EdTech Preply z 35 mln dolarów dofinansowania

Preply, spółka działająca w branży EdTech, zdobyła dodatkowe 35 mln USD finansowania. To kwota wyższa od całkowitej kwoty finansowania platformy od roku 2013. W rundzie inwestycyjnej w roli anioła biznesu uczestniczyli m.in. Przemysław Gacek, współzałożyciel Grupy Pracuj, Niklas Ostberg – dyrektor generalny Delivery Hero oraz Arthur Kosten, współzałożyciel Booking.com.

40 000 nauczycieli i setki tysięcy uczniów

Preply to platforma do uczenia się online łącząca ponad 40 000 nauczycieli uczących 50 języków z setkami tysięcy uczniów w 180 krajach na całym świecie. Dzięki algorytmowi pozwalającemu dopasować korepetytora do ucznia polecani korepetytorzy tworzą plany lekcji dopasowane do indywidualnych potrzeb ucznia oraz do jego budżetu, harmonogramu oraz obecnego poziomu wiedzy. Codziennie kilkadziesiąt tysięcy uczniów uczy się u nauczycieli 160 narodowości.

Preply został założony w 2013 r. przez ukraiński zespół, w którego skład wchodzili: Kirill Bigai, Serge Lukyanov and Dmytro Voloshyn. W swoich biurach w Kijowie oraz Barcelonie spółka zatrudnia 250 pracowników 36 narodowości.

Czterokrotny wzrost liczby uczniów i korepetytorów

Runda inwestycyjna została poprowadzona wspólnie przez Owl Ventures oraz Full In Partners, przy udziale poprzednich inwestorów Point Nine Capital, Hoxton Ventures, jak również EduCapital, All Iron, Diligent Capital oraz Evli Growth Partners. W rundzie inwestycyjnej uczestniczyły również anioły biznesu: Niklas Ostberg – współzałożyciel i dyrektor generalny Delivery Hero, Arthur Kosten – współzałożyciel Booking.com, Przemyslaw Gacek – współzałożyciel Grupy Pracuj, oraz David Helgason – współzałożyciel Unity Technologies.

Obecny rok jest wyjątkowy dla Preply, biorąc pod uwagę czterokrotny wzrost liczby aktywnych uczniów i korepetytorów, wartości handlowej brutto oraz całkowitych przychodów. Ten ogromny wzrost można przypisać w części tendencji związanej z przejściem na systemy e-learningowe, która była widoczna jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19, a przyspieszyła w związku z lockdownem wprowadzanym po wybuchu pandemii. Ponadto te nadzwyczajne zyski korelują ze sposobem łączenia przez Preply podejścia kierowanego przez człowieka z autorskim programem nauczania obejmującym całość nauczania z elementami sztucznej inteligencji. Technologia ta znacznie wydłużyła czas, jaki każdy uczeń spędza na platformie, co skutkowało zwiększeniem liczby zakupionych lekcji przez jednego ucznia o 16%.

Jeden z największych rynków w Europie

Polska jest jednym z największych rynków Preply w Europie z dużym potencjałem jeżeli chodzi o naukę języków obcych ogółem, a w szczególności naukę języka angielskiego. 70% uczniów w Polsce uczy się języka angielskiego, na kolejnych miejscach plasuje się język hiszpański, niemiecki i francuski. W Polsce popularnym przedmiotem jest również język polski – ten popyt na naukę języka polskiego generują pracownicy relokowani do Polski, osoby powracające do kraju oraz studenci z innych państw studiujący w Polsce. Oprócz wskazanych powyżej popularnych języków mamy także uczniów, którzy uczą się takich języków jak tagalog, kataloński, a nawet łacina. Polscy uczniowie korzystają z platformy w szczególności w celu udoskonalania swoich umiejętności zawodowych (45%), umiejętności w zakresie konwersacji (25%) oraz przygotowania się do przeniesienia za granicę (12%).

Dodatkowo język polski jako przedmiot nauczania znajduje się na liście 15 najpopularniejszych języków w Preply, a 70% polskich nauczycieli to osoby, które urodziły się w Polsce. Obecnie na platformie Preply uczą się uczniowie z ponad 50 krajów, a do największych krajów pod względem popytu należy Białoruś, Wielka Brytania, Ukraina oraz Stany Zjednoczone.

Rozwój spółki dzięki finansowaniu

Dyrektor generalny Preply Kirill Bigai powiedział: „Wynik tej rundy inwestycyjnej to wyjątkowe osiągnięcie dla całego zespołu, ukoronowanie wspaniałej przygody ostatnich lat. Dzięki nowemu finansowaniu będziemy mogli zająć się wieloma strategicznymi priorytetami, ponieważ mamy w planach podwojenie liczby naszych zasobów ludzkich we wszystkich oddziałach i lokalizacjach. Zapewnimy uczniom i korepetytorom więcej wartości poprzez udoskonalenie systemów wsparcia i wzmocnienie doświadczeń w zakresie sal wykładowych i programu zajęć, które okazały się już wartościowym doświadczeniem”.

Kirill Bigai dodaje: „Mamy także wielkie plany związane ze wzmocnieniem naszej działalności w sektorze B2B – oczekujemy, że w kolejnych latach znacznie większa cześć naszych przychodów będzie pochodziła z tej działalności. W ramach utrzymania pozycji lidera w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej będziemy dywersyfikować nasze środki medialne i marketingowe w celu zbudowania marki rozpoznawalnej na całym świecie. Osobiście najbardziej cieszy mnie perspektywa wejścia na nowe, obiecujące rynki w celu urzeczywistnienia naszej misji, jaką jest kształtowanie przyszłości efektywnego uczenia się”.

Ross Darwin, dyrektor naczelny Owl Ventures, informuje: „Jako spółka, której działalność skupia się na skalowaniu firm zajmujących się przemieniającym nauczaniem z wielkim optymizmem patrzymy na rynek nauki języków obcych online, którego wartość do roku 2024 jest szacowana na poziomie ponad 21 miliardów USD. Z wielką przyjemnością inwestujemy w Preply i jesteśmy przekonani, że uda się im zdobyć istotną część tego rynku”.

Jak powiedziała Jessica Davis – współzałożycielka i dyrektor zarządzająca Full In Partners: „Wielkie wrażenie zrobił na nas zupełnie inny i wysoce skalowany model uczenia się języków wykorzystywany przez Preply. Od dziesięciu lat inwestujemy w branżę edtech oraz przedsiębiorstwa działające na tym rynku, a Preply naprawdę wyróżnia się silnym przywództwem, dużym tempem rozwoju oraz możliwościami wynikającymi z rynku greenfield”.

Wicepremier Gliński: Igrzyska europejskie to szansa dla Polski w wielu wymiarach. Mogą być pierwszym krokiem w kierunku organizacji igrzysk olimpijskich

0

We wstępnym programie III Igrzysk Europejskich w 2023 roku jest już 26 dyscyplin sportowych. Ich pełna lista będzie znana po zakończeniu rozmów ze wszystkimi europejskimi federacjami, które mają potrwać do końca kwietnia. Przedstawiciele rządu wskazują, że impreza ma być bodźcem dla  rozwoju gospodarczego tych regionów, które wezmą udział w organizacji imprezy. Skorzystają zwłaszcza takie sektory jak np. turystyka, która najdotkliwiej ucierpiała w wyniku pandemii. To m.in. dlatego obok Krakowa i Małopolski w organizację igrzysk chce włączyć się też Śląsk, którego atutem jest rozwinięta infrastruktura sportowa dla lekkoatletyki.

 Igrzyska europejskie są dla Polski szansą w wielu wymiarach. Rzadko organizujemy tak duże imprezy sportowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Piotr Gliński, wicepremier i minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. – Współczesny sport jest bardzo ważnym elementem kultury i miejscem wymiany doświadczeń, przepływów międzykulturowych. Jednak znaczenie tej imprezy może być znacznie większe niż tylko sportowe, bo również wizerunkowe, promocyjne i dlatego warto je wspierać.

Igrzyska europejskie to sztandarowa, największa multidyscyplinarna impreza sportowa w Europie. Odbywa się co cztery lata, z udziałem 50 reprezentacji krajów europejskich. W czerwcu 2019 roku na posiedzeniu zgromadzenia Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich (EOC) zapadła jednogłośna decyzja o powierzeniu organizacji III Igrzysk Europejskich 2023 Krakowowi i Małopolsce.

8 marca w Centrum Olimpijskim PKOl odbyło się spotkanie dotyczące najważniejszych kwestii związanych z organizacją imprezy. Uczestniczyli w nim m.in. prezes Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich Niels Nygaard, prezes PKOl Andrzej Kraśnicki oraz wicepremierzy Jacek Sasin i prof. Piotr Gliński, którzy podtrzymali pełne rządowe poparcie dla organizacji tego wydarzenia.

– Polski rząd jest gotowy poprzeć tę ideę. Jesteśmy bardzo zainteresowani tym, żeby igrzyska europejskie odbyły się w Polsce. Mamy nadzieję, że to będzie Małopolska, Kraków i Śląsk. Organizatorami są województwa i samorządy lokalne, ale oczywiste jest, że my także ze szczebla rządowego będziemy wspierać to przedsięwzięcie w wymiarze organizacyjnym i finansowym – deklaruje prof. Piotr Gliński.

Jak ocenia, Kraków i Małopolska pod względem infrastruktury sportowej są już dobrze przygotowane do organizacji III Igrzysk Europejskich, które odbędą się w 2023 roku. Gotowość do współorganizowania tej imprezy wyraziło także województwo śląskie, a jego marszałek Jakub Chełstowski przekazał już do PKOl i EOC list intencyjny w tej sprawie.

– Śląsk nieprzypadkowo wspiera tę ideę, ponieważ ma wspaniałą infrastrukturę dla lekkoatletyki, przede wszystkim Narodowy Stadion Lekkoatletyczny w Chorzowie, a bardzo chcielibyśmy, żeby to była jedna z dyscyplin na igrzyskach – wskazuje minister kultury, dziedzictwa narodowego i sportu. – To jest rzecz bardzo istotna, że nakłady rządu nie będą astronomiczne, jeśli w oparciu o istniejącą infrastrukturę i niewielkie inwestycje będziemy w stanie sprawnie przeprowadzić tę imprezę.

 Tworzy się już komitet organizacyjny w Krakowie. Pokieruje nim marszałek województwa małopolskiego. Dobiegają końca rozmowy dotyczące dyscyplin sportowych. Na podstawie ich wyniku  będziemy określać konkretne miejsca. Dzisiaj rozpatrujemy Kraków, Małopolskę i Śląsk. Chcemy, aby igrzyska były na najwyższym poziomie, ale i na racjonalnych zasadach. Dzisiaj na pewno musimy ograniczyć koszty i stworzyć warunki, aby to wydarzenie promowało Polskę z najlepszej strony. Czas, w którym realizujemy to przedsięwzięcie, jest niezwykle trudny – dodaje prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki.

III Igrzyska Europejskie 2023 mają być nie tylko świętem sportu, lecz także mogą stanowić bodziec dla rozwoju gospodarczego regionów, które wezmą udział w organizacji imprezy. Skorzystają na niej zwłaszcza takie sektory jak turystyka, która jest jedną z branż najbardziej poszkodowanych w wyniku pandemii.

– Tego typu duża międzynarodowa impreza zawsze ma walor promocyjny. Polska zbliży się do innych krajów, do obiegu międzynarodowego w obszarze sportu i kultury, bo chcielibyśmy, żeby kultura też była włączona w te igrzyska – wskazuje prof. Piotr Gliński.

– Poprzednie edycje igrzysk, które odbyły się w Baku oraz Mińsku, bardzo różniły się od tych, które mają się odbyć w Polsce. Było mniej dyscyplin sportowych, ale to był też bardzo dobry początek – przekonuje Niels Nygaard, pełniący obowiązki prezesa Stowarzyszenia Europejskich Komitetów Olimpijskich.

Dzisiaj jesteśmy na etapie wyboru sportów, a po dokonaniu tego wyboru stworzymy polskim sportowcom warunki do przygotowań na najwyższym poziomie. Dyscypliny wyłonione w ramach igrzysk europejskich otrzymają specjalne możliwości i specjalne środki – zapowiada Andrzej Kraśnicki.

Jak dotąd we wstępnym programie igrzysk znalazło się 26 dyscyplin sportowych, a ich pełna lista będzie znana po zakończeniu rozmów ze wszystkimi europejskimi federacjami. EOC podpisał już umowy z 13 z nich, a w tej chwili toczą się intensywne rozmowy m.in. z Europejskim Stowarzyszeniem Lekkiej Atletyki.

 Chcemy, żeby te rozmowy zostały zakończone do końca kwietnia – wskazuje Andrzej Kraśnicki.

Stowarzyszenie Europejskich Komitetów Olimpijskich prowadzi także rozmowy z federacjami dotyczące tego, aby wszystkie dyscypliny sportowe ujęte w programie III IE w 2023 roku umożliwiały kwalifikację do igrzysk olimpijskich, które odbędą się w Paryżu rok później.

– Igrzyska Europejskie 2023 są bardzo ważne dla światowego sportu. Europa jest najsilniejszym kontynentem pod względem wyników sportowych, więc igrzyska te będą miały istotny wpływ również na resztę świata – podkreśla Niels Nygaard. – Udział Polski w sporcie jest niezwykły, obserwujemy ogromne zainteresowanie, ludzie kochają sport, a wrażenia z licznych dużych imprez sportowych organizowanych w tym kraju są bardzo pozytywne. Dlatego igrzyska w 2023 roku będą wspaniałym wydarzeniem.

Uzdrowiska wznawiają działalność po pół roku przestoju. Pobyty możliwe tylko po zaszczepieniu albo z negatywnym testem na COVID-19

Od 11 marca działalność będą mogły wznowić sanatoria i uzdrowiska. NFZ i same placówki zapewniają, że pacjenci odbywający leczenie mogą czuć się bezpiecznie, ponieważ wdrożone zostały restrykcyjne normy sanitarne, personel w dużej mierze został już zaszczepiony, a wszyscy kuracjusze muszą być zaszczepieni lub mieć negatywny wynik testu na obecność SARS-CoV-2. Możliwość wznowienia działalności to oddech dla sanatoriów, z których gros boryka się w tej chwili z problemami w utrzymaniu płynności finansowej i miejsc pracy.

 Uzdrowiska będą mogły wznowić działalność od 11 marca i w tej chwili się do tego przygotowujemy, czekaliśmy na to bardzo długo. Trzeba przypomnieć, że uzdrowiska zostały zamknięte dwa razy: pierwszy raz w marcu ubiegłego roku i ten przestój trwał do czerwca. Następnie funkcjonowały w reżimie sanitarnym i radziły sobie bardzo dobrze, bo zakażeń było stosunkowo niewiele. Potem, w związku z kolejną falą koronawirusa, od listopada znowu zostały zamknięte aż do teraz – mówi agencji Newseria Biznes Wacław Furmanek, wiceprezes Unii Uzdrowisk Polskich, prezes zarządu Uzdrowiska Wysowa.

W ramach kolejnego etapu luzowania obostrzeń i zgodnie z rozporządzeniem Rady Ministrów z 11 lutego br. od tego czwartku uzdrowiska w całej Polsce będą mogły wznowić działalność. Pacjenci, którzy czekają na leczenie uzdrowiskowe, będą mogli rozpocząć je na podstawie skierowania potwierdzonego przez oddział wojewódzki NFZ.

– Na starcie tych skierowań jest bardzo dużo, natomiast pozostaje kwestia tego, ile tych osób ostatecznie dojedzie z różnych przyczyn. Jesteśmy nauczeni doświadczeniem z poprzednich przestojów, że te niedojazdy sięgały nawet 50 proc. To może być problem. W danym momencie może np. dojść do kolizji terminów szczepień i przyjazdu do nas. Różne perturbacje mogą się zdarzyć, więc liczymy się w pierwszym turnusie z dużymi niedojazdami, natomiast jesteśmy na to gotowi – deklaruje Wacław Furmanek.

Narodowy Fundusz Zdrowia informuje, że na leczenie do sanatorium będzie można udać się tylko po odbyciu szczepienia przeciwko COVID-19 albo po otrzymaniu negatywnego wyniku testu diagnostycznego w kierunku SARS-CoV-2. Bezpłatny test, finansowany przez NFZ, będzie można wykonać nie wcześniej niż cztery dni przed terminem rozpoczęcia leczenia uzdrowiskowego, we wskazanych punktach pobrań drive-thru. Informacja o terminie i miejscu wykonania testu będzie wysłana pacjentowi SMS-em, przez system eKolejka. Z kolei o wyniku testu poinformuje go telefonicznie uzdrowisko, do którego został skierowany i – jeśli wynik okaże się negatywny – potwierdzi rozpoczęcie leczenia. Jak informuje wiceprezes Unii Uzdrowisk Polskich, placówki kończą przygotowania do wznowienia działalności i przyjęcia pierwszych pacjentów.

– Te przygotowania polegały na tym, że usprawniamy procedury dotyczące reżimu sanitarnego, które stosowaliśmy już wcześniej. Na lepsze zmieniło się też to, że nasz personel w dużej mierze jest już zaszczepiony, ponieważ znaleźliśmy się w grupie zero – mówi. – Pacjenci i kuracjusze przyjeżdżający do uzdrowisk byli badani już wcześniej. Poprzednio testy były wykonywane na sześć dni przed przyjazdem, w tej chwili będą to cztery dni. Trzeba też zwrócić uwagę, że grupą osób przyjeżdżających do uzdrowisk są zazwyczaj pacjenci w wieku 50, 60+. Oczywiście teraz szczepienia trochę spowolniły, natomiast grupa 60+ jest już szczepiona. Będziemy więc mieć pacjentów, którzy są albo zaszczepieni, albo przebadani. Do tego dochodzą też ozdrowieńcy.

W ubiegłym roku uzdrowiska były zamknięte w sumie przez pięć miesięcy, z całkowitym zakazem prowadzenia działalności. To dotkliwie odbiło się na ich kondycji finansowej. Gros placówek boryka się w tej chwili z problemami w utrzymaniu płynności i miejsc pracy.

– W sektorze lecznictwa i świadczeń gwarantowanych jesteśmy jedynymi, których dotknął całkowity zakaz działalności. Skutki tego są bardzo duże dla firm, bo ciężko przetrwać przy braku przychodów. Część z uzdrowisk korzystała z różnych instrumentów wsparcia, natomiast część z nich nie mogła sięgnąć chociażby po te ostatnie, przy których decydujący był kod PKD. Wynika to z faktu, że uzdrowiska czasami prowadzą też inny rodzaj działalności i miały wpisany w REGON inny kod, co z automatu uniemożliwiło im uzyskanie pomocy – wyjaśnia wiceprezes UUP.

Jak podkreśla, ciężka sytuacja sanatoriów przekłada się też na gminy uzdrowiskowe. Takie placówki często są największymi pracodawcami w gminie, wokół których kręci się cała infrastruktura i przedsiębiorczość, związana np. z zapewnieniem usług dodatkowych.

 Uzdrowiska potrzebują wsparcia i przychylności ze strony władz samorządowych. Jeżeli doszłoby do zamknięcia ich działalności, to ciężko będzie odbudować to, co niejednokrotnie było budowane przez dziesięciolecia. Zasadne byłoby też utworzenie jakiejś tarczy branżowej adresowanej do uzdrowisk z uwagi na specyficzną sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Część uzdrowisk jest w sytuacji może nie tragicznej, ale podbramkowej – mówi Wacław Furmanek. – Do tego dochodzą również inne problemy, np. odpływ kadry. Kiedy sytuacja jest niepewna, to osoby, które mają możliwość, szukały pracy gdzie indziej, bo inne sektory gospodarki nie zostały całkowicie zamknięte, również sektory lecznictwa.

75 proc. programistów spodziewa się w tym roku podwyżki. Na największe liczą początkujący w branży

Pandemia koronawirusa zachwiała rynkiem pracy w branży IT, ale na krótko. Jesienią ubiegłego roku sytuacja powróciła do dawnego układu – pracodawcy znów konkurują o pracowników, a ci poszukują firm, które będą o nich dbać i zaoferują odpowiednie wynagrodzenie. W ubiegłym roku ponad połowa programistów otrzymała podwyżkę, w tym roku spodziewa się jej trzech na czterech pracowników IT – wynika z badania przeprowadzonego przez Bulldogjob. Skutkiem pandemii jest większa popularność pracy wyłącznie zdalnej, a w efekcie trudności z nabyciem doświadczenia przez świeżo upieczonych deweloperów.

Ogólnie temat pandemii w IT był dość ciekawy. Na początku widzieliśmy spory niepokój wśród firm i pracowników IT. Wiele polskich software house’ów miało problemy z tym, żeby utrzymać swoich pracowników i był naprawdę spory ruch na rynku pracy. Jednak sytuacja w ciągu roku się stabilizowała. Firmy zaczęły się przystosowywać do tego, jak faktycznie wygląda sytuacja. I w zasadzie od września–października widzieliśmy, że na rynku robi się spokojnie – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adam Kukołowicz, dyrektor technologiczny Bulldogjob.

Zawirowania na rynku wywołane pandemią były dla wielu pracodawców niepokojące, co skutkowało u niektórych kilkumiesięcznym wstrzymaniem decyzji finansowych. Szybki powrót do normalności oznacza jednak, że nie była to kwestia pogorszenia sytuacji finansowej, ale tylko efekt niepewności.

55 proc. ankietowanych stwierdziło, że otrzymało w ubiegłym roku podwyżkę, więc nie jest to zły wynik. Dodatkowo patrzą z optymizmem w przyszłość, bo w tym roku już 75 proc. pracowników spodziewa się podwyżek – mówi Adam Kukołowicz.

Największego wzrostu płac oczekują osoby na stanowiskach juniora, mający mniej niż dwa lata doświadczenia – o 30 proc. Mid (od dwóch do czterech lat doświadczenia) oczekuje średnio 20-proc. podwyżki, a senior (ponad cztery lata) – 16-proc. 45 proc. pracodawców udziela podwyżek z własnej inicjatywy, jednak tylko 26 proc. z nich robi to według z góry ustalonego programu podwyżek, co pokazuje, że w obszarze zarządzania potencjałem ludzkim jest jeszcze sporo do zrobienia.

Bulldogjob zbadał także zarobki programistów w zależności od ich doświadczenia oraz formy zatrudnienia.

W tym roku przebadaliśmy ponad 7 tys. specjalistów IT i pytaliśmy ich o wynagrodzenia netto w ramach zatrudnienia na umowę o pracę albo kwotę netto na fakturze własnej działalności gospodarczej. W tym pierwszym przypadku junior zarabia ponad 4 tys. zł, mid – ponad 6 tys. zł, a senior blisko 10 tys. zł na rękę – wymienia CTO Bulldogjob.

W przypadku współpracy B2B sytuacja wygląda trochę inaczej: junior zarabia ponad 6 tys. zł, mid nieco ponad 11 tys. zł, a senior już ponad 18 tys. zł.

Nawet po odliczeniu ZUS-u i podatku dochodowego, szczególnie dla seniorów i midów, jest to najbardziej opłacalna forma współpracy, bo w ramach B2B specjalista senior w IT zarobi prawie 4 tys. więcej niż jego kolega, który pracuje na umowę o pracę – dodaje Adam Kukołowicz.

Minusem pracy w formule B2B jest jednak brak płatnego urlopu. Wprawdzie coraz więcej firm oferuje go swoim współpracownikom, wciąż jednak 46 proc. nie może na niego liczyć. Bardziej dotkliwie odczuwają to początkujący programiści. Przy wyższych stanowiskach różnica zarobków jest jednak na tyle znacząca, że bezpłatny urlop nie wpływa wyjątkowo niekorzystnie na finanse pracownika. Z raportu przygotowanego przez Bulldogjob wynika, że pomimo iż pracodawcy IT chętniej niż w innych branżach zatrudniają pracowników na umowę B2B, to jednak wciąż dominującą formą zatrudnienia w IT jest umowa o pracę.

Wysokość zarobków w IT jest również uzależniona od miasta, w którym mieści się firma pracodawcy. Specjaliści zatrudnieni w Warszawie są w czołówce najlepiej zarabiających, a w porównaniu do ubiegłorocznych danych pensje wzrosły średnio o około 1470 zł netto. Wśród dużych polskich miast Rzeszów jest ośrodkiem, w którym specjaliści IT zarabiają najmniej, ale i tam nastąpił wzrost wynagrodzeń – średnio o 1270 zł netto.

W ubiegłym roku zwiększyła się liczba ofert pracy zdalnej, a coraz więcej firm zatrudnia w sposób w pełni zdalny, bezkontaktowo. Jest to potrzeba naszych czasów, ale też wygląda na to, że to jest trend, który się utrzyma – mówi ekspert.

Niewątpliwie IT jest branżą, która najszybciej i najbardziej bezboleśnie przeszła na tryb pracy zdalnej. Stało się to również możliwe w firmach zajmujących się bezpieczeństwem państwowym czy finansowym. 73 proc. specjalistów IT pracuje wyłącznie zdalnie, a tylko 7,6 proc. respondentów badania zadeklarowało, że wyłącznie stacjonarnie. 43 proc. ankietowanych przyznało, że preferuje model hybrydowy. Tylko 2,2 proc. respondentów chciałoby po pandemii pracować w biurze. Optymalnym wymiarem pracy zdalnej dla specjalistów są dwa–trzy dni w tygodniu.

– Na skutek pandemii trudniej mają osoby, które dopiero rozpoczynają zdobywanie doświadczenia w IT. Zwykle im trzeba poświęcić więcej uwagi, bardziej je nadzorować, a wiele firm stwierdziło, że na to nie ma już przestrzeni. Odsetek juniorów, którzy wypełnili ankiety w naszym badaniu, był mniejszy niż w zeszłym roku – zauważa Adam Kukołowicz.

Dominującą grupą są osoby na stanowisku mid, co może oznaczać, że w niedługim czasie na rynku przeważać będą seniorzy i midowie.

Polska nie jest jeszcze gotowa na auta elektryczne. Wciąż brakuje systemowych rozwiązań, a styczność z elektrykami Polacy mają głównie dzięki car-sharingowi

Prawie co piąty Polak miał już okazję przynajmniej raz przejechać się samochodem elektrycznym – wynika z danych PSPA. To zasługa przede wszystkim car-sharingu. Współdzielone elektryki, które dla szerokiego grona Polaków stanowią pierwszy punkt styku z takimi pojazdami, nie pozwalają jednak na osiągnięcie rentowności biznesu. Z czterech takich usług dostępnych na polskim rynku, które były oparte wyłącznie na samochodach elektrycznych, trzy zakończyły już działalność. – Wprowadziliśmy auta elektryczne, żeby nasi klienci mogli je wypróbować. Natomiast są one zbyt kosztowne i wciąż nieekonomiczne – mówi Maciej Panek, prezes PANEK CarSharing. Jak ocenia, w Polsce nadal brakuje systemowych, instytucjonalnych rozwiązań, które zapewniłyby realne wsparcie dla rozwoju elektromobilności.

– Każdy może dzisiaj kupić sobie samochód elektryczny i go testować, bo ładowarki przecież są. Może jeszcze nie w takiej liczbie, w jakiej byśmy sobie tego życzyli, ale ogólnie jest to już możliwe. Mamy też wstępnie ustalone benefity dla aut elektrycznych, które zachęcają do tego, ażeby nimi jeździć, czyli buspasy albo darmowe parkingi w centrach miast. Z drugiej strony Polska nie do końca jest jeszcze gotowa na elektryki, bo przecież w dalszym ciągu procedowane jest ustawodawstwo w sprawie dopłat do aut elektrycznych, nie ma też specjalnych warunków dla nich. Brakuje szczególnie pomocy dla firm, które chętnie kupowałyby takie auta – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Panek.

Elektryki nadal stanowią tylko niewielki odsetek wszystkich samochodów na polskich drogach, ale z roku na rok sukcesywnie ich przybywa. Jak pokazuje uruchomiony przez PZPM i PSPA „Licznik elektromobilności”, do końca stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 19 671 samochodów osobowych z napędem elektrycznym (z których 52 proc. stanowiły pojazdy w pełni elektryczne typu BEV, a resztę – hybrydy plug-in). Tylko w styczniu przybyło ich 796 sztuk, o 35 proc. więcej niż w analogicznym miesiącu rok wcześniej. Wraz ze wzrostem liczby elektryków rozwija się też infrastruktura ładowania – pod koniec stycznia w Polsce funkcjonowało 1395 ogólnodostępnych stacji ładowania pojazdów elektrycznych (70 punktów więcej niż w grudniu).

Z raportu „Barometr nowej mobilności 2020/21” PSPA wynika też, że już prawie co piąty Polak (18,2 proc.) miał okazję przynajmniej raz jechać samochodem elektrycznym, podczas gdy w 2017 roku ten odsetek wynosił zaledwie 6 proc. Głównym miejscem, w którym Polacy mają szansę zetknąć się z pojazdami elektrycznymi, jest car-sharing.

– Rozwój aut elektrycznych w Polsce może być stymulowany przez car-sharing, co zresztą widać na przykładzie innych krajów. Klienci mogą przejechać się samochodem elektrycznym, przetestować go, załadować. Dzięki temu przestaną się bać tej nowości – mówi prezes PANEK CarSharing. – Zakup samochodów elektrycznych mógłby napędzić większą dostępność aut klasy economy w przystępnych cenach. Gdyby takie auta były jeszcze dodatkowo dotowane przez rząd, to też z pewnością napędziłoby zakupy.

W styczniowym „Liczniku elektromobilności” eksperci PSPA i PZPM wskazują, że obecnie część potencjalnych nabywców samochodów elektrycznych wstrzymuje się z decyzją o zakupie w oczekiwaniu na zapowiadaną kontynuację dopłat ze środków NFOŚiGW. Z kolei kilkukrotnie gorszy wynik w zakresie rejestracji samochodów bateryjnych i hybryd plug-in w Polsce w porównaniu z Europą to efekt m.in. braku systemu wsparcia zakupu pojazdów elektrycznych dla firm (w Polsce nabywcy instytucjonalni odpowiadają za ok. 3/4 nowych rejestracji takich aut). Prezes firmy PANEK ocenia, że bez rządowego wsparcia kupno i opieranie działalności car-sharingowej na samochodach elektrycznych jest obecnie jeszcze zbyt drogie.

– Jedna z firm car-sharingowych, która posiadała elektryczne samochody, już nie istnieje, a druga właśnie kończy działalność. My też mamy we flocie ok. 30 elektryków i wiemy, jak dużo one kosztują. Wprowadziliśmy je dlatego, żeby być ekologiczną firmą, dołożyć coś na rzecz społeczeństwa ekologicznego i żeby nasi klienci mogli wypróbować te auta – mówi Maciej Panek. – Natomiast obecnie są one zbyt kosztowne. Do tego dochodzi jeszcze obsługa techniczna tych samochodów i częste ładowanie, co powoduje, że na ten moment są wciąż nieekonomiczne.

– Samochody elektryczne są w tej chwili droższe zarówno w zakupie, jak i w utrzymaniu, przez co próg osiągnięcia rentowności dla flot złożonych z takich aut jest znacznie wyższy niż w przypadku samochodów spalinowych – dodaje Leszek Leśniak, dyrektor wykonawczy w firmie PANEK CarSharing.

Z czterech firm oferujących usługi car-sharingowe, których działalność była oparta wyłącznie na samochodach elektrycznych, trzy zakończyły już działalność. Na początku lutego InnogyGO! (operator floty samochodów elektrycznych na wynajem) ogłosiło, że w marcu zniknie z warszawskich ulic.

– Na razie nie ma co oczekiwać, że samochody elektryczne wyprą spalinowe, głównie ze względu na wciąż zbyt małą ich elastyczność. Elektryki są w tej chwili wykorzystywane przede wszystkim w trybie miejskim. Zarówno ich zasięgi, jak i infrastruktura ładowania, szczególnie poza dużymi miastami, nie pozwalają jeszcze za bardzo na korzystanie z nich na dłuższych trasach. Minie jeszcze trochę czasu, około dwóch–trzech lat, zanim faktycznie elektryki zawojują w Polsce rynek wynajmu – mówi Leszek Leśniak.

Zachęty dla rozwoju miejskiego car-sharingu i szeroki zakres udogodnień dla takich usług (np. w postaci zwolnienia z opłat za parkowanie i udostępnienia buspasów) były początkowo przewidziane w nowelizowanej właśnie ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Pierwsza wersja projektu zakładała, że w ramach tymczasowego wsparcia dla rozwiązań pomostowych przywilejami będą objęte wszystkie auta współdzielone – zarówno z napędem elektrycznym, jak i spalinowym. Jednak po fazie konsultacji społecznych i protestach samorządów takie zapisy zostały usunięte z projektu. Nową wersję 18 lutego br. Ministerstwo Klimatu i Środowiska przekazało do rozpatrzenia przez Komitet do Spraw Europejskich.

Polski start-up chce leczyć zwierzęta towarzyszące lekami na bazie komórek macierzystych. Opracował technologię pozwalającą na szybszą produkcję i łatwiejszy dostęp do terapii

Według badania National Pet Owners Survey, przeprowadzonego przez American Pet Products Association, tylko w USA 85 mln rodzin posiada zwierzę domowe. Wraz ze wzrostem liczby ich właścicieli rośnie również zapotrzebowanie na wysokiej jakości usługi weterynaryjne. Na znaczeniu zyskują zwłaszcza leki biologiczne. Polski start-up pozyskał już około 17 mln zł finansowania na rozwój leków dla zwierząt towarzyszących, których substancją czynną są mezenchymalne komórki macierzyste pochodzące z tkanki tłuszczowej.  

– Rynek leków biologicznych dla zwierząt jest stosunkowo młody. W 2017 roku największa firma weterynaryjna na świecie zarejestrowała pierwszy lek biologiczny bazujący na przeciwciele monoklonalnym stosowanym w leczeniu atopowego zapalenia skóry u psów. Z kolei w 2019 roku belgijska spółka zarejestrowała pierwszy produkt leczniczy oparty na komórkach macierzystych, stosowany w leczeniu kulawizny wywołanej stanem zapalnym u koni – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Bzdzion, prezes firmy Bioceltix.

Rynek weterynaryjnych leków biologicznych jest w fazie wzrostu – dopiero w 2017 roku został zarejestrowany w Europejskiej Agencji Leków (EMA) pierwszy lek wykorzystujący przeciwciała monoklonalne. Zapotrzebowanie jest jednak coraz większe, zwłaszcza że rynek weterynaryjny podąża tymi samymi trendami, które dominują na rynku farmaceutycznym. Do 2023 roku światowy rynek weterynaryjnych leków biologicznych podwoi się (ze 194,4 mld w 2014 roku do ponad 400 mld dol.). Dla porównania szacuje się, że rynek leków chemicznych wzrośnie z 848,1 mld dol. do ok. 1,2 bln. dol. w tym samym okresie.

– Obecnie na rynku są dostępne dwa produkty oparte na lekach biologicznych na bazie komórek macierzystych. Oba są skoncentrowane w leczeniu chorób zapalnych u koni. Natomiast dla psów i kotów takiego produktu na rynku jeszcze nie ma – zaznacza Łukasz Bzdzion.

Polski start-up Bioceltix pozyskał łącznie już około 17 mln zł finansowania na rozwój leków dla zwierząt towarzyszących, opartych na komórkach macierzystych. Zapotrzebowanie na tego typu leki jest ogromne, zwłaszcza że – podobnie jak w przypadku ludzi – przyspiesza epidemiologia chorób cywilizacyjnych. W wielu przypadkach to schorzenia autoimmunologiczne, które przy wykorzystaniu immunomodulujących właściwości MSC można skutecznie leczyć. Obecnie Bioceltix pracuje nad trzema lekami, które wykorzystują tę technologię.

– Pierwszy produkt na bazie komórek macierzystych stosowany jest w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. Będzie on podawany w iniekcji dostawowej. To nasz najbardziej rozwinięty kandydat na lek. Równolegle rozwijamy produkt również oparty na komórkach macierzystych, który znajdzie zastosowanie w leczeniu atopowego zapalenia skóry. Z tymi dwoma produktami wchodzimy jednocześnie w fazę bezpieczeństwa, natomiast rozdzielenie procesów nastąpi w kwestii przeprowadzenia terenowych badań klinicznych, których celem jest potwierdzenie skuteczności kandydata na lek. Trzecim produktem, na którym się koncentrujemy, jest lek dedykowany leczeniu kulawizny u koni wywołanej zapaleniem stawów. Tutaj prace również są już na wysokim stopniu zaawansowania – wskazuje prezes Bioceltix.

Technologia polskiego start-upu może zrewolucjonizować rynek leków biologicznych w weterynarii. Pozwala ona na seryjną produkcję leku na bazie komórek macierzystych, dzięki czemu leki będą dostępne od ręki i gotowe do podania pacjentowi bezpośrednio po rozmrożeniu. To sprawi, że leki będą znacznie łatwiej dostępne.

– W niedługim czasie planujemy debiut na rynku NewConnect, chcemy przyspieszyć prace związane z rozwojem naszych produktów leczniczych, pozyskując pieniądze z giełdy. One pozwolą nam przede wszystkim kontynuować prace związane z fazą bezpieczeństwa, ruszyć z terenowym badaniem klinicznym dla produktu dedykowanego w leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów. Oczywiście jednocześnie rozmawiamy z dużymi partnerami branżowymi, realizując nasz model biznesowy, który zakłada m.in. podpisanie umowy partneringowej, licencyjnej czy dystrybucyjnej – podkreśla Łukasz Bzdzion.

Dzięki blockchainowi przedsiębiorcy mogą podpisywać nawet kilkanaście razy więcej umów miesięcznie. Technologia staje się już standardem w nowoczesnym biznesie

Pandemia zmusiła przedsiębiorców do przyspieszenia cyfryzacji dotychczasowych procesów. Bez wdrożenia innowacyjnych rozwiązań dla wielu firm podpisanie zwykłej umowy w czasie koronawirusa było utrudnione lub wręcz niemożliwe. Tymczasem dzięki zastosowaniu m.in. technologii blockchain przedsiębiorcy mogą korzystać zarówno z elektronicznego podpisu, jak również zarządzać całym cyklem obiegu dokumentów. Od momentu wytworzenia dokumentu aż do rozliczania wszystkich zdarzeń w jego obrębie. Nad takimi rozwiązaniami pracują m.in. Polacy.

Jeszcze przed pandemią eksperci firmy IBM prognozowali, że wydatki na blockchain przekroczą do 2023 roku 16 mld dol. Jednak w ciągu ostatniego roku COVID-19 zrewolucjonizował globalną gospodarkę, nieco ograniczył budżety technologiczne, ale jednocześnie wymusił stosowanie konkretnych technologii. Jedną z nich jest blockchain. Przedsiębiorcy zauważyli luki w swoich łańcuchach dostaw, dostrzegli też słabość własnej infrastruktury koniecznej do realizacji podstawowych zadań.

W sierpniu 2020 roku dane IDC wskazywały, że wydatki na technologie związane z blockchainem wyniosą w 2020 roku 4,1 mld dol. To oznaczało wzrost o ponad 50 proc. w porównaniu z rokiem 2019. Duża część wydatków miała zostać pochłonięta przede wszystkim przez bankowość. Jednak najszybszy wzrost miał mieć miejsce w obszarze usług profesjonalnych, w tym rozwiązań dla firm czy administracji rządowych.

– Technologia blockchain dopiero zaczyna się rozwijać, znajdując zastosowanie w komercyjnych domenach poza kryptowalutami. Widzimy wykorzystanie tej technologii do zastosowania międzykorporacyjnego, do śledzenia łańcucha dostaw czy do redefiniowania rynku finansów. Ta technologia będzie rozwijana bardzo dynamicznie i znajdzie zastosowanie prawie we wszystkich dziedzinach naszego życia. My zaczynamy tę rewolucję od dokumentów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Żelazko, dyrektor techniczny DoxyChain.

DoxyChain to platforma, która za pomocą technologii blockchain pozwala w sposób w pełni automatyczny zarządzać procesem obiegu dokumentów i ich cyfryzacją. Czy to podpisanie zwykłej umowy kupna-sprzedaży samochodu, czy też bardzo zaawansowany proces zamówienia publicznego. Jednak nie jest to jedynie platforma do składania podpisu elektronicznego. Można dzięki niej zarządzać całym cyklem życia tego dokumentu.

– Klient po odpowiedniej weryfikacji dwupoziomowej, a niekiedy nawet trzypoziomowej za sprawą wideoweryfikacji ma możliwość wybrania tzw. work flow, czyli cyklu życia dokumentu. Może wybrać, czy to jest dokument, który ma być tylko odłożony w formie trwałego nośnika, czy taki, na którym mają zostać złożone podpisy, a może dokument, który po jakimś czasie ma po prostu wygasnąć na tej platformie. Jak wybierze taką ścieżkę cyklu życia dokumentu, zaprasza potem osoby do podpisu lub do zapoznania się z nim. Można zdefiniować różne role takich osób, które pracują na dokumencie, a wszystkie działania – bez względu na to, czy jest to tylko przeczytanie, czy podpisanie –  są odnotowane na blockchainie – tłumaczy Gabriel Dymowski, współzałożyciel i prezes firmy.

Główną zaletą rozwiązania ma być bezpieczeństwo dokumentów i transakcji wykonywanych za pomocą platformy. Dzięki technologii blockchain cały proces biznesowy, w tym np. zapis umowy, pozostaje niezmienny.

– Opisujemy proces biznesowy i zapewniamy, że nic się nie wydarzy, nic się nie zmieni, poza tym schematem, który określamy – zaznacza Piotr Żelazko.

Proces uwierzytelnienia użytkownika na platformie jest przeprowadzony w dokładnie taki sam sposób, jak stosują to dostawcy podpisów kwalifikowanych. Firma stosuje też najnowsze standardy kryptograficzne. Poza pełnym bezpieczeństwem firmy korzystające z platformy mogą oszczędzić czas, wyeliminować dokumentację papierową i w pełni przenieść się na cyfrowy obieg dokumentów.

– Na bazie naszych doświadczeń i współpracy z naszymi klientami widzimy, że klienci mogą podpisywać nawet od kilku do kilkunastu razy więcej umów miesięcznie. Tym bardziej sytuacja z pandemią przyspieszyła ten progres, ponieważ to nie stało się czymś dodatkowym, czymś, w czym firmy mogą mieć jakiś wyróżnik, natomiast po prostu stało się to dzisiaj standardem w nowoczesnym biznesie – podsumowuje Gabriel Dymowski.

Czy uda się zablokować budowę NordStream 2?

Ku końcowi zbliża się realizacja projektu NordStream 2 – czyli drugiej rury gazociągu łączącego Rosję z Niemcami. Od początku ten projekt, tak samo jak jego pierwsza część, wzbudzał wiele kontrowersji w sojuszu państw europejskich. Wyłącza on bowiem z łańcucha dostaw gazu kraje Środkowej Europy – między innymi Polskę – i przynosi im duże straty gospodarcze. Rury na dnie Bałtyku sprawiają, że gaz z Rosji płynie bezpośrednio do Niemiec, zapewniając im tańszy dostęp do tego paliwa. To wyróżnia Niemcy jako partnera Rosji w Unii Europejskiej i ma wpływ na równowagę geopolityczną regionu. W całej układance swoje miejsce zajmują także Amerykanie.

Amerykanie mają tutaj interes po prostu biznesowy, ale też geopolityczny. Z jednej strony są eksporterem gazu z rurociągu NordStream i NordStream 2 – ale z drugiej strony muszą balansować w regionie Europy Środkowej wpływy rosyjskie, a także chińskie – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Do ukończenia projektu NordStream 2 nie zostało dużo czasu. Administracja USA próbuje w ostatniej chwili przeciwdziałać mu sankcjami – jednak wszystko wskazuje na to, że projekt zostanie ukończony. To nauczka dla tych, którzy wierzyli, że można podyktować Niemcom i Rosji warunki. Historia projektu NordStream 2 pokazuje, że jeżeli Niemcy i Rosjanie się na coś uprą, to niestety potrafią to przeforsować – komentuje Roszkowski.

Salony samochodowe dalej tracą przez pandemię. Liczba klientów na ponad 40% minusie

Jak wynika z badania firmy technologicznej Proxi.cloud i platformy UCE RESEARCH, o niemal połowę spadła zarówno liczba klientów, jak i wizyt w salonach samochodowych. Widać też, że w nieznacznym stopniu wzrósł udział odwiedzin w punktach marek standardowych. Jednocześnie zanotowano spadek w obiektach marek luksusowych. Raport też pokazuje, że klienci bywali w tych miejscach przede wszystkim w piątki, poniedziałki oraz czwartki. Dane pochodzą z obserwacji ruchu w styczniu br. i zostały porównane z wynikami z okresu 2020 roku.

Z badania ruchu, przeprowadzonego w ponad 1,2 tys. salonów samochodowych, wychodzi, że o 43,9% zmniejszyła się liczba klientów w styczniu 2021 roku w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Natomiast analizując dane dotyczące liczby wizyt, widzimy nieznacznie większy spadek – o 45,5%.

– Mniejszy ruch w salonach absolutnie mnie nie dziwi. Jedną z ważnych przyczyn tego spadku jest to, że z obawy przed pandemią przestali przychodzić ludzie, którzy wyłącznie oglądali pojazdy. Niektórzy byli zdecydowani na zakup, ale raczej brali pod uwagę samochód używany z prywatnego importu. Często kupujący mieli wybraną markę, ale również odwiedzali salony konkurencji. Dziś znajdują więcej informacji w Internecie i przychodzą do jednego miejsca. Jeśli auto spełnia ich oczekiwania, to już nie szukają dalej – komentuje Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Jak zaznacza Mateusz Chołuj z Proxi.cloud, spadek prawdopodobnie wynika z niepewnej przyszłości spowodowanej pandemią. Wiele osób straciło pracę, a inne nie były pewne dalszego zatrudnienia. Zdaniem eksperta, nie jest też wykluczone, że Polacy zaczęli większą wagę przywiązywać do oszczędności. Tym samym odłożyli w czasie większe inwestycje, np. zakup nowego auta. Ponadto wiele salonów wprowadziło usługę kupna samochodu online, z której prawdopodobnie część klientów skorzystała.

– Dziś można obejrzeć konkretny samochód bez przychodzenia do salonu. Sprzedawca zamiast spotykać się z klientem, uruchamia transmisję np. na WhatsAppie. Pokazuje online m.in. kierownicę, bagażnik czy światła. Wszystko przybliża lub oddala, zgodnie z życzeniem zainteresowanej osoby. To rozwiązanie jest stosowane przez wielu dealerów – dodaje prezes PZPM.

Z badania wynika też, że ostatnio średnia liczba wizyt przypadająca na jednego klienta wyniosła 1,41, natomiast wcześniej – 1,45. Jak stwierdza Mateusz Chołuj, częstotliwość wizyt nie zmieniła się znacząco. To pokazuje, że osoby, które odwiedziły te miejsca, robiły to praktycznie tak samo często jak rok wcześniej.

– Z pewnością będzie mniej ludzi w salonach. O ile dalej zmniejszy się ich liczba, w tym momencie trudno to określić. Ten spadek na pewno będzie większy od dotyczącego sprzedaży, który w przypadku samochodów osobowych w 2020 roku wyniósł około 20%. Mam nadzieję, że wszystko powróci do poziomów sprzed pandemii. Ale raczej nie stanie się to za rok, a nawet za 2 lata – zaznacza Faryś.

Wybory klientów nie zmieniły się znacząco, co podkreśla Weronika Piekarska z Proxi.cloud. I dodaje, że udział marek premium w wizytach w salonach samochodowych w styczniu 2021 roku wyniósł 11%. To o 3,4 p.p. mniej w porównaniu z początkiem ubiegłego roku. Z kolei w tym samym czasie widzimy taki wzrost w przypadku marek standardowych – z 85,5% do 88,9%.

– Gdyby wyniki te zmieniły się o 20-30%, to można byłoby postawić tezę dot. odwiedzania salonów marek premium i popularnych. Jednak trudno o to, bo różnica jest relatywnie niewielka. Warto tu dodać, że z jednej strony w ostatnich latach te pierwsze poszerzyły swój obszar klientów docelowych. Z drugiej zaś brandy popularne starają się dostarczyć jak najlepszy produkt, o jak najwyższej jakości. O ile jeszcze 30-40 lat temu było kilka marek luksusowych na rynku, a ich pojazdy wyróżniały się ceną, jakością produktu, wyposażeniem czy obsługą, to dziś coraz więcej firm aspiruje właśnie do tej grupy – stwierdza prezes Faryś.

Patrząc na poszczególne dni tygodnia, widać, że wizyty w salonach samochodowych są stosunkowo równomiernie rozłożone. Jak informuje Marcin Kowalczyk, analityk z UCE RESEARCH, w styczniu br. te miejsca były odwiedzane przede wszystkim w piątki, poniedziałki oraz czwartki. W każdy z tych dni miało miejsce ok. 18% wizyt. Rok wcześniej największą popularnością cieszyły się poniedziałki – ok. 18%, a także soboty – ok. 17,3%. Analizując dane rok do roku, widać, że piątki zyskały o ok. 3 p.p. w kwestii wizyt, a soboty straciły ok. 3 p.p.

– Warto zwrócić uwagę na porę wizyt. Widać wyraźnie wpływ godzin dla seniora. Wprawdzie to rozwiązanie nie dotyczyło salonów samochodowych, ale konsumenci prawdopodobnie planowali tak swoje wyjścia do wszystkich placówek handlowych, aby nie byli z nich odsyłani – dodaje Weronika Piekarska.

Prezes PZPM podkreśla również, że producenci pracują nad zmianą sposobu dystrybucji. Niedawno jedna z firm ogłosiła, że będzie sprzedawała niektóre pojazdy tylko w Internecie. Inna marka zaproponowała w jednym z krajów nową koncepcję sprzedaży. Dealerzy nie kupują już aut za własne środki, a bardziej pełnią rolę agentów. Wszyscy mają zagwarantowaną taką samą prowizję. W każdym salonie samochód kosztuje tyle samo.

Analiza powstała w oparciu o dane zarejestrowane za pośrednictwem tzw. geofencingów w styczniu 2021 roku i w analogicznym czasie roku poprzedniego. Została przeprowadzona przez firmę technologiczną Proxi.cloud i platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH. Obserwacji poddano blisko 40 tys. konsumentów w wieku od 18 do 65 lat, którzy odnotowali prawie 60 tys. wizyt. Badanie zrealizowano na próbie przeszło 1,2 tys. salonów samochodowych w całej Polsce. W sumie sprawdzono 25 marek standardowych i 11 premium.

Czy warto inwestować w spółki gamingowe w 2021 roku?

Rok 2021 zapowiada się dobrze dla spółek gamingowych. Zaczął się od debiutu giełdowego spółki Huuuge Games, która weszła na rynek w połowie stycznia. Oprócz tego liczymy na kolejne gry już działających na giełdzie spółek. Branża gamingowa ma to do siebie, że wartości akcji zależne są od wypuszczania nowych gier oraz poziomu ich sukcesu. W tym roku parę spółek może zaskoczyć nas dobrymi premierami i, co za tym idzie, opłacalnymi możliwościami inwestycyjnymi.

– Liczę na to, że spółka 11 bit Studios zacznie mówić mocniej o swoich projektach. Aktualnie ocena spółki – która może się pochwalić takimi sukcesami, jak gry “Frostpunk” czy “This War of Mine” – nie jest bardzo wysoka. W przypadku sukcesów kolejnych projektów jest tutaj duży potencjał do zarobienia – powiedział serwisowi eNewsroom Arkadiusz Bebel, zarządzający funduszami Quercus TFI. – Spółka Ten Square Games pozyskała bardzo dużo graczy na skutek koronawirusa. Powinno mieć to długookresowy wpływ na wycenę, a firma dodatkowo rozwija kolejny tytuł – co niewątpliwie zmniejszy ryzyko inwestycyjne. Część mniejszych spółek też jest bardzo wysoko oceniania – a napływ inwestorów indywidualnych sprawił, że ten sektor zyskuje na wartości i ceny akcji idą w górę. To może zniechęcać do zakupu. Jednak nawet jeśli cena wydaje nam się teraz wysoka, to po ponownym wzroście kursu może się okazać, że nie była taka zła. Myślę, że to będzie kolejny dobry rok dla gamingu. Wyceny na rynku są jednak na tyle wysokie, że warto dość selektywnie podchodzić do inwestycji w akcje. CD Projekt jest wspaniałą spółką – ale jeśli ktoś kupił jej akcje powyżej 400 złotych, mógł się rozczarować. Trzeba ostrożnie podchodzić do inwestowania w tym sektorze. Ale ktoś, kto ma dobre pomysły i dobrze wybierze spółki, może liczyć na zarobek – podsumowuje Bebel.