Polska firma rozwijająca własną technologię wytwarzania kropek kwantowych tlenku cynku (ZnO QDs) zdobyła właśnie inwestora: fundusz Black Pearls VC wsparł NANOXO kwotą 1 mln PLN. Kropki kwantowe to niezwykle innowacyjny materiał wykorzystywany obecnie głównie w produkcji wyświetlaczy. Dzięki technologii NANOXO, znajdzie on swoje zastosowanie w kolejnych gałęziach przemysłu.
Projekt ze świata naukowego
Jednym z założycieli NANOXO jest profesor Janusz Lewiński, kierownik dwóch grup badawczych Wydziału Chemicznego Politechniki Warszawskiej i Instytutu Chemii Fizycznej PAN. To właśnie w ramach współpracy tych zespołów rozwinięto technologię wytwarzania kropek kwantowych tlenku cynku o unikalnych w porównaniu z materiałami dostępnymi na rynku własnościach. Prace naukowe trwały ponad 10 lat, w etap komercjalizacji wchodzi więc dojrzała technologia.
Przy użyciu naszej technologii wytwarzania kropek kwantowych, jesteśmy w stanie opracować materiały o bardzo wysokiej czystości i stabilności oraz niskiej toksyczności, co otwiera drogę do wielu różnorodnych zastosowań praktycznych. Kluczową zaletą naszej technologii jest precyzyjna kontrola nad zachodzącymi procesami chemicznymi, pozwalająca na projektowanie nanomateriałów uwzględniających możliwość ich późniejszego zastosowania w produktach naszych klientów. Jako spółka NANOXO, ze wsparciem inwestora zamierzamy dalej rozwijać technologię i rozszerzać jej komercjalizację. Już na tym etapie naszej działalności realizujemy prace badawczo-wdrożeniowe we współpracy z partnerami przemysłowymi. – profesor Janusz Lewiński, współzałożyciel, główny udziałowiec i szef Rady Naukowej NANOXO
Kropki kwantowe: zastosowania
Zastosowanie Rynek nanomateriałów opartych o kropki kwantowe jest obecnie zdominowany przez producentów nowej generacji wyświetlaczy QLED. Potencjalnych obszarów zastosowań tego typu materiałów jest jednak znacznie więcej. Do tej pory jednak, ze względu na toksyczność, niską stabilność oraz brak efektywnych metod precyzyjnego projektowania i syntezy kropek kwantowych, rozwój w nowych kierunkach ich wykorzystania był bardzo utrudniony. Technologia opracowana przez NANOXO rozwiązuje powyższe problemy, dzięki czemu kropki kwantowe mogą być szeroko stosowane w obszarach dotychczas uznawanych za niszowe.
Produkowane naszą metodą quantum dots mogą być używane jako skuteczne znaczniki luminescencyjne do zabezpieczeń oryginalności produktów, markery sortujące, fluorescencyjne tusze czy materiały samoczyszczące. Znajdą też zastosowanie w bardziej zaawansowanych rozwiązaniach elektronicznych jak czujniki UV, nowoczesne panele fotowoltaiczne, diody LED czy lasery. – Emil Bojarski, prezes Nanoxo
Do obszarów potencjalnego wykorzystania kropek kwantowych tlenku cynku należą też biomedycyna i przemysł kosmetyczny – tutaj sprawdzą się jako nośniki leków, efektywne filtry UV czy znaczniki do obrazowania. Ponadto mogą one przyczynić się do rozwoju nowych zastosowań takich jak komputery kwantowe, spintronika, czy nowe metody wykorzystania energii słonecznej np. w fotokatalizie.
Wsparcie inwestora
Black Pearls VC zainwestował w NANOXO 1 mln złotych z funduszu LQT Fund II w ramach programu BRIdgeAlfa Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, a transakcję z ramienia funduszu przeprowadził Maciej Skórkiewicz (Partner) i Aleksander Dobrzyniecki (Investment Manager).
Możliwość pracy z polskimi naukowcami i zaangażowanie w rozwój tak zaawansowanej technologii, to dla naszego zespołu niezwykle interesujące wyzwanie. Potencjał komercjalizacyjny kropek kwantowych jest ogromny nie tylko ze względu na zaawansowany etap rozwoju tej technologii, ale przede wszystkim w związku z szerokim spektrum zastosowań powstałych przy jej użyciu materiałów. – Maciej Skórkiewicz, Partner w Black Pearls VC.
W najbliższym czasie planujemy wprowadzenie na rynek nowych nanomateriałów oraz wysokiej jakości perowskitów będących interesującą alternatywą w stosunku do obecnych na rynku produktów. Obecnie cały świat poszukuje rozwiązań w tym zakresie, aby możliwe było wytworzenie stabilnych ogniw nowej generacji. Przygotowujemy też nowe zgłoszenia patentowe oraz jesteśmy w trakcie uruchamiania sklepu internetowego będącego naturalnym kanałem sprzedaży dla branży naukowej. Uważamy, że ścisła współpraca z klientami naukowymi zwiększy konkurencyjność naszych produktów oraz umożliwi szybszą komercjalizację wśród globalnych partnerów przemysłowych. Cieszymy się także z możliwości współpracy z tak dojrzałym partnerem biznesowym jakim jest fundusz Black Pearls VC, który podchodzi z dużym zrozumieniem i otwartością do firm z sektora nowych technologii. – Emil Bojarski, prezes Nanoxo
Nawet 1,9 mlnpasażerów miesięcznie obsługuje lotnisko na Okęciu w okresie wakacyjnym – to prawie dwa razy więcej, niż np. w lutym 2018 roku[1]. Okres wzmożonych podróży wiąże się jednak także ze wzrostem liczby sytuacji stanowiących zagrożenie dla zdrowia lub życia, jak wypadki czy przestępstwa. Tylko w często odwiedzanym latem Gdańsku w czerwcu br. doszło do 37 kradzieży dziennie[2]. W dbaniu o bezpieczeństwo turystów może pomóc sztuczna inteligencja.
Lokalne służby nie dysponują środkami do zapewnienia bezpieczeństwa tysięcy osób odwiedzających popularne miejsca i zabytki oraz monitorowania ich zachowania. Nie jest też możliwe np. ściągnięcie latem policjantów z całej Polski do pilnowania wakacyjnych kurortów. Z pomocą przychodzą natomiast m.in. inteligentne systemy wideo, które w kilka sekund weryfikują to, co człowiekowi zajęłoby wiele godzin.
Bezpieczeństwo real-time
Lotniska, autostrady, transport publiczny, dworce, pociągi, deptaki, zabytki historyczne – wszystkie te obiekty mogą być chronione skuteczniej dzięki zastosowaniu inteligentnych kamer. Samych Pompejów, które w sezonie odwiedza dziennie nawet 15 tys. turystów, strzeże ponad 350 takich urządzeń[3]. Inteligentne systemy wideo automatycznie analizują pozyskiwane informacje w czasie rzeczywistym, a następnie sugerują służbom zdarzenia, którym warto się przyjrzeć. Monitorują ruch, alarmują o podejrzanych pakunkach, niestandardowym zachowaniu, „wałęsających się” w danym miejscu osobach, ale też np. kręcących się wokoło zagubionych dzieciach.
Zdrowie pod szybką kontrolą
Kamery nie tylko łapią kieszonkowców czy wandali, ale też umożliwiają szybką pomoc w przypadku zagrożenia dla zdrowia. Wychwytują upadki osób, zasłabnięcia czy potrącenie przez samochód, mogą też automatycznie reagować na zbyt głośny dźwięk i wykrywać machanie rękami nad głową sugerujące, że ktoś potrzebuje pomocy. Inteligentne systemy wideo ułatwiają również służbom poruszanie się po mieście i szybkie dotarcie na miejsce wypadku, np. dzięki tworzeniu map 3D i informowaniu o zatorach drogowych.
– Inteligentne kamery poprawiają poczucie bezpieczeństwa, zmniejszają poziom przestępczości i liczbę urazów czy wypadków, pomagają dyspozytorom w szybkim reagowaniu. Natomiast pozytywne efekty ich stosowania można oczywiście obserwować nie tylko w sezonie turystycznym. Są aktywne przez cały rok – chronią zarówno odwiedzających, jak i miejscowych. Mogą także zostać połączone z miejskimi systemami monitorowania warunków atmosferycznych, dyspozytorami straży pożarnej i pogotowia czy działaniami prowadzonymi przez organizacje charytatywne, co przynosi mieszkańcom dodatkowe korzyści – wskazuje Piotr Bettin, menedżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo w firmie Konica Minolta.
W sytuacji, gdy coraz więcej firm przenosi swoje kluczowe dane i aplikacje do chmury, nabywając produkty IT i infrastrukturę technologiczną w formie usług, model oparty na subskrypcji staje się dominującą formą w korporacjach. Korzyści są dobrze udokumentowane, a perspektywa lepszej kontroli kosztów, zwiększonego bezpieczeństwa, większej zwinności i dostępu do najnowszych technologii zwiększa dynamikę rynku.
Deloitte Global szacuje, że do 2022 r. przedsiębiorstwa wydadzą około 50% swoich budżetów IT na usługi – co wyraźnie wskazuje, że tradycyjna, licencjonowana technologia wdrażana u klienta, traci wiodącą pozycję. Transformacja w sposobie dostarczania technologii informatycznych jest przyczyną wprowadzania zmian przez zespoły IT. Organizacje stają przed wyzwaniem identyfikowania nowych pomysłów, w jaki sposób usługi mogą być dostosowane do potrzeb biznesowych, zapewniając jednocześnie skuteczne wdrożenie nowych rozwiązań opartych na chmurze.
Dodatkowo zespoły IT już teraz mierzą się z niekończącą się listą zadań: zajmują się zagrożeniami związanymi z coraz bardziej złożonymi sieciami, utrzymaniem sprawności przeciążonej infrastruktury technologicznej, przyczynianiem się do zwiększania produktywności firmy, przy jednoczesnym minimalizowaniu wydatków.
Rewolucja ITaaS
Historycznie zadaniem działu IT było budowanie i utrzymywanie dużych centrów danych, które mieściły biznesowe systemy backendowe. Realizacja zamówień trwała wtedy długo, a priorytetem było zapewnienie stabilnego środowiska operacyjnego za wszelką cenę, co oznacza że było ono nieelastyczne i powolne.
Niedawno w branży IT zaczął dominować model oparty na chmurze, który szybko zastępuje tradycyjną technologię. Znaczna część tego wzrostu jest napędzana przez transformację aplikacji biznesowych, będących jednym z najwcześniejszych przykładów zastosowania technologii chmury. Ponieważ organizacje dostrzegają podstawowe korzyści płynące z nowej fali aplikacji biznesowych, zespoły IT mogą odejść od roli opiekunów technologii, stając się katalizatorami cyfrowej transformacji.
Rozwiązania „IT jako usługa” (ITaaS) zapewniają wsparcie poprzez przeniesienie dużej części obciążeń związanych z bezpieczeństwem, dostępnością i wydajnością na dostawcę usług w chmurze. Dobrym przykładem tego trendu jest infrastruktura druku w chmurze jako usługa (CPIaaS). Zamiast posiadać fizyczną infrastrukturę druku i zarządzać nią wraz z towarzyszącymi jej kosztami usług, klienci płacą tylko za to, z czego korzystają.
Nowe podejście do druku korporacyjnego
CPIaaS to jeden z przykładów, jak model ITaaS całkowicie zmienia sposób świadczenia tradycyjnych usług. Zapewnia on użytkownikom korporacyjnym dostęp do nowoczesnego, bezpiecznego środowiska druku poprzez usługę subskrypcji, w której wyeliminowano fizyczną infrastrukturę środowiska druku – w tym serwery druku w siedzibie firmy, wdrażanie sterowników i zarządzanie użytkownikami.
Zamiast wysyłać dokumenty za pośrednictwem serwera do wyznaczonego urządzenia drukującego, są one przekazywane dostawcy usług w chmurze, gdzie są przechowywane, dopóki użytkownik nie zaloguje się lub nie uwierzytelni się za pomocą identyfikatora przy drukarce. Ustawienia urządzenia podłączonego do chmury, zgodność, aktualizacje oprogramowania układowego i zbieranie danych są monitorowane i zarządzane zdalnie.
Dzięki flotom drukarek zarządzanych przez dostawcę CPIaaS np. Lexmark, wydatki stają się bardziej elastyczne, a zespoły IT odzyskują czas potrzebny na badania i określanie urządzeń dla cykli RFP. Ponadto dostawca przejmuje trudne zadania polegające na tworzeniu planów wdrożenia sprzętu, które uwzględniają wzorce użytkowania, zabezpieczenia oraz przyszłe potrzeby w zakresie drukowania i skanowania – wszystko to można łatwo skalować w czasie, aby sprostać zmieniającym się wymaganiom.
CPIaaS wspiera również IT za pomocą zautomatyzowanych, inteligentnych, połączonych z IoT usług, takich jak realizacja dostaw na czas oraz głębokie, oparte na miernikach analizy z algorytmami predykcyjnymi, które pomagają uniknąć przestojów. Dostęp do danych dotyczących wydajności, analizy i zarządzania w czasie rzeczywistym oznacza, że zespół IT może stale monitorować wydajność oraz szczegółowo analizować wszystkie ważne aspekty floty drukarek na poziomie urządzenia.
Ewoluująca rola IT
Zalety usług w chmurze – między innymi samoobsługa i automatyczne egzekwowanie polityki – nie oznaczają, że rozwiązania ITaaS mogłyby działać całkowicie samodzielnie. Rola IT w świecie usług w chmurze pozostaje tak samo ważna, jak kiedyś, ale ewoluuje w kierunku odpowiedzialności za planowanie przepustowości, zapewnienia zgodności między wykorzystaniem a rozliczaniem, zarządzania IT, a przy CPIaaS również skupienia się wyłącznie na niezbędnej przepustowości druku, podczas, gdy o resztę już zadbano.
Stawienie czoła wyzwaniu, jakim jest obniżanie kosztów przy jednoczesnym zapewnieniu wartości dodanej, nie pozostawia liderom IT dużego marginesu błędu. Przyjmując ITaaS jako praktykę, szybko zdadzą sobie sprawę, że mogą odzyskać kontrolę nad rosnącą złożonością IT. Co najważniejsze, mogą powierzyć partnerom ITaaS prace związane ze wsparciem krytycznych aplikacji biznesowych, podczas gdy sami skoncentrują się na innowacjach, strategii i długoterminowej wizji, dzięki czemu ich rola
w nowym świecie IT pozostanie istotna.
W pierwszym kwartale 2019 roku w wyników wypadków przy pracy poszkodowanych zostało łącznie 15 800 osób. Niestety dużą część stanowią kierowcy ciężarówek. Jakie sytuacje mogą się wydarzyć w codziennej pracy truckera oraz jakie obowiązki z nimi związane spoczywają na przewoźniku? Niełatwy temat wyjaśnia Mariusz Skurzyński, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców w zakresie PIP.
Zgodnie z definicją wskazaną w art. 3 ust. 1 ustawy z dn. 30.10.2002 r. o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych, wypadkiem jest zdarzenie mające charakter nagły, wywołane przyczyną zewnętrzną, powodujące uraz lub śmierć, które nastąpiło w związku z pracą. Aby zdarzenie zakwalifikować jako wypadek przy pracy koniecznym jest spełnienie łącznie wszystkich czterech warunków – tłumaczy Mariusz Skurzyński, ekspert w zakresie Państwowej Inspekcji Pracy z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Zatem, oprócz prowadzenia pojazdu, za pracę w przypadku kierowcy uznane są czynności takie jak rozładunek, załadunek, czynności spedycyjne, obsługa codzienna pojazdów i przyczep, nadzór oraz pomoc osobom wysiadającym lub wsiadającym do kabiny ciężarówki. Wszystkie niezbędne formalności administracyjne, utrzymanie pojazdu w czystości oraz inne prace podejmowane w celu wykonania zadań służbowych lub w celu zapewnienia bezpieczeństwa osób, pojazdu i rzeczy są czynnościami wchodzącymi w zakres pracy kierowcy zawodowego, co szczegółowo określa ustawa o czasie pracy kierowców.
Nowe statystyki
Część wypadków przy pracy kierowcy może mieć miejsce na drodze. W 2018 roku policję powiadomiono 31 674 razy o wypadku drogowym. W wyniku tych zdarzeń 37 359 osób zostało rannych, a 2862 uczestników zajść zmarło.[1] Liczby są alarmujące. Polska znajduje się w czołówce państw z liczbą śmiertelnych wypadków – na naszych drogach na 1 mln osób przypada aż 76 ofiar. Gorzej jest jedynie w Chorwacji (77 ofiar), na Łotwie (78 ofiar) i w Bułgarii (88 ofiar) – stawkę zamyka Rumunia z wynikiem 96 przypadków śmiertelnych na 1 mln osób. Ponadto, po raz pierwszy Europejska Rada Bezpieczeństwa Transportu porównała kraje UE jednym z najdokładniejszych wskaźników, oceniających poziom bezpieczeństwa na drodze – ilość ofiar wypadków przeliczonych na 1 miliard km pokonanych przez samochody. Polska niechlubnie zajmuje pierwsze miejsce wśród krajów Wspólnoty pod względem śmiertelności z wynikiem 14,6, w momencie, gdy średnia europejska plasuje się na poziomie 5,8.[2]
Jaki udział mają tutaj kierowcy ciężarówek? Jak się okazuje – stosunkowo niewielki. Truckerzy według policyjnych statystyk są prowodyrami wypadków w ok. 10% sytuacji.[3] Udział ciężarówek w zajściach ze skutkiem śmiertelnym wynosi ok. 15% wszystkich zabitych na drogach. [4]
Warto zwrócić szczególną uwagę, że przytoczone dane pochodzą głównie ze statystyk policyjnych, natomiast zasadnym jest przyjąć, że precyzyjniejszymi informacjami na temat wypadków drogowych z udziałem zawodowych kierowców dysponują firmy ubezpieczeniowe. Wynika to głównie z dokładniejszego przyjrzenia się zdarzeniom wypadkowym, przekładającego się na szerszą perspektywę monitorowania sytuacji po zdarzeniu. Na zróżnicowanie źródła danych pomiędzy ww. instytucjami może wskazywać również fakt niezgłaszania wszystkich zdarzeń organom Policji– zauważa Mariusz Skurzyński.
O jakim wypadku mówimy tym razem?
Wśród wypadków, do których dochodzi podczas wykonywania czynności służbowych możemy wyszczególnić cztery rodzaje:
Wypadki śmiertelne
Wypadki ciężkie
Wypadki zbiorowe
Wypadki lekkie.
Za wypadek śmiertelny uznawane są takie, w skutek których nastąpiła śmierć osoby poszkodowanej w okresie nieprzekraczającym 6 miesięcy od daty zdarzenia w skutek odniesionych obrażeń lub pogorszenia się stanu zdrowia spowodowanego zajściem. Wszystkie sytuacje, w których doszło do ciężkiego uszkodzenia ciała jak np. utrata wzroku lub gdy konsekwencją było naruszenie podstawowych funkcji organizmu (w tym także nieuleczalna choroba) np. utrata palca dłoni, choroba psychiczna, są klasyfikowane jako wypadki ciężkie. Zdarzenie, w którym wypadkowi uległy co najmniej dwie osoby jest wypadkiem zbiorowym, zaś lekkim wypadkiem przy pracy są wszelkie zajścia,
w wyniku których pracownik doznał urazu, który nie wpisuje się w definicję wypadku ciężkiego. Bardzo częstą kontuzją występującą w przypadku zawodowych kierowców jest skręcenie stawu skokowego – tłumaczy ekspert
Stało się! Co teraz?
Wypadek przy pracy nakłada na przedsiębiorcę odpowiedni instruktaż postępowania, w którym odnaleźć można zapisy dotyczące m.in. udzielenia pomocy poszkodowanemu, zabezpieczenia miejsca wypadku, zawiadomienie wskazanych organów oraz przeprowadzenia badań okoliczności i przyczyn zajścia, co szczególnie w przypadku specyfiki pracy truckera może być wyjątkowo trudne.
Oczywistym jest, że gdy do wypadku dochodzi w siedzibie firmy, a stan poszkodowanego wymaga interwencji – należy mu takiej pomocy udzielić np. poprzez wezwanie służb medycznych. Kolejną kwestią, co do której przedsiębiorca jest zobligowany to zabezpieczenie miejsca, w którym doszło do całej sytuacji. W momencie, gdy do wypadku dochodzi poza siedzibą firmy, zabezpieczenie miejsca zajścia może nie być łatwe, jednak ustawodawca nie przewiduje takiej ewentualności.
Pracodawca zobowiązany jest do niezwłocznego zgłoszenia wypadku przy pracy odpowiednim organom. Zajścia ze skutkiem śmiertelnym, ciężkie lub zbiorowe, należy bezwzględnie zgłosić do Państwowej Inspekcji Pracy oraz Prokuratury. –Zdarza się, iż pracodawca w natłoku emocji zapomina dokonać przedmiotowego zgłoszenia, a jest to sytuacja niedopuszczalna. Jeśli organy nie zostaną poinformowane o wypadku przy pracy o znamionach wypadku ciężkiego, zbiorowego lub w razie wypadku śmiertelnego, do którego doszło podczas wykonywania obowiązków służbowych, to przedsiębiorca powinien liczyć się z możliwą grzywną w wysokości do 30 000 zł lub nawet karą w postaci ograniczenia wolności, o czym traktuje art. 221 Kodeksu Karnego – podkreśla Mariusz Skurzyński. Ponadto należy pamiętać, że nawet jeśli PIP i Prokuratura już biorą udział w wyjaśnianiu szczegółów wypadku, to pracodawca i tak musi osobiście zawiadomić te organy, przy czym w celach dowodowych spełniania ustawowego obowiązku wskazaną formą powiadomienia organów jest forma pisemna – dodaje.
W wyjaśnianiu okoliczności zdarzenia ze strony pracodawcy czynności prowadzi powołany przez niego zespół powypadkowy. Czynności wyjaśniające powinny zostać podjęte niezwłocznie, tak aby właściwie określić okoliczności i przyczyny wypadku a następnie dokonać odpowiedniej kwalifikacji badanego zdarzenia. Zgodnie z przepisami zespół powypadkowy ma 14 dni na dokonanie stosownych ustaleń i sporządzenie protokołu.
Co w sytuacji, gdy do wypadku dochodzi daleko od siedziby firmy i zanim pracodawca pojawi się na miejscu – przestrzeń ta zostanie uprzątnięta? – To dość częsta sytuacja, do której dochodzi – zwłaszcza w branży transportowej. Służby zobligowane są do przywrócenia ruchu na danym odcinku drogi, więc wszystkie ślady powypadkowe zostają uprzątnięte. Wówczas zespół powypadkowy powinien wystąpić do służb i organów prowadzących czynności na miejscu wypadku o udostępnienie dokumentacji – protokołów, szkiców, fotografii, które będą znaczące dla wyjaśnienia zajścia – radzi Mariusz Skurzyński z OCRK.
Powodów jest wiele…
Według danych z I kwartału 2019 r. wskazanych przez GUS aż 60% takich zdarzeń spowodowanych jest niewłaściwym zachowaniem się pracownika. Niespełna w 10% wypadków winny jest zły stan techniczny czynnika niematerialnego – maszyny lub pojazdu.[5]
Należy zauważyć, iż w odniesieniu do kierowców ciężarówek, gdy dochodzi do wypadku samochodowego – winne okazują się być: kondycja prowadzącego – przemęczenie, znużenie, senność, brak odpowiedniego skupienia. W tej kwestii kluczowe jest także sprawdzenie zapisów z tachografu rejestrującego pracę truckera. Dzięki urządzeniu zespół powypadkowy, prokuratura lub PIP weryfikują, czy pracownik przestrzegał ustawowych norm czasu pracy, a co w takich sytuacjach ważniejsze, czasu wymaganych odpoczynków. Znacznie większy odsetek wypadków zdarza się w przypadku kierowców pojazdów lżejszych – do 3,5 tony, których nie obowiązuje rejestrowanie czasu jazdy za pomocą tachografu, co wprost przekłada się na ilość zdarzeń mających charakter wypadku przy pracy – zauważa ekspert.
Niestosowanie się kierującego do obowiązujących przepisów czasu jazdy, manipulacje tachografami, nierespektowanie przepisów ruchu drogowego i zbytnie wyeksploatowanie pojazdu lub jego części, są wynikiem braków kadrowych, przesadnego poszukiwania oszczędności albo niedopatrzenia. Nie można jednak „przymykać oka” na takie praktyki, gdyż mogą się one okazać tragiczne w skutkach. Jak podaje GUS najczęściej w wypadkach przy pracy dochodzi do urazów kończyn – aż 77,9%. Zdecydowanie bardziej narażone są kończyny górne – w I kwartale tego roku odnotowano aż 43,5% takich przypadków, urazów nóg doznało 34,4% poszkodowanych.
Choć na co dzień ludzki umysł stara się wyprzeć wszystko, co negatywne, to warto pamiętać o zadbaniu o bezpieczeństwo zarówno swoje, jak i pozostałych uczestników ruchu. Ostrożność i stosowanie się do obowiązujących przepisów mogą niejednokrotnie uratować życie w sytuacjach kryzysowych. Warto o tym pamiętać – szczególnie w okresie letnim, gdy aura może nie sprzyjać koncentracji za kółkiem, a ruch na drodze w wakacje jest zwiększony.
[1] Komenda Główna Policji, Wypadki drogowe w Polsce w 2018 roku, Warszawa 2019
W ciągu ostatniego roku z Warszawy do Wielkiej Brytanii wyleciało o 4,5% więcej pasażerów niż w poprzednich dwunastu miesiącach. W Balicach liczba podróżnych wzrosła o 13%, natomiast w Pyrzowicach – o 1%. Wizja brexitu nie wpłynęła negatywnie na ruch w mniejszych portach lotniczych, które także obsłużyły więcej osób. Dla przykładu można podać, że w okresie od czerwca 2016 roku do maja 2017 roku doliczono się niemal 357 tys. podróżujących z Wrocławia. 2 lata później kierunek na Wyspy wybrało ponad 417 tysięcy ludzi.
Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, jak wyniki referendum w sprawie brexitu wpłynęły na ruch lotniczy z Polski do Wielkiej Brytanii. Głosowanie odbyło się 23 czerwca 2016 roku, więc ten miesiąc został przyjęty jako początek badanego okresu. Wyróżniono 3 roczne przedziały: VI 2016 roku – V 2017 roku, VI 2017 roku – V 2018 roku oraz VI 2018 roku – V 2019 roku.
– Dokładnie 580 150 pasażerów połączeń regularnych odleciało w okresie VI 2016 roku – V 2017 roku do Wielkiej Brytanii z Lotniska Chopina w Warszawie. Liczba ta zmniejszyła się tylko o 1%, do 574 488, w przedziale od VI 2017 roku do V 2018 roku. Z kolei dane za VI 2018 roku – V 2019 roku wskazują na wzrost o 4,5%, czyli do 600 322 pasażerów, w porównaniu z wcześniejszym rokiem – wylicza Piotr Rudzki, specjalista ds. komunikacji zewnętrznej z Lotniska Chopina w Warszawie.
Z kolei Kraków Airport udostępnia jedynie podsumowania roczne. Jak informuje Natalia Vince, rzecznik prasowy lotniska, w całym 2016 roku odleciało do Wielkiej Brytanii 625 tys. pasażerów, w 2017 roku – 730 tysięcy, a w 2018 roku – 771 tys. Ekspert zaznacza, że od VI 2016 roku do V 2017 roku nastąpił wzrost o 25% w stosunku do analogicznego okresu 2015/2016. Natomiast od VI 2017 roku do V 2018 roku zwiększyła się liczba pasażerów o 9% w porównaniu z wcześniejszym przedziałem czasowym. W okresie VI 2018 roku – V 2019 roku zanotowano przyrost o 13% w odniesieniu do poprzedniego interwału czasowego.
– Liczba pasażerów odlatujących z Gdańska do Wielkiej Brytanii wyniosła w pierwszym okresie 481 840. W kolejnym – wzrosła do 518 288, a w trzecim – mieliśmy 513 205 podróżnych – mówi Agnieszka Michajłow, specjalista ds. komunikacji z Portu Lotniczego Gdańsk.
Plany związane z brexitem nie mają wpływu na liczbę pasażerów korzystających z Katowice Airport, o czym przekonuje Cezary Orzech, rzecznik prasowy Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego S.A. Od VI 2016 roku do V 2017 roku z Pyrzowic do Wielkiej Brytanii odleciało 714 439 osób. W kolejnym okresie liczba ta wzrosła do 745 929, a w ostatnim – do 756 193.
– U nas ruch wygląda stabilnie. Od VI 2016 roku do V 2017 roku mieliśmy prawie 357 tysięcy pasażerów, którzy odlecieli do Wielkiej Brytanii. W kolejnych dwunastu miesiącach z takich połączeń skorzystało ponad 390 tysięcy osób. W ostatnim roku na Wyspy poleciało ponad 417 tysięcy – zaznacza Monika Półtorzycka-Jon, manager ds. marketingu i PR z Port Lotniczy Wrocław S.A.
Jak przekonuje Wioletta Gnacikowska, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Łódź, wpływ decyzji o brexicie jest niezauważalny w odniesieniu do ruchu pasażerskiego. Na Wyspy cały czas latają samoloty wypełnione w 95-97%. W pierwszym analizowanym okresie było to 150 003 pasażerów, w drugim – 147 111, a w trzecim – 144 557. Z kolei Daniel Mackiewicz, kierownik ds. marketingu i rzecznik prasowy Portu Lotniczego Bydgoszcz, zaznacza, że r/r wzrastała liczba odprawionych podróżnych. Wzrost ruchu widać na wszystkich dostępnych destynacjach. Jednak szczegółowe dane, dotyczące rejsów do Wielkiej Brytanii, nie są przedstawiane. Lublin Airport również nie udostępnia statystyk odnoszących się do poszczególnych kierunków, a jedynie zbiorcze informacje dla całej siatki połączeń.
– Nasza analiza dotyczy zarówno pasażerów przylatujących, jak i odlatujących z lotniska w Rzeszowie. W pierwszym okresie obsłużono 321 987 osób przy oferowanych 1 840 rotacjach, w kolejnym – 340 581 przy 1 982, a ostatnio – 341 241 przy 1 959 połączeniach – informuje Marcin Kołacz z biura prasowego Portu Lotniczego Rzeszów-Jasionka.
W siatce połączeń Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury znajdują się 2 brytyjskie kierunki. Zostały one uruchomione w 2016 roku, tj. 16 czerwca i 1 listopada, co zaznacza Dariusz Naworski, rzecznik prasowy Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury. W pierwszym analizowanym okresie obsłużono 32 007 pasażerów, w drugim – 48 308, a w trzecim – 44 471.
– Ten rynek ciągle się lekko rozwija. W Wielkiej Brytanii funkcjonuje bardzo duża polska społeczność, obejmująca, według różnych szacunków, od miliona do prawie trzech milionów osób. Dopóki ta grupa nie zmniejszy się w istotny sposób, to popyt na loty na tych trasach będzie dalej taki sam albo jeszcze wzrośnie. Linie lotnicze starają się dodawać połączenia coraz bardziej atrakcyjne cenowo i pod względem dostępności – stwierdza Sebastian Gościniarek, jeden z założycieli i Partner w firmie BBSG, specjalizującej się obsłudze sektora lotniczego.
W trzech ostatnich latach pasażerowie najczęściej wybierali rejsy do Londynu. W tym okresie siatki połączeń się zmieniały, jednak częściej dochodziło do ich rozszerzania niż ograniczania. Przykładowo, w Kraków Airport nie zlikwidowano żadnej trasy do Wielkiej Brytanii, a dodano m.in. Londyn Luton, Glasgow czy Birmingham.
– Warunki brexitu dla branży lotniczej nie są jeszcze znane. Jednym z możliwych rozwiązań jest zamrożenie ruchu na poziomie, który będzie w momencie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Przewoźnicy przygotowują się do tego scenariusza, bazując na pewnych siatkach połączeń. Później zawsze będą mogli zrezygnować z danych kierunków, a dodanie nowych stanie się trudniejsze. Nie spodziewam się, też żeby linie ograniczały swoją ofertę bezpośrednio przed brexitem lub zaraz po nim – podsumowuje Sebastian Gościniarek.
Z dniem 1 lipca 2019 r. Jacek Paszke, dotychczasowy Członek Zarządu Dyrekcji Handlowej Bricomarché, objął funkcję Prezesa Bricomarché w Polsce. Od 2012 roku Jacek Paszke jest właścicielem sklepu Bricomarché w Wałczu. Od kilku lat jest także udziałowcem Grupy Muszkieterów. Wcześniej pracował na stanowisku Dyrektora Finansowego Bricomarché oraz pełnił obowiązki Dyrektora GeneralnegoBricomarché.
Jacek Paszke – Prezes Bricomarché
– Cieszymy się, że możemy czerpać z wieloletniego doświadczenia Jacka w naszych strukturach od teraz już w roli Prezesa. Wierzę, że dzięki jego doskonałej znajomości branży oraz wyczuciu biznesowemu sieć Bricomarché będzie się dalej prężnie rozwijać – mówi dr Katarzyna Jańczak-Stefanide, Dyrektor Generalna sieci Bricomarché w Polsce i dodaje – Jak wynika z danych GfK w ubiegłym roku nasze udziały w rynku DIY wynosiły blisko 11 proc. Oczywiście zdajemy sobie sprawę z tego, że funkcjonujemy w okresie dynamicznych zmian na rynku e-commerce w naszej branży i chcemy nie tylko za nimi nadążyć, ale wręcz je wyprzedzać. Zrobiliśmy już wiele w tym zakresie i nie spoczywamy na laurach.
Jacek Paszke na stanowisku Prezesa Bricomarché zastąpił Erica Perinelle’a (również właściciela sklepu Bricomarché), który zarządzał siecią od początku 2011 roku. W tym czasie spółka między innymi podniosła kapitał własny z 50 000 PLN do 138 000 000 złotych oraz otworzyła 86 sklepów, zwiększając ich liczbę do 157. Obecnie Eric Perinelle będzie pełnił z ramienia ITM Polska funkcję wspierającą dalszy rozwój sieci Bricomarché. Pozostały skład Zarządu pozostaje niezmieniony.
Donald Trump znów starszy Chiny nowymi cłami. W obliczu wybuchu nowej odsłony wojen handlowych w drugim kwartale pojawiają się również (i zakładam, że będą nawet częściej pojawiać się) niekorzystne dla rynkowego sentymentu informacje ze spółek. Groźba schłodzenia entuzjazmu inwestorów i wzrostu rynkowej zmienności jest realna.
Dobre nastroje na rynkach ryzykownych aktywów wynikały ostatnio z połączenia łagodnej komunikacji Fed nielicującej z dobrymi danymi. Taki stan będzie trudny do utrzymania. Albo władze monetarne nie będą aż tak skore do cięcia stóp w czwartym kwartale (redukcja w lipcu jest przesądzona), albo gospodarka wyhamuje. W obu przypadkach efektem jest mniej korzystne dla rynków akcji i emerging markets środowisko inwestycyjne. Przede wszystkim istnieje pole do wzrostu zmienności, także na rynku opcji. Wczoraj naszym klientom rekomendowaliśmy kupno kontraktu dającego ekspozycję na ETF rosnący przy wzroście indeksu VIX obliczanego w oparciu o zmienność opcji na S&P500.
Na rynku walutowym dolar słabnie. Eurodolar znalazł lokalny dołek przy 1,12 i oczywiście nadal nie widzimy potencjału do zejścia notowań na nowe średnioterminowe minima. Z kolei brytyjska waluta próbuje uciec znad krawędzi przepaści. Tylko w lipcu funt stracił do dolara prawie 2,5 proc. i mocno odstaje w stawce głównych walut. Notowania GBP/USD szukają dołka wokół 1,24, czyli najniżej od ponad dwóch lat. Niżej jest już tylko otchłań poreferendalnego załamania i pole do osłabienia o kolejne 2,5 proc. Inwestorzy zupełnie obojętnie przechodzą obok serii pozytywnych sygnałów z gospodarki. Rynek pracy Wielkiej Brytanii imponuje siłą pomimo brexitowej niepewności i chaosu na scenie politycznej. Stopa bezrobocia jest bliska najniższym pułapom w historii. Z kolei płace rosną w nieosiągalnym dla innych gospodarek rozwiniętych, najwyższym od globalnego kryzysu tempie. Nie pozwala to Bankowi Anglii patrzeć pobłażliwie na tendencje cenowe, zwłaszcza w najważniejszych dla władz monetarnych kategoriach bazowych. Zresztą dynamika CPI jest przy celu inflacyjnym i przekroczy projekcje banku centralnego. Rynek pieniężny wierzy, że Wielka Brytania oprze się globalnej fali łagodzenia. W gronie ośmiu najważniejszych walut niższa wycena prawdopodobieństwa redukcji stóp w horyzoncie trzech miesięcy wspiera tylko dolara kanadyjskiego, który w dużej mierze dzięki temu wiedzie prym. Przyczyn słabości funta należy szukać – jakżeby inaczej – w brexicie. Wśród Torysów lada moment zostanie wyłoniony nowy przywódca. Murowany faworyt, B. Johnson zajmuje ostre stanowisko ws. irlandzkiego bezpiecznika. Mówi się również o wrogiej atmosferze na ostatnim spotkaniu negocjatorów. Postrzeganie przesadnie przecenionego funta nie poprawi się nawet przy najsolidniejszych fundamentach, jeśli ryzyko twardego brexitu nie zacznie maleć. Obecnie kurs walczy na oporze 1,2440. Rynek powinien pozostać w trybie wygaszania odbić. Dwa ostatnie dni pokazują, że dobre dane nie aktywizują kupujących. W przypadku rozczarowania dzisiejszą sprzedażą detaliczną pretekst do wygaszenia odbicia zostanie podany na tacy.
Waluty Antypodów walczą o załamanie negatywnego zwrotu, do którego doszło w poprzednich dniach i ponownie zagrażają lokalnym oporom. Z dwójki NZD i AUD preferujmy wzrosty kiwi. Nocny raport z rynku pracy Australii nie wniósł nic nowego do dyskusji o cięciu stóp przez RBA. Jest to dla dolara australijskiego o tyle korzystne, że nie ma nowych argumentów za cięciem stóp w sierpniu – wraz z upływem czasu taki scenariusz jest mniej prawdopodobny. Jednocześnie odczyty nie przekonały nikogo, że RBA w tym roku w ogóle nie zetnie stóp. Zatrudnienie wzrosło jedynie minimalnie, gdyż o 500 osób. To jednak wypadkowa silnego wzrostu liczby pełnych etatów i spadku liczby niepełnych etatów. Dodatkowo zrewidowano w górę dane za maj. Co się odwlecze, to nie uciecze. Nadal negatywnie podchodzimy do oceny relatywnej siły AUD na tle NZD i CAD, ze względu na najgorsze fundamenty makro i największą przestrzeń do łagodzenia polityki.
Latem wzrasta liczba kontroli celno-skarbowych na festynach. Tak dzieje się już od lat. Nie ukrywają tego poszczególne izby administracji skarbowej. Jednocześnie przekonują, że nie powstały zarządzenia, akty prawne czy plany ws. czynności w tym obszarze. Kontrolerów interesuje nie tylko kwestia wydawania paragonów. Zwracają uwagę na wyroby spirytusowe oferowane do sprzedaży i degustacji. W ten sposób zapobiegają zatruciu alkoholem niewiadomego pochodzenia. Anonimowe sygnały o nieprawidłowościach docierają od obywateli, którzy mają do dyspozycji Krajowy Telefon Interwencyjny KAS oraz skrzynkę e-mailową. Sama decyzja o kontroli jest podejmowana m.in. w oparciu o analizę ryzyka.
Czas na łowy
Z informacji uzyskanych w izbach administracji skarbowej wynika, że nie ma wydanych zarządzeń czy ustalonych planów w zakresie prowadzenia czynności kontrolnych podczas festynów na terenie danych województw. Jak podkreśla Anna Chałupa, Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (IAS) we Wrocławiu, w powyższym zakresie obowiązują przepisy prawa dotyczące kontroli celno-skarbowej. Są one ujęte w ustawie o Krajowej Administracji Skarbowej i rozporządzeniach wykonawczych. Kontrolerzy odwiedzają targowiska, bazary, dożynki, festiwale i inne imprezy plenerowe.
– To są działania doraźne, prowadzone przez służbę celno-skarbową, wynikające z bieżącej analizy i realizacji wyznaczonych zadań, ukierunkowanych głównie na towary akcyzowe, tj. wyroby alkoholowe i tytoniowe. Widoczny jest wzrost kontroli w okresie wiosenno-letnim, ze względu na większą liczbę festynów i pikników w tym okresie. W 2018 roku w województwie świętokrzyskim przeprowadzono ich 7, a w pierwszym półroczu 2019 roku, tj. do 14 czerwca – 2 – informuje Anna Stępień, rzecznik prasowy IAS w Kielcach.
W wielu przypadkach są to działania prewencyjne. Agnieszka Pawlak, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Łodzi, zaznacza, że czynności podejmowane w tym obszarze mają nie tylko wymiar fiskalny. Odnoszą się do dbania o bezpieczeństwo obywateli, poprzez zapobieganie zatruciu alkoholem niewiadomego pochodzenia. Działania służą też zapewnieniu równej konkurencji legalnym producentom napojów spirytusowych.
– Kontrolerzy sprawdzają w szczególności, czy sprzedający rzetelnie deklaruje podstawę opodatkowania oraz prawidłowo oblicza i wpłaca podatek. Ponadto weryfikują ewidencjonowanie obrotu za pomocą kasy fiskalnej. Zwracają też uwagę na prawidłowość przestrzegania przepisów regulujących obrót wyrobami alkoholowymi oraz urządzania wykorzystywane do prowadzenia gier hazardowych – wyjaśnia st. rachmistrz Edyta Chabowska, rzecznik prasowy IAS w Rzeszowie.
Jeśli osoba świadcząca usługę lub sprzedająca towar nie wyda klientowi paragonu, to szybko może odczuć tego skutki. Ewa Markowicz, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Zielonej Górze, mówi, że najpierw pracownicy KAS przedstawiają się i okazują legitymacje służbowe oraz stałe upoważnienia do kontroli. Następnie informują o rodzaju wykroczenia, które zaobserwowali, jego kwalifikacji prawnej, a także wynikających z tego konsekwencji. Proponują mandat adekwatny do sytuacji, mieszczący się w granicach ustawowych. W przypadku odmowy przyjęcia kary, wyjaśniają, że sprawa zostanie skierowana na drogę postępowania sądowego.
– Nielegalne wyroby alkoholowe, oferowane do sprzedaży lub degustacji, są obligatoryjnie zajmowane do postępowania podatkowego i karnego-skarbowego. W przypadku przedsiębiorców dodatkowo informowane są organy odpowiedzialne za wydawanie zezwoleń na prowadzenie określonej działalności gospodarczej – dodaje dyrektor Anna Chałupa.
W latach 2017-2019 funkcjonariusze Podkarpackiego Urzędu Celno-Skarbowego w Przemyślu przeprowadzili 6 kontroli o charakterze prewencyjnym na tego typu imprezach. I nie zostały stwierdzone nieprawidłowości w zakresie oferowania wyrobów spirytusowych. Natomiast od momentu utworzenia Krajowej Administracji Skarbowej (1 marca 2017 r.), IAS w Gdańsku, w wyniku przeprowadzonych działań kontrolnych ujawniła przypadki sprzedaży wyrobów akcyzowych bez polskich znaków akcyzy. Przy czym najwięcej nieprawidłowości odnotowano w zakresie nieewidencjonowania obrotu za pomocą kas fiskalnych.
Sygnały od obywateli
– Czynności kontrolne są prowadzone nie tylko na stanowiskach z alkoholem, ale także w innych punktach handlowych i gastronomicznych. Działania te nie podlegają uprzedniemu planowaniu. Wykonywane są w zależności od aktualnego kalendarza imprez i napływających informacji zewnętrznych. Obywatele zawiadamiają o nieprawidłowościach w zakresie ewidencjonowania przychodów na kasach rejestrujących – opisuje Karol Pepliński z Referatu Obsługi Klienta i Komunikacji Zewnętrznej Izby Administracji Skarbowej w Gdańsku.
Przykładowo, komórki kontroli celno-skarbowej rynku Pomorskiego Urząd Celno-Skarbowego (PUCS) w Gdyni samodzielnie zbierają informacje dotyczące mających odbyć się w regionie imprez plenerowych. Spośród nich typują te, które zostaną skontrolowane. Z kolei do dyspozycji obywateli jest bezpłatny i całodobowy Krajowy Telefon Interwencyjny (800 060 000), co podkreśla Michał Kasprzak, rzecznik prasowy IAS w Katowicach. Linia ta służy przyjmowaniu informacji z całego kraju m.in. nt. naruszeń przepisów prawa podatkowego czy celnego. Ponadto, zgłoszenia przyjmowane są na adres – [email protected]. Zarówno telefon interwencyjny, jak i e-mail, zapewniają anonimowe przekazanie wiadomości.
– Informacje otrzymywane od obywateli są traktowane bardzo poważnie, podlegają weryfikacji i sprawdzeniu. Często stanowią podstawę dalszych niezwłocznych działań kontrolnych. Co ważne, część z nich znajduje potwierdzenie poprzez skuteczne kontrole zakończone konkretnymi ujawnieniami – stwierdza Konrad Zawada, rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.
Jak podkreśla Michał Kasprzak, decyzja o konieczności przeprowadzenia każdego rodzaju kontroli, w tym również podczas festynów, należy do kierowników jednostek. Mowa tu o naczelnikach urzędów skarbowych oraz o Naczelniku Urzędu Celno-Skarbowego. Postanowienie jest oparte m.in. o analizę ryzyka.
– Przy szacowaniu ryzyka bierze się pod uwagę dwa kryteria. To prawdopodobieństwo zaistnienia negatywnego zdarzenia oraz jego ewentualne następstwa, w tym finansowe, np. istotne dla budżetu państwa. Przyszłe sytuacje są przewidywane m.in. na podstawie posiadanych danych historycznych, obrazujących skalę występowania danego zjawiska w przeszłości, z uwzględnieniem charakteru jego zmian. Podejmowane działania są adekwatne do poziomu ryzyka oszacowanego wg trzystopniowej skali, tj. wysokie, średnie lub niskie – wyjaśnia Konrad Zawada.
Dyrektor IAS w Łodzi wielokrotnie informował o obowiązku przestrzegania przepisów prawa podatkowego. W tym celu przesyłano ulotki odnoszące się do nielegalnej sprzedaży napojów alkoholowych, co podkreśla Agnieszka Pawlak. Z kolei opolska KAS prowadziła akcję edukacyjną, w ramach której przeprowadzono szkolenie „Organizacja festynu przez lokalne społeczności – obowiązki podatkowe organizatorów”. W spotkaniu uczestniczyli przedstawiciele lokalnych organizacji społecznych, rad sołeckich i rodziców, a także przedsiębiorcy oraz pracownicy Urzędu Gminy, o czym informuje Bożena Kaleta, zastępca dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Opolu.
– Działania prewencyjne, informacyjne i edukacyjne są podejmowane równocześnie z tymi o charakterze kontrolno-sankcyjnym. Pomimo braku akceptacji społecznej dla przedsiębiorców działających w szarej strefie zawsze znajdą się przypadki naruszenia i obejścia przepisów prawa – podsumowuje rzecznik Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.
Firmy z najsilniejszych gospodarczo województw ponoszą, jak również same generują większe koszty sprzedaży niż przed rokiem. Z kolei firmy z regionów o gospodarczo bardziej lokalnej specyfice starają się ograniczać swoje straty limitując kredyt kupiecki odbiorcom – wynika z badania przeprowadzonego przez Euler Hermes z grupy Allianz na podstawie danych z Programu Analiz Należności.
Firmy w Polsce coraz częściej oczekują od swoich dostawców takich warunków płatniczych, na jakie zgadzają się w przypadku swoich odbiorców
W kilku kluczowych gospodarczo województwach: mazowieckie, wielkopolskie czy pomorskie nastąpiło wydłużenie średniego obiegu należności. Najdłuższy okres oczekiwania na należności jest w woj. pomorskim
W województwach: lubelskim, podlaskim, warmińsko-mazurskim, lubuskim ale także zachodnio-pomorskim firmy szybciej płaciły / „ściągały” z rynku swoje należności
Program Analiz Należności Euler Hermes to największy tego typu projekt w Polsce. Jest to narzędzie online dostępne dla firm do szybkiej analizy bieżącego tempa regulowania należności przez ponad 400 tys. najbardziej aktywnych odbiorców, na kwotę blisko 40 mld złotych w skali miesiąca*
Z analizy przeprowadzonej w pierwszym półroczu 2019 roku przez Euler Hermes, wiodącego globalnego ubezpieczyciela należności handlowych wynika, że działające w Polsce firmy generalnie oczekują zbliżonych, jeśli nie takich samych warunków sprzedaży, jakich same udzielają swoim odbiorcom. Podyktowane jest to przede wszystkim zachowaniem ich płynności finansowej, jak i w pewnym stopniu pozycją rynkową.
Ryzyko ma swoją cenę: aktywna sprzedaż to większa skala opóźnień w obiegu należności
Zmiany w skali roku generalnie wydają się nie być duże, ale znamienne jest, iż w kilku kluczowych gospodarczo województwach, takich jak mazowieckie, wielkopolskie czy pomorskie nastąpiło równoczesne wydłużenie średniego obiegu należności (Wielkopolska – aż o 9 dni!) oraz wzrost wartości tych znacznie opóźnionych – de facto nieściągalnych strat. Te drugie są efektem pierwszego – akceptowania przez dostawców zdecydowanie dłuższych (o tydzień i więcej) terminów płatności, które miały służyć ekspansji lub utrzymaniu obrotów.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
– Ryzyko ma więc swoją cenę – nie tylko wyższe koszty zamrożenia kapitału jako skutek dłuższego okresu rotacji należności, ale także wyższy odsetek strat co przekłada się także na to, jak firmy same regulują swoje zobowiązania wobec dostawców – mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Można by postawić pytanie – czy to się opłaciło, ale wydaje się, iż nie była to kwestia wyboru, ale konieczności – przynajmniej w oczach zarządzających tymi firmami. Utrzymanie skali działalności za cenę większej ekspozycji na ryzyko.
Skracanie obiegu należności niekoniecznie jako efekt świetnej koniunktury finansowej
Bo o tym, że mamy z nim do czynienia świadczy też przykład innych województw – tych bardziej zdecentralizowanych, bez tak dużych aglomeracji (o potencjale ludnościowym, akademickim etc., a więc i gospodarczym). Firmy w tych województwach były ostrożniejsze – nie generowały (i analogicznie wobec w dużej mierze lokalnej skali działalności – nie akceptowały) dłuższych terminów płatności, a nawet przeciwnie, szybciej płaciły /„ściągały” z rynku swoje należności. Miało to miejsce w woj. lubelskim, podlaskim, warmińsko-mazurskim, lubuskim ale także zachodnio-pomorskim. Skala tych zmian była mniejsza – już nie tydzień i więcej jak w odniesieniu do wspomnianych, najsilniejszych gospodarczo regionów, w których nastąpiło spowolnienie, ale o jeden-dwa, maksymalnie cztery dni. Świadczy to też o kondycji odbiorców, ich płynności finansowej, która limitowała te próby ograniczenia ryzyka kredytowego w sprzedaży. Dlaczego w tych województwach firmy częściej (bo znowu – nie wszystkie, to wyniki uśrednione) ograniczały ryzyko, niż je podejmowały? Bo miały (średnio!) bardziej lokalny charakter (m.in. w na mniejszą skalę były eksporterami), a więc i mniejsze zasoby, którymi ostrożniej zarządzają. Mając tego świadomość firmy broniły swoich finansowych podstaw działalności starając się bardziej aktywnie i wybiórczo kredytować sprzedaż.
* Program Analiz Należności jest narzędziem oferowanym firmom przez Euler Hermes do samodzielnego sprawdzania (onlinie) przez nie bieżącej kondycji finansowej kontrahentów oraz trendów płatniczych w danej branży. Pozwala weryfikować aktualne opóźnienia płatnicze odbiorcy wobec wszystkich dostawców, jego moralność płatniczą oraz rating uwzględniający wszystkie wskaźniki – a dzięki temu wcześniej wychwycić jego strukturalne problemy. Oprócz eliminacji firm nierzetelnych stwarza też możliwość wyszukiwania firm solidnych. Jest to unikalne, łatwe w samodzielnej obsłudze – i bardzo konkurencyjne cenowo narzędzie dla wszystkich działów handlowych.
– Skracanie obiegu należności w odpowiedzi na większe zagrożenie braku zapłaty to nic nowego, co więcej jest to dopiero pierwszy krok temu służący – stwierdza Tomasz Starus. – Kolejnym jest ograniczanie już nie tylko warunków kredytu, ale jego samego i zastępowanie go w części lub całości przedpłatami, itp. formami zabezpieczenia rozliczeń. Mieliśmy z tym do czynienia przed dekadą, gdy co prawda formalnie Polska pozostała „zieloną wyspą” na tle innych krajów przeżywających kryzys gospodarczy, ale faktycznie wiele firm musiało w ten sposób radzić sobie w obliczu jednocześnie mniejszej dostępności kredytu obrotowego dla sektora MSP, jak i większego ryzyka niewypłacalności swoich odbiorców.
Inne silne gospodarczo województwa: gdy nie jest lepiej, to jest…
Średni okres obiegu należności od firm z kilku innych województw, także z grupy tych rozwiniętych gospodarczo (jak to kiedyś określano – uprzemysłowionych): kujawsko-pomorskiego, śląskiego czy małopolskiego nie uległ wydłużeniu w porównaniu do połowy ubiegłego, 2018 roku, ale mimo wszystko firmy tam sprzedające (i w dużej części – także tam działające) ponoszą obecnie (en bloc oczywiście – nie każda z nich) wysokie koszty sprzedaży, wiąże się to z utrzymującą się na stosunkowo wysokim poziomie lub rosnącą skalą zaległości płatniczych, zwłaszcza tych najbardziej przeterminowanych. Pogorszenie nie jest może lawinowe, ale nawet utrzymanie skali (wartości) tych przeterminowanych znacznie należności przez odbiorców z tych województw świadczy o braku poprawy przeciętnej kondycji finansowej firm w nich zarejestrowanych. Braku poprawy w sytuacji dynamicznego w tym czasie wzrostu PKB, wzrostu jego składowych: konsumpcji, produkcji, eksportu świadczących przecież o większej skali działalności firm, ich większego zaangażowania kapitałowego a tym samym większej ekspozycji na ryzyko.
Gdzie w takim razie ryzyko jest największe?
Poza przedstawionym ogólnym podziałem na bardziej/mniej rozwinięte gospodarczo województwa, co w jakiś sposób rzutuje na specyfikę działających tam firm i tłumaczy zmiany następujące w spłacie przez nie zobowiązań oraz w rotacji ich należności, wpływ na jego długość mają też inne czynniki. Przede wszystkim geografia gospodarcza, czyli rozkład poszczególnych sektorów, w tym gałęzi przemysłu. Każdy bowiem z nich ma specyficznie inny okres obiegu należności. Lokalny miks gospodarczy wpływa wiec na średni wynik płynności sprzedaży w danym województwie – bez wartościowania gdzie jest lepiej lub gorzej. Do takich porównań lepiej uwagę zwracać nie na bezwzględne wartości wspomnianego DSO czy poziomu tzw. trudnych długów, ale na zmiany w czasie – gdzie ulegają one zmniejszeniu lub zwiększeniu, w jakiej skali – i przede wszystkim dlaczego.
Tym niemniej, gdy aż 10% wartości ogółu należności to trudne długi (przeterminowanie 120 dni po terminie płatności), tak jak ma to miejsce w woj. lubelskim i pomorskim to jest to na pewno obiektywny wyznacznik ryzyka. Podobnie, bo niewiele rzadziej trudne długi występują w woj. świętokrzyskim, kujawsko-pomorskim czy zachodnio-pomorskim. Na przeciwległym biegunie, z blisko trzykrotnie mniejszą średnio wartością trudnych długów generowanych przez lokalnych odbiorców są województwa wielkopolskie i podkarpackie.
Znaczne różnice są również w odniesieniu do średniego dla danego województwa okresu obiegu należności – czasu, po jakim tam operujący nabywcy płacą swoim dostawcom. Rekordowy, bo aktualnie średnio 97 dniowy okres oczekiwania na należności jest w woj. pomorskim, gdy tymczasem w niektórych regionach jest to przeciętnie niewiele ponad 70 dni. Jeszcze dekadę temu średnia wartość była przeciętnie o tydzień mniejsza, gros obiegu należności mieściło się w przedziale sześćdziesiąt – siedemdziesiąt kilka dni, a nielicznymi wyjątkami (2-3) były województwa o ponad osiemdziesięciodniowym okresie DSO.
Zacieśniają się kontakty Stanów Zjednoczonych i Polski. Przy okazji warto wspomnieć, jaki wpływ na polskie bezpieczeństwo mają Stany Zjednoczone. Jednym z sojuszy, które gwarantują nam wsparcie militarne i strategiczne, jest bowiem Sojusz Północnoatlantycki (NATO), w którym USA odgrywa dominującą rolę. Obecnie zauważyć można, że działania militarne Stanów Zjednoczonych mają dla Polski szczególnie dużą wartość. Przejawia się to we wzmożonej, fizycznej obecności amerykańskich żołnierzy w regionie wschodnio-europejskim oraz w umożliwieniu Polsce zakupu amerykańskiego uzbrojenia, niedostępnego dla wszystkich członków NATO. Jednak we współpracy z Ameryką warto pamiętać, że równie ważny jest dla nas drugi sojusz – będący podstawą naszego bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego.
– Ważne jest, by Stany Zjednoczone ze zrozumieniem podeszły do drugiego filaru naszego bezpieczeństwa, którym jest współpraca gospodarcza w ramach Unii Europejskiej.Te dwa elementy w różnych przestrzeniach niestety ze sobą rywalizują – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Widać to bardzo dobrze w przestrzeni energetycznej, gdzie Stany Zjednoczone próbują zablokować inwestycję w Nordstream II – która zmierza do zwiększenia ilości rosyjskiego gazu w Europie. Widać jednak, że Polski rząd zdecydował się na pewne rozwiązania, zbliżające nas do amerykańskiej strony tego konfliktu. Stawiamy nie tylko na większą współpracę militarną ze Stanami, ale też na dywersyfikację źródeł dostaw surowców energetycznych, w tym gazu naturalnego – właśnie w kierunku amerykańskim – podsumowuje Roszkowski.
W Polsce na tysiąc mieszkańców przypadają 381 mieszkania, czyli ponad 50 mniej niż średnio w Unii Europejskiej. Mniej więcej 40 proc. społeczeństwa nie może pozwolić sobie na kupno ani wynajem na komercyjnych zasadach, a jednocześnie są zbyt zasobni, aby przysługiwało im mieszkanie od gminy. Wpadają oni w tzw. lukę czynszową, z którą boryka się wiele samorządów. W jej wypełnieniu pomagają preferencyjne kredyty z Banku Gospodarstwa Krajowego. W programie Społecznego Budownictwa Czynszowego do użytku oddano już ponad 2 tys. lokali, kolejnych 4 tys. jest w przygotowaniu. BGK poprawia również warunki mieszkaniowe osób o średnich i niskich dochodach. W tym i przyszłym roku na wsparcie budownictwa komunalnego i socjalnego trafi po 500 mln zł, a od 2021 roku – nawet 1 mld zł rocznie.
– Osoby, które wpadają w tzw. lukę czynszową, to znacząca część naszego społeczeństwa. Fundacja Habitat for Humanity szacuje, że ok. 40 proc. Polaków nie stać na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych na wolnym rynku, czyli nie są w stanie wynająć mieszkania komercyjnie, zaciągnąć kredytu hipotecznego, a tym bardziej kupić mieszkania za gotówkę. Z drugiej strony są zbyt zamożni, żeby ubiegać się o mieszkanie socjalne czy komunalne w gminie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Stachera, dyrektor zarządzający pionem programów mieszkaniowych w Banku Gospodarstwa Krajowego.
W uporaniu się z brakiem odpowiednich lokali pomagają programy budownictwa mieszkaniowego Banku Gospodarstwa Krajowego. Z programu Społecznego Budownictwa Czynszowego (SBC) budowę lub remont lokali mogą sfinansować towarzystwa budownictwa społecznego, spółdzielnie mieszkaniowe i spółki gminne. Dzięki tanim kredytom już ponad 2 tys. rodzin może mieszkać w mieszkaniach z umiarkowanym czynszem.
– Program mieszkaniowy ma sens wtedy, kiedy odpowiada potrzebom najemców. W tym segmencie potrzebą jest niski czynsz. To oznacza bardzo dużą presję na to, żeby finansowanie było długoterminowe i tanie. My zapewniamy jedno i drugie, ponieważ z Funduszu Dopłat finansowanie jest całkowicie bezzwrotne, natomiast w ramach SBC jest preferencyjnie oprocentowane. Inwestorzy płacą wyłącznie równowartość stawki WIBOR jako oprocentowanie kredytu, nie ma tutaj żadnej marży banku. To pozwala utrzymać czynsz na poziomie nawet o kilkadziesiąt procent niższym, niż oferuje rynek – podkreśla Dariusz Stachera.
Najwięcej mieszkań czynszowych powstało na Śląsku, Mazowszu i Dolnym Śląsku, a mieszkań komunalnych i socjalnych – na Mazowszu, Pomorzu i w Wielkopolsce.
Z problemem deficytu lokali dla osób o średnich i niskich dochodach boryka się wiele samorządów. Gminy, spółki gminne, powiaty czy organizacje pożytku publicznego mogą korzystać z bezzwrotnego wsparcia z Funduszu Dopłat na takie cele, jak tworzenie lokali mieszkalnych o ograniczonym czynszu, noclegowni czy schronisk dla bezdomnych.
– W ramach programu bezzwrotnego wsparcia budownictwa komunalnego i socjalnego z Funduszu Dopłat powstało ponad 18 tys. mieszkań i ponad 1 tys. miejsc noclegowych dla osób bezdomnych. Natomiast w programie wsparcia SBC, czyli programu, który celuje w lukę czynszową, powstało w tej chwili 2 tys. mieszkań. To są mieszkania, które zostały już oddane do użytkowania najemcom, natomiast bank łącznie sfinansował już 4 tys. mieszkań. Finansujemy kolejne na bieżąco – wyjaśnia Dariusz Stachera.
Mieszkań komunalnych i socjalnych będzie przybywać, bo w latach 2019–2025 BGK będzie mieć do rozdysponowania dla inwestorów dużo wyższe kwoty. W programie Społecznego Budownictwa Czynszowego na akcję kredytową dostępne będzie 1,3 mld zł, natomiast program bezzwrotnego wsparcia z Funduszu Dopłat w latach 2019–2020 będzie zasilany kwotą po 500 mln zł rocznie, natomiast od 2021 do 2025 roku – 1 mld zł rocznie. To oznacza, że w praktyce środków powinno wystarczyć na wszystkie przedsięwzięcia spełniające wymagania formalno-prawne.
– Mieszkania przy naszym wsparciu najczęściej budują gminy w programie realizowanym z Funduszu Dopłat. Jeżeli chodzi o program kredytowy – tu naszą główną grupą kredytobiorców są TBS-y, czyli towarzystwa budownictwa społecznego, ale również spółdzielnie mieszkaniowe i spółki komunalne – mówi Dariusz Stachera.
Jak podkreśla, w ostatnim czasie nastąpiło sporo zmian wspierających budownictwo czynszowe. W ubiegłym roku najważniejszą było wprowadzenie możliwości łączenia bezzwrotnych grantów dla gmin z kredytami preferencyjnymi dla inwestorów z sektora społecznego budownictwa czynszowego, czyli TBS-ów, spółdzielni mieszkaniowych i spółek komunalnych. W tym roku w życie wejdzie kolejny pakiet zmian w związku z podpisaną na początku lipca przez prezydenta nowelizacją ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości.
– Podstawową zmianą jest to, że proces inwestycyjny został dość mocno uproszczony dla spółdzielni mieszkaniowych. Po drugie, został podniesiony limit dochodowy dla najemców w programie Społecznego Budownictwa Czynszowego i – to chyba najważniejsza zmiana – została też usunięta konieczność weryfikacji dochodów osiąganych przez najemców co dwa lata. Czyli najemca, wprowadzając się do takiego budynku czynszowego, może spać spokojnie, ponieważ musi spełnić kryterium dochodowe tylko przy podpisywaniu umowy najmu. Jeżeli awansuje i będzie więcej zarabiał, nie musi wyprowadzać się z lokalu – wymienia ekspert BGK.
Kolejną ważną zmianą jest podniesienie limitu dochodowego w programie „Mieszkanie na start”, obejmującym bezpośrednie dopłaty do czynszów
– Na rynek te zmiany powinny wpłynąć pozytywnie, ponieważ dzięki nim nasze programy stają się bardziej atrakcyjne dla inwestorów, dla samorządów i liczymy na to, że będzie większe będzie więcej wniosków i więcej beneficjentów – mówi Dariusz Stachera.
Coraz większa konkurencja w sektorze finansowym oraz zbliżające się wdrożenie dyrektywy PSD2 powodują, że banki muszą szukać elementów, które wyróżnią je na rynku i zbudują grono lojalnych klientów, niezależnie od kanału kontaktu. Kreowanie pozytywnych doświadczeń klientów jest dla banków zwyczajnie opłacalne – w co drugim przypadku pozytywna ocena prowadzi do polecenia jego usług. – Kluczem do sukcesu jest personalizacja, zaufanie oraz wygoda i prostota oferty – wskazuje Aleksandra Gorbacz z Banku Millennium, który niedawno został doceniony za obszar relacji z klientami.
– W dobie przyspieszenia i cyfryzacji, kiedy oferty banków stają się do siebie coraz bardziej podobne, to właśnie relacja z klientem będzie miała kluczowy wpływ na budowanie przewagi konkurencyjnej. Ten element będzie zyskiwać na znaczeniu, zwłaszcza w świetle wejścia w życie dyrektywy PSD2, kiedy zmiana banku będzie tak szybka i prosta jak nigdy do tej pory. Dlatego banki już teraz robią, co tylko mogą, żeby lojalizować swoich klientów, oferując im jak najlepsze doświadczenia – mówi agencji Newseria Biznes Aleksandra Gorbacz, kierująca zespołem badań w departamencie jakości Banku Millennium.
Aż 70 proc. klientów uważa, że banki są pomocne, tzn. rozwiązują problemy, ułatwiają życie i celują w ich potrzeby. Trzech na czterech klientów jest generalnie zadowolonych z usług swojego banku. Jednocześnie 24 proc. rozważa zmianę. Nowego banku poszukuje 7 mln klientów – pokazuje czerwcowy raport „Bank oczami klienta – konieczne narzędzie czy zaufany partner?” firmy doradczej PwC. Inne badanie PwC wskazuje, że 57 proc. klientów byłoby skłonnych zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym. To szczególnie istotne w kontekście wejścia w życie dyrektywy PSD2, która otwiera fintechom dostęp do oferowania usług płatniczych. Banki muszą więc szukać takich elementów, które wyróżnią je na rynku i zbudują grono lojalnych klientów niezależnie od kanału kontaktu, z którego korzystają.
Wynika z niego również, że pozytywne doświadczenia klientów są dla banku opłacalne. W 20 proc. prowadzą do rozwoju relacji z bankiem, a w przypadku co drugiego klienta skutkują poleceniem usług banku. Tymczasem polskie banki, choć w większości spełniają oczekiwania klientów, to wciąż mają w tym aspekcie wiele do zrobienia.
– Budując relacje z klientami, trzeba pamiętać o trzech elementach. Pierwszym jest zaufanie, czyli dotrzymywanie obietnic, informowanie klientów o wszystkim, co jest dla nich istotne. Zaufanie jest fundamentem każdej relacji, także międzyludzkiej. Musimy pamiętać o tym, żeby nie obiecywać więcej, niż jesteśmy w stanie dostarczyć. Kolejnym elementem jest prostota i wygoda, czyli oferowanie rozwiązań, które ułatwiają życie naszym klientom. Niezależnie od sposobu, w jaki klient z nami się skontaktuje, czy to przez kanały cyfrowe, infolinię czy poprzez wizytę w oddziale, powinniśmy umieć rozwiązywać jego problemy przy pierwszym kontakcie – mówi Aleksandra Gorbacz.
Jak podkreśla, kolejnym kluczowym elementem jest personalizacja, czyli dostarczanie klientowi takich usług i produktów finansowych, które są w jak największym stopniu dopasowane do jego indywidualnych potrzeb, w miejscu i czasie, w którym on się obecnie znajduje.
– Personalizacja będzie miała kluczowy wpływ na budowanie relacji z klientami, co obserwujemy również w badaniach realizowanych w naszym banku –mówi Aleksandra Gorbacz.
Na przełomie lutego i kwietnia br. firma doradcza PwC przeprowadziła badanie „Indeks Relacji z Klientem 2019” na potrzeby konkursu „Gwiazdy Bankowości” współorganizowanego przez „Dziennik Gazetę Prawną”. W badaniu wzięło udział 12 tys. respondentów, którzy oceniali polskie banki w pięciu kategoriach: relacje z klientami, całokształt działalności, innowacje, wzrost oraz stabilność i efektywność. Bank Millennium zdobył w badaniu najwyższe oceny klientów – miał najwięcej wskazań pokazujących, że jest dla klientów zaufanym partnerem finansowym oraz największy odsetek ocen typu „dla mnie jest to bank idealny” i „jestem bardzo zadowolony”. Na tej podstawie otrzymał prestiżowy tytuł „Gwiazdy relacji z klientem”.
– Jest to suma pracy wszystkich pracowników naszego banku. Klient nie wydziela poszczególnych działów czy procesów, on widzi i ocenia całość. Dlatego myśląc o klientocentryczności i projektując nowe rozwiązania, musimy czasem wyjść z naszych działów i wejść w buty klienta, spróbować spojrzeć na procesy jego oczami. W ten sposób zbudujemy rozwiązania, które klienci będą lubić i polecać – mówi Aleksandra Gorbacz.
Na konkursowym podium Millennium znalazł się w sumie trzykrotnie. Poza zwycięstwem w kategorii „Relacja z klientem” zajął też drugie miejsce w kategoriach „Innowacyjność” oraz „Wzrost”.
Po 30 latach funkcjonowania samorządu terytorialnego w Polsce zaufaniem darzy go 2/3 Polaków, a ponad 70 proc. jest zadowolonych z działań lokalnych władz. Jeszcze większy odsetek deklaruje zainteresowanie sprawami lokalnymi – pokazują badania CBOS. – Tak wysoki poziom zaufania i zadowolenia Polaków z samorządu to inspiracja dla sektora przedsiębiorstw, jak prowadzić efektywny dialog i budować kapitał społeczny – podkreślają eksperci Krajowej Izby Gospodarczej.
– Samorządność jest jednym z filarów państwa i od tego, jak będzie się rozwijała, zależy jakość Polski. Reforma samorządu terytorialnego zbudowała zupełnie nową jakość. Ludzie mają poczucie, że ich przedstawiciele, których wybierają do władz lokalnych, mają z nimi kontakt, który nie urywa się w momencie zakończenia wyborów, że są bardziej zorientowani w rzeczywistych problemach danych społeczności. Patrząc na badania opinii publicznej, samorząd bije na głowę władze centralne pod względem zaufania i dobrej oceny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
Samorząd terytorialny w Polsce obchodzi swoje 30-lecie. W 1989 roku rozpoczęto prace nad ustawą, która stworzyła podwaliny samorządu terytorialnego. 27 maja 1990 roku Polacy po raz pierwszy wybrali w demokratycznych wyborach przedstawicieli niezależnych organów władzy lokalnej (wzięło w nich udział 42 proc. uprawnionych do głosowania obywateli), a samorząd terytorialny stał się jednym z filarów przemian politycznych. Dziś 73 proc. Polaków deklaruje zadowolenie z pracy dotychczasowych władz samorządowych w swojej miejscowości, a negatywnie ocenia ją co piąty (20 proc.) – wynika z ubiegłorocznego badania CBOS. Ocena władz lokalnych niezmiennie utrzymuje się na wysokim, stabilnym poziomie, począwszy od 2006 roku.
Polacy uznają wybory jednoosobowych władz wykonawczych w jednostkach samorządu terytorialnego – a więc wójtów, burmistrzów i prezydentów miast – za najważniejszą część wyborów samorządowych. 76 proc. deklaruje zainteresowanie sprawami lokalnymi, a 64 proc. ocenia, że głos mieszkańców jest brany pod uwagę przez lokalne władze przy podejmowaniu decyzji („Zaangażowanie Polaków na rzecz społeczności lokalnej” CBOS). 59 proc. Polaków ma poczucie wpływu na sprawy lokalne, co oznacza prawie czterokrotny wzrost w porównaniu z początkiem lat 90. Dla porównania tylko nieco ponad jedna trzecia (34 proc.) Polaków ocenia, że ma wpływ na decyzje podejmowane na szczeblu ogólnokrajowym.
– Samorząd w Polsce i samorządność w ogóle to zjawisko, którego często nie doceniamy. Tymczasem po 30 latach – biorąc pod uwagę skalę zaufania społecznego, jakim darzymy samorządy – można powiedzieć, że w zasadzie dokonał się cud. Ponad 70 proc. Polaków jest dziś zadowolonych ze swoich władz samorządowych – mówi Konrad Ciesiołkiewicz, przewodniczący Komitetu Dialogu Społecznego KIG.
Wskazują na to m.in. badania GUS – zaufanie do samorządu terytorialnego deklaruje 60,7 proc. Polaków, podczas gdy do rządu oraz Sejmu i Senatu ma odpowiednio 31,1 i 27,4 proc. („Jakość życia w Polsce 2017”).
Konrad Ciesiołkiewicz podkreśla, że powinna to być inspiracja dla sektora przedsiębiorstw w zakresie tego, jak prowadzić efektywny dialog i budować kapitał społeczny.
– To są wskaźniki, których pozazdrościć mogą wszyscy prezesi firm. Jest to też sygnał, który pokazuje coraz większą potrzebę upodmiotowienia, równego traktowania koleżanek i kolegów w pracy. Stąd wszelkie formy dialogu społecznego, konsultacji, budżetów partycypacyjnych, wspierania rad pracowniczych, a także pokojowego i rzeczowego dialogu oraz współpracy ze związkami zawodowymi powinny być dzisiaj kluczowymi punktami agendy publicznej w Polsce – mówi Konrad Ciesiołkiewicz.
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez agencję IQS na zlecenie House of Skills, FOB-u oraz KIG-u („Problemy i wyzwania w organizacjach – znaczenie kapitału społecznego 2017”), 95 proc. pracowników i menadżerów firm w Polsce obserwuje w swoim miejscu pracy zjawiska, które wskazują na deficyt kapitału społecznego: słabość przepływu informacji, skupienie na indywidualnych celach zamiast celów organizacji, brak chęci brania dodatkowej odpowiedzialności czy słabą współpracę zespołową.
Sektor przedsiębiorstw ma dla polskiej gospodarki takie samo znaczenie, jak samorząd terytorialny dla funkcjonowania demokracji. Zgodnie z „Raportem o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” PARP, udział przedsiębiorstw w tworzeniu polskiego PKB wynosi około 75 proc. i rośnie.
Andrzej Arendarski dodaje, że ważną funkcję spełnia w tym zakresie samorząd gospodarczy. W Polsce działa dziś ok. 160 niezależnych izb gospodarczych (w porównaniu do ok. 3 tys. jednostek samorządu terytorialnego), które mają dużą siłę oddziaływania na rząd i parlament, a także są inicjatorem wielu zmian legislacyjnych, prowadzących do poprawy warunków prowadzenia biznesu w Polsce i wzrostu jego konkurencyjności. Jak podkreśla, w tym obszarze wciąż jest jednak wiele do zrobienia.
– Zatrzymaliśmy się mniej więcej w połowie rozwoju samorządu gospodarczego. On niby jest, ale nie jest powszechny ani obligatoryjny. W związku z tym nie ma legitymacji, jaką ma samorząd terytorialny do pełnej reprezentacji całej społeczności biznesu. Takie samorządy działają np. w Niemczech, Austrii, Francji i wielu innych krajach, ale nie w Polsce – mówi prezes Krajowej Izby Gospodarczej. – Niemniej jednak te ponad 160 izb gospodarczych, które w Polsce istnieją, które są niezależne, stanowią dużą siłę oddziaływania. Samorząd gospodarczy jest autorem wielu bardzo potrzebnych inicjatyw, które prowadzą do tego, aby można było w Polsce prowadzić biznes uczciwie i efektywnie, by było on nowoczesny i konkurencyjny – dodaje.
Od początku tego roku cena bitcoina wzrosła już prawie trzykrotnie. Po załamaniu z 2018 roku najpopularniejsza kryptowaluta znów wróciła do łask inwestorów. Kurs bitcoina na przestrzeni ostatniego miesiąca to jednak ciągła huśtawka, co potwierdza niestabilność kryptowalutowego rynku. Tomasz Rozmus, prezes grupy produktów kryptowalutowych Tokeneo, prognozuje, że wartość bitcoina będzie rosła wraz z postępującymi regulacjami. – Wszystko rozchodzi się o to, żeby powstały odpowiednie przepisy, które pozwolą wejść na ten rynek dużemu, instytucjonalnemu kapitałowi – ocenia.
– Porównując sytuację z 2017 roku i bańkę na rynku kryptowalutowym, po której w 2018 roku nastąpiły duże spadki, dziś widać, że ludzie znowu zaczynają przychylnie patrzeć na kryptowaluty. Rynek cały czas rośnie, natomiast nie są to już takie wartości jak dwa lata temu. Wolumen handlowany na rynkach jest dużo mniejszy, a research z czerwca pokazuje, że samo wyszukiwanie frazy „bitcoin” czy „kryptowaluty” w Google stanowi raptem 10 proc. wyszukiwań z końca 2017 roku, kiedy bitcoin bił rekordy cenowe – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Rozmus, prezes Tokeneo.
Bitcoin po załamaniu w końcówce 2018 roku zyskuje obecnie na wartości. Jeszcze na początku tego roku był wart niecałe 4 tys. dol. Natomiast ostatni miesiąc wyraźnie pokazał, dlaczego eksperci przestrzegają przed inwestycjami w kryptowaluty ze względu na niestabilność rynku i ogromne wahania. W przedostatnim tygodniu czerwca bitcoin gwałtownie zyskał na wartości – z nieco ponad 5 tys. dol. w kilka dni kurs przeskoczył do 11 tys. dol., po czym osiągnął tegoroczne maksima 14 tys. dol. Następnie w ciągu jednej doby stracił na wartości 4 tys. dol.
Obecnie bitcoin jest wart niecałe 11 tys. dol., choć kurs nadal jest daleki od rekordów z 2017 roku, kiedy cena sięgała 20 tys. dol. Eksperci oceniają, że huśtawka kursu bitcoina na przestrzeni ostatniego miesiąca jest powiązana m.in. z zapowiedziami Facebooka o utworzeniu własnej kryptowaluty – Libry, zmianą w polityce pieniężnej USA i osłabieniem kursu dolara oraz krytyką Libry przez szefa amerykańskiego Fedu Jeroma Powella i Donalda Trumpa. Żadna inna tradycyjna waluta nie zmienia jednak wartości tak gwałtownie pod wpływem zewnętrznych czynników.
– Kryptowaluty jako instrument inwestycyjny są wciąż uważane za bardzo ryzykowne, bo ten rynek nie jest uregulowany przepisami, więc wahania są bardzo duże. To powoduje również duże ryzyko inwestycyjne dla osób, które niewiele mają z nimi do czynienia. Natomiast brak regulacji nie powinien wprost zagrozić temu rynkowi. Pokazuje to chociażby fakt, że bitcoin kosztuje dzisiaj ok. 11 tys. dol. i mimo dużego ryzyka popyt cały czas się utrzymuje –mówi Tomasz Rozmus.
Ryzyko związane z inwestowaniem w kryptowaluty potwierdza też upadek polskiej giełdy Bitmarket.pl, która z dnia na dzień ogłosiła utratę płynności. Branża szacuje, że w jej depozytach były bitcoiny o łącznej wartości ok. 110 mln zł, a klienci mają niewielkie szanse na odzyskanie pieniędzy, bo rynek nie jest regulowany ani nadzorowany. Komisja Nadzoru Finansowego i NBP już w grudniu 2017 roku zaczęły akcję ostrzegającą przed inwestycjami w kryptowaluty. Raptem kilka dni później japońska giełda Bitpoint padła ofiarą hakerów, którzy w sumie ukradli 32 mln dol., a lwia część tych pieniędzy należała do klientów.
Co istotne, zdania dotyczące przyszłości kryptowalutowego rynku są mocno podzielone. Część ekspertów podkreśla, że nie stoi za nimi żadna realna wartość i wykazują wszystkie cechy bańki spekulacyjnej, a po obecnych wzrostach bitcoin znów straci na wartości. Z drugiej strony bitcoin stał się pełnoprawnym aktywem w portfelach inwestycyjnych. Przybywa firm, które umożliwiają płacenie nim za usługi, a eksperci Satis Group w raporcie „Crypto Asset Market Coverage” przewidują, że w kilku lat wartość bitcoina może sięgnąć nawet 100 tys. dol. Także założyciel Morgan Creek Mark Yusko w wywiadzie dla CNBC prognozował, że jeszcze w tym roku bitcoin wróci do historycznego maksimum 20 tys. dol., a do poziomu 100 tys. dol. dosięgnie przed 2022 rokiem. Część ekspertów ocenia, że może się do tego przyczynić Libra – kryptowaluta Facebooka (ma zostać wprowadzona w 2020 roku), która posłuży do wygodnych płatności internetowych i docelowo mogłaby nawet zagrozić dolarowi. Branża prognozuje, że w ślady Facebooka pójdą też inni technologiczni giganci, jak Amazon czy Google.
Prezes Tokeneo podkreśla, że wirtualne pieniądze będą zyskiwać na wartości dzięki postępującej regulacji rynku. Rządy narodowe pracują już nad uregulowaniem rynku kryptowalut, m.in. po to, żeby umożliwić inwestowanie graczom instytucjonalnym. Naciskają na to chociażby fundusze inwestycyjne, które postrzegają rynek kryptowalut jako perspektywiczny, jednak dziś ich status nie pozwala im lokować pieniędzy na rynku nieregulowanym.
– Wszystko rozchodzi się o to, żeby powstały odpowiednie przepisy, które pozwolą wejść na ten rynek dużemu, instytucjonalnemu kapitałowi. Jeżeli tak się stanie, będziemy mieli potężny skok cen, wywołany przez masę pieniędzy wpompowanych w ten rynek. Myślę, że już dzisiejsze wzrosty cen bitcoina są efektem tego, że jesteśmy coraz bliżej wypracowania konkretnych przepisów, głównie w Stanach Zjednoczonych – mówi Tomasz Rozmus.
Administracja rządowa uruchomi kolejne e-usługi. Według zapowiedzi Ministerstwa Cyfryzacji każde gospodarstwo domowe ma uzyskać możliwość podłączenia internetu światłowodowego. Powstaje także jedna, rządowa platforma ze wszystkimi e-usługami, przeniesionymi do chmury. Jak oceniają eksperci, wzrost ilości i jakości administracyjnych usług dostępnych przez internet zwiększa zaufanie obywateli do Państwa.
– Rozwój e-usług w Polsce przebiega bardzo szybko. Od trzech lat widzimy bardzo duży wzrost i dynamikę. Przybywa usług administracji państwowej. Mamy dwa główne portale dla ludzi i przedsiębiorców, czyli odpowiednio obywatel.gov.pl i biznes.gov.pl. Tych usług przyrasta bardzo dużo. Jest to niezmiernie istotny element, bo to jest też budowanie zaufania do państwa. Stabilne usługi adresujące konkretne potrzeby budują zaufanie do państwa, jest nam to na pewno potrzebne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Krzysztof Szubert, visiting fellow z Uniwersytetu w Oksfordzie.
Obecnie w ramach portalu Gov.pl działa 19 stron internetowych poszczególnych ministerstw, w tym serwisy z e-usługami dla obywateli i przedsiębiorców. Liczba e-usług administracji państwowej dla obywateli ma się jeszcze poszerzyć. Ministerstwo Cyfryzacji planuje zapewnić dostęp do internetu światłowodowego dla każdego gospodarstwa domowego. Kolejne plany zapowiadane przez ministra to projekt gov.pl, w ramach którego cała administracja, łącznie z kontem obywatela, ma być dostępna w jednym miejscu. Ponadto cała administracja zostanie przeniesiona do chmury.
Usługi realizowane przez rząd to jednak tylko jeden z sektorów e-usług. Nie mniej istotnym, z punktu widzenia użytkowników, jest też sektor komercyjny.
– Usługi komercyjne pojawiają się głównie w obszarach takich, jak rozrywka i retail. Szacuje się, że już blisko 20 proc. transakcji przebiega w internecie. Zakupów dokonują głównie nie najmłodsi, jak by się mogło wydawać, ale generacja X, czyli urodzeni miedzy 1966 a 1981 rokiem. W całej grupie najwięcej wydają panowie, a nie panie – wskazuje Krzysztof Szubert.
Według analityków rynku, trend związany z rozwojem e-usług komercyjnych, zwłaszcza w handlu detalicznym, utrzyma w najbliższych latach dużą dynamikę. Według Fortune Business Insights branża e-retail do 2023 roku osiągnie wycenę na poziomie 5 bln dolarów. Oznacza to podwojenie wartości w stosunku do 2018 roku. W Polsce strona rządowa dość dynamicznie reaguje na potrzeby obywateli w zakresie elektronicznego dostępu do usług administracji państwowej. Mimo tego, wciąż w obszarze cyfryzacji pozostajemy w tyle Europy.
– Główny wskaźnik DESI, czyli The Digital Economy and Society Index, to indeks, który mierzy cyfrowość społeczeństw poszczególnych państw. W obszarze e-usług nie jesteśmy źli. Natomiast w całym wskaźniku nasze miejsce stałe to jest pozycja 23-24 na 27-28 państw. Na pewno mamy dużo do nadrobienia, szczególnie, że w obszarach, które są brane pod uwagę. To obszar dostępu do internetu mobilnego czy kompetencje. Inne raporty europejskie, OECD czy amerykańskie pozycjonują nas wyżej w różnych kategoriach – mówi ekspert.
Polscy kierowcy mogą już sprawdzić online liczbę punktów karnych czy przechowywać dokumenty pojazdu na telefonie. Usługi te cieszą się dużym zainteresowaniem. Według danych resortu cyfryzacji, w pierwszym kwartale 2019 roku kierowcy skorzystali 150 tys. razy z usługi sprawdzenia punktów karnych. W całym 2018 roku było to ponad 360 tys. razy. Usługa mTożsamość pozwala nie nosić przy sobie dowodu osobistego. Z kolei mPojazd przechowuje dane o pojeździe: dowód rejestracyjny i polisę OC. Z myślą o osobach podróżujących poza strefę Schengen została też stworzona aplikacja Granica, która pozwala śledzić ruch na wschodnich przejściach granicznych, łącznie z nawigacją i udostępnianiem obrazu z kamer.
– Widać, że kierunek przyjęty około trzy lata temu przy budowie Ministerstwa Cyfryzacji jako osobnego bytu, który też jest dość unikalny w skali europejskiej było podejściem na tamten moment dobrym, być może wymagającym z czasem jakiegoś dopracowania. Materia cyfrowa bardzo szybko ulega zmianom, a regulacje za tym nie nadążają – twierdzi Krzysztof Szubert.
Od początku 2019 r. serwis obywatel.gov.pl odwiedziło prawie 7,5 mln użytkowników. To o niemal 2,7 mln więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.
Opracowane przez Instytut Transportu Samochodowego wytyczne bezpiecznego ruchu rowerowego mają poprawić bezpieczeństwo tej grupy użytkowników dróg. Odpowiednia infrastruktura jest konieczna, bo na rowerach jeździ coraz więcej Polaków. Rowerzyści mają dziś do dyspozycji ok. 12 tys. ścieżek. Niektóre jednak nagle się urywają lub kończą chodnikiem, problemem są także skrzyżowania z ruchem samochodowym i pieszym. Przygotowane wytyczne do budowy dróg rowerowych mają ujednolicić infrastrukturę w całym kraju. To zachęta, by szukać rozwiązań bardziej ekonomicznych i równie skutecznych – podkreśla dyrektor ITS.
– Opracowane przez Instytut Transportu Samochodowego wytyczne dla ruchu drogowego, wykonane na zapotrzebowanie Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, to katalog propozycji dobrych praktyk, z których mogą skorzystać zarządcy dróg w celu zastosowania we własnej lokalnej infrastrukturze drogowej. Mogą te rozwiązania porównać pod kątem wad, zalet, opisu technicznego, ale też kosztów i zobaczyć, czy daną społeczność stać na tego typu rozwiązania – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. nzw. dr hab. inż. Marcin Ślęzak, dyrektor Instytutu Transportu Samochodowego.
Opracowanie to zbiór praktycznych wskazówek na temat tego, jak organizować środowisko drogowe przy coraz mocniej rozwijającym się ruchu rowerowym. Rosnąca popularność jednośladów wymaga stworzenia odpowiedniej sieci infrastruktury rowerowej, która spełni oczekiwania rowerzystów, nie będzie powodowała konfliktów z innymi uczestnikami ruchu, a co najważniejsze – zapewni bezpieczeństwo na drogach. Z danych GUS wynika, że w Polsce jest nieco ponad 12 tys. km dróg rowerowych pod zarządem jednostek samorządu terytorialnego (dane za 2017 rok).
– Przygotowaliśmy 30–40 konkretnych propozycji dla ścieżek rowerowych ulokowanych wzdłuż dróg różnego rodzaju, przy skrzyżowaniach. Obejmują one wszystkie te elementy, które kierujący rowerem może spotkać na drodze, szczególnie w tych obszarach, gdzie dochodzi do kolizji z innymi użytkownikami dróg – wymienia prof. Marcin Ślęzak.
W katalogu są m.in. schematy bezpiecznych rozwiązań geometrycznych i organizacji ruchu, zdjęcia przykładowych rozwiązań, kryteria i warunki ich stosowania czy schematy przykładowych konstrukcji nawierzchni, ale również jednostkowe kalkulacje cenowe, które pomogą szacować koszty poszczególnych inwestycji.
Jak wynika z danych Komendy Głównej Policji, wypadków z udziałem rowerzystów jest coraz więcej. W I kwartale 2019 roku było ich 464, podczas gdy rok wcześniej 364. W całym 2018 roku rowerzyści uczestniczyli w ponad 4,7 tys. wypadków drogowych, w których zginęło 286 osób. Rok wcześniej było to odpowiednio 4,2 tys. i 220 osób. Przygotowane wytyczne wskazują, że do 66 proc. wypadków dochodzi na jezdni, a 18 proc. – w lokalizacjach przygotowanych dla ruchu rowerowego. Co dziesiąty wydarza się w strefach przeznaczonych dla ruchu pieszego.
– Do tej pory samorządy miały własne opracowania, które różniły się pod kątem rozwiązań. To jest katalog uniwersalny dla całego kraju, więc można by się spodziewać, że te rozwiązania będą podobne. Ale to wszystko zależy od specyfiki – mówi dyrektor ITS. – Najbardziej bezpieczny jest ruch odseparowany, najlepiej zielenią lub pasem, od ruchu pieszego czy jezdnego, ale nie zawsze to się da zastosować.
Przygotowany przez ITS katalog dobrych praktyk dotyczy nie tylko lokalizacji ścieżek dla rowerów, lecz także nawierzchni, oświetlenia i znaków drogowych. Na razie nie bierze pod uwagę coraz popularniejszych rowerów elektrycznych, w przyszłości jednak takie wytyczne mogą powstać i dla innych pojazdów.
Jak podkreśla dyrektor ITS, wytyczne nie są obowiązkowe, ich stosowanie jest dobrowolne i zależy od samorządów. To raczej zachęta, by szukać rozwiązań nie tylko bardziej ekonomicznych, ale i skutecznych.
– To choćby przypadek Jaworzna, które poprzez działania poprawiające infrastrukturę drogową i rowerową osiągnął całkiem niezłe wyniki w zakresie poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego. Nie zawsze nakaz jest elementem koniecznym, żeby poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowego. Można to robić, jeżeli lokalny samorząd dojdzie do wniosku, że takie działania chce podejmować – podkreśla prof. Marcin Ślęzak.
Za sprawą nowoczesnych technologii zmienia się relacja obywateli z miastem. Pojawienie się zaawansowanych systemów inteligentnych funkcjonujących w ramach sieci 5G pozwoli zautomatyzować procesy zarządzania aglomeracjami i lepiej przystosować tkankę miejską do zindywidualizowanych potrzeb obywateli. Upowszechnienie się rozwiązań z zakresu internetu rzeczy umożliwi wdrożenie na masową skalę inteligentnych systemów transportowych, oświetleniowych, a nawet zautomatyzowanych harmonogramów odbioru odpadów komunalnych.
– Mieszkaniec jest interfejsem cyfrowej przestrzeni miasta w kategoriach potrzeb, które formułuje. Jest interfejsem, esencją miasta i jego odbiorcą. Istotne jest to, jakie ma potrzeby, jak będzie wyglądało jego życie dzisiaj, zaraz i w horyzoncie następnych lat. Jak cyfryzacja przestrzeni miejskiej wpłynie na jego życie. Za tym idą trendy społeczne i gospodarcze, czyli jak będzie musiał reagować, pracować, wypoczywać, realizować swoje podstawowe potrzeby, dojeżdżać do miasta czy poruszać się po mieście. W tych kategoriach mieszkaniec jest przede wszystkim generatorem wiedzy o tym, jak miasto powinno być skonstruowane – mówi agencji Newseria Innowacje Remigiusz Wiśniewski, członek Grupy Roboczej ds. Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji.
W Polsce systemy autonomiczne bazujące na rozwiązaniach z zakresu internetu rzeczy są dopiero we wczesnej fazie rozwoju. Technologie inteligentne najczęściej wdraża się w ramach pilotażów oraz na niewielką skalę. Aby spopularyzować rozwiązania tego typu, Ministerstwo Cyfryzacji powołało do życia Grupę Roboczą ds. Internetu Rzeczy, która będzie monitorować i kontrolować rozwój tej perspektywicznej gałęzi przemysłu. W pierwszej kolejności ministerialni eksperci opracowali obszerny raport „IoT w polskiej gospodarce”, w którym opisali obecny stan prawny umożliwiający wdrażanie rozwiązań z zakresu IoT, wskazali także branże, które najbardziej skorzystają na tej technologii.
– Nasza populacja zmienia się w horyzoncie czasu. Do 2050 roku będzie nas raptem 35 mln, a w pesymistycznych prognozach może nawet mniej. Musimy się z jednej strony zastanowić, jak wypełnić ten deficyt ludności, a z drugiej, jak skłonić ludzi, żeby zostali w naszym kraju, w miastach. Przygotowanie nas do stworzenia lepszego miejsca do życia, zapewnienia lepszej komunikacji, usprawnienia transportu czy lepszego gospodarowania zasobami – to jest tak naprawdę istotne z punktu widzenia tworzenia przestrzeni miejskiej – twierdzi ekspert.
Z raportu wynika, że na rozwoju branży IoT skorzystają zarówno producenci prostych urządzeń kontrolowanych za pośrednictwem internetu, jak i twórcy skomplikowanych rozwiązań autonomicznych przeznaczonych m.in. do autonomizacji transportu czy robotów przemysłowych oraz projektanci cyfrowych platform biznesowych przeznaczonych m.in. do optymalizacji zużycia energii czy inteligentnej kontroli systemów transportu publicznego.
– Przykłady już są, chociaż na razie są zdecydowanie bardziej silosowe. Dotyczą inteligentnego oświetlenia, ITS-ów, gdzieniegdzie pojawiają się inteligentne śmietniki i parkingi, ale cały czas to jest jeszcze etap początkowy, rozwojowy, patrząc też na inne kraje europejskie – mówi Remigiusz Wiśniewski.
Pierwsze polskie miasta już eksperymentują z technologiami smart city. Do życia powołano Akcelerator Inteligentnych Miast, który ma ułatwić wdrażanie narzędzi tego typu. Po pomoc Akceleratora sięgnęły m.in. władze Katowic, które z jego pomocą zorganizowały konkurs na realizację systemu do komunikacji urzędników z mieszkańcami. Z kolei władze Mysłowic udowodniły, że systemy inteligentne można z powodzeniem wdrożyć nawet do pojemników na śmieci. Miejskie kosze zostaną podpięte do internetu, a stan ich zapełnienia będzie monitorowany zdalnie za pośrednictwem aplikacji.
Jedną z najistotniejszych technologii umożliwiających rozwój platform IoT będą systemy łączności 5G, które pozwolą przesyłać dane szybciej i sprawniej niż przy wykorzystaniu obecnych systemów łączności. O kluczowej roli w ekspansji systemów inteligentnych wspominają analitycy z firmy Ericsson. Według szacunków korporacji tylko do 2021 roku w ramach internetu rzeczy będzie funkcjonowało niemal 28 mld urządzeń, a znaczna część z nich będzie wykorzystywana w systemach do obsługi inteligentnych miast. Według Ericssona tylko upowszechnienie się technologii 5G umożliwi wykorzystanie pełnego potencjału rozwiązań z zakresu IoT.
– Internet rzeczy zmieni absolutnie każdą dziedzinę naszego życia. To już się dzieje. U nas jeszcze tego tak bardzo nie widać, natomiast można oczekiwać, że w horyzoncie najbliższych dziesięcioleci nasze życie będzie wyglądało inaczej. Urbanizacja spowoduje, że problemy transportowe i wyzwania, które stoją przed nami, wymuszą stosowanie rozwiązań, które po prostu zmienią oblicze naszych miast. Już widać takie małe projekty w postaci chociażby hulajnóg elektrycznych na wynajem czy carsharingu, bo to też jest wymiar inteligentnego miasta – mówi Remigiusz Wiśniewski.
Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku technologii z zakresu inteligentnych miast w 2018 roku wyniosła 308 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do 717,2 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,4 proc.
Dlaczego w tym roku trafia na rynek mniej inwestycji mieszkaniowych? Czy deweloperzy wstrzymują budowy, bo spodziewają się spadku popytu? Czy oferta kurczy się ze względu na trudności ze zdobyciem gruntów, pozwoleń na budowę, czy planowanymi zmianami w przepisach? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl
Zbigniew Juroszek, prezes Atal
Mniejszą liczba wydanych pozwoleń na budowę wiązać należy raczej z przerostem biurokracji organów administracyjnych. Nie ma to związku z popytem na mieszkania, który w mojej ocenie niezmiennie będzie się utrzymywał na wysokim poziomie. Nieprzystępne procedury budowlane, przeciągające się postępowania administracyjne oraz procedury związane z różnego rodzaju decyzjami mają niekorzystny wpływ na sektor nieruchomości. W tej przestrzeni rynek jest nazbyt nieprzewidywalny. Proces wydawania zgód i decyzji, m.in. pozwoleń na budowę czy użytkowanie jest odczuwalnie dłuższy, a to ma z kolei przełożenie na poziom oferty oraz koszty prowadzenia inwestycji. I choć mamy rozbudowany bank ziemi i zaplecze pozwalające prowadzić wiele projektów jednocześnie, to ze względu na przeciągające się postępowania administracyjne część inwestycji jesteśmy zmuszeni wprowadzić do sprzedaży później, niż się to początkowo zakładaliśmy.
Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic
Powód wstrzymania wielu inwestycji jest prosty: znaczący wzrost kosztów realizacji. Cały proces inwestycyjny trwa czasem nawet kilka lat. Decyzja o zakupie gruntu jest poprzedzona kalkulacją opłacalności, w której zasadnicze znaczenie ma koszt budowy. Jeżeli w ciągu roku, czy dwóch oferty na realizację budynku są wyższe o kilkadziesiąt procent, wtedy opłacalność realizacji i sprzedaży staje pod znakiem zapytania i jedyną sensowną decyzją jest wstrzymanie inwestycji.
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.
Spadek w liczbie wydawanych pozwoleń na budowę był już widoczny w 2018 roku. O ile w całej Polsce w minionym roku wydano więcej PNB niż w 2017, o tyle w większości dużych miast spadki te były bardziej widoczne, rzędu nawet 38 proc. Jest to efekt przede wszystkim przeciągających się procedur administracyjnych, a w szczególności różnego rodzaju uzgodnień, jak również problemów z pozyskaniem gruntów wolnych od obciążeń i szeroko pojętych problemów inwestycyjnych.
Związany z wyższymi cenami spadek popytu na mieszkania nie ostudził deweloperów. Planujemy rozpoczęcie budowy nowych inwestycji w Gdańsku, Poznaniu i Pruszkowie. Trudności ze zdobyciem gruntów nie dotyczą J.W. Construction. Mamy bank ziemi, który wystarczy nam na kolejne lata. Czy wprowadzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego spowoduje wzrost cen? Sądzę, że wśród przedstawicieli firm deweloperskich panuje przekonanie, że tak właśnie się stanie.
Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord
W latach 2017- 2018 wydano rekordową ilość pozwoleń na budowę. Większość deweloperów jest zajętych realizacją inwestycji oraz planowaniem kolejnych projektów. Nie oznacza to, że rynek spowalnia. Wynika to z faktu, że szerokie grono deweloperów ruszyło z inwestycjami w podobnym momencie, wtedy kiedy koniunktura na rynku była korzystna. Nie przewidujemy, żeby popyt na nieruchomości malał w najbliższym czasie. Faktem jest, że coraz trudniej pozyskać grunty. Szczególnie w atrakcyjnych lokalizacjach, jakimi są centra miast. Sporo proponowanych zmian w przepisach spowoduje, że rentowność inwestycji zmaleje i na pewno wpłynie negatywnie na koniunkturę na rynku. W zależności od miasta czas potrzebny na procedury administracyjne znacząco się różni, jednak nie stanowi przeszkody w osiągnięciu celu, jakim jest uzyskanie pozwolenia na budowę.
Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży w Allcon Osiedla
Popyt na mieszkania jest w trendzie rosnącym. W naszym kraju w dalszym ciągu istnieje pokaźna luka popytowa, a rosnąca zamożność społeczeństwa kreuje nowy popyt, co tę lukę jeszcze bardziej powiększa. Problem leży po stronie podażowej. Poczynając od gruntów. Gdzie nie chodzi wyłącznie o ich malejącą dostępność, ale o stan prawny, który wymaga czasochłonnego procesu zakupowego. Poprzez problemy z podwykonawcami, którzy zagwarantowaliby wysoką jakość, terminowość i realizację warunków umowy z obowiązkami gwarancyjnymi włącznie. Na czasochłonnych procedurach administracyjnych kończąc. Priorytetem dla deweloperów jest teraz możliwość prowadzenia inwestycji wieloetapowych. Każdy etap limituje nową podaż. Podniesiony przez analityków alarm jest efektem analizy popytu, która nie daje pełnego obrazu rynku i nie zawsze prowadzi do prawdziwych wniosków.
Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development
Deweloperzy uważniej obserwują sytuację na rynku i szybciej się do niej dostosowują. Za wyjątkowo dużą podażą w 2018 roku nadeszło uspokojenie, jednak główną przeszkodą są inne aspekty zewnętrze. Biznes deweloperski jest wielowątkowy i zależy od licznych czynników. Sądzę, że wielu deweloperów boryka się z przedłużającymi się procedurami, niepewnością w sferze legislacyjnej oraz zawirowaniami w gospodarce globalnej. Zdajemy sobie sprawę również z deficytu dostępnych nieruchomości gruntowych. Dziś nie ma już prostych projektów, wiele z nich wymaga czasochłonnego i ryzykownego przygotowania przez dewelopera. Niestety nie znamy jeszcze ostatecznych wytycznych we wprowadzanym Funduszu Deweloperskim. Rozumiem intencję ustawodawcy, mającą na celu jeszcze większe zabezpieczenie klienta, ale musimy sobie zdawać sprawę, że kolejne obostrzenia wpłyną na końcowa cenę produktu. Nie sądzę, że rynek nieruchomości wymaga dodatkowej regulacji Państwa.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Z pewnością mniejsza ilość wydanych pozwoleń na budowę może mieć związek z dostępnością nowych gruntów. Deweloperzy chcieliby budować coraz więcej, ale niestety zasób działek pod inwestycje jest ograniczony. Poza tym, po zakupie gruntów kolejną barierą do szybkiego wprowadzenia inwestycji na rynek są zazwyczaj przeciągające się procedury administracyjne związane z wydawaniem pozwoleń.
Mamy tu oczywiście do czynienia z kilkoma czynnikami, które wpływają na spadek liczby wydawanych pozwoleń na budowę. W mojej ocenie kluczowym powodem są przedłużające się i skomplikowane procedury administracyjne, w związku z czym znacząco wydłużył się okres pomiędzy zakupem gruntu a wprowadzeniem mieszkań do oferty. Na pewno możemy mówić też o wysokich cenach gruntu i niewielkiej dostępności działek w atrakcyjnych lokalizacjach. Na aktualną sytuację ograniczającą portfel projektów deweloperów wpływ ma jednak głównie przedłużający się proces uzgodnień i postępowań administracyjnych dotyczący gruntów często kupionych kilka lat wcześniej.
Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira
Na rynku łódzkim wciąż widoczny jest deficyt nowych mieszkań, nie obserwujemy zwolnienia rynku. Atrakcyjne działki w centrach miast są trudne do zdobycia na przykład ze względu na ich nieuregulowany stan prawny. Możliwe więc, że w takich obszarach inwestycje lokowane będą na trenach, które wcześniej wykorzystywane były jako inwestycyjne. Planowany fundusz gwarancyjny zakłada odprowadzanie składki od każdej wpłaty nabywcy na mieszkaniowy rachunek powierniczy w maksymalnej wysokości 5 proc. w przypadku otwartego, mieszkaniowego rachunku powierniczego oraz 1 proc. w przypadku zamkniętego mieszkaniowego funduszu powierniczego. W przepisach nie ma jednak informacji, co stanie się w sytuacji, kiedy w trakcie realizacji inwestycji zostanie zmienione rozporządzenie określające wysokość tejże składki. Utrudni to skalkulowanie wysokości całkowitych kosztów inwestycji.
W I półroczu deweloperzy oddali do użytku 215 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, a rynek odnotował sześć debiutów międzynarodowych marek.
Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec I półrocza 2019.
Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL
Łącznie, w I półroczu rynek urósł o 215 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Najważniejszym wydarzeniem w tym czasie było otwarcie warszawskiej Galerii Młociny (78 500 mkw. powierzchni handlowej). To największy projekt w całym 2019 r. i największa galeria handlowa od otwarcia Posnanii w 2016. Szacujemy, że w drugiej połowie roku rynek handlowy urośnie jeszcze o ok. 278 000 mkw. w ramach wszystkich formatów, chociaż ukończenie niektórych inwestycji może przesunąć się na 2020 rok. – Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL.
Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni handlowej w Polsce na koniec I półrocza 2019 wyniosła blisko 14,5 mln mkw., z czego ok. 10,2 mln mkw. oferowały 422 centra handlowe. Nasycenie powierzchnią galerii handlowych (wyłączając ulice handlowe) w naszym kraju wynosi 265 mkw. na 1000 mieszkańców, co zbliża nas do średniej w krajach Europy Zachodniej (279 mkw. na 1000 mieszkańców).
Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Nasycenie rynku centrów handlowych rośnie, co w połączeniu ze zmieniającymi się zwyczajami zakupowymi coraz bardziej wymagających konsumentów oznacza większą potrzebę właściwej analizy rentowności każdego nowego obiektu i przyjęcia innowacyjnego podejścia do projektowania, koncepcji funkcjonalnej i doboru najemców. Tym bardziej, że dojrzali i świadomi konsumenci mają coraz wyższe oczekiwania wobec doświadczeń zakupowych i portfolio sklepów. Zaspokojeniu tych potrzeb będą sprzyjać debiuty międzynarodowych marek na polskim rynku, które urozmaicą dotychczasową ofertę nieruchomości handlowych. – Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL.
Popyt – nowe marki wchodzą do Polski, kolejne debiuty na horyzoncie
W II kwartale tego roku do Polski weszły cztery nowe międzynarodowe marki, z czego trzy wybrały Galerię Młociny. Były to: Sloggi – niemiecka marka bieliźniana, która otworzyła swój pierwszy sklep monobrandowy, włoski Gagliardi oferujący ekskluzywną męską modę i Pesto Café z Ukrainy. Kolejna włoska marka, Boxeur des Rues, oferująca odzież sportową, uruchomiła salon w Factory Poznań. Wcześniej TEPfactor otworzył swój park rozrywki w Blue City, a My Shoes zadebiutował jednocześnie w Galerii Mokotów, Galerii Katowickiej i Galerii Echo Kielce. Najbardziej oczekiwany debiut roku może mieć miejsce jesienią, również w Galerii Młociny, gdzie – według doniesień prasowych – swój pierwszy sklep w Polsce otworzy Primark. Co więcej, American Urban Outfitters i szwedzka marka H&M Weekday planują otwarcie wiosną 2020 roku w warszawskiej Elektrowni Powiśle, a kolejna marka H&M – Monki pojawi się w Katowicach i Krakowie.
Ponadto, pomimo trwającej konsolidacji rynku FMCG w Polsce (Spar zamierza przejąć sieć delikatesów Piotr i Paweł), rosyjski dyskont Mere planuje swój debiut w Częstochowie. Jednocześnie, w I półroczu brytyjski New Look ogłosił swój plan zamknięcia wszystkich sklepów w Polsce (jako część globalnego planu restrukturyzacji).
Czynsze i pustostany
Czynsze „prime” pozostały względnie stabilne w II kwartale tego roku i wynosiły średnio od 18 do 26 euro za mkw. miesięcznie w miastach od 75 000 do 100 000 mieszkańców oraz od 42 do 60 euro na rynkach regionalnych, osiągając najwyższy poziom 130 euro w Warszawie.
Coraz większe nasycenie rynku handlowego w Polsce stwarza korzystną sytuację dla najemców. Właściciele centrów handlowych zwracają uwagę na dynamicznie zmieniające się otoczenie, często konkurując o cenione marki. Natomiast potencjalni najemcy mają duży wybór pośród różnych lokalizacji i obiektów. Obecnie okresy bezczynszowe lub dofinansowanie aranżacji lokali są najbardziej popularnymi zachętami oferowanymi przez centra handlowe kluczowym markom. – Edyta Potera, Dyrektor, Dział Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL
Rynek inwestycyjny
Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL
Na początku lipca 2019 roku wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości handlowych w Polsce wyniosła ok. 730 mln euro. To niższy wynik niż w analogicznym okresie roku poprzedniego, należy jednak zauważyć, że polska gospodarka rośnie, stopa bezrobocia jest na historycznie niskim poziomie, a sprzedaż detaliczna wzrasta w dobrze funkcjonujących obiektach handlowych. Dlatego też w dłuższej perspektywie oczekujemy wzmożonego popytu inwestorów na dobrze prosperujące nieruchomości handlowe. – Agnieszka Kołat, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych Nieruchomości Handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, JLL.
Od początku roku zrealizowano pięć znaczących transakcji, spośród których największą była sprzedaż Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin za 298 mln euro do funduszu ECE. Ponadto, właściciela zmieniły centra M1 w Bytomiu, Częstochowie, Radomiu i Poznaniu, które za 224 mln euro trafiły do EPP. Z kolei King Cross Jubilerska w Warszawie został sprzedany za 43 mln euro do Atrium European Real Estate; NEINVER i Nuveen Real Estate przejęły Silesia Outlet w Gliwicach za 31,5 mln euro, a Blackstone sprzedał Galerię Leszno (wartość transakcji nie została ujawniona).
Według prognoz analityków GfK w bieżącym roku, w 27 krajach Unii Europejskiej w handlu detalicznym wystąpi nominalny wzrost obrotów o 2,0%. Największe wzrosty prognozowane są w Rumuni i na Litwie. W Polsce prognozowany jest wzrost o 3,9%.
Jakie są europejskie nastroje?
Większość europejskich konsumentów odczuwa niepewność związaną ze sprzecznymi sygnałami wysyłanymi przez globalny rynek. Z jednej strony sugeruje on niepewność związaną z toczącą się procedurą Brexitu, konfliktami handlowymi i słabszą perspektywą wzrostu na ważnych rynkach eksportowych, jak np. Chiny. Z drugiej strony konsumentom sprzyjają: solidny rynek pracy, podwyżki płac i umiarkowane ceny ropy naftowej. European Retail Study to unikalne, przekrojowe spojrzenie na kondycję europejskiego handlu, obejmujące porównanie danych dla 27 krajów. Celem badania jest opis sytuacji bieżącej oraz ocena perspektyw dla rozwoju lokalnych europejskich rynków handlowych, szczególnie w odniesieniu do handlu stacjonarnego. Dlatego porównujemy wskaźniki takie jak m.in.: siła nabywcza konsumentów, obroty w handlu, podaż powierzchni handlowej oraz jej produktywność, czy miejsce wydatków w handlu w ogólnych wydatkach na konsumpcję – komentuje Przemysław Dwojak, starszy dyrektor w GfK.
Siła nabywcza w Europie wynosi 16,878 euro w skali roku
Siła nabywcza przeciętnego mieszkańca Unii Europejskiej w 2018 roku wzrosła o 3% w porównaniu do roku poprzedniego. Największy wzrost odnotowała Łotwa – bo aż o 10,3%. Zamożność Polaka wzrosła natomiast o 7,7%. Warto zaznaczyć, że w przypadku Polski występują duże zróżnicowania regionalne. Mieszkaniec najbiedniejszego powiatu przysuskiego dysponuje siłą nabywczą na poziomie 4,295 euro w skali roku, podczas gdy mieszkaniec Warszawy posiada 13,535 euro – dodaje ekspert. „Nowe kraje Unii” zmniejszają dystans do średniej europejskiej, ale wciąż widać znaczące różnice w zamożności pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią Europy. Najzamożniejsze obszary Polski, Czech czy Węgier są ciągle mniej zamożne niż najbiedniejsze obszary w Wielkiej Brytanii, Niemczech lub Francji.
Prognoza handlu stacjonarnego
Prognozujemy, że w 2019 roku w 27 krajach Unii Europejskiej handel stacjonarny wzrośnie o 2%. Motorami wzrostu zostaną kraje Europy Środkowo-Wschodniej, których bogacenie się zwiększa konsumpcję. Włochy powinny wyjść z negatywnego trendu i osiągną wzrost na poziomie 1,1%, w Niemczech handel spadnie z już niskiego poziomu 1% o dodatkowe 0,2%, w Rumunii handel wzrośnie o 7%, a na Ukrainie aż o 11,1% – komentuje Przemysław Dwojak.
Udział wydatków w handlu w konsumpcji prywatnej
Trendy migracyjne do dużych aglomeracji wyraźnie wpływają na koszty utrzymania lub wynajmu mieszkania, co przekłada się bezpośrednio na trend spadkowy w wydatkach w handlu. W 2018 udział wydatków w handlu w konsumpcji prywatnej spadł o 0,4% do poziomu 30,5% dla 28 krajów UE. Polska ma wynik 35,3%, Niemcy 26%, Węgry 50% a Ukraina 79,3%. Różnice te wyraźnie ilustrują poziom rozwoju, zamożności, potrzeb i zwyczajów konsumpcyjnych – konkluduje Dwojak.
Przegląd najistotniejszych rezultatów badania
Siła nabywcza: w roku 2018 roku, każdy obywatel unii dysponował średnio siłą nabywczą w wysokości 16,878 euro. Równa się to nominalnemu wzrostowi o 3,0%. w porównaniu z poprzednim rokiem. Wszystkie dziesięć krajów UE, które zanotowały w ostatnim roku najwyższy wzrost siły nabywczej ma ten wskaźnik nadal poniżej średniej europejskiej (są to wszystkie kraje przyjęte do UE w ramach pierwszego otwarcia EU na wschód lub po nim).
Prognoza obrotów na rok 2019: w kontekście utrzymującego się dynamicznego wzrostu w internetowym handlu detalicznym, GfK prognozuje nominalny wzrost obrotów w handlu stacjonarnym o 2,0% (dla krajów UE-27); najwyższy wskaźnik wzrostu spodziewany jest w Rumunii (7,0%) i na Litwie (5,9%).
Inflacja: spadek cen energii, który rozpoczął się już pod koniec roku 2018 sugeruje, że wskaźnik inflacji dla UE będzie spadać. Trwające nadal spory handlowe z USA i osłabienie europejskiej gospodarki na początku roku 2019 studzą nastroje ekonomistów. W rezultacie, dla Unii Europejskiej spodziewana jest w 2019 roku niższa stopa inflacji, której wartość wyniesie 1,6%.
Podaż powierzchni sprzedażowej: całkowita podaż powierzchni sprzedażowej dla wszystkich krajów objętych badaniem zanotowała wzrost w roku 2018, był on jednak na znacznie niższym poziomie w porównaniu z poprzednimi latami. Wzrost podaży powierzchni sprzedaży na poziomie UE był równoważony wzrostem populacji. W związku z tym, podaż powierzchni sprzedażowej na osobę wyniosła 1,13 m² i pozostała taka sama jak w poprzednim roku. Wśród trzech krajów o największej podaży powierzchni sprzedażowej na osobę znalazły się: Belgia (1,66m²) i Holandia (1,60m²) oraz Austria (1,62m²).
Produktywność powierzchni sprzedażowej: nie odnotowano zmian w porównaniu z poprzednim rokiem w czołówce trzech krajów o najwyższej produktywności powierzchni sprzedażowej. Niekwestionowanym liderem pozostał Luksemburg (około 7.250 EUR/m²), który zanotował nawet nieznaczny wzrost (1,4%) produktywności powierzchni sprzedażowej w roku 2018. Drugie i trzecie miejsce zajęły odpowiednio Norwegia (około 6.430 EUR/m²) i Szwajcaria (około 6.220 EUR/m²). Podobnie jak w przypadku podaży powierzchni sprzedaży, istnieją duże różnice w produktywności powierzchni sprzedażowej pomiędzy badanymi krajami europejskimi, a ich wartość znacząco spada w miarę przesuwania się na wschód i południowy wschód UE.
Płace w kraju cały czas dynamicznie rosną, jednak wyższa inflacja sprawia, że pracownicy mogą odczuć mniejszą zmianę w portfelach niż w ubiegłym roku.
Wczorajsze dane pokazały, że bazowa dynamika cen w czerwcu wzrosła do najwyższego poziomu od końcówki 2012 roku. W poniedziałek z kolei uzyskaliśmy potwierdzenie, że inflacja CPI w tym samym miesiącu podskoczyła do poziomu 2,6%, co oznacza, że po raz pierwszy od sześciu i pół roku indeks przekroczył środek celu inflacyjnego NBP. Wyższa inflacja – o ile wzrost byłby kontynuowany – w teorii powinna wspierać zacieśnienie polityki monetarnej ze strony Narodowego Banku Polskiego, jednak ostatnia retoryka RPP sugeruje, że Rada raczej nie zakłada wzrostu kosztów kredytu w najbliższym czasie.
O ile wzrost cen jest dobrą informacją dla gospodarki, o tyle sprawia, że nadal szybko rosnące płace nominalne przekładają się na relatywnie niższy realny wzrost zasobności portfeli Polaków. A ostatnio pojawiają się sygnały mogące sugerować, że może czekać nas wyhamowanie dynamiki zarobków. Dzisiejsze dane dla sektora przedsiębiorstw pokazały wyraźny spadek dynamiki płac. 5,3-procentowy wzrost w czerwcu był niższy niż zakładały nawet najgorsze prognozy. W ostatnim miesiącu pomiarów dynamika spadła do najniższego poziomu od dwóch lat.
Jeden odczyt nie musi jeszcze oznaczać istotnej zmiany trendu, zwłaszcza jeśli uwzględnimy efekt kalendarzowy (wyraźnie mniejszą liczbę dni roboczych w czerwcu), który nie pozostał bez wpływu na dane. Niemniej, chociażby ze względu na samą wyższą inflację, zarówno bieżący, jak i przyszły rok najpewniej będą dla pracowników nieco gorsze niż świetny rok 2018.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,25-4,26. Euro wczoraj traciło również w parze z dolarem amerykańskim. Wspólnej europejskiej walucie nie sprzyjały m.in. dane ZEW wskazujące na utrzymywanie się słabych nastrojów względem sytuacji ekonomicznej i perspektyw gospodarczych strefy euro. Dzisiejsza rewizja danych inflacyjnych przynosi nieco więcej pozytywnych informacji. Inflacja CPI w czerwcu okazała się nieco wyższa od wstępnych szacunków (1,3% zamiast 1,2%), co zdaje się wspierać stabilizację kursu EUR/USD po wczorajszej wyprzedaży.
W kontekście środy warto również wspomnieć o przemówieniu jednego z członków EBC. Benoit Coeure podczas porannej wypowiedzi stwierdził, że bank centralny jest zdeterminowany do „podjęcia działań” i „dostosowania wszystkich swoich instrumentów” w zależności od potrzeb, w celu zapewnienia, że dynamika cen nadal będzie kierowała się w stronę celu inflacyjnego. Jego słowa potwierdzają zwrot w retoryce banku centralnego. W kontekście działań banku centralnego warto będzie obserwować spotkanie EBC w przyszłym tygodniu. Wyceny na rynku instrumentów pochodnych na stopę procentową sugerują, że inwestorzy nie wykluczają obniżki stóp procentowych w lipcu. Szacują jednak, że wrzesień przyniesie dużo większe szanse na taki ruch.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 4,71-4,74. Wczorajszy dzień przyniósł kontynuację wyprzedaży brytyjskiej waluty po niepokojącej poniedziałkowej debacie między kandydatami o fotel premiera Wielkiej Brytanii, której wydźwięk sugerował, że żaden z nich nie wyklucza, ani specjalnie nie obawia się Brexitu bez porozumienia.
Po wczorajszej, całkiem dobrej publikacji danych z brytyjskiego rynku pracy, która pokazała wzrost dynamiki płac w maju do najwyższego poziomu 11 lat, dziś nadeszły dane inflacyjne, które w przypadku kluczowych wskaźników okazały się zbieżne z oczekiwaniami. Rynek jednak nie poświęca im zbyt dużo uwagi. Wszystkie oczy zwrócone są na kwestię Brexitu i jakiekolwiek informacje, które rzuciłyby nieco więcej światła na to, jakim ryzykiem w rzeczywistości jest no-deal Brexit i z jakim prawdopodobieństwem może do niego dojść.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,78-3,80. Amerykańska waluta radziła sobie wczoraj wyjątkowo dobrze, zyskując na słabości pozostałych głównych walut. W drugiej części dnia USD wspierały również całkiem dobre dane makroekonomiczne. Wprawdzie nieco rozczarowała czerwcowa dynamika produkcji przemysłowej, która w ujęciu miesięcznym była płaska, tak w czerwcu wyraźnie mocniej od oczekiwań wzrosła sprzedaż detaliczna, sugerując, że zachowanie amerykańskich konsumentów wspierało wzrost gospodarczy USA w końcówce drugiego kwartału.
W kontekście wczorajszego dnia warto również wspomnieć o przemówieniu Jerome’a Powella. Podczas wizyty we Francji, prezes Rezerwy Federalnej zwracał uwagę na kwestię niepewności związanej z handlem międzynarodowym, która zyskała na znaczeniu w ostatnim czasie. Wskazywał jednak, że Fed mimo wszystko, zakłada utrzymanie dobrego tempa wzrostu gospodarczego, któremu towarzyszyć ma silny rynek pracy.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dane o wydanych pozwoleniach na budowę w USA w czerwcu
Aż pięciokrotnie organ podatkowy przedłużał spółce z Nowego Sącza termin zwrotu VAT, tyle że jeden z terminów wydłużył już po jego upływie. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie rozpatrujący skargę spółki wniesioną na takie działanie organu stanął po jej stronie, stanowczo stwierdzając, że: „Taka praktyka nie może jednak zostać zaaprobowana … Stan faktyczny sprawy w sposób niewątpliwy wskazuje, iż nastąpiło przerwanie ciągłości w przedłużaniu terminu zwrotu VAT za listopad 2017 r., a zatem jakiekolwiek dalsze czynności procesowe w szczególności wydanie kolejnych postanowień o przedłużeniu terminu tego zwrotu nie były prawnie skuteczne” (wyrok z 18 czerwca 2019 r., sygn. akt I SA/KR 319/19).
Spółka z Nowego Sącza wniosła do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie skargę na postanowienie Dyrektora Izby Administracji Skarbowej w Krakowie (dalej: DIAS) ze stycznia 2019 r. utrzymujące w mocy postanowienie Naczelnika Urzędu Skarbowego w Nowym Sączu (dalej: NUS) w przedmiocie przedłużenia terminu zwrotu podatku od towarów i usług za listopad 2017 r. w kwocie ponad 580 tys. zł.
Pięciokrotnie przedłużany termin zwrotu VAT
Deklarację za listopad 2017 r. wykazującą nadwyżkę podatku naliczonego nad należnym wraz z wnioskiem o jej zwrot w 25-dniowym terminie spółka złożyła 5 grudnia 2017 r. Przed jego upływem NUS przedłużył spółce termin zwrotu nadpłaconego VAT do czasu zakończenia weryfikacji rozliczenia, a dokładnie do 30 kwietnia 2018 r. Pięć dni przed, 25 kwietnia 2018 r., zamiast dokonać na rzecz spółki zwrotu, organ przedłużył jego termin ponownie, tym razem do 25 maja 2018 r. Na tydzień przed jego upływem przedłużył termin zwrotu po raz trzeci, a 7 sierpnia 2018 r. po raz czwarty, wyznaczając ostateczny termin zwrotu do 26 października 2018 r.
W październiku 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie uchylił postanowienie DIAS utrzymujące w mocy postanowienie NUS o przedłużeniu terminu zwrotu VAT z 25 kwietnia 2018 r. Kilka tygodni przed wydaniem rozstrzygnięcia NUS postanowieniem z 4 października 2018 r. po raz piąty wstrzymał spółce zwrot podatku. Jako podstawę wskazał wszczęcie kontroli celno-skarbowej w spółce pod względem rzetelności składanych przez nią deklaracji VAT, jak i pod zarzutem jej udziału w karuzeli VAT.
Przedłużanie terminu po jego upływie
Pełniąca funkcję pełnomocnika spółki Kancelaria Prawna „Skarbiec” zaskarżyła powyższe postanowienie, zarzucając organowi m.in. naruszenie procedury doręczania postanowień o przedłużaniu zwrotu. DIAS przyznał, że NUS wysłał do spółki postanowienie o kolejnym przedłużeniu terminu zwrotu VAT 26 kwietnia 2018 r., a więc na 5 dni przed upływem terminu zwrotu (termin ten upływał 30 kwietnia) zakreślonego w poprzednim piśmie przedłużającym. DIAS potwierdził, że postanowienie zostało doręczone spółce 2 maja 2018 r. Jego zdaniem nie doszło jednak do wygaśnięcia terminu na zwrot, bo chwilą przedłużenia jest data wydania aktu administracyjnego, a nie data jego doręczenia. Stwierdził również, że sam fakt doręczenia spółce postanowienia po upływie terminu zwrotu nie prowadzi do jego nieważności, skoro zostało ono wydane i wysłane w terminie.
W odpowiedzi reprezentująca spółkę warszawska kancelaria „Skarbiec” wniosła o uchylenie zaskarżonego postanowienia oraz o zobligowanie organów podatkowych do zwrotu VAT wraz z należnymi odsetkami.
Postanowienia organów drugiej instancji wydane z naruszeniem prawa
Rozpoznający skargę spółki WSA w Krakowie orzekł, że zaskarżone postanowienia organów podatkowych obu instancji zostały wydane z naruszeniem prawa. Jako zasadnicze w sprawie uznał rozstrzygnięcie kwestii skuteczności przedłużenia przez organ terminu zwrotu podatku przed upływem wcześniej przedłużonego terminu.
WSA podzielił pogląd DIAS, że głos orzecznictwa był niejednolity w kwestii, czy o skutecznym przedłużeniu decyduje moment wydania, wysłania czy doręczenia postanowienia o przedłużeniu. Niemniej to właśnie z uwagi na te rozbieżności orzecznicze Naczelny Sąd Administracyjny 16 listopada 2017 r. przedstawił do rozstrzygnięcia składowi 7 sędziów NSA zagadnienie, czy dla zachowania terminu do przedłużenia zwrotu różnicy podatku konieczne jest doręczenie podatnikowi postanowienia przedłużającego przed upływem tego terminu.
Wyrokiem z 23 kwietnia 2018 r. skład 7 sędziów NSA stwierdził, że termin zwrotu różnicy podatku zostaje przedłużony, jeśli przed jego upływem podatnikowi doręczono postanowienie o przedłużeniu (sygn. akt I FSK 255/17). W wyroku tym NSA przywołał rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego z 13 października 2008 r., w którym stwierdzono, że: „chwilą przedłużenia terminu jest data skutecznego wprowadzenia do obrotu prawnego postanowienia przedłużającego termin, czyli odpowiednio data jego doręczenia lub ogłoszenia. Nie jest zatem wystarczające samo tylko sporządzenie (napisanie) i podpisanie postanowienia…” (sygn. akt K 16/07).
Uchylenie postanowień organów
WSA, uchylając postanowienia organów podatkowych pierwszej i drugiej instancji, orzekł: „…od chwili podpisania postanowienia do jego doręczenia, postanowienie faktycznie istnieje, ale nie wywołuje skutków prawnych. (…) Jeżeli zatem podatnikowi nie doręczono postanowienia o przedłużeniu terminu zwrotu różnicy podatku przed upływem terminu (…) to tym samym ma on uprawnione przekonanie, że zwrot różnicy podatku nastąpi w terminie 60 dni (ust. 2) lub 25 dni (ust. 6) od dnia złożenia rozliczenia” (sygn. akt I SA/KR 319/19). Sąd pouczył, że w niniejszej sprawie upływ terminu na przedłużenie zwrotu nastąpił 30 kwietnia 2018 r., bo postanowienie o przedłużeniu z 25 kwietnia 2018 r. weszło do obrotu prawnego już w dacie, gdy objęty przedłużeniem termin upłynął.
Podsumowanie
Przedsiębiorcy są skazani na toczenie sporów z organami podatkowymi, które pod zarzutem udziału w karuzeli VAT, uzasadniają konieczność poszukiwania argumentów do niezwracania podatnikom należnego im nadpłaconego podatku. Co gorsza, jak widać na przykładzie niniejszej sprawy, organy nie chcą zwracać środków po przeprowadzeniu nieskutecznej pod względem znalezienia nieprawidłowości weryfikacji podatnika. Stosują technikę wielokrotnego jej przedłużania w nadziei na znalezienie w końcu uchybienia, które tłumaczyłoby odmowę dokonania zwrotu. Korzystając ze wsparcia kancelarii prawnych doświadczonych w walce z nadużyciami organów, zwłaszcza w obliczu oskarżeń o udział w karuzelach VAT-owskich, przedsiębiorcy mogą z większą skutecznością przeciwstawiać się takiemu urzędniczemu bezprawiu.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Gastronomia, sprzątanie w ośrodkach turystycznych, zbieranie owoców, mały handel i budowlanka to obszary, w których sezonowo latem w Polsce pracuje najwięcej Ukraińców. Jak wskazują eksperci Personnel Service, Polacy chętniej wydają pieniądze w wakacje, a to wpływa na zwiększone zapotrzebowanie na sezonowych pracowników.Dlatego latem potrzeba rąk do pracy rośnie przede wszystkim w ośrodkach turystycznych w gastronomii, hotelarstwie i małym handlu. Ciepłe miesiące to także wzrost aktywności w inwestycjach, których obecnie w kraju jest mnóstwo – stąd prym w tym roku wiedzie również budowlanka. Ukraińcy podejmujący letnie prace sezonowe w Polsce mogą zarobić nawet 30 zł brutto na godzinę.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
– Lato to czas, kiedy pracodawcy częściej poszukują pracowników na krótszy okres. Sięgają po młodych ludzi, którzy mają przerwę w nauce, ale także po pracowników z zagranicy. A oni w tym czasie bardzo chętnie do nas przyjeżdżają. Nasze statystyki wskazują, że co piąty Ukrainiec, który w ciągu ostatnich pięciu lat pracował w Polsce, był w wieku 18-24 lat. Wielu z nich podejmowało prace właśnie w przerwie wakacyjnej – to najlepszy moment na takie przedsięwzięcie. Na przykład w branży HoReCa młodzi Ukraińcy w swoim kraju mogą zarobić około 800 zł w ciągu miesiąca, a w Polsce około 3 tys., plus oczywiście napiwki – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy.
TOP1, zbieranie owoców (15 – 30 zł brutto za godzinę)
Mimo, że tegoroczna wiosna dała się plantatorom we znaki i plony są niższe niż rok wcześniej, to wciąż brakuje rąk do pracy przy ich zbiorach. Z Barometru Imigracji Zarobkowej Personnel Service wynika, że w niemal jednej trzeciej przedsiębiorstw (31%), niezależnie od branży, Ukraińcy zajmują miejsca pracy, na których Polacy nie chcą już pracować. Jak wskazują eksperci Personnel Service, zbieranie owoców to istotny obszar w tych statystykach mimo, że zarobki sięgają nawet 30 zł brutto za godzinę.
TOP2, budowlanka (15 – 29 zł brutto za godzinę)
Niedobór rąk do pracy w budownictwie ma miejsce niezależnie od sezonu, ale jak wskazują eksperci Personnel Service, ten brak jest szczególnie odczuwalny w miesiącach letnich. Latem, obok uzupełniania wakatów przy budowie dużych inwestycji, Ukraińcy są szczególnie potrzebni do remontów i innych prac wykończeniowych. Z danych homebook.pl wynika, że w 2018 r. aż 83% Polaków planujących remont chciało rozpocząć go właśnie w wakacje. Osoby, które podejmą się takiej pracy w tym roku mogą zarobić od 15 do 29 zł na godzinę.
TOP3, sprzątanie w ośrodkach turystycznych (15 – 25 zł brutto za godzinę)
Liczba hoteli w Polsce w 2018 r. wzrosła w o 2% r/r, a innych obiektów hotelowych o 2,6% r/r – wskazują najnowsze dane GUS. Wciąż wiele tego typu obiektów jest w budowie. W okresie wakacyjnym, kiedy obłożenie jest duże, a wyjeżdżający turyści są natychmiast zastępowani kolejnymi, zapotrzebowanie na osoby sprzątające rośnie. To okres, w którym Ukraińcy mogą łatwo znaleźć zatrudnienie w takich ośrodkach, szczególnie w popularnych miejscowościach turystycznych. Zachęcają zarobki w wysokości od 15 do 25 zł brutto za godzinę.
TOP4, mały handel (15 – 23 zł brutto za godzinę)
Budki z lodami i goframi oraz stoiska z pamiątkami znajdujące się na deptakach w miejscowościach turystycznych, ale również w dużych miastach, zwłaszcza w weekendy przeżywają oblężenie. W sezonie każda godzina bez obsługi takiej budki to strata dla przedsiębiorcy. Dlatego z wyprzedzeniem zapewniają sobie oni odpowiednią liczbę pracowników, którzy za godzinę pracy mogę otrzymać od 15 do 23 zł brutto za godzinę.
TOP5, gastronomia (15 – 22 zł brutto za godzinę)
Więcej Polaków nad morzem i w górach to więcej stolików w knajpkach i restauracjach, które trzeba obsłużyć. Jednak pracodawcy poszukują nie tylko kelnerów – znaczące zapotrzebowanie jest również na kucharzy i pomoce kuchenne. Ogłoszenia o pracy w tych zawodach widoczne były w tym roku z wyprzedzeniem, a stawki zależą od wielkości lokalu i prognozowanej liczby gości. Rozwojowi sektora gastronomicznego sprzyja także zakaz handlu, który sprawia, że w dni wolne od zakupów Polacy coraz chętniej przechadzają się po ośrodkach turystycznych i popularnych deptakach, także w dużych miastach i korzystają z usług restauracji.
Ceny nowych mieszkań rosną szybko. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy za tymi podwyżkami nadążają wynagrodzenia z największych krajowych miast.
Powierzchnia mieszkania możliwa do zakupu za przeciętne wynagrodzenie to ważny wskaźnik, który informuje nas o tym, czy ceny metrażu zaczynają „odrywać” się od realiów rynku pracy. Drastyczny spadek wspomnianego wskaźnika był widoczny w czasach poprzedniego boomu mieszkaniowego (2005 r. – 2008 r.). Przez ostatnie 3 lata – 4 lata, tak niekorzystne zmiany relacji między cenami metrażu i poziomem płac na szczęście nie miały miejsca. Wyniki analizy RynekPierwotny.pl sugerują jednak, że pogarsza się dostępność cenowa nowych mieszkań z największych polskich miast. Wyjątek stanowi jedynie Poznań.
Przez trzy lata nowy metraż z metropolii podrożał o 12% – 31%
Portal RynekPierwotny.pl posiada największą w Polsce bazę ofert dotyczących sprzedaży nowych mieszkań. Warto zapoznać się z danymi wspomnianego serwisu, które dobrze pokazują skalę wzrostów cen nowego metrażu. Informacje widoczne na poniższym wykresie mówią, że w ciągu trzech lat (III kw. 2016 r. – II kw. 2019 r.) średnia ofertowa cena 1 mkw. mieszkań deweloperskich z metropolii zmieniła się następująco:
Warszawa – wzrost o 26%
Kraków – wzrost o 22%
Łódź – wzrost o 16%
Wrocław – wzrost o 24%
Poznań – wzrost o 12%
Gdańsk – wzrost o 31%
Wykres przygotowany przez ekspertów RynekPierwotny.pl pokazuje również tempo podwyżek w ujęciu rocznym (od II kw. 2018 r. do II kw. 2019 r.). Takie porównanie wskazuje, że nowy metraż zaczął niepokojąco szybko drożeć na terenie Warszawy, Krakowa, Wrocławia oraz Gdańska. Nawet na rynku poznańskim, który wcześniej był stabilny cenowo, odnotowano szybkie wzrosty.
Dostępność mieszkań pogorszyła się w pięciu dużych miastach
Na podstawie płacowych danych GUS oraz lokalnych urzędów statystycznych można obliczyć, jak przez ostatni rok i minione trzy lata zmieniała się przeciętna dostępność cenowa mieszkań deweloperskich. Mowa o powierzchni typowego mieszkania, którą można kupić za przeciętne wynagrodzenie netto w sektorze przedsiębiorstw. Poniższa tabela prezentuje zmiany takiej powierzchni dotyczące sześciu krajowych metropolii. Jeżeli przyjmiemy II kw. 2019 r. za punkt odniesienia, to można obliczyć, że dostępność cenowa nowych lokali zmieniła się następująco:
Warszawa – spadek o 12% względem II kw. 2018 r./spadek o 8% względem III kw. 2016 r.
Kraków – spadek o 4% względem II kw. 2018 r./wzrost o 1% względem III kw. 2016 r.
Łódź – spadek o 2% względem II kw. 2018 r./bez zmian (0%) względem III kw. 2016 r.
Wrocław – spadek o 4% względem II kw. 2018 r./spadek o 2% względem III kw. 2016 r.
Poznań – wzrost o 1% względem II kw. 2018 r./wzrost o 13% względem III kw. 2016 r.
Gdańsk – spadek o 6% względem II kw. 2018 r./spadek o 10% względem III kw. 2016 r.
Jak nietrudno zauważyć, wszystkie metropolie poza Poznaniem w ujęciu rocznym zanotowały spadek przeciętnej dostępności cenowej nowych mieszkań. Najbardziej niepokojąco wygląda sytuacja warszawskiego rynku pierwotnego (nawet jeśli założymy, że część negatywnej zmiany jest efektem rozbudowy oferty najdroższych „M”). Roczny wzrost dostępności cenowej nowego metrażu widoczny w Stolicy Wielkopolski (+1%) ma natomiast charakter czysto symboliczny. Mieszkańcy Poznania o wiele większą poprawę mogli odczuć w perspektywie trzyletniej.
Jeżeli chodzi o inne trzyletnie zmiany na terenie krajowych metropolii, to oprócz Warszawy najgorzej prezentuje się Gdańsk. Wspomniane miasto trzy lata temu cechowało się zdecydowanie najlepszą relacją między cenami nowych „M” oraz poziomem wynagrodzeń (w porównaniu do pozostałych metropolii). Dane z połowy 2019 r. informują, że Stolica Pomorza notuje podobne wyniki jak Łódź i została już wyprzedzona przez Poznań. Nie można wykluczyć, że długookresowa poprawa dostępności cenowej nowych mieszkań z Poznania pomoże w złagodzeniu problemu, z jakim boryka się to miasto. Mowa o utracie ludności na rzecz podmiejskich gmin z powiatu poznańskiego.
Autor: Andrzej Prajsnar,ekspert portalu RynekPierwotny.pl
Przez jakiś czas udało się zmienić temat numer jeden na rynkach finansowych z Brexitu na stopy procentowe w USA. Teraz kandydaci na stanowisko szefa Partii Konserwatywnej znów zatrzęśli rynkiem. Powodem jest polaryzacja stanowiska w walce o głosy twardego elektoratu.
Co dalej z Brexitem?
Trwają wybory przywódcy Partii Konserwatywnej. Lider wyścigu Boris Johnson w dalszym ciągu podtrzymuje swoje wcześniejsze postulaty, z kolei jego rywal Jeremy Hunt przechodzi na bardziej antyunijne pozycje. Powodem są nastroje wśród głosujących członków torysów. W rezultacie rośnie szansa tzw. twardego Brexitu. Obaj kandydaci krytykują obecne porozumienie, a szansa na to, że Unia zgodzi się na rozpoczęcie negocjacji od nowa, jest znikoma. Nawet jeśli pojawiłaby się taka możliwość, to nie jest realnym zakończenie takich rozmów do 31 października, czyli kolejnego już granicznego terminu opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo. Obaj kandydaci obiecują, że tym razem jest to ostateczna data. W rezultacie funt traci na wartości. Od początku tygodnia spadł już o około 5 groszy względem złotego.
Rynek pracy w Polsce
Dzisiaj rano Główny Urząd Statystyczny opublikował dane na temat wzrostu zatrudnienia i wynagrodzeń. Zatrudnienie rośnie szybciej od oczekiwań, dokładnie o 2,8%. Taki wzrost sugeruje, że najnowszy odczyt bezrobocia nie będzie zapewne ostatnim historycznym minimum w tym roku. Niewykluczone, że uda się przełamać barierę 5%, biorąc pod uwagę bezrobocie rejestrowane. Z drugiej strony dane na temat wynagrodzeń nie są aż tak pozytywne. Rosną one o 5,3% w skali roku, co jest wyraźnie słabszym wynikiem niż oczekiwane 7%. Jednak wzrost na poziomie 5,3% to w dalszym ciągu bardzo dobry wynik. Dzięki niemu średnia pensja w przedsiębiorstwach przekroczyła 5100 zł brutto.
Dane z USA
Wczorajsze odczyty zostały odebrane przez rynki jako korzystne dla dolara. Sprzedaż detaliczna utrzymała się na poziomie 0,4% miesiąc do miesiąca, pomimo spodziewanego spadku do 0,1%. Słabiej wypadła produkcja przemysłowa, która nie zmieniła się w ujęciu miesięcznym przy oczekiwanym wzroście o symboliczne 0,1%. Rynki od początku dnia przenosiły swoje zainteresowanie z euro na dolara i publikacje wskaźników tylko potwierdziły ten ruch. W ciągu całego dnia wspólna waluta staniała o pół centa względem USD. Kolejnym efektem tych danych było podrożenie dolara względem złotego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
20:00 – USA – zapiski z posiedzenia FED, tzw. beżowa księga.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Ponad połowa Polaków (55 proc.) uważa, że każdy powinien mieć możliwość pracy w niedzielę, przy czym 47 proc. twierdzi, że nie powinno być w tym zakresie żadnych ograniczeń – pokazują badania Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research. Tymczasem zakaz handlu stopniowo zmienia organizację pracy i styl życia, zwłaszcza osób zatrudnionych w handlu, szczególnie jeśli pracują w systemie zmianowym lub wyłącznie w weekendy. Kim są ci, którzy mają ograniczone możliwości niedzielnego zarobku? Są to m.in. studenci dzienni, dorabiający emeryci, osoby pracujące dorywczo w branżach powiązanych z galeriami handlowymi, np. pracownicy ochrony czy serwisu sprzątającego. Agencja badawcza Danae przeprowadziła z nimi serię wywiadów, na podstawie których możemy dowiedzieć się, co sami zainteresowani myślą o zakazie handlu, jak wpłynął on na ich życie i jak odnaleźli się w nowej sytuacji.
Ograniczenie handlu w niedzielę zostało zapoczątkowane w 2018 roku, jednak najbardziej odczuwalny będzie ostatni etap zmian, który planowany jest na styczeń 2020 r. Wtedy sklepy będą zamknięte w niemal każdą niedzielę. Jednak kwestia niedziel niehandlowych jest wciąż dyskusyjna dla części społeczeństwa. Doskonale ilustruje to badanie zrealizowane przez SW Research. Okazało się, że 85 proc. ankietowanych zapytanych o to na jakich zasadach pracownicy jednak mogliby pracować w niedzielę, wskazało jakąś formę gratyfikacji. Ponad połowa (53,5proc.) badanych uważa, że pracownicy powinni mieć w niedzielę wyższą stawkę godzinową (150% normalnej stawki). Drugi najczęściej wskazywany pomysł (16 proc. odpowiedzi) to wyższy przelicznik godzinowy za pracę (1 godzina liczona jako 1,5 godziny). Prawie tyle samo, bo 15,3 proc. ankietowanych postuluje jeden gwarantowany dzień wolny w tygodniu w zamian za każdą przepracowaną niedzielę. Szczegółowy rozkład głosów prezentuje poniższy wykres:
W ramach badania prowadzone były wywiady, w których wypowiedzieli się studenci i emeryci, pracujący w różnym wymiarze godzin w handlu lub ochronie, przychodzący do pracy wyłącznie lub również w weekendy. Jakie są ich spostrzeżenia?
Młodzi pracujący w weekendy
Uczniowie i studenci dzienni, którzy w weekendy dorabiali sobie w galeriach handlowych, nie mają często czasu, aby pracować w inne dni tygodnia: – Koleżanka sama się zwolniła, ponieważ miała do wyrobienia 80 lub 60 godzin w miesiącu i nie miała jak. Bo studiujemy tak, że kończymy zajęcia i nie za bardzo mamy czas na swoje życie prywatne. Nawet na to, żeby pójść do domu, położyć się do łóżka i odpocząć – mówi Ola. Młodzi ludzie, którzy chcą zaoszczędzić, np. na wymarzony komputer, telefon czy wakacje lub też mieszkają jeszcze z rodzicami i chcą po prostu dołożyć się do domowego budżetu liczą straty finansowe: – Ja też na tym cierpię, bo dużo prywatnych pieniędzy, które mogłem sobie odłożyć na cokolwiek, to ich nie mam. Patrząc przyszłościowo: na samochód, wakacje. To zawsze 600 zł miesięcznie, czyli licząc 3 niedziele – no to jest mniej o 450 zł. W skali roku to jest bardzo dużo, to już jest kwota prawie 5,5 tys. – opowiada Arek. Niekiedy skutki rezygnacji z pracy w niedzielę są jednak bardziej dotkliwe: Mam też takiego jednego znajomego, który na tym bardzo ucierpiał i musiał składać papiery o stypendium socjalne, żeby to jakoś nadgonić – dodaje Tomek. Są też osoby, które na skutek obniżenia zarobków zmuszone były do zrezygnowania ze studiów zamiejscowych i powrotu do domu rodzinnego oraz studiowania na pobliskiej, mniej renomowanej uczelni.
Jak odnaleźć się w nowej sytuacji?
W sytuacji, gdy pozostała tylko jedna pracująca niedziela w miesiącu, osoby chcące zająć czymś czas i dorobić sobie dodatkowe pieniądze, musiały poszukać sobie nowych zajęć. – Moja dziewczyna nauczyła się robić hybrydy, kupiła sobie lampę. Nie było jeszcze takiej niedzieli od gdzieś pół roku, żeby nie miała przynajmniej 2 klientek, które przychodzą. Najczęściej są to koleżanki, później z rekomendacji – mówi Arek. Młodzi ludzie ratują się też udzielaniem korepetycji, które charakteryzuje jednak większa nieregularność: – Na początku była złość. Że jest to ograniczenie. I że sam sobie [do tej pory – przyp.] rozplanowywałem, jak to będzie wyglądać. A jak teraz rozplanowałem sobie, to średnio ciekawie to dla mnie wyglądało. Później się jakoś to porozkładało, znalazłem inne zajęcia dorywcze, np. korepetycje. I tak też czasami się zdarza, że w niedziele daję korepetycje – mówi Tomek. Jednak nie wszyscy potrafili sobie przeorganizować plany: – Nic nie robię w niedzielę. Na studiach nadganiam jakieś rzeczy. Jeśli pracuję w sobotę, to wyjechać na samą niedzielę jest średnio. Można, wiadomo, ale jeśli mam do domu 300 km, to już nie zdążę [w ciągu 1 dnia – przyp.] – mówi Arek.
Starsi chętnie popracują za wyższą stawkę
Osoby starsze jako motywację do pracy w niedzielę wskazywały natomiast wyższą stawkę jaką otrzymywały za ten dzień. Najłatwiej było im zdobyć właśnie pracę w handlu, ponieważ bardzo często nie lubią bądź nie czują się już na siłach, by podjąć pracę np. w gastronomii. W sytuacji, gdy większość niedziel została objęta zakazem handlu, emeryci nie mogą zrekompensować sobie utraconych dochodów. – Straciłem możliwość zarobku, a nie zyskałem nic. Ja przecież chciałem pracować, o to chodzi. W niedziele najlepiej można było zarobić, na przykład godzina była płatna 200-300% w stosunku do normalnego dnia. Także ja na tym straciłem. Teraz w tych czasach niby wszystko idzie do przodu, a tu zauważam takie uwstecznianie się, jakbyśmy się cofnęli cywilizacyjnie, przez taki zakaz, to niezrozumiałe dla mnie – mówi pan Andrzej. W sytuacji zmniejszonych dochodów łatwo też wpaść w pułapkę zadłużenia, co pokazuje historia jednej seniorki: – Pewnie większość z nas ma jakieś karty debetowe. Ja mam taką kartę odnawialną. Nie muszę jej w ciągu miesiąc spłacać. Wzięłam sobie taką kartę i jak mi brakuje z pensji… Wcześniej też ją miałam, ale rzadziej korzystałam. O niebo rzadziej. Musiałam sobie teraz zwiększyć kwotę, którą mogę sobie wybrać – mówi pani Halina.
Kontakt z ludźmi jako towar deficytowy
Przejście na emeryturę często powoduje depresję, na którą cierpi według różnych statystyk pomiędzy 15-30% seniorów w Polsce[1]. Warto też zauważyć, że duży odsetek osób starszych mieszka samotnie lub ze współmałżonkiem w podobnym wieku. Potrzebują oni kontaktów z innymi, często tęsknią za swoimi dziećmi i wnukami, z którymi widują się stosunkowo rzadko. Dodatkowa praca w weekendy to dla części emerytów okazja do wyjścia z domu i kontaktu z ludźmi, który jest bardzo ważny dla ich ogólnego dobrostanu: – Mnie tak naprawdę to brakowało chyba kontaktu z ludźmi tak na co dzień. Ja byłam przyzwyczajona do tego – w biurze podróży to wiadomo, potem w banku też, bo pracowałam na froncie. I teraz była taka możliwość wyjścia w sobotę, niedzielę [do pracy – przyp.] – mówi pani Danuta. Problem ten jest szczególnie dotkliwy w małych miejscowościach, gdzie oferta spędzania czasu wolnego jest ograniczona: – To był taki mały sklepik. Na wsiach są takie małe, ogólne, spożywczo-przemysłowe. Klienci ciągle ci sami, których polubiłam, których przecież już tam znałam, bo tam długo pracowałam. Zresztą miło to wspominam po prostu. Byłoby miło wciąż tam pracować… – mówi pani Halina. Emeryci często mają jeszcze siłę i energię, ale nie wiedzą, jak je spożytkować: – Lubię kontakt z ludźmi, ekspozycję towaru. W ogóle lubię pracować, wcześniej pracowałam w barze, to też by mi odpowiadało. Ja lubię właśnie kontakt z ludźmi. Kiedyś pracowałam w biurze, to było 8 godzin za biurkiem. Makabra. Ja mówię, że chyba się urodziłam po to, żeby w handlu pracować – mówi pani Ewa.
Czemu inni mogą pracować, a ja nie?
Część studentów i emerytów pracujących w handlu zastanawiała się też, dlaczego zmiany dotyczą tylko ich branży: – Według mnie nie powinno być czegoś takiego, że jedni mają wolne, a drudzy nie. Nie wiem, dlaczego handel jest wyróżniony. Rozumiem, że to jeden sektor. Ale są inne sektory. Jakbyśmy zatrzymali produkcję czegoś na jeden dzień, to wydaje mi się, że to też spowodowałoby jakieś straty – mówi Arek. Niektórzy badani zwracali też uwagę na fakt, że wybierając pracę w handlu, świadomie godzili się na pracę w niedzielę: – Są zawody, które od zawsze pracowały: szpital działa, pogotowie działa, SOR-y działają, tramwaje jeżdżą, autobusy, pociągi jeżdżą, stacje benzynowe, kasjerki, gastronomia pracuje. Wydaje mi się, że osoby, które pracują w tych zawodach, liczą się z tym, że pracują w święta, że pracują na nocne zmiany, na zmiany popołudniowe. Tak samo osoby, które zdecydowały się na pracę w handlu, liczą się z tym, że będą pracowały – podkreśla pani Danuta.
Warto też dodać, że część badanych przyznało, iż kiedyś praca w niedziele sprawiała im
po prostu przyjemność. Klienci zazwyczaj byli uśmiechnięci, zrelaksowani, mili, nie spieszyli się, chętnie kupowali i rzadziej się irytowali. Obecnie najwięcej osób przychodzi na zakupy
w piątki i soboty, ale nie jest już tak miło – ludzie się spieszą, często bywają nieuprzejmi, zarówno w stosunku do siebie nawzajem, jak i do obsługi. Część studentów i emerytów badanych przez Danae przyznawało, że odczuwa złość i rozgoryczenie zaistniałą sytuacją – utracili ważne dla siebie dochody oraz możliwość wykonywania pracy. Tym samym zdecydowano o istotnej części ich życia bez ich udziału i wbrew ich woli.
***
Przedstawione wyniki dotyczą badań ilościowych, które obejmowały 2 pytania, jak również 13 wywiadów jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostało 7 pytań
na reprezentatywnej próbie 1 000 dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzonych było 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.
[1] badanie „Sytuacja społeczna osób w wieku 65+” zrealizowane dla Stowarzyszenia mali bracia Ubogich przez ARC Rynek i Opinia
Wraz z początkiem lipca br. ceny energii elektrycznej kupowanej przez średnie i duże przedsiębiorstwa zostaną uwolnione. Biorąc pod uwagę sytuację na hurtowym rynku energii elektrycznej w UE, w praktyce oznacza to znaczny wzrost kosztów dla polskich firm. W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi rozwiązaniem dla rodzimych przedsiębiorców mogą być inwestycje w mikroinstalacje fotowoltaiczne i stanie się prosumentami energii odnawialnej zgodnie z przyjętą przez rząd nowelizacją ustawy o OZE.
Ceny energii uderzą w gospodarkę?
Od 1 lipca 2019 r. działające w Polsce przedsiębiorstwa obrotu energią nie będą już miały obowiązku oferowania cen energii elektrycznej na poziomie z 30 czerwca 2018 r. dla średnich i dużych przedsiębiorstw. W efekcie oznacza to znaczny wzrost kosztów dla krajowych firm, co może uderzyć w ich konkurencyjność na rynku europejskim oraz przełożyć się na wyższe ceny dla konsumentów. Nowe przepisy co prawda przewidują możliwość ubiegania się przez przedsiębiorstwa o dopłatę do każdej kupionej, a zużytej w II połowie 2019 r. ilości energii w ramach dozwolonej przepisami UE pomocy de minimis. Wsparcie to jest jednak ograniczone do 200 tys. euro w ciągu trzech lat podatkowych.
W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi w dłuższej perspektywie korzystniejszym rozwiązaniem dla rodzimych firm mogą być inwestycje w mikroinstalacje fotowoltaiczne i stanie się prosumentami energii odnawialnej zgodnie z przyjętą 25 czerwca br. przez rząd nowelizacją ustawy o OZE.
Nowe regulacje rozszerzają bowiem definicję prosumenta, dopuszczając do tej grupy również przedsiębiorców. Zgodnie z planowanymi przepisami prosumentem energii odnawialnej będzie odbiorca końcowy, wytwarzający energię elektryczną z OZE na własne potrzeby w mikroinstalacji, który może tę energię magazynować lub sprzedawać, albo sprzedawcy zobowiązanemu, albo innemu sprzedawcy. Warunkiem jest, aby dla odbiorcy nie będącego gospodarstwem domowym, sprzedaż energii z własnej mikroinstalacji nie była przedmiotem przeważającej działalności gospodarczej w myśl ustawy o statystyce publicznej. Dopuszczalna wielkość mikroinstalacji ma wynieść 50 kW, a system opustów jaki obejmie firmy-prosumentów to 0,8 dla instalacji do 10 kW i 0,7 dla tych o mocy 10-50 kW.
Słoneczny wiatr w żagle
Zdaniem Europejskiego Instytutu Miedzi rządowy projekt przyczyni się nie tylko do poprawy sytuacji polskich przedsiębiorstw, ale także do osiągnięcia ciążącego na Polsce celu 15 proc. udziału energii ze źródeł odnawialnych w końcowym zużyciu energii brutto do 2020 r. Tym bardziej, że sektor fotowoltaiki w naszym kraju szybko rośnie. Do maja 2019 r. skumulowana moc we wszystkich instalacjach tego typu osiągnęła 700 MW, a w całym 2019 r moc instalacji PV może wynieść 1 GW, co da nam czwarte miejsce w Europie, jeśli chodzi o roczny przyrost mocy PV. Tym samym fotowoltaika stanie się drugą technologią OZE o najszybszym tempie wzrostu, jednocześnie oferującą najniższe koszty produkcji energii elektrycznej.
Eksperci Europejskiego Instytutu Miedzi szacują, że potencjał ten jest jeszcze większy. Niezbędne są jednak dalsze zmiany prawne ułatwiające rozwój technologii fotowoltaicznych o najkrótszych cyklach inwestycyjnych, a więc właśnie instalacji prosumenckich oraz małych farm fotowoltaicznych, które mogłyby dysponować pełną mocą produkcyjną już w ciągu 2 lat. Osiągnięcie poziomu 3-4 GW zainstalowanej mocy pochodzącej z instalacji fotowoltaicznych byłoby spełnieniem oczekiwań związanych z optymalizacją źródeł wytwórczych pochodzących z OZE.
Pozwoliłoby to do 2020 r. zwiększyć zdolności produkcyjne czystej energii, tym samym ograniczając straty budżetu państwa z tytułu kar za niedotrzymanie unijnych celów polityki klimatycznej o 0,5 mld zł do nawet 1 mld zł.
Świat inwestuje w fotowoltaikę
Poza granicami Polski, rynek energii słonecznej rozwija się jeszcze dynamiczniej. Według Solar Power Europe[1], w roku 2018 została zainstalowana globalnie większa moc energii fotowoltaicznej niż którejkolwiek innej technologii wytwarzania energii elektrycznej – więcej niż energii ze źródeł kopalnych i jądrowej łącznie. Moc zainstalowana energii słonecznej, przyłączona do sieci w 2018 r. wyniosła 102,4 GW (wzrost o 4 proc. r/r). Oznacza to, że całkowita zainstalowana moc energii słonecznej wynosi ponad 500 GW.
Światowy prym wśród inwestorów wiodą Chiny, które w minionym roku zainstalowały blisko połowę (43,3 proc.) globalnej mocy wytwórczej w 2018 r. Wysoką aktywność zachowały również Stany Zjednoczone, które zwiększyły moc instalacji solarnych o 10,6 GW. Na kolejnych miejscach w światowym rankingu uplasowały się Indie (8,3 GW), Japonia (6,6 GW), Australia (5,5 GW) oraz Niemcy (2,9 GW). Europa w tym czasie dodała 11,3 GW, co oznacza 21 proc. wzrost w porównaniu z 9,3 GW zainstalowanym rok wcześniej.
Według przewidywań Solar Power Europe do końca bieżącego roku skumulowana moc instalacji fotowoltaicznych powinna osiągnąć poziom 645 GW, a do 2022 r. 1,1 TW.
Niezbędne zasoby
Realizacja procesu transformacji energetycznej, zarówno globalnej, jak i polskiej gospodarki, będzie wymagała dostępu nie tylko do odnawialnych źródeł energii, ale również do surowców kopalnianych, m.in. miedzi, której Polska jest jednym z największych producentów na świecie.
Właściwości miedzi, takie jak wysoka przewodność elektryczna, trwałość czy przetwarzalność, czynią z niej kluczowy materiał dla nowoczesnej energetyki bazującej na odnawialnych źródłach energii. Miedź jest bowiem powszechnie wykorzystywana do produkcji kluczowych elementów infrastruktury energetycznej ‒ przewodów i kabli, paneli fotowoltaicznych czy systemów magazynowania energii.
Z szacunków Europejskiego Instytutu Miedzi wynika, że każdy kilogram miedzi użyty w systemie energetycznym, w zależności od wykorzystywanej technologii, przynosi oszczędność pierwotnie wytworzonej energii od 500 do 50 000 kWh, obniżając koszty od 60 do 6000 EUR na poziomie UE. Ponadto, wykorzystując doskonałą przewodność elektryczną miedzi, w ciągu następnych 10-20 lat w Europie będzie można zmniejszyć emisję CO2 o co najmniej 100 milionów ton rocznie.
Ilość miedzi typowo zużywanej w elektrowni fotowoltaicznej o mocy 1MW wynosi od 3,1 do 4,8 t/MW. Zakładając, że nowa moc zainstalowana fotowoltaiki w okresie 2018-2022 osiągnie 645 GW, to szacowane dodatkowe zapotrzebowanie na miedź w sektorze OZE wyniesie ok. 500 tys. ton rocznie.
Według badań agencji United States Geological Survey, światowe rezerwy miedzi wynoszą ok. 830 mln ton, a zasoby szacuje się na przeszło 5 000 mln ton[2]. Oznacza to, że powinny one wystarczyć odpowiednio na 40 lat oraz 200 lat.
Ważną rolę w dostępności miedzi odgrywa również jej recycling. Surowiec ten jest jednym z nielicznych, który może być wielokrotnie przetwarzany bez utraty swoich właściwości lub parametrów jakościowych. Miedź odzyskiwana jest zarówno z produktów wycofywanych po zakończeniu eksploatacji, jak z odpadów poprodukcyjnych. Obecnie w ten sposób co roku pozyskuje się ok. 8,5 mln ton tego surowca. W skali globalnej współczynnik recyclingu ze złomu miedzianego wynosi 30 proc. W Europie liczba ta jest bliższa 45 proc. Warto też dodać, że z pracujących kabli i urządzeń odzyskuje się blisko 100 proc użytej w nich miedzi. Dlatego ważne jest, by poza wykorzystywaniem naturalnych surowców, inwestować równolegle w rozwój technologii recyklingowych, pozwalających na budowanie wysokowydajnej gospodarki opartej na zamkniętym obiegu zasobów.
Pomimo rosnącego zapotrzebowania na miedź ze strony sektora OZE, dostęp do miedzi jako jednego z kluczowych surowców wydaje się niezagrożony. Polityka rządów oraz działania podmiotów zaangażowanych w rozwój sektora odnawialnych źródeł energii powinny więc w najbliższych latach koncentrować się na zwiększeniu efektywności, zarówno w zakresie wytwarzania energii, jak i wykorzystania miedzi, tak aby w efekcie móc systematycznie obniżać koszty dla odbiorców końcowych.
[1] SolarPower Europe „Global Market Outlook 2019-2023” http://www.solarpowereurope.org/global-market-outlook-2019-2023/
[2] Rezerwy są to złoża, które zostały odkryte, oszacowane i ocenione jako ekonomicznie opłacalne. Zasoby są znacznie większe i obejmują: rezerwy, odkryte złoża, które są potencjalnie opłacalne oraz przewidywane nieodkryte złoża.
Globalna konkurencja, upowszechnienie nowoczesnych technologii, nowe formy organizacji pracy i zmiany struktury zawodowo-kwalifikacyjnej powodują, że największym potencjałem przedsiębiorstwa są obecnie ludzie i ich wiedza. Decydują oni o utrzymaniu konkurencyjnej przewagi firmy na rynku, budują jej wartość i pozwalają sprawnie zarządzać organizacją. Szczególną rolę w tym aspekcie odgrywa kadra zarządzająca średniego szczebla – jej umiejętność stałego uczenia się i rozwijania własnych kompetencji.
Współczesne przedsiębiorstwa zgłaszają zapotrzebowanie na ekspertów mających zdolność do samodzielnego, efektywnego i skutecznego działania. Te umiejętności w kontekście gospodarki opartej na wiedzy wymagają już nie tylko precyzji w wykonywaniu określonych czynności, ale oznaczają pierwszorzędne znaczenie takich elementów jak: zdolność do pełnienia różnych ról, elastyczność w działaniu, ciągły rozwój kompetencji, mobilność, zdolność do adaptacji. Tworzą one zasób wiedzy i umiejętności, będący najważniejszym budulcem każdego nowoczesnego przedsiębiorstwa. – Permanentne uczenie się jest koniecznością w warunkach dynamicznych i nieprzewidywalnych zmian dla utrzymania i rozwoju potencjału konkurencyjnego. Proces ten wynika zarówno z szybko postępującej dezaktualizacji wiedzy, jak i zmiany struktury rynku pracy. W największym stopniu dotyczy to kadry zarządzającej średniego i niskiego szczebla – menadżerów, team leaderów – którzy na co dzień koordynują efektywną pracę swoich zespołów – mówi Tomasz Bereźnicki, prezes DPC Polska, najbardziej doświadczonej firmy wdrożeniowej w kraju.
Kluczowa rola team leaderów
Kadra zarządzająca średniego szczebla pełni w każdym przedsiębiorstwie kluczową rolę. Po pierwsze, to ona kieruje codzienną pracą swoich zespołów, umożliwiając realizację bieżących zadań i projektów. Po drugie, stanowi łącznik pomiędzy pracownikami a dyrektorami czy zarządami, zapewniając właściwy i płynny przekaz informacji oraz kierunków działania. Po trzecie wreszcie, ich rola w firmie polega na sprawnym identyfikowaniu i eliminacji ewentualnych problemów – Schemat komunikacji w każdym przedsiębiorstwie wygląda następująco: polecenia kierowane są z samego szczytu tj. od prezesa czy dyrektora, w dół, natomiast problemy – przerwy w pracy, kłopoty techniczne, nieporozumienia wśród załogi – formułowane są przez personel najniższego szczebla bezpośrednio do przełożonych. Specyficzne położenie menadżerów w tej hierarchii, utrzymujących stały kontakt z najważniejszymi osobami w organizacji, dla których jednocześnie pracownicy operacyjni nie są anonimowi, umożliwia natychmiastowe reagowanie w sytuacjach kryzysogennych – przekonuje Tomasz Bereźnicki. – Moje wieloletnie doświadczenie we współpracy z szeregiem firm z rożnych branż przy wdrażaniu nowych standardów w zakresie przywództwa, procesów i doskonalenia wskazuje, że sukces rynkowy danego przedsiębiorstwa, niezależnie od branży czy wielkości, w największej mierze zależy od kompetencji kadry zarządzającej średniego i niskiego szczebla i jej gotowości do ciągłego zdobywania nowych umiejętności – dodaje.
Właściwy dobór kadr
Efektywność pracy menadżerów w pierwszej kolejności zależy od sprawnego funkcjonowania działu HR. Niezależnie od charakteru rekrutacji – czy to na stanowisko pracownika operacyjnego z możliwością awansu, czy też poszukiwania bezpośrednio team leadera – należy zwracać uwagę na szereg kompetencji wykraczających poza standardową listę widoczną na niemal każdym CV. Nie tylko wykształcenie i doświadczenie, ale również umiejętności miękkie oraz postawa stanowią o potencjale danego kandydata. Do takich umiejętności można zaliczyć: kreatywność, innowacyjność, zdolność do szybkiego identyfikowania i rozwiązywania problemów, dbałość o dobrą atmosferę i komunikację w zespole.
Pracodawcom zależeć powinno również na takim zarządzaniu własnym biznesem, aby zminimalizować problem rotacyjności kadry średniego i niskiego szczebla, co w dzisiejszych czasach jest niemałym wyzwaniem. – O ile zastąpienie pracownika operacyjnego wykonującego określone zadania nie stanowi zasadniczego problemu, o tyle utrata team leadera wiąże się z określonymi kosztami. Rekrutacja bądź wykształcenie kolejnego, efektywnego menadżera to proces przede wszystkim czasochłonny, destabilizujący prawidłowe funkcjonowanie całego zespołu. Dlatego usprawnianie działalności firmy i zapewnienie pracownikom możliwości ciągłego kwestionowania i eksperymentowania ma na celu zatrzymanie w niej najbardziej wartościowych członków załogi na lata – mówi Mariusz Drewnowski, Partner w DPC Polska.
Strategia Zarządzania Lean
Odpowiedni dobór team leaderów oraz skuteczne przeciwdziałanie fluktuacji kadr to jeden z celów Strategii Zarządzania Lean. Jest to koncepcja o ugruntowanym uznaniu na świecie, coraz szerzej wdrażana w wielu polskich firmach, zarówno przemysłowych (wytwórczych), jak i usługowych, która doczekała się już szeregu opracowań naukowych.
Strategia Zarządzania Lean ma charakter czteroetapowy:
Warsztaty strategiczne – czyli refleksja na temat realizacji celów strategicznych firmy, przeprowadzana w formie warsztatów z udziałem kadry zarządzającej (top management firmy lub obszaru).
Ocena potencjału – czyli analiza stanu obecnego w celu uzyskania porozumienia co do poziomu efektywności procesów w firmie lub wybranym obszarze i oceny potencjału co do rozwoju organizacji (rekomendacja zmian)
Kierunki rozwoju – czyli warsztaty obejmujące opracowanie planu wdrożenia zmian (usprawnień) na bazie rekomendacji wypracowanych w fazie Oceny Potencjału.
Wdrożenie i utrzymanie zmian – czyli działania pozwalające na wdrożenie, rozwijanie i utrzymanie nowych standardów: procesów, zarządzania (przywództwa) oraz doskonalenia.
Wśród szeregu działań proponowanych przez firmy wdrożeniowe zajmujące się Strategią Lean, szczególny nacisk kładzie się na umiejętność i świadomość potrzeby ciągłego wykorzystywania KPIs (ang. Key Performance Indicators), stanowiących podstawę podejmowania kluczowych decyzji i eliminacji przyczyn ewentualnych problemów, oraz wykształcenie w pracownikach odwagi do kwestionowania status quo i eksperymentowania podnoszącego efektywność ich pracy. – Żadnego z tych celów nie osiągniemy bez zbudowania w danym przedsiębiorstwie świadomości kadry średniego szczebla co do jej celów i wartości, kadry otwartej na zmiany i adaptację do dynamicznie zmieniających się warunków. To oni, z jednej strony koordynując pracę swojego zespołu, z drugiej zaś raportując przełożonym efekty działań oraz komunikując potencjalne problemy, odgrywają kluczową rolę w prawidłowym funkcjonowaniu każdej organizacji – mówi Piotr Rybotycki, Partner w DPC Polska.
Autorzy złośliwego oprogramowania GandCrab kończą swoją działalność. Grupa cyberprzestępców, która stworzyła jeden z najbardziej aktywnych ransomware w ostatnich latach, twierdzi, że osobiście zarobiła na nim około 150 milionów dolarów. Jednocześnie wyróżniła się na czarnym rynku sposobem dystrybucji swoich narzędzi oraz nietypowymi działaniami marketingowymi.
Dochodowy cyberbiznes
Twórcy GandCrab udostępnili swoje narzędzie na czarnym rynku w modelu usługowym (RaaS – Ransomware-as-a-Service). Dzielili się zyskami ze swoimi partnerami, najczęściej w proporcjach 60-40% lub, rzadziej, 70-30%.
Kariera GandCraba zaczęła się w styczniu 2018 roku, gdy po raz pierwszy pojawił się na rosyjskim forum exploit.in. Był to czas, kiedy wydawało się, że cyberprzestępcy będą coraz rzadziej korzystać z narzędzi typu ransomware. Mimo tego GandCrab zdołał osiągnąć znaczną popularność, infekując ponad 50 tys. urządzeń tylko w ciągu pierwszego miesiąca działania.
Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet
Szeroka sieć dystrybucji GandCraba została zbudowana dzięki programowi partnerskiemu i związkom z innymi usługami, jak np. NTCrypt i innymi podmiotami mającymi doświadczenie w dystrybucji przez protokoły RDP i VNC. – Początkowo były one skierowane tylko do krajów zachodnich, głównie do Ameryki Łacińskiej. Później rozszerzono współpracę z dystrybutorami złośliwego oprogramowania w Chinach i Korei Południowej, przy czym jeszcze w kwietniu ubiegłego roku laboratoria Fortinet wykryły kampanię spamu dostarczającą ładunek GandCrab do Korei Południowej – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.
GandCrab był szeroko obecny także w Polsce. Według danych Fortinet to najczęściej występujący ransomware w naszym kraju w drugiej połowie 2018 roku, kiedy odnotowano ponad 1500 przypadków aktywności jego różnych wariantów.
Cyberprzestępczy marketing
W związku z szybkim rozwojem GandCrab, laboratoria FortiGuard, jak również inni badacze bezpieczeństwa aktywnie monitorowali zmiany pomiędzy jego kolejnymi wydaniami. Oprócz nowych funkcji, obejmowały one również publiczne komunikaty, które cyberprzestępcy zamieszczali jako sposób na wyśmiewanie badaczy i organizacji bezpieczeństwa.
Takie podejście sprawiło, że GandCrab był prawdopodobnie jedną z najszerzej omawianych rodzin ransomware w ubiegłym roku. Ta niezwykła strategia pokazała niemal bezprecedensowy poziom odwagi cyberprzestępców, a nawet poczucie bezkarności. W innej taktyce marketingowej wykorzystywali oni raporty firm zajmujących się bezpieczeństwem do promowania sukcesu swoich usług, kpiąc jednocześnie z przeciwników.
Pułapki rozwoju
Za sukcesem GandCrab stało między innymi wykorzystanie przez hakerów tzw. agile development, opisywanego jako zwinne podejście do rozwoju, które umożliwiło szybkie wydawanie nowych wersji. Pomogło to cyberprzestępcom uniknąć wykrycia przez wiele narzędzi ochronnych. Jednak GandCrab nie był wolny od wad wynikających ze stosowania takiego podejścia, ponieważ zaczęto odkrywać w wersjach rozproszonych błędy i luki.
Okazało się, że największą pomyłką autorów GandCrab było dopuszczenie do infiltracji ich własnej infrastruktury serwerowej, co doprowadziło do wycieków kluczy prywatnych ofiar. Dzięki temu Bitdefender, we współpracy z Europolem, udostępnił darmowe narzędzie deszyfrujące dla ofiar programu GandCrab v1. Wydarzenie to było ciekawe o tyle, że w tym czasie w przestrzeni publicznej były dostępne bardzo ograniczone informacje na temat sposobu, w jaki obie te organizacje mogły uzyskać dostęp do poufnych danych cyberprzestępców – przynajmniej do momentu, gdy oni sami ogłosili, że ich strona płatności została naruszona.
Podobna sytuacja doprowadziła do wydania narzędzia do odzyskiwania plików zaszyfrowanych przez nowe wersje złośliwego oprogramowania. W rzeczywistości, zaledwie dwa tygodnie po ogłoszeniu emerytury przez twórców GandCrab, Bitdefender opublikował nową wersję narzędzia deszyfrującego, które obsługuje najnowszą (v5.2) wersję tego złośliwego oprogramowania.
Co dalej?
Organizacja przestępcza stojąca za GandCrab była bardzo pewna siebie, a jednocześnie skuteczna. Dzięki agresywnym i niezwykłym strategiom marketingowym oraz stałej rekrutacji partnerów, była w stanie dystrybuować na całym świecie dużą ilość swojego złośliwego oprogramowania. Czy jednak można brać na poważnie ich ogłoszenie o oszałamiających wynikach finansowych i końcu kariery? – Biorąc pod uwagę specyficzny charakter tej grupy, nie byłoby wcale zaskoczeniem, gdyby ogłoszenie o przejściu na emeryturę było tylko kolejną z ich licznych prowokacji lub próbą uśpienia czujności – mówi Robert Dąbrowski. – To, co najbardziej odróżnia ją od innych grup, to nieprzewidywalność. Zawsze istnieje możliwość, że powrócą w takiej czy innej postaci – podsumowuje ekspert Fortinet.
Od dłuższego czasu do polskich pracowników docierają pełne optymizmu informacje o tym, że sytuacja na rynku pracy, z ich punktu widzenia, dawno nie była tak komfortowa, a oni sami tak uprzywilejowani. Bezrobocie utrzymuje się na bardzo niskim poziomie, a pracodawcy walczą o kandydatów i zatrzymanie obecnych pracowników, nie tylko przy użyciu rosnących wynagrodzeń, ale też coraz bardziej wyszukanych benefitów pozapłacowych. Tymczasem coraz więcej Polaków deklaruje, że nie odrzuca możliwości samozatrudnienia oraz pracy jako freelancer. Kolejną złą wiadomością dla zatrudniających jest fakt, że lojalność względem pracodawców spada – coraz mniej osób aktywnych na rynku pracy może dziś pochwalić się dłuższym, niż 5 lat stażem pracy u jednego pracodawcy. Szczególnie młode osoby skłonne są do tego, by częściej zmieniać pracę w poszukiwaniu lepszych warunków zatrudnienia i możliwości rozwoju. Dokąd może doprowadzić taka sytuacja?
Grzegorz Święch – Wiceprezes i Partner Grupy Nowe Motywacje
Problem dla HR-owców, zysk dla pracowników
Sytuacja na polskim rynku pracy jest trudna i skomplikowana dla pracodawców oraz pracowników działów HR. W wielu zawodach brakuje kandydatów, a znalezienie pracownika z odpowiednimi kwalifikacjami wiąże się nierzadko z wielomiesięcznym procesem rekrutacyjnym, który też nie zawsze kończy się sukcesem. Tymczasem aż 80% pracujących Polaków uważa, że obecna sytuacja na rynku pracy jest dobra i będzie taka w nadchodzących miesiącach[1], a zaledwie 9,5%[2] osób aktywnych zawodowo obawia się w najbliższym czasie utraty pracy. Poprawia się również sytuacja finansowa – w kwietniu 2019 roku przeciętne wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw były wyższe o 7,1% niż rok wcześniej[3]. Mimo iż gospodarka nieco hamuje, w najbliższym czasie, według prognoz, tempo wzrostu wynagrodzeń ma się utrzymywać na podobnym poziomie. Rekordowo wysokie jest zadowolenie z wykonywanej pracy – deklaruje je 79% osób pracujących[4], a jednak 11% osób aktywnie poszukuje nowego zajęcia, a 40% przyznaje, że rozgląda się za ciekawymi ofertami. Nie należy się dziwić, że Polacy, słysząc zewsząd o tak sprzyjającej sytuacji, starają się znaleźć jak najlepsze dla siebie warunki pracy, pracodawcę oferującego możliwości rozwoju, najlepiej połączone z korzystnym wynagrodzeniem. Jak wynika z badania przeprowadzanego cyklicznie przez firmę Randstadt, w ciągu ostatnich 6 miesięcy 25% pracowników zmieniło pracodawcę. Najczęstszym motorem do zmiany są właśnie większe możliwości rozwoju zawodowego – wskazuje na nie 58%[5] wśród osób, które zdecydowały się na taki krok. Okazuje się natomiast, że benefity, którymi stara się kusić nowych pracowników wiele firm, są ważne zaledwie dla 13% tych, którzy podjęli zatrudnienie w nowym miejscu.
Z pracodawcą wiążemy się na krócej
Fakt, że pracownicy szukają dla siebie najbardziej odpowiedniego miejsca, nie jest niczym zaskakującym – szczególnie, jeśli w obecnej sytuacji mogą liczyć na to, że o ich umiejętności i doświadczenie pracodawcy będą ze sobą konkurować. Jednak tak duża rotacja pracowników jest zjawiskiem stosunkowo nowym, wynikającym nie tylko ze sprzyjającej sytuacji na rynku, ale też zmiany pokoleniowej.
Wśród aktywnych zawodowo Polaków znajdują się obecnie przedstawiciele różnych pokoleń, których podejście do pracy znacząco się różni. Tak zwani Baby Boomers i Pokolenie X to osoby, które przyzwyczajone były do długotrwałej pracy w jednym miejscu, wiązały się ze swoim pracodawcą na wiele lat – najstarsi pracownicy nierzadko cały swój staż przepracowali w jednej firmie czy instytucji. Obecnie takie sytuacje są już właściwie marginalne. Młodzi ludzie nie tylko chcą wykorzystać swoją szansę, ale też zupełnie inaczej podchodzą do dłuższej więzi z pracodawcą. Wiele elementów jest dla nich ważne, jednak szczególnie liczy się dla nich możliwość nauki i rozwoju, a także pracy przy ciekawych, rozwijających projektach – zauważa Grzegorz Święch z Grupy Nowe Motywacje.
I rzeczywiście – z własnej woli najczęściej zmieniają pracę osoby będące obecnie między 18 a 35 rokiem życia – ponad 63% aktywnych zawodowo osób w tej grupie deklaruje, że przynajmniej raz zdecydowali o rezygnacji z dotychczasowego zatrudnienia. Z wiekiem ten odsetek spada, w grupie wiekowej powyżej 45 r.ż. już tylko 44% przyznaje, że przynajmniej raz w życiu postanowiło zmienić pracę. Jednocześnie statystyki potwierdzają, że przedstawiciele starszych pokoleń częściej wiązali się z pracodawcami na długie lata. Wśród aktywnych zawodowo osób z grupie 55+ aż 39,9% nigdy nie zmieniło pracodawcy. Wśród najmłodszych pracowników, w wieku 18-34 lata, takich osób jest niecałe 30%[6] –ale też ich staż w dotychczasowej pracy jest znacznie krótszy. Wyraźnie spada również ilość aktywnych zawodowo osób, które są związane z jednym pracodawcą dłużej niż 5 lat – jeszcze w połowie 2018 roku było ich 39%, podczas gdy na początku tego roku ten współczynnik wynosił już 33%. Widoczny jest natomiast wzrost liczby pracowników, których staż w obecnej firmie nie przekroczył 6 miesięcy – obecnie jest to 26%[7], czyli o 3% więcej, niż w roku ubiegłym.
Mobilność i nowe technologie budzą chęć do pracy na swoim
Na skracający się staż pracy u jednego pracodawcy wpływ ma wiele czynników, wynikających między innymi ze zmian na rynku pracy, związanych między innymi z rozwojem nowych technologii. Dostępne już dziś narzędzia pozwalają na większą mobilność, pracę z dowolnego miejsca na ziemi, a także jednoczesną pracę dla kilku zleceniodawców czy przy kilku różnych projektach. Okazuje się, że przeciwnie do tendencji w Unii Europejskiej, Polacy coraz częściej biorą pod uwagę w ogóle rezygnację ze stałej posady. W Europie pewność zatrudnienia, jaką daje umowa o prace, ceni sobie ponad połowa pracujących. 47%[8] Europejczyków deklaruje, że zupełnie nie są zainteresowani pracą jako freelancer czy samozatrudnieniem. Jest to aż o 8% więcej, niż w ubiegłym roku. Wśród Polaków natomiast chęć podjęcia pracy w formie dającej dużą elastyczność, możliwość pracy w nienormowanym czasie, czy z dowolnego miejsca, bierze pod uwagę już ponad 26%, podczas gdy rok temu było ich 19%. Ta tendencja może być kolejnym problemem dla pracodawców, którym zatrudnienie pracownika na etat daje jakiekolwiek, nawet miesięczne, zabezpieczenie w sytuacji, gdy rotacja stale rośnie. Na kogo zatem powinni zwrócić uwagę pracodawcy i przedstawiciele działów HR, chcąc znaleźć oddanego pracownika?
Im mniejsze doświadczenie, tym większa chęć zmian
Najbardziej otwarci na zmianę pracy są ludzie młodzi. To właśnie w grupie wiekowej 18-29 lat w pierwszym kwartale 2019 roku aż 37%[9] zmieniło pracę, a 19% deklaruje, że aktywnie szuka nowych możliwości zawodowych. Rotacja dotyczy też w dużej mierze pracowników niewykwalifikowanych, pracowników biurowych i administracyjnych oraz kasjerów i pracowników obsługi klienta – wśród przedstawicieli tych zawodów ponad 30% dokonało zmiany miejsca pracy w ciągu minionych 6 miesięcy. Chęć do zmian spada z wiekiem, co wiąże się z jednej strony z innym podejściem do pracy i wychowaniem w świecie, gdzie z jednym pracodawcą człowiek wiązał się na długo, z drugiej – ze zbliżającą się emeryturą, przed którą raczej nikt nie chce dokonywać radyklanych zmian. Ważny jest także staż pracy pozwalający na dojście do wysokich stanowisk – wśród osób powyżej 40 roku życia zaledwie 5% poszukuje aktywnie pracy, podobnie jak wśród przedstawicieli kadry zarządzającej – 8%[10]. Jeszcze mniej chętni do zmian są przedstawiciele kadry kierowniczej średniego szczebla – tylko 4% z nich deklaruje, że poszukuje innych możliwości zatrudnienia.
Na pytanie o to, kto może być oddanym pracownikiem, odpowiedź nie jest prosta i jednoznaczna. Mający przed sobą duże perspektywy i możliwości pracownicy będą szukać lepszych warunków. Zmieniają się nie tylko warunki pracy, ale też zakres i sposób wykonywania obowiązków, zatem osoba, która się nie rozwija, szybko może zostać w tyle peletonu i wypaść z kręgu zainteresowania pracodawców. Dziś optymalnym czasem na związanie się z jednym pracodawcą wydaje nam się okres od 2 do 5 lat – tyle czasu planuje pracować w obecnej firmie 27% aktywnych zawodowo Polaków[11].
Nie można wymagać od osób aktywnych zawodowo, żeby nie korzystały z szans, jakie otworzyły się przed nimi w ostatnich latach. O to, żeby pracownik był oddany pracy w danej firmie, o jego lojalność, powinien zadbać sam pracodawca, na każdym etapie jego kontaktu z organizacją. W obecnej sytuacji owocowe środy, karta sportowa czy luźna atmosfera pracy nie są już wystarczającą kartą przetargową dla osoby, która dostaje inną propozycję zawodową, wiążącą się z awansem zawodowym, zdobyciem nowych umiejętności czy możliwością dokształcania się w wybranych obszarach. Aby móc zachować w firmie najlepszych pracowników, należy stworzyć dla nich prawdziwą ścieżkę rozwoju i awansu zawodowego, a także pokazać, że docenia się ich wkład w funkcjonowanie firmy. Bo jeśli nie zrobimy tego my, zrobi to inny pracodawca – podsumowuje Grzegorz Święch z Nowych Motywacji.
Potencjalnym brakom kadrowym warto jest zapobiegać, zanim faktycznie do nich dojdzie. Dziś wiele firm stara się powiększać pakiety benefitów, czy podnosić wynagrodzenia, na które mogą liczyć nowi pracownicy. Uwagę należy jednak skupić również, a może nawet przede wszystkim, na pracownikach już zatrudnionych, znających specyfikę pracy w firmie, posiadających niezbędne umiejętności, doświadczenie, i już z nią związanych. Mimo bowiem, iż w 2019 roku zwiększenie zatrudnienia planuje nieco mniej polskich firm, niż w 2018 roku[12], konkurencja w walce o pracowników nie maleje w sytuacji, gdy dzięki nowym technologiom obecność w biurze na drugim końcu świata nie jest konieczna do podjęcia pracy.
Każda organizacja, która nie chce pozostać w tyle, inwestuje dziś w sztuczną inteligencję, jednak mało która robi to w przemyślany sposób – informuje IDC. Lipcowe badania przeprowadzone na grupie niemal 2500 organizacji wskazują, że zaledwie 1 na 4 firmy, które już stosują rozwiązania sztucznej inteligencji, posiada opracowaną strategię SI dla całego przedsiębiorstwa. Jednocześnie połowa badanych organizacji postrzega wdrożenie tej technologii jako priorytet.
Transformacja cyfrowa, powoli staje się na tyle pospolitym zjawiskiem w świecie biznesu, że Accenture już zwiastuje nadejście ery post digital. Nic więc dziwnego, że wdrożenie SI znalazło się na szczycie listy rzeczy zarówno ważnych, jak i pilnych, co nadaje temu zadaniu najwyższy priorytet. Jak donosi IDC w swoim najnowszym badaniu “Artificial Intelligence Global Adoption Trends & Strategies”, zjawisko to niesie za sobą pewne ryzyko. Jakie? Organizacje będą musiały opracować skuteczną strategię sztucznej inteligencji dostosowaną do celów biznesowych i innowacyjnych modeli biznesowych, aby móc skutecznie ją egzekwować. Problem w tym, że jak na razie robi to zaledwie 1 na 4 firmy.
Wdrożenie sztucznej inteligencji, tak jak każdej innowacyjnej technologii, musi poprzedzić analiza procesów i ocena, czy SI cokolwiek usprawni w danym biznesie. Sam proces wdrożenia warto przeprowadzić krótkimi etapami. Mamy jakąś nową funkcjonalność SI, od razu wdrażamy, obserwujemy, zbieramy dane, oceniamy czy zadziałało i od razu decydujemy co dalej. Nad wszystkim zaś musi czuwać dedykowany zespół ekspertów ds. sztucznej inteligencji i ds. biznesu. Organizacja może go zbudować samodzielnie, albo zaufać zewnętrznym ekspertom – komentuje Stanisław Bochnak, główny strateg ds. biznesowych w VMware Polska.
Przemysłowe koło zamachowe
Gdzie wydatki na sztuczną inteligencję będą rosły najszybciej? Według ekspertów IDC należy się spodziewać, że to sektor przemysłowy będzie czerpał najwięcej z technologii SI. Jak wynika z danych firmy konsultingowej, za cztery lata, w 2023 roku wartość rozwiązań technologii opartej na sztucznej inteligencji dedykowanej przemysłowi osiągnie wartość blisko 5 mld dolarów. Będzie to ponad siedmiokrotny wzrost w porównaniu do jego obecnej wartości, która na koniec 2018 wynosiła 633 mln dolarów. – Inwestycje w rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwach produkcyjnych są i będą napędzane ideą czwartej rewolucji przemysłowej – wyjaśnia Lucjan Giza, Dyrektor ds. Rozwoju z firmy BPSC. — Technologie oparte na SI będą pomocne m.in. do analizy ogromnych ilości danych w czasie rzeczywistym. To poprawi dokładności prognoz i kontroli w procesach operacyjnych, szczególnie tych służących do poprawy wydajności produkcji — kończy Giza.
Dzięki SI przedsiębiorstwa mogą nie tylko usprawnić procesy zarządzania działalnością, ale zredukują też koszty związane z rozwojem produktów. Dzięki cyfrowemu połączeniu systemów producentów i dostawców, możliwe będzie prawidłowe zarządzanie łańcuchem dostaw. Mechanizmy sztucznej inteligencji dostarczą przedsiębiorcom dokładnych informacji na temat dostępności mocy produkcyjnych oraz dyspozycyjności lub awarii maszyn dostawców. Szczególnie dwie gałęzie przemysłu: produkcją dyskretna i produkcja procesowa według prognoz IDC będą wypadały szczególnie dobrze. W obu przypadkach priorytetem wydatków na digitalizację jest inteligentna produkcja, której czerpie pełnymi garściami z dobrodziejstw, jakie przynosi sztuczna inteligencja.
Sztuczna inteligencja, prawdziwe dylematy
To, że wykorzystanie sztucznej inteligencji w biznesie będzie rosło, jest więc więcej jak oczywiste – potwierdza to raport firmy IDC, która szacuje, że światowe wydatki na rozwój systemów SI sięgną blisko 36 mld USD w 2019 r.. To wzrost o 44,0% w stosunku do kwoty wydanej w 2018 r. Biznes inwestuje z rozmachem w projekty wykorzystujące możliwości oprogramowania SI, a to przyczyni się do uzyskania ponad dwukrotnie wyższej wyceny na poziomie 79,2 mld USD, już w 2022 r..
Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies S.A.
„Biznes wie, że aby się wyróżnić z grona pozornie podobnych ofert, musi wypracować strategię, która pozwoli na stworzenie przewagi konkurencyjnej. By to zrobić – potrzebuje informacji o kliencie. Z pomocą przychodzi analityka Big Data, która pozwala poznać i zrozumieć konsumenckie zainteresowania i intencje. Wnioski z analizy umożliwiają stworzenie spersonalizowanego przekazu, który będzie dla odbiorcy naturalne interesujący i angażujący. SI bez Big Data? To jak samochód bez paliwa.” – mówi Piotr Prajsnar CEO Cloud Technologies, która posiada jedną z największych na świecie hurtowni anonimowych danych o użytkownikach Internetu.
Czy wdrożenie sztucznej inteligencji w znacznym stopniu wpływa na firmy? Jak informuje IDC w swoim najnowszym raporcie, ponad 60% organizacji zauważyło zmiany w swoim modelu biznesowym w związku z wdrożeniem technologii SI.
Ważne jest, aby rozumieć różnicę pomiędzy transformacją cyfrową, a digitalizacją. Ta pierwsza ma za zadanie wspieranie strategii organizacji. Z tego względu każda firma musi wiedzieć, w jakim kierunku chce podążać i jaki ma cel – mówi prezes BPSC Rafał Orawski.
Oswajanie sztucznej inteligencji
Według ekspertów, wdrożeń SI będzie coraz więcej, ale zanim to nastąpi zarówno biznes, jak i finalni odbiorcy innowacji muszą dokładnie zrozumieć z czym mają do czynienia. Na chwilę obecną nie jest jednak z tym dobrze. Według ostatnich badań firmy VMware, niemal 45 proc. konsumentów uważa, że sztuczna inteligencja to bardziej „rzecz”, “robot”, niż zbiór inteligentnych algorytmów, usprawniających działanie systemów IT czy usług.
Jest jednak szansa na poprawę. 53 proc. ankietowanych w badaniu VMware konsumentów przyznało, że chce zrozumieć co tak naprawdę nowe technologie oznaczają dla ich normalnej, codziennej aktywności w pracy czy w życiu prywatnym. Gra jest warta świeczki – świadomy konsument jest bowiem głównym motorem cyfryzacji biznesu. Nadal istnieje pole do dalszej edukacji społeczeństwa, aby jeszcze bardziej zwiększyć świadomość i zaufanie do nowych technologii. Firmy mają więc teraz swoje pięć minut, by zaprezentować innowacje, które będą coraz bardziej podnosić zadowolenie konsumentów i pracowników – konkluduje Stanisław Bochnak z VMware.
Już po raz 20. firma doradcza Deloitte wyłoni najszybciej rozwijające się spółki technologiczne z Europy Środkowej, działające w różnych sektorach gospodarki. Na zgłoszenia zostały już tylko dwa tygodnie. Celem programu Deloitte Technology Fast 50 jest promowanie innowacyjności, zarówno wśród przedsiębiorstw o ugruntowanej pozycji na rynku, jak i mniejszych spółek oraz start-upów. Firmy są oceniane w pięciu kategoriach, m.in. Social Impact – pozytywny wpływ biznesu na społeczeństwo i środowisko oraz Most Disruptive Innovation – technologie, produkt lub usługi, które mogą wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek. Zwycięzców rankingu Deloitte poznamy w październiku.
Rozwój technologii generuje nie tylko wzrost przychodów firm i umocnienie przewagi konkurencyjnej na rynku, ale również wpływa na poprawę warunków życia konsumentów. Rewolucja 4.0 jest obecna w wielu sektorach gospodarki – mówimy już o handlu 4.0, chemii 4.0 czy transporcie 4.0. Ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe wyróżnia firmy technologiczne działające w różnych obszarach przemysłu i usług, a tym samym przyczynia się do zwiększenia ich rozpoznawalności na rynku globalnym.
– Deloitte Technology Fast 50 Central Europe to doskonała okazja do promocji krajowych i międzynarodowych rozwiązań technologicznych. W ten sposób nie tylko wspieramy lokalne przedsiębiorstwa w umacnianiu ich pozycji w regionie, ale także zwiększamy ich szanse na współpracę globalną. Duże zainteresowanie rankingiem utwierdza nas w przekonaniu, że tego typu inicjatywy są potrzebne. W ostatnich czterech latach średnia dynamika wzrostu przychodów wszystkich firm technologicznych z rankingu wyniosła 1 290 proc. Szczególnie cieszy nas duża reprezentacja firm krajowych – w zeszłorocznej edycji było ich aż 18 – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego, Lider Programu Deloitte Technology Fast 50. Wśród laureatów poprzednich edycji znalazło się wiele polskich spółek, m.in. CD Projekt, eCard, Pracuj.pl czy LiveChat.
Wymagania i zasady
Na pozycję w rankingu ma wpływ głównie dynamika wzrostu przychodów operacyjnych danej firmy oraz innowacyjna technologia. Program przeznaczony jest dla przedsiębiorstw o różnej wielkości i stażu działalności, które mają siedzibę w krajach Europy Środkowej (Albanii, Bośni i Hercegowinie, Bułgarii, Chorwacji, Czechach, Estonii, Węgrzech, Kosowie, Łotwie, Litwie, Macedonii, Mołdawii, Czarnogórze, Polsce, Rumunii, Serbii, Słowacji i Słowenii).
Główną kategorią rankingu jest „Fast 50”, która jest przeznaczona dla firm technologicznych obecnych na rynku od co najmniej czterech lat i działających w jednym z siedmiu obszarów: komunikacji, ochronie środowiska, fintech, sprzętach komputerowych, ochronie zdrowia i naukach medycznych, mediach i rozrywce czy produkcji oprogramowania. Przychody operacyjne firm w roku 2015, 2016, 2017 powinny wynosić minimum 50 tys. euro, a w roku 2018 minimum 100 tys. euro. Pozostałe warunki uczestnictwa zostały opisane na stronie rankingu: http://www.deloitte.com/fast50ce.
Każdy gracz ze swoją kategorią
Do pozostałych kategorii rankingu należą: „Wielka Piątka” – przeznaczona dla najbardziej dynamicznych firm, które w 2018 roku osiągnęły przychody operacyjne wyższe niż 25 mln euro, a także „Wschodzące Gwiazdy” – zaadresowana do młodszych firm, które osiągnęły przychody powyżej 30 tys. euro w każdym rozpatrywanym roku (2016 – 2018). Nagroda specjalna „Most Disruptive Innovation” trafi natomiast do przedsiębiorstw, których technologie, produkt lub usługi, mogą wywrzeć rewolucyjny wpływ na rynek.
Ranking uwzględnia również wpływ biznesu na społeczeństwo i środowisko. Przyznana w ubiegłym roku po raz pierwszy nagroda specjalna „Social Impact Award” trafiła do polskiej spółki Saule Technologies, która produkuje rewolucyjne panele słoneczne.
Termin zgłoszeń do tegorocznej edycji rankingu upływa31 lipca 2019r. Aby wziąć w niej udział należy wypełnić formularz online: http://www.deloitte.com/fast50ce.
Lista zwycięzców zostanie opublikowana w październiku.
Raport firmy VMware pokazuje, że europejski biznes musi jeszcze wiele zrobić, by sprawnie walczyć z zagrożeniami w cyfrowych czasach. Aż 75 proc. organizacji nie wierzy w skuteczność swoich rozwiązań w zakresie bezpieczeństwa IT, a tylko niecałe 18 proc. przedsiębiorców jest przekonanych, że ich pracownicy są przygotowani na potencjalne ataki crackerskie. W Polsce ten odsetek wynosi jeszcze mniej , bo tylko 10 proc.
Badania przeprowadzone przez Forbes Insights na zlecenie firmy VMware objęły kadrę zarządzającą i ekspertów ds. bezpieczeństwa IT z 650 największych europejskich firm m.in. z Polski, Niemiec, Francji, Wlk. Brytanii i Włoch. Choć cyberzagrożenia z roku na roku stają się coraz bardziej złożone, prawie 75 proc. polskich ankietowanych przyznaje, że ich systemy zabezpieczeń są przestarzałe i wymagają aktualizacji. I to pomimo faktu, że ponad 42 proc. europejskim firm, w tym 33 proc. polskich, wdrożyło w ostatnich roku nowe rozwiązania i usługi w zakresie cyberbezpieczeństwa.
Pułapka dobrych chęci
Jak wynika z badań VMware dla większości firm odpowiedzią na cyberataki są kolejne inwestycje w istniejące i znane produkty oraz rozwiązania. Już teraz 29 proc. firm posiada ponad 26 różnych rozwiązań dla cyberbezpieczeństwa. 83 proc. proc. organizacji zamierza zakupić nowe usługi w ciągu 3 lat.
W Polsce taki plan działania postuluje ponad 89 proc. ankietowanych. Ta gotowość do inwestowania jest godna pochwały, ale statystki pokazują, że mimo rosnących nakładów na cyberbezpieczeństwo rośnie również liczba incydentów. Według raportu UE koszty potencjalnego ataku wzrosły pięciokrotnie między 2013 a 2017 rokiem – mówi Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska.
W czym więc tkwi problem? Raport VMware pokazuje, że ponad 54 proc. europejskich firm zamierza zakupić rozwiązania służące jedynie do wykrywania oraz identyfikowania ataków.
Albert Einstein twierdził, że obłędem jest powtarzanie w kółko tej samej czynności w oczekiwaniu na inne rezultaty. Niestety, tak wygląda obecne podejście do cyberbezpieczeństwa. Firmy inwestują cały czas w tradycyjne rozwiązania, a reguły gry zmieniły się – komentuje wyniki badań Sylvain Cazard, wiceprezes VMware w regionie EMEA. Sieć jest coraz bardziej rozległa, otaczają nas rozwiązania i sensory IoT, ludzie pracują zdalne w oparciu o rozwiązania chmurowe. To czyni przestrzeń potencjalnego ataku znacznie większą niż kiedyś – dodaje.
Czy technologie security zawiodły?
IDC prognozuje, że światowe wydatki na sprzęt, oprogramowanie i usługi związane z bezpieczeństwem sięgną 103,1 mld dolarów jeszcze w 2019 r. Choć inwestycje rosną, jedna trzecia firmowych ekspertów ds. IT przyznaje, że wykrycie oraz reakcja na atak hakerski może trwać nawet cały tydzień. W czasach gdy wszystko jest ze sobą połączone, a w ciągu sekundy powstają miliony danych, tak powolna reakcja budzi wiele obaw.
Obecna sytuacja sprawia, że wiele przedsiębiorstw traci zaufanie do szeroko rozumianego cyberbezpieczeństwa. Nasze badania pokazują, że mimo postulowanych inwestycji tylko 23 proc europejskich i 30 proc. polskich firm wierzy w bezpieczeństwo wdrażanych chmur obliczeniowych – komentuje Stanisław Bochnak. Nadal najsłabszym ogniwem cyberbezpieczeństwa pozostają ludzie. Tylko 18 proc. europejskich, w tym tylko 10 proc. polskich organizacji ufa, że ich pracownicy mają kompetencje, by przeciwdziałać cyberatakom – dodaje.
Firmowe cyberwojny
Wyjścia z tego impasu ni ułatwia komunikacja na linii kadra zarządzająca – eksperci ds. bezpieczeństwa. Tylko 21 proc. ankietowanych pracowników IT przyznaje, że ich szefowie są skłonni do współpracy w zakresie cyberbezpieczeństwa. W Polsce sytuacja wygląda nieco lepiej, ale nadal nie jest to wynik budzący zadowolenie – tylko 27 proc. polskich specjalistów IT jest zdania, że biznes pomaga im w walce z cyberzagrożeniami.
A jest o co kruszyć kopie. Ataki typu ransoware występują średnio co 14 sekund. Współczesne rozwiązania cyberbezpieczeństwa nie mogą więc tylko skupiać się na wykrywaniu ataków, bo wtedy nie robiłby nic innego. Czy biznes jest dzisiaj więc całkowicie bezbronny?
By cyberbezpieczeństwo było skuteczne muszą wydarzyć się trzy rzeczy. Musimy przestać koncentrować się tak bardzo na reaktywnym wykrywaniu zagrożeń, skupić naszą uwagę na samych aplikacjach i sprawić, by bezpieczeństwo było nieodłącznie wpisane w każdy element naszego IT – radzi Stanisław Bochnak. Wszystko łączy dzisiaj sieć i to ją musimy przede wszystkim zabezpieczyć z poziomu jednego oprogramowania. Kiedyś było tak, że bezpieczeństwo IT i sieci były oddzielne, dzisiaj wdrażanie sieci wirtualnych daje przedsiębiorstwom uniwersalną podstawę, gwarantującą bezpieczeństwo wszystkiemu co łączy ta sieć w danej chwili – dodaje.
Ctrl+Sky – mobilny system antydronowy od Advanced Protection Systems został zakupiony i wdrożony przez jedną z armii kraju Bliskiego Wschodu.
Polski system – przeprowadza detekcję dronów jednocześnie za pomocą sensora radarowego, akustycznego, wizyjnego i radiowego.
Według prognoz Droneii potencjał finansowy rynku dronów w latach 2019–2024 to nawet 43 mld USD.
W ciągu ostatniego roku drony stały się zwiastunem nowej ery m.in. w logistyce i branży security. Zapotrzebowanie na skuteczne rozwiązania antydronowe wciąż rośnie – tym samym to pole nowych kontraktów dla Advanced Protection Systems (APS), twórcy i dostawcy unikalnych rozwiązań antydronowych.
Polski system do detekcji i neutralizacji dronów Ctrl+Sky jest od niedawna wykorzystywany przez wojsko jednego z państw na Bliskim Wschodzie. Polska spółka zrealizowała tam więc kolejny kontrakt, opiewający na setki tysięcy dolarów. System został dostarczony do służb specjalnych w I kwartale br.
– Nowoczesne armie zawsze były pierwszymi odbiorcami innowacji technologicznych. Tak jest i w tym przypadku. Nic dziwnego, na Bliskim Wschodzie UAV bezustannie pojawiają się nad infrastrukturą krytyczną. Codziennie słyszymy o dronach-bombach wykorzystywanych przez terrorystów, czy o bezzałogowcach zakłócających ruch lotniczy, generujących tym samym gigantyczne koszty dla gospodarek. Dostajemy dziesiątki zapytań o nasz system z całego świata– podkreśla dr Maciej Klemm, prezes APS, zapowiadając kolejne wdrożenia systemu m.in. w krajach Unii Europejskiej.
Twórcy APS są na radarze branży security oraz agencji rządowych na całym świecie. Podczas majowych testów, organizowanych przez Departament Lotnictwa Policji Stanowej Michigan, system Ctrl+Sky (jako jedyny z grupy uczestniczących w demonstracji firm) wykrył, śledził i zneutralizował wszystkie drony, wykorzystane przez amerykańskich policjantów podczas pokazów. Żadne z rozwiązań dostępnych na rynku nie zapewniło kontroli monitorowanego terenu w stopniu porównywalnym ze skutecznością parasolowego rozwiązania APS.
– To, że nasz system jako jedyny wykrył wszystkie drony na demonstracji na żywo w siedzibie policji stanu Michigan wzbudziło uznanie obecnych na prezentacji przedstawicieli policji, FBI i podmiotów infrastruktury krytycznej – zaznacza dr Radosław Piesiewicz, jeden z twórców systemu Ctrl+Sky.
Za oceanem dystrybutor Ctrl+Sky – Federal Resources – zaprezentował system w bazie wojskowej kluczowym pracownikom amerykańskich służb specjalnych. FR zapewnia najwyższej jakości rozwiązania o znaczeniu krytycznym odpowiadające na potrzeby sił zbrojnych USA i agencji rządowych na wszystkich szczeblach – federalnym, stanowym, lokalnym i międzynarodowym.podczas pokazu Mock Prison Riot system Ctrl+Sky został zademonstrowany nie tylko federalnym, ale również stanowym i lokalnym służbom więziennictwa, na co dzień mierzącym się z coraz częstszymi incydentami z wykorzystaniem dronów.
–Kontrabanda broni, narkotyków czy telefonów do więzień drogą powietrzną to prawdziwa plaga w Stanach Zjednoczonych. Budowanie coraz wyższych ogrodzeń nie jest skuteczne, gdy nielegalne przesyłki dostarczają drony. Wdrożenie Ctrl+Sky, zaawansowanego, kompleksowego systemu, wykrywający i neutralizujący drony w więzieniach, może rozwiązać ten problem – komentuje Wayne Horvath, szef sprzedaży APS w USA.
Od kilku miesięcy APS współpracuje także z Avinor AS. Polski system antydronowy chroni bowiem Stavanger Airport przed bezzałogowymi statkami powietrznymi i ptakami – ich obecność stwarza ogromne zagrożenie dla samolotów podczas lądowania i startu. Spółka nie wyklucza, że za chwilę pojawi się na kolejnych lotniskach. Same systemy do wykrywania i identyfikacji dronów na rynku komercyjnym są dostępne zaledwie od kilku lat. To lukratywny segment: globalny rynek dronów w 2018 r. był wart 14 mld USD, w 2024 r. jego wartość przebije 43 mld USD (prognozy Droneii). Rynek północnoamerykański jest obecnie największym regionalnym rynkiem dronów, ale rynek azjatycki rośnie w znacznie szybszym tempie. Po zalegalizowaniu dronów w grudniu 2018 r. Indie będą zdecydowanie najszybciej rozwijającym się komercyjnym rynkiem dronów na świecie, w 2024 r. staną się trzecim co do wielkości. A zagrożeń przybywa lawinowo: w 2020 r. (wg FAA – Federalnej Administracji Lotnictwa) w samych tylko Stanach Zjednoczonych regularnie latać ma już 330 tys. przemysłowych dronów i ponad 1,5 mln amatorskich UAV.
Euro po słabych odczytach ZEW znalazło się pod presją a zwyżka, która jeszcze przed 1,13 wytraciła impet załamała się. Notowania cofnęły się do 1,12, ale z tych pułapów nie widzimy dużo pola do słabości euro. Jednocześnie obecnie nie ma też za wielu argumentów by kupować wspólną walutę.
Do wykrystalizowania się pozytywniejszej aury wokół euro potrzebne są lepsze dane makro. A tych jak nie było, tak nie ma na horyzoncie, czego dobitnie dowodzi wczorajszy odczyt ZEW. Widać również relatywną słabość europejskiego rynku akcji. Dla przykładu: DAX w lipcu znajduje się w fazie spadkowej korekty. W tym samym czasie amerykańskie indeksy podniosły się kilka procent i ustanawiają nowe rekordy wszechczasów.
O ile, euro wygląda słabo, to położenie funta jest wręcz katastrofalne. GBP/USD znalazł się w silnej spirali wyprzedaży, która kurs zepchnęła dziś rano poniżej 1,24 i najniżej od 2014 roku. Brytyjskiej walucie nie pomagają nawet świetne dane. Wczorajsze sygnały z ryku pracy były nad wyraz optymistyczne. Stopa bezrobocia jest blisko historycznych minimów a dynamika wynagrodzeń na cyklicznych a nawet post kryzysowych szczytach. Dziś poznamy wartości wskaźników inflacyjnych za czerwiec i ponownie tworzą one asymetryczne ryzyka dla waluty. Rynek powinien pozostawać w trybie wygaszania odbić i wykorzystywania ich do odnawiania krótkiej ekspozycji na funta, ale jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że ostatnia przecena skrajnie odrywa wycenę GBP od fundamentów. Tyle tylko, że taki stan może trwać długo.
Warto zauważyć, że waluty Antypodów nie były w stanie pokonać kluczowych poziomów i wykonały zwrot. Szczególnie negatywnie postrzegamy dolara australijskiego. Dziś w nocy zostanie opublikowany raport z rynku pracy, a jak wiemy z protokołu po posiedzeniu RBA jego kondycja przesądzi, czy cykl luzowania będzie kontynuowany. Słabość fundamentów makro gospodarki i jej silna eskpozycja na wojny handlowe pozostawia przestrzeń do kontynuacji łagodzenia i osłabienia AUD. Naszym zdaniem dyskusyjna jest kwestia, czy RBNZ będzie kontynuować cięcie stóp. Duży odsetek uczestników rynku skłania się do takiej oceny, co tworzy szansę na NZD. Nie widzimy natomiast szans na cięcie stóp w Kanadzie, w czym obok przyśpieszającego wzrostu i dobrej koniunktury na rynku surowców energetycznych upatrujemy argumentów za umocnieniem kanadyjskiej waluty. Ciekawym wehikułem może się okazać cross surowcowy AUD/CAD. Przed dzisiejszymi danymi inflacyjnymi zakładany jest spadek dynamiki CPI z 2,4 do 2,0 proc. rok do roku. Widzimy większe prawdopodobieństwo korzystnego dla CAD odczytu.
Ultimate Games, producent i wydawca gier specjalizujący się w popularnych symulatorach wędkarstwa, według wstępnych szacunków w 2019 roku zarobił 1,85 mln zł netto przy przychodach rzędu 3,38 mln zł. Spółka liczy na znaczące zwiększenie wyników w drugim półroczu 2019 roku z uwagi na zbliżające się premiery gier. W tym roku planowany jest także debiut na głównym parkiecie GPW.
W pierwszym półroczu 2019 wpływ na wzrost wyników finansowych miały liczne premiery mniejszych produkcji oraz stałe zyski generowane przez gry wędkarskie, takie jak m.in. Ultimate Fishing Simulator w wersji na PC i Mobile.
Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games
Cały czas intensywnie pracujemy nad nowymi produkcjami i są one ciepło przyjmowane przez rynek. Kluczowe dla Spółki będzie jednak drugie półrocze, w który odbędzie się najwięcej premier, co w naszych założeniach wpłynie na istotny wzrost wyników finansowych. Dodatkowo w tym okresie na zyski będą miały wpływ także przychody z premier gier na Nintendo Switch, wydanych w pierwszych sześciu miesiącach 2019 roku – prognozuje Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.
Zarząd Spółki planuje rok do roku wykazywać stałe wzrosty w wynikach finansowych. W najbliższych planach, oprócz przeniesienia się z NewConnect na rynek główny GPW, znajduje się także podpisanie wielu kolejnych umów i wydawanie dużej liczby nowych gier.
W 2019 roku Ultimate Games S.A. zamierza wydaćponad 50 gier, zarówno nowe produkcje, jak i porty wydanych już tytułów na nowe platformy. Wśród nich znajdują się między innymi Unlucky 7 (PC), Bakery Simulator (PC), Woodzone (PC) czy Deadliest Catch: The Game (PC), tworzone w ścisłej współpracy z Discovery Channel. Rok ten zapowiada się więc dla Spółki rekordowo, zarówno pod kątem liczby tytułów, jak i związanych z ich wydaniem przychodów oraz zysków.
Liczba nowo rejestrowanych pojazdów elektrycznych w państwach wysoko rozwiniętych wciąż rośnie. W Europie, Azji i Ameryce Północnej po drogach jeździ już ponad milion samochodów z napędem zeroemisyjnym. Przewiduje się, że w tym roku zostanie zarejestrowane ponad 3 miliony kolejnych. Ekologiczny trend w transporcie doprowadził do tego, że kolejne kraje wprowadzają zakaz rejestracji samochodów z napędem dieslowskim. Rządzący jednak liczą się z tym, że wymiana floty samochodowej w całym państwie to długi proces. Eliminacja napędu dieslowskiego przewidywana jest w różnych krajach na rok 2025, 2030 lub nawet 2040. Mimo rosnącej liczby rejestrowanych samochodów elektrycznych, większość pojazdów jeżdżących po naszych drogach to wciąż samochody konwencjonalne.
– W Polsce rejestruje się 500 tysięcy nowych samochodów w ciągu roku, ale liczba wszystkich zarejestrowanych samochodów wynosi blisko 20 milionów. W Norwegii, gdzie liczba samochodów elektrycznych przekracza w ostatnich miesiącach 60% wszystkich rejestracji, wciąż stanowią one zaledwie kilka procent wszystkich pojazdów – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Mazur,dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych. – Jednak proces trwa. Największe koncerny zapowiedziały wydatki na poziomie ponad 250 miliardów dolarów na rozwój elektromobilności. To przełoży się na ponad 200 modeli samochodów z napędem elektrycznym. Już niedługo samochody zeroemisyjne będą miały zasięgi 400-500 kilometrów i więcej, a ich ceny będą takie same, jak teraz ceny pojazdów spalinowych – przewiduje Mazur.
Lokale średniej wielkości systematycznie zyskują na popularności.
Londyn, Paryż i Warszawa to rynki oferujące największą powierzchnię przestrzeni współdzielonych. Napędzane w największym stopniu przez głównych globalnych graczy.
Europejski rynek coworkingowy nabiera kształtu – tak wynika z raportu działu badań BNP Paribas Real Estate, który przygotowany został na podstawie największych umów najmu w 2018 roku. Pozwalający na dużą elastyczność, możliwość dostosowania i dopasowania do potrzeb firm, coworking staje się coraz bardziej popularnym rozwiązaniem. Zaowocowało to wzrostem liczby umów najmu obejmujących przestrzenie współdzielone w głównych miastach europejskich. Miejsce pracy zostało zdefiniowane na nowo, w oparciu o społeczności lokalne i z myślą o nowych usługach i udogodnieniach. W efekcie, strategie na rynku nieruchomości muszą dostosować się do szerokiej gamy współczesnych możliwości.
Napędzane przez dużych globalnych graczy Londyn, Paryż i Warszawa dominują na europejskim rynku przestrzeni współdzielonych. W 2018 r. Londyn mógł pochwalić się 70 nowymi obiektami, głównie na terenie City i West Endu, uznanych dzielnicach biznesowych brytyjskiej stolicy. W Paryżu w 2018 r. zawarto 28 umów najmu na łączną powierzchnię 117 866 mkw. (+19% w porównaniu z 2017 r.), prawie wyłącznie w śródmieściu i skoncentrowanych na obszarze dzielnic biznesowych.
Na uwagę zasługuje wysoka pozycja rynku biur elastycznych w Warszawie. Grono operatorów elastycznych przestrzeni biurowych w Warszawie składa się zarówno z uznanych międzynarodowych graczy, jak i podmiotów lokalnych oraz marek własnych prowadzonych przez deweloperów biurowych. Po fali silnego popytu ze strony marek coworkingowych w 2017 roku, rynek warszawski nadal podlegał strukturyzacji w 2018 r. – zawarto umowy najmu na ok. 110 tys. mkw. elastycznych powierzchni biurowych. Większość konceptów coworkingowych można znaleźć w klastrach biurowych: Warszawskie CBD stanowiło 32% umów najmu w 2018 r. (w mkw.), Śródmieście 45%, zaś podstrefa Mokotów – Służewiec 9%. W Warszawie większość centrów coworkingowych powstało w budynkach klasy A. Oznacza to, że ta szybka ekspansja w wielu lokalizacjach idzie w parze z poprawą jakości dostępnych powierzchni.
Dynamicznie rozwijający się rynek europejski w 2018 r.
Powierzchnia przestrzeni coworkingowych w Europie i ich średnia wielkość wzrosła. Londyn pozostaje kluczową europejską lokalizacją, dzięki zwiększaniu podaży o ponad 180 000 mkw. nowej powierzchni coworkingowej (+13% w stosunku do 2017 r.). Spośród 18 analizowanych miast europejskich, Wiedeń, Mediolan, Kolonia i Dublin odnotowały szczególnie szybkie tempo rozwoju tego sektora. W Wiedniu i Mediolanie zanotowano rekordowe wyniki, odpowiednio 30 365 mkw. oraz 38 211 mkw. nowej powierzchni współdzielonej, co oznacza wzrost o 449% i 294% w porównaniu z 2017 rokiem. W 2018 r. w Kolonii zawarto sześć umów na łączną powierzchnię 29 200 mkw. (+161% w stosunku do 2017 r.). Wreszcie, 8 umów najmu o łącznej powierzchni 43 338 mkw. (+122% w porównaniu do 2017 r.) wzmocniło rynek dubliński, na którym średnia wielkość transakcji wyniosła 5 417 mkw.
Umowy najmu podpisane przez operatorów elastycznych powierzchni biurowych w Europie w 2018 r. (w tys. mkw.)
Powierzchnia biur elastycznych rośnie
W 2018 r. zaobserwować można było tendencję do wynajmu większych lokali, szczególnie w Wiedniu, gdzie średnia transakcja w odniesieniu do powierzchni lokali o wynosiła ok. 5 000 mkw. (+83% w stosunku do 2017 r.). Wynikało to w dużej mierze z pojawienia się
na rynku dużych globalnych graczy, którzy czują się komfortowo w przestronnych powierzchniach. W Amsterdamie transakcje w 2018 r. dotyczyły powierzchni wynoszącej średnio 3500 mkw. (+ 29% w porównaniu z 2017 r.). Tymczasem w Madrycie wielkość przeciętnego lokalu coworkingowego wyniosła 2701 mkw., co stanowi wzrost o 10% w stosunku do 2017 roku.
Richard Malle
Po gwałtownym wzroście liczby powierzchni współdzielonych w ostatnich latach, która skoczyła z około 1000 na całym świecie do ponad 18 000 obecnie, rynek powinien się ustabilizować lub nawet skonsolidować w niektórych miejscach. Biorąc pod uwagę fakt, że w 2018 r. jedna czwarta przestrzeni coworkingowych na całym świecie była jeszcze nieopłacalna, rynek musi się zastanowić i ewoluować w nadchodzących latach. O ile firmy wykorzystujące model współdzielenia powierzchni biurowych korzystają z oferowanej przez niego elastyczności, same marki coworkingowe podpisują umowy leasingowe bez klauzuli break option, przyznającej prawo do wypowiedzenia umowy najmu przed zakończeniem okresu, na jaki była zawarta. Jednocześnie muszą zapewnić rentowność swoich modeli w dłuższej perspektywie czasowej. Ponadto, niezależni gracze nieposiadający środków do mierzenia się z dużymi markami są niejako zmuszeni do pozycjonowania się w określonych segmentach. Jednakże trend w kierunku nowych form współpracy i coworkingu jest obecnie stałym elementem rynku usług. – Richard Malle, Global Head of Research, BNP Paribas Real Estate
Kierunek Londyn, Paryż i Warszawa
Londyn
Sektor przestrzeni współdzielonej i biur serwisowanych znacznie rozwinął się w ostatnich latach w centrum Londynu. W 2018 r. około 183 tys. mkw. (+13% w porównaniu z 2017 r.) zostało wynajęte operatorom biur coworkingowych i serwisowanych. W podziale na poszczególne rynki wewnątrz samego Londynu, dużym zainteresowaniem cieszyły się City (40% umów najmu obejmujących elastyczną powierzchnię biurową w mkw.. w 2018 r.), West End (28%) i Midtown (17%). Popyt generowany jest przez najemców poszukujących miejsc pracy, które oferują elastyczność w wynajmie przy jednoczesnej oszczędności kosztów. Biorąc pod uwagę fakt, iż do pewnego stopnia zarówno mniejsi, jak i więksi najemcy rozważają mniej tradycyjną powierzchnię, inwestorzy będą musieli zmienić sposób, w jaki ich budynki i powierzchnie są wprowadzane na rynek. Może to obejmować zmiany takie jak skrócenie okresu najmu, zwiększenie zachęt lub działanie jako usługodawca a nie dostawca powierzchni. Wynajmujący, którzy chcą podążać za tym trendem, obecnie postrzegają wynajem powierzchni operatorów biur serwisowanych w mniejszym stopniu jako „ostatnią deskę ratunku”, a w większym stopniu jako dodatkowe udogodnienie dla większych najemców już znajdujących się w budynku.
Paryż
We Francji sektor powierzchni coworkingowych początkowo zanotował spadek, lecz niedługo po tym okazał się być realnym wzmocnieniem dla rynku nieruchomości biurowych – w 2018 r. zawartych zostało 28 umów najmu o łącznym wolumenie ok. 118 tys. mkw. (+19% w stosunku do 2017 r.). Na rynku paryskim pojawiło się już wiele inwestycji ze strony firm krajowych i międzynarodowych. Niemniej jednak podaż pozostaje bardzo skoncentrowana. W szczególności paryskie CBD w 2018 r. reprezentowało ponad 53% podpisanych umów najmu na powierzchnie współdzielone, 40% poza CBD w Paryżu i 2,5% w dzielnicy biznesowej La Défense. Rynek coworkingowy w dalszym ciągu ewoluuje i staje się coraz bardziej profesjonalny. Firmy bazujące na zasadzie współdzielenia powierzchni wynajmują coraz większe lokale i wprowadzają strategie skierowane zarówno do samozatrudnionych, jak i do większych grup.
We wrześniu Bank Gospodarstwa Krajowego uruchomi pilotażowy program nisko oprocentowanych pożyczek na likwidację barier architektonicznych w budynkach pod kątem seniorów, rodziców z dziećmi i osób z niepełnosprawnościami. Skorzystać z nich będą mogły m.in. uczelnie i szkoły, biblioteki i spółdzielnie mieszkaniowe. Po spełnieniu określonych kryteriów mogą liczyć na umorzenie nawet 40 proc. wartości pożyczki. W tym roku BGK przeznaczy na nie 4 mln zł, w kolejnych latach środki na ten cel będą znacznie większe. – W Finlandii w ciągu 9 lat udało się wyremontować 45 tys. klatek schodowych, a Polska jest krajem o wiele większym, co pokazuje nasze potrzeby w tym zakresie – mówi Piotr Krasuski z Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju.
– Program, który uruchamiamy, to element szerszego, rządowego programu Dostępność+, realizowanego od ubiegłego roku w horyzoncie czasowym do 2025 roku. Ma on na celu poprawę stanu infrastruktury w Polsce pod kątem zaspokajania coraz szerszych potrzeb osób z niepełnosprawnościami, osób starszych, ale także innych osób w specyficznej sytuacji, np. kobiet w ciąży czy nawet osób, które podróżują z ciężkim bagażem i nie są w stanie wnieść go po stopniach albo zmieścić się z nim w wąskim przejściu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Krasuski, dyrektor departamentu Europejskiego Funduszu Społecznego w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.
Pilotażowy program nisko oprocentowanych pożyczek z Banku Gospodarstwa Krajowego ruszy we wrześniu. Na początku lipca BGK podpisał w tej sprawie umowę z dysponentem środków, czyli Ministerstwem Inwestycji i Rozwoju.
– Dwa miesiące wakacji chcielibyśmy przeznaczyć na dopracowanie szczegółów tego programu – mówi Paweł Chorąży, dyrektor zarządzający pionem funduszy europejskich w BGK. – Zwiększenie dostępności budynków i likwidacja barier architektonicznych doskonale wpisuje się w misję BGK wspierania rozwoju społecznego kraju. O wsparcie na likwidację barier architektonicznych będą mogły się ubiegać różnego rodzaju podmioty zarządzające obiektami użyteczności publicznej, a więc np. szkoły, biblioteki, jednostki samorządu terytorialnego, ich związki czy jednostki naukowe. Drugą grupą – nawet bardziej istotną z punktu widzenia realizacji tego programu – są zarządcy wielorodzinnych budynków mieszkaniowych, a więc spółdzielnie, wspólnoty mieszkaniowe czy osoby indywidualne, które są właścicielami tego typu budynków.
Inwestycje poprawiające dostępność architektoniczną, na które można będzie przeznaczyć nisko oprocentowaną pożyczkę z BGK, to na przykład windy w budynkach wielokondygnacyjnych, likwidacja zbędnych schodków albo montaż uchwytów i poręczy. Ułatwią poruszanie się tym osobom, które mają ograniczoną sprawność, problemy ze słuchem czy wzrokiem. Likwidacja barier architektonicznych pozwoli im zwiększyć samodzielność i szerzej uczestniczyć w życiu społecznym.
– Warunki, na jakich Bank Gospodarstwa Krajowego będzie prowadził program, są bardzo atrakcyjne. Nie pobieramy żadnych opłat ani prowizji z tytułu udzielenia pożyczki i kredytowania, a oprocentowanie wynosi zaledwie 0,15 proc. przez 20 lat, bo na taki okres jest udzielana pożyczka. Przewidziana jest również karencja w spłacie sięgająca 6 miesięcy – mówi Paweł Chorąży.
Nisko oprocentowane pożyczki kierowane do sektora publicznego oraz spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych będą podlegać częściowemu umorzeniu, jeżeli beneficjenci spełnią określone kryteria. Maksymalna wartość umorzenia może sięgnąć 40 proc.
– Kryteria umorzenia są trzy. Pierwsze to tzw. kryterium terytorialne, określane na podstawie liczby osób pobierających zasiłek pielęgnacyjny w danej gminie. Jeżeli ta liczba przekracza 80 osób na każde 1 tys. mieszkańców, można uzyskać 10 proc. umorzenia. Najbardziej istotnym jest kryterium społeczne, obejmujące osoby z niepełnosprawnościami, seniorów powyżej 60. roku życia i rodziców z małymi dziećmi do 6. roku życia. Te trzy grupy składają się na wartość całego umorzenia, które może sięgnąć aż 20 proc. Trzecie jest kryterium przeznaczenia, które obejmuje wielorodzinne budynki mieszkaniowe. Z tego tytułu można uzyskać kolejne 10 proc. umorzenia – mówi Paweł Chorąży.
Jak podkreśla, zainteresowane podmioty już teraz powinny się zająć szczegółami takimi jak dopracowanie kosztorysu inwestycji czy przygotowanie planu architektonicznego, ponieważ te dokumenty będą wymagane przez BGK wraz z wnioskiem o udzielenie pożyczki.
– Wsparcie pilotażowe chcemy uruchomić we wrześniu i wtedy przetestujemy warunki programu. Zobaczymy, czy środki i warunki, którymi dysponujemy, są tym, co rzeczywiście trafia w potrzeby ewentualnych odbiorców – mówi Piotr Krasuski.
Dyrektor w MIiR podkreśla, że uruchamiany właśnie program to element szerszych, rządowych działań wpisujących się w ten sam profil.
– Finansujemy już podobne działania skierowane do uczelni, żeby zwiększyć liczbę studentów z niepełnosprawnościami, którzy dzięki zniwelowaniu barier architektonicznych i edukacyjnych mogą podejmować i kontynuować naukę. Jesteśmy w trakcie opracowywania analogicznego programu szkolnego. Po wakacjach zostanie też uruchomiony podobny program dla placówek ochrony zdrowia. Chcemy nim objąć 150 przychodni i szpitali – mówi Piotr Krasuski.
W okresie pilotażu w 2019 roku budżet programu nisko oprocentowanych pożyczek BGK wyniesie 4 mln zł. Pieniądze pochodzą ze spłat pożyczek unijnych udzielanych w latach 2007–2013. W kolejnych latach środki na ten cel mają być jednak znacząco większe.
– Tylko ze zwrotów środków europejskich chcemy przeznaczyć ok. 120 mln zł w ciągu najbliższych 3 lat. Liczymy też na wsparcie z innych źródeł, np. z Funduszu Solidarnościowego. Potrzeby są olbrzymie, a my mamy świadomość, że dopiero zaczynamy. Podobne programy realizowane w innych państwach Unii Europejskiej mają charakter wieloletni. Dla przykładu, w Finlandii w ciągu 9 lat udało się wyposażyć i wyremontować 45 tys. klatek schodowych, a Polska jest krajem o wiele większym, co pokazuje nasze potrzeby w tym zakresie – mówi Piotr Krasuski.
Coraz większy nacisk na ekologię, automatyzacja pracy, prefabrykacja i eliminacja papierowej dokumentacji – to trendy, które zdaniem liderów branży zdominują budownictwo w nadchodzących latach – wynika z raportu „Budownictwo. Innowacje. Wizja liderów branży 2025”, zrealizowanego na zlecenie Autodesk. Większość badanych menadżerów firm jest zgodna – branża w kolejnych latach postawi na optymalizację i zwiększanie efektywności. Może się do nich przyczynić szersze wykorzystanie nowych technologii i innowacji, lecz w Polsce budownictwo jest raczej na etapie ich testowania – branża bacznie obserwuje rynkowych liderów i dopiero dojrzewa do wdrażania nowości.
– Mimo rosnącej produkcji budowlanej na rynku nie ma wielkiego optymizmu, a branża budowlana stoi przed wieloma wyzwaniami. Firmy wymieniają wśród nich m.in. rosnące koszty energii, wzrost kosztów pracy i słabą dostępność firm podwykonawczych. Na to nakłada się jeszcze skomplikowane otoczenie instytucjonalne oraz prawo – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Nogaj, menadżer ds. rozwiązań Autodesk dla architektury i budownictwa.
Pomimo bardzo dobrej koniunktury w budownictwie sytuacja finansowa firm z tego sektora się pogarsza. Na koniec ubiegłego roku zadłużenie firm budowlanych wzrosło o 6 proc. do poziomu 4,75 mld zł, a problem z terminowym regulowaniem zobowiązań miało prawie 43 tys. przedsiębiorstw – wynika z raportu BIG InfoMonitor i Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. Z drugiej strony branża mierzy się z aktualnymi wyzwaniami i musi wychodzić naprzeciw nowym wyzwaniom, związanymi z ekologią, rosnącym popytem na mieszkania czy zmianami preferencji inwestorów.
– Budownictwo musi odpowiadać na zmieniające się potrzeby społeczne. Możemy zaobserwować starzenie się społeczeństwa, inne przywiązanie się do własności, większą dbałość o ekologię. Te elementy będą mocno wpływać na branżę. Stąd też firmy budowlane będą zwracać dużą uwagę na zastosowanie nowych materiałów w budownictwie, inne podejście do projektowania i realizacji inwestycji, zastosowanie nowych technologii w zakresie automatyzacji i robotyzacji, zwiększone inwestycje w infrastrukturę teleinformatyczną przez wprowadzenie technologii do zarządzania obiegiem dokumentów, lepszej współpracy i komunikacji pomiędzy wszystkimi uczestnikami procesu inwestycyjnego – wylicza Przemysław Nogaj.
Raport „Budownictwo. Innowacje. Wizja liderów branży 2025”, zrealizowany na zlecenie Autodesk przez ASM – Centrum Badań i Analiz Rynku, powstał na podstawie wywiadów z dyrektorami i menadżerami największych firm budowlanych działających na polskim rynku. Liderzy branży oceniają, że najbliższe lata w budownictwie upłyną pod znakiem optymalizacji i stopniowego wdrażania nowych rozwiązań. Większość z nich jest już dostępna, a obecnie przyszedł czas na ich szersze zastosowanie.
– Szukając optymalizacji i efektywności, firmy zaczynają stosować nowe metodyki zarządzania procesem budowlanym. Szukają nowych rozwiązań związanych z automatyzacją i robotyzacją procesów w budownictwie ze względu na niską dostępność firm podwykonawczych – mówi Przemysław Nogaj.
Jak wskazuje raport, branża ma ogromny potencjał do zwiększenia efektywności w takich obszarach jak redukowanie odpadów budowlanych czy minimalizowanie zużycia energii związanego z produkcją i transportem materiałów budowlanych. Do wzrostu efektywności przyczyni się w najbliższych latach szersze zastosowanie innowacji i nowych technologii.
– Praca nad zwiększeniem wydajności musi obejmować wszystkie fazy realizacji inwestycji. Obszary, w których należy szukać szans na wyższą efektywność, to ograniczenie wykorzystania dokumentów papierowych, lepsza analiza danych do optymalizacji procesów, szersze zastosowanie BIM, nowe materiały w budownictwie, a także ściślejsza współpraca między poszczególnymi podmiotami działającymi na rynku – podkreśla Przemysław Nogaj.
Najbardziej otwarte na innowacje są dziś największe firmy budowlane. Pozostałe firmy są dziś raczej na etapie ich obserwowania i testowania, i dopiero dojrzewają do wdrażania nowości.
– Branża patrzy na liderów, obserwuje, jak te innowacje pomagają im w zwiększeniu efektywności, i zakłada, że dopiero w momencie, kiedy liderzy osiągną zakładane rezultaty, reszta rynku podąży za nimi – mówi Przemysław Nogaj.
– Nowe technologie bardzo wiele zmieniają w procesie przygotowywania i projektowania budynków. Jedyną taką zmianą widoczną dla użytkowników jest bardziej staranne podejście do ekologii. Kolejne lata nie przyniosą – moim zdaniem – rewolucji na tym polu, bo zmienia się bardzo wiele, ale dosyć powoli, małymi kroczkami – mówi Szymon Wojciechowski, architekt i partner w APA Wojciechowski.
Zdaniem liderów branży budowlanej, jednym z czynników, które zdominują ją w nadchodzących latach, będą aspekty związane z ekologią, takie jak podnoszenie efektywności energetycznej, poszukiwanie nowych materiałów budowlanych czy stosowanie alternatywnych źródeł energii.
Branża budowlana jest jedną z tych, które najmocniej odczuwają braki kadrowe związane z historycznie niskim bezrobociem. Z raportu Autodesk wynika, że odpowiedzią na ten problem będzie częściowa automatyzacja procesów budowlanych. Już teraz na polskich budowach zaczyna się stosować maszyny, które częściowo zastępują pracę ludzką. Ten kierunek z pewnością zostanie utrzymany, choć – jak zaznaczają eksperci – nigdy nie nastąpi całkowita eliminacja ludzkiej pracy w procesie realizacji inwestycji.
Kolejnym, zauważalnym trendem w branży jest coraz szersze wykorzystywanie modelowania informacji o obiekcie (BIM) w fazie projektowej. Pełne wykorzystanie BIM da firmom budowlanym olbrzymie pole do optymalizacji – od wyceny przez harmonogram, identyfikację kolizji, logistykę dostaw, całą realizację aż po eksploatację obiektu.
– Nasza dokumentacja BIM-owska nie jest jeszcze w pełni wykorzystana na budowie, ale wiodące firmy zaczynają się do tego zabierać. Na pewno przyjdzie czas eliminacji papieru. Jest wiele ograniczeń z tym związanych, głównie konserwatywne myślenie ludzi i kwestie prawne, bo dokumentację budowlaną w dalszym ciągu składamy w formie papierowej, błędy czy koszty dodatkowe wykazuje się na papierze, nie wiadomo, kto ma prawo zmieniać tę dokumentację BIM-owską, jak ją zamrażać. To są kwestie, które muszą jeszcze zostać rozwiązane. Natomiast BIM pomaga w projektowaniu, usprawnia i polepsza jakość dokumentacji. W pewnym momencie firmy budowlane się w tym zorientują i zaczną z tego szerzej korzystać – mówi Szymon Wojciechowski.