Samorządy krytykują Krajowy Plan Odbudowy. Chcą większego udziału w dysponowaniu unijnymi środkami

Samorządy oceniają, że władze lokalne i regionalne zostały pominięte w pracach nad Krajowym Planem Odbudowy. Dokument pomija też ich rolę w dysponowaniu unijnymi środkami – pieniądze mają być dzielone centralnie i według mało klarownych, nieprecyzyjnych kryteriów. Dlatego samorządy domagają się wprowadzenia jasnych zasad i większego udziału w podziale funduszy. Na uwzględnienie ich postulatów rząd ma stosunkowo niewiele czasu, bo ostateczną wersję KPO musi przekazać Komisji Europejskiej do końca kwietnia.

– Krajowy Plan Odbudowy jest potrzebny, bo oczywiste jest, że pandemia wywołała szkody społeczne i gospodarcze. Kilka jego elementów przyjmujemy z zadowoleniem, a priorytety, które w nim wskazano, są bardzo istotne. Jako samorządy chcielibyśmy jednak położyć większy akcent na produktywność gospodarki, lepszy dostęp do usług zdrowotnych czy dostępność miejsc pracy – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Kuczera, prezydent Rybnika i przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

Krajowy Plan Odbudowy to zakrojony na szeroką skalę program inwestycji i reform na kolejne lata. Ma wzmocnić gospodarkę po covidowym kryzysie i przestawić ją na nowe, zielone tory. Taki program muszą przygotować wszystkie kraje członkowskie UE i jest to warunek uruchomienia środków z unijnego Funduszu Odbudowy, przeznaczonych na walkę ze skutkami pandemii. Łącznie Polska otrzyma z niego ponad 200 mld zł i będzie czwartym największym beneficjentem. Zgodnie z wymogami UE 37 proc. dotacji ma zostać przeznaczone na zieloną transformację, a 20 proc. – na cyfryzację.

Prace nad KPO koordynuje Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Proces konsultacji społecznych zakończył się 2 kwietnia, po czym dokument trafił do ponownego rozpatrzenia. Rząd ma na to stosunkowo niewiele czasu, ponieważ ostateczną wersję KPO musi przekazać Komisji Europejskiej do końca kwietnia. Ta będzie mieć z kolei dwa miesiące na jego zaakceptowanie.

W trakcie konsultacji wiele uwag do Krajowego Planu Odbudowy zgłosili m.in. przedsiębiorcy, NGO-sy i samorządy. Te podkreślają, że rząd pominął władze lokalne i regionalne w pracach nad KPO.

– W pewnym sensie wyklucza się samorządy z całego pomysłu. Inwestycje samorządowe przez bardzo długi czas stanowiły ok. 40–50 proc. wszystkich inwestycji w Polsce, dlatego to wykluczenie i pewna centralizacja Krajowego Planu Odbudowy jest w naszym rozumieniu czymś złym – mówi Piotr Kuczera.

Co więcej, dokument pomija też rolę samorządów w dysponowaniu unijnymi środkami, a pieniądze mają być dzielone na szczeblu centralnym.

– Centralizacja nie jest procesem, który służy rozwojowi samorządności. Wykluczenie samorządów powoduje też, że duże projekty ogólnopolskie są realizowane po prostu źle. Dlatego jak najwięcej inicjatyw powinno być skierowanych na te najniższe szczeble, bo ostatnich 30 lat istnienia samorządów pokazało, że potrafią one sobie z tym poradzić i są po prostu bliżej ludzi – podkreśla przewodniczący Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.

KPO w obecnym kształcie skrytykowała też Unia Metropolii Polskich. Jej przedstawiciele wskazali, że projekt dyskryminuje miasta i ich obszary metropolitalne, co jest niezrozumiałe zwłaszcza w zakresie środków przeznaczonych np. na zieloną transformację czy niskoemisyjną mobilność. W ocenie prezydentów 12 największych polskich miast zabrakło też jasnych kryteriów, według których środki unijne będą dzielone na konkretne projekty.

– Postulujemy, żeby nie wykluczać z tego projektu także średnich miast, których mamy w Polsce 255. To one powinny być swoistymi lokomotywami rozwoju lokalnego – postuluje Piotr Kuczera. – Poza tym środki finansowe powinny być dysponowane klarowniej. Obecny tryb budzi szereg pytań, widzimy tendencję do centralizacji. Chcielibyśmy, żeby jednak to tryb konkursowy był najbardziej widoczny, a kryteria były transparentne i jasne.

Śląski Związek Gmin i Powiatów w swoim stanowisku wobec KPO wskazał także, że w rządowym dokumencie zabrakło też adekwatnych działań wspierających te branże, które najbardziej ucierpiały wskutek pandemii, czyli m.in. gastronomię, turystykę i drobny handel detaliczny.

– Pewne branże powinny zostać wsparte w większym stopniu – ocenia przewodniczący związku. – Dostrzegamy też, że w tym planie pojawia się cyfryzacja, ale w większym stopniu powinny zostać zaakcentowane np. kompetencje cyfrowe pracowników samorządowych i generalnie społeczeństwa. To dla jednostek samorządu terytorialnego jest bardzo ważne.

W projekcie KPO uwzględniono też zagadnienia związane z cyberbezpieczeństwem. Jednak finansowanie w tym zakresie przewidziano tylko na poziomie krajowym. Tymczasem dla zapewnienia bezpieczeństwa e-usług, świadczonych na poziomie lokalnym lub regionalnym, potrzebne jest też finansowanie dla samorządów.

Wśród strategicznych kwestii jest też potrzeba finansowania działań przyszłościowych. Pandemia się pojawiła i kiedyś minie, ale pytanie, czy ten plan pozwoli nam się przygotować na ewentualne kolejne fale i problemy związane z mutacjami wirusa – mówi Piotr Kuczera.

Śląskie samorządy poruszają też wątek planowanej reformy planowania przestrzennego. W ich ocenie termin wdrożenia w połowie 2026 roku jest mało realny. Dodają, że wyzwanie – jakim jest zmniejszenie konfliktów przestrzennych i ograniczenie kosztów suburbanizacji – nie zostanie osiągnięte bez odpowiednich regulacji ustawowych, a może i konstytucyjnych. Aktualny projekt planu nie wskazuje jednak takich rozwiązań.

 W kilku kwestiach wskazujemy na potrzebę dość daleko idących zmian i jedną z nich jest właśnie planowanie przestrzenne. Dla gmin jest to element podstawowy. Z punktu widzenia dat, które tu wyznaczono, widzimy pewną trudność związaną z tak szybką mobilizacją i przygotowaniem całej propozycji – mówi prezydent Rybnika.

Jak podkreśla, z perspektywy całego Śląska jako regionu górniczego kluczowe będą też środki kierowane na przebranżowienie i kształcenie nowych kompetencji. Tym bardziej w obliczu planowej transformacji regionu.

– Stoimy przed wyzwaniem pokoleniowym, szczególnie w średnich miastach zauważalny jest odpływ najzdolniejszych do dużych metropolii w poszukiwaniu wykształcenia i pracy. Wyzwaniem jest przyciąganie do nas takich gałęzi biznesu czy gospodarki, które spowodują, że wiedza nabyta w dużych ośrodkach będzie mogła zostać przekazana tutaj. Za tym idą oczywiście dobrze płatne miejsca pracy, które często decydują o tym, czy proces marginalizacji średnich miast postępuje, czy też nie – wyjaśnia Piotr Kuczera. – Branża górnicza jest dobrze płatna, ale nie do końca przyszłościowa. Dlatego bardzo liczę, że te pieniądze, które pójdą w kierunku specjalizacji, szkoleń i przygotowania nowych kadr, stworzą wartość dodaną i spowodują, że wykształcona kadra będzie chciała zostać na miejscu. Dzięki temu życie gospodarcze średnich miast będzie lepsze, oparte na nowych technologiach, nowym przemyśle, nowym biznesie.

Wypłaty za odwołane wycieczki pochłonęły 225 mln zł z Turystycznego Funduszu Zwrotów. Zgłoszono ok. 90 tys. wniosków

– Ze wsparcia Turystycznego Funduszu Zwrotów w rozliczeniach z klientami skorzystało prawie 300 touroperatorów i przedsiębiorstw turystycznych – informuje Marek Niechciał z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Po zwrot pieniędzy za odwołane wycieczki zgłosiło się ok. 90 tys. Polaków, ale ze względu na to, że podpisywane przez nich umowy dotyczyły zwykle kilku osób, lista beneficjentów jest kilkukrotnie większa. Do końca marca wykorzystano łącznie 225 z zaplanowanych 300 mln zł środków zgromadzonych w TFZ. Kolejną formą wsparcia dla branży jest też działający od początku tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi zabezpieczenie na wypadek kolejnych nadzwyczajnych okoliczności. Na jego koncie jest 2 mln zł składek.

– Turystyczny Fundusz Zwrotów był otwarty dla każdego przedsiębiorstwa turystycznego. Ostatecznie zgłosiło się do nas 298 przedsiębiorstw, ale dwie bardzo duże firmy z pierwszej dziesiątki w nim nie uczestniczyły [Ecco Holiday i TUI Poland – red.], ponieważ postanowiły dokonywać zwrotów z własnych środków. Uwzględniając ten fakt, okazuje się, że w akcji zwrotów uczestniczy zdecydowana większość polskiego rynku turystycznego, liczonego wartością czy też liczbą podróżnych – mówi agencji Newseria Biznes Marek Niechciał, członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Od października ub.r. Polacy mogli składać do Turystycznego Funduszu Zwrotów wnioski o zwrot pieniędzy za odwołane i niedoszłe z powodu pandemii wycieczki. Środki z TFZ – czyli specjalnego funduszu covidowego – były wypłacane, gdy podróżny nie otrzymał zwrotu wniesionej zaliczki albo nie wyraził zgody na przyjęcie vouchera od touroperatora. Zgodnie z ustawą o zwrot środków można było ubiegać się maksymalnie do 31 grudnia ub.r., ale weryfikacja wniosków trwała jeszcze do końca marca.

– Ustawa o Turystycznym Funduszu Zwrotów przewidywała, że zostanie na niego przeznaczone 300 mln zł. Do końca marca wykorzystano z tego 225 mln zł – mówi ekspert.

Jak informuje, po zwrot środków za odwołane wycieczki zgłosiło się około 90 tys. Polaków, z którymi touroperatorzy podpisali umowy. Rzadko kiedy umowa dotyczyła tylko jednej osoby, więc lista beneficjentów to kilkaset tysięcy osób. Każda wypłata musiała mieć potwierdzenie w dwóch źródłach: występował o nią zarówno touroperator, jak i jego klient. Jeżeli dane się zgadzały, pieniądze były wypłacane na jego konto. Jednak we wnioskach kierowanych do TFZ częste były też rozbieżności, które wymagały dłuższej weryfikacji.

– Głównym problemem, z jakim się zetknęliśmy, była kwestia nazwisk, ponieważ firmy turystyczne często przekazywały nam informacje w oparciu o bazy danych linii lotniczych, gdzie nie ma polskich znaków. Problematyczna była też kwestia daty zawarcia umowy, która często różniła się w zeznaniach przedsiębiorcy i podróżnego. Kolejny duży problem stanowiła różna liczba wpłat. Przykładowo podróżny płacił w dwóch ratach, ale robił to za pośrednictwem agenta, który jedną z tych wpłat podzielił. Dlatego po stronie firmy turystycznej mieliśmy już trzy płatności. Trudno było to połączyć, wymagało to już nie systemu teleinformatycznego, ale ręcznej pracy – wymienia członek zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego odpowiedzialny za obszar turystyki.

Działający przy UFG Turystyczny Fundusz Zwrotów stanowił formę pomocy nie tylko dla podróżnych poszkodowanych przez pandemię, ale i dla całej branży turystycznej. Firmy i touroperatorzy nie dysponowali bowiem wystarczającymi środkami, żeby samodzielnie rozliczyć się z klientami za odwołane wycieczki. Na ogół sami już wcześniej wpłacili zaliczki liniom lotniczym i hotelom, rezerwując ich usługi, a kiedy rozszalała się pandemia, mieli problem z odzyskaniem tych środków od zagranicznych kontrahentów, którzy zasłaniali się swoimi kosztami.

Zgodnie z ustawą o TFZ to państwo – na wniosek klienta i touroperatora – zwracało środki za odwołane wyjazdy, ale ta pomoc ma charakter zwrotny. Zwrot wypłaconych środków będzie dokonywany przez organizatorów turystyki w 72 ratach.

 Zgodnie z ustawą środki z Turystycznego Funduszu Zwrotów są pożyczką udzieloną przez fundusz covidowy BGK dla przedsiębiorstw turystycznych i trzeba je zwrócić w ciągu sześciu lat. Spłaty powinny rozpocząć się do 21 kwietnia br., natomiast wiem, że rząd i Sejm pracują nad nowelizacją tej ustawy tak, aby pozostałe płatności były dokonywane od 2022 roku. Czyli można powiedzieć, że ten proces będzie odłożony mniej więcej o osiem miesięcy – mówi Marek Niechciał.

Jak ocenia, zmiany przepisów uchwalone na przestrzeni ostatniego roku wzmocniły ochronę turystów i przyczyniły się do tego, że liczba upadłości w polskim sektorze turystycznym okazała się niewielka w stosunku do prognoz i sytuacji rynkowej.

– W 2020 roku formalnie upadłości było mniej niż w poprzednim, który był rekordowo dobry dla turystyki. Mieliśmy osiem upadłości, natomiast w 2019 roku – ponad 10, więc można powiedzieć, że prawo zadziałało i ochroniło zarówno firmy turystyczne, jak i konsumentów, którzy dostali zwrot zaliczek za niedoszłe imprezy turystyczne – podkreśla przedstawiciel UFG.

Jedną z form wsparcia dla sektora jest też wprowadzony z początkiem tego roku Turystyczny Fundusz Pomocowy, który stanowi formę zabezpieczenia na wypadek kolejnych, nadzwyczajnych okoliczności. Przedsiębiorstwa turystyczne od 1 stycznia br. są zobowiązane odprowadzać składki na TFG, w którym obecnie znajdują się już ponad 2 mln zł.

– W przyszłości w przypadku różnych nieprzewidzianych zdarzeń będzie można pożyczyć pieniądze Turystycznego Funduszu Pomocowego  przedsiębiorstwom w kłopotach, żeby uchronić je przed upadłością – wyjaśnia Marek Niechciał. – Przykładowo firma, która wysłała turystów w jakiś region, gdzie nagle wybucha wulkan albo wojna domowa, prawdopodobnie by zbankrutowała. Natomiast dzięki TFG będzie mogła pożyczyć środki, żeby później oddać w ciągu kilku lat i dzięki temu przetrwać na rynku.

Choroba Parkinsona coraz częściej dotyka młodych ludzi. Pandemia znacząco opóźnia diagnostykę i leczenie.

Minęły już czasy, kiedy Parkinson był problemem ludzi starszych. Najmłodszy chory, z którym rozmawiałem, miał pierwsze objawy w wieku 16 lat – mówi wiceprezes Fundacji Chorób Mózgu Wojciech Machajek. Chorobę Parkinsona, na którą cierpi w Polsce ok. 100 tys. osób, diagnozuje się coraz częściej i u coraz młodszych. W ostatnich latach poprawił się dostęp do leczenia zaawansowanego stadium choroby, a w ramach dwóch programów lekowych pacjenci mają dostęp do nowoczesnych terapii infuzyjnych. Kluczowe znaczenie dla sprawności chorych ma jednak wczesne rozpoznanie i wdrożenie leczenia, co ostatnio utrudnia pandemia.

– Choroba Parkinsona jest chorobą trudną, obejmującą całe ciało i wszystkie mięśnie: aparat mowy, przełykanie, ręce i nogi, układ wydalniczy, moczowy i trawienny. Choroba przychodzi do człowieka jak złodziej – powoli i stopniowo wykrada to, co najlepsze, czyli sprawność, uśmiech, zdolność logicznego myślenia. To jest naprawdę bardzo przykre, zwłaszcza dla opiekunów, którzy patrzą, jak ta choroba zabiera najbliższą osobę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Machajek, wiceprezes Fundacji Chorób Mózgu.

Na całym świecie co roku 11 kwietnia obchodzony jest Światowy Dzień Choroby Parkinsona, którego symbolem jest czerwony tulipan. Szacuje się, że w Polsce cierpi na nią ok. 100 tys. pacjentów. Statystycznie na tę neurodegeneracyjną chorobę częściej cierpią mężczyźni niż kobiety, a ryzyko zachorowania rośnie wraz z wiekiem. Najczęściej diagnozuje się ją między 50. a 60. rokiem życia, ale dotyka ona również osoby, które nie ukończyły nawet 20. roku życia (parkinsonizm młodzieńczy).

– Minęły już czasy, kiedy mówiło się że choroba Parkinsona to jest problem ludzi starszych. Najmłodszy chory, z którym rozmawiałem, miał pierwsze objawy w wieku 16 lat. Zdiagnozowano go w wieku 19, a stymulator DBS wszczepiono kiedy miał 24 lata. U mojej żony chorobę Parkinsona zdiagnozowano w wieku 44 lat. Ta choroba zdecydowanie częściej niż kiedyś dotyka ludzi młodych – mówi Wojciech Machajek.

Chorobę Parkinsona po raz pierwszy opisano ponad dwa wieki temu, ale jej przyczyny nie są znane do dziś. Wśród możliwych powodów rozważa się m.in. czynniki genetyczne i środowiskowe, stres oksydacyjny albo przebyte infekcje. W przebiegu choroby dochodzi do uszkodzenia i obumierania w mózgu neuronów produkujących dopaminę. Jest ona jednym z najważniejszych neuroprzekaźników, które umożliwiają przesyłanie między komórkami nerwowymi sygnałów odpowiedzialnych np. za pracę mięśni i koordynację ruchową.

W miarę rozwoju choroby Parkinsona zdecydowanie pogarsza się jakość życia. Kiedy zmiany w mózgu są coraz poważniejsze, objawy przybierają na sile i pojawiają się m.in. zaburzenia chodu, równowagi, trudności z wykonywaniem codziennych czynności, takich jak mycie się, ubieranie i spożywanie posiłków, a także zaburzenia mimiki i spowolnienie mowy, która staje się monotonna. W zaawansowanym stadium chory spędza większość czasu w łóżku albo na wózku inwalidzkim i wymaga nieustannej pomocy opiekuna.

Choroby Parkinsona nie da się wyleczyć, można jedynie opóźnić jej postęp, łagodzić objawy i jak najdłużej utrzymywać samodzielność i sprawność chorego. W tym celu niezbędne jest jednak wczesne rozpoznanie i jak najszybsze wdrożenie leczenia, które opiera się głównie na uzupełnieniu niedoborów dopaminy. Podstawowym lekiem jest lewodopa będąca aminokwasem, który w mózgu zamienia się właśnie w dopaminę. Ponadto stosowane są też leki hamujące rozkład dopaminy, jak np. rasagilina. W ostatnich kilku latach szansą dla pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona są również nowoczesne terapie infuzyjne, w Polsce refundowane w ramach programów lekowych.

– Terapie infuzyjne polegają na tym, że omijamy przewód pokarmowy, który jest newralgicznym miejscem w chorobie Parkinsona i powoduje, że leki nie działają, nie są wchłaniane z jelita cienkiego. Dlatego stworzono postać lewodopy zawieszoną w żelu, którą można spakować w kasetkę i podłączyć do zewnętrznej pompy przez zgłębnik, przeprowadzony przez powłoki brzuszne. Jego końcówka znajduje się w jelicie, gdzie ten lek się wchłania. Tą metodą w badaniach klinicznych uzyskano aż cztery godziny dodatkowej aktywności pacjentów w ciągu dnia – mówi prof. Jarosław Sławek.

Powyższa terapia wymaga założenia cewnika do jelita cienkiego, a więc jest metodą inwazyjną. W pierwszych miesiącach leczenia wskazana jest kontrola dawki leku, która powinna być przeprowadzona przez lekarza i pielęgniarkę.

Druga z metod – prostsza i mniej inwazyjna – polega na podawaniu podskórnie apomorfiny.

– To już jest inny lek, z innej grupy, a terapia jest przeznaczona raczej dla młodszych chorych z racji profilu działania tego leku i działań niepożądanych. W tej metodzie też omijamy przewód pokarmowy. Podajemy podskórny wlew, a lek wchłania się z tkanki podskórnej do krwiobiegu i przechodzi do mózgu – wyjaśnia prezes Polskiego Towarzystwa Neurologicznego.

Wojciech Machajek wskazuje, że Polska była jednym z ostatnich krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w której chorzy na Parkinsona zyskali dostęp do terapii infuzyjnych.

W Polsce jest w tej chwili dziewięć ośrodków, które prowadzą terapie infuzyjne dla pacjentów z zaawansowaną chorobą Parkinsona.

– Generalnie nie mamy ograniczeń związanych z kontraktowaniem z Narodowego Funduszu Zdrowia. Mamy natomiast ograniczenia dotyczące wydolności tych ośrodków i dostępu do nich chorych. Próbujemy to poprawić, ale okres pandemii COVID-19 nam to utrudnił. Przez długi czas ośrodki nie przyjmowały chorych na planowane zabiegi, a niektóre z nich stały się szpitalami covidowymi i zawiesiły całkowicie taką działalność – mówi prof. Jarosław Sławek.

– Obecnie w Polsce powstają kolejne ośrodki prowadzące terapie infuzyjne. Przygotowujemy się np. do otwarcia takiego ośrodka w Sandomierzu, który obejmowałby województwo świętokrzyskie. Z kolei na Śląsku, gdzie mieszka ok. 4,5 mln ludzi, potrzeby są naprawdę wielkie, a tam jest tylko jeden ośrodek w Katowicach. Staramy się także o uruchomienie kolejnego w Gliwicach i Sosnowcu – dodaje Wojciech Machajek.

W zaawansowanym stadium choroby poza terapiami infuzyjnymi stosuje się również DBS, czyli głęboką stymulację mózgu.

– Jest to neurochirurgiczny zabieg, który polega na tym, że do mózgu wprowadza się dwie elektrody, kabelki, które biegną pod skórą do stymulatora na piersi. Płynący przez nie prąd po prostu wspomaga pracę mózgu – wyjaśnia Wojciech Machajek.

Problem z jakim mierzą się osoby, u których podejrzewa się chorobę Parkinsona lub jej zaawansowane stadium, to m.in. długi czas oczekiwania na konsultację ze specjalistą neurologiem.

– W Polsce na poradę w poradni neurologicznej czeka się przeciętnie trzy miesiące, a w ośrodkach wysokospecjalistycznych nawet pół roku lub rok. Chcemy skrócić tę ścieżkę, bo pacjenci z chorobą Parkinsona nie mają tyle czasu. Zwłaszcza w zaawansowanym stadium mogą zdarzyć się w tym czasie np. upadki i złamania. Wiemy z brytyjskich badań, że chorzy z chorobą Parkinsona pięciokrotnie częściej niż ich zdrowi rówieśnicy łamią sobie szyjkę kości udowej. To często powoduje, że później nie są już w stanie wrócić do normalnej sprawności – mówi prof. dr hab. n. med. Jarosław Sławek, specjalista neurolog, prezes zarządu Polskiego Towarzystwa Neurologicznego. – Aby tego uniknąć, powinniśmy dać chorym szansę na szybsze wdrożenie efektywnego leczenia. Wszystkie dostępne w tej chwili metody są bardzo skuteczne, mimo że drogie i reglamentowane.

W Polsce każdego roku diagnozę choroby Parkinsona słyszy ok. 8 tys. osób.

Treści i reklamy audio zyskują na znaczeniu. Przyszłością rynku będą reklamy interaktywne

W ubiegłym roku wydatki na reklamę poza internetem wzrosły jedynie w radiu, które mimo pandemii obroniło swoją pozycję. W I półroczu ub.r. codziennie włączało je ponad 69 proc. Polaków, czyli ok. 21 mln osób. Pandemia przyspieszyła także rozwój podcastów i muzycznych serwisów streamingowych, dzięki czemu zarówno treści, jak i reklama audio zyskują na znaczeniu jako nowy sposób przyciągania uwagi odbiorców i dostarczania angażujących treści. – W nadchodzącym roku reklama audio ma być jednym z najgorętszych trendów na rynku reklamowym – prognozują eksperci. Tym bardziej że testowane są już także technologie umożliwiające odbiorcom interakcję z reklamą.

– Audio do tej pory było traktowane trochę po macoszemu. Obserwowana cyfrowa rewolucja dotyczyła technologii i zakupów online, objęła też reklamy wideo, ale audio zostało gdzieś z tyłu. Na szczęście teraz nadrabia zaległości. Widać wyraźny wzrost liczby reklam i słuchaczy, którzy słuchają podcastów, serwisów streamingowych czy zwykłego radia przez internet – mówi agencji Newseria Biznes Michał Marcinik, założyciel i CEO AdTonos, firmy specjalizującej się w audiomarketingu.

Mimo pandemii COVID-19, która wywołała regres na rynku reklamowym, radio wypadło bardzo dobrze na tle innych mediów tradycyjnych i wykazało się największą stabilnością. Według danych Kantar w 2020 roku na reklamę w mediach przeznaczono 35 mld zł (bez promocji w internecie i bez uwzględnienia rabatów), co oznacza spadek o 9,3 proc. r/r. Wydatki reklamowe wzrosły w tym czasie jedynie w radiu – o 4,2 proc., do poziomu 8,7 mld zł.

– Pandemia spowodowała lekką zmianę przyzwyczajeń. Wcześniej słuchaliśmy radia głównie w samochodzie, jadąc do pracy. Teraz słuchamy go w domu, w trakcie home office. Coraz częściej korzystamy z urządzeń podłączonych do internetu i radia online. W Wielkiej Brytanii już ok. 8 proc. słuchaczy stacji radiowych słucha właśnie poprzez aplikacje mobilne, smart speakery czy ze zwykłego laptopa. W Polsce tempo zmian jest podobne. Można przyjąć, że przepływ słuchaczy z FM do online’u w 2020 roku był najbardziej dynamiczny na przestrzeni ostatnich 10 lat – ocenia Michał Marcinik.

Według danych Komitetu Badań Radiowych (KBR) na początku pandemii (marzec–maj 2020 roku) radia słuchało codziennie 20,4 mln Polaków, czyli ok. 67 proc. Był to najniższy wynik w roku. Ten lekki spadek (o 5,9 proc.) wynika z tego, że dotychczas wiele osób (ok. 11 mln) słuchało radia wyłącznie w samochodzie lub w pracy, a przez lockdown i przymusową kwarantannę stracili tę możliwość. Szybko jednak liczba słuchaczy radia w domu wzrosła i w kolejnych miesiącach to medium obroniło swoją pozycję. W sumie w I półroczu ub.r. radio włączało codziennie 69,3 proc. Polaków, czyli prawie 21 mln osób w wieku 15–75 lat, a każda z nich słuchała radia średnio 4,4 godziny dziennie.

Michał Marcinik wskazuje, że pandemia pociągnęła za sobą wzrost znaczenia treści i reklam audio jako nowego sposobu przyciągania uwagi odbiorców i dostarczania angażujących treści. Jego zdaniem potencjał do dalszego rozwoju jest ogromny. Z jednej strony słuchaczy jest coraz więcej, a z drugiej – coraz więcej mediów chce korzystać z różnych form audio i produkuje własne podcasty czy zakłada własne stacje online.

– Nasza baza w ciągu roku urosła do 35 mln unikalnych słuchaczy i do przyszłego roku ta liczba zostanie co najmniej podwojona – prognozuje prezes AdTonos. – Reklama audio przede wszystkim jest mniej intruzywna. W przypadku wideo każdy kolejny kontakt z taką reklamą powoduje nasze zniechęcenie. Natomiast audio to jest bardziej reklama tła, bardziej natywna i działająca raczej na naszą podświadomość.

Według styczniowego raportu Carat Trends 2021 jednym z wiodących trendów nadchodzącego roku na rynku reklamowym będą screen-free-media, czyli media bezekranowe, a wraz z nimi właśnie reklama audio. Eksperci  wskazują, że strategie marek dotyczące dźwięku rozbudowują się: od wyszukiwania głosowego i podcastów, przez reklamy audio, po branding audio. To, że cyfrowy dźwięk będzie w najbliższych latach mocno zyskiwać na znaczeniu, prognozują również autorzy tegorocznego raportu „UK Digital Users 2021” Insider Intelligence i eMarketer.

– Technologia sprzyja częstszemu i dłuższemu słuchaniu audio online. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii widzimy rosnącą penetrację smart speakerów na rynku, ok. 25 proc. tamtejszych gospodarstw domowych ma już przynajmniej jedno takie urządzenie. To pozwala na dwukierunkową formę komunikacji, co pokazują testy przeprowadzone przez nas w Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Michał Marcinik.

Jak podkreśla, był to pierwszy na świecie test reklamy interaktywnej w radiu.

– Daliśmy odbiorcom możliwość umówienia się na jazdę próbną nowym modelem samochodu za pomocą komend głosowych, przez wejście w interakcję z reklamą nadawaną w radiu, przez trzy stacje radiowe. Na koniec nadawania lektor mówił: „a teraz, jeżeli chcesz umówić się na jazdę próbną, powiedz…” – mówi prezes AdTonos. – Wszystkie firmy, które korzystają z narzędzi reklamy online, wykorzystują informacje zostawiane przez nas w internecie, np. w mediach społecznościowych. Dzięki temu my także jesteśmy w stanie tak dobrać reklamę, żeby słuchacz, który jest zainteresowany zakupem określonego produktu bądź usługi, był skłonny z niej skorzystać.

Fotowoltaika: prosumenci potrzebują wydajnego systemu magazynowania energii

Jednym z głównych problemów, które dotykają prosumentów energii fotowoltaicznej, jest brak możliwości realnego magazynowania wytwarzanego prądu. Obecnie system magazynowania działa jedynie wirtualnie – cała energia przesyłana jest do sieci, a nadwyżki energii niewykorzystanej przez prosumenta są podliczane. Później może on skorzystać z tej ilości niewykorzystanej energii, pobierając ją z sieci energetycznej. To jednak teoretyczny zabieg, który dodatkowo destabilizuje sieć energetyczną – nieprzystosowaną do odbierania energii od dużej liczby rozproszonych źródeł. Dlatego by fotowoltaika mogła się dalej dynamicznie rozwijać, potrzebne jest nowe rozwiązanie – które pozwoli prosumentom magazynować energię w sposób realny. Idealny system to spółdzielczy magazyn energii – każdy z prosumentów mógłby go współfinansować, a jednocześnie współkorzystać z jego możliwości. Za magazynami energii przemawia również to, że mogą one oferować usługi sieciowe – czyli dbać o natężenie i napięcie prądu, a także wyłapywać skoki napięcia.

– Magazyny energii są rozwiązaniem idealnym dla odbiorcy. Nie będzie on musiał tworzyć wirtualnego magazynu energii, ale byłby w stanie posiadać magazyn realny. Czyli realne miejsce, gdzie ta energia będzie gromadzona na potrzeby korzystania z niej, kiedy instalacje prosumenckie nie produkują prądu – powiedział serwisowi eNewsroom Roman Karbowy, przewodniczący grupy roboczej ds. agrowoltaiki, Polskie Stowarzyszenie Fotowoltaiki. – Magazyny energii nie są jednak rozwiązaniami tanimi. Dla większości prosumentów już sama instalacja fotowoltaiczna jest dość znaczącym wydatkiem. Przydałoby się więc rozwiązanie, polegające na współdzieleniu jednego magazynu energii dla konkretnego obszaru. Ciężko mi zdefiniować, jaki zasięg mógłby mieć taki magazyn – natomiast to już operatorzy wiedzą, gdzie mają największe problemy. Niestety póki co rozwiązania prawne hamują rozwój tego typu technologii. Ciągle nie mamy rozwiązania prawnego, które zdefiniuje, czyja jest energia przechowywana w magazynie. Czy operator takiego magazynu energii musi być dystrybutorem, czy musi mieć koncesję? To są rzeczy, które muszą być uregulowane – zanim magazyny zaczną funkcjonować. A czasu mamy mało. W 2025 roku powinny się już pojawić na rynku magazyny energii w dużej skali. Natomiast opieszałość legislacji powoduje, że czasu na ich wprowadzenie robi się coraz mniej – wskazuje Karbowy.

Płuca do przeszczepu dzięki innowacyjnemu urządzeniu mogą być utrzymane przez pół doby w warunkach fizjologicznych. Taka procedura medyczna bywa ostatnim ratunkiem po ciężkim przebiegu COVID-19

Dzięki urządzeniu OCS Lung płuca pobrane od dawcy można przechowywać do 12 godzin w warunkach zbliżonych do tych, jakie panują w ciele żyjącego człowieka. Standardowo narząd poza organizmem może wytrzymać w warunkach hipotermii maksymalnie do czterech godzin. Przeszczep jest jedyną drogą ratunku dla pacjentów, którzy w wyniku choroby COVID-19 doznali nieodwracalnego uszkodzenia płuc. W szpitalu w Zabrzu udało się w ten sposób ocalić życie sześciu osób.

– TransMedics ma jedyny, unikalny sprzęt, który pozwala przewozić płuca w innych niż dotychczas warunkach. Wszystkie inne sposoby przewożenia łączą się z hipotermią, czyli z chłodzeniem, z lodem, a to jest coś, czego ta filozofia transportu narządów unika – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr n. med. Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog, prezes Fundacji dla Transplantacji.

Dzięki urządzeniu OCS Lung płuca pobrane od dawcy są utrzymywane w stanie zbliżonym do fizjologicznego. Pozwala to wydłużyć maksymalny czas od pobrania do zakończenia przeszczepu z 4 do 12 godzin. Co więcej, według danych producenta o 50 proc. zmniejszone jest ryzyko pierwotnej dysfunkcji przeszczepu, które jest najczęstszym powikłaniem rzutującym na skuteczność transplantacji. Urządzenie jest zatwierdzone do użycia przez amerykańską Agencję Żywności i Leków. Sprzęt może się okazać jednym z ważniejszych narzędzi w walce o życie pacjentów z ciężkim przebiegiem choroby COVID-19.

– Płuca to w tej chwili gorący temat przez COVID. Na oddziale intensywnej terapii podtrzymujemy przez aparaturę ECMO życie kilku osób, które czekają na przeszczep płuc, ponieważ COVID zniszczył  całkowicie ich płuca i nie mają żadnych szans. Tylko przeszczep płuc może je uratować – wskazuje dr Zygmunt Kaliciński.

W Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeszczepiono płuca już sześciu pacjentom po COVID-19. Pierwsza taka procedura została tam przeprowadzona latem ubiegłego roku. Wszyscy pacjenci poddani transplantacji byli osobami w wieku poniżej 50 lat, wcześniej nieobciążonymi żadnymi schorzeniami.

– Zwracamy się z tym do naszych transplantologów płuc i do władz, żeby wprowadzić ten sprzęt do Polski. W porównaniu do obecnie w Polsce stosowanej metody transportu płuc w lodzie w hipotermii nowa metoda pozwala przechowywać organ w transporcie do biorcy w warunkach fizjologicznych w normotermii. Będziemy walczyć o to, żeby była stosowana w Polsce – zapowiada kardiochirurg.

W niektórych przypadkach płuca nawet w niewielkim stopniu uszkodzone, np. od osoby po łagodnym przebiegu COVID-19, mogą być wykorzystane do przeszczepu innemu choremu. Pierwszy przeszczep od pacjenta pocovidowego został przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku przez belgijski szpital uniwersytecki UZ Leuven. Z kolei w lutym tego roku chirurdzy z Northwestern Medicine w Chicago z powodzeniem przeszczepili oba płuca ozdrowieńca mężczyźnie, którego płuca zostały nieodwracalnie zniszczone przez tę chorobę.

Według danych Poltransplantu w całym ubiegłym roku dokonano przeszczepu płuca od 51 dawców. Na liście oczekujących na przeszczep znajduje się w Polsce średnio około 150 osób.

Pandemia i unijne prawo zrewolucjonizowały polską bankowość. W polskich bankach pojawia się coraz więcej nowych technologii

Pandemia stała się katalizatorem zmian w bankowości. Przyspieszyła procesy wykorzystywania nowych technologii zapoczątkowane już wcześniej, zwiększając ich świadomość w coraz szerszej grupie użytkowników. Zmiany przyspieszyło też wejście w życie dyrektywy PSD2 – to dzięki niej poprzez jedno konto można mieć wgląd we wszystkie prowadzone rachunki. Dodatkowo coraz łatwiej jest założyć konto zdalnie. Pomagają w tym narzędzia, które pozwalają na cyfrowe potwierdzenie tożsamości.

– Dyrektywa PSD2 została wdrożona już ponad półtora roku temu i faktycznie krajobraz jest taki, że w większości polskich banków możemy dołączyć konto innego banku i mieć bardzo duży ogląd naszych finansów. Czyli jesteśmy w stanie połączyć konto w jednym banku, w drugim banku, w trzecim banku i widzieć to całościowo. Coraz częściej banki mogą też wysyłać polecenie zlecenia płatności do innego banku, co usprawnia cały proces – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Dzięki otwartej bankowości z poziomu jednej aplikacji można mieć wgląd we wszystkie swoje konta. Zgodnie z unijną dyrektywą banki musiały zapewnić dostęp do rachunków klientów zewnętrznym podmiotom – innym bankom, fintechom czy serwisom płatniczym. Dla klientów oznaczało to spore ułatwienia – nie ma już potrzeby wylogowania się z jednego banku, by móc zalogować się w kolejnym. Otwarta bankowość sprawiła, że z jednego miejsca możemy sprawdzać stan kont czy zlecać płatności w innym banku. Ułatwia to również proces weryfikacji zdolności kredytowej.

– PSD2 nie tylko daje możliwość instytucjom takim jak banki, lecz także instytucjom płatniczym do połączenia tych rachunków i mamy możliwość panowania nad naszymi finansami jako klienci detaliczni. Ale także przedsiębiorstwa, które operują w różnych krajach na świecie, dzięki otwartej bankowości mogą połączyć konta w różnych krajach i mieć całościowy obraz swoich finansów – przekonuje ekspertka.

Jeszcze w 2019 roku, na co wskazywały wyniki międzynarodowego badania „Finansowy barometr ING”, tylko 26 proc. Polaków twierdziło, że możliwość udostępniania danych klientów przez banki zewnętrznym podmiotom jest czymś użytecznym. Jedynie 22 proc. wyraziło gotowość udostępnienia danych. Pandemia zmieniła nastroje wśród użytkowników aplikacji bankowych.

– Szczęście w nieszczęściu, że PSD2 i pandemia ze sobą dosyć mocno współgrały. Dzięki PSD2 i otwartej bankowości ułatwiono nam otwieranie kont przez uwierzytelnienie w innym banku. Czyli nie musieliśmy iść do oddziału, żeby otworzyć konto w innym banku, tylko wystarczy, że uwierzytelnił nas inny bank, gdzie miał już nasze dane i przekazał je na podstawie właśnie otwartej bankowości innemu bankowi – tłumaczy Katarzyna Niewińska.

Dyrektywa PSD2 sprawiła, że banki są zobowiązane do stosowania tzw. silnego uwierzytelnienia klienta przy co szóstej transakcji lub jeśli skumulowana wartość transakcji bez silnego uwierzytelniania przekroczy 150 euro. W dobie pandemii możliwość bezdotykowych płatności okazała się nieoceniona, wzrosła też popularność e-zakupów. Do sieci niemal całkowicie przeniosła się też cała bankowość, zwłaszcza że prostszy i szybszy jest też sam proces założenia konta.

Związek Banków Polskich podaje, że dobrym przykładem szybkiego wdrożenia rozwiązania w czasie lockdownu było wykorzystanie selfie w procesie identyfikacji klientów przy zakładaniu konta bankowego (raport „COVID-19 – banki i technologia”). Pojawiają się też platformy do zdalnego podpisywania dokumentów – nie jest już konieczna wizyta w placówce. To, co jeszcze niedawno wymagało bezpośredniego kontaktu, teraz można całkowicie bezpiecznie wykonać samodzielnie w domu.

– Pandemia sprawiła, że nie musimy mieć zawsze papierowej umowy i m.in. w kilku bankach zostało wdrożone rozwiązanie polskiego start-upu, które „odpapieryzowało” nasze umowy. Możemy zawrzeć umowę i przechowywać ją w konkretnej aplikacji. To ogromna rewolucja, że klient w Polsce jest w stanie założyć konto w banku zdalnie, bez spotykania się z pracownikiem. Pandemia przede wszystkim wpłynęła na to, że wiele procesów w bankach zostało zautomatyzowane i scyfryzowane – podkreśla dr Katarzyna Niewińska.

Według raportu ZBP na koniec czerwca 2020 roku liczba użytkowników mobilnych aplikacji bankowych w Polsce wyniosła niemal 13 mln.

Czy w kwietniu będzie jeszcze drożej?

Kwiecień zwykle jest bardzo dobrym miesiącem dla inwestorów, jak wynika z giełdowych statystyk. Czy jednak będzie drożej, skoro najważniejsze indeksy ostatnio pobiły historyczne rekordy?

Patrząc na statystyki okazuje się, że w perspektywie 30, 20 czy 10 ostatnich lat kwiecień radził sobie bardzo dobrze, a w zasadzie najlepiej, biorąc pod uwagę powtarzalność w tych wszystkich 3 interwałach czasowych. Może średnie wzrosty za ostatnie 10 lat na S&P 500 na poziomie nieco ponad 2 proc. nie powalają, ale warto wiedzieć, że jest to jedynie średnia wartość.

Nasdaq, a konkretnie indeks skupiający 100 największych spółek z tej giełdy znalazł się o 1 proc. od historycznych szczytów. Inwestorzy z pewnością spoglądają na poziom 14 tysięcy punktów – tak samo, jak całkiem niedawno ekscytował ich indeks S&P 500, który zbliżał się do magicznego poziomu 4000 punktów. Historyczny rekord padł, co nie spowodowało odwrotu inwestorów. S&P 500 zbliżył się do 4100 punktów.

Czy kwiecień 2021 r. będzie zbieżny ze statystykami z lat poprzednich?

– Ten rok jest rzeczywiście bardzo specyficzny, przy historycznych szczytach 2 proc. wzrosty to naprawdę byłoby sporo, jednak jestem optymistą – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Mój optymizm spowodowany jest bardzo dużą ilością szczepień w USA.

Jest kilka czynników, które mogą sprzyjać wzrostom indeksów giełdowych. To przede wszystkim osłabienie wzrostu rentowności obligacji rządowych i osłabienie dolara.

– Oczekiwania inwestorów są umiarkowanie pozytywne – dodaje ekspert XTB.

Kij i marchewka w sporze o Nord Stream 2

Sankcje wobec Nord Stream 2 wprowadzone przez USA mają skłonić Rosję do zmiany zachowania, ale niekoniecznie zatrzymają budowę. Może do tego doprowadzić moratorium, które jest możliwe do wynegocjowania z Niemcami.

USA mają przedstawić zaktualizowaną czarną listę sankcji wobec spornego gazociągu Nord Stream 2. Pomimo różnych apeli administracja Joe Bidena nie zrobiła tego do teraz, ale ma czas do maja 2021 r. Tymczasem budowa tego spornego gazociągu postępuje. Pierwsza nitka ma być gotowa do końca maja a druga do końca czerwca 2021 roku. Projekt ma zostać ukończony do końca 2021 roku. Mimo to terminarz Gazpromu wielokrotnie się wydłużał. Nord Stream 2 już teraz jest opóźniony o prawie dwa lata, bo miał powstać do końca 2019 roku, kiedy na jego drodze stanęły pierwsze sankcje amerykańskie.

Amerykanie nie będą prawdopodobnie chcieli użyć poszerzonych sankcji, jeśli administracja Joe Bidena będzie czekać do maja z przedstawieniem nowej listy sankcji wbrew apelom przeciwników Nord Stream 2 albo/i nie będzie ona zawierać nowych podmiotów związanych z tym projektem. Będzie to mogło oznaczać, że nie chcą uderzyć w firmy niemieckie, antagonizując sojusznika albo/i uznały to narzędzie za mniej skuteczne od alternatywy.

– Może okazać się, że ani rozmowy dyplomatyczne, ani sankcje tej inwestycji nie zatrzymają – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl. – Jednak zakończenie inwestycji wcale nie musi oznaczać, że przez Nord Stream 2 kiedykolwiek popłynie gaz z Rosji, a W.Putin z tą rurą gazową pozostanie sam.

Politico przypomina, że Departament Sprawiedliwości przedstawił dwa pakiety nowych restrykcji związanych z tym projektem przeciwko operatorowi Nord Stream 2 AG oraz prezesowi Matthiasowi Warnigowi, które nie zostały dotąd wdrożone. Nie oznacza to jednak, że Amerykanie na pewno porzucą sankcje wobec Nord Stream 2, a raczej o to, że nie będą traktować ich jako narzędzie usuwające problem. Mogą się być kijem, oprócz którego pojawi się marchewka, kierowana szczególnie w stronę sojuszników jak Niemcy, ale i Polska wymieniana co rusz przez sekretarza Blinkena jako kraj poszkodowany przez sporny gazociąg.

Niezmiennie jednak możliwy jest scenariusz, w którym dojdzie do układu co najmniej zamrażającego budowę Nord Stream 2 na mocy moratorium w celu spokojniejszego prowadzenia rozmów na temat rozwiązań pozwalających w końcu powstać temu gazociągowi, ale przy zabezpieczeniach chroniących interesy sojuszników USA innych, niż Niemcy, na przykład Polski czy Ukrainy.

Nieoficjalnie można usłyszeć o „wyłączniku” Nord Stream 2 pozwalającym zatrzymać jego pracę w razie zagrożenia bezpieczeństwa dostaw gazu przez Ukrainę. Przekierowanie dostaw ze szlaku ukraińskiego na niemiecki z użyciem Nord Stream 2 oraz gotowej już odnogi niemieckiej EUGAL jest bardzo prawdopodobnie, szczególnie po informacjach o tym, że Ukraińcy stracili już przesył do Mołdawii na rzecz Turkish Stream omijającego ich od południa i gazociągów europejskich, w tym rumuńskich. Nie jest pewne, czy taki „wyłącznik” działałby efektywnie wobec nieprzewidywalności Rosji.

Rozważania na temat kija i marchewki mających zatrzymać Nord Stream 2 mogą stracić rację bytu, jeżeli Rosjanie ukończą budowę tego gazociągu zgodnie z ich oficjalnymi zapowiedziami, do których należy mieć oczywiście dystans ze względu na doświadczenia historyczne. Należy powtórzyć, że Nord Stream 2 był już wielokrotnie opóźniany przez różne zdarzenia, w tym te nieprzewidywalne, jak sztormy. Tak stało się na początku kwietnia i można znaleźć obliczenia sugerujące, że same sztormy opóźniły ten projekt o niecały miesiąc.

Wciąż możliwy jest scenariusz, w którym Nord Stream 2 powstaje po polskim Baltic Pipe i jest on umiarkowanie optymistyczny z punktu widzenia interesów Polski wobec faktu, że jeszcze w 2019 roku ukończenie rury rosyjskiej wydawało się nieuniknione. Tymczasem jest już opóźniona o prawie dwa lata a polityka amerykańska kija i marchewki może ją dalej opóźniać, o ile administracji Joe Bidena nie zabraknie werwy przy poszerzaniu restrykcji oraz umiejętności dyplomatycznych w rozmowach z sojusznikami.

– Mamy więc kij w postaci sankcji, które nadal mogą opóźniać budowę Nord Stream 2, i jednocześnie marchewkę w postaci rozmów dyplomatycznych, które mogą doprowadzić do jakiegoś układu z udziałem Niemców, ale wtedy także przy udziale Polaków i Ukraińców – podsumowuje W.Jakóbik.

Cyfrowa rewolucja w przemyśle. Polskie firmy w pandemii wydają najmniej

Według raportu Banku Pekao, co czwarte polskie przedsiębiorstwo zmniejszyło lub całkowicie zrezygnowało z inwestycji w nowoczesne technologie w czasie pandemii COVID-19. Od polskich firm mniej w Unii Europejskiej inwestują tylko Węgrzy, Rumuni i Bułgarzy. Natomiast dla światowych pionierów przeprowadzona już transformacja cyfrowa oznaczała nie tylko utrzymanie się na powierzchni, ale też większe zyski.

W obliczu pandemii COVID-19, największego kryzysu zdrowotnego i gospodarczego w najnowszej historii, firmy z wielu sektorów zostały zmuszone do podjęcia nadzwyczajnych środków w celu ochrony swoich pracowników i utrzymania ciągłości działalności. Lockdown, trudności w przemieszczaniu, zerwane łańcuchy dostaw i konieczność zachowania reżimu sanitarnego, to tylko niektóre trudności, z którymi musieli mierzyć się przedsiębiorcy.

Wyniki badania przeprowadzonego przez Instytut McKinsey nie pozostawiają złudzeń. Firmy, które były wyposażone w nowoczesne technologie, już na starcie kryzysu pandemicznego, były w lepszej sytuacji od tych, którzy dopiero wdrażali innowacyjne rozwiązania w swoich przedsiębiorstwach.

Rozwiązania Przemysłu 4.0 dla 94% respondentów (z ponad 400 przebadanych firm na całym świecie) okazały się kluczowe w kontynuowaniu działalności podczas kryzysu, 56% stwierdziło, że pionierskie technologie miały kluczowe znaczenie dla ich reakcji na kryzys.

Pionierzy wskazali drogę

Instytut McKinsey przytoczył też ciekawy przykład. Amerykański producent niezbędnych w okresie pandemii środków ochrony indywidualnej zwiększył swoją wydajność poprzez instalację nowej linii produkcyjnej. Było to możliwe dzięki zdalnemu wykorzystaniu rzeczywistości rozszerzonej.

Aby sprostać nowym wyzwaniom nie wystarczyło wdrożyć tylko nowych rozwiązań komunikacyjnych czy tych dotyczących pracy zdalnej. Najlepiej na rynku odnalazły się firmy, które miały przygotowane rozwiązania inteligentnej logistyki i zarządzania łańcuchem dostaw. Również automatyzacja takich procesów jak zdalna kontrola linii produkcyjnej, bezzałogowe magazyny czy bardziej automatyczny przepływ towarów między producentem a konsumentem, z miejsca poprawiły sytuację firm, które wcześniej zainwestowały w nowoczesne technologie – podkreśla Zbigniew Czajkowski, Channel & Marketing Manager z NMG S.A.

Polska w europejskim ogonie

Firmy na całym świecie dostrzegają jednak swoje braki we wdrażaniu nowoczesnych technologii. Ponad 40% firm przepytanych przez McKinsey uważa się za mniej innowacyjne niż były w 2017 roku. – Ta zmiana postrzeganej dojrzałości ma dwie prawdopodobne przyczyny. Po pierwsze, podniosła się poprzeczka określająca, co oznacza udana transformacja cyfrowa. Od rozwiązań Przemysłu 4.0 oczekuje się, że okażą się cenne w trudnych czasach, takich jak kryzys COVID-19. Po drugie, próba jaką musiały przejść już używane rozwiązania, mogła pokazać firmom, że muszą pójść dalej niż sądzili. W szczególności wiele firm zauważa, że nie mogą dłużej ignorować ograniczeń wynikających ze słabości ich infrastruktury informatycznej – twierdzi ekspert firmy NMG S.A.

Pandemia zmusiła również i polskie przedsiębiorstwa do przyjrzenia się ich własnym postępom w sferze transformacji cyfrowej. Z danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że aż 70% polskich firm nie inwestowało w nowoczesne technologie przed kryzysem.

Dane raportu Banku Pekao przygotowanego dla PIE, który sprawdzał sytuację mikro, małych i średnich firm w Polsce w 2020 r., także są niepokojące. Okazuje się, że w 2020 r. innowacje produktowe lub procesowe wdrożyło zaledwie co czwarte polskie przedsiębiorstwo. Jednak aż 25% firm zmniejszyło lub całkowicie zrezygnowało z inwestycji w takie technologie jak: wykorzystanie robotów, automatyzacja pracy biurowej czy systemy ułatwiające pracę zdalną.

Natomiast z analizy dotyczącej gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego za rok 2020, który został przygotowanym przez ekspertów Komisji Europejskiej, wynika że niższą skłonność do wykorzystania technologii cyfrowych od polskich firmy charakteryzują się tylko przedsiębiorstwa z Węgier, Rumunii i Bułgarii.

Przepaść będzie się zwiększać

W raporcie McKinsey czytamy, że firmy nie wdrażają nowych technologii cyfrowych na potrzebną skalę ze względu na kilka czynników. Wyzwaniami są trudności spowodowane lockdownem, bariery w przemieszczaniu się i wprowadzeniem pracy zdalnej oraz przekierowanie zespołów do innych pilnych problemów. Najważniejszym czynnikiem ograniczającym postęp jest jednak brak funduszy. To spora zmiana, bo w poprzednich badaniach podkreślano, że główną przeszkodą jest brak odpowiednio wykwalifikowanych pracowników.

Przed kryzysem strategicznymi priorytetami większości firm z sektora przemysłowego było zwiększenie produktywności i minimalizacja kosztów. Dziś, dla firm przepytanych przez McKinsey, najważniejsza staje się elastyczność operacji i wykorzystanie odpowiednich narzędzi do pracy zdalnej. Na liście priorytetów nie może zabraknąć też technologii wspomagających zarządzanie niestabilnymi i zakłóconymi sieciami dostaw, zdalnego zarządzania linią produkcyjną i badającej jej efektywność, czy też optymalizacji energetycznej.

Zdaniem Channel & Marketing Managera z NMG S.A., liderzy Przemysłu 4.0 już czerpią korzyści ze swoich inwestycji sprzed pandemii, co stwarza perspektywę powiększania się przepaści między zwycięzcami a przegranymi. – Brak czasu i zasobów finansowych sprawia, że większości firm najbardziej dziś pomoże stworzenie strategicznej mapy drogowej dla swoich ambicji w sferze cyfryzacji. Zasypywaniem nierówności technologicznych należy zajmować się już na wczesnym etapie projektu. Wykorzystanie na przykład rozwiązań opartych na chmurze z użyciem VPN lub platform Internetu Rzeczy powinno rozwiązać wiele problemów, z którymi borykają się przedsiębiorcy w dobie pandemii – podkreśla Czajkowski.

Czy cynkowanie ogniowe to rzeczywiście najlepsze zabezpieczenie antykorozyjne stali?

Skuteczne zabezpieczenie stali przed korozją ma kluczowe znaczenie przede wszystkim w przemyśle, budownictwie i rolnictwie, niemniej z problemem niszczenia metali zmaga się również wiele innych branż. Jedną z najskuteczniejszych metod walki z korozją jest cynkowanie ogniowe, które sukcesywnie znajduje coraz większe uznanie wśród ekspertów.

Korozja zawsze oznacza duże problemy, a szczególnie w przemyśle, gdzie uszkodzone konstrukcje trzeba wyłączyć z użytkowania, aby wykonać ich renowację a następnie pokryć powłoką antykorozyjną. Im dłuższa przerwa w eksploatacji, tym wyższy koszt. Jednak korozja może także pojawić się wszędzie tam, gdzie otaczają nas stalowe konstrukcje (np. ogrodzenia posesji czy barierki). Skutecznym rozwiązaniem tego rodzaju problemów jest cynkowanie ogniowe – bezpieczna i długotrwała metoda ochrony stali przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych.

Na czym polega cynkowanie ogniowe?

Zabezpieczenie antykorozyjne w postaci cynkowania ogniowego to dobrze znana technika, która wbrew pozorom nie jest nowym pomysłem. Już w 1741 roku chemik z Francji – Malouin – odkrył, że ocynk to doskonała powłoka antykorozyjna, ale dopiero wiek później jego rodak – Sorel – opatentował cynkowanie ogniowe. W Polsce na skalę przemysłową tego rodzaju cynkowanie stosował Tadeusz Sendzimir w zakładzie przemysłowym niedaleko Katowic.

Cynkowanie ogniowe rozpoczyna się od zanurzenia elementów stalowych w wannach trawialniczych. Ma to na celu oczyszczenie tych elementów z różnych zanieczyszczeń. W kolejnym etapie stal jest poddawana kąpieli cynkowej. Elementy zanurza się w rozgrzanym do nawet 600°C cynku, co umożliwia mu dotarcie do wszystkich zakamarków konstrukcji stalowej. Po ostygnięciu cynk chroni stal twardą i szczelną powłoką antykorozyjną.

Cynkowanie ogniowe – dlaczego warto?

Zalety cynkowania ogniowego to nie puste slogany marketingowe, ale rzeczywiste korzyści. Można wśród nich wymienić przede wszystkim:

  • Skuteczne zabezpieczenie antykorozyjne stali na kilkadziesiąt lat.
  • W czasie procesu cynkowania wystarczy jedno zanurzenie w ciekłym cynku, żeby powstała trwała powłoka antykorozyjna.
  • Dłuższa ochrona niż w przypadku innego rodzaju zabezpieczeń antykorozyjnych.
  • Dzięki zanurzeniu cynk chroni konstrukcję nie tylko od zewnątrz, ale i od wewnątrz.
  • Ocynkowanej stali nie trzeba pokrywać dodatkową powłoką malarską.
  • W ocynkowanym elemencie nie pojawia się tzw. korozja podpowierzchniowa.
  • Krótki czas realizacji procesu nakładania powłoki antykorozyjnej.
  • Cynkowanie ogniowe pozwala skutecznie wyeliminować koszty związane z konserwacją lub naprawami konstrukcji stalowej.

Powłoki antykorozyjne stosowane w przemyśle i budownictwie

Powłoki antykorozyjne wykonane w technice cynkowania ogniowego szczególnie upodobał sobie przemysł, doceniając wysoką skuteczność takiej ochrony. Dotyczy to szczególnie przemysłu motoryzacyjnego, gdzie ocynkowaniu poddaje się elementy nadwozia pojazdów. Wynika to z faktu, że używana w takich elementach stal niestopowa lub niskostopowa ma małą odporność na korozję, dlatego wymaga szczególnie solidnej ochrony. Zapewnia to cynkowanie ogniowe, które jest dodatkowo wspierane poprzez nałożenie powłoki lakierniczej (tzw. system typu duplex).

Ponadto cynkowanie ogniowe jest stosowane również w przemyśle stoczniowym i morskim (np. do zabezpieczania kadłubów statków), energetyce (cynkowanie elementów infrastruktury – także ze względu na dużą odporność mechaniczną powłoki cynkowej i zabezpieczenie przed korozją podpowierzchniową) oraz budownictwie (ochrona konstrukcji i blach pokrywających budynki, włączając w to pręty i druty).

Cynkowanie ogniowe w innych branżach

Również wiele innych branż korzysta z zalet cynkowania ogniowego. Można tu wymienić chociażby infrastrukturę drogową, gdzie takie zabezpieczenie antykorozyjne otrzymują na przykład latarnie uliczne w miejscach o dużej korozyjności atmosferycznej (strefa brzegowa) i w miastach – barierki, znaki drogowe, podesty i podjazdy dla wózków narażone na uszkodzenia mechaniczne. Ocynk bardzo często stosowany jest do ochrony elementów infrastruktury sportowej, takich jak wyciągi narciarskie, przyrządy do ćwiczeń montowane na zewnątrz, elementy boisk, stojaki rowerowe itp. Takie samo zabezpieczenie antykorozyjne otrzymują ponadto różne konstrukcje wolnostojące, jak np. stalowe garaże, hale, schowki na narzędzia oraz ogrodzenia. Stal ocynkowana jest powszechnie używana także do budowy stołów warsztatowych, trwałych szaf i nie tylko.

Cynkowanie ogniowe to bez wątpienia bardzo skuteczny i właściwie najlepszy sposób zabezpieczenia antykorozyjnego stali. Proces nakładania powłoki nie jest długi, a ponadto cynkować można zarówno małe, jak i bardzo duże elementy, chroniąc je przed korozją nawet na kilkadziesiąt lat.

Ile trwa likwidacja spółki?

Przejście przez procedurę likwidacyjną w przypadku spółki prawa handlowego wymaga dokonywania różnych czynności prawnych. To z kolei wiąże się z odpowiednią ilością czasu, która potrzebna jest do ich powzięcia. Ile zatem może trwać likwidacja spółki z oo?

Likwidacja spółki

Zakończenie prowadzonej działalności w formie spółki prawa handlowego wymaga przeprowadzenia odpowiedniego postępowania sądowego. Likwidacja jest więc sposobem na rozwiązanie danego przedsiębiorstwa i zakończenie możliwe wszystkich transakcji handlowych.

Jak stanowi art. 274 Kodeksu spółek handlowych, otwarcie likwidacji następuje z dniem uprawomocnienia się orzeczenia o rozwiązaniu spółki przez sąd, powzięcia przez wspólników uchwały o rozwiązaniu spółki lub zaistnienia innej przyczyny jej rozwiązania. Likwidację prowadzi się pod firmą spółki z dodaniem oznaczenia „w likwidacji”. W czasie prowadzenia likwidacji spółka zachowuje osobowość prawną.

Jeśli zainteresował Państwa ten temat i chcielibyście uzyskać większą ilość praktycznych informacji w zakresie likwidacji spółek, zachęcamy do odwiedzenia strony internetowej inlegis.pl na której znajdziecie bazę wiedzy w zakresie Prawa Spółek.

Czas trwania likwidacji spółki

Każda likwidacja spółki prawa handlowego wymaga poświęcenia pewnej ilości czasu. Likwidatorzy, którymi są najczęściej członkowie zarządu danej spółki lub jej wspólnicy, muszą bowiem podjąć stosowne uchwały rozwiązujące daną działalność, złożyć wnioski likwidacyjne do sądu rejestrowego KRS oraz pozałatwiać wszelkie bieżące sprawy spółki (tak, by nie pozostała w niej żadne nieuregulowane zobowiązanie).

Ustawodawca przewidział jednak pewien minimalny okres czasu, w którym muszą być przeprowadzone czynności likwidacyjne. W przypadku spółki z ograniczoną odpowiedzialnością okres ten musi wynosić co najmniej 6 miesięcy, licząc od dnia opublikowania ogłoszenia o otwarciu likwidacji w Monitorze Sądowym i Gospodarczym. Pamiętajmy, że dopiero po upływie tego terminu możliwe jest dokonanie podziału pozostałego po zakończeniu likwidacji majątku spółki i zakończenie postępowania likwidacyjnego. Wniosek o ogłoszenie otwarcia likwidacji w Monitorze Sądowym i Gospodarczym powinien być złożony równolegle z wnioskiem o wpis otwarcia likwidacji do KRS, tak aby wszelkie formalności mogły być dokonane jak najszybciej.

W rzeczywistości okres wspomnianych 6 miesięcy jest najkrótszym możliwym sposobem na zlikwidowanie działalności prowadzonej w formie spółki prawa handlowego. W praktyce spółki przestają jednak istnieć na rynku dopiero po upływie ok. roku od zainicjowania całego procesu likwidacyjnego. Niezależnie od tego ile czasu będzie trwała cała procedura likwidacyjna, w trakcie dokonywanych czynności likwidacyjnych spółka zobowiązana jest zawsze do podpisywania się firmą z dopiskiem „w likwidacji”.

Obowiązkowy okres 6 miesięcy na likwidację spółki potwierdzony jest nie tylko treścią art. 286 KSH, ale także i wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z dnia 6 marca 2016 r. (sygn. akt III SA/Wa 596/15), zgodnie z którym z treści art. 286 §1 KSH w sposób niebudzący wątpliwości wynika, że podział między wspólników majątku pozostałego po zaspokojeniu lub zabezpieczeniu wierzycieli nie może nastąpić przed upływem sześciu miesięcy od daty ogłoszenia o otwarciu likwidacji i wezwaniu wierzycieli. Tym samym, co do zasady, możliwy jest podział majątku likwidowanej spółki między jej wspólników po upływie ww. – sześciomiesięcznego – terminu, gdy zaspokojono wierzycieli lub zabezpieczono ich roszczenia.

Jeżeli zainteresował Państwa opisany wyżej temat, zapraszamy do kontaktu z Kancelarią (tel.: +48 793 101 800, +48 71 729 21 50 lub e-mail: [email protected]) – reprezentujemy klientów na terenie całej Polski.

Patron merytoryczny artykułu:

Kancelaria Wrocław – Radca prawny
INLEGIS Kancelarie Prawne sp. z o.o. sp. k.
ul. Podwale 83/7
50-414 Wrocław
tel. 71 729 21 50

Własne konto w 3 krokach bez wizyty w banku? Sprawdź sam!

Zakładanie konta w dalszym ciągu wielu osobom kojarzy się z koniecznością naszej obecności w banku albo przynajmniej wizyty w domu kuriera z dokumentami do podpisu, a potem jeszcze oczekiwanie na aktywację.

Internetowe konto w 5 minut?

Postęp technologii zdecydowanie sprzyja nowoczesnym rozwiązaniom. Dzisiaj konto internetowe można założyć bez wychodzenia z domu i oczekiwania na papierową wersję umowy rachunku. Jak to możliwe? Ściągamy aplikację, wypełniamy swoje dane, weryfikujemy się za pomocą dowodu osobistego usługą iDenfy (dowód nie jest zapisywany w bazie danych). Pozytywna weryfikacja pozwala na odblokowanie funkcjonalności aplikacji (w tym przypadku Provema), a tym samym otrzymujemy numer IBAN, czyli nasze konto.

Funkcjonalność

Aplikacje finansowe to nie tylko dostęp do konta. W przypadku aplikacji Provema to też szybkie przelewy nie tylko do użytkowników aplikacji i bogaty software. Często pomijanym, a jednak ciekawym rozwiązaniem jest budżet, czyli możliwość skategoryzowania wydatków. W przypadku płatności karta kategorie podstawiają się same, ale można je ręcznie zmienić lub rozdzielić, co pozwala na dokładną kontrolę wydatków i przychodów. Łatwo określić, gdzie „znika” najwięcej środków. Kontrola nad budżetem to jedno, a monitorowanie płatności to kolejne rozwiązanie warte uwagi. Pobierając aplikację Provema otrzymujemy indywidualny adres e-mail do wysyłki faktur. Otrzymane faktury zaczytują się w galerii, a klikając na zdjęcie, dane do zapłaty zaczytują się same i płatność wykonywana jest na klik. Można również samodzielnie dokonywać zdjęć rachunków i również będą zapisywały się w galerii, a tym samym wszystkie faktury możemy mieć w jednym miejscu. Sporo aplikacji dokłada starań, żeby użytkownik miał nie tylko wszystko w jednym miejscu, ale również uatrakcyjniają softy o niecodzienne rozwiązania jak np. zrzutka czy rozrywka.

Czy to jest bezpieczne?

Najczęściej aplikacje bankowe powstają w odpowiedzi na potrzeby użytkowników. Są nie tylko autorskie, ale też odpowiednio chronione i zabezpieczone. Szczególnie w przypadku weryfikacji KYC, ponieważ żadne dane nie zostają zapisywane w pamięci podręcznej. Transakcje dokonywane przez aplikację z rynku technologii finansowych autoryzowane są bezpośrednio przez podmioty za nie odpowiedzialne. Opracowane systemy informatyczne muszą być bezpieczne. Instytucje finansowe dokładają wszelkich starań, aby dostęp do aplikacji był odpowiednio chroniony. Najważniejsze jest opracowanie i wdrożenie zabezpieczeń chroniących użytkowników przed atakami z zewnątrz i dokonywaniem nieautoryzowanych operacji. Następną ważną kwestią jest nałożenie zabezpieczeń do szyfrowania i przechowywania danych. Całość sprowadza się do faktu, że żadna osoba z zewnątrz nie może uzyskać dostępu do aplikacji. W przypadku np. utraty urządzenia, na którym aplikacja była zainstalowana chronią nas dodatkowe zabezpieczenia tj.:

unikalny kod PIN, który służy tylko do logowania, automatyczne wylogowywanie się aplikacji już po kilku minutach braku aktywności użytkownika, podwójna autoryzacja wszelkich transakcji, zabezpieczenia biometryczne niektórych aplikacji (np. odciskiem palca).

Autor: Monika Chrobasik, Project Manager w Provema.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 12.04 – 16.04.2021

Mijający tydzień przyniósł poprawę nastrojów, jak gdyby całe obawy związane z trzecią falą zachorowań w Europie zostały już zdyskontowane i teraz łatwiej o budowanie z powrotem szczepionkowego optymizmu. Indeksy giełdowe poprawiają szczyty, a na FX ryzykowne waluty zyskują kosztem porzucanego dolara bez oglądania się na wyjątkowo dobre danych z USA, których w nowym tygodniu nie będzie brakować. Jednak w apetycie na ryzyko nie widać silnego przekonania, co sugeruje, że odbicie jest kruche i łatwo podatne na negatywne zaskoczenia.

Wydarzenia tygodnia: sprzedaż/produkcja/CPI z USA, ZEW z Niemiec, PKB/produkcja z Wlk. Brytanii, rynek pracy z Australii, RBNZ, PKB z Chin

USA

W USA marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej (czw). Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa (czw) wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Wskaźniki koniunktury – NY Empire State i Philly Fed – prawdopodobnie dalej będą podkreślać pozytywne nastroje wśród firm dzięki poprawie popytu wewnętrznego i silnej aktywności na zewnątrz. Uwagę przyciągną też dane o inflacji (wt) w obliczu dyskusji nad polityką Fed i trendami na rynku obligacji. Konsensus zakłada silny wzrost cen o 0,5 proc. m/m. Prezes Fed będzie ponownie przemawiał (śr) na kilka godzin przed publikacją Beżowej Księgi Fed.

Strefa euro

W strefie euro sprzedaż detaliczna (pon) i produkcja przemysłowa (śr) za luty tracą na istotności, kiedy region zmaga się z trzecią fala pandemii, zatem lepsze od oczekiwań odczyt będą filtrowane pod kątem ponownego pogorszenia w marcu. Niemiecki indeks ZEW (wt) będzie bardziej intersujący, gdyż wskaźnik oczekiwań powie więcej o perspektywach gospodarki w kolejnych miesiącach. Silna pozycja przemysłu, który z jednej strony korzysta na globalnym ożywieniu, a z drugiej w mniejszym stopniu jest dotknięty restrykcjami, powinien zapewniać dalszy wzrost indeksu. Z perspektywy EUR umiarkowany optymizm na rynku akcji ciągnie w górę za sobą EUR/USD. Podtrzymanie tych nastrojów oznacza, że w krótkim terminie EUR/USD może dalej zyskiwać.

Wielka Brytania

Z Wielkiej Brytanii otrzymamy lutowe dane o PKB i produkcji przemysłowej (wt). Po wstępnym szoku wywołanym trzecim lockdownem w styczniu oczekiwane jest częściowe odbicie w mobilności i aktywności gospodarczej. Po spadku PKB o 2,9 proc. m/m w styczniu teraz prognozy zakładają odbicie o 0,5 proc. Dane z przemysłu (np. PMI) dopiero w marcu zasygnalizowały odbicie aktywności, toteż lutowa produkcja raczej pozostanie słaba. W ostatnich dniach funt ma problemy z odbudowaniem siły, gdyż efekt szybkiego tempa szczepień w Wielkiej Brytanii przestał być wystarczającym wsparciem, przynajmniej by konkurować z bardziej widocznym umocnieniem EUR. Nowe informacje o sytuacji covidowej po obu stronach kanału La Manche mogą mieć kluczowe znaczenie dla dalszego kierunku EUR/GBP.

Polska

W Polsce z kalendarza zniknął główny czynnik ryzyka najbliższy dni, czyli posiedzenie Sądu Najwyższego ws. kredytów frankowych. Rozprawa nad uchwałą została przełożona na 11 maja. Sugeruje to potencjał do dalszego umocnienia złotego, jeśli na rynku pozostały jeszcze spekulacyjne krótkie pozycje w złotym w oczekiwaniu na negatywną dla waluty decyzję. Jednocześnie pozwala to na wierniejsze podążanie złotego za trendami na rynkach globalnych, które w ostatnich dniach są proryzykowne. Z drugiej strony im bliżej EUR/PLN znajdzie się 4,50, tym bardziej będzie na powrót rosło niezadowolenie NBP z siły złotego. A samo ryzyko uchwały SN całkowicie nie znika, stąd asymetria ryzyka dla PLN przechyla się na korzyść negatywnych.

Australia

W Australii raport z rynku pracy będzie na pierwszym planie (czw). Tempo wzrostu zatrudnienia wyraźnie spowolni wraz z wygasaniem rządowego programu JobKeeper ale stopa bezrobocia ma dalej spadać do 5,7 proc. Indeks zaufania konsumentów (śr) pomoże ocenić perspektywy wzrostu w II kw. Dla AUD lepsze dane są pozytywnym tłem, ale główny pęd prędzej może zapewnić odbudowa strategii reflacyjnej i odbicie cen surowców.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii RBNZ pozostawi stopę OCR na 0,25 proc. (śr), a ważniejszym tematem będzie odniesienie się banku centralnego do nowej polityki mieszkaniowej rządu przeciwdziałającej bańce na rynku nieruchomości. Brak sugestii, aby decyzja rządu wpływała na ścieżkę stopy procentowej (odracza termin podwyżki), pozwoliłoby NZD odreagować część z przeceny zanotowanej w pierwszej reakcji na zmianę polityki mieszkaniowej.

Chiny

Poza tym w Chinach seria danych – PKB, produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna (pt) – pozwoli kompleksowo ocenić stan gospodarki na starcie nowego kwartału.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Quiosque przenosi sklepy z galerii handlowych do hoteli

Decyzją rządu, po raz kolejny uniemożliwiona została swoboda prowadzenia działalności gospodarczej dla wielu firm. Surowe obostrzenia dotyczą m.in. hoteli, a sklepy odzieżowe zlokalizowane w centrach handlowych, pozostają zamknięte. Czy można znaleźć wspólny, biznesowy mianownik dla tych branż i wesprzeć się wzajemnie w kryzysie? Okazuje się, że tak. Właściciel marki odzieżowej QUIOSQUE po raz kolejny zaskakuje innowacyjnym pomysłem. Tym razem sprzedaż kolekcji QUIOSQUE zostaje przeniesiona do hoteli.

QUIOSQUE to znana marka modowa dla kobiet, obecna na polskim rynku blisko 30 lat. QUIOSQUE stanowi jedną z największych polskich sieci sprzedaży w branży odzieżowej, posiada szybko rozwijający się kanał e-commerce. Obecnie sieć salonów liczy ponad 160 sklepów stacjonarnych.

Rok temu, podczas pierwszego lockdownu byliśmy pierwszą firmą odzieżową, która rozpoczęła sprzedaż kolekcji za pośrednictwem mediów społecznościach. Sukces tego pomysłu sprawił, że sprzedaż live wpisała się na stałe do kalendarza naszych działań, a grono fanek takiej formy zakupów on-line wciąż rośnie. W marcu, tego roku, stanęliśmy przed koniecznością zamknięcia sklepów po raz czwarty. W myśl obowiązujących obecnie przepisów nasze salony, znajdujące się przy ulicach, mogą działać, a pozostałe sklepy – zlokalizowane w galeriach handlowych – muszą pozostać zamknięte. Czujemy ogromną niesprawiedliwość i brak logiki przy podejmowaniu takich decyzji przez rząd. Cała sieć naszych sklepów funkcjonuje według tych samych standardów i reżimów bezpieczeństwa. Dlaczego więc tylko wybrane sklepy QUIOSQUE mogą działać? – mówi Agnieszka Krzywańska, Dyrektor Zarządu PBH S.A.

Marka – wsłuchując się w potrzeby swoich klientek – zaprasza je do showroomów, mieszczących się w wybranych hotelach sieci Focus. Dzięki takiej inicjatywie, to klientki podejmą decyzję czy chcą odwiedzić swoją ulubioną markę osobiście, czy też pozostać w kontakcie on – line – w myśl hasła akcji: „Modnie jest móc decydować”. Panie, które odwiedzą QUIOSQUE w hotelach, mogą nie tylko zaspokoić potrzebę kontaktu z drugim człowiekiem, przymierzyć wybraną przez siebie rzecz, otrzymają także specjalny rabat przy zakupie oraz aromatyczną kawę na wynos.  QUIOSQUE – znany z wysokiego poziomu obsługi i doradztwa przy doborze odzieży – także w tej wyjątkowej sytuacji, zapewnia indywidualny kontakt z konsultantem sprzedaży.

Grupa Kapitałowa IMMOBILE – właściciel sieci hoteli Focus – od 10 kwietnia udostępnia powierzchnię hoteli do sprzedaży oferty QUIOSQUE. Stworzono specjalnie zaaranżowane showroomy – z wybraną ofertą produktów – dostępną dla klientek w godzinach 10.00-18.00. Innowacyjne przedsięwzięcie biznesowe będzie w pełni bezpieczne zarówno dla odwiedzających, jak i pracowników, odbywa się bowiem z zachowaniem rygoru  sanitarnego.

Showroomy QUIOSQUE mieszczą się w hotelach Focus w: Gdańsku, Bydgoszczy, Lublinie, Szczecinie, Łodzi, Chorzowie i Poznaniu. W przyszłym tygodniu do tej listy dołączy też Sopot.

W czasie pandemii wynagrodzenie niższe nawet o połowę – co z dalszą spłatą zadłużeń?

Zapisy Tarczy antykryzysowej pozwalają pracodawcom – w określonych warunkach – na obniżenie pensji pracownikom nawet do poziomu minimalnego wynagrodzenia. 1/4 pracowników przyznaje, że w 2020 r. ich wypłaty zostały czasowo obniżone, natomiast dla 17% była to zmiana na stałe[1]. To problem zwłaszcza dla tych osób, które oprócz standardowych, comiesięcznych opłat, mają także zobowiązania wobec wierzycieli.

Wiele firm znalazło się przez pandemię w trudnej sytuacji finansowej. Mimo to, pracodawcy starają się utrzymywać miejsca pracy i wypłacać pracownikom pensje. Nie zawsze jest to możliwe w pełnym zakresie. Co mogą zrobić osoby, których wynagrodzenie zostało obniżone i nie są w stanie spłacać zobowiązań wobec firm windykacyjnych na dotychczasowych warunkach?

W czasie pandemii wynagrodzenie niższe nawet o połowę

W związku z wprowadzeniem już pierwszego lockdownu i problemami z wypłacalnością wielu firm, rząd w tzw. Tarczy antykryzysowej umieścił zapisy przewidujące możliwość obniżenia pracownikom pensji o nie więcej niż 50% w związku z przestojem ekonomicznym firmy. Wynagrodzenie po obniżce nie może być jednak niższe niż ustawowa pensja minimalna. Pracodawcy mogą także skorzystać z innego rozwiązania, pozwalającego na dodatkowe oszczędności w firmie, czyli zmniejszenia wymiaru czasu pracy maksymalnie o 20%, nie więcej jednak niż do połowy etatu.

Jak wynika z badania Randstad „Monitor rynku pracy”, część przedsiębiorców skorzystała z tych możliwości. 26% pracowników przyznało, że w 2020 r. ich wynagrodzenie u obecnego pracodawcy uległo na jakiś czas zmniejszeniu z powodu pandemii. Natomiast dla 17% jest to obniżka na stałe. Według raportu Intrum, European Consumer Payment Report 2020, pandemia obniżyła dochody 45% konsumentów.

Gdy niższa pensja nie pozwala na spłatę zadłużeń, negocjuj nowe warunki

Może się tak zdarzyć, że obniżono nam pensję, gdy już posiadamy zadłużenie, które jest w obsłudze firmy windykacyjnej. Średnia wartość pojedynczej wierzytelności obsługiwanej przez firmy windykacyjne zrzeszone w Związku Przedsiębiorstw Finansowych wynosi 7 240 zł. Przy znacznym obniżeniu wynagrodzenia, systematyczna spłata rat takiego zadłużenia może być bardzo trudna. Po informacji o zmianie dotychczasowych warunków zatrudnienia, warto więc przeanalizować domowy budżet i – w razie zdiagnozowania możliwych trudności ze spłatą zobowiązań – skontaktować się z firmą windykacyjną, przedstawić sytuację i ustalić nowy harmonogram spłat i wysokość raty.

Pamiętajmy, że w firmach windykacyjnych pracują osoby, które na co dzień mają do czynienia z wieloma tego typu sytuacjami i wiedzą, że takie przejściowe problemy się zdarzają, zwłaszcza w trakcie pandemii. Nie unikajmy z nimi kontaktu. W relacjach z firmą windykacyjną najważniejsza jest chęć współpracy. Przekazanie ekspertowi informacji o obniżeniu przez pracodawcę wynagrodzenia pomoże w ustaleniu nowej wysokości rat, które osoba zadłużona będzie w stanie realizować nawet przy niższej pensji  – mówi Marcin Czugan, Prezes Zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych, organizacji realizującej kampanię Windykacja – jasna sprawa!

[1] Instytut badawczy Randstad „Monitor rynku pracy”

Ponad 2,5 mln mkw. wolnej powierzchni biurowej – podsumowanie I kw. na rynku biurowym

REDD Real Estate Digital Data, największa baza o rynku nieruchomości w Polsce, podsumowała sektor biurowy w pierwszym kwartale 2021 roku. Na koniec marca dostępnych było ponad 2,5 mln m kw. powierzchni biurowej w budynkach klasy A, B i C. Jest to wzrost od końca 2020 roku o ponad 150 tys. m kw.

Według danych REDD, obecnie zasoby powierzchni biurowej w Polsce wynoszą prawie 13 mln m kw., a w budowie znajduje się kolejnych 1,2 mln m kw.

– Mówiąc o wolnej powierzchni w budynkach istniejących oraz tych w budowie, na dzień 31.03.2021 na rynku dostępne były 2 650 949 m kw. biur. W biurowcach oddanych wolnych było prawie 1,9 mln m kw., to wzrost od końca 2020 roku o ponad 140 tys. m kw.  Z kolei w obiektach w budowie znajdowało się 641 tys. m kw. dostępnej powierzchni. Tutaj notujemy spadek od końca 2020 roku o ponad 100 tys. m kw.– wymienia Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.REDD1

Warszawa: Biurowe podsumowanie I kwartału 2021 w stolicy

Na koniec marca w stolicy znajdowało się 6,9 mln m kw. nowoczesnych powierzchni biurowych. Dzieląc warszawskie obiekty biurowe na klasy otrzymujemy następujące dane:

  • 4 903 723 m2 stołecznej powierzchni biurowej znajduje się w budynkach klasy A
  • 1 982 314 m2 – w obiektach klasy B
  • 80 303 m2 – w budynkach klasy CREDD2Współczynnik pustostanów dla Warszawy ukształtował się na poziomie 11,46 proc.

     

    – 722 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni pozostaje dostępne do wynajmu od zaraz, a w ciągu najbliższych trzech miesięcy zasoby biur dostępnych natychmiast może zasilić kolejne 90 tys. m kw.  biur, w których obecni najemcy nie przedłużają umów najmu – mówi Piotr Smagała z REDD.

     

    Średni czynsz w Warszawie odnotował delikatny wzrost i wynosi obecnie – 13,99 EUR/miesiąc. Z kolei zmalał stołeczny REDD INDEX o 1 p.p. (3,03 dni) i stanowi obecnie 287,21 dni. REDD INDEX to liczony w dniach wskaźnik średniego czasu, jaki potrzebny jest na wynajęcie powierzchni biurowej.

    REDD z rekordową liczbą danych o biurach w Polsce

    REDD w swojej bazie zgromadził już 10 mln danych. To informacje o 2 tys. budynków na 29 rynkach w Polsce. Poza Warszawą, Poznaniem, Krakowem, Wrocławiem czy Trójmiastem analizowane są dane m.in. z Lublina, Opola, Rzeszowa czy Gniezna.

    W sumie to ponad 13 tys. obserwowanych modułów biurowych.  Liczby te czynią z REDD największą bazę danych o rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce. – Jako jedyni w Polsce posiadamy tak szerokie portfolio monitorowanych rynków biurowych – mówi Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD.

Skutki utraty przez podatkową grupę kapitałową statusu podatnika

Ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych przewiduje szczególną konstrukcję prawną, jaką jest podatkowa grupa kapitałowa. Składa się ona z co najmniej dwóch spółek prawa handlowego, spełniających określone w ustawie warunki w zakresie powiązań kapitałowych, kapitału zakładowego i zaległości podatkowych. Podatkową grupę kapitałową tworzy spółka dominująca (minimum 75% udziału w kapitale spółek zależnych) oraz spółki zależne w drodze umowy o utworzeniu PGK, zawartej w formie aktu notarialnego na okres minimum trzech lat. Umowa musi zostać zarejestrowana przez właściwego naczelnika urzędu skarbowego. Powyższe warunki powinny być także spełnione po utworzeniu PGK.

Dodatkowo ustawodawca przewidział warunki, jakie musi spełniać podatkowa grupa kapitałowa w trakcie funkcjonowania, czyli osiąganie udziału dochodów w przychodach na poziomie co najmniej 2%, brak korzystania ze zwolnień przez którykolwiek podmiot grupy oraz zawieranie transakcji na warunkach rynkowych.

Podatkowa grupa kapitałowa może utracić status podatnika w sytuacji, gdy upłynie czas, na który została zawarta umowa, dojdzie do zmiany w stanie faktycznym lub prawnym skutkującej naruszeniem warunków PGK lub nie zostanie zachowany stosunek udziałów dochodów w przychodach.

Zmiana stanu faktycznego lub prawnego

W przypadku, gdy w trakcie obowiązywania umowy podatkowej grupy kapitałowej dojdzie do zmiany w stanie faktycznym lub prawnym skutkującym naruszeniem warunków uznania podatkowej grupy kapitałowej za podatnika podatku dochodowego, dzień poprzedzający wystąpienie zmian jest dniem, w którym dochodzi do utraty statusu podatnika przez podatkową grupę kapitałową oraz końca jej roku podatkowego. Dzień wystąpienia zmian jest pierwszym dniem roku podatkowego dla spółek, które tworzyły podatkową grupę kapitałową. Pierwszy rok podatkowy po utracie statusu PGK nie może być krótszy niż 12 miesięcy i dłuższy niż kolejne 23 miesiące.

Kolejnym obowiązkiem spółek tworzących podatkową grupę kapitałową jest konieczność w terminie trzech miesięcy od dnia utraty przez PGK statusu podatnika rozliczenia podatku dochodowego za okres od drugiego roku podatkowego poprzedzającego dzień utraty przez PGK statusu podatnika, licząc od początku roku, w którym zdarzenie wystąpiło oraz rozliczyć podatek dochodowy za okres od początku roku, w którym PGK utraciła status podatnika. W takich sytuacjach przyjmuje się fikcję prawną, że PGK w tych okresach nie istniała. Przykładowo, jeżeli PGK powstała w 2016 r. i wystąpiła utrata statusu podatnika w 2020 r., wtedy spółki tworzące PGK powinny rozliczyć podatek za lata: 2018, 2019 oraz 2020.

Kwoty wpłaconych przez PGK zaliczek za poszczególne okresy rozliczeniowe zalicza się proporcjonalnie do dochodów poszczególnych spółek. W przypadku, gdy zaliczki wyliczone proporcją będą niższe niż należny podatek, pozostała kwota stanowi zaległość podatkową, od której należy zapłacić odsetki za zwłokę.

Funkcjonowanie PGK krócej niż trzy lata podatkowe

W przypadku, gdy podatkowa grupa kapitałowa funkcjonuje krócej niż trzy lata, każda ze spółek musi rozliczyć podatek za cały okres funkcjonowania PGK. Innymi słowy, jeżeli PGK powstała w 2018 r., a utraciła status podatnika w 2020 r., wówczas każda ze spółek będzie zobowiązana do złożenia zeznania i rozliczenia podatku za lata 2018-2020.

Naruszenie warunku udziału dochodów w przychodach

Zgodnie z art. 1a ust. 12 ustawy o CIT w przypadku naruszenia warunku utrzymywania stosunku dochodów do przychodów na poziomie co najmniej 2% podatkowa grupa kapitałowa traci status podatkowy z ostatnim dniem roku podatkowego, w którym warunek ten naruszyła. W takiej sytuacji brak jest konieczności składania deklaracji oraz rozliczeń podatkowych za okresy wsteczne (interpretacja z dnia 12 marca 2018 r., sygn. akt 0111-KDIB1-2.4010.38.2018.1.AW).

Przystąpienie do innej PGK

Naczelnik urzędu skarbowego wydaje decyzję stwierdzającą wygaśnięcie decyzji o rejestracji umowy PGK. Którakolwiek ze spółek wchodzących w skład PGK, która utraciła status PGK, może przystąpić do innej podatkowej grupy kapitałowej nie wcześniej niż po upływie:

  • roku podatkowego takiej spółki następującego po roku kalendarzowym, w którym PGK utraciła prawo do uznania jej za podatnika, w przypadku naruszenia warunku udziału dochodów w przychodach;
  • trzech lat podatkowych w przypadku, gdy PGK utraciła swój status na skutek naruszenia innych warunków funkcjonowania PGK.

W przypadku jednak skrócenia okresu trwania PGK poprzez aneks do umowy PGK w formie aktu notarialnego możliwe jest przystąpienie do innej PGK w krótszym okresie niż po upływie trzech lat podatkowych. Zmiana okresu nie stanowi bowiem naruszenia warunku PGK, o ile okres PGK będzie cały czas dłuższy niż trzy lata podatkowe (interpretacja z dnia 14 października 2020 r., sygn. akt 0114-KDIP2-1.4010.295.2020.1.OK).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Legimi zadebiutuje na NewConnect 14 kwietnia

Legimi, pionier na polskim rynku e-książki, jest o krok od debiutu na rynku NewConnect. Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zatwierdziła Dokument Informacyjny spółki oraz wyznaczyła pierwszy dzień notowań. Debiut na warszawskiej giełdzie odbędzie się 14 kwietnia br.

Bardzo się cieszymy i czekamy na dzień debiutu. Nasz biznes dynamicznie rośnie, w Polsce jesteśmy jednym z liderów rynku, szybko rozwijamy się także na bardzo perspektywicznym rynku niemieckim. Działamy w modelu subskrypcyjnym, który gwarantuje nam stały regularny i przewidywalny cash flow. Wierzę, że inwestorzy docenią naszą pracę i perspektywy rozwoju, podobnie jak miało to miejsce w trakcie wcześniejszych emisji, a sam debiut będzie udany. – komentuje Mikołaj Małaczyński, Prezes Zarządu Legimi.

Debiut Legimi na NewConnect odbędzie się 14 kwietnia o godzinie 11:30. Do obrotu zostaną wprowadzone już istniejące akcje, debiut na giełdzie nie jest związany z emisją nowych akcji. Uroczystość będzie transmitowana w kanałach społecznościowych Giełdy Papierów Wartościowych. Legimi będzie jedną z nielicznych spółek subskrypcyjnych notowanych na GPW.

Według opublikowanych szacunkowych danych za rok 2020, w minionym roku Spółka wypracowała ponad 32 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 84 proc. rdr., zysk netto wzrósł prawie 3,5-krotnie do blisko 2,1 mln zł, a liczba klientów podskoczyła o 73 proc. do ponad 120 tys. Dynamicznie rośnie także skala biznesu w Niemczech. W minionym roku baza płacących użytkowników wzrosła o 100 % rdr., a tytuły dostępne w abonamencie zwiększyły się o 40 % rdr. do 150 tys.

Podczas pandemii COVID-19 i lockdown’ów całego kraju, ludzie siedzący w domach bardzo chętnie korzystają z cyfrowej rozrywki. My odnotowaliśmy w tym czasie znacznie zwiększone zainteresowanie ofertą Legimi, co zauważyliśmy po dynamice wzrostu liczby abonentów. Mogę powiedzieć, że zdecydowana większość nowych użytkowników pozyskiwanych w okresie pandemii zostaje z nami na dłużej, współczynnik rezygnacji tej nowo pozyskanej grupy jest na niskim poziomie. – dodaje Mikołaj Małaczyński.

Mimo wysokiej inflacji NBP nie zmienia swojej polityki pieniężnej

W tym tygodniu najważniejszym wydarzeniem dla złotego było posiedzenie NBP. Zgodnie z oczekiwaniami Narodowy Bank Polski nie zmienił stóp procentowych i potwierdził negatywny wpływ pandemii koronawirusa na polską gospodarkę. Ze względu na obecną sytuację w gospodarczą bank centralny jest więc gotowy do dalszego skupu obligacji rządowych. Można wnioskować, że NBP nadal preferuje słabego złotego, co wskazuje, że prawdopodobnie w dalszym ciągu jest gotowy do interwencji.

Para walutowa PLN/EUR prawdopodobnie nadal będzie miała problem z zejściem znacznie poniżej poziomu 4,5. W związku z tym, pomimo wysokiej inflacji, polityka pieniężna prawdopodobnie pozostanie bardzo luźna. Z drugiej strony, prawdopodobieństwo, że NBP obniży stopy procentowe do poziomu ujemnego jest nadal niskie. Można zatem oczekiwać, że nie zmieni on stóp procentowych w najbliższej przyszłości i podstawowa stopa referencyjna pozostanie na poziomie 0,1%.

Warto również wspomnieć o wynikach niemieckiej produkcji przemysłowej. Niestety, w lutym produkcja spadła o 1,6% m/m i tym samym nie osiągnęła wyniku zgodnie z oczekiwaniami rynku, co nie jest korzystne również dla polskiego przemysłu.

W tym tygodniu złoty się umocnił, częściowo korygując straty z ostatnich dwóch miesięcy. W ten sposób w piątek rano kurs wyniósł 4,55 PLN/EUR. Natomiast kurs eurodolara wzrósł w ciągu ostatnich kilku dni i na koniec tygodnia wyniósł 1,189 USD/EUR.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA

Euro poniżej 4,55!

Ostatnie dni są bardzo korzystne dla osób zainteresowanych tańszym złotym. Nie wszystkie waluty tanieją tak bardzo, jak funt brytyjski. Na tę zmianę z dużą zazdrością patrzą szczególnie kredytobiorcy frankowi.

Lepsze dane ze Szwajcarii

To, co jednych cieszy na rynkach, innych martwi. Tak też było dzisiaj z danymi z rynku pracy w Szwajcarii. Wyraźny spadek stopy bezrobocia z 3,6% na 3,3% to dobra wiadomość dla Szwajcarów. Silniejsza gospodarka Szwajcarii to jednak również potencjalnie silniejszy frank szwajcarski. To, z kolei, słabsza informacja dla polskich kredytobiorców. W ostatnich dniach CHF, co prawda, tanieje, ale jest to zdecydowanie bardziej wynikiem dobrej dyspozycji polskiego złotego niż słabości franka, który zaliczył dobry tydzień.

Złoty nadal silny

Od środy inwestorzy wyraźnie przychylniej patrzą na polskiego złotego. Nie wiadomo, jaki wpływ na to miała decyzja RPP, która przecież była niemal pewna, jeszcze przed jej ogłoszeniem. Faktem jest jednak, że od środowego poranka do dzisiaj euro staniało o ponad 5 groszy. Podobnie zachowywały się również inne waluty. W przypadku funta zmiana wynosiła imponujące 12 groszy w ciągu dwóch dni. Funt jest jednak wyraźnie w odwrocie i od szczytów z 5 kwietnia staniał ponad 20 groszy.

Znów więcej bezrobotnych w USA

Po kilku lepszych odczytach w kwestii tygodniowej liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych znów jesteśmy świadkami wzrostu drugi tydzień z rzędu. Poziom 744 tysięcy to z jednej strony dużo, ale z drugiej jeszcze kilka miesięcy temu zejście do tych poziomów wydawało się odległą perspektywą. W rezultacie tych danych byliśmy świadkami kolejnego już osłabienia dolara względem euro w tym tygodniu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Toyota numerem 1 na polskim rynku – dane z pierwszego kwartału 2021 roku

  • Toyota zakończyła pierwszy kwartał 2021 roku jako lider polskiego rynku (20 393 rejestracje)
  • W marcu 2021 roku Toyota zajęła pierwsze miejsce z wynikiem 7 902 samochodów
  • Corolla jest najpopularniejszym samochodem w Polsce i najchętniej wybieranym autem flotowym (w Q1 2021)
  • Yaris zajmuje drugie miejsce w Polsce i pierwsze wśród klientów prywatnych (w Q1 2021)
  • Popularność Toyoty PROACE CITY wzrosła w pierwszym kwartale o prawie 500% rok do roku

Toyota liderem rynku samochodów osobowych

Jak wynika z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Toyota zarejestrowała w pierwszym kwartale 2021 roku 20 393 auta – o 24% więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Tylko w marcu salony Toyoty opuściły 7 902 samochody. Wyniki te zapewniają Toyocie pozycję lidera polskiego rynku, z udziałem na poziomie 17,3% (w Q1 2021). Jest to efekt bardzo dużej popularności kluczowych modeli Toyoty, w szczególności ich wersji hybrydowych.

 

Na świetne rezultaty Toyoty składają się indywidualne sukcesy modeli marki. Corolla i Yaris to dwa najpopularniejsze samochody w Polsce – zarówno w ujęciu miesięcznym, jak i w pierwszym kwartale br. Corolla należy do faworytów polskich nabywców niemal od samego pojawienia się na rynku nowej, 12. generacji. Atrakcyjność nowego Yarisa potwierdził zdobyty niedawno tytuł Europejskiego Samochodu Roku 2021.

Cztery Toyoty w pierwszej dziesiątce (wyniki z marca 2021)

W marcu Corolla zanotowała 2 746 rejestracji, a Yaris 1 986 zarejestrowanych aut. W ubiegłym miesiącu w pierwszej dziesiątce znalazły się także Toyota C-HR (1 047 aut, 6. miejsce) i Toyota RAV4 (870 aut, 8. miejsce).

Pierwsze miejsca w swoich segmentach zajęły w ubiegłym miesiącu obok Corolli i Yarisa także AYGO (504 auta, aż 50,4% udziału w segmencie) i Toyota C-HR. RAV4 zajął drugie miejsce wśród średniej wielkości SUV-ów, Camry z wynikiem 166 aut znalazła się na piątym miejscu w swoim segmencie, zaś Highlander, który zadebiutował w Polsce na początku tego roku, zarejestrował w ciągu miesiąca 81 egzemplarzy.

Toyota dominuje w pięciu kluczowych segmentach (wyniki kwartalne)

Licząc od początku roku, salony opuściło 6 546 Corolli (+23,2% r/r) oraz 5 153 Yarisy (+21% r/r). Corolla była najczęściej rejestrowanym modelem wśród klientów flotowych (4 788 egz., +28,5%), zaś Yarisa najchętniej wybierali klienci indywidualni (2 744 egz., +13,1%).

W pierwszym kwartale 2021 roku samochody Toyoty zajęły pierwsze miejsca w pięciu segmentach. Liderami obok Corolli i Yarisa są także Toyota C-HR, RAV4 i AYGO. Od stycznia do marca zarejestrowano 1 563 egzemplarze AYGO, co stanowi ponad 53% wszystkich małych samochodów zarejestrowanych w tym roku. Do klientów trafiło 2 677 egzemplarzy Toyoty C-HR i 2 450 RAV4.

Toyota Camry jest w tym roku trzecim najpopularniejszym sedanem średniej wielkości (689 egz.), a Highlander siódmym najchętniej wybieranym dużym SUV-em (166 aut). Oba modele są dostępne na polskim rynku wyłącznie z napędem hybrydowym.

Samochody dostawcze – PROACE CITY liderem kombivanów

Toyota zyskuje coraz silniejszą pozycję na rynku samochodów dostawczych. Kompaktowy van PROACE CITY zaczął nowy rok w bardzo dobrym stylu. Nie tylko zajmuje pierwsze miejsce w segmencie, ale liczba jego rejestracji w pierwszym kwartale wzrosła aż o 482% przy średnim wzroście rejestracji kombivanów o 38%. 1 490 egzemplarzy dostarczonych klientom przekłada się na 23,8-procentowy udział w segmencie. W marcu PROACE CITY zarejestrował 673 egzemplarze (+298% r/r).

Średniej wielkości van PROACE zajął w marcu oraz w pierwszym kwartale 2021 roku czwarte miejsce w swojej klasie. W ciągu miesiąca zarejestrowano 227 egzemplarzy tego modelu, o 61% więcej rok do roku. Od stycznia do marca do klientów trafiło 541 PROACE’ów, co przekłada się na 13,3-procentowy udział w segmencie.

Trzeci użytkowy model Toyoty, terenowy Hilux, jest drugim najpopularniejszym pick-upem w Polsce. W marcu z salonów wyjechały 72 egzemplarze, a od stycznia do marca 154 auta. Udział Hiluxa w segmencie wyniósł w pierwszym kwartale 22%. Hilux to symbol trwałości i niezawodności o legendarnych zdolnościach terenowych. W marcu na polskim rynku zadebiutowała jego zmodernizowana wersja z mocniejszym, 204-konnym silnikiem 2,8 litra.

Już ponad połowa Polaków jest za wprowadzeniem zakazu palenia węglem

Nieco ponad połowa Polaków jest za wprowadzeniem zakazu palenia węglem w gospodarstwach domowych. Zwolennikami tego rozwiązania są przede wszystkim osoby w wieku 56-80 lat, a także z miejscowości liczących 100-199 tys. ludności. Do tego badani podkreślają, że taka zmiana przepisów powinna nastąpić w ciągu najbliższych 2-3 lat. Natomiast za złamanie zakazu głównie należałoby ustanowić kary pieniężne, a w drugiej kolejności – prace społeczne.

Jak wynika z badania opinii publicznej, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 50,7% Polaków opowiada się za wprowadzeniem zakazu palenia węglem w gospodarstwach domowych. Natomiast 33,6% jest przeciwnego zdania, a 15,8% nie zajmuje stanowiska w tej sprawie.

– Te wyniki nie zaskakują. One pokazują, że coraz więcej Polaków zdaje sobie sprawę z negatywnych konsekwencji ogrzewania domów paliwami stałymi. Ludzie zaczynają dostrzegać, że spalanie węgla jest przyczyną zanieczyszczenia powietrza, gigantycznego problemu, z którym Polska od wielu lat nie może sobie poradzić – komentuje Andrzej Guła, współzałożyciel Polskiego Alarmu Smogowego, prezes Instytutu Ekonomii Środowiska.

Pozytywnie zaskoczona ww. wynikami jest Agnieszka Warso-Buchanan, kierowniczka Projektu Czyste Powietrze w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi. Jak zaznacza ekspertka, widać wzrost świadomości w obszarze szkodliwego wpływu zanieczyszczenia powietrza na zdrowie ludzi, w szczególności dzieci, kobiet w ciąży oraz seniorów. Można spodziewać się, że liczba zwolenników zakazu będzie sukcesywnie rosła.

– W polityce energetycznej państwa jest zapis dotyczący całkowitego odejścia od ogrzewania gospodarstw domowych węglem. Na obszarach miejskich ma to nastąpić w 2030 roku, a wiejskich – w 2040 roku. Jednocześnie przysłowiowy Kowalski może w programie „Czyste Powietrze” dostać dopłatę do kotła węglowego. Okres eksploatacji takich urządzeń przekracza nawet 15 lat. To oznacza, że w 2030 roku będziemy musieli wymieniać zupełnie sprawne urządzenia finansowane obecnie z publicznych pieniędzy – dodaje Andrzej Guła.

Patrząc na wiek respondentów, najwięcej zwolenników zakazu widzimy w grupie 56-80 lat – 60,5%. Dalej są rodacy w wieku 36-55 lat – 51,8%, a także 18-22 lata – 46,1%. Natomiast najmniej zwolenników obostrzeń jest w przedziale 23-35 lat – 42%.

– Najczęściej ofiarami zanieczyszczenia powietrza są dzieci i osoby starsze. Te pierwsze nie biorą udziału w takich badaniach, więc zrozumiałym jest, że z przebadanych grup najbardziej za zakazem opowiadają się ludzie w wieku 56-80 lat. Z reguły mają oni większą wiedzę jakie czynniki wpływają na pogorszenie ich zdrowia. Często mają też różne choroby, np. kardiologiczne czy układu oddechowego, na które negatywny wpływ ma jakość powietrza. Natomiast młodszych ten problem jeszcze nie dotyczy albo nie odczuwają jego skutków, tak dotkliwie jak osoby starsze – wyjaśnia Agnieszka Warso-Buchanan.

Biorąc pod uwagę miejsce zamieszkania ankietowanych, największe poparcie zakazu zauważamy w miejscowościach liczących 100-199 tys. mieszkańców – 60%. Z kolei najmniejsza akceptacja występuje na wsiach i w miejscowościach mających do 5 tys. ludności – 40,8%.

– Na obszarach wiejskich udział gospodarstw, które ogrzewają się węglem, jest po prostu większy. Natomiast w miastach jest dużo więcej domostw podłączonych do sieci ciepłowniczej, co przekłada się na powyższe wyniki – zaznacza prezes Instytutu Ekonomii Środowiska.

Osoby, które opowiadają się za wprowadzeniem zakazu, podczas badania wskazały też, od kiedy powinna być wprowadzona zmiana przepisów. Najczęściej padała odpowiedź, że należy ją wprowadzić w ciągu najbliższych 2-3 lat – 26,9%. Na dalszych miejscach była opcja od zaraz – 21,2%, a także od 2022 roku – 20,6%.

– Na pewno takich zmian nie da się wdrożyć z dnia na dzień czy nawet w ciągu roku. Do tego potrzebne jest uzgodnienie długości okresu przejściowego, żeby osiągnąć zamierzony efekt. Tak też było w Krakowie w związku z wprowadzaniem uchwały antysmogowej. Ostatecznie ustalono, że zakaz palenia węglem i drewnem zaczął obowiązywać po pięciu latach od uchwalenia prawa przez sejmik – stwierdza Andrzej Guła.

Ta grupa respondentów mówi też, jakie kary powinny być stosowane za łamanie zakazu. Zdecydowanie najczęściej widzimy formy pieniężne – 52,1%. Dalej w zestawieniu, ale już ze znacznie mniejszą liczbą wskazań, są prace społeczne – 18,8%.

– Wydaje się, że w społeczeństwie jest powszechna świadomość, że za łamanie zakazu grozi nam grzywna. Dlatego też stosunkowo wielu respondentów akceptuje kary pieniężne. Są łatwe do nałożenia, jednak w praktyce widzimy problemy z efektywną egzekucją kar za zanieczyszczanie powietrza – zaznacza ekspertka z Fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Natomiast współzałożyciel Polskiego Alarmu Smogowego stwierdza, że nie ma nic gorszego niż martwe prawo. Zdaniem eksperta, trzeba konsekwentnie wdrażać nowe i lepsze przepisy. Pozytywnym przykładem jest krakowska uchwała antysmogowa. Ona sprawdza się, ponieważ straż miejska stanowczo egzekwuje przyjęte regulacje. To przynosi efekty. Ludzie po prostu zaczynają się dostosowywać do obowiązujących obostrzeń.

– Wprowadzenie zakazu palenia paliwami stałymi to najskuteczniejsza metoda, żeby ograniczyć zanieczyszczenie powietrza w Polsce. Mamy problem z niską emisją, której głównym źródłem jest spalanie węgla w domach przez osoby indywidualne. Dodać należy, że w miastach jest to też transport. Po ulicach naszych miast wciąż jeździ za dużo starych samochodów z silnikami spalinowymi – dodaje Agnieszka Warso-Buchanan.

W indywidualnym ogrzewnictwie odchodzi się od paliw stałych, co podkreśla Andrzej Guła. I dodaje, że decyduje o tym nie tylko aspekt środowiskowy. Pod uwagę brane są inne czynniki, takie jak np. wygoda użytkowania, czyli fakt, że nie trzeba nosić węgla do pieca. Według raportu Polskiego Alarmu Smogowego, od 2014 roku liczba pozaklasowych kotłów spadła o ok. 850 tys. Natomiast pozostało ich jeszcze ok. 3 miliony. Zdaniem eksperta, coraz więcej osób będzie opowiadać się za zakazem palenia węglem. Zwyczajnie zaczyna nam to przeszkadzać.

Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie marca br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla portalu money.pl na reprezentatywnej próbie 1041 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat.

Dziś ważna konferencja prezesa NBP Glapińskiego

Gołębie komentarze szefa Fed Powella dopasowały się do generalnie pozytywnych nastrojów w tym tygodniu. Dolar zmierza do zaliczenia pierwszego od czterech spadkowego tygodnia. Wall Street poprawia szczyty. Poprawa apetytu na ryzyko pomaga walutowym ryzykownym, w tym złotemu, ale dziś ważna konferencja prezesa NBP Glapińskiego.

Oficjele z Fed muszą wykorzystywać każdą okazję, by przypomnieć rynkom, że nastawienie banku jest gołębie i takie pozostanie jeszcze przez długi czas. Nawet jeśli oznacza to powtarzanie się. Wczoraj prezes Powell powtórnie bronił akomodacyjnej polityki, która sprzyja trwałemu wyjściu z kryzysu zdrowotnego. Przede wszystkim odpierał zarzuty o brak reakcji na przyspieszenie inflacji zaznaczając, że jest to zjawisko przejściowe, a jednorazowy skok cen nie jest od razu trwałą inflacją. Dodał, że jeśli inflacja trwale wykroczy poza tolerowane poziomy, Fed będzie reagował. Jednak na razie celem jest wsparcie ożywienia i choć niektóre wskaźniki pokazują siłę, ożywienie nie jest kompletne. Tutaj uwaga Fed skupia na zapewnieniu pełnego zatrudnienia, a wczorajszy nieoczekiwany wzrost liczby wniosków o zasiłek dla bezrobotnych przypomina, że nie do końca wszystko w gospodarce gra. Ponadto Fed jest świadomy, że ryzyka związane z pandemią nie zniknęły, o czym świadczy rosnąca liczba hospitalizacji na całym świecie i obawy przed nowymi szczepami.

Co to znaczy dla rynku walutowego? Póki ryzyka inflacji są tłumione, a inwestorzy bardziej koncentrują się na rozgrywaniu odreagowania po marcowej redukcji ryzyka, komentarze Powella są pomoce dla odchodzenia od USD na rzecz walut ryzykownych. Pośrednio korzysta na tym EUR/USD, który jest pozytywnie skorelowany z ruchami na rynku akcji. Po tym tygodniu wydaje się, że obawy o skutki trzeciej fali są już w pełni zdyskontowane i zrobiło się miejsce na rozgrywanie szczepionkowego optymizmu w średnim terminie. Są to jednak założenia kruche i podatne na zwrot, jeśli ryzyka zdrowotne wyjdą na pierwszy plan. Wówczas odbicie USD będzie szybkie.

To dobry tydzień dla złotego, ale czwartek był szczególnie imponujący, gdyż polska waluta była najsilniejszą w segmencie rynków wschodzących. Na 4,54 EUR/PLN znalazł się wczoraj najniżej od miesiąca. Ostrożnie jednak z przypisywaniem siły złotego do reakcji na środowy komunikat RPP, z którego zniknął fragment o niezadowoleniu z braku dostosowania kursu do łagodnej polityki. Umocnienie było widać wśród pozostałych walut regionu (CZK, HUF), a większa skala ruchu złotego bierze się przede wszystkim z silniejszego osłabienia w poprzednich tygodniach. Biorąc za punkt odniesienia początek marca, złoty wciąż jest o 1,7-1,9 proc. słabszy od korony i forinta. Widzimy wpływ domykania krótkich pozycji w złotym, które aktualnie nie współgrają z pozytywnymi nastrojami. Oportunistyczne transakcje spekulacyjne pod uchwałę Sądu Najwyższego ws. kredytów frankowych stają się niewygodne, kiedy media donoszą o możliwym kolejnym odroczeniu posiedzenia. Dziś jednak może przyjść moment dla odwrócenia trendu w obliczu konferencji prezesa NBP Adama Glapińskiego. Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego. Biorąc jednak pod uwagę preferowanie przez NBP słabego złotego, wątpimy, aby wideokonferencja mogła przynieść pozytywne impulsy dla PLN.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Fotowoltaika: Mój Prąd 3.0 podtrzyma boom?

Osoby, które interesuje przydomowa fotowoltaika, może ucieszyć zapowiedź szybkiej kontynuacji programu Mój Prąd. Wnioski będzie można składać już niebawem.

  • Kolejny nabór wniosków w programie Mój Prąd ma się zacząć na początku lipca 2021 r.
  • Prawdopodobnie dofinansowanie będzie obejmowało również punkty ładowania samochodów elektrycznych. Program Mój Prąd dodatkowo przyspieszy wzrost liczby domów z fotowoltaiką na rynku wtórnym.
  • Poniżej prezentujemy więcej informacji o trzeciej odsłonie programu Mój Prąd. Przy okazji analizujemy też inne aspekty rozwoju fotowoltaiki w Polsce.

Wiele osób żałuje, że nie udało im się złożyć wniosku w ramach drugiej edycji programu Mój Prąd. Wspomniana inicjatywa przyczyniła się do tego, że przydomowa fotowoltaika w Polsce nie jest już zupełnie rzadkim zjawiskiem. Informacje umieszczone na stronie internetowej programu Mój Prąd wskazują, że na razie skorzystało z niego ponad 150 000 gospodarstw domowych. Niebawem ta liczba znacząco się zwiększy, ponieważ Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarski Wodnej już zapowiedział realizację trzeciej edycji programu Mój Prąd. Ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl wyjaśnia, co już wiemy o tej inicjatywie. Warto oczywiście pamiętać, że fotowoltaika w Polsce nie ogranicza się do przydomowych instalacji, których budowę aktualnie wspiera państwo. Wszystko wskazuje na to, że inwestorzy sprzedający prąd wytworzony z energii słonecznej też będą bardzo aktywni w bieżącym roku.

Nowy program ruszy na początku lipca 2021 r.

W ramach wstępu, warto przypomnieć, że poprzednia edycja programu Mój Prąd działała od 13 stycznia 2020 roku do 6 grudnia 2020 roku. Mowa o terminie naboru wniosków. Już od pewnego czasu pojawiały się spekulacje odnośnie uruchomienia trzeciego naboru wniosków jeszcze w bieżącym roku. Sprawę niedawno wyjaśnił wiceprezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Dzięki jego oświadczeniu wiemy już, że nowy nabór wniosków do „Mojego Prądu” rozpocznie się 1 lipca 2021 r. „Jeżeli chodzi o wysokość wsparcia, to na razie można być pewnym tego, że będzie ona zależna od zakresu rzeczowego inwestycji” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Wiemy ponadto, że trzecia edycja opisywanego programu zostanie sfinansowana ze środków unijnych i będą nią objęte koszty budowy niewielkich instalacji fotowoltaicznych (2 kW – 10 kW), które wnioskodawcy ponieśli od 1 lutego 2020 r. do 31 grudnia 2023 r. Podobnie jak poprzednio, wymogiem będzie podłączenie nowo powstałej instalacji prosumenckiej (na własne potrzeby) do sieci OSD, czyli Operatora Systemu Dystrybucyjnego. Kolejny nabór wniosków ma potrwać do 20 grudnia 2021 roku, ale NFOŚiGW zapowiada, że może on się zakończyć wcześniej w razie dużego zainteresowania. „Jest to całkiem możliwy wariant. Fotowoltaika zwraca bowiem coraz większą uwagę przeciętnego Kowalskiego” – sądzi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Fotowoltaika połączy się z elektromobilnością

Ważny wydaje się także fakt, że NFOŚiGW zapowiada dość istotne zmiany dotyczące zasad nowej edycji programu Mój Prąd. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej planuje rozszerzenie opisywanego programu o dodatkowe rozwiązania, które pomogą prosumentom w lepszym wykorzystywaniu wytworzonego prądu. Wiadomo, że NFOŚiGW poważnie rozważa objęcie dofinansowaniami takich elementów jak punkty ładowania dla samochodów elektrycznych, inteligentne systemy zarządzające energią w domu oraz magazyny ciepła lub chłodu. „Kwestia punktów ładowania pojazdów na pewno dobrze wpisuje się w strategię rządu związaną z elektromobilnością” – zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Domy z fotowoltaiką są na rynku wtórnym …

Tak jak już wspomnieliśmy, poprzednie edycje programu Mój Prąd sprawiły, że przydomowa fotowoltaika nie jest już postrzegana w Polsce jako zupełne novum. Można przypuszczać, że Mój Prąd 3.0 dodatkowo przyspieszy ten trend. Warto nadmienić, że takie inicjatywy nie oddziałują wyłącznie na obecnych właścicieli domów, przy których została uruchomiona fotowoltaika. Eksperci agencji NieruchomosciSzybko.pl zauważają, że instalacje fotowoltaiczne jako element używanych domów coraz częściej pojawiają się na rynku wtórnym. „Mogą one być sporym atutem sprzedażowym pod warunkiem, że są sprawne, znajdują się w dobrym stanie technicznym i nie będą wymagały sporych nakładów finansowych w najbliższym czasie” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Inwestorzy zwracają uwagę na inne kwestie

Zapowiadany niebawem start trzeciej edycji programu Mój Prąd 3.0 oczywiście nie ma kluczowego znaczenia dla inwestorów. Rządowa inicjatywa wspiera bowiem prosumentów, czyli te osoby, dla których fotowoltaika jest tylko sposobem zaspokojenia własnych potrzeb energetycznych. „Inwestorzy muszą natomiast brać pod uwagę fakt, że większe zainteresowanie ze strony prosumentów może spowodować wzrost cen niektórych komponentów potrzebnych do budowy instalacji fotowoltaicznych” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Tym niemniej, bieżący rok zapowiada się dobrze dla fotowoltaicznych inwestorów, choć widoczne jest coraz większe nasycenie rynku. Na korzyść dalszych inwestycji przemawia natomiast spodziewany wzrost cen prądu oraz jego rosnące zużycie. Pojawia się też szansa na korzystne dla inwestorów zmiany w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Można zatem spodziewać się, że w 2021 r. nadal będzie rosnąć liczba osób budujących własne farmy fotowoltaiczne lub wydzierżawiających działki na ten cel. „Więcej o inwestycjach związanych z fotowoltaiką można przeczytać w mojej książce Jak bez wysiłku i pieniędzy zarabiać na nieruchomościach” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Pomysły na pomoc restauratorom, którzy mają 715 mln zł zaległości

Za chwilę minie pół roku odkąd lokale gastronomiczne mogą działać najwyżej z ofertą na wynos. Drzwi przed gośćmi są zamknięte, a zaległości branży rosną, w 11 miesięcy pandemii od kwietnia do lutego podwyższyły się o jedną dziesiątą, do prawie 715 mln zł. 7 na 10 firm określa swoją kondycję finansową jako słabą i złą, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Dun & Bradstreet. Im bardziej pogarsza się sytuacja restauratorów, tym więcej pojawia się pomysłów na specjalną pomoc dla nich, od obniżki VAT, przez bony gastronomiczne, do otwierania ogródków. Na razie jednak żaden jeszcze nie działa.

Jak wynika z analiz Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP) w minionym roku sektor gastro mógł stracić nawet 30 mld zł. Organizacja szacuje, że gdyby w najbliższym czasie ograniczenia zostały mimo wszystko zniesione, to dla 15 tys. restauratorów może być już za późno – taka sytuacja dotknęłaby więcej niż co piąty lokal. Konsekwencje mogą też być mocno odczuwalne w zatrudnieniu. Z około miliona osób, które pracują w gastronomii, pracę może stracić nawet 250 tys.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor 2
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

– Lockdown obowiązywał gastronomię w minionym roku od marca do maja, ponownie zadziałał od 24 października i nic nie wskazuje, żeby w najbliższym czasie miał się skończyć. Niektóre lokale prowadzą sprzedaż na wynos, częściowo rekompensując sobie w ten sposób spadek obrotów. Ich trudna sytuacja skłoniła władze do wyjścia z pomysłem czasowego obniżenia podatku VAT na usługi gastronomiczne, a także wprowadzenia na wzór bonów turystycznych bonów żywnościowych. Pojawiają się również zapowiedzi otwarcia ogródków – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Branża, która nigdy nie była prymusem, jeśli chodzi o jakość rozliczeń z dostawcami i instytucjami finansowymi, w pandemii powiększa zaległości na jeszcze większą skalę. Jej przeterminowane zobowiązania wobec kontrahentów w ciągu 11 miesięcy różnego rodzaju ograniczeń działania, urosły dwa razy szybciej niż w przypadku ogółu firm – dodaje.

Gdy w okresie od końca marca ub.r. do końca lutego tego roku zaległości wszystkich podmiotów notowanych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w BIK podwyższyły się o 5,4 proc., w przypadku gastronomii było to 10,4 proc. – Wprawdzie zmiana ta jest daleka od 26 proc. odnotowanych w turystyce czy niemal 40 proc. w wynajmie maszyn, urządzeń i pojazdów, ale i tak jest niepokojąca – zauważa Sławomir Grzelczak. Trudną sytuację gastronomii potwierdzają statystyki dotyczące wykorzystania pomocy z zakończonej w marcu Tarczy Finansowej 2.0 PFR. W sytuacji, gdy jednym z warunków otrzymania wsparcia, były przychody niższe o co najmniej 30 proc. sięgnęła po nie grubo ponad połowa firm, wynika z wstępnych informacji.

Gastronomia ma pozostać pod kroplówką

Rząd już zapowiedział, że chce zapewnić dodatkową pomoc dla branży gastronomicznej i hotelarskiej także po zakończeniu III fali pandemii COVID-19. Pomysłów na to, jak mogłaby ona wyglądać, jest sporo. Jeden z nich to wzorowany na bonie turystycznym bon żywnościowy. Miałyby trafiać do pracowników firm, które zapłaciłyby np. połowę wartości bonu, a resztę kwoty pokrywałoby państwo. Obdarowani bonami mogliby je wykorzystać zamawiając posiłki na wynos w dowolnej restauracji. Drugim proponowanym rozwiązaniem jest okresowe obniżenie stawki podatku VAT na usługi gastronomiczne z obecnych 8 do 5 proc. Obniżka miałaby obowiązywać wyłącznie do końca 2021 r. Światełkiem w tunelu jest też rozważana przez rząd ewentualność otwarcia ogródków restauracyjnych, gdy tylko się ociepli. Tu jednak z pewnością spore znaczenie ma też liczba zachorowań na COVID-19. Jak na razie jednak, wiosna wciąż kaprysi i chorych jest wielu. A te i inne możliwości wsparcia pozostają w sferze rozważań i zapowiedzi.

Ciężka sytuacja branży powoduje, że przedsiębiorcy nie wahają się podejmować radykalnych działań. Za chwilę mają złożyć największy w historii Polski pozew grupowy przeciwko Skarbowi Państwa, który ich zdaniem powinien zapłacić firmom odszkodowania. Uznają bowiem, że dotychczasowa pomoc państwa jest niewystarczająca. Wielu restauratorów decyduje się także na mniej lub bardziej jawne prowadzenie działalności niezależnie od aktualnych ograniczeń, licząc się z tym, że nałożone zostaną na nich za to kary.

Przybywa firm z zaległościami i samych zaległości

Jak pokazują dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, na koniec marca 2020 r., na starcie pandemii, zaległości wobec dostawców i banków miało 9830 firm (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) prowadzących działalność usługową związaną z wyżywieniem. Do końca lutego tego roku liczba ta wzrosła o 342 podmioty, do 10 172.

zaległości restauratorów
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK jeszcze przed lockdownem przeterminowane zadłużenie gastronomii przekraczało 647 mln zł i choć w ciągu roku odsetek podmiotów z problemami utrzymał się na poziomie 7,30 proc., to kwota zobowiązań wzrosła o 67,4 mln zł, czyli ponad 10 proc.

Najbardziej, bo o 22 proc. podwyższyły się w czasie lockdownu przeterminowane zobowiązania mobilnych punktów gastronomicznych, na koniec lutego br. wyniosły prawie 17 mln zł. Największa kwota nieopłaconych zobowiązań spoczywa jednak na restauracjach i stacjonarnych punktach gastronomicznych – ponad 590 mln zł, tu jest też największy odsetek firm, które opóźniają rozliczenia z dostawcami i bankami – 8,1 proc., przy średniej dla całej gospodarki wynoszącej 5,9 proc.

zaległości firm gastronomicznych
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Ubyło chętnych do otwierania nowych restauracji

Według danych Dun & Bradstreet, tylko w pierwszym kwartale 2021 zarejestrowano 1,3 tys. nowych przedsiębiorstw w branży gastronomicznej, a jednocześnie wykreślono 1,1 tys. Oznacza to, że w Polsce w porównaniu do 2020 roku, obserwujemy znacznie spowolniony proces przyrostu nowych lokali. Przypomnijmy, mimo pandemii i licznych obostrzeń, w 2020 r. ich liczba wzrosła o 2,2 proc. Na koniec I kwartału 2021 roku liczbę wszystkich zarejestrowanych działalności gastronomicznych szacuje się na blisko 85,7 tys.

Kryzys w branży doskonale obrazuje liczba zawieszonych podmiotów. W I kwartale 2021 r. zawieszono działalność 630 lokali gastronomicznych, co w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego stanowi wzrost o 10 proc. Wedle szacunków w całym 2020 roku zawieszono działalność blisko 10 proc. wszystkich lokali gastronomicznych. Z czego trwale zbankrutowało i zostało wykreślonych 341, w zawieszeniu nadal pozostawało 4861, a na rynek w 2020 r. powróciło tylko 1516.

Ubyło chętnych do otwierania nowych restauracji
Źródło: Dun & Bradstreet

Blisko 70 proc. przedsiębiorstw ma kłopoty

Dun & Bradstreet Company zbadał także kondycję finansową blisko 4,5 tys. polskich punktów gastronomicznych. Wyniki nie napawają optymizmem, bo na koniec stycznia około 70 proc. z nich miało większe lub mniejsze kłopoty finansowe. Na tle branży najlepiej prezentowały się stałe restauracje i firmy cateringowe, które cały czas ratuje możliwość wydawania posiłków bez konieczności przebywania klienta w lokalu. Mimo wszystko niespełna 40 proc. z nich było w dobrej i silnej kondycji, z czego zaledwie 6,6 proc. oceniało sytuację finansową maksymalnie pozytywnie. Jeśli mowa o restauracjach to na koniec stycznia zaledwie 6,3 proc. było w kondycji bardzo dobrej, 26,6 proc. w dobrej, aż 31,9 proc. raczej w słabej i 35,2 proc. w bardzo złej.

kondycja polskich punktów gastronomicznych
Źródło: Dun & Bradstreet

Restauratorzy krytycznie o pomyśle bonu gastronomicznego. „Branża ma się ucieszyć i uciszyć”

Rząd od drugiej połowy marca pracuje nad rozwiązaniem, które ma wesprzeć chylącą się ku upadkowi branżę gastronomiczną. Restauratorzy działają w ograniczonym trybie od 6 miesięcy. Możliwość sprzedaży „na wynos” i z dowozem nie gwarantuje im szans na zyski i utrzymanie działalności. Pojawił się pomysł stworzenia bonu gastronomicznego na wzór obowiązującego od roku bonu turystycznego. Pytani o zdanie przez Północną Izbę Gospodarczą przedsiębiorcy – mówiąc delikatnie – nie wyrażają entuzjazmu myśląc o tej inicjatywie.

Prezes Hanna Mojsiuk: „Czas na konkrety, a nie na zapowiedzi”

Pomysł póki co jest bardzo enigmatyczny. Według ostatnich ministerialnych zapowiedzi miałby być on konsultowany przed ostatecznym ogłoszeniem jego kształtu. Możliwe, że konkretna kwota przekazywana byłaby jako bon pracodawcy, a ten dysponowałby je wśród pracowników, którzy mogliby korzystać z usług gastronomii. Nie wiadomo kiedy program mógłby wystartować i jaka byłaby jego ostateczna wartość.

– To taka sytuacja, że z jednej strony należy się cieszyć, bo lepsza jakaś pomoc niż żadna, ale z drugiej strony: czy bon byłby w stanie realnie pomóc branży, która nie zarabia lub zarabia szczątkowo od pół roku? Jako Północna Izba Gospodarcza oczekujemy konkretnych rozwiązań pomocowych dla branż najsilniej dotkniętych lockdownem i bez żadnych wątpliwości gastronomia znajduje się w położeniu wręcz dramatycznym. Mówimy więc wprost: czas na konkrety, a nie na zapowiedzi. Przedsiębiorcy jako płatnicy do budżetu mają prawo do pomocy w tak trudnych sytuacjach jak obecnie – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Przedstawiciele gastronomii: możliwość prowadzenia działalności zamiast bonu gastronomicznego

Przedsiębiorcy branży gastronomicznej zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie nie przyjęli pomysłu optymistycznie. Jest tutaj więcej wątpliwości niż radości z ewentualnego wsparcia: – Dla mnie rozwiązaniem sytuacji jest umożliwienie nam funkcjonowania. Moje stanowisko jest proste: mam osiem stolików, proszę pozwolić mi zająć cztery. Nie chcę żadnego bonu gastronomicznego, nic nie oczekuję, chciałbym po prostu możliwie normalnie funkcjonować   – mówi Mariusz Prengel z restauracji  Kraftowa przy ul. Tkackiej w Szczecinie.  – Nie znam szczegółów tego rozwiązania, więc na dzień dzisiejszy trudno jest komentować coś, co jest tylko pomysłem, luźno rzuconym sformułowaniem – dodaje Maciej Szabałkin z restauracji Piastów 30.  – Wydaje mi się, że to może być  pomysł, którego celem jest ucieszenie i uciszenie branży gastronomicznej. Spodziewam się, że nic z tego i tak nie wyjdzie – dodaje Szabałkin.

Inni zwracają uwagę na to, że branża jest zamknięta od sześciu miesięcy i z mapy miast i regionów znikają raz po raz zarówno restauracje jak i kawiarnie oraz bary: – Powstrzymuję się od uśmiechu. Gdzie wykorzystywane będą takie bony? W miejscach jak pizzerie czy burgerownie, czyli miejscach relatywnie pozytywnie przechodzących czas pandemii. Restauratorzy mający najtrudniejsza sytuacje znów pozostaną bez wsparcia. Pomocą jest np. umorzenie kosztów za prąd czy za energię elektryczną. Wielu przedsiębiorców nie stać na opłatę zamówionej mocy, a przecież teoretycznie większość restauracji jest zamknięta – mówi Iwona Niemczewska z restauracji Z drugiej strony lustra.

Gastronomia jest gigantycznie zadłużona. „Nadzieja wystawiona na poważną próbę. Przedsiębiorcy czekają od… 6 miesięcy”

Branża gastronomiczna to obecnie jedna z najbardziej zadłużonych branż. Według szacunków pracę w niej straciło w ciągu roku ponad 200 tysięcy osób. Zniknęła już co czwarta restauracja, a to nie koniec dramatycznego obrazu po lockdownie, bo tak naprawdę nie wiadomo ile lokali nie wróci na wiosnę do działania. – Największy przyrost postępowań windykacyjnych widzimy właśnie w gastronomii. To rodzaj działalności oparty na pewnym zespole naczyń połączonych. Restauratorzy, którzy popadają w kłopoty nie płacą np. swoim dostawcom czy właścicielom nieruchomości. To powoduje, że kolejne podmioty popadają w zadłużenie i stratny jest cały sektor gospodarki. Z informacji, które zdobywam od klientów wynika, że gastronomia jest w dramatycznej sytuacji, a właściciele lokali są zadłużeni na ogromne kwoty, ale wciąż mają nadzieję na poprawę sytuacji. Z tym, że ta nadzieja jest coraz bardziej wystawiana na próbę. Przypomnę, gastronomia miała zostać zamknięta na dwa tygodnie. Minęło pół roku – mówi Prezes Grupy AVERTO, widnykator Małgorzata Marczulewska.

– Sytuacja pracowników gastronomii jest bardzo trudna. Wielu straciło pracę, pojawiają się informacje o zaległościach w wypłatach czy o tym, że pracownicy otrzymują tylko „gołe” wynagrodzenia, co i tak zmusza ich do odejścia  z pracy lub szukania dodatkowego zatrudnienia. Dopełnia to tylko bardzo dramatyczny obraz poważnego kryzysu polskiej gastronomii – mówi Małgorzata Marczulewska.

Zablokowanie Kanału Sueskiego może się powtórzyć, ostrzegają eksperci

W ostatnim tygodniu marca uwaga światowych mediów skupiła się na Kanale Sueskim, który został zablokowany przez ogromny kontenerowiec Ever Given. Kanał Sueski to bardzo ważny odcinek wielu światowych szlaków transportowych. Korzysta z niego aż 30% całego światowego przewozu kontenerów, w tym 12% światowego handlu. Gdyby nie Kanał Sueski, kontenerowce pływałyby naokoło Afryki – co wydłużyłoby ich trasę o około 2 tygodnie. Dlatego zablokowanie Kanału przez kontenerowiec było dla światowego handlu i transportu wydarzeniem ogromnie istotnym. Za Ever Givenem w Kanale utknęło 15 innych kontenerowców – a w ciągu 6 dni, przez które Kanał pozostawał zablokowany, przy jego obydwu końcach ustawiła się kolejka licząca aż 369 statków.

– Na morzu nie chodzi o to, kto będzie pierwszy. Wielkie kontenerowce pływają z prędkością około 40 kilometrów na godzinę. To nie jest zawrotna prędkość. Najważniejsze w transporcie morskim jest to, by być dokładnie na czas. Od punktualności rejsu zależą bowiem kolejne procesy, będące kontynuacją łańcucha dostaw. Ta koncepcja logistyczna nazywa się “just in time”. W momencie, gdy szlaki są zatłoczone lub zablokowane, rozrywa się cały łańcuch, a światowa produkcja jest wstrzymana – powiedział serwisowi eNewsroom prof. dr hab. Włodzimierz Rydzkowski, Katedra Logistyki Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni. – Kontenerowce są coraz większe, a obsługują je relatywnie małe załogi. Załoga na statku Ever Given liczy 25 osób. To jest naprawdę niewiele, jak na ponad 400 metrowego giganta. A takich statków na morskich szlakach jest coraz więcej. Przez sam Kanał Sueski przechodzi ponad 60 kontenerowców na dobę. Nie chcę być złym prorokiem – ale nieuniknione jest, że przy tak intensywnym ruchu i tak wielkich statkach podobne wypadki mogą mieć miejsce coraz częściej – ostrzega Rydzykowski.

Transport autokarowy pominięty w Krajowym Planie Odbudowy. Najbardziej poszkodowana będzie tzw. Polska powiatowa

W transporcie wojewódzkim, powiatowym i gminnym jest wykorzystywanych ok. 35 tys. autobusów, których średni wiek wynosi 18,6 lat, ale wiele z nich ma nawet 30 lat i więcej. Na wymianę starego, nieekologicznego taboru nie przewidziano żadnych środków w Krajowym Planie Odbudowy – podkreśla Polska Izba Gospodarcza Transportu Samochodowego i Spedycji, która zrzesza przewoźników autokarowych. Jak wskazuje, rząd całkowicie pominął potrzeby transportowe tzw. Polski powiatowej, zamiast tego przeznaczając środki na rozwój 1,2 tys. nowych autobusów dla dużych miast.

– Krajowy Plan Odbudowy dotyczy generalnie dwóch sektorów transportu: kolei i komunikacji miejskiej. Na przewozy towarowe czy wewnątrzkrajowy przewóz osób w Polsce środków tam nie ma, my ich tam przynajmniej nie widzimy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zdzisław Szczerbaciuk, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji.

W końcówce lutego rozpoczął się proces konsultacji społecznych polskiego KPO. Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii zakończyło ten etap 2 kwietnia, po czym dokument trafił do ponownego rozpatrzenia. Do końca miesiąca Polska musi przekazać jego ostateczną wersję Komisji Europejskiej, która będzie mieć z kolei dwa miesiące na jego zaakceptowanie.

Projekt Krajowego Planu Odbudowy został w konsultacjach krytycznie oceniony przez środowisko przedsiębiorców, które liczy, że zostanie on jeszcze skorygowany. Jedną z branż niezadowolonych z obecnego kształtu KPO jest m.in. autobusowy transport pasażerski. Polska Izba Gospodarcza Transportu Samochodowego i Spedycji wskazuje w swoich uwagach m.in., że w części dokumentu, która dotyczy rozwijania zrównoważonej mobilności, nie przewidziano żadnych środków finansowych na poprawę złego stanu publicznej komunikacji autobusowej na obszarach wiejskich i w okolicach małych i średnich miast.

– Uważamy, że trzeba wprowadzić jakiś mechanizm pomocy w odnowieniu taboru – podkreśla Zdzisław Szczerbaciuk.

Jak wskazuje, jeszcze kilkanaście lat temu na tym rynku dominowały głównie przedsiębiorstwa kontrolowane przez Skarb Państwa. W tej chwili operuje na nim ok. 2 tys. podmiotów, głównie prywatnych. W transporcie wojewódzkim, powiatowym i gminnym jest wykorzystywanych ok. 35 tys. autobusów, których średni wiek wynosi 18,6 lat, a wiele z nich ma nawet 30 lat i więcej. Na wymianę tego starego, nieekologicznego taboru nie przewidziano w KPO żadnych środków.

– Powiaty, jednostki samorządu terytorialnego kontrolują w tej chwili około 500–600 autobusów, państwo kontroluje około 1 tys. autobusów, więc po stronie publicznej jest ich bardzo mało. Dlatego nasza propozycja jest taka, żeby zrobić konkursy dla operatorów i dla tych jednostek samorządu, które wezmą na siebie odpowiedzialność za organizację publicznego transportu zbiorowego i zawrą długoletnie, ośmio- czy dziesięcioletnie umowy na obsługę przejazdów. I trzeba tym podmiotom zapewnić pomoc w postaci taboru nowoczesnego, niskoemisyjnego – mówi prezes PIGTSiS. – Uważamy, że to najlepszy pomysł, ponieważ każde pieniądze, które pójdą na wsparcie utrzymania i pokrycie kosztów, znikną, a tutaj następowałoby systematyczne odnawianie taboru.

Jak podkreśla, rząd mógłby określić, jakiego rodzaju napęd byłby preferowany.

– Jeśli rząd ustawowo nie zobowiąże marszałków województw, starostów i wójtów gmin do zapewnienia minimalnego zakresu wojewódzkiej, powiatowej i gminnej komunikacji publicznej (…) przez cały rok, z częstotliwością nie mniejszą niż co trzy godziny, to żaden z celów „zrównoważonych form mobilności” nie zostanie zrealizowany – napisała izba w uwagach do KPO.

W tej chwili projekt Krajowego Planu Odbudowy uwzględnia tylko zakup 1,2 tys. autobusów wyłącznie dla dużych miast, przeznaczając na to kwotę 1,031 mln euro (czyli ok. 3,6 mln zł na jeden autobus). PIGTSiS ocenia to jako rozrzutność przy jednoczesnym lekceważeniu potrzeb reszty obywateli Polski powiatowej, która – jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego – jest najbardziej wykluczona transportowo. Od 2004 roku poza miastami ubyło 40 proc. kursów komunikacji autobusowej, a ponad 25 proc. wszystkich sołectw w Polsce nie posiadało w 2019 roku połączeń z miejscowością gminną (pomijając autobusy szkolne). To problem zwłaszcza dla mniej zamożnych gospodarstw domowych, których nie stać na własny samochód. Według PIE to właśnie rozwój lokalnych połączeń autobusowych jest szansą na rozwój dla wykluczonych transportowo regionów („Transport inkluzywny. Rola polityki transportowej w kształtowaniu zrównoważonego rozwoju kraju 2019”).

W uwagach do KPO PIGTSiS zwraca jeszcze uwagę na konieczność przyspieszenia reform w ramach ustawy o publicznym transporcie zbiorowym oraz ustawy o funduszu rozwoju przewozów autokarowych. KPO zapowiada te zmiany na II kwartał 2022 roku, co według izby oznacza kolejne dwa lata niepewności 2 tys. podmiotów co do organizacji publicznego transportu autobusowego. Izba postuluje także, by w ramach celu „cyfryzacji transportu” zająć się także stworzeniem jednej platformy zawierającej informacje o komunikacji autobusowej realizowanej w przewozach wojewódzkich, powiatowych i gminnych w całym kraju.

Firmy rodzinne w Polsce generują 18 proc. PKB i 332 mld zł przychodu. Nowe przepisy mają ułatwić ich funkcjonowanie i sukcesję

W Polsce działa ok. 830 tys. firm rodzinnych. Generują rocznie 332 mld zł, co piąta wypracowana w naszym kraju złotówka jest wynikiem właśnie ich pracy. W ciągu najbliższych pięciu lat w ręce kolejnej generacji przejdzie ok. 57 proc. firm rodzinnych, ale tylko nieco ponad 8 proc. następców deklaruje chęć ich poprowadzenia. Do konsultacji trafił niedawno projekt ustawy o fundacji rodzinnej, który ma pomóc rozwiązać problem sukcesji, umożliwi też firmom rodzinnym stabilny rozwój w perspektywie wielopokoleniowej. – To odpowiedź na oczekiwania prywatnej przedsiębiorczości – ocenia Piotr Aleksiejuk z kancelarii Wojarska Aleksiejuk i Wspólnicy.

– Według danych resortu rozwoju w Polsce mamy ponad 800 tys. firm rodzinnych, które w 2019 roku wygenerowały ponad 300 mld zł przychodu. Są naszym dobrem narodowym, dzięki któremu polski produkt jest szerzony w międzynarodowych realiach gospodarczych. Projekt ustawy o fundacji rodzinnej jest kompleksowym rozwiązaniem problemów, z jakimi borykają się firmy rodzinne, zwłaszcza funkcjonujące w średnim i dużym biznesie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Aleksiejuk, radca prawny, partner zarządzający w kancelarii Wojarska Aleksiejuk i Wspólnicy.

Pod koniec marca 2021 roku do konsultacji zewnętrznych trafił projekt ustawy o fundacji rodzinnej przygotowany przez Ministerstwo Finansów oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Stworzenie instytucji fundacji rodzinnej ma ochronić firmę przed problemami związanymi ze zmianą właściciela i ułatwić powierzenie jej zarządzania spadkobiercom.

– Fundacja rodzinna ma za zadanie skupiać własność w jednym podmiocie i przede wszystkim umożliwiać zachowanie jej trwałości na wypadek tzw. niekontrolowanej sukcesji. W przypadku śmierci nestora ma umożliwić dalsze jej funkcjonowanie zgodnie z wizją jej fundatora, czyli twórcy fundacji. Ma też przeciwdziałać scenariuszom traumatycznym, które pisze życie, czyli przede wszystkim potencjalnym konfliktom pomiędzy sukcesorami – wyjaśnia ekspert.

Fundację rodzinną będzie można utworzyć poprzez sporządzenie u notariusza aktu założycielskiego lub testamentu. Najważniejsze kwestie fundator będzie mógł zawrzeć w jej statucie. Zgodnie z założeniami ustawy fundacja rodzinna będzie mogła zostać wyposażona w szeroko rozumiany majątek – pieniądze, papiery wartościowe, nieruchomości, udziały czy akcje. Fundator będzie miał dużą swobodę w określaniu zasad zarządzania majątkiem. Sam też ustali krąg beneficjentów – będą mogli to być członkowie rodziny, ale też np. organizacje pożytku publicznego.

W przypadku, gdy nie ma sukcesorów albo nikogo z predyspozycjami do rozwijania przedsiębiorstwa, można zaangażować management zewnętrzny, który dalej pokieruje rozwojem przedsiębiorstwa rodzinnego, a także innych aktywów skupionych wokół rodziny. Sukcesorzy, rodzina będą beneficjentami i skorzystają z profesjonalnego zarządzania – zaznacza radca prawny.

Firma rodzinna często stanowi dorobek pracy wielu pokoleń. Niebezpiecznym momentem jest jednak jej przekazanie kolejnej generacji. Dane Instytutu Biznesu Rodzinnego, na które powołuje się resort finansów, wskazują, że w perspektywie najbliższych pięciu lat w ręce młodszego pokolenia przejdzie ok. 57 proc. firm rodzinnych, jednocześnie tylko 8,1 proc. następców deklaruje chęć poprowadzenia firmy stworzonej przez rodziców. Tymczasem przerwanie ciągłości zarządzania czy brak osób, które chciałyby przejąć prowadzenie biznesu, mogą zagrozić istnieniu firmy.

Dotychczasowe przepisy stanowiły ułatwienia raczej dla najmniejszych firm rodzinnych. Chodzi m.in. o wprowadzenie instytucji umożliwiających przekształcenie przedsiębiorcy prowadzącego indywidualną działalność gospodarczą w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością czy stworzenie zarządu sukcesyjnego, Co więcej, jak wskazuje Piotr Aleksiejuk, rozwiązywały one problem sukcesji do drugiego pokolenia.

– Te przepisy nie umożliwiały nestorom, właścicielom firm rodzinnych wdrożenia takiego projektu sukcesji z krwi i kości, jaki funkcjonuje w Europie Zachodniej czy w gospodarkach wysoko rozwiniętych, czyli procesu wielopokoleniowego, umożliwiającego funkcjonowanie firmie rodzinnej przez wiele pokoleń. Dopiero projekt ustawy o fundacjach rodzinnych taką możliwość zapewnia – tłumaczy ekspert kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Instytucja fundacji rodzinnych od lat istnieje w krajach Europy Zachodniej, m.in. w Austrii, Holandii, Niemczech, Szwajcarii czy Szwecji. Przykładem fundacji są np. Stichting INGKA Foundation (IKEA), Giorgio Armani Foundation, Dr. Oetker czy Rodzina Wallenbergów (Electrolux, SAAB, Ericsson). Polscy przedsiębiorcy do tej pory, nie mając innych możliwości, często korzystali z rozwiązań oferowanych przez inne państwa. To zaś prowadziło do przenoszenia aktywów za granicę. Stworzenie instytucji fundacji rodzinnych w Polsce pomoże to zmienić. Jeśli ustawa wejdzie w życie, Polska będzie jednym z niewielu krajów w Europie Środkowo-Wschodniej z instytucją fundacji rodzinnej, może w związku z tym przyciągnąć nowych inwestorów.

 Będzie to możliwe dzięki rozsądnym rozwiązaniom podatkowym, które proponuje fundacja, choć wiele aspektów wymaga doprecyzowania. Natomiast na pewno spowoduje, że firmy rodzinne będą miały stabilniejsze warunki do rozwijania się, co sprzyjać będzie polskiej gospodarce – ocenia Piotr Aleksiejuk.

Te korzystne kwestie podatkowe to m.in. fakt, że majątek wniesiony do fundacji przez fundatora nie będzie przychodem, nie będzie też wiązało się to z obciążeniami podatkowymi. Działalność fundacji będzie opodatkowana na zasadach ogólnych, a dochody fundatora oraz beneficjentów z tzw. grupy zerowej, pochodzące z fundacji, nie będą podlegały opodatkowaniu PIT. W przypadku likwidacji fundacji nabyte od niej świadczenia i mienie będą podlegać opodatkowaniu podatkiem od spadków i darowizn. Będą z niego zwolnieni najbliżsi fundatora, jeśli przedmiotem świadczenia będzie mienie, które wniósł on do fundacji.

Według zapowiedzi autorów projektu nowe przepisy mogą trafić do parlamentu w drugiej połowie 2021 roku, a ustawa wejść w życie na początku 2022 roku.

Coraz bliżej rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Unieważnienie umów oznaczałoby straty dla banków od 70 mld do nawet 230 mld zł

Kredytobiorcy, którzy zaciągnęli kredyty we frankach, oraz sektor bankowy z niecierpliwością czekają na uchwałę Sądu Najwyższego w sprawie rozstrzygania sporów o kredyty frankowe. Ma ono nastąpić 13 kwietnia. Zdaniem dr. hab. Witolda Potwory z Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu sprawiedliwe wydaje się proponowane przez KNF przeliczanie kwoty kredytu po kursach z dnia ich zaciągnięcia. Być może jednak Sąd Najwyższy zaproponuje inne rozwiązanie. Ekspert podkreśla, że szkodliwe byłoby rozwiązanie obciążające tylko jedną stronę sporu – kredytobiorców lub banki. KNF policzyła, że koszty dla banków w przypadku unieważnienia umów kredytowych mogłyby sięgnąć od 70 do 234 mld zł w zależności od przyjętego wariantu.

Propozycja przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, żeby przeliczyć kwoty po kursach złotówkowych z dnia pobrania kredytu, wydaje się być rozsądna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Witold Potwora, prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu. – Albo przyjmiemy to rozwiązanie, albo też trzeba jednak czekać na indywidualne rozstrzygnięcia. To oczywiście może przedłużyć ten stan wysokiej niepewności. Czekamy też na rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego, być może on zaproponuje jakieś rozwiązania, które dzisiaj nie są znane.

Sąd Najwyższy miał się wypowiedzieć na ten temat już 25 marca, jednak termin został przesunięty o ponad dwa tygodnie na 13 kwietnia, co przedłużyło niepewność i wystawiło na próbę cierpliwość zarówno banków, jak i kredytobiorców. Po orzeczeniu TSUE z jesieni 2019 roku, zgodnie z którym unieważnienie umów kredytowych z niedopuszczalnymi klauzulami nie stoi w sprzeczności z prawem UE, frankowicze gremialnie ruszyli do sądów z pozwami, banki zaś zaczęły proponować ugody.

Jak przeanalizował portal Bankier.pl, na koniec 2020 roku giełdowe banki były stroną w ponad 28 tys. takich spraw sądowych. To wzrost o 148 proc. względem końca 2019 roku. Z danych KNF wynika, że na koniec lutego br. wszystkich kredytów we frankach było ok. 410 tys., a ich wartość to ponad 90 mld zł.

Wydaje mi się, że polski system bankowy jest na tyle sprawny i na tyle skuteczny, że poradziłby sobie nawet z niekorzystnymi rozwiązaniami dla samych banków. Myślę jednak, że to powinno być podzielone mniej więcej po równo. Powinniśmy doprowadzić do sytuacji, że i system bankowy, i kredytobiorcy powinni mieć możliwość takiego załatwienia sprawy, żeby nie wpłynęła znacząco na ich kondycję – przekonuje dr hab. Witold Potwora. – Jestem przeciwny rozwiązaniu, które by stawiało w niekorzystnej sytuacji poszczególne banki, ale też jestem przeciwny takiej sytuacji, że kredytobiorca poniesie całe konsekwencje tego, że ktoś kiedyś go, co tu dużo mówić, oszukał.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego przedstawił na początku marca analizę konsekwencji rozstrzygnięć w tych sporach dla banków – w najbardziej optymistycznym scenariuszu będzie to kosztować sektor 34,5 mld zł, a w najbardziej niekorzystnym – aż 234 mld zł. Pierwszy wariant, zaproponowany w grudniu ub.r. przez przewodniczącego KNF, polegałby na zawarciu ugód z klientami, w ramach których mieszkaniowy kredyt walutowy od daty jego uruchomienia zostałby rozliczony tak jak kredyt złotowy. Wariant najbardziej kosztowny dla banków dotyczy sytuacji, w której doszłoby do unieważnienia kredytu i banki zwracają pobrane raty, zaś klienci nie zwracają kapitału. Jeśli kredytobiorcy zwracaliby pożyczony kapitał, straty bankowe byłyby o ponad połowę niższe (101,5 mld zł), a jeśli zwrotowi podlegałyby również koszty tego kapitału, to kwota ta spadłaby do 70,5 mld zł. W 2020 roku zysk netto sektora bankowego wyniósł 7,77 mld zł, co oznacza spadek o 43,8 proc. r/r.

Gdy popatrzymy dzisiaj na oprocentowanie kredytów i lokat, które w zasadzie są na poziomie zero procent, a niektóre banki nawet sugerują, że poprzez system dodatkowych opłat to lokowanie w oszczędności będzie wiązało się z ponoszeniem dodatkowych kosztów przez klienta, to widzimy wyraźnie, że jest jeszcze możliwość pewnych działań, jeśli chodzi o marżę. Część banków powinna jednak zdecydować się na pomoc, na rozwiązania polubowne, które będą związane z długotrwałą umową. Można by zrezygnować z wysokich marż na rzecz tego, żeby zaufanie do sektora bankowego nie spadło – podkreśla prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu.

Jednocześnie KNF poinformowała o prowadzeniu prac nad zwiększeniem liczby mediatorów w Sądzie Polubownym działającym przy komisji oraz przeprowadzaniem szkoleń, które zapewniłyby im najbardziej aktualną wiedzę na temat kierunków orzeczeń dotyczących sporów o kredyty frankowe.

W Polsce co roku przeprowadza się ok. 145 transplantacji serca, ale oczekujących jest trzy razy więcej. Problemem często jest brak zgody rodziny zmarłego

W 2020 roku wykonano 145 operacji transplantacji serca i podobna liczba utrzymuje się od kilku lat. Potrzeby są jednak znacznie większe, bo liczba osób oczekujących na przeszczep to 415 – wynika ze statystyk Poltransplantu. Choć większość Polaków zgadza się zostać dawcą narządów po swojej śmierci, rzadko informują o tym bliskich. – Nawet w 10–20 proc. przypadków rodzina nie zgadza się na przeszczep – wskazuje dr n. med. Zygmunt Kaliciński, transplantolog ze Szpitala MSWiA w Warszawie. Problemami są także nieodpowiednie przygotowanie szpitalnych koordynatorów oraz ich częsta rotacja.

– W Polsce wykonujemy mniej więcej stałą od kilku lat liczbę operacji przeszczepienia serca – ok. 145–147 rocznie, natomiast potencjał jest o wiele większy. Co roku oczekujących na pilny przeszczep serca jest około 400 osób, a więc sama matematyka odpowiada, jakie są potrzeby – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii w Szpitalu MSWiA w Warszawie i prezes Fundacji dla Transplantacji.

Z przeprowadzonego pod koniec 2019 roku sondażu „Stosunek Polaków do transplantacji – wpływ wiary i zaufania do systemu ochrony zdrowia” wynika, że 73 proc. osób zgodziłoby się na pobranie narządów po swojej śmierci. Regulacje prawne stanowią, że każda osoba, która nie wyrazi sprzeciwu, jest potencjalnym dawcą. W praktyce jednak nie pobiera się narządów od zmarłego dawcy, jeżeli rodzina nie wyrazi na to zgody. Co istotne, 75 proc. badanych zdecydowanie i raczej pozytywnie ocenia tę zgodę domniemaną. Tylko 11 proc. ma negatywną opinię.

Problem w tym, że nawet Polacy zdecydowani na zostanie dawcą rzadko o swojej decyzji informują członków rodziny. Przykładowo badania CBOS z 2016 roku wskazują, że robi to ok. 25 proc. respondentów. Rodziny zaś, zaskoczone tragiczną sytuacją utraty bliskiej osoby, często protestują przeciw pobraniu organów od zmarłego.

 Kiedy dochodzi do śmierci, np. młodego człowieka, jest to tragedia dla rodziny i najgorszy czas, żeby ich informować, że zmarły może jeszcze kogoś uratować. Natomiast jeśli są przygotowani, jeśli dowiedzą się o tym wcześniej, ten człowiek im wcześniej powie: „tato, mamo, jestem zdrowy, ale chciałbym uratować kogoś, jeżeli mi się coś stanie”. To wszystko. Wystarczy raz powiedzieć „tak”. Uważamy, że wtedy o te 10–20 proc. odmów moglibyśmy zwiększyć liczbę transplantacji – przekonuje prezes Fundacji dla Transplantacji.

Fundacja stawia sobie za cel uświadamianie społeczeństwa w tym zakresie. W kampanii społecznej #ZostawSerceNaZiemi edukuje nie tylko na temat tego, jak ważna jest decyzja o byciu dawcą, lecz również poinformowanie o niej rodziny i bliskich.

Drugą przyczyną małej liczby transplantacji serca, w którą według mnie należy włożyć o wiele więcej pracy, są szpitalni koordynatorzy. To następny ważny dla nas temat i szykujemy się do niego, ale jeszcze trochę czasu nam to zajmie – mówi transplantolog.

Koordynatorzy transplantacyjni mają pracować nad zwiększeniem liczby przeprowadzanych przeszczepów. Nadzorują proces identyfikacji i kwalifikacji dawcy narządów, opieki nad dawcą i biorcą przeszczepu. Z reguły część tych zadań koordynator wykonuje osobiście. Na koniec 2019 roku w Polsce funkcję koordynatora pełniło 338 osób – 301 szpitalnych koordynatorów pobierania narządów od zmarłych dawców, 27 regionalnych koordynatorów pobierania i przeszczepiania narządów oraz 10 koordynatorów centralnych w biurze Poltransplantu.

Łącznie szpitalni koordynatorzy transplantacyjni zatrudnieni są w 248 z 388 szpitali z potencjałem dawstwa, czyli posiadających w swoich strukturach co najmniej oddział anestezjologii i intensywnej terapii, w tym 371 szpitali dla dorosłych i 17 szpitali pediatrycznych.

 Pierwsza bariera to jest chyba jednak pierwszy koordynator w szpitalu, który rozpoznaje dawcę i właściwie go kwalifikuje. Ci ludzie często się zmieniają, są w szpitalach na jakiś czas, później odchodzą. Według mnie nie mają bardzo mocnych uwarunkowań prawnych, wymagają też lepszego treningu – ocenia dr n. med. Zygmunt Kaliciński.

W ubiegłym roku w Polsce przeprowadzono w sumie prawie 1,2 tys. przeszczepów od zmarłych dawców (w 2019 roku było ich ponad 1,4 tys.). Najwięcej operacji dotyczyło nerek (717) oraz wątroby (263). Na koniec grudnia 2020 roku na krajowej liście oczekujących na przeszczepy było ponad 1,8 tys. osób.

Naukowcy stworzyli syntetyczne związki imitujące działanie ludzkich peptydów. Mogą być skuteczne w walce z koronawirusem czy opryszczką [DEPESZA]

Naukowcy wykazali, że sztucznie tworzone peptoidy przeciwwirusowe niszczą otoczki wirusów za pomocą mechanizmu podobnego do tego, który obserwuje się w przypadku naturalnych ludzkich peptydów przeciwwirusowych. Te syntetyczne związki mogą być skuteczne m.in. przeciw koronawirusowi, a także wirusowi opryszczki. Tymczasem w Polsce rozpoczęły się badania kliniczne, które ocenią skuteczność amantadyny w leczeniu choroby COVID-19. – Istnieje ogromne zapotrzebowanie na nowe preparaty przeciwwirusowe – podkreśla dr Gill Diamond z Uniwersytetu w Louisville.

Naukowcy z  Uniwersytetu w Louisville wykazali, że sztucznie tworzone peptoidy przeciwwirusowe niszczą otoczki wirusów za pomocą mechanizmu podobnego do tego, który obserwuje się w przypadku naturalnych ludzkich peptydów przeciwwirusowych. Peptoidy przeciwwirusowe mają jednak tę zaletę, że są niewrażliwe na działanie czynników, które degradują peptydy biologiczne. Oznacza to, że peptoidy mogą zapewniać podobne działanie, co naturalna reakcja obronna organizmu, ale przy dużo większej stabilności.

– Nasza praca stanowi pierwszy opis biomimetycznych peptoidów przeciwwirusowych – stabilnych imitatorów naturalnych peptydów, które skutecznie inaktywują dwa różne wirusy otoczkowe, wykorzystując mechanizm działania podobny do mechanizmu naturalnej odporności wrodzonej – mówi dr Gill Diamond z Uniwersytetu w Louisville.

Wcześniejsze wyniki badań przeprowadzonych przez naukowców wykazały, że naturalny ludzki peptyd przeciwdrobnoustrojowy rozrywa błonę wirusa opryszczki mięsaka Kaposiego. Okazało się, że jest on skuteczny również w inaktywacji opryszczki HSV-1 oraz wirusa SARS-CoV-2 odpowiedzialnego za pandemię choroby COVID-19.

– Nawracające infekcje HSV-1 dotykają około 177 mln dorosłych Amerykanów, a SARS-CoV-2 dotyczy nas wszystkich – podkreśla naukowiec.

Tymczasem po opracowaniu kilku rodzajów szczepionek przeciwko koronawirusowi obecnie trwają poszukiwania leku na wywoływaną przez niego chorobę COVID-19. Coraz poważniej rozpatrywane jest wykorzystanie amantadyny w leczeniu infekcji. Substancja ta standardowo jest stosowana w leczeniu choroby Parkinsona i stwardnienia rozsianego. Pod nadzorem rządowej Agencji Badań Medycznych w siedmiu polskich ośrodkach rozpoczęły się badania kliniczne, których celem jest ocena skuteczności takiej terapii przy COVID-19. Jak dotąd żaden ośrodek na świecie nie potwierdził jeszcze działania tego leku przy infekcjach koronawirusem.

– Istnieje ogromne zapotrzebowanie na nowe preparaty przeciwwirusowe – podkreśla dr Gill Diamond. – Chociaż są już dostępne nowe szczepionki przeciwko SARS-CoV-2, terapie mogą pomóc osobom, które zostały już zakażone i zachorowały na chorobę COVID-19.

Dotychczas na całym świecie potwierdzono już niemal 134 mln zakażeń, a w Polsce niemal 2,5 mln. Choroba COVID-19 spowodowała śmierć prawie 3 mln osób globalnie i prawie 57 tys. w naszym kraju.

Odnajdywane w Polsce skamieniałości rzucają nowe światło na prastare zwierzęta. Pozwalają też przewidzieć zachowanie środowiska przy zmieniającym się klimacie

W Polsce odnaleziono roślinożernego dinozaura dicynodonta czy jednego z najstarszych na świecie żółwi. Kolejne odkrycia pozwalają poznać świat sprzed setek milionów lat, zwłaszcza że niemal co roku polscy naukowcy poznają kolejne gatunki żyjących dawniej zwierząt. – Badając wymarłe zwierzęta, naukowcy mogą zrozumieć, jak zachowywała się biosfera w takim świecie, który nas czeka w najbliższym czasie – gdy było bardzo gorąco, gdy przesuwały się strefy klimatyczne – mówi dr Mateusz Tałanda z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

– Przez wiele lat wydawało się, że Polska nie jest najlepszym miejscem do badania zwierząt z ery dinozaurów. Tych znalezisk było w Polsce rzeczywiście bardzo mało i przez lata wydawało się, że teren naszego kraju jest jałowy. Dopiero w latach 90. odkryliśmy pierwsze cmentarzysko sprzed około 230 mln lat, które było wyjątkowe w skali całego świata. Na bardzo niewielkim obszarze znaleźliśmy tysiące szkieletów płazów i gadów z samego początku ery dinozaurów oraz szczątki nieznanej grupy pradinozaurów – mówi agencji Newseria Innowacje dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Znaleziska w Polsce już mają ogromne znaczenie dla poznania świata sprzed setek milionów lat. W Krasiejowie pod Opolem naukowcy odnaleźli szczątki pradinozaura – Silesaurus opolensis. Na ich podstawie odkryli, że dinozaury powstały bezpośrednio z czworonożnych zwierząt, nie zaś – jak wcześniej sądzono – z dwunożnych. To jednak tylko jedno z odkryć. Niedaleko Lublińca odnaleziono np. fragmenty szkieletu pierwszego polskiego dinozaura drapieżnego, najstarszego przedstawiciela grupy, do której zaliczane są tyranozaury. Dinozaura z Lisowic paleontolodzy nazwali smokiem.

Każde kolejne odkrycie przybliża nas do poznania dawnego świata, zwłaszcza że wraz z dinozaurami pojawiały się nowe gatunki zwierząt – pradawne jaszczurki, żółwie czy prassaki.

– W tym czasie doszło do ogromnego wyścigu zbrojeń między tymi grupami zwierząt o dominację. Tę dominację wygrały oczywiście dinozaury. Dlaczego nie wygrały jej inne zwierzęta, dopiero próbujemy zbadać. Między innymi nowe stanowiska z Polski pozwalają nam lepiej zrozumieć proces, w jaki te zwierzęta walczyły ze sobą o dominację. Nasi przodkowie przegrali ten wyścig i stali się marginalnymi zwierzętami żyjącymi głównie nocą, wygrały go dinozaury. Nasz czas przyszedł o wiele później – wskazuje badacz z z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Polskim naukowcom udało się m.in. opisać największego dicynodonta – gada ssakokształtnego, który żył na terenie Śląska. Odkryte skamieniałości pochodzą z późnego triasu Śląska (210–205 mln lat temu) i pokazują wiele zaskakujących cech szkieletu ogromnych dicynodontów. Dzięki temu Polacy obalili przyjęte poglądy na temat pojawienia się wielkich roślinożerców w późnym triasie – wcześniej naukowcy byli zdania, że dotyczyło to tylko dinozaurów.

–  Dicynodonty przypominają trochę hipopotama, występowały na całym świecie, ale wydawało się, że wraz z pojawieniem się roślinożernych dinozaurów zaczęły schodzić ze sceny. Tymczasem okazuje się, że było inaczej i wiemy to właśnie ze znalezisk z terenu Polski. One na naszym terenie wcale nie wymierały, a wręcz przeciwnie. Ich rozmiary stały się porównywalne z dużymi dinozaurami. Mamy kości wskazujące na to, że te zwierzęta osiągały kilka ton masy ciała i być może rzuciły wyzwanie dużym roślinożernym dinozaurom, powstrzymując ich ekspansję – mówi ekspert.

W Porębie koło Zawiercia badacze znaleźli natomiast szczątki jednego z najstarszych na świecie żółwi, żyjących 215 mln lat temu. Pancerz dorosłego żółwia z Poręby mógł mieć ok. 70 cm długości, a cały żółw około metra. Naukowcy poznali też ich dietę, a skamieniałości pozwoliły przybliżyć ewolucję tych zwierząt.

– Żółwie znane są ze swojej skorupy, ale nie wiemy, jak dokładnie ta skorupa powstała. Znaleziska z Polski uzupełniają tę lukę, ponieważ pokazują, jak taka najstarsza, najprymitywniejsza jeszcze skorupa wyglądała. U dzisiejszych żółwi składa się z regularnych płyt, zrośniętych ze sobą w pancerz, natomiast na początku była to mozaika drobnych, nieregularnych kości, które dopiero z czasem zbudowały litą skorupę obserwowaną u dzisiejszych żółwi – tłumaczy dr Mateusz Tałanda.

Jak przekonuje, odkrycia mają ogromne znaczenie dla świata nauki. Zwłaszcza że badając wymarłe zwierzęta, można zrozumieć, jak zachowywała się biosfera w znacznie cieplejszych czasach niż obecnie.

– To pozwoli nam zrozumieć, jaki los czeka naszą biosferę – czy czeka nas kolejne wymieranie, czy zwierzęta i rośliny będą w stanie przesuwać się wraz z przesuwającymi się strefami klimatycznymi – podkreśla naukowiec.

NCBR i NFOŚiGW razem na rzecz rozwoju w Polsce zielonych technologii

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podpisały 8 kwietnia br. umowę o współpracy na rzecz rozwoju w Polsce zielonych technologii. Wspólnie wypracowane idee będą weryfikowane i prezentowane przez NCBR, a następnie wdrażane i komercjalizowane w programach NFOŚiGW.

Celem porozumienia są wspólne działania służące podnoszeniu efektywności gospodarowania zasobami, rozwojowi technologii proekologicznych i środowiskowych oraz transformacji w kierunku gospodarki niskoemisyjnej i neutralnej klimatycznie. Realizacja zadań opierać się będzie na współfinansowaniu badań naukowych, prac rozwojowych i wdrożeniowych.

Polska nauka będzie odgrywać kluczową rolę w procesie transformacji energetycznej, w obliczu której stoimy. Mamy zaplecze naukowe i środki, by wypracować innowacyjne rozwiązania, potrzeba jednak współpracy na szczeblu zarówno biznesowym, jak i administracji publicznej, aby te rozwiązania znalazły swoje zastosowanie w praktyce. Podpisana dziś umowa stanowi pierwszy krok do kompleksowego opracowania i wdrażania innowacji środowiskowych podkreśla Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek.

– Współpraca Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska wpisuje się w realizację najważniejszych celów, jakie określiliśmy w Polityce Energetycznej Polski (PEP 2040). Wspólne inicjatywy naukowo-badawcze i wdrożeniowe w zakresie wspierania rozwoju zielonych technologii istotnie przyczynią się do transformacji w kierunku gospodarki niskoemisyjnej – mówi Michał Kurtyka, minister Klimatu i środowiska

Dzięki podpisanej umowie między NCBR a NFOŚiGW możliwe będzie podejmowanie wspólnych działań instytucji w celu wdrożenia idei tzw. Organizacji Innowacji. Są to strukturalne i organizacyjne rozwiązania wspierające polskich naukowców oraz przedsiębiorców w procesie badań i wdrożeń innowacyjnych przedsięwzięć w obszarach największych wyzwań gospodarczych.

– Innowacje dla środowiska stanowią wspólny element zainteresowania zarówno dla NCBR, jak i NFOŚiGW. Naturalne więc, że podejmujemy wspólną inicjatywę dla zielonej przyszłości. Razem będziemy identyfikować nowe ścieżki interwencji publicznej dla rozwoju innowacyjnych technologii na rzecz środowiska – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Współpraca przewiduje szereg działań służących rozwojowi polskich technologii środowiskowych przez finansowanie prac badawczo-rozwojowych oraz komercjalizację gotowych rozwiązań.

–  Narodowy Fundusz stawia na innowacje m.in. w programie „Nowa Energia”, który wspiera wdrożenie innowacyjnych technologii. Współpraca z NCBR, w której wykorzystamy potencjał programu „Nowa Energia”, stwarza nam szerokie możliwości inicjowania i ukierunkowywania działań na najbardziej istotne z punktu widzenia gospodarki i ochrony środowiska rozwiązania –  tłumaczy Maciej Chorowski, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. 

Dwie organizacje, jeden cel

W ramach wspólnych działań NCBR będzie przecierać szlaki dla nowych trendów i standardów, przez weryfikację zielonych technologii, zaś NFOŚiGW – również jako inicjator wspólnych idei –  informacje i doświadczenia zebrane przez NCBR będzie mógł wykorzystać w swojej działalności.

Współpraca przewiduje, że NCBR dokona identyfikacji, w wyniku dialogu z rynkiem i ekspertami oraz w oparciu o własne analizy, konkretnych zielonych technologii. Następnie dzięki uzyskanym informacjom stworzy dla nich specyfikację techniczną danej technologii, która obejmie minimalne wymagania oraz oczekiwane innowacje. Następnie przeprowadzi weryfikację wyników prac uczestników inicjatywy. Zebrane informacje – dotyczące wypracowanego standardu oraz konkretnych rozwiązań – będą stanowić wkład merytoryczny do tworzonych przez NFOŚiGW programów priorytetowych.

Dzięki umowie NFOŚiGW będzie miał wpływ na podejmowane przez NCBR działania i będzie mógł tworzyć kolejne instrumenty wsparcia nakierowane na konkretne zielone rozwiązania. Umożliwi to zwiększanie zasięgu rynkowego technologii powstałych z inicjatywy NCBR lub technologii z podobnego obszaru, jak również pomoże zapewnić finansowanie wdrożenia takich technologii potencjalnym odbiorcom.

Niższa sprzedaż nowych aut uderzy w ubezpieczycieli?

Wyniki dotyczące sprzedaży nowych aut w 2020 r. oraz styczniu 2021 r. nie są dobre. Jak wpływa to na sytuację towarzystw ubezpieczeniowych?

Już od dawna niemal każdy kolejny rok przynosił rekordy dotyczące liczby sprzedanych polis OC dla kierowców, a także ubezpieczeń autocasco. Statystyki potwierdzają jednak, że koronawirusowy kryzys skutkował spadkiem ubiegłorocznej sprzedaży nowych samochodów w Polsce o około 130 000 (czyli o 23%) względem 2019 roku. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl sprawdzili, czy ta zmiana jest ważna z punktu widzenia krajowych ubezpieczycieli.

Spadek sprzedaży aut oznacza ponad 100 000 mniej OC

Ze wstępnych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika, że w całym 2020 r. zarejestrowano w Polsce 428 347 nowych aut osobowych. Oznacza to spadek o 127 251 w stosunku do poprzedniego roku.

Praktycznie każdy właściciel nowego auta kupuje od razu obowiązkowe ubezpieczenie OC. Często decyduje się on także na cały pakiet OC + AC.

„Można zatem założyć, że w razie utrzymania sprzedaży nowych aut na poziomie z 2019 r. krajowe firmy ubezpieczeniowe sprzedałyby o 125 000 – 130 000 więcej ubezpieczeń OC” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Polisy OC – jak duży jest ten rynek?

Czy powyższa utracona sprzedaż jest bardzo znacząca dla ubezpieczycieli? Aby się o tym przekonać, należy sprawdzić, jak duży jest cały rynek OC. Nie posiadamy jeszcze pełnych danych za 2020 r., ale Komisja Nadzoru Finansowego informuje, że od 1 stycznia do 30 września 2020 r. ubezpieczyciele w Polsce sprzedali ponad 21,5 miliona polis OC. W całym 2019 r. sprzedano natomiast ponad 28 milionów obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych.

Jeżeli porównamy potencjalny spadek liczby sprzedanych OC dla właścicieli nowych samochodów osobowych (ok. 0,13 mln) oraz roczną sprzedaż takich ubezpieczeń (ok. 28,0 mln umów), to wydaje się, że gorsze wyniki sprzedaży nowych aut nie miały dużego znaczenia dla ubezpieczycieli w kontekście OC.

Jak mniejsza sprzedaż nowych aut wpłynęła na rynek AC?

W przypadku polis autocasco warto zaznaczyć, że co roku sprzedaje się ich ok. 7 milionów.

Wpływ spadku sprzedaży nowych aut na rynek autocasco był nieco większy niż w przypadku OC – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes Ubea.pl. – Nadal jednak nie miał on bardzo istotnego przełożenia na sytuację ubezpieczycieli.

W I kw. 2021 r. przybyło 2 tys. nowych sklepów internetowych, czyli o 70 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2020 r.

Od lat liczba sklepów stacjonarnych w Polsce systematycznie spada, za to rośnie liczba sklepów online. W pierwszym kwartale 2021 r. przedsiębiorcy zarejestrowali 3,4 tys.  sklepów  internetowych i wykreślili 1,4 tys. Łącznie przybyło 2 tys. sklepów internetowych, a ich liczba osiągnęła w sumie 46,5 tys. W porównaniu do pierwszego kwartału ubiegłego roku stanowi to wzrost o nieco ponad 70 proc. Eksperci przewidują, że na koniec 2021 r. liczba sklepów online może sięgnąć nawet 55 tys.

COVID-19 jak na razie nie odpuszcza, a przedsiębiorcy, w tym ci zajmujący się handlem, muszą nieustannie mierzyć się z kolejnymi ograniczeniami. W dodatku już od kilku lat widać, że konsumenci stopniowo przenoszą swoja aktywność zakupową do Internetu, co jest jedną z przyczyn systematycznego spadku liczby sklepów stacjonarnych. Według raportu ExpertSender, polskiej firmy wspierającej marki w automatyzacji marketingu, już 7 na 10 Polaków robi zakupy online. Połowa kupujących wydaje tą drogą ponad 300 zł miesięcznie.

W Polsce jest już ponad 46 tys. sklepów internetowych

Trudno się więc dziwić, że nieustannie rośnie liczba sklepów internetowych – a od 2020 tempo tego wzrostu zdecydowanie przyspieszyło. Jak wynika z danych agencji badawczej Bisnode A Dun & Bradstreet Company na początku stycznia 2021 w Polsce było zarejestrowanych w sumie blisko 44,5 tys. sklepów internetowych – o 21,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Po trzech miesiącach 2021 r. liczba ta wzrosła o kolejne 2 tys., obecnie w Polsce zarejestrowanych jest więc 46,5 tys. sklepów internetowych. W sumie w pierwszym kwartale 2021 r. Polacy zarejestrowali 3,4 tys. nowych sklepów online, ale w tym samym czasie 1,4 tys. działalności zostało wykreślonych z KRS. Co ciekawe 1,5 tys. z nich zostało zawieszonych i jest to o 31 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Eksperci z Bisnode A Dun & Bradstreet Company przewidują, że na koniec 2021 r. liczba sklepów internetowych może sięgnąć nawet 55 tys.

Według szacunków sprzed kilku lat rynek e-commerce w Polsce w 2020 r. miał osiągnąć wartość 70 mld zł, ale w wyniku pandemii i powszechnego przeniesienia aktywności zakupowej do Internetu przebił już wartość 100 mld zł. Takie tempo wzrostu utrzyma się jeszcze przynajmniej do końca tego roku – dodaje Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Konsumenci chcą otrzymywać oferty dopasowane do swoich zainteresowań

Jak wynika z danych PwC, w czasie pandemii jedna trzecia Polaków zauważyła spadek swoich dochodów, a jedna czwarta zaczęła więcej oszczędzać. To kolejny kłopot dla właścicieli sklepów – nawet jeśli obostrzenia nie dotykają ich bezpośrednio, to prawdopodobnie klienci i tak wydają mniej niż przed pandemią. Same zakupy stały się mniej impulsywne, a bardziej przemyślane i zaplanowane. Tym ważniejsze z punktu widzenia sprzedawców jest więc odpowiednie dopasowanie oferty do odbiorców. Jak wynika z badania ExpertSender „Jakie e-maile chcą otrzymywać od ciebie klienci w 2021 roku?” aż 76 proc. konsumentów chciałoby dostawać tylko takie oferty, które ich interesują. Ponad 1/3 ankietowanych twierdzi, że odkąd ogłoszono pandemię, korzystają z personalizowanych ofert przesyłanych e-mailem częściej niż przedtem. Ponad 60 proc. badanych subskrybuje newslettery, a 70 proc. wie, że na ich e-maile trafiają oferty specjalne, których mogą nie spotkać w żadnym innym miejscu.

Odpowiednie dopasowanie oferty do kupującego jest niezbędnym elementem sukcesu w handlu internetowym  – tłumaczy Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender – Coraz częściej Internauci poszukują konkretnych produktów, a dzięki obserwacji i analizie ich zachowań możemy im je zaproponować. To zachęci klientów do zakupów znacznie lepiej, niż zasypywanie ich przypadkowo dobranymi ofertami. Jeszcze dalej idzie pomysł, który prawdopodobnie będzie się rozwijał w kolejnych latach – tzw. zero-click commerce, czyli dostarczanie konsumentom tego, czego potrzebują, zanim zdążą to zamówić. To już teraz jest wykonalne. Dzięki analizie zachowań i historii zakupów klienta można przewidzieć, jakimi produktami będzie zainteresowany w przyszłości – dlaczego więc go nie wyręczyć i nie wyprzedzić składania zamówienia?

Dane cytowane w tekście pochodzą z badania Bisnode a Dun & Bradstreet Company. Analizie poddano dane z rejestru KRS.

Popularność ASI nie przestaje rosnąć

Wprowadzona w 2016 roku do polskiego porządku prawnego formuła ASI coraz bardziej zyskuje na popularności. Jeszcze przed końcem pierwszego kwartału br. w rejestrze KNF pojawiło się 18. nowych zarządzających alternatywnymi spółkami inwestycyjnymi. Dla porównania, przez cały rok 2017, zewnętrznie i wewnętrznie zarządzających tego rodzaju funduszami, zarejestrowano zaledwie czworo[1]. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej w przypadku funduszy zamkniętych, dla których alternatywne spółki inwestycyjne stały się poważną konkurencją.

Fundusze inwestycyjne typu zamkniętego (FIZ/FIZAN) jeszcze niedawno dominowały na polskim rynku kapitałowym. Raport roczny Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA) mówi, że w latach 2012-2017 powstawało ich ponad 100 rocznie. W rekordowym 2015 roku było to ponad 200 nowych podmiotów. Rozwój segmentu funduszy zamkniętych zaczął hamować w latach 2016-17[2]. Przyczyną było zaostrzenie przepisów podatku dochodowego od osób prawnych FIZ-ów, ale też liczne ograniczenia w ich funkcjonowaniu i stosunkowo wysokie koszty. Dodatkowo w 2016 roku przyjęto nowelizację ustawy o funduszach inwestycyjnych, umożliwiając działalność bardziej elastycznych funduszy typu ASI, do których przystąpić jest relatywnie łatwiej. Mimo że nowe przepisy stworzyły dla FIZ-ów poważną alternatywę, ASI nie od razu stały się konkurencją, której trzeba było się obawiać.

ASI w górę, FIZ w dół

Sytuacja zmieniła się w roku 2019, który okazał się przełomowym dla obu form działalności inwestycyjnej. Spadająca popularność FIZ doprowadziła do największej od kilku lat dysproporcji między powstającymi a likwidowanymi funduszami typu zamkniętego.  Raport IZFiA podaje, że w 2019 roku powstało ich zaledwie 25, podczas gdy zlikwidowano ponad 100. Z drugiej strony, początek tego roku okazał się bardzo szczęśliwy dla funduszy typu ASI. Zniesiono bowiem ich podwójne opodatkowanie, co w połączeniu z innymi zaletami tego sposobu na inwestowanie, doprowadziło do gwałtownego wzrostu popularności. W roku 2019 w rejestrze KNF pojawiło się już łącznie 76. zewnętrznie i wewnętrznie zarządzających funduszami ASI.

– Rozwój popularności ASI nastąpił w momencie zniesienia podatku od dochodów uzyskanych ze sprzedaży udziałów, co sprawiło, że taka forma inwestowania stała się dużo bardziej opłacalna. Nie da się ukryć, że duży wpływ na rozwój rynku ASI miały też instytucje państwowe, takie jak PFR czy NCBiR oraz projekty oparte o środki publiczne – tłumaczy Tomasz Nietubyć, członek zarządu i lead inwestor Mercaton ASI. – Zalet funduszy alternatywnych można wymienić wiele. Ich działalność obwarowana jest mniejszą ilością przepisów niż funduszu zamkniętego. FIZ-y muszą być prowadzone przez Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, w przypadku ASI nie ma takiego obowiązku. Fundusze alternatywne mają też większą elastyczność w zakresie lokowania środków. Działając na podstawie wpisu do rejestru, ASI nie mają obowiązku sporządzania kwartalnych wycen, a także nie ponoszą opłat TFI, co zmniejsza koszty funkcjonowania i pozwala skupić się na działalności inwestycyjnej – dodaje Tomasz Nietubyć.

Jak funkcjonuje alternatywna spółka inwestycyjna?

W myśl definicji przyjmowanej przez KNF, alternatywna spółka inwestycyjna jest instytucją wspólnego inwestowania, której przedmiotem działalności, w tym w ramach wydzielonego subfunduszu, jest zbieranie aktywów od wielu inwestorów w celu ich lokowania w interesie tych inwestorów zgodnie z określoną polityką inwestycyjną, niebędącą jednocześnie funduszem typu UCITS[3].

– Jednym z elementów odróżniających poszczególne fundusze jest wspomniana w definicji KNF polityka inwestycyjna. W przypadku Mercaton ASI opiera się ona na dwóch filarach strategicznych : zasadzie impact investingu i potencjale stopy zwrotu. Innymi słowy – skupiamy się na projektach wywierających pozytywny wpływ społeczny i środowiskowy oraz takich, które jednocześnie wykazują potencjał do szybkiego wzrostu. Równolegle działamy na rzecz edukacji rynku i profesjonalizacji inwestorów – dodaje Tomasz Nietubyć, członek zarządu Mercaton ASI.

Z formalnego punktu widzenia ASI to spółka prawa handlowego, która może działać w formie spółki komandytowej lub komandytowo-akcyjnej, bądź kapitałowej. Może być zarządzana wewnętrze lub zewnętrznie. Inaczej niż w przypadku FIZ, inwestujący w ASI nie otrzymują certyfikatów inwestycyjnych, lecz obejmują udziały lub akcje w spółce. Fundusze alternatywne działają zarówno w oparciu o środki publiczne, jak i prywatne. Horyzont inwestycyjny najczęściej określany jest na okres 5-7 lat. Działalność ASI podlega nadzorowi ze strony KNF.

[1] KNF, „Rejestr Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi” (30.03.2021) https://www.knf.gov.pl/podmioty/Podmioty_rynku_kapitalowego/Fundusze_Inwestycyjne/Rejestr_Zarzadzajacych_ASI

[2] IZFiA, „Raport Roczny 2019” https://www.izfa.pl/raporty#pozostale-raporty

[3] https://www.knf.gov.pl/dla_rynku/procesy_licencyjne/kapitalowy/zarzadzajacy_alternatywnymi_spolkami_inwestycyjnymi_ZASI/pytania_i_odpowiedzi#58454

Czas na obligacje?

Szybko wzrasta oprocentowanie amerykańskich obligacji, co można interpretować jako narastający strach przed ryzykiem związanym z załamaniem giełdowych kursów akcji. Inwestorzy skierują kapitał ku rządowym obligacjom?

Oprocentowanie 10-letnich obligacji amerykańskich wzrosło do 1,77 proc. Czy strach się nasila?

– Wzrost awersji do ryzyka byłby widoczny w spadkach kursu akcji, a tego nie doświadczamy, natomiast rentowności amerykańskich obligacji skarbowych są już wyższe niż w przededniu pandemii – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rentowności obligacji nie udało się utrzymać na niskich poziomach, pomimo olbrzymiego dodruku pieniędzy przez Fed.

Rentowność obligacji w połowie minionego roku była znacznie niższa. Wynosiła 0,6 proc. Po tegorocznych wzrostach nie jest jednak wysoka, w ostatniej dekadzie zdarzało się, że rentowność ta wynosiła 3,0 proc.

Dla amerykańskiej gospodarki, już bardzo zadłużonej i polegającej na tanim wzrost rentowności do 1,77 proc. może mieć przykre i dotkliwe skutki.

Nastroje są bardzo zmienne. Indeks S&P 500 osiągnął z początkiem kwietnia kolejny kamień milowy. Zameldował się na poziomie 4000 punktów, co oznacza, że od ostatniej dramatycznej wyprzedaży z zeszłego roku indeks wzrósł o niemal 100 proc.

Obawiano się o negatywne skutki dodrukowywania pieniędzy, prowadzące do wzrostu inflacji. Jednak inwestorzy na razie z przymrużeniem oka patrzą na kolejny gigantyczny program zapowiedziany przez amerykańskiego prezydenta, Joe Bidena. Ten został okrzyknięty już „największym budowniczym” w Stanach Zjednoczonych. Program infrastrukturalny o wartości 2 bln USD ma być przeznaczony na budowę m.in. 10 tys. mostów oraz 30 tys. km dróg, co ma nie tylko doprowadzić do przełamania lokalnych granic handlowych, ale również do znacznego wzrostu zatrudnienia w sektorze, a taka informacja wraz z rozpoczęciem nowego kwartału wpływa dobrze na nastroje.

Sytuacja w wielu krajach jest podobna, ze względu na politykę banków centralnych. Czy to oznacza, że w Polsce będzie rosło oprocentowanie obligacji?

– Ten wzrost oprocentowania obligacji w USA jest bardziej dynamiczny niż w Europie, z tego względu, że w Stanach Zjednoczonych rynek w większym stopniu ocenia zagrożenia związane z inflacją, która może zmusić Fed do zmiany polityki – wyjaśnia ekspert XTB. – W Europie i w Polsce oczekuje się, że obecna polityka pieniężna banków centralnych przez dłuższy czas nie zostanie zmieniona, co ogranicza zmiany w oprocentowaniu obligacji, ale ma negatywny wpływ na kursy walut.

To oznaczałoby, że zainteresowanie polskich inwestorów powinno coraz bardziej kierować się ku amerykańskim obligacjom? Ponieważ inflacja w USA może jeszcze wzrosnąć, to trudno powiedzieć, że takie inwestycje to wyjątkowa okazja. Rynek jest już bardzo wyprzedany. Trudno oczekiwać, że rentowności będą nadal rosły przez długi czas w tak szybkim tempie.

– Jest to raczej inwestycja krótkoterminowa, dla polskich inwestorów do przeprowadzenia poprzez notowane na giełdach fundusze ETF bądź poprzez kontrakty na różnice kursowe bazujące na cenie obligacji – dodaje P.Kwiecień.

Likwidacja OFE zmniejsza zaufanie społeczeństwa do instytucji Państwa

W czerwcu wejdzie w życie ustawa na mocy której rozpocznie się likwidacja OFE, a zmiany te nastąpią bez konsultacji społecznych. Polacy nie będą mieli wielkiego wyjścia – ich pieniądze trafią albo na konta IKE albo do ZUS. Każde z tych rozwiązań będzie wiązało się z częściową utratą środków pieniężnych. Jeśli pieniądze zostaną przetransferowane na IKE, to rodaków uderzy po kieszeni opłata przekształceniowa w wysokości 15 proc. Jeśli pieniądze trafią na konto ZUS, w grę będzie wchodził podatek od emerytur, który trzeba będzie zapłacić przy podejmowaniu środków. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM twierdzi, że takie działanie nadweręży zaufanie Polaków do instytucji Państwa oraz całego systemu emerytalnego.

Zgodnie z założeniami poprzednich rządzących emerytury Polaków miały opierać się na trzech filarach: świadczeniach z ZUS, OFE oraz pieniądzach odkładanych w ramach trzeciego i dobrowolnego filaru. Po likwidacji OFE pieniądze Polaków przejdą do ZUS albo na Indywidualne Konta Emerytalne, co niejako znaczy, że… również trafią do ZUS. Same zmiany w OFE nie będą korzystne. Jeśli przyszły emeryt nie wykona żadnego ruchu, jego pieniądze zostaną przetransferowane do IKE, co będzie wiązało się z potrąceniem 15 proc. wartości zgromadzonych środków. Mowa o tzw. opłacie przekształceniowej, która będzie pobierana od razu, czyli w styczniu 2022 roku. To właśnie wtedy rozpocznie się likwidacja OFE w praktyce. Plusem jest to, że w przypadku IKE pieniądze będą mogły być dziedziczone. Senior, w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego, będzie mógł je wypłacić w całości lub w transzach. Jeśli przyszły emeryt złoży odpowiednią deklarację, jego środki trafią do ZUS. Co prawda nie zapłaci wtedy opłaty przekształceniowej, ale w przyszłości, gdy będzie chciał wypłacić zgromadzone pieniądze, będą one podlegać podatkowi od emerytur. Na dodatek nie będzie można zostawić tych pieniędzy w spadku. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM tłumaczy, że takie działania nie budują zaufania do Rządu, poddają w wątpliwość stabilność systemu emerytalnego i zniechęcają do sukcesywnego oszczędzania na emeryturę.

Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

Na temat samego mechanizmu, wyższości lub niższości zamiany OFE na IKE, przeniesienia środków do ZUS, opłaty przekształceniowej pojawiło się już sporo analiz. Zmiany, które niebawem wejdą w życie, będą miały jednak – w mojej opinii – wymiar nie tylko ekonomiczny, ale również społeczny i psychologiczny.

Pamiętajmy, że jedną z priorytetowych kwestii dotyczących systemu emerytalnego powinna być jego stabilność w długiej perspektywie czasu gwarantująca beneficjentom bezpieczeństwo i pewność, że gromadzone przez nich środki finansowe są nienaruszalne. Po drugie taki system emerytalny powinna kształtować tzw. „podtrzymywalność”. Decyzja o przystąpieniu, czy też wyborze określonego rozwiązania w ramach systemu emerytalnego powinna być zatem podejmowana w oparciu o przewidywalne efekty, które – po przejściu na emeryturę – przyniesie wybrane rozwiązanie. Tym samym stabilność systemu, szczególnie państwowego powinna być wyjątkowa, gdyż z perspektywy przyszłego emeryta efekty wybranego rozwiązania będą widoczne dla uczestników dopiero za 20 lat, a dla dwudziestolatków za ponad 40 lat. Przypomnijmy tu jeszcze jedną kwestię. Mianowicie: Otwarte Fundusze Emerytalne powstały w roku 1999, pierwszą reformę przeprowadzono już w roku 2013, czyli raptem po 14 latach. Była to reforma, która próbowała poprawić niektóre elementy systemu, ale która po raz pierwszy podważyła wspomnianą powyżej zasadę stabilności i zaufanie do Państwa.

Likwidacja OFE to jeszcze drastyczniejszy ruch, który w mojej opinii w niewiarygodnie dużym stopniu podważy nie tylko zasadę stabilności systemu emerytalnego, ale również zaufanie do działań obecnego (jak i przyszłych) Rządów oraz samej instytucji Państwa. Takie działanie może zniechęcić Polaków do długoterminowego inwestowania i oszczędzania na swoją przyszłość po zakończeniu aktywności zawodowej. Dodatkowo może wykreować wśród obywateli poczucie, że Państwo może „zabrać” im zgromadzony majątek. Efektem tego z kolei może być chęć ukrywania majątku lub migracji. Podsumowując: skutki społeczne tej decyzji, niestety przeważnie negatywne, będziemy odczuwać przez bardzo długi czas.