Millennium Leasing sfinansuje w tym roku maszyny, pojazdy i urządzenia warte ponad 2,5 mld zł

CEO Magazyn Polska

Mimo niskich stóp procentowych i dużej konkurencji na rynku przedsiębiorstw leasingowych Millennium Leasing liczy na powtórzenie lub poprawienie ubiegłorocznego rekordowego wyniku. Wówczas firma sfinansowała transakcje na ponad 2,5 mld zł. Jak zapewnia prezes Millennium Leasing, w tym roku próg ten także zostanie przekroczony.

Wartość nowo zawartych umów po trzech kwartałach to blisko 2 mld zł mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wojciech Rybak, prezes zarządu Millennium Leasing. Planujemy, że w IV kw. ta kwota będzie również znacząca, ponieważ IV kw. jest z reguły najlepszy. Na pewno nowo podpisane umowy będą warte ponad 2,5 mld zł.

Millennium Leasing zwraca uwagę na to, że obecnie wszystkie instytucje zajmujące się finansowaniem mają niższe przychody z powodu bardzo niskich stóp procentowych, co jest wyraźnie odczuwalne nie tylko przez firmy leasingowe, lecz także przez banki czy instytucje pożyczkowe. Stopy procentowe spadają w Polsce od 3,5 roku, a od 2,5 osiągają kolejne rekordowo niskie poziomy. Od marca br. stopa podstawowa NBP wynosi 1,5 proc.

– Widzimy także bardzo dużą konkurencję na rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Wojciech Rybak, prezes zarządu Millennium Leasing. – Konkurencję pośród firm leasingowych, która powoduje stopniowe obniżanie się marży, co z jednej strony jest korzystne dla polskich przedsiębiorców, ale z drugiej strony powoduje obniżanie się typowego przychodu odsetkowego. To, co jest naszym wyzwaniem, to po pierwsze utrzymanie albo wzrost naszych przychodów, a po drugie, optymalizowanie procesów biznesowych, które pozwolą na utrzymywanie rentowności na niezmniejszonym poziomie pomimo niekorzystnego środowiska.

Jak podaje firma, po trzech kwartałach 2015 roku wartość portfela Millennium Leasing wynosiła 4,5 mld zł i była o niemal 10 proc. wyższa niż rok wcześniej. Najmocniejszym segmentem działalności firmy jest leasing pojazdów ciężkich, gdzie ma ona drugie miejsce na rynku z udziałem 8,4 proc. W ciągu dziewięciu miesięcy 2015 roku Millennium Leasing sfinansowało transakcje w tym obszarze za 661,5 mln zł. O 35 mln zł mniej zawarto w tym czasie umów o leasing maszyn i urządzeń. Tu jednak, na mniejszym rynku, udział firmy był wyższy i wyniósł 8,6 proc. Natomiast w finansowaniu nieruchomości udział ten sięgnął 13,5 proc., choć wartościowo było to 120 mln zł.

Jak zapewnia prezes Millennium Leasing, firma chce intensywnie rozwijać działalność w sektorze samochodów do 3,5 t, gdzie widzi dla siebie perspektywę szybkiego rozwoju.

Dzisiaj mamy bardzo dobrą pozycję na rynku transportu ciężkiego oraz na rynku maszyn i urządzeń i w tych obszarach zamierzamy kontynuować dotychczasową politykę, utrzymując się w czołówce zapowiada prezes zarządu Millennium Leasing. Natomiast cały czas uważamy, że istnieje potencjał do wzrostu w transakcjach mniejszych, przy samochodach do 3,5 tony, tam będziemy szukali naszej szansy na zwiększanie udziału w rynku.

Radpol liczy na liczne zamówienia w energetyce w ramach perspektywy unijnej 2014–2020. Spółka optymalizuje produkcję i szykuje się do działalności eksportowej

CEO Magazyn Polska

Nowa unijna perspektywa finansowa to szansa na wiele zamówień dla firm wytwarzających produkty dla energetyki i ciepłownictwa. Spółka Radpol spodziewa się istotnego wzrostu zamówień na produkty finansowane ze środków unijnych. W ciągu najbliższych trzech lat cały rynek powinien się rozwijać w tempie wyższym niż 5 proc. rocznie, a niewykluczone są wzrosty nawet o kilkanaście procent.

Radpol jest w przededniu bardzo dobrego okresu prosperity ze względu na fundusze unijne związane z budżetem w perspektywie do 2020 roku – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Daniel Dajewski, prezes zarządu spółki Radpol, producenta i dostawcy zaawansowanych produktów dla energetyki, ciepłownictwa, instalacji wodnych, kanalizacyjnych i gazowych. – Dużo pieniędzy ma być wydane na poprawę infrastruktury, odbudowę czy budowę sieci ciepłowniczych oraz sieci energetycznych.

Według Umowy Partnerstwa, dokumentu podpisanego przez rząd z Komisją Europejską, w nowej unijnej perspektywie finansowej z tymi zagadnieniami związany jest pakiet trzech celów: wsparcie przejścia na gospodarkę niskoemisyjną (6,8 mld euro), promowanie dostosowania do zmian klimatycznych (556 mln euro) oraz ochrona środowiska naturalnego i wspieranie efektywności wykorzystania zasobów naturalnych (5,5 mld euro).

To segmenty, w których jesteśmy obecnie, nie bez kozery mamy hasło „Inspired by Energy” (inspiruje nas energia), bo w zasadzie większość naszych produktów służy do transmisji energii i w tym zakresie chcemy działać, rozwijać się i wykorzystywać unijne pieniądze – przekonuje Daniel Dajewski. – Pytanie tylko, czy naprawdę możemy liczyć na to, że w 2016 roku cały nowy budżet będzie już płynny czy ze względu na różnego rodzaju zmiany to się opóźni i środki pojawią się realnie w większej skali w drugiej połowie przyszłego roku albo nawet w 2017 roku.

Zdaniem Daniela Dajewskiego w rezultacie rozpoczęcia nowej perspektywy unijnej w ciągu najbliższych trzech lat cały rynek energetyczny i ciepłowniczy powinien rosnąć w tempie co najmniej pięciu procent rocznie, a możliwe są także wzrosty na poziomie kilkunastu procent.

Oczywiście mamy ambicje, żeby rozwijać się szybciej – zapewnia Daniel Dajewski. – Ale ogólnie to są segmenty, które mają taki potencjał wzrostowy związany z transferem unijnych pieniędzy na krajowy rynek.

Aby jak najlepiej wykorzystać nową perspektywę finansową, spółka podnosi zdolności produkcyjne między innymi poprzez usprawnienia operacyjne. Samo przeniesienie fabryki Finpol Rohr z Warszawy do Lublina, które ma się zakończyć pod koniec roku, powinno zwiększyć moce produkcyjne bez znaczących inwestycji, a głównie poprzez efekt synergii kosztowej, przynajmniej o jedną piątą.

Mamy w planie także konkretne inwestycje, które docelowo mogą spowodować, że zakład tak naprawdę podwoi moce produkcyjne ciepłownictwa – ocenia Daniel Dajewski. – Każdy z naszych obiektów ma jeszcze ukryte moce produkcyjne, które możemy zwiększyć w perspektywie od 2016 roku. Potrzebujemy roku organicznego wzrostu, stabilizacji sytuacji, CAPEX-u (z ang. capital expenditures, czyli wydatki inwestycyjne na rozwój produktu lub wdrożenie – red.) na poziomie amortyzacji, może lekko mniejszego, ale już wygenerowanego w kierunku typowych produktów rozwojowych, wzrostu mocy produkcyjnych. To tak naprawdę już się to dzieje.

Rosną także zdolności produkcyjne zakładu Wirbet, trwa certyfikacja słupów dla kolejnictwa i likwidacja grup produktowych z niewielką marżą. W dywizji wodno-kanalizacyjno-gazowej (wod-kan-gaz) przedsiębiorstwo zakłada poprawę planowania produkcji i zarządzania zakupami surowców. W części ciepłowniczej ubiega się o otrzymanie certyfikacji kompletnych systemów na rynki europejskie.

Kończymy obecnie certyfikację Euro Heat and Power na systemy ciepłownicze, odbyły się już pierwsze dostawy testowe, które wypadły dobrze – ocenia Daniel Dajewski. – Jest to jeden z elementów szerokiego programu akceptacji nas jako dostawcy systemów ciepłowniczych, chociażby na rynek niemiecki. To nie tylko kwestia certyfikacji, lecz także audytów i wymogów formalnych. Uważam, że zakończymy to w czwartym kwartale i w przyszłym roku pojawią się z tego tytułu konkretne wyniki sprzedażowe.

Spółka wiąże także nadzieje z rynkiem wschodnim.

Tam też może się więcej dziać, jeśli sytuacja się ustabilizuje – uważa Daniel Dajewski. – Kończymy certyfikację również na niektóre produkty energetyczne, w związku z czym tu także powinniśmy odnotować przyrost. Zatrudniliśmy nowego szefa eksportu, reorganizujemy dział i podejmujemy działania, których dzisiaj nie widać jeszcze w wynikach, ale które powodują, że wiemy, co i na którym rynku chcemy osiągnąć.

Gekoplast, piąty producent płyt komórkowych w Europie, zamierza wskoczyć na podium

0

CEO Magazyn Polska

Spadek cen surowców, korzystne umowy z ich dostawcami i zwiększanie mocy produkcyjnych wpłynęły na wzrost przychodów i zysków Gekoplastu. Producent polipropylenowych płyt komórkowych w trzecim kwartale roku osiągnął 1,8 mln zysku netto, czyli o 113 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Spółka zamierza do końca roku przekroczyć 6 mln zł zysku, a w ciągu kilku lat zdobyć trzecią pozycję w Europie.

Po trzech kwartałach osiągnęliśmy już poziom wyników z zeszłego roku. Zgodnie z prognozą chcemy, żeby wynik netto przekroczył 6 mln zł. On będzie pomniejszony księgowo o 1 mln zł, jako że sprzedaliśmy nieruchomość z taką właśnie księgową stratą – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Górowski, prezes zarządu Gekoplast. – Natomiast jest to w pełni realizacja naszych wcześniejszych zamierzeń, prognoz i potwierdza, że przyjęta strategia jest jak najbardziej efektywna.

Spółka jest jednym z europejskich liderów wśród producentów płyt komórkowych z polipropylenu używanych do produkcji opakowań, w branży AGD czy motoryzacji.

Gekoplast jest niekwestionowanym liderem na rynku Europy Środkowej w zakresie płyty komórkowej i plasuje się na piątym miejscu, jeśli chodzi o europejskich producentów – twierdzi Piotr Górowski. – Stale poprawiamy swoją pozycję na tym rynku poprzez zwiększanie możliwości produkcyjnych i sprzedaż wyrobów z płyt komórkowych. Myślę, że w dalej będziemy poszerzać ten asortyment produktów i w krótkim czasie będziemy w pierwszej trójce.

Jak zaznacza, spółka konsekwentnie realizuje strategię opartą na zwiększaniu sprzedaży przy coraz lepszym wykorzystaniu mocy produkcyjnych. Oprócz tego, dobre wyniki to zasługa dobrej współpracy z dostawcami surowców, z którymi spółka ma podpisane umowy bonusowe.

Daje nam to prawo naliczenia bonusu przy realizacji określonych ilości zakupów. I za pierwszy kwartał zrealizowaliśmy część tej umowy i zaliczyliśmy sobie bonus w wysokości 0,5 mln zł – chwali się Piotr Górowski. – Natomiast do końca roku ten bonus na pewno wzrośnie, ponieważ cały czas kupujemy surowce od tego dostawcy i ten bonus na koniec roku będzie zdecydowanie większy – dodaje.

Spółka podaje, że w zeszłym roku wspomniany bonus wyniósł 0,8 mln zł. Według prognoz w 2015 roku ich łączna wartość wyniesie 1,3 mln zł. Zysk netto natomiast ma oscylować wokół 6,3 mln zł, a przychody nieco poniżej 90 mln zł.

Po trzech kwartałach 2015 roku spółka zanotowała 65 mln zł przychodów (+12,6 proc. wobec analogicznego okresu 2014 r.) i 7,3 mln zł wyniku EBITDA (+34 proc.). Zysk netto wzrósł w ujęciu rok do roku o 42 proc., przekraczając 4,2 mln zł.

Trzy kwartały tego roku były dla nas bardzo pozytywnym okresem, szczególnie ten ostatni kwartał przyniósł nam bardzo dobre wyniki – mówi Górowski – Mieliśmy duże wzrosty cen surowców w II kw., co w jakimś stopniu odbiło się na naszych wynikach finansowych. Natomiast tak jak sądziliśmy, sytuacja się odwróciła i w III kw. ceny spadły. Myślę, że to na przestrzeni całego roku się już wyrównało i stąd te wyniki są dokładnie takie, jak zakładaliśmy.

W nowej perspektywie UE zbyt mało środków na walkę z wykluczeniem cyfrowym. Problem dotyczy nawet 9 mln osób

Na cyfrową modernizację szkół ze środków unijnych trafi pięciokrotnie mniej pieniędzy niż przewidywano. 900 mln zł zamiast deklarowanych 4,5 mld zł pozwoli na objęcie wsparciem infrastrukturalnym tylko 8 proc. szkół i przeszkolenie 2,5 proc. nauczycieli. Problem wykluczenia cyfrowego w Polsce jest bardzo poważny – ok. 9 mln osób po 50 roku życia nie korzysta z internetu. 

Na przyszłą perspektywę finansową, która jest ostatnim źródłem finansowania inwestycji, nie zaplanowaliśmy w Polsce dostatecznie wysokiej alokacji środków na kompetencje cyfrowe. Może to dziwić, dlatego że 9 mln ludzi, którzy nie korzystają z internetu, to chyba największy problem cywilizacyjny – powiedział w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Głomb, prezes zarządu Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”. – Okazuje się jednak, że środkami, które miały wspierać rozwój programu „Cyfrowa szkoła”, będziemy w stanie objąć mniej niż 10 proc. polskich szkół, a działaniami związanymi z podnoszeniem poziomu kompetencji cyfrowych nauczycieli ok. 3 proc. z nich.

W ostatnich latach deklarowano, że upowszechnienie kompetencji cyfrowych będzie priorytetem w perspektywie budżetowej na lata 2014–2020. Resort edukacji zrealizował pilotażowy program „Cyfrowa szkoła”, a jego doświadczenia miały posłużyć do realizacji programu cyfrowej modernizacji szkół do 2020 roku. Planowano, że na ten cel trafi 4,5 mld zł. Podczas II Kongresu Polski Cyfrowej eksperci informowali, że z analizy przyjętych programów operacyjnych wynika, że środków będzie kilkukrotnie mniej – zaledwie 900 mln zł.

Polsce potrzebny jest program rządowy oparty o środki budżetu państwa, nie tylko środki unijne, bo te już zostały rozdysponowane i w tym zakresie niewiele będziemy w stanie już zrobić. Potrzebny jest bardzo mocny program budowania kompetencji cyfrowych osób dorosłych, oparty na doświadczeniach „Polski cyfrowej równych szans”, programu, który dobrze się sprawdził i jest dobrze działającym systemem wsparcia dla tej grupy, a jego efekty nie podlegają dyskusji – powiedział podczas konferencji prasowej Krzysztof Głomb.

Polska była jedynym krajem w Unii, który opracował i uzgodnił z Komisją Europejską program operacyjny dotyczący tematyki cyfrowej. W jego ramach zaprojektowano oś priorytetową odnoszącą się do upowszechniania kompetencji cyfrowych dorosłych. W programie zaplanowano przeszkolenie zaledwie 400 tys. osób w latach 2014–2020. Szacuje się, że poza światem internetu jest 9 mln osób, co oznacza, że na wsparcie może liczyć zaledwie 5 proc. cyfrowo wykluczonych.

Mowa o podstawowych kompetencjach, nie rynku pracy, ale związanych z życiem codziennym, z komunikowaniem się z rodziną. Już na samym początku drogi wiemy, że zaledwie kilka procent osób, które potrzebują takiego wsparcia, będzie mogło je uzyskać. O środki będzie ostry bój, co nie zawsze ma dobry wpływ na efekty merytoryczne takiego procesu – zaznacza prezes Stowarzyszenia „Miasta w Internecie”.

W latach 2012–2015 w ramach jednego projektu „Polska cyfrowa równych szans” w świat internetu wprowadzono 275 tys. osób po 50. roku życia. Na działania 3.1 programu w zakresie edukacji cyfrowej ma trafić blisko 900 mln zł. Wskaźniki dotyczące wykluczenia cyfrowego w Polsce są jednymi z najwyższych wyników w Unii.

To praktycznie 30 proc. całej grupy osób w wieku 18+. Co trzeci Polak jest analfabetą cyfrowym, a tacy z pewnością nie zbudują gospodarki, wiedzy ani społeczeństwa, które może globalnie konkurować na poziomie najważniejszych wskaźników. Polska musi to zmienić. To ważniejsze niż autostrady czy chodniki. Ludzie powinni być kreatywni i mieć odpowiednie przygotowanie, aby tradycyjne czynności realizować już w świecie cyfrowym – wskazuje Krzysztof Głomb.

Z danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że tylko 10 proc. osób między 16. a 74. rokiem życia ma wysokie umiejętności cyfrowe, a 29 proc. – średnie. Pozostałe osoby mają niskie umiejętności lub żadne. Nieobecność w sieci powoduje negatywne skutki społeczne – ogranicza dostęp do kultury czy usług publicznych. Integracja cyfrowa większej grupy Polaków oznacza też większe możliwości podejmowania pracy lub zwiększania zarobków, a to oznacza wyższe lub dodatkowe składki na NFZ czy ZUS.

Kilka lat temu poprosiliśmy PwC, aby spróbował oszacować skutki takiego wykluczenia w grupie 45+. Na podstawie metodologii, która jest uznawana w Europie, uznano, że kosztuje nas to około 24 mld zł rocznie. To ogromna kwota. Gdyby choć kilka procent tej sumy rocznie przeznaczyć na inwestycje w kompetencje cyfrowe, efekty z pewnością byłyby bardzo dobre – podkreśla Krzysztof Głomb.

Era węgla na świecie się kończy. Instytucje finansowe niechętne inwestycjom w projekty węglowe

CEO Magazyn Polska

Odchodzenie od węgla w światowej energetyce może spowodować, że instytucje finansowe będą mniej chętnie patrzeć na finansowanie inwestycji węglowych. To może być zaś problematyczne dla polskiego sektora energetycznego, bo według rządowych dokumentów węgiel ma być dominującym surowcem do 2050 roku. Krajowy rynek energetyczny czeka szereg inwestycji, dlatego firmy z branży – wykonawcy i dostawcy technologii – uważają go za bardzo perspektywiczny.

Era węgla powoli się kończy, dlatego największym niedogodnością, przeszkadzającą w kontynuacji projektów będzie niechętne podejście sektora finansowego do tego typu inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Mariusz Marciniak, dyrektor sprzedaży na Polskę i kraje Europy Środkowo-Wschodniej w Doosan Power Systems, dostawcy technologii dla energetyki. – Myślę, że powinniśmy, jako Polska, prowadzić własną mądrą politykę, ponieważ nie ma kraju tak zależnego od węgla w Europie, a i na świecie jest ich niewiele.

Konieczność modernizacji polskiej energetyki wiąże się z jednej strony ze stanem infrastruktury. Z drugiej strony zmiany wymusza polityka klimatyczna Unii Europejskiej. Za tym idą również nakłady finansowe. Polskie koncerny energetycznie nie powinny więc mieć problemów z pozyskaniem finansowania.

Duzi gracze krajowi, grupy energetyczne, mają bardzo dobre wyniki finansowe i banki komercyjne chętniej bezpośrednio udzielają im kredytów – ocenia dyrektor w Doosan Power Systems. – Natomiast mniejsi inwestorzy, mniejsze firmy albo duże projekty będą wymagały zupełnie innej formuły. Nie tylko znalezienia EPC kontraktora [odpowiadającego za usługi inżynieryjne, dostawy i budowę – red.], lecz także partnera, który pomoże zorganizować finansowanie.

Doosan Power Systems z centralą w Seulu jest dostawcą podzespołów dla nowoczesnych elektrowni. Z Polską spółka wiąże szczególne nadzieje.

Polska jest dla nas jednym z kluczowych rynków, drugim jest Turcja – mówi Marciniak. – Po prostu uznano, że te rynki w sferze energetyki mają najwięcej do zaoferowania i są najbardziej perspektywiczne z rynków europejskich.

Polską energetykę czekają duże inwestycje. Jak wynika z przeprowadzonej w ubiegłym roku przez Urząd Regulacji Energetyki ankiety wśród koncernów energetycznych, w latach 2014–2028 nakłady inwestycyjne w energetyce sięgną 54 mld zł. Zostaną one przeznaczone na nowe moce wytwórcze (modernizacja istniejących źródeł będzie kosztowała ponad 12 mld zł). Biorąc pod uwagę technologie wytwarzania energii, największy udział we wszystkich inwestycjach będą mieć farmy wiatrowe (40 proc.) oraz jednostki wytwórcze opalane węglem kamiennym (32 proc.). Ministerstwo Gospodarki w dokumencie „Polityka energetyczna Polski do 2050 roku” zakłada, że w ciągu najbliższych 30 lat polska strategia się nie zmieni i węgiel pozostanie głównym surowcem zasilającym elektrownie.

Koreański koncern liczy na to, że jego międzynarodowe doświadczenie i zdobyta wiedza przydadzą się też w Polsce.

Wiele dużych inwestycji energetycznych napotyka na problemy podczas realizacji. Jest sztuka zarządzania projektami i myślę, że powinniśmy się w tej sztuce kształcić – zwraca uwagę Mariusz Marciniak. – Potrzebna jest aktywna rozmowa między dostawcami a inwestorami w procesie przygotowania inwestycji, jeszcze przed procesem przetargowym, ponieważ obie firmy mają w tym zakresie doświadczenia. Dostawcy technologii mają po kilkadziesiąt, kilkaset referencji, więc często warto słuchać ich rekomendacji. 

W styczniu ma ruszyć akcja serwisowa w Volkswagenie. Działania naprawcze mogą nie wyeliminować roszczeń konsumentów

CEO Magazyn Polska

System manipulujący poziomem emisji spalin może się znajdować nawet w 170 tys. samochodów koncernu Volkswagen w Polsce. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie wyjaśniające, będzie też na bieżąco analizował działania naprawcze. Akcja serwisowa ma ruszyć w styczniu. Pierwsi klienci już są zapraszani do salonów. Koncern jednak i tak musi liczyć się z ryzykiem roszczeń, które mogą być warte nawet kilka miliardów euro.

Wada może dotyczyć od 140 do nawet 170 tys. samochodów w Polsce. Wpisując na stronach internetowych numer swojego silnika, można ustalić, czy problem wadliwości dotyczy silnika danego samochodu z grupy Volkswagen, bo dotyczy to również aut Škody, Seata i Audi. Szacuje się, że nawet tysiąc samochodów w kraju jeździ z wadą polegającą na zwiększonej emisji spalin – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Mariusz Kowolik, radca prawny z Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

We wrześniu ujawniono, że Volkswagen w swoich samochodach z silnikiem Diesla (typ EA 189) instalował oprogramowanie fałszujące wyniki testów emisji spalin. Oprogramowanie zostało tak zaprojektowane, by rozpoznawało warunki, które przypominają test badający emisję spalin. Po wykryciu testu przełączało się w tryb ograniczający normy emisji tlenków azotu, a w warunkach rzeczywistych wracało do normalnego stanu. Z danych koncernu wynika, że wadliwe oprogramowanie znajduje się w 11 mln samochodów, z czego ponad 8 mln sprzedano w Unii Europejskiej.

W Polsce postępowanie wyjaśniające wszczął UOKiK. Urząd wezwał koncern do przekazania informacji, które pozwolą ustalić, czy są podstawy do postawienia zarzutu naruszenia zbiorowych interesów konsumentów.

Urząd zbiera dokumenty, wsparł się także działaniami Transportowego Dozoru Technicznego. Wszyscy konsumenci i przedsiębiorcy w Polsce czekają z niecierpliwością na wyniki postępowań. Według informacji, które znajdują się na stronach urzędów, pierwsze wyjaśnienia i pierwsze działania już zostały  podjęte przez Volkswagen Polska – wskazuje Kowolik.

Choć wciąż nie ma potwierdzenia, jakie dokładnie działania ma podjąć koncern Volkswagena, to część działań naprawczych ma dotyczyć modyfikacji oprogramowania, co ma wyeliminować problem. Producent sygnalizował także, że w niektórych przypadkach konieczna może być również ingerencja w elementy mechaniczne, w silnik – będzie to dotyczyć przede wszystkim pojazdów o pojemności silnika 1,6 litra.

Nad zakresem i sposobem przeprowadzenia programu naprawczego powinny czuwać odpowiednie urzędy państwowe w Polsce, ponieważ Volkswagen musi zapewnić, że wszystkie parametry silnika będą zgodne ze świadectwem homologacji. Mamy sygnały z Niemiec, gdzie postępowania są już prowadzone, że naprawa samochodów może doprowadzić z jednej strony do polepszenia parametrów w zakresie emisji spalin, ale może też doprowadzić do pogorszenia innych parametrów, mówi się szczególnie o spadku mocy silników – wskazuje Kowolik.

Jeszcze w tym roku ma być gotowe rozwiązanie software’owe dla silników dieslowskich o pojemności do 2 litrów, a w przyszłym roku powinno rozpocząć się jego wprowadzanie.

Pierwsi klienci w Polsce już otrzymali pisma wzywające do przeprowadzenia darmowej akcji naprawczej. Jak podkreśla radca prawny, objęte działaniami mają też zostać samochody już po gwarancji. Volkswagen będzie starał się wyeliminować skutki uboczne i w ten sposób zmniejszyć ryzyko roszczeń konsumentów, jednak zdaniem Kowolika roszczenia będą się pojawiać. Tylko w samej Europie wartość roszczeń to kilka miliardów euro.

Jeżeli Volkswagen i dilerzy Volkswagena nie przeprowadzą działań informacyjnych, tonujących obecnie panujące nastroje roszczeniowe wobec firmy i sieci dilerskiej, spodziewam się, że konsumenci w przeciągu najbliższych 2–3 miesięcy złożą pierwsze skuteczne roszczenia, a to może się już odbić bardzo niekorzystnie na wynikach wszystkich spółek – przekonuje Mariusz Kowolik.

Z chmur obliczeniowych będzie korzystać coraz więcej firm. Wraz ze wzrostem poziomu zabezpieczeń, rośnie też zaufanie przedsiębiorców do tego rozwiązania

CEO Magazyn Polska

Na przeniesienie danych do chmury obliczeniowej decyduje się coraz więcej przedsiębiorstw. Mogą dzięki temu zmniejszyć koszty i zyskać dostęp do usług, które wcześniej nie były tak łatwo osiągalne. Kluczowe dla użytkowników i dostawców jest zaufanie i bezpieczeństwo danych.

Kwestia zaufania do chmury jest jednym z krytycznych obszarów dla klientów. Praktycznie codziennie dowiadujemy się o atakach hakerskich, naruszeniu bezpieczeństwa i wypływie danych – mówi agencji Newseria Agata Szeliga, partner w Kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak. – Sprostać takim wyzwaniom mogą tylko najbogatsze firmy. Przejście na chmurę obliczeniową wydaje się więc ciekawym i rozsądnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, których nie stać na wdrożenie najnowszych technologii i wydanie dużych środków na zabezpieczenie się przed atakami.

W dotychczasowym modelu kwestie informatyczne raczej pozostawały w wewnętrznych działach IT, a za bezpieczeństwo odpowiadali administratorzy bezpieczeństwa informacji. Przesunięcie zadań do zewnętrznego dostawcy powoduje, że odpowiedzialność ponoszą zarówno użytkownik, jak i dostawca. Jest to regulowane przez przepisy prawa, które określają ramy użycia chmury, oraz umowy między dwiema stronami.

Dzisiaj, kiedy przenosimy coraz więcej rzeczy do chmury, odpowiedzialność za ich bezpieczeństwo i administrowanie jest warunkowana umową z dostawcą usługi. Budzi to potrzebę odpowiedniego poziomu zaufania do dostawcy. Tym bardziej ważne jest więc zdawanie sobie sprawy z tego, że pewne istotne ograniczenia techniczne, organizacyjne i prawne nie są już dzisiaj tylko w rękach techników, że odpowiadają za nie także inne osoby, które nam w tym pomagają, prawnicy czy szefowie biznesowi – mówi Michał Jaworski, członek zarządu Microsoft.

Zmiany technologiczne wymagają też zmian w prawie. Wymagania muszą być stale podnoszone, więc rozwiązania prawne, które sprawdzały się jeszcze kilka lat temu, dziś nie wystarczają. 6 października br. Trybunał Sprawiedliwości UE zanegował program „bezpieczna przystań” [umowa Safe Harbour między UE a USA z 2000 roku], dotyczący transferu danych osobowych do USA.

Jak podkreślają eksperci, konsekwencje tego wyroku nie muszą być odczuwalne przez użytkowników chmury. W nowoczesnych rozwiązaniach, m.in. firmy Microsoft, stosowane są standardowe europejskie klauzule umowne, które nadają odpowiedni poziom ochrony zarówno w Europie, jak i USA.

Pewne zmiany w związku z wyrokiem będzie trzeba wprowadzić, ale są inne sposoby, żeby zapewnić zgodne z prawem przekazanie danych do Stanów Zjednoczonych. Oprócz tego jest dużo europejskich ofert cloud computingowych, a i amerykańskie firmy dostosowały się do możliwości udostępnienia takiej oferty na terenie Unii. Centra danych największych dostawców mogą zostać ograniczone do obszaru Unii i transfer danych do USA często nie jest konieczny – podkreśla Maciej Gawroński, partner zarządzający Kancelarii Bird & Bird, prawnik zajmujący się prawnymi aspektami technologii i cloud computingu.

Użytkownicy w chmurze obliczeniowej widzą ryzyko związane z bezpieczeństwem danych – ich kradzieżą, lub utratą oraz z transparencją. W niektórych sytuacjach trudno określić, gdzie dokładnie znajdują się serwery z danymi. Istotne jest zweryfikowanie sposobu, w jaki zabezpieczane są dane. Niektórzy dostawcy umożliwiają szyfrowanie danych po stronie klienta, informują o sposobach zabezpieczenia oraz dają możliwość wyboru miejsca przechowywania danych. Żeby wzmacniać zaufanie przedsiębiorców, dostawcy usług chmurowych idą w zabezpieczeniach dalej, niż wymagają tego przepisy.

W ofercie Microsoftu spełniamy wszystkie warunki w chmurze obliczeniowej, czyli pewność zaufania od strony technologii, od strony wymagań prawnych i organizacyjnych. Oferujemy możliwość wykorzystania chmury zgodnie ze wszystkimi regułami prawa i wymaganiami nakładanymi na nas przez regulatorów. To również kwestia bezpieczeństwa użytkowników, żeby mieli pewność, że decyzja o przeniesieniu do chmury daje im nieskończone możliwości, a jednocześnie nie budzi strachu czy nie powoduje niepewności – tłumaczy Michał Jaworski.

Kwestie zabezpieczeń w chmurze, regulacji prawnych z tym związanych i budowania zaufania użytkowników będą głównymi tematami konferencji Trusted Cloud Day 2015, która odbędzie się 26 listopada w klubie The View w Warszawie.

– Będziemy dyskutować o tym, w jaki sposób zbudować zaufanie i pewność funkcjonowania w świecie, w którym chmura jest podstawowym sposobem wykorzystywania informatyki w przedsiębiorstwach. Z zaproszonymi przedstawicielami kancelarii prawnych będziemy się zajmowali tematami cyberbezpieczeństwa, ochrony danych osobowych, zamówień publicznych i kwestią wykorzystania funduszy europejskich do zamówień chmury – wymienia Jaworski.

Duży nacisk będzie też położony na upadek „bezpiecznej przystani” i na to, czy standardowe klauzule umowne będą wystarczającym rozwiązaniem do ochrony danych osobowych w dłuższej perspektywie.

Rozwiązania chmurowe są w naszej ocenie zgodne z przepisami ustawy o ochronie danych osobowych. Ustawa i przepisy, choć stare, są jednak na tyle elastyczne, że znajdą zastosowanie również w usługach chmurowych. Są jednak pewne różnice, dlatego że usługi chmurowe to nie tylko czyste usługi outsourcingowe i kwestie nadzoru czy kontroli nad przetwarzającym, wymagają one także pewnego dostosowania i o tym właśnie będziemy rozmawiać – wskazuje Agata Szeliga.

Hejterzy mogą mieć problem ze znalezieniem pracy. Pracodawcy coraz częściej sprawdzają profile kandydatów w mediach społecznościowych

CEO Magazyn Polska

Proces rekrutacji to już nie tylko weryfikacja CV i rozmowa kwalifikacyjna z kandydatem. Pracodawcy coraz częściej sprawdzają też, jakie treści aplikanci udostępniają na swoich profilach społecznościowych, jakim słownictwem posługują się w komentarzach i czy wyrażane przez nich poglądy i ich forma nie łamią dobrych obyczajów i nie uderzają w wartości, które firma propaguje.

Coraz częściej firmy, zwłaszcza międzynarodowe korporacje, które bardzo dbają o własny wizerunek, przy okazji rekrutacji upewniają się, że kandydat do pracy na co dzień żyje zgodnie z zasadami, jakie wyznaje firma. Najczęściej mówimy tu o zasadach dotyczących kultury wypowiedzi, kultury osobistej i poszanowania prawa równości bez względu na pochodzenie, płeć czy wiek – mówi agencji informacyjnej Newseria Paweł Wierzbicki, dyrektor Michael Page, firmy specjalizującej się w prowadzeniu rekrutacji na stanowiska kierownicze.

Nieposzlakowana opinia kandydata, wysoka kultura osobista i tolerancja są szczególnie sprawdzane podczas rekrutacji do globalnych koncernów z sektora finansowego, telekomunikacji czy FMCG. Szczególnie te notowane na światowych giełdach przywiązują dużą wagę do polityki społecznej odpowiedzialności biznesu i równouprawnienia.

Sieć umożliwia pozostawanie anonimowym, więc wiele komentarzy jest nie do wykrycia. Dziś nikt nie ma takich uprawnień, żeby sprawdzać profile całkowicie bez wiedzy kandydatów. Raczej szuka się publicznie umieszczanych komentarzy czy zdjęć – podkreśla Paweł Wierzbicki. – Wiele osób pod własnym nazwiskiem czy zdjęciem publikuje teksty rasistowskie. Ostatnio mieliśmy z tym do czynienia przy okazji dyskusji o uchodźcach – przez media społecznościowe przetoczyła się fala hejtu, dlatego doradzałbym dużą ostrożność.

Tego typu wpisy mogą przekreślić szanse danej osoby na stanowisko, o które się ubiega.

Jeżeli zachowanie czy postawa jakiejś osoby w mediach społecznościowych budzi wiele wątpliwości, to nie angażujemy jej do dalszych etapów rekrutacyjnych – tłumaczy Paweł Wierzbicki.

Rekruterzy nie tylko biorą pod uwagę treści zamieszczane w formie postów czy tweetów, lecz także bacznie obserwują zdjęcia. Kontrowersyjne fotografie nie są więc mile widziane.

Jeżeli ktoś będzie poprzez zamieszczane fotografie propagował np. twórczość uliczną, która pochwala rasizm albo która godzi w podstawowe zasady etyki, to takie zdjęcie może zablokować kandydata. Nawet jeżeli ktoś wrzuci zdjęcie z imprezy z papierosem czy z butelką, to część firm może nie zaakceptować tego, że ich potencjalny przyszły pracownik tak prezentuje się w sieci, zwłaszcza kiedy ma być np. osobą odpowiedzialną za reprezentowanie firmy na zewnątrz – dodaje Paweł Wierzbicki.

Dokładny research w sieci na temat poglądów kandydata i jego norm etycznych odbywa się zazwyczaj pod koniec procesu rekrutacji, gdy pozostają do wyboru 2–3 osoby. Może więc się okazać, że z powodu kontrowersyjnych internetowych treści, które kandydat firmował swoim nazwiskiem, pracodawca na finalnym etapie rekrutacji nie zdecyduje się złożyć mu oferty zatrudnienia.

W Polsce co 8 minut dochodzi do udaru mózgu. Koszty leczenia, rehabilitacji i rent to ok. 1,5 mld zł rocznie

CEO Magazyn Polska

Co roku odnotowuje się 60–70 tys. przypadków udarów mózgu, z czego ok. 30 tys. kończy się śmiercią. Udary są też pierwszą przyczyną niepełnosprawności. Koszty związane z leczeniem szpitalnym pacjentów po udarach, ich rehabilitacją oraz świadczeniami z tytułu niezdolności do pracy wynoszą około 1,5 mld zł rocznie. Tymczasem zamiast leczyć i niwelować skutki udarów, taniej i łatwiej można im zapobiegać.

Z danych Fundacji Udaru Mózgu wynika, że co 8 minut dochodzi do udaru mózgu. Rocznie odnotowuje się ok. 70 tys. udarów.

Są to najczęściej osoby starsze, ale do naszej fundacji coraz częściej zgłaszają się osoby w różnym wieku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Siger, wiceprezes Fundacji Udaru Mózgu. – Bardzo często pomagamy również osobom młodym, małym dzieciom. Ta choroba dotyka ludzi w każdym wieku.

Udary to pierwsza przyczyna niepełnosprawności Polaków oraz trzecia przyczyna zgonów osób po 40 roku życia. W ratowaniu ofiar tej choroby ogromne znaczenie odgrywa czas, szybkie rozpoznanie i podjęcie leczenia po ataku pozwala znacząco ograniczyć skutki udaru. Powód do niepokoju powinny dać takie objawy, jak zaburzenia czucia po jednej stronie ciała, zaburzenia widzenia, asymetria twarzy i spowolniona mowa.

Z badań przeprowadzonych na grupie kilkuset pacjentów, którzy trafili na jeden z oddziałów neurologicznych z przyczyn innych niż udar mózgu, wynika, że 25 proc. z nich nie znało ani jednego objawu udaru, a co najmniej trzy objawy było w stanie wymienić tylko 10 proc. badanych.

Następstwa udaru to niedowład prawostronny, zaburzenia mowy, świadomości, depresja czy afazja. Skutków może być naprawdę bardzo dużo, dlatego tym bardziej wiedza na temat udaru mózgu jest bardzo ważna – tłumaczy Adam Siger.

W przypadku udaru zamiast leczyć znacznie lepiej jest jednak zapobiegać. Ta choroba jest bowiem, jak mało która, zależna od stylu życia, zachowań pacjenta. 90 proc. czynników ryzyka to są czynniki modyfikowalne, czyli takie, na które mamy wpływ.

Chodzi o właściwe odżywianie, aktywność fizyczną i kontrolę swojego stanu zdrowia – wymienia wiceprezes Fundacji Udaru Mózgu. – Głównym z powodów wystąpienia udaru jest nadciśnienie. Polacy ogólnie mało się zajmują tym problemem. Nadciśnienie nie boli, więc nie kontrolujemy swojego ciśnienia. Jest to czynnik, który lekceważymy, a który naprawdę może spowodować duże problemy w naszym życiu.

Jak wynika z raportu Instytutu Organizacji Ochrony Zdrowia Uczelni Łazarskiego „Udary mózgu – konsekwencje społeczne i ekonomiczne”, w 2012 roku koszty leczenia szpitalnego ofiar udaru w Polsce sięgały 547 mln zł i były o prawie 8 proc. większe niż w 2010 roku. Dodatkowo koszty związane z rehabilitacją neurologiczną osób po udarach w 2013 r. sięgnęły prawie 159 mln zł. Z kolei 2010 roku koszty związane z niezdolnością do pracy osób z chorobami naczyń mózgowych oszacowano na 675 mln zł.

Jest to poważny problem i naprawdę lepiej zapobiegać, niż potem leczyć i ponosić koszty związane ze skutkami tej choroby – mówi Adam Siger. – Koszty te można obniżyć poprzez odpowiednią profilaktykę.

Eksperci szacują, że koszty pośrednie związane z przedwczesną umieralnością sięgają nawet 90 mld zł.

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl

Popołudniowy komentarz walutowy z 09.11.2015 Marcin Lipka Analityk Cinkciarz.pl