadleśnictwo wyznacza trasy oraz zatoczki do publicznego użytku i stosownie je oznacza. „Za niewiedzę lub zlekceważenie przepisów grozi mandat karny w wysokości do 500 zł” – przypomina w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Mateusz Bartkiewicz z Kancelarii Ostrowski i Wspólnicy.

Zakaz nie dotyczy pracowników leśnych, osób posiadających grunty rolne w okolicach lasów, właścicieli majątków z terenami leśnymi oraz funkcjonariuszy straży granicznej, pożarnej i pogotowia ratunkowego. Wyjątkiem objęci są również inwalidzi poruszający się pojazdami przystosowanymi do ich potrzeb.

Służby leśne, aby zmniejszyć liczbę osób nagminnie łamiących przepisy, instalują kamery w miejscach najbardziej uczęszczanych, np. przez grzybiarzy. Dlatego zanim wjedziemy do lasu, warto się upewnić, czy nie popełniamy przestępstwa, i skontaktować z nadleśnictwem lub urzędem gminy.

Dlaczego Amazon w Polsce robi trzydniowy weekend?

0

Pracownicy polskich centrów logistycznych koncernu Amazon będą pracować w dość nietypowym systemie 4 razy 10 godzin w tygodniu. – To kwestia oszczędności – tłumaczy w rozmowie z portalem Money.pl Tim Collins,  wiceprezes amerykańskiego koncernu, odpowiedzialny za operacje logistyczne w Europie.

W trzech magazynach w Polsce – dwa działają w Bielanach Wrocławskich, trzecie w Sadach pod Poznaniem – pracować będzie w sumie 4,5 tysiąca pracowników etatowych i – w okresie świątecznego boomu zakupowego kolejne 7,5 tysiąca robotników tymczasowych. Amazon zastosował dla nich nietypowy system pracy – 4 dni w tygodniu po 10 godzin.

– To bardzo nowatorskie rozwiązanie, ale bardzo praktyczne. Dzięki temu 40 godzin pracy tygodniowo nasi ludzie wyrabiają w cztery, a nie pięć dni – tłumaczy Tim Collins w rozmowie z Money.pl. – W efekcie mają kolejny bonus – trzydniowy weekend. Kto by tak nie chciał?

Wiceprezes największego amerykańskiego koncernu, zajmującego się e-handlem przyznaje jednak, że chodzi nie tylko o zadowolenie pracowników, ale i o bardzo wymierne oszczędności. Tym bardziej, że pracownicy dojeżdżają, lub są dowożeni do zakładów z miejscowości odległych nawet o 100 kilometrów.

– Taki system pracy to również niższe koszty transportu. Ludzie rzadziej jeżdżą do i z pracy, więc zużywają mniej paliwa i nie stoją w korkach – wyjaśnia Tim Collins. – Oszczędzają dwadzieścia procent kosztów i czasu dojazdów. Transport zbiorowy też jest oczywiście odpowiednio tańszy.

Pytany o falę strajków, jakie niemiecki związek zawodowy Ver.di zorganizował w pięciu z dziewięciu tamtejszych centrach logistycznych koncernu, Tim Collins bagatelizuje sprawę.  – To, co dzieje się w tej chwili w Niemczech, nie ma wpływu na funkcjonowanie sklepu, ani na tempo dostaw i dla klientów jest w zasadzie nieodczuwalne – wyjaśnia w rozmowie z Money.pl. – Protesty dotyczą bardzo niewielkiej grupy. Ponad 80 procent naszych niemieckich pracowników codziennie przychodzi do pracy i wypełnia swoje obowiązki.

Collins zapewnił, że nawet jeśli w Niemczech dojdzie do zapowiadanego, grudniowego strajku, nie odbije się to na polskich pracownikach. A czy w centach Wrocławiu i Poznaniu powstaną związki zawodowe? – Pracownicy mają możliwość zrzeszania się, tworzenia rad pracowniczych i innych form komunikowania się z kierownictwem – odpowiada Collins. – Przestrzegamy wszystkich praw pracowniczych, a komunikacja z załogą to podstawa.

M. Goliszewski: Uczeni podjęli decyzję pod presją jednostronnych publikacji

CEO Magazyn Polska

Zamiast ocenić treść pracy krytykowano wyrwane z kontekstu fragmenty – uważa Marek Goliszewski, którego praca doktorska nie została uznana przez Radę Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Prezes BCC odpiera też zarzuty dotyczące konfliktu interesów. – Uczeni ulegli napastliwym artykułom niektórych dziennikarzy – podkreśla Goliszewski.

W środę rada Wydziału Zarządzania UW odmówiła uznania pracy doktorskiej Marka Goliszewskiego.

Trudno mi uznać tę decyzję za sensowną, skoro komisja egzaminacyjna wyłoniona przez tę samą radę zarekomendowała radzie pozytywną ocenę dysertacji doktorskiej. Wydaje się, że uczeni ulegli napastliwym artykułom niektórych dziennikarzy z Gazety Wyborczej i podjęli taką decyzję, która ma negatywne reperkusje, chociażby przez to, że obserwują to studenci Wydziału Zarządzania, których uczy się podejmowania racjonalnych, mądrych i odważnych decyzji, a tutaj mają tego zaprzeczenie – mówi agencji Newseria Biznes Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club.

Jak podkreśla, tym samym zakwestionowano kompetencje i rzetelność profesorów Wydziału Zarządzania UW.

30 czerwca Marek Goliszewski obronił na Wydziale Zarządzania UW pracę doktorską pt. „Wpływy sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze”. W komentarzu opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” Jacek Żakowski skrytykował doktorat jako banalny i zarzucił promotorom pracy konflikt interesów. Marek Goliszewski jest bowiem członkiem Rady Przedsiębiorczości przy Wydziale Zarządzania.

To, że zaproszono mnie do Rady Biznesu Wydziału Zarządzania to była zbieżność, a nie konflikt interesów – zaznacza w rozmowie Marek Goliszewski. – Mieliśmy sobie wzajemnie pomóc. Ja, szukając miejsc w przedsiębiorstwach na staże dla studentów, miejsca pracy dla absolwentów. Wydział Zarządzania uwzględniał moje uwagi dotyczące programu nauczania, który jest niezbędny po to, żeby pracodawcy mieli wykwalifikowanych pracowników, a absolwenci mieli pracę.

Prezes BCC jako kłamstwo określa sugestie, że był sponsorem wydziału, że ktokolwiek tam dostał od niego pieniądze. Atakującym go publicystom zarzuca brak rzetelności.

Do mnie oprócz jednego telefonu nikt w tej sprawie z „Gazety Wyborczej” nie zadzwonił, natomiast codziennie ukazywały się atakujące artykuły, które nie podnosiły merytorycznie żadnych zarzutów, natomiast starały się oddziaływać na emocje ludzi, że, oto bogaty biznesmen kupił sobie doktorat – podkreśla prezes BCC. – Odbieram tę decyzję osobiście, ale bardziej z racji zawodu, który wykonuję, jako atak na ludzi gospodarki, na to, że w Polsce szerzy się fobia podejrzeń. Nie ufamy sobie wzajemnie, oskarżamy się, że jak ktoś się z kimś zna, to już musi być jakiś deal robiony, jakaś korupcja wchodzić w grę. To jest dla higieny naszego życia społecznego bardzo niedobre.

Jego zdaniem decyzja rady to efekt ataków medialnych niektórych dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Goliszewski zarzuca im, że krytykowane fragmenty pracy były wyrwane z kontekstu.

Publikacje kilku dziennikarzy, związanych ze środowiskiem lewicowym, niechętnym przedsiębiorcom, ludziom gospodarki w zasadzie odnosiły się tylko do fragmentów pracy, które miały sens wówczas, kiedy problem byłby analizowany całościowo. Nikt nie odniósł się do problemu, który jest w tej pracy zaznaczony – ubolewa autor.

Samą pracę doktorską Marka Goliszewskiego oceniano różnie: przeciwnicy mówili o niekonwencjonalnej formie, zwolennicy o nowatorskim ujęciu tematu.

Nie mnie oceniać naukowość tej pracy, zrobili to członkowie komisji egzaminacyjnej, dwóch recenzentów spoza Uniwersytetu, promotor i dlatego wnioskowali do rady wydziału, żeby tę pracę zaakceptować – mówi Marek Goliszewski. – Natomiast nikt z publicystów, którzy rozpętali tę nagonkę, nie podjął się dyskusji w sprawach najbardziej istotnych zawartych w tej pracy istotnych dla rozwoju społeczeństwa obywatelskiego.

W kolejnych rankingach będzie trudno o awans

Polska w prestiżowym rankingu Doing Business Banku Światowego znalazła się na 32 miejscu i ucieka regionalnym konkurentom.

Komentarz Krzysztofa Kajdy, dyrektora departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan

32. miejsce Polski w rankingu świadczy o tym, ze wciąż ponad 30 państw tworzy dla swoich przedsiębiorców lepsze warunki do prowadzenia działalności gospodarczej. Konfederacja Lewiatan uważa, że naszym celem powinno być przesunięcie się z czwartej do, co najmniej, drugiej dziesiątki państw w ciągu dziesięciu lat. Najgorzej wypadamy w kategoriach: uzyskiwania pozwoleń na budowę, dochodzenia należności na drodze sądowej i egzekucyjnej oraz rozliczania podatków. Jest to zbieżne z opiniami przedsiębiorców.

Opinie średnich i dużych przedsiębiorców w większym stopniu pokrywają się z tezami zawartymi w rankingu Doing Business aniżeli przedsiębiorców małych. Przykładem jest pozytywna ocena wystawiona przez Bank Światowy dostępowi do kredytów w Polsce, tymczasem mali przedsiębiorcy twierdzą, że owszem, ale tylko większym firmom łatwo jest uzyskać zewnętrzne finansowanie.

Konfederacja Lewiatan nie podziela optymizmu rządzących co do spodziewanego wzrostu notowań Polski w kolejnych rankingach. Zapowiadane pozytywne zmiany w prawie budowlanym , prawie restrukturyzacyjnym czy też prawie działalności gospodarczej mogą zostać zniweczone przez planowane przez rząd rozwiązania dotyczące m.in. podatków. Wpływ na to może mieć wprowadzenie, projektowanej w ordynacji podatkowe, klauzuli obejścia prawa, która ze względu na swoją ogólną i nieprecyzyjną konstrukcję oraz niezwykle niski próg stosowania, wymusi na podatnikach analizę większości zawieranych transakcji pod kątem zagrożenia zastosowania klauzuli. Pociągnie to za sobą zarówno konieczność poniesienia dodatkowych nakładów pracy, jak i kapitału. Wpływ na ryzyko i koszty prowadzenia działalności gospodarczej będzie mieć również planowane zmarginalizowanie znaczenia interpretacji indywidualnych prawa podatkowego. Pozycji Polski w tym rankingu na pewno nie poprawią działania zmierzające do zwiększenia obciążeń podatkowych, takie jak: opodatkowanie spółek komandytowo-akcyjnych, ograniczenie możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodów finansowania długiem oraz obejmowanie kolejnych rodzajów działalności obowiązkowym prowadzenia ewidencji przy zastosowaniu kas rejestrujących.

W obszarze egzekucji umów, gdzie od lat pozycja Polski jest niesatysfakcjonująca, zagrożeniem jest projekt nowelizacji ustawy o komornikach sądowych radykalnie ograniczający prawo wyboru komornika na terenie całego kraju. Ten projektowany eksperyment na całym systemie egzekucji może zaprzepaścić, wieloletnią pracę wielu środowisk zmierzającą do zwiększania atrakcyjności Polski, jako obszaru do inwestowania. Raport Banku Światowego pokazuje, że w Polsce, w kolejnych latach, powoli poprawiają się wskaźniki związane z dochodzeniem należności. Zmniejszenie wolności wyboru komorników wpłynie na spadek pozycji Polski w raporcie, a zatem również na zmniejszenie atrakcyjności kraju, jako miejsca do inwestowania. W raportach Banku Światowego i jego rankingach brane są bowiem pod uwagę wyłącznie realne udogodnienia dla wierzycieli w danym kraju, uzyskane m.in. na podstawie opinii i ankiet prowadzonych wśród przedsiębiorców, w tym wierzycieli.

Konfederacja Lewiatan

10 priorytetów dla nowej Komisji Europejskiej

Odbudowa konkurencyjności Europy jest kluczem do zmniejszenia bezrobocia – to główne przesłanie dla nowej Komisji Europejskiej (KE). Listę priorytetów europejskiego biznesu ogłosiło wczoraj BUSINESSEUROPE, największa organizacja pracodawców w UE.

Na liście 10 priorytetów i 10 działań koniecznych do podjęcia przez nową KE już w pierwszym roku funkcjonowania wskazano przede wszystkim na poprawę klimatu inwestycyjnego w Europie i pobudzenie przedsiębiorczości, co powinno przyczynić się do powstania nowych miejsc pracy.

– Europa znajduje się na rozdrożu, a zarazem na początku nowego cyklu politycznego. Jean- Claude Juncker powinien nadać wyraźny priorytet konkurencyjności, mądrze ukierunkowanemu inwestowaniu i nalegać na reformy. To najlepszy sposób, by zmniejszyć skalę bezrobocia, które dziś dotyczy 25 mln Europejczyków – powiedziała Emma Marcegaglia, prezydent BUSINESSEUROPE.

Środowisko pracodawców skupionych w BUSINESSEUROPE stawia na przemysł.
– Podczas rozmów z przedstawicielami administracji brukselskiej podkreślamy, że wzrost udział przemysłu w unijnym PKB do 20 proc. w perspektywie kolejnych sześciu lat mógłby zaowocować stworzeniem setek tysięcy nowych miejsc pracy – dodała dr Anna Kwiatkiewicz, dyrektor Biura Lewiatana w Brukseli.

Wśród 10 priorytetów dla nowej Komisji Europejskiej znalazły się:

1. Skupienie się na lepszej koordynacji działań wszystkich komisarzy i uznanie konkurencyjności za priorytet przy tworzeniu nowych propozycji legislacyjnych – począwszy od pierwszego dnia urzędowania.
2. Przedstawienie zapowiedzianego europejskiego planu inwestycyjnego, zapewnienie lepszego dostępu do finansowania i efektywnej unii bankowej.
3. Zwiększenie udziału przemysłu w wytwarzaniu unijnego PKB do poziomu minimum 20 proc. przed 2020 rokiem.
4. Przedstawienie elastycznego pakietu polityki energetycznej i klimatycznej UE 2030, który będzie można dostosować do wyniku negocjacji światowego szczytu klimatycznego w Paryżu w 2015 roku. Reforma unijnego systemu sprzedaży uprawnień po 2020 roku skierowana na utrzymanie przemysłu w Europie.
5. Prace na rzecz sfinalizowania ambitnego Porozumienia w Dziedzinie Handlu i Inwestycji ze Stanami Zjednoczonymi (ang. TTIP) z uwzględnieniem odpowiedniego mechanizmu dla ochrony inwestycji.
6. Kontunuowanie przeglądu strategii Europa 2020 i poprawa koordynacji polityki gospodarczej.
7. Znalezienie odpowiedniej równowagi pomiędzy ochroną prywatności obywateli a swobodą przepływu danych, przy określaniu długofalowej strategii dla jednolitego rynku cyfrowego.
8. Zbudowanie kompromisu w sprawie europejskich ram dla reform rynku pracy w krajach członkowskich, które doprowadzą do zwiększenia wzrostu i tworzenia nowych miejsc zatrudnienia.
9. Przygotowanie propozycji legislacyjnych w oparciu o zasadę lepszego stanowienia prawa oraz ocenę skutków, w tym uwzględnienie efektu kumulowania się przepisów.
10. Określenie kompleksowej wizji kierunku, w którym powinna zmierzać Unia do 2020 roku.

Polska coraz bardziej przyjazna biznesowi

Polska zajęła 32. miejsce w zestawieniu 189 państw ocenianych pod kątem łatwości prowadzenia prywatnych firm. Z rankingu Banku Światowego Doing Business na 2015 r. wynika, że ułatwienia poprawiające klimat biznesowy w naszym kraju  zapewniają Polsce status lidera Europy Środkowo-Wschodniej.

Polska znalazła się w tegorocznym rankingu Banku Światowego tuż za Francją i przed Hiszpanią, wyprzedając pozostałe gospodarki centralnej Europy (Czechy, Słowację i Węgry). Pierwsze miejsce na świecie zajął Singapur,  tuż za nim uplasowały się Nowa Zelandia, Hongkong i Dania.

Raport Doing Business na 2015 r. wskazuje, że w Polsce jest coraz łatwiej założyć nową firmę (np. dzięki zniesieniu wymogu rejestracji działalności gospodarczej w Państwowym Inspektoracie Pracy), uproszczono też np. przekazywanie majątku (dzięki wprowadzeniu procedur umożliwiających załatwienie formalności on-line oraz obniżeniu płatności notarialnych). Ponadto Bank Światowy odnotował  ułatwienia w handlu transgranicznym oraz pozyskiwaniu zezwoleń na budowę, a także zmniejszenie kosztów pozyskiwania energii elektrycznej.

Wysoka pozycja Polski w najnowszym raporcie Doing Business jest odzwierciedleniem naszych działań, ograniczających bariery administracyjne – ocenił minister finansów Mateusz Szczurek.Przypomnę, że dwa lata temu jedną z głównych konkluzji raportu Banku Światowego było stwierdzenie, że Polska najszybciej na świecie przeprowadza reformy ułatwiające prowadzenie biznesu. Ten proces cały czas jest kontynuowany,  co widać w tegorocznym rankingu. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że zostało jeszcze sporo do zrobienia – stąd zapowiedzi zmian w expose Pani Premier, które będziemy systematycznie wprowadzać – dodał minister.

W kategorii „handel transgraniczny” Polska awansowała w stosunku do ubiegłego roku o 5 pozycji. W raporcie doceniono zwłaszcza skrócenie odprawy towarów w portach morskich do jednego dnia, co jest bardzo dobrym wynikiem w porównaniu z wieloma innymi krajami. Aby to osiągnąć, Służba Celna, uwzględniając specyfikę odpraw morskich, wdrożyła nową usługę „odprawę przed przybyciem”. Daje ona przedsiębiorcom możliwość przekazania w zgłoszeniu celnym informacji dotyczących przesyłki jeszcze przed dostarczeniem towaru, co znacząco przyspiesza odprawę celną. Jest to element zainicjowanego przez Służbę Celną rozwiązania w polskich portach morskich, polegającego na przeprowadzeniu wszystkich czynności urzędowych, niezbędnych do dopuszczenia towaru do obrotu (przez wszystkie służby), w ciągu 24 godzin od momentu przedstawienia towaru do kontroli granicznej (projekt porty24). Służba Celna także koordynuje ten projekt.

Jest to kolejna zewnętrzna, pozytywna ocena działań Służby Celnej po październikowym raporcie Komisji Europejskiej w ramach programu „Eurobarometr”, dotyczącym elektronicznych usług. Polska Służba Celna zajęła tam pierwsze miejsce w kategorii wpływu usług elektronicznych na uproszczenie procedur celnych oraz w kategorii spowodowania obniżenia kosztów funkcjonowania przedsiębiorstw.

Służba Celna konsekwentnie wdraża nowe usługi i ułatwienia dla przedsiębiorców, a tym samym sprzyja rozwojowi gospodarczemu kraju.

Umowa ws. automatycznej wymiany informacji finansowych

Wymianę informacji podatkowych oraz wprowadzenie skutecznych narzędzi przeciwdziałających transgranicznym oszustwom podatkowym i unikaniu opodatkowania na poziomie europejskim zakłada porozumienie Competent Authority Agreement (CAA), podpisane przez ministra finansów Mateusza Szczurka 29 października br. w Berlinie przy okazji corocznego spotkania Global Forum on Transparency and Exchange of Tax Information.

Competent Authority Agreement (CAA) to wielostronne porozumienia właściwych władz odpowiedzialnych za wymianę informacji podatkowych i zobowiązanie do  przeprowadzenia w krajowych systemach prawnych zmian, wdrażających procedury Common Reporting Standard (CRS). Działania te mają umożliwić pozyskiwanie informacji z instytucji finansowych w stosunku do rachunków zidentyfikowanych przez nie jako prowadzone dla nierezydentów lub podmiotów przez nie kontrolowanych.

Deklaracja 46 państw i terytoriów, w tym Polski (tzw. grupa Early Adopters), dotycząca priorytetowego wprowadzenia nowych standardów wymiany informacji, została podjęta podczas ubiegłorocznego Global Forum w Dżakarcie.

Poparcie przez G20 sfinalizowanego w ramach OECD standardu automatycznej wymiany informacji finansowych dla celów podatkowych (Common Reporting Standard – CRS), przewidującego identyfikację i raportowanie przez krajowe instytucje finansowe informacji o rachunkach nierezydentów innych państw, bazuje na rozwiązaniach przewidzianych w FATCA. Porozumienie ma na celu jak najszersze rozpropagowanie tego standardu, również w krajach niebędących członkami OECD, uznawanych powszechnie za raje podatkowe, tak aby stał się on skutecznym narzędziem zwalczania i eliminowania transgranicznych oszustw podatkowych i uchylania się od opodatkowania.

Podpisanie przez ministra Szczurka porozumienia CAA wpisuje się w działania Polski popierające zmiany zachodzące w systemie wymiany informacji podatkowych oraz wprowadzających skuteczne narzędzia zwalczające i eliminujące transgraniczne oszustwa podatkowe i unikanie opodatkowania na poziomie europejskim. Działania te, wraz z umową FATCA oraz finalizacją prac w Radzie UE nad zmianą dyrektywy o współpracy administracyjnej, będą stanowić podstawę do prac nad zmianami w ustawodawstwie krajowym, zmierzającymi do wdrożenia międzynarodowych zobowiązań.

Szybka realizacja standardu CRS przez zaangażowane państwa będzie stanowić polityczny impuls do przystępowania do tej formy współpracy również innych państw – stron Konwencji o wzajemnej pomocy administracyjnej w sprawach podatkowych z 1988 r., stanowiącej  formalną podstawą dla zawarcia porozumienia CAA.

NIK kontroluje Pocztę Polską

Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła kontrolę dostępności usług pocztowych. Izba sprawdzi, jak Poczta Polska SA wykonuje zadania operatora wyznaczonego do świadczenia powszechnych usług pocztowych. W ramach kontroli NIK przygotowała na stronie Izby (nik.gov.pl) anonimową ankietę dla wszystkich klientów poczty. 

Przesyłki listowe i paczki pocztowe powinny być dostarczane co najmniej w każdy dzień roboczy i nie mniej niż przez 5 dni w tygodniu. NIK sprawdzi, czy placówki pocztowe wywiązują się z tego obowiązku. Kontrolerzy Izby w szczególny sposób przyjrzą się doręczaniu listów poleconych i paczek.

Poprzednia kontrola NIK (w 2011 roku) wykazała, że dostęp do usług świadczonych przez Pocztę Polską S.A. pozostawał ograniczony. Jedynie 20 urzędów pocztowych w kraju prowadziło działalność przez całą dobę. W większości przypadków placówki pocztowe były czynne w miastach od godz. 8.00 do 18.00, a na obszarach wiejskich jeszcze krócej, bo od godz. 8.00 do 15.00.

Jednym z głównych problemów Poczty Polskiej był fakt, że listonosze zbyt często, zamiast dostarczać paczki i listy polecone, pozostawiali w skrzynkach awiza. Taka praktyka  przerzucania ciężaru odbioru przesyłek na klientów i pracowników placówek pocztowych powodowała wydłużenie kolejek i czasu obsługi.

NIK sprawdzi, czy w tym zakresie nastąpiła poprawa usług.

Dostępność usług pocztowych jest jednym z wyznaczników warunków życia obywateli, dlatego NIK postanowiła w ramach tej kontroli poznać opinie konsumentów na temat jakości usług świadczonych przez Pocztę Polską SA. W tym celu Izba opracowała internetową ankietę, która pozwoli na uzyskanie informacji, czy usługi pocztowe świadczone przez spółkę spełniają oczekiwania klientów oraz czy w ostatnich trzech latach nastąpiła poprawa obsługi. Ankieta jest całkowicie anonimowa. Opinie klientów Poczty Polskiej będą pomocne przy formułowaniu zaleceń pokontrolnych NIK.

Goldman Sachs: Na rynku walutowym euro będzie tanieć, dolar drożeć, a złoty pozostanie stabilny

CEO Magazyn Polska

Na rynku walutowym w najbliższych miesiącach euro powinno się osłabiać, a dolar umacniać. Analitycy największych wahań oczekują na rynkach wschodzących. Złoty jednak będzie należał do stabilnych walut.

Mocnym wahaniom mogą ulegać kursy tureckiej liry czy południowoafrykańskiego randa – prognozują stratedzy Goldman Sachs. Największy wpływ na rynek walutowy będzie miała jednak zmiana polityki pieniężnej, jaka dokonuje się właśnie w strefie euro i USA.

– Kurs euro do dolara będzie się zmieniał – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Magdalena Polan, główna ekonomistka ds. Europy Środkowo-Wschodniej banku Goldman Sachs. – Niedawno zmieniliśmy naszą perspektywę długoterminową kursu euro i dolara w kierunku wzmocnienia dolara i osłabienia euro z powodu rozjeżdżających się kierunków polityki monetarnej, czyli wyższych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych i niższych w Europie.

Stratedzy banku Goldman Sachs prognozują, że w perspektywie 2-3 lat dolar zrówna się wartością z euro. Polski złoty na tym tle ma być bardzo stabilną walutą.

– Złoty nie powinien być bardzo czuły ani na zmiany stóp procentowych za granicą, których i tak za bardzo nie oczekujemy, ani na wiadomości o tym, co się dzieje w Rosji i na Ukrainie – ocenia Magdalena Polan. – Złoty trochę wyprzedał się na tych wiadomościach w lecie w tym roku, ale to były bardzo małe zmiany.

Osłabienie złotego widoczne było głównie do dolara, gdzie od początku roku polska waluta straciła ponad 9 proc., podczas gdy do euro zaledwie nieco ponad 1,5 proc.

Na tle innych rynków wschodzących polska gospodarka radzi sobie względnie dobrze. Bezrobocie spada, PKB rośnie i mimo że ani ten spadek, ani wzrost nie są imponujące, inwestorzy doceniają ich dynamikę. Według Goldman Sachs kurs złotego będzie się zmieniał, ale tylko w pewnym przedziale.

– Oczekujemy więc, że będzie w miarę stabilny –  uważa główna ekonomistka banku ds. Europy Środkowo-Wschodniej. – Zdecydowanie bardziej stabilny, jeżeli pomyślimy o innych walutach, niż kursy walutowe krajów, gdzie ciągle jest dużo do zrobienia w dziedzinie ograniczenia deficytu obrotu rachunków bieżących, zrównoważenia gospodarki czy ograniczenia wzrostu długu zagranicznego. Na przykład w takich krajach, jak Turcja, Republika Południowej Afryki czy nawet Węgry.

Analitycy zwracają uwagę na tzw. „fragile five”, czyli o „delikatną piątkę” państw, które są bardziej czułe na to, co się dzieje na świecie, wymieniają tu takie kraje, jak Brazylia, Indonezja, Indie.

– Ciągle myślimy o tym, że Turcja i lira turecka jest w miarę wrażliwa na to, co się dzieje na zewnątrz Turcji i na rynku globalnych stóp procentowych, a także na to, co dzieje się w ich własnej polityce makroekonomicznej – zwraca uwagę Magdalena Polan z banku Goldman Sachs. – Oczekujemy też dużych zmian na rynku randa, czyli w Afryce Południowej. Widzimy ryzyko dla innych walut na rynkach wschodzących, które nie dokończyły tego dostosowania zewnętrznego.

Koniec roku będzie trudny dla ubezpieczycieli. W perspektywie kilku lat ich zyski jednak będą rosły

CEO Magazyn Polska

Kondycja polskich firm ubezpieczeniowych jest dobra, ale ich zyski trudno uznać za imponujące. Na tym tle pozytywnie wyróżnia się PZU. Końcówka roku jednak zapowiada się gorzej i dla branży, i dla największego polskiego ubezpieczyciela. Pozytywne dla branży są prognozy kilkuletnie.

Jak podała Komisja Nadzoru Finansowego, zysk netto polskich firm ubezpieczeniowych w I półroczu przekraczał 4,4 mld zł i był o ponad 33,4 proc niższy niż przed rokiem.

O ponad 31 proc., do 1,8 mld zł, wzrósł w tym czasie zysk netto osiągnięty dzięki ubezpieczeniom na życie. Zysk netto, jaki branża osiągnęła na ubezpieczeniach majątkowych, był wprawdzie wyższy i przekraczał 2,5 mld zł, jednak w porównaniu z poprzednim rokiem spadł on o ponad 50 proc.

Drugie półrocze także nie powinno przynieść przełomu.

– Jeżeli koncentrujemy się na tym najbliższym okresie, to, niestety, sytuacja nie wygląda aż tak różowo – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Iza Rokicka, analityk Ipopema Securities. – W najlepszym wypadku należy oczekiwać stabilizacji rynku, niewykluczone jednak, że może on nieznacznie spaść. Widać na rynku dość dużą presję na cenę ubezpieczeń.

O ile najbliższe miesiące nie zapowiadają się dla polskich ubezpieczycieli przełomowo, perspektywy na dalszą przyszłość, kolejne trzy do pięciu lat, wyglądają znacznie lepiej.

– Wydaje się, że polski rynek ubezpieczeń ma perspektywy wzrostu – ocenia analityk Ipopema Securities. – Tak zwane wskaźniki penetracji, czyli wskaźniki opisujące, jakie jest pokrycie produktami ubezpieczeniowymi w Polsce, znajduje się na relatywnie niskich poziomach względem krajów europejskich. Tu perspektywy są jak najbardziej pozytywne.

Na warszawskiej giełdzie notowany jest tylko jeden polski ubezpieczyciel, ale za to największy – PZU. Zysk netto Grupy PZU po I półroczu wyniósł 1,7 mld zł i był o 2,7 proc. wyższy niż przed rokiem.

Rzeczywiście, na chwilę obecną spółka przy spadających stopach procentowych i rosnących cenach obligacji bardzo ładnie zarabia w takim otoczeniu – uważa Iza Rokicka. – Nie oczekuję, żeby tutaj sytuacja się zmieniła, na przykład przy okazji publikacji wyników za trzeci kwartał.

PZU opublikuje raport finansowy za III kwartał 13 listopada. W kolejnych miesiącach jednak, jak mówi Iza Rokicka, po całej branży ubezpieczeniowej zbyt wiele oczekiwać już nie należy. Wyniki za II półrocze będą gorsze niż za pierwsze sześć miesięcy.

– W PZU prawdopodobnie [będą] nieco gorsze niż to miało miejsce w pierwszym półroczu – podkreśla Iza Rokicka z Ipopema Securities. – Szczególnie gorszego wyniku spodziewałabym się  w czwartym kwartale, wtedy sezonowo jest on obciążony wyższymi rezerwami, wyższymi kosztami i na tym cierpi zysk netto.

Choć wyniki branży nie imponują, a perspektywy kolejnych miesięcy są słabe, spadków cen akcji PZU na giełdzie oczekiwać raczej nie należy. Dopóki rentowności obligacji skarbowych są niskie, a więc ceny wysokie, akcje ubezpieczyciela pozostaną atrakcyjne.

– Kurs akcji moim zdaniem jest bardzo mocno skorelowany z wynikiem działalności inwestycyjnej PZU, a ten z kolei bardzo mocno skorelowany jest z zachowaniem się rynku obligacji – prognozuje analityk Ipopema Securities. – Więc dopóki rynek obligacji będzie stabilny czy też dalej rosnący, dopóty nie spodziewałabym się korekty na wycenie akcji PZU. Z chwilą kiedy rentowności zaczną rosnąć, z dużym prawdopodobieństwem odbije się to też negatywnie na wycenie akcji PZU.

Z punktu widzenia analizy technicznej WIG20 jest w trendzie spadkowym. Ostatnie wzrosty to tylko korekta

CEO Magazyn Polska

Ostatnie niewielkie wzrosty indeksu WIG20 to nie jest zmiana trendu – ocenia Przemysław Smoliński, analityk techniczny DM PKO BP. Niektóre spółki radzą sobie całkiem dobrze, ale te największe, nawet jeśli chwilowo rosną, nie przełamały tendencji spadkowych. Z punktu widzenia analizy technicznej następnych kilka tygodni przyniesie kilkuprocentowy spadek indeksu.

– Cały czas oczywiście można spodziewać się ruchu w górę, natomiast w obecnej chwili należy go interpretować w kategoriach korekcyjnego odbicia, a nie zmiany tendencji na wzrostową. Ta tendencja w horyzoncie najbliższych dni, tygodni cały czas jest spadkowa – mówi Przemysław Smoliński.

Zdaniem analityka spadki w pesymistycznym scenariuszu mogą sięgnąć nawet 10 proc., ale bardziej prawdopodobne jest 5 proc.

Rynek utrzymują głównie duże spółki. Jedną z nich jest Asseco Poland, która od połowy października podrożała o ponad 5 proc. i ma szanse kontynuować kilkumiesięczny trend wzrostowy. Nieco gorzej w ostatnim tygodniu wypadło PZU, ale długookresowo spółka ta też pozostaje w trendzie wzrostowym.

Na razie nie pojawiły się sygnały zakończenia tego trendu, a wręcz odwrotnie. Przy spadkach, które objęły większość rynku, te spółki zachowują się relatywnie najsilniej. W związku z tym można przewidywać, że cały czas popyt na tych spółkach jest aktywny i w dalszym ciągu te wzrosty będą kontynuowane.

Z drugiej strony są największe spółki WIG20 – jak KGHM czy Pekao SA – na razie rozczarowują, mimo że na ostatnich sesjach ich kursy lekko rosły. To długo nie potrwa – ocenia Smoliński.

– Raczej ten ruch należy odczytywać jako ruch korekcyjny. Nie zdziwiłbym się, gdyby w ciągu najbliższych dni pojawiły się sygnały sprzedaży i były kontynuowane spadki z ostatnich tygodni.

Analityk podobnie ocenia sytuację Kernela, który dość silnie rośnie od połowy października, choć od końca czerwca straciła jedną czwartą wartości. Według niego ostatnie wzrosty to także krótkoterminowa korekta.

Biorąc pod uwagę wcześniejsze, dosyć silne spadki tej spółki, to cały czas w średnim czy w dłuższym horyzoncie obowiązuje scenariusz spadkowy – podsumowuje Smoliński.

Ronson podtrzymuje prognozę sprzedaży mieszkań na 2014 rok. W kolejnym chce zwiększyć ich liczbę o 30 proc.

CEO Magazyn Polska

Ronson może przekroczyć tegoroczny plan sprzedaży mieszkań, zakładający zbycie 650 lokali. Do połowy października wykonał go już niemal 90 proc. Rok 2015 ma przynieść 30-proc. wzrost. Co więcej, zaczynają się sprzedawać mieszkania o 15-20 mkw. większe niż w poprzednich, chudych latach.

W pierwszym półroczu 2014 roku deweloperzy sprzedali 40 proc. więcej mieszkań niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Dane GUS-u wskazują, że wzrosła też liczba wydanych zezwoleń na budowę (o 44,6 proc.) i rozpoczętych budów mieszkań – o ponad 50 proc. Ronson, notowany na GPW deweloper, działający głównie na rynkach warszawskim, poznańskim i wrocławskim, już sprzedał tyle mieszkań, ile w rekordowym do tej pory ubiegłym roku.

W tym roku sprzedaliśmy już 570 mieszkań, czyli dokładnie tyle, ile w całym 2013 roku. Plan na ten rok to 650 lokali i na pewno go zrealizujemy, być może nawet z nadwyżką. W 2015 roku zadanie mamy bardziej ambitne i chcemy osiągnąć wynik 850 mieszkań – mówi agencji informacyjnej Newseria Andrzej Gutowski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Ronson Development.

Większa sprzedaż mieszkań nie oznacza jednak, że rośnie stopień zamożności Polaków. Banki chętniej niż jeszcze kilka lat temu udzielają kredytów, niższe oprocentowanie przyciąga też coraz więcej klientów. Część osób decyduje się na zakup lokali z racji niskich stóp procentowych. Rentowność wynajmu mieszkań, w zależności od miast, może wynieść 8-10 proc.

Wpływ na rynek ma też program Mieszkanie dla Młodych. Zachęca on część osób do działania, czyli zakupu swojego pierwszego mieszkania – tłumaczy ekspert.

Program ze względu na obowiązujące limity spowodował niewielki wzrost cen mieszkań, 1,7-2,5 proc. w części większych miast (dane firmy Reas). W Warszawie MdM miał niewielki wpływ na rynek. W stolicy 10-15 proc. mieszkań na rynku mieści się w limicie, który kwalifikuje je do programu MdM (6,5 tys. zł przy średniej cenie dla rynku 7,5 tys. zł). Także we Wrocławiu program nie wpłynął znacząco na sytuację na rynku (5 tys. zł limitu przy średniej ok. 6 tys. zł).

Dużo wyższy procent takich mieszkań znajduje się na rynku poznańskim czy trójmiejskim z limitem ponad 5 tys. Tu duża część rynku kwalifikuje się do programu MdM. W związku z tym to tam on ma niebagatelne znaczenie – zaznacza Gutowski.

Preferencje mieszkaniowe Polaków od kilku lat utrzymują się na zbliżonym poziomie. Największym zainteresowaniem cieszą się niewielkie (45-50 mkw.) mieszkania, przeważnie 2-pokojowe. Jak jednak podkreśla Gutowski, coraz częściej kupowane są lokale nieco większe, 2- lub 3-pokojowe, o powierzchni do 60 metrów. Deweloper koncentruje się na rynku stołecznym, coraz intensywniej inwestuje także w Poznaniu.

Aktualnie najważniejszym naszym rynkiem jest Warszawa. Na wicelidera wyrasta zdecydowanie Poznań, gdzie prowadzimy w tej chwili już 3 inwestycje, poszukujemy też w tym mieście kolejnych działek do zakupu – zaznacza Gutowski.

Dodaje, że wpływ na sytuację na rynku mieszkań miała ustawa deweloperska, choć nie odbiła się na największych przedsiębiorstwach. Wprowadziła ona obowiązek posiadania przez deweloperów funduszy powierniczych dla swoich inwestycji. W związku z tym na rynku utrzymały się firmy, które profesjonalnie zajmowały się budową i sprzedażą lokali użytkowych, zniknęły zaś te półamatorskie. Jak podkreśla Gutowski, ustawa ucywilizowała branżę.

– Nastąpiła swego rodzaju konsolidacja rynku. Sporo firm wypadło z rynku między innymi dzięki temu, że ustawa zaczęła funkcjonować – ocenia ekspert z Ronson Development.

Za 4-5 lat Polska może uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu

CEO Magazyn Polska

W ciągu 4-5 lat Polska będzie mogła zdecydowanie zdywersyfikować dostawy gazu – ocenia prof. Marek Ziółkowski, przewodniczący senackiej Komisji Gospodarki Narodowej. Warunkiem jest rozbudowa infrastruktury – chodzi nie tylko o terminal LNG, lecz także o interkonektory łączące Ukrainę, Polskę i cały region z krajami zachodu. Jednym z kluczowych projektów takiego tranzytowego połączenia jest gazociąg Bernau-Szczecin, którym mogłoby płynąć nawet 5 mld m³ gazu rocznie. I to w obu kierunkach, stwarzając tym samym możliwości eksportowe dla terminalu LNG.

Sytuacja na rynku gazu i dywersyfikacja dostaw surowca były najważniejszymi tematami środowego posiedzenia Komisji Gospodarki Narodowej w Senacie.

Trzeba po pierwsze zbudować infrastrukturę, czyli połączyć się z innymi sieciami gazowymi, co da możliwość sprowadzania gazu z różnych kierunków. Potem muszą być możliwości magazynowania i liberalizacja cen gazu – wymienia prof. Marek Ziółkowski, przewodniczący senackiej Komisji Gospodarki Narodowej w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – W horyzoncie 4-5 lat, czyli ok. 2018-2019 roku, większość tych projektów będzie już zrealizowana.

Dziś zapotrzebowanie na gaz wynosi w Polsce ok. 15 mld m³. Z tego 4 mld pochodzą z zasobów własnych, a 11 mld – z importu, głównie z Rosji. Szacuje się, że do 2020 roku konsumpcja surowca może wzrosnąć do ok. 20 mld m³, dlatego tak istotne – według ekspertów – jest poszukiwanie alternatywnych źródeł dostaw. Na razie sprowadzanie większych ilości gazu z Zachodu jest niemożliwe ze względów infrastrukturalnych. Kluczowe dla poprawy sytuacji na rynku gazu w Polsce będzie uruchomienie terminalu LNG w Świnoujściu oraz budowa interkonektorów między Ukrainą, Polską a sąsiednimi krajami: Litwą, Słowacją, Czechami i Niemcami. Pozwoli to na włączenie Ukrainy oraz Polski do europejskiego systemu gazowego, a z Polski uczyni ważny kraj tranzytowy, wzmacniając naszą rolę i pozycję, a tym samym zwiększając bezpieczeństwo energetyczne (ok. 40-proc. wzrost ilości gazu transportowanego polską siecią).

Na korzyści połączenia z europejskim systemem przesyłowym wskazuje także inwestor gazociągu Bernau-Szczecin, spółka Polenergia.

Połączenie to daje nam możliwości zakupu gazu w ilości 3 mld m³ z kierunków niezależnych od rosyjskiego, z możliwością rozbudowy tych przepustowości o kolejne 2 mld. W związku z tym możliwe byłoby pozyskanie 5 mld m³ gazu niezależnie od kierunku rosyjskiego. Buduje to również znaczną poprawę konkurencyjności cenowej gazu z uwagi na możliwość jego zakupu na rynku niemieckim, gdzie ceny są niższe – podkreśla Zbigniew Prokopowicz, prezes Polenergii.

Spółka zapewnia, że projekt mógłby być gotowy w 2019 roku. Realizacja inwestycji w tym terminie zdecydowanie wzmocniłaby pozycję PGNiG w przyszłych negocjacjach z Gazpromem na temat dostaw i cen gazu po wygaśnięciu obecnego kontraktu.

Proponowany przez Polenergię gazociąg byłby częścią korytarza Zachód-Wschód, włączającego w europejski rynek gazu również Ukrainę. Jak podkreśla Prokopowicz, projekt miałby duże znaczenie nie tylko dla bezpieczeństwa energetycznego Polski, lecz także całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Gazociąg miałby dostęp do surowca z Morza Północnego, czyli do systemu europejskiego, w którym gazu rosyjskiego jest zaledwie ok. 12 proc. Oznacza to rzeczywistą dywersyfikację i uniezależnienie od strony rosyjskiej.

Dzisiaj, w przypadku problemów z dostawą gazu z kierunku wschodniego, Polska może korzystać z rewersu na Gazociągu Jamalskim. Jednak tam płynie gaz rosyjski, a do rewersu niezbędna jest zgoda Gazpromu. Dodatkowym elementem zabezpieczającym polskie interesy jest zakaz sprzedaży interkonektora przez 10 lat, a po tym okresie pierwszeństwo jego zakupu przez polską spółkę Gaz-System.

Projekt ma już zabezpieczone wszystkie pozwolenia na budowę. Mamy również podpisane umowy z operatorami przesyłowymi na terenie Niemiec, które pozwalają na wyprowadzenie 5 mld m³ gazu z Niemiec do Polski, jak również na wprowadzenie do Niemiec 3 mld m³ – wyjaśnia Prokopowicz.

Taka inwestycja stwarza też dodatkowe możliwości dla polskiego gazoportu w Świnoujściu. Skroplony gaz mógłby być transportowany przez połączenie Bernau-Szczecin do odbiorców w Niemczech czy poprzez europejską sieć przesyłową do innych krajów europejskich. Dlatego zdaniem ekspertów budowa gazoportu i interkonektorów to projekty uzupełniające się, a moce przesyłowe gazoportu LNG mają w umowach zagwarantowane pierwszeństwo przesyłu.

Instytut Sobieskiego: zakup przez PGNiG udziałów w złożach norweskich może zwiększyć wartość spółki

CEO Magazyn Polska

Kupno za blisko 1 mld zł przez PGNiG udziałów w czterech złożach na Norweskim Szelfie Kontynentalnym zwiększy – zdaniem eksperta Instytutu Sobieskiego – bezpieczeństwo energetyczne Polski. Ponadto rzeczywista cena inwestycji wyniesie niecałe 550 mln zł, ponieważ spółka zaliczy na poczet transakcji zyski ze sprzedaży ropy i gazu, licząc od 1 stycznia 2014 r. Dzięki transakcji spółka powiększy zasoby własne gazu, będzie mieć dostęp do nowoczesnych technologii, a nadwyżki błękitnego paliwa będzie mogła sprzedać za granicą.

Dla samego przedsiębiorstwa transakcja jest istotna z uwagi na to, że jest to dość rentowna część działalności, na której tego typu spółki mogą zwiększać swoją wartość, jeżeli chodzi o portfel inwestycji oraz dochody – tłumaczy Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Transakcja oznacza wejście w jeszcze większym zakresie na rynki zagraniczne, w interakcję z innymi firmami, które już na tych złożach działają. Oprócz korzyści inwestycyjnych, finansowych jest to również zdobywanie większego know-how i dostęp do nowoczesnych technologii.

Spółka PGNiG Upstream International kupiła udziały w czterech złożach na Norweskim Szelfie Kontynentalnym: w trzech złożach produkcyjnych oraz w jednym w fazie zagospodarowania. Wydobycie z tych złóż (w części PGNiG) jest szacowane na poziomie ok. 320 tys. ton ropy naftowej i 90 mln m sześc. gazu ziemnego. Dzięki temu produkcja poza granicami kraju wzrośnie o ok. 60 proc., a zwiększony poziom wydobycia ropy będzie możliwy do utrzymania przez kolejne 10 lat – poinformowali przedstawiciele PGNiG.

Z krajowego punktu widzenia transakcja pozwoli PGNiG zwiększyć zasoby własne gazu, które firma będzie mogła sprzedać na rynku krajowym bądź za granicą.

Transakcja jest także ważna z uwagi na znaczenie spółki dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Polski – przekonuje Zajdler. – PGNiG będzie w większym zakresie gwarantem tego bezpieczeństwa.

To, jak szybko nastąpi zwrot z inwestycji – zdaniem Roberta Zajdlera – zależy od polityki inwestycyjnej przedsiębiorstwa, jednak już teraz widać, że inwestycja ma potencjał. Ekspert podkreśla, że wartość wynegocjowanej ceny za udziały w złożach wynosi ok. 1 mld zł, ale rzeczywisty wypływ gotówki z PGNiG w związku z inwestycją będzie stanowił niewiele więcej niż połowę tej kwoty. Jest to wynik tegorocznego wydobycia, które zostanie zaliczone na poczet kosztów złoża.

Na zwrot z inwestycji w dużej mierze będzie miała wpływ również chłonność rynków europejskich – tłumaczy Zajdler. – W tej chwili jest pewna nadpodaż gazu, która dość mocno wpływa na to, że błękitne paliwo tanieje.

Wybór złóż norweskich – zdaniem eksperta Instytutu Sobieskiego – był dobry. Spółka musiała wziąć pod uwagę zarówno stabilność prawną oraz fiskalną oferenta, jak i odległość od rynków zbytu.

Norwegia jest stabilnym państwem do tego rodzaju działalności, chodzi przede wszystkim o system prawny i obciążenia podatkowe, co z punktu widzenia spółki ma istotne znaczenie, gdyż gwarantuje pewną przewidywalność – tłumaczy Robert Zajdler. – Z punktu widzenia miejsca też ma znaczenie, dlatego że rynkiem zbytu dla gazu prawdopodobnie będą państwa europejskie. Bliskość produkcji i konsumpcji będzie miała wpływała na możliwości sprzedaży oraz koszty transportu.

PGNiG zapewnia, że kupno udziałów w złożach norweskich nie wpłynie na program inwestycyjny przedsiębiorstwa w Polsce.

Znaczna część kosztów tej inwestycji będzie pokrywana niejako z przyszłych zysków z wydobycia tego gazu – mówi Zajdler. – A zatem tak naprawdę środki, jakie spółka przeznacza na to, są w jakiejś części niezależne od tych, jakie ma na wydobycie gazu na terytorium Polski.

Parlamentarzyści apelują o zakup okrętów podwodnych wraz z pociskami manewrującymi wartych 7,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Parlamentarny Zespół do spraw Wojska Polskiego apeluje o zakup okrętów podwodnych nowego typu zdolnych przenosić pociski manewrujące. Parlamentarzyści w swoim stanowisku przekazanym ministrowi obrony narodowej podkreślają, że tylko takie okręty realnie wzmocnią bezpieczeństwo strategiczne Polski. Uważają także, że warto od razu zakupić również same pociski manewrujące.

Według parlamentarnego Zespołu ds. Wojsk Polskiego i ekspertów, którzy współpracowali przy tworzeniu tego stanowiska, niezbędne jest, by Polska zakupiła okręty podwodne zdolne do przenoszenia pocisków manewrujących, bo tylko wtedy te okręty będą realną siłą nie tylko na Bałtyku, lecz także będą kluczowym elementem polskiej tarczy, której jednym z najważniejszych zadań jest odstraszanie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Łukasz Kister, ekspert ds. bezpieczeństwa Instytutu Jagiellońskiego i członek zespołu.

Jego zdaniem zakup pocisków powinien był połączony z zamówieniem na okręty.

Wydaje się, że niezbędne jest, by kupić okręty razem z rakietami, tak by nasi marynarze byli od początku eksploatacji okrętów przygotowywani do realizacji zadań z wykorzystaniem najnowszych technologii związanych z pociskami manewrującym ‒ uważa Kister.

Ekspert dodaje, że wspólny zakup pocisków manewrujących i okrętów podwodnych zdolnych do ich przenoszenia może być też dobrą decyzją z punktu widzenia kosztów. Kister ocenia, że osobne zakupy spowodowałyby zwiększenie kosztów.

Pociski manewrujące, które są trudne do wykrycia, które mają wielki zasięg i którymi można razić cele zlokalizowane w głębi lądu, mogą być dla nas szczególnie istotnym narzędziem do prowadzenia naszej polityki międzynarodowej i polityki bezpieczeństwa, zarówno na Bałtyku, jak i na innych akwenach morskich – podkreśla dr Łukasz Kister.

Program zakupu trzech nowych okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej (Orka) to największy kontrakt w ramach trwającej modernizacji polskiego wojska. Podpisanie umowy z dostawcą planowane jest na przyszły rok, a dostawa okrętów ma nastąpi w latach 2022-2023. Kontrakt może być warty nawet 7,5 mld zł.

Eksperci zwracają uwagę na to, że w przetargu ważne są nie tylko parametry samych okrętów, lecz także zdolność przenoszenia pocisków manewrujących. Tego typu broń umożliwia atak z otwartego morza celów naziemnych położonych nawet kilkaset kilometrów od brzegu. Pociski są odpalane z trudnych do wykrycia okrętów podwodnych, w związku z czym mają bardzo istotne znaczenie odstraszające, bo przeciwnicy nie wiedzą, kiedy i skąd mają spodziewać się ataku odwetowego.

Ważnym czynnikiem przy wyborze oferty, jak przypomina Kister, powinien być też montaż okrętów w Polsce.

Proces modernizacji naszego wojska powinien odbywać się w oparciu o polonizację, unarodowienie tego sprzętu. Okręty podwodne odgrywają kluczową rolę. Jesteśmy zdolni do wspierania międzynarodowych dużych koncernów zbrojeniowych w budowie okrętów podwodnych, sami nie jesteśmy w stanie ich w całości wybudować. Ale zakup powinien być związany z przeniesieniem technologii i sposobu budowy do naszych stoczni – podkreśla Kister.

W przetargu wystartuje trzech producentów – francuski DCNS, szwedzki SAAB oraz niemiecki TKMS. Pierwszy z tych podmiotów już zadeklarował, że dwa spośród trzech okrętów zostaną zmontowane w gdyńskiej stoczni Nauta, a polscy pracownicy będą mieli bardzo duży udział w realizacji zamówienia. Tego właśnie wymagają parlamentarzyści z Zespołu ds. Wojska Polskiego, którzy apelują, by okręty nie były w Polsce tylko montowane z gotowych części, lecz by powstały przy realnym współudziale polskich pracowników i przemysłu.

PKP Cargo w rok od debiutu na giełdzie ma ponad 50-proc. udział w rynku. Mimo wielu wyzwań spółka utrzymuje wysoką rentowność

CEO Magazyn Polska

W rok od giełdowego debiutu PKP Cargo zwiększyło swój udział w rynku do ponad 50 proc. Największy polski przewoźnik zainwestował w tym roku już ćwierć miliarda złotych w modernizację i zakup taboru, ogłosił też, że zamierza przejąć kilku zagranicznych przewoźników. Jak podkreślają przedstawiciele PKP Cargo, spółka mimo wielu wyzwań na rynku zwiększa zyski.

Z danych Urzędu Transportu Kolejowego wynika, że masa towarów przewożonych w Polsce pomiędzy styczniem a sierpniem spadła o 1,6 proc. W  I półroczu PKP Cargo miało 2,1 mld zł przychodów, o 8 proc. mniej niż w tym samym okresie 2013 roku. Spółka zdołała jednak zmniejszyć w tym czasie swe koszty operacyjne o 11 proc., do 1,9 mld zł, co pozwoliło jej zwiększyć zysk netto o 67 proc., do 128 mln zł.

Pierwsze dwa kwartały pokazały, że potrafimy trzymać koszty pod kontrolą i dostosować się do zmieniającego rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Adam Purwin, prezes PKP Cargo. – Jest to rok bardzo wymagający, bo eksport polskiego węgla, który tradycyjnie obsługujemy, jest na bardzo niskim poziomie.

PKP Cargo dokładnie rok temu zadebiutowało na warszawskim parkiecie. Oferta publiczna została dobrze przyjęta przez rynek, a swój pierwszy dzień notowań przewoźnik zakończył ponad 19-proc. wzrostem kursu akcji. Jak podkreśla Purwin, spółka znalazła się w gronie tych podmiotów, których udziały są mile widziane w portfelach inwestycyjnych.

Nasze akcje są atrakcyjne między innymi dlatego, że nie ma tak dużych podmiotów z tej branży notowanych na europejskich parkietach. Co prawda są dwie spółki rosyjskie notowane na giełdzie w Londynie, jednak ich wartość w ciągu ostatniego roku spadła o ok. 20 proc., podczas gdy wartość naszej spółki od momentu sprzedaży akcji w ofercie publicznej wzrosła o ok. 400 mln zł – mówi prezes PKP Cargo.

Dzisiaj cena akcji spółki jest o 13 proc. powyżej ceny z IPO. Inwestorzy, którzy sprzedali papiery spółki w lutym br., mieli szansę zarobić nawet 39 proc.

W długim terminie mamy unikalne atuty oraz wiarygodną strategię ich wykorzystania w celu zwiększenia przychodów oraz zysków. Krótkoterminowo mamy zdolność do wypłaty stosunkowo wysokiej dywidendy – mówi Adam Purwin.

PKP Cargo jest największym polskim przewoźnikiem towarowym – udział spółki w rodzimym rynku przekroczył 50 proc. Jak podkreśla Purwin, narodowi przewoźnicy w innych krajach UE potrafią kontrolować nawet 90 proc. rynku przewozów towarowych.

Dobre wyniki i zaufanie inwestorów pozwalają polskiej spółce na rozwój, także przez akwizycje. PKP Cargo chce przejąć m.in. Pol-Miedź Trans oraz Port Gdański Eksploatację.

Realizujemy akwizycje, które pozwalają nam budować coraz dłuższe łańcuchy logistyczne – deklaruje prezes PKP Cargo. – Myślę tutaj zwłaszcza o akwizycji spółki Port Gdański Eksploatacja, którą realizujemy wspólnie z naszym konsorcjantem – spółką Węglokoks, która jest też naszym kluczowym klientem. Ta akwizycja da nam przede wszystkim bezpośredni dostęp do morza i pozwoli umocnić się nam na kluczowym dla europejskiego transportu korytarzu biegnącym od Morza Bałtyckiego aż po Adriatyk.

W centrum zainteresowania spółki są również konkurenci z zagranicznych rynków: CTL Logistics czy czeskie AWT.

PKP Cargo jest drugim największym europejskim przewoźnikiem, a strategia rozwoju poprzez akwizycję pomaga nam wyjść poza granice Polski – deklaruje prezes Adam Purwin. – Te kroki mają pozwolić nam lepiej wykorzystać nasz tabor i pokazać poza granicami Polski, że jesteśmy dobrą konkurencją dla innych przewoźników z Unii Europejskiej zarówno w wymiarze europejskim, jak i krajowym.

W I półroczu spółka zainwestowała ponad 240 mln zł w tabor – o 106 mln zł więcej niż przed rokiem. Prezes podkreśla, że w ten sposób PKP Cargo może niwelować skutki związane z remontem torów prowadzonym na wielką skalę przez PKP PLK. Polskie Linie Kolejowe w tym roku wydadzą na remont infrastruktury 7 mld zł, w kolejnych latach nakłady mają być jeszcze większe. Efektem będzie poprawa prędkości handlowej, ale dzień oznacza to wiele zamknięć na liniach kolejowych. Dlatego średnia prędkość przewozów towarowych spadła do 20 km/h. W innych krajach europejskich jest na poziomie 50-60 km/h.

Żeby wykonać tę samą pracę przewozową, potrzebujemy 2-3 razy więcej taboru niż podmioty, które operują na rynkach, które już ten etap transformacji i modernizacji sieci przeszły – tłumaczy prezes spółki. – W związku z czym dzisiaj główną siłą PKP Cargo jest przede wszystkim własny tabor, duża flota i ludzie, którzy potrafią w odpowiedni sposób zarządzać tymi aktywami, w sytuacji szczególnej dla polskich kolei.

FM Bank stawia na obsługę mikroprzedsiębiorców i bankowość mobilną

Zamiast w nowe placówki FM Bank zamierza inwestować w rozwój bankowości mobilnej. W ocenie szefów tego najmniejszego polskiego banku komercyjnego przyszłością bankowości są smartfony, a nie oddziały. Drugim kierunkiem rozwoju jest obsługa mikrofirm.

Przy strategii rozwoju bankowości mobilnej koszty banku są znacznie niższe, bo nie trzeba utrzymywać rzeszy pracowników oraz płacić za kosztowne lokale w dobrych punktach miast. Bank zamierza więc oferować znacznie atrakcyjniejsze usługi, bo urządzenia pozwalające z nich korzystać ma w kieszeni coraz więcej Polaków.

– Obecnie 40 proc. polskiej populacji ma smartfony – mówi agencji informacyjnej Newseria Sławomir Lachowski, prezes zarządu FM Bank PBP. – W ciągu najbliższych 3 lat będzie to 80 proc. Tyle ludzi będzie miało w swojej kieszeni urządzenie, które pozwoli na szybki, łatwy, a przede wszystkim tani dostęp do usług bankowych w pełnym zakresie.

Sławomir Lachowski, twórca sukcesu mBanku, stara się poprawić wizerunek FM Bank PBP, który został zmuszony przez Komisję Nadzoru Finansowego do przeprowadzenia programu naprawczego. W połowie 2011 roku PBP czyli Polski Bank Przedsiębiorczości zwiększył stratę do 2 mln zł. Rok później bank poniósł kolejną stratę w wyniku upadku spółki, której obligacje nabył i został zmuszony do połączenia z FM Bankiem. W 2013 roku zysk netto FM Bank PBP przekroczył 6,1 mln zł.

Obecnie FM Bank oferuje swoje usługi małym przedsiębiorstwom – jako BIZ Bank, oraz klientom indywidualnym – jako Bank SMART.

– Chcemy być najlepszym bankiem dla mikroprzedsiębiorstw – podkreśla  Sławomir Lachowski. – I jeżeli nawet za 5 lat w dalszym ciągu będziemy najmniejszym polskim bankiem komercyjnym, to chcielibyśmy być w tym segmencie bankiem najlepszym.

By zdobyć klientów indywidualnych, FM bank stawia na cenę i mobilność. Pozbycie się oddziałów oznacza redukcję kosztów o 40 proc. w stosunku do bazy kosztowej banku uniwersalnego. To, czego bank nie wydaje, pozwala zmniejszyć koszty klientów. O ile są gotowi korzystać z usług za pomocą własnego urządzenia.

– Finanse zmieniają się całkowicie – zwraca uwagę prezes FM Bank PBP. – Znacząca i zwiększająca się ciągle część klientów nie potrzebuje już oddziałów. I poprzez internet, a obecnie już za pośrednictwem tabletu i smartfona jest w stanie zrealizować wszystkie potrzeby finansowe taniej, bezpośrednio w miejscu, w którym przebywa, niezależnie od strefy czasowej i miejsca na kuli ziemskiej.

Zdaniem prezesa taka jest przyszłość bankowości. Tradycyjne banki z oddziałami zostaną w przyszłości zastąpione przez finansowe dyskonty.

– W odróżnieniu od świata rzeczywistego, gdzie dyskonty kojarzą się z niskimi cenami i niekoniecznie z najlepszą jakością, to dzięki gospodarce cyfrowej i takim urządzeniom będziemy w stanie za niższą cenę zaoferować lepszą jakość niż w bankowości tradycyjnej w oddziałach – przewiduje prezes Sławomir Lachowski.