Zmiany w podatku od nieruchomości

Wraz z nowym rokiem z definicji nieruchomości związanych z prowadzeniem firmy znika zapis o tzw. „względach technicznych”. Z jednej strony ograniczy to spory dotyczące interpretacji powyższego zwrotu, jednak z drugiej strony – przedsiębiorcy stracą szansę na optymalizację podatkową stosowaną do tej pory w odniesieniu do budynku w złym stanie technicznym. Zmienione zostaną także zasady opodatkowania części wspólnych budynków. Jakie konsekwencje niesie to dla właścicieli nieruchomości?  

podatkiPrzedsiębiorca płaci wyższy podatek od nieruchomości niż osoba prywatna. – Jeśli daną nieruchomość w postaci mieszkania, domu czy ziemi wykorzystujemy na potrzeby związane z prowadzeniem firmy, jesteśmy zobowiązani do płacenia wyższych, nawet kilkadziesiąt razy wyższych stawek podatkowych, aniżeli te odprowadzane od np. budynków mieszkalnych. Oczywiście, w zależności od gminy, wysokość tych stawek jest różna. Ustawodawca precyzuje tylko górne graniczne wartości, których rada gminy, uchwalając wysokość podatków i opłat lokalnych, przekroczyć nie może – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Aktualne stawki podatku od nieruchomości wyznaczone przez ustawodawcę w 2015 r. wynoszą:

  • 23,13 zł od 1 mkw. powierzchni użytkowej za rok – od budynku związanego z prowadzeniem działalności gospodarczej,
  • 0,75 zł od 1 mkw. powierzchni użytkowej za rok – od budynku mieszkalnego
  • 0,90 zł od 1 mkw. powierzchni za rok – od gruntu pod działalność gospodarczą,
  • 0,47 zł od 1 mkw. powierzchni za rok – od gruntu pod budynek mieszkalny.

Przykład:

Mieszkaniec Poznania obecnie płaci 0,75 zł od 1 mkw. od budynków mieszkalnych, ale już od nieruchomości, bądź jej części przeznaczonej na działalność gospodarczą zapłaci 23,13 zł od 1 mkw. Zatem właściciel mieszkania, o powierzchni użytkowej 100 mkw. w bieżącym roku z tytułu podatku od nieruchomości zapłaci w sumie 75 zł. Ale jeśli całą tą przestrzeń wykorzystywał będzie do celów związanych z prowadzeniem firmy, zapłaci znacznie więcej, bo aż 2 313 zł.

Rozbiórka a nie „względy techniczne”

Do tej pory przedsiębiorcy mieli szansę na znaczne obniżenie stawki podatku od nieruchomości znajdującej się w złym stanie technicznym. Jednak to, czym jest ten „zły stan techniczny” rodziło wiele sporów pomiędzy podatnikami, a organami podatkowymi. – Nowelizacja przepisów „zły stan techniczny” wiąże z pewną obiektywną kategorią, którą stanowi ostateczna decyzja organu nadzoru budowlanego, nakazująca rozbiórkę budynku oraz uporządkowanie terenu. Takie zawężenie normy prawnej jest na pewno niekorzystne dla przedsiębiorcy, gdyż ogranicza szansę podatkowej optymalizacji – mówi Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

Podatek za garaż i korytarz

W 2016 r. wprowadzona zostanie także korzystna zmiana dla wszystkich właścicieli mieszkań, którzy posiadają miejsca parkingowe w garażu podziemnym. Zgodnie z nowymi przepisami zapłacą oni podatek wyłącznie za swoje miejsce postojowe, a nie jak było do tej pory – za całą powierzchnię użytkową garażu w budynku.

Jednak niekorzystna zmiana dotyczyć będzie podatku od tzw. powierzchni wspólnych budynku. Najmocniej skutki tego odczują właściciele centrów handlowych. Stracą też właściciele mieszkań w blokach, kamienicach i innych budynkach, w których wyodrębniono lokale. Dla nich jednak podwyżka nie będzie tak dotkliwa jak dla właścicieli budynków firmowych. Wyniesie kilka złotych w skali roku

Do 100 zł bez rat

Nowelizacja przewiduje także zmianę zasad płacenia danin lokalnych. Podatek od nieruchomości, który nie przekroczy 100 zł będzie płatny jednorazowo. – Obecnie osoby fizyczne, bez względu na wysokość podatku od nieruchomości, mają obowiązek opłacania go w czterech ratach. Jednak zgodnie z nowymi przepisami, podatek powyżej 100 zł będzie można płacić ratalnie. Takie rozwiązanie pomoże uprościć procedury oraz zmniejszyć koszty administracyjne, związane z koniecznością dzielenie podatku – zaznacza Robert Smerkowski, Dyrektor Oddziału Tax Care w Warszawie.

XVI Ogólnopolskie Forum Prawa Pracy: nowe wyzwania przed pracodawcami w 2016 roku

13 października 2015 roku w Warszawie odbyło się XVI Ogólnopolskie Forum Prawa Pracy poświęcone analizie uchwalonych zmian Kodeksu pracy w zakresie stosowania umów terminowych, a także kontrowersjom przy kontrolowaniu przez ZUS zasadności zawierania umów o dzieło. W Forum wzięło udział ponad 200 osób, reprezentujących służby kadrowe pracodawców z różnych sektorów. Była to doskonała okazja do poznania opinii ekspertów reprezentujących wszystkie zainteresowane strony: pracodawców, związki zawodowe, Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej oraz Państwową Inspekcję Pracy.

XVI_OFPPOrganizatorem Forum była SEKA SA, firma działająca od 1988 roku, świadcząca usługi m.in. doradztwa w zakresie prawa pracy i szkoleń, która od kilku lat organizuje coroczne Forum, na którym poruszane są aktualne kwestie ważne dla każdego pracodawcy.

W pierwszej części spotkania skupiono się na kwestii nowelizacji Kodeksu pracy w zakresie tzw. umów terminowych. Słowo wstępne wygłosiła Anita Gwarek, Dyrektor Departamentu Prawa Pracy w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. Zwróciła uwagę na 3 przesłanki zmian, mianowicie: wszczęcie postępowania przez Komisję Europejską w zakresie uspójnienia okresów wypowiedzenia obowiązujących w przypadku umów o pracę na czas nieokreślony i określony; wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej oraz działania rządu polskiego mające na celu przeciwdziałanie nadużyciom stosowania umów terminowych. W efekcie prowadzonych prac, znowelizowane przepisy Kodeksu Pracy będą obowiązywać od 22 lutego 2016 roku, w 6 miesięcy od daty opublikowania podpisanej ustawy.

W dalszej kolejności punkt widzenia pracodawców oraz konsekwencje zmian  zaprezentował Robert Maliszewski, Dyrektor Działu Prawnego w SEKA SA, a następnie Paweł Śmigielski, reprezentujący środowisko pracowników z ramienia OPZZ. Obaj mówcy wskazali na kompleksowość nowych rozwiązań oraz na fakt trudności pogodzenia różnych stanowisk. Najwięcej czasu poświęcono na omówienie tzw. przepisów przejściowych i ich interpretację.

Z dniem 22 lutego 2016 roku pracodawcy będą mogli zawierać jedynie trzy rodzaje umów z pracownikami: umowy na czas próbny oraz umowy na czas określony i nieokreślony. Jednak zmienione zostaną warunki obowiązywania umów na czas określony. Z punktu widzenia pracodawców najważniejsze zmiany Kodeksu pracy dotyczą: wyeliminowania umów na czas wykonywania określonej pracy; wprowadzenie zaostrzonych limitów dotyczących zawierania umów na czas określony; znacznego  wydłużenia okresów wypowiedzenia umów na czas określony oraz  wprowadzenia formalnej podstawy prawnej do zwolnienia pracownika w okresie wypowiedzenia z obowiązku świadczenia pracy z zachowaniem prawa do wynagrodzenia.

Okres zatrudnienia na podstawie umowy o pracę na czas określony oraz łączny okres zatrudnienia na podstawie takich umów zawieranych między tymi samymi stronami nie będzie mógł przekraczać 33 miesięcy, a łączna liczba tych umów nie będzie mogła przekraczać trzech. Obecnie strony, tj. pracownik i pracodawca mogą zawrzeć maksymalnie dwie umowy na czas określony, a kolejna staje się automatycznie umową na czas nieokreślony. Jednak ten przepis obecnie doznaje wyjątku  jeśli przerwa w zatrudnieniu pomiędzy umowami wynosi więcej niż 1 miesiąc, Nowelizacja znosi taką możliwość .

Forum Prawa PracyW ramach umów na czas określony, poza limitami,  będą mogły być zawierane umowy na zastępstwo, na czas kadencji oraz na wykonanie prac sezonowych i dorywczych. Ustawodawca przewidział także 4. wyjątek , mianowicie pracodawcy będą mogli skorzystać z umowy na czas określony nie bacząc na limity  w przypadkach  uzasadnionych przyczynami obiektywnymi leżącymi  po jego stronie  (np. terminowy  projekt naukowy finansowany z grantów). Przesłanka ta w ocenie Dyrektora Roberta Maliszewskiego  będzie rodzić w przyszłości duże wątpliwości interpretacyjne.

Pierwszą część spotkania zakończyła dyskusja z udziałem zaproszonych ekspertów, takich jak: dr Grażyna Spytek-Bandurska, Ekspert Departamentu Dialogu Społecznego i Stosunków Pracy  Konfederacji Lewiatan; Anita Gwarek z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej, Anna Martuszewicz z Głównego Inspektoratu Pracy oraz Robert Maliszewski z firmy SEKA i Paweł Śmigielski z ramienia OPZZ.

W części popołudniowej omówiono kwestie kontroli przeprowadzanych przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych w zakresie stosowania umów o dzieło. Niestety przedstawiciel ZUS nie przyjął zaproszenia do debaty, zatem dyskusja była prowadzona jedynie w gronie pracodawców i ekspertów. Zwrócono uwagę na rosnącą liczbę kontroli oraz na fakt niejednolitego  interpretowania przepisów dotyczących umów o dzieło  Kontrowersje wynikają przede wszystkim  z różnego definiowania czym jest dzieło oraz jakie przesłanki prawne determinują czy dane zadanie jest dziełem (umowa rezultatu) a nie zleceniem (umowa starannego działania ). Wątpliwości, te wykorzystywane są  w takcie kontroli ZUS, w efekcie czego, często w sposób kontrowersyjny, dochodzi do obciążania przedsiębiorców zaległymi składkami na ubezpieczenia społeczne.

Tak duże wątpliwości  dotyczące umów o dzieło i ich kontroli w sferze ubezpieczeń społecznych, stały się powodem podjętych niedawno rozmów pomiędzy Konfederacją Lewiatan a Zakładem Ubezpieczeń Społecznych. Mają one na celu działania edukacyjno-prewencyjne tj. uporządkowanie interpretacji prawnych oraz zmianę nastawienia urzędników do pracodawców, tym samym zagwarantowanie równego traktowania wszystkich podmiotów kontrolowanych przez ZUS.

W dalszej części wysłuchano opinii zaproszonych pracodawców, którzy od lat są kontrolowani przez ZUS oraz przedstawicieli prawa – naukowców i praktyków. Wskazali oni w aspekcie prowadzonych postępowań kontrolnych na niespójność przepisów wynikających m.in. ze stosowania dwóch różnych źródeł: Kodeksu Cywilnego oraz Kodeksu Postępowania Cywilnego , a także  Kodeksu Postępowania Administracyjnego oraz na fakt odmiennych zasad oskładkowania  umów o dzieło i umów zlecenia. Zgodnie przyznano, że należy dążyć do uproszczenia regulacji prawnych, wskazywania jednolitej drogi interpretacji prawa co sprzyja stabilizacji prowadzenia działalności  przez przedsiębiorców.

Nawet tajski lub wietnamski, ale tylko biegle

Język angielski, bez względu na stopień znajomości, wymagany jest w ponad 60 proc. procesów rekrutacyjnych, niemiecki w prawie 20 proc. Coraz częściej pracodawcy szukają kandydatów znających języki bardziej egzotyczne, ale niezbędna jest ich biegła znajomość.

Z analiz Wyszukiwarki Kandydatów GoldenLine, w której rekruterzy wyszukują kandydatów według interesujących ich kryteriów wynika, że oczekiwania co do znajomości najpopularniejszych na polskim rynku pracy języków, czyli angielskiego i niemieckiego, są coraz wyższe. Dodatkowo, pracodawcy coraz częściej szukają specjalistów ze znajomością innych języków obcych.

Poziomy znajomości

Rekruterzy poszukują kandydatów ze znajomością języka angielskiego w stopniu dobrym w 36 proc. wyszukiwań a z biegłą już w 19 proc. Z kolei w przypadku języka niemieckiego ta różnica jest już niewielka – 9 proc. szuka u kandydata znajomości dobrej, a 8 proc. biegłej.

Nie tylko angielski lub niemiecki

Oprócz najpopularniejszego angielskiego (61 proc.) na drugim miejscu szuka się pracowników ze znajomością języka niemieckiego (19 proc.). Coraz częściej poszukiwani są kandydaci z innymi językami. Są to w kolejności: francuski (6 proc.), włoski (3 proc.), hiszpański (3 proc.), rosyjski (2 proc.), czeski (2 proc.), szwedzki (2 proc.). Dalej rekruterzy szukają niderlandzkiego, portugalskiego, norweskiego, duńskiego, węgierskiego, słowackiego, fińskiego czy tureckiego. Znajomość takich kolejnych języków rekruterzy definiują przede wszystkim jako biegłą lub dobrą. Co ciekawe, w procesach rekrutacyjnych coraz częściej szuka się osób ze znajomością japońskiego, chorwackiego czy bułgarskiego. Zdarzają się także wyszukiwania kandydatów znających np. albański, wietnamski lub tajski. Jednak w przypadku tych najmniej popularnych języków rekruterzy wymagają ich biegłej znajomości.

Inwestycja we własną instalację fotowoltaiczną może uchronić małe i średnie firmy przed wzrostem wydatków na zakup i dystrybucję energii

CEO Magazyn Polska

Choć zakup instalacji fotowoltaicznej to koszt rzędu 200–300 tys. zł, to inwestycja pozwala zmniejszyć ryzyko wzrostu kosztów sprzedaży i dystrybucji energii elektrycznej w przyszłości. Na rynku istnieje wiele form dofinansowania inwestycji tego typu. Zainteresowani mogą skorzystać z tradycyjnych narzędzi, jak np. leasing, oraz z programów Bocian i Prosument prowadzonych przez NFOŚiGW.

Coraz więcej firm dostrzega korzyści płynące z posiadania własnej instalacji fotowoltaicznej. Inwestycja we własne panele słoneczne zabezpiecza przed ryzykiem wzrostu kosztów sprzedaży i dystrybucji energii elektrycznej w przyszłości.

– Koszty dystrybucji rosną rokrocznie o 1 do nawet 3 proc., więc w skali 30 lat, bo taki jest cykl życia instalacji fotowoltaicznej, daje to do dość duże oszczędności. W związku z tym firmy, kupując instalację fotowoltaiczną, mogą zabezpieczyć swoją produkcję poprzez odbiór energii po z góry znanej cenie – tłumaczy Paweł Owczarski, prezes firmy Polski Prąd.

Spółka uruchomiła w sierpniu sprzedaż instalacji fotowoltaicznych dla małych i średnich firm. W ciągu dwóch miesięcy zgłosiło się do niej około 40 firm, które złożyły zamówienia na instalacje za łącznie 5 mln zł.

Koszt instalacji fotowoltaicznej o mocy 40 kW to wydatek 200–300 tys. zł. Jak jednak podkreśla Paweł Owczarski, na rynku istnieje wiele możliwości dofinansowania tego typy inwestycji. W tym celu przedsiębiorcy mogą skorzystać zarówno z takich rozwiązań, jak np. leasing, jak i z programów prowadzonych przez wojewódzkie fundusze ochrony środowiska.

– Większość naszych klientów korzysta właśnie albo z leasingu, albo z kredytów, które oferuje Bank Ochrony Środowiska także we współpracy z WFOŚiGW. Bocian to  program dla dużych instalacji, powyżej 41 kW, więc siłą rzeczy niewielu klientów z niego korzysta – mówi prezes spółki Polski Prąd.

W ramach programu Bocian, prowadzonego przez NFOŚiGW, można uzyskać pożyczkę nawet do 85 proc. kosztów kwalifikowanych inwestycji, jest on jednak skierowany do większych odbiorców. Dla małych i średnich firm przygotowano program Prosument, w którym można liczyć na kredyt preferencyjny i dotację w wysokości 20 lub 40 proc. Jest to linia dofinansowania na zakup i montaż mikroinstalacji odnawialnych ze źródłem energii o mocy do 40 kW. Budżet na latach 2014–2022 wynosi 800 mln zł. W pierwszym naborze, zakończonym w lipcu, do NFOŚiGW wpłynęło ponad 4,3 tys. wniosków o łącznej wartości ponad 244,7 mln zł. Drugi nabór powinien rozpocząć się niebawem. Tak jak w pierwszym jedynym współpracującym z programem bankiem będzie BOŚ. Nabór dla banków zakończył się z końcem września.

Jakub Borowski, Crédit Agricole: Od przyszłego roku ceny w Polsce zaczną rosnąć. Inflacja w przyszłym roku wyniesie ok. 1 proc.

CEO Magazyn Polska

Od początku przyszłego roku można oczekiwać powolnego powrotu inflacji. Nie znaczy to, że ceny w Polsce zaczną gwałtownie rosnąć. Na razie raczej ustabilizują się na niskim poziomie, a w perspektywie kolejnych miesięcy będą rosły o ok. 1 proc.

Czynnikami, które oddziałują w kierunku spadku cen w ujęciu rok do roku, są oczywiście ceny żywności – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Borowski, główny ekonomista Crédit Agricole. Ten spadek będzie wyhamowywał, dlatego że będziemy się porównywać z bardzo niskimi poziomami cen żywności z ubiegłego roku. Pamiętamy, one były efektem wprowadzenia embarga rosyjskiego na import żywności z krajów Unii Europejskiej. Do tego dochodzą ceny paliw, które oczywiście są silnie powiązane z notowaniami cen ropy i kursu złotego.

Ceny w Polsce zaczęły maleć w połowie zeszłego roku, a między styczniem a kwietniem deflacja przekraczała 1 proc. We wrześniu, jak podał Główny Urząd Statystyczny w szybkim szacunku, była nawet głębsza niż w dwóch poprzednich miesiącach i sięgała 08 proc. rok do roku. Niskie ceny to efekt wzajemnych sankcji między Rosją a Unią Europejską, które doprowadziły do radykalnego ograniczenia eksportu polskiej żywności na Wschód. W rezultacie jej ceny na krajowym rynku spadły. Spadły też ceny paliw, gdy Stany Zjednoczone ograniczyły rosyjskie zyski z handlu ropą, zwiększając wydobycie i sprzedaż tego surowca.

Spodziewamy się, że w najbliższych miesiącach deflacja będzie coraz płytsza – prognozuje Jakub Borowski. – Będziemy zmierzać w kierunku dodatniego wskaźnika inflacji i ten dodatni wskaźnik inflacji osiągniemy w grudniu, najdalej w I kw. przyszłego roku. Potem inflacja będzie po takim dość wyraźnym wzroście utrzymywać się na poziomie zbliżonym do 1 proc. przez dłuższy czas.

Nadal można jednak oczekiwać, że inflacja będzie hamowana przez niskie i stabilne ceny paliw i żywności – to będą te dwa podstawowe czynniki, które sprawią, że nawet przy dość wyraźnej poprawie koniunktury obserwowanej w ostatnich kwartałach i wciąż dobrej sytuacji na rynku pracy w perspektywie najbliższych kilku kwartałów trudno będzie oczekiwać jakiegoś wyraźnego przyspieszenia inflacji.

Przy umiarkowanie stabilnym kursie złotego i stabilnych cenach paliw w najbliższych miesiącach, kwartałach, bo takie mamy założenia, ten deflacyjny wpływ cen paliw będzie stopniowo wygasał ocenia główny ekonomista Crédit Agricole. Natomiast, jeśli miałbym wskazać czynniki ryzyka dla tego scenariusza, to te czynniki ryzyka są ewidentnie w dół. One się wiążą głównie z sytuacją gospodarczą w Chinach, tu zakładamy lekkie spowolnienie wzrostu gospodarczego.

Jeżeli chińska gospodarka będzie się rozwijać wolniej, niż zakładano, spadnie eksport surowców do tego kraju. To będzie oznaczało spadki cen na światowych rynkach, a także w Polsce. Tymczasem wiele wskazuje na to, że wzrost PKB w Chinach nie osiągnie nawet zakładanych na ten rok 7 proc.

Wzrost będzie niższy, spodziewamy się, że to będzie 6,8 procmówi Jakub Borowski z Crédit Agricole. – Ale ta prognoza też jest obciążona ryzykiem w dół, tzn. istnieje niemałe prawdopodobieństwo, że gospodarka chińska wyhamuje silniej, a to będzie miało przełożenie na ceny surowców i wtedy ta deflacja utrzymywać się będzie nieco dłużej i będziemy mogli zobaczyć w Polsce kolejne spadki cen paliw.

Analitycy prognozują lepsze czasy dla spółek z polskiej giełdy. Poprawy można oczekiwać w branży budowlanej i deweloperskiej, handlu, sektorze bankowym i części spółek surowcowych

CEO Magazyn Polska

Dla dużych spółek na polskiej giełdzie wkrótce mogą nastać lepsze czasy. Analitycy oceniają, że np. kosztowne pomysły polityków dotyczące sektora bankowego mogą po wyborach zostać złagodzone. Koniunkturze w Polsce sprzyjają też inwestycje z budżetu Unii Europejskiej oraz możliwe odbicie światowych cen surowców. Natomiast wciąż niepewny jest los dużych spółek energetycznych.

Ceny miedzi na międzynarodowych rynkach spadają od czterech lat i tylko w ciągu ostatniego roku cena tego surowca spadła o ponad 22 proc. W rezultacie akcje KGHM-u, które trzy lata temu kosztowały niemal 200 zł, dziś można kupić za 90 zł. Sytuacja miedziowej spółki ma się jednak poprawić, bo niebawem może nastąpić odbicie na rynku surowców.

– W ostatnim czasie mieliśmy też spadki zapasów, czy to tych rejestrowanych przez giełdy, czy tych nierejestrowanych w Chinach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Antonik, członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI. –  Wcześniej, przypomnę, miedź była używana też do takich swoistych transakcji finansowych. W związku z tym zapotrzebowanie na dodatkowe finansowanie ze strony przedsiębiorstw skutkowało tym, że rosły zapasy miedzi. Teraz te zapasy się wyraźnie skurczyły.

Problemy Polskiej Miedzi bledną jednak przy kłopotach światowego giganta wydobywczego, koncernu Glencore. Niskie ceny surowców połączone z nadmiernym wydobyciem sprawiają, że akcje firmy spadły w tym roku o blisko 70 proc. Część analityków obawia się, że ta jedna z największych na świecie firm wydobywczych może nawet upaść.

Jeśli chodzi o spółki czy sektory na polskim rynku, to obok zawirowań na rynkach światowych ogromny wpływ na ich notowania ma tocząca się kampania wyborcza. W ocenie Jarosława Antonika różne pomysły polityków, które wpływały ostatnio na spółki giełdowe, wraz ze zbliżającym się rozstrzygnięciem zaczynają łagodnieć.

– Wiele wskazuje na to, że takie drastyczne rozwiązania np. dla sektora bankowego się nie zadzieją. Mamy przesunięcie w kierunku chociażby podatku od transakcji finansowych, od opodatkowania banków jako takich. To jest znacznie lepsze rozwiązanie dla sektora bankowego, dlatego oczekiwałbym już pewnej stabilizacji tego sektora.

Niejasna jest natomiast przyszłość kosztownego dla branży energetycznej pomysłu, by ratowała ona polskie nierentowne górnictwo. Po zapowiedzi, że w miarę ostrożne rozwiązanie przyjęte przez rząd nie będzie akceptowane przez Unię Europejską, powstała obawa, że może zostać wybrane rozwiązanie jeszcze kosztowniejsze.

– Pojawiły się obawy, że jednak energetyka będzie musiała ponieść dość duży ciężar ratowania górnictwa – mówi członek zarządu odpowiedzialny za inwestycje i rozwój produktów KBC TFI. –  Oczywiście w długim terminie prawdopodobnie tak się skończy, że kopalnie zostaną zintegrowane z elektrowniami, co oczywiście po okresie restrukturyzacji nie musi być złym rozwiązaniem, ale po drodze na pewne wywoła to pewne turbulencje.

Zdaniem Antonika spółki, które zajmują się handlem detalicznym, powinny być teraz stabilne. Ciekawym sektorem powinno być też budownictwo, bo pieniądze unijne na inwestycje nadal szerokim strumieniem będą płynąć do Polski. Obecnie kończy się wydawanie środków z poprzedniej perspektywy, czyli unijnego budżetu na lata 2007–2013, a zaczyna z kolejnej, sięgającą roku 2020.

– Jeśli chodzi o wydatki chociażby na infrastrukturę, to nadal będą one duże i spółki budowlane będą na tym korzystały ocenia Jarosław Antonik z KBC TFI. – Dobra jest także sytuacja w budownictwie mieszkaniowym, deweloperzy nie mają problemu ze sprzedażą mieszkań, czemu służą chociażby niskie stopy procentowe. Tutaj też widzimy dobre perspektywy, zarówno dla tego segmentu deweloperskiego, jak i dla segmentu budownictwa.

Mniej niż połowa Polaków w grupie 55+ jest aktywna zawodowo. Obniżenie wieku emerytalnego jeszcze zmniejszy ten odsetek

CEO Magazyn Polska

Niecałe 44 proc. osób w wieku 55-64 lata jest aktywnych na rynku pracy. To jeden z niższych wskaźników w Europie. Obniżenie wieku emerytalnego może sprawić, że aktywnych zawodowo będzie jeszcze mniej. Stracą przede wszystkim kobiety. W efekcie zmian skurczy się liczba pracujących  do 14 mln w 2038 roku i 11 mln w 2060 roku. Mniejsze będą też wpływy do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są emerytury. Rocznie obniżenie wieku emerytalnego może kosztować Polskę nawet 20 mld zł.

Uważam, że prezydent Duda, powstrzymując podnoszenie wieku emerytalnego, robi niedźwiedzią przysługę przede wszystkim kobietom. Utrzymywanie zróżnicowanego wieku emerytalnego, 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, prowadzi do dyskryminacji kobiet na rynku pracy. Wpadają one w swego rodzaju pułapkę – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Dla pracodawców bardziej opłacalne staje się wówczas inwestowanie w mężczyzn, którzy na rynku pracy pozostaną kilka lat dłużej. Kobiety nie są wysyłane na szkolenia, w związku z tym stają się mniej atrakcyjne dla innego potencjalnego pracodawcy. Ekspert przewiduje, że mimo osiągnięcia wieku emerytalnego 60 lat, kobietom będzie zależeć na dalszej pracy. To efekt bardzo niskiej wyliczonej emerytury, głównie ze względu na długi przewidywany średni czas życia.

Kapitał jest podzielony na wiele miesięcy. Kobieta chciałaby wrócić do pracy, ale ma już zdezaktualizowane kwalifikacje, a pracodawca nie chce jej zatrudnić, ponieważ się nie doszkalała. Pracodawca, który sam nie wysyłał jej na kursy pozwalające podnieść kwalifikacje, woli zatrudnić osoby młodsze albo mężczyzn – tłumaczy Mordasewicz.

W efekcie wskaźnik zatrudnienia u osób w wieku 55-64 lata będzie coraz niższy. Z danych GUS-u wynika, że teraz pracuje co drugi mężczyzna i co trzecia kobieta i łączny wskaźnik zatrudnienia nie przekracza 50 proc. Dla porównania w Niemczech to ponad 65 proc., a w Szwecji – ponad 75 proc.

Obecnie wysokość emerytur jest uzależniona od sumy opłaconych składek na ubezpieczenie emerytalne i przeciętnego okresu pobierania świadczenia. Przy obniżonym wieku emerytalnym składek będzie mniej, a okres pobierania świadczenia dłuższy, dlatego emerytura będzie znacznie niższa niż przy wydłużonym wieku emerytalnym.

Kobieta w wieku 60 lat ma przed sobą jeszcze 23 lata życia. Jej kapitał dzieli się przez znacznie więcej miesięcy niż w przypadku 65-letniego mężczyzny. W starym systemie opłacało się przechodzić na wcześniejsze emerytury, ponieważ kobieta, która opóźniła przejście na emeryturę z 60 do 65 lat, dostałaby tylko o 10 proc. wyższą emeryturę. W nowym systemie kobieta może liczyć na emeryturę o 50 proc. wyższą – wskazuje ekspert Konfederacji Lewiatan.

Z danych Pracodawców RP wynika, że w przypadku pensji minimalnej (obecnie 1750 zł) emerytura wyniesie 954 zł, zaś po obniżeniu wieku emerytalnego – 880 zł. Im wyższe zarobki, tym większa różnica w świadczeniu. Przy pensji 2,5 tys. zł brutto emerytura wyniesie 1363 zł, po obniżeniu wieku – 1196 dla mężczyzny i 886 zł dla kobiety. Przy obecnej średniej krajowej (ok. 4 tys. zł brutto) świadczenie wyniesie 2181 zł. Przy wcześniejszym przejściu na emeryturę będzie to odpowiednio dla mężczyzn – 1913 zł, dla kobiety – 1385 zł.

Mordasewicz przekonuje, że niższy wiek emerytalny oznacza nie tylko niższe świadczenia, lecz także wymierne straty dla całej gospodarki.

Będziemy mieć mniejszą liczbę pracujących. W związku z tym zmniejszą się wpływy z podatków i składek na ubezpieczenia społeczne. Jednocześnie wrosną koszty, bo zwiększy się liczba osób pobierających emeryturę i wydatki na emerytury. W krótkim okresie może to być koszt rzędu 4 mld zł wynikający z tego, że około 100 tys. osób przeszłoby z grona pracujących do grona pobierających świadczenia – mówi Mordasewicz.

Obecnie na jednego emeryta przypada przeciętnie 3,9 osób w wieku produkcyjnym, w 2050 roku wskaźnik wyniesie 1,9. Mniejsza liczba pracujących to mniejsze wpływy do FUS. W ostatnich kilku latach dotacje do FUS wyniosły ok. 30 mld zł, po odwróceniu reformy emerytalnej – wydatki wzrosłyby do 140 mld zł w 2025 roku i 381 mld zł w 2035 roku.

Należy się spodziewać kosztów w wysokości 20 mld zł rocznie. Emerytury będą niższe, mniej osób będzie pracowało, a ogromna rzesza kobiet przechodzących w wieku 60 lat na emeryturę nie zgromadzi składek nawet na emeryturę minimalną. To oznacza, że wszyscy, jako podatnicy, będziemy musieli do tych osób dołożyć – tłumaczy ekspert.

Wyliczenia Konfederacji pokazują, że przy wieku emerytalnym 67 lat dla kobiet i mężczyzn w 2020 roku na rynku pracy może być o 1 mln osób więcej, a w 2040 roku – 2 mln. Po obniżeniu wieku do 60 i 65 lat w 2038 roku będzie pracować 14 mln i 11 mln w 2060 roku.

Samodzielne inwestowanie na rynku walutowym nie musi być trudne. Wystarczy uważna obserwacja trendów rynkowych

CEO Magazyn Polska

Inwestycje na Foreksie są łatwe – zapewniają przedstawiciele platform transakcyjnych. Wymagają tylko uważnej obserwacji rynku i umiejętności wyciągania celnych wniosków na temat panujących na nim trendów. Forex jest dostępny dla każdego, pozwala obracać pieniędzmi niemal bez przerwy, a dzięki nowoczesnym technologiom korzystać z jego możliwości można praktycznie wszędzie.  

Zasada jest prosta: kupować tanio i sprzedawać drogo. Handel na Foreksie, podobnie jak na giełdzie, opiera się na tym samym założeniu. Ponieważ walutami handluje się na całym świecie, a nowoczesne technologie zlikwidowały bariery dostępowe, to handel trwa prawie cały tydzień. Kluczowa jest umiejętność obserwowania trendów na rynku.

– Rynki poruszają się zgodnie z trendami – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Tomasz Uściński, dyrektor zarządzający HFT Brokers. Jeżeli widzimy, że dany wykres podąża w górę, to być może jest to dobry moment do tego, żeby zakupić dany instrument finansowy i popatrzeć, jak on się zachowa w przyszłości. Jeżeli obserwujemy trend spadkowy, to można zagrać, zajmując pozycję sprzedaży i po jakimś czasie zobaczyć, jaki to przyniosło efekt.

Jak podkreśla, Forex jest dla każdego, kto chce pomnażać swoje środki finansowe. Do gry może przystąpić każdy. Pierwszym krokiem powinno być poznanie działania platformy transakcyjnej. Dzięki rozwojowi nowoczesnych technologii platformy są dostępne zarówno w wersji stacjonarnej  na komputery, jak i mobilnej  na smartfony i tablety, co umożliwia śledzenie rynku i podejmowanie decyzji inwestycyjnych niemal bez przerwy.

Rynek praktycznie nie śpi – podkreśla dyrektor zarządzający HFT Brokers. – Notowania rozpoczynają się w niedzielę w godzinach wieczornych i kończą się w piątek wieczorem, zatem inwestorzy mogą skorzystać z możliwości inwestycyjnych, które pojawiają się na całym świecie w każdej strefie czasowej.

Drugim ważnym krokiem jest uważne śledzenie trendów na rynku.

– Na samym początku warto śledzić informacje ekonomiczne, które docierają do nas z portali internetowych czy wiadomości ekonomicznych – mówi Uściński. – Na tej podstawie można próbować wyrobić sobie własne zdanie na temat tego, czy opinia ekonomistów i analityków na temat tego, czy euro się będzie umacniało czy osłabiało, ma uzasadnienie, jeśli tak, to przeprowadzić odpowiednią transakcję. Z czasem ta wiedza powinna być uzupełniana o bardziej praktyczną i rozbudowaną wiedzę, która pozwoli nam zbudować własny algorytm podejmowania decyzji. Konsekwencja to podstawa sukcesu w inwestowaniu.

Dla osób, które chcą sprawdzić się w inwestowaniu z Foreksem, HFT Brokers uruchamia konkurs „Przewaga na starcie”. Przyszli inwestorzy mogą lokować w nim wirtualne środki – 10 tys. zł.

– Podstawowym celem konkursu jest pokazanie przyszłym inwestorom, że samodzielne inwestowanie nie jest wcale sprawą trudną – przekonuje Tomasz Uściński. – Do każdego z nas docierają informacje o zmieniających się cenach walut, kursach indeksów giełdowych czy podstawowych kruszców, jak złoto i srebro. Dlaczego nie wykorzystać tej wiedzy i nie spróbować swoich sił w konkursowym rachunku demonstracyjnym, który zasilony jest kwotą wirtualnych 10 tys. zł, co pozwoli każdemu początkującemu rozpocząć przygodę z rynkiem praktycznie bez żadnego ryzyka finansowego.

Osoba, która zarobi najwięcej, może wygrać samochód BMW i8. Wśród innych nagród jest wyjazd na wyścig finałowy Formuły 1 w Abu Zabi albo na imprezę organizowaną przez BMW. Prawdziwym zyskiem uczestników konkursu jest jednak wiedza i praktyka, która pozwoli im pomnażać zyski na Foreksie.

– Bardzo ważnym elementem naszego konkursu jest misja edukacyjna. Ponieważ każdemu, kto chce poznać zasady rynków finansowych, mamy do zaoferowania w miesiącu kilkadziesiąt szkoleń o różnej tematyce. Zarówno dla osób zupełnie początkujących, które chcą się dowiedzieć, na czym polega zmiana kursu np. pary walutowej euro-złoty, jak i dla osób nieco bardziej zaawansowanych, które chcą się dowiedzieć, w jaki sposób, korzystając z analizy technicznej, podejmować decyzje inwestycyjne wyjaśnia dyrektor zarządzający HFT Brokers.

Konkurs rozpocznie się 18 października, ale przyjmowanie zgłoszeń już ruszyło. Przez te kilka dni uczestnicy mają możliwość zapoznania się na sucho z funkcjonowaniem konkursowej platformy.

Blisko 60 proc. firm w odpowiedni sposób niszczy ważne dokumenty. Pozostałe narażają się na wyciek poufnych danych

CEO Magazyn Polska

59 proc. przedsiębiorstw niszczy dokumenty według norm uniemożliwiających wyciek danych. 15 proc. zleca to firmom zewnętrznym, a 8 proc. dokumenty w formie papierowej i cyfrowej traktuje jak zwykłe odpady komunalne. Niestety, to zwiększa ryzyko wycieku poufnych danych. W Polsce brakuje odpowiednich regulacji, które wskazywałby, w jaki sposób te materiały powinny być niszczone.

Według badania HSM Polska 53 proc. respondentów korzysta z niszczarek biurowych służących do utylizacji papierowych dokumentów. 70 proc. firm nie słyszało jednak nigdy o istnieniu polityki bezpieczeństwa informacji w związku z ich utylizacją.

Z jednej strony firmy coraz częściej są świadome, że dokumenty – zarówno papierowe, jak i w formie cyfrowej – należy niszczyć. Coraz więcej firm jest wyposażona w urządzenia do niszczenia dokumentów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Sobaniec, ekspert z HSM Polska. – Z drugiej strony świadomość wśród ich użytkowników wciąż jest stosunkowo niska.

Tylko w 39 proc. firm znajdują się niszczarki do cyfrowych nośników danych (płyt CD/ DVD, twardych dysków i pendrive&HASH39;ów). Według respondentów aż w 76 proc. przypadków na takich nośnikach znajdują się poufne dane. 48 proc. respondentów zdarzyło się taki nośnik zgubić.

Niski stan świadomości przedsiębiorców i ich pracowników wynika przede wszystkim z braku jakichkolwiek regulacji dotyczących ochrony poufnych danych podczas utylizacji dokumentów. Z tego powodu dochodzi do niedopuszczalnych sytuacji, jak na przykład umieszczania niszczarki w ogólnodostępnych pomieszczeniach, zlecania utylizacji firmom outsourcingowym czy traktowania starych dokumentów jak zwykłych śmieci.

Zarówno ustawa o ochronie danych osobowych, jak i inne ustawy, które mówią o ochronie tajemnicy, nie wskazują wprost, w jaki sposób przedsiębiorca czy osoba prywatna mają się zabezpieczyć przed wyciekiem danych – tłumaczy Marcin Sobaniec. – Stąd też przedsiębiorcy czy osoby prywatne są zdani na swoją interpretację albo doradztwo producentów urządzeń do niszczenia dokumentów.

Póki takie wytyczne nie zostaną z góry narzucone, dobrą praktyką może być kierowanie się zachodnimi wzorcami. Na przykład niemieckimi normami DIN 66399, które dokładnie określają, w jaki sposób mają być utylizowane dokumenty oraz cyfrowe nośniki danych.

W najbliższych latach nacisk powinien być położony na to, aby edukować szeregowych pracowników, którzy odpowiedzialni są za bezpieczeństwo firmy – twierdzi Marcin Sobaniec. – Badania wskazują, że ponad połowa wszystkich wycieków danych, jakie mają miejsce na świecie, jest powodowana właśnie przez szeregowych pracowników, przez ich niewiedzę lub niedbalstwo.