70% młodych Polaków z większych miast deklaruje, że szuka w życiu równowagi, a 61% chciałoby żyć w świecie prostszych wartości. Ponad połowa ma dość afiszowania się markami i wybiera pozorną nonszalancję – wynika z raportu „Pokolenie 3N – o trendzie Normcore w kontekście decyzji konsumenckich” przeprowadzonego przez Martę Biercę i Alicję Wysocką-Świtałę.
– Było to badanie właściwie dwuetapowe. Najpierw były wywiady indywidualne, takie pogłębione wywiady z młodymi Warszawiakami, a następnie przeprowadziłyśmy badanie ilościowe na próbie ponad 600 młodych ludzi. Były to osoby w wieku 20-35 lat, mieszkańcy pięciu dużych miast w Polsce (…). Jeszcze wsparłyśmy się takimi wywiadami eksperckimi, które dały nam trochę więcej wiedzy i światła na ten temat – mówi newsrm.tv Marta Bierca, CPC Join The Dots. Zastosowana w raporcie nazwa „Pokolenie 3N” ma swoje źródło w trzech wartościach: Normalności, Niezmienności i Nonszalancji, poprzez które definiują się przedstawiciele tej grupy.
– Dla pokolenia 3N najważniejsze są w zasadzie trzy wartości – równowaga, wygoda i prawda (…). To jest związane z tym, że oni szukają w życiu spokoju, tego, aby przyszłość i kolejne dni były jakoś tam przewidywalne, żeby zachowywali balans między życiem prywatnym a zawodowym. I to zawiera się w tej równowadze. Wygoda jest związana z tym myśleniem, że oni są trochę tacy, jacy są i nie będą się specjalnie starać (…). A prawda to dosyć mocne słowo, ale chodzi o to, że oni szukają też naturalnych materiałów, są ciekawi, z czego są tworzone rzeczy, które wybierają, skąd pochodzą – tłumaczy Alicja Wysocka-Świtała, Clue PR.
Jak podkreśla Alicja Wysocka-Świtała, pokolenie 3N jest zwyczajne w sposób kontrolowany i zwyczajności tej nie należy mylić z przeciętnością. Przedstawiciele tej grupy świadomie grają pozornie zwyczajnymi elementami stroju, aby pokazać innym swoją obojętność wobec tego, co markowe i ekskluzywne. I choć czasem wyglądają jakby dopiero wstali z łóżka w rzeczywistości jest to świadoma gra wizerunkowa.
– Wydaje nam się, że ponieważ Polska jednak zbliża się do Zachodu, także mentalnie, ten trend ma szansę przetrwać, bo ludzie są już trochę zmęczeni konsumowaniem bez granic (…) Część społeczeństwa na pewno pójdzie w tym kierunku (…) Natomiast oczywiście to nie jest trend masowy. Trzeba sobie powiedzieć jasno, że trzeba do tego dużej świadomości, obycia i tak dalej, także myślę, że nie zaleje to polskich ulic, ale ma szansę przetrwać – podsumowuje Alicja Wysocka-Świtała.
27 października 2015 r. został zainicjowany kolejny etap rozbudowy Elektrowni Opole. Mostostal Warszawa podpisał umowę z krapkowicką firmą Multiserwis na dostawę i montaż izolacji termicznej nowych bloków energetycznych.
Powierzchnia izolacji ciepłochronnej kotłów na bloku nr 5 i 6 będzie miała ponad 27 000 m2. Oprócz izolacji samych kotłów firma Multiserwis wykona również dla Alstom Boiler Deutschland prace izolacyjne kanałów rurociągów i wszystkich urządzeń pomocniczych. Prace na tym etapie powinny rozpocząć się wiosną przyszłego roku. Wartość podpisanego przez Mostostal Warszawa kontraktu opiewa na 13,3 mln złotych.
– Podpisaliśmy właśnie kolejny ważny kontrakt podwykonawczy w Elektrowni Opole. Po wielkim betonowaniu i montażu konstrukcji stalowych na kotłach nadchodzi czas na prace związane z montażem pakietu części ciśnieniowej kotła oraz na wykonanie prac termoizolacyjnych – skomentował Paweł Żbikowski, Dyrektor Projektu Opole z ramienia Mostostal Warszawa.
W październiku podpisano również inne istotne umowy podwykonawcze o łącznej wartości prawie 158 mln zł: dwa kontrakty z firmą SAEM Energomontaj z Rumunii oraz z konsorcjum firm PAK SERWIS, CKTiS, TERMO-REX na montaż pakietu części ciśnieniowej kotła, kontrakt z firmą Kaefer SA na kompleksową dostawę i montaż systemu lekkiej obudowy ścian i dachów kotłowni bloków nr 5 i 6 oraz kontrakt z Instal Warszawa na wykonanie trzech zbiorników magazynowych popiołu.
94% użytkowników poleciłoby usługę znajomym lub rodzinie
Pralniomaty Hi’Shine – projekt realizowany wspólnie przez Aqmet (urządzenia), Integer.pl (know-how i technologia) oraz EBS (usługi pralnicze w sieci pralni 5asec) – sieć po roku działalności w Polsce ma już 154 urządzenia w Warszawie i Krakowie, zlokalizowane na osiedlach mieszkaniowych, w pobliżu centrów handlowych, biurowców i stacji benzynowych. Obecnie 37% klientówPralniomatów Hi’Shinekorzysta z nich regularnie, a ponad 94%[1] z nich poleciłoby usługę znajomym lub rodzinie. Planowane jest wdrożenie nowych rozwiązań, m.in. dla biznesu.
Pralniomaty Hi’Shine to innowacyjne urządzenia służące do nadawania i odbierania prania, z realizacją usługi przez pralnie chemiczne 5aSec. Dzięki nim klienci oszczędzają pieniądze i czas. Pranie można nadawać i odbierać o dowolnej porze dnia czy nocy, w wybranej przez siebie lokalizacji – całodobowa dostępność jest czynnikiem decydującym o wyborze usługi dla 78% klientów, zaś 59% zleca pranie wPralniomacie Hi’Shineze względu na bliską odległość maszyny od miejsca zamieszkania lub pracy. Jak wynika ze statystyk, użytkownicy innowacyjnych urządzeń korzystają z nich najczęściej ranoprzed pracą (w godzinach 7-10) oraz wieczorem po pracy (18-20).
„Pralniomaty Hi’Shine to kolejny krok w automatyzacji usług i łączeniu tradycyjnej usługi pralniczej z nowoczesną infrastrukturą technologiczną oraz rozwiązaniami e-commerce. Całodobowa dostępność, sprawna logistyka, gwarancja profesjonalnej usługi pralniczej oraz user experience przyniosły spodziewane efekty – Pralniomaty zdały trudny test, jaki stawiany jest przed każdą nową usługą, zwłaszcza tak innowacyjną. Wraz z ekspansją sieci Pralniomatów, rośnie popularność usługi – średnio kwartalnie obserwujemy ponad 200% wzrost liczby transakcji. Pralniomaty zmieniają także zwyczaje klientów. Najpopularniejszą usługą, z której korzystają nasi klienci jest pranie i prasowanie koszul (58% zleceń), podczas gdy w tradycyjnych pralniach chemicznych, asortyment ten odpowiada tylko za 20% obrotów. Polacy są ciekawi nowej usługi, a wysoki odsetek klientów powracających oraz pozytywne opinie osób, które skorzystały z Pralniomatów, utwierdzają nas w przekonaniu, że warto rozwijać ten produkt – mówi Rafał Staszkiewicz, CEO Pralniomatów.
Blisko 62% transakcji jest zlecanych bezpośrednio w Pralniomacie Hi’Shine, natomiast 38% operacji jest zlecanych za pomocą strony internetowej i finalizowanych w Pralniomacie. Jak pokazują preferencje klientów, najczęściej do prania oddawane są koszule (58%). Następne w kolejności są marynarki i żakiety (17%), a także spodnie i spódnice (odpowiednio po 16%).
„Pralniomaty – podobnie jak Paczkomaty® InPost – to interaktywne urządzenia gotowe do obsługi w trybie 24/7. Nie bez powodu, aż 3/4 obecnych klientów Pralniomatów uznaje, że dostępność to wiodący argument, który zadecydował o skorzystaniu z nowej usługi. Zwłaszcza, że Pralniomaty są w wielu przypadkach zlokalizowane obok Paczkomatów®. Kolejny krok w rozwoju tego biznesu to dynamiczna komercjalizacja, zwiększanie efektywności i rentowości projektu. Liczymy, że Pralniomaty dołączą do niemal 5 tys. zagranicznych Paczkomatów® InPost, które stanowią obecnie największą na świecie sieć do samodzielnego nadawania i odbierania przesyłek 24 godziny na dobę” – dodaje Rafał Brzoska, prezes zarządu Grupy Integer.pl.
Każde urządzenie umożliwia jednorazowe nadanie nawet do 32 kompletów prania, które już następnego dnia – czyste i wyprasowane – jest gotowe do odbioru. Usługę prania można zlecić bezpośrednio przy Pralniomacie Hi’Shine(ten sposób preferuje 62% klientów), definiując kategorię prania na dotykowym monitorze i autoryzując transakcję kodem otrzymanym SMS-em. Klienci mogą też skorzystać ze strony HiShine.pl i sfinalizować transakcję przy Pralniomacie Hi’Shine, korzystając z kodu QR otrzymanego SMS-em (taką ścieżkę wybiera 38% klientów). Zlecenie prania online to nie tylko krótszy czas nadania prania w urządzeniu, ale także możliwość skorzystania z usług dodatkowych, jak pranie Premium czy wyszycie monogramu na koszuli.
Właścicielem i operatorem Pralniomatów Hi’Shine jest spółka Pralniomaty, której udziałowcami są trzej partnerzy: Aqmet – dostawca urządzeń, Integer.pl – dostawca know-how i technologii e-commerce oraz 5aSec – w zakresie usługi pralniczej.
Szybkość realizacji zamówienia za pomocą Pralniomatów Hi’Shine gwarantuje doskonała obsługa logistyczna oraz doświadczenie biznesowe partnerów. Po złożeniu zamówienia, worek z ubraniami przeznaczonymi do prania odbierany jest z Pralniomatu Hi’Shine przez kuriera HiShine. Kurier dostarcza odzież do pralni 5asec, gdzie następuje weryfikacja zamówienia, po czym do działania przystępuje zespół pralni. Po zrealizowaniu usługi prania, kurier odwozi czyste, wyprasowane i zafoliowane ubrania do Pralniomatu Hi’Shine, skąd klient może odebrać je w dogodnym dla siebie momencie.
[1] Źródło: Badanie opinii klientów Pralniomatów Hi’Shine zrealizowane w dniach 7 lipca – 7 sierpnia 2015 roku.
W całym 2014 r. polski eksport jednostek pływających (statków, łodzi oraz konstrukcji pływających) osiągnął wartość 17,5 mld zł. Po I półroczu br. wart był prawie 10 mld zł. Sukces branży wynika m.in. z tego, że polskie statki i łodzie pływają po coraz bardziej egzotycznych wodach np. Kajmanów, Wysp Owczych, Vanuatu, Konga czy Dżibuti.
Wg danych GUS w 2014 r. Polska wyeksportowała statki, łodzie i konstrukcje pływające[1] warte mniej więcej tyle, ile wart był eksport do Słowacji, naszego 10. w tym okresie odbiorcy. – Liczby pokazujące ogromne wolumeny eksportu jachtów, łodzi, statków i innych pływających konstrukcji robią wrażenie, szczególnie jeśli zwrócimy uwagę, że w tej branży polscy eksporterzy są mistrzami dalekiej ekspansji. Udział krajów rozwijających się w polskim eksporcie jednostek pływających wynosi w obecnym półroczu 4,2 mld zł i sięga blisko połowy wartości całego wywozu tych środków transportu – mówi Radosław Jarema, szef instytucji płatniczej AKCENTA w Polsce, rozliczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów. Poza Norwegią, która jest największym odbiorcą łodzi i statków z Polski (1,57 mld zł w I poł. 2015 r.), najwięcej kupiły Bahamy (1,38 mld zł), Turcja (0,77 mld zł), Rosja (0,7 mld zł) i Liberia (0,57 mld zł). Co ciekawe, to właśnie dzięki zakupom polskich statków i łodzi na pierwsze miejsce wśród naszych najważniejszych odbiorców eksportu w Ameryce Południowej wypłynęły w tym roku Bahamy, prześcigając Meksyk czy Brazylię.
Szkwał na nowe kierunki…
Polscy eksporterzy jednostek pływających patrzą bardzo daleko za horyzont. W tym roku dobili już targu z partnerami z tak egzotycznych krajów jak: Kajmany, Wyspy Owcze, Vanuatu, Kongo czy Dżibuti. – Lista kierunków naszego eksportu łodzi i statków jest bardzo długa. W pierwszym półroczu br. było na niej ponad 80 krajów i terytoriów, w minionym roku aż 100. Nasi eksporterzy dostarczają statki i łodzie zarówno do krajów położonych na równiku, jak i na Antarktydę – dodaje Jarema.
… i mała flauta
W tym roku w strukturze polskiego eksportu jednostek pływających mogą jednak zajść zmiany. Na wynikach może zaważyć sytuacja Norwegii, która jest największym odbiorcą zagranicznym polskich statków i łodzi z 26 proc. udziałem w całości tego wywozu (dane za 2014 r.) – Przypadek Norwegii bardzo dobrze pokazuje, jak bardzo handel zagraniczny i jego opłacalność są uzależnione od rynku walutowego. Na kursy korony norweskiej, podobnie zresztą jak innych walut regionu, silnie oddziałuje przecena ropy naftowej. Odczuli to, szczególnie w pierwszym kwartale br., polscy eksporterzy jednostek pływających, którzy rozliczają się w tej walucie i nie zabezpieczyli się np. transakcją forward – zauważa Radosław Jarema i wskazuje, że polski eksport jednostek pływających do Norwegii, który w zeszłym roku osiągnął wartość aż 4,6 mld zł, w pierwszym półroczu wynosi na razie 1,6 mld zł. Wg eksperta to oznacza, że na tym kierunku pod koniec roku możemy zaobserwować gorszy wynik niż w ubiegłym roku.
Eksport statków i eksport statkami
Produkcja łodzi w polskich dokach ma też drugi wymiar i może się przyczynić do wzrostu polskiej wymiany handlowej i spadku kosztów transportu polskich wyrobów za granicę. – Droga morska to w przypadku wielu krajów jeden z najtańszych sposobów przesyłania towarów i zawsze zachęcam polskich eksporterów, aby interesowali się tą opcją. Wg prognoz i zapowiedzi polskie porty czeka sporo inwestycji, co na pewno zwiększy moc przeładunkową i jeszcze mocniej uatrakcyjni ten środek transportu – wskazuje przedstawiciel AKCENTY.
[1] Liniowce pasażerskie, łodzie wycieczkowe, promy, statki towarowe, barki, statki rybacki i statki-przetwórnie, jachty, łodzie wypoczynkowe i sportowe, łodzie wioślarskie i kajaki, holowniki, pchacze, latarniowce, statki pożarnicze, dźwigi pływające itp. oraz okrętny wojenne i łodzie ratunkowe.
Jeszcze niedawno, brak aktualnego ubezpieczenia OC wykrywano tylko podczas kontroli drogowej. Obecnie sytuacja przedstawia się już zupełnie inaczej. Dzięki specjalnemu Systemowi Wykrywania Nieubezpieczonych Pojazdów (tzw. wirtualnemu policjantowi), można łatwo ukarać kierowcę, który na czas nie wykupił obowiązkowego ubezpieczenia. Wirtualny policjant zapewnia Ubezpieczeniowemu Funduszowi Gwarancyjnemu coraz wyższe przychody związane z brakiem OC. Warto pamiętać, że w przyszłym roku kierowca nieposiadający ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, zapłaci jeszcze większą kwotę.
Działania wirtualnego policjanta stają się coraz bardziej skuteczne …
Z roku na rok rośnie liczba nieubezpieczonych kierowców, których samodzielnie wykrył Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny. Narzędzie zwane wirtualnym policjantem, uruchomiono pod koniec 2011 r. Od stycznia 2012 r. do grudnia 2012 r. dzięki wirtualnemu policjantowi udało się zidentyfikować 4500 kierowców nieposiadających wymaganego ubezpieczenia. W 2014 roku analogiczny wynik przekroczył już 26 000. Jeżeli wzrostowy trend zostanie utrzymany, to w bieżącym roku wirtualny policjant wskaże ponad 30 000 osób bez obowiązkowego ubezpieczenia OC. „Od stycznia do grudnia 2014 r. aż 45% wszystkich przychodów z kar było wynikiem samodzielnych kontroli Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. To oznacza, że UFG w coraz mniejszym stopniu polega na działalności Policji” – wyjaśnia Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
Nina Kuczyńska zaznacza, że System Wykrywania Nieubezpieczonych Pojazdów cechuje się o wiele większą skutecznością, niż tradycyjne kontrole drogowe. W swoim rocznym raporcie UFG podaje, że blisko 40% kierowców wytypowanych przez wirtualnego policjanta, faktycznie nie posiada aktualnego ubezpieczenia OC. Analogiczny wynik dla zawiadomień wysyłanych przez Policję oraz wydziały komunikacji, wynosi jedynie 7%. Ta różnica wynika z faktu, że większość kierowców nieposiadających OC, w trakcie kontroli drogowej po prostu zapomniała zabrać potrzebny dokument z domu. W takiej sytuacji, kierujący zapłaci jedynie mandat karny o wysokości 50 zł za każdy zapomniany dokument (maksymalnie 250 zł za wszystkie dokumenty).
Dzięki systematycznej rozbudowie bazy danych, System Wykrywania Nieubezpieczonych Pojazdów staje się coraz dokładniejszy. Jego algorytm wyszukuje przerwy w okresie ubezpieczenia zarejestrowanych pojazdów. Inna część systemu sprawdza bazy danych UFG i Centralnej Ewidencji Pojazdów, poszukując samochodów i motocykli, które nie zostały ubezpieczone w dniu pierwszej rejestracji. „Likwidacja szkody jest kolejną okazją do skontrolowania, czy wszyscy kierowcy uczestniczący w kolizji, posiadali aktualną polisę OC” – dodaje Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl.
W 2016 r. kary dla posiadaczy samochodów osobowych wzrosną o 6%
Coraz lepsza skuteczność kontroli informatycznych to nie jedyna zła wiadomość dla kierowców bez polisy OC. Takie osoby muszą również pamiętać o corocznym wzroście kar za brak obowiązkowego ubezpieczenia. Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych wskazuje, że kary dla kierowców niewykupujących OC, stanowią wielokrotność lub pewną część minimalnego wynagrodzenia pracowników etatowych (300%, 200%, 33,34%). Od 11 września b.r. oficjalnie znamy już poziom „najniższej krajowej” w 2016 r. (1850 zł brutto). Na tej podstawie można obliczyć nowe kary dla kierowców nieposiadających obowiązkowego ubezpieczenia (patrz poniższa tabela). „W stosunku do 2015 r. karne stawki wzrosną w takim samym stopniu, jak minimalne wynagrodzenie. Roczna zmiana wyniesie około 6%” – zaznacza Nina Kuczyńska z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
* – Podano stawki z zaokrągleniem do pełnych dziesiątek złotych.
Źródło: opracowanie własne na podstawie ustawy z 22 maja 2003 r. (Dz.U. 2003 nr 124 poz. 1152) i rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 11 września 2015 r. w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę w 2016 r.
Nina Kuczyńska wyjaśnia, że zgodnie z obowiązującymi przepisami, kierowcy samochodów osobowych za brak ubezpieczenia OC, w 2016 r. roku zapłacą 3700 zł. Ta stawka wzrośnie do 5550 zł, jeżeli ubezpieczeniu podlegał samochód ciężarowy, autobus lub ciągnik samochodowy. W przypadku innych pojazdów (np. motocykli i motorowerów), podstawowa stawka to 620 zł. Wszystkie podane kwoty podlegają znacznej obniżce jeśli przerwa w ciągłości ubezpieczenia nie przekroczyła 14 dni (patrz powyższa tabela). „Jeżeli pojazd był nieubezpieczony od 4 dni do 14 dni, to kierowca zapłaci połowę podstawowej kary (np. 1850 zł w przypadku samochodu osobowego). Bardzo krótka przerwa okresu ubezpieczenia (do 3 dni włącznie), skutkuje obniżeniem podstawowej stawki karnej o 80%” – podsumowuje z porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.
Inwestycja warta 2 mln zł, zatrudnienie docelowo 50 pracowników i produkcja do 25 mln puszek landrynek rocznie – to zakłada strategia producenta słodyczy Jardin Rich. Jak zapewnia prezes spółki Sympatic, która będzie dystrybuować te słodycze, marka zamierza w swoim segmencie zdobyć pozycję lidera. Nie wyklucza też produkcji pod markami własnymi sieci handlowych.
Inwestycja w Suchedniowie wiązała się z zakupem całkowicie nowej i nowoczesnej linii produkcyjnej oraz z przystosowaniem tej linii do pracy w Polsce. Obecnie trwa rekrutacja pracowników, których docelowo ma być pięćdziesięciu.
– Oczywiście nie będzie tak od razu, liczymy jednak, że w ciągu roku, może dwóch lat uda nam się osiągnąć taki poziom zatrudnienia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jędrzej Szynkarczuk, prezes firmy Sympatic. – W naszym zakładzie będzie się odbywać produkcja landrynek owocowych o różnych smakach w opakowaniu, które powinno zrewolucjonizować trochę nasz rynek w Polsce.
Landrynki z Suchedniowa będą trafiały do sprzedaży nie tylko w Polsce, lecz także za granicą. Z początku Sympatic zamierza powalczyć o kraje bliskie Polsce, czyli Czechy, Słowację, Węgry i Niemcy. Landrynki marki Jardin Rich mają być słodyczami klasy premium, dlatego będą pakowane w blaszane puszki.
–Nasz produkt i w związku z tym cała koncepcja biznesu jest skierowana do bardzo szerokiego odbiorcy, mianowicie prawie do każdej osoby– informuje Jędrzej Szynkarczuk. – Będą to zarówno mężczyźni, jak i kobiety, zarówno dorośli, jak i dzieci. Oczywiście każdemu będziemy się starali na swój sposób przekazać to, co jest interesujące w naszym produkcie, mamy takie kierunki w swoim portfolio, które pozwolą nam do każdego trafić z odpowiednią propozycją.
Na polskim rynku słodyczy działa już większość międzynarodowych koncernów, są też silne polskie marki. Sympatic liczy jednak na to, że jeśli produkt od dawna obecny na rynku, jakim są właśnie landrynki, poda w zupełnie nowy sposób, to odniesie sukces.
– Chcemy być jednym z liderów w segmencie landrynek– mówi prezes Sympatic. – To jest segment, w który chcemy w tej chwili dosyć mocno wejść, na tym się skupić, nie wchodząc na razie w inne kategorie segmentu słodyczy. Nasz produkt jest przykładem na to, że można odkurzyć produkt, który jest od dawna na naszym rynku i zacząć podawać go w formacie zupełnie nowym ico za tym idzie – w nowoczesnym marketingowym podejściu.
Fabryka w Suchedniowie będzie miała moce produkcyjne na tyle duże, że w pierwszych latach działalności Sympatic nie będzie w stanie ich wykorzystać tylko dla swoich potrzeb. Liczy jednak na to, że mając linię produkującą słodycze w ekskluzywnych opakowaniach, będzie w tym czasie świadczyć usługi na rzecz odbiorców zainteresowanych tym, by ich produkt pod własną marką wyróżniał się na tle konkurentów.
– Biorąc pod uwagę aspekt bardzo nowoczesnej linii, którą właśnie będziemy instalować w naszym zakładzie, na pewno bierzemy również pod uwagę możliwość produkcji usługowej dla sieci handlowych czy innych odbiorców, którym spodoba się nasz pomysł – deklaruje prezes Jędrzej Szynkarczuk z Sympatic. – Roczne moce produkcyjne możemy oszacować na poziomie 25 mln sztuk opakowań.
Początek listopada to dobry moment, by kupić akcje na warszawskiej giełdzie. Jak tłumaczą analitycy, można wtedy liczyć na efekt Halloween, czyli tradycyjny sezon wzrostów cen, które potrwać mogą do maja przyszłego roku. Inwestorom sprzyja też dobra koniunktura panująca w polskiej gospodarce oraz relatywnie niskie notowania giełdowych spółek, które tanieją już pół roku.
Od szczytu z maja WIG 20, główny indeks warszawskiej giełdy, stracił ponad 17 proc. Inwestorów niepokoiło zamieszanie na polskiej scenie politycznej rozpoczęte nieoczekiwanym wynikiem wyborów prezydenckich. Nastrojów nie łagodziły też pomysły polityków dotyczące podatków nakładanych na banki, duże sklepy oraz sektor wydobywczy. Obawy budziły też koncepcje finansowania górnictwa przez energetykę. Dziś jednak scena polityczna uspokoiła się, a spółki są tanie i ich ceny uwzględniają ewentualne straty związane z decyzjami nowych władz. Dodatkowo polaka gospodarka ma się nieźle, wzrost PKB w tym roku powinien zdecydowanie przekroczyć 3 proc., co przełoży się na wyniki wielu spółek.
– Branża paliwowa pokazuje dobre wyniki, ale są to historyczne wyniki i tutaj pojawi się zapewne problem z utrzymaniem tak dobrych rezultatów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Bugaj analityk DM BOŚ. – Ale spójrzmy na spółki budowlane, wybrane spółki chemiczne czy wybrane spółki przemysłowe, handlowe. Gastronomia nieźle sobie radzi, spółki hotelarskie także. Mówimy też cały czas o spółkach uzależnionych od popytu wewnętrznego.
Jak dodaje Łukasz Bugaj, dobre wyniki osiągają szczególnie spółki z segmentu premium, co potwierdza, że Polacy się bogacą, coraz więcej wydają na produkty z nieco wyższej półki. Dodatkowo, okazji lepiej szukać wśród małych i średnich firm. O ile w indeksie WIG 20 dużo jest banków, spółek surowcowych i energetycznych, a te sektory traciły, to w ciągu roku subindeks spółek spożywczych zyskał ponad 50 proc., paliwowych niemal 47 proc., a budowlanych prawie 44 proc.
–To małe i średnie spółki, a kursy ich akcji zachowały się ostatnio lepiej. Wydaje się, że tam należałoby szukać również okazji inwestycyjnych na koniec tego roku i początek przyszłego, te perspektywy może nie są świetlane, ale wydają się całkiem niezłe – ocenia Bugaj.
Indeks dużych spółek, który wyraźnie zniżkował w ostatnich miesiącach, także ma obecnie potencjał do wzrostów. Jest szansa na poprawę atmosfery wokół banków (od 8 maja straciły ponad 19 proc.), także mariaż spółek energetycznych (-25 proc.) z kopalniami może się okazać mniej groźny, niż przewidywano.
– Pamiętajmy o tym, że to już poprzednia ekipa rządząca zaczęła ten mariaż, który bardzo negatywnie wpłynął na kursy spółek energetycznych– zwraca uwagę analityk DM BOŚ. –Tutaj mówi się o potencjalnych ulgach podatkowych dla kopalń, być może to też będzie się wiązało z pewną ulgą dla spółek energetycznych. Wydaje się, że możliwy jest jakiś bufor.
Za przemawiają też względy niezwiązane z fundamentami, a z kalendarzem i inwestorskimi zwyczajami.
– Jest efekt Halloween – mówi Łukasz Bugaj analityk DM BOŚ. – Czyli należy powrócić po letniej przerwie na rynek kapitałowy z początkiem listopada i trzymać akcje do końca kwietnia, kiedy zgodnie z powiedzeniem „sell in May and go away”, czyli „sprzedaj w maju i wyjedź na wakacje”, te akcje należy sprzedać. W tym roku miesiące letnie nie były udane dla inwestorów, jest jednak nadzieja na to, że teraz sentyment ulegnie zmianie.
Na surowcowym rynku ceny są niskie i niewiele przemawia za tym, by zaczęły rosnąć. Październikowa oprawa na chińskiej giełdzie może pozytywnie wpłynąć na ceny miedzi, niestety mocny dolar przeszkadza we wzroście cen złota.
–Na wykresie cen złota mieliśmy wzrosty do poziomu 1191 dolarów za uncję, potem doszło do spadków i zatrzymaliśmy się na bardzo ważnym poziomie około 1163 – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Sławomir Dębowski, główny analityk Globtrex.com. – Z technicznego punktu widzenia jest to kluczowe wsparcie, gdyż jeśli doszłoby do jego trwałego przełamania, można byłoby spodziewać się spadków do poziomu gdzieś około 1140. Z kolei, gdyby to wsparcie zostało obronione, można byłoby oczekiwać wzrostów.
Analityk podkreśla jednak, że patrząc na to, co się dzieje ostatnio z dolarem, który się umacnia, bardziej prawdopodobny jest scenariusz pierwszy, czyli spadki. W ostatnich dwóch dniach scenariusz ten zdaje się realizować.
Miedź na międzynarodowych rynkach jest najtańsza od 2009 roku. Także w ciągu tego roku znacząco straciła na wartości. Podczas gdy po potężnych spadkach pod koniec stycznia kosztowała niemal 5,5 tys. dolarów za tonę, obecnie jej cena nieznacznie przekracza 5,2 tys. dolarów. Z punktu widzenia analizy technicznej to nie najlepiej wróży jej notowaniom w przyszłości.
–Na wykresie cen miedzi sytuacja jest taka, że w dalszym ciągu utrzymujemy się poniżej dołka ze stycznia tego roku– mówi główny analityk Globtrex.com. –Poprawa sytuacji technicznej nastąpiłaby dopiero, gdyby ten dołek został przebity. Trudno jednak w tej chwili powiedzieć, czy do tego dojdzie. Natomiast pewne oznaki poprawy sytuacji na giełdzie chińskiej wskazywałyby na to, że możliwy byłby atak na ten opór.
W ciągu ostatniego miesiąca chiński indeks Shanghai Composite zyskał 11,5 proc. Patrząc jednak w perspektywie pięciomiesięcznej, jest to wciąż o ponad 26 proc. niżej niż pod koniec maja.
Kondycja gospodarki Państwa Środka ma ogromny wpływ na rynek surowcowy. PKB Chin wzrosło w III kwartale zaledwie o 6,9 proc. i był to najgorszy wynik od 6 lat. Wprawdzie po obniżce stóp procentowych przez tamtejszy bank centralny koniunktura gospodarcza ostatnio zaczęła się poprawiać, a wskaźnik PMI wzrósł we wrześniu z 49,7 pkt. do 49,8 pkt. Inwestorów niepokoi jednak spadająca rentowność chińskich firm. Oznacza bowiem, że ich zakupy surowcowe, a Chiny są największym na świecie odbiorca miedzi, nie będą tak wielkie jak dotąd.
–Z technicznego punktu widzenia jeszcze jest za wcześnie, by mówić o tym, czy ten dołek ze stycznia zostanie przebity, czy też nie, bo przebicie tego dołka mogłoby skutkować tym, że czekałoby nas kilka miesięcy wzrostów na wykresie cen miedzi– ocenia Sławomir Dębowski z Globtrex.com. –Natomiast, jeśli ten opór nie zostanie przebity, to wtedy w dalszym ciągu będziemy w trendzie spadkowym na miedzi.
80 proc. śmigłowców zakupionych przez polską armię w ostatnich 10 latach zostało wyprodukowanych w PZL-Świdnik. Producent należący do włosko-brytyjskiej grupy AgustaWestland ma nadzieję, że kolejne zamówienia również trafią do świdnickiej fabryki. Na zorganizowanym we Włoszech seminarium poświęconym polsko-włoskiej współpracy w dziedzinie przemysłu obronnego zaprezentował śmigłowiec SW-4 Solo, czyli bezzałogową maszynę dla wojska, w pełni zaprojektowaną i wyprodukowaną w Świdniku.
– Mamy ogromną nadzieję, że nadal będziemy sprzedawali śmigłowce dla polskiej armii, że pewne decyzje, które do tej pory podjęto, zostaną zmienione i Polska znowu będzie kupowała śmigłowce w kraju, a nie za granicą, bo przecież PZL-Świdnik ma ogromny potencjał – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Krystowski, dyrektor zarządzający PZL-Świdnik.
Wybrane w przetargu na dostawę wielozadaniowych śmigłowców dla polskiej armii maszyny Airbusa mają kosztować ponad 13 mld zł. Politycy Prawa i Sprawiedliwości kilkukrotnie sygnalizowali potrzebę wyjaśnienia wątpliwości co do przetargu na śmigłowce, a niektórzy z nich wzywali do unieważnienia postępowania.
Jak podkreśla Krystowski, o potencjale świdnickiego zakładu może świadczyć najnowsza maszyna – bezzałogowy (lub opcjonalnie pilotowany) śmigłowiec SW-4 Solo, który został w całości zaprojektowany i wyprodukowany przez Polaków.
– Jest to jedyny w Polsce śmigłowiec tej klasy przystosowany do lotów bezzałogowych, najbardziej nowoczesny spośród naszych wyrobów – informuje dyrektor zarządzający PZL-Świdnik. – Jest to śmigłowiec całkowicie opracowany w Polsce, zaprojektowany przez polskich inżynierów, a jednocześnie rozbudowany do wersji bezzałogowej wspólnie z naszymi kolegami z Włoch.
Krystowski podkreśla, że bezzałogowym śmigłowcem interesują się armie Włoch i Wielkiej Brytanii.
Zaznacza, że 80 proc. śmigłowców zakupionych przez polską armię w ciągu ostatnich 10 lat to produkty pochodzące z PZL-Świdnik. To świadczy o roli, jaką świdnicki zakład odgrywa w polskim sektorze lotniczo-obronnym.
Producent jako jedna z trzech polskich firm reprezentował krajowy przemysł lotniczy na seminarium poświęconym współpracy przemysłu polskiego i włoskiego w Como.
– PZL-Świdnik jest największym w Polsce producentem śmigłowców – mówi Krzysztof Krystowski. – Oprócz nas w seminarium uczestniczyła Polska Grupa Zbrojeniowa oraz WB Electronics, a więc mieliśmy do czynienia z największym producentem śmigłowców w Polsce, z największą państwową firmą zbrojeniową i największą prywatną firmą w tym sektorze. Myślę, że ten dobór uczestników jest nieprzypadkowy i pokazuje prawdziwą pozycję PZL-Świdnik w Polsce.
W Polsce rośnie liczba funduszy wieczystych zarządzanych przez stowarzyszenia i fundacje. Wedle różnych szacunków jest ich nawet 200. Są one jedną ze współczesnych form filantropii indywidualnej – zapewniają długofalowe wsparcie celów społecznych ważnych dla fundatora, najczęściej są to programy stypendialne. Powołanie funduszu w ramach już istniejących organizacji pozarządowych pomaga darczyńcom ograniczyć koszty. Założenie ich niesie też wymierne korzyści, czyli możliwość odliczenia PIT i CIT.
– Fundusz wieczysty to połączenie sumy środków, które możemy przeznaczyć długofalowo na finansowanie ważnego celu społecznego. Idealnym przykładem funduszu wieczystego jest Nagroda Nobla – co roku w jej ramach przyznawane są nagrody promujące ważne naukowe odkrycia, jakąś ideę, a środki pozostawione są w kapitale żelaznym – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Łukasiak, prezes Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.
Fundusz wieczysty to swego rodzaju żywy pomnik dla darczyńcy, ponieważ wspiera cele społeczne bliskie fundatorowi. Realizację tej pomocy umożliwiają środki finansowe stanowiące nienaruszalny kapitał żelazny – pieniądze te są bezpiecznie inwestowane, a dochody z tego tytułu przeznaczane są na cele funduszu, w tym na zwiększenie jego wartości. Dzięki temu wartość funduszu jest systematycznie zwiększana.
– Te środki inwestowane są w bezpieczne instrumenty, które tworzą portfel. Większość inwestycji jest prowadzona konserwatywnie, przynosząc przy tym dochód. Na rynku mamy wiele dostępnych portfeli, których głównym celem jest bezpieczeństwo. Ta sama filozofia towarzyszy przy zarządzaniu środkami funduszy wieczystych – przekonuje prezes Akademii Rozwoju Filantropii.
Zdecydowana większość funduszy powstaje w ramach już działających, doświadczonych organizacji pozarządowych. Przy nawiązaniu współpracy darczyńcy z organizacją powstaje regulamin, który określa zasady funkcjonowania funduszu, współpracy i wysokość kapitału żelaznego.
– Fundusz wieczysty jest odpowiedzią na to, co jest przeszkodą dla spełnienia pasji – to często koszty administracyjne związane z założeniem fundacji, z jej rejestracją, utrzymaniem księgowości. Fundusz wieczysty jest bardzo popularny, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, pomaga optymalizować koszty – przekonuje Łukasiak.
W Polsce dominują fundusze tworzone na rzecz programów stypendialnych dla młodzieży czy studentów. To krok w dobrym kierunku, bo prywatne programy stypendialne w Polsce dopiero się rozwijają. W Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych przyciągają one największe talenty. Podobnie może być w naszym kraju, budowanie funduszy stypendialnych pozwoli zaś rozwijać kapitał intelektualny.
– W Akademii mamy teraz dziewięć funduszy. W Polsce istnieje 150, może 200 funduszy wieczystych. To nie jest dużo, bo przed wojną w samej Warszawie rejestrowano ponad 300 funduszy wieczystych. Jest jeszcze zatem wiele do zrobienia – przekonuje Łukasiak.
Dla darczyńców założenie funduszu wiąże się również z przywilejami podobnymi do tych wynikających z działalności na rzecz innych organizacji charytatywnych. To przede wszystkim ulgi w podatku CIT i PIT (odpowiednio 10 i 6 proc. od podstawy opodatkowania).
– Nawet środki zebrane z 1 proc., jeżeli wykorzystamy je w danym roku podatkowym, możemy przeznaczyć bezpośrednio na stypendia towarzyszące programowi funduszu wieczystego – przypomina ekspert.
Najważniejsza jednak dla darczyńców jest możliwość realizacji własnych marzeń i pomysłów na działalność społeczną, wsparcie ważnego celu społecznego, a często również odzwierciedlenie zainteresowań danej osoby.
– Przy zakładaniu Funduszu im. Inki Brodzkiej-Wald kierowała mną chęć kontynuowania dzieła rozpoczętego przez Inkę, czyli moją kuzynkę prof. Aliną Brodzką-Wald. Była ona humanistką, historykiem literatury, a przez ostatnie lata życia najważniejsze dla niej było opiekowanie się młodymi ludźmi – wskazuje Anna Gutkowska, jedna z założycielek Funduszu im. Inki Brodzkiej-Wald. – Była opiekunką doktoratów, przewodów habilitacyjnych, profesorskich. Po jej śmierci uczniowie poczuli się osieroceni. I pomyśleliśmy w gronie osób jej bliskich, że trzeba zrobić coś, żeby tę postać zachować w pamięci, ale żeby jednocześnie coś dobrego się działo.
Fundusz im. Inki Brodzkiej-Wald przyznaje przede wszystkim nagrody za prace doktorskie, nie tylko z zakresu polonistyki, lecz także prace humanistyczne zgodne z zainteresowaniami patronki funduszu.
– Dotychczas nagrodziliśmy dziewięć prac i przyznaliśmy nagrody na kwotę 24,5 tys. zł – podkreśla Gutkowska.