RPP nie zaskoczyła

O ile marzec był zdecydowanie miesiącem korzystnym dla dolara, o tyle kwiecień wręcz przeciwnie. Dolarowi przeszkadza między innymi rekordowy deficyt handlowy i brak widoków na jego ograniczenie.

Lepsze dane z Niemiec

Od rana poznaliśmy dane na temat zamówień w przemyśle niemieckim. Dane okazały się wyraźnie lepsze od oczekiwań, a w ciągu roku widzimy wzrost o 7%. Jest to kolejny w ostatnich dniach sygnał umacniający euro i powodujący dalsze wzrosty euro względem dolara. Od początku miesiąca dolar jest zresztą wyraźnie w odwrocie i w tym czasie euro podrożało z 1,17 dolara na 1,19 dolara.

Bilans handlowy USA

W lutym byliśmy świadkami kolejnego wzrostu deficytu handlowego w USA. Powodem tej prawidłowości był większy spadek eksportu niż importu w lutym. To, co szczególnie przemawia do wyobraźni, jest informacja, że jest to najwyższy deficyt handlowy w historii. Obecna administracja nie obrała walki z powiększającym się deficytem za główny cel, ale z pewnością traktuje to jako jeden z potencjalnych problemów, które trzeba będzie rozwiązać. Nie może też dziwić, że dane te wpłynęły negatywnie na dolara amerykańskiego.

RPP nie zaskoczyła

Stopy procentowe pozostały na niezmienionym poziomie 0,1%. Nie było tutaj zaskoczenia, scenariusz ten był przewidywany przez niemal wszystkich analityków. Rekordowo niskie stopy procentowe powodują, że inwestycje w nieruchomości wydają się teraz potencjalnie bardzo korzystnym rozwiązaniem. W rezultacie jesteśmy świadkami rekordowej liczby zapytań o kredyt hipoteczny. Z jednej strony to dobrze, że ludzie mimo pewnych ryzyk są skłonni kupować, z drugiej strony pokazuje potencjalny problem. Gdyby doszło do normalizacji stóp procentowych, istotnie wzrośnie koszt obsługi tych kredytów. W rezultacie możemy mieć istotny problem strukturalny w gospodarce.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ważny wyrok TSUE dotyczący podatku VAT

Korzystny wyrok TSUE dotyczący podatku VAT ma ogromne znaczenie dla wielu polskich podatników. Wyrok ten otwiera furtkę podatnikom do wnioskowania o zwrot zapłaconych odsetek, które często opiewają na milionowe kwoty.

– Problem polega na tym, że nasz ustawodawca zdecydował się wprowadzić przepisy, które nie znajdują uzasadnienia w przepisach unijnych, dotyczących dyrektywy VAT-owskiej, na co zwracały też uwagę nasze sądy administracyjne, choć były też wyjątki, a takim był Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, Partner w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

18 marca 2021 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w trybie prejudycjalnym na wniosek Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach. WSA zapytał TSUE, czy przepisy ustawy o VAT dotyczące deklarowania wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT), które wykluczają prawo do traktowania WNT jako transakcji neutralnej z punktu widzenia VAT są zgodne z prawem UE.

Chodzi o przepis zobowiązujący podatników do wykazania VAT należnego z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów najpóźniej w terminie 3 miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów, jako warunek odliczenia VAT naliczonego w tym samym miesiącu, w którym rozpoznany zostanie VAT należny. W przeciwnym razie (jeżeli podatnik np. złoży korektę deklaracji, w której wykaże VAT należny od zaległego WNT, po upływie trzech miesięcy), odliczenie można zrealizować dopiero w bieżącej deklaracji. Analogiczne przepisy dotyczą importu usług. TSUE uznał te regulacje za niezgodne z prawem UE.

W sprawie rozpoznawanej przez WSA w Gliwicach, spółka podnosiła, że nie jest w stanie wykazać VAT należnego z tytułu WNT w deklaracji podatkowej, złożonej w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy. W takim przypadku spółka wykazuje VAT po upływie tego terminu w drodze korekty. Jak argumentowała spółka, taka sytuacja może być spowodowana opóźnieniem w otrzymywaniu faktury, błędnym zaklasyfikowaniem transakcji lub pomyłkami osoby sporządzającej rejestry i deklaracje VAT. Spółka zwróciła się do organu interpretacyjnego z pytaniem, czy w takim przypadku może odliczyć VAT naliczony z tytułu WNT w tym samym okresie rozliczeniowym, w którym został wykazany VAT należny, i to nawet jeśli dokonała korekty deklaracji VAT po upływie terminu trzech miesięcy przewidzianego w art. 86 ust. 10b pkt 2 lit. b) ustawy o VAT. Interpretacja była niekorzystna, wobec czego spółka nie zgodziła się ze stanowiskiem organu podatkowego, wniosła do WSA skargę o uchylenie tej interpretacji. WSA w Gliwicach wystąpił z pytaniem prejudycjalnym do TSUE.

TSUE wydał korzystny wyrok dla spółki (18 marca 2021 r) stwierdzając, że polskie przepisy, które w pewnych sytuacjach prowadzą do wykazania VAT należnego i naliczonego w dwóch różnych okresach, a tym samym ograniczają termin na neutralne odliczenie VAT od importu usług i WNT, są niezgodne z prawem UE. Jednocześnie TSUE wyjaśnił, że tego typu rozwiązania naruszają zasady neutralności i proporcjonalności, które wynikają z unijnego prawa.

– Sprowadzając to wszystko do bardziej zrozumiałego dla wszystkich języka: nasz ustawodawca uznał, że jeżeli podatnik spóźni się z ujęciem wewnątrzwspólnotowego nabycia towaru lub importu usług i wykaże te transakcje później niż po trzech miesiącach od miesiąca, w którym powstał obowiązek podatkowy, to takie transakcje nie będą już dla niego neutralne – wyjaśnia dr J.Matarewicz. – I będzie musiał należny podatek VAT należny wykazać tam, gdzie powstał taki obowiązek podatkowy, a to miałoby wiązać się z zapłatą zaległych odsetek podatkowych, gdyż podatek naliczony odliczy sobie dopiero na bieżąco.

Wyrok TSUE stanowi też podstawę do ujmowania podatku naliczonego i należnego z tytułu WNT w jednym miesiącu, a ustawodawca powinien uwzględnić to orzeczenie w kolejnych nowelizacjach ustawy o VAT.

Polska Agencja Kosmiczna i Główny Urząd Geodezji i Kartografii podpisali porozumienie o współpracy

Wspólne działania informacyjno-edukacyjne związane z wykorzystaniem danych satelitarnych a  także współpraca przy przygotowywaniu i aktualizacji mapy pokrycia terenu Polski – to główne założenia podpisanego 8 kwietnia br. porozumienia pomiędzy Polską Agencję Kosmiczną (POLSA) oraz Głównym Urzędem Geodezji i Kartografii (GUGIK).

Porozumienie ze strony POLSA podpisał prezes Polskiej Agencji Kosmicznej prof. Grzegorz Wrochna. GUGiK reprezentował natomiast Główny Geodeta Kraju dr hab. inż. Waldemar Izdebski.

Instytucje zadeklarowały współpracę m.in. w zakresie wykorzystania danych państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego oraz danych i produktów pochodzących z obserwacji Ziemi do  aktualizacji rejestrów prowadzonych przez Głównego Geodetę Kraju. POLSA i GUGiK będą też wspólnie tworzyć usługi wspierające administrację publiczną oraz przygotowywać publikacje w  serwisie www.geoportal.gov.pl.

Zastosowanie danych satelitarnych staje się coraz bardziej powszechne. Dzięki pozyskanym informacjom można znacznie zaoszczędzić fundusze, zoptymalizować zarządzanie zasobami ludzkimi, zwiększyć płynność operacji, także świadomie podejść do zarządzania kryzysowego. – Opieranie działań na danych satelitarnych umożliwia również administracji publicznej podejmowanie decyzji w  zakresie m.in. planowania zagospodarowania terenów, rozwoju infrastruktury czy ochrony zdrowia mieszkańców. Dane ze zbiorów GUGiK pozwolą nam m.in. udoskonalić metodykę i funkcjonalność mapy zobrazowania Polski, która powstała na zlecenie POLSA – powiedział prezes G. Wrochna.

Dodał, że istotne są również działania edukacyjne związane z wykorzystaniem przez społeczeństwo danych z obserwacji Ziemi.  – Wspólnie z GUGiK chcemy w tym roku informować m.in. o możliwościach wykorzystania danych przestrzennych pochodzących z państwowych zasobów geodezyjnych i  kartograficznych oraz danych pozyskiwanych z programów kosmicznych. Zapraszamy również ekspertów GUGiK do udziału w naszych webinariach, szkoleniach, m.in. dotyczących ścieżek kariery w  sektorze kosmicznym czy poświęconych teledetekcji i innowacyjności usług i produktów – podkreślił prezes Wrochna.

Dane przestrzenne stanowią dziś podstawę do podejmowania ważnych decyzji politycznych, ekonomicznych, jak również społecznych. Dlatego GUGiK wspiera wszelkie inicjatywy mające na celu popularyzację danych przestrzennych i analiz ułatwiających podejmowanie decyzji. Wysoka częstotliwość pozyskiwania danych satelitarnych może stanowić uzupełnienie informacji przestrzennej udostępnianej przez Główny Urząd Geodezji i Kartografii. Jednocześnie transfer doświadczeń i wiedzy pomiędzy naszymi instytucjami pozwoli na optymalizację budowanych rozwiązań – powiedział Główny Geodeta Kraju Waldemar Izdebski.

Dodał, że niezwykle istotny jest powszechny dostęp do danych przestrzennych za pośrednictwem usług sieciowych serwisu www.geoportal.gov.pl, który jest w czołówce serwisów administracji publicznej wykorzystywanych przez obywateli.

Nowe technologie w nowym świecie

Mimo zauważalnych tendencji wzrostowych, prognozy dotyczące nowych technologii na 2020 i nadchodzące lata okazały się wręcz niedoszacowane. Pandemia postawiła przed nami nowe wyzwania i aby im sprostać konieczne było wykorzystanie umiejętności adaptacyjnych i potencjału technologicznego w znacznie większym zakresie, niż się tego spodziewano jeszcze kilka miesięcy temu. O nadchodzących perspektywach oraz trendach technologicznych w zmieniającym się świecie opowiada 13 edycja raportu TechnoVision, przygotowanego przez Capgemini.

Kolejna edycja raportu Capgemini TechnoVision 2021 jest próbą odpowiedzi na pytania – jak globalny kryzys zdrowotny wpłynął na nasze funkcjonowanie w świecie, na rozwój technologii, a także w którą stronę zmierzają trendy i technologiczne innowacje. Wnioski, które płyną z raportu wskazują, które rozwiązania technologiczne są obecnie na topie oraz jak warto je wykorzystać.

Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo

Myślą przewodnią tegorocznej edycji TechnoVision pt. „Be like water” jest hasło nawiązujące do intensywnej fali zmian w otaczającym nas świecie. O zawrotnej dynamice zmian już przed pandemią świadczyły chociażby coraz krótsze cykle życia informacji czy produktu, skracający się czas przesyłu danych, a także zwiększające się tempo życia.

– Aby zapewnić sobie możliwość sprawnego funkcjonowania na fali intensywnych zmian, musimy zachować postawę dużej zwinności i elastyczności, a także wrażliwości na czynniki zewnętrze, co wyostrza percpecję, pozwala szybciej reagować na kryzysy i wspomaga mechanizmy adaptacyjne. Ciągła elastyczność, mobilność, szybkość reakcji, sprawna adaptacja do nowych okoliczności – to dziś wyznaczniki sukcesu – mówi Beniamin Poznański, szef zespołu Projects & Consulting Eastern Europe w Capgemini.

Aplikacje mobilne, robotyzacja, wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego pomagają zapewnić maksimum bezpieczeństwa, skalowalność. Technologie te także wspierają wrażliwość na otoczenie i pozwalają na szybkie reagowanie na sytuację zewnętrzną. Wszystkie te elementy wskazują na dużą możliwość dostosowania się, co jest niezbędne w zachowaniu i windowaniu pozycji rynkowej. Wskazane technologie mają też swoje odniesienia na mapie trendów infuture.institute, jak m.in. algorytmizacja życia, autonomiczność, świat lustrzany, zrobotyzowanie życia, wdrażanie AI, czy też niewidzialne technologie.

Brak granicy pomiędzy wirtualnym a realnym światem

– Istotny trend, który wyklarował się w obrębie ewolucji infrastruktury i sprzętu IT, według raportu Capgemini, to niewidoczna czy też niewidzialna infrastruktura. To tendencja, w ramach której nowoczesne rozwiązania wpisują się w codzienne życie, w taki sposób, że są niemalże niezauważalne. Jest to wynik osiągnięcia wysokiego poziomu ewolucji technologicznej, który przejawia się poprzez przemianę infrastruktury IT w proste, intuicyjne narzędzie. To dzięki software, hardware i wirtualizacji, środowisko IT zostaje przekształcone w wirtualną, zautomatyzowaną usługę, opartą na rozwiązaniach optymalizujących i ułatwiających codzienne zadania – wyjaśnia Beniamin Poznański z Capgemini.

Niewidzialna infrastruktura wykorzystuje m.in. 5G, internet rzeczy, czy chociażby czytnik rozpoznawania twarzy lub linii papilarnych. To właśnie one powodują, że zaciera się granica pomiędzy rzeczywistym światem a środowiskiem IT. Takie połączenie dwóch przestrzeni, wirtualnej i rzeczywistej, buduje tzw. lustrzany świat, czy też niweluje obawy przed technologią. To trend, który upraszcza codzienne funkcjonowanie, pozwala zminimalizować czynności monotonne i powtarzające się, co jest ogromną wartością, zwłaszcza w procesach, w których czas odgrywa kluczową rolę.

Ten trend narodził się za sprawą ciągłego udoskonalania technologii. Wiele rozwiązań osiągnęło poziom perfekcji i maksimum swoich możliwości, funkcjonalności, dzięki czemu podniosło wydajność, zapewniło niezawodność i niejednokrotnie – pełną autonomię. Doskonałym przykładem obrazującym mogą być autonomiczne pojazdy lub systemy wspierające kierowców, na przykład w reagowaniu w sytuacji kryzysowej.

Uwolniony potencjał aplikacji

W ramach zaawansowanej transformacji cyfrowej zostaje uwolniona moc aplikacji, dzięki przeniesieniu ze starego, często nieintuicyjnego środowiska IT, do nowoczesnej infrastruktury, opartej na rozwiązaniach chmurowych, zwinnych aplikacjach, które zapewniają pełną mobilność, elastyczność i sprawny dostęp.

– W przypadku uwolnionego potencjału aplikacji możemy podkreślić również szczególną rolę wszelkich asystentów wirtualnych, botów, które zapewniają użytkownikom sprawny dostęp do usług aplikacji. Asystenci cyfrowi to również obszar wskazany przez Natalię Hatalską w mapie trendów – w obszarze innowacji. Niewątpliwie tworzenie dobrze dopasowanego rynku asystentów cyfrowych jest przestrzenią do wielu ułatwień, które z pewnością znacznie podniosą poziom życia i zadowolenia użytkowników. A jak wskazują badania Capgemini Research Institue, w perspektywie najbliższych trzech lat nawet 70 proc. konsumentów w bankach, w sklepach obsłużą asystenci głosowi – mówi Maciej Kafel, starszy architekt w Capgemini.

W gąszczu danych

Kolejne trendy nawiązują do życia w świecie big data w czasach, w których najważniejszym elementem każdej organizacji jest dostęp do danych i umiejętność ich sprawnego przetwarzania, najlepiej w czasie rzeczywistym. Obecna sytuacja na świecie jest mniej przewidywalna, dynamiczna, wymagająca podejmowania szybkich decyzji na podstawie wielu zmiennych i informacji. Odpowiedzią na te wyzwania staje się często sprawność analityczna firmy.

– Tendencja do przetwarzania zasobów i analizy w czasie rzeczywistym opiera się na budowaniu, zarządzaniu i łatwym uruchamianiu procesów, w czasie odpowiadającym dynamice trendów cyfrowego świata. Jednym z najważniejszych aspektów przetwarzania w czasie rzeczywistym jest wykorzystanie rozwiązań, które zapewnią szybkie korzyści procesowe bez konieczności wprowadzania kłopotliwych zmian – czemu doskonale odpowiada robotic process automation (RPA) – wyjaśnia Maciej Kafel.

Dogłębne zrozumienie procesów zachodzących w organizacji jest koniecznym warunkiem pozwalającym na standaryzację i uproszczenie, a dalej także umożliwiającym tzw. inteligentną automatyzację. Dzięki temu możliwe jest zautomatyzowanie przetwarzania danych i wprowadzenie technologii, która będzie dokonywała analizy gromadzonych informacji. Właśnie takie rozwiązania znacznie przyspieszą podejmowanie decyzji, reagowanie na czynniki zewnętrzne, które mają gigantyczne znaczenie dla funkcjonowania firmy i świata zewnętrznego. Co więcej, takie rozwiązania zacieśniają relację pomiędzy człowiekiem, a sztuczną inteligencją, wprowadzając oba podmioty na bardziej zaawansowany stopień współpracy. Innym z trendów w tym obszarze tematycznym jest rozwój oparty na danych. Niezwykle łączy się on z analizą informacji w czasie rzeczywistym, gdyż wnioski pochodzące z tych procesów, umożliwiają ciągły rozwój.

– Data driven transformation, stała rozbudowa data center, ochrona zasobów, poszukiwanie rozwiązań mających na celu wsparcie w pozyskiwaniu, gromadzeniu, analizowaniu, przetwarzaniu i przechowywaniu danych – wskazują, jak ważnym zasobem dla firm są informacje. Aby stanowiły one wartość, konieczne jest ich odpowiednie zarządzanie poprzez głębokie ich zrozumienie. Często jednak ilość danych lub brak wyspecjalizowanych umiejętności rodzi potrzebę aktywowania danych przy wsparciu sztucznej inteligencji i robotyzacji, które sprawnie podejmą procesy niezbędne do uzyskania maksymalnej wartości z gromadzonych zasobów. Te technologie wzbudzają rewolucję w zakresie „samoobsługowych” danych – tłumaczy Beniamin Poznański.

Siła tkwi w komunikacji

W zestawieniu trendów innowacji Capgemini, pojawiły się także dwa elementy bazujące na łączności i komunikacji, są to doświadczenie oraz współpraca.

– Budowanie pozytywnych doświadczeń użytkowników jest jednym z najważniejszych aspektów, których oczekuje się od innowacji. Zwłaszcza widoczne jest to w branży retail, gdzie dobre zrozumienie podróży klienta i ułatwianie procesów zakupowych, staje się nadrzędnym celem. W obrębie pozytywnych doświadczeń także cenne jest tworzenie angażującego środowiska obu światów, wirtualnego i rzeczywistego, co może potencjalnie prowadzić do efektownych współprac na linii człowiek-technologia – mówi Maciej Kafel.

Technologia w wielu działaniach i na wielu obszarach wspiera człowieka lub w pełni go wyręcza, ale jej za rozwojem i wykorzystywaniem w coraz liczniejszych aspektach życia, stoi człowiek. Zatem współpraca pomiędzy maszynami, a ludźmi jest nieodzowna. Takie połączenie sił pozwala na stworzenie „kreatywnego robota” – maszyny, która wykona ciężką pracę fizyczną, powtarzalną, produkcyjną, zapewniając człowiekowi przestrzeń do działania kreatywnego.

– Współpraca człowieka z technologią jest możliwa, potrzebna i prowadzi do zadawalających wyników biznesowych, o czym każdego dnia przekonują się firmy na całym świecie. Zwłaszcza w dobie pandemii uwypukliła się konieczność takiej współpracy, tym samym zapewniając ciągłość działań wielu przedsiębiorstwom. Wiemy, że innowacja to nasz sojusznik, więc dążymy do zacieśniania współpracy i zwiększamy jej udział w codziennym życiu i w biznesie – podsumowuje Beniamin Poznański.

Powstaje sieć 5G oparta na polskiej technologii. Jeszcze w tym roku jej start

W drugiej połowie roku zostanie uruchomiona pierwsza sieć piątej generacji oparta o krajową technologię – zapowiedziała w czwartek oficjalnie firma IS-Wireless, która stoi za projektem. Spółka będzie wdrażać polskie rozwiązanie na całym świecie, ma już pierwszych klientów. Strategiczny cel firmy to przejęcie w ciągu najbliższych trzech lat nawet 5 proc. całego globalnego rynku Open RAN.

Jak wyjaśnia ekspert IS-Wireless dr inż. Aleksandra Chećko-Jelonek, polskie rozwiązanie 5G, tworzone przez polską firmę, bazuje na modelu sieci otwartych. To system, który pozwala korzystać z usług wielu dostawców, a nie tylko jednego, jak to było dotychczas. – W Open RAN liczy się przede wszystkim innowacyjne oprogramowanie, które może bazować np. na rozwiązaniach chmurowych.  Budowa sieci 5G w takim modelu jest nie tylko bezpieczniejsza, ale i tańsza w porównaniu z rozwiązaniami stosowanymi w poprzednich generacjach – zauważa ekspert. To właśnie dlatego na całym świecie model otwarty zyskuje na popularności i znaczeniu. – Wszelkie analizy pokazują, że z każdym rokiem udział Open RAN w budowie sieci rośnie i już za kilka lat stanie się przeważającym rozwiązaniem. W wielu krajach takich jak Japonia, Stany Zjednoczone czy w Europie w Wielkiej Brytanii, Francji czy Hiszpanii wdrożenia już trwają. Z kolei w Niemczech rząd w ramach programu rozwojowego przeznaczył ponad 2 mld euro na rozwój Open RAN. Ten trend będzie dalej się rozwijał  – prognozuje dr Aleksandra Chećko-Jelonek.

IS-Wireless chce być globalną marką

Eksperci IS-Wireless bazują na wynikach analiz rynkowych. Szacuje się, że światowe przychody ze sprzedaży rozwiązań Open RAN w ciągu najbliższych sześciu lat będą rosły w tempie dwucyfrowym.  Już w 2024 r. globalny rynek Open RAN może być wart nawet 3,2 mld dolarów i stanowić prawie 10 proc. całkowitego rynku 4G i 5G. IS-Wireless chce mieć udział na tym rynku i uczestniczyć w nim jako globalny gracz. Jak zapowiada prezes Sławomir Pietrzyk, plany jego firmy zakładają zdobycie do 2025 roku 5 proc. całego globalnego rynku – co dałoby wartość sprzedaży na poziomie 160 mln dol. rocznie.

– Jesteśmy obecnie jedyną polską firmą, która dostarcza całkowicie własną technologię do budowy sieci 5G. To dzieło 3 lat pracy naszych krajowych naukowców i inżynierów. Okres ten był poprzedzony 10 latami prac badawczo-rozwojowych – mówi Sławomir Pietrzyk. Firma ma ambicję, by stać się naszą narodową marką na globalnej arenie i doścignąć światowych telekomunikacyjnych gigantów takich jak Ericsson czy Nokia. – Do tej pory rynek telco był dla takich firm, jak my, zamknięty. Liczyło się kilku największych dostawców. Teraz mamy okazję to zmienić – mówi Sławomir Pietrzyk. – W Polsce mamy bardzo wielu zdolnych, młodych inżynierów. To wielki potencjał, który należy wykorzystać w budowaniu polskich marek opartych na własnych rozwiązaniach technologicznych – dodaje. IS-Wireless dziś w sumie zatrudnia ponad 50 inżynierów z kraju oraz z zagranicy, w tym piecioro w biurze firmy na Filipinach.

Na podbój Azji i USA

Prezes Sławomir Pietrzyk zapowiada pierwsze wdrożenie polskiej technologii sieciowej 5G w drugiej połowie 2021 roku. W kolejnych miesiącach firma zbuduje 5G za granicą. – Na liście do wdrożenia naszej technologii mamy około dwudziestu zainteresowanych podmiotów – mówi Sławomir Pietrzyk. I podkreśla, że dalsza ekspansja jego firmy to Stany Zjednoczone i Azja.

Głównym kierunkiem rozwoju IS-Wireless na tych rynkach ma być przemysł 4.0 i budowa prywatnych sieci telekomunikacyjnych. Jak dowodzą przedstawiciele polskiej firmy zapotrzebowanie na takie rozwiązanie wśród przedsiębiorców, zwłaszcza w sektorze przemysłu jest ogromne. IS-Wireless chce zaproponować im swoje rozwiązanie. Z ostatnich badań ABI Research wynika, że ponad 84 proc. firm rozważa wdrożenie w najbliższych latach własnych prywatnych sieci 4G i 5G w działaniach produkcyjnych. – Jeśli przedsiębiorstwo chce być efektywne i wydajne, potrzebuje rozwiązania sieciowego. Pozwoli mu ono np. zwiększyć możliwości jednoczesnej obsługi urządzeń bezprzewodowych czy ograniczyć opóźnienia w produkcji. To standard, który będzie coraz bardziej powszechny – uważa Rafał Sanecki, ekspert IS-Wireless. Z analiz Analysis Mason, na które powołuje się polska firma, w przeciągu najbliższych czterech lat gros instalacji będą stanowiły inwestycje w sieci telekomunikacyjne dokonywane w sektorze przemysłowym.

IS-Wireless kontynuuje też prace badawczo-rozwojowe. – Nasze zespoły badawcze skupiają się już dziś nad siecią szóstej generacji – mówi Sławomir Pietrzyk.

55% Polaków buduje dom na kredyt. Prace wykończeniowe biorą na siebie, aby ograniczyć wydatki

Średni koszt budowy w 2020 roku wyniósł w Polsce 485 tys. zł. Większość domów powstaje za pieniądze pochodzące z kredytów – wynika z „Raportu o Budowie Domów” Oferteo.pl. Polacy, jak tylko mogą, starają się ograniczyć koszty inwestycji. Aż 81% decyduje się samodzielnie wykonać część prac wykończeniowych. Najczęściej jest to wniesienie mebli oraz malowanie ścian.

Średnia cena budowy domu w Polsce

Serwis Oferteo.pl, największy polski portal łączący poszukujących usług związanych z budową domu z ich dostawcami, przygotował kolejną edycję „Raportu o Budowie Domów”. Przyniosła ona najświeższe informacje dotyczące rynku budownictwa jednorodzinnego w Polsce.

Wyniki badania pokazały, że w 2020 roku budowa domu kosztowała Polaków średnio 485 tys. zł. W większości, bo aż w 55% przypadków, pieniądze te pochodziły z kredytu hipotecznego. Największy wpływ na cenę miał metraż budowanego domu oraz wybrana lokalizacja. Poniższa tabelka przedstawia, jak koszty te wyglądały w poszczególnych województwach. Są to uśrednione deklarowane ceny.

Wycena budowy domu do stanu końcowego przed startem inwestycji w poszczególnych województwach
mazowieckie 560 000 zł
małopolskie 520 000 zł
śląskie 510 000 zł
dolnośląskie 450 000 zł
lubelskie 450 000 zł
wielkopolskie 450 000 zł
pomorskie 450 000 zł
świętokrzyskie 450 000 zł
lubuskie 450 000 zł
łódzkie  420 000 zł
warmińsko-mazurskie 400 000 zł
opolskie 400 000 zł
zachodniopomorskie 400 000 zł
podkarpackie 390 000 zł
podlaskie 380 000 zł
kujawsko-pomorskie 350 000 zł

 

Jak widać, najwięcej zapłacić musieli inwestorzy, którzy zdecydowali się na budowę w województwach mazowieckim, małopolskim oraz śląskim. We wszystkich tych przypadkach koszty przekraczały pół miliona złotych. Najtańsze domy powstawały w województwach kujawsko-pomorskim, podlaskim i podkarpackim. Ich właściciele musieli przygotować się na wydatek rzędu odpowiednio 350, 380 i 390 tys. zł.

200 tys. zł za działkę budowlanąJaki był orientacyjny koszt 1 ara działki

Ankietowani przez serwis Oferteo.pl zostali również zapytani o cenę, jaką zapłacili za działkę budowlaną. Z udzielonych odpowiedzi wynika, że 31% z nich udawało się zmieścić w kwocie 10 tys. zł za ar, 21% płaciło między 10 a 20 tys. zł, a 11% – nawet powyżej 70 tys. zł.

Przyjmując, że średnia wielkość wybieranej przez Polaków działki to 19 arów, możemy przeliczyć, że za sam teren pod budowę płacili zwykle blisko 200 tys. zł.

Ułatwioną sytuację miało natomiast 22% inwestorów, którzy działkę budowlaną dostali. Pozwoliło im to nie tylko zaoszczędzić na budowie, ale również zwiększyło ich zdolność kredytową. Posiadana działka może bowiem stanowić wkład własny do kredytu hipotecznego.

Inwestorze, zapłacisz więcej niż zakładaszKtóre koszty okazały się wyższe niż prognozowane

Tylko 41% badanych udało się zmieścić w prognozowanym budżecie. W większości przypadków rzeczywiste koszty okazały się wyższe niż przewidywane. Najczęściej inwestorzy (42% ankietowanych) musieli dopłacić 11–20%. Zdarzało się też, że różnica wynosiła między 21 a 30% (27% odpowiedzi). Wyniki te pokazują, że wybudowanie domu we wcześniej zakładanym budżecie jest sporym osiągnięciem i nie zdarza się często.

Oszczędzamy samodzielnie, wykonując prace wykończeniowe

Najczęściej, bo aż w 58% przypadków, Polacy błędnie przewidywali koszty robocizny, a 57% z nich myliło się w kwestii ceny materiałów. Dodatkowe koszty generowały też nieprzewidziane wcześniej naprawy oraz formalności.

Część osób stara się w jakiś sposób ograniczyć te najbardziej nieprzewidywalne koszty poprzez wykonanie części prac samodzielnie. Decyduje się na to aż 81% Polaków.

Zwykle na siebie biorą wniesienie mebli (75%), malowanie (73%), położenie paneli lub parkietu (53%), montaż armatury (37%), montaż płyt G-K (34%), ułożenie glazury (33%), a nawet wykonanie instalacji elektrycznej (31%).

Budowa domu to dla większości Polaków najpoważniejsza inwestycja w życiu, którą znaczna część spłacać będzie przez kilkadziesiąt najbliższych lat. Dobrze jest więc przygotować się na to przedsięwzięcie jak najlepiej komentuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Porównanie ofert jak największej liczby wykonawców pozwoli nam wybrać najbardziej korzystną cenowo opcję, a zapoznanie się z dynamicznym rynkiem budowlanym – znaleźć najlepszy moment na rozpoczęcie budowy.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2021 roku metodą CAWI na próbie 550 osób, które w 2020 roku budowały dom.

Barbara Garlacz: Czy uchwała frankowa Sądu Najwyższego będzie korzystna dla frankowiczów?

To pytanie zadają sobie zarówno banki, jak i kredytobiorcy – oczekujący na odpowiedzi Sądu Najwyższego na 6 pytań. Im bliżej planowanej na 13 kwietnia b.r. uchwały Sądu Najwyższego, tym więcej niepewności co do tego, czy uchwała w ogóle zapadnie – z uwagi na podnoszoną kwestię prawidłowości obsadzenia tzw. nowych sędziów Sądu Najwyższego.

Zdaniem ekspertki do spraw sporów frankowych Barbary Garlacz rozstrzygnięcie będzie zależeć od tego czy:

  • Sąd Najwyższy zastosuje się do orzeczeń TSUE, które już zapadły, a które dotyczą kwestii poruszonych w czterech pierwszych pytaniach do Sądu Najwyższego;
  • Sąd Najwyższy zaczeka z odpowiedziami na pytania nr 5 oraz 6 do czasu spodziewanego orzeczenia TSUE, które ma zapaść 29 kwietnia 2021 roku.

W mojej ocenie tej uchwały nie będzie, a po orzeczeniu TSUE 29 kwietnia 2021 roku w zasadzie stanie się ona zbędna. W takim jednak wypadku frankowicze będą zmagać się z tymi sądami, które uważają, że orzecznictwo TSUE ich nie wiąże wskazuje mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr 1 o to, czy umowę można uzupełnić innym niż bankowy kursem – na podstawie przepisu dyspozytywnego – zostało rozstrzygnięte po części wyrokiem w sprawie Państwa Dziubak, a także wyrokiem w sprawie Kasler C-26/13. TSUE uznał m.in., że takie uzupełnienie umowy przepisem dyspozytywnym musi być korzystniejsze niż stwierdzenie nieważności umowy – a oczywistym jest, że w zdecydowanej większości przypadków korzystniejsze jest stwierdzenie nieważności umowy, nawet gdyby kredytobiorca nie miał środków na dopłatę do otrzymanego kapitału. W takim przypadku sąd zgodnie z polskimi przepisami ma prawo rozłożyć brakującą kwotę na raty. Te warunki zastosowania doktryny Kasler jako wyjątku od generalnego zakazu ingerowania w umowę opisał prof. Maciej Szpunar – wydając opinię jako Rzecznik Generalny TSUE do sprawy C-70/17 i mam nadzieję, że te rozważania znajdą odzwierciedlenie w uchwale Sądu Najwyższego” – komentuje mec. Barbara Garlacz.

Pytania nr 2 i 3 skierowane do Sądu Najwyższego dotyczą tego, czy umowa kredytu indeksowanego oraz umowa kredytu denominowanego może wiązać strony w sytuacji, gdy nie będzie możliwości ustalenia wiążącego kursu do ustalenia wartości salda w CHF – w przypadku kredytu indeksowanego oraz ustalenia kwoty wypłaconego kredytu w PLN – w przypadku kredytu denominowanego. W przeważającej większości przypadków klienci nie uzgadniali z bankiem tych kursów, lecz umowy zawierały odesłania do tabel kursowych banków.

Te pytania to tak naprawdę pytania o to, jaką rolę w umowie kredytu indeksowanego oraz denominowanego pełnią odesłania do tabel kursowych banków – tj. czy określają one przedmiot główny tych umów. I tu znowu, TSUE w przeszłości (C-26/13, C-143/13, C-96/14) wskazywał, że pojęcie postanowień określających przedmiot główny w rozumieniu art. 4 ust. 2 dyrektywy 93/13 sprowadza się do tych postanowień, które określają podstawowe świadczenia w ramach danej umowy i które z tego względu charakteryzują tę umowę w świetle charakteru, ogólnej systematyki i postanowień danej umowy kredytu, a także kontekstu prawnego i faktycznego, w jaki wpisuje się ta umowa. Zgodnie z tą wykładnią TSUE odesłania do tabel kursowych wraz z samą indeksacją kredytu w umowie kredytu indeksowanego oraz odesłania do tabel kursowych w umowie kredytu denominowanego są tymi, które określają przedmiot główny. Stronom chodziło o kredyt oprocentowany wg stawki LIBOR – a to zapewniało wyrażenie salda kredytu w walucie CHF, czy to w umowie czy to na rachunku kredytowym. Jednocześnie kredyt miał realizować cel, którego cena była wyrażona w walucie PLN. Odesłania do tabel kursowych zaś miały łączyć te dwie immanentne cechy obu umów kredytu – wchodząc przez to w zakres głównych ustaleń stron. Dla studenta pierwszego roku prawa oczywistym jest, że bez postanowień definiujących przedmiot główny nie ma konsensusu, nie ma umowy. Sąd Najwyższy wskazywał, że to właśnie odesłania do tabel kursowych banku czynią te umowy pewnego rodzaju podtypem umowy kredytu z prawa bankowego. Pozbawienie tych umów odesłań do tabel kursowych, które charakteryzują podtypy tych umów i np. założenie wypłaty i spłaty kredytu w walucie CHF, kompletnie zmieniałoby te umowy. Byłyby to umowy kredytu walutowego. W orzeczeniu w sprawie Dziubak TSUE wskazał, że możliwe jest stwierdzenie nieważności, gdy eliminacja postanowienia umownego prowadzi do zmiany charakteru danej umowy. Wydaje się więc, że jeśli Sąd Najwyższy będzie definiował postanowienia odsyłające do tabel kursowych przez pryzmat pojęcia przedmiotu głównego z dyrektywy 93/13 – a nie cywilistycznie rozumianych elementów przedmiotowo istotnych umowy – to odpowiedź na te dwa pytania może być tylko jedna: brak możliwości utrzymania obu konstrukcji umów. Ponadto, Trybunał w wyroku w połączonych sprawach C‑154/15, C‑307/15 i C‑308/15 wskazał, że sąd krajowy nie jest uprawniony do takiej zmiany treści nieuczciwych warunków, która nie przyczyni się do wyeliminowania zniechęcającego efektu odstraszającego wywieranego na przedsiębiorców. Pozostawienie umów w obrocie i założenie, że mogą być spłacane w walucie CHF nie wywołałoby takiego skutku odstraszającego” – wyjaśnia mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr  4 do Sądu Najwyższego dotyczy tego, czy w razie stwierdzenia nieważności umowy strony powinny rozliczyć się na zasadzie teorii salda czy dwóch kondykcji.

Na to pytanie SN już odpowiedział w uchwale z dnia 16 lutego 2021 roku (III CZP 11/20) opowiadając się za teorią dwóch kondykcji.

„Z punktu widzenia orzecznictwa TSUE zasadne jest zastosowanie teorii dwóch kondykcji, gdyż teoria salda ograniczałaby roszczenia restytucyjne konsumentów wynikające z nieważności spowodowanej abuzywnymi postanowieniami. Chodzi o roszczenia o zwrot wpłaconych kwot oraz odsetek od nich za czas trwania procesu, a TSUE sprzeciwiał się ograniczaniu skutków restytucyjnych, chociażby w wyroku C‑154/15, C‑307/15 i C‑308/15” – podnosi mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr 5 do Sądu Najwyższego dotyczy tego, od kiedy liczyć termin przedawnienia się roszczeń banku i klienta o zwrot świadczeń spełnionych na podstawie nieważnej umowy.

Jest to pytanie tak naprawdę o to, jak działa sankcja nieważności z art. 6 ust. 1 dyrektywy 93/13 – tj. gdy nieważność ta wynika z zastosowania postanowień abuzywnych. Tego zagadnienia dotyczy także pytanie nr 4 zadane przez Sąd Okręgowy w Gdańsku w sprawie C-19/20, w której TSUE ma wydać wyrok w dniu 29 kwietnia 2020 roku. Co ciekawe, Sąd Najwyższy – tym razem w składzie siedmiu tzw. starych sędziów – także zaplanował podjęcie uchwały odnośnie tego zagadnienia na dzień 15 kwietnia 2021. Co więcej, trzech spośród siedmiu sędziów Sądu Najwyższego w zasadzie już wyjawiło swój pogląd w tym zakresie w uchwale z dnia 16 lutego 2021 roku wskazując, że termin przedawnienia się roszczeń banku powinien być liczony od chwili wyrażenia przez konsumenta świadomej, wyraźnej i swobodnej woli co nieważności umowy. Moim zdaniem ten pogląd jest nieprawidłowy i być może okaże się sprzeczny z tym, co powie TSUE 29 kwietnia b.r. Dlatego uważam, że należałoby z obiema uchwałami Sądu Najwyższego poczekać na wyrok TSUE” – wyjaśnia mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr 5 dotyczy wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, do czego donieść może się TSUE pod koniec kwietnia.

W przeszłości Sąd Najwyższy w wyroku z 19 grudnia 2019 roku (V CSK 382/18) wskazał, że kwestia wynagrodzenia za korzystanie z kapitału przez konsumenta wymaga dalszych rozważań oraz, że nie została ona wykluczona przez orzecznictwo TSUE – co zostało odczytane w środowisku frankowiczów i banków z nimi walczących jako sygnał do możliwości zasądzenia takiego wynagrodzenia.

W tym zakresie najprawdopodobniej możemy spodziewać się odpowiedzi TSUE na pytanie nr 5 Sąd Okręgowego w Gdańsku, dotyczące m.in. tego, czy sąd ma obowiązek o takich roszczeniach informować konsumentów. Spodziewam się, że TSUE zajmie szersze stanowisko w tej kwestii i potwierdzi, że nieważność umowy z powodu abuzywności jej postanowień nie może generować dla banków dodatkowych korzyści, gdyż nie byłby spełniony tzw. długofalowy efekt odstraszający” – dodaje mec. Barbara Garlacz.

Od kwietnia składka wypadkowa w nowej wysokości

Nowy okres składkowy rozpoczynający się 1 kwietnia i trwający do 31 marca 2022 r. przyniesie wielu pracodawcom duże zmiany w wysokości opłat z tytułu składki na ubezpieczenie wypadkowe. Dotyczą one płatników zgłaszających do ubezpieczenia wypadkowego co najmniej 10 pracowników. Z uwagi na to, że wysokość składki wypadkowej zależy od masy wynagrodzeń, wzrost lub spadek kosztów najbardziej odczują przedsiębiorstwa o wysokim poziomie zatrudnienia.

Z dniem 1 kwietnia 2021 r. weszły w życie zmiany w rozporządzeniu w sprawie różnicowania stopy procentowej składki na ubezpieczenie społeczne z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych w zależności od zagrożeń zawodowych i ich skutków. ZUS na jego podstawie przeliczył już składki tym płatnikom, którzy złożyli ZUS IWA za ostanie trzy lata kalendarzowe.

W nowym okresie składkowym najwyższa stopa procentowa osiągnie poziom 3,33 proc. i dotyczy jedynie działalności usługowej wspomagającej górnictwo i wydobywanie. Z kolei najniższa stopa wynosić będzie 0,67 proc. i obejmie 9 branż, m.in. produkcję odzieży oraz działalność związaną z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi, informacją i komunikacją oraz z finansami i ubezpieczeniami.

Gdzie wzrost, a gdzie spadek

Wzrostu kosztów składki wypadkowej mogą spodziewać się przedsiębiorstwa należące do następujących grup działalności: rybactwo, działalność usługowa wspomagająca górnictwo i wydobywanie, produkcja napojów, wyrobów tekstylnych, wyrobów tytoniowych i mebli; transport lotniczy.

Obniżenie stopy procentowej dotyczy leśnictwa i pozyskiwania drewna, wydobywania węgla kamiennego, węgla brunatnego, ropy naftowej, gazu ziemnego i rud metali; pozostałego górnictwa, produkcji odzieży, papieru i wyrobów z papieru, metali; produkcji podstawowych substancji farmaceutycznych, działalności związanej z rekultywacją i gospodarką odpadami, robót budowlanych specjalistycznych, związanych ze wnoszeniem budynków, z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej;  transportu lądowego i rurociągowego, magazynowania i działalności usługowej wspomagającej transport oraz wynajem i dzierżawę.

Obciążenia z tytułu składki wypadkowej dla płatników zgłaszających do ubezpieczenia mniej niż 10 pracowników pozostaną na tym samym poziomie. W ich przypadku stopa procentowa nadal wynosić będzie 1,67 proc., czyli 50 proc. najwyższej stopy procentowej ustalonej na dany rok składkowy (czyli 3,33 proc.).

Nie tylko PKD

Ustalona kategoria ryzyka według PKD dla danej branży to tylko jeden z elementów bazowych służących do wyliczenia wysokości stopy procentowej przez ZUS. Na jej ostateczną wysokość wpływa również liczba osób zatrudnionych, liczba wypadków oraz panujące w zakładzie warunki zagrożenia (np. hałas, zapylenie, mikroklimat zimny lub gorący).

Kategorie ryzyka i przypisane do nich stopy procentowe aktualizowane są w głównej mierze na podstawie danych statystycznych GUS za trzy ostatnie lata, W szczególności chodzi o informacje dotyczące warunków pracy i wypadkowości. W okresie od stycznia do września 2020 roku zgłoszono aż o 24,1 proc. mniej poszkodowanych w wypadkach przy pracy niż w analogicznym okresie w 2019 roku. Co więcej, zmniejszył się również wskaźnik wypadkowości (liczba osób poszkodowanych przypadająca na 1000 pracujących) – z 3,91 na 2,96.

Odnotowywany corocznie ogólny spadek liczby poszkodowanych w wypadkach przy pracy przyczynił się w głównej mierze do obniżenia kategorii ryzyka i stóp procentowych aż w 14 grupach działalności. W konsekwencji może to prowadzić do obniżenia kosztów z tytułu składki wypadkowej w tych branżach. Największy spadek wysokości składki związany z nową wysokością stopy procentowej dotyczy transportu wodnego. Kategoria ryzyka obniżyła się z 8. na 5. kategorię, a stopa procentowa zmalała z 2,26 na 1,47 proc.

Wzrost kosztów pracy

Nie we wszystkich branżach dane o wypadkowości czy warunkach pracy uległy poprawie. W 42 grupach kategoria ryzyka i związana z nią stopa procentowa pozostały bez zmian, co oznacza, że ich sytuacja się nie zmieniła. Wśród sektorów, które najdotkliwiej odczują zmiany w wysokości składki wypadkowej, co przełoży się na wyższe koszty pracy, znajduje się branża meblarska. Odnotowała ona wzrost o 1 kategorię ryzyka i zmianę bazowej stopy procentowej z 1,47 na 1,73 proc.

Komentarz eksperta

Nowy okres składkowy na ubezpieczenie wypadkowe to dobry moment, aby dokonać przeglądu panujących w przedsiębiorstwie warunków pracy (na czele z warunkami zagrożenia) oraz zadbać o poprawę bezpieczeństwa pracowników. Warto przyjrzeć się, czy dotychczasowe działania BHP przekładają się na zmniejszenie liczby wypadków lub ograniczenie szkodliwych warunków pracy. Inwestowanie w działania prewencyjne wciąż stanowi dla wielu przedsiębiorców spore wyzwanie pod względem finansowym. Jednym ze skutecznych źródeł pozyskania środków na ten cel jest weryfikacja poprawności naliczania przez organ rentowy składki wypadkowej w oparciu o przekazywaną informację ZUS IWA. Przedsiębiorca ma możliwość zarówno odzyskania nadpłat za kilka lat wstecz, jak i obniżenia składki wypadkowej w przyszłych okresach składkowych – komentuje Piotr Radko, dyrektor obszaru kosztów pracy w Ayming Polska.

Pandemia przyspieszyła plany migracji do chmury w 81% przedsiębiorstw z sektora produkcyjnego

Firma Salesforce opublikowała raport Trends in Manufacturing („Trendy w sektorze produkcyjnym”), który podsumowuje daleko idące skutki globalnej pandemii w tym sektorze. Z analizy danych przeprowadzonej niedawno przez Salesforce wynika, że firmy musiały zmienić swoje strategie i modele działania, pokonują trudności związane z transformacją, a nowe technologie pomogły im skutecznie konkurować na rynku w warunkach ciągłej niepewności.

Firma Salesforce Research przeprowadziła badania, w których wzięło udział prawie 750 globalnych liderów sektora produkcyjnego z Ameryki Północnej i Łacińskiej, Dalekiego Wschodu oraz Europy. Wśród respondentów wyróżniono dwie grupy: producentów przygotowanych na przyszłość, którzy uważają, że ich systemy i technologie będą mogły działać jeszcze przez 10 lat, oraz producentów nieprzygotowanych na przyszłość, niewidzących takiej możliwości. Zbadano najważniejsze różnice między tymi dwiema grupami i stwierdzono, co następuje:

  • Niepewność sprawiła, że firmy muszą zwiększać sprawność działania i modyfikować niektóre swoje funkcje.
  • Pandemia trwale zmieniła funkcje związane z obsługą klienta.
  • Sprzedaż elektroniczna i operacje cyfrowe są podstawą elastycznego, przyszłościowego przedsiębiorstwa.
  • Ważnym elementem strategii producentów przyszłościowych są nowe modele biznesowe, takie jak serwicyzacja.

Oto najważniejsze wnioski:

Konieczność dostosowania się do świata po pandemii

W sektorze produkcyjnym pandemia COVID-19 pociągnęła za sobą daleko idące skutki. Nie tylko zmieniła obecny sposób funkcjonowania przedsiębiorstw, lecz wywarła trwały wpływ na to, jak będą one działać w przyszłości. 80% respondentów stwierdziło, że w wyniku pandemii ich moce produkcyjne uległy niewielkim lub znacznym zmianom, natomiast zdaniem 70% zmiany te będą trwałe.

Liderzy sektora produkcyjnego twierdzą, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy priorytetem będzie dla nich transformacja cyfrowa. Poproszeni o wskazanie swoich najważniejszych celów, respondenci stwierdzili, ze najpilniejsze zmiany dotyczą zwiększenia wydajności procesów i usprawnienia planowania popytu (w obu przypadkach 88%), natomiast za najbardziej pomocną w obecnej sytuacji uznali transformację cyfrową (86%).

Producenci, którzy czują się „bardzo dobrze przygotowani” na nadchodząca dekadę, w większości przenieśli się już do chmury. Prawie połowa (45%) producentów, którzy nie czują się przygotowani na przyszłość, ma systemy sprzedaży i systemy operacyjne zainstalowane w całości lub w większości lokalnie, podczas gdy większość (77%) producentów przygotowanych na przyszłość umieściła co najmniej połowę swoich systemów sprzedaży i systemów operacyjnych w chmurze.

Producenci przygotowani na przyszłość uważają, że rozwijanie współpracy z partnerami handlowymi i osiąganie obopólnych korzyści stanowi wartość dla ich przedsiębiorstw: Producenci przygotowani na przyszłość są zadowoleni ze swoich partnerów handlowych prawie dwukrotnie częściej niż ci nieprzygotowani (odpowiednio 44% w porównaniu z 25%).

Prawie jedna trzecia producentów przygotowanych na przyszłość rozszerza serwicyzację. Większość producentów przygotowanych na przyszłość (86%) twierdzi, że serwicyzacja jest częścią strategii ich przedsiębiorstw. 57% już ją stosuje, a 29% stosuje i rozszerza.

Zróżnicowanie produktów i usług

Ze względu na duże zawirowania w sektorze spowodowane pandemią producenci szukają nowych sposobów utrzymania klientów i dotrzymania kroku konkurencji, dywersyfikując swoje produkty i usługi. Producenci z stwierdzili, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy najważniejsze będzie dla nich tworzenie nowych produktów (88%) i usług (90%).

Większe znaczenie danych

W przedsiębiorstwach produkcyjnych brak przejrzystości danych i odseparowanie od siebie zespołów może utrudniać kierownictwu prognozowanie sprzedaży, co w obecnym klimacie ekonomicznym jest jeszcze większym problemem. Dla niemal połowy respondentów (48%) największym wyzwaniem są trudności z ekstrakcją danych, a 88% ma problemy ze starszymi narzędziami. Jest więc oczywiste, że jeśli sektor produkcyjny chce zapewnić swoim firmom i klientom maksymalne korzyści, musi zmienić sposób myślenia na bardziej cyfrowy.

Pełen raport można pobrać ze strony: https://www.salesforce.com/resources/research-reports/executive-summary-trends-in-manufacturing/

Metodyka

Dane wykorzystane w tym raporcie pozyskano metodą podwójnej ślepej próby. Badania przeprowadzono w dniach od 29 sierpnia do 15 września 2020 roku. Uzyskano 750 odpowiedzi od liderów sektora produkcyjnego. Respondenci pochodzili z Ameryki Północnej i Łacińskiej, Dalekiego Wschodu oraz Europy. Wszyscy byli osobami trzecimi (nie tylko klientami firmy Salesforce). W badaniach wzięli udział producenci reprezentujący dwie główne grupy:

  • Produkcja dyskretna: Procesy produkcyjne mogą się zmieniać w zależności od aktualnego zapotrzebowania. Stosowane są różne konfiguracje, a w każdej chwili mogą nastąpić zmiany.
  • Produkcja procesowa: Procesy mają charakter stały i niezmienny, są realizowane w trybie ciągłym.

Te dwie grupy zostały podzielone na następujące podgrupy:

  • Produkcja dyskretna:
    • Sprzęt oryginalny (OEM) — sprzedaż złożonych produktów, sprzętu i innych zasobów bezpośrednio lub za pośrednictwem sieci dystrybutorów
    • Dystrybucja — sprzedaż części zgodnych ze specyfikacją lub standardami branżowymi za pośrednictwem sieci dystrybutorów
    • Części produktów — sprzedaż części wyprodukowanych na specjalne zamówienie klienta
  • Produkcja procesowa:
    • Produkty rolne — sprzedaż nawozów, nasion i innych produktów hodowcom/producentom za pośrednictwem sieci dystrybutorów
    • Produkty chemiczne — sprzedaż przemysłowych produktów chemicznych w dużych ilościach bezpośrednio lub przez sieć dystrybutorów
    • Materiały/inne procesy — sprzedaż metali, minerałów, gliny i innych materiałów

Ile średnio podrożały mieszkania deweloperskie od marca 2020 roku?

O ile wzrosły ceny nowych mieszkań w ciągu roku? Gdzie ceny wzrosły najbardziej? Czy nadal idą w górę? Jaki jest powód podwyżek? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Według danych NBP za IV kw. 2020 roku ceny mieszkań wzrosły średnio o 7 proc. rok do roku, jednak wiele zależy od rynku. Najbardziej podrożały lokale w Gdańsku oraz Warszawie. Biorąc pod uwagę popyt utrzymujący się na wysokim poziomie i czynniki zewnętrzne, takie jak wzrost cen gruntów ze względu na ich ograniczoną dostępność czy niskie stopy procentowe, które generują popyt inwestycyjny, spodziewam się, że w 2021 roku deweloperzy nie będą mieli przesłanek do obniżki cen.

Scenariusz stabilizacji i dalszego wzrostu cen mieszkań jest w mojej ocenie najbardziej realny, ale nie można wykluczyć szybszego wzrostu cen na wybranych rynkach lokalnych, gdzie popyt przewyższa obecną podaż. Przykładowo, w Warszawie wskaźnik wyprzedaży oferty utrzymuje się na poziomie 3 kwartałów, czyli jest znacznie poniżej stanu równowagi, który wynosi 4 kwartały. Częściowo popyt będzie przekierowywany na rynek wtórny, na którym mogą pojawiać się mieszkania kupowane w celach najmu krótkoterminowego, ponieważ rynek ten jest już od dłuższego czasu pod presją. To jak ostatecznie ukształtują się ceny w dużym stopniu będzie zależało od tego, kiedy zakończy się pandemia.

Andrzej Gutowski, wiceprezes, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development

Wzrost cen nieruchomości mieszkaniowych o 8 do 10 proc. to ogólnorynkowa tendencja, która dotyczy także naszych inwestycji. Najbardziej podrożały mieszkania położone poza dzielnicami centralnymi, w niedocenianych dotychczas lokalizacjach, de facto rozwijających się najszybciej. W naszym przypadku są to Ursus i Białołęka w Warszawie, gdzie ceny w ostatnim roku wzrosły nawet ponad 10 proc. Powodów tych wzrostów jest kilka. Po pierwsze, ograniczona dostępność gruntów. Po drugie, wydłużone w czasie o blisko 50 proc. wydawanie pozwoleń na budowę. I po trzecie, również dłuższe procedury w sądach wieczysto-księgowych. To wszystko sprawia, że uruchamia się mniej projektów i podaż nie nadąża za rozpędzonym popytem. Mniej mieszkań na rynku oznacza wyższe ceny tych dostępnych. Szacuję, że ceny w tym roku wzrosną o kolejne 5-7 proc.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Obecnie na rynku obserwujemy tendencję rosnącą, jeśli chodzi ceny mieszkań. Ceny oferowanych przez nas mieszkań wzrosły o około 15 proc. względem 2020 roku. Jest to związane przede wszystkim z wysokimi cenami gruntów i idącą za tym malejącą podażą. Wzrost cen spowodowany jest też wyższymi kosztami budowy, a także m.in. spowolnieniem procedur administracyjnych oraz rosnącymi kosztami zatrudnienia pracowników. Podwyżki dotyczą wszystkich mieszkań, ogólnie całej naszej oferty.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Notowany trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań ma związek z ciążącymi na branży budowlanej trudnościami natury administracyjnej m.in. z szybkim uzyskiwaniem pozwoleń na budowę oraz z rosnącymi kosztami prowadzenia inwestycji. Przede wszystkim podrożały surowce i w ślad za nimi materiały budowlane, ale także koszty wykonawstwa. Ponadto, deweloperzy muszą mierzyć się z ograniczoną podażą nowych gruntów. Nie ma więc przesłanek, które miałyby zwiastować spadki cen mieszkań. Co także istotne, obecnie wchodzimy w stały cykl charakteryzujący stabilne rynki europejskie, skutkujący wzrostem cen mieszkań na poziomie 3-4 proc. rocznie. Takiej sytuacji spodziewam się przez kilka najbliższych lat na polskim rynku.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Na rynku pierwotnym w skali roku ceny wzrosły średnio o około 7 proc. Nasza firma, co do zasady, stara się, o ile to możliwe nie podnosić cen mieszkań. Na przykład w inwestycjach, których budowa dobiega końca w tym roku, tj. w wieżowcu Bliska Wola Tower w Warszawie i Hanza Tower w centrum Szczecina ceny nie zmieniły się na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy.

Rozpoczynając nowe projekty musimy jednak brać pod uwagę czynniki, które decydują o cenie mieszkań, m.in. coraz wyższe koszty budowy spowodowane obowiązującymi od stycznia nowymi normami efektywności energetycznej budynków.

W 2021 roku podaż w dalszym ciągu będzie ograniczał brak dostępności gruntów. Z tego powodu ceny ziemi wzrosną znacznie, zarówno w przeciętnych lokalizacjach, jak też jeszcze bardziej w lokalizacjach premium. O tym, że coraz trudniej o grunty w lepszych lokalizacjach świadczy fakt, iż wielu deweloperów, aby je zakupić akceptowało w ostatnich latach nawet bardziej kosztowne i złożone rozwiązania, takie jak np. rewitalizacja terenów przemysłowych. Coraz wyższe koszty realizacji projektów powodują, że ceny będą rosły. Wielu ekspertów rynku mieszkaniowego przewiduje jednak, że część osób przeniesie zainteresowanie z mieszkań na domy i działki. Stąd w najbliższych miesiącach wzrost cen może nie być aż tak wysoki, ale jednak nieuchronny chociażby z powodu rosnącej inflacji.

Mariola Żak, dyrektor marketingu i sprzedaży Aurec Home

Na początku 2021 roku firmy deweloperskie oddały do użytku o 6 proc. więcej lokali mieszkalnych niż w porównywalnym okresie poprzedniego roku. Jednak równocześnie w lutym 2021 roku deweloperzy rozpoczęli o około 7 proc. mniej inwestycji niż w roku poprzednim. Pandemia, wbrew obawom z ubiegłego roku, nie przewróciła rynku mieszkaniowego do góry nogami i nic nie wskazuje, że miałoby się to zmienić.

Ceny nowych mieszkań w ciągu ostatniego roku wzrosły średnio o 5 proc., natomiast w bieżącym roku naszym zdaniem zwiększą się o 3-4 proc. Wzrost cen mieszkań nie jest podyktowany jedynie dużym popytem, ale w dużej mierze zależnościami pomiędzy cenami materiałów budowlanych oraz dochodami klientów. W związku z trwającą bardzo długo pandemią, która ogranicza dostępność rynków, ceny materiałów budowlanych bardzo szybko rosną. Pozytywny wpływ na popyt mają niskie stopy procentowe i przystępne warunki kredytów mieszkaniowych.

Dodatkowo, rynek nieruchomości, pomimo ograniczenia rynku wynajmu, nadal jest uważany za bezpieczne źródło lokowania oszczędności. Rosnąca inflacja oraz niestabilne rynki finansowe zmuszają inwestorów do szukania bezpiecznych inwestycji, nadal pozwalających na uzyskanie około 4 proc. stopy zwrotu.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Od marca 2020 roku ceny rosły na wszystkich sześciu największych rynkach w Polsce średnio o około 7 proc. Największy wzrost zaobserwowaliśmy na rynku w Krakowie, a najmniejszy w Gdańsku. Główne powody podwyżek to niższa liczba oferowanych mieszkań, duża liczba klientów, w tym inwestycyjnych, dla których zakup mieszkania to rozsądny sposób na zainwestowanie środków zgromadzonych na kontach, a także wysokie ceny działek budowlanych. W okresie od marca 2020 roku podwyżki dotyczyły także części naszych projektów.

Na razie nic nie wskazuje na odwrócenie trendu. Ceny prawdopodobnie będą nadal rosnąć. Przypuszczamy jednak, że w wolniejszym tempie. Prognozujemy, że w 2021 roku wzrosną o około 5 proc. Dalszy wzrost nie obniży popytu, ponieważ mieszkania w obliczu niskooprocentowanych lokat bankowych będą wciąż traktowane jako bezpieczna i rentowna inwestycja.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Ceny nowych mieszkań systematycznie rosną. W przypadku naszego projektu Sol Marina zlokalizowanego w pobliżu Wyspy Sobieszewskiej ceny w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły się średnio o 3-5 proc. w zależności od lokalu. Na podwyżkę wpływ miało duże zainteresowanie zakupem apartamentów wakacyjnych czy second home przy ich ograniczonej podaży. To, czy ceny nieruchomości będą wyższe zależy w dużym stopniu od zapotrzebowania oraz aktualnej dostępności lokali.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Według raportu NBP za IV kw. 2020 ceny transakcyjne na rynku pierwotnym w Gdańsku rok do roku wzrosły o blisko 10 proc., a w Warszawie ponad 8 proc. Biorąc pod uwagę, że II kwartał 2020 był praktycznie stracony dla sprzedaży i dopiero w III kwartale 2020 rynek zaczął wychodzić z pandemicznej stagnacji, to bardzo dobry wynik. Takie zmiany miały miejsce również w przypadku naszej oferty. Podwyżki cen, jakie musieliśmy wprowadzać w związku z rosnącym zainteresowaniem przyjmowały niemal identyczne wartości. Obecnie nic nie wskazuje na zmianę tego trendu. Oprocentowanie lokat bankowych i poziom inflacji w 2020 sprawiły, że trzymanie środków w banku oznaczało utratę ich wartości. Niski poziom oprocentowania kredytów był z kolei zachętą do skorzystania z tego źródła finansowania. W ciągu ostatnich 2 lat znacząco wzrosła aktywność funduszy inwestujących w zakup mieszkań na wynajem, co w znacznym stopniu ograniczyło ofertę małych, najbardziej poszukiwanych lokali.

Ze względu na zdalną pracę wielu instytucji znacząco wydłużył się proces inwestycyjny, co ma z kolei wpływ na poziom oferty w sprzedaży. Procedowana jest też zmiana Ustawy Deweloperskiej, znacząco komplikująca i podrażająca proces sprzedaży mieszkań.

Powyższe czynniki wraz z prognozowanym na ten rok poziomem inflacji ok. 3 proc. oraz wzrostem gospodarczym nawet do 5 proc. każe spodziewać się dalszych znaczących podwyżek cen nowych mieszkań.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Ceny mieszkań w naszych inwestycjach systematycznie rosną. Biorąc pod uwagę okres od marca 2020 roku, w zależności od inwestycji, średni wzrost wyniósł około 7-8 proc. Oczywiście najbardziej podrożały nieduże mieszkania dwupokojowe w inwestycjach na Bielanach i Targówku. Głównym powodem podwyżek jest ogólny wzrost kosztów budowy, trudności z pozyskaniem nowych gruntów inwestycyjnych oraz zmniejszająca się oferta nowych mieszkań.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Wzrost cen transakcyjnych nowych mieszkań od marca 2020 do dziś zależny jest mocno od lokalizacji. W niektórych ośrodkach wzrost wyniósł 3-5 proc., natomiast w niektórych prawie 10 proc. Najwyższy wzrost cen można zaobserwować w dużych ośrodkach miejskich, takich jak Warszawa, Wrocław, Poznań. W tych lokalizacjach coraz trudniej o atrakcyjne grunty, co wpływa na ceny mieszkań. W najbliższych miesiącach przewidujemy dalszy wzrost cen mieszkań. Planowane wprowadzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego spowoduje natychmiastowy wzrost cen o wartość ustaloną przez rząd. Obecnie mowa jest o wartości rzędu 2 proc. i taką też wartość deweloperzy doliczą do cen mieszkań. Nagły wzrost cen stali konstrukcyjnej oraz zbrojeniowej także determinuje podwyżki. Dostawcy coraz częściej próbują renegocjować stare kontrakty, co przekłada się na koszty budowy.

Jako doświadczony deweloper próbujemy uchronić naszych klientów przed negatywnymi skutkami podwyżek. W inwestycjach już wprowadzonych do sprzedaży nie zmieniamy cen mieszkań, aby żaden z naszych klientów nie czuł się poszkodowany. Jednak, jeśli chodzi o nowe inwestycje oraz kolejne etapy obecnie prowadzonych projektów, zmuszeni jesteśmy do rewizji założeń, co skutkuje wzrostem cen ofertowych lokali.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

W naszych projektach podrożały głównie mniejsze mieszkania. W Nowym Osiedlu Natura 2 podnieśliśmy ceny lokali o powierzchni do 45 mkw. Z kolei w Osiedlu Łomianki wzrosły ceny mieszkań o metrażach do 60 mkw. Związane jest to z faktem, że wkrótce będziemy oddawać gotowe lokale do użytku, które jak wiemy cieszą się największym zainteresowaniem wśród klientów.

Główną przyczyną podwyżek jest wzrost cen materiałów budowlanych oraz kosztów pracy. Na skutek oddziaływania tych dwóch czynników koszt budowy typowego budynku czterokondygnacyjnego w stanie deweloperskim znacząco wzrósł. Ceny mieszkań windują także koszty zakupu gruntów. W Warszawie można znaleźć inwestycje mieszkaniowe, w których aż jedną trzecią wartości stanowi cena działki.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Ceny mieszkań w naszych inwestycjach względem zeszłego roku wzrosły o około 3 proc., co nie odbiega od przeciętnych wskaźników dla Poznania za ten okres. Praktycznie nie wpłynęły na to żadne czynniki zależne od lokalizacji czy charakterystyki samego produktu. Mogę powiedzieć, że najmniej wzrosły ceny mieszkań w naszej podmiejskiej inwestycji Osiedle Księżnej Dąbrówki, która pozostaje nadal cenowo najbardziej atrakcyjna.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Ceny mieszkań od marca 2020 roku są stosunkowo stabilne, nie rosną istotnie. Na pewno zmieniły się preferencje klientów, którzy w pierwszej kolejności szukają mieszkań z balkonami, tarasami lub ogródkami. Spodziewamy się kontynuacji tego trendu w okresie roku, dwóch. Jeżeli w niektórych lokalizacjach ceny są wyższe, to najczęściej wynika to ze wzrostu cen gruntów, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie kurczy się baza ziemi w atrakcyjnych dzielnicach.

Według naszych obserwacji i prognoz ceny będą nadal stabilnie rosły. Wynika to zarówno z rosnących cen materiałów, jak i wzrastających kosztów robót budowlanych. Sytuacji nie poprawiają też nowe przepisy związane z ochroną cieplną budynków oraz potencjalne utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego.

Autor: dompress.pl

Grupa Develia publikuje wyniki za 2020 r.

  • W 2020 r. przychody ze sprzedaży wyniosły 517,1 mln zł wobec 819,3 mln zł rok wcześniej. Spadek przychodów jest efektem mniejszej liczby przekazanych mieszkań.
  • Strata netto grupy wyniosła 138,8 mln zł wobec 117,4 mln zł zysku netto w analogicznym okresie poprzedniego roku. Strata jest efektem negatywnej wyceny nieruchomości komercyjnych.
  • Skorygowany zysk netto tj. bez wpływu zmiany wycen nieruchomości inwestycyjnych, wyniósł prawie 100 mln zł.
  • W 2020 r. deweloper sprzedał 1361 lokali wobec 1510 w 2019 r. oraz przekazał 1153 lokale wobec 1964 rok wcześniej.
  • Na koniec 2020 r. Develia posiadała 377 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych.

– Miniony rok był dla nas wyzwaniem, podobnie jak dla większości spółek i wymagał weryfikacji planów oraz dużej elastyczności. Po słabszym I półroczu, dane za III i IV kwartał potwierdziły, że sytuacja w segmencie mieszkaniowym ustabilizowała się i rynek stopniowo wraca do wolumenów sprzed pandemii. Optymistycznie patrzymy na ten rok i kolejne lata, wierząc w długoterminowy wzrost segmentu mieszkaniowego. Przemawiają za tym bardzo dobre dane sprzedażowe za pierwsze trzy miesiące 2021 r. oraz czynniki wspierające rozwój rynku mieszkaniowego, takie jak przewaga popytu nad podażą czy polityka niskich stóp procentowych. Dlatego, zgodnie z nową strategią koncentrujemy się na rozszerzeniu działalności w segmencie mieszkaniowym, wejściu na rynek PRS i równolegle zmniejszamy zaangażowanie w segmencie komercyjnym. Pandemia niewątpliwie zwiększyła presję na ten segment i spowodowała spadek wartości nieruchomości inwestycyjnych będących w portfelu naszej spółki, co przełożyło się na wyniki za 2020 r. – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. – Obecnie skupiamy się na przygotowaniu spółki do szybszego rozwoju. Mamy do tego odpowiednie zasoby, a rynek zgodnie z przyjętymi w strategii kierunkami powinien nam sprzyjać w osiągnięciu założonych celów – podsumowuje Andrzej Oślizło.

Działalność deweloperska

W 2020 r. Develia sprzedała 1361 lokali, wobec 1510 w 2019 r., z czego blisko 70% w II półroczu. Przekazania w 2020 r. wyniosły 1153 lokali wobec 1964 rok wcześniej. Różnica w liczbie przekazywanych mieszkań jest pochodną harmonogramu kończenia inwestycji. Pomimo trudnych warunków spowodowanych pandemią, Develia dotrzymała harmonogramów realizowanych inwestycji mieszkaniowych, w niektórych projektach nawet je wyprzedzając.

W minionym roku spółka wprowadziła do oferty 8 inwestycji we wszystkich miastach, w których prowadzi działalność, tj. w Gdańsku, Krakowie, Warszawie, Katowicach oraz we Wrocławiu. Łącznie deweloper zaoferował nabywcom 1278 lokali. Największym zainteresowaniem klientów cieszyła się inwestycja Na Woli, w której sprzedano blisko 200 mieszkań. Wysoką sprzedaż na poziomie 150 lokali odnotowano także w inwestycjach Słoneczne Miasteczko i Centralna Park w Krakowie.

W 2020 r. Develia kupiła działki pozwalające na realizację blisko 700 lokali. Bank gruntów spółki wynosił na koniec 2020 r. ponad 7100 lokali. Zgodnie z ogłoszoną na początku 2021 r. strategią, spółka planuje istotnie zwiększyć skalę działania w segmencie mieszkaniowym do poziomu sprzedaży 3100 mieszkań w 2025 r., zakładając średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) na poziomie 18%. W związku z tym zwiększyła rolę działu zakupu gruntów i systematycznie pracuje nad poszerzaniem banku ziemi, by w 2025 r. osiągnąć poziom ponad 10000 lokali, co zapewniłoby spółce dalszy rentowny rozwój.

Działalność komercyjna

Rok 2020 Develia rozpoczęła sukcesem w segmencie komercyjnym, finalizując rekordową sprzedaż biurowca Wola Center w Warszawie za 101,9 mln euro. Kolejne miesiące okazały się dla tej części działalności Develii szczególnie wymagające. Pandemia COVID-19 zwiększyła presję na segment komercyjny, co przełożyło się na spadek przychodów budynków posiadanych przez grupę Develia. Zmiana oceny perspektyw tego segmentu wpłynęła na wzrost stóp kapitalizacji i zmniejszenie liczby transakcji na rynku komercyjnym. To z kolei przełożyło się na spadek wartości nieruchomości inwestycyjnych posiadanych przez grupę. Zanotowana strata na nieruchomościach inwestycyjnych, która jest rezultatem niegotówkowych odpisów, wyniosła 213,5 mln zł.

Zgodnie z nową strategią Develia zamierza przeprowadzić dezinwestycję posiadanego portfela nieruchomości w obszarze biurowo-handlowym. Deweloper stawia sobie za cel na ten rok przygotowanie do sprzedaży budynku Sky Tower, a na przełomie 2021 i 2022 r. sprzedaż biurowca Wola Retro w Warszawie. W kolejnych latach spółka dopuszcza realizację wyłącznie projektów mixed-use wspierających komponent mieszkaniowy według strategii: buduj, komercjalizuj, sprzedaj, po odzyskaniu kapitału zainwestowanego w obecnie posiadane budynki. Obszar komercyjny Develii skupi się na poprawie wartości obecnych budynków i ich sprzedaży lub przekształceniu gruntów na działalność podstawową, w tym PRS. W przyszłości spółka dopuszcza także realizację projektów biurowych w innej niż dotychczas formule, np. podziale zysków lub partnerstwach, co wymaga niższego zaangażowania kapitałowego.

 

Wyniki finansowe

Dane finansowe (tys. zł) 2020 2019 Zmiana (%)
Przychody 517 114 819 264 -36,88%
Zysk brutto ze sprzedaży 183 618 320 112 -42,64%
Marża brutto ze sprzedaży 35,51% 39,07% -3,56pp
Zysk brutto ze sprzedaży segment deweloperski 134 757 225 330 -40,20%
Marża brutto ze sprzedaży segment deweloperski 31,33% 33,22% -1,89pp
Zysk brutto ze sprzedaży segment komercyjny 48 788 94 468 -48,35%
Marża brutto ze sprzedaży segment komercyjny 56,14% 67,18% -11,04pp
EBITDA -70 554 174 116 -140,52%
EBITDA bez przeszacowań nieruchomości 142 925 265 350 -46,14%
Zysk netto -138 800 117 382 -218,25%
Skorygowany zysk netto* 99 006 193 281 -48,78%

(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto – zysk/(strata) z nieruchomości inwestycyjnych – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji

Przychody grupy za 2020 r. wyniosły 517,1 mln zł wobec 819,3 mln zł rok wcześniej. Strata netto grupy wyniosła 138,8 mln zł wobec 117,4 mln zł zysku netto w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Zysk brutto ze sprzedaży z działalności deweloperskiej za 2020 r. wyniósł 134,8 mln zł
przy przychodach 430,1 mln zł. Zysk brutto ze sprzedaży z usług najmu wyniósł 48,8 mln zł przy przychodach 86,9 mln zł.

Zmiana sytuacji na rynku nieruchomości komercyjnych, która jest efektem pandemii wpłynęła na wyceny nieruchomości komercyjnych należących do grupy Develia. W wynikach za IV kwartał 2020 r. Develia rozpoznała spadek wyceny Arkad Wrocławskich o 9,8 mln euro (45 mln zł) i Sky Tower o 32,7 mln euro (150,8 mln zł). Ponadto o 9,5 mln zł została obniżona wycena Wola Retro, a wartość gruntu w Malinie o 17,1 mln zł. Jednocześnie wzrost kursu euro spowodował zwiększenie wartości nieruchomości grupy w IV kwartale o 20,7 mln zł. Wpływ wycen nieruchomości inwestycyjnych oraz zobowiązań finansowych po uwzględnieniu podatku odroczonego od tych operacji to w całym 2020 r. 237,8 mln zł.

Sektor komercyjny zdecydowanie silniej odczuł wpływ pandemii w porównaniu do segmentu mieszkaniowego, co jest widoczne w wynikach finansowych. Zanotowana przez grupę strata na nieruchomościach inwestycyjnych, która jest rezultatem niegotówkowych odpisów, wyniosła 213,5 mln zł. Skorygowany zysk netto tj. bez wpływu zmiany wycen nieruchomości inwestycyjnych, wyniósł blisko 100 mln zł. Warto podkreślić, że sytuacja finansowa i płynnościowa grupy jest bardzo dobra, a podstawowy biznes operacyjny generuje stabilne, pozytywne przepływy finansowe i zapewnia bazę do dalszego rozwoju – mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii. – Obecnie skupiamy się na realizacji celów finansowych określonych w strategii. Dążymy przede wszystkim do poprawy efektywności i wzrostu ROE do 15% rocznie. Zwiększenie skali działalności przy poprawie ROE pozwoli nam istotnie poprawić wyniki w kolejnych latach – dodaje Paweł Ruszczak.

Pomimo sytuacji związanej z pandemią w październiku 2020 r. Develia wypłaciła z zysku za 2019 r. 0,1 zł dywidendy na akcję, czyli łącznie do akcjonariuszy trafiło 44,8 mln zł. Stopa dywidendy wyniosła 5,74%. Realizacja strategii umożliwi spółce zwiększenie jej wartości
i osiągnięcie potencjału dywidendowego na poziomie ponad 650 mln zł do wypłaty akcjonariuszom w latach 2021-2025.

W październiku 2020 r., Develia wyemitowała obligacje o wartości 70 mln zł. Obligacje zostały uplasowane w ramach programu emisji do 400 mln zł. W marcu br. spółka poinformowała, że rozważa przeprowadzenie kolejnej emisji obligacji. Jej szczegółowe parametry zostaną ustalone w procesie rozmów z inwestorami i budowania księgi popytu.

Na koniec 2020 r. Develia posiadała 377 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych wobec z 340,9 mln zł na koniec 2019 r. Na koniec ubiegłego roku zobowiązania finansowe wyniosły 838,7 mln zł w porównaniu z 1104 mln zł na koniec 2019 r.

Dane z amerykańskiego rynku pracy powyżej prognoz

W ostatnim tygodniu w piątek, mimo braku sesji giełdowej, na rynek trafiła publikacja comiesięcznych danych z amerykańskiego rynku pracy. Zmiana w zatrudnieniu w sektorach innych niż rolnictwo wyniosła 916k, co było powyżej konsensusu analityków (652k). Mimo że walka z koronawirusem wciąż trwa, to negatywny wpływ pandemii na światową gospodarkę jest już ograniczony.

Kanał Sueski został już w pełni odblokowany, więc międzynarodowy handel wrócił do normy. Jak podali przedstawiciele Zarządu Kanału, głównym powodem zablokowania kanału był błąd kapitana.

S&P 500 pierwszy raz w historii przebiło poziom 4000 pkt. Sentyment na rynku akcji wciąż jest bardzo dobry. W ostatnich tygodniach lepiej radzą sobie spółki „value” od spółek „growth”, co chociażby widać po lepszych wynikach S&P 500 od Nasdaq 100. Ze względu na luźną politykę monetarną, a także poprawiającą się koniunkturę, prognozy dla rynku akcji pozostają dobre.

Rynek metali szlachetnych wygląda coraz lepiej. Złoto wyznaczyło dołek w okolicy $1.685, a srebro $24 za uncję. Jeżeli nie zobaczymy już kolejnej fali wzrostowej rentowności amerykańskich obligacji, a także dolar nie będzie się umacniać, to korekta na metalach szlachetnych powinna już dobiegać końca. Ciężko znaleźć lepsze „ubezpieczenie” przed obecnym dodrukiem banków centralnych, a także wzrostem publicznego zadłużenia niż inwestycja w złoto i srebro.

W piątek (09.04) czekają nas minutki RPP. Co prawda już wiemy, że nie będzie zmiany stóp procentowych, natomiast ze względu na ostatnie osłabienie się złotego, kolejne ruchy RPP mogą być kluczowe dla naszej waluty.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Wybuch pandemii COVID-19 w opinii 55% badanych firm w Polsce przyczynił się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków

Wybuch pandemii COVID-19 w opinii 55% badanych firm w Polsce przyczynił się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W 2020 roku już 64% przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden incydent polegający na naruszeniu bezpieczeństwa. Jednocześnie 51% firm przyznało, że konieczność organizacji pracy w trybie zdalnym była wyzwaniem w kontekście zapewnienia bezpieczeństwa, ponieważ zwiększyła podatność na wystąpienie cyberataków. Pomimo dość trudnej sytuacji, w jakiej znalazło się wiele organizacji, w 1/4 zwiększono wydatki na zapewnienie bezpieczeństwa. Pozytywnym efektem pandemii COVID-19 jest wzrost cyfrowych inicjatyw podejmowanych przez blisko 60% badanych firm – wynika z badania firmy doradczej KPMG.

W opinii ponad połowy badanych przedsiębiorstw, pandemia COVID-19 przyczyniła się do wzrostu ryzyka cyberataków. Pandemia i konieczność organizacji pracy w trybie zdalnym okazała się wyzwaniem w kontekście bezpieczeństwa, gdyż zwiększyła podatność na cyberataki zdaniem 51% badanych firm w Polsce. W takim samym stopniu pandemia uświadomiła firmom potrzebę wdrożenia usprawnień w obszarach zarządzania kryzysowego oraz zapewnienia ciągłości działania. Warto zaznaczyć, że mniejsze firmy częściej wskazywały na poszczególne wyzwania związane z pandemią, co sugeruje, że organizacyjnie były one gorzej przygotowane na niecodzienną sytuację związaną z COVID-19.

COVID-19 przyspiesza cyfryzację firm

Pomimo ogólnego kryzysu wywołanego pandemią COVID-19, w niemal co czwartej firmie zwiększono budżet na cyberbezpieczeństwo, a tylko w zaledwie 14% przypadków środki finansowe w tym obszarze zostały zmniejszone. Zdecydowana większość badanych firm (63% wskazań) nie zauważyła jednak znaczącego wpływu pandemii na budżet w zakresie cyberbezpieczeństwa. Badane firmy przyznają, że pandemia COVID-19 w większości przypadków pozytywnie wpłynęła na procesy związane z cyfryzacją organizacji. W przypadku 20% firm znacząco zwiększyła się liczba cyfrowych inicjatyw w przedsiębiorstwie, a w blisko 4 na 10 organizacjach wzrost liczby projektów związanych z cyfryzacją był umiarkowany.

Pandemia koronawirusa przyspieszyła cyfryzację i wymusiła powszechnie organizację pracy zdalnej. W ślad za tym zwiększyła się niestety intensywność oraz pomysłowość cyberprzestępców, bezwzględnie wykorzystujących napięcia społeczne oraz podatności związane z przyspieszoną reorganizacją trybu pracy do konstrukcji skutecznych scenariuszy cyberataków. Dodatkowo pandemia zweryfikowała skuteczność procedur reakcji na sytuacje kryzysowe oraz plany zapewnienia ciągłości działania, które w wielu organizacjach nie zawierały scenariuszy ryzyka niedostępności personelu – mówi Michał Kurek, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Szef Zespołu ds. Cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.

covid cyberbezpieczeństwo

Wzrosła liczba cyberataków na firmy w Polsce

2020 rok okazał się być bardziej niebezpieczny pod względem prób cyberataków w porównaniu z 2019 rokiem. W zeszłym roku przynajmniej jeden cyberincydent zanotowała większość badanych organizacji (64% wskazań). Oznacza to wzrost o 10 p.p. w stosunku do roku 2019. W 2020 roku wzrost liczby prób cyberataków zaobserwowało 19% przedsiębiorców, natomiast ich spadek odnotowało jedynie 4% respondentów badania. Warto zaznaczyć, że średnie firmy, częściej obserwowały w 2020 roku próby cyberataków, niż duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 250 pracowników.

cyberataki covid19

Bez zmian w stosunku do poprzednich edycji badania firmy najbardziej obawiają się zagrożeń ze strony szeroko rozumianej cyberprzestępczości, która niezmiennie od kilku lat pozostaje najczęściej wskazywaną grupą stanowiącą realne zagrożenie dla organizacji w Polsce. W aktualnej edycji badania KPMG wskazało na nią 85% firm. Największym zagrożeniem dla większości wciąż pozostają pojedynczy hakerzy oraz zorganizowane grupy cyberprzestępcze, na które wskazuje ponad połowa badanych firm. Warto podkreślić, że obecnie zdecydowanie mniej firm niż w poprzednich edycjach badania wskazało na potencjalne niebezpieczeństwo utraty danych w wyniku działania podkupionych lub niezadowolonych pracowników.

Cyberataki były w 2020 roku niestety zjawiskiem powszechnym. Przestaje być dziś właściwym pytaniem – czy, ale kiedy firma stanie się ofiarą cyberataku. W związku z tym konieczne jest właściwe przygotowanie przedsiębiorstw na jak najszybsze wykrycie incydentu bezpieczeństwa oraz właściwą reakcję. Zabezpieczenia prewencyjne są oczywiście nadal najważniejsze, ale wobec dzisiejszych cyberzagrożeń nie są już wystarczające – mówi Michał Kurek, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Szef Zespołu ds. Cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.

Wyciek danych za pośrednictwem złośliwego oprogramowania największym zagrożeniem dla firm

Zdaniem przedsiębiorstw biorących udział w badaniu największe ryzyko stanowią dla nich wycieki danych za pośrednictwem złośliwego oprogramowania (malware). Organizacje deklarują, że na podobnym poziomie obawiają się phishingu – czyli wyłudzania danych uwierzytelniających oraz wycieków danych w wyniku kradzieży, zgubienia nośników lub urządzeń mobilnych. Jako najmniej ryzykowne cyberzagrożenia organizacje wymieniają przede wszystkim włamania do urządzeń mobilnych, ataki wykorzystujące błędy w aplikacjach oraz ataki na sieci bezprzewodowe. Warto jednak zauważyć, że różnice w ocenie najbardziej i najmniej zagrażających cyberzagrożeń są stosunkowo niewielkie. Badane firmy deklarują, że największą dojrzałość zabezpieczeń osiągnęły w przypadku bezpieczeństwa styku z siecią internetową, ochrony przed złośliwym oprogramowaniem oraz planów zapewnienia ciągłości działania. Podobnie jak w poprzedniej edycji badania zaledwie 1 na 10 firm uważa, że osiągnęła pełną dojrzałość zabezpieczeń we wszystkich analizowanych obszarach.

Wyciek danych za pośrednictwem złośliwego oprogramowania

Brak wykwalifikowanych pracowników znowu największą barierą w budowaniu bezpieczeństwa IT

Połowa firm przyznała, że największą barierą utrudniającą budowanie odpowiedniego poziomu zabezpieczeń w firmach są trudności w znalezieniu oraz utrzymaniu odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Oznacza to wzrost o 8 p.p. w stosunku do poprzedniej edycji badania. 42% organizacji deklaruje, że problemem jest brak wystarczających budżetów – warto zaznaczyć, że kwestie zbyt niskich budżetów były w zeszłym roku wskazywane jak największa bariera w zapewnieniu odpowiedniego poziomu zabezpieczeń. W stosunku do ubiegłego roku oznacza to spadek aż o 22 p.p. Widoczna jest tendencja, że zbyt mały budżet jest większym problemem w przypadku mniejszych firm. Z kolei problemy związane z zasobami ludzkimi są większym wyzwaniem dla dużych organizacji.

Nadchodzi kolejny sezon jabłkowy – co czeka sadowników, jakie będą ceny jabłek w 2021 roku?

Działalność wielu branż w obecnej sytuacji związanej z globalną epidemią COVID-19 jest postawiona pod znakiem zapytania. Sektor owocowo-warzywny nie jest wyjątkiem. W 2020 roku podczas pierwszej i drugiej fali pandemii, sadownicy musieli sprostać wielu wyzwaniom. Według ekspertów Unii Owocowej, rok 2021 dla producentów owoców i warzyw, będzie kolejnym rokiem poświęconym zdobywaniu nowych rynków i prezentowaniu polskich owoców na arenie międzynarodowej, ale to także kolejny rok borykania się ze stale rosnącymi kosztami w sektorze. Sadownicy mogą także odczuć konsekwencje blokady na Kanale Sueskim. Co jeszcze czeka na sadowników i producentów w sezonie jabłkowym 2021 roku?

Wzrost konsumpcji owoców i warzyw

Z ostatnich wyników badań Monitora Konsumpcji przeprowadzonego przez Freshfel Europe, wynika, że z roku na rok mieszkańcy Unii Europejskiej spożywają coraz więcej warzyw i owoców. W 2018 roku ich spożycie netto na mieszkańca w UE w wyniosło 363,76 gramów dziennie. W porównaniu z danymi z 2017 r. obserwujemy 4% wzrost, jednak należy zaznaczyć, że rekomendowana przez WHO dzienna ilość spożywanych warzyw i owoców to 400g. Spośród 28 państw członkowskich UE, mieszkańcy 7 krajów spożywają 400 gramów lub więcej, zgodnie z zaleceniami WHO – Polska jest jednym z tych państw. W 2018 roku średnie spożycie na mieszkańca w Polsce wyniosło 232 i 221 gramów dziennie, co daje łącznie 453 gramów dziennie.

Podczas pandemii zaobserwowano zmianę zwyczajów zakupowych i powrót do większych zakupów. Konsumenci gromadzą zapasy, a w związku z tym rośnie sprzedaż produktów o długim okresie przydatności, takich jak cebula i ziemniaki. Według „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców” zleconych przez Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw, Polacy nie mają wypracowanych odpowiednich nawyków w kontekście zbilansowanej diety. Według ekspertów, warzywa i owoce powinny stanowić przynajmniej połowę tego, co jemy, jednak jedynie 13% Polaków deklarowało spełnienie tego warunku na początku roku. Ponad połowa Polaków ma zbyt ubogą dietę w warzywa i owoce.
„Mamy nadzieję, że trend wzrostu spożycia owoców i warzyw utrzyma się. Pandemia stała się impulsem do poprawy diety, społeczeństwo zwróciło uwagę na świeże produkty i dietę, u której podstaw znajdują się owoce i warzywa wpływające korzystnie na nasze zdrowie i odporność” – zaznacza Paulina Kopeć, Sekretarz Generalna Unii Owocowej

Rosnące koszty

Ograniczone możliwości eksportu, rosnące koszty produkcji, niedobory siły roboczej, niskie marże, zwiększone koszty pracy i stale rosnące koszty transportu, to utrudnienia, które sprawiają, że pandemia COVID-19 to szczególnie trudny czas dla producentów owoców i warzyw. W czasie pandemii pojawiły się dodatkowe koszty wprowadzonych procedur bezpieczeństwa, a także ograniczenia w handlu i bariery w przemieszczaniu się. Ponadto, w 2021 znowu drożeje prąd. Wzrosty cen są spowodowane wysokimi karami za emisję CO2. Prognozy niestety nie są optymistyczne i zakładają dalsze podwyżki cen energii. Dodatkowo, trzeba liczyć się także ze wzrostami cen opakowań, środków ochrony roślin i ubezpieczenia produkcji.

Jakie będą ceny jabłek w 2021 roku?

Ceny polskich jabłek są generalnie niższe niż we Włoszech i Francji. Za pożądane odmiany jabłek wysokiej jakości uzyskuje się wyższe ceny. W uzyskaniu wyższych cen zarówno dla producentów, jak i grup producenckich, czy firm prywatnych pomoże prawidłowe zliczanie kosztów przygotowania jabłka do sprzedaży.

Pomimo ogólnej dobrej sytuacji w sektorze świeżych produktów, obserwuje się pewne zakłócenia na rynku przetwórczym. Zauważono stosunkowo wyższy odsetek jabłek niższej jakości i tych uszkodzonych w wyniku ekstremalnych zjawisk pogodowych, które z tego powodu, mogą trafić tylko do przemysłu.
„W lutym zapasy jabłek w chłodniach były o około 50% wyższe od ubiegłorocznych stanów o tej porze roku. Niestety jakość jabłek w chłodniach nie jest zadowalająca i znaczna ich część jest przeznaczana na soki lub innego rodzaju przetwórstwo. Dla podstawowych odmian jabłek, ceny od wielu tygodni są stabilne” – wyjaśnia Dominik Woźniak, Grupa Producentów Owoców Rajpol, Członek Unii Owocowej.

Z badań dotyczących konsumpcji wynika, że jabłko pozostaje najpopularniejszym owocem w Polsce. Najbardziej znane odmiany to Idared – według szacunków zajmuje 19% udziału w zbiorach, Szampion, Ligol, Jonagold, Golden Delicious, Gala i Red Jonaprince. Sadownicy wskazują także na atrakcyjność trudniejszej w uprawie Gali Royal, która cieszy się popularnością za granicą. Producenci powinni jednak pamiętać, że popyt na dalekie rynki jest największy w pierwszej połowie sezonu handlu jabłkami, tj. do lutego/marca, zatem nie warto zwlekać ze sprzedażą, gdyż konkurencyjne rynki stanowią dla nas zagrożenie.
Według danych szacunkowych, w sezonie w 2019/20, głównymi rynkami zbytu dla Polski były: Białoruś, gdzie wyeksportowano 149 tys. ton, Egipt – 83 tys. ton oraz Rumunia z wynikiem 67 tys. ton. Ważnymi rynkami zbytu są kraje europejskie. Warto jednak zaznaczyć, że perspektywicznymi rynkami dla Polski stają się kraje Afryki i Azji m.in.: Indie, Wietnam czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Konkurencyjne jednak są dla nas pobliskie dla tych państw rynki Turcji i Iranu, dlatego warto stale podkreślać wyjątkową jakość i walory polskich jabłek.

Jak pogoda wpłynie na tegoroczny sezon?

Od 19 stycznia do 18 lutego 2021 zaobserwowano ekstremalne warunki pogodowe w Europie i pewne nieprawidłowości w wahaniach temperatury. Na terenie Polski występują niedobory opadów atmosferycznych, które długofalowo mogą doprowadzić do suszy. Z 90-dniowej analizy warunków pogodowych w Europie wynika, że polskie obszary sadownicze dotyka deficyt wilgoci w glebie. Susza w sadach może prowadzić do poważnych strat, zatem już dziś sadownicy powinni się do niej odpowiednio przygotować.

Rola organizacji producenckich w sprostaniu wyzwaniom 2021 roku

W dobie pandemii COVID-19, której skutkiem są m.in. niespodziewane, dodatkowe koszty pracy, produkcji i transportu, stowarzyszenia producentów pomagają rolnikom w komunikacji z instytucjami i agendami rządowymi poprzez reprezentowanie ich interesów oraz wypracowywanie rozwiązań i kierowanie postulatów na poziomie krajowym i unijnym. Dzięki udoskonalaniu zaplecza technicznego, rolnicy mogą stale poprawiać wydajność swoich gospodarstw. Organizacje to siła przetargowa rolników podczas negocjacji z innymi podmiotami w sektorze żywnościowym – dużymi sieciami handlowymi i odbiorcami hurtowymi. Unia Owocowa aktywnie działa w kampaniach promocyjnych i edukacyjnych m.in. w inicjatywie #wybieramPOLSKIEjabłka, w ramach której we współpracy z partnerami z branży, UO opracowała Raport „Trendy na polskim rynku sadowniczym 2020”, w którym szczegółowo opisuje obecną sytuację w branży. Uzupełnieniem Raportu jest broszura „Dobrzy sąsiedzi współpracują” w tematyce współpracy sąsiedzkiej jako podstawy do rozwiązywania wspólnych problemów sadowników.

„Nadchodzący sezon również będzie pełen wyzwań. Sytuacja na Kanale Sueskim wzbudziła nasz niepokój, ponieważ może skutkować wyższymi kosztami transportu morskiego, ale także znacznie utrudniła eksport jabłek na azjatyckie rynki. Szacuje się, że tym szlakiem transportowane jest około 10% światowego handlu, co odpowiada kilkumiliardowym stratom podczas tego przestoju. 2021 to rok, który przyniesie nowe relacje handlowe z Wielką Brytanią po Brexicie i kolejne wyzwania związane z pandemią. Mamy nadzieję, że będzie to również rok zdobywania nowych rynków i promocji polskich owoców na arenie międzynarodowej – zapowiada Arkadiusz Gaik, Prezes Unii Owocowej

Przedsiębiorca wygrał w NSA spór z fiskusem. Kara umowna wypłacona przez dłużnika solidarnego stanowi jego koszt uzyskania przychodu

Dwie firmy nawiązały umowę współpracy z trzecim przedsiębiorcą pełniącym funkcję menagera projektu. Zobowiązały się w niej do solidarnej wobec niego odpowiedzialności za ewentualne naruszenie kontraktu. Gdy jedna z firm nie dopełniła ciążących na niej obowiązków, menager wystąpił do niej o zapłatę kary umownej, a w obliczu bezskuteczności swego żądania zwrócił się o to do drugiej, jako zobowiązanej do tego solidarnie. Fiskus przez ponad trzy lata bronił swego stanowiska, że mimo poniesienia ciężaru tej kary firma nie może zaliczyć jej do kosztu uzyskania przychodu. O tym, że jest w błędzie, przekonał go wreszcie Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 19 stycznia 2021 r.

Umowa utworzenia i zarządzania funduszem inwestycyjnym

Działające w formie spółki akcyjnej towarzystwo funduszy inwestycyjnych zarządza i reprezentuje fundusze inwestycyjne posiadające osobowość prawną. Spółka ma siedzibę w Polsce i tu też podlegają opodatkowaniu jej dochody w całości, bez względu na miejsce ich osiągania. W 2014 r. spółka zleciła innemu przedsiębiorcy zarządzanie portfelem inwestycyjnym wyodrębnionego funduszu. Do jego utworzenia zobowiązała ją umowa o współpracy. Następnie przedsiębiorca, jako zarządzający, zająć się miał głównie pozyskiwaniem wpłat od inwestorów. Oba podmioty zawarły z firmą uprawnioną do dysponowania określonymi środkami unijnymi umowę o współpracy w zakresie utworzenia i zarządzania przedmiotowym funduszem.

Spółka zapłaciła karę zamiast przedsiębiorcy

W ramach tej ostatniej umowy zarówno spółka, jak i przedsiębiorca zarządzający zobowiązali się względem ww. firmy do ponoszenia odpowiedzialności solidarnej za ewentualne naruszenie kontraktu. Firma (zwana dalej również menagerem) zastrzegła sobie prawo do wypowiedzenia umowy na wypadek istotnego naruszenia jej ustaleń. Po bezskutecznym upływie okresu, w jakim przedsiębiorca zarządzający miał pozyskać wpłaty inwestorów, menager wezwał przedsiębiorcę do zapłaty kary umownej. Ponieważ przedsiębiorca odmówił jej zapłaty, mimo że to na nim ciążył obowiązek zgromadzenia odpowiedniego poziomu wpłat, firma zwróciła się o zapłatę tej kary do spółki. Spółka karę umowną zapłaciła i w związku z tym wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że jej koszt będzie dla niej stanowił koszt uzyskania przychodu.

Zapłata cudzego długu nie może stanowić kosztu uzyskania przychodu

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej po przeanalizowaniu sprawy 30 stycznia 2018 r. stwierdził, że zapłacona przez spółkę kara nie może stanowić dla niej kosztu uzyskania przychodu, bowiem to nie ona była zobowiązana do jej zapłaty, a przedsiębiorca zarządzający, gdyż podstawą wystąpienia przez firmę z żądaniem zapłaty tej kary było niedopełnienie części kontraktu, która obarczała zarządzającego. Spółce, jako niezobowiązanej do zaspokojenia tego roszczenia, przysługuje względem przedsiębiorcy zarządzającego roszczenie o naprawienie szkody wynikłej wskutek zapłaty kary, które powinno zostać zaspokojone zasadniczo poprzez zwrot wypłaconej menagerowi kwoty. Podsumowując, organ podatkowy uznał, że skoro uregulowanie za kogoś cudzego długu nie jest wydatkiem definitywnym, bezzwrotnym, to nie można tego wydatku uznać za koszt uzyskania przychodu.

Organ poczynił własne nieuprawnione ustalenia faktyczne

Rozpoznający skargę spółki Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku zgodził się z organem podatkowym, że zapłata cudzego długu nie może zostać uznana za koszt uzyskania przychodu. Przy czym zdaniem sądu organ w niedopuszczalny sposób zmodyfikował stan faktyczny przedstawiony przez spółkę. Całkowicie pominął bowiem fakt, że w umowie zawartej z menagerem wyraźnie zastrzeżono, iż w przypadku niezebrania wpłat od inwestorów prywatnych w odpowiedniej wysokości w uzgodnionym terminie, menager będzie mógł wezwać drugą stronę do uiszczenia kary umownej. WSA stwierdził, że organ przyjął w sposób nieuprawniony własne ustalenia faktyczne, odmienne od okoliczności, jakie we wniosku o wydanie interpretacji przedstawiła skarżąca spółka. Jak orzekł sąd, uchylając zaskarżoną przez spółkę interpretację:

„Dyrektor pominął zatem, że obowiązek zapłaty kary umownej został w Umowie o Współpracy nałożony na oba podmioty, tj. Skarżącą oraz Zarządzającego (…) Natomiast, zgodnie z postanowieniami Umowy o Zarządzanie (a zatem odrębnej umowy, zawartej w ramach innego stosunku prawnego regulującego prawa i obowiązki pomiędzy współdłużnikami solidarnymi), jej strony postanowiły, że w omawianym wyżej przypadku kara umowna winna być zapłacona przez Zarządzającego” (wyrok z 16 maja 2018 r., sygn. akt I SA/Gd 327/18).

Fiskus nie odpuścił

Organ podatkowy nie zamierzał jednak pogodzić się z wyrokiem sądu. W sierpniu 2018 r. wniósł od niego skargę kasacyjną. W wydanym 19 stycznia 2021 r. wyroku Naczelny Sąd Administracyjny nie uwzględnił skargi fiskusa. Potwierdził, że Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku poczynił trafne ustalenia, że zobowiązanie spółki do zapłaty kary umownej wynikało wprost z umowy zawartej z kontrahentem. WSA trafnie ustalił również, że organ podatkowy wykroczył poza granice swoich uprawnień, modyfikując stan faktyczny przedstawiony przez spółkę we wniosku o wydanie interpretacji.

…trafnie Sąd ten uznał, że organ interpretacyjny pominął okoliczność, że w umowie o współpracy obowiązek zapłaty kary umownej został nałożony na oba podmioty, tj. skarżącą spółkę oraz podmiot zarządzający. (…) Natomiast umowa o zarządzanie regulowała inne stosunki prawne. Regulowała bowiem prawa i obowiązki pomiędzy dłużnikami solidarnymi” (wyrok NSA z 19 stycznia 2021 r., sygn. akt II FSK 2796/18).

Podsumowanie

Funkcjonując w realiach obrotu gospodarczo-prawnego, przedsiębiorcy muszą walczyć z takimi przejawami nieuprawnionych działań fiskusa, który dla zabezpieczenia „jedynego słusznego” interesu Skarbu Państwa gotów jest zakrzywiać i modyfikować rzeczywistość, stan faktyczny, w jakiego okolicznościach działają podatnicy. Organy skarbowe nie tylko błędnie stosują prawo podatkowe na niekorzyść przedsiębiorców, ale – co gorsze –błędów tych bronią latami, aż do wyczerpania ostatniej instancji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Północna Izba Gospodarcza postuluje o przedstawienie „planu powrotu do normalności”

W dobie kolejnego przedłużenia lockdownu Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apeluje o to, by rządzący pochylili się nad problemem zachodniopomorskiej turystyki jeszcze uważniej niż dotychczas. Każdy kolejny wiosenny tydzień, gdzie hotele i restauracje nie mogą funkcjonować to przybliżanie tego sektora do upadłości. – Mamy wrażenie, że ten upadek jest coraz bliżej. Sezon turystyczny nad morzem zwykle zaczyna się w Wielkanoc, a wczoraj przedsiębiorcy dowiedzieli się, że majówka nie będzie taka, jak te sprzed pandemii. Czy to zapowiedź zamkniętych hoteli? Mam nadzieję, że nie, bo byłoby to dopełnienie tragicznego początku roku dla całego sektora turystycznego – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.  Izba apeluje o wsparcie dla tego sektora gospodarki oraz o przedstawienie planu przywracania gospodarki do funkcjonowania po lockdownie.

  • Przedsiębiorcy oczekują przygotowania przybliżonego harmonogramu odmrażania gospodarki
  • Niezbędne jest szybkie przedstawienie założeń konkretnych programów pomocowych, zarówno w formie Tarczy Finansowej jak i pomocy celowej
  • W najtrudniejszej sytuacji jest turystyka, gastronomia, hotelarstwo i usługi. Dla tych branż właśnie rozpoczyna się sezon. Każdy dzień lockdownu to wielkie straty.

Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk przedsiębiorcy oczekują od Rządu przygotowanie czegoś, co umownie możemy nazwać „planem powrotu do normalności”. Po wielu tygodniach obostrzeń, w obliczu kolejnego przedłużenia restrykcji przedsiębiorcy muszą mieć zarysowaną perspektywę tego, kiedy umożliwiona będzie im działalność w szerszej skali. Konieczne jest również możliwie szybkie przedstawienie programów pomocowych takich jak np. kolejna tarcza finansowa czy programy celowe skierowane do najbardziej poszkodowanych branż.

– Kolejne tygodnie zamiast pokazywać przedsiębiorcom w jakim kierunku zmierza pandemia i gospodarka tylko mnożą znaki zapytania. Otrzymujemy dziesiątki sygnałów od firm, które są nie tylko zirytowane i zniecierpliwione, ale i realnie zdesperowane faktem, że upragniony powrót do normalności co chwilę oddala się w czasie. Mamy wrażenie, że hasła: „jeszcze tydzień” czy „jeszcze dwa tygodnie” nie wystarczają już, by uspokoić przedsiębiorców. Zdajemy sobie sprawę, że pandemia trwa i sytuacja nadal jest poważna. W naszej opinii jednak Polska może powoli rysować plan wychodzenia z lockdownu tak jak robią to Czesi czy Węgrzy. Powolne odmrażanie gospodarki planowane jest także w Niemczech – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

– Przedsiębiorcy zadają sobie pytanie: co dalej z majówką? Czy możliwe będzie wtedy przyjmowanie gości w hotelach? Czy uruchomione zostaną ogródki gastronomiczne? Czy przygotowane zostaną programy celowe, które wesprą turystykę? Jeżeli rozpocznie się odmrażanie gospodarki to kto zacznie działać jako pierwszy? Czy w wakacje będą odbywały się eventy i koncerty, tak by ten sektor gospodarki również zaczął oddychać? – mówi Prezes Izby Hanna Mojsiuk. – Przedsiębiorcy mają oczekiwać konkretniejszych informacji. Oczywiście jesteśmy w stanie zrozumieć, że pandemia jest dynamiczna i nie można wyciągać daleko idących wniosków po kilku dniach z mniejszą ilością zakażeń. Prosimy jednak o to, by zrozumieć, że sytuacja poszczególnych sektorów gospodarki jest tak trudna, że każdy dzień straty to kolejne długi i bliższa wizja bankructwa – mówi Prezes Izby.

Udany debiut Image Power S.A. na NewConnect

Image Power S.A., polski producent gier wideo z Grupy PlayWay, oficjalnie dołączył do grona spółek publicznych na NewConnect. Na otwarciu kurs akcji rósł o prawie 40 proc. do 42 zł. To 377 spółka notowana na NewConnect oraz 7 debiut na tym rynku w 2021 roku.

Z przeprowadzonej w listopadzie 2020 r. emisji akcji firma pozyskała 1,6 mln zł. Cena emisyjna wyniosła wtedy 30 zł za sztukę i była o 50 proc. wyższa niż w poprzedniej ofercie. Przy tym kursie wycena spółki przekroczyła 46 mln zł.

Image Power zostało bardzo pozytywnie przyjęte przez inwestorów, akcje spółki w dniu debiutu mocno drożały. W najlepszym momencie walory wzrosły o 43 proc., a na zamknięciu sesji o 8 proc. Wartość obrotu była bliska 1 mln zł.

Głównym założeniem działalności Image Power jest produkcja i dystrybucja kilku nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone niewielkie zespoły deweloperskie. Takie podejście zapewnia minimalizację ryzyka inwestycyjnego związanego z produkcją pojedynczego tytułu. Dzięki środkom pozyskanym z rynku kapitałowego oraz przy wykorzystaniu autorskich pomysłów powstają własne produkcje Spółki. Akcjonariuszem i strategicznym partnerem jest PlayWay S.A., jeden z branżowych liderów, notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Debiut na rynku NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju Spółki. Aktualnie w produkcji jest siedem tytułów . Chcemy poszerzać portfolio swoich gier, aby zbudować marki, które będziemy mogli monetyzować w dłuższym czasie, na przykład poprzez kolejne części lub płatne DLC. Jednocześnie nie przestaniemy poszukiwać nowych ciekawych pomysłów, które pozwolą nam się rozwijać. Szukamy własnego miejsca na rynku, a inwestorzy doceniają nasz model biznesowyprzyznał Paweł Graniak, prezes zarządu Image Power S.A.

W lutym br. Spółka z sukcesem zakończyła na Kickstarterze zbiórkę na rozwój autorskiej gry Yacht Mechanic Simulator 2021. Producent przekroczył zakładany pułap 10 tys. dolarów kanadyjskich i planuje wydać grę w połowie roku.

Jesienią ubiegłego roku na platformie Steam odbyła się premiera pierwszej autorskiej produkcji – gry Dieselpunk Wars. Tytuł zebrał głównie pozytywne oceny. Po podpisaniu umowy z firmą HeartBeat Interactive Entertainment Ltd. – Dieselpunk Wars trafił do sprzedaży w Chinach.

Firma kontynuuje prace nad planem wydawniczym i dalszym rozwojem portfolio. W lutym Spółka podpisała umowę z GameFormatic z grupy PlayWay na stworzenie swojej największej produkcji – Offroad Mechanic Simulator. Wstępny budżet produkcji to 700 tys. PLN. W ramach współpracy powstanie również wersja na VR, w której specjalizuje się GameFormatic.

Rynek dobrze przyjął też ostatnią zapowiedź preprodukcji Creature Lab. Wkrótce, według założeń polityki wydawniczej, z nowo powstałym zespołem wewnętrznym rozpoczną się prace nad produkcją wersji demo. W planach jest też projekt kolejnej preprodukcji z gatunku mechanic simulator. Z pozostałych tytułów dobrze wygląda budowa wishlisty dla Ambulance Simulator, w przygotowaniu jest także gra Archer: The Witch’s Wrath.

Kool2Play uplasował prywatną emisję akcji serii F po 35 zł za sztukę

Kool2Play – twórca i wydawca nadchodzącej gry Uragun – uplasował ponad 51 000 akcji serii F. Cena emisyjna akcji serii F w subskrypcji prywatnej została ustalona na 35 zł. To o ok. 40% wyżej niż obecna wycena akcji spółki na NewConnect. Pozyskane ponad 1,79 mln zł  wesprze realizację 3 projektów, w tym Uragun, którego premiera EA ma nastąpić już w tym roku.

Inwestorzy docenili przyjętą przez nas strategię oraz kompetencje spółki w zakresie produkcji i promocji gier. Subskrypcja otwarta akcji serii D  z połowy 2020 r. zakończyła się spektakularnie: spółka pozyskała wówczas  2,5 mln zł, a łączne zapisy, które zostały złożone osiągnęły wtedy wartość ponad 21 mln zł. Ze względu na ogromne zainteresowanie inwestorów przeprowadziliśmy kolejną emisję akcji, tj. akcji serii F tym razem w ramach subskrypcji prywatnej. Wiarę w spółkę najlepiej obrazuje cena emisyjna. Mimo aktualnego kursu akcji spółki, inwestorzy zdecydowali się objąć akcje nowej emisji po 35 zł za akcję – komentuje Marcin Marzęcki, CEO Kool2Play.

Kool2Play rozwija nie tylko projekty, ale również zespół nad nimi pracujący. Do kluczowych wzmocnień spółki w ostatnich tygodniach należą Krzysztof Szulc oraz Fran Avilés. Pierwszy z ww. pełnił przez 10 lat funkcję dyrektora marketingu w Cenedze – największym dystrybutorze gier na terenie Polski, a jego doświadczenie zawodowe to blisko 20 lat pracy w największych firmach gamingowych, w tym CD Projekt. Pracował przy najpopularniejszych grach wydawców takich jak 2K, Activision Blizzard, Bandai Namco, Bethesda, Bungie, Capcom, Rockstar, SEGA, Square Enix czy Warner Bros.

– Do współpracy z Kool2Play przekonał mnie przede wszystkim potencjał projektów tworzonych obecnie przez spółkę. Produkcja gry Urugun idzie pełną parą, tytuł zapowiada się świetnie więc kolejne miesiące będą ekscytujące – podsumowuje Krzysztof Szulc, Publishing Director Kool2Play.

Fran Avilés jest natomiast uznanym projektantem, który jest odpowiedzialny za sukces Deep Rock Galactic. Gra duńskiego Ghost Ship Games to shooter kooperacyjny z perspektywy pierwszej osoby, który od premiery Early Access w lutym 2018 r. sprzedał się w ponad 3,9 milionach egzemplarzy. W okresie premiery pełnej wersji w maju 2020 r. gra wzbudziła ogromne zainteresowanie graczy, zajmując 6 lokatę w global topsellers, ulegając tylko takim tytułom jak Red Dead Redemption 2, Halo: The Master Chief Collection, Divinity: Original Sin 2 oraz Scrap Mechanic. Produkcja zyskała także uznanie mediów branżowych – średnie ocen wynoszą odpowiednio 85% (PC) oraz 83% (Xbox One), a tytuł był porównywany m.in do popularnej serii Left4Dead. Fran w K2P jest odpowiedzialny za projektowanie gameplaya Uraguna i rozwój tej gry w przyszłości.

Koncentrujemy się na jakości i kreowaniu silnych marek, stąd przeprowadziliśmy kolejne wzmocnienia kadrowe. Cieszymy się, że Fran oraz Krzysztof zdecydowali się na współpracę z nami – są najwyższej klasy specjalistami, z licznymi sukcesami na koncie. Głęboko wierzymy, że to, iż  zdecydowali się na pracę z Kool2Play jest potwierdzeniem potencjału jaki drzemie w spółce. Uważamy, że ich know-how przyniesie wymierne efekty jeszcze przed premierą Uragun – kończy CEO Kool2Play.

Przypominamy, że top-down shooter Uragun charakteryzuje się wysokooktanową rozrywką, a zadaniem gracza będzie pokonanie zbuntowanej AI, która zagraża ludzkości. Premiera wersji Early Access na platformie Steam planowana jest w tym roku.

Inwestycje w nieruchomości w czasach pandemii: Lokal użytkowy lepszą szansą na zysk niż mieszkanie?

Jak wynika z analiz ekspertów, nawet o kilka procent większą rentowność mogą osiągnąć lokale handlowo-usługowe niż mieszkalne. Jednak nie są oni do końca zgodni w kwestii inwestycji dokonywanych na rynku nieruchomości przez zwykłego Kowalskiego. Według szacunkowych danych, w naszym kraju brakuje około 2 mln mieszkań. Decydując się na lokale użytkowe, warto szukać takich o dość uniwersalnym przeznaczeniu, a te o powierzchni 50-100 m kw. najczęściej finalnie trafiają do najemców. W przypadku miejsca do zamieszkania największą popularnością cieszą się nowe nieruchomości. Ale wkrótce mogą się też zmienić preferencje dot. lokalizacji.

Indywidualny wybór

W przestrzeni publicznej ostatnio coraz częściej pojawiają się pytania, czy w obecnej sytuacji zwykły Kowalski powinien inwestować w nieruchomości. Niektórzy zastanawiają się, co będzie lepszym wyborem – lokal mieszkalny czy użytkowy. Jak podkreśla Łukasz Zajdel z Emmerson Commercial, możliwa do osiągnięcia rentowność w segmencie lokali handlowo-usługowych to 6,5-8%, w zależności od lokalizacji i ceny zakupu. W przypadku mieszkań waha się ona między 5-6%. Ten pierwszy typ nieruchomości właściciele głównie oferują w standardzie deweloperskim. Natomiast mieszkania na wynajem są wyposażone, czyli gotowe do zamieszkania.

– Obecnie o wiele bardziej perspektywiczną inwestycją wydaje się kupno lokali mieszkalnych. Ich ceny nie spadły. Duża część społeczeństwa mieszka w przeludnionych nieruchomościach. Szacuje się, że w Polsce brakuje około 1,5-2 mln mieszkań. Z kolei lokale użytkowe sprawdzają się dobrze pod kątem inwestycyjnym, pod warunkiem, że stanowią tak zwany gotowiec inwestycyjny – komentuje Jarosław Wójtowicz, główny analityk WGN.

Z kolei Jarosław Jędrzyński z portalu RynekPierwotny.pl zaznacza, że pandemia mocno nadwyrężyła rynek wynajmu mieszkaniowego. Dlatego obecnie inwestycja jest obciążona sporym ryzykiem. Do tego w przewidywalnej przyszłości wzrosty cen wcale nie są przesądzone. Zdaniem eksperta, odpowiedni lokal użytkowy zawsze pozwoli zarobić i nigdy nie straci na wartości, a raczej sporo będzie zyskiwać.

– Kiedy mamy do czynienia ze stabilną sytuacją w gospodarce, to bezpieczniejszą, ale także bardziej rentowną opcją jest zakup lokalu usługowego. On zapewnia właścicielowi dłuższe okresy najmu i większą stabilizację. Jednak taki zakup wymaga zwykle zaangażowania większego kapitału niż w przypadku mieszkania. Natomiast rynek tych ostatnich, mimo że rentowność inwestycji obniżyła się znacząco w ostatnich miesiącach, jest bardziej płynny – mówi Marcin Jańczuk, analityk rynku mieszkaniowego w Metrohouse Franchise.

Natomiast Jakub Tryboń z firmy deweloperskiej Tryboń PPI przekonuje, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co będzie lepszym wyborem dla Kowalskiego. Każdy inwestor ma bowiem inne preferencje i oczekiwania. Należy więc przeanalizować poziom bezpieczeństwa, rentowności oraz szybkości wyjścia z inwestycji.

Mały, ale użytkowy

– Nowy lokal użytkowy ma jedną przewagę nad używanym – o wiele łatwiej daje się przystosować do dowolnego rodzaju działalności gospodarczej. Najemca i tak musi ponieść koszty adaptacji na własne potrzeby. Używane nieruchomości, szczególnie te znajdujące się w XX-wiecznym budownictwie wielorodzinnym, często nie spełniają wielu oczekiwań – stwierdza główny analityk WGN.

Jak zaznacza Marcin Krasoń z Obido.pl, warto skupić się na lokalach o dość uniwersalnym przeznaczeniu, które będzie można łatwo wynająć szerszej gamie przedsiębiorców. Jeżeli nieruchomość znajduje się na nowym osiedlu, to można ją udostępnić np. sieciom spożywczym lub biznesom związanym z lokalną społecznością. Jarosław Jędrzyński wskazuje, że największą popularnością cieszą się lokale położone w gęstej, miejskiej zabudowie, która automatycznie generuje duży przepływ ludzi. Istotne jest też dogodne połączenie komunikacyjne.

– Patrząc na lokale usługowo-handlowe, najciekawszym rodzajem inwestycji dla małych inwestorów może się okazać segment magazynów. Warto rozważyć zwłaszcza działalność polegającą na oddawaniu w najem małych powierzchni magazynowych w postaci boksów lub niewielkich modułów. Mamy problem z gromadzeniem rzeczy, często na to po prostu brakuje miejsca – wyjaśnia Jarosław Wójtowicz.

Lokale handlowo-usługowe o powierzchni 50-100 m kw. trafiają do najszerszego grona docelowych najemców, o czym informuje Łukasz Zajdel. I dodaje, że nieruchomość powinna być jak najbardziej ustawna, najlepiej na planie prostokąta, a także z dużymi witrynami. Natomiast Marcin Jańczuk stwierdza, że obecna sytuacja wymusi wśród wielu przedsiębiorców trend wynajmowania coraz mniejszych powierzchni. Jak zaznacza ekspert z portalu RynekPierwotny.pl, zwykły Kowalski dysponuje raczej ograniczonym budżetem na inwestycje. Mały inwestor skupia się na niewielkich lokalach pod sklepy i usługi. Powierzchnie biurowe i magazyny pozostają funduszom nieruchomościowym i rynkowym tuzom.

… i mieszkalny

– Na rynku wtórnym można znaleźć mieszkanie tańsze od cen rynkowych, a wśród nowych lokali nie będzie to takie łatwe. Za tym pierwszym rozwiązaniem przemawiają też niższe koszty wykończenia i dostosowania nieruchomości do wynajmu – analizuje ekspert z Obido.pl.

Tymczasem Jakub Tryboń zaznacza, że zakup mieszkania w starym budynku z wielkiej płyty jest obarczony dużo większym ryzykiem. Trudniej później je odsprzedać czy uzyskiwać oczekiwany poziom czynszu najmu. Ponadto konieczne mogą być inwestycje, np. w nieprzewidziane remonty. Według Jarosława Jędrzyńskiego, nowe mieszkania są bardzo dobrym wyborem, bo pozostają najchętniej wynajmowane. Ale liczy się lokalizacja i stosunek jakości do ceny. Ekspert sugeruje szukanie okazji inwestycyjnych niezależnie od rynku, wtórnego czy pierwotnego.

– Duże miasta to spory wybór, ale i większa konkurencja. W niektórych mniejszych miejscowościach zlokalizowanych w oddaleniu od aglomeracji, rynek jest bardzo chłonny. Ich zaletą będzie też niższa bariera wejścia, bo mamy dużo mniejsze ceny za przysłowiowy metr kwadratowy. Minusem może być utrudnienie w zarządzaniu nieruchomością, związane z odległością od miejsca zamieszkania – informuje Marcin Krasoń.

Ekspert z Tryboń PPI podkreśla, że wśród mieszkań największą popularnością cieszą się mniejsze lokale. Wynika to z nominalnie niższej wysokości czynszu najmu. Ale nieco większe nieruchomości wynajmuje się przeważnie na dłuższy czas. Natomiast Jarosław Jędrzyński zaznacza, że ze względu na pandemię najprawdopodobniej zmienią się w jakimś stopniu preferencje wynajmujących, choćby przez upowszechnienie pracy zdalnej. Na popularności mogą zyskać mieszkania większe, tańsze, na peryferiach lub w lokalizacjach podmiejskich. Jednak jest za wcześnie na jednoznaczne oceny w tej kwestii.

– Posiadanie nieruchomości w lokalizacji niezbyt korzystnej dla potencjalnego najemcy odbije się drastycznie na zainteresowaniu ofertą. Jeśli więc dysponujemy bardzo ograniczonym budżetem, który pozwala jedynie na zakup mieszkania czy lokalu użytkowego w mało perspektywicznym miejscu, należy raz jeszcze przemyśleć, czy inwestowanie na tym rynku to dobry kierunek – podsumowuje ekspert z Metrohouse Franchise.

Debiut Creepy Jar na GPW

Ruszyły notowania Creepy Jar na parkiecie głównym GPW. Szesnasta spółka w sektorze gaming spotkała się z dużym zainteresowaniem inwestorów, a kurs wiodącego producenta gier z gatunku survival simulation pozostał bez zmian i wyniósł 974 zł w momencie otwarcia.

Do obiegu trafiło łącznie 679.436 walorów (500.000 serii A, 147.082 serii B oraz 32.354 akcji serii C), które podobnie jak na giełdzie NewConnect będą dostępne w systemie notowań

ciągłych pod nazwą skróconą „CREEPYJAR” i oznaczeniem „CRJ”. Niezależny producent gier z gatunku survival simulation, w momencie debiutu posiadał kapitalizację wartą ponad 670 milionów złotych. Debiutowi Creepy Jar na GPW nie towarzyszyła emisja ani split akcji.

Rynek NewConnect był zaledwie etapem, a parkiet główny zawsze był celem i ambicją Creepy Jar. Dzięki przejściu na GPW możemy utrzymać dotychczasowe tempo wzrostu oraz zwiększyć prestiż spółki w oczach inwestorów – komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes

Creepy Jar specjalizuje się w tworzeniu gier z gatunku survival simulation. Ponad 30-osobowy zespół jest kierowany przez zarząd posiadający kilkunastoletnie doświadczenie w zakresie produkcji gier oraz HR. Spółka zasłynęła z gry Green Hell, która odniosła sukces na platformie Steam – sprzedała się w ponad półtora miliona egzemplarzy w półtora roku od premiery. Stale rozwijana produkcja cieszy się bardzo pozytywnymi ocenami użytkowników – aż 87% z 24500 opinii jest pozytywnych, a zespół Creepy Jar, pracuje nad kolejnymi darmowymi aktualizacjami gry w ramach dodatku Spirits of Amazonia oraz wersjami na konsole. Green Hell ukaże się już w czerwcu na Xbox One i PlayStation 4, natomiast przybliżona data premiery wersji na PlayStation 5 i Xbox Series X nie została jeszcze ogłoszona.

Mimo blisko trzech lat od debiutu gry w Steam Early Access oraz dwóch od premiery pełnej wersji, zainteresowanie grą nie słabnie. Produkcja posiada aktywną i oddaną społeczność graczy, która inspiruje zespół do dalszej pracy nad tytułem. Jednocześnie rozwijamy Green Hell na kolejne platformy, w tym na VR. Liczymy, że w nadchodzących miesiącach nasz tytuł będzie generował świetne wyniki sprzedażowe, nie tylko na komputerach osobistych, ale też na PlayStation 4 i Xbox One – kończy prezes Creepy Jar, Krzysztof Kwiatek. 

Ponadto zespół pracuje nad projektem o kodowej nazwie Chimera. Rozbudowany symulator tworzenia bazy z elementami survivalu nie ma jeszcze ogłoszonych szczegółów ani daty premiery, a twórcy przyrównują projekt do bestsellerów platformy Steam takich jak Subnautica, Satisfactory, czy Astroneer.

Złoty wystarczająco słaby dla RPP?

RPP sygnalizuje, że poziom kursu złotego jest odpowiedni, ale zostawia sobie otwartą furtkę do interwencji. Protokół FOMC przypomniał o gołębiości Fed, ale nie dostarczył intersujących wzmianek. Rynki finansowe pozostają w spokojnym dryfie w oczekiwaniu na znak do obrania kierunku. Dziś cotygodniowy raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych z USA i przemówienie Powella.

Istotną zmianą w kwietniowym komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej była zmiana fragmentu „Tempo ożywienia gospodarczego w kraju może być ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego” na „Tempo ożywienia gospodarczego w kraju będzie także uzależnione od dalszego kształtowania się kursu złotego.” Jednocześnie Rada pozostawiła sobie prawo do interwencji na rynku walutowym „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”. Zmiany w komunikacie sugerują, że powrót EUR/PLN do poziomów z końca ubiegłego roku (gdzie znalazł się dzięki interwencjom NBP) zaspokaja apetyt banku centralnego związany ze słabością złotego. Teoretycznie można założyć, że dalsza, szokowa deprecjacja złotego może spotkać się z działaniami stabilizacyjnymi. Z drugiej strony pozostawienie fragmentu o gotowości do interwencji sygnalizuje, że NBP nie będzie tolerował zbyt szybkiego umocnienia w przyszłości. W pozostałych fragmentach komunikat pozostaje gołębi. NBP będzie nadal prowadził operacje skupu aktywów zaznaczając, że „polityka pieniężna NBP łagodzi negatywne skutki pandemii, wspiera aktywność gospodarczą oraz stabilizuje inflację na poziomie zgodnym ze średniookresowym celem inflacyjnym NBP”. Co istotne, Rada zbagatelizowała ryzyka wyższej inflacji zaznaczając, że do wzrostu CPI w marcu do 3,2 proc. r/r przyczynił się przede wszystkim wzrost cen paliw, energii elektrycznej i opłat za wywóz śmieci oraz koszty funkcjonowania firm w warunkach pandemii. Innymi słowy efekty te są przejściowe i poza kontrolą polityki pieniężnej.

W czwartek rano złoty jest mocniejszy i EUR/PLN schodzi pod 4,56. Jakkolwiek komunikat może sprawiać wrażenie, że NBP nie zamierza podsycać dalszej deprecjacji złotego, w polityce stóp procentowych pozostaje wyraźnie gołębi, utrzymując realne stopy procentowe głęboko poniżej zera. Nie można też zapominać, jak szybko zmienia się retoryka członków Rady, gdy EUR/PLN spada pod 4,50. Pozostawia to dość wąski zakres dla odreagowania marcowego osłabienia złotego, zanim RPP ponownie pogrozi palcem. Poza tym stanowisko Rady to nie wszystko. Przed złotym wciąż stoją ryzyka związane z uchwałami Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych (13 i 15 kwietnia). Wcześniej, bo w najbliższy piątek, uwagę przyciągnie wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (piątek 15:00). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego.

Mniej analizy wymagał protokół z marcowego posiedzenia FOMC. Dokument ogólnie miał gołębi wydźwięk, a członkowie zauważają, że „aktywność gospodarcza i zatrudnienie były obecnie znacznie poniżej poziomów odpowiadających maksymalnemu zatrudnieniu”. Zgodnie z publicznymi komentarzami, protokół potwierdził, że uczestnicy zakładają, że minie „trochę czasu”, zanim osiągnięty zostanie „znaczący dalszy postęp” w realizacji celów Fed i rozpocznie się ograniczanie zakupów aktywów. W efekcie USD nie dostał świeżego paliwa i rynek FX realizuje spokojny dryf. Dziś uwaga skupi się na przemówieniu szefa Fed Powella, choć bardziej dla zasady niż dla wyższych szans na intersujące wzmianki. Za to kolejny spadek liczby składanych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych może wzmocnić pozytywne nastroje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aplikacja Cryptiony stworzona przez łódzki startup automatyzuje rozliczenie podatku od kryptowalut

Ostatnimi czasy kryptowaluty mocno zyskują na popularności. Okres od lutego do kwietnia to czas rozliczenia się z fiskusem – również z obrotu na kryptowalutach. Dochody z tego źródła zalicza się do kapitałów pieniężnych i opodatkowuje się według stawki 19% PIT. Należy je wykazać w zeznaniu rocznym na PIT-38. Użytkownicy wciąż zadają sobie pytanie jak prawidłowo należy wyliczyć podatek od kryptowalut. Naprzeciw temu problemowi wychodzi aplikacja Cryptiony.

app-taxes

Do rozliczenia podatku od kryptowalut nie jest już potrzebne biuro rachunkowe, czy doradcy podatkowi. Aplikacja Cryptiony opracowana przez startup Cryptiony R&D, ułatwia użytkownikom kryptowalut rozliczyć podatek od krytptowalut. Wystarczy wprowadzić historię transakcji i zweryfikować czy wszystkie transakcje zostały wprowadzone do aplikacji. Aplikacja Cryptiony wykona rozliczenie podatkowe i przygotuje gotowy raport podatkowy.

– Do tej pory rozliczenie podatku od kryptowalut było czasochłonne, szczególnie w przypadku setek czy tysięcy zawartych transakcji, a w przypadku korzystania z biura rachunkowego również kosztowne. Dzięki wykorzystaniu możliwości chmury obliczeniowej rozwiązanie opracowane przez Cryptiony R&D jest nie tylko szybsze, ale również tańsze – komentuje Bartosz Milczarek, CEO Cryptiony R&D.

Aby rozliczyć obrót na kryptowalutach z aplikacją Cryptiony należy wprowadzić do aplikacji historię transakcji użytkownika. Najszybszym sposobem jest integracja przez API, wówczas aplikacja połączy się z giełdą i pobierze historię transakcji potrzebną do wyliczenia zeznania rocznego. Jeśli użytkownik dokonał transakcji na giełdzie, z którą Cryptiony nie oferuje jeszcze integracji przez API, można zaimportować historię transakcji z pliku. Po wprowadzeniu historii transakcji aplikacja wyliczy zobowiązania podatkowe użytkownika, a całość zajmie nie dłużej niż kilka sekund.

– Warto podkreślić, że aplikacja nie służy wyłącznie do przygotowania zeznania podatkowego za rok poprzedni. Dzięki aplikacji Cryptiony, użytkownik widzi swoje zobowiązania podatkowe na bieżąco – po pojawieniu się transakcji w aplikacji. Pozwala to użytkownikowi podjąć odpowiednie działania w celu optymalizacji podatkowej, przed zakończeniem okresu rozliczeniowego – dodaje Bartosz Milczarek.

Aplikacja stworzona przez łódzki startup to odpowiedź na rosnące zainteresowanie rynkiem kryptowalut oraz potrzebę rozliczenia się z Urzędem Skarbowym. Projekt został uruchomiony w lutym tego roku, a czas na rozliczenie się z fiskusem za rok 2020 użytkownicy mają do 30 kwietnia br.

Dekarbonizacja energetyki zbyt wolna. Bez szybkich działań czekają nas drastyczne podwyżki cen energii

– Polska energetyka zaspała i przegapiła etap zmian – uważa ekspert Instytutu Obywatelskiego Grzegorz Onichimowski. Według rządowych założeń Polska jeszcze do końca tej dekady będzie w blisko 60 proc. bazować na węglu, a ostatnia kopalnia zostanie zamknięta w 2049 roku. Ekspert ocenia, że transformacja będzie jednak postępować znacznie szybciej i w dużej mierze oddolnie, napędzana rozwojem energetyki prosumenckiej i wzrostem cen energii. Rząd musi jednak wdrożyć narzędzia, które umożliwią rozwój rozproszonej energetyki na większą skalę, takie jak m.in. zachęty do magazynowania energii czy definicja prosumenta wirtualnego, która pozwoli inwestować w OZE nie tylko posiadaczom domów jednorodzinnych.

– Priorytetem polityki energetycznej państwa w tej chwili powinna być dekarbonizacja. Wbrew pozorom jest to najłatwiejsze, bo wiemy już, jak to robić. Zwłaszcza w porównaniu np. z rolnictwem, gdzie nadal mamy mnóstwo pytań, na które nie ma odpowiedzi, czy chociażby elektryfikacją ciężkiego transportu drogowego, gdzie trudno sobie nawet wyobrazić, jak miałoby to dokładnie wyglądać. W energetyce wiemy, jak to zrobić od strony technologicznej. Tym, czego brakuje, jest przede wszystkim dobra wola – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Onichimowski, ekspert rynku energetycznego w Instytucie Obywatelskim, były prezes Towarowej Giełdy Energii.

Na początku lutego br. rząd przyjął nową „Politykę energetyczną Polski do 2040 roku”. W myśl rządowej strategii do końca obecnej dekady polska energetyka będzie wciąż w ok. 56 proc. oparta na węglu (albo w 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). W 2040 roku natomiast jego udział będzie wynosić jeszcze ok. 28 proc. (albo 11 proc. przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2). PEP2040 zakłada możliwie długie wykorzystanie krajowych surowców energetycznych, a redukcja węgla w gospodarce ma następować w sposób zapewniający sprawiedliwą transformację.

Zgodnie z porozumieniem zawartym przez rząd z górnikami jesienią ub.r. ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Polsce ma zakończyć działalność dopiero w 2049 roku. Mniej więcej w tym samym czasie UE – wdrażająca nowy Zielony Ład – planuje już osiągnąć całkowitą neutralność klimatyczną, a wiele krajów europejskich (m.in. Norwegia, Szwecja, Finlandia i Austria) zamierza zrobić to jeszcze wcześniej.

 Polska energetyka od dobrych 15 lat zapadła w sen zimowy i nie potrafiła sprostać oczekiwaniom współczesności, nie widziała nadchodzącej zmiany. Mieliśmy darmowe uprawnienia do emisji CO2 dla elektrowni, ale przecież szefowie firm energetycznych świetnie zdawali sobie sprawę, że to się niedługo skończy i trzeba będzie płacić. Co więcej, ścieżka cenowa uprawnień do emisji CO2 też była znana, więc wiedzieliśmy, ile będziemy za nie płacić. Poziom ok. 30 euro był prognozowany już 10 lat temu. Następujące po sobie rządy niewiele z tym zrobiły, a przez ostatnie pięć lat w ogóle realizowano politykę energetyczną z przepaską na oczach. Trzeba uczciwie powiedzieć, że takie pomysły jak chociażby elektrownia w Ostrołęce czy odkupywanie za duże pieniądze od zachodnich koncernów starych, wyeksploatowanych elektrowni w Rybniku czy w Połańcu to była polityka samobójcza – ocenia ekspert.

Jak wskazuje Instytut Obywatelski, w Polsce ponad 70 proc. energii nadal wytwarzają elektrownie węglowe; z OZE pochodzi niespełna 14 proc. Każda kilowatogodzina wyprodukowanej energii oznacza emisję około 700 g CO2, podczas gdy np. w Hiszpanii jest to mniej niż 200 g, a we Francji (której energetyka opiera się na atomie) – mniej niż 100 g. Za tę przepaść odpowiadają właśnie stare, polskie bloki węglowe – choćby elektrownia w Bełchatowie, która jest największym emitentem CO2 w całej Unii Europejskiej.

Polska nie podała też dotąd planowanej daty osiągnięcia dekarbonizacji. W optymistycznym wariancie mogłaby dojść do neutralności w 2056 roku, ale w scenariuszu negatywnym może to nastąpić nawet w 2067 roku – oszacowali analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego w ubiegłorocznym raporcie „Czas na dekarbonizację”. Ekspert IO ocenia jednak, że zmiany mogą następować znacznie szybciej, bo w znacznej mierze będą one zachodzić oddolnie.

– Polacy wprowadzą radykalne zmiany – niezależnie od tego, co napiszemy w kolejnych, szumnych strategiach i politykach energetycznych. Pytanie tylko, na co i ile pieniędzy zmarnujemy do drodze. Musimy iść drogą zmiany całego paradygmatu energetyki, czyli przejść od tej wielkiej, centralnie sterowanej energetyki ku energetyce rozproszonej, aktywności prywatnych inwestorów i roli państwa, które będzie po prostu regulowało ten rynek i tworzyło neutralne pole do konkurencji – mówi Grzegorz Onichimowski.

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla (paliwem przejściowym w transformacji ma być gaz) będzie równoważone wzrostem mocy zainstalowanych w OZE, energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku i uruchomieniem w 2033 roku pierwszego bloku elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Według eksperta początek przyszłej dekady to jednak zbyt odległa perspektywa i rząd będzie musiał przyspieszyć z transformacją, zwłaszcza w obliczu rosnących cen energii.

– Czekają nas drastyczne podwyżki cen energii, to trzeba sobie powiedzieć uczciwie. Nawet minister Piotr Naimski w jednym z ostatnich wywiadów przyznał, że rachunki za energię będą rosnąć. Pytanie, jakich środków szukamy do przeciwdziałania temu. Jeśli to ma być energetyka jądrowa, to jak powiedzieć choremu na nowotwór, że jest superchemia, która za 12 lat będzie gotowa. To nie jest najlepsza rekomendacja, jaką chory może usłyszeć. W tym przypadku jest podobnie: musimy wprowadzać zmiany szybko, już dziś. Jeżeli tego nie zrobimy, to rzeczywiście wzrost cen może być dość dramatyczny. Zwłaszcza że UE oczekuje od nas, że rachunki dla gospodarstw domowych nie będą regulowane przez URE – mówi ekspert Instytutu Obywatelskiego.

Zgodnie z PEP2040 równolegle do wielkoskalowej energetyki ma się rozwijać energetyka rozproszona i obywatelska, oparta na lokalnym kapitale. Według rządowej strategii do końca tej dekady w Polsce energię ma już produkować już 1 mln prosumentów, czyli pięciokrotnie więcej niż w pierwszej połowie 2020 roku.

Instytut Obywatelski ocenia, że to właśnie obywatelska i rozproszona energetyka stanowi odpowiedź na obecne problemy związane z transformacją. Potencjał jej rozwoju już jest widoczny, co potwierdzają m.in. dane PTPIREE. Od początku 2019 do końca 2020 roku liczba mikroinstalacji przyłączonych do sieci przez operatorów systemów dystrybucyjnych wzrosła aż o 774 proc. przy jednoczesnym prawie dziewięciokrotnym wzroście mocy zainstalowanej w mikroinstalacjach. W efekcie na koniec ubiegłego roku w Polsce funkcjonowało już prawie 457,5 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ponad 3 GW.

 Energetyka prosumencka została zapoczątkowana ustawą z 2014 roku i przez ostatnie lata rozwijała się z dużymi sukcesami, przy wsparciu takich programów jak Czyste Powietrze czy Mój Prąd. W efekcie mamy dzisiaj ok. 450 tys. instalacji PV na dachach polskich domów, a w ubiegłym roku Polska była krajem najszybciej rozwijającym energetykę słoneczną. To wszystko jest jednak mało. Znaleźliśmy się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo niskie emisje niszczą nasze zdrowie, a próba ucieczki od nich poprzez elektryfikację ogrzewania nie wydaje się atrakcyjna dla większości Polaków w sytuacji, kiedy gwałtownie rosną ceny energii. Musimy więc coś z tym zrobić. I właśnie energetyka obywatelska wydaje się jedną z odpowiedzi – ocenia Grzegorz Onichimowski.

W tej chwili energetyka prosumencka jest ograniczona głównie do posiadaczy domów jednorodzinnych, którzy mają miejsce na własną instalację OZE. Instytut Obywatelski wskazuje, że potrzebne są narzędzia, które pozwolą, by prosumentami stali się również np. mieszkańcy bloków. Jedną z propozycji jest też wprowadzenie definicji prosumenta wirtualnego, co pozwoliłoby na budowę instalacji OZE z dala od miejsca zamieszkania dla całych społeczności, które chcą wspólnie podjąć się takiej inwestycji, a następnie korzystać z produkowanej tam energii.

– Mikroinstalacje nigdy nie pokryją nam całego zapotrzebowania na energię elektryczną, ale mogą pokryć zapotrzebowanie sektora mieszkalnego. A to jest chyba największy problem, ponieważ on wiąże się z niską emisją. Możemy zdecydowanie ograniczyć zużycie paliw kopalnych dla celów ogrzewania, jeżeli mieszkańcy – dzięki temu, że mają własne źródła – będą płacić za energię nic albo prawie nic – mówi ekspert Instytutu Obywatelskiego.

W ramach wspierania energetyki rozproszonej Instytut Obywatelski proponuje szereg innych narzędzi, m.in. możliwość odstępowania wytworzonej energii, jej sprzedaży lub wymianę np. na sąsiedzkich platformach czy rynkach lokalnych, a także wprowadzenie zachęt do magazynowania energii.

Inwestycje zagraniczne szansą polskich firm na szybsze wyjście z koronakryzysu. Ryzyko wejścia na nowe rynki obniża Fundusz Ekspansji Zagranicznej

Ponad połowa firm w ubiegłym roku odnotowała spadek przychodów w porównaniu z 2019 rokiem o co najmniej 25 proc. – wynika z badania EY. Wiele z nich z powodu pandemii zrezygnowało z zaplanowanych inwestycji i z ostrożnością podchodzi do nowych. Paradoksalnie to często jednak inwestycje są szansą na szybsze poradzenie sobie z kryzysem i na dynamiczny rozwój firmy. Przynoszą także korzyści całej gospodarce, m.in. zwiększając eksport. Duże znaczenie dla decyzji firmy o ekspansji zagranicznej ma wsparcie państwowych instytucji. W rozwoju polskich spółek uczestniczy m.in. Fundusz Ekspansji Zagranicznej zarządzany przez PFR TFI. W ostatnim czasie z jego oferty skorzystali m.in. polscy deweloperzy i spółka Rainbow Tours.

– Wyciągając wnioski ze zjawisk gospodarczych towarzyszących pandemii, polskie przedsiębiorstwa mogą rozpocząć poszukiwania nowych kierunków dla swoich inwestycji i coraz częściej wykorzystywać szanse biznesowe za granicą. Skracając lub dywersyfikując globalne łańcuchy dostaw, można ograniczyć ryzyko ich zerwania. Inwestycje zagraniczne w różnych destynacjach mogą też zminimalizować ryzyko związane z lokowaniem środków tylko w jednym kraju – wskazuje Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI SA, który zarządza Funduszem Ekspansji Zagranicznej.

Obecna niepewna sytuacja gospodarcza zmusza przedsiębiorstwa do ostrożniejszych decyzji inwestycyjnych. W efekcie według danych UNCTAD w 2020 roku wartość światowych inwestycji zagranicznych spadła o 42 proc. r/r, osiągając poziom 859 mld dol. To wynik niższy o 30 proc. od poziomu inwestycji z lat 2008–2009, czyli z czasów kryzysu gospodarczego. Mimo tego, według analityków firmy doradczej PwC, bezpośrednie inwestycje zagraniczne odegrają istotną rolę w odbudowie polskiej gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19.

– Zawirowania gospodarcze w 2020 roku przyczyniły się do zmniejszenia strumieni bezpośrednich inwestycji zagranicznych na całym świecie – mówi Piotr Kuba. – Mimo tych turbulencji Fundusz Ekspansji Zagranicznej ocenia kolejne wnioski inwestycyjne zgłoszone przez polskie spółki. Przedsiębiorstwa mają świadomość tego, że mogą wykorzystać szanse związane ze skutkami gospodarczymi COVID-19, a FEZ skutecznie im w tym pomaga. Wspierając inwestycje zagraniczne polskich firm poprzez Fundusz Ekspansji Zagranicznej, chcemy przyczynić się do zwiększenia ich aktywności na arenie międzynarodowej, jednocześnie wzmacniając siłę polskiej gospodarki.

Raport PIE na temat bezpośrednich inwestycji zagranicznych wskazuje, że gospodarka dużo może na nich zyskać dzięki większej współpracy międzynarodowej i wymianie kapitałowej. Często bowiem BIZ przyczyniają się do zwiększenia eksportu. Ich efektem jest też przepływ zysków do kraju pochodzenia oraz transfer nabytej w trakcie internacjonalizacji wiedzy dotyczącej m.in. technologii, know-how czy funkcjonowania rynków zagranicznych. Tym samym inwestycje te w wielu przypadkach mogą przyczynić się do postępu technologicznego, co warunkuje wzrost PKB kraju pochodzenia.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej oferuje finansowanie kapitałowe oraz dłużne zagranicznych inwestycji polskich przedsiębiorstw. Polskie firmy mogą w ten sposób powtórzyć na arenie międzynarodowej sukces odniesiony w Polsce.

– Dla FEZ ostatnie miesiące były czasem intensywnej pracy, która zaowocowała kolejnymi podpisanymi umowami inwestycyjnymi – wskazuje członek zarządu PFR TFI SA.

W grudniu 2020 roku fundusz podpisał umowę inwestycyjną z Poznańską Korporacją Budowlaną Pekabex, która przejęła fabrykę betonowych fabrykatów zlokalizowaną w Bawarii. Dzięki tej transakcji Pekabex będzie w stanie obniżyć koszty produkcji i logistyki oraz zaangażować się w kolejne projekty budowlane. Z kolei w styczniu 2021 roku Fundusz Ekspansji Zagranicznej podpisał umowę ze spółką deweloperską Victoria Dom, która planuje zakup gruntów i realizację kolejnych projektów na terenie Niemiec.

Niedawno Fundusz Ekspansji Zagranicznej zainwestował również w spółkę zależną Rainbow Tours, wspierając plany jej rozwoju. Za kwotę 9 mln euro FEZ objął 34 proc. udziałów spółki White Olive, która otrzymane środki chce przeznaczyć głównie na pozyskiwanie i remont nowych obiektów hotelowych.

– Inwestycja w spółkę White Olive pozwoli umocnić pozycję Rainbow na rynku Unii Europejskiej i poprawi jej konkurencyjność. Grecja jest jednym z głównych kierunków turystycznych oferowanych przez Rainbow Tours w Europie Południowej, jest też jednym z ulubionych kierunków zagranicznego wypoczynku Polaków. Inwestycja pozwoli na zwiększenie posiadanej bazy hotelowej i pozytywnie wpłynie na  dalszy rozwój spółki – podkreśla Piotr Kuba.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej od początku działalności w 2015 roku zawarł 18 umów inwestycyjnych. Współfinansuje zagraniczne przedsięwzięcia polskich firm, dzieli z nimi ryzyko zagranicznej inwestycji i ułatwia realizację większych przedsięwzięć, które bez jego udziału byłyby trudniejsze do sfinansowania.

Jak wynika z danych NBP, całkowita wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniosła w 2019 roku 96,5 mld zł (wzrost o 4 mld zł r/r). Niemal 91 proc. z nich zlokalizowanych było w Europie. Dochody z polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w 2019 roku wyniosły 7,8 mld zł.

Biotechnologia zyskała na znaczeniu w czasie pandemii. Polskie firmy z branży łączą siły, żeby skuteczniej konkurować na globalnym rynku

Pandemia COVID-19 mocno przyczyniła się do wzrostu popularności biotechnologii, podobnie jak wszystkich branż związanych z ochroną zdrowia. W Polsce ten sektor zyskuje na znaczeniu już od kilku lat i znalazł się w centrum rządowych strategii, czego dowodem jest m.in. powołanie pełnomocnika rządu ds. biotechnologii czy przejęcie udziałów Mabionu i Selvity przez Polski Fundusz Rozwoju. Otoczenie instytucjonalno-prawne w Polsce wciąż jednak nie nadąża za szybkim rozwojem biotechnologii, dlatego krajowe firmy powołały pierwszą organizację branżową – Związek Firm Biotechnologicznych BioForum, którego zadaniem będzie wzmocnienie roli całego sektora i konkurowanie na globalnym rynku.

– Produkty biotechnologiczne – inaczej niż np. odnawialne źródła energii – nie potrzebują subsydiowania ze środków publicznych. Znaczna większość barier rozwoju, z jakimi się stykamy, dotyczy gospodarki jako całości, a nie naszego sektora. Potrzebujemy lepszego rynku kapitałowego, stabilnego ustawodawstwa, przyjaznego systemu podatkowego i sprawnych instytucji państwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Konrad Hennig, członek zarządu Związku Firm Biotechnologicznych BioForum.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego („Biotechnologiczny skok w przyszłość czy dryf?”), biotechnologia – obok sektora ICT – jest najbardziej perspektywicznym obszarem dla rozwoju gospodarki opartej na wiedzy i danych. Jej zastosowanie w medycynie, przemyśle i rolnictwie generuje miliardowe zyski i pozwala na generowanie tysięcy miejsc pracy, stwarzając przy tym szansę na rozwiązanie kluczowych wyzwań ludzkości: skuteczniejsze leki i terapie, bardziej zrównoważoną gospodarkę zasobami czy przeciwdziałanie zmianom klimatu.

– Branża biotechnologiczna ma duże znaczenie dla gospodarki, zwłaszcza że jest to biznes ukierunkowany na umiędzynarodowienie badań naukowych i globalną dystrybucję produktów – wskazuje dr Konrad Hennig.

Dane PIE pokazują jednak, że Polska wciąż pozostaje mało znaczącym uczestnikiem globalnego rynku biotechnologicznego. W 2017 roku polskie przedsiębiorstwa wydały w sumie ok. 240 mln dol. na badania i rozwój związane z biotechnologią, czyli sześć razy mniej niż biznes niemiecki i ponad 200 razy mniej niż firmy amerykańskie.

W 2019 roku światowe firmy biotechnologiczne pozyskały łączne finansowanie venture capital w wysokości 18,8 mld dol. Dla porównania całkowita wartość finansowania VC w Polsce wyniosła w tym czasie zaledwie 331 mln dol. W rankingu firm, które przeznaczają najwięcej na badania i rozwój – The EU Industrial Research and Development Scoreboard – nie znalazła się żadna firma biotechnologiczna ani farmaceutyczna z Polski. Również w zestawieniach europejskich start-upów biotechnologicznych udział polskich podmiotów jest znikomy.

– Polska branża biotechnologiczna napotyka więcej trudności, chociażby z finansowaniem swoich działań, niż w krajach wysokorozwiniętych. Brakuje u nas kapitału wysokiego ryzyka, stąd większa rola funduszy publicznych w finansowaniu rozwoju nowych technologii. Często jesteśmy podwykonawcami firm zagranicznych, dla których wykonujemy szereg badań – wskazuje członek zarządu Związku Firm Biotechnologicznych BioForum.

Według danych GUS w 2019 roku działalność biotechologiczną w Polsce prowadziło 181 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. mniej niż w 2018 roku. Nakłady wewnętrzne poniesione przez firmy na działalność biotechnologiczną wyniosły prawie 1,2 mld zł i spadły w skali roku o 3 proc., wzrosły za to – o 6,5 proc. – wydatki na działalność badawczą i rozwojową w biotechnologii. Co istotne, w ubiegłym roku wzrosty mogły być wyraźniejsze, bo pandemia COVID-19 mocno przyczyniła się do wzrostu popularności biotechnologii, podobnie jak wszystkich biznesów związanych z ochroną zdrowia.

– Zainteresowanie branżą wzrosło proporcjonalnie do roli, jaką w zwalczaniu pandemii odgrywają szczepionki mRNA – mówi dr Konrad Hennig. – O branży mówią już nie tylko eksperci i naukowcy, ale również drobni inwestorzy i zwykli obywatele. Przykładem może być redukcja w transzy inwestorów indywidualnych debiutującego 1 kwietnia br. na giełdzie Captor Therapeutics, która wyniosła 91,5 proc.

Biotechnologia znalazła się w centrum rządowych strategii, czego dowodem jest m.in. przejęcie udziałów Mabionu i Selvity przez Polski Fundusz Rozwoju czy finansowanie licznych biotechnologicznych projektów B+R przez NCBiR. Od listopada ub.r. rząd ma też pełnomocnika ds. rozwoju biotechnologii, którym został dr n. med. Radosław Sierpiński z Agencji Badań Medycznych.

Jak wskazuje ekspert BioForum, wciąż jednak otoczenie instytucjonalno-prawne nie nadąża za szybkim rozwojem biotechnologii, zwłaszcza w Polsce. Dlatego krajowe firmy powołały pierwszą organizację branżową – Związek Firm Biotechnologicznych BioForum.

– Związek powstał, ponieważ bardzo mocno rozwijająca się branża biotechnologiczna coraz częściej napotyka trudności systemowe i rozwojowe. Nowe, licznie powstające firmy napotykają utrudnioną współpracę z uczelniami, niepełną ofertę infrastruktury badawczej, brak koordynacji działań pomiędzy podmiotami. Związek pozwoli gromadzić wiedzę o ponadjednostkowych nieefektywnościach i przekazywać ją decydentom politycznym – mówi członek zarządu BioForum.

Instytucja reprezentująca polską branżę biotechnologiczną ma m.in. współpracować przy tworzeniu nowych regulacji prawnych i stanowić kolejny krok do wzmocnienia tego sektora. Silnym impulsem będzie dla niego też ogromna pula pieniędzy z UE, która niebawem trafi do firm biotechnologicznych – do 2027 roku do Polski ma popłynąć w sumie 3 mld zł unijnych środków na wzmocnienie firm oferujących przełomowe technologie w leczeniu i żywieniu człowieka. Kanałem dystrybucji tych środków ma być nowo powstający hub biotechnologiczny, którego utworzenie zostało wpisane w rządową Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

– Naszym celem jest integracja środowiska biznesowego i naukowego: wymiana wiedzy, zasobów ludzkich, pomysłów. Firmy biotechnologiczne za pośrednictwem nowego związku będą mogły wyrazić swoje oczekiwania wobec powstającego hubu biotechnologicznego i uzyskać realny wpływ na sposób rozdysponowania 3 mld zł ze środków unijnych, które trafią w ciągu najbliższych siedmiu lat do Polski – mówi dr Konrad Hennig.

Członkami nowo utworzonego Związku Firm Biotechnologicznych BioForum są m.in. Celon Pharma, NanoGroup, Mabion – jedna z pierwszych polskich firm biotechnologicznych, mająca szansę na produkcję szczepionki przeciw COVID-19 we współpracy z amerykańskim Novavaxem, Sygnis Bio Technologies, start-up Biotts, który chce zrewolucjonizować dostarczanie leków do organizmu człowieka, oraz Personather i Polski Bank Komórek Macierzystych FamiCord Group.

Eksperci zbadają, jak pandemia wpłynęła na kondycję fizyczną dzieci i młodzieży. Projekt MEiN i AWF ma pomóc w powrocie uczniów do aktywności

– Aktywność fizyczna dzieci i młodzieży i ich kondycja spada systematycznie od 20 lat, a pandemia jeszcze pogłębiła ten problem – przestrzega prof. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Badania ekspertów AWF mają określić, jak poważny jest ten negatywny wpływ. Wspólnie z resortem edukacji uruchomili właśnie program, który pomoże uczniom w powrocie do aktywności. W pierwszym etapie nauczyciele WF-u otrzymają wskazówki, jak pracować z dziećmi po COVID-19 i jak motywować ich do sportu po tak długim okresie nauki zdalnej i zamknięcia w domach. Drugi etap przewiduje stworzenie Sport Klubów, czyli dodatkowych aktywnych zajęć dla uczniów, które będą wdrażane od września.

Chcemy wyposażyć nauczycieli w dodatkowe narzędzia związane z umiejętnością prowadzenia zajęć prozdrowotnych, które mają poprawić kondycję fizyczną dzieci i młodzieży szkolnej, zarówno klas 1–3, 4–8, jak i szkół średnich. Będziemy przekazywać im pewne wskazówki dotyczące psychologii oraz motywacji, aby mogli skutecznie zachęcać całą rzeszę dzieci i młodzieży szkolnej, która jest obecnie objęta nauczaniem zdalnym, do regularnej aktywności fizycznej po pandemii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Bartosz Molik, rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Przykładowe tematy szkoleń planowanych w ramach pierwszego etapu projektu to: metody przeciwdziałania skutkom hipokinezji, izolacji społecznej, konsekwencje psychiczne nauczania zdalnego, metody wzbudzania motywacji na zajęciach ruchowych, budowanie relacji w grupie rówieśniczej, metody pokonywania barier aktywności fizycznej lub metodyczne przykłady dobrego działania. Projekt „Aktywny powrót do szkoły” realizują wykładowcy z Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie we współpracy z uczelniami z  Gdańska, Poznania, Wrocławia, Katowic i Krakowa. W ramach szkolenia nauczycieli wychowania fizycznego w całym kraju odbędzie się 420 sesji szkoleniowych

– Chcemy uniknąć szkoleń online, więc próbujemy jak najbardziej opóźnić część szkoleniową przeznaczoną dla nauczycieli. Prawdopodobnie rozpocznie się ona w maju, jeśli będzie zielone światło od Rady Ministrów, bo obecnie rozporządzenia nie pozwalają na przeprowadzanie szkoleń dla kilkudziesięciu osób. Wiem, że nauczyciele już czekają na te szkolenia, ale uruchomimy je po trzeciej fali pandemii – zapowiada rektor Akademii Wychowania Fizycznego Józefa Piłsudskiego w Warszawie.

Jak podkreśla, nauczyciele wychowania fizycznego to dobrzy specjaliści, którzy umieją pracować z dziećmi, jednak potrzebują dodatkowej wiedzy na okres popandemiczny.

Szkolenia mają ich przygotować na to, jak pracować z dziećmi i młodzieżą po pandemii. Chcemy także przekazać wskazówki, jak pracować z młodzieżą, która nie była do tej pory i nie jest wciąż zainteresowana aktywnością fizyczną, która nie czuje takiej potrzeby, nie ma przykładu ze strony rodziców. To jest ważna grupa docelowa – uściśla prof. Bartosz Molik. – Zajęcia mają także zaznajomić uczestników z zagrożeniami związanymi z efektem pocovidowym oraz ze skutkami hipokinezji.

Jak podkreślają twórcy projektu, dzieci często przechodzą COVID-19 bezobjawowo, ale widać u nich konsekwencje choroby. Wśród nich są zmęczenie, duszności, osłabienie siły mięśniowej, ale również zdarzają się bóle w klatce piersiowej, zaburzenia rytmu pracy serca, bóle głowy i omdlenia. Na te objawy dodatkowo nakłada się długotrwały brak regularnej aktywności fizycznej, co też negatywnie wpływa na kondycję fizyczną uczniów. W połączeniu z chronicznym zmęczeniem i osłabieniem wszystko to może zaburzać ich normalny powrót do szkoły.

Po ukończeniu szkolenia uczestnicy otrzymają możliwość ubiegania się o pieniądze dla szkoły na sportowe zajęcia dodatkowe dla uczniów. Te będą drugą fazą programu – Sport Kluby mają ruszyć we wrześniu. Będą to dodatkowe zajęcia pozaszkolne, poza zajęciami wychowania fizycznego, które mają zaoferować uczniom konkretne aktywności fizyczne ukierunkowane na zdrowie. Ich celem jest powrót uczniów do poziomu aktywności fizycznej sprzed pandemii.

– SKS-y są ukierunkowane na młodzież uzdolnioną sportowo, a my chcemy zmotywować do działania te dzieci, które do tej pory nie wykazywały chęci do regularnej aktywności fizycznej. Nauczyciele mają pokazać im, że regularna aktywność fizyczna jest w stanie wpłynąć na jakość ich życia i zdrowie w przyszłości – dodaje rektor AWF.

Zajęcia mają się odbywać jeden–dwa razy w tygodniu po 60 min w 20-osobowych grupach. Projekt zakłada zorganizowanie w sumie w tym roku min. 300 tys. godzin zajęć w całej Polsce.

Pozwoli to również na przeprowadzenie monitoringu stanu aktywności fizycznej oraz sprawności fizycznej dzieci i młodzieży. Liczymy na to, że w grudniu 2021 roku przygotujemy siedem raportów regionalnych oraz raport ogólnopolski, w których przekażemy, jaki jest aktualny, rzeczywisty stan kondycji fizycznej i aktywności fizycznej dzieci i młodzieży oraz sformułujemy rekomendacje na kolejne miesiące – deklaruje prof. Bartosz Molik.

Jak ocenia, aktywność i kondycja fizyczna dzieci przed pandemią nie była w Polsce na wysokim poziomie, podobnie jak w wielu krajach europejskich. Badania pokazują, że od ok. 20 lat poziom kondycji fizycznej dzieci i młodzieży spada. Prawdopodobnie przyczynił się do tego bardziej siedzący tryb życia.

Jeszcze w latach 70.–80. XX wieku kondycja fizyczna i sprawność dzieci i młodzieży były na stosunkowo wysokim poziomie. Obecnie dzieci znacznie więcej czasu spędzają w pozycji siedzącej. Bardzo rzadko obserwujemy spontaniczną aktywność fizyczną, np. grę w piłkę na podwórku. Już przed pandemią widzieliśmy, że 80 proc. dzieci i młodzieży nie spełnia wymogów aktywności fizycznej zaleconych przez Światową Organizację Zdrowia. Czyli na pięcioro dzieci tylko jedno było aktywne fizycznie na poziomie preferowanym przez WHO – wyjaśnia rektor AWF.

Czas pandemii koronawirusa tylko pogłębił ten problem. Aktywność fizyczna została w zasadzie niemalże wyeliminowana z życia i spontaniczny ruch jest bardzo rzadki, m.in. przez brak regularnych zajęć. Co więcej, z powodu nauki zdalnej dzieci spędzają całe dnie przed komputerem.

Superszybka ładowarka połączona z magazynem energii przyspieszy rozwój elektromobilności. Ma łączyć niskie stawki za kWh ze stosunkowo niewielkim kosztem inwestycji [DEPESZA]

Zintegrowana z akumulatorem ładowarka do aut elektrycznych umożliwi ładowanie aut z bardzo dużą mocą przy niskich kosztach energii. Dzięki możliwości podłączenia urządzenia do istniejącej infrastruktury inwestycja w takie rozwiązanie ma być prawie o połowę niższa niż w przypadku typowej ładowarki supercharge. – Opracowaliśmy nowatorskie rozwiązanie, które eliminuje dotychczasowe bariery, dostarczając wysoką moc wszędzie tam, gdzie jest niezbędna bez kosztownych i uciążliwych modernizacji sieci – podkreśla Arcady Sosinov, założyciel i dyrektor generalny FreeWire.

– Największym wyzwaniem dla rozwoju ultraszybkiego ładowania pojazdów elektrycznych są ograniczenia infrastruktury. Do szybkiego ładowania na dużą skalę wymagana jest bardzo duża moc, a ulepszanie sieci ładowarek elektrycznych w tych miejscach, gdzie kierowcy będą musieli ładować swoje auta, jest zbyt drogie i skomplikowane – wskazuje Arcady Sosinov.

Opracowana przez FreeWire ładowarka do pojazdów elektrycznych Boost Charger jest zintegrowana z akumulatorem. Akumulator dysponuje pojemnością 160 kWh, a moc wyjściowa sięga 120 kW. To tyle, ile dają najszybsze ładowarki dostępne w Polsce. Jest ich jednak zaledwie kilka. Tymczasem Boost Charger podłącza się do istniejącej infrastruktury. Między innymi dzięki temu inwestycja w taki punkt ładowania jest dużo tańsza niż w standardową, stacjonarną infrastrukturę. Według producenta koszt takiej instalacji jest o 40 proc. niższy.

– Opracowaliśmy nowatorskie rozwiązanie, które eliminuje dotychczasowe bariery, dostarczając wysoką moc wszędzie tam, gdzie jest niezbędna bez kosztownych i uciążliwych modernizacji sieci – podkreśla założyciel i dyrektor generalny FreeWire.

Electric Power Research Institute przeprowadził badania, w ramach których w warunkach laboratoryjnych sprawdzone zostały elementy świadczące o konkurencyjności takich rozwiązań. Raport wskazuje przede wszystkim na obniżony koszt instalacji i możliwość obniżenia kosztów eksploatacji, na przykład poprzez ładowanie urządzenia poza godzinami szczytu.

– Raport EPRI potwierdza, że ​​nasza technologia działa zgodnie z założeniami, oszczędzając naszym klientom dziesiątki tysięcy dolarów rocznie, jednocześnie obniżając bariery wejścia na ten rynek. Dzięki temu możliwa będzie szybka rozbudowa krytycznej infrastruktury ładowania, co z kolei napędzi rozwój pojazdów elektrycznych – przekonuje Arcady Sosinov.

FreeWire zainstalował dotychczas ponad 200 ładowarek zintegrowanych z bateriami, głównie dla klientów komercyjnych. Teraz producent planuje szerszą ekspansję na rynku brytyjskim i amerykańskim.

Z danych Licznika Elektromobilności wynika, że pod koniec ubiegłego roku w Polsce działało ponad 1,3 tys. stacji ładowania samochodów elektrycznych, które obsługiwały łącznie ponad 2,5 tys. punktów ładowania. Zaledwie 32 proc. tych punktów stanowiły szybkie ładowarki. Z kolei raport „Polish EV Outlook” wskazuje, że przy wsparciu funduszy rządowych w Polsce do 2025 roku może powstać 48 tys. ogólnodostępnych punktów ładowania.

Jak pomóc branży gastronomicznej po pandemii? FPP proponuje posiłki pracownicze

Po spustoszeniu, jakie ciągle sieje koronawirus w naszej gospodarce, będziemy musieli zrobić wszystko, by ułatwić najbardziej poszkodowanym branżom dojście do siebie. Jedną z nich jest gastronomia, która od początku pandemii nie wróciła ani na chwilę do pełnej normalności. Gdy koronawirus ucichnie, spadki w obrotach branży będą ogromne – a wiele przedsiębiorstw w ogóle nie powróci na rynek. Ważne jest więc, by umiejętnie stymulować popyt w branży gastronomicznej – który pomoże firmom w odbudowie straconej płynności finansowej. Jednym z pomysłów, które Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje rządzącym, jest usprawnienie systemu finansowania posiłków pracowniczych przez pracodawców. To jedno z niewielu rozwiązań, na których skorzystają zarówno pracodawcy i pracownicy, jak też potencjalnie budżet państwa. Faktyczny ubytek w puli sektora finansów publicznych na skutek wprowadzenia tego rozwiązania byłby stosunkowo niewielki. Natomiast wygenerowany popyt zwiększyłby bazę podatkową w PIT i CIT po stronie branży gastronomicznej, jak też i VAT od sprzedawanych usług. Potencjalnie to rozwiązanie wsparłoby więc również finanse publiczne państwa.

– Tego rodzaju rozwiązania już istnieją, są jednak mało popularne. Mają niewielkie wsparcie ze strony państwa, w postaci zwolnienia pracodawcy ze składek na ZUS. Świadczenia te nie są jednak zwolnione z podatku PIT, płaconego po stronie pracownika – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Obecnie wydatek pracodawcy na posiłki dla pracownika jest wolny od składek ZUS, gdy nie przekracza 190 złotych miesięcznie. Ta kwota słusznie wydaje się niska – nie była waloryzowana od 17 lat. Doskonałym sposobem na pobudzenie popytu w branży gastronomicznej byłoby zwiększenie skali zwolnienia ze składek płaconych do ZUS do kwoty 560 złotych. Równolegle powinniśmy uwolnić te świadczenia od podatku PIT. Tego rodzaju rozwiązanie w krótkim czasie mogłoby przyczynić się do pobudzenia popytu w branży gastronomicznej i wzrostu obrotów nawet o 4 miliardy złotych. Biorąc pod uwagę całkowitą skalę obrotów w gastronomii, sięgającą około 40 miliardów złotych, stanowiłoby to bardzo istotne wsparcie dla przedsiębiorców prowadzących działalność w tej sferze – wylicza Kozłowski.

Skutki bankructwa Archegos nie są jeszcze policzone

Skutki bankructwa Archegos nie są jeszcze policzone. To jednak już potężny sygnał, że z powodu polityki banków centralnych koniunktura jest przegrzana, a skłonność do ryzyka rekordowa.

Giełdami wstrząsnęła wielka wyprzedaż aktywów Archegos Capital Management, oceniana na ponad 20 mld USD, która zaczęła się 26 marca. Pośrednim powodem wyprzedaży jest działanie banków, które przez kilka lat kredytowały inwestycje funduszu Archegos.

Inwestycje spółki okazały się prawdopodobnie nietrafione, a ponieważ posiadany przez nią kapitał nie pokrywa pożyczonych przez banki środków na lewarowane transakcje. I to z tego powodu brokerzy obsługujący Archegos Capital Management wezwali firmę do uzupełnienia kapitałów. Banki musiały upłynnić posiadane przez Archegos akcje warte 20 mld USD.

Na rynek rzucono akcje m.in. dwóch koncernów mediowych, co spowodowało przecenę ich wartości o ponad 25 proc., a jednym z nich jest Discovery, amerykański właściciel telewizji TVN.

– Jest to kolejny przykład, że w cieniu Wall Street dzieją się rzeczy, o których opinia publiczna wie nader niewiele – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Bo okazuje się, że w tym cieniu wyrósł nagle gracz, który trząsł rynkiem dokonując transakcji, także na rynku spółek, które są właścicielem mediów, a poprzez jego działania kursy akcji niektórych z nich w ciągu kilku miesięcy wzrosły aż o 100-200 proc.

W ocenie działań Archegos pomyliły się tak renomowane banki, jak Goldman Sachs, Morgan Stanley czy Credit Suisse, które lewarowały inwestycje, pożyczając pieniądze na przedsięwzięcia realizowane przez fundusz.

– Teraz okazuje się, że ten gracz ma olbrzymie problemy, musiał ogłosić bankructwo, a miliardowe straty obciąża banki, które robiły biznes z Archegos – dodaje ekspert XTB. – Co jednak najważniejsze, jest to nie pierwszy przypadek pokazujący ciemną stronę polityki pieniężnej, którą dziś uprawia Fed wraz z innymi bankami centralnymi, prowadzącymi sztuczną politykę zerowych stóp procentowych. Przy zerowych stopach inwestorzy chcą chronić swój kapitał decydują się na dziką spekulację, a to nie służy gospodarce, nie przyczynia się do wzrostu liczby miejsc pracy.

Kim jest Bill Hwang, twórca funduszu Archegos? To inwestor i trader z Korei Południowej, który przez lata zarządzał funduszem hedgingowym Tiger Asia. W 2012 r. przyznał się do nielegalnych transakcji i zgodził się na grzywnę rzędu 44 mln USD nałożoną przez SEC. Do 2018 r. Goldman Sachs nie chciał robić interesów z Hwangiem, a jednak zdjął tradera z „czarnej listy”.

To jednak nie oznacza, że trzeba wprowadzić czy zmienić regulacje prawne dotyczące giełd.

– Nie uda się zastąpić ludzkiej uczciwości dodatkowymi regulacjami – ocenia P.Kwiecień. – Jednak rynkiem coraz bardziej rządzi chciwość i strach.

Co jest tego potwierdzeniem? Gdy dług wyemitowany na zakup akcji dochodził w USA do 3 proc. PKB, zawsze oznaczało to sygnał ostrzegawczy dostrzegany na całym świecie, dotyczący przegrzania giełdowej koniunktury, a teraz zbliżamy się do 4 proc.

Venture INC obejmuje nowe udziały w Sundose

Venture INC, fundusz venture capital notowany na GPW, obejmuje nowe udziały w Sundose, producencie spersonalizowanych suplementów diety sprzedawanych w modelu abonamentowym. Tym samym zwiększa ekspozycję portfela inwestycyjnego na rosnący rynek produktów wspierających zdrowy styl życia. Po podwyższeniu kapitału zakładowego fundusz będzie posiadał 735 udziałów, które stanowić będą blisko 10% kapitału Sundose.

Venture INC, w wyniku konwersji pożyczki na udziały, zwiększa swoje zaangażowanie do blisko 10% w Sundose. Transakcja odbywa się w wyniku spełnienia się warunków umowy pożyczki, o której spółka informowała w ostatnim raporcie finansowym.

– Sundose jest jedną ze spółek, w którą zainwestowaliśmy w ubiegłym roku. Od początku wykazuje potencjał wysokich zwrotów, m.in. ze względu na obecność w perspektywicznej branży suplementów i zyskującego na popularności modelu sprzedaży subskrypcyjnej. Wyniki Sundose napawają optymizmem, choć wydaje się, że to dopiero rozgrzewka przed wejściem na nowe, zagraniczne rynki. Począwszy od pierwszego półrocza ubiegłego roku, spółka odnotowuje stały wzrost przychodów, jednocześnie w listopadzie osiągnęła rekordowy w historii wynik finansowy, który jest wyższy o prawie 300% w porównaniu do stycznia – komentuje Jakub Sitarz, Prezes Venture INC.

Rozwój rynku suplementów

Zeszły rok w Sundose był poświęcony m.in. inwestycji w najlepszy zespół ekspertów rynkowych, który w efekcie powiększył się dwukrotnie. Wprowadzone zmiany pozwoliły na pokrycie kluczowych kompetencji firmy potrzebnych do globalnej ekspansji. Kolejnym ważnym obszarem było wdrożenie nowego modelu produkcji i jego częściowa automatyzacja, co pozwala na zredukowanie kosztów produkcji i łatwiejsze skalowanie sprzedaży.

Znaczne zmiany zaszły również na platformie e-commerce oraz w samym produkcie. Na przestrzeni roku została uruchomiona nowa wersja strony internetowej, a także aktualizacja aplikacji mobilnej, która jest wzbogacona o nowe funkcjonalności. Co więcej, cały czas rozwijany jest silnik personalizacji – już w pierwszym kwartale 2020 r. Sundose wprowadził trzy warianty pakietów oraz poprawił algorytm generowania składów (w oparciu o indywidualne wykluczenia). Kładąc nacisk na aspekt ekologii, spółka wdrożył nowe opakowanie, dzięki którym zaoszczędzono 40% tego materiału w opakowaniu.

Sundose z sukcesem umacnia swoją markę skupioną na prozdrowotnym stylu życia, czego elementami były udane kampanie, takie jak „Mądre suplementowanie”, akcja „Odporność”, a także „Dbamy o mamy”. Obecnie zespół opracowuje kampanie online video z udziałem ekspertów.

Już w tym roku spółka weszła na rynek niemiecki oraz brytyjski, a w kolejnym planuje mocniejszą ekspansję międzynarodową.

Raport Skanska i Business Link: 5 trendów i 4 modele. Oto rynek biurowy w nowej normalności

Pandemia nieodwracalnie zmieniła realia funkcjonowania biur i przyspieszyła procesy, które w normalnych okolicznościach zajęłyby lata. Jednym z efektów zachodzącej ewolucji jest rekordowa popularność elastycznego zarządzania miejscami pracy, łączącego w sobie największe zalety powierzchni tradycyjnych i elastycznych. Zdaniem ekspertów spółki biurowej Skanska w regionie CEE i Business Link, w najbliższych latach to właśnie ten model odegra kluczową rolę na rynku biurowym w Polsce i Europie.

Ostatnie miesiące niemal na nowo ukształtowały rynek nieruchomości.
Ze względu na obowiązujące obostrzenia i reżim sanitarny, największe zmiany dotknęły rynku biurowego, ponieważ zarówno najemcy, jak i klienci, musieli przedefiniować swoje strategie związane z efektywnym wykorzystaniem przestrzeni.

Aby podsumować i uwypuklić rolę zachodzących właśnie zmian, spółka biurowa Skanska i operator przestrzeni typu flex Business Link wspólnie opracowali raport „Workplace Flexibility Vademecum”. – Nasze vademecum powstało z myślą o uporządkowaniu kluczowych przemian, jakie w ostatnim czasie dokonały się na rynku biurowym. W raporcie skoncentrowaliśmy się na kompleksowym omówieniu elastycznego zarządzania miejscami pracy, za pomocą którego duże korporacje coraz częściej budują swoje zasoby biurowe. Dostrzegamy, że budynki lub kompleksy z przestrzeniami elastycznymi stały się dziś istotnym aktywem w portfelach inwestorów, a ich rola z każdym kolejnym miesiącem będzie systematycznie rosnąć tłumaczy Maciej K. Król, p.o. dyrektora zarządzającego w Business Link.

5 trendów, które odmienią rynek biurowy

W swoim raporcie Skanska i Business Link wyróżniły 5 kluczowych trendów, które w najbliższym czasie ukształtują sposób i styl funkcjonowania rynku biurowego. W tym celu twórcy „Workplace Flexibility Vademecum” zebrali i przeanalizowali głosy płynące z branży, po czym skonfrontowali je z własnymi obserwacjami.

Pierwszy trend dotyczy zasady 70/30, wedle której firmy będą poszukiwać kombinacji długoterminowych połączonych z krótkoterminowymi zobowiązaniami, których celem będzie zapewnienie miejsc pracy. 30% z nich będzie służyło jako tzw. „trzecia przestrzeń”: między biurem a domem – mówi Maciej K. Król. Kolejny punkt w raporcie wskazuje na niesłuszne deprecjonowanie znaczenia fizycznych biur. Pomimo początkowych opinii, że masowe przejście pracowników na home office znacząco osłabi zapotrzebowanie na biura tradycyjne, rzeczywistość i badania przeprowadzone podczas pandemii pokazały, że taki scenariusz nie ma szans na zmaterializowanie. – Badania zrealizowane przez Skanska wykazały, że pracownicy tęsknią za swoimi biurami, a bezpośredni kontakt z ludźmi jest dla nich niezwykle istotny. Dlatego biuro pozostanie podstawowym miejscem pracy, choć w przyszłości z pewnością będziemy spędzać w nim nieco mniej czasu niż przed pandemią. Dodatkowo pracownicy doceniają fizyczne aspekty biura – ergonomię miejsca pracy, przestrzenie do spotkań grupowych, czy wyposażenie. Nasze badanie pokazało, że pomimo iż 64% pracowników biurowych w CEE ma dobre warunki do pracy w domu, to aż 50% spośród ankietowanych chodzi do biura każdego dniawyjaśnia Arkadiusz Rudzki, wiceprezes ds. sprzedaży i najmu w spółce biurowej Skanska na region CEE.

Trzeci z opisywanym trendów odnosi się do klientów korporacyjnych, którzy po doświadczeniu nieprzewidywalnych i nagłych zmian, będą poszukiwać większej stabilizacji biznesowej i staną się mniej skłonni do angażowania się w duże i długie umowy najmu. Zamiast tego wybiorą bardziej elastyczne rozwiązania, pozwalające na obniżenie kosztów. Kolejny kierunek, na który wskazują Skanska i Business Link, to „zderzenie oczekiwań”. – Z jednej strony najemcy będą dążyć do krótszych umów najmu mniejszych powierzchni, zaś z drugiej – inwestorzy zainteresowani kupnem budynku nadal będą potrzebować dobrze zabezpieczonych, długoterminowych umów najmu. W tym przypadku model flex stanie się optymalnym rozwiązaniem uzupełniającym przedłużoną umowę najmu, z korzyścią dla inwestoramówi Arkadiusz Rudzki. Ostatni z pięciu trendów nawiązuje do wizji 15-minutowego miasta, która może zaowocować rozwojem mniejszych biur na obrzeżach aglomeracji. Według twórców raportu, biura “hubowe” nie znikną, jednak wokół nich mogą z czasem pojawiać się coraz liczniejsze biurowe “satelity”.

Chętnie wrócimy do biur w formule hybrydowej

Eksperci Skanska i Business Link podkreślają, że rosnące zainteresowanie łączeniem powierzchni tradycyjnych i elastycznych wynika z aktualnego, ogromnego zapotrzebowania na pracę rotacyjną. Z badań przeprowadzonych przez spółkę biurową Skanska wynika, że aż 32% pracowników biurowych (w Polsce, Czechach, na Węgrzech i w Rumunii) pracuje obecnie w modelu hybrydowym (łącząc pracę zdalną z pracą z biura). Jednocześnie aż 2/3 wszystkich pracowników biurowych nadal uważa biuro za bezpieczne miejsce pracy. – Choć tempo dokonywanych zmian jest szybsze niż można było sobie wyobrazić, wzmożone zainteresowanie modelem elastycznego zarządzania miejscami pracy nie jest dla nas niczym zaskakującym. W Skanska i Business Link już dawno dostrzegliśmy ogromny potencjał synergii dewelopera i operatora flex. Dlatego od czterech lat oferujemy klientom korporacyjnym dostosowane do ich sytuacji biznesowej i etapu rozwoju firmy modele łączące biuro tradycyjne i biuro serwisowane. Na potrzeby vademecum wyodrębniliśmy 4 modele: core&flex, satellites (hub&spoke), growth i swing. Ich wspólną cechą jest elastyczność, dzięki której klient uzyskuje możliwość szybkiej modyfikacji liczby użytkowników lub wielkości przestrzeni wskazuje Maciej K. Król. Biura typu flex odpowiednie dla rozrastających się firm

Przewagę elastycznego zarządzania miejscami pracy i zalety konstruowania krótkich, elastycznych umów można zaobserwować m.in. w przypadku bardzo szybkiego wzrostu przedsiębiorstwa, gdy zapotrzebowanie najemcy potrafi zmieniać się praktycznie z miesiąca na miesiąc. Najlepiej wyrażają to twarde liczby. W krakowskim kompleksie High5ive, jeden z klientów z sektora finansowego w czasie oczekiwania na przeniesienie do głównej powierzchni, dwukrotnie rozbudował liczbę stanowisk, korzystając przy tym z modelu swing w Business Link High5ive. Wzrost zapotrzebowania nastąpił bardzo gwałtownie, jednak elastyczna umowa pozwoliła błyskawicznie dostosować produkt do aktualnych oczekiwań najemcy. Z kolei inna firma, korzystająca z przestrzeni poznańskiego Business Link Maraton, podczas rozwoju biznesu w regionie odnotowała około 10-krotny wzrost liczby stanowisk. Pomimo ogromnego tempa rozwoju, elastyczna przestrzeń umożliwiła jej rozwój w ramach jednego obiektu. – Najbardziej wyrazistym przykładem wzrastającego znaczenia elastycznego zarządzania miejscami pracy, którym możemy się pochwalić, jest krakowski High5ive. Już na samym początku biurowiec został wyposażony w przestrzeń elastyczną, dzięki czemu zapełnił się w rekordowo szybkim tempie i stał się bardzo atrakcyjną propozycją biurową na mapie miasta. 500 stanowisk pracy w naszej krakowskiej „piątce”, podzielone na kilka korporacji, stanowi dziś przystanek do docelowego miejsca w biurze tradycyjnympodsumowuje Arkadiusz Rudzki.

Lokalna dokumentacja cen transferowych w zakresie stosowania nowych wymogów

Co roku podatnicy podatku dochodowego, zarówno od osób prawnych, jak i osób fizycznych, realizujący transakcje z podmiotami powiązanymi są zobowiązani po przekroczeniu określonych progów do przygotowania dokumentacji cen transferowych. Celem przygotowanej dokumentacji jest potwierdzenie, że ceny, które podmioty powiązane ustaliły między sobą, są rynkowe, czyli takie, jakie ustaliłyby między sobą podmioty niepowiązane. Warto dodać, że od 1 stycznia 2021 r. lokalna dokumentacja cen transferowych obejmuje szerszy zakres informacji. Jest to kolejna w ostatnich latach zmiana Ministerstwa Finansów w zakresie obowiązków związanych z przygotowaniem dokumentacji cen transferowych. Częste zmiany ustaw oraz nowe rozporządzenia w zakresie cen transferowych połączone ze zwiększonym zainteresowaniem organów podatkowych tym obszarem w ostatnich latach powodują, że podatnicy powinni dochowywać jeszcze większej staranności, aby wypełnić ustawowe wymagania.

Kiedy należy przygotować lokalną dokumentację cen transferowych

Lokalną dokumentację cen transferowych przygotowują podmioty powiązane dla transakcji kontrolowanych w przypadku, gdy wartość transakcji kontrolowanej o charakterze jednorodnym przekroczy w kwocie netto próg 10 mln zł przy transakcjach towarowych i finansowych oraz 2 mln zł przy transakcjach usługowych oraz innych transakcjach. Progi ustalane są odrębnie dla każdej jednorodnej transakcji kontrolowanej zarówno dla strony przychodowej, jak i kosztowej. Należy dodać, że nie jest istotna wartość transakcji z jednym podmiotem. Innymi słowy, nawet jeżeli transakcja z podmiotem powiązanym jest zawierana przykładowo na kwotę 100 tys. zł (np. sprzedaż części zamiennych do podmiotu X), to i tak może pojawić się obowiązek dokumentacyjny, jeżeli wartość jednorodnej transakcji przewyższy określone progi (np. łączna sprzedaż części zamiennych do podmiotów powiązanych X, Y i Z wyniosła 11 mln zł). W przypadku krajowych podmiotów powiązanych osiągających w danym roku zysk podatkowy ustawodawca zrezygnował z konieczności przygotowywania dokumentacji cen transferowych w tym zakresie.

Lokalna dokumentacja cen transferowych – elementy

Elementy, jakie powinna zawierać lokalna dokumentacja cen transferowych, zostały określone w ustawie (odpowiednio art. 11q ustawy o CIT oraz art. 23zc ustawy o PIT).

Jednym z wymogów jest opis podmiotu powiązanego zawierający w szczególności opis struktury zarządczej, opis podstawowej działalności oraz schemat organizacyjny. Ponadto opis podmiotu powiązanego powinien zawierać wskazanie rynku, na którym działa podmiot, branży i otoczenia rynkowego, opis strategii gospodarczej, a także informację o istotnych aktywach czy ryzykach wpływających na podmiot powiązany, które zostały przeniesione w roku obrotowym oraz w roku poprzedzającym.

Kolejna kwestia obejmuje opis transakcji w zakresie funkcji, ryzyk, aktywów, uwzględniający w szczególności informacje takie jak przedmiot i rodzaj transakcji kontrolowanej, szczegółowe dane podmiotu powiązanego uczestniczącego w transakcji (łącznie z przypisaniem ryzyk, funkcji, aktywów do odpowiednich podmiotów), sposób kalkulacji ceny transferowej oraz poczynione założenia, wartość transakcji oraz dokonane w związku z transakcją płatności. W zakresie tego punktu powinno się także wskazywać wszelkie umowy, porozumienia oraz inne dokumenty, z których wynikają poczynione ustalenia oraz interpretacje podatkowe czy uprzednie porozumienia cenowe potwierdzające sposób kalkulacji ceny.

Ponadto lokalna dokumentacja cen transferowych powinna zawierać analizę cen transferowych obejmującą analizę porównawczą (analizę danych podmiotów niepowiązanych uznanych za porównywalne do transakcji kontrolowanej) oraz analizę zgodności (analizę, czy warunki, na jakich została zawarta transakcja, byłyby te same w przypadku podmiotów niepowiązanych). Analizy porównawczej oraz analizy zgodności można nie wykonywać w przypadku usługi o niskiej wartości dodanej oraz pożyczki oprocentowanej w oparciu o rodzaj bazowej stopy procentowej i marży, określonej w obwieszczeniu ministra właściwego ds. publicznych.

Informacje finansowe

Ważnym elementem lokalnej dokumentacji cen transferowych są informacje finansowe. Ten punkt obejmuje w szczególności zatwierdzone sprawozdanie finansowe dotyczące dokumentowanego roku, sporządzone zgodnie z ustawą o rachunkowości. Ponadto podatnik powinien wskazać opis umożliwiający przyporządkowanie danych finansowych transakcji kontrolowanej do odpowiedniej pozycji sprawozdania finansowego. W tym zakresie niezmiernie ważne jest zachowanie spójności, tak aby dane zawarte w dokumentacji cen transferowych odzwierciedlały dane ujawnione w sprawozdaniu finansowym podmiotu.

Zakres nowych wymogów dokumentacyjnych

Główną zmianą jest konieczność zamieszczania w dokumentacji uzasadnienia biznesowego transakcji, w szczególności opisu spodziewanych korzyści oraz innych korzyści ekonomicznych, zarówno kwalifikowanych, jak i niekwalifikowanych, jak np. wzrost innowacyjności, zwiększenie udziałów w rynku etc.

Kolejnym istotnym wymogiem jest konieczność przygotowywania dokumentacji cen transferowych w przypadku realizowania transakcji innych niż kontrolowane z podmiotami z krajów stosujących szkodliwą konkurencję, jeżeli wartość transakcji przekroczy 100 tys. zł. Ponadto obowiązek przygotowania local file będzie obciążał podatników zawierających transakcje kontrolowane, gdzie powstaje domniemanie, że beneficjent rzeczywisty takiej płatności posiada miejsce zamieszkania w miejscu stosującym szkodliwą konkurencję.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Budownictwo prefabrykowane i modułowe na celowniku NCBR

W niedalekiej przyszłości sposób budowania domów będzie się znacznie zmieniać. Już dzisiaj coraz częściej odchodzi się od tradycyjnych sposobów budowania na rzecz prefabrykacji elementów budynku, a nawet tworzenia gotowych modułów mieszkaniowych w fabryce i przewożenia ich na plac budowy. Nowe domy są również coraz bardziej ekologiczne i energooszczędne. Chcąc rozwijać polskie technologie budowlane, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju rozpoczęło w zeszłym roku finansowane z Funduszy Europejskich przedsięwzięcie „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo”.

Obecnie najpopularniejszą metodą budowania domów jest nadal sposób tradycyjny, pochłaniający masę energii oraz wymagający dużego nakładu pracy i materiałów. Codzienne użytkowanie takich budynków generuje wysokie koszty, dlatego coraz częściej prywatni inwestorzy oraz deweloperzy decydują się na wykorzystywanie przy budowie prefabrykowanych elementów lub gotowych modułów mieszkalnych składanych w fabrykach.

Domy prefabrykowane i modułowe

Domy w technologii 2D, czyli budynki prefabrykowane, montowane są ze sobą na placu budowy z przygotowanych wcześniej komponentów – jak ściany i stropy. To zdecydowanie przyśpiesza budowę domu, gdyż na proces produkcji nie mają wpływu czynniki pogodowe, a poszczególne elementy są wykonywane bardzo dokładnie, co ułatwia jego wykończenie. Warto pamiętać, że pod względem trwałości i wytrzymałości takie domy nie ustępują budynkom stawianym tradycyjną metodą.

Z kolei domy w technologii 3D, czyli budynki modułowe, które również powstają z prefabrykowanych komponentów, łączone są ze sobą już w fabryce. Stworzone w ten sposób całe sekcje budynku są później transportowane i łączone z innymi modułami w docelowej lokalizacji. Co ważne, obecnie prace wykończeniowe bardzo często trwają dłużej niż budowa obiektu w stanie surowym, a w przypadku technologii modułowej domy mogą być dostarczane z wykończeniem wewnętrznym, łącznie z wyposażeniem.

Jednocześnie w Polsce ponad 65% gospodarstw domowych jest ogrzewanych poprzez spalanie węgla lub drewna, co powoduje wysokie zanieczyszczenie powietrza i smog. Nie tylko to, czym ogrzewamy, jest problemem, ale też to, ile energii jest zużywane przez budynek – a pod tym względem większość budynków to tzw. wampiry energetyczne. Budowane w nowoczesny sposób domy zużywają mniej energii podczas codziennego użytkowania, co jest dodatkowym argumentem, który za nimi przemawia.

Domy energooszczędne i pasywne

W kontekście kosztów użytkowania wyróżniamy dwa rodzaje budynków: energooszczędne oraz pasywne. W przypadku pierwszego rodzaju domów potrzebna jest zwyczajna instalacja grzewcza, ale moc zastosowanych urządzeń może być mniejsza niż w domu standardowym. Najlepiej, by źródłem ciepła była instalacja wykorzystująca odnawialne źródła energii. Bardzo ważnym aspektem jest również dobra termoizolacja, aby budynek nie tracił ciepła.

W przypadku domu pasywnego instalacji grzewczej właściwie nie ma. Jego podstawowym założeniem jest ograniczenie zapotrzebowania na ciepło do ogrzewania budynku. Potrzebną ilość ciepła można dostarczyć np. przez odpowiednie podgrzanie powietrza wentylacyjnego. Wtedy taka instalacja nie tylko ogrzewa mieszkanie, ale jednocześnie wykorzystywana jest do podgrzewania wody użytkowej.

NCBR chce iść o krok dalej

Materiały wykorzystane do tworzenia innowacyjnych domów, które mają powstać z inicjatywy NCBR, zostaną pozyskane m.in. z recyklingu. Chodzi tu głównie o konstrukcję nośną obiektów (np. stal, kruszywo, gruz, materiały drewnopochodne) oraz izolację (np. wełna mineralna, styropian). Elementy z odzysku będą stanowiły nawet około 30-40% budynków. Taki zabieg ma posłużyć redukowaniu wydobycia surowców oraz pozytywnie wpłynąć na koszt budowy. To niezmiernie ważne, gdyż produkcja betonu jest odpowiedzialna aż za 7% globalnej emisji dwutlenku węgla, a na każdy 1 kg wytworzonego betonu do atmosfery wydzielany jest 1 kg CO2.

Zasilanie w tak powstających domach będzie pochodziło z lokalnych instalacji OZE, co zredukuje zapotrzebowanie na prąd z sieci, który będzie potrzebny tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, np. przy awarii. Woda do użytku ma w jak największym stopniu (nawet ponad 80% dziennego zapotrzebowania na mieszkańca) pochodzić z wody deszczowej i odzyskanej tzw. wody szarej. Projekty mają stawiać na nowoczesny design i funkcjonalność, a ich realizacja obniży ślad węglowy w trakcie całego cyklu życia domu.

Rozwój technologii modułowych i prefabrykowanych oraz technologii neutralnych klimatycznie pozwoli na ograniczenie kosztów eksploatacji oraz szybsze oddawanie budynków do użytkowania. Dzięki naszemu przedsięwzięciu chcemy opracować technologię budowania domów i mieszkań, które będą generować pozytywny roczny bilans zużycia energii. Równocześnie muszą być konkurencyjne kosztowo w produkcji i eksploatacji, co może być jedynie wynikiem przemysłowego procesu produkcji i wykorzystania surowców wtórnych. Potencjalni nabywcy będą mogli otrzymywać domy „pod klucz”, ze wszystkimi instalacjami i wyposażeniem. Należy również wspomnieć o zoptymalizowanych opłatach, które mają być wyliczane z uwzględnieniem kosztów eksploatacji na najbliższe 30 lat. Korzyścią dla gospodarki będzie stworzenie szansy dla Polaków pracujących na budowach za granicą dzięki NCBR będą mogli projektować i tworzyć u nas domy pełne polskich produktów na eksport – informuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

4 budynki demonstracyjne

W ramach przedsięwzięcia „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” będą przeprowadzone prace badawczo-rozwojowe, dzięki którym zostaną dostarczone i przetestowane z udziałem użytkowników 4 budynki demonstracyjne, ukazujące uniwersalność opracowanych technologii. Jednym z nich będzie wielorodzinny budynek senioralny z częściami wspólnymi, takimi jak pralnia i pokój lekarski, świetlica oraz innymi udogodnieniami dla seniorów, w tym osób o ograniczonej zdolności poruszania się. Wybudowany zostanie również budynek społeczny, w którym mieszkańcy nie będą musieli płacić za prąd ani za ciepło, nie generując jednocześnie smogu w miejscu zamieszkania – a także 2 różne budynki jednorodzinne.

Przedsięwzięcie wpisujące się w unijną strategię

Przedsięwzięcie „Budownictwo efektywne energetycznie i procesowo” jest jedną z dziewięciu inicjatyw prowadzonych przez NCBR, które mają na celu przyczynienie się do transformacji systemu energetycznego naszego kraju, wymaganej przez Unię Europejską w założeniach strategii „Europejskiego Zielonego Ładu”. Jest to plan mający na celu podążanie Unii w kierunku bardziej nowoczesnej i konkurencyjnej gospodarki, która w 2050 r. ma osiągnąć zerowy poziom emisji gazów cieplarnianych. W ramach tych inicjatyw NCBR opracowane mają być również m.in. nowoczesne oczyszczalnie ścieków i innowacyjne biogazownie, a także nowe rozwiązania w zakresie magazynowania ciepła i magazynowania energii elektrycznej, retencji wody, wentylacji i ciepłownictwa. Projekty, nad którymi pracuje już NCBR, to szansa na czystsze środowisko, zdrowsze społeczeństwo i silniejszą, bardziej efektywną gospodarkę.

Ekonomiści: Ograniczanie lub likwidacja tzw. śmieciówek zaszkodzi rynkowi pracy, szczególnie w czasie pandemii

Coraz częściej słychać, że wkrótce z rynku znikną umowy cywilnoprawne lub zostaną mocno ograniczone. Jednak eksperci przestrzegają przed radykalnym działaniem, bo pracodawcom są potrzebne elastyczne formy zatrudnienia, szczególnie teraz. Ewentualnie warto rozważyć ujednolicenie zasad oskładkowania śmieciówek i umów o pracę. I jak dodają, jednak nie należy przeprowadzać zmian w czasie pandemii. Teraz można jedynie wypracować rozwiązanie, które zacznie obowiązywać dopiero w przyszłości.

W przestrzeni publicznej mówi się, że rząd przygotowuje zmiany dot. umów cywilnoprawnych. Nowe przepisy miałyby zlikwidować lub ograniczyć to rozwiązanie. Jak podkreśla Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan, obecnie firmy bardzo potrzebują elastyczności zatrudnienia. Uzyskują ją m.in. dzięki umowom zlecenia. Ekspert przestrzega przed likwidacją tych regulacji. Jednocześnie zauważa, że niekorzystny jest dualizm na rynku pracy. Część pracowników ma bardzo stabilną sytuację, a pozostali dostają tylko umowy krótkoterminowe. I te grupy z pewnością należy zbliżyć do siebie.

– Plotka o likwidacji umów cywilnoprawnych, która od dłuższego czasu krąży w mediach, jest szkodliwa. Jeżeli rząd zdecydowałby się na to, prawdopodobnie mówiłby o konieczności poważnego uporządkowania rynku pracy. Argumentowałby, że jedni mają lepsze warunki, a inni nieco gorsze. Ale wtedy należałoby konsekwentnie reformować, czyli znieść też przywileje sektorowe, w tym np. emerytury mundurowe czy górnicze – komentuje Zbigniew Żurek, wiceprezes BCC, ekspert ds. rynku pracy i dialogu społecznego.

Natomiast „Solidarność” stoi na stanowisku, że umowy cywilnoprawne to legalne rozwiązania, jednak zastosowane w sposób nieprawidłowy. I dodaje, że związek nigdy nie domagał się likwidacji umów zleceń czy o dzieło, a także samozatrudnienia, bo te rozwiązania są ważne i potrzebne. Ale postuluje, aby nie stosowano ich w miejscu, gdzie zgodnie z prawem powinien być etat. A kodeks pracy reguluje to precyzyjnie.

– Domagamy się, żeby inspektorzy, którzy stwierdzą niewłaściwą formę świadczenia pracy, mogli ją zmienić decyzją administracyjną. Od niej pracodawca będzie mógł się odwołać do sądu. Dzisiaj jest dokładnie odwrotnie. Pracodawca przestrzegający prawa w konfrontacji z tym, który śmieciówkami obniża sobie koszty, jest zwykłym frajerem i przegrywa każdy przetarg – podkreśla Marek Lewandowski z „Solidarności”.

Jak zaznacza Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, zamiast skupiać się wyłącznie na walce ze skutkami, lepiej usuwać przyczyny występowania niepożądanych zjawisk na rynku pracy. A powodem zastępowania zatrudnienia na etacie przez umowy cywilnoprawne jest różne traktowanie tych form działalności zarobkowej na gruncie ubezpieczeń społecznych i opodatkowania. Ujednolicenie tego wyeliminowałoby przede wszystkim bodziec kosztowy do nadużywania umów cywilnoprawnych. Intensywne kontrolowanie firm nie byłoby już potrzebne.

– Celowe byłoby ujednolicenie zasad oskładkowania. Ale nie tylko poprzez planowaną przez rząd likwidację ulg przy zbiegach tytułów do ubezpieczeń. To należałoby zrobić w ramach szerszej reformy, która wraz z ujednoliceniem zasad podlegania systemowi pozwalałaby na rzetelne i systemowe planowanie obniżenia kosztów zatrudnienia i uelastycznienia umów o pracę – przekonuje prof. Paweł Wojciechowski, główny ekonomista Pracodawców RP, były minister finansów.

Natomiast ekspert z Konfederacji Lewiatan podkreśla, że zmiany przepisów nie mogą doprowadzić do zwiększenia łącznych kosztów pracy w naszym kraju. Pogorszylibyśmy polską konkurencyjność w stosunku do prac wykonywanych w innych państwach europejskich. Jeżeli więc podnosimy np. składki na ubezpieczenia społeczne, emerytalne i rentowe w przypadku umowy zlecenia, to należy obniżyć koszty pracy na etacie. A to możemy zrobić np. przy pomocy podatków.

– Zmian dot. tych umów nie należy jednak przeprowadzać w czasie pandemii. Ludzie już mają sporo problemów, a będą jeszcze bardziej cierpieć. Jeśli ktoś chce dokonać reformy, to powinien przedstawić jej przyczyny. Bez podawania konkretów taki ruch może być odbierany jako szukanie dodatkowych przychodów przez rząd – mówi Zbigniew Żurek.

Według Łukasza Kozłowskiego, ujednolicenie traktowania umów o pracę i umów zlecenia nie może być wprowadzone z dnia na dzień. Konieczny jest odpowiedni okres vacatio legis. W przypadku wejścia w życie przepisów na początku 2022 roku, kontekst pandemiczny byłby już zupełnie inny. Ponadto przedsiębiorcy mieliby dużo czasu na dostosowanie się do zmian. Z kolei Jeremi Mordasewicz uważa, że należy działać w sposób przewidywalny. W tym roku można wypracować rozwiązanie i przyjąć roczny okres vacatio legis. Przepisy zostałyby wdrożone w 2023 roku.

– Ingerencja państwa w stosunek łączący pracodawcę z pracownikiem może być kłopotliwa. Dziś orzecznictwo dopuściło do zmiany przez ZUS umowy cywilnoprawnej w umowę o pracę, choć tylko w zakresie ubezpieczeń społecznych. To budzi wiele kontrowersji. Oznacza to w praktyce kilka problemów. Dla przykładu, płatnik opłaca pełną składkę za „pracownika”, ale ten nie może nadal korzystać z prawa pracowniczego do urlopu. Rozbudowując władztwo ZUS, wcale nie poprawiliśmy zatem sytuacji ubezpieczonych, którym z drugiej strony organ rentowy pod byle pretekstem może np. wstrzymywać wypłatę zasiłku. System musi być stabilny ekonomicznie i przewidywalny, a nie zależny od bieżącej polityki organu  – stwierdza prof. Paweł Wojciechowski.

Rodzi się więc pytanie, czy radykalna zmiana przepisów nie przyniesie negatywnych skutków, bo np. pracodawcy będą rezygnować z pracowników. Zdaniem Marka Lewandowskiego z „Solidarności”, straszy się nas tym przy każdej możliwej okazji. Wystarczy wskazać wzrost płacy minimalnej, dzień wolny w Trzech Króli, ograniczenie handlu w niedzielę czy oskładkowanie umów cywilnoprawnych. Ekspert zaznacza, że nigdy nic takiego się nie stało. Nie ma co poważnie traktować takich obaw. To zwykły szantaż emocjonalny, mający wywołać poczucie strachu.

– W Polsce rynek pracownika zmienił się w rynek pracodawcy. Dziś już mniej niż 20% firm sygnalizuje braki kadrowe. Każda nadmierna regulacja, zwłaszcza w trudnych czasach, może przynieść skutki zupełnie odwrotne do zamierzonych, np. zwolnienia czy ucieczkę w szarą strefę – dodaje prof. Wojciechowski.

Z kolei ekspert z BCC nie ma wątpliwości, że skutkiem ewentualnej likwidacji umów cywilnoprawnych będzie rozszerzenie szarej strefy, zwłaszcza jeśli ludzie mieliby mniej zarabiać. Do tego Łukasz Kozłowski przekonuje, że wspomniane ujednolicenie traktowania umów nie odbije się negatywnie na rynku pracy. Problem musi być tylko rozwiązany w sposób systemowy, czyli poprzez uporządkowanie przepisów ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. A ponadto pracodawcy dostaną czas na dostosowanie się do zmian.

Indeks GIP60: Polskie spółki produkcyjne warte już prawie dwa razy więcej niż w dołku 2020

Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł w marcu o 3,56% do poziomu 930,33 punktów, czyli już niecałe 7% niżej od swojej wartości bazowej z początku 2016 roku. Ożywienie w przemyśle sprzyja wycenom polskich spółek produkcyjnych dzięki czemu zapowiadany przez analityków z firmy DSR S.A. wzrost cen akcji polskich producentów zmaterializował się w kolejnym miesiącu z rzędu.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc marzec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP, z DSR S.A. pisze:

„W marcu Giełdowy Indeks Produkcji wzrósł o 3,56% do poziomu 930,33 punktów, zamykając pierwszy kwartał wzrostem na poziomie 5,44%. A mogło być jeszcze lepiej, gdyż w połowie miesiąca GIP60 był już na poziomie 960 punktów, nad którym po raz ostatni GIP60 znajdował się w połowie kwietnia 2019 roku. Wśród 60 największych polskich spółek produkcyjnych z GPW znalazło się 38, które w marcu poprawiły swoją wartość rynkową, 19 zanotowało jej spadek, a w 4 przypadkach wycena rynkowa pozostała bez zmian.

W przekroju branżowym za lwią część wzrostu odpowiadają spółki z branży farmaceutycznej, a w szczególności Mabion i Bioton, których wartość rynkowa w marcu wzrosła odpowiednio o 167,47% i 71,77%. Na wyróżnienie zasługują również producenci z branży drzewno-meblarskiej, których mediana zwrotu w marcu wyniosła 8,8%. Ogólnie dodatnią medianę wzrostów osiągnęły prawie wszystkie branże za wyjątkiem spółek motoryzacyjnych (mediana wśród tych spółek wyniosła -6,7%) i producentów z branży spożywczej (-0,4%).

Spółki covidowe znowu w cenie

Na podium marcowej klasyfikacji GIP60 znalazły się wspomniane wcześniej spółki z branży farmaceutycznej, Mabion i Biomed. Kurs Mabionu rósł głównie dzięki informacjom o możliwej produkcji szczepionek na licencji amerykańskiej firmy Novavax. Dopiero emisja akcji serii U po cenie znacznie niższej od ceny rynkowej (55 zł) zahamowała dalszy wzrost ceny akcji Mabionu. Ceny akcji Biomedu w pierwszej dekadzie marca utrzymywały się w okolicach 9 zł, nie reagując szczególnie żywo na raport roczny, w którym spółka pochwaliła się m.in. 79% wzrostem zysku netto 4,4 mln zł. Zgoła odmienną reakcję rynku wywołała informacja o złożeniu do Agencji Badań Medycznych wniosku o ustalenie warunków i zasad wykorzystania wyników niekomercyjnego badania klinicznego realizowanego w ramach projektu „Badania nad wytworzeniem swoistej immunoglobuliny ludzkiej z osocza dawców po przebytej infekcji wirusowej SARS CoV 2 i jej zastosowaniem terapeutycznym u pacjentów z COVID 19”, po której kurs akcji spółki podwoił swoją wartość w krótkim czasie.  Obie spółki ciągle łączy się z nadziejami na wypracowanie produktów wspomagających walkę z pandemią COVID-19, więc pogarszająca się sytuacja epidemiczna w kraju i na świecie nie po raz pierwszy wpłynęła pozytywnie na ich wartość rynkową.

Trzecie miejsce w rankingu GIP60 dla ZPUE za wzrost ceny akcji z 147 zł do 230 zł, co dało miesięczną stopę zwrotu na poziomie 56,46%. Kurs akcji spółki zyskał najwięcej na ostatnich sesjach marca, krótko po informacji o rozliczeniu transakcji nabycia akcji własnych spółki, które miało miejsce 23 marca i wiążącymi się z tym konsekwencjami.

Ożywienie w przemyśle

Statystyki kolejnej fali koronawirusa pokazują sytuację, która w naszym kraju nie była jeszcze tak dramatyczna. W konsekwencji wprowadzane są kolejne obostrzenia ograniczające możliwości naszej gospodarki. Do tej pory jednak, podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich fal, przemysł ma stosunkowo dużą swobodę działalności, dzięki czemu spółki z tego sektora mogą korzystać z nasilenia popytu na rynkach europejskich – w marcu dynamika wzrostu eksportu była najwyższa od października 2013 roku.

Najnowsze wyniki badań PMI® potwierdzają poprawę warunków gospodarczych w rodzimym sektorze wytwórczym, co przekłada się na ogólny poziom zamówień i przyspieszenie wzrostu produkcji. Wskaźnik PMI dla Polski wzrósł w marcu z 53,4 do 54,3 czyli znacznie powyżej neutralnej granicy 50 punktów. Wzrost ten był możliwy głównie w wyniku poprawy subindeksów dla takich składowych jak czasy dostaw (subindeks ten odpowiadał w marcu za przyrost 0,4 pkt.), nowe zamówienia (+0,2 pkt.), poziom produkcji (+0,2 pkt.) i zatrudnienie (+0,1 pkt). Jedynie subindeks powiązany z zapasami pozycji zakupowych miał minimalnie negatywny wpływ na wartość głównego wskaźnika. W tym samym badaniu potwierdziły się problemy spółek produkcyjnych po stronie podażowej. Co więcej, problemy te zdają się nasilać (tempo wydłużania czasu dostaw jest najwyższe w historii badań), więc będą miały coraz większy wpływ na tempo ożywienia w przemyśle w kolejnych miesiącach. Również niedobory siły roboczej w sektorze, jeśli nie zostaną sprawnie uzupełnione, mogą negatywnie wpływać na przyszły poziom produkcji, a już teraz obserwujemy najsilniejszy wzrost zaległości produkcyjnych od stycznia 2007 roku.

Bardzo dobra koniunktura sektora wytwórczego nie jest tylko naszą domeną. Zagregowany J.P.Morgan Global Manufacturing PMI™ wzrósł w marcu do 55 punktów, co jest najlepszym odczytem od lutego 2011 roku. Jeszcze lepiej sytuacja wygląda w Niemczech, czyli u naszego największego partnera handlowego, gdzie wskaźnik PMI® osiągnął historyczny rekord na poziomie 66,6 punktów (po 60,7 w lutym). To właśnie z tego kierunku wpłynęło do nas najwięcej nowych zamówień eksportowych, a same Niemcy doświadczają niespotykanego na tą skalę nigdy wcześniej wzrostu zamówień z Azji, w tym głównie z Chin.

Polskie spółki produkcyjne wykorzystują szansę, która pojawiła się w wyniku zawirowań pandemicznych na globalnym rynku dostaw. Od dołka z ubiegłego roku GIP60 zdążył już prawie podwoić swoją wartość, jednak ciągle znajduje się poniżej swojej wartości bazowej ustalonej na poziomie 1000 punktów w styczniu 2016 roku, zachowując potencjał do dalszych wzrostów, które powinny być kontynuowane w drugim kwartale br.”

Morska farma wiatrowa Baltica otrzymała prawo do kontraktu różnicowego

Urząd Regulacji Energetyki przyznał kontrakt różnicowy dla morskich farm wiatrowych Baltica 3 i Baltica 2 o łącznej mocy do 2,5 GW. Inwestycja w znaczący sposób przyczyni się do transformacji Polski w kierunku zielonej energii, przyspieszy rozwój lokalnego łańcucha dostaw oraz pobudzi aktywność gospodarczą na wiele lat.

Morska farma wiatrowa Baltica – największy morski projekt wiatrowy w polskiej części Morza Bałtyckiego, realizowany w dwóch etapach – zbliżyła się dziś o krok do realizacji, kiedy Prezes Urzędu Regulacji Energetyki (URE) przyznał projektowi prawo do pokrycia ujemnego salda (tzw. kontraktu różnicowego) zapewniającego cenę nie wyższą niż 319,60 zł/MWh zgodnie z rozporządzeniem Ministra Klimatu i Środowiska oraz Ustawą o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych, tzw. ustawą offshore. Decyzja Prezesa URE potwierdza, że morska farma wiatrowa Baltica została wybrana do pierwszej fazy ambitnego programu budowy morskiej energetyki wiatrowej w Polsce.

Baltica 2 i 3, o łącznej mocy do 2,5 GW, będą wytwarzać wystarczającą ilość zielonej energii elektrycznej do zasilenia 4 milionów polskich gospodarstw domowych.

W lutym 2021 r. Ørsted i PGE podpisały umowę o utworzeniu joint venture 50/50 w celu rozwoju, budowy i eksploatacji Baltica 3 i 2, realizowanej za pośrednictwem spółek celowych. W zależności od doprowadzenia do zamknięcia transakcji joint venture oraz od podjęcia ostatecznych decyzji inwestycyjnych Ørsted i PGE, pierwsza część projektu Baltica (do 1 GW realizowana przez spółkę Baltica 3) rozpocznie wytwarzanie energii około 2026 roku, natomiast druga część – Baltica 2 (do 1,5 GW) może zostać uruchomiona przed 2030 rokiem. Przyznanie kontraktu różnicowego uzależnione jest od ostatecznej zgody Komisji Europejskiej.

Decyzja Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki przybliża realizację Programu Offshore i morskiej farmy wiatrowej Baltica. Morska energetyka wiatrowa w Polsce ma już solidne podstawy do rozwoju i jest obecnie priorytetem Grupy Kapitałowej PGE. W naszym wniosku o wsparcie przedstawiliśmy również, jak zamierzamy realizować nasze inwestycje w morskie farmy wiatrowe jako lider tej nowej branży w Polsce. Zależy nam na wzmocnieniu lokalnego łańcucha dostawmówi Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

Przyznanie prawa do kontraktu różnicowego dla Baltica 2 i 3 jest kamieniem milowym dla polskiej morskiej energetyki wiatrowej oraz dla wspólnych ambicji Ørsted i PGE w Polsce. Cieszymy się, że będziemy mogli zrealizować ten ważny projekt infrastrukturalny i pomóc Polsce w wykorzystaniu dużych zasobów zielonej energii na Morzu Bałtyckim. Sektor morskiej energetyki wiatrowej będzie kamieniem węgielnym w procesie przechodzenia Polski na zieloną energię i ma potencjał stworzenia tysięcy polskich miejsc pracy – podkreśla Rasmus Errboe,  wiceprezes Ørsted Offshore, odpowiedzialny za Europę kontynentalną.

Polska mapa drogowa dla morskiej energetyki wiatrowej

Polityka energetyczna Polski do 2040 roku wskazuje na morską energetykę wiatrową jako kluczową technologię, która ma uczynić Polskę gospodarką niskoemisyjną, a polska ustawa o morskiej energetyce wiatrowej precyzuje ambicje Polski w tym zakresie. Z zerowej obecnie mocy w morskiej energetyce wiatrowej, Polska zobowiązuje się do zainstalowania 5,9 GW do 2030 roku, do 11 GW do 2040 roku, a analizy wskazują na potencjał do 28 GW na polskich wodach do 2050 roku. Dzięki temu Polska stanie się największym rynkiem dla morskiej energetyki wiatrowej w regionie Morza Bałtyckiego i znacząco przyczyni się do osiągnięcia celu Komisji Europejskiej, jakim jest zainstalowanie 300 GW mocy w morskiej energetyce wiatrowej na wodach europejskich do 2050 r., aby zrealizować unijny cel neutralności klimatycznej.

Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej szacuje, że realizacja celów dotyczących mocy w morskiej energetyce wiatrowej zawartych w polskiej ustawie offshore uwolni 29 mld euro inwestycji.

Polskie firmy już są aktywne w branży morskiej energetyki wiatrowej jako dostawcy kabli, fundamentów, dźwigów i statków do instalacji i serwisu morskich turbin wiatrowych, a polskie porty w regionie Morza Bałtyckiego mają potencjał, aby stać się terminalami do instalacji, serwisu i konserwacji morskich farm wiatrowych.

IoT i systemy IT wspierające produkcję to strategiczne obszary dla firm w ciągu najbliższych 2-3 lat

Przedsiębiorstwa przemysłowe od lat znajdują się w czołówce technologicznych innowatorów: zarówno w halach produkcyjnych jak i w terenie robotyka oraz parki maszynowe są na coraz wyższym poziomie zaawansowania. Pomiędzy technologiami operacyjnymi a zorientowanymi biznesowo technologiami informacyjnymi (IT) istnieje jednak dostrzegalna luka. Dotychczas branże przemysłowe pozostawały w tyle, jeśli chodzi o poziom inwestycji w IT. Ten trend stopniowo ulega zmianie, ponieważ przedsiębiorstwa z tego sektora zaczynają coraz mocniej inwestować w transformację cyfrową.

Badanie „Gotowość polskich firm produkcyjnych na transformację cyfrową i migrację do chmury. Analiza sytuacji w obliczu pandemii COVID-19”[1],  przeprowadzone przez PMR na zlecenie Dassault Systèmes pokazuje, że firmy są coraz bardziej świadome potencjału technologii cyfrowych w tworzeniu nowego, cyfrowego modelu biznesowego.Grafika_PMR_Dassault Systemes

IoT i systemy IT wspierające produkcję jako obszary strategiczne

W przeprowadzonym badaniu ankietowane firmy wskazują rozwiązania IoT i systemy IT wspierające produkcję jako strategiczne obszary firm w ciągu najbliższych 2-3 lat. Natomiast co czwarty ankietowany podmiot wskazał także na rozwiązania Big Data i sztuczną inteligencję (AI) jako rozwiązania, które będą wywierać znaczący wpływ na rynek w kolejnych latach.

Badanie pokazuje różne obszary o strategicznym znaczeniu dla poszczególnych sektorów: dla 51% producentów z sektora urządzeń przemysłowych kluczowe zastosowanie ma sztuczna inteligencja, natomiast aż 61% firm z sektora transport i mobilność stwierdziło, że IoT w przyszłości będzie miało zdecydowanie najistotniejszy wpływ na rynek.

Co wpływa na decyzję o wdrożeniu innowacyjnych rozwiązań IT?

Firmy produkcyjne wskazały konkretne korzyści, które niosą zaawansowane rozwiązania IT, jako główne czynniki wpływające na decyzję o ich wdrożeniu. Są to:

  • Wzrost efektywności produkcji (50%)
  • Redukcja kosztów związanych z produkcją (45%)
  • Uzyskanie przewagi konkurencyjnej (44%)
  • Skrócenie czasu realizacji zamówień (44%)
  • Możliwość rozwoju biznesu na nowych rynkach (19%)

Natomiast do największych barier we wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań IT firmy zaliczyły:

  • Brak wystarczających środków finansowych (47%)
  • Brak przekonania pracowników/użytkowników systemu co do zasadności wdrożenia (40%)
  • Brak wiedzy o korzyściach finansowych wynikających z wdrożenia (34%)
  • Brak wykwalifikowanej kadry (33%)
  • Brak czasu na wdrożenie projektu (20%)
  • Obawy przed niepowodzeniem wdrożenia (14%)

Firmy równocześnie wskazały, że wśród najważniejszych kryteriów decydujących o wyborze dostawcy oprogramowania znajdują się rekomendacje, kompetencje zespołu wdrożeniowego,  jakość obsługi i doświadczenie firmy w realizacji podobnych wdrożeń.

Pełna wersja badania (w języku polskim) jest dostępna na stronie: https://discover.3ds.com/pl/cloud-and-digital-transformation-readiness

[1] Badanie „Gotowość polskich firm produkcyjnych na transformację cyfrową i migrację do chmury. Analiza sytuacji w obliczu pandemii Covid-19.”, zostało zrealizowane przez PMR na zlecenie Dassault Systèmes w okresie wrzesień-listopad 2020r. Badanie ilościowe przeprowadzono na losowej próbie 105 średnich i dużych firm produkcyjnych w Polsce z sektorów Transport i mobilność, Urządzenia przemysłowe, Lotnictwo oraz Home & Lifestyle. Ankietowani byli menedżerowie średniego i wysokiego szczebla odpowiedzialni za obszar IT w firmach.

CCC konsekwentnie rozwija FashionTech

CCC umacnia swoją pozycję na rynku FashionTech, konsekwentnie wdrażając nowoczesne rozwiązania technologiczne. Firma zakupiła właśnie drukarkę 3D do szczegółowego prototypowania rozwiązań z zakresu wzornictwa i designu, w tym obuwia, elementów brandingu, wzorów podeszew, bieżników, a także elementów funkcjonalnych lub ozdobnych.buty druk 3d

buty druk 3d CCC fashiontech

– Nowoczesne technologie stanowią obecnie nieodzowny element świata mody. CCC jako grupa, która szybko reaguje na zmieniające się otoczenie oraz kreuje trendy, zdecydowała się na kolejną inwestycję, która pozwoli na uzyskanie nowej jakości wzornictwa i designu opracowywanych produktów. Druk 3D sprawdza się dziś w wielu dziedzinach, gdzie powstają nowatorskie oraz innowacyjne rozwiązania, dlatego jesteśmy przekonani, że zda on egzamin również u nas – powiedział Piotr Kita, Creative Design Team Leader w Grupie CCC.

Dzięki drukarce 3D projektanci zdobędą możliwość efektywnej pracy w modelu iteracyjnym. Polega on na sukcesywnym nanoszeniu zmian na opracowany prototyp w celu jego doskonalenia, aż do momentu osiągnięcia zamierzonego rezultatu. Innowacyjne rozwiązania wzornicze będzie można zweryfikować i przetestować w bardzo krótkim czasie, na etapie funkcjonalnego prototypu – wprost z gotowego wydruku modelu 3D. Docelowo urządzenie wesprze prace Działu Kreacji, a za realizację druków, obsługę zleceń, a także wizualizację i opracowanie modeli, będą odpowiadali projektanci 3D. Przy pomocy drukarki będą oni tworzyć między innymi elementy brandingu obuwia, torebek, akcesoriów, a także wzory podeszew, bieżników czy innych dodatków.

Drukarka 3D marki Stratasys Objet 260 zakupiona przez Grupę CCC działa w technologii PolyJet. Jest to jedna z najbardziej zaawansowanych i multimateriałowych metod trójwymiarowego druku, w której używa się żywic fotopolimerowych utwardzanych światłem UV. Technologia PolyJet pozwala na produkcję przedmiotów z wielu materiałów jednocześnie, dzięki czemu w jednym procesie mogą powstawać obiekty składające się z elementów o odmiennych właściwościach.

Jedną z ważnych zalet wspomnianego urządzenia jest możliwość uzyskania bardzo skomplikowanych geometrii, których nie udałoby się zrealizować tradycyjnymi metodami lub byłoby to bardzo drogie i czasochłonne. Zakupiona drukarka 3D pozwala na produkcję przedmiotów o wielkości 25,5 × 25,2 × 20 cm, a wysokość pojedynczej warstwy, z której powstaje model, wynosi zaledwie 16 mikrometrów (0,016 mm). Urządzenie obsługuje 17 materiałów o różnych właściwościach mechanicznych, np. materiały sztywne i wytrzymałe, elastyczne imitujące właściwości gumy, przezroczyste, o właściwościach polipropylenu, odporne na wysokie temperatury, a także biokompatybilne dopuszczone do kontaktu z ludzką skórą.

– To pionierskie wdrożenie z zakresu wzornictwa można krótko scharakteryzować trzema słowami – nowoczesność, szybkość i precyzja – dodaje Piotr Kita. – Dzięki drukarce 3D, będziemy mogli przetestować jeszcze więcej kreatywnych rozwiązań. Skrócimy czas procesu otrzymania prototypu, który teraz od momentu konceptu i szkicu, do momentu uzyskania w pełni funkcjonalnego modelu przestrzennego, będziemy w stanie realizować we własnym zakresie. Technologia druku 3D otwiera nam drzwi do dopracowania jakości wzoru produktu w jeszcze większym niż dotąd stopniu.

Warto dodać, że drukarka 3D znajdzie swoje zastosowanie także w projektach Działu Marketingu i Visual Merchandising. Będzie ona wykorzystywana do opracowania funkcjonalnych i konstrukcyjnych prototypów wystroju salonów, w tym aranżacji wnętrz. Natomiast Działowi Utrzymania Ruchu urządzanie posłuży do konstruowania specyficznych elementów funkcjonalnych maszyn o danym stopniu twardości, wytrzymałości i dużej precyzji odtworzenia.

Mastercard: 20-30% covidowej zwyżki obrotów w e-commerce będzie trwałe

Jak wynika z raportu Mastercard pt. „Odbudowa po pandemii: e-wolucja handlu” w 2020 r. na handel elektroniczny przypadał około 1 dolar na każde 5 dolarów wydanych na zakupy w sklepach detalicznych, w porównaniu z ok. 1 na 7 dolarów w 2019 r. Jednocześnie szacuje się, że 20–30% obrotów handlowych, które w wyniku pandemii przeniosły się do sieci, zostaną w sektorze e-commerce na stałe.

Choć transformacja cyfrowa przebiega różnie w poszczególnych krajach czy branżach, raport Mastercard pozwala wyodrębnić kilka uniwersalnych, globalnych trendów:

  • Najwięcej zyskują kraje, które już wcześniej były scyfryzowane. Gospodarki, których znaczna część już przed pandemią funkcjonowała w sferze cyfrowej, takie jak np. Wielka Brytania czy USA, osiągnęły większe korzyści z przejścia w tryb zdalny. Efekty cyfrowej transformacji w ich przypadku są zarówno lepsze, jak i trwalsze, niż w krajach, gdzie wcześniej udział handlu elektronicznego był stosunkowo niewielki. Największe postępy, jeśli chodzi o przyspieszenie rozwoju e-commerce, poczyniły kraje z regionów Europy, Ameryki Północnej i Dalekiego Wschodu.
  • Wzrost udziału e-handlu w zakupach spożywczych wygląda na trwały. Przed pandemią udział sprzedaży online w tym podstawowym sektorze handlu detalicznego był najmniejszy. Gdy jednak konsumenci przekonali się do e-zakupów, sklepy spożywcze i dyskonty odnotowały jedne z największych wskaźników wzrostu. Mastercard przewiduje, że w segmencie produktów spożywczych 70-80% wzrostu sprzedaży online z czasu pandemii utrzyma się również po niej.
  • Obroty w międzynarodowym e-commerce wzrosły o 25-30%. Międzynarodowy e-handel odnotował w czasie pandemii silny wzrost, zarówno pod względem wolumenu sprzedaży, jak i liczby krajów, z których pochodziły zamówienia. Ta forma zakupów zapewnia konsumentom nieporównanie większy wybór produktów i ich dostawców. Nic dziwnego, że w okresie marzec 2020 – luty 2021 zwiększyli oni wydatki na zagraniczne zakupy internetowe o 25-30%.
  • Przeciętny konsument kupuje od większej liczby różnych e-sprzedawców. E-handel zapewnia klientom większy wybór, co znalazło odzwierciedlenie w analizach Mastercard. Wynika z nich, że konsumenci na całym świecie korzystają z nawet o 30% większej liczby różnych serwisów online czy internetowych platform sprzedażowych.

Najnowszy raport jest oparty na zanonimizowanych i zagregowanych danych dotyczących transakcji Mastercard oraz na analizach Instytutu Ekonomicznego Mastercard. W ubiegłym roku firma uruchomiła inicjatywę Recovery Insights, aby biznesom i instytucjom rządowym pomagać w podejmowaniu lepszych decyzji i zarządzaniu ryzykiem związanym z pandemią Covid-19. Wykorzystuje ona kompetencje analityczne Mastercard, w tym doświadczenie firmy w dziedzinie doradztwa oraz jej usługi oparte na danych.

Pełna wersję komunikatu prasowego na temat raportu pt. „Odbudowa po pandemii: e-wolucja handlu” (w jęz. angielskim) można znaleźć na stronie: https://www.mastercard.com/news/press/2021/april/mastercard-recovery-insights-e-commerce-a-covid-lifeline-for-retailers-with-additional-900-billion-spent-online-globally/.

Milionerzy z 3D. Awatary są tak samo wiarygodne jak realni celebryci

Komputerowe animacje, takie jak Miquela, Blawko czy Shudu, gromadzą setki tysięcy obserwujących na Instagramie, zarabiają nawet milion dolarów za post, choć są jedynie wirtualnymi postaciami. Pomimo sztucznej natury wzbudzają zaufanie użytkowników, a to, co robią, wygląda atrakcyjnie i profesjonalnie. Badaczki z Akademii Leona Koźmińskiego mówią, że fikcyjne postacie mogą dziś nie tylko oddziaływać na tłumy, ale też być sposobem na skuteczny marketing.

Miquela Sousa, znana jako Lil Miquela, to fikcyjna dziewiętnastolatka wykreowana komputerowo w 2016 roku przez amerykański start-up z Los Angeles. Lil Miquela występuje w teledyskach na YouTube, a nawet ma swoją playlistę w Spotify i sklep odzieżowy. Do tego współpracuje z markami takimi jak Gucci, Calvin Klein, Prada, Supreme, Diesel czy Pat McGrath.

LilMiquela_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/CK1nbYmnGAt/?utm_source=ig_web_copy_link

Blawko jest w pewnym sensie młodszym bratem Miqueli – został stworzony przez tę samą firmę w 2019 roku. W odróżnieniu od idealnych modeli Blawko prowokuje tatuażami, zgoloną głową, rockowym spojrzeniem i zawsze zakrytą częściowo twarzą. W sieci też chętnie pokazuje się w towarzystwie innej wirtualnej gwiazdy – Bermudy. Oficjalnie są ze sobą… w związku.

Blawko_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/Bxs6KColeoR/?utm_source=ig_web_copy_link

Z kolei Shudu to pierwsza na świecie cyfrowa supermodelka. Została stworzona przez brytyjskiego fotografa mody Camerona-Jamesa Wilsona w 2017 roku. Na swoim koncie ma współpracę z prestiżowymi markami modowymi – Ellesse i Ballmain.

Shudu_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/CHgAg34hYpq/?utm_source=ig_web_copy_link

Miquela, Blawko i Shudu są wytworem technologii 3D. To postacie urodzone w internecie. W Polsce również mamy wykreowaną „z sieci” influencerkę Sarę Kosmos. Na Instagramie pojawiła się we wrześniu 2019 r. W swoim biogramie otwarcie przyznaje się do inspiracji Lil Miquelą.

SaraKosmos_Instagram
Źródło: https://www.instagram.com/p/B7bNICKHQC5/?utm_source=ig_web_copy_link

Łącznie te awatary mają ponad 3 miliony obserwatorów na Instagramie. – Trzeba wziąć pod uwagę, że od 10 do 25 proc. obserwujących, w zależności od analizowanej wirtualnej postaci, to podejrzane konta, które mogą być fikcyjne. Faktem jest jednak to, że wymienionych celebrytów obserwuje ponad milion osób – zaznaczają

– Chciałyśmy zrozumieć, dlaczego sztucznie stworzone postacie stały się na tyle wpływowe w mediach społecznościowych, że mogą oddziaływać na swoich odbiorców równie dobrze jak realni celebryci pokroju Roberta i Anny Lewandowskich.

Naukowczynie przeprowadziły eksperyment badawczy z udziałem 246 młodych osób, które podzieliły na dwie grupy. – podkreśla dr Tkaczyk.

Dla jednych marek to szansa, dla innych zagrożenie

Badaczki podkreślają, że na rosnącej popularności wirtualnych influencerów już aktywnie korzystają światowej klasy marki modowe. Balmain, Prada, Versace to tylko niektóre z nich. – Taka postać nie potrzebuje czasu wolnego, nie skarży się na warunki współpracy, zawsze wygląda perfekcyjnie, a pracować może bez przerwy. Współpracujące z nimi firmy nie muszą się martwić również kryzysami wizerunkowymi i błędami ludzkimi, gdyż cyfrowy model zrobi wszystko tak, jak chce tego jego twórca.

Dodają równocześnie, że influencerzy stworzeni w rzeczywistości wirtualnej przyciągają uwagę, gdyż nie ma ich zbyt wielu. – Należy jednak podkreślić, że awatar czy model wyglądający podobnie, lecz nie identycznie, jak człowiek może wywoływać nieprzyjemne odczucia u obserwujących go ludzi. To tzw. efekt doliny niesamowitości. Im jest bardziej zbliżony do człowieka, tym większy dyskomfort może u niego wywołać – tłumaczą. Ich zdaniem wzmacnianie kultu kanonów piękna czy urody, które są nie do osiągnięcia przez człowieka, jest jednym z najważniejszych zagrożeń dla marek wykorzystujących takie postacie.

Okazuje się również, że konsumenci nieświadomi, że mają do czynienia z awatarem zamiast prawdziwą osobą, mogą się czuć rozczarowani i wprowadzeni w błąd. – Granica między rozróżnieniem tego, czy za danym profilem i jego aktywnością stoi realny użytkownik, czy wirtualny influencer, staje się prawie niezauważalna. W sieci gra toczy się o zaufanie klienta, dlatego wskazanie wyraźnie, z kim się ma do czynienia, jest kluczowym zadaniem rosnącego w siłę rynku e-commerce – zaznacza dr Jolanta Tkaczyk.