Wrześniowa inflacja lepsza od prognoz. RPP dostaje argument do gołębiej narracji

0

Inflacja we wrześniu wyniosła w Polsce 2,90 proc. r/r i okazała się niższa od oczekiwań rynkowych na poziomie 3,00 proc. W stosunku miesiąc do miesiąca ceny natomiast nie zmieniły się (0,00 proc. m/m), co także jest odczytem lepszym od konsensusu rynkowego na poziomie +0,2 proc.

Najmocniej potaniały ceny żywności i napojów bezalkoholowych, które m/m spadły o 0,50 proc. Paliwa do prywatnych środków transportu potaniały natomiast 0,40 proc. m/m.Wzrost o 0,20 proc. odnotowały natomiast nośniki energii – choć to akurat nie dziwi w kontekście tego, że 30.06 zakończył się okres obowiązywania rządowego mechanizmu dopłat do cen ciepła.

Tym samym mamy drugi z rzędu najniższy odczyt w tym roku (w sierpniu inflacja także wyniosła 2,90 proc.). Te dane makro dodają kolejną małą cegiełkę do gołębiej ostatnio narracji RPP.

Autor: Szymon Gil, Doradca Inwestycyjny, CIIA, Dyrektor ds. Klientów Strategicznych Michael / Ström Domu Maklerskiego

Kurs dolara w górę, cena złota jeszcze wyżej

Złoto jak to złoto – ponownie bije rekordy. W USA kolejne wystąpienia publiczne członków FED nie wyjaśniają sytuacji co dalej w polityce monetarnej. Australia nie zmienia stóp procentowych i daje sygnały, że cykl obniżek stóp może spowolnić.

Dużo słów, mało treści

W ostatnich dniach mamy morze publicznych wystąpień członków Rezerwy Federalnej. Wydawać by się mogło, że dzięki temu będziemy wiedzieć więcej na temat kolejnych decyzji Komitetu Otwartego Rynku. Problem w tym, że wypowiedzi te wydają się coraz bardziej odległe od siebie. Są członkowie, którzy postulują utrzymanie restrykcyjnej polityki monetarnej ze względu na presję inflacyjną. Z drugiej strony mamy informacje, że ostatnia decyzja miała na celu wsparcie rynku pracy. Widać, że większość członków gremium stoi w rozkroku pomiędzy strachem przed doprowadzeniem do spowolnienia w gospodarce a dopuszczeniem do nadmiernego poluzowania polityki pieniężnej. I tak jesteśmy w komfortowej sytuacji, widząc, że kolejne dwa posiedzenia są w miarę oczywiste. Rynek czeka na jakieś wyjaśnienie sytuacji. Patrząc jednak na umocnienie dolara od ostatnich szczytów, inwestorzy coraz mniej wierzą w duże przyspieszenie obniżek.

Złoto z kolejnym rekordem wszech czasów

Wczoraj kontrakty na złoto osiągnęły kolejny rekord na poziomie 3 863,7 USD. Nie warto jednak zapamiętywać takich wartości, bo już dzisiaj jest ona nieaktualna. W godzinach porannych kurs odbił się odrobinę poniżej poziomu 3 900 USD. W tym tempie magiczna bariera 4 000 dolarów za uncję wydaje się naprawdę kwestią czasu. Określenie szaleństwo dobrze pasuje do tego, co się na tym rynku obecnie dzieje. Owszem, dzieją się rzeczy, które uzasadniają szukanie przez inwestorów alternatyw np. wobec inwestycji w obligacje. Skala wzrostu cen złota od początku roku o 46% budzi jednak podejrzenia czy nie dochodzi do przesady. Podobnie zresztą jak w przypadku srebra, które rośnie już ponad 60% od początku roku.

Australia nie zmienia stóp procentowych

Pomimo spadkowego trendu inflacji w Australii, na dzisiejszym posiedzeniu nie doszło do zmian stóp procentowych. Główny wskaźnik wynosi obecnie 3,6%. Patrząc jednak na ostatnie decyzje Banku Rezerwy Australii, widać pewien schemat. Do obniżek dochodzi dokładnie co drugie posiedzenie. Na poprzednim widzieliśmy spadek z 3,85% na 3,6%, więc na tym nie doszło do zmian. Australia obniża stopy procentowe w tempie około 0,25%, co jest zgodne z tempem spadku inflacji. Dzisiejsza decyzja nie zaskoczyła rynków. Komunikat sugeruje, że możemy mieć jednak koniec spadku inflacji. Zwrócono jednak uwagę na niepewność perspektyw gospodarczych. Rynki odbierają to jako zapowiedź, że na kolejnym posiedzeniu może nie dojść do cięć. To prawdopodobnie dlatego dolar australijski zyskiwał na wartości po tym komunikacie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:00 – Niemcy – inflacja konsumencka,

15:45 – USA – Indeks Chicago PMI,

16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.

Maciej Przygórzewskigłówny analityk w InternetowyKantor.pl

Polska Federacja Szpitali uruchamia Sektorową Radę ds. Kompetencji w sektorze ochrony zdrowia

Polska Federacja Szpitali (PFSz), jako organizacja odpowiedzialna za prowadzenie i organizację nowo utworzonej Sektorowej Rady ds. Kompetencji w sektorze Opieki Zdrowotnej, ogłasza rozpoczęcie jej działalności. Decyzją Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, Pani Moniki Sikory, na podstawie art. 4e ust. 5 ustawy o utworzeniu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP), w dniu 26 września 2025 r. został powołany skład Rady. To wydarzenie otwiera nowy etap współpracy pomiędzy biznesem, edukacją i administracją publiczną, zgodnie z założeniami systemu rad sektorowych funkcjonującego w Polsce od 2017 roku.

Reprezentatywny skład ekspertów

Nowa Rada liczy dziewięciu członków, reprezentujących różnorodne środowiska sektora opieki zdrowotnej:

  • Jarosław Fedorowski – Prezes Polskiej Federacji Szpitali (PFSz)
  • Tomasz Zieliński – Federacja Związków Pracodawców Ochrony Zdrowia „Porozumienie Zielonogórskie”
  • Dr Sebastian Grzyb – Wyższa Szkoła Inżynierii i Zdrowia
  • Dr Andrzej Lejczak – Stowarzyszenie Krajowa Izba Domów Opieki
  • Michał Piotr Dybowski – Fundacja Healthcare Poland / Polska Federacja Szpitali (dyrektor projektu, koordynator działań Rady)
  • Jakub Adamski – Biuro Rzecznika Praw Pacjenta
  • Krzysztof Jabłoński – Zespół Szkół im. Władysława Stanisława Reymonta w Konstancinie-Jeziornie
  • Sławomir Nawrocki – Centrum Medyczne Klara
  • Wojciech Drabko – Związek Pracodawców Firm Innowacyjnych, Doradczych i Rozwojowych „INDORO”

Jak podkreśliła w korespondencji Katarzyna Pytel, główny specjalista w Departamencie Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach PARP:

Serdecznie gratulujemy wszystkim kandydatom oraz liczymy na owocną współpracę przy realizacji działań na rzecz rozwoju kompetencji w sektorach objętych działaniem Rad.”

Podstawa organizacji: umowa z PARP

28 kwietnia 2025 r. została podpisana umowa nr 17/DRK/SRS/2025 pomiędzy PARP a Polską Federacją Szpitali. Na jej mocy PFSz przejęła odpowiedzialność za organizację i prowadzenie Rady. Partnerami projektu są: Federacja Porozumienie Zielonogórskie oraz Związek INDORO.

Zakres zadań Rady obejmuje m.in.:

  • analizę potrzeb kompetencyjnych w sektorze
  • przygotowywanie rekomendacji dotyczących kształcenia i szkoleń
  • monitorowanie zmian i trendów
  • rozwój współpracy z uczelniami oraz instytucjami edukacyjnymi
  • upowszechnianie wiedzy i wspieranie uczenia się przez całe życie

Finansowanie z Funduszy Europejskich

19 sierpnia 2025 r. Polska Federacja Szpitali złożyła wniosek o dofinansowanie projektu „Rada Sektorowa ds. Kompetencji w Sektorze Opieki Zdrowotnej” w ramach programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (FERS). Projekt realizowany będzie od 1 września 2025 r. do 31 grudnia 2029 r., z budżetem ponad 105 mln zł, w całości pokrytym ze środków Unii Europejskiej. Głównym celem jest ograniczenie niedopasowania kompetencji kadr medycznych do potrzeb rynku pracy poprzez badania, opracowanie rekomendacji i wsparcie systemu edukacji oraz pracodawców.

Standardy działania Rady

Działalność Rady regulują wytyczne PARP, m.in. dokument „Wytyczne w zakresie organizacji i prowadzenia rad sektorowych” (wersja 2, lipiec 2025 r.).

Przewidziane działania obejmują m.in.:

  • opracowanie regulaminu Rady
  • przygotowywanie cyklicznych rekomendacji dotyczących kluczowych i zielonych kompetencji
  • publikowanie raportów na temat sytuacji kadrowej sektora
  • organizację debat i działań informacyjno-edukacyjnych

Perspektywy i znaczenie dla sektora

Nowo powołana Rada będzie wspierać systemowe zmiany w kształceniu kadr medycznych, odpowiadając na wyzwania takie jak:

  • starzenie się społeczeństwa
  • cyfryzacja i wykorzystanie sztucznej inteligencji
  • zielona transformacja i nowe standardy środowiskowe,
  • reagowanie na sytuacje kryzysowe (np. pandemie).

Dzięki współpracy biznesu, edukacji i administracji, Rada stanie się narzędziem strategicznym w budowaniu nowoczesnego, odpornego i dostosowanego do realnych potrzeb rynku systemu opieki zdrowotnej.

Koszty najmu biur klasy premium rosną globalnie – raport Savills Q2 2025

0

Jak wynika z najnowszego raportu Savills Global Occupier Markets: Prime Office Costs – Q2 2025, średni koszt najmu najlepszych powierzchni biurowych na świecie wzrósł w drugim kwartale o 0,7%, a w ujęciu rocznym – o 3,4%. Kluczowym czynnikiem pozostaje rosnący popyt na biura najwyższej klasy, oferujące nie tylko prestiżową lokalizację i wysoką jakość wykończenia, ale też zaawansowane rozwiązania technologiczne. Właściciele budynków muszą dziś inwestować zarówno w elastyczne aranżacje biur, jak i w technologie PropTech oraz AI, które realnie wpływają na komfort najemców i konkurencyjność nieruchomości.

WYŻSZE KOSZTY, WYŻSZE WYMAGANIA NAJEMCÓW

W drugim kwartale 2025 roku, spośród 40 analizowanych rynków biurowych w globalnych miastach, aż 24 zanotowało wzrost kosztów najmu powierzchni biurowych klasy „prime”. Na globalny wzrost na poziomie 0,7% złożyły się wzrosty czynszów bazowych (+0,9%) i kosztów fit-outów (+0,8%). W skali roku koszty wzrosły o 3,4%, co potwierdza utrzymującą się presję na rynku najlepszych biur.

Najemcy oczekują dziś czegoś więcej niż dobrej lokalizacji i klasycznego układu piętra. Poszukują biur, które realnie wspierają ich codzienne operacje; zarówno technologicznie, jak i organizacyjnie. Jako doradcy właścicieli musimy wspólnie myśleć o tym, jak sprawić, żeby budynek stał się narzędziem, które odpowiada na potrzeby pracy zespołów hybrydowych, ESG, certyfikacji, a przy tym, żeby wyróżniał się jakością aranżacji i dostępem do usług – mówi Daniel Czarnecki, Director, Landlord Representation, Savills Polska.

O ile wzrost czynszów w Warszawie był umiarkowany i wyniósł niespełna 0,5% kwartał do kwartału, to czynsze za powierzchnie premium w centrum dochodzą do 28 EUR/m kw. miesięcznie, a opłaty eksploatacyjne przekraczają 40 PLN/m kw., co potwierdza rosnące znaczenie jakości i standardu wykończenia także na rynku lokalnym.

FIT-OUTY DROŻEJĄ, BO STANDARDY ROSNĄ

Rosnące koszty aranżacji powierzchni biurowych są dziś zjawiskiem globalnym. Coraz więcej firm oczekuje wykończenia w standardzie „plug&play”, uwzględniającego zaawansowaną infrastrukturę IT, strefy elastycznej pracy, dbałość o akustykę oraz elementy wspierające dobrostan pracowników.

Dla właścicieli kluczowe staje się dziś nie tylko to, co widać na pierwszy rzut oka, ale to jak budynek funkcjonuje od środka. Nasza rola jako doradców technicznych polega na tym, by już na etapie planowania inwestycji przewidzieć, jak zmieniają się potrzeby najemców, i tak zaprojektować przestrzeń, by była elastyczna, energooszczędna i gotowa na przyszłe adaptacje. Inwestycje w standard techniczny przekładają się bezpośrednio na atrakcyjność obiektu – zarówno w oczach najemców, jak i właścicieli. To dziś jeden z najpewniejszych sposobów na budowanie trwałej przewagi rynkowej – zaznacza Jakub Jędrys, Director, Building & Project Consultancy, Savills.

RYNKI Z NAJWYŻSZĄ DYNAMIKĄ – WARSZAWA POZOSTAJE ATRAKCYJNĄ ALTERNATYWĄ KOSZTOWĄ

Wzrosty kosztów były najbardziej widoczne w Kuala Lumpur (+4,4% kwartał do kwartału), Melbourne (+3,4%), Miami (+3,4%) i Sydney (+2,7%). Praga odnotowała najwyższy wzrost w Europie – +3,1%, głównie z powodu bardzo ograniczonej podaży nowych biur. W większości przypadków najlepsze powierzchnie są już wynajęte, a w nowych projektach umowy typu pre-let są podpisywane na długo przed ukończeniem budowy.

Na tym tle Warszawa wyróżnia się jako jedna z najbardziej konkurencyjnych kosztowo lokalizacji w Europie. Średni koszt najmu biura klasy „prime” wynosi tu 40,39 USD za stopę kwadratową rocznie, co oznacza, że jest nawet ośmiokrotnie niższy niż w takich miastach jak Londyn (West End – 312 USD), Hongkong (225 USD) czy Nowy Jork (Midtown – 203 USD). Przy zachowaniu atrakcyjnego poziomu kosztów, Warszawa oferuje również wysoki standard powierzchni: tylko w pierwszej połowie 2025 roku oddano do użytku ponad 85 000 m kw. nowoczesnych biur, głównie w topowych lokalizacjach, takich jak okolice ronda Daszyńskiego.

Co istotne, wolumen projektów w budowie spadł w stolicy do rekordowo niskiego poziomu 140 000 m kw., co w najbliższych kwartałach może przełożyć się na wzrost presji na najlepsze dostępne powierzchnie. Dla właścicieli oznacza to większe zainteresowanie ich inwestycjami, a dla najemców konieczność szybszego podejmowania decyzji, jeśli chcą zapewnić sobie biuro w najbardziej pożądanych lokalizacjach.

PROPTECH I AI ZMIENIAJĄ ZASADY GRY

Analiza Savills wskazuje, że technologie PropTech stają się dziś standardem w biurach klasy „prime”. Systemy zarządzania budynkiem, smart access, sensory zajętości, HVAC sterowane cyfrowo i rozwiązania monitorujące zużycie energii są powszechnie stosowane na rynkach dojrzałych. Coraz większe zainteresowanie budzą również rozwiązania oparte na AI – od automatycznych recepcji i predykcyjnego serwisu technicznego, po roboty sprzątające i platformy do personalizacji środowiska pracy.

Region Azji i Pacyfiku przoduje we wdrażaniu nowoczesnych rozwiązań, co wynika m.in. z faktu, że wiele tamtejszych budynków powstaje z założeniem integracji z technologią od samego początku.

CZY TECHNOLOGIE OBNIŻĄ KOSZTY ZARZĄDZANIA? NIEKONIECZNIE OD RAZU

Raport podkreśla, że wdrażanie nowych technologii w krótkim okresie wiąże się z dodatkowymi nakładami, a nie bezpośrednimi oszczędnościami. 57% badanych rynków spodziewa się wzrostu service charge w ciągu najbliższego roku – głównie z powodu inflacji oraz kosztów energii i pracy.

Technologia ma ogromny wpływ na efektywność zarządzania budynkiem, jego energooszczędność i komfort użytkowników. To z kolei otwiera przestrzeń dla integracji zespołów zarządzających biurowcami z doradztwem technicznym i komercyjnym, by budynki klasy „prime” odpowiadały nie tylko na potrzeby dzisiejszych najemców, ale i przyszłych inwestorów – zaznacza Wioletta Nowotnik, Director, Head of Property & Asset Management, Savills.

Polska wdraża MiCA po swojemu – ekspert ostrzega przed przeregulowaniem

W piątek Sejm uchwalił ustawę o rynku kryptoaktywów i internetowych kantorach walutowych, której głównym celem miała być implementacja unijnego rozporządzenia MiCA. Z założenia miała uporządkować rynek, zwiększyć bezpieczeństwo inwestorów i stworzyć przewidywalne zasady działania dla firm. Niestety przyjęty kształt przepisów wykracza daleko poza ramy wyznaczone przez Unię Europejską i – zamiast wzmacniać rynek – może doprowadzić do jego osłabienia i masowego odpływu innowacji z Polski.

„Od początku apelowaliśmy o wdrożenie MiCA w sposób proporcjonalny i konkurencyjny. Polska miała szansę przyjąć przepisy zgodne z duchem rozporządzenia: chroniące inwestorów, a jednocześnie pozwalające rozwijać innowacje i przyciągać kapitał. Tymczasem uchwalona ustawa dodaje kolejne bariery – wprowadza rozbudowane procedury licencyjne, bardzo wysokie sankcje oraz szerokie uprawnienia nadzorcze dla regulatora. To krok w stronę przeregulowania zamiast uporządkowania rynku” – komentuje Sławek Zawadzki, Co-CEO Kanga Exchange.

Nowe prawo: więcej biurokracji i ryzyko dla przedsiębiorców

Zgodnie z ustawą, nadzór nad rynkiem kryptoaktywów obejmie Komisja Nadzoru Finansowego. KNF otrzyma m.in. możliwość blokowania działalności firm poprzez wpis do rejestru nieuczciwych domen bez natychmiastowej, skutecznej ścieżki odwoławczej. Za prowadzenie działalności bez licencji czy emisję tokenów grożą kary do 10 mln zł oraz nawet dwa lata pozbawienia wolności. Do tego dochodzą setki stron wymogów licencyjnych i rozporządzeń, podczas gdy w wielu krajach UE proces rejestracji jest znacznie prostszy.

„Regulacje powinny budować zaufanie i bezpieczeństwo użytkowników, ale nie mogą równocześnie odstraszać przedsiębiorców i inwestorów. Tak daleko idące wymogi mogą sprawić, że polskie firmy wyniosą się za granicę, a globalni gracze będą jedynie „paszportować” licencje z innych krajów, bez faktycznej obecności w Polsce. W efekcie stracimy miejsca pracy, podatki i know-how, a inwestorzy będą korzystać z zagranicznych, często słabiej nadzorowanych platform” – ostrzega Zawadzki.

Bezpieczeństwo klientów: paradoks restrykcyjnych regulacji

Deklarowanym celem ustawy jest wzmocnienie ochrony klientów. Tymczasem nadmierne skomplikowanie procedur i podniesienie kosztów działalności mogą przynieść efekt odwrotny. Użytkownicy, zniechęceni ograniczoną ofertą krajowych firm lub wyższymi kosztami, zaczną korzystać z zagranicznych usług, nad którymi polski nadzór nie ma realnej kontroli.

„Zamiast budować rynek, na którym polski inwestor może działać bezpiecznie i w zgodzie z prawem, ryzykujemy przeniesienie go do mniej transparentnych, zagranicznych podmiotów. To nie zwiększy bezpieczeństwa – wręcz przeciwnie” – podkreśla Zawadzki.

Utracona szansa na europejski hub innowacji

Polska ma jeden z najbardziej dynamicznie rozwijających się rynków krypto w regionie, rozbudowaną sieć punktów on-ramp i off-ramp (miejsc ułatwiających przejście między gotówką a kryptowalutami), a także dużą społeczność użytkowników – według badań nawet 18 proc. Polaków miało już kontakt z kryptoaktywami. Przyjazne, przewidywalne prawo mogłoby tę przewagę wzmocnić i przyciągnąć międzynarodowych graczy.

„Mamy potencjał, aby być ważnym hubem technologii blockchain w Europie. Niestety uchwalone przepisy zwiększają niepewność i ryzyko działania w Polsce. Jeśli chcemy rozwijać nowoczesną gospodarkę cyfrową, potrzebujemy regulacji, które nie tylko chronią inwestora, ale także zachęcają innowatorów do budowania tu swoich biznesów” – mówi Zawadzki.

Dialog zamiast efektu mrożącego

Branża od wielu miesięcy apelowała o dialog i wsparcie w tworzeniu przepisów, które z jednej strony dadzą inwestorom bezpieczeństwo, a z drugiej umożliwią rozwój nowoczesnych usług finansowych. Tymczasem uchwalona ustawa może wywołać tzw. „efekt mrożący” – zamiast przyciągać kapitał i rozwój, zniechęci przedsiębiorców do prowadzenia działalności w Polsce.

Sławek Zawadzki – Co-CEO Kanga Exchange
Ekspert ds. kryptowalut, fintechu i blockchaina od blisko 20 lat.

Inflacja we wrześniu bez zmian – RPP przed trudnym wyborem w sprawie stóp

Inflacja we wrześniu pozostała bez zmian wobec sierpnia i wyniosła 2,9 proc. Okazuje się, że wbrew prognozom nie wzrosła powyżej 3 proc., ale jednocześnie też nie spadła. Pozostaje zatem w górnym zakresie szerokiego celu inflacyjnego, co czyni decyzję RPP o stopach procentowych w przyszłym tygodniu trudną. Co prawda prognozy NBP wskazują na dalszy wzrost inflacji do końca roku, z drugiej strony prezydent podpisał ustawę mrożącą ceny energii do końca roku, co powinno przeciwdziałać znacznemu zaostrzeniu inflacji. W tej sytuacji wydaje się, że rada może jednak dokonać obniżki stóp. Decyzję RPP poznamy w środę 8 października.

Wrześniowy szybki szacunek inflacji CPI w Polsce przyniósł wynik 2,9 proc. rok do roku, identyczny jak w sierpniu. Oznacza to, że ceny pozostały stabilne, choć ekonomiści spodziewali się lekkiego odbicia do 3,0-3,1 proc. Zaskoczeniem okazały się również dane miesięczne – konsensus rynkowy zakładał wzrost cen o 0,2 proc., podczas gdy GUS odnotował wynik dokładnie 0,0 proc. To pokazuje, że presja cenowa w krótkim terminie wyraźnie osłabła, co odsuwa obawy o przyspieszenie inflacji.

We wrześniu ceny żywności spadły w stosunku do sierpnia o 0,5 p.p., co pomogło utrzymać ceny na poziomie z sierpnia. W ujęciu rocznym żywność i napoje bezalkoholowe cały czas mocno drożeją o 4,2 proc., powyżej ogólnego poziomu inflacji. Z kolei ceny nośników energii były wyższe o 2,4 proc. rok do roku. Wpływ na inflację miał także efekt niskiej bazy sprzed roku, który ograniczał potencjalne odbicie inflacji.

Nie oznacza to jednak, że problem inflacji mamy już za sobą. Według najnowszej projekcji Narodowego Banku Polskiego inflacja w ostatnich miesiącach tego roku ponownie wzrośnie. Wynika to przede wszystkim z wyższych kosztów energii, wzrostu cen usług oraz możliwego odbicia cen żywności. Prognozy NBP sugerują, że w drugiej połowie roku CPI może ponownie przekroczyć 3 proc. i zbliżyć się do górnej granicy pasma tolerancji. Taki scenariusz stawia przed Radą Polityki Pieniężnej trudne wyzwanie – jak prowadzić politykę pieniężną, gdy krótkoterminowe dane wskazują na stabilizację, a średnioterminowe prognozy ostrzegają przed wzrostem inflacji.

W tym kontekście decyzja o ewentualnej obniżce stóp procentowych na październikowym posiedzeniu RPP jest prawdopodobna. Z jednej strony dane GUS o inflacji dają przestrzeń do złagodzenia polityki monetarnej i cięcia kosztu pieniądza o 0,25 pkt proc. Z drugiej strony projekcje inflacyjne wskazują, że presja cenowa może powrócić. W tym kontekście ważna jest decyzja o dalszym zamrożeniu cen energii do końca roku, co wyklucza znaczący wzrost inflacji z powodu wzrostu tych cen. Warto także pamiętać, że RPP już wielokrotnie podejmowała decyzje wbrew prognozom, obniżając stopy mimo zapowiedzi wzrostu inflacji, jak i wstrzymując się z cięciami w okresach oczekiwanego spadku cen. Ta nieprzewidywalność sprawia, że nadchodzące posiedzenie Rady będzie jednym z ważniejszych w tym roku, a decyzja w dużej mierze zależeć będzie od interpretacji ryzyk związanych z gospodarką w kolejnych kwartałach.

SOFTSWISS kontynuuje wsparcie dla startupów społecznych w Polsce

SOFTSWISS, międzynarodowa marka technologiczna z centrami rozwoju w Warszawie i Poznaniu, kontynuuje wsparcie dla startupów społecznych w ramach współfinansowanego przez Unię Europejską programu GreenHouse for Social Innovators. Współpraca SOFTSWISS z ULEGEND i Wyspą już teraz przynosi realne korzyści dla społeczności technologicznej, m.in. dzięki dzieleniu się know-how i wspieraniu lokalnej gospodarki.

Po marcowym spotkaniu w Warszawie SOFTSWISS nawiązał współpracę z dwoma startupami, wspierając ich rozwój oraz działania na rzecz innowacji społecznych.

Pierwsze efekty półrocznej współpracy są już widoczne, a jednym z nich jest znaczący wkład edukacyjno-integracyjnego klubu Wyspa w SOFTSWISS Kids Camp. Podczas wydarzenia zespół Wyspy prowadził zajęcia z doradztwa zawodowego i warsztaty, które pomogły dzieciom odkrywać ich talenty, uczyć się pracy zespołowej oraz realizować pierwsze ‘mini-projekty’. Starsi uczestnicy mieli natomiast okazję wziąć udział w programie Startup Lab: Projekty Przyszłości, w trakcie którego uczyli się jak generować pomysły i rozwijać projekty w różnych dziedzinach biznesu, takich jak ekologia, technologia, edukacja, przestrzeń miejska, moda czy rozrywka. Cały program odbywał się bez wsparcia urządzeń elektronicznych, aby zachęcić uczestników do rozwijania wyobraźni, kreatywności i umiejętności współpracy.Warsztaty dla uczestników SOFTSWISS Kids Camp, organizowane edukacyjno-integracyjnym klubem Wyspa

„Jestem przekonana, że Wyspa to niezwykle ważna inicjatywa, która wnosi cenny wkład w rozwój dzieci. Pomaga im odkrywać zdolności i dostrzegać mocne strony w przyjaznym środowisku i w formie, która naprawdę do nich trafia – a to ma szczególne znaczenie. Cieszymy się, że mogliśmy współpracować przy obozie, którego programy pełne były inspirujących pomysłów motywujących młodzież, zachęcających do nauki i skupienia się na tym, co naprawdę ważne” – powiedziała Hanna Sauchuk, Event Manager w SOFTSWISS.

Kolejny startup wybrany do współpracy to ULEGEND – pierwsze efekty projektu zobaczymy już wkrótce. Zespół ULEGEND wspólnie z pracownikami SOFTSWISS przygotowuje wyjątkowe doświadczenia turystyczne w Poznaniu i Warszawie, koncentrując się na rozwoju aplikacji mobilnej z autorskimi trasami oraz integracji miłośników historii i kultury.Warsztaty dla uczestników SOFTSWISS Kids Camp, organizowane edukacyjno-integracyjnym klubem Wyspa

„Jesteśmy dumni, że możemy współpracować z tak silną i zaangażowaną społecznością biznesową jak SOFTSWISS. Spotkanie podczas marcowej konferencji stało się początkiem długofalowej, owocnej współpracy. Nasze projekty przynoszą wartość lokalnym społecznościom, a dzięki partnerom takim jak SOFTSWISS zyskujemy nie tylko możliwości rozwoju, ale także praktyczne doświadczenie i bezcenne lekcje płynące z powierzanych nam zadań” – powiedziała Nastassia z ULEGEND.

SOFTSWISS nieustannie poszukuje nowych sposobów dzielenia się swoim doświadczeniem i wiedzą, wspierając rozwój lokalnych biznesów oraz wzmacniając gospodarkę. Marka wyraża wdzięczność Wyspie i ULEGEND za możliwość współtworzenia inicjatyw wspierających rozwój społeczny.

O SOFTSWISS

SOFTSWISS to międzynarodowa marka technologiczna, która w 2025 roku obchodzi swoje 16-lecie. W 2013 roku jako pierwsza w branży iGamingowej zintegrowała płatności w kryptowalutach. Główne partnerskie centra rozwoju, z którymi współpracuje SOFTSWISS, mieszczą się w Warszawie i Poznaniu. Łączna liczba pracowników, w tym osób pracujących zdalnie, przekracza 2000.

Donald Tusk na Warsaw Security Forum: „Ukraina może wygrać tę wojnę”

29 września 2025 r. podczas konferencji Warsaw Security Forum, organizowanej przez Fundację im. Kazimierza Pułaskiego, Premier Donald Tusk podkreślił, że wojna w Ukrainie to wspólne wyzwanie całego Zachodu. W jego ocenie wynik tej wojny zależy nie tylko od zasobów militarnych, lecz także od determinacji i wiary społeczeństw.

Ukraina i Mołdawia jako symbole oporu

Szef polskiego rządu zaznaczył, że Ukraina udowodniła swoją zdolność do bohaterskiej obrony, co powinno być inspiracją dla Europy i wspólnoty transatlantyckiej. Wskazał również na Mołdawię, gdzie mimo prób rosyjskiej ingerencji w wybory, zwycięstwo odniosła proeuropejska Partia Działania i Solidarności związana z prezydent Maią Sandu. Zdaniem Tuska, przykład ten pokazuje, że wiara w europejską solidarność pozwala skutecznie przeciwstawiać się presji ze strony Moskwy.

„To również nasza wojna”

Premier podkreślił, że wojna wywołana rosyjską agresją jest także wojną Zachodu, ponieważ jej celem jest zniewolenie narodów i ograniczenie wolności jednostek. Ostrzegł, że przegrana Ukrainy miałaby konsekwencje nie tylko dla niej samej, ale także dla przyszłych pokoleń w całej Europie i Stanach Zjednoczonych.

Polska i NATO

W wystąpieniu Tusk wskazał na konieczność ścisłej współpracy wewnątrz wspólnoty transatlantyckiej. Jego zdaniem Ameryka ma prawo oczekiwać większego zaangażowania od Europy, tak jak Europa powinna liczyć na priorytetowe traktowanie ze strony Stanów Zjednoczonych.

Premier zaznaczył, że Polska konsekwentnie wzmacnia swoje bezpieczeństwo, budując największą armię lądową w Europie i przeznaczając w przyszłym roku prawie 5 proc. PKB na obronność. – „Umiesz liczyć? Licz przede wszystkim na siebie” – powiedział, podkreślając, że silna Polska to pełnowartościowy członek NATO i wiarygodny sojusznik.

Zachód nie powinien myśleć o kapitulacji

Tusk stwierdził, że Zachód posiada przewagę nad Rosją i nie ma powodów, aby rozważać kapitulację. Odwołał się przy tym do doświadczeń historycznych, porównując obraz powojennej Polski z tragicznymi losami miast ukraińskich, takich jak Mariupol i Bucza.

– „Robimy to nie tylko dla Ukraińców, ale także dla nas samych, dla naszej przyszłości” – mówił.

Mołdawia jako przykład

Premier przywołał także niedawne wybory parlamentarne w Mołdawii, w których zwyciężyły siły proeuropejskie mimo presji i ingerencji ze strony Rosji. Podkreślił, że wygrana Mołdawian wynikała z ich determinacji i wiary w solidarność europejską.

„Made in USA” otwiera cykl dodatków DLC do JDM: premiera w listopadzie 2025 roku

Gaming Factory wprowadziło kolejną aktualizację do swojej największej produkcji JDM: Japanese Drift Master, wzbogacając grę o nowe funkcje, zawartość fabularną oraz istotne usprawnienia techniczne. Jednocześnie studio zapowiedziało pierwsze płatne rozszerzenie zatytułowane „Made in USA”. Karta produktu jest już dostępna na Steam, a premiera dodatku zaplanowana została na listopad 2025 roku.

Najnowsza aktualizacja została wprowadzona przy okazji jesiennej wyprzedaży -30% i koncentruje się na rozbudowie rozgrywki oraz dalszej optymalizacji tytułu. Gracze otrzymali możliwość personalizacji felg i opon, a także zupełnie nową poboczną linię fabularną jednej z postaci – Tigera, obejmującą dziewięć wydarzeń i jedenaście wyścigów. Jej ukończenie pozwala odblokować wyjątkowy samochód. Do gry trafiły również dwa nowe tory, Nissan R35 GTR 2017, aktualizacja technologii XeSS do wersji 2.1 oraz pełne wsparcie dla Steam Decka.

Równolegle Gaming Factory zapowiedziało nowe rozszerzenie „Made in USA”, które wzbogaci JDM: Japanese Drift Master o sześć nowych, nielicencjonowanych samochodów oraz trzydzieści unikalnych części tuningowych. Dodatek będzie dostępny w cenie 5,99 USD i stanowi początek planowanego cyklu rozszerzania zawartości i możliwości gry.

Kończymy etap dużych aktualizacji skupionych na mechanice i optymalizacji. Teraz cała energia zespołu skierowana jest na rozwój treści, które mają przyciągać graczy na lata. „Made in USA” to dopiero początek, przed nami kolejne DLC, wersje konsolowe oraz tryb multiplayer, który otworzy zupełnie nowe możliwości zabawy. Chcemy, aby JDM: Japanese Drift Master stało się globalną marką i obowiązkową pozycją dla wszystkich fanów gier motoryzacyjnych – mówi Mateusz Adamkiewicz, prezes zarządu Gaming Factory S.A.

Dalszy rozwój gry stanowi centralny element zaktualizowanej strategii Gaming Factory. Produkcja będzie rozwijana poprzez kolejne aktualizacje, dodatki DLC, wersje konsolowe oraz tryb multiplayer. W listopadzie 2025 roku JDM: Japanese Drift Master zadebiutuje na konsolach Xbox, w pierwszym kwartale 2026 roku ukaże się wersja na PlayStation, a w drugim kwartale przyszłego roku premierę będzie miał wyczekiwany tryb multiplayer.

JDM: Japanese Drift Master to gra wyścigowa z otwartym światem, osadzona w fikcyjnej prefekturze Guntama. Gracze wcielają się w młodego polskiego kierowcę, który próbuje zbudować swoją pozycję na japońskiej scenie street racingu. Tytuł oferuje trzy typy wyścigów: drift, grip i drag, szeroki system tuningu oraz licencjonowane pojazdy marek takich jak Nissan, Honda, Mazda czy Subaru. Produkcja oparta na silniku Unreal Engine 5 dostępna jest na platformach Steam, GOG i Epic Games Store.

Grupa Tarczyński zwiększa przychody do ponad 1 mld zł – mocny wzrost eksportu

Grupa Tarczyński wypracowała po I półroczu 2025 r. 1,063 mld zł przychodów ze sprzedaży, o ponad 8,5 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem przed rokiem. Wartość zysku EBITDA wyniosła 133,5 mln zł wobec 151,9 mln zł r/r. Skonsolidowany zysk netto sięgnął 67,4 mln zł w porównaniu z 75,3 mln zł rok wcześniej. Wartość sprzedaży eksportowej wyniosła w analizowanym okresie ponad 350,2 mln zł, niemal 20 proc. więcej r/r.

Konsekwentnie realizujemy strategię wzrostu Grupy Tarczyński w kraju i na rynkach eksportowych, które w minionym półroczu odpowiadały już za 33 proc. całej sprzedaży. Dalej zamierzamy być istotnym graczem na kluczowych rynkach, przede wszystkim w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii, Czechach i Litwie. Nasza pozycja eksportowa rośnie z każdym rokiem, także poprzez uruchamianie nowych kierunków. Po tym jak w 2024 r. założyliśmy spółki celowe w USA, Wielkiej Brytanii i Rumunii, teraz koncentrujemy się na Skandynawii, gdzie zarejestrowaliśmy spółkę Tarczynski Sweden AB. Rozwój i wzrost to dla nas także poszerzanie oferty o nowych klientów o odmiennych gustach smakowych. Tym samym nie tylko umacniamy naszą pozycję w dotychczasowych kategoriach produktowych, ale także wchodzimy w nowe kategorie produktowe oraz smaki bliższe gustom zagranicznych konsumentów. Dlatego na sklepowych półkach w kraju i za granicą jeszcze tej jesieni pojawią się nowe produkty komentuje Radosław Chmurak, Wiceprezes Zarządu – Dyrektor Sprzedaży Tarczyński.

W I półroczu 2025 roku na wysokość przychodów i osiągnięte przez Grupę Tarczyński wyniki wpływ miała w dużej mierze sytuacja na rynku surowców. W zakresie mięsa wieprzowego na działalność Grupy w omawianym okresie wpływ miał wzrost cen napędzany przez ograniczoną podaż, odbudowę stada w UE oraz sezonowe ożywienie popytu. W zakresie mięsa drobiowego warunki zakupu pozostawały pod wpływem kryzysu ptasiej grypy skutkującego przejściowym wzrostem cen i następnie łagodnej tendencji spadkowej cen w związku z rosnącą podażą i odbudową pogłowia.

Grupa Tarczyński kontynuuje realizację strategii sprzedaży skupionej na dwóch kluczowych kategoriach W kategorii parówek dynamika wyniosła 26% proc. po I półroczu 2025 roku r/r, a w kategorii kabanosów 15 proc. r/r.

Wybrane dane finansowe I półrocze 2025 I półrocze 2024 zmiana
Przychody ze sprzedaży (tys. zł) 1 063 807 980 133 8,5%
Sprzedaż eksportowa (tys. zł) 350 224 293 113 19,5%
Udział eksportu 32,9% 29,9% 3,0 p.p.
EBITDA (tys. zł) 133 534 151 862 -12,1%
Marża EBITDA 12,6% 15,5% – 2,9 p.p.
Zysk netto (tys. zł) 67 388 75 279 -10,5%

 

Produkty grupy są dystrybuowane do ponad 30 krajów świata na trzech kontynentach. Jej największe rynki eksportowe to: Niemcy, Wielka Brytania, Holandia, Rumunia, Litwa, Czechy oraz Łotwa.

Grupa współpracuje z największymi sieciami sklepów na świecie i sprzedaje produkty zarówno pod markami Tarczyński i Snack It (często jednocześnie w obydwu markach), jak i w modelu private label. Dystrybuuje produkty do popularnych sieci handlowych w Polsce i zagranicą: Aldi, Asda, Auchan, Biedronka, Billa, Carrefour, Coop, Costco, Edeka, Iki, Kaulfland, Lidl, Maxima, Morrisons, Netto, Penny, Plus, Rewe, Sainsbury’s, Tesco.

Akcjonariusze Tarczyński podczas walnego zgromadzenia zwołanego 12 czerwca 2025 r. zdecydowali o emisji nie więcej niż 2 mln akcji zwykłych serii G. Pozyskany w drodze emisji akcji kapitał Grupa Tarczyński zamierza przeznaczyć na rozbudowę mocy produkcyjnych kabanosa, a także realizację projektów innowacyjnych.

Spółka Tarczyński regularnie dzieli się zyskiem z akcjonariuszami. 16 września 2025 r. wypłaciła 29,5 mln zł dywidendy z zysku za 2024 r.

Słabnący dolar, rekordowe złoto i zadyszka kryptowalut

Na rynku wciąż trwają spekulacje na temat dolara. Słabnący USD i spadające stopy procentowe w USA przenoszą uwagę inwestorów na inne instrumenty, które nie bazują na stopie procentowej. W ostatnich dniach wyraźnie królują kruszce, a kryptoaktywa łapią zadyszkę.

Co z dolarem?

Piątek zakończył się przeceną dolara, ale było to już tylko złagodzenie fali umocnień ze środy i czwartku. To w tych dniach dolar zyskał 1,5 centa względem euro. W rezultacie piątek, mimo solidnych danych na temat wydatków i dochodów Amerykanów oraz przeciętnego odczytu indeksu koniunktury, pokazał około 0,5 centa straty wartości dolara wobec euro. Na niekorzyść dolara mocno wpływają nadchodzące obniżki stóp procentowych. Rynki nie są przekonane, ile ich będzie. Coraz popularniejsze jest założenie, że wypowiedzi obecnego prezesa FED są nadmiernie ostrożne. W rezultacie w przyszłym roku obniżek może być więcej niż wcześniej zakładano. Szanse na tylko jedną są obecnie niższe niż na trzy, ale dominuje scenariusz dwóch. Im niższe stopy procentowe, tym słabsza waluta. Euro ma już większość cyklu obniżek za sobą, stąd presja związana z polityką monetarną jest obecnie już niemal tylko na dolarze.

Złoto bije kolejne rekordy

Dzisiaj od rana mamy gwałtowny wzrost cen złota. Dzień rozpoczął się ceną kontraktów na złoto poniżej 3 800 USD. Obecnie znajdujemy się już powyżej poziomu 3 850 USD. Jesteśmy zatem już jakieś 30 dolarów powyżej rekordu wszechczasów. Co sprawia, że złoto zyskuje? Powodów jest kilka. Z jednej strony mamy słabnącego od piątku dolara, co zwyczajowo pcha surowce w górę. Z drugiej strony cały czas aktualne są oczekiwania obniżek stóp procentowych. Im niższe będzie oprocentowanie, tym atrakcyjniejsze dla inwestorów staną się inwestycje nieoparte o stopę procentową. Przy obecnym strachu o kondycję gospodarki i giełdach blisko szczytów, inwestorzy szukają dalej. I jak widać wielu z nich znajduje złoto. Na rynku trwają obecnie spekulacje, czy w tym roku złamiemy ważną barierę 4 000 USD za uncję. Jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe. W styczniu wątpiono w barierę 3 000 USD.

Efekt jojo na kryptowalutach

Ostatnie dni znów przyniosły nam wiele zmian na rynku kryptowalut. Umacniający się dolar był jedną z przyczyn osłabienia kryptowalut. Dodatkowym problemem zaczyna się jednak stawać popyt. Wśród inwestorów optymizm wyraźnie spada, o czym świadczą znów popularne inwestycje na spadki popularnych „monet”. Problemem jest to, że na rynku jest wielu inwestorów korzystających z dźwigni. Przy dużych ruchach muszą oni zamykać swoje pozycje, co tylko dodatkowo pogłębia wahania. Dzisiaj od rana widzimy ponowne odbicie w górę, ale wielu inwestorów najadło się strachu pod koniec minionego tygodnia. W pojedynku nowych i starych metod alternatywnego inwestowania ostatni czas należy zdecydowanie do złota.

Najczęściej po kredyt gotówkowy sięgają mieszkańcy średnich miast i osoby w wieku 35-49 lat

Blisko co piąty dorosły Polak w ostatnich dwóch latach sięgnął po pożyczkę lub kredyt gotówkowy – wynika z badania SW Research, zrealizowanego dla Banku Pocztowego. Najczęściej byli to mieszkańcy średnich miast, osoby w wieku 35–49 lat, zarabiające powyżej mediany krajowej, ale legitymujące się wykształceniem średnim zawodowym. Nieco częściej na dodatkowe finansowanie decydowały się także gospodarstwa domowe liczące co najmniej cztery osoby. W zdecydowanej większości (69%) decyzja badanych o zaciągnięciu zobowiązania była przemyślana i zaplanowana, a aż 70% respondentów podkreśla, że była również konieczna w ich sytuacji życiowej.

Badanie zrealizowane dla Banku Pocztowego pod tytułem „Polscy pożyczkobiorcy” pokazuje, że Polacy najczęściej korzystają z pożyczek i kredytów gotówkowych z powodu nieprzewidzianych wydatków, takich jak: konieczność zakupu nowego sprzętu elektronicznego po awarii (19%), nagły remont mieszkania (15%), pogorszenie sytuacji finansowej (13%) czy problemy zdrowotne (11%). Wśród planowanych celów dominują spłata bieżących zobowiązań (16%), zakup lepszego samochodu (12%) oraz inwestycje w nieruchomości (10%). Szczególnie interesujące są wyniki dotyczące najmłodszych – niemal połowa osób w wieku 18–24 lat zaciąga zobowiązania, aby rozwinąć własny biznes, ponad jedna trzecia zmaga się z nieoczekiwanym remontem, a co czwarta z powodu problemów finansowych.

– Wyniki badania potwierdzają, że motywacje Polaków do zaciągania zobowiązań finansowych są bardzo zróżnicowane i wynikają z indywidualnych potrzeb. Co naturalne często związane są z nagłymi wydatkami, ale także obejmują działania bardziej strategiczne, takie jak na przykład rozwój własnego biznesu. Co istotne przy wyborze oferty pożyczki czy kredytu gotówkowego klienci kierują się przede wszystkim czynnikami finansowymi – atrakcyjnym oprocentowaniem czy dogodnym okresem spłaty. Warto zwrócić uwagę na wyraźnie większą ostrożność osób powyżej 50. roku życia, którzy podejmując decyzję o skorzystaniu z konkretnego rozwiązania stawiają na jego przejrzystość i przewidywalność kosztów – komentuje Radosław Kazimierski, Dyrektor Departamentu Marketingu Banku Pocztowego.

Przy wyborze pożyczki lub kredytu gotówkowego Polacy kierują się przede wszystkim kryteriami finansowymi. Atrakcyjne oprocentowanie (65%) oraz dogodny okres spłaty (57%) to czynniki, które mają największe znaczenie – szczególnie w grupie klientów po 50. roku życia. Znacznie rzadziej badani zwracali uwagę na wygodę zawarcia umowy przez internet (35%), a najmniej istotne okazały się opinie innych klientów (12%). Co ważne, aż dwie trzecie badanych (65%) deklaruje gotowość ponownego skorzystania z tego rodzaju produktów finansowych. Najczęściej są to osoby młode – do 24. roku życia, dobrze zarabiające (powyżej 7 tys. zł netto), mieszkające w średnich miastach (100–500 tys. mieszkańców) oraz w większych gospodarstwach domowych liczących ponad trzy osoby.

Ponad 41% Polaków korzystało z pożyczek w ostatnim roku

Ponad 41 proc. Polaków skorzystało w ciągu ostatnich 12 miesięcy z pożyczki od instytucji finansowej lub od krewnych – wynika z badania Financial Wellbeing zrealizowanego na zlecenie IPF Group, właściciela Provident Polska. Co trzeci Polak (38,4 proc.) deklaruje, że nie czuje się pewnie w zakresie wiedzy o produktach finansowych.

Co piąty z nas w ciągu ostatnich 12 miesięcy sięgał po wsparcie instytucji finansowych, a niemal tyle samo korzystało z pomocy rodziny: 21,8 proc. badanych zadłużało się w ciągu ostatniego roku w bankach i innych instytucjach finansowych, a 20,3 proc. pożyczyło pieniądze od krewnych. Najczęściej z pożyczek korzystały osoby młode, w wieku 18-24 lata – aż 62 proc. z nich zdecydowało się w ostatnim roku na pożyczkę.

Młodzi ludzie wchodzący w dorosłość często mierzą się z realnymi wyzwaniami finansowymi: kosztami edukacji, pierwszego mieszkania czy poszukiwaniem pierwszej pracy. Potrzebują pieniędzy na start i wiedzy, chociażby na temat tego jak skutecznie zarządzać domowym budżetem. Dlatego tak ważna jest edukacja finansowa, która pomaga w wejściu w dorosłość i stanowi ważny krok na drodze do samodzielności – podkreśla Karolina Łuczak, Rzeczniczka Prasowa Provident Polska.

Co ciekawe, Polacy znacznie rzadziej korzystają z pomocy instytucji finansowych niż np. Meksykanie (39,1 proc. zadłużało się w ciągu ostatniego roku w bankach i innych instytucjach finansowych), ale częściej niż Litwini (10,9 proc.) czy Węgrzy (12 proc.). Z kolei z pożyczek u rodziny najczęściej korzystają Estończycy (31,6 proc.) i Rumuni (31,3 proc.).

Rozsądne decyzje finansowe wymagają pewności

Większość Polaków deklaruje, że przy wyborze kredytu lub pożyczki kieruje się całkowitymi kosztami (58,6 proc.), wysokością miesięcznej raty (45,3 proc.) i wysokością rocznego oprocentowania (41,1 proc.). Jednak aż 14,4 proc. badanych nie potrafi wskazać żadnych kluczowych kryteriów. Niepewność nasila się wśród najmłodszych pożyczkobiorców w wieku 18-24 lata (26,9 proc.) oraz osób pozostających poza rynkiem pracy (21,3 proc.).

Pewność siebie w obszarze finansów ma przełożenie na jakość decyzji. Ci, którzy deklarują wysoką świadomość, częściej koncentrują się na RRSO i całkowitych kosztach kredytu (odpowiednio 54,8 proc. i 67,3 proc.). Wśród osób niepewnych swojej wiedzy te wskaźniki są niższe.

Brak pewności siebie w finansach to nie tylko problem edukacyjny – to zagrożenie, że osoby te podejmą niekorzystne decyzje, które mogą prowadzić do długofalowych konsekwencji – zaznacza Karolina Łuczak. – Dlatego edukacja i dostęp do rzetelnych informacji finansowych powinny być absolutnym priorytetem. Jako Provident podchodzimy do tego bardzo poważnie i kładziemy duży nacisk na to, aby klienci mieli pełną przejrzystość zobowiązania, niezależnie czy mowa o pożyczce, czy o karcie kredytowej.

O badaniu:

Financial Wellbeing to globalne, cykliczne badanie, przeprowadzane na wszystkich rynkach, na których działa Grupa IPF (właściciel Provident Polska), którego celem jest zgłębienie postaw konsumentów i ich podejścia do finansów. Badanie zostało zrealizowane przez Kantar Polska metodą CAWI na próbie N=501 dorosłych Polaków, w maju 2025 r.

Widmo shutdownu rządu USA straszy inwestorów

Ogólnie dobre odczyty gospodarcze z USA wsparły w ubiegłym tygodniu dolara, skłaniając jednocześnie rynki do redukcji zakładów za obniżkami stóp procentowych Rezerwy Federalnej. Występuje jednak ryzyko w odniesieniu do siły dolara – potencjalne zawieszenie działalności rządu w razie nieprzyjęcia nowego budżetu w środę 01.10.

Kluczowe punkty:

  • PLN nieco słabszy, dane makro zwracają uwagę.
  • Solidne dane wspierają USD drugi tydzień z rzędu.
  • Wyczekuje się raportu NFP w piątek.
  • Krąży widmo możliwego paraliżu rządu USA.
  • PMI w strefie euro wskazują na ospałą gospodarkę.

Wydatki w Stanach Zjednoczonych utrzymują się na zdrowym poziomie zgodnym z przyzwoitym wzrostem mimo spowolnienia na rynku pracy. Jako że w Europie nie widać oznak przyspieszenia gospodarczego, wynikający z tego wzrost rentowności wystarczył, by dolar doświadczył aprecjacji względem pozostałych walut G10. Zbliżające się orzeczenie w sprawie legalności zwolnienia przez Donalda Trumpa przewodniczącej regionalnego oddziału Fedu Lisy Cook i jego implikacje dla niezależności Rezerwy Federalnej pozostają ryzykiem dla dolara, główną alternatywą dla niego wydaje się jednak obecnie złoto, a nie inne waluty.

W normalnych warunkach uwaga skupiłaby się w tym tygodniu na piątkowym (03.10) raporcie NFP (non-farm payrolls), scenę może jednak skraść ponownie amerykańska polityka. W przypadku zawieszenia działalności rządu, czyli jeśli do 01.10 nie zostanie przyjęty roczny projekt budżetu, może dojść do opóźnienia w publikacji raportu. Poza tym uwagę inwestorów zwrócą wstępne odczyty wrześniowej inflacji w strefie euro (środa 01.10). Słabe nastroje na rynku obligacji w Wielkiej Brytanii sprawiają, że tam w centrum uwagi pozostają wewnętrzna polityka Partii Pracy oraz jej wpływ na deficyt i nadchodzące oświadczenie budżetowe.

PLN

Złoty w ostatnim czasie radzi sobie gorzej – kurs EUR/PLN kieruje się lekko w górę. Jego zmiany wpisują się w zachowanie szerokiego rynku, krajowe wieści mają zaś niewielki wpływ. Ubiegłotygodniowy odczyt sprzedaży detalicznej pokazał jej znaczące wyhamowanie, nie wydaje się to jednak na tym etapie szczególnie niepokojące.

Stopa bezrobocia zgodnie z oczekiwaniami wzrosła do 5,5%, potwierdzając rozluźnienie na rynku pracy. Wciąż jest ona niska, sytuacja jest jednak wyraźnie gorsza niż w ostatnich latach i warto ją obserwować. W tym tygodniu uwaga skupi się na wstępnym odczycie wrześniowej inflacji CPI (wtorek 30.09).

EUR

Opublikowane w ubiegłym tygodniu wskaźniki PMI były zgodne ze słabym wzrostem w strefie euro – spadek indeksu dla przemysłu został zrównoważony przez nieco lepsze dane dotyczące usługowego. Jeśli chodzi o ten pierwszy, czekamy wciąż na wyraźne oznaki przyspieszenia po ogłoszonej niemal sześć miesięcy temu ogromnej stymulacji fiskalnej w Niemczech. Nie jest to jednak zaskakujące, biorąc pod uwagę typowe dla stymulacji fiskalnej opóźnienie, szczególnie gdy dotyczy wydatków na infrastrukturę – nie spodziewamy się, że będzie ona odzwierciedlona w danych w znacznym zakresie wcześniej niż na początku 2026 r.

Oczekiwania inflacyjne w strefie euro wzrosły i choć pozostają stosunkowo ograniczone, oznacza to prawdopodobnie, że dalsze obniżki stóp procentowych Europejskiego Banku Centralnego nie wchodzą w grę. Wrześniowe dane inflacyjne (środa 01.10) nie powinny wpłynąć na rynki. Bazowa dynamika cen, na którą decydenci EBC zwracają zapewne większą uwagę, powinna utrzymać się piąty miesiąc z rzędu na niezmienionym poziomie, nieznacznie powyżej celu banku.

USD

W ubiegłym tygodniu zrewidowano w górę dynamikę PKB w II kwartale, a sprzedaż domów, zamówienia środków trwałych oraz dochody i wydatki osobiste przekroczyły oczekiwania. Wydaje się, że amerykańska gospodarka rośnie w stabilnym tempie, nawet gdy na rynku pracy przybywa niewiele wakatów, co wskazuje, że spowolnienie zatrudnienia jest związane raczej z podażą (niższą przez represje wobec imigrantów i demografię), a nie słabnącą gospodarką.

Szereg raportów z rynku pracy, których kulminacją będzie wrześniowy raport NFP (piątek 03.10), da lepszy wgląd w sytuację. Prawdopodobny brak zgody rządu na zwiększenie limitu zadłużenia może jednak wpłynąć na harmonogram publikacji danych z USA. Jeśli dojdzie do zawieszenia działalności rządu (ang. government shutdown), zwiększy to zapewne poczucie politycznego chaosu i degradacji instytucjonalnej, co może położyć kres obserwowanej w ostatnim czasie sile dolara.

GBP

Wskaźniki PMI sugerują, że brytyjska gospodarka zwolniła – zarówno dla usług, jak i dla przemysłu nie dosięgnęły oczekiwanych poziomów i choć pierwszy z nich wskazuje na nieznaczny wzrost sektora, kurczenie się drugiego nabiera siły. Rentowności obligacji skarbowych pozostają bliskie maksimów z ostatnich dekad, jako że rynki wciąż ostrożnie podchodzą do chęci i możliwości rządu Laburzystów do zmniejszenia deficytu fiskalnego. Dalsze podwyżki podatków w publikowanym w listopadzie jesiennym budżecie wydają się coraz bardziej prawdopodobne.

Funta wspierają przede wszystkim najwyższe stopy procentowe w gospodarkach G10, nie jest to jednak w pełni pozytywne. Odzwierciedla to wyraźnie stagflacyjny stan brytyjskiej gospodarki, który ogranicza możliwości Banku Anglii do stosowania stymulacji monetarnej bez wywoływania niepokoju na rynku obligacji. W dalszym ciągu nie spodziewamy się obniżek stóp procentowych na Wyspach w 2025 r.

Obniżki stóp procentowych Fed nie uspokajają rynków – złoto błyszczy najmocniej

Choć indeksy giełdowe rosły, na rynku widać niepewność, głównie poprzez słabość dolara i rekordów na złocie. Obniżki stóp przez Fed powinny skłonić inwestorów do koncentrowania. się na spółkach technologicznych i złocie, możliwe, że kosztem kryptowalut.

W trzeciej dekadzie września obserwowaliśmy cofnięcie na S&P 500, ale w dużej mierze zostało ono już zneutralizowane. Tuż przed końcem września kontrakt terminowy na indeks znalazł się zaledwie pół procenta od historycznych szczytów.

– Zmiany na najważniejszych indeksach giełdowych, to korekta związana z realizacją zysków, a nie paniczna wyprzedaż – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Sobierajski, analityk rynku akcji w XTB. – Rynek akcyjny w USA cały czas jest silny i wygląda na to, że będzie silny co najmniej do końca roku

Słabość amerykańskiego dolara i wzrosty złota doprowadziły na rynku parę walutową EURUSD już do poziomu 1,1730, natomiast złoto rosło do historycznych szczytów powyżej poziomu 2815 USD za uncję.

– Cena złota systematycznie rośnie od początku roku i należy do ulubionych przez inwestorów aktywów w tym roku – komentuje ekspert XTB. – Złoto jest bezpieczną przystanią tym bardziej, że rośnie popyt i teraz inwestorzy traktują złoto jak aktywo, które nie traci na wartości, co nie jest do końca prawdą, ponieważ każde aktywo jest obarczone ryzykiem utraty wartości.

Złoto osiąga kolejne, nowe rekordowe poziomy cenowe także ze względu na ryzyko związane z możliwym zamknięciem działania amerykańskiego rządu (do końca września obowiązywała ustawa związana z finansowaniem prac amerykańskiego rządu). Choć Izba Reprezentantów za sprawą Partii Republikańskiej przyjęła uchwałę o kontynuacji finansowania do 21 listopada, to Senat za sprawą głosów Demokratów odrzucił tę ustawę. Nastroje mogą ulec znacznemu pogorszeniu, jeśli nie dojdzie do postępu w rozmowach, gdyż może to oznaczać opóźnienie w publikacji kluczowych danych z USA oraz masowe zwolnienia w sferze publicznej.

Wzrost gospodarczy w USA w drugim kwartale okazał się silniejszy od prognoz i wyniósł 3,8% r/r, co potwierdza wysoką odporność amerykańskiej gospodarki. Spadek liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wskazuje na utrzymującą się siłę rynku pracy.

Dane o inflacji nie przyniosły większych niespodzianek. Deflator PCE za sierpień wyniósł 2,7% r/r, zgodnie z oczekiwaniami, wobec 2,6% miesiąc wcześniej. Inflacja bazowa utrzymała się na poziomie 2,9% r/r. Miesięczne tempo wzrostu cen wyniosło 0,3% dla wskaźnika ogólnego (nieco powyżej prognoz) oraz 0,2% w ujęciu bazowym, co było zgodne z przewidywaniami.

W odpowiedzi na te dane coraz więcej inwestorów i analityków uważa, że Fed może opóźnić dalsze obniżki stóp procentowych, przesuwając je nawet na grudzień lub początek przyszłego roku. Rynek zakładał, że rozpoczęty już cykl luzowania potrwa dłużej, jednak teraz coraz częściej pojawia się scenariusz, w którym stopy pozostaną na wyższym poziomie przez dłuższy czas. Utrzymująca się inflacja bazowa powyżej celu inflacyjnego Fed na poziomie 2%, ogranicza przestrzeń do poluzowania polityki bez ryzyka utrwalenia presji cenowej.

Solidne dane o wzroście PKB oraz niska liczba nowych bezrobotnych sugerują, że amerykańska gospodarka nie wykazuje oznak silnego spowolnienia. To osłabia argumenty za szybkim stymulowaniem popytu monetarnego. Fed może uznać, że ryzyko zbyt wczesnego obniżenia stóp i ponownego wzrostu inflacji przeważa nad potrzebą szybkiego wsparcia gospodarki.

W efekcie inwestorzy coraz uważniej analizują nie tylko bieżące dane, ale także nadchodzące publikacje dotyczące rynku pracy, konsumpcji oraz produkcji przemysłowej, które będą kluczowe dla określenia dalszej ścieżki stóp procentowych. Taki układ czynników sprzyja ostrożności zarówno wśród decydentów monetarnych, jak i uczestników rynku. Z punktu widzenia inwestorów, połączenie silnego wzrostu gospodarczego z utrzymującą się inflacją bazową może skłaniać do rewizji oczekiwań wobec polityki Fed.

Szczególnie spółki wzrostowe, zwłaszcza z sektora technologicznego, mogą znaleźć się pod presją, jeśli rynki zaczną wyceniać scenariusz dłuższego utrzymania wysokich stóp procentowych. Z kolei sektor finansowy, w tym banki, może skorzystać na stabilizacji kosztu pieniądza, pod warunkiem braku sygnałów pogorszenia koniunktury.

– Fed obniżył we wrześniu stopy procentowe o 25 pkt. bazowych, ale nie zapowiedział, że jest to początek całego cyklu obniżek, co jest to złą wiadomością dla średnich i małych spółek, najbardziej potrzebują kapitału spółki z indeksu Russell 2000, a mogą tego kapitału nie dostać – dodaje M.Sobierajski z XTB. – Obserwujemy transfer kapitału od tych spółek właśnie do złota.

Jeżeli jednak Fed zdecyduje się na kolejne obniżki w tym roku, to powinien osłabić się dolar, a złoto dostanie kolejne paliwo pod wzrosty. Analitycy przewidują przekroczenie kolejnej bariery psychologicznej dla złota i wywindowanie jego ceny ponad 4 tys. USD za uncję. Możliwe, że stanie się to już w I kw. 2026 r.

Natomiast kryptowaluty w pewnym stopniu są jednak powiązane z dolarem, ich osłabienie może się przeciągnąć w najbliższych miesiącach. Obniżki stóp procentowych w wykonaniu Fed powinny skłonić inwestorów tym bardziej na koncentrowaniu się na spółkach technologicznych i zlocie.

Ailleron pod presją: spadek marży w Software Mind i słabszy popyt na rynku usług IT

Dane za drugi kwartał 2025 r. wskazują na wyraźne pogorszenie wyników w kluczowym dla grupy segmencie Software Mind. Przychody tej jednostki spadły o ok. 4% rok do roku i ok. 6% kwartał do kwartału, co jest efektem ograniczania budżetów przez część zagranicznych klientów oraz słabszego kursu dolara. Dodatkowo na poziomie operacyjnym pojawiły się koszty nowego programu motywacyjnego dla kadry zarządzającej — co łącznie przełożyło się na spadek EBIT Software Mind aż o ponad jedną trzecią względem poprzedniego kwartału.

Mimo że segment FinTech poprawił przychody względem początku roku, pozostaje nierentowny, a wynik operacyjny jest niższy od oczekiwanego. Poprawa przychodów nie przełożyła się proporcjonalnie na marżę.

Z punktu widzenia wyniku netto spółka wykazała jednak niespodziewanie wysoki zysk — był to efekt jednorazowego rozliczenia dodatniego przeszacowania aktywów finansowych na poziomie ok. 17 mln zł, związanego ze zmianami struktury udziałowej w jednej ze spółek zależnych. Wynik ten nie miał charakteru operacyjnego i w dużej mierze „przykrył” osłabienie efektywności podstawowej działalności.

Sygnalizowane trendy rynkowe

Podczas spotkania z inwestorami zarząd podkreślił kilka istotnych zmian na rynku usług technologicznych:

  • maleje udział klasycznego body-leasingu — rośnie popyt na rozwiązania eksperckie, zorientowane na wartość biznesową,
  • klienci coraz częściej zamawiają projekty etapowe zamiast dużych, jednorazowych kontraktów,
  • istotne znaczenie mają obecnie jakość specjalizacji oraz zdolność do dostarczania usług Data/AI i rozwiązań dla bankowości korporacyjnej.

Spółka zapowiada poprawę marży w Software Mind w trzecim kwartale 2025 r., głównie dzięki optymalizacji kosztowej i wygasaniu części obciążeń z 2Q. Jednocześnie koszty programu motywacyjnego w spółkach zależnych będą powtarzalne w kolejnych okresach, co utrzyma presję na rentowność.

W segmencie FinTech zarząd akcentuje koncentrację na wzroście przychodów i sprzedaży usług własnych, choć nadal negatywny wpływ mają koszty najmu przestrzeni biurowej. Jednocześnie spółka nie przekazała nowych informacji dotyczących przebiegu przeglądu opcji strategicznych.

HitecVision sfinalizował nabycie 50% udziałów w Polskiej Grupie Biogazowej (PGB)

Fundusz inwestycyjny HitecVision sfinalizował nabycie 50% udziałów w Polskiej Grupie Biogazowej (PGB) od TotalEnergies. Na skutek tej transakcji PGB, lider biogazu w Polsce, funkcjonuje obecnie jako spółka joint venture w równych częściach kontrolowana przez TotalEnergies i HitecVision.

PGB została założona w 2007 roku i jest wiodącym producentem biogazu w Polsce. Jej portfel obejmuje 21 działających instalacji biogazowych o rocznej zdolności wytwarzania energii elektrycznej i ciepła na poziomie 500 GWh (równoważnik biometanu). Spółka została przejęta przez TotalEnergies w 2023 roku.

Sprzedaż 50% udziałów na rzecz HitecVision jest częścią strategii TotalEnergies polegającej na częściowej sprzedaży aktywów odnawialnych partnerom inwestycyjnym. HitecVision wnosi kapitał oraz ekspertyzę w rozwijaniu firm energetycznych, w tym z branży biogazowej i biometanowej. Pozwoli to wspólnemu przedsięwzięciu – PGB – na osiągnięcie strategicznego celu, jakim jest zwiększenie zainstalowanej mocy do 2 TWh rocznie do 2030 roku.

„Z satysfakcją przyjmuję ten istotny krok, który pozwoli Polskiej Grupie Biogazowej urzeczywistniać nasze plany w zakresie zwiększania produkcji energii. Połączenie doświadczenia globalnego lidera transformacji energetycznej z kapitałem i know-how jednego z czołowych europejskich inwestorów w energię odnawialną znacząco przyspieszy rozwój naszych projektów biogazowych i biometanowych w Polsce” – powiedział Łukasz Semeniuk, Prezes Polskiej Grupy Biogazowej.

O PGB

Polska Grupa Biogazowa (PGB) jest największym producentem energii elektrycznej i ciepła z biogazu w Polsce, posiadającym 15% udziału w rynku. PGB zatrudnia 200 osób i zarządza 21 obiektami w całym kraju. Spółka przetwarza odpady na energię elektryczną i ciepło poprzez kogenerację oraz na biologicznie wartościowy nawóz. Roczna zdolność produkcyjna PGB przekracza 0,5 TWh w przeliczeniu na biometan — co wystarcza do zasilenia ponad 90 000 gospodarstw domowych.

Polska Grupa Biogazowa dąży do osiągnięcia poziomu produkcji 2 TWh do 2030 roku, jednocześnie rozwijając działalność w zakresie oczyszczania biogazu, aby wprowadzać biometan do sieci gazowej. Realizacja tych planów będzie stanowić istotny wkład w rozwój sektora energii odnawialnej w Polsce oraz w dekarbonizację źródeł ciepła i energii elektrycznej.

Założona w 2007 roku, PGB od 2023 roku należy do TotalEnergies, a od 2025 roku jest spółką joint venture w równym stopniu należącą do TotalEnergies i HitecVision, łącząc doświadczenie globalnego lidera transformacji energetycznej z kapitałem i know-how jednego z czołowych europejskich inwestorów w energię odnawialną.

Polska zajmuje 2. miejsce w rankingu najdroższych hipotek w UE

Ceny mieszkań są stabilne. W porównaniu ze styczniem br. w 17 badanych miastach ceny spadły średnio o 1%. Pojawiają się jednak pierwsze sygnały, że okres bardzo niskiego popytu się kończy. Obniżki stóp procentowych, a co za tym idzie wzrost zdolności kredytowej, sprawił, że rynek nieruchomości powoli zaczyna się ożywiać. Z raportu Rankomat.pl i Rentier.io wynika, że zdolność kredytowa dla części kredytobiorców wzrosła od stycznia o ponad 200 tys. zł. Pomimo obniżek oprocentowanie nowo udzielanych kredytów hipotecznych wciąż jest drugim najwyższym w UE. U nas jest to 6,69%, a np. w Czechach 4,68%, we Francji 3%, a na Malcie zaledwie 1,76%. Gdybyśmy mieli takie oprocentowanie jak we Francji, rata kredytu na 500 tys. zł na 30 lat zamiast wynosić 3 223 zł, byłaby na poziomie 2 108 zł. Nasze oprocentowanie jest więc ponad dwukrotnie wyższe niż francuskich kredytów, a rata jest wyższa o 52%.

Sierpień, podobnie jak większość tego roku, był okresem, w którym ceny mieszkań pozostawały dość stabilne. Średnia zmiana, jaka dokonała się w ciągu ośmiu miesięcy 2025 r. w 17 badanych miastach, to spadek o 1%. Wyjątki, czyli miasta, w których zmiany były znaczące, to np. Radom (-9,1%) i Sosnowiec (-8,6%). Jeśli chodzi o wzrosty, pojawiły się w Gdańsku (+7,5%) oraz Poznaniu (+5,4%). W tym ostatnim odnotowaliśmy nowy rekord cenowy na poziomie 12 100 zł za m².2025-09-29 Ceny ofertowe w sierpniu 2025

Obserwowana stagnacja nie będzie jednak trwała w nieskończoność. Spadki cen były efektem wysokiej podaży mieszkań i niskiego popytu, hamowanego przez wysokie oprocentowanie kredytów hipotecznych. Sytuacja zaczyna się jednak zmieniać. Podaż powoli maleje. Jednocześnie już na początku września mieliśmy do czynienia z trzecią w tym roku obniżką stóp procentowych, co poprawiło nastroje wśród potencjalnych nabywców i zwiększyło zainteresowanie zakupem mieszkań.

Jest to doskonale widoczne w danych BIK. W lipcu banki przyznały kredyty hipoteczne na kwotę prawie 10 mld zł, co jest niemal wyrównaniem najlepszego miesiąca funkcjonowania programu „Bezpieczny kredyt 2%”. Nie jest to tylko wynik wysokich kwot przyznawanych kredytów. Liczba kredytów również była bardzo wysoka – 22,4 tysiąca.

Część kredytobiorców może uzyskać o ponad 200 tys. zł większy kredyt

Obserwowane ożywienie to w dużej mierze efekt poprawy dostępności kredytów hipotecznych. Dla przykładu para bez dzieci, z dochodem łącznym 12 000 zł netto, może obecnie liczyć przeciętnie na kredyt w wysokości 874 tys. zł, czyli aż o 115 tys. zł więcej niż w styczniu tego roku. Z kolei rodzina z dwojgiem dzieci i dochodem 20 tys. zł netto ma zdolność kredytową na poziomie 1,48 mln zł, czyli aż o 220 tys. zł wyższą niż w styczniu.
2025-09-29 Zdolność kredytowa

Mimo spadków oprocentowanie kredytów jest niemal najwyższe w UE

Tak znaczący wzrost dostępności kredytów hipotecznych to efekt obniżek stóp procentowych. Dzięki temu mocno spadło oprocentowanie kredytów, a co za tym idzie – wysokość rat kredytowych. Sytuacja w tym zakresie wciąż daleka jest jednak od ideału. Pomimo poprawy parametrów kredyty hipoteczne nadal są dość drogie. Według danych NBP średnie oprocentowanie kredytów wypłaconych w lipcu (najnowsze dostępne dane) wynosiło 6,69%. We wrześniu, po obniżce stóp procentowych, mogło spaść w okolice 6,4%.

Taki poziom oznacza, że jesteśmy drugim najdroższym krajem w UE pod względem oprocentowania nowo udzielanych kredytów hipotecznych. W lipcu wyższe oprocentowanie miały tylko Węgry – 6,97%. Polska zajmuje drugie miejsce ze wspomnianym poziomem 6,69%. Na trzecim miejscu jest Rumunia, w której średnie oprocentowanie wynosi 5,95%.

Dla porównania w Niemczech było to 3,68%, a we Francji 3%. Z kolei najtańsze kredyty hipoteczne w UE wypłacono na Malcie (1,76%). Znacznie taniej niż w Polsce było również w kilku krajach, które – podobnie jak Polska – są poza strefą euro. W Czechach było to 4,68%, w Danii 3,53%, a w Szwecji 2,84%.

Przy oprocentowaniu takim, jakie mieliśmy w Polsce w lipcu (6,69%), rata kredytu na 500 tys. zł na 30 lat wynosi 3 223 zł. Gdybyśmy mieli takie oprocentowanie jak Czesi, rata wynosiłaby 2 584 zł. Przy oprocentowaniu jak w Niemczech byłoby to 2 2296 zł, a przy takim jak we Francji – 2 108 zł. Z kolei mając tak niskie oprocentowanie jak na Malcie, rata wynosiłaby 1 789 zł.2025-09-29 Oprocentowanie w UE

Innym ważnym wydarzeniem jest to, że od 11 września weszła w życie pełna jawność cen na rynku pierwotnym. Ustawa nałożyła na deweloperów obowiązek publikowania cen wszystkich lokali, także w projektach rozpoczętych wcześniej. Była to wyraźnie prokonsumencka zmiana, która ujednoliciła zasady dostępu do informacji i zwiększyła przejrzystość rynku. Deweloperzy musieli dostosować wszystkie prowadzone inwestycje do nowych wymogów, co przełożyło się również na politykę portali ogłoszeniowych i podniosło standardy całej branży. Do tej pory częstą praktyką było unikanie podawania cen i zastępowanie ich formułami typu „zapytaj o ofertę”, co zmuszało klientów do długotrwałego kontaktu z biurami sprzedaży. Nowe przepisy uprościły ten proces – kupujący mogą więc szybciej ocenić swoje możliwości finansowe i porównać konkurencyjne projekty. Jawność cen poprawiła także pozycję negocjacyjną nabywców, którzy, dysponując pełniejszą wiedzą, są w stanie skuteczniej kształtować warunki transakcji.

Prezes zarządu nie może być jednocześnie inspektorem ochrony danych – kara PUODO dla spółki medycznej

0

Przez prawie sześć lat prezes zarządu jednej ze spółek medycznych pełnił jednocześnie funkcję inspektora ochrony danych (IOD). Urząd Ochrony Danych Osobowych uznał takie rozwiązanie za sprzeczne z RODO i nałożył na spółkę karę w wysokości 11 365 zł.

Incydent z danymi pacjentów

Sprawa wyszła na jaw po incydencie, do którego doszło w 2023 r., kiedy pacjentowi wydano dokumenty innej osoby. Spółka zgłosiła zdarzenie do Prezesa UODO i wskazała, że funkcję IOD pełni jej prezes zarządu.

W związku z tym organ nadzorczy wszczął postępowanie administracyjne. W jego toku ustalono, że spółka miała świadomość wymogu niezależności IOD od kierownictwa, jednak uznała, że w jej przypadku powierzenie tej funkcji prezesowi nie narusza zasad.

Argumentacja spółki

Administrator danych tłumaczył, że w sektorze medycznym interesy zarządu i interesy pacjentów są spójne, ponieważ ochrona dokumentacji medycznej i ochrona danych osobowych są ze sobą nierozerwalnie związane. Zdaniem spółki, takie rozwiązanie „gwarantowało najlepszą opiekę merytoryczną” zarówno wobec pacjentów, jak i wobec samego IOD.

Spółka powołała się przy tym na własną interpretację art. 38 ust. 6 RODO, wskazując, że w jej działalności nie występuje konflikt interesów.

Stanowisko PUODO

Prezes UODO Mirosław Wróblewski nie podzielił tej argumentacji. W decyzji podkreślono, że inspektor ochrony danych ma pełnić funkcję doradczą i kontrolną wobec administratora danych. Aby było to możliwe, musi być niezależny od zarządu i mieć możliwość sygnalizowania problemów bez ryzyka, że będą one kolidować z interesami kierownictwa spółki.

RODO dopuszcza, by IOD wykonywał inne zadania, ale tylko w sytuacji, gdy nie rodzą one konfliktu interesów. Konflikt taki występuje zawsze wtedy, gdy dana osoba mogłaby oceniać własne decyzje albo ograniczać raportowanie z obawy przed konsekwencjami.

PUODO wskazał, że prezes zarządu nie może pełnić roli inspektora ochrony danych, ponieważ nie zapewnia to wymaganej obiektywności i niezależności.

Ruszają testy KSeF. Czasu na przygotowanie coraz mniej

0

30 września Ministerstwo Finansów udostępnia testową wersję Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF 2.0). To sygnał dla firm, że czas intensywnych przygotowań właśnie się rozpoczął. Nowa struktura faktury, integracja systemów księgowych z krajowym rozwiązaniem czy szkolenie pracowników – tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Tym bardziej, że według badania WEBCON jeszcze w 2024 roku aż 61% firm wciąż korzystało z faktur papierowych.

Udostępnione oprogramowanie pozwoli organizacjom sprawdzić, jak ich obecne narzędzia do fakturowania współpracują z KSeF. To ważny krok przed wejściem w życie obowiązku w przyszłym roku, choć nie kończy on procesu przygotowań. W listopadzie resort finansów udostępni dodatkowo próbną wersję Aplikacji Podatnika oraz Modułu Certyfikatów i Uprawnień. Dopiero dzięki nim będzie można przygotować się w pełni uwzględniając m.in. obsługę faktur w przypadku awarii systemu.

Dlaczego warto zacząć wcześniej?

Według badania WEBCON, w ubiegłym roku aż 44% firm jako największe wyzwanie związane z KSeF wymieniało dostosowanie do nowych wymogów procedur i narzędzi, z których korzystają. Dlatego kluczowe będzie zarówno przygotowanie pracowników i uzyskanie dla nich odpowiednich uprawnień, jak i sprawdzenie czy systemy księgowe i finansowe wykorzystywane w organizacjach poprawnie integrują się z KSeF. Wcześniejsze testy pozwolą zidentyfikować wąskie gardła, uniknąć problemów organizacyjnych i technologicznych oraz dostosować procesy finansowe do nowych realiów.

Obowiązkowe wdrożenie KSeF to jednak nie tylko wyzwanie, ale też szansa. Jednolity, cyfrowy format e-faktur może usprawnić nie tylko rozliczenia, ale także raportowanie, kontrolę kosztów czy zarządzanie budżetami. Dane przesyłane w schemie FA(3) mogą stać się solidną bazą do automatyzacji procesów finansowych i dalszej digitalizacji.

Firmy, które odłożą przygotowania do 2026 roku, ryzykują wdrażanie systemu w pośpiechu i korzystanie z tymczasowych, prowizorycznych rozwiązań. Przy tak dużej zmianie to scenariusz wyjątkowo ryzykowny.

„Skutki uboczne” KSeF

KSeF oznacza nie tylko zmianę technologiczną, ale przede wszystkim biznesową. Wszystkie faktury powiązane z jednym NIP-em – niezależnie od rodzaju transakcji – będą trafiały do jednego „koszyka”. Dodatkowe wyzwania to m.in. brak możliwości przesyłania wielu załączników w systemie, brak jednoznacznych oznaczeń dla faktur związanych z delegacjami czy obsługa tych samych dokumentów z dwóch źródeł np. w przypadku awarii KSeF. Niezbędne będzie także dostosowanie słowników w systemach firmowych.

Dlatego już dziś warto zaplanować działania i maksymalnie wykorzystać czas, jaki pozostał do obowiązkowego wdrożenia. Im szybciej firmy rozpoczną przygotowania, tym większą zyskają przewagę – zarówno organizacyjną, jak i technologiczną.

Autor: Anna Puka, Dyrektor działu Pre-sales Consulting w WEBCON

Transport w labiryncie dekarbonizacji – PwC: elektryki kluczem, ale paliwa kopalne zostaną z nami po 2035 r.

Transport drogowy odpowiada za niemal 3/4 emisji sektora transportu.  Rozwiązaniem tego problemu jest napęd elektryczny, jednak wciąż stosunkowo niewielka ilość kierowców wybiera samochody elektryczne. Tradycyjne napędy spalinowe, wspierane przez biopaliwa i technologie hybrydowe pozostaną w użyciu jeszcze długo po 2035 roku, gdy w życie ma wejść zakaz sprzedaży pojazdów emitujących CO2 – wynika z raportu „W labiryncie dekarbonizacji, czyli dokąd zmierza transport w erze redukcji CO2” przygotowanego przez ekspertów PwC Polska.

Sektor transportu jest jedynym sektorem w Unii Europejskiej, w którym od 1990 roku zaobserwowano wzrost całkowitych emisji CO₂, co stawia go w centrum uwagi unijnej polityki klimatycznej. Reagując na tę sytuację, Unia Europejska postawiła przed sektorem transportowym ambitne zadanie: zmniejszenie emisji o 90% do 2050 roku. Realizacja tego celu stanowi ogromne wyzwanie – sektor transportu nie jest jednorodny, a zróżnicowanie form transportowych niekoniecznie wpływa na jego korzyść.

Dostępne są trzy rodzaje działań mogących obniżyć emisję CO2 w transporcie: redukcja skali przewozów, przekierowanie ich z transportu drogowego i lotniczego na wodny i kolejowy oraz zmiana miksu paliwowego. Na ten moment nie widać na horyzoncie „paliwa przyszłości” – jednego, uniwersalnego dla wszystkich rodzajów transportu oraz ekonomicznie korzystnego rozwiązania pozwalającego na znaczące ograniczenie emisji. W związku z tym, aby podejmować efektywne kosztowo działania i ograniczyć konkurencję różnych rodzajów transportu o te same zasoby, kluczowe jest wyznaczenie osobnych dla transportu drogowego, lotniczego, wodnego i kolejowego, klarownych, skutecznych i opłacalnych ścieżek zasilania.

“Obecna infrastruktura transportowa i łańcuch wartości rozwijany od ponad 100 lat są dostosowane do paliw konwencjonalnych, a ich transformacja wymaga ogromnych nakładów kapitałowych. Każdy rodzaj transportu – drogowy, lotniczy, wodny i kolejowy – ma swoją specyfikę i różne możliwości techniczne w zakresie dekarbonizacji, co komplikuje proces transformacji. Dodatkowo, różne rodzaje transportu mogą konkurować o te same zasoby niezbędne do dekarbonizacji” – mówi Wojciech Słowiński, partner PwC Polska.

Transport drogowy jest niekwestionowanym filarem gospodarki i mobilności Unii Europejskiej, odpowiadającym ​za ponad połowę transportu towarowego oraz blisko 80% transportu pasażerskiego. Jednocześnie jego dominująca pozycja wiąże się z poważnymi wyzwaniami środowiskowymi – jest on głównym źródłem emisji gazów cieplarnianych w całym sektorze transportu. Sytuacja ta wynika z ogromnej zależności od paliw kopalnych. W 2023 roku olej napędowy i benzyna stanowiły łącznie ponad 85% końcowego zużycia energii w transporcie drogowym UE, podczas gdy udział OZE (biopaliw i energii elektrycznej) wciąż nie przekraczał 10%.

Analiza struktury emisji pokazuje, że mimo dynamicznego rozwoju transportu towarowego, to wciąż pojazdy osobowe odpowiadają za największą ich część – ok. 60% – stanowiąc o pilności działań dekarbonizacyjnych osobówek. Transport towarowy, zarówno ciężki, jak i tzw. „ostatniej mili”, nie pozostaje daleko w tyle odpowiadając łącznie ​za ok. 37% emisji. Na tym tle transport miejski, z niespełna 2% udziałem, nie jawi się jako kluczowy obszar ​do dekarbonizacji, może natomiast stanowić rozwiązanie problemu emisji i zanieczyszczeń w obszarach najgęściej zaludnionych.

Samochody elektryczne jawią się jako kluczowe rozwiązanie w dekarbonizacji transportu osobowego, oferując coraz lepsze osiągi, zerową emisyjność podczas użytkowania i minimalizację zużycia zasobów. Ich rosnąca popularność w Unii Europejskiej potwierdza tę tendencję – w 2023 roku aż 23% nowo rejestrowanych samochodów stanowiły pojazdy elektryczne. Mimo początkowych wyższych kosztów zakupu, EV oferują niższe koszty eksploatacji niż pojazdy spalinowe i w wielu krajach UE ich całkowity koszt posiadania jest niższy lub zbliżony do samochodów spalinowych. Postęp w technologii baterii sugeruje, że różnica cenowa będzie się dalej zmniejszać – od 2013 roku średnia cena akumulatorów spadła o blisko 90%, a ceny baterii w niektórych regionach przekroczyły już próg 100 USD/kWh. ​

“Kluczowym aspektem oczekiwanej transformacji jest fakt, że wiele zmian musi zajść na poziomie indywidualnych decyzji inwestorów, dostawców paliw i użytkowników, które są w dużej mierze dyktowane przesłankami ekonomicznymi, a nie ekologicznymi. Do tej pory promowane i rozwijane były wszystkie technologie zmniejszające ślad węglowy środków transportu – niezależnie od ich zasadności ekonomicznej. Obecnie powinniśmy skupić naszą uwagę wyłącznie na takich rozwiązaniach, które nie tylko zmniejszą emisje, ale mają również sens komercyjny. Nasz raport pokazuje właśnie te technologie – czyli ścieżki wyjścia z labiryntu dekarbonizacji” – mówi Bartosz Safiejko, dyrektor PwC Polska.

Dekarbonizacja transportu drogowego w Polsce jest nierozerwalnie związana z koniecznością zmiany głęboko zakorzenionych nawyków konsumenckich. Jak pokazują przeprowadzone badania, samochód prywatny jest zdecydowanie najczęściej wybieranym środkiem transportu – aż 7 na 10 Polaków korzysta z niego co najmniej 3 razy w tygodniu. Skala wyzwania potęgowana jest przez strukturę polskiej floty pojazdów, która jest jedną z najstarszych w Europie. Rynek jest wciąż zdominowany przez import pojazdów używanych, które ​w ogromnej większości są starsze i bardziej emisyjne. Chociaż sprzedaż samochodów elektrycznych dynamicznie rośnie (wzrost o ponad 51% w 2023 r.), ich udział w rynku wciąż pozostaje marginalny, a tempo elektryfikacji jest hamowane przez wysokie koszty zakupu, ograniczony zasięg tańszych i bardziej dostępnych modeli i wciąż niewystarczającą infrastrukturę ładowania.

Transport i jego dekarbonizacja są splecione z transformacją energetyki. Pełne korzyści klimatyczne z pojazdów elektrycznych zostaną osiągnięte tylko wtedy, gdy będą one zasilane zeroemisyjną energią, której dostępność jest wciąż ograniczona. Ponadto, wąskim gardłem pozostaje publicznie dostępna infrastruktura ładowania. Jej nierównomierny rozwój w poszczególnych krajach członkowskich stanowi realną barierę dla swobodnego, transgranicznego ruchu i hamuje tempo adopcji EV.

Pracownicy chcą uczyć się AI, ale pracodawcy i rządy nie nadążają – globalne badanie Salesforce

Istnieje poważna luka w zakresie gotowości do pracy w obszarze sztucznej inteligencji. Pracownicy na różnych rynkach chętnie uczą się nowych umiejętności związanych z AI, ale wielu z nich uważa, że pracodawcy i rządy nie działają wystarczająco szybko – wynika z nowych danych Salesforce i Morning Consult. Badanie przeprowadzone wśród 14 000 osób w 13 krajach wykazało, że pracownicy chcą zdobywać umiejętności, które pomogą im nadążyć za tempem innowacji.

Badanie wskazuje na wyraźną rozbieżność między motywacją pracowników a wsparciem instytucjonalnym w zakresie przygotowania do pracy z AI.

Pracownicy gotowi do nauki

Na całym świecie 64% zatrudnionych popiera większe inwestycje w umiejętności ogólne, a 53% chce szkoleń związanych z AI.

Prawie dwie trzecie badanych stwierdziło, że prawdopodobnie skorzystałoby ze szkoleń związanych ze sztuczną inteligencją, gdyby rządy oferowały zniżki lub wsparcie finansowe, co świadczy o powszechnej motywacji do podnoszenia kwalifikacji.

Ten entuzjazm skłania wielu do podjęcia działań na własną rękę – 45% planuje w przyszłym roku zwiększyć osobiste wydatki na naukę z zakresu AI.

Pracodawcy i rządy działają zbyt wolno

Tylko około jedna trzecia pracowników spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy ich pracodawca zainwestuje więcej w szkolenia z obszaru sztucznej inteligencji.

Zaledwie 29% pracowników na całym świecie twierdzi, że ich miejsce pracy inwestuje wystarczająco w podnoszenie kompetencji z tego zakresu, a tylko 28% uważa, że rząd ich kraju inwestuje wystarczająco w podobne programy.

Zaufanie do instytucji jest niskie – tylko 28% pracowników w USA i 22% w Wielkiej Brytanii twierdzi, że krajowe wydatki na umiejętności związane ze sztuczną inteligencją są wystarczające.

Nierówny postęp na całym świecie

Chociaż dane wskazują na powszechną lukę, gotowość do wdrożenia AI różni się znacznie w poszczególnych regionach.

Średnio mniej niż połowa zatrudnionych osób dorosłych (48%) twierdzi, że ich obecne lub ostatnie miejsce pracy jest przygotowane do korzystania z narzędzi sztucznej inteligencji w codziennej pracy. Indie (83%) i Arabia Saudyjska (70%) są światowymi liderami pod względem gotowości do wprowadzenia tej technologii, pokazując, jak skoordynowana wizja krajowa i inwestycje mogą prowadzić do rzeczywistego wdrożenia. W tyle pozostają gospodarki rozwinięte – tylko 29% Francuzów i 36% Włochów twierdzi, że ich miejsce pracy jest gotowe na AI.

Odzwierciedlają to wyniki ostatniego badania – Global AI Readiness Index – firmy Salesforce, które pokazało, jak koordynacja instytucjonalna i rozwój infrastruktury wpływają bezpośrednio na zdolność kraju do przełożenia strategii AI na powszechne wdrożenie w biznesową codzienność.

Droga naprzód: wspólna odpowiedzialność

Wraz z rosnącą popularnością użycia sztucznej inteligencji firmy znajdują się pod presją, aby zatrzymać swoich pracowników. Badanie wskazuje, że zatrudnieni nie chcą ponosić samodzielnie ciężaru podnoszenia kwalifikacji – prawie połowa pracowników w Wielkiej Brytanii (46%) twierdzi, że szkolenia z zakresu AI powinny być wspólnym obowiązkiem przedsiębiorstw, rządu, społeczeństwa obywatelskiego i środowisk akademickich – pogląd ten podzielają rynki globalne.

Inwestowanie w szkolenia nie polega wyłącznie na obsadzaniu stanowisk technicznych mówi Aliki Foinikopoulou, Senior Director of Global Public Policy w Salesforce. – Chodzi o budowanie zaufania, zwiększanie konkurencyjności i zapewnienie trwałości wdrażania sztucznej inteligencji. Firmy, które działają powoli, ryzykują utratę talentów i zaufania. Obecnie przedsiębiorstwa i rządy powinny skupić się na zwiększaniu zakresu szkoleń, programów certyfikacyjnych i wsparcia, aby nikt nie został w tym procesie pominięty.

Metodologia

Badanie opiera się na podwójnie anonimowej ankiecie przeprowadzonej przez Morning Consult 21–26 sierpnia 2025 r. Uzyskano 14 231 odpowiedzi od osób dorosłych z Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej, regionu Azji i Pacyfiku oraz Europy. Raport został zlecony przez Salesforce, ale odzwierciedla niezależne badania i przedstawia neutralną, opartą na dowodach perspektywę.

Pracownicy boją się zastąpienia przez AI, a ich szefowie – że zabraknie im rąk do pracy

0

W dobie prężnego rozwoju nowoczesnych technologii i sztucznej inteligencji, w przestrzeni publicznej rynek pracy zasypywany jest hasłami na temat zastąpienia człowieka przez SI. Z najnowszych danych SD Worx wynika, że już na 39 proc. Polek i Polaków, obawia się, że w dłuższej perspektywie AI może doprowadzić do likwidacji ich stanowisk. Tymczasem co trzeci pracodawca w Europie (35,3 proc.) doświadcza kurczenia się zasobów ludzkich, a ponad połowa (52,8 proc.) obawia się, że w nadchodzących latach ich organizacje będą w coraz większym stopniu borykać się z niedoborem talentów.

Lęk przed AI kłóci się z rzeczywistymi problemami, przed którymi stoi rynek pracy. Dziś w największych tarapatach znaleźli się pracodawcy, którzy już teraz mają problem ze znalezieniem wykwalifikowanych talentów. Co gorsza, sygnalizują że to problem, który w nadchodzących latach może stać się jeszcze poważniejszy.

Firmy potrzebują ludzi bardziej, niż kiedykolwiek. Jak prognozuje Polski Instytut Ekonomiczny i GUS, do 2050 roku rodzimy rynek pracy może stracić nawet 4,6 mln osób w wieku produkcyjnym. Problem jest jak najbardziej realny, z najnowszych badań SD Worx wynika, że już co trzecie polskie przedsiębiorstwo (32,3 proc.) aktywnie poszukuje rąk do pracy w innych krajach, aby poszerzyć swoją pulę talentów. Rynek zarówno w Polsce jak i w Europie przechodzi dynamiczne zmiany. Z jednej strony mamy stres i niepokój technologiczny, z drugiej zaś pragmatyzm – problemy demograficzne, brak specjalistów i lukę kompetencyjną. Największym zagrożeniem dla biznesu, nie jest więc technologia, a brak wykwalifikowanych pracowników. Dlatego dziś kluczowe jest inwestowanie w rozwój talentów czy też tworzenie środowiska pracy, w którym człowiek i technologia oznaczają współpracę, a nie konkurencję – komentuje Paulina Zasempa, People Country Lead w SD Worx Poland.

Jak wynika z tegorocznego badania EY European AI Barometer, już 3 na 4 pracowników (74 proc.) uważa, że rozwój sztucznej inteligencji zmniejszy zapotrzebowanie na pracę ludzi. Jednak według raportu SD Worx już co czwarty zatrudniony w Polsce (27,2 proc. ) i w Europie (23,4 proc.) deklaruje, że regularnie korzysta z AI do wspierania powierzonych mu zawodowych obowiązków. Jednocześnie 32,4 proc. Polaków i 26,6 proc. Europejczyków obawia się, że sztuczna inteligencja sprawi, że znaczna część ich zadań stanie się zbędna. W przestrzeni publicznej pojawiają się również głosy, które rzucają inne światło na temat technologii na rynku pracy. Badanie „Future od Jobs 2025” ze Światowego Forum Ekonomicznego sugeruje by spojrzeć na sztuczną inteligencję bardziej łaskawym okiem. Raport prognozuje bowiem, że faktycznie w ciągu najbliższych lat przez AI może zniknąć blisko 92 milionów stanowisk, ale jednocześnie dzięki niej powstanie niemal drugie tyle – 170 milionów nowych. Jednak tworzenie „etatów przyszłości” może okazać się bezcelowe, jeśli nie będzie ludzi, którzy je obejmą.

Pracownicy i pracodawcy potwierdzają – zespoły się kurczą i niełatwo zapełnić powstałą lukę

Jak wynika z najnowszego międzynarodowego badania „HR & Payroll Pulse Europe 2025” przeprowadzonego przez SD Worx, wiodącego europejskiego dostawcę rozwiązań HR, wśród 5 625 menedżerów HR i 16 000 pracowników z 16 krajów Europy, problem związany z zasobami ludzkimi w pracy zauważają nie tylko szefowie, ale również personel. Już 37,1 proc. zatrudnionych w Polsce (przy średniej europejskiej 45,2 proc.) przyznaje, że w nadchodzących latach ich zespół będzie musiał w coraz większym stopniu mierzyć się z deficytem kadr. A co trzeci Polak (35 proc.) potwierdza, że firma już dziś boryka się z lukami kompetencyjnymi, których nie da się łatwo wypełnić. Warto również podkreślić, że zarówno w Polsce (29,3 proc.)i w reszcie Europy (32,6 proc.) zatrudnieni sygnalizują wysoki wskaźnik odejść członków zespołu w swoich organizacjach.

Menadżerowie potwierdzają: już 41 proc. polskich biznesów (przy średniej europejskiej 46,2 proc.) przyznaje, że boryka się z niedoborem talentów do wykonania zadania, a w nadchodzących latach ten problem ich zdaniem (43,7 proc. polskich i 52,8 proc. europejskich aniektowanych) będzie się pogłębiał. Co ciekawe, obawy rosną wprost proporcjonalnie do wielkości przedsiębiorstwa. Z raportu wynika, że częściej lęk w tej kwestii wyrażają firmy w Europie zatrudniające od 250 pracowników wzwyż (60,2 proc.), aniżeli te z sektora MŚP zatrudniające: 1-9 (39,4 proc.), 10-49 (47,4 proc.) czy też 50-249 osób (50,7 proc.). Co trzecia organizacja w Europie (35,3 proc.) doświadcza kurczącej się siły roboczej, czyli więcej odchodzi z firm niż do nich. Prawdopodobnie dlatego już dziś, co trzecia polska (32,3 proc.) i europejska firma (35,9 proc.) aktywnie poszukuje talentów za granicą, a 35,7 pracodawców w Polsce (przy średniej europejskiej 38,4 proc.) deklaruje, że inwestuje w sztuczną inteligencję, aby wspierać miejsce pracy.

Prezydent podpisał ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy – pobyt do 2026 r. i nowe zasady świadczenia 800+

W piątek Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy przebywającym w Polsce. Dokument został uchwalony przez Sejm 12 września br.

Nowelizacja przedłuża legalność pobytu obywateli Ukrainy w Polsce do 4 marca 2026 roku. Wprowadza także istotne zmiany w zasadach przyznawania świadczenia wychowawczego 800+. Zgodnie z nowymi przepisami, aby uzyskać prawo do świadczenia, rodzic (lub opiekun) dziecka musi: pracować w Polsce, a dziecko uczęszczać do szkoły na terenie naszego kraju. Dodatkowo, prawo do świadczeń będzie uzależnione od osiągania co najmniej 50% minimalnego wynagrodzenia za pracę, czyli w 2025 roku 2333 zł brutto miesięcznie.

BCC: logiczne i potrzebne rozwiązania

– Jako Zespół ds. Współpracy z Ukrainą z zadowoleniem przyjmujemy podpisanie przez Prezydenta Karola Nawrockiego ustawy przygotowanej przez MSWiA – podkreśla Andrzej Szmigiel, przewodniczący Zespołu do spraw Współpracy z Ukrainą BCC.

– Brak stosownych regulacji stwarzał chaos i poważne ryzyka zarówno dla strony polskiej, jak i ukraińskiej – dodaje.

Karolina Samul, sekretarz Zespołu, wskazuje, że: –  powiązanie prawa do świadczeń z legalnym zatrudnieniem cudzoziemców w Polsce jest rozwiązaniem logicznym i sprawiedliwym kompromisem.

– Deklarujemy pełną gotowość do współpracy zarówno z Rządem RP, jak i Prezydentem, aby wspólnie wypracowywać najlepsze i najbardziej sprawiedliwe rozwiązania dla wszystkich zainteresowanych stron – podsumowuje  Andrzej Szmigiel.

Ponad politycznymi podziałami

Piotr Wojciechowski, wiceprzewodniczący Zespołu, zaznacza, że kwestie związane z relacjami polsko-ukraińskimi powinny być wolne od sporów politycznych.
W sprawach tak istotnych nie ma miejsca na polityczne podziały. Musimy działać wspólnie i odpowiedzialnie – mówi Wojciechowski.

Koniec świadczeń dla osób niepracujących w Polsce

Podczas briefingu prasowego szef Kancelarii Prezydenta wyjaśnił, że zmiany dotyczące świadczenia 800+ mają na celu wyeliminowanie sytuacji, w której wsparcie otrzymywały osoby nieprzebywające w Polsce, niepracujące tutaj, nieodprowadzające składek i podatków, a których dzieci nie uczęszczały do polskich szkół.

To była sytuacja niezrozumiała i niedopuszczalna. Teraz została przerwana.

Zamrożone ceny prądu i bon ciepłowniczy do końca 2025 r. – eksperci: to ulga, ale problem strukturalny pozostaje

Prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę dotyczącą zamrożenia cen energii do końca 2025 roku oraz wprowadzenia bonu ciepłowniczego.

Ustawa przedłuża do 31 grudnia 2025 r. obowiązywanie obecnych przepisów, które umożliwiają gospodarstwom domowym korzystanie z zamrożonej ceny energii elektrycznej na poziomie 500 zł za MWh netto. Dodatkowo wprowadza bon ciepłowniczy, mający na celu wsparcie najbardziej potrzebujących gospodarstw w obliczu rosnących kosztów ogrzewania.

Decyzja o utrzymaniu zamrożonych cen prądu na dotychczasowym poziomie była powszechnie oczekiwana i nie stanowiła zaskoczenia. Gdyby rząd nie zdecydował się na ten krok, maksymalna cena energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wzrosłaby już 30 września tego roku do 621 zł/MWh – wyjaśnia Maciej Stańczuk, ekspert BCC ds. energetyki i transformacji energetycznej.

– Jednak znacznie ważniejszym elementem tej ustawy jest bon ciepłowniczy, który pomoże gospodarstwom domowym korzystającym z centralnego ogrzewania.

Bon ciepłowniczy będzie przyznawany na podstawie kryteriów dochodowych, co ma szczególne znaczenie dla ochrony domowych budżetów w dobie rosnących kosztów życia.
Wsparcie otrzymają gospodarstwa domowe, w których miesięczny dochód: nie przekracza 3272,69 zł w przypadku gospodarstw jednoosobowych i 2454,52 zł na osobę w gospodarstwach wieloosobowych.

Dodatkowym warunkiem będzie cena za ciepło przekraczająca 170 zł/GJ.

Program ma objąć ok. 400 tysięcy rodzin, a jego budżet na lata 2025–2026 wyniesie blisko 890 milionów złotych.

Wnioski o bon będzie można składać w dwóch turach: od 3 listopada do 15 grudnia 2025 r. oraz od 1 lipca do 31 sierpnia 2026 r. Za wypłatę świadczeń odpowiadać będą samorządy lokalne.

Maciej Stańczuk podkreśla, że takie rozwiązanie jest szczególnie ważne w kontekście nadchodzących podwyżek cen ciepła, które mogą być znaczące ze względu na wciąż wysokie uzależnienie polskiego sektora ciepłowniczego od węgla – ponad 70% ciepłownictwa w Polsce opiera się na tym surowcu – oraz obciążenie systemu podatkiem ETS2, który zacznie obowiązywać w kolejnych latach.

ORLEN rozpoczął eksploatację nowego złoża na Norweskim Szelfie Kontynentalnym

0

Norweska spółka ORLEN uruchomiła wydobycie ze złoża Andvare. Tym samym liczba złóż eksploatowanych przez koncern w Norwegii wzrosła do dwudziestu jeden. Andvare zapewni ORLEN ok. 300 mln metrów sześciennych gazu ziemnego.

Nowo uruchomione złoże znajduje się na Morzu Norweskim, ok. 300 km na południowy zachód od Bodø, w pobliżu złoża Norne, którego operatorem jest Equinor. Przy zagospodarowaniu złoża, jego udziałowcy wykorzystali dostępną infrastrukturę, aby ograniczyć czas i koszty inwestycji.

– Firmy działające na norweskim Szelfie coraz częściej sięgają po złoża satelitarne położone w bliskości tych obecnie eksploatowanych. Dzięki dobrze rozwiniętej infrastrukturze, jesteśmy w stanie znacząco obniżyć koszty uruchomienia wydobycia, a tym samym zapewnić atrakcyjną stopę zwrotu z inwestycji. Andvare jest pod tym względem wyjątkowe – jego zagospodarowanie nie wymagało użycia żadnych dodatkowych instalacji a koszty projektu ograniczyły się do wykonania odwiertu produkcyjnego. Dzięki temu spodziewamy się zwrotu poniesionych nakładów w zaledwie cztery miesiące – powiedział Wiesław Prugar, Członek Zarządu ORLEN ds. Wydobycia.

Odwiert, który udostępnił zasoby Andvare, został odwiercony z infrastruktury złoża Norne. Jej centralnym elementem jest pływająca jednostka produkcyjno-magazynowo-przeładunkowa (FPSO) Norne, do której podłączone są łącznie 53 odwierty produkcyjne. Ropa trafiająca na statek jest magazynowana na pokładzie, natomiast gaz jest przesyłany do terminalu w Kårstø, skąd część przypadająca na ORLEN jest ostatecznie dostarczana do Polski gazociągiem Baltic Pipe.

FPSO Norne obsługuje wydobycie z kilku złóż, w tym Alve i Marulk – których udziałowcem jest ORLEN. W najbliższych miesiącach planowane jest podłączenie do Norne jeszcze jednego złoża z udziałem koncernu – Verdande.

Operatorem Andvare jest Equinor Energy (53 proc. udziałów w złożu), a pozostałe udziały należą do DNO Norge (32 proc.) i ORLEN Upstream Norway (15 proc.).

Uruchomienie wydobycia z nowego złoża to już trzeci w tym kwartale projekt zrealizowany przez ORLEN w Norwegii. W sierpniu spółka zakończyła trzeci etap zagospodarowania złoża Ormen Lange. Dzięki montażowi podwodnych sprężarek, dzienne wydobycie ze złoża wzrośnie o ok. 50 proc. zapewniając ORLEN w szczytowym okresie dodatkowe 0,5 mld m sześc. gazu w skali roku. Zamontowany system sprężania jest najbardziej zaawansowanym na świecie.

Również w sierpniu spółka poinformowała, że wraz z partnerami dokonała znaczącego odkrycia w ramach projektu poszukiwawczego Omega Alfa, prowadzonego na Morzu Północnym. Pod względem odkrytych zasobów – szacowanych łącznie na 96 – 134 mln baryłek ropy – jest to jedno z największych odkryć na Szelfie w ostatnich latach.

Dorabianie stało się stałym elementem rynku pracy w Polsce

Jak wynika z badania SW Research na zlecenie Job Impulse, blisko połowa Polaków (47%) ma dodatkową pracę poza etatem, a wśród pozostałych aż 56% deklaruje, że ma chęć lub potrzebę podjęcia się takiego zajęcia. Raport sugeruje, że dorabianie przestało być okazjonalnym zajęciem i stało się trwałym elementem polskiego rynku pracy, a w obliczu rosnących kosztów życia i niepewności gospodarczej coraz częściej traktowane jest jako strategia budowania bezpieczeństwa finansowego.

Wyniki badania pokazują, że dla większości pracujących dodatkowe zajęcie nie ma już charakteru doraźnego. Ponad połowa dorabiających (56%) wykonuje dodatkową pracę regularnie – np. co tydzień lub kilka razy w miesiącu. Tylko 28% traktuje dorabianie jako aktywność okazjonalną, a 16% posiada własną działalność. To wyraźny sygnał, że dodatkowe zatrudnienie staje się częścią głównego nurtu aktywności zawodowej.

Skala zjawiska dorabiania w Polsce może zaskakiwać. Jako agencja pracy tymczasowej obserwujemy systematyczny wzrost zainteresowania pracą dorywczą. Wbrew utartym przekonaniom nie jest ona domeną osób bez wykształcenia i o najniższych zarobkach. 50% osób z wyższym wykształceniem podejmuje się pracy dorywczej i aż 58% w grupie respondentów to osoby z zarobkami powyżej 7000 zł netto. To pokazuje, że dodatkowa praca jest strategią zwiększania dochodów, rozwoju kompetencji i poczucia bezpieczeństwa. W obliczu niepewności gospodarczej i zagrożeń geopolitycznych wiele osób chce w ten sposób budować poduszkę finansową na trudniejsze czasy – komentuje Łukasz Koszczoł, Prezes Job Impulse, członka Polskiego Forum HR.

Bezpieczeństwo finansowe na pierwszym miejscu

Motywacje do dorabiania są silnie związane z potrzebą bezpieczeństwa finansowego. To powód, który wskazało blisko 49% badanych. Na niemal równie wysokim poziomie znalazła się chęć posiadania środków na przyjemności (46%), a 28% respondentów podkreślało, że dodatkowe dochody są potrzebne, by sfinansować podstawowe potrzeby. Dla 27% badanych motywatorem do podejmowania pracy dorywczej jest realizacja pasji, a dla 22% – spłaty kredytów.

Analiza raportu Job Impulse pokazuje przy tym wyraźne różnice między grupami społecznymi. Wśród osób o zarobkach do 3000 zł netto najważniejsze jest bezpieczeństwo finansowe (57%), posiadanie środków na przyjemności (43%) i możliwość sfinansowania podstawowych potrzeb (38%). W grupie najlepiej zarabiających, powyżej 7000 zł, kwestie bezpieczeństwa wciąż pozostają na pierwszym miejscu (44%), ale na równie wysokim poziomie pojawia się motywacja aspiracyjna – dodatkowe środki na przyjemności (44%). Kluczowymi motywatorami w tej grupie jest także sfinansowanie realizacji pasji (31%) oraz spłaty kredytów (28%).

Interesujące wnioski o powodach dorabiania pokazują także różnice w kategoriach wiekowych. Można zauważyć, że osoby w wieku 26–34 lata znacznie częściej dorabiają, aby sfinansować przyjemności (54% wobec 47% w grupie 35–49 lat i 41% w grupie 50+) oraz edukację własną (17% wobec 12% i 7%). Wśród osób 50+ na pierwszym miejscu znajduje się potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa finansowego (56%), natomiast w grupie 35–49 lat częściej niż gdzie indziej pojawia się motywacja związana z edukacją dzieci (18%).

Dane pokazują, że zarówno w podziale na dochody, jak i wiek, motywacje do dorabiania są bardzo zróżnicowane, choć potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa finansowego w każdym przypadku jest wyraźna i kluczowa. Warto zwrócić uwagę na wysoki odsetek wskazań dotyczących konieczności sfinansowania podstawowych potrzeb – szczególnie często wskazywany przez mieszkańców wsi, osoby z najniższym dochodem i przedstawicieli najmłodszej grupy wiekowej. Pomimo że, jak pokazuje badanie, dorabiają również osoby lepiej usytuowane, dla blisko jednej trzeciej Polaków to wciąż sposób na utrzymanie się i pokrycie elementarnych wydatków. Jest to duża grupa osób, dla których praca dorywcza jest nie tyle wyborem aspiracyjnym, zwiększającym poczucie komfortu, co koniecznością – mówi Łukasz Koszczoł, Prezes Job Impulse.

Polacy dorabiają bez wychodzenia z domu

Znaczącą rolę odgrywa również forma, w jakiej Polacy dorabiają. Najpopularniejszym wyborem jest praca zdalna – wskazało ją 45% badanych, którzy mają dodatkowe zajęcie. Jeszcze bardziej wymowne są deklaracje osób, które nie dorabiają, ale chciałyby: aż trzy czwarte z nich preferowałoby właśnie zlecenia realizowane z domu. To kierunek zgodny z globalnym trendem platformizacji zatrudnienia i wzrostu znaczenia pracy zadaniowej. Najczęstszymi odpowiedziami wśród dorabiających była również praca fizyczna (26%) i praca dorywcza „na godziny”, np. pomoc przy osobach starszych czy korepetycje (25%).

Warto przy tym zwrócić uwagę na wyraźne różnice płci i wieku w strukturze dorabiania. Mężczyźni częściej podejmują prace fizyczne (34% vs. 19% wśród kobiet). Kobiety z kolei dominują w obszarze prac „na godziny” – takich jak opieka, korepetycje czy usługi domowe (31% vs. 19% wśród mężczyzn).

Dodatkowe zadania w firmie a koszty nadgodzin

Ciekawym wątkiem z perspektywy rynku HR jest potencjał wewnętrznych zadań dodatkowych. Aż 41% osób chętnych do dorabiania zadeklarowało, że najchętniej realizowałoby dodatkowe zadania w swoim obecnym miejscu pracy. W zestawieniu z odpowiedziami na poziomie 21% w grupie tych, którzy już teraz wykonują pracę dorywczą w swoim miejscu zatrudnienia, to silny sygnał dla pracodawców, że istnieje zapotrzebowania na systemy dodatkowych zleceń w wewnątrz organizacji.

Widzimy, że pracownicy oczekują elastyczności i przestrzeni do dorabiania także wewnątrz organizacji. To szansa dla pracodawców na zwinne zarządzanie kadrami i budowanie wewnętrznych programów dodatkowych zleceń, ale wiąże się to z dużymi wyzwaniami. Jeśli nie ma możliwości realizacji dodatkowych zadań w formie umów cywilnoprawnych, naturalną konsekwencją staje się tworzenie nadgodzin, które oznaczają dla pracodawców bardzo wysokie koszty – nawet 150–200% stawki podstawowej. Dlatego jeśli firma realnie mierzy się z koniecznością realizacji dodatkowych zleceń, najbardziej racjonalnym rozwiązaniem jest rozważenie usług agencji pracy tymczasowej, która pozwala reagować na potrzeby kadrowe bez nadmiernego obciążania budżetu – podkreśla Łukasz Koszczoł.

Jak szukamy pracy dodatkowej?

Różnice widoczne są również w kanałach pozyskiwania dodatkowych zajęć. Najpopularniejszą metodą pozostają rekomendacje rodziny i znajomych (52%). Portale ogłoszeniowe i aplikacje internetowe stanowią źródło pracy dodatkowej dla 46% badanych, media społecznościowe – dla 29%. 23% respondentów zgłasza się w tej sprawie bezpośrednio do firm, a do agencji pracy tymczasowej – 17%. Młodsi badani (26–34 lata) częściej korzystają w tym celu z mediów społecznościowych (41%), podczas gdy wśród osób powyżej 50. roku życia dominują rekomendacje bezpośrednie (63%).

Podsumowując, dorabianie w Polsce to zjawisko niejednoznaczne – z jednej strony konieczność wynikająca z rosnących kosztów życia, z drugiej sposób na realizację aspiracji, rozwój czy zabezpieczenie stylu życia w grupach lepiej sytuowanych. To pokazuje, że dodatkowa praca stała się trwałym elementem rynku, a jej obecność powinna być brana pod uwagę zarówno w strategiach HR, jak i w szerszych dyskusjach o przyszłości zatrudnienia i finansów gospodarstw domowych.

O badaniu

Badanie zostało przeprowadzone przez SW Research na zlecenie Job Impulse we wrześniu 2025 r. metodą CAWI (ankieta online) na próbie 1400 dorosłych Polaków powyżej 26. roku życia.

Ropa po mocnym tygodniu traci, dolar słabszy, a Bitcoin poniżej 110 tys. USD

Czarne złoto pozazdrościło szczytów prawdziwemu. Po bardzo dobrym tygodniu widzimy dzisiaj od rana twarde lądowanie cen ropy. Dane z USA wyglądały solidnie, ale rynek wiedział swoje i dolar zakończył tydzień osłabieniem. Wśród kryptowalut znów robi się nerwowo.

Lepsze dane zza oceanu

Piątek przyniósł kilka ważnych odczytów z USA. Zaczęło się od informacji na temat wydatków i dochodów Amerykanów. Obydwa wskaźniki symbolicznie o 0,1% przekroczyły oczekiwania. Jest to dobry sygnał dla rynków, bo rosną wydatki, ale także dla stabilności systemu, bo ze wzrostem wydatków w parze idzie wzrost dochodu. Szkoda, że dochody rosną wolniej niż wydatki. Co ciekawe, rynki wykorzystały te dane do korekty ostatnich umocnień dolara. Powodem do osłabienia dolara mogły być natomiast późniejsze dane, gdzie gorzej od oczekiwań wypadł Raport Uniwersytetu Michigan. Pomimo tego odbicia rynek zakończył jednak tydzień wciąż mocniejszym dolarem.

Zamieszanie na rynku ropy

Za nami bardzo dobry tydzień dla czarnego złota. Surowiec ten poszedł w górę w zeszłym tygodniu o około 6%. Rynek wycenia obecnie dwie rzeczy. Z jednej strony ograniczenie eksportu z Rosji, która, co prawda bardzo późno, ale odczuwa coraz dotkliwiej konsekwencje agresji na terytorium Ukrainy. Z drugiej strony obniżki stóp procentowych w USA sugerują zwiększony popyt na ropę naftową. Generalnie wygląda trochę na to, że popyt został ostatnio niedoszacowany. Najlepiej świadczy o tym fakt, że nie tylko skończyło się zamykanie odwiertów w USA, ale również ruszają nowe. Dodatkowo OPEC zwiększa limity wydobycia. Warto z kolei zwrócić uwagę, że dzisiaj od rana widzimy spadek cen. Jest to najprawdopodobniej wynikiem zmniejszenia napięć geopolitycznych w weekend. Jeszcze w piątek widzieliśmy baryłkę za 70,5 dolara. Dzisiaj rano za 68,5. Rosnące ceny ropy są zagrożeniem dla dotychczasowych prognoz inflacji a tym samym tempa obniżek stóp procentowych.

Słabszy tydzień dla kryptowalut

Poprzedniego tygodnia kryptowaluty nie mogą zaliczyć do udanych. Jeszcze w poniedziałek cena Bitcoina przekraczała 115 000 USD. W piątek spadła poniżej 110 000 USD. Warto zwrócić uwagę, że był to również tydzień słabszego dolara, więc spadek wyceny w innych głównych walutach nie był aż tak dotkliwy. Nie można jednak jedynie tym argumentem tłumaczyć obecnej kondycji Bitcoina. Wielu analityków wskazuje, że na rynku brakuje napływu dużych inwestorów. Z drugiej strony znaleźli się oni tuż poniżej poziomu 110 000 USD. Dzisiaj od rana widać co prawda pewne odbicie, ale zobaczymy jak długo potrwa.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Cyfrowa Księga Przychodów i Rozchodów już wkrótce

Cyfryzacja rozliczeń podatkowych w Polsce wchodzi w kolejny etap. Podczas gdy uwaga przedsiębiorców skupia się dziś na Krajowym Systemie e-Faktur, równie istotna zmiana dotknie ich jeszcze wcześniej. Od 1 stycznia 2026 roku prowadzenie Księgi Przychodów i Rozchodów możliwe będzie wyłącznie w formie cyfrowej. Ministerstwo Finansów przekonuje, że to krok w stronę uproszczenia, automatyzacji oraz zwiększenia transparentności biznesu. Dla sektora MŚP oznacza on również nowe formalności, konieczność inwestycji w systemy IT oraz kary za nieterminowe raporty.

Księga Przychodów i Rozchodów (KPiR) to jedna z najczęściej wybieranych form ewidencji podatkowej w sektorze MŚP, która pozwala prowadzić uproszczoną księgowość zamiast pełnych ksiąg rachunkowych. Korzystają z niej osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą oraz spółki cywilne, jawne i partnerskie osób fizycznych, które nie przekraczają progu 2 milionów euro przychodów rocznie.

Koniec z wydatkami w zeszycie

Aktualnie prowadzenie KPiR daje przedsiębiorcom duży zakres swobody. Ewidencję można utrzymywać w dowolnej formie: papierowej, w arkuszu Excel czy w specjalnie zaprojektowanym programie księgowym. Wpisy dotyczące przychodów i kosztów należy uzupełniać do 20. dnia każdego miesiąca za miesiąc poprzedni, jednak przepisy dopuszczają pewne opóźnienia, a firmy często korzystają z tej elastyczności.

Od stycznia 2026 prowadzenie KPiR będzie mogło odbywać się wyłącznie cyfrowo, w programie komputerowym zgodnym z wymaganiami Ministerstwa Finansów. Przedsiębiorcy będą zobowiązani do ścisłego przestrzegania terminów, zarówno w zakresie comiesięcznych wpisów do księgi, jak i przesyłania jej w formacie JPK_KPiR do urzędu skarbowego po zakończeniu roku podatkowego. Zmieni się także sam wzór księgi – pojawią się nowe kolumny, m.in. z numerem faktury z KSeF i NIP-em kontrahenta, a dotychczasowe uproszczenia i wyjątki, z których korzystały najmniejsze firmy, zostaną wycofane.

Rolnicy z niewielkimi przychodami, np. gospodarstwa bez pracowników zarabiające do 10 tys. zł rocznie, stracą prawo do uproszczonego wzoru księgi i będą musieli prowadzić KPiR na ogólnych zasadach. Znikną też zwolnienia przyznawane dotąd indywidualnie przez urzędy skarbowe, a paragon bez NIP-u nie będzie już mógł stanowić kosztu podatkowego. Dla wielu mikrofirm oznacza to konieczność zmiany codziennych przyzwyczajeń – tłumaczy Wojciech Frankiewicz, Partner w Kancelarii Staniek&Partners i ekspert SaldeoSMART.

Rewolucja nie mniej ważna niż KSeF

Ministerstwo Finansów przedstawia cyfrową KPiR jako krok w stronę uproszczenia i automatyzacji rozliczeń. Nowa forma ma zmniejszyć liczbę błędów, wspierać integrację z Krajowym Systemem e-Faktur, zapewnić większą spójność danych i ułatwić administracji ich weryfikację. Dla firm oznacza to jednak nie tylko porządek w dokumentach, ale również dodatkowe obowiązki – w tym konieczność gromadzenia nowych danych, inwestycji w odpowiednie oprogramowanie do obsługi KPiR oraz zmian w sposobie korygowania raportów fiskalnych. Przedsiębiorcy, którzy nie dostosują się do nowych przepisów, muszą liczyć się z ryzykiem kar finansowych za nieprawidłowości w raportach i nieprzestrzeganie terminów.

Ekspert SaldeoSMART wskazuje, że do wejścia w życie cyfrowej księgi zostały trzy miesiące i warto ten czas jak najlepiej wykorzystać.

Firmy powinny zacząć od przeglądu dotychczasowych procesów księgowych i weryfikacji, czy używane oprogramowanie obsłuży cyfrową KPiR oraz generowanie plików JPK. Kolejnym krokiem jest wybór lub aktualizacja systemu, który będzie zintegrowany z KSeF i pozwoli na gromadzenie wymaganych danych. Równolegle warto zaplanować szkolenia dla pracowników i przygotować budżet na wdrożenie nowych rozwiązań. Dobrą praktyką będzie też przeprowadzenie testów pilotażowych, które pozwolą wychwycić błędy, zanim cyfrowa księga stanie się obowiązkiem – mówi Wojciech Frankiewicz.

Cyfrowa KPiR to jedna z największych zmian w codziennej księgowości sektora MŚP od lat. Obejmie setki firm, które do tej pory korzystały z papierowych ewidencji lub prostych arkuszy i będą musiały przenieść swoje rozliczenia do systemów informatycznych. To rewolucja, której celem jest większa przejrzystość i automatyzacja rozliczeń, ale wymaga ona wcześniejszego przygotowania się do nowych obowiązków. Im szybciej firmy zaczną ten proces, tym łatwiej odnajdą się w nowej rzeczywistości.

***

Wojciech Frankiewicz jest Partnerem Kancelarii Staniek & Partners. Specjalizuje się w doradztwie prawno-podatkowym dla biznesów działających w rozmaitych sektorach. Jego praktyka obejmuje szeroki zakres kompetencji, w tym prawo korporacyjne, podatkowe, compliance, umowy oraz prawo pracy.

Relacje ważniejsze niż ogłoszenia – jak dziś rekrutuje się kadrę zarządzającą

Networking pozostaje najważniejszym elementem strategii rekrutacji kadry wyższego szczebla. Aż 60% liderów jest pozyskiwanych poprzez bezpośrednie poszukiwania, a kolejne 20% dzięki osobistej sieci kontaktów, wynika z analiz Wyser Executive Search. W warunkach wysokiej konkurencyjności i rosnących oczekiwań firm, to relacje odgrywają kluczową rolę. Z jednej strony pozwalają skutecznie przyciągać najlepszych, z drugiej ułatwiają dostęp do atrakcyjnych ofert i nowych możliwości zawodowych.

Tradycyjne metody nie wystarczają

Na poziomie kadry managerskiej, gdzie stawka biznesowa jest szczególnie wysoka, poszukiwanie kandydatów poprzez popularne w przypadku innych stanowisk ogłoszenia z ofertami pracy, to rozwiązanie niewystarczające. Ankieta przeprowadzona wśród konsultantów Wyser Executive Search pokazuje, że aż 60% zatrudnionych managerów zostało pozyskanych dzięki direct search, czyli bezpośrednim poszukiwaniom rekruterów. Kolejne 20% stanowią osoby z własnej sieci kontaktów i wskazane przez przedstawicieli danej branży. Znacznie mniejszą rolę odgrywają ogłoszenia (9%), a także wewnętrzne bazy danych (6%) i inne sposoby poszukiwania (5%).Rekrutacje Managerow Wyser

W obliczu zmienności koniunktury i rosnącej presji na efektywność firmy oczekują nowoczesnego przywództwa, elastyczności oraz umiejętności szybkiego reagowania na pojawiające się wyzwania. W takich warunkach kluczowe w rekrutacji jest dotarcie do odpowiedniego grona osób, wzajemne zaufanie i pełne zrozumienie motywacji. W tym kontekście networking jest skutecznym narzędziem pozyskiwania kandydatów, a jednocześnie źródłem rzetelnej wiedzy o potencjalnym pracodawcy, wzajemnych oczekiwaniach i możliwościach dalszego rozwoju kariery – wyjaśnia Paweł Prociak, Dyrektor Zarządzający Wyser Executive Search.

W rekrutacjach na wyższe stanowiska bardzo często pozyskiwani są kandydaci pasywni, czyli osoby, które w danym momencie nie szukają nowej pracy. Dotarcie do nich jest możliwe tylko przez bezpośrednie relacje, niejednokrotnie budowane latami. Przydatnym narzędziem okazuje się LinkedIn – 44% konsultantów Wyser Executive Search wymieniło portal jako istotny sposób docierania do managerów. Dużą rolę odgrywają polecenia i rekomendacje przedstawicieli danej branży. Takie wskazania stanowią cenne źródło informacji, które pozwalają lepiej ocenić kompetencje danej osoby oraz jej dopasowanie do kultury organizacyjnej i oczekiwań firmy.

–  Rekomendacja w procesie executive search to nie tylko lista nazwisk. To wyraźny sygnał, że dana osoba potwierdziła swoje umiejętności w praktyce i posiada kompetencje cenione przez innych liderów rynku. Polecenia są ważnym elementem potwierdzania skuteczności i wiarygodności  – przekonuje Kacper Krasnodębski, Executive Manager w Wyser.

Ukryty rynek pracy – jak do niego dotrzeć

Przenoszenie procesów rekrutacyjnych poza otwarte kanały komunikacji znajduje potwierdzenie w danych globalnych. Według portalu The Interview Guys (2025), 70–80% ofert pracy nie jest promowana w formie ogłoszeń, lecz funkcjonuje w ramach tzw. ukrytego rynku pracy, gdzie kluczową rolę odgrywa sieć kontaktów, a także rekomendacje i bezpośrednie działania rekruterów.

Zdarza się, że organizacje rezygnują z publikowania ogłoszeń, aby nie sygnalizować przyszłych zmian personalnych. Bezpośrednie dotarcie do kandydatów okazuje się przy tym bardziej efektywne – pozwala uniknąć setek przypadkowych aplikacji i skupić się na osobach, których profil zawodowy najlepiej wpisuje się w aktualne potrzeby biznesowe. Kluczowe jest zrozumienie oczekiwań i zaufanie – to punkt wyjścia do rozmowy, która pozwala ocenić dopasowanie kandydata, jego oczekiwania, motywacje oraz gotowość do zmiany firmy.

Managerowie wyższego szczebla podejmują decyzję w reakcji na konkretną ofertę, oceniając jej znaczenie dla dalszego rozwoju kariery. Nie bez znaczenia jest dla nich to, kto inicjuje kontakt i wiarygodność tej osoby. Zbudowana wcześniej relacja ułatwia rozmowę, która prowadzi do konkretnych decyzji zawodowych – dodaje Kacper Krasnodębski, Executive Manager w Wyser

Z doświadczeń Wyser wynika, że relacje i znajomość rynku sprawiają, że rekrutacje na poziomie zarządczym są trafniejsze – networking pozwala ograniczyć ryzyko błędnych decyzji personalnych.

Rekrutacja managerów wymaga spojrzenia znacznie szerszego niż analiza samego doświadczenia zawodowego. Istotne jest to, w jaki sposób podejmują decyzje i funkcjonują w określonym środowisku biznesowym, czy podzielają system wartości firmy. Można to ocenić, gdy rekruter z jednej strony dobrze zna rynek, z drugiej rozumie ludzi, ich motywacje, ścieżki kariery i styl działania. Tylko wtedy jest stanie odpowiedzialnie doradzić organizacji nie tylko ,,kto”, ale też, dlaczego właśnie ta osoba  jest najlepszym kandydatem – wyjaśnia Paweł Prociak, Dyrektor Zarządzający w Wyser.

Budowanie relacji – perspektywa managera

Budowanie relacji to także realna korzyść dla samych menedżerów. Szeroka sieć kontaktów pozwala szybciej dowiadywać się o ofertach pracy, w tym tych, które nie trafiają do publicznych ogłoszeń, oraz otwiera przestrzeń do rozmów o dalszym rozwoju kariery. Daje też możliwość lepszego poznania potencjalnego pracodawcy, zrozumienia jego oczekiwań oraz ocenienia, w jakim stopniu środowisko organizacyjne odpowiada własnym celom zawodowym.

– W rekrutacji kadry zarządzającej chodzi zarówno o wybór lidera, który wzmocni organizację, i jednocześnie o wsparcie samego menedżera w dalszym rozwoju jego kariery. Dlatego kluczowe jest, aby proces był wyważony – z jednej strony odpowiadał na strategiczne potrzeby firmy, a z drugiej zapewniał kandydatowi środowisko, w którym będzie mógł w pełni wykorzystać swój potencjał – podkreśla Kacper Krasnodębski, Executive Manager w Wyser.

Networking jako źródło wiedzy o rynku

Networking to również źródło informacji o trendach i transformacjach w organizacjach – od pojawiającego się zapotrzebowania na nowe kompetencje, po zmiany w modelach zarządzania. Dzięki temu rekruterzy mogą szybciej reagować na potrzeby rynku i proponować rozwiązania personalne jeszcze zanim formalnie pojawi się wakat.

Skuteczność doradcy executive search w dużej mierze zależy od jego umiejętności poruszania się w ekosystemie branżowym. Networking pomaga budować sieć kontaktów, poszerzać wiedzę rynkową, co pozwala rozmawiać o przyszłości i trendach, a nie wyłącznie o aktualnych wakatach – podkreśla Karolina Popiel, Associate Partner w Wyser.

Połączenie relacji, wiedzy rynkowej i rekomendacji sprawia, że rekrutacja staje się procesem strategicznym, przynoszącym wymierną korzyść zarówno organizacjom, jak i liderom.

Rolnicy mogli sprzedawać owoce po zaniżonych cenach – UOKiK stawia zarzuty

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) postawił zarzuty pięciu firmom skupującym owoce miękkie oraz jednej osobie zarządzającej, podejrzewanym o niedozwolone uzgadnianie cen w województwie wielkopolskim. Według Urzędu, lokalni rolnicy i sadownicy mogli przez trzy lata sprzedawać swoje produkty po zaniżonych stawkach.

Podejrzenia zmowy cenowej

Postępowanie dotyczy podmiotów prowadzących punkty skupu m.in. porzeczek, wiśni i śliwek. UOKiK posiada dowody, zdobyte m.in. podczas przeszukania w jednej z firm, że przedsiębiorcy wymieniali się informacjami o cenach, które następnie stosowali wobec dostawców. Porozumienie mogło obowiązywać w latach 2022–2024.

Zarzuty postawiono spółkom:

  • Fructis (Wierzbie, woj. wielkopolskie),
  • Damex (Nowa Wieś, woj. wielkopolskie),
  • Silver-Trans (Sompolno, woj. wielkopolskie),
  • Kam Pol (Biała Rawska, woj. łódzkie),
  • Kalbrok (Sielice, woj. mazowieckie).

Odpowiedzialnością objęto również osobę zarządzającą w spółce Fructis.

– Podejrzewane porozumienie mogło oznaczać, że rolnicy przez trzy sezony zbiorów owoców miękkich sprzedawali swoje plony po sztucznie zaniżonych cenach – podkreślił prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Dozwolone a niedozwolone działania

Urząd przypomina, że przedsiębiorcy mogą obserwować i naśladować ceny innych firm, jednak uzgadnianie i koordynowanie stawek jest zakazane. Takie praktyki stanowią zmowę cenową ograniczającą konkurencję.

– Od wielu lat analizujemy rynek owoców. To, że punkty skupu stosują podobne ceny, często wynika z dostosowania do stawek większych przetwórców. Jednak koordynowanie cen z konkurentami jest niedopuszczalne – zaznaczył Chróstny.

Za udział w zmowie grożą kary finansowe do 10 proc. rocznego obrotu firmy. Osoby fizyczne odpowiedzialne za niedozwolone porozumienia mogą zostać ukarane grzywną do 2 mln zł.

Kontrole u dużych przetwórców

Równolegle UOKiK przeprowadził kontrole u dużych zakładów przetwórczych – Austria Juice Poland, Döhler i Rauch Polska – oraz w trzech skupach: Przetwórstwie Owoców i Warzyw Anny Wagnerowskiej, Makofrost z Opola Lubelskiego i Frutice z Lewiczyna. Zebrane materiały są obecnie analizowane. Postępowania wyjaśniające prowadzone są w sprawie, a nie przeciwko konkretnym przedsiębiorcom.

Gminy idą na wojnę z deweloperami i inwestorami? Podatek od nieruchomości wyższy nawet 28 razy od dotychczasowej stawki

Pod koniec ubiegłego roku NSA podjął uchwałę dotyczącą opodatkowania podatkiem od nieruchomości budynków mieszkalnych przeznaczonych w ramach działalności gospodarczej do najmu. Uchwała ta jest dla przedsiębiorców co do zasady korzystna. Wskazuje bowiem na stosowanie niższej stawki podatku. Władze niektórych gmin zaczęły jednak opacznie interpretować uzasadnienie uchwały. W konsekwencji przyjęły stanowisko niekorzystne m.in. dla deweloperów posiadających niesprzedane i niewynajęte mieszkania. W ocenia władz gmin sytuacja taka ma stanowić podstawę do żądania zapłaty podatku od nieruchomości według najwyższej stawki – właściwej dla nieruchomości związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. W niektórych gminach zaczęto stosować stawkę podatku 28 wyższą od dotychczas stosowanej!! Czy gminy idą na wojnę z deweloperami i inwestorami, którzy wynajmują lub sprzedają lokale? – zastanawia się mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Obowiązujący stan prawny nie uległ w żaden sposób zmianie. Po prostu pod wpływem rzeczonej uchwały niektóre gminy uznały, że niesprzedane przez deweloperów mieszkania, które pozostają niezamieszkałe, są zajęte na prowadzenie działalności gospodarczej. W ich przypadku nie można bowiem mówić o zaspokajaniu potrzeb mieszkaniowych – a tylko ta okoliczność stanowi podstawę do stosowanie niższej stawki podatku. Podobne stanowisko gminy mogą wkrótce przyjąć także wobec innych przedsiębiorców posiadających niezamieszkałe budynki mieszkalne. – komentuje mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Praktyka taka pojawiła się już w Katowicach. Jej przyjęcie rozważane jest również w Krakowie. Prawdopodobnie tą drogą pójdą też inne miasta. W końcu w 2025 r. maksymalna stawka podatku w przypadku budynków mieszkalnych wynosi 1,19 zł za 1 m2. Z kolei w przypadku budynków mieszkalnych zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej stawka ta może już wynieść nawet 34 zł za 1 m2. Ponad 28 razy więcej. Dodatkowo zapłaty zwiększonego podatku można by żądać także za ewentualne wcześniejsze okresy – wraz z odsetkami.   Powyższa interpretacja jest jednak delikatnie mówiąc wątpliwa. I to wątpliwa tak z perspektywy uzasadnienia samej uchwały NSA, jak i wcześniejszego wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2021 r. (sygn. SK 39/19), czy przepisów ustawy o podatkach i opłatach lokalnych– regulującej kwestię podatku o nieruchomości.

NSA wskazał, że wyższa stawka podatku dotyczy tylko budynków mieszkalnych, które faktycznie są zajęte na prowadzenie działalności gospodarczej. Ich wynajem na cele mieszkaniowe stanowi zaś zaspokajanie potrzeb mieszkaniowych najemców, a przez to działalność ta nie może być traktowana jako komercyjna. To sedno uchwały. Do kwestii tzw. pustostanów nawiązano w niej jedynie skrótowo i niejako przy okazji głównych rozważań. Z kolei już po wydaniu przez Trybunał Konstytucyjne wskazanego powyżej wyroku stało się jasnym, że samo posiadanie nieruchomości przez przedsiębiorcę nie pozwala na automatyczne przyjmowanie jej związku z prowadzoną działalnością gospodarczą. Nie jest to okoliczność, która samodzielnie wystarcza do objęcia lokalu wyższą stawką podatku. Wreszcie ustawa o podatkach i opłatach lokalnych mówi o budynków mieszkalnych „zajętych na prowadzenie działalności gospodarczej”. Posiadanie przez przedsiębiorcę budynku mieszkalnego, co do którego nie wykonuje on żadnych czynności, nie stanowi takiego zajęcia. Owo zajęcie jest bowiem pewną kategorią faktyczną. Polega więc na rzeczywistym wykorzystywaniu całości lub części budynku na potrzeby prowadzenia działalności gospodarczej.

„Nie ma żadnych wytycznych co do okresu przez jaki mieszkanie ma stać puste (nie wynika to z przepisów tylko z przyjętej przez niektóre miasta ich nowej interpretacji). Więc tak naprawdę idąc tokiem myślenia niektórych gmin to z chwilą nabycia/wybudowania danego lokalu/budynku staje się on częścią przedsiębiorstwa i jest zajęty do prowadzenia działalności gospodarczej. Wobec tego, najwyższa stawka podatku obowiązywać powinna od samego początku. A niższą można płacić od chwili wynajęcia takiego budynku/lokalu w celu zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych osobie fizycznej lub obowiązek zapłaty podatku ustanie z chwilą sprzedaży budynku/lokalu.”- dodaje mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

Ostatecznie podejście każdej gminy może być odmienne i zależne od stanowiska przyjętego przez jej władze. Dobrą wiadomością dla przedsiębiorców jest to, że gminy nie mogą samodzielnie ustalać przedmiotu opodatkowania podatkiem od nieruchomości. Decyduje o tym ustawa – a tak, jak wskazano, nie uległa zmianie. O obowiązkach podatkowych przedsiębiorców gminy będą mogły orzec jedynie w decyzji podatkowej. Decyzja taka podlegać będzie zaskarżeniu do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Następnie zaś przedsiębiorca będzie mógł bronić swoich praw przed sądami administracyjnymi.

„Niewątpliwie możliwość pozyskania dodatkowych środków do lokalnych budżetów jest niezwykle kusząca. Pytanie tylko, czy celem gmin powinno być generowanie kolejnych sporów z przedsiębiorcami. Zwłaszcza, gdy podstawy ich ewentualnych działań są niezwykle słabe. Wynikają bowiem z wątpliwej interpretacji, nacechowanej wręcz dążeniem do osiągnięcia jak najwyższych wpływów z podatków. „- puentuje mecenas Joanna Domoń-Kulas z kancelarii prawnej Causa Finita Szczepanek i Wspólnicy Sp.K.

17% aut w Polsce nie wjedzie do stref czystego transportu

0

Samochody benzynowe sprzed 1998 roku stanowią 3 proc. używanych aut w Polsce, a diesle sprzed 2005 roku 14 proc., jak wynika z najnowszej analizy CARFAX. Już teraz te auta nie wjadą do strefy czystego transportu w Warszawie, a niedługo w kolejnych miastach. Ich średni przebieg jest wysoki, ale odsetek pojazdów po wypadkach jest niższy niż w całej populacji aut używanych w Polsce. Wśród samochodów benzynowych to zaledwie 12 proc., a wśród diesli – 28 proc. Dla całego rynku jest to 39 proc. Dominują marki niemieckie, jak Volkswagen, Audi i Opel.

Pierwsza w Polsce strefa czystego transportu (SCT), czyli obszar, po którym mogą poruszać się tylko pojazdy spełniające określone normy emisji spalin, powstała nieco ponad rok temu w Warszawie. Nie mogą do niej wjechać (z pewnymi wyjątkami) samochody benzynowe wyprodukowane przed 1997 rokiem i samochody z silnikiem diesla wyprodukowane przed 2005 rokiem. Takie auta stanowią w sumie 17 proc. w liczącej ponad 23 mln używanych samochodów w Polsce bazie danych CARFAX – firmy dostarczającej użytkownikom raporty o historii używanych aut z wiarygodnych oraz certyfikowanych źródeł. Ponad 28-letnie samochody benzynowe stanowią w niej 3 proc., a ponad 20-letnie diesle – aż 14 proc.

W Warszawie normy emisji spalin dla samochodów wjeżdżających do strefy czystego transportu będą zaostrzane co dwa lata. Wprowadzenie SCT, niekiedy od razu bardziej restrykcyjnej, planują kolejne miasta w Polsce. W Europie to rozwiązanie funkcjonuje już w wielu miejscach.

Regulacje nie wymuszą wprost masowej wymiany aut, lecz przyspieszą selekcję. Pojazdy zużyte i tanie szybciej znikną z dużych miast, ale będą trafiać na rynek w mniejszych miejscowościach, wydłużając tam swoją eksploatację. W miastach średni wiek aut spadnie, szczególnie w segmencie prywatnym, wzrośnie udział hybryd i elektryków, ale na wsi i w tzw. Polsce powiatowej wiek floty może wręcz wzrosnąć, a rynek wtórny stanie się spolaryzowany – komentuje Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska. – Zielona transformacja transportu zależy nie tylko od restrykcji, lecz także od wsparcia w postaci dopłat, rozwoju komunikacji zbiorowej i infrastruktury. Część kierowców wybierze transport publiczny czy rower, lecz wielu, szczególnie poza dużymi miastami, potraktuje regulacje wręcz jako barierę pogłębiającą rozwarstwiania społeczne.

Wysokie przebiegi, niska szkodowość Średni przebieg używanego samochodu w Polsce to 220 tys. kilometrów. W przypadku aut benzynowych sprzed 1997 roku jest to średnio 221 tys. kilometrów, a w przypadku diesli – 319 tys. kilometrów. Co ciekawe, w obu tych grupach odsetek samochodów mających za sobą wypadki i uszkodzenia jest niższy niż dla całego polskiego rynku aut używanych, który wynosi 39 proc. Tymczasem wśród samochodów benzynowych jest to 12 proc., a wśród diesli 28 proc.[1] Pojazdy dotknięte różnego rodzaju ryzykami (jak np. nietypowe wskazania licznika) stanowią 76 proc. omawianej grupy aut benzynowych i 92 proc. diesli. Ogólny odsetek dla wszystkich aut używanych na polskich drogach wynosi 77 proc.

Niski odsetek aut po szkodach może wynikać z problemu z odszukaniem tak starych danych. W razie zainteresowania zakupem samochodu w tym wieku warto więc zachować szczególną ostrożność – mówi Robert Lewandowski, Business Development Manager CARFAX Polska. – Przyczyna tak dużej różnicy w przebiegach może natomiast być spowodowana faktem, że samochody benzynowe w starszych rocznikach zwykle pełniły rolę drugiego auta w gospodarstwie. Diesle częściej służyły do intensywnej eksploatacji np. we flotach, co skutkuje wyższymi przebiegami i problemem cofania liczników szczególnie w autach sprowadzanych.

  • Volkswagen i Audi dominują wśród starych aut Jeśli chodzi o najpopularniejsze modele samochodów, to w przypadku aut benzynowych sprzed 1997 roku są to:
  • Volkswagen Golf: 7 proc. pojazdów w tej grupie; średni wiek – 31 lat, średni przebieg – 209 tys. kilometrów;
  • Audi A4: 5 proc.; średni wiek – 28 lat, średni przebieg – 309 tys. kilometrów;
  • Audi 80: 4 proc.; średni wiek – 32 lata, średni przebieg – 293 tys. kilometrów;
  • Volkswagen Passat: 4 proc.; średni wiek – 29 lat, średni przebieg – 310 tys. kilometrów;
  • Opel Astra: 3 proc.; średni wiek – 29 lat, średni przebieg – 233 tys. kilometrów.

Natomiast jeśli chodzi o auta z silnikiem diesla sprzed 2005 roku, najczęściej spotkać można następujące modele:

  • Volkswagen Passat: 8 proc.; średni wiek – 23 lata, średni przebieg – 355 tys. kilometrów;
  • Volkswagen Golf: 5 proc.; średni wiek – 24 lata, średni przebieg – 299 tys. kilometrów;
  • Audi A4: 5 proc.; średni wiek – 23 lata, średni przebieg – 352 tys.kilometrów;
  • Volkswagen Transporter: 4 proc.; średni wiek – 26 lat, średni przebieg – 368 tys. kilometrów;
  • Opel Astra: 2 proc.; średni wiek – 22 lata, średni przebieg – 292 tys. kilometrów.

Aż 70 proc. samochodów benzynowych z analizowanej grupy zostało sprowadzone z zagranicy. Jedynie 9 proc. pozostaje własnością pierwszego właściciela. W przypadku starych diesli z importu pochodzi 88 proc., a w rękach pierwszego właściciela nadal znajduje się zaledwie 1,5 proc. W przypadku ogółu aut używanych w Polsce odsetki te wynoszą odpowiednio 59 proc. i 16 proc.

Mężczyźni w Polsce rzadziej sięgają po oszczędności, ale odpowiadają za 70% długów

Z badania BIG InfoMonitor wynika, że mężczyźni w Polsce radzą sobie z codziennymi wydatkami bez nadmiernego uszczuplania oszczędności, a nawet częściej niż kobiety deklarują stabilność budżetu domowego. Jednocześnie to oni dominują w statystykach zadłużenia, stanowiąc 70 proc. wartości zaległych długów w kraju.

Mężczyźni rzadziej sięgają po oszczędności, ale dominują w statystykach zadłużenia

Nie ma podstaw do twierdzenia, że mężczyźni w Polsce są rozrzutni czy nieumiejętnie zarządzają budżetem domowym – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor. Zdecydowana większość z nich deklaruje, że potrafi pokryć bieżące wydatki i podstawowe potrzeby bez sięgania do zgromadzonych rezerw finansowych. Jednocześnie jednak dane z rejestrów BIG InfoMonitor i Biura Informacji Kredytowej pokazują, że panowie stanowią główną grupę dłużników w kraju.

Finanse codzienne: większa płynność niż u kobiet

Według badania aż 72 proc. mężczyzn nie musi wykorzystywać oszczędności na codzienne potrzeby. Dla porównania – wśród kobiet odsetek ten jest niższy. Z rezerw finansowych korzysta jedynie 28 proc. panów, co może świadczyć o większej kontroli nad wydatkami lub wyższej płynności finansowej.

Oszczędności, jeśli są wykorzystywane, przeznaczane są głównie na podstawowe potrzeby. Najczęściej wskazywane kategorie wydatków to:

  • zakupy spożywcze (34 proc.),
  • opłaty stałe (32 proc.),
  • usługi medyczne (31 proc.),
  • leki (26 proc.).

Znacznie rzadziej oszczędności finansują wydatki związane z hobby (14 proc.), rozrywką (13 proc.) czy utrzymaniem zwierząt (9 proc.). Wskazuje to na priorytetowe traktowanie podstawowych obszarów życia.

– Poduszka finansowa w przypadku mężczyzn służy głównie do pokrywania kosztów życia, a nie wyłącznie nagłych sytuacji. Warto jednak wdrożyć mechanizmy systematycznego oszczędzania, np. automatyczne przelewy czy wyodrębnienie celowych funduszy – radzi dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor.

Spłata zobowiązań z oszczędności

Co piąty mężczyzna wykorzystuje rezerwy finansowe do spłaty kredytów lub pożyczek. Może to świadczyć o rosnącym obciążeniu finansowym, ale też o odpowiedzialnym podejściu do unikania spirali zadłużenia.

– Zamiast zaciągać nowe zobowiązania na spłatę starych, mężczyźni częściej sięgają po własne środki. To pozytywny sygnał, jednak równocześnie pogłębia się problem zadłużenia już istniejących dłużników – wskazuje Paweł Szarkowski, prezes BIG InfoMonitor.

Według danych rejestrowych, w ciągu trzech ostatnich lat liczba zadłużonych mężczyzn spadła o ponad 110 tys. osób, ale suma ich przeterminowanych zobowiązań wzrosła o blisko 3 mld zł.

Statystyki zadłużenia: dominacja mężczyzn

Na koniec lipca 2025 roku ponad 1,5 mln mężczyzn miało łącznie prawie 60 mld zł zaległych długów. To aż 70 proc. ogólnej kwoty zadłużenia wszystkich dorosłych Polaków. Średnia wartość zaległości przypadająca na jednego mężczyznę wynosi obecnie ponad 38 tys. zł, czyli o 4,3 tys. zł więcej niż dwa lata wcześniej.

Eksperci zwracają uwagę, że problemy finansowe koncentrują się w mniejszej grupie dłużników niż wcześniej, jednak ich kwoty zadłużenia są wyższe. Zjawisko to może wynikać m.in. z większej skłonności mężczyzn do ryzykownych decyzji finansowych, takich jak inwestycje, kredyty konsumenckie czy zakupy na raty.

– Mężczyźni częściej podejmują decyzje finansowe pod wpływem impulsu i rzadziej korzystają z doradztwa czy programów pomocowych. Do tego dochodzi presja społeczna roli „żywiciela rodziny”, co prowadzi do dodatkowych zobowiązań, np. kredytów mieszkaniowych czy edukacyjnych – podsumowuje Szarkowski.

97% menedżerów widzi zyski z AI. Agentic AI wciąż w blokach startowych

Blisko cała (97%) kadra kierownicza wyższego szczebla, której organizacje inwestują w sztuczną inteligencję, odnotowuje zwrot z poniesionych nakładów. To wnioski płynące z badania EY US AI Pulse. Ponadto organizacje przeznaczające co najmniej 5% swojego budżetu na AI, w porównaniu do angażujących mniejsze środki, rozwijają się szybciej, szczególnie w zakresie modernizacji technologii (82% do 62%), satysfakcji klienta (78% do 55%) i cyberbezpieczeństwa (78% do 49%). Dodatkowo tylko co trzeci (34%) badany twierdzi, że ich organizacje rozpoczęły już wdrażanie technologii agentowego AI (Agentic AI).

Im większa inwestycja w AI, tym wyższy zwrot

Badanie pokazuje serię zależności. Z jednej strony mamy entuzjazm świata biznesu wobec AI, z drugiej zaś poważne ograniczenia (jak choćby czas wdrożenia i brak wiedzy). Największe korzyści odnoszą ci, którzy stawiają na rozwiązania na dużą skalę. Z odpowiedzi wynika, że organizacje, które zainwestowały co najmniej 5% swojego całkowitego budżetu w rozwiązania AI, uzyskały o wiele wyższy zwrot (ROI) w porównaniu z tymi, które przeznaczyły mniejsze środki. Najlepsze wyniki osiągnięto w takich obszarach, jak unowocześnienie technologii (82% vs. 62%), satysfakcja klienta (78% vs. 55%), cyberbezpieczeństwo (78% vs. 49%), przewaga konkurencyjna (76% vs. 43%) i innowacja produktowa (74% vs. 43%).

Z badania EY US AI Pulse wynika, że chociaż zwrot z inwestycji w AI jest wysoki, istnieje znaczna różnica między zaangażowaniem liderów wyższego szczebla w implementację tej technologii, a jej pełnym wdrożeniem. Co trzeci (34%) ankietowany rozpoczęły już wdrażanie Agentic AI. Jednak tylko 14% twierdzi, że technologia ta została w pełni zaimplementowana. Organizacje wykorzystują agentową AI do wspomagania i zarządzania procesami (86%), w szczególności do usprawniania marketingu oraz obsługi klienta (55%), poprawy efektywności IT (55%) i cyberbezpieczeństwa (51%).

– Sektor bankowy jest jednym z sektorów, w którym AI jest najszybciej implementowany w organizacjach. Dane są cennym aktywem, efektywność analizy informacji jest tu kluczowa. Technologia wspomaga równocześnie zespoły sprzedaży, obsługi klienta, ale jest też wykorzystywana w procesie zapobiegania praniu brudnych pieniędzy. Jednocześnie ta branża, jako obszar podlegający bardzo ścisłym regulacjom, duży nacisk kładzie na zapewnienie bezpieczeństwa danych – mówi Wojciech Soleniec, Partner w Zespole Technology Consulting, EY Polska.

Ostrożność czy obawa?

Początki Agentic AI są więc obiecujące, ale do pełnego wdrożenia daleko. Skąd bierze się ujawnione w badaniu ostrożne tempo implementacji? Ponad połowa badanych (57%) uważa, że kadra kierownicza wyższego szczebla w ich branży, a nawet w ich własnej organizacji (54%), nie rozumie korzyści płynących z używania sztucznej inteligencji opartej na agentach.

Autorzy raportu uważają to za pewien paradoks. Blisko 3/4 (73%) liderów wyższego szczebla wierzy, że pewnego dnia całe jednostki biznesowe będą zarządzane przez sztuczną inteligencję opartą na agentach, ale jednocześnie 87% z nich zauważa poważne bariery. Kluczowe problemy są związane z obawami dotyczącymi cyberbezpieczeństwa (35%), prywatności danych (30%), brakiem regulacji dotyczących wykorzystania sztucznej inteligencji opartej na agentach oraz brakiem polityki firmy dotyczącej tego rodzaju technologii (po 21%).

– Sztuczna inteligencja oparta na agentach działa autonomicznie, rozumie kontekst, planuje wymagane czynności i działa zgodnie z nimi, realizuje złożone cele krok po kroku. Ponadto – mając dostęp do odpowiednio kontrolowanych źródeł danych, wiedzy i systemów – wymaga jedynie ograniczonego nadzoru. W najbliższych latach można spodziewać się, że agenci AI będą transformować takie obszary jak sprzedaż, obsługa klienta oraz zarządzanie procesami biznesowymi. Z doświadczeń polskich firm wynika, że po okresie początkowej fascynacji nową technologią, przychodzi czas weryfikacji biznesowej przydatności. Dostawcy rozwiązań AI powinni coraz mocniej skupiać się na tym, w jaki sposób ich rozwiązania i udostępniane usługi pozwolą uzyskać wymierne korzyści dla klientów. Potwierdzają to motywacje do wdrożenia AI wśród rodzimych przedsiębiorstw. Według badania „Jak polskie firmy wdrażają AI” działania te najczęściej (42%) pozwalają na poprawę jakości usług, a w dalszej kolejności pomagają zwiększyć skalę działalności (36%) oraz zmniejszać koszty działania (31%) – przypomina Bartosz Pacuszka, Partner EY Polska, Lider zespołu AI Technology.

Obecnie rośnie liczba ankietowanych przewidujących, że w ciągu najbliższego roku ich organizacja poświęci większą ilość czasu na szkolenie pracowników w zakresie odpowiedzialnego korzystania ze sztucznej inteligencji. Ten wskaźnik podnosi się z badania na badanie i obecnie (3. fala) sięga 59%, początkowo (1. fala) wynosił 49%. Prawie 2/3 (65%, w porównaniu do 49% w 1 fali) liderów spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy czas przeznaczony na szkolenia będzie jeszcze dłuższy.

Z badania wynika również, że intensywny nacisk na szkolenia odnosi się do podstawowego problemu: większość (64%) ankietowanych uważa, że wdrażanie sztucznej inteligencji opartej na agentach będzie hamował strach przed zastąpieniem człowieka technologią. Jedna czwarta (24%) badanych wskazuje niechęć pracowników jako jedną z największych barier we wdrażaniu sztucznej inteligencji opartej na agentach w swojej organizacji. Zdecydowana większość (89%) badanych twierdzi, że choć są optymistycznie nastawieni do korzyści płynących ze sztucznej inteligencji, kluczowa w podejmowaniu decyzji będzie i tak interwencja człowieka.

O badaniu
Trzecią edycję badanie EY US AI Pulse (są przeprowadzane od 2024 roku co ok. 6 miesięcy) objęło 500 decydentów (na stanowisku przynajmniej senior vice-president) zatrudnionych w USA m.in. w sektorach zdrowia, nauk przyrodniczych, energetyki, technologii, mediów i telekomunikacji, administracji publicznej, dóbr konsumpcyjnych i handlu detalicznego. Ankietę przeprowadzono w kwietniu 2025 roku.

Jak nowoczesne oprogramowanie wspomaga firmy?

Prowadzisz firmę i czujesz, że toniesz w papierach, a Excel zaczyna przypominać potwora o tysiącu zakładek? Zlecenia giną w mailach, klienci dopytują o statusy, a Ty nie masz pojęcia, ile tak naprawdę towaru zostało w magazynie? Spokojnie, to nie oznaka porażki, ale naturalny etap rozwoju. Każde przedsiębiorstwo w pewnym momencie dochodzi do ściany, której nie da się przebić, pracując „po staremu”. Ta ściana to granica wydajności manualnych procesów.

Dlaczego cyfryzacja to dziś konieczność?

Cyfryzacja to nie jest już futurystyczna wizja dla korporacji z Doliny Krzemowej. Programy takie jak ERP Optima wspomagają zarówno większe, jak i mniejsze przedsiębiorstwa. To codzienna rzeczywistość i warunek przetrwania na konkurencyjnym rynku, niezależnie od tego, czy prowadzisz niewielki sklep internetowy, firmę usługową czy zakład produkcyjny. Chodzi o to, by technologia zaczęła pracować dla Ciebie, a nie Ty dla niej.

Można by pomyśleć, że dopóki biznes się kręci, nie ma sensu niczego zmieniać. To pułapka, w którą wpada wielu przedsiębiorców. Cyfrowa transformacja nie polega na kupowaniu drogich gadżetów, ale na fundamentalnej zmianie sposobu myślenia o procesach. Zamiast gasić pożary, zaczynasz im zapobiegać.

Automatyzacja a czas

Po pierwsze, automatyzacja procesów uwalnia czas Twojego zespołu. Pomyśl o wszystkich powtarzalnych zadaniach: ręczne wystawianie faktur, przepisywanie danych między systemami, wysyłanie tych samych maili z przypomnieniami. Dobre oprogramowanie może robić to wszystko za Ciebie, 24 godziny na dobę, bez pomyłek i nadgodzin. Twoi pracownicy mogą w tym czasie skupić się na tym, co przynosi realną wartość – obsłudze klienta, sprzedaży czy opracowywaniu nowych strategii.

Dostęp do informacji

Po drugie, zyskujesz dostęp do danych w czasie rzeczywistym. Zamiast czekać do końca miesiąca na raport od księgowej, możesz w każdej chwili sprawdzić rentowność danego projektu, stan magazynowy konkretnego produktu czy historię kontaktów z klientem. Decyzje przestają być oparte na intuicji, a zaczynają na twardych danych. To daje Ci gigantyczną przewagę, bo pozwala szybko reagować na zmiany rynkowe i unikać kosztownych błędów.

Skalowanie biznesu

Po trzecie, to fundament pod dalszy, skalowalny rozwój. Ręczne procesy mają swój limit. Nie jesteś w stanie obsłużyć 1000 zamówień dziennie w ten sam sposób, co 10. Cyfrowe systemy są zaprojektowane tak, by rosnąć razem z Twoją firmą. Dodanie nowego pracownika, otwarcie kolejnego oddziału czy wejście na nowy rynek staje się znacznie prostsze, gdy masz solidną, cyfrową infrastrukturę.

Od czego zacząć? Przegląd oprogramowania, które napędza biznes

Świat oprogramowania dla firm jest ogromny i można się w nim pogubić. Dlatego ważne jest, aby zacząć od zdiagnozowania swoich największych „bolączek”. Gdzie tracisz najwięcej czasu? Gdzie najczęściej pojawiają się błędy? Oto kilka podstawowych kategorii narzędzi:

  1. Systemy CRM (Customer Relationship Management): Jeśli Twoim największym wyzwaniem jest chaos w kontaktach z klientami, to jest rozwiązanie dla Ciebie. CRM to centralna baza wiedzy o wszystkich Twoich klientach – obecnych i potencjalnych. Przechowuje historię rozmów, maili, ofert i transakcji. Dzięki niemu zespół handlowy wie dokładnie, na jakim etapie jest każdy klient, a dział obsługi ma pod ręką wszystkie potrzebne informacje.
  2. Programy do fakturowania i księgowości: To absolutna podstawa. Nowoczesne programy księgowe to znacznie więcej niż tylko wystawianie faktur. Automatyzują księgowanie, łączą się z bankiem, pilnują terminów płatności i generują wymagane pliki. Dla małych firm często jest to pierwszy krok w świat cyfryzacji.
  3. Narzędzia do zarządzania projektami i zadaniami: Idealne dla agencji kreatywnych, firm IT, budowlanych i wszędzie tam, gdzie praca opiera się na projektach. Narzędzia takie jak Asana, Trello czy Jira (choć to tylko przykłady) pozwalają rozpisać projekt na zadania, przypisać je do konkretnych osób, ustalić terminy i śledzić postępy. Zapewniają przejrzystość i poprawiają komunikację w zespole.
  4. Zintegrowane systemy ERP (Enterprise Resource Planning): To najwyższy poziom organizacji. System ERP to cyfrowy kręgosłup firmy, który łączy wszystkie jej obszary w jeden spójny organizm. Sprzedaż, magazyn, księgowość, kadry, produkcja – wszystko działa w jednym miejscu i na jednej bazie danych.

Podsumowanie

Pamiętaj, że celem cyfryzacji nie jest posiadanie najnowszego oprogramowania, ale sprawienie, by Twoja firma działała sprawniej, pracownicy byli bardziej zadowoleni, a klienci lepiej obsłużeni. To proces, który pozwala uwolnić potencjał Twojej organizacji i skoncentrować się na tym, co naprawdę ważne – na jej rozwoju.

PFR Ventures inwestuje 30 mln EUR w Expeditions II

0

PFR Ventures zainwestowało 30 mln EUR (~130 mln PLN) w Expeditions II. Środki pochodzą z programu PFR Deep Tech, który Polski Fundusz Rozwoju ogłosił w maju tego roku. Łącznie z wkładem inwestorów prywatnych, do funduszu trafi 100 mln EUR, a jego docelowa kapitalizacja ma jeszcze wzrosnąć do 150 mln EUR z końcem tego roku. Budżet ten zostanie wykorzystany na inwestycje w spółki z sektora zaawansowanych technologii z potencjałem podwójnego zastosowania.

Expeditions to fundusz venture capital założony przez Mikołaja Firleja i Stanisława Kastorego, inwestujący w spółki rozwijające technologie związane z bezpieczeństwem i obronnością. W ramach pierwszego wehikułu uruchomionego w 2021 roku, zarządzający zapewnili kapitał między innymi dla Alpine Eagle, Blackwall czy Labrys. Wspierali także polskie projekty takie jak Molecule.one, Nethone czy Oblivious. Część z tych firm była także finansowana przez inne fundusze z portfela PFR Ventures.

Nowy fundusz sfinansuje rozwój około 30 firm. Strategia inwestycyjna obejmuje projekty oparte na zastosowaniu sztucznej inteligencji i innych zaawansowanych technologii w obszarach obronności, cyberbezpieczeństwa, innowacji kwantowych i sektora kosmicznego.

PFR Deep Tech to inwestycja w przyszłość polskiej gospodarki. Cieszy, że pierwsze środki z tego programu zostały już zakontraktowane w polskich funduszach wspierających rozwój spółek tworzących przełomowe technologie. To kapitał, który wzmacnia innowacyjność i nasze bezpieczeństwo strategiczne – powiedział Andrzej Domański, Minister Finansów i Gospodarki.

Inwestycja w Expeditions w ramach PFR Deep Tech to istotny krok w realizacji naszego flagowego programu. Inwestujemy w fundusz z polskimi founderami, o wysokich kompetencjach i nastawieniu na budowę wartości spółek rozwijających najbardziej zaawansowane technologie. To element szerszej strategii PFR, aby mobilizować dodatkowy kapitał prywatny i stworzyć pełne warunki do rozwoju przełomowych technologii w Polsce. Rosnące w całej Europie wydatki na obronność tworzą wyjątkowe okno możliwości, które jako Państwo musimy wykorzystać do budowy ekosystemu dla polskich innowacji – wskazuje Mikołaj Raczyński, wiceprezes zarządu Polskiego Funduszu Rozwoju odpowiedzialny za obszar inwestycji.

Nasze wieloletnie doświadczenie w inwestycjach w fundusze VC i PE pozwala nam szybko wdrażać nowe programy. Jestem bardzo zadowolony z tempa, w jakim ogłaszamy pierwszą umowę w ramach PFR Deep Tech. Alokowane przez nas środki pozwolą na rozwój polskiego rynku zaawansowanych technologii, a połączenie z kapitałem prywatnym zagwarantuje precyzyjny dobór spółek o największym potencjale – komentuje Aleksander Mokrzycki, wiceprezes PFR Ventures. – Pracujemy także nad pozostałymi ofertami, jakie otrzymaliśmy od zespołów zarządzających. Spodziewam się, że w najbliższych tygodniach ogłosimy przynajmniej jeszcze jedną inwestycję w ramach tego programu – dodaje.

Expeditions inwestuje w spółki technologiczne na wczesnym etapie rozwoju w branży bezpieczeństwa od 2021 roku. W szybkim czasie udało nam się zbudować wiodącą pozycję
w Europie. Naszym celem jest wsparcie najbardziej ambitnych przedsiębiorców w rozwoju produktów które będą przyszłością Europejskiego sektora zbrojeniowego i nowej strategii odstraszania. Polska ma szansę zostać centrum technologii podwójnego zastosowania i jesteśmy dumni, że będziemy mogli wspólnie z PFR pracować, aby osiągnąć ten cel
– skomentował Mikołaj Firlej, współzałożyciel i partner zarządzający w Expeditions.

W budżecie programu PFR Deep Tech pozostaje jeszcze ponad połowa z przewidzianych 300 mln PLN. Kapitał ten zostanie alokowany do kolejnych funduszy venture capital, które planują inwestować w polskie projekty z zakresu zaawansowanych technologii. W portfelu PFR Ventures znajduje się aktualnie 20 aktywnych funduszy Venture Capital, których kapitał pozwala na sfinansowanie blisko 400 polskich firm.

Galerie na wakacyjnym minusie. Najbardziej straciły duże obiekty

Podczas letnich obniżek cenowych liczba klientów w galeriach i centrach handlowych spadła o 3,9% w porównaniu z analogicznym okresem 2024 roku. Dodatkowo w ujęciu rocznym nastąpił spadek liczby wizyt o 1,4%. Z kolei o 5,2% zmniejszył się rdr. średni czas spędzany w tego typu placówkach. Tak wynika z niedawno opublikowanego raportu branżowego. Zdaniem komentujących go ekspertów, spadki, o ile są zauważalne, nie powinny raczej nikogo niepokoić. Wyżej wymienione obiekty handlowe nadal mają swoje miejsce na rynku. Znawcy tematu dodają również, że po ww. danych widać też, że cały rynek się zmienia.

Od 26 czerwca do 31 sierpnia br. podczas letnich wyprzedaży w galeriach i centrach handlowych ubyło rdr. 3,9% klientów, zaś liczba wizyt zmalała o 1,4% rdr. Z kolei o 5,2% rdr. zmniejszył się średni czas spędzany w takich placówkach. Wzrosła za to o 2,6% rdr. częstotliwość wizyt. Tak wynika z niedawno opublikowanego raportu firmy technologicznej Proxi.cloud i Grupy Blix, opartego na analizie zachowań niemal 1,5 mln konsumentów odwiedzających 714 galerii i centrów handlowych.

– Spadek ilości wizyt i liczby klientów rok do roku jest niewielki i nie przekracza 4%, co nie powinno być niepokojące ani dla placówek handlowych, ani też dla całej branży. Tak niewielkie zmiany mogły w znacznej części być spowodowane przez czynniki losowe. Okres wakacji wiąże się ze zwiększoną mobilnością konsumentów, co również mogło się przełożyć na zmniejszoną liczbę odwiedzin w galeriach i centrach handlowych – wskazuje Mateusz Nowak z Proxi.cloud.

Z kolei Mateusz Chołuj z tej samej firmy zauważa, że ruch w ww. placówkach zmniejszył się tylko nieznacznie rok do roku. Oznacza to, że wizyty w obiektach stacjonarnych nadal pozostają ważnym elementem zakupów dla konsumentów. Najbardziej istotnym wnioskiem jest jednak zmiana sposobu korzystania z tych miejsc. Klienci odwiedzają galerie częściej, ale spędzają w nich mniej czasu. W podobnym tonie wypowiadają się pozostali współautorzy raportu.

– Konsumenci zmieniają sposób korzystania z tych miejsc, ale nie jest to powód do niepokoju. Wzrost częstotliwości wizyt o 2,6% rdr. pokazuje, że Polacy nadal regularnie odwiedzają galerie i centra handlowe, lecz robią to częściej i bardziej celowo, spędzając tam mniej czasu. Coraz częściej łączą wizyty z konkretnym zadaniem, np. z odbiorem zamówienia, szybkimi zakupami czy krótkim spotkaniem w gastronomii – podkreśla Marcin Lenkiewicz z Grupy Blix.

Dane z opracowania mogą sugerować również, że mamy do czynienia z ogólnie mniejszym zainteresowaniem wyprzedażami letnimi we wszystkich sektorach handlu. Jednocześnie takie zmiany w ruchu konsumentów są także efektem czynników sezonowych i migracji turystycznych, zwłaszcza do miejsc z ograniczoną liczbą tego typu obiektów handlowych.

– Dodatkowo lato było chłodniejsze i bardziej kapryśne, niż oczekiwano. Lipiec i pierwsza połowa sierpnia przyniosły temperatury czasem poniżej norm, częste opady oraz mniej dni typowo gorących. To oznacza, że konsumenci mogli słabiej odczuwać potrzebę kupowania letnich nowości – w tym ubrań, strojów plażowych czy dodatków, bo pogoda nie dawała ku temu okazji – komentuje dr Krzysztof Łuczak z Grupy Blix.

Do tego ekspert zauważa, że widać również bardziej selektywne podejście konsumentów do galerii i centrów handlowych. Polacy odwiedzają je przede wszystkim wtedy, gdy mają konkretny cel, a nie dla samego spaceru czy rozrywki. I to w zasadzie powoduje, że wizyty są krótsze i mniej spontaniczne, ale częstsze.

– Nastąpił rozwój dyskontowej sprzedaży, choćby kategorii niespożywczych. Oferty sieci typu Action, KiK czy Pepco trafiają w potrzeby konsumentów i są często naprawdę atrakcyjne. Innym czynnikiem wpływającym na odpływ konsumentów z galerii i centrów handlowych w czasie wakacji jest po prostu sezon wakacyjny. Wówczas wielu produktów nie potrzebujemy. Sezon świąteczny powinien zmienić sytuację – uważa dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku retailowego i były dyrektor generalny POHiD-u.

Z raportu wynika też, że podczas tegorocznych letnich wyprzedaży największy udział w ruchu klientów miały galerie małe (tj. od 5 tys. do 20 tys. mkw.) – 24,9% (rok wcześniej – 24,8%). Dalej widzimy największe obiekty (tj. powyżej 60 tys. mkw.) – 23,9% (poprzednio – 24,3%). Z kolei na końcu znajdują się galerie duże (tj. od 40 tys. do 60 tys. mkw.) – 11,8% (rok wcześniej – 12,4%).

– Jak pokazuje struktura ruchu, konsumenci wybierają obiekty z dwóch przeciwstawnych biegunów – te najmniejsze oraz te największe. Małe obiekty wygrywają dostępnością i wygodą. Często znajdują się blisko miejsca zamieszkania, pozwalają szybko zrobić zakupy i są naturalnym wyborem w codziennym funkcjonowaniu. Z kolei największe galerie przyciągają szeroką ofertą marek, której nie znajdziemy w mniejszych obiektach, a dodatkowo stają się miejscem spędzania wolnego czasu – zauważa Mateusz Chołuj.

Jego zdaniem, galerie średnie czy duże, nie zawsze mają tak wyrazistą przewagę. Jeśli nie oferują unikalnych marek czy atrakcji, trudniej im konkurować zarówno z małymi, codziennymi centrami, jak i z dużymi kompleksami rozrywkowo-zakupowymi. Dlatego obok samej wielkości obiektu kluczowe znaczenie ma jego profil, dobór najemców i dopasowanie oferty do lokalnych potrzeb.

– Struktura ruchu pokazuje, że klienci coraz częściej wybierają mniejsze galerie – prawie 25% całego ruchu – ze względu na bliskość, łatwy dojazd i możliwość szybkich zakupów. Największe centra wciąż przyciągają dużą część ruchu, ale ich udział minimalnie spada, co sugeruje, że wizyty są bardziej okazjonalne i zaplanowane. Galerie średnie tracą, bo nie oferują ani pełnego doświadczenia zakupowego jak największe obiekty, ani wygody małych centrów. Kluczowe znaczenie ma więc połączenie lokalizacji i odpowiedniego miksu marek. Oferta wyprzedaży jest ważna, ale to wygoda i szybkość wizyty decydują, dokąd pojedzie klient – dodaje Marcin Lenkiewicz.

Ponadto z raportu wynika, że podczas letnich wyprzedaży liczba klientów spadła rdr. we wszystkich województwach. Najbardziej to widać w kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim – odpowiednio 6,4% i 6,3%, a najmniej – w łódzkim – 2,4%. Z kolei liczba wizyt rdr. zmalała w dziesięciu województwach, a wzrosła w sześciu. Najmocniejszy spadek odnotowano w świętokrzyskim – o 7,6%, a największy wzrost – w pomorskim – o 2,7%.

– Różnice między województwami pokazują, że na zachowania zakupowe wpływa nie tylko sama atrakcyjność wyprzedaży. Liczą się też czynniki lokalne, tj. siła nabywcza mieszkańców czy dostępność alternatywnych form zakupów. Większe spadki w województwach kujawsko-pomorskim i świętokrzyskim mogą wynikać z mniejszej zasobności konsumentów i ograniczonej oferty. Z kolei wzrosty w województwie pomorskim czy warmińsko-mazurskim mogą mieć związek z sezonem i napływem turystów – ocenia Mateusz Chołuj.

Dr Maria Andrzej Faliński uzupełnia, że galerie i centra kojarzą się z lepszym doświadczeniem zakupowym i butikami. Idzie się do nich w konkretnym celu, a nie na standardowe cotygodniowe zakupy. Handel tam oznacza jednak więcej kosztów stałych, co przekłada się na ceny, a konsumenci nie chcą przepłacać. To jasne, ponieważ niby rosną płace, ale nie oznacza to zwrotu do większych wydatków konsumpcyjnych. Centra także to odczuwają.

Raport SIRP: 3,6 mld zł oszczędności dzięki importowi równoległemu (2019–2024), ponad 720 mln zł w 2024 r.

Raport Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych pokazuje, że w ostatnich pięciu latach system ochrony zdrowia zaoszczędził dzięki importowi równoległemu leków prawie 3,6 mld zł, a roczne oszczędności sięgają średnio 600 mln zł . Są to środki, które można przekazać na inwestycje w system ochrony zdrowia, m.in. na nowoczesne terapie SMA oraz in vitro, wynagrodzenia medyków czy nowe karetki. Obecnie w resorcie zdrowia trwają prace nad nowelizacją ustawy refundacyjnej dotyczącej rynku farmaceutycznego, która jest szansą, by odblokować pełen potencjał oszczędności z importu równoległego.

Dane do raportu przygotowała niezależna firma badawcza IQVIA – czołowy globalny dostawca zaawansowanych rozwiązań analitycznych i technologicznych w branży farmaceutycznej.

3,6 mld zł całkowitych oszczędności dla systemu ochrony zdrowia

Wydatki budżetowe na ochronę zdrowia rosną z roku na rok, a lista potrzeb jest coraz dłuższa – od finansowania nowoczesnych terapii, przez wyższe wynagrodzenia personelu medycznego, aż po inwestycje w infrastrukturę szpitalną i sprzęt. W tej sytuacji każda zaoszczędzona złotówka ma ogromne znaczenie.

Jednym z mechanizmów, który pozwala realnie obniżać koszty systemu ochrony zdrowia jest import równoległy leków. Według raportu „Wpływ importu równoległego na konkurencyjność na rynku leków w Polsce w latach 2019-2024” przygotowanego na zlecenie Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych, dzięki importowi równoległemu w latach 2019-2024 polski system ochrony zdrowia zaoszczędził łącznie ponad 3,6 miliarda złotych, w tym ponad 35,8 miliona złotych w grupie leków refundowanych. To kwota, która mogłaby sfinansować terapię dziesiątek tysięcy pacjentów lub zakup nowoczesnych technologii medycznych.

Ratunek dla chorych dzieci i par starających się o dziecko

W samym tylko 2024 roku zarówno pacjenci, jak i system ochrony zdrowia zyskali ponad 722 mln zł. Rocznie jest to średnio ok. 600 mln zł. Są to kwoty, jakie pomogłoby sfinansować np. leczenie dzieci z rdzeniowym zanikiem mięśni czy terapie leczenia bezpłodności.

Od września 2022 roku w Polsce dzieci z SMA (Rdzeniowy Zanik Mięśni – choroba śmiertelna bez leczenia),  w wieku do 6 miesięcy, mogą otrzymać refundowaną terapię genową Zolgensma®. Jednorazowe podanie leku może poprawić stan chorego. Koszt jednej dawki wynosi około 10 mln zł, a rocznie możliwe jest wyleczenie 60 dzieci. Oznacza to, że cały budżet NFZ na leczenie SMA można sfinansować dzięki oszczędnościom z importu równoległego leków. Pieniądze te mogłyby trafić bezpośrednio do dzieci potrzebujących leczenia.

Roczny budżet terapii in vitro w Polsce wynosi 600 mln zł w 2025 r. To dokładnie tyle samo, ile wynoszą roczne oszczędności z importu równoległego.

Polski nie stać na to, by nie korzystać z importu równoległego

Import równoległy działa w prosty sposób: importerzy równolegli sprowadzają oryginalne leki z innych krajów Unii Europejskiej, gdzie są one tańsze. Takie produkty – po odpowiednim przepakowaniu i uzyskaniu zezwoleń – trafiają na polski rynek. To sprawia, że ceny spadają nie tylko w przypadku leków sprowadzonych, ale również w segmencie leków oferowanych przez innych producentów – bo presja konkurencji wymusza obniżki, działa wówczas prawo tzw. dźwigni konkurencyjnej. Leki z importu równoległego mogą być tańsze nawet do 30 %.

Import równoległy pokazuje, że można racjonalnie gospodarować publicznymi pieniędzmi, bez kompromisów w zakresie stosunku ceny do jakości medykamentów. Import równoległy to narzędzie, z którego warto korzystać szerzej, szczególnie teraz, gdy budżet ochrony zdrowia jest pod ogromną presją – mówi Tomasz Dzitko, Prezes Zarządu Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych.

Trwające obecnie prace nad nowelizacją ustawy refundacyjnej stanowią szansę na zwiększenie udziału leków z importu równoległego w rynku, na wzór rozwiązań funkcjonujących w UE już od 50 lat, co pozytywnie wpływa na wzrost udziału leków z importu równoległego w puli leków refundowanych. W Polsce jest on nadal marginalny i stanowi obecnie około 1% sprzedaży leków w aptekach, z czego produkty refundowane z importu równoległego stanowią jedynie 0,25% wszystkich leków refundowanych na rynku, podczas gdy w krajach UE udział leków z importu równoległego jest dużo wyższy – na ryku niemieckim wynosi ok. 8%, a w Danii sięga nawet 30%. Dzięki importowi równoległemu pacjenci mają dostęp do tych samych produktów w korzystniejszej cenie.

Branża, włączając się w uzgodnienia międzyresortowe, apeluje o jasne i przejrzyste zasady funkcjonowania rynku importu równoległego poprzez uproszczenie procedur i zniesienie ustawowych zbędnych barier administracyjnych. Stanowisko branży popierają Federacja Pacjentów Polskich, Federacja Konsumentów, Związek Pracodawców Hurtowni Farmaceutycznych, Związek Zawodowy Pracowników Farmacji.

– Istotną wartością na rynku farmaceutycznym, obok wysokich standardów jakości, dobrych praktyk dystrybucyjnych, jest konkurencja. Importerzy równolegli wnoszą tę konkurencję bezpośrednio konkurując z producentami poszczególnych marek na rynku. – stwierdza Andrzej Stachnik, Prezes Związku Pracodawców Hurtowni Farmaceutycznych (ZPHF) w piśmie do Stowarzyszenia.

Złotówka za złotówkę

W 2024 r. wartość sprzedaży importu równoległego do aptek i szpitali wyniosła łącznie ok. 617 mln zł. Zestawienie tego z 723 mln zł oszczędności rynkowych oznacza, że każda 1 zł obrotu IR wygenerowała ok. 1,18 zł oszczędności, czyli nawet więcej niż złotówka za złotówkę!

Każda złotówka obrotu importem równoległym daje systemowi co najmniej złotówkę oszczędności, a w 2024 r. było to ok. 1,18 zł. To dowód, że konkurencja działa, a pacjenci i cały system ochrony zdrowia realnie na niej korzystają.

Ponad 3,6 mld zł oszczędności przez 6 lat to nie jednorazowy strzał, tylko trwały efekt rynkowy. Tańsze produkty IR oraz spadki cen leków referencyjnych w ich grupach. IR to oryginalne leki tego samego wytwórcy, tylko pozyskane z rynków, gdzie cena była niższa, w pełni legalnie i bezpiecznie.

Każda złotówka zaoszczędzona na lekach to złotówka, którą można przeznaczyć na nowe terapie, dodatkowe świadczenia czy inwestycje w zakup np. nowych karetek. Import równoległy to proste, sprawdzone rozwiązanie, które działa w całej Europie i przynosi korzyści nie tylko pacjentom, ale i całemu systemowi zdrowia – dodaje Jana Nowak-Blahova, Wiceprezes Zarządu Stowarzyszenia Importerów Równoległych Produktów Leczniczych.

Zapraszamy do lektury najnowszego raportu, który pokazuje, jak import równoległy wpływa na dostępność leków i oszczędności, zarówno dla pacjenta, jak i w systemie ochrony zdrowia. To konkretne dane i analizy, z którymi warto się zapoznać.

Transport w kryzysowej luce. Rośnie zadłużenie, maleją przewozy

Branża transportowo-spedycyjno-logistyczna w Polsce w drugiej połowie 2025 r. jest w stanie dalekim od stabilności. Choć pojawiają się oznaki ożywienia, dane finansowe i statystyki niewypłacalności pokazują, że sektor znalazł się w jednym z najtrudniejszych okresów ostatnich lat. Przedsiębiorcy muszą radzić sobie nie tylko z rosnącymi zaległościami w płatnościach, które według danych Krajowego Rejestru Długów wynoszą już 16,4 mld zł, ale też z wysokimi kosztami operacyjnymi, falą restrukturyzacji i spadkiem faktycznych wolumenów przewozowych.

Drugi kwartał 2025 r. przyniósł ożywienie na rynku krajowych przewozów – liczba ofert frachtów wzrosła aż o 63 proc. rok do roku. Widać także wyraźne zwiększenie liczby zleceń importowych z Niemiec i Francji. Jednak dane Głównego Urzędu Statystycznego, analizowane przez Polski Instytut Transportu Drogowego, pokazują, że rzeczywistość przewozowa jest znacznie trudniejsza.

W pierwszym półroczu 2025 r. transportem samochodowym przewieziono 115,99 mln ton ładunków, czyli o 13,4 proc. mniej niż rok wcześniej. Czerwiec okazał się najsłabszym miesiącem półrocza – 18,25 mln ton towarów oznacza spadek o 15,5 proc. w porównaniu z czerwcem 2024 r. Zmalała także praca przewozowa, co oznacza, że spadki dotyczą nie tylko liczby przewiezionych ton, ale i odległości, na jaką ładunki są transportowane.

Co więcej, statystyki GUS nie obejmują najmniejszych podmiotów zatrudniających poniżej dziewięciu osób. To istotne, bo właśnie w tej grupie – w mikroprzedsiębiorstwach dominujących w transporcie drogowym – sytuacja finansowa jest zwykle najgorsza. Dane PITD potwierdzają, że choć przychody całego sektora TSL w I kwartale wzrosły o 4,9 proc., to w samym transporcie lądowym zanotowano spadek przychodów o około 2 proc., a rentowność znacząco się pogorszyła. W praktyce oznacza to, że oficjalne statystyki mogą nie oddawać skali problemów najmniejszych firm.

Zadłużenie – rekord w KRD i spadająca wiarygodność płatnicza

Skalę trudności dobrze ilustrują dane Krajowego Rejestru Długów. Na koniec sierpnia 2025 r. zadłużenie firm TSL sięgnęło 1,64 mld zł, co oznacza wzrost o 209 mln zł w porównaniu z rokiem ubiegłym i o 104 mln zł od początku roku. Liczba dłużników wyniosła 32,1 tys. i była o 1,2 tys. większa niż rok wcześniej. Średnie zadłużenie wzrosło w tym czasie z 46,6 tys. zł do 50,9 tys. zł. Największa część tego długu – 1,3 mld zł – przypada na transport drogowy towarów.

Największe zaległości mają jednoosobowe działalności gospodarcze – 932,6 mln zł, podczas gdy spółki prawa handlowego odpowiadają za 703,9 mln zł długu. To potwierdza tezę, że sytuacja najmniejszych firm, nieobecnych w statystykach GUS-u, jest znacznie trudniejsza niż większych przewoźników.

Regionalne dane KRD pokazują, że najwięcej zaległości przypada na Mazowsze (333,4 mln zł i 6,3 tys. dłużników), Śląsk (215,4 mln zł i 3,9 tys. dłużników) oraz Wielkopolskę (214,6 mln zł i 3,5 tys. dłużników). Kolejne w rankingu są Dolny Śląsk (133,2 mln zł) i Małopolska (109,9 mln zł), a najmniej zadłużone pozostają województwa: opolskie (28 mln zł), świętokrzyskie (28,7 mln zł) i warmińsko-mazurskie (33,8 mln zł).

Największymi wierzycielami są firmy leasingowe i faktoringowe oraz banki (478,5 mln zł), wtórni wierzyciele (458,7 mln zł), dostawcy paliw (266,5 mln zł), towarzystwa ubezpieczeniowe (181,5 mln zł) oraz telekomunikacja (48,3 mln zł).

Wiarygodność pod znakiem zapytania

Analiza wiarygodności płatniczej, przeprowadzona przez KRD, pokazuje, że tylko 65,8 proc. firm transportowych posiada wysoką wiarygodność, 21,5 proc. – średnią, a 12,7 proc. – niską. Oznacza to, że co ósma firma w branży znajduje się w strefie wysokiego ryzyka niewypłacalności.

Warto przy tym zwrócić uwagę na zjawisko zatorów płatniczych. Z deklaracji przewoźników wynika, że są one drugą co do uciążliwości barierą w prowadzeniu biznesu (54 proc.). Tymczasem w Krajowym Rejestru Długów transportowcy umieścili jedynie 11,7 tys. dłużników z łącznymi zaległościami 197,7 mln zł. To stosunkowo niewiele w zestawieniu z 1,64 mld zł własnych zobowiązań branży. Część przedsiębiorców radzi sobie inaczej – korzysta z faktoringu lub innych form finansowania. Jednak spora grupa biernie akceptuje sytuację i nie podejmuje żadnych działań, rezygnując tym samym z realnej szansy odzyskania pieniędzy.

– Branża transportowa od lat zmaga się z chronicznymi zatorami płatniczymi, które są jedną z głównych barier w jej rozwoju. Zleceniodawcy wymuszają często 60-, a nawet 90-dniowe terminy płatności, a przecież przewoźnicy codziennie ponoszą wysokie koszty działalności: zakupu paliwa, leasingu, wynagrodzeń kierowców czy opłat drogowych. Najmocniej odczuwają to jednoosobowe firmy, w których właściciel jest jednocześnie kierowcą i sam wypłaca sobie pensję. W praktyce oznacza to, że nierzadko pracuje za darmo, czekając na przelew od klienta za zrealizowaną usługę. W rodzimej branży transportowej takich właśnie firm jest najwięcej, a bazując na naszym doświadczeniu w odzyskiwaniu należności widzimy, że wielu przewoźników unika konfrontacji z dłużnikiem. Liczą na samoistną poprawę relacji biznesowych i akceptują przeciągające się czekanie na przelewy. A to może nigdy nie nastąpić, bo już 12 procent firm transportowych znajduje się na granicy wysokiego ryzyka niewypłacalności – zauważa Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Bankructwa i restrukturyzacje – transport na czwartym miejscu

Według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej w pierwszym półroczu 2025 r. ogłoszono 207 upadłości firm, a transport i gospodarka magazynowa zajęły w tym zestawieniu czwarte miejsce. Jeszcze większym problemem są restrukturyzacje – do lipca było ich 2610, z czego 358 dotyczyło branży TSL, co również plasuje ją na czwartej pozycji.

Spośród firm, które ogłosiły upadłość, 17 było notowanych w KRD jako dłużnicy już trzy lata wcześniej. W przypadku restrukturyzacji podobną historię miało 195 przedsiębiorstw. Łączny dług tych firm w dniu ogłoszenia decyzji sądu wyniósł 36,7 mln zł. Dane te dowodzą, że problemy finansowe branży są przewlekłe i narastały przez lata.

Koszty, regulacje i bariery dla małych przewoźników

Kłopoty branży pogłębiają czynniki regulacyjne i kosztowe. Pakiet Mobilności, rosnące wymogi związane z ESG oraz konieczność wymiany tachografów drugiej generacji zwiększają koszty prowadzenia działalności. Do tego dochodzą rosnące wynagrodzenia kierowców i pracowników zaplecza oraz coraz wyższe koszty finansowania. Duże firmy mają większe możliwości przyjęcia tych wydatków, natomiast dla mikroprzedsiębiorców często stanowią one ciężar nie do udźwignięcia.

Nastroje – między optymizmem a niepewnością

W sierpniu wskaźnik ogólnego klimatu koniunktury GUS dla transportu i gospodarki magazynowej wyniósł -0,4, podczas gdy w lipcu odnotowano 1,1 pkt. Z kolei Miesięczny Indeks Koniunktury opracowany przez Polski Instytut Ekonomiczny dla TSL spadł do 89,7 pkt z 100,8 pkt w lipcu.

Głównym powodem tak znaczącego obniżenia tej wartości było z jednej strony zmniejszenie się odsetka firm deklarujących posiadanie środków pozwalających im na funkcjonowanie powyżej 3 miesięcy, z drugiej wzrost udziału firm deklarujących spadek wartości sprzedaży i liczby zamówień.

Perspektywy na koniec roku

Ostatnie miesiące roku będą dla branży testem odporności. Tradycyjny szczyt przewozowy w czwartym kwartale może poprawić płynność, ale przy silnym konkurowaniu o stawki efekt ten może być ograniczony. Nadzieję daje rosnący import z państw Unii Europejskiej, który częściowo kompensuje spadki eksportu do Wielkiej Brytanii.

W dłuższym horyzoncie przewagę zyskają firmy, które potrafią skutecznie zarządzać płynnością, dywersyfikować działalność i inwestować w cyfryzację procesów. Te, które pozostaną przy tradycyjnym modelu, mogą mieć coraz większe trudności z utrzymaniem się na rynku.