Udany debiut Kool2Play na NewConnect

Akcje Kool2Play – twórcy i wydawcy gier, zadebiutowały na giełdzie NewConnect. Producent nadchodzącej gry Uragun wzbudził duże zainteresowanie inwestorów, a walory spółki w momencie otwarcia podrożały względem ceny odniesienia o 50%, osiągając kurs 21 zł. Już po pół godzinie akcje wzrosły o prawie 100% względem ceny odniesienia.

– Wierzymy, że jesteśmy najbardziej oryginalnym i unikatowym tegorocznym debiutantem. Wyróżnia nas nastawienie na jakość, a nie ilość oraz doświadczony zespół producentów i speców od marketingu gier. Planujemy tworzyć silne marki Premium Indie, z których pragniemy czerpać zyski nawet do 5-6 lat od premiery – komentuje debiut Marcin Marzęcki, prezes spółki.

43. reprezentant sektora gier na giełdzie NewConnect specjalizuje się w tworzeniu gier na komputery osobiste oraz konsole Xbox Series X, Play Station 5 oraz Nintendo Switch. Uragun, który zadebiutuje na platformie Steam w Early Access w II kwartale 2021, jest pierwszym z trzech tytułów zapowiedzianych przez spółkę.

– Uragun, to futurystyczny roguelite shooter skierowany m.in. do fanów gier Hades czy Enter the Gungeon. Stawiamy na unikalny gameplay, fabułę, a przede wszystkim nieskrępowaną niczym rozgrywkę z dynamiką rodem z serii DOOM – mówi Marcin Marzęcki, prezes Kool2Play. – Naszym celem jest tworzenie produkcji meaningful pop games – skierowanych do masowego odbiorcy, dających frajdę, ale noszących też ważne przesłanie. Taki jest właśnie Uragun, który z jednej strony stawia na akcję i pokazuje jak wyglądałby świat opanowany przez Sztuczną Inteligencję, ale też robi to w odpowiednio lekki sposób.

Międzynarodową promocją gier zajmie się Kool Things, jedna z najbardziej doświadczonych agencji promocji gier, a zarazem część Grupy Kapitałowej Kool2Play. Kool Things świadczy usługi z zakresu promocji gier na terenie Europy oraz Ameryki Północnej i jest jedną z najbardziej cenionych agencji na świecie. Jest spółką zależną Kool2Play, dzięki czemu twórca gier ma pełne wsparcie w zakresie promocji swoich nadchodzących tytułów – Uragun, City of Minds oraz Restoration. Spółka zabezpieczyła środki na długofalowy rozwój obu odnóg działalności. W dotychczasowych emisjach akcji zebrano 4,5 mln zł. Dodatkowo Kool2Play uzyskała grant Game Inn w wysokości 1,6 mln zł na produkcję gier oraz 1,9 mln zł z NCBiR na rozwój agencji Kool Things.

Młodzi liderami – o tym, kto stawia na pomnożenie swojego majątku

Prawie 27% respondentów badania firmy Tavex inwestuje odłożone środki. Co ciekawe, w 2020 roku najchętniej na pomnożenie swoich oszczędności decydowały się osoby młode – do 24. roku życia. Aż 38% respondentów w tym wieku potwierdziło ten rodzaj aktywności finansowej. Jak sytuacja prezentuje się w przypadku pozostałych grup wiekowych?

Prym wiodą sprawdzone rozwiązania

Młodzi (osoby w przedziale wiekowym 18-24) najchętniej inwestycją w: lokaty (25,5%), fundusze inwestycyjne (23,4%) oraz akcje na giełdzie (21,3%). Co ciekawe, inaczej dane prezentują się w przypadku tego, w co według nich warto zainwestować. Na podium znalazły się: nieruchomości (50%) oraz takie aktywa jak: złoto, akcje na giełdzie i bitcoiny (po równo 31,5%).

Młode osoby zaczynają interesować się inwestycjami. Widać jednak w ich zachowaniu pewien schemat – powielania dobrze znanych zachowań. Sądzą oni, że bezpiecznym rozwiązaniem jest inwestowanie swoich oszczędności wzorem innych osób. Warto pamiętać, że przez pandemię wpłacanie środków na lokaty i depozyty straciło sens, jeżeli chcemy rzeczywiście pomnożyć lub skutecznie zabezpieczyć swój majątek – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Pocieszające jest to, że młodzi dostrzegają możliwości, jakie dają bardziej opłacalne aktywa. Brakuje im natomiast jeszcze odwagi, która najprawdopodobniej przyjdzie z czasem, gdy nabędą inwestorskiego doświadczenia – dodaje.

Osoby 24+ stawiają na nieruchomości

Respondenci z pozostałych grup wiekowych również inwestowali, ale już na nieco mniejszą skalę. Na pomnożenie swojego majątku postawiło 35,8% osób w przedziale wiekowym 25-34 oraz 27,2% 25-49. Chęć pomnożenia majątku wykazywały również przedstawiciele silver generation ­– powyżej 50 r.ż. (19,9%).

W grupie 25-34 najwięcej respondentów badania firmy Tavex (56,8%) wskazało, że inwestuje w nieruchomości. Podobnie kształtowały się podpowiedzi osób z przedziałów: 25-49 (51%) i powyżej 50 lat (55,3%). Co ciekawe, dużym zainteresowaniem cieszyło się również złoto. Kruszec ten znalazł entuzjastów w każdym przedziale wiekowym – 25-34 – 30%, 25-49 – 36,2%, powyżej 50 lat – 37%.

Warto podkreślić, że obecnie mamy do czynienia z burzliwymi zmianami na rynku. Istotne jest więc podejmowanie zarówno przemyślanych, jak i odważnych kroków. Osoby, które z początkiem roku 2020 zdecydowały się na inwestycje w złoto czy bitcoiny, skorzystały – wskazuje Aleksandra Olbryś, Młodszy Analityk ds. Rynku Złota, Tavex. Inwestorzy, którzy poszli tą ścieżką sporo zarobili. Podobnie może być w tym roku. Warto jednak podkreślić, że nie należy podejmować decyzji pod wpływem chwili kierując się zachowaniem tłumu. Każdy krok powinien być poprzedzony dogłębną analizą – dodaje.

EDP otwiera oddziały, które zajmą się potencjałem wodoru oraz magazynami energii

Grupa EDP wzmacnia swoje zaangażowanie na rzecz dekarbonizacji inaugurując oddziały dedykowane wykorzystaniu potencjału wodoru i magazynowaniu energii. H2BU to nowa jednostka Grupy, która zajmie się „zielonym” wodorem, a powstały w USA specjalny oddział – magazynowaniem. W ciągu 5 lat ma on osiągnąć łączna moc instalacji wynoszącą 1 GW.

EDP skupia się na rozwijaniu “zielonego” wodoru nie tylko z uwagi na przyjęte przez grupę cele w zakresie dekarbonizacji, ale także na malejące koszty związane z rozwojem tej technologii, która  stanie się bardziej konkurencyjna na przestrzeni następnych 10 lat. Jako lider transformacji energetycznej, Grupa EDP działa dynamicznie i efektywnie wspierając ograniczanie emisyjności we wszystkich sektorach gospodarki.

Inauguarcja nowej jednostki to strategiczny i transwersalny krok na drodze do włączenia “zielonego” wodoru w portfolio biznesowe Grupy i dalszą promocję inwestycji w odnawialne źródła energii. Na czele H2BU stanie Ana Quelhas, dyrektor ds. planowania energetycznego w Grupie EDP.

H2BU skupi się na rozwijaniem potencjału “zielonego” wodoru w sektorach gorspodarki  takich jak przemysł metalurgiczny, chemiczny, rafinerie oraz cementownie, a także w transporcie ciężkim na długich dystansach. Głównymi rynkami, na których będzie operować będą Stany Zjednoczone i Europa, gdzie Grupa dysponuje rozległym portfolio aktywów, uzupełniając wachlarz oferowanych rozwiązań  w zakresie ograniczania emisyjności.

Nowy oddział zajmie się magazynami energii

Wzmacniając swą kluczową pozycję w transformacji energetycznej, EDP Renováveis (EDPR) otworzyło nowy oddział, który zajmie się magazynowaniem energii. Będzie on powiązany z działalnością operacyjną EDPR w Stanach i skupi się na analizowaniu technologii w tym zakresie. Będzie to kolejny krok na drodze do realizacji zobowiązań w zakresie rozwijania innowacyjności w obszarze zielonej energii.

Stworzenie tej jednostki biznesowej związane jest z wdrażaniem w USA przyjętego przez EDP planu o nazwie „Re-charge,” którego celem jest zbudowanie instalacji o łącznej mocy 1 GW do roku 2026.

Dla  CEO EDP Miguela Stilwella de Andrade, „otworzenie tych oddziałów wzmacnia pozycję EDP jako lidera transformacji energetycznej. Rosnące znaczenie odnawialnych źródeł energii wymaga integracji z systemami magazynowania takimi jak baterie, aby zapewnić konieczną elestyczność w ramach sieci i tym samym wspierać dalszy rozwój OZE. Dodatkowo, zwiększenie udziału odnawialnych źródeł w systemie dystrybucji w obliczu rosnących potrzeb poboru, będzie najbardziej efektywną finansowo dla klienta ostatecznego drogą do zmniejszania emisyjności. Jednakowoż, jeśli dążymy do osiągnięcia upragnionego celu neutralności emisyjnej, musimy myśleć o wdrożeniu innych rozwiązań, takich jak zastosowanie wodoru, co pozwoli zaspokoić potrzeby sektorów przemysłu, dla których zastosowanie prądu nie jest w tej chwili rozwiązaniem gwarantującym niezbędną stabilność albo opłacalność”.

Rosnące ambicje na utartym szlaku

Zarówno w przypadku “zielonego” wodoru, jak i magazynów energii, Grupa EDP podjęła szereg inicjatyw, które służą rozwijaniu wiedzy i weryfikowaniu potencjału tych rozwiązań.

I tak, w zakresie wodoru, EDP posiada projekt pilotowy w Ribatejo Central, w ramach partnerstwa z H2Sines i przy współpracy m. in. z Radą Miasta Alenquer. Na poziomie inwestycyjnym EDP rozwija także projekt Behyond, który jest efektem współpracy naukowej pomiędzy rządami Portugalii i Norwegii, skupiającym się na zbadaniu możliwości produkcji wodoru w ramach morskiej energetyki wiatrowej. Grupa EDP jest także zaangażowana w tworzenie europejskiego rynku wodoru razem z European Alliance Clean.

Tak samo w zakresie magazynowania, silne zaangażowanie ze strony EDPR w tę technologię nie pozostawia wątpliwości. W 2018 spółka zaingurowała pionierski projekt instalując baterie do magazynowania energii wytwarzanej przez farmę wiatrową Cobadin zlokalizowaną w Rumunii. Jeszcze w 2019 i także w Rumunii EDPR uruchomiło system magazynowania przy farmie fotowoltaicznej i podało do wiadomości, że zamierza rozwijać projekt PV Sonrisa na terenie stanu Kalifornia w oparciu o umowę sprzedaży energii (PPA) na 200 MW mocy i magazyn na 40MW.

Wzrost rentowności nie musi szkodzić hossie

Rentowności obligacji skarbowych w USA pozostają w centrum uwagi, ale ich dalszy wzrost nie skutkuje wyraźnym umocnieniem dolara. Efekt niweluje risk-on na miedzi i inny towarach oraz korespondujące umocnienie walut surowcowych. Optymizm podsycają dobre wieści o szczepionkach i w sprawie pakietu fiskalnego USA.

Stopniowo ulatniają się obawy, że skok rentowności obligacji USA zaprzepaści szanse na kontynuację hossy na rynkach finansowych. Już piątek pokazał, że oba zjawiska mogą istnieć jednocześnie, choć pod pewnymi warunkami. Przede wszystkim wraz z oprocentowaniem długu USA muszą rosnąć rentowności obligacji w innych rejonach świata, inaczej zmiany będą premiować USD i hamować przesiadkę z dolara na inne ryzykowne aktywa. Widać jednak podobne wzrosty rynkowych stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii czy Wielkiej Brytanii, podkreślając globalny charakter ruchu. Nawet różnica w rentownościach dziesięciolatek Niemiec i USA obniżyła się tylko o połowę tego, co zyskały obligacje amerykańskie. To neguje argumentację, że rynek długu zaczyna wyceniać zmianę postawy Fed (redukcja QE, wyższe stopy procentowe), a wzrost rentowności jest reakcją na wzrost oczekiwań inflacyjnych. Ten efekt może zresztą zaraz osłabnąć, jeśli oczekiwania były ostatnio podsycane skokiem cen ropy naftowej wywołanym przez atak mrozów w USA. Wytłumaczenie oczekiwaniami inflacyjnymi wspiera też cena miedzi na 9-letnich szczytach i zwyżki rudy żelaza. Wzrosty cen wynikają z oczekiwań silnej nierównowagi popytu i podąży, częściowo w oparciu o prognozy przyspieszenia ożywienia i wzrost zapotrzebowania na surowce przemysłowe. Postęp w szczepieniach oraz wzmianki o planowanych inwestycjach infrastrukturalnych w USA pomagają podtrzymać te prognozy. W ten sposób wracamy do wniosków przemawiających za utrzymaniem hossy na ryzykownych aktywach. I wyższe rentowności obligacji nie powinny w tym przeszkadzać, o ile dalsze wzrosty przybiorą miarowe tempo bez silnych zrywów. Jeśli jednak rynek teraz rozumie, że wyższe rentowności w USA nie oznaczają od razu zmiany polityki Fed, wpływ na inne klasy aktywów powinien złagodnieć.

Przekaz Fed jest kluczowy, aby uwiarygodnić powyższe rozważania. I ten przekaz już ma miejsce. Jeszcze w piątek szef oddziału Fed w Nowym Jorku Williams odrzucił obawy dotyczące wyższych rentowności, argumentując, że odzwierciedlają one poprawiającą się sytuację gospodarczą. W tym tygodniu oczekujemy, że podczas przemówień w Kongresie (wtorek i środa) prezes Powell podkreśli, że głównym celem Fed obecnie jest wspieranie odbudowy zatrudnienia i inflacji, ale aktualnie Fed jest daleko od osiągnięcia swoich celów. Polityka monetarna szybko nie ulegnie zmianie i wzrost rentowności na to nie wpłynie.

Co poza tym w tym tygodniu? W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań.

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Lockdowny kosztowały polskich przedsiębiorców 31 mld zł. Wiosenne zamknięcie przyniosło największe szkody

Na Liczniku Strat Lockdownowych, uruchomionym w lutym br., na razie jest 31 mld zł. To koszty, jakie poniosły firmy, i zyski, które utraciły od marca 2020 roku. W opinii analityków ZPP i WEI największe szkody w gospodarce wyrządził pierwszy wiosenny lockdown, a najbardziej ucierpiały sektory handlu detalicznego oraz hurtowego oraz wciąż zamknięte branże, czyli m.in. kulturalno-rozrywkowa oraz sportowa. Eksperci oceniają, że z zagrożeniem epidemiologicznym można było poradzić sobie lepiej niż poprzez zamrażanie gospodarki.

– Straty w polskiej gospodarce z tytułu lockdownu, zarówno tego, z którym mieliśmy do czynienia w dwóch fazach w 2020 roku, jak i tego, który w tej chwili obserwujemy w nieco ograniczonej wersji, szacujemy na około 30 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Jest to kryzys, który rozlewa się przede wszystkim na sektory usług, w których ograniczenia są najdalej idące i najdłużej utrzymywane. Musimy pamiętać, że te podmioty są otoczone siecią dostawców, innych usługodawców, którzy z nimi współpracują, stąd też straty i ryzyka związane ze wzrostem bezrobocia i z bankructwami mogą rozlać się również na sektory powiązane.

Przykładem są spadki w takich sektorach jak transport, handel hurtowy, energia elektryczna, które nie zostały bezpośrednio objęte restrykcjami, ale ucierpiały na skutek zamknięcia gospodarki.

W 2020 roku najlepszy był III kwartał, w którym nie doświadczyliśmy żadnego zamknięcia gospodarki. Zgodnie ze wstępnymi danymi GUS w ujęciu kwartalnym PKB poszedł wówczas w górę o 7,9 proc., a rok do roku spadł jedynie o 1,8 proc. (wobec spadku w ujęciu rocznym o 8,2 proc. kwartał wcześniej i 2,8 proc. kwartał później). Ubiegły rok oznaczał pierwszy spadek gospodarki od 1989 roku. I choć recesja była w ubiegłym roku zjawiskiem globalnym, to zdaniem Warsaw Enterprise Institute oraz Związku Przedsiębiorców i Pracodawców w Polsce można było bardziej ograniczyć jej skutki, pozwalając na działanie w reżimie sanitarnym. Tarcze antykryzysowe i finansowe nie zdołały bowiem wyrównać właścicielom firm strat.

 Przygotowany przez rząd program pomocowy można podzielić na dwie części. Mamy kolejne tarcze kryzysowe procedowane przez Sejm. W przypadku ostatnich tarcz mamy do czynienia z podejściem ściśle sektorowym i ograniczonym zakresem pomocy. Drugim narzędziem, które wydaje się z punktu widzenia firm najistotniejsze, jest tarcza finansowa prowadzona przez Polski Fundusz Rozwoju – wymienia Jakub Bińkowski. – Ona w tej drugiej odsłonie również ma ograniczenie branżowe i trafia do firm dosyć szybko i sprawnie, natomiast nie możemy zapominać o tym, że sektory najsilniej dotknięte pandemią, czyli usługowy, gastronomia, branża fitness, funkcjonują bez zaplecza finansowego i często nie łapią się na tę pomoc, bo zatrudniają studentów, którzy sobie dorabiają na podstawie umowy-zlecenia.

Według danych Licznika Strat Lockdownowych straty branży rozrywkowo-kulturalnej przekroczyły 2,1 mld zł, w gastronomii wynoszą blisko 2 mld zł. Hotelarze i kluby fitness straciły po ok. 1 mld zł. Jak wynika z wyliczeń ZPP i WEI, z powodu zamrożenia gospodarki od 12 marca 2020 roku, a potem od listopada ub.r. polskie firmy, zwłaszcza te najmniejsze, czyli zatrudniające poniżej 10 osób lub jednoosobowe działalności gospodarcze obejmujące tylko samozatrudnionych, straciły blisko 31 mld zł. To przez lata był rząd wielkości deficytu budżetowego.

Stan finansów publicznych w tej chwili oceniamy jako relatywnie stabilny, ale zagrożony, ponieważ cały czas utrzymujemy dosyć wysoki poziom wydatków na dodatkowe programy socjalne i społeczne. Nie krytykowaliśmy 500+ w jego pierwszej wersji, natomiast jego rozszerzenie na pierwsze dziecko bez jakiegokolwiek progu dochodowego już tak. Naszym zdaniem zwyczajnie nie było nas na to stać – ocenia dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Mamy również dosyć rozbuchane wydatki związane z dodatkowymi świadczeniami emerytalnymi, program wyprawek szkolnych. W momencie, w którym mamy do czynienia z kryzysem gospodarczym, należałoby się poważnie tym wydatkom przyjrzeć i je zrewidować.

Pandemia przyspieszyła wprowadzanie elektronicznego podpisu w firmach i instytucjach. Także coraz więcej konsumentów chce z niego korzystać

Podpis elektroniczny jest stosowany w Polsce od 20 lat, ale to w ostatnich miesiącach przeżywa prawdziwy boom. Szczególnie w czasie pandemii stał się rozwiązaniem, które ułatwia wdrożenie na szeroką skalę pracy zdalnej, ale też usprawnia załatwianie spraw urzędowych i bankowych bez wychodzenia z domu. Badania Kantara pokazują, że 28 proc. użytkowników bankowości internetowej chciałoby korzystać z e-podpisu. Dlatego na jego wdrożenie decyduje się coraz więcej firm i instytucji, m.in. największe banki i operatorzy telekomunikacyjni.

 Z badania Kantara wynika, że od kilku lat rośnie liczba osób zainteresowanych dostępem do podpisu cyfrowego. Trzy ostatnie edycje badania, zrealizowane w latach 2018–2020, wykazały, że wśród użytkowników bankowości internetowej lub mobilnej odsetek tych, którzy chcieliby korzystać z e-podpisu, wzrósł z 22 proc. w 2018 roku do 28 proc. w ubiegłym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Rosnąca popularność podpisu elektronicznego to m.in. efekt coraz szerszej listy jego zastosowań i kolejnych, wprowadzanych w ostatnich latach zmian w prawie, które z jednej strony wymusiły stosowanie kwalifikowanych podpisów do zatwierdzania dokumentów, a z drugiej wprowadziły możliwość np. zdalnego wydawania kwalifikowanych certyfikatów. Dziś e-podpis można zastosować np. w kontakcie z urzędem skarbowym w celu złożenia e-deklaracji podatkowej, składając wniosek o dowód osobisty, zgłaszając narodziny dziecka czy starając się o odpis aktu z urzędu stanu cywilnego.

Badanie Kantara wykazało, że 72 proc. ankietowanych zainteresowanych e-podpisem chce w ten sposób podpisywać umowy z bankiem, a 57 proc. z dostawcami prądu czy gazu. Ponad połowa wymieniła również jego przydatność w kontaktach z operatorami telekomunikacyjnymi oraz ubezpieczycielami, a 43 proc. – w umowach dotyczących usług medycznych. Dzięki temu można uniknąć konieczności drukowania dokumentów, ich skanowania, wysyłania kurierem czy ponoszenia kosztów archiwizacji.

Konsekwentne wdrażanie e-dokumentacji powoduje, że także relacje między administracją państwową a firmami w coraz większym stopniu przenoszą się do kanału online. Podpis elektroniczny, który pozwala zdalnie podpisywać np. urzędowe wnioski, umowy czy e-faktury, ułatwia firmom prowadzenie działalności. Przykładem z ostatnich miesięcy jest zastosowanie kwalifikowanych podpisów elektronicznych przez przedsiębiorców ubiegających się o dofinansowanie ze środków w ramach obydwu edycji programu Tarcza Finansowa Polskiego Funduszu Rozwoju dla Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Na rynku jest wiele rodzajów e-podpisu, różniących się zapewnianą mocą prawną, o czym należy pamiętać, wybierając konkretne rozwiązanie. Kwalifikowany podpis elektroniczny weryfikowany przez kwalifikowany certyfikat, wydany konkretnej osobie fizycznej, jest równoważny z mocy prawa podpisowi własnoręcznemu. Oznacza to, że praktycznie każdy dokument papierowy można zastąpić dokumentem podpisanym kwalifikowanym e-podpisem i co ważne – jest on tak samo ważny w urzędzie, jak i we współpracującej z nami firmie. Żaden urząd czy partner biznesowy nie może odmówić przyjęcia tak zabezpieczonego dokumentu, gdyż jego moc prawna jest równie ważna jak dokumentu opatrzonego podpisem złożonym własnoręcznie na papierze.

Na rynku są również dostępne rozwiązania pozwalające na składanie „zwykłego” e-podpisu. Tak zwany zwykły e-podpis lub też e-podpis zaawansowany także znajduje rynkowe zastosowanie. W wielu sytuacjach autoryzacja podpisem niekwalifikowanym jest wystarczająca. Należy jednak pamiętać, że urząd zwykle nie przyjmie tak podpisanego dokumentu. Podobnie nasz partner biznesowy może nie zaufać tak podpisanemu dokumentowi. Dla części dokumentów elektronicznych prawo wprost wymaga zastosowania kwalifikowanego e-podpisu lub Profilu Zaufanego.

– E-podpis ułatwia też obieg dokumentów wewnątrz firmy. Pozwala podpisywać faktury, przedłużać i podpisywać nowe umowy, w tym np. umowy-zlecenia czy o dzieło, autoryzować płatności i podpisywać dokumenty pracownicze. W praktyce e-podpis pozwala, np. zespołom HR, wdrożyć elektroniczne dokumenty osobowe (personalne) bez konieczności drukowania i archiwizowania papierowej dokumentacji. To narzędzie umożliwia też podpisywanie praktycznie wszystkich formatów plików (np. DOC, PDF) z dowolnego miejsca i w dowolnym czasie. W świetle prawa e-podpis jest równoważny z odręcznym podpisem złożonym na tradycyjnym dokumencie – podkreśla Elżbieta Włodarczyk.

E-podpis Szafir jest zaawansowanym narzędziem kryptograficznym – to ciąg znaków dołączany do podpisywanego dokumentu, gwarantujący, że jego treść się nie zmieniła i pozwalający ustalić tożsamość osoby podpisującej. Jest całkowicie bezpieczny, a jego nowa mobilna wersja mSzafir, którą KIR wprowadził na rynek w marcu 2020 roku, jest narzędziem całkowicie wirtualnym i dostępnym w pełni zdalnie. Nie wymaga stosowania fizycznych urządzeń, takich jak czytnik i karta kryptograficzna. Tak samo jak e-podpis Szafir – mSzafir jest zgodny z wymaganiami rozporządzenia eIDAS i ma moc prawną równoważną podpisowi złożonemu własnoręcznie.

– Oznacza to, że kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir jest uznawany we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej, co ułatwia firmom m.in. start w europejskich postępowaniach przetargowych – wskazuje dyrektor Linii biznesowej podpis elektroniczny w KIR.

Podpis elektroniczny mSzafir jest oferowany w dwóch wariantach. Klienci KIR mają możliwość uzyskania jednorazowego podpisu mSzafir służącego do podpisania pojedynczego dokumentu, a także podpisu z długim terminem ważności, którym podpiszemy wiele dokumentów. Przed uzyskaniem jednorazowego podpisu użytkownik potwierdza swoją tożsamość zdalnie, korzystając z bankowości elektronicznej PKO Banku Polskiego i Inteligo. W przypadku mSzafiru (wielorazowego) z długim terminem ważności użytkownicy potwierdzają tożsamość na jeden z trzech sposobów:
z wykorzystaniem bankowości elektronicznej, przy użyciu standardowego certyfikatu kwalifikowanego lub w wybranej placówce KIR.

Jak wskazują dane przytaczane przez KIR, przejście na system podpisów elektronicznych pozwala firmom zaoszczędzić nawet 75% kosztów ponoszonych na obsługę dokumentów. Kwalifikowany podpis elektroniczny mSzafir stosowany jest m.in. przez PKO Bank Polski, który udostępnia go swoim klientom zakładającym zdalnie rachunek inwestycyjny w Domu Maklerskim. Z kolei Orange Polska prowadzi obecnie pilotażowy program wykorzystania mSzafiru do podpisywania dokumentów kadrowych.

– W procesie generowania kwalifikowanych e-podpisów online potwierdzanie tożsamości użytkowników odbywa się za pomocą bankowości elektronicznej. Z tego rozwiązania chętnie korzystają klienci reprezentujący wiele różnych sektorów gospodarki, bo innowacyjne przedsiębiorstwa doskonale rozpoznają pilną potrzebę elektronizacji procesów. Kolejne wdrożenia są w toku – dodaje Elżbieta Włodarczyk.

Niewykluczony powrót do części obostrzeń. Wzrost liczby zakażeń może opóźnić wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków

– Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz. Początek trzeciej fali pandemii w Polsce jest już faktem, o czym świadczy nie tylko rosnąca dynamika wzrostu zakażeń, ale i coraz większa liczba osób hospitalizowanych. Od tego, w jakim stopniu uda się kontrolować pandemię, będzie zależeć wprowadzanie planu odbudowy zdrowia Polaków, który zakłada zachęcanie do wizyt i badań kontrolnych.

Lekarze od tygodni alarmują, że konsekwencją przedłużającej się pandemii i niewydolności systemu służby zdrowia jest narastający w społeczeństwie dług zdrowotny. Do POZ i specjalistów zgłasza się w tej chwili zdecydowanie mniej pacjentów, a wielu spośród nich jest już w zaawansowanym stadium chorób np. onkologicznych czy kardiologicznych.

– Mniej pacjentów w ostatnim roku zgłaszało się na diagnostykę kardiologiczną. Ci, którzy docierają do kardiologa, do ambulatoryjnej pomocy specjalistycznej, często mają już zaawansowane choroby. Widzimy, że również w chorobach onkologicznych pacjenci często zgłaszają się z dużym opóźnieniem, a wtedy ich leczenie jest dużo trudniejsze. To są dwa podstawowe schorzenia, w których konsekwencje opóźnionej diagnostyki mogą być najpoważniejsze, ale na pewno nie jedyne – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Andrusiewicz, rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Z danych NFZ przytaczanych przez Polskie Towarzystwo Onkologiczne wynika, że w 2020 roku wystawiono ponad 17 tys. mniej kart diagnostyki i leczenia onkologicznego niż w 2019 roku. Tegoroczne statystyki też wskazują na niepokojący trend (ponad 3 tys. kart mniej w styczniu vs. 2020 rok). Na badania przesiewowe w kierunku raka piersi zgłosiło się w ubiegłym roku 33 proc. kobiet w wieku 50–69 lat (przed pandemią było to 55–60 proc.), a cytologię wykonało ok. 14 proc. kobiet w wieku 25–59 lat (przed pandemią 30–40 proc.). Lekarze alarmują, ze najgorzej statystyki wyglądają w kolonoskopii, na którą w niektórych województwach zgłosiło się tylko kilka procent uprawnionych.

Jak wskazuje rzecznik MZ, rząd ma plan na złagodzenie długu zdrowotnego i odbudowę zdrowia Polaków po pandemii, ale najpierw konieczne jest opanowanie sytuacji epidemiologicznej i wyhamowanie wzrostu zakażeń.

 Dzięki temu, że będziemy kontrolować pandemię, będzie można wprowadzić pewien plan odbudowy zdrowia, w którym każdy Polak powyżej 40. roku życia będzie mógł zdiagnozować się pod kątem cukrzycy, pod kątem chorób kardiologicznych i onkologicznych. Po drugie, chcemy też wdrożyć odlimitowanie wizyt u specjalistów, żeby podjąć się leczenia i diagnostyki specjalistycznej. Ale w trakcie rozwijającej się trzeciej fali pandemii tego nie zrobimy – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

W niedzielę resort zdrowia poinformował o 7038 nowych zakażeniach i 94 zgonach z powodu COVID-19. Liczba aktywnych przypadków w Polsce wynosiła 218 tys., z czego ponad 12,6 tys. chorych przebywało w szpitalach, w tym 1340 pod respiratorami. W ciągu doby wykonano 37,4 tys. testów.

– Jeszcze do niedawna liczba zakażeń koronawirusem w Polsce malała, nie w sposób drastyczny, ale była dynamika spadków. Natomiast od ponad tygodnia obserwujemy już wzrost. Najpierw delikatny, w granicach 100 zakażeń dziennie więcej, ale ostatnie dni to już wzrost w granicach ok. 2 tys. zakażeń więcej w stosunku do tego samego dnia w poprzednim tygodniu – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Jak podkreśla, na początek trzeciej fali pandemii COVID-19 wskazuje też rosnąca liczba zakażonych SARS-CoV-2 w szpitalach. Z danych Ministerstwa Zdrowia wynika, że niedziela była już trzecim dniem z rzędu, w którym liczba osób hospitalizowanych wzrosła (do 12 609 osób).

– Kolejną daną potwierdzającą, że rzeczywiście mamy do czynienia z początkiem trzeciej fali, jest dość duży wzrost zleceń z podstawowej opieki zdrowotnej, zleceń na testy pod kątem koronawirusa. W skali tygodnia jest to wzrost o ok. 12 tys. testów, więc nie jest to mało. Co oczywiste, rośnie więc też liczba wykonywanych testów. Te wszystkie dane składają się w jedną całość – mówi rzecznik Ministerstwa Zdrowia.

Niepokojące dane spływają również z Czech i Słowacji, gdzie notuje się znacznie więcej przypadków na 100 tys. mieszkańców niż w Polsce.

– W Czechach to cztery i pół razy więcej niż w Polsce, na Słowacji – dwa i pół razy więcej. To jednak nie znaczy, że i u nas ta dynamika nie może  jeszcze wybuchnąć. Wszystko zależy od nas, bo podstawową zmienną rzutującą na to, jak będzie wyglądała trzecia fala w Polsce, jest podejście społeczeństwa do obostrzeń. Jeśli będzie ono mało odpowiedzialne, jeżeli będziemy lekceważyć obowiązujące przepisy i zalecenia, to rzeczywiście możemy mieć do czynienia z dużą skalą wybuchu pandemii – mówi Wojciech Andrusiewicz.

Rząd od 12 lutego warunkowo poluzował część obostrzeń, dzięki czemu działalność wznowiły m.in. kina, teatry, hotele i stoki narciarskie. W efekcie w miniony, walentynkowy weekend najazd turystów przeżywały zwłaszcza górskie miejscowości. W mediach gościły informacje o tłumach ludzi na stokach narciarskich i spontanicznych, masowych imprezach odbywających się na zakopiańskich Krupówkach bez zachowania jakiegokolwiek reżimu sanitarnego. Według epidemiologów incydenty z minionego weekendu nie są jednak jeszcze widoczne w statystykach dotyczących liczby zakażeń.

– Mamy do czynienia ze wzrostem skali naszej aktywności i pewnym poluzowaniem, ale nie restrykcji, tylko poluzowaniem zasad, którymi powinniśmy się kierować, odpowiedzialności i naszego podejścia do reżimu sanitarnego. Rozumiemy, że psychicznie ciężko żyje się w tych obostrzeniach i trudno ten reżim utrzymać. Jednak nadmierne luzowanie sobie służy rozwojowi pandemii. Jeśli w najbliższych dniach dołożymy do tego masowe lekceważenie reżimu sanitarnego – czy to na stokach, czy w hotelach – to możemy notować wybuch pandemii podobnie jak w Czechach czy na Słowacji. A tego chyba wszyscy wolelibyśmy uniknąć – podkreśla rzecznik MZ.

Rząd nie wyklucza powrotu do części obostrzeń, jeżeli tendencja wzrostowa liczby zakażeń będzie się utrzymywać, jednak – jak podkreśla rzecznik – wszystko jest uzależnione od tego, na ile restrykcyjnie społeczeństwo będzie stosować się do zasad reżimu sanitarnego.

 Niewykluczone, że będziemy musieli wrócić do ostrzejszych restrykcji. Jeżeli będziemy widzieli odbicie ze skali zachorowań, którą mieliśmy jeszcze dwa tygodnie temu, czyli z pułapu mniej więcej 5,5 tys. zakażeń na dobę, to trudniej będzie pohamować rosnącą skalę wzrostów. Jeżeli nie chcemy ponownego zamknięcia, jeżeli chcemy żyć w miarę normalnie przy tych obostrzeniach, które obowiązują, to nasza odpowiedzialność o tym zadecyduje – podsumowuje Wojciech Andrusiewicz.

W 2021 roku zapotrzebowanie na inżynierów wzrośnie, ale tylko w niektórych segmentach. Na brak pracy nie będą narzekać specjaliści od elektromobilności, energetyki odnawialnej i IT

Kryzys wywołany pandemią koronawirusa spowodował, że w wielu branżach duże projekty inwestycyjne zostały przełożone na później, a kadra inżynierska pracowała w obniżonym wymiarze czasu pracy. – Na szczęście firmy nie zwalniały inżynierów i wszystko wskazuje na to, że od września tego roku, po masowych szczepieniach, ruszą duże inwestycje i zapotrzebowanie znów wzrośnie – przewiduje Tomasz Szpikowski z Bergman Engineering. Największego popytu na specjalistów można się spodziewać u producentów samochodów hybrydowych i elektrycznych, w segmencie energetyki odnawialnej oraz ze strony firm technologicznych.

W ubiegłym roku rynek pracy był bardzo specyficzny, ale mimo trudności dość łaskawy dla inżynierów. Pandemia w naturalny sposób wymusiła przyspieszenie rozwoju nowych technologii, które wspierają pracę i naukę w nowej rzeczywistości. W 2020 roku wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów z zakresu IT, a zwłaszcza na tych, którzy tworzą narzędzia umożliwiające komunikację online, rozwiązania fintech bądź rozwijają platformy na potrzeby branży e-commerce.

Pracownicy zatrudnieni na stanowiskach inżynierskich nie byli zwalniani, ale zostały wstrzymane podwyżki i czas pracy został ograniczony o ok. 20 proc. Wiele firm obawiało się kryzysu, więc odłożyło na później inwestycje w nowe projekty, ale nie pozbywało się kadry inżynierskiej. Okazało się, że inżynierowie, informatycy, to jest zasób, który służy rozwojowi przedsiębiorstw i wiele z nich uznało, że nie można ich stracić. To bardzo dobra informacja – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Szpikowski, prezes zarządu Bergman Engineering.

Jak pokazał raport Bergman Engineering „(Nie)daleka przyszłość rekrutacji inżynierów”, brak podwyżek w 2020 roku był odczuwalny. Dla przykładu w branży motoryzacyjnej w ciągu ostatnich trzech lat stawki wynagrodzeń wzrosły średnio o około 10–14 proc., a w 2020 roku ten wzrost całkowicie się zatrzymał. Firmy branży automotive utrzymały wynagrodzenia, ale niektóre z nich zmniejszyły liczbę godzin pracy. Były też takie, które zredukowały etaty w konsekwencji znacznych spadków sprzedaży nowych samochodów. Od kwietnia do listopada 2020 roku do platformy Expert Indicator firmy Bergman Engineering dołączyło blisko 100 osób, które utraciły pracę lub zlecenia i szukają nowych projektów. Połowę z nich stanowili właśnie przedstawiciele branży motoryzacyjnej. Na redukcję zatrudnienia i obniżenie wynagrodzeń decydowały się też firmy z branży lotniczej, które ze względu na ograniczenie podróży i problemy przewoźników odnotowały brak nowych zamówień.

Wielu inżynierów od stycznia tego roku wróciło na pełny wymiar czasu pracy i obecnie mają całkiem niezłe warunki pracy. Widzimy już symptomy pozytywnych zmian na rynku pracy dla inżynierów i informatyków. Rok 2021 będzie okresem nowych projektów, odblokowania inwestycji, bo firmy spodziewają się, że po okresie wdrożenia szczepionek wszystko ruszy z miejsca. Nie będzie to jeszcze wyraźnie widoczne w pierwszym półroczu – przewiduje Tomasz Szpikowski. – W drugiej połowie roku wszystko powinno jednak szybko wracać do normy, a od września dynamika zatrudnienia będzie wyraźna, co jest bardzo dobrą wiadomością dla inżynierów i informatyków.

Jak podkreśla, w tym roku największej rekrutacji inżynierów można się spodziewać w branżach związanych z produkcją samochodów elektrycznych i baterii do tych aut. Zapotrzebowanie na pracowników będą zgłaszać nie tylko producenci, ale także dostawcy dużych koncernów motoryzacyjnych, którzy muszą się przebranżowić i zaoferować podzespoły do aut elektrycznych. Ta część załogi, której nie uda się przekwalifikować, może być zagrożona. Przykład to zwolnienie ponad pół tysiąca osób z Volkswagena w Poznaniu, które do końca roku stracą pracę z powodu optymalizacji procesów i wprowadzenia robotyzacji na potrzeby produkcji aut elektrycznych.

Branża, która rośnie w siłę i będzie rekrutować inżynierów, to energetyka, zwłaszcza ta skoncentrowana wokół zielonej energii, np. pomp ciepła, paneli fotowoltaicznych, farm wiatrowych oraz innych nowoczesnych systemów ogrzewania lub oszczędzania energii. Będą się również rozwijały firmy technologiczne, które zajmują się np. systemami do monitorowania poziomu bezpieczeństwa, emisji, produktywności lub optymalizacją procesu produkcji z wykorzystaniem m.in. urządzeń mobilnych.

– Zarządzanie fabrykami czy mieszkaniami wyposażonymi w systemy smart home to bardzo duży rynek i obecnie duże jest zapotrzebowanie na inżynierów, którzy rozumieją te procesy, potrafią zmapować i przygotować odpowiednie sterowniki oraz oprogramowanie do tych sterowników po to, żeby odpowiednie dane były właściwie przekazywane i analizowane – dodaje prezes zarządu Bergman Engineering.

Ze wspomnianego raportu wynika, że w 2020 roku największy wzrost zapotrzebowania na usługi rekrutacji zgłaszały firmy z branży FMCG oraz medycznej i farmaceutycznej, a także firmy wspierające procesy zachodzące w tych branżach. Rekrutacje były prowadzone również do firm z branży maszynowej i automatyki przemysłowej, które dostarczają rozwiązania na potrzeby sektora FMCG, farmacji i medycyny, a także do firm z branży opakowań.

– Obecnie otrzymujemy bardzo wiele zapytań z Europy Zachodniej o polskich inżynierów. Wielu z nich pracuje już w dużych koncernach, takich jak Volkswagen czy Daimler. Wynagrodzenia są tam dwu-, trzykrotnie wyższe niż w Polsce, a jedynym minusem jest to, że praca odbywa się w Niemczech. Mimo że pandemia nauczyła nas pracy zdalnej, to pewnych procesów inżynieryjnych nie można wykonać na odległość. Niemieckie firmy bardzo cenią polskich inżynierów, bo są bardziej wydajni i chcą dłużej pracować niż ich koledzy z krajów Europy Zachodniej – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

Sztuczna inteligencja przyspieszy likwidację szkód z polis ubezpieczeniowych. Ochroni też firmy przed wyłudzaniem odszkodowań

Trwa technologiczna rewolucja w branży ubezpieczeniowej. Za pomocą analizy danych i Big Data firmy ubezpieczeniowe dostosowują swoją ofertę, optymalizują procesy i chronią się przed oszustwami. Wykorzystują też sztuczną inteligencję do przyspieszenia rozpatrywania roszczeń. Coraz częściej rozwiązania IoT pozwalają zaproponować spersonalizowane ubezpieczenia zdrowotne czy komunikacyjne. Na rynku działają już firmy, które pozwalają na podstawie informacji z dokumentacji medycznej wesprzeć pracowników w likwidacji szkód. Jedną z takich technologii opracowali Polacy.

– W Minte.ai zajmujemy się pozyskiwaniem z dokumentacji medycznej informacji dotyczących szkód w zakresie medycyny ubezpieczeniowej. Produkt nasz kierujemy do dużych i średnich firm ubezpieczeniowych, w których rozpatrywane są szkody osobowe, czyli wszystkie szkody związane np. z nieszczęśliwym wypadkiem, pobytem w szpitalu czy ciężkim zachorowaniem – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Romuald Paprzycki, prezes i współzałożyciel firmy Minte.ai.

Branża insurtech rośnie w siłę z każdym rokiem i rozwija się dynamicznie nawet w trakcie pandemii. Jak wynika z raportu firmy Willis Towers Watson, w 2020 roku globalne inwestycje w sektorze osiągnęły rekordową wysokość 7,1 mld dol. Szacuje się, że do 2025 roku wartość rynku przekroczy 10 mld dol. Insurtechy zapewniają ubezpieczycielom przede wszystkim bezpieczeństwo i ograniczenie ryzyka, co jest kluczowym elementem w tej branży. Pozwalają też na oszczędności, ale jednocześnie całkowicie zmieniają podejście do relacji ubezpieczyciel – klient.

Rozwiązanie opracowane przez Polaków jest w stanie zautomatyzować ocenę ponad połowy szkód osobowych. Mniej więcej o tyle samo zmniejsza też koszty operacyjne związane z obsługą roszczenia. Program wykorzystuje także wiedzę ekspercką lekarzy, którzy mają długie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej. Pozwala to z kolei zmniejszyć wymagania co do wiedzy medycznej, którą likwidator musi posiadać.

– Korzyścią, którą firma ubezpieczeniowa odnosi z wdrożenia naszego systemu, są nie tylko oszczędności kosztów operacyjnych, lecz także fakt, że w rozwiązaniu zawarliśmy wiedzę ekspercką naszych lekarzy, którzy mają wieloletnie doświadczenie w medycynie ubezpieczeniowej – podkreśla Romuald Paprzycki.

Analiza ogromnych zbiorów danych, które do tej pory były przetwarzane przez ekspertów za pomocą prostych programów, jest coraz bardziej zautomatyzowana. Pracownicy i ich doświadczenie pozwalają na weryfikację zdarzeń lub ryzyka, których do tej pory mogli nie dostrzegać. Dzięki sieciom neuronowym analizowane są zdjęcia satelitarne, aby ubezpieczyciele mogli lepiej przeciwdziałać oszustwom. Z kolei algorytmy sztucznej inteligencji coraz częściej odpowiadają za ocenę ryzyka przy konstruowaniu polis.

– Sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe ogólnie opiera się na dużej ilości oznaczonych danych. Z uwagi na złożoność naszego zagadnienia byłyby to miliony oznaczonych stron dokumentacji medycznej. Zbudowaliśmy ekspercki model medyczny, który jest wykorzystywany we wszystkich elementach związanych ze sztuczną inteligencją wprowadzonych do systemu, od rozpoznawania tekstu i rozpoznawania gramatyki w tekście aż po ostateczne kojarzenie faktów związanych z danym uszczerbkiem – tłumaczy prezes Minte.ai.

Projekt jest po teście proof of concept przeprowadzonym przez jedno z czołowych towarzystw ubezpieczeniowych w Polsce. Obecnie trwają prace nad dalszym zwiększaniem skuteczności działania systemu, a także uzupełnieniem go o specjalny interfejs, wspierający pracę likwidatora danymi z modelu medycznego i dostarczający wyjaśnienie proponowanej decyzji.

– Wierzymy, że jeśli decyzja ubezpieczeniowa będzie zawierała zrozumiałe wyjaśnienie, pokazując, na podstawie których fragmentów dokumentacji medycznej została podjęta, firmy ubezpieczeniowe zyskają dodatkowo dzięki zwiększeniu zadowolenia i zaufania ich klientów – ocenia Romuald Paprzycki.

Fintechy napędzają zmiany w świecie finansów. Już za kilka lat transakcje gotówkowe w Polsce mogą praktycznie zniknąć

Pandemia przyspieszyła cyfryzację procesów w instytucjach finansowych. Coraz częściej też decydujemy się na transakcje bezgotówkowe – jak wynika z badań na zlecenie WIB przeprowadzonych przez pracownię Pollster, w ostatnich miesiącach blisko co czwarty Polak ograniczył korzystanie z gotówki na rzecz płatności bezgotówkowych. W ciągu kilkunastu lat tradycyjny pieniądz może niemal całkowicie zniknąć z rynku. Zmiany w świecie finansów napędzają fintechy, które oferują wygodne rozwiązania dla klientów, coraz bardziej otwartych na finansowe innowacje.

– Pandemia zdecydowanie wyrobiła w nas nowe nawyki finansowe. Najważniejszą rzeczą jest to, że przede wszystkim udało się przekonać w Polsce klientów, że nie muszą otwierać rachunku bezpośrednio w banku, ale mogą to zrobić zdalnie, więc nastąpiła ogromna cyfryzacja procesów w instytucjach finansowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Katarzyna Niewińska z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Deloitte w raporcie „Wpływ cyfryzacji i pandemii COVID-19 na bezpieczeństwo cybernetyczne w instytucjach finansowych” wskazuje, że większość instytucji finansowych nieuchronnie zmierza w kierunku coraz większej cyfryzacji procesów. Transakcje przeprowadzane we wszystkich jednostkach z różnych obszarów sektora finansowego podlegają digitalizacji, co jest konsekwencją przede wszystkim rosnących oczekiwań klientów. Pandemia przyspieszyła zmiany, także w Polsce, coraz bardziej otwartej na finansowe innowacje.

– Jeszcze w 2005 roku mieliśmy prawie 98 proc. transakcji gotówkowych, dzisiaj znaczna większość, ponad 50 proc., są to transakcje bezgotówkowe. Jesteśmy liderem pod względem transakcji mobilnych, czyli za pomocą telefonów lub różnych innych rozwiązań, gdzie możemy płacić zbliżeniowo. Średnio na świecie jest około 24 proc. tych transakcji, w Polsce ponad 30 proc. Pieniądz gotówkowy staje się coraz mniej popularny wśród użytkowników, coraz częściej będziemy rezygnować z niego na koszt pieniądza bezgotówkowego. Tym bardziej że różne rozwiązania technologiczne pozwalają nam uniknąć korzystania z gotówki – ocenia ekspertka.

NBP w „Informacji o kartach płatniczych” podaje, że liczba transakcji zbliżeniowych w III kwartale 2020 roku przekroczyła 1,51 mld, co oznacza wzrost o 345 mln (29 proc.) w porównaniu z II kwartałem 2020 roku. Udział procentowy transakcji zbliżeniowych w ogólnej liczbie transakcji bezgotówkowych sięga już 94,5 proc. Ogółem w III kwartale 2020 roku przy użyciu kart przeprowadzono aż 1,73 mld transakcji bezgotówkowych, co w porównaniu do poprzedniego kwartału stanowiło wzrost o 27 proc.

– Liderami płatności bezgotówkowych są przede wszystkim Singapur i Korea Południowa, a w Europie Szwecja i Holandia. W raportach BIS-u przewiduje się, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat Szwecja stanie się krajem bezgotówkowym – wskazuje dr Katarzyna Niewińska. –  W Polsce może to zająć więcej czasu niż w Szwecji, jednak w ciągu kilku, kilkunastu lat na pewno będziemy w bardzo małym stopniu posługiwać się pieniądzem gotówkowym.

Zmiany na rynku finansowym napędzają fintechy, które oferują bezpieczne i wygodne rozwiązania dla  klientów coraz bardziej otwartych na innowacje. Wiadomo już np., że Facebook planuje wdrożyć przelewy kontekstowe, czyli na podstawie generowanych wiadomości użytkownikom pojawią się propozycje przelewów.

– Raporty CB Insights wskazują, że neobanki i banki, instytucje finansowe będą szły w kierunku stałych opłat. Będziemy np. płacili subskrypcję i tak jak płacimy subskrypcję za słuchanie książek, tak będziemy płacili subskrypcję jednorazową za użytkowanie konta, żeby nie było różnych przelewów – wskazuje ekspertka z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Na rynku pojawia się coraz więcej fintechów, które oferują kolejne rozwiązania. Jak wymienia ekspertka, serca inwestorów w 2020 roku podbił m.in. Robinhood. To fintech, który umożliwia inwestowanie na giełdzie bez brokerów biur maklerskich. Na znaczeniu zyskują też takie fintechy jak LendingClub. To pionier tzw. pożyczek peer-to-peer, czyli modelu, który łączy konsumentów szukających pożyczek online z osobami fizycznymi lub inwestorami instytucjonalnymi, takimi jak banki. Przyszłością może zaś być telemetyka, czyli wycena ubezpieczenia na podstawie naszego stylu jazdy.

–  Także w Polsce możemy znaleźć chyba we wszystkich obszarach fintechów spółki, które odpowiadają na potrzeby rynku. Pomagają w tym mocno instytucje finansowe, które tworzą laboratoria współpracy z takimi start-upami, które usprawniają im pracę, a także dają dane i możliwość testowania ich produktów przy współpracy z bankami – mówi dr Katarzyna Niewińska.

Polacy już odnoszą pierwsze sukcesy w globalnym rynku fintech. Przykładem może być Digital Fingerprints, który oferuje rozwiązanie do permanentnego uwierzytelniania i znalazł się wśród 10 najbardziej obiecujących fintechów w zakresie cyberbezpieczeństwa w 2020 roku na liście stworzonej przez EU-Startups.com.

Tych, którzy tworzą innowacje, zakładają i rozwijają nowe przedsiębiorstwa, docenia konkurs Przedsiębiorca Roku Uniwersytetu Warszawskiego, przeznaczony dla studentów, absolwentów i pracowników UW.

–  Chcemy nagradzać naszych absolwentów, studentów czy też pracowników, którzy tworzą start-upy, innowacje w różnych sektorach, m.in. w fintechach, ale nie tylko. Stworzyliśmy to po to, żeby podkreślić niesamowite sylwetki naszych studentów, absolwentów, nagrodzić ich i pokazać, że Uniwersytet Warszawski także kreuje ludzi, którzy potrafią zmieniać świat – podkreśla ekspertka.

Przegląd wydarzeń tygodnia 22.02 – 26.02.2020

Wzrosty rentowności obligacji skarbowych USA wywołało zamieszanie na rynkach finansowych i poddało w wątpliwość trwałość hossy ryzykownych aktywów. Obawy wydają się jednak przesadzone i wkrótce powinny zaniknąć, a udane wprowadzenie szczepień w Europie i USA powinno wzbudzić większe zaufanie do cyklicznego ożywienia, zaś dodatkowy impuls fiskalny również zapewni wsparcie.

Przyszły tydzień: nastroje konsumentów i biznesu w USA, Powell z Fed, Ifo z Niemiec, Lagarde z EBC, rynek pracy z Wlk. Brytanii, PKB Polski, RBNZ

USA

W USA indeksy nastrojów konsumentów (wt, pt) i regionalne wskaźniki biznesu (pt) powinny wskazać na poprawiające się warunki gospodarcze. Dane o wnioskach o zasiłek (czw) będą obciążone szumem wynikającym z ataku mrozów w płd.-zach. stanach i do wyników należy podchodzić z rezerwą. W tygodniu nie zabraknie wystąpień przedstawicieli Fed, gdzie interesujące będą komentarze odnośnie inflacji i skoku rentowności obligacji. Główna uwaga będzie na przemówieniu prezesa Powella w Kongresie (wt, śr) w ramach prezentowanego co pół roku sprawozdania z prowadzonej polityki pieniężnej. Oczekujemy, że szef Fed pozostanie stanowczy w wykluczaniu wcześniejszego zakończenia QE, co powinno przyhamować wzrost rentowności i osłabić USD.

Strefa euro

W Europie najbardziej interesujący będzie niemiecki indeks Ifo (pon). Bazując na odczytach ZEW i Sentix można założyć, że wskaźnik oceny sytuacji bieżącej spadł w lutym, ale postęp programu szczepień i wizja złagodzenia restrykcji powinny doprowadzić do wzrostu subindeksu oczekiwań. Finalny odczyt inflacji z Eurolandu (wt) nie dostarczy żadnych nowych wartościowych informacji. Nieco uwagi przyciągną rewizji PKB z Niemiec (śr) i Francji (pt). W poniedziałek przemawia prezes EBC Lagarde, a w czwartek główny ekonomista banku Lane. Oczekujemy podkreślenia ryzyk stojących przed gospodarką, co implikuje utrzymanie gołębiego nastawienia. Lane może próbować werbalnie osłabić euro, ale nikogo już to nie zaskoczy.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii przywrócenie restrykcji na początku roku wpłynie na wyraźny spadek zatrudnienia w styczniu (wt). Trzymiesięczna średnia stopy bezrobocia (za okres październik-grudzień) prawdopodobnie wzrośnie przy uwzględnieniu lockdownu 2.0. Mimo to nie liczymy, aby złe dane mogły zatrzymać rajd GBP/USD, gdzie wciąż główną siłą są oczekiwania na szybsze zakończenie restrykcji wraz z postępem programu szczepień.

Polska

W Polsce podaż pieniądza M3 (pon) i stopa bezrobocia (wt) najprawdopodobniej przejdą bez echa. Szacunek PKB a IV kw. (pt) będzie uzupełniony o składowe z główną uwagą na udziałach konsumpcji i inwestycji. Na EUR/PLN utrzymuje się konsolidacja 4,47-4,51 w oczekiwaniu na silniejsze zawiązanie kierunku na rynkach zewnętrznych. Pozytywnie należy oceniać względną odporność złotego na umocnienie dolara w ostatnich dniach, co sugeruje brak obecności krótkoterminowego kapitału spekulacyjnego zainteresowanego większą zmienności na rynku PLN. Ustawia to asymetrię ryzyk na korzyść aprecjacji, o ile pojawi się silniejszy zryw apetytu na ryzyko. Na razie jednak obowiązuje trend boczny.

Nowa Zelandia

W Nowej Zelandii tydzień przynosi posiedzenie RBNZ (śr), ale nie spodziewamy się zmian w polityce. Stan gospodarki pozwala na bardziej optymistyczny komunikat, ale jednocześnie bank nie chciałby wywołać silniejszej aprecjacji NZD. Stąd spodziewalibyśmy się podtrzymania gołębiego nastawienia i podkreślenia, że normalizacja polityki prędko nie nastąpi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

COVID-19 wyprzedza wszystkie inne ryzyka biznesowe – Barometr Ryzyk Allianz

Zagrożenia związane z COVID-19 stoją na czele Barometru Ryzyk Allianz 2021 , odzwierciedlając potencjalne scenariusze zakłóceń i strat, z którymi borykają się firmy w następstwie pandemii koronawirusa. Przerwy w działalności biznesowej (nr 1 z 41% odpowiedziami) i sam wybuch pandemii (nr 2 z 40%) to największe zagrożenia biznesowe w tym roku, a incydenty cybernetyczne (40% wskazań) zajmują trzecie miejsce.

Coroczna ankieta dotycząca globalnego ryzyka biznesowego przeprowadzona przez Allianz Global Corporate & Specialty (AGCS) obejmuje opinie 2769 ekspertów z 92 krajów na całym świecie. Co roku w badaniu biorą udział Zarządu, menedżerowie ryzyka, brokerzy i eksperci ubezpieczeniowi.

Barometr Ryzyk Allianz 2021 jest wyraźnie zdominowany przez zagrożenia związane z COVID-19. Przerwy w działalności, pandemia i cyberprzestrzeń są ze sobą ściśle powiązane, co pokazuje rosnącą słabość naszego wysoce zglobalizowanego i połączonego świata. Pandemia koronawirusa przypomniała nam wszystkim, że zarządzanie ryzykiem i ciągłością biznesową muszą ewoluować, aby pomóc firmom przygotować się na ekstremalne wydarzenia i w efekcie pomóc im przetrwać. Chociaż pandemia nadal jest mocno obecna na całym świecie, musimy również przygotować się na częstsze ekstremalne scenariusze, takie jak awarie systemów, cyberataki, klęski żywiołowe spowodowane zmianami klimatycznymi lub nawet wybuch pandemii innej choroby – mówi Joachim Müller, dyrektor generalny AGCS

Kryzys zdrowotny COVID-19 nadal stanowi bezpośrednie zagrożenie zarówno dla bezpieczeństwa indywidualnego, jak i dla przedsiębiorstw. To odzwierciedla powód, dla którego wybuch pandemii podskoczył o 15 pozycji w Barometrze – na drugie miejsce w rankingu. Do tej pory, wedle wskazań badanych, pandemia jako zagrożenie nigdy nie zajęła w Barometrze Ryzyka Allianz wyższego miejsca niż 16 w ciągu ostatnich 10 lat. To pokazuje tylko, że do tej pory była ryzykiem wyraźnie uważanym za odległe i niedocenianym. Jednak w 2021 r. jest to ryzyko numer jeden w 16 krajach. Znajduje się także wśród trzech największych zagrożeń na wszystkich kontynentach.

Rozwój rynku (4. miejsce z 19%) również pnie się w górę w Barometrze Ryzyka Allianz 2021, odzwierciedlając ryzyko wzrostu wskaźników niewypłacalności po pandemii. Według Euler Hermes, większość niewypłacalności nastąpi właśnie w 2021 r. Eksperci szacują, że globalny wskaźnik niewypłacalności ubezpieczyciela kredytów kupieckich osiągnie rekordowy poziom w przypadku upadłości, osiągając 35% do końca 2021 r. Największe wzrosty spodziewane są w USA, Brazylii, Chinach i głównych krajach europejskich. Inne zagrożenia obejmują zmiany makroekonomiczne (# 8 z 13%) oraz ryzyka polityczne i przemoc (# 10 z 11%), które są w dużej mierze również konsekwencją wybuchu pandemii koronawirusa. Spadki w tegorocznym badaniu zaliczają zmiany w przepisach prawa i regulacjach (# 5 z 19%), katastrofy naturalne (# 6 z 17%), pożary i wybuchy (# 7 z 16%) oraz zmiany klimatu (# 9 z 13%). Wszystkie wyraźnie zastąpione przez obawy związane z pandemią.

Wskazania polskich ekspertów

Nie jest zaskoczeniem, że wybuch pandemii znajduje się na szczycie zestawienia w Barometrze w 2021 roku według polskich ekspertów. Pandemia znacznie zmieniła postrzeganie ryzyk, które stoją zarówno przed obywatelami jak i przedsiębiorstwami. Widać to także w dalszych wskazaniach ekspertów, którzy zaznaczyli, że drugim największym ryzykiem biznesowym w tym roku są przerwy w działalności. A to ma bezpośredni związek m.in. z obostrzeniami związanymi z koronawirusem – mówi Tomasz Kryłowicz, Allianz Polska.  Na podium największych zagrożeń znalazły się zmiany w ustawodawstwie i przepisach (30%). Co ciekawe, incydenty cybernetyczne, które od lat znajdowały się wśród trzech największych ryzyk, w tym roku zajmują dopiero 5. pozycję (22%). Polscy ankietowani wskazali także nowe ryzyko, które do tej pory nie pojawiało się w zestawieniach – ryzyka polityczne i przemoc. – Pojawienie się tego ryzyka w tegorocznym zestawieniu może mieć bezpośredni związek z nastrojami społecznymi zarówno w kraju jak i na całym świecie – dodaje Tomasz Kryłowicz.

Pandemia powoduje zakłócenia – teraz i w przyszłości

Przed wybuchem COVID-19 zakłócenia w biznesie (BI – Business Interruption) już siedem razy znajdowały się na szczycie globalnego Barometru Ryzyka Allianz i wracają na pierwsze miejsce po zastąpieniu ich przez incydenty cybernetyczne w 2020 r. Pandemia pokazuje, że ekstremalna globalna skala zdarzenia BI to nie tylko teoria, ale realna możliwość, powodująca utratę przychodów i zakłócenie produkcji, operacji i łańcuchów dostaw. 59% respondentów wskazuje pandemię jako główną przyczynę BI w 2021 r., W następnej kolejności są to incydenty cybernetyczne (46%) oraz katastrofy naturalne oraz pożary i eksplozje (po około 30%). Dodatkowo pandemia powiększa rosnącą listę „nie fizycznych” scenariuszy BI, takich jak awarie cybernetyczne lub przerwy w zasilaniu. – Konsekwencje pandemii – szersza cyfryzacja, zdalna praca i rosnące uzależnienie od technologii firm i społeczeństw – prawdopodobnie zwiększą ryzyko BI w nadchodzących latach – wyjaśnia Philip Beblo, ekspert w globalnym zespole ds. Ubezpieczania nieruchomości w AGCS. – Jednak tradycyjne zagrożenia nie znikną i muszą pozostać w programie zarządzania ryzykiem. Klęski żywiołowe, ekstremalne warunki pogodowe lub pożary pozostają głównymi przyczynami BI w wielu branżach i nadal widzimy tendencję do większych strat w czasie.

Rosną zagrożenia cybernetyczne

Incydenty cybernetyczne co prawda spadły na 3. miejsce, ale nadal pozostają głównym zagrożeniem z większą liczbą respondentów niż w 2020 r. W dalszym ciągu znajdują się w pierwszej trójce zagrożeń w wielu krajach, w tym m.in. w Brazylii, Francji, Niemczech, Indiach, Włoszech, Japonii, RPA, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Przyspieszenie w kierunku większej cyfryzacji i pracy zdalnej wywołane przez pandemię dodatkowo zwiększa podatności IT na zagrożenia. W szczytowym momencie pierwszej fali lockdownu w kwietniu 2020 r. FBI odnotowało 300% wzrost liczby incydentów. Szacuje się także, że cyberprzestępczość kosztowała światową gospodarkę ponad 1 bilion dolarów, czyli o 50% więcej niż dwa lata temu. Incydenty związane z oprogramowaniem ransomware, które już teraz są częste, stają się coraz bardziej szkodliwe i w coraz większym stopniu wymierzone są w duże firmy.

Covid-19 pokazał, jak szybko cyberprzestępcy są w stanie się przystosować, a gwałtowny wzrost cyfryzacji spowodowany pandemią stworzył możliwości włamań z nowymi scenariuszami strat cybernetycznych – mówi Catharina Richter, globalna szefowa Allianz Cyber Center of Competence w AGCS . – Atakujący wprowadzają innowacje, wykorzystując zautomatyzowane skanowanie w celu identyfikacji luk w zabezpieczeniach, atakując słabo zabezpieczone routery lub nawet wykorzystując „deepfake” – realistyczne treści multimedialne zmodyfikowane lub sfałszowane przez sztuczną inteligencję. Jednocześnie przepisy dotyczące ochrony danych i prywatności oraz kary za naruszenia danych nadal mają tendencję wzrostową.barometrRyzyk

Pełna treść raportu „Barometr Ryzyk Allianz 2021” (w wersji angielskiej):

https://www.agcs.allianz.com/content/dam/onemarketing/agcs/agcs/reports/Allianz-Risk-Barometer-2021.pdf

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym

W niemal dwóch na trzy domy nie udaje się uniknąć kłótni o pieniądze, a w co szóstym zdarzają się one regularnie – wynika z badania zrealizowanego dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Główne powody to nieliczenie się ze zdaniem partnera, rozrzutność i zbyt niskie dochody. Ale nieporozumienia to nie wszystko, co trzecia osoba zanim przystąpi do rozmowy sprawdza po kryjomu finanse i wydatki partnera. Zdecydowanie częściej partnerzy kontrolują partnerki, bo też częściej mają dostęp do finansów swojej drugiej połowy. Pandemia spowodowała, że awantur jest nieco więcej.

O pieniądze kłóci się z najbliższymi zdecydowana większość, bo 64 proc. Polaków – pokazuje badanie zrealizowane przez 4P dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. Na szczęście bardzo często i często robi to zdecydowanie mniejsza część społeczeństwa – 16 proc. respondentów.W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym

Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

48 proc. badanych wchodzi w spory na tle finansowym rzadko lub bardzo rzadko. By dojść do tego etapu, trzeba jednak wcześniej nabrać wprawy i wzajemnego zaufania, a na to potrzeba czasu. Dlatego wśród osób między 18. a 29. rokiem życia regularnie bierze udział w kłótniach o finanse co czwarta. Od trzydziestki natężenie sporów słabnie, by po pięćdziesiątce częste i bardzo częste nieporozumienia na tym tle były udziałem 12 proc., a po sześćdziesiątce 7 proc. ankietowanych.

Najmłodsze pokolenie najpierw tkwi w gorącym sporze o pieniądze z rodzicami, a później z drugą połową, bo każdy wychodzi z rodzinnego domu z innym bagażem doświadczeń i innymi nawykami. Ważne jest jednak, by ewentualne spory i dyskusje prowadziły do dobrych decyzji. Niestety, błędy popełnianie na starcie w dorosłość mogą zaważyć na realizacji życiowych planów i stanowić dodatkowy balast na kolejne lata – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Tymczasem z naszych danych wynika, że z powodu nieopłaconych rachunków i rat kredytów znajduje się w rejestrze dłużników lub ma popsutą historię kredytową ponad 137 tys. osób, czyli prawie 5 proc. osób z tego pokolenia, w kolejnym 25-34 latków jest już niemal 560 tys. niesolidnych dłużników – dodaje. O ile przeciętna zaległość najmłodszej grupy wynosi 8,3 tys. zł. to już po 25. roku życia jest to o prawie 10 tys. zł więcej.

Punkty zapalne to m.in. krótki staż związku i dzieci

Niełatwo o pokojowe rozmowy o wydatkach i oszczędnościach również w rodzinach z małymi dziećmi. Regularne problemy z dogadaniem się ma co najmniej 20 proc. rodziców potomstwa w wieku do 9 lat. Dla porównania w gospodarstwach domowych, w których nie ma dzieci na utrzymaniu, o częstych i bardzo częstych sporach mówi 14 proc. ankietowanych, a tam, gdzie mieszkają dorosłe dzieci – 16 proc. respondentów.

Pieniądze to trudny temat, który wywołuje silne emocje i potrafi być źródłem poważnych konfliktów. Obnaża różnice systemów wartości i charakterów w związkach. Niestety nie ma prostych reguł. Konto wspólne czy oddzielne? A co, jeśli partnerzy różnią się zasadniczo poziomem dochodów? Satysfakcjonujące porozumienie, które nie obędzie się bez kompromisów, ustalić jednak warto, bo jego brak wzmaga kryzysy w związkach i aż dla ok. 30 proc. par kończy się rozstaniem – przestrzega Roman Pomianowski, psycholog społeczny, prezes Stowarzyszenia Program Wsparcia Zadłużonych.

Błędy jednej osoby w małżeństwach, w których zachowana jest wspólnota majątkowa, mogą dać się mocno we znaki również drugiej połowie, dlatego należy wspólnie podejmować ważne w skutkach decyzje. Kłopoty finansowe to niestety nie jest rzadkość, z informacji zawartych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz z danych BIK wynika, że w pokoleniu 35-44 latków oraz 45-54 latków problemy z opłacaniem zobowiązań ma co ósma osoba. Tu przeciętne kwoty zaległości są znacznie wyższe niż w przypadku młodszych pokoleń, bo wynoszą odpowiednio ponad 31 tys. zł i 39,5 tys. zł.

Żona kontra mąż lub odwrotnie

Kłótnie na tle finansowym w 70 proc. przypadków wybuchają między partnerami i małżonkami, w następnej kolejności 17 proc. badanych wymienia rodziców, 7 proc. dzieci, a 5 proc. rodzeństwo. Statystyki mogłyby wyglądać gorzej, gdyby nie to, że niemal co dziesiąty ankietowany prowadzi gospodarstwo domowe samodzielne i ma zdecydowanie mniej okazji, by się z kimś spierać.

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym 2Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

… bo wydał i nie spytał, a na dodatek za mało zarabia

O co się kłócimy? Przede wszystkim o nieuzgadnianie wydatków i rozrzutność. W następnej kolejności o niewystarczające dochody, nieumiejętność oszczędzania oraz wysokość wydatków partnera na hobby czy używki.

W co szóstym domu spory o pieniądze są na porządku dziennym 3Źródło: badanie 4P dla BIG InfoMonitor

Przy czym kobiety zdecydowanie częściej wymieniają jako powód awantur niskie dochody (34 proc. vs. 28 proc.) i rozrzutność (37 proc. vs. 28 proc.), mężczyźni natomiast wydawanie pieniędzy bez zgody (34 proc. vs. 30 proc.) oraz przeznaczanie oszczędności na nieodpowiedni cel (19 proc. vs. 13 proc.). Ale kto wywołuje temat, a kto z tych powodów jest stawiany pod ścianą, trudno jednoznacznie stwierdzić.

– Mamy w Polsce paradoksalną sytuację – kobiety są lepiej wykształcone, ale mnie zarabiają. Kierowany w ich stronę zarzut zbyt małych dochodów może mieć więc charakter strukturalny. Jest jednak gorzej, jeśli partner lub partnerka zarzuca drugiej stronie, że się nie stara, że nie jest wystarczająco przedsiębiorcza, zaradna – bo to już ocena osoby, tego jak wywiązuje się ze swych powinności wobec rodziny, a nie informacja zwrotna mobilizująca do większego zaangażowania. Z moich obserwacji wynika, że posądzenie polskiego mężczyzny o to, że jest „bankrutem” potrafi być jedną z największych obelg – zauważa Roman Pomianowski.

Kuszące podglądanie konta

Spory sporami, a kontrolowanie stanu konta, wydatków i oszczędności drugiej połowy, to inna sprawa. Nawet tam, gdzie kłótnie o pieniądze się zdarzają, 52 proc. twierdzi, że nie ma potrzeby sprawdzania konta partnera, ale jest też 48 proc. badanych, którzy myślą inaczej. Uważają, że zanim rozpocznie się burzliwą rozmowę o wydatkach i oszczędnościach należałoby się upewnić, jak sprawa faktycznie wygląda i obejrzeć finanse partnera. Nie każdy ma jednak taką możliwość, ostatecznie sprawdza więc co trzeci, z czego na częstą kontrolę decyduje się co dziesiąty badany. Wyniki nie pozostawiają wątpliwości, w tym względzie nadal nie ma mowy o równouprawnieniu. Kontrola jest bardziej domeną partnerów, robi to 37 proc. z nich, podczas gdy kontrolujących partnerek jest 27 proc. Może wyglądałoby to inaczej, gdyby nie fakt, że w takich trudnych finansowo związkach kobiety rzadziej mają dostęp do rachunków mężów (12 proc.) niż oni do ich kont (20 proc.).

Temat pieniędzy jest szczególnie burzliwy w parach osób między 25. a 34. rokiem życia. W tej kategorii wiekowej chętnie sprawdzałoby konto partnera aż 65 proc. ankietowanych, podczas gdy wśród osób po 45. roku życia 40 proc. I faktycznie 25-34 latkowie kontrolują swoją drugą połowę częściej niż reszta (37 proc. vs. średniej na poziomie 33 proc.). Wynik byłby inny, ale na przeszkodzie stoi brak dostępu do konta partnera, bo podobnie jak w pozostałych grupach wiekowych wgląd w finanse drugiej osoby ma przeciętnie ok. jednej trzeciej badanych.

Finanse to coś więcej niż tylko kwestia dobrej komunikacji w związku, bo rodzina to nie jest firma, w której tworzy się formalny plan finansowy. Gospodarowanie pieniędzmi, podejmowanie decyzji inwestycyjnych, np. dotyczących zakupu samochodu, budowy czy remontu mieszkania, wymarzonych wakacji, itd. ujawnia strukturę władzy w związku. Nawet tzw. miłe niespodzianki pokazują, kto rządzi i rozdaje karty – zwraca uwagę Roman Pomianowski.

Nie ma pieniędzy, a kłótnie są

Wyniki badania nie pozostawiają też wątpliwości, że sporów o pieniądze jest więcej tam, gdzie żyje się skromniej. Wystarczy, by dochody własne badanego przekroczyły 3 tys. zł, lub gospodarstwa domowego 4 tys. zł, i już sytuacja wygląda nieco lepiej. Nie oznacza to jednak, że wszędzie, gdzie deklarowany jest wysoki standard życia, udaje się żyć bez awantur o pieniądze.

Co ciekawe, grupa bez problemów finansowych, w której dobrze się żyje i która może pozwolić sobie na wszystko, także nie unika kłótni. Często i bardzo często doświadcza ich niemal co piąty badany, podczas gdy w grupie deklarującej skromne życie, której nie wystarcza nawet na podstawowe potrzeby, dzieje się tak w co czwartym przypadku – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Zamożne pary rzadziej niż inne kłócą się jednak o pieniądze między sobą, a zdecydowanie częściej ze swoimi dziećmi – dodaje.

Powrót dorosłych dzieci do domów sprzyja trudnym rozmowom o finansach

Pandemia nie oszczędziła żadnego obszaru życia, również finansów i związanych z nimi nieporozumień. Części osób odebrała źródło utrzymania lub ograniczyła wpływy, ale wielu też zmniejszyła wydatki, bo ze względu na lockdowny, obostrzenia w korzystaniu z licznych usług i rozpowszechnienie pracy zdalnej jest zdecydowanie mniej okazji do wydatków. W czterech ścianach nerwowość na tle finansowym jednak wzrosła. Owszem, prawie dwie trzecie spierających się o pieniądze nie dostrzega zmiany między stanem przed Covid-19 i w czasie pandemii, ale wśród tych, którzy ją zauważyli przeważają deklarujący, że teraz kłócą się o pieniądze częściej (20 proc.) niż rzadziej (16 proc.). Niewykluczone, że jest to zasługa pełnoletnich już dzieci, które z powodu zdalnej nauki i zamknięcia miejsc pracy wróciły pod dach rodziców. Badanie potwierdza, że w domach, w których mieszka pełnoletnie już dziecko konfliktów na tle finansowym bywa dziś więcej niż przed rokiem. Powrót do rodzinnego domu ma jednak też plusy, niesolidnych dłużników w wieku 18-24 lat jest dziś mniej niż przed rokiem.

Styczniowe wyniki sprzedaży detalicznej to zapowiedź słabego I kwartału

Jak wynika z danych GUS poziom sprzedaży detalicznej w styczniu była niższa niż przed rokiem o 6,0 proc. W porównaniu z grudniem 2020 r. spadek sprzedaży detalicznej wyniósł aż 24,9 proc.

Styczeń br. przyniósł spadek konsumpcji z dynamiką na poziomie zbliżonym do odczytu z maja ub. r. Wprowadzenie restrykcji administracyjnych przez okres pełnego miesiąca, skumulowanie ferii zimowych w jednym terminie dla całego kraju oraz niska mobilność obywateli musiały znaleźć swoje odzwierciedlenie w najnowszych danych dotyczących sprzedaży detalicznej. Opublikowany dziś przez GUS odczyt za miesiąc styczeń wskazuje na jej spadek o 6 proc. w ujęciu rocznym oraz 24,9 proc. w ujęciu miesięcznym. Opublikowane dane za pierwszy miesiąc 2021 roku to dopiero preludium przed słabym odczytem konsumpcji w całym I kw. br.

Czynnikiem decydującym o ujemnej dynamice sprzedaży w styczniu było zamknięcie galerii handlowych przez okres pełnego miesiąca. Z danych Polskiej Rady Centrów Handlowych wynika, że odwiedzalność klientów w styczniu 2021 roku była na poziomie zbliżonym do miesiąca maja ub.r. oraz o blisko 50 proc. niższa niż przed rokiem. Nie bez znaczenia był też spadek optymizmu konsumentów wywołany nie tylko przez ograniczenia w handlu, ale też brakiem perspektywy wyjazdów na ferie zimowe, pełnym powrotem do szkół, uczelni i biur.

Najsilniejsze spadki sprzedaży dotyczyły kategorii odzież i obuwie. Ujemna dynamika w ujęciu rocznym w tej kategorii wyniosła aż 40,8 proc. To ogromny cios dla firm oferujących ten asortyment. Jednocześnie ze względu na ograniczenia mobilności konsumentów w tym ograniczenie wyjazdów związanych z okresem ferii zimowych spadek sprzedaży paliw wyniósł 16,4 proc. Pewnym zaskoczeniem jest styczniowy odczyt udziału e-handlu w sprzedaży. Pomimo restrykcji w handlu stacjonarnym konsumenci nie wrócili do zakupów on-line w zakresie w jakim obserwowaliśmy to w listopadzie u. r. Styczeń z wynikiem 9,8 proc. przyniósł niewielki wzrost udziału sprzedaży detalicznej w porównaniu wynikiem z grudnia na poziomie 9.1 proc.

Luty powinien przynieść mniejsze spadki sprzedaży niż styczeń ponieważ konsumenci czekając na możliwość zrobienia stacjonarnych zakupów odłożyli je w czasie. Optymizm studzą jednak wyniki opublikowane przez Polską Radę Centrów Handlowych. Zgodnie z wskaźnikiem PRCH Daily Footfall Index opisującym poziom odwiedzalności w galeriach handlowych, w pierwszym tygodniu lutego był on średnio o 20 proc. a w drugim o 24 proc. niższy niż w analogicznego okresie ub. r. Wygląda, że na poprawę konsumpcji będziemy musieli poczekać do kwietnia, który wraz z wiosną i świętami wielkanocnymi przywróci optymizm wśród polskich konsumentów.

Magdalena Szlezyngier, Menedżera ds. Klientów Strategicznych w DNB Bank Polska

GUS o detalu i e-handlu w styczniu – eksperci komentują

Udział sprzedaży przez internet w sprzedaży detalicznej wzrósł w styczniu do 9,8 proc. z 9,1 proc. w grudniu – podał GUS.

Poniżej komentarze eksperckie do tych danych autorstwa Unity Group oraz PayPo:

Unity Group (specjalizuje się w cyfrowej transformacji biznesu)

– Ponowny wzrost udziału e-handlu w sprzedaży detalicznej to efekt m.in. zamknięcia sklepów w galeriach handlowych przez cały styczeń. Konsumenci siłą rzeczy musieli w jeszcze większym stopniu przenieść swoje zakupy do internetu. W związku z co rusz zmieniającymi się restrykcjami dot. różnych sfer naszej społecznej aktywności firmy handlowe muszą być przygotowane na taką zmienność i na konieczność przełączania się między poszczególnymi kanałami sprzedaży, w zależności o obowiązującego w danej chwili stanu obostrzeń. W takiej sytuacji sprawdza się sprzedaż wielokanałowa, która zdała egzamin u wielu liderów transformacji cyfrowej biznesu, takich jak LPP, które bardzo sprawnie przestawiło się na model omnichannelowy i potrafiło generować przychody dwutorowo w odpowiedzi na sytuację rynkową. Co nas czeka w dalszej części roku? Większość biznesów działających w modelu B2C przeszła już lub ma zaawansowany proces transformacji cyfrowej kanałów sprzedaży, więc naturalnie potencjał tego rynku uległ ograniczeniu. Teraz największe pokłady wzrostu drzemią w biznesach B2B, a więc zakupach firmowych. Te firmy muszą pójść w ślady B2C. Z przeprowadzonego przez nas w październiku 2020 r. badania jasno wynika, że rynek B2B jest w tyle za procesami zachodzącymi w B2C. Ponad połowa badanych firm (54 proc.) nie posiada w ogóle strategii transformacji cyfrowej. Co gorsze, pomimo trudnych warunków pandemii aż 37 proc. respondentów nie planuje inwestycji w e-commerce czy rozwiązania typu Business Intelligence. A to oznacza, że te firmy nie będą w stanie ocenić co i jak sprzedają, a tym bardziej nie będą w stanie samodzielnie sprzedawać online. Jakie są skutki takich zaniechań? Zgodnie z badaniem 82 proc. ankietowanych firm przyznaje się do prowadzenia sprzedaży online, ale dla aż 79 proc. respondentów stanowi ona mniej niż jedną dziesiątą obrotów. To oznacza, że w tym roku będziemy świadkami pogoni B2B i stopniowej adaptacji trendów rozwiniętych przez B2C. Inspiracją dla zmian na tym rynku mogą być liderzy transformacji cyfrowej, m.in. tacy właśnie jak wspomniane LPP. Ten potentat rynku odzieżowego wdrożył strategię rozwoju e-commerce opartą o myślenie długofalowe i wielowątkowe. Jak podkreślają przedstawiciele trójmiejskiej spółki i jednego z naszych klientów, by odnieść sukces na tym polu należy unikać pułapki skupiania się wyłącznie na aplikacji sprzedażowej, bo co prawda jest on ważna, ale nadal to tylko element powiązany z wieloma innymi systemami firmy – powiedział Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group.

PayPo (fintech, dostawca płatności odroczonych w internecie)

– Dane GUS, wg których e-commerce zyskał względem tradycyjnej sprzedaży, są odzwierciedleniem tego, co działo się w polskiej gospodarce i społeczeństwie w pierwszym miesiącu nowego roku. Z powodu nałożonych restrykcji, od 28 grudnia do końca stycznia zamknięte były sklepy w galeriach handlowych. Widzimy to w naszych danych, bo pierwsze trzy tygodnie tego miesiąca to wyraźny wzrost liczby transakcji internetowych z użyciem naszych odroczonych płatności względem końcówki grudnia. Bez zaskoczenia prym wśród najbardziej obleganych e-sklepów w styczniu miały te z segmentu moda (odzież i obuwie). To tam przeniósł się ruch klientów, którzy dotychczas robili zakupy właśnie w sklepach stacjonarnych. Ciekawie prezentują się też pierwsze tygodnie lutego, ponieważ po otwarciu galerii handlowych dały pierwszą odpowiedź na temat preferencji zakupowych Polaków – czy ich emigracja z offline do online była trwałą zmianą, czy chwilową tendencją podyktowaną obostrzeniami. Wiele wskazuje na to, że w 2020 r. doszło jednak do transformacji zwyczajów zakupowych, której efekty zostaną z nami na stałe: wzrosła grupa osób robiących zakupy online, w tym seniorów, wzrosła też ich częstotliwość i średnia wartość, ale również Polacy przełamali opór względem robienia e-zakupów nowych kategorii produktowych, np. art. spożywczych. Korzysta na tym między innymi jeden z naszych najnowszych partnerów Megasam24, który rośnie na fali skokowego zainteresowania tym asortymentem w kanale online. Wygranym tych przemian są też płatności internetowe, co widać w stale rosnącej popularności takich metod płatności jak BLIK i odroczone płatności. Jesteśmy zdania, że te tendencje w kolejnych tygodniach i miesiącach będą się tylko utrwalać – powiedział Radosław Nawrocki, prezes PayPo, spółki będącej liderem rynku odroczonych płatności w Polsce, z której płatności skorzystało już blisko 400 tys. osób, realizując ponad 3 mln transakcji w 2020 r.

Sektor naftowy czeka konsolidacja i zwrot w stronę OZE

Po roku niskich cen ropy i niskiego popytu, które spowodowały straty u większości kluczowych firm z segmentu wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej, ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes przewidują kolejne uderzenie w rentowność branży kontynuowane w 2021 i 2022 roku. W konsekwencji może to spowodować przyśpieszoną konsolidację rynku, wejście w odnawialne źródła energii i nowe , niespodziewane alianse z firmami spoza sektora.

  • Marże zysku koncernów naftowych wyniosą odpowiednio 2,3% w 2021 r. i 4,2% w 2022 r. – znacznie poniżej średniej z lat 2010-2019 wynoszącej 5,7%
  • Największe gospodarki światowe – USA i Chiny ukierunkowały rozwój w stronę czystej energii
  • Spodziewany jest wzrost ilości fuzji mających na celu przetrwanie w sektorze naftowym, partnerstw strategicznych pozwalających rozwijać się w obszarze czystej energii, jak również wyodrębnień wewnątrz koncernów naftowych aktywów związanych z odnawialnymi źródłami energii

Ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes szacują, że każdy spadek średniej rocznej ceny ropy o 10 USD prowadzi do spadku marży zysku o 0,80 punktu, a każdy spadek globalnej konsumpcji o 1 mln baryłek/dzień prowadzi do spadku marży zysku o 0,65 punktu. Przy cenach ropy na poziomie 48 USD w 2021 r. i 57 USD w 2022 r. oraz przy założeniu, że konsumpcja powróci do poziomu z 2018 r. do 2022 r., prognozują marże zysku na poziomie 2,3% i 4,2% odpowiednio w 2021 i 2022 r., czyli znacznie poniżej historycznej średniej 5,7% obserwowanej w latach 2010-2019.

Biorąc pod uwagę globalne prognozy demograficzne i czynniki popytu, takie jak flota pojazdów elektrycznych to zapotrzebowanie na ropę naftową osiągnie szczyt prawdopodobnie około roku 2030. W przypadku szybkiego wzrostu presji regulacyjnej szczyt ten mógłby nastąpić jeszcze wcześniej. Ponadto, subsydia i ulgi podatkowe dla paliw kopalnych, w związku z rosnącą presją polityczną, społeczną i ze strony inwestorów na przeciwdziałanie zmianom klimatu, najprawdopodobniej zmniejszą się w przyszłości. Nowa administracja prezydenta Bidena w USA już zasygnalizowała swój zamiar postawienia na odnawialne źródła energii (plan inwestycyjny o wartości 2 bilionów USD) i zaprzestania wspierania przemysłu naftowo-gazowego. Ostatnie plany rozwoju przedstawione przez państwowe firmy z Chin: PetroChina, Sinopec i CNOOC również są ukierunkowane na czystą energię. Przedsiębiorstwa europejskie w coraz większym stopniu angażują się w energię odnawialną, natomiast przedsiębiorstwa amerykańskie częściej skupiają się na czystszych technologiach bliskich ich tradycyjnej działalności (np. LNG, wodór), na wydatkach na badania i rozwój technologii wychwytywania dwutlenku węgla oraz na innych działaniach (np. zalesianie), które mogłyby zrównoważyć ich ślad węglowy.

CZAS FUZJI, BADAŃ I INWESTYCJI W OZE

W obliczu zachodzących zmian, po spokojnym roku 2020 w zakresie fuzji i przejęć, analitycy Allianz Research i Euler Hermes spodziewają się większej ilości transakcji w sektorze, szczególnie tych mających na celu przetrwanie, biorąc pod uwagę napiętą sytuację finansową. A potencjalne transakcje mogą mieć taki sam wpływ na sektor, jak fala konsolidacji z końca lat 90-tych. W tym warunkach nasiliły się ostatnio rozmowy na temat megadealu ExxonMobil – Chevron.

Oprócz konsolidacji w segmencie ropy naftowej i gazu ziemnego, spodziewać się można zwiększenia liczby wyodrębnianych oddzielnych podmiotów w sektorze energetycznym. Jedną z największych zalet koncernów naftowych jest ich wielkość, a wielkość ma znaczenie przy pozyskiwaniu kapitału. Aby to zrobić na lepszych warunkach główne spółki naftowe powinny wydzielić działalność związaną z odnawialnymi źródłami energii. Pozwoliłoby im to uspokoić rynki co do swoich intencji i odeprzeć zarzuty o „greenwashing” oraz skorzystać z lepszych wycen firm zajmujących się energią odnawialną, a w konsekwencji z niższych kosztów kapitału. Chociaż do tej pory większość dużych firm, zwłaszcza europejskich, które rozwijają się w kierunku odnawialnych źródeł energii, deklarowała, że nie planuje wydzielenia  odrębnych podmiotów w celu prowadzenia takiej działalności, to zrobią to, jeśli spready wycen utrzymają się, gdy z powodzeniem rozwiną swoją działalność w zakresie odnawialnych źródeł energii. Ponadto, ekonomiści Allianz Research i Euler Hermes oczekują również większej liczby joint venture i partnerstw strategicznych, ponieważ oferują one nowe możliwości dotychczas niedostępne dla koncernów z sektora ropy naftowej i gazu ziemnego (np. umowa Equinor / Microsoft w ramach projektu Northern Lights w Norwegii: wychwytywania w przemyśle, transportowania i magazynowania w podziemnych zbiornikach dwutlenku węgla).

Polski i światowy rynek kosmetyków czeka odbicie

  • Sprzedaż detaliczna kosmetyków w Polsce spadła w 2020 roku o około 6%, o tyle samo w I połowie 2020 roku spadły przychody producentów kosmetyków
  • W okresie styczeń – październik 2020 roku eksport kosmetyków z Polski wzrósł o 7% r/r. Największy wzrost, o 900% zanotowano w sprzedaży do Kazachstanu, kraj ten został drugim po Niemczech odbiorcą polskich kosmetyków
  • W 2021 roku krajowy rynek kosmetyków powinien wrócić na ścieżkę wzrostu. Średnie roczne tempo wzrostu w najbliższych czterech latach ma wynieść 3%, by w 2024 roku przekroczyć wartość 22 mld PLN

Światowy rynek kosmetyków jest w długoterminowym trendzie wzrostowym, a przed pandemią był wart ponad 500 mld USD. Wydaje się, że ubiegły rok, w którym przewidywany jest spadek sprzedaży o 2,7%, był wyjątkiem i w 2021 roku przebite zostaną wyniki sprzed pandemii.

Euromonitor International prognozuje w bieżącym roku wzrost o prawie 8% do poziomu 525 mld USD. Podobne tendencje można zaobserwować na polskim rynku, który rósł nieprzerwanie od 2006 roku. Ubiegły rok zgodnie z prognozami zakończy się spadkiem o 5,7%, ale w 2021 roku obroty wrócą do wartości sprzed kryzysu. Polski rynek jest obecnie szóstym co do wielkości w Europie, a jego wartość przekracza 18 mld PLN.

„Prognozy wskazują, że po dołku w 2020 roku, w tym roku czeka nas odbicie i powrót do trendu wzrostowego. Polski rynek powinien rosnąć w średnim rocznym tempie 3%, aby w 2024 roku osiągnąć wartość ponad 22 mld PLN. Podczas pandemii istotnie zmalała sprzedaż kosmetyków kolorowych (o 13%), ale największy spadek zanotowały kosmetyki super premium, segment w Polsce skurczył się w zeszłym roku o 17%. Jednak z prognoz wynika, że w kolejnych latach będzie on rósł szybciej od rynku, średnio rocznie o 7%. Co ciekawe, pandemia nie zaszkodziła krajowym producentom kosmetyków, przychody podmiotów zatrudniających do 49 osób po 3 kwartałach 2020 roku nie uległy zmianie, ale za to ich rentowność wzrosła o jeden punkt procentowy r/r” – wyjaśnia Renata Dutkiewicz, dyrektor ds. sektora spożywczego i FMCG w Santander Bank Polska.

rynek kosmetyków
Źródło: Euromonitor International

Polski rynek sprzedaży detalicznej kosmetyków, mimo dominacji zagranicznych koncernów, jest mocno rozdrobniony. Największy gracz posiada 12% udziału w rynku, podczas gdy kolejnych siedem firm ma udziały na poziomie od 6,8 do 3,3%. Jeszcze większe rozdrobnienie widać wśród marek, jest ich tak wiele, że lider ma zaledwie 2,5% udziału w całym rynku. Kanały sprzedaży natomiast przeciwnie, są skonsolidowane. Aż 78% towaru jest sprzedawane w sklepach stacjonarnych, największy udział rynkowy na poziomie prawie 23% ma Rossmann, drugie miejsce natomiast Biedronka z prawie 9% udziałem. W tej kategorii produktów kolejnymi najbardziej popularnymi kanałami sprzedaży są internet (około 11%) i sprzedaż bezpośrednia (10%).

Kazachstan drugim rynkiem eksportowym

Również eksport polskich kosmetyków utrzymuje od wielu lat tendencję zwyżkową, w ciągu ostatnich prawie 15 lat urósł z 0,8 mld EUR do 3,8 mld EUR. Rodzimi eksporterzy bardzo dobrze poradzili sobie w czasie pandemii, w okresie styczeń-październik 2020 wartość towarów sprzedanych za granicę była wyższa o 7,3% r/r. Czynnikiem, który wspierał eksport był słaby złoty. W pierwszych 10 miesiącach ubiegłego roku nowym rynkiem, na który bardzo mocno rosła sprzedaż, był Kazachstan. Eksport polskich produktów do tego kraju urósł o 900%, co pozwoliło w wielkości sprzedaży wyprzedzić Wielką Brytanię czy Rosję. W zeszłym roku dynamicznie rosła też sprzedaż do Szwajcarii, Uzbekistanu, Mołdawii oraz Austrii.

„Flagowym produktem eksportowym polskich producentów kosmetyków są preparaty do pielęgnacji skóry i upiększające – stanowią one 40% sprzedaży. Za większość eksportu z Polski odpowiadają podmioty zależne globalnych koncernów, w ich przypadku eksport to nawet 80-90% przychodów. Udział ten jest dużo niższy w przypadku producentów z krajowym kapitałem. Pod względem wartości eksportu zajmujemy szóste miejsce w Europie, jednak bardzo odstajemy w kategorii eksportu na rynki poza Unią Europejską. Lider Francja eksportuje aż 62% swoich produktów poza wspólnotę, średnia unijna to prawie 50%, podczas gdy nasz udział to około 40%” – zauważa Radosław Pelc, analityk sektorowy w Santander Bank Polska.

W wolniejszym tempie niż sprzedaż za granicę rośnie import kosmetyków do naszego kraju. W 10 miesiącach ubiegłego roku urósł on o 1,6% r/r. Najwięcej kosmetyków trafia do naszego kraju z Niemiec (26%), Francji (12%) i Belgii (11%). Od pewnego czasu można zaobserwować rosnącą popularność kosmetyków z Korei Południowej czy Japonii. Większość polskiego importu z tych krajów stanowią preparaty do pielęgnacji skóry i upiększania, głównie z uwagi na wysoką jakość i atrakcyjną z perspektywy europejskiego konsumenta kulturę pielęgnacyjną.

Trendy na kolejny rok – on-line i marki celebrytów

Polski rynek kosmetyków, tak jak wiele innych sektorów, musi zmierzyć się ze zmianami w zachowaniach konsumentów wywołanymi przez pandemię. Wzrost handlu internetowego w zeszłym roku dla wielu producentów będzie oznaczał konieczność mocniejszego rozwoju tego kanału sprzedaży. Pandemia zmieniła też wielkość sprzedaży poszczególnych kategorii. Więcej czasu spędzonego w domu oznacza mniejsze wykorzystanie kosmetyków z kategorii makijaż, ale za to większe w kategoriach pielęgnacja i domowe spa. Ważnym trendem jest także tworzenie marek przez celebrytów i influencerów, w najbliższych latach może to być coraz większa część sprzedaży na naszym rynku. Rośnie też świadomość ekologiczna konsumentów. Normą jest unikanie testów na zwierzętach, coraz bardziej popularne są biodegradowalne opakowania oraz naturalne składniki, a niebawem standardem powinny stać się również kosmetyki kupowane we własnych pojemnikach.

Patrząc na polski rynek wydaje się, że zakończył on już etap rozwoju lokalnych producentów kosmetyków, w wyniku którego powstało wiele małej i średniej wielkości firm oraz lokalnie rozpoznawalnych marek. Wykonanie kolejnego kroku i zwiększenie skali działania będzie wymagało znacznych nakładów kapitałowych. To może oznaczać, że w perspektywie najbliższych lat możemy spodziewać się kolejnych fuzji i przejęć.

Link do pełnego raportu: https://www.santander.pl/korporacje/rozwiazania-sektorowe/branza-kosmetyczna

Seweryn Kowalczyk prezesem zarządu Alior Leasing

Rada Nadzorcza Alior Leasing Sp. z.o.o. powierzyła Sewerynowi Kowalczykowi, wiceprezesowi zarządu banku, odpowiedzialnemu za obszar prawno-regulacyjny i bezpieczeństwa banku, funkcję prezesa zarządu spółki zależnej Alior Leasing Sp. z o.o. Od sierpnia ub. r. był on oddelegowany do pełnienia funkcji prezesa zarządu spółki leasingowej.

Z dniem 18 lutego 2021 r. Seweryn Kowalczyk objął stanowisko prezesa zarządu Alior Leasing. Celem powołania wiceprezesa zarządu Alior Banku dodatkowo do zarządu spółki leasingowej jest osiągnięcie większych synergii w ramach grupy kapitałowej i dalszy rozwój działalności leasingowej w ramach Grupy Alior Bank.

Seweryn Kowalczyk jako wiceprezes zarządu Alior Banku odpowiada za obszar prawno-regulacyjny banku, bezpieczeństwa oraz ochrony danych osobowych, w tym m.in. za regulowanie wewnętrznych przepisów standaryzujących działanie banku, ich implementację oraz egzekwowanie. Nadzoruje również ocenę przestrzegania prawa oraz kontrolę w zakresie ryzyka braku zgodności. Przed wejściem w skład zarządu Alior Banku pełnił funkcję dyrektora zarządzającego pionem bezpieczeństwa Alior Banku i zarządzał departamentami odpowiedzialnymi za przeciwdziałanie przestępstwom inadużyciom kredytowym, przestępstwom wewnętrznym oraz obszarem przeciwdziałania praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

Seweryn Kowalczyk posiada ponad 12-letnie doświadczenie jako specjalista od prawa bankowego i finansowego. Jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie specjalizował się w prawie bankowym i finansowym. Jest radcą prawnym.

Dane GUS z budownictwa mieszkaniowego pod znakiem oczekiwanej korekty

Najnowsza informacja GUS, prezentująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego komunikuje oczekiwaną korektę statystyk po grudniowym wybiciu. Taki stan nie oznacza nic innego poza powrotem koniunktury inwestycyjnej pierwotnego rynku mieszkaniowego do normalności.

Jaki styczeń, taki cały rok?

Z początkiem nowego roku wciąż bardzo trudno się dopatrzeć jakichkolwiek symptomów słabnięcia koniunktury inwestycyjnej rynku mieszkaniowego. Korekcyjny charakter styczniowych danych GUS dotyczy nowych pozwoleń oraz mieszkań oddanych do użytkowania. Z kolei bieżące statystyki mieszkań, których budowę rozpoczęto utrzymały dodatnią dynamikę. A rozpoczęto ich ogółem w minionym miesiącu 17,4 tys., co jest wynikiem lepszym licząc rok do roku o blisko jedną dziesiątą, natomiast miesiąc do miesiąca o 1,8 proc. Z kolei sami deweloperzy ruszyli z budową 12,4 tys. lokali, co w odniesieniu do stycznia ub. roku oznacza progres rzędu aż 24 proc.

W przypadku budownictwa mieszkaniowego, niezależnie od stanu koniunktury rynkowej, dość mocno utrwaloną od lat tradycją jest widoczne hamowanie aktywności inwestycyjnej w pierwszych tygodniach każdego roku. W efekcie miesiąc styczeń jest od lat regularnie i niezawodnie najsłabszym miesiącem w mieszkaniówce pod względem statystyk nowo rozpoczynanych budów. Ich wolumen w pierwszym miesiącu roku jest zazwyczaj niższy od średniej całorocznej o około 40 proc., wyznaczając tym samym dołek, od którego w kolejnych okresach następuje odbicie.Dane GUS z budownictwa mieszkaniowego

Tym razem, głównie za sprawą wzmożonej aktywności inwestycyjnej deweloperów, dołek ów wypadł na stosunkowo wysokim poziomie, najwyższym od co najmniej kilku lat. Początek bieżącego roku sugeruje więc zgodnie z zasadą „jaki styczeń, taki cały rok”, że inwestorzy nie zamierzają ograniczać swojej aktywności inwestycyjnej w kolejnych miesiącach i kwartałach.

Deweloperskie pozwolenia wciąż na fali optymizmu

Z kolei w przypadku statystyk nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym, styczeń zaowocował korekcyjnym rozstrzygnięciem, jednak wyłącznie w relacji mdm. GUS doliczył się ich ogółem w ubiegłym miesiącu 23,3 tys., czyli niemal dokładnie o jedną trzecią mniej w stosunku do grudnia 2020 r. Z kolei w odniesieniu do stycznia ub. roku jest to wynik lepszy aż o 27 proc. Za ten osobliwy rozdźwięk dynamiki odpowiada oczywiście zmiana przepisów rozporządzenia o warunkach technicznych, która spowodowała rekordową kumulację pozwoleń w końcówce zeszłego roku.

Jak wiadomo statystyki nowych pozwoleń na budowę wciąż pozostają bardzo wiarygodnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów. Warto więc odnotować ich wynik styczniowy na poziomie blisko 15 tys. decyzji administracyjnych, wyższy rdr o ponad 30 proc. Jest to w normalnych warunkach rynkowych zdecydowanie ponadprzeciętny rezultat, świadczący o niesłabnącym optymizmie przedsiębiorców mieszkaniowych w kwestii perspektyw koniunktury sprzedażowej przynajmniej w perspektywie bieżącego roku.

Mieszkania oddane z akcentem korekcyjnym

W najnowszej historii rynku pierwotnego bardzo mocnym ogniwem gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego pozostawały statystyki mieszkań oddanych do użytkowania. W ubiegłym miesiącu było ich w sumie ponad 17,1 tys., co oznacza liczony rok do roku spadek rzędu kilku procent, jednak w stosunku do grudnia 2020 aż o jedną trzecią. Regres ten nie jest jednak jakimkolwiek sygnałem trwalszego osłabienia tej kategorii danych, a jedynie typową korektą po bardzo dobrych wynikach z ostatnich miesięcy.

Statystyki mieszkań oddawanych do użytku nie zależą jednak od aktualnej sytuacji rynkowej, ale są efektem stanu koniunktury sprzed około dwóch lat, a więc okresu odpowiadającego cyklowi inwestycyjnemu w budownictwie mieszkaniowym. W związku z tym z całą pewnością jeszcze przez dość długi okres czasu, niezależnie od bieżącej koniunktury, należy oczekiwać kontynuacji tendencji utrzymywania się tych danych na rekordowo wysokich poziomach przy dodatniej dynamice zmian.

Perspektywy koniunktury inwestycyjnej rynku pierwotnego w najbliższych miesiącach nie wydają się niestety tak pewne jak jeszcze rok temu. Utrzymanie na wysokim pułapie statystyk sprzedażowych mieszkań deweloperskich w bieżącym roku stoi bowiem pod dość dużym znakiem zapytania. Wynika on z szeregu czynników niepewności rozwoju sytuacji kryzysowej szeroko pojętej gospodarki, mających źródło we wciąż słabych perspektywach przezwyciężenia pandemii. Trudno w tej sytuacji o jednoznacznie optymistyczne prognozy utrzymywania statystyk budownictwa mieszkaniowego GUS na rekordowo wysokich poziomach w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

E-commerce w 2020 i 2021 roku – podsumowanie i prognoza GLS

Dwa szczyty sezonu, coraz większa popularność e-commerce, wysokie tempo również w wyścigu technologicznym. Rok 2020 był dla firm kurierskich pełen wyzwań. W 2021 ich skala może być jeszcze większa.

E-commerce to w tej chwili najszybciej rosnący kanał sprzedaży na świecie, a rok 2020 jeszcze przyśpieszył tempo jego rozwoju. Według danych Eurostatu więcej niż 7 na 10 internautów z krajów Unii Europejskiej dokonało zakupów w sieci. Unijna średnia w okresie 2015-2020 wzrosła pod tym względem z 62% do 72%. W naszym kraju tempo rozwoju wyniosło blisko 20 punktów procentowych. Pięć lat temu byliśmy „pod kreską”, a teraz prawie dokładnie mieścimy się w średniej.

Ten sam raport pokazuje, że w 2020 z zakupów online korzystało już 61% Polaków (brane są tu pod uwagę osoby w wieku 16-74 lata, nie tylko grupa internautów). Dla porównania: 89% Duńczyków, 83% Niemców, 72% Czechów, ale tylko 38% Rumunów.

To tylko kilka przykładowych liczb pokazujących, że wolumen przesyłek B2C rośnie w lawinowym tempie od kilku lat, a zamrożenie gospodarki i życia społecznego jeszcze ten trend wzmocniło. W dłuższych okresach 2020 roku zakupy online były właściwie jedyną dostępną formą handlu (oczywiście z wyjątkiem branż spożywczej czy farmaceutycznej).

W tym roku mieliśmy dwa szczyty sezonu: wiosenny, związany z zamrożeniem gospodarki i handlu stacjonarnego, oraz przedświąteczny. Ten drugi również był dużo intensywniejszy niż zwykle, na co wpływ miały ograniczenia dla tradycyjnego handlu oraz zmiany w zachowaniach zakupowych. Do zakupów online przekonało się wiele osób, które wcześniej preferowały wizytę w tradycyjnym sklepie – mówi Małgorzata Markowska.

Chcą wybierać: kiedy, gdzie i jak

Rozkwit sprzedaży online bezpośrednio przekłada się na wzrost liczby przesyłek ze sklepów internetowych do odbiorców indywidualnych. To sprawia, że rozwiązania dotyczące tzw. ostatniej mili teraz nabierają znaczenia strategicznego.

Widać dziś już bardzo wyraźnie, że forma i jakość dostawy w handlu online stanowią bardzo istotny element „customer experience”. To znaczy, że konsumenci postrzegają realizację zakupu w sklepie online i usługę kurierską jako całość.

Odbiorcy indywidualni cenią krótki czas i niezawodność dostawy, ale także możliwość wyboru spośród różnych opcji doręczenia. GLS już wcześniej wprowadził m.in. możliwość dostawy w bezpieczne miejsce wskazane przez odbiorcę. W 2020 roku udostępnił kolejne opcje, w tym szybki i bezdotykowy odbiór przy pomocy kodu PIN (odbiorca tylko podaje go kurierowi) oraz możliwość płatności za pobraniem poprzez BLIK.

Wiosną szybkie wprowadzanie takich rozwiązań było potrzebą chwili, dlatego wdrożenie płatności BLIKIEM przyśpieszyliśmy w stosunku do pierwotnych planów. Okazało się jednak, że nasi klienci oceniają te rozwiązania nie tylko jako bezpieczne, ale też wygodne. Widzimy, że jest to właściwy kierunek rozwoju usług kurierskich – wyjaśnia Małgorzata Markowska.

Bardzo istotny jest jeszcze jeden trend, który pandemia chwilowo przytłumiła, ale na pewno go nie zatrzyma. Odbiorcy indywidualni są coraz bardziej mobilni i dla wielu z nich możliwość odbioru przesyłki w wybranym przez siebie miejscu i czasie jest po prostu najbardziej praktycznym rozwiązaniem. Oczywiście sieć takich punktów nadania i odbioru musi być wystarczająco „gęsta”, a punkty znajdować się powinny w lokalizacjach najdogodniejszych pod względem komunikacyjnym. GLS, mimo pandemii, w ubiegłym roku zwiększył liczbę takich punktów (Szybka Paczka/ParcelShop) do 1500.

W dłuższej perspektywie widać, że rozwiązania na ostatniej mili zmierzają do tego, by jak najtrafniej wpisywać się w indywidualne oczekiwania odbiorców. Personalizacja usług kurierskich przestaje być już odległym punktem na horyzoncie, lecz nabiera wyraźnych i konkretnych kształtów. Wyzwanie dla firm kurierskich polega tu m.in. na tym, że klienci oczekują coraz szerszego wachlarza usług realizowanych w tym samym, wysokim standardzie.

Mieć pomysł na zwroty

Klienci sklepów internetowych doceniają wygodę tej formy zakupów: mogą je robić, gdzie i kiedy tylko chcą, mają dostęp do szerszej gamy produktów, niż jest to możliwe w tradycyjnym handlu, łatwo mogą też porównywać ceny. Integralnym elementem handlu w sieci, bezpośrednio związanym z charakterystyką tej formy zakupów, są również zwroty. Ich liczba rośnie wraz z liczbą transakcji dokonywanych online i jest to sytuacja całkowicie naturalna: w ten sposób konsumenci dopasowują produkt do swoich potrzeb. Dotyczy to przede wszystkim tych branż, które oferują produkty wymagające przymierzenia lub wypróbowania, jak odzież czy buty. Z raportu „E-commerce w Polsce 2020”, przygotowanego przez firmę Gemius, wynika, że tylko ok. 30% kupujących online nigdy nie zwracało zamówionych produktów.

W gruncie rzeczy polityka zwrotów jest istotna dla każdego segmentu e-commerce. Różnego rodzaju badania pokazują wyraźnie: klienci zwracają na to uwagę niezależnie od tego, czy później korzystają z możliwości dokonania zwrotu. Chcą mieć zaufanie do sklepu, a możliwość łatwego i szybkiego odesłania produktu to jeden z kluczowych elementów. Koniecznie trzeba go dodać do zestawu podstawowych oczekiwań ze strony konsumentów.

Dlatego GLS uruchomił nowoczesny portal do zwrotów paczek. Usługa działa w handlu krajowym i transgranicznym.

Wspieramy w ten sposób branżę e-commerce. Wprowadziliśmy to rozwiązanie, kierując się oczekiwaniami i potrzebami klientów. Postawiliśmy na funkcjonalność i sprawność całego procesu, ponieważ sklepy internetowe budują przewagę konkurencyjną poprzez dobrą obsługę konsumentów – mówi Małgorzata Markowska, marketing manager GLS Poland.

Cyfrowy ekspres nie czeka

Technologie cyfrowe otwierają dziś zupełnie nowe możliwości przed firmami z branży KEP. Przede wszystkim pozwalają optymalizować oraz integrować różnego rodzaju procesy logistyczne. Przykład? GLS Poland rozpoczął w ubiegłym roku współpracę z AutoMapą, dzięki czemu zupełnie zmienił sposób planowania tras kurierskich.

Bazujemy aktualnie na geokoordynatach, czyli precyzyjnych współrzędnych geograficznych, a nie kodach pocztowych. To narzędzie bardzo dokładnie odwzorowuje rzeczywiste trasy kurierskie. Umożliwia m.in. ustalanie optymalnej kolejności doręczeń dla każdej trasy z osobna. To oznacza, że kurier jeździ krócej, oszczędza paliwo, a tym samym emisja spalin jest niższa – opowiada Małgorzata Markowska.

Nie ulega jednak wątpliwości, że cyfrowy ekspres stale przyśpiesza. Kto nie zdąży do niego wsiąść teraz, będzie miał ogromny problem, by go dogonić już w najbliższej przyszłości.

Coraz więcej ekologii

Można się spodziewać, że flota pojazdów kurierskich w najbliższych latach mocno się zmieni: stanie się bardziej ekologiczna i zróżnicowana. Na pewno pojawi się w niej sporo rozwiązań innowacyjnych, choć wcale nie muszą to być nowatorskie technologie. Na początku czerwca 2020 roku GLS uruchomił rower kurierski. Obsługuje przesyłki w ścisłym centrum Krakowa, operując w okolicach nowej stacji przeładunkowej.

Z punktu widzenia logistyki ostatniej mili w tym obszarze rower kurierski jest rozwiązaniem najkorzystniejszym, ponieważ znajduje się tam rozległy obszar wyłączony z ruchu kołowego, ale dostępny dla rowerów. W planach mamy już wprowadzenie tego typu rowerów również w innych polskich metropoliach. Innowacyjność polega tu na wprowadzeniu nowego rozwiązania w już istniejący proces tak, by uzyskać optymalny efekt zarówno w skali lokalnej, jak i z punktu widzenia całej sieci operacyjnej – mówi Markowska.

GLS w całej Europie prowadzi obecnie ponad 20 testów różnego rodzaju pojazdów zero- lub niskoemisyjnych. W kilkunastu miastach europejskich sprawdza możliwości alternatywnych pojazdów – w tym rowerów z elektrycznym wspomaganiem i małych pojazdów elektrycznych jak e-skutery.

Na świecie coraz częściej mówi się również o wprowadzeniu autonomicznych pojazdów i dronów kurierskich. Nawet jeśli technicznie jest to już jednak możliwe, to nadal niepraktyczne. Brak odpowiednich regulacji prawnych i infrastruktury sprawia, że zastosowanie tego typu rozwiązań w najbliższych latach, w większej skali i w regularnej obsłudze przesyłek, stoi pod znakiem zapytania. Być może zobaczymy takie próby w relatywnie niewielkiej skali lokalnej.

Na co postawić strategicznie?

Wszyscy zadają sobie dziś pytanie, czy po zniesieniu ograniczeń handel stacjonarny wróci na swoje pozycje, nadal mocne, czy też należy oczekiwać jeszcze szybszych zmian w strukturze sprzedaży detalicznej. Wielu ekspertów przewiduje, że już w nieodległej przyszłości rynek zdominują hybrydowe formy sprzedaży. Z punktu widzenia konsumentów różnica między on- a offline będzie coraz mniej wyraźna. Jedno jest pewne: strumień przesyłek ze sklepowych magazynów pod drzwi domów klientów lub do punktów odbioru będzie coraz większy.

Dlatego stałe usprawnianie i udoskonalanie dostaw do odbiorców indywidualnych powinno być jednym z najważniejszych punktów w strategii usług kurierskich. Rzecz w tym, że nie chodzi tylko o obsługę większej liczby przesyłek. Tu wyzwanie związane jest z faktem, że nie wystarczy osiągnięcie określonego poziomu czy standardu usług. Mówiąc obrazowo: poprzeczka zawieszana jest coraz wyżej i dzieje się to dość szybko.

Oczywiście, mamy do czynienia ze zmianą ilościową, ale przede wszystkim jakościową. W każdym segmencie skupiamy się na jak najwyższej jakości usług. Systematycznie zwiększamy elastyczność i potencjał naszej sieci operacyjnej, wprowadzamy kolejne narzędzia cyfrowe, rozwijamy też tzw. twardą infrastrukturę. Obsługa strumienia B2C ma przy tym inny charakter i wymaga częściowo innych rozwiązań niż w przypadku B2B. Dodam, że w ramach segmentu B2C klienci również mają zróżnicowane potrzeby. Ciekawym trendem jest np. rozkwit mniejszych sklepów e-commerce. Firma kurierska powinna więc proponować usługi odpowiednio skalowalne i dopasowane do realnych oczekiwań klientów, z uwzględnieniem ich branży i charakteru działalności. Natomiast nadrzędnym punktem odniesienia w naszej strategii jest zrównoważony rozwój – podsumowuje Małgorzata Markowska.

Wszystko wskazuje na to, że wkraczamy w przełomowy okres dla całej branży KEP.

W sklepach jest coraz mniej promocji. Eksperci podsumowują: Z roku na rok jest gorzej. I to raczej nie koniec spadków

W ub.r. było o ponad 17% mniej promocji w gazetkach niż w 2019 r. Na największym minusie są sklepy dziecięce – 87%. Duże spadki są w sieciach RTV-ADG – 45%, sklepach z art. z kategorii kultury i rozrywki – 38%, a także w hipermarketach – 24%. Mniejsze redukcje objęły drogerie i apteki, cash & carry oraz supermarkety. Z kolei największy wzrost odnotowały dyskonty – 12%. Ponadto na plusie są sklepy typu DIY – 9%, sieci convenience – 2%, jak również hurtownie – 1%. Z tego wynika, że tylko 4 formaty z 11 zrobiły więcej promocji.

Ogólnopolski raport „Indeks promocji w handlu 2019/20” objął ponad 3,1 mln ofert rabatowych wydanych w latach 2019-2020. I wykazał, że w zeszłym roku w polskich sklepach ubyło 17,2% promocji.

– Czasowe zamknięcie części sklepów ograniczyło ilość promocji w ub.r. Dodatkowo niektóre sieci w trybie pilnym przeniosły sprzedaż do Internetu. Ponadto duża niepewność w zakresie dalszych obostrzeń silnie zahamowała aktywność promocyjną retailerów. W tej sytuacji ww. spadek nie wydaje się być duży – ocenia Yves Frerot z Hiper-Com Poland.

Jak komentuje Karol Kamiński z Grupy AdRetail, w ub.r. sieci handlowe skoncentrowały się głównie na promowaniu produktów pierwszej potrzeby. To zasadniczo wpłynęło na ilość akcji promocyjnych. Jednak pandemia nie była jedynym hamulcem. W ciągu ostatnich kilku lat rokrocznie notowano kilkuprocentowe uszczuplenia, które w końcu przekroczyły 10%. Analiza porównawcza wyników z I półrocza 2019 i 2020 roku wykazała spadek o 15%. Wówczas analitycy programu branżowego AdRetail Inspirio prognozowali, że w całym roku wyniesie on blisko 20%. I ta diagnoza okazała się dość trafna.

– Na zeszłoroczny spadek liczby promocji w dużej mierze wpłynęła zmiana preferencji konsumenckich. Klienci zaczęli częściej chodzić do małych i niezależnych sklepów, które nie podejmują tego typu działań. Mniejszy dostęp konsumentów do gazetek poskutkował też ograniczeniem ilości rabatów. Ponadto w warunkach finansowej niepewności część Polaków zmniejszyła wydatki i stała się mniej wrażliwa na promocje – mówi dr Urszula Kłosiewicz-Górecka z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Patrząc na poszczególne wyniki, można zauważyć, że największy spadek zanotowano wśród sklepów dziecięcych – 87%, a także w przypadku sieci RTV-ADG – 45%. Na trzecim miejscu znalazły się sklepy z art. z zakresu kultury i rozrywki – 38%. Dalej były hipermarkety – 24%, drogerie i apteki – 11%, cash & carry – 4%, a także supermarkety – 4%.

– Sieci, które odnotowały spadki, w większości znajdują się w galeriach, a te okazały się największą ofiarą obostrzeń. Ich częściowe zamknięcie miało duży wpływ na strategie promocyjne i nośniki publikacji. W takim wypadku, w celu obniżenia kosztów, retailerzy rezygnowali z druku gazetek handlowych – zaznacza Yves Frerot.

Z kolei dr Maria Andrzej Faliński, były dyrektor generalny POHiD-u, podkreśla, że w czasie pandemii konsumenci ograniczyli zakup produktów dla dzieci, w tym zabawek, ubrań i art. szkolnych, a także elektroniki oraz przedmiotów służących szeroko pojętej rozrywce. Sklepy zawęziły swoje oferty, by uniknąć strat. Zostały zmuszone do redukcji wydatków. W takiej sytuacji inwestowanie w kosztowną promocję nie było racjonalnym rozwiązaniem.

– Hipermarkety przeżywają kryzys spadku sprzedaży, nie tylko w związku z pandemią, ale też ze starzeniem się modelu handlowego. Sieci podejmują próby przemodelowania koncepcji i to przede wszystkim chcą komunikować. Niemniej największe koszty dodatkowe powstały w związku z koniecznością dostosowania się do pandemicznych obostrzeń. I to ostatecznie przełożyło się na ograniczenie liczby promocji – wyjaśnia Andrzej Wojciechowicz, wieloletni ekspert i obserwator branży retailowej.

Natomiast największy przyrost promocji zanotowały dyskonty – 12%. Za nimi były sklepy typu DIY – 9%, sieci convenience – 2%, a potem – hurtownie – 1%. Porównując spadki i wzrosty, widać, że tylko 4 z 11 analizowanych kategorii zorganizowały więcej akcji promocyjnych. Yves Frerot uważa, że dyskonty najszybciej zareagowały na zmieniające się warunki w czasie pandemii. Przejęły rolę głównego dostarczyciela art. podstawowych i dlatego nie zostały objęte tak ścisłymi restrykcjami jak inne formaty.

– Wzrost promocji w tym formacie, podczas gdy większość była na minusie, to dobra wiadomość dla konsumentów, ale nie dla branży. Dyskonty wyraźnie i konsekwentnie od kilku lat wypychają z rynku całą szeroko pojętą konkurencję. Dlatego branża powinna wyciągnąć z tej analizy wielowarstwowe wnioski i na tej podstawie zbudować długofalowy plan. Im szybciej to zrobi, tym lepszy i trwalszy będzie tego efekt – przekonuje Karol Kamiński.

Lockdown przyczynił się do wzrostu zainteresowania samodzielnym, niekomercyjnym majsterkowaniem. Sklepy DIY doskonale wykorzystały ten trend, co zaznacza dr Kłosiewicz-Górecka. I dodaje, że dobry wynik hurtowni jest częściowo efektem rosnącej podczas pandemii atrakcyjności małych sklepów, szczególnie z artykułami codziennego zapotrzebowania. Firmy hurtowe rozszerzyły też kanały zbytu o e-handel.

– Patrząc na obecną sytuację w kraju, widać, że rząd nie ma jasnej strategii w zakresie wzmacniania lub luzowania restrykcji. Są to działania nieskoordynowane, nielogiczne i destabilizujące handel. Ponadto cała seria dodatkowych obciążeń fiskalnych i parafiskalnych zmusza sieci do rewindykacji budżetów, w tym marketingowych. W takim otoczeniu działają doraźnie, elastycznie reagując na zaistniałą sytuację. Trudno więc przewidywać ich dalsze kroki – stwierdza Andrzej Wojciechowicz.

Z kolei Anna Bednarek z UCE RESEARCH prognozuje, że w I półroczu 2021 roku – o ile nie będzie kolejnego lockdownu – ilość promocji utrzyma się mniej więcej na dotychczasowym, niskim poziomie. Jeżeli gospodarka zostanie w pełni otwarta, to krótkoterminowe wzrosty mogą być mało zauważalne lub praktycznie niewidoczne. Natomiast w przypadku dalszego lockdownu, ogólne spadki realnie do końca roku mogą przekroczyć granicę nawet 25%.

– Sieci handlowe, które ucierpiały z powodu obostrzeń, chcą się mocno odbić. Po poluzowaniu restrykcji aktywują wszystkie formy wsparcia, także papierowe, utrzymujące dialog między sklepem i klientem. Gdy pandemia będzie się cofać, handel zacznie rosnąc wraz promocjami – przewiduje dr Faliński.

Zdaniem Karola Kamińskiego, obecny czas wyjątkowo służy temu, aby sieci handlowe dogłębniej badały nowe preferencje konsumenckie i na tej podstawie wyciągały odpowiednie wnioski. Zaowocuje to lepszym spojrzeniem na oferowanie rabatów i doborem produktów, które w promocji bardziej przyciągają konsumentów. Od dłuższego czasu widać, że Polacy oczekują bardziej spersonalizowanych ofert niż przypadkowych propozycji. I jak podsumowuje ekspert, sieci stanowczo powinny to wziąć pod uwagę.

Raport został opracowany przez Centrum Analiz Grupy AdRetail, międzynarodową agencję badawczo-analityczną Hiper-Com Poland oraz UCE RESEARCH. Materiał powstał na podstawie analizy ponad 12,4 tys. gazetek handlowych z całego 2019 i 2020 roku. Łącznie monitoringiem objęto blisko 295 tys. stron i 9 mln cm2 powierzchni promocyjnej. Pod uwagę wzięto publikacje ze wszystkich dostępnych na rynku dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience, cash & carry, hurtowni, drogerii i aptek, sieci DIY, RTV-AGD, sklepów dziecięcych i z art. z kategorii kultury i rozrywki.

Orlen inwestuje w fotowoltaikę

ORLEN Aviation, spółka z Grupy ORLEN, zainwestuje w nowoczesną i przyjazną środowisku technologię fotowoltaiczną. Na jej budynkach biurowych w Warszawie zamontowane zostaną dwie mikroinstalacje o łącznej mocy blisko 100 kWp. Umożliwią one ORLEN Aviation zmniejszenie opłat za zakup energii elektrycznej z sieci i przyczynią się do ograniczenia emisji CO2 do atmosfery. Inwestycja spółki wpisuje się w strategię ORLEN2030 zakładającą rozwój koncernu oparty głównie o zero- i niskoemisyjne źródła energii.

– W strategii ORLEN2030 jasno zadeklarowaliśmy, że będziemy inwestować w odnawialne źródła energii, ponieważ przybliża nas to do celu osiągnięcia neutralności emisyjnej do 2050 roku. Dotrzymujemy słowa. Jednym ze źródeł, które już intensywnie rozwijamy, jest fotowoltaika. W styczniu rozpoczęliśmy budowę farmy o mocy 20 MW w gminie Przykona, jednocześnie chcemy realizować projekty na mniejszą skalę. Wkrótce instalacja fotowoltaiczna powstanie na budynkach spółki ORLEN Aviation. Wcześniej produkcję ekologicznej energii elektrycznej na własne potrzeby rozpoczął ORLEN Projekt. Inicjatywy te to ważny krok w rozbudowie nowoczesnego, niskoemisyjnego segmentu energetycznego Grupy ORLEN – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Na budynkach biurowych ORLEN Aviation zamontowane zostaną dwie instalacje fotowoltaiczne o łącznej mocy blisko 100 kWp. Będą składać się w sumie z 243 paneli monokrystalicznych o mocy 400 W każdy. W pierwszym etapie, którego realizacja planowana jest w najbliższych miesiącach, zbudowana zostanie instalacja o mocy prawie 50 kWp, natomiast w drugim, przewidzianym do końca tego roku, instalacja o mocy 48 kWp.

Inwestycja ORLEN Aviation umożliwi wyprodukowanie w ciągu roku około 97 MWh energii elektrycznej, którą w całości spółka wykorzysta do zasilania własnych budynków biurowych i bazy paliw lotniczych. Pozwoli jej to zmniejszyć zakup energii pochodzącej z sieci.

W mikroinstalację fotowoltaiczną w ubiegłym roku zainwestowała już spółka ORLEN Projekt, która na dachu budynku w Płocku zamontowała 175 paneli polikrystalicznych o łącznej mocy blisko 50 kWp. Wcześniej PKN ORLEN, w ramach programu pilotażowego, zainstalował panele fotowoltaiczne mono- i polikrystaliczne o łącznej mocy ok. 180 kWp na dachach i wiatach kilkunastu wybranych stacji paliw w Polsce.

Przyszłość unijnego rynku pracy: cyfryzacja, automatyzacja i rozwój telepracy

Pandemia COVID-19 przyspieszyła niektóre procesy widoczne od pewnego czasu na europejskim rynku pracy, takie jak cyfryzacja, automatyzacja i rozwój telepracy. Trendy te zostaną z nami na dłużej, stawiając przed UE nowe wyzwania – wynika z analizy think tanku Parlamentu Europejskiego.

We wstępie raportu „Przyszłość rynku pracy. Trendy, wyzwania i możliwe inicjatywy”, opracowanej przez think tank PE, eksperci podkreślili, że „lockdownowe obostrzenia, zakłócone łańcuchy dostaw, globalne recesje, ograniczone interakcje społeczne, a także zamykane szkoły i placówki opieki nad dziećmi wywarły duży wpływ na sferę pracy”. „Tymczasowe i trwałe utraty zatrudnienia, wydłużony czas pracy, utrata dochodów i znacząco zmienione warunki pracy stały się wyzwaniem dla uczestników rynku pracy. Połączenie automatyzacji i recesji związanej z koronawirusem to scenariusz +podwójnych zakłóceń+, który dotknął pracowników zatrudnionych w niektórych sektorach gospodarki” – czytamy.

Autorzy analizy zwrócili uwagę, że wskutek pandemii „wzrosły różnice w ochronie socjalnej pracowników”. Jak wyjaśnili, „pracownicy etatowi zatrudnieni na czas nieokreślony, którzy mieli już zapewnioną wystarczającą ochronę socjalną, mogą łatwiej uporać się z konsekwencjami pandemii, a bardziej ucierpiały osoby zatrudnione w niepełnym wymiarze czasu pracy i na czas określony”. „Stopa bezrobocia w strefie euro w lipcu 2020 r. wzrosła do 7,7 proc. (dla porównania w lutym wynosiła 6,5 proc.). Wzrost ten dotknął zwłaszcza kobiety i osoby poniżej 24 roku życia. Po zakończeniu pandemii ci ludzie mogą stać się następnym straconym pokoleniem” – stwierdzili. Dodali, że zgodnie z danymi Europejskiej Fundacji na rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy „nieco więcej kobiet niż mężczyzn – 9 proc. w porównaniu z 8 proc. – zostało bezrobotnych w pierwszych miesiącach kryzysu”. To samo badanie wykazało, że „najczęściej traciły pracę kobiety w przedziale wiekowym 18-34 lata (11 proc. w porównaniu z 9 proc. młodych mężczyzn)”.

W raporcie przypomniano, że wybuch pandemii „początkowo zmusił rządy państw członkowskich UE do zamknięcia większości miejsc pracy – za wyjątkiem tych dostarczających podstawowe towary i usługi”. „Dla niektórych osób telepraca z domu okazała się realną możliwością, pomijając związane z nią wyzwania, jak np. potrzeba wyposażenia technicznego i utrzymanie równowagi między życiem prywatnym a zawodowym. Telepraca stała się bezprecedensowym społecznym eksperymentem. Jak pokazało jedno z badań, w kwietniu 2020 r. 37 proc. populacji UE wykonywało telepracę, a w niektórych państwach, np. w Finlandii, odsetek ten sięgał nawet 60 proc. W wielu sektorach metoda ta zapewniła ciągłość pracy i umożliwiła rodzicom wykonywanie obowiązków służbowych pomimo konieczności opieki nad dziećmi w pełnym wymiarze po tym, jak szkoły zostały zamknięte. Jednak granica między pracą a życiem rodzinnym została zatarta, ponieważ oddzielenie obowiązków zawodowych od czasu spędzanego z rodziną stało się problemem dla ok. 27 proc. pracowników” – napisano.

Zdaniem ekspertów wiele z tych zmian zostanie z nami po pandemii, generując kolejne wyzwania dla UE i państw członkowskich. Jedną z najistotniejszych jest przyspieszona automatyzacja, która – jak zauważono w dokumencie – dla milionów osób „oznacza utratę źródła utrzymania” i która „wymusi restrukturyzację rynku pracy”. „Według Światowego Forum Ekonomicznego, do 2025 r. wyrówna się czas pracy ludzi i maszyn. Szacuje się, że do tego czasu nowy podział pracy między ludzi i maszyny poskutkuje likwidacją 85 mln miejsc pracy na całym świecie. W ich miejsce powstanie blisko 97 mln nowych miejsc pracy, lepiej dostosowanych do procesu automatyzacji” – podano w raporcie.

Autorzy analizy wskazali przy tym na „pilną potrzebę podnoszenia kwalifikacji cyfrowych pracowników należących do starszych grup wiekowych, co ma zwiększyć ich konkurencyjność”. „Oprócz umiejętności cyfrowych w najbliższych pięciu latach na rynku pracy szczególnie cenione będą umiejętności krytycznego myślenia, analizy, rozwiązywania problemów, odporności na stres i elastyczności. Szacuje się, że ok. 40 proc. pracowników będzie musiało przekwalifikować się na sześć miesięcy lub krócej, a 94 proc. liderów biznesu oczekuje, że pracownicy posiądą nowe umiejętności w miejscu pracy (to gwałtowny wzrost w porównaniu z 65 proc. w 2018 r.)” – zaznaczyli.

W raporcie opisano także działania, jakie powinna podjąć UE, by sprostać wymienionym wyzwaniom. „Skoro automatyzacja niektórych zadań będzie postępować, UE musi znaleźć rozwiązania mające na celu zapewnienie pracownikom nowych umiejętności. W rezolucji z lutego 2019 r. ws. kompleksowej polityki przemysłowej w dziedzinie sztucznej inteligencji i robotyki PE podkreślił, że programy nauczania muszą być dostosowane do procesu automatyzacji, m.in. poprzez ustanowienie nowych ścieżek uczenia się i korzystania z nowych technologii” – zwrócono uwagę.

W ocenie autorów analizy istotne jest również „zwiększenie integracyjności rynku pracy, np. poprzez większą otwartość na osoby niepełnosprawne, słabiej wykształcone lub pochodzące spoza Unii”. Należy także dążyć do „podnoszenia umiejętności i zwiększenia możliwości przekwalifikowania starszych pracowników”. „To był – i dzięki nowemu Europejskiemu programowi na rzecz umiejętności nadal jest – jeden z priorytetów UE. Spośród 12 działań, które tworzą program, kilka dotyczy starszych pracowników – chociażby indywidualne konta edukacyjne, których celem jest likwidacja luk w dostępie do szkoleń zawodowych seniorów. Komisja ma rozpocząć tę inicjatywę w ostatnim kwartale 2021 r. Natomiast inna inicjatywa przewidziana w programie ma ułatwić obywatelom korzystanie z mikropoświadczeń w celu zwiększania zawodowych kompetencji” – czytamy.

Eksperci zwrócili także uwagę, że na szczeblu UE przydatna byłaby regulacja zapewniająca pracownikom świadczącym telepracę prawo do bycia offline w określonych porach dnia, a tym samym ułatwiająca im zachowanie zdrowia psychicznego i równowagi między życiem zawodowym a rodzinnym. Przypomnieli jednocześnie, że w styczniu PE przyjął sprawozdanie dotyczące prawa pracowników do bycia offline, apelując tym samym do Komisji Europejskiej o właściwą dyrektywę w tej sprawie. „Rozporządzenie w sprawie przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy telepracowników może stać się konieczne. Konieczność śledzenia osób pracujących zdalnie w trakcie godzin pracy w celu ochrony interesów ekonomicznych pracodawcy wywołuje obawy etyczne. Na poziomie Unii prywatność pracowników chroni rozporządzenie o ochronie danych osobowych, tj. RODO, jednak w tej kwestii należy zrobić więcej na poziomie krajowych regulacji” – stwierdzili.

Prócz tego w analizie wskazano potrzebę włączania nowych grup pracowników do europejskich systemów zabezpieczenia społecznego. Pierwsze kroki w tym kierunku to – jak przypomniano – zalecenie Rady UE w kwestii dostępu pracowników i osób samozatrudnionych do ochrony socjalnej, a także dyrektywa PE ws. przejrzystych i przewidywalnych warunków pracy. „Trzeba jednak rozszerzyć środki zabezpieczenia społecznego na pracowników wykonujących pracę w niestandardowych formach, np. osoby samozatrudnione, zatrudnione w niepełnym wymiarze czasu pracy i na czas określony. Należy także uwzględnić osoby poszukujące pracy pozostające w zatrudnieniu przerywanym. Można to osiągnąć poprzez oddzielne dyrektywy lub wytyczne dla poszczególnych grup pracowników” – dodano.

Wywrotki dla rolnictwa – duży wybór wśród produktów marki Wielton

Wieluński producent posiada w swoim portfolio produktowym aż 7 typów ram wywrotek dopasowanych do każdych warunków pracy o zróżnicowanej długości. To najszersza oferta dostępna na rynku. Wielton oferuje swoim klientom, między innymi, szeroki wybór super lekkich (SL) naczep samowyładowczych. Dodatkowo wdrożył w swoich produktach rozwiązania poprawiające stabilność konstrukcji ram podczas rozładunku w trudnych warunkach. Osiągnięte rezultaty poprawy bezpieczeństwa pojazdów potwierdziły przeprowadzone testy wywrotek SL.
Wywrotki dla rolnictwa 2

Naczepy dla wszystkich rodzajów branż

Niska masa własna połączona z solidną konstrukcją i wysoką jakością wykonania są w centrum zainteresowania klientów z sektora budowlanego, komunalnego i rolniczego. W odpowiedzi na ich potrzeby, spółka Wielton posiada w swoim szerokim portfolio produktowym aż 7 typów ram dopasowanych do każdych warunków pracy (SL, SL HD, GS, M1, M3, AF, AM), z których pięć jest dostępnych na rynku europejskim (SL, SL HD, GS, M1,M3), i o zróżnicowanym rozstawie osiowym mieszczącym się w zakresie 4800-8135 mm. Oferowane są między innymi standardowe ramy SL, ramy wzmocnione SL HD oraz ramy z obniżonym środkiem ciężkości typu gęsia szyja (GS). Wielton pod względem szerokości oferty wywrotek SL jest bezkonkurencyjny na rodzimym rynku.

W Wieltonie nieustannie monitorujemy trendy w branży oraz jesteśmy otwarci na potrzeby naszych klientów. Jesteśmy partnerem, który rozumie biznes transportowy, potrafi słuchać i dostarcza najlepsze rozwiązania, dopasowane do wymagań klientów. Ostatnio obserwowanym przez nas trendem jest nastawienie klientów na zwiększenie wydajności tonokilometra. Z tego powodu udoskonalamy naszą ofertę super lekkich wywrotek, które znajdują zastosowanie głównie w sektorze budowalnym. Niska masa własna przy jednoczesnym zachowaniu trwałej konstrukcji i komfortu użytkowania cechują nasze produkty, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Nasze wywrotki SL są wykorzystywane zwłaszcza do eksploatacji w trudnych warunkach. – powiedział Paweł Madziara, Head of Product Management Wielton S.A.

Jeszcze większe bezpieczeństwo i stabilność naczep

Bezpieczeństwo użytkowania produktów jest kluczowe dla wieluńskiego producenta. Z tego powodu marka Wielton wdrożyła w swoich super lekkich naczepach samowyładowczych rozwiązania poprawiające stabilność konstrukcji ram. Zmianie uległa konstrukcja ramy w jej tylnej części, przeprojektowano środniki belek głównych oraz węzeł tylny ramy. Wprowadzone zmiany zapobiegają nadmiernemu skręcaniu się ramy oraz bocznemu wychyleniu skrzyni. Wprowadzono także siłownik z czteropunktowym mocowaniem typu ShortCover jako wyposażenie standardowe w najdłuższych wywrotkach. Zastosowane rozwiązania poprawiają stabilność naczep i zwiększają bezpieczeństwo pracy kierowców.

Wysoka sztywność konstrukcji super lekkich wywrotek Wieltonu została potwierdzona w ramach przeprowadzonych badań w procesie rozwoju produktu. Testy referencyjnego pojazdu obejmowały analizy numeryczne Metodą Elementów Skończonych (MES) oraz analogiczne badania statyczne stabilności na stanowisku w instytucie badawczym OINBAS z wykorzystaniem pochylni. Badania zrealizowano pod kątem spełnienia rygorystycznych wymagań określonych przez Institute of Road Transport Engineers (IRTE) w ramach najwyższej kategorii A, dla stabilności pojazdów samowyładowczych. Wyniki przeprowadzonych badań potwierdzają spełnienie wymagań IRTE dla kąta przechyłu bocznego pojazdu wynoszącego 7 stopni, świadczących o najwyższej stabilności pojazdu.

Nieustanny rozwój, poprawa jakości i bezpieczeństwa produktów są dla nas priorytetem. Z tego powodu nieustannie udoskonalamy nasze pojazdy. W produktach marki Wielton postawiliśmy na sprawdzone rozwiązania i w efekcie zwiększyliśmy odporność na skręcenie wzdłużne ramy podczas bocznego przechyłu. Wyładunek w trudnym terenie jest jednym z najbardziej niebezpiecznych manewrów w pracy z wywrotkami. Dokładamy wszelkich starań, żeby zminimalizować ryzyko wywrotu pojazdu. Co więcej, wprowadzone zmiany i ich wpływ na poprawę bezpieczeństwa dokładnie badamy i analizujemy, aby mieć pewność, że osiągnęliśmy pożądane wyniki. – powiedział Łukasz Trzeciakiewicz, Product Manager Wielton S.A.

Wywrotki marki Wielton od lat spełniają wymagania najbardziej wymagających klientów działających w różnych gałęziach przemysłu. Stosowanie sprawdzonych rozwiązań oraz ciągłe dążenie do poprawy jakości i funkcjonalności pojazdów wieluńskiego producenta, sprawiają, że są one niezawodnym partnerem w biznesie.

Jak ustalić wysokość dodatku stażowego, gdy pracownik przedstawi dokumenty z opóźnieniem

Z dniem 18 stycznia zatrudniliśmy pracownika, który do 30 kwietnia br. przebywa na wypowiedzeniu w innej firmie. Pracownik ma powyżej 20 lat pracy. Doniósł świadectwo innego zakładu, w którym przepracował 12 lat. W jakiej wysokości należy udzielić mu dodatku za staż pracy, jeżeli świadectwo z ostatniego miejsca doniesie dopiero 30 kwietnia. Czy trzeba będzie nadpłacić zaległy procent dodatku?

W analizowanym przypadku, po udokumentowaniu przez zatrudnionego dodatkowego „stażu pracowniczego”, pracodawca będzie miał obowiązek wyrównania dodatku za wieloletnią pracę od początku zatrudnienia czyli od 18 stycznia 2021 r. (chyba, że dodatek był mu naliczany w maksymalnej wysokości wynoszącej 20%).

Dodatek stażowy pracownika samorządowego

Pracownikowi zatrudnionemu w tzw. „samorządzie” przysługuje m.in. dodatek za wieloletnią pracę. Aby go otrzymać trzeba legitymować się określonym stażem pracy, który wymaga odpowiedniego udokumentowania (np. świadectwami pracy).

W myśl art. 38 ust. 1 ustawy z 21 listopada 2008 r. o pracownikach samorządowych, dodatek za wieloletnią pracę:

  • przysługuje po 5 latach pracy w wysokości wynoszącej 5% miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego;
  • wzrasta o 1% za każdy dalszy rok pracy aż do osiągnięcia 20% miesięcznego wynagrodzenia zasadniczego.

Późne dostarczenie świadectw dokumentujących staż

W praktyce zdarza się, że pracownik z opóźnieniem dostarcza pracodawcy w trakcie zatrudnienia dokumenty (np. świadectwa pracy), potwierdzające okresy, które winny być uwzględnione przy ustalaniu wysokości dodatku stażowego.

Część ekspertów uważa, że taki stan rzeczy sprawia, iż zatrudniony ma prawo do wyższego dodatku stażowego dopiero od momentu faktycznego udokumentowania swojego większego stażu pracy. Przeważający jest jednak pogląd odmienny, w myśl którego w przedstawionych okolicznościach zatrudniony zyskuje uprawnienie do otrzymania wyrównania za okres, który nie uległ jeszcze przedawnieniu, czyli za okres 3 lat od dnia, w którym roszczenie pracownika o wypłatę dodatku za długoletnią pracę stało się wymagalne (art. 291 § 1 Kodeksu pracy).

Słuszność takiego rozumowania potwierdza art. 38 ust. 1 i 5 ustawy o pracownikach samorządowych oraz § 7 rozporządzenia Rady Ministrów z 15 maja 2018 r. w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych. Z brzmienia przywołanych regulacji płynie wniosek, że dodatek stażowy na poziomie odpowiednim dla posiadanego stażu pracy przysługuje nie od chwili jego faktycznego udokumentowania, ale od momentu rzeczywistego osiągnięcia określonego stażu (potwierdzonego odpowiednimi dokumentami).

Podstawa prawna:

  • art. 38 ust. 1 i 5 ustawy z 21 listopada 2008 r. o pracownikach samorządowych (tekst jedn.: Dz.U. z 2019 r. poz. 1282),
  • art. 291 § 1 ustawy z 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy (tekst jedn.: Dz.U. z 2020 r. poz. 1320),
  • § 7 rozporządzenia Rady Ministrów z 15 maja 2018 r. w sprawie wynagradzania pracowników samorządowych (Dz.U. z 2018 r. poz. 936 ze zm.).

 

Mariusz Pigulski
specjalista w zakresie kadr i płac

Dynamiczne wagi a przetwórstwo rybne

Ważenie jest niezwykle szerokim pojęciem. Określenie to dotyczy czynności ustalenia masy produktów w sklepach, odczynników w laboratorium, czy tirów i wagonów na wielkogabarytowych wagach samochodowych i kolejowych.

Ważenie ma miejsce w procesach wytwórczych większości branż przemysłowych na świecie, służy do pomiaru produktów masowych, między innymi w przetwórstwie rybnym. Co więcej, nowoczesne wersje wag pozwalają dokonywać pomiaru bez konieczności przerywania procesu produkcyjnego, co ma wielkie znaczenie dla producentów. Są też bardzo dokładne, co również jest niezwykle istotne. Co warto o nich wiedzieć?

Teltek – producent wag dynamicznych

Teltek to szwedzka firma – jedna z najbardziej znanych i cenionych na rynku, jeśli chodzi o produkcję wag dynamicznych. Firma produkuje sprzęt, którego celem jest monitorowanie procesów zachodzących w przedsiębiorstwach związanych z branżą spożywczą – w tym branżą rybną. Cyfrowy przetwornik wagi firmy HBM, zastosowany w wagach dynamicznych, pozwala dokonywać niezwykle dokładnych pomiarów i to bez stopowania procesów produkcyjnych. Komponenty maszyn są tak zaprojektowane, by były niezawodne i łatwe w konserwacji – przemysł spożywczy jest bardzo wymagający. Wykorzystywane maszyny czy urządzeniach muszą brać pod uwagę szczególne trudne warunki produkcji – w tym wilgoć, niska temperatura czy duże prędkości produkcyjne.

Cyfrowe przetworniki wagi – zalety

Co może zyskać firma zajmująca się przetwórstwem ryb, dzięki wykorzystaniu w niej wag dynamicznych z cyfrowymi, zaawansowanymi przetwornikami wagi? Przede wszystkim towar dopasowany do wymagań klienta. Maszyny ważące to istotna część linii produkcyjnej, dlatego też ich sprawne działanie ma wielkie znaczenie na przykład dla zgodności wagi produktu z oznaczeniem masy na paczce. Wagi pozwalają na szybkie sortowanie i ważenie bez przestojów w produkcji – przestoje w produkcji to przecież duży problem i straty.

Wybór odpowiednich porcji jest wytypowany z możliwie najbliższej kombinacji ich wagi do docelowej masy przypadającej na jednostkowe opakowanie. Sześć cyfrowych przetworników wagi PW15AHi stanowi serce maszyny, a silnik pneumatyczny napędza przesuwającą się taśmę.

W większości produkowanych wag przez wspomnianą firmę Teltek używana jest kombinacja czujników analogowych i wewnętrznych filtrów, w omawianym natomiast przykładzie zastosowano cyfrowe przetworniki wagi. Otrzymano w ten sposób wagę, w której pewna ilość inteligencji wbudowana jest bezpośrednio w przetwornik, na przykład funkcje filtrowania sygnału.

Dostosowanie do trudnych warunków produkcji

Prócz najistotniejszej funkcji jaką jest ważenie, procesy przetwarzania i transportu również odgrywają kluczową rolę w całym procesie produkcyjnym. Przedstawiany przykład z przetwórstwa rybnego zwraca uwagę na fakt, iż mamy do czynienia z surowcem bardzo delikatnym i szybko psującym się.

Dlatego też niezawodność i łatwość konserwacji komponentów maszyn jest tu niezwykle istotna.

Dynamiczne czujniki wagi firmy HBM używane do ważenia ryb mają najwyższy poziom ochrony przed wilgocią – IP68. Oparte na tensometrii elektrooporowej systemy w przetwornikach wagi są bardzo wrażliwe na wilgoć, dlatego muszą być tak zaprojektowane by sprostać trudnym warunkom panującym w fabryce, maszyny są czyszczone kilka razy dziennie dużym ciśnieniem wody. Zastosowane czujniki PW15AHi zbudowane są ze stali kwasoodpornej i posiadają obudowę, która chroni elektronikę przed wilgocią i uszkodzeniami mechanicznymi.

Artykuł napisany we współpracy z firmą HBM.

Nowe prawo restrukturyzacyjne może się sprawdzić w warunkach postcovidowych

Działalność gospodarcza w dobie koronawirusa była sinusoidą dla bardzo skrajnych branż, spośród których część dynamicznie zarysowywała swoją obecność na rynku, jednak wiele sektorów notowało rekordowe spadki, często zderzając się z widmem upadłości. Pandemiczny dorobek prawny okazał się całkiem ciekawą alternatywą wobec dotychczasowych przepisów restrukturyzacyjnych, a nisze najbardziej narażone na lockdown mogły, chociaż w pewnym stopniu, skorzystać z narzędzi pomocowych. Czy istnieje jednak szansa, aby ostatnie przepisy zagościły na dłuższą metę w krajowym prawodawstwie?

Gospodarka i branże w cieniu covidu

Jeszcze w początkowych etapach rozprzestrzeniania się covidu analitycy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) opublikowali pierwsze prognozy dotyczące rzutowania pandemii na gospodarkę. Według raportu Interim Economic Outlook dynamika rozwoju w skali globalnej miała zwolnić o 2,4 proc. w 2020 roku, a wskaźniki za 1. kwartał poprzedniego sezonu miał być wręcz ujemny. Na rok 2021 z kolei przewidywano wzrosty rzędu 3,25 proc., co byłoby możliwe dzięki branżom “odpornym” na covid.

Te z kolei swoją działalność oparły na świecie cyfrowym, dlatego też nie dziwi dynamiczny rozwój sektora e-commerce, e-grocery, czy usług związanych z pracą zdalną. Z drugiej zaś strony należy pamiętać o rynkowym przetasowaniu, spowodowanym przez obostrzenia sanitarne. Na lockdownie najbardziej ucierpiała branża eventowa, sektor kultury oraz gastronomia. Cenną perspektywę dostarcza również struktura postępowań restrukturyzacyjnych, która dzięki analizom MGW CCG pokazała niejako “ukryte” sektory, zwalniające w świetle pandemicznych trendów.

Takim przykładem jest, chociażby branża handlowa, która tylko w III kwartale 2020 roku zajęła czołowe miejsce w kategorii otwartych postępowań restrukturyzacyjnych. Raport MGW wskazuje na bardzo wyraźną zależność między rozwojem e-commerce a ograniczonym polem manewru tradycyjnych spółek handlowych, które znacząco gasły w cieniu sklepów internetowych i decydowały się na postępowania restrukturyzacyjne. W tym kontekście game-changerem miały być tzw. przepisy covidowe.

Fala przepisów a decyzje spółek

W obliczu pandemii oraz potencjalnej recesji krajowa legislatura zaczęła masowo publikować nowe przepisy regulujące działalność gospodarczą. Według wyliczeń ekspertów z Open Eyes Economy Summit tylko w II kwartale 2020 roku uchwalono 339 stron specustawy, której zapisy miały chronić m.in. biznes i miejsca pracy. Ponadto, sam dokument doczekał się 188 rozporządzeń, a więc kolejnych 420 stron przepisów. W III kwartale w krajowym prawodawstwie pojawiło się 999 stron aktów wyjaśniających. Jak dynamiczne zmiany prawne wpłynęły na działanie przedsiębiorców?

Nowy krajobraz prawny w pewien sposób wymusił na spółkach szybką adaptację do nowych przepisów. W skali mikrozarządzania spora część firm zdała sobie sprawę wręcz z pozytywnego wpływu tak nieoczywistych warunków na proces aplikowania modyfikacji w relatywnie krótkim czasie. Co więcej, branże, które decydowały się na restrukturyzację, mogły skorzystać z narzędzi, mających potencjał do dalszego rozwoju w krajowym porządku prawnym. Jednym z najciekawszych rozwiązań było “Uproszczone postępowanie o zatwierdzenie układu”.

Według raportu „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w 2020 roku – Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych” analityków z MGW CCG, tzw. UPOZU cieszyło się znaczącym zainteresowaniem szczególnie wśród przedsiębiorców segmentu MŚP. Ponadto, procedura była dominującym rozwiązaniem w skali wszystkich postępowań, ponieważ w IV kwartale 2020 roku stanowiła aż 80 proc. struktury. W całym zaś 2020 roku otwarto 385 uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu, z czego aż 204, czyli prawie 53 proc. to postępowania otwarte przez osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą.

Czas na przedłużenie UPOZU?

Do głównych zalet uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu respondenci zaliczali m.in. niskie koszty, nieskomplikowaną procedurę oraz uzyskanie ochrony przed wierzycielami na okres 4 miesięcy bez udziału sądu. Przepis obowiązuje na mocy obecnej ustawy jedynie do dnia 30 czerwca 2021 roku. Można się zatem zastanawiać czy po tej dacie będzie jego funkcjonowanie wydłużone czy też ta forma restrukturyzacji zniknie z polskiego porządku prawnego co byłoby ogromną stratą, zważywszy na inne, często odbiegające od ideału rodzaje postępowań restrukturyzacyjnych.

Problemem istotnej części pozostałych instrumentów pomocowych (w tym tzw. tarcz antykryzysowych) był m.in. chaos prawny, wewnętrzne sprzeczności płynące z formułowanych przepisów, szum informacyjny, niedoprecyzowania, nadmierne ograniczenie grup do których adresowane były poszczególne działania oraz nierzadko sprzeczne sygnały dla samych przedsiębiorców. W tych kategoriach UPOZU sprawdza się co najmniej sprawnie i niejako zachęca do racjonalnego zarządzania własnymi szansami jako przedsiębiorstwa. Szczególnie mechanizm otwierania postępowania i zapewnienia tym samym ochrony dłużnika jest krokiem w dobrą stronę ze względu na przeciążenia sądów restrukturyzacyjnych co skutkowało bardzo długim okresem rozpatrywania wniosków w pozostałych postępowaniach restrukturyzacyjnych.

Ten tryb otwierania postępowań zachęcał również przedsiębiorców do podjęcia decyzji o wejściu na ścieżkę restrukturyzacyjną. Wśród przedsiębiorców pokutuje bowiem ciągle obawa przed rozpoczynaniem procedur w które zaangażowany jest sąd, głównie z uwagi na skojarzenia co do przewlekłości takich postępowań, ale również reakcją wierzycieli.

Szansa na ułatwienia

Dla gospodarki natomiast ważnym jest rozwój narzędzi walki z nadmiernym zadłużeniem i niewypłacalnością. Im szybciej bowiem i sprawniej będziemy w stanie reagować na pojawiające się problemy z zadłużeniem, tym mniej negatywnych skutków będziemy doświadczać. Idea świadomej walki z niewypłacalnością powinna być priorytetem krajowej kultury biznesowej, czemu już dała fundamenty struktura prawna UPOZU.

Dobrą informacją zatem jest fakt procedowania projektu ustawy, która ma wprowadzać dorobek i doświadczenie UPOZU na stałe do polskiego porządku prawnego. Obecny kształt projektu daje nadzieję, że w niedługim czasie prawo restrukturyzacyjne będzie znacząco zmodyfikowane i to w kierunku który z punktu widzenia walki z niewypłacalnością jest pożądany. Trudno jednakże przesądzić ostatecznie jaki będzie finalny kształt ustawy i kiedy wejdzie ona w życie. Większość aktywnych uczestników tego rynku ma nadzieję na jej przyjęcie w perspektywie II bądź III kwartału br.

Know-how polskich przedsiębiorców może wymiernie zyskać na doświadczeniach covidowych pod warunkiem realnego wsparcia ze strony ustawodawcy. Dorobek prawny pandemii (bo o pewnym dorobku per se już można mówić) jest w stanie zmienić zasady gry na krajowej scenie biznesowej, a potencjał rozwiązań takich jak UPOZU mógłby w znacznym stopniu ułatwić życie wszystkim działalnościom — począwszy od jednoosobowych firm, a na dużych spółkach skończywszy. Tymczasem jednak warto trzymać się terminów, ponieważ szczególnie MŚP mają coraz mniej czasu na skorzystanie ze skutecznych narzędzi restrukturyzacyjnych.

Autor: Mariusz Grajda — Partner Zarządzający i członek Zarządu MGW Corporate Consulting Group

Cambridge University Press z Future Processing zmienia sposób, w jaki się uczymy

Cambridge University Press to wydawnictwo akademickie Uniwersytetu Cambridge, jednej z czołowych na świecie instytucji badawczych i edukacyjnych. Jest najstarszym nieprzerwanie wydawnictwem na świecie. Jego misją jest jak najszersze udostępnianie wiedzy w skali całego świata. Każdego roku publikuje ponad 2,5 tys. książek, które dystrybuowane są w ponad 200 krajach. Z kolei Cambridge Journals wydaje ponad 250 recenzowanych czasopism naukowych z różnych dyscyplin. Wiele z tych wydawnictw to wiodące publikacje akademickie w swoich dziedzinach naukowych. Zasoby Cambridge University Press tworzą jeden z najcenniejszych i najbardziej wszechstronnych zbiorów naukowych, dostępnych dla odbiorców z całego świata.

Jednym z głównych celów przyświecających działalności Wydawnictwa jest pomoc naukowcom z całego świata w wykorzystywaniu ich badawczego potencjału. Aby sprostać zmieniającym się potrzebom odbiorców, Cambridge University Press inwestuje w rozwój produktów i usług cyfrowych oraz w nowe, innowacyjne rozwiązania edukacyjne i badawcze.

Wspieranie cyfrowych innowacji

W styczniu 2020 roku Cambridge University Press wybrało polską firmę Future Processing zajmującą się rozwojem oprogramowania (software development) jako swojego partnera w zakresie zwiększania możliwości uniwersyteckiego zespołu technologicznego. W ciągu roku zespół Future Processing, który dedykowany jest angielskiemu wydawnictwu, zwiększył się z 6 do 15 inżynierów. W ramach dotychczasowej współpracy pomogli oni rozszerzyć możliwości Wydawnictwa w rozwoju zaawansowanego oprogramowania i opracowywania ulepszonych produktów cyfrowych.

Współpraca rozpoczęła się od rozszerzenia możliwości Cambridge Core – platformy umożliwiającej publikowanie książek naukowych i czasopism wydawanych przez Wydawnictwo. Zespół inżynierów nadal wspiera i rozwija procesy w ramach platformy, a także pomaga w jej kodowaniu. Wspólnym celem jest zapewnienie pełnej responsywności, stabilności i intuicyjności narzędzia oraz jak największego komfortu jego użytkowników.

Kolejnym obszarem współpracy jest uruchomiona niedawno przez CUP platforma Cambridge Open Engage. To narzędzie zapewniające naukowcom przestrzeń do publikowania materiałów (open content) dotyczących badań znajdujących się na wczesnym etapie realizacji. Przy jej opracowaniu Cambridge University Press współpracowało z wyspecjalizowanym w zakresie rozwoju oprogramowania zespołem doradców Future Processing, a także konsultowało projekt z naukowcami. W efekcie otrzymano produkt rozszerzający technologię stojącą za Cambridge Core w odniesieniu do publikowania wyników badań naukowych w ich wczesnej fazie. Charakterystyczny dla platformy jest fakt, że cała jej zawartość jest otwarta. Umieszczanie materiałów i zapoznawanie się ze znajdującymi się na niej treściami jest bezpłatne zarówno dla autora, jak i czytelników.

Relacje partnerskie na lata

Nowe produkty i usługi są podstawą umiejętności sprostania przez Cambridge University Press zmieniającym się potrzebom odbiorców i adaptacji do szybko zmieniającego się cyfrowego świata. Ścisła współpraca z Future Processing pozwoliła Wydawnictwu na urzeczywistnienie nowych pomysłów. Między innymi w postaci stworzenia i ulepszania platform, które realizując misję CUP, są jednocześnie dostosowane do zmieniających się wymagań klientów. Współpraca z polską firmą związana była z możliwością korzystania ze specjalistycznej wiedzy i umiejętności inżynierów zaangażowanych w kolejne projekty dla Wydawnictwa. Future Processing pomogło Cambridge University Press także w optymalnym wykorzystaniu procesów towarzyszących tworzeniu zaawansowanego oprogramowania i ulepszonych wyszukiwarek.

– Współpraca z grupą specjalistów Future Processing była dla nas wspaniałym doświadczeniem. Świetnie zintegrowali się z naszymi zespołami i odegrali dużą rolę w terminowym dostarczeniu naszych kluczowych produktów. Czekamy na zacieśnienie relacji w 2021 roku i dalszą współpracę, która pozwoli nam przygotować dla naszych klientów nowe, jeszcze lepsze produkty – podsumowuje Carolyn Robson, Technology Director for the Press’s Academic publishing group, Cambridge University Press.

Zarówno dla polskiej spółki, jak i angielskiego Wydawnictwa, ogromne znaczenie ma budowanie długoterminowego i dobrze zintegrowanego partnerstwa. W najbliższej przyszłości Future Processing będzie zapewniać Cambridge University Press stałe wsparcie oraz dbać o utrzymanie oprogramowania dla istniejących aplikacji. Wspólnym celem obu partnerów jest stała aktualizacja platform i utrzymanie ich dostępności dla klientów. Poprzez świadczenie przez FP usług eksperckiego doradztwa, CUP będzie miał dostęp do wiedzy o trendach technologicznych, stanowiącą fundament do podejmowania decyzji dotyczących rozwoju oprogramowania.

O danych z USA i bananie

Wczoraj odczyt z USA wskazujący na wzrost liczby osób zgłaszających się po zasiłek dla bezrobotnych we wstępnej reakcji przyniósł umocnienie dolara, wzrost rentowności obligacji skarbowych i spadki kontraktu na S&P500. Podobna reakcja miała miejsce dzień wcześniej… po zaskakująco dobrych danych o sprzedaży detalicznej. Złe czy dobre dane – reakcja taka sama. O co chodzi?

W przypadku sprzedaży detalicznej interpretacja wydawałaby się prosta. W obliczu skoku rentowności obligacji skarbowych dzień wcześniej silny wzrost sprzedaży detalicznej wzmacniał argumentację, że wsparte konsumpcją ożywienie gospodarcze będzie wywierać presję na wzrost cen, na co Fed będzie zmuszony odpowiedzieć odejściem od ultra-łagodnej polityki monetarnej. W rezultacie rynek długu musi wyceniać wcześniejszy start podwyżek stóp procentowych, co ma pozytywny wpływ na dolara, ale przykręcenie kurka z pieniędzmi zaszkodzi hossie na Wall Street. Ale 24 godziny później sprawy się skomplikowały, gdyż wzrost liczby bezrobotnych świadczy o wyzwaniach, jakie stoją przed gospodarką odbijającą po pandemii. Przedłużający się okres pozostawania dużej liczby Amerykanów bez pracy oznacza gorsze perspektywy gospodarcze, więc jest to negatywny sygnał dla giełdy. Pomoc fiskalna jest bardziej potrzebna, co oznacza wzrost zadłużenia USA i wyższą premię za ryzyko na obligacjach skarbowych USA (wzrost rentowności). Dolar podążał za wzrostem awersji do ryzyka na Wall Street i wyższymi rentownościami. Jedną i drugą reakcję aktywów da się wytłumaczyć, jeśli się ją potraktuje w oderwaniu od pozostałych czynników. Czy lepsze wyniki sprzedaży detalicznej nie oznaczają poprawy perspektyw zysków spółek z Wall Street? Czy słabsze dane z rynku pracy nie oznaczają, że Fed nie będzie spieszył się z normalizacją polityki, w efekcie rentowności i dolar powinny zniżkować? Albo może wzrost liczby wniosków o zasiłek skłoni Kongres do uchwalenia hojniejszego pakietu fiskalnego i paradoksalnie złe dane to dobra wiadomość?

Łatwo jest dopasowywać wytłumaczenie po fakcie, ale nie zawsze droga na skróty jest tą najlepszą, a ostatnie dni obnażają błędy takiego rozumowania. W tym miejscu zwróciłbym uwagę, że od czasu środowej publikacji danych o sprzedaży detalicznej futures na S&P500 jest niżej o 0,6 proc., rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA spadła o niecałe 2 pb, a indeks dolarowy DXY obniżył się o 0,4 proc. I nie chodzi mi tutaj o skumulowaną zmianę cen, ale skalę tych zmian. A ta jest niewielka, wręcz do zignorowania. W ciągu ostatnich 48 godzin w przypadku wszystkich trzech aktywów wystąpiło kilka ruchów cenowych przeciwnych do tego, co występowało kilka godzin wcześniej. Wniosek z tego jest taki, że aktualnie inwestorzy nie mają silnego przekonania co do kierunku. We wtorek wystraszyli się skoku rentowności i poszli w bezrefleksyjny ciąg przyczynowo-skutkowy, że wzrost rentowności musi oznaczać spadki indeksów. Dane z ostatnich dni bardziej stały się pretekstem, by wytłumaczyć zmiany cen w danym momencie niż były faktycznym katalizatorem.

Odnoszę wrażenie, że inwestorzy obecnie są jak 2-letnie dziecko, któremu chcemy podać banana. Nieważne, w jakiej postaci jadło tego banana poprzednim razem (w skórce czy bez skórki, w całości czy pokrojonego), nie mamy żadnej gwarancji, że dziś podając mu w ten sam sposób wszystko nie zakończy się histerią, bo zrobiliśmy to źle. Mamy trudny okres dla rynków, gdzie wstępna szczepionkowa euforia minęła i choć kres pandemii oraz odbicie gospodarcze jest przed nami, nie ma pewności co do jego skali, tempa i liniowości. Napływające na rynek informacje mają znaczenie lub nie, a wszystko zależy jakie aktualnie panują nastroje. Istotne jest, aby starać się wyjrzeć poza krótkoterminowe fluktuacje i nie stracić z pola widzenia końcowego celu. USA są na ścieżce ożywienia, które będzie potrzebować wsparcia fiskalnego i monetarnego jeszcze przez wiele miesięcy i kwartałów. To implikuje dalsze wzrosty indeksów i słabego dolara, niezależnie co mogłyby sugerować wzrosty rentowności. Banan w każdej postaci to wciąż ten sam banan.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kto nie płaci CIT-u, czyli o obchodzeniu podatku dochodowego

Podatek CIT, czyli podatek dochodowy nałożony na spółki i grupy kapitałowe, to jeden z najbardziej obchodzonych podatków w Polsce. Jego konstrukcja pozwala na liczne manewry, które minimalizują konieczność oddania państwu odpowiedniego procentu od przychodów. Jednym ze sposobów omijania CIT-u jest zaliczanie do kosztów uzyskania przychodu różnego rodzaju wydatków, które nie mają charakteru inwestycyjnego. Są to na przykład opłaty licencyjne, odsetki albo usługi służące do transferowania zysków za granicę. Takie praktyki prowadzą do tego, że państwo Polskie od lat traci miliardy złotych, które nie trafiają do skarbu państwa z podatku CIT. 

– To, czy dany podmiot płaci ten podatek w Polsce, jest miarą jego etyki podatkowej bądź patriotyzmu gospodarczego. W praktyce zdarzają się więc rynki, na których podmioty o bardzo porównywalnych, ogromnych obrotach wykazują bardzo różne wyniki, będące podstawą opodatkowania – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Rutkowski, radca prawny, doradca podatkowy i partner w Kancelarii Doradztwa Celnego i Podatkowego Rutkowski i Wspólnicy sp. z o.o. – Dwoma sektorami, na przykładzie których świetnie widać problem unikania CIT-u, jest sektor handlowy i tytoniowy. Niektóre podmioty działające w branży handlowej płacą podatek CIT w kwotach kilkuset milionów złotych w skali roku. Inne zaś nie płacą go w ogóle. W sektorze tytoniowym dzieje się podobnie. Jeden podmiot od wielu lat płaci wysokie podatki, a cała reszta branży praktycznie nie odprowadza CIT-u – podkreśla Rutkowski.

Próg opłacalności na rynku biurowym

Jak rynek biurowy odczuwa skutki pandemii? Czy bardziej ucierpiały rynki regionalne czy Warszawa?

Ze względu na pandemię miniony rok charakteryzował się dużą dozą nieprzewidywalności. Wiązało się to z licznymi wyzwaniami ze strony najemców i wynajmujących. Sytuacja wymagała od najemców szybkich decyzji m.in. dotyczących przejścia w tryb pracy zdalnej. Wynajmujący natomiast musieli odpowiednio zadbać o bezpieczeństwo w biurowcach i zmienić strategie wynajmu. Inwestorzy z kolei zostali zmuszeni do ponownego przeanalizowania rentowności projektów i podjęcia decyzji o tempie wprowadzania na rynek nowych inwestycji. Mogliśmy obserwować zachowawczą postawę, zarówno wynajmujących, deweloperów, jak i najemców, co przełożyło się na spowolnienie na rynku biurowym.

W 2020 roku zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe w miastach regionalnych było około 15 proc. niższe w porównaniu do roku 2019. Współczynnik pustostanów w regionach wzrósł średnio o 3,2 p.p., a wolumen powierzchni biurowych w budowie jest obecnie najniższy od 5 lat. W Warszawie zeszłoroczne wyniki zamknęły się 30 proc. spadkiem popytu na biura, a współczynnik pustostanów na rynku warszawskim wzrósł o 2,2 p.p.

Czy firmy podejmują już działania odnośnie reorganizacji zajmowanych powierzchni biurowych?

Wiele firm planowało powrót do biura jesienią 2020 roku, co niestety okazało się możliwe. Teraz decyzje odkładane są na połowę tego roku. Myślę, że właśnie teraz jest dobry czas na weryfikację zapotrzebowania na powierzchnię w nowej formule pracy w erze postcovidowej. Wielu naszych klientów zdecydowało się na rozpoczęcie dyskusji wewnątrz organizacji na temat kształtu nowego biura i jego nowej aranżacji z podziałem na funkcje. Wsparciem dla firm w takich rozmowach są analizy z zakresu workplace solutions, które opracowujemy.

Z naszych obserwacji wynika, że praca zdalna w określonym wymiarze zagości na stałe w zdecydowanej większości firm. Najbardziej trafną prognozą na tę chwilę wydaje się opcja łącząca pracę z domu i z biura czyli tzw. hybryda. Najprawdopodobniej w wielu firmach sprawdzi się tryb z 1- 2 dniami pracy z domu w cyklu tygodniowym lub dłuższym okresie, co wywoła wzmożoną rotację pracowników w biurach.

Jakie zapytania o powierzchnie biurowe spływają teraz od firm?

Z początkiem 2021 roku mogliśmy obserwować zdecydowane ożywienie na rynku. Wiele wstrzymanych procesów zostało uruchomionych ponownie, a klienci rozpoczęli rozmowy dotyczące, zarówno przeprowadzek, jak i przedłużania obecnych kontraktów.

Widocznym zjawiskiem jest też bardzo duża liczba podnajmów, natomiast tego typu oferty wiążą się zazwyczaj z najmem powierzchni, która nie całkiem dopasowana jest do potrzeb firm. Stanowią natomiast świetne rozwiązanie w sytuacji, gdy występuje zapotrzebowanie na krótkoterminowe uelastycznienie najmu.

W jakiś sposób firmy optymalizują koszty wynajmu?

Firmy optymalizują koszty najmu na kilka sposobów. Od dawna początek roku jest idealnym momentem na weryfikację ponoszonych opłat eksploatacyjnych, czyli kosztów funkcjonowania obiektów, w których wynajmowane są powierzchnie. Większość rozliczeń prowadzonych jest w formule „open book”. Tym samym, najemcy przy wsparciu specjalistów z firm doradczych mogą zweryfikować koszty ponoszone w tym zakresie w porównaniu ze standardami rynkowymi.

Druga, najbardziej popularna w tej chwili opcja optymalizacji kosztów to podnajem niewykorzystanej powierzchni biurowej. Ilość tego typu ofert jest na rynku w ostatnim okresie bardzo duża, co nie wpłynęła jednak znacząco na rynek regularnego najmu. Ważnym aspektem jest tu cena. Podnajmy oferowane są zazwyczaj na warunkach zbliżonych do cen rynkowych, a „okazje” należą do zdecydowanej mniejszości.

Ile z podpisywanych teraz umów to podnajmy?

Muszę przyznać, że trudno pokusić się o taką statystykę. W przypadku naszych klientów podnajem stanowi kilka procent wśród podpisywanych umów. Nie zmienia to faktu, że ofert tego typu jest na rynku w ostatnim okresie ogromnie dużo. Tylko w Warszawie podnajmy obejmowały w minionym roku ponad 130 000 mkw. powierzchni biurowej.

Jeżeli chodzi o strukturę zawieranych kontraktów, w ostatnim czasie zdecydowanie zyskały na znaczeniu przedłużenia, tj. renegocjacje umów najmu. Było to blisko 40 proc. przypadków. Często podpisywane są wtedy krótsze umowy, na 2-3 lata, co pozwala firmom zyskać więcej czasu do zastanowienia się nad docelowym kierunkiem działania.

Czy zmieniły się ceny wynajmu biur? Gdzie?

Stawki wywoławcze dotyczące najmu powierzchni biurowej co do zasady pozostają na zbliżonym poziomie, jak przed pandemią. Uelastycznianie się postawy wynajmujących dostrzegamy w momencie, kiedy proces negocjacji wchodzi w fazę zaawansowaną. I tutaj tak naprawdę nie ma już reguły, każdy przypadek jest indywidualny. Zależy to także od rodzaju obiektu. Od tego, czy na przykład negocjacje dotyczą starszych obiektów, których właściciele próbują zachować to samo portfolio najemców. Czy chodzi o podnajem? Czy mówimy o deweloperze, który poszukuje finansowania dla realizowanych obiektów i idzie na ustępstwa, proponując najemcom dodatkowe zwolnienia z opłat czynszowych lub znacznie wyższy niż jeszcze kilka miesięcy temu budżet na aranżację powierzchni. Należy jednak pamiętać, że wszystko ma swój „próg opłacalności” i wyczuć odpowiedni moment w negocjacjach.

Na stawki najmu w nadchodzących miesiącach może mieć też coraz większy wpływ widoczny wyraźnie spadek nowej podaży biurowej związany z przesuwaniem przez deweloperów terminów budowy nowych projektów.

Czy firmy poszukują okazji?

Jedne z okazyjnych ofert wiążą się z podnajmami. W niektórych, atrakcyjnych obiektach, które od lat były w pełni wynajęte, pojawiła się teraz możliwość wynajęcia powierzchni. Dotyczy to na przykład warszawskich biurowców usytuowanych przy trasie pierwszej linii metra, czy obiektów położonych przy Dworcu Głównym w Krakowie i we Wrocławiu.

Ponadto, na duże ustępstwa idą deweloperzy poszukujący finansowania dla swoich projektów we wczesnej fazie realizacji. Dla właścicieli decydujące znaczenie ma wtedy pozyskanie odpowiedniej ilości umów najmu na początku budowy inwestycji, co w klarowny sposób przekłada się na zwiększone zachęty dla najemców. Po określeniu tylko zapotrzebowania na powierzchnię, bez doprecyzowania jej aranżacji firmy mogą zyskać bardzo korzystniejsze warunki najmu.

Jakie nastroje i zjawiska rynkowe można zaobserwować?

Nadal wszyscy uczestnicy rynku oczekują na rozwój sytuacji, ale teraz ze zdecydowanym poczuciem nadejścia „odwilży”, która po części już zastąpiła i ma szansę przybrać na sile w kwietniu i maju tego roku.

Branża szykuje się do nowej, post pandemicznej rzeczywistości, która będzie inna, ale nie koniecznie gorsza. Wszyscy mamy świadomość uelastycznienia się sposobu świadczenia pracy, natomiast większość organizacji jasno podkreśla, że biura będą wciąż bardzo istotnym aspektem ich funkcjonowania. Szczególnie w kontekście podniesienia efektywności pracy, biorąc pod uwagę obecne zmęczenie pracowników i narastającą chęć odbudowy relacji społecznych.

Pozytywnym objawem jest też wzmożone zainteresowanie naszym rynkiem biurowym ze strony nowych inwestorów, co w ostatnich miesiącach naprawdę wyraźnie widać.

Autor: Mateusz Strzelecki, Partner / Head of Regional Markets w Walter Herz

Słabe dane z Polski, dobre ze strefy euro

Dzisiaj o 10:00 poznaliśmy zarówno słabsze dane z kraju, jak i lepsze ze strefy euro, czyli naszego głównego partnera handlowego. W rezultacie mamy dwa silne sprzeczne bodźce dla notowań złotego.

Więcej bezrobotnych za oceanem

Drugi tydzień z rzędu widzimy wzrost liczby nowozarejestrowanych bezrobotnych w USA. Jest to o tyle dziwne, że wzrost jest istotny, a większość prognoz wskazywała na to, że liczba rejestrujących się bezrobotnych po gwałtownym wybiciu na początku pandemii będzie stopniowo spadać i wracać w okolice poziomów sprzed pandemii. Pamiętajmy, że stopa bezrobocia spadła już do 6,3%, co wskazuje na to, że proporcjonalnie do wyników sprzed pandemii liczba wniosków jest nieproporcjonalnie wyższa. Słabsze dane przekładają się również na rynek walutowy, gdzie po raz kolejny obserwujemy słabszą dyspozycję dolara względem głównych walut.

Sprzedaż w Polsce

Po wczorajszych danych o produkcji przemysłowej w Polsce przyszedł czas na sprzedaż detaliczną. Ta z kolei wypada słabiej od oczekiwań. W ciągu roku spadła ona o 6%, podczas gdy oczekiwano wyniku o jeden punkt procentowy lepszego. Gorzej wypadła też produkcja budowlano-montażowa, która w ciągu roku spadła aż o 10%. Nie są to dane, które odbiegają od tego, co dzieje się w innych państwach, ale jest to pewien wyłom w serii ostatnich odczytów, które wyprzedzały oczekiwania. Zmiana ta na razie nie przyniosła istotnych zmian w kursie EURPLN.

Lepsze dane z Europy

W tym samym czasie co dane z Polski poznaliśmy wstępne dane ze strefy euro o indeksach PMI. Indeks dla przemysłu jest na bardzo wysokim poziomie 57,7 pkt, czyli aż o 3,4 pkt powyżej oczekiwań. Słabiej z kolei wypadł indeks dla usług. Rynki jednak jako ważniejszy uważają PMI przemysłowy stąd pozytywna reakcja. To właśnie dobre dane z Europy zamortyzowały złotemu negatywny wpływ krajowych danych.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
15:45 – USA – PMI dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Coraz więcej miast zwalnia restauratorów z opłat za alkohol. W kieszeni wrocławskich przedsiębiorców zostanie ok. 2 mln zł

Gastronomia jest jedną z branż, w które najbardziej uderzył lockdown i zamrożenie działalności związane z przeciwdziałaniem COVID-19. Restauracje i inne lokale mogą sprzedawać tylko na wynos i na razie nie ma mowy o możliwym terminie ponownego otwarcia. Dlatego coraz więcej miast – na mocy nowych przepisów – zwalnia przedsiębiorców z opłaty koncesyjnej za alkohol. Uchwały w tej sprawie przyjęto wczoraj w Warszawie i Wrocławiu. Urzędnicy w stolicy Dolnego Śląska szacują, że z ulgi tej skorzysta około tysiąca podmiotów z branży gastronomicznej. Wcześniej zwolniono wrocławskich restauratorów oraz właścicieli barów i pubów z opłat za ogródki.

Uchwała zwalniająca wrocławskich restauratorów z majowej transzy tzw. korkowego została przygotowana przez Klub Radnych Forum Jacka Sutryka, prezydenta miasta, i przyjęta jednogłośnie na sesji rady miasta 18 lutego.

 Miejscy radni przegłosowali uchwałę, w myśl której przedsiębiorcy prowadzący m.in. lokale gastronomiczne, bary i puby będą zwolnieni z drugiej, majowej transzy tzw. korkowego, czyli koncesji za sprzedaż alkoholu. Co ważne, tym przedsiębiorcom, którzy z góry zapłacili za cały rok, zostanie zwrócona 1/3 tej opłaty. To realna pomoc, ponieważ z tego zwolnienia skorzysta około tysiąca wrocławskich przedsiębiorców, którzy dzięki podjętej właśnie uchwale zaoszczędzą ok. 2 mln zł – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Obłoza z Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Opłaty koncesyjne są regulowane ustawowo. Dopiero pod koniec stycznia rząd umożliwił miastom i gminom odroczenie albo całkowite zwolnienie z nich przedsiębiorców. Restauratorzy musieli jednak do 31 stycznia złożyć oświadczenia o wysokości sprzedaży alkoholu i opłacić pierwszą transzę tzw. korkowego. Na mocy uchwały przyjętych przez radnych Wrocławia z drugiej, majowej transzy będą już zwolnieni – opłata po prostu nie zostanie nałożona. W przypadku, gdy przedsiębiorcy zapłacili za cały rok z góry, będą musieli wypełnić wniosek, który jest załącznikiem do uchwały, i złożyć go w Wydziale Zdrowia i Spraw Społecznych.

Warto jednak zaznaczyć, że po przegłosowaniu uchwały  trafia ona jeszcze do oceny wojewody dolnośląskiego. Może on bowiem uchylać uchwały. Jeśli więc dokument przejdzie przez wszystkie procedury, wnioski będzie można składać najpewniej od przełomu marca i kwietnia – wskazuje Marcin Obłoza. – Z tego rozwiązania może skorzystać każdy podmiot z branży gastronomicznej, to tylko kwestia kontaktu z urzędem miejskim.

Jak wskazuje, wrocławscy restauratorzy nie będą musieli płacić drugiej transzy tzw. korkowego, nawet jeżeli rząd zniesie obowiązujące w tej chwili obostrzenia, a lokale będą mogły wznowić działalność.

 Uchwała przewiduje, że ta pomoc zostanie zapewniona, więc w każdym możliwym scenariuszu przedsiębiorcy zostaną zwolnieni z tej drugiej transzy – zapewnia przedstawiciel miejskiego urzędu.

Wrocław już na początku epidemii, jako jedno z pierwszych miast, uruchomił pakiet pomocowy, czyli cały szereg zwolnień i odroczeń różnego rodzaju płatności, z których mogą korzystać lokalni przedsiębiorcy.

– Pomoc miasta rozpoczęła się wraz z rozpoczęciem stanu epidemii, czyli w okolicach marca zeszłego roku. Wtedy Wrocław wprowadził np. zwolnienie przedsiębiorców z podatku od nieruchomości. Warunek jest jeden: trzeba złożyć deklarację lub korektę deklaracji podatkowej i co miesiąc składać proste oświadczenie o niezdolności do regulowania zobowiązań. Za cały poprzedni rok ta kwota zwolnień z podatku od nieruchomości wyniosła już około 17 mln zł – mówi Marcin Obłoza.

Na zwolnienia z podatku od nieruchomości Wrocław zarezerwował w budżecie łącznie 50 mln zł. Na styczniowej sesji rada miasta przedłużyła obowiązywanie tej formy pomocy dla przedsiębiorców do połowy 2021 roku.

Kolejnym elementem Wrocławskiego Pakietu Pomocowego dla przedsiębiorców są też m.in. ulgi w czynszach za lokale użytkowe należące do zasobu miasta.

 Mówimy o lokalach, które są w zasobie Zarządu Zasobu Komunalnego i Wrocławskich Mieszkań. W tym przypadku można ubiegać się o obniżenie czynszu nawet do 80 proc. Każda sprawa jest traktowana indywidualnie i z naszych informacji wynika, że zainteresowanie jest bardzo duże – mówi przedstawiciel Biura Prasowego Urzędu Miejskiego Wrocławia. – To też kontynuacja pomocy z zeszłego roku, kiedy miasto zaproponowało czynsz za złotówkę i przedsiębiorcy, którzy mają swoje lokale w zasobie miejskim, mogli się o nią ubiegać. W ubiegłym roku z tytułu czynszu za złotówkę miasto udzieliło firmom pomocy na kwotę ponad 4 mln zł.

Jedną z wcześniejszych form pomocy udzielonych branży gastronomicznej we Wrocławiu było też zwolnienie restauratorów oraz właścicieli barów i pubów z opłat za ogródki gastronomiczne. W sumie z różnorakiej pomocy finansowej przewidzianej we Wrocławskim Pakiecie Pomocowym do tej pory skorzystało ok. 2 tys. tamtejszych firm, a łączna kwota udzielonego wsparcia przekroczyła 20 mln zł.

Farmaceuci pomogą służbie zdrowia poradzić sobie z długiem zdrowotnym po pandemii. To może być przełomowy rok dla ich działalności

Odsetek osób po 65. roku życia wśród czynnych zawodowo lekarzy wynosi ok. 20 proc. – Jesteśmy pod tym względem na niechlubnym trzecim miejscu w Europie – mówi Jarosław Frąckowiak z PEX PharmaSequence. Pod względem liczby lekarzy i pielęgniarek też nie wypadamy najlepiej, a statystyki z roku na rok są coraz bardziej niepokojące. Receptą na niedobór lekarzy w opiece zdrowotnej może być większe wykorzystanie potencjału farmaceutów. Będzie to możliwe dzięki nowej ustawie o zawodzie farmaceuty, która wejdzie w życie w kwietniu br. Jak ocenia ekspert, rozwój opieki farmaceutycznej pomoże polskiej służbie zdrowia radzić sobie z takimi problemami jak dług zdrowotny, który narasta podczas pandemii, czy starzejące się społeczeństwo.

Ten rok może okazać się przełomowy dla farmaceutów i rangi tego zawodu. Nie tylko ze względu na to, że przyjęto ustawę o zawodzie farmaceuty, o której mówiło się od 30 lat, czyli od czasu, kiedy branża została sprywatyzowana, ale przede wszystkim dlatego, że zaczęto dostrzegać rolę tej grupy zawodowej w systemie ochrony zdrowia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jarosław Frąckowiak, prezes PEX PharmaSequence.

Wpłynęła na to przede wszystkim pandemia i ograniczony dostęp do placówek medycznych. Naczelna Izba Aptekarska wskazuje, że tylko w pierwszych tygodniach zachorowań do aptek trafiło ponad 20 mln pacjentów. Wykorzystanie potencjału tej grupy będzie mieć także szczególne znaczenie w radzeniu sobie z długiem zdrowotnym, który zostanie z nami po pandemii.

Dług zdrowotny to wszystko to, co jest związane z brakiem diagnostyki i słabym dostępem do służby zdrowia w roku pandemicznym. Teraz trzeba będzie to jakoś naprawić. Mamy 10, czasem 20 czy 25 proc. mniej pacjentów zdiagnozowanych. Oni nie zostali cudownie wyleczeni, tylko wrócą do lekarzy w relatywnie gorszym stanie. A jeszcze „po drodze” nam się starzeje społeczeństwo, bo demografia nie jest korzystna – mówi ekspert.

Na to nakłada się jeszcze niedobór lekarzy. Według raportu przygotowanego przez firmę IQVIA „Opieka farmaceutyczna w Polsce” z marca 2020 roku liczba lekarzy specjalistów jest ok. 24 proc. niższa od średniej wyliczonej na podstawie danych z wybranych europejskich krajów, a w przypadku lekarzy POZ różnica ta wynosi ok. 42 proc. Dodatkowym problemem jest to, że około jednej piątej praktykujących lekarzy to osoby powyżej 65. roku życia (dane z rejestru Naczelnej Izby Lekarskiej). Część ich obowiązków będą mogli przejąć farmaceuci w ramach opieki farmaceutycznej, która zostanie uruchomiona dzięki nowej ustawie.

Na jej mocy farmaceuci będą mogli m.in. prowadzić konsultacje farmaceutyczne i robić przeglądy lekowe wraz z oceną farmakoterapii. Naczelna Izba Aptekarska szacuje, że dziś 6–13 proc. hospitalizacji to skutek nieprawidłowego zażywania leków, czego skutkiem mogą być interakcje czy powikłania polekowe zagrażające zdrowiu, a nawet życiu pacjentów. To o tyle groźne, że jedna trzecia pacjentów w wieku 65+ przyjmuje dziennie co najmniej pięć leków, będąc pod opieką pięciu różnych specjalistów.

Jeżeli ruszy opieka farmaceutyczna, jeżeli będzie można odciążyć służbę zdrowia, medyków, lekarzy, to ta grupa może być bardzo przydatna, ale na to potrzebne są pieniądze, większa liczba świadczeń i ich finansowanie – mówi prezes PAX PharmaSequence.

Ponadto farmaceuci będą mogli opracowywać indywidualne plany opieki farmaceutycznej, wykonywać proste badania diagnostyczne czy wystawiać recepty w ramach kontynuacji zlecenia lekarskiego (przepisy w zakresie ostatniego punktu wejdą w życie w 2022 roku).

Ustawa o zawodzie farmaceuty utwierdza wagę i rolę tego zawodu. Otwiera drogę do tego, żeby w sposób odpowiedzialny i sensowny wprowadzić opiekę farmaceutyczną jako element systemu ochrony zdrowia – mówi Jarosław Frąckowiak. – Są to bardzo różne usługi, które mogą być świadczone w aptekach, np. przegląd lekowy, który jest już często wykonywany przez farmaceutów. Zapobiega on efektowi polipragmazji, czyli przyjmowaniu tej samej substancji czynnej, ale pod postacią różnych nazw handlowych.

Jak pokazuje raport firmy IQVIA, korzyści z opieki farmaceutycznej to większa dostępność usług dla pacjenta i przybliżenie miejsca oferowania usług do miejsca zamieszkania, optymalizacja nakładu pracy lekarzy dzięki zwiększeniu liczby podmiotów oferujących daną usługę, poprawa profilaktyki oraz zwiększenie compliance pacjentów, czyli stopnia stosowania się do wytycznych terapii. Naczelna Izba Aptekarska zwraca też uwagę na wielomilionowe oszczędności dla całego systemu opieki zdrowotnej.

Spożycie mięsa spada z roku na rok, a pandemia tylko przyspieszyła ten trend. Branża mięsna i nabiałowa ruszają z produkcją roślinnych alternatyw

Roślinne zastępniki produktów odzwierzęcych przestały być niszą, weszły już do mainstreamu i coraz częściej trafiają do koszyków zakupowych. Część konsumentów całkowicie odchodzi od produktów i składników odzwierzęcych, ale znacznie większa grupa ogranicza ich spożycie lub ma taki zamiar. Na ten trend reagują również producenci, o czym może świadczyć coraz szersza półka produktów zastępujących mięso czy nabiał w sklepach ogólnospożywczych. Stale trwają także prace nad kolejnymi alternatywami. Wprawdzie laboratoryjnie wytwarzane mięso zakrawa jeszcze na science fiction, zwłaszcza w wymiarze masowym, technologicznie jednak jest już możliwe.

Trend roślinny ewoluował. Na początku mówiliśmy przede wszystkim o produktach, które były pozycjonowane konkretnie jako wegetariańskie czy wegańskie, teraz ta komunikacja jest niejako rozmiękczona, mówimy bardziej o produktach roślinnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Honorata Jarocka, senior food and drink analyst w firmie badawczej Mintel. – To pokazuje, że marki starają się wyjść do konsumenta masowego. Już nie ograniczają się do grupy konsumentów, którzy w stu procentach podążają za dietą wegetariańską czy wegańską  wychodzą bardziej do fleksikonsumentów, którzy w sposób świadomy ograniczają ilość produktów odzwierzęcych w swojej diecie i otwierają się na wszystko, co nowe. To, co napędza ten trend, to w dużej mierze atrybuty prozdrowotne.

Według przewidywań firmy Mintel rynek ten będzie dalej rósł, ponieważ coraz więcej osób zmienia dietę na lżejszą i bardziej urozmaiconą. Z drugiej strony konsumenci są także bardziej świadomi wpływu hodowli zwierząt gospodarskich na środowisko, gdyż pochłania ona wielokrotnie więcej energii i wody niż uprawa roślin. Z trzeciej wreszcie szukają oni także nowych doznań smakowych i chętnie wypróbowują np. pasty warzywne czy bezmięsne wędliny lub burgery.

Do tych ogólnych trendów dokłada się efekt pandemii – jeszcze większa dbałość o zdrowie swoje i rodziny oraz więcej czasu na przygotowywanie posiłków. Co piąty konsument zadeklarował, że w wyniku pandemii bardziej zainteresował się dietą wegańską.

– Nadal niewielki odsetek konsumentów deklaruje, że są stuprocentowymi wegetarianami czy weganami, ale pozytywne jest to, że coraz więcej osób deklaruje, że włącza do swojej diety alternatywy dla produktów mięsnych czy nabiałowych. Pandemia trochę przyspieszyła zainteresowanie dietą roślinną – zauważa Honorata Jarocka. – Ale produkty roślinne też są tańsze, jeśli mówimy o bazowych, nieskomplikowanych recepturach. Są dostępne, lokalne, półka roślinna jest całkiem spora, oferuje wiele wariantów, czy to są zamienniki dla sera, jogurtów, czy produktów mięsnych.

Z danych GUS wynika, że w 2019 roku spożycie mięsa średnio na mieszkańca spadło o 2,3 proc. wobec 2018 roku i wyniosło 61 kg, w tym mięsa surowego 34,4 kg (spadek o 3,1 proc.). Na niezmienionym poziomie utrzymała się konsumpcja drobiu (18,4 kg), co oznacza, że na popularności straciła wieprzowina. Wyraźnie więcej mięsa zjadali członkowie rolniczych gospodarstw domowych (nie tylko zresztą mięsa – także warzyw, mleka czy pieczywa). W 2019 roku na osobę przypadało w nich 70 kg produktów mięsnych, w tym 41,6 kg mięsa surowego (w tym 20,3 kg drobiowego).

Masowi producenci mięsa i wędlin, widząc ten trend, wprowadzili do swojego portfolio produkty roślinne, takie np. jak Rośl-inne kabanosy Tarczyńskiego, linia Z Gruntu Dobre Sokołowa, w skład której wchodzą wegańskie pasty i smalczyki, warzywne pasztety czy burgery. W trend ten włączają się także producenci nabiału – np. OSM Łowicz oferuje wegańskie jogurty, smarowidła, plastry, bloki i wiórki czy desery. Decyzja o rozpoczęciu produkcji wyrobów wegańskich zapadła już także w SM Mlekpol. Jak wynika z danych przytaczanych przez RoślinnieJemy, 40 proc. spożywczych gigantów ma osobny dział zajmujący się wyłącznie opracowywaniem i wprowadzaniem w pełni roślinnej żywności.

Myślę, że produkty roślinne nie mogą zagrozić tradycyjnej półce. Jest miejsce na produkty ze standardowej oferty nabiałowej czy mięsnej, ale również na warianty z półki roślinnej ­­– przewiduje analityczka Mintela. – To też przekłada się na sposób ekspozycji tych produktów w sklepach. Do tej pory były one pozycjonowane w odseparowanej części sklepu, teraz są położone obok siebie. To także pokazuje, że te segmenty nie konkurują ze sobą, ale się uzupełniają: każdy może jednego dnia wybrać alternatywę dla mięsa, drugiego dnia produkty standardowe.

Jej zdaniem produkty roślinne będą zyskiwały coraz prostszy skład, a producenci będą sięgać po coraz nowsze surowce bazowe do ich produkcji – kiedyś jedyną alternatywą dla mięsa było białko sojowe, obecnie sięga się po groch, słonecznik, buraki czy – to nowość – bób (marka Bobowina). W przypadku nabiału jest to ryż, kokos czy owies.

Inną drogą do ograniczenia tradycyjnej produkcji mięsa przy zachowaniu smaku jest mięso hodowane laboratoryjnie.

Jest to koncept na ten moment jeszcze drogi, bardzo niszowy, ale to też pokazuje, że ta kategoria się zmienia w odpowiedzi na potrzeby konsumentów – mówi Honorata Jarocka. – Część konsumentów deklaruje, że niekoniecznie tęsknią za tradycyjnym smakiem mięsa, ale są też tacy, którzy oczekują bliskości smaku czy tekstury. Wydaje mi się, że możemy się spodziewać bardzo wielu nowości roślinnych, które nie tylko zapewnią odskocznię od tego, co znane, ale także zaoferują nowe, ekscytujące doświadczenia smakowe.

Polska może stać się liderem w produkcji i wykorzystaniu wodoru w regionie. Rządowa strategia wymaga jednak więcej konkretów

Dobiegają końca konsultacje publiczne strategii wodorowej przedstawionej w styczniu przez Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Dokument wskazuje sześć celów, związanych m.in. z produkcją i wykorzystaniem wodoru w różnych dziedzinach gospodarki, np. transporcie, do realizacji przed 2030 rokiem. Zakłada także przygotowanie ram prawnych dla całego sektora. Ekspert firmy Esperis ocenia, że to projekt pod wieloma względami ambitny, zwłaszcza na tle państw regionu, ale brakuje w nim precyzji i konkretów. Dlatego będzie wymagać doprecyzowania na etapie kolejnych prac, które – przy determinacji rządu i biznesu – mogą się zakończyć w tym roku.

– Trzeba przyznać, że projekt strategii, który opisuje plany rządu w kontekście gospodarki wodorowej, jest dosyć obszerny. Idziemy od kształcenia kadr, poprzez kwestie regulacyjne i wykorzystanie wodoru w różnych gałęziach gospodarki. Jest też trochę o finansowaniu oraz transporcie, magazynowaniu i produkcji wodoru. Tak więc ta strategia próbuje całościowo podejść do zagadnienia gospodarki wodorowej, ale są w niej też elementy niedopowiedziane, wspomniane tylko lakonicznie i dobrze by było, żeby zostały wyjaśnione szerzej na etapie kolejnych prac i konsultacji – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, partner zarządzający Esperis.

W połowie stycznia Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekazało projekt „Polskiej Strategii Wodorowej do roku 2030 z perspektywą do 2040” do 30-dniowych publicznych konsultacji. Dokument wymienia w sumie 40 działań koniecznych do realizacji sześciu celów, które mają zostać osiągnięte w tej dekadzie. Są to: wdrożenie technologii wodorowych w energetyce i wykorzystanie wodoru jako paliwa alternatywnego w transporcie, wsparcie dekarbonizacji przemysłu, wdrożenie produkcji wodoru w nowych instalacjach, sprawna i bezpieczna dystrybucja wodoru oraz stworzenie stabilnego otoczenia regulacyjnego dla rynku wodorowego. Rząd liczy, że rozwój rynku wodoru zapewni bodziec do rozwoju gospodarczego, inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy, a przy tym przyczyni się też do transformacji energetycznej i ograniczenia krajowych emisji.

– Cele zawarte w tej strategii to m.in. zastosowanie wodoru w transporcie publicznym i 2 tys. autobusów wodorowych na koniec tej dekady. To dużo, biorąc pod uwagę fakt, że na razie nie mamy w Polsce infrastruktury do przesyłu wodoru, stacji ani odpowiednich przepisów. Inne cele są już trochę mniej precyzyjne. Jest idea, żeby rozwijać polskie instalacje do produkcji wodoru – małe elektrolizery o mocy 1 MW. Rząd zgłasza też potrzebę zazielenienia produkcji wodoru w polskim przemyśle. Ponadto ambitnie chcemy wprowadzić wodór w transporcie ciężkim, kolejowym, lotniczym, morskim, chociaż tutaj nie ma jeszcze dokładnych wytycznych – wymienia Łukasz Antas. – W rządowej strategii wodorowej jest sporo ambitnych elementów, ale brakuje precyzji.

Jednym z celów wyznaczonych przez rząd jest zainstalowanie do 2030 roku 2 GW mocy w elektrolizerach, które będą produkować blisko 200 tys. ton zielonego wodoru rocznie.

Te 2 GW to dużo, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że w Polsce właściwie nie ma takich urządzeń ani fabryk, które mogłyby to wyprodukować – mówi ekspert Esperis.

Co istotne, wodór – aby przyczynił się do dekarbonizacji polskiej gospodarki – musi być zielony, czyli produkowany przy wykorzystaniu odnawialnych źródeł energii. Polska natomiast jest w tej chwili drugim po Niemczech największym producentem szarego wodoru, produkowanego z paliw kopalnych i CO2. W 2030 roku będzie on nadal stanowić większość, ale zielony wodór będzie stopniowo zyskiwać na znaczeniu. Polska – z 2 GW – miałaby odpowiadać w 2030 roku za 5 proc. mocy produkcji zielonego wodoru zainstalowanych w UE zgodnie z założeniem strategii unijnej.

Na Zachodzie plany są dużo większe, np. Niemcy planują 5 GW do końca tej dekady, Holendrzy 3–4 GW, Francuzi nawet więcej, 6,5 GW – mówi Łukasz Antas.

Jak podkreśla, podobnie wygląda kwestia zaplanowanych nakładów na wdrożenie strategii wodorowej. Niemcy chcą na rozwój rynku przeznaczyć 9 mld euro, Francja – 7 mld euro, a według wyliczeń rządu Polska w tej dekadzie powinna zainwestować ok. 15 mld zł. Chociaż – jak zastrzeżono w strategii – podana kwota uwzględnia jedynie nieliczne koszty inwestycyjne.

– W strategii w ogóle nie odniesiono się do kwestii obniżenia emisyjności polskiej gospodarki. Strategie innych krajów zawsze przedstawiają korzyści w postaci redukcji określonej liczby tysięcy ton CO2, to jest istotne z perspektywy wymogów unijnych i trendu ekonomicznego, który się wiąże z wprowadzeniem technologii niskoemisyjnych i zeroemisyjnych. W przypadku Polski ta liczba w ogóle nie padła, w związku z tym nie wiadomo, jaka będzie korzyść. Bo to jest wymierna korzyść – dzięki temu przemysł nie będzie płacił chociażby za emisję CO2, co teraz wpływa chociażby na cenę polskiego prądu – mówi ekspert Esperis.

Jak ocenia, jedną z ciekawszych – choć lakonicznych – koncepcji zawartych w rządowej strategii jest utworzenie pięciu dolin wodorowych na wzór klastrów przemysłowych, gdzie firmy będą mogły współpracować w ramach jednego łańcucha wartości i tworzyć nowe technologie wodorowe.

– Nie wiadomo jednak, jakie są wymogi wobec takich dolin. Jeżeli samorządy chciałyby je tworzyć na terenie Polski z firmami, to nie wiedzą, co muszą spełnić, jakie pieniądze za tym pójdą. Polskie firmy technologiczne z kolei nie mają przedstawionego schematu, jak od pomysłu mogą dojść do konkretnych finansowań. Wyobrażam sobie, że oprócz pieniędzy NCBiR-u można już przemyśleć całą ścieżkę akceleracji, w którą zaangażują się też spółki Skarbu Państwa należące do największych producentów wodoru i mające często akceleratory dla małych firm czy start-upów – podkreśla Łukasz Antas.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Esperis („Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”), w tej chwili globalny rynek wodoru jest dopiero w początkowej fazie rozwoju. Światowa produkcja sięga ok. 74 mln ton rocznie, a przodują w niej Stany Zjednoczone (ok. 10 mln ton) i Unia Europejska (w tym Polska – ok. 1 mln ton, a największym producentem jest Grupa Azoty). Niskoemisyjny, zielony wodór odpowiada w tej chwili raptem za ok. 5 proc. europejskiej produkcji, ponieważ jego wytwarzanie wciąż pozostaje droższe.

Na początku lipca ubiegłego roku także Komisja Europejska przedstawiła strategię wodorową, która ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w UE. Komisja przewidziała w niej wsparcie instytucjonalne i finansowe. Równolegle zainicjowała też Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji nowej strategii i zapewnić wsparcie finansowe dla rozwoju technologii wodorowych.

W branży IT rośnie zapotrzebowanie na rozwiązania chmurowe i sztuczną inteligencję. Coraz bardziej poszukiwani są także specjaliści w tych dziedzinach

W dobie pandemii wzrosło zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi. Tym samym rośnie zapotrzebowanie na programistów i architektów, którzy zaprojektują rozwiązania w taki sposób, żeby korzystać z tego, co oferuje chmura. Pracodawcy szukają też specjalistów, którzy łączą kompetencje programistów i administratorów. Pożądane są przede wszystkim technologie webowe. W IT coraz częściej pojawiają się kompetencje związane ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. – Na rynku IT z pewnością pojawi się zapotrzebowanie na te technologie, które umożliwiają pracę możliwie automatyczną – ocenia Adam Kukołowicz, dyrektor technologiczny Bulldogjob.

– Nowe kompetencje, które są poszukiwane na rynku pracy w IT, wiążą się z tym, co zadziało się w ostatnim roku. Firmy po prostu zmieniły sposób, w jaki pracują, a coraz więcej osób pracuje zdalnie. W zeszłym roku tylko 8 proc. specjalistów IT pracowało zdalnie, w tegorocznym badaniu „Badanie społeczności IT 2021” deklaruje to aż 73 proc. Ten sposób się przyjął, bo aż 29 proc. ankietowanych chciałoby już pozostać w pełni zdalnie, reszta preferowałaby jakieś rozwiązanie hybrydowe, w stylu dwa–trzy dni z domu, a reszta w biurze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Kukołowicz.

Według raportu Bulldogjob „Badanie społeczności IT 2020” (ukazującego dane za 2019 rok) praca w pełni zdalna była możliwa wyłącznie dla 13 proc. seniorów, 8 proc. midów i tylko 4,6 proc. juniorów. Sytuacja diametralnie się zmieniła podczas pandemii. Oznacza to duże zmiany nie tylko ze względu na mniejsze zapotrzebowanie na powierzchnię biurową, lecz także inne poszukiwane kompetencje.

– Trzeba zmienić sposób, w jaki pracujemy. Widać to przede wszystkim we wzroście użycia takich technologii jak technologie chmurowe różnego rodzaju. W zeszłorocznym badaniu 48 proc. ankietowanych ich używało, teraz jest to już 56 proc. To jest spora zmiana, tym samym wygląda na to, że te technologie chmurowe będą coraz bardziej potrzebne – ocenia Adam Kukołowicz.

Firma Deloitte w raporcie „TMT Predictions 2021” wskazuje, że pandemia przyspieszyła zmiany technologiczne. W 2021 roku wartość globalnego rynku rozwiązań architektury rozproszonych zasobów IT wyniesie 12 mld dol. Do 2023 roku 70 proc. przedsiębiorstw może stosować najnowocześniejsze technologie tego typu do przetwarzania danych. Wartość wydatków na rozwiązania chmurowe nieco spadła, jednak zdaniem ekspertów rynek usług w chmurze okazał się odporny na kryzys. Gdy cały świat zaczął pracować zdalnie, wzrosło zapotrzebowanie na ogólnie pojęte usługi cyfrowe. W latach 2021–2025 wzrost przychodów usług w chmurze utrzyma się na poziomie z 2019 roku i wyniesie 30 proc.

Przedsiębiorstwa będą jednak coraz częściej wdrażać technologie chmurowe dla zwiększenia oszczędności. Oznacza to zmiany na rynku pracowników.

– Żeby mądrze używać chmury, trzeba programistów i architektów, którzy zaprojektują i zaimplementują te rozwiązania w taki sposób, żeby korzystać z tego, co oferuje chmura. Trzeba też ludzi, którzy łączą kompetencje programistów i administratorów w jednej osobie, by inteligentnie wgrywać i skalować tego typu rozwiązania. To, co się faktycznie zadziało w tym roku, to wzrost zainteresowania kompetencjami chmurowymi i ten trend już się raczej nie odwróci – podkreśla ekspert.

Pożądane są przede wszystkim kompetencje związane z aplikacjami biznesowymi opartymi na technologiach webowych. Według danych Bulldogjob to Java jest głównym językiem programowania. Dalej znalazły się CHASH oraz JavaScript, PHP i C++, zaś na popularności cały czas zyskuje Python.

– Widać po wzroście zainteresowania JavaScriptem, że podążamy za tym, co robi się na Zachodzie, gdzie ten język jest bardzo mocno wykorzystywany. Co prawda na razie specjaliści JavaScriptu nie zarabiają aż tak dobrze jak ich koledzy z Javy czy C Sharpa, ale prawdopodobnie się to zmieni wraz ze wzrostem popytu – przekonuje Adam Kukołowicz.

Jak zauważa ekspert, w IT coraz wyraźniej widać wzrost zainteresowania rozwiązaniami sztucznej inteligencji.

– Wśród programistów, którzy głównie wykorzystują Pythona w swojej pracy, 6 proc. już używa bibliotek, które są powiązane ściśle z uczeniem maszynowym, takich jak TensorFlow czy PyTorch jako główne narzędzie swojej pracy. Widać, że sztuczna inteligencja zaczyna się w IT pojawiać, jednak jeszcze prawdopodobnie nie będzie to coś, co zmienia obraz całego IT – prognozuje dyrektor technologiczny Bulldogjob.

Co istotne, rośnie zapotrzebowanie na technologie umożlwiające pracę zdalną i tym samym specjalistów, którzy łączą różne kompetencje i umiejętności. O ile polska branża IT to przede wszystkim programiści (56,7 proc.), a 13 proc. osób w „Badaniu społeczności IT 2021” zadeklarowało pracę na stanowisku administratora lub DevOpsa, o tyle sytuacja stopniowo się zmienia, by dostosować się do bardziej zróżnicowanego środowiska chmurowego.

– Pracownik IT przyszłości to taka osoba, która nie jest specjalistą w jednym bardzo wąskim obszarze, tylko raczej zna szerszy kontekst, np. tego, w jaki sposób są te aplikacje wdrażane, w jaki sposób funkcjonują i dzięki temu jest w stanie dopasować swoją pracę do sposobu, w jaki tworzone są te nowoczesne aplikacje. Czyli chmurowo, w sposób dość sprytny, zwinny, lekki, bez rozwiązań znanych bardziej z przeszłości, gdzie występowały ciężkie serwery aplikacyjne – mówi Adam Kukołowicz.

Miejskie Filtry Powietrza walczą nie tylko ze smogiem, lecz także z koronawirusem. Wkrótce w Warszawie będzie pięć takich urządzeń

Opracowany przez Polaków Miejski Filtr Powietrza w ciągu doby oczyszcza kubaturę wielkości Stadionu Narodowego. Okazuje się jednak, że może być równie skuteczny w walce z SARS–CoV–2. Urządzenie jest w stanie filtrować cząsteczki o rozmiarze powyżej 1/10 µm. Koronawirus ma rozmiary od 0,06 do 0,14 µm, ale ponieważ przenosi się przede wszystkim na większych kropelkach wilgoci, Miejski Filtr Powietrza może je w dużej mierze oczyścić.

– Koronawirus i jakość powietrza to są problemy, z którymi musimy się teraz borykać, i nasze urządzenie w pewnym sensie zwalcza oba z nich – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Baranowski, prezes Oxygen City. – Miejskie Filtry Powietrza są w stanie wyeliminować znaczącą większość koronawirusa z powietrza, więc w pewnych warunkach może to być skuteczne narzędzie.

Badania pokazują, że oczyszczacze powietrza wykorzystujące światło UV są skuteczną metodą walki z koronawirusem. Nawet 99,9 proc. koronawirusów może zostać zabitych pod wpływem światła UV-C. W większości jednak oczyszczacze powietrza UV są zbyt słabe, aby zabijać wirusy. W przypadku typowego domowego urządzenia tego typu wirusy w powietrzu musiałyby przejść 36 razy przez jego filtry, zanim zostałoby zabite 99,9 proc. z nich. Jonizatory są skuteczne w oczyszczaniu powietrza, jednak niekoniecznie sprawdzą się przy SARS–CoV–2.

Z koronawirusem radzą sobie natomiast oczyszczacze powietrza z filtrem, takie jak Miejski Filtr Powietrza.

– Nasze urządzenie jest w stanie filtrować różne cząsteczki, nie tylko pyły zawieszone o rozmiarze powyżej 1/10 µm. Koronawirus ma rozmiary od 0,06 do 0,14 µm, w związku z tym modelowo połowa z nich przechodzi, połowa nie, natomiast wirus głównie przenosi się na kropelkach wilgoci, które z reguły mają większą wielkość. Dzięki temu te kropelki wilgoci są powstrzymywane przez filtry, a skoro kropelki, to też koronawirus, który się na nich przenosi  – tłumaczy Krzysztof Baranowski.

Oczyszczacze firmy Oxygen City działają na zasadach elektrostatyki. Eliminują z przestrzeni publicznej m.in szkodliwe dla zdrowia pyły zawieszone PM10 i PM2,5, kurz, alergeny, grzyby, pleśnie i wirusy.

– Może to być narzędzie wspierające eliminację tych szkodliwych czynników z powietrza. W pewnych warunkach w zamkniętych przestrzeniach będzie bardzo skuteczne, na otwartej przestrzeni ta skuteczność będzie trochę mniejsza ze względu na to, że powietrze się miesza, wymienia, natomiast na pewno nasze urządzenie ma pozytywny wpływ na jakość powietrza – przekonuje prezes Oxygen City.

Jakość powietrza ma ogromny wpływ na nasze zdrowie, zwiększa też ryzyko ostrzejszego przebiegu choroby przy ewentualnym zakażeniu koronawirusem. Profesor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie dr hab. inż. Piotr A. Kowalski twierdzi, że nawet mały wzrost zanieczyszczeń w postaci cząsteczek stałych na długi czas przed rozpoczęciem pandemii ma wpływ na ostrzejszy przebieg choroby. Miejski Filtr Powietrza ma zaś skuteczność na poziomie ponad 90 proc., a jedno urządzenie jest w stanie oczyścić nawet 30 mln m3 powietrza w ciągu miesiąca.

Co istotne, urządzenie może działać cały rok, zwłaszcza że zanieczyszczenie powietrza w Polsce jest problemem nie tylko w okresie jesienno-zimowym. Jak podaje NIK, w największych miastach Polski transport samochodowy stanowi nawet większy problem niż emisja pyłów z ogrzewania domów. W skali kraju samochody odpowiadają za ok. 10 proc. przekroczeń dopuszczalnego poziomu zanieczyszczeń, ale w centrach dużych miast przekroczenia są wielokrotnie większe i sięgają nawet 80 proc.

– Nasze filtry mogą i wręcz powinny być używane przez cały rok, ponieważ z reguły w zimie bardziej odczuwamy, a nawet czasami widzimy tę złą jakość powietrza. Natomiast nasze pomiary wskazują, że również w lecie dotyka nas problem złej jakości powietrza, więc również wtedy jest co czyścić. Nie tylko pyły zawieszone, ale np. pyłki roślin, które mogą być problemem w okresie wiosenno-letnim – wskazuje Krzysztof Baranowski.

Miejski Filtr Powietrza oczyszcza już warszawski Wilanów. Wkrótce w Warszawie mają stanąć jeszcze cztery takie urządzenia. Także w Krakowie niebawem ma się pojawić taki filtr.

Pandemia, która zmieniła Employer Branding

Nowa rzeczywistość na nowo zdefiniowała zachowania liderów i oczekiwania pracowników.
Jakie wyzwania czekają nas wraz z „powrotem do normalności”?

Pandemia Covid-19 wywróciła system, w jakim od lat pracowały firmy. Wraz z tym, zmianie uległ sposób komunikacji, a employer branding zyskał na znaczeniu.

Łatwe dostosowanie

Przestawienie się na pracę zdalną było dla ponad 80% pracowników w Europie łatwe lub bardzo łatwe – wynika z raportu Deloitte „Voice of the European workforce”. Dla Polaków istotną rolę odegrało w tym zaufanie współpracowników i liderów. Stworzenie takiej atmosfery wymagało jednak świadomego wysiłku ze strony przełożonych, wskazali autorzy raportu.

– Okazało się, że pracownicy mogą, bez większych problemów, świadczyć pracę zdalnie z domu. Jednocześnie tworzą oni swoistą sieć oddziałów jednoosobowych. Menadżer zarządza tą siecią, a nie jak było do tej pory zespołem osób siedzących w jednym pomieszczeniu – mówi Paweł Ziemba, wieloletni prezes zarządu Skandii i Vienna Life Vienna Insurance Group.

Empatia i zrozumienie

Nowa sytuacja pociągnęła za sobą konieczność zmian w zachowaniu kadry zarządzającej. W pracy w biurze jedną z głównych cech lidera była charyzma. W wyniku pandemii ważniejsza stała się empatia i koleżeńskie relacje. Pracownicy w swoich szefach poszukiwali wsparcia i zrozumienia, szczególnie w początkowym etapie lockdownu. Na znaczeniu zyskały też umiejętność budowy poczucia wspólnego sensu.

Nowy porządek

Pracownicy z upływem czasu przywykli do nowego modelu pracy – mija już prawie rok, odkąd funkcjonują w nowej rzeczywistości. – Z jednej strony mamy osoby, które ułożyły sobie nowy ład i działają w nim, jedni lepiej, inni gorzej. Obecna sytuacja stała się dla nich status quo. Nie czują potrzeby wracania do biur, a potencjalny powrót generuje w nich mieszane uczucia, czasem wręcz pogwałcenia wypracowanego do tej pory porządku – mówi Anna Dziedzic, wiceprezes zarządu agencji Świeża Bazylia PR.

Inni mają dosyć siedzenia w domu i z chęcią wróciliby do „normalnej” pracy w biurze.
– Szczególnie widoczne jest to m.in. w branżach przemysłowych, gdzie załoga, niezależnie od fal pandemii, realizuje plany produkcji, a tzw. część administracyjna pracuje w trybie pracy zdalnej – dodaje Anna Dziedzic. – Podczas rozmów z klientami słyszymy, że część pracowników potrzebuje wrócić do „normalności”, otrzymujemy informacje, że te osoby czują się wykluczone, będąc od prawie roku na pracy online – mówi wiceprezes agencji Świeża Bazylia PR.

Powrót do „normalności”

Wraz z rosnącą ilością osób zaszczepionych przeciw Covid-19, powroty do „normalnego trybu pracy” staną się coraz bardziej powszechne. Wielu pracodawców już dzisiaj zapowiada jednak, że da swoim pracownikom możliwość wyboru, w jaki sposób chcą pracować – w biurze czy w domu.

Część z nich chce nawet wprowadzić obowiązek częściowej pracy zdalnej.
Jak wskazuje Deloitte, opcji pracy zdalnej spodziewa się 62 proc. pracowników w Europie i 57 proc. nad Wisłą. Odsetek ten jest większy wśród osób, które do tej pory nie miały takiej możliwości.

Spojrzenie w przyszłość

Jak będzie wyglądała przyszłość employer brandingu? Zdaniem zarządzających firmami, przy rozproszeniu kadry, przedsiębiorstwa muszą nauczyć się zarządzać autonomicznymi pracownikami i zespołami. Największą zaletą postpandemicznych przedsiębiorstw stanie się umiejętność szybkiego dostosowywania się do warunków panujących w danym momencie.

– Planując działania na nowe czasy, trzeba będzie odciąć się od dotychczasowych schematów. Przed przystąpieniem do projektowania komunikacji z pracownikami, szczególnego pogłębienia będzie wymagała część analityczna. Niewątpliwie, ważną składową employer brandingu będzie opracowywanie planów odbudowy wspólnoty organizacji, która poprzez przejście na pracę zdalną, została zakłócona – przewiduje Anna Dziedzic.

Nowe znaczenie

Życie bardzo przyspieszyło, przeprowadzając pracowników i pracodawców przez pewne fazy zmian w sposób zupełnie niezaplanowany i nieoczekiwany. To, czego kiedyś się obawiano, nagle stało się normalnością. Jak twierdzą socjolodzy, staliśmy się świadkami zmian znacznie głębszych niż tylko forma świadczenia pracy. Zmienia się postrzeganie i znaczenie organizacji jako miejsca, wspólnego bytu. Zmianie ulega model zarządzania, tworzenia poczucia wspólnoty i kultury organizacyjnej.

– Firma rozumiana jako miejsce, ma nie tylko wymiar biznesowy, ale coraz większego znaczenia nabiera wymiar społeczny. Współodpowiedzialność, przyjemność wspólnej pracy, wspólnego spędzania czasu, będą nabierały nowego znaczenia – podsumowuje Paweł Ziemba.

Polska może stać się ważnym europejskim centrum produkcji farmaceutycznej

Uzależnienie Unii Europejskiej od dostaw produktów farmaceutycznych spoza kontynentu, długie łańcuchy dostaw, utrata kompetencji wytwarzania – zagroziły bezpieczeństwu Europejczyków. Dlatego konieczne jest wsparcie produkcji leków i substancji czynnych w Polsce i innych unijnych państwach. Dzięki wyszkolonej i doświadczonej kadrze, a także istniejącej infrastrukturze Polska może stać się ważnym europejskim centrum produkcji farmaceutycznej – uważa Konfederacja Lewiatan.

W przyszłym tygodniu odbędzie się posiedzenie high-level meeting Komisji Europejskiej z udziałem przedstawicieli Parlamentu Europejskiego i przemysłu farmaceutycznego państw członkowskich dotyczące powrotu produkcji substancji czynnych do Unii Europejskiej.

Pandemia pokazała, jak istotne jest posiadanie silnego europejskiego i krajowego przemysłu farmaceutycznego oraz ujawniła słabość gospodarki, która stworzyła złożony system światowych współzależności. Okazało się, że solidarność UE jest bardzo istotna, ale musi być zbudowana na silnych fundamentach – zdolnościach i kompetencjach państw UE. Dlatego konieczne jest wsparcie budowy silnych, narodowych branż farmaceutycznych, co przełoży się na zdrowotne bezpieczeństwo UE – równie ważne jak energetyczne czy militarne.

Europejski sektor farmaceutyczny wykorzystuje do produkcji leków ponad 60% surowców z Chin i Indii. 30% leków generycznych stosowanych w Europie pochodzi z Azji. Pandemia wskazała na konieczność zwiększenia strategicznej autonomii Europy.

– Instytucje Unii Europejskiej dostrzegają potrzebę wzmocnienia europejskiej suwerenności w zakresie wytwarzania substancji czynnych, jak i leków gotowych w oparciu o już istniejący przemysł farmaceutyczny, ale i o nowe inicjatywy gospodarcze. Polska, która posiada długoletnią tradycję w produkcji farmaceutycznej i dostęp do wyspecjalizowanej kadry może odegrać w tym znaczącą rolę. Konieczne jest wdrożenie instrumentów wsparcia krajowych producentów leków. Proponujemy utworzenie międzyresortowego zespołu z udziałem przedstawicieli krajowego przemysłu farmaceutycznego dotyczącego bezpieczeństwa lekowego Polski, który wypracowałby spójną strategię działania na poziomie krajowym, jak i unijnym – mówi Kacper Olejniczak, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Przemysł farmaceutyczny w liczbach:

  • 60% surowców do produkcji leków w Europie trafia z Chin i Indii
  • 30% leków generycznych wykorzystywanych w Europie pochodzi z Azji
  • 1% PKB Polski wytwarza przemysł farmaceutyczny
  • 100 tys. miejsc pracy w Polsce generuje przemysł farmaceutyczny
  • 50% refundowanych dziennych terapii dostarczają krajowi producenci

Zdaniem Konfederacji Lewiatan konieczne jest wdrożenie stabilnej polityki ekonomicznej, przemysłowej i regulacyjnej. Inwestycje w wytwarzanie substancji czynnych, pomocniczych i leków w Europie wymagają wsparcia rządów i UE. Przy ich lokowaniu należy zachować geograficzne zrównoważenie i zapewnić nieprzerwane łańcuchy dostaw w przypadkach nadzwyczajnych, np. pandemii. Konieczne jest zapewnienie elastycznego procesu rejestracyjnego wykorzystującego digitalizację oraz skrócenie procedury rejestracji dla europejskich producentów. Ważne jest również preferowanie w zakresie polityki refundacyjnej produktów wytwarzanych w UE oraz odejście od kryterium najniższej ceny, które daje przewagę wytwórcom azjatyckim.

Krajowy przemysł farmaceutyczny powinien stanowić filar bezpieczeństwa lekowego Polski. Branża odgrywa bowiem ważną rolę w systemie opieki zdrowotnej, zapewniając pacjentom bezpieczne, skuteczne i dostępne cenowo produkty lecznicze. Obecnie krajowi producenci dostarczają około 50 proc. wszystkich refundowanych dziennych terapii, na które NFZ wydaje zaledwie 28 proc. budżetu refundacyjnego. Na listach jest około 1500 leków krajowych producentów, a około 140 z nich nie ma w ogóle odpowiedników. Wśród nich są leki ratujące życie.

– Wzmocnienie branży farmaceutycznej w Polsce jest też niezwykle istotne ze względu na wzrost zapotrzebowania na leki. Zważywszy, że jedna czwarta Polaków to osoby po 60. roku życia, a w połowie XXI wieku aż 40% mieszkańców naszego kraju będzie seniorami, konsumpcja leków zwiększy się, zwłaszcza tych będących terapią chorób cywilizacyjnych. Gwarancją ich dostaw w racjonalnych cenach jest krajowy przemysł farmaceutyczny – dodaje Kacper Olejniczak.