Czy umowy o dzieło przeniosły się do szarej strefy? W I 2021 r. zarejestrowano o blisko 1/3 mniej r/r.

Obowiązująca od stycznia tego roku konieczność zgłaszania i rejestrowania umów o dzieło w ZUS-ie doprowadziła do tego, że w pierwszym tygodniu b.r. zgłoszono zaledwie 15% takich umów, w porównaniu z analogicznym okresem w 2020 r. W całym styczniu 2021 r. spadek był na poziomie blisko 30% r/r. Czy w praktyce umowy o dzieło zastępowane są tzw. rozliczaniem się „pod stołem”?

Od 1 stycznia tego roku weszły w życie nowe przepisy obligujące Zakład Ubezpieczeń Społecznych do prowadzenia ewidencji umów o dzieło. Jednocześnie powyższe regulacje nakładają na firmy i osoby fizyczne nowe rygorystyczne obowiązki. W ciągu zaledwie siedmiu dni od zawarcia umowy o dzieło, należy ją zgłosić na specjalnym formularzu RUD do ZUS-u. W przypadku braku zgłoszenia lub spóźnienia, można spodziewać się kary sięgającej kwoty 5 000,00 złotych.

Utrudnienia dla małych i średnich firm

Obowiązek rejestrowania wszystkich umów o dzieło, poza trzema sporadycznie występującymi wyjątkami, mają zarówno pracodawcy, jak i sami wykonawcy. Także w przypadku, jeżeli jest się osobą fizyczną i nie jest się zarejestrowanym w ZUS-ie jako płatnik składek, należy zarejestrować umowę o dzieło. Dodatkowo, sporo problemów dla firm generuje brak jasnej i w sposób klarowny wyjaśnionej różnicy pomiędzy umową o dzieło i oskładkowaną umową zlecenia. Przepisy, w tej materii, są tak mało precyzyjne, że w niektórych wypadkach definiuje je dopiero istniejące orzecznictwo sądowe. Powszechnie znane są też przypadki kwestionowania umów o dzieło i naliczenia wstecz składek ZUS z tego tytułu. To wszystko powoduje zarówno dodatkowe koszty, wprowadza niepotrzebne elementy ryzyka biznesowego, jak i konsumuje czas przedsiębiorców.

W efekcie, właściciele małych i średnich firm, którzy najczęściej korzystają z umów o dzieło, znaleźli się w kłopocie. Z jednej strony, nie zawsze bowiem stać ich na stworzenie dodatkowe miejsca pracy – etatu, zwłaszcza w dobie pandemii i lockdowndów. Z drugiej, nie zawsze mają aż tyle zadań dla freelancerów. Jednorazowa pomoc marketingowa, techniczna czy copywriterska rozliczane na umowę o dzieło to dla nich szansa na uzyskanie potrzebnych narzędzi – takich jak strona www, reklamy, treści dla odbiorców – bez dodatkowych kosztów.

– Rejestracja umów o dzieło w ZUS-ie, zgodnie z nowymi przepisami, ani nie należy do łatwych, ani szybkich procesów. Na dowód powyższej tezy, można przytoczyć liczby. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – W całym zeszłym roku było podpisanych i zrealizowanych w Polsce ponad 0,5 miliona umów o dzieło. Zatem średnia tygodniowa to blisko 10 tysięcy. W pierwszych ośmiu dniach 2021 r., kiedy już obowiązywały nowe przepisy, do ewidencji ZUS-u zostało zgłoszonych zaledwie 1,6 tysiąca, tj. 15% umów, w porównaniu do takiego samego okresu roku 2020. Nieco lepiej wypadł cały styczeń b.r., gdyż w ZUS-ie zarejestrowano 30 tysięcy umów, jednak w dalszym ciągu jest to tylko 71% umów zgłoszonych w 2020 r.– podsumowuje Głośny z Useme.com.

Szara strefa czy alternatywa?

Choć nowe przepisy nie zmieniają niczego w samych umowach o dzieło, to wymóg zgłaszania każdej takiej umowy do ZUS-u spowodował drastyczny spadek zarejestrowanych umów. Czy to oznacza, że przedsiębiorcy zrezygnowali ze stosowania takiej formy rozliczania czy może przeszli do szarej strefy?

Nie można wykluczyć żadnej z powyższych odpowiedzi. Jednak od początku roku, odnotowano duży wzrost zainteresowania alternatywną formą rozliczenia. Dotyczy to zarówno zleceniodawców, jak i wykonawców, szczególnie z sektora usług elektronicznych dla biznesu, takich jak, programowanie, projektowanie grafiki, tworzenie treści czy tłumaczenia.

Dla przedsiębiorców legalną możliwością rozliczenia umów o dzieło jest przejście na rozliczenie B2B w oparciu o rachunki lub faktury VAT. Jednak freelancerzy, tj. wykonawcy, nie zawsze chętnie zakładają własne firmy, bo dla nich tego typu prace stanowią najczęściej formę dorobienia po godzinach do etatu, a prowadzenie firmy jest po prostu zbyt drogie. Ponadto Polacy, obserwując kłopoty wielu firm w okresie pandemii, nie są skłonni tak chętnie jak kiedyś zakładać działalności gospodarcze.

– Kiedy w grę wchodzi realna obawa o błędne zaklasyfikowanie umowy i związane z tym konsekwencje, bezpieczniej jest rozliczać się na podstawie faktur. Również tych wystawianych przez profesjonalne portale pracy zdalnej w imieniu freelancerów, którzy nie mają własnej firmy, ale wykonują usługi dla biznesu – tłumaczy Przemysław Głośny, prezes Useme.com, największej w Europie Centralnej i Wschodniej platformy dla legalnego rozliczania prac zdalnych. – Dlatego właśnie w Useme stosujemy rozwiązania, które zabezpieczają obydwie strony. Zleceniodawca, przyjmując fakturę, nie ponosi odpowiedzialności przed ZUS. Serwis, z kolei ma określone wymagania, na podstawie których przyjmuje prace do legalnego rozliczenia umowy o dzieło. Pozwala to uniknąć pomyłki przy błędnym zaklasyfikowaniu umowy i związanych z tym konsekwencji. – dodaje Głośny z Useme.com.

Useme w pierwszym miesiącu 2021 roku odnotowało duży wzrost zainteresowania swoimi usługami, zarówno w obszarze zapytań, jak i zdecydowanie wyższej liczby rozliczonych umów w tym okresie. Z danych historycznych wynika, że zwyczajowo styczeń nie zaliczał się do miesięcy wzrostowych, tylko zdecydowanie spokojnych okresów. Powyższe dane ilustrują fakt, że umowy o dzieło są potrzebne, ale zleceniodawcy obawiając się komplikacji związanych z ich rejestrowaniem lub błędnym zakwalifikowaniem charakteru prac, szukają alternatywnego sposobu na bezpieczne i legalne rozliczenie. Bez konieczności ucieczki do szarej strefy.

Omikron Capital inwestuje w spółkę Dagat ECO

Omikron Capital, podmiot działający na rynku private equity, inwestuje w spółkę Dagat ECO – poznańskie przedsiębiorstwo z branży precyzyjnej obróbki metali. Jest to już trzecia firma, która trafiła do portfela Omikron Capital.

Dagat ECO to rodzinna firma zajmująca się obróbką metali od ponad 20 lat. Specjalizuje się w zakresie obróbki rur i profili metalowych. Przedsiębiorstwo posiada uniwersalny park maszynowy i wysoko wykwalifikowaną kadrę, a szerokie zastosowanie oferowanych usług pozwala zdobywać partnerów biznesowych z wielu branż, między innymi samochodowej, medycznej, HVAC, kolejowej czy petrochemicznej.

Dagat ECO to stabilna firma z dużym potencjałem wzrostu i unikatowym know-how. Dzięki swoim zasobom może z powodzeniem rywalizować i zdobywać nowe rynki zbytu i dalej się rozwijać. Ostatni rok spółka zakończyła z dobrym wynikiem, a w latach 2016-2019 zwiększyła sprzedaż o ponad 60 proc. – mówi Tomasz Firczyk, Partner Zarządzający i założyciel Omikron Capital. – Liczymy na dalsze wzrosty i większą ekspansję na rynki zagraniczne, między innymi w Niemczech, Francji i krajach Beneluksu. Wierzymy, że nam się to uda, ponieważ już teraz  produkty firmy trafiają m.in. do USA, Brazylii czy Turcji – dodaje.

– Cieszę się, że pomimo trudności wywołanych pandemią Covid-19 udało się sprawnie przeprowadzić całą transakcję. Bardzo optymistycznie patrzę na przyszłość firmy, która przy wsparciu i doświadczeniu zespołu Omikron Capital może dalej rozwijać skrzydła – mówi Piotr Gulczewski, dotychczasowy właściciel i prezes zarządu Dagat ECO.

Firma zatrudnia ponad 230 osób. W 2019 roku osiągnęła sprzedaż na poziomie blisko 44 mln zł i zakończyła go z wynikiem 4,4 mln zł EBITDA. Spółka jest największym dostawcą systemów poręczowych do pojazdów komunikacji miejskiej w Europie Środkowo-Wschodniej. Cieszy się uznaniem na rynku o wysokiej barierze wejścia, między innymi dzięki swojej elastyczności i najwyższej jakości. Nowi właściciele planują dalszą ekspansję dzięki odpowiedniemu wsparciu.

Na początku wzmocnimy firmę w obszarze zarządczym oraz dziale sprzedaży. Chcemy w sposób ciągły profesjonalizować organizację, aby budować jej potencjał. Planujemy również inwestycje w większą automatyzację i robotyzację zakładu produkcyjnego, które pomogą spółce zwiększyć skalę działania. Zależy nam na dalszej ekspansji na rynki zagraniczne oraz w branżach o wysokiej perspektywie wzrostu, między innymi kolejowej, medycznej i chemicznej – mówi Jakub Mazurek, Dyrektor Inwestycyjny Omikron Capital. – Firma obecnie posiada już długotrwałe relacje z klientami typu blue chip, a jakość jej usług potwierdzają liczne międzynarodowe certyfikaty – dodaje.

Omikron Capital nabył 100 proc. udziałów spółki. Inwestorzy liczą na dwu, a nawet trzykrotny wzrost wartości firmy w ciągu najbliższych 5-7 lat. Poza wsparciem i inwestycjami, pomóc ma także duży i ciągle rozwijający się rynek obróbki metali na świecie.

Kolejna inwestycja Omikron Capital

W połowie zeszłego roku Omikron Capital przejął 100 proc. udziałów spółki ZAP-Mechanika z Ostrowa Wielkopolskiego, która również specjalizuje się w precyzyjnej obróbce metali. Podobnie jak Dagat ECO, spółka była firmą rodzinną nabytą bezpośrednio od właścicieli.

Omikron Capital, jako podmiot działający na rynku private equity, skupia się na inwestycjach między innymi w firmy rodzinne, w których założyciele chcą wycofać się z prowadzenia biznesu lub szukają wspólnika, który pomoże im dynamicznie rozwinąć przedsiębiorstwo.

Inwestorzy koncentrują się przede wszystkim na dobrze prosperujących firmach przemysłowych i usługowych, z odpowiednim potencjałem wzrostu. Omikron Capital wyróżnia się kompleksowym podejściem do przejmowanych spółek, które po zakupie są aktywnie wspierane wiedzą ekspercką i doświadczeniem, zdobytym przez inwestorów przy prawie 30 transakcjach.

Rekordowa zbiórka w eSkarbonce i wyjątkowy sukces akcji na Twitterze – Mastercard zagrał z WOŚP

– Niedzielny, 29. Finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zakończył się rekordowym wynikiem ponad 17 mln zł dorzuconych do eSkarbonki przez darczyńców oraz kwotą 358 365 zł zebraną w trakcie akcji #MastercardGrazWOSP na Twitterze, którą firma przekaże na konto Fundacji. W tym roku cyfrowe narzędzia dostarczone przez Mastercard, umożliwiające prowadzenie zbiórki na odległość, cieszyły się niezwykłą popularnością, z sukcesem łącząc darczyńców z kwestującymi.

W tym roku po raz czwarty Mastercard umożliwił wpłaty na rzecz Fundacji za pośrednictwem eSkarbonek, czyli „wirtualnych puszek”. Wolontariusze WOŚP, przedstawiciele przedsiębiorstw z segmentu MŚP oraz osoby indywidualne mogli wygenerować i udostępniać znajomym unikalny link do własnej eSkarbonki, za pomocą którego darczyńcy wpłacali darowizny z wykorzystaniem bezgotówkowych płatności online. Podczas tegorocznego Finału WOŚP ta metoda wsparcia okazała się bardziej potrzebna niż kiedykolwiek, umożliwiając darczyńcom przyłączenie się do zbiórki szybko i bez wychodzenia z domu. O potrzebie i popularności tego narzędzia najlepiej świadczy zebrana do eSkarbonki kwota – 17 840 237 zł. To ponad 29 razy więcej niż w roku ubiegłym. W kulminacyjnym momencie w niedzielę do eSkarbonki trafiało sześć wpłat na sekundę, zasilając ją kwotą 6 907 zł w ciągu każdej minuty. Średnia wpłata była 5% wyższa niż w czasie 28. Finału i wynosiła 55,85 zł. eSkarbonki, napędzane przez Mastercard, uruchomione zostały na początku grudnia i działały do poniedziałkowego wieczoru, 1 lutego. W tym czasie swoje wirtualne puszki założyło 21 922 osób i firm, które chciały wesprzeć inicjatywę WOŚP. Wśród nich znalazło się wiele osobistości ze świata polityki, publicystyki i kultury. Rekordowa eSkarbonka, należąca do 17-letniego wolontariusza Łukasza Berezaka ze Szczecina zamknęła się z kwotą 225 225 zł – to więcej niż wyniosła suma wszystkich wpłat do eSkarbonki podczas 26. Finału WOŚP w 2018 roku. Imponująca jest również najwyższa jednorazowa wpłata, wynosząca 27 000 zł. Łącznie stronę eSkarbonki odwiedziło 740 000 osób.

Już po raz ósmy na Twitterze w dniu Finału WOŚP najpopularniejszym hashtagiem w Polsce był #MastercardGrazWOSP. Za pierwszy tweet lub retweet jednego użytkownika opublikowany w dniu Finału z tym hashtagiem, Mastercard zadeklarował przekazanie 5 złotych na konto Orkiestry. Użytkownicy Twittera napisali 71 673 unikalnych tweetów, zbierając tym samym 358 365 zł dla Orkiestry w zaledwie 24 godziny. Mastercard zasilił więc tegoroczną zbiórkę kwotą ponad 165 000 zł większą niż w roku ubiegłym. Łącznie, od początku inicjatywy w2014 r., dzięki zaangażowaniu użytkowników Twittera w akcję „Mastercard gra z WOŚP” Mastercard przekazał Orkiestrze ponad 1 600 000 zł.

Swoje zaangażowanie w działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Mastercard potwierdził nie tylko dostarczając cyfrowe narzędzia do zbiórki. 60 pracowników z warszawskiego oddziału firmy założyło własne eSkarbonki, a w czasie niedzielnego Finału wielu z nich wyruszyło również kwestować na ulicach miasta. Łącznie, konto zbiórki zasilili kwotą ponad 106 000 zł.

„Na etapie przygotowań nikt nie potrafił przewidzieć, czy w warunkach pandemicznych Finał WOŚP powtórzy sukces poprzednich edycji. Okazuje się jednak, że Orkiestra potrafi zagrać nawet w trudnym i nieprzewidywalnym otoczeniu. Cieszymy się, że Mastercard dołożył do tej edycji swoją cegiełkę: wiedzę i doświadczenie w obszarze płatności. eSkarbonka napędzana przez Mastercard zapełniła się imponującą kwotą. „Pomagamy pomagać” i obiecujemy, że dalej będziemy to robić. Do końca świata i o jeden dzień dłużej” – powiedział Jerzy Hołub, dyrektor marketingu w polskim oddziale Mastercard Europe.

Wszystkie środki zebrane przy wsparciu Mastercard trafią na konto Orkiestry i przeznaczone zostaną na zakup sprzętu na dziecięce oddziały laryngologii, otolaryngologii oraz diagnostyki głowy.

Pandemia znacznie zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi. Ponad 60 proc. firm zamierza w nie zainwestować w ciągu dwóch najbliższych lat

61 proc. firm na świecie planuje w kolejnych dwóch latach zainwestować w rozwiązania chmurowe – wynika z badania EY Digital Investment Index 2020. To jedna z trzech najpopularniejszych technologii wdrażanych w przedsiębiorstwach, a czas pandemii jeszcze przyspieszył jej implementację. IDC ocenia, że globalny rynek chmury będzie w 2024 roku wart 1 bln dol. Chmura umożliwia firmom optymalizację kosztów, zapewnia bezpieczeństwo i pozwala skalować biznes, dostosowując go do otoczenia rynkowego. – Dzięki niej serwery nigdy nie spowodują w firmie przestoju, który może kosztować nawet 60 tys. zł za godzinę – mówi ekspert Orange Polska Konrad Gawda. Coraz popularniejsze stają się także rozwiązania chmurowe oferowane jako usługi, postępować będzie też automatyzacja.

– W rozwiązaniach chmurowych w kolejnych latach spodziewam się postępującej automatyzacji, czyli dostarczania często powtarzających się elementów aplikacji jako gotowych do wykorzystania usług. Innym trendem jest szersza dystrybucja geograficzna, czyli sprawianie, że fizyczne lokalizacje serwerów, centrów danych będą coraz bliżej użytkowników, chociażby po to, żeby ograniczyć opóźnienia. Do tego bardzo przydatne będą 5G i współpraca technologii chmurowych z telekomunikacyjnymi – mówi agencji Newseria Biznes Konrad Gawda, ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.

Pandemia w znaczący sposób zwiększyła zainteresowanie rozwiązaniami chmurowymi, które nie będzie słabnąć nawet po jej ustaniu. Według październikowego raportu IDC globalne wydatki na ten cel za cztery lata osiągną poziom 1 bln dol. Średnioroczny wzrost eksperci szacują na blisko 16 proc. Najsilniejszy wzrost prognozowany jest w obszarze usług chmurowych, m.in. w kategorii infrastructure as a service (IaaS)

– Chmura typu IaaS to miejsce, gdzie firmy mogą uruchamiać swoje aplikacje zarówno na potrzeby własne, jak np. CRM czy zarządzanie zasobami, jak i na potrzeby zewnętrzne, udostępniane klientowi, takie jak sklep internetowy czy system rezerwacji – mówi ekspert Orange Polska. – Podstawową cegiełką, z której budujemy rozwiązania w chmurach typu IaaS, są maszyny wirtualne. Jest to po prostu część zasobów dużych, fizycznych serwerów wydzielona i działająca jako osobny, wirtualny komputer. Na takim komputerze można zainstalować aplikacje bez większych modyfikacji – tak samo jak na PC czy serwerze stojącym na zapleczu firmy.

W ostatnich dwóch latach na wdrożenie rozwiązań chmurowych zdecydowała się ponad połowa globalnych firm badanych w ramach EY Digital Investment Index 2020. Taki plan na kolejne dwa lata deklaruje 61 proc. przedsiębiorstw. Chmura – obok internetu rzeczy i sztucznej inteligencji – jest przez biznes najchętniej wdrażaną technologią. Wydatki na ten cel będą rosły ze względu na szereg korzyści, takich jak optymalizacja kosztowa i elastyczność, wspierające sprawność biznesową i operacyjną.

– W chmurze jest miejsce, żeby aplikacje rosły. Większość współczesnych serwerowni jest albo niedoszacowana, albo przeszacowana, bo rozwój biznesu trzeba przewidzieć już w momencie zakupu sprzętu. W chmurze nie ma tego problemu. Można wykorzystać skalowanie, czyli dodawanie i odejmowanie zasobów w zależności od tego, jak aktualnie kształtuje się ruch na naszej stronie. Zawsze możemy dołożyć zasoby w sposób ręczny albo automatyczny – wyjaśnia Konrad Gawda.

Ekspert Orange wskazuje, że dzięki chmurze firmy mogą łatwo i tanio tworzyć np. środowiska testowe – chociażby po to, żeby przetestować nową wersję swojego sklepu internetowego, co pozwala na częste wprowadzanie zmian i szybkie dopasowywanie się do rynku. Chmura pozwala też przedsiębiorstwom uruchamiać na krótki czas ogromne zasoby, żeby szybko wykonywać złożone obliczenia (np. obliczanie tras dostaw, generowanie tysięcy faktur albo symulacje procesów fizycznych w biurach projektowych). Chmura chroni też firmy przed skutkami cyberataków typu ransomware czy przestojami, które mogą słono kosztować.

– Dzięki chmurze serwery nigdy nie spowodują przestoju w firmie, a wiem, że to potrafi słono kosztować. Według szacunków dla przykładowych polskich firm to są koszty rzędu 60 tys. zł za godzinę przestoju – wskazuje Konrad Gawda. – Mało kto myśli też o tym, jak ważna jest kopia zapasowa, dopóki nie uświadomi sobie, że średnia wartość okupu ransomware płaconego przez firmy w zamian za odzyskanie danych wyniosła w zeszłym roku około 100 tys. dol., a liczba takich skutecznych wymuszeń wzrosła o 1/3 w stosunku do poprzedniego roku. W przypadku Integrated Computing Standard automatyczne kopie zapasowe można uruchomić dosłownie dwoma kliknięciami.

Integrated Computing to usługa dostarczana przez Integrated Solutions należący do Grupy Orange Polska. Składa się ona z dwóch rozwiązań chmury w wersji Managed, czyli zarządzanej, nastawionej na elastyczność i dopasowanie do potrzeb klienta np. z dedykowanymi lub współdzielonymi serwerami, a także usługi Standard. To rozwiązanie gotowe do użycia, którym zarządza się poprzez panel www. W wygodny sposób pozwala tworzyć środowiska z maszyn wirtualnych, dysków czy połączeń sieciowych. Dostępne API pozwala też automatyzować te czynności. Część elementów usługi – jak np. tworzenie kopii zapasowych – też jest w pełni zautomatyzowana.

– Właśnie uruchomiliśmy nowy element tej usługi, czyli serwer bazy danych Oracle. To firma znana jako czołowy dostawca baz danych typu Enterprise. Jest też znana z dość rygorystycznych warunków licencyjnych, które sprawiają, że użycie jej baz danych na chmurach typu IaaS może być po prostu nieopłacalnie drogie. Dlatego w Integrated Computing Standard stworzyliśmy osobne środowisko techniczne dopasowane do tych warunków licencyjnych. Dzięki temu możemy teraz zaoferować klientom użytkującym bazę danych Oracle dedykowaną dla niej platformę jako usługę. Klient – obok innych zasobów chmurowych – dostaje maszynę wirtualną z zainstalowaną bazą danych, którą sam może skonfigurować i zarządzać. A przede wszystkim – połączyć ze swoimi pozostałymi aplikacjami w chmurze – wyjaśnia ekspert ds. usług chmurowych w Orange Polska.

Usługę Integrated Computing Standard firma może rozliczać w dwóch modelach: abonamentowym, w którym firma z góry deklaruje, ile zasobów będzie wykorzystywać, a także w modelu pay-as-you-go. Tu firma płaci od godziny uruchomionych zasobów. Nie trzeba więc z góry niczego przewidywać, za to można dopasowywać liczbę wirtualnych procesorów i gigabajtów pamięci do aktualnych potrzeb.

– Nasi specjaliści z Integrated Solutions mają duże doświadczenie w prowadzeniu migracji do chmury i oferują przy tym pomoc. Takie wsparcie obejmuje m.in. preaudyt, czyli wstępne sprawdzenie możliwości, optymalizację, przygotowanie planu, testową migrację z weryfikacją oraz wsparcie w pierwszych dniach. Bardziej doświadczeni użytkownicy mogą przeprowadzić taką migrację samodzielnie, korzystając z mechanizmu Disaster Recovery, czyli z zapasowego wirtualnego centrum danych – mówi Konrad Gawda.

Janusz Kowalski (MAP): 2033 rok na budowę pierwszego bloku atomowego to termin nierealny. Rezygnując z własnego węgla, Polska może się uzależnić od importu gazu

Rada Ministrów przyjęła wczoraj uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”, która zakłada, że źródła węglowe będą stopniowo wycofywane i zastępowane przez OZE i energetykę jądrową, a paliwem przejściowym w procesie transformacji będzie gaz ziemny. Wiceminister aktywów państwowych Janusz Kowalski ocenia jednak, że uruchomienie pierwszego bloku jądrowego w 2033 roku to termin nierealny, a bez tej podstawy rezygnacja z węgla zwiększy ryzyko, że Polska uzależni się od dostaw gazu ziemnego, głównie z Rosji.

2 lutego Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie „Polityki energetycznej Polski do 2040 roku”. Dokument, którego autorem jest resort klimatu i środowiska, ma być kompasem dla firm, samorządów i obywateli w zakresie transformacji polskiej gospodarki w kierunku niskoemisyjnym. Wyznaczy też ramy wszelkich działań – m.in. legislacyjnych i inwestycyjnych – w sektorze energetycznym w perspektywie nadchodzących dwóch dekad.

Polska polityka energetyczna w istocie powinna być racjonalną i sprawiedliwą mapą drogową przeprowadzenia w Polsce transformacji energetycznej rozumianej jako proces, który spowoduje, że ceny energii elektrycznej i ciepła będą w Polsce akceptowane i że będziemy mogli zapewnić bezpieczeństwo energetyczne Polski. Niestety w tej sprawie mamy odmienne zdanie od naszych przyjaciół z Prawa i Sprawiedliwości i Porozumienia Jarosława Gowina, bo Solidarna Polska dostrzega ogromne niebezpieczeństwa przyjętej na szczeblu całej Unii Europejskiej, a więc również zaakceptowanej przez Polskę, tzw. unijnej polityki Zielonego Ładu – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Kowalski, wiceminister aktywów państwowych.

Nowa polityka energetyczna została przyjęta po 12 latach od uchwalenia poprzedniej. Zakłada ona m.in. optymalne, możliwie długie wykorzystanie własnych, krajowych surowców energetycznych oraz dywersyfikację dostaw i rozbudowę infrastruktury sieciowej gazu ziemnego, ropy naftowej i paliw ciekłych. Udział węgla w miksie energetycznym ma jednak sukcesywnie spadać, osiągając nie więcej niż 56 proc. w 2030 roku, a przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2 może spaść nawet do poziomu 37,5 proc. Z kolei w 2040 roku ten udział ma już wynosić 28 proc. (albo 11 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2).

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla będzie równoważone m.in. istotnym wzrostem mocy zainstalowanych w OZE oraz energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku. Moc zainstalowana w offshore ma osiągnąć ok. 5,9 GW w 2030 roku i do ok. 11 GW 10 lat później. Rządowe plany potwierdzają też, że w 2033 roku ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Zdaniem wiceministra aktywów państwowych taki scenariusz jest jednak mało realny.

– Przez 10 lat budowaliśmy gazoport. Nawet przy pełnej determinacji państwa będzie to najwcześniej w latach 2038–2040 – podkreśla Janusz Kowalski. – Przez te 20 lat unijne regulacje systemu handlu emisjami ETS spowodują, że uzależnimy się od gazu, którego w Polsce nie mamy.

Jak podkreśla, polskie wydobycie gazu ziemnego to ok. 4 mld m3, tymczasem już dzisiaj krajowe zapotrzebowanie jest pięciokrotnie większe. Dlatego przestawienie gospodarki na gaz – w oczekiwaniu na uruchomienie innych stałych źródeł – spowoduje, że Polska będzie musiała importować coraz więcej tego surowca, a to z kolei zagrozi krajowemu bezpieczeństwu energetycznemu.

– Nie mamy żadnej wątpliwości, że jedyną odpowiedzią na zwiększenie zapotrzebowania Polski na błękitny surowiec, jakim jest gaz ziemny, będzie konieczność kupienia go z Nord Stream 1 i Nord Stream 2, czemu się absolutnie sprzeciwiamy. Nie po to dzisiaj prowadzimy dywersyfikację dostaw gazu ziemnego, żebyśmy za dwa–trzy lata musieli go kupować z kierunku zachodniego czy południowego, przez Czechy czy Słowację. To jest realne niebezpieczeństwo, które jest konsekwencją wyboru zamiany węgla na gaz ziemny, którego w Polsce po prostu nie ma – mówi wiceminister aktywów państwowych.

Podkreśla, że odnawialne źródła energii mogą być jedynie uzupełnieniem miksu energetycznego opartego na stałych źródłach.

– Tymi źródłami są źródła węglowe, gazowe albo atomowe. Skoro atom może być wprowadzony najwcześniej za kilkanaście lat, to nagła, bardzo szokowa transformacja energetyczna i wyłączanie polskiego górnictwa, polskiej elektroenergetyki węglowej pewnikiem spowoduje skokowe uzależnienie się od rosyjskiego gazu. To jest sprzeczne z zasadami prowadzenia polityki dobrej dla bezpieczeństwa energetycznego Polski – ocenia przedstawiciel Solidarnej Polski.

Jakie krzesło biurowe wybrać? 5 rzeczy, które musisz wiedzieć

Wybór krzesła biurowego to wybór mebla, na którym będziemy spędzać prawdopodobnie przynajmniej 8 godzin dziennie. Dlatego tak ważne jest, by wybrać mądrze. Szczególnie obecnie, gdy domy wielu z nas zmieniły się w biura. Jakie krzesło biurowe wybrać? Oto 7 rzeczy, które musisz wiedzieć przed zakupem.

  1. Jakie krzesło biurowe wybrać? Top 5 rzeczy, na które powinieneś zwrócić uwagę przed zakupem
  2. To należy zrobić, gdy kupisz krzesło biurowe

Siedzący tryb życia to zmora naszych czasów. Niewiele możemy zmienić w tym zakresie, ale możemy zadbać o nasze zdrowie i komfort na tyle, na ile to możliwe. Jednym z bardzo istotnych czynników jest właściwy dobór krzesła biurowego. Często dokonujemy go, kierując się wyłącznie aspektami wizualnymi czy też ceną. To błąd, za który możemy słono zapłacić.

1. Jakie krzesło biurowe wybrać? Top 7 rzeczy, na które powinieneś zwrócić uwagę przed zakupem

Siedzenie w tej samej pozycji, patrzenie w monitor, ręce ułożone w nienaturalnej pozycji nad klawiaturą: brzmi znajomo? Niewłaściwie dobrane krzesło biurowe to nie tylko brak komfortu podczas wielogodzinnej pracy, ale i poważne problemy z kręgosłupem. Jak temu zapobiec? Kieruj się kilkoma prostymi radami.

  • wybierając rodzaj krzesła biurowego, pamiętaj, że musi ono być przede wszystkim ergonomiczne, czyli takie, które zapewni maksymalne wsparcie niezależnie od pozycji. Ergonomiczne krzesło może skutecznie pomóc w zapobieganiu urazów związanych z pracą siedzącą. Jest zaprojektowane w taki sposób, by poprawić postawę oraz krążenie krwi.
  • odpowiedz sobie na pytanie: ile godzin dziennie spędzasz przed komputerem? Krzesło biurowe stanie się twoim najwierniejszym współpracownikiem. A zatem zadbaj o to, by było jak najlepszej jakości. Z pewnością nie pożałujesz.
  • pamiętaj o obowiązkowych elementach. A są to przede wszystkim: wysokie (czyli sięgające ponad łopatki) oparcie, podłokietniki oraz uwypuklenie na wysokości części lędźwiowej kręgosłupa.
  • zwróć uwagę na jakość materiału, z którego wykonano krzesło i dobierz model, który będzie ci odpowiadał pod względem wizualnym i gabarytowym
  • porównaj ceny w poszczególnych sklepach, np. tutaj: AJ Produkty. Na krześle biurowym nie warto oszczędzać

2. To należy zrobić, gdy kupisz krzesło biurowe

Kupiłeś już krzesło biurowe? A zatem dostosuj jego ustawienia do masy ciała. Zwróć uwagę na to, czy oparcie skutecznie podpiera część lędźwiową, plecy sięgają do oparcia, zaś przednia krawędź nie uciska kolan.

Przesuwaj stopy w trakcie pracy i w miarę możliwości zmieniaj pozycję. Twoje ciało zostało stworzone do ruchu!

Przełowione stada ryb to utrata pożywienia dla 72 mln ludzi rocznie. Na liście zagrożonych gatunków są również ryby z Bałtyku

Na całym świecie poławianych jest ponad 90 mln ryb i owoców morza rocznie. Ich konsumpcja w ciągu ostatnich 30 lat wzrosła o ponad 120 proc., a 3,3 mld ludzi na świecie zapewniają przynajmniej 20 proc. dziennego spożycia białka zwierzęcego. To dlatego zjawisko złego zarządzania zasobami mórz i oceanów jest tak groźne. Organizacja MSC wyliczyła, że z powodu przeławiania stad co roku tracimy pożywienie dla 72 mln ludzi. Mimo że coraz ważniejszą rolę odgrywają zrównoważone połowy, to wiele gatunków ryb wciąż jest zagrożonych, m.in. tuńczyk błękitnopłetwy, dorsz bałtycki i łosoś bałtycki.

Są to gatunki, które czasem trafiają do sprzedaży, ale jeśli pochodzą z wyjątkowych stad i regionów, gdzie udało się poprawić ich status i otrzymać certyfikat zrównoważonych połowów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Dębicka, dyrektor programu MSC w Polsce i Europie Centralnej. – My nie namawiamy do mniejszego spożycia ryb, ponieważ jeśli poławiamy je w sposób zrównoważony i tylko takie kupujemy, to przyczyniamy się do tego, że tych ryb jest więcej i bogacą się dane kraje, lokalne społeczności i grupy rybackie. Tylko bardzo ważne jest, żebyśmy nie kupowali ryb zagrożonych, bo rzeczywiście będzie ich mniej.

Ryby są podstawowym źródłem białka dla wielu ludzi na świecie. Dane FAO wskazują, że w diecie połowy populacji zapewniają one co najmniej 20 proc. dziennego spożycia białka zwierzęcego. W ciągu ostatnich trzech dekad konsumpcja ryb i owoców morza wzrosła o 122 proc. Znacząco pogorszyła się za to kondycja stad. FAO szacuje, że ponad jedna trzecia światowych zasobów ryb i owoców morza jest poławiana w sposób niezrównoważony.

Jeśli tak będzie dalej, to za kilka–kilkanaście lat nie będziemy mieli konkretnych gatunków, a wręcz może się załamać całe rybołówstwo, które jest jedną z największych gospodarek na świecie – przestrzega Anna Dębicka. – Mimo wieloletnich apeli organizacji pozarządowych, naukowców i ekologów wiele krajów wciąż nie przestrzega zasad zrównoważonego rybołówstwa.

Jak podkreśla, zarządzanie połowami jest bardzo dużym wyzwaniem. Tym bardziej że często wymaga międzynarodowego porozumienia między kilkoma krajami lub organizacjami.

– Ryby nie mają narodowości. Pływają w morzach i oceanach, przekraczając wiele wód terytorialnych, więc tutaj jest bardzo istotny konsensus pomiędzy wieloma krajami i branie pod uwagę potrzeb lokalnych społeczności – mówi dyrektorka programu MSC w Polsce. – Przykładem są połowy śledzia atlantyckiego – politycy z krajów poławiających z UE, Rosji i Grenlandii nie umieją się dogadać co do kwot połowowych. W takich sytuacjach wchodzi program MSC, działający obok polityki i bazujący na danych naukowych, z wiedzą o tym, jak należy poławiać.

Analiza MSC pokazuje, że globalne wdrożenie zrównoważonych połowów, które pozwalają odbudować stada ryb oraz ekosystemy, pozwoliłoby rocznie zaspokoić potrzeby na białko 72 mln osób. Dodatkowo znaczenie ryb i owoców morza będzie rosło, szczególnie w kontekście prognoz dotyczących wzrostu światowej populacji – do 2050 roku ma być już 10 mld ludzi na świecie.

– Na całym świecie poławianych jest ponad 90 mln ryb i owoców morza rocznie. Udział certyfikowanych połowów rośnie. Ostatnio wynosił ponad 17 proc. i mamy nadzieję, że będzie dalej rósł. Podobnie jak rośnie liczba produktów i firm certyfikowanych w ramach zrównoważonego łańcucha dostaw. W Polsce już mamy ponad 120 firm, które posiadają certyfikat MSC – są wśród nich wszystkie główne, najbardziej znane firmy oraz kilkaset produktów dostępnych na półkach w różnych sklepach i sieciach handlowych – mówi Anna Dębicka.

Aby otrzymać certyfikat MSC, firma musi wykazać, że poławiane stado znajduje się w dobrej kondycji, a dzięki skutecznemu zarządzaniu połowy mają minimalny wpływ na środowisko. Ponad 15 proc. łowisk na świecie ma już taki certyfikat, a kolejne 10 proc. dąży do jego pozyskania. Na produkty ze znakiem MSC konsumenci wydają rocznie 10 mld dol.

Polacy opracowali aplikację do opieki psychiatrycznej. Algorytmy i platforma telemedyczna pozwolą na spersonalizowaną terapię

Platforma telemedyczna, wspierana przez sztuczną inteligencję aplikacja mobilna i czatbot usprawnią diagnostykę i leczenie w obrębie psychiatrii. Dzięki rozwiązaniu tworzonemu przez polski start-up natychmiastowy dostęp do leczenia uzyskają m.in. pacjenci wykluczeni komunikacyjnie. Podobna aplikacja, stworzona na rynek niemiecki, uzyskała pozytywną ocenę dotyczącą szans na poprawę diagnozowania i modelowania terapii. Rozwiązanie proponowane przez Polaków początkowo będzie przeznaczone na rodzimy rynek, ale docelowo ma być stosowane na całym świecie.

– Klienci mogą korzystać ze specjalnej aplikacji, która w synchronizacji z ich telefonami, smartwatchami czy innymi urządzeniami pomaga im śledzić swój styl życia i w pewien sposób zidentyfikować te czynniki, które mogą wpływać na ich samopoczucie, na ich zdrowie psychiczne, zarówno negatywnie, jak i pozytywnie. Jest również bardzo duża wartość dodana dla lekarzy, którzy są w kontakcie z pacjentami, ponieważ gdy lekarz szczegółowo pozna styl życia pacjenta, dużo łatwiej mu spersonalizować terapię – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Waryszak, dyrektor operacyjny w Calmsie.

Aplikacja mobilna jest uzupełnieniem platformy telemedycznej, dzięki której pacjenci mogą w szybki sposób uzyskać u swojego psychiatry teleporadę, niezależnie od tego, gdzie znajdują się w danej chwili. Rozwiązanie proponowane przez Calmsie opiera się na pracy algorytmów sztucznej inteligencji.

– Jest ona wykorzystywana na dwóch polach. Po pierwsze, jest to system rekomendacyjny, który z pomocą lekarzy identyfikuje te elementy, które wpływają na stan zdrowia psychicznego pacjentów, a z drugiej strony następnie może wygenerować rekomendacje, które pomogą naszym pacjentom poprawić swój stan zdrowia psychicznego poprzez zmianę drobnej rutyny życiowej. Może to być poprawienie jakości snu czy zwiększenie aktywności fizycznej. Z drugiej strony czatbot terapeutyczny poprzez wykorzystanie głębokich sieci neuronowych i generowanie języka naturalnego w sposób płynny utrzymuje rozmowę z pacjentem i może wspierać w ten sposób terapię – tłumaczy Marcin Waryszak.

Aplikację przeznaczoną do monitorowania zdrowia psychicznego oferuje już m.in. niemiecka firma MindDoc. Spełnia ona funkcję osobistego asystenta, który trzy razy dziennie zbiera wywiad od pacjenta. Na podstawie danych opracowywany jest profil użytkownika, a następnie powstają raporty dotyczące jego stanu zdrowia psychicznego. W połowie stycznia w czasopiśmie „PLOS ONE” opublikowane zostały wyniki badań tej aplikacji, które dowodzą, że połączenie wielu pomiarów dzięki technologii mobilnej może poprawić dokładność diagnostyczną i przewidywanie trajektorii leczenia w dziedzinie zdrowia psychicznego. Tego typu rozwiązania mogą jednak nie tylko wpłynąć na poprawę diagnostyki, lecz także zwiększenie dostępności do leczenia.

– Każdy może skorzystać z aplikacji w dowolnym momencie. Gdy mamy dostęp do lekarza stacjonarnie, to zwykle musimy długo czekać na wizytę, a często mamy problem z umówieniem się. W przypadku formy telemedycznej pomoc jest właściwie natychmiastowa. Jest dużo większa dostępność, niezależnie od naszej lokalizacji, i to też bardzo pozytywnie wpływa na zmniejszenie wykluczenia społecznego – zaznacza dyrektor operacyjny Calmsie.

Położenie akcentu na poprawę leczenia w dziedzinie psychiatrii jest szczególnie istotne zwłaszcza w dobie pandemii koronawirusa. Według raportu Organizacji Narodów Zjednoczonych jeszcze przed wybuchem pandemii COVID-19 sytuacja związana ze zdrowiem psychicznym była dramatyczna. Z raportu dowiadujemy się, że pandemia doprowadziła do sytuacji, w wyniku której wiele osób doświadcza uczucia niepokoju spowodowanego izolacją społeczną i obawą przed zakażeniem oraz troską o życie bliskich. Wiele osób straciło pracę lub obawia się jej utraty. Jednocześnie na depresję cierpi około 264 mln ludzi na świecie, a w wyniku tej choroby światowa gospodarka traci bilion dolarów.

– W tej chwili jako społeczeństwo skupiamy się na problemach zbiorowych, a problemy indywidualne mogą dopiero przynieść efekty za rok, dwa czy trzy, gdy się okaże, że po końcu pandemii ludzie wciąż nie potrafią sobie poradzić z problemami. Gdy spojrzymy na statystyki samobójstw, to się okaże, że ich liczba utrzymuje się na poziomie około 4 tys. rocznie – wskazuje Marcin Waryszak.

Wdrożenie platformy, aplikacji i czatbota Calmsie odbywa się we współpracy z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi. Na razie rozwiązanie jest projektowane do wykorzystania w Polsce, ale docelowo będzie wypuszczane również na rynki zagraniczne – w pierwszej kolejności duński i brytyjski.

Sztuczna inteligencja wykrywa zagrożenia 60 razy szybciej niż człowiek. W wyniku pandemii algorytmy coraz częściej zabezpieczać będą także prywatne komputery

Najskuteczniejsze rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa są wspierane przez sztuczną inteligencję. Dzięki algorytmom są w stanie wykryć zagrożenia w zaledwie kilka sekund – kilkadziesiąt razy szybciej, niż zrobiłby to człowiek. Czynnik ludzki jest też uznawany za największą lukę wykorzystywaną przez hakerów. Problem uwydatnił się w wyniku przemodelowania dużej części gospodarki na pracę zdalną. W jej wyniku aż 70 proc. firm poniosło straty związane z naruszeniami ochrony danych. Jak przewidują eksperci, sytuacja pandemiczna wpłynie na wdrożenie w prywatnych komputerach zabezpieczeń dotychczas instalowanych w sprzęcie firmowym.

– Moduły sztucznej inteligencji polegają na analizie danych, na oddzieleniu zachowań bezpiecznych od zachowań niebezpiecznych i niestandardowych. Innymi słowy, każde zachowanie, które może być uznane za niebezpieczne i może być wykryte przez człowieka, może być również wykryte przez algorytm sztucznej inteligencji na podstawie tych samych danych. Algorytm jednak zrobi to znacznie szybciej – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Sebastian Stefanowski, dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.

Sztuczna inteligencja jest zdolna do przetwarzania miliardów rekordów danych, pochodzących zarówno z baz, jak i źródeł nieustrukturyzowanych, jak np. blogi. SI uczy się rozpoznawania zagrożeń poprzez uczenie maszynowe. Gromadzi informacje, a potem określa profil zagrożeń, występujących na przykład w szkodliwych plikach czy podejrzanych adresach IP. W efekcie wykrywa zagrożenia nawet 60-krotnie szybciej niż człowiek – analiza trwa zaledwie kilka sekund.

– Podstawą dobrego algorytmu sztucznej inteligencji są dane. Zbieranie danych bardzo często kojarzy się z utratą prywatności i postrzegane jest jako pewne niebezpieczeństwo. Dane można jednak zbierać w sposób anonimowy. Trzeba mieć również świadomość tego, że zyski z zabezpieczeń opartych na sztucznej inteligencji mogą znacznie przewyższać koszty związane z ryzykiem utraty danych. Każdy zgodziłby się udzielić danych na temat swoich zachowań na przykład bankowi – po to, żeby zabezpieczyć w ten sposób swoje konto – wskazuje Sebastian Stefanowski.

Algorytmy SI stanowią podstawę działania platformy SafeGuard Cyber, która zapewnia ochronę przed atakami m.in. w social media oraz w cyfrowych kanałach B2B. Platforma samodzielnie wykrywa przychodzące szkodliwe pliki i zabezpiecza wrażliwe dane przed nieautoryzowanym udostępnieniem. Z rozwiązania korzysta m. in. koncern kosmetyczny Johnson & Johnson, farmaceutyczni giganci, tacy jak Novartis i Abbott, a także amerykański Bank of Tampa.

– Większość przedsiębiorstw korzysta już z modułów sztucznej inteligencji. Tak naprawdę zależy to od poziomu dojrzałości firmy. Poziom podstawowy to są po prostu filtry, np. antyspamowe czy wykrywające podejrzane załączniki w poczcie informatycznej. Następnym poziomem są różnego rodzaju moduły analizy ruchu sieciowego. Prym w takich technikach wiodą dostawcy chmur. Prawie każdy z nich ma już gotowe rozwiązania, które mogą wykrywać i alarmować o niestandardowych i niebezpiecznych zachowaniach, i może je udostępniać swoim klientom,  Najwyższym poziomem jest analiza zachowań użytkowników w aplikacjach – wymienia dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.

Sztuczna inteligencja wykorzystywana jest jednak nie tylko do projektowania zabezpieczeń, lecz także przy przygotowywaniu ataków cybernetycznych. Może być używana na przykład do ciągłego monitorowania sieci w celu wykrywania nowych luk, które mogą potem wykorzystać hakerzy. SI używana jest także do manipulowania danymi, a także do przeprowadzania ataków socjotechnicznych.

– To nieustanny wyścig zbrojeń. Obie strony – i strona zabezpieczająca, i strona, która atakuje – korzystają z algorytmów sztucznej inteligencji. Fakt, że w pandemii nasiliła się liczba cyberataków, zmusi przedsiębiorstwa do inwestycji większych pieniędzy w systemy zabezpieczeń, co na pewno pociągnie za sobą rozwój tej branży, czyli rozwój systemów cyberbezpieczeństwa opartych na sztucznej inteligencji – przewiduje Sebastian Stefanowski.

Z „Raportu z badania kosztów naruszeń ochrony danych” wynika, że średni koszt łączny wynikający z tych naruszeń wynosi 3,86 mln dol. Branżą najbardziej dotkniętą atakami była ochrona zdrowia. Co ciekawe, w raporcie z poprzedniego roku koszt był nieco wyższy i wyniósł 3,92 mln dol. Jak jednak zaznaczają autorzy raportu, spadek ten jest tylko teoretyczny. Raport uwydatnia problem pogłębiających się różnic między kosztami naruszeń ponoszonymi przez organizacje inwestujące w bardziej zaawansowane procesy zabezpieczające, takie jak automatyzacja, a kosztami ponoszonymi przez firmy inwestujące w tańsze zabezpieczenia.

Nie bez wpływu na sytuację pozostała pandemia koronawirusa. Z raportu IBM wynika, że w wyniku wdrożenia pracy zdalnej koszt naruszeń ochrony danych zwiększył się o 137 tys. dol. Zjawisko to zaobserwowało 70 proc. ankietowanych. 76 proc. zgłaszało, że w wyniku pracy zdalnej wydłużył się czas potrzebny na wykrycie i powstrzymanie potencjalnego zagrożenia.

– Konsekwencją tego, co zadziało się w roku 2020, będzie to, że środek ciężkości myślenia o zabezpieczeniach przesunie się z zabezpieczeń systemów komputerowych w sieciach firmowych na zabezpieczenia systemów komputerowych w sieciach prywatnych. Innymi słowy, te algorytmy sztucznej inteligencji, które są teraz dostępne jedynie dla dużych firm, staną się popularne i trafią jako zabezpieczenia dla normalnych komputerów prywatnych w domach prywatnych. Będzie to prosta konsekwencja tego, że większość z pracowników w niektórych branżach przestawiła się na pracę zdalną – wskazuje dyrektor Działu Practice w Inetum Polska.

Wodór staje się kluczowym paliwem przyszłości

Pozyskiwanie energii elektrycznej z wodoru nie jest nowym tematem. Pierwsze artykuły naukowe o gospodarce wodorowej zaczęły pojawiać się w Polsce w latach ‘90, a na świecie parę lat wcześniej. Jednak ponieważ rozwój gospodarki wodorowej jest ściśle powiązany z rozwojem odnawialnych źródeł energii, stał się on topowym tematem w ostatnich latach – gdy walka o dekarbonizację światowych gospodarek przyspieszyła. Dzieje się tak dlatego, że przy oparciu gospodarki energetycznej o odnawialne źródła energii potrzebny jest sposób na magazynowanie i ustabilizowanie dostawy prądu. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi wodór. Obecnie czekamy na rozwój techniki w zakresie ogniw paliwowych, które pozwolą na wytwarzanie energii elektrycznej ze zmagazynowanego wodoru. W Polsce znajdują się ośrodki, które są zaangażowane w produkcję takich ogniw. Jest więc szansa na to, że Polska znajdzie się w grupie światowych producentów i dostarczycieli nowych technologii wodorowych.

– Gospodarka wodorowa rozwija się w kontekście dekarbonizacji i osiągania neutralności klimatycznej. Potrzebujemy nośnika molekularnego, który zastąpi źródła kopalne w charakterze stałego źródła prądu. Teraz taką rolę zaczyna odgrywać gaz – jako mniej emisyjne paliwo od węgla, ale jest to sytuacja przejściowa. Wodór już od teraz powinien być stosowany równolegle do gazu, a po 2040 roku ten gaz zastąpić – powiedziała serwisowi eNewsroom Magdalena Maj, starsza analityczka zespołu energii i klimatu w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Inwestycje związane z rozwijaniem gazowych sieci nie są więc nieuzasadnione. Po odpowiednim dostosowaniu będą mogły służyć także do przesyłania wodoru. Coraz więcej państw planuje oprzeć swoją gospodarkę energetyczną na wodorze. Japonia opracowała swoją strategię wodorową z końcem 2017 roku. Chociaż pierwotnie zakładała korzystanie z wysokoemisyjnego wodoru, teraz skręca w stronę zielonych rozwiązań. Strategię wodorową opublikowało także wiele innych krajów – zarówno z UE, jak i spoza Europy. Gospodarka wodorowa może się więc stać przyszłością światowej energetyki – przewiduje Maj.