Proacta wróciła na plus. Zysk netto wyniósł 0,6 mln zł po stracie rok wcześniej

Spółka bioinformatyczna Proacta S.A. zakończyła 2025 r. z przychodami i zrównanymi z nimi na poziomie prawie 12 mln zł, co oznacza wzrost o 179% r/r. EBITDA w analizowanym okresie wyniosła 3,4 mln zł względem ujemnej na poziomie 8,6 mln zł w poprzednim roku. Spółka osiągnęła zysk ze sprzedaży na poziomie 2,3 mln zł oraz zysk z działalności operacyjnej w wysokości 1,2 mln zł.  Zysk netto wyniósł prawie 0,6 mln zł wobec straty rok wcześniej. Miniony rok był dla Proacty okresem realizacji celów strategicznych, istotnego wzrostu skali działalności oraz dalszego umacniania pozycji w obszarze technologii medycznych, bioinformatyki i AI dla ochrony zdrowia. Efekty działań podjętych w 2025 r. znajdują już odzwierciedlenie zarówno w obszarze działalności operacyjnej, jak i w dalszej poprawie wyników finansowych spółki w pierwszym kwartale br.

2025 r. był dla nas okresem wyraźnej poprawy sytuacji finansowej oraz uporządkowania modelu działalności operacyjnej. Realizacja kontraktów dla renomowanych instytucji publicznych i medycznych pozwoliła nam zwiększyć skalę przychodów, poprawić rentowność oraz zbudować stabilną bazę do dalszego rozwoju. Jednocześnie konsekwentnie wzmacnialiśmy kompetencje w obszarze bioinformatyki, analizy danych medycznych i klinicznego AI/ML, co dziś przekłada się na możliwość realizacji projektów o coraz większej skali i stopniu zaawansowania technologicznego – podkreśla Paweł Ciesielka, Prezes Zarządu Proacta S.A.

W ubiegłym roku Proacta rozwijała dwa kluczowe obszary działalności: specjalistyczne usługi dla sektora ochrony zdrowia i instytucji publicznych oraz własne produkty MedTech oparte na analizie danych i sztucznej inteligencji.

W segmencie usług spółka pozyskała i realizowała szereg strategicznych kontraktów. W maju 2025 roku, działając w konsorcjum z Euvic S.A., zawarła czteroletnią umowę (z opcją przedłużenia na kolejne 2 lata) z Bankowym Funduszem Gwarancyjnym o wartości 17,5 mln zł brutto, przy 98-proc. udziale Proacta w wynagrodzeniu. W czerwcu podpisano dwie umowy z Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka WUM dotyczącą cyfrowej kolposkopii wspieranej algorytmami sztucznej inteligencji o wartości 6,8 mln zł oraz z Instytutem Fizjologii i Patologii Słuchu dotyczącą rozwoju systemu integrującego dane audiologiczne i genetyczne o wartości 4,9 mln zł. Równolegle spółka konsekwentnie wzmacniała swoją pozycję w środowisku medycznym i naukowym poprzez współpracę z Uniwersytetem Medycznym w Łodzi, udział w Polskiej Sieci Health Labs4Value oraz partnerstwo z Fundacją Healthcare Poland.

Równolegle Proacta rozwijała portfolio własnych produktów medycznych. Kluczowym projektem pozostaje platforma Dbam o siebie Smart Lab, będąca certyfikowanym wyrobem medycznym wykorzystującym algorytmy AI do analizy danych laboratoryjnych i telemedycznych oraz generowania spersonalizowanych raportów zdrowotnych. W 2025 roku rozpoczęto realizację projektu „Rozwój platformy do automatycznej analizy wyników badań laboratoryjnych w oparciu o rozwiązanie Dbam o Siebie Smart LAB”, który uzyskał blisko 4 mln zł dofinansowania z Agencji Badań Medycznych. W analizowanym okresie zakończono prace nad pierwszymi modułami systemu analitycznego, rozpoczęto integrację algorytmów z komponentem użytkowym oraz dostosowywanie modeli do konkretnych obszarów medycznych. Projekt wszedł również w etap pilotaży i Proof of Concept realizowanych z partnerami medycznymi, których celem jest potwierdzenie skuteczności klinicznej i operacyjnej rozwiązania przed komercyjnym skalowaniem. Dodatkowo trzy projekty z udziałem Proacta dotyczące optymalizacji farmakoterapii, analizy glikemii oraz kardioonkologii (i-COPE) – zostały zakwalifikowane do oceny merytorycznej w konkursie Agencji Badań Medycznych TRANSMED I, wzmacniając potencjał rozwoju kolejnych produktów i technologii spółki.

– Rozwój produktów własnych traktujemy jako jeden z najważniejszych elementów budowy wartości spółki w kolejnych latach. Wchodzimy w etap, w którym technologia musi być nie tylko rozwijana, ale przede wszystkim weryfikowana w praktyce klinicznej i przygotowywana do skalowania sprzedaży. Dlatego tak duże znaczenie mają dla nas pilotaże, współpraca z jednostkami medycznymi oraz bieżący feedback od lekarzy i specjalistów. Pozwalają one lepiej dopasować funkcjonalności do realnych potrzeb rynku, skracać drogę od koncepcji do wdrożenia oraz budować wiarygodność rozwiązań. W kolejnych okresach chcemy przekładać te działania na konkretne wdrożenia komercyjne i stopniowo zwiększać udział produktów własnych w strukturze przychodów spółki – podsumowuje Maciej Grzywacki, Wiceprezes Zarządu Proacta S.A.

Pierwsze komercyjne wdrożenie platformy Digital Breast Cancer Unit (DBCU), realizowane w tym roku dla Opolskiego Centrum Onkologii, było istotnym krokiem potwierdzającym potencjał rozwoju produktów własnych spółki. Rozwiązanie wspiera optymalizację diagnostyki i leczenia raka piersi poprzez integrację danych medycznych, wytycznych klinicznych oraz modeli predykcyjnych.

Minister Sprawiedliwości z karą od UODO. Chodzi o dane osobowe sędziów i aferę z 2019 r.

0

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych Mirosław Wróblewski nałożył na Ministra Sprawiedliwości administracyjną karę pieniężną w wysokości 100 tys. zł. Decyzja zapadła po postępowaniu dotyczącym sprawy znanej z doniesień medialnych jako tzw. afera hejterska z 2019 r.

Według UODO doszło do naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych sędziów. Dane pozyskane z zasobów kadrowych Ministerstwa Sprawiedliwości miały być wykorzystywane niezgodnie z prawem, w tym do celów politycznych i prywatnych. Organ nadzorczy uznał, że administrator danych, czyli Minister Sprawiedliwości, nie zapewnił odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych, które zapobiegłyby takim działaniom.

Sprawa znana jako „afera hejterska”

Sprawa naruszenia danych osobowych w Ministerstwie Sprawiedliwości została po raz pierwszy szerzej opisana w mediach w sierpniu 2019 r. Publikacje dotyczyły działań wymierzonych w sędziów krytycznych wobec zmian w wymiarze sprawiedliwości.

Według opisów medialnych oraz późniejszych ustaleń, informacje o sędziach miały być wykorzystywane do przygotowywania i rozpowszechniania treści o charakterze znieważającym lub dyskredytującym. W efekcie sędziowie stali się celem ataków publicznych.

UODO wszczął postępowanie administracyjne jeszcze w 2019 r., po zapoznaniu się z doniesieniami prasowymi. Ówczesny Minister Sprawiedliwości informował jednak, że w wyniku wewnętrznego postępowania wyjaśniającego nie stwierdzono incydentu o charakterze wycieku danych osobowych.

Prokuratura przekazała materiały dopiero w 2024 r.

Równolegle prowadzone było postępowanie karne w sprawie możliwego przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych. Jak wskazuje UODO, przez wiele lat organ nadzorczy bezskutecznie próbował uzyskać szczegółowe informacje o ustaleniach prokuratury.

Postępowanie prowadziły kolejno jednostki prokuratury w Lublinie i w Świdnicy. W odpowiedzi na pisma Prezesa UODO wskazywano, że ze względu na dobro śledztwa nie można przekazać bliższych informacji.

Dopiero w grudniu 2024 r. Prokuratura Regionalna we Wrocławiu udostępniła Prezesowi UODO materiał dowodowy z postępowania przygotowawczego. Zdaniem organu nadzorczego zgromadzony materiał był wystarczający do wydania decyzji administracyjnej.

Dane sędziów miały być używane poza zakresem upoważnień

Z ustaleń UODO wynika, że osoby mające dostęp do informacji z akt osobowych sędziów wykorzystywały te dane w sposób niezgodny z zakresem udzielonych upoważnień. Dane miały być przekazywane osobom nieupoważnionym, w tym innym funkcjonariuszom publicznym oraz dziennikarzom.

Organ wskazuje również, że część informacji była nielegalnie udostępniana w internecie, m.in. na platformie Twitter, obecnie X. Według ustaleń konto wykorzystywane do tych działań miało zostać założone za pośrednictwem adresu IP pochodzącego z puli przypisanej Ministerstwu Sprawiedliwości.

UODO podkreśla, że sprawa dotyczyła nie tylko zwykłych danych osobowych. Przedmiotem naruszeń miały być także dane szczególnej kategorii, w tym informacje dotyczące stanu zdrowia sędziów, ich poglądów politycznych oraz przynależności organizacyjnej.

Odpowiedzialność administratora danych

Prezes UODO zaznaczył, że decyzja administracyjna nie rozstrzyga o odpowiedzialności prawnej konkretnych osób, które faktycznie dokonały bezprawnego udostępnienia danych. Postępowanie prowadzone przez organ nadzorczy koncentrowało się na odpowiedzialności administratora danych, czyli Ministra Sprawiedliwości.

Zgodnie z RODO administrator musi wdrożyć odpowiednie środki techniczne i organizacyjne, które zapewnią zgodne z prawem przetwarzanie danych osobowych. Musi również zadbać o to, aby osoby mające dostęp do danych przetwarzały je wyłącznie na jego polecenie i w granicach udzielonych upoważnień.

W ocenie UODO w Ministerstwie Sprawiedliwości zabrakło skutecznego nadzoru nad tym, jak pracownicy i osoby upoważnione korzystają z dostępu do danych. Administrator nie miał zapewnić odpowiedniej kontroli nad procesem przetwarzania, co umożliwiło późniejsze nielegalne wykorzystanie informacji.

Naruszenia miały poważny charakter

UODO uznał, że naruszenia miały poważny charakter, ponieważ dotyczyły podstawowych zasad ochrony danych osobowych. Chodziło przede wszystkim o brak nadzoru nad wykorzystaniem udzielonych upoważnień oraz brak skutecznych mechanizmów zapobiegających przetwarzaniu danych w celach niezgodnych z prawem.

Organ nadzorczy wskazał również na szczególną rolę Ministra Sprawiedliwości jako konstytucyjnego organu państwa. Zdaniem UODO podmiot publiczny odpowiedzialny za obszar wymiaru sprawiedliwości powinien zapewniać najwyższy standard przestrzegania prawa, w tym ochrony danych osobowych.

W decyzji zwrócono uwagę, że Minister Sprawiedliwości, pełniąc istotną funkcję w systemie państwa, powinien dawać gwarancję poszanowania praw i wolności osób, których dane są przetwarzane. Dodatkowo sprawa dotyczyła sędziów, czyli osób wykonujących funkcję orzeczniczą.

UODO: kara była nieunikniona

Prezes UODO uznał, że nałożenie administracyjnej kary pieniężnej było w tej sprawie konieczne. W ocenie organu tylko kara finansowa może spełnić funkcję prewencyjną i przyczynić się do przestrzegania przepisów RODO przez administratora.

Na niekorzyść Ministra Sprawiedliwości przemawiało także zachowanie na początkowym etapie postępowania. W 2019 r. administrator poinformował, że nie doszło do wycieku danych z jego zbiorów. UODO wskazuje, że było to sprzeczne z późniejszymi ustaleniami prokuratury i utrudniło sprawne oraz wnikliwe przeprowadzenie postępowania.

Kara wyniosła 100 tys. zł. Zgodnie z RODO została wymierzona administratorowi danych osobowych, a nie konkretnym osobom, które mogły bezprawnie wykorzystywać dostęp do danych.

Możliwa odpowiedzialność osób upoważnionych

UODO przypomina, że przepisy o ochronie danych osobowych pozwalają ukarać administratora danych, jeżeli to on nie zapewnił odpowiednich warunków legalnego i bezpiecznego przetwarzania. Nie oznacza to jednak, że osoby bezpośrednio zaangażowane w naruszenia nie mogą ponieść odpowiedzialności na podstawie innych przepisów.

Administrator może dochodzić roszczeń wobec osób upoważnionych do przetwarzania danych m.in. na gruncie prawa pracy lub prawa cywilnego. W grę może wchodzić odpowiedzialność służbowa, odszkodowawcza lub regresowa.

Decyzja Prezesa UODO zamyka administracyjny etap sprawy po stronie organu ochrony danych, ale nie wyklucza dalszych konsekwencji wobec osób, które faktycznie uczestniczyły w nielegalnym pozyskiwaniu, przekazywaniu lub publikowaniu informacji o sędziach.

Widok z okna podbija ceny mieszkań. Za panoramę morza lub gór kupujący płacą nawet 40% więcej

Jeszcze dekadę temu o prestiżu mieszkania decydował głównie metraż i adres. Dziś coraz częściej najcenniejsza część nieruchomości znajduje się… za oknem. Analiza ofert mieszkań premium dostępnych w bazie portalu RynekPierwotny.pl pokazuje, że lokale z widokiem na morze, jezioro, góry czy park potrafią być droższe od podobnych mieszkań tej samej inwestycji, ale z gorszym widokiem nawet o 30-40 proc., a w skrajnych przypadkach różnice cenowe liczone są w milionach złotych.

Jak zauważają eksperci portalu RynekPierwotny.pl, zjawisko to nie dotyczy już wyłącznie luksusowych apartamentowców w centrach największych metropolii. Coraz wyraźniej widać je także na rynku mieszkań wakacyjnych, inwestycji położonych nad morzem, jeziorami czy w górach. Kupujący coraz częściej płacą bowiem nie tylko za sam lokal, ale również za przestrzeń, światło, prywatność i ponadprzeciętny komfort codziennego życia.

Tym sposobem najdroższe metry coraz częściej znajdują się za oknem.

Widok, który kosztuje więcej niż dodatkowy pokój

W nieruchomościach od lat obowiązuje zasada „lokalizacja, lokalizacja i jeszcze raz lokalizacja”. Dziś jednak coraz częściej integralną częścią tej lokalizacji staje się panorama rozpościerająca się z okien czy tarasów najbardziej pożądanych mieszkań.

W praktyce oznacza to, że dwa niemal identyczne lokale w tym samym budynku mogą różnić się ceną o kilkaset tysięcy złotych, a nawet znacznie więcej – wyłącznie ze względu na kondygnację, ekspozycję lub widok.

Najlepiej widać to w inwestycjach nadmorskich, gdzie kontakt z wodą stał się jednym z najdroższych towarów na rynku nieruchomości. To właśnie panorama na Bałtyk lub Zatokę Gdańską jest dziś jedną z najcenniejszych wartości dodanych mieszkania.

W Świnoujściu, które od kilku lat należy do najdroższych lokalizacji mieszkaniowych w Polsce, podobne lokale w inwestycjach premium potrafią osiągać diametralnie różne ceny tylko dlatego, że jeden znajduje się na wyższej kondygnacji lub oferuje lepszy widok na morze.

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl od dawna obserwują prostą zależność: im wyżej położony lokal i lepsza panorama, tym wyższa cena za metr kwadratowy. Najbardziej widoczne jest to w segmencie premium, gdzie najwyższe kondygnacje niemal zawsze zajmują największe i najdroższe apartamenty typu penthouse.

W Świnoujściu widok na Bałtyk może kosztować dodatkowe miliony

W nadmorskich projektach premium apartamenty położone na najwyższych piętrach potrafią osiągać ceny liczone w kilku-, a czasem wręcz kilkunastomilionowych kwotach.

Aktualnie w jednej ze świnoujskich inwestycji prezentowanych w bazie portalu RynekPierwotny.pl apartament o powierzchni 167 mkw. z panoramicznym widokiem na morze został wyceniony na blisko 9 mln zł, czyli około 52 tys. zł za mkw. Lokal znajduje się na ostatniej, siódmej kondygnacji luksusowego budynku położonego zaledwie 200 metrów od plaży.

Sęk w tym, że wspomniane 200 metrów zajmuje pas leśny typowy dla bezpośredniego sąsiedztwa bałtyckiej linii brzegowej. Taki układ sprawia, że panorama morza z najniższych kondygnacji jest mocno ograniczona lub wręcz niewidoczna.

Na tym przykładzie można pokusić się o orientacyjne oszacowanie wartości samego widoku w cenie mieszkania. Nie porównamy go wprawdzie z podobnym lokalem na parterze, ponieważ na najniższej kondygnacji zaprojektowano wyłącznie kompaktowe apartamentowe studia, a wraz z wysokością budynku rosną także metraże mieszkań – aż do największych penthouse’ów na ostatnim piętrze. To zresztą dość często spotykana metodyka projektowania analogicznych inwestycji w najpopularniejszych krajowych kurortach.

Tymczasem niewielkie mieszkania o powierzchni nieco ponad 30 mkw. na parterze omawianej inwestycji deweloper wycenił na około 925 tys. zł, czyli niespełna 30 tys. zł za mkw. To wyraźnie mniej niż w przypadku apartamentów zlokalizowanych na najwyższej kondygnacji, gdzie stawka przekracza już 52 tys. zł za mkw.

Różnica około 22 tys. zł na każdym metrze kwadratowym oznacza, że przy apartamencie o powierzchni 167 mkw. sama „premia za widok” może sięgać nawet około 3,7 mln zł.

Oczywiście porównujemy lokale o różnym metrażu i standardzie, jednak skala tych różnic dobrze pokazuje, jak ogromną rolę zaczyna dziś odgrywać panorama i wysokość położenia mieszkania. Tym bardziej, że koszt budowy metra kwadratowego nieruchomości pozostaje w praktyce niezależny od numeru kondygnacji. Można więc z pewnym przymrużeniem oka uznać wspomnianą różnicę za rynkową wycenę panoramy Bałtyku oglądanej z perspektywy najwyższego piętra.

Trójmiasto: każde piętro podnosi cenę

Podobny mechanizm coraz wyraźniej widać również w Trójmieście, choć oczywiście dotyczy to w pierwszym rzędzie inwestycji w odpowiedniej lokalizacji i większej liczbie kondygnacji.

W najbardziej reprezentatywnej pod tym względem, bo wielopiętrowej inwestycji zlokalizowanej w gdyńskim Redłowie zaledwie 500 m od plaży, analogiczne mieszkania 3-4 pokojowe o dużych metrażach zostały wycenione przez dewelopera na 16-17 tys. zł/mkw. na parterze i ponad 28 tys. na ostatnim 16-tym piętrze. Różnica rzędu 12 tys. zł za każdy mkw. na pewno może budzić respekt.

W praktyce oznacza to, że kilkanaście kondygnacji i nieporównywalnie lepszy widok, a z samej góry wprost na Zatokę Gdańską, mogą wywindować wartość mieszkania nawet o półtora miliona złotych i więcej. Co ciekawe, w tym przypadku bynajmniej nie chodzi o inwestycję stricte premium, ale jedynie w podwyższonym standardzie.

Co ważne, wyższa kondygnacja oznacza dziś nie tylko bardziej prestiżowy widok, ale także realne korzyści użytkowe: większą prywatność, lepsze doświetlenie mieszkania, mniej hałasu ulicznego oraz wyraźnie lepszą jakość powietrza w ruchliwych częściach dużych miast.

Jeszcze kilkanaście lat temu najwyższe piętra wielu budynków nie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Dziś sytuacja wygląda odwrotnie – to właśnie one są coraz częściej uznawane za najbardziej pożądane.

Mazury i góry też mają swoją premię za panoramę

Mechanizm „premii za widok” bardzo wyraźnie działa również w inwestycjach położonych nad jeziorami i w górskich kurortach.

Na Mazurach apartamenty z widokiem na wodę osiągają ceny wyraźnie wyższe od lokali o słabszej ekspozycji. W jednej z inwestycji położonej w Giżycku nad samym brzegiem jeziora Niegocin lokale w kameralnych 3-piętrowych apartamentowcach różnią się w cenie za mkw. pomiędzy parterem a najwyższą czwartą kondygnacją o niemal dokładnie jedną trzecią (20 tys. zł /mkw. vs. 27 tys.).

Podobnie wygląda sytuacja w polskich górach. W jednej z zakopiańskich inwestycji wzniesionej w pobliżu Starej Polany różnica w cenie mkw. apartamentów z parteru i ostatniej 4-tej kondygnacji wynosi nawet 40 proc. (22 tys. zł/mkw. vs. 31 tys.). To oznacza, że nawet przy niewielkim, kompaktowym wręcz lokalu 2-pokojowym za 3-cie piętro trzeba wyłożyć o 320 tys. zł więcej niż za parter.

Deweloperzy doskonale zdają sobie sprawę z wartości widoku. Dlatego nowe inwestycje nad morzem, jeziorami czy w górach coraz częściej projektowane są w taki sposób, aby możliwie największa liczba mieszkań miała choć częściową ekspozycję na wodę, zieleń lub panoramę okolicy.

To już nie detal architektoniczny, lecz jeden z najważniejszych elementów strategii sprzedażowej.

Widok staje się inwestycją

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl zwracają uwagę, że atrakcyjna panorama coraz częściej okazuje się jednym z najbardziej trwałych elementów wartości mieszkania.

Standard lokalu można podnieść remontem. Układ pomieszczeń można przebudować. Ale widoku na morze, jezioro, pasma górskie, park czy panoramę miasta praktycznie nie da się stworzyć od nowa.

Dlatego mieszkania z ponadprzeciętną ekspozycją zazwyczaj lepiej utrzymują wartość, szybciej drożeją i są znacznie łatwiejsze w odsprzedaży lub wynajmie.

W świecie coraz gęstszej zabudowy i ograniczonej przestrzeni atrakcyjny widok zaczyna stawać się zasobem równie deficytowym jak sama ziemia.

I być może właśnie dlatego za dobrą panoramę coraz częściej płaci się dziś jak za dodatkowy pokój – a czasem nawet znacznie więcej.

NBP utrzyma jastrzębi ton, ale bez podwyżki? RPP zdecyduje o stopach procentowych

Narodowy Bank Polski najprawdopodobniej pozostawi dziś stopy procentowe bez zmian trzeci miesiąc z rzędu. Według wszystkich 32 ekonomistów ankietowanych przez Bloomberg Rada Polityki Pieniężnej utrzyma główną stopę procentową na poziomie 3,75%. Taki scenariusz wydaje się obecnie najbardziej prawdopodobny, ponieważ najnowsze dane inflacyjne okazały się wyraźnie łagodniejsze od oczekiwań rynku. W maju inflacja w Polsce spadła do 3,1% rok do roku, wobec 3,2% w kwietniu. Był to wynik znacznie niższy od prognoz, które zakładały wzrost cen na poziomie 3,6%. Odczyt ten sugeruje, że presja cenowa pozostaje na razie ograniczona, a bank centralny nie ma pilnej potrzeby zaostrzania polityki pieniężnej. Niższa inflacja daje NBP więcej przestrzeni do spokojniejszej oceny sytuacji. Jednocześnie komunikacja banku centralnego może pozostać ostrożna i raczej jastrzębia, aby podkreślić gotowość do walki z inflacją, choć bez wyraźnego zaostrzania dotychczasowego tonu.

Za utrzymaniem stóp procentowych przemawia również słabsza aktywność gospodarcza. W pierwszym kwartale wzrost gospodarczy spowolnił, konsumenci ostrożniej podchodzą do wydatków, a dynamika płac jest najniższa od ponad pięciu lat. W takich warunkach podwyżka stóp mogłaby dodatkowo osłabić gospodarkę, ograniczając popyt i pogarszając warunki finansowania dla firm oraz gospodarstw domowych. Obecne ryzyka inflacyjne wynikają w dużej mierze z czynników zewnętrznych, takich jak ceny surowców czy napięcia geopolityczne, dlatego wyższe stopy procentowe mogłyby przynieść gospodarce więcej szkód niż korzyści.

Bank Pekao obniżył prognozę tegorocznego szczytu inflacji z 4% do 3,5% i przewiduje stabilizację stóp procentowych w 2026 roku. Taka ocena wzmacnia przekonanie, że Rada Polityki Pieniężnej będzie w najbliższym czasie unikać gwałtownych ruchów. Coraz więcej decydentów może też uznawać spowolnienie gospodarcze za większe zagrożenie niż sama inflacja, zwłaszcza jeśli kolejne dane potwierdzą słabszą konsumpcję i wolniejsze tempo wzrostu wynagrodzeń.

Na decyzje i komunikację NBP nakłada się również napięcie polityczne między prezesem banku centralnego Adamem Glapińskim a premierem Donaldem Tuskiem. Spór dotyczy między innymi zmian personalnych w zarządzie NBP oraz wcześniejszego pomysłu finansowania wydatków wojskowych z wykorzystaniem rezerw złota banku centralnego. Choć kwestie polityczne pozostają tłem dla decyzji monetarnych, mogą wpływać na odbiór działań banku i wzmacniać ostrożność w jego przekazie.

Obecna sytuacja wskazuje więc, że NBP nie ma istotnego powodu do podnoszenia stóp procentowych. Inflacja jest niższa od oczekiwań, a gospodarka pokazuje coraz wyraźniejsze oznaki osłabienia. Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie utrzyma ostrożny ton, aby nie osłabić wiarygodności w walce z inflacją, ale sama decyzja o pozostawieniu stóp bez zmian wydaje się być przesądzona.

Dino Polska z zarzutami UOKiK. Chodzi o porozumienie ograniczające kierowcom zmianę pracodawcy

0

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciwko Dino Polska oraz czterem firmom przewozowym obsługującym centra dystrybucyjne tej sieci handlowej. Zarzuty otrzymało również pięciu menedżerów. Sprawa dotyczy podejrzenia zawarcia porozumienia ograniczającego konkurencję na rynku pracy.

Według UOKiK przedsiębiorcy mogli uzgodnić zasady, które utrudniały kierowcom ciężarówek zmianę pracodawcy. W praktyce mogło to oznaczać ograniczenie mobilności pracowników, słabszą pozycję negocjacyjną oraz gorsze warunki zatrudnienia niż w warunkach normalnej konkurencji między firmami.

Zarzuty dla Dino, firm transportowych i menedżerów

Postępowanie prowadzone jest przeciwko spółce Dino Polska oraz firmom: Euro Finannce, Jar-Trans, Martrans Logistics i Mati-Trans. Zarzuty usłyszało także pięć osób fizycznych: trzech menedżerów z Dino Polska oraz po jednym menedżerze z Martrans i Mati-Trans.

UOKiK wskazuje, że osoby te mogły być osobiście odpowiedzialne za niedozwolone ustalenia. W przypadku przedsiębiorców kara za udział w zmowie może wynieść do 10 proc. obrotu. Menedżerom grozi natomiast sankcja finansowa do 2 mln zł.

— Ograniczanie pracownikom możliwości zatrudnienia i zmiany pracy to praktyki kojarzące się z XIX wiekiem, a nie z nowoczesną gospodarką. Rynek pracy powinien opierać się na wolnym wyborze, negocjowaniu warunków zatrudnienia i uczciwym konkurowaniu firm o pracowników. Dlatego przedsiębiorcy, którzy łamią prawo, muszą się liczyć z poważnymi konsekwencjami — mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

Trzymiesięczna „karencja” dla kierowców

Z ustaleń Urzędu wynika, że firmy transportowe mogły uzgodnić, iż nie będą zatrudniać kierowców pracujących u innych uczestników porozumienia. Mechanizm miał obejmować tzw. okres karencji. Przez trzy miesiące kierowca nie mógł przejść do innego przewoźnika, który również obsługiwał sieć Dino.

W ocenie UOKiK tego typu ustalenia mogły ograniczać konkurencję między firmami o pracowników. Jeżeli przedsiębiorcy wiedzieli, że inni uczestnicy porozumienia nie będą przejmować ich kierowców ani oferować im lepszych warunków, mogli mieć mniejszą presję na podnoszenie wynagrodzeń czy poprawę warunków zatrudnienia.

Celem takich działań mogło być zatrzymanie dotychczasowych pracowników, ograniczenie rotacji oraz zmniejszenie kosztów rekrutacji. Skutki mogły jednak ponosić przede wszystkim kierowcy, których możliwość swobodnej zmiany pracy została ograniczona.

Dino miało odgrywać kluczową rolę

Według UOKiK inicjatorem i organizatorem systemu mogła być spółka Dino Polska. Urząd podejrzewa, że to ona weryfikowała, czy konkretny kierowca może wjechać na teren centrum dystrybucyjnego.

Ewentualne odstępstwa od przyjętych ustaleń miały wymagać zgody Dino. Spółka mogła także wywierać presję na przewoźników, aby nie zatrudniali kierowców objętych okresem „karencji”.

Istotną część materiału dowodowego Urząd pozyskał podczas przeszukań w siedzibach firm. Zebrane dowody mają wskazywać na możliwość funkcjonowania niedozwolonego porozumienia między przedsiębiorcami.

Czym są porozumienia no-poach?

Podejrzewana praktyka należy do kategorii tzw. no-poach agreements, czyli porozumień, w ramach których firmy uzgadniają, że nie będą zatrudniać lub aktywnie pozyskiwać pracowników od siebie nawzajem.

Takie ustalenia są zakazane, ponieważ wpływają na jeden z kluczowych elementów konkurencji między przedsiębiorcami — rywalizację o pracowników. Firmy konkurują bowiem nie tylko ceną produktów czy jakością usług, ale również warunkami pracy, wysokością wynagrodzeń i atrakcyjnością zatrudnienia.

W praktyce porozumienia no-poach mogą prowadzić do ograniczenia wzrostu płac. Pracownicy mają wtedy mniejsze możliwości negocjacyjne, bo potencjalni nowi pracodawcy nie konkurują o nich w normalny sposób.

UOKiK koncentruje działania na największych uczestnikach

Prezes UOKiK przeanalizował również możliwy udział innych firm transportowych w porozumieniu. Ostatecznie postępowanie objęło cztery przedsiębiorstwa przewozowe.

Urząd wyjaśnia, że część mniejszych podmiotów z sektora MŚP nie została objęta zarzutami, ponieważ ich potencjalny udział w praktyce oraz wpływ na konkurencję uznano za ograniczone. Takie podejście ma pozwolić na skupienie działań na podmiotach, które mogły najsilniej oddziaływać na rynek.

To nie pierwsze działania UOKiK na rynku pracy

Sprawa Dino i przewoźników wpisuje się w szersze działania UOKiK dotyczące praktyk ograniczających konkurencję na rynku pracy. Urząd prowadzi już postępowanie przeciwko Jeronimo Martins Polska i przewoźnikom.

Równolegle trwa także postępowanie wyjaśniające dotyczące praktyk sieci Lidl i jej kontrahentów oraz możliwej zmowy firm transportowych.

Dla UOKiK rynek pracy jest jednym z obszarów, w których prawo konkurencji ma coraz większe znaczenie. Urząd podkreśla, że niedozwolone porozumienia nie muszą dotyczyć wyłącznie cen towarów czy usług. Mogą obejmować również wynagrodzenia, zasady rekrutacji i możliwość zmiany zatrudnienia przez pracowników.

Co dalej?

Postawienie zarzutów nie oznacza jeszcze stwierdzenia naruszenia prawa. Postępowanie ma wyjaśnić, czy Dino Polska, firmy przewozowe oraz wskazani menedżerowie rzeczywiście uczestniczyli w niedozwolonym porozumieniu.

Jeżeli zarzuty się potwierdzą, przedsiębiorcom grożą wysokie kary finansowe. Dla menedżerów konsekwencje również mogą być dotkliwe, ponieważ prawo przewiduje osobistą odpowiedzialność osób zarządzających za udział w antykonkurencyjnych ustaleniach.

RPP bez podwyżki stóp? Ostatnie dane zmniejszają presję na zmianę kursu

Czy stopy procentowe w Polsce zostaną utrzymane na dotychczasowym poziomie? Ostatnie dane przybliżają nas do tej hipotezy, jednak ostateczny werdykt poznamy wtorkowego popołudnia. W tym czasie krajowa waluta pozostaje pod silnym wpływem czynników zewnętrznych. Jest to konsekwencja dynamicznie rozwijającej się sytuacji na Bliskim Wschodzie, skutkującej częstymi zmianami narracji nawet w ciągu jednej sesji.

Co mówią dane, a co zrobi RPP?

Ostatnie dni rzuciły nowe światło na obawy inflacyjne w naszym kraju. Pierwszą niespodzianką był piątkowy, wstępny odczyt CPI za maj. Wzrost cen konsumenckich o 3,1% r/r pozostał w celu NBP, mimo oczekiwanego skoku z 3,2% r/r do 3,7% r/r. Wczoraj rynki dostały kolejny konkret, a mianowicie publikacje PKB. Krajowa gospodarka rośnie w tempie 0,6% k/k (prognoza 0,5% k/k) i 3,5% r/r (prognoza 3,4% r/r).Tempo wzrostu cen niższe od prognozowanego w połączeniu z szybszym rozwojem koniunktury to otoczenie tonujące obawy niekontrolowanego pogorszenia sytuacji w kraju. Takiego zdania jest większość analityków, którzy wskazują brak ruchu na dzisiejszym posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej. Oznaczałoby to pozostawienie stopy referencyjnej przy 3,75%. Jeżeli tak się stanie, koszt pieniądza nadal będzie wyższy od statystycznego wzrostu cen konsumenckich w gospodarce, a to także nie wywiera presji na podwyżki. Jeżeli jednak by do niej doszło, rynki zostaną zaskoczone, a forex mógłby doświadczyć umocnienia krajowej waluty.

Złoty pod presją czynników zewnętrznych

Skoro żyjemy w otoczeniu wojennym, a media karmią nas mocno spolaryzowanymi informacjami, to na rynku pojawia się dużo emocji. Te rządzą wykresami, a ostatni pokaz mieliśmy wczoraj przed godziną 16:00. Poweekendowy zawód rynków dotyczący braku postępów w sprawie porozumienia na linii USA-Iran pogłębił się po południu. W związku z intensyfikacją ataków Izraela w Libanie, strona irańska zagroziła zawieszeniem rozmów pokojowych. To był trigger do wzrostu notowań ropy – odmiana amerykańska wieczorem podeszła w okolice 94,5 USD za baryłkę. Skutek był natychmiast widoczny również na rynku walutowym, gdzie obserwowaliśmy ucieczkę do dolara i odpływ kapitału z walut rynków wschodzących. Tuż po newsie kurs EUR/USD runął do 1,16 USD. W tym samym czasie tracił złoty. Notowania EUR/PLN wzrosły do 4,24 PLN, a USD/PLN przebił 3,65 PLN. Zamieszanie szybko jednak dobiegło końca i już we wtorek o poranku dominuje narracja, jakoby Trump uzgodnił zawieszenie broni między Izraelem a Hezbollahem. To otwiera drogę do dalszych negocjacji na linii USD-Iran. Efektem jest wymazanie wczorajszych ruchów i powrót na poziomy sprzed gwałtownych szarpnięć. Pozostaje jednak wiele wątpliwości co do trwałości (a raczej kruchości) aktualnej „stabilizacji”, a największą są odmienne poglądy i niezadowolenie premiera Izraela. W przypadku jakiegokolwiek wzrostu ryzyka możemy spodziewać się ponownej ucieczki kapitału z walut rynków wschodzących i umocnienia dolara.

Dane makro znowu w kąt

Skoro rynki finansowe przekierowały swoją uwagę na geopolitykę, nikły wpływ na notowania walutowe miały najnowsze dane o PMI i ISM dla przemysłu. Są to wskaźniki próbujące określić sentyment na najbliższe miesiące w badanej gałęzi gospodarczej. Przyjmują wartości od 0 do 100 pkt. Poziom neutralny znajduje się w połowie. Wszystko co powyżej 50 pkt. sugeruje rozwój, poniżej – dekoniunkturę. PMI ze strefy euro spadł z 52,2 pkt. do 51,6 pkt. Zniżka była jednak płytsza od prognozowanej do poziomu 51,4 pkt. Nieco później poznaliśmy raport ISM dla przemysłu. Wzrost amerykańskiego indeksu z 52,7 pkt. do 54 pkt. był silniejszy od oczekiwanego 53 pkt. Zatem obydwa odczyty pozostają w strefie rozwoju, jednak za oceanem sytuacja zdaje się wyglądać delikatnie korzystniej. Lepsze prognozy nie wymuszają na żadnym z banków centralnych obniżek stóp w celu poprawy sytuacji. Czy to kolejny znak, że przyszłotygodniowa podwyżka EBC może się zmaterializować? Wielu analityków sugeruje, że tak. Patrząc na wykres eurodolara, który po wczorajszej redukcji ryzyka geopolitycznego szybko wrócił z 1,16 USD na 1,165 USD, możemy również wywnioskować, że rynek fundamentalnie dostrzega we wspólnej walucie siłę, która jednak może zostać zachwiana wskutek eskalacyjnych doniesień z Bliskiego Wschodu.

 

 

Dawid Górnyanalityk w InternetowyKantor.pl

Euforia wokół spółek kwantowych. Niskie przychody, wysokie straty i wielkie oczekiwania

Ostatnie wyniki kwartalne spółek z sektora komputerów kwantowych ponownie wywołały silną falę zainteresowania inwestorów. Rynek zareagował klasycznie dla fazy wczesnej spekulacji technologicznej, czyli bardzo optymistycznie.

Inwestorzy koncentrują się na dynamice wzrostu przychodów i pierwszych oznakach komercyjnych kontraktów, jednocześnie w dużej mierze ignorują wciąż bardzo odległy etap dojrzałości technologii.

– Już w 2025 r. spółki te rosły na amerykańskiej giełdzie o kilkaset procent – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Sobierajski. – Teraz inwestorzy wśród tych spółek szukają Świętego Graala, mającego szanse na gigantyczne wzrosty w kolejnych latach.

Najbardziej wyróżniającym się raport przedstawiła spółka Quantum Computing Inc., która pokazała przychody na poziomie około 3,69 mln USD wobec zaledwie 39 tys. USD rok wcześniej, co oznacza wielokrotny wzrost bazy przychodowej. Wynik ten przebił oczekiwania analityków, które wynosiły około 3,13 mln USD. Jednocześnie spółka nadal pozostaje nierentowna i odnotowała istotną stratę netto rzędu około 4 mln USD, przy jednoczesnym wzroście kosztów operacyjnych. Mimo tego kurs akcji reagował bardzo dynamicznie, rosnąc o ponad 30% w jednej sesji, co pokazuje, jak silnie rynek dyskontuje przyszły potencjał zamiast bieżącej rentowności.

Rigetti Computing w I kw. 2026 r. osiągnęła około 4,4 mln USD przychodów, co oznacza wzrost o ponad 200% rok do roku i lekkie przebicie oczekiwań rynkowych. Spółka nadal generuje znaczące straty operacyjne rzędu około 26 mln USD w kwartale. Warto jednak podkreślić, że Rigetti zakończyło kwartał z bardzo mocną pozycją gotówkową sięgającą około 569 mln USD i praktycznie zerowym zadłużeniem, co daje mu relatywnie komfortowy bufor finansowy w dalszym rozwoju.

D-Wave Quantum przedstawiło bardziej złożony obraz. Przychody w kwartale wyniosły około 2,9 mln USD i były niższe rok do roku, co wynikało z efektu wysokiej bazy porównawczej. Jednocześnie spółka pokazała bardzo silny wzrost tzw. bookings, które wzrosły do około 33 mln USD z poziomu około 1,6 mln USD rok wcześniej. Oznacza to wielokrotny wzrost przyszłych zobowiązań kontraktowych i jest interpretowane przez rynek jako ważniejszy wskaźnik niż bieżące przychody w tak wczesnej fazie rozwoju. Strata operacyjna pozostaje jednak wysoka, przekraczając 30 mln USD.

– Inwestorzy ponownie uwierzyli w to, że komercjalizacja ich rozwiązań jest już bliska skoro tak bardzo wzrosły ich przychody w porównaniu do poprzednich lat – komentuje ekspert XTB.

Spółki raportują bardzo wysokie dynamiki wzrostu przychodów procentowo, ale z bardzo niskiej bazy, nominalnie są to nadal biznesy o niewielkiej skali. Wszystkie firmy pozostają nierentowne, a ich modele biznesowe są wciąż w fazie eksperymentalno-komercyjnej.

W branży nadal dominuje przekonanie, że pełna komercjalizacja komputerów kwantowych, rozumiana jako stabilne, skalowalne i szeroko używane zastosowania przemysłowe, pozostaje odległa. W wielu analizach i wcześniejszych ocenach wskazuje się, że realny moment szerokiego wdrożenia tej technologii może przypaść dopiero na początek kolejnej dekady.

Obecne zachowanie rynku wskazuje na wyraźne oderwanie wyceny od bieżącej fazy rozwoju technologii. Inwestorzy zdają się w dużej mierze dyskontować scenariusz bardzo szybkiej adopcji, mimo że zarówno struktura przychodów, jak i poziom strat oraz charakter kontraktów sugerują, że sektor pozostaje na etapie wczesnej eksploracji rynku, a nie jego realnej komercjalizacji.

– Komercjalizacja tej technologii to dopiero kwestia przyszłej dekady i jest to optymistyczna wersja przedstawiana przez ekspertów od komputerów kwantowych – dodaje M.Sobierajski z XTB. – Nie należy spodziewać się jednak ich szerokiej komercjalizacji.

W efekcie mamy do czynienia z klasycznym dla nowych technologii etapem silnej euforii rynkowej, w którym narracja o przyszłym potencjale dominuje nad twardymi fundamentami finansowymi, a wyceny zaczynają odzwierciedlać bardziej oczekiwania niż aktualny stan rozwoju branży.

Rynek czekał jednak przede wszystkim na wynik kwartalny Nvidii, który miał zadecydować o nastroju inwestorów. Nvidia zamknęła sezon wyników z hukiem. Kolejny rekordowy kwartał i pobicie oczekiwań zarówno w ujęciu przychodów, jak i zysków. Tego rekordu jednak nie było widać na kursie spółki. Mimo że spółka znajduje się blisko szczytu, to po publikacji fenomenalnych wyników zanotowała ona spadki.

Przychody Nvidii wzrosły w Q4 2025 do 68,12 mld USD wobec 39,331 mld USD w Q4 2024. Jest to fantastyczny wzrost. Dlaczego jednak w tym samym czasie zapasy wzrosły z 10 mld USD do 21,4 mld USD, jeśli na rynku jest taki niedobór? Nie wiadomo czy wzrost wartości zapasów jest tak duży, by wytłumaczyć wzrost większy o niemal 40%.

Nowy model Veeam ma pomóc firmom ocenić realną gotowość do bezpiecznego AI

Niemal 70% przedsiębiorstw na świecie wykorzystuje już sztuczną inteligencję w wielu obszarach działalności lub traktuje ją jako jeden z kluczowych elementów operacyjnych – wynika z badania Emerald Research Group przeprowadzonego na zlecenie Veeam. Jednocześnie aż czterech na pięciu menedżerów uważa, że ich firmy będą gotowe do bezpiecznego rozwijania AI w ciągu najbliższych dwóch lat.

Jednak za deklaracjami często nie stoją konkretne mechanizmy kontrolne. Blisko połowa respondentów przyznała, że przekonanie o gotowości firmy wynika bardziej z intuicji niż z możliwości przedstawienia weryfikowalnych dowodów potwierdzających bezpieczeństwo i zgodność z regulacjami ich środowisk AI.

Rosnąca luka zaufania

Zarządy przedsiębiorstw coraz częściej przekonują się, że wdrożenie AI jest znacznie prostsze niż późniejsze utrzymanie nad nią pełnej kontroli. Dotyczy to szczególnie firm rozwijających autonomiczne agenty AI, które działają z szybkością maszynową i podejmują decyzje na podstawie ogromnych zbiorów danych. W takich warunkach brak widoczności, odpowiedzialności i nadzoru staje się czynnikiem realnego ryzyka biznesowego.

Ponieważ systemy AI w coraz większym stopniu zależą od dostępu do danych, wyzwaniem nie jest już wyłącznie samo wdrożenie sztucznej inteligencji, ale zapewnienie, że dane, na których się opiera, są zaufane, właściwie zarządzane i odporne.

Jak wynika z badania Veeam, ponad połowa firm w ciągu ostatnich 18 miesięcy ograniczyła zakres projektów związanych ze sztuczną inteligencją, 4 na 10 odnotowały opóźnienia, a 28% całkowicie zamknęło wybrane inicjatywy. Co istotne, przyczyny problemów mają głównie charakter operacyjny, a nie techniczny – respondenci wskazywali przede wszystkim na niedobory kompetencji, trudności integracji AI z istniejącymi procesami, niepewność regulacyjną oraz wyzwania związane z jakością danych i możliwością wyjaśnienia działania algorytmów.

Wiele firm bardzo szybko przechodzi od eksperymentów do produkcyjnego wykorzystania sztucznej inteligencji, ale równocześnie nie buduje w tym samym tempie mechanizmów nadzoru, bezpieczeństwa i odpowiedzialności. W efekcie zarządy często nie mają pełnego obrazu rzeczywistego poziomu ryzyka.

Dodatkowym wyzwaniem pozostaje kwestia gotowości do poddania się kontroli przez podmioty zewnętrzne. Chociaż większość przedsiębiorstw deklaruje posiadanie formalnych reguł zarządzania AI, tylko około jedna trzecia byłaby w stanie natychmiast przedstawić pełną dokumentację wymaganą przez regulatora lub audytora. W praktyce oznacza to, że tempo wdrażania AI wyprzedza rozwój procedur zapewniających zgodność i bezpieczeństwo.

Potrzebny jest obiektywny model oceny

W odpowiedzi na wyzwania, z którymi mierzą się przedsiębiorstwa wdrażające sztuczną inteligencję, Veeam Software opracował Data and AI Trust Maturity Model – model opracowany po to, aby pomagać organizacjom oceniać i porównywać ich podejście do zarządzania AI. Jest on przygotowany na podstawie badań Emerald Research Group i zweryfikowany we współpracy z klientami. Umożliwia organizacjom nie tylko ocenę własnego podejścia do AI, ale także porównanie go z praktykami innych firm oraz identyfikację obszarów wymagających wzmocnienia.

Model nie ogranicza się do analizy środowisk AI. Sprawdza również, jak faktycznie działają mechanizmy kontroli, procesy ładu zarządczego oraz codzienne reguły operacyjne. Ocenia dojrzałość organizacji w 12 wymiarach i pokazuje jej rozwój na pięciu etapach – od działań reaktywnych i rozproszonych po zaawansowane, samodoskonalące się przedsiębiorstwa.

Etapy te pokazują, jak firmy przechodzą od doraźnych działań do spójnego, proaktywnego i stale doskonalonego podejścia do zarządzania danymi, sztuczną inteligencją oraz ryzykiem. Im wyższy poziom dojrzałości, tym większa zdolność organizacji do wykazania, że zachowuje ona kontrolę nad środowiskami AI, potrafi jasno określać odpowiedzialność i budować zaufanie do wykorzystywanych rozwiązań.

12 wymiarów modelu obejmuje kluczowe obszary, takie jak kontekstowe rozumienie danych, strategia zarządzania ryzykiem związanym z danymi, zarządzanie tożsamością i dostępem, bezpieczeństwo AI i systemów agentowych, bezpieczeństwo danych, zgodność z regulacjami oraz ochrona prywatności. Lista ta uwzględnia także kopie zapasowe i odzyskiwanie danych, architekturę i mobilność danych, odporność systemów AI i systemów agentowych, a także gotowość podmiotu do rozwijania i wdrażania sztucznej inteligencji.

Łącząc te elementy, model daje pełny obraz tego, jak firma zarządza danymi, bezpieczeństwem i odpornością. Dzięki temu liderzy mogą wskazać luki, wzmocnić mechanizmy kontroli i ustalić priorytety działań potrzebnych do bezpiecznego, odpornego i godnego zaufania skalowania AI.

Od diagnozy do planu działania

Framework będzie wykorzystywany przez specjalistów Veeam do świadczenia usługi Data and AI Trust Maturity Assessment. Jej celem jest skonfrontowanie deklarowanej gotowości przedsiębiorstw z rzeczywistym stanem ich środowiska AI. Efektem przeprowadzanej ewaluacji ma być nie tylko punktowa ocena dojrzałości firm, ale również porównanie wyników z innymi podmiotami oraz wskazanie obszarów wymagających poprawy. Klienci otrzymają także praktyczną mapę działań zwiększających poziom zaufania do AI oraz raporty wspierające zarządy podczas audytów i procesów nadzorczych.

Takie podejście jest szczególnie istotne w czasach, gdy sztuczna inteligencja coraz częściej staje się elementem krytycznych procesów biznesowych. Wraz z rozwojem autonomicznych agentów AI firmy muszą być w stanie nie tylko korzystać z nowych możliwości, ale również rozumieć sposób działania tych systemów, kontrolować ich decyzje oraz móc udowodnić zgodność z wymaganiami regulacyjnymi.

Dojrzałość w obszarze sztucznej inteligencji nie jest już wyłącznie kwestią innowacyjności, ale także zaufania do danych, ładu zarządczego i odporności. W najbliższych latach zdolność do wykazania kontroli nad danymi i środowiskami AI będzie miała kluczowe znaczenie dla tego, jak przedsiębiorstwa będą mogły skalować AI, utrzymywać zgodność z regulacjami oraz budować zaufanie klientów, partnerów i regulatorów.

Co piąty pracownik na świecie korzysta z AI niemal codziennie. Polska i Europa w tyle

  • Połowa pracowników na świecie korzysta z AI kilka razy w tygodniu, w tym co piąty (20%) korzysta z niej niemal codziennie
  • W Polsce 12% pracowników korzysta z AI niemal codziennie, a 28% – kilka razy w tygodniu
  • Zaawansowani użytkownicy AI deklarują wyższe zaangażowanie i mniejszy negatywny stres niż osoby niekorzystające, ale częściej kwestionują swoją produktywność.

Generatywna sztuczna inteligencja[1] jest już częścią codziennej pracy. Według najnowszej edycji raportu ADP Research „People at Work 2026” średnio 30% pracowników na świecie korzysta z niej wiele razy w tygodniu, a co piąty pracownik – prawie codziennie. To pokazuje, jak szybko technologia ta stała się rutynowym narzędziem pracy.

Polska jednak znacząco odbiega od światowej czołówki. W naszym kraju do codziennego korzystania z programów zaliczanych do genAI przyznaje się 12% badanych. Kolejne 28% używa ich w pracy kilka razy w tygodniu. Średnią światową podnoszą rynki wschodzące. W Europie korzystanie z generatywnej sztucznej inteligencji jest umiarkowane. Niższe od Polski nasycenie AI występuje np. w Szwecji, Francji i Czechach. Liderami są Szwajcaria (21% codziennego stosowania) oraz Wielka Brytania (20%).

30% pracowników korzystających z AI na co dzień deklaruje pełne zaangażowanie w swoje obowiązki. Jednak badanie ADP obnaża drugą stronę medalu: stosunek do własnej produktywności. Osoby regularnie pracujące z AI aż czterokrotnie częściej oceniają swoją efektywność jako niższą w porównaniu z tymi, którzy z technologii nie korzystają wcale. To sugeruje, że głęboka integracja AI z codzienną rutyną obniża satysfakcję z własnych dokonań. Ponieważ narzędzia te przejmują powtarzalne zadania i otwierają przestrzeń na działania strategiczne, tradycyjne wskaźniki efektywności przestają działać. Firmy pilnie potrzebują nowych metod i kryteriów oceny pracy swoich zespołów.

– AI redefiniuje dotychczasowy model pracy, który – jak wyraźnie widać – przestał gwarantować pracownikom poczucie efektywności. Sama nauka nowych narzędzi to za mało; kluczem jest umiejętność płynnego wdrożenia ich w codzienne procesy. Tylko wtedy będziemy w stanie precyzyjnie zidentyfikować, gdzie pojawiają się realne wzrosty, a gdzie spadki produktywności. Taka wiedza pozwala na mądre zarządzanie technologią i uwolnienie czasu na zadania, które wymagają kreatywności, ludzkiego osądu oraz bezpośrednich relacji. To także jasna wskazówka dla pracodawców: organizacje muszą pilnie zainwestować w szkolenia dedykowane efektywnej kooperacji z AI, strategicznemu planowaniu pracy oraz nowoczesnej ocenie wyników – mówi Anna Barbachowska, dyrektorka HR w ADP Polska.

Regularne korzystanie z AI zwiększa zaangażowanie i redukuje stres w pracy

Wykorzystanie sztucznej inteligencji może znacząco wpływać na poprawę komfortu pracy (employee experience). Według badania zaledwie 11% osób codziennie korzystających z AI odczuwa negatywny stres – to ponad dwukrotnie mniej niż w przypadku pracowników, którzy nie używają tych narzędzi (23%). Zaawansowani użytkownicy AI częściej deklarują, że pracują zespołowo, oraz wykazują większe zadowolenie ze swoich zespołów i cech współpracowników. Co ciekawe, osoby korzystające z AI niemal każdego dnia rzadziej obawiają się likwidacji swojego stanowiska. Wskazuje to na silny związek między regularnym używaniem nowoczesnych technologii a poczuciem stabilności i pewnością siebie w sferze zawodowej.

AI nie tylko zmienia sposób wykonywania pracy, ale też stosunek pracownika do osiąganych efektów. Z naszych danych wynika jednak ciekawy paradoks: ceną za wyższe zaangażowanie i niższy poziom stresu bywa obniżone poczucie własnej produktywności. To ogromne pole do popisu dla liderów organizacji. Pracodawcy, którzy aktywnie wspierają zespoły we wdrażaniu nowych nawyków technologicznych, mogą stworzyć środowisko, w którym sztuczna inteligencja przestaje być czynnikiem rozpraszającym, a staje się pełnoprawnym cyfrowym współpracownikiem – mówi Nela Richardson, główna ekonomistka ADP.

Najczęściej AI używa Hinduska, a najrzadziej – Japończyk

Stopień adaptacji sztucznej inteligencji wyraźnie różni się w zależności od regionu. Globalnymi liderami pod względem codziennego wykorzystania AI są Indie (41%), Nigeria (39%) oraz Wietnam (36%). Na drugim biegunie jest Japonia (8%), Szwecja (10%), Holandia (11%).

Raport odzwierciedla też kluczowe trendy na badanych rynkach, które mają wpływ na wykorzystanie AI w pracy w zależności od grupy demograficznej i typu pracy.

  • Wiek a AI: W Polsce po sztuczną inteligencję najchętniej sięgają najmłodsi pracownicy w wieku 18–24 lata (16% korzysta z niej niemal codziennie). W starszych grupach wiekowych odsetek ten stopniowo spada, osiągając 8% wśród osób powyżej 55. roku życia. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w Chinach, gdzie nasycenie tą technologią jest wyższe w najstarszej badanej grupie (19%) niż w najmłodszej (16%).
  • Geografia płci: W Polsce kobiety i mężczyźni korzystają z genAI niemal w równym stopniu. Duże różnice pod tym względem występują w USA: 53% mężczyzn i 33% kobiet sięga po AI co najmniej kilka razy w tygodniu. Z kolei w Egipcie to 64% mężczyzn i 81% kobiet, a w Wietnamie – 66% mężczyzn i 76% kobiet. 44% kobiet w Indiach sięga po AI niemal codziennie – to światowy rekord. Wśród mężczyzn najniższy wskaźnik ma Japonia (8%).
  • Wielkość organizacji: W Polsce skala przedsiębiorstwa nie ma znaczenia – po genAI równie często sięgają pracownicy firm zatrudniających do 250 osób, jak i korporacji liczących powyżej tysiąca zatrudnionych. Z kolei na rynkach wschodzących, takich jak Indie, Nigeria czy Wietnam, codzienne wykorzystanie AI wyraźnie rośnie wraz z wielkością organizacji.
  • Rosnące zaufanie: Polacy stopniowo oswajają nową technologię. Obecnie 11% badanych uważa, że AI stanowi realne wsparcie w codziennych obowiązkach (wzrost z 9% rok do roku). Jednocześnie poziom obaw pozostaje stabilny – utraty zatrudnienia na rzecz algorytmów wciąż obawia się 7% respondentów. Pozytywne nastawienie najszybciej rośnie wśród najmłodszych (do 24. roku życia) – skok z 11% do 15% w ciągu roku.
  • Podział według profesji: Pozytywne odczucia wobec AI rosną też powoli w zależności od rodzaju kwalifikacji. Obecnie w Polsce 15% pracowników umysłowych uważa, że AI pozytywnie wpłynie na ich pracę w najbliższym czasie (rok temu – 13%). Wskaźnik ten też nieco wzrósł wśród pracowników wykonujących zaawansowane prace fizyczne z 10% do11%). Nie zmienił się natomiast wśród osób, których praca polega na wykonywaniu powtarzalnych czynności (4%).

O metodologii raportu „People at work 2026”

Raport „People at Work 2026” zawiera wyniki badania ilościowego przeprowadzonego przez ADP Research w ramach corocznego Global Workforce Survey, w którym wzięło udział ponad 39 tys. pracujących dorosłych na 36 rynkach. Celem badania było poznanie nastrojów pracowników na świecie i przeanalizowanie, jak radzą sobie oni ze złożonością zmieniającego się świata. Raport przedstawia dane dotyczące nastrojów pracowników, przefiltrowane według regionu geograficznego, rodzaju pracy i innych aspektów, stanowiąc precyzyjny i szczegółowy obraz globalnego świata pracy. Wyniki który może być wykorzystany do lepszego zrozumienia ich zasobów i stymulowania rozwoju poprzez podejmowanie decyzji dotyczących talentów w oparciu o dane.

W Global Workforce Survey zebrano odpowiedzi w okresie od 21 lipca do 4 sierpnia 2025 r. z losowej próby, podzielonej według wieku i płci, ponad 39 tys. pracowników z 36 krajów, aby umożliwić regionalne i rynkowe porównanie nastrojów pracowników. Respondenci pochodzili z różnych branż, mieli różne wykształcenie, wykonywali pracę stacjonarną i zdalną, prezentowali różne stopnie zaawansowania i różne zestawy kompetencji. Rekrutowali się zarówno spośród stanowisk kierowniczych, jak i indywidualnych, z organizacji różnej wielkości.

[1] Badani byli pytani o częstotliwość używania programów i aplikacji takich jak ChatGPT, Gemini Midjourney i podobne.

Obowiązkowy KSeF w 2026 roku. Dlaczego sam rządowy system nie wystarczy Twojej firmie?

Cyfrowa transformacja polskiego biznesu właśnie weszła w swoją najbardziej decydującą fazę. Wprowadzenie Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF) to jedna z największych zmian w polskiej księgowości ostatnich lat, która bezpowrotnie zmienia zasady gry w zarządzaniu dokumentami. Od 2026 roku każda firma w Polsce ma obowiązek odbierać i wystawiać faktury ustrukturyzowane, co oznacza definitywny koniec ery tradycyjnych papierów i luźnych plików PDF. Nowe przepisy nakładają na firmy i księgowość zupełnie nowe obowiązki.

Dla wielu przedsiębiorców naturalnym odruchem było założenie, że skoro system jest rządowy i obowiązkowy, to darmowe, ministerialne narzędzia udostępnione na portalach publicznych będą w zupełności wystarczające do prowadzenia biznesu. Rzeczywistość rynkowa w 2026 roku brutalnie jednak weryfikuje to podejście. Sama rządowa platforma to jedynie techniczna bramka – narzędzie czysto przesyłowe, a nie system stworzony do wygodnej, codziennej pracy w firmie. Dlaczego warto poszukać lepszego rozwiązania i jak nowoczesna technologia może uratować Twój biznes przed informacyjnym chaosem?

Dlaczego sam dostęp do KSeF nie zapewnia wygodnej pracy?

Krajowy System e-Faktur w swoim podstawowym założeniu służy administracji skarbowej do monitorowania obrotu gospodarczego w czasie rzeczywistym. Ministerialna platforma operuje na tzw. plikach XML. Dla ludzkiego oka taki plik to nieczytelny ciąg linii kodu, znaczników i skomplikowanych danych technicznych. Kiedy logujesz się na rządową stronę, uzyskujesz po prostu suchy wgląd do bazy danych. Nie znajdziesz tam jednak przejrzystego, intuicyjnego panelu, który ułatwiłby kategoryzację wydatków, opisywanie dokumentów czy bieżącą analizę finansową.

Używanie wyłącznie ministerialnej bramki wiąże się z szeregiem wyzwań, które na dłuższą metę paraliżują działanie przedsiębiorstwa. Każdorazowe sprawdzanie, czy kontrahent wystawił fakturę, wymaga ręcznego logowania i autoryzacji Profilem Zaufanym lub tokenem. Rządowy system nie wyśle do Ciebie powiadomienia, że na Twój NIP wpłynął nowy koszt. Co więcej, na państwowej platformie nie opiszesz faktury merytorycznie dla swojej księgowej i nie powiążesz jej z konkretnym projektem.

Z tego powodu przedsiębiorcy masowo sięgają po rozwiązania komercyjne, takie jak aplikacja do KSeF Scanye. Scanye pobiera dane z rządowej bramki automatycznie co dwie godziny, bez jakiegokolwiek udziału użytkownika, i zamienia surowy kod XML w czytelny i tradycyjny obraz faktury. Informację o nowym dokumencie kosztowym otrzymujesz natychmiast na telefon lub komputer, dzięki czemu od pierwszego dnia zyskujesz pełną kontrolę i święty spokój.

Jak automatyczne ścieżki akceptacji kosztów w Scanye chronią Twój budżet?

W małych, średnich i dużych organizacjach proces opłacania faktur bywa skomplikowany. Tradycyjnie dokument musiał fizycznie wędrować od pracownika, który dokonał zakupu, przez kierownika działu, aż po dyrektora finansowego lub właściciela firmy, który ostatecznie zlecał przelew. W świecie cyfrowych e-faktur ten rozproszony model bez centralnego systemu zarządzania natychmiast generuje straty finansowe i operacyjne. Brak jasnej odpowiedzialności sprawia, że dokumenty mogą utknąć w gąszczu maili, co prowadzi do opóźnień w płatnościach i narastających odsetek.

Koniec z chaosem i zaginionymi fakturami

Nowoczesna platforma Scanye dla firm i działów księgowych całkowicie rewolucjonizuje ten proces. Narzędzie pozwala wdrożyć wewnątrz firmy automatyczne ścieżki akceptacji kosztów (tzw. workflow), w pełni dopasowane do struktury organizacyjnej Twojego przedsiębiorstwa. Jak to działa w praktyce?

  1. Automatyczne pobranie i filtr: Faktura trafia z KSeF bezpośrednio do Scanye.

  2. Inteligentny podział: Na podstawie ustalonych wcześniej w systemie kategorii wydatku lub po nazwie kontrahenta system automatycznie przypisuje fakturę do właściwej osoby lub osób decyzyjnych.

  3. Weryfikacja merytoryczna: Kierownik projektu dostaje powiadomienie i jednym kliknięciem potwierdza zasadność kosztu na swoim smartfonie, zanim dokument w ogóle trafi do kolejki księgowej.

  4. Wielopoziomowość: Możesz tworzyć zaawansowane reguły – np. wydatki powyżej 10 000 zł wymagają dodatkowej akceptacji dyrektora zarządzającego lub CFO.

Dzięki temu zyskujesz 100% szczelności procesów kosztowych w firmie. Każda decyzja zakupowa zostawia trwały cyfrowy ślad (dokładnie wiadomo, kto i kiedy zatwierdził dany wydatek), co stanowi potężną ochronę prawną podczas ewentualnych audytów czy kontroli skarbowych.

Kontrola rentowności małej firmy i JDG na wyciągnięcie ręki

Dla właścicieli jednoosobowych działalności gospodarczych (JDG) oraz mikroprzedsiębiorstw największą zmorą bywa codzienna „papierologia”. Tracenie godzin na ręczne przepisywanie danych do arkuszy kalkulacyjnych czy dowożenie segregatorów z dokumentami do biura rachunkowego pod koniec miesiąca to marnowanie potencjału, który można przeznaczyć na rozwój biznesu i pozyskiwanie klientów. Co gorsza, dowiadywanie się o aktualnej sytuacji finansowej firmy dopiero ex post (czyli po zamknięciu miesiąca przez biuro rachunkowe) uniemożliwia szybkie reagowanie na spadki marży.

Wdrożenie Scanye drastycznie zmienia tę sytuację. Narzędzie to nie jest jedynie odpowiedzią na twardy obowiązek prawny, ale staje się systemem wsparcia biznesowego. Bieżąca kontrola rentowności małej firmy staje się niezwykle prosta dzięki zaawansowanym funkcjom kategoryzacji i oznaczania wydatków. Już na etapie akceptacji faktury możesz przypisać dany wydatek do konkretnego klienta czy zlecenia. W efekcie w czasie rzeczywistym widzisz, które projekty generują oczekiwane zyski, a gdzie koszty zaczynają niebezpiecznie wymykać się spod kontroli.

Obsługa kosztów spoza systemu KSeF

Warto pamiętać, że Krajowy System e-Faktur w 2026 roku nie obejmuje absolutnie wszystkich dokumentów finansowych. W codziennym prowadzeniu biznesu wciąż stykasz się z wydatkami, które nie przechodzą przez rządową bramkę – są to m.in. faktury zagraniczne od zagranicznych kontrahentów, dokumenty od podmiotów zwolnionych z VAT czy drobne paragony (np. za paliwo czy parkingi opłacane gotówką). Gdybyś korzystał wyłącznie z rządowego portalu, te dokumenty musiałbyś gromadzić i rozliczać zupełnie osobnymi, tradycyjnymi kanałami.

Scanye eliminuje tę dwoistość. Aplikacja posiada wbudowany, inteligentny system OCR. Jeśli otrzymasz papierowy paragon po prostu zrobisz mu zdjęcie smartfonem a plik znajdzie się w systemie, w przypadku faktury zagranicznej otrzymanej na maila – plik wgrasz z komputera do panelu. System automatycznie odczyta kwoty, stawki podatkowe oraz dane dostawcy i połączy je w jednym, przejrzystym widoku z fakturami pobranymi z KSeF.

Dzięki temu Twoja księgowość zyskuje komplet danych, a Ty zyskujesz bezcenny czas i pewność, że żaden koszt nie zginie w portfelu czy samochodowym schowku. Scanye integruje się z 13 najpopularniejszymi programami księgowymi w Polsce (np. Comarch ERP Optima, InsERT, Symfonia), co oznacza, że Twoje biuro rachunkowe jednym kliknięciem pobierze gotową, zweryfikowaną przez Ciebie paczkę danych bez konieczności ręcznego wklepywania dokumentów.

W erze KSeF w 2026 roku wygrywają te firmy, które zamiast traktować nowe prawo jako bolesną konieczność, wykorzystują je jako pretekst do pełnej, nowoczesnej cyfryzacji. Zainstalowanie intuicyjnej aplikacji Scanye na komputerze oraz smartfonie (iOS/Android) zajmuje tylko chwilę, a korzyści w postaci zaoszczędzonego czasu, idealnego porządku w finansach i pełnej ochrony przed chaosem biurokracji będą procentować przez długie lata.