Koronawirusy atakowały już 25 tys. lat temu. Za sprawą postępujących zmian klimatycznych pradawne wirusy mogą znów zagrażać ludzkości

Pradawne wirusy mogą zagrażać ludzkości. Naukowcy są w stanie ożywić drobnoustroje sprzed dziesiątków tysięcy lat. Topienie się wiecznej zmarzliny w wyniku postępujących zmian klimatycznych może uwalniać długo ukryte choroby i wirusy do środowiska, zagrażając zdrowiu zarówno ludzi, jak i zwierząt. Naukowcy byli w stanie ożywić drobnoustroje sprzed dziesiątków tysięcy lat. Najnowsze badania DNA potwierdzają, że starożytny koronawirus lub blisko spokrewniony patogen wywołał epidemię na terenie Azji około 25 tys. lat temu.

Najnowsze badania pokazują, że starożytny koronawirus lub blisko spokrewniony patogen wywołał epidemię wśród przodków współczesnych Azjatów z Azji Wschodniej około 25 tys. lat temu. Analiza DNA ponad 2 tys. osób wykazała, że zmiany genetyczne w odpowiedzi na tę uporczywą epidemię kumulowały się w ciągu następnych 20 tys. lat, o czym na wirtualnym corocznym spotkaniu Amerykańskiego Stowarzyszenia Antropologów Fizycznych poinformował David Enard, genetyk ewolucyjny z Uniwersytetu Arizona.

Epidemie wywoływane przez wirusy nawiedzały ludzkość wielokrotnie. Ponad 5 tys. lat temu nieznana epidemia praktycznie całkowicie unicestwiła prehistoryczną wioskę w Chinach. Badania archeologiczne i antropologiczne wskazują, że nastąpiła ona na tyle szybko, że nie było czasu na właściwe pochówki, a miejsce nie było ponownie zamieszkane. Z kolei ok. 430 roku p.n.e., niedługo po rozpoczęciu wojny między Atenami a Spartą, epidemia spustoszyła dzisiejszą stolicę Grecji i trwała przez pięć lat. Plaga Antoninów (165–180 rok n.e.), prawdopodobnie ospa prawdziwa, zabiła z kolei ponad 5 mln ludzi w imperium rzymskim. Zabójcze wirusy i bakterie mogą powrócić do żywych za sprawą postępujących zmian klimatycznych.

– Istnieje ryzyko, ponieważ zarówno wirusy, jak i bakterie mogą wegetować zamrożone. Oczywiście w wielu wypadkach prawdopodobnie są one już od dawna martwe i mogłyby nam zaszkodzić w niewielkim stopniu, natomiast hibernacja może teoretycznie pozwolić na przechowanie organizmów, zwłaszcza bakterii, mających formy wegetatywne, odporne na niekorzystne warunki środowiska, które mogą wrócić do aktywności i ponownie infekować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. Tomasz Szczygielski z Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk.

Wieczna zmarzlina nie musi całkowicie rozmarznąć, aby mikroorganizmy zamarznięte w ziemi ożyły lub przedostały się do taliku – warstwy ponad wieczną zmarzliną, która rzadko, jeśli w ogóle, zamarza. Ta aktywna warstwa, coraz większa i aktywna dłużej, staje się nowym środowiskiem, w którym wystarczy wzrost niezamarzniętej wody, aby aktywować niektóre procesy biologiczne.

Jean Michel Claverie, wirusolog z Uniwersytetu Aix-Marseille, już w 2019 roku podczas spotkania klimatologów i wirusologów przyznał, że podczas swoich badań był w stanie ożywić wirusy z próbek pradawnej wiecznej zmarzliny, choć nie był w stanie przekroczyć granicy 30 tys. lat. Wraz z rozwojem technologii te bariery uda się jednak znacznie przekroczyć. Tym samym może się okazać, że obecna pandemia może zostać wkrótce zastąpiona nową, wywołaną przez wirusy, które pojawiły się nawet setki tysięcy lat temu.

– Niedawno z pokrywy lodowej udało się wydobyć starożytne bakterie. Na razie jednak trudno stwierdzić, czy są groźne dla dzisiejszych zwierząt, w tym dla ludzi. Z jednej strony teoretycznie tak, ponieważ są czymś zupełnie nieznanym dla nas, do czego my możemy nie być przystosowani pod kątem odporności. Ale z drugiej strony być może są to jakieś organizmy, do których już wyewoluowaliśmy odporność dawno, dawno temu i w związku z tym one uległy pewnego rodzaju eliminacji – ocenia Tomasz Szczygielski.

Polacy badają występowanie schorzeń u kręgowców w czasach prehistorycznych. Projekt w Krasiejowie, gdzie odnaleziono całe grupy prehistorycznych zwierząt, ma pomóc udokumentować schorzenia i urazy oraz uzupełnić stan wiedzy o prehistorycznych formach współczesnych chorób. Pokaże też, jak przez miliony lat różne schorzenia wpływały na kształtowanie się życia. Drobnoustroje chorobotwórcze (np. bakterie, grzyby) są znacznie starsze niż sama ludzkość, nie wiadomo, jak dawno temu uzyskały zdolność wnikania do organizmów żywych i wywoływania u nich zmian chorobowych. Projekt prowadzony w Krasiejowie ma pomóc zrozumieć, w jaki sposób w ciągu setek milionów lat kształtowały się owe zależności pomiędzy chorobotwórczymi drobnoustrojami a ich żywicielami.

– Epidemie i pandemie nie są niczym nowym, choć skala zachorowań w materiale kopalnym bywa często trudna do określenia, zwłaszcza jeżeli chodzi o zwierzęta kręgowe. Zazwyczaj znajdujemy pojedyncze okazy, czasem fragmenty zwierząt, jakieś pojedyncze kości, więc oczywiście to nam o populacji najczęściej niewiele mówi. Ale są takie stanowiska, gdzie znajdujemy całe stada zwierząt, m.in. w polskim Krasiejowie – wskazuje badacz z  Instytutu Paleobiologii Polskiej Akademii Nauk.

Pradawne wirusy prawdopodobnie wyglądały podobnie do tych, które atakują nas obecnie, choć nie zachowały się w stanie kopalnym.

– Z zapisu kopalnego nie jesteśmy do końca w stanie identyfikować konkretnie gatunków czy rodzajów wirusów. Natomiast jesteśmy w stanie prześledzić ich historię ewolucyjną i do pewnego stopnia wydatować ich czas pojawienia się za pomocą badań molekularnych, czyli badań materiału genetycznego. W przypadku wirusów to jest trochę trudniejsze niż w przypadku wielu innych organizmów, ponieważ ich genom jest bardzo uproszczony, więc mutacje, które zachodzą, są bardzo intensywne, choć pewne informacje oczywiście można uzyskać – przekonuje ekspert.

Jak podkreśla, ewolucja wirusów jest silnie związana z ewolucją żywych organizmów.

– Pojawiła się hipoteza, że być może właśnie wirusy są ekstremalnie uproszczonymi organizmami chorobotwórczymi, czymś, co pierwotnie miało formę bakteryjną albo zbliżoną do bakteryjnej. Ponieważ stały się wymagającymi gospodarza pasożytami, to te elementy ich genomu, ich struktury, które nie były potrzebne do samej replikacji czy do infekcji komórek gospodarza, uległy wycięciu i z czasem uprościły się do ekstremalnie prostych struktur – tłumaczy dr hab. Tomasz Szczygielski.

Przełom w obserwacji czarnych dziur. Dane z 19 obserwatoriów mogą pomóc testować ogólną teorię względności Einsteina

Kilka z najpotężniejszych teleskopów na świecie jednocześnie obserwowało supermasywną czarną dziurę w galaktyce M87. To pierwsza czarna dziura, która została bezpośrednio sfotografowana przed dwoma laty. Teraz naukowcy ujawnili dane z 19 obserwatoriów – zarówno na Ziemi, jak również tych w kosmosie, które pozwalają  na głębszy wgląd w czarną dziurę. Nowe obserwacje mogą m.in. pomóc ulepszyć testy ogólnej teorii względności Einsteina.

W kwietniu 2019 roku naukowcy opublikowali pierwsze zdjęcie czarnej dziury w galaktyce M87, wykonane za pomocą teleskopu Event Horizon Telescope (EHT). Jednak to niezwykłe osiągnięcie było dopiero początkiem odkryć. Teraz naukowcy ujawnili dane z 19 obserwatoriów, umieszczonych na Ziemi i w kosmosie, które pozwalają na dokładny wgląd w tę czarną dziurę.

– Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że pierwsze bezpośrednie zdjęcie czarnej dziury będzie przełomowe – twierdzi Kazuhiro Hada z Narodowego Obserwatorium Astronomicznego Japonii, współautor nowego badania opublikowanego w „The Astrophysical Journal Letters”. – Aby jednak wyciągnąć jak najwięcej wiedzy z tego niezwykłego obrazu, musimy wiedzieć wszystko o zachowaniu się czarnej dziury w tamtym czasie, obserwując całe spektrum elektromagnetyczne.

Supermasywne czarne dziury w centrach niektórych aktywnych galaktyk wytwarzają potężne dżety [strugi – przyp. red.] promieniowania i cząsteczek poruszających się z prędkością bliską prędkości światła. Przyciągnięta silną grawitacją materia opada w kierunku centralnej czarnej dziury, żywiąc się otaczającym ją gazem i pyłem. Jednak zamiast wpadać do czarnej dziury, niewielka część cząstek zostaje przyspieszona do prędkości prawie równej prędkości światła i wyrzucona w postaci dwóch wąskich wiązek wzdłuż osi obrotu czarnej dziury. Uważa się, że dżety te są źródłem najszybciej podróżujących cząstek we Wszechświecie, czyli promieni kosmicznych.

Dżety M87 wytwarzają światło obejmujące całe spektrum elektromagnetyczne, od fal radiowych po światło widzialne i promienie gamma. Intensywność światła w tym widmie daje inny wzór dla każdej czarnej dziury. Zidentyfikowanie tego wzoru, który zmienia się w czasie, daje kluczowy wgląd we właściwości obiektu.

Naukowcy poprzez skoordynowane obserwacje za pomocą kilku najpotężniejszych teleskopów zebrali światło z całego widma – światło widzialne (teleskopy Hubble i Swift), światło ultrafioletowe (teleskop Swift) i promieniowanie rentgenowskie (teleskopy Chandra i NuSTAR). Każdy dostarcza innych informacji o zachowaniu i wpływie czarnej dziury o masie 6,5 mld mas Słońca w centrum M87, która znajduje się około 55 mln lat świetlnych od Ziemi. Pomoże to zrozumieć zmienny wzór przyspieszania cząstek.

– Zrozumienie przyspieszenia cząstek jest naprawdę kluczowe dla naszego zrozumienia zarówno obrazu uzyskanego w 2019 roku przez Event Horizon Telescope, jak i dżetów, we wszystkich ich „odcieniach” – podkreśla astrofizyk Sera Markoff z Uniwersytetu w Amsterdamie.

Pierwsze wyniki pokazują, że natężenie światła wytwarzanego przez materię wokół supermasywnej czarnej dziury M87 było najniższe, jakie kiedykolwiek zaobserwowano. Stworzyło to idealne warunki do oglądania „cienia” czarnej dziury, umożliwiło też odizolowanie światła z regionów w pobliżu horyzontu zdarzeń od czarnej dziury.

Połączenie danych z tych teleskopów oraz obecnych i przyszłych obserwacji EHT umożliwi naukowcom prowadzenie ważnych badań. Naukowcy planują wykorzystać te dane do udoskonalenia testów ogólnej teorii względności Einsteina. Obecnie niepewność co do materiału obracającego się wokół czarnej dziury i wyrzucanego przez dżety, w szczególności właściwości określające emitowane światło, stanowią główną przeszkodę. Dżety wystrzeliwane z czarnych dziur są najbardziej prawdopodobnym źródłem promieni kosmicznych o najwyższej energii, ale jest wiele wątpliwości co do miejsc, w których cząstki są przyspieszane.

– Dżety potrafią transportować energię uwolnioną przez czarną dziurę na ogromne odległości, poza galaktykę, w której się znajduje – niczym ogromny przewód zasilający. Nasze wyniki pomogą nam obliczyć ilość przenoszonej energii oraz wpływ tych strug na otoczenie czarnej dziury – wskazuje Sera Markoff.

Dane zostały zebrane przez zespół 760 naukowców i inżynierów z prawie 200 instytucji w 32 krajach, którzy korzystali z obserwatoriów finansowanych przez instytucje na całym świecie. Obserwacje trwały od końca marca do połowy kwietnia 2017 roku.

 – Ten niesamowity zestaw obserwacji pochodzi z wielu najlepszych teleskopów świata – wskazuje współautor badania Juan Carlos Algaba z Uniwersytetu Malaya w Kuala Lumpur w Malezji. – To wspaniały przykład współpracy astronomów z całego świata w dążeniu do nauki.

Deloitte: Instytucje finansowe zyskują na zatrudnieniu dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju

Aż 70 proc. specjalistów z sektora finansowego uważa, że w pięcioletniej perspektywie dyrektorzy ds. zrównoważonego rozwoju będą pełnili kluczową rolę w dążeniu do osiągnięcia celów ESG, czyli z zakresu ochrony środowiska, czynników społecznych i ładu korporacyjnego. Jak wynika z raportu “The future of the Chief Sustainability Officer. Sense-maker in chief”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, najczęściej wskazywanym celem działania Chief Sustainability Officer, czyli CSO, jest skuteczne przeprowadzenie zmian w zakresie modelu biznesowego danej organizacji.

Badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte i Institute of International Finance miało za zadanie określić, w jaki sposób instytucje świadczące usługi finansowe mierzą się z problemami dotyczącymi zagadnień ESG, a także, w jaki sposób postrzegają rolę dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju.

Wynik naszego badania potwierdził, że instytucje finansowe, które wyznaczyły w swoich strukturach funkcję Chief Sustainability Officer, podejmując tym samym wyzwanie związane z zagrożeniami środowiskowymi i zrównoważonym rozwojem, i zapewniły mu silne poparcie zwierzchników oraz strategiczny zakres obowiązków, zaczęły dostrzegać płynące z tego korzyści – mówi Irena Pichola, partner, lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

W świecie, w którym tempo, zakres i złożoność zachodzących zmian mogą zagrozić sprawnemu funkcjonowaniu wielu firm i wytrącić je z torów, istnieje pilna potrzeba wsparcia ze strony zarządzających, którzy zadbają o sens działania swoich instytucji (sense-maker in chief). Powinni oni móc efektywnie wytłumaczyć palące problemy, zmobilizować swoich współpracowników i zaaranżować wprowadzenie adekwatnych zmian.

Prawie jedna trzecia respondentów badania Deloitte dostrzega tę potrzebę, ale w ich firmach jeszcze takie stanowisko się nie pojawiło. Mimo to, 5 proc. ankietowanych uważa, że stworzenie funkcji CSO nie jest konieczne, a 14 proc. wskazuje na niechęć zarządu do takiej inicjatywy. Co piąty mówi, że taka rola już jest włączona w strukturę ich firmy i tyle samo, że za te zagadnienia jest już odpowiedzialna inna osoba z zarządu.

Kiedy potrzebny jest CSO?

Eksperci Deloitte wskazują w raporcie, że w działalności przedsiębiorstw może dojść do trzech momentów zwrotnych, w których wyznaczenie dyrektora ds. zrównoważonego rozwoju jest dla nich niezbędne.

Po pierwsze, gdy tempo zmian zachodzących w zewnętrznym otoczeniu biznesowym przewyższa możliwość dostosowania się do nich wewnątrz organizacji. Ekspert, wspomagający firmę w zdefiniowaniu kluczowych celów, pozwoli jej efektywnie przeprowadzić transformację, a nawet przewidzieć kierunek przyszłych zmian. Po drugie, gdy organizacja nie prowadziła działań w zakresie zrównoważonego rozwoju

i nie posiada wystarczających kompetencji w tej dziedzinie, a ma świadomość, że interesariusze właśnie tego od niej oczekują. Po trzecie, gdy firma rozpoznaje zagrożenia w zakresie ESG i uznaje ich zaadresowanie za strategiczne dla swojego funkcjonowania.

– Dyrektor ds. zrównoważonego rozwoju zajmuje centralną pozycję w strukturach firmy nie dlatego, że jest bezpośrednio odpowiedzialny za wszystkie wysiłki podejmowane w tym zakresie. Przy tej skali niezbędnych zmian potrzebny jest dyrektor wyższego szczebla, który będzie miał za zadanie kształcić współpracowników, inicjować transformację i łączyć wszystkie niezbędne elementy tej skomplikowanej układanki, a także koordynować i inicjować współpracę multidyscyplinarnych zespołów odpowiedzialnych za wdrażanie realnej zmiany w firmie – mówi Katarzyna Średzińska, manager, zespół ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Obszar działania CSO

Szczegółowy zakres obowiązków dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju różni się w zależności od rodzaju przedsiębiorstwa, w którym pracują, a także np. od sektora gospodarki, w którym działa firma. Tak ogólne podejście oznacza, że funkcja ta w rzeczywistości jest różnie nazywana, wiąże się ze zróżnicowanymi zadaniami i zmienną odpowiedzialnością.

Ankieta Deloitte wskazała jednak trzy główne obszary, którymi CSO się zajmują. Są to: ocena i analiza zmieniających się warunków, w których funkcjonuje firma i ich skuteczne wyjaśnienie wewnątrz organizacji; pomoc w adekwatnym przekonfigurowaniu strategii biznesowej przedsiębiorstwa; i wreszcie – zapewnienie świadomego i przemyślanego przywództwa, umożliwiającego skuteczną współpracę wielu działów, a także ich efektywne zaangażowanie i kształcenie.

Wyniki badania pokazują też, że istnieje konsensus co do celów, jakie CSO usiłują osiągnąć. Respondenci najczęściej, w prawie 70 proc. przypadków, na pierwszym miejscu wskazywali, że jest to przeprowadzenie zmian w zakresie modelu biznesowego danej organizacji.

CSO dzisiaj i w przyszłości

Od profesjonalistów zajmujących stanowiska dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju wymaga się posiadania szeregu technicznych i menadżerskich umiejętności, wśród których najczęściej wymieniane są kompetencje w zakresie: strategii, wywierania wpływu, podnoszenia świadomości i ukazywania wymiernych konsekwencji zagadnień z zakresu ESG dla pracowników ich firmy.

Zdaniem ekspertów Deloitte CSO powinni doskonale nawiązywać relacje i współpracować z wszystkimi zaangażowanymi w funkcjonowanie biznesu. Niezbędna jest też znajomość struktury organizacyjnej, a także doskonałe zorientowanie w specyfice oferty firmy.

W zależności od przedsiębiorstwa i konkretnych zadań, CSO mogą przyjmować różne style pracy: agitatora, który podważa istniejące zasady i namawia do zmian, wykonawcy, który obejmuje przywództwo w dążeniu do wyznaczonych celów, moderatora, który stara się godzić często sprzeczne interesy lub asystenta, który usprawnia zachodzące procesy. Najlepiej jednak jest, gdy potrafią zrównoważyć podejście i dostosowywać do konkretnej sytuacji. Do tego dochodzą oczywiście zdolności komunikacyjne i organizacyjne.

Pozycja w strukturach firm i skuteczność działania dyrektorów ds. zrównoważonego rozwoju w dużej mierze zależy od tego, komu podlegają. 32 proc. respondentów badania raportuje do prezesów firm, druga najpopularniejsza ścieżka (13 proc.) prowadzi do szefów działów komunikacji lub marketingu, a po 9 proc. badanych wskazało szefa HR i zarządzającego strategią. Jak wynika z raportu, część CSO podkreślała, że niezwykle ważna jest też dobra bezpośrednia relacja z prezesem – szczególnie mocno zaangażowanym w kwestie społecznej odpowiedzialności, nawet z pominięciem oficjalnych zależności służbowych.

99 proc. badanych, niezależnie od kraju, rodzaju zespołu czy konkretnej funkcji, przewiduje w ciągu najbliższych dwóch lat dalszy wzrost znaczenia zadań dotyczących zrównoważonego rozwoju i społecznej odpowiedzialności biznesu. Powoduje to, że rośnie autorytet i pozycja w strukturach firm specjalistów zajmujących się tymi kwestiami. 80 proc. badanych CSO i 72 proc. respondentów niesprawujących tej funkcji przewiduje, że w najbliższych 5 latach taka sytuacja się utrzyma i dyrektorzy ds. zrównoważonego rozwoju będą nadal pełnić osobną rolę w przedsiębiorstwach. Zaledwie 14 proc. zakłada, że funkcja nie będzie już potrzebna. Tyle samo badanych uważa, że te zadania zostaną przypisane do prezesów firm.

– W krótkiej i średniej perspektywie czasowej będziemy świadkami zmian we wszystkich sektorach gospodarki. Z badań wynika też, że w ciągu dwóch lat zrównoważony rozwój i społeczna odpowiedzialność staną się kluczowe dla sektora bankowego i ubezpieczeniowego, zarządzania, bankowości inwestycyjnej, firm ubezpieczeniowych, zarządzania ryzykiem, relacji inwestorskich oraz marketingu i brandingu. Z moich rozmów z klientami wynika, że większość banków rozpoczęła intensywne prace nad uwzględnieniem tych aspektów w swojej strategii biznesowej, często widząc w nich szanse na rozwój dodatkowych usług i budowę przewagi konkurencyjnej wobec rosnących potrzeb rynku – mówi Przemysław Szczygielski, partner, lider sektora finansowego w Deloitte Polska.

O badaniu

Badanie Institute of International Finance (IIF) oraz Deloitte zostało przeprowadzone między lipcem a wrześniem 2020 r. na grupie ponad 80 profesjonalistów o różnych specjalizacjach, zajmujących się zagadnieniami zrównoważonego rozwoju

i społecznej odpowiedzialności biznesu. Respondenci pracowali w ponad 70 instytucjach świadczących usługi finansowe z Europy, Ameryki Północnej, Azji i rynków wschodzących.

Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie

Pandemia COVID-19 i towarzyszące jej zmiany regulacyjne na trwałe zmieniły obraz polskiego rynku pożyczek pozabankowych. Branża zanotowała w poprzednim roku 34 proc. spadek wartości udzielonego finansowania oraz 21 proc. spadek liczby przyznanych pożyczek. Z rynku zniknęła niemal jedna czwarta firm pożyczkowych – wynika z raportu Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego podsumowującego sytuację w sektorze w 2020 roku.

Sektor instytucji pożyczkowych, który już w 2019 r. odnotował stratę na poziomie ponad 122 mln złotych, znacząco odczuł skutki pandemii COVID-19. W związku z niestabilną sytuacją epidemiczną i gospodarczą z jednej strony obniżyła się wiarygodność kredytowa wielu konsumentów, a z drugiej czasowo osłabł popyt na produkty kredytowe. Dodatkowo, oprócz trudności operacyjnych związanych z nowym reżimem sanitarnym i pracą zdalną, branżę dotknęła trzykrotna obniżka stóp procentowych, wakacje kredytowe oraz ustawowe ograniczenie maksymalnej wysokości kosztów kredytu konsumenckiego o ponad 60 proc. w stosunku do wcześniej obowiązującego poziomu. Ten ostatni czynnik spowodował, że wskutek problemów ze skonstruowaniem rentownej oferty w nowych warunkach, wiele podmiotów wstrzymało aktywność, a pozostałe ograniczyły rozmiar akcji kredytowej.

Oprócz problemów legislacyjnych i operacyjnych, z jakimi mierzyły się instytucje pożyczkowe w poprzednim roku, stabilnością branży zachwiały również problemy z pozyskaniem finansowania. „Niepewna sytuacja gospodarcza i legislacyjna spowodowała znaczny spadek zaufania inwestorów do branży i wstrzemięźliwość z ich strony. Branża została także wyłączona z rządowych programów pomocowych, przez co podmioty, które nie mogły liczyć na finansowanie w ramach własnej grupy kapitałowej, miały problem z utrzymaniem płynności i pozyskaniem środków na kontynuowanie działalności kredytowej” – mówi Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. Jak dodaje „W efekcie wiele podmiotów nie wytrzymało covidowo-regulacyjnego tsunami i wycofało się w rynku. Tylko w ciągu 2020 roku rynek skurczył się pod kątem liczby aktywnych graczy niemal o jedną czwartą”.

Głębokie spadki sprzedaży

Wyraźnie obniżona podaż pożyczek pozabankowych odbiła się na wynikach sprzedaży. Według danych CRIF wartość udzielonego finansowania przez firmy pożyczkowe w 2020 r. wyniosła 6,65 mld złotych, co oznacza spadek o niemal 34 proc. w porównaniu do wcześniejszego roku. O blisko 21 proc. spadła też liczba przyznanych pożyczek, wynosząc w 2020 roku 2,32 mln sztuk. Średnia wartość pojedynczej pożyczki w 2020 r. wyniosła 2866 zł, co stanowi o 16 proc. mniej niż rok wcześniej.Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie

Największe załamanie na rynku odnotowano w okresie marzec-maj, kiedy branża musiała w szybkim tempie zmodyfikować ofertę produktową, dostosowując ją do nowych wymogów prawnych, a także od strony technicznej i operacyjnej przygotować się do branżowego, a następie ustawowego, memorandum kredytowego. W kwietniu 2020 r. branża odnotowała rekordowy 66 proc. spadek wartości udzielonego finansowania.

Jak zaznaczono w raporcie odnotowane spadki sprzedaży to wypadkowa dwóch czynników – ograniczonej podaży i osłabionego popytu. Przy czym w ocenie FRRF groźniejszym zjawiskiem na płaszczyźnie gospodarczej i społecznej wydaje się obniżona podaż, gdyż popyt, ściśle skorelowany z formą codziennej aktywności konsumentów i ich nastrojami, prawdopodobnie szybko odbuduje się po ustaniu lub złagodzeniu pandemii. Zredukowany stopień akcji kredytowej wynikający z mniejszej liczby firm pożyczkowych może nie być natomiast w stanie zaspokoić zapotrzebowania wśród konsumentów, kiedy poziom konsumpcji prywatnej wróci do stanu sprzed pandemii. Z kolei bariera wejścia na rynek pożyczek, a także niepewność regulacyjna i finansowa jest na tyle duża, że mało prawdopodobne wydaje się pojawienie się w sektorze nowych graczy.

W poprzednim roku dominowały pożyczki niskokwotowe

Zgodnie z przyjętą ustawą anty-covidową na czas epidemii obniżono limit kosztów pozaodsetkowych kredytu konsumenckiego do maksymalnie 21 proc. dla pożyczek udzielanych na okres powyżej 30 dni oraz 5 proc. dla pożyczek o okresie spłaty krótszym niż 30 dni.  Nowe wymogi regulacyjne zmusiły zatem firmy pożyczkowe do przebudowania oferty produktowej i dostosowania jej do nowych regulacji. Z danych CRIF w zakresie rozkładu kwotowego udzielonych pożyczek w poprzednim roku wynika, że aż 53,5 proc. wszystkich przyznanych pożyczek stanowiły pożyczki o wartości poniżej 2 tys. złotych. Kolejne 23,5 proc. to pożyczki w przedziale 2-4 tys. złotych, a pożyczki o wartości powyżej 4 tys. zł stanowiły w zeszłym roku mniej niż ¼ wszystkich sprzedanych kredytów.Branża pożyczkowa zamknęła 2020 rok na dużym minusie 2

Wzrost niepewności gospodarczej, widmo kryzysu oraz ograniczone przychody firm pożyczkowych do poziomu uniemożliwiającego pokrycie strat z tytułu niespłaconych pożyczek zmusiły branżę do zmian w polityce kredytowej. Z danych CRIF wynika, że odsetek odrzuconych przez firmy pożyczkowe konsumentów wzrósł podczas pierwszej fali pandemii do około 45 procent.

 

Jaki będzie rok 2021 na rynku pożyczek?

Sytuacja w sektorze instytucji pożyczkowych w kolejnych miesiącach jest w dużej mierze uzależniona od dalszego przebiegu pandemii i jej wpływu na gospodarkę. Istotną determinantą będzie sytuacja na rynku pracy i tempo odbudowy popytu na pożyczki, a przede wszystkim otoczenie regulacyjne.

Dane za pierwsze miesiące 2021 r. ilustrują wyraźnie obniżoną aktywność kredytową sektora w stosunku do poprzedniego roku, co z jednej strony wynika z czasowo osłabionego popytu konsumenckiego, a z drugiej strony ze znacznie mniejszej liczby aktywnych firm pożyczkowych. Przy czym zmiana ta wydaje się długookresowa. Czynnikami hamującymi odbudowę rynku, poza aspektem regulacyjnym, będą rosnące koszty prowadzenia działalności oraz utrudnione pozyskiwanie finansowania od inwestorów z rynku kapitałowego” – komentuje Mateusz Mucha z DM Navigator, doradca ekonomiczny FRRF.

Świat sponsoringu sportowego – legendarne współprace i miliardowe wydatki na promocje

Kiedy w 1928 roku Coca-Cola dostarczając napoje dla amerykańskiej reprezentacji na Igrzyska Olimpijskie w Amsterdamie zamieściła przy tym swoje reklamy, być może jeszcze nieświadomie rozpoczęła erę sponsoringu w sporcie. Pół wieku później ten sposób reklamowania wkroczył na stadiony w USA i Europie Zachodniej, a potem dotarł również do środowisk klubowych w Polsce.[1] Według najnowszego raportu Sports Sponsorship Investment[2] wydatki firm na reklamę i marketing sportowy na 2020 rok były szacowane na 48 miliardów dolarów. A w ciągu pięciu ostatnich lat wzrosły o około 20 proc. Liczby te zweryfikowała pandemia i mocno ograniczyła dotychczasowe działania globalnych marek, ale czy całkowicie? Jakie branże wydają najwięcej na sponsoring sportowy i z którymi legendarnymi klubami współpracują? Jakie trendy zdominują ten sektor w kolejnym pandemicznym roku?

Sponsoring sportowy przez ostatnie kilkadziesiąt lat przeszedł ewolucję od prezentacji logotypów na szyldach reklamowych do realizacji złożonych kampanii promocyjnych, w których zaangażowane są nie tylko marki, ale i znane osobistości świata sportu. Firmy, które inwestują w tę dziedzinę, jako najważniejsze wymieniają budowę świadomości marki i jej wizerunku, prestiż, zawiązywanie emocjonalnych relacji z odbiorcami i wzrost lojalności wobec marki, ze sprzedażą swoich produktów na czele. Badania zachowań konsumentów wielokrotnie potwierdzały, że ludzie chętniej nabywają artykuły sponsorów, a nawet czasem są skłonni zapłacić więcej, jeśli wspiera bliskie im drużyny, reprezentacje czy zawodników.

Sponsoring sportowy – kto wydaje najwięcej?

Według raportu Sports Sponsorship Investment najwięcej na sponsoring sportu wydają branże: finansowa (5,3 mld dolarów w 2019 roku), motoryzacyjna (2,4 mld), sprzedaż detaliczna (1,3 mld), telekomunikacyjna (1 mld) i alkoholowa (0,85 mld). Ta ostatnia budzi najwięcej emocji, bo pojawiają się głosy sprzeciwu, że tzw. „procentów” nie powinno się mieszać z rywalizacją sportową. Te głosy są jednak w mniejszości, a pokazują to roczne wydatki na sponsoring właśnie w tej branży. Jeszcze kilka lat temu zbadał je portal Sportcal.com [3]i oszacował, że to około 765 mln dolarów i prognozuje się, że będą rosły. Z raportu wynikało, że w czołowej dziesiątce firm osiem to kompanie piwowarskie. To głównie efekt tego, że w wielu krajach na świecie reklama piwa, pod pewnymi warunkami, jest dozwolona. Dalej w kolejności byli producenci szampana, wina i cydru.

Branża piwna w świecie sponsoringu sportowego

Marki browarnicze liczą na dotarcie do masowego odbiorcy, a do tego piwo jest zwykle najtańszym dostępnym alkoholem i kojarzonym ze sportem oglądanym przez kibica. Z tego powodu tak często możemy oglądać piwne brandy w sportowych realiach. – Po pierwsze jest tu wysoka zbieżność grup docelowych. Kibice znacząco pokrywają się z konsumentami piwa. Co więcej, obydwie grupy są populacyjnie bardzo duże i regularnie spożywają ten rodzaj alkoholu, więc tym bardziej są atrakcyjne dla koncernów – uważa Grzegorz Kita, prezes Sport Management Polska.

Potentatem jest amerykański Anheuser-Busch InBev, który wydaje około 250 mln dolarów rocznie (jako marka Bud Light) na partnerstwo z ligą amerykańskiego footballu NFL, a do tego jest także oficjalnym sponsorem reprezentacji Anglii w piłce nożnej. Kolejna marka z tej kompanii – Budweiser od 1994 roku jest sponsorem mundialu w piłce nożnej, czyli jednej z największych imprez sportowych na świecie. Wydaje rocznie około 85 mln dolarów.

– Marki alkoholi, w tym głównie piwa, zwróciły się w stronę sportu w nadziei, że dotrą do podstawowej grupy docelowej, czyli mężczyzn w średnim wieku. Liczą, że współpraca z zespołami i zawodnikami, udział w zwycięstwach i porażkach sprawi, że zbudują też lojalność wśród kibiców podsumował Conrad Wiacek ze Sportcal.

Prysznic po bawarsku

Kompanie piwowarskie działają nie tylko przy największych wydarzeniach sportowych, ale są też sponsorami klubów. Często dotyczy to lokalnych browarów. Jednym z przykładów jest długoletnia współpraca Bayernu Monachium i Paulanera. Każde mistrzostwo Niemiec w XXI wieku, a Bayern zdobył ich aż 14, jest świętowane podobnie. Jeszcze na murawie piłkarze dostają kilkulitrowe pokale wypełnione piwem, biegają po boisku i próbują oblać kolegę z drużyny, trenerów lub działaczy. Relacje ze świętowania zwykle obiegają cały świat. Producent piwa wykorzystuje też bardzo popularne w Niemczech święto Oktoberfest. Piłkarze z partnerkami zakładają bawarskie stroje i biorą udział w piwnej biesiadzie. Do tego za każdego gola w lidze Paulaner przekazuje 100 litrów piwa dla kibiców. W tym sezonie sam Robert Lewandowski, zapewnił fanom Bayernu już 3500 litrów.

Choć najczęściej sport sponsorują koncerny piwowarskie, to na taki krok decydują się także producenci win i szampanów, a nawet mocniejszych trunków. W tym przypadku częściej dotyczy to dyscyplin „elitarnych”, kojarzących się zamożnością i prestiżem, ale także współpracujących z legendarnymi klubami sportowymi.

Kiedy jeden diabeł szuka drugiego – sponsoring sportowy w świecie win

Jednym z ciekawych przykładów z branży winiarskiej jest współpraca Manchesteru United i Casillero del Diablo. W tym przypadku można mówić o naturalnym partnerstwie. Angielski klub nosi bowiem przydomek „Czerwone Diabły”, a cała legenda wokół chilijskiego wina jest osnuta na diable, który pilnuje szlachetnego trunku. Inicjatywa współpracy wyszła z Manchesteru, który w 2010 roku miał wysłać list, że „szuka jeszcze jednego diabła” do zespołu.

Efektem partnerstwa są reklamy wina na bandach podczas meczów Premier League, ale także filmy reklamowe z udziałem największych gwiazd drużyny m.in. Zlatana Ibrahimovicia, Waynea Rooneya, Juana Maty czy Davida De Gei. We wspólnie zorganizowanym konkursie „Spotkanie Legend” do wygrania jest wyjazd dla 26 osób z całego świata, w tym z Polski, na stadion Manchesteru United i rozegranie meczu o Puchar Diabła na murawie Old Trafford.

– Te dwie wielkie firmy łączy nie tylko diabeł, ale też to, że należą do marek premium. Manchester to jeden z najbardziej znanych klubów sportowych na całym świecie. W 2020 roku był warty ponad 3,8 mld dolarów, co dało mu dziesiąte miejsce w rankingu i trzecie wśród klubów piłkarskich – podkreśla Dawid Piotrowski, specjalista ds. marketingu marki Casillero del Diablo. – Z kolei Casillero del Diablo to ikona win z Nowego Świata i najbardziej znane wino z Ameryki Południowej. To najlepszy ambasador Chile na całym świecie. Jest obecne w większej liczbie krajów na świecie niż działa chilijskich ambasad. A więc zarówno w piłce nożnej, jak i w produkcji wina łączy nas nasz legendarny duch, determinacja i pasja do doskonałości.

Świeżym przykładem, że koronawirus nie stanął na drodze branży alkoholowej w inwestowaniu w sport, jest podpisana pod koniec marca czteroletnia umowa między Hiszpańskim Związkiem Piłki Nożnej, a winnicą Familia Torres. Marka wina Sangre de Toro (Krew byka) została sponsorem reprezentacji kobiet, mężczyzn i zespołów młodzieżowych U-21 Hiszpanii. Będzie widoczna podczas najważniejszych imprez – mistrzostw Europy, mistrzostw świata czy Igrzysk Olimpijskich. Producent wina zaznacza, że piłka nożna to największe źródło rozrywki na świecie. 2 miliardy ludzi oglądało Euro w 2016 roku, a prawie 3,6 mld mundial dwa lata późnej i podkreśla, że wpływ na sprzedaż produktów jest ogromny.

– Dzielimy się naszą miłością do piłki nożnej z kibicami i wspieramy reprezentacje. Chcemy wspólnie świętować życie i wznosić toasty za zwycięstwa z przyjaciółmi i rodziną. Piłka nożna i wino łączą ludzi, a także budują przyjaźnie – mówi Sanda Sanabria, dyrektor marketingu marki.

Szampan i truskawki ze śmietaną

Jedną z tradycji tenisowego turnieju na Wimbledonie są szampan i truskawki ze śmietaną. Co roku na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club sprzedaje się około 28 ton owoców i 25 tys. butelek „wina z bąbelkami”. Francuski szampan Lanson jest oficjalnym partnerem wielkoszlemowego turnieju od 2001 roku, a współpracuje od 1977 roku. Przygotowuje specjalne edycje butelek, których grafika nawiązuje do tenisowej rakiety czy zielonej murawy, na której grają tenisiści. Na partnerstwo z najbardziej prestiżowym turniejem tenisowym wydaje około 4 mln dolarów rocznie.

Jeśli chodzi o naprawdę mocne alkohole, to od ubiegłego roku nowym partnerem najlepszej ligi koszykarskiej na świecie NBA – został koniak Hennessy. Kolejny przykład to whisky Canadian Club, które jest partnerem tenisowego turnieju Australian Open. W tym roku kanadyjska marka przedłużyła umowę o kolejne siedem lat. – Prestiżowe „produkty” sportowe są wręcz idealne do prezentowania towarów luksusowych, a zwłaszcza do budowy wizerunku tych produktów i docierania do odpowiedniej grupy docelowej. W marketingu sportowym występuje tzw. efekt aureoli, który pozwala na przenoszenie cech i atrybutów sponsorowanego wydarzenia czy klubu sportowego na reklamowany produkt – podkreśla Grzegorz Kita.

Prognozy na 2021 rok – esport rośnie najmocniej

Sponsoring nadal będzie mocno obecny w tradycyjnym sporcie – choćby z tego powodu, że odbędą się kluczowe imprezy przeniesione z ubiegłego roku – Igrzyska Olimpijskie w Tokio czy mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Coraz bardziej będzie rosła jego rola w e-sporcie. W 2020 roku wydatki firm sięgnęły 800 mln dolarów. To wzrost o 20 proc. w porównaniu do 2019 roku.

E-sport daje możliwość kontaktu z młodszą publicznością, do której dostęp był do tej pory utrudniony. To też nowa droga dla firm, dla których promocja marek w tradycyjnym sporcie skomplikowała się z powodu pandemii. Według analizy Nielsen Sports „The changing value of sponsorship” wydatki z ery przedcovidowej na e-sport wzrosną z 347 mln dolarów do 842 mln dolarów w 2025 roku.

[1] Jarosław Kończak, Ewolucja i trendy w sponsoringu sportowym, UW

[2] https://www.warc.com/newsandopinion/news/global-ad-trends-tokyo-olympics-drives-sports-sponsorship-new-record/43161

[3] „Sponsorship Sector Report: Alcoholic Beverages”; https://www.sportcal.com/News/Search/121339

Jak uratować branżę gastronomiczną w kryzysie? Nowe rozwiązanie FPP

Podczas kryzysu pandemicznego cierpimy wszyscy – przedsiębiorcy, pracownicy i budżet państwa. Nie wszystkie branże jednak przyjęły równie mocne uderzenie od koronawirusa. W niektórych dzieje się dużo gorzej niż w innych. Jedną z nich jest branża gastronomiczna – która już od roku nie działa na pełnych obrotach, a obecnie znajduje się na granicy załamania. Jak jej pomóc? Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje rozwiązanie, które pozwoli innym przedsiębiorcom solidaryzować się z kolegami z sektora gastronomicznego, ulży im w płaceniu składek ZUS za pracowników, a nawet potencjalnie sypnie pieniędzmi do kasy państwa. Mowa o usprawnieniu systemu pracowniczych bonów lunchowych.

Zwróciliśmy się do państwa z projektem zwiększenia możliwości finansowania posiłków pracowniczych przez pracodawców ze 190 złotych do 560 złotych. Jednocześnie, żeby zachęcić pracodawców do wydawania takich bonów, rekomendujemy zdjęcie z nich składki na ubezpieczenia społeczne i PIT-u – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Branża gastronomiczna od dłuższego czasu jest wyłączona i nie może pracować. Nie może wypracowywać przychodów i zysków – przez co znalazła się na skraju upadłości. Uważamy, że proponowane przez nas rozwiązanie uratuje około 100 tysięcy miejsc pracy w gastronomii, a także przyniesie zwiększone wpływy do kasy państwa. Pobudzi bowiem popyt na usługi gastronomiczne, co wygeneruje zwiększony wpływ z VAT do budżetu. Mamy nadzieję, że rząd dostrzeże potencjał tego rozwiązania i w najbliższym czasie skieruje ustawę do prac legislacyjnych – apeluje Kowalski.

Polityka NBP względem złotego

Państwo posiada wiele narzędzi, dzięki którymi może ratować gospodarkę przed działaniem różnorakich kryzysów. Podobnie rzecz ma się w przypadku kryzysu pandemicznego, z którym wciąż walczymy. Jedną z instytucji państwowych, która odgrywa w tym procesie ważną rolę, jest Narodowy Bank Polski. To organ, który w aktywny sposób może wspierać popyt na rynku i ruch inwestycyjny w kraju. Już na początku pandemii COVID-19 Narodowy Bank Polski podjął działania mające na celu wsparcie polskiej gospodarki w czasach kryzysu. Jedno z nich, chociaż na pierwszy rzut oka nie do końca zrozumiałe, bardzo pomogło sektorowi eksportowemu w odbiciu się od dna. Wydaje się, że Bank Centralny będzie kontynuował tę politykę nie tylko w Polsce, ale także na rynkach światowych. Będzie chciał wspierać eksporterów. Dotychczas to działanie przynosi dobre skutki. Polski eksport dosyć szybko zaczął odreagowywać, bo ożywił się już w drugiej połowie 2020 roku.

– Obserwowaliśmy oczywiście serie obniżek stóp procentowych, ale to nie jedyne działanie, które przeprowadził Bank Centralny. NBP stoi po stronie eksporterów i wspiera ich korzystnym kursem walutowym. Zwłaszcza pod koniec 2020 roku mieliśmy do czynienia z interwencjami walutowymi, które osłabiły złotego. Im słabszy złoty, tym większe są przychody z eksportu – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Posługując się badaniami przeprowadzonymi wśród eksporterów przez Narodowy Bank Polski można oszacować, że najwyższy poziom wartości waluty – przy którym eksport przestaje być opłacalny – to 4 złote i 7 groszy. Jesteśmy więc obecnie na bezpiecznym poziomie z ceną około 4,60 złotego za 1 euro. Poza konkurencyjnością jakościową produkcji – czynnik kosztowy, wspierany dodatkowo przez atrakcyjny poziom kursu walutowego, pozostaje więc dosyć istotny. Oczywiście nie tylko działania Banku Centralnego będą miały wpływ na kształtowanie się kursu walutowego. Bardzo istotne jest podejście zagranicznych inwestorów do naszej gospodarki i do naszej waluty. Wygląda na to, że złoty wchodzi w długoterminowy trend umacniania się – wraz z postępującym procesem ożywienia gospodarczego. Pojawią się jednak na pewno okresowe czynniki, które będą miały negatywny wpływ na kurs walutowy. Chociażby sytuacja sektora bankowego, kwestia rozwiązania sprawy kredytów frankowych. To może sprawić, że pomimo działań Banku Centralnego, chwilowe wahania i fluktuacje w kursie walutowym będą widoczne – przewiduje Sielewicz.

Rząd proponuje nowy sposób na poprawę dostępności tanich mieszkań na wynajem

Czy prywatni właściciele mieszkań zechcą je wynajmować osobom i rodzinom o niskich dochodach? Są kraje, np. Belgia i Francja i Wielka Brytania, w których znaleziono na to sposób. Rząd liczy, że podobnie będzie i u nas. Mają w tym pomóc społeczne agencje najmu.

W Sejmie ma się dziś odbyć pierwsze czytanie projektu ustawy, na podstawie której będą mogły działać społeczne agencje najmu, zwane SAN-ami. Założenie jest następujące: prywatny właściciel wydzierżawiłby mieszkania SAN, a ta wynajęłaby je lokatorowi wskazanemu przez gminę. Przy czym właściciel musiałby się zadowolić czynszem nawet o 20% niższym w stosunku do cen na rynku komercyjnym. W zamian SAN gwarantowałby właścicielowi regularne wpływy z tytułu czynszu oraz wsparcie prawne i administracyjne.

Rząd przekonuje, że chętni się znajdą, bo obecnie wiele mieszkań na wynajem stoi pustych z powodu pandemii COVID-19. Ponadto część właścicieli dojdzie do wniosku, że lepiej zarobić mniej, ale mieć święty spokój. Co ważne, właściciele, którzy wydzierżawią mieszkania SAN, nie płaciliby podatku dochodowego. Z kolei najemcy SAN, którzy spełnią kryterium dochodowe, mogliby skorzystać z dopłaty do czynszu w ramach rządowego programu Mieszkanie na Start oraz z dodatku mieszkaniowego.

– Na papierze program wydaje się atrakcyjny. Obawiam się jednak, że szczególnie w największych miastach, nie będzie łatwo przekonać właścicieli do współpracy z SAN-ami – komentuje ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Zwraca uwagę, że w niektórych miastach właściciele mieszkań mają alternatywę – mogą pozbyć się „kłopotu” zarządzania najmem powierzając je wyspecjalizowanej firmie. Jej usługi mogą być tańsze od utraconych wpływów z tytułu dzierżawy mieszkania SAN. Ponadto większość wynajmujących zawiera roczne umowy najmu, aby dostosowywać stawkę czynszu do zmieniających się warunków rynkowych. W przypadku wydzierżawienia mieszkania SAN, umowa byłaby kilkuletnia. Projekt ustawy nie określa zaś sposobu waloryzacji czynszu dzierżawnego. Ta kwestia ma podlegać negocjacjom. Najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem wydaje się być waloryzacja czynszu o wskaźnik inflacji. Co prawda obecnie właścicielom może się to opłacać, ale nie wiadomo, czy tak będzie np. za rok. W poprzednich latach czynsze rynkowe rosły szybciej od inflacji.

Właściciele musieliby się również pogodzić z tym, że nie mają wpływu na to, kto dostanie klucze do ich mieszkania. Zajmą je bowiem lokatorzy wskazani przez gminę na podstawie przyjętych przez nią kryteriów.

– Najpewniej każdy właściciel, który będzie rozważał dzierżawę, zada też sobie pytanie: czy SAN w należyty sposób zadba o stan techniczny mojego mieszkania? W przypadku tego rodzaju spółek tworzonych przez gminy, mogą pojawić się wątpliwości – mówi ekspert GetHome.pl.

Co prawda SAN mógłby zobowiązać się do przeprowadzania remontu dzierżawionego lokalu. Koszty poniósłby jednak właściciel, bo musiałby odpowiednio obniżyć czynsz dzierżawny lub zrezygnować z niego przez jakiś czas. Dodajmy, że projekt dopuszcza wypowiedzenie umowy dzierżawy. Właściciela obowiązywałby jednak roczny okres wypowiedzenia.

W naszym kraju SAN-y promuje od kilkunastu lat chrześcijańska fundacja Habitat for Humanity Poland. Wskazuje, że z powodzeniem działają one m.in. w Belgii, Francji i Wielkiej Brytanii. Fundacja utworzyła eksperymentalny SAN w Warszawie, który dysponuje 44 lokalami, w tym 24 najętymi od prywatnych właścicieli. Najemcami są głównie osoby wychodzące z bezdomności, uchodźcy czy ofiary przemocy w rodzinie, którym gmina nie była w stanie zapewnić dachu nad głową.

– Niestety, gminy bardzo słabo radzą sobie z realizacją ustawowego zadania, jakim jest zaspakajanie potrzeb mieszkaniowych gospodarstw domowym o niskich dochodach – przyznaje Marek Wielgo.

I wskazuje na ostatnie dane GUS, z których wynika, że po mieszkania komunalne czeka w kolejce ponad 150 tys. osób i rodzin, które ze względu na zbyt niskie zarobki nie mogą one sobie pozwolić na zakup mieszkania za kredyt lub na najem na zasadach rynkowych. Tymczasem, nie dość, że zasoby mieszkaniowe gmin systematycznie się kurczą, to nowych powstaje niewiele. W ostatnich 10 latach gminy wybudowały 19,2 tys. mieszkań, czyli średnio ok. 1,9 tys. na rok. Na statystyczną gminę przypada więc niespełna 1 lokal.
Ile mieszkań budowały gminy1

Rząd liczy, że społeczne agencje najmu będą zakładały przede wszystkim gminy w formie spółek działających na zasadach non profit, czyli nie dla zysku (ewentualny zysk musi być przeznaczany na zadania statutowe). Ustawa umożliwi też tworzenie SAN-ów w formie fundacji, stowarzyszeń i spółdzielni socjalnych. Warunkiem prowadzenia przez SAN działalności jest zawarcie z gminą umowy o współpracy, która określi m.in. zasady podziału odpowiedzialności za nieuregulowane należności czynszowe najemców SAN w przypadku wypowiedzenia lub wygaśnięcia umowy najmu.

Habitat Poland ma kilka zastrzeżeń do rozwiązań proponowanych przez rząd. Przede wszystkim SAN-y powinny być wspólnymi przedsięwzięciami gmin i organizacji pozarządowych, które mają kompetencje i doświadczenie w tym zakresie. Prowadzenie SAN wymaga bowiem ogromnego zaangażowania. Np. konieczny jest stały kontakt z najemcami oraz natychmiastowa reakcja na pojawiające się zaległości czynszowe. Chodzi o to, żeby nie dopuścić do sytuacji, że najemca nie będzie już w stanie się z nich wygrzebać. Życie pokazuje, że w zasobach mieszkaniowych gmin zaległości czynszowe są ogromnym problemem, bo urzędnicy reagują często zbyt późno.

Habitat Poland zwraca również uwagę, że to SAN-y powinny prowadzić nabór najemców spośród osób spełniających kryteria ustalone przez gminę. Zdaniem tej fundacji w ustawie powinien się też znaleźć przepis, który zobowiązywałby gminy do pokrywania wszystkich nieuregulowanych należności czynszowych.

Podsumowanie drugiego półrocza 2020 w branży centrów handlowych

  • Polska Rada Centrów Handlowych prezentuje najnowsze wydanie Raportu Retail Research Forum zawierającego podsumowanie sytuacji sektora centrów handlowych w drugiej połowie roku 2020.
  • Publikacja przedstawia wpływ ograniczeń w funkcjonowaniu obiektów handlowych na strukturę rynku nowoczesnych powierzchni handlowych i apetyty inwestorów.
  • Na podstawie obserwacji zachowań konsumentów w okresach otwarcia centrów handlowych po lockdownach, eksperci wysnuwają ostrożne pozytywne wnioski dotyczące poziomów odwiedzalności, konwersji i gotowości klientów do wzmożonej realizacji potrzeb zakupowych w nadchodzących miesiącach.

Podaż powierzchni handlowej w drugiej połowie 2020 r.

Podaż powierzchni handlowej na koniec zeszłego roku wynosiła ponad 12 mln mkw. Główną część, bo 86 proc. tego wyniku stanowią centra handlowe, ponad 11 proc. – parki handlowe i nieznacznie ponad 2 proc. – centra wyprzedażowe. W ciągu ostatnich 5 lat nastąpiła niewielka zmiana udziału parków handlowych w podaży powierzchni handlowej, od 2015 roku wzrósł on o 3 p.p. W tym samym okresie udział centrów handlowych w całkowitych zasobach powierzchni handlowej zmniejszył się o niecałe 4 p.p.

W 2020 r. do użytkowania oddano o 4 proc. więcej powierzchni handlowej niż w roku poprzednim – łącznie 280 tys. mkw. GLA, z czego w drugiej połowie roku rynek zasiliło ponad 135 tys. mkw. GLA. Najwięcej, bo aż 74 proc. nowej podaży w ostatnich sześciu miesiącach 2020 r. zrealizowano w miastach do 100 tys. mieszkańców. W największych aglomeracjach do użytkowania oddano jedynie 20 proc. nowej powierzchni handlowej, co wynika z wysokiego nasycenia w nich powierzchnią handlową. Pozostałe 6 proc. zasiliło miasta średniej wielkości o liczbie od 200 tys. do 400 tys. mieszkańców.

Powierzchnie handlowe w budowie w 2021 r.

Aktualnie w budowie jest 394 tys. mkw. GLA nowoczesnej powierzchni handlowej z terminem otwarcia planowanym na 2021 r. Połowa budowanej obecnie powierzchni handlowej jest dedykowana formatowi parków handlowych, a kolejne 42 proc. będą stanowiły tradycyjne centra handlowe. Format mixed-use stanowi 6 proc. budowanej powierzchni, a 1 proc. to centra wyprzedażowe. Największy realizowany obecnie projekt będzie miał 30 tys. mkw. GLA.

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych

Nasycenie powierzchnią centrów handlowych dla całej Polski na koniec 2020 r. osiągnęło poziom 324 mkw./1000 mieszkańców. Po ukończeniu powstających obecnie obiektów wartość tego wskaźnika wzrośnie do 336 mkw./1000 mieszkańców. Roczny potencjał zakupowy konsumentów przypadający na jeden metr istniejącej i  budowanej powierzchni wynikający z zestawienia podaży powierzchni z Ogólną Siłą Nabywczą GfK w miastach z centrami handlowymi wynosi 56 100 zł, a w ośmiu największych aglomeracjach kształtuje się na poziomie średnio 60 500 zł.

 

„W pierwszej połowie 2020 r. na bazie wartości Siły Nabywczej GfK dla Handlu Detalicznego, wyrażającej potencjalną wartość wydatków w handlu detalicznym, w tym zakupów w centrach handlowych, opracowaliśmy prognozę spadku wydatków na skutek pandemii COVID-19. Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza spadek wydatków w handlu detalicznym w 2020 r. wyniósł  od 11,7 do 19,3 proc. w poszczególnych powiatach. Powrót do poziomów sprzedaży sprzed epidemii w związku z wprowadzonymi obostrzeniami w 2021 r. najprawdopodobniej przesunie się na pierwszą połowę 2022 r. pod warunkiem, że nie nastąpią kolejne ograniczenia w handlu” – podsumowuje Przemysław Dwojak, Senior Director w GfK

Inwestycje w sektorze nieruchomości komercyjnych w 2020 r.

Pomimo ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego i poważnych reperkusji dla sektora nieruchomości aktywność inwestorów obejmująca zakupy w Polsce utrzymała się na zadowalającym poziomie Wolumen transakcji inwestycyjnych na rynku nieruchomości komercyjnych (obejmujących obiekty handlowe, biurowe i przemysłowo-logistyczne) był w 2020 r. w Polsce o ok. 30 proc. niższy niż w rekordowym pod tym względem 2019 r. i wyniósł ponad 5,3 mld euro. Zawirowania w branży wywołane pandemią, a przede wszystkim ograniczenia nakładane na działalność sklepów i usług spowodowały spadek apetytu inwestorów na nieruchomości handlowe. W tym segmencie w 2020 r. sfinalizowano transakcje o wartości 658 mln euro – trzy razy niższej niż w 2019 r., co stanowi także ok. 30 proc. średniego wolumenu transakcji z poprzednich pięciu lat.

„W najnowszym raporcie skupiliśmy się na przedstawieniu stanu aktualnego, ostrożnie podchodząc do prognozowania przyszłości. PRCH analizuje na bieżąco dane dotyczące odwiedzalności i obrotów zwłaszcza w okresach otwarcia centrów handlowych. Każdorazowo po lockdownach szybko odbudowują się i stabilizują poziomy odwiedzalności centrów handlowych. Mamy też do czynienia z wyższą konwersją, a wysokie średnie paragony pokazują gotowość klientów do wzmożonej realizacji potrzeb i odreagowania okresu zamknięcia. Wzrastająca świadomość klientów, postępujące szczepienia i profesjonalne przygotowanie centrów handlowych do pracy w okresie pandemii skłaniają do spojrzenia na rok 2021 z nadzieją na powrót do wyników sprzed pandemii – zwłaszcza w obszarze obrotów” – komentuje Krzysztof Poznański, Dyrektor Zarządzający PRCH.

Raport dostępny jest do pobrania dla wszystkich na stronie PRCH: https://prch.org.pl/pl/baza-wiedzy/24-retail-research-forum?start=0  

EY: choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach

Jak wynika z trzeciej już lokalnej edycji badania EY Future Consumer Index, Polacy nieco mniej niż jeszcze pół roku temu niepokoją się skutkami pandemii. Choć zdrowie, finanse i przyszłość zawodowa nie są już obecnie tak dużym powodem zmartwień, nie oznacza to, że kwestie te nie oddziałują na zachowania konsumenckie.

Biorąc pod uwagę poszczególne aspekty codziennego życia, bardzo duży niepokój o finanse osobiste odczuwa obecnie 16,4% ankietowanych, co oznacza spadek o kilka punktów procentowych z poziomu 21,6% zanotowanego kilka miesięcy temu. Nawet umiarkowanego niepokoju o swoją sytuację finansową nie odczuwa obecnie 27% badanych – pół roku temu było to niespełna 20%. Z 6,8% w październiku ubiegłego roku do 8% w marcu bieżącego roku wzrosła też liczba tych osób, które w ogóle nie odczuwają żadnego zaniepokojenia stanem swoich domowych budżetów.

Jak bardzo jest Pan|i zaniepokojony|a wpływem pandemii COVID-19 w poszczególnych dziedzinach życia…

Jak bardzo jest Pan zaniepokojony wpływem pandemii COVID-19 w poszczególnych dziedzinach życia

Próbując wybiec w przyszłość i ocenić perspektywy dla finansów osobistych za 12 miesięcy, największa grupa badanych (40,9%) zadeklarowała, że nie spodziewa się żadnej zmiany swojej sytuacji finansowej. Lepszej, lub nawet znacznie lepszej kondycji domowych budżetów oczekuje 35% badanych (w październiku 32,7%), a jej pogorszenia lub znacznego pogorszenia – 24,2% (w październiku 28,5%).

Mniejszy niepokój o finanse może być pokłosiem większego komfortu, jaki ankietowani odczuwają w związku ze swoją sytuacją zawodową. Patrząc na dane dotyczące niepokojów związanych z pracą – odsetek bardzo zaniepokojonych spadł w marcu do 12,7% z 16,8% w październiku ubiegłego roku. Wzrosła również liczba w ogóle niezaniepokojonych i zaniepokojonych, ale w stopniu małym i umiarkowanym. Podobnie jak w przypadku finansów, badani odczuwający obawę związaną swoją sytuacją zawodową w perspektywie najbliższych 12 miesięcy, stanowią mniejszy odsetek niż jeszcze kilka miesięcy temu. Martwi się o nią obecnie 39,3%, co oznacza spadek o nieco ponad 3 punkty procentowe w porównaniu do października.
choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzachNajbardziej stopniały natomiast obawy o stan zdrowia. Podczas gdy jeszcze blisko pół roku temu bardzo zaniepokojonych tą kwestią było ponad 24% badanych, w marcu tak silne obawy o zdrowie wyraziło niespełna 18% uczestników ankiety EY Polska. Wzrosła tym samym grupa osób, które swoim stanem zdrowia nie niepokoją się w ogóle.

choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach 2

– Z edycji na edycję naszego badania obserwujemy, że Polacy coraz mniej – przynajmniej na poziomie deklaratywnym – obawiają się konsekwencji pandemii. Trzeba mieć na uwadze, że III edycja EY Future Consumer Index została przeprowadzona jeszcze przed gwałtownym wzrostem liczby zakażeń w marcu, ale tendencja ta utrzymywała się dotychczas bez względu na poprzednie zmiany sytuacji epidemicznej. To znamienne, ponieważ globalne wyniki badania pokazują z kolei diametralnie inną tendencję i z edycji na edycję wzrost niepokoju o zdrowie, rodzinę i przyszłość. Od początku badania największy ogólny niepokój widać było w krajach takich jak Indie czy Brazylia. O zdrowie bardzo martwią się Amerykanie i Japończycy. W Chinach i Niemczech spory niepokój powoduje niepewność dotycząca sytuacji finansowej. Na tym tle Polska zdecydowanie się wyróżnia i w każdej z tych kategorii odnotowujemy poprawę nastrojów o podobnej zresztą skali. To pokazuje że po początkowym wzroście niepokojów, które obserwowaliśmy z początkiem pandemii, z każdym kolejnym kwartałem sytuacja w ocenie respondentów jest lepsza – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

Wydatki w ryzach, oszczędności w cenie

Mimo nieco lepszych nastrojów i bardziej optymistycznych deklaracji niż jeszcze kilka miesięcy temu, wciąż z dużą uwagą i ostrożnością podchodzimy do kwestii finansowych i – jak wynika z badania EY Polska – niezmiennie trzymamy wydatki w ryzach, jednocześnie starając się oszczędzać więcej. Wprawdzie podobna liczba respondentów jak w październiku deklaruje, że wydaje pieniądze z większą rozwagą w porównaniu do czasu sprzed pandemii (obecnie 58,9%), to jednak pytani o konkretne zachowania zakupowe, ankietowani deklarują, że bliżej przyglądają się produktom w swoim koszyku zakupowym. Obecnie 34,1% ankietowanych zmienia marki produktów, które kupuje, aby obniżyć koszty. Wcześniej na takie działanie decydowało się aż o 10 pkt proc. respondentów mniej. Większego znaczenia niż jeszcze miesiąc temu nabrało także w trakcie zakupów kryterium ceny. Kieruje się nim obecnie 59,1%, podczas gdy w październiku było to 53,3%.

Liczy się również to, jakiego rodzaju produkty wkładamy do koszyka. Ograniczanie wydatków na artykuły inne niż niezbędne (czyli na przykład nowe ubrania, przedmioty kosmetyczne, artykuły gospodarstwa domowego) dotyczy 54,4% badanych, podczas gdy w październiku stosowanie tego typu ograniczeń zakupowych deklarowało 45% z nich.

Czy jednak wydatki będziemy trzymać w ryzach dłużej? Jeszcze w październiku ankietowani częściej niż obecnie mówili o ograniczaniu ich w dłuższym terminie w zależności od kategorii produktów. Teraz 37,2% respondentów deklaruje, że w ciągu najbliższych 6-12 miesięcy zamierza zmniejszyć kwotę, którą wydaje na produkty inne niż podstawowe (np. odzież, buty, kosmetyki, itp.), a w październiku było to 39,1%. Mniej na produkty z grupy „uroda i kosmetyki” zamierza wydawać niespełna 10% ankietowanych (w październiku ograniczenie takie planowało ponad 15%), na odzież i obuwie wydatki ograniczać w przyszłości chce niespełna 15% (wcześniej prawie 20% ankietowanych). Coraz więcej osób (obecnie blisko 55%, w poprzedniej edycji badania niespełna 50%) planuje powrócić również do wydatków na podobnym poziomie jak przed pandemią, jeśli chodzi o usługi kosmetyczne.

Niezależnie od tego, jak będą wyglądać wydatki Polaków w przyszłości, obecne trzymanie ich w ryzach spowodowało, że możliwe stało się oszczędzanie. Gromadzić pieniądze stara się 65,3% ankietowanych w badaniu EY Polska, a to tendencja rosnąca, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka miesięcy temu poziom ten nie przekraczał 60%. W dłuższej perspektywie bardziej oszczędzać planuje 52,1% ankietowanych co oznacza również wzrost w porównaniu z październikiem, kiedy takie plany miało 50,3%.

– Ograniczanie wydatków przy jednoczesnej poprawie ogólnych nastrojów, również tych związanych z sytuacją finansową, w pierwszej chwili wydaje się być zaskakującym zestawieniem. Przyczyn takiego stanu rzeczy można jednak upatrywać co najmniej w dwóch obszarach. Pierwszy to różnice między deklaracjami a faktycznym stanem rzeczy, tzn. martwimy się o swoją sytuację i jesteśmy bardziej ostrożni niż jesteśmy skłonni przyznać. Drugi dotyczy wymuszonych zachowań. Polacy mogli zauważyć, że przy znacznym ograniczeniu codziennych aktywności i spędzając większość czasu w domu, możliwe jest oszczędzanie większych kwot. Oszczędności mogą wynikać zarówno z faktu, że część wydatków stała się zbędna, jak i z tego, że ich realizacja została odgórnie ograniczona. Wybiegając nieco w przyszłość można postawić hipotezę, że część osób zaoszczędzone w tej chwili pieniądze potraktuje jako bufor, który po zakończeniu pandemii pozwoli wrócić do poprzednich zwyczajów i dawnego sposobu życia „z przytupem”, wynagradzając sobie tych kilkanaście miesięcy ograniczeń – dodaje Grzegorz Przytuła, Associate Partner EY-Parthenon, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

Kiedy życie wróci do normy?

Blisko 11% ankietowanych uważa, że COVID-19 w ogóle nie wpływa na ich styl życia. Największa grupa – blisko 28% – spodziewa się jednak jego powrotu do normy w ciągu najwyżej 12 miesięcy po zakończeniu pandemii. 24,4% ankietowanych nie jest natomiast w stanie w ogóle ocenić, ile czasu może zająć powrót do normalności. Czy dystrybucja szczepionek może coś zmienić w tej kwestii? 26,3% ankietowanych przez EY Polska spodziewa się, że COVID-19 przestanie wpływać na ich sposób życia, gdy tylko przyjmie szczepionkę. Jednocześnie 23,5% ankietowanych uważa, że nawet bez szczepień, COVID-19 nie wpływa na ich życie znacząco.

Patrząc na poszczególne aspekty życia i przewidywania dotyczące ich powrotu do normalności po zakończeniu pandemii, badani przez EY Polska spodziewają się, że najszybciej – bo w ciągu dosłownie dni od jej końca – będą mogli wrócić do swoich zwyczajów związanych z robieniem zakupów. Więcej niż jeden na trzech ankietowanych spodziewa się takiego obrotu sprawy i to znacząca różnica w porównaniu z październikiem, kiedy ankietowani oczekiwali, że będą potrzebować miesięcy, by powrócić do normalności.choć efektami pandemii niepokoimy się nieco mniej, wciąż trzymamy wydatki w ryzach 3Również pozytywniej niż podczas poprzedniej edycji badania oceniona została szybkość powrotu do normalnego trybu pracy. Tu również najwięcej osób wskazuje, że będą to dni, a nie jak jeszcze w październikowej edycji badania – miesiące. Zmniejszyła się tym samym grupa tych, którzy uważali że będą potrzebowali na ten proces miesięcy czy nawet lat.

ey-fci-praca-powrot.jpg.renditionNie tak jednoznacznie wygląda natomiast sytuacja, biorąc pod uwagę czas powrotu sytuacji finansowej do stanu sprzed pandemii, ponieważ przy jednoczesnym wzroście odsetka ankietowanych uważających, że wystarczą dni, by finanse osobiste były jak przed pandemią, to jednocześnie wzrosła też liczba osób deklarujących, że w ich przypadku proces ten zajmie lata.

ey-fci-finanse-powrot.jpg.rendition

– Powrót do dawnego sposobu robienia zakupów to efekt tego, że po pierwszych, ubiegłorocznych niepokojach związanych z odwiedzaniem fizycznych placówek handlowych, w ostatnich miesiącach mogliśmy już obserwować wzmożony ruch, np. w sklepach spożywczych. Polacy od początku dobrze czuli się i często korzystali szczególnie ze sklepów spożywczych typu convenience z tzw. sąsiedztwa, a także sklepów z materiałami remontowymi i wyposażeniem wnętrz (relatywnie więcej czasu na majsterkowanie oraz drobne remonty). Choć zamknięcie galerii handlowych wyparło część handlu do Internetu, od początku w naszych badaniach padały deklaracje, że jeśli będzie możliwy powrót do tradycyjnych zakupów ubrań czy obuwia, Polacy mogą powrócić do tego typu modelu. Jednak otwartym pytaniem pozostaje przyszły balans pomiędzy poziomem zakupów realizowanych w Internecie vs. sieć stacjonarna, gdyż raczej mało realnym wydaje się powrót do nawyków sprzed pandemii. Podobne tendencje widać również w biurach – po pierwszym lockdownie, firmy częściowo udostępniały pracownikom przestrzenie do pracy, z czego część osób chętnie i regularnie korzystała. Trzeba też pamiętać, że po długich miesiącach walki z pandemią Polacy oswoili się już z obostrzeniami i może okazać się, że część z nich traktują już jak nową normalność np. dla pracy zdalnej – dodaje Arkadiusz Gęsicki, Lider EY-Parthenon w Polsce i Krajach Bałtyckich, ekspert Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich EY.

O badaniu EY Polska
Trzecia polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach od 23 lutego do 1 marca 2021 roku 2021 roku na grupie 1001 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań zakupowych, nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.

O globalnym badaniu EY Future Consumer Index
Cykliczne badanie EY Future Consumer Index pozwala śledzić zmieniające się nastroje i zachowania konsumentów w różnych horyzontach czasowych i na rynkach globalnych, identyfikując nowe wyłaniające się segmenty konsumentów. Badanie pokazuje zarówno tymczasowe reakcje na sytuację spowodowaną pandemią COVID-19 oraz te, które wskazują na bardziej fundamentalne zmiany. Szósta globalna edycja EY Future Consumer Index objęła 14 483 konsumentów w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Brazylii, Francji, Włoszech, Niemczech, Hiszpanii, Danii, Szwecji, Finlandii, Norwegii, Indiach, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Arabii Saudyjskiej, Chinach, Indonezji, Japonii, Australii i Nowej Zelandii, a badanie przeprowadzono w tygodniu od 25 stycznia do 4 lutego 2021 r.

Praca od silversa

Polacy starzeją się w szybkim tempie. Obecnie co siódmy, a za 40 lat już co trzeci mieszkaniec naszego kraju, będzie miał 65 lat lub więcej. W 2050 r. liczba osób w wieku 60+ wzrośnie do 13,7 mln osób. To spora grupa, która potrzebuje i będzie potrzebowała opiekuna, obecnie stanowiącego „towar deficytowy”. Starsi ludzie biorą sprawy w swoje ręce i szukają wsparcia, za które są gotowi płacić. Potrzeb jest wiele, a na zarobek mogą liczyć nie tylko pracownicy branży medyczno-opiekuńczej, ale też „złote rączki”, fryzjerzy, kosmetyczki czy osoby wyprowadzające psy na spacer.

W 2021 r. prognozowany deficyt zawodowy dotyczy m.in. lekarzy, fizjoterapeutów i masażystów, pielęgniarek i położnych oraz opiekunów osoby starszej lub niepełnosprawnej (Barometr zawodów). Pogłębianie braków kadrowych w wymienionych profesjach jest obserwowane od kilku lat. Biorąc pod uwagę dane demograficzne zapotrzebowanie na usługi z branży medyczno-opiekuńczej, które już jest wysokie, nadal będzie rosło. Wzrosty mogą dotyczyć też innych profesji spełniających oczekiwania starszych ludzi np. kosmetyczek, osób sprzątających mieszkania, gotujących posiłki, opiekujących się grobami bliskich czy załatwiających sprawy urzędowe.

Praca wynikająca z potrzeb

To, że wielu naszych rodaków potrzebuje wsparcia, potwierdzają dane ZUS wskazujące, że – tylko w styczniu 2021 r. – przyznano 99,1 tys. świadczeń rehabilitacyjnych, liczba osób pobierających rentę z tytułu niezdolności do pracy wyniosła 659,9 tys., a renty socjalne wypłacono 289,1 tys. Polaków. Liczną grupę stanowią także emeryci, których w pierwszym miesiącu tego roku było niemal 6 mln (5 986,2 tys.).

Nie każdego seniora stać na stałą opiekę i nie każdy też otrzyma ją od państwa. Jest jednak spora grupa, która potrzebuje niewielkiej pomocy w codziennych obowiązkach. Niestety, nie zawsze mogą na nią liczyć, bo owdowieli, ich dzieci mieszkają daleko, a oni nie utrzymują relacji z sąsiadami. Dlatego sami szukają płatnych form wsparcia, w – często z pozoru błahych – czynnościach, które okazują się być dla nich barierą nie do pokonania. Pomoc tej grupie jest potrzebna, tym bardziej że wiele osób izoluje się w swoich mieszkaniach, wynika z badania SeniorApp – pierwszej w Polsce aplikacji mobilnej stworzonej dla poszukujących i oferujących pomoc w opiece i sprawach życia codziennego. Ludzie po 60-tce ograniczają swoją aktywność – w wielu przypadkach – do minimum. Tylko 45 proc. wychodzi z domu często, 29 proc. opuszcza go w konkretnych celach np. idzie do sklepu, lekarza, apteki, na spacer, spotkać się z bliskimi. 25 proc. rzadko wychodzi z mieszkania i tylko wtedy, gdy jest to konieczne, 1 proc. wcale nie wychodzi z domu.

Wieloobowiązkowe wynagrodzenie

Jak wynika badania Platformy SeniorApp najczęstsze wsparcie, którego szukają seniorzy i za które chcą płacić, dotyczy opieki w ciągu dnia, towarzystwa w trakcie spacerów, gotowania posiłków, robienia zakupów, realizacji recept, drobnych napraw i prac remontowych, wyprowadzania psa na spacer, sprzątania mieszkania oraz załatwienia sprawy urzędowej. Poszukiwane są także usługi rehabilitantów oraz te z sektora beauty – fryzjerzy i kosmetyczki z dojazdem do domu. Wzrasta też popularność osób oferujących opiekę nad grobami bliskich.

– Płatna pomoc dedykowana grupie osób starszych, która – w czasach covid-19 – szczególnie potrzebuje wsparcia jest niezbędna. Cieszy nas, że coraz więcej Polaków wybiera tę formę aktywności zarobkowej pozwalającej im podreperować domowy budżet – podkreśla Przemysław Mroczek, współtwórca platformy SeniorApp. – Wynagrodzenie za godzinę tego typu pracy jest uzależnione od m.in. od obowiązków, z których trzeba się wywiązać. Za 60 minut spaceru z psem można otrzymać ponad 20 pln netto, stawka za sprzątnie mieszkania przez 1 h wynosi średnio 30 pln netto, przygotowanie i dostarczenie posiłku, osoby myjące nagrobki zarobią za usługę do 100 pln netto, a fryzjerzy czy kosmetyczki od 50 pln wzwyż – mówi Przemysław Mroczek.

Chcą sprzątać i wprowadzać psa na spacer

Oprócz przedstawicieli branży medyczno-opiekuńczej oferujących opiekę dzienną i nocną, konsultacje lekarskie czy rehabilitację prym wiodą też inne zajęcia. Najwięcej zainteresowanych dodatkowym zarobkiem (58 proc.) oferuje sprzątanie mieszkania i mycie okien, 54 proc. będzie robić zakupy, tyle samo wyprowadzi psa na spacer, 52 proc. wykona drobne naprawy lub prace remontowe, 28 proc. może przygotować i dostarczyć posiłek, 11 proc. oferuje usługi tj. kosmetyczna i fryzjer z dojazdem do domów. Wielu z nich (25%), za określoną stawkę wahającą się od kilkunastu do kilkudziesięciu złotych  jest gotowych praktycznie od zaraz rozpocząć świadczenie usług, których oczekują osoby starsze, by móc podreperować budżet, który w czasach covid-19 został wyraźnie nadszarpnięty.

Polscy przedsiębiorcy w pandemii. Krajowy biznes ma problem z narzędziami kryzysowymi?

Analitycy z Głównego Urzędu Statystycznego nie mają wątpliwości – rok 2021 jest wyjątkowo niewdzięcznym czasem dla krajowego biznesu. Nie jest również tajemnicą, że w rolę głównego winowajcy wcielił się covid, choć w przedsiębiorców uderza nie tylko pandemia. Na standing rodzimych firm uderzają także zaostrzające się przepisy podatkowe, konieczność dostosowywania swoich przedsiębiorstw do zmieniającego się otoczenia biznesowego, jak również kłopoty w pozyskaniu finansowania zewnętrznego. W takiej scenerii na pierwszy plan wysuwa się umiejętność zarządzania organizacją w kryzysie. Niestety, właściciele polskich spółek nadal nie posiadają szerokiej wiedzy w tym zakresie, która na Zachodzie jest już standardem.

Jest źle, a może być jeszcze gorzej

Szybkie przypomnienie najbardziej dokuczliwych statystyk: w 4. kwartale 2020 roku gospodarka skurczyła się o 2,8 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej, a stopa bezrobocia w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosła z 5,5 do 6,5 proc. Przychody rodzimych firm z kolei liczone od początku poprzedniego sezonu do końca 3. kwartału 2020 roku spadły o 4,2 proc. w porównaniu z rokiem 2019. Naturalną konsekwencją takiego anturażu jest więc odczuwalny spadek liczby nowo rejestrowanych podmiotów. W ubiegłym roku na krajowym rynku pojawiło się 311 794 przedsiębiorstwa, co przekłada się na spadek rzędu 12,4 proc. względem roku 2019. Czy pandemia oraz czynniki prawodawcze wpływają również na wartość przeterminowanych zobowiązań? Nie jest to novum w takiej sytuacji, ponieważ w rejestrach KRD odnotowano już 9,4 mld zł długów. Co na to sami przedsiębiorcy?

Złą passę roku 2021 najbardziej odczuł segment małych i średnich przedsiębiorstw. Niestety, z racji niekorzystnych warunków gospodarczych, załamanie następuje dynamicznie, bardziej gwałtownie, a biznesowy zegar tyka coraz szybciej. W tej sytuacji liczy się przede wszystkim gruntowna znajomość możliwości pomocowych, właściwe rozpoznanie problemów oraz skuteczny scenariusz działań naprawczych. Pomimo że przedsiębiorcy coraz częściej korzystają z możliwości restrukturyzacji, rodzi się pytanie czy przy tej okazji nie popełniają błędów. Przyjrzymy się zatem bliżej jak polskich realiach wygląda proces podejmowania takich decyzji przez przedsiębiorców i w jaki sposób winien zostać zmodyfikowany.

Etapy kryzysu i chowanie głowy w piasek

Istnieją 4 etapy typowego kryzysu w polskim przedsiębiorstwie.
Pierwszym z nich jest nieświadoma niekompetencja, kiedy to przedsiębiorcy nie zauważają sygnałów świadczących o utracie płynności lub podświadomie odrzucają je, gdyż myśl o początkach kryzysu stawia zarząd poza własną strefą komfortu i wymagało by podejmowania szybkich, a często radykalnych kroków co nie zawsze sprzyja moralom zespołu i otoczeniu rynkowemu. W drugim etapie niekompetencja staje się już świadoma, a kryzys jest skrzętnie ukrywany przed ogółem kontrahentów. Zarządzający starają się poradzić z efektem kryzysu w najprostszy dostępny im sposób, a więc dodatkowo zadłużają firmę, celem spłaty zaległych zobowiązań. To rozwiązanie jednak w większości przypadków nie przynosi długoterminowych efektów. Jak uczą nas doświadczenia kilkuset postępowań restrukturyzacyjnych, w większości przypadków źródłem problemów nie był bowiem brak kapitału obrotowego. Niedobory środków finansowych są najczęściej bowiem objawem kryzysu a nie jego powodem. Bez dotarcia do rzeczywistego powodu złej sytuacji, zlikwidowanie objawów nie powoduje wyleczenia. Tym bardziej, że kredyty trzeba spłacać, a zatem po pewnym czasie sytuacja powraca tylko w większym gwałtownym wymiarze. Trzecią fazą, jest spirala zadłużenia. Sytuacja w której nie możemy spłacić zasięgniętych zobowiązań finansowych powoduje iż właściciele bądź zarządzający firmami sięgają po kolejne pożyczki. Niestety na tym etapie zaciąganie kredytów staje się niemożliwe bądź bardzo drogie. Przedsiębiorcy nie bacząc na koszty zaciągają wysokooprocentowane pożyczki, które tym bardziej nie mają szans być spłacone. Ponadto, nawarstwiające się problemy powodują, że przedsiębiorca stara się rozwiązać problem poprzez samodzielne rozmowy z pojedynczymi Wierzycielami

Jednakże działania w pojedynkę (przy jednoczesnym braku odpowiedniej wiedzy i zaplecza narzędziowego) najczęściej prowadzą do czwartego etapu – nazywanego przez nas ucieczką.. Jest to moment, gdy dochodzi do zniechęcenia, ucieczki przed problemem i rezygnacji z dalszych kroków. Przedsiębiorcy zaczynają wątpić w możliwość skutecznego zapanowania nad sytuacją, co w konsekwencji prowadzi do egzekucji komorniczej, prób wyprowadzenia majątku, bądź przeniesienia części działalności do innego podmiotu. Taki scenariusz może się zakończyć dodatkowymi konsekwencjami prawnymi, które obejmują także ryzyko odpowiedzialności karnej.

Każdy z etapów to również rosnąca presja, która nieustannie towarzyszy narażonym na konsekwencje swoich decyzji przedsiębiorcom. Dochodzi również kwestia kurczącego się horyzontu czasowego, niestety większość właścicieli dopiero na trzecim bądź czwartym etapie zgłasza się do specjalistów, czyli doradców restrukturyzacyjnych. W dużej części przypadków są to decyzje spóźnione, które w konsekwencji uniemożliwiają ratowanie przedsiębiorstwa. Stąd też zjawisko notorycznego zamykania postępowań restrukturyzacyjnych brakiem zawarcia układu.

Tymczasem najlepszy moment na restrukturyzację to etap drugi, podczas którego można podejmować działania naprawcze bez wprowadzania przedsiębiorstwa w spiralę zadłużenia, która często kończy się upadłością lub likwidacją.

Analiza na pierwszy miejscu

Pierwszych symptomów kryzysu nie można bagatelizować. Często są nim pogorszenie rzetelności płatniczej kontrahentów, a to ważny moment, w którym warto poświęcić czas na głębszą analizę źródła problemu. Aby mogła ona jednak być rzetelna i pomocna, zawczasu musimy zadbać o posiadanie w firmie właściwego zakresu danych analitycznych, które mogą być następnie przedmiotem przeglądu.

Choć nie pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że jest to strategia korporacyjna, nawet w małych firmach możemy zaplanować konieczność gromadzenia ważnych dla nas danych (np. średni czas płatności naszych kontrahentów, poziom zobowiązań przeterminowanych powyżej 14 dni, poziom rentowności zbywanych lub produkowanych przez nas produktów itp.). Tylko posiadając zbiór informacji, które można skutecznie analizować, jesteśmy w stanie ustalić źródło problemu. Nie interesuje nas bowiem usuwanie jedynie objawów kryzysu co przy żadnej chorobie nie zmierza do uleczenia. Właściwa droga wiedzie jedynie poprzez użycie odpowiednich narzędzi nakierowanych na usunięcie faktycznych przyczyn problemów.

Samodzielna kuracja vs lekarz

Sam fakt pojawienia się symptomów wskazujących na pogorszenie kondycji przedsiębiorstwa, nie jest jeszcze równoważne zdefiniowaniu powodów, dla których ono nastąpiło. Brak czasu lub niewystarczające kwalifikacje to pierwsze sygnały, aby pomyśleć o wsparciu zewnętrznym. Na rynku działa wiele podmiotów prowadzących analizy przyczyn pogorszenia kondycji finansowej, a tylko rzetelne zdiagnozowanie przyczyn kryzysu może doprowadzić do ustalenia skutecznego planu naprawczego. Dlaczego tak istotna jest konsultacja ze specjalistą? Ryzyko złej diagnozy może spowodować większe straty, a całkiem zasadnym porównaniem jest analogia do branży medycznej. Pacjent odczuwający pierwsze symptomy choroby, często próbuje się na początku leczyć sam, skupiając się głównie na leczeniu objawów, a nie przyczyn złego samopoczucia. W większości przypadków i tak kończymy u specjalisty. Ważnym jest jednak aby kontakt ten nastąpił w pierwszej fazie choroby, a nie w momencie, gdy coraz trudniej o całkowite wyleczenie.

Ułożenie i wdrożenie planu działań naprawczych to kolejny etap skutecznego przeciwdziałania kryzysom. W praktyce oznacza to konieczność przeprowadzenia restrukturyzacji przedsiębiorstwa w ujęciu całościowym oraz restrukturyzacji jego zadłużenia. W pierwszym przypadku w grę najczęściej wchodzą aspekty związane ze strategią funkcjonowania na rynku oraz optymalizacją struktury firmy i jej procesów. W drugim z kolei przedsiębiorca powinien wykorzystać narzędzia prawne, jakie dają możliwości uporządkowania sytuacji finansowej.

Restrukturyzacja zadłużenia wymaga zawarcia umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym. Najważniejszym z narzędzi przewidzianych przez polskie prawo jest uregulowane przez Ustawę „prawo restrukturyzacyjne” postępowanie restrukturyzacyjne, czyli proces przeciwdziałający ryzyku upadłości firmy poprzez umożliwienie jej zawarcia układu z wierzycielami. Jego otwarcie może dać przedsiębiorcy liczne korzyści, w tym: uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres postępowania, profesjonalną pomoc od doradcy restrukturyzacyjnego, a także możliwość redukcji zadłużenia, umorzenia odsetek i rozłożenia spłat na dogodne raty.

Najczęściej stosowaną obecnie procedurą jest uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu. W tym przypadku otwarcie postępowania oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami odbywa się bez udziału sądu, a jedynymi warunkami, jakie należy spełnić, są: podpisanie umowy z licencjonowanym doradcą restrukturyzacyjnym oraz publikacja ogłoszenia w „Monitorze sądowym i gospodarczym”. Trzeba jednak mieć na względzie iż wybór odpowiedniej formy postępowania musi być skorelowany z planem restrukturyzacyjnym oraz indywidualną sytuacją przedsiębiorstwa. Obserwując masowe otwieranie obecnie uproszczonych postępowań restrukturyzacyjnych oraz bardzo niski poziom zawieranych w ramach tych postępowań układów, dochodzimy do wniosku iż często nie przeprowadzono właściwej analizy co do sposobu postępowania. Wydaje się nawet, iż część przedsiębiorców chce w ten sposób „kupić” sobie jedynie trochę czasu, zabezpieczając się przed działaniami wierzycieli. Bez rzetelnego planu restrukturyzacyjnego, proces ten raczej ma niewielkie szanse sukcesu.

Nie taka restrukturyzacja straszna

Całkowicie naturalna obawa przedsiębiorców przed otwieraniem postępowania restrukturyzacyjnego najczęściej związana jest z rzekomym ryzykiem niesamodzielnego zarządzania firmą, potencjalnymi konsekwencjami dla struktury lub reakcją otoczenia na tego typu decyzje. W głowach przedsiębiorców pojawia się coraz więcej znaków zapytania, więc i w tym kontekście sprawdzi się analogia z diagnozą postawioną przez lekarza specjalistę. Jak to leczenie wpłynie na nasze samopoczucie, czy w związku z nim będziemy mieli jakieś ograniczenia, czy przyniesie ono skutek? Zarówno jednak w pierwszym, jak i drugim przypadku odpowiedź jest jedna – po prostu trzeba to zrobić.

Tylko dzięki tym działaniom, nasza firma przetrwa. Obecni na rynku licencjonowani doradcy to specjaliści wysokiej klasy, którzy przez wiele lat gromadzili wiedzę w obszarze ratowania firm. Coraz więcej instrumentów prawnych jest uruchamianych celem poprawy skuteczności tych działań. Jednym z takich narzędzi jest ustawa o pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców. Dzięki tej ustawie przedsiębiorcy mogą wesprzeć prowadzone przez siebie działania naprawcze, pomocą publiczną, która może przybrać formę pomocy finansowej bądź wsparcia kapitałowego.

W całym procesie coraz większą rolę odgrywają także służby wsparcia skupione wokół doradców restrukturyzacyjnych. Tworzone są m.in. przez szereg ekonomistów, prawników, finansistów czy doradców podatkowych, których głównym zadaniem jest pomoc przedsiębiorstwu w sytuacji kryzysowej. Kluczem do zaufania takiemu zespołowi jest weryfikacja dotychczasowych osiągnięć, kompetencji i doświadczenia.

Prawo zdynamizuje działania naprawcze

Zmieniające się przepisy coraz częściej będą wymuszać na przedsiębiorcach stosowanie działań o charakterze naprawczym czy sanacyjnym. Instytucje finansujące staną się posiadaczami coraz większej dawki informacji o przedsiębiorcach, a rejestry dłużników najpewniej zdynamizują swoje działania. Obecnie trwają zaawansowane prace nad zmianą ustawy o Krajowym Rejestrze Dłużników, która może wejść w życie już w lipcu br. Umożliwi ona dostęp do szeregu informacji wskazujących na rzeczywiste problemy z zadłużeniem.

Coraz trudniej zatem będzie ukryć rzeczywistą sytuację, a pozostawienie sprawy bez rozwiązania utrudni codzienne funkcjonowanie firmy. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak szybki kurs przyswojenia nowej wiedzy przez przedsiębiorców i jeszcze sprawniejsze reagowanie na sytuacje kryzysogenne.

Największą bolączką wielu polskich firm cały czas pozostaje brak świadomości w zakresie możliwych działań, jakie należy przeprowadzić w sytuacji kryzysowej. Właściwie przeprowadzone postępowanie restrukturyzacyjne jest kluczem do skutecznego postawienia danej organizacji na nogi – warunkiem jest tylko zdecydowana reakcja we właściwym momencie pogłębiania się problemu.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

GUS nie skorygował inflacji. Stabilizacja na rynkach

Po bardzo burzliwych tygodniach kilka spokojniejszych dni na rynkach nikomu źle nie zrobi. Taką sytuację mamy teraz, ponieważ środa była wyjątkowo spokojna jak na ostatnie czasy. Taki odpoczynek po nagłej przecenie złotego z wtorku pozwolił trochę odetchnąć części osób.

Euro wciąż mocne

Produkcja przemysłowa opublikowana wczoraj dla strefy euro okazała się słabsza od oczekiwań. Analitycy spodziewali się 1,6% spadku wobec oczekiwanego 0,8% spadku. Na rynku dane te nie wzbudziły dużego zamieszania, gdyż w ostatnich dniach poznaliśmy dane cząstkowe dla najważniejszych gospodarek, co pozwoliło lepiej się inwestorom przygotować na ten odczyt. W rezultacie wczoraj byliśmy świadkami zaledwie wstrzymania ruchu wzrostowego euro wobec dolara.

Nastroje za oceanem

Wczoraj poznaliśmy zawartość tak zwanej beżowej księgi. Jest to zbiór informacji o bieżącym stanie gospodarki przygotowana przez 12 regionalnych oddziałów współtworzących Rezerwę Federalną. Nie znalazło się tam za wiele przełomowych wiadomości. To, że gospodarka przyspiesza, widać przecież po danych makroekonomicznych. To, że wraz ze wzrostem gospodarczym pojawiła się presja inflacyjna, też nie jest zagrożeniem. Wydatki konsumentów rosną, ale biorąc pod uwagę rozesłane bony rządowe, nie powinno to dziwić. Generalnie raport utwierdził nas w tym, że postrzeganie stanu gospodarki przez FED nie uległo zmianie.

GUS nie skorygował inflacji

Dzisiaj od rana poznaliśmy finalne dane na temat zmian cen w Polsce. Wstępne dane ze wzrostem do 3,2% zrobiły trochę zamieszania na rynku, bo to wynik blisko górnej granicy celu inflacyjnego. Taki wzrost sugerował, że oczekiwania dalszych obniżek stóp procentowych wyraźnie się odsunęły w czasie, gdyż przy rosnącej inflacji byłby to bardzo ryzykowny ruch. Część analityków zaczęła nawet spekulować o możliwym wzroście stóp procentowych, ale szybko na rynek trafiła prognoza mówiąca o przejściowym charakterze inflacji. W tle złoty utrzymuje swoją wartość w okolicach 4,55 zł za euro.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Regulacja pracy zdalnej

W marcu 2021 r. minął rok odkąd wielu pracowników biur przeszło na tak zwany home office i ten tryb pracy w dobie pandemii stał się standardem oraz chętnie wykorzystywanym rozwiązaniem przez większość pracodawców. Organizacyjnie pracodawcy dość dobrze poradzili sobie z przejściem na taki system pracy, jednak z uwagi na praktycznie brak regulacji prawnych teraz przepisy muszą nadążyć za zmianami na rynku, które obserwujemy.

Obecnie, na podstawie tzw. ustawy covidowej z marca 2020 r. przedsiębiorcy mogą kierować pracowników do pracy zdalnej w okresie obowiązywania stanu epidemicznego lub stanu epidemii oraz do trzech miesięcy po ich odwołaniu. Przepisy te są jednak dość ogólne i lakoniczne. Obowiązujący w Polsce kodeks pracy też nie przewidywał możliwości pracy zdalnej w takim stopniu i w takim zakresie, z jakim mamy do czynienia w dobie pandemii. Wciąż pozostaje sporo otwartych pytań, zatem naturalna jest próba przystosowania prawa do nowej rzeczywistości. Wpisują się w to prace nad projektem dotyczącym zapisu o pracy zdalnej w Kodeksie Pracy, o których poinformowało Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Celem resortu jest wpisanie na stałe pracy zdalnej do Kodeksu Pracy i zastąpienie nowymi przepisami dotychczasowego zapisu o telepracy.

Widać, że zapisy regulujące pracę zdalną mają mieć charakter na tyle ogólny, by pozostawić furtkę do uzgodnień między pracodawcami i pracownikami. Prawdopodobnie resort nie chce powtarzać błędów, które pojawiły się przy próbie uregulowania telepracy: bardzo szczegółowe uregulowanie przepisów dot. telepracy spowodowało bowiem, że ta forma świadczenia pracy po prostu nie przyjęła się. Przepisy te uważane są za przeregulowane, a w wielu przedsiębiorstwach pracownicy umawiali się na pracę z domu bez stosowania przepisów o telepracy. W nowych realiach firmy będą musiały w swoich regulaminach pracy określić, jak ma wyglądać u nich praca z domu i ustalić zasady, wedle których ta ma się odbywać. Z jednej strony pozwoli to elastycznie podchodzić do ustalenia, jak ma wyglądać praca zdalna u konkretnego pracodawcy, ale z drugiej – pozostawia więcej możliwości do nadużyć z jego strony. Pracownik może bowiem mieć bardzo ograniczone prawo głosu przy tych ustaleniach.

W projekcie zaproponowano, by praca zdalna mogła być wykonywana całkowicie lub częściowo w miejscu zamieszkania pracownika lub w innym miejscu ustalonym przez pracownika i pracodawcę. Nie ma jeszcze jednak informacji jak zostaną uregulowane kwestie dotyczące zasad bezpieczeństwa i higieny pracy oraz koszty wykonywania pracy zdalnej – chyba dlatego, mimo zapowiedzi, dotyczących szybkiego uregulowania pracy zdalnej prace nad projektem jeszcze trwają.

Autorem komentarza jest Valeria Jeleńska, Prezes Zarządu w JP Business Law Firm

Nie tylko spółki technologiczne i kurierskie. Hakerzy wykorzystują również branżę finansową, aby przyciągnąć uwagę ofiar.

W pierwszych miesiącach 2021 roku hakerzy najczęściej wykorzystywali marki ze świata bankowości i finansów w swoich atakach phishingowych – donosi Check Point Research. Światowym numerem nadal pozostaje Microsoft, ale nazwa znanego banku okazała się być niezastąpionym wabikiem dla ofiar cyberprzestępców.

MicrosoftPhishing

Analizy Check Point Research (CPR) wykazały, że bankowość dołączyła do pierwszej trójki branż, które są najczęściej wykorzystywane w atakach phishingowych, czyli takich w których cyberprzestępcy podszywają się pod znane i szanowane instytucje. Eksperci zwracają uwagę, że dwie popularne amerykańskie marki finansowe – Wells Fargo i Chase – znalazły się dziesiątce najpopularniejszych brandów naśladowanych przez hakerów. Odkrycia te zostały zawarte w nowym raporcie CPR dotyczącym marek wykorzystywanych w atakach phishingowych w pierwszym kwartale 2021 r.

W Polsce Wells Fargo oraz Chase nie są tak popularnymi markami jak w Stanach Zjednoczonych, co nie oznacza, że hakerzy nie próbują nas oszukać, by pozyskać nasze dane. Zdaniem ekspertów Check Pointa, marką wciąż najchętniej wykorzystywaną w atakach phishingowych jest Microsoft, która wykorzystywana była w blisko 40% ataków na całym świecie. Na drugim miejscu uplasował się DHL (18% ataków), natomiast na trzecim Google (9%). Miejsce piąte w zestawieniu zajął z kolei Amazon, który w zeszłym miesiącu oficjalnie zadebiutował na polskim rynku.

Top 10 marek wykorzystywanych w atakach phishingowych (1Q21):

  1. Microsoft (39%)
  2. DHL (18%)
  3. Google (9%)
  4. Roblox (6%)
  5. Amazon (5%)
  6. Wells Fargo (4%)
  7. Chase (2%)
  8. LinkedIn (2%)
  9. Apple (2%)
  10. Dropbox (2%)

Główne sektory wykorzystywane w atakach phishingowych:

  1. Technologia
  2. Dostawy
  3. Bankowość i finasne

Mając na uwadze pozyskane informacje eksperci firmy Check Point radzą, jak zabezpieczyć się przed tego typu atakami. W ich opinii należy uważnie czytać wiadomości otrzymywane z zewnątrz – zwracać uwagę na błędy ortograficzne, nie otwierać załączników, dokładnie sprawdzić podpisy i pochodzenie maili, nie kierować się wskazówkami osoby wysyłającej, nie udostępniać informacji osobistych i firmowych.

Domy do 35 mkw. i hotelarstwo rozproszone podbijają rynek turystyczny

Prywatność staje się dobrem luksusowym i ta potrzeba zostanie z nami na dłużej. 75% osób wybierze w tym roku takie miejsca na urlop, które zapewnią przestrzeń, intymność oraz dystans społeczny. 59% turystów dojedzie tam samochodem, a 61% chce spędzać czas na świeżym powietrzu. Widzą to operatorzy ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych, którzy bardziej niż kiedykolwiek wcześniej inwestują w wysokiej jakości domki i inne niezależne formy zakwaterowania. Hotelarstwo rozproszone rośnie w siłę napędzane przez technologię modułową, która pozwala na szybką realizację, nieinwazyjną instalację w obszarze resortowym i gwarancję jakości. DMDmodular ocenia trendy na rynku nieruchomości w Polsce i Europie.

Hotelarstwo rozproszone na topie

Trendem numer jeden w wakacyjnym podróżowaniu w 2021 roku jest przestrzeń. Wraz ze wzrostem liczby osób zaszczepionych zaczynamy planować urlop określany przez wielu „wakacjami w ramach zemsty”. Chcemy się zemścić na koronawirusie za ponad rok niepewności, ograniczeń i pracy z domu. W badaniu globalnym American Express aż 75% osób przyznaje, że poszukują miejsc, które zapewniają im prywatność i bezpieczeństwo – rozumiane także jako dystans społeczny. Takie pobyty dawniej rozpatrywane były w kategoriach podróży luksusowych, teraz stają się powszechne i pożądane przez większość turystów. 69% badanych chce odwiedzić w tym roku tereny mniej uczęszczane turystycznie, a 68% deklaruje, że starają się podróżować bardziej świadomie i odpowiedzialnie, wybierając te destynacje, ośrodki, hotele i obiekty, które nastawione są na dbanie o środowisko.

Takie tendencje konsumenckie w podróżowaniu w czasie pandemii potwierdzają również nasze plany produkcyjne, rozmowy z inwestorami oraz liczba składanych zapytań i tworzonych przez nas ofert na domy całoroczne z naszej serii Smart Living, a także na nowe produkty modułowe, wpisujące się w trend hotelarstwa rozproszonego. Mamy obecnie 100% wzrostu zainteresowania tego typu rozwiązaniami w stosunku do roku poprzedniego. Nasze budynki modułowe Smart Living to oferta produktowa licząca 15 typów obiektów adresowanych do właścicieli hoteli resortowych, gruntów, parków rekreacyjnych, ale i indywidualnych klientów, którzy coraz częściej rozważają bezpieczną lokatę środków i inwestują w niewielkie osady od 3 do 5 domków. Produkty oparte są na pojedynczych lub podwójnych modułach i liczą od 28 do 120 mkw., z dachem płaskim lub dwuspadowym, komentuje dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz, prezes DMDmodular.

To obiekty spełniające wszystkie wymagania techniczne dla budynków obowiązujące od 2021 roku, a do tego technologia modułowa 3D pozwala na przeniesienie budynków w inną lokalizację – np. po uzyskaniu oczekiwanej stopy zwrotu z inwestycji.

Relokacja, choć nie jest powszechnie stosowana przez klientów, staje się coraz częściej przedmiotem kalkulacji finansowych i definiowana jest jako dodatkowy atut dla bezpieczeństwa inwestycji, co nie jest osiągalne dla tradycyjnych metod wznoszenia budynków. Wykończone domy wraz wszystkimi instalacjami, elewacją i wyposażeniem trafiają do klientów z Holandii, Niemiec, Słowacji, Islandii i Polski. To realizacje zarówno na potrzeby indywidualne, jak i rozwój ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych z przeznaczeniem dla urlopowiczów, poszukujących prywatności, przestrzeni i jakości. Obiekty, powstające w fabryce DMDmodular, są gotowe w kilka tygodni od złożenia zamówienia. To przełom dla turystyki rozproszonej, która w obecnych czasach i warunkach pandemii jest bardziej pożądana przez gości, a budownictwo modułowe przeżywa prawdziwy rozkwit w tym kierunku, dodaje Woźniak-Szpakiewicz.

Chcemy wyjechać i zostać na dłużej

W turystyce zrodził się jeszcze jeden trend, który uwidoczniają raporty konsumenckie. Według danych wyszukiwarki VRBO 55% badanych osób jest zainteresowanych głównie podróżami niskoemisyjnymi. Około 59% zapytanych rodzin najprawdopodobniej wybierze podróż samochodem. Takie zrównoważone podróżowanie jest bliskie 68% respondentów również w najnowszym badaniu American Express. Staramy się być bardziej świadomi i wybierać rozwiązania, które są przyjazne środowisku. Dodatkowo wolimy spędzać czas na świeżym powietrzu niż w mieście, dlatego celem podróży coraz częściej stają się prywatne domki w otoczeniu lasów, w których zostajemy na dłużej. Takie zjawisko nazywane jest „flexications”, czyli dłuższe wakacje poza godzinami szczytu, podczas których pracujemy i uczymy się zdalnie. 67% podróżnych, którzy korzystali z takiej formy wypoczynku, deklarują, że chcieliby to powtórzyć.

Pandemia stworzyła warunki dla elastycznego życia i swobody pracy podczas wyjazdów, a wysoka jakość apartamentów, standardy czystości, prywatność oraz spersonalizowane doświadczenia to dla podróżujących obecnie kryteria pierwszego wyboru. W tym kierunku rozwijają się ośrodki wypoczynkowe, centra rekreacji oraz prywatne kwatery. Według badań popyt na prywatne nieruchomości wynajmowane nawet na kilka miesięcy wzrósł gwałtownie w ostatnim czasie. Dane Airbnb wskazują, że podróżni wynajmują domy na przykład w pobliżu małych nadmorskich miast oraz lasów. Urlopowicze poszukują własnych tarasów, podwórek, patio, miejsc kempingowych. Stąd właśnie tak duży wzrost zainteresowania domami modułowymi. Inwestorzy chcą sprawnie, ale z zachowaniem jakości zapewnić swoim gościom komfortowe i oryginalne apartamenty do wypoczynku na łonie natury. Przewidujemy, że sprzedaż naszych obiektów z linii Smart Living wzrośnie w tym roku o minimum 50% i ten trend będzie się utrzymywał, gdyż budownictwo modułowe jest bardziej ekologiczne oraz skraca czas inwestycji nawet o połowę w porównaniu do tradycyjnych metod budowania, wyjaśnia dr Ewelina Woźniak-Szpakiewicz.

Co napędza branżę?

Dynamiczny rozwój hotelarstwa rozproszonego, któremu tempa może dotrzymać tylko technologia modułowa, wynika z wciąż trwających ograniczeń w życiu codziennym i podróżowaniu, ale także zmiany w samym sposobie spędzania wolnego czasu, co wyraźnie widać w oczekiwaniach tegorocznych urlopowiczów. W rezultacie rynek modułowy podbijany jest przez trendy turystyczne w 2021 roku, ale również inwestycje indywidualne na działkach budowlanych i rekreacyjnych. Tu najbardziej pożądane są domki do 35 mkw., ponieważ takie realizacje nie wymagają spełnienia skomplikowanych procedur administracyjnych.

Potrzeba własnego ogrodu, pracy i życia w większej przestrzeni niż w mieszkaniu w centrum miasta powoduje, że poszukujemy szybszych i bardziej efektywnych metod budowania. Dlatego inwestorzy coraz odważniej sięgają po rozwiązania modułowe 3D zamiast angażowania się w długotrwałe i kosztowne procesy budowania metodami tradycyjnymi, podsumowuje prezes DMDmodular.

Jaki kierunek rozwoju przyjmie sektor mieszkaniowy w nadchodzących 2-3 latach?

Jak zmieni się rynek nowych mieszkań w najbliższych latach? Czy spadnie podaż mieszkań? Czy utrzyma się popyt? Od czego będzie zależało utrzymanie równowagi rynkowej? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Wierzymy w długoterminowy wzrost rynku mieszkaniowego. Nasz cel na ten rok to sprzedaż 1750-1850 mieszkań, czyli około 30 proc. więcej w porównaniu do 2020 roku. Przyjęliśmy strategię, zgodnie z którą chcemy zwiększyć skalę działania w segmencie mieszkaniowym do poziomu sprzedaży 3100 mieszkań w 2025 roku. W I kwartale br. odnotowaliśmy bardzo duże zainteresowanie ofertą ze strony klientów, dlatego spodziewamy się, że popyt na mieszkania nadal będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Do biur sprzedaży wróciło wiele osób, które wstrzymywały się z zakupem mieszkania w związku z pandemią, ponieważ ich potrzeby mieszkaniowe wciąż są aktualne. Do tego dochodzi liczna grupa inwestorów, dla których nieruchomości nadal będą atrakcyjną formą lokowania środków. W naszej ocenie wykluczenie z grupy potencjalnych nabywców osób pracujących w branżach najbardziej dotkniętych pandemią nie wpłynie znacząco na poziom sprzedaży. Nawet gdyby spełnił się negatywny scenariusz i sprzedaż byłaby niższa niż w ubiegłym roku to będzie to raczej spowodowane spadkiem podaży i dalszym wzrostem cen niż spadkiem zainteresowania ze strony klientów. Wyzwaniem dla branży pozostaje ograniczona dostępność gruntów, dlatego aktywnie podchodzimy do budowy banku ziemi m.in. zwiększając rolę działu zakupu gruntów w organizacji.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Wśród czynników wspierających branże i stymulujących wzrost zainteresowania ofertą deweloperów wymienić należy rekordowo niskie stopy procentowe, które przekładają się na większe zainteresowanie kredytowaniem zakupu mieszkania oraz zachęcają do lokowania kapitału w nieruchomości. Jednocześnie w Polsce cały czas mamy do czynienia z bardzo dużymi i niezaspokojonymi potrzebami mieszkaniowymi. Cały czas odrabiamy wieloletnie, systemowe braki i jeszcze nam daleko do zagospodarowania potrzeb w tym zakresie. Wszelkie porównania zasobów lokalowych wskazują, że pod tym względem pozostajemy w ogonie państw członkowskich Unii Europejskiej.

Ponadto bogacenie się społeczeństwa i trend wymiany mieszkań na większe, bardziej komfortowe jest dodatkowym czynnikiem wspierającym podaż. Naturalnie wysoki popyt i dobra pozycja nieruchomości na rynku inwestycyjnym oznaczają dobre perspektywy oraz potencjał dalszego wzrostu pierwotnego rynku mieszkaniowego. Dzięki czemu, pomimo obecnych ograniczeń w sferze zdrowia i gospodarki, z optymizmem spoglądamy w przyszłość.

Należy jednak znaczyć, że istotny wpływ na utrzymanie równowagi na rynku oraz dostępność mieszkań w ofercie będzie miała zdolność deweloperów do pokonywania trudności administracyjnych i szybkiego uruchomiania nowych projektów, a także dostępność gruntów pod przyszłe inwestycje.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Najbliższe 2-3 lata upłyną na odbudowie liczby sprzedawanych mieszkań, która spada w tym momencie o 20 proc. w ujęciu rok do roku. Przy tym tempie spadku sprzedaży kluczowe w utrzymaniu równowagi na rynku będzie znalezienie balansu pomiędzy popytem a liczbą nowych mieszkań wprowadzanych do sprzedaży. Na obecną chwilę nie przewidujemy dalszych spadków podaży. Popyt będzie utrzymywał się na wysokim poziomie, także za sprawą aktywności inwestorów, dla których zakup mieszkania wciąż jest atrakcyjną metodą lokowania zgromadzonych oszczędności, zwłaszcza przy niskooprocentowanych lokatach bankowych. Sytuację na rynku należy teraz ocenić jako stabilną. Cała branża weszła w nowy rok pełna optymizmu. My zamierzamy wprowadzać nowe mieszkania w Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu, ponadto planujemy wejść na nowy rynek, do Trójmiasta.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Jeśli nie będzie kolejnych lockdownów, zakładamy kontynuację nieco wolniejszego wzrostu cen mieszkań w bieżącym roku. Jednocześnie w warunkach oczekiwanego, długiego okresu niskich stóp procentowych oraz mocnego odbicia gospodarki zwiększy się po raz kolejny siła nabywcza Polaków, co powinno wzmacniać dalszy popyt na mieszkania w okresie 2-3 lat.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Według naszych prognoz najbliższe 2-3 lata będą okresem kolejnych wzrostów cen. W Polsce nadal mamy niedobór mieszkań, nadal wiele młodych osób, którym brak zdolności kredytowej ma możliwość do samodzielnego mieszkania i decyduje się na wynajem.

Wraz ze wzrostem gospodarczym, w dalszym ciągu będą rosły wynagrodzenia, a co za tym idzie możliwość najmu mieszkań. Nadal będą korzystać na tym fundusze inwestujące w mieszkania na wynajem oraz inwestorzy indywidualni. Niski poziom oprocentowania kredytów hipotecznych będzie z kolei w dalszym ciągu stymulował nabywanie lokali na własne potrzeby.

Spadek podaży gruntów, wzrost ich cen, wydłużenie i skomplikowanie procesu inwestycyjnego, wzrost kosztu wytworzenia 1 mkw. mieszkania spowodowany zmianą Ustawy Deweloperskiej i wprowadzeniem Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego przyczynią się do dalszego wzrostu cen nowych mieszkań.

Boaz Haim, prezes Ronson Development

Doświadczenie pandemii nauczyło nas, aby z pokorą i dużą ostrożnością prognozować przyszłość. Gdyby przyjąć za dobrą monetę obecne zachowania klientów na rynku nieruchomości – aktywne i odważne, to moglibyśmy spodziewać się bardzo dobrej sytuacji jeśli chodzi o popyt. Szczególnie, gdy utrzymają się niskie stopy procentowe kredytów. Jednak ocena rynku i prognozy na przyszłość muszą uwzględniać wiele kryteriów. Bardzo dużo będzie więc zależeć od kondycji rynku pracy, poziomu bezrobocia i ogólnych nastrojów konsumenckich.

Nieco inaczej wygląda i będzie wyglądać strona podażowa. Po pierwsze, nasza branża działa w długich cyklach, mam tu na myśli m.in. wszystkie procedury administracyjne, czy generalne wykonawstwo. Po drugie, w dużych miastach nie przybywa gruntów. Ten zasób jest ograniczony. Będziemy więc mierzyć się z wyzwaniem, jakim jest sukcesywne zwiększanie podaży. Nasz bank ziemi został oczywiście zabezpieczony, a w najbliższych miesiącach ruszymy z nowymi projektami, m.in. na poznańskim Grunwaldzie i w Warszawie. Pewne trendy są widoczne już dzisiaj. Nasi klienci szukają większych przestrzeni, gdzie z łatwością wygospodarują miejsce do pracy zdalnej. Chętniej też sięgają po inwestycje w obrębie aglomeracji, a nie jej ścisłego centrum. Widoczny jest zwrot w kierunku ekologii.

Mariola Żak, dyrektor marketingu i sprzedaży Aurec Home

Pamiętajmy, że na ceny mieszkań wpływa popyt, a ten obecnie jest duży. Deweloperzy budowaliby dużo więcej, ale niestety borykają się z przedłużającymi się procedurami administracyjnym oraz małą dostępnością gruntów. Bank ziemi Aurec Home umożliwia wybudowanie około 3000 mieszkań, ale naszym celem jest dalszy rozwój i zakup kolejnych działek, aby móc wybudować dodatkowe 1000 mieszkań w 2021 roku. Nowe inwestycje w przeważającej większości są obecnie budowane tam, gdzie wciąż jest na to odpowiednio dużo miejsca. Dlatego w Warszawie na popularności zyskują dzielnice wokół centrum, gdzie jest dobra infrastruktura i rzadka zabudowa np. Wola, Bemowo, Ursus i Włochy.

Klientami Aurec Home są przede wszystkim osoby, które kupują mieszkania na własne potrzeby, pozostali to drobni inwestorzy, którzy w nieruchomości lokują swoje oszczędności. Na razie nie obserwujemy dużego zainteresowania mieszkaniami ze strony inwestorów zagranicznych, ale to się zmieni po zluzowaniu ograniczeń związanych z pandemią. Mniejsi inwestorzy zagraniczni będą bardzo zainteresowani mieszkaniami w Polsce, a więksi już szukają okazji w postaci zagrożonych biur, magazynów, czy hoteli. Moim zdaniem po pandemii inwestorzy będą mieli spory wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Sądzę, iż przez najbliższe 2-3 lata rynek utrzyma się na dotychczasowym poziomie. Myślę, że dochodzimy do równowagi pomiędzy popytem, a podażą. Deweloperzy rozsądniej podchodzą do wprowadzania nowych inwestycji. Strona popytowa nadal zainteresowana będzie ciekawymi lokalizacjami. Nieruchomości to nadal pewna lokata kapitału. Popyt zależny jest także od dostępności kredytów hipotecznych oraz wysokości stóp procentowych. Obecnie banki poluzowały dostęp do kredytów, co widać wśród naszych klientów. Jeśli chodzi o zmianę wysokości stóp procentowych to w analizowanym okresie nie można spodziewać się ich znaczącego wzrostu.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Sądzę, że sprzedaż mieszkań w najbliższym czasie będzie lepsza niż w 2020 roku, chyba że będziemy mieli problemy z podażą, wynikające chociażby z opóźnień administracyjnych. Pomimo pandemii, rynek trzyma się zupełnie nieźle. Trzeba jednak wziąć pod uwagę dużo zmiennych, które mogą wpłynąć na sytuację, jak nowe wymogi budowlane i energetyczne, wyższe koszty realizacji inwestycji, dodatkowe podatki, Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Wszystko wskazuje na to, że niskie stopy procentowe i inflacja będą nadal czynnikiem stymulującym popyt, jednak obawiam się, że nie można spodziewać się zwiększonej podaży. Na decyzje administracyjne nadal deweloperzy czekają za długo. Zbyt powolne jest także uchwalanie planów miejscowych, a to wpływa na niską podaż gruntów.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Spodziewamy się, że w perspektywie najbliższych 2-3 lat popyt będzie utrzymywał się na wysokim poziomie. Zakładamy jednocześnie wysoką liczbę nowych inwestycji deweloperskich wprowadzanych na rynek. Deweloperzy bacznie obserwują zachowania zakupowe klientów i zmieniające się preferencje. Dlatego kolejne projekty będą już dostosowane do nowych potrzeb i oczekiwań klientów. Spora grupa osób nadal będzie chętnie kupować nieruchomości na cele inwestycyjne. To aktualnie jedna z najbardziej popularnych form inwestowania z uwagi na wysoką inflację oraz niskie stopy procentowe. Pieniądze pozostawione na koncie bankowym systematycznie tracą swoją wartość nabywczą.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Uważam, że polski rynek ma wciąż bardzo długą perspektywę rosnącego popytu na nowoczesne mieszkania. Poza stale utrzymującym się popytem, wynikającym z niedoboru w zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych, będącym głównym motorem napędowym tego rynku, równolegle rozwijać się będzie rynek najmu instytucjonalnego PRS (Private Rented Sector). Jeśli chodzi o mniejszych nabywców inwestycyjnych, dla których inwestycje na rynku mieszkaniowym są naturalną alternatywą dla lokat bankowych, to w najbliższym czasie przewidujemy dalsze wzrosty. Wynikać to będzie m. in. z wprowadzenia ujemnych stóp procentowych lokat.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Podaż na rynku deweloperskim spada bardzo mocno przez rosnące koszty gruntów, a popyt nadal będzie sukcesywnie rósł dzięki szerokiej ofercie domów, mieszkań i lokali usługowych budowanych zgodnie z zapotrzebowaniem. Obecnie najbezpieczniejszą lokatą kapitału jest kupno mieszkania, które chroni nasze zyski. Lokowanie środków w nieruchomości to najbardziej rentowny sposób inwestowania, co jednocześnie napędza sprzedaż deweloperom.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Rzeczywiście rośnie popyt inwestycyjny na rynku nieruchomości mieszkaniowych, co jest efektem zarówno zainteresowania dużych podmiotów zagranicznych, jak i zmiany aktywności inwestycyjnej Polaków, którzy przekierowują środki z lokat na inwestycje w nieruchomości. Sądzimy, że rynek nieruchomości mieszkaniowych w ciągu najbliższych 2 lat będzie się stabilnie rozwijał. Nadal popyt będzie lekko przewyższał podaż, ze względu na wymogi proceduralne i administracyjne dotyczące wprowadzania nowych inwestycji. Wzrost popytu może być także stymulowany przez nabywców lokujących swój kapitał, jednak nadal kupujący mieszkanie na własne potrzeby będą stanowić istotną część nabywców. W Polsce wciąż brakuje bowiem 2-3 mln mieszkań. Warto podkreślić, że rynek nieruchomości mieszkaniowych, ze względu na wysoką konkurencyjność i aspekty wolnorynkowe, od wielu lat utrzymuje równowagę i stabilnie się rozwija z korzyścią dla kraju i społeczeństwa.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Spodziewamy się w Poznaniu dalszego, stabilnego wzrostu cen, ale tak naprawdę wiele zależy od sposobu wychodzenia gospodarki z kryzysu wywołanego pandemią. Jeśli kredyty będą relatywnie tanie i dostępne, popyt konsumpcyjny utrzyma się na wysokim poziomie. Natomiast jeśli z jakichś względów będzie spadał, spodziewamy się, że popyt inwestycyjny będzie go kompensował. Należy pamiętać też o ciągle wysokim deficycie mieszkaniowym w Polsce. Polacy muszą gdzieś mieszkać i jeśli nie będą mieszkać „na swoim“, to będą wynajmować i skorzystają na tym inwestorzy nastawieni na wynajem długoterminowy.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Przewidujemy, że rynek nowych mieszkań w najbliższych latach nadal będzie miał się dobrze. Wysoki popyt na mieszkania powinien się utrzymywać. Niskie stopy procentowe wciąż będą zachęcały do lokowania środków w nieruchomości. Niski koszt kredytu hipotecznego przełoży się na jego zwiększoną dostępność dla klientów. Dodatkowo na korzyść rynku mieszkaniowego może zadziałać wprowadzenie przez rząd bonu mieszkaniowego, który mógłby pomóc nabywcom mieszkań w pokryciu wkładu własnego w formie dopłat lub gwarancji. Oczywiście może też dojść do częściowego ograniczenia podaży, gdyż już teraz są trudności z dostępnością nowych terenów inwestycyjnych, co z pewnością przełoży się na dalszy wzrost cen mieszkań.

Autor: dompress.pl

JR HOLDING ASI S.A. inwestuje w OpenApp, fintech twórcy Frisco.pl

W dniu 14 kwietnia JR HOLDING ASI S.A. podpisał umowę inwestycyjną z OpenApp sp. z o.o., dzięki której został strategicznym inwestorem spółki. Inwestycja JRH w wysokości 5 mln zł będzie przeznaczona na wdrożenie platformy OpenApp na polskim rynku oraz dalszy rozwój jej funkcjonalności.

OpenApp to innowacyjna platforma fintech, która skraca czas składania zamówienia w sklepach online do 10 sekund, nawet przy pierwszym zamówieniu klienta. Rozwiązuje w ten sposób jedną z największych bolączek e-commerce związaną z koniecznością ciągłego wprowadzania danych przez klientów. Złożenie zamówienia wraz z płatnością odbywa się bez wprowadzania jakichkolwiek danych lub logowania się.

OpenApp to zupełnie nowe podejście do checkoutu oparte o aplikację mobilną, które rewolucyjnie upraszcza kupowanie online. Wszyscy byliśmy znużeni ciągłym wpisywaniem tych samych danych w formularzach, więc znaleźliśmy sposób, aby w praktyce zlikwidować checkout dla konsumenta w możliwie najbardziej intuicyjny sposób – tłumaczy Witold Ferenc, założyciel OpenApp.

Dzięki inwestycji w OpenApp, JRH ASI S.A. wchodzi na szybko rosnący rynek checkoutu i płatności e-commerce, którego wielkość szacowana jest obecnie w Europie na ponad 6 mld EUR.

Produkt OpenApp jest tak prosty w użyciu, że mamy przekonanie, że szybko zdobędzie serca konsumentów. Kolejne funkcjonalności, takie jak anonimowe zakupy online, dają szansę na zbudowanie nowego standardu kupowania online na całym rynku europejskim – mówi January Ciszewski, Prezes Zarządu JR HOLDING ASI S.A.

OpenApp jest obecna również na rynku e-grocery, z którego wywodzi się prezes spółki Witold Ferenc. Zbudowała platformę do kompleksowego zarządzania “ostatnią milą”, która dzięki zaawansowanym mechanizmom machine-learning pozwala na osiąganie efektywności logistyki znacznie wyższych niż u europejskich liderów rynku, np. brytyjskiego Ocado. OpenApp Grocery jest wykorzystywana przez wiodących graczy na polskim rynku e-grocery i logistyki, m.in. Frisco.pl (www.open-routing.com) .

Pierwszym inwestorem OpenApp w rundzie seed był INNOventure, krakowski fundusz zalążkowy, który inwestując środki prywatnych inwestorów, ze wsparciem mechanizmu Bridge Alfa pomaga naukowcom, wynalazcom i przedsiębiorcom w rozwijaniu projektów biznesowych opartych o wyniki prac badawczo-rozwojowych. Portfel projektów technologicznych, w których rozwój i komercjalizację zaangażowany jest fundusz, obejmuje przedsięwzięcia z obszarów takich jak innowacyjne rozwiązania w e-commerce, sztuczna inteligencja w przemyśle, a także urządzenia medyczne, farmacja i biotechnologia.

Wyważony optymizm

Wczorajsze wystąpienie Powella z Fed nie przyniosło niespodzianek i rynki pozostają w trybie zawieszenia, wyczekując silniejszych impulsów z serii danych z USA. EUR/USD w żółwim tempie podchodzi do 1,20, a EUR/PLN zatrzymał się przy 4,55. Świeżego impetu dla optymizmu związanego z odbiciem globalnego ożywienia dostarcza wyskok cen ropy naftowej.

Środa była dobrym dniem dla apetytu na ryzyko, szczególnie w przestrzeni FX, gdzie USD pozostawał na przegranej pozycji do większości walut. Silne wzrosty ryzykownych walut surowcowych AUD, NZD i NOK sugerują głód odbudowywania pozycji spójnych ze strategią reflacyjną. Spadek zapasów ropy naftowej w USA stał się też pretekstem, by wyrwać z marazmu ceny WTI. Rynek akcji pokazał mieszane wyniki, ale cofnięcie się S&P500 o 0,4 proc., kiedy dzień wcześniej indeks poprawiał rekordy, nie jest korektą wartą uwagi. Rentowności obligacji skarbowych USA podbiły nieco w górę, ale ruchy nie były na tyle duże, by wzbudzać zakłopotanie.

Ogólnie jesteśmy w fazie, gdzie albo szukane są obszary uzasadnionego zwiększania ryzyka, albo panuje wyczekiwanie na nowy pozytywny czynnik. Start nowego kwartału, w szczególności po nerwowej końcówce poprzedniego, oznacza, że inwestorzy mają pokłady niepracującego kapitału, których chcą kierować na bardziej ryzykowne rynki. Potrzeba to jedno, ale pewność wytworzenia się trwalszego trendu to drugie. Wydaje się, że w temacie trzeciej fali zachorowań cały pesymizm jest już w cenach, co przerzuca uwagę na dowody wzmacniania się aktywności gospodarczej. Mocno zdyskontowana jest też wyjątkowość ożywienia gospodarczego w USA, co odbiera paliwo do aprecjacji USD. W tym kontekście ważne jest, że wczoraj prezes Powell przypomniał, że Fed nie spieszy się z normalizacją polityki monetarnej. Zwrócił uwagę na trzy warunki, jakie gospodarka musi spełnić, aby Fed zaczął rozważać podwyżki stóp procentowych: odbudowa rynku pracy będzie w pełni zakończona (tj. stopa bezrobocia wróci do 3,5 proc.), inflacja trwale osiągnie 2 proc. i dalej będzie utrzymywać się powyżej 2 proc. przez pewien czas. Z wcześniejszej wypowiedzi szefa oddziału Fed w St. Louis J. Bullarda wiemy, że warunkiem pomocniczym jest osiągnięcie stopnia zaszczepienia społeczeństwa na 75-80 proc. To łącznie powinno stanowić ważny drogowskaz dla oceny ścieżki polityki Fed i hamować spekulacyjne zapędy dolarowych byków, którzy chcieliby obstawiać początek normalizacji dużo wcześniej.
Sądzę, że sygnały z Fed osłabiają ten filar siły USD, który wynika ze zmiany oczekiwań dotyczących stóp procentowych i trajektorii rynku obligacji. Ale trzeba pamiętać, że USD to także bezpieczna przystań, która będzie przyciągać kapitał w momentach zawirowań rynkowych. By osłabić ten filar, strategia reflacyjna musi mieć poparcie w napływających danych makro ze świata. Inaczej bez świeżego paliwa obserwowany obecnie rajd ryzyka wynikający z odreagowania marcowej korekty wkrótce się wyczerpie.

Dziś impulsów mogą dostarczyć dane z USA. W USA marzec jest miesiącem przekazania Amerykanom czeków pomocowych, co zapewni wyraźny skok sprzedaży detalicznej. Otwieranie gospodarki po okresie restrykcji dodatkowo napędzi konsumpcję. Produkcja przemysłowa wskaże na odbicie w marcu po spadkach miesiąc wcześniej wywołanych trudną pogodą. Wskaźniki koniunktury – NY Empire State i Philly Fed – prawdopodobnie dalej będą podkreślać pozytywne nastroje wśród firm dzięki poprawie popytu wewnętrznego i silnej aktywności na zewnątrz. Poza tym rynek akcji będzie żył rozpędzaniem się sezonu wyników kwartalnych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Anwim S.A. debiutuje na Giełdzie Papierów Wartościowych

15 kwietnia 2021 r. będzie miał miejsce debiut obligacji wyemitowanych przez Anwim S.A. na rynku Catalyst prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie. W obieg zostanie wprowadzonych 50 tys. obligacji na okaziciela serii A o wartości nominalnej 1000 zł każda. Termin wykupu obligacji przypada na 18 grudnia 2023 r. Agentem emisji jest Bank Pekao S.A.

16 listopada 2020 r. Anwim S.A. ustanowił program emisji obligacji o wartości 150 mln zł, a 14 grudnia br. nastąpiła pierwsza emisja obligacji serii A w wysokości 50 mln zł. Obecnie, obligacje trafiają do Alternatywnego Systemu Obrotu Catalyst prowadzonego przez GPW, co pozwoli upłynnić obrót na rynku wtórnym. Fundusze pozyskane w ramach emisji zostaną przeznaczone na dalszy, dynamiczny rozwój sieci stacji paliw MOYA.

–  Wejście na rynek Catalyst sprawi, że obrót obligacjami będzie jeszcze prostszy. Zależy nam na tym, by inwestorzy mieli pełne przekonanie, że warto stawiać na Anwim i sieć stacji paliw MOYA – zarówno na rynkach finansowych, jak i gdy mają potrzebę zatankowania pojazdu. Cieszymy się, że wspólnie z nabywcami naszych obligacji przybliżamy się do naszego celu, jakim jest poziom minimum 500 stacji do końca 2024 r. – mówi Rafał Pietrasina, prezes zarządu Anwim S.A.

Anwim S.A. jest jedną z największych spółek sektora paliwowego w Polsce. Pod marką MOYA działa obecnie ponad 320 stacji paliw. Jako jedyna sieć w Polsce w swoim portfolio ma trzy typy stacji paliw: tradycyjne, obsługowe z konceptem gastronomicznym Caffe MOYA oraz przystacyjnym sklepem, automatyczne – wyłącznie dla klientów flotowych oraz samoobsługowe – MOYA express – zarówno dla klientów indywidualnych, jak i biznesowych. Wszystkie stacje działające w ramach sieci spełniają jednolite standardy obsługi i jakości. Gwarancją jakości paliwa na stacjach w barwach MOYA jest niezależny program badania paliw – TankQ.

Jak sektor produkcyjny może poradzić sobie w świecie zmienionym przez COVID? Cztery główne kierunki zmian

Trwały charakter zmian wywołanych przez COVID-19 w przemyśle produkcyjnym uwydatnił potrzebę ponownego zaplanowania operacji biznesowych, aby były bardziej przystosowane do dynamiki rynku. Współczesny biznes wymaga zdecydowanie większej wrażliwości, uwzględniając sytuację w jakiej znaleźli się klienci w erze pandemii. Procesy biznesowe muszą więc stale ewoluować, dostarczając adekwatnych rozwiązań, dlatego tak wiele przedsiębiorstw inwestuje w cyfryzację.

Oprócz transformacji cyfrowej, do najważniejszych priorytetów kadry zarządzającej w ciągu najbliższych 24 miesięcy należy zwiększenie wydajności procesów, planowanie popytu i nowe oferty usług. Tak wynika z raportu Salesforce Trends in Manufacturing Report[1], badania przeprowadzonego na podstawie 750 odpowiedzi udzielonych przez liderów z sektora produkcyjnego z całego świata.

Kluczowym aspektem odróżniającym producentów, którzy są gotowi na przyszłość, a tymi, którzy nie są przygotowani, jest zwinność biznesowa. Oznacza to cyfryzację sprzedaży i działań operacyjnych, nawiązanie silnych relacji z partnerami handlowymi oraz przyjęcie podejścia „usługi jako centrum przychodów”. Raport zawiera cztery kluczowe wskazówki dla producentów, którzy chcą jak najlepiej przygotować swoje biznesy na przyszłość.

Komunikacja z klientem ulega transformacji

Podczas gdy początkowo największy wpływ pandemii widoczny był w obszarze produkcji i dostaw to jednak znaczące zmiany zauważalne są w strefie obsługi klienta. Poza przekształceniem procesów produkcyjnych, w ciągu ostatniego roku znacząco zmieniła się także potrzeba usprawnienia marketingu i komunikacji z klientem. W celu poprawy przejrzystości, przyspieszenia procesów i usprawnienia kontaktu z klientem, przedsiębiorcy rezygnują z mało wydajnych, przestarzałych metod na rzecz bardziej innowacyjnych, niezawodnych rozwiązań. Według danych z raportu około 8 na 10 producentów uważa, że przeniesienie systemu planowania do chmury jest ważnym elementem rozwoju biznesu.

Chmura jest kluczowym sojusznikiem

Technologie chmurowe w dużym stopniu wiążą się z gotowością na przyszłość. Producenci „dobrze przygotowani” są 2,2 razy bardziej skłonni przenieść swoje systemy operacyjne i sprzedaż do chmury i 2,5 razy bardziej przychylni do pełnej migracji określonych systemów o krytycznym znaczeniu dla biznesu, takich jak systemy planowania finansowego lub popytu. Zdolność do szybkiej adaptacji do nowych możliwości, optymalizacja zasobów i skrócenie czasu uzyskania przychodów to tylko niektóre z korzyści.

Źródłem silnych partnerstw jest cyfryzacja

Łatwość prowadzenia biznesu jest ważnym wskaźnikiem sukcesu. Kluczową rolę odgrywa tu partnerstwo i współpraca z poszczególnymi kanałami. Ponad 8 na 10 producentów przyznaje, że niedostępne dane, przestarzałe narzędzia i zamknięte zespoły utrudniają im proces prognozowania. Dlatego właśnie producenci przygotowani na przyszłość podwoili wysiłki w zakresie cyfryzacji sprzedaży i operacji, aby skutecznie współpracować z partnerami handlowymi, budując silniejsze relacje w zakresie przejrzystości danych, sprzedaży i marketingu. Wraz z rozwojem biznesu, udane partnerstwo będzie także obejmować bezpieczny przepływ informacji w całym ekosystemie – od produkcji do sprzedaży.

Aby zapewnić odporność biznesu, warto rozważyć usługi posprzedażowe

Proces sprzedaży nie kończy się oczywiście z momentem zakupu. Usługi posprzedażowe, takie jak diagnostyka czy wsparcie, zyskują na znaczeniu jako wartość dodana, szczególnie dla producentów gotowych na przyszłość. Grupa ta jest również bardziej entuzjastycznie nastawiona do łączenia produktów, wsparcia, oprogramowania i innych usług w jeden model przychodów – zwany również serwicyzacją. Ogólnie rzecz biorąc, 86% producentów gotowych na przyszłość oferuje obecnie opcje serwisowania, pielęgnując ideę “usług jako centrum przychodów”. Te nowe modele biznesowe, w połączeniu z postępami w migracji systemów usługowych do chmury, sprawiły, że producenci gotowi na przyszłość zostawili w tyle swoich konkurentów.

Modele biznesowe są niezwykle ważną częścią strategii producentów w zakresie odporności. Dlatego, w miarę jak przedsiębiorstwa przygotowują się do świata po pandemii, sprawność będzie miała tutaj fundamentalne znaczenie dla sposobu prowadzenia ich działalności. W coraz większym stopniu automatyzacja zastąpi ręczne prognozowanie, a cyfryzacja sprzedaży i operacji będzie kluczowym czynnikiem decydującym o gotowości na przyszłość.

[1] https://www.salesforce.com/form/conf/industries/manufacturing/new-trends-in-manufacturing/

Szukasz taniego mieszkania w dużym mieście? Znajdziesz je, ale… na peryferiach

Część największych miast rozrasta się wolniej od okalających je miejscowości – wynika z danych GUS. W najnowszym raporcie Narodowy Bank Polski wskazuje wręcz na zmianę preferencji budujących mieszkania. Dlaczego tak się dzieje oraz gdzie taką zmianę widać najbardziej?

Według analityków Narodowego Banku Polskiego (NBP) o zmianie preferencji budujących może świadczyć fakt, że w 2020 r. wyraźnie, bo z 65% do 70% wzrósł udział pozwoleń na budowę mieszkań i domów w tzw. pozostałej Polsce. Pozostałe 30% przypadało na 16 miast wojewódzkich plus Gdynię.
Pozwolenia na budowę-2019-2020
Na gwałtowny spadek aktywności inwestorów wskazują dane GUS m.in. dla Warszawy, Wrocławia i Łodzi. Np. w stolicy mieszkań objętych pozwoleniami budowlanymi było aż o jedną trzecią mniej niż w 2019 r.!

– Najprawdopodobniej jest to skutek malejącej dostępności gruntów nadających się pod zabudowę mieszkaniową oraz niewydolności niektórych urzędów – uważa ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

Dane NBP potwierdzają, że rozwój budownictwa mieszkaniowego w największych miastach hamują bardzo wysokie koszty zakupu i zagospodarowania gruntu. Np. w Warszawie ich udział w cenie metra kwadratowego mieszkań wzrósł w ostatnich pięciu latach z ok. 16% do 21%. Za rogatkami największych miast grunty są tańsze, a w efekcie niższe są ceny mieszkań. Nie brakuje na nie chętnych, więc lokalni deweloperzy starają się zaspokoić popyt. Wydane w ubiegłym roku pozwolenia na budowę wskazują, że w okolicach Warszawy najwięcej mieszkań powstanie w powiatach wołomińskim, piaseczyńskim i mińskim.Pozwolenia-deweloperzy-powiaty

Na uwagę zasługuje zwłaszcza powiat miński, który zyskał na atrakcyjności dzięki połączeniu z Warszawą drogą ekspresową S2 i autostradą A2. W ciągu ostatnich 10 lat deweloperzy budowali w powiecie mińskim średnio 338 mieszkań rocznie. Tylko na podstawie pozwoleń wydanych w ubiegłym roku powstanie ich przeszło trzykrotnie więcej.

Z danych portalu GetHome.pl wynika, że obecnie w Mińsku Mazowieckim trzy miejscowe firmy deweloperskie oferują mieszkania w cenie 6-6,5 tys. zł za m kw. Dla porównania, w sąsiadującej z tym powiatem warszawskiej dzielnicy Wesoła średnia cena nowych mieszkań wynosi 7,7 tys. zł za m kw.

Z kolei w okolicach Wrocławia na celownik firm deweloperskich trafiły powiaty świdnicki i oławski, bo tam GUS odnotował duży wzrost liczby mieszkań deweloperskich objętych pozwoleniami na budowę. Dla potencjalnych nabywców mieszkania we Wrocławiu ciekawą alternatywą wydaje się być oddalone o ok. 26 km miasteczko Oława. Ceny w ofercie tutejszych deweloperów sięgają 6,5 tys. zł za m kw. Dla porównania we Wrocławiu najtańszą dzielnicą jest Fabryczna, gdzie średnia cena nowych mieszkań przekracza 8,3 tys. zł za metr.

W okolicach Łodzi wzrost aktywności deweloperskiej widoczny jest zaś zwłaszcza w powiecie pabianickim, gdzie wydano pozwolenia na budowę 359 mieszkań. Rok wcześniej było ich tylko 120. W Pabianicach mieszkania na rynku pierwotnym kosztują najczęściej od 4,9 tys. do 5,5 tys. zł za m kw. Natomiast w Łodzi średnia cena metra kwadratowego wynosi ok. 7 tys. zł.

Warto też zwrócić uwagę, że w 2020 r. deweloperzy uzyskiwali pozwolenia na budowę mieszkań w miejscowościach, w których wcześniej nie budowali oni wcale lub budowali pojedyncze budynki. Spore ożywienie widoczne jest m.in. w powiatach: nyskim, łańcuckim, szczycieńskim, poddębickim czy jaworskim.
Pozwolenia-deweloperzy-powiaty1

Np. w powiecie nyskim na podstawie pozwoleń wydanych deweloperom w ubiegłym roku powstanie 680 mieszkań, czyli 2,5 razy więcej niż łącznie przez ostatnich 11 lat.

– Te dane nie uwzględniają jeszcze wpływu pandemii koronawirusa na rynek mieszkaniowy. Może się jednak okazać, że wskutek upowszechnienia się pracy zdalnej, wzrośnie popyt na mieszkania i domy w miejscowościach okalających duże miasta – komentuje ekspert GetHome.pl.

Sztuczna inteligencja wskaże firmy, w które nie warto inwestować

Przyszłość startupów jest zapisana w algorytmach. Tak przynajmniej twierdzi instytut Gartnera. Zdaniem ekspertów, najpóźniej do 2025 roku najważniejszym doradcą dla funduszy venture capital i private equity będzie sztuczna inteligencja. To SI określi czy startup rokuje, czy też nie.

Decyzje opierające się na intuicji bądź wynikające z zamiłowania do hazardowych zagrywek są codziennością w startupowym świecie. Według danych PitchBook i National Venture Capital Association, w ubiegłym roku w samych tylko Stanach Zjednoczonych, inwestorzy wydali na tamtejsze startupy zawrotną kwotę 156,2 miliarda dolarów. To 428 milionów dolarów dziennie. – Każdego dnia fundusze inwestycyjne analizują dziesiątki ofert i modeli biznesowych. To od ich decyzji zależy z jednej strony los pomysłu foudera, a z drugiej pieniądze inwestorów – mówił Wojtek Stramski CEO polskiego funduszu Deep Change Ventures i dodaje – Wszystkim wydaje się, że gdy startup utrzyma się rok, czy dwa to dalej ma z górki, a wcale tak nie jest. 90% projektów wcześniej czy później kończy się fiaskiem – zauważa inwestor.

9 na 10 startupów to klapa

Ciężko się z nim nie zgodzić, zwłaszcza że jak podaje amerykańska agencja rządowa The Small Business Administration (SBA) w 2019 roku “wskaźnik porażki” wynosił około 90%. Niepowodzenia rozłożone są na lata. W pierwszym roku co piąty ze startupów (21.5%) kończy się klapą. W drugim odsetek rośnie i sięga 30%, w piątym jest to już 50%, a dekadę po starcie z rynku znika niemal ¾ startupów (70%). Wojtek Stramski wyjaśnia, że nie powinno to nikogo dziwić, a problemem często są… fundusze inwestycyjne, które podtrzymują wiele projektów przy życiu, mimo że te nie rokują. – Wiele projektów przez długi czas żyje z ‘inwestycyjnej kroplówki”. Nie przynoszą zysków, a wsparcie pochodzi głównie od inwestorów. Model takiego finansowania powinien być zarezerwowany wyłącznie dla naprawdę przełomowych projektów, takich jak np. Spotify. Szwedzka platforma streamingu muzyki ma już ponad 150 milionów aktywnych subskrybentów… i nadal nie przynosi zysku. Natomiast dziś widzimy, że ten respirator inwestycyjny jest nadużywany. Nie możemy postawić znaku równości między twórcami zaawansowanych rozwiązań dla medycyny a firmą produkującą kolejną aplikację upiększającą zdjęcia. To tak, jakby porównać kolorowankę z epopeją narodową – kończy Stramski.

Lekiem SI

Lekarstwem na chorobę, której doświadczają fundusze inwestycyjne, będzie… sztuczna inteligencja. – Mówi się, że inwestorzy, którzy odnieśli sukces, mają dobre „przeczucie” – mówi Patrick Stakenas, starszy dyrektor ds. badań w Gartnerze i kontynuuje: – Jednak era “wewnętrznego głosu” wynikająca z osobistego doświadczenia odgrywa coraz mniejszą rolę w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. Do 2025 r. tradycyjny sposób prezentowania oferty ulegnie zasadniczej zmianie – zaznacza Stakenas. Analitycy Gartnera zapowiadają, że w ciągu najbliższych lat wyrocznią, która decydować będzie o być, albo nie być danego przedsięwzięcia inwestycyjnego będzie sztuczna inteligencja i Data Science.

Według instytutu Gartnera do 2025 roku ponad 75% decyzji wykonawczych funduszy venture capital i private equity będzie podejmowanych przy wsparciu sztucznej inteligencji (AI) i analizy danych. To na bazie narzędzi wykorzystujących analitykę i SI określany będzie współczynnik sukcesu danego projektu. Zdaniem Gartnera do minimum ograniczone będzie ryzyko inwestycyjnej porażki, a to pozwoli zaoszczędzić miliardy dolarów, które będzie można spożytkować w bardziej efektywny sposób, np. dofinansowując większą ilość startupów lub zwiększając sumę dotacji.

Mocno wzrosło ryzyko upadłości firm, przyspieszył też wzrost ich zaległości

Gwałtownie przyrasta liczba firm, które oceniają, że istnieje realne ryzyko zamknięcia lub upadłości ich biznesów. Gdy w październiku zeszłego roku mówiła o tym co dziesiąta firma, po upływie kolejnych 6 miesięcy, w cieniu pandemii, jest to już realna obawa co piątej. Firmy boją się o siebie, ale też o kontrahentów. Przedłużające się ograniczenia destabilizują działanie biznesu, w samym I kwartale upadło ponad dwa razy więcej przedsiębiorstw niż przed rokiem. Zaległości firm wobec dostawców i banków wzrosły w czasie pandemii o 715 mln zł, a prawie połowa z tej kwoty przypadła na początek br. – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.

Każdy kolejny miesiąc choćby częściowego zamrożenia gospodarki coraz bardziej szkodzi biznesowi. Konsekwencje w postaci niższych obrotów spowodowanych trudną sytuacją kolejny kwartał raportuje aż połowa firm, w tym również podmioty, które wcale nie są bezpośrednio objęte restrykcjami związanymi z COVID-19.

Narastające wycieńczenie przedsiębiorstw pokazują odpowiedzi na pytanie: Czy w ostatnich 12 miesiącach w Państwa firmie istniało realne ryzyko zamknięcia biznesu, upadłości? Gdy po 6 miesiącach pandemii twierdząco odpowiadało niecałe 11 proc. przedstawicieli mikro, małych i średnich firm, po roku jej trwania o możliwości bankructwa mówi już blisko 22 proc. ankietowanych – wynika z badań Keralla Research, zrealizowanych dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

upadłości firm
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Rosną statystyki dotyczące upadłości ogłaszanych w Monitorze Sądowym i Gospodarczym

W I kwartale br. niewypłacalność dotknęła blisko 520 firm, o niemal 120 proc. więcej w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego. W tym nieco ponad 350 upadłości zostało ogłoszonych w formie uproszczonego postępowania, bez konieczności rejestracji w sądzie.

Największą dynamikę upadłości notuje branża transportowa – przyrost o 230 proc., dalej usługi wzrost o 220 proc., rolnictwo i handel o 150 proc. W budownictwie było 80 proc. więcej przypadków niewypłacalności, a w przemyśle 35 proc.

Tak gwałtowny wzrost upadłości w transporcie nie stanowi optymistycznego prognostyku na przyszłość. Bowiem to właśnie ta branża uchodzi za barometr polskiej gospodarki. Niczym w soczewce odzwierciedlając wszystkie zjawiska i procesy zachodzące na rynku, nie tylko krajowym, ale także i zagranicznym.

Polacy masowo zawieszają też działalność firm. Tylko w pierwszych trzech miesiącach dotknęło to 49 tys. przedsiębiorstw, o 21 proc. więcej niż w I kwartale 2020 r. i o ponad 100 proc. więcej niż w I kw. 2019 r. – Szacuje się, że jeśli ten trend się utrzyma, w tym roku liczba zawieszonych działalności sięgnie rekordowego i niespotykanego poziomu od 200 do nawet 250 tys. firm. Najczęściej problem ten będzie dotykał szeroko rozumianą branż usługową – mówi Tomasz Starzyk, ekspert Dun&Bradstreet.

Transportowcy pierwsi na drodze do upadłości

Największy wzrost upadłości w I kwartale br. odnotowano w transporcie, gdzie zbankrutowało blisko 40 firm. Trudną sytuację przedstawiciele tej branży potwierdzają też w badaniu. O widmie bankructwa w cieniu pandemii mówi ponad 40 proc. przedstawicieli przedsiębiorstw zajmujących się przewozem osób i towarów, przy średniej odpowiedzi dla wszystkich branż na poziomie 22 proc. W bazach BIG InfoMonitor oraz BIK transport również się wyróżnia. Od końca marca zeszłego roku do końca lutego tego roku jego zaległości wobec dostawców i banków wzrosły o 6,6 proc. (137 mln zł) do 2,2 mld zł, a liczba niesolidnych firm o niemal 0,5 tys. do ponad 33,2 tys. W tym czasie wśród ogółu firm przeterminowane zobowiązania podwyższyły się o 2,2 proc. (0,72 mld zł) do 33,87 mld zł.

Zła sytuacja firm transportowych, to nie przypadek, a efekt drastycznego spadku produktu krajowego w wielu krajach, spadku produkcji przemysłowej i handlu, a co za tym idzie także siły nabywczej konsumentów. To wszystko przekłada się na mniejsze zapotrzebowanie na przewóz towarów. Dodatkowo pandemia mocno uderzyła też w przewóz osób. Jednocześnie wiele firm, szczególnie tych małych, w obawie o sytuację w kolejnych miesiącach, nie podejmuje zbytniego ryzyka, nie wiąże się długofalowymi umowami i nie inwestuje. Na to wszystko nakłada się problem z dostępnością kierowców.

Częściej niż ogół firm o możliwości bankructwa, wspominają też przedsiębiorstwa budowalne – 28 proc. W ciągu minionych 12 miesięcy na skraju upadłości znalazła się także niemal co czwarta firma usługowa. W handlu i przemyśle poczucie zagrożenia bankructwem było już rzadsze, dotyczyło odpowiednio 14 proc. i 12 proc. przedsiębiorstw.

Wiele jednak zależy też od wielkości firmy i liczby zleceniodawców, większe ryzyko plajty sygnalizują mniejsze firmy (28 proc.). Występuje tu również zależność od liczby kontrahentów – im firma ma ich mniej, tym prawdopodobieństwo upadłości wyższe (31 proc.), rośnie też wtedy, gdy kontrahentów jest ponad pięćdziesięciu (28 proc.). Statystyki ogłoszonych już upadłości w I kw. pokazują, że bankructwa zdarzają się najczęściej mikro, małym i średnim przedsiębiorstwom. Blisko dwie trzecie z odnotowanych upadłości dotyczyło właśnie firm, które w ostatnim roku obrachunkowym nie przekroczyły progu 50 mln zł przychodu i zatrudniały do 100 pracowników.

– Wyniki badania wyraźnie pokazują, że firmy średniej wielkości mówią o ryzyku bankructwa najrzadziej, bo w 9 proc. przypadków. I nawet gdy mają bardzo wielu zleceniodawców radzą sobie z ich zdyscyplinowaniem. W przypadku mikro i małych podmiotów jest to już spore wyzwanie. Niedopilnowywani i niemobilizowani na bieżąco do terminowego płacenia klienci stają się groźni i mogą popchnąć do upadłości – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor. – Firmy transportowe zaczęły już z tego wyciągać wnioski i coraz szybciej zgłaszają swoich niesolidnych klientów do rejestru dłużników. Wcześniej zwykle się ociągały, mimo że podmioty świadczący usługi na ich rzecz zwykle nie mają w takich sytuacjach wątpliwości – dodaje.

Powszechna obawa przed upadłością klientów

Przedsiębiorcy widzą ryzyko upadłości własnej firmy, ale ponad połowa dostrzega też rosnące prawdopodobieństwo bankructwa swoich kontrahentów.

upadłości firm 2
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

– Do obserwowania partnerów biznesowych i ich nieudanych zmagań z rzeczywistością konieczne są mocne nerwy, bo w sumie 60 proc. przedsiębiorców ma przekonanie, że poważne kłopoty kontrahentów są niebezpieczne dla ich biznesów, bez względu na branżę, wielkość firmy czy liczbę zleceniodawców. Sytuacja jest obecnie na tyle zmienna i trudna, że szybkie działanie wobec dłużników, które zawsze jest niezwykle ważne, obecnie nabrało szczególnego znaczenia. Firmy bankrutują, wiele też ogłasza upadłość w uproszczonym trybie pozasądowym i w takich okolicznościach odzyskiwanie należności nie jest proste – mówi Halina Kochalska.

Wyzwaniem – spadek zamówień, utrzymanie płynności finansowej i kłopoty dostawców

W sytuacji, gdy sprzedaż jest dużo niższa od oczekiwań nie jest jednak łatwo zrezygnować z klienta. Listę największych wyzwań stojących przed biznesem otwiera bowiem spadek zamówień (26 proc. wskazań), ale na drugiej pozycji jest utrzymanie płynności finansowej (24 proc.). Trzecim trudnym wyzwaniem jest spadek przychodów, powraca więc wymieniony wcześniej problem mniejszego popytu i mniejszej liczby zamówień. Dalej znalazło się utrzymanie zatrudnienia (16 proc.), a także kłopoty dostawców (15 proc.). Szczególnie w tym punkcie widać na przestrzeni minionych 6 miesięcy dużą negatywną zmianę w ocenie sytuacji przez przedsiębiorców.

upadłości firm 3
Źródło: badanie Keralla Research dla BIG InfoMonitor

Przedłużająca się pandemia przekłada się też na przyspieszenie przyrostu zaległości firm wobec dostawców i banków. W okresie 11 miesięcy z COVIDEM-19 w tle, od marca ub.r. do lutego tego roku, przeterminowane zobowiązania przedsiębiorstw wzrosły o 715 mln zł do niemal 33,87 mld zł. Przy czym prawie połowa zaległości, które pojawiły się w tym czasie doszła w dwa miesiące 2021 roku. Problemy z płatnościami wobec dostawców i banków ma już blisko 324 tys. podmiotów (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych). W okresie epidemii koronawirusa przybyło prawie 10 tys. nowych niesolidnych dłużników, z tego ponad 3 tys. w styczniu i lutym.

Badanie zrealizowane przez Instytut Keralla Research, przeprowadzane co kwartał wśród mikro, małych i średnich firm. Próba = 500, technika: wywiady telefoniczne, termin: marzec / kwiecień 2021 r.

Ebury w czołówce prognoz dla ośmiu par walutowych

W pierwszym kwartale 2021 r. Ebury najtrafniej w rankingu Bloomberga prognozowało kurs dolara amerykańskiego do korony szwedzkiej. Dodatkowo analitycy walutowi fintechu znaleźli się w pierwszej dziesiątce w rankingach poświęconym siedmiu innym parom walutowym. Ebury jako jedna z nielicznych instytucji w Polsce i w Europie dostarcza też na bieżąco przedsiębiorcom analizy wielu walut z Azji, Afryki czy Ameryki Południowej.

Ze względu na potrzeby eksporterów i importerów analitycy Ebury przygotowują prognozy walutowe zarówno dla najpopularniejszych w globalnym handlu walut, jak i dla tych istotnych z perspektywy lokalnej. Wśród tych drugich są waluty tak z rynków uznawanych wciąż za egzotyczne dla polskiego biznesu (np. brazylijski real, turecka lira czy meksykańskie peso), jak z rynków o istotnym znaczeniu dla polskich importerów i eksporterów (chiński juan, rosyjski rubel czy czeska korona).

Ebury pierwszy kwartał bieżącego roku zakończyło nie tylko pierwszym miejscem w rankingu prognoz Bloomberga dla pary dolar amerykański/korona szwedzka (USD/SEK), ale również czwartym dla pary euro/korona szwedzka (EUR/SEK).

Ponadto zespół zdobył także miejsca w pierwszej dziesiątce w rankingach analiz par dwóch innych walut G10: dolar/frank szwajcarski (USD/CHF) oraz euro/jen japoński (EUR/JPY). Analitycy firmy zajęli także drugie miejsce w przypadku czterech par walutowych z rynków wschodzących: euro/lej rumuński (EUR/RON), dolar/lej rumuński (USD/RON), dolar/meksykańskie peso (USD/MXN) oraz dolar/peso chilijskie (USD/CLP).

To kolejne wyróżnienia dla Ebury w rankingu Bloomberga po zajęciu pierwszego miejsca w ostatnim kwartale ub.r. dla kluczowej dla eksporterów i importerów pary euro/dolar amerykański. W ciągu ostatnich jedenastu kwartałów zespół analityków Ebury siedmiokrotnie zajmował jedno z dziesięciu najwyższych miejsc w zestawieniu prognoz dla EUR/USD.

Klucz do ochrony marż

Ebury obserwuje szybko rosnące zainteresowanie polskich eksporterów i importerów rozliczaniem transakcji w lokalnych walutach. Przykładowo, Szwecja była w 2020 r. dla polskich przedsiębiorców ósmym kierunkiem eksportowym i siedemnastym rynkiem dla importerów. W ostatnich dwóch latach lat sprzedaż towarów na rynek szwedzki rosła i kształtowała się na poziomie 2,8–2,9% całości polskiego eksportu, import z tego rynku to zaś ponad 1,6% całości. Rośnie w związku z tym zainteresowanie realizacją transakcji importowo-eksportowych bezpośrednio w koronie szwedzkiej.

Wiedza o kursach walut realnie pozwala na przewidywanie i zmniejszanie ryzyka walutowego, a w efekcie chroni zyski z eksportu lub importu. W ostatnich latach polscy przedsiębiorcy prowadzą międzynarodową ekspansję bez jakichkolwiek kompleksów – w tym na najodleglejsze, egzotyczne rynki. Dlatego zarówno nasze analizy, jak i powiązane z nimi nowoczesne rozwiązania do rozliczania i zabezpieczania transakcji cieszą się szybko rosnącą popularnością wśród importerów i eksporterów – komentuje Jakub Łańcucki, dyrektor zarządzający Ebury Polska.

Obecnie międzynarodową ekspansję polskich firm wspiera 25 oddziałów Ebury na całym świecie. Do tych zlokalizowanych m.in. w Hongkongu, Londynie, czeskiej Ostrawie, Düsseldorfie, Sofii, Dubaju czy Toronto dołączył niedawno oddział w brazylijskim São Paulo.

Kompap podwaja zysk netto i chce wypłacić dywidendę

Grupa Kompap SA, do której należą dwie wiodące drukarnie dziełowe w Polsce – BZGraf i OZGraf oraz drukarnia offsetowa rolowa Imprimus –  w 2020 r. wypracowała przychody ze sprzedaży w wysokości 86,68 mln zł, tj. wyższe o 1,77 mln zł w porównaniu do tych za 2019 r. Jednocześnie grupa podwoiła zysk netto – do 5,69 mln zł w 2020 r. z poziomu 2,81 mln zł notowanego rok wcześniej. Wypracowany zysk spółka chce przeznaczyć m.in. na wypłatę dywidendy w wysokości 50 gr za akcję. Na ten rok Kompap planuje rozwój sprzedaży w Polsce i za granicą oraz dalszą poprawę wyników, m.in. poprzez inwestycje w nowoczesny park maszynowy, pozyskiwanie wysokomarżowych zleceń oraz szkolenia pracowników.

– Podsumowanie roku 2020 r. wypada bardzo korzystnie, chociaż pandemia dotknęła także naszą grupę. W największym stopniu, bo aż o 40% w kwietniu i w maju spadły na skutek lockdown przychody naszej białostockiej spółki, BZGraf. Z kolei spółka Kompap zanotowała w czerwcu i lipcu 17-procentowy spadek sprzedaży. W kolejnych miesiącach udało się nam jednak odrobić te straty, a nawet przekroczyć poziom przychodów z poprzedniego roku. Złożyły się na to wzrosty sprzedaży zarówno w Polsce, jak i za granicą. W skali grupy nasz eksport w minionym roku wzrósł aż o 28% – komentuje Waldemar Lipka, prezes zarządu Kompap SA.

Co istotne, w 2020 r. mimo wzrostu przychodów grupa Kompap zmniejszyła koszty własne (o 221 tys. zł) oraz inne kategorie kosztów, w tym ogólnego zarządu (o ponad 900 tys. zł). Te działania wraz z optymalizacją zakupu surowca i innych procesów zarządczych przełożyły się na bardzo duży wzrost rentowności – grupa zwiększyła wynik EBITDA o 33% r/r do 14,02 mln zł oraz zysk netto o 102% r/r – do 5,69 mln zł. Jednocześnie wskaźnik rentowności netto wyniósł po 12 miesiącach ubiegłego roku 6,56% wobec 3,31% rok wcześniej. Grupa poprawiła też płynność, wskaźniki zadłużenia oraz zmniejszyła poziom kredytów. Wskaźnik długu netto do EBITDA wyniósł w grupie Kompap na koniec 2020 r. 2,4 w porównaniu do roku 2019, kiedy to wartość tego wskaźnika wynosiła 4,2. Wobec tak dobrych wyników i optymistycznych perspektyw w branży wydawniczej, mającej duże znaczenie dla działalności grupy, mimo pandemii zarząd Kompapu zarekomendował przeznaczenie części zysku netto na wypłatę dywidendy – po 50 gr na akcję. Byłaby to już trzecia, a jednocześnie najwyższa w historii spółki, wypłata dywidendy. Kompap wypłacał także dywidendę w roku 2020 w wysokości 39 gr oraz w roku 2016 w wysokości 20 gr.

W 2021 r. Kompap zamierza dalej zwiększać sprzedaż oraz pracować nad rentownością. Z myślą o tym unowocześnia swój park maszynowy w drukarniach w Olsztynie, Białymstoku i Laskowicach. W minionym roku spółka kupiła m.in. maszynę poligraficzną Uniplex za 2,5 mln zł do drukarni w Olsztynie. W tym roku chce wydać na inwestycje ok. 9 mln zł.

– Planujemy kolejne zakupy specjalistycznych urządzeń, dzięki którym będziemy mogli drukować szybciej i wydajniej nie tylko popularne formaty książek oraz akcydensów, ale i realizować na dużą skalę nietypowe zamówienia, w niestandardowych oprawach czy rozmiarach. Właśnie takimi możliwościami, wysoką jakością oraz terminowością przyciągamy nowych znaczących klientów z Polski i z zagranicy. Zwłaszcza ci ostatni, odkąd pandemia przerwała łańcuchy dostaw między Europą a Chinami, chętniej wybierają solidnych wykonawców z naszego kontynentu, takich jak drukarnie Kompap. Biorąc pod uwagę wszystkie te elementy oraz trendy na rynku wydawniczym, który świetnie radzi sobie także w czasach pandemii, liczymy na kolejny udany rok – mówi prezes spółki.

W przyszłości do wyników grupy w coraz większym stopniu będzie też kontrybuował najnowszy nabytek akwizycyjny, czyli laskowicka drukarnia, która przez ostatnie lata była integrowana ze spółką Kompap.

Z sukcesem zakończyliśmy już proces restrukturyzacji drukarni w Laskowicach, przejętej jako spółka Imprimus pod koniec 2017 roku. Biznes przynoszący wielomilionowe straty zaczął już wypracowywać zyski po pełnej integracji z Kompap w 2019. W związku z pandemią zdecydowaliśmy się wstrzymać te procesy w odniesieniu do naszych spółek w Olszynie i Białymstoku. Ten projekt pozostaje aktualny, będziemy go jednak finalizować po uspokojeniu pandemii. Już teraz korzystamy jednak z synergii zakupowych wynikających z działania w dużej grupie poligraficznej – wyjaśnia Waldemar Lipka.

Drukarnie grupy Kompap w Olsztynie i Białymstoku należą do największych w kraju zakładów poligraficznych w zakresie produkcji dziełowej. Obsługują renomowane wydawnictwa z Polski (m.in. Publicat, Powergraph, Znak, Marginesy, Dwie Siostry, C.H. Beck, Firma Księgarska Olesiejuk, PWN,  Egmont Polska, Burda czy Zwierciadło) oraz z zagranicy (np. Lantarn Publisher, Vigmostad & Bjorke), w tym z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii, Hiszpanii, Czech czy krajów skandynawskich. Kompap drukuje także w Laskowicach materiały dla firm, w tym wielu banków i dużych koncernów, jak PZU, Tauron czy Energa, a także instytucji takich jak ministerstwa, NFZ, ZUS, KRUS.

TenderHut 20 kwietnia zadebiutuje na NewConnect

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie wyznaczyła 20 kwietnia 2021 r. jako pierwszy dzień notowań akcji TenderHut SA na parkiecie NewConnect. Akcje spółki w systemie notowań ciągłych będą obecne pod nazwą skróconą „TENDERHUT” i oznaczeniem „THG”. Do alternatywnego systemu obrotu na rynku NewConnect zostały dopuszczone akcje zwykłe na okaziciela serii B1 (1 010 509) i C1 (3 342).

TenderHut to technologiczna grupa kapitałowa, która prowadzi działalność w trzech liniach biznesowych: outsourcing, wdrażanie systemów laboratoryjnych oraz venture building. W obszarze outsourcingu spółka rozbudowuje i umacnia swoją pozycję poprzez spółki SoftwareHut (systemy IT),  ExtraHut (UI/UX/design), ProtectHut (cyberbezpieczeństwo) oraz LegalHut (doradztwo prawne dla sektora IT). Sektor laboratoryjny reprezentowany jest przez spółki zależne Solution4Labs (wdrożenia LIMS) i Holo4Labs (Mixed Reality w laboratoriach). W sektorze venture building spółka rozwija startupy z sektora PropTech/WorkTech – Zonifero, MedTech – Holo4Med i EduTech – Grow Uperion.

– Nie możemy się już doczekać naszego debiutu giełdowego. Przygotowujemy się do niego już od kilku lat. Status spółki publicznej to dla nas długo wyczekiwany prestiż i powód do dumy. Kluczowa jest dla nas transparentność w działalności i przyzwyczajamy do tego naszych inwestorów. Od lat publikujemy wyniki finansowe na naszej stronie internetowej i informujemy o wszystkich kluczowych wydarzeniach w social mediach. Dlatego myślę, że bez problemu sprostamy obowiązkom informacyjnym i dobrym praktykom panującym na NewConnect – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut SA.

Pandemia COVID-19 spowodowała, że osiągnięte przez Grupę TenderHut w okresie 12 miesięcy 2020 roku wzrosty wyników finansowych prowadzonej działalności były niższe, niż wcześniej zakładano. Pomimo tego, wartość przychodów netto ze sprzedaży produktów, towarów i materiałów w 2020 roku wzrosła do poziomu 46,11 mln zł, tj. o 23% w porównaniu do roku poprzedzającego. Zdecydowanej poprawie uległ również wskaźnik EBITDA, który za 2020 rok wyniósł 8,8 mln zł, co oznacza wzrost o 94% w stosunku do roku poprzedniego.

W zakres 6-letniej działalności i rozwoju firmy wchodzą: przejęcia lokalnych firm IT wraz z pracownikami, otwarcie 8 centrów developerskich w kraju (Białystok, Poznań, Przemyśl, Olsztyn, Szczecin, Warszawa, Wrocław, Gdynia), 10 polskich spółek zależnych i 5 zagranicznych (100%: Chiny, Dania, USA, udział mniejszościowy: Szwecja, Niemcy), oraz 9 przedstawicielstw sprzedażowych za granicą (Dania, Szwecja, Norwegia, Irlandia, Wielka Brytania, Szwajcaria, Niemcy, USA, Francja).

Grupa CDRL podsumowuje 2020 rok

Grupa CDRL, właściciel marki Coccodrillo oraz Buslik w 2020 roku odnotowała stratę w wysokości 41,7 mln zł, podczas gdy w 2019 roku osiągnęła zysk na poziomie 11,5 mln zł. Przychody ze sprzedaży w minionym roku wyniosły 405,6 mln zł czyli o 21 proc. mniej niż rok wcześniej. EBITDA w 2020 roku wyniosła 25,7 mln zł i jest niższa niż poprzednim roku o 52 proc.

Na wysokim poziomie utrzymały się przepływy pieniężne z działalności operacyjnej – w 2020 roku wyniosły 71 mln względem 33,6 mln zł, co oznacza wzrost o 111 proc. Przepływy pieniężne netto wyniosły niemal 3 mln zł i jest to jest to nieznacznie więcej niż rok wcześniej.

Uważamy, że wyniki, które spółka osiągnęła na poziomie operacyjnym są zadawalające. To zasługa poczynionych oszczędności oraz wzrostu sprzedaży e-commerce. Miniony rok był trudny dla całej branży. Niepewne nastroje konsumentów, a także obowiązujące przez większość roku ograniczenia w handlu nie pozostały bez wpływu na wyniki Grupy CDRL– mówi Marek Dworczak, prezes CDRL.

Na wynik netto odnotowany w 2020 roku istotny wpływ miały odpisy z tytułu utraty wartości środków trwałych i wartości niematerialnych wynikających z przeprowadzonych testów na utratę wartości udziałów w spółkach zależnych na łączną kwotę 23,9 mln zł. W kwietniu br. trzy spółki zależne, zajmujące się prowadzeniem salonów Coccodrillo, głównie w centrach handlowych zdecydowały o rozpoczęciu procesu restrukturyzacji. – Dążymy do zmniejszania kosztów działalności, a restrukturyzacja powinna nam w tym dodatkowo pomóc i w długim terminie korzystnie wpłynąć na wyniki finansowe – dodaje Dworczak.

Rekordowym zainteresowaniem cieszy się sprzedaż za pośrednictwem kanałów e-commerce grupy CDRL. Obrót z zamkniętych sklepów stacjonarnych, częściowo przeniósł się do sklepu internetowego. Spółka koncentruje się na umacnianiu pozycji swoich sklepów internetowych, a także poszerzaniu dostępności produktów w sieci.

Rynek e-commerce wciąż wzrasta i niezależnie od tego ile jeszcze pandemia będzie trwać, zmiana nawyków zakupowych i przenoszenie handlu do Internetu to trend, który zostanie z nami na stałe. Mając na uwadze powyższe, wdrażamy nowe rozwiązania technologiczne i nowe kanały sprzedaży. W ostatnich miesiącach uruchomiliśmy rumuńską i ukraińską wersję sklepu internetowego, od niedawna ubrania Coccodrillo dostępne są również za pośrednictwem platformy Allegro – komentuje Tomasz Przybyła, wiceprezes CDRL.

Ovid Works z sukcesem zakończył prywatną emisję akcji pozyskując 2,2 mln zł

Ovid Works, notowane na NewConnect niezależne studio gamingowe z Warszawy, z sukcesem zakończył prywatną emisję akcji. Inwestorzy nabyli 966 tys. akcji, stanowiących blisko 10 proc. kapitału. W emisji wziął udział m.in. Rockbridge TFI. Pozyskany kapitał zasili budżety produkcyjne aktualnie realizowanych projektów.

Z sukcesem udało nam się zakończyć emisję i pozyskać 2,2 mln zł, które przeznaczymy na rozwój i dokapitalizowanie bieżących projektów. Cieszę się, że w akcjonariacie pojawili się również nowi profesjonalni inwestorzy, a także prywatne osoby związane z branżą. Tacy inwestorzy są dla nas niezwykle cenni, gdyż oprócz gotówki będziemy mogli liczyć na ich wsparcie, doświadczenie oraz kontakty. – komentuje Jacek Dębowski, prezes zarządu Ovid Works.

Subskrypcja prywatnej emisji akcji serii D zakończyła się 2 kwietnia br. Akcje zostały objęte przez 4 osoby fizyczne, w tym jednego pracownika Spółki oraz dwa podmioty prawne w tym m.in. Rockbridge TFI po cenie emisyjnej 2,30 zł.

Po zakończeniu prywatnej emisji akcji dwaj członkowie zarządu i założyciele Ovid Works – Jacek Dębowski oraz Jacek Chojecki sprzedali łącznie 290 akcji po cenie 2,1 zł inwestorowi prywatnemu związanemu z branżą gamingową.

Ovid Works aktualnie pracuje nad grą Nemesis. Będzie to wyjątkowy multiplayer, inspirowany hitową grą planszową autorstwa Awaken Realms, który będzie także wydawcą gry wideo. Jednocześnie Spółka pracuje nad „Falling Star”, sequelem gry Interkosmos, przeznaczonym głównie na urządzenia VR. Zakończone zostały już prace nad strukturą rozgrywki wieloosobowej, teraz studio pracuje nad elementami typu single player.

Pandemia wymówką dla nieuczciwych kontrahentów

Prawie 80 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP zauważyło, że w czasie pandemii wzrosła liczba nieetycznych zachowań ze strony kontrahentów. Nieterminowe wywiązywanie się z umów i zobowiązań oraz próby usprawiedliwiania swoich zaniedbań i błędów koronawirusem to ich najczęstsze grzechy – wynika z badania Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Jednocześnie aż trzy czwarte polskich przedsiębiorców stoi na stanowisku, że od uczciwości w biznesie nie ma wyjątków.

Założenie, że firma może postępować nieuczciwie w wyjątkowych sytuacjach, takich jak np. pandemia, przekłada się na wzrost nierzetelności – pokazują wyniki badania „Rok biznesu w pandemii”, przeprowadzonego w marcu br. przez Instytut MANDS na zlecenie Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów. Aż 78 proc. polskich firm doświadczyło tego w ostatnim czasie na własnej skórze i zdecydowana większość (80 proc.) z nich wskazuje, że nieuczciwe praktyki nasiliły się właśnie w czasie pandemii. Najczęściej wiązały się one z nieterminowością, czy to w kwestii płatności (35 proc. wskazań), czy realizacji umów (30 proc.). 3 na 10 przedsiębiorców spotkało się też z próbą usprawiedliwiania pandemią błędów czy zaniedbań przez kontrahenta.

Pandemia służy jako wygodna wymówka kontrahentom, którzy z różnych powodów, niekoniecznie związanych z sytuacją epidemiologiczną, są nieuczciwi. Dodatkowo wodą na młyn jest dla nich brak reakcji ze strony samych przedsiębiorców. Okazuje się bowiem, że firmy, które doświadczyły nieuczciwości ze strony partnerów, rzadko decydują się na zerwanie z nimi współpracy. Tylko co trzecia firma nie toleruje takich praktyk i rozwiązuje stosunki z niesłownym partnerem biznesowym. Taka postawa powoduje, że wielu kontrahentów pozwala sobie na działania, które w normalnej sytuacji byłyby nie do zaakceptowania – wskazuje Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Z jakimi nieuczciwymi zachowaniami ze strony kontrahentów firma spotkała się w czasie pandemii?
Niepłacenie w terminie 35%
Nieterminowe wywiązywanie się z umów i zobowiązań 30%
Usprawiedliwianie swoich błędów i zaniedbań pandemią koronawirusa 30%
Niedbałe wywiązywanie się z umów i zobowiązań 20%
Oszukiwanie na jakości usługi lub produktu 17%
Podnoszenie cen w trakcie lub na koniec umowy 16%
Niestosowanie się do obostrzeń wynikających z pandemii 14%
Ukrywanie dodatkowych kosztów związanych z usługą lub produktem 13%
Utrudnianie kontaktu lub przepływu informacji 13%
Niewywiązywanie się z umów i zobowiązań 11%
Podawanie nieprawdziwych lub niepełnych informacji o usłudze/produkcie 8%
Łamanie prawa i przepisów pracy 6%
Prowadzenie szkodliwej dla środowiska działalności 3%
Inna odpowiedź 0,2%
Nasza firma nie spotkała się z nieuczciwymi zachowaniami ze strony kontrahentów 22%
Źródło: Badanie Rzetelnej Firmy i KRD „Rok biznesu w pandemii”. Pytanie wielokrotnego wyboru

Uczciwość nie zawsze na pierwszym planie

Jednocześnie większość, bo 74 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP, zgodnie przyznała, że nie ma sytuacji, w których firma może zrezygnować z bycia uczciwą. Pozostali dopuszczają jednak wyjątki od tej reguły. W tym przypadku, nieuczciwość najczęściej rodzi nieuczciwość. Dla 15 proc. przedsiębiorców działanie nie fair kontrahenta stanowi furtkę do tego, by samemu też stosować takie metody. Dla blisko co dziesiątego respondenta usprawiedliwieniem nieuczciwych działań jest także sytuacja kryzysowa, jak załamanie gospodarki czy pandemia. Dodatkowo, niecałe 7 proc. dopuszcza je również w przypadku konieczności ratowania firmy przed upadłością w obliczu koronakryzysu. Kolejne 5 proc. zdecydowałoby się na nieetyczne postępowanie, gdyby firma mierzyła się z kiepską sytuacją finansową, niezależnie od czynników zewnętrznych.

Nasze obecne badanie pokazuje, że wraz z rozwojem koronakryzysu mnożą się nieuczciwe działania w biznesie. Dla porównania, ponad pół roku wcześniej nieetyczne praktyki wśród swoich kontrahentów w pandemii zauważała co czwarta firma z sektora MŚP.[1] Obecnie skarży się na to już blisko 80 proc. firm. Widać więc, że niezdrowe zjawisko się nasila, a w efekcie szkodzi ono całej polskiej gospodarce – zauważa Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.Pandemia wymówką dla nieuczciwych kontrahentów 2

Dobrego kontrahenta poznaje się w biedzie

W pandemii część przedsiębiorców próbuje wykorzystać sytuację i traktuje koronakryzys jako pretekst do niewywiązywania się ze swoich zobowiązań. Jak zwracają uwagę autorzy badania, jest też druga strona medalu. W tych trudnych czasach wiele firm postanowiło wesprzeć swoich partnerów biznesowych.

Blisko 60 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP w czasie pandemii spotkało się z wyjątkowo etyczną postawą swoich kontrahentów. Co piąty docenił ich dbałość o bezpieczeństwo pracowników. 19 proc. mogło skorzystać z ich wiedzy i doświadczenia. Kolejne kilkanaście procent przedsiębiorstw doceniło w zachowaniu kontrahentów wyrozumiałość i skłonność do wydłużania terminów płatności bądź rozkładania ich na raty. To pocieszające wieści, bo wspólne rozwiązywanie problemów jest zawsze lepsze niż uciekanie się do nieuczciwych praktyk – dodaje ekspert Rzetelnej Firmy.

Prawie połowa przedsiębiorstw, które skorzystały z pomocnej dłoni swoich kontrahentów, wskazała też, że w porównaniu do czasu przed pandemią przybyło etycznych i wykraczających poza zwykłą uczciwość zachowań innych firm. Natomiast 17 proc. obserwuje, że takie gesty pojawiają się rzadziej.

Z jakimi wyjątkowo etycznymi, wykraczającymi poza zwykłą uczciwość zachowaniami kontrahentów firma spotkała się w czasie pandemii
Wyjątkowa dbałość o bezpieczeństwo pracowników w czasie pandemii 22%
Dzielenie się wiedzą i doświadczeniem w radzeniu sobie z problemami wynikającymi z pandemii 19%
Wyjątkowa wyrozumiałość względem naszej firmy (terminowości/usług/produktów) 16%
Skłonność do wydłużania terminów płatności bądź rozkładania płatności na raty 14%
Wprowadzenie udogodnień/zmian w umowie ze względu na zmiany wywołane pandemią 13%
Wprowadzenie dodatkowych opcji kontaktu/oferty/produktu, aby dostosować się do nowych potrzeb, zaistniałych z powodu pandemii 10%
Działalność charytatywna (np. zapomoga dla szpitali, zniżki dla personelu medycznego) 8%
Pomoc finansowa dla naszej firmy 5%
Nasza firma nie spotkała się z wyjątkowo etycznymi, wykraczającymi poza zwykłą uczciwość zachowaniami kontrahentów 40%
Źródło: Badanie Rzetelnej Firmy i KRD „Rok biznesu w pandemii”. Pytanie wielokrotnego wyboru

 

Badanie „Rok biznesu w pandemii” zostało przeprowadzone przez MANDS w marcu 2021 r. na zlecenie Rzetelnej Firmy i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Objęło grupę 500 firm z sektora MŚP, w tym: mikro (zatrudniające 3-9 osób), małe (10-49) i średnie przedsiębiorstwa (50-249). Technika badawcza: CAWI.

[1] Badanie na zlecenie Krajowego Rejestru Długów BIG SA „Nieetyczne zachowania firm podczas pandemii”, sierpień 2020 r.

Biedronka wzmacnia promocję świeżych produktów od polskich dostawców. Polskie towary odpowiadają za ponad 90 proc. sprzedaży mięs i ryb

– Pandemia koronawirusa powoduje perturbacje gospodarcze. Dzięki zwiększeniu sprzedaży polskich produktów wspieramy krajową gospodarkę – mówi Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka. Największa w Polsce sieć handlowa od ponad 25 lat stale i konsekwentnie bazuje na współpracy z krajowymi rolnikami i dostawcami. W ubiegłym roku sprzedała 93 proc. mięs, niemal 100 proc. ryb i 67 proc. warzyw i owoców pochodzących od polskich firm. W kwietniu sieć prowadzi akcję promującą rodzimych dostawców, skierowaną do wszystkich, którzy mają w portfelu kartę Moja Biedronka.

Największa sieć handlowa w Polsce stawia mocny akcent na współpracę z lokalnymi, krajowymi dostawcami i rolnikami. Widać to też w wynikach sprzedaży. W 2020 roku wśród produktów świeżych Biedronka sprzedała aż 99,9 proc. ryb, 93 proc. mięsa oraz 67 proc. owoców i warzyw pochodzących właśnie od polskich dostawców.

 Jabłka, gruszki, marchewki czy ziemniaki są polskie. Jednak mamy też owoce egzotyczne, które z powodów klimatycznych nie są możliwe do uprawy w Polsce, a niektóre z odmian owoców i warzyw mogą być uprawiane tylko sezonowo, a nie przez cały rok. Dlatego ten udział krajowych warzyw i owoców w całości sprzedaży jest nieco niższy, ale wciąż na wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Mierzwa, dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Jak deklaruje, sieć systematycznie działa na rzecz zwiększania sprzedaży produktów od krajowych dostawców. Temu ma służyć uruchomiona właśnie akcja Kupuj Świeże Polskie Produkty, która potrwa do końca kwietnia. Jest ona skierowana do posiadaczy karty Moja Biedronka, którą ma już ponad 10 mln Polaków.

– W ramach tej akcji od 15 kwietnia do końca miesiąca wszystkim klientom, którzy są posiadaczami karty Moja Biedronka, będziemy zliczali wartość ich zakupów przeznaczonych na świeże polskie produkty – czyli mięso, ryby, owoce i warzywa. Każdy klient, który w tym dwutygodniowym okresie wyda na polskie produkty 499 zł, otrzyma voucher o wartości 99 zł do wykorzystania w maju na dowolne zakupy, poza standardowymi wyłączeniami – tłumaczy dyrektor ds. komunikacji sieci Biedronka.

Wartość zakupów będzie sumowała się na karcie Moja Biedronka, będzie też drukowana na paragonach podczas zakupów. Voucher będzie można wykorzystać jednorazowo na zakupy z całego asortymentu Biedronki. Jak podkreśla Arkadiusz Mierzwa, do promocji będą się wliczać wyłącznie ryby, mięso czy owoce i warzywa z Polski.

– To jest oferta, którą chcemy zachęcić naszych klientów, żeby dokładnie sprawdzali na produktach kraj pochodzenia, żeby w pewien sposób preferowali i premiowali w swoim koszyku zakupowym te towary, które będą miały znaczek Produkt Polski. To jest szczególnie istotne właśnie w kategorii produktów świeżych, które stanowią większość naszego codziennego koszyka zakupowego – mówi.

Startująca właśnie akcja to niejedyna forma wsparcia Biedronki dla krajowych producentów.

– Podejmujemy też wiele innych działań, które mają promować polskie produkty wśród naszych klientów. To z jednej strony edukacja, a z drugiej działania stricte promocyjne, które w sposób komercyjny mają zachęcić klientów do ich zakupu – mówi Arkadiusz Mierzwa.

Jedną z takich akcji była kampania Kupuj Co Polskie, która wystartowała w sierpniu ub.r. i trwa do dziś. Przez osiem miesięcy klienci Biedronki wsparli gospodarkę zakupami polskich produktów o wartości ponad 23,6 mld zł.

– Ta wartość jest porównywalna ze środkami budżetowymi przeznaczanymi przez nasz kraj na niektóre ważne dziedziny życia – wyjaśnia dyrektor ds. komunikacji korporacyjnej JMP. – W ramach tej akcji każdemu klientowi pokazujemy na paragonie, jaka część i jaka dokładna kwota z jego zakupów została przeznaczona na produkty wytworzone w Polsce albo takie, które dodają wartość do krajowej gospodarki

Kiedy rozpoczęła się pandemia COVID-19, Biedronka ogłosiła program „Czas na wspieranie małych producentów” i zaoferowała im możliwość współpracy. W efekcie ok. 200 produktów od 140 małych, lokalnych dostawców – znanych dotąd tylko regionalnie – trafiło na półki jednej z największych sieci handlowych w Polsce, co pomogło im w zachowaniu miejsc pracy i utrzymaniu biznesów. Z początkiem tego roku Biedronka wprowadziła też specjalne stanowisko kupców lokalnych owoców i warzyw, którzy poszukują mniejszych rodzinnych gospodarstw rolnych i nawiązują z nimi bezpośrednią współpracę.

– Biedronka ma ponad 3 tys. sklepów w całej Polsce, które każdego dnia odwiedza ok. 4 mln klientów. Przez to mamy kontakt z większością Polaków. W skali miesiąca niewątpliwie większość z nich odwiedzi sklep Biedronka. Dlatego promocja polskich produktów, namawianie do patriotyzmu konsumenckiego i do tego, żeby dokonując zakupów, przy okazji zadbali o krajową gospodarkę, to jest wsparcie niebagatelne. Zwłaszcza że pandemia koronawirusa wywołała pewne perturbacje gospodarcze – wyjaśnia Arkadiusz Mierzwa.

Obroty hazardu online w szarej strefie znacząco wzrosły. W ciągu ostatnich czterech lat zwiększyły się o 9 mld zł

W Polsce prawie połowa obrotów na rynku hazardu online ma miejsce w szarej strefie. Jej procentowy udział w ostatnich latach spadał – z ponad 76 proc. w 2016 roku do blisko 47 proc. w ubiegłym roku. Mimo to obroty w szarej strefie rosną jednak z każdym rokiem i w tym okresie zwiększyły się o 9 mld zł. W ciągu tych czterech lat łączna strata Skarbu Państwa z tytułu nieodprowadzonego podatku od gier wyniosła ponad 2 mld zł – wynika z szacunków firmy doradczej EY. Eksperci wskazują, że w Polsce rynek hazardowy wciąż ma spory potencjał wzrostu, dlatego w kolejnych latach trzeba się też spodziewać rozwoju szarej strefy. Jej ograniczenie nie będzie możliwe bez odpowiednich działań ze strony państwa i krajowych regulatorów.

Porównując polski rynek gier hazardowych z innymi krajami UE, widzimy, że jego potencjał dalszego wzrostu jest bardzo duży. Dotyczy to zwłaszcza kanału online, który rozwija się najbardziej dynamicznie nie tylko w Polsce, lecz także w innych krajach – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Marek Rozkrut, partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Objęcie internetowych kasyn monopolem państwa, zakaz turniejów pokera online czy możliwość obstawiania meczów tylko u tych podmiotów, które mają licencję Ministerstwa Finansów – to jedne z głównych założeń wprowadzonej w 2009 roku i gruntownie znowelizowanej w 2016 roku ustawy hazardowej. Mimo że zgodnie z polskimi przepisami część gier jest zakazana, międzynarodowe podmioty działające w szarej strefie umożliwiają graczom udział w rozgrywkach niedostępnych na legalnym rynku. W ich rękach znajduje się prawie połowa (46,7 proc.) obrotów na rynku hazardu online – oszacowali eksperci EY w najnowszym raporcie. W ubiegłym roku legalnie działająca branża hazardu online wygenerowała obroty na poziomie 14,4 mld zł. Dla porównania w tym czasie wielkość obrotów w szarej strefie sięgnęła 12,6 mld zł. Co ciekawe, w 2016 roku szara strefa na rynku gier hazardowych online odpowiadała za 76,5 proc. obrotów.

Z jednej strony szacunki – zarówno nasze, jak i zewnętrznych podmiotów – wskazują na spadek udziału szarej strefy w całkowitej wartości rynku hazardowego online w ostatnich latach. Z drugiej strony ten spadek wcale nie oznacza, że wartość hazardu online w szarej strefie maleje w ujęciu absolutnym. Przeciwnie, nasze oszacowania pokazują istotny wzrost w tym zakresie – mówi dr Marek Rozkrut.

Obowiązująca od czterech lat nowelizacja ustawy hazardowej wprowadziła nowe narzędzia przeciwdziałania szarej strefie, lecz nie rozwiązała całkowicie problemu.

Jeszcze w 2016 roku obroty wygenerowane w szarej strefie wyniosły 3,5 mld zł. W ubiegłym roku było to już 12,6 mld zł, a więc o ponad 9 mld zł więcej. Natomiast w ujęciu przychodów netto, zdefiniowanych jako różnica między przychodami operatorów ze sprzedaży gier hazardowych i wypłaconymi wygranymi, szara strefa wzrosła z 0,3 mld zł w 2016 roku do 1,1 mld zł w 2020 roku. Szczególnie niepokoi to, że wzrost wydatków w szarej strefie odnotowywany jest nie tylko w ujęciu nominalnym, ale również w relacji do całkowitych wydatków polskich gospodarstw domowych. To oznacza, że coraz większa część naszego domowego budżetu trafia do kieszeni nielegalnych operatorów, zazwyczaj działających za granicą – podkreśla partner i główny ekonomista EY w Polsce.

Pomiędzy 2016 a 2020 rokiem obroty szarej strefy w branży hazardu online wzrosły aż o ponad 9 mld zł. Każdego roku budżet państwa traci przez to setki milionów złotych z tytułu CIT, PIT i nieodprowadzonego podatku od gier. Tylko na tym ostatnim strata Skarbu Państwa w 2020 roku sięgnęła 594 mln zł. Z kolei łączna strata w ciągu czterech lat to ponad 2 mld zł – pokazują oszacowania EY oparte na specjalnie przygotowanym, autorskim modelu ekonometrycznym. Dla porównania za 2020 rok do budżetu państwa z tytułu podatku od gier legalni bukmacherzy wpłacili ponad 800 mln zł.

Tu oczywiście nasuwa się pytanie: skoro szara strefa rośnie, to z czego wynika spadek jej udziału w całkowitej wartości rynku? Odpowiedź brzmi: z jeszcze silniejszego wzrostu rynku legalnego, do którego w ostatnich latach przyczyniły się m.in. korzystne zmiany w polskim prawie. Mimo to nie powstrzymały one równoczesnego wzrostu szarej strefy, dlatego niewątpliwie potrzebne są dalsze działania, które będą przeciwdziałać temu procederowi – wskazuje dr Marek Rozkrut.

To m.in. skuteczniejsze blokowanie stron internetowych i płatności na rzecz nielegalnie działających zagranicznych podmiotów. O takie działania od lat apeluje legalna część branży hazardowej, której także szkodzi nieuczciwa, działająca bez zezwoleń konkurencja.

Przedstawiciele legalnie działającej części branży podkreślają, że skuteczność obecnie funkcjonujących w Polsce mechanizmów, które mają uniemożliwiać graczom dostęp do usług świadczonych nielegalnie, wciąż jest niestety niewystarczająca. Potrzebne są dalsze działania, które zwiększyłyby efektywność administracji państwa i w ten sposób ograniczyłyby pole do prowadzenia nielegalnej działalności na rynku gier hazardowych online – ocenia ekspert EY.

Amerykański inwestor szuka w Katowicach nowych pracowników, głównie z branży IT. Chce w tym roku potroić zatrudnienie w swoim centrum badawczo-rozwojowym

0

Katowice znajdują się w pierwszej piątce najatrakcyjniejszych lokalizacji inwestycyjnych w Polsce. Z każdym rokiem stolica Śląska przyciąga coraz więcej zagranicznych firm, a jedną z nich jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, którego firma doradcza Gartner od ponad dekady zalicza do liderów nowych technologii. W Katowicach Hyland otworzył jedyne w Europie Środkowo-Wschodniej centrum badawczo-rozwojowe, w którym docelowo ma pracować ponad 100 specjalistów z branży IT. – W perspektywie długoterminowej wprowadzenie się tutaj takiej firmy jak Hyland jest ogromną szansą dla regionu – podkreśla country manager firmy Jeremy Nass.

– Katowice dysponują gigantycznym potencjałem inwestycyjnym, dlatego się tu wprowadziliśmy. Dostrzegamy potencjał drzemiący w tym mieście i chcemy go wykorzystać. Zresztą do podobnego wniosku dochodzi coraz więcej firm, które otwierają tutaj swoje biura. Ten region czeka świetlana przyszłość – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jeremy Nass.

Katowice, położone w centrum liczącej 2,3 mln mieszkańców Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, to jeden z pięciu najważniejszych ośrodków inwestycyjnych w Polsce – wynika z tegorocznego raportu ABSL. Prężnie rozwija się tu sektor nowoczesnych usług dla biznesu, odpowiadający za 3–3,5 proc. polskiego PKB, a na przestrzeni ostatnich czterech lat wzrost zatrudnienia w tutejszych centrach usług sięgnął prawie 70 proc. Główną kategorią świadczonych w nich usług jest IT. Łącznie w regionie, głównie w Katowicach, działa już 114 centrów nowoczesnych usług biznesowych firm pochodzących z 19 państw. Miasto z każdym rokiem cieszy się coraz większym zainteresowaniem biznesu, a inwestycje nie zatrzymały się nawet mimo pandemii COVID-19. Zagraniczni inwestorzy, którzy lokują tu swoje centra, zwiększają przychody do budżetu i tworzą nowe miejsca pracy, wspierając lokalną i krajową gospodarkę wychodzącą z lockdownu („Sektor nowoczesnych usług biznesowych w Katowicach”).

 Przyglądaliśmy się takim aspektom jak dostępność wykwalifikowanych kadr, bo to jest dla nas kluczowy aspekt rozwojowy. Sprawdzaliśmy też koszty życia, lokalną infrastrukturę, sytuację na uczelniach i liczbę absolwentów, którzy trafiają na lokalny rynek pracy każdego roku, ale także to, czy jest tu dużo dróg rowerowych. Zależało nam na tym, aby znaleźć dobre miejsce dla naszych pracowników. Ostatecznie Katowice wyraźnie zwyciężyły – wskazuje country manager Hyland w Polsce.

Atrakcyjność inwestycyjną stolicy Śląska potwierdza też ubiegłoroczny raport Colliers International („Przyszłość zaczyna się tu… Katowice”), który podkreśla, że miasto jest wzorcowym przykładem przemiany z ośrodka przemysłowego w nowoczesną metropolię. Lokalizacja na przecięciu transeuropejskich szlaków transportowych, dobrze rozwinięta sieć dróg, ośrodki akademickie i dostęp do wykwalifikowanej kadry oraz duża podaż nowoczesnej powierzchni biurowej przyciągają do Katowic coraz więcej zagranicznych firm.

Raport Colliers pokazuje, że inwestycje w stolicy Śląska nie zwolniły mimo pandemii. Na koniec I połowy 2020 roku wolumen transakcji najmu na katowickim rynku biurowym wyniósł 26,5 tys. mkw., tylko o 11 proc. mniej niż rok wcześniej, pomimo znacznego spowolnienia ekonomicznego wywołanego pandemią COVID-19. Największy udział w całym popycie (64 proc.) stanowiły nowe umowy, zawierane przez firmy otwierające tu swoje siedziby. Jedną z ostatnich, które wprowadziły się do Katowic, jest Hyland – amerykański inwestor z branży IT, dostarczający nowoczesne oprogramowanie do zarządzania treścią.

– Jesteśmy dużą firmą, zatrudniamy ok. 4 tys. pracowników z obu Ameryk, z Europy i całego świata. Kilka lat temu doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy silniej zaznaczyć naszą obecność w Europie Środkowo-Wschodniej – wyjaśnia Jeremy Nass.

Nowa inwestycja firmy w Katowicach to centrum badawczo-rozwojowe, gdzie programiści będą pracować m.in. nad doskonaleniem flagowych produktów firmy i tworzeniem nowych funkcjonalności wspierających cyfrową transformację. To jak na razie jedyny taki ośrodek firmy w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej.

– Dziś stoi przed nami ogromne wyzwanie – kolejna ewolucja, której celem jest wykorzystanie wszystkich korzyści płynących z infrastruktury chmurowej. Nasi klienci chcą przenosić się do chmury i z takiej infrastruktury korzystać. Dlatego tak ważne dla nas jest wdrożenie i przeniesienie naszych produktów do rozwiązań chmurowych. To właśnie o pomoc przy tym zadaniu poprosiliśmy naszych nowych współpracowników w Katowicach – mówi country manager Hyland w Polsce.

Mimo pandemii Hyland R&D w Katowicach w ubiegłym roku zatrudniło już pierwszych 40 pracowników, a ich rekrutacja została przeprowadzona całkowicie zdalnie.

– W 2021 roku chcemy potroić tę liczbę. Poszukujemy osób głównie na stanowiska związane z badaniami i rozwojem, które mogą pomóc nam w przeprowadzeniu tej ewolucji, posiadających nowe i poszukiwane umiejętności, związane np. z .NET Core czy Kubernetes. Jednocześnie potrzebujemy kierowników, osób do działów HR i sprzedaży, bo dostrzegamy potencjał na rynku. Poza tym poszukujemy nowych pracowników do naszego globalnego zespołu usługowego, który pomaga nowym i obecnym klientom uzyskać zwrot z inwestycji poczynionych w Hyland – wymienia Jeremy Nass.

Firma doradcza Gartner od 11 lat zalicza Hyland do liderów w kategorii dynamicznie rozwijających się technologii. Spółka operuje już w kilkunastu krajach świata, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Japonii.

Przerwy techniczne w bankach coraz bardziej dotkliwe dla klientów. Instytucje poszukują sposobów na uniknięcie awarii

W 2020 roku 60 proc. banków zamknęło lub skróciło godziny otwarcia oddziałów, ale jednocześnie zmieniająca się rzeczywistość sprawiła, że wiele z nich wdrożyło nowe funkcjonalności cyfrowe. Są one głównie wdrażane podczas przerw technicznych, które skutkują niedostępnością usług finansowych dla klientów. W połączeniu z dość częstymi przypadkami awarii banki muszą mierzyć się z konsekwencjami w postaci utraty danych czy reputacji. Rozwiązaniem może być software’owa replikacja danych w czasie rzeczywistym, która pozwala na bezprzestojowe wdrażanie nowych funkcjonalności.

Pandemia zmieniła trendy na rynku bankowości. Wzrosła aktywność klientów w kanałach online, wzrósł także ruch w e-commerce, co ma bezpośrednie przełożenie na systemy bankowe, które w dynamiczny sposób musiały rozbudowywać swoją infrastrukturę. Z badania Deloitte’a „Digital Banking Maturity” wynika, że w 2020 roku 60 proc. banków zamknęło lub skróciło godziny otwarcia oddziałów. Jednocześnie wiele z nich wdrożyło nowe funkcjonalności cyfrowe, takie jak możliwość w pełni zdalnego otwarcia konta (34 proc.), zdalna identyfikacja i weryfikacja (23 proc.) oraz płatności zbliżeniowe (18 proc.).

– Wprowadzanie nowych udogodnień odbywa się zwykle w ramach przerw technicznych, które są dość częstym zjawiskiem w polskiej bankowości. Choć większość instytucji stara się je robić w nocy lub w weekendy, kiedy dotykają stosunkowo niedużą liczbę klientów, to wciąż mają one przełożenie na postrzeganie banków i mogą prowadzić do utraty wizerunku, frustracji klientów z powodu braku dostępności usług, utraty danych, a także zmniejszenia przychodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Jagodzki, wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore.

Z raportu Fintek.pl wynika z kolei, że w 2020 roku banki w Polsce odnotowały 32 awarie. Ich liczba systematycznie spada (w 2018 roku było ich 50, a w 2019 roku – 40), jednak to wciąż duży problem nie tylko dla instytucji finansowych, lecz także dla klientów. Ponad 56 proc. wszystkich awarii skutkuje brakiem możliwości zalogowania się do bankowości elektronicznej. Ryzyko awarii wzrasta wraz z pojawieniem się kolejnych funkcji i udogodnień.

– Obecnie w sektorze bankowym nie ma weekendu, podczas którego konsument nie byłby informowany o niedostępności jakiejś usługi bankowej, jak np. możliwości zapłacenia kartą, wypłacenia gotówki czy wykonania przelewu – podkreśla Aleksander Jagodzki. – Wszystkich tych negatywnych skutków można jednak uniknąć. 

W październiku zeszłego roku Rzecznik Finansowy zauważył wzrost częstotliwości wprowadzania tzw. planowych przerw technicznych w świadczeniu usług, określając to zjawisko jako niepokojące zwłaszcza w dobie pandemii, gdy większość swoich aktywności, w tym także finansowych, Polacy przenieśli do internetu. Rzecznik Finansowy podjął działania zmierzające do zminimalizowania tego zjawiska. Banki mogą jednak same zadbać o utrzymanie ciągłości swoich usług, nawet w razie awarii czy wdrażania nowych funkcjonalności.

– Wdrożenie nowej wersji oprogramowania lub zmiana platformy sprzętowej to powszechne zjawisko w każdym środowisku informatycznym. Do tej pory taka operacja wiązała się z niedostępnością oferowanych usług banku na czas migracji – mówi wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Dzięki zastosowaniu narzędzi do replikacji danych w czasie rzeczywistym każda migracja lub upgrade technologiczny może być przeprowadzony bez zatrzymywania aplikacji, które skutkuje niedostępnością usług dla klienta końcowego.

Specjalizujące się w integracji baz danych Goldenore ma już na koncie projekty realizowane w różnych sektorach, m.in. w bankowości. Firma koncentruje się na replikacji danych w czasie rzeczywistym na poziomie baz danych. W ten sposób zapewnia ciągłość biznesową, obejmującą aplikacje operacyjne i analityczne oraz bezpieczne i bezprzestojowe migracje na nowe wersje oprogramowania i nowe platformy.

Brak przestojów w działalności jest niezwykle istotny dla systemów obsługujących klientów w sposób ciągły, 365 dni w roku, siedem dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. To m.in. systemy bankowości elektronicznej, CRM czy systemy transakcyjne, gdzie godzinna przerwa technologiczna może odbywać się jedynie raz na kwartał, ponieważ ich zatrzymanie wiąże się z utratą przychodów.

– Cała operacja upgrade’u technologicznego z wykorzystaniem narzędzi replikacyjnych od strony technicznej polega przede wszystkim na przygotowaniu bazy „lustra” – wiernej kopii bazy produkcyjnej, która w czasie realizacji prac serwisowych będzie pracowała jako podstawowa baza produkcyjna. Następnie potwierdzana jest spójność danych pomiędzy bazami i przepinana jest aplikacja na bazę „lustro”. W tym czasie przeprowadza się operacje serwisowe i ponownie uspójnia bazę danych oraz przepina się aplikację z powrotem na podstawową bazę produkcyjną. Dzięki temu nie ma potrzeby zatrzymywania systemu, a co za tym idzie przestoju w usługach – tłumaczy  Aleksander Jagodzki.

Firma m.in. przeprowadziła proces bezprzestojowego upgrade’u technologicznego w jednej z firm z branży paliwowej, która musiała podnieść wersję bazy danych dla systemu SAP, obsługującego produkcję i sprzedaż paliw. Nawet krótkotrwałe zatrzymanie systemu mogło skutkować przerwaniem realizacji procesów biznesowych i obniżeniem przychodów.

– Klient zdecydował się na wykorzystanie mechanizmów replikacji danych w czasie rzeczywistym – Oracle GoldenGate. Celem było przeprowadzenie operacji serwisowych z możliwie najkrótszym czasem przestoju – wskazuje wiceprezes ds. sprzedaży w Goldenore. – Proces przenoszenia baz danych ze starej platformy na nową odbył się bezprzestojowo, bez wyłączenia aplikacji krytycznej dla biznesu. W trakcie migracji dane wewnątrz centrali oraz ze stacji benzynowych napływały w sposób ciągły. Dodatkowo przygotowano procedury umożliwiające bezprzestojową migrację kolejnych systemów.

Wodór może zrewolucjonizować polską energetykę, jednak musi być oparty na OZE. Na nową technologię rząd planuje wydać ponad 20 mld zł

Technologie wodorowe mogą być jednym z elementów transformacji polskiej energetyki, a rodzime firmy mogą się stać elementem światowego łańcucha dostaw dla nowoczesnych pojazdów zasilanych wodorem. W ramach Krajowego Planu Odbudowy na technologie wodorowe rząd chce wydać 800 mln euro, a kolejne 17 mld zł do 2030 roku, jak zakłada Polska Strategia Wodorowa. – Wodór może być jednym z elementów transformacji zeroemisyjnej w polskiej energetyce, jednak inwestycje w tym zakresie powinny się rozpocząć już dziś – podkreśla dr hab. inż. Zbigniew Karaczun, profesor SGGW,  ekspert Koalicji Klimatycznej​. – Muszą to być instalacje oparte na odnawialnych źródłach energii.

– Wodór może być jednym z elementów transformacji zeroemisyjnej w polskiej energetyce. Jednak konieczna jest rozbudowa technologii produkcji wodoru, a inwestycje w tym zakresie powinny się rozpocząć już dziś. Ponadto muszą to być instalacje oparte na odnawialnych źródłach energii, czyli produkcja tzw. zielonego wodoru, a nie instalacje tzw. szarego czy czarnego wodoru, który pochodzi ze spalania paliw kopalnych – mówi dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Rząd zapowiada przeznaczenie dużych funduszy na finansowanie projektów wodorowych. W projekcie Krajowego Planu Odbudowy zaplanowano na ten cel prawie 800 mln euro. Z kolei Polska Strategia Wodorowa, która jest już po konsultacjach, przewiduje finansowanie wieloletniego programu wspierania technologii wodorowych na poziomie 17 mld zł do 2030 roku. Ponadto w ramach programu Nowa Energia Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej przeznaczy 600 mln zł na technologie wodorowe, a w ramach wsparcia dla zielonego transportu publicznego finansowany jest np. zakup nowych autobusów elektrycznych wykorzystujących do napędu wyłącznie energię elektryczną wytworzoną z wodoru.

– Mamy potencjał do rozwoju technologii wodorowych, ale produkcja wodoru opartego na odnawialnych źródłach energii wymaga stworzenia przez rząd i władzę publiczną właściwych ram prawnych. Uczestnikami rynku produkcji wodoru nie mogą być wyłącznie firmy publiczne skarbu państwa. Należy stworzyć szanse na wejście do gry i udział w tym technologicznym wyścigu również prywatnym inwestorom i innowacyjnym firmom. One będą działały znacznie skuteczniej, taniej i efektywniej niż wielkie państwowe molochy przemysłowe – przekonuje ekspert Koalicji Klimatycznej.

Jak podkreśla, Polska może być znaczącym producentem wodoru, bo posiada zarówno technologie, jak i kadrę wykwalifikowanych specjalistów.

Globalne badanie przeprowadzone przez firmę badawczą BloombergNEF zatytułowane „Hydrogen Economy Outlook” pokazało, że jeśli wodór będzie wdrażany przez gospodarki wielu krajów w najbliższych dekadach, może zmniejszyć globalną emisję gazów cieplarnianych z paliw kopalnych i przemysłu o 34 proc. Będzie to jednak możliwe, jeśli uda się zwiększyć skalę wykorzystania technologii wodorowych (opartych na OZE) i obniżyć ich koszty.

– Wyzwaniem dla Polski jest obecnie zbudowanie dobrego prawa, które umożliwi rozwój odnawialnych źródeł energii i które umożliwiłoby wykorzystanie technologii wodorowych w dużej, przemysłowej skali. Dzisiaj w zasadzie nie mamy tej możliwości, bo np. energetyka wiatrowa na lądzie nie może się rozwijać, mamy znaczące opóźnienia w rozwoju energetyki wiatrowej na morzu i w związku z tym nie mamy wystarczającej ilości zielonej energii, która mogłaby wesprzeć technologie wodorowe – zaznacza dr hab. inż. Zbigniew Karaczun.

Jedną z koncepcji, która może być rozważana w Polsce, jest wykorzystanie wodoru nie tylko w energetyce, lecz także jako paliwa transportowego. Na świecie toczy się ożywiona dyskusja, a nawet swego rodzaju wyścig technologiczny pomiędzy technologią samochodów elektrycznych, których głównym źródłem jest energia elektryczna pochodząca z baterii lub akumulatorów, a właśnie technologią wodorową.

– Uczestnictwo w tym wyścigu poprzez próbę rozwoju technologii wodoru wykorzystywanego w transporcie mogłoby być dla Polski interesującym kierunkiem wykorzystywania tego paliwa. Dlatego że te technologie są dopiero na początku drogi i na tym etapie można zyskać dla Polski pewną przewagę technologiczną nad konkurentami. Warto rozmawiać np. z partnerami z innych krajów, żeby tworzyć konsorcja. Stworzyć od początku cały samochód wodorowy byłoby bardzo trudno, ale rodzime firmy mogą być elementem całego łańcucha dostaw dla nowoczesnych pojazdów zasilanych wodorem – podkreśla ekspert Koalicji Klimatycznej.

Powstanie superkombinezon przyszłości. Ochroni przed wszelkimi wirusami i zagrożeniami chemicznymi żołnierzy czy medyków

To może być rewolucja w branży medycznej i militarnej. Firma FLIR Systems ogłosiła właśnie, że wygrała kontrakt z Agencją Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obszarze Obronności na opracowanie tkanin, które pomogą chronić przed biologicznymi i chemicznymi zagrożeniami. W ramach Programu Spersonalizowanych Biosystemów Ochronnych powstaną tkaniny z wbudowaną zdolnością do zwalczania gazu VX, chloru, a także różnego rodzaju wirusów.

Eksperci twierdzą, że COVID-19 był tylko sygnałem alarmowym: zwiastunem kolejnego nowego zagrożenia, które może nie być naturalnie występującą pandemią, ale wyrafinowaną bronią biologiczną. Prace nad stworzeniem kombinezonów przyszłości, a nawet żołnierzy przyszłości trwają od lat, jednak pandemia i rosnące zagrożenie przed bronią chemiczną i biologiczną przyspieszyło ten proces. Już w 2014 roku wojsko USA rozpoczęło prace nad kombinezonem ochronnym, znanym jako Tactical Assault Light Operator Suit (TALOS). Film promocyjny pokazywał, jak kule odbijają się od zbroi przyszłości. Pięć lat później inicjatywa dobiegła końca, jednak pokazała kierunek dalszych badań.

Biuro Technologii Biologicznych DARPA uruchomiło program Personalized Protective Biosystem (PPB) w celu szybkiego wyprodukowania technologii do kombinezonów, która zapobiegnie przedostawaniu się groźnych czynników do organizmu, i najnowocześniejszych barier, które pomogą zneutralizować szkodliwe czynniki. Niedawno firma FLIR Systems ogłosiła, że wygrała kontrakt z amerykańską agencją, w ramach którego opracuje nowatorskie tkaniny z wbudowanymi katalizatorami i substancjami chemicznymi, które mogą zwalczać i zmniejszają zagrożenia chemiczne i biologiczne.

– To innowacyjne przedsięwzięcie ma na celu opracowanie pierwszej w swoim rodzaju tkaniny ochronnej dla naszych żołnierzy, lecz także medyków i funkcjonariuszy bezpieczeństwa publicznego – wymienia Mark Stock, wiceprezes i dyrektor generalny działu Sensor Systems we FLIR Systems.

DARPA już w momencie uruchomienia programu oceniała, że możliwe jest stworzenie kombinezonów przyszłości, które działałyby na podobnej zasadzie co np. skóra rekina, która pozwala powstrzymać niechciane mikroorganizmy przed przyleganiem do jej powierzchni. Taka technologia mogłaby oferować wyjątkowe zastosowania ochronne dla ludzi. Rozwiązania molekularne, nanotechnologiczne i inne rozwiązania materiałowe, w połączeniu z przykładami z systemów naturalnych, mają być integralną częścią technologii PPB w celu ochrony przed obecnymi i przyszłymi zagrożeniami.

W ramach Programu Spersonalizowanych Biosystemów Ochronnych (PPB) powstaną tkaniny z wbudowaną zdolnością do zwalczania czynników chemicznych i biologicznych, od gazu VX, przez chlor, po wirus ebola i inne. PPB ma łączyć nowatorskie, lekkie materiały ochronne z nowymi profilaktycznymi technologiami medycznymi, które łagodzą chemiczne i biologiczne zagrożenia w tkankach wrażliwych, m.in. w oczach, skórze i płucach. Kompletny system umożliwi żołnierzom i ratownikom działanie bez obciążenia związanego z noszeniem środków ochrony indywidualnej.

– Gdy zagrożone jest życie, przyszli operatorzy noszący kombinezony PPB uzyskają znaczną przewagę w ochronie przed toksycznymi chemikaliami i pojawiającymi się zagrożeniami biologicznymi, takimi jak niebezpieczne wirusy – podkreśla Mark Stock.

Rewolucyjne tkaniny zostaną wykorzystane w kombinezonach ochronnych i dodatkowym sprzęcie, jak buty, rękawice i maski na oczy, którą mogą nosić żołnierze na polu bitwy, ale też pracownicy służby zdrowia. Firma FLIR otrzymała 11,2 mln dol. wstępnego finansowania na pięcioletnie przedsięwzięcie o wartości 20,5 mln dol.

Komentarz Polskiej Rady Centrów Handlowych w związku z informacjami opublikowanymi przez Puls Biznesu w dn. 14 kwietnia br. – „Jak rząd uciekł spod topora”

Jesteśmy zszokowani informacjami przekazanymi przez Puls Biznesu w dniu 14 kwietnia br. w artykule „Jak rząd uciekł spod topora”, z których można wywnioskować, że groźba pozwu zbiorowego najemców wobec Skarbu Państwa, spowodowała przedstawienie w dn. 1 kwietnia br. przez Pana Premiera Morawieckiego kolejnej po abolicji czynszowej (art. 15ze ustawy covidowej), niezgodnej z prawem propozycji ustawowej regulacji czynszów w centrach handlowych. Nie rozumiemy dlaczego zamiast prowadzić proces legislacyjny w sposób otwarty, umożliwiający udział i przestawienie argumentów wszystkim podmiotom dotkniętym skutkami planowanej legislacji, jak się dowiadujemy z dzisiejszej publikacji, rozwiązania ustawowe mogą być proponowane w celu uniknięcia groźby powództwa przeciwko Skarbowi Państwa skierowanej przez grupę uczestników rynku. Propozycja nowego rozwiązania (obniżki czynszu o 80% w okresie lockdownu oraz o 50% przez trzy kolejne miesiące po jego zakończeniu) powstała bez jakichkolwiek konsultacji ze stroną właścicieli i zarządzających centrami handlowymi, którzy równocześnie zostali całkowicie obciążeni jego kosztami i wykluczeni z jakiejkolwiek pomocy państwa w ramach tarcz rządowych i PFR w trakcie pandemii.

Wyrażamy sprzeciw przeciwko polityce nieuwzględniania głosu właścicieli i zarządców centrów handlowych w tematach, które ich dotyczą. Mimo naszych wielokrotnych apeli i próśb o spotkanie z osobami decyzyjnymi po stronie rządu, jesteśmy nieustająco pomijani w dyskusji i decyzjach, których dotychczasowym skutkiem jest pozbawienie branży 5,5 mld zł przychodów, a biorąc pod uwagę zapowiedzi rządu, to jeszcze nie jest koniec. W innych demokratycznych, europejskich państwach rządy dopłacają do czynszów najemcom, aby oni mogli regulować swoje zobowiązania wobec wynajmujących, a ci z kolei wobec banków. Odgórne decyzje nakładające na jedną stronę koszty finansowania obostrzeń epidemicznych są przejawem dyskryminacji i nierównego traktowania podmiotów.

Branża nadal nie otrzymała propozycji legislacyjnych do nowego rozwiązania zapowiadanego przez Premiera RP w dn. 1 kwietnia br. Na bazie posiadanych, medialnych informacji szacujemy, ze wprowadzenie nowych ustawowych regulacji czynszowych znacząco zwiększy koszty finansowania wsparcia dla najemców ponoszone przez wynajmujących, w porównaniu do dotychczas obowiązującej abolicji czynszowej (art. 15 ze). Jeśli zapowiedziane zmiany weszłyby w życie to obniżki czynszów o 50 proc. przez trzy miesiące po lockdownie kosztowałyby wynajmujących ok. 1,15 mld zł, a koszt każdego jednego tygodnia lockdownu obciążyłby budżety wynajmujących kwotą ok. 140 mln zł. Przy stosowaniu abolicji czynszowej tydzień lockdownu kosztuje wynajmujących ok. 190 mln zł. Jednocześnie brak jest jakichkolwiek informacji dotyczących możliwego wsparcia dla właścicieli i zarządców centrów handlowych, rekompensującego uprzywilejowanie jednych z uczestników rynku – najemców, względem drugich – wynajmujących.

Ustawodawca po raz kolejny proponuje rozwiązanie, które automatycznie przyznaje każdemu najemcy zniżki w czynszach, bez uwzględnienia indywidulanej sytuacji finansowej i biznesowej danego przedsiębiorcy. Tak samo traktuje małych i średnich przedsiębiorców, franczyzobiorców, czy najemców prowadzących pojedyncze lokale oraz duże sieci handlowe, zarówno polskie, jak i zagraniczne, a przecież skala potrzeb i zgłaszanych problemów poszczególnych firm jest zupełnie inna.

Poszkodowani w wyniku przedstawionych zmian w umowach najmu są wszyscy właściciele i zarządcy centrów handlowych w Polsce o powierzchni powyżej 2 000 mkw. – około 300 z ponad 570 obiektów handlowych działających w Polsce należy do polskich właścicieli.

Te działania zmuszają wynajmujących do sięgnięcia po wszelkie dostępne kroki prawne w obronie naszych interesów.

Branża produktów sportowych u progu (R)ewolucji

Ostatni rok spowodował przyspieszenie ekspansji trendu digitalizacji i szukania efektywnych form kontaktu z klientem. Rosnące znaczenie sprzedaży online powoduje, że marki częściej intensywniej zabiegają o podobny „customer experience” w sferze online oraz offline klienta. Jak radzi sobie branża sportowa w obliczu pandemii? W co więc warto zainwestować, aby dotrzeć do konsumenta? Odpowiada nowy Prezes Zarządu Spółki INTERSPORT Polska S.A. Marek Kaczmarek.

Polacy nadal aktywni

Polacy na odzież oraz sprzęt sportowy przeznaczają średnio 193 euro rocznie ­– wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Sports Retail Study 2020”. Prognozy na 2021 są jeszcze lepsze.  Kraj plasuje się na pierwszym miejscu spośród badanych ośmiu krajów w raporcie „Sports Retail Study 2020”, jeżeli chodzi o odsetek osób deklarujących aktywność fizyczną (75 proc.). Drugie miejsce należy do Francji (70 proc.), a kolejne Austria (68 proc.) oraz Niemcy (65 proc.).

Sześć na dziesięć osób uprawiających sport dokonuje swoich zakupów przede wszystkim w sklepach stacjonarnych. Ponad 61 proc. respondentów również zadeklarowało odwiedziny w placówce offline jako ulubionym sposobie nabywania produktów sportowych. Natomiast zakupy sportowe w sklepach online robi aż 38,5 proc. pytanych i jest to jeden z wyższych wyników w badanych krajach.

Pozytywny trend rozwoju danej branży zaburzyła pandemia, która w znaczący sposób ograniczyła możliwości uprawiania poszczególnych dyscyplin oraz dostęp do niezbędnego sprzętu i odzieży.

Branża e-commerce w naszym sektorze – na skutek restrykcji wprowadzanych przez rozprzestrzeniającego się wirusa COVID-19 – zaczęła intensywnie się rozwijać. Należy założyć, że wkrótce konsumenci będą w pierwszej kolejności korzystać ze sklepów online – wskazuje Marek Kaczmarek Prezes Zarządu Spółki firmy INTERSPORT Polska S.A. W trakcie lockdownu uświadomiliśmy sobie czego realnie potrzebują nasi klienci i co, w związku z tym, musimy zmienić. Naszym obecnym głównym celem jest m.in. poprawa modelu biznesowego, który wpisze się w światowy trend omnichanelowego handlu detalicznego. Wiąże się to nierozerwalnie z optymalizacją całego środowiska informatycznego m.in. uruchomieniem nowego systemu ERP/POS/WMS/BI w oparciu o nowoczesną i elastyczną platformę technologiczną oraz przejście na innowacyjną i otwartą platformę e-commerce – dodaje. A także remodelingiem wszystkich standardów i procesów wspierających biznes w spółce. Zarekomendowane zmiany i działania zostały już zainicjowane i większość z nich planujemy wdrożyć już w 2021 roku.  

Quo vadis INTERSPORT?

Czy w związku z wpływem ewolucji zachowań konsumentów branża produktów sportowych ma się czego obawiać? Wyniki sprzedażowe firmy INTERSPORT Polska S.A. osiągane w obu kanałach od początku 2021 roku w najbardziej popularnych kategoriach produktów dobrze rokują na rozpoczynający się sezon wiosenno/letni. W lutym br. zysk ze sprzedaży w tych kategoriach osiągnął ponad 25 proc. wzrost w stosunku do roku 2019, co było najlepszym wynikiem od 5 lat.

Warto wiedzieć, że branża sportowa już od dawna przechodzi swoją przemianę, wszystko za sprawą osiągnięć technologicznych, przemian społecznych i kulturowych.

Aby móc jeszcze lepiej odpowiadać na potrzeby naszych konsumentów (jednocześnie wprowadzać elementy modelu sprzedaży omnichannelowej) planujemy w krótkim czasie wprowadzić w sieci sklepów usługi video chat dla klientów e-commerce. Jest to częścią remodelingu sieci sklepów do formatu INTERSPORT 2.0. Zostaną one zmodernizowane w oparciu o technologię przyszłości według nowej koncepcji Grupy INTERSPORT – mówi Marek Kaczmarek Prezesa Zarządu Spółki firmy INTERSPORT Polska S.A. Planujemy zbudować największy na polskim rynku „sportowy marketplace” w oparciu o nową platformę i współpracę z największymi producentami sprzętu, odzieży i butów do uprawiania wszystkich dyscyplin sportowych – podsumowuje.

Wykorzystanie AI w ochronie zdrowia. Czy jesteśmy gotowi?

Ogromne inwestycje w sztuczną inteligencję nie dziwią, gdyż korzyści wynikające z tej technologii są nie do przecenienia. Jednak pojawia się wiele pytań dotyczących zagrożeń wynikających z jej niewłaściwego – celowego lub nieumyślnego – wykorzystania. Coraz głośniej mówi się o etycznym aspekcie używania AI.

Innowacje oczekiwane przez pacjentów i lekarzy

Już w 2018 roku uczestnicy badania przeprowadzonego przez SAS entuzjastycznie wypowiadali się na temat wykorzystania sztucznej inteligencji w ochronie zdrowia. Co ciekawe znacznie więcej obaw wiązało się z implementacją tej technologii w bankowości czy handlu. Respondenci pozytywnie odnieśli się do przykładów wykorzystania AI do wsparcia lekarzy w opiece nad pacjentami. Aż 47 proc. badanych stwierdziło, że czułoby się komfortowo w asyście AI nawet podczas operacji. Tak pozytywne podejście do sztucznej inteligencji świadczy o tym, że oczekujemy namacalnych korzyści wynikających z zastosowania tej technologii. Sektor ochrony zdrowia mierzy się z wieloma wyzwaniami, które pandemia COVID-19 dodatkowo spotęgowała. Wśród nich m.in. rosnące koszty, braki personelu i coraz większe zapotrzebowanie na usługi. Specjaliści SAS są zdania, że branży może pomóc wykorzystanie zalet technologii AI. Twierdzą, że sztuczna inteligencja odegra istotną rolę w przekształcaniu branży opieki zdrowotnej, którą znamy.

Bezpieczeństwo danych przede wszystkim

AI i zaawansowana analityka mają bardzo szerokie zastosowanie w sektorze opieki zdrowotnej. Mogą istotnie wpływać na poprawę efektywności całego systemu. Zapewnić lepsze zrozumienie potrzeb i stanu zdrowia pacjentów, odciążenie lekarzy oraz personelu medycznego w zakresie zadań administracyjnych czy wsparcie procesów diagnostyki i leczenia chorych. Jednak mamy tu do czynienia z bardzo wrażliwymi informacjami. Można wyrządzić pacjentowi realną szkodę, gdyby jego dane osobowe i medyczne zostały błędnie zanalizowane lub dostały się w niepowołane ręce.

Mając na uwadze wykorzystanie danych medycznych, należy zadbać o właściwe środki zarządzania, nadzoru i bezpieczeństwa. Mieć pewność, że są używane w uzgodnionym zakresie, dostęp do nich mają upoważnieni pracownicy i autoryzowane algorytmy. Upewnić się, że każde wykorzystanie danych przechodzi weryfikację w celu sprawdzenia, czy przynosi korzyść i wyklucza możliwość wyrządzenia szkody. Z jednej strony powinniśmy chronić prywatność, ale z drugiej – umożliwiać postęp naukowy w medycyniemówi Piotr Kramek, Lider Praktyki Public Sector & Health Care w SAS Polska.

Czy sztuczna inteligencja jest obiektywna

Techniki machine learning mogą być skuteczne na tyle, na ile pozwala jakość, ilość oraz reprezentatywność danych używanych do treningu modeli. Jednym z wyzwań jest niedostateczna reprezentacja pewnych grup populacji w wykorzystywanych danych. Przekłada się ona na stronniczość algorytmów AI (ang. algorythmic bias). W efekcie model sztucznej inteligencji może generować gorsze wyniki dla mniej reprezentowanych grup.

– Dane, które nie są zrównoważone np. w zakresie płci, mogą wpływać na niższą dokładność modeli dla niedostatecznie reprezentowanej płci. Modele wykrywania raka skóry, które „uczą się” głównie na pacjentach o jasnej karnacji, mogą działać gorzej na osobach z ciemniejszą karnacją. W przypadku opieki zdrowotnej słabe wyniki modelu dla określonej grupy mogą dostarczyć niewiarygodnych informacji, prowadząc do niewłaściwej diagnozy lub nieprawidłowego leczeniapodkreśla Piotr Kramek.

Zasilanie modeli AI zaburzonymi danymi może z kolei prowadzić do uzyskania nieobiektywnych rezultatów. To ważne, biorąc pod uwagę potencjalny efekt wykorzystania sztucznej inteligencji w opiece zdrowotnej.

Jak zrozumieć algorytm

Niektóre z algorytmów zwykle używanych w systemach AI (takich jak sieci neuronowe) są uważane za „czarne skrzynki”. Dostarcza się algorytmowi dane treningowe i prosi, aby nauczył się rozpoznawać określone wzorce na podstawie tych danych. Można parametryzować algorytmy oraz zmieniać dane wejściowe przez dodawanie nowych charakterystyk. Nie ma jednak bezpośredniego wglądu w przyczynę, dla której algorytmy zaklasyfikowały daną obserwację w określony sposób. W rezultacie można mieć bardzo dokładny model, który czasem daje nieoczekiwane wyniki. W przypadku ochrony zdrowia błędna klasyfikacja ze strony modelu i brak dodatkowego wyjaśnienia czy interpretacji ze strony algorytmu ogranicza możliwość weryfikacji wyniku po stronie lekarza. Może mieć ona negatywne konsekwencje dla zdrowia pacjenta. Dlatego bardzo ważne jest, aby z jednej strony zrozumieć i zweryfikować aspekty danych, z których korzystają algorytmy. Z drugiej zaś strony zapewnić interpretowalność wyników modeli sztucznej inteligencji, co pozwoli na weryfikację poprawności ich działania.

– Czasami użycie mniej złożonych modeli może zapewnić lepsze zrozumienie zasad działania algorytmu. Regresja liniowa lub drzewa decyzyjne zapewnią wystarczającą dokładność oraz dobrą widoczność zmiennych i kluczowych czynników. Kiedy wykorzystuje się bardziej złożony model, warto użyć narzędzi wspierających wyjaśnialność algorytmów AI. Eksperci zajmujący się tym procesem powinni w obu przypadkach zweryfikować wyjaśnienie, szukając potencjalnych błędów i wątpliwości w doborze zmiennych oraz charakterystyk, które wykorzystuje modeldodaje Piotr Kramek.

AI potrzebuje człowieka

Jedną z barier hamujących realizację projektów AI jest brak odpowiednich kompetencji. Dlatego tak ważne jest kształcenie kadr oraz zapewnienie odpowiednich regulacji prawnych gwarantujących, że sztuczna inteligencja będzie wykorzystywana w sposób etycz­ny, z poszanowaniem prawa do zachowania prywatności.

Zarząd SUNEX zamierza podwoić w tym roku dywidendę

Zarząd SUNEX S.A., czołowego producenta i dystrybutora innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii, rekomenduje wypłatę dywidendy w wysokości ponad 0,8 mln zł czyli 0,04 zł na jedną akcję. Oznaczać to będzie przeznaczenie dla akcjonariuszy dwukrotnie wyższej kwoty niż w poprzednim roku. Decyzję ostatecznie podejmie WZA.

Zarząd SUNEX S.A. podjął uchwałę w sprawie rekomendacji wypłaty dywidendy z zysku netto za rok obrotowy 2020. Zamierza przeznaczyć na ten cel ponad 0,8 mln zł, co oznaczać będzie wypłatę akcjonariuszom 0,04 zł na jedną akcję. To dwa razy więcej niż rok wcześniej (w ub.r. wypłacono 0,1 zł na akcję, ale gdyby uwzględnić dokonany split to dywidenda na akcję za rok 2019 wyniosłaby 0,02 zł). Rekomendacja Zarządu zostanie zaopiniowana przez Radę Nadzorczą. Ostateczną decyzję w przedmiocie podziału zysku za rok 2020 oraz wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie Spółki. Producent i dystrybutor innowacyjnych rozwiązań opartych o odnawialne źródła energii w 2020 r. wypracował łącznie 6,5 mln zł zysku netto.

– W minionym roku  osiągnęliśmy rekordowy zysk netto. Jako spółka dywidendowa chcemy konsekwentnie zapewniać swoim akcjonariuszom udział w osiągniętym zysku poprzez regularną wypłatę dywidendy. W tym roku rekomendujemy przeznaczenie na ten cel dwukrotnie wyższej kwoty niż w poprzednim roku – podkreślił Romuald Kalyciok, Prezes Zarządu SUNEX S.A.

Pozostałą część ubiegłorocznego zysku netto w wysokości blisko 5,7 mln zł Zarząd SUNEX zamierza pozostawić w spółce.  – Planujemy dalsze inwestycje w rozwój technologii oraz zwiększenie mocy produkcyjnych. Naszym celem jest umocnienie pozycji na rynku polskim oraz dalszy rozwój na rynku niemieckim, który w obszarze eksportu traktowany jest jako strategiczny. Zainteresowanie instalacjami OZE bardzo szybko rośnie i chcemy to wykorzystać w jak największym stopniu. Z pewnością przełoży się to również na wzrost wartości spółki dodał Romuald Kalyciok.

W bieżącym roku SUNEX planuje inwestycję w obszarze automatyzacji procesów wytwarzania, magazynowania oraz zarządzania produkcją wyrobów metalowych wykorzystywanych w urządzeniach OZE. Wstępna wartość przygotowywanego projektu szacowana jest na 10 mln zł.