Euro silne mimo problemów Niemiec

Okazuje się, że słabsze dane zza Odry nie mają tak silnego wpływu na rynki, jak zmiana przeświadczenia inwestorów co do istotności wzrostu inflacji w USA. Przedstawienie jej jako przejściowej powoduje istotną zmianę podejścia inwestorów do wyceny dolara.

Niemcy z zadyszką

Wczorajszy indeks instytutu ZEW okazał się wyraźnie słabszy od oczekiwań. Z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że odczyt na poziomie 70,7 pkt to nie jest wcale taki zły rezultat. W ciągu ostatnich dwóch lat tylko 4 miesiące miały lepszy rezultat. Do tego należy dodać, że oczekiwany poziom 79 punktów byłby zdecydowanie najwyższym rezultatem w tym okresie. W rezultacie pomimo niespełnienia oczekiwań nie powinno się traktować tych danych jako początków problemów za naszą zachodnią granicą. Inwestorzy również przyjęli te dane dosyć spokojnie.

Przejściowy wzrost inflacji za oceanem?

Wczoraj o godzinie 14:30 poznaliśmy odczyt inflacji konsumenckiej w USA. Ceny rosną o 2,6% w skali roku, to 0,1% powyżej oczekiwań. Analitycy spodziewali się, że dalszy wzrost cen może wywoływać presję na Rezerwę Federalną by podnosić stopy procentowe. Taki ruch z kolei spowodowałoby umacnianie się dolara wraz ze wzrostem rentowności instrumentów opartych o stopę procentową. Informacje o spodziewanym przejściowym charakterze inflacji odwróciły jednak sytuację. Inwestorzy znów zaczęli wycofywać się od dolara, widząc, że perspektywa powrotu stóp procentowych do wyższych poziomów się oddala. W rezultacie euro szło w górę, osiągając wczoraj poziom 1,197 dolara.

Ropa znów zyskuje

Wczorajsze dane na temat zapasów paliw przedstawione przez Amerykański Instytut Paliw negatywnie zaskoczyły rynki. Okazuje się, że stan rezerw spadł o 3,61 mln baryłek. Oznacza to, że na rynku brakuje jednak surowca. Informacja ta pozwoliła po raz kolejny w ostatnich tygodniach wejść ropie amerykańskiej na poziomy cenowe 61-62 dolarów za baryłkę. Pułap ten jednak od początku drugiej połowy marca nie został przekroczony.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – beżowa księga, czyli projekcje gospodarcze FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wszystko co musisz wiedzieć o strategii podatkowej

W 2021 roku na polskich przedsiębiorców nałożono nowe obowiązki sprawozdawcze. Jednym z nich jest posiadanie strategii podatkowej i publikowanie informacji o jej realizacji. Czym jest strategia podatkowa, jaki jest cel wprowadzonych regulacji i kto musi wywiązać się z nowych obowiązków?

Strategia podatkowa – cel nowej regulacji

Zgodnie z obowiązującymi od 1 stycznia 2021 r. przepisami, wybrana grupa podatników jest zobowiązana do sporządzenia i publikacji informacji o zrealizowanej strategii podatkowej za dany rok podatkowy.

Jaki jest cel tej regulacji? Zgodnie z uzasadnieniem do projektu ustawy wprowadzającej nowy obowiązek, głównym założeniem wprowadzonych zmian jest zwiększenie transparentności największych podatników. Publikacja informacji o realizowanej strategii ma również pomóc obywatelom przy podejmowaniu decyzji o skorzystaniu z usług bądź zakupu towarów od tych podmiotów, jak i wpłynąć pozytywnie na zwiększenie kontroli obywatelskiej i społeczną odpowiedzialność biznesu.

Nowy obowiązek ma przyczynić się również do uszczelnienia systemu podatkowego i ograniczenia problemu unikania opodatkowania i erozji bazy podatkowej. Publikowane dane mają też pomóc organom w uzyskiwaniu informacji o działaniach i specyfice największych podatników oraz ich rozliczeniach podatkowych.

Z uwagi na powyższe uzasadnienie warto zastanowić się, jaki jest rzeczywisty cel wprowadzonych regulacji i czy spełnią one swoją – deklarowaną przez organy podatkowe – funkcję.

Część informacji, które podatnicy powinni opublikować, organy obecnie już gromadzą, a więc – dla fiskusa – nowy obowiązek nie będzie stanowił źródła zbyt wielu nowych danych. Z tego powodu można raczej przyjąć, że nowy obowiązek to przede wszystkim ważna wskazówka ze strony MF, że podatnicy powinni zarządzać zagadnieniami podatkowymi w organizacji w sposób spójny i kompleksowy, na bazie szerszego planu i założeń. Takie podejście należałoby uznać za zalecane w stosunku do wszystkich podmiotów, niezależnie od ich wielkości. Z tego powodu, kwestię strategii podatkowej i zarządzania funkcją podatkową powinni mieć na uwadze nie tylko najwięksi podatnicy.

Co to jest strategia podatkowa?

Pomimo wprowadzenia obowiązku sprawozdawczego, w regulacjach podatkowych nie znajdziemy definicji strategii podatkowej. Aby odpowiedzieć na pytanie, czym jest strategia i jak postrzegają ją organy podatkowe, można jednak sięgnąć do innych dokumentów, a zwłaszcza Wytycznych w zakresie Ram Wewnętrznego Nadzoru Podatkowego.

Zgodnie z nimi strategia podatkowa to zestaw podatkowej misji i wizji, a także długoterminowych celów podatkowych z uwzględnieniem celów biznesowych podmiotu i przyjętych wartości etycznych. Strategia podatkowa powinna być, jak wskazano w powyższym dokumencie, katalogiem formuł decyzyjnych, obejmujących cele oraz środki umożliwiające prawidłową i terminową realizację obowiązków wynikających z przepisów prawa podatkowego.

Dla sformułowania strategii pomocne mogą być również przykłady analogicznych przepisów obowiązujących w innych krajach oraz występująca tam praktyka.

Co powinna zwierać informacja o zrealizowanej strategii?

Zrealizowaną strategię podatkową należy podsumować w formie odpowiedniej informacji. Wskazówki, jakie elementy ma zawierać taki dokument, znajdują się w ustawie o CIT. Zgodnie z nowymi regulacjami w przygotowanym raporcie należy zawrzeć w szczególności:

  • informacje o stosowanych procesach i procedurach, dotyczących zarządzania wykonywaniem obowiązków w obszarze opodatkowania i zapewniających ich prawidłowe wykonanie;
  • informacje o dobrowolnych formach współpracy z organami Krajowej Administracji Skarbowej;
  • informacje dotyczące realizacji przez podatnika obowiązków podatkowych na terytorium Polski, wraz z informacją o liczbie przekazanych informacji o schematach podatkowych (z podziałem na podatki, których dotyczą);
  • informacje o określonych transakcjach z podmiotami powiązanymi;
  • informacje o planowanych lub podejmowanych działaniach restrukturyzacyjnych, mogących mieć wpływ na wysokość zobowiązań podatkowych podatnika lub podmiotów powiązanych;
  • informacje o złożonych wnioskach o wydanie ogólnej interpretacji podatkowej, indywidualnej interpretacji przepisów prawa podatkowego, wiążącej informacji stawkowej oraz wiążącej informacji akcyzowej;
  • informacje dotyczące dokonywania rozliczeń podatkowych podatnika na terytoriach lub w krajach stosujących szkodliwą konkurencję podatkową.

Co ważne, jest to katalog otwarty, a zgodnie z uzasadnieniem do projektu nowelizacji, podatnicy powinni uzupełnić informację o realizowanej strategii podatkowej o  dodatkowe (jak można domniemywać – istotne) dane, które w ich ocenie powinny się w niej znaleźć. Podatnicy będą zatem musieli podjąć samodzielnie ważne decyzje co do zakresu i treści przygotowywanej informacji oraz sposobu prezentacji zawartych z niej danych.

Informacja o zrealizowanej strategii a tajemnica przedsiębiorstwa

Jak wynika z powyższego katalogu, przygotowywanym raportem należy objąć również dane wrażliwe (np. dotyczące restrukturyzacji, wybranych transakcji czy raportowania schematów podatkowych). W praktyce informacje te zostaną więc upublicznione.

Co jednak ważne, obowiązek sprawozdawczy nie obejmuje informacji objętych tajemnicą handlową, przemysłową, zawodową i procesu produkcyjnego. Ustawa nie precyzuje przy tym, co dokładnie można przez nie rozumieć. Zagadnienie to – jak się wydaje bardzo istotne dla przedsiębiorców – może więc budzić w praktyce liczne wątpliwości. Co więcej, przed przedsiębiorcami prawdopodobnie pojawi się też trudność polegająca na takim przygotowaniu informacji, aby prawidłowo wypełnić nowy obowiązek, ale jednocześnie ochronić tajemnicę przedsiębiorstwa w sposób optymalny.

Do przygotowania informacji o zrealizowanej strategii należy zatem podejść w sposób rozważny i przemyślany.

Na kim ciąży nowy obowiązek?

Obowiązek opublikowania informacji o strategii podatkowej ciąży na  podatnikach, których wartość przychodu w poprzedzającym roku podatkowym przekroczyła 50 mln Euro oraz na podatkowych grupach kapitałowych.

Kiedy należy opublikować sprawozdanie? 

Nowelizacja nie zawiera przepisów przejściowych. Przepisy weszły w życie 1 stycznia 2021 r., co sugerowałoby, że podatnicy powinni wykonać obowiązek sprawozdawczy dopiero za bieżący rok – zasadniczo w terminie do 31 grudnia 2022 r.

W grudniu 2020 r. Ministerstwo Finansów opublikowało jednak wyjaśnienie, że podatnicy zobowiązani są do sporządzenia i opublikowania informacji już za 2020 r., w terminie – co do zasady – do 31 grudnia 2021 r.

Co zatem z podatnikami, którzy do tej pory – a zwłaszcza od początku 2020 r. – nie sformułowali strategii? Ponadto – czy strategia musi przybrać formę formalnego dokumentu w formie pisemnej? Nowe regulacje nie odpowiadają na te pytania. Niewątpliwie jednak, aby uniknąć sporu z organami podatkowymi, należałoby zaplanować i rozpocząć odpowiednie działania mające na celu wywiązanie się z nowych obowiązków sprawozdawczych jak najszybciej.

Co ważne, zrewidowanie wewnętrznych procesów podatkowych i przygotowanie strategii może również przynieść podatnikom istotne korzyści.

Jak opublikować informację?

Podatnicy będą zobowiązani umieścić informację o realizowanej strategii podatkowej na swojej stronie internetowej. Informacja powinna zostać przygotowana w języku polskim (lub należy ją przetłumaczyć na język polski). Jeśli podatnik nie posiada witryny internetowej, dokument należy umieścić na stronie jego podmiotu powiązanego.

Informację o wykonaniu obowiązku ustawowego należy również przekazać do właściwego naczelnika urzędu skarbowego.

Co grozi za nieopublikowanie raportu?

Podmiotom, które nie wypełnią ustawowego obowiązku, grozi kara pieniężna w wysokości nawet do 250.000 złotych.

Podsumowanie

Analizując przepisy dotyczące obowiązku sporządzania informacji o zrealizowanej strategii podatkowej można dojść do wniosku, że nowy obowiązek będzie budzić wiele wątpliwości, może też stanowić poważne wyzwanie dla podatnika.

Trzeba też podejrzewać, że nowa regulacja ma na celu zmotywowanie podatników do potraktowania zarządzania funkcją podatkową priorytetowo. Co ważne, stworzenie strategii podatkowej jest jedynie elementem w budowaniu wewnętrznego systemu realizacji obowiązków wynikających z przepisów podatkowych, obejmującego również zinwentaryzowanie/wdrożenie odpowiednich – i dostosowanych do konkretnego podmiotu – polityk, procedur i zasad podstępowania (system tax compliance).

Izabela Ścierska-Kulma, doradca podatkowy, Dyrektor w ENODO Advisors. Specjalizuje się w bieżącym doradztwie podatkowym, szczególnie w zakresie podatku dochodowego od osób prawnych. Jest autorką artykułów i publikacji, a także prelegentką na szkoleniach i konferencjach o tematyce podatkowej.

Katarzyna Hryszko, prawnik, Menedżer w Enodo Advisors. Posiada wieloletnie doświadczenie w doradztwie podatkowym, w szczególności w zakresie podatków VAT, PCC i CIT.

Legislacja próbuje dogonić rzeczywistość. Co zrobić, by nadążyć za zmianami?

Pandemia wywołała zmiany na rynku pracy, które w konsekwencji zostaną z nami na dłużej. Reorganizację potwierdzają badania przeprowadzone przez firmę ADP, z których wynika, że w ostatnim roku 44 proc. pracodawców oficjalnie wprowadziło elastyczne zasady pracy. Oznacza to wzrost o 20 p.p. w porównaniu do okresu sprzed pandemii.

Przyszłość nadeszła już dziś

Czas pandemii to duży test funkcjonalności procesów i systemów w przedsiębiorstwach, w szczególności pod kątem ich odporności na zmiany. Kryzys pokazał, że ich duża część jest przestarzała i nieefektywna, co spowalnia oraz utrudnia funkcjonowanie organizacji. Do tego dochodzą problemy techniczne komplikujące pracę zdalną – słaba jakość połączenia internetowego czy brak odpowiednich rozwiązań cyfrowych, np. w obiegu dokumentów. To wszystko wymusza przyspieszanie digitalizacji w wielu obszarach biznesowych. Niezwykle istotne jest to w przypadku działów HR, które pracują z danymi wrażliwymi pracowników czy są odpowiedzialne za obsługę listy płac i regularne wypłaty.

Możemy przypuszczać, że gdyby nie pandemia, rewolucja, która dzieje się obecnie na naszych oczach, trwałaby kilka, a może nawet kilkanaście lat. Przykładem jest zjawisko pracy zdalnej, która stała się już standardem w wielu branżach i w większości przypadków bardzo dobrze się sprawdza. Kolejnym etapem tej rewolucji jest digitalizacja procesów, między innymi zarządzania płacami, które często są nieefektywne, zarówno kosztowo, jak i czasowo. Niestety, jak wynika z badania ADP, nadal 35 proc. firm nie ma w tym zakresie żadnej strategii – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Zawrotne tempo legislacji

Dodatkowe wyzwanie stanowią dynamicznie wprowadzane zmiany legislacyjne, mające również wpływ na prawo pracy. Z analiz ADP wynika, że globalnie pandemia COVID-19 doprowadziła do czterokrotnego wzrostu liczby nowych przepisów w tym obszarze.
Co prawda, ich liczba jest odzwierciedleniem gwałtownie zmieniającej się rzeczywistości, ale wiążą się one z komplikacjami i ryzykiem błędów, a ich wdrożenie może przysporzyć dodatkowych obowiązków dla pracowników działów HR. Odbija się to między innymi na ich efektywności. Realnie, analiza i wdrażanie wszelkich zmian legislacyjnych wymaga poświęcenia dodatkowego czasu pracy, często kosztem realizacji dotychczas zaplanowanych zadań.

Przy i tak dużej liczbie obowiązków w działach HR, dodatkowe zadania związane z analizą zmian i dostosowaniem do nowego prawa są ogromnym wyzwaniem. Jednym z rozwiązań jest outsourcing usług kadrowo-płacowych, który może przynieść zaskakujące rezultaty. Jest to korzystne przede wszystkim ze względu na stosunkowo niewielki koszt dostępu do nowoczesnych i zaawansowanych technologii, które redukują ryzyko popełnienia błędu praktycznie do zera – dodaje Anna Barbachowska.

Outsourcing dziś i jutro

Zaawansowana technologia w zakresie zarządzania kadrami jest coraz bardziej przydatna. Pozwala wyprzedzić zamieszanie wywołane pandemią i przygotować się na coraz większy poziom złożoności regulacji, wymagań dotyczących audytu i kontroli zgodności z przepisami. Nie zawsze jednak firmy zdają sobie z tego sprawę lub po prostu nie mają odpowiedniego budżetu na inwestycję. Outsourcing, który w dzisiejszych czasach zyskuje na popularności, jest w stanie pomóc sprostać tym problemom. Pozwala przede wszystkim na wykorzystanie autorskich rozwiązań dostarczanych przez partnera biznesowego, bez konieczności ponoszenia dużych kosztów inwestycji. Wykorzystanie odpowiednich systemów cyfrowych daje pewność, że procesy zostaną przeprowadzone dokładnie i bezbłędnie, ale co równie ważne, dużo szybciej. Zdejmuje także część najbardziej czasochłonnych obowiązków z pracowników, którzy dzięki temu mogą więcej swojego czasu poświęcić na inne strategiczne działania.

Takie rozwiązania są korzystne nie tylko z punktu widzenia pracodawcy. Wymierne korzyści mogą z nich czerpać również pracownicy, którzy dzięki przejrzystemu i czytelnemu systemowi będą mieć łatwiejszy dostęp do swoich wycinków płacowych, a to da możliwość łatwiejszego weryfikowania wypłat. Jak wynika z badania „Workforce View 2020”, aż 26 proc. pracowników twierdzi, że nie zauważyłoby, gdyby otrzymali nieprawidłowe wynagrodzenie, ponieważ system jest zbyt skomplikowany. 33 proc. natomiast twierdzi, że zdarzają się sytuacje, kiedy otrzymują pensje z opóźnieniem. Ponadto aż 78 proc. twierdzi, że firmy będą musiały dostosować swoje opcje wynagradzania, żeby efektywniej przyciągać nowych pracowników.

Dużym wyzwaniem dla firm jest praca z danymi, które często są magazynowane i przetwarzane w nieodpowiedni sposób. Globalizacja baz danych, nowoczesne procesy przetwarzania i zdigitalizowane listy płac są konieczne, aby zrobić krok naprzód i nadążyć za zmianami. Obecnie zgadza się z tym 60 proc. pracodawców, ale wciąż niewielu wdraża innowacyjne rozwiązania. Jest to szczególnie ważne w tym czasie, kiedy problematyczne staje się też po prostu przesyłanie danych w bezpieczny sposób. Receptą jest wdrażanie modeli opartych na optymalnym planowaniu kosztów i wydajności procesów kadrowo-płacowych – podsumowuje Anna Barbachowska.

Fundusze na cyfryzację polskich urzędów: wiemy kto otrzyma najwięcej

  • Według Umowy Partnerskiej na okres 2021-2027 Polska otrzyma do zagospodarowania około 76 mld euro na programy ogólnokrajowe i regionalne, w tym 72,2 mld euro w ramach polityki spójności oraz 3,8 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji.
  • Nowa perspektywa funduszy unijnych będzie skupiać się na dofinansowaniu projektów wspierających transformację cyfrową oraz zrównoważony rozwój gospodarczy.
  • W ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa najwięcej środków zostanie przydzielonych województwu śląskiemu (2,36 mld euro), lubelskiemu (1,77 mld euro), mazowieckiemu (1,67 mld euro) i podkarpackiemu (1,66 mld euro).
  • Dodatkowo, perspektywa finansowa na lata 2021-2027 przewiduje wydanie ponad 11 mld euro środków unijnych na kolejną edycję Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej.

W ramach najnowszej perspektywy unijnej na lata 2021-2027, w lutym zakończyły się konsultacje Umowy Partnerskiej. Dokument ten określa uzgodnioną z Komisją Europejską strategię wykorzystania Funduszy Europejskich skierowaną zarówno do urzędników, jak i beneficjentów z sektora prywatnego, którzy będą realizować dofinansowywane projekty. Według ustaleń, Polska otrzyma do zagospodarowania około 76 mld euro na programy ogólnokrajowe i regionalne, w tym 72,2 mld euro w ramach polityki spójności oraz 3,8 mld euro z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Cele i zakres projektów, a także odpowiedzialne za zarządzanie funduszami instytucje, programy oraz ich finansowanie zostały określone w dokumencie, łącząc oczekiwania Komisji Europejskiej z wyzwaniami wynikającymi z krajowych dokumentów strategicznych, takich jak np. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju. Nowa perspektywa funduszy unijnych na lata 2021-2027 będzie skupiać się na dofinansowaniu projektów wspierających transformację cyfrową oraz zrównoważony rozwój gospodarczy. W tym celu w ramach polityki spójności środki zostaną przydzielone m.in. na kolejną edycję Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa.

Podobnie jak w latach 2014-2020, najwięcej czyli 2,36 mld euro w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa zostanie przydzielono województwu śląskiemu. Kolejnymi największymi beneficjentami będą województwa lubelskie, mazowieckie i podkarpackie, odpowiednio 1,77, 1,67 i 1,66 mld euro. Ponad miliard euro na rozwój sieci szerokiego dostępu do szybkiego Internetu, efektywne i przyjazne użytkownikom e-usługi publiczne oraz rosnący poziom kompetencji cyfrowych społeczeństwa otrzymają województwa łódzkie (1,63 mld euro), małopolskie (1,54 mld euro), kujawsko-pomorskie (1,47 mld euro), zachodnio-pomorskie (1,31 mld euro), warmińsko-mazurskie (1,23 mld euro), pomorskie (1,13 mld euro), świętokrzyskie (1,1 mld euro) i wielkopolskie (1,07 mld euro). Najmniej środków unijnych w ramach tego programu do zagospodarowania będą miały województwa podlaskie (0,99 mld euro), dolnośląskie (0,87 mld euro), opolskie (0,76 mld euro) i lubuskie (0,73 mld euro).Fundusze na cyfryzację polskich urzędów

Najwięcej, a mianowicie 2,07 mld euro, województwo śląskie otrzyma z Funduszu na rzecz Sprawiedliwej Transformacji, co łącznie ze środkami unijnymi w ramach polityki spójności przyniesie ponad 4 mld euro na inwestycje rozwojowe w regionie w ciągu najbliższej dekady. Środki funduszu przeznaczone na zmniejszanie negatywnych skutków społeczno-gospodarczych transformacji w kierunku gospodarki neutralnej dla klimatu trafią także do pięciu województw związanych z górnictwem: łódzkiego, małopolskiego, dolnośląskiego, wielkopolskiego i lubelskiego.

Dodatkowo, Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego (EFRR) w dużej mierze wesprze kolejną edycję Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej, który tradycyjnie obejmuje pięć województw: lubelskie, podkarpackie, podlaskie, świętokrzyskie i warmińsko-mazurskie. Perspektywa finansowa na lata 2021-2027 przewiduje w tym celu zagospodarowanie ponad 11 mld euro środków unijnych, czyli prawie o 3 mld więcej niż poprzednia, a poza dotychczasowymi beneficjentami tego programu na pieniądze również będzie mogła liczyć część województwa mazowieckiego.

Wzmocnienie potencjału cyfrowego sektora publicznego w Polsce na rzecz nowoczesnej gospodarki jest jednym z celów polityki spójności, a działalność Grupy Sputnik w znacznej mierze koncentruje się na informatyzacji administracji samorządowej. Obserwujemy działania Ministerstwa Funduszy i Polityki Regionalnej, analizujemy cele, na które będą przeznaczone fundusze unijne w najbliższych latach i budujemy strategię oraz innowacyjne produkty, które wpiszą się w potrzeby rynkowe. Tworzymy zintegrowane narzędzia, które będą wspierać urzędników w codziennej pracy i zapewnią komfort wykonywania obowiązków, również w wirtualnej rzeczywistości. Na przełomie lat 2022-2023 oczekujemy ogłoszenia pierwszych przetargów, do których przystąpimy bogatsi o wieloletnie doświadczenie. Jesteśmy głodni wyzwań i z optymizmem patrzymy w przyszłość – komentuje Sławomir Hemerling-Kowalczyk, prezes GIAP, członek zarządu Sputnik Software.

Przy podziale środków na regiony wzięto pod uwagę poziom rozwoju poszczególnych województw i zastosowano algorytm, oparty na obiektywnych kryteriach takich jak np. liczba ludności i PKB per capita, jednak ostateczne przydziały w programach regionalnych jeszcze zostaną poddane wnikliwej ocenie

Pandemia nie była w stanie zatrzymać podwyżek cen mieszkań

Mimo problemów gospodarczych wywołanych pandemią i początkowych perturbacji na rynku nieruchomości, 2020 był kolejnym rokiem, w którym znów odnotowano wzrosty cen mieszkań. W stolicach województw wahały się one od 3 do 13% na rynku pierwotnym i 3 do 9% na rynku wtórnym w ujęciu rocznym. Popyt na własne M pozostanie silny również w 2021 roku i napędzi kolejne podwyżki, wskazują eksperci Emmerson Evaluation w najnowszym raporcie „Evaluer Index 2021”.

Pierwsze dwa miesiące ubiegłego roku, tuż przed samą pandemią, były okresem wzrostów cen nieruchomości mieszkaniowych. Pojawienie się w marcu koronawirusa w Polsce zachwiało rynkiem. Na przełomie pierwszego i drugiego kwartału ubiegłego roku, kiedy został wprowadzony twardy lockdown, rynek nieruchomości mieszkaniowych wyhamował. Realizowane były głównie wcześniej umówione transakcje. Wielu deweloperów z uwagi na podwyższone ryzyko i niepewność co do przyszłości, zdecydowało się na przesunięcie w czasie wprowadzania nowych inwestycji na rynek mieszkaniowy, kładąc nacisk na szybkie zakończenie tych, które były już w trakcie realizacji.

Zasadnicza zmiana dynamiki nastąpiła na przełomie maja i czerwca, kiedy część restrykcji została zdjęta, a społeczeństwo zaczęło w miarę normalnie funkcjonować. W drugiej połowie roku nastąpiło ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych. W następstwie pojawienia się nowej grupy nabywców chcącej chronić swój kapitał przed dewaluacją, popyt na mieszkania zaczął być coraz większy, co także przekładało się na wzrost poziomu cen nieruchomości.

Widząc zwiększający się popyt, deweloperzy zaczęli coraz śmielej wprowadzać nowe inwestycje na rynek. Jednak mimo poprawy sytuacji i wzrostu sprzedaży mieszkań w całym 2020 roku, nie udało się osiągnąć poziomów z roku poprzedzającego pandemię. Przyczyną takiego stanu rzeczy był okres przestoju w II kwartale oraz mniejsza oferta sprzedaży, wskazują autorzy raportu „Evaluer Index 2021”.

Covid-19 nie zatrzymał podwyżek

W swoim raporcie Emmerson Evaluation przeanalizował dane z rynku mieszkaniowego 30 polskich miast, w tym szczegółowo siedem głównych aglomeracji, także w rozbiciu na poszczególne dzielnice. Informacje pochodzą z bazy danych Evaluer, a ceny za mkw. są przedstawione w formie mediany, nie a średniej. Wartość środkowa lepiej odzwierciedla bowiem informację na temat cen, gdyż na wynik nie wpływają pojedyncze, nietypowe transakcje (jak np. zakup jednej wyjątkowo luksusowej nieruchomości). W analizie zostały wzięte pod uwagę ceny transakcyjne, po których kupujący rzeczywiście nabyli mieszkania.

Pozycję lidera pod względem wysokości cen na rynku pierwotnym utrzymał Sopot (mediana 16 700 zł/mkw.). Wiceliderem pozostała Warszawa z medianą zbliżającą się do 11 000 zł/mkw. Na trzecie miejsce na podium przesunął się Kraków z wynikiem 9 800 zł/mkw. Medianę cen mkw. powyżej 9 000 zł Emmerson Evaluation odnotował także w pozostałych miastach Trójmiasta. W Gdańsku wyniosła ona 9 700 zł/mkw., w Gdyni było nieznacznie taniej – 9 600 zł/mkw. We Wrocławiu mediana zbliżyła się do 9 000 zł/mkw., natomiast w Poznaniu przekroczyła 8 000 zł/mkw. Najtaniej znaleźć można było nowe mieszkanie w stolicach województwa lubuskiego. W Zielonej Górze płacono 5 100 zł za mkw. Natomiast najniższą ze wszystkich analizowanych w raporcie miast medianę cen zanotowano w Gorzowie Wielkopolskim (4 700 zł/mkw.)

Rynek wtórny również odnotował znaczące wzrosty. Najdroższy pozostał Sopot z medianą cen na poziomie 10 300 zł/mkw. W Warszawie mediana cena mkw. mieszkań z drugiej ręki zbliżyła się do poziomu 10 000 zł/mkw. Najniższe stawki poniżej 4 000 zł/mkw. występowały w Gorzowie Wielkopolskim oraz miastach Aglomeracji Śląskiej (bez Katowic). Wszystkie analizowane przez Emmerson Evaluation w raporcie lokalizacje zanotowały kilkuprocentowe wzrosty, wyjątkiem jest Łódź, gdzie podwyżki sięgnęły poziomu 10% r/r.Pandemia nie była w stanie zatrzymać podwyżek cen mieszkań

Co czeka rynek w 2021 roku?

Pomimo przewidywanego w wyniku rozwoju pandemii spadku PKB, wzrost bezrobocia jest relatywnie niewielki i w 2020 roku wyniósł tylko 1%. Bezrobocie w Polsce pozostaje na najniższym poziomie w całej Unii. To bardzo ważny wskaźnik dla rynku mieszkaniowego, gdyż niskie bezrobocie i brak obaw o utratę pracy zawsze były na czele listy czynników napędzających jego wzrost.

Innym, bardzo istotnym czynnikiem ekonomicznym wpływającym na koniunkturę rynku mieszkaniowego są stopy procentowe NBP. Od dłuższego czasu są one najniższe w historii, co skutkuje wyjątkowo tanim kredytem, również dla nabywców mieszkań. –  Należy podkreślić, że obniżki dokonane przez NBP zaraz na początku pandemii doprowadziły do sytuacji, w której trzymanie oszczędności w banku stało się nieopłacalne. To skutecznie stymuluje popyt osób posiadających gotówkę na różne aktywa rynkowe, m.in. do lokowania ich na giełdzie, w obligacjach, metalach szlachetnych oraz na rynku nieruchomości. Rynek mieszkaniowy, tradycyjnie postrzegany w Polsce jako najbezpieczniejszy, przejął znaczną cześć tych oszczędności. Osoby, które nie chcą trzymać w banku pieniędzy na zerowym lub ujemnym oprocentowaniu, ale pragną zainwestować je bez narażania się na duże ryzyko, najczęściej wybierają zakup mieszkania – tłumaczy Robert Korczyński, członek zarządu Emmerson Evaluation i wskazuje, że nie bez znaczenia jest również fakt, że po skokowym zaostrzeniu polityki kredytowej w pierwszej fazie pandemii banki istotnie poluzowały politykę kredytową w drugiej połowie ubiegłego roku. Strategia ta jest kontynuowana również na początku roku 2021. Dzięki temu również osoby nieposiadające wystarczających oszczędności mogą pozwolić sobie na zakup wymarzonego mieszkania, wspomagając się kredytem hipotecznym.

Ze strony podażowej eksperci Emmerson Evaluation zwracają uwagę na wysoką inflację, która z całą pewnością nie da deweloperom pola do obniżek cen mieszkań. Należy więc spodziewać się wzrostu zarówno kosztów materiałów budowlanych, jak również kosztów wynagrodzeń pracowników, których nadal brakuje. – Warto pamiętać, że lockdown na przełomie pierwszego i drugiego kwartału ubiegłego roku znacznie zahamował wydawanie nowych pozwoleń na budowę oraz wprowadzanie przez deweloperów nowych inwestycji na rynek mieszkaniowy. Skutkowało to mniejszą podażą praktycznie w każdym dużym mieście i skutecznie wspomagało obserwowane przez cały ubiegły rok wzrosty cen mieszkań. Aktualnie liczba uzyskiwanych przez deweloperów pozwoleń na budowę oraz wprowadzanych na rynek inwestycji wzrosła. Może to w części zrównoważyć zgłaszany popyt oraz złagodzić potencjalne wzrosty cen mieszkań w tym roku. Jest to jednak w zasadzie jedyny czynnik przeciwdziałający potencjalnym wzrostom cen mieszkań. Wszystkie inne wskaźniki przemawiają za kontynuacją podwyżek w perspektywie najbliższego roku – wskazuje Dariusz Książak, prezes Emmerson Evaluation.

Eksperci Emmerson Evalaution nie spodziewają się odwrócenia trendu wzrostowego cen w 2021 r. i wskazują, że popyt jest wystarczająco duży, żeby odpowiednio napędzić rynek do kolejnych rekordów. Według ich prognoz podwyżki będą wahały się w zakresie 3-8%.

Cały raport „Evaluer Index 2021” jest dostępny pod adresem: https://www.emmerson-evaluation.pl/wp-content/uploads/2021/04/raport-evaluer-index-2021.pdf.

Inflacyjny diabeł nie taki straszny

Inflacja w USA w marcu silnie wzrosła, ale odczyt nie sprostał wygórowanym oczekiwaniom rynku, co przełożyło się na osłabienie dolara. Kwiecień zdaje się przynosić więcej wyważonej logiki do handlu, aniżeli gorączkowego popadania w spekulacje.

Muszę przyznać, że wczoraj zakładałem powtórki z niedorzecznych ruchów cenowych i dalszego rozkręcania spirali spekulacji o wymykającej się spoza kontroli inflacji, która zmusi Fed do wcześniejszego ograniczania akomodacyjnej polityki. Przypuszczałem, że nawet najmniejsze odchylenie odczytu CPI w górę wystarczy, by wywołać reakcję łańcuchową z wyższymi rentownościami i silniejszym USD. Wychodzi jednak na to, że oczekiwania rynkowe były już tak wyśrubowane, że zaskoczenie o 0,1 pkt proc. (wzrost do 2,6 proc. r/r z 1,7 proc. w lutym) było swego rodzaju rozczarowaniem. Zarówno rentowności obligacji skarbowych USA, jak i USD osłabiły się po odczycie. Wczorajsza reakcja może być pierwszym dowodem, że uczestnicy rynku dochodzą do porozumienia z nastawieniem głównych banków centralnych zakładającym przejściowy charakter podwyższonej inflacji, na co polityka monetarna nie ma wpływu i reagować nie powinna. Gospodarka globalna jest w wyjątkowej sytuacji, gdzie po jednym szoku wywołanym pandemią i lockdownami przychodzi przeciwstawny szok z odrodzeniem popytu szybszym niż następuje restart produkcji. Walka o ostatnią sztukę produktu wpływa na wzrost cen, jeśli przy wyższych cenach wciąż znajdują się chętni do zakupu. Ale kiedy wszystko wróci do normy (miejmy nadzieję jeszcze w tym roku), odroczony popyt oraz popyt podsycany subwencjami publicznymi (czeki dla Amerykanów) przestaną być silnym zjawiskiem, a moce produkcyjne zostaną odbudowane. Presja inflacyjna osłabnie, jak osłabną efekty bazy (wzrost cen ropy WTI o 160% między marcem ’21 a marcem ’20). W kolejnych miesiącach inflacja jeszcze wzrośnie, prawdopodobnie mocno, ale nie jest to wzrost od utrzymania w dłuższym horyzoncie. A przynajmniej na ten mement nie ma za tym dowodów.

„Normalizacja” rynkowych oczekiwań niesie ze sobą poważne implikacje dla rynku walutowego. Wyjątkowość ożywienia USA może zejść na drugi plan na rzecz strategii reflacyjnej o ile zaskoczenia w danych z USA nie będą wyjątkowo duże. Następna porcja kluczowych publikacji dopiero jutro (sprzedaż detaliczna, produkcja przemysłowa). Dziś za to uwaga skupi się na przemówieniu prezesa Fed Powella, który najprawdopodobniej powtórzy, że wzrost inflacji jest traktowany za przejściowy i nie skłania Fed do wcześniejszej redukcji skupu aktywów. Jest mało prawdopodobne, aby USD otrzymał dzisiaj istotne, pozytywne impulsy.

Pozostając w tonie zaskakujących ruchów cenowych we wtorek, silne osłabienie złotego (wzrost EUR/PLN z 4,53 do 4,57) wpisuje się w ten schemat. Osłabienie dotknęło też węgierskiego forinta, co sugeruje regionalny charakter ruchu prawdopodobnie związanego z przepływami przy niskiej płynności. Złoty osłabił się więcej, co jest zrozumiało względem skali aprecjacji polskiej waluty w ubiegłym tygodniu. Po technicznych zawirowaniach teraz rynek złotego powinien się uspokoić, a przy słabości USD na rynkach globalnych może być łatwiej o powrót EUR/PLN pod 4,55.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A

Organizacje prozwierzęce wzywają Komisję Europejską do zakończenia hodowli norek w UE w celu ochrony zdrowia publicznego

Dziś mija dokładnie rok od wykrycia pierwszego przypadku zakażenia wirusem SARS-CoV-2 na fermie norek w Holandii. Do tej pory koronawiursa wykryto na ponad 400 fermach w państwach Unii Europejskiej (również w Polsce) – organizacje prozwierzęce wzywają Komisję Europejską do podjęcia stanowczych kroków w kierunku zakończenia hodowli zwierząt na futro w całej UE.

W ciągu ostatniego roku ogniska SARS-CoV-2 pojawiły się na ponad 400 fermach norek w dziesięciu państwach członkowskich UE. W Polsce badania norek rozpoczęły się dopiero pod koniec zeszłego roku, kiedy na większości ferm było już po uboju i pozostała tylko bardzo mała część zwierząt. Pierwszy przypadek został zgłoszony przez naukowców z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego w listopadzie 2020 r., a drugi (oficjalnie potwierdzony przez Główny Inspektorat Weterynarii) został wykryty pod koniec stycznia 2021 r. w woj. pomorskim. Wówczas zabite zostały wszystkie zwierzęta na fermie – ok 6 tys. norek. Przypadki SARS-CoV-2 na fermach futrzarskich zostały wykryte również w Danii (gdzie zabito z tego powodu wszystkie norki w kraju), Holandii (tutaj przyspieszono wprowadzenie zakazu hodowli zwierząt na futro o trzy lata), Szwecji i Włoszech (oba kraje zawiesiły hodowlę norek na cały rok 2021), Hiszpanii, Litwie, Grecji, czy Francji.

Jak podkreślają organizacje prozwierzęce, fermy zwierząt futerkowych stanowią zagrożenie dla zdrowia publicznego i mogą stać się rezerwuarem koronawirusa. We wspólnej ocenie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), Światowej Organizacji Zdrowia Zwierząt (OIE) oraz Organizacji ds. Żywienia i Rolnictwa (FAO) zaznaczono, że istnieje znaczne ryzyko przeniesienia wirusa SARS-CoV-2 z norek na ludzi. Mimo to Komisja Europejska nie podjęła żadnych konkretnych działań w celu zlikwidowania przemysłu futrzarskiego w UE.

Do tej pory Komisja Europejska wymagała jedynie monitorowania i raportowania przypadków COVID-19 na fermach futrzarskich. Zaleca też wdrożenie bardziej rygorystycznych środków bioasekuracji, w tym regularne badania na obecność COVID-19 u pracowników ferm futrzarskich oraz losowe badanie próbek norek, a także badanie martwych zwierząt – mówi Paweł Rawicki, prezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Środki te są jednak niewystarczające do ochrony zdrowia publicznego, czego przykładami są choćby Dania czy Holandia. Jedynym sposobem, aby skutecznie zapobiec rozprzestrzenianiu się wirusa jest wprowadzenie zakazu hodowli norek w krajach Unii Europejskiej, w których ta okrutna praktyka jest wciąż legalna – dodaje Rawicki.

Rawicki podkreśla również, że ze względu na warunki hodowli zwierząt na futro – trzymanie zwierząt w długich rzędach ciasnych klatek, nawet po kilkaset tysięcy zwierząt na jednej fermie – fermy futrzarskie są doskonałymi wylęgarniami chorób zakaźnych. Przykład SARS-CoV-2 pokazuje, że wirusy na fermach futrzarskich mogą mutować, tym samym wpływając potencjalnie na działanie szczepionki i utrudniając walkę z pandemią COVID-19.

Firma YouGov przeprowadziła ostatnio badanie opinii publicznej na zlecenie organizacji Four Paws i Eurogroup For Animals we Francji, Włoszech, Bułgarii, na Węgrzech, w Estonii i na Słowacji. Wyniki wskazują jasno, że obywatele UE opowiadają się za podjęciem przez Komisję Europejską nadzwyczajnych działań w celu zakończenia hodowli i chowu zwierząt futerkowych, aby chronić zdrowie publiczne. Co więcej, w ostatnich miesiącach prawie 500 000 osób podpisało petycję wzywającą do zakończenia okrutnego handlu futrami.

Wyniki sondażu pokazują, że większość popiera apele organizacji prozwierzęcych o pilne działanie – mówi Paweł Rawicki – Przy tak silnym poparciu społecznym i zagrożeniach dla zdrowia związanych z kontynuacją hodowli zwierząt futerkowych Komisja Europejska musi działać natychmiast i przekonać państwa członkowskie do wstrzymania produkcji futer – dodaje Rawicki.

Zakaz hodowli zwierząt na futro cieszy się rosnącym poparciem społecznym także w Polsce. W sondażu przeprowadzonym przez Rzeczpospolitą w 2018 roku 56% badanych poparło zakaz hodowli zwierząt na futro, a w 2020 roku było to już 68,3% badanych. W badaniu przeprowadzonym we wrześniu 2019 r. przez Biostat aż 73,1% Polaków zgodziło się, że hodowanie i zabijanie zwierząt dla ich futer nie powinno być w Polsce dopuszczalne. Co więcej, na przełomie września i października 2020 r. Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadziło badanie, w którym Polacy zostali bezpośrednio zapytani o to, czy prezydent Andrzej Duda powinien poprzeć nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, nazywanej potocznie “piątką dla zwierząt” – ponad połowa (56,6%) badanych odpowiedziała twierdząco (odpowiedzi “zdecydowanie tak” i “raczej tak”). Warto zauważyć, że z badania wynika, że projekt poparli zarówno mieszkańcy dużych miast (64,5%), jak i wsi (55,5%).

Wraz z wejściem w życie ustawy o zdrowiu zwierząt dnia 21 kwietnia, Komisja Europejska ma doskonałą okazję do podjęcia działań przeciwko hodowli zwierząt futerkowych i wyeliminowania związanych z nią zagrożeń dla ludzkiego zdrowia raz na zawsze – mówi Paweł Rawicki.

Ustawa o fundacjach rodzinnych coraz bliżej finału. Ministerstwo zapowiada kolejne kroki

Projekt ustawy o fundacji rodzinnej może już za kilka miesięcy trafić do parlamentu. Eksperci znający temat, przekonują, że realne jest wprowadzenie nowych przepisów w przyszłym roku. A zmiany są bardzo wyczekiwane przez przedsiębiorców. Dziś bowiem polskie prawodawstwo w sposób dość ograniczony reguluje proces sukcesji. W nowym prawodawstwie ma pojawić się instytucja fundacji rodzinnej. Jej zadaniem będzie m.in. gromadzenie majątku przekazanego przez fundatora, zarządzanie nim i chronienie go.

Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii, w drugiej połowie 2021 roku do parlamentu powinien trafić projekt ustawy o fundacji rodzinnej. Został on opublikowany 22 marca 2021 r. w Biuletynie Informacji Publicznej Rządowego Centrum Legislacji i skierowany do konsultacji publicznych. Resort liczy w tej kwestii przede wszystkim na głosy przedstawicieli polskich firm rodzinnych. Opinie i uwagi można zgłaszać do 22 kwietnia br. włącznie.

– Wprowadzenie przepisów w 2022 roku jest realne, ale meritum sprawy dotyczy tego, co wydarzy się po ich wdrożeniu. Przedsiębiorcy powinni mieć świadomość, że taki model pojawi się w przepisach. Może to spowodować zmiany w samym układzie sektora III – komentuje dr Adam Weinert, prezes Rady Fundacji na rzecz Tworzenia Wartości Wspólnej przez Studentów.

Ustawa o fundacji rodzinnej jest rozwiązaniem długo wyczekiwanym przez polskich przedsiębiorców, co podkreśla Magdalena Franciszczak z grupy kapitałowej DGA. Ekspert dodaje, że obecnie nasze prawo w sposób bardzo ograniczony reguluje proces sukcesji w firmach rodzinnych. Brak krajowych rozwiązań zmusza przedsiębiorców do przenoszenia firm do fundacji rodzinnych działających poza granicami Polski. MRPiT zaznacza, że celem projektu jest wprowadzenie do polskiego systemu prawnego instytucji fundacji rodzinnej, podobnej do tych funkcjonujących właśnie w innych państwach europejskich.

– To oczywiście dobra wiadomość. Przede wszystkim polskie biznesy rodzinne nie będą szukały takich rozwiązań za granicą, czyli kapitał zostanie w naszym kraju. Ponadto ww. rozwiązanie zagwarantuje byt firmy, jej nierozerwalność i stabilność, a także ułatwi jej funkcjonowanie w przyszłości jako wielopokoleniowe przedsiębiorstwo rodzinne – analizuje Teresa Kuliberda-Wojtas, doradca sukcesyjny i mediator.

Resort podkreśla, że fundacja rodzinna to będzie nowa osoba prawna. Ma zajmować się  gromadzeniem, zarządzaniem i ochroną majątku przekazanego przez fundatora, zgodnie z jego wolą zawartą w statucie. Do zadań tej instytucji należeć też będzie zapewnianie środków dla wskazanych beneficjentów.

– Rolą fundacji jest przede wszystkim unieśmiertelnienie majątku fundatora. Dzięki temu nie dojdzie do szybkiej konsumpcji rodzinnego kapitału, a będzie on wspierał kolejne pokolenia. Dodatkowo zabezpieczy rodzinną schedę przed rozdrobnieniem tego mienia, np. z tytułu dziedziczenia czy zapłaty zachowków. A taki podział może w konsekwencji przełożyć się na rozpad firmy – mówi Kuliberda-Wojtas.

MRPiT informuje też, że fundacja rodzinna może akumulować i chronić polski kapitał, tj. zatrzymać go w kraju. Natomiast w dalszej perspektywie czasowej będzie mogła rozwijać działalność inwestycyjną w oparciu o zgromadzony majątek, czyli dokonywać nowych inwestycji.

– Rozwiązanie to jest silnie umocowane z potrzebami rynkowymi. Dziś część osób musi kierować organizacją, która prowadzi jednocześnie działalność gospodarczą. To nie pozwala spełnić potrzeb przedsiębiorców. Fundacje muszą budować kapitał żelazny, który pozwala utrzymać się w perspektywie długofalowej. Nie zyskują na tym firmy, które mogą jedynie pomagać instytucji, przekazując darowizny. Te z kolei muszą zostać przeznaczone na cele statutowe fundacji, co niekoniecznie leży w interesie wspierających przedsiębiorstw, a zatem ich członków rodziny – wyjaśnia dr Weinert.

Beneficjentem fundacji będzie mogła zostać osoba fizyczna i organizacja pożytku publicznego (OPP), o czym informuje resort. Z dochodów i majątku będzie można finansować np. koszty utrzymania, kształcenia lub leczenia beneficjentów albo cele statutowe. Fundacja stałaby się formalnie właścicielem np. udziałów w spółkach, papierów wartościowych czy nieruchomości. Natomiast rodzina przedsiębiorców, ich dzieci, wnuki – beneficjentami fundacji.

– Fundacja staje się niejako funduszem inwestycyjnym. W ten sposób chroni rodzinny majątek i dąży do jego pomnażania. Działa na rzecz integralności przedsiębiorstwa rodzinnego, ale jednocześnie może ograniczyć beneficjentów, którzy wykazują brak zaangażowania. W statucie fundacji mogą znaleźć się warunki konieczne do spełnienia przez kolejnych beneficjentów, członków rodziny – zstępnych. Przy odpowiednich zapisach, można zapobiec m.in. konfliktom rodzinnym czy rozdrobnieniu akcjonariatu w poszczególnych spółkach rodzinnych – stwierdza Joanna Juszczyszyn-Klimek z grupy kapitałowej DGA.

Jak wynika z zebranych informacji, fundacja rodzinna, podobnie jak inne osoby prawne, ma działać poprzez zarząd i będzie mogła podlegać także wewnętrznemu nadzorowi rady protektorów. Beneficjenci utworzą zgromadzenie beneficjentów, które będzie się zbierać tylko w wyjątkowych przypadkach, np. w celu uzupełniania składu danego organu. Jak podsumowuje resort, zapewni to niezbędny wpływ rodziny na najważniejsze kwestie związane z działalnością fundacji w perspektywie wielu kolejnych lat.

42 proc. Polaków uważa, że praca zdalna powinna się wiązać z podwyżką wynagrodzenia

W ciągu minionego roku Polacy oswoili się z pracą zdalną. Rośnie liczba osób, które mają odpowiednie warunki do pracy z domu – deklaruje je już ponad 63 proc. ankietowanych w badaniu polskiego ClickMeeting. Widać też jednak rosnące zmęczenie obecną sytuacją – aż 22 proc. pracowników chciałoby, aby firma zapewniła im możliwość dobrowolnych konsultacji z psychologiem. Blisko 6 proc. pracodawców już takie konsultacje zapewnia.click_meeting_praca_zdalna_raport_kodeks_pracy click_meeting_praca_zdalna_raport_odpowiednie_warunki click_meeting_praca_zdalna_raport_rekompensata_kosztow

W ciągu minionego roku praca spoza biura przestała być nowinką technologiczną i przywilejem dla wybranych, a dla wielu osób stała się codziennością. Jednak mimo zadowolenia z możliwości dopasowania pracy do rytmu dnia i oszczędności czasu na dojazdach z czasem pojawiły się też zmęczenie i niepewność. Jak wynika z nowego badania  ClickMeeting „Jak oceniamy pracę zdalną po roku pandemii?”, polskiej firmy dostarczającej rozwiązania webinarowe, jedynie 25 proc. firm planuje powrót do pracy stacjonarnej w pełnym wymiarze jeszcze w tym roku, natomiast 24 proc. pracowników nie wie, jakie plany w tym zakresie ma ich firma. Aż 34 proc. firm planuje wdrożenie pracy w formie hybrydowej.

Z naszego badania wynika, że Polacy oswoili się z pracą zdalną, potrzebują tylko odpowiednich regulacji prawnych i wsparcia ze strony pracodawców – mówi Dominika Paciorkowska, dyrektor zarządzająca w ClickMeeting – Dzięki nowoczesnym narzędziom do wideokonferencji, takim jak platforma ClickMeeting, praca w zespołach może być wygodna i efektywna. Już ponad ⅓ firm dostrzega korzyści płynące z tego typu rozwiązań i planuje w przyszłości łączyć pracę stacjonarną z możliwością pracy zdalnej.

Już 63 proc. pracowników deklaruje, że ma odpowiednie warunki do pracy z domu

W porównaniu do poprzedniego raportu o pracy zdalnej opublikowanego przez ClickMeeting we wrześniu 2020, warunki do pracy z domu uległy nieznacznej poprawie – obecnie deklaruje je 63 proc. respondentów, o 4 proc. więcej niż we wrześniu. Jednocześnie nadal aż 37 proc. pracowników ma tylko częściowo odpowiednie warunki do pracy zdalnej lub nie ma ich wcale. Problem nie leży w kwestiach technologicznych – 92 proc. ankietowanych ma wystarczający sprzęt do pracy z domu. Aż 88 proc. posiada też odpowiednie łącze internetowe – to o 8 proc. więcej niż we wrześniu. Brakuje jednak odpowiedniej przestrzeni i ciszy.

Coraz więcej osób w związku z pracą zdalną oczekuje podwyżek

Przygotowanie pracodawców do nowych warunków wygląda w świetle raportu trochę gorzej. Zaledwie 9 proc. ankietowanych otrzymuje od firmy rekompensatę za koszty poniesione przez nich w związku z pracą z domu, jak np. wyższe rachunki za wodę, prąd, Internet czy zakup odpowiedniego sprzętu. Trzeba jednak przyznać, że liczba osób oczekujących takich dopłat powoli spada – z 64 proc. we wrześniu do 60 proc. w marcu. Natomiast coraz więcej pracowników w związku z wykonywaniem pracy zdalnej chciałoby otrzymać podwyżkę wynagrodzenia. Oczekuje jej już 42 proc. ankietowanych – o 7 proc. więcej niż we wrześniu 2020 r. Natomiast 16 proc. byłoby zainteresowanych benefitami takimi jak wprowadzenie zadaniowego czasu pracy czy dostęp do wizyt u okulisty, ortopedy lub masażysty.

Pracownicy potrzebują wsparcia psychologicznego oraz regulacji prawnych

W obecnej męczącej sytuacji pracownicy potrzebują od pracodawców nie tylko wsparcia technicznego i finansowego, ale również psychologicznego. Niemal 22 proc. ankietowanych chciałoby, aby firma zapewniła im możliwość dobrowolnych konsultacji z psychologiem. Blisko 6 proc. pracodawców dostrzegło problem i już takie konsultacje zapewnia.

Zdecydowana większość, bo aż 84 proc. ankietowanych, zgadza się, że warunki pracy zdalnej powinny zostać uregulowane w Kodeksie pracy. W Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii od roku już trwają prace nad nowelizacją obowiązujących przepisów i przystosowaniem ich do  pracy zdalnej.

PARP: Zmiany demograficzne wymagają aktywizacji pracowników 50+

W Polsce od prawie 30 lat obserwowany jest spadek liczby urodzeń. Taka sytuacja znacząco wpływa zarówno na rynek pracy (niedobór kadr), jak i system zabezpieczenia społecznego czy usług zdrowotnych. Aby załagodzić skutki zmian demograficznych należy m.in. zintensyfikować działania wspierające aktywizację zawodową osób 50+, żeby jak najdłużej pozostawały na rynku pracy – wynika z raportu PARP „Starzenie się społeczeństwa – wyzwanie dla rynku pracy, aktywizacja pracowników 50+”.

Na skutek wydłużania się ludzkiego życia, postępu cywilizacyjnego i poprawy jakości życia, na świecie systematycznie rośnie odsetek ludzi w wieku poprodukcyjnym. W Polsce na koniec 2019 r. populacja osób powyżej 65 r.ż. liczyła 6,9 mln (18,1% liczby ludności). Z prognoz demograficznych GUS wynika, że w 2050 r. jej udział wzrośnie do 32,7%, a udział osób w wieku produkcyjnym i przedprodukcyjnym wyniesie odpowiednio 57 proc. i niecałe 11 proc.

Główne przyczyny starzenia się społeczeństwa

Przyczyn starzenia się społeczeństwa jest wiele. Jedną z nich jest coraz późniejsze macierzyństwo. Na przestrzeni ostatnich trzech dekad obserwuje się, że kobiety w coraz późniejszym wieku decydują się na urodzenie pierwszego dziecka. Nie bez znaczenia pozostaje także wydłużony okres nauki oraz wyższa aktywność zawodowa kobiet. Co więcej, można zaobserwować wyraźny spadek liczby zawieranych małżeństw, a osoby żyjące w związkach nieformalnych rzadziej decydują się na posiadanie potomstwa. Do starzenia się społeczeństwa przyczynia się również zmiana potrzeb konsumpcyjnych. W praktyce oznacza to wzrost zapotrzebowania na usługi związane z ochroną zdrowia, opieką społeczną, w tym powszechny dostęp do miejsc w placówkach dziennej opieki dla dzieci, tj. żłobków, przedszkoli. Trudności w zapewnieniu opieki dla dzieci, po zakończeniu urlopu związanego z macierzyństwem, mogą skutkować przesuwaniem przez młodszą część społeczeństwa decyzji o prokreacji. Ponadto na zjawisko starzenia się ludności wpływa pośrednio szereg innych czynników, m.in.: poziom zamożności społeczeństwa, promowany model rodziny, wykształcenie ludności; polityka społeczna państwa itp.

Starsi pracownicy z potencjałem i doświadczeniem

Zmieniająca się struktura wieku społeczeństwa powinna skłonić pracodawców do dostrzeżenia potencjału zawodowego i doświadczenia osób starszych. Bardzo ważne staje się inicjowanie rozwiązań, które będą wspierały osoby 50+ na rynku pracy, aby pozostawały one aktywne zawodowo jak najdłużej. Działania na rzecz pracowników starszych powinny opierać się zarówno na systemowych rozwiązaniach w ramach polityk krajowych, jak i indywidualnych programach realizowanych w miejscach pracy.

Osoby starsze na rynku pracy borykają się z różnorodnymi problemami. Jednym z nich jest bariera mentalna pracodawców, którzy niechętnie zatrudniają osoby w wieku 50+. Opinie dotyczące starszych pracowników są często niepotwierdzone i krzywdzące. Na ogół są to osoby lojalne, o dużej wiedzy merytorycznej i bogatym doświadczeniu życiowym i zawodowym, które pomaga im radzić sobie w trudnych sytuacjach i dopasowywać się do specyfiki pracodawcy.

Zjawisko starzenia się społeczeństwa stanowi jedno z najważniejszych wyzwań warunkujących w najbliższych latach rozwój państw członkowskich UE, szczególnie Polski, która od wielu lat plasuje się w pierwszej trzydziestce krajów demograficznie starych na świecie. Będzie miało również wpływ na podejmowane decyzje na płaszczyźnie społecznej i gospodarczej – ocenia Anna Skowrońska z Departamentu Analiz i Strategii PARP.

Niewiele czasu na zmiany

W perspektywie niespełna dwóch dekad Polsce grozi duży spadek osób aktywnych na rynku pracy. Z  jednej strony będzie to skutkować poważnym niedoborem rąk do pracy, z drugiej, wyzwaniem dla systemu emerytalnego. W związku z rosnącą świadomością tego problemu zmieniają się cele polityki rynku pracy. W wielu krajach jednym z głównych priorytetów tej polityki jest zwiększenie aktywności zawodowej osób starszych, a za istotny czynnik sprzyjający jego osiągnięciu w przedsiębiorstwie uważa się wdrażanie w procesie zarządczym modelu zarządzania wiekiem rozumianego, jako strategia zarządzania zróżnicowanym wiekowo zespołem pracowników.

Ważne jest dostosowanie otoczenia instytucjonalnego, zestawu narzędzi i instrumentów kierowanych na aktywizację zawodową osób 50+ do danej sytuacji gospodarczej. Istotne jest także zapewnienie środków na aktywizację osób 50+ nawet w takich warunkach gospodarczych, w których tworzenie miejsc pracy jest trudne.

W dobie starzenia się społeczeństw równie ważne, jak wdrażanie rozwiązań  zachęcających do jak najdłuższej aktywności zawodowej, staje się promowanie zdrowego stylu życia i umożliwienie pracownikom 50+ pozostawania jak najdłużej w dobrym zdrowiu oraz kondycji psychofizycznej.

———-

Raport został przygotowany w ramach projektu infobrokeringowego na potrzeby Systemu Rad ds. Kompetencji i jest finansowany z funduszy europejskich (Program Operacyjny Wiedza Edukacja Rozwój).

Północna Izba Gospodarcza: dostęp do szczepień w zakładach pracy powinien być powszechniejszy

Północna Izba Gospodarcza apeluje do Premiera: sektor MŚP nie może być pomijany w procedurze dostępu do szczepień.

Ponawiamy apel o to, by zmienić limit osób, które kwalifikują zakład pracy do możliwości przeprowadzenia szczepień na terenie firmy. Obecnie ten limit to 500 deklarujących osób. W opinii Północnej Izby Gospodarczej tak wysoki limit spowodowuje, że sektor MŚP, który bardzo chętnie przyłączyłby się do organizacji szczepień w swoich firmach będzie mieć zablokowaną taką możliwość. Postulujemy, by limit osób deklarujących szczepienie był obniżony do 200 osób.

– Północna Izba Gospodarcza od początku wyraża pozytywną opinię na temat programu szczepień w zakładach pracy, podobnie jak medycy uważamy, że tylko szczepienia są szansą na szybki powrót do normalności, a widzimy, że sektory takie jak turystyka, gastronomia, hotelarstwo czy usługi jak tlenu potrzebują szansy na normalną działalność. Naszym zdaniem program szczepień i organizacji ich punktów powinien być jeszcze bardziej powszechny. Zachęcamy także przedsiębiorców do organizowania akcji promocyjnych, których intencją będzie obalanie stereotypów i zachęcanie pracowników do szczepienia się. Jako Izba damy przykład. Więcej o kampanii powiemy już niebawem – mówi Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Poniżej list do Premiera Mateusza Morawieckiego podpisany przez Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hannę Mojsiuk:

Szanowny Panie Premierze,

na początku kwietnia Pan Michał Dworczyk, Pełnomocnik Rządu ds. Szczepień, zaprezentował imponujący plan przyspieszenia programu szczepień w II kwartale roku 2020. Z punktu widzenia przedsiębiorców daje on nadzieję na szybszy powrót do normalności oraz na to, że niebawem niektóre branże będą mogły powrócić do płynnej i nieprzerywanej lockdownami działalności. Zapowiedź powszechnych szczepień oraz możliwość organizowania punktów szczepień w zakładach pracy to doskonała wiadomość, którą jako instytucja otoczenia biznesu z całą mocą wspieramy.

Jako Północna Izba Gospodarcza postulujemy, by zapowiedziany przez Ministra Dworczyka program poszerzyć. Uważamy, że sektor MŚP również powinien mieć możliwość organizowania punktów szczepień. Zdajemy sobie sprawę, że logistyka nakazuje rozsądek, ale dlaczego nie pozwolić na szczepienia w miejscach pracy, gdzie 200 osób zadeklarowało chęć zaszczepienia się? Należy zrobić wszystko, by powrót do normalności był możliwy jak najszybciej.

W związku z tym, apelujemy Panie Premierze, by obniżyć limit osób deklarujących chęć zaszczepienia jako wyznacznik do tego, by możliwe było zorganizowanie punktu szczepień w zakładzie pracy. Uważamy, że zasadne jest umożliwienie pracodawcy zorganizowanie punktu szczepień w jego firmie, w momencie, kiedy jego 200 pracowników wyrazi chęć zaszczepienia, tym bardziej, iż bierze on za to  pełną odpowiedzialność.

Sektor MŚP nie chce być pomijany w uproszczonej procedurze dostępu do szczepień. Chce wracać do normalności. Przedsiębiorcy pokładają w szczepieniach wielkie nadzieje. Uważamy, że proces szczepienia powinien być tak mocno zdynamizowany, jak to tylko jest możliwe.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie stoi na stanowisku, że szczepienia powinny być możliwie szeroko promowane wśród pracowników przez przedsiębiorców. Takie kampanie powinny odbywać się jak najszybciej, albowiem nie ma lepszego narzędzia do walki z koronawirusem niż szczepionka. Jesteśmy gotowi włączyć się w taką promocję i być jej aktywnym uczestnikiem.

Po 13 miesiącach walki z pandemią, po fali bankructw w wielu sektorach gospodarki i po mocnym uderzeniu w światową gospodarkę, musimy wszyscy zdać sobie sprawę, że szybki powrót do normalności jest w interesie nas wszystkich. Wszyscy pragną już normalności, ale najkrótsza droga do niej prowadzi przez masowe szczepienia.

Azure Summit 2021 (online) – największa polska konferencja o Microsoft Azure

Zapraszamy na Azure Summit 2021 (online), czyli największą polską konferencję poświęconą chmurze Microsoft Azure technologiom Microsoft w formie wydarzenia online. Wydarzenie odbędzie się w dniu 13 maja 2021 roku. Najważniejszą wartością konferencji jest wysoki poziom merytoryczny prezentacji technicznych. Prelegentami podczas konferencji będą pracownicy Microsoft, Microsoft MVP oraz przedstawicie firm wykorzystujących Microsoft Azure.

Podczas wydarzenia odbywają się również Wirtualne Targi Pracy IT, na których można spotkać renomowane firmy z branży IT na ich dedykowanych wirtualnych stoiskach. 

Rejestracja i udział w konferencji są w pełni bezpłatne.
Link do rejestracji na wydarzenie: https://azuresummit.pl/ 

Ze względu na sytuację panującą na świecie, konferencja odbędzie się w formie online. W konferencji weźmie udział ponad 1500 uczestników z całej Polski.

Serdecznie zapraszamy do udziału wszystkich chętnych!

Czym różni się kredyt gotówkowy od pożyczki?

Potrzebujesz gotówki i zastanawiasz się, jakie są różnice między kredytem a pożyczką? Pożyczka bez zbędnych formalności czy kredyt gotówkowy – co wybrać? Sprawdź, czym jest kredyt gotówkowy oraz pożyczka i wybierz opcję odpowiednią dla Ciebie.

Czym jest kredyt gotówkowy?

Kredyt gotówkowy to potoczna nazwa dla określenia sposobu pożyczania pieniędzy. Pojęcia kredytu najczęściej używa się w ramach definicji wywodzących się z przepisów Prawa bankowego.

Umowę kredytu, czyli kredyt, Prawo bankowe określa jako umowę pomiędzy bankiem a klientem. Zobowiązuje ona bank do oddania pewnej kwoty do dyspozycji klienta na określony czas oraz na określony cel.

Bank wypłaca kredytobiorcy określoną sumę pieniędzy z przeznaczeniem na ustalony w umowie cel i czas. Ma prawo zweryfikować, czy kredytobiorca faktycznie wykorzystuje kredyt w celu określonym w umowie (np. remont).

Kredytobiorca jest zobowiązany do spłaty kredytu wraz z odsetkami w określonych terminach spłat oraz zapłaty prowizji od udzielonego zobowiązania. Nie dochodzi tutaj do przeniesienia na kredytobiorcę własności środków pieniężnych.

Udzielenie kredytu jest uzależnione od zdolności kredytowej kredytobiorcy, więc procedura jego przyznawana może być dość długa – szczególnie, gdy wnioskodawca nie ma żadnej relacji z bankiem. Dokumenty potrzebne do kredytu to przeważnie zaświadczenie o zatrudnieniu, dochodach i zarobkach.

Terminy kredyt/pożyczka gotówkowa często są używane zamiennie, ale są to zupełnie inne produkty. Zamienne stosowanie obu tych pojęć może wynikać z faktu, że po spełnieniu pewnych warunków mogą stanowić kredyt konsumencki (o którym mowa w ustawie o kredycie konsumenckim i dalszej części artykułu).

Kredyt a pożyczka – różnice

Pożyczka gotówkowa to znacznie bardziej swobodna i elastyczna forma finansowania niż kredyt. Udzielają jej nie tylko banki, ale także instytucje finansowe i osoby prywatne. Umowa pożyczki podlega przede wszystkim pod przepisy Kodeksu Cywilnego. Pożyczkę można wykorzystać na dowolny cel, którego nie trzeba dokumentować. Co więcej, pożyczka może dotyczyć nie tylko środków pieniężnych, ale także określonej liczby rzeczy oznaczonych co do gatunku.

Pożyczkobiorca zobowiązuje się zwrócić tę samą sumę pieniędzy lub liczbę rzeczy opisanych w umowie, które na mocy umowy przechodzą na jego własność. W przypadku umowy pożyczki mogą, ale nie muszą zostać nałożone odsetki czy prowizja.

Najczęściej nie są wymagane dodatkowe dokumenty i zaświadczenia potwierdzające zdolność kredytową, chyba że udzielana pożyczka stanowi jednocześnie kredyt konsumencki w rozumieniu ustawy o kredycie konsumenckim – w takim przypadku na kredytodawcy spoczywa szereg obowiązków takich jak ocena zdolności kredytowej, wydanie formularza informacyjnego przed zawarciem umowy, czy uwzględnienie w umowie wielu elementów istotnych z punktu widzenia kredytobiorcy.

Kredyt konsumencki to forma finansowania znacznie bardziej uregulowana i kontrolowana przez instytucje państwowe (np. Prezesa UOKiK w zakresie prawidłowej realizacji obowiązków informacyjnych spoczywających na kredytobiorcy), co zwiększa bezpieczeństwo, ale jednocześnie może wydłużać procedurę jej udzielenia.

Jeśli zastanawiasz się, jaką formę finansowania wybrać, dokładnie przeanalizuj cel, na jaki chcesz przeznaczyć środki, sumę pieniędzy, jakiej potrzebujesz i czas niezbędny do zwrotu środków.

Szybka gotówka online bez zbędnych zaświadczeń

Interesuje Cię pożyczka bez zbędnych formalności? Potrzebujesz szybkiej gotówki? Sprawdź z nami główne zalety pożyczki gotówkowej online w PKO Banku Polskim.

W PKO Banku Polskim możesz otrzymać pożyczkę gotówkową online, korzystając z bankowości elektronicznej iPKO lub darmowej aplikacji mobilnej IKO – szybko i prosto. Jeśli złożysz wniosek online, możesz otrzymać wypłatę nawet w 30 sekund!

Otrzymujesz pieniądze na konto nawet w dniu złożenia wniosku. Pożyczkę możesz spłacać krótko – nawet przez 3 miesiące, ale także dłużej, w zależności od Twoich potrzeb – nawet do 96 miesięcy. Jeśli nie jesteś klientem PKO Banku Polskiego, również możesz skorzystać z pożyczki bez zbędnych zaświadczeń online do 4500 zł.

Jak otrzymać pożyczkę bez zbędnych formalności w PKO Banku Polskim?

  1. Wypełniasz wniosek o pożyczkę w aplikacji w telefonie lub na komputerze. Możesz także udać się do oddziału PKO Banku Polskim osobiście, a także umówić się na wideorozmowę lub rozmowę telefoniczną z doradcą.
  2. Zapoznajesz się z warunkami, zdalnie dostarczasz dokumenty (gdy wymagane)  i akceptujesz umowę pożyczki elektronicznie.
  3. Dostajesz pieniądze na konto nawet tego samego dnia.

Deloitte: Polskie rady nadzorcze angażują się w zarządzanie kryzysowe

Pandemia wpłynęła na funkcjonowanie firm nie tylko w obszarach strategicznych czy operacyjnych. Zmiany odczuły również organy kontrolne, czyli rady nadzorcze.

Z badania „Rada Nadzorcza w obliczu COVID-19: kryzys, doświadczenie, nowa rzeczywistość” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że chociaż cztery piąte członków rad zapewniło, że włączyli się w zarządzanie kryzysowe, to 59 proc. z nich nie ma określonej strategii na wypadek wystąpienia niespodziewanych sytuacji. Z kolei ponad 80 proc. zasiadających w radach nadzorczych dostrzegło, że w czasie kryzysu zwiększył się zakres współpracy z zarządem i akcjonariuszami. Więcej uwagi poświęcono również pracownikom.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Deloitte, pandemia COVID-19 zmusiła członków rad nadzorczych do zaangażowania się w zarządzanie kryzysowe. Aż 81 proc. respondentów deklaruje, że podjęło kroki w tym kierunku. Ponad połowa z nich zrobiła to w ciągu siedmiu dni od wprowadzenia w Polsce lockdownu, 23 proc. w ciągu dwóch tygodni, a 19 proc. do miesiąca.

Nie każda rada nadzorcza posiada przygotowany konkretny zestaw działań. 59 proc. badanych wskazało, że nie ma określonego planu działania w przypadku kryzysu. 56 proc. przyznało również, że nie ma gotowych planów na wypadek awaryjnej sukcesji. To powoduje, że wiele sytuacji może potencjalnie zaskoczyć rady nadzorcze w sposób negatywny i wymusić podjęcie decyzji pod wpływem chwili. Natomiast wszyscy respondenci zgodnie stwierdzili, że udało im się przełożyć doświadczenia z funkcjonowania innych rad i rozwiązań stosowanych w różnych firmach. Tym samym mogą przejąć i zaadaptować dobre praktyki, również te w obszarze zarządzania kryzysowego, do swojej jednostki mówi Dorota Snarska-Kuman, partner w dziale audit & assurance, liderka programu Rady Nadzorcze, Deloitte.

Ład korporacyjny w obliczu dynamicznych zmian

Firmą zarządza się i nadzoruje w oparciu o system norm i zasad zwany ładem korporacyjnym. W praktyce pojęcie to można rozumieć jako złożoną sieć relacji rozwijanych pomiędzy kadrą zarządzającą, reprezentantami nadzoru właścicielskiego, akcjonariuszami oraz pozostałymi interesariuszami.

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu biznesowym odpowiedni ład korporacyjny i ustrukturyzowane przez niego relacje pomiędzy interesariuszami pomagają organizacji właściwie reagować na sytuacje kryzysowe i zawczasu identyfikować zagrożenia.

Zdaniem 85 proc. badanych, pandemia nie wpłynęła na zmianę ładu korporacyjnego. Członkowie rad nadzorczych, którzy byli odmiennego zdania, najczęściej wskazywali na przekształcenia w systemach i funkcjach zewnętrznych oraz w wynagrodzeniach.

Zapytaliśmy naszych respondentów również o trudności związane z wypełnieniem elementów ładu korporacyjnego. Ponad połowa z nich nie ma takich doświadczeń. 19 proc. członków rad wskazało natomiast na przeszkody w obowiązkach zarządu i rady nadzorczej, 15 proc. na problemy związane

z walnymi zgromadzeniami i relacjami z akcjonariuszami, a 11 proc. z wynagrodzeniami. Warto podkreślić, że o zmianie ładu korporacyjnego częściej mówili przedstawiciele firm z najwyższym rocznym obrotem – mówi Dorota Snarska-Kuman.

Nowe perspektywy

63 proc. respondentów deklaruje, że rada nadzorcza miała przygotowane plany zapewnienia ciągłości pracy na wypadek zakłóceń wywołanych pandemią, a w 81 proc. firm udało się wprowadzić te założenia. Aż 89 proc. członków rad nadzorczych podkreśla, że w tym procesie nie napotkało większych trudności. Natomiast badani, którzy doświadczyli problemów, najczęściej wskazywali na te natury logistycznej (67 proc.). Co ciekawe, zdaniem większości firm pandemia COVID-19 nie wpłynęła na zmianę ich strategii działania (63 proc.). Natomiast 56 proc. członków rad nadzorczych twierdzi, że obecnie przedmiotem dyskusji są nowe kierunki rozwoju, które nie były rozpatrywane przed pandemią. Co ciekawe, w 89 proc. przypadków nie został powołany specjalny komitet ds. koronawirusa.

Wśród priorytetów rad nadzorczych w czasie pandemii, znalazło się zarządzanie ryzykiem, strategia,

a także polityka informacyjna i komunikacja z inwestorami. Zdaniem 59 proc. respondentów hierarchia priorytetów nie zmieniła się z powodu sytuacji spowodowanej COVID-19.

Zmienił się z kolei sposób komunikacji na każdym szczeblu firmy. Z naszego badania wynika, że 93 proc. rad nadzorczych odbywa spotkania zdalnie, a 89 proc. nie zauważyło trudności związanych z taką formą kontaktu. W przypadku 59 proc. częstotliwość komunikacji zwiększyła się w związku z pandemią. 82 proc. badanych twierdzi, że z powodu koronawirusa ściślej współpracują z zarządem firmy i akcjonariuszami, 15 proc. z pracownikami, a 11 proc. z partnerami biznesowymi. Oznacza to, że rady nadzorcze poczuły potrzebę, by poznać nastroje panujące w przedsiębiorstwie. Taki przepływ informacji powinien być zachowany również po zakończeniu pandemii – mówi Dorota Snarska-Kuman.

O badaniu

Badanie „Rada Nadzorcza w obliczu COVID-19: kryzys, doświadczenie, nowa rzeczywistość” przeprowadzono od czerwca do września 2020 r. wśród członków rad nadzorczych w Polsce. 59 proc. ankietowanych zasiada w jednej radzie, 28 proc. w od dwóch do pięciu i 3 proc. w sześciu do dziewięciu radach nadzorczych. Najwięcej przedstawicieli miały firmy zatrudniające więcej niż 250 pracowników (50 proc.). W badaniu wzięli również udział reprezentanci przedsiębiorstw zatrudniających mniej niż 50 osób (28 proc.) i zatrudniających od 51 do 250 pracowników (22 proc.).

Respondenci zasiadają w radach nadzorczych firm z branż: dobra konsumpcyjne i usługi, usługi finansowe, nieruchomości, energia, zasoby i przemysł, technologia, media i komunikacja, opieka zdrowotna oraz usługi publiczne. Najwięcej badanych to przedstawiciele przedsiębiorstw, których roczny obrót wynosi od 10 do 50 mln euro (36 proc.) i tych, które przekraczają kwotę 50 mln euro (33 proc.). 17 proc. członków rad nadzorczych reprezentuje firmy o rocznym obrocie od 2 do 10 mln euro, a 14 proc. do 2 mln euro.

Praca zdalna nie pomaga branży papierniczo-biurowej

Pandemia, a konkretnie home office, nie sprzyjają producentom papieru, artykułów biurowych i firmom zajmującym się administracyjną obsługą biur. Zadłużenie podmiotów z tej branży od początku marca ubiegłego roku wzrosło o ponad 1/5 i dziś wynosi 23,6 mln zł – wynika z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Z 29,6 tys. zł do 34,6 tys. zł zwiększyła się także ich średnia zaległość wobec kontrahentów.

Pracownicy skierowani na home office nie korzystają z materiałów biurowych, nie drukują umów, dokumentów ani prezentacji. Firmy, które przeniosły działalność do Internetu również zredukowały zapotrzebowanie na papier i artykuły biurowe. Segregatory, notesy, zszywacze, dziurkacze czy pojemniki na dokumenty nie są potrzebne w takiej liczbie, jak kiedyś. Z kolei mniej drukowanych dokumentów to mniejsze zapotrzebowanie na tonery. Uczniowie i studenci podczas nauki zdalnej również nie zużywają tyle zeszytów, długopisów, markerów, kredek czy kartek samoprzylepnych, ile w szkole i na uczelni.

Firmy wykonujące usługi ksero nie kopiują notatek ani książek w takiej skali jak przed pandemią. Podobnie jak podmioty świadczące działalność pomocniczą związaną z prowadzeniem biura – archiwizację i niszczenie dokumentów, dostarczanie i obsługę poczty, usługi sekretarskie, księgowe i rachunkowe. Papier jest wykorzystywany teraz głównie w stacjonarnych oddziałach banków, które nadal drukują sporo umów i innych dokumentów dla klientów oraz używają długopisów.

JDG-i mają pod górę

Problemy z popytem na takie materiały widać w bazie danych KRD. W marcu 2020 r. zaległości firm z branży papierniczo-biurowej wynosiły 19,6 mln zł. Dziś wzrosły do 23,6 mln zł. Poszerzyło się też grono dłużników z 657 w marcu ub.r. do 683 obecnie. W ślad za rosnącymi zaległościami powiększa się średnie zadłużenie wobec kontrahentów. Dwanaście miesięcy temu wynosiło ono 29,6 tys. zł, a teraz 34,6 tys. zł.

Największe problemy z wypłacalnością mają jednoosobowe działalności gospodarcze, które są winne kontrahentom 12,8 milionów złotych. Tuż za nimi są spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, zalegające na kwotę 9,6 milionów złotych. Reszta zadłużenia rozkłada się pomiędzy spółki akcyjne, spółki jawne i komandytowe – informuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Europejska Konfederacja Przemysłu Papierniczego (CEPI) podaje, że w samym tylko 2020 r. produkcja papieru do druku i pisania, a więc często wykorzystywanego dotąd w firmach, spadła o 18 proc. Zapowiedziano stałe zamykanie papierni, ale także przebudowę parków maszynowych, tak aby dostosować się do nowej sytuacji. Rynek e-commerce jest teraz bardzo chłonny i potrzebuje dużo opakowań papierowych do transportu towarów.

Branża musi przetrwać trudny okres i widać, że szuka rozwiązań ratunkowych. Zmienia profil produkcji, wprowadzając do oferty nowe rodzaje papieru potrzebne w handlu internetowym. To dobry znak, bo świadczy o elastyczności i determinacji firm. Takie podejście powinno ułatwić im wyjście z problemów finansowych – ocenia Adam Łącki.

Komu zalega branża papierniczo-biurowa

Najwięcej zaległości mają firmy z Mazowsza, które nie zapłaciły kontrahentom blisko 9,1 mln zł. Drugie miejsce zajmuje województwo śląskie z kwotą 3 mln zł, a podium zamyka Małopolska, gdzie firmy są zadłużone na 2,1 mln zł.

Rekordzistą jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością z Warszawy, świadcząca usługi administracyjne dla biur. Ma ona do oddania aż 2,2 mln zł. Kwota ta rozkłada się na fundusz sekurytyzacyjny, który przejął należności od pierwotnych wierzycieli, i firmę windykacyjną.

Przedsiębiorstwa z branży papierniczo-biurowej są winne 6,6 mln zł funduszom sekurytyzacyjnym i windykacyjnym i prawie tyle samo bankom, 1,6 mln zł firmom leasingowym oraz 1,4 mln zł operatorom komórkowym.

Pandemia dużym wyzwaniem i szansą dla szkół wyższych. Jej efektem są nowe obszary badań i intensywna współpraca międzynarodowa

Czas pandemii obnażył wiele mankamentów polskiego szkolnictwa wyższego, ale także przyczynił się do pozytywnej zmiany i wymusił wprowadzenie na uczelniach innych, nowoczesnych metod dydaktycznych. W efekcie wielu wykładowców odnotowało znaczący wzrost frekwencji i aktywności studentów na zdalnych zajęciach. Z drugiej strony pandemia wyzwoliła także potencjał naukowy na uczelniach, związany chociażby z dodatkowymi grantami na badania w nowych obszarach czy współpracą z ośrodkami zagranicznymi, która jest dziś łatwiejsza dzięki upowszechnieniu komunikacji online.

– Okres pandemii zdecydowanie wpłynął na funkcjonowanie uczelni, również w obszarze naukowym. Wyzwania i ograniczenia powodują, że szukamy innowacyjnego podejścia – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. inż. Marcin Lorenc, rektor Politechniki Opolskiej.

Co najmniej do końca kwietnia zajęcia na uczelni odbywają się w trybie zdalnym, z wykorzystaniem metod kształcenia na odległość, w trybie synchronicznym. W tym czasie obowiązuje też nakaz pracy zdalnej. Jak pokazał raport Centrum Cyfrowego „Polskie uczelnie w czasie pandemii” – taki model nauki i pracy okazał się sprawdzianem dla szkolnictwa wyższego i obnażył jedną z jego słabości, czyli skupienie na rozwoju naukowym pracowników naukowych bez równoczesnego pogłębiania ich umiejętności dydaktycznych.

Pandemia COVID-19 wymusiła jednak zmianę i wprowadzenie nowych rozwiązań z zakresu dydaktyki. Wielu wykładowców – nie mogąc utrzymać uwagi studentów wpatrujących się w monitor przez 90 minut – ograniczyło formułę wykładów i zaczęło stosować interaktywne, warsztatowe metody i pracę projektową. Prowadzący zajęcia z czasem nauczyli się zarządzać wirtualną przestrzenią, jaką dają programy do nauki zdalnej – dzielić studentów na mniejsze grupy, przygotowywać multimedialne przerywniki, stosować quizy i ankiety. Wykładowcy uruchomili też nowe kanały komunikacji, m.in. wirtualne dyżury, pozwalające na połączenie wideo lub rozmowę na czacie. Co ciekawe, część z nich odnotowała znaczący wzrost frekwencji na zdalnych zajęciach, a studenci, którzy wcześniej nie wykazywali się aktywnością, w przestrzeni online zaczynali brać udział w dyskusjach.

– Widzimy także duży wzrost aktywności naszych naukowców. Nie mamy możliwości personalnej współpracy, nie uczestniczymy w konferencjach, które są bardzo ważne w naszym cyklu prac, natomiast pracujemy poprzez media, za pośrednictwem komunikacji na odległość. Efekty są bardzo zadowalające, bo wobec 2019 roku liczba publikacji z placówkami zagranicznymi wzrosła u nas o 100 proc. Liczba wniosków, które złożyliśmy na różnego rodzaju granty, też jest bardzo duża – podkreśla rektor Politechniki Opolskiej. – Pojawiły się granty, które są związane przede wszystkim z przeciwdziałaniem pandemii, i o nie również wnioskujemy z dużym powodzeniem.

Wzrosła liczba możliwych do pozyskania grantów związanych z przeciwdziałaniem pandemii i łagodzeniem jej skutków. Dla przykładu NCBiR – w ramach konkursu „Szybka ścieżka – Koronawirusy” – przeznaczył w zeszłym roku 200 mln zł z funduszy europejskich (POIR) na projekty skupione wokół diagnostyki, leczenia i przeciwdziałania chorobom wirusowym, ze szczególnym uwzględnieniem SARS-CoV-2.

– Pozyskaliśmy m.in. projekt, który dotyczy rehabilitacji pocovidowej. W tym obszarze bardzo aktywnie działa jeden z naszych kolegów, prof. Jan Szczegielniak, który praktycznie jako pierwszy zajął się rehabilitacją pocovidową w szpitalu w Głuchołazach i również na uczelni przygotowuje wnioski grantowe, żeby dalej rozwijać ten kierunek – mówi dr hab. inż. Marcin Lorenc.

Prowadzony przez prof. Jana Szczegielniaka, konsultanta krajowego w dziedzinie fizjoterapii, pilotaż w Głuchołazach był jedną z pierwszych tego typu inicjatyw w Europie i na świecie. Dzięki prowadzonej rehabilitacji u osób, które przeszły COVID-19, poprawiają się możliwości wysiłkowe, ustępują duszności, a przez to poprawia się jakość ich życia. Lekarze walczą jednak z szeregiem innych skutków: zaburzeniami równowagi, bólami stawów i mięśni, zaburzeń węchu czy smaku, pamięci, objawami depresji. Od września do końca lutego w Głuchołazach przyjęto ponad 500 pacjentów po zakażeniu.

Politechnika Opolska w połowie marca została laureatem prestiżowego konkursu organizowanego przez europejską sieć M-ERA.NET.2, który finansuje międzynarodowe projekty badawcze skupione na rozwoju nowych technologii. Zgłoszony przez nią projekt ma na celu rozwój technologii druku 3D i poszerzenie jej o natrysk termiczny, dzięki czemu będzie możliwe stworzenie warstwy odpornej na zużycie i korozję. Na jego realizację uczelnia pozyskała prawie milion euro. Projekt będzie realizowany przez naukowców z Wydziału Mechanicznego Politechniki Opolskiej we współpracy z zagranicznymi uczelniami – Uniwersytetem w Pilźnie, niemieckim Instytutem Fraunhofera oraz Akademią Nauk Republiki Czeskiej. Rektor PO podkreśla, że inżynieria mechaniczna jest jedną ze specjalności uczelni.

– Jako mniejsza uczelnia stawiamy na bardzo wyspecjalizowane kierunki naukowe, w tym m.in. na inżynierię mechaniczną, inżynierię lądową i transport, elektrotechnikę i ochronę środowiska. To nasze cztery główne kierunki, chcemy się wyspecjalizować. Nie jesteśmy w stanie zdobyć takiej rozpoznawalności jak choćby Uniwersytet Jagielloński, ale pracujemy nad swoją marką poprzez budowanie bardzo silnych brandów właśnie w tych obszarach naukowych – deklaruje.

Drugi akcent, na który mocno stawia uczelnia, to umiędzynarodowienie badań naukowych i współpraca międzynarodowa.

– To jest rzeczywista współpraca między naukowcami. Wiele ubiegłorocznych publikacji powstało wspólnie z innymi ośrodkami – nie tylko z Polski i Europy, ale i wielu innych krajów świata. Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to fakt, że w naszych murach jest już prawie standardem obecność profesorów m.in. z Włoch, Czech, Niemiec czy Słowacji. W ramach projektu finansowanego z zewnątrz będziemy gościć jeszcze pięciu naukowców spoza Europy – jednego z Chin, jednego z Iranu i trzech z Indii. Politechnika Opolska jest przygotowana, żeby ich przyjąć, mamy odpowiednią kadrę i mamy sprzęt, na którym można robić badania na światowym poziomie – mówi dr hab. inż. Marcin Lorenc.

Podkreśla, że to właśnie wysoki poziom naukowy i otwartość na współpracę z międzynarodowymi ośrodkami przyciągają naukowców z zagranicy.

– Po pierwsze, liczy się poziom, bo ci naukowcy nie zainteresowaliby się Politechniką Opolską, gdyby ludzie, którzy stoją za badaniami i wynikami prac naukowych, nie prezentowali właściwego poziomu. To podstawa. druga rzecz to aparatura do badań, którą posiadamy. Inwestujemy w tej chwili duże środki w nową infrastrukturę. To są magnesy, które do nas przyciągają – mówi rektor Politechniki Opolskiej.

Rośnie zaufanie społeczne do farmaceutów. Zaangażowanie ich i aptek może znacząco przyspieszyć tempo szczepień, nie tylko przeciw COVID-19

Według badań Polskiej Grupy Farmaceutycznej 85 proc. pacjentów uważa, że apteki są teraz bardziej dostępne niż przychodnie i chętnie zamiast z teleporady lekarskiej zwracają się po pomoc do farmaceuty. Pandemia przyczyniła się do wzrostu zaufania społecznego do przedstawicieli tego zawodu, co może teraz być wykorzystane w procesie szczepień przeciw COVID-19. Doświadczenia z innych krajów pokazują, że farmaceuci mają istotną rolę w zwiększaniu wskaźników wyszczepialności również w przypadku innych chorób.

9 kwietnia br. zostało opublikowane rozporządzenie ministra zdrowia, zgodnie z którym farmaceuci – po odbyciu odpowiednich szkoleń – mogą przeprowadzać badania kwalifikacyjne do szczepień i same szczepienia. W maju z kolei mają ruszyć szczepienia w aptekach, choć szczegółowe wytyczne i wymagania wobec przygotowania tych punktów są jeszcze opracowywane. Włączenie nowych punktów i zawodów w proces szczepień ma szanse go znacząco przyspieszyć.

W Polsce jest 12,2 tys. aptek, 36 tys. farmaceutów, z czego 28 tys. praktykujących. Jeśli 70 proc. z nich zadeklarowałoby gotowość do wsparcia szczepień w Polsce, to są to cenne zasoby ludzkie i na pewno nastąpiłaby akceleracja całego programu szczepień przeciwko COVID-19 – mówi agencji Newseria Biznes dr n. farm. Piotr Merks, przewodniczący Związków Zawodowych Pracowników Farmacji, sekretarz generalny Europejskich Związków Zawodowych Pracowników Zatrudnionych w Aptekach.

Badanie wykonane przez Polską Grupę Farmaceutyczną na przełomie grudnia i stycznia, a dotyczące opinii i praktyki pacjentów związanych ze szczepieniem w aptekach, pokazało pozytywny stosunek respondentów do propozycji szczepienia przeprowadzonego przez farmaceutów. W grupie powyżej 60. roku życia blisko połowa ankietowanych zaufałaby swojemu farmaceucie w kwestii podania szczepionki w aptece. Ponad połowa odpowiedzi zgadzała się ze stwierdzeniem, że proces szczepienia w aptekach przebiegałby znacznie szybciej niż do tej pory.

– Punktem wyjścia do rozszerzania kompetencji farmaceutów o szczepienia jest edukacja społeczeństwa. Już dwa lata temu mówiliśmy o wykonywaniu szczepień w aptekach, ale wtedy wszyscy ocenili, że to jest niemożliwe i niewykonalne. Wtedy było to kojarzone z lobbingiem farmaceutycznym. Obecnie 85 proc. pacjentów zadeklarowało, że skorzystałoby ze szczepienia w aptece, a głównym powodem jest dostępność. Pandemia pokazała ułomności systemu ochrony zdrowia w Polsce, a rozwiązaniem jest zaangażowanie aptek w świadczenie niektórych usług – podkreśla dr n. farm. Piotr Merks.

Wzrost zaufania do aptek i farmaceutów to również pośrednio zasługa pandemii i ograniczonego dostępu do placówek ochrony zdrowia. 85 proc. ankietowanych zgadza się z tezą, że apteki są bardziej dostępne dla pacjentów w porównaniu z przychodniami. Największe zaufanie do pracowników aptek deklarują mieszkańcy województwa mazowieckiego, śląskiego, kujawsko-pomorskiego i małopolskiego.

W czasie pandemii branża farmaceutyczna zyskała wiele przywilejów, np. recepty farmaceutyczne, pro familiae i pro auctore, po które nie trzeba było już czekać w kolejce do lekarza. Pacjenci mogli pójść do apteki i kupić leki nawet w sytuacji, kiedy lekarz w przychodni w danym momencie nie mógł wystawić recepty. Ponadto pacjenci deklarowali, że rozmowa z farmaceutą twarzą w twarz bardziej im odpowiada niż teleporada. Apteki są czynne przez cały okres pandemii i to także spowodowało wzrost zaufania do farmaceutów – ocenia przewodniczący Związków Zawodowych Pracowników Farmacji.

Jak zauważa, w czasie pandemii rozszerzyła się także lista dolegliwości, z którymi pacjenci zwracali się do farmaceutów. Większość osób, co też wynika z badań, była w pełni usatysfakcjonowana poradą, a ich problem został rozwiązany bez konieczności wizyty w przychodni.

Eksperci podkreślają, że przy odpowiednich regulacjach i po właściwych szkoleniach farmaceuci mogliby aktywnie uczestniczyć w profilaktyce chorób zakaźnych, zachęcając do zaszczepienia się przeciw grypie i oferując wykonanie świadczeń na miejscu. W przeszłości – zgodnie z deklaracjami – 30 proc. badanych zaszczepiło się z rekomendacji pracownika apteki.

– Farmaceuci powinni być zaangażowani w proces szczepień przeciwko wielu chorobom, nie tylko COVID-19. Obecnie umożliwia to 36 krajów na świecie. Istnieje kilkadziesiąt różnego rodzaju szczepionek, które farmaceuci podają w aptekach, a wyszczepialność w niektórych krajach doszła nawet do 70 proc. Dodatkowo w takich krajach jak Wielka Brytania, USA czy Kanada szczepi się także dzieci powyżej drugiego roku życia. Skoro te kraje przyjęły takie rozwiązanie, jest ono bezpieczne i sprawdzone – uważa Piotr Merks.

Jak dodaje, w średniej wielkości aptece w Wielkiej Brytanii, nie uwzględniając szczepień na COVID-19, szczepi się rocznie około tysiąca pacjentów. Na rozszerzenie uprawnień farmaceutów decyduje się coraz więcej państw. Farmaceuci nie przejmują kompetencji lekarzy i pielęgniarek, tylko wspierają ich w pracy, aby dostępność szczepień była jak największa, szczególnie w szczytowych momentach. Eksperci Ogólnopolskiego Programu Zwalczania Grypy podkreślają, że w ubiegłym sezonie grypowym nastąpił wzrost zainteresowania szczepieniami przeciw grypie. Mimo trudności w dostępie do szczepionek wyszczepialność wzrosła i wynosi obecnie ponad 6 proc. W ich ocenie w tym roku zapotrzebowanie może być większe nawet o 45 proc. w porównaniu do 2020 roku, co może spowodować nałożenie się na siebie dwóch masowych akcji szczepień – przeciw COVID-19 i grypie.

Według badania PGF blisko 70 proc. farmaceutów uważa, że wprowadzenie nowej usługi do aptek przyczyniłoby się do budowania dobrego wizerunku i zaufania wśród pacjentów, a efektem byłoby podniesienie prestiżu zawodu farmaceuty.

W przyszłym roku rynek odpadów czeka rewolucja. Nowe zasady dla konsumentów, samorządów i producentów

Unijny pakiet odpadowy narzuca Polsce – podobnie jak wszystkim krajom członkowskim – wysokie cele dotyczące recyklingu odpadów opakowaniowych. Ma on wzrosnąć do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Prawdopodobnie w przyszłym roku rynek ten czeka rewolucja. Wdrożenie rozszerzonej odpowiedzialności producentów oraz systemu kaucyjnego, nad którymi pracuje resort klimatu i środowiska, przeniesie koszty związane z prowadzeniem selektywnej zbiórki i recyklingiem na producentów stosujących opakowania. Dziś odpowiedzialne są za to gminy, które przerzucają opłaty na mieszkańców. Raport Eunomia Research & Consulting i firmy TOMRA wskazuje, że tak duża zmiana wymaga wielomiesięcznych przygotowań wszystkich uczestników systemu, dlatego jak najszybciej potrzebne są przepisy, które ją wdrożą.

– Rozszerzona odpowiedzialność producenta zakłada, że musi on wziąć odpowiedzialność nie tylko za produkt w pierwszym etapie jego życia, czyli do momentu, kiedy konsument weźmie go z półki, ale do samego końca, kiedy produkt zostanie zużyty, a opakowanie po nim wyrzucone i stanie się odpadem. Zgodnie z ROP każdy przedsiębiorca, który używa opakowań – czy to opakowań na napoje i żywność, czy folii, którą są owinięte np. zeszyty sprzedawane w supermarkecie – będzie odpowiadał za to, co wprowadza na rynek. W tej chwili toczy się dyskusja, w jaki sposób sprawić, żeby producent ponosił odpowiedzialność finansową i organizacyjną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA, produkującej maszyny do recyklingu.

Do wdrożenia rozszerzonej odpowiedzialności producentów (ROP) zobowiązuje Polskę przyjęty w 2018 roku unijny pakiet odpadowy. Zgodnie z tą zasadą przedsiębiorstwa wprowadzające opakowania na rynek będą musiały partycypować w kosztach ich selektywnej zbiórki, segregacji i przygotowania do recyklingu. W Polsce już od 2019 roku – kiedy to Ministerstwo Środowiska zainaugurowało cykl konsultacji w tej sprawie – mówi się o wdrożeniu ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym, który ma skłonić konsumentów do oddawania zużytych opakowań do punktów zbiórek. Rządowego projektu ustawy wciąż jednak brak, choć nowe przepisy mają zostać uchwalone jeszcze w tym roku, a wejść w życie na początku przyszłego.

– Ustawa nałoży obowiązki na wszystkich interesariuszy rynku odpadowego. Zadecyduje o zakresie odpowiedzialności finansowej i operacyjnej producenta i o tym, jaką rolę będą pełnić gminy, organizacje odzysku opakowań, firmy gospodarujące odpadami i sortownie – wymienia Anna Sapota. – Nie jest to zmiana, do której jesteśmy w stanie dostosować się w ciągu kilku dni. Z jednej strony musimy uwzględnić cele dotyczące rosnących poziomów recyklingu, które stawia przed nami UE w perspektywie do 2025, 2030 i 2035 roku. Z drugiej strony musimy dać czas wszystkim interesariuszom rynku, aby przygotowali się do nowych obowiązków i byli w stanie zorganizować finansowanie.

Pakiet odpadowy ustanawia coraz wyższe cele recyklingu odpadów komunalnych i opakowaniowych, które Polska musi osiągnąć. Do 2025 roku przynajmniej 55 proc. odpadów komunalnych powinno być poddawanych recyklingowi. Do 2030 roku cel ten wzrośnie do 60 proc., a do 2035 roku – do 65 proc. W przypadku odpadów opakowaniowych poziom recyklingu ma zostać zwiększony do 65 proc. w 2025 roku oraz 70 proc. w 2030 roku. Odrębne cele zostały wyznaczone dla konkretnych materiałów opakowaniowych, takich jak papier i tektura, plastik, szkło, metal, drewno i aluminium. Wdrożenie ROP w połączeniu z systemem kaucyjnym ma pomóc w ich osiągnięciu.

– W tej chwili to gmina jest odpowiedzialna za recykling odpadów opakowaniowych, które zbierze, musi więc znaleźć recyklera, który je przetworzy. Natomiast  właściwym podmiotem, który powinien o to zadbać, jest producent. To on kontroluje, co wprowadza na rynek, i to jemu zależy na pozyskaniu materiału z recyklingu, bo będą go obowiązywać wymogi dotyczące zawartości recyklatu – wskazuje wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA.

– Dziś koszty recyklingu opakowań w Polsce ponoszą gminy, co z kolei przekłada się na opłaty nakładane na obywateli. Nowe przepisy doprowadzą do przeniesienia kosztów, co stanowić będzie zachętę dla producentów, aby w inny sposób zarządzali łańcuchem dostaw opakowań. Polski rząd prowadzi konsultacje w sprawie różnych propozycji realizacji systemu ROP i wkrótce przejdzie do tworzenia przepisów krajowych, dlatego uznaliśmy, że jest to właściwy moment na przygotowanie raportu – mówi Andy Grant, dyrektor techniczny Eunomia Research & Consulting.

Analitycy w raporcie jasno wskazują, że mechanizm finansowania ROP w Polsce musi się zmienić. Jedynie gwarancja, że producenci pokryją pełne koszty zarządzania zużytymi opakowaniami, oraz właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą na efektywną realizację unijnych celów klimatycznych.

– Według naszych wniosków Polska powinna skorzystać z istniejących systemów gminnych. Gminy nadal powinny zajmować się odbiorem i sortowaniem odpadów opakowaniowych, ale niezbędne jest płacenie za te usługi przez producentów tak, aby samorządy nie musiały już ponosić kosztów w tym zakresie. Co więcej, w tym modelu gminy nie będą musiały już także szukać rynków zbytu do recyklingu materiałów po ich zebraniu i posegregowaniu – wyjaśnia Andy Grant.

Gminy wyczekują wdrożenia ROP, licząc, że część pieniędzy z tego systemu mogłaby wesprzeć lokalne systemy gospodarki odpadami i w efekcie ulżyć mieszkańcom, którzy wyraźnie protestują przeciw wzrostowi cen.

– Producenci powinni być właścicielami i kontrolerami posortowanych odpadów opakowaniowych przeznaczonych do recyklingu, aby mogli opracowywać strategie i budować dodatkowe możliwości w tym zakresie. Ważne jest jednak to, aby tylko jeden podmiot – zwany organizacją odpowiedzialności producentów – zajmował się obsługą tego systemu w ich imieniu. Obecnie Polska ma kilka takich podmiotów – wskazuje analityk Eunomia Research & Consulting. – Konsumenci zaś nie będą musieli już pokrywać kosztów recyklingu opakowań w postaci opłat pobieranych przez gminy. Te koszty będą ponosić przy zakupie danego opakowania, ponieważ zostaną one doliczone do ceny każdego kupowanego produktu.

Konsumenci wyraźnie popierają wprowadzenie systemu kaucyjnego na opakowania – w 2019 roku, według raportu Polskiego Stowarzyszenia Zero Waste, za tym rozwiązaniem było prawie 90 proc. Polaków.

– W tej chwili nie mamy żadnych regulacji dotyczących np. opakowań po napojach. Funkcjonuje dobrowolny system kaucyjny, organizowany np. przez browary na butelki po piwie, natomiast w pozostałym zakresie nie ma nic. Wszystko trafia do strumienia odpadów komunalnych, czyli do naszych koszy na śmieci. UE nakłada nam jednak pewne wymogi dotyczące tego, ile takich opakowań powinniśmy zebrać. I tutaj system kaucyjny jest znakomitym rozwiązaniem. Raport Eunomii pokazuje, że system kaucyjny jest jedynym znanym i efektywnym kosztowo rozwiązaniem, które pozwala osiągnąć 90 proc. selektywnej zbiórki opakowań po napojach – mówi Anna Sapota.

System kaucyjny to rozwiązanie, które od lat z powodzeniem funkcjonuje już w 10 krajach UE, takich jak Dania, Finlandia, Niemcy, Holandia, Norwegia, Szwecja i Litwa. Jak wynika z danych Deloitte’a, korzysta z niego ponad 133 mln ludzi, czyli ponad jedna czwarta europejskiej populacji. Dlatego projektując wdrażanie ROP, Polska może czerpać z doświadczeń innych państw, dostosowując je do specyfiki krajowego rynku. Raport, opracowany przez firmy Eunomia Research & Consulting oraz obecną na 60 rynkach depozytowych Tomrę, pokazuje, jak efektywnie wdrożyć system rozszerzonej odpowiedzialności producenta, aby była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów.

BioBankowanie może być szansą dla chorych z nowotworami. Zainteresowanie wśród pacjentów jest ogromne

BioBankowanie tkanki zmienionej nowotworowo umożliwia analizę całego genomu, dzięki której możliwe jest poszukiwanie dla chorego indywidualnej terapii czy włączenie go do badań klinicznych nad nowymi lekami. – W przypadku nowotworów jajnika stosuje się badanie całogenomowe, dzięki któremu można wytypować pacjentki do leczenia inhibitorami PARP – wyjaśnia dr inż. Aleksandra Szopa z Polskiego Centrum BioBankowania. Nawet jeśli na dany typ raka nie ma jeszcze leczenia, to dzięki odpowiedniemu przechowywaniu materiału biologicznego będzie szansa skorzystania z terapii, które pojawią się w przyszłości.

BioBankowanie polega na przechowywaniu próbek materiału biologicznego i danych medycznych, które są z nimi powiązane. Krew lub inne tkanki może oddać każdy bez względu na stan zdrowia, ale najczęściej z BioBankowania korzystają chorzy na nowotwory i choroby rzadkie. znacza wykorzystanie materiału biologicznego i danych w celach naukowych. Natomiast bankowanie dotyczy celu diagnostycznego czy terapeutycznego.

Największą korzyścią dla pacjentów z bankowania tkanki zmienionej nowotworowo jest możliwość skorzystania z zaawansowanej diagnostyki całogenomowej. Obecnie skupiamy się na nowotworach piersi i jajnika. W przypadku tego ostatniego na podstawie diagnostyki całogenomowej można wytypować pacjentki, które mogłyby skorzystać z terapii inhibitorami PARP. Zdecydowanie największa grupa osób, która zaufała Polskiemu Centrum BioBankowania i MNM Diagnostics to właśnie pacjentki z rakiem jajnika i piersi. Zwłaszcza w przypadku piersi wynika to właśnie z tego, że jest największa liczba terapii celowanych, które można dobrać na podstawie diagnostyki całogenomowej – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr inż. Aleksandra Szopa, koordynator ds. BioBankowania w Polskim Centrum BioBankowania, MNM Diagnostics.

Tego typu diagnostyka to rodzaj profilowania. Precyzyjna analiza całego genomu umożliwia poznanie 99,9 proc. informacji z materiału genetycznego komórek rakowych. Dzięki tej wiedzy możliwe jest dobranie optymalnej metody leczenia czy zidentyfikowanie przyczyn oporności na daną terapię. Bankować można nie tylko tkanki raka jajnika czy piersi, lecz także innych nowotworów (m.in. prostaty, trzustki, jelita grubego), również takich, na które nie ma jeszcze skutecznych terapii. Jak podkreśla ekspertka, przy obecnym tempie rozwoju onkologii mogą się one pojawić w ciągu kilku miesięcy.

– Nawet jeżeli w tym momencie nie ma możliwości doboru odpowiedniej terapii, to nie znaczy, że to się nie zmieni w najbliższym czasie. Część pacjentów zabezpiecza więc swój materiał z myślą o przyszłości. Koncentrujemy się na tym, żeby DNA w bankowanych próbkach było bardzo dobrze zachowane – mówi dr inż. Aleksandra Szopa.

Bankowanie odbywa się według ściśle określonych procedur i w określonych warunkach. To wieloetapowy proces, który zaczyna się podczas wizyty u lekarza.

Bardzo ważnym etapem jest edukacja pacjenta, wytłumaczenie mu, na czym ten proces polega, jakie będzie miał z tego korzyści, tak żeby decyzja o bankowaniu materiału była podjęta świadomie – wyjaśnia przedstawicielka PCBB. – Decyzję o przechowywaniu tkanek dobrze jest podjąć jak najwcześniej, ponieważ najczęściej jest tylko jedna szansa na pozyskanie materiału.

Fragment guza jest pobierany w trakcie zabiegu diagnostycznego lub chirurgicznego usunięcia, a dodatkowo do badań potrzebna jest także krew pacjenta. Próbki są następnie odpowiednio zabezpieczane, tak aby nie doszło do degradacji DNA. Dzięki temu diagnostykę całogenomową można przeprowadzić w dowolnym czasie.

– Chciałabym podkreślić rolę lekarza w tym procesie, ponieważ to on wypisuje skierowanie na diagnostykę całogenomową w Polskim Centrum BioBankowania. Taki materiał jest przechowywany do 30 dni bezpłatnie z możliwością przedłużenia bankowania do trzech lat już na koszt pacjenta – mówi dr inż. Aleksandra Szopa. – Bankowanie nie dotyczy tylko samego materiału biologicznego, ale również danych klinicznych z nim związanych.

Jednorazowa opłata za pierwsze trzy lata bankowania wynosi 980 zł brutto. Jak podkreśla koordynator, w szpitalach, które współpracują z Polskim Centrum BioBankowania, zainteresowanie pacjentów tą usługą jest ogromne. Dodatkowo – jeśli pacjent wyrazi zgodę na biobankowanie – próbki mogą być wykorzystywane przez naukowców do badań naukowych nad nowotworami i rozwojem nowych terapii. Jak przekonują badacze, zdobyta w ten sposób wiedza z tych anonimowych danych w przyszłości pomoże innym chorym borykającym się z tym samym schorzeniem.

Celowane leczenie nowotworów, czyli skierowane na konkretną zmianę genetyczną, przynosi zdecydowanie większą skuteczność. Wręcz do tego stopnia, że przy nowotworach, które kiedyś wiązały się z bardzo wysoką śmiertelnością i były leczone standardowo chemioterapią, dziś mamy więcej opcji do wyboru. I przede wszystkim możemy sprawdzić, czy dana terapia danemu pacjentowi pomoże. Każdy nowotwór ma swój słaby punkt i badania kliniczne skupiają się na tym, jak w ten punkt trafić i zabić nowotwór, nie niszcząc przy tym zdrowych komórek – wyjaśnia koordynatorka ds. BioBankowania w Polskim Centrum BioBankowania.

Urządzenia ubieralne zmierzą stan zdrowia dostawców jedzenia i poinformują np. o gorączce. Testowane są już także dostawy przez roboty

Bezkontaktowe dostawy i bezdotykowa obsługa pojazdów elektrycznych, którymi przemieszczają się kurierzy – to priorytety dla firm realizujących dostawy jedzenia do domów. Parametry, takie jak temperatura, puls czy saturacja, mierzą u kurierów urządzenia wearables. O krok dalej idzie znana amerykańska sieć pizzerii. Zamówienia dostarcza w niej od kilku dni nie kurier, lecz robot. Analitycy rynkowi zakładają, że rosnące zainteresowanie zamówieniami żywności na dowóz utrzyma się również przez kilka lat po boomie spowodowanym pandemią.

– Innowacją, która była wdrażana na czas pandemii, ale pewnie przyda się nam wszystkim też na przyszłe lata, jest nowy, bezkontaktowy sposób dostawy, który wdrożyła większość platform. Można sobie wybrać taką opcję, że kurier nie wita się, nie przekazuje jedzenia, tylko zostawia je pod drzwiami – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Banach, współzałożyciel Hop.City.

Dzięki możliwości wyboru dostawy bezdotykowej ograniczane jest ryzyko zakażenia. Istotnym problemem jest jednak ryzyko rozprzestrzenienia wirusa między kurierami, którzy kontaktują się ze sobą. Rozwiązaniem jest zdalne monitorowanie stanu zdrowia pracowników przy użyciu urządzeń do noszenia, tzw. wearables. Zamawiając żywność, klient widzi więc, czy kurier, który go będzie obsługiwał, nie ma na przykład podwyższonej temperatury. To również sygnał dla przełożonego takiego pracownika, świadczący nie tylko o możliwym zakażeniu, ale również o zmęczeniu. Urządzenia takie jak opaski nadgarstkowe czy smartwatche mierzą temperaturę, puls czy saturację.

– Wprowadziliśmy urządzenia, które pozwalają nam mierzyć najbardziej charakterystyczne funkcje życiowe takiej osoby. I one z jednej strony pokazują nam stan jej zdrowia, czyli np. aktualną temperaturę, puls czy nasycenie tlenem. Oczywiście to nie są jedyne i stuprocentowe symptomy świadczące o tym, czy ktoś jest chory, ale dające przynajmniej jakąś informację, że może być jakiś problem ze zdrowiem tej osoby, i one również mogą być przekazywane bezpośrednio do użytkownika zamawiającego – mówi Łukasz Banach.

Tymczasem amerykańska sieć pizzerii Domino’s testuje w Houston w stanie Teksas realizację dostaw z wyłączeniem roli kuriera. Firma ogłosiła właśnie, że rozpoczyna wprowadzanie do łańcucha dostaw robotów, które dostarczą opłacone z góry zamówienie. Klient otrzymuje alerty tekstowe, które raportują przemieszczanie się maszyny. Po jej przybyciu klient może odebrać jedzenie, wprowadzając kod PIN na ekranie dotykowym robota.

Bezdotykowa obsługa jest rozwijana nie tylko pod kątem kontaktów kuriera z klientem, lecz także eksploatacji skuterów elektrycznych, którymi pracownicy dowożą posiłki do odbiorców.

– Staramy się nie tworzyć hubów, czyli miejsc, w których przebywa bardzo dużo osób, a do którego trzeba przyjść, pobrać akcesoria, kluczyki do pojazdu. Całością zarządza system rozproszony. Pojazd można zostawić i wypożyczyć, także na cele dostaw, w dowolnym miejscu, bez kontaktu z drugą osobą. Pojazdy elektryczne można też ładować w bezkontaktowych szafkach czy w bateriomatach, również bez kontaktu z inną osobą – dodaje współzałożyciel Hop.City.

Z danych zaprezentowanych przez Stock Apps wynika, że światowy rynek dostaw żywności zamawianej online osiągnie w 2021 roku wartość 151,5 mld dol. i obejmie obsługę 1,6 mld użytkowników. Oznacza to wzrost o 10 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Wyraźnym czynnikiem napędzającym ten rynek jest wybuch pandemii koronawirusa. Przychody w 2020 roku wzrosły o 27 proc., osiągając pułap ponad 136 mld dol., a prognoza zakłada, że w 2024 roku obroty przekroczą 182 mld dol.

Proces cyfryzacji, który przyspieszył na skutek pandemii nie zatrzyma się i nie ma od niego odwrotu

Pandemia spowodowała nie tylko zmiany w gospodarce, ale także w relacjach obywatel – państwo. Społeczeństwa zaczęły domagać się, by rządy przede wszystkim chroniły zdrowie obywateli i zapewniały środki do życia. Jednocześnie państwa musiały zwiększać swoją aktywność w kanałach cyfrowych, by docierać z informacjami do jak najszerszej grupy obywateli.

Jak wynika z globalnego badania EY „Jak cyfrowy rząd może połączyć wszystkich obywateli”, tylko nieco ponad połowa respondentów (53%) uważa, że rządy efektywnie wykorzystują technologię w walce z koronawirusem. Prawie 1/3 (32%) traktuje cyfryzację w usługach publicznych jako jeden z trzech najważniejszych priorytetów, jeśli rządy chcą poprawić ich jakość.

Jak efektywnie rząd i sektor publiczny wykorzystują technologię cyfrową, by walczyć z pandemią?

Jak efektywnie rząd i sektor publiczny wykorzystują technologię cyfrową, by walczyć z pandemią

– Nasze badania i doświadczenia z ostatnich miesięcy pozwalają spodziewać się dalszego wzrostu znaczenia technologii, także po zakończeniu pandemii. Bardzo szybko i dobitnie zdał sobie z tego sprawę sektor prywatny, który bez zwłoki i w możliwie najszybszym tempie – o ile mowa o branży, w której było to możliwe – przeniósł swoją działalność do kanałów cyfrowych i wciąż udoskonala swoje produkty, usługi i buduje pozytywne doświadczenia klientów w tych kanałach. Rządy w tej konkurencji zostały nieco w tyle, choć trzeba pamiętać, że zmiany procesów akurat w tym obszarze nie przebiegają – i z natury rzeczy nie będą przebiegać – tak szybko, jak w sektorze prywatnym. Niemniej jednak, zarówno z badania globalnego, ale i z polskich sondaży – np. przeprowadzonych wspólnie przez EY i Billennium wynika, że obywatele mieli problemy z dostępem do usług publicznych. Na kłopoty z zamknięciem bądź ograniczeniem dostępu do urzędów, ZUS czy urzędu pracy wskazało w naszym badaniu 23% ankietowanych – to niemal jeden na czterech obywateli. Co również ciekawe, ponad połowa ankietowanych z chęcią sprawy urzędowe załatwiałaby online, bez konieczności wizyty w urzędzie. To jedna z najczęściej wskazywanych, najpopularniejszych aktywności, którą Polacy z chęcią przenieśliby do kanału online – mówi Marcin Bartoszewski, EY Poland Consulting Innovation Leader.

Digitalizacja państwa to jednak nie tylko korzyści, ale również wyzwania. Choć 72% badanych przez EY uważa, że technologia poprawia jakość życia, to wraz z rozwojem komunikacji na linii państwo-obywatel w kanałach cyfrowych, obawiają się pogłębiania nierówności społecznych (32%), zwiększenia władzy w rękach tych, którzy już teraz ją mają lub są bogaci (34%), z kolei 32% uważa, że technologia wpłynie na pogorszenie stosunków w społecznościach. Niemniej istnieje potrzeba rozwijania cyfrowych umiejętności. 61% ankietowanych deklaruje, że skorzystałoby z rządowych programów szkoleniowych, jeśli byłyby one dostępne.

– Proces cyfryzacji, który przyspieszył na skutek pandemii nie zatrzyma się i nie ma od niego odwrotu. To, co udało się do tej pory wypracować, prawdopodobnie zostanie z nami na lata, a kolejne cyfrowe rozwiązania albo czekają już za rogiem, albo trwają nad nimi intensywne prace. Oprócz wyzwań czysto technologicznych z tym związanych, nie mniej istotne pozostaną wyzwania o charakterze społecznym, na które szczególną uwagę będą zwracać rządy i administracja publiczna, które muszą ze swoimi usługami trafić do wszystkich obywateli, niezależnie od poziomu wykształcenia, wieku czy miejsca zamieszkania. Na tej drodze rządy będą musiały zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, zanim będzie możliwe obsługiwanie obywateli online w takiej skali, w jakiej robi to dziś sektor prywatny. Oprócz problemu cyfrowego wykluczenia, administracja publiczna będzie musiała również zapewnić obywateli, że przygotowane dla nich rozwiązania są w pełni bezpieczne. Konieczna będzie również transparentna informacja o wykorzystywaniu danych osobowych, bo jak pokazuje badanie EY, tylko nieznaczna grupa ankietowanych zgodziłaby się na ich przekazywanie między jednostkami administracyjnymi bądź prywatnym firmom działającym na rzecz poprawy jakości cyfrowej obsługi obywateli – dodaje Marcin Bartoszewski.

O badaniu
Badanie zostało przeprowadzone we współpracy z Ipsos MORI. Od lipca do września 2020 przeprowadzono wywiady z ponad 12 tysiącami respondentów w 12 krajach (Australia, Brazylia, Francja. Indie, Japonia, Malezja, Meksyk, Niemcy, RPA, USA, Wielka Brytania oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie). W każdym z państw respondenci byli grupą reprezentatywną z punktu widzenia wieku, płci i statusu zawodowego.

Bitcoin bije kolejne rekordy. Funt znów w górę

Chwilowa słabość złotego połączyła się w czasie z lepszymi danymi z Wysp Brytyjskich. W rezultacie byliśmy świadkami wyraźnego ruchu w górę na funcie.

Dobre dane pomagają funtowi

Od rana poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej i PKB z Wielkiej Brytanii. W ciągu roku są to wyraźne spadki, ale niższe niż oczekiwali analitycy. W rezultacie pomimo 7,8% spadku PKB, inwestorzy potraktowali te dane jako korzystne. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że funt od początku kwietnia jest wyraźnie w odwrocie. Staniał względem złotego ponad 20 groszy. Nie może zatem dziwić, że inwestorzy tylko czekali na okazję do realizacji zysków. W rezultacie dzisiejsze lepsze dane spowodowały skokowy wzrost o 5 groszy ceny funta.

Słabsze sygnały z Indii

Wczoraj na rynek trafiły dwie ważne informacje z Indii. Poznaliśmy odczyty inflacji i produkcji przemysłowej. Ceny rosną w tempie 5,52% przy oczekiwanym poziomie 5,4%. Indie są jednym z nielicznych państw podających zmianę cen z dokładnością do dwóch miejsc po przecinku. Jest to najwyższy odczyt od trzech miesięcy, ale wcześniej przez niemal rok inflacja znajdowała się w okolicach 7%, zatem nie są to poziomy, które powinny jeszcze niepokoić inwestorów. Większym problemem jest jednak produkcja przemysłowa. Spada ona w ujęciu rocznym już o 3,6%, to szybciej niż oczekiwane przez analityków 3%. Wynikiem tych danych było osłabienie się indyjskiej rupii względem głównych walut.

Kolejne rekordy kryptowalut

Wczoraj po raz pierwszy bitcoin na dłużej zawitał powyżej poziomu 60 000 dolarów. Jak bardzo oddziałuje to na wyobraźnię użytkowników, świadczy fakt, że już dzisiaj pojawiło się przebicie poziomu 62 500 dolarów. Wielu analityków, szczególnie tych bardziej konserwatywnych, zastanawia się, gdzie są granice tego ruchu. Problem w tym, że skoro dopiero wchodzą w to duże banki inwestycyjne, nie bardzo wiadomo, komu opłaca się przecena na tym rynku. W rezultacie wiele podmiotów jest skłonnych podtrzymywać swoimi środkami tę hossę. Nie powoduje to oczywiście gwarancji dalszych wzrostów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Gdzie będą pracować byli górnicy?

Transformacja energetyczna, do której na poważnie zabieramy się w Polsce, pozostawi za sobą poszkodowanych. Będą to górnicy i osoby związane z sektorem wydobywczym – które po wyeliminowaniu węgla z polskiego miksu energetycznego stracą dotychczasowe zatrudnienie. To główny powód, dla którego odejście od węgla zajmuje nam tak dużo czasu. Górnicy, reprezentowani przez swoje związki zawodowe, od lat skutecznie blokują reformę sektora wydobywczego. Tym razem wszystko wskazuje na to, że negocjacje z górnikami się udadzą. Żeby jednak transformacja energetyczna doszła do skutku, i aby była sprawiedliwa społecznie – muszą się pojawić nowe miejsca pracy dla osób, które stracą swoje posady po zamknięciu kopalń. Eksperci widzą potencjał na zatrudnienie dla tych osób w programach, które są już od kilku lat finansowane przez rząd.

– Istniejące rządowe programy wsparcia – na przykład termomodernizacji w programie “Czyste powietrze”, czy odnawialnych źródeł energii w programie “Mój prąd” – zwiększyły dynamikę rozwoju przedsiębiorstw w tych branżach. To pozwala przewidzieć, że sporo osób związanych z branżą górniczą ma szansę odnaleźć nowe miejsce pracy właśnie w tych nowych branżach – powiedział serwisowi eNewsroom Aleksander Szpor z Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Jednak żeby nikt nie pozostał z tyłu, trzeba pamiętać o odpowiednim inwestowaniu w inne sektory, które mogą zapewnić byłym górnikom zatrudnienie. W zależności od struktury gospodarczej regionu, górnicy mają największe szanse na znalezienie pracy w sektorze motoryzacyjnym lub budowniczym. W te branże należy więc inwestować, by powstawały w nich nowe przedsiębiorstwa, oferujące kolejne miejsca pracy – apeluje Szpor.

Doskonałe wyniki sprzedażowe deweloperów na początku 2021 roku

W pierwszym kwartale br., bliskie rekordowym, statystyki sprzedażowe deweloperów notowanych na GPW (rynek podstawowy i Catalyst) mogły zaskoczyć nawet największych i najbardziej niepoprawnych optymistów. Z czego wynika taki stan rzeczy i czego zapowiedzią może być w przewidywalnej przyszłości?

Historia koniunktury zatoczyła pandemiczne koło

Gdy przed ponad rokiem deweloperzy giełdowi zgodnie z oczekiwaniami zakomunikowali bardzo dobre wyniki kontraktacji mieszkań za pierwszy kwartał 2020 r., było już oczywiste, że reguła „jaki pierwszy kwartał, taki cały rok w mieszkaniówce” tym razem nie zadziała.

Rynek deweloperski za sprawą Covid-19 i lockdownu stanął w obliczu koniunkturalnego załamania. Stało się ono faktem w kolejnym II kwartale, kiedy to siłą rzeczy sprzedaż mieszkań z pierwszej ręki tąpnęła o bez mała 70 proc. k/k. Szczęśliwie był to incydent przejściowy, po którym w drugim półroczu rynek przystąpił do mozolnej odbudowy nadwyrężonych statystyk sprzedaży. W efekcie podsumowanie 2020 roku wypadło umiarkowanie optymistyczne z regresem kontraktacji deweloperów rzędu jednej piątej w relacji r/r. W tym stanie rzeczy za kluczowe dla co najmniej średnioterminowych perspektyw rynkowych miały okazać się przedmiotowe dane za I kwartał br.

Nieoczekiwanie okazały się one w wykonaniu deweloperów giełdowych sprzedażowo jednymi z najlepszych w historii rodzimego pierwotnego rynku mieszkaniowego, ustępując pola tylko dwóm kwartałom z rekordowego roku 2017. Kontraktacja z wolumenem rzędu ponad 7 tys. lokali przewyższyła o blisko jedną czwartą wynik z analogicznego okresu roku poprzedniego, zaznaczmy – uznanego powszechnie jako zdecydowanie udany, a więc z poprzeczką bazy zawieszoną wysoko.

W ten sposób rynek w ciągu pierwszych dwunastu miesięcy pandemii zatoczył swoiste koło od zdecydowanie udanego początku roku ubiegłego, poprzez perturbacje kolejnych pandemicznych miesięcy, do wręcz znakomitego pierwszego kwartału roku bieżącego. Pytanie, czy tego typu sytuacja jest faktycznie powodem do powszechnej radości z powrotu koniunkturalnej prosperity w wielkim stylu.

Coraz więcej czynników windujących popyt

Jest raczej pewne, że za wynikami kontraktacji deweloperów w pierwszych trzech miesiącach br. stoją te same czynniki, które dotychczas, w trakcie koronakryzysu utrzymywały pierwotny rynek mieszkaniowy na powierzchni. Z tą tylko różnicą, że do ultra niskich stóp procentowych dołączył przekaz o planach wprowadzania przez rodzimych bankierów opłat za trzymanie pieniędzy na rachunkach bankowych, a do detalicznych klientów inwestycyjnych deweloperskich biur sprzedaży coraz szerszym frontem dołączają hurtowi inwestorzy instytucjonalni.

Zapewne nie byle jakim i już aktywnym rynkowo czynnikiem propopytowym są też komunikowane ostatnio rządowe plany wprowadzenia dopłat do kredytów mieszkaniowych oraz gwarancji wkładu własnego, tymczasem nie sprecyzowane, ale jak najbardziej realne.Doskonałe wyniki sprzedażowe deweloperów na początku 2021 roku

Zapowiedź hossy na wszystkich frontach

Z początkiem kwietnia br. indeks WIG-Nieruchomości wybił się ponad swój szczyt sprzed pandemicznego załamania z lutego 2020 r., zapewne w reakcji na oczekiwaną poprawę wyników sprzedażowych deweloperów mieszkaniowych. Tym samym powstał bardzo wiarygodny długoterminowy sygnał kontynuacji 9-letniej hossy segmentu nieruchomościowego warszawskiej GPW. Zwyżki kursów akcji tuzów krajowej deweloperki nie są jednak jedynymi aspektami oczekiwanej hossy na rynku nieruchomości.

W okolicznościach euforii zakupowej mieszkań deweloperskich nietrudno przewidzieć kolejną falę wzrostów cen materiałów budowlanych i gruntów inwestycyjnych. Z taką tylko uwagą, że o ile w pierwszym przypadku towaru raczej nie zabraknie, to podaż parceli pod osiedla mieszkaniowe, i tak od dawna pozostawiająca wiele do życzenia, może się po raz kolejny skurczyć w oczekiwaniu na znacznie wyższe ceny w przewidywalnej przyszłości. A to w perspektywie zaledwie kilku kwartałów może grozić dość poważnym i niebezpiecznym zaburzeniem równowagi popytowo-podażowej pierwotnego rynku mieszkaniowego.

W efekcie trwająca już bez mała rok krucha stabilizacja cen mieszkań z pierwszej ręki w kolejnych miesiącach br. najprawdopodobniej będzie zmuszona ustąpić miejsca kolejnej fali wzrostowej. Za takim scenariuszem przemawiają nie tylko argumenty o rosnących kosztach deweloperów, ale też coraz więcej przesłanek o propopytowym charakterze.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Nowe projekty farmowe w portfelu Columbus Energy

Columbus Energy S.A. zwiększa swój udział w rynku farm fotowoltaicznych. Spółka w ostatnich dniach zawarła umowę na rozwój projektów farmowych o łącznej mocy 2 800 MW.

Podpisana przez Columbus Energy S.A. umowa dotyczy współpracy z zewnętrznym partnerem w zakresie różnych grup projektów farm fotowoltaicznych. Wśród nich są zarówno projekty z wydanymi warunkami przyłączenia, jak i te będące na różnym etapie rozwoju, realizowane we współpracy z innymi podmiotami. Na część projektów Columbus posiada wyłączność, a w przypadku jednej grupy ma pierwszeństwo nabycia praw do projektów. Łączna moc omawianych projektów Columbus wynosi ok. 2 800 MW.

– Zgodnie z zapowiedziami, dokonujemy znaczących inwestycji na rynku deweloperów farm fotowoltaicznych – komentuje Janusz Sterna, Wiceprezes Columbus Energy S.A. – Środki na finansowanie budowy farm pochodzą przede wszystkim z emisji Zielonych Obligacji, których kolejną transzę planujemy wyemitować jeszcze w tym kwartale. Wszystkie inwestycje traktujemy długoterminowo i zamierzamy kumulować je na bilansie firmy.

Zgodnie z podpisaną umową, Columbus będzie odpowiedzialny za weryfikację części projektów oraz wsparcie merytoryczne w ich realizacji. Spółka przeprowadzi też badanie prawne, finansowe i techniczne dokumentacji danego projektu oraz sfinansuje opłaty za jego przyłączenie do sieci elektroenergetycznej. Z kolei za zakładanie spółek celowych powołanych do realizacji projektów, pozyskiwanie praw do nieruchomości, dokumentację oraz uzyskanie wszelkich pozwoleń będzie odpowiedzialny partner Spółki.

W ramach zawartej współpracy, Columbus nabył też prawa do 7 projektów instalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 7 MW oraz objął 100% udziałów w 5 spółkach, realizujących projekty farm fotowoltaicznych o łącznej mocy 38 MW. Projekty te projekty posiadają pozwolenia na budowę.

Rząd odpowiada Rzecznikowi MŚP w jakiej sytuacji przedsiębiorcom grozi odebranie wsparcia z tarcz, w przypadku złamania obostrzeń antycovidowych. Konieczne jest prawomocne rozstrzygnięcie

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców 30 listopada 2020 r. zwrócił się do Ministerstwa Rozwoju Pracy i Technologii o objaśnienie prawne dotyczące art. 23 ustawy z dnia 28 października 2020 r. o zmianie niektórych ustaw w związku z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19, zwanej potocznie jako „ustawa o dobrym Samarytaninie”. Przepis ten dotyczy skutków ewentualnego naruszania przez przedsiębiorcę ograniczeń, nakazów i zakazów związanych ze stanem epidemii i możliwości odebrania mu z tego tytułu środków pomocowych. Organ, który stwierdzi naruszenie, ma obowiązek poinformować instytucje, które udzielają pomocy o tym fakcie co skutkuje odrzuceniem wniosku przedsiębiorcy albo obowiązkiem zwrotu przez firmę już udzielonej pomocy. Przedsiębiorca ma obowiązek, składając wniosek o pomoc, złożyć pod odpowiedzialnością karną oświadczenie czy naruszył ograniczenia, nakazy i zakazy związanych ze stanem epidemii. Przepis jest tak skonstruowany, że zachodzi niejasność dotycząca momentu stwierdzenia naruszenia: czy następuje to już w momencie ukarania mandatem bądź karą administracyjną, czy w chwili po rozstrzygnięciu definitywnym (prawomocnym i ostatecznym).

W dniu 7 kwietnia 2021 r., Pan Marek Niedużak – Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Rozwoju, Pracy i Technologii, wydał objaśnienie ww. sprawie. Na szczególną uwagę zasługują trzy zagadnienia wskazane w piśmie.

Pierwszy, który zawiera wytyczne co do sposobu oceny czy w sprawie przedsiębiorca dopuścił się naruszenia ograniczeń, nakazów i zakazów w zakresie prowadzonej działalności gospodarczej ustanowionych w związku z wystąpieniem stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii, a wskazujący, że „«stwierdzenie naruszenia» powinno następować po przeprowadzeniu wszystkich potrzebnych czynności wynikających i dokonaniu wszechstronnej oceny dowodów (zob. zwłaszcza art. 6, art. 7, art. 7a, art. 77 i art. 81a KPA oraz art. 5 par. 2, art. 6 i art. 7 Kodeksu postępowania karnego w zw. z art. 8 KPSW, art. 95-9 KPSW)”.

Drugi dotyczy momentu, kiedy można byłoby mówić o „stwierdzeniu naruszenia” w rozumieniu art. 23 ustawy antykryzysowej: „W związku z powyższym, w opinii resortu rozwoju, pracy i technologii, argumenty natury systemowej przemawiają za przyjęciem, że «stwierdzenie naruszenia» w rozumieniu art. 23 ust. 1 i 2 ustawy antykryzysowej następuje po rozstrzygnięciu definitywnym (prawomocnym i ostatecznym)”.

Trzeci wreszcie wskazuje na konieczność stosowania zasady in dubio pro libertate: „Przy wykładni tego rodzaju przepisów należy się zaś kierować zasadą in dubio pro libertate, zgodnie z którą, w razie nie dających się usunąć wątpliwości należy przyjąć wykładnię korzystną dla przedsiębiorcy/obywatela (por. art. 11 ustawy z dnia 6 marca 2018 r. – Prawo przedsiębiorców oraz art. 7a KPA)”.

Rzecznik MŚP zwrócił się do Komendanta Głównego Policji, Wojewódzkich Komendantów Policji, Komendanta Stołecznej Policji, Głównego Inspektora Sanitarnego, Dyrektorów Wojewódzkich Stacji Sanitarno-Epidemiologicznych, Prezes Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, Prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, Dyrektorów Izb Administracji Skarbowej, Dyrektorów Wojewódzkich Urzędów z prośbą o powiadomienie Powiatowych Urzędów Pracy o zapoznanie się z tezami przedstawionymi w objaśnieniach i ich uwzględnienie w celu zapewnienia jednolitego stosowania przepisów prawa.

Dane Ministerstwa Sprawiedliwości: w 2020 r. 13 tys. nowych umów o dożywocie

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że w 2020 roku podpisano łącznie ponad 13 tys. nowych umów o dożywocie, w wyniku których przeniesiono prawo własności nieruchomości w zamian za świadczenia pieniężne lub opiekę.[1] Z szacunków Funduszu Hipotecznego DOM wynika, że przedmiotem nowych umów zawartych w ubiegłym roku były zatem nieruchomości o wartości ok. 2,7 mld zł.[2] Statystyki prowadzone przez Ministerstwo Sprawiedliwości w większości przypadków dotyczą kontraktów zawieranych indywidualnie np. pomiędzy seniorem a jego sąsiadem. Eksperci podkreślają, że umowy podpisywane przez osoby prywatne, bez doświadczenia i wsparcia profesjonalnych instytucji czy też prawników, mogą być podstawą do nadużyć.

Resort sprawiedliwości od 30 lat gromadzi dane dotyczące umów o dożywocie. W tym okresie podpisano w Polsce blisko 170 tys. aktów notarialnych (dotyczących nieruchomości rolnych i nierolniczych) na mocy których przeniesiono prawo własności do nieruchomości w zamian za świadczenia pieniężne lub opiekuńcze. Rokrocznie liczba umów o dożywocie rośnie. W latach 2000-2010 podpisano blisko 43 tys. umów o dożywocie, ale w kolejnym dziesięcioleciu było ich już 98 tys. Największe wzrosty zanotowano m.in. w roku 2008 (54,9 proc. względem roku poprzedniego), 2011 (23,6 proc.) oraz 2015 (27,3 proc.).

– Na przestrzeni lat liczba umów dotyczących nieruchomości nierolniczych zaczęła gwałtownie rosnąć, a proporcja pomiędzy kontraktami dot. nieruchomości rolnych i nierolniczych uległa diametralnej zmianie. Spójrzmy chociażby na dane z roku 2000, w którym podpisano 1902 umów o nieruchomości rolne i 1143 umowy o nieruchomości nierolnicze. A teraz przyjrzyjmy się dysproporcji, która zaistniała w roku 2020. Liczba tych pierwszych umów to 1950, ale liczba drugich, czyli dotyczących nieruchomości nierolniczych to aż 11 536. To pokazuje dobitnie, że obecny stan prawny, mimo niedoskonałości, musi nadążać za rosnącym popytem na rentę dożywotnią – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. W tej chwili większość umów o dożywocie opiera się na przepisach Kodeksu Cywilnego, które obowiązują w polskim prawie, ale Rząd powinien stworzyć odrębne, dedykowanej tej usłudze przepisy, dlatego że te już istniejące były tworzone ponad pół wieku temu zupełnie w innym celu.

– Profesjonalny rynek hipoteki odwróconej oraz wszyscy seniorzy zasługują na dedykowane tej usłudze przepisy, które będą gwarantować im większe bezpieczeństwo zarówno na etapie doradztwa, wyliczeń dotyczących wysokości renty dożywotniej jak i samej umowy. Wciąż słyszymy w mediach o nadużyciach i wyłudzeniach w tych obszarach, co nigdy nie powinno mieć miejsca – dodaje Robert Majkowski.

Profesjonalna branża ma 1 proc. udziału w rynku

Dysproporcje dotyczą nie tylko nieruchomości rolnych i nierolniczych. Okazuje się, że profesjonalna branża zrzeszona w Związku Przedsiębiorstw Finansowych przez ostatnie dziesięć lat podpisała mniej niż 1000 umów renty dożywotniej, a to daje mniej niż 1 proc. udziału we wszystkich umowach notowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Robert Majkowski twierdzi, że Polacy są bardzo zainteresowani samą rentą dożywotnią, ale wciąż nie ufają instytucjom finansowym i wolą podpisać umowę z kimś znajomym, aniżeli z firmą. – Z nieoficjalnych informacji płynących z notariatu wynika, że co piąta tego typu umowa jest unieważniana. To bardzo duży odsetek, ale też pewien paradoks. Umowy profesjonalnych funduszy hipotecznych są obwarowane przepisami Kodeksu Cywilnego oraz Zasadami Dobrych Praktyk ustanowionymi w ramach Związku Przedsiębiorstw Finansowych, czyli instytucji zrzeszającej największe fundusze hipoteczne w Polsce. Mimo to seniorzy wybierają kontrakty z sąsiadem, rehabilitantem, księdzem, znajomą osobą lub kimś z dalszej rodziny, kto nie zawsze, mimo dobrych chęci, będzie w stanie unieść zobowiązanie finansowe polegające na wypłacaniu określonych środków pieniężnych lub świadczenia pomocy dla seniora przez 20 czy 30 lat – mówi Robert Majkowski.

Popyt będzie coraz większy. Nowe przepisy są niezbędne

W ostatnich latach obserwujemy stały i sukcesywny wzrost liczby umów o dożywocie na poziomie 8-9 proc. rocznie, co potwierdzają dane resortu sprawiedliwości. W roku 2019 wzrost ten wynosił 11,5 proc. a w 2020 było to 6,8 proc. – Analizując dynamikę wzrostów w ostatnich latach możemy prognozować, że w 2021 roku liczba takich umów będzie większa o ok. 13 proc. w stosunku do roku 2020. Trzeba podkreślić z całą stanowczością, że rynek ten nadal będzie rósł bardzo dynamicznie. Polski system emerytalny będzie coraz mniej wydolny. Zmiany demograficzne, kryzys gospodarczy wywołany pandemią, coraz mniejsza liczba młodych osób pracujących w oparciu o stałą umowę o pracę i wiele innych czynników będą pogłębiać tę niewydolność. Coraz większa liczba seniorów będzie widzieć w hipotece odwróconej, w umowie o dożywocie lub umowie renty nadzieję na to, by niewystarczające świadczenia pieniężne otrzymywane od Państwa były uzupełniane dodatkowymi środkami– mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM. To powoduje, że nowe przepisy dedykowane rencie dożywotniej są konieczne. Wykres_Liczba nowych umów o dożywocie zawartych w PL od 1991 r.

[1] Dane Ministerstwa Sprawiedliwości, akty notarialne w latach 1991-2021. Źródło:
https://isws.ms.gov.pl/pl/baza-statystyczna/opracowania-wieloletnie/download,2853,1.html

[2] 13 486 umów w 2020 roku * 200 000 zł = 2,69 mld. zł wg szacunków FH DOM

Jak w sześciu krokach zaprojektować skuteczny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta?

Gminy nadal odpowiedzialne za zbiórkę odpadów opakowaniowych, ale zwolnione z kosztów  gospodarowania nimi, przeniesienie kosztów recyklingu opakowań i odpadów tego typu na producentów i scentralizowany system kaucyjny. To tylko niektóre z kroków, które według raportu Eunomia Research&Consulting, przygotowanego na zlecenie TOMRA, powinna podjąć Polska, aby wdrożyć efektywny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP). Eksperci sięgają po najlepsze doświadczenia z europejskich rynków i pokazują, jak zaprojektować ROP, by była to transakcja „win-win-win” – korzystna dla konsumentów, producentów i samorządów. Raport nie pozostawia złudzeń: jedynie właściwe rozwiązania organizacyjne pozwolą nam na efektywną realizację unijnych celów recyklingu oraz dyrektywy Single Use Plastics.

Polska, podobnie jak wiele innych krajów członkowskich UE, musi dostosować swój aktualny system Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta do nowych wymogów unijnych. Polski rząd pracuje w tym momencie nad wdrożeniem nowych przepisów prawa w tym zakresie. – Projektując ROP musimy patrzeć nie tylko na aktualne cele recyklingu na rok 2023. Pod uwagę trzeba wziąć również te, które będziemy musieli osiągnąć w kolejnej perspektywie, za kilka czy kilkanaście lat – podkreśla Anna Sapota, wiceprezes ds. relacji rządowych w Europie Północno-Wschodniej w firmie TOMRA. To ostatni dzwonek, by podjąć konkretne decyzje legislacyjne w tej sprawie. Do wdrożenia rozwiązań niezbędne jest przygotowanie wszystkich uczestników rynku, co w polskich warunkach zajmie co najmniej kilkanaście miesięcy.

Autorzy raportu przeanalizowali rozwiązania wykorzystywane z powodzeniem w kilku krajach europejskich. Przeprowadzili również warsztaty z przedstawicielami polskich gmin i producentów, aby dokładnie poznać specyfikę naszego kraju. Biorąc pod uwagę uzyskane informacje, a także wykorzystując swoje doświadczenie w projektowaniu systemów ROP oraz wiedzę na temat nowych regulacji, Eunomia zaproponowała zmiany w sześciu kluczowych obszarach, gwarantujące efektywne wdrożenie przepisów unijnych do polskiego prawa.

Po pierwsze – zbiórka

Zdaniem autorów raportu, gminy nadal powinny pozostać podmiotem odpowiedzialnym za zbiórkę odpadów opakowaniowych, jednak zostać zwolnione z kosztów gospodarowania tymi odpadami, w tym zapewnienia ich recyklingu. Istniejąca obecnie w Polsce infrastruktura i procesy udzielania zamówień są w stanie zapewnić wydajny i skuteczny system zbiórki. – Dyrektywy UE wymagają, aby przepisy krajowe nakładały pełne koszty recyklingu opakowań na producentów – mówi Andy Grant, Technical Director w Eunomii i jeden ze współautorów raportu. – Polskie prawo powinno jednak wskazywać, że dotyczy to tylko kosztów niezbędnych, aby gmina mogła prowadzić lub zakontraktować skuteczną i efektywną kosztowo usługę.

Po drugie – sortowanie

Eksperci Eunomii nie mają wątpliwości, że odpowiedzialność za sortowanie również powinna spoczywać na gminach, jednak pod pewnymi warunkami. Gminy miałyby możliwość rezygnacji z obowiązku sortowania, a wówczas przechodziłby on na organizację producentów, powiadomionych o tym z odpowiednim wyprzedzeniem. – Od podmiotów prowadzących zbiórkę należałoby wymagać dostarczania do sortowni odpadów o określonej minimalnej jakości, pod rygorem pomniejszenia płatności w przypadku niedotrzymywania wymaganego standardu. Z kolei sortownie musiałyby dostarczać, jako surowiec wtórny, materiały o jakości nadającej się do dalszego przerobu – wyjaśnia Andy Grant. – Taki system będzie odpowiednią zachętą dla producentów do modyfikowania opakowań w łańcuchu dostaw, a także rozwoju infrastruktury recyklingu.

Co ważne, polityka zamówień publicznych powinna mieć na celu wypracowanie z czasem efektywnej infrastruktury sortowania, o odpowiedniej skali i zasięgu geograficznym. Eksperci Eunomii podkreślają także, że własność recyklatów powinna należeć do producentów. Jeśli właścicielem recyklatu pozostaną gminy, trudno bowiem będzie stworzyć spójną krajową strategię inwestowania w infrastrukturę do ponownego przetwarzania.

Po trzecie – nadzór

Za recykling pozyskanych w ten sposób surowców wtórnych powinna odpowiadać jedna organizacja producentów. Autorzy raportu podkreślają, że w idealnym scenariuszu, za koordynację – w imieniu wszystkich polskich producentów – odpowiadałby jeden podmiot non-profit. Organizacja ta musiałaby podlegać regularnym audytom (zarówno pod względem finansowym, jak i tonażowym), aby uniknąć nadużyć i stale poszukiwać skutecznych dla osiągnięcia celów umów.

Po czwarte – koszty i zakres

Unijny pakiet odpadowy wymaga, aby zasada pełnego odzyskiwania kosztów netto obejmowała wszystkie opakowania. Z związku z tym, Polska powinna przerzucić koszty unieszkodliwiania frakcji tego typu odpadów na producentów. Wariant ten zachęcałby do dalszego sortowania odpadów opakowaniowych z odpadów resztkowych, co będzie konieczne do osiągnięcia przyszłych celów recyklingu odpadów komunalnych. Tym samym konsumenci nie będą już płacić za recykling opakowań poprzez opłaty dla gmin, bo koszt ten zostanie opłacony bezpośrednio przy zakupie danych produktów – tłumaczy Anna Sapota z TOMRA. – W ten sposób oddajemy decyzję w ręce konsumenta, bo to on sam, przez własne wybory, będzie miał wpływ na to, ile i jakich opakowań zostanie wprowadzonych na rynek i jakie opłaty w związku z tym będzie ponosił.

Zakres kosztów, które mają być ponoszone przez producentów, zostałby rozszerzony poza wymogi prawne — o pozycje, do których zachęca (choć nie zobowiązuje) dyrektywa ramowa o odpadach. Dotyczy to w szczególności kosztów gospodarowania pozostałymi opakowaniami wysortowanymi z odpadów resztkowych oraz kosztów uprzątnięcia wszystkich porzuconych opakowań z przestrzeni publicznej, nie tylko opakowań jednorazowego użytku z tworzyw.

Po piąte –  ekomodulacja stawek opłat producentów w ramach ROP

Ekomodulacja stawek opłat uiszczanych przez producentów powinna odzwierciedlać zarówno koszty recyklingu (w przypadku opakowań łatwo poddawanych przetwarzaniu), jak i możliwość recyklingu różnych opakowań objętych systemem. Sumę uiszczonych opłat należy przeznaczyć na pokrycie kosztów, które system ma obejmować.

Po szóste – system kaucyjny

Zgodnie z unijną dyrektywą Single Use Plastics, do 2025 roku państwa członkowskie muszą osiągnąć określone poziomy selektywnej zbiórki opakowań plastikowych po napojach – odpowiednio 77% w 2025 roku i 90% w ciągu kolejnych dwóch lat. Autorzy raportu uważają, że najwłaściwszą drogą dla osiągnięcia tych celów jest scentralizowany system kaucyjny. – Należy z całą mocą podkreślić, że systemu kaucyjnego i ROP nie można traktować rozłącznie, nie są one też systemami alternatywnymi w stosunku do siebie, ale komplementarnymi. System kaucyjny jest formą systemu ROP – zauważa Andy Grant. – Co ważne, nie da się „przełączyć” istniejącego systemu na nowe warunki bez okresu przejściowego. Dlatego im wcześniej zostaną w Polsce podjęte konkretne decyzje legislacyjne, tym dłuższy będzie okres na dostosowanie się oraz tym mniej problematyczny i kosztowny będzie proces przejścia.

Zdaniem ekspertów Eunomii, dobrze funkcjonujący system kaucyjny to doskonałe narzędzie do zwiększania poziomów recyklingu. Z tego względu rekomendują oni wykorzystywanie tej metody tak często, jak to możliwe, nie tylko dla opakowań plastikowych, ale też np. puszek aluminiowych czy butelek szklanych.

Liczy się tylko zdanie prezesa

Główne rynki przebrnęły przez poniedziałkową sesję w ciasnych zakresach wahań w oczekiwaniu na wydarzenia kolejnych dni. W nocy nieco ożywienia wprowadził James Bullard z Fed komentarzami odnośnie procesu redukcji skupu aktywów. Dziś w kalendarzu niemiecki ZEW i CPI z USA.

Umiarkowana aprecjacja dolara ujawnia się podczas wtorkowego handlu po wczorajszym bezkierunkowym przebiegu sesji. Zmiana na korzyść USD bierze się z komentarzy szefa oddziału Fed w St. Louis Jamesa Bullarda. Bullard powiedział, że choć obecnie jest za wcześnie na rozmowę o zmianach w polityce pieniężnej, to zaszczepienie 75-80 proc. społeczeństwa pozwoliłoby na rozpoczęcie debaty o redukcji tempa skupu aktywów. Dodał jednak, że decyzję o zainicjowaniu dyskusji pozostawia prezesowi Powellowi. Dwa wnioski wynikają z tej wypowiedzi. Po pierwsze według obecnych trendów wskazany poziom zaszczepienia Amerykanów może zostać osiągnięty na przełomie czerwca i lipca. To dość bliski termin w porównaniu z komentarzami prezesa Powella, że obecnie nie ma nawet dyskusji o tym, kiedy zacząć dyskusję o redukcji tempa aktywów. Ale jak wskazał sam Bullard, oprócz warunku ilościowego istotna jest decyzja samego prezesa Fed. Ponadto nie ma z góry określonego okresu czasu między startem debaty nad redukcja QE, a momentem zmniejszenia miesięcznych zakupów. Naturalnie niektórzy uczestnicy rynku mogą spróbować zbudować na tych przesłankach silniejszą argumentację dla wzrostu rentowności i pociągnięcia za tym dolara, ale bez jasnego zwrotu w stanowisku prezesa Powella wyprzedzające ruchy rynkowe wydają się bezcelowe.

Komentarz Bullarda ponadto oznacza, że należy przywiązywać mniejszą wagę do jakichkolwiek jastrzębich komentarzy płynących ze strony prezesów regionalnych oddziałów Fed. Dziś w kalendarzu dużo wystąpień członków FOMC, w tym przedstawicieli jastrzębiego skrzydła: Barkin, Mester, Bostic. Większe znaczenie maja teraz słowa prezesa Powella, który będzie przemawiał jutro w Economic Club w Waszyngtonie. Utrzymanie przez szefa Fed nacisku na wspieranie gospodarki akomodacyjną polityką i przypominanie o ryzykach dla wzrostu powinno tonować zapędy dolarowych byków.

Pozostaje jeszcze reakcja USD na dane z USA, a te publikowane w nadchodzących dniach powinny być silne. Dziś inflacja CPI mocno przyspieszy (prog. 0,5 proc. m/m) dzięki efektom bazy, z których Fed zdaje sobie sprawę i zbagatelizuje w dyskusji o zagrożeniach ucieczki inflacji. Marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej (czwartek). Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa (czwartek) wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Silne dane będą podkreślać wyjątkowość ożywienia USA i kontrastować z borykającą się z trzecią falą strefą euro. Jest to ryzyko, które może zatrzymać EUR/USD pod 1,19. Przeciwwagą może być niemiecki indeks ZEW, gdzie wskaźnik oczekiwań powie więcej o perspektywach gospodarki w kolejnych miesiącach. Silna pozycja przemysłu, który z jednej strony korzysta na globalnym ożywieniu, a z drugiej w mniejszym stopniu jest dotknięty restrykcjami, powinien zapewniać dalszy wzrost indeksu.

Złoty osłabia się we wtorek razem z innymi walutami regionu. Niezdecydowany handel na rynkach globalnych odbiera pozytywny impet z rynków wschodzących i przynosi techniczną korektę. Możemy obserwować więcej wahań EUR/PLN w trendzie bocznym 4,52-4,55 z większym odchyleniami pod dyktando sygnałów z rynków zewnętrznych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Firmy w czasie pandemii nie chcą obniżać wynagrodzeń

W czasie pandemii COVID-19 polskie firmy wolały ograniczać koszty pozapłacowe i inwestycje niż obniżać wynagrodzenia – wynika z „Badania Polskiej Przedsiębiorczości” zleconego przez inFakt agencji ARC Rynek i Opinia. Wśród małych firm co piąta zdecydowała się podnieść płace.

Szanse i ograniczenia

Podstawowym działaniem, jakie w celu zrównoważenia budżetu w czasie pandemii podjęły zarówno mikroprzedsiębiorstwa jak i małe firmy, były redukcje kosztów (57% mikro i 62% małych przedsiębiorców) oraz ograniczenie inwestycji (35% mikro i 49% małych). – Przedsiębiorcy w czasie pandemii bardzo niechętnie szukali oszczędności, które miałyby bezpośrednio dotknąć ich pracowników – zwraca uwagę Piotr Nawrocki z firmy inFakt, kierownik badania. – Znacznie częściej poszukiwano możliwości na ograniczenie kosztów pozapłacowych. Badani wskazywali, że czują odpowiedzialność za swój personel i widać to także po planowanych na 2021 rok działaniach 38% firm chce nadal obniżać koszty, ale za wyjątkiem płac.

Rzeczywiście, obawy o powszechne zwolnienia i obniżki wynagrodzeń na szczęście się nie sprawdziły. Zarówno 80% mikro jak i małych firm przynajmniej utrzymało dotychczasowy poziom płac. Co więcej, 22% małych przedsiębiorstw zdecydowało się na przyznanie podwyżek, a 18% zwiększyło poziom zatrudnienia.

Część firm deklarowała ograniczenie inwestycji (35% mikro i 49% małych) oraz konieczność wycofania się z niektórych rynków, spowodowaną m.in. zamknięciem granic (odpowiednio: 24% i 27%), ale też widoczny odsetek ankietowanych poszukiwał nowych możliwości rozwoju firmy w czasie pandemii. I tak: 19% mikroprzedsiębiorstw oraz 16% małych firm rozpoczęło działalność w nowych obszarach. Mikroprzedsiębiorstwa częściej decydowały się na dodatkowe inwestycje, ale za to małe firmy częściej wchodziły na nowe rynki.

Niestety dla części firm lockdown i utrata przychodów oznaczały konieczność czasowego zawieszenia działalności. Na taki krok zdecydowało się 14% mikroprzedsiębiorców oraz tylko 4% małych.

Firma w internecie, czyli nie tylko praca zdalna

Pandemia spowodowała też, że firmy na bezprecedensową skalę przenosiły niektóre obszary swojej działalności do internetu. Najbardziej widocznym przykładem jest skokowy wzrost popularności pracy zdalnej, ale nie jest to oczywiście jedyny aspekt funkcjonowania przedsiębiorstw, który trafił do przestrzeni wirtualnej.

W „Badaniu Polskiej Przedsiębiorczości” 37% ankietowanych przyznało, że w ich firmach zwiększył się stopień funkcjonowania online, a najczęściej dotyczyło to utrzymywania kontaktów z kontrahentami oraz klientami (63% wszystkich badanych), komunikowania się z urzędami państwowymi (51%) oraz prowadzenia transakcji handlowych (46%). Sytuacja pandemiczna skłoniła także 27% przedsiębiorstw do przeniesienia księgowości do internetu.

Polacy są przedsiębiorczy i kreatywni, potrafią działać w niekorzystnych warunkach i pomimo trudności szybko adaptować się do zmian, o czym świadczy choćby błyskawiczne przejście w wielu firmach na pracę zdalną oraz przenoszenie kolejnych obszarów działania do internetu – podkreśla Wiktor Sarota, prezes firmy inFakt. – Widać to również po odsetku firm, które odważnie planują rozpoczęcie działalności w nowych obszarach.

Warto podkreślić, że przedsiębiorstwa mają zamiar aktywnie działać także w 2021 roku, aby odpowiednio się zabezpieczyć. 50% badanych firm zamierza w tym roku zwiększyć liczbę nowych klientów, 18% chce zainwestować w rozwiązania, które zapewnią im przewagę konkurencyjną, a 11% – znaleźć inwestora.

Kondycja sektora hotelowego po 12 miesiącach epidemii COVID-19

Sektor hotelowy, obok sektora handlowego, jest jednym z obszarów najbardziej dotkniętych skutkami pandemii. Od roku działalność hoteli przypomina falę sinusoidalną: naprzemiennie tymczasowo zamykane i otwierane dla określonych grup. Kolejne obostrzenia rządu, ograniczenia w przemieszczaniu się zarówno w ramach granic Polski, jak i podróży międzynarodowych oraz brak możliwości wcześniejszego zaplanowania urlopów czy wyjazdów służbowych, wpłynęły na drastyczne spadki poziomu obłożenia pokoi w obiektach hotelowych.

12 miesięcy z życia sektora hotelowego

Pierwsze negatywne konsekwencje epidemii COVID-19 dla polskiego rynku turystycznego pojawiły się 14 marca 2020 roku. Próby opanowania rozprzestrzeniającej się pandemii wiązały się z zamknięciem granic dla nierezydentów, drastycznym zmniejszeniem liczby międzynarodowych lotów i połączeń kolejowych, ograniczeniem funkcjonowania hotelowych części gastronomicznych i rozrywkowych, a w konsekwencji czasowym zakazem prowadzenia działalności hotelarskiej z pewnymi wyjątkami, m.in. udzielanie noclegów osobom objętym kwarantanną czy wykonującym zawody medyczne.

Batalia o powrót do względnie stabilnej sytuacji trwała do 4 maja 2020 roku, kiedy podjęto decyzję o ponownym otwarciu obiektów hotelowych w warunkach ścisłego reżimu sanitarnego. Przyniosło to jedynie nieznaczną poprawę sytuacji w sektorze, co było efektem braku możliwości planowania wyjazdów w dłuższej perspektywie czasu i tym samym zdecydowanie mniejszego ruchu turystycznego.

Kolejne zamknięcie hoteli dla turystów nastąpiło jesienią. W wyniku ponownego nagłego wzrostu zakażeń COVID-19 ograniczono działalność obszarów rozrywki ściśle powiązanych z biznesem hotelowym, takich jak baseny, siłownie, aquaparki. W dalszym ciągu negatywny wpływ na wyniki operacyjne hoteli miał znikomy udział popytu biznesowego z segmentu tak zwanego przemysłu spotkań (MICE), dla którego szczyt popularności przypadał w ubiegłych latach na miesiące jesienne. Od 7 listopada z noclegów w hotelach mogli korzystać jedynie goście podróżujący służbowo, sportowcy w trakcie zgrupowań i zawodów, osoby wykonujące zawody medyczne oraz pacjenci i ich opiekunowie. Hotelarze z niepokojem spoglądali w przyszłość z uwagi na zbliżający się okres świąteczny i późniejsze ferie, które zwłaszcza dla regionów turystycznych były niezwykle istotne w skali roku. Ich obawy okazały się słuszne, gdyż ogłoszona trwająca od 28 grudnia do 17 stycznia narodowa kwarantanna pokrzyżowała plany stęsknionych wypoczynku Polaków. Sezon zimowy i kolejne miesiące w regionach górskich nie  zrekompensowały  hotelarzom utraconych zysków z uwagi na kolejne ograniczenia, które objęły cały kraj i zaczęły obowiązywać od 20 marca 2021 roku.

Kondycja sektora hotelowego

Dynamicznie zmieniająca się sytuacja oraz związana z tym niepewność skutkowały opóźnieniami w rozpoczynaniu prac nad nowymi inwestycjami hotelowymi oraz wstrzymaniem kilkunastu budów, które były efektem utrudnionego finansowania przez instytucje bankowe.

„Pomimo sygnałów napływających na początku 2020 roku, iż banki rozważają wstrzymanie wycen hoteli do 2021, liczba zleceń na wyceny nie spadła w stosunku do lat poprzednich. Zlecenia w ciągu ostatnich miesięcy dotyczyły przede wszystkim aktualizacji wartości obiektów, na które udzielone już było finansowanie. Wycena tego typu nieruchomości w obecnej sytuacji jest bardzo skomplikowana ze względu niepewność prognoz i stale zmieniające się obostrzenia, niemniej banki oczekują aktualizacji wartości. Kluczem jest tutaj ostrożna prognoza na rok obecny i kolejne lata. Ryzyko poprawności szacunków i odzwierciedlenie sytuacji na rynku hotelowym uwzględniamy w wyższej stopie dyskonta,” – komentuje Małgorzata Krzystek, Dyrektor w Dziale Wycen w Knight Frank.

„Turbulencje sektorowe będące następstwem czasowego zamykania i otwierania obiektów hotelowych w wyniku administracyjnych obostrzeń miały decydujący wpływ na znaczący spadek jego dynamiki wzrostu. Na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało 2 971 hoteli, co stanowiło 0,68% wzrost w ciągu całego roku, a dla porównania średnie tempo przyrostu liczby obiektów w latach 2017-2019 wynosiło prawie 4% rocznie. Ponad dwukrotnie spadło również tempo wzrostu liczby pokoi hotelowych, które w 2020 roku osiągnęło wartość 2,1%, podczas gdy w analogicznym okresie wyniosło 5% r/r.

Wyraźne spadki odnotowano również w obłożeniu pokoi w obiektach, które na koniec ubiegłego roku według danych GUS wyniosło średnio 29,6%, co było rekordowo niskim wynikiem dla polskiego sektora hotelowego. Zmianę widać szczególnie w porównaniu do poziomu wskaźnika obłożenia z lat 2016-2019, który to był stabilny i kształtował się średnio na poziomie 52,3%. Bezpośredniej przyczyny tak znaczących spadków wyników operacyjnych hoteli należy upatrywać w ponad dwukrotnie mniejszej względem średniej z lat 2016-2019 liczbie turystów korzystających z oferty hotelowej, która na koniec listopada ubiegłego roku wyniosła 10 765 218 osób, co bezpośrednio wynikało z ograniczeń w podróżowaniu. W poprzednich latach goście z zagranicy stanowili średnio około 26% wszystkich korzystających z hoteli, natomiast według danych GUS od stycznia do listopada 2020 roku wartość ta spadła do 14%, osiągając w maju i czerwcu rekordowo niskie średniomiesięczne wartości – odpowiednio 6% i 8%,” – dodaje Lidia Zawiła, Młodszy Konsultant w Dziale Badań Rynku w Knight Frank.

„Tempo powrotu do zadowalających przychodów będzie wyglądało inaczej w różnych segmentach rynku hotelowego. Najszybciej do wyników z 2019 roku powinny powrócić hotele ekonomiczne i resortowe, które w sytuacji kiedy mogą być otwarte nie odnotowują większych problemów z obłożeniem. W związku z oczekiwaną zmianą struktury gości, spadku popytu ze strony klientów zagranicznych, jak i podróży biznesowych, hotele zlokalizowane w dużych miastach, z dużym komponentem konferencyjnym, a w szczególności hotele z sektora 4*- 5*, znajdują się w najtrudniejszej sytuacji. Niemniej rynek wewnętrzny jest na tyle silny, że w dłuższym okresie nie powinno przełożyć się to na drastyczny spadek obłożenia.

Jak wiadomo rynek turystyczny szybko podnosi się po kryzysie i nie jest on teraz mniej atrakcyjny dla inwestorów. Pandemię traktujemy jako wydarzenie jednorazowe, a nie stałą mającą wpływ na rynek w bardzo długim okresie. Odnotowano spadki wartości, ale szacunki przychodów przyjmujemy ostrożniej tylko na najbliższe 2-3 lata, a cała prognoza na potrzeby wycen ma zazwyczaj lat 10 i nie prowadzi to do spadków rzędu kilkudziesięciu procent. W okresie pandemii nie odnotowano transakcji w obszarze nieruchomości hotelowych na rynku instytucjonalnym. Obserwowane jest duże zainteresowanie segmentem ze strony inwestorów stosujących strategie oportunistyczne, niemniej właściciele pomimo trudności nie decydują się na sprzedaż hoteli po znacznie obniżonych cenach,” – wyjaśnia Małgorzata Krzystek.

Analogicznie do sektora handlowego, na rynku hotelowym oczekuje się wzrostu stóp kapitalizacji o 100 bps. W rezultacie można się spodziewać, że najlepsze aktywa w Warszawie będą wyceniane przez inwestorów na 6%.

FPP: Zielona infrastruktura konieczna w Polsce

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) proponuje, by rząd wprowadził dedykowane pożyczki dla Jednostek Samorządu Terytorialnego, spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot mieszkaniowych, właścicieli parkingów na budowę stacji ładowania samochodów elektrycznych typu PlugIn wraz z niezbędną infrastrukturą oraz dokumentacją.

Proponowane parametry:

  • Oprocentowanie pożyczki 0%
  • Dotacja do realizowanej inwestycji wysokości 50%
  • Maksymalna kwota do 200 tys. złotych
  • Okres finansowania do 6 lat
  • Prosty i szybki proces ubiegania się o pożyczkę

„Infrastruktura pozwalająca w odpowiednim punkcie „zatankować” elektryczne auto jest w Polsce w początkowej fazie rozwoju, a zasięg przeciętnego auta elektrycznego nie przekracza 300 kilometrów. Dla większości użytkowników pozostaje więc korzystanie z takiego samochodu w dużym mieście. Co prawda, wraz ze wzrostem liczby pojazdów rozwija się również ogólnodostępna infrastruktura ładowania, ale nadal punktów ładowania jest za mało. Pod koniec marca 2020 w Polsce funkcjonowało 1114 stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 067 punktów). 31% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 69% wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W ciągu ostatniego miesiąca zainstalowano 21 nowych stacji. W związku z obowiązkami nałożonymi na Jednostki Samorządu Terytorialnego przez Państwo Ustawą z dnia 11.01.2018 roku o „Elektromobilności i paliwach alternatywnych” dotyczącymi budowy infrastruktury do ładowania samochodów elektrycznych spodziewany jest duży wzrost tego typu inwestycji” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Ponadto FPP proponuje, by w związku z zapotrzebowaniem małych i średnich firm na niskoemisyjną flotę transportową utworzyć fundusz dedykowanych pożyczek na zakup samochodów elektrycznych, samochodów hybrydowych Plug In, samochodów hybrydowych, samochodów wodorowych. Głównymi odbiorcami byliby taksówkarze, małe i średnie firmy transportowe oraz firmy wykorzystujące środki transportu do bieżącej działalności (cukiernie, kwiaciarnie, sklepy spożywcze, apteki, itd.).

Na rynku zostaje tylko jeden Business Link

Od kwietnia br. z nazwy Business Link korzystać będzie już wyłącznie operator powierzchni elastycznych należący do Grupy Skanska. To kolejny element budowy strategii marki w regionie CEE, który rozpoczął się w 2017 roku, wraz z przejęciem przez szwedzką firmę.

Spółka Business Link zadebiutowała na rynku w 2014 roku jako startup oferujący młodym przedsiębiorcom dostęp do nowoczesnej infrastruktury biurowej z kompleksowym zapleczem, w postaci biur coworkingowych, sal konferencyjnych czy przestrzeni kuchenno-sanitarnej. Stała się tym samym jednym z prekursorów branży coworkingowej nad Wisłą, która w kolejnych latach przeżyła dynamiczny rozwój i na zawsze zmieniła oblicze polskiego rynku biurowego.

Od kwietnia 2017 roku właścicielem Business Link jest Grupa Skanska, która przejmując spółkę od Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości istotnie zdywersyfikowała swoje portfolio nieruchomościowe. Uzupełniła je tym samym o elastyczną i kreatywną przestrzeń biurową dostępną przez całą dobę i 7 dni w tygodniu w 5 miastach: Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Poznaniu i czeskiej Pradze. W pierwotnym założeniu Business Link pozycjonował się jako nowoczesna przestrzeń biurowa, ukierunkowana do głównych motorów polskiej gospodarki – małych i średnich przedsiębiorstw, ze szczególnym uwzględnieniem startupów. Przez ostatnie cztery lata spółka, podobnie jak cały polski rynek biurowy, przeszła jednak ogromną ewolucję. Miejsce coworków, coraz mocniej zaczęły wypierać przestrzenie elastyczne, a w portfolio zamiast startupów, przybywać zaczęło dużych firm i największych globalnych korporacji. – Rosnąca popularność elastycznego najmu powierzchni biurowych widoczna jest na rynku już od dłuższego czasu, a trwająca pandemia jedynie potwierdziła efektywność tego rozwiązania. Decydując się na przestrzeń flex najemcy przede wszystkim optymalizują koszty. Magnesem są dla nich również krótkoterminowe umowy, w ramach których w dowolnym momencie firmy mogą zwiększyć lub zredukować użytkowaną powierzchnię, dostosowując ją do aktualnych potrzeb biznesowychpodkreśla Maciej K. Król i dodaje, że w najbliższych latach to właśnie przestrzenie typu flex odegrają kluczową rolę w rozwoju spółki. – Rynek biurowy najprawdopodobniej już nigdy nie wróci do „starej normalności”, w której kluczową rolę odgrywały przestrzenie coworkingowe. Przyszłość stoi pod znakiem mądrego i efektywnego zarządzania miksem biurowym, w postaci połączenia najmu długo- i krótkoterminowego. Dlatego już od dłuższego czasu oferta Business Link, w staje się integralną częścią korowej oferty Grupy Skanska, po którą klienci sięgają równolegle, a nie w ramach alternatywypodsumowuje Maciej K. Król.

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o 8,5 mln zł w Q1 2021

Wartość gotówki i inwestycji Grupy INC wzrosła o 8,5 mln zł
w I kwartale 2021 r.

Grupa kapitałowa INC, specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów, opublikowała wybrane szacunkowe dane finansowe na koniec I kwartału 2021 r. Według szacunków Grupa na koniec marca br. posiadała 46,2 mln zł w środkach pieniężnych i inwestycjach krótkoterminowych. Względem końca 2020 r. jest to wzrost o 8,5 mln zł. Istotna poprawa wyników i dynamiczny rozwój to efekt konsekwentnej realizacji strategii rozwoju Grupy oraz efektywnego wykorzystania sprzyjającego otoczenia rynkowego. Celem Grupy INC jest pozyskanie dla klientów kilkudziesięciu mln zł w II kwartale.

W minionym kwartale wzrosła zarówno pozycja gotówkowa (+1,2 mln zł, do 9,6 mln zł na koniec marca br.), wartość rynkowa akcji notowanych (+5,2 mln zł, do 29,9 mln zł), jak i wartość bilansowa papierów wartościowych i udziałów nienotowanych (+2,1 mln zł, do 6,7 mln zł).

– W I kwartale 2021 r. kontynuowaliśmy dynamiczny, ale zrównoważony biznesowo wzrost. Zwiększenie wartości aktywów wynika zarówno z wzrostu kursów spółek notowanych, debiutów ubiegłorocznych inwestycji funduszu Carpathia Capital, jak i dodatnim przepływom z bieżącej działalności operacyjnej. Warto podkreślić, że wzrosła wartość posiadanej gotówki przez Grupę INC i to pomimo dokonania 7 nowych inwestycji za kwotę 1,2 mln zł. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes zarządu INC S.A.

Model biznesowy Grupy opiera się o działalność w trzech obszarach biznesowych: usługi doradcze, oferowanie instrumentów finansowych oraz inwestycje na rynku kapitałowym. Alternatywne spółki inwestycyjne z Grupy INC (INC Private Equity oraz Carpathia Capital) inwestują przede wszystkim w spółki z obszaru tzw. nowej ekonomii w tym m.in. spółki technologiczne, gamingowe, biotechnologiczne oraz OZE.

Grupa INC ma ambitne plany na cały 2021 r. W ciągu bieżącego roku chce wprowadzić na giełdę około 20 spółek. Dotychczas w 2021 r. INC S.A. jako autoryzowany doradca w debiutach na NewConnect wspierała 3 spółki, a w całym ubiegłym roku było to 6 spółek.

– Mamy ambitne plany zarówno w aspekcie wprowadzenia na giełdę nowych spółek przez INC S.A., jak i pozyskania finansowania przez Dom Maklerski INC. Naszym celem jest realizacja dla klientów ofert publicznych o wartości ponad 100 mln zł w całym 2021 r. Po I kwartale możemy pochwalić się zrealizowaniem 9 projektów, o łącznej wartości 12 mln zł. To był jednak okres przygotowywania wielu projektów, a w samym II kwartale chcemy przedstawić inwestorom oferty o wartości kilkudziesięciu mln zł. – dodaje Paweł Śliwiński.

Fundusz SATUS Venture sprzedał część pakietu akcji Legimi rodzinie McGovern

W akcjonariacie Legimi, z pakietem akcji na poziomie 11 proc., pojawiła się Małgorzata McGovern. To wynik sprzedaży części pakietu akcji przez fundusz VC SATUS Venture. Rodzina McGovern jest znana na GPW m.in. poprzez inwestycję w AmRest oraz CCC.

16 lutego br. Fundusz Inwestycyjny Zamknięty Aktywów Niepublicznych Venture Capital Satus (SATUS Venture) w transakcji poza rynkiem zbył łącznie 141.600 akcji Legimi w cenie 24 zł za akcję. Daje to pakiet wart blisko 3,4 mln zł. Oznacza to, iż fundusz SATUS Venture zmniejszył swoje zaangażowanie w akcjonariacie Legimi z 21 proc. do 11 proc. Jest to naturalny proces związany ze strategią i profilem inwestycyjnym funduszy venture capital. Wiązało się to także ze złożeniem rezygnacji z funkcji obejmowanych przez reprezentantów funduszu w radzie nadzorczej Legimi.

Legimi to jedna z niewielu spółek w fazie early stage, której udało się sfinansować fazę wzrostu głównie długiem. Świadczy to o bardzo dobrym zarządzaniu, solidnym i efektywnym modelu biznesowym i dobrze wróży na przyszłość. Jednakże Satus jest inwestorem w Legimi od 7 lat i nasz horyzont inwestycyjny właśnie dobiega końca. – komentuje Krzysztof Bełech, Managing Partner w SATUS Venture.

Drugą stroną transakcji, kupującą pakiet akcji od funduszu była m.in. Małgorzata McGovern, która w wyniku transakcji jest w posiadaniu 159.600 akcji Legimi, co daje udział 11 proc. w akcjonariacie. Założyciele i członkowie zarządu Legimi – Mikołaj Małaczyński oraz Mateusz Frukacz posiadają łącznie największy pakiet akcji dający udział 32 proc. w akcjonariacie.

Chciałbym podziękować funduszowi SATUS Venture za zaufanie i wiarę w Legimi, co przełożyło się na inwestycję w nasz biznes praktycznie na samym początku naszej działalności. Dzięki konstruktywnej współpracy na przestrzeni lat Legimi dynamicznie się rozwijało i konsekwentnie budowało wartość, doprowadzając do ważnego momentu jakim jest giełdowy debiut. W miejsce funduszu pojawiają się nowi akcjonariusze kojarzeni z dobrych spółek na polskiej giełdzie, m.in. rodzina McGovernów znana m.in. z inwestycji w AmRest oraz CCC. – dodaje Mikołaj Małaczyński, Prezes Zarządu Legimi.

Produkcja rolnicza przestaje się opłacać. Rolnicy zapowiadają, że w sklepach może być dużo drożej

Rolnicy ostrzegają, że wkrótce mogą nas czekać duże podwyżki. Już teraz widać gwałtowne wzrosty cen środków do produkcji. Ponadto koszty prowadzenia działalności w przetwórstwie i dystrybucji są bardzo wysokie. Sporo gospodarstw straciło zbyt z powodu obostrzeń w sektorze HoReCa, przez co musiało ograniczyło wytwórczość. Jednak patrząc na ostatni rok, nie brakuje opinii, że np. warzywa, owoce czy drób mogą być tańsze. Jednocześnie rolnicy zwracają uwagę na rolę pośredników, którzy ciągle podnoszą marże. A to finalnie wpływa na ceny w sklepach.

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania o możliwe wzrosty cen produktów rolnych. Jak stwierdza Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii, w zasadzie wszystko może zdrożeć. W ciągu ostatniego roku sporo rolników zniechęciło się do dotychczasowego zajęcia. Zdaniem Kołodziejczaka, będzie następowała monopolizacja rynku produkcji, a głównie dystrybucji żywności. Firmy z dużym kapitałem wiedzą, że rolnictwo trzeba sobie podporządkować. Wykorzystują do tego pandemię, a rolnicy stają się coraz bardziej uzależnieni od swoich odbiorców.

– Zgadzam się, że realny jest scenariusz, w którym podrożeje wszystko. Tu mechanizm nie jest na poziomie produktowym i wyboru konsumenckiego. Znaczenie ma bowiem ustawienie parametrów relacji popyt – podaż – państwo. Mamy procesy sprzyjające cenom deflacyjnym, ale polityka fiskalna wobec sektora żywnościowego powoduje inflację, która jeszcze będzie rosła – komentuje dr Andrzej Maria Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Już teraz dostrzegamy gwałtowny wzrost cen paliw i środków do produkcji rolnej, co podkreśla Sławomir Izdebski, przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. I dodaje, że drożeją też m.in. maszyny rolnicze oraz części do nich. A wydawało się, że właśnie w czasie lockdownu będzie taniej.

– W najbliższym czasie możemy spodziewać się wzrostu cen, chociażby z powodu rosnącej inflacji. Pierwszy lockdown był dla wszystkich ogromnym wyzwaniem, ale w 2021 roku jesteśmy już mądrzejsi o pewne doświadczenia i potrafimy optymalizować procesy zachwiane w czasie obostrzeń. Nie zapowiada się więc raczej na skokowe wzrosty cen. Ale taki scenariusz wcale nie jest pewny, bo na to wpływa sporo rożnych czynników, których często nie sposób przewidzieć – mówi Julita Pryzmont z międzynarodowej firmy badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland.

Natomiast dr Faliński dodaje, że bardzo wysokie są koszty prowadzenia działalności poza produkcją, czyli w przetwórstwie i w dystrybucji. Dlatego wytwórca bezpośredni dostaje możliwie najmniejsze środki. Handel zarabia brutto spore pieniądze, ale musi bardzo dużą część oddać państwu.

– Podczas pierwszego lockdownu były zerwane łańcuchy dostaw. To groziło wstrzymaniem eksportu żywności, a co za tym idzie – utratą płynności finansowej gospodarstw. Polska znaczną część swojej produkcji rolnej sprzedaje za granicę. Tak jest m.in. z wołowiną, mlekiem czy drobiem. Towar zostawał w kraju, a nadpodaż powodowała załamanie cen skupu – opisuje Marian Sikora, przewodniczący Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych.

Jak zaznacza Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych, od roku praktycznie nie istnieje sektor HoReCa. Tym samym pojawił się problem dla wielu gospodarstw sprzedających warzywa bezpośrednio do firm gastronomicznych. Ci rolnicy stracili więc rynek zbytu.

– Rok temu o tej porze przestała się sprzedawać czerwona kapusta. Tylko w naszym gospodarstwie musieliśmy wyrzucić jej ok. 100 ton, a normalnie miała trafić do sprzedaży. To powinna być wartość od 100 do 200 tys. złotych, a nikt nam za to nie oddał ani złotówki. Tu ponieśliśmy konkretne straty – dodaje lider AgroUnii.

Z kolei Marian Sikora podkreśla, że lockdown w gastronomii oznaczał też likwidację popytu na towary kulinarne. Dla przykładu, w branży mięsa wołowego zdestabilizowany został rynek szlachetnych elementów takich jak polędwica, antrykot i rostbef. A Polska jest wiodącym eksporterem tych towarów w Europie.

– Po pierwszym roku nowej sytuacji widać, że niektóre artykuły nawet mogą stanieć. Dotyczy to drobiu, warzyw, owoców ze względu na brak eksportu i naturalnych odbiorców. Podrożały zboża i rzepak, ponieważ pojawiło się duże zapotrzebowanie związane z gromadzeniem zapasów lub zwiększeniem produkcji zwierzęcej. Mogły podrożeć oleje i pieczywo – analizuje prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Natomiast Michał Kołodziejczak zaznacza, że rok temu bardzo tania była kapusta pekińska. Ale nastąpił znaczny spadek produkcji. Teraz sprzedaje się ją bardzo drogo, bo na rynku jest jej po prostu mało. Lider AgroUnii prognozuje, że tak też stanie się z innymi towarami, ale korzyści będą czerpali głównie pośrednicy. Z kolei dr Faliński podkreśla, że rolnicy ograniczają wytwórstwo ze względów ekonomicznych. Odbiorcy im mało płacą i nie mogą sobie poradzić ze zwiększonymi kosztami. Julita Pryzmont dodaje, że ceny owoców wzrosły w 2020 roku o około 11% w stosunku do 2019 roku, a w br. nie podskoczyły w porównaniu z ub.r. W przypadku warzyw w ub.r. był spadek o prawie 10%, a obecnie jest on zdecydowanie mniejszy.

– Obecnie ceny w rolnictwie utrzymują się na względnym poziomie. Jednak obawiam się, że one mogą wzrosnąć w sklepach, marketach i na bazarach. Pośrednicy stale narzucają coraz większe marże, zresztą bez porozumienia z rolnikami. Dlatego później odbiorcy płacą za poszczególne produkty naprawdę bardzo dużo – stwierdza przewodniczący OPZZ RiOR.

Również Wiktor Szmulewicz zwraca uwagę na działalność pośredników. Zdaniem eksperta, oni mają największy wpływ na ceny w sklepach. Surowiec często stanowi 15% kosztów. Z kolei według Sławomira Izdebskiego, rolnictwo jest dość nieprzewidywalne. Dzisiaj możemy zapowiadać gwałtowne wzrosty cen, a jutro pewnie będą spadki. Do tego mamy teraz początek wiosny. Nie wiadomo jeszcze, jakie dokładnie zjawiska pogodowe wystąpią w tym roku. A wszystkie mają niesamowite znaczenie. Wpływają na wielkość plonów. Jeżeli one są dosyć wysokie, to z reguły ceny są niskie.

Deloitte: 98 proc. przedsiębiorców chce wdrożyć sieć 5G i Wi-Fi 6 w ciągu 3 lat

Na skutek wyzwań, jakie postawił przed światem koronawirus, przedsiębiorstwa zmieniły swoje priorytety, a na ich szczycie znalazła się szybka i skuteczna łączność cyfrowa. Jak wynika z raportu Global Advanced Wireless Study przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, aż 70 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci uważa, że technologie bezprzewodowe zmienią ich branżę. Tym bardziej, że do 2023 roku przewidywana liczba urządzeń sieciowych na świecie może osiągnąć nawet 29,3 mld sztuk, co daje prawie cztery urządzenia przypadające na jednego mieszkańca Ziemi.

 – Nowa rzeczywistość wpłynęła na zmianę modelu biznesowego wielu firm, a odpowiednie wykorzystanie rozwiązań technologicznych pomaga się im w tej ewolucji odnaleźć. Zdalne narzędzia komunikacji nie tylko ułatwiają współpracę, lecz także pozwalają przetrwać niełatwy okres dystansu społecznego. Innowacje, nowe modele biznesowe i uzyskanie przewagi konkurencyjnej, skuteczna komunikacja, poprawa bezpieczeństwa, zwiększenie komfortu i efektywności pracowników, inspirujące i angażujące doświadczenie klienta – to tylko niektóre z korzyści, jakie wnosi cyfrowa ewolucja – mówi Sławomir Lubak, partner, lider branży Telekomunikacji, Mediów i Technologii, Deloitte.

Zmiana priorytetów biznesowych

Jednym z najważniejszych czynników, który motywuje firmy do wdrożenia sieci 5G i Wi-Fi 6 jest zwiększenie odporności organizacji na kryzysy. Taką odpowiedź wskazuje ponad połowa respondentów (59 proc.). Na drugim miejscu jest dążenie do opracowania lub poszerzenia puli rozwiązań dopasowanych do nowych potrzeb, które opierają się na solidniejszej i wydajniejszej infrastrukturze sieciowej (48 proc.). Dobrą ilustracją tego trendu jest przykład dużej firmy telekomunikacyjnej, która wdrożyła prywatną sieć 5G w hali produkcyjnej, aby sprostać wyzwaniom związanym z pandemią. Sieć jest wykorzystywana np. do sprawdzania, czy pracownicy noszą maski. Podobnych rozwiązań jest więcej: monitoring czujników osobistych pomaga w utrzymaniu dystansu społecznego, sprzęt VR umożliwia bezpośrednią łączność pomiędzy pracownikami. Dzięki dużej przepustowości i niskim opóźnieniom, sieć 5G znalazła swoje zastosowanie także w telemedycynie (zdalne konsultacje medyczne czy sterowana przez robota diagnostyka w kierunku COVID-19).

Albo cyfrowa transformacja albo nic

Raport Deloitte pokazuje, że inwestycja w infrastrukturę sieciową jest nieodłącznym elementem rozwoju przedsiębiorstwa. 56 proc. respondentów przyznaje, że z uwagi na obecny stan łączności sieciowej wprowadzenie innowacyjnych rozwiązań w ich firmie nie jest możliwe. Maksymalne wykorzystanie potencjału nowych technologii oraz zwiększenie efektywności pracy (po 38 proc.) stanowią główną motywację rozwoju firm do przeprowadzenia transformacji cyfrowej.

– Analizując wcześniejsze badania, możemy zauważyć, że na przestrzeni ostatnich miesięcy nasi respondenci istotnie zwiększyli prognozy poziomu wydatków, jakie planują przeznaczyć na rozwój i wykorzystanie sieci bezprzewodowych w ciągu trzech najbliższych lat. Duża część tych inwestycji posłuży zwiększeniu łączności i co za tym idzie – większej efektywności pracowników. To konieczne w dobie upowszechnienia się pracy zdalnej. Aż 41 proc. badanych wskazuje zwiększoną przepustowość danych sieci mobilnych, jako najważniejszą przyczynę warunkującą chęć transformacji cyfrowej – mówi Magdalena Bączyk, senior manager z zespołu Human Capital Deloitte.

Jak podkreśla ekspertka, konieczność stworzenia nowych warunków do pracy w modelu hybrydowym znajduje się dziś na agendzie zarządów wszystkich największych firm na świecie. Stawką jest tu pozyskanie i retencja największych talentów. W tym kontekście stworzenie najlepszej infrastruktury technicznej wydaje się być jednym z największych wyzwań, przed jakimi stoją decydenci.

Dzięki sieciom bezprzewodowym przedsiębiorstwa są w stanie zarządzać flotą maszyn i linii produkcyjnych. Dobrym przykładem jest telewizja przemysłowa – zapewnia zdalny nadzór nad sprzętem w czasie rzeczywistym oraz stały kontakt pomiędzy współpracownikami, robotami czy sztuczną inteligencją. Wyposażenie zakładu produkcyjnego w bezprzewodowe czujniki ułatwia transfer ogromnych ilości informacji dotyczących działania i stanu sprzętu, a przez to firmy są w stanie przewidzieć problemy lub opóźnienia, zanim spowodują one przestój.

Wprowadzenie automatyki i analizy danych na każdym etapie funkcjonowania przedsiębiorstwa – od komunikacji, dystrybucji energii, gospodarowania budynkiem, administrowania IT po zarządzanie procesami – umożliwi wprowadzanie innowacji oraz zwiększy efektywność pracowników i urządzeń.  Przedsiębiorcy są tego coraz bardziej świadomi – 80 proc. badanych przygotowuje się do procesu lub już wdraża zarówno sieć 5G jak i Wi-Fi 6. 98 proc. respondentów oczekuje, że ich organizacje będą używać obu technologii w ciągu 2-3 lat.

Dobry kontakt z klientem zaprocentuje

Kolejną korzyścią cyfrowej transformacji jest poprawa jakości obsługi klienta, która stanowi ważną składową dobrej kondycji przedsiębiorstwa. Zdaniem 80 proc. respondentów, jej rozwój będzie miał kluczowe znaczenie dla usprawnienia standardów kontaktu z klientem w ciągu trzech najbliższych lat.

– Wzmocnienie relacji między konsumentem a przedsiębiorstwem jest według inwestorów jednym z głównych motorów wdrożenia transformacji cyfrowej. Uważa tak aż 32 proc. naszych respondentów, wskazując na poprawę interakcji z klientem jako jeden z trzech najważniejszych obszarów, w których wykorzystanie zaawansowanych sieci bezprzewodowych może przynieść najwięcej korzyści – mówi Wiesław Kotecki, partner, lider Customer Strategy&Applied Design, Deloitte.

Aplikacje mobilne oparte na chmurze, wykorzystanie technologii rozszerzonej rzeczywistości, wideokonsultacje, sklepy autonomiczne – to tylko niektóre możliwości z szerokiego spektrum zastosowania najnowszych technologii łączności bezprzewodowej.

Inspirującym przykładem wykorzystania technologii bezprzewodowych są igrzyska olimpijskie. Sieć 5G zostanie wykorzystania podczas tegorocznych igrzysk do tworzenia rzeczywistości wirtualnej. Wokół boisk zostaną rozmieszczone liczne kamery, dzięki czemu widzowie na całym świecie, wyposażeni w sprzęt VR, będą mogli oglądać obiekty i wydarzenia sportowe tak, jakby siedzieli na widowni. Planowane jest także wdrożenie pilotażowego systemu hologramowego, który umożliwi filmowanie sportowców w rozdzielczości 8K i tworzenie hologramów, naśladujących ich ruchy.

Bezpieczeństwo a technologia

Jedną z ważniejszych przyczyn cyfrowej transformacji w firmach jest poprawa ochrony danych. Wskazuje na nią ponad jedna czwarta badanych. Jednocześnie aż 41 proc. dyrektorów IT i odpowiedzialnych za utrzymanie sieci obawia się o bezpieczeństwo informacji w kontekście korzystania z technologii bezprzewodowych. Warto jednak zaznaczyć, że oczekuje się zwiększonej ochrony danych dzięki wykorzystaniu najnowocześniejszych sieci bezprzewodowych. W przypadku Wi-Fi 6 wszystkie certyfikowane urządzenia obsługują zabezpieczenia najnowszej generacji (WPA3), które zapewniają solidniejsze szyfrowanie. Natomiast sieć 5G posiada unikalne zasady bezpieczeństwa dla każdego segmentu, co zwiększa ich ochronę, jeżeli segmenty są odpowiednio skonfigurowane i zarządzane.

Równie silną obawę przedsiębiorców (38 proc.) stanowi kompatybilność nowych sieci z istniejącymi już połączeniami i ustawieniami. Trudności wynikające z braku tej zgodności stanowią okazję dla dostawców do zademonstrowania wartości biznesowej ich rozwiązań, które charakteryzują się skuteczną integracją infrastruktury sieciowej.

Przedsiębiorstwa, które wdrożyły Wi-Fi 6 lub 5G, często współpracują z wieloma usługodawcami każdego typu: aplikacji i usług w chmurze, operatorami sieci bezprzewodowych, konsultantami i integratorami, producentami sprzętu i dostawcami infrastruktury. Aż siedmiu na dziesięciu badanych deklaruje otwartość w nawiązaniu współpracy z nowymi dostawcami.

– Wdrożenie nowych technologii to duża zmiana w funkcjonowaniu firmy. Bardzo ważne jest dobranie odpowiednich rozwiązań dopasowanych do obszaru jej działań. Najbardziej efektywne będzie wprowadzenie wielu opcji i utworzenie rozbudowanej infrastruktury sieciowej, zdolnej do współdziałania różnych sieci. Dwie trzecie firm, które decydują się na adopcję takich nowoczesnych rozwiązań sieciowych wybiera model „best of breed”, składający całość rozwiązania z wielu komponentów różnych producentów, i zwraca się do partnerów zewnętrznych w celu wsparcia w ich integracji – podsumowuje Sławomir Lubak.  

Licznik elektromobilności: znaczny wzrost rejestracji BEV i PHEV w I kwartale 2021 r.

Według danych z końca marca 2021 r., w Polsce było zarejestrowanych łącznie 22 291 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Przez pierwsze trzy miesiące br. ich liczba zwiększyła się o 3 555 sztuk, tj. o 107% więcej niż w analogicznym okresie 2020 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSPA.licznik_elektromobilnosci_2021-03_A4

Pod koniec marca 2021 r. po polskich drogach jeździło 22 291 elektrycznych samochodów osobowych. Pojazdy w pełni elektryczne (BEV, ang. battery electric vehicles) nieznacznie przekroczyły połowę   (11 194 szt.) tej części parku, a pozostałą część (49,8% udz.) stanowiły hybrydy typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 11 097 szt. Park elektrycznych samochodów dostawczych i ciężarowych liczył 880 szt. W dalszym ciągu rośnie też flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec marca składała się z 9 366 szt.

Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów elektrycznych w Polsce wzrósł do 472 szt. W I kwartale 2021 r. flota elektrobusów powiększyła się o 40 zeroemisyjnych pojazdów. W porównaniu z analogicznym okresem 2020 r., kiedy zarejestrowano 19 takich autobusów, oznacza to wzrost o 111% r/r. licznik_elektromobilnosci_2021-03_grafika_800x450px

Wraz ze wzrostem liczby pojazdów z napędem elektrycznym, rozwija się również infrastruktura ładowania. Pod koniec marca w Polsce funkcjonowało 1 425 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (2 780 punktów). 33% z nich stanowiły szybkie stacje ładowania prądem stałym (DC), a 67% – wolne ładowarki prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. Podobnie jak w lutym, w marcu uruchomiono 15 nowych, ogólnodostępnych stacji ładowania (33 punkty).

„W ostatnich miesiącach tempo instalacji i odbiorów nowych, ogólnodostępnych stacji wyrażnie spadło: z 82 ładowarek w IV kwartale 2020 r. do 61 w I kwartale bieżącego roku. Sytuacji w zakresie rozbudowy infrastruktury z pewnością nie poprawi planowana nowelizacja Ustawy o elektromobilnosci i paliwach alternatywnych, w ramach której zostaną usunięte art. 64-66 dotyczące tzw. mechanizmu interwencyjnego nakładającego na  operatorów systemów dystrybucyjnych elektroenergetycznych (OSD) obowiązek wybudowania brakującej liczby stacji ładowania, o ile próg minimalny (określony w art. 60 ustawy) nie został osiągnięty w trybie rynkowym. W tym kontekście dodatkowego znaczenia nabiera możliwie szybkie wdrożenie programu wsparcia rozbudowy infrastruktury ze środków NFOŚiGW” – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak ważna jest sieć ładowarek wielokrotnie podkreślała ACEA, a szef Rady Dyrektorów europejskiego stowarzyszenia zwrócił uwagę, że to producenci samochodów są motorem przejścia na elektromobilność i dosłownie prześcigają się w pomysłach wprowadzając nowe samochody elektryczne. Zauważył jednak, że powodzenie tego ogromnego wysiłku jest poważnie zagrożone przez opóźnioną budowę infrastruktury ładowania w UE. Również w Polsce, jako branża, nieustannie podkreślamy, że popularność, a tym samym popyt na samochody elektryczne i niskoemisyjne jest uzależniony od sprawnej sieci ładowania czy tankowania wodoru i gazu. Producenci samochodów domagają się „prawa do ładowania” tj. swobodnego dostępu dla swoich klientów – użytkowników pojazdów z napędami niskoemisyjnymi – do punktów ładowania i tankowania. Żądanie to dotyczy nie tylko możliwości ładowania pojazdów w miastach i na dużych osiedlach, ale też budowy sieci szybkich ładowarek przy głównych szlakach komunikacyjnych. Polska nie jest samotną wyspą, dlatego infrastruktura ładowania na naszych drogach musi dotrzymywać tempa Europie ” – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.  

Polska w czołówce krajów gotowych na nadejście nowych technologii

Big Data, sztuczna inteligencja, inżynieria genetyczna – to tylko niektóre z technologii, które zdaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych wkrótce nam spowszednieją. Jednak cyfrowa rewolucja nie rozleje się po świecie w równym stopniu. Te najlepiej przygotowane na nadejście nowych technologii kraje zostawią w tyle resztę stawki. A jak w tym zestawieniu wypada Polska? Znaleźliśmy się wysoko w rankingu, ale co to właściwie oznacza i na co czekamy?

Wiele mówi się o innowacjach i stymulowaniu, ale prawda jest taka, że rozwój kluczowych i przełomowych technologii realizowany jest tylko w kilku krajach. Zgodnie z danymi zebranymi przez UNESCO, USA i Chiny odpowiedzialne są za około połowę globalnych wydatków na badania i rozwój – zauważa Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies – firmy, która zbiera, przetwarza i monetyzuje anonimowe dane o internautach z ponad 200 rynków świata – a następnie dodaje: – Jednak już dziś, wszyscy musimy zadbać o odpowiednie przygotowanie, gdyż innowacje szybko zyskują globalny zasięg i będą silnie przenikać do naszego codziennego życia – uważa ekspert warszawskiej spółki IT.

UNCTAD, który jest jednostką ONZ zajmującą się handlem i rozwojem, opublikował raport “The Technology and Innovation Report 2021”, w którym wytypowano 11 pionierskich technologii, jakie wkrótce staną się naszą codziennością i wpłyną na obraz otaczającej nas rzeczywistości.

Sztuczna inteligencja, sieć piątej generacji, Big Data, robotyzacja czy edycja genów to tylko niektóre z nich. Eksperci są przekonani, że te technologie mają przed sobą świetlaną przyszłość. Jako całość, wymienione rozwiązania już teraz tworzą rynek wart 350 mld USD, a w 2025 roku będzie to kwota niemal dziesięć razy większa (3,2 bln USD).

Polska w gronie liderów

Aby ocenić krajowe zdolności do wdrożenia, dostosowania i wykorzystania tych technologii, analitycy UNCTAD, opracowali „indeks gotowości”, który określany był wartością od 0 do 1. Na wynik wskaźnika wpływają: wdrażanie technologii informacyjno-komunikacyjnych, kompetencje, działalność badawczo-rozwojowa, kondycja przemysłu i dostęp do finansowania.

W zestawieniu krajów, liczącym 158 pozycji, Polska znalazła się na 28 miejscu i została zaliczona do grona państw, które wyróżniają się ponad światową średnią. Z wynikiem na poziomie bliskim 0.8 naprawdę niewiele zabrakło nam do tego, by znaleźć się w najbardziej prestiżowej elicie, gdzie dominują USA, Szwajcaria i Wielka Brytania. Jednocześnie zostaliśmy sklasyfikowani wysoko ponad światową średnią, która wynosi dokładnie 0.4. Za naszymi plecami znaleźli się nie tylko przedstawiciele byłego bloku wschodniego, jak Litwa, Łotwa i Estonia, ale także kraje o wyższym PKB od naszego, jak Turcja czy Brazylia.

Pandemia stała się bodźcem, który zaostrzył apetyt biznesu na nowoczesne technologie, w tym także na dane, które okazują się niezbędne w nowej rzeczywistości, bo umożliwiają dotarcie do potencjalnych klientów w kanale online, a więc odpornym na lockdown – tłumaczy Piotr Prajsnar. – Według analityków, przeniesienie się do internetu będzie trwało również po zakończeniu pandemii.

Dla przykładu spójrzmy na sektor ecommerce, który przeniósł się w czasie o co najmniej dwa lata, bo ze względu na pandemię ludzie na całym świecie tak wiele zakupów robili przez internet. A wraz z rozwojem kanałów cyfrowych rośnie popyt na reklamę i dane wykorzystywane w kampaniach.

– Nad Wisłą już dziś odnotowujemy ponadprzeciętne zainteresowanie anonimowymi danymi. Jak wynika z raportu Global Data Market Size, przygotowanego przez OnAudience.com, tegoroczna wartość polskiego rynku danych wyniesie blisko 40 mln USD, co oznacza ponad 22% wzrost w porównaniu z 2020. Natomiast globalne wydatki na dane sięgną 52,3 mld USD, czyli ponad 26% więcej niż w ubiegłym roku – zauważa Piotr Prajsnar.

Społeczeństwo techno-centryków

Gotowość na przyjęcie tych przełomowych technologii jest o tyle istotna, że jak wskazują analizy, wpłyną one nie tylko na naszą gospodarkę lub biznes, ale będą rezonować także na codzienne życie zwykłego obywatela. Zgodnie z analizami Pew Research Center w ciągu najbliższych 4 lat, nasza rzeczywistość stanie się techno-centryczna. Firma badawcza poprosiła 915 innowatorów, programistów, liderów biznesu i polityki, badaczy i aktywistów o zastanowienie się, jak będzie wyglądało życie w 2025 roku w następstwie wybuchu globalnej pandemii i innych kryzysów w 2020 roku.

Ich szeroki i niemal powszechny pogląd jest taki, że związek ludzi z technologią będzie się pogłębiał, w miarę jak coraz większe segmenty populacji będą w coraz większym stopniu polegać na połączeniach cyfrowych w pracy, edukacji, opiece zdrowotnej, codziennych transakcjach handlowych i podstawowych interakcjach społecznych. Niektórzy z nich opisują to jako świat „tele-wszystkiego”. W tym świecie niemal każda aktywność generuje informacje, a więc naturalnie rozwiną się narzędzie do gromadzenia, analizy i wykorzystania ogromnych zbiorów cyfrowych informacji.

Elektromobilność powinna stać się jednym z priorytetów Krajowego Planu Odbudowy

Projekt polskiego Krajowego Planu Odbudowy nie zawiera wizji szerokiej i spójnej reformy w obszarze zrównoważonego transportu – ocenia Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych. Formalnie propozycja KPO zakłada przeznaczenie na ten cel ok. 26% dostępnych środków (6,1 mld euro z ok. 24 mld euro). W praktyce ma być to zaledwie ok. 4% (1,031 mld euro). To kilkukrotnie mniejszy udział niż np. w Niemczech, Czechach lub Rumunii. Zielona mobilność powinna stać się jednym z priorytetów KPO, w przeciwnym razie Polska straci niepowtarzalną szansę na zeroemisyjną transformację w sektorze transportu.

Niespójność, zbyt ogólny charakter, niski budżet w obszarze zielonej mobilności, brak konkretnych propozycji zmian legislacyjnych i projektów inwestycyjnych – to główne wady projektu Krajowego Planu Odbudowy, które wskazuje PSPA. Według największej organizacji kreującej elektromobilność w Polsce, propozycja KPO nie spełnia wymogów warunkujących pozytywną ocenę tego dokumentu przez Komisję Europejską, dlatego powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona. PSPA przeprowadziło szerokie konsultacje branżowe projektu, a opinię przekazało Ministrowi Finansów, Funduszy i Polityki Regionalnej oraz Ministrowi Klimatu i Środowiska.

Plany krajów takich jak np. Niemcy, Francja czy Słowacja, zawierają zarówno diagnozę problemu, jak i konkretne cele, czyli reformy i inwestycje, które mają być przeprowadzone w danym obszarze wraz ze wskazaniem kamieni milowych ich realizacji i alokacji środków. Państwa członkowskie uznają za priorytet rozbudowę infrastruktury dla pojazdów elektrycznych, przewidują dopłaty i zmiany podatkowe premiujące wymianę samochodu na zeroemisyjny oraz inwestycje w zrównoważony transport publiczny. Reformy i projekty inwestycyjne zaplanowane w tych państwach cechuje szeroki zakres oddziaływania i wewnętrzna spójność. To czynniki, których zabrakło w komponencie dotyczącym zielonej, inteligentnej mobilności w polskim projekcie, który rozwój zrównoważonego transportu traktuje po macoszemu – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Jak wskazuje PSPA, analiza rządowej propozycji, a w szczególności komponentu „Zielona, inteligentna mobilność” prowadzi do wniosku, że dokument prezentuje dwa zasadnicze braki na tle wymagań stawianych każdemu KPO. Z jednej strony chodzi o brak podejścia projektowego i ogólnikowość zaproponowanych inwestycji. Z drugiej, o częściowy lub całkowity brak istotnych zmian legislacyjnych, które byłyby ściśle powiązane z inwestycjami.

Propozycja Krajowego Planu Odbudowy ma charakter bardzo ogólny. Brakuje w niej jasnej wizji reform i inwestycji. Projekt został rozdrobniony na bardzo wiele sekcji i tabel, z których nie wyłania się konkretna wizja wsparcia rozwoju danego obszaru. Przedstawionym w dokumencie, rozproszonym inwestycjom brakuje wspólnego mianownika. Nie są ze sobą wzajemnie powiązane i nie łączą się z szerszym planem działań legislacyjnych. Reform prawnych brakuje prawie całkowicie. Brak jest też faktycznych wskaźników realizacji celów przewidzianych w Planie i harmonogramu ich realizacji. Proponowane zmiany nie składają się na szerszą i spójną reformę, której obecność jest warunkiem koniecznym akceptacji każdego krajowego planu odbudowy – dodaje Joanna Makola, Kierownik Centrum Legislacyjnego PSPA.

PSPA zwraca uwagę, że cała treść reformy prawnej przewidzianej w projekcie KPO sprowadza się do kilku regulacji znajdujących się już w fazie realizacji (takich jak np. nowelizacja Ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych). Co istotne, propozycja reformy uwzględnia również przepisy, które powinny zostać obowiązkowo transponowane do polskiego prawa na podstawie regulacji unijnych. Skala tych regulacji i ich wpływ na rynek zrównoważonego transportu zdecydowanie nie mają przełomowego charakteru i nie stanowią – wymaganej przez instytucje unijne – „kompleksowej i wyważonej reakcji na sytuację gospodarczą państwa członkowskiego […] z uwzględnieniem szczególnych wyzwań dotyczących państwa członkowskiego”.

Tymczasem wyzwania, przed którymi stoi polski sektor transportu, są bardzo poważne. Na podstawie prowadzonego przez PSPA i PZPM „Licznika Elektromobilności”, pod koniec lutego 2021 r. w Polsce było zarejestrowanych ok. 21,3 tys. osobowych i dostawczych samochodów z napędem elektrycznym, stanowiących mniej niż 0,1% całej floty. Ich kierowcy mieli do dyspozycji zaledwie 2 744 ogólnodostępne punkty ładowania, czyli ponad 24 razy mniej niż w Niderlandach. Z uwagi na niski udział napędów alternatywnych w parku pojazdów, transport odpowiada aż za 24 proc. łącznych emisji gazów cieplarnianych w Polsce. Na podstawie danych EEA, w latach 1990-2017 emisje z tego sektora w Polsce wzrosły aż o 206 proc., przy średniej w Unii na poziomie 28 proc. Coraz poważniejszym problemem w polskich miastach staje się również smog. Według danych IQAir z 2019 r., spośród stu europejskich miast najbardziej zanieczyszczonych pyłem PM 2.5 aż 29 znajduje się w Polsce. Co więcej, Polska jest czwartym najbardziej zanieczyszczonym krajem PM 2.5 w Unii Europejskiej.

Na tym tle zeroemisyjny transport w projekcie polskiego KPO został potraktowany pobieżnie nie tylko w zakresie przewidzianych reform i inwestycji, ale również puli środków przeznaczonych na ich realizację. Całkowity deklarowany budżet przewidziany w tej sekcji to 6,074 mld euro. Kwota ta uwzględnia różne inwestycje w ramach pierwszego celu szczegółowego „Zwiększenie udziału zeroemisyjnego transportu oraz przeciwdziałanie i zmniejszenie negatywnego oddziaływania transportu na środowisko”, tj. także te mające na celu wsparcie przemysłu dla gospodarki niskoemisyjnej. Jednak z tej samej puli środków realizowane będą również inwestycje w ramach drugiego celu szczegółowego „Zwiększenie dostępności transportowej, bezpieczeństwa i cyfrowych rozwiązań”, mające za przedmiot linie kolejowe, pasażerski tabor kolejowy, projekty intermodalne, bezpieczeństwo transportu oraz cyfryzację transportu. W konsekwencji, realna suma środków zarezerwowanych na rozwój elektromobilności (w ramach pierwszego celu szczegółowego) dotyczy wyłącznie inwestycji w zeroemisyjny transport zbiorowy i wynosi zaledwie 1,031 mld euro, co w kontekście wyzwań generowanych przez sektor transportu w Polsce jest kwotą bardzo małą i z pewnością niewystarczającą. Dla kontrastu, krajowe plany odbudowy w wielu państwach członkowskich UE traktują rozwój elektromobilności jako priorytetowy cel, który zostanie objęty post-COVID-owym wsparciem finansowym. Przykładowo, w projekcie czeskim 52 proc. dostępnych środków przeznaczono na infrastrukturę i zieloną transformację, z czego 30 proc. na zapewnienie zrównoważonego i bezpiecznego transportu. W projekcie niemieckim zrównoważony transport odpowiada za ok. 23 proc. wszystkich funduszy. Rumunia zarezerwowała na zieloną transformację aż 65 proc. dostępnych środków, z których większość – 43 proc. – zostanie przeznaczona na zrównoważony transport.

Zdaniem PSPA, treść planu naprawczego na rzecz zielonej, inteligentnej mobilności powinna zostać ponownie przeanalizowana i poprawiona.

Środki z Instrumentu na rzecz Odbudowy i Odporności dają konkretne możliwości i ogromne pole do wsparcia finansowego. Jedynym warunkiem jego pozyskania i kluczowym aspektem determinującym powodzenie planu naprawczo-stymulacyjnego jest właściwe zaprojektowanie reform i inwestycji, jakie Polska zamierza zrealizować w danym obszarze. Przedstawiliśmy stronie rządowej dokument zawierający szczegółowe propozycje modyfikacji KPO. Obejmują one działania dynamizujące rozbudowę stacji ładowania oraz punktów tankowania wodorem, instrumenty wpierające rozwój floty pojazdów zeroemisyjnych poprzez wprowadzenie systemu bonus-malus zachęcającego do rezygnacji z samochodów spalinowych na rzecz samochodów zeroemisyjnych, jak również postulaty wprowadzenia konkretnych zmian legislacyjnych, w tym przepisów podatkowych – podsumowuje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Według PSPA, pomoc finansowa ze środków Instrumentu na rzecz Odbudowy i Zwiększenia Odporności stanowi niepowtarzalną szansę na dynamizację rozwoju transportu przyjaznego środowisku, a biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, Polska nie może sobie pozwolić na to, żeby tej szansy nie wykorzystać.