Gekoplast inwestuje w produkcję. Firma chce zwiększyć skalę działania organicznie, ale nie wyklucza przejęcia innego producenta wyrobów z plastiku

0

Gekoplast finalizuje zakup nowej linii produkcyjnej dla swych zakładów i już myśli o kolejnych, które pozwolą mu zainwestować w nowe produkty. Producent płyt komórkowych i opakowań z nich zamierza rosnąć organicznie, ale w perspektywie kilku lat nie wyklucza też przejęcia spółki z branży.

Jesteśmy teraz w trakcie zakupu kolejnej linii, będziemy analizować rynek w przyszłym roku i być może decydować o inwestycji w kolejne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Chełchowski prezes zarządu TFI Capital Partners, którego fundusz jest właścicielem ponad 77 proc. Gekoplastu. – Zamierzamy jeszcze zainwestować w kilka nowych produktów, w których na razie konkurencja czuje się dobrze, ale na skutek naszych inwestycji pewnie będzie im trochę trudniej.

Jak zaznacza, Gekoplast jest w pierwszej piątce europejskich graczy, jeśli chodzi o sektor płyt komórkowych i opakowań z tych płyt. W I półroczu jej przychody netto ze sprzedaży przekraczały 41 mln zł i były o ponad 3,5 mln wyższe niż w ubiegłym roku. Zysk netto Gekoplastu  wzrósł w tym czasie o 13,7 proc. przekraczając 2,4 mln zł. Jak podkreśla Chełchowski, firma finansuje zakupy nowych linii produkcyjnych ze środków własnych.

– Biznes na tyle dobrze się rozwija i generuje wysokie nadwyżki gotówkowe, że możemy z wewnętrznych źródeł sfinansować program inwestycyjny i kupić kolejne linie – zapewnia.

Właściciele Gekoplastu, choć stawiają na wzrost organiczny, nie wykluczają także akwizycji, choć dopiero w perspektywie kilku lat.

Planujemy raczej rozbudowę mocy produkcyjnych, osiąganie wyższej rentowności dzięki dźwigni, efektowi skali – mówi Chełchowski. – Musimy zwiększać skalę działalności i chyba nam się to będzie udawało, bo mamy duży zakład, możemy dostawiać kolejne linie bez konieczności budowy nowych hal.

Przewagą Gekoplastu w porównaniu z konkurentami z zagranicy są korzystne położenie – na Śląsku, niższe koszty pracy i większa elastyczność w dostosowaniu do indywidualnych potrzeb klienta.

– Od kilku lat obserwujemy przesuwanie działalności produkcyjnej z dojrzałej Europy południowej lub zachodniej do Europy Środkowej – mówi prezes TFI Capital Partners.  Z tego wynika, że klienci są bliżej, jest łatwiej zareagować, mamy dużo krótszych dostaw, gdzie z daleka nie dałoby się tak elastycznie współpracować.

Właściciele Gekoplastu zdają sobie jednak sprawę, że przewagi, jaką zapewniają polskim  firmom relatywnie niskie płace na dłuższą metę utrzymać się nie da. Liczą więc na skutki czynionych inwestycji oraz na inne atuty jakie ma Polska w Europie.

– W Polsce jest jednak bardzo duża kultura techniczna, są wykształcone kadry i ta przewaga zdecydowanie działa – ocenia prezes  Adam Chełchowski z TFI Capital Partners. – Wiem, że ona będzie na przestrzeni lat na pewno maleć, bo też musimy rok w rok podwyższać wynagrodzenia. Ale nie mamy też proporcjonalnego wzrostu zatrudnienia do wzrostu skali, jest jeszcze miejsce na dalsze optymalizacje.

Creamfinance Poland chce mieć 0,5 mln klientów na koniec 2016 roku. Pożyczkodawca szykuje się do wprowadzenia nowych produktów

CEO Magazyn Polska

Baza pożyczkobiorców spółki Creamfinance Poland wynosi obecnie około 200 tys. osób. Do końca przyszłego roku planowane jest powiększenie jej do pół miliona klientów. Ma to być możliwe dzięki wprowadzeniu do oferty nowych produktów. Zdaniem szefa firmy przyszłość rynku to wyższe kwoty pożyczek oraz dłuższy okres finansowania, co pozwoli konkurować z ofertą banków detalicznych. Wykorzystanie nowoczesnych systemów scoringowych ma skutkować lepszą oceną możliwości klientów.

– W tym momencie nasza baza klientów to około 200 tys. osób, co plasuje nas na końcu pierwszej piątki rynku internetowych pożyczek w Polsce. Celujemy w podwojenie obrotów, co będzie oznaczało zwiększenie liczby klientów do około 0,5 mln osób pod koniec roku 2016 – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Adam Dąbrowski, dyrektor zarządzający Creamfinance Poland.

Spółka w ostatnich dwóch latach poniosła znaczne nakłady inwestycyjne, głownie na budowę systemu CRM. Aplikacja łączy w sobie cechy strony internetowej oraz programu do weryfikacji i oceny zdolności kredytowej klientów. W oparciu o silnik scoringowy prowadzone są także wewnętrzne operacje realizowane przez firmę Creamfinance Poland.

– Największe nakłady, zarówno jeśli chodzi o kwestie doskonalenia jakości portfela, jak i o technologię, ponosimy na doskonalenie silnika scoringowego. Przyszłością finansów konsumenckich są właśnie silniki scoringowe oparte na analizie big data, którą my również prowadzimy we własnym dziale analityki i IT – wyjaśnia Dąbrowski.

Creamfinance Poland pracuje także nad poszerzeniem swojej oferty produktowej. W opinii rozmówcy rynek w przyszłości będzie oczekiwał wyższych kwot pożyczek oraz dłuższego okresu finansowania. Środki pożyczane na okres 12 czy nawet 24 miesięcy wkrótce mają się stać realną alternatywą dla usług oferowanych przez banki detaliczne.

– Jestem przekonany, że firmy pożyczkowe operujące w internecie są w stanie zaproponować produkty konkurencyjne dla banków działających w sektorze subprime. To się już dzieje i to się będzie działo – podsumowuje dyrektor.

Grupa Creamfinance to międzynarodowy podmiot świadczący usługi w zakresie pożyczek internetowych. Spółka zatrudnia łącznie ponad 200 osób, z czego największe jest polskie przedstawicielstwo. Oprócz Polski grupa ma biura także w Austrii, Czechach, Gruzji oraz na Łotwie i Słowacji.

Biznes coraz bardziej zainteresowany Afryką. W Warszawie ruszyły pierwsze w Europie Środkowej biznesowe studia afrykanistyczne

0

W Warszawie uruchomiono pierwsze w Europie Środkowej studia podyplomowe przygotowujące do prowadzenia biznesu w Afryce. Ich program jest skonstruowany tak, by ułatwić przedsiębiorcom i menadżerom skuteczną realizację projektów biznesowych na tym kontynencie. Nowy kierunek to przygotowana we współpracy z Piotrem Voelkelem i Uniwersytetem SWPS inicjatywa Jana Kulczyka, który w Afryce widział ogromny potencjał i szansę dla Europy.

Nowy kierunek studiów podyplomowych „Africa: business and beyond” to pierwsza tego typu inicjatywa w Europie Środkowo-Wschodniej. Powstała dzięki zaangażowaniu Jana Kulczyka, ambasadora potencjału gospodarczego Afryki i największego polskiego inwestora prywatnego na tym kontynencie.

O tym, dlaczego Jan Kulczyk postanowił stworzyć studia o rynku afrykańskim, mówiła podczas inauguracji na Uniwersytecie SWPS jego córka, Dominika Kulczyk:

Wierzył w Afrykę. Miał głębokie przekonanie, że przyszłość tego kontynentu będzie mieć ogromny wpływ na przyszłość Europy i reszty świata. Jeśli założymy, że ta teza może się zrealizować, to niezbędne jest stworzenie mostu pomiędzy Afryką a Europą, zrozumienie i wspólne działania. Do tego musimy jednak Afrykę poznać. Żeby poznać, trzeba się jej uczyć, trzeba dowiedzieć się wielu rzeczy, których nie wiemy – mówi agencji Newseria Dominika Kulczyk.

Unikatowy program nowego kierunku studiów podyplomowych tworzą politycy, przedsiębiorcy, ekonomiści i światowi liderzy oraz najlepsza kadra akademicka politologów, socjologów, psychologów i afrykanistów.

Uroczystą inaugurację studiów uświetnił wykład Horsta Köhlera, byłego prezydenta Niemiec i szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który jest także jednym z wykładowców studiów „Africa: business and beyond”. Mówił o potencjale współpracy gospodarczej z Afryką, a także o potrzebie edukacji również po stronie afrykańskiej. Jego zdaniem młodzi Afrykanie chcą się uczyć i przejmować inicjatywę, ale wiąże się z tym poważne wyzwanie.

– Chodzi o to, by młodzi z Afryki zrozumieli, że mają równe szanse, by się kształcić i pracować. Jeśli tak się stanie, region ten może być nowym motorem wzrostu i dobrym partnerem dla Europy. W ten sposób możemy zapewnić dobrą koniunkturę na obu kontynentach. Musimy jednak poświęcić młodym ludziom dużo uwagi i pomóc im rozwijać talenty – mówi Horst Köhler.

Afryka ma szanse stać się motorem wzrostu światowej gospodarki i jednym z kluczowych partnerów biznesowych dla Europy.

Afryka jest drugim na świecie najszybciej urbanizującym się kontynentem, notującym nieprzerwanie wysoką dynamikę wzrostu. Ogromny potencjał gospodarczy, demograficzny i jeszcze lepsze prognozy rozwoju przyciągają inwestorów z całego świata. Kluczem do dobrej, obopólnie korzystnej współpracy jest zrozumienie uwarunkowań biznesowych, kulturowych i politycznych tego kontynentu. Studia „Africa: business and beyond” to projekt o wymiarze międzynarodowym, oferujący dostęp do unikalnej wiedzy popartej doświadczeniami wykładowców o najwyższej renomie – podkreśla Sebastian Kulczyk, prezes Kulczyk Investments i przewodniczący Rady Inwestorów w Afryce.

Na zacieśnieniu wzajemnych stosunków zyskać mogą obie strony. W tym celu konieczne jest jednak zrozumienie dzielących je różnic kulturowych oraz dokonanie inwestycji w rozwój potencjału, który drzemie w młodym społeczeństwie afrykańskim.

Afryka to zaniedbany teren. On kiedyś, w PRL, był nam bliższy, szczególnie Afryka Północna, ale potem priorytety się zmieniły. Zaczęliśmy się zajmować bezpieczeństwem, NATO, USA, UE i trochę straciliśmy Afrykę z pola widzenia, myślę, że ze stratą dla nas samych. Dziś pierwszą barierą jest brak wiedzy polskich przedsiębiorców na temat tego, co tam się dzieje, jaki tam jest potencjał, jakie pieniądze tam można zarobić. Drugą jest obawa przed niestabilnością. Po trzecie, to rzeczywiście nie jest łatwy rynek, tam trzeba trochę popracować – ocenia Aleksander Kwaśniewski, który również należy do kadry wykładowców nowego kierunku.

Na osiągnięcie sukcesu w Afryce szanse mają przedstawiciele wielu polskich branż. W afrykańskim biznesie odnaleźć się mogą firmy zarówno z tradycyjnych sektorów, jak infrastruktura, energetyka czy produkcja nawozów sztucznych, jak i z nowoczesnych technologii, przede wszystkim telekomunikacyjnych.

Afryka to niezwykle młode społeczeństwo, które lubi wszelkie nowe gadżety i się nimi posługuje. To nie tylko nowoczesny sprzęt, lecz także programy, czyli hardware i software. Myślę, że jest tam dużo miejsca dla wielu pomysłów z nowoczesnej technologii – podsumowuje Kwaśniewski.

Trwające dwa semestry studia podyplomowe będą przygotowywać przedsiębiorców i menadżerów do skutecznej realizacji projektów biznesowych w Afryce. Program studiów będzie dotyczyć głównie regionu Afryki Subsaharyjskiej, ale będzie rozszerzany zgodnie z potrzebami studiujących osób. Podejmowane będą m.in. tematy finansowania, oceny ryzyka, prawodawstwa czy uwarunkowań politycznych i kulturowych, których zrozumienie jest niezbędne do ekspansji na rynki afrykańskie. Studia skierowane są przede wszystkim do osób mających już doświadczenie biznesowe lub menadżerskie.

Jesteśmy zainteresowani ludźmi, którzy mają doświadczenie biznesowe w Polsce i w innych regionach świata i zamierzają podjąć kontakty z Afryką. Są to ludzie wykształceni, doświadczeni, mający już sukcesy biznesowe, ale w innych częściach świata. Chcemy im przybliżyć Afrykę. Muszą oni zetknąć się z wiedzą interdyscyplinarną. Nie wystarczy tylko poznanie kwestii biznesowych, oni muszą się nauczyć np. psychologii różnic kulturowych – mówi prof. Andrzej Eliasz, rektor Uniwersytetu SWPS.

Uroczysta inauguracja studiów „Africa: business and beyond” odbyła się 24 października w siedzibie Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Merytorycznym partnerem studiów jest Uniwersytet Stellenbosch, ośrodek akademicki z RPA oraz Rada Inwestorów w Afryce, powołana w 2014 roku z inicjatywy Jana Kulczyka i zrzeszająca największe polskie firmy inwestujące na tym kontynencie.

PKP dysponuje 100 tys. nieruchomości. Lokalizacje przy węzłach komunikacyjnych w dużych i mniejszych miastach atrakcyjne dla inwestorów

CEO Magazyn Polska

Grunty i nieruchomości zlokalizowane w pobliżu dworców kolejowych  i innych węzłów komunikacyjnych cieszą się dużym zainteresowaniem inwestorów. Tym bardziej że zwykle są to bardzo atrakcyjne lokalizacje w centrach miast. Coraz częściej inwestorzy łączą funkcję biurowe lub handlowe z komunikacyjnymi, dlatego posiadane przez PKP tereny cieszą się zainteresowaniem deweloperów. Spółka Xcity Investment, która zajmuje się projektami deweloperskimi PKP, chce ich zrealizować ponad 40 do 2018 roku.

Z mojej perspektywy dla większości inwestycji jest jeden klucz, zresztą parafrazując angielskie sformułowanie, czyli lokalizacją. Ona jest najważniejsza dla projektu i my ją zapewniamy – mówi agencji Newseria Maciej Król, prezes zarządu Xcity Investment.

PKP SA jest właściciele, 100 tys. nieruchomości w Polsce. Wśród nich są nie tylko dworce i tereny przy liniach kolejowych, lecz także atrakcyjne lokalizacje w centrach miast. Xcity Investment, która z ramienia PKP odpowiada za projekty deweloperskie i współpracę z inwestorami, chce wykorzystać potencjał tych terenów.

Są to bardzo różne miejsca, różne miasta, zarówno mniejsze, jak i większe. Kluczową kwestią jest wykorzystanie potencjału wynikającego m.in. z lokalizacji w pobliżu stacji kolejowych – mówi Król.

Potencjał ten starają się wykorzystywać deweloperzy z wszystkich segmentów rynku nieruchomości. Takich terenów w centrach miast poszukują deweloperzy na powierzchnie biurowe i handlowe. Jak podkreślają przedstawiciele Polskiej Rady Centrów Handlowych, dworce kolejowe, autobusowe czy stacje metra stanowią skupiska dużej grupy potencjalnych klientów, dlatego coraz częściej centra handlowe będą powstawać w pobliżu takich węzłów komunikacyjnych. Przykłady takich inwestycji są m.in. w Katowicach, Krakowie czy Warszawie.

Jak podkreśla Maciej Król, lokalizacja decyduje o zainteresowaniu inwestorów, nawet jeśli dany rynek jest już nasycony.

To  bardzo konkurencyjny, trudny rynek, w szczególności przy obecnej koniunkturze, jakkolwiek równocześnie posiadający bardzo duży potencjał. Na rynku biurowym mamy przesyt projektów biurowych i nadpodaż powierzchni. Z drugiej strony jest ta tendencja z całą pewnością w dłuższej perspektywie się odwróci. Mamy też do czynienia z sytuacją, w której w wielu miastach, w szczególności większych, jest już pewne nasycenie powierzchniami handlowymi – mówi Król.

Xcity Investment – powołana na początku 2015 roku – realizuje dziś siedem projektów, a kolejne są na etapie rokowań. Inwestycje, nad którymi pracuje – o łącznej powierzchni ponad 400 ha, będą prowadzone zarówno w dużych miastach, jak Warszawa i Katowice, jak i w mniejszych – Elbląg, Kłodzko, Koło, Koszalin, Bielsko-Białą czy Skarżysko-Kamienna. Spółka analizuje ponad 100 kolejnych potencjalnych lokalizacji.

Nie mamy sytuacji, w której możemy zastosować jeden konkretny model zabudowy nieruchomości, kopiować go z miasta do miasta, każdorazowo wymaga to szczegółowej analizy – tłumaczy Maciej Król.

Sposób realizacji danego projektu zależy w głównej mierze od inwestora. Jak podkreśla Król, rolą spółki Xcity Investment jest stworzenie odpowiednich możliwości, które uczynią konkretne przedsięwzięcie wykonalnym.

I to, co jest też bardzo istotne w całym schemacie, to współpraca z władzami lokalnymi, które w dużym stopniu determinują sposób wykorzystania danej nieruchomości – dodaje Król.

Polscy przewoźnicy w Niemczech muszą liczyć się z wyższymi kosztami pracy i większą biurokracją. Przepisy o płacy minimalnej wciąż problematyczne

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska do dzisiaj nie określiła, jakie elementy wynagrodzenia kierowców wliczane są do obowiązującego w Niemczech od stycznia wynagrodzenia minimalnego. Kontrola niemieckiego urzędu celnego pokazała jednak, że stawki za podróże służbowe, diety i ryczałty za noclegi, które dostaje kierowca, wchodzą w skład pensji minimalnej. Dzięki temu obciążenie firm transportowych będzie nieco mniejsze. Strona niemiecka zwiększyła jednak liczbę wymaganych dokumentów.

Do dziś Komisja Europejska nie określiła, jakie elementy wynagrodzenia w ramach transportu transgranicznego z Polski do Niemiec podlegają obowiązującemu tam minimalnemu wynagrodzeniu w wysokości 8,5 euro za godzinę – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – We wszystkich polemikach prawno-administracyjnych należy pamiętać, że na końcu tego wszystkiego jest przedsiębiorca, polski przewoźnik, który ponosi zwiększone koszty pracy wynikające z minimalnego wynagrodzenia.

Na początku stycznia br. niemiecki rząd wprowadził ustawę o wynagrodzeniu minimalnym (tzw. MiLoG) w wysokości 8,5 euro za godzinę pracy. Regulacje objęły również polskie firmy przewozowe wykonujące transport międzynarodowy na terenie tego kraju. Wzbudziło to ogromne kontrowersje ze strony Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W efekcie zostało skierowane pytanie do Komisji Europejskiej o zgodność niemieckich przepisów z regulacjami unijnymi. KE stwierdziła, że ruch tranzytowy w całości nie podlega tamtejszym regulacjom, kabotaż objęty jest nimi w całości, a transport transgraniczny, czyli na przykład z Polski do Niemiec i z powrotem, podlega im w części. Niestety, jak zauważa Bartosz Najman, do dzisiaj nie określono, o jakie dokładnie elementy chodzi.

Krajowy przewoźnik cały czas ma pytania i czeka na odpowiedzi, a mamy październik – twierdzi szef OCRK. – Od początku roku przewoźnicy w ogóle nie wiedzieli, czy muszą płacić, a jeśli tak, to ile i co wchodzi w wynagrodzenie minimalne, a czego ono nie dotyczy.

Polskie prawo, jak zauważa Bartosz Najman, skonstruowane jest w inny sposób. W branży transportowej praktyka jest taka, że kierowcy otrzymują dodatki z tytułu podróży służbowych – diety i ryczałty za noclegi. Biorąc pod uwagę, że wynagrodzenie zasadnicze polskich kierowców kształtuje się w granicach płacy minimalnej, wzięcie pod uwagę tylko tego wynagrodzenia, oznaczałoby, że polscy przewoźnicy muszą dopłacić kierowcom ponad 6 euro brutto za godzinę pracy na terenie Niemiec. W skrajnych przypadkach mogłoby to być nawet ponad tysiąc euro (brutto) miesięcznie.

OCRK od początku stoi na stanowisku, że część diet i całe ryczałty wchodzą w wynagrodzenie minimalne – przekonuje Bartosz Najman. – Ale były również inne opinie, zupełnie odwrotne, że nic nie wchodzi, co byłoby bardzo trudne dla polskiego transportu.

Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców prowadzi 10 dotyczących tego problemu kontroli, które mają pokazać jak niemieckie służby celne w praktyce stosują nowe przepisy o płacy minimalnej na terenie tego kraju. Pierwsza kontrola zakończyła się 5 października.

– Praktyka potwierdziła linię, którą od początku głosimy – ocenia Bartosz Najman. – Strona niemiecka rozszerzyła już interpretację. Potwierdza to nasze stanowisko, aczkolwiek są tam aspekty negatywne. Wzrosła na przykład liczba dokumentów, które trzeba wysłać, zwiększała się więc bariera administracyjna.

Ta interpretacja pozwala mieć nadzieję, że skutki MiLoG-u dla polskiej branży transportowej nie będą tak negatywne, jak przewidywano. Jednak nie ma wątpliwości, że one będą. Z badania Deloitte, na zlecenie Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska wynika, że wzrost wynagrodzeń może doprowadzić do ujemnej marży netto u 42 proc. przebadanych firm, co grozi im wypadnięciem z rynku. W rezultacie pracę może stracić ok. 14 tys. osób, a w całej gospodarce – nawet 53 tys. osób. Dziś polskie firmy mają 24-proc. udział w przewozach międzynarodowych. W ogólnych przewozach Unii Europejskiej udział ten wynosi 14,4-proc., co daje im drugą lokatę za Niemcami, a przed Hiszpanią i Francją.

Codziennie jest zgłaszanych 0,5 mln informacji o naruszeniu bezpieczeństwa w sieci. Rosnąca liczba urządzeń zachętą dla przestępców

CEO Magazyn Polska

Zespół CERT Polska co dziennie otrzymuje średnio 500 tys. alertów o naruszeniu bezpieczeństwa w sieci. Aktywność cyberprzestępców rośnie, bo i potencjalnych ofiar w sieci dynamicznie przybywa. Działania przestępców dotyczą nie tylko osób indywidualnych, ale także firm. W tym przypadku odpowiednio zaplanowany atak może powodować wielomilionowe straty i skutkować całkowitym zatrzymaniem pracy w firmie.

Zajmujący się m.in. badaniem zagrożeniami i cyberatakami zespół CERT Polska, odnotowuje dziennie średnio około 500 tys. alertów, czyli informacji o naruszeniu warunków bezpieczeństwa w polskiej sieci. Liczba ostrzeżeń stale się zwiększa.

Ona rośnie tak jak rośnie liczba użytkowników czy liczba urządzeń podłączonych do sieci. Czym więcej korzystamy z internetu, czym więcej rzeczy robimy w internecie, tym na więcej zagrożeń jesteśmy narażeni – mówi agencji Newseria Przemysław Jaroszewski, specjalista ds. bezpieczeństwa w CERT Polska/NASK.

Ekspert zwraca uwagę na najgroźniejszy rodzaj ataków określanych mianem APT – są to działania cyberprzestępców, którzy koncentrują się na określonej ofierze. Poświęcają najpierw czas, by przyjrzeć się jej nawykom, dowiedzieć się o niej jak najwięcej i za pomocą tych informacji przeprowadzić atak. Zwykle przeprowadzają go w bardzo precyzyjny sposób, tak aby wyrządzić ofierze jak największe szkody.

Natomiast najpopularniejsze są ataki na przeciętnego użytkownika, czyli tzw. ślepe ataki. Np. rozsyłane są załączniki w spamie tylko po to, żeby zarazić komputer i zobaczyć, co się stanie dalej – czy uda się wykraść hasła do bankowości elektronicznej czy „tylko” do serwisów społecznościowych – wyjaśnia Jaroszewski.

Coraz większym problemem stają się ataki na urządzenia mobilne. Do tej pory ten rodzaj zagrożenia traktowano jedynie jako teoretyczny problem, dlatego też ich użytkownicy nie przykładali uwagi do kwestii cyberbezpieczeństwa. Jednak wraz z rozwojem kolejnych funkcjonalności i aplikacji na smartfony i tablety, zainteresowanie przestępców skierowało się w stronę mobile.

Może to nie są miliony incydentów, jednak kwestia ta zaczyna być przez nas postrzegana jako poważny problem. Nawet, jeśli liczymy te ataki w dziesiątkach, to i tak jest to istotna kwestia – podkreśla ekspert CERT Polska.

W zależności od tego, w kogo uderzają cyberprzestępcy, różna jest skala ewentualnych strat.

W przypadku przeciętnych użytkowników domowych straty, jeżeli w ogóle są, to albo się przejawiają w zupełnie minimalnych kwotach, np. wzrost rachunku za prąd, bo ktoś używa naszego komputera bez naszej wiedzy, albo to są straty na poziomie kilku tysięcy, bo ktoś wykradł hasła do bankowości – wyjaśnia Jaroszewski.

Na znacznie większe ryzyko narażone są firmy. Zagrożenie dotyczy m.in. utraty wrażliwych danych, co może oznaczać straty wizerunkowe. Umiejętnie przeprowadzony atak może spowodować utratę pieniędzy, lecz także paraliż przedsiębiorstwa, np. wstrzymanie produkcji czy sprzedaży. Choć tego typu incydenty nie zdarzają się bardzo często, to jednak ich skutki mogą być bardzo dotkliwe i kosztować wiele milionów złotych.

Innym przykładem ataków, które powodują milionowe straty, są ataki połączone z socjotechniką – kiedy ktoś nakłania kogoś do przelania pieniędzy na podstawione konto. Taki atak również wykorzystuje złośliwe oprogramowanie. Cyberprzestępca musiał wcześniej zapoznać się z tym, kto jest kontrahentami danej firmy, jakie umowy są zawierane, jak wyglądają faktury – podkreśla Jaroszewski..

Zespół CERT Polska funkcjonuje w ramach w struktury Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej(NASK). Do jego najważniejszych zadań należy rejestrowanie i obsługa zdarzeń naruszających bezpieczeństwo sieci, a także aktywne działanie w przypadku pojawienia się bezpośredniego zagrożenia dla użytkowników internetu.

W Polsce marnuje się około 9 mln ton jedzenia rocznie, z tego 2 mln w gospodarstwach domowych

CEO Magazyn Polska

Około 9 mln ton żywności każdego roku trafia na wysypiska śmieci. Ponad 6 mln ton marnuje się w procesie produkcji, a za wyrzucanie 2 mln ton odpowiadają konsumenci. Przyznaje się do tego 60 proc. społeczeństwa. Eksperci podkreślają, że dużo żywności wyrzucana jest przez dzieci w szkołach – robi to trzech na czterech uczniów. Skala marnotrawstwa może być ograniczona przez mądre planowanie zakupów, odpowiednie przechowywanie produktów i przygotowywanie posiłków.

Jeżeli mówimy o szkole i dzieciach, to podstawową kwestią jest zarówno sposób przygotowania kanapek, jak i sposób podania – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Borowski, prezes zarządu Federacji Polskich Banków Żywności (FPBŻ). – Warto pomyśleć o pudełku do pakowania śniadania. Jeżeli kanapka jest wrzucona w woreczku między książki, to gdy dziecko wyjmuje ją po trzech lekcjach, to często nadaje się ona już tylko do wyrzucenia.

Inna kwestia to wielkość porcji podawanych dzieciom na stołówkach.

Osoba, która wydaje posiłki powinna każdego dziecka się zapytać, czy chce dużą, czy też małą porcję. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia – wskazuje Marek Borowski.

Jak wynika z badania Millward Brown SMG/KRC na zlecenie FPBŻ do wyrzucania jedzenia przyznaje się w Polsce 60 proc. społeczeństwa. W Polsce na wysypiska śmieci trafia ogółem 9 mln ton żywności rocznie. Przedsiębiorstwa i sektor produkcji odpowiadają za blisko 6,6 mln ton, a gospodarstwa domowe – za ponad 2 mln ton (0,35 mln pochodzi z innych źródeł). Sytuuje to Polskę na piątej pozycji – za Wielką Brytanią, Niemcami, Francją i Holandią, wśród państw marnujących jedzenie w Unii Europejskiej.

Jako osoby dorosłe możemy podjąć szereg działań, które ograniczą skalę marnowania żywności – twierdzi Marek Borowski. – Podstawą wszystkiego jest planowanie i liczenie. Jeżeli wybieramy się na zakupy, sprawdźmy, co mamy z poszczególnych produktów, zastanówmy się, jakie posiłki chcemy przygotowywać i czego potrzebujemy.

Nie powinniśmy też chodzić na zakupy głodni, bo zwykle w takiej sytuacji kupujemy więcej, niż potrzebujemy.

Bardzo istotny jest także sposób przechowywania produktów w domu. Niektóre rzeczy mogą leżeć w szafce, inne nadają się jedynie do lodówki. Trzeba zwracać więc uwagę na etykiety, które zawierają informację o tym, jakie są optymalne temperatury przechowywania.

To wszystko jest wiedza, wydawać by się mogło, banalna – przyznaje Marek Borowski. – Jednak z naszych badań często wynika, że Polacy, którzy robią zakupy czy prowadzą gospodarstwa domowe nie do końca zdają sobie sprawę jak lodówka jest skonstruowana. Okazuje się, że zdecydowana większość nie wie, na której półce powinny leżeć poszczególne kategorie. A wydawałoby się, że jest to bardzo proste.

Konsumenci powinni zwracać także uwagę na wielkość porcji, które przygotowują. Np. jeżeli jest to posiłek składający się z dwóch dań, porcje powinny być mniejsze.

Jest wiele racjonalnych zasad, których powinniśmy przestrzegać, żeby nie marnować żywności, tak naprawdę wystarczy trochę logicznie się nad tym zastanowić – podkreśla prezes FPBŻ. – Zebraliśmy je stronach banków żywności Niemarnuje.pl.

16 października co roku obchodzony jest Światowy Dzień Żywności ustanowiony przez Organizację Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO). Jego zadaniem jest pogłębienie wiedzy o globalnych problemach żywnościowych i wzmocnienie poczucia solidarności w walce z głodem, niedożywieniem i ubóstwem w różnych regionach Ziemi. Zmniejszenie do 2030 roku o połowę marnotrawstwa żywności w ramach zrównoważonej produkcji i konsumpcji jest jednym z celów rozwojowych ONZ. W tym roku Federacja skupiła się na problemie marnowania jedzenia przez dzieci w szkołach.

Kandydaci zaczynają rządzić na rynku pracy. Wynagrodzenia mogą rosnąć o 7–8 proc. rocznie

CEO Magazyn Polska

Co trzecia firma w Polsce ma problem z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników. To więcej niż średnia UE. Wchodzące na rynek pracy nowe pokolenie ma przy tym znacznie wyższe aspiracje i wymagania, inaczej podchodzi do motywacji i zaangażowania. Zmiany na rynku pracy mogą się przyczynić do wzrostu dynamiki płac o nawet 7–8 proc. rocznie. Będzie to możliwe, o ile rozwój gospodarczy utrzyma się choćby na dotychczasowym poziomie.

Zaczynamy wchodzić w rynek kandydata zasadniczo w każdym możliwym obszarze kompetencyjnym – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Wierzbicki, dyrektor w firmie doradztwa personalnego Michael Page. – Dotyczy to zarówno finansów, HR, sprzedaży i marketingu, a od dawna już IT. Dziś procesy te nabierają tempa.

W latach 2005–2006, gdy firma Michael Page rozpoczynała działalność w Polsce, krajowy rynek pracy także należał do kandydatów. Firmy rekrutacyjne poszukiwały zmotywowanych pracowników, gotowych do zmiany miejsca zatrudnienia. W kolejnych kryzysowych latach role się odwróciły. Headhunterzy dzwonili do klientów, żeby polecać swoje usługi, a kandydaci musieli wykazać się dużą dozą pokory i mieli problemy ze znalezieniem odpowiedniej pracy. W latach 2011–2014 na rynku pracy utrzymywała się równowaga, a dziś powoli rynek przejmują kandydaci.

32 proc. polskich przedsiębiorstw ma problemy z pozyskiwaniem utalentowanych pracowników, to dużo więcej niż jeszcze kilka miesięcy temu, gdy byliśmy mniej więcej na poziomie 20–25 proc., czyli takim jak średnia europejska – podkreśla Wierzbicki. – To znaczy, że emigracja dzisiaj, gdy gospodarka nabiera tempa, zaczyna rzeczywiście doskwierać przedsiębiorstwom.

Jak wynika z globalnej ankiety firmy Michael Page „Barometr rynku HR”, w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy 48 proc. osób zajmujących się sprawami pracowniczymi spodziewa się wzrostu zatrudnienia, a blisko co trzecia organizacja (27 proc.) zwiększyła budżet przeznaczony na rekrutację.

Brak wykwalifikowanych pracowników będzie wyzwaniem nie tylko dla firm rekrutacyjnych i przedsiębiorstw, lecz także dla całego społeczeństwa i rządu – uważa Paweł Wierzbicki. – Obecne bezrobocie jest w okolicach 10 proc. i braki kadrowe oznaczają, że nie ma równości między tym, czego oczekują przedsiębiorstwa, a tym, co oferuje rynek pracy. W najbliższych miesiącach oczekujemy intensyfikacji tego zjawiska.

Będzie ono wyzwaniem o tyle trudnym, że młode wchodzące obecnie na rynek pracy pokolenie ma nieco inne oczekiwania niż poprzednie generacje.

To pokolenie w odmienny sposób podchodzi do zaangażowania i motywacji. Jeśli do tego dojdzie przekonanie, że na rynku pracy rządzi kandydat, to przyznam szczerze, będzie sporo wyzwań dla wszystkich, żeby tym skutecznie zarządzać – wskazuje Paweł Wierzbicki.

Jak podkreśla, sytuacja na rynku pracy może spowodować, że w kolejnych latach wynagrodzenia będą rosły znacznie szybciej niż dzisiaj.

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby pensje rosły w tempie 7–8 proc. rocznie, co przy takim rynku pracy jest bardzo możliwe – przekonuje Paweł Wierzbicki. – W zasadzie wszystkie przedsiębiorstwa i wszędzie, łącznie z produkcją, zgłaszają popyt na pracowników. Taka skala podwyżek jest jednak możliwa, pod warunkiem że gospodarka utrzyma tempo rozwoju.

Trwa walka o informatyków

Nie tylko Kraków czy Warszawa, ale też kolejne miasta Polski rozbudowują swoje zaplecze IT. Coraz większe zapotrzebowanie na specjalistów z branży powoduje, że standardowe metody rekrutacji już nie wystarczają. Biorąc pod uwagę rosnące znaczenie sektora IT/ICT dla polskiej gospodarki, zatrudnienie specjalistów w tym obszarze będzie nadal wzrastać. W tym roku deficyt pracowników w tej branży sięga około 50 tysięcy osób[1].

Konkurencja na rynku pracy jest wysoka, ale tym razem dotyczy przede wszystkim zatrudniających. Firma, która okaże się bardziej atrakcyjna, przyjazna pracownikom i wreszcie – która zaoferuje najlepsze warunki finansowe, może liczyć na najlepszych specjalistów. Trudno w tym obszarze szukać oszczędności – chcąc zatrudnić doświadczonego specjalistę, pracodawca musi liczyć się z wydatkiem rzędu od 7 000 PLN do 15 000 PLN miesięcznie w zależności od stanowiska. W przypadków pracowników IT z obowiązkami menedżerskimi wynagrodzenie może być jeszcze wyższe.

Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Loyd
Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Loyd

-„Sęk w tym, że kwestie finansowe zaczynają aktualnie odgrywać drugorzędną rolę. Coraz częściej na pierwszy plan wysuwa się atrakcyjność przedsiębiorstwa: jego lokalizacja, zakres świadczeń socjalnych czy zaangażowanie w prestiżowe projekty. Każdy z tych punktów jest analizowany przez kandydata już od początku rekrutacji, a prezentacja najmocniejszych atutów firmy należy do osoby odpowiedzialnej za zatrudnienie” – mówi Bartosz Kaczmarczyk, prezes Grupy Kapitałowej Loyd, do której należy Loyd IT Solutions.

Rywalizacja o kandydatów zaczyna dotyczyć również miast, które chcą rozwijać swoją innowacyjność w oparciu o IT. W przypadku mniejszych ośrodków o specjalistów IT jest jeszcze trudniej. Z drugiej strony – propozycja pracy poza Warszawą czy Wrocławiem może być alternatywą dla osób, które chcą zarabiać więcej, lecz niekoniecznie odnajdują się w dużych, zatłoczonych miastach. Zanim jednak rekruter przekona programistę do danej oferty, musi najpierw go znaleźć.

-„Pracowników IT szukamy przede wszystkim w ich naturalnym środowisku, czyli w internecie. Coraz częściej rekruterzy korzystają z niestandardowych metod pozyskiwania kandydatów. Programiści mogą spodziewać się rekrutacji ukrytych w kodach HTML, spersonalizowanych ofert w wyszukiwarkach internetowych czy też grywalizacji, łączących rozrywkę z testem wiedzy w temacie kodowania. Nadal cennym narzędziem w rękach headhuntera są media społecznościowe, które od kilku lat skutecznie pośredniczą na linii rekruter-kandydat do pracy” – dodaje Bartosz Kaczmarczyk

Jedna z ciekawszych historii w temacie niekonwencjonalnych rekrutacji informatyków dotyczy Google. Podczas, gdy Max Rosett szukał interesujących go informacji na temat technik kodowania w języku Python, zamiast standardowej listy wyszukanych haseł pojawił się intrygujący komunikat: „Mówisz w naszym języku! Podejmiesz wyzwanie?” Bohater tej historii udzielił twierdzącej odpowiedzi i został przeniesiony do dedykowanej aplikacji, która testowała jego umiejętności programistyczne. Po pokonaniu tego testu Max wpisał swój numer telefonu, a po kilku dniach dostał propozycję pracy od Google.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie nie tylko globalne korporacje będą uciekać się do tak niekonwencjonalnych metod. Specjaliści IT mają wygórowane wymagania, ale to ich kompetencje należą do najbardziej pożądanych na rynku.

-„W związku z malejącym bezrobociem mamy do czynienia z rosnącym w siłę rynkiem pracownika. Oznacza to, że potencjalni kandydaci mogą mieć większe wymagania względem pracodawcy i szukać bardziej spersonalizowanych ofert. Ten problem – z punktu widzenia ekspertów HR – wzrasta w obszarze zatrudnienia specjalistów IT, gdyż to właśnie oni są najbardziej pożądanym „towarem” na rynku pracy. Nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja się zmieniła – rynek pracy nadal będzie ich potrzebował. Sceptyczni wobec tych prognoz szybko ugną się pod ciężarem rzeczywistości – nie możemy przewidzieć kiedy i czy w ogóle globalny rynek pracy ulegnie przesyceniu pod względem ilości specjalistów IT” – podsumowuje Bartosz Kaczmarczyk.

[1] Źródło: Sedlak & Sedlak

Kupujesz mieszkanie? Poznaj swoje prawa!

Już tylko dwa miesiące zostały na zakup mieszkania przy niższym, 10-procentowym wkładzie własnym. Tymczasem tylko we wrześniu budżet rządowego programu Mieszkanie dla Młodych zmniejszył się o blisko 94 mln zł. Pośpiech może się nie opłacić, dlatego dowiedz się, jak prześwietlić dewelopera i bezpiecznie kupić mieszkanie.

Alpha Park_WarszawaOstatni kwartał 2015 roku jest dobrym momentem na zakup mieszkania. Od stycznia 2016 roku uzyskanie kredytu będzie możliwe dopiero po wpłaceniu zwiększonego, 15-procentowego wkładu własnego. Osoby spełniające określone kryteria mogą go spłacić za pomocą Mieszkania dla Młodych. W tym przypadku również nie warto zwlekać. Pula pieniędzy przeznaczona na rządowy program jest ograniczona – w 2015 roku do 715 mln zł. W trzecim kwartale zapotrzebowanie na dofinansowanie sięgnęło 403 mln zł, ale po zmianach w MdM (m.in. większa prorodzinność oraz dołączenie rynku wtórnego) nastąpił znaczny wzrost zainteresowania. Tylko we wrześniu do Banku Gospodarstwa Krajowego wpłynęło 3744 wniosków o dofinansowanie na kwotę blisko 94 mln zł.

W obronie twoich interesów

Zakup mieszkania to jedna z najpoważniejszych decyzji w życiu, dlatego pośpiech może się nie opłacić. Dobrą wiadomością jest obecność ustawy deweloperskiej, która chroni interesy kupujących. Na czym polega?

Dawniej umowy przedstawiane klientowi przez różnych deweloperów mogły się znacznie różnić. Można było odnieść nieprzyjemne wrażenie, że to firma budowlana dyktuje warunki i nie pozostaje nic innego, jak tylko się dostosować.

Wprowadzenie ustawy deweloperskiej spowodowało ujednolicenie rynku, a w rezultacie także solidną ochronę praw klienta – mówi Tomasz Wilczek, dyrektor generalny RED Real Estate Development. – Deweloper jest zobowiązany do dostarczenia wyczerpującej informacji o prowadzonej inwestycji, co powinno rozwiać zakupowe wątpliwości. Z kolei klient otrzymuje pewność, że inwestycja zostanie zrealizowana lub otrzyma zwrot pieniędzy.

 Zmiany na dobre

Ustawa deweloperska sprawiła, że zakup mieszkania stał się bezpieczniejszy. Oto cztery najważniejsze zmiany:

  1. Deweloper zakłada odrębne rachunki powiernicze dla każdej inwestycji. Rachunki znajdują się pod kontrolą banków, a pieniądze trafiają do dewelopera dopiero wtedy, gdy zakończone zostały kolejne etapy budowy.
  2. Przygotowuje dla klienta prospekt z załącznikami dotyczącymi firmy oraz inwestycji. Klient dowiaduje się m.in., jakie inwestycje deweloper zrealizował do tej pory i jaki jest stan przygotowań do aktualnej (czy firma posiada pozwolenie na budowę, kiedy ją zacznie i zakończy).
  3. Określa sposób finansowania inwestycji: jaki jest wkład własny, jaką część stanowi kredyt banku. To ważne, bo może powiedzieć dużo o zaufaniu do dewelopera. Jeśli buduje w całości za swoje, to znaczy, że jest pewny realizacji. Jeśli z kredytu, ryzyka też nie ma, ponieważ bank prześwietla firmę wzdłuż i wszerz i jeśli przyznaje finansowanie, to uznaje firmę za solidną (taki deweloper jeszcze nigdy nie upadł).
  4. Deweloper ma też obowiązek informować o perspektywach rozwoju okolicy. Klient dowie się więc, czy coś powstanie w jego okolicy.

Klarowne zasady sprawiły, że klienci są spokojniejsi podczas zakupu mieszkania. Jego oczekiwania muszą być zapisane w umowie i zostać dotrzymane. Zdaniem Teresy Witkowskiej dyrektora sprzedaży Alpha Park, zmiany działają w obie strony. – Sam fakt pójścia do notariusza powoduje wzmocnienie poczucia, że nasza decyzja jest dobra. To także pozytywnie wpływa na relacje pomiędzy deweloperem a klientem – mówi.

Nowa_Papiernia_loft_Fot_MacieSprawdź dewelopera

Kupujący muszą pamiętać, że ustawa chroni interesy klienta w przypadku inwestycji, które rozpoczęły się po 29 kwietnia 2012 r. Inwestycje zaczęte wcześniej jej nie podlegają, więc deweloperowi wolno więcej. Dlatego warto na własną rękę sprawdzić dewelopera. Jak to zrobić?

  • Warto zapytać w Polskim Związku Firm Deweloperskich o jego reputację.
  • Sprawdzić do tej pory zrealizowane inwestycje, np. na stronie internetowej firmy. Im będzie ich więcej, tym lepiej.
  • Porozmawiać z mieszkańcami dotychczas zrealizowanych inwestycji lub wcześniejszych etapów tej aktualnej: zapytać o jakość i terminowość prac.
  • Przyjrzeć się inwestycji, jej architekturze budynków, przestrzeni wspólnej, zieleni, placom zabaw itp.
  • Upewnić się, czy ma prawa do gruntu, na którym buduje. Znając numer księgi wieczystej można to zrobić przez stronę internetową http://ekw.ms.gov.pl.
  • Sprawdzić w Biurze Informacji Gospodarczej InfoMonitor, czy firma nie jest zadłużona.

Co ciekawe, klienci indywidualni bardzo rzadko sprawdzają wiarygodność finansową dewelopera. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że osoby prywatne tylko kilkanaście razy złożyły zapytania o rzetelność firmy budowlanej. Tymczasem w sumie takich zapytań są tysiące, tyle że składają je partnerzy deweloperów.

– Klienci powinni korzystać z wszelkich możliwych narzędzi prześwietlania wiarygodności dewelopera. Dzięki temu pozbędą się wątpliwości, a przy okazji mogą zyskać pewność, że kupują solidne mieszkanie na lata – mówi Roma Peczyńska, marketing manager Red Park.

Nasza świadomość rośnie

Ostatnie dane z rynku nieruchomości pokazują, że optymizm zakupowy Polaków przybiera na sile. Pierwsze półrocze 2015 było rekordowe od czasów sprzed kryzysu. Deweloperzy rozpoczęli w tym czasie budowę 34 tys. mieszkań, tj. o 4 tys. więcej niż w analogicznym okresie 2008 roku. Klienci mają zatem największy od kilku lat wybór. Czy zdają sobie przy tym sprawę z przysługujących im praw i zmian, jakie przyniosła ustawa deweloperska?

– Z własnego doświadczenia wiemy, że klienci są bardziej świadomi i wymagający niż zaledwie kilka lat temu. A nawet jeśli nie wykazują zainteresowania gruntownym prześwietleniem dewelopera, to ustawa chroni ich niezależnie. Za jej sprawą, a także przez rosnącą konkurencję, firmy deweloperskie przygotowują najlepszą możliwą ofertę i zabiegają o klienta. W ich interesie jest, aby klient był zadowolony i otrzymał to, o czym przez całe życie marzy – mówi Ewa Piechota, marketing manager Nowej Papierni.