96 proc. firm z incydentem bezpieczeństwa. Rynek cyberochrony przechodzi w tryb proaktywny

Aż 96 proc. firm doświadczyło co najmniej jednego incydentu bezpieczeństwa w 2025 roku. To wzrost o 13 punktów procentowych w porównaniu do poprzedniego okresu[1]. Wykrycie udanych ataków nie zawsze jest proste – zlokalizowanie i opanowanie naruszenia bezpieczeństwa danych w różnych środowiskach IT zajmuje średnio 276 dni[2]. Rosnąca skala zagrożeń jest wyraźnym sygnałem dla organizacji: podstawowa ochrona przed atakiem to zdecydowanie mało. Nic więc dziwnego, że w tym roku aż 78 proc. firm planuje zwiększyć swoje nakłady finansowe na cyberbezpieczeństwo[3]. Wiele wskazuje na to, że inwestycje będą ukierunkowane przede wszystkim na kontrolę i zapobieganie ryzyku. Już teraz większość firm stawia na działania proaktywne – jedynie 21 proc. przeznacza swoje środki głównie na metody reaktywne, których celem jest naprawa błędów dopiero po wystąpieniu ataku lub awarii. Jak zadbać o skuteczną prewencję i ograniczyć ryzyko związane z rosnącym poziomem cyberzagrożeń?

Organizacje stawiają na proaktywność

Rosnąca skala cyberzagrożeń wpływa na podejście organizacji do strategii bezpieczeństwa IT. Najnowsze badania pokazują, że zgodnie z zasadą „lepiej zapobiegać niż leczyć” większość firm inwestuje swoje środki przede wszystkim w takie działania, jak obserwowalność IT, testy czy szkolenia. Aktualnie 56 proc. firm przeznacza większe środki na działania proaktywnie niż reaktywne[4]. Jak wyjaśnia Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska, inwestowanie w tego typu rozwiązania wskazuje na coraz większą świadomość firm w zakresie skutecznej ochrony ekosystemu IT przed zagrożeniami.

Wykorzystując metody proaktywne, organizacja nie ogranicza się do naprawy skutków awarii czy cyberataku, a podejmuje ruchy wyprzedzające, które pozwalają zapobiec tego typu zdarzeniom. Przykładem jest observability, czyli zdolność do określenia stanu wewnętrznego systemów na podstawie ich danych zewnętrznych. Mam na myśli wszystkie poziomy ekosystemów cyfrowych, w tym infrastrukturę sprzętowo-systemową, warstwę sieciową, aplikacje czy procesy biznesowe. Obserwacja IT wykracza poza standardowe monitorowanie problemów. Pozwala na identyfikację tendencji w działaniu systemów, co zwiększa świadomość operacyjną w zakresie tego, co może ulec kolejnym awariom i jak temu zapobiec. Przykładowo: anomalie w zakresie wartości metryk, czyli danych o kondycji i wydajności systemu, mogą być sygnałem zbliżającej się usterki. Dzięki tej informacji możliwe jest podjęcie działań prewencyjnych dodaje Damian Traczuk, Inżynier ds. Observability w Linux Polska.

Co skłania firmy do zwiększania środków na ograniczanie ryzyka?

Firmy stawiają na prewencję w zakresie cyberbezpieczeństwa z różnych przyczyn. U podstaw strategii ograniczania ryzyka stoją przede wszystkim cyberataki motywowane geopolitycznie, co potwierdza 64 proc. osób. Nie bez znaczenia jest również rosnący poziom dezinformacji (49 proc. odpowiedzi) czy konwergencja IT, czyli proces łączenia technologii w jeden spójny, zintegrowany ekosystem (42 proc.)[5]. Jak wyjaśnia Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska, ostatni z wymienionych czynników może być zaskakujący ze względu na fakt, że konwergencja jest jednym z głównych globalnych trendów.

Integracje systemów przynoszą wiele korzyści, z których główną jest automatyzacja przepływu danych pomiędzy aplikacjami a warstwą procesową. Dzięki temu firmy ograniczają ryzyko błędów manualnych, oszczędzają czas i pieniądze przeznaczane na żmudne zadania oraz mogą szybciej reagować na zmiany technologiczne i organizacyjne. Konwergencja IT wiąże się jednak z pewnym ryzykiem, wynikającym z tworzenia wysoce współzależnych środowisk. Taka złożoność zwiększa powierzchnię ataku, czyli sumę luk w zabezpieczeniach i punktów wejścia, które mogą zostać wykorzystane przez cyberprzestępców. Ponadto w rozbudowanych ekosystemach zdecydowanie trudniej jest wykrywać, analizować i usuwać awarie, a także zapobiegać im w przyszłości. Z tego powodu w procesie integracji tak istotne jest bezpieczeństwo IT, ze szczególnym uwzględnieniem obserwowalności (observability) systemów, która pozwala na identyfikowanie nawet najtrudniejszych do wychwycenia nieprawidłowości mówi Piotr Piętka, Solutions Architect w Linux Polska.

Nie wszystko da się przewidzieć

Ochrona przed cyberzagrożeniami nie jest standardem wszystkich firm. Co piąta z nich (21 proc.) nadal inwestuje więcej pieniędzy w działania i technologie reaktywne, czyli podejmuje działania dopiero po wystąpieniu incydentu[6]. Mowa między innymi o monitoringu IT, dzięki któremu organizacja jest na bieżąco informowana przy pomocy określonych metryk o tym, czy system działa, czy też doszło do jakiegoś niepożądanego zdarzenia. Informacja taka pozwala podjąć określoną akcję naprawczą. Jak wyjaśnia Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska, reaktywne metody zapewnienia bezpieczeństwa IT są ważnym uzupełnieniem działań prewencyjnych.

Nie wszystkie problemy z ekosystemem IT da się przewidzieć. Przykładem są zagrożenia zero-day, czyli nieznane wcześniej luki w oprogramowaniu, które są wykorzystywane przez cyberprzestępców, zanim wykryje je zespół odpowiedzialny za bezpieczeństwo IT. Skala tego zjawiska jest dziś alarmująca: tylko w 2025 roku odnotowano 90 podatności zero-day wykorzystywanych w realnych cyberatakach, z czego niemal połowa uderzyła w systemy klasy enterprise[7]. Co więcej, każdego dnia powstają nowe typy ataków, a sztuczna inteligencja radykalnie przyspiesza ten proces, umożliwiając cyberprzestępcom automatyzację odkrywania podatności i błyskawiczne wdrażanie exploitów[8]. Właśnie dlatego samo monitorowanie IT, które informuje nas o tym, że coś się wydarzyło – nie wystarcza. Potrzebna jest też obserwowalność, pozwalająca zrozumieć, dlaczego do incydentu doszło i jak mu zapobiec w przyszłości. Umiejętność szybkiego reagowania na bieżące wyzwania oraz skutecznego wdrażania nowych procedur i polityk bezpieczeństwa IT w firmie po wystąpieniu incydentu są równie ważne, co podejście proaktywne. Oba te elementy strategii bezpieczeństwa wzajemnie się uzupełniają podsumowuje Marek Najmajer, Product Director w Linux Polska.

Podstawową różnicą między metodami proaktywnymi i reaktywnymi jest czas, w którym są stosowane. Pierwsze pozwalają ograniczyć ryzyko awarii systemu i cyberataku w przyszłości, drugie z kolei służą do szybkiej lokalizacji i naprawy błędów, które powstały po zdarzeniu. Organizacje nie powinny wybierać jednej opcji. Wręcz przeciwnie – to właśnie ich połączenie jest rozwiązaniem, które zapewnia najlepszą ochronę w całym ekosystemie IT.

[1] KPMG, Cyberodporność w erze zmian. Barometr cyberbezpieczeństwa

[2] IBM, Cost of a Data Breach Report 2025

[3] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights,

[4] Jak wyżej.

[5] World Economic Forum, Global Cybersecurity Outlook 2026

[6] PwC, 2026 Global Digital Trust Insights

[7] Cybersecurity Dive, Nearly half of exploited zero-day flaws target enterprise-grade technology, March 6, 2026

[8] Google, GTIG AI Threat Tracker: Adversaries Leverage AI for Vulnerability Exploitation, Augmented Operations, and Initial Access, May 11, 2026

GeoScan sprawdzi działkę lub mieszkanie w minutę. Nowe narzędzie analizuje ponad 100 wskaźników nieruchomości

Zakup działki, mieszkania lub domu to decyzja, na którą wpływa znacznie więcej kwestii niż cena. Potencjalni nabywcy muszą wziąć pod uwagę szereg czynników – od ryzyk fizycznych (powodzie, osuwiska, podtopienia), przez hałas i ograniczony dostęp do infrastruktury publicznej, po obiekty uciążliwe znajdujące się w okolicy. Narzędziem umożliwiającym realizację całego procesu w sposób automatyczny jest portal GeoScan, który w niecałą minutę przeprowadza kompleksowy audyt dowolnej nieruchomości czy działki. Projekt otrzymał dofinansowanie z programu Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej, w ramach działania realizowanego przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP).

Powódź, która w 2024 r. nawiedziła Polskę, zniszczyła lub uszkodziła ponad 11 tys. budynków. Jedna z największych katastrof naturalnych we współczesnej historii kraju pokazała, jak istotna jest dokładna analiza różnych aspektów działki budowlanej lub nieruchomości przed dokonaniem jej zakupu. Prawdopodobieństwo wystąpienia podtopień, osuwisk czy dostępność placówek edukacyjnych oraz komunikacji publicznej to tylko niektóre z elementów mających wpływ na jakość codziennego funkcjonowania w danej lokalizacji i bezpieczeństwo samej inwestycji. Do tego dochodzą takie kwestie jak historyczne ceny nieruchomości w okolicy, objęcie miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego czy analiza sąsiedztwa. Czynników, które kupujący powinni uwzględnić, jest wiele i są one bardzo zróżnicowane.

Zdobycie wszystkich niezbędnych informacji jest procesem bardzo czasochłonnym i kosztownym. Oprócz samych danych kluczowa jest także ich poprawna interpretacja. Z pomocą potencjalnym nabywcom przychodzi GeoScan – portal umożliwiający błyskawiczną analizę ponad 100 wskaźników opartych o dane przestrzenne, satelitarne oraz instrumenty prawne.

Nie tylko natura

Opracowane przez zespół GeoScan narzędzie bazuje na informacjach pochodzących z ponad 50 źródeł danych, zarówno publicznych, jak i komercyjnych. Przeprowadzenie analizy jest niezwykle proste – po wpisaniu adresu lub identyfikatora działki na stronie internetowej GeoScan automatycznie tworzony jest pełny raport, który kompleksowo prezentuje czynniki mające istotny wpływ na funkcjonowanie w danej lokalizacji. Są to informacje dotyczące m.in. uwarunkowań przestrzennych oraz ryzyk środowiskowych, takich jak ukształtowanie terenu, ryzyko powodziowe lub osuwiskowe czy stan wód gruntowych. Użytkownik platformy może także dowiedzieć się, czy w okolicy znajdują się konkretne usługi publiczne – szkoła, placówka medyczna lub punkt odbioru paczek.

Istotnym z punktu widzenia osoby planującej inwestycję elementem jest też ocena okolicy. Służy temu przeprowadzana w ramach GeoScan analiza Miejscowych Planów Zagospodarowania Przestrzennego oraz weryfikacja istnienia tzw. obiektów uciążliwych – zakładów produkcyjnych, ferm zwierząt itp. Narzędzie umożliwia także porównanie parametrów analizowanych nieruchomości, usprawniając wybór tej, która najlepiej spełnia wymagania nabywcy.

– Wydarzenia sprzed dwóch lat pokazały, jak wiele nieruchomości powstaje w miejscach obarczonych dużym ryzykiem. Według danych z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego “Społeczno-gospodarcze skutki chaosu przestrzennego“ 7,9 mln Polaków mieszka na terenach zagrożonych powodzią lub podtopieniami. Jednocześnie weryfikacja każdego z czynników mających wpływ na inwestycję bywa procesem kosztownym, długotrwałym, a przez to dostępnym głównie dla większych inwestorów i deweloperów. Z tej właśnie idei – wyposażenia kupujących i mniejszych inwestorów w narzędzie, które umożliwi im przeprowadzenie kompleksowego audytu nieruchomości przed inwestycją w sposób intuicyjny, wiarygodny i szybki – powstał GeoScan – mówi Aleksander Łabuć, założyciel i CEO GeoScan.

Pomoc dla każdego

Dotychczas z usług GeoScan skorzystało ponad tysiąc użytkowników, a narzędzie przeprowadziło ponad 3 tys. analiz nieruchomości w różnych lokalizacjach na terenie całej Polski. Użytkownikami platformy są głównie osoby prywatne, chcące ocenić daną lokalizację przed podjęciem decyzji o np. zaciągnięciu kredytu na budowę domu lub wynajmie mieszkania. Jak wskazuje prezes spółki, GeoScan stanowi także wsparcie dla profesjonalistów działających na rynku nieruchomości, od pośredników i rzeczoznawców po inwestorów.

– GeoScan od początku stoi po stronie kupujących, obniżając asymetrię informacji na rynku nieruchomości między sprzedającymi a nabywcami. Klienci indywidualni, wybierający mieszkanie, dom lub działkę na własne potrzeby mieszkaniowe lub inwestycyjne, stanowią główną grupę docelową GeoScan. Z uwagi na fakt, że nasza technologia umożliwia błyskawiczną analizę uwarunkowań przestrzennych, formalnoprawnych, infrastrukturalnych i danych przestrzennych każdego typu nieruchomości, stanowi ona wartość także dla profesjonalistów rynku real estate, codziennie prowadzących liczne audyty nieruchomości w całym kraju – wskazuje Aleksander Łabuć.

Kosmiczne wsparcie

Zalążkiem projektu GeoScan było rozwiązanie, które założyciele firmy zaprezentowali podczas konkursu technologicznego branży kosmicznej w Europie – NASA Space Apps Challenge. Opracowany wówczas prototyp narzędzia do analizy dostępności usług i zagrożeń środowiskowych przyniósł zespołowi zwycięstwo i stał się ważnym impulsem do dalszego rozwoju projektu.

Firma jest także jednym z beneficjentów Platformy Startowej Wschodni Akcelerator Biznesu, w ramach której pozyskała wsparcie merytoryczne ze strony ekspertów oraz środki finansowe, które posłużyły do rozwoju wersji MVP produktu. Obecnie GeoScan jest wspierany także przez Europejską Agencję Kosmiczną.

– Zwycięstwo w hackathonie NASA dodało nam wiatru w żagle i było jednym z pierwszych potwierdzeń, że budujemy technologię rozwiązującą realny, palący problem rynkowy. Udostępnienie platformy użytkownikom to jednak dla nas dopiero początek drogi. Zbudowaliśmy solidny fundament technologiczny i analityczny, ale już teraz intensywnie pracujemy nad wdrożeniem kolejnych modułów dedykowanych także dla sektora B2B, rozbudową zakresu oferowanych usług oraz bazy użytkowników korzystających każdego dnia z analiz GeoScan – tłumaczy Aleksander Łabuć.

Polska administracja wciąż nie ufa biznesowi

Dyskusja nad podejściem polskiej administracji do sektora prywatnego toczy się od lat, a wnioski płynące z porównania naszej rzeczywistości z krajami „starej” Unii Europejskiej są wciąż gorzkie. W państwach o ugruntowanej gospodarce rynkowej relacje na linii urząd–biznes oparte są na znacznie głębszym partnerstwie. Tamtejsi urzędnicy doskonale rozumieją prostą zależność, prężnie działający biznes napędza rozwój kraju i generuje środki, którymi administracja może dysponować. W Polsce niestety wciąż dominuje atmosfera nieufności. Zamiast dialogu, często spotykamy się z podejrzliwością. Urzędnicy zastanawiają się, co przedsiębiorcy „znowu wykombinowali”, by wykorzystać państwo do własnych celów. Choć obserwujemy pewne zmiany mentalne idące w dobrym kierunku, przed nami wciąż długa droga.

– W naszym systemie zbyt łatwo rzuca się oskarżenia o sprzyjanie partykularnym interesom biznesowym. Gdy urzędnik wykazuje inicjatywę, natychmiast pojawiają się złośliwe pytania: „co z tego miał?” lub „o co tu chodzi?” – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Piotr Soroczyński, Główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Rzadko zakłada się, że motywacją mogła być po prostu chęć rozwoju polskiej gospodarki i powiększenia wspólnego „tortu” do podziału. Problem ten jest szczególnie widoczny przy wielkich inwestycjach finansowanych ze środków publicznych. Wiele krajów na świecie świadomie wykorzystuje takie mechanizmy, by budować potęgę swoich firm. Państwowe kontrakty są tam trampoliną, która pozwala przedsiębiorstwom nabrać siły, by następnie mogły one prowadzić skuteczną ekspansję zagraniczną, a zyski z nowych rynków transferować z powrotem do kraju. W Polsce duże przedsięwzięcia, na przykład infrastrukturalne, często od początku ustawiane są na parametrach „na styk”. W przetargach i umowach brakuje przestrzeni na to, by wykonawcy mogli się realnie rozwinąć czy zbudować kapitał na przyszłość. Nierzadko warunki są tak twarde, że firmy balansują na granicy opłacalności, a czasem wręcz dokładają do interesu. Taka polityka, zamiast kreować narodowych czempionów, podcina skrzydła rodzimemu biznesowi, odbierając mu szansę na globalną konkurencyjność – zaznaczył Piotr Soroczyński.

20 tys. zł za drobny błąd w SENT. Branża transportowa domaga się zmian

Nie ma tygodnia, by Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych nie odbierało sygnałów o tym, że przedsiębiorcy karani są bardzo wysokimi mandatami w ramach konsekwencji nałożonych przez mechanizm SENT. Mowa o kwotach rzędu – 20 tysięcy złotych za każde niedopatrzenie. – Jeżeli przewoźnik drogowy świadomie łamie przepisy to należy mu się kara, a co jeżeli popełnił drobny błąd np. pisarski? Nie ma litości. Według Krajowej Administracji Skarbowej kara to jest kara. Zdarzają się sytuacje, że jeden przewoźnik dostaje nawet 60 tysięcy złotych kary za kilka „przewinień”, które nie mają charakteru intencjonalnego. Tak się nie da funkcjonować – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

Jak mówi prezes Dariusz Matulewicz system SENT jest nieustannie modyfikowany, a system kontroli zagęszcza się i staje dla przedsiębiorców poważnym problemem.

– System kontroli ma za zadanie dbać o przepisy prawa. Tutaj mamy ewidentnie system, którego zadaniem jest generowanie przychodu dla Skarbu Państwa i uderzanie w przedsiębiorców. W takim kształcie te przepisy to jest bat na przedsiębiorców i nie ma naszej zgody na to, by tak to funkcjonowało – mówi Dariusz Matulewicz, prezes Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewoźników Drogowych.

System SENT jest ciągle poszerzany i według nowelizacji z marca obejmuje już transport odzieży i obuwia. Teleinformatyczny system monitorowania przewozu towarów wrażliwych utworzony przez Krajową Administrację Skarbową miał dotyczyć wąskiego grona produktów, a stał się systemem regulacji, który jest prawdziwym postrachem przedsiębiorców. Nie tylko nieuczciwych, ale także tych, którzy np. popełnią drobne błędy w raportowaniu. W opinii przewoźników drogowych system jest nastawiony na karanie, a jednostki publiczne nie chcą rozmawiać z przedsiębiorcami.

– Jedno słowo źle i przynajmniej 20 tysięcy złotych kary. Takie przypadki to niemal codzienność i wiele firm transportowych przyznaje, że system SENT dawno minął się już z założeniami. Przewoźnicy postrzegają zarówno przepisy jak i sposób procedowania jako nadużycie i kolejny sposób na ich dręczenie w celu uzyskania jak największych wpływów z kar.  Pomimo możliwości interpretacji przewinienia na korzyść przewoźnika nic takiego się nie wydarza, a argumenty budowania zaufania u obywateli czy nie nieproporcjonalność kary do przewinienia powodują tylko oddalania wniosków od przedsiębiorców – mówi Dariusz Matulewicz.

Dla sektora TSL, ale także dla sektora np. odzieżowego czy e-commerce ostatnie zmiany w systemie SENT są mnożeniem biurokracji, są niezgodne z ideą deregulacji, uderzają w przedsiębiorców i powinny zostać natychmiast zweryfikowane przez Ministerstwo Finansów.

Interwencję w tej sprawie przygotowała Rzecznik MŚP. Jako Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Przewoźników Drogowych planujemy szerokie zaangażowanie w dyskusję na ten temat.

Zdolność kredytowa w dół, ceny mieszkań nadal barierą. Kupujący mają coraz mniejszy wybór

Maj przyniósł trzeci z rzędu spadek zdolności kredytowej – i to już we wszystkich modelowych gospodarstwach domowych. W efekcie w wielu miastach w ciągu jednego miesiąca tysiące mieszkań przestało być dostępnych na kieszeń kupujących. Tak wynika z analizy BIG DATA RynekPierwotny.pl i Rankomat.pl.

– To dobrze, że Rada Polityki Pieniężnej nie podwyższyła stóp procentowych. W sytuacji, gdy rynek mieszkaniowy wyraźnie traci impet, taka decyzja mogłaby jeszcze bardziej osłabić popyt na mieszkania. Tym bardziej że już dziś – bez żadnych zmian stóp – widzimy spadek zdolności kredytowej i szybkie kurczenie się dostępności mieszkań – mówi Marek Wielgo, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Spadek zdolności kredytowej objął wszystkich

Z najnowszej analizy Rankomat.pl obejmującej oferty dziesięciu banków wynika, że w maju zdolność kredytowa spadła trzeci miesiąc z rzędu – i to we wszystkich typach gospodarstw domowych.

Przeciętnie zarabiający singiel (ok. 6 tys. zł netto) mógł liczyć na ok. 420 tys. zł kredytu o przejściowo stałym oprocentowaniu, czyli o ok. 3 proc. mniej niż w kwietniu. W przypadku dwuosobowego gospodarstwa domowego (8 tys. zł netto) spadek był podobny – do ok. 543 tys. zł (-3 proc.). Najmocniej ucierpiały jednak rodziny z dzieckiem (10 tys. zł netto), których zdolność kredytowa skurczyła się aż o ok. 5 proc. – do ok. 641 tys. zł.Rankomat-BG RP-maj 2026-zdolność kredytowa

Kredyt znika, mieszkania znikają szybciej

Spadek zdolności kredytowej natychmiast przełożył się na gwałtowne kurczenie oferty mieszkań dostępnych na kieszeń kupujących – szczególnie w segmencie najmniejszych i najtańszych lokali.

Z danych BIG DATA RynekPierwotny.pl wynika, że w maju liczba mieszkań dostępnych dla singli spadła we wszystkich analizowanych metropoliach – i to często dwucyfrowo. W Łodzi oferta skurczyła się z ok. 5,5 tys. do ok. 5,2 tys. mieszkań (-5 proc.), w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii – z ok. 5,2 tys. do ok. 4,8 tys. (-8 proc.), a w Poznaniu – z ok. 1,9 tys. do ok. 1,7 tys. (-10 proc.). W Trójmieście liczba dostępnych lokali spadła z ok. 1,3 tys. do ok. 1,1 tys. (-13 proc.), we Wrocławiu – z ok. 1,3 tys. do ok. 1 tys. (-24 proc.), a w Warszawie – z ok. 0,9 tys. do ok. 0,7 tys. (-24 proc.). Najbardziej spektakularny spadek odnotowano w Krakowie – z ok. 0,4 tys. do ok. 0,3 tys. mieszkań, czyli aż o 26 proc. w ciągu jednego miesiąca.Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla singli

Nieco lepiej wygląda sytuacja bezdzietnych par, ale również w tym segmencie dominują spadki liczby dostępnych mieszkań. W Łodzi oferta praktycznie się nie zmieniła (ok. 8,1 tys. mieszkań), natomiast w miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii spadła z ok. 8,1 tys. do ok. 7,7 tys. (-5 proc.). W Poznaniu zmniejszyła się z ok. 4,1 tys. do ok. 3,9 tys. (-4 proc.), we Wrocławiu – z ok. 4,3 tys. do ok. 3,7 tys. (-13 proc.), a w Warszawie – z ok. 3,8 tys. do ok. 3,4 tys. (-10 proc.). W Krakowie liczba mieszkań spadła z ok. 3,3 tys. do ok. 2,8 tys. (-16 proc.), a w Trójmieście – z ok. 2,9 tys. do ok. 2,7 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla par

Maj przyniósł także pogorszenie sytuacji rodzin z dzieckiem, które jeszcze miesiąc wcześniej jako jedyne zwiększały swoją zdolność kredytową. W miastach Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii liczba mieszkań dostępnych dla tej grupy spadła z ok. 9,4 tys. do ok. 9,1 tys. (-3 proc.), podczas gdy w Łodzi utrzymała się na poziomie ok. 9,1 tys. W Warszawie oferta skurczyła się z ok. 7,2 tys. do ok. 6,5 tys. (-8 proc.), we Wrocławiu – z ok. 6,6 tys. do ok. 5,9 tys. (-11 proc.), a w Krakowie – z ok. 6,1 tys. do ok. 5,2 tys. (-14 proc.). W Poznaniu pozostała stabilna (ok. 5,6 tys.), natomiast w Trójmieście zmniejszyła się z ok. 4,3 tys. do ok. 4,0 tys. (-6 proc.).Rankomat-BG RP-maj 2026-oferta dla rodzin

Widać to najlepiej w liczbach – w ciągu jednego miesiąca z rynku w największych metropoliach „zniknęły” tysiące mieszkań dostępnych dla przeciętnie zarabiających gospodarstw domowych. Nawet relatywnie niewielkie pogorszenie zdolności kredytowej wystarczyło, by dostępność oferty gwałtownie się skurczyła.

Niepewność rośnie – i studzi popyt

Na pogarszającą się dostępność mieszkań nakłada się rosnąca niepewność gospodarstw domowych. Choć stopa bezrobocia pozostaje relatywnie niska (6,1% w marcu), to wyraźnie rośnie obawa o przyszłość rynku pracy. Z badania koniunktury konsumenckiej wynika, że ponad 45 proc. Polek i Polaków spodziewa się wzrostu bezrobocia w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 16 proc. prognozuje jego wyraźne nasilenie – to najwyższy poziom pesymizmu od 2023 r.

– W praktyce oznacza to, że nawet osoby posiadające dziś zdolność kredytową mogą odkładać decyzję o zakupie mieszkania. Obawy o stabilność zatrudnienia bezpośrednio przekładają się bowiem na skłonność do zaciągania długoterminowych zobowiązań – komentuje Marek Wielgo.

Tąpnięcie popytu kredytowego już widać

Pierwsze sygnały ochłodzenia popytu widać już w danych z rynku kredytowego. W kwietniu liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy spadła z 63,3 tys. w marcu do 42,3 tys., czyli aż o jedną trzecią. Jednocześnie liczba faktycznie udzielonych kredytów nie tylko nie spadła, ale nawet nieznacznie wzrosła – z ok. 28,7 tys. do 29,1 tys.

Ten pozorny paradoks ma jednak proste wyjaśnienie. Kwiecień był jeszcze „rozliczeniem” silnego popytu z marca, w dużej mierze napędzanego refinansowaniami. Banki finalizowały wcześniej złożone wnioski, podczas gdy napływ nowych klientów wyraźnie osłabł.Rankomat-maj 2026-kredyty

– Prawdziwy obraz rynku zobaczymy dopiero w kolejnych miesiącach, gdy liczba udzielonych kredytów zacznie odzwierciedlać słabszy napływ nowych wniosków – mówi Marek Wielgo.

Co dalej ze sprzedażą mieszkań?

Ekspert portalu RynekPierwotny.pl zwraca uwagę, że dodatkowym źródłem niepewności pozostaje polityka pieniężna. Jeszcze niedawno rynek oczekiwał kolejnych cięć stóp procentowych, jednak sytuacja geopolityczna i ryzyka inflacyjne wyraźnie zmieniły te oczekiwania.

Majowy odczyt inflacji (3,1 proc. r/r) był wprawdzie niższy od prognoz, ale nie daje jednoznacznych przesłanek do dalszego luzowania polityki pieniężnej. Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada stabilizację stóp procentowych, co oznacza brak szybkiej poprawy zdolności kredytowej.

– Dla rynku mieszkaniowego oznacza to przedłużenie stanu zawieszenia. Bez wyraźnej poprawy zdolności kredytowej trudno oczekiwać odbudowy dostępności mieszkań, a rosnąca niepewność może dodatkowo ograniczać popyt – podsumowuje Marek Wielgo.

Jego zdaniem wariant optymistyczny zakłada dziś utrzymanie sprzedaży mieszkań na poziomie zbliżonym do 2025 r. Mniej korzystne scenariusze przewidują jednak spadek sprzedaży rzędu kilku, a w skrajnym przypadku nawet kilkunastu procent.

Największy hotel w Polsce zmieni turystykę nad Bałtykiem? Branża patrzy na Pobierowo

Długi czerwcowy weekend według szacunków Północnej Izby Gospodarczej oraz oddziałów w Świnoujściu, Gryficach oraz Koszalinie, będzie cieszyć się dużym zainteresowaniem turystów. Obłożenie w niektórych hotelach sięga stu procent, ale eksperci przyznają, że wiele wyjazdów będzie trwać jeden lub dwa dni. – Czerwcówka jest ostatnim przystankiem przed wypoczynkiem wakacyjnym. Widzimy duże zainteresowanie wypoczynkiem nad Bałtykiem, choć niektórzy przyjeżdżają na chwilę, by nie narażać się na koszty i oszczędzać środki na wakacje – mówi Hanna Mojsiuk, prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Cała uwaga zwrócona na największy hotel w Polsce

Jak mówi Hanna Mojsiuk długi czerwcowy weekend jest ostatnim przystankiem przed wakacjami. Hotele są już gotowe na wysoki sezon, podobnie jak gastronomia czy sektor handlowy i rozrywkowy.

– W długi czerwcowy weekend wszystko tak naprawdę zależy od pogody. To jest preludium do sezonu wysokiego i spodziewam się nad morzem tysięcy turystów. Nie jest jednak tak, że wszyscy decydują się na dłuższe wyjazdy teraz, więcej jest turystów jednodniowych lub typowo city-breakowych. Nie należy się jednak na nich obrażać, bo takie krótkie wyjazdy też napędzają ruch w restauracjach, kawiarniach, barach czy w punktach handlowych – przyznaje Hanna Mojsiuk.

Wysokie zainteresowanie utrzyma się zapewne w Świnoujściu, Kołobrzegu i Międzyzdrojach. Oczy całej turystyki zachodniopomorskiej w tym sezonie zwrócone są jednak na Pobierowo.

– Cała turystyka patrzy z dużym zainteresowaniem na to, jaki wpływ na nasz region będzie mieć Hotel Gołębiewski. To jest gargantuiczny obiekt, przyciągający, wymagający pod każdym względem. Takie inwestycje cieszą, bo przyciągają turystów. Mamy jednak nadzieję, że będzie to faktor generujący nowych gości na Pomorzu Zachodnim, a niekoniecznie zabierający gości mniejszym obiektom. Z gospodarczego punktu widzenia patrzę na to miejsce z dużą nadzieją, ale wiem, że w turystyce dużo się mówi o „efekcie Gołębiewskiego”. I mówi się o tym zarówno w Polsce, jak i w Niemczech. Więc czerwiec będzie dla turystyki zachodniopomorskiej najciekawszym miesiącem od lat – mówi Hanna Mojsiuk.

Wysokie, choć nie rekordowe obłożenie

Długi weekend czerwcowy jest początkiem sezonu wysokiego. Bałtyk najwięcej turystów odwiedza w lipcu.

– Mamy wysokie obłożenie w długi weekend, ale widzimy, że goście rozbili  się na trzy długie weekendy, a niektórzy czekają już na wakacje. Mamy rezerwacje z Niemiec, z Czech, ale także ze Skandynawii. Oczywiście dominują Polacy i tak naprawdę zmiana proporcji będzie mieć miejsce dopiero w drugiej połowie sezonu. Klienci pytają o atrakcje kurortu, zauważamy, że to, co dzieje się w mieście i dookoła ma coraz większe znaczenie – przyznaje Grzegorz Dobosz, właściciel hotelu Hamilton.

– Świnoujście zachwyca. Mamy zieleń dookoła, wspaniały pas nadmorski, promy do Skandynawii, bliskość Szczecina, ale także bliskość stolicy Niemiec. Świnoujście ma potencjał zachwycający Europejczyków. Świnoujście rocznie odwiedza ponad 2,5 miliona turystów, co piastuje nadmorski kurort w czołówce miejsc wypoczynkowych nad polskim morzem. Parametry wzrostu turystycznego pozwalają na tezę, że niebawem Świnoujście może nawet wyprzedzić Sopot. Dla inwestorów to ważny wskaźnik pokazujący potencjał Pomorza Zachodniego – mówi Andrzej Spychalski, dyrektor obiektu Wave Świnoujście.

W 2025 roku z bazy noclegowej w kraju skorzystało 58,9 mln turystów, a cały sektor wygenerował 94 mld zł przychodów. Polska zajmuje drugie miejsce w Unii Europejskiej pod względem dynamiki wzrostu liczby udzielonych noclegów. Pomorze Zachodnie jest jednym z silniejszych regionów turystycznych w Polsce.

Błąd w Meta AI umożliwiał przejmowanie kont na Instagramie

W ostatnich tygodniach media zawładnęła informacja o błędzie w Meta AI, który pozwolił atakującym przejmować konta na Instagramie i innych usługach Meta. Na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że to kolejny błąd „halucynującego” chatbota. W rzeczywistości problem był znacznie głębszy i dotyczył sposobu, w jaki AI została włączona w procesy odzyskiwania kont i autoryzacji – ostrzegają eksperci Check Point Research.

Meta przez dłuższy czas rozwijała systemy AI, które miały wspierać użytkowników w odzyskiwaniu kont, zgłaszaniu nadużyć czy resetowaniu haseł. W teorii miało to usprawnić proces i ograniczyć czas reakcji. Problem w tym, że AI nie była jedynie „asystentem”, a otrzymała realne uprawnienia operacyjne. Mogła inicjować działania, które normalnie wymagają silnej weryfikacji tożsamości, takie jak zmiana powiązanego adresu e-mail czy wysyłanie linków resetujących hasło.

To przesunęło chatbot z roli doradczej do wykonawczej, bez odpowiednio twardych mechanizmów kontroli – to był błąd, który ułatwił ataki cyberprzestępcze, uważają specjaliści ds. cyberbezpieczeństwa z Check Point Research.

Jak doszło do przejęć kont?

Atakujący wykorzystali prostą, ale skuteczną ścieżkę: podawali nazwę użytkownika ofiary, używając VPN, aby dopasować lokalizację do „zaufanych” sygnałów systemu; manipulowali systemem analizy twarzy, by w końcu zmusić narzędzie do wykonania operacji zmiany danych odzyskiwania konta.

W efekcie AI inicjowała zmianę adresu e-mail i uruchamiała procedurę resetu hasła, umożliwiając przejęcie konta, w tym profili o dużej wartości rynkowej i rozpoznawalności.

Eksperci Check Pointa podkreślają, że sedno problemu nie leżało wyłącznie w podatności typu prompt injection. Kluczowy błąd architektoniczny polegał na tym, że AI miała dostęp do funkcji administracyjnych, brakowało twardych „checkpointów” uwierzytelniania, a decyzje systemu były oparte głównie na kontekście rozmowy, a nie niezależnej weryfikacji tożsamości. W praktyce oznaczało to, że jeśli użytkownik „brzmiał” przekonująco, system mógł wykonać krytyczne operacje.

Szerszy problem niż może się wydawać

Incydent wpisuje się w szerszy trend wdrażania tzw. agentów AI – systemów, które nie tylko odpowiadają na pytania, ale też wykonują różnego rodzaju akcje w imieniu użytkownika.

Kluczowym problemem niekoniecznie jest to, że AI zignorowała instrukcje lub została zmanipulowana przez sprytny komunikat. Wydaje się raczej, że AI była w stanie zainicjować lub ułatwić wrażliwe działania odzyskiwania kont bez wystarczającej, niezależnej weryfikacji. Innymi słowy, awaria bezpieczeństwa mogła dotyczyć samego procesu, a nie modelu – uważa Steve Giguere, główny rzecznik ds. bezpieczeństwa AI w Check Point.

To rodzi nowe ryzyka, bowiem może zostać zmanipulowana do wykonania nieautoryzowanych działań, a granica między pomocą a autoryzacją zaciera się. Jednocześnie klasyczne modele bezpieczeństwa (hasła, 2FA, sygnały urządzenia) mogą zostać ominięte, jeśli AI staje się „bramką” do systemu.

Sztuczna inteligencja nie musi być narażona na ataki, jeśli otrzyma uprawnienia wykraczające poza zabezpieczenia. W miarę jak organizacje wdrażają coraz więcej systemów agentowych, zespoły ds. bezpieczeństwa muszą oceniać nie tylko to, co sztuczna inteligencja potrafi powiedzieć, ale także to, co potrafi zrobić – dodaje ekspert Check Pointa.

Meta potwierdziła lukę i wdrożyła poprawki, zabezpieczając dotknięte konta. Incydent jednak wywołał szerszą debatę w branży o wykorzystanie AI w systemach bezpieczeństwa i projektowaniu „granic zaufania” dla agentów AI.

Działki rekreacyjne tanieją. Pandemiczny boom przechodzi do historii

Boom na działki rekreacyjne, który napędziła pandemia, wyraźnie wygasa. Po rekordowym popycie w latach 2020-2022, kiedy z oferty znikały działki zalegające w bazach od wielu miesięcy, rynek wszedł w fazę stabilizacji. Coraz większa liczba ofert i zmieniające się preferencje kupujących sprawiają, że nieruchomości letniskowe przestają być dobrem pierwszego wyboru.

Działki rekreacyjne, zarówno te zlokalizowane w ramach Rodzinnych Ogrodów Działkowych, ale także grunty stanowiące odrębną własność stały się przedmiotem szczególnego pożądania w czasie lockdownu, kiedy każdy marzył o kawałku własnej ziemi z niewielkim domem, skąd mógłby pracować zdalnie i przestać myśleć o licznych ograniczeniach. Trend szczególnego, choć dość nietypowego zainteresowania tym segmentem nieruchomości był widoczny w czasie największych ograniczeń jakie niosła ze sobą pandemia. Wiosna 2020 r. była czasem swoistego boomu na ten typ nieruchomości. Działki, które w zwyczajnych warunkach rynkowych nie cieszyły się popularnością wśród klientów, zaczęły znikać z baz pośredników, a kolejne wystawiane do sprzedaży nieruchomości miały już znacznie wyższą cenę. Rynek działek rekreacyjnych przeżywał swoje złote lata jak nigdy wcześniej. Po okresie wzmożonego zainteresowania nieruchomościami letniskowymi ostatnie dwa lata pokazują, że rynek ten uległ dość mocnemu wyhamowaniu.

Polacy odwrócili się od nieruchomości letniskowych?

Jak twierdzą eksperci Metrohouse po szczególnie dużej liczbie transakcji w latach 2020-2022 rynek uległ nasyceniu. Powrót do swobodnego podróżowania sprawił, że gospodarstwa domowe ponownie zaczęły inaczej rozkładać swoje wydatki. Środki, które w czasie pandemii były przeznaczane na zakup nieruchomości rekreacyjnych, dziś częściej trafiają na zagraniczne wyjazdy, konsumpcję lub poprawę standardu podstawowego miejsca zamieszkania. Działka rekreacyjna przestała być postrzegana jako konieczny element bezpieczeństwa i komfortu życia, a ponownie stała się dobrem uznaniowym.

Pomimo wzrostów cen paliw, bilety lotnicze pozostają relatywnie tanie, więc wiele turystycznych destynacji pozostaje dostępnych nawet dla portfela przeciętnie zarabiającego Polaka. – Obecnie na rynku, na którym działamy widać korekty w dół – nawet w okolicach 15 proc. r./r. Niższy poziom zainteresowania wynika z odmiennego pomysłu na spędzanie wolnego czasu przez młodsze pokolenia. Ludzie mają mniej czasu, jednocześnie więcej podróżują, a działka to nie tylko przyjemność, ale i obowiązki związane z utrzymaniem domu i obejścia w należytym stanie, mówi Paweł Sokulski, dyrektor oddziału Metrohouse w Serocku. O tym, że dość szybo znudziliśmy się działkami świadczy fakt, że na popularnych portalach ogłoszeniowych domy letniskowe wybudowane w ciągu ostatnich sześciu lat stanowią między 20 a 30 proc. wszystkich nieruchomości letniskowych na sprzedaż.

Gotówka zamiast kredytu

Barierą w dostępie do działek rekreacyjnych pozostaje ich cena oraz możliwości finansowania tego typu zakupów. Po istotnych wzrostach cen w czasie pandemii, nadal wystawiane do sprzedaży nieruchomości są dość kosztowną inwestycją. Większość z działek z domami letniskowymi potrzebuje nakładów inwestycyjnych – jeśli nie na sam dom, to na działkę (nasadzenia, mała architektura). Rosnące koszty materiałów budowlanych i robocizny sprawiają, że postawienie nowego domku letniskowego może być nawet dwukrotnie droższe niż w czasie przed pandemią. – Dodatkową barierą pozostaje ograniczona dostępność finansowania. W przeciwieństwie do mieszkań czy domów całorocznych, wiele nieruchomości rekreacyjnych nie spełnia wymogów umożliwiających sfinansowanie zakupu standardowym kredytem hipotecznym. W efekcie część kupujących musi korzystać z droższych kredytów gotówkowych lub pożyczek hipotecznych zabezpieczonych na innej nieruchomości. To powoduje, że rynek działek rekreacyjnych jest znacznie bardziej uzależniony od klientów dysponujących gotówką niż segment mieszkaniowy, mówi Piotr Rusin, analityk Credipass.

Jednocześnie klienci traktują priorytetowo zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych (zakup pierwszego mieszkania lub zamiana na większe), odsuwając dobra drugiego wyboru, jakimi są nieruchomości rekreacyjne, na dalszy plan. W warunkach rosnących kosztów życia kupujący coraz dokładniej analizują całkowity koszt posiadania nieruchomości rekreacyjnej. Oprócz ceny zakupu właściciel musi uwzględnić wydatki związane z utrzymaniem budynku i działki, opłatami za media, podatkami, dojazdami czy sezonowymi remontami. W praktyce oznacza to, że nawet nieruchomość użytkowana wyłącznie przez kilka tygodni w roku generuje koszty przez dwanaście miesięcy. Współcześni 30- i 40-latkowie (którzy w strukturze klientów stanowią najsilniejszą grupę zakupową), którzy lubią spędzać czas na łonie natury coraz częściej dochodzą do wniosku, że wolą wynająć domek w lesie czy nad jeziorem na dwa tygodnie w roku, niż absorbować swój wolny czas całoroczną opieką nad własnym gruntem. Takie osoby najczęściej już mają kredyt hipoteczny na nieruchomość, w której mieszkają na co dzień. Kolejny comiesięczny stały wydatek może nadmiernie obciążać budżet domowy.

Ile potrzeba na zakup działki z domem?

Jeżeli nie zależy nam na pełnej własności i chcemy posiadać działkę o powierzchni ok. 300-400 m kw. z niewielkim domem letniskowym dobrym wyborem jest dzierżawa jednej z działek umiejscowionych w ramach Rodzinnych Ogródków Działkowych. – Nad morzem dużą część rynku stanowią właśnie działki ROD, bo to dla wielu osób najprostsza i najtańsza forma rekreacji. Działek stricte rekreacyjnych jest mało, a rozstrzał cen jest duży. Najtańsze działki ROD to wydatek od kilkudziesięciu tysięcy złotych. Domek na działce rekreacyjnej w dobrej lokalizacji może kosztować nawet 500 tys. zł, mówi Michał Spieszyński, współwłaściciel biura Metrohouse w Kołobrzegu.

W skali całej Polski działki na ROD-ach są wystawiane na sprzedaż (w zależności od popularności lokalizacji) już od 30-50 tys. zł. Oferty sprzedaży dotyczą też działek o znacznie wyższych cenach, nawet powyżej 200 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że działka ROD nie może być wykorzystywana do zamieszkania. Jak określa Regulamin Rodzinnego Ogrodu Działkowego „przez zamieszkiwanie rozumie się przebywanie z zamiarem skupienia i realizacji swoich spraw życiowych”. Altana działkowa w ramach „nie jest obiektem mieszkalnym; przebywanie w niej nie może stanowić podstawy do urzędowego potwierdzenia czasowego lub stałego pobytu”. Zanim zainteresujemy się działkami na popularnych ROD-ach należy prześledzić zapisy Regulaminu, bo posiadanie własnego skrawka ziemi niesie za sobą konieczność licznych kompromisów, m.in. dostosowanie się do regulacji związanych z zagospodarowaniem takiej działki.

Dysponując budżetem między 100 a 200 tys. zł i w sytuacji, gdy nie boimy się remontów możemy nabyć działkę ze starym wiejskim domem. Takie nieruchomości siedliskowe mogą stać się podstawą do stworzenia własnej działalności opartej na agroturystyce. Niestety wspólną cechą takich ofert jest dość wątpliwy stan techniczny zabudowań i o ile dla nabywcy-wizjonera taka działka będzie świetnym początkiem nowej inwestycji, to dla mieszczucha, który chce traktować ją jako obiekt na weekendowe wypady za miasto, nakłady pracy które należałoby ponieść, aby przywrócić zabudowaniom odpowiedni standard powodują, że nie jest to produkt dla każdego.

Najlepszym rozwiązaniem jest zakup działki rekreacyjnej z domem wybudowanym w ostatnich kilku latach. Taki wybór zwykle gwarantuje, że otrzymamy dom, który nadaje się do zamieszkania bez większych inwestycji, wybudowany w oparciu o współczesne projekty, często z zagospodarowaną działką. W tym przypadku musimy posiadać jednak budżet przekraczający 300 tys. zł, co powoduje, że nie jest to opcja zarezerwowana dla szerszego grona fanów daczy pod miastem.

Analityk Credipass zwraca uwagę, że działki rekreacyjne konkurują dziś o budżety klientów przede wszystkim z rynkiem mieszkaniowym. W sytuacji wysokich cen nieruchomości i rosnących kosztów życia wiele gospodarstw domowych koncentruje się na zakupie pierwszego mieszkania, poprawie warunków mieszkaniowych lub wcześniejszej spłacie zobowiązań kredytowych. W takich warunkach nieruchomości letniskowe schodzą na dalszy plan jako zakup, który można odłożyć w czasie.

Po pandemicznym boomie rynek działek rekreacyjnych wraca do swojej tradycyjnej roli segmentu niszowego, obsługiwanego przede wszystkim przez klientów dysponujących gotówką. O zakupie coraz rzadziej decydują emocje, a coraz częściej rachunek ekonomiczny obejmujący cenę nieruchomości, koszty utrzymania oraz dostępność finansowania.

Paypercut pozyskuje 5 mln EUR w rundzie seed na budowę infrastruktury płatniczej nowej generacji w Polsce i w CEE

  • Paypercut działa w Polsce od ubiegłego roku, integrując lokalnych dostawców płatności odroczonych. W 2026 roku fintech wchodzi na polski rynek z impetem – do działających już BNPL i płatności kartą dołączą BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również stablecoinowe szyny rozliczeń transgranicznych.
  • Założony przez weteranów branży fintech Paypercut daje sprzedawcom e-commerce w całym regionie CEE dostęp do pełnej oferty płatniczej poprzez jedną integrację. Spółka ma ambicje zostania domyślną infrastrukturą finansową dla biznesów w tej części Europy, z roadmapą obejmującą zarządzanie płynnością, FX, wypłaty i wbudowane usługi finansowe.
  • Liderami jednej z największych rund pre-seed w regionie są globalne fundusze: Concentric, Passion, RTP Global i Araya Ventures. Runda zwiększa łączne finansowanie do 7 mln EUR, przyspieszając ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej.

Paypercut, europejska platforma infrastruktury płatniczej umożliwiająca sprzedawcom internetowym akceptowanie m.in. płatności „Kup teraz, zapłać później” (BNPL) w całej Europie Środkowo-Wschodniej poprzez jedną integrację, ogłosiła dziś zamknięcie rundy seed o wartości 5 mln EUR, współprowadzonej przez Concentric, Passion Capital i Araya Ventures. W rundzie wzięły również udział SMOK Ventures, Portfolio Ventures, BrightCap Ventures, Blackwood, Sabah.fund, MFG Invest, Main Set oraz przedsiębiorca branży płatniczej Matt Doka. Łączne finansowanie Paypercut wynosi tym samym 7 mln EUR. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na przyspieszenie ekspansji w regionie CEE, umocnienie pozycji firmy na dotychczasowych rynkach, dalszy rozwój produktu i infrastruktury, a także dokapitalizowanie spółki w związku z jej wnioskiem o licencję EMI złożonym do Centralnego Banku Irlandii.

Od agregatora BNPL do infrastruktury dla całego regionu

Paypercut nie zaczyna od zera. Od czasu rundy pre-seed o wartości 2 mln EUR w lipcu 2025 roku firma rozwinęła się z agregatora BNPL do pełnoprawnej platformy infrastruktury płatniczej, z ponad 200 aktywnymi sprzedawcami na ośmiu rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. Nowa runda to paliwo dla czegoś, co już działa – i tego, co dopiero nadejdzie.

CEE była zawsze traktowana przez branżę płatniczą po macoszemu – postrzegana jako zbyt rozdrobniona, z za wieloma walutami i za dużą komplikacją. Zbudowaliśmy Paypercut właśnie po to, żeby to zmienić. Ta runda daje nam zasoby, by działać szerzej i szybciej: więcej rynków, więcej metod płatności dla sprzedawców, a teraz również infrastruktura do przesyłania pieniędzy przez granice tak, jak zawsze powinno to działać – natychmiast i za ułamek dzisiejszego kosztumówi Stoil Vasilev, współzałożyciel i CEO Paypercut.

Koniec z fragmentacją: płatności w CEE przez jedną bramkę

Paypercut daje sprzedawcom internetowym w Europie Środkowo-Wschodniej dostęp do pełnej oferty płatniczej przez jedną integrację – bez osobnych umów na każdy rynek, bez rozproszonych dostawców i bez problemów związanych z lokalizacją. Karty, lokalne metody płatności, BNPL, linki płatnicze i kody QR, rozliczenia wielowalutowe – wszystko z jednego panelu. Wdrożenie, które zwykle zajmuje tygodnie papierkowej roboty, fintech skraca do kilku dni online – eliminując największą barierę dla sprzedawców wchodzących na kolejne rynki regionu CEE.

Wejście na polski rynek z paneuropejską infrastrukturą i ambicjami lidera

Paypercut jest obecny w Polsce od ubiegłego roku, a teraz przechodzi do ofensywy i szykuje się do pełnego wejścia komercyjnego. Polska to nie tylko kolejny punkt na mapie ekspansji – to jeden z priorytetowych rynków w regionie, z szybko rosnącą bazą sprzedawców i konsumentów coraz chętniej sięgających po nowoczesne metody płatności. Platforma już dziś łączy lokalnych dostawców BNPL działających w Polsce i szerzej w CEE, niedawno uruchomiła też płatności kartą. W najbliższych miesiącach uzupełni ofertę o BLIK i przelewy natychmiastowe, a docelowo również o transgraniczne szyny oparte na stablecoinach. To, co wyróżnia Paypercut na tle lokalnej konkurencji, to paneuropejski zasięg: sprzedawca integruje się raz i od razu uzyskuje dostęp do infrastruktury płatniczej działającej na pozostałych rynkach CEE – bez osobnych wdrożeń.

Polski rynek to dla Paypercut jeden z kluczowych kierunków ekspansji – i nie bez powodu. Polska jest europejskim liderem adopcji BNPL: według danych CRIF za 2025 rok, aż 18 proc. Polaków skorzystało z płatności odroczonych w ciągu ostatniego roku, a łączna wartość udzielonego finansowania sięgnęła 9,6 mld zł[1]. BLIK zakończył 2025 rok z blisko 3 mld transakcji o wartości 441,5 mld zł, obsługując 20,7 mln aktywnych użytkowników[2]. Cały rynek e-commerce osiągnął obroty ok. 92 mld zł, rosnąc niemal dwukrotnie szybciej niż handel tradycyjny[3]. Do tego sprzedaż transgraniczna polskich sklepów rośnie w tempie ponad 25 proc. rocznie[4] – a dla sprzedawców chcących korzystać z tej dynamiki infrastruktura płatnicza staje się nie kwestią wygody, lecz przewagi konkurencyjnej.

Polska jest dziś europejskim liderem płatności odroczonych i jednym z najbardziej dynamicznych rynków e-commerce w regionie. Polscy sprzedawcy zasługują na infrastrukturę, która nie tylko odpowiada na lokalne potrzeby – BLIK, przelewy natychmiastowe, BNPL – ale jednocześnie otwiera im drzwi do całego regionu CEE bez dodatkowego wysiłku. To właśnie oferuje Paypercut: jedno wdrożenie, jeden panel, paneuropejski zasięg. Rynek wyraźnie pokazuje, że czas na takie rozwiązanie nadszedł właśnie terazzaznacza Wojciech Oleksiejuk, Country Manager Poland w Paypercut.

Paypercut przyspiesza checkout i uruchamia transgraniczne płatności

Jeszcze w tym kwartale spółka uruchomi Express Checkout – przenosząc moment płatności na stronę produktu, zanim klient dotrze do koszyka. Płatności jednym kliknięciem przez Apple Pay i Google Pay z uwierzytelnianiem biometrycznym eliminują główną przyczynę porzuconych koszyków mobilnych, dane karty nigdy nie trafiają na serwery sprzedawcy, a cały proces zamyka się w dwóch dotknięciach ekranu. To jednak nie koniec planów produktowych. Płatności transgraniczne w CEE są do dziś powolne i drogie – firmy w regionie płacą szacunkowo ponad 4 mld euro rocznie za opłaty transakcyjne i przewalutowanie. Paypercut buduje własne stablecoinowe szyny rozliczeń, startując od korytarzy EUR-PLN i EUR-RON – umożliwiając sprzedawcom przesyłanie pieniędzy przez granice natychmiast i za ułamek obecnego kosztu.

– Naszych sprzedawców nie interesuje, jaką drogą podróżują ich pieniądze – interesuje ich to, żeby dotarły natychmiast, tanio i bezpiecznie. Stablecoiny to pierwsza technologia, która pozwala nam to zapewnić we wszystkich korytarzach CEE poza strefą euro. Dla internetowych sprzedawców w CEE to nie jest drobna poprawa. To fundamentalna zmianapodkreśla Martin Palazov, Head of Expansion w Paypercut.

[1] https://www.crif.pl/aktualnosci-i-wydarzenia/aktualnosci/prawie-co-piaty-polak-korzysta-z-uslugi-bnpl/

[2] https://www.blik.com/blisko-3-mld-transakcji-blikiem-w-2025-r-i-ponad-2-mln-nowych-uzytkownikow

[3]https://kig.pl/aktualnosc-ekonomicz/e-handel-coraz-mocniejszy-w-polsce-92-mld-zl-obrotu-w-2025-r-i-rekordowe-wyniki-e-grocery/

[4] https://ecdb.com/whitepaper/cross-border-ecommerce-2025

AI w pracy bez zasad i nadzoru. Badanie Sharp pokazuje skalę zjawiska Shadow AI

Nowe badania Sharp Europe sugerują, że dla wielu organizacji infrastruktura kulturowa wspierająca otwarte, odpowiedzialne korzystanie z AI nie nadąża za samą technologią. Spowalnia to odpowiedzialne wdrażanie sztucznej inteligencji w firmach. Badania Sharp, które objęły ankietą 2 500 przedstawicieli kadry zarządzającej w MŚP na 10 rynkach europejskich, pokazują, że tzw. Shadow AI, definiowane jako wykorzystanie AI poza zatwierdzonymi kanałami lub bez wiedzy współpracowników, nie ogranicza się już do eksperymentów młodszych pracowników z nowymi narzędziami. Stało się to wzorcem na każdym szczeblu organizacji, w tym na najwyższym.

Najważniejsze wnioski:

  • 44% przedstawicieli kadry zarządzającej wykorzystuje AI bez informowania o tym kolegów, aby zyskać bardziej kompetentny wizerunek wśród pracowników
  • 45% pracowników korzysta z narzędzi AI bez wiedzy kierownictwa
  • 37% liderów użyło AI przy jakiejś pracy, nie ujawniając tego zespołowi
  • 33% liderów obawia się, że zostaną uznani za leniwych lub oszukujących, jeśli będą mówili otwarcie o korzystaniu ze sztucznej inteligencji
  • 31% liderów już obawia się, że nieśledzone korzystanie z AI stanowi realne ryzyko biznesowe

Dlaczego to wciąż się dzieje

Badania wskazują na prosty powód: organizacje inwestowały w narzędzia AI, ale nie w warunkach, które sprawiają, że ich otwarte korzystanie daje poczucie bezpieczeństwa lub wsparcia. 35% liderów twierdzi, że brakuje im pewności technicznej, 35% nie ufa w pełni wynikom AI, a 33% obawia się, że widoczne wykorzystanie AI podważy ich autorytet.

„Liderzy milczą na temat AI nie dlatego, że robią coś niewłaściwego. Milczą dlatego, że wciąż brakuje odpowiednich ram działania, polityk i wspólnego zrozumienia tego, jak powinno wyglądać właściwe wykorzystanie sztucznej inteligencji. Nie są to obawy osób sprzeciwiających się AI lecz ludzi, którzy próbują odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości bez wystarczającego wsparcia.” – mówi Roland Singer, Vice President, Sharp DX Europe.

„To tak naprawdę nie kwestia indywidualnych zachowań. Chodzi o kulturę organizacyjną. Firmy szybko wdrożyły narzędzia, ale znacznie wolniej budują zaufanie i jasno określają zasady, które pozwalają z tych narzędzi skutecznie korzystać.”

Co będzie dalej

Zdaniem ekspertów z Sharp kolejny etap wdrażania AI nie będzie dotyczył dostępu do technologii. Kluczowe staną się zaufanie, odpowiedni nadzór oraz tworzenie miejsc pracy, w których korzystanie ze sztucznej inteligencji jest transparentne i powszechnie akceptowane, zamiast odbywać się po cichu, poza wspólnie ustalonymi zasadami.

31% liderów już zdaje sobie sprawę z ryzyka. Jednak największy problem tkwi w luce między świadomością a realnym działaniem – to właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca. „Liderzy są w najlepszej pozycji, by nadać temu kierunek – dodaje Singer. „Nie poprzez posiadanie wszystkich odpowiedzi, ale poprzez otwarte mówienie o tym, jak sami korzystają z AI. To zmienia kulturę szybciej niż jakiekolwiek regulacje.”

Badania

Ankieta zostały przeprowadzone przez Censuswide w dniach 17 czerwca 2025 – 25 czerwca 2025 i wzięło w nich udział 2 500 właścicieli firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników w Austrii, Belgii, Francji, Niemczech, Holandii, Polsce, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii.