E-życie zostanie z nami na dłużej

Rewolucja technologiczna towarzyszy nam już od dawna, ale w ostatnich miesiącach zdecydowanie przyspieszyła. Wybuch pandemii i przeniesienie znacznej części życia konsumentów oraz funkcjonowania firm do strefy wirtualnej, spowodowały nasilenie korzystania z nowoczesnych technologii. Boom ten z pewnością będzie miał wpływ na szeroko pojęty biznes – także w przyszłości.

Nowoczesne technologie to jedna z najbardziej dynamicznych branż. Rozwój wirtualnych usług, który obserwujemy od kilku lat, w ostatnim czasie jeszcze bardziej podkręcił tempo. Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy na rynku pojawiły się zupełnie nowe rozwiązania, narzędzia i platformy, będące odpowiedzią na szereg wyzwań, przed którymi stanęła światowa gospodarka. Jeszcze przed rokiem, gdy wprowadzano pierwszy lockdown, a obostrzenia całkowicie zmieniły życie konsumentów, pracowników i firm, większość z nas traktowała nową rzeczywistość jako okres przejściowy. Dziś, oczywistym jest, że zmiany wywołane przez pandemię będą nam towarzyszyły przez dłuższy okres i trwale wpłyną na wiele aspektów życia konsumentów i funkcjonowania biznesu.

Rzeczywistość kształtuje trendy

Potwierdzają to wyniki badań przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny. Aż 65 proc. ankietowanych przedsiębiorców twierdzi, że pandemia trwale zmieni działalność ich firm. Zmiana ta w dużym stopniu będzie wiązała się z wykorzystaniem nowoczesnych technologii, które w tak dynamicznie zmieniających się warunkach umożliwiają organizacjom zarówno pracę zdalną, jak i komunikację z klientami, czy rozszerzanie oferty usług dopasowanych do bieżących wyzwań. Dane PIE wskazują, że aż 37 proc. dużych firm biorących udział w badaniu deklarowało wzrost inwestycji w nowoczesne technologie, a 32 proc. ich utrzymanie na poziomie z poprzedniego roku[1]. – Aby sprawnie działać i odpowiadać na zmieniające się zwyczaje konsumentów biznes musi uwzględniać najważniejsze trendy. Nowoczesne technologie są dziś niezbędne – biorąc pod uwagę choćby model pracy zdalnej, czy oczekiwania konsumentów, którzy w znacznym stopniu żyją w świecie wirtualnym i tam poszukują informacji o produktach i markach – komentuje Stephane Tikhomiroff, Dyrektor Generalny Perfetti Van Melle Polska

Warto pamiętać, że aby skutecznie i efektywne wykorzystywać nowoczesne technologie w organizacjach niezbędny jest cechujący się odpowiednimi kompetencjami zespół. Nawet najnowocześniejsze narzędzia cyfrowe umożliwiające pracę zdalną i realizację zaawansowanych procesów nie sprawdzą się, jeśli na czele rozproszonego zespołu zabraknie cyfrowego lidera potrafiącego zarządzać pracownikami w nowej rzeczywistości.

[1] https://pie.net.pl/wp-content/uploads/2021/01/Tygodnik-Gospodarczy-PIE_03-2021.pdf

Deweloperski Fundusz Gwarancyjny – jakie zmiany wniesie na rynku nieruchomości

Prace nad projektem ustawy dotyczącej ochrony praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego oraz Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego trwają już od wielu lat. W minionym tygodniu projekt został przyjęty przez Radę Ministrów. Temat jest bardzo dobrze znany w branży nieruchomości. Co to w praktyce oznacza i jakie niesie ze sobą zmiany dla deweloperów oraz kupujących mieszkania?

Głównym założeniem ustawy jest zwiększenie bezpieczeństwa osób kupujących mieszkanie od dewelopera, w przypadku ogłoszenia przez niego upadłości. Tomasz Chróstny, Prezes UOKiK, twierdzi, że dotychczasowa ochrona środków wpłacanych przez nabywcę mieszkania nie zapewnia odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa. Aby je zwiększyć, rząd chce powołać Deweloperski Fundusz Gwarancyjny. Dzięki takiemu rozwiązaniu, osoba, która kupiła lokal od upadającego dewelopera, otrzyma pieniądze zgromadzone właśnie przez tę instytucję.

Co to oznacza dla deweloperów? Wspominany fundusz będą zasilały składki odprowadzane przez inwestorów od środków wniesionych przez klientów na zakup mieszkania. Będzie to 2% (w przypadku otwartych rachunków powierniczych) lub 0,2%, przy zamkniętych rachunkach – od wartości mieszkania. Składka jest de facto dodatkowym opodatkowaniem deweloperów, co w dalszej perspektywie może wpłynąć na wyższe ceny mieszkań. Łączne wpływy do DFG mogą wynieść nawet 1,5 mld zł rocznie. Realna wysokość składki będzie określana w rozporządzeniu, więc musimy się liczyć z tym, że może być ona wyższa. Co ciekawe, w ostatnich latach, po wprowadzeniu rachunków powierniczych, nie słyszy się o upadłościach deweloperów, co pozwala wnioskować, że skala problemu jest minimalna, a pieniądze klientów bezpieczne. Nowy podatek to potencjalny wzrost cen, który nie jest potrzebny i do końca uzasadniony.

Ustawa przewiduje również sytuację, w której nabywca nowego mieszkania będzie mógł odmówić dokonania jego odbioru ze względu na istotne wady lokalu. Aby było to możliwe, potrzebne jest stworzenie jednej obowiązującej procedury odbiorów mieszkań, która musi być odpowiednio sprecyzowana. Ustawa ma także zawierać określenie konsekwencji, jakie poniesie deweloper w przypadku nieusunięcia zauważonej wady w wyznaczonym przez konsumenta terminie.

Wszelkie nowe działania, które wynikają z wejścia w życie ustawy o ochronie praw nabywcy lokalu mieszkalnego lub domu jednorodzinnego, a także z utworzenia Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego, niosą za sobą również zwiększenie biurokracji. Wszystkie te procesy z pewnością będą wymagały szeregu procedur, odpowiedniego raportowania oraz archiwizowania dokumentacji. To wiąże się z ponoszeniem dodatkowych kosztów, co z kolei może przełożyć się na wzrost cen mieszkań. Czy jest to rzeczywiście niezbędne? Moim zdaniem nie. Można zaryzykować stwierdzenie, że jest to sztuczne tworzenie etatów, dodatkowe obciążenia administracyjne i dokładanie kolejnych godzin pracy przy dokumentach.

Wszelkie inicjatywy, które mają na celu ochronę mieszkańców, są jak najbardziej pożądane. Muszą być one jednak odpowiednio przemyślane, aby nie godzić w interesy innych – w tym przypadku deweloperów, a przede wszystkim odpowiadać na rzeczywiste potrzeby i problemy klientów oraz branży nieruchomości.

Robert Stachowiak, Prezes Zarządu spółki deweloperskiej SGI

Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Aż 85 proc. nauczycieli deklaruje brak doświadczenia w wykorzystywaniu narzędzi nauki zdalnej, a zaledwie 5 proc. z nich określa swoje umiejętności w tym zakresie jako bardzo dobre. Jednocześnie, tylko 8 proc. uczniów postrzega kompetencje nauczycieli w obszarze nauki zdalnej jako wysokie, a aż 62 proc. przebadanych uczniów uważa zdalną formę nauczania jako nieefektywną. Pandemia pokazała też nowy wymiar wykluczenia sprzętowego. O ile aż 97 proc. gospodarstw domowych dysponowało co najmniej jednym komputerem, to w momencie przeniesienia nauki do domu barierą okazała się konieczność współdzielenia sprzętu między uczącym się rodzeństwem, ograniczenia przepustowości łącza lub limitowana wielkość wielkości miesięcznego transferu danych. To wnioski płynące z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny policy paper „Cyfrowe wyzwania stojące przed polską edukacją”.

Pandemia COVID-19 radykalnie zmieniła rzeczywistość edukacyjną w Polsce. Przede wszystkim ujawniła bariery związane z deficytem kompetencji po stronie nauczycieli
i uczniów w zakresie wykorzystywania narzędzi cyfrowych. Czynniki w postaci nierównego dostępu do infrastruktury i konieczności współdzielenia sprzętu przyczyniają się do wzrostu luki edukacyjnej. Problemami są także ograniczona możliwość monitorowania aktywności i postępów w nauce uczniów oraz konieczność znacznie zwiększonego zaangażowania rodziców w proces edukacyjny. Zdalny tryb nauczania wpłynął także na pogorszenie relacji między uczniami oraz między nauczycielami i uczniami. Głównym wyzwaniem takie zastosowanie narzędzi cyfrowych w polskim systemie edukacji które nie będzie prostym przeniesieniem nauki stacjonarnej do internetu, ale pozwoli na wykorzystanie wszystkich atutów nowych narzędzi i źródeł treści
– mówi Ignacy Święcicki, kierownik zespołu gospodarki cyfrowej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Zdalne nauczanie pogłębia nierówności

Wprawdzie aż 85 proc. przebadanych placówek deklaruje zdolność do prowadzenia nauczania w trybie zdalnym, jednak w mniejszych ośrodkach czy szkołach wiejskich częstymi barierami są konieczność współdzielenia sprzętu, problemy z przepustowością sieci oraz nieznajomość oprogramowania. Ponadto, ok. 4,5 proc. 15-letnich dzieci w Polsce nie ma spokojnego miejsca do nauki w domu. Dla takich uczniów, jak również dla tych z niepełnosprawnościami oraz mniej zdolnych, zdalny tryb nauczania jest źródłem zwiększania dystansu do dzieci mających dostęp do lepszych warunków edukacyjnych. Problemem jest także przerzucenie dużej części odpowiedzialności za naukę na rodziców – 21 proc. z nich poświęca na wspieranie jednego dziecka w nauce zdalnej co najmniej pięć godzin dziennie, 18 proc. co najmniej cztery godziny, a 20 proc. co najmniej trzy.

Cyfrowa transformacja warunkiem sprostania wymogom zdalnej edukacji

W trakcie pandemii brakowało w Polsce zakrojonych na szeroką skalę reprezentatywnych badań nad sytuacją w obszarze edukacji, w tym barierami po stronie szkół, nauczycieli
i uczniów, czy stratą edukacyjną. Bazując na dostępnych opracowaniach, można jednak wskazać na kilka zjawisk. W przypadku nauczycieli największym problemem oprócz niedostatecznych kompetencji cyfrowych był deficyt w zakresie przygotowania metodycznego, pozwalającego wybierać optymalne narzędzia, metody i treści nauczania. Duży dysonans jest widoczny w obszarze postrzegania kwestii technologicznej sprawności kadry nauczycielskiej przez dyrektorów a faktycznymi umiejętnościami w tym zakresie. 78 proc. dyrektorów szkół w Polsce jest zdania, że nauczyciele posiadają niezbędne umiejętności do kształcenia na odległość. Tymczasem w grupie 3 tys. przebadanych nauczycieli, tylko 5 proc. z nich określiło swoje przygotowanie do prowadzenia zajęć zdalnych jako bardzo dobre, zaś kolejne 40 proc. deklarowało przygotowanie w stopniu małym lub umiarkowanym. Przekłada się to m.in. na traktowanie przez nauczycieli kontaktu online z uczniami jako formy zadawania prac do samodzielnego wykonania, na czym najbardziej tracą uczniowie słabsi i nieposiadający wystarczającego wsparcia ze strony rodziców.Tylko co szósty nauczyciel był przygotowany do nauczania zdalnego

Jak uzdrowić edukację po pandemii?

Wśród rekomendacji działań w krótkim horyzoncie czasowym znajdują się przede wszystkim zapewnienie uczniom opieki psychologicznej wspierającej ich w radzeniu sobie ze spowodowanym izolacją społeczną stresem, monitoring nauczania poprzez utrzymanie kontaktu z uczniami i rodzicami, wspieranie uczniów defaworyzowanych oraz troska
o dobór odpowiednich pod względem jakości, a przede wszystkim dostępności, narzędzi transferu wiedzy.

Pandemia COVID-19 zrewolucjonizowała sposób funkcjonowania systemu edukacyjnego. Dlatego oprócz koniecznych do wdrożenia w szybkim tempie rozwiązań, kluczowe jest spojrzenie średnio- i długoterminowe. Ograniczenie luki i straty edukacyjnej będzie możliwe, jeżeli w porę zdiagnozujemy ich źródła oraz dostosujemy rozwiązania
w możliwie największym stopniu do indywidualnych preferencji uczniów. Taka diagnoza powinna być zakorzeniona w wynikach egzaminów zewnętrznych oraz rzetelnych badaniach międzynarodowych jak np. PISA. Ponadto, konieczne jest opracowanie kompleksowego planu nadrabiania zaległości edukacyjnych wraz z projektem jego sfinansowania. Z kolei w długim okresie najważniejsze będą działania na rzecz równej
i sprawiedliwej transformacji cyfrowej polskiej edukacji. Chodzi tu przede wszystkim
o przygotowanie uniwersalnych platform edukacyjnych, zwiększenie dostępu do infrastruktury cyfrowej, włączenie edukacji online do zmodyfikowanej podstawy programowej oraz szeroko zakrojone programy zwiększające kompetencje cyfrowe nauczycieli wraz z minimalnymi standardami w tym zakresie
– mówi Tomasz Gajderowicz z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz Evidence Institute, współautor raportu.

Pekao Investment Banking wsparło przejęcie przez polski fundusz Luma Automation spółki na Węgrzech

Pekao Investment Banking było wyłącznym doradcą transakcyjnym przy przejęciu przez polską Luma Automation (część grupy kapitałowej Luma Holding) 100 proc. udziałów węgierskiego producenta metalowych komponentów dla przemysłu motoryzacyjnego oraz maszynowego spółki Iron-Tech Zrt.

Do zadań Pekao Investment Banking należała strukturyzacja transakcji, modelowanie biznesowe i finansowe oraz wsparcie klienta przy pozyskaniu finansowania z dwóch międzynarodowych banków. Zamknięcie transakcji nastąpiło 18 lutego.

– Cieszę się, że grupa Pekao mogła wziąć udział w tej transakcji, a moja satysfakcja jest tym większa, że mogliśmy pomóc w ekspansji polskiego holdingu, który dynamicznie rozwija się na rynkach zagranicznych – powiedział Jerzy Kwieciński, wiceprezes Banku Pekao S.A., nadzorujący w grupie Pekao bankowość korporacyjną i inwestycyjną.

– Pekao Investment Banking jest i chce być liderem polskiego rynku bankowości inwestycyjnej, a to oznacza, że chce na nim wyznaczać trendy. Bez wątpienia takim trendem jest ekspansja zagraniczna polskich firm i coraz mocniejsza integracja regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Ta transakcja jest wyjątkowa, bo jest transgraniczna, ale także dlatego, że udało się ją zrealizować w niezwykle trudnym czasie epidemicznym – powiedział Maciej Jacenko, prezes Pekao Investment Banking.

Luma Automation jest polskim wyspecjalizowanym funduszem inwestycyjnym należącym do grupy Luma Holding. Fundusz buduje kompetencje w branży zaawansowanych technologii produkcji i obróbki metali. Inwestycja na ważnym dla tej branży rynku węgierskim wzmacnia obecność grupy Luma Holding w Europie Środkowej oraz w samej branży motoryzacyjnej.

Iron-Tech jest węgierskim przedsiębiorstwem zajmującym się precyzyjną obróbką metali i inżynierią mechaniczną, skupiającym się na klientach z branż: motoryzacyjnej, kolejowej i maszynowej. Zakłady spółki są zlokalizowane w południowo-zachodnich Węgrzech w miejscowości Szigetvar. Zapewnia dobry dostęp do krajów Europy Środkowo-Wschodniej oraz regionu DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria). Wśród klientów spółki są światowi liderzy w swoich dziedzinach, w tym Denso, Borg Warner, Bosch Rexroth, Knorr-Bremse. W 2020 roku Iron-Tech odnotował, według wstępnych danych, 64 mln zł przychodów, przy 17 mln zł EBITDA.

Przed nami kolejna fala hossy na rynku materiałów budowlanych?

Materiały budowlane stanowią zasadniczy koszt każdej budowy, stąd tendencje cenowe ich dotyczące mają podstawowe znaczenie dla kształtowania stawek metra kwadratowego mieszkań deweloperskich. Portal RynekPierwotny.pl sprawdził, czy ubiegłoroczne sygnały nadchodzącej korekty hossy rynku materiałów budowlanych pozostają aktualne.

Grubo ponad połowa kosztów budowy każdej nieruchomości mieszkaniowej dotyczy materiałów budowlanych. Dlatego ich ceny i perspektywy kształtowania w bliższej i dalszej przyszłości są niezwykle ważnym elementem planowania wszelkich inwestycji na rynku mieszkaniowym. W ostatnich latach jednym z koronnych argumentów tendencji wzrostowej cen mieszkań było bowiem powszechne przekonanie o nieuchronności „wiecznej” hossy na rynku materiałów budowlanych.Tabela – Dynamika cen materiałów budowlanych

Decydujący wpływ na trendy cenowe rynku materiałów budowlanych wywierają, publikowane co miesiąc, dane Głównego Urzędu Statystycznego, dotyczące budownictwa mieszkaniowego. Dotyczy to głównie statystyk nowo rozpoczynanych budów oraz nowych pozwoleń na budowę. Te w głównym stopniu determinują obecny oraz przewidywany w przyszłości popyt na materiały budowlane. Innymi słowy, postępująca drożyzna materiałów budowlanych w ciągu kilku ostatnich lat była pokłosiem rosnącego popytu na mieszkania i boomu inwestycyjnego w mieszkaniówce. Tymczasem dane GUS budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od komplikującej się sytuacji gospodarczej kraju na skutek pandemii, wciąż sygnalizują bardzo wysoką aktywność inwestycyjną mieszkaniowego rynku pierwotnego.

Wg analityków portalu RynekPierwotny.pl silna hossa na rynku materiałów budowlanych była jednym z głównych, o ile nie zasadniczym stymulatorem wzrostów cen nowych mieszkań w ostatnich latach koniunkturalnej prosperity. Jednak cały rok 2020 przebiegał pod znakiem wyraźnego spadku dynamiki zwyżek cen wiodących materiałów dla budownictwa. We wrześniu ub. roku zniżkowała ona do poziomu zaledwie 1 proc., czyli blisko trzykrotnie niższego licząc rok do roku, co wyglądało na wiarygodną zapowiedź korekty.

Jak jednak wynika z publikowanych co miesiąc danych Grupy Polskie Składy Budowlane (PSB), hossa na rodzimym rynku materiałów budowlanych wciąż trwa i nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa. Wspomniana powyżej minimalna 1-procentowa wartość dynamiki wzrostów okazała się bowiem dołkiem, od którego trwa systematyczne czteromiesięczne odbicie. W efekcie w tegorocznym styczniu wartość ta uległa prawie podwojeniu osiągając pozom 1,8 proc.  Poza tym na dwudziestu monitorowanych grup towarowych w dziewiętnastu przypadkach zanotowano wzrosty, przy jedynie pojedynczym spadku cen w relacji rok do roku.Wykres – Średnia dynamika cen materiałów budowlanych

Sytuacja ta jednak jak na razie nie odwróciła spadkowej tendencji linii trendu na wykresie uśrednionej dynamiki cen materiałów budowlanych w relacji rok do roku. Dopóki to nie nastąpi, obserwowane czteromiesięczne odbicie należy traktować jako krótkoterminową korektę wzrostową w zapoczątkowanym blisko 2 lata temu trendzie spadkowym.

Obserwowana sytuacja wynika z faktu braku oczekiwanego przez rynek materiałów budowlanych wyraźniejszego osłabienia statystyk GUS budownictwa mieszkaniowego. Poddał się on za to medialnej retoryce silnej odporności pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki na ekonomiczne skutki COVID-19. Tymczasem te ostatnie najprawdopodobniej dadzą o sobie znać w nieco mniej optymistycznej wymowie dopiero w kolejnych miesiącach bieżącego roku. A w takiej sytuacji trudno będzie producentom i dystrybutorom tej kategorii towarów utrzymać dynamikę wzrostów cen na dotychczasowym poziomie.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Demolish Games S.A. rozpoczyna ofertę publiczną akcji

Demolish Games S.A., producent gier z gatunku symulatorów na PC, rozpoczął dziś pierwszą transzę oferty publicznej w związku z emisją nowych akcji. Zapisy od indywidualnie oznaczonych, większych inwestorów, przyjmowane są do 1 marca. Druga transza oferty, skierowana do wszystkich zaineresowanych, rozpocznie się 2 marca. Celem emisji akcji jest pozyskanie 1 mln zł. Środki te spółka przeznaczy na nowe produkcje. Usługę oferowania akcji Demolish Games wykonuje Dom Maklerski INC S.A. Do końca br. Spółka zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

– Rozpoczęliśmy dziś pierwszą transzę oferty publicznej akcji Demolish Games, skierowaną do większych inwestorów. W tej rundzie chcemy pozyskać 0,5 mln zł. Naszym głównym celem jest dynamiczny rozwój, dywersyfikowanie działań oraz produkcja nowych tytułów. Mamy wiele pomysłów na gry o dużym potencjale sprzedażowym. Wierzymy, że efekty naszej pracy spełnią oczekiwania inwestorów, którzy nam zaufają – mówi Paweł Dywelski, prezes zarządu Demolish Games S.A.

Od 22 lutego na platformie CrowdConnect.pl oraz stronie https://demolish-games.com/ dostępne są informacje o akcjach oraz warunkach składania zapisów na akcje wraz z dokumentem ofertowym.

Pierwsza transza oferty publicznej potrwa do 1 marca. Dzień później Spółka rozpocznie drugą transzę oferty, skierowaną do wszystkich zainteresowanych. Jednorazowy zapis na akcje Spółki w ramach drugiej transzy nie może przekroczyć 15 tys. zł.

W obu transzach oferty publicznej chcemy pozyskać łącznie 1 mln zł. Środki przeznaczymy na produkcję nowych gier. Aktualnie pracujemy m.in. nad naszym największym projektem Demolish & Build 2022. W rozgrywce zastosujemy rozwinięty system zniszczeń oraz wprowadzimy nowości w zakresie sterowania pojazdami oraz zarządzania firmą. Chcemy także, aby tytuł wyróżniał się realistyczną oprawą wizualną i odwzorowywał jak najlepiej wyburzanie budynków. W grze pojawią się elementy, których nie obejmowały poprzednie wersje, np. angażujące gracza zagrożenia prądowe, czy instalacje gazowe, które mogą wybuchnąć – informuje Paweł Dywelski.

Demolish Games jest właścicielem dwóch tytułów z popularnej serii Demolish & BuildDemolish & Build 2017 i Demolish & Build 2018.  Oba symulatory budowlane otrzymały bardzo pozytywny feedback od graczy, o czym świadczą m.in. wysokie oceny od użytkowników. Gra Demolish & Build 2017 sprzedała się w nakładzie ok. 40 tys. egzemplarzy (Steam) i zgromadziła 73 proc. pozytywnych opinii. Demolish & Build 2018 w wersji na PC kupiło ok. 115 tys. osób, z czego ponad 7 tys. nabyło ją od momentu przejęcia gry przez Demolish Games.

W ramach rozgrywki Demolish & Build gracz wciela się w kierownika firmy budowlanej, przyjmuje i wykonuje zlecenia na wyburzenia, zatrudnia personel, obsługuje maszyny budowlane oraz kupuje posiadłości.

W portfolio Spółki znajduje się także gra Car Demolition Clicker. Obecnie trzy tytuły Demolish Games – Explosive Demolition Simulator, WW2 Underground oraz Malone In Nightmares – są w fazie preprodukcji.

Wszystkie gry Spółki będą dostępne na PC oraz konsole Nintendo Switch, Xbox Series X/S i PlayStation 5. Wydawcą wersji dedykowanych komputerom stacjonarnym będzie Demolish Games, wydaniem na konsole zajmie się Ultimate Games S.A., która jest głównym akcjonariuszem Spółki.

Demolish Games do końca br. zamierza wprowadzić akcje do obrotu na rynku NewConnect.

Dane GUS: W styczniu prawie 13% mniej mieszkań deweloperskich niż rok wcześniej. Koszty budowy wzrosły przez pandemię?

Znaczący spadek liczby oddanych mieszkań od deweloperów i ogólny wzrost cen produkcji budowlano-montażowej – to tylko niektóre dane Głównego Urzędu Statystycznego na temat sytuacji w branży nieruchomości na początku 2021 roku. Zdaniem ekspertów Angel Poland Group w najbliższych miesiącach sporym wyzwaniem dla deweloperów będą rosnące koszty prowadzenia prac. Na rynku obserwujemy znaczący wzrost rozpoczętych inwestycji i wydanych pozwoleń na budowę.

Na początku 2021 roku oddano do użytku ponad 17 tys. mieszkań – to o 7,5% mniej niż rok wcześniej w analogicznym okresie. Duże spadki zaliczyli przede wszystkim deweloperzy, którzy przekazali klucze do 10 tys. mieszkań (12,6% mniej niż rok wcześniej). Co ciekawe, inwestorzy indywidualni nieznacznie (o 2,8%) poprawili swoje wyniki sprzed dwunastu miesięcy i w styczniu 2021 oddali do użytku prawie 7 tys. mieszkań. W ocenie ekspertów rynku nieruchomości z Angel Poland Group, choć dane GUS z punktu widzenia deweloperów nie prezentują się zbyt pozytywnie, to nie wszystkie wskaźniki są dla nich niekorzystne.

Analizując dane GUS bardziej szczegółowo, można dojść do wniosku, że choć liczba oddanych mieszkań okresowo spadła, inne wskaźniki budzą optymizm na rynku nieruchomości. W styczniu deweloperzy otrzymali ponad 30% więcej zezwoleń na budowę niż rok wcześniej. Jednym z głównych powodów jest oczywiście to, że pod koniec ubiegłego roku nastąpiło przyspieszenie w składaniu wniosków o pozwolenie na budowę, aby zdążyć przed zmianami w zakresie norm energetycznych. W styczniu deweloperzy rozpoczęli budowę ponad 12 tysięcy mieszkań, co oznacza wzrost o 24% w porównaniu rok do roku. Dodajmy dla kontrastu, że inwestorzy indywidualni zaczęli budowę 4,7 tys. mieszkań, co przekłada się na spadek o niemal 13% – podkreśla Tomasz Karpiel, dyrektor operacyjny Angel Poland Group i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Koszty idą w górę – winna droższa stal?

Pewne trendy są jednak niekorzystne zarówno dla deweloperów, jak i inwestorów indywidualnych. Chodzi naturalnie o rosnące ceny produkcji budowlano-montażowej. W porównaniu ze styczniem 2020 roku koszty te wzrosły o 2,3%. Eksperci nie mają wątpliwości – branża nieruchomości odczuwa wzrost cen materiałów od kilkunastu miesięcy.

W 2020 roku można było zauważyć wzrost cen wielu podstawowych materiałów budowlanych, a zwłaszcza cementu, nawet o 10%. To naturalnie przekładało się na cenę mieszkanki betonowej i – ostatecznie – na wzrost kosztów produkcji. W pierwszej połowie ubiegłego roku ceny materiałów ustabilizowały się, ale w drugiej ponownie zaczęły rosnąć. W 2021 roku gwałtownie wzrosły, a raczej poszybowały, ceny stali, nawet o 30% – zauważa Bartłomiej Kostecki, Project Manager w Angel Construction.

Produkcja drożeje, bo brakuje pracowników?

W ocenie ekspertów, rosnące ceny materiałów budowlanych to tylko jeden z elementów wpływających na większe koszty prowadzenia inwestycji. Część rynkowych procesów związanych jest bowiem bezpośrednio z trwającą pandemią koronawirusa.

W pierwszych miesiącach pandemii branża odnotowała odpływ wielu pracowników ze wschodu, zwłaszcza z Ukrainy, co tylko powiększyło deficyty w zakresie pracowników budowlanych. Choć ostatnio widać pewną stabilizację, branża nadal boryka się z brakiem odpowiedniej liczby specjalistów. To prawdopodobnie będzie też największa bolączka wielu firm w nadchodzącym czasie. Inne wyzwania to m.in. podwyższone od 2021 roku wynagrodzenie minimalne w Polsce, które realnie przełoży się na koszty prowadzenia inwestycji. Te wszystkie elementy sprawiają, że klienci w nadchodzących miesiącach nie powinni się raczej spodziewać spadków cen mieszkań, a wręcz przeciwnie, umocnienia trendu wzrostowego – podsumowuje Marcin Kaznowski, prezes Angel Construction i ekspert ds. rynku nieruchomości.

Jak wynika z danych GUS, powierzchnia użytkowa mieszkań oddanych w styczniu 2021 r. wyniosła 1,6 mln m2, czyli o 3,2% mniej niż przed rokiem.

Chris Bain: koszty produkcji i inflacja rośnie, a ceny gier pozostają bez zmian

Ceny gier komputerowych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat praktycznie się nie zmieniły, pomimo znaczących wzrostów kosztów produkcji. Dlaczego realna cena, po uwzględnieniu inflacji, wręcz maleje, zastanawiają się eksperci z wydawnictwa All in! Games.

Jak podaje portal arstechnica.com w 2020 roku realna cena wysokobudżetowej gry komputerowej w wydaniu pudełkowym była najniższa w historii. Wobec aktualnych 60 dolarów, w 2000 roku wynosiłaby blisko 100.

– Pomimo tego, że koszty produkcji wzrosły kilkukrotnie, ceny nominalne pozostają praktycznie na tym samym poziomie. Moim zdaniem wynika to z faktu, iż wydawcy w coraz większym stopniu posiłkują się dystrybucją cyfrową, ograniczając w ten sposób koszty i zwiększając marżę. Poza tym powstające nowe, alternatywne kanały dystrybucji elektronicznej zmusiły dystrybutorów do obniżenia swoich marż, umożliwiając utrzymanie stałych cen. Do tego dochodzą również kolejne metody monetyzacji IP gier, takie jak edycje kolekcjonerskie, mikro-transakcje, dodatki DLC, zakupy wewnątrz gry, czy też season passes, które są dodatkowym źródłem przychodu – tłumaczy Chris Bain senior strategy advisor z notowanego na GPW wydawnictwa gier komputerowych, All in! Games. – Zainteresowanie grami cały czas rośnie, więc pomimo stagnacji cen firmy są w stanie zwiększać swoje obroty, a rynek jest cały czas chłonny – dodaje.

Ceny gier pozostają stabilne również z powodu presji ze strony części graczy, którzy są przyzwyczajeni do pewnych standardów. Każde odchylenie od nich, w tym podwyżka cen, byłoby bardzo negatywnie przez tę grupę odebrane. Większość wydawców woli nie podejmować tego ryzyka, choć zdarzają się wyjątki jak w przypadku Call of Duty: Black Ops Cold War, czy też NBA 2K21, które na konsole nowej generacji kosztować będą blisko 70 dolarów, zamiast dotychczasowych 60.

– Można potraktować te przykłady jako swego rodzaju test dla rzeczywistej elastyczności cenowej popytu. Pozwoli on ocenić czy wzrost cen tych tytułów na konsole next-gen nie odbije się negatywnie na przychodach i zysku ich wydawców – tłumaczy Bain.

Do 2013 wzrost cen, potem spadek

Patrząc na statystyki na platformie Steam zebrane przez steamspy.com, można zauważyć, że od 2013 roku liczba wydawanych gier rośnie w tempie 60% rocznie, a cena średnia oraz mediana spadają. Wynika to najprawdopodobniej z faktu, iż na tej pecetowej platformie pojawia się coraz więcej tytułów indie (autorstwa małych studiów developerskich), które plasują się w dolnych widełkach cenowych. Do 2013 roku średnia wzrastała (do 12,5$), ale mediana pozostawała na stałym poziomie (9,99$).

W latach 2009-2013 na Steam wydawanych było od 300 do 600 gier rocznie, czyli stosunkowo niewiele, więc wystarczyło kilka produkcji AAA, by średnią zawyżyć. Właśnie w latach 2011-2013 zaczęło się na tej platformie pojawiać coraz więcej tytułów z najwyższej półki, a za spadek średniej ceny po 2013 odpowiada zdecydowanie większa liczby tańszych gier indie.

– Obecnie nie przewidujemy znaczących wzrostów cen rzeczywistych w najbliższej przyszłości. Cena 70 USD dotyczyła zaledwie kilku gier AAA i spodziewamy się, że gracze wciąż będą mieli dostęp do świetnych tytułów w wielu różnych przedziałach cenowych. Gry będą zapewniać rozrywkę na wysokim poziomie dla coraz liczniejszej i bardziej zróżnicowanej publiczności na całym świecie – podsumowuje Bain.

ceny gier pozostają bez zmian
Dane: steamspy.com, opracowanie All in! Games

Wodór może być stabilizatorem gospodarki energetycznej opartej na OZE

Paliwem przyszłości, które najprawdopodobniej odegra kluczową rolę w transformacji gospodarki energetycznej w zeroemisyjną, jest wodór. Polska produkuje go już w dość dużych ilościach – wykorzystując jednak do jego elektrolizy energię pochodzącą z węgla. To sprawia, że wyprodukowany wodór nie jest zeroemisyjny – nazywamy go “szarym” wodorem. Większość udziałów w produkcji mają obecnie spółki państwowe. Wodór jest produkowany i prawie w całości konsumowany od razu w rafineriach, a także w spółkach państwowych produkujących nawozy. Jednak w przyszłości sposób i miejsce produkcji wodoru powinny się zmienić. Energię elektryczną z wodoru można produkować w wodorowych ogniwach paliwowych. Są one już stosowane w samochodach osobowych, autobusach oraz pojazdach ciężkich i długodystansowych. Dodatkowo wodorowe ogniwa paliwowe mogą służyć po prostu jako źródła energii. Szczególnie dobrze sprawdzają się jako źródło zasilania awaryjnego – na przykład w elektrowniach lub w miejscach, gdzie potrzebne jest ciągłe zużycie prądu.

– Wodór będzie produkowany metodą elektrolizy z udziałem odnawialnych źródeł energii. Spółki, które mają w swoich aktywach odnawialne źródła energii, naturalnie będą do tego dokładały produkcję wodoru – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Rozwój nisko lub zeroemisyjnej gospodarki wodorowej jest ściśle związany z odnawialnymi źródłami energii. Wszystkie takie źródła są niestabilne – produkują energię tylko w momencie korzystnych warunków atmosferycznych. Dlatego jeśli mamy nadwyżki produkcji, konieczne jest magazynowanie energii elektrycznej. W przypadku wielkoskalowej produkcji mniej efektywnym sposobem magazynowania są baterie elektryczne. Jako magazyn energii może zaś posłużyć wodór. Nadwyżki energii zużywamy w elektrolizerze do produkcji wodoru z wody, który może być później przechowywany w zbiornikach, albo pod ziemią. Następnie zaś może służyć do produkcji energii elektrycznej w momencie jej największego zapotrzebowania – wyjaśnia Maj.

Polska na podium partnerów handlowych Ukrainy, wzrost liczby ukraińskich firm w RP

Według najnowszych badań Państwowej Służby Statystycznej Ukrainy z 2020 roku, Polska awansowała o jedną pozycję i stała się trzecim co do wielkości partnerem handlowym Ukrainy zaraz po Chinach i Niemczech z dwustronnym obrotem towarowym o wartości 7,36 mld USD i pozostaje drugim co do wielkości rynkiem na świecie po Chinach dla ukraińskiego eksportu towarów o wartości prawie 3,3 mld dolarów. Całkowity handel między Ukrainą a Polską w ubiegłym roku wyniósł 7,36 mld dolarów. Przyczyniło się to m.in. do  wzrostu liczby ukraińskich przedsiębiorców i inwestycji w Polsce.

Pomimo trudnego 2020 roku spowodowanego wybuchem pandemii, wynik ten jest zaledwie o 0,58% niższy w porównaniu do roku 2019. Polska weszła do pierwszej trójki, wyprzedzając Rosję i prawie doganiając Niemcy. Według wydziału gospodarczego Ambasady Ukrainy w RP: Polska w wymianie handlowej z Ukrainą straciła na rzecz Niemiec tylko 48 mln USD, biorąc pod uwagę dynamikę ukraińskiego eksportu do Polski w ostatnich miesiącach 2020 r., zwyczajnie nie starczyło czasu, aby Warszawa wyprzedziła Berlin pod względem tego wskaźnika.  Wzrosła, również liczba ukraińskich firm i inwestycji w RP na koniec 2020 roku w Polsce działało 16,5 tys. firm, w których przynajmniej jeden ze współwłaścicieli był obywatelem Ukrainy to 17% wszystkich firm z kapitałem zagranicznym w Polsce, a liczba ta stale rośnie. Najwięcej inwestycji ukraińskich przedsiębiorców odnotowano w województwach: mazowieckim 6,2 tys., małopolskim 2 tys., dolnośląskim 1,6 tys.

Centrum analityczne Gremi Personal obserwuje kilka trendów związanych z działalnością gospodarczą ukraińskich przedsiębiorców w Polsce. Obywatele Ukrainy często przyjeżdżają do Polski jako pracownicy fizyczni, po opanowaniu języka polskiego, zdobyciu doświadczenia w polskich firmach i przejściu wstępnej adaptacji zajmują stanowiska kierownicze lub otwierają własną firmę. Zwykle Ukraińców interesują następujące obszary biznesu: przed pandemią popularne były hotele i gastronomia, salony kosmetyczne i handel; obecnie jest to drobna produkcja rzemieślnicza, albo wiele konsultacji, a także handel. Obecnie zdecydowanie wzrósł udział usług w branży kreatywnej (IT, marketing i PR, produkcja wideo itp.).

Celem władz Ukrainy jest osiągnięcie wolumenu bilateralnego handlu z Polską na poziomie 10 mld dolarów. Jest to możliwe za 2-3 lata prognozują ukraińscy ekonomiści. Polska pozostaje drugim co do wielkości rynkiem ukraińskiego eksportu na świecie. W szczególności Ukraina wyeksportowała do Polski w ubiegłym roku 3,3 mld USD, wykazując niewielki spadek w roku 2020 o 0,7%. Eksportowane są przede wszystkim produkty rolne (28,3%), metalurgia (18%), produkty mineralne (17,4%), wyroby drzewne (9,9%) oraz produkty elektromaszynowe (7,7%).

Zastąp transgraniczną optymalizację podatkową lokalną racjonalizacją biznesu

Obowiązująca w polskim systemie prawa od 15 lipca 2016 roku klauzula przeciwko unikaniu opodatkowania została od 1 stycznia 2019 roku tak zmodyfikowana, że daje organom podatkowym jeszcze większe pole do działania przy ocenie czy dana czynność była sztuczna, a jej głównym lub jednym z głównych celów było osiągnięcie korzyści podatkowej. Najczęstszym przykładem zastosowania przepisów klauzuli przez organy podatkowe jest wydawanie postanowień o odmowie wydania interpretacji indywidualnej prawa podatkowego, przy czym wystarczy uzasadnione podejrzenie organu, że przedstawione we wniosku o wydanie interpretacji indywidualnej elementy zdarzenia przyszłego lub stanu faktycznego stanowią  unikanie opodatkowania.

Zmiany w prawie podatkowym, zwłaszcza w zakresie transgranicznych struktur organizacyjnych, z którymi przedsiębiorcy będący polskimi rezydentami podatkowymi musieli się zmierzyć w ostatnich latach, niosą ze sobą konieczność weryfikacji posiadanych rozwiązań optymalizacyjnych. Największe obostrzenia przepisów, a zatem i zagrożenia sankcjami przewidziano dla przedsiębiorców posiadających zagraniczne spółki, fundacje prywatne, czy trusty, a także zagraniczne rachunki bankowe. Aktualnie mamy do czynienia nie tylko z przepisami o CFC („Controlled Foreign Company”) i CRS („Common Reporting Standard”), ale także przepisami Konwencji MLI („Multilateral Instrument to Modify Bilateral Tax Treaties”) oraz regulacjami dotyczącymi raportowania MDR („Mandatory Disclosure Rules”). Ponadto polskie spółki są zobligowane do ujawniania danych swoich beneficjentów ostatecznych – tzw. UBO („Ultimate Beneficial Owner”) w Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych.

Uszczelnienie systemu podatkowego nastąpiło poprzez zobowiązanie instytucji finansowych do zbierania danych osobowych beneficjentów rzeczywistych rachunków bankowych (założonych zarówno przez osoby fizyczne jak i prawnych) i ujawniania ich innym państwom – właściwym pod względem rezydencji podatkowej osób fizycznych, bezpośrednio lub pośrednio sprawującej kontrolę nad daną strukturą, które ostatecznie partycypują przy dystrybucji środków/majątku danego podmiotu zagranicznego. A pondto poprzez rozszerzenie definicji CFC tj. kryteriów uznania za zagraniczną spółkę kontrolowaną nie tylko podmiotów posiadających siedzibę w egzotycznych destynacjach ale także takich, które są założone na terenie UE lub EOG jeśli są pasywne lub pomimo prowadzenia operacyjnej działalności ich udziały są posiadane przez jednego UBO lub kilku, powiązanych koneksjami rodzinnymi etc.

Polskie spółki mają od zeszłego roku także obowiązek ujawniania w Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych, osób fizycznych pozostających na szczycie nawet najbardziej skomplikowanej struktury korporacyjnej, również z udziałem podmiotów zagranicznych.

Należy również pamiętać, że zapobieganie erozji podstawy opodatkowania i przenoszeniu zysku do innego państwa, to cel wielostronnej Konwencji MLI, która objęła polskich rezydentów podatkowych, osiągających dochody w innym kraku.

Nie bez znaczenia pozostaje także fakt, że przedsiębiorcy przenoszący za granicę aktywa o wartości przekraczającej 4 mln zł, muszą zapłacić 19-procentowy podatek od tej nadwyżki tj. tzw zwany „Exit Tax”, będący konsekwencją implementacji dyrektywy unijnej, przy czym Polska wprowadziła te regulacje jako pierwsza w UE i w zakresie odnoszącym się nie tylko do osób prawnych, ale także fizycznych.

Nierozłącznym tematem związanym z optymalizacją podatkową jest obecnie także obowiązek raportowania schematów podatkowych, zwanym raportowaniem MDR. Schematy podatkowe, to uzgodnienia, instrukcje działania, zespół czynności, w których udział bierze podatnik, a które mogą mieć wpływ na wysokość jego zobowiązania podatkowego. Taki schemat wyróżnia np. występowanie w nim trudnego do ustalenia beneficjenta rzeczywistego, lub gdy jego głównym celem jest korzyść podatkowa. I choć obowiązek raportowania spoczywa na podmiotach profesjonalnych, takich jak: adwokaci, radcy prawni, doradcy podatkowi, notariusze, główni księgowi, pracownicy banków i instytucji finansowych, to obowiązujące przepisy przewidują również sytuacje, gdy obowiązek raportowania do Szefa Krajowej Administracji Skarbowej spadnie na przedsiębiorcę, podatnika, któremu schemat podatkowy został udostępniony i który wystąpi w roli tzw. korzystającego.

Mając na uwadze powyższe regulacje, struktury korporacyjne z elementem zagranicznym, ale także inne rozwiązania optymalizacyjne jak umowy powiernicze, licencje na znaki towarowe, operacje wewnątrz spółek, zastosowane wiele, lub kilka lat temu, a z których nadal korzystają polscy podatnicy, lub z których zamierzają skorzystać, są dziś pod szczególną obserwacją organów skarbowych. Częste i liczne zmiany przepisów utrudniają prowadzenie działalności i prowadzą niejednokrotnie przedsiębiorców do rezygnacji z transgranicznych rozwiązań optymalizacyjnych związanych obecnie z dużym poziomem ryzyka gospodarczego. Zwłaszcza, że prowadzenie działalności z elementem międzynarodowym na pewno wiąże się w dzisiejszych czasach z koniecznością posiadania rzeczywistej substancji ekonomicznej w miejscu jej wykonywania, którą urzędy skarbowe weryfikują w pierwszej kolejności.

Z całą pewnością tzw. „międzynarodowa optymalizacja podatkowa” nie zdaje już egzaminu w obecnych realiach i może przynieść podmiotowi posiadjącemu w Polsce nieograniczony obowiązek podatkowy, więcej problemów niż korzyści. Przedsiębiorcy, wychodząc naprzeciw nowym, skomplikowanym regulacjom powinni skłaniać się raczej ku racjonalizacji biznesu i przemodelowaniu  posiadanych struktur polskich zgodnie z obowiązującymi przepisami. Mamy lokalnie w tym zakresie szereg możliwości związanych z rozdzieleniem działalności operacacyjnej od sfery majątkowej, która powinna być objęta szczególną ochroną. Ponadto każdy przedsiębiorca powinien zacząć „przebudowę” biznesu od analizy czy, aby na pewno działa w najlepszej możliwej formie prawnej ze względu na prowadzoną działalność i wyznaczone cele ekonomiczne. Bardzo istotne znaczenie dla każdego przedsiębiorcy ma także możliwość inwestycji lub reinwestycji zysków w danej strukturze, która powinna być dokonywana za pomocą podmiotu, kreującego jak najmniejsze obciążenia fiskalne w ramach wyznaczonych przez prawo.

Aneta Czarnecka-Teuchmann
Radca Prawny z Działu Prawa Handlowego i Obrotu Międzynarodowego Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

Venture INC zwiększa zaangażowanie w Intelliseq

Venture INC, fundusz venture capital notowany na GPW, obejmuje udziały w Intelliseq, krakowskiej spółce rozwijającej  globalną  platformę do analizy genomu ludzkiego. Tym samym zwiększa ekspozycję portfela  na globalnie rosnący trend genomiki obliczeniowej w sektorze ochrony zdrowia. Po podwyższeniu kapitału zakładowego fundusz będzie posiadał 53% kapitału Intelliseq.

Venture INC, w wyniku podwyższenia kapitału Intelliseq, objął 177 nowych udziałów za kwotę 700 tys. zł. Po rejestracji, fundusz zostanie inwestorem większościowym posiadającym 53,27% udziałów w spółce.

Zdecydowaliśmy się na zwiększenie zaangażowania w Intelliseq, ponieważ widzimy coraz większe, globalne zainteresowanie obszarem badań genetycznych. Jego zastosowanie dotyczy nie tylko rynku konsumenckiego ale również obszaru badań i farmakogenomiki. Wysokie kompetencje zespołu i obrany kierunek rozwoju biznesowego został już wcześniej potwierdzony przez nawiązaną współpracę z amerykańską platformą Helix ale także przez nowe kontrakty, m.in z Instytutem Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej w Warszawie, firmą farmaceutyczną Boehringer Ingelheim czy niemiecki instytutem badawczym BiomedX – komentuje Jakub Sitarz, Prezes Venture INC.

Intelliseq specjalizuje się w genomice obliczeniowej, oferując oprogramowanie do analizy badań genetycznych. Obecnie prowadzi dwa projekty. Pierwszym z nich jest PGx Plus zakładajacy opracowanie oprogramowania do farmakogenomiki, które bada wpływ genomu danej osoby na leki i pozwala na ich optymalny dobór. Celem drugiego projektu Mobigen jest z kolei opracowanie aplikacji mobilnej, która w przejrzysty i czytelny sposób zaprezentuje użytkownikowi informacje z dziedziny genetyki personalnej. Firma rozwija też system do analizy danych genetycznych z NGS (Next Generation Sequencing). Współpraca z Intelliseq jest kolejną inwestycją funduszu w obszarze ochrony zdrowia, po Infermedica.

Spółka współpracuje z klientami z Polski: z Instytutem Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej w Warszawie (IMDiK) oraz Akademią Wychowania Fizycznego i Sportu w Gdańsku (AWFiS). Klienci zagraniczni to duża niemiecka firma farmaceutyczna Boehringer Ingelheim oraz niemiecki instytut badawczy BiomedX, a także amerykańskie firmy takie jak SCC Soft Computer oraz Vitalleo. Dodatkowo, Intelliseq poszerzył ofertę B2B w zakresie genetyki konsumenckiej o analizę danych przydatnych do oceny ryzyka ciężkiego przebiegu zakażeń wirusem COVID-19.

Intelliseq kontynuuje pracę nad platformą IntelliseqFlow oraz rozpoczęcie testów i sprzedaży oprogramowania u potencjalnych odbiorców, a także uruchomienie usług analizy odczytów genomów/transkryptomów w modelu SaaS.

Spółka planuje również pierwsze wdrożenie systemu GeneTraps razem ze spółką Analityk Genetyka, na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, w Zakładzie Medycyny Regeneracyjnej, kierowanym przez profesora Ratajczaka oraz wspólnie z firmą SCC Soft Computers w firmie Prodia.

Chińscy hakerzy sklonowali amerykańskie narzędzie cyberofensywne

Amerykańskie firmy ofiarami exploitów NSA? Nowe dowody w sprawie chińskich narzędzi hakerskich.

Amerykańskie firmy mogły być ofiarami eksploitów stworzonych przez NSA. Jak donoszą eksperci Check Point Research, wykryte kilka lat temu chińskie narzędzie hakerskie przyznające uprawnienia w systemach Windows jest najprawdopodobniej klonem oprogramowania „EpMe”, którego autorami byli hakerzy powiązani z NSA.

Chińscy hakerzy sklonowali amerykańskie narzędzie cyberofensywne

Firma Check Point Research (CPR) ustaliła, że chińscy hakerzy sklonowali i aktywnie wykorzystali narzędzie amerykańskiej jednostki hakerskiej o nazwie Equation Group. Klon programu został uruchomiony przez chińską grupę hakerską APT31 między 2014 a 2017 rokiem – trzy lata przed ujawnieniem grupy.

Narzędzie hakerskie, po raz pierwszy wykryte przez zespół reagowania na incydenty Lockheed Martin, a następnie szczegółowo omówione przez Microsoft w 2017 roku, było zdolne do ataków typu zero-day opartych o uprawnienia, wymierzonych w komputery z systemem Windows XP i Windows 8. Cyberprzestępcy mogliby użyć programu, aby uzyskać najwyższe dostępne przywileje i swobodnie wykorzystywać zainfekowane komputery – w tym instalować programy, przeglądać, zmieniać lub usuwać dane, czy tworzyć nowe konta z pełnymi uprawnieniami administratora. Firma Microsoft załatała lukę wykorzystywaną przez narzędzie, dokumentując jednocześnie poprawkę jako CVE-2017-0005 i przypisując wykorzystywanie podatności chińskiej grupie hakerskiej o nazwie APT31.

Nowe dowody firmy Check Point wskazują jednak, że narzędzie wykorzystywane przez APT31 było jedynie klonem programu o kryptonimie „EpMe”, opracowanego przez amerykańską firmę Equation Group, czyli grupę APT uważaną za jednostkę TAO (Tailored Access Operations) NSA.

Chińska replika – nazwana przez ekspertów “Jian” – działała przez trzy lata do momentu zgłoszenia pierwszych incydentów firmie Microsoft, który załatał podatności swojego systemu.  Miało to miejsce tuż przed tym, jak grupa hakerska „Shadow Brokers” publicznie ujawniła szpiegowski kod autorstwa Equation Group (w tym „EpMe ”Exploit CVE-2017-0005).

Oznacza to, że oryginał należący do Equation Group służył amerykańskim agencjom bezpieczeństwa co najmniej kilka miesięcy dłużej. Eksperci Check Pointa zakładają, że przejęcie narzędzia mogło mieć miejsce podczas amerykańskiego ataku na któryś z chińskich podmiotów lub podczas działań Equation w sieciach, które obserwowała chińska grupa hakerów. Nie można wykluczyć również bezpośredniego ataków chińskiego APT31 na Equation Group.

Mimo że „Jian” został przejęty i przeanalizowany przez Microsoft na początku 2017 r., a Shadow Brokers ujawniło narzędzia Equation Group prawie cztery lata temu, wciąż można się wiele nauczyć z analizy tych przeszłych wydarzeń. Sam fakt, że cały moduł eksploatacyjny, zawierający 4 różne eksploity, leżał niezauważony przez cztery lata na GitHubie, uczy nas o ogromie przecieku wokół narzędzi Equation Group. – mówi Yaniv Balmas, szew działu badań i rozwoju produktów w Check Point.

Atak przeprowadzany za przy pomocny Jian opierały się na trzech fazach: 1) przejęcia komputera z systemem Windows; 2) uzyskaniu najwyższego stopnia uprawnień; 3) instalacji programów typu malware. Należy zaznaczyć, że zarówno Jian jak i EpMe, realizowały faze drugą, polegającą na przyznaniu uprawnień, pozwalających na swobodne wędrowanie i pełną obsługę systemu.

Zasadniczo, nasze badania pokazują, w jaki sposób jedna grupa APT wykorzystuje narzędzia innej grupy APT do swoich własnych operacji, co utrudnia badaczom bezpieczeństwa dokładne przypisywanie ataków. Ukazuje to również jak złożona jest rzeczywistość stojąca za tymi atakami. Mamy nadzieję, że opracowana przez nas technika badawcza śledzenia wykorzystanych luk w zabezpieczeniach może doprowadzić do nowych wniosków, które do tej pory były niedostatecznie analizowane przez branżę bezpieczeństwa – dodaje Balmas.

Pełna analiza techniczna dostępna jest pod linkiem: The Story of Jian – How APT31 Stole and Used an Unknown Equation Group 0-Day – Check Point Research

Chwilowa słabość dolara

Wczoraj na rynkach nie było jednego solidnego motywu przewodniego, a raczej handel dyktowany był przez zlepek opinii i niepewność związana z poszukiwaniem odpowiedzi na nurtujące pytania. Rynek akcji dołował przy wątpliwościach o słuszność wysokich wycen w obliczu stromienia krzywej rentowności. Jednocześnie oczekiwania poprawy globalnego wzrostu pomagały we wzrostach surowców przemysłowych. USD tracił względem głównych walut, ale wywierał presję na rynki wschodzące. Dziś uwaga przenosi się na przemówienie szefa Fed Powella w Kongresie USA.

Za dużo pytań, za mało odpowiedzi. Od zeszłego tygodnia debatujemy, jak należy interpretować skok rentowności obligacji skarbowych USA? Czy wzrosty oznaczają oczekiwania na wcześniejszą normalizację polityki monetarnej Fed? A może chodzi o dyskonto wyższej inflacji, jeśli ożywienie gospodarcze faktycznie przyspieszy? Czy może jednak jest to przejaw wyższej premii za ryzyko w obliczu ogromnej ekspansji fiskalnej USA? I jak zmiany na rynku długu USA mają się do trendów na rynku obligacji innych krajów? Po ubiegłym tygodniu wiemy też, że rynek potrafi dopasować sobie wytłumaczenie do reakcji, w zależności która retoryka jest w danym momencie najsilniejsza. Ale to także sugeruje, że jednoznacznego przekonania co do kierunku i jego uzasadnienia nie ma. Tworzy to chaos i środowisko nieskorelowanej zmienności.

Wczoraj Wall Street walczyło z tezą, że strategia reflacyjna narzuca przesiadkę ze spółek wzrostowych na spółki wartościowe, a wyższe rynkowe stopy procentowe zmuszają do przeglądu finansów spółek pod kątem uzależnienia od zewnętrznego finansowania. Na tej dyskusji ucierpiały giganty z Nasdaq, ale relatywnie stabilny pozostał Dow Jones. Podkreślony został punkt przegięcia dla oceny sytuacji gospodarczej, gdzie mniej rozmawiamy o zakażeniach i nowych szczepach wirusa, a coraz więcej o tempie zaszczepień. Możemy obserwować nasilenie rotacji w stronę spółek wartościowych, ale krótkoterminowo niepewny jest efekt netto – czy mocniej odznaczy się korekta spółek technologicznych, czy zwycięży generalne przeświadczenie przyspieszenia ożywienia? I jak w tym zamieszaniu odczytany zostanie wzrost rentowności: dobrze, bo sugeruje odejście od bezpiecznych obligacji, albo źle, bo zwiastuje zaostrzenie warunków finansowych? Osobiście za sensowne wydaje mi się pierwsze tłumaczenie, ale większość rynkowa już nie raz pokazała, że wybór pada na bardziej przerażające ją konkluzje.

Ruchy na rynku długu pozostaną ważnym tematem w kontekście zaplanowanego na dziś przemówienia prezesa Fed Powella w Kongresie w ramach zdawanego dwa razy do roku sprawozdania z prowadzonej polityki monetarnej. Oczekuję, że Powell pozostaje bardzo gołębi. Podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów, dlatego polityka monetarna pozostaje ultra-luźna jeszcze przez długi czas. Oświadczenie Powella może nie być dobrym środkiem dla werbalnego zatrzymania wzrostu rentowności, ale niewykluczone, że prezes Fed zostanie zapytany o zmiany na rynku długu. Wówczas liczyłbym na komentarz, że cokolwiek rentowności implikują pod kątem przyspieszenia terminu normalizacji polityki, jest mylne.

Wczorajsza słabość USD względem głównych walut nie ma dziś kontynuacji, co może się wiązać z wyczekiwaniem na słowa Powella. Umiarkowana przewaga zawiązuje się w przypadku NOK i CAD (z pomocą wzrostu cen przy naftowej); mocny jest też GBP, który w ostatnich dniach wyraźnie jest pupilkiem forexowych graczy. Poza tym nie widać solidnego przekonania co do kierunku i choć słabość USD sugeruje powrót trendu reflacyjnego, to już presja na walutach rynków wschodzących komplikuje interpretację. Dodatkowo zamęt wprowadza perspektywa końca miesiąca. Ten ostatni aspekt zaczyna się odznaczać na rynku złotego – podobnie jak w styczniu ostatni tydzień miesiąca przynosi początkowo osłabienie waluty. Jednak ostatnie dwa dni handlowe stycznia przyniosły powrót siły złotego i jeśli schemat ma się powtórzyć, finalnie konsolidacja 4,47-4,51 powinna się utrzymać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Analityka pozwala lepiej zarządzać procesem szczepień na COVID-19

Właściwe zarządzenie programem szczepień przeciwko COVID-19 jest jednym z większych wyzwań XXI wieku. Zaszczepienie osób narażonych na ciężki przebieg choroby, zapewnienie zgodności z restrykcyjnymi normami przechowywania szczepionek, zaplanowanie harmonogramu podania dwóch dawek w określonym czasie, a także koordynacja akcji informacyjnych skierowanych do obywateli – to ogromne przedsięwzięcie. Analityka pomoże lepiej zarządzać tym procesem, co pozwoli szybciej pokonać pandemię.

Jest mało prawdopodobne, aby dostępne dawki szczepionki umożliwiły w najbliższej przyszłości zaszczepienie całej populacji. Punkty szczepień w poszczególnych krajach często są gotowe, ale brakuje samego preparatu. Komisja Europejska złożyła zamówienie na dwa miliardy dawek u ośmiu producentów, ale nie są oni w stanie dostarczać ich w wyznaczonych terminach ze względu na problemy poddostawców.

Analityka pozwala tworzyć długo- i krótkoterminowe strategie walki z pandemią

Integracja danych pozwala określić rozmiary grup priorytetowych zajmujących określone obszary oraz zapotrzebowanie na szczepionki, co umożliwia ich alokację. Dzięki temu można zminimalizować straty wynikające z nieoptymalnej dystrybucji. Podczas tego złożonego procesu można natrafić na liczne trudności techniczne, np. wynikające z potrzeby tworzenia wiarygodnych analitycznie szacunków, które pozwalają identyfikować docelowe populacje, bazując na danych pochodzących z różnych źródeł.

Istotna jest też odpowiednia analiza i interpretacja danych. Analizy geoprzestrzenne, analizy skupień czy wizualizacja danych za pomocą map ciepła to wybrane przykłady zastosowań analityki, która pozwala identyfikować, gdzie znajdują się grupy wymagające najszybszego podania szczepionek. Modele epidemiologiczne pomagają w podejmowaniu decyzji i ustalaniu priorytetów na podstawie aktualnych informacji. Ważne jest, aby decydenci nie opierali się jedynie na danych z określonego momentu, ale tworzyli systemy, które uczą się na podstawie dostarczanych informacji i szybko reagują na zmiany.

Optymalizacja łańcucha dostaw

Ochrona Zdrowia mierzy się też z wyzwaniem efektywnej dystrybucji dostępnych szczepionek. Niezbędne jest określenie, do których grup osób mają one trafić i jakie są możliwości poszczególnych placówek w zakresie przechowywania szczepionek w odpowiednich warunkach. Optymalizacja strategii dystrybucji w obliczu zmian w liczbie dostaw czy fluktuacji osób zarejestrowanych do szczepień w poszczególnych placówkach będzie wymagać wydajnych systemów analitycznych. Narzędzia analityczne SAS pozwalają monitorować cały łańcuch dostaw, prowadzić inwentaryzację oraz określać zapotrzebowanie. Dzięki temu organizacje mogą optymalizować strategie dystrybucji, uwzględniając dynamiczne zmiany i pojawianie się nowych ognisk pandemii. Analiza danych pozwala też określić możliwości magazynowe czy wydajność podawania dawek szczepionki w poszczególnych placówkach.

Jak przebiega dystrybucja szczepionek

Punkty szczepień mają obowiązek bieżącego raportowania liczby wykonanych szczepień, co pozwala szybko reagować na ewentualne niedobory. Niestety wieloletnie braki inwestycyjne w nowe technologie w ochronie zdrowia doprowadziły do problemów związanych z jakością danych i raportowaniem, co utrudnia skuteczną dystrybucję szczepionek. Rozwiązania SAS do zarządzania danymi pomagają w zapewnieniu jakości i spójności przetwarzanych informacji, dzięki czemu odpowiednie jednostki opieki medycznej zyskują wiedzę dotycząca postępów w procesie szczepień. Ponadto umożliwiają automatyzację nużących zadań manualnych jak: przygotowywanie i integracja danych oraz kategoryzacja pacjentów czy osób narażonych na zakażenie. Zaoszczędzony w ten sposób czas można przeznaczyć na leczenie pacjentów i przeprowadzanie szczepień.

Dane skuteczną bronią w walce z COVID-19

W złożony proces zarządzania procesem szczepień na COVID-19 zaangażowanych jest wiele podmiotów. Firmy logistyczne zbierają dane dotyczące położenia i temperatury transportu. Rządy analizują informacje dotyczące alokacji i dystrybucji szczepionek na masową skalę. Z kolei placówki ochrony zdrowia przetwarzają informacje uzyskane podczas kontaktu z pacjentami za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Systemy analityczne pozwalają nadać wszystkim tym działaniom szerszy kontekst i połączyć wysiłki wielu organizacji na rzecz walki z pandemią COVID-19.

Korzystając z narzędzi analitycznych SAS, organizacje służby zdrowia mogą:

  • przewidywać zmienne zapotrzebowanie w poszczególnych województwach, regionach i krajach, co pozwala optymalizować strategie dystrybucji szczepionek,
  • monitorować wykorzystanie szczepionek, aby pokryć zapotrzebowanie, a także złożyć odpowiednie zamówienia i właściwie zaplanować dystrybucję,
  • lokalizować braki administracyjne, które utrudniają dystrybucję w sytuacji pojawienia się nowych ognisk pandemii,
  • analizować nieoczekiwane niedobory w podawaniu szczepionek w celu bardziej optymalnego kierowania działaniami informacyjnymi i pracą przedstawicieli ochrony zdrowia,
  • przewidywać problemy, które mogą wystąpić w procesie podawania drugiej dawki szczepionki,
  • uzyskać informacje na temat zmian podatności na zachorowania, szybkości przenoszenia się wirusa, statusu odporności populacyjnej etc.

Od początku pandemii SAS, współpracuje z organizacjami na całym świecie, pomagając walczyć ze skutkami COVID-19 poprzez monitorowanie, jak rozprzestrzeniają się zakażenia i tworzenie modeli pozwalających określić, gdzie mogą powstawać kolejne ogniska, a także optymalizację łańcuchów dostaw i procesów zarządzania zasobami medycznymi.

Prezes URE: Przyjęcie nowej polityki energetycznej przyspieszy transformację i niezbędne inwestycje. Ich koszty nie powinny obciążać odbiorców końcowych

Do 2040 roku zostanie zbudowany niemal nowy system elektroenergetyczny, którego silną podstawą będą źródła nisko- i zeroemisyjne – wskazuje rząd w niedawno przyjętej strategii dla polskiej energetyki na nadchodzące dwie dekady. Prezes Urzędu Regulacji Energetyki Rafał Gawin zwraca uwagę, że ważnym kierunkiem tej transformacji będzie rozwój energetyki rozproszonej, dziś widoczny głównie w fotowoltaice. Wypieranie węgla przez OZE będzie wymagać też dużych inwestycji w infrastrukturę sieciową. – Również w tym obszarze powinny być dostępne środki, które nie obciążają bilansów spółek, a w konsekwencji bezpośrednio odbiorców końcowych – mówi prezes URE.

– Przyjęcie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” to ustanowienie jasnych zasad na przyszłość dla wszystkich uczestników rynku – zarówno dla przedsiębiorców, jak i administracji. Są to jasne kierunki rozwoju rynku, które wyznaczają cele klimatyczne. To bardzo ważny sygnał, który powinien przyspieszyć proces transformacji energetycznej i decyzje przedsiębiorców dotyczące inwestycji, które są niezbędne dla tej transformacji – mówi agencji Newseria Biznes Rafał Gawin, prezes Urzędu Regulacji Energetyki.

Uchwała w sprawie przyjęcia „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku” została przyjęta przez Radę Ministrów 2 lutego br. Dokument przygotowany przez resort klimatu i środowiska ma być kompasem dla firm, samorządów, administracji i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad. Nowa polityka energetyczna państwa została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej.

– Istotnym kierunkiem jest rozwój energetyki rozproszonej. To jeden z kluczowych obszarów, który dziś dynamicznie się rozwija i który rzeczywiście został zauważony i mocno zaakcentowany w polityce energetycznej państwa. Ten dynamiczny rozwój energetyki rozproszonej widać dziś chociażby w zakresie instalacji prosumenckich, przede wszystkim fotowoltaicznych – mówi prezes URE.

Obserwowany w kilku ostatnich latach boom na fotowoltaikę w Polsce napędził m.in. rządowy program dotacji Mój Prąd (w ramach którego do tej pory NFOŚiGW dofinansował 220 tys. prosumenckich instalacji fotowoltaicznych o mocy 2–10 kW). W tej chwili to właśnie w tym segmencie mikroinstalacji obserwowany jest największy przyrost nowych mocy. Według przytaczanych przez resort rozwoju danych PTPiREE na koniec 2020 roku w Polsce funkcjonowało już ponad 457,4 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ok. 3 GW. To oznacza blisko 30-proc. wzrost kwartalny i prawie 200-proc. wzrost względem końca 2019 roku.

Nowo przyjęta „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” zakłada, że do końca tej dekady moc zainstalowana w fotowoltaice wyniesie 5–7 GW (i ok. 10–16 GW w 2040 roku). Jednak chociażby ostatni rok pokazał, że wzrost tego segmentu rynku OZE okazuje się szybszy od prognoz. Moc zainstalowana PV w systemie na koniec grudnia przekroczyła już 3,6 GW, tymczasem Instytut Energetyki Odnawialnej szacował ok. 2,5 GW na koniec 2020 roku. Ten pułap został jednak osiągnięty już w połowie ubiegłego roku.

 W najbliższej przyszłości powinniśmy szukać rozwiązań, które będą integrowały tego typu źródła z systemem elektroenergetycznym w celu zapewnienia bezpieczeństwa i ciągłości dostaw energii elektrycznej. W tym obszarze kluczowe znaczenie będzie mieć rozwój instalacji i rozwój fleksumentów, czyli takich odbiorców, którzy nie tylko wytwarzają energię na własne potrzeby, ale są też w stanie świadczyć usługi systemowe na rzecz operatorów i na rzecz całego systemu elektroenergetycznego – podkreśla Rafał Gawin.

Rządowy dokument zakłada optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku (a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc.). Równolegle do tego czasu będzie postępować wzrost udziału OZE w końcowym zużyciu energii brutto – do 2030 roku ma to być co najmniej 23 proc. (nie mniej niż 32 proc. w elektroenergetyce, głównie wiatrowej i PV, 28 proc. w ciepłownictwie i 14 proc. w transporcie z dużym wkładem elektromobilności).

– Wśród kierunków wskazany jest rozwój energetyki wiatrowej, morskiej energetyki wiatrowej oraz energetyki jądrowej. To są kierunki, które zmierzają do ograniczania emisji gazów cieplarnianych i CO2, w związku z czym sprzyjają celom klimatycznym – mówi prezes URE.

Rządowa strategia zakłada, że do końca tej dekady krajowe emisje gazów cieplarnianych zostaną zmniejszone o 30 proc. (w stosunku do 1990 roku). Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Kolejne będą wdrażane co dwa–trzy lata, a cały program jądrowy zakłada w sumie budowę sześciu takich bloków.

–  Jestem przekonany, że do rozwoju tego typu źródeł w dużej mierze powinny być wykorzystywane środki unijne, które zostały przewidziane w różnych funduszach, projektach unijnych, ponieważ tylko w taki sposób jesteśmy w stanie zagwarantować, że realizacja tych projektów będzie akceptowalna społecznie – podkreśla Rafał Gawin.

Rządowa strategia podkreśla, że transformacja energetyczna i transformacja regionów węglowych ma przebiegać w sposób akceptowalny społecznie, sprawiedliwy i partycypacyjny, nastawiony m.in. na nowe technologie i innowacje, w ten sposób stając się motorem rozwoju gospodarczego. Wsparciu tego procesu służyć mają instrumenty finansowe w ramach unijnego mechanizmu sprawiedliwej transformacji, z których Polska może liczyć na 60 mld zł.

– Trzeba pamiętać, że potrzebne będą też inwestycje w obszarze sieciowym, żeby móc zintegrować duże ilości energii płynące chociażby z morskiej energetyki wiatrowej. Tutaj również będzie potrzebny bardzo duży wysiłek inwestycyjny. W tym obszarze także powinny być dostępne takie środki, które nie obciążą bilansów spółek, a w konsekwencji bezpośrednio odbiorców końcowych – mówi prezes URE.

Wśród kluczowych elementów nowej polityki energetycznej państwa znalazły się również m.in. poprawa efektywności energetycznej do 2030 roku na poziomie 23 proc. (w odniesieniu do zużycia energii pierwotnej w 2020 roku), rozwój ciepłownictwa i kogeneracji, zmniejszenie problemu ubóstwa energetycznego o 30 proc., rozbudowa infrastruktury gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych przy jednoczesnej dywersyfikacji kierunków dostaw (jednym z celów strategicznych wskazanych w strategii jest budowa Baltic Pipe), a także rozbudowa infrastruktury wytwórczej i sieciowej energii elektrycznej. Ważnym elementem są też inwestycje w technologie wodorowe, technologie magazynowania energii oraz elektromobilność i paliwa alternatywne.

Polska ma nową strategię rozwoju sztucznej inteligencji. W ujęciu globalnym SI może dać medycynie 150 mld dol. oszczędności

– Wydłużenie długości życia i poprawa stanu zdrowia w związku z zastosowaniem sztucznej inteligencji mogą przynieść sektorowi medycznemu ok. 150 mld dol. oszczędności – mówi Justyna Orłowska z KPRM, uczestnicząca w pracach nad „Polityką dla rozwoju sztucznej inteligencji w Polsce”. Przyjęty niedawno rządowy dokument ma stworzyć warunki do wykorzystania potencjału tej technologii w wielu obszarach, również w medycynie. Pierwszym krokiem ma być rozwijanie danych medycznych. Szeroki dostęp do nich może znacząco usprawnić diagnostykę i leczenie wielu chorób, zoptymalizować pracę lekarzy i medyków, przynieść oszczędności kosztowe dla całego systemu ochrony zdrowia czy nawet pomóc w przewidzeniu kolejnych pandemii. 

 Wdrażanie sztucznej inteligencji jest wyzwaniem, ale przyniesie też szereg korzyści, m.in. wyższy wzrost gospodarczy o 2,65 pkt proc. To czterokrotnie więcej aniżeli wzrost gospodarki niemieckiej przed pandemią, jest to więc ogromna wartość – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Orłowska, dyrektor programu GovTech Polska w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów.

Przyjęta w połowie stycznia br. strategia określa ponad 200 zadań, których realizacja jest niezbędna do szerokiego wdrożenia SI w Polsce. Zostały one podzielone na sześć obszarów (firmy, nauka, edukacja, współpraca międzynarodowa, społeczeństwo i sektor publiczny), a w ramach każdego z nich uwzględniono cele krótkoterminowe (do 2023 roku), średnioterminowe (do 2027 roku) i długoterminowe (po 2027 roku).

 Uwzględniliśmy też wiele innych branż niewymienionych bezpośrednio w polityce, do których zalicza się m.in. medycyna. W tym obszarze warto pamiętać, że specjaliści od SI, data science i machine learningu potrzebują przede wszystkim danych. Na tym polu mamy już duży sukces, ponieważ w tej chwili udostępniamy ok. 20 tys. otwartych zbiorów danych i jesteśmy pod tym względem trendsetterami w UE – przekonuje dyrektor programu GovTech Polska.

Autorzy dokumentu wskazują, że SI jest dziedziną, w której Polska ma realne szanse stać się jednym z wiodących krajów na arenie międzynarodowej. Wśród priorytetowych sektorów, w których wdrażanie tej technologii może przynieść najwięcej korzyści, wymieniono m.in. energetykę, cyberbezpieczeństwo, przemysł i właśnie medycynę.

 Prognozy wskazują, że sztuczna inteligencja może faktycznie o co najmniej kilka lat zwiększyć średnią długość życia. Według szacunków wydłużenie wieku i poprawa stanu zdrowia w związku z zastosowaniem SI może przynieść sektorowi medycznemu ok. 150 mld dol. oszczędności – wylicza Justyna Orłowska.

Jak wskazano w rządowej strategii, SI w opiece zdrowotnej może się przyczynić do optymalizacji czasu, kosztów i skuteczności leczenia. Sztuczna inteligencja umożliwia też zapewnienie wysokiej jakości usług medycznych, wykorzystanie narzędzi przewidujących rozwój sytuacji epidemicznej czy wykrywających nadużycia w sektorze ochrony zdrowia.

– Z całą pewnością znaczenie rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji będzie znacząco wzrastać. Zakłada się, że między 2019 a 2025 rokiem rynek SI powiększy się o co najmniej 42 proc. Medycyna i ochrona zdrowia są tutaj szczególnie wdzięcznym tematem, ponieważ zaawansowane algorytmy mogą przynieść mnóstwo korzyści: od klinicznych do ekonomicznych – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Healthcare, członek zarządu Polmedu.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja już w tej chwili znajduje coraz więcej zastosowań w różnych obszarach opieki nad naszym zdrowiem.

– Jednym z takich obszarów jest radiologia i analizowanie obrazów, które powstają w wyniku diagnostyki obrazowej. Kolejny to patomorfologia. SI jest też pomocna m.in. przy zabiegach chirurgicznych – wymienia przedstawiciel Philipsa. – W przypadku badań nad nowymi lekami jeszcze kilka lat temu etap definiowania, czy dana molekuła jest warta dalszych analiz, trwał od trzech do pięciu lat. Dziś zastosowanie algorytmów sztucznej inteligencji, chemii predykcyjnej, modelowania in silico pozwala na skrócenie tego okresu kilkukrotnie, do 12–18 miesięcy. Modele predykcyjne i zaawansowane algorytmy były też wykorzystywane przy tworzeniu szczepionki na COVID-19.

Sztuczna inteligencja może być wykorzystywana także w procesie diagnostyki nowotworów i ułatwiać onkologom postawienie odpowiedniej diagnozy. Każdego roku nowotwór jest diagnozowany u ponad 160 tys. Polaków, a prognozy wskazują, że w ciągu kolejnych 10 lat liczba pacjentów onkologicznych wzrośnie aż o 1/3.

– To bardzo przydatne z punktu widzenia wyzwania, jakim jest onkologia w Polsce. Wiemy, że problem jest gigantyczny, a te zaawansowane technologie niesamowicie pomagają w diagnozowaniu, w analizowaniu danych i porównywaniu ich z setkami czy milionami zdjęć innych przypadków, u innych pacjentów. SI ułatwia więc etap diagnostyki, ale tak samo może podpowiadać pewne opcje związane z leczeniem, wyborem odpowiedniej ścieżki terapeutycznej w stosunku do konkretnego pacjenta – mówi Michał Kępowicz.

Według raportu „Future Health Index” przygotowanego w 2019 roku na zlecenie Philipsa większość personelu medycznego w Polsce (70 proc.) już w tej chwili ma zaufanie do wykorzystywania SI w procesie monitorowania pacjentów, a w ocenie medyków istnieje też potrzeba rozszerzenia jej zastosowań na inne obszary, takie jak np. poprawa trafności diagnozy (14 proc.) czy sygnalizowanie nieprawidłowości dotyczących stanu zdrowia pacjentów (19 proc.).

 Człowiek generuje mniej więcej 1 TB informacji rocznie, a w przypadku człowieka chorego tych informacji jest jeszcze więcej. Nikt – żaden lekarz ani żadna służba zdrowia – nie potrafi przebić SI w wyciąganiu takich danych, które mogą być istotne z punktu widzenia całego procesu leczenia i długoterminowych efektów. Sztuczna inteligencja bardzo dobrze nadaje się do szukania wzorców, może z powodzeniem przeszukiwać różnego rodzaju dane, które tylko z pozoru nie mają ze sobą nic wspólnego – dodaje dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat, profesor Instytutu Protez Serca Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii, od lat stosujący i rozwijający rozwiązania z zakresu SI.

Wśród celów krótkoterminowych do 2023 roku rządowa „Polityka dla rozwoju sztucznej inteligencji” wymienia wykorzystanie potencjału danych medycznych dla poprawy zdrowia obywateli. Dlatego jednym z pierwszych kroków ma być m.in. wdrożenie pilotażowych programów przechowywania anonimowych danych medycznych, wsparcie narzędzi i rozwiązań wykorzystujących dane medyczne (zwłaszcza z zakresu telemedycyny i e-zdrowia) oraz działania optymalizacyjne w sektorze ochrony zdrowia, prowadzone na podstawie analizy danych dotyczących np. podaży i popytu na świadczenia czy wykorzystania zasobów medycznych.

Wśród celów przewidzianych do 2027 roku jest także aktualizacja prawa w zakresie zapewnienia dostępu do danych oraz warunków funkcjonowania zaufanych przestrzeni do dzielenia się nimi z uwzględnieniem ochrony prywatności i danych osobowych.

– Sztuczna inteligencja nie doczekała się legalizacji prawnej. Nie ma aktu prawnego twierdzącego, czy jest jakaś odpowiedzialność po stronie inżyniera, czy po stronie wykorzystującego sztuczną inteligencję. To nas czeka, tak jak rozwiązania etyczne, które zawsze technologia przynosi – mówi dr hab. n. med. Zbigniew Nawrat.

Według prognoz Frost & Sullivan do 2025 roku sztuczna inteligencja i technologie kognitywne przyniosą w branży medycznej oszczędności w wysokości przekraczającej 150 mld dol. Do korzyści z zastosowania tej technologii zaliczają się m.in. zautomatyzowana predykcja chorób, personalizacja ścieżek leczenia czy zarządzanie łańcuchem dostaw medycznych w czasie rzeczywistym. Jednak w 2018 roku jedynie 15–20 proc. podmiotów aktywnie korzystało z SI w celu wprowadzania zmian w sposobie świadczenia opieki zdrowotnej.

Już teraz nawet milion osób w Polsce cierpi na depresję. Pandemia COVID-19 może spowodować lawinowy wzrost zachorowań

Na depresję na całym świecie choruje ponad 260 mln osób, a w Polsce – około 1 mln. Jedną z jej przyczyn może być przewlekły stres, a pandemia i związane z nią izolacja, poczucie niepewności, obawy o zdrowie czy groźba utraty pracy i dochodów dla wielu osób są doświadczeniem wręcz traumatycznym. Z okazji przypadającego 23 lutego Ogólnopolskiego Dnia Walki z Depresją eksperci ostrzegają, że zachorowań będzie lawinowo przybywać. Wśród najbardziej narażonych na tę chorobę są pracownicy służby zdrowia, ale szczególną uwagę należy poświęcić też osobom w wieku przedemerytalnym oraz nastolatkom.

– Wzrost zachorowań na depresję na całym świecie miał miejsce już przed pandemią COVID-19. Ona jednak znacznie ten proces przyspieszyła. Nie ma się czemu dziwić, bo sytuacja, z którą się mierzymy – paraliż w wymiarze globalnym, zagrożenie dla zdrowia i życia swojego i bliskich, utrata pracy i przychodów, zachwianie poczucia bezpieczeństwa związane z tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jak pandemia będzie się rozwijać w przyszłości – to są jedne z najsilniej oddziałujących stresorów. Współczesne pokolenie jest pierwszym, które nie doświadczyło wojny i po raz pierwszy zmaga się z tak ekstremalnymi warunkami – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Wiśniewska, psycholożka społeczna i wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Wrześniowy sondaż ARC Rynek i Opinia dla Sanprobi pokazał, że stres jest najczęstszą emocją towarzyszącą Polakom. Ponad połowa doświadczała go przynajmniej kilka razy w tygodniu, a głównym powodem (wskazywanym przez 48 proc. badanych) była pandemia COVID-19. Również badania prowadzone przez zespół naukowy z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego pokazały, że dla wielu Polaków pandemia okazała się zdarzeniem wręcz traumatycznym, u 37 proc. badanych powodując objawy stresu pourazowego (PTSD). Podobny odsetek (38 proc.) zgłaszał nasilone objawy depresyjne, a aż 62 proc. – objawy lęku uogólnionego. W grudniu 2020 roku 25 proc. badanych, u których te symptomy były natężone, wiązało je zdecydowanie lub raczej zdecydowanie właśnie z pandemią i jej konsekwencjami. Tylko jedna trzecia nie widziała takiego powiązania.

– Przyczyny depresji są wielopłaszczyznowe, mają charakter genetyczny, biologiczny i psychospołeczny. Oprócz czynników środowiskowych źródłem depresji może być silna trauma, doświadczenie traumatyczne przeżyte w dzieciństwie albo wieku dorosłym. A do takich doświadczeń można oczywiście zaliczyć obecną pandemię – mówi Joanna Wiśniewska.

W swoim ubiegłorocznym raporcie („COVID-19 and the Need for Action on Mental Health”) ONZ prognozuje, że pandemia COVID-19 znacznie pogorszy statystyki zachorowań na depresję. Jak wskazuje, szczególnie narażeni są na nią pracownicy służby zdrowia. Potwierdzają to też dane przytaczane przez Medicover, według których w ostatnich miesiącach 35 proc. pracowników medycznych odczuwało silny stres, a 15 proc. cierpiało na depresję.

Według Światowej Organizacji Zdrowia depresja jest jedną z najczęściej występujących chorób, a do 2030 roku zajmie pierwsze miejsce na liście najczęstszych schorzeń. W tej chwili na całym świecie cierpi na nią ponad 264 mln osób w każdym wieku, choć częściej dotyczy ona kobiet niż mężczyzn.

– Zgodnie z raportem Narodowego Funduszu Zdrowia w Polsce również jest to bardzo poważny problem zdrowotny i społeczny. Szacuje się, że na depresję choruje 1 mln Polaków. Niepokojący jest też fakt, na który wskazują statystyki policyjne z lat 2017–2020, że jedną z najczęstszych przyczyn prób samobójczych wśród dzieci i młodzieży były właśnie zaburzenia psychiczne, w tym depresja – mówi  psycholożka społeczna z WSB w Toruniu.

WHO podkreśla, że depresja różni się od zwykłych wahań nastroju i krótkotrwałych, emocjonalnych reakcji na trudności i stres. To poważne schorzenie – zwłaszcza kiedy ma długotrwały przebieg i umiarkowane lub ciężkie nasilenie. W najgorszym przypadku depresja może prowadzić do samobójstw. Co roku na świecie życie odbiera sobie ok. 800 tys. osób, a samobójstwa są w tej chwili drugą najczęstszą przyczyną zgonów wśród 15–29-latków.

– Depresja może dotknąć każdego – niezależnie od wieku, płci, miejsca zamieszkania, statusu społecznego i ekonomicznego. Statystyki pokazują jednak, że dwukrotnie częściej chorują na nią kobiety, co może mieć związek z wpływem hormonów płciowych na samopoczucie. Kobiety, kiedy zmagają się z trudnościami, częściej trafiają jednak do gabinetów psychologicznych. Mężczyźni starają się radzić sobie sami i rzadziej trafiają pod opiekę specjalisty – wskazuje Joanna Wiśniewska.

Niepokojące są wzrosty zachorowań na depresję wśród dzieci i młodzieży, które jeszcze kilkanaście lat temu nie występowały. Statystyki też pokazują, że pomiędzy 19. a 25. rokiem życia jest ona drugą z przyczyn prób samobójczych, jednak częściej chorują na nią osoby powyżej 50. roku życia.

– Szczególną uwagę trzeba zwrócić na grupę osób w wieku przedemerytalnym. Przejście na emeryturę i rezygnacja z dotychczasowej aktywności zawodowej jest dla nich szczególnym momentem, który również może obniżyć nastrój i powodować depresję – wyjaśnia psycholożka społeczna.

Obu tych pojęć nie należy jednak utożsamiać. To o tyle istotne, że określenie „depresja” weszło już do mowy potocznej i bardzo często jest używane nieadekwatnie, właśnie w kontekście złego nastroju. Tymczasem jest to poważna choroba, której nie wolno bagatelizować.

– Jeżeli depresja zostanie zdiagnozowana przez specjalistę i chory zostanie objęty specjalistyczną opieką psychologa lub psychiatry, to w większości przypadków jest uleczalna. Ale u każdego z pacjentów depresja ma przebieg indywidualny. Dlatego tak ważne jest, żeby osoba, która podejrzewa u siebie depresję, jak najszybciej trafiła na konsultację, natomiast osoba, u której już zdiagnozowano depresję, pod opiekę specjalisty – mówi wykładowczyni Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

W momencie, kiedy osoby mierzą się z depresją, bardzo często pojawia się u nich również poczucie winy i poczucie wstydu. Wszelkiego rodzaju krytykowanie, ocenianie, moralizowanie może pogorszyć stan osoby chorej. Jak podkreśla psycholożka, bardzo istotne w chorobie jest również wsparcie bliskich osób.

– Wszelkie slogany typu „weź się w garść”, „dasz sobie radę”, „wszystko będzie dobrze”, „inni mają gorzej, masz świetne życie” w przypadku depresji mogą zaszkodzić, dlatego należy ich unikać – przypomina Joanna Wiśniewska. – To, co pomaga, to nasza obecność, empatia, akceptacja. Rozmawiajmy normalnie o tym, co przeżywa osoba chora na depresję. Lepiej użyć takich zwrotów: „możesz na mnie liczyć”, „jestem tutaj z tobą”, możemy się zapytać: „czy potrzebujesz mojej pomocy?”, „w czym mogę ci pomóc?”, „czy chcesz ze mną porozmawiać?”.

Jak wynika z danych ZUS, w III kwartale 2020 roku liczba dni absencji chorobowych z powodu epizodów depresyjnych wyniosła ponad 1,23 mln, podczas gdy rok wcześniej niecałe 961 tys., natomiast z powodu zaburzeń depresyjnych nawracających wzrosła z 492 tys. do 575 tys.

W czasie pandemii przyspieszyła sprzedaż dzieł sztuki. Obroty na prawie 470 aukcjach wyniosły 380 mln zł

W ubiegłym roku – mimo obostrzeń sanitarnych i trudnej sytuacji gospodarczej – sprzedaż dzieł sztuki wzrosła o 30 proc. względem 2019 roku. Jak podaje serwis Artinfo.pl, rynek osiągnął rekordowy wynik 380 mln zł. Przeprowadzono 467 aukcji, wiele online, podczas których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów. W grudniu padł rekord sprzedaży w segmencie sztuki nowoczesnej – obraz Wojciecha Fangora został wylicytowany za najwyższą w historii cenę 7,3 mln zł. – Ten rok zapowiada się jeszcze lepiej – przekonuje Michał Bolka z Desy Unicum.

 Kiedy wprowadzono pierwsze obostrzenia w związku z pandemią w Polsce, rynek sztuki reagował i aukcje marcowe czy kwietniowe pokazywały, że pojawia się strach wśród klientów. Jednak domy aukcyjne wyszły naprzeciw klientom, organizując bardzo dużo aukcji online, które się sprawdziły. Z drugiej strony klienci, którzy na początku pełni obaw stwierdzili, że trudno jest w czasach tak trudnych gospodarczo inwestować w dzieła sztuki, przekonali się, że są one dobrą inwestycją i ich wartość cały czas rośnie – mówi agencji Newseria Biznes Michał Bolka.

Dane Artinfo.pl wskazują, że mimo pandemii 2020 rok okazał się dla rynku dzieł sztuki rekordowy. Wartość sprzedaży wzrosła o 85 mln zł, czyli o 30 proc. Dla porównania we wczesnych latach dwutysięcznych całoroczne obroty kształtowały się na poziomie 50–60 mln zł.

Obrót na aukcjach w Desie Unicum wyniósł prawie 200 mln zł, co oznacza prawie 50-proc. udział w rynku. Dom zorganizował 150 aukcji, z czego 63 odbyły się online. Tutaj także padł aukcyjny rekord. W grudniu obraz Wojciecha Fangora „M22” z 1969 roku został wylicytowany za najwyższą w historii cenę 7,3 mln zł wraz z opłatą aukcyjną. Blisko 4,5 mln złotych zapłacono za płótno Tamary Łempickiej, które stało się najdroższą pracą malarki w Polsce, oraz za obraz „Dzieci i zwierzęta” Tadeusza Makowskiego.

– Ubiegły rok pokazał, że polski rynek sztuki właściwie jest cały czas niedoszacowany. Rekordy, które zostały pobite przede wszystkim na aukcjach grudniowych, pokazały, że rzeczywiście jest jeszcze dużo do zrobienia na polskim rynku sztuki. Jest dużo odkrywanych artystów, ale i osób, które interesują się rynkiem sztuki i inwestują w dzieła – ocenia ekspert Desy Unicum.

W 2020 roku przeprowadzono 467 aukcji, podczas których wylicytowano niemal 22 tys. obiektów, przy czym podczas 59 aukcji obroty przekroczyły 1 mln zł. Najwięcej było aukcji sztuki młodej (97). Rekordowe obroty w tym segmencie przyniosła grudniowa Aukcja Młodej Sztuki w Desie Unicum – 550 tys. zł.

Z drugiej jednak strony niesłabnącą popularnością cieszą się dawniejsze dzieła sztuki. Dla przykładu z obrotem blisko 23 mln zł zakończyła się zorganizowana 10 grudnia aukcja w Desie Unicum – „Sztuka Dawna. XIX w., Modernizm, Międzywojnie”. To właśnie w jej trakcie sprzedano dzieło „Czytająca I” Tamary Łempickiej za 4,5 mln zł.

 Zarówno dzieła dawnych mistrzów, jak i współczesnych artystów znajdują swoich odbiorców. Są amatorzy i malarstwa dawnego, i malarstwa współczesnego. Oczywiście delikatny prym wśród tych tendencji wiedzie malarstwo współczesne. Obecnie zauważamy, że bardzo popularne i modne stało się malarstwo lat 80., tzw. nowa ekspresja, nowa figuracja. To są te elementy, które przyciągają coraz większą rzeszę odbiorców – wskazuje Michał Bolka.

Polscy artyści są także coraz bardziej cenieni za granicą, a ich dzieła osiągają największe kwoty na aukcjach. To przede wszystkim twórczość Wojciecha Fangora, Magdaleny Abakanowicz, Henryka Stażewskiego czy Edwarda Krasińskiego.

Coraz więcej polskich nazwisk pojawia się w renomowanych galeriach komercyjnych czy instytucjach kulturalnych. Popularność na świecie zyskuje Magdalena Abakanowicz, dzięki czemu jej prace zyskują coraz wyższe kwoty. Coraz więcej kolekcjonerów z zagranicy interesuje się polską sztuką, głównie sztuką współczesną, sztuką powojenną. Te prace trafiają do wybitnych kolekcji zagranicznych, nie tylko w Europie, ale też w Stanach Zjednoczonych – mówi przedstawiciel Desy Unicum.

Ubiegły rok pokazał, że rośnie zainteresowanie aukcjami tematycznymi czy monograficznymi. Świadczy o tym również sukces tegorocznej aukcji „Zakopane, Zakopane. Słońce, góry i górale”, której obrót przekroczył 3 mln zł.

– Na aukcji prezentowane były obiekty nawiązujące do życia artystycznego w Zakopanem. Również aukcja monograficzna Edwarda Dwurnika pokazała, że jest zapotrzebowanie na tego typu aukcje tematyczne – mówi ekspert.

Rok 2021 zapowiada się jeszcze lepiej niż ubiegły. Zwłaszcza że w niepewnych czasach pandemii coraz więcej osób szuka bezpiecznych i zyskownych sposobów na inwestowanie.

– Coraz więcej osób interesuje się sztuką, chce mieć w domu niepowtarzalny, unikatowy obraz, który będzie jeden jedyny, kupiony na aukcji, co spowoduje jeszcze większy prestiż tego dzieła – podkreśla Michał Bolka. –  Dlatego też coraz więcej osób interesuje się sztuką. Widzimy, że na aukcjach pojawia się coraz więcej nowych twarzy.

Naukowcy opracowali w pełni autonomicznego robota napędzanego wyłącznie powietrzem. Znajdzie zastosowanie w medycynie czy ratownictwie

To może być przełom w budowie w pełni autonomicznych, wolnych od elektroniki robotów kroczących. Naukowcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego stworzyli czworonożnego robota, który do pracy wszystkich swoich funkcji, w tym sterowania i systemów ruchu, nie potrzebuje żadnej elektroniki, tylko stałego źródła sprężonego powietrza. Może się sprawdzić m.in. w kosmosie, w maszynach rezonansu magnetycznego czy do przesiewania wraków budynku po trzęsieniu ziemi lub pożarze.

Inżynierowie z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego stworzyli czworonożnego miękkiego robota, który nie potrzebuje żadnej elektroniki do pracy. Wystarczy stałe źródło sprężonego powietrza, aby uruchomić wszystkie funkcje, w tym sterowania i systemów ruchu. Może to oznaczać przełom na rynku tzw. miękkich robotów.

– Większość robotów miękkich jest zasilana sprężonym powietrzem i sterowana przez obwody elektroniczne. Jednak takie podejście wymaga umieszczenia skomplikowanych komponentów, takich jak płytki obwodów drukowanych, zaworów i pomp – często poza korpusem robota. Te elementy, które stanowią mózg robota i układ nerwowy, są zazwyczaj nieporęczne i drogie. Robot opracowany przez naukowców Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego jest sterowany przez wbudowany lekki, tani system obwodów pneumatycznych, składający się z rur i miękkich zaworów. Robot może chodzić na polecenie lub w odpowiedzi na sygnały odbierane z otoczenia – tłumaczy Ioana Patringenaru z biura prasowego Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego.

Atrakcyjność miękkich robotów polega na ich elastyczności i wszechstronności. Mogą się sprawdzić w kosmosie, według innych wkrótce wkroczą w najgłębsze zakamarki ludzkiego ciała. Według dr hab. inżynierii Georgia Tech Ellen Mazumdar można je wykorzystać do przesiewania wraków budynku po trzęsieniu ziemi lub pożarze. Miękkie roboty są wykonane z najbardziej miękkich materiałów, w tym z nanomateriałów, co umożliwia im odzwierciedlenie funkcji biologicznych, takich jak funkcje ludzkich mięśni. Dotychczas jednak obwody elektroniczne były umieszczane na zewnątrz, co sprawiało, że robot był mało poręczny, a przy tym drogi.

Robot zbudowany przez inżynierów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego niweluje te wady.

– Nasza praca stanowi fundamentalny krok w kierunku budowy w pełni autonomicznych, wolnych od elektroniki robotów kroczących – podkreśla Dylan Drotman, doktorant na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego.

Moc obliczeniowa robota naśladuje odruchy ssaków, które są napędzane przez odpowiedź nerwową kręgosłupa, nie mózgu. Zespół zainspirował się obwodami neuronowymi znalezionymi u zwierząt,  które mogą generować rytmiczne wzory w celu kontrolowania ruchów, takich jak chodzenie czy bieganie. Aby naśladować funkcje obwodów neuronowych, inżynierowie zbudowali system zaworów, które kontrolują kolejność, w jakiej sprężone powietrze dostaje się do napędzanych nim mięśni czterech kończyn robota. Naukowcy zbudowali innowacyjny komponent, który koordynuje chód robota, opóźniając wtrysk powietrza do jego nóg.

Robot jest również wyposażony w proste czujniki mechaniczne, które przypominają małe, miękkie bąbelki wypełnione płynem, umieszczone na końcach wysięgników wystających z korpusu. Kiedy bąbelki są wciśnięte, płyn przekręca zawór, który z kolei powoduje zmianę kierunku poruszania się robota.

– Opracowanym przez nas sposobem można by stworzyć bardzo zaawansowany mózg robota – przekonuje Michael T. Tolley, profesor inżynierii mechanicznej w Jacobs School of Engineering na Uniwersytecie Kalifornijskim w San Diego. – Naszym celem było stworzenie zasilanego powietrzem układu nerwowego, niezbędnego do kontrolowania procesu chodzenia.

W przyszłości naukowcy chcą poprawić chód robota, aby mógł się poruszać także po nierównych powierzchniach. Umożliwiłoby to pokonywanie różnych przeszkód i wymagało bardziej wyrafinowanej sieci czujników, a co za tym idzie – bardziej złożonego systemu pneumatycznego.

Obecnie jednak technologia zastosowana w robocie sprawdzi się w niemal wszystkich miękkich robotach.

– Zastosowania opracowanego systemu obejmują tanią robotykę rozrywkową, taką jak zabawki, lecz także roboty, które mogą działać w środowiskach, gdzie elektronika mogłaby zakłócać pracę, takich jak maszyny rezonansu magnetycznego lub szyby górnicze. Szczególnie interesujące są roboty miękkie, ponieważ łatwo dostosowują się do otoczenia i działają bezpiecznie w pobliżu ludzi – wymienia Ioana Patringenaru.

Polacy stworzyli system chroniący wózki sklepowe przed kradzieżą. Sprawdzi się również przy rehabilitacji czy opiece nad osobami po udarach

Z danych brytyjskiego The Food Marketing Institute wynika, że rocznie ginie ok. 2 mln wózków z wielkopowierzchniowych sklepów spożywczych. Równie często znikają też wózki z marketów budowlanych. Dla sklepów to ogromne straty, bo jeden wózek to koszt nieraz nawet 1 tys. zł. Polski start-up opracował system, który pozwala lokalizować wózki i alarmuje o nietypowych zachowaniach. Rozwiązanie jest oparte na technologii Bluetooth Low Energy, a sygnał z lokalizatorów jest odbierany zarówno przez stacje bazowe, jak i sieć telefonów wyposażonych w odpowiednie aplikacje. System sprawdza się też m.in. w kontroli rehabilitacji osób po udarach czy monitorowaniu czasu pracy.

– System notiLocate powstał na potrzebę klienta, któremu ginęły wózki sklepowe. Składa się z czterech elementów: to mały lokalizator zintegrowany z wózkiem, który działa w technologii Bluetooth, terminal odbiorczy, których większa liczba tworzy sieć pozwalającą wykrywać małe lokalizatory schowane w wózkach, cały system przetwarzania danych, który znajduje się w chmurze, oraz portal, który pozwala monitorować ruch w czasie rzeczywistym oraz przekazywać klientowi alerty związane z dziwnym, nietypowym zachowaniem wózków – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Popek, Business Development Manager w Notinote.

Do monitorowania przedmiotów najczęściej stosuje się technologie Ultra WideBand, Bluetooth czy bezprzewodowe sieci lokalne (WLAN). W przypadku komunikacji radiowej UWB krótki impuls umożliwia filtrowanie odbitego sygnału i pomaga przezwyciężyć zniekształcenia wielościeżkowe. System WLAN może ponownie wykorzystać istniejącą infrastrukturę sieciową obiektu i służyć do obliczania położenia obiektu również na podstawie siły sygnału. Bluetooth z kolei zazwyczaj sprawdza się we wnętrzach.

Polski start-up opracował zupełnie nowy system lokalizowania i monitorowania przedmiotów.

– Pracujemy zgodnie z technologią Bluetooth Low Energy 4.0. To technologia, która jest doskonale znana użytkownikom telefonów komórkowych, operujemy na tym samym sygnale radiowym. Te małe lokalizatory są wyposażone w dużą baterię, która pozwala działać przez pięć lat, wysyłają sygnał dzięki technologii Bluetooth, terminal odbiorczy go odbiera, my w chmurze wykonujemy serię obliczeń po to, żeby wyznaczyć pozycję wózka i pokazać go na mapie. Jednocześnie lokalizator ma dodatkowe czujniki, które pozwalają nam wykrywać takie nietypowe zachowania związane z próbą kradzieży – tłumaczy Grzegorz Popek.

Co istotne, sygnał z lokalizatorów odbierają nie tylko dedykowane stacje bazowe, lecz także sieć telefonów wyposażonych w aplikacje współpracujące z systemem. Z danych start-upu wynika, że obecnie takich telefonów w Polsce są blisko 2 mln. System pozwala zlokalizować więc przedmioty, które np. znalazły się w innym mieście czy nawet kraju. Powstał na potrzeby sklepu wielkoformatowego, któremu ginęło nawet 30-40 proc. floty wózków. Straty z tego tytułu sięgają kilkuset tysięcy złotych.

– Dostarczyliśmy klientowi system, który pozwala monitorować na bieżąco flotę wózków, czyli liczyć je codziennie. Codziennie widzimy, że w tym danym sklepie jest np. 1,5 tys. wózków i to pozwala po jego zamknięciu je zabezpieczyć, schować na noc, żeby nie były łatwym łupem dla złodziei. Operacyjnie raportujemy też dziwne zachowania wózków – opuszczenie strefy bezpiecznej, czyli parkingu sklepu, podniesienie, przewrócenie wózka, czyli próba kradzieży, i takie informacje przekazujemy w postaci alertów do ochrony – wskazuje ekspert.

Rozwiązanie notiLocate może mieć jednak znacznie więcej zastosowań. System pomaga już np. w domach opieki z osobami po udarach, które przechodzą rehabilitację. Każdy z pacjentów ma zapisany program rekonwalescencji, a opaski noszone przez nich na ręku pozwalają monitorować ich lokalizację. Gdy odbiega od lokalizacji zapisanej w grafiku, pracownicy medyczni dostają taką informację.

System sprawdza się również w monitorowaniu czasu pracy, działa bezstykowo i nie wymaga stania w kolejkach, co jest istotne zwłaszcza w czasie pandemii.

– Problemem z tradycyjnymi systemami opartymi na karcie zbliżeniowej jest to, że np. osoby ustawiają się w kolejce, nie trzymają dystansu społecznego. Jesteśmy w stanie na naszym systemie zbudować takie rozwiązanie, w którym każdy pracownik ma np. opaskę albo lokalizator w formie breloku i wchodząc na teren firmy, jest dyskretnie rozpoznawany, na ekranie pojawia się tylko jego numer, nie musi czekać w kolejce. Tak samo wygląda opuszczenie firmy – tłumaczy Grzegorz Popek. – Zastosowań jest mnóstwo, wszędzie tam, gdzie istnieje potrzeba wyznaczania pozycji osób albo przedmiotów.

Kuehne+Nagel przejmuje Apex International Corporation – azjatyckiego dostawcę usług logistycznych

Kuehne+Nagel zawiera wiążącą umowę przejęcia Apex International Corporation („Apex”), jednego z wiodących azjatyckich spedytorów, zwłaszcza w zakresie przewozów transpacyficznych i wewnątrzazjatyckich. Firma ta została założona w Chinach w 2001 roku i przez te lata ugruntowała swoją pozycję zarówno w Azji, jak i poza nią.

Zatrudniając około 1 600 pracowników, Apex generuje roczne obroty przekraczające 2,1 miliarda CHF. W 2020 roku firma obsłużyła łącznie 750 000 ton ładunków lotniczych oraz 190 000 TEU w logistyce morskiej.

Dr Detlef Trefzger, dyrektor generalny Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „Dzięki połączeniu Apex i Kuehne+Nagel będziemy mogli zaoferować naszym Klientom atrakcyjne rozwiązania logistyczne w konkurencyjnym środowisku azjatyckim, zwłaszcza w zakresie realizacji usług dla sektorów e-commerce, hi-tech i e-mobility. Z niecierpliwością czekamy na powitanie pracowników Apex na pokładzie Kuehne+Nagel”.

Tony Song, prezes zarządu i dyrektor generalny Apex, dodaje: „Znaleźliśmy w Kuehne+Nagel strategicznego udziałowca i grupę logistyczną z ponad 130-letnim doświadczeniem w branży. Jesteśmy pewni, że dzięki tej transakcji będziemy mogli zwiększyć wartość łańcuchów dostaw naszych Klientów i rozszerzyć naszą globalną sieć logistyczną. Rozszerzymy istniejący globalny zespół logistyki lotniczej Kuehne+Nagel, oferując zarówno kierownictwu, jak i naszym talentom wyjątkowe możliwości rozwoju”.

Dr Joerg Wolle, Przewodniczący Rady Dyrektorów Kuehne + Nagel International AG, komentuje: „W ostatnich latach firma Kuehne+Nagel strategicznie rozszerzyła i rozwinęła swoją działalność w regionie Azji i Pacyfiku. Dziś jesteśmy jednym z wiodących graczy i dalej przyspieszamy wzrost w tym regionie. Region Azji i Pacyfiku okazał się jednym z najważniejszych obszarów napędzających globalny handel. Przejęcie Apex to kolejny ważny kamień milowy naszej strategii, a tym samym realizacja ambicji wzrostu Grupy w regionie Azji i Pacyfiku”.

Nabycie podlega zwyczajowo przyjętym warunkom finalizacji, w tym zezwoleniu właściwych organów ds. konkurencji. Nabycie zostanie sfinansowane ze źródeł płynnych, a w razie potrzeby z dostępnych linii kredytowych. Po zamknięciu transakcji niewielki pakiet akcji Apex ma pozostać w rękach doświadczonego zarządu Apex. Firma będzie kontynuowała odrębną działalność w ramach Grupy Kuehne+Nagel.

Obie strony zgodziły się nie ujawniać dalszych szczegółów transakcji.

Trendy z początku roku utrzymują się, aktywa ryzykowne zyskują

Mniej aktywny ze względu na święta w USA tydzień handlu przyniósł kontynuację trendów rynkowych obserwowanych od początku roku. W tym tygodniu uwagę rynków przykują dane inflacyjne z USA. Czekamy też na copółroczne wystąpienie szefa Fedu przed Kongresem.

Skarbowe instrumenty dłużne doświadczają wyprzedaży, ponieważ inwestorów nie satysfakcjonują zwroty znacznie poniżej prognozowanej inflacji, nawet mimo narastającej presji inflacyjnej. W tym samym czasie, patrząc w ujęciu ogólnym, aktywa finansowe na świecie doświadczyły wzrostu, choć nie był on równomierny. Ceny akcji podniosły się jedynie nieznacznie, podczas gdy ceny surowców kontynuowały silne zwyżki. Również zachowanie walut było zróżnicowane, chociaż większość walut wysokiego ryzyka zyskiwała względem dolara amerykańskiego. Szterling i surowcowe waluty G10 radziły sobie całkiem dobrze. Wśród walut rynków wschodzących w zeszłym tygodniu szczególnie dobrze radziło sobie chilijskie peso, które nadal doświadcza aprecjacji ze względu na rosnące ceny miedzi i imponujące postępy szczepień w kraju.

W tym tygodniu kluczowym wydarzeniem będą copółroczne zeznania Powella, prezesa Fedu, przed Kongresem. Spodziewamy się, że utrzyma on ultragołębi ton z ostatnich tygodni. Interesujące będzie, czy w trakcie czasu przeznaczonego na pytania zostanie poruszona kwestia narastających obaw dotyczących inflacji. Zagadnienie dynamiki cen z pewnością będzie zwracać uwagę najbardziej spośród makroekonomicznych publikacji w tym tygodniu. We wtorek zostaną opublikowane zrewidowane dane o styczniowej inflacji w strefie euro, a w piątek poznamy odczyt preferowanej przez Fed miary inflacji w USA – PCE. W przypadku odczytu dla Stanów dostrzegamy możliwość, że okaże się on wyższy od oczekiwań.

PLN

Kurs EUR/PLN zakończył ubiegły tydzień lekkim spadkiem. Nie miał on istotnego wpływu na kształtowanie się kursu złotego, niemniej ton informacji napływających z Polski w ostatnim czasie zmienił się na gorsze. Dane makroekonomiczne opublikowane w zeszłym tygodniu były mieszane, jednocześnie nastąpił też wzrost liczby zakażeń koronawirusem. Sporej części tego wzrostu nie da się wyjaśnić nieco wyższą liczbą przeprowadzanych testów. Można podejrzewać, że to kwestia bardziej zaraźliwej odmiany wirusa, która niestety nie ominęła Polski. W perspektywie tygodni trzecia fala może stanowić pewne ryzyko dla złotego. Niemniej, o ile równocześnie nie będzie psuł się globalny sentyment, złoty nie powinien istotnie cierpieć z tego powodu.

W tym tygodniu poznamy też odczyt stopy bezrobocia w Polsce w styczniu (wtorek) oraz zrewidowane i szczegółowe dane o PKB Polski w IV kwartale ub.r. (piątek).

EUR

Nieznaczny wzrost zbiorczego indeksu PMI w lutym maskował dychotomię między rosnącym sektorem przemysłowym a sektorem usług, który wciąż nie może się rozwinąć przez ograniczenia. Spodziewamy się, że wskaźnik PMI dla usług zacznie osiągać lepsze wyniki już w przyszłym miesiącu wraz z łagodzeniem restrykcji na kontynencie.

Wstępny raport dotyczący inflacji w lutym, który zostanie opublikowany 3 marca, będzie kluczową publikacją najbliższych dwóch tygodni. Gwałtowne odbicie się głównej miary, z 0,2% do 1,4% w styczniu w ujęciu rocznym, można przypisać jednorazowym czynnikom, ale jeśli tendencja ta się utrzyma, trudno będzie zaprzeczyć, że rośnie presja inflacyjna. Tymczasem po przemówieniu prezes EBC Christine Lagarde w poniedziałek 22.02 w tym tygodniu czekamy na dane o nastrojach przedsiębiorców i konsumentów, które poznamy w czwartek.

USD

Postępy w szczepieniach w USA zostały krótkotrwale spowolnione przez braki prądu w Teksasie. Liczba nowych przypadków zachorowań jednak zauważalnie spada, ale częściowo można to powiązać z mniejszą liczbą testów.

Kluczowymi wieściami z USA były jednak bardzo dobre wyniki sprzedaży detalicznej w styczniu oraz dalszy wzrost rentowności obligacji skarbowych. Mogą być one oznakami silnego ożywienia i narastającej presji inflacyjnej w obliczu pobłażliwego spojrzenia Fedu i perspektywy dalszej stymulacji fiskalnej. Uważamy za istotne, że choć realne rentowności obligacji skarbowych zaczęły podążać za nominalnymi i dążą w górę, to dolar nie odniósł jeszcze z tego znaczących korzyści.

Spodziewamy się, że zarówno rynek długu, jak i walutowy pozostaną w zawieszeniu do czasu piątkowej publikacji inflacji PCE.

GBP

Szterling wciąż zyskuje w związku z pozytywnymi wieściami dotyczącymi szczepień i blaknącym widmem problemów gospodarczych spowodowanych brexitem. Wskaźniki PMI opublikowane w ostatnim tygodniu również stanowiły wsparcie. Okazały się znacznie lepsze od oczekiwań, co sugeruje, że gospodarka doświadcza szybszego odbicia, niż zakładano. W styczniu istotnego spadku doświadczyła sprzedaż detaliczna, jednak dla rynku nie stanowiło to większego zaskoczenia, pomimo tego, że oczekiwania konsensusu były bardzo konserwatywne.

Dane dotyczące zatrudnienia, które poznamy w tym tygodniu, są przestarzałe i nie powinny znacząco wpłynąć na rynek. Spodziewalibyśmy się, że po ostatnich znacznych wzrostach brytyjska waluta doświadczy tymczasowej stabilizacji, szczególnie jeśli wierzyć harmonogramowi zdejmowania obostrzeń, który wypłynął i wydaje się zdecydowanie bardziej ostrożny, niż to, czego prawdopodobnie spodziewał się rynek. Dziś po południu otrzymamy oficjalne potwierdzenie tych informacji od premiera Borisa Johnsona.

CHF

Frank szwajcarski był najgorzej radzącą sobie walutą G10 w ubiegłym tygodniu. Wygląda na to, że ostatecznie poddaje się szerokiemu rynkowemu sentymentowi z inwestorami preferującymi ryzykowne aktywa zamiast safe haven. Tygodniowe dane o pozycjonowaniu zdają się to potwierdzać, długie pozycje netto na CHF spadły bowiem w ostatnim czasie do najniższego poziomu od lipca zeszłego roku.

Wiadomości krajowe pozostają jednak pozytywne. Sytuacja związana z wirusem poprawia się: 7-dniowa średnia krocząca nowych przypadków spadła poniżej rekordowego poziomu z pierwszej fali z marca 2020 roku. Od początku przyszłego miesiąca Szwajcaria będzie luzować restrykcje, co będzie kontynuować w kwietniu, jeśli liczba nowych przypadków pozostanie niska. Biorąc pod uwagę, że restrykcje już teraz są zdecydowanie swobodniejsze niż w podobnych krajach i że frank jest walutą safe haven, spodziewamy się, że raczej na tym nie zyska – w szczególności gdy inne kraje pójdą w ślady Szwajcarii.

Spływające z całego świata wiadomości dotyczące pandemii są kluczowe dla naszych prognoz, więc niezmiennie będziemy je obserwować. W tym tygodniu warto zwrócić jednak też uwagę na odczyty ze Szwajcarii: aktualne wskaźniki nastrojów i dane o PKB kraju za IV kwartał ub.r.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Pierwsze notowanie obligacji PHN serii B na Catalyst

W poniedziałek w Alternatywnym Systemie Obrotu Catalyst prowadzonym przez Giełdę Papierów Wartościowych odbyło się pierwsze notowanie obligacji serii B wyemitowanych przez Polski Holding Nieruchomości S.A.

PHN uplasował obligacje serii B o wartości 325 mln PLN w grudniu 2020 r. Obligacje zostały wyemitowane w ramach siedmioletniego programu o wartości do 1 mld PLN a pozyskane z nich środki sfinansują ambitne plany inwestycyjne spółki. Sprzedaż pierwszej emisji 4-letnich obligacji o wartości 160 mln PLN miała miejsce w 2019 r.

W trudnych czasach pandemii nasza kolejna emisja obligacji spotkała się z bardzo przychylnym przyjęciem ze strony inwestorów, co pozwoliło nam pozyskać finansowanie na korzystnych warunkach. Środki z emisji przeznaczymy na finansowanie naszych kluczowych inwestycji komercyjnych jak budynki biurowe SKYSAWA i INTRACO Prime w Warszawie oraz dalszą ekspansję w segmencie mieszkaniowym – powiedział Marcin Mazurek, Prezes Zarządu Polskiego Holdingu Nieruchomości.

Bankami obsługującymi program obligacji PHN są PKO Bank Polski S.A., Bank Pekao S.A., BNP Paribas Bank Polska S.A., Santander Bank Polska S.A. oraz mBank S.A., który pełnił rolę Współorganizatora Emisji Obligacji Serii B. W budowie książki popytu uczestniczyli inwestorzy finansowi, z których większość stanowiły fundusze inwestycyjne.

Do Alternatywnego Systemu Obrotu na Catalyst zostało wprowadzonych 325.000 obligacji na okaziciela serii B o wartości nominalnej 1.000 PLN każda.

Horyzont Inwestycji konsoliduje działania

Skonsolidowanie działań odgrywa ogromną rolę w strategicznym rozwoju firmy. Na ten krok decydują się ci, którzy stawiają na dynamiczny wzrost biznesu. W Horyzont Inwestycji swoją wiedzę i doświadczenie skonsolidowało trzech ekspertów. Dopełnieniem efektu synergii jest profesjonalizm współpracujących z firmą zespołów – fachowców na rynku nieruchomości. Dzięki temu Horyzont Inwestycji chce zapewnić swoim klientom więcej możliwości inwestycyjnych.

Rynek nieruchomości, wbrew wszelkim zapowiedziom, nie doznał zapaści. Co więcej – inwestowanie w nieruchomości jest nadal jednym z najbardziej stabilnych źródeł dochodów. Skonsolidowanie działań Horyzont Inwestycji to bardzo dobra wiadomość dla inwestorów. Oznacza bowiem jeszcze lepszy dostęp do okazji inwestycyjnych i ich większy wachlarz. Co za tym idzie? – Możliwość inwestowania w produkty, do których inwestorzy mają przekonanie. Natomiast dla fliperów, sourcerów i agentów nieruchomości – szersze możliwości współpracy z inwestorami, co daje im dostęp do nieograniczonego wręcz kapitału – wyjaśnia Paweł Kuczera, prezes zarządu Horyzont Inwestycji.

Pionier na rynku inwestycji w nieruchomości

Podczas gdy większość firm skupia się na poszczególnych sektorach – np. flipy na rynku wtórnym lub flipy na rynku pierwotnym – Horyzont Inwestycji jeszcze przed skonsolidowaniem działań oferował swoim klientom niespotykany wachlarz możliwości inwestycyjnych. Przewaga nad jednoosobowymi działalnościami czy spółkami rodzinnymi wynika ze skumulowania wiedzy eksperckiej trzech liderów firmy. – Połączyliśmy możliwości oraz potencjał trzech ekspertów w jednym przedsiębiorstwie i postawiliśmy na rozwój istniejącej od kilku lat na rynku i docenianej przez Inwestorów marki Horyzont Inwestycji. Ten solidny fundament to gwarancja sukcesu finansowego dla naszych inwestorów oraz współpracujących z nami fliperów, sourcerów i pośredników – podkreśla Michał Chimko, członek Zarządu Horyzont Inwestycji.

Fachowe doradztwo i atrakcyjne produkty inwestycyjne

Tych, którzy inwestują w nieruchomości, stale przybywa. Świadczy o tym m.in. zwiększająca się liczba osób, które chcą pomnażać kapitał na rynku nieruchomości z Horyzontem Inwestycji. Z drugiej strony rośnie liczba fliperów, sourcerów i pośredników, dostarczających okazje i szukających finansowania. Konsolidacja działań zwiększy atrakcyjność Horyzontu Inwestycji jako partnera biznesowego – zarówno dla Inwestorów jak i dla fliperów. – Inwestorzy współpracujący z Horyzontem Inwestycji zyskują przede wszystkim fachowe doradztwo i atrakcyjne, sprawdzone przez nas pod każdym względem, produkty inwestycyjne, zawsze skrojone na miarę potrzeb i możliwości klienta. Dodatkowo inwestorom z mniej zasobnym portfelem dajemy możliwość inwestowania w grupie, z kilkoma inwestorami jednocześnie – wyjaśnia Marcin Kuryło, ekspert i mentor w Horyzont Inwestycji. Inwestorzy z pewnością mogą liczyć na fachowe doradztwo – firma współpracuje z rzeszą ekspertów z rynku nieruchomości. Wsparcie fachowców plus ciekawe oferty, w tym flipy na rynku wtórnym i pierwotnym, a także flipy na gruntach i inwestycje deweloperskie, to gwarancja udanych transakcji.

Oferta skrojona na miarę i jeszcze większe zyski

Dla klientów firmy Horyzont Inwestycji pierwszym i najważniejszym atutem konsolidacji będzie zwiększenie liczby okazji inwestycyjnych. Po drugie docenią także zróżnicowanie oferty inwestycyjnej w oparciu o rynek nieruchomości. Jednak co najważniejsze dla inwestorów – konsolidacja działań firmy oznacza dla nich większe zyski. Inwestorzy będą korzystać i więcej zarabiać na tym, że ich pieniądze będą pracować „na okrągło”. Gdy zakończy się jeden flip, w krótkim czasie pieniądze zaczną zarabiać na kolejnym. Inwestować można na różne sposoby – od flipów na mieszkaniach, przez flipy na gruncie, po inwestycje deweloperskie czy remonty kamienic. Każdy inwestor oczekuje innego produktu. Takiego, który gwarantuje oczekiwaną stopę zwrotu w określonym czasie. Horyzont Inwestycji oferuje swoim klientom ogromny wachlarz źródeł okazji inwestycyjnych. Najlepiej przekonać się o tym osobiście.

Polski gamedev, czyli sukces mimo zarazy

Branża gier video jest jednym z tych sektorów rynku, które miały okazję zyskać na pandemii koronawirusa. Siedzenie w domu i mniejsze wydatki na podróże sprawiły, że więcej czasu spędzamy przed ekranem i więcej wydajemy na nowe gry. Dlatego większość spółek gamingowych zyskało na obecnej sytuacji epidemicznej. Pojawili się jednak gracze, którym nie udało się wykorzystać pandemii dla zwiększenia zysku.

– Spółka Ten Square Games, producent gier free to play, bardzo istotnie zwiększyła wydatki marketingowe. Dlatego niesamowicie skorzystała na pandemii koronawirusa. Z drugiej strony wiele innych spółek z branży free to play wystraszyło się i ograniczyło marketing. Nie zanotowały więc one aż tak istotnej korzyści – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bebel, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Pandemia to jednak tylko jeden z czynników, który wpłynął na sukces firm gamingowych w ubiegłym roku. Jest to strukturalnie rosnący rynek, który bardzo dynamicznie się rozwija. Jedną z ciekawszych wiadomości z tego sektora jest ogłoszenie Amazona, który chce wejść na rynek gamingu. Mam nadzieję, że zrobi to przez przejęcie istniejącej firmy i mam nadzieję, że będzie to jedna z polskich spółek – trzyma kciuki Bebel.

Decyzja Sądu Najwyższego ws. frankowiczów zachwieje systemem bankowym i może doprowadzić do słabości złotego

25 marca Izba Cywilna Sądu Najwyższego rozstrzygnie zagadnienia prawne związane z kredytami frankowymi. Straty dla banków mogą być bardzo duże. Ta decyzja może osłabić złotego, jeżeli nie dojdzie do interwencji NBP.

Rozstrzygnięcie będzie miało rangę uchwały. Uzyska moc zasady prawnej. Będzie wiążące dla wszystkich składów orzekających Sądu Najwyższego, a siłą autorytetu dla wszystkich sądów w Polsce.

Jeżeli decyzja będzie pomyślna dla kredytobiorców, to sektor bankowy musi się szykować na liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty. PKO BP jako największy bank w Polsce szacuje, że negatywny wpływ przewalutowania na jego kapitały własne to 6,1-6,7 mld zł.

Kurs euro pozostaje ostatnio na poziomie zbliżonym do 4,50 zł. Jest to kurs do którego dążył NBP, interweniując na rynku walutowym (po raz pierwszy w grudniu), czym zaskoczył wielu ekonomistów, wywołując liczne komentarze, często negatywne. O ile dalsze cięcie stóp procentowych jest już mało prawdopodobne, to pozostaje pytanie czy NBP zareaguje na osłabienie złotego wywołane decyzjami Sądu Najwyższego.

– Decyzja Sądu Najwyższego teoretycznie może doprowadzić do ogromnej słabości złotego, jeżeli decyzja ta będzie skrajnie korzystna dla frankowiczów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB. – Osłabienie złotego mogłoby przekroczyć nawet 10 groszy.

Osłabienie złotego byłoby spowodowane tym, że banki zaangażowane w mieszkaniowe kredyty walutowe będą wymieniać złotego na inne waluty, zwłaszcza na franka szwajcarskiego. Na rynku pojawiłoby się wówczas więcej polskiej waluty.

NBP może wówczas stabilizować kurs złotego, ściągając polską walutę z rynku, a ma ku temu wystarczająco duże rezerwy.

Rezerwy walutowe NBP oceniane są obecnie na równowartość 160 mld dolarów, są wyższe o 40 mld zł w porównaniu do stycznia 2020 roku.

– Biorąc pod uwagę różne czynniki nie spodziewam się, aby decyzja SN osłabiła polską walutę bardziej niż o 2-3 grosze – wyjaśnia ekspert XTB.

Druga fala pandemii nie zatrzymała wzrostu cen mieszkań w Warszawie

Okres od października do grudnia ubiegłego roku to czas panowania drugiej fali pandemii, która z impetem uderzyła w polską gospodarkę. Jej wpływ na ceny nowych mieszkań był jednak mniejszy niż sądzili niektórzy eksperci. W Warszawie po cenowej stagnacji odnotowanej w trzecim kwartale, mieszkania deweloperskie znów zaczęły drożeć.

Z raportu „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – IVQ 2020”, przedstawionego przez analityków portalu RynekPierwotny.pl wynika, że na przełomie 2020 i 2021 roku w stolicy można było znaleźć 337 projektów mieszkaniowych.  Do wyboru kupujących, w osiemnastu stołecznych dzielnicach było ok. 17 tysięcy mieszkań, czyli o 1% mniej niż w trzecim kwartale ubiegłego roku. „Największy wpływ na kwartalną zmianę podaży w stolicy miała sytuacja dotycząca Białołęki. W tej północnej części miasta odnotowano bowiem aż trzynastoprocentowy spadek liczby dostępnych „M” przez 3 miesiące” – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.Mapa nowych mieszkań

Mimo tej zmiany, Białołęka cały czas cechowała się największym wyborem mieszkań. Na koniec poprzedniego kwartału do dyspozycji klientów rynku deweloperskiego było tam ponad 2700 lokali. Na drugim miejscu znalazł się Mokotów z ofertą prawie 2400 mieszkań, a na ostatnim stopniu podium uplasowała się Praga-Południe, w której podaż kwartalnie wzrosła o 6% i wyniosła ok. 1900 lokali.

Gdzie w stolicy sprzedało się najwięcej mieszkań?

W drugiej połowie ubiegłego roku, zniknęło ze stołecznego rynku nieruchomości prawie 8800 mieszkań. W ich miejsce pojawiło się nieco ponad 7300 lokali. Ta nierównowaga oprócz skali inwestycji mniejszej niż w czasach boomu, dodatkowo pogłębiała spadek podaży. Ciekawostką może być fakt, że pomimo drugiej fali pandemii, w IV kwartale sprzedaż stołecznych mieszkań wzrosła o 3% względem poprzednich trzech miesięcy.

Według raportu RynekPierwotny.pl, najwięcej mieszkań przez pół roku sprzedano na Białołęce, na Mokotowie, w Woli oraz na Pradze-Południe. Z wyjątkiem Woli były to również lokalizacje, gdzie w analizowanym okresie (III kw. i IV kw. 2020 r.) wprowadzono na rynek najwięcej lokali mieszkalnych.

Warszawskie nowe mieszkania drożeją

Podczas gdy w trzecim kwartale 2020 roku wzrost średniej ceny za metr kwadratowy okazał się symboliczny (0,2%), to już w ciągu kolejnych trzech miesięcy wyniósł on 1,3%. Było to spowodowane między innymi wyprzedażą lokali w „tańszych” dzielnicach. Tym samym, średnia cena ofertowa nowego metrażu w stolicy wzrosła do 10 495 zł/mkw. W ujęciu rocznym (IV kw. 2019 r. – IV kw. 2020 r.), dodatnia zmiana wyniosła natomiast około 7,5%.Średnia cena mkw w Warszawie – mapa

Najbardziej podrożały nowe mieszkania w takich częściach miasta jak Wesoła, Ursynów oraz Bemowo (wszędzie +3,5% względem III kw. 2020 r.), a także Żoliborz i Ursus (po +3,4%). Największe kwartalne spadki cen zaliczyły z kolei lokale w droższych dzielnicach: Śródmieściu (-5,9%) i Pradze-Północ (-10,4%), co było wynikiem wprowadzenia na rynek przez deweloperów nieco „tańszych” inwestycji. W pozostałych dzielnicach Warszawy, zmiany średnich cen ofertowych za 1 mkw. zwykle okazały się dużo mniejsze.Zmiana średniej ceny nowych mieszkań

Pod koniec ubiegłego roku, „najdroższą” dzielnicą nadal było Śródmieście, w którym średnio metr kwadratowy nowego mieszkania wyceniono na 16 616 zł. Niewiele mniej kosztowały lokale na Ochocie (średnio: 14 299 zł/mkw.) oraz Woli (13 926 zł/mkw.). Osoby posiadające znacznie mniejszy budżet na własne „M”, powinny zainteresować się projektami deweloperskimi powstającymi po prawej stronie Wisły – na terenie dzielnic Wesoła, Białołęka, Rembertów oraz Wawer. W nich średnia cena ofertowa nie przekracza bowiem 8000 zł/mkw.Średnia cena i metraż

Więcej informacji w raporcie portalu RynekPierwotny.pl –  „Rynek mieszkaniowy w Warszawie – IV kw. 2020”.

Optymizm na rynkach

Pandemia wciąż trwa, co nie przeszkadza analitykom widzieć lepszej perspektywy w przyszłości. Widać to również w odczytach opartych o badania ankietowe menedżerów, które po raz kolejny wskazują na pozytywny rozwój sytuacji.

Lepsze dane z Niemiec

Dzisiaj od rana poznaliśmy dane z Niemiec. Indeks Instytutu IFO wyniósł 92,4 pkt wobec oczekiwanych 90,5 pkt. Lepsze od oczekiwań dane to kolejny sygnał pchający w górę euro względem dolara. Jeżeli tendencja ta się utrzyma to możemy być świadkami kolejnych umocnień się euro względem dolara. Dobre dane z głównej gospodarki strefy euro mocno ciągną w górę wyniki wspólnej waluty.

Chiny nie zmieniają stóp procentowych

W weekend poznaliśmy decyzję Banku Chin w sprawie stóp procentowych. Pozostały one na poziomie 3,85%. Znajdują się na nim od kwietnia 2020, kiedy to podobnie jak w innych państwach doszło do obniżki stóp procentowych. Obniżki w Chinach były jednak znacznie mniejsze niż w krajach zachodu. Chiny cięły stopy o 0,5%, to wyraźnie mniej niż chociażby 1,4% w Polsce. Ciężko ocenić wpływ tej decyzji na rynek walutowy. „Ciężko ocenić”, gdyż miała miejsce w weekend, kiedy rynki nie działały.

Lepsze dane z USA

W piątek poznaliśmy dane z indeksów PMI w USA. Odczyt dla przemysłu zgodnie z oczekiwaniami analityków wyniósł 58,5 pkt. Z kolei odczyt dla usług wyniósł 58,9 pkt, co stanowi wynik o 1,3 pkt lepszy od oczekiwań. Rynki zareagowały na to pozytywnie. Po słabym tygodniu dla dolara domknięcie tygodnia lepszymi danymi spowodowało chociaż delikatne odbicie na korzyść amerykańskiej waluty przed weekendem.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Zbliża się termin wysłania pracownikom PIT-11. Podpisaną elektronicznie deklarację pracodawca może wysłać mailem

Do końca lutego pracodawcy mają obowiązek przesłania pracownikom rozliczenia PIT-11. Istniejące przepisy dopuszczają możliwość przekazania deklaracji w formie elektronicznej. Plik, udostępniany w formacie PDF, powinien jednak zostać opatrzony elektronicznym podpisem kwalifikowanym, który z mocy prawa jest równoważny podpisowi własnoręcznemu.

Początek roku kalendarzowego, szczególnie z perspektywy pracodawców i pracowników księgowości, to okres kojarzony z przygotowywaniem deklaracji podatkowych do urzędów skarbowych. Wiąże się także z obowiązkiem dostarczenia dokumentów podatkowych do pracowników. Jak co roku, termin przewidziany na przekazanie pracownikom formularzy PIT-11 upływa wraz z końcem lutego.

Warto pamiętać, że pracodawca jest zobligowany do posiadania potwierdzenia przesłania informacji, zarówno do urzędu, jak i do pracownika. W czasie gdy wiele firm pracuje zdalnie, a osoby w nich zatrudnione mogą wykonywać swoje obowiązki z różnych miejsc, skuteczne doręczenie takiej dokumentacji w sposób tradycyjny może być utrudnione. Co więcej, nawet w standardowych warunkach wysyłanie wydruków dokumentów pocztą przysparzało problemów, np. kiedy pracownik zmieniał adres zamieszkania. Zgodnie z przepisami, wymagane dokumenty można przekazać także z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej, w tym za pomocą maila[1]. Konieczne jest jednak, aby taki dokument został przesłany w nieedytowalnej postaci (np. w pliku PDF) oraz został podpisany kwalifikowanym podpisem elektronicznym[2]. Dlatego – w poszukiwaniu wygodniejszych rozwiązań – coraz częściej firmy wybierają zdalne środki komunikacji i stawiają na podpis elektroniczny.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny, weryfikowany przy użyciu kwalifikowanego certyfikatu, jest równoważny podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem. Dane zawarte w certyfikacie pozwalają m.in. na jednoznaczne ustalenie, kto w imieniu pracodawcy podpisał dany dokument – mówi Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny z KIR. – Należy pamiętać, że pracodawca powinien posiadać w swoim systemie dowód przekazania PIT-11 drogą elektroniczną. Warto też zwrócić uwagę na dodatkowe zabezpieczenie przekazywanych danych, aby zapewnić, że tylko osoba, dla której przygotowany został PIT będzie miała do niego dostęp – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Deklaracje podatkowe to nie jedyny sposób wykorzystania kwalifikowanego podpisu elektronicznego w firmach. E-podpis umożliwia również zdalny, bezpieczny obrót dokumentami, co jest kluczowe przy obecnym trybie pracy. Za pomocą usługi kwalifikowanego podpisu elektronicznego Szafir, a także jego w pełni zwirtualizowanej, mobilnej wersji – mSzafir, możliwe jest wysyłanie deklaracji do ZUS, składanie sprawozdań finansowych czy zarządzanie dokumentacją pracowniczą.

– Dostępne na rynku rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu także znajdują swoje zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym może być wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd ma prawo nie przyjąć tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy, który powinien taki sposób autoryzacji zaakceptować przed przyjęciem dokumentu podpisanego podpisem niekwalifikowanym. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania elektronicznego kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego – wyjaśnia Elżbieta Włodarczyk.

[1] https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/pisma-urzedowe/ippb4-415-791-11-3-mp-mozliwosc-przekazania-przez-184672531

[2] Patrz. Przykł. https://sip.lex.pl/orzeczenia-i-pisma-urzedowe/orzeczenia-sadow/i-sa-kr-537-18-wyrok-wojewodzkiego-sadu-522690419

Popularność sklepów typu pop-up rośnie

Element zaskoczenia, urozmaicenie oferty handlowej oraz szansa na przyciągnięcie nowej grupy klientów – to główne korzyści płynące z otwarcia sklepów typu pop-up, które coraz częściej dostrzegają właściciele i najemcy lokalizacji handlowych na całym świecie. Zainteresowanie tym formatem urosło na fali COVID-19. Pandemia przewartościowała tradycyjne modele sprzedaży i jeszcze bardziej zwiększyła oczekiwania zakupowe klientów. Na te zmiany zareagowało już wiele globalnych marek, jak Gucci, czy Prada. Czy ten trend dotrze również do Polski?

Pop-up store, czyli sklep, który działa przez krótki czas, nie jest nowym trendem na globalnych rynkach handlowych. Jeden z pierwszych tego typu konceptów powstał w 1997 roku, a był nim The Ritual Fashion and Music Expo w Los Angeles. Również w Polsce wielu klientów korzystało już z oferty takich tymczasowych lokalizacji handlowych, jednak trwająca od blisko roku pandemia może ich popularność dodatkowo zwiększyć.
Fakt, że sklepy rotacyjne są dostępne w bardzo ograniczonym terminie, wzbogaca i urozmaica ofertę, co może przełożyć się na wzrost klientów i przyciągnięcie do danej lokalizacji nowej grupy konsumentów. Dlatego spodziewamy się, że liczba sklepów typu pop-up w Polsce będzie zyskiwała na popularności, na miarę indywidualnych potrzeb właścicieli galerii handlowych, tłumaczy Mariusz Czerwiak, Dyrektor w Dziale Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.

Pop-up przynosi korzyść właścicielom i najemcom

Globalna pandemia negatywnie odbiła się na rynku handlowym na całym świecie – to zdanie od niemal roku jest powtarzane jak mantra, a eksperci wskazują na konieczność dywersyfikacji kanałów sprzedaży i poszukiwania nowych kanałów dotarcia do klientów. Jest to szczególnie ważne wobec rosnącego wskaźnika pustostanów w centrach handlowych. Jak wynika z danych JLL, poziom powierzchni niewynajętej w Polsce urósł z 4,4% w głównych aglomeracjach kraju na koniec 2019 do 5,3% w sierpniu 2020 roku. W takiej sytuacji krótkoterminowe umowy podpisywane z najemcami otwierającymi pop-up mogą być dobrym rozwiązaniem na poradzenie sobie z turbulencjami na rynku. Jednak zdaniem Mariusza Czerwiaka, korzyści, jakie daje taki tymczasowy sklep są dużo większe.

Nie powinniśmy traktować pop-upów wyłącznie w kategorii koła ratunkowego w sytuacji przejściowych trudności z komercjalizacją danego centrum. To dość krzywdzące podejście do tego formatu zakupowego, który daje szerokie pole do testowania nowych produktów, kreatywności oraz innowacyjności dużego spektrum marek funkcjonujących na rynku, tłumaczy Mariusz Czerwiak.

Natomiast tymczasowy charakter takiego sklepu oznacza, że umowa jest podpisywana na znacznie krótszy czas, na warunkach typowych dla umów krótkoterminowych.

W przypadku sklepów typu pop-up kontrakty są najczęściej zawierane na kilka tygodni lub miesięcy. Ta grupa najemców zazwyczaj decyduje się zająć niewielki lokal, rzadko przekraczający kilkaset metrów kwadratowych i który nie wymaga dodatkowych prac aranżacyjnych. Wysokość czynszu jest ustalana indywidualnie i zwykle jest ona niższa niż w przypadku umów długoterminowych, dodaje Mariusz Czerwiak.

Takie warunki przekładają się na znaczące oszczędności, z których mogą skorzystać zarówno początkujące, jak i uznane marki. Najemca może w ten sposób przetestować nowe pomysły, upewnić się, że jego model biznesowy odniesie sukces, wprowadzić na rynek nowy produkt lub wypróbować nową lokalizację.

Niejednokrotnie zdarza się, że pop-up ma bardzo dobre perspektywy na to, aby funkcjonować jako tradycyjny sklep. W takiej sytuacji najemca często ma pierwszeństwo w negocjacjach z właścicielem, których przedmiotem jest przedłużenie kontraktu na okres kilku lat, dodaje Mariusz Czerwiak.

Od influencerów po marki luksusowe

Wachlarz marek i branż, które otwierają pop-upy jest dość szeroki. Zwykle jednak na ten rodzaj sprzedaży decydują się marki modowe.

Najemca otwierający pop-up stara się unikać kosztownych, czasochłonnych prac aranżacyjnych i celuje w przestrzenie, które są już gotowe. Sklep odzieżowy może wprowadzić się do takiego lokalu w ciągu kilku dni. Podobnie sytuacja ma się w przypadku marek oferujących akcesoria czy obuwie, mówi Mariusz Czerwiak.

Stosunkowo niskie koszty, które generuje pop-up, są powodem, dla którego w ten typ sprzedaży mogą też wchodzić mniejsze i nieznane na rynku marki. Pandemia podkreśliła konieczność wspierania lokalnych sprzedawców, projektantów i przedsiębiorców, którzy popularność zdobywają między innymi dzięki mediom społecznościowym. Elastyczne warunki najmu, jakie można wynegocjować w rozmowach z właścicielami centrów handlowych, to możliwość spróbowania swoich sił w tradycyjnym kanale sprzedaży.

Najlepszym potwierdzeniem korzyści, jakie daje pop-up, jest fakt, że w ten format inwestują również marki luksusowe. Na początku lutego otwarcie takiego sklepu w Hong Kongu ogłosiła Prada, a styczniu tego roku poznaliśmy szczegóły wyczekiwanej przez rynek kolekcji kapsułowej Gucci i North Face. Efekty kolaboracji obu marek można było oglądać do 14 lutego w wybranych lokalizacjach w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie. Część tymczasowych sklepów otworzono również w istniejących salonach Gucci w formule „sklep w sklepie”. To dość nowy na rynku format, który jest szansą między innymi na zwiększenie przepływu klientów. Recenzje współpracy Gucci i North Face są bardzo entuzjastyczne, a niektóre media piszą nawet, że ich pop-up wyciągnął kupujących z powrotem na ulice, podsumowuje Mariusz Czerwiak.

Rząd zapowiada uproszczenie procedury zatrudniania cudzoziemców

Wydłużenie czasu zatrudnienia cudzoziemców w Polsce bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę, wprowadzenie nowego typu dokumentu pozwalającego na uproszczony dostęp obcokrajowców do polskiego rynku pracy na okres nawet do trzech lat, przyspieszenie wszystkich postępowań legalizacyjnych oraz wyeliminowanie nadużyć w kwestii zatrudniania obcokrajowców – to propozycje rządu, o których w wywiadzie dla Dziennika Gazety Prawnej, poinformowała wiceminister rozwoju, pracy i technologii Iwona Michałek.

Według Iwony Michałek, planowane zmiany pozwolą uprościć obecną procedurę związaną z zatrudnianiem imigrantów. Ponadto rząd chce, aby wszystkie niezbędne formalności można było uregulować w jednym urzędzie, co nie tylko zmniejszyłoby liczbę wymaganych dokumentów, ale również pozwoliłoby znacząco przyśpieszyć ten proces.

Zdaniem ekspertów rynku pracy, zapowiedź rządu to bardzo optymistyczna informacja dla pracodawców w Polsce, ponieważ polskie firmy potrzebują pracowników, którzy zatrzymają się u nich na dłużej.

Obecne procedury zatrudniania cudzoziemców w Polsce są proste jedynie na pierwszym etapie. Natomiast, jeśli chodzi o przedłużanie dokumentów pobytowych oraz umożliwiających zatrudnienie obcokrajowców, którzy już rozpoczęli pracę w Polsce, pracodawcy napotykają szereg trudności” – komentuje zapowiadane propozycje zmian Michał Wierzchowski, dyrektor sprzedaży agencji pracy EWL Group.

Zdaniem eksperta, dużym problemem polskich firm jest rotacja personelu.

Często proces wdrożenia nowego pracownika w takim zakładzie trwa 2-3 miesiące a czasem i pół roku. Niestety po tym okresie pracownik, na przykład z Ukrainy, często musi już wracać do swojego kraju albo starać się o wyrobienie karty pobytu, co z kolei wiąże się z długim okresem oczekiwania” – podkreśla przedstawiciel agencji pracy.

Według Michała Wierzchowskiego zapowiedź rządu dotycząca wprowadzenia w Polsce jednolitego uproszczonego rozwiązania, umożliwiającego cudzoziemcom pobyt i pracę w Polsce nawet do 3 lat bez konieczności ubiegania się o zezwolenie, jest bardzo dobrym sygnałem dla polskiego biznesu.

Umożliwiłoby to zmniejszenie rotacji pracowników, a także obniżyłoby koszty prowadzenia biznesu – przekonuje ekspert. – Cieszymy się, że postulaty polskich firm zostały wysłuchane, ponieważ zapotrzebowanie na kadrę zagraniczną w naszym kraju będzie nadal rosnąć i jest to proces nieunikniony, jeśli zależy nam na rozwoju polskiej gospodarki”.

Wiceminister rozwoju, pracy i technologii Iwona Michałek podkreśliła, iż zmiany, będące odpowiedzią rządu na apele pracodawców, zapowiadane są na początek 2022 roku. Dodała, że mimo pandemii, liczba pracowników zagranicznych w naszym kraju średnio rocznie utrzymuje się na poziomie ok.1 mln osób.

Kto i na jakich warunkach może skorzystać z rządowego wsparcia

W ramach wsparcia dla biznesu zmagającego się z trudnościami na skutek pandemii i lockdownu rząd przygotował szereg form wsparcia. Nie wszyscy przedsiębiorcy są jednak biegli w zmieniających się dynamicznie przepisach i warunkach uzyskania pomocy. Odpowiedzią na drugą falę pandemii jest tarcza finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, oraz tzw. tarcza branżowa, z której firmy zostaną zwolnione z płacenia ZUS za grudzień i styczeń oraz będą miały możliwość skorzystać ponownie ze świadczenia postojowego.

Anna Białek, ekspert Fundacji Centurion, która pomaga przedsiębiorcom w przeprowadzeniu restrukturyzacji oraz rozwiązaniu problemów wywołanych kryzysem gospodarczym wyjaśnia zawiłości programów rządowego wsparcia.

Przedsiębiorcy, którzy chcieliby uzyskać pomoc finansową mają do wyboru pomoc w kilku różnych kryjących się pod wspólną nazwą tarcza antykryzysowa. Składa się ona z pięciu filarów takich jak bezpieczeństwo pracowników, finansowanie przedsiębiorstw, ochrona zdrowia, wzmocnienie systemu finansowego oraz piąty, którym jest program inwestycji publicznych. Wszystkie te działania, przebiegające równolegle, razem mają na celu zapobieganie negatywnym skutkom ekonomicznym pandemii.

Dodatkową formą wsparcia jest tarcza finansowa PFR dedykowana mikrofirmom oraz małym, średnim i dużym przedsiębiorcom. W rozumieniu PFR mikrofirma zatrudnia do 9 pracowników, bez samozatrudnionych. Jeśli chodzi o małe i średnie przedsiębiorstwa, to są to podmioty zatrudniające do 249 pracowników, a duże firmy to pułap zatrudnienia powyżej 249 pracowników. PFR na wsparcie przedsiębiorców przeznaczył 100 mld złotych. Program ma na celu ochronę miejsc pracy, utrzymanie płynności finansowej i rozwój już po zakończeniu kryzysu.

PFR oferuje wiele opcji wsparcia, natomiast dla przedsiębiorców odstraszająca może być procedura składania wniosków oraz liczne obostrzenia i ograniczenia, jeśli chodzi o podmioty, które mogą aplikować o subwencje. Niewiele pozostało również czasu na składanie wniosków. Nabór trwa od 15 stycznia do 28 lutego, a procedura odwoławcza do PFR 2.0 od 1 lutego do 31 marca. Dodatkowo w ramach rozszerzania pomocy powstała tzw. tarcza branżowa i zostanie ona także poszerzona o kod PKD 55.20.Z. związany z turystyką, jak zapowiedziała z kolei wiceminister rozwoju, pracy i technologii Olga Semeniuk.

Należy też pamiętać o ulgach podatkowych w rozliczeniach PIT a także, że od 1 lutego 2021 r. przedsiębiorcy z określonych branż będą mogli skorzystać z ponownego świadczenia postojowego oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek za styczeń 2021 r. albo za grudzień 2020 r. i styczeń 2021 r. Wnioski można złożyć tylko elektronicznie – przez Platformę Usług Elektronicznych (PUE) ZUS. Ponowne świadczenie postojowe przysługuje osobom prowadzącym działalność gospodarczą na podstawie przepisów Prawa przedsiębiorców, których rodzaj przeważającej działalności, na dzień 30 listopada 2020 r., oznaczony jest kodem PKD wymienionym w tzw. Tarczy antykryzysowej 7.0.

Warunkiem skorzystania z benefitów PFR jest wpis do CEIDG lub KRS, a przed składaniem wniosków warto również sprawdzić, czy kod PKD prowadzonej przez nas działalności znajduje się na liście upoważnionych do pomocy PFR. Tarcza finansowa umożliwia również zwolnienie z opłacania składek lub umorzenie zaległości podatkowych. Możliwości wsparcia jest bardzo wiele, ponad 60, więc każdy przedsiębiorca na pewno znajdzie dla siebie rozwiązanie.

Niestety, wielu przedsiębiorców nie jest w stanie spełnić wszystkich warunków ze względów formalnych lub przerasta ich biurokracja. Niejasność i niespójność przepisów sprawia, że wielu z nich zmuszonych jest oddać subwencje przez kruczki prawne, których nie dostrzegli na etapie wypełniania wniosków. W wielu przypadkach zobligowani do zwrotu środków mogą być również ci przedsiębiorcy, którzy pomimo zakazów zdecydowali się na otwarcie swoich firm. Właściciele biznesów są z kolei, jak nas poinformowano, niezadowoleni z wysokości przyznanego wsparcia, które np. na dofinansowanie pensji łącznie nie może przekroczyć 144 tys., czy w przypadku pożyczek 5 tysiecy PLN, ale także z powodu wymogów, które bardzo ciężko jest spełnić, podczas gdy w innych krajach pomoc jest bezwarunkowa.

Przed podjęciem decyzji o jaką pomoc jako przedsiębiorca będziemy wnioskować, warto przemyśleć to, jak nasz biznes będzie wyglądał w perspektywie kolejnych lat. Musimy pamiętać, że nawet po zakończeniu pandemii i powolnym wychodzeniu z kryzysu rzeczywistość będzie inna niż w latach poprzednich. Czasem lepszą opcją będzie zmiana profilu biznesu czy gruntowna restrukturyzacja, a w skrajnych przepadkach zamkniecie firmy i rozpoczęcie nowej działalności. Środowisko biznesowe powinno zrozumieć, że upadłość i procesy restrukturyzacyjne to nie jest nic osobistego. Nie powinno się takich procesów kwalifikować do porażek czy sukcesów. Są one naturalne i trzeba korzystać ze wszelkich dostępnych narzędzi pomocowych, aby ograniczyć ich skutki dla właścicieli, zarządów, akcjonariuszy i pracowników. Z naszych doświadczeń wiemy, że jest wiele firm, które poradziły sobie bardzo dobrze. Przeprowadziły firmę przez proces likwidacji czy upadłości, zrestrukturyzowały przedsiębiorstwo, a teraz patrzą z dużo większym optymizmem w przyszłość. Wiemy, że to niezwykle trudne, ale możliwe, a czasem nawet nieuniknione. Trzeba wykonać pierwsze kroki, a najlepiej zgłosić się do odpowiednich specjalistów korzystając z dostępnej pomocy oraz poznać możliwe scenariusze zarządzania ryzykiem w swoim biznesie.

4 na 10 firm transportowych może zbankrutować za 3 miesiące – branży brakuje popytu i zalega z płatnościami

Jeszcze w normalnych czasach firmy z branży TSL zmagały się z terminowym regulowaniem zobowiązań i rosnącymi kosztami działalności. Kryzys ekonomiczny i obostrzenia związane z pandemią sprawiły, że 4 na 10 przedsiębiorców obawia się, że ich płynność finansowa nie wystarczy na dłużej niż 3 miesiące.[1] Przewoźnicy mają również utrudniony dostęp do wsparcia od państwa, ponieważ część z nich nie kwalifikuje się do udziału w tarczy antykryzysowej.

Firmy gastronomiczne, hotele czy handel zdominowały w ostatnich tygodniach dyskusję o wpływie pandemii i obostrzeń z nią związanych na gospodarkę. W tym czasie branża transportowa pozostaje w cieniu, mimo że również odnotowuje spore straty ekonomiczne. Problemy z zaległościami w rozliczeniach z kontrahentami i bankami towarzyszyły firmom z sektora TSL od lat. Pandemia dodatkowo pogłębiła kłopoty z ich płynnością finansową. Wstrzymanie dostaw do sklepów w galeriach handlowych czy ograniczenia w przemieszczaniu się ludzi to tylko dwa czynniki, które spowodowały, że branża transportowa odnotowała czwarty co do wysokości wzrost zaległości na rynku. Po pół roku od pierwszego lockdownu 9,1 proc. firm z tego sektora miało problemy z przeterminowanymi zobowiązaniami – najwięcej wśród największych sektorów gospodarki budujących polskie PKB.[2]

Wielu konsumentów na co dzień nie zauważa, jak duży wpływ ma niepewna i dynamicznie zmieniająca się sytuacja gospodarcza w kraju oraz w Europie na przedsiębiorstwa transportowe. W styczniu br. blisko 13 proc. firm sektora TSL spodziewało się nadejścia lub pogłębienia problemów z zatorami płatniczymi, w tym takich, które mogą zagrażać ich stabilności.[3] – komentuje Jan Enno Einfeld, dyrektor zarządzający Finiata Group. – Wiele przedsiębiorców zgłasza problemy z pokryciem kosztów stałych oraz wynagrodzeń pracowników, ponieważ bieżące obroty są niewystarczające. Obecnie aż 43 proc. firm ocenia, że ich płynność finansowa nie wystarczy na dłużej niż 3 miesiące.[4]

Transport w kryzysie FiniataFirmy autobusowe od blisko roku znajdują się w najtrudniejszej sytuacji – w okresie od marca do czerwca 2020 branża została z dnia na dzień zablokowana przez rządowe rozporządzenia. W czasie wakacji oraz ferii zimowych Polacy zrezygnowali z długodystansowych podróży wycieczkowych, a uczniowie i studenci (dojeżdżający do szkół z małych miast i wsi) od kilku miesięcy uczą się zdalnie. Sytuacji branży nie poprawiła tzw. Tarcza 5.0, ponieważ wyeliminowano z niej przewoźników, którzy jako dominującą działalność w PKD posiadają inny kod niż 49.39.Z – „Pozostały transport lądowy pasażerski, gdzie indziej niesklasyfikowany”. Oznacza to, że pominięto w niej m.in. przedsiębiorców zapewniających transport miejski i podmiejski.

Mniejszy popyt i mniej inwestycji

Przełom roku dla branży transportowej był często szansą na nadrobienie strat. Niestety, w grudniu z powodu ogłoszenia narodowej kwarantanny i ograniczeniu przemieszczania się ludzi w okresie świątecznym popyt na usługi transportowe znacznie spadł. Co czwarta firma (28 proc.) zanotowała uszczuplenie portfela zamówień w grudniu o ponad 10 proc. w porównaniu z listopadem. Przedsiębiorcy pesymistycznie oceniają bieżący popyt oraz sprzedaż także w nowym roku.

– Niepokoi nas fakt, że wraz ze spadkiem popytu branża transportowa zwolniła tempo rozwoju. Potwierdzają to dane o stanie inwestycji – 58 proc. przedsiębiorców nie podjęło się żadnych wydatków inwestycyjnych w IV kwartale 2020 r. To o 9 proc. więcej niż przedsiębiorstwa handlowe, których część musiała dwukrotnie zamykać swoje placówki w tym okresie.[5] Inwestycje w transporcie są jednak nie zbędne, jeśli branża ma nadążyć za unijnymi wymogami w redukcji emisji CO2. – dodaje Jan Enno Einfeld, Finiata Group – Pamiętajmy także, że poza inwestycjami transport to przeważnie pojazdy, które wymagają serwisów, ubezpieczeń, napraw, a gdy stoją to nie zarabiają. Firmy też mają szereg zobowiązań, takie jak umowy leasingowe czy kredyty, których nikt im nie umorzy, ani do nich nie dopłaci.

Banki odmawiają kredytów

W całym 2020 roku 7 proc. ogółu postepowań upadłościowych dotyczyło przedsiębiorstw transportowych.[6] Nie dziwi więc fakt, że przedsiębiorcy szukają dodatkowych środków, które pomogą im przetrwać kolejne miesiące. Nieterminowi kontrahenci, coraz wyższe koszty prowadzenia firmy oraz rosnące zadłużenie całej branży nie sprzyjają przedsiębiorcom w rozmowach z bankami. Co czwarty z nich (25 proc.) ocenia, że w ostatnich trzech miesiącach dostęp do finansowania zewnętrznego jest dla nich utrudniony.[7]

– Gdy funkcjonowanie firm transportowych jest mało stabilne nieplanowane wydatki mogą pojawić się w najmniej oczekiwanym momencie. Obecnie banki borykają się z napływem setek wniosków o pożyczki, których nie są w stanie obsłużyć wystarczająco szybko. Wśród naszych klientów już 12 proc. stanowi branża TSL – to pokazuje, że przedsiębiorcy potrzebują wsparcia, dlatego decydują się na wprowadzenie odnawialnej linii kapitałowej. Umożliwia ona dowolne wypłacanie środków na firmę przez 6 miesięcy. W ramach FlexKapitał cały proces wypłaty pieniędzy opiera się na jednym kliknięciu, po czym trafiają one na konto w ciągu 10 minut. – radzi Jan Enno Einfeld.

[1] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[2] Dane BIG InfoMonitor i BIK

[3] Dane GUS, Wpływ pandemii COVID-19 na koniunkturę gospodarczą, styczeń 2021

[4] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[5] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

[6] Dane z Monitora Sądowego i Gospodarczego za 2020 rok

[7] Dane PIE i BGK, Comiesięczny monitoring nastrojów polskich przedsiębiorstw, styczeń 2021

Blisko co czwarty pożyczający nie sprawdza, czy będzie w stanie spłacić zobowiązanie

Statystyczny Polak posiadający kredyt lub pożyczkę, uzyskane w ten sposób pieniądze przeznacza przeważnie na zakup sprzętu RTV/AGD bądź remont i wyposażenie mieszkania, pracuje zawodowo, a jego dochód nie przekracza 5 tys. zł – taki profil posiadającego zobowiązania finansowe Polaka wyłania się z badania Krajowego Rejestru Długów pt. „Jak pożyczają Polacy”. Większość pożyczających zaciąga takie zobowiązania odpowiedzialnie, ale co czwarty czasami sprawdza, czy będzie w stanie je spłacić lub w ogóle tego nie robi.

Z badania Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA wynika, że ponad połowa Polaków (54 proc.) spłaca obecnie kredyty lub pożyczki. Najczęściej zaciągają jedno zobowiązanie rocznie i robią to przede wszystkim w bankach (83 proc.). Zwykle jest to kredyt gotówkowy (48 proc.) lub ratalny (37,8 proc.). 23,5 proc. posiada kartę kredytową.

Rysopis pożyczającego

Wśród pożyczających blisko połowę stanowią osoby w wieku 25-44 lat. Najmniej zobowiązań mają młode osoby (18-24 lata). Co piąta osoba z wykształceniem wyższym ma w swoich zobowiązaniach kredyt bądź pożyczkę. Znacznie częściej mają je jednak osoby z wykształceniem średnim (38,5 proc.) i zawodowym (37 proc.).

Większość spłacających pracuje zawodowo (63 proc.), a blisko co piąty utrzymuje się z emerytury lub renty. Bezrobotni bądź osoby niepracujące, ale zajmujące się domem, stanowią 12,2 proc. kredytobiorców. 3/4 osób posiadających kredyt bądź pożyczkę mieszka z partnerem, a połowa z dziećmi. Co ciekawe, więcej osób pożyczających pieniądze mieszka z rodzicami (17 proc.) niż żyje samotnie (9 proc.).

Osoby, które pożyczają pieniądze, najczęściej deklarują, że miesięczne dochody ich gospodarstwa domowego mieszczą się w przedziale 5-7,5 tys. zł netto (21 proc.). Widać jednak, że większość (58 proc.) stanowią osoby, których domowe wpływy nie przekraczają 5 tys. zł. W swoim badaniu KRD zapytał także o osobisty miesięczny dochód spłacających obecnie zobowiązanie. Ponad połowa (55,5 proc.) zadeklarowała, że jest to od 1,5 do 3 tys. zł. 22 proc. przyznaje, że ich indywidualne wynagrodzenie to mniej niż 1,5 tys. zł na rękę.

Blisko co trzeci Polak z kredytem pożyczone pieniądze przeznacza na zakup urządzeń AGD czy sprzętu RTV (35 proc.). Co trzeci wydaje je na remont mieszkania lub domu, bądź jego wyposażenie. Kolejnym wydatkiem finansowanym przez pożyczone pieniądze jest zakup auta (17 proc.), komputera lub smartfona (15 proc.). 13 proc. osób zaciąga nowe zobowiązanie, aby spłacić już zaciągnięte kredyty lub pożyczki.

To doraźne rozwiązanie i zarazem jeden z najczęstszych błędów popełnianych przez osoby, które mają problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Pokrywanie rat jednego kredytu drugim nierzadko wpędza je w spiralę zadłużenia. Dlatego wcześniej warto rozważyć inne możliwości, jak kredyt konsolidacyjny, scalający nasz dług w jedno zobowiązanie, czy dialog z instytucją, u której mamy dług. Bankom i firmom pożyczkowym zależy na odzyskaniu pożyczonych pieniędzy, więc są w stanie zaproponować różne możliwości wyjścia z sytuacji, np. przerwę w spłacie czy prolongatę umowy – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

Pożyczanie z głową

Problemy ze spłatą są często pochodną lekkomyślnego podejścia do zaciągania zobowiązań. W badaniu „Jak pożyczają Polacy” większość respondentów (77 proc.) przyznaje, że przed zaciągnięciem pożyczki lub kredytu zawsze oblicza, czy będzie w stanie je spłacić. Pozostaje jednak wciąż grupa osób, którym raz zdarza się to robić, a raz nie (14 proc.) i taki krok uzależniają od danej okoliczności. Do tego 9 proc. nigdy nie liczy i w ogóle nie zastanawia się nad tym, czy będzie w stanie zwrócić pieniądze.

Blisko co czwarty kredytobiorca przyznaje, że nie zastanawia się nad tym, czy będzie miał z czego spłacić kredyt. To dużo, ale tak naprawdę odsetek takich nierozważnych osób jest wyższy. Nie lubimy się przyznawać do takich zachowań, nawet w anonimowych badaniach. Oszacowanie własnych możliwości finansowych przed wzięciem na swoje barki kredytu bądź pożyczki jest bardzo ważne. Jednak to nie wystarczy w podejmowaniu decyzji. Możliwości finansowe mogą się bowiem w każdej chwili zmienić, o czym dobitnie przypomniała pandemia. Istotnym elementem jest więc przygotowanie się na ewentualność niespłacenia zaciągniętych zobowiązań. Z naszego badania wynika, że 66 proc. Polaków wie, jakie konsekwencje się z tym wiążą. 24 proc. przyznaje, że mniej więcej wie, co się stanie w takiej sytuacji, a co dziesiąta osoba zupełnie nie ma pojęcia, co będzie, kiedy przestanie spłacać zaciągnięte zobowiązanie – dodaje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów BIG SA.

Rynek pożyczek wciąż mało znany

W zaciąganiu zobowiązań bardzo przydaje się znajomość oferty i rynku. Większość Polaków jest świadoma, że lepiej nie zadłużać się w instytucjach, które oferują pożyczki bez sprawdzania zdolności kredytowej i weryfikowania klientów w Biurze Informacji Gospodarczej. Niechętnie do oferty takich podmiotów podchodzi aż 68 proc. rodaków. Co szósty Polak dopuszcza możliwość zaciągnięcia pożyczki w firmach, które reklamują się, że udzielają ich „bez sprawdzenia w KRD i w BIK”. Kolejne 15 proc. nie potrafi potwierdzić ani wykluczyć, czy zdecydowałoby się na takie działanie.

Zdecydowanie odradzam taki krok. Żaden bank ani żadna poważna firma pożyczkowa tak nie robi. To pchanie się w kłopoty. Taka pożyczka może się okazać bardzo droga – ostrzega Adam Łącki.

Ogólnopolskie badanie „Jak pożyczają Polacy” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie Krajowego Rejestru Długów w listopadzie 2020 r. na reprezentatywnej grupie 1007 osób, które mają pożyczki bądź kredyty.

2021: Dziś nie ma już „bezchmurowych” firm?

Jak wynika z opublikowanego właśnie opracowania Enterprise Strategy Group (ESG) „2021 Technology Spending Intentions Survey” już 94% przedsiębiorstw z całego świata wykorzystuje przynajmniej jedną aplikację bądź korzysta z minimum jednej usługi infrastrukturalnej funkcjonującej w środowisku chmury publicznej. Tak wysoki odsetek stwierdzonych przypadków implementacji cloud computingu pozwala stwierdzić, że w dzisiejszej rzeczywistości niemal nie występują już firmy zarządzające swoimi zasobami wyłącznie w modelu in-house, a więc jedynie „u siebie”.

Do niemal połowy wzrósł z kolei odsetek firm realizujących strategię „Cloud First”, a więc wdrażających i rozwijających wyłącznie chmurowe systemy i narzędzia IT. Jeszcze przed rokiem liczba ta wynosiła 38%. W odniesieniu do szerokiej, globalnej skali pandemia oraz jej następstwa doprowadziły do nieobserwowanego jak dotąd zjawiska wszechobecnego cloud computingu (Omnipresent Cloud) – pytanie, czy można odnieść je również do Polski?

Wyraźne kroki

Na tą chwilę, nie sposób powiedzieć by aż tak szeroka i niemal wszędzie widoczna adaptacja rozwiązań chmurowych – zarówno samego storage’u jak i aplikacji czy platform – występowała nad Wisłą, jednak poczyniliśmy na tym polu bardzo widoczne postępy. Jeszcze przed wybuchem pandemii, wykorzystanie cloud computingu – przynajmniej w zakresie przechowywania swoich danych w chmurze publicznej – deklarowało dokładnie co trzecie (33%) polskie średnie oraz duże (pow. 250 pracowników) przedsiębiorstwo. To jeden z wniosków z badania Aruba Cloud – Wykorzystanie usług chmurowych w biznesie. Analiza rynku polskiego, czeskiego i węgierskiego. Dziś, jego konfrontacja z aktualnymi danymi udostępnionymi właśnie przed GUS pozwala zaobserwować, jak przyspieszyła w Polsce adaptacja rozwiązań chmurowych.

Według najnowszej publikacji GUS-u z cyklu Społeczeństwo informacyjne w Polsce płatne usługi cloud computingu wykorzystuje w swojej działalności już niemal 60% dużych firm i instytucji. W przypadku średnich, odsetek ten osiągnął już prawie 40%. Warto podkreślić, iż nie brakuje branż, w których wykorzystanie narzędzi chmurowych w 2020 roku względem 2019r wzrosło o co najmniej 50%. W sektorze obsługi rynku nieruchomości wzrost ten wyniósł aż 65%, w przedsiębiorstwach zajmujących się dostawą wody, gospodarowaniem ściekami i odpadami było to 58%, w budownictwie zaś 56,5%. – Poza wyróżnieniem gałęzi gospodarki, które znacząco przyspieszyły z cyfrową transformacją, nie sposób nie wspomnieć także o sytuacji całego segmentu małych i średnich przedsiębiorstw. W przypadku tych pierwszych wykorzystanie rozwiązań chmurowych w minionym roku wzrosło o niemal połowę (46%) w porównaniu do 2019r, dla średnich firm odnotowano zaś wzrost równy 35%. Oczywiście, Główny Urząd Statystyczny nie wskazuje tutaj zakresu migracji do chmury, tj. czy poprzez wykorzystanie cloud computingu rozumie wyłącznie przeniesienie danych do środowisk chmurowych, subskrypcje profesjonalnych aplikacji biznesowych, czy też oba te obszary, niemniej i tak wzrost zainteresowania tą technologią jest bardzo widoczny – tłumaczy Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud. 

Ewolucja „serc” globalnej sieci

Powracając do globalnych trendów, wiele wskazuje na to, że firmy i organizacje już w mniejszym bądź większym stopniu zarządzające swoimi procesami biznesowymi poprzez rozwiązania chmurowe będą konsekwentnie dążyły do kompletnych migracji swoich zasobów i pozyskiwania kolejnych, od początku ulokowanych w chmurze. Dowodzi tego wdrażanie polityk „Cloud First” i planowane zwiększanie nakładów na zakup usług cloud computingu. Według wspomnianego już raportu Enterprise Strategy Group, wydatki na powiększenie swojej przestrzeni dyskowej w chmurze publicznej planuje zwiększyć 68% przedsiębiorstw z całego świata. Te, związane z aplikacjami – także funkcjonującymi w tym środowisku – powiększy 63% firm. Tyle samo w większym stopniu zainteresuje się sztuczną inteligencją i machine learningiem.

Dla dostawców usług cloud computingu oraz operatorów centrów danych nie oznacza to wyłącznie obiecujących perspektyw na ten rok, ale także konieczność stawienia czoła dużemu wyzwaniu. Temu, dotyczącemu efektywności zasilania swoich obiektów i potrzeby poszukiwania bardziej ekologicznych rozwiązań. Już dziś, ponad połowa specjalistów branży Data Center, zaproszonych do badania ABB Data Overload: Powering Data Centres in the New Normal przyznaje, że zamierza zmodyfikować systemy zasilania swoich kampusów w związku z „eksplozją” zainteresowania usługami zewnętrznych dostawców w 2020r, które nie osłabnie także w tym roku. Chodzi zarówno o sprostanie oczekiwaniom klientów i przygotowanie się na rozbudowę obiektów jak i uwzględnienie ważnego aspektu ekologicznego. Stąd też, podpisany niedawno przez europejskich graczy rynku chmury obliczeniowej oraz centrów danych, w tym także przez nas, oraz stowarzyszenia branżowe, pakt neutralności klimatycznej, wprowadzający konieczność samoregulacji usługodawców. Po to, by odpowiadać na rosnące zapotrzebowanie na usługi, ale jednocześnie niwelować wpływ na środowisko zewnętrzne i pozyskiwać niezbędne, ogromne ilości energii elektrycznej z odnawialnych źródeł – dodaje Marcin Zmaczyński z Aruba Cloud.

Omni Present Multi Cloud

Zjawiskiem, które szczególnie zaznaczy swoją obecność w tym roku będzie także stosowanie systemów IT opartych na środowisku wielochmurowym. Jak przekonuje analiza firmy Telefonica, do końca 2021 ponad 90% dużych firm i organizacji będzie opierać swoją działalność na środowiskach łączących chmurę publiczną z dedykowanymi, profilowanymi pod kątem konkretnego przedsiębiorstwa rozwiązaniami chmury prywatnej. Pozwoli to na szerszą adaptację cloud computingu szczególnie tzw. branżom regulowanym i podmiotom posiadającym bardzo restrykcyjne wytyczne odnośnie przechowywania i gromadzenia swoich danych poza swoją siedzibą. Wg. badania Aruba Cloud, wewnętrzne procedury w tym obszarze były główną barierą dla projektów migracyjnych – wskazało na nią najwięcej, bo aż 34% polskich firm.

Sustainability w wycenie nieruchomości

Choć w ostatnim czasie uwagę analityków zajmuje głównie wpływ pandemii, długofalowe trendy na rynku nieruchomości wiążą się także z innym czynnikiem – zmianą klimatu.

Pojęcie zrównoważonego rozwoju w branży nieruchomości przywoływane jest najczęściej w pozytywnym kontekście. Certyfikaty przyznawane „zielonym budynkom” podnoszą ich atrakcyjność dla przyszłych użytkowników i wpływają na prestiż obiektu. Jednak aspekt środowiskowy w wycenie nieruchomości może też mieć ciemną stronę.

Zmiany klimatu zapowiadają poważne problemy, których skalę na razie trudno oszacować. Pewne jest za to, że nie są one domeną odległej przyszłości.

Lokalizacja

W rzeczywistości ryzyko zmian klimatycznych już zaczyna odbijać się na cenach rynkowych. Ogłoszone w 2018 roku wyniki badań First Street Foundation wskazały, że domy podatne na powodzie na Florydzie, w Georgii, Karolinie Północnej i Południowej oraz Wirginii straciły na wartości 7,4 miliarda dolarów między 2005 a 2017 r. Obszar metropolitalny Nowego Jorku doznał podobnej dewaluacji, łącznie tracąc 6,7 miliarda dolarów wartości w tym samym okresie. Badacze podkreślają przy tym, że uwzględnili skutki kryzysu gospodarczego – podana strata wartości spowodowana jest wzrostem poziomu morza. Na rynku nieruchomości komercyjnych skutki są podobne. Jak wykazały ostatnie badania w USA, nieruchomości komercyjne na obszarach dotkniętych przez huragany straciły na wartości o prawie 6 procent rok po burzy i o 10,5 procent dwa lata później.

Nawet najbardziej ostrożne prognozy sugerują nasilenie zmian klimatycznych. Tymczasem już teraz lustro wody u wybrzeży Nowego Jorku znajduje się o około 30 cm wyżej niż przed stu laty, przybór sztormowy sięga przeszło metr wyżej, zwiększyła się skala i częstotliwość występowania powodzi. Tym samym nieruchomości położone dotąd na bezpiecznym gruncie stały się podatne na skutki działania żywiołów. Wiele organizacji monitorujących stan środowiska alarmuje, że tempo zmian – od topnienia alpejskich lodowców i pokrywy lodowej Arktyki, po kolejne rekordy temperatur – jest większe niż zapowiadały dotychczasowe prognozy.

Nowe ścieżki

Zgodnie z oceną ekspertów Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) ryzyko finansowe wynikające ze zmian klimatycznych jest wciąż powszechnie niedoceniane, co wynika z wieloletnich przyzwyczajeń. Podsumowuje to opracowanie Felixa Suntheima oraz Jérôme Vandenbussche’a zamieszczone na stronie MFW w maju 2020 roku: wpływ klęsk żywiołowych na rynki akcji, akcje banków i spółki z sektora ubezpieczeń innych niż na życie był ogólnie niewielki w ciągu ostatniego półwiecza, ale ta sytuacja może się drastycznie zmienić. MFW szacuje, że w połowie XXI wieku straty spowodowane przez susze, powodzie i pożary osiągną poziom biliona dolarów rocznie. Zapewne bezpośrednie skutki zmian klimatycznych dotkną najpierw Afrykę i Azję, ale odczuwalne będą na całym świecie.

Niemal równie istotne zmiany wynikają z prób ograniczenia wpływu na środowisko w globalnej skali. Ograniczenie roli paliw kopalnych, zwłaszcza węgla; wdrażanie nowej polityki transportowej i obniżenie emisji CO2, nowe przepisy – to wszystko zmienia sytuację całych sektorów gospodarki, a w konsekwencji może uderzyć w stabilność finansową.

Ryzyko klimatyczne: wycena

Rosnąca grupa podmiotów poszukuje w tej sytuacji nowych narzędzi i wspólnych standardów, które pomogą branży poprawić wycenę ryzyka klimatycznego w przyszłości. Są to m.in: mapowanie (identyfikacja) ryzyka bezpośredniego dla obecnego portfolio oraz potencjalnych akwizycji, a także uwzględnienie ryzyka klimatycznego w procesach due diligence i innych procesach decyzyjnych.

Green financing

Jednocześnie pojawiają się perspektywy tzw. green financing. Banki i inne podmioty chętnie finansowałyby „zielone” nieruchomości i tworzyły odpowiednie portfele produktów o minimalnym zużyciu energii i jak najmniejszym ujemnym wpływie na środowisko. Długoterminowe niższe koszty eksploatacji i utrzymania, wskazują, że są one aktywami o wyższej wartości dodanej dla najemcy i jednocześnie niższym ryzyku niż standardowe obiekty.

Główną, a wręcz jedyną przeszkodą jest niewielka ilość odpowiedniego produktu. Przynajmniej na razie – bo popyt na takie inwestycje powinien zaowocować zwiększoną podażą.

Komentarz Alicji Zajler, dyrektor Działu Doradztwa i Wycen Nieruchomości w Colliers

Automatyzacja pracy i procesów w firmach przybiera na sile

Do 2024 r. firmy obniżą koszty operacyjne o 30 proc. dzięki łączeniu technologii automatyzujących procesy biznesowe oraz ich przemodelowaniu – wynika z analizy Gartnera. Niepewność ekonomiczna w czasie pandemii skłoniła wiele firm do ograniczenia kosztów i poprawienia efektywności operacyjnej. Pomimo ogólnych cięć wydatków wzrosły inwestycje w transformację cyfrową, w szczególności w automatyzację procesów biznesowych.

Rozwiązania technologiczne ułatwiające zarządzanie firmą, takie jak komunikatory czy organizery zadań, które wspierają pracowników w realizowaniu codziennych obowiązków, stają się standardem. Kolejnym krokiem na drodze cyfrowego rozwoju są technologie automatyzujące procesy biznesowe. Z szacunków firmy Deloitte wynika, że globalny rynek tych narzędzi rośnie w tempie ok. 20 proc. rocznie. Wspierają one pracę ludzką poprzez oddelegowanie części zadań, zwykle tych najbardziej mechanicznych, systemom informatycznym.

Kluczowe jest odciążenie pracowników od wykonywania żmudnych, monotonnych i powtarzalnych czynności po to, aby mogli pracować bardziej efektywnie i realizować ambitniejsze, wymagające kreatywności zadania.

– W wielu firmach panuje obawa, że celem automatyzacji procesów jest redukcja zatrudnienia. Jest to błędne założenie. Automatyzacja części czynności, które były dotąd wykonywane ręcznie, np. przygotowywanie cyklicznych raportów, nie oznacza, że pracownik staje się zbędny. Taka osoba może skupić się na rzeczach bardziej twórczych, czyli np. na analizie tych raportów i wyciąganiu wniosków. Takie zmiany mogą znacznie wpłynąć na zwiększenie satysfakcji pracownika z wykonywanej pracy – zauważa Paweł Górecki, konsultant 7N.

Wśród innych zalet automatyzacji wymienia się minimalizowanie ryzyka popełnienia błędu oraz oszczędność czasu, dzięki np. odpowiedniej orkiestracji procesu. Zastosowanie rozwiązań automatyzujących pracę niesie za sobą szereg korzyści dla całej gospodarki. Raport firmy McKinsey szacuje, że ich masowe wdrożenie zwiększyłoby produktywność gospodarki o 0,8-1,4 proc. rocznie.
Mądre automatyzowanie
Automatyzacja nie powinna jednak polegać na zasadzie przekopiowania istniejącego procesu na taki sam, tylko automatyczny – przestrzega ekspert 7N.
Należy wyjść od analizy procesu biznesowego – czy i jak można go przemodelować, aby był bardziej efektywny. Ważna jest tutaj wiedza i wizja biznesowa, ale również świadomość dostępnych na rynku technologii. Istotnym elementem układanki jest również środowisko informatyczne w danej firmie. Analitycy Gartnera w publikacji “Top 10 Trends Impacting Infrastructure & Operations for 2020” szacują, że do 2025 r. nawet 90 proc. korporacji będzie na stałe zatrudniało architekta automatyzacji, czyli osobę zapewniającą rozwój automatyzacji zgodnie z celami biznesowymi firmy.

– Kluczowe jest postawienie pytania: co chcemy osiągnąć? Jaki problem chcemy rozwiązać? Dostępne technologie dają nam szerokie możliwości automatyzacji. Pozwalają modelować proces w sposób elastyczny i uwzględniający wiele reguł biznesowych. Rozwój technologiczny jest tak duży, że jego konsumpcja następuje z opóźnieniem – tłumaczy ekspert.

Jak zaplanować proces?

Pojęcie automatyzacji procesów biznesowych jest szerokie i dotyczy wielu aspektów prowadzenia biznesu. Po zidentyfikowaniu procesu, który firma chce ulepszyć, dopiero na kolejnym etapie dobierane jest optymalne rozwiązanie.

– Wszystkie firmy powinny myśleć o tym, żeby automatyzować swoje procesy. Muszą one jednak robić to w najbardziej efektywny dla nich sposób. W niektórych przypadkach odpowiednim podejściem będzie wdrożenie dużej i kompleksowej platformy RPA (z ang. robotic process automation). Dla jednej firmy samo wprowadzenie technologii OCR (optyczne rozpoznawanie znaków) do odczytywania tekstów z dokumentów, może rozwiązać rzeszę problemów związanych z obsługą korespondencji od klientów. W innych przypadkach idealnym rozwiązaniem automatyzującym będzie prosty skrypt – mówi Paweł Górecki z 7N.

Ekspert 7N wyjaśnia, że automatyzować można zarówno same zadania w procesie jak i zarządzanie tym procesem poprzez orkiestrację i monitorowanie. Odpowiednio zdefiniowany i zautomatyzowany proces pozwala na dużo większą kontrolę.

W zależności od potrzeb i wielkości firmy stosuje się różne rozwiązania. – W przypadku organizacji z mocno rozproszoną infrastrukturą, korzystających z wielu aplikacji, narzędzia klasy RPA bywają niezbędne, by móc je efektywnie połączyć. Efektywność często wynika tu z relatywnie krótkiego czasu wdrożenia rozwiązania. Czasami wystarczy jednak wykorzystać potencjał systemu informatycznego, który już funkcjonuje w firmie, ale jego zasoby nie są w pełni wykorzystywane. Dotyczy to między innymi systemów klasy ERP, które często mają wbudowane swoje komponenty BPMS (Business Process Management Software). Pomijając wszystkie dostępne rozwiązania pudełkowe warto pamiętać, że często proste, zaprogramowane skrypty mogą zrewolucjonizować jakość pracy. Zaletą takich rozwiązań jest to, że są 'szyte na miarę’. Technologicznie możliwości jest wiele i wystarczy to dobrze zaplanować. Niezależnie od wybranego rozwiązania kluczowa jest współpraca pomiędzy biznesem a IT – dodaje Paweł Górecki.

Największe instalacje OZE. Wśród krajów z rekordowymi inwestycjami PV…Polska

Wymykające się przyjętym standardom inwestycje, wciąż wzbudzają dużo emocji w branży energetycznej. W kategorii powierzchni i przepustowości prym wiodą przede wszystkim elektrownie fotowoltaiczne, wspierane przez czołowe gospodarki regionalne. Co ciekawe, do grona posiadaczy “gigantów” już wkrótce wstąpi Polska.

Fotowoltaiczna Azja

Jednym z głównych czynników determinujących projekty fotowoltaiczne jest geografia. Tym samym nie dziwi fakt, iż największe kompleksy oparte na energii słonecznej znajdują się m.in. w Australii, Azji Południowo-Wschodniej i na Bliskim Wschodzie. Inną kwestią jest z kolei ocena “wielkości” danego kompleksu. Pod względem przepustowości elektrowni dominują inwestycje w Indiach, Chinach, Egipcie oraz Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Pod względem przepustowości największym kompleksem jest indyjski Bhadla Solar Park z wynikiem 2245 MW. Obiekt skromniej wychodzi w przypadku powierzchni działki szacowanej na 57 km2.

Zaraz po inwestycji ze stanu Jodhpur jest chiński Huanghe Hydropower Hainan Solar Park (2200 MW) z prawie 7 mln modułów PV na 5,64 km2. Na podium znajduje się także Pavagada Solar Park Karnataka — kolejna inwestycja z Indii o docelowej przepustowości 2050 MW (z zainstalowanymi panelami na działce 53 km2). Później… długo długo nic.

Emiracki pretendent do rekordów

Kolejne miejsca w kategorii przepustowości zajmuje egipski kompleks Benban Solar Park (1650 MW), chiński Tengger Desert Solar Park (1547 MW) oraz dwa obiekty ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich — Noor Abu Dhabi (1177 MW) i Mohammed bin Rashid Al Maktoum Solar Park (na ten moment około 1013 MW). Szczególnie druga inwestycja w ZEA już wkrótce może awansować o kilka pozycji w światowym rankingu fotowoltaicznych gigantów — zarówno pod względem mocy, jak i wielkości.

Mohammed bin Rashid Al Maktoum Solar Park docelowo w skali roku ma generować 2863 MW (2,863 GW). Położona około 50 km od Dubaju działka nadal jest zagospodarowywana przez kolejnych inwestorów. W tym momencie szacowana powierzchnia elektrowni wynosi 77 km2, a sama budowana etapami elektrownia nie osiągnęła jeszcze maksymalnych rozmiarów przewidzianych w pierwotnych planach.

Pierwsza faza projektu zakończyła się 22 października 2013 roku, początkowo dostarczając 28 GWh (DEWA 13). Obecnie zespół pracuje nad 4. i 5. etapem rozwoju kompleksu, który docelowo ma osiągnąć planowane gabaryty do 2. kwartału 2022 roku. Potencjalnym game-changerem rynku może się okazać również zapowiadana inwestycja w australijskim Newcastle Waters.

Globalna Australia i europejskie Pomorze?

Planowany obiekt na Terytorium Północnym ma powstać na ranczu o powierzchni 10 tys. km2 i generować moc rzędu absolutnie rekordowych 10 GW, które docelowo będą mogły zaspokoić 20 proc. potrzeb Singapuru. Cena? Wstępne plany mówią o funduszu rzędu 20 mld dolarów. Obecnie wniosek o pozwolenie na budowę rozpatruje stanowy Urząd Ochrony Środowiska. Jeśli konsultacje społeczne wykażą, iż obiekt nie będzie uciążliwy dla samych mieszkańców, budowa powinna rozpocząć się pod koniec 2023 roku, a produkcja energii 3 lata później.

Co jednak z rynkiem europejskim? W skali kontynentu do tej pory prym wiodła Hiszpania, która na liście największych elektrowni świata usytuowała się z kompleksem Núñez de Balboa (500 MW na działce 10 km2) oraz Mula Photovoltaic Power Plant (494 MW również na działce 10 km2). Godnym konkurentem obu ośrodków ma się okazać jednak inwestycja w pomorskim Zwartowie spółki Respect Energy i niemieckiego koncernu Goldbeck Solar. Inwestycja, która powstanie na 3 km2, docelowo ma generować 350 MW mocy. Tym samym, elektrownia na Pomorzu stanie się największym podmiotem w Europie Środkowo-Wschodniej. Czy właśnie giga-elektrownie mogą się okazać przyszłością regionalnej branży?

– W najbliższych latach będziemy mieli dynamiczny wzrost inwestycji głównie w fotowoltaikę iw farmy wiatrowe, ponieważ są to technologie najbardziej uzasadnione ekonomicznie. W ciągu najbliższych 10–15 lat powinniśmy zbudować około 30 GW w fotowoltaice, czyli zwiększyć moc 10-krotnie. Porównywalną wartość możemy uzyskać w wietrze. Skala inwestycji będzie więc pięcio–sześciokrotnym wzrostem zainstalowanej mocy – ocenia Sebastian Jabłoński, prezes Respect Energy.

W obliczu zapowiadanej inwestycji w Zwartowie, Polska już wkrótce znajdzie się na liście krajów z największymi elektrowniami fotowoltaicznymi na świecie. Co to oznacza dla regionu? Projekt na Pomorzu może stać się skutecznym bodźcem dla innych inwestorów, którzy chcą dołożyć cegiełkę do sektora napędzanego przez największe gospodarki — a w tym wyzwaniu sprawdzą się nie tylko “giga” fundusze.

GPW światowym liderem spółek z branży gamedev

  • Od października 2020 roku Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) jest światowym liderem pod względem liczby notowanych spółek z sektora gamedev
  • Ubiegłotygodniowy debiut spółki Huuuge, Inc. był nie tylko największą ofertą publiczną spółki gamedev w historii GPW, ale również największą ofertą firmy z branży gier mobilnych w Europie
  • Obecnie na warszawskich parkietach – Głównym Rynku i NewConnect – notowanych jest łącznie 58 spółek z tej branży

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) umacnia się na pozycji światowego lidera pod względem liczby notowanych spółek z branży producentów gier. Od października ubiegłego roku wyprzedza takich technologicznych gigantów, jak giełdy w Japonii czy Korei Południowej. Obecnie na Głównym Rynku i NewConnect notowanych jest łącznie 58 spółek z branży gamedev.

– W 2020 roku branża gamedev była bardzo popularna na polskiej giełdzie. Wszystko wskazuje na to, że również w tym roku inwestorzy nie będą narzekali na brak atrakcji. W miniony piątek odbył się debiut Huuuge, Inc., największy debiut gamingowy w historii GPW – podkreśla Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Oferta publiczna spółki warta była 1,67 mld zł. Inwestorzy indywidulani zapisali się na blisko 55 mln akcji sprzedawanych po cenie 50 zł. Pula w transzy detalicznej wyniosła 1,66 mln akcji, natomiast inwestorom instytucjonalnym przydzielono 31,65 mln akcji: – Inwestorzy indywidualni złożyli bardzo dużo zapisów, co doprowadziło do redukcji sięgającej 97 proc. W IPO Huuuge, Inc. wzięło udział blisko 20 tysięcy inwestorów indywidualnych – dodaje Przemysław Gerschmann.

– Patrzyliśmy na różne giełdy na świecie i zdajemy sobie sprawę, że Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie jest giełdą numer jeden jeśli chodzi o liczbę notowanych firm gamingowych. Jest to więc również doskonała platforma wzrostu dla nas – tłumaczył decyzję o wyborze przez amerykańską spółkę warszawskiego parkietu Anton Gauffin, Prezes Zarządu Huuuge, Inc.  

Huuge, Inc. dołączył do nieformalnego klubu spółek gamingowych, których kapitalizacja na polskiej giełdzie przekracza 1 mld zł. Znajdują się w nim również CD Projekt, 11 BIT STUDIOS, Ten Square Games, PCF Group i PlayWay. Na warszawskim parkiecie inwestorzy mogą wybierać między firmami tworzącymi topowe produkcje na PC i konsole, gry na platformy mobilne czy niskobudżetowe projekty mniejszych podmiotów.

W ostatnich dniach grono spółek z branży gamedev notowanych na warszawskim parkiecie powiększyło się o trzy spółki: obok Huuuge, Inc. debiutującego na Głównym Rynku GPW, na rynku NewConnect zadebiutowały Simteract i KOOL2PLAY.