Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej wynikający z COVID-19 a odliczenie VAT z faktur zakupowych

W związku z epidemią koronawirusa rząd zakazuje prowadzenia niektórych rodzajów działalności gospodarczej. W konsekwencji przedsiębiorcy nie mogą otwierać swoich biznesów i nie osiągają przychodów. Często jednak podpisane umowy powodują konieczność ponoszenia różnych wydatków. Może pojawić się więc wątpliwość, czy w przypadku ponoszenia wydatków w czasie zamknięcia działalności gospodarczej, która nie wiadomo kiedy zostanie ponownie otwarta, podatnikowi przysługuje prawo do odliczenia podatku VAT naliczonego w związku z dokonywanymi zakupami.

Kiedy przysługuje prawo do odliczenia

Prawo do odliczenia kwoty podatku naliczonego jest jedną z podstawowych zasad podatku od towarów i usług. Zgodnie z art. 86 ust. 1 ustawy o VAT w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Jest to kluczowe dla zasady neutralności, czyli podstawy podatku od towarów i usług.

Jak wynika z powyższego przepisu, istotne jest, aby dokonywany zakup był związany z działalnością opodatkowaną. W ustawie występują pewne kategorie wyłączone z prawa do odliczenia jak np. nabycie usług noclegowych i gastronomicznych czy pewne sytuacje, które są sankcjonowane przez ustawodawcę jak fikcyjność transakcji, błędy na fakturze itp.

Zakaz prowadzenia działalności

W związku z epidemią COVID-19 polski rząd wprowadził obostrzenia polegające na ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej dla niektórych przedsiębiorców z różnych branż. Pomimo że już pojawiły się pierwsze orzeczenia sądów administracyjnych w zakresie legalności wprowadzanych zakazów prowadzenia działalności, strona rządowa dalej stosuje zakazy jako narzędzie walki z epidemią koronawirusa. Sądy administracyjne wskazują, że aby ingerować w istotę wolności działalności gospodarczej wyrażoną w konstytucji, niezbędne jest wprowadzenie jednego ze stanów nadzwyczajnych, co nie zostało uczynione (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu z 27 października 2020 r., sygn. akt II SA/Op 219/20). Obostrzeniami dotknięte są różne branże: hotelowa, gastronomiczna, rozrywkowa, sportowa oraz inne.

W związku z zakazem prowadzenia działalności gospodarczej rząd nie podjął decyzji odnośnie do możliwości odliczenia podatku VAT od zakupów dokonywanych w czasie zakazu. W szczególności nie odniósł się do tej kwestii w wydanych 21 lipca 2020 r. objaśnieniach podatkowych, a także w innych dokumentach. Dlatego urzędy skarbowe zapowiedziały, że będą przyglądać się wydatkom podmiotów, które obejmował zakaz w szczególności pod kątem prawa do odliczenia podatku VAT. Z jednej strony kontrole podatkowe mogą być więc dodatkowym instrumentem represji wobec podatników, którzy nie będą respektować nałożonych zakazów. Z drugiej natomiast strony mogą być narzędziem zwiększenia wpływów podatkowych. Swoją argumentację organy podatkowe mogą opierać na stanowisku, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności wydatki nie były związane z działalnością opodatkowaną.

Powyższe stanowisko byłoby jednak sprzeczne z dotychczasowym orzecznictwem i podejściem fiskusa. Przykładowo w przypadku sądowych zakazów prowadzenia działalności gospodarczej stanowisko organów było pozytywne w zakresie prawa do odliczenia podatku VAT z faktur zakupowych (interpretacja z dnia 30 września 2013 r., sygn. akt ITPP2/443-613b/13/AP). Powyższe zostało jednak ograniczone i zasadniczo w przypadku zakazu prowadzenia działalności orzeczonego przez sąd podatnik ulega automatycznemu wykreśleniu z rejestru podatników VAT czynnych i nie może realizować prawa do odliczenia podatku.

Należy jednak pamiętać, że w przypadku zakazu prowadzenia działalności i związanego z nim braku sprzedaży oraz zakupów podatnik może zostać wykreślony z urzędu z rejestru podatników VAT czynnych, jeżeli zgodnie z art. 96 ust. 9a pkt 3 ustawy o VAT: „składał przez 6 kolejnych miesięcy lub 2 kolejne kwartały deklaracje, o których mowa w art. 99 ust. 1, 2 lub 3, w których nie wykazał sprzedaży, nabycia towarów lub usług ani importu towarów z kwotami podatku do odliczenia”. W przypadku wykreślenia z rejestru podatników VAT czynnych podatnik nie będzie miał prawa do odliczenia podatku VAT naliczonego. Powyższe oznacza, że podatnicy powinni wręcz w okresie zakazów prowadzenia działalności dokonać jakiegoś zakupu, aby nie składać przez pół roku deklaracji tzw. zerowych.

Zawieszenie prowadzonej działalności a VAT naliczony

Zakaz prowadzenia działalności gospodarczej nie jest tożsamy z jej zawieszeniem, jednak część branż, nawet jeżeli nie jest bezpośrednio objęta zakazem, to na skutek obostrzeń przedsiębiorcy, zwłaszcza niezatrudniający pracowników, mogą podjąć decyzję o zawieszeniu prowadzenia działalności. W takich sytuacjach reguły postępowania w zakresie odliczenia VAT są znane, ponieważ miały one miejsce także przed epidemią.

Należy pamiętać, że zawieszenie działalności gospodarczej na okres co najmniej 6 miesięcy może skutkować wykreśleniem podatnika z rejestru VAT podatników czynnych. W dacie zawieszenia działalności przedsiębiorcy mogą wystawić faktury sprzedażowe dokumentujące otrzymywane przez nich płatności, wynikające z wcześniej zawartych umów (interpretacja z dnia 5 maja 2019 r., sygn. akt 0114-KDIP1-3.4012.99.2019.2.MK). W takich przypadkach podatnicy zobowiązani są do złożenia deklaracji VAT i rozliczenia podatku VAT należnego.

W okresie zawieszenia działalności przedsiębiorcy przysługuje także prawo do odliczenia VAT naliczonego, uwzględniając związek poniesionych kosztów z działalnością opodatkowaną. Co do zasady, organy podatkowe potwierdzają prawo do odliczenia, o ile ponoszone wydatki zabezpieczają źródło przychodów i mają związek z działalnością, która w przyszłości będzie odwieszona (przykładowo interpretacja z dnia 24 lipca 2019 r., sygn. akt 0112-KDIL4.4012.261.2019.4.JS). W takim przypadku podatnik nie jest zobowiązany do składania deklaracji VAT, a odliczenia można dokonać w pierwszej deklaracji po odwieszeniu (ewentualnie na bieżąco jeżeli są spełnione ustawowe warunki odliczenia).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Czy epidemia koronawirusa zmniejszyła smog w Warszawie?

Pierwsze miesiące koronawirusowego lockdownu przyniosły nadzieję na oczyszczenie się powietrza. Zamknięci w domach kierowcy mniej poruszali się samochodami, produkowali więc mniej zanieczyszczeń i pyłów zawieszonych w powietrzu. Z tego okresu pamiętamy niesamowite zdjęcia wysoce zanieczyszczonych miast, w których powietrze było przejrzyste po raz pierwszy od kilku dekad. Nie można jednak na podstawie tego zjawiska jednoznacznie powiedzieć, że epidemia COVID wpłynęła na polepszenie się jakości powietrza. Dawniej, gdy patrzyliśmy na krzywą zanieczyszczenia powietrza, widzieliśmy poranny szczyt, w środku dnia powietrze było względnie czyste, a smog wracał wieczorem – kiedy wracaliśmy z pracy i grzaliśmy dom. Teraz ta krzywa stężeń jest bardziej płaska. Siedzimy cały czas w domu i cały czas musimy utrzymać komfortową temperaturę. Jeżeli ogrzewamy dom kopciuchem, dymu będzie więcej.

– Ruch samochodowy przyczynia się do emisji tlenków azotu i ozonu, a także pyłów zawieszonych. W marcu 2020 roku w ciągu 3 tygodni jakość powietrza w Warszawie poprawiła się o połowę. Widać więc, że ograniczenie ruchu samochodów potrafi w bardzo krótkim czasie mocno poprawić jakość powietrza. To jest dobry sygnał dla aktywistów, którzy walczą o to, żeby samochody nie wjeżdżały do miast – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Siergiej z Warszawskiego Alarmu Smogowego. – Natomiast jeżeli mówimy o smogu zimowym – wywołanym przez palenie w kopciuchach, kotłach i kominkach – możemy się spodziewać wzrostu zanieczyszczeń. Jeżeli siedzimy w domu i nie wychodzimy do pracy, będziemy więcej grzać. Nie mamy jeszcze pełnych pomiarów i trudno jednoznacznie osądzić, jak epidemia wpłynęła na jakość powietrza. Intuicja mówi mi jednak, że podczas COVID-u mamy do czynienia z większym smogiem. Z drugiej jednak strony siedząc w domu jesteśmy mniej narażeni na dym, który jest na zewnątrz. Stężenia pyłów zawieszonych w domach są zawsze niższe, niż na dworze. Dlatego ten obraz jest bardziej złożony. Nie można prosto powiedzieć, że COVID poprawił albo pogorszył sytuację smogową – podsumowuje Siergiej.

Przedłużające się restrykcje mogą nasilać objawy depresji wśród Polaków. Jedną z grup najbardziej narażonych są rodzice dzieci w wieku do 18 lat

W pierwszych miesiącach pandemii najwyższy poziom objawów depresji i lęku przejawiały osoby w wieku 18–24 lata, z kolei w grudniu 2020 roku depresja najczęściej dotyczyła osób w wieku 35–44 lata – wynika z badań prowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego. Na dalsze nasilanie depresji najbardziej narażone są osoby do 45. roku życia, doświadczające trudności zawodowych oraz konfliktów rodzinnych, ale także rodzice, coraz bardziej zmęczeni łączeniem pracy zdalnej i opieki nad dziećmi. – Szczególnie ważne jest objęcie wsparciem psychologicznym dzieci, młodzieży i całych rodzin – mówi dr hab. Małgorzata Gambin z UW, koordynatorka badań.

Nasilenie objawów depresji i lęku jest wyższe w trakcie pandemii, ale w szczególności w pewnych momentach, szczególnie w okresach wzmożonych restrykcji, większych ograniczeń, ale też w czasie zwiększonej liczby zakażeń – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr hab. Małgorzata Gambin, koordynatorka grupy badawczej „Psychologiczne aspekty pandemii” z Uniwersytetu Warszawskiego. – Zaobserwowaliśmy, że w wakacje ubiegłego roku poziom objawów depresji w społeczeństwie obniżył się, więc możemy mieć nadzieję, że latem spora część społeczeństwa zaadaptuje się do tej sytuacji i kolejnych zmian. 

Raport z badania „Depresja, lęk i pandemia” przeprowadzonego na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w 2020 roku pokazał, że osoby badane przejawiały najwyższe nasilenie objawów depresji i lęku uogólnionego w maju i grudniu ubiegłego roku, natomiast najniższe – w lipcu 2020 roku. W grudniu w grupie ryzyka klinicznego nasilenia depresji znajdowało się 29 proc. kobiet i 24 proc. mężczyzn.

Poziom samopoczucia zmieniał się dynamicznie także w poszczególnych grupach wiekowych. Na początku pandemii, wiosną, najwyższym poziomem niepokoju i przygnębienia zareagowały młode osoby, w wieku 18–24 lata. Później, w grudniu osoby w wieku 35–44 lata przejawiały najwyższy poziom objawów depresji i lęku. W szczególności dotyczyło to rodziców, którzy byli już zmęczeni przedłużającym się czasem łączenia pracy zdalnej z opieką nad dziećmi – mówi ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Badanie wykazało, że rodzice są jedną z grup badanych, które wykazywały większą podatność na nasilenie depresyjności. W grudniu 2020 roku rodzice dzieci w wieku do 18 lat zmagali się z wyższym poziomem takich objawów niż osoby, które nie miały dzieci w tym wieku. Z badania UW wynika, że podwyższony poziom objawów depresji i lęku uogólnionego przejawiały także osoby przebywające na kwarantannie lub w izolacji domowej, które utraciły ciągłość wynagrodzenia lub podejrzewały, że przeszły zakażenie COVID-19, ale nie robiły testu.

Wyższy poziom objawów depresji przejawiały także osoby, które doświadczały dużych trudności rodzinnych, a nawet konfliktów, szczególnie w czasie zamknięcia w domu, kiedy nieuniknione było przebywanie przez długi czas z bliskimi – dodaje Małgorzata Gambin.

Jej zdaniem problem może się nasilać podczas kolejnych lockdownów, szczególnie wśród grup bardzo narażonych na depresję, czyli osób doświadczających trudności w pracy, kłopotów finansowych i rodzinnych.

Wymienionym grupom osób z wyższym nasileniem objawów depresji i lęku powinno się poświęcić uwagę i wsparcie – w szczególności ważne jest wspieranie rodzin z dziećmi w czasie epidemii, gdyż objawy depresji u rodzica utrzymujące się przez dłuższy czas mają negatywne skutki dla funkcjonowania emocjonalnego dzieci i całej rodziny – podkreślili autorzy badania.

Osobną grupą narażoną na negatywne psychologiczne skutki pandemii są przedstawiciele zawodów medycznych. Wśród przebadanych przez naukowców z Wydziału Psychologii UW osób z ochrony zdrowia 24 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia objawów depresji, a 34 proc. znajdowało się w grupie ryzyka klinicznego nasilenia zespołu lęku uogólnionego. W tej grupie zawodowej pielęgniarze i pielęgniarki przejawiali najwyższy poziom zarówno obaw, poczucia zagrożenia, jak i depresyjności i lęku uogólnionego. Był on istotnie wyższy niż w przypadku lekarzy.

Jak podkreśla ekspertka, z badań prowadzonych na Uniwersytecie Warszawskim pod kierunkiem dr. hab. Pawła Holasa wynika, że skuteczną metodą na radzenie sobie ze stresem są treningi uważności (MBCT), szczególnie dla osób, które doświadczają bardzo dużego nasilenia problemów emocjonalnych.

Może to być strategia radzenia sobie ze stresem dla każdego. Badania pokazują skuteczny wpływ tych treningów na budowanie większej świadomości własnych uczuć, emocji, nabranie pewnego dystansu do przeżywanych trudności emocjonalnych, większej akceptacji przeżywanych emocji – wymienia Małgorzata Gambin.

Z badania „Trening uważności online w pandemii” wynika, że internetowy trening uważności może skutecznie poprawiać dobrostan psychiczny osób dotkniętych negatywnymi emocjonalnymi konsekwencjami pandemii COVID-19. Okazało się, że MBCT obniża poziom depresji, problemów lękowych i zaburzenia adaptacyjnego związanego z pandemią, a jego korzystne efekty mogą być związane z nabyciem większego dystansu do własnych przeżyć.

Dodatkowo badania dr. Juliana Zubka pokazują, że pozytywny wpływ na nasze samopoczucie ma aktywność fizyczna, dbanie o uregulowany rytm dnia, regularność snu i planowanie różnych aktywności w ciągu dnia, jak również realizowanie hobby. Bardzo ważne jest, żeby osobom, które doświadczają bardzo wysokiego nasilenia problemów emocjonalnych, w tym dzieciom, nastolatkom i całym rodzinom, zapewnione było wsparcie psychologiczne – podsumowuje ekspertka Wydziału Psychologii UW.

Z raportu badawczego „Rytmy dnia” wiadomo, że ćwiczenia fizyczne i hobby miały pozytywne przełożenie na samopoczucie podczas pandemii, a nauka i praca zawodowa, zwykle związane z siedzeniem przy komputerze, obniżały nastrój. Niekorzystne było także poświęcanie zbyt wiele czasu na elektroniczną rozrywkę i kulturę. Korzystne było natomiast posiadanie uregulowanych rytmów dziennych i tygodniowych, które pozwalają przez dłuższy czas skupić się na jednego rodzaju aktywności. Życie rodzinne miało pozytywny wpływ na nastrój badanych, ale tylko w sytuacjach, gdy do kontaktu dochodziło bezpośrednio, a nie za pośrednictwem mediów elektronicznych.

Nastroje wśród producentów żywności coraz lepsze. Mniejszy popyt gastronomii rekompensują zakupy konsumenckie i eksport

Po okresie największego pesymizmu, jaki towarzyszył branży spożywczej latem ubiegłego roku, nastroje stopniowo się poprawiają, choć do powrotu do sytuacji sprzed pandemii jeszcze daleka droga. To wnioski z badania firmy analitycznej Food Research Institute. Luty był pierwszym miesiącem w czasie pandemii, w którym widać wzrost Indeksu FRI. – Lokomotywą napędzającą rozwój polskich producentów żywności w czasie pandemii jest eksport. Przetwórcy nadążają za światowymi trendami i stają się ważnym europejskim graczem w segmencie żywności bio i eko – mówi Dariusz Chołost, general manager Food Research Institute.

Indeks FRI jest publikowany przez Food Research Institute od pięciu kwartałów. Odzwierciedla nastroje menedżerów z branży spożywczej. Przed wybuchem pandemii w styczniu 2020 roku był na poziomie 67,4 pkt, w lipcu spadł do 50,8 pkt, a w lutym br. odbił się do 56,2 pkt.

Nastroje w branży spożywczej dotyczące przyszłości są bardzo dobre. Przetwórcy przyjęli model kryzysowy i umiejętnie dopasowali się do sytuacji w branży. Myślę, że mimo wszystkich zawirowań związanych z ograniczeniem handlu i zmianą zachowań konsumenckich odnaleźli się bardzo dobrze – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Chołost.

Jak podaje Food Research Institute, 29 proc. zapytanych menedżerów przewiduje, że za trzy miesiące sytuacja ich firmy poprawi się w stosunku do obecnej. 51 proc. uważa, że pozostanie ona bez zmian, a 20 proc. ocenia, że się pogorszy. Prognozy sytuacji za sześć miesięcy są podobne, choć respondentów spodziewających się pogorszenia sytuacji jest nieco więcej (22 proc.).

Do osiągnięcia poziomu sprzed pandemii jeszcze jednak długa droga. Jeśli oczekiwania menedżerów firm spożywczych się sprawdzą, to Indeks FRI za maj sięgnie 59,5 pkt, co oznaczałoby wzrost o 3,3 pkt w stosunku do lutego br. Dobre oczekiwania co do wartości majowego wskaźnika umacnia też fakt, że przetwórstwo rolno-spożywcze, pomijając pojedyncze kategorie, dobrze poradziło sobie w okresie pandemii.

– Lokomotywą branży spożywczej jest eksport. Oczywiście przykre jest to, że polskie firmy dalej nie sprzedają wyrobów pod własną marką, lecz produkty do przetworzenia, ale to w obecnej sytuacji jest już względne. Najważniejsze, że eksport ratuje kondycje firm, chociaż widzimy pewne spadki, np. o 10 proc. w segmencie drobiu, w którym jesteśmy liderem europejskim – dodaje ekspert.

Spadek sprzedaży zagranicznej w tym segmencie jest związany z ograniczeniem zamówień z kanału gastronomicznego, ale drób jest wciąż chętnie kupowany przez gospodarstwa domowe. Podobnie jest w innych segmentach rynku, bo konsumenci nie zmniejszyli zakupów żywnościowych w czasie pandemii.

Zmieniają się preferencje konsumentów. Patrzymy już na zakupy bardziej odpowiedzialnie, chcemy, by produkty spożywcze, które kupujemy, były zdrowe. Konsumenci szukają nowych produktów i stają się coraz bardziej świadomi – zaznacza general manager Food Research Institute. – Polscy producenci żywności nadążają za tymi trendami, a w segmencie produkcji żywności bio czy eko stają się powoli potęgą. Europejski Zielony Ład będzie wymuszał zmiany związane z formą produkcji, a więc będzie to wymagało odejścia od produktów masowych w kierunku ekologicznych. To jest jedyne rozwiązanie dla przetwórców.

W ubiegłym roku – jak wynika z danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa – sprzedaż artykułów rolno-spożywczych za granicę osiągnęła nienotowany dotąd poziom 34 mld euro, o ponad 2 mld euro wyższy niż rok wcześniej (wzrost o 7 proc.). Na dobre wyniki eksporterów przełożył się również korzystny kurs złotego do euro i dolara amerykańskiego, co sprzyjało konkurencyjności cenowej polskich produktów na rynku międzynarodowym. Głównym odbiorcą polskich produktów pozostają kraje UE, które wygenerowały 27,2 mld euro, a w szczególności Niemcy (8,5 mld euro i wzrost o 10 proc. r/r). Udział artykułów rolno-spożywczych w strukturze eksportu ogółem wzrósł w ubiegłym roku do 14,3 proc.

Polskie lotniska nawet przez cztery lata będą odbudowywać ruch pasażerski. Na powrót do kondycji finansowej sprzed pandemii potrzebują jeszcze więcej czasu

– Borykamy się z największym kryzysem w branży lotniczej. Spadek ruchu jest bardzo głęboki, w połączeniach regularnych na niektórych lotniskach sięga prawie 100 proc. – mówi Artur Tomasik, prezes zarządu Związku Regionalnych Portów Lotniczych oraz Katowice Airport, i podkreśla, że minie kilka lat, zanim porty lotnicze odbudują ruch pasażerski i powrócą do kondycji finansowej sprzed pandemii. Kryzys w przewozach ominął transport towarowy. Lotnisko w Katowicach w pierwszym kwartale tego roku zanotowało w tym segmencie 30-proc. wzrost.

Jak podaje Związek Regionalnych Portów Lotniczych, w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku 13 lotnisk obsłużyło ok. 8 mln podróżnych, czyli o 15,3 mln mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku (w całym 2019 roku podróżnych była rekordowa liczba – 30,2 mln). Najgorszy był II kwartał, który przyniósł prawie całkowite zatrzymanie ruchu lotniczego. Zakaz lotów wprowadzony wiosną obowiązywał do końca czerwca, czyli ponad 100 dni. Sezon wakacyjny w okresie pandemii pozwolił tylko częściowo odbudować ruch na lotniskach. W efekcie w trzecim kwartale 2020 roku polskie porty lotnicze obsłużyły tylko jedną trzecią liczby pasażerów z tego okresu w 2019 roku, a dodatkowo druga fala pandemii w czwartym kwartale ponownie przyniosła spadki na poziomie 90 proc.

Niektóre porty lotnicze nie obsługują obecnie żadnych połączeń w ruchu regularnym. W ujęciu rocznym spadek w tym segmencie wyniósł w 2020 roku ponad 90 proc. W ruchu czarterowym sytuacja jest różna w poszczególnych portach. W Pyrzowicach w ubiegłym roku obsłużyliśmy 60 proc. ruchu w czarterach w porównaniu z wynikiem z 2019 roku. Kryzys jest bardzo głęboki i bardzo długo będziemy z niego wychodzić – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Tomasik.

W ramach ruchu regularnego i czarterowego na pyrzowickim lotnisku obsłużono w ubiegłym roku prawie 1,45 mln podróżnych, czyli o prawie 3,4 mln mniej niż w 2019 roku (-70,1 proc.). Spadek w liczbie operacji startów i lądowań samolotów był nieco mniejszy i wyniósł ok. 47 proc. – odnotowano ich 21,9 tys., czyli o prawie 19,7 tys. mniej niż rok wcześniej.

Znaczny spadek liczby operacji utrzymuje się również w pierwszych miesiącach 2021 roku. Według danych Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej na wszystkich polskich lotniskach w lutym tego roku było ich 7157, o 78 proc. mniej niż przed rokiem (31 844). Również marcowe statystyki pokazują spadki, mimo że od połowy marca ub.r. były już odczuwalne restrykcje rządu – liczba operacji w tym roku wyniosła w marcu 8017 vs. 16 248 w marcu 2020 roku (33 041 w marcu 2019 roku).

Jedyny segment lotniczych usług przewozowych, który nie ucierpiał znacznie w czasie pandemii, to transport towarowy. Urząd Lotnictwa Cywilnego podał, że w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku w polskich portach przewieziono 71,4 tys. ton cargo lotniczego, co stanowi spadek o 20,3 proc. w porównaniu do analogicznego okresu 2019 roku. Wynika on ze zmniejszenia wolumenu lotów samolotów pasażerskich, na których pokładach przewożona jest duża część cargo obsługiwanego przez polskie porty lotnicze, szczególnie do Kataru czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Liczba operacji lotniczych cargo w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku spadła jednak w stosunku do analogicznego okresu 2019 roku o zaledwie 1,5 proc.

Handel w internecie kwitnie i firmy, które w tym handlu uczestniczą, prosperują bardzo dobrze. W efekcie wykorzystywana jest także nasza infrastruktura. W Pyrzowicach w pierwszym kwartale tego roku odnotowaliśmy ponad 30-proc. wzrost w przewozach cargo. Myślę, że w innych portach, które oferują transport towarowy, jest podobnie. Na pewno po pandemii będziemy silniejsi w zakresie obsługi cargo i liczę na to, że będzie to pozytywny efekt, który pozostanie po czasach COVID-19 – zaznacza prezes Katowice Airport.

Również ubiegły rok w przewozach cargo był korzystny dla katowickiego lotniska. Przewieziono 20 375 ton frachtu, czyli o 252 tony więcej (1,2 proc.) w porównaniu z 2019 rokiem. Jednocześnie w tym segmencie odnotowano rekordowy wynik w liczbie startów i lądowań frachtowców. W 2020 roku obsłużono dokładnie 3 27 operacji samolotów cargo. Jest to wynik o 4 proc. lepszy niż w 2019 roku.

Odtworzenie ruchu pasażerskiego potrwa co najmniej dwa, trzy, może cztery lata, ale dłużej potrwa odbudowa finansów w naszych przedsiębiorstwach. Jesteśmy w bardzo głębokim kryzysie, który spowodował, że aby utrzymać działalność, musieliśmy zaciągnąć kredyty, pożyczki u swoich właścicieli, które trzeba będzie spłacać. To może potrwać nawet pięć lat – mówi Artur Tomasik.

Polskie lotniska liczą na to, że część strat uda się odbudować podczas tegorocznego sezonu letniego, bo Polacy są spragnieni podróżowania. Większość portów wystartowała już z ofertą wakacyjną.

Siatki połączeń na sezon letni szybko się odbudują, ale warunkiem jest powrót do normalności i odporność stadna uzyskana w wyniku szczepień. W Katowicach będzie dostępnych ponad 130 połączeń regularnych i czarterowych, czyli podobnie jak w 2019 roku. Myślę, że w innych dużych i średnich portach będzie analogicznie. W najgorszej sytuacji będą małe porty, które wcześniej obsługiwały do 500 tys. pasażerów. Tam siatka połączeń lotniczych będzie odbudowywana o wiele dłużej – zauważa prezes Związku Regionalnych Portów Lotniczych.

W sezonie letnim z Katowic będą latać dwie nowe linie lotnicze: grecka Lumiwings oraz ukraińska SkyUp. Mimo rozbudowanej siatki połączeń ze względu na obecną sytuację epidemiologiczną w Europie nie wszystkie kierunki będą dostępne już w momencie uruchomienia letniego rozkładu.

W Pyrzowicach stacjonuje LOT-owski dreamliner latający bezpośrednio na Dominikanę i do Meksyku. Jesteśmy jedynym portem regionalnym, w którym ruch obsługuje samolot szerokokadłubowy, co umożliwia loty bezpośrednie na dalekie dystanse – podkreśla Artur Tomasik. – Na pewno w innych portach też pojawi się sporo nowości oraz nowi przewoźnicy. To są pozytywne elementy, które wpłyną na szybkość odbudowy ruchu po trudnej covidowej sytuacji.

Od 30 marca obowiązują nowe zasady kwarantanny dla osób przekraczających polską granicę, zarówno transportem drogowym, kolejowym, jak i lotniczym. Podróżni przybywający do Polski ze strefy Schengen podlegają obowiązkowej kwarantannie, chyba że przedstawią negatywny wynik testu na COVID-19, wykonanego nie później niż 48 godzin przed przekroczeniem granicy. Z kolei przybywający spoza strefy Schengen są kierowani na kwarantannę niezależnie od wyniku takiego testu. Może ich z niej zwolnić tylko negatywny wynik testu wykonanego już w Polsce. Obowiązkowej kwarantannie nie podlegają także osoby zaszczepione.

Agnieszka Radwańska została ambasadorką wody Jurajska. W kampanii będzie zwracać uwagę na prawidłowe nawodnienie organizmu

Była tenisistka podkreśla, że marka wody Jurajska od zawsze była bliska jej sercu, ponieważ pochodzi z jej rodzinnych stron. Przyznaje, że jako mama oraz sportowiec bardzo dużą wagę przywiązuje do jakości spożywanych produktów. Woda jest podstawą codziennej diety, dlatego docenia zarówno jej skład, jak i walory smakowe. Klaudia Krupicz, senior marketing manager marki, zaznacza, że wybór Agnieszki Radwańskiej jako ambasadorki wody Jurajskiej był przemyślaną decyzją. Marka chciała związać się z osobą autentyczną, której styl życia pasuje do filozofii i głównych założeń brandu. 

– Agnieszka idealnie współgra z identyfikacją naszej marki. To pełna energii mama, która dba o zdrowie swoje oraz swoich najbliższych. Jest znana w Polsce i co ciekawe, tak jak nasza woda pochodzi z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Jest dla nas wymarzonym ambasadorem – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Klaudia Krupicz, senior marketing manager marki Jurajska.

Kampania wody Jurajskiej z Agnieszką Radwańską rozpocznie się w ostatnim tygodniu kwietnia. Ekspertka zaznacza, że będzie to ukoronowanie ostatnich działań związanych z relaunchem marki. Wcześniejsze zmiany: nowe opakowania oraz butelka, a także wejście na rynek ogólnopolski spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem konsumentów. Przedstawiciele marki za pomocą kampanii pragną zwrócić uwagę na wyjątkowość wody Jurajskiej na tle innych dostępnych na rynku.

– Niewątpliwie największym wyróżnikiem naszej marki jest jej pochodzenie. To woda mineralna wydobywana z głębi skał Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Dzięki temu jest czysta, wolna od wszelkich zanieczyszczeń. Co ciekawe, natura tworzyła ją aż przez 10 tys. lat. W konsekwencji możemy się pochwalić unikalnym składem mineralnym i tym, że proporcje wapnia do magnezu są dokładnie takie same jak te występujące naturalnie w ludzkim organizmie – podkreśla.

Agnieszka Radwańska przez współpracę z marką Jurajska chce zwrócić uwagę, jak ważne jest prawidłowe nawodnienie organizmu. Codzienne obowiązki i dynamiczny tryb życia często sprawiają, że zapominamy o regularnym uzupełnianiu płynów.

– Kiedy grałam zawodowo w tenisa, nawodnienie było dla mnie najważniejsze. Dbałam o nie przed meczem, w jego trakcie i po nim. Podobnie jest teraz. Aby człowiek był w dobrej kondycji, musi się nawadniać. Oczywiście liczy się nie tylko ilość, ale także jakość wody, którą pijemy. Pilnuję tego zarówno u siebie, jak i u najbliższych. Lubię mieć butelki wody w aucie, w wózku czy w plecaku. Bardzo ważne, żeby mieć wodę pod ręką i pamiętać o niej – mówi Agnieszka Radwańska.

Była tenisistka otwarcie przyznaje, że bardzo się cieszy ze współpracy z marką. Rekomenduje więc picie wody, która już od dawna towarzyszy jej w codziennym życiu.

– Woda przede wszystkim musi mieć dobry skład. Dla mnie liczy się również smak, bo jeśli coś jest dobre, częściej po to sięgamy. Staram się wybierać wodę, która przede wszystkim mi smakuje. Z marką Jurajska zdecydowałam się na współpracę bardzo szybko, nie trzeba było długo mnie namawiać. Mam nadzieję, że nasza współpraca potrwa lata – tłumaczy.

Pandemia napędza zakup laptopów przez graczy. Komputery mobilne wydajnością dorównują już stacjonarnym

Rynek gamingu znacznie się zmienił pod wpływem pandemii. Sprzedaż laptopów dla graczy wzrosła w 2020 roku prawie o 27 proc. i do 2025 roku będzie stale rosła, podczas gdy komputerów stacjonarnych dla graczy sprzedaje się za to coraz mniej – wynika z raportu IDC. Zdaniem sprzedawców gracze kupują coraz droższe laptopy i stawiają na najnowsze generacje kart graficznych, które oferują już wydajność zarezerwowaną dotąd dla komputerów stacjonarnych.

– Jest dużo większe zainteresowanie droższymi sprzętami. Laptopy dla graczy, które wcześniej były kupowane, najczęściej kosztowały od 6 do 7 tys. zł. Teraz te ceny są już znacznie wyższe. Dużo więcej laptopów sprzedaje się z naprawdę mocnymi podzespołami, z możliwościami rozbudowy. Zauważyliśmy to praktycznie od samego początku pandemii – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Jarka, dyrektor sprzedaży i marketingu, członek zarządu Blue Technology.

Z raportu opublikowanego przez IDC wynika, że sprzedaż laptopów gamingowych wzrosła w 2020 roku niemal o 27 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Analitycy przewidują, że w 2021 roku rynek ten wzrośnie jeszcze o 16 proc. Jednym z głównych powodów takiego trendu jest możliwość wykorzystania laptopa gamingowego również do pracy. Autorzy raportu wskazują, że wzrosły też ceny sprzedaży takich komputerów.

– Gracze obecnie najczęściej wybierają laptopy 17-calowe z kartami graficznymi nowej generacji, ale tymi z niższej półki, czyli modelami RTX 3060. Nie są one w tym momencie dostępne w komputerach stacjonarnych, a w laptopach mamy je na miejscu praktycznie cały czas. Ceny laptopów z kartami 3060 są niższe niż komputerów stacjonarnych. Oprócz mocnej karty graficznej nowej generacji gracze poszukują też procesorów z serii Core i7 i 17-calowych ekranów. Wcześniej wybierane były laptopy 15-calowe, ale teraz przesunęło się to ku większemu rozmiarowi – wskazuje Tomasz Jarka.

O rosnącej popularności laptopów wśród graczy decydują: duża dostępność podzespołów, niższa cena zakupu, porównywalna do komputerów wydajność, ale przede wszystkim fakt, że są to urządzenia, które można łatwo ze sobą zabrać na przykład w podróż.

– Gracze często podróżują. Dużo wygodniej jest zabrać na turniej laptop niż komputer stacjonarny, do którego trzeba zabrać dodatkowo monitor i pozostałe akcesoria. Laptopy spokojnie dorównują mocą komputerom stacjonarnym, niektóre nawet je pod tym względem przewyższają – ocenia dyrektor Blue Technology, właściciela marki Hyperbook.

Z raportu IDC wynika, że sprzedaż komputerów i monitorów gamingowych do 2025 roku będzie rosła w średniorocznym tempie 5,8 proc, biorąc pod uwagę liczbę sprzedanych egzemplarzy. Segment notebooków w tym pięcioletnim ujęciu zanotuje średnioroczny wzrost sięgający 7 proc., podczas gdy w przypadku komputerów stacjonarnych będzie to spadek o 1,2 proc.

Biodruk zrewolucjonizuje medycynę. Już niedługo będzie można w ten sposób tworzyć narządy do przeszczepów

Światowy rynek biodruku w ciągu najbliższych kilku lat wzrośnie ponad trzykrotnie. Takie rozwiązania jak rusztowania wspomagające leczenie złamań czy biotusze, które posłużą do wyhodowania narządów do przeszczepów, to technologie, które już za kilka lat mogą trafić nawet do szpitali o niskim stopniu referencyjności. Technologia biodruku i druku 3D już dziś pomaga planować operacje wycięcia nowotworów czy przewidywać skutki radioterapii.

– Przyszłością druku 3D w medycynie będzie ukierunkowanie na biodruk. Nie będziemy, tak jak do tej pory, stosować materiałów sztucznych, termoplastów w celach tylko wizualizacyjnych, do planowania pewnych zabiegów. Biodruk będzie pozwalał po prostu drukować tkanki ludzkie, które mogą uzupełniać naturalne narządy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Mariusz Sobol z Wydziału Elektrotechniki, Automatyki i Informatyki Politechniki Opolskiej.

Technologia biodruku posłużyła np. naukowcom z Uniwersytetu Jiao Tong w Szanghaju do opracowania techniki wytwarzania trójwymiarowych rusztowań wspomagających leczenie złamanych kości u pacjentów z cukrzycą. Rusztowanie składa się z komórek macierzystych szpiku kostnego, morfogenicznego białka kości i makrofagów. Cukrzyca może zwiększać ryzyko złamań kości nawet o 300 proc. Wysoki poziom glukozy we krwi utrudnia też proces gojenia. Biodruk 3D pozwoli więc usprawnić proces leczenia i ułatwić dostęp do skutecznych terapii.

– Pozwoli bardziej precyzyjnie zadziałać, skrócić czas operacji. Stosując te technologie, być może nie trzeba będzie zbierać tak dużych konsyliów lekarzy, ale zaplanować taką operację w mniejszym gronie. Leczenie będzie można prowadzić nawet w mniejszym ośrodku – prognozuje dr inż. Mariusz Sobol.

Technologia biodruku jest też nadzieją transplantologii. W początkowej fazie są badania nad biotuszami mogącymi posłużyć do stworzenia struktur, na których można osadzać komórki niezbędne do tworzenia narządów do przeszczepu. Naukowcy z Uniwersytetu w Lund stworzyli biotusz, z użyciem którego będzie można odtworzyć drogi oddechowe człowieka. Z kolei pracownicy King Abdullah University of Science and Technology (KAUST) opracowali nową metodę drukowania 3D szkieletów hydrożelowych na bazie ultrakrótkich peptydów. Atrament ten będzie można wykorzystać do tworzenia hydrożeli zawierających komórki.

W transplantologii druk 3D pomaga już teraz. Inżynierom z Politechniki Opolskiej udało się stworzyć model żyły pacjenta onkologicznego. Naczynie było zajęte zmianami nowotworowymi, a trójwymiarowy model posłużył do zaplanowania operacji, tak by zminimalizować ryzyko zagrożenia życia pacjenta. Naukowcy pracują już nad kolejnymi projektami z zakresu trójwymiarowego druku.

– Ten projekt dotyczył tkanek miękkich. Obecnie pracujemy już nad projektem dotyczącym tkanek twardych, dokładniej kośćca miednicy. Jest to nowatorski projekt, w ramach którego ma powstać fantom, który będzie przydatny do badań w zakresie radioterapii pęcherza moczowego – zapowiada badacz z Politechniki Opolskiej.

Z raportu Mordor Intelligence wynika, że światowy rynek biodruku 3D był w 2020 roku wyceniany na 724 mln dol. Do 2026 roku jego wartość wyniesie niemal 2,4 mld dol.

Dlaczego złoty jest słaby?

Złoty tak bardzo się osłabił, że jego kurs wobec euro był najniższy od 12 lat. Co się do tego bardziej przyczyniło, rozczarowujące efekty w zwalczaniu pandemii czy polityka Narodowego Banku Polskiego? Słabość złotego była tym bardziej zaskakująca, że czeska korona i węgierski forint straciły znacznie mniej na wartości.

– Rzeczywiście sytuacja pandemiczna nie pomaga, inwestorzy zwracają na to coraz większą uwagę, zwłaszcza, że jeszcze przed kilkoma miesiącami przyjmowano, że epidemia dotyka wszystkich w dość podobnym stopniu, a jednak obecnie sytuacja w wielu krajach jest dużo lepsza niż w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

– Przyczyn osłabienia złotego jest jednak więcej. Najważniejszą jest polityka NBP, który poprzez swoją retorykę przekonał rynki, że nie zależy mu na stabilnej walucie. Działania NBP to nietypowe podejście, jak na kraj, który zaliczany jest do tzw. rynków wschodzących. W tych krajach banki centralne są zwykle bardzo ostrożne, aby nie spowodować sytuacji, w której kapitał odpływa, powodując osłabienie lokalnej waluty.

– Banki centralne krajów wschodzących obawiają się, że odpływ kapitału może być gwałtowny, a potwierdzeniem takiej sytuacji było ostatnio to, co stało się z turecką lirą, gdy prezydent Turcji doprowadził do zwolnienia prezesa banku centralnego – wyjaśnia ekspert XTB.

– Turcja boleśnie doświadczyła do czego prowadzi osłabienie zaufania inwestorów. Podobnie było w kilku innych krajach, kolejnym przykładem jest Brazylia. Sytuacja polskiej waluty jest mocno niestabilna. Na koniec marca euro kosztowało 4,66 zł, a pierwsza dekada kwietnia zakończyła się kursem 4,54 zł. Dolar potaniał o ponad 17 groszy w zaledwie kilka dni, tak dobrej passy złoty nie miał od listopada ubiegłego roku. Czy jednak może ona trwać? Z jednej strony pojawia się nadzieja, że kulminacja trzeciej fali pandemii może być już za nami, a znaczne przyspieszenie tempa szczepień sprawi, że kolejnej takiej fali nie będzie. Mimo, że do normalizacji daleko, rynek zawsze próbuje dyskontować przyszłość (w tym przypadku bardziej optymistyczną). Nieco mógł pomóc komunikat RPP, która oficjalnie nie uważa już, że złoty jest zbyt mocny. Oczywiście, jest nadzieja, że sytuacja się ustabilizuje, a patrząc długoterminowo złoty był przecież niedowartościowany, jednak perspektywy, jakie są przed nami, nadal nie są dobre. W przypadku kursów walut istotne jest, że na światowych rynkach dolar nadal jest bardzo mocny. Pojawiły się też opinie, że na siłę złotego może wpłynąć orzeczenie Sądu Najwyższego dotyczące frankowiczów, którego termin ogłoszenia został przełożony.

– Uważam, że jest to argument bardzo mało istotny, z tego względu, że temat jest od dawna znany inwestorom – ocenia P.Kwiecień. – Aby wpływ sytuacji frankowiczów przełożył się na kurs złotego banki musiałyby zostać zmuszone do natychmiastowego rozwiązania większości umów i likwidacji swoich zabezpieczeń walutowych, a nie sądzę, że do tego dojdzie.

Złoty i euro zyskują, dolar w odwrocie

Polski złoty wyraźnie umocnił się w ubiegłym tygodniu i w parze z euro znalazł się najwyżej od początku marca. Walutę wspiera globalna poprawa sentymentu, słabszy dolar i oczekiwania dotyczące poprawy sytuacji epidemicznej tak w kraju, jak w Europie.
Z globalnej perspektywy jedną z ciekawszych kwestii, na których skupialiśmy się w ostatnim czasie, były zmiany rentowności obligacji skarbowych USA. Ich wyprzedaż w minionym tygodniu ustała, a rentowności zdają się stabilizować. W przypadku obligacji 10-letnich utrzymują się w przedziale 1,60–1,75%. Nie spodziewamy się, że to koniec wzrostów rentowności obligacji, ale sądzimy, że potrzebują one do wzrostu impulsu w postaci przyspieszenia dynamiki cen.

Czwartkowe posiedzenie decyzyjne Banku Centralnego Republiki Turcji zyskuje na znaczeniu po tym, jak prezydent Erdoğan zwolnił jego poprzedniego prezesa charakteryzującego się ortodoksyjnym podejściem do polityki pieniężnej. Co tyczy się odczytów z gospodarki globalnej, warto zwrócić szczególną uwagę na marcowy odczyt inflacji w USA. Zakłócenia w łańcuchach dostaw i rosnący popyt naszym zdaniem stwarzają szanse na to, że odczyt przewyższy oczekiwania.

PLN

Polski złoty zakończył miniony tydzień istotnym umocnieniem. Kurs EUR/PLN na przestrzeni kilku dni zszedł z poziomu ponad 4,60 do 4,53.

W ostatnim czasie wspominaliśmy, że słabość złotego może niedługo na krótko powrócić za sprawą planowanej uchwały Sądu Najwyższego ws. frankowiczów. Pod koniec ubiegłego tygodnia posiedzenie zostało jednak przełożone na 11 maja. Dlatego w naszej ocenie w perspektywie najbliższych trzech–czterech tygodni złoty powinien reagować głównie na zmiany globalnego sentymentu i wieści z frontu walki z pandemią w Polsce i w Europie i ma szansę na kontynuację ostatniego umocnienia.

W tym kontekście pojawia się pytanie o to, czy na wyraźną aprecjację złotego nie zareaguje NBP. Jesteśmy zdania, że interwencje są mało prawdopodobne, zwłaszcza biorąc pod uwagę oczekiwaną poprawę sytuacji gospodarczej w kraju (co redukuje potrzebę wsparcia gospodarki przez słabszy kurs), szczególnie dobrą sytuację eksportu i perspektywę wzrostu inflacji.

EUR

Ostatni tydzień przyniósł mieszane informacje ze strefy euro. Indeksy PMI doświadczyły nadzwyczaj dużej rewizji w górę, dobre były również dane o zamówieniach fabryk w Niemczech. Lutowe dane o bezrobociu były jednak gorsze niż oczekiwano. W naszej ocenie istotniejsze są jednak pierwsze wiadomości – ze względu na to, że są świeższe.

Coraz więcej wskazuje na to, że tempo szczepień w strefie euro może się istotnie poprawić. Już teraz ma to pozytywny wpływ na sentyment do euro i m.in. w tym kontekście widzimy potencjał do umacniania się wspólnej waluty. Szczególnie, że wygląda na to, że sytuacja w zakresie dolarowego pozycjonowania została znormalizowana i nie występuje znaczny nawis krótkich pozycji – w ostatnim czasie wśród spekulantów handlujących kontraktami futures powszechne stało się zamykanie krótkich pozycji na USD. Oznacza to, że amerykańska waluta w najbliższym czasie nie będzie wspierana przez ich pokrywanie.

Warto wspomnieć, że w przyszłym tygodniu w UE mają ruszyć szczepienia jednodawkową szczepionką Johnson&Johnson, co powinno istotnie przyspieszyć dotychczas niezwykle powolny proces szczepień we Wspólnocie.

USD

Przerwanie wzrostu rentowności nie jest korzystne dla dolara, który po mieszanym tygodniu doświadczył osłabienia względem większości walut G10, z wyjątkiem funta brytyjskiego. Tracił też wobec większości walut emerging markets.

Spośród drugorzędowych wskaźników ekonomicznych opublikowanych w zeszłym tygodniu w USA szczególną uwagę zwraca marcowa publikacja inflacji PPI – miary presji cenowej na poziomie hurtowym. Przyniosła ona spore zaskoczenie, pokazując znacznie wyższą od oczekiwanej przez rynek dynamikę cen, co potwierdza naszą opinię, że w USA narasta presja cenowa. Rentowności obligacji obecnie się ustabilizowały. Potencjalne zaskoczenie in plus danych o inflacji konsumenckiej w tym tygodniu może być jednak katalizatorem do kolejnego testu górnej granicy przedziału, w którym utrzymują się rentowności. Oprócz tego potencjał do wpłynięcia na amerykańską walutę w drugiej części tygodnia mają naszym zdaniem dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, które zostaną opublikowane w czwartek.

GBP

W zeszłym tygodniu szterling doświadczył presji wyprzedażowej. Walucie nie sprzyjało spowolnienie tempa szczepień związane z oczekiwanym załamaniem dostaw szczepionki AstraZeneca oraz zrewidowane lekko w dół dane PMI.

Niemniej jak dotąd w tym roku funt radzi sobie całkiem dobrze, a biorąc pod uwagę silne fundamenty i sukces programu szczepień przeciwko COVID-19 w Wielkiej Brytanii, oczekujemy, że jego słabość będzie krótkotrwała. Liczba nowych zakażeń i zgonów z tytułu COVID-19 również istotnie spadła, a dziś łagodzone są kolejne restrykcje: otwarte zostały ogródki przy pubach i restauracjach, sklepy i siłownie. Pewne zawirowania polityczne w najbliższej przyszłości mogą jednak opóźnić istotniejszą aprecjację funta – zbliżamy się bowiem do wyborów parlamentarnych 6 maja w Szkocji.

CHF

Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu drugą po koronie szwedzkiej najlepiej radzącą sobie walutą G10. Kurs EUR/CHF obecnie spadł poniżej poziomu 1,10, co oznacza, że frank jest najmocniejszy od początku marca.

Walutę zdaje się wspierać zarówno stabilizacja rentowności długoterminowych papierów skarbowych USA, jak i poprawa sentymentu względem Europy. Frank radzi sobie lepiej również od innej waluty safe haven – jena japońskiego, co można wyjaśnić różnicami w sytuacji epidemicznej w obu krajach. Liczba nowych przypadków zachorowań w Japonii gwałtownie wzrosła, co wywołało zaostrzenie restrykcji w Tokio, Kioto i Okinawie. W Szwajcarii zaś sytuacja jest dużo bardziej stabilna.

Uważamy, że frank szwajcarski ma przestrzeń do aprecjacji w krótkim terminie, jednak jednocześnie może być ona w pewnym stopniu ograniczona przez jego status safe haven.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Bitcoin zbliżył się do rekordowej wartości, a ethereum utrzymuje się na stałym poziomie

„Cena bitcoina wzrosła w weekend powyżej 60 000 dolarów, zbliżając się do swojego rekordu wszechczasów, dzięki zmniejszonej podaży i rosnącym popycie ze strony nowych typów inwestorów”.

„Największa na świecie kryptowaluta zanotowała wzrost ceny do 60 730 dolarów w sobotę, a dziś rano jego cena wynosi 60 132 dolarów”.

„Cena Bitcoina ponownie wzrosła dzięki wielu czynnikom, w tym nowemu popytowi ze strony inwestorów instytucjonalnych i zarządzających majątkiem, oferujących klientom ekspozycję na kryptowaluty. Tymczasem spadek rezerw na giełdzie zmniejsza podaż, ponieważ coraz więcej inwestorów przenosi walutę do własnych portfeli”.

„Niedawny wzrost stawia bitcoina nieznacznie poniżej jego rekordowego poziomu, który wynosił ponad 61 500 dolarów”. Natomiast ethereum, które pod koniec zeszłego tygodnia osiągnęło rekordowy poziom 2 151 dolarów, utrzymuje się na stabilnym poziomie blisko nowego szczytu, osiągając dziś rano wartość 2 134 dolarów”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Czy Rosja będzie pierwszym krajem, który wprowadzi cyfrową walutę?

„Rosyjski Bank Centralny zasygnalizował, że wprowadzenie cyfrowego rubla nastąpi w 2023 r. Na wirtualnej konferencji prasowej w zeszłym tygodniu liderzy rosyjskiego banku centralnego przekazali najważniejsze informacje o planach wypuszczenia cyfrowej waluty banku centralnego (CBDC)”.

„Rosja od jakiegoś czasu zamierzała wypuścić cyfrowego rubla i spodziewała się, że do końca tego roku uruchomi wymaganą infrastrukturę, w celu przetestowania cyfrowych prototypów w 2022 r. Prowadzono dyskusje, w jaki sposób bank centralny będzie chciał ograniczyć transakcje gotówkowe, aby umożliwić płynne przejście na walutę cyfrową. Będzie to możliwe dzięki zawężeniu transakcji bezgotówkowych, aby zrównoważyć niedobory płynności po wprowadzeniu zasobu cyfrowego”.

„To posunięcie wynika ze stałej cyfryzacji rosyjskich płatności. Olga Skorobogatova, członek zarządu Banku Rosji, ujawniła, że 73 proc. transakcji w Rosji odbywa się obecnie w formie bezgotówkowej, co jest znaczącą zmianą w stosunku do kilku lat wstecz, kiedy uważano głównie gotówkę ”.

Simon Peters, analityk kryptowalut na platformie eToro

Pandemia nie zaszkodziła eksportowi kosmetyków z Polski

Krajowi producenci kosmetyków utrzymali najlepszą dynamikę eksportu w 2020 roku wśród wiodących państw Unii Europejskiej. W zeszłym roku urósł on o 7,2%, podczas gdy u liderów branży takich jak Francja, Niemcy czy Włochy zanotowano około 15% spadki. Wartość eksportu kosmetyków z Polski sięgnęła w 2020 roku 4,1 mld euro.

Eksport kosmetyków ze wszystkich krajów Unii Europejskiej w zeszłym roku spadł o prawie 10%, natomiast eksport między krajami wspólnoty zmalał o 9%. Jeszcze większy spadek zanotowano w sprzedaży produktów europejskiej branży kosmetycznej poza granice Unii, było to 10,6%. Kraje będące wiodącymi w Unii Europejskiej eksporterami kosmetyków zanotowały znaczne spadki, sięgające kilkunastu procent. Z czołowych producentów i eksporterów jedynie Polska i Holandia pozostały na plusie. To pozwala nam doganiać największych europejskich eksporterów tego asortymentu.

– Wzrost dynamiki eksportu polskich kosmetyków na poziomie 7,2% to fenomenalne osiągnięcie, szczególnie na tle największych gospodarek starego kontynentu, słynących z produkcji kosmetyków. Oczywiście musimy pamiętać o specyfice polskiego rynku kosmetycznego, gdzie liderzy branży – międzynarodowe firmy kosmetyczne – mają w Polsce swoje fabryki i gro tej sprzedaży idzie właśnie na eksport. Pandemia i zachwiany łańcuch dostaw pozwoliły polskim producentom częściowo zastąpić azjatyckich dostawców dla firm z Europy Zachodniej, które podczas tego nietypowego czasu przemodelowały swoje kanały dostaw poszukując alternatyw w Europie. Polskie firmy oferujące produkty wysokiej jakości, odpowiadające ofertą produktową na trendy konsumenckie oraz działające elastycznie w sytuacji kryzysowej świetnie wypełniły tę lukę – mówi Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora żywności i FMCG Santander Bank Polska.eksport kosmetyków

Na tak dobry wynik naszego eksportu miały wpływ także warunki makroekonomiczne i kursy walut. Jednak decydujące wydaje się dobre dopasowanie kategorii produkowanych w Polsce kosmetyków do potrzeb europejskich konsumentów, ich wysoka jakość  oraz elastyczność polskich producentów.

– Oprócz warunków makroekonomicznych, takich jak wahania kursów walut i słaby złoty, wynik eksportu w zeszłym roku to zasługa wielu zalet i decyzji firm, które prowadzą kosmetyczny biznes nad Wisłą oraz szczęśliwych splotów okoliczności. To w Polsce swoje siedziby mają największe globalne koncerny kosmetyczne, produkujące artykuły pierwszej potrzeby, popularne niezależnie od pandemii, tj. kosmetykę białą – mydła, żele, całą pielęgnację. To nasz rynek jest jednym z najbardziej konkurencyjnych i innowacyjnych w Europie. To polscy przedsiębiorcy mają unikalny know-how, często ponad 30-letnie doświadczenie i specjalizację w rozwijaniu portfolio produktów do pielęgnacji twarzy i ciała. To wszystko pozwala elastycznie i zwinnie reagować na niespodziewane zwroty akcji – mówi Blanka Chmurzyńska-Brown, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.

Firma Euromonitor International prognozuje, że polski rynek kosmetyków jest obecnie szóstym co do wielkości w Europie, a jego wartość przekracza 18 mld PLN.

Polski eksport ciągle rośnie

Eksport kosmetyków z Polski rośnie nieprzerwanie od 2005 roku. Jego wartość w ciągu ostatnich 15 lat wzrosła z 0,8 mld EUR w 2005 roku do 4,1 mld EUR na koniec 2020 roku. Skumulowany roczny wskaźnik wzrostu (CAGR) eksportu kosmetyków dla lat 2005-2020 wyniósł 11,7%. Na przestrzeni lat zmienili się nasi główni partnerzy handlowi, spadło znaczenie rynku rosyjskiego, w 2005 było to prawie 25% eksportu, obecnie jest to 8%. Coraz ważniejszym partnerem są za to Niemcy, które w ciągu ostatnich 10 lat stały się głównym odbiorcą naszych kosmetyków, z 18% udziałem w eksporcie.eksport kosmetyków 2

Coraz mniej mieszkań w ofercie deweloperów. Ceny idą w górę!

Marzec był kolejnym miesiącem, w którym eksperci GetHome.pl odnotowali spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich przy jednoczesnym wzroście cen metra kwadratowego. Osoby, które wytrwale czekają na spadki znów mogą czuć się zawiedzione.

Popyt

Nowe mieszkania wciąż rozchodziły się jak świeże bułeczki. W 10 analizowanych przez nas miastach deweloperzy sprzedali łącznie przeszło 6,3 tys. mieszkań. Tradycyjnie najwięcej – 2048 – znalazło nabywców w Warszawie. Warto podkreślić, że wysoka sprzedaż warszawskich deweloperów utrzymuje się kolejny miesiąc.Wykres 1 – Mieszkania sprzedane

Jednak na szczególną uwagę zasługuje sytuacja w Krakowie i Gdańsku, bo w tych miastach marcowa sprzedaż była dwukrotnie wyższa niż w lutym. W  stolicy Małopolski klienci firm deweloperskich zdecydowali się na zakup aż 1139 mieszkań, zaś w Gdańsku – 777.

Popyt wciąż napędzają niskie stopy procentowe. Jedni kupujący traktują mieszkania jako bezpieczną lokatę dla swoich oszczędności w sytuacji, gdy oprocentowanie lokat nie chroni ich nawet przed skutkami inflacji. Inni wykorzystują fakt, że kredyty mieszkaniowe są rekordowo tanie, a banki nie stosują nadmiernych ograniczeń.

Biuro Informacji Kredytowej (BIK) podało, że w lutym banku udzieliły ok. 19,8 tys. kredytów mieszkaniowych, czyli minimalnie więcej niż przed rokiem.Wykres 2 – Kredyty mieszkaniowe

Jednak w kolejnych miesiącach prawdopodobny jest duży wzrost akcji kredytowej. Wskazuje na to rosnąca liczba złożonych wniosków. W marcu o kredyt mieszkaniowy wnioskowało ok. 56,1 tys. potencjalnych kredytobiorców, czyli o 35% więcej niż przed rokiem. W porównaniu do lutego, liczba wnioskujących wzrosła o 19%.

Podaż

Niestety, w marcu deweloperzy nie zareagowali na rosnący popyt odpowiednio dużym zwiększeniem podaży mieszkań. W 10 analizowanych przez nas miastach do sprzedaży trafiło łącznie niespełna 4,1 tys. lokali.

Mniejszą od sprzedanych liczbę mieszkań wprowadzonych na rynek odnotowaliśmy niemal we wszystkich miastach. Wyjątkiem jest Lublin, w którym deweloperzy najwyraźniej się rozkręcają.  Wskazują na to dane GUS. W okresie styczeń-luty 2021 r. rozpoczęli oni budowę w tym mieście 804 mieszkań. W analogicznym okresie przed rokiem było ich tylko 356.

Niepokoić może zaledwie 20 mieszkań wprowadzonych w marcu do sprzedaży w Poznaniu. Czy w kolejnych miesiącach będzie ich więcej? Wygląda na to, że tak. GUS podaje, że w pierwszych dwóch miesiącach tego roku poznańscy deweloperzy rozpoczęli budowę 2417 mieszkań, czyli pięciokrotnie więcej niż przed rokiem w tym samym czasie. Mniejszą w porównaniu z lutym podaż odnotowaliśmy także Bydgoszczy i Szczecinie.Wykres 3 – Mieszkania wprowadzone

Czy podobnie jak w Poznaniu optymizmem mogą napawać statystyki budowlane? Niestety, na ryzyko znacznego zmniejszenia podaży wskazują dane GUS dla Warszawy. W styczniu i lutym deweloperzy rozpoczęli tu budowę zaledwie 1755 mieszkań, co jest wynikiem niemal o połowę gorszym od ubiegłorocznego. Poprawy sytuacji trudno też oczekiwać w Szczecinie.Wykres 4 – Mieszkania rozpoczęte

Oferta

Marzec był więc kolejnym miesiącem, w którym odnotowaliśmy spadek liczby mieszkań w ofercie firm deweloperskich. Najmocniej skurczyła się ona w Warszawie. Pod koniec lutego deweloperzy oferowali tu ok. 9,6 tys. mieszkań, zaś pod koniec marca – nieco ponad 9,1 tys.

Mniejszy niż miesiąc wcześniej wybór lokali mieli nabywcy w Krakowie, Gdańsku, Łodzi, Poznaniu i Szczecinie. Oferta wzrosła zaś nieznacznie we Wrocławiu.Wykres 5 – Mieszkania w ofercie

Ceny

Ci, którzy czekają na spadek cen mieszkań znów mogą się czuć zawiedzeni. W marcu średnie ceny mieszkań w ofercie firm deweloperskich wzrosły we wszystkich analizowanych przez nas miastach. Najmocniej, bo aż o ponad 3%, średnia wzrosła w Gdańsku i Wrocławiu. W innych miastach podwyżki oscylowały w granicach od 0,3% (w Krakowie) do ponad 2,5% (w Bydgoszczy i Szczecinie). W Warszawie średnia minimalnie spadła z 10762 do 10695 zł za m kw. , czyli o ok. 0,6%.

Pamiętajmy jednak, że sytuacja na rynkach mieszkaniowych jest dynamiczna. W zależności od dnia, w którym dokonamy pomiaru, te średnie mogą się nieco różnić.Wykres 6 – Średnie ceny mieszkań

W analizach wykorzystujących średnią cenę mieszkań trzeba uwzględnić zmieniającą się strukturę cenową mieszkań. Np. we Wrocławiu podwyżka średniej była duża ze względu na wzrost udziału w ofercie deweloperów drogich jak na ten rynek mieszkań w cenie powyżej 10 tys. zł za m kw. Z kolei w Krakowie średnia ceny ofertowej praktycznie się nie zmieniła, bo deweloperzy zaczęli wprowadzać do sprzedaży więcej mieszkań w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw., a więc poniżej średniej.

Analizowanie zmian w strukturze cenowej mieszkań utrudnia fakt, że deweloperzy często nie ujawniają cen oferowanych mieszkań w portalach ogłoszeniowych. Na podstawie danych, którymi dysponujemy możemy jednak stwierdzić, że najpewniej wskutek wzrostu kosztów budowy, a przede wszystkim cen gruntów budowlanych, w analizowanych przez nas miastach kurczy się oferta mieszkań w cenie do 7 tys. zł za m kw. Znalezienie mieszkania z ceną poniżej 5 tys. zł za metr graniczy zaś z cudem.

W marcu mniej niż w lutym wprowadzonych zostało na rynek mieszkań z ceną poniżej 8 tys. zł za m kw.  Oczywiście są wyjątki, np. w Łodzi i Lublinie w sprzedaży pojawiło się duża pula mieszkań w cenie 6-7 tys. zł za m kw., a w Lublinie, Gdańsku, Warszawie i Wrocławiu – w przedziale cenowym 7-8 tys. zł za metr.

W Krakowie i Warszawie największy przyrost liczby mieszkań w nowych inwestycjach deweloperskich zaobserwowaliśmy w przedziale cenowym 8-10 tys. zł za m kw. Ponadto we Wrocławiu i Gdańsku na rynek trafiło sporo mieszkań z ceną metra kwadratowego w granicach 10-15 tys. zł. To właśnie te mieszkania powodują wzrost średniej.   Wykres 7 – Struktura cenowa

Mamy też i dobrą wiadomość dla potencjalnych nabywców. Najwięcej wprowadzonych w marcu na rynek mieszkań, to lokale dwu- i trzypokojowe, na które jest największy popyt. W ofercie deweloperskiej jest ich wciąż najwięcej.

Komentarz eksperta

Marek Wielgo, ekspert GetHome.pl

Chętnych na zakup nowych mieszkań nie brakuje. Skuteczną „szczepionką” przeciwko COVID-19 okazały się niskie stopy procentowe. Problem w tym, że deweloperzy nie nadążają z podażą. Np. w Warszawie wprowadzili w marcu do sprzedaży ok. 1,3 tys. mieszkań. Cieszy, że było ich dwukrotnie więcej niż w lutym. Niepokoi, że było ich znacznie mniej niż sprzedanych. Oferta wciąż jest spora. Jednak ci, którzy planują zakup nowego mieszkania muszą się liczyć z tym, że dolna granica cen będzie się przesuwała w górę.

Euro nadal mocne. Dobre dane z Unii Europejskiej

Pomimo lepszych danych w piątek za oceanem trwa dobra passa euro. Powodem są dobre dane z Unii Europejskiej. Patrząc jednak na silny ruch od początku kwietnia, można oczekiwać korekty w najbliższych dniach.

Lepsze dane z Unii Europejskiej

Dzisiaj o 11:00 poznaliśmy dane na temat sprzedaży detalicznej w Unii Europejskiej. Sprzedaż detaliczna w skali roku spada o 2,9%. Teoretycznie jest to zły wynik. Warto jednak pamiętać, że oczekiwania wynosiły 5,4% spadku. W rezultacie tych danych euro zyskuje względem dolara, pomimo tego, że od rana było widać odwrót od euro na rzecz dolara.

Uspokojenie na rynku ropy

Ceny ropy naftowej po osiągnięciu kolejnych maksimów od początku pandemii na początku marca znajdują się w odwrocie. Powodem jest przeszacowanie popytu na surowiec połączony ze wzrostem produkcji. Widać to chociażby po danych z USA, gdzie wyraźnie wzrosła liczba aktywnych wież wiertniczych. W rezultacie presji na ceny ropy w odwrocie jest też rosyjski rubel, który zwyczajowo ma słabsze wyniki, kiedy ropa naftowa tanieje.

Rynek pracy w Kanadzie

W piątek poznaliśmy wyraźnie lepsze od oczekiwań dane na temat sytuacji na rynku pracy z Kanady. Bezrobocie zgodnie z oczekiwaniami spadło wyraźnie w marcu. Analitycy spodziewali się spadku do 8%, faktyczny odczyt wyniósł jednak 7,5%. Powodem takiej zmiany był jednak istotnie większy od spodziewanego przyrost liczby miejsc pracy. Wyniósł on ponad 300 tysięcy przy oczekiwaniach na poziomie około 100 tysięcy. Co dodatkowo ważne, w przeciwieństwie do poprzednich danych składał się on w większości z osób zatrudnionych na pełen etat, a nie na część etatu jak wcześniej. Nie może zatem dziwić, że dolar kanadyjski zakończył tydzień wzrostami.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Do 2030 r. w Europie może brakować ponad 4 mln pracowników medycznych

Jak wynika z raportu „Digital transformation: Shaping the future of European healthcare” firmy doradczej Deloitte, jakość i zakres dostępnych usług ochrony zdrowia poprawia się przy jednoczesnym wzroście skali i złożoności potrzeb systemów opieki medycznej. Pandemia spowodowała nie tylko konieczność daleko idących zmian w tym zakresie, ale przyspieszyła przynajmniej o dekadę tempo cyfryzacji systemu zdrowotnego.

Jak pokazują dane statystyczne, w 2019 r. w Europie żyło ponad 200 mln osób w wieku 65 lat i więcej. Wraz z wydłużeniem się trwania życia Europejczyków wydłuża się też okres, w którym doświadczają problemów zdrowotnych i wymagają bardziej intensywnej opieki medycznej. Dzieje się to po osiągnięciu mniej więcej 64. roku życia i trwa średnio przez kolejnych 17 lat, a trzeba zaznaczyć, że ponad 50 mln ludzi w UE cierpi na więcej niż jedną przewlekłą chorobę. Według szacunków ekspertów Deloitte, większość europejskich państw doświadcza spadku liczby łóżek szpitalnych w przeliczeniu na 1000 mieszkańców. Dodatkowo, ok. jedna trzecia pracowników systemu ochrony zdrowia rozważa rezygnację i odejście z pracy, a już teraz 19 krajów boryka się z problemem niedostatków siły roboczej w swoich systemach opieki zdrowotnej. Jak wynika z raportu, do 2030 r. zabraknie nawet 4,1 mln specjalistów z zakresu medycyny w Europie.

Zastosowanie w systemie usług zdrowotnych i opiekuńczych, przemyślanych oraz efektywnych kosztowo rozwiązań cyfrowych jest konieczne, aby ograniczyć nierówności w zakresie dostępu do tego systemu i poprawić byt obywateli. Główne wyzwania w tym sektorze dotyczą złożoności poszczególnych rozwiązań systemowych, różnych modeli ich finansowania, a także konieczności uwzględnienia poglądów i zaspokojenia potrzeb wielu interesariuszy – mówi Krzysztof Wilk, partner associate w dziale doradztwa podatkowego w Deloitte Polska.

Luka cyfrowa

Jak wynika z raportu Deloitte, w całej Europie rośnie rozbieżność pomiędzy zapotrzebowaniem na opiekę zdrowotną a dostępnością personelu i innych zasobów, jak również świadomość, że transformacja cyfrowa ma zasadnicze znaczenie dla wypełnienia tej luki. Respondenci zapytani o wyzwania w obliczu pandemii COVID-19, najczęściej wskazywali na ograniczenia wynikające z biurokracji (57,4 proc.), koszty nowych rozwiązań technologicznych (50,3 proc.) oraz czasochłonność ich wdrożenia i jak najlepszego dopasowania do konkretnej sytuacji (49 proc.)

Badania pokazują, że chociaż podmioty świadczące usługi opieki zdrowotnej korzystają z coraz większej liczby systemów i usług opartych na technologii, skala ich wdrażania oraz rodzaje i możliwości technologii cyfrowych różnią się znacznie w poszczególnych krajach Europy. Zarówno Komisja Europejska, jak i poszczególne kraje zainicjowały liczne działania mające na celu wsparcie transformacji cyfrowej. Chociaż postępy są widoczne, dojrzałość cyfrowa służby zdrowia różni się zarówno w obrębie poszczególnych krajów, jak i pomiędzy nimi.

Technologiczne wykluczenie nie służy zdrowiu

Coraz więcej ludzi w Europie pragnie aktywnie uczestniczyć w wyborze najlepszych dla siebie usług oraz zarządzać własnymi danymi medycznymi, a także decydować, kto i kiedy ma w nie wgląd. Choć rosnąca liczba pacjentów korzysta z nowoczesnych rozwiązań telemedycznych, nadal duże grono chorych jest zagrożone cyfrowym wykluczeniem – czy to z powodu braku umiejętności, czy też ze względu na niewystarczający rozwój infrastruktury technicznej: 80 mln Europejczyków nie ma dostępu do Internetu, a 28,9 proc. brakuje podstawowych kompetencji informatycznych Jak wynika z raportu, konieczne jest, więc podjęcie działań edukacyjnych, pozwalających na powszechniejszy i bardziej zrozumiały dostęp do cyfrowych systemów zdrowotnych. Najbardziej narażone na niemożność efektywnego korzystania z nowoczesnych systemów ochrony zdrowia są osoby starsze, z terenów wiejskich lub zamieszkujące lokale socjalne, gorzej zarabiające i z niepełnosprawnościami.

Z badania Deloitte przeprowadzonego w 2019 roku na grupie 12 tys. konsumentów wynika, że w Europie nowe technologie medyczne najczęściej używane są do mierzenia przez pacjentów własnej kondycji zdrowotnej. Natomiast największe różnice w odpowiedziach wiązały się z ich przydatnością w wypisywaniu recept.

Z jednej strony badania pokazują, że większość Europejczyków jest zainteresowana nowymi sposobami interakcji i wykorzystania cyfrowych usług zdrowotnych. Z drugiej, bardziej powszechne przyjęcie nowych rozwiązań ograniczają obawy dotyczące niepożądanego użycia naszych danych medycznych oraz wykluczenie cyfrowe – mówi Tomasz Borowy, dyrektor w dziale zarządzania ryzykiem w Deloitte Polska.

Przyspieszenie cyfryzacji

Wybuch pandemii miał wpływ na miliardy ludzi na całym świecie, w tym na miliony pracowników medycznych. Systemy ochrony zdrowia miały niewiele czasu na dostosowanie się do gwałtownie zmieniającej się sytuacji. Wprowadzone wtedy ad hoc zmiany w normalnym trybie zajęłyby lata. W przypadku transformacji cyfrowej eksperci Deloitte oceniają, że pandemia przyspieszyła jej tempo przynajmniej o dekadę.

W badaniu przeprowadzonym na potrzeby raportu prawie 65 proc. respondentów wskazało, że w związku z pandemią COVID-19 ich instytucje zwiększyły wykorzystanie cyfrowych technologii wspierających pracę medyków, a 64,3 proc., że znalazły one zastosowanie także w zdalnym wsparciu i kontakcie z pacjentami. Jednocześnie, o wykorzystaniu cyfrowych rozwiązań najczęściej mówili lekarze pierwszego kontaktu (74,7 proc.), którzy w związku z koronawirusem powszechnie przyjęli właśnie zdalny sposób wstępnej oceny pacjentów.

Jak wynika z raportu Deloitte, zmianie przede wszystkim uległo podejście do roli i znaczenia nowoczesnych technologii w służbie zdrowia. Istniejące do tej pory granice ich użycia uległy przesunięciu lub likwidacji. Dzięki cyfrowej transformacji i przyjęciu wielu rozwiązań na masową skalę, najważniejsze podmioty działające w ramach systemów zdrowotnych zaczęli ze sobą współpracować. Zmieniły się także oczekiwania samych pacjentów, którzy chcą mieć dostęp do opieki medycznej, zawsze, gdy tego potrzebują, poza dotychczasowym modelem obsługi stacjonarnej. Zwiększyła się również świadomość zdrowotna Europejczyków. Jednocześnie, pandemia uwypukliła istnienie wielu istotnych różnic i nierówności w europejskich systemach ochrony zdrowia, które wymagają natychmiastowego działania.

Kierunkiem, w jakim zmierza służba zdrowia jest stworzenie systemu, w którym pacjent posiada jedną kartotekę, dostępną dla wszystkich podmiotów służby zdrowia. Ułatwi to lepszą współpracę nowych lub istniejących już podmiotów, operujących na rynku medycznym i oferowanie nowych usług łączących różne sektory gospodarki. Cyfrowa transformacja systemów ochrony zdrowia pozwoli na dostęp do bardziej dopasowanej do potrzeb pacjenta, mniej skomplikowanej, a przede wszystkim tańszej opieki medycznej – mówi Zuzanna Fernandez, menedżer w Deloitte Digital

O raporcie

Raport „Digital transformation: Shaping the future of European healthcare” powstał we wrześniu 2020 r., w oparciu o przegląd literatury tematu, badanie 1781 lekarzy i pielęgniarek z Danii, Niemiec, Włoch, Holandii, Norwegii, Portugalii i Wielkiej Brytanii, oraz opinie ekspertów z tych krajów nt. obowiązującej w nich polityki i praktycznych rozwiązań w zakresie cyfrowej transformacji systemów zdrowotnych.

Czy klient działającego „w podziemiu” salonu fryzjerskiego czy siłowni może być ukarany mandatem?

Czy klient „podziemnego” salonu fryzjerskiego lub siłowni może dostać mandat za korzystanie z usług? Prawnik: „Argument dotyczący legalności przepisów jest skuteczny”

Lockdown w Polsce trwać będzie przynajmniej do 18 kwietnia. To oznacza, że takie branże jak fitness czy gastronomia nieczynne są w standardowym trybie od niemal… pół roku. Od miesiąca zaostrzono restrykcje i objęły one także salony fryzjerskie i kosmetyczne. Przedsiębiorcy bardzo często nie zgadzają się z ustawodawcą, że ich działalność może stanowić zagrożenie epidemiczne. To spowodowało powstanie swoistego „podziemia”. Salony fryzjerskie przyjmują klientki w ukryciu, kosmetyczki odwiedzają je w domach, a siłownie stały się zrzeszeniami sportowymi, gdzie prowadzone są szkolenia. Kontroli nie brakuje, a przedsiębiorcy nie zawsze wiedzą jak się zachować.  – W ostatnich tygodniach, zwłaszcza po ogłoszeniu trzeciego lockdownu nasi Klienci coraz częściej pytają o to, czy grożą im sankcje za korzystanie np. z restauracji, siłowni, czy salonów fryzjerskich, które kontynuują działalność, pomimo wejścia w życie rozporządzeń zakazujących tego – mówi mec. Marek Jarosiewicz z Kancelarii Wódkiewicz & Sosnowski.

Masowe kontrole siłowni, salonów fryzjerskich i lokali gastronomicznych. Czy klienci powinni się obawiać mandatów?

W ostatnich dniach pojawia się szereg doniesień medialnych o kontrolach policyjnych w siłowniach czy salonach fryzjerskich, które zdecydowały się na kontynuowanie działalności mimo rozporządzeń epidemicznych nakazujących jej zawieszenie.

–  O ile dotychczas nie spotkałem się z orzeczeniem, które co do zasady podważałoby potrzebę wprowadzenia pewnych ograniczeń w codziennym życiu i funkcjonowaniu społeczeństwa, o tyle zdecydowana większość wspomnianych orzeczeń zawiera kategoryczną krytykę sposobu, w jaki wiele spośród tych zakazów i ograniczeń jest  wprowadzanych. Uogólniając, Sądy – w zasadzie zgodnie – podkreślają, że ograniczenia i zakazy prowadzenia określonych rodzajów działalności gospodarczej ustanawiane są w przepisach rozporządzeń, choć powinny one wynikać z aktu prawnego wyższego rzędu, a więc z ustawy – twierdzi mec. Jarosiewicz.

Klienci kontrolowanych siłowni czy salonów fryzjerskich mogą się więc powoływać na  argumenty dotyczące „legalności” lockdownu. Oczywiście mandat czy postępowanie sądowe nadal będą mieć miejsce, ale osoba ukarana będzie mogła dochodzić swoich praw przed sądem:  – Przekładając te elementarne uwagi na sytuacje klientów np. siłowni, czy salonów fryzjerskich, trzeba zaznaczyć, że sytuacja może być różna w zależności od tego, za co konkretnie zostanie wystawiony mandat, czy też za co zostanie nałożona kara. Uważam, że klienci mogą z powodzeniem powoływać się na ten sam argument co przedsiębiorcy, a więc kwestionować legalność przepisów rozporządzeń zakazujących określonych rodzajów działalności – zastrzeżenia co do ich legalności są obecnie w zasadzie powszechne, a ostatnio zostały potwierdzone nawet w przeczeniach Sądu Najwyższego.

Kiedy klient siłowni czy salony fryzjerskiego może dostać mandat? Kością niezgody może stać się… maseczka

Klient idzie na siłownie czy do fryzjera w czasie lockdownu wiedząc, że jest to formalnie zabronione. Bierze więc na siebie pewną odpowiedzialność. Czy to oznacza, że może zostać ukarany? Prawnicy sprawę stawiają jasno:  – Przepisy ustanawiające zakazy prowadzenia określonych działalności adresowane są do przedsiębiorców, a nie do ich klientów, zatem klient nie powinien odpowiadać za wykroczenie polegające na naruszeniu określonego zakazu, którego nie był adresatem.  Inaczej sprawa może przedstawiać się, jeśli mandat lub kara zostaną nałożone z powodu zarzucenia danemu klientowi innego naruszenia niż tylko samego korzystania z usług „zamkniętego” przedsiębiorcy – np. z powodu nie noszenia maseczki. Zwalczanie takiego mandatu będzie zdecydowanie trudniejsze, ponieważ od dnia 29 listopada 2020 r. przepisy regulujące ten obowiązek zostały skorygowane i od tej pory przeważa pogląd, że są już one w pełni legalne. Obowiązek noszenia maseczek obowiązuje m.in. w obiektach handlowych lub usługowych, placówkach handlowych lub usługowych – a więc m.in. w zakładach, które objęte zostały w/w zakazami działalności – tłumaczy mec. Jarosiewicz.

Osoby kwestionujące wystawiony przez Policję mandat powinny odmówić jego przyjęcia. W takich sytuacjach należy spodziewać się, że Policja wystąpi do Sądu z wnioskiem o ukaranie, i w postępowaniu sądowym właśnie należy wówczas bronić się z wykorzystaniem argumentów przywołanych powyżej.

Wpływ pandemii na zachowania e-zakupowe w Europie

Tegoroczna analiza Barometr E-shopper przeprowadzona przez DPDgroup przedstawia wpływ pandemii Covid-19 na zachowania konsumentów oraz sytuację e-sklepów. W minionym roku przybyło 15 milionów nowych e-nabywców, wśród których silniej zaistniała grupa osób powyżej 55 roku życia. W czasie pandemii nastąpił znaczny wzrost sprzedaży żywności w sieci – pomiędzy marcem a grudniem e-sklepy z tym asortymentem odnotowały 95% wzrost transakcji online[1].

  • W 2020 roku nastąpił znaczący wzrost zakupów żywności w sieci.
  • Podejście wielokanałowe jest podstawowym czynnikiem sukcesu e-sprzedawców.
  • Wśród osób, które zaczęły kupować przez Internet, wyłonił się nowy typ nabywcy: e-konsument – senior. Aż 68 % konsumentów z tej grupy uznaje zakupy w sieci za łatwe.
  • Konsumenci oczekują możliwości wyboru terminu doręczenia oraz chcą decydować o jego formie.
  • E-konsumenci bardziej niż kiedykolwiek doceniają produkty i usługi przyjazne dla środowiska.
  • Ponad 70% konsumentów planuje pozostać przy nowych zwyczajach zakupowych również po pandemii.

– Od pierwszej edycji raport DPDgroup Barometr E-shopper co roku dostarcza istotnych informacji na temat ewoluującej branży e-commerce. Ujawnia trendy rynkowe i rzuca światło na upodobania i zachowania Europejczyków kupujących online. Kryzys zdrowia publicznego wywołanego przez Covid-19 zmienił codzienne życie i przyzwyczajenia miliardów ludzi na całym świecie. DPDgroup poddała analizie wpływ tej sytuacji na e-sklepy i e-konsumentów – mówi Jean-Claude Sonet, wiceprezes DPDgroup odpowiedzialny za marketing, komunikację i CSR.

Jeden rok – wiele zmian

Przez ostatni rok konsumenci przyzwyczaili się do kupowania większej liczby produktów w sieci i wyrazili chęć do poznawania nowych marek i sklepów internetowych. W tym czasie zmianie uległy także preferowane formy doręczeń. Z powodu zamknięcia części punktów nadania i odbioru w niektórych krajach Europy w bezprecedensowy sposób wzrosło zapotrzebowanie na doręczenia do domu lub do automatów paczkowych. Wprowadzono też doręczenia bezkontaktowe, które od razu zyskały popularność. Szczególnie cenione okazały się elastyczne opcje dostawy, takie jak możliwość wyboru dnia i godziny doręczenia. Stale rośnie też popularność doręczeń następnego dnia, szczególnie w przypadku towarów łatwo psujących się. Zwiększone zainteresowanie e-commerce wiąże się z koniecznością przyjęcia przez e-sprzedawców podejścia wielokanałowego.

Drugi, jesienny lockdown zwiększył liczbę transakcji detalicznych online i wzmocnił nowe nawyki. Badania pokazały, że ponad 70% konsumentów planuje pozostać przy nich również po pandemii.

Zakupy żywności coraz popularniejsze

Ograniczenia w handlu tradycyjnym spowodowały bezprecedensowy rozwój sprzedaży detalicznej online, w tym produktów pierwszej potrzeby. W 2020 roku rekordowe wzrosty odnotowała kategoria produktów spożywczych, w tym posiłków gotowych do przyrządzenia i gotowych do spożycia. Pomiędzy marcem a grudniem sklepy spożywcze odnotowały 95% wzrost transakcji online[2].

W wyniku pandemii wzrósł także popyt na artykuły z kategorii high-tech, kosmetyki, wyposażenie domu/ narzędzia do majsterkowania i sprzęt sportowy. W tym czasie spadła jednak sprzedaż odzieży i obuwia, które od dawna były ulubioną kategorią zakupową online.

E-zakupy dla starszych konsumentów

W czasie pandemi zwiększyło się zainteresowanie e-zakupami wśrod konsumentów w wieku powyżej 55 roku życia. Z badania wynika, że e-nabywcy z tej grupy decydują się na zakupy w sieci bardziej z konieczności niż z chęci i wykazują wiele zachowań charakterystycznych dla nowicjuszy – kierują się przede wszystkim zaufaniem i mają mniejsze wymagania wobec sposobu doręczenia. Starsi konsumenci preferują dokonywanie zakupów za pośrednictwem komputera stacjonarnego lub laptopa, rzadziej używając urządzeń mobilnych. Nie korzystają też tak często jak młodzi ludzie z mediów społecznościowych. E-konsumenci – seniorzy są bardziej nieufni wobec e-zakupów niż osoby młodsze i rzadziej wykorzystują porównywarki cenowe, systemy rekomendacji czy płatności kartą. Jednak mimo tej ostrożności są zazwyczaj zadowoleni z procesu zakupowego. Aż 68% e-konsumentów – seniorów uważa, że e-zakupy są bardzo proste. Rosnące zainteresowanie e-commerce w tej grupie uzasadnia decyzje e-sprzedawców o podejmowaniu inwestycji dostosowane do ich preferencji.

Coraz wyższa świadomość u konsumentów

Już w ubiegłym roku raport Barometr E-shopper DPDgroup wskazał, że e-nabywcy w Europie oczekują od marek i firm odpowiedzialności za środowisko. W 2020 r. globalne problemy związane z pandemią i ograniczona dostępność do sklepów stacjonarnych skłoniły wielu konsumentów do refleksji nad nawykami zakupowymi i ich wpływem na otoczenie. W rezultacie wzrosła wrażliwość na kwestie zdrowotne, bezpieczeństwo produktów, marnotrawienie żywności oraz działania na rzecz klimatu. Nastąpił więc istotny wzrost rynku towarów z tzw. „drugiej ręki”, zwiększyło się zapotrzebowanie na przyjazne dla środowiska opcje doręczenia oraz zainteresowanie recyklingiem produktów.

– Dzięki analizom przedstawionym w cyklicznych opracowaniach Barometr E-shopper już od lat tworzymy usługi zgodne z preferencjami internautów. Wśród nich są narzędzia włączające odbiorcę w proces doręczenia, m.in. aplikacja mojapaczka.dpd.com.pl czy punkty nadań i odbiorów DPD Pickup dające klientom swobodę i wygodę w korzystaniu z naszych usług. Zgodnie z oczekiwaniami konsumentów przyspieszyliśmy działania mające ograniczyć emisje zanieczyszczeń. Dziś w naszej flocie jeżdżą w centrach miast elektryczne vany i zeroemisyjne rowery cargo. Dzięki nowej organizacji sieci logistycznej skracamy trasy pojazdów LNH i stawiamy kolejne depoty, które wyposażamy w szereg rozwiązań przyjaznych dla środowiska, w tym oświetlenie LED i systemy fotowoltaiczne. Na podstawie analiz Barometr E-shopper poznajemy potrzeby internautów, co pozwala nam podejmować skuteczne działania zwłaszcza w czasie zagrożenia zdrowia publicznego, kiedy to firmy kurierskie pełnią rolę łącznika pomiędzy konsumentami a dostawcami dóbr – mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska

– Handel elektroniczny był jednym z niewielu sektorów, które w wyniku Covid-19 roku zwiększyły dynamikę wzrostu w 2020 roku. Ograniczenie dostępu do sklepów lub całkowite ich zamknięcie w związku z Covid-19 istotnie przyspieszyło rozwój e-commerce na świecie i wyprzedziło oczekiwania branży o 3 do 5 lat. W samej tylko Unii Europejskiej w 2020 roku pojawiło się 15 milionów nowych e-konsumentów. Byliśmy świadkami transformacji, która dokonała się w ciągu zaledwie kilku miesięcy. Istotnej zmianie uległy również preferencje dotyczące kategorii produktów. W tym czasie szczególnie uwidoczniła się świadomość konsumentów i chęć dążenia do zrównoważonego rozwoju – podsumował Jean-Claude Sonet, Wiceprezes DPDgroup odpowiedzialny za marketing, komunikację i CSR.

Więcej informacji na temat wniosków z raportu za 2020 r.: https://dpd.com/pl/wp-content/uploads/sites/260/2021/04/barometr-ecommerce-2020.pdf

Analiza DPDgroup Barometr E-shopper 2020 powstała na podstawie danych z wcześniejszych raportów DPDgroup Barometr E-shopper oraz ze źródeł zewnętrznych.

[1] Żródło: Contentsquare

[2] Żródło: Contentsquare

Teksas uzna bitcoina. Na równi z tradycyjnym pieniądzem

Teksas chce dołączyć do Wyoming i całościowo uregulować status bitcoina i innych kryptowalut. Cyfrowa waluta ma zostać uznana za środek płatniczy na równi z tradycyjnymi pieniędzmi. Dzięki takim zapisom Teksas chce przyciągnąć nowych inwestorów, których skusić ma przewidywalność prawa.

Już pod koniec marca Greg Abbot, gubernator położonego u wybrzeży Zatoki Meksykańskiej stanu, wsparł na Twitterze technologię blockchain „ćwierkając”, że można zaliczyć go do zwolenników wprowadzenia do stanowego prawa regulacji kryptowalutowych. Była to odpowiedź na działania Tana Parkera, reprezentanta jednego z teksańskich okręgów, który przedstawił zmiany w kodeksie handlowym. Parker chce, aby Teksas dostosował swoje prawo do innowacyjnej technologii blockchain i wprowadził regulacje dotyczące aktywów cyfrowych.

– W Teksasie od pewnego czasu możemy zaobserwować szeroki ruch na rzecz uznania kryptowalut za normalny środek płatniczy. Na pierwszej linii frontu jest Texas Blockchain Council. Jest to organizacja, która nie tylko promuje inicjatywy związane z blockchain, ale też edukuje członków stanowego rządu na temat korzyści płynących z technologii blockchain oraz służy radą, gdy politycy szukają merytorycznej wiedzy związanej ze szczegółami dotyczącymi rynku kryptowalut i technologii – opisuje Marcin Wituś, jeden z twórców polskiej giełdy kryptowalut Geco.one.

W Teksasie trwa 87. sesja legislacyjna, to właśnie na niej mogą zapaść kluczowe decyzje dotyczące przyszłości bitcoina. – Niezależne myślenie, innowacje technologiczne i wolność gospodarcza zawsze były cechami charakterystycznymi wielkiego stanu Teksas. Uważamy, że przyszłościowe ustawodawstwo, które zachęca do innowacji, jest najlepszym podejściem, aby Teksas stał się liderem w tej dziedzinie – pisało kierownictwo Blockchain Council w liście do reprezentantów Teksasu.

Stan Teksas wita inwestorów jasnymi regulacjami

Co znajduje się w ustawie, która nadal jest opracowywana w komisji i mogą zostać jeszcze wprowadzone zmiany? Zgodnie z obecnymi zapisami wprowadzono definicje wirtualnej waluty, którą będzie każda „cyfrowa reprezentacja wartości, która funkcjonuje jako środek wymiany”. Ustawa określi też, w jaki sposób można będzie wykorzystać kryptowaluty do dokonywania płatności i sporów kredytowych. Takie regulacje spowodują, że cyfrowe waluty będą stały na równi z tradycyjnym pieniądzem.

Zdaniem ekspertów z Texas Blockchain Council jest to pierwszy krok, który da sygnał firmom i instytucjom używającym technologii blockchain, że stan może być ośrodkiem innowacyjnej działalności. Podkreślają, że przy prowadzeniu biznesu jednoznaczne regulacje prawne wpływają na chęć podejmowania kolejnych inwestycji, bo zmniejszają ryzyko nieprzewidywalnych decyzji sądowych.

– Przyjęcie ustawodawstwa to ogromny plus, ponieważ w większości stanów USA status prawny bitcoina i innych cyfrowych walut jest niejasny, co oznacza, że sędziowie nie mają planu rozstrzygania sporów, a strony nie mają jasności co do swoich praw i obowiązków. Regulacje potencjalnie otwierają drogę do większego handlu walutą. Kolejne instytucje nie będą bały się tam prowadzić swoich interesów, ponieważ widzą, że stan Teksas wita je jasnymi i skutecznymi przepisami – podkreśla Wituś, którego giełda proponuje swoim klientom transakcje na ponad 16 kryptowalutach przy wykorzystaniu bitcoina.

Procedowana ustawa ważna jest też dla wielu firm, które już działają w Teksasie. Stan ten jest domem dla wielu start-upów wykorzystujących blockchain. To tam swoją siedzibę ma np. zdecentralizowana sieć publiczna Hedera Hashgraph czy fundusz hedgingowy kryptowalut Austin Multicoin Capital Management. Również jeden z najbogatszych teksańczyków Mark Cuban, zainwestował w wiele start-upów działających w tej branży, a także pracuje nad uruchomieniem wyselekcjonowanej galerii NFT i platformy handlowej Lazy.com.

Ustawa nie wieńczy dzieła

Nie jest jednak tak, że ustawodawstwo w Teksasie jest idealne. Eksperci zauważyli co najmniej jedną poważną lukę – Projekt nie określa, w jaki sposób pożyczkodawca może ustanowić wykonalny zastaw na wirtualnej walucie. Jest to niepokojące, bo szczególnie w USA nastąpił w ostatnich latach ogromny wzrost pożyczek zabezpieczonych bitcoinem – tłumaczy Marcin Wituś i dodaje, że prawo zastosowane w Wyoming jednoznacznie reguluje kwestie pożyczek czy zastawów.

Co ważne Tan Parker złożył również wniosek do władz Teksasu, aby stworzyć publiczno-prywatną grupę roboczą do spraw blockchain. Miałaby się ona zajmować m.in. regulacjami dotyczącymi się tożsamości cyfrowej, przyjrzałaby się sposobom wykorzystania technologii blockchain do walidacji i zabezpieczania danych uwierzytelniających.

Kto będzie następny?

Jak do tej pory, jedynie stan Wyoming przyjął kompleksowe prawo dotyczące technologii blockchain, ale nie oznacza to tego, że inni biernie przyglądają się sprawie. Już siedemnaście stanów przyjęło bowiem choćby szczątkowe regulacje związane z cyfrowymi walutami i technologiami za nimi stojącymi.

W stanie Nowy Jork prawo pozwala na rozpatrywanie podpisów, zapisów i umów zabezpieczonych za pomocą technologii blockchain w formie elektronicznej. Zadziwiająco ubogo wyglądają regulacje w Kalifornii, centrum innowacyjnego w USA. To tam ma swoją siedzibę Tesla, której szef Elon Musk zainwestował w ostatnim czasie blisko 1,5 miliarda dolarów w zakup kryptowaluty. Zapewnił też, że za produkty jego firmy będzie można płacić bitcoinami. W Kalifornii podobnie jak w stanie Nowy Jork technologia blockchain akceptowana jest tylko do zabezpieczania umów zawieranych elektronicznie.

Podatek u źródła a pożyczka zaciągnięta przez spółkę zagraniczną w zagranicznym banku na zakup nieruchomości w Polsce

Ciekawą sprawę rozpoznał w styczniu tego roku Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach. Dotyczyła ona tzw. podatku u źródła. Niemiecka spółka zaciągnęła pożyczkę w niemieckim banku na zakup nieruchomości w Polsce. Pomimo iż odsetki od tej pożyczki alokowała do źródła przychodu leżącego w Polsce, była pewna, że nie będzie zobowiązana do pobierania podatku dochodowego z tytułu wypłaty odsetek, bo żaden z podmiotów nie jest rezydentem podatkowym Polski. Fiskus był jednak przeciwnego zdania, stwierdzając, że skoro spółka sama przyznaje, iż odsetki mają związek z nieruchomością położoną w Polsce, to i źródło dochodu jest położone w Polsce. Gliwicki sąd orzekł, że to organ jest w błędzie.

Zagraniczna spółka nabyła nieruchomość w Polsce za pożyczkę z Niemiec

Niemiecka spółka osobowa, odpowiednik polskiej spółki komandytowej, została utworzona przez dwie spółki GmbH (odpowiedniczki polskiej spółki z o.o.). Zarówno komandytariusz, jak i komplementariusz podlegają opodatkowaniu podatkiem dochodowym od całości swoich dochodów w Niemczech, bez względu na miejsce ich osiągania. Spółka będąca komplementariuszem ponosi odpowiedzialność całym swoim majątkiem za zobowiązania spółki osobowej. Nie ma udziałów w zyskach ani w majątku spółki. Cały udział w zyskach przypada więc spółce będącej komandytariuszem.

Niemiecka spółka zarejestrowała się w Polsce jako czynny podatnik VAT. W 2016 r. nabyła tu nieruchomość gruntową wraz z budynkiem biurowym i pozostałymi składnikami majątkowymi. Spółka osiąga w Polsce dochody z tytułu wynajmu nieruchomości komercyjnych. Rozliczane są one przez komandytariusza. Zakup tej nieruchomości został częściowo sfinansowany zaciągniętą w niemieckim banku pożyczką. Dlatego też spółka dokonuje alokacji odsetek od tej pożyczki do źródła dochodu położonego w Polsce. Odsetki spłaca częściowo z niemieckiego, a częściowo z polskiego rachunku. Spółka była przekonana, że odsetki te nie będą podlegały opodatkowaniu w Polsce podatkiem u źródła.

Podatek u źródła

Spółka przywołała regulację art. 3 ust. 2 i ust. 3 pkt 5 polskiej ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, zgodnie z którą podatnicy niemający na terytorium Polski siedziby lub zarządu podlegają obowiązkowi podatkowemu tylko od dochodów osiąganych na terytorium Polski. Za dochody te uważa się w szczególności dochody z tytułu należności regulowanych, w tym stawianych do dyspozycji, wypłacanych lub potrącanych przez osoby fizyczne, osoby prawne albo jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, mające miejsce zamieszkania, siedzibę lub zarząd na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, niezależnie od miejsca zawarcia umowy i wykonania świadczenia.

A zatem, skoro w tej sprawie dochody z odsetek uzyskuje niemający siedziby ani zarządu w Polsce bank, dochody te pochodzą od spółki, która również nie ma siedziby ani zarządu na terytorium Polski, to bez znaczenia są okoliczności, że część płatności odsetek następować będzie z polskiego rachunku bankowego spółki. Posiłkując się także zawartą między Polską a Niemcami umową ws. unikania podwójnego opodatkowania, spółka była pewna, że rozliczenia odsetkowe dokonywane pomiędzy dwoma zagranicznymi podmiotami nie wywołają żadnych skutków w podatku dochodowym w Polsce. Stąd nie będzie ona jako płatnik zobowiązana do poboru zryczałtowanego podatku z tytułu wypłacanych bankowi odsetek.

Dwudziestoprocentowy podatek od przychodów z odsetek

Dyrektor KIS uznał, że dochody uzyskiwane z tytułu zarządzania nieruchomością położoną w Polsce, muszą być w Polsce opodatkowane, a zobowiązanymi podatnikami będą wspólnicy spółki. Organ wskazał, że spółka sama przyznała, iż płacone przez nią odsetki od pożyczki związane są z przychodami osiąganymi z nieruchomości położonej w Polsce. Dlatego też odsetki te powinny zostać opodatkowane zryczałtowanym podatkiem od osób prawnych zgodnie z art. 21 ust. 1 pkt 1 ustawy o CIT. Wskazany przepis stanowi, że podatek dochodowy z tytułu przychodów z odsetek uzyskanych na terytorium RP przez podatników niemających w RP siedziby lub zarządu wynosi 20% przychodów.

Źródłem odsetek jest umowa pożyczki, a nie nieruchomość

Rozpoznający skargę spółki sąd przyznał, że w świetle łączącej Polskę i Niemcy umowy ws. unikania podwójnego opodatkowania dochód, jaki uzyskują wspólnicy spółki z nieruchomości w Polsce, podlega opodatkowaniu CIT w Polsce. Jak bowiem stanowi art. 6 ust. 1 tej umowy, dochód osiągany przez osobę mającą miejsce zamieszkania lub siedzibę w umawiającym się państwie z majątku nieruchomego położonego w drugim umawiającym się państwie, może być opodatkowany w tym drugim państwie. Ale tego akurat w niniejszej sprawie spółka nie neguje.

Sąd zwrócił uwagę, że umowa pożyczki jest stosunkiem zobowiązaniowym łączącym pożyczkodawcę z pożyczkobiorcą, a podstawą do wypłaty odsetek z jej tytułu jest najczęściej sama umowa pożyczki. Dlatego nie nabyta dzięki pożyczce nieruchomość, a sama pożyczka stanowi źródło odsetek. W przedmiotowej sprawie zagraniczna spółka zaciągnęła pożyczkę w banku również niebędącym rezydentem Polski. Źródło dochodu z odsetek leży więc tam, gdzie rezydencja dłużnika. Dodatkowo sąd podkreślił, że nawet gdyby przyjąć za organem podatkowym, że źródło odsetek położone jest w Polsce, to i tak, z uwagi na dwustronną umowę ws. unikania podwójnego opodatkowania zawartą między Polską a Niemcami, dochód z ich tytułu nie podlegałby opodatkowaniu w Polsce.

„…źródłem dochodu Banku jest wspomniana umowa pożyczki, a nie Nieruchomość. (…) znajduje się tam, gdzie jest miejsce rezydencji dłużnika (…) bez względu na postanowienia art. 11 ust. 2, odsetki, o których mowa w art. 11 ust. 1, podlegają opodatkowaniu tylko w Umawiającym się Państwie, w którym odbiorca odsetek ma miejsce zamieszkania lub siedzibę, jeżeli odbiorca ten jest osobą uprawnioną do odsetek i jeżeli takie odsetki są wypłacane w związku z jakąkolwiek pożyczką udzieloną przez bank” (wyrok WSA w Gliwicach z 20 stycznia 2021 r., sygn. akt I SA/Gl 969/20).

Podsumowanie

Jak widać, dla ochrony majątku firmy przed nadmiernym czy też nienależnym opodatkowaniem niezbędna może się okazać nie tylko znajomość przepisów regulujących kwestie podatkowe, ale również i cywilnoprawne materie dotyczące stosunków zobowiązaniowych. Pomimo alokowania odsetek od pożyczki zaciągniętej na zakup nieruchomości w Polsce spółka nie była zobowiązana do odprowadzenia podatku u źródła, bowiem to nie nieruchomość, a stosunek zobowiązaniowy pożyczki był źródłem przychodu z odsetek. Dokonując inwestycji czy podejmując inne działania w obrocie gospodarczym, warto przeprowadzić audyt prawny planowanego przedsięwzięcia, tak aby nie narazić przedsiębiorstwa na niepotrzebną utratę majątku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tylko masowe szczepienia pomogą wrócić na tory rozwoju gospodarczego. Jak najszybciej trzeba je umożliwić w zakładach pracy

Od ponad roku Polska, Europa i cały świat walczą z pandemią koronawirusa. Przestrzeganie zasad, dezynfekcja, dystans i maseczki nie dają jednak wystarczających efektów – w ostatnich dniach w Polsce notujemy bardzo dużą ilość zachorowań. Na szczęście medycyna kosztem wysiłku wielu tysięcy naukowców opracowała skuteczne szczepionki chroniące przeciw ciężkim objawom i śmierci na COVID-19.

Jako branża motoryzacyjna mamy w Polsce kilkanaście fabryk motoryzacyjnych i oponiarskich. Przy produkcji pojazdów, części i opon zatrudnionych jest blisko 200 tys. pracowników. Od ponad roku, czyli od momentu ogłoszenia pandemii, jeszcze bardziej dbamy o ich zdrowie oraz bezpieczeństwo i dlatego wprowadziliśmy bardzo restrykcyjne zasady bezpieczeństwa.  Wciąż jednak można zrobić więcej. Dlatego bardzo duże nadzieje wiążemy z akcją masowych szczepień i z planami organizacji przez pracodawców punktów szczepień w zakładach pracy.

Jesteśmy przekonani, że to jeden ze sposobów, aby udało się osiągnąć poziom 80-90% zaszczepionych w Polsce. Według naukowców zajmujących się chorobami zakaźnymi, jest to gwarancją zdławienia pandemii, otwarcia granic, a także powrotu na ścieżkę inwestycji, stabilizacji zatrudnienia oraz przywrócenia rozwoju gospodarczego.

Już od dawna tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym – lekarzom, pielęgniarkom, ratownikom i naukowcom. Doceniając ich wysiłki szczególnie teraz powinniśmy zdecydować się na przyjęcie odpowiedzialnej postawy za zdrowie własne, naszych najbliższych oraz wszystkich członków naszych społeczności i przyjąć szczepionkę. To warunek nie tylko do pokonania pandemii i utrzymania stabilizacji gospodarczej i ekonomicznej, ale także kwestia odpowiedzialności w przezwyciężeniu ekonomicznych skutków pandemii i solidarności wobec naszych współpracowników, rodzin, sąsiadów i współobywateli.

Mamy nadzieję, że pomogą w tym szczepienia, które zgodnie z zapowiedziami rządu w ciągu kilku tygodni będą zorganizowane także w zakładach pracy. W tym miejscu jeszcze raz apelujemy o jak najszybsze stworzenie możliwości szczepienia pracowników na terenie zakładów pracy przez przeszkolony personel i tym samym znaczne przyśpieszenie procesu szczepienia Polaków. Wierzymy, że wspólnie zwyciężymy i szybko wrócimy do czasów sprzed pandemii.

PZPO i PZPM

Około 5 procent firm zajmujących się ochroną osób i mienia może zniknąć z rynku. Nowa minimalna stawka godzinowa: zwolnienia pracowników i znikające firmy branży ochrony

Około 5 procent firm zajmujących się ochroną osób i mienia może zniknąć z rynku, zaś zatrudnienie w świadczących takie usługi przedsiębiorstwach dla dużych obiektów handlowych spaść może od 30 do nawet 60 procent. Wszystko przez panujący obecnie kryzys i wprowadzoną mimo to od początku roku minimalną stawkę godzinową w nowej, zrewaloryzowanej, wersji – wynika z prognozy Polskiego Holdingu Ochrony. Utrata kontraktów lub brak rentowności w wyniku braku możliwości wynegocjowania nowych stawek dla pracowników to główna, bezpośrednia, tego przyczyna. Holding wskazuje też branże, które okazały się dla związanych z ochroną szczególnie „zabójcze”. Zwraca poza tym uwagę, że przez wynikający z kłopotów firm niższy wpływ składek do ZUS, należy też liczyć się ze znacznym odpływem osób z niepełnosprawnością z branży ochrony. Bardzo często praca w niej jest dla nich przecież jedynym źródłem utrzymania – przypomina Polski Holding Ochrony.

Spowodowane pandemią faktyczne wyłączenie lub znaczne ograniczenie świadczenia zamawianych przez firmy z różnych branż usług zewnętrznych – w tym przede wszystkim ochrony, a także sprzątania, prania czy cateringu – stało się widoczne już wiosną 2020 roku. Mimo częściowego odblokowania funkcjonowania wielu gałęzi gospodarki późną wiosną i latem, liczba realizowanych zleceń przez zewnętrznych dostawców usług obniżyła się o około 20 – 30 procent w stosunku choćby do analogicznego okresu w 2019 roku. Sytuacja znów pogorszyła się na jesieni i na początku zimy, kiedy rząd nakazał zamknięcie gastronomii, galerii handlowych czy obiektów sportowych.

– Zwróciliśmy się wtedy z apelem do premiera o zawieszenie mającej wejść od nowego roku w życie minimalnej płacy i stawki godzinowej w zrewaloryzowanej jak co roku wersji aż do momentu osiągniecia przez gospodarkę większej stabilizacji – przypomina Sławomir Wagner przewodniczący rady nadzorczej Polskiego Holdingu Ochrony (PHO), a jednocześnie były, długoletni prezes Polskiej Izby Ochrony, dodając, że wskazywały na to zarówno oficjalnie podawane dane gospodarcze, jak i badanie, nad którym Holding rozpoczął pracę jeszcze pod koniec 2020 roku. Miało ono udzielić odpowiedzi na pytania dotyczące dalszej sytuacji na rynku ochrony, a pamiętać warto, że według ostrożnych danych znajduje w nim zatrudnienie co najmniej 250 tys. osób, co czyni z tej branży najliczniejszą gałąź usług w Polsce.

Jak wskazuje Sławomir Wagner, w czasie trwania pandemii w 2020 roku największe straty poniosły firmy sektora security mające w swoim portfelu w przeważającej ilości kontrakty od dużych odbiorców ich usług, które na podstawie decyzji rządu były zamykane lub w znacznym stopniu ograniczano ich działalność. – Lockdown tych branż doprowadził do weryfikowania dotychczasowych kontraktów w kierunku ograniczenia lub wręcz likwidacji ochrony ich obiektów – mówi Sławomir Wagner. Z informacji, jakie wraz z innymi specjalistami pracującymi nad tym badaniem pozyskał od firm sektora security wynika, że rozkład strat tych przedsiębiorstw zależy od rodzaju świadczonej usługi i dla jakiej branży są one świadczone.

  • Sławomir Wagner zwraca uwagę, że największą stratę poniosły firmy specjalizujące się w ochronie galerii handlowych. Wynosi ona aż od 70 do nawet 90% dotychczasowej wartości kontraktów. – Najgorsza jest w ich przypadku niepewność, bowiem, mimo zapowiedzi odblokowania tego segmentu usługodawców, może dojść przecież z dnia na dzień do ponownego ich zamknięcia bądź znacznego ograniczenia działalności. Chroniące duże obiekty handlowe firmy też inwestują, przygotowując przestrzenie sklepowe pod kątem antyepidemicznym. To pogłębia ich stratę i jest dodatkowym czynnikiem pogarszającym stan, w jakim dziś znajdują się podmioty zapewniające bezpieczeństwo w tzw. dużym handlu – przypomina Sławomir Wagner.
  • Wskazuje on także, że podobny poziom strat poniosły firmy zajmujące się bezpieczeństwem i ochroną wszelkiego rodzaju imprez masowych, w tym także sportowych. I tu też mamy do czynienia z zakazem ich organizowania. Dotyczy to również obiektów takich jak baseny, aquaparki i wojewódzkie ośrodki sportu i turystyki, które ograniczyły ochronę swoich obiektów do niezbędnego minimum.
  • Również firmy realizujące usługi ochrony dla hoteli, restauracji i kawiarni, klubów fitness i siłowni sygnalizują straty wartości kontraktów na poziomie 60-90%.
  • Straty poniosły też firmy zajmujące się konwojowaniem lub inkasem gotówki. Niedziałające branże odnotowują brak wpływów, zatem, zdaniem Sławomira Wagnera, nie ma powodów, by zamawiać ochronę do odbioru utargów. W tym segmencie usług straty sięgają 40% dotychczasowych przychodów.
  • Najmniejsze straty poniosły firmy mające w swoim portfelu kontrakty publiczne zawierane na podstawie ustawy o zamówieniach publicznych oraz firmy realizujące usługi dla kontrahentów nie podlegających restrykcjom epidemicznym (np. centra logistyczne).
    – Jedyną bolączką, jak co roku od paru lat, jest przekonanie odbiorców ich usług do zmiany stawek kontraktowych w wyniku podniesienia minimalnej płacy i minimalnej stawki godzinowej. Niestety i budżety tych kontrahentów nie są „z gumy”, a wielu z nich „pandemię” stawia jako słowo „kluczyk”, aby uniknąć negocjacji, co spowodowało, że nie wszędzie udało się wynegocjować zmianę stawek – zauważa Sławomir Wagner i na podstawie szacunków PHO podaje, że strata dla firm z tego powodu wynosi 5 -10% dotychczasowych przychodów.

 

– Poniesione przez firmy ochrony straty, w wyniku pandemii i wprowadzanych lockdown-ów, siłą rzeczy pociągają za sobą likwidację stanowisk pracy, a w konsekwencji redukcję zatrudnienia. Ilościowe zmniejszanie się pracowników w całej branży, które w szczytowym okresie szacowane było na nawet ponad 300 tys. osób, nastąpiło po 2016 roku, jako pokłosie ozusowania umów cywilno-prawnych i wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej – odnotowuje Sławomir Wagner, którego zdaniem tendencja ta, jako efekt panującej pandemii, w dalszym ciągu się utrzymuje, czego rezultatem jest kolejny ok. 10% spadek ilości pracowników w branży. Jest to oczywiście wynik uśredniony.
– Największą redukcję zatrudnienia odnotowały firmy z segmentu – ochrona galerii handlowych, imprez masowych, hoteli, restauracji i klubów fitness, gdzie można mówić o redukcjach na poziomie między 30 a 60%. Sytuacja ta odbija się przecież na zleceniobiorcach czyli prowadzących działalność w tym zakresie – uważa Sławomir Wagner. Wskazuje, że utrata kontraktów lub brak rentowności w wyniku niewynegocjowania nowych stawek, doprowadziła do likwidacji firm lub idąc za „podpowiedzią wiceministra finansów” do podjęcia próby przeorientowania się na inny rodzaj działalności. – Według naszych szacunków jest to poziom ok. 5% firm branży i sporo przemawia za tym, że będzie się jeszcze zwiększał – przewiduje Sławomir Wagner.

 

Zwraca uwagę na jeszcze jedną stratę, jaką ponoszą przedsiębiorstwa zajmujące się ochroną osób i mienia w wyniku trwającej pandemii. Strata, o której mówi, wynika ze wzrostu kosztów ich działalności związanych ze zwiększoną ilością zwolnień i kwarantann na skutek COVID19.

 

– Firmy, kalkulując stawki kontraktowe na 2020 rok, uwzględniały w nich absencję chorobową swoich pracowników. Dokonywały jej na podstawie własnych wyliczeń średniej absencji chorobowej zatrudnionych pracowników lub korzystały z publikowanego przez ZUS opracowania o absencji chorobowej w 2018 roku (opublikowanego w 2019). Z tego opracowania wynikało, że łączna liczba absencji chorobowych przypadających na ubezpieczonego w 2018 roku wyniosła 36,31 dni, co daje średnio 3,03 dni absencji w każdym miesiącu – tłumaczy Sławomir Wagner i kontynuuje, że 2020 rok wywrócił te kalkulacje do góry nogami. – Bo oprócz liczby w miarę stałej corocznej absencji, doszła od marca absencja w wyniku zakażeń koronawirusem oraz dodatkowo absencja wynikająca z przymusowej kwarantanny – mówi Sławomir Wagner i podaje dane ZUS (Dane ZUS o przyczynach L4 – Na co najczęściej chorowali Polacy w I półroczu 2020 roku? – prawo.pl): „W okresie marzec-czerwiec 2020 r. zarejestrowano w ZUS 19,1 tys. zaświadczeń lekarskich wystawionych z tytułu COVID-19 na łączną liczbę 242,6 tys. dni absencji chorobowej. Natomiast liczba zaświadczeń lekarskich w tym okresie w związku z kwarantanną wyniosła 46,3 tys. i wystawiona była na 553,9 tys. dni absencji chorobowej.”

Średnia liczba dni absencji chorobowej w II kw. 2019 roku (wg tego samego źródła) wyniosła więc 59 842,75 tys. Natomiast w II kw. 2020 roku tylko z powodu koronawirusa i kwarantanny absencja wyniosła 796,5 tys. dni.

– A zatem patrząc r/r nastąpił tu wzrost aż o 33%. Należy przy tym dodać, że nie był to kwartał o najwyższym wzroście zakażeń. Można zatem prognozować, że na koniec 2020 roku będzie on jeszcze wyższy i może osiągnąć pułap 50% lub więcej procent – prognozuje Sławomir Wagner. Jakie ma to konsekwencje dla samych firm i dla systemu ubezpieczeń społecznych?

– Dla przedsiębiorstw trudniących się ochroną, które muszą dodatkowo ponosić koszty związane wynagrodzeniem za czas niezdolności do pracy i zatrudnieniem kolejnych pracowników, by spełnić kontraktowe wymagania, jest to ewidentna strata na zysku. W krańcowych przypadkach, gdy kontrakt był od początku nastawiony na mały zysk, okazać się może, że jego rentowność spadła do zera. Decyzja może być tylko jedna – stwierdza Sławomir Wagner i dodaje, że budżet państwa  ponosi z tego tytułu znaczną stratę.

 

– Budżet państwa oparty jest o „daniny” przekazywane przez przedsiębiorców w postaci podatków z PIT, CIT i VAT. Jeśli firmy tracą kontrakty lub są one ograniczane, to siłą rzeczy te wpływy będą mniejsze. Również ZUS otrzyma mniej w wyniku zmniejszenia zatrudnienia, bo będzie niższa podstawa naliczania składek – uważa Sławomir Wagner i dodaje, że mniejsze przychody firm, a w konsekwencji redukcje zatrudnienia w efekcie mogą przełożyć się na zwalnianie osób niepełnosprawnych, których w branży jest między 10-15% – Jeśli dla pracodawców zatrudnianie takich osób stanie się nieopłacalne, to zostaną oni po prostu wypchnięci na margines życia społeczności – przypuszcza Sławomir Wagner, przypominając, że dla wielu z nich praca w ochronie, oprócz źródła utrzymania, często jedynego, to także możliwość uczestniczenia w normalnym życiu. To bowiem gwarantuje osobom z niepełnosprawnością zatrudnienie w usługach security, dając im dodatkowo poczucie stabilności.

 

 

– To jedna z pierwszych branż, która reaguje na wszelkiego rodzaju zachwiania czy „rewolucyjne zmiany” w systemie prawnym i gospodarczym państwa – uważa Sławomir Wagner i tłumaczy, że dla wielu odbiorców jej usług stanowi ona tzw. czysty koszt, nieprzekładający się wprost na ich wynik gospodarczy, a w przypadku klientów indywidualnych stanowi dodatkowe obciążenie ich budżetów, Ma tu na uwadze wpływające na koszt funkcjonowania tego rodzaju usług ozusowanie umów zlecenia (od 2016 roku) i minimalną stawkę godzinową, corocznie waloryzowaną wraz z minimalnym wynagrodzeniem za pracę. – Skutkowało to dotąd ograniczeniami w dotychczasowych kontraktach, a nawet ich całkowitym rozwiązywaniem – przypomina Sławomir Wagner, powołując się na zmniejszające się dotychczasowe przychody firm o ok 20 % w okresie lat 2016-2019. – Ten spadek byłby jeszcze większy, gdyby nie to, że wyhamowany został poprzez zaproponowanie dotychczasowym klientom nowoczesnych i wysoko zaawansowanych technologicznie rozwiązań technicznych w zakresie ochrony osób i mienia – deklaruje Sławomir Wagner. Przekonany jest, że 2020 rok, w wyniku dotarcia do Polski pandemii COVID 19 i wprowadzanych co jakiś czas nakazów, zakazów i ograniczeń dla przedsiębiorców, pogłębił tendencję spadkową branży.

– Aby to przynajmniej powstrzymać, mając na względzie to, że dla wielu zatrudnionych w ochronie osób, często bardzo w nią zaangażowanych, to jedyne źródło utrzymania, chcieliśmy, aby rząd poczekał z wprowadzaniem nowej, wyższej wersji minimalnej stawki godzinowej. Złożony na ręce pana premiera apel w tej sprawie został niestety zignorowany. Skutkować to może ziszczeniem się negatywnych scenariuszy, które kreślimy – zarówno w obszarze spadku zatrudnienia, w tym także osób z niepełnosprawnością, jak i w odniesieniu do liczby podmiotów gospodarczych świadczących usługi ochrony – podsumowuje Sławomir Wagner, dla którego pewne jest, że mamy dziś do czynienia z kolejnym uszczupleniem dochodów branży ochrony przy zwiększeniu obciążeń narzuconych przez państwo.

Od 1 stycznia minimalna stawka godzinowa wynosi bowiem 18,30 złotych a minimalne wynagrodzenie za pracę 2800 zł.

Banki podnoszą opłaty, czekając na orzeczenie w sprawie franków

„Pandemia znacząco negatywnie odbiła się na wynikach polskich banków. Według danych GUS zysk netto wszystkich polskich banków wyniósł w 2020 roku 7,5 mld zł, czyli aż o 45,3 proc. mniej niż rok wcześniej. Zmienia się także struktura przychodów banku, coraz mniej zarabiają na marży odsetkowej – tu zanotowano spadek przychodu o 4,3 proc., więcej zaś na opłatach i prowizjach – wzrost o 11,2 proc. Na tak znaczący spadek zysków miała wpływ także konieczność tworzenia rezerw, związanych ze zwiększonym odsetkiem niespłacanych kredytów, a także rezerw na problematyczne kredyty we franku. Wyniki polskich banków za pierwszy kwartał 2021 r. poznamy na przełomie kwietnia i maja, czyli jeszcze przed wyrokiem w sprawie franków. Te wyniki powinny pokazywać już pierwsze trendy związane z odbudową po pandemii, w której banki odgrywają
ważną rolę”.

„Polskie banki czeka miesiąc niepewności. Sąd Najwyższy postanowił kolejny raz przenieść, z 13 kwietnia na 11 maja, wydanie orzeczenia dotyczącego kredytów we frankach szwajcarskich. Stawka jest poważna, bo będzie to na pewno najważniejsze orzeczenie sądowe w historii polskiej branży finansowej, a może nawet najważniejsze orzeczenie w ogóle. Warto przypomnieć, że skutki finansowe szeroko komentowanego orzeczenia dotyczącego Tomasza Komendy to 12,8 mln zł (zadośćuczynienia i odszkodowania), w przypadku banków możliwe skutki finansowe znajdują w przedziale od 30 do nawet ponad 200 mld zł. Wiele zależy w tym zakresie od tego, jakie rozwiązanie przewalutowania kredytów przyjmie sąd. Izba Cywila Sądu Najwyższego odpowie na 6 pytań, które dotyczą tego, jak ukształtować umowę kredytową, gdy część z jej zapisów została uznana za niezgodne prawem i tym samych usunięta”.

„Skutki orzeczenia mogą poważnie uszczuplić kapitały banków, które udzielały kredytów we frankach. Jednak według analiz ta sprawa nie powinna zachwiać Polskim systemem finansowym. Choć jeśli koszty orzeczenia będą wnosić więcej niż 35 mld zł (tyle wynosił koszt przewalutowania według propozycji przewodniczącego KNF), możemy spodziewać się istotnych skutków dla banków. W pierwszej kolejności przecen akcji tych z dużym portfelem kredytowym we frankach. W takiej sytuacji banki z powodu ubytku kapitału będą zmuszone do zmniejszenia akcji kredytowej, co może odbić się na stanie gospodarki”.

„Największy polski bank PKO Bank Polski zapowiedział, że zawiążę na potrzeby rozwiązywania problemu kredytów frankowych specjalny fundusz o wartości do 6,7 mld zł. Tak bank szacuje swoje koszty właśnie według propozycji przewodniczącego KNF. Obecnie kurs akcji PKO BP wynosi 32,15 zł, a akcje odrobiły już większość strat związanych z pandemią. Warto jednak zauważyć, że najwyższą cenę, wynoszącą prawie 60 zł, akcje PKO BP notowały w lipcu 2007, czyli właśnie w czasie gdy kredyty we walutowe we franku były udzielane. Obecny kurs banku, znacznie niższy od rekordowych poziomów, to właśnie w dużym stopniu efekt niepewności, jaka panuje w związku z tymi kredytami. Podobną sytuację możemy także obserwować w przypadku innych polskich banków, najwięcej kredytów frankowych poza PKO BP posiadają jeszcze mBank (główny udziałowiec Commerzbank), Bank Millennium (główny udziałowiec Banco Comercial Portugues), Getin Noble
Bank, Santander Bank Polska oraz BNP Paribas”.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

Cyfrowa Polska i Obserwatorium.biz uczą firmy, jak prowadzić „biznes bez papieru”

Związek Cyfrowa Polska wspiera i edukuje polskich przedsiębiorców w dostosowywaniu  do zmian cyfrowych. W tym celu  wspólnie z Obserwatorium.biz oraz partnerami: Asseco, Certum oraz Samsung, przygotował specjalny e-poradnik, który ma pomóc polskim firmom  rozpoczęcie cyfryzacji  poprzez wdrożenie idei paperless. Projekt powstał w ramach ogólnopolskiej kampanii  #BiznesBezPapieru.

Poradnik pt. „Przełącz się na #BiznesBezPapieru, czyli jak bezpiecznie wprowadzić firmę w cyfrowy świat” opracowany przez ekspertów Cyfrowej Polski i Obserwatorim.biz składa się z trzech części. Pierwszy poświęcony jest ogólnym zagadnieniom dotyczącym cyfryzacji przedsiębiorstw oraz idei paperless. Drugi pokazuje konkretne rozwiązania i narzędzia. Z kolei trzeci zawiera praktyczne porady – krok po kroku – dotyczące tego, jak skutecznie wdrożyć paperless w organizacji. W poradniku opisane są również przykładowe wdrożenia, które mogą służyć firmom i organizacjom jako przykład. – Naszym założeniem było to, żeby w jak najprostszy sposób pokazać przedsiębiorcom, że rozpoczęcie cyfryzacji w firmie nie musi być trudne i że warto to zrobić – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. ­– Decyzja o wejściu na cyfrową ścieżkę rozwoju to dobra i w obecnych czasach niezbędna inwestycja, która z pewnością się zwróci. Z kolei stanie w miejscu może przynieść firmie nie tylko straty, ale może się okazać za jakiś czas, że nie ma już dla niej miejsca na innowacyjnym rynku – dodaje.

­– Transformacja cyfrowa to złożony proces, wymagający dogłębnej analizy potrzeb i możliwości danej organizacji, odpowiedniego przygotowania oraz planu. Wiem, że są przedsiębiorcy, którzy mają obawy przed podjęciem tego wyzwania. Główną barierą jest konieczność zmiany dotychczasowych strategii i procesów oraz brak znajomości odpowiednich narzędzi i umiejętności ich wykorzystania. Wierzę, że ten e-poradnik będzie dla nich impulsem do realizacji tego przedsięwzięcia oraz pewnego rodzaju przewodnikiem pokazującym dostępne możliwości i rozwiązania. Cyfryzacja nie jest już bowiem wyborem, jest koniecznością  – zaznacza Andrzej Dopierała, Prezes Zarządu, Asseco Data Systems S.A.

Rusza X. edycja Konferencja Rada Nadzorcza

Po raz 10-ty, najwybitniejsi eksperci i praktycy corporate governance wezmą udział w spotkaniu „Konferencja Rada Nadzorcza”, która wyjątkowo w formule online odbędzie się 22-23 kwietnia 2021 r. Zwieńczeniem wydarzenia będzie wręczenie wyróżnień Człowiek Corporate Governance 2020 oraz 2021 roku.

Konferencja Rada Nadzorcza to pierwszoplanowe wydarzenie w Polsce poświęcone praktycznym aspektom sprawowania kontroli, nadzoru właścicielskiego i funkcjonowania rad nadzorczych. Od dekady, główną ideą konferencji jest edukacja i kształtowanie postaw uwzględniających korzyść dla wszystkich interesariuszy spółki. W związku z tym, goście uczestniczą w szeregu debat i paneli poruszających tematykę problemów i wyzwań stojących przed nadzorem właścicielskim. W tym roku tematem przewodnim będzie Corporate Governance – czyli G z ESG (ang. Environmental, Social and Corporate Governance).

Nowa formuła – 2 dni online

Z uwagi na pandemię i związane z nią obostrzenia formułę spotkania przeniesiono do Internetu, a czas trwania wydłużono do 2 dni. 22 kwietnia 2021 r. – pierwszy dzień konferencji został zaplanowany na wzór posiedzenia rady nadzorczej – otwarcie, następnie wykład wprowadzający pt. „Kompas etyczny spółki publicznej” oraz 4 debaty na temat aktualnych wyzwań rad nadzorczych: ESG w praktyce rad nadzorczych, współpraca z biegłym rewidentem, nowelizacja Kodeksu Spółek Handlowych oraz ład korporacyjny w spółkach komunalnych. Dzień zwieńczy wręczenie wyróżnienia „Człowiek Corporate Governance 2020” i „Człowiek Corporate Governance 2021”, którego ideą jest uhonorowanie osób, które poprzez swoją pracę wnoszą ogromny wkład w budowę i rozwój ładu korporacyjnego w Polsce. W gronie dotychczasowych laureatów znajdują się takie osobistości, jak Andrzej S. Nartowski i Wiesław Rozłucki. Drugi dzień, tj. 23 kwietnia 2021 r., wypełni natomiast 20 prelekcji uwzgledniających praktycznie wszystkie obszary z dziedziny funkcjonowania nadzoru właścicielskiego, rad nadzorczych i corporate governance.

Wśród zaproszonych gości znaleźli się najlepsi eksperci m.in. Liliana Anam, Agnieszka Baklarz, Krzysztof Burnos, Robert Dyrcz, Raimondo Eggink, Justyna Halaś, Piotr Karlik, Wiesław Łatała, Sylwia Kozłowska, Andrzej S. Nartowski, Milena Olszewska-Miszuris, Wiesław Rozłucki, Piotr Rybicki, Kazimierz Sedlak, Roman Seredyński, Agnieszka Słomka-Gołębiowska i wielu innych.

– 10-ta jubileuszowa Konferencja Rada Nadzorcza organizowana w tym roku w formule online to zupełnie nowe wyzwanie. Epidemia wprowadziła wiele ograniczeń, w tym chyba to najważniejsze – możliwość swobodnego spotkania się i wymiany doświadczeń, ale również daje nowe możliwości – wystarczy „kliknąć” i już się jest uczestnikiem. I to pełnoprawnym uczestnikiem największego wydarzenia corporate governance w Polsce! – mówi Piotr Rybicki, organizator Konferencja Rada Nadzorcza. – Gdy w 2011 roku po raz pierwszy odbyła się Konferencja Rada Nadzorcza – nie przypuszczałem, że doczekamy się jej 10. edycji, po raz pierwszy dwudniowej. Konferencja Rada Nadzorcza to niewątpliwie święto wszystkich z nas związanych z ładem korporacyjnym!

Do bezpłatnego udziału w konferencji zaproszeni są wszyscy, którzy mając na względzie dobro polskiego rynku finansowego i kapitałowego mają świadomość korzyści wynikających ze sprawnie funkcjonującego wewnętrznego organu kontrolnego. Formularz rejestracyjny znajduje się na stronie http://nadzorcza.pl/

Partnerzy merytoryczni: ACCA Polska, Grupa Kapitałowa UHY ECA, Filipiak Babicz Legal, Willis Towers Watson oraz BDO Legal.

ATAL przekazał 794 lokali w Q1 2021 r.

ATAL, ogólnopolski deweloper, w pierwszym kwartale 2021 roku przekazał 794 lokale, co oznacza wzrost o 67,9% rok do roku (473). Najwięcej lokali zostało wydanych w Warszawie (281), Łodzi (167) i Katowicach (140).

Mimo trwającej pandemii rynek mieszkaniowy pozostaje niezmiennie w wysokiej fazie aktywności, a perspektywy są wciąż bardzo dobre. Jeśli chodzi o wydania, to pierwszy kwartał roku był dla nas udany – od stycznia do końca marca przekazaliśmy klientom 794 lokale – mówi Zbigniew Juroszek, Prezes ATAL S.A.  

WYDANIA LOKALI ATAL W Q1 2021 r. (wg. MIAST)
Miasto Liczba przekazanych lokali
Katowice 140
Kraków 83
Łódź 167
Warszawa 281
Wrocław 75
Trójmiasto 6
Poznań 42
Łącznie 794

ATAL w pierwszym kwartale 2021 roku zakontraktował 848 mieszkań, czyli o 14,28% więcej niż przed rokiem. W analogicznym okresie roku poprzedniego sprzedaż plasowała się na poziomie 742 lokali. W marcu podpisano 400 umów deweloperskich – to rekordowy miesięczny wynik w historii spółki. Spółka zakłada, że kontraktacja w 2021 roku wyniesie co najmniej 3 200 lokali.

W 2020 roku – po rekordowym wydaniu 3 002 lokali – deweloper wypracował aż 1 167 mln zł skonsolidowanych przychodów, co stanowi 62% wzrost względem roku 2019. Skonsolidowany zysk netto przypisanym akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł zaś 167 mln zł – wzrost o 48% rdr. ATAL osiągnął w tym okresie 113 mln zł zysku netto.

W 2020 roku ATAL pozyskał 9 nowych gruntów inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Trójmieście oraz w Katowicach. Łączny koszt zakup nowych działek to ok. 52 mln zł, w przeliczeniu na 1 mkw. PUM to niespełna 600 złotych, co potwierdza realizację racjonalnej polityki zakupu działek pod inwestycje. Tereny pozwolą na realizację 86 tys. mkw. PUM. Obecny bank ziemi w posiadaniu spółki w pełni zabezpiecza plany inwestycyjne spółki na najbliższe lata.

ATAL jest spółką dywidendową. Zarząd w marcu br. zarekomendował Walnemu Zgromadzeniu wypłatę dywidendy w wysokości 80% zeszłorocznego zysku netto jednostki dominującej. Oznacza to, że do akcjonariuszy trafi 117,3 mln złotych, czyli 3,03 zł na akcję. Pozostałą część wypracowanego zysku – 28,4 mln zł – Zarząd rekomenduje przeznaczyć na kapitał zapasowy.

Kurs euro może zmierzać w kierunku 4,50

Nadchodzące dni będą wyglądały zupełnie inaczej w wykonaniu złotego niż jeszcze tydzień temu można było przewidywać. Posiedzenie Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych zostało ponownie przełożone, a NBP zaczyna neutralnie patrzeć na kurs złotego. W krótkim terminie złoty ma przestrzeń do dalszego umocnienia.

Nieprzychylny dla polskich banków wyrok SN, zmuszający je do domykana pozycji walutowych i sprzedaży PLN, oraz Narodowy Bank Polski wciąż zainteresowany słabszą walutą – takie mogłoby być realia na rynku złotego w tym tygodniu. Tymczasem posiedzenie Izby Cywilnej SN zostało przełożone z 13 kwietnia na 11 maja z powodu restrykcji pandemicznych oraz wyczekiwania wyroku TSUE w sprawie kredytów, który planowany jest na 29 kwietnia. Odroczenie pomaga złotemu dwojako. Po pierwsze wyklucza spekulacyjne budowanie pozycji na wypadek negatywnej reakcji złotego na wyrok. Po drugie, wszelkie pozostałości pozycji na osłabienie złotego zawieranych podczas marcowej fali deprecjacji mogą być dalej domykane, gdyż nie ma sensu czekać na niepracujących pozycjach dodatkowy miesiąc. W ubiegłym tygodniu widać było, jak wyciszenie ryzyk wokół złotego pomaga w odreagowaniu z nieuzasadnionych fundamentalnie poziomów. Oczywiście ryzyka te i inne (jak. np. trzecia fala COVID-19) nie zniknęły i będą straszyć złotego w kolejnych tygodniach. Decyzje sądowe w sprawie kredytów CHF pozostają sprawą otwartą bez żadnych sugestii, który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny. Można jedynie przyjąć, że wyrok TSUE 29 kwietnia stanie się szablonem dla Sądu Najwyższego i ta data może być najważniejsza dla złotego.

Piątkowa konferencja prezesa NBP A. Glapińskiego przynajmniej nie zaszkodziła złotemu. NBP pozostaje gołębi, a prezes w dalszym ciągu podtrzymuje zdanie, że jeśli zależałoby to wyłącznie do niego, to stopy procentowe nie uległyby zmianie co najmniej do końca kadencji RPP, tj. do połowy 2022 r. Z jednej strony jest to odbierane negatywnie jako blokada dla podwyżek w obliczu przyspieszającej inflacji, choć Glapiński zaznaczył, że przestrzelenie celu inflacyjnego w kolejnych miesiącach będzie zjawiskiem przejściowym wynikającym z wyższych cen energii i wywozu śmieci, na co Rada i tak nie ma wpływu. Jednocześnie jednak prezes zasugerował malejące ryzyko obniżki stóp procentowych, podkreślając coraz mniejszy wpływ kolejnych restrykcji covidowych na aktywność gospodarczą. Dodał, że NBP zakłada scenariusz optymistyczny z przezwyciężeniem pandemii i powrotem do normalności w lecie.

Najważniejsze jednak padło w kwestii złotego. Glapiński przyznał, że bankowi centralnemu udało się osiągnąć zamierzony cel i sprowadzić złotego do „strefy komfortu”. Bank może dalej interweniować, jednak nie dąży do określonego poziomu kursu. Prezes podkreślił, że każda dynamiczna zmiana kursu jest niepożądana, gdyż rujnuje spokój gospodarczy. Osobiście widziałbym tutaj otwarcie furtki dla dwustronnej stabilizacji kursu. Z jednej strony NBP niezmiennie będzie krzywym okiem parzył na zbyt szybkie umocnienie złotego i spadek EUR/PLN poniżej 4,50 zapewne wywoła gołębie komentarze członków RPP. Z drugiej strony słowa Glapińskiego sugerują, że bank centralny nie chce słabego złotego za wszelką cenę i dynamiczna deprecjacja na wzór tej z poprzedniego miesiąca także nie jest pożądana. Jeśli w marcu sprzedaż złotego wydawała się nieryzykowna, bo zakładano brak reakcji obronnej NBP, tak teraz ten argument słabnie.

Krótkoterminowo złoty powinien mieć większą swobodę w podążaniu za trendami globalnymi i równaniu do walut regionu (od początku marca złoty wciąż jest ok. 1,6 proc. słabszy od węgierskiego forinta). Jakkolwiek dziś nie zanosi się na dominację apetytu na ryzyko, tak w kolejnych dniach EUR/PLN może zmierzać w kierunku 4,50. Kurs wkracza jednak w strefę, gdzie tym razem to sprzedający złotego mogą czuć się komfortowo z odnawianiem pozycji pod decyzje sądowe w sprawie kredytów CHF.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Pożyczanie w czasach pandemii

Jedynie co szósty Polak starał się w ciągu ostatnich 12 miesięcy o pożyczkę lub kredyt – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Wonga.

Najczęściej o kredyt/pożyczkę starały się osoby w wieku 34-44 lata (25 proc.) oraz 24-33 lata (22 proc.), najrzadziej najmłodsi, czyli poniżej 24 roku życia.

– Jeśli spojrzymy na wykształcenie i miejsce zamieszkania, to okazuje się, że o dodatkowe finansowanie zabiegali przede wszystkim Polacy z wyższym i średnim wykształceniem, którzy mieszkają w największych miastach Polski – mówi Aneta Gergont-Gałązka, Dyrektor Departamentu Marketingu w Wonga.

Z danych Biura Informacji Kredytowej wynika, akcja kredytowa w 2020 r. osiągnęła 140,8 mld zł i była niższa o 29 mld zł (18%) niż w 2019 r. – to bilans sprzedaży kredytów i pożyczek w dobie pandemii, która zaważyła na wynikach wszystkich produktów kredytowych i pożyczek. W 2020 r. udzielonych zostało 51,7 mld zł kredytów gotówkowych, czyli o 30 proc. mniej niż rok wcześniej. Spadła także sprzedaż kredytów hipotecznych z 65 mld zł w 2019 r. do 63,2 mld zł w 2020 r. Wzrosły, ale tylko o 0,8 proc. kredyty ratalne.

– Czas pandemii to dla instytucji finansowych czas podwyższonego ryzyka, czyli większej selektywności i ostrożności. Konsumenci mogli mieć problem otrzymaniem pozytywnej decyzji kredytowej zarówno od banków, jak i firm pożyczkowych. Ostatnie 12 miesięcy to czas koncentracji na własnych klientach i szczegółowej weryfikacji nowych – wyjaśnia Krzysztof Koremba, Dyrektor Działu Oceny Ryzyka w Wonga. – Kolejne lockdowny sprawiają, że zwiększa się grupa Polaków z mniejszymi lub praktycznie zerowymi przychodami i wiele z tych osób chce ratować domowy budżet, którym wstrząsnęła pandemia, pożyczką czy kredytem, ale nie zawsze mogą to zrobić. Obecnie w Wonga akceptujemy około 50 proc. przychodzących wniosków.Pożyczanie w czasach pandemii

32 proc. badanych twierdzi, że w trakcie pandemii jest trudniej dostać kredyt/pożyczkę. 16 proc. ankietowanych przyznało, że odmówiono im finansowania, tak samo liczna grupa powiedziała, że dostała niższą kwotę kredytu/pożyczki niż tą, o którą wnioskowali. Co czwarty 35-44 latek z dużego miasta (100-500 tys. mieszkańców) odchodził z kwitkiem, a co trzeci 25-34 latek musiał zadowolić mniejszą kwotą przyznanej pożyczki/kredytu.

Badanie zostało przeprowadzone na panelu Ariadna na ogólnopolskiej próbie liczącej N=1094 osób. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji Polaków w wieku 18 lat i więcej dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 26 – 29 marca 2021 r.. Metoda: CAWI.

Europejskie firmy nieprzygotowane do automatyzacji

Większość europejskich dyrektorów ds. informatyki uważa, że ich organizacje są niedostatecznie przygotowane do automatyzacji – donosi Forrester. Tylko co piąta firma potrafi jasno określić, w jaki sposób automatyzacja mogłaby usprawnić ich procesy biznesowe.

Trzech na czterech (76%) europejskich dyrektorów ds. informatyki (CIO) uważa, że ich organizacja jest niedostatecznie przygotowana do wdrożenia automatyzacji, podaje ośrodek badawczo-doradczy Forrester. Niewiele lepiej niż na Starym Kontynent jest w Ameryce Północnej (73%). Najlepiej wypada Azja, gdzie “tylko” dwóch na trzech (65%) ankietowanych CIO uważa, że ich organizacja jest niewystarczająco dojrzała, by sprostać wymaganiom automatyzacji. Zdaniem Tomasza Marczuka, Menedżera ds. Sprzedaży w BPSC, informacje od dyrektorów ds. informatyki są szczególnie ważne, bo ci managerowie doskonale orientują się w sytuacji firmy i jej cyfrowej dojrzałości.

Jeszcze kilkanaście lat temu dyrektor ds. informatyki (CIO) odpowiadał za sprawne funkcjonowanie IT. Teraz ta rola została scedowana na dział operacyjny, by pozwolić CIO działać bardziej strategicznie. Dziś manager odpowiedzialny za IT odpowiada za wdrażanie technologii, które dają firmie przewagę nad konkurencją, on najlepiej wie, co
w przedsiębiorstwie piszczy, tak w obszarze IT, jak i operacji biznesowych.
– tłumaczy Tomasz Marczuk.

Droga bez celu

Zdaniem Forrestera problemem europejskich przedsiębiorstw może być brak jasnych celów, które określają, po co firmy chcą się automatyzować. Tylko co piąty (20%) zapytany CIO ze Starego Kontynentu może określić, czego właściwie oczekuje od robotyzacji i jak dzięki niej usprawnić procesy biznesowe. Najsłabiej zdaniem analityków z automatyzacją radzą sobie kraje z Europy Południowej i Wschodniej.

Te wyniki są efektem nierównomiernej digitalizacji. – twierdzi Marczuk i dodaje: – Wystarczy spojrzeć na nasz kraj. Mamy wiele firm, które inwestują w IT, wymieniają oprogramowanie na nowsze i rozwijają park maszynowy. Po drugiej stronie mamy grupę przedsiębiorstw, które nie są tak aktywne na tym polu. Nie modernizują się systematycznie, dlatego automatyzacja jest dla nich wyzwaniem. Potrzebujemy zmiany nastawienia, digitalizacja nie może być postrzegana jako koszt a jako inwestycja. – wyjaśnia ekspert z BPSC.

Przyszłość automatyzacji w Europie

Co czeka Europę? Forrester przewiduje, że w 2021 roku wiele firm zachęconych możliwością wykorzystania rządowych pakietów stymulacyjnych, zrewiduje swoje plany. To sprawi, że w perspektywie średnio i długoterminowej przybywać będzie managerów, którzy będą chcieli zabezpieczyć przedsiębiorstwo przed zdarzeniami niepożądanymi. Podobnymi do pandemii, ale nie tylko, także rynkowymi zawirowaniami.

Zdaniem eksperta z BPSC robotyzacja nie tylko wzmacniana biznesowy układ odpornościowy, ale także poprawia produktywność.

Jeżeli producenci z Europy chcą być konkurencyjni na globalnym rynku, muszą rozwijać inicjatywy w obszarze automatyzacji. To już się dzieje, ale z roku na rok będzie przyspieszać i będziemy świadkami dużych transformacji. Szczególnie w przemyśle. – mówi Tomasz Marczuk. Podobnego zdania są analitycy Forrestera, którzy uważają, że efektem wdrażania coraz bardziej zaawansowanych technologii będzie przejście produkcji na pełną automatyzację.

Spadki wydatków na technologie. Poza centrami danych

Według danych Gartnera, w 2020 roku światowe wydatki na IT wyniosły 3,7 biliona dolarów i były o 2,2% niższe niż rok wcześniej. Choć spadek był mniejszy niż wcześniej prognozowano, to był odczuwalny we wszystkich segmentach rynku. Wyjątkiem były rozwiązania dla data center.

Dane Gartnera mówią jasno: cyfryzacja z powodu pandemii zwolniła. W obliczu niepewnej sytuacji, firmy zaciskały pasa, co wpłynęło na wyniki sprzedaży dostawców technologii.  

Największy spadek odnotowano w segmencie urządzeń – ich sprzedaż spadła o 6,9% do 663 mln dolarów. Mniejszy, choć wciąż znaczący, był spadek sprzedaży oprogramowania dla przedsiębiorstw, który wyniósł 2,1% (466 mln dolarów) oraz usług IT. Wartość sprzedaży zmniejszyła się w tym przypadku o 1,8% do kwoty 1 mld dolarów. Zmniejszyły się także nakłady na usługi komunikacyjne – o 0,7%. Na tym tle prawdziwym wygranym jest segment systemów dla centrów danych. Ich sprzedaż bowiem wzrosła i to o 2,3% wynosząc w sumie 219 mln dolarów.

 

Wprawdzie polski rynek IT nie zawsze idzie w parze z globalnymi trendami, widzimy jednak, że w czasie pandemii centra danych stały się kluczowym ogniwem dla cyfrowej transformacji biznesu. To tutaj zlokalizowane są infrastruktura, kompetencje i technologie, które pomagają firmom dostosowywać oraz optymalizować procesy do wymogów współczesnej cyfrowej gospodarki. Szukanie oszczędności, to nie tylko rezygnacja z zakupów. Często jest to dokonywanie ich w modelu outsourcingu – tam, gdzie łatwiej o elastyczność wydatków i skalowalność. Infrastruktura i kompetencje IT nie należą do tanich ani łatwych w zakupie (CAPEX, koszty rekrutacji i utrzymania pracowników IT) a kompetencyjne centra danych oferują jedno i drugie w przystępnym modelu abonamentowym. Współpraca z dobrym data center może jednocześnie podnieść poziom bezpieczeństwa IT i umożliwia łatwy dostęp do chmury obliczeniowej. To właśnie data center stanowią fundament dla wielu nowych projektów IT wdrażanych teraz przez firmy i instytucje – mówi Piotr Pawłowski, CEO w Grupie 3S.

Co ciekawe, okazuje się, że Gartner nie doszacował popytu. W lipcu ubiegłego roku firma analityczna prognozowała, że segment rozwiązań dla centrów danych wzrośnie w 2020 r. o 1%. Jednocześnie Gartner szacował, że rynek IT skurczy się o 5,4%. Te prognozy się nie sprawdziły.

Cyfryzacja w niektórych obszarach przyśpieszyła, co uchroniło branżę IT przed większymi spadkami, niemniej wiele firm przesunęło inwestycje w czasie, czekając na wyklarowanie się sytuacji gospodarczej. Dziś, gdy duża część klientów przeniosła się do świata online, a sytuacja powoli się stabilizuje, firmy będą wracały do inwestycji w technologie. Spora część z nich skorzysta jednak z outsourcingu i usług chmurowych, aby nie zamrażać środków inwestycyjnych i zapewnić sobie większą elastyczność działania. To kolejna szansa dla rynku centrów danych – prognozuje Piotr Pawłowski, CEO w Grupie 3S.  

Gartner szacuje, że w tym roku segment systemów dla centrów danych wzrośnie o 7,7%. Sprzedaż ma urosnąć zdaniem analityków do 247 mln dolarów.

Polscy przewoźnicy pod ścianą? Pakiet mobilności może zwiększyć ich koszty nawet o 100 proc.

Jeśli nie zmienią się polskie przepisy, to przewoźników czeka drastyczny wzrost kosztów. To kolejne skutki pakietu mobilności, które firmy odczują już na początku 2022 roku. Eksperci OCRK przeprowadzili symulację, z której wynika, że w zależności od typu wykonywanych przewozów będzie to od 20 do nawet 100 proc. Jeśli teraz kierowca zarabia 7 tys. zł „na rękę”, a podstawa wynosi 3600 zł brutto i reszta jest dopełniona nieopodatkowanymi ryczałtami i dietami, to łączny koszt pracodawcy wynosi 8700 zł brutto. Przy założeniu, że poza granicami kraju wykonuje więcej przewozów podlegających przepisom pakietu mobilności, to od lutego 2022 roku ten koszt, gdy nie wprowadzimy zmian w dokumentacji wewnętrznej firm, może wzrosnąć nawet do 14 tys. zł brutto. Chyba, że do tego czasu uda się zmienić polskie przepisy. Jednak w każdym przypadku koszty przewoźników i tak wzrosną – podkreśla Kamil Wolański, kierownik działu ekspertów OCRK, Grupa INELO.

Polscy przewoźnicy pod ścianą – jaki transport ucierpi najbardziej?

Nadchodzą kolejne zmiany w związku z wprowadzonym w ubiegłym roku pakietem mobilności w Unii Europejskiej. Od 2 lutego 2022 roku na terenie wspólnoty kierowcom trzeba będzie płacić pełne wynagrodzenie minimalne adekwatne do kraju, w którym wykonują usługę. Wyłączone z tego będą przejazdy tranzytowe. Co to w praktyce oznacza? Jeśli kierowca jedzie z Polski do Francji, to za przejazd przez Niemcy nie trzeba będzie przyjmować stawek niemieckich. Przepisy pakietu mobilności nie obejmą też transportu bilateralnego z i do Polski. Dotyczyć będą za to przejazdów kabotażowych, czyli jeśli kierowca polskiej firmy przewozi towar na terenie innego kraju Unii lub cross trade, czyli z jednego państwa unijnego do drugiego, innego niż siedziba przewoźnika.

– Właściciele firm transportowych muszą mieć świadomość, że koszty utrzymania kierowców na pewno wzrosną. I to niezależnie od tego, czy przed lutym 2022 roku zmienią się polskie przepisy. Powinni przygotować się na to, że trzeba będzie bardzo dokładnie wyliczać, ile należy dopłacać kierowcy, który zacznie podlegać przepisom pakietu mobilności w transporcie międzynarodowym. Nasi eksperci na bieżąco monitorują sytuację i jesteśmy gotowi, by pomóc firmom w nowych rozliczeniach – podkreśla Bartosz Najman, wiceprezes Zarządu Grupy Inelo.

Wyliczanie wynagrodzenia minimalnego od nowego roku

Zapowiadane zmiany najmocniej uderzą w Polskę i kraje, które mają płace minimalną na podobnym lub niższym poziomie. Dla kierowcy z francuskiej firmy nie będą miały większego znaczenia, bo gdziekolwiek pojedzie w UE, to w większości przypadków nie będzie miał dopłat.

– W przypadku polskiego kierowcy albo pracodawca od razu zapewni mu wyższą wypłatę, z tzw. górką albo będzie musiał szczegółowo wyliczać wynagrodzenie minimalne w poszczególnych krajach Unii. W Polsce, przy założeniu 200 godzin pracy w miesiącu, stawka minimalna za godzinę wynosi 14 zł, a na przykład w Niemczech prawie 9,5 euro, czyli prawie 45 zł. Polski pracodawca będzie musiał kierowcy dopłacić różnice za każdą godzinę pracy za zachodnią granicątwierdzi Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

W państwach UE rozwiązania dotyczące płacy minimalnej są różne. We Francji kierowca dostaje 10,39 euro, ale także może liczyć na dodatki np. za tzw. amplitudę czy stażowe. Z kolei w Austrii polski trucker podlega pod układ zbiorowy i w związku z tym również trzeba mu wypłacić różne dodatki. – Bardzo ważne będzie wyszczególnienie, który przejazd podlega pod płace minimalne. Tu też mogą pojawić się wątpliwości. Na przykład w ramach przewozu bilateralnego kierowca jedzie z Polski do Francji. Stamtąd z nowym ładunkiem jako transport cross trade do Hiszpanii i wraca do kraju znów jako przewóz bilateralny. Przepisy nie definiują wprost jaka część tego transportu podlega wyliczaniu płacy minimalnej w ramach pakietu mobilności – przyznaje Łukasz Włoch. – „Ręczna” analiza np. na podstawie listów przewozowych byłaby bardzo czasochłonna. Na szczęście mamy narzędzia jak system telematyczny GBOX i oprogramowania typu TMS np. Nawigator, które są w stanie automatycznie zebrać te informacje i na tej podstawie stwierdzić, z jakim rodzajem transportu mamy do czynienia.

Niska pensja plus diety i ryczałty

Od 2 lutego 2022 roku kierowcy będą podlegać pod nową dyrektywę związaną z delegowaniem pracowników. Dodatki z tytułu podróży służbowych nie będą uznawane za część wynagrodzenia, chyba, że zostaną opodatkowane i ozusowane. Teraz sytuacja wygląda tak, że pracownik dostaje podstawę np. minimalną 2800 zł brutto, a resztę w dietach i ryczałtach. Te nie są opodatkowane. W efekcie, jeśli kierowca zarabia 7 tys. złotych netto, to całkowity koszt pracodawcy, w zależności od wysokości podstawy, wynosi między 8350 a 9 tys. zł brutto.

Jeśli nic się nie zmieni w przepisach, to już za niecały rok pracodawca musi być gotowy na  większe koszty, czasem nawet dwukrotnie. Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców przeprowadzili szczegółową symulację jak wzrosną koszty właścicieli firm przewozowych po wejściu w życie nowych regulacji.

Symulacje kosztów wg ekspertów INELO i OCRK

W pierwszym przypadku założyli, że do 2 lutego 2022 roku nie zmienią się polskie przepisy. To najgorsze rozwiązanie dla krajowych przewoźników. Nie dość, że dopłacą kierowcom z tytułu wyższej pensji minimalnej w krajach UE, to jeszcze będą musieli wypłacić diety i ryczałty, które obecnie są zawarte w regulaminie wynagradzania lub umowach o pracę pracowników – W przypadku firmy, która wykonuje głównie przejazdy kabotażowe, koszty mocno poszybują w górę. Jeśli pracownik ze 160 godzin na 200 przejechanych podlegał pod przepisy pakietu mobilności, koszt pracodawcy, przy minimalnej podstawie 2,8 tys. zł brutto dla kierowcy, wynosił 8350 zł brutto. W myśl nowych przepisów i konieczności wypłacania „czystego” wyrównania do zagranicznego wynagrodzenia ten wydatek urośnie aż do ponad 16 tys. zł brutto – komentuje Kamil Wolański. – Jeśli kierowca z 200 godzin, 160 wykonywał jako przejazdy bilateralne i tranzytowe, koszt pracodawcy od lutego też wzrośnie, ale nie tak drastycznie. W nowych realiach musi przygotować około 10 300 zł brutto, czyli i tak ponad 20 proc. więcej. Dla firm transportowych to wielka zmiana.

Polscy przewoźnicy zaapelowali do rządu o zmiany w sposobie wynagradzania kierowców i nowelizację Ustawy o Czasie Pracy Kierowców. Jeśli do tego nie dojdzie, muszą przygotować się na duże wyższe koszty pracownicze. Jest kilka pomysłów, jak sprawić, by skutki wprowadzonych przepisów nie były tak dotkliwe dla firm transportowych.

Pracownik delegowany, a nie w podróży służbowej

Najprostsza i najbardziej prawdopodobna propozycja Ministerstwa to uchylenie przepisów o podróży służbowej w przypadku kierowców, a także związanych z tym wypłat diet i ryczałtów. W takim przypadku całe wynagrodzenie zostanie opodatkowane i ozusowane. – Trucker nie będzie wtedy jeździł w podróży służbowej i nie będą przysługiwały mu świadczenia z tego tytułu. Przy zarobkach 7000 złotych „na rękę”, koszt pracodawcy stanie się stały i wyniesie 11800 zł brutto jak dla „zwykłego” pracownika. To wciąż bardzo dużo. Firmy przewozowe będą musiały szukać pieniędzy. Gdzie? Najpewniej podwyższą opłaty za swoje usługi, bo obniżka pensji dla kierowców, przy ich ciągłym niedoborze na rynku pracy raczej nie wchodzi w grę – przyznaje Kamil Wolański.

Kolejna propozycja zakłada, że kierowca jest pracownikiem delegowanym. Jednak tylko część pensji (do wysokości prognozowanego średniego wynagrodzenia w 2021 roku – około 5,5 tys. zł brutto), w zależności od czasu spędzonego za granicą, jest opodatkowana i odprowadzona do ZUS. Reszta jest zwolniona z części podatku i ZUS. Wtedy przy zarobkach 7000 zł ”na rękę”, całkowity koszt pracodawcy wyniósłby około 10 tys. zł brutto.

Najkorzystniejszą, ale zdecydowanie najbardziej skomplikowaną w rozliczaniu czasu pracy jest opcja „łączona”. Przy takich założeniach kierowca w transporcie kabotażowym i międzynarodowym (cross trade) byłby pracownikiem delegowanym i wtedy podlegałby przepisom pakietu mobilności. A kiedy wykonywałby przewozy tranzytowe lub bilateralne byłby traktowany jak obecnie, czyli z wypłatą nieopodatkowanych ryczałtów i diet. To najbardziej korzystne rozwiązanie dla pracodawców.

Legimi pozyskało 3,7 mln zł z NCBiR na rozwój technologii rekomendacyjnych

Legimi, pionier na polskim rynku e-książek, pozyskał 3,70 mln zł dofinansowania z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na rozwój technologii rekomendacyjnych wykorzystujących algorytmy sztucznej inteligencji (AI). Implementacja nowego silnika rekomendacji znacznie pomoże zwiększyć lojalność i rentowność bazy klientów. Legimi w najbliższą środę 14 kwietnia zadebiutuje na rynku NewConnect.

Bardzo cieszymy się z przyznanego dofinansowania. Już od dłuższego czasu przygotowywaliśmy się do wprowadzenia elementów AI do naszej platformy aby wspomóc jakość rekomendacji. Pozyskana kwota z pewnością przyśpieszy proces wdrażania tej technologii. W biznesie subskrypcyjnym system rekomendacji ma kluczowe znaczenie, czego przykładem może być wszystkim dobrze znany Netflix. – komentuje Mikołaj Małaczyński, prezes zarządu Legimi.

Projekt Legimi pt. „Opracowanie modeli analizy behawioralnej użytkowników z wykorzystaniem algorytmów sztucznej inteligencji w celu predykcji zachowań konsumenckich, rekomendacji produktów i automatyzacji procesów marketingowo-sprzedażowych w branży księgarskiej.” został złożony w ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014- 2020.

Wdrożenie systemu rekomendacji spowoduje optymalizację kluczowych dla biznesów subskrypcyjnych parametrów, takich jak koszt pozyskania klienta (CAC), lojalność (LTV) a także zmniejszy poziom rezygnacji (churn rate). Naturalnie, dzięki skutecznemu dopasowaniu oferty do gustów czytelniczych, satysfakcja użytkowników również powinna się poprawić, co jest dla nas kluczowe. – dodaje Mateusz Frukacz, CTO i Członek Zarządu Legimi.

Koszt całkowity projektu Legimi wynosi 4,68 mln zł. Z kolei wnioskowana kwota dofinansowania to 3,70 mln zł. Ocenie według kryteriów zostało poddanych 601 wniosków i zgodnie z zatwierdzoną 9 kwietnia 2021 r. listą rankingową, 169 projektów zostało wybranych do dofinansowania, na łączną kwotę dofinansowania  774,24mln zł, a 432 projekty nie zostały wybrane do dofinansowania. Wniosek Legimi S.A. znalazł się wśród 11 projektów z najwyższą oceną.

Krytyczna sytuacja branży beauty i salonów fryzjerskich. Pojawiają się opóźnienia w wynagrodzeniach i przechodzenie „do podziemia”

Sytuacja salonów piękności i salonów fryzjerskich jest bardzo trudna. Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom dochodzą sygnały o tym, że wielu pracownikom grożą zwolnienia jeżeli lockdown w branży utrzymałby się dłużej niż miesiąc. Pojawiają się także głosy o tym, że pracownicy muszą pracować „w podziemiu fryzjerskim” na co nie zawsze chcą się godzić. – Sytuacja tej branży jest dość trudna. Działała ona nieprzerwanie od wiosennego odmrożenia w 2020 roku, ale słabość innych sektorów gospodarki odbijała się tu rykoszetem. Brak ślubów, brak eventów, brak imprez okolicznościowych. Mogę powiedzieć, że na pewno przedłużający się lockdown doprowadzi wiele salonów i zakładów do bankructwa – mówi Prezes stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Branża beauty okrojona z możliwości zarabiania pieniędzy. „Każdy tydzień lockdownu to prawdopodobieństwo zwolnień i bankructw”

Lockdown w salonach fryzjerskich i kosmetycznych rozpoczął się 27 marca i teoretycznie ma potrwać do 9 kwietnia. Większość salonów jest jednak przekonana, że zostanie on przedłużony, a to będzie oznaczało realną blokadę zarabiania przez przynajmniej miesiąc. Zamknięte są salony fryzjerskie, kosmetyczne, salony tatuażu, gabinety kosmetologiczne czy solaria. Wiele z tych branż nie ma na tyle dużych zapasów finansowych by poradzić sobie z zamknięciem na kolejne tygodnie.

– Otrzymaliśmy kilka wiadomości od pracownic, którym zasugerowano, że jeżeli lockdown potrwa dłużej niż do 9 kwietnia to ich wynagrodzenia mogą zostać zawieszone lub właściciele salonów będą musieli je zwolnić. Na przestrzeni ostatniego roku nasze stowarzyszenie kilkukrotnie podejmowało mediacji z właścicielami salonów piękności czy kosmetycznych lub fryzjerskich, które nie wypłacały swoim pracownikom pensji na czas. Jest to jedna z tych branż, która na pewno jest dotknięta przez pandemię, choć przecież teoretycznie mogła działać wiele miesięcy bez żadnych komplikacji. Dostajemy także sygnały, że niektórzy fryzjerzy dostali „propozycję nie do odrzucenia”, by np. rozpocząć dzierżawę swojego stanowiska pracy – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

– Branża beauty straciła w czasie pandemii ogromną część swoich przychodów. Wiele pracownic, wiele specjalistek straciło pracę. Nie ma ślubów, nie ma wesel, nie ma świąt, nie było sylwestra, nie było karnawału, nie ma komunii. Cały rynek utrzymuje się tylko ze standardowego strzyżenia oraz podstawowych zabiegów pielęgnacyjnych. Każdy tydzień lockdownu to gigantyczne prawdopodobieństwo zwolnień i bankructw.

Fryzjerzy strzygą po domach i w „nieczynnych” salonach. Nie wszystkim się to podoba

Do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom trafiają też skargi od pracownic salonów fryzjerskich, które muszą… dojeżdżać do klientów do domu lub przyjmować klientów w nieczynnych salonach. Takich wiadomości było kilka i pracownice salonów były zaniepokojone tym, czy mogą działać wbrew obowiązującym obostrzeniom.

– Takie historie też się zdarzają, trudno ocenić ich skalę, bo wiadomości mieliśmy kilka, ale pracownice nie zawsze chcą działać „w podziemiu” i też należy je zrozumieć. Pracodawcy powinni tak prowadzić działalność żeby samodzielnie ponosić konsekwencje swoich decyzji. Nie oceniam czy prowadzenie biznesu wbrew obostrzeniom jest prawidłowe czy nie, ale na pewno nie powinno się zmuszać do tego podwładnych, a tym bardziej nie powinno im się grozić zwolnieniem jeżeli pracownica np. odmówi jechania do domu do klienta, by wykonać manicure czy strzyżenie – mówi Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom Małgorzata Marczulewska.

Personalny drenaż. HoReCa zaczyna się przebranżawiać

W 2020 r. przedsiębiorcy z sektora gastronomii i zakwaterowania zlikwidowali 24,1 tys. miejsc pracy, a utworzyli ich 18,8 tys., wynika z danych GUS. Z rynku – w wielu przypadkach bezpowrotnie – zniknęło 5,3 tys. etatów. Wraz z nimi zniknęli także pracownicy, którzy zaczęli się przebranżawiać i szukać zajęcia w innych gałęziach gospodarki. Jak wynika z danych Grupy Progres, liczba kandydatów do pracy w przemyśle produkcyjnym, logistyce czy handlu i pochodzących z branży HoReCa zwiększyła się ponad 20 proc. Obserwowany wzrost dotyczy nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, ale również specjalistów o określonych kwalifikacjach, którzy po upływie pandemii nie wrócą do pracy w swojej macierzystej branży.

Niemal 14 miesięcy pandemii sprawiło, że branża HoReCa cofnęła się o kilka lat. Obostrzenia wprowadzone w marcu 2020 r. wymusiły – na przedsiębiorcach z sektora gastronomii i zakwaterowania – wprowadzenie zmian, a w wielu przypadkach drastyczne cięcia kosztów. Firmy zwalniały pracowników, wysyłały ich na bezpłatne urlopy lub obniżały wymiar etatu czy wynagrodzenie. Pracownicy zamkniętych restauracji oraz hoteli szukali i nadal szukają zatrudnienia w miejscach, których do tej pory nie brali pod uwagę w swojej karierze zawodowej. Niestety, brak oszczędności, konieczność szybkiego zarobku i strach przed przyszłością powoduje, że często wykonywać będą prace poniżej swoich kwalifikacji. Z drugiej strony wielu z nich znajdzie lub już znalazło zajęcie pozwalające rozwinąć skrzydła i sprawdzić się w nowym miejscu. Jak wynika z danych Grupy Progres, największą popularnością wśród pracowników z sektora HoReCa cieszą się stanowiska w branży produkcyjnej, logistycznej, handlowej i usługowej, które covid-19 potraktował bardzo łagodnie. Co więcej, sprawił, że podmioty z tych sektorów pandemię przekuwały w sukces stając się atrakcyjnym pracodawcą dla kandydatów do tej pory zarabiających w branży HoReCa.

Niepokojące wzrosty

Według danych GUS w 2020 r. w sektorze gastronomii i zakwaterowania ubyło 5,3 tys. miejsc pracy. Urząd podaje, że tylko w jednym kwartale ubiegłego roku (III kw.) liczba nowych miejsc pracy przewyższyła o 2,8 tys. liczbę tych zlikwidowanych. W pozostałych trzech okresach miejsc pracy ubywało. W I kw. 2020 r. z rynku zniknęło 2,4 tys. etatów (6,7 tys. nowych vs. 9,7 tys. zlikwidowanych), w II kw. ubyło 2,8 tys. miejsc pracy (4,8 tys. nowych vs. 7,6 tys. zlikwidowanych), a w ostatnim kwartale roku z rynku zniknęło 2,7 tys. etatów (1,8 tys. nowych vs. 4,5 tys. zlikwidowanych). Niepokojące są także dane Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, której raport – opublikowany w grudniu 2020 r. –wykazał, że w ciągu ostatnich miesięcy 2020 r. upadło pomiędzy 7 a 8 tysięcy restauracji, a zwolniono około 130 tysięcy pracowników. Co więcej, według danych Izby Gospodarczej Hotelarstwa Polskiego już ponad 100 tys. osób straciło pracę w branży noclegowej, a kolejne 16 tys. zostanie zwolnionych w przypadku braku adekwatnej pomocy finansowej państwa.

Pomoc udzielona branży gastronomicznej i hotelarskiej wydaje się iluzoryczna. Jest za mała, zbyt długo trzeba na nią czekać, oznacza wiele zbędnej biurokracji, a wsparcie informacyjne ze strony rządowej jest bardzo słabe. Dodatkowo, nie wiedzieć czemu, wspomniana pomoc została ograniczona kodami PKD, które wielu przedsiębiorców pozbawiają szansy na jej otrzymanie. Co więcej, wsparcia nie udzielono także firmom ściśle związanym z sektorem HoReCa jak np. wyposażenie, hurtownie gastronomiczne itp. – podkreśla Rafał Krzycki, Wydawca Horeca Business Club oraz Wiceprzewodniczący i Sekretarz Rady w Izbie Gospodarczej Gastronomii Polskiej. – Skutki obostrzeń i niewystarczającej pomocy już widać na polskim rynku pracy. Te podmioty, które walczą o przetrwanie do zakończenia epidemii zredukowały zatrudnienie do niezbędnego minimum i można powiedzieć, że pracują tylko dla podtrzymania krążenia – mówi Rafał Krzycki.

Zawodowe przebukowanie

W ciągu ostatnich 30 dni w Centralnej Bazie Ofert Pracy (CBOP) dostępnych było 80 wolnych miejsc pracy dot. stanowiska pokojowej, 157 etatów dla kelnerów, 50 wakatów dla barmana i 409 ogłoszeń dot. stanowiska kucharza. To kropla w morzu potrzeb, która dla wielu oznacza konieczność przebranżowienia.

Nie zaobserwowaliśmy wzmożonego wzrostu liczby zapytań o pracowników z branży HoReCa. Jest jednak sporo kandydatów, którzy do tej pory byli zatrudnieni właśnie w tym sektorze. Z naszych danych wynika, że ta grupa wzrosła o ponad 20 proc. Wiedzą oni bowiem, że etat, w swojej macierzystej branży, mogą znaleźć nieprędko. Nawet, jeśli – w najbliższym czasie – obostrzenia zostaną zniesione to nadwyrężona kondycja finansowa restauracji czy hoteli nie pozwoli na nagłe rozbudowanie kadry, a raczej wymusi optymalizację zatrudnienia oraz ostrożne planowanie nowych etatów. Ta sytuacja, na wielu pracownikach, wymusiła zmianę branży i wiele wskazuje na to, że może czekać nas kolejny wzrost liczby osób zmieniających zawód i bezpowrotnie odchodzących z branży gastronomicznej i hotelarskiej – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres.

Rafał Krzycki dodaje, że po ustąpieniu pandemii rynek nie odbuduje się z dnia na dzień. To oznacza, że zakończy się nawet ta ograniczona pomoc rządowa, a sektor, jeszcze przez długi czas, nie wygeneruje przychodów pozwalających na pokrycie kosztów. Odbudowa rynku, niektórym hotelom i restauracjom zajmie nawet kilka lat.

Goście wrócą, pracownicy nie

Wzrost liczby osób zainteresowanych podjęciem zatrudnienia w innej branży niż dotychczasowa obejmuje nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, ale również specjalistów o określonych kwalifikacjach pochodzących głównie z branż dotkniętych pandemią tj. HoReCa. Co więcej, część z tych osób jest lub była na wypowiedzeniach, które w przypadku specjalistów trwają nawet 6 miesięcy, dlatego sukcesywnie zasilali oni i będą zasilać rynek pracy. Co więcej, pracownicy z branży gastronomii i zakwaterowania nie mieli wielu możliwości uniknięcia przebranżowienia. Praca zdalna, która mogłaby uchronić przed zmianą zawodu, w ich przypadku nie była możliwa, co pokazują dane GUS. W ubiegłym roku niecałe 2 proc. pracowników restauracji czy hoteli wykonywało pracę na odległość. Ci, którzy nie mieli takiej możliwości szukali jej, w innym miejscu.

Według Cezarego Maciołka, jeżeli reżim sanitarny i niektóre ograniczenia zostaną utrzymane możemy spodziewać się powolnego wzrostu liczby ofert pracy, a faktyczny pik odnotujemy po zakończeniu roku szkolnego, który tradycyjnie jest też początkiem szczytu sezonowych rekrutacji. Trzeba mieć jednak na uwadze fakt, że personalny drenaż branży HoReCa trwa i trudno będzie go cofnąć.

Rynek pracy w branży HoReCa po zakończeniu pandemii stanie się skomplikowany. Będzie problem ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników, którzy sami odeszli lub zostali zwolnieni z powodu redukcji kosztów i zatrudnili się u nowego pracodawcy, niejednokrotnie w innym sektorze. Rekrutacje okażą się wyzwaniem dla przedsiębiorców, ponieważ – z jednej strony – wymuszą na nich walkę o najlepszych kandydatów, a z drugiej mocne pilnowanie kosztów. Być może, część z nich postawi na jednego dobrego lidera, który weźmie na siebie budowanie zespołu od początku i z zupełnie niewykwalifikowanych pracowników. W każdej wersji – w perspektywie długiego czasu – po ustaniu epidemii ryzykiem jest spadek jakości usług i niestety trzeba się z tym liczyć – podsumowuje Rafał Krzycki.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali

Co piąte przedsiębiorstwo z branży obróbki metali zwiększyło automatyzację procesów produkcji w trakcie pandemii. Podobna liczba firm (23 proc.) podniosła również nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń.  W porównaniu jednak do pomiaru przeprowadzonego tuż przed wybuchem Covid-19 skala inwestycji jest mniejsza – wynika z badania Siemens Financial Services w Polsce. Co ważne, firmy, które korzystają z finansowania zewnętrznego inwestują częściej.

Część firm jednak inwestuje

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r. N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Mimo trwającej pandemii 23 proc. firm z branży obróbki metali zwiększyło nakłady na odnowienia parku maszyn i urządzeń (MiU), a  19 proc. także częstotliwość samych odnowień. Jednocześnie 21 proc. ankietowanych podniosło automatyzację. Nieco więcej producentów planuje inwestować w te obszary również w najbliższych miesiącach – zwiększyć nakłady na park MiU chce 30 proc., a podnieść automatyzację 27 proc.

– W porównaniu do sytuacji przed wybuchem pandemii Covid-19, odsetek firm inwestujących w automatyzację i odnowienia parku MiU zmniejszył się. W dużej mierze może to być spowodowane spadkami w sprzedaży krajowej i zagranicznej. Poprawa koniunktury krajowej spowoduje zapewne ponowny wzrost inwestycji. Nie bez znaczenia jest również kondycja gospodarek europejskich, ponieważ aż 74 proc. badanych firm z tej branży eksportuje swoje produkty. Przedsiębiorcy nie powinni jednak zwlekać z inwestycjami zbyt długo, ponieważ znacząco przekłada się to na ich zdolność do konkurowania, co odzwierciedla wynik sub-indeksu MiU dla branży obróbki metali – mówi Tomasz Kukulski, Prezes Zarządu Siemens Financial Services w Polsce.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 2
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Aktualny pomiar branżowego wskaźnika konkurencyjności Siemens Financial Services w Polsce (Indexu MiU) wskazuje na niższą ocenę zdolności do konkurowania firm obrabiających metale. Sub-indeks MiU dla tej branży wynosi 41,57 pkt – w porównaniu z pomiarem marcowym, zrealizowanym jeszcze przed wybuchem pandemii, obniżył się o 13,51 pkt (z 55,08 pkt). Obecny odczyt oznacza, że w kolejnych miesiącach należy się spodziewać mniejszej ekspansji na nowe rynki zbytu. Istotny wpływ na zmianę wyniku ma skala nakładów na odnowienia parków maszyn i urządzeń oraz niższa sprzedaż krajowa i eksportowa.

Branża z niższą sprzedażą

Liczna część przedstawicieli producentów zajmujących się obróbką metali odnotowała w czasie pandemii spadek sprzedaży krajowej – informuje o tym aż 39 proc. ankietowanych. Na tym samym poziomie wyniki utrzymało 43 proc. firm. O wzroście sprzedaży informuje z kolei 12 proc. badanych. W najbliższych miesiącach wzrostów w tym obszarze spodziewa się 24 proc. ankietowanych, a spadki przewiduje 26 proc.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 3
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 100 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP).

Nieco lepiej jest w przypadku eksportu. O spadkach informuje podobna liczba firm (39,2 proc.), jednak więcej ankietowanych odnotowało wzrost sprzedaży zagranicznej – 23 proc. W najbliższej przyszłości dalszych wzrostów spodziewa się 35 proc., a spadków 20 proc.

 

W badanym okresie 17 proc. firm z tej branży zwiększyło również dywersyfikację rynków zbytu, a u 16 proc. się ona zmniejszyła.

Dywersyfikacja finansowania sprzyja inwestycjom

Przedsiębiorcy z branży obróbki metali najczęściej finansują inwestycje w maszyny i urządzenia ze środków własnych (45 proc.). Niewiele mniej firm (40 proc.) dywersyfikuje źródła finansowania, korzystając jednocześnie z wypracowanych zysków oraz leasingu, kredytu lub dotacji. W całości ze środków zewnętrznych inwestuje 15 proc. przedsiębiorstw. Jednocześnie warto zaznaczyć, że 8 proc. ankietowanych z tej branży wskazało, iż w czasie pandemii wzrósł udział finansowania zewnętrznego w ich firmie, natomiast dalszych wzrostów tego udziału w kolejnych miesiącach spodziewa się 16 proc. respondentów.

Z badania Siemens Financial Services w Polsce wynika, że firmy, które dywersyfikują źródła finansowania zdecydowanie częściej inwestują w kluczowe obszary rozwoju. Automatyzację procesów produkcji zwiększyło w trakcie pandemii ponad 34 proc. przedsiębiorstw dywersyfikujących źródła finansowania, a prawie co drugie (47,4 proc.) planuje podnieść automatyzację w najbliższych miesiącach. W przypadku firm, które wykorzystują tylko środki własne było to niecałe 12 proc.

Podobna zależność występuje także w obszarze odnowień parku maszyn i urządzeń. W najbliższych miesiącach inwestycje planuje blisko 45 proc. podmiotów dywersyfikujących źródła finansowania, 40 proc. przedsiębiorstw korzystających wyłącznie ze środków zewnętrznych i 16,3 proc. badanych, którzy inwestują tylko z wypracowanych zysków.

Pandemia przyhamowała inwestycje w branży obróbki metali 4
Źródło: Badanie Instytutu Keralla Research na zlecenie Simens Financial Services w Polsce, wrzesień 2020 r.
N = 96 firm produkcyjnych z branży obróbki metali (MŚP), pominięto odmowy odpowiedzi.

Okres pandemii w znaczący sposób wpłynął także na podejście przedsiębiorców do kupowanych MiU. Jak wynika z naszego badania, wzrósł odsetek firm, które chcą inwestować tylko w nowe maszyny. W marcu, tuż przed wybuchem pandemii, w takie urządzenia planowało inwestować niecałe 43 proc., gdy obecnie jest to już ponad 71 proc. firm z branży obróbki metali. To bardzo ważna wiadomość, ponieważ przede wszystkim najnowsze technologicznie MiU dają przewagę na rynku i pomagają budować konkurencyjność. Przedsiębiorstwa zajmujące się obróbką metali, w przypadku których większość badanych rywalizuje o klienta również na rynkach zagranicznych, mają tego coraz większą świadomość  – podsumowuje Anita Grygorowicz, Szef Zespołu Vendorskiego w Siemens Financial Services w Polsce.

Nota metodologiczna:

Index MiU przyjmuje wartości w skali od 0 do 100 pkt. Im wyższy odczyt, tym wyższa ocena zdolności firm do konkurowania, bardziej skupiają się one na inwestycjach w rozwój parków maszyn i urządzeń, automatyzacji oraz m.in. zwiększają skalę sprzedaży krajowej i zagranicznej. Progi newralgiczne, które świadczą o dużym wzroście lub spadku konkurencyjności wynoszą odpowiednio 60 pkt i 40 pkt. Konstrukcja indeksu opiera się na ośmiu komponentach, które w różnym stopniu wpływają na końcową wartość informującą o zdolności do konkurowania producenta. Wśród nich są m.in. odnowienia parku maszyn i urządzeń oraz ich częstotliwość, automatyzacja procesów produkcji, sprzedaż krajowa i eksport czy udział oraz dostępność finansowania zewnętrznego.

Badanie z przedstawicielami 100 małych i średnich firm zrealizował Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research we wrześniu 2020 r. Uczestnikami badania byli przedsiębiorcy z branży obróbki metali z całej Polski, posiadający własny park maszyn i urządzań (MiU). Wykorzystano metodę ilościową, technikę standaryzowanych wywiadów telefonicznych (CATI).

1 lipca wchodzi VAT na przesyłki spoza UE

Rząd zdecydował, że od 1 lipca 2021 r. kupowanie w sieci u sprzedawców spoza Unii Europejskiej będzie droższe. Do kosztu przesyłki trzeba będzie doliczyć VAT. Komentatorzy zauważają, że zmiana ta zniechęci Polaków do kupowania w chińskim marketplace Aliexpress, jednak nie wyczerpuje to listy konsekwencji wejścia w życie nowych regulacji.

Co zmieni VAT na przesyłki spoza UE, ocenia Artur Halik, Head of Sales Shoper:

– Wprowadzone zmiany są zapowiadane jako próba uregulowania konkurencji, by ta stała się uczciwsza wobec tanich produktów z Chin. Napływ paczek z nieopodatkowanymi towarami z krajów trzecich do Unii Europejskiej ma zostać ograniczony, co ma się przysłużyć polskim przedsiębiorcom. Faktem jednak jest, że wielu z nich sprowadza tanie produkty z Chin i sprzedaje je na polskim rynku, dlatego ich ten wprowadzony VAT szczególnie zaboli.

Projekt resortu finansów zakłada zwolnienia z VAT dla przesyłek o wartości mniejszej niż 150 euro, jeśli VAT będzie deklarowany i rozliczany za pomocą Import One Stop Shop, ale już można przeczytać w sieci komentarze, że ktoś będzie próbował wszystkie faktury towarów z Chin wystawiać na 1 euro wartości, że ktoś będzie szukał znajomości w odpowiedzialnej za pobór podatku od przesyłek zagranicznych Poczcie Polskiej.

Warto pamiętać, że coraz więcej produktów wysyłana jest do klienta końcowego z różnych centrów logistycznych z Europy – nie tylko bezpośrednio z Chin, więc nie na wszystkie zakupy zostanie nałożona danina.

Wszystko wskazuje jednak na to, że czeka nas wzrost cen towarów kupowanych poza UE i być może także kosztów obsługi logistycznej, jeśli np. firmy kurierskie zyskają w związku z nakładaniem VAT-u więcej obowiązków do wypełnienia. Ale to zdecydowanie pozytywna informacja dla tych sprzedawców w Polsce, którzy dziś konkurują z ofertami sklepów internetowych działających w modelu dropshipping z Chin, czy ofert na platformach marketplace, gdzie nie są wystawiane faktury do zakupu.

Coraz atrakcyjniejsze powinny stać się produkty “made in Poland”, nie tylko ze względu na konkurencyjność w cenach, ale i wysoką jakość, którą często doceniają zagraniczni klienci – np. Niemcy, Słowacy czy Czesi – kupujący już dziś chętnie w polskich sklepach.

Sytuacja firm jest trudna, ale lepsza, niż prognozowano na początku pandemii

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) Polskiego Instytutu Ekonomicznego i Banku Gospodarstwa Krajowego wyniósł w kwietniu 97,1 pkt., co oznacza wzrost o 6,8 pkt. w porównaniu do sytuacji sprzed miesiąca. Wciąż jednak jest to odczyt poniżej poziomu neutralnego, świadczący o niekorzystnej koniunkturze. Relatywnie najlepsza sytuacja jest w produkcji  i handlu, najtrudniejsza w sektorze usługowym. Co  istotne, obawy firm zgłaszane na początku pandemii w większości się nie sprawdziły. Rok temu aż 30 proc. przedsiębiorstw planowało zwolnienia, dziś rozważa je tylko 6 proc. z nich. To wnioski płynące z czwartego notowania wskaźnika.

Kwietniowy odczyt Miesięcznego Indeksu Koniunktury, oprócz przedstawienia zmian
w koniunkturze w ujęciu miesięcznym, prezentuje deklaracje przedsiębiorców z badania przeprowadzonego rok temu i zestawia z wynikami tegorocznymi. MIK w kwietniu przyjmuje wartości powyżej poziomu neutralnego w trzech obszarach: zatrudnieniu (108,1 pkt.), wynagrodzeniach (104,6 pkt.) oraz płynności finansowej (115,9 pkt.).
W pozostałych komponentach wskaźnika: wartość sprzedaży (89,2 pkt.), liczba nowych zamówień (97,3 pkt.), moce produkcyjne (95,6 pkt.) i inwestycje (68,6 pkt.) nadal obserwowane są poziomy świadczące o złej koniunkturze.

Ubiegłoroczny lockdown był dla wielu firm zaskoczeniem i szokiem, który mogliśmy obserwować w badaniach PIE. Na przełomie marca i kwietnia 2020 roku 30 proc. firm planowało zwolnienia, a 56 proc. zmniejszenie poziomów wynagrodzeń. Obecnie tylko 6 proc. firm rozważa redukcję etatów, a 4 proc. obniżki płac. Również po stronie finansowej sytuacja wygląda mniej dramatycznie. Na początku pandemii 27 proc. firm deklarowało płynność finansową pozwalającą na przetrwanie powyżej trzech miesięcy,
a obecnie na taką płynność wskazuje 53 proc. Po roku pandemii wiele firm, szczególnie
z sektora produkcyjnego, dostosowało się do wymagającego otoczenia i radzi sobie relatywnie dobrze. Najtrudniejsza sytuacja występuje w sektorze usługowym, choć ten
w ostatnich dwóch odczytach Miesięcznego Indeksu Koniunktury zbliżył się do poziomów neutralnych. Wyraźnie lepiej w obecnych warunkach recesyjnych radzą sobie również duże i średnie firmy, w porównaniu do mniejszych podmiotów. Obecnie MIK znajduje się niemal 3 punkty poniżej neutralnego poziomu, co oznacza, że początek II kwartału 2021 to nadal trudne otoczenie, które negatywnie wpływa na koniunkturę.
– mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego ds. badań i analiz.

Firmy radzą sobie z kryzysem lepiej niż myślały

Wiosną zeszłego roku, na początku pandemii, firmy funkcjonowały w warunkach szoku spowodowanego silnymi ograniczeniami działalności gospodarczej. O ile zatem obecne deklaracje przedsiębiorstw mają miejsce w sytuacji ponad rocznego działania w reżimie pandemicznym, to odpowiedzi z zeszłego roku należy traktować jako wyraz powszechnych wówczas obaw o przyszłość. Istotnym czynnikiem wzmacniającym te obawy była niepewność w zakresie możliwości utrzymania płynności finansowej oraz zatrudnienia, częściowo złagodzona w wyniku rządowych programów wsparcia firm.

W stosunku do badania przeprowadzonego przed rokiem wystąpiła zdecydowana poprawa ocen zmian wartości sprzedaży. Wzrósł udział firm, w których nastąpił wzrost sprzedaży z 6 proc. 2020 r. do 22 proc. w 2021 r., przy jednoczesnym spadku udziału oceniających, że wystąpił spadek sprzedaży z 59 proc. do 39 proc. Obserwowana jest także zdecydowana poprawa w zakresie liczby zamówień. Odsetek firm, w których nastąpił wzrost zamówień zwiększył się z 6 proc. 2020 r. do 19 proc. w 2021 r., a przedsiębiorstw nie dostrzegających zmiany z 31 proc. do 55 proc.

Wystąpiła też znacząca poprawa w obszarze ocen przyszłego zatrudnienia. Udział firm planujących wzrost zatrudnienia wzrósł z 2 proc. w 2020 r. do 14 proc. w 2021 r.,
a utrzymanie dotychczasowego poziomu z 68 proc. do 80 proc. Zdecydowanie spadł natomiast odsetek firm zamierzających redukcję zatrudnienia z 30 proc. do 6 proc. Szczególną uwagę zwraca także zmniejszenie odsetka firm planujących redukcję wynagrodzeń z 56 proc. w 2020 r. do 4 proc. w 2021 r.  Korzystnie zmieniła się również płynność finansowa firm w 2021 r. w porównaniu z 2020 r. W 2020 r. tylko 27 proc. firm deklarowało płynność finansową pozwalającą na przetrwanie powyżej trzech miesięcy,
a obecnie na taką płynność wskazuje 53 proc.

Zmiany w zatrudnieniuzmiany w zatrudnieniu

Duża poprawa wśród średnich firm, obniżenie koniunktury w usługach

Analizując wyniki kwietniowego MIK w relacji do sytuacji sprzed miesiąca, należy zauważyć, ze niezmiennie najtrudniejsza sytuacja występuje wśród mikro i małych przedsiębiorstw. Warto jednak odnotować, że w firmach mikro wskaźnik wzrósł aż o 15,9 pkt. i wynosi obecnie 91,3 pkt., co wciąż oznacza wynik negatywny, jednak bliski poziomu neutralnego. Największe polepszenie koniunktury zaobserwowano w firmach średnich, wśród których niemal co trzecia (32 proc.) odnotowała wzrost wartości sprzedaży, zaś 24 proc. zanotowało wzrost liczby zamówień.

Najwyższe i powyżej odczytu neutralnego poziomy wskaźnika osiągnęły w kwietniu produkcja i handel (108,3 pkt. oraz 103,9 pkt.). Zdecydowany spadek koniunktury nastąpił w usługach, gdzie obecnie poziom MIK wynosi 90,8 pkt. i jest mniejszy o 11,1 pkt.
w porównaniu z marcem. Taka sytuacja ma związek z wprowadzonymi w marcu ograniczeniami działalności firm usługowych. Lepszą sytuację niż miesiąc temu obserwujemy wśród firm sektora TSL, gdzie obecny odczyt MIK wynosi 99,6 pkt. (wzrost o 10 pkt.). Na polepszenie koniunktury w firmach transportowych i kurierskich miał zapewne okres przedświąteczny.

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) według branżmik według branz

Kwietniowy MIK wskazuje, że przedsiębiorstwa są coraz lepiej dostosowane do uwarunkowań pandemicznych. Wprowadzone w marcu restrykcje epidemiczne nie przeszkodziły bowiem we wzroście indeksu MIK do najwyższego poziomu w bieżącym roku. Poprawa jest sektorowo powszechna, z wyłączeniem grupy najsilniej dotkniętych koronakryzysem firm usługowych. Co istotne, podniosły się składowe dotyczące inwestycji, a więc najsłabszego w ostatnich kwartałach komponentu PKB. Wciąż jednak ich zwiększenie deklarują przede wszystkim duże przedsiębiorstwa. Natomiast mniejsze firmy pozostają ostrożniejsze. Towarzyszy temu stabilna sytuacja płynnościowa przedsiębiorstw. Jest ona znacząco lepsza niż w ubiegłym roku. Uwagę zwracają także solidne poziomy wskaźników opisujących zmiany zatrudnienia i wynagrodzeń. Wskazują one, że notowana poprawa koniunktury ma trwały charakter. Tym samym wyniki kwietniowego badania wpisują się w prawdopodobny w bieżącym roku scenariusz postępującego ożywienia gospodarczego – mówi Piotr Dmitrowski, menedżer ds. analiz rynków w Biurze Badań i Analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

Wkład własny kredytów mieszkaniowych. Sprawdzamy, jakie pieniądze przynoszą obecnie Polacy do banków

Mimo pandemii koronawirusa rynek nieruchomości szybko odzyskał równowagę, a popyt wrócił do wysokiego poziomu. To samo dotyczy akcji kredytowej. Polacy znów chętnie się zadłużają, co więcej – są gotowi angażować w to coraz większe środki, jako tak zwany wkład własny.

W zeszłym roku tak naprawdę tylko w drugim kwartale dało się odczuć wyraźne wyhamowanie koniunktury na rynku mieszkaniowym, co miało oczywiście związek z lockdownem. Obrót nieruchomości został nieomal fizycznie zablokowany, podobnie jak wyhamowało życie społeczne i – w dużej mierze – gospodarcze.

Jednak już latem sektor nieruchomościowy zaczął odczuwać odbicie. Szybko też politykę kredytową złagodziły banki. Na początkowym etapie pandemii mocno zaostrzyły one rygory dotyczące wkładu własnego kredytów (wówczas minimum 30 procent), zmniejszono także możliwość uzyskania finansowania dla przedstawicieli branż narażonych na skutki pandemii, ale już na przełomie lata i jesieni sytuacja się unormowała, a banki zrezygnowały z większości tych rozwiązań.

W efekcie – choć rok 2020 zamknął się gorszymi niż rok wcześniej wynikami w zakresie sprzedaży mieszkań i akcji kredytowej, to jednak nie były one drastycznie, a jedynie nieznacznie gorsze. Rynek więc „uciekł spod topora”.

Z danych Amron-Sarfin, z raportu za IV kw. 2020 wynika, że wartość umów zawartych wyniosła ponad 60 mld zł i zmniejszyła się rok do roku tylko o nieco ponad 3 proc., a liczba udzielonych kredytów w analizowanym okresie spadła o 9,3 proc. Jak podkreślają autorzy raportu – mimo tak trudnego czasu – „z kwotą ponad 60 mld złotych sektor bankowy osiągnął drugi w okresie po transformacji wynik akcji kredytowej”.

O tym, że na rynku nie widać było ostrego hamowania świadczą również ceny. Wg Amron-Sarfin, metr kwadratowy nowego mieszkania w Warszawie w zeszłym roku podrożał rok do roku o blisko 12 proc. Średnia stawka wynosi niecałe 11 tysięcy zł. Największe wzrosty średnich cen rok do roku odnotowano natomiast w aglomeracji katowickiej – o ponad 15,5 proc. i w Łodzi – o 12,19 proc.

Coraz wyższe kredyty

Z raportu Amron-Sarfin za ostatni kwartał ubiegłego roku wynika również, że rośnie przeciętna wysokość kredytów mieszkaniowych zaciąganych przez Polaków. W zeszłym roku – na przestrzeni 12 miesięcy średnia wartość udzielonego kredytu wyniosła ponad 295 tysięcy złotych i była o ponad 6 proc. wyższa niż rok wcześniej. W rozbiciu na poszczególne kwartały ten wzrost był jeszcze wyższy. W IV kw. 2019 przeciętna wysokość kredytu złotowego wyniosła ponad 284 tys. Zł. W IV kw. 2020 było to już 305 tys. zł, co daje wzrost o 7,4 proc.

Wzrost wartości zaciąganych kredytów przełożył się na wartość udzielonych kredytów w sumie tylko o nieco ponad 3 proc. niższą niż w niekryzysowym 2019 roku , podczas gdy liczba nowoudzielonych kredytów spadła o ponad 9 proc. Można zakładać, że wpływ na taki stan rzeczy miały nie tylko drożejące mieszkania, ale także fakt, że w „kryzysowych” czasach wielu posiadaczy kapitału szukało dla niego bezpiecznej przystani i ochrony przed inflacją. To mogło się przełożyć w większym stopniu na zakupy mieszkań większych, lepiej zlokalizowanych, o wyższym standardzie – a więc droższych. Nieruchomości w dobrych lokalizacjach lepiej opierają się wahaniom koniunktury i lepiej „przechowują” wartość.

Coraz więcej z własnej kieszeni

Być może zakupy w celu zainwestowania i ochrony kapitału, przełożyły się też na wyraźniejszy spadek udziału kredytów z najniższym wymaganym wkładem własnym. Większa chęć do inwestowania w nieruchomości może oznaczać więcej zakupów za duże środki, np. wyprowadzone z banków. Takie zakupy inwestycyjne często tylko „posiłkują się” kredytem, by sfinansować resztę ceny. Z całą pewnością również na mniejszy udział kredytów z najniższym możliwym wkładem przełożyło się też czasowe zaostrzenie polityki w tym zakresie ze strony banków.

Z danych Amron-Sarfin wynika, że w IV kw. zeszłego roku tylko 34,6 proc. kredytów mieszkaniowych miało wskaźnik LTV (loan to value) na poziomie od 80 proc. w górę, czyli z maksymalnie 20 procentowym wkładem własnym.

Dobra informacja jest taka, że udział kredytów z najniższym możliwym wkładem sukcesywnie maleje. Jeszcze w IV kw. 2019 odsetek takich kredytów wynosił 42 procent, co oznacza, że w ciągu roku ich udział zmniejszył się wyraźnie – o 7,43 punktów procentowych.

W ostatnim kwartale zeszłego roku najwięcej kredytów – blisko 45 proc. – udzielonych zostało z wkładem własnym na poziomie od 50 do 80 proc. Jeśli natomiast chodzi o kredyty z bardzo wysokim udziałem środków własnych, ponad 14 proc. zostało przyznanych przy wkładzie własnym na poziomie 70 proc. lub większym (LTV do 30 proc.). Z kolei, jeśli chodzi o zobowiązania z wkładem własnym na poziomie od 30 do 50 proc., ich udział w całości kredytów przyznanych w ostatnim kwartale 2020 roku wyniósł 6, 47 proc.

Podsumowując – fakt, że zmniejsza się odsetek kredytów udzielonych z najniższym możliwym wkładem to oczywiście dobra wiadomość. Im większe zaangażowanie środków własnych kredytobiorcy, tym bezpieczniejszy i tańszy kredyt. Malejąca liczba kredytów z najniższym wkładem potwierdza również większą skłonność kupujących do inwestowania środków finansowych w nieruchomości, co z pewnością wynika z postrzegania tego rynku jak atrakcyjnej, alternatywnej wobec banków, lokaty kapitału w niepewnych czasach.

Autor: Marcin Moneta , ekspert portalu GetHome.pl

Środki z rachunku VAT nie dla każdego. Odmów jest nawet 7 razy więcej niż rok wcześniej

W ubiegłym roku złożono o ponad 20% więcej wniosków o uwolnienie środków zgromadzonych na rachunku VAT w porównaniu z 2019 rokiem. Ostatnio łączna kwota, o którą podatnicy ubiegali się w ten sposób, była niemal 2 razy większa niż wcześniej. Natomiast o prawie 18% wzrosła rdr liczba wydanych postanowień w tych sprawach. Decyzji odmownych było o ponad 7 razy więcej niż 2 lata temu. Patrząc na branże i sektory gospodarki, można zauważyć, że w minionym roku najwięcej wniosków i odmów dotyczyło przedstawicieli budownictwa.

Ministerstwo Finansów informuje, że w 2020 roku złożono 25,4 tys. wniosków o uwolnienie środków zgromadzonych na rachunku VAT. Opiewały one na łączną kwotę przeszło 11,1 mld zł. Natomiast rok wcześniej podatnicy chcieli pozyskać w ten sposób ponad 5,6 mld zł. Wówczas wpłynęło od nich 21,1 tys. wniosków.

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

– To są zupełnie nieporównywalne lata. Początkowo podzielona płatność była dobrowolna. Miała marginesowe znaczenie, została praktycznie zignorowana przez podatników. Dopiero od listopada 2019 roku stała się obowiązkowa – komentuje prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów.

Wzrost liczby wniosków jest zrozumiały, co podkreśla dr Jacek Matarewicz, partner w Kancelarii Ożóg Tomczykowski, ekspert BCC. Można było się spodziewać tego, że w okresie pandemii przedsiębiorcy zechcą wykorzystać pieniądze, które są potencjalnie dla nich dostępne. Państwo powinno więc usprawnić ten proces, żeby podatnicy możliwie szybko je otrzymywali. Zwłaszcza teraz to ma spore znaczenie. Podobnego zdania są inni eksperci.

Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI
Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI

– Należało się spodziewać, że wzrośnie nie tylko liczba wniosków, ale przede wszystkim kwota oczekiwana przez podatników. Przed pandemią wielu przedsiębiorców kumulowało nadwyżki zapłaconego podatku czy też środki na rachunkach VAT. Wtedy mogli sobie oni na to pozwolić, ale w ciągu ostatniego roku zmieniła się sytuacja. W obliczu utraty płynności finansowej właściciele firm zaczęli częściej sięgać po te pieniądze – mówi Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak wynika z danych resortu za 2020 rok, wydano 24,1 tys. postanowień dot. uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT na łączną kwotę ponad 9,3 mld zł. Z kolei statystyki za rok wcześniejszy wyniosły odpowiednio 20,5 tys. oraz 5,5 mld zł. Według Marka Niczyporuka, widać zdecydowanie większą wartość uwolnionych środków. Ekspert zwraca jednak uwagę na to, że 2 lata temu pozytywnie rozpatrzono ok. 98% wniosków. W ubiegłym roku było to już tylko ok. 84%.

– Moim zdaniem, ubiegłoroczne statystyki wyglądają niekorzystnie dla aparatu skarbowego. Mam na myśli to, jaki procent z całości wnioskowanych środków został uwolniony oraz jak wyglądają te dane porównując je r/r z 2019 rokiem. Oceniając 2020 rok mówimy przecież o pandemii, a więc o wyjątkowych okolicznościach. Nie wiemy, czy procentowy spadek zwrotów w stosunku do wnioskowanych kwot wynika z faktu, że rzeczywiście pojawiły się wątpliwości co do uczciwości podatników, czy zdecydowały inne względy – dodaje ekspert z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

W 2020 roku w przypadku 1002 wniosków wydano postanowienie o odmowie uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT na łączną kwotę przeszło 164,8 mln zł. Rok wcześniej zapadły 123 decyzje niekorzystne dla podatników, w których wnioskowano o ponad 14,6 mln zł.

– Widać więc, że skala tego zjawiska nie jest zatrważająca, zwłaszcza że mamy ok. 1,8 mln czynnych podatników VAT-u. Ustawa jasno stwierdza, w jakich przypadkach musi być wydana odmowa – podkreśla prof. Modzelewski.

Jak zaznacza dr Matarewicz, powodem odmowy są nie tylko istniejące zaległości podatkowe przedsiębiorcy. To również jest obawa co do regulowania zobowiązań w przyszłości, w praktyce oceniana np. przez pryzmat wątpliwości co do uczciwości podatnika lub jego kontrahentów. Istnieje więc potencjalne ryzyko, że takie długi zostaną wkrótce stwierdzone przez organy podatkowe. Ekspert BCC obawia się, że aparat skarbowy coraz częściej odwołuje się do takich miękkich i trudno mierzalnych przesłanek jak „obawa” organu podatkowego.

– Przesłanki odmowy uwolnienia środków są bardzo nieostre. W wielu przypadkach podatnicy mogą być narażeni na przedłużające się procedury. To w efekcie prowadzi do pogłębiania się problemów finansowych – dodaje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Patrząc na konkretne sektory gospodarki, można zauważyć, że w ub.r. składane wnioski ws. uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT dotyczyły najczęściej budownictwa – 4899. Z informacji izb administracji skarbowej wynika, że następne w zestawieniu są takie branże, jak handel hurtowy i detaliczny, naprawa pojazdów samochodowych – 4799, a także przetwórstwo przemysłowe – 2822. Rok wcześniej budownictwo z wynikiem 2 614 znalazło się na trzeciej pozycji. Na czele zestawienia wówczas było rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo – 4 142, a dalej – handel hurtowy i detaliczny, naprawa pojazdów – 3 264.

– Te dane oddają rozkład sytuacji, inaczej pogorszenia płynności finansowej. W te branże z największą liczbą wniosków uderzyły bezpośrednio lub pośrednio te wszystkie ograniczenia kwarantannowe czy lockdownowe. Mimo że system jest dość biurokratyczny, to jednak się sprawdził – stwierdza były wiceminister finansów.

W 2020 roku odmowy uwolnienia środków zgromadzonych na rachunku VAT dotyczyły najczęściej budownictwa – 203 (rok wcześniej – 22). Dalej są takie sektory, jak handel hurtowy i detaliczny, naprawa pojazdów samochodowych – 161 (27), a także przetwórstwo przemysłowe – 109 (20). Jak podkreśla Marek Niczyporuk, w tych branżach widać tendencję polegającą na odmowie uwolnienia środków. Ale nie znamy przyczyn tego zjawiska. Nie wiemy też, czy decyzje miały związek z ujawnianymi nieprawidłowościami, czy może z dużym poziomem zaległości podatkowych.

– Mówi się, że dobrze zarządzana firma nie uzależnia swojej płynności finansowej od np. terminowego zwrotu VAT-u. Ten podatek ma bowiem pozostawać neutralny dla podatnika. Nie jest jednak żadnym nadużyciem uwzględnienie swojej sytuacji podatkowej w procesie planowania biznesu. Argument o neutralności VAT nie powinien być wykorzystywany na niekorzyść wnioskodawcy, zwłaszcza gdy przedsiębiorstwo ma problemy finansowe i ubiega się o własne środki. W takiej sytuacji trzeba szukać jakiegoś źródła finansowania zewnętrznego, np. kredytu. Tylko po co to robić, skoro przedsiębiorca ma swoje pieniądze na rachunku – podsumowuje dr Matarewicz.

Naukowcy ostrzegają przed kolejnymi groźnymi wirusami odzwierzęcymi. Już teraz stanowią przyczynę wielu nowo pojawiających się chorób

Naukowcy z Kanady i USA przygotowali zestawienie prawie 900 najgroźniejszych wirusów odzwierzęcych. O części z nich już wiadomo, że są niebezpieczne dla ludzi i mogą prowadzić do poważnych chorób. Wśród nich jest SARS-CoV-2, sklasyfikowany na drugiej pozycji miedzy wirusem Lassa a ebolą. Zoonozy już dziś stanowią ok. 70 proc. nowo pojawiających się chorób, a w przyszłości może być ich coraz więcej. Eksperci ostrzegają, że to w dużej mierze efekt działalności człowieka, m.in. masowego stosowania antybiotyków w hodowli zwierząt i rolnictwie czy degradacji środowiska naturalnego.

Wścieklizna, toksoplazmoza, gruźlica, bąblowica, ornitoza, ptasia grypa, tyfus czy bardziej znana borelioza i kleszczowe zapalenie mózgu – wszystko to choroby odzwierzęce, czyli tzw. zoonozy, które mogą przenosić się na człowieka poprzez bezpośredni albo pośredni kontakt ze zwierzęciem. Mogą one mieć charakter wirusowy, ale także pasożytniczy, bakteryjny albo wynikać z ukąszenia przez owady. Zarazić nimi mogą się nie tylko właściciele i opiekunowie zwierząt. Wiele pasożytów bytuje w glebie lub w wodzie i kontakt z nimi mogą mieć nawet osoby, które nie mieszkają ze zwierzętami.

– Według Światowej Organizacji Zdrowia dzisiaj rozpoznanych jest około 200 zoonoz. Każdego roku pojawia się co najmniej kilka nowych. Około 70 proc. nowo pojawiających się chorób tak naprawdę to jest ten sam patogen, który wywołuje choroby i u zwierząt, i u ludzi. Mało kto sobie z tego zdaje sprawę. W związku z tym przed zoonozami musimy się chronić poprzez dbanie o zdrowie zwierząt – mówi agencji Newseria Biznes Artur Zalewski, lekarz weterynarii i dyrektor biura zarządu Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych Polprowet.

SARS-CoV-2 jest wirusem, który pochodzi od zwierząt, ale nie do końca wiadomo jakich. Jedna z tez mówi o nietoperzach, inna o wężach czy innych dzikich zwierzętach na chińskich farmach czy targach mięsnych. Jak podkreśla ekspert, COVID-19, podobnie jak wścieklizna, jest typową zoonozą, ponieważ chorują na niego zarówno ludzie, jak i zwierzęta. Koronawirusem SARS-CoV-2 mogą zakazić się zwierzęta domowe, w tym psy i koty – choć takie przypadki należą do rzadkości i od początku pandemii informowano o nich tylko kilkukrotnie. W pierwszych miesiącach pandemii z tego powodu dochodziło też do przypadków porzucania zwierząt, ale WHO i naukowcy wskazują, że jak na razie nie ma żadnych dowodów na to, aby mogły one przenosić chorobę i zarażać ludzi.

Inaczej jest w przypadku norek hodowlanych i łasicowatych, na których w tej chwili skupiają się prace nad szczepionką przeciw COVID-19 dla zwierząt. Zyskały one priorytet po potwierdzonych przypadkach zakażeń odzwierzęcych w Danii. Tamtejsze władze jesienią ubiegłego roku oficjalnie nakazały wybicie milionów tych zwierząt, kiedy okazało się, że setki zakażeń COVID-19 w kraju były powiązane z nowymi wariantami koronawirusa, które rozwinęły się właśnie u norek hodowanych na fermach.

– Inna zoonoza, wścieklizna, jest chorobą śmiertelną. Około 60 tys. ludzi na całym świecie co roku umiera z jej powodu, głównie w krajach Trzeciego Świata. Jest projekt, żeby całkowicie wyeliminować wściekliznę do 2030 roku, ale będzie to możliwe tylko i wyłącznie dzięki szczepieniom. Zakłada się, że 70 proc. populacji wałęsających się psów, głównie w uboższych rejonach świata, musi zostać zaszczepiona, żeby wyeliminować tę chorobę. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku COVID-19, jak i innych chorób, takich jak np. gruźlica czy bąblowica – podkreśla Artur Zalewski.

Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych i Kanady przygotowali zestawienie najgroźniejszych wirusów pochodzenia zwierzęcego. Na liście jest prawie 900 wirusów, które badacze uszeregowali, biorąc pod uwagę ponad 30 czynników ryzyka, m.in. możliwość przenoszenia się ze zwierząt na ludzi oraz między ludźmi. Na pierwszych pozycjach wśród tych rozpoznanych znalazły się m.in. wirus Lassa, SARS-CoV-2, ebola, Seul i Nipah.

– Chorób odzwierzęcych będzie więcej. Będziemy radzili sobie z jedną, a tymczasem będą pojawiać się kolejne i niebagatelny wpływ ma tutaj to, co człowiek robi ze środowiskiem naturalnym – ocenia ekspert Polskiego Stowarzyszenia Producentów i Importerów Leków Weterynaryjnych Polprowet.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wskazuje, że do powstawania nowych chorób odzwierzęcych przyczynia się m.in. masowe stosowanie antybiotyków w hodowli zwierząt i rolnictwie. Wiele tych samych drobnoustrojów infekuje też zarówno zwierzęta, jak i ludzi, ponieważ po prostu współdzielą ekosystemy, w których żyją. Wysiłki tylko jednego sektora nie mogą zapobiec problemowi, dlatego WHO – w ramach koncepcji Jednego Zdrowia (One Health) – współpracuje m.in. z rządami krajowymi, środowiskiem akademickim i organizacjami pozarządowymi i międzynarodowymi, aby eliminować potencjalne zagrożenia. Koncepcja ta zakłada ochronę zdrowia człowieka przy jednoczesnej ochronie zdrowia zwierząt i uwzględnianiu wpływu stanu  środowiska na ludzi i zwierzęta.

– Koncepcja Jednego Zdrowia mówi o pewnej równowadze między światem ludzi i zwierząt, ale też i naturą, która nas otacza. Musimy na równi traktować te trzy elementy, bo one ze sobą współgrają. Jeżeli będziemy wycinać lasy amazońskie, niszczyć puszczę i doprowadzać do sytuacji stresogennych dla zwierząt, to niestety będą one w stresie chorowały częściej, a przez to tych patogenów w środowisku będzie więcej. Człowiek niestety bardzo wykorzystuje środowisko i niszcząc je, powoduje, że i chorób pojawia się coraz więcej – mówi Artur Zalewski. – Koncepcja Jednego Zdrowia została na nowo odkryta przez WHO i wydaje się, że robi teraz postępy. W Polsce jednak bardzo powoli to idzie, a trzeba zdecydowanie więcej nad tym popracować.